„Brexit” to nie tylko kłopot dla urzędników w Brukseli. Jak wynika z danych Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych w Polsce, do Wielkiej Brytanii wjeżdża 1200 ciężarówek należących do polskich firm transportowych. To one jako pierwsze odczują skutki brexitu.
Na tym bardzo konkurencyjnym rynku wygrać nie było łatwo, ale polskim przewoźnikom to się udało. Przeważyły: jakość ich pracy, terminowość dostaw, konkurencyjne ceny. Ten sukces jest jednak zagrożony, a koszty mogą ponieść przede wszystkim te firmy, które najwięcej zainwestowały. Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej spowoduje bowiem wzajemne zamknięcie rynków dla obcych przewoźników. Polscy przewoźnicy stracą więc pokaźną grupę klientów.
Zagrożenie przyniosą też kwestie celne. Wielka Brytania w przypadku scenariusza „no deal” opuści unię celną. Przekraczając jej granice trzeba będzie stosować reguły takie same jak w wymianie handlowej z Rosją, Turcją czy Ukrainą – czyli procedury tranzytu. To oznacza dodatkowe formalności w postaci zgłoszeń celnych, obowiązek złożenia zabezpieczenia oraz kontrole na granicach. Polska administracja celna szacuje, że w relacjach z Wielką Brytanią przybędzie 600 tysięcy zgłoszeń celnych. Każde zgłoszenie generuje dodatkowe koszty i wysiłek administracyjny. Branża transportu i logistyki oraz służby celne muszą się przygotować na te nadchodzące problemy.
Wzajemne uznawanie kwalifikacji zawodowych, licencji na transport międzynarodowy, praw jazdy, przepisów dotyczących czasu pracy i odpoczynku kierowców zawodowych to kolejne zagadnienia, które będą niewiadomą w przypadku bezumownego wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Wzbudzają one niepokój nie tylko polskich, ale wszystkich europejskich przedsiębiorców i ich pracowników.
25 listopada 2018 r. organizowany jest nadzwyczajny szczyt UE-Wielka Brytania. Ratyfikacja umowy „rozwodowej” daje 21 miesięcy na spokojne dostosowanie się do nadchodzących zmian i jest to rozwiązanie zdecydowanie korzystne zarówno dla polskich firm transportowych oraz wszystkich europejskich i brytyjskich producentów, którzy dzięki Polakom mogą dostarczać swoje produkty korzystając z wysokiej jakości ich usług. Wierzymy, że argumenty ekonomiczne, jakimi są: wzajemne korzyści z handlu, a tym samym zachowanie miejsc pracy, dostępność potrzebnych produktów, utrzymanie dotychczasowych cen towarów i ich transportu dla klientów oraz potrzeba stabilności w prowadzeniu biznesu okażą się przekonywujące dla uczestników szczytu. Nagła utrata partnerów biznesowych uderzy we wszystkich i może istotnie zaszkodzić zarówno rozwojowi gospodarczemu zarówno Wielkiej Brytanii, jak jej europejskich partnerów – w tym Polaków, którzy obsługują dużą część tej wymiany handlowej.
Zawarcie porozumienia i jego akceptacja przez parlament brytyjski jest scenariuszem prawdopodobnym. Niestety nie jest to jeszcze rozwiązanie problemu. Konieczne jest zawarcie dwustronnej umowy na wzór tej, która była stosowana w przewozach do i z Wielkiej Brytanii przed przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Bez tego polskie firmy poniosą ogromne, być może niemożliwe od odzyskania straty.
Nie możemy liczyć na to, że „jakoś to będzie”. Przeciwnie, jak najszybciej należy podjąć aktywne, szybkie i skuteczne działania na rzecz reaktywacji umowy pomiędzy Polską i Wielką Brytanią. Polska musi być gotowa na wszelkie scenariusze, zarówno opcję „no deal”, jak też na sytuację, w której dojdzie do porozumienia. Dzięki temu, gdy stanie się jasne, na jakich zasadach nastąpi brexit, negocjacje będą mogły się bezzwłocznie rozpocząć. Tematów do wzajemnych uzgodnień jest wiele. Koszty ewentualnego zaniechania, to nie tylko utrata pozycji lidera przez polskie firmy, ale kolosalne straty finansowe, utracone miejsca pracy, a nawet upadek polskich przedsiębiorstw.
Black Friday to najważniejszy dzień w roku w branży e-commerce. Trend został zapoczątkowany w USA z okazji Dnia Dziękczynienia. Szaleństwo wyprzedaży szybko rozprzestrzeniło się również na rynki europejskie, gdzie Black Friday jest wstępem do świątecznego sezonu zakupowego. Agnieszka Gilewska – Head of Account Management Poland w RTB House, wyjaśnia jak zaplanować działania reklamowe, aby w pełni wykorzystać potencjał świątecznego sezonu.
Zrealizowane przez Deloitte badania pokazują, że 30 proc. internatów z europejskiego rynku planowało dokonać zakupów związanych z Bożym Narodzeniem w listopadzie lub wcześniej. W raporcie McKinseya zaprezentowane zostały 3 główne powody, dla których konsumenci coraz częściej korzystają z okazji Black Friday. Dane pokazują, że ponad 54 proc. osób badanych dokonało zakupów w trakcie Black Friday ze względu na wysokie obniżki. Drugim z powodów były unikalne promocje typu „one off”. Po trzecie, duża liczba konsumentów wykorzystuje dostępne w tym okresie promocje do wcześniejszego zakupu prezentów świątecznych.
Dane z raportów pokazują trwający proces wydłużania się okresu zakupów świątecznych w Europie, który z roku na rok rozpoczyna się coraz wcześniej. Dni bezpośrednio poprzedzające Boże Narodzenie nie są tak popularne pod względem zakupowym, jak Black Friday czy Cyber Monday. Dlatego, aby osiągnąć najlepsze rezultaty i utrzymać wysoki poziom zaangażowania klientów, warto stosować konkretne działania, w całym okresie okołoświątecznym.
Cyber Monday Week
Adobe Digital Insights (ADI) przewiduje, że Cyber Monday będzie największym w historii dniem zakupów online, generując w tym roku do 7,8 mld dolarów wartości sprzedaży w handlu elektronicznym. Widoczna jest również tendencja wzrostu sprzedaży na rynku e-commerce panująca od poniedziałku przed Cyber Monday do właściwego Cyber Monday, który jest napędzany przez media oraz promocje zachęcające konsumentów do zakupów. Rozszerzenie oferty specjalnej na okres trwający cały tydzień, w porównaniu do jednodniowej sprzedaży, może znacząco zwiększyć generowane przez firmy przychody.
Dotarcie do pokolenia Millennialsów
Konsumenci korzystający z urządzeń mobilnych są odpowiedzialni za globalny wzrost handlu elektronicznego. Według badań przeprowadzonych przez eMarketer, w roku 2021 handel elektroniczny odbywający się za pośrednictwem urządzeń mobilnych osiągnie wartość równą 3,5 biliona dolarów. Będzie to stanowić prawie 73 proc. sprzedaży dokonywanej drogą elektroniczną na całym świecie. Millennialsi, poświęcający obecnie ponad pięć razy więcej czasu na korzystanie z urządzeń mobilnych niż na oglądanie telewizji, stali się grupą, która wydaje najwięcej pieniędzy podczas weekendu poprzedzającego Cyber Monday. Ukazanie większej różnorodności produktów oraz ofert w kreacjach wyświetlanych na smartfonach i tabletach przyciąga więcej kupujących i skutkuje większą liczbą kliknięć. Ponadto, konkursy typu „Udostępnij…” i promocje na popularnych kanałach społecznościowych pomagają zwiększyć zasięg generowanych treści.
Poznanie upodobań konsumentów
Poznanie zainteresowań kupujących, poszukujących najlepszych ofert w okresie przed i po Cyber Monday, pozwala na opracowanie wielu strategii działania – oferowanie bezpłatnych dodatków do zakupów, korzystanie z zegarów odliczających czas do momentu, w którym cena ponownie wróci do katalogowego poziomu, lub nawet oferowanie większej zniżki w czasie rzeczywistym na wybrane produkty, może przynieść więcej zakupów impulsywnych.
Skierowanie właściwego przekazu oraz budowa odpowiedniego wizerunku
Wyświetlanie kreatywnych obrazów o tematyce świątecznej, wykorzystanie materiałów wideo do prezentacji produktów przekłada się na zwiększone zaangażowanie konsumentów. Nowe możliwości prezentowania produktów, komunikaty zawierające lepiej dopasowaną do konsumenta ofertę zwiększają zainteresowanie i prawdopodobieństwo zakupu. Kluczowe elementy wpływające na decyzje o dokonaniu zakupu, np. cena produktu i opcje wysyłki, które są jednym z najważniejszych czynników w tym okresie, powinny być przejrzyste i widoczne dla konsumentów.
Myślenie perspektywiczne
Długoterminowe pozyskiwanie klientów i dbanie o powracających konsumentów jest głównym celem dla większości marketerów. Po okresie Cyber Monday kluczowe jest ponowne zaangażowanie klientów, np. poprzez oferowanie kolejnych zniżek, czy ofert specjalnych. Zaplanowanie działań na tzw. Retargeting Tuesday i okres następujący bezpośrednio po nim jest możliwością wygenerowania dodatkowego zysku dzięki nabywcom, którzy byli zaangażowani w proces zakupowy podczas Black Friday.
W ostatnim tygodniu listopada polityka może pozostać ważniejsza niż dane. Europa będzie śledzić wydarzenia wokół brexitu i Włoch, a w odniesieniu do szczytu G20 tlą się nadzieje na deeskalację napięć w relacjach handlowych USA-Chiny. Poza tym uwagę przyciągną minutki z posiedzenia FOMC i pytania o przyszły kierunek polityki monetarnej. Z danych mamy niemieckie Ifo, chiński PMI oraz serię odczytów inflacji i PKB.
Przyszły tydzień: sprzedaż domów, PCE Core, PKB z USA, minutki FOMC, HICP z Eurolandu, CPI i PKB z Polski, PMI z Chin, CAPEX z Australii, PKB z Kanady, szczyt G20
USA
Z Fed zaczynającym zwracać uwagę na spowolnienie globalnego wzrostu, rynek będzie teraz dużo bardziej wrażliwy na rozczarowania w danych z USA jako przepowiadających zwrot w polityce monetarnej. Wątpliwości co do kondycji rynku nieruchomości podnoszą istotność indeks cen domów S&P/Case-Shiller (wt) i sprzedaży nowych domów (śr). Interesujące też będzie, jak wyglądają nastroje konsumentów po wyborach (wt). Dostaniemy też rewizję PKB (śr), a indeks PCE Core (czw) powinien się obniżyć z 2 proc. r/r do 1,9 proc. pod wpływem czynników sezonowych. W protokole po posiedzeniu FOMC (czw) istotne będą informacje o poglądach członków Komitetu na sytuację krajową i globalną. Sądzimy, że jest jeszcze za wcześnie na sygnalizowanie przyhamowania tempa zacieśniania, więc sygnały w tym kierunku byłyby zaskoczeniem.
Strefa euro
W strefie euro tydzień przynosi wstępne szacunki inflacji HICP (pt) poprzedzone odczytami z Niemiec (czw). Spadek cen ropy naftowej powinien być główną przyczyną obniżenia inflacji, choć niższe odczyty inflacji bazowej będą sygnałem alarmowym, który EUR przyjmie negatywnie. Poza tym może nie brakować doniesień ze sporu budżetowego Włoch z KE, choć temat ten w coraz mniejszym stopniu przenika na rynek walutowy.
Wielka Brytania
W Wielkiej Brytanii kalendarz publikacji nie przynosi nic ciekawego, więc uwaga inwestorów pozostanie skupiona na dyskusji o brexicie. Po weekendzie będziemy wiedzieć, czy UE zatwierdziła projekt porozumienia, ale ratyfikacja umowy przez brytyjski parlament wciąż wisi na włosku. Jeśli z brytyjskiej sceny politycznej usłyszymy komentarze popierające projekt porozumienia z uzupełnieniem o deklarację ścisłej współpracy i zmianę zasad backstopu, dopiero wówczas dalszy rajd GBP znajdzie uzasadnienie.
Polska
W Polsce publikowane będą stopa bezrobocia (wt), PKB i CPI (pt). Po raz pierwszy poznamy strukturę wzrostu gospodarczego w III kw., co będzie interesującym poszukiwaniem źródeł utrzymania imponującej dynamiki 5,1 proc. r/r. Silniejsze znaczenie odbicia inwestycji byłoby miłą niespodzianką, choć raczej zignorowaną przez rynek walutowy. EUR/PLN wrócił do 4,29 po tygodniu odczuwania wpływu spekulacji wokół afery KNF a w kolejnych dniach handel powinien się zakotwiczyć bliżej 4,30.
Chiny
Po odczytach PMI z Chin (pt) rynek oczekuje utrzymania skromnego tempa ekspansji, ale balansowanie na granicy stagnacji nie sugeruje, aby działania wspierające rządu wystarczająco neutralizowały skutki wojny handlowej z USA. Duża uwaga będzie skupiona na szczycie G20 (pt-sb), gdzie ma dojść do spotkania przywódców USA i Chin, choć nie spodziewamy się przełomowego kompromisu.
Australia
W Australii wydatki inwestycyjne przedsiębiorstw (czw) mogą dostarczyć ważnych informacji składowych do PKB. Jednak uwaga rynku skupia się głównie na sile wynagrodzeń i kondycji rynku nieruchomości i obawy o te wskaźniki nie zostaną rozwiane w nadchodzącym tygodniu. AUD powinien pozostać wrażliwy na wahania generalnego sentymentu. Bilans handlowy (pon), nastroje w biznesie i pozwolenia na budowę (czw) wypełniają kalendarz z Nowej Zelandii. Ostatnio mieliśmy kilka negatywnych sygnałów po stronie wskaźników wyprzedzających i sytuacji na rynku nieruchomości, co przy kontynuacji może sypać żwir w tryby rajdu NZD.
Kanada
Wrześniowy odczyt PKB z Kanady (pt) będzie ostatnią publikacją z górnej półki przed grudniowym posiedzeniem Banku Kanady. Oznaki spowolnienia gospodarczego w ślad za sygnałami ze świata mogą przeważyć na rzecz złagodzenia stanowiska banku centralnego i podać w wątpliwość styczniową podwyżkę stopy procentowej. Poza tym na CAD ciąży załamanie ropy naftowej i zmienność tutaj może mieć większe znaczenie dla perspektywy loonie.
Projekt nowelizacji ustawy o VAT wprowadzający nową matrycę stawek VAT to długo oczekiwane przez rynek zmiany, które mają ujednolicić i uprościć skomplikowaną do tej pory metodologię określania właściwych stawek podatku. Choć nowe wytyczne mają wejść w życie dopiero w styczniu 2020 r., już teraz przedsiębiorcy powinni zacząć przygotowania – oceniają eksperci PwC.
9 listopada 2018 r. opublikowany został projekt nowelizacji ustawy o VAT wprowadzający nową matrycę stawek VAT. Główne zmiany polegają przede wszystkim na rezygnacji z PKWiU 2008 w obrocie towarowym oraz określenie poziomu stawek VAT w oparciu o Nomenklaturę Scaloną (CN). Oznacza to odejście od stosowanej od lat w Polsce klasyfikacji statystycznej.
Nomenklatura Scalona jest klasyfikacją celną, stosowaną w Unii Europejskiej dla określenia rodzaju importowanego towaru oraz wysokości obciążeń celnych. CN jest również szeroko wykorzystywana dla potrzeb VAT w krajach europejskich, np. w Niemczech i Wielkiej Brytanii. W praktyce poszczególne grupy towarowe w tych krajach – zdefiniowane poprzez CN – również opodatkowane są według jednolitej stawki VAT. Aktualnie w Polsce nomenklatura wykorzystywana jest również dla potrzeb akcyzowych. – Tomasz Kassel, partner w PwC
Według zamysłu nowych przepisów obowiązywać będzie jedna stawka podatku w ramach tej samej grupy asortymentowej. Natomiast obecnie, zgodnie z klasyfikacją PKWiU 2008 w powiązaniu z brzmieniem przepisów ustawy o VAT, produkty nawet z tej samej grupy towarowej mogą mieć różne stawki VAT. Na przykład stawka VAT na pieczywo w zależności od różnych „niuansów” klasyfikacyjnych może wynosić 5%, 8% lub 23%. Jej wysokość zależy m.in. od zawartości cukru, tłuszczu i wody, od okresu przydatności do spożycia oraz tzw. świeżości. Miarą świeżości jest to, czy w produkcie występują konserwanty oraz czy pełnią one tzw. „funkcję technologiczną mającą na celu przedłużenie terminu przydatności do spożycia wyrobu”. Może bowiem występować konserwant, ale jego rolą będzie np. tylko spulchnienie wyrobu; wtedy szanse na stosowanie stawki obniżonej ciągle są. Taka sytuacja ma poważne konsekwencje dla przedsiębiorców, powodując niepewność w zakresie stosowania prawidłowej stawki podatku, prowadząc do niepotrzebnych sporów z organami podatkowymi i między uczestnikami łańcucha dystrybucji. Przy tak skomplikowanym systemie stawek VAT nie istnieją w praktyce żadne narzędzia, które dawałyby podatnikom możliwość kategorycznego potwierdzenia prawidłowości stosowanej stawki VAT.
Aktualnie nie istnieją prawnie wiążące i skuteczne narzędzia do potwierdzania prawidłowości stosowanej stawki. W praktyce podatnicy występują o wydanie opinii przez organy statystyczne, a następnie wnioskują do organów podatkowych o wydanie interpretacji indywidualnych prawa podatkowego, bazujących na opinii statystycznej. Wydawane interpretacje organów statystycznych nie mają jednak charakteru decyzji. Mogą i są zmieniane przez organ statystyczny bez mocy ochronnej dla podatnika. Bardzo często jest też pokusa, aby takie zmiany opinii klasyfikacyjnych działały wstecz. Interpretacje indywidualne natomiast mają charakter warunkowy, tj. wskazują prawidłową stawkę VAT, ale pod warunkiem, że uzyskana wcześniej klasyfikacja statystyczna jest prawidłowa. – Jakub Matusiak, dyrektor w dziale prawno-podatkowym PwC
Projekt nowelizacji ustawy o VAT, oprócz odejścia od PKWiU 2008, wprowadza także Wiążącą Informację Stawkową (WIS), która ma wspierać podatników we właściwej klasyfikacji towarów i usług dla celów VAT. WIS ma funkcjonować na wzór indywidualnych interpretacji podatkowych, a organy klasyfikacyjne będą posiadać uprawnienia do badań laboratoryjnych klasyfikowanych towarów. WIS zacznie funkcjonować już od kwietnia 2019 r.
Nomenklatura scalona dotyczy tylko obrotu towarowego. W przypadku usług projekt nowelizacji ustawy o VAT przewiduje stosowanie PKWiU (w wersji z 2015 r.) jako właściwej klasyfikacji dla VAT.
Nie ulega wątpliwości, że wprowadzenie nowej matrycy stawek VAT to rewolucja systemowa, ale taka, na którą czekali wszyscy przedsiębiorcy. Jej główną zaletą jest uproszczenie dotychczasowego chaosu stawkowego, a także wprowadzenie elementu pewności, że stosowana stawka dla danego produktu z punktu widzenia przepisów jest właściwa. – Piotr Bielicz, menedżer w dziale prawno-podatkowym PwC
Eksperci PwC zaznaczają, że choć zdecydowana część zmian związanych z wprowadzeniem nowej matrycy VAT zacznie obowiązywać od stycznia 2019 r., już teraz przedsiębiorcy powinni rozpocząć przygotowania. Mogą m.in., rozpocząć pracochłonny proces przekładania PKWiU 2008 na kody Nomenklatury Scalonej, wystąpić o WIS dla strategicznych dla siebie towarów, przygotować uczestników swojego łańcucha dystrybucji na zmianę w przypadku jeśli w wyniku nowelizacji stawka VAT na dany asortyment ulegnie odwyższeniu/obniżeniu. Co ważne, zmiana przepisów pociąga za sobą konsekwencję w postaci utraty ważności przez dotychczas wydane stawkowe interpretacje. Podatnicy będą mieli 6 miesięcy na uzyskanie własnych WIS. W praktyce jednak, ze względu na badania laboratoryjne, okres ten może okazać się zbyt krótki.
Kierunek zmian obrany przez MF od strony systemowej należy ocenić pozytywnie. Wątpliwości budzi jedynie pewna uznaniowość i brak jednolitego klucza, według którego w celu ujednolicenia stawek VAT część towarów – jak określa to MF – ‘równana’ jest w dół (owoce, orzechy, jogurty, pieczywo, ciastka), a część w górę (np. niegazowane napoje zawierające cn. 20% soku owocowego lub warzywnego). Tym kluczem nie jest na pewno promowanie zdrowej żywności (5% stawka VAT w miejsce dotychczas stosowanej wyższej stawki na pieczywo i ciastka konserwowane). Nie jest, albo przynajmniej nie zawsze jest nim również logika asortymentowa (soki owocowe 100% – 5% VAT, napoje zawierające cn. 20% soku owocowego – 23% VAT, napoje gazowane – 23% VAT, woda – 23%). Wydaje się, że jedynym kluczem jest matematyka budżetowa, która nie pozwoliła MF ‘równać’ tylko w dół. – Jakub Matusiak, dyrektor w dziale prawno-podatkowym PwC
Czy wydłużył się proces budowy inwestycji mieszkaniowych? Ile trwała dotąd realizacja projektów, a ile czasu na przeprowadzenie podobnych inwestycji potrzeba przy obecnych trudnościach na rynku? Co na to wpływa? Sondę prezentuje serwis nieruchomości dompress.pl
Andrzej Gutowski, dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu Ronson Development
Cały proces inwestycyjny uległ wydłużeniu ze względu na trudności wykonawcze. Wprawdzie sama budowa trwa nadal tyle samo, ale czas poświęcony na poszukiwanie wykonawcy, a także wszelkie negocjacje i ustalenia sprawiają, że etap przygotowawczy jest teraz dłuższy o około 2-3 miesiące.
Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp S.A.
Zdecydowanie dłużej trwa obecnie proces realizacji inwestycji. Trudno tutaj wskazać o ile dokładnie wydłużyła się realizacja inwestycji, ponieważ wszystko zależy od charakteru danego projektu. Na okres realizacji projektu wpływ mają przedłużające się procedury administracyjne, jak i proces wyboru wykonawcy. Z uwagi na rosnące koszty budowy mało jest projektów w przedsprzedaży. Jeszcze w latach poprzednich powszechną była praktyka oferowania mieszkań i zawierania umów rezerwacyjnych przed wyborem głównego wykonawcy, a nawet przed uzyskaniem decyzji o pozwoleniu na budowę. Aktualnie, z uwagi na poziom ryzyka, firmy wstrzymują się z oferowaniem mieszkań do momentu wbicia w ziemię przysłowiowej łopaty.
Aleksandra Goller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w Skanska Residential Development Poland
Czas realizacji naszych osiedli jest zbliżony, ponieważ na bieżąco odpowiadamy na zmieniającą się sytuację rynkową. Mamy ten komfort, że w ramach Grupy Skanska samodzielnie realizujemy inwestycje od momentu projektu aż do zakończenia budowy. Ponadto jeszcze precyzyjniej planujemy poszczególne zadania i etapy prac, a także z odpowiednim wyprzedzeniem zawieramy umowy kontraktacji.
Tomasz Sujak, członek zarządu Archicom S.A.
Proces inwestycyjny wydłużył się, a sytuacja na rynku jest wymagająca. Z jednej strony mamy wzrost cen wykonawstwa, rosnące ceny gruntów, a z drugiej nowe wytyczne formalno-prawne związane z przygotowaniem inwestycji, które generują więcej dokumentacji i dłuższe ich procesowanie przez dedykowane organy instytucjonalne. Dodatkowo, spowolnienie administracyjne widoczne było w okresie poprzedzającym ostatnie wybory.
Popyt w ostatnim czasie nieco maleje. 3Q 2018 roku we Wrocławiu zakończył się liczbą 2032 sprzedanych lokali, czym przypomina poziom popytu z 2015 roku. Jednocześnie sama wyprzedawalność oferty we Wrocławiu jest duża. Liczba gotowych mieszkań czekających na klientów jest bardzo niska i wynosi 6,8 proc.
Waldemar Wasiluk, wiceprezes zarządu Victoria Dom S.A.
Nie zauważamy wydłużenia procesów budowlanych, a jedynie wzrost kosztów generalnego wykonawstwa.
Andrzej Swoboda, wiceprezes zarządu Grupy CTE
Doświadczone przedsiębiorstwa deweloperskie kontraktują roboty z wyprzedzeniem. Niemniej jednak zdarzają się sytuacje, w których wykonawcy odmawiają podpisywania umów z dużym wyprzedzeniem lub pomimo podpisanego kontraktu nie przystępują do pracy. Takie sytuacje wpływają zarówno na tempo realizacji inwestycji, jak również na koszty wykonawstwa.
Sebastian Barandziak, członek zarządu Dekpol S.A.
Wydłużył się głównie proces przygotowania inwestycji do realizacji, zwłaszcza w zakresie uzyskiwania wymaganych pozwoleń administracyjnych. Natomiast czas budowy nie uległ istotnym zmianom, zajmuje z reguły od 18 do 36 miesięcy w zależności od skali projektu. W pełni kontrolujemy proces budowy naszych inwestycji, dzięki własnemu działowi Generalnego Wykonawstwa, funkcjonującemu w ramach grupy kapitałowej Dekpol.
Izabela Woźnica-Letka z zielonogórskiego biura sprzedaży EBF Development
Nie zauważyliśmy, żeby proces budowy nowych inwestycji wydłużył się w porównaniu do lat poprzednich. Na realizację projektu ma wpływ wiele czynników, jak powierzchnia i liczba kondygnacji budynku, rodzaj zastosowanych materiałów, nowe rozwiązania technologiczne, czy praca firm budowlanych. Jednak ponad 25 letnie doświadczenie, wiedza i profesjonalizm naszego zespołu pozwalają nam dokładnie zaplanować realizację wszystkich etapów budowy.
Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic
Sam proces realizacji inwestycji nie uległ wydłużeniu. Jeżeli generalny wykonawca jest sprawny i doświadczony powinien zagwarantować sobie w kontrakcie rozwiązania na wypadek problemów z podwykonawcami. Jeżeli jednak pojawiają się kłopoty z realizacją, nie są związane z żadnymi prawidłowościami. Niektóre firmy rzeczywiście oddają budynki kilka miesięcy później niż planowały z powodu problemów z generalnym wykonawstwem.
Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest
Jeśli chodzi o proces budowy nowych inwestycji, to oczywiście zawsze trzeba brać pewien zapas czasowy na nieprzewidziane sytuacje, które mogą wystąpić w trakcie prac. Sama realizacja projektów nie wydłużyła się w porównaniu do tego co było wcześniej. Wyraźna różnica jest natomiast widoczna w cenie za wykonawstwo, która w ostatnim czasie znacząco wzrosła. Zawsze współpracujemy i wybieramy do realizacji inwestycji takich generalnych wykonawców, którzy są w stanie zapewnić proces budowy zgodny z przyjętym harmonogramem prac zawartym w umowie.
Rafał Zdebski, Dyrektor handlowy Inpro S.A.
Wydłużył się czas, jaki deweloperzy muszą poświęcić na przygotowanie inwestycji. Chodzi głównie o uzyskanie odpowiednich pozwoleń na budowę, czy też ustalenie warunków umów drogowych. Na pewno jednak bardziej zauważalnym i odczuwalnym czynnikiem jest wzrost kosztów budowy niż wydłużenie czasu realizacji inwestycji. Nasza firma dysponuje własnym działem generalnego wykonawstwa. Mamy też spółkę zależną InBet, która zajmuje się produkcją prefabrykatów. To pozwala nam szybko i terminowo realizować nasze inwestycje. Budowa zajmuje średnio od półtora roku do dwóch lat.
Mirosław Bednarek, prezes zarządu Matexi Polska
W obecnych warunkach rynkowych kluczem do sukcesu jest planowanie i właściwie rozpisany harmonogram inwestycji. Dzięki dobremu planowaniu nie mamy żadnych problemów z dotrzymaniem terminów i deklaracji złożonych klientom w realizowanych projektach. Jest to oczywiście także zasługą współpracy ze sprawdzonymi wykonawcami. Zaznaczę jednak, że obserwując obecne trudności na rynku wykonawstwa, w przygotowywanych aktualnie projektach przewidujemy większy niż dotychczas margines bezpieczeństwa i z góry zakładamy nieco dłuższe terminy realizacji projektów budowlanych.
Justyna Ciesielka, specjalista ds. sprzedaży w Planetbud Development
Brak rąk do pracy oraz mniejsza dostępność materiałów spowalnia nieco proces budowy. Ostateczne terminy oddania lokali do użytku determinowane są głównie umowami z gestorami sieci, a te zawsze były dość odległe.
Olga Pietrzak, specjalista ds. sprzedaży i marketingu w firmie Skaland
Niekontrolowane odejścia pracowników fizycznych z ekip podwykonawczych zaowocowały zachowawczym wydłużeniem czasu trwania budowy inwestycji o kwartał.
Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży w Wawel Service
Długość samego procesu budowy pozostaje bez zmian. Zwiększył się natomiast okres procesu przygotowawczego. Zdecydowanie wydłużył się czas oczekiwania na decyzje administracyjne w urzędach. Problematyczne także bywa poszukiwanie generalnego wykonawcy projektu, takiego który gwarantowałby usługi na odpowiadającym nam, wysokim poziomie. Niemniej dla wszystkich projektów, które mamy obecnie w planach mamy sprawdzonych wykonawców, dlatego w procesie budowy naszych inwestycji nie powinniśmy spotkać się z żadnymi trudnościami.
Polska posiada jednych z najlepszych programistów na świecie [1]. Dlaczego w takim razie nie jesteśmy kolejną Doliną Krzemową? Odpowiedź na to pytanie jest złożona, jednak jednym z elementów wpływających negatywnie na sukces polskich firm IT jest ich duże rozproszenie. O tym, jakie korzyści można osiągnąć z łączenia się w grupę opowiada Robert Strzelecki, propagator idei Puszczy Krzemowej oraz integracji branży IT, a także prezes zarządu technologicznej Grupy TenderHut.
Robert Strzelecki, prezes zarządu technologicznej Grupy TenderHut
1. Silny zespół
Silny zespół to podstawa sukcesu każdego przedsięwzięcia. Niewielkie firmy IT mimo, że są w stanie realizować ciekawe projekty, w pewnym momencie zderzają się z sytuacją, w której do realizacji bardziej ambitnych zleceń brakuje im zasobów ludzkich. – Niestety doba nie jest z gumy, a kiedy stajemy przed dużym zadaniem do realizacji w określonym terminie, tylko firmy posiadające odpowiednio duże zespoły mogą wejść do gry – tłumaczy Strzelecki. Polskie firmy mogą być konkurencyjne na rynkach zagranicznych, ale tylko przy odpowiedniej skali działania. To jeden z podstawowych motywów wpływających na ogólny trend, który obecnie panuje na rynku IT, czyli łączenie się firm w większe podmioty.
2. Specjalizacja
Bolączką małych firm IT jest wielozadaniowość ich założycieli, która ogranicza ich rozwój. Przeważnie właściciel nie dość, że jest programistą, to jeszcze zarządza swoim zespołem, zajmuje się księgowością, szukaniem nowych klientów oraz zepsutą drukarką, czyli dosłownie wszystkim. – Taka sytuacja jest jak najbardziej normalna, gdy mówimy o start-up’ie, jednak każda firma ma przynosić pieniądze swoim właścicielom i więcej niezależności niż praca na etacie. Poza tym nie każdy, kto jest dobrym programistą, musi odnajdywać się w roli managera czy sprzedawcy – mówi Strzelecki. Korzyścią w przypadku łączenia sił jest możliwość specjalizacji. Każdy może skupić się na tym, w czym jest najlepszy i nadal czerpać profity nie tylko z wynagrodzenia, ale także z udziałów w firmie, które wnosi, dołączając do większego zespołu. Taki model ma służyć jednemu – maksymalizacji efektywności i zwiększaniu poziomu konkurencyjności.
3. Większe projekty
Większy zespół to także większe projekty. I nie chodzi tylko o możliwości programistyczne. Gdy w firmie znajdują się zasoby w postaci grafików, UX designerów, front-end developerów i innych specjalistów projekty, które do tej pory wymagały outsourcowania tych zasobów stają się dostępne w ramach jednej organizacji. – Dziś chcąc realizować międzynarodowe, duże projekty, trzeba grać zespołowo. Klienci oczekują gotowych produktów, a nie pojedynczych składowych, a te możliwe są do osiągnięcia jedynie w interdyscyplinarnych zespołach – wyjaśnia Strzelecki. Oprócz mocy przerobowych warto zwrócić także uwagę na samą możliwość pozyskania takiego projektu. Większość firm decyzję o zleceniu podejmuje także w oparciu o dotychczasowe doświadczenie. – Niestety to trochę błędne koło, nie możesz dostać większego zlecenia, bo nie realizowałeś go do tej pory, a nie realizowałeś go, bo właśnie nie masz odpowiednio dużego kontraktu w dotychczasowym dorobku. To kolejny argument, aby przyłączyć się do grupy i razem realizować wspólnie projekty. Czasami taka współpraca ma charakter incydentalny i strony rozstają się po zakończeniu projektu. Jednak z naszego doświadczenia wynika, że każda udana tego typu współpraca prowadzi do fuzji, bo razem jesteśmy w stanie zdziałać więcej – mówi Strzelecki.
4. Rozwój
Firmy IT są jak rekiny – aby żyć muszą nieustannie się rozwijać. Jeżeli w organizacji pojawia się słowo stabilizacja to pierwszy sygnał, że dzieje się coś niepokojącego. Podobne podejście do tej kwestii ma prezes TenderHut. – Rozwój firmy IT jest wpisany w jej naturę. Na rynku dzieje się tyle, że bez planu rozwoju pracowników oraz całej firmy można szybko wypaść z obiegu. Niestety w małych firmach nie ma na to czasu, pracy jest dużo, a terminy gonią. Praca w grupie jest receptą na tego typu kłopoty – tłumaczy.
5. Rentowność i płynność finansowa
Wszystkie wyżej wymienione korzyści sprowadzają się do jednego – lepszych wyników finansowych firmy. Dzięki lepszej organizacji pracy, silniejszemu zespołowi, większym projektom i możliwości rozwoju firmy IT, które łączą się w ramach współpracy, osiągnięte zostają większe zyski przy mniejszych kosztach operacyjnych. – Dokładnie taki efekt zaobserwowaliśmy w grupie TenderHut – wspomina Strzelecki. – Dzięki temu nasza grupa kapitałowa rozwija się intensywnie, realizuje międzynarodowe projekty. W ciągu 3 lat działalności strategia włączania w nasze struktury mniejszych software house’ów przyniosła nam 6 krajowych oddziałów i 8 zagranicznych przedstawicielstw oraz przychód w ostatnim roku przekraczający 16 mln złotych – z dumą podsumowuje Strzelecki.
Blaski i cienie łączenia się firm
Łączenie się firm IT z pewnością niesie za sobą wiele korzyści i zwiększa konkurencyjność polskich firm na arenie międzynarodowej. Jednak realizacja takiej strategii działania niesie ze sobą różne wyzwania. Mimo korzyści trzeba także rozwiązać szereg wiążących się z połączeniem firm problemów.
– O przyłączeniu się do Grupy TenderHut w moim przypadku zadecydowały dwa zasadnicze aspekty. Po pierwsze brak kadr w dziale sprzedaży, a po drugie rozwój pracowników. – opowiada Wit Więch, były prezes Order of Code, software house’u z Przemyśla, który obecnie jest jedną ze spółek Grupy TenderHut.
– Od początku działalności mieliśmy problem ze znalezieniem specjalistów do pozyskiwania nowych klientów i współpracy z bieżącymi. Wypełnianie tych zadań pochłaniało znaczną część mojego czasu, w tym prywatnego. Połączenie z TenderHut, która posiada sieć partnerów i sprzedaży wyeliminowało ten problem. Ponadto, w małej firmie, ze względu na niewielką ilość realizowanych projektów, nie ma takich możliwości rozwoju pracowników, jak w większej. Często słyszeliśmy opinię od pracowników, że chcieliby robić coś innego, rozwijać się w jakiejś nowej dziedzinie. Dziś mamy dużo większe możliwości w tym zakresie. Jednak dość trudnym elementem połączenia się naszych firm jest przystosowanie się zespołu do nowej struktury organizacyjnej, która przecież w szybko rosnącej firmie jest bardzo dynamiczna. Myślę, że trzeba wciąż sporo pracy włożyć w przekonanie pracowników do sensowności i konieczności tych zmian. – dodaje na koniec Wit Więch.
Mimo Święta Dziękczynienia i związanej z tym nieobecności graczy z USA, w czasie ostatnich godzin handlu na rynku walutowym nie brakowało istotnych informacji i wyraźnych ruchów walut.
Dzisiejsze dane PMI dla strefy euro rozczarowały. Indeksy aktywności gospodarczej we wspólnym bloku w listopadzie obniżyły się w porównaniu z wartościami notowanymi w poprzednim miesiącu, sugerując utrzymujące się wytracanie tempa wzrostu gospodarczego w strefie euro. Zbiorczy, ważony wskaźnik dla sektora usług i przemysłu spadł do poziomu 52,4, tym samym znalazł się najniżej od stycznia 2015 r. Szczególnie martwić może spadek aktywności w największej europejskiej gospodarce – Niemczech (zmiany w tym kraju mają bowiem istotne przełożenie na sytuację w całej strefie euro) oraz spadek aktywności w usługach (sektor ten powinien bowiem być mniej podatny na negatywne efekty obaw o sytuację w handlu).
Wczorajszy dzień na rynku walutowym był dość interesujący, mimo mniejszej aktywności z uwagi na Święto Dziękczynienia w USA. Polski złoty zakończył czwartek umocnieniem w relacji do euro i dolara amerykańskiego, osłabił się natomiast w parze z wyraźnie silniejszym funtem brytyjskim, który z uwagi na pozytywne informacje dotyczące Brexitu był wczoraj jedną z najlepiej radzących sobie głównych walut.
Wczorajsze, krajowe dane o dynamice sprzedaży detalicznej w październiku zaskoczyły wyraźnie in plus, przerywając ostatnią złą passę i sugerując, że polska gospodarka weszła w czwarty kwartał z przytupem. „Minutki” z ostatniego spotkania RPP pokazały z kolei, że Rada w kolejnych kwartałach oczekuje spowolnienia gospodarczego związanego z czynnikami zewnętrznymi i wolniejszym wzrostem inwestycji i konsumpcji. W kontekście ostatniego spotkania, warto wspomnieć o tym, że jeden z członków RPP niespodziewanie złożył wniosek o podwyżkę stóp procentowych, który to wniosek został odrzucony. Mimo, iż był to najpewniej pierwszy taki wniosek od ponad 5 lat nie należy tego jednak raczej traktować jako sygnału istotnego zwrotu w polityce monetarnej.
SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY
EUR
Kurs EUR/PLN w czwartek spadł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,29-4,31.
Wspólna europejska waluta zakończyła wczorajszy dzień umocnieniem w relacji do dolara amerykańskiego, jednocześnie osłabiła się w parze z silniejszym funtem brytyjskim.
Wczorajsze „minutki” z ostatniego spotkania EBC pokazały pewną obawę członków EBC o wzrost gospodarczy w strefie euro. Sygnały z gospodarek były nie na tyle znaczące, żeby Bank zmienił swoje oczekiwania względem przyszłości, niewykluczone jednak, że zmianę wspomnianych oczekiwań przyniesie następny miesiąc. „Minutki” miały dość ograniczony wpływ na rynek.
GBP
Kurs GBP/PLN w czwartek wzrósł o 0,5%, wahając się w widełkach 4,82-4,87.
Wczoraj funt brytyjski umocnił się w relacji do głównych walut i złotego, czemu pomogły informacje o zakończeniu negocjacji między Wielką Brytanią a Unią Europejską dotyczące porozumienia w kwestii Brexitu. Wspomnianą umowę podczas niedzielnego szczytu UE mają zaakceptować pozostałe państwa członkowskie Unii.
W ostatnim czasie pojawiły się jednak niekorzystne dla funta informacje z Hiszpanii – premier kraju, Pedro Sanchez zadeklarował, że zawetuje umowę dotyczącą Brexitu, jeśli nie będzie osobnego hiszpańsko-brytyjskiego porozumienia w kwestii statusu Gibraltaru. Co więcej, na ten moment również nie wiadomo, czy porozumienie zostanie zaakceptowane przez brytyjski parlament. Obecne doniesienia sugerują, że nie będzie to łatwe.
USD
Kurs USD/PLN w czwartek spadł o 0,4%, wahając się w widełkach 3,76-3,78.
W czwartek dolar amerykański osłabił się w relacji do głównych walut i złotego.
Z uwagi na Święto Dziękczynienia nie poznaliśmy żadnych danych makroekonomicznych z USA. Dziś natomiast w drugiej części dnia opublikowane zostaną wstępne dane o aktywności gospodarczej w sektorach przemysłowym i usługowym w listopadzie.
KLUCZOWE PUBLIKACJE
15:30 – wstępne szacunki indeksów PMI dla przemysłu i usług USA w listopadzie
Według badania przeprowadzonego na 18 tys. respondentów z międzynarodowych firm, już 70% zatrudnionych pracuje z domu co najmniej jeden dzień w tygodniu[1]. W Polsce swoje obowiązki wykonuje w ten sposób 1/3 kadry[2], korzystając z takiej możliwości średnio przez 8,5 dnia w ciągu miesiąca[3]. Czy na pracy zdalnej mogą zyskać zarówno pracownicy, jak i pracodawcy?
Młodzi dyktują zmiany
Na rynek pracy wkroczyli millenialsi, zmieniając sposób myślenia o sferze zawodowej. Już prawie połowaPolaków[4] pozytywnie ocenia zacieranie się różnic pomiędzy życiem a pracą w związku z rozwojem technologicznym – młodzi pracownicy coraz częściej chcą wykonywać obowiązki służbowe w dowolnym czasie i miejscu, swobodnie przeplatając je ze sprawami prywatnymi. 67% zatrudnionych oczekuje od pracodawcy elastycznych godzin pracy, a 53% –możliwości pracy zdalnej[5]. Badania dowodzą, że takie rozwiązanie zwiększa komfort i satysfakcję – pracujący z domu częściej deklarują zadowolenie z pracy (90%) niż ci, którzy nie mają takiej możliwości (78%)[6].
W pogoni za pracownikiem
Intensywna rywalizacja firm o zdobycie i zatrzymaniespecjalistów sprawia, że elastyczne formy pracy coraz częściej stają się dodatkowym benefitem – przy rekrutacji oferuje je już 64% firm na świecie[7]. Polscy pracodawcy także otwierają się na elastyczne godziny pracy (59%) oraz pracę zdalną (55%)[8]. Nie jest to jednak model dopasowany do każdego – potrzebna jest samodyscyplina i dobra organizacja czasu pracy, dlatego wielu przełożonych ma obawy związane z brakiem kontroli nad pracownikami, obniżeniem produktywności, niedotrzymywaniem terminów czy niskim zaangażowaniem.
Koszt czy zysk?
Jak się okazuje, tych obaw nie potwierdzają badania – według 89% pracodawców wprowadzenie elastycznej pracy przyczyniło się do rozwoju firmy, 87% zauważyło zwiększenie konkurencyjności, a 82% –produktywności. W przypadku 8 na 10 przedsiębiorstw praca zdalna umożliwiła przyciągnięcie i zatrzymanie najzdolniejszych pracowników, natomiast 83% – maksymalizację zysków[9].
Mateusz Macierzyński, kierownik ds. produktów ITS w firmie Konica Minolta
– Coraz więcej firm zauważa, że obecność pracownika w biurze przez 8 godzin nie zapewnia większej efektywności. W wielu przypadkach praca zdalna to oszczędność czasu spędzanego na dojazdach, lepsze dopasowanie do rozkładu dnia, a w efekcie większe zadowolenie pracownika. Warto jednak pamiętać, że takie rozwiązanie przyniesie korzyści tylko, gdy będzie odpowiednio dopasowane do branży i modelu biznesowego firmy. Konieczne jest również zapewnienie odpowiedniego zaplecza technologicznego, które umożliwi płynną komunikację, bezpieczny dostęp do danych z każdego miejsca czy urządzenia oraz łatwą współpracę z pozostałymi członkami zespołu – wskazuje Mateusz Macierzyński, kierownik ds. produktów ITS w firmie Konica Minolta
[2] Z częstotliwością co najmniej raz w tygodniu. Źródło: „Rynek pracy zdalnej a oczekiwania pracowników 2018”
[3] Według badania „Rynek pracy zdalnej a oczekiwania pracowników 2018”
[4] Raport Gumtree Aktywni + Praca w życiu, życie w pracy 2018, https://startdokariery.pl/wp-content/uploads/2018/05/Raport_Gumtree_pl_2018_Aktywni_praca-w-zyciu-zycie-w-pracy.pdf
[5] Ibidem.
[6] Według badania „Rynek pracy zdalnej a oczekiwania pracowników 2018”
Sejmowa Komisja Finansów Publicznych pozytywnie zaopiniowała rządowy projekt ustawy o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług. Projekt zakłada wprowadzenie do ustawy o VAT definicji bonu jednego przeznaczenia (SPV) i bonu różnego przeznaczenia (MPV) oraz regulacje w zakresie ich opodatkowania. Zdaniem Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan projekt ustawy nie budzi już teraz istotnych wątpliwości.
Projekt implementuje tzw. dyrektywę voucherową, której celem jest uproszczenie i ujednolicenie we wszystkich krajach UE sposobu opodatkowania bonów podatkiem VAT.
Jego istotą jest, aby w przypadku bonów SPV, tj. kiedy w chwili emisji bonu znane jest miejsce dostawy towarów lub świadczenia usług, których bon dotyczy, oraz podatek VAT z tytułu tej dostawy, opodatkowanie następowało w chwili przekazania bonu. Natomiast w przypadku bonów MPV, kiedy miejsce dostawy oraz podatek VAT nie są znane w chwili emisji bonu, opodatkowanie podatkiem VAT następowało w chwili realizacji bonu, tj. w momencie przekazania towaru lub wyświadczenia usługi.
W ocenie Andrzeja Nikończyka, przewodniczącego Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan i partnera w KNDP projekt ustawy w kształcie przyjętym przez Komisję Finansów Publicznych nie budzi już istotnych wątpliwości. Co do zasady nowe rozwiązania uproszczą i ujednolicą podejście do opodatkowania bonów podatkiem VAT.
Ministerstwo Finansów, aby właściwie wdrożyć przepisy dyrektywy do polskiej ustawy o podatku od towarów i usług, przeprowadziło szerokie konsultacje społeczne, wyjaśniając i usuwając wiele zgłaszanych wątpliwości.
Ważne dla przedsiębiorców jest to, że odstąpiono od propozycji opodatkowania niezrealizowanych bonów MPV. Pierwsza wersja projektu zakładała, że w przypadku niewykorzystania bonu w terminie jego ważności opodatkowaniu podlegać miała tzw. usługa gotowości do realizacji dostawy towarów lub świadczenia usług, których bon dotyczy. Taka konstrukcja nie występuje w innych krajach UE, co mogłoby mieć niekorzystny wpływ na konkurencyjność polskich firm.
Warto zauważyć także, że posłowie Komisji Finansów Publicznych zdecydowali się doprecyzować w projekcie, że nie ulegną zmianie zasady ustalania podstawy opodatkowania w przypadku dostawy towarów lub świadczenia usług dokonywanych w zamian za bony różnego przeznaczenia, w przypadku podlegających opodatkowaniu czynności nieodpłatnych.
Cieszy ponadto, że Ministerstwo Finansów przed wejściem w życie nowelizacji planuje opublikować objaśnienia, które pomogą przedsiębiorcom wdrożyć nowe przepisy. To bardzo dobra praktyka, która jest coraz częściej realizowana. W przypadku trudnych tematów, jak np. ostatnie zmiany w zakresie podatku u źródła i raportowania schematów podatkowych, Ministerstwo Finansów zdecydowało się przeprowadzić konsultacje także w zakresie treści i zawartości objaśnień. To działania znacząco ułatwiają podatnikom wdrożenie nowych przepisów, jednocześnie gwarantując im bezpieczeństwo.
Od 29 sierpnia 2018 roku, o uznaniu odpadów za produkt uboczny decyduje marszałek województwa w drodze decyzji administracyjnej. Tego dnia weszła w życie Ustawa z dnia 20 lipca 2018 r. o zmianie ustawy – Prawo ochrony środowiska oraz Ustawy o odpadach (Dz. U. 2018 poz. 1564). Ustawa ta wprowadziła znaczące zmiany w procedurze uznawania odpadu za produkt uboczny. Zgłoszone na podstawie milczącej zgody produkty uboczne od 1 marca 2019 roku stają się odpadami.
Czym jest produkt uboczny?
Przedmiot lub substancja, aby mogły zostać uznane za produkt uboczny muszą spełniać łącznie warunki określone w ustawie o odpadach. Przede wszystkim taki przedmiot lub substancja powinny powstawać w wyniku procesu produkcyjnego i nie mogą stanowić podstawowego celu prowadzonej produkcji. Ponadto konieczne jest łączne spełnienie następujących warunków:
• dalsze wykorzystywanie przedmiotu lub substancji jest pewne,
• przedmiot lub substancja mogą być wykorzystywane bezpośrednio bez dalszego przetwarzania, innego niż normalna praktyka przemysłowa,
• dany przedmiot lub substancja są produkowane jako integralna część procesu produkcyjnego
• dana substancja lub przedmiot spełniają wszystkie istotne wymagania, w tym prawne, w zakresie produktu, ochrony środowiska oraz życia i zdrowia ludzi, dla określonego wykorzystania tych substancji lub przedmiotów i wykorzystanie takie nie doprowadzi do ogólnych, negatywnych oddziaływań na środowisko, życie lub zdrowie ludzi.
Dotychczas za produkty uboczne uznawane były m.in. powstające podczas procesu produkcyjnego trociny i wióry drzewne, które znajdowały zastosowanie do produkcji płyt drewnopochodnych, pelletu, brykietu lub jako materiał opałowy. Jako produkty uboczne kwalifikowano również pochodzące z przemysłu energetycznego mieszanki popiołowo-żużlowe, wykorzystywane następnie do utwardzania dróg, produkcji ceramiki budowlanej, a także powstające w przemyśle tekstylnym włókniny oraz ścinki tkanin, które znalazły zastosowanie w produkcji kołder, zabawek i wypełniania mebli.
Przesłanki umożliwiające uznanie przedmiotu lub substancji za produkt uboczny pozostały niezmienione. Zasadniczej zmianie uległa natomiast procedura uznawania przedmiotu lub substancji za produkt uboczny.
Nowa procedura uznania produktu ubocznego
Wytwórcy przedmiotu lub substancji, którzy zainteresowani są ich uznaniem za produkt uboczny, powinni złożyć do marszałka województwa właściwego ze względu na miejsce ich wytwarzania, zgłoszenia uznania przedmiotu lub substancji za produkt uboczny. Zakres wniosku regulowany jest przez art. 11 ust 2 ustawy o odpadach. Zgodnie z tym przepisem oprócz podstawowych danych dotyczących przedsiębiorcy, który zgłasza produktu uboczny, zgłoszenie takie powinno również zawierać informację dotyczące rodzaju i masy przedmiotu lub substancji przewidzianych do uznania za produkt uboczny, a także zawierać opis procesu produkcyjnego, w którym powstaje przedmiot lub substancja oraz opis procesu, w którym zostaną one wykorzystane. Do zgłoszenia należy również dołączyć dokumenty potwierdzające wykorzystanie przedmiotu lub substancji do określonych celów lub potwierdzające właściwości przedmiotu lub substancji. Dowodami tymi mogą być w szczególności umowy potwierdzające wykorzystanie przedmiotu lub substancji, bądź wyniki badań laboratoryjnych.
Uznanie lub odmowa uznania przedmiotu lub substancji za produkt uboczny, zgodnie z nowymi przepisami od 29 sierpnia 2018 roku, następuje w drodze decyzji marszałka województwa. Decyzja o uznaniu produktu ubocznego wydawana jest na czas oznaczony, nie dłuższy niż 10 lat. Tym samy w nowej procedurze zrezygnowano z instytucji tzw. milczącej zgody. Przed wydaniem decyzji marszałek zobligowany jest do zasięgnięcia opinii Wojewódzkiego Inspektora Ochrony Środowiska. Opinia wydawana przez WIOŚ ma kluczowe znaczenie dla rozstrzygnięcia sprawy, gdyż zgodnie z obowiązującymi przepisami w przypadku negatywnej opinii WIOŚ, marszałek wyda decyzję o odmowie uznania przedmiotu lub substancji za produkt uboczny. WIOŚ może również przed wydaniem opinii przeprowadzić kontrolę w zakresie objętym zgłoszeniem.
Wprowadzone zmiany w procedurze uznania produktu ubocznego nie dotyczą jedynie przedsiębiorców składających nowe zgłoszenia, ale wszystkich którzy uzyskali decyzję o uznaniu odpadu za produkt uboczny na poprzednich zasadach. Zgodnie z wprowadzonymi zmianami przedsiębiorcy, którzy posiadali decyzję o uznania odpadu za produkt uboczny przed wejściem w życie opisywanej ustawy, powinni w terminie do 1 marca 2019 roku uzyskać decyzję wydawaną na podstawie nowych przepisów. W przypadku braku decyzji, po 1 marca 2019 roku substancje lub przedmioty uznane za produkt uboczny na podstawie milczącej zgody, staną się odpadami.
Według danych prezentowanych przez KUKE, po kilkumiesięcznej stabilizacji, w październiku ponownie wzrosła liczba niewypłacalnych podmiotów gospodarczych. Wprawdzie liczba przedsiębiorstw, które ogłaszają upadłość utrzymuje się od pół roku na zbliżonym poziomie, jednakże cały czas silnie rośnie liczba postępowań naprawczych. Po październiku br. liczba takich postępowań odnotowanych w ciągu ostatnich 12 miesięcy wyniosła 460, co oznacza wzrost o 43% w stosunku do stanu na koniec października 2017 roku. KUKE podtrzymuje dotychczasową prognozę 1100 upadłości i restrukturyzacji w całym 2018 roku.
Tomasz Ślagórski, wiceprezes Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych
„Należy podkreślić, że październik przyniósł zwyżkę zarówno w zakresie liczby upadłości jak i liczby postępowań naprawczych. Wzrost w obu obszarach odnotowano nie tylko w stosunku do poprzedniego miesiąca, ale również w odniesieniu do analogicznego okresu roku poprzedniego. Do końca roku nie spodziewamy się zmiany trendu i szacujemy liczbę niewypłacalności w całym roku 2018 na poziomie około 1100 podmiotów. W trudnej sytuacji pozostaje wciąż branża budowlana – braki kadrowe i rosnące ceny materiałów budowlanych uderzają mocno w rentowność przedsiębiorstw w tym sektorze. Zwracamy również uwagę na pogarszającą się sytuację podmiotów w branży meblarskiej – na branżę silnie oddziałuje rozdrobnienie, słabnąca koniunktura na rynkach zagranicznych oraz potencjalny spadek rentowności związany z rosnącymi kosztami pracowniczymi wynikającymi z widocznego także w tym sektorze braku rąk do pracy. Jednakże, pomimo znacznego wzrostu liczby postępowań naprawczych – spowodowanych głównie obniżającą się rentownością działalności – ogólna koniunktura gospodarcza wciąż pozostaje dobra. Na razie nie można jeszcze mówić o lawinie niewypłacalności – mamy raczej do czynienia ze stabilnym rosnącym trendem w tym obszarze”– mówiTomasz Ślagórski, wiceprezes zarządu KUKE S.A.
W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy (listopad 2017 r. – październik 2018 r.) niewypłacalność ogłosiło 1080 przedsiębiorstw, co oznacza wzrost o 21% w porównaniu do analogicznego okresu sprzed roku.
W październiku 2018 roku najwyższe natężenie upadłości i rozpoczętych restrukturyzacji wystąpiło w województwie mazowieckim (1,78%), natomiast najniższe w województwie lubuskim (0,80%).Średnie natężenie upadłości spółek prawa handlowego w Polsce po październiku uległo wzrostowi o 83,3% w stosunku do września br. – ogłoszono upadłość 44 spółek prawa handlowego. Ta sama tendencja była zauważalna w przypadku jednoosobowych działalności gospodarczych – w październiku 23 osoby zakończyły działalność ze względu na niewypłacalność – było to o 155,6% więcej niż we wrześniu (9 upadłości) i 155,6% więcej niż w październiku 2017 roku.
Organ, rozpatrując wniosek prowadzącego działalność gospodarczą podatnika o udzielenie ulgi w spłacie zobowiązania podatkowego, powinien najpierw zbadać, czy wypełnione zostały przesłanki do jej przyznania, także w świetle przepisów wspólnotowych. Dopiero potem może ocenić przez pryzmat ważnego interesu podatnika lub interesu publicznego, czy zobowiązanie to umorzyć w całości, w części lub wcale – tak orzekł WSA w Szczecinie, uchylając 13 września 2018 r. decyzje organów podatkowych dwóch instancji, odmawiające przedsiębiorcy umorzenia jego zaległości podatkowych (sygn. akt I SA/Sz 395/18).
Na mocy art. 67a § 1. Ordynacji podatkowej: „Organ podatkowy, na wniosek podatnika, z zastrzeżeniem art. 67b, w przypadkach uzasadnionych ważnym interesem podatnika lub interesem publicznym, może:
odroczyć termin płatności podatku lub rozłożyć zapłatę podatku na raty;
odroczyć lub rozłożyć na raty zapłatę zaległości podatkowej wraz z odsetkami za zwłokę lub odsetki od nieuregulowanych w terminie zaliczek na podatek;
umorzyć w całości lub w części zaległości podatkowe, odsetki za zwłokę lub opłatę prolongacyjną” (Dz.U. 1997 nr 137, poz. 926 ze zm.).
Wskazany w powyższym przepisie art. 67b przewiduje możliwość udzielenia ulg w spłacie zobowiązań podatkowych na wniosek podatnika prowadzącego działalność gospodarczą. Ulgi mogą przybrać postać pomocy publicznej, pomocy niestanowiącej pomocy publicznej oraz tzw. pomocy de minimis.
Restrukturyzacja obroną przed upadłością
Robert Nogacki -Kancelaria Prawna Skarbiec
W marcu 2017 r. przedsiębiorca wystąpił do wójta gminy o umorzenie w całości zaległości podatkowych w podatku od nieruchomości. Wniosek motywował trudną sytuacją firmy, spowodowaną utratą płynności finansowej. Przedsiębiorstwo zostało objęte postępowaniem restrukturyzacyjnym. Udzielenie ulgi mogło zdaniem wnioskodawcy przyczynić się do poprawy jego sytuacji majątkowej, a przede wszystkim nie dopuścić do ogłoszenia upadłości likwidacyjnej i dzięki temu pozytywnie wpłynąć na poziom zatrudnienia w firmie, dalsze inwestycje, jak i finanse gminy.
Niepowodzenia finansowe przedsiębiorcy nie mogą być podstawą do umorzenia zaległości
Zarówno organ podatkowy pierwszej instancji, jak i samorządowe kolegium odwoławcze odmówiły przedsiębiorcy udzielenia ulgi w spłacie zaległości podatkowych. Ich zdaniem takiej pomocy nie mogą uzasadniać problemy finansowe, bo te są wpisane w ryzyko prowadzenia działalności gospodarczej. „Zdaniem Kolegium, tego typu trudności finansowe nie mogą być traktowane jako sytuacja nadzwyczajna, której podatnik nie mógł przewidzieć i na której powstanie nie miał wpływu, a tylko takie znamiona mogą świadczyć o zaistnieniu przesłanki „ważnego interesu podatnika„, o której mowa w art. 67a O.p.” (I SA/Sz 395/18). Organ podniósł również, że oprócz zaległości wobec innych firm i instytucji przedsiębiorstwo wnioskodawcy nie dokonuje bieżących płatności na poczet podatków, a te służą gminie do zaspokajania potrzeb społeczności lokalnej. Dlatego też przyznanie przedsiębiorcy pomocy stanowiłoby niesprawiedliwość godzącą w interes publiczny.
„Z zastrzeżeniem”
Wojewódzki Sąd Administracyjny w Szczecinie uwzględnił skargę przedsiębiorcy na decyzje organów podatkowych, jednak nie z przyczyn w niej wskazanych. Powołując się na art. 134 § 1 ustawy z dnia 30 sierpnia 2002 r. – Prawo o postępowaniu przed sądami administracyjnymi (Dz.U. 2002 nr 153, poz. 1270 ze zm.), stwierdził, że jest zobligowany do dokonania oceny zgodności z prawem zaskarżonych rozstrzygnięć organów. Zdaniem sądu w niniejszej sprawie takiej zgodności nie było, albowiem organy naruszyły przepisy prawa materialnego oraz procesowego, co miało wpływ na wynik sprawy.
Sąd stwierdził, że organy dokonały błędnej wykładni art. 67a § 1 pkt 3 w zw. 67b § 1 pkt 2 Ordynacji podatkowej. Dokonując analizy art. 67a § 1, sąd zwrócił uwagę na użyty w nim zwrot: „z zastrzeżeniem”, który zgodnie z wyrokiem NSA z 13 lipca 2009 r. (sygn. akt I FPS 3/09) oznacza, że przepis, do którego odsyła, stanowi lex specialis wobec normy odsyłającej. „(…) organ podatkowy otrzymawszy wniosek przedsiębiorcy o ulgę podatkową powinien w pierwszej kolejności ustalić, czy spełnione są przesłanki do przyznania ulgi w spłacie podatku w świetle art. 67b § 1 O.p., uwzględniając uregulowania wspólnotowe dotyczące pomocy przedsiębiorcom, a więc dopuszczalność pomocy i jej wymogi. W drugiej kolejności, gdy wniosek spełnia te wymogi, organ podatkowy powinien poddać wniosek ocenie pod kątem kryteriów, o których mowa w art. 67a § 1 O.p., a więc ocenić czy za przyznaniem pomocy przemawia ważny interes publiczny lub ważny interes podatnika” (I SA/Sz 395/18).
Organy prowadziły postępowanie niezgodnie z regułami
Na podstawie zgromadzonego w sprawie materiału WSA nie miał wątpliwości, że podatnik ubiegał się o udzielenie ulgi stanowiącej pomoc de minimis. Pouczył przy tym organy, że sam fakt występowania o przyznanie ulgi przez przedsiębiorcę nie jest równoznaczny z ubieganiem się o przyznanie pomocy publicznej. Ustawodawca wyraźnie bowiem wskazał w art. 67b § 1 pkt 1, że organ podatkowy może udzielić podatnikowi prowadzącemu działalność gospodarczą ulg, które nie stanowią pomocy publicznej.
Oprócz zarzutu błędnego, automatycznego szufladkowania podatnika o statusie przedsiębiorcy, sąd wskazał szereg naruszeń zasad prawa procesowego: art. 120, art. 121, art. 124, art. 127, art. 187, art. 191 oraz art. 210 Ordynacji podatkowej. Uchylając decyzje organów pierwszej i drugiej instancji, zobligował je przy ponownym rozpatrywaniu sprawy nie tylko do oceny wniosku podatnika najpierw przez pryzmat art. 67b § 1 z uwzględnieniem przepisów rozporządzenia Komisji UE nr 1407/2013 (Dz.Urz. UE L 352 z 24.12.2013), a dopiero potem art. 67a § 1 pkt 3, ale również do prowadzenia postępowania zgodnie z regułami Ordynacji podatkowej.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
W czwartek 8 listopada 2018 roku T-Mobile zorganizował niestandardowe spotkanie dla firm. Podczas webinarium mieli oni okazję dowiedzieć się więcej o wykorzystaniu big data w biznesie i marketingu. W wydarzeniu, które poprowadził Jarosław Kuźniar, wzięli udział przedsiębiorcy Michał Szafrański, Borys Szyc i Piotr Łój, którzy opowiedzieli o kulisach swojej działalności biznesowej, jak również Michał Krauze z T-Mobile, który przedstawił możliwości wykorzystania olbrzymich zbiorów danych dla firm.
Akademia Innowacji, do której zaprosił przedsiębiorców T-Mobile, stanowi nowy format. Od dotychczasowych webinariów skupionych wokół specjalistycznej wiedzy przekazywanej przez ekspertów odróżnia ją bardziej interaktywny charakter. Widzowie i uczestnicy mogli bowiem zadawać swoje pytania, aby rozjaśnić wszystkie wątpliwości z dziedziny marketingu, big data czy zarządzania przedsiębiorstwem. Czego można było dowiedzieć się podczas transmisji?
Polska wchodzi w epokę teatru online
Pierwszym z gości był Borys Szyc, który opowiedział o realizowanym projekcie TheMuBa – cyfrowym teatrze, umożliwiającym obejrzenie spektaklu przez internet. Nowa platforma uzupełnia ofertę portali i aplikacji, które dotychczas proponowały głównie filmy i seriale. Co więcej, stała się ona sporym udogodnieniem dla osób, które na tradycyjny spektakl z różnych powodów nie mogą się wybrać. Pomysł został przyjęty entuzjastycznie – okazało się, że zgromadził również widzów obcojęzycznych, stanowiących 30 proc. widowni. W rezultacie planowane jest więc wprowadzenie angielskich napisów do przedstawień, a przedsiębiorcy mogli przekonać się, jak wyglądały początki firmy Borysa Szyca.
Wirtualna rzeczywistość daje nowe możliwości dla biznesu
Na spotkaniu obecny był także Piotr Łój z fundacji Virtual Reality. Dzięki technologii VR fundacja pomaga m.in. chorym dzieciom czy seniorom, przenosząc ich w miejsca, które są dla nich niedostępne w świecie rzeczywistym. Dzięki temu walczy z wykluczeniem wśród tych, którzy nie mogą opuścić miejsca przebywania. Piotr Łój opowiedział także o możliwościach wykorzystania wirtualnej rzeczywistości w biznesie. VR to obecnie jedyne medium, które sprawia wrażenie, że człowiek jest obecny w środku prezentowanych mu wydarzeń. Ponadto narzędzia do przedstawiania wirtualnej rzeczywistości mają moc zastępowania świata zewnętrznego tym wykreowanym. Dzięki temu rozwiązaniu przedsiębiorcy są w stanie dosłownie przenieść klienta do stworzonej przez siebie przestrzeni i pokazać mu dany produkt lub usługę. Przykładowo takie narzędzie świetnie może sprawdzić się w branży nieruchomości.
Edukacja finansowa jako pomysł na życie
Nie zabrakło również Michała Szafrańskiego, znanego blogera ekonomicznego oraz autora bestsellera o oszczędzaniu pieniędzy Finansowy ninja. Uczestnicy webinarium dowiedzieli się, w jaki sposób komunikuje się on z klientami i jak buduje z nimi relację. Spersonalizowane newslettery stawiające na tekst podobnie jak tradycyjne maile okazały się w jego przypadku strzałem w dziesiątkę – otwiera je aż jedna trzecia otrzymujących wiadomości. W utrzymaniu zaangażowania pomagają ponadto narzędzia marketing automation, dzięki którym np. w godzinę po zamówieniu książki kupujący znajdzie w skrzynce mailowej jej pierwszy rozdział, jeszcze zanim kurier dotrze do niego z paczką. Następnie, po dobie, może liczyć także na kolejną dawkę treści na wszelki wypadek, gdyby firma kurierska nie zdążyła dostarczyć mu przesyłki. Zdaniem Michała Szafrańskiego lepiej pozycjonowane są treści wartościowe niż te projektowane pod wymagania SEO, a umiejętność analizy danych gromadzonych m.in. przez Google Analitics jest kluczowa. Jakie jeszcze rozwiązania przynoszą korzyści przedsiębiorcy? Wbrew pozorom czerpie on z wielu niewymagających ogromnych inwestycji narzędzi. Są to np. reklamy na Facebooku, czy monitoring wzmianek o firmie pojawiąjących się w internecie.
Big data to nie tylko dane, ale przede wszystkim ich analiza
Michał Krauze, Head of Business and Innovation T-Mobile Polska
Zgromadzeni na spotkaniu przedsiębiorcy udowadniali, że wykorzystanie big data daje duże możliwości rozwoju biznesu. Jednak – jak zaznaczył Michał Krauze, Head of Business and Innovation T-Mobile Polska – to analiza tych danych i wyciąganie z nich wniosków są kluczowe. Wiele rodzimych firm gromadzi duże ilości danych, mimo to nie wszystkie potrafią je odpowiednio wykorzystać. Natomiast na analizie big data przedsiębiorstwa mogą tylko zyskać. Wielkie zbiory danych to tak naprawdę ogromna dawka informacji, które pozwalają na efektywniejsze zarządzanie procesami w firmie, czy nawet spełnianie oczekiwań klientów. Technologia umożliwia przedsiębiorcom zyskanie precyzyjnej wiedzy na temat tego, kim dokładnie jest ich klient i czego oczekuje. Dzięki temu firmy mogą spersonalizować ofertę, przewidzieć potrzeby konsumentów i sprawić, żeby kupujący wracali do nich częściej. Nie ma wątpliwości, że big data to zjawisko niezbędne przedsiębiorstwom, które chcą nadążyć za dynamicznie rozwijającym się otoczeniem.
Firma Fortinet przedstawiła wyniki najnowszego raportu o cyberzagrożeniach za trzeci kwartał 2018 roku. Wynika z niego, że rośnie liczba ataków na firmy, cyberprzestępcy rozwijają narzędzia do cryptojackingu[1] i oferują je w wersji „as-a-service” (jako usługę), a zwiększający się udział ruchu szyfrowanego stanowi wyzwanie dla tradycyjnych rozwiązań bezpieczeństwa.
Coraz więcej ataków na firmy
Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet w Polsce
W trzecim kwartale 2018 roku analitycy z laboratorium FortiGuard Labs wykryli o 43% więcej unikalnych wariantów oraz o 32% więcej rodzin szkodliwego oprogramowania niż w drugim kwartale tego roku. O 62% zwiększyła się liczba unikatowego malware’u wykrywanego w ciągu jednego dnia przez organizację. Wzrosła także liczba wykrywanych eksploitów: o prawie 10% w ujęciu ogólnym, a przeciętnie przez jedną firmę – o 37%. – Cyberprzestępcy stale rozwijają swoje narzędzia i wykorzystują coraz bardziej zautomatyzowane techniki ataków. Widać więc wyraźnie, jak ważne jest stosowanie rozwiązań do wykrywania i oceny zagrożeń w czasie rzeczywistym – zauważa Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet w Polsce.
Urządzenia mobilne to nadal łatwe cele
Ponad jedna czwarta badanych organizacji doświadczyła ataku na urządzenia mobilne. W większości przypadków dotykały one smartfonów i tabletów z systemem Android, natomiast naruszenia systemu iOS wyniosły zaledwie ułamek procenta. Co więcej, ataki na system operacyjny Google stanowiły aż 14% wszystkich przypadków naruszeń bezpieczeństwa odnotowanych w trzecim kwartale przez czujniki FortiGuard. – Liczba ataków na urządzenia mobilne będzie rosła podczas sezonu świątecznych zakupów. Smartfony są dla cyberprzestępców łatwym celem. Przejęcie kontroli i danych na urządzeniu mobilnym często umożliwia wejście do firmowej sieci i dalszą infiltrację organizacji– tłumaczy Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet w Polsce.
Cryptojacking może być furtką dla dalszych ataków
Cryptojacking, a więc nieautoryzowane wykorzystywanie mocy obliczeniowej komputerów i innych urządzeń wyposażonych w procesory w celu kopania kryptowalut, nadal utrzymuje się w mocnym trendzie wzrostowym – liczba platform dotkniętych tego typu incydentami wzrosła w minionym kwartale o 38%. Aktywnie rozwijane są narzędzia oraz platformy w modelu usługowym (ang. „as-a-service”) do prowadzenia kampanii cryptojackingu, rozwiązania te zawierają funkcjonalności adresowane zarówno do zaawansowanych, jak i początkujących cyberprzestępców. Cryptojacking jest także coraz szerzej stosowany w atakach z użyciem sieci botnet zbudowanych z przejętych urządzeń IoT.
Należy zdawać sobie sprawę, że ignorowanie przypadków cryptojackingu może narażać organizację nie tylko na zwiększone wykorzystanie prądu czy zużycie sprzętu, ale również na dodatkowe straty i bezpośrednie koszty – przykładowo jeśli atakującemu uda się przejąć i wykorzystać moc obliczeniową w modelu chmurowym.
Botnety coraz trudniejsze do wykrycia
Liczba dni, po których organizacja wykrywa aktywność botnetu, wzrosła średnio z 7,6 do 10,2. Może to wskazywać, że botnety stają się coraz bardziej zaawansowane, trudne do wykrycia czy do usunięcia, lub że niektóre organizacje nie stosują podstawowych zasad bezpieczeństwa. Czasami botnety mogą pozostawać w uśpieniu, aby powrócić do aktywności po wznowieniu normalnych operacji biznesowych.
Rośnie udział ruchu szyfrowanego
W ostatnim kwartale ruch szyfrowany stanowił ponad 72% całego ruchu w sieci, w porównaniu z 55% udziałem rok temu. Szyfrowanie może z pewnością pomóc w ochronie danych, ale stanowi także wyzwanie dla tradycyjnych zabezpieczeń. Niektóre starsze rozwiązania bezpieczeństwa nie pozwalają organizacjom na pełną kontrolę szyfrowanych danych. W rezultacie ten ruch nie jest wystarczająco dokładnie analizowany pod kątem złośliwej aktywności. To z kolei sprawia, że jest idealnym mechanizmem dla przestępców do rozpowszechniania złośliwego oprogramowania lub kradzieży danych.
Większość ataków odbywa się w dni wolne i weekendy
Najwyższy odsetek złośliwego ruchu sieciowego wykrywany jest w weekendy i święta, ponieważ nie pracuje wówczas większość organizacji, a cały ruch sieciowy jest mniejszy – dzięki temu rosną szanse na wykrycie złośliwego oprogramowania. W dobie zautomatyzowanych ataków każda możliwość zwiększenia skuteczności wykrywania ataków w sieci powinna być wykorzystywana i traktowana jako przewaga w walce z cyberprzestępcami.
Podsumowanie
– Organizacje potrzebują zintegrowanych rozwiązań bezpieczeństwa, które obejmują całe środowisko sieciowe. To konieczne, aby poradzić sobie z coraz bardziej zaawansowanymi współczesnymi cyberatakami – podsumowuje dyrektor Jolanta Malak. – Niewspółpracujące i niezintegrowane rozwiązania, systemy starszej generacji oraz niska znajomość zasad bezpieczeństwa wśród pracowników nadal są największymi czynnikami ryzyka.
Metodologia badania
Globalny raport zagrożeń informatycznych Fortinet to kwartalny przegląd, który stanowi zestawienie danych analitycznych zebranych przez laboratoria FortiGuard Labs w trzecim kwartale 2018 roku. Ponadto Fortinet publikuje bezpłatny biuletyn informacyjny o zagrożeniach (Threat Intelligence Brief), analizujący największe niebezpieczeństwa związane ze złośliwym oprogramowaniem, wirusami i innymi zagrożeniami internetowymi, które zostały wykryte w ostatnim czasie wraz z linkami do wyników najważniejszych badań nad zdarzeniami z ostatniego tygodnia.
[1] Cryptojacking polega na przejmowaniu mocy obliczeniowej procesora w celu wykopywania kryptowalut na urządzeniu ofiary.
Podczas Black Friday sklepy internetowe odwiedza aż 20 proc. internautów znad Wisły, czyli blisko 5,3 mln osób.
Według prognoz, 2018 r. przeciętny Polak planuje wydać w Black Friday 645 PLN.
W Polsce, podczas piątkowej wyprzedaży, zniżki sięgną przeciętnie 46 proc., ogólnoświatowa średnia to 55 proc.
Czarno na białym widać, że w ciągu ostatnich pięciu lat zainteresowanie obniżką cen w Black Friday wzrosło wśród konsumentów dwukrotnie (wg analiz z Google Trends). Potwierdzają to również badania przeprowadzone w 55 krajach przez organizację Black Friday Global. Liczba transakcji dokonywanych podczas Czarnego Piątku wzrasta w porównaniu do innych dni handlowych. Ostatnio rekordowy wynik odnotował Pakistan (skok o ponad 11500 proc.). Na drugim miejscu uplasowali się Węgrzy (więcej o 9800 proc.), trzecie miejsce na podium zajęli Włosi (wzrost o 4516 proc.). Dla porównania, polscy konsumenci dokonali w badanym okresie o 692 proc. więcej zakupów. Według badań Black Friday Global dla 95 proc. Polaków, Black Friday to nie jest czarna magia – znana im jest idea jednodniowej wyprzedaży. W tym roku blisko 60 proc. ankietowanych Polaków wyraziło chęć wzięcia udziału w promocyjnej akcji. W stosunku do roku poprzedniego oznacza to wzrost o prawie 10 proc. Konsumenci wskazali również, że skorzystają z wyprzedaży zarówno w sklepach stacjonarnych, jak i tych dostępnych online. Z raportu „Czy Black Friday napędza e-commerce”, opracowanego przez Gemius, wynika, że podczas tych akcji wyprzedażowych sklepy internetowe odwiedza co piąty e‑konsument, czyli blisko 5,3 mln osób. Powód? Statystycznie każdy kupujący w okresie promocji zaoszczędzi całe 550 PLN.
Black Friday – biały kruk promocji
Coraz więcej internautów nie boi się zakupów w sieci. Blisko połowa z nich (49 proc.) uważa zakupy internetowe za łatwe i przyjemne, a 26 proc. za w pełni bezpieczne. Konsumenci uważają, że jednym z ważniejszych plusów zakupów online jest to, że e-sklepy są dostępne 24h/dobę.
– Zestawiając dane z raportów z trendami zakupowymi online i analizą zachowań polskich e‑konsumentów – perspektywa rekordowych pików sprzedażowych podczas Black Friday jest realna – mówi Paweł Wyborski, prezes spółki QuarticOn, oferującej silnik rekomendacji dla branży e‑commerce.
Z zakupów online korzystają przede wszystkim osoby poniżej 34 roku życia (64 proc.) z co najmniej średnim wykształceniem oraz pozytywnie oceniające swoją pozycję materialną. – Z szacunków Black Friday Global wynika, że przeciętny Kowalski planuje wydać w czasie tegorocznej, piątkowej wyprzedaży 645 PLN. To dużo i istotna część tej kwoty trafi do e‑sklepów, potęgujących swoje wysiłki marketingowe wokół Black Friday, rozpoczynającego czas świątecznych żniw – komentuje Paweł Wyborski. – Właściciele e‑sklepów dodają ze sporym wyprzedzeniem na swoich stronach banery o Czarnym Piątku i specjalnych akcjach promocyjnych. Niektórzy nawet odliczają do startu wyprzedaży. Black Friday, jak i każda inna kampania promocyjna, buduje wizerunek marki. Choć miewa i swoje ciemne strony: manipulowanie cenami, dodatkowe zapisy drobnym drukiem, to tylko niektóre z negatywnych przykładów, których należy unikać chcąc pozostać wiarygodnym przy kolejnych kampaniach promocyjnych – uważa prezes QuarticON.
Kto nas przekona, że czarne jest czarne?
Odpowiedź: ceny. W Stanach Zjednoczonych zniżki sięgną nawet 68 proc., w Kanadzie i na Ukrainie – 66 proc., a w Rosji 58 proc. Jak wypada na tym tle Polska? Wynik 46 proc. plasuje nas nieco poniżej średniej, która wynosi 55 proc. W zeszłorocznym Black Friday Polacy-konsumenci (46 proc. wskazań w badaniu GfK) najchętniej kupowali odzież, obuwie i bieliznę, 37 proc. z nich zdecydowało się na zakup sprzętu elektronicznego, 31 proc. taniej wyposażyło mieszkanie, 20 proc. w okazyjnych cenach nabyło kosmetyki, w sprzęt sportowy zaopatrzyło się ok. 14 proc. z nas. Rzadziej kupowano książki, zabawki i artykuły do majsterkowania.
Po trzech kwartałach 2018 r. Grupa Enea wypracowała solidne wyniki finansowe. EBITDA wyniosła prawie 2 mld zł, przy przychodach wynoszących ponad 9,3 mld zł i była zgodna z planem w ujęciu r/r. W okresie styczeń-wrzesień Grupa odnotowała wzrost wyników operacyjnych w całym łańcuchu wartości: od produkcji węgla, przez wytwarzanie energii elektrycznej, wolumen sprzedaży usług dystrybucyjnych oraz wolumen sprzedaży energii elektrycznej i paliwa gazowego odbiorcom detalicznym. Wydatki na inwestycje przekroczyły 1 450 mln zł.
Wyniki finansowe zgodne z oczekiwaniami w wymagającym otoczeniu rynkowym
/ Stabilna pozycja Grupy na zmiennym rynku energii I-III kw. 2018 r.
Grupa wypracowała lepsze wskaźniki operacyjne w całym łańcuchu wartości
Niezmiennie stabilna sytuacja w obszarze dystrybucji
Po trzech kwartałach 2018 r. EBITDA Grupy Enea wzrosła o 1,3% i wyniosła prawie 2 mld zł, przy jednoczesnym wzroście o 12,2% r/r przychodów ze sprzedaży netto, które wynosiły 9 384 mln zł. Grupa wypracowała 620 mln zł zysku netto.
Najwyższa EBITDA, 872 mln zł, zrealizowana została w obszarze dystrybucji. Wzrost o 9,3% r/r to głównie efekt wzrostu wolumenu sprzedaży usług dystrybucji. Drugi co do wielkości wynik EBITDA wypracowany został w obszarze wytwarzania. Wyniósł on 663,5 mln zł i wzrósł o 8,8% w stosunku do analogicznego okresu w poprzednim roku. W ciągu trzech kwartałów Grupa Enea wytworzyła o 31% więcej energii elektrycznej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. Na tę wielkość wpływ miały równoważące się czynniki, czyli przejęcie Elektrowni Połaniec pod koniec I kwartału 2017 r. oraz oddanie do użytku bloku 11 w Elektrowni Kozienice w grudniu 2017 r., przy jednoczesnym wpływie okresowo zmniejszonej dyspozycyjności bloków energetycznych ze względu na ich przeglądy cykliczne i modernizacje, w tym związane z dostosowaniem aktywów do konkluzji BAT. W obszarze obrotu EBITDA ukształtowała się na poziomie 38 mln zł. Wpływ na to miał wzrost kosztów obowiązków ekologicznych (głównie obowiązku zielonego) oraz cen zakupu energii elektrycznej w obrocie detalicznym, a także wzrost cen uprawnień do emisji CO2 w obrocie hurtowym. Wynik finansowy w obszarze wydobycia ukształtował się na poziomie 400 mln zł.
Od stycznia do września 2018 r. zwiększył się wolumen sprzedaży energii elektrycznej i paliwa gazowego odbiorcom detalicznym o 1,8 TWh, czyli o 13% r/r. Łączny wzrost wolumenowy sprzedaży przełożył się na zwiększenie przychodów ze sprzedaży o 435 mln zł, tj. o ponad 14% w stosunku do analogicznego okresu 2017 r. W tym okresie zwiększyła się także sprzedaż ciepła, która wyniosła 4 703 TJ (wzrost o 8,7% r/r).
Grupa wytworzyła 19,9 TWh energii elektrycznej, czyli o 31% więcej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. 18,5 TWh pochodziło ze źródeł konwencjonalnych. Nastąpił wzrost w zakresie wytwarzania energii ze źródeł odnawialnych o 7,9% r/r, produkcja w tym zakresie po III kwartale wyniosła 1 450 GWh. Sprzedaż usług dystrybucyjnych odbiorcom końcowym wyniosła 14,9 TWh, a więc zwiększyła się o 4,3% r/r. W trzech kwartałach Grupa przeznaczyła na inwestycje 1 454,8 mln zł, w tym 78 mln zł inwestycje związane z ochroną środowiska. Wskaźnik dług netto/EBITDA kształtował się na bezpiecznym poziomie 1,7.
Po trzech kwartałach 2018 r. przychody netto LW Bogdanka wyniosły 1 335,6 mln zł, czyli wzrosły o 2,2% r/r.
W okresie trzech kwartałów 2018 r. Bogdanka wykonała 28,6 km wyrobisk, wobec 30,7 km w całym 2017 r. (wzrost o 27% r/r). Oznacza to, że w tym roku spółka osiągnie historyczny rekord długości wydrążonych chodników, a ta inwestycja w przyszły wzrost wydobycia częściowo obciąża bieżące wyniki finansowe. Wyniki finansowe za III kwartał oraz dziewięć miesięcy roku bez uwzględniania tego czynnika kształtowały się na poziomie zbliżonym do ubiegłorocznych.
Na wynik na poziomie zysku operacyjnego oraz netto, oprócz czynników wymienionych powyżej, wpływ miała większa wartość amortyzacji, będąca efektem odwrócenia odpisu wartości rzeczowego majątku trwałego z 2015 r.
W III kwartale 2018 r. produkcja węgla handlowego w Bogdance wyniosła 2,3 mln ton, co oznacza wzrost o 6,8% r/r. Z kolei na przestrzeni dziewięciu miesięcy produkcja wzrosła o 1,6%, do 6,8 mln ton.
Sprzedaż węgla handlowego w LW Bogdanka wzrosła w ostatnim kwartale o 20,2%, do 2,4 mln ton, a po trzech kwartałach zwiększyła się o 1,3%, sięgając 6,8 mln ton.
Po trzech kwartałach 2018 r. udział Bogdanki w rynku węgla energetycznego wyniósł 19%, a w dostawach węgla do energetyki 25,4%. Ponad 81% sprzedaży wygenerowanej w ciągu trzech kwartałów zrealizowane zostało do Enei Wytwarzanie i Enei Połaniec.
KOMENTARZE DO WYNIKÓW GRUPY ENEA PO III KWARTALE 2018 R.
Mirosław Kowalik, prezes Enei:
– W minionych trzech kwartałach 2018 r. Grupa Enea wypracowała stabilne wyniki finansowe i poprawiła rezultaty w zakresie działalności operacyjnej. Wypracowaliśmy blisko 2 mld zł EBITDA przy przychodach wynoszących ponad 9,3 mld zł. To więcej niż w tym samym okresie 2017 r. oraz w latach ubiegłych. Konsekwentnie wzmacniamy potencjał finansowo-operacyjny Grupy do realizacji nowych inwestycji w oparciu o nowoczesne technologie. Fakt, iż jesteśmy grupą zintegrowaną pionowo z łańcuchem wartości: od wydobycia węgla, po sprzedaż i dystrybucję energii elektrycznej do odbiorcy końcowego, pozwala nam elastycznie reagować na zmienną sytuację rynkową i regulacyjną.
Za nami pierwsza aukcja mocy, na której zakontraktowaliśmy prawie 3,7 tys. MW, w tym blok 11 w Elektrowni Kozienice na okres 15 lat.Dzięki osiąganym – zgodnie z założeniami – wynikom finansowym i dostępności finansowania konsekwentnie realizujemy nasz program inwestycyjny w poszczególnych obszarach działalności. W trzech kwartałach 2018 r. przeznaczyliśmy na inwestycje w naszej Grupie 1 454,8 mln zł. Wzrosły nakłady na inwestycje związane z ochroną środowiska, które w analizowanym okresie wyniosły 78 mln zł. Rozwijamy się odpowiedzialnie, by umacniać i zwiększać siłę polskiej gospodarki – powiedział Mirosław Kowalik, prezes Enei.
Piotr Olejniczak, wiceprezes Enei ds. finansowych:
– Nasze wyniki finansowe są na oczekiwanym poziomie, a EBITDA zgodna z planowanymi wynikami rok do roku. Niezmiennie stabilna jest sytuacja w obszarze dystrybucji, w którym obserwujemy konsekwentny wzrost ilości sprzedawanych usług dystrybucyjnych oraz przyrost liczby nowych odbiorców. Obecne działania Grupy Enea koncentrują się na zwiększaniu efektywności działań w odpowiedzi na dynamiczną sytuację rynkową w obszarach wytwarzania i obrotu. Spodziewamy się, że przepływy Grupy w przyszłych latach powinny zostać wsparte w wyniku wdrożenia rynku mocy i uzyskanych, w ramach wygranych aukcji, kontraktów na dostawę mocy. Najbardziej istotne z punktu widzenia obszaru wytwarzania jest uzyskanie 15-letniego kontraktu na dostawy mocy pochodzącej z uruchomionego w grudniu 2017 r. bloku 11. Jego parametry pozwalają na produkcję energii elektrycznej przy stosunkowo niskich kosztach zmiennych, jeśli porównać je do produkcji z jednostek wyżej emisyjnych i mniej sprawnych. Z perspektywy przepływów Grupy duże znaczenie ma również kontrakt 5-letni dla jednostek zmodernizowanych. Naszą dobrą kondycję finansową potwierdzają zewnętrzne, międzynarodowe instytucje ratingowe. Agencja Fitch potwierdziła dla Enei długoterminowe ratingi w walucie krajowej i zagranicznej na poziomie „BBB” ze stabilną perspektywą. Enea oraz Bogdanka zostały zaklasyfikowane do indeksu FTSE Russell – powiedział Piotr Olejniczak, wiceprezes Enei ds. finansowych.
Piotr Adamczak, wiceprezes Enei ds. handlowych:
–Branża energetyczna pozostaje pod wpływem zmiennej sytuacji rynkowej w zakresie kosztów uprawnień do emisji CO2 i kolorowych certyfikatów. Pochodną zmian cen uprawnień do emisji CO2 jest wzrost cen energii, co z kolei istotnie przekłada się na wyniki obszaru obrotu w całej branży. W Grupie Enea w obszarze obrotu systematycznie pracujemy nad zwiększaniem przychodów ze sprzedaży energii elektrycznej i paliwa gazowego. Nasz wolumen sprzedaży po trzech kwartałach tego roku wzrósł o 13% w stosunku do analogicznego okresu 2017 r. Dzięki ciągle rozwijanej ofercie produktowej pozyskiwani są nowi Klienci. Równolegle niezmiennie pracujemy nad kolejnymi usprawnieniami w obsłudze Klienta, m.in. finalizujemy przygotowania projektu funkcjonalnego dla eBOK 2.0. Działamy z myślą „o i dla” Klientów – powiedział Piotr Adamczak, wiceprezes Enei ds. handlowych.
Zbigniew Piętka, wiceprezes Enei ds. korporacyjnych:
– Prawie 40% naszego budżetu inwestycyjnego to nakłady na inwestycje realizowane w obszarze dystrybucji, rosną wydatki Grupy na projekty związane z ochroną środowiska. W lipcu Enea Operator zakończyła dwie istotne dla bezpieczeństwa energetycznego północno-zachodniej Polski inwestycje. W Szczecinie otwarto kompleksowo zmodernizowany Główny Punkt Zasilania (GPZ) Zdroje. Zakończono przebudowę kolejnej napowietrznej linii wysokiego napięcia 110 kV relacji Leszno Gronowo – Śrem w Wielkopolsce. Ten odcinek linii był jednocześnie ostatnim etapem przebudowy ponad 110 km ciągu liniowego z Leszna do Wrześni. W obszarze wytwarzania trwają prace nad dostosowaniem jednostek wytwórczych do konkluzji BAT. W Enei Połaniec, w której wróciliśmy do realizacji projektu Feniks dla bloku 5, rozpoczęły się już prefabrykacje elementów turbiny. W tym roku rozwijamy również autorski projekt współpracy ze szkołami branżowymi i technicznymi. Przez trzy kwartały Grupa Enea objęła swym patronatem sześć placówek edukacyjnych z terenu działania swoich spółek. Chcemy, by do końca roku w tym gronie znalazło się w sumie czternaście szkół – powiedział Zbigniew Piętka, wiceprezes Enei ds. korporacyjnych.
Artur Wasil, prezes Lubelskiego Węgla Bogdanka:
– Wśród pozytywnych czynników w trzecim kwartale warto wskazać wysoki poziom produkcji i sprzedaży węgla przy wyższej cenie rok do roku. Jednocześnie odnotowaliśmy wzrost kosztów, związanych z ogólną sytuacją w kraju – dotyczy to głównie kosztów usług obcych, materiałów i energii oraz kosztów pracy. Eliminując z działalności operacyjnej koszty związane z mniej korzystną geologią oraz rekordowo szeroko zakrojonymi robotami chodnikowymi, należy podkreślić, iż wyniki na poziomie EBITDA są zbliżone do ubiegłorocznych. Podtrzymujemy całoroczny plan wydobycia na poziomie co najmniej 9 mln ton – powiedział Artur Wasil, prezes LW Bogdanka.
Grupa Selena – jeden z czołowych producentów i dystrybutorów chemii budowlanej oraz właściciel marki TYTAN – narastająco po trzech kwartałach 2018 roku zanotowała wzrost we wszystkich najważniejszych pozycjach rachunku wyników. Selena osiągnęła przychody ze sprzedaży w wysokości ponad 927 mln zł. Zysk netto wyniósł 23,7 mln zł (wzrost o ponad 96% r/r), a EBIT Grupy – to ponad 48 mln zł (12% wzrost r/r). Wyniki Grupy Selena to przede wszystkim efekt sprawnego zarządzania kosztami i zwiększania udziału w portfolio produktów wysokomarżowych oraz kontroli różnic kursowych.
W trzecim kwartale br. mimo wysokich cen surowców – Grupa Selena kontynuowała trend wzrostów sprzedaży obserwowany w całym 2018 roku. Selena w analizowanym okresie zanotowała wzrost sprzedaży na większości kluczowych rynków, takich jak: Hiszpania (19%), Ukraina (12%), Chiny (10%), Kazachstan (9%) oraz USA (8%). Jednocześnie rentowność brutto sprzedaży po trzech kwartałach wyniosła 29,2% i nieznacznie spadła (o 0,6 p.p.) w stosunku do poprzedniego roku. Spadek ten spowodowany był utrzymującymi się wysokimi cenami surowców. Tym niemniej obserwując sytuację na rynku – czynnikiem wpływającym in plus na rentowność Grupy w kolejnym okresie jest oczekiwane obniżenie cen surowców do produkcji pian.
Marcin Macewicz, prezes Grupy Selena
– Pomimo utrzymującej się niespodziewanie długo trudnej sytuacji na rynku surowców do produkcji chemii budowlanej oraz perturbacji na rynku budowlanym w Polsce wynikającym z braku rąk do pracy – Selena po raz kolejny notuje wzrost przychodów i zysku. Wynik netto, który podwoiliśmy w stosunku do poprzedniego roku, jest efektem wyższej sprzedaży, poprawy dyscypliny kosztowej – czyli istotnego zmniejszenia kosztów ogólnego zarządu, jak i zmniejszenia salda z tytułu różnic kursowych. W nadchodzących miesiącach chcielibyśmy głównie skoncentrować się na potrzebach użytkownika i wspólnym projektowaniu nowych systemów aplikacyjnych. Budowanie trwałej oraz partnerskiej relacji z użytkownikiem dzięki oferowaniu rozwiązań szytych na miarę jego potrzeb to scenariusz, który gwarantuje rozwój biznesu naszych klientów oraz całej Grupy Selena – mówi Marcin Macewicz, Prezes Grupy Selena.
W odpowiedzi na dotychczasowe wymagania rynku i użytkowników, w trzecim kwartale Grupa Selena rozwinęła portfolio i wdrożyła do produkcji nową gamę innowacyjnych klejów montażowych oraz produktów ognioodpornych. W ramach kategorii hydroizolacji dział R&D Grupy Selena opracował nowoczesną linię produktów płynnych do aplikacji dachowych oraz nowoczesnych, modyfikowanych bitumów do ogólnych aplikacji hydroizolacyjnych. Konsekwentnie od kilku lat firma rozwija i inwestuje w innowacyjną kategorię pianoklejów – FOAD.
W związku z coraz bardziej powszechnymi trendami prośrodowiskowymi, które promują rozwiązania dla zrównoważonego budownictwa, Selena podjęła prace nad produktami opartymi o surowce ze źródeł bioodtwarzalnych. Obecnie firma uczestniczy w dwóch projektach programu Horyzont 2020. Oferta opracowana w ramach projektów będzie odpowiadać na potrzeby inwestorów i użytkowników, m.in. w obszarze wymagania LEED, BREEAM, ECO-LABEL i carbon footprint, a wypracowane rozwiązania wpisują się w społeczną odpowiedzialność biznesu Seleny.
Elemental Holding w trzecim kwartale 2018 roku osiągnął skonsolidowane przychody ze sprzedaży na poziomie 428 mln zł, co oznacza wzrost o 26% rok do roku. Wynik EBITDA za trzeci kwartał wyniósł 17,5 mln zł, a zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej 7 mln zł. Narastająco po trzech kwartałach 2018 roku spółka wygenerowała przychody na poziomie 1,24 mld zł – o 22 % więcej rok do roku, a zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 23 mln zł.
Paweł Jarski, prezes zarządu Elemental Holding
„Elemental ma silne fundamenty – zarówno w Polsce, jak i w Europie. Partnerzy na całym świecie doceniają jakość naszego recyklingu. W naszym przekonaniu możemy być ważnym graczem w światowej czołówce i uczestniczyć w konsolidacji branży. Jestem przekonany, że takie perspektywy są dostrzegane zarówno przez naszych klientów, jak i w końcu zostaną dostrzeżone przez rynek finansowy w Polsce. Recykling – zwłaszcza w obszarze sprzętu chłodniczego, elektronicznego i katalizatorów ma przed sobą wiele lat wzrostu – to pokazuje, jakie mamy możliwości w długiej perspektywie” – powiedział Paweł Jarski, prezes zarządu Elemental Holding SA.
W listopadzie 2018 Elemental Holding podpisał 3 listy intencyjne w sprawie sprzedaży zdolności produkcyjnych nowej fabryki do przetwarzania zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego (WEEE), ze szczególnym uwzględnieniem recyklingu sprzętu chłodniczego. Spółka rozważa budowę nowej fabryki o rocznej zdolności około 30 000 ton. Listy intencyjne zostały zawarte z wiodącymi organizacjami odzysku sprzętu elektrycznego i elektronicznego w Polsce. Łączny wolumen popytu na usługi recyklingu, wynikający z zawartych listów przekracza 40.000 ton rocznie.
W lutym 2018 Elemental Holding sfinalizował zakup 85% udziałów niemieckiej spółki z branży przetwarzania zużytych katalizatorów samochodowych i przemysłowych. Niemiecka spółka RECAT zbiera oraz przetwarza rocznie około 350 ton zużytych katalizatorów samochodowych i przemysłowych, generując przychody na poziomie 20 mln EURO.
Grupa Elemental działa na 35 rynkach w Europie, na Bliskim Wschodzie i w Afryce, poza Polską w oparciu o własne oddziały(m.in. na Litwie, w Słowacji, Turcji, Emiratach Arabskich, Finlandii, Estonii i Wielkiej Brytanii) oraz przedstawicielstwa handlowe. Spółki Elemental Holding SA pozyskują złom metali nieżelaznych, odpady elektroniczne oraz zużyte katalizatory na ok. 50 rynkach na świecie.
W latach 2016-2017 roku Elemental Holding sfinalizował:
umowę inwestycyjną z PFR TFI SA w ramach Funduszu Ekspansji Zagranicznej FIZ AN. W wyniku umowy Fundusz zakupił 49% udziałów w spółce zależnej Grupy – UAB „EMP recycling” na Litwie.
uruchomienie zakładu w Bydgoszczy – budowę linii samplingowej dla układów drukowanych oraz 4 -5 linii do przetwarzania zużytych katalizatorów samochodowych.
transakcję zakupu 100% udziałów w litewskiej spółce UAB „EMP recycling” – lidera na rynku krajów bałtyckich w branży ZEEE, świadczącego pełne portfolio usług obejmujących e-scrap, recykling zużytych katalizatorów samochodowych i złomu metali nieżelaznych.
zakup 51% udziałów w spółce AWT Recycling Ltd. z Wielkiej Brytanii, specjalizującej się w recyklingu katalizatorów samochodowych. Brytyjska spółka planuje osiągnięcie ok. 30-40% udziałów w rynku dzięki wzmocnieniu sieci zakupowej na terenie Anglii oraz dalszej ekspansji w Irlandii, Szkocji i Walii.
zakup 51% udziałów w zakładach recyklingu zużytych katalizatorów samochodowych i płytek drukowanych w fińskiej spółce Kat-Metal Oy z siedzibą w Tervajoki. Skandynawska firma planuje ekspansję w Estonii, Szwecji oraz pozyskanie strategicznych partnerów w Norwegii i Danii.
zakup 75% udziałów polskiej spółki Platinium M.M z branży recyklingu zużytych katalizatorów samochodowych.
Hasła Black Friday i Cyber Monday brzmią w reklamach już od początku listopada. Tradycyjne i internetowe sklepy kuszą klientów obniżkami cen nawet o 70 procent. W wielu zakątkach świata właśnie zaczyna się długi wyprzedażowy weekend.
Dla amatorów zakupów to gratka, dla sprzedawców żniwa. Tym pierwszym opłaca się czekać po kilka miesięcy, aby upatrzoną rzecz, np. telewizor czy konsolę do gier, kupić o połowę taniej. Ci drudzy w przecenach widzą szansę na nadzwyczajne obroty oraz przewietrzenie sklepowych półek i magazynów.
Co klienci w Europie zawdzięczają sklepom w Ameryce
Dane z USA mówią, że handlowcy się nie mylą. Na listopadowe wyprzedaże Amerykanie wydają co roku 50-60 mld dolarów. Niestety, polowanie na okazje nie odbywa się bez ofiar. W 2008 r. tłum czekających na otwarcie sklepu w stanie Nowy Jork stratował 34-letniego mężczyznę.
Do Europy Black Friday, jako dzień cenowych okazji, przeniósł się właśnie z Ameryki Północnej, gdzie nazajutrz po przypadającym w czwarty czwartek listopada Święcie Dziękczynienia domy towarowe urządzały wyprzedaże.
Kolejny ważny krok na drodze do popularyzacji zakupowego szaleństwa wiązał się z rozwojem e-commerce. Gdy handel w znacznej części przeniósł się do cyberprzestrzeni, sprzedawcy postanowili zwabić kupujących sloganem Cyber Monday. Ponieważ jednak wiele sklepów sprzedaje towary zarówno w salonach stacjonarnych, jak i w serwisach internetowych, dwa nieformalne zakupowe święta scaliły się w jeden długi weekend cenowych hitów. Niektóre platformy zakupowe poszły jeszcze dalej. Giganci na tym rynku, zapraszają na cały tydzień wyprzedaży.
Obniżki cen przestały być domeną sprzedawców towarów, najczęściej ubrań, elektroniki, zabawek czy kosmetyków. Usługodawcy starają się dotrzymywać kroku. W listopadzie można więc kupić tańsze bilety lotnicze, kursy promem z 50-procentowym rabatem czy też zagraniczne wycieczki turystyczne w cenach niższych o np. 200 euro. Promocje zdarzają się nawet w komisach z używanymi samochodami.
Zakupowe okno na świat
– Teorie w psychologii mówią, że gdy coś staje się normą kulturową, jednostka staje się bezbronna i dołącza do ogółu, w przeciwnym razie odczuwa niepokój i czuje się nieakceptowalna. Dawniej taką normą mogło być chodzenie do kościoła, a dziś chodzenie do centrów handlowych czy też korzystanie z wyprzedaży – tak Marcin Florkowski, dr psychologii, tłumaczy rosnące uzależnienie kupowania nowych rzeczy. I chociaż wielka popularność wyprzedaży nie świadczy o nas najlepiej, to wobec okazji przygotowanych na Black Friday i Cyber Monday trudno przechodzić obojętnie. Tym trudniej, że internetowy handel przybliża okazje z całego świata na wyciągnięcie ręki.
Na platformie ebay.com markowy system nagłaśniający można w ostatni weekend listopada kupić za niespełna 100 dolarów, podczas gdy normalnie kosztuje 250 USD. Nowoczesny 55-calowy telewizor potaniał z 2,3 tys. dol. do niespełna 1,3 tys., smartfon topowej firmy zamiast blisko 900 dol. kosztuje teraz 599,99.
Amazon w Wielkiej Brytanii urządza wyprzedaż z okazji Black Friday w okresie 16-25 listopada i proponuje m.in. kamerę internetową za 25 funtów obniżoną z 90 funtów, tańszy o 52 proc. ekspres do kawy znanego i cenionego producenta, przecenioną ze 120 do 45 funtów maszynkę do golenia.
W polskim serwisie Allegro wśród najpopularniejszych ofert na Black Friday znajduje się m.in. materac do sypialnianego łóżka, który okazyjnie kosztuje 299 zł zamiast 1139 zł. Obok towarów przecenionych na cały weekend znajdują się tu także cenowe przeboje dnia, np. zestaw markowych klocków obniżony z 379,99 do 266 zł.
Płać na własnych warunkach. Porównuj ceny, nie przeceny
Na zakupach w zagranicznych sklepach opłaca się posługiwać walutą sprzedawcy. W przeciwnym razie klient naraża się na prowizje i przewalutowania, do których dochodzi na warunkach narzucanych przez banki. Aby tego uniknąć, można skorzystać np. z oferty serwisu Cinkciarz.pl, gdzie użytkownicy mogą wymieniać 26 walut.
– W porównaniu do listopada ub.r. kursy najpopularniejszych par walutowych, najogólniej mówiąc, preferują dziś klientów, którzy dysponują dolarami. Amerykańska waluta od co najmniej kilku tygodni trzyma się bowiem na mocnej pozycji zarówno w zestawieniu z euro czy funtem, jak i grupą walut państw rozwijających się, w tym np. złotym. Mimo to zakupy w sklepach zagranicznych nadal mogą być korzystne dla klientów z Polski. Wiele towarów udaje się tam kupić po prostu taniej. Należy jednak uważać, zwłaszcza w okresie Black Friday i Cyber Monday, na pułapki cenowe. Sklepy stosują różne sztuczki, by przyciągnąć naszą uwagę. Czasami przed wyprzedażami podnoszą ceny, by później obniżka wyglądała jeszcze bardziej spektakularnie – tłumaczy Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl. – Dlatego przy decyzji o wyborze towaru nie powinniśmy się kierować skalą przeceny, tylko na chłodno porównać realne koszty zakupu wybranego towaru w różnych sklepach i w różnych krajach.
Poselski projekt ustawy o zmianie ustawy o ograniczeniu handlu w niedziele i święta oraz w niektóre inne dni oceniamy zdecydowanie krytycznie, sprzeciwiając się niespełniającemu żadnych standardów trybowi stanowienia prawa, zakładającemu wykorzystywanie ścieżki poselskiej do procedowania istotnych dla przedsiębiorców projektów przepisów, oraz błyskawiczne uchwalanie tak przygotowanych ustaw przez Sejm.
1 marca 2018 roku w życie weszła ustawa o ograniczeniu handlu w niedziele i święta oraz w niektóre inne dni z dnia 10 stycznia 2018 roku. Z uwagi na materię, której dotykała, była ona przedmiotem szerokiej publicznej dyskusji odnoszącej się do potencjalnych skutków wprowadzenia zawartych w niej zmian. Zwracano uwagę m.in. na poważne ryzyko zahamowania konsumpcji, stanowiącej istotny czynnik wzrostu gospodarczego w Polsce, co w następstwie doprowadziłoby do uszczuplenia wpływów podatkowych, a także redukcji zatrudnienia w sklepach. Ten ostatni argument odnosił się również do osób pracujących dorywczo, w weekendy. Na poziomie zasadniczym zaś, podnoszono że przepisy ustawy uderzają w swobodę handlu (zarówno z perspektywy placówek handlowych, jak i konsumentów). Niezależnie od zgłoszonych uwag i zastrzeżeń, ustawa została uchwalona (warto zaznaczyć, że jej projekt był projektem obywatelskim) – w 2018 roku handlować można w dwie niedziele miesiąca, w 2019 roku będzie to jedna niedziela, a w 2020 roku zacznie obowiązywać całkowity zakaz handlu w niedziele.
Po nieco ponad pół roku obowiązywania ustawy, można ocenić pierwsze jej rezultaty. NSZZ „Solidarność” opublikował w październiku br. raport o skutkach zakazu handlu w niedziele. Niezależnie od zastrzeżeń, które można zgłosić do metodologii przeprowadzonych badań (objęły one bowiem jedynie pracowników zatrudnionych na stanowisku kasjera-sprzedawcy, którzy przed wejściem w życie ustawy pracowali w sklepach w niedziele), wynikające z nich wnioski są interesujące. Zgodnie z materiałem, co trzecia kobieta i co drugi mężczyzna ocenia, że po wejściu w życie ustawy pracuje w soboty poprzedzające „wolne niedziele” ciężej, niż wcześniej. Ankietowani stwierdzili również, że w dni poprzedzające wolne niedziele zwiększają się kolejki do kas (odpowiedzi twierdzącej udzieliło 70 proc. kobiet i 68 proc. mężczyzn), a co trzecia kobieta i prawie 40 proc. mężczyzn oceniło, że klienci są w soboty „bardziej niezadowoleni i nerwowi”. Z punktu widzenia biznesu zaś, godne odnotowania są dane, zgodnie z którymi tradycyjne sklepy spożywcze czeka większy spadek obrotów, niż sklepy ogółem – 6,3 proc. vs. 5,1 proc. Oba wskaźniki są bardzo istotne z punktu widzenia zakładanych przez pomysłodawców celów ustawy. Przede wszystkim miała ona bowiem ograniczyć ilość pracy spoczywającą na pracownikach placówek handlowych, przy okazji wpływając pozytywnie na sytuację drobnych, rodzinnych sklepów (właściciel może bowiem prowadzić handel w swojej placówce przy nieodpłatnej pomocy rodziny). Jak wynika z przytoczonych danych – praca wykonywana dotychczas przez pracowników w niedziele zwyczajnie „przesunęła się” i rozłożyła na dni poprzedzające, w związku z większą liczbą klientów i kupowanych produktów, a drobne sklepy cały czas znajdują się w sytuacji dużo gorszej, niż placówki wielkopowierzchniowe, które umiejętnie wykorzystały zakaz do dynamicznego zwiększenia obrotów w piątki i soboty (za pomocą m.in. kampanii marketingowych, promocji, specjalnych ofert etc.).
Co więcej, jak wynika z danych, ponad 50 proc. pracowników handlu w dalszym ciągu pracuje w niedziele. Dodatkowo, mniejsza konsumpcja może być groźna z punktu widzenia nadchodzącego spowolnienia gospodarczego. Jednocześnie, zakaz handlu w niedziele doprowadza do zwiększenia ryzyka przejmowania coraz większej części rynku przez zagraniczne platformy internetowe (konsumenci mają ograniczone możliwości dokonywania np. zakupów sprzętu elektronicznego w weekend), co oznacza transfer znacznej części środków przeznaczanych na zakupy za granicę.
Wziąwszy pod uwagę powyższe, nie sposób stwierdzić, by ustawa o ograniczeniu handlu w niedziele spełniała swoje podstawowe zadania – abstrahując nawet od warstwy ideologicznej. 20 listopada br. do Marszałka Sejmu trafił poselski projekt ustawy o zmianie ustawy o ograniczeniu handlu w niedzielę i święta oraz niektóre inne dni. Projekt nie zakłada jednak zmiany sposobu zapewnienia pracownikom choćby części wolnych niedziel – wprowadza do obowiązujących regulacji szereg poprawek o charakterze, w zamierzeniu projektodawców, doprecyzowujących i uszczelniających. W rzeczywistości jednak, proponowane zmiany nie wpłyną na poprawę efektywności osiągania celu, jakim jest doprowadzenie do tego, by przynajmniej część niedziel w miesiącu była dla pracowników wolna – doprowadzą jedynie do tego, że ograniczenie handlu stanie się dla konsumentów bardziej uciążliwe.
Wśród proponowanych w projekcie ustawy zmian można wyróżnić jedną kluczową. Jest nią modyfikacja jednego z wyjątków od zakazu handlu w niedziele, określonego w art. 6 ust. 1 pkt 7, zgodnie z którym (w obecnym brzmieniu) handel w niedziele dozwolony jest w placówkach pocztowych w rozumieniu ustawy Prawo pocztowe. Definicja placówki pocztowej z tego aktu stanowi, że jest ona jednostką organizacyjną operatora pocztowego lub agenta pocztowego, w której można zawrzeć umowę o świadczenie usługi pocztowej lub która doręcza adresatom przesyłki pocztowe lub kwoty pieniężne określone w przekazach pocztowych, albo inne wyodrębnione i oznaczone przez operatora pocztowego miejsce, w którym można zawrzeć umowę o świadczenie usługi pocztowej lub odebrać przesyłkę pocztową lub kwotę pieniężną określoną w przekazie pocztowym. Na podstawie umów z różnymi operatorami, niektóre sklepy franczyzowe stanowią w tym rozumieniu placówkę pocztową (można w nich bowiem np. odebrać przesyłkę), tym samym są wyłączone z zakazu handlu. Propozycja zawarta w projekcie ustawy zakłada, że opisywany wyjątek będzie się odnosił wyłącznie do placówek, w których przeważająca działalność polega na świadczeniu usług pocztowych (pojęcie zdefiniowane w art. 2 Prawa pocztowego).
W rezultacie, wspomniane placówki handlowe nie mogłyby już dłużej funkcjonować w niedziele objęte zakazem. Jest to zmiana, która z pewnością zostanie negatywnie odebrana przez społeczeństwo. Aktualnie bowiem, przepisy ograniczające handel w niedziele nie są powodem generalnego niezadowolenia wśród Polaków m.in. dlatego, że istnieje w „niehandlowe niedziele” alternatywa w postaci sklepów franczyzowych korzystających z opisywanego wyłączenia. W momencie, w którym jej zabraknie, dotkliwość zakazu dla konsumentów w istotnym stopniu zwiększy się.
Niezależnie od powyższego, zgłaszamy stanowczy sprzeciw wobec modelu stanowienia prawa wykorzystywanego ponownie przy okazji nowelizacji ustawy o ograniczeniu handlu w niedziele i święta oraz w niektóre inne dni. Mamy bowiem do czynienia z projektem poselskim, który wpływa na sytuację szerokiej grupy przedsiębiorców prowadzących sklepy franczyzowe, a który nie podlega żadnemu oficjalnemu procesowi konsultacji. Partnerzy społeczni nie mogą złożyć do projektu oficjalnych uwag, a z doniesień medialnych wynika, że planuje się projekt przyjąć ekspresowo, w trybie błyskawicznym. Jest to naganna i niedopuszczalna praktyka, powodująca psucie prawa, a w konsekwencji również państwa, ponieważ wszystkie jego organy działają na podstawie i w granicach przepisów. Nie ma żadnego powodu gospodarczego, czy też społecznego, by omawiany projekt ustawy miał być przyjęty w wyjątkowym pośpiechu. Zarówno wykorzystywanie ścieżki poselskiej, pozbawionej procesu konsultacji społecznych, jak i ekspresowe, bezrefleksyjne uchwalanie tak procedowanych projektów, uznajemy za model szkodliwy i niemożliwy do zaakceptowania.
Jednocześnie, proponujemy kompromisowe rozwiązanie, uwzględniające zarówno sytuację na rynku, racje przedsiębiorców, jak i troskę o dobro pracowników – apelujemy, by zamiast regulacji obejmujących wycinek sektora handlowego, wprowadzić proste i przejrzyste zasady dla wszystkich. Niech każdy pracownik ma prawo do przynajmniej dwóch wolnych niedziel w miesiącu. Takim przepisem objęte byłyby wszystkie branże, miałby on charakter powszechny, a jednocześnie nie zaburzałby rytmu życia gospodarczego, ponieważ przy odpowiednim zaplanowaniu i ułożeniu grafików nie byłoby żadnych przeszkód, by poszczególne podmioty funkcjonowały w niedziele.
Podsumowując:
– uznajemy dotychczas obowiązujące przepisy ograniczające handel w niedziele za nieefektywne, ze względu na przyjęty sposób regulacji;
– uważamy, że przedstawiony projekt nowelizacji nie stanowi żadnej jakościowej zmiany ustawy i doprowadzi jedynie do tego, że zakaz handlu w niedziele stanie się bardziej dokuczliwy dla konsumentów;
– stanowczo sprzeciwiamy się oburzającemu trybowi uchwalania prawa: błyskawicznie, z pominięciem konsultacji, bez zachowania stosownych dla wagi aktu procedur;
– apelujemy o wprowadzenie rozwiązania zapewniającego osiągniecie podstawowego celu regulacji, a jednocześnie powszechnego i akceptowalnego przez biznes, tj. wprowadzenie obowiązku zagwarantowania każdemu pracownikowi przynajmniej dwóch wolnych niedziel w miesiącu.
Wielka Brytania to kraj od wielu lat bardzo chętnie eksplorowany przez polskich przedsiębiorców. Już 30 marca 2019 roku kraj ten opuści struktury Unii Europejskiej. Nieznane są jeszcze ostateczne rezultaty rozmów pomiędzy Wspólnotą a Zjednoczonym Królestwem w zakresie warunków, na jakich będzie się to odbywać. W przypadku tzw. twardego Brexitu, polskie firmy z dnia na dzień staną w obliczu dodatkowych barier związanych z wymianą handlową z Brytyjczykami. Do przeszkód zaliczyć można obowiązek certyfikowania wysyłanych towarów, być może konieczność rejestracji lokalnej działalności na terenie Wielkiej Brytanii, a przede wszystkim wzrost obciążeń celnych. W 2017 roku wartość sprzedaży do Wielkiej Brytanii wyniosła aż 56 miliardów złotych, co stanowiło 6 proc. całości polskiego eksportu.
– KUKE szacuje, że głównymi sektorami narażonymi na dodatkowe koszty może być branża meblarska, rolno-spożywcza oraz przemysł elektro-maszynowy – powiedział serwisowi eNewsroom Tomasz Ślagórski, wiceprezes Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych– Jest to szczególnie istotne zwłaszcza dla małych przedsiębiorstw, które nie mają zdywersyfikowanej działalności i nie są w stanie w miarę szybko przenieść wysyłki swoich towarów na inne kraje europejskie. W ich przypadku istnieje ryzyko, że wzrost barier celnych doprowadzi nie tylko do spadku wolumenu sprzedaży, ale też marżowości i zyskowości eksportu produktów na Wyspy – co może mieć znaczący wpływ na jego poziom w przyszłości. KUKE zwraca uwagę także na fakt pogorszenia sytuacji ekonomicznej Wielkiej Brytanii, co przekłada się bezpośrednio na sytuację finansową tamtejszych przedsiębiorców. W pierwszym półroczu 2018 obserwowano 12-procentowy wzrost liczby upadłości w stosunku do analogicznego okresu rok wcześniej. Z punktu widzenia polskich eksporterów ma to bardzo duże znaczenie. To znak, że powinni oni w umiejętny sposób zarządzać ryzykiem kredytowym, związanym z wysyłanymi towarami. W przypadku braku płatności od brytyjskich kontrahentów, a tym bardziej upadłości danego partnera i ostateczne nieotrzymania należnej kwoty można narazić się na poważne straty finansowe. Odpowiedzią na tego typu ryzyko jest jego odpowiednia mitygacja, np. przez ubezpieczenia należności handlowych przysługujących od kontrahentów z Wielkiej Brytanii. Pomimo, że jest to rynek wysoce rozwinięty, lata doświadczeń KUKE wskazują, że warto ubezpieczać transakcje z partnerami z tego typu krajów – podkreślił Ślagórski.
W czerwcu 2018 r. opublikowano nową Dyrektywę Rady UE 2018/822/UE, która narzuca obowiązkowe informowanie o transgranicznych schematach podatkowych. Jest to reakcja Brukseli na zjawisko kurczenia się wpływów podatkowych w państwach członkowskich, wywołane rzekomo tym, iż wielu podatników optymalizuje swoje podatki przez ucieczkę do rajów podatkowych. Dyrektywa w swoim głównym założeniu ma pomóc państwom członkowskim UE w szybkiej, adekwatnej reakcji na nielegalne, nieetyczne praktyki podatkowe (np. poprzez prowadzenie kontroli podatkowych) i załataniu luk w prawie podatkowym. Intencja jak zwykle szlachetna, diagnoza nie do końca słuszna, ale nie to stanowi największy problem. Polskie Ministerstwo Finansów po raz kolejny interpretuje unijne prawo „po swojemu” i zniekształca zamysł pierwotnego dokumentu. Gdzie są pułapki i kontrowersje?
Raportowanie schematów podatkowych. O co chodzi?
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Lapidarnie ujmując, jak zwykle chodzi o pieniądze. Ale po kolei, najpierw uporządkujmy pojęcia. Schemat podatkowy to rozwiązanie, za pomocą którego podatnik zapłacił niższą daninę podatkową lub wykazał stratę. Schemat nie zawsze musi być „podejrzany”, może być działaniem jak najbardziej legalnym, a w zakresie tego pojęcia mieszczą się opinie czy porady prawne.
Dyrektywa unijna nakłada przymus informowania o schematach podatkowych właściwe krajowe organy skarbowe, które z kolei będą wymieniać się nabytą wiedzą z odpowiednikami w państwach członkowskich. Dostęp do niej będzie miała również Komisja Europejska. Według unijnego prawodawcy schemat musi zawierać w sobie element transgraniczny, czyli dotyczyć co najmniej dwóch państw Unii lub państwa Unii i kraju trzeciego. Niezbędny jest udział podmiotu zagranicznego lub podmiotu, który działa poza granicami danego państwa, czyli na przykład podmiotu polskiego prowadzącego działalność za granicą.
Schemat, aby został objęty raportowaniem, musi zawierać w sobie cechy budzące wątpliwości, a więc wskazujące, iż chodzi w nim o unikanie opodatkowania. Dyrektywa zalicza do nich:
wykorzystywanie strat nabywanego przedsiębiorstwa w celu zmniejszenia obciążenia podatkowego,
przekształcenie dochodu w kapitał, darowizny lub inne kategorie dochodów, które są niżej opodatkowane lub zwolnione z podatku,
angażowanie podmiotów pośredniczących nieodgrywających innych funkcji gospodarczych,
zawieranie transakcji wzajemnie się kompensujących lub znoszących,
korzystanie z odliczeń lub ulg z tego samego tytułu w dwóch lub więcej państwach.
Niezbędne przy tym jest zaistnienie warunku, iż główną korzyścią (lub jedną z głównych korzyści), jakie dana osoba oczekuje dzięki konkretnemu schematowi, jest korzyść podatkowa.
Do informacji objętych obowiązkiem raportowania należy zaliczyć m.in.: dane identyfikacyjne pośredników i podatników, cechy charakterystyczne raportowanego schematu i jego opis, dzień dokonania pierwszej czynności służącej wdrożeniu schematu, jak również wskazanie państw członkowskich oraz innych podmiotów, których dany schemat może dotyczyć.
Główną rolę w raportowaniu przejmuje na siebie nie podatnik, ale pośrednik, w polskim projekcie określony jako promotor, za którą to nazwą kryją się doradcy podatkowi, radcy prawni lub adwokaci.
Unijna Dyrektywa przewiduje sankcje za naruszenia obowiązku raportowania przez pośredników, ale pozostawia je w kompetencjach państw członkowskich, zaznaczając, iż muszą one być „skuteczne, proporcjonalne i odstraszające”. Ministerstwo Finansów zakłada, że sankcja wydana na podstawie klauzuli przeciw unikaniu opodatkowania może wynieść nawet 40% korzyści podatkowej.
Pośpiech legislacyjny nie jest wskazany, a jednak…
Przepisy Dyrektywy mają obowiązywać od 1 lipca 2020 r., jakkolwiek obowiązkiem raportowania będą objęte schematy stosowane od 25 czerwca do 1 lipca 2018 r., a informacje o tych schematach będą musiały zostać przekazane organom podatkowym do 31 sierpnia 2020 r.
Tymczasem Ministerstwo Finansów, chcąc wszelkie zmiany „upchnąć” jednym pociągnięciem w ordynacji podatkowej, planuje, aby w Polsce obowiązek raportowania rozpoczynał się od stycznia 2019 r. Naszym zdaniem są to zbyt poważne regulacje prawne, zasługujące na wnikliwe potraktowanie, a nie pośpiech. Przepisy dotyczące raportowania są niezwykle trudne, bo kwestia, której dotyczą, jest skomplikowana.
Ministerstwo natomiast jest zdeterminowane, aby natychmiast „chwycić za gardło” podejrzanych podatników. Podobnie jak przy okazji wdrażanego w tej samej ordynacji Exit Tax, Ministerstwu zapewne nie chodzi tylko o to, aby być w zgodzie z przepisami unijnymi, ale również o opanowanie wypływu podatkowego pieniądza. Jak się szacuje, zjawisko może dotyczyć około 1000 polskich podmiotów, które stosują optymalizację podatkową.
Polscy promotorzy (pośrednicy) będą musieli przekazać szefowi Krajowej Administracji Skarbowej (KAS) pierwszą informację o schematach podatkowych w ciągu 3 miesięcy od wejścia w życie ustawy, czyli do końca marca 2019 r. Ujawnią w niej schematy udostępnione lub wdrożone w okresie od 25 czerwca 2018 r. do 31 grudnia 2018 r.
Podkreślmy jeszcze kolejną nadgorliwość polskiego fiskusa. Dyrektywa wskazuje na schematy „podejrzane”, a więc nie wszystkie schematy są w kręgu zainteresowania Brukseli, natomiast Ministerstwo Finansów chciałoby czerpać wiedzę o wszystkich schematach podatkowych, które noszą cechę transgraniczności i zakłada, że za schemat podlegający ujawnieniu będzie uważana struktura przynosząca korzyść ponad 5 mln zł. Chodzi o różnicę między podatkiem zapłaconym według polskich reguł bez istnienia struktury a kwotą do zapłaty po dokonaniu optymalizacji. Dodatkowo podmioty doradztwa podatkowego, których przychody lub koszty przekroczą 8 mln zł rocznie, muszą wdrożyć wewnętrzne procedury zapewniające wywiązanie się z obowiązku ujawniania schematów. Za niezastosowanie się do tego wymogu szef KAS będzie mógł nałożyć na firmę karę do 2 mln zł, a w niektórych sytuacjach nawet 10 mln zł.
Zagrożone tajemnice zawodowe
Istotną rolę w procesie raportowania, jak już wcześniej wspomnieliśmy, będzie odgrywał „pośrednik”. Jest on szeroko zdefiniowany w unijnym dokumencie: obejmuje podmiot tworzący, wprowadzający do obrotu, organizujący lub udostępniający do wdrożenia schemat, lub zarządzający wdrażaniem takiego schematu, ale również może to być osoba, która zdaje sobie sprawę (lub powinna zdawać sobie sprawę) z faktu udzielania przez siebie pomocy, wsparcia lub porad przy powyższych czynnościach. Według unijnych przepisów „pośrednik” nie musi raportować, jeśli naruszałoby to tajemnicę wynikającą z wykonywanego przez niego zawodu.
W sytuacjach, gdy nie będzie instytucji pośrednika, na przykład, kiedy podatnik wdraża schemat samodzielnie lub w sytuacji zwolnienia go z raportowania z uwagi na tajemnicę zawodową, zadanie to przejmie w całości podatnik. W warunkach polskich pośrednik zostaje zdefiniowany jako „promotor”, czyli przede wszystkim doradca, adwokat i radca prawny, a więc osoby, które na rzecz podatnika opracowały określone rozwiązania, czyli schemat. Oznacza to w praktyce, iż będą oni zmuszeni „donosić” na swoich klientów, pomimo iż obowiązuje ich tajemnica zawodowa. Na reakcje środowisk nie trzeba było długo czekać.
W dniu 10 września do ministerialnego projektu zmian w ordynacji podatkowej odniosło się bardzo negatywnie Prezydium Krajowej Rady Radców Prawnych zaniepokojone tym, iż „przekazywanie przez radcę prawnego informacji o schemacie podatkowym – nawet bez ujawniania tożsamości korzystającego ze schematu – może prowadzić do naruszenia tajemnicy zawodowej ze względu na zakres przekazywanych danych, który może pozwalać na identyfikację korzystającego ze schematu”. Rada logicznie argumentuje, iż Ministerstwo jest nadgorliwe, a jego propozycje wykraczają „w sposób znaczący” poza ramy przewidziane w Dyrektywie, która nakreśla jedynie obowiązek raportowania schematów transgranicznych, a nie krajowych. Co więcej, autorzy Dyrektywy zaznaczają wręcz, że każde państwo członkowskie winno zapewnić promotorowi warunki do ochrony tajemnicy zawodowej tzn. prawo do uchylenia się od obowiązku raportowania tam, gdzie może dojść do ujawnienia tajemnicy. Tymczasem polski prawodawca widzi rzecz inaczej: przewiduje zwolnienia promotora (w tym radcy prawnego) z obowiązku zachowania tajemnicy zawodowej. Problem jednak w tym, że nie wskazuje jednocześnie trybu i podmiotu, który mógłby to zrobić. Mając na uwadze wcześniejsze propozycje Ministerstwa, można domniemywać, że mógłby to być klient, czego ustawa o radcach prawnych absolutnie nie przewiduje.
Rada zaapelowała więc o poprzestanie w polskich rozwiązaniach na zasadach przewidzianych w Dyrektywie i odstąpienie od wprowadzenia w stosunku do zawodów zaufania publicznego, takich jak radcowie prawni, dodatkowych obowiązków sprawozdawczych czy informacyjnych w zakresie schematów podatkowych. Za wystarczające w tym zakresie uznała zobowiązanie radcy prawnego do poinformowania klienta o istniejącym obowiązku raportowania schematów podatkowych przez klienta.
Sytuacja związana z naruszaniem tajemnic zawodowych jest na tyle poważna, iż w dniu 17 października wspólny list otwarty do Posłanek i Posłów na Sejm RP wystosowały w tej sprawie organizacje potencjalnych promotorów, a więc Krajowa Rada Radców Prawnych, Naczelna Izba Adwokacka i Krajowa Rada Doradców Podatkowych. Sygnatariusze, wyrażając protest wobec zamiarów Ministerstwa Finansów, zwrócili uwagę ustawodawcy, iż projekt bezpośrednio godzi i narusza tajemnicę zawodową ich środowisk. Raportowanie umożliwia identyfikację klienta, nawet bez podawania jego danych personalnych. Dla specjalistów z zakresu bezpieczeństwa informacji nie ulega to wątpliwości.
Czy i na ile głosy zainteresowanych środowisk zostaną uwzględnione pozostaje sprawą otwartą. Z pewnością podano argumenty merytoryczne, które robią wrażenie na prawnikach, ale należy wątpić, iż skłonią do refleksji projektodawców i ustawodawcę. Odwoływanie się do zasad demokratycznego państwa prawa czy spadku zaufania obywatela do instytucji państwa oraz wymiaru sprawiedliwości jest jak najbardziej uzasadnione, ale może okazać się rzucaniem przysłowiowym „grochem o ścianę”. Rządzący niejednokrotnie już pokazali, iż kierują się własnym interesem, a jeśli zasadami, to chyba jedynie zasadą opłacalności. Wykazana przez Ministerstwo po raz kolejny nadgorliwość przy wdrażaniu przepisów unijnych świadczy o tym, iż przy tej okazji chce się zdyscyplinować, czyli włożyć kij w szprychy polskim przedsiębiorcom i pozyskać środki finansowe, niezwykle potrzebne na transfery socjalne.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Marek Ciecierski, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Pierwsze od kilku lat głosowanie nad wnioskiem o zmianę stóp procentowych w Polsce nie powinno przyczyniać się do ruchu w górę polskiej krzywej dochodowości. Złoty znów silniejszy z notowaniami EUR/PLN zbliżającymi się do 4,29. Obok czynników globalnych tym razem PLN wsparła też informacja o głosowaniu nad wnioskiem o podwyżkę kosztu pieniądza podczas ostatniego posiedzenia RPP.
Rynek walutowy i stopy procentowej
Czwartkową sesję na krajowym rynku walutowym cechowało umocnienie złotego, czemu towarzyszył brak handlu w USA z racji Święta Dziękczynienia. Kurs EUR/PLN zbliżył się do 4,29 przy lekko rosnącej wycenie euro do dolara.
Klimat inwestycyjny w Europie wspierały doniesienia o uzgodnieniu przez UE i W. Brytanię projektu Brexitu dot. wzajemnych stosunków obu stron, który będzie mógł zostać przyjęty na niedzielnym szczycie przywódców Unii. Wizja oddalającego się „twardego Brexitu” wyraźnie podbiła notowania funta brytyjskiego. Wsparcie dla nastrojów dała też publikacja minutes EBC, która potwierdziła plany banku dot. wycofania bodźców monetarnych (w tym zapowiedzianego wygaszenia do końca br. programu skupu aktywów). Choć członkowie EBC zauważają, że dane makroekonomiczne są rozczarowujące, to jednak podtrzymują oczekiwania na szeroko zakrojony wzrost gospodarczy i przyspieszenie inflacji. Ponadto, wydaje się, że inwestorzy nadal widzą szanse na porozumienie pomiędzy KE a Włochami dot. budżetu tej trzeciej gospodarki strefy euro. Zdaniem Komisji Rzym nie spełnia unijnego kryterium długu i nie jest wykluczone, że zostanie wszczęta przeciw niemu procedura nadmiernego deficytu. Tymczasem Włochy nadal obstają przy możliwych ustępstwach, choć jak zaznaczają nie dot. wysokości deficytu.
W kraju dane GUS pokazały, że po ostatnim tąpnięciu nie tylko produkcja, ale również sprzedaż wróciła na dawne tory, rosnąc w październiku o 9,7% r/r. Pozytywny wpływ na odczyt miał nie tylko układ dni kalendarza (jak w przypadku wyników dla produkcji przemysłowej), ale też nieoczekiwanie wysoka, blisko 10% sprzedaż samochodów. Obok danych krajowi inwestorzy zapoznali się też z protokołem z listopadowego posiedzenia RPP, z którego wynikało, że w tym miesiącu zgłoszono wniosek o 25 pkt podwyżkę stóp. Choć nie został przegłosowany (co nie było zaskoczeniem), to jednak sama świadomość rozmów członków Rady o podwyżkach stóp mogła dodatkowo ocieplać klimat wokół złotego. Nie zmienia to faktu, że nadal większość z nich uważa za właściwą stabilizację stóp w najbliższych kwartałach.
Informacja o głosowaniu nad wnioskiem o podwyżkę kosztu pieniądza nie miała istotnego wpływu na notowania polskich instrumentów dłużnych. Krótki koniec krzywej skarbowych papierów wartościowych nieznacznie odbił oscylując wokół 1,60%, jednak naszym zdaniem w najbliższym czasie powinien wrócić ponownie w stronę 1,55%. Na tle ostatniej projekcji NBP, która pokazała mocne odbicie inflacji, retoryka RPP jawiła się jako mocno gołębia, gdzie uwydatniła się tolerancja na wyższe odczyty inflacji (wynikające ze wzrostu cen energii). Wyniki głosowania RPP (które powinniśmy poznać pod koniec roku) prawdopodobnie wpiszą się w treść minutes, z której wynikało, że większość członków Rady zakłada stabilizację stóp NBP w najbliższych kwartałach.
Również wydarzenia na rynkach zagranicznych nie powinny prowadzić do istotnego ruchu w górę polskiej krzywej dochodowości. Rentowności niemieckich oraz amerykańskich papierów dłużnych utrzymują się z dala od ostatnich maksimów, co ogranicza również presję na wzrosty na papierach polskich z dłuższym terminem zapadalności. Dodatkowo presja inflacyjna płynąca ze strony rynku surowcowego w ostatnim czasie opadła. Taki rozwój zdarzeń potwierdzają notowania cen ropy, gdzie baryłka Brent kosztuje około 63USD. Zauważalnie w dół przesunęły się również rynkowe oczekiwania inflacyjne, gdzie 5-letni swap inflacyjny w USD notowany jest poniżej 2,30%.
Wykres dnia: Oddalająca się wizja „twardego Brexitu” umocniła funta zarówno do dolara (linia czerwona, p.oś), jak i wobec euro (linia niebieska, l.oś odwrócona).
Źródło: Thomson Reuters
Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski
Jak zbudować portfel inwestycyjny? Opierać się na funduszach czy inwestować w akcje i nowe, obiecujące start’upy? A może pójść jeszcze inną drogą i zainteresować się lokatami i obligacjami państwowymi? To pytania, które zadaje sobie wielu początkujących inwestorów. Odpowiedź nie jest oczywiście prosta i zależy od bardzo wielu czynników, takich jak chociażby prognozowana stopa zwrotu, potencjalne ryzyko czy dylemat pomiędzy chęcią stałego dochodu na przyszłość, a jednorazowym, wysokim zyskiem przy odsprzedaży aktywów.
Ryzykować czy nie?
Inwestor w pierwszej kolejności musi zdecydować, na jakie ryzyko jest gotowy. Jeśli podejmie się ulokowania kapitału w lokatach lub obligacjach państwowych, ryzyko inwestycyjne będzie praktycznie zerowe, ale w związku z tym również potencjalny zysk nie będzie imponujący. Na drugim biegunie możemy postawić kogoś, kto jest świadomy potencjalnych zagrożeń i chce w określonym czasie wyraźnie odczuć pozytywne skutki swoich posunięć – warto wówczas zainteresować się akcjami, walutami lub, co staje się w Polsce coraz bardziej popularną formą inwestycji, start’upami. Warto poszukać właściwej optymalizacji i odpowiednio zdywersyfikować swój portfel. Różnego rodzaju aktywa znacząco podniosą bezpieczeństwo naszych inwestycji oraz pozwolą dostrzegać kolejne nadarzające się okazje w różnych sektorach.
Słowo klucz: dywersyfikacja
Kiedy inwestor zdecyduje już o poziomie ryzyka, jakie jest w stanie podjąć, powinien wybrać konkretne instrumenty, które mają wg niego szansę być stać się dobrą lokatą kapitału i przemyśleć liczbę aktywów, które chciałby mieć w swoim portfelu. To czasochłonny proces, ale bardzo istotny, ponieważ właśnie wtedy dokonuje się analiza, na podstawie której inwestor może trafnie wytypować cele swoich inwestycji. Przy odpowiedniej dawce wiedzy, można przez wspomniany proces przejść samodzielnie, jednak dla oszczędności czasu i potwierdzenia trafności wstępnych wyborów, warto poszukać profesjonalnego wsparcia w biurze maklerskim lub u doradców biznesowych.
Czy warto interesować się start’upami?
Wszystkie potencjalne cele inwestycyjne zostały już wielokrotnie szeroko opisane, natomiast w dalszym ciągu niewiele jest informacji o tym, jak skutecznie inwestować w start’upy. Pierwszym krokiem jest wnikliwa analiza rynku i wytypowanie kilku lub nawet kilkunastu nowych przedsięwzięć, które mogą mieć potencjał rozwoju. Kiedy uda się już przebrnąć przez ten żmudny proces, przychodzi czas na ocenę atutów i słabości każdego z nich, która pozwoli na wyłonienie tych najbardziej obiecujących.
Inwestycja w nową firmę zawsze wiąże się z podwyższonym ryzykiem, a podjęcie decyzji o ulokowaniu kapitału w start’upie jest o tyle trudne, że nowi przedsiębiorcy często nie dysponują sprawozdaniami i bilansami finansowymi, więc inwestor musi polegać na biznesplanie, prognozach oraz na własnej analizie rynku. W takim wypadku nieocenione okazuje się doświadczenie biznesowe i dobra intuicja. Kluczowa jest też ocena zespołu, który tworzy start’up . Inwestor powinien wiedzieć czy ludzie zaangażowani w projekt mają odpowiednie kompetencje, w jakich dziedzinach są mocni, a w jakich potrzebne jest im wsparcie. Jego rola nie powinna też kończyć się w chwili przekazania pieniędzy.
Świadomy inwestor powinien żywo interesować się rozwojem projektu. Nie nachalnie, nie przesadnie, ale wspierająco. Będzie to działać na korzyść obu stron. Bieżący, proaktywny kontakt pozwala na stały przepływ informacji, oszczędza czas i pieniądze. Pozwala na dostrzeżenie potencjalnych zagrożeń na bardzo wczesnym etapie, dzięki czemu da się ich uniknąć lub wdrożyć prewencję antykryzysową z odpowiednim wyprzedzeniem. Dobrze, gdy inwestor wnosi ze sobą wiedzę i doświadczenie, ale także zasoby pomocne w prowadzeniu działalności. Nawet najbardziej innowacyjny pomysł wymaga bowiem codziennych, przyziemnych działań, zanim uda się na nim zbudować doskonale prosperującą firmę.
Inwestowanie w start’upy kusi potencjalnymi wysokimi zyskami, jednak każdy inwestor powinien mieć świadomość, że budowa nowej firmy to złożony i długotrwały proces. Wypracowanie pozycji na rynku i dochodów wymaga czasu. Czasami są to miesiące, a czasami lata. Każdy powinien sobie zatem przede wszystkim odpowiedzieć na pytanie, czego oczekuje i w jakim kierunku zamierza prowadzić dany biznes. Na tej podstawie można stopniowo budować swój portfel inwestycyjny, równoważąc instrumenty jednoznacznie bezpieczne z potencjalnie ryzykownymi.
System ERP z założenia ma być pojedynczym narzędziem wspierającym każdy dział firmy, od księgowości po obsługę klienta. Twórcy takiego oprogramowania mierzą się z coraz silniejszą konkurencją w postaci startupów, oferujących specjalistyczne rozwiązania w modelu SaaS, proste w implementacji i naszpikowane technologicznymi nowinkami. Aby stawić im czoła, konieczne są zdecydowane kroki. Przedstawiamy 5 najważniejszych trendów na rynku współczesnych systemów ERP.
Chmura drogą do modernizacji
Chmura to przyszłość, jednak tempo jej adaptacji różni się w poszczególnych firmach. W tak ważnej kwestii, jak przechowywanie danych, nie ma miejsca na pochopne decyzje, a każde ulepszenie powinno współgrać z ERP. Posiadanie systemu do planowania zasobów przedsiębiorstwa w chmurze obliczeniowej ułatwia dostęp i integrację z innymi aplikacjami. Jego częściowa lub całkowita migracja ma być katalizatorem cyfrowej transformacji i głównym trendem w roku 2019. O zaletach takiego rozwiązania nie trzeba przekonywać dyrektorów IT w Wielkiej Brytanii. Aż 78 proc. z nich uważa, że chmura obliczeniowa jest krytyczna nie tylko dla ich strategii IT, lecz również dla całej strategii korporacyjnej – wynika z badania przeprowadzonego przez Accenture. 50 proc. respondentów przyznaje natomiast, że posiada już system ERP w chmurze hybrydowej i czerpie z niego wymierne korzyści w postaci większej ergonomiczności oraz redukcji całkowitego kosztu posiadania (TCO). Co ciekawe, aż 61 proc. CIO na wyspach poinformowało, że ich organizacje trzymają w chmurze ponad połowę danych oraz wykorzystywanych aplikacji, jednak tylko 6 proc. planuje całkowitą migrację w ciągu najbliższych 3-5 lat.
Polski rynek IT również ulega transformacji, a dostawcy chmury i aplikacji SaaS mają nad Wisłą pełne ręce roboty. Najlepszym przykładem zachodzących zmian jest decyzja o przetwarzaniu Jednolitego Pliku Kontrolnego w chmurze obliczeniowej. Jeszcze kilka lat temu było nie do pomyślenia, żeby jeden ze strategicznych projektów informatyzacji państwa lokować w chmurze. Dziś wędruje tam coraz więcej administracyjnych rozwiązań. Podobną tendencję widać w sektorze prywatnym. Nawet branże charaktryzujące się konserwatywnym podejście do infrastruktury IT przekonują się do cloud computingu. Papierkiem lakmusowym chmurowej rewolucji jest rosnące zainteresowanie oprogramowaniem w modelu SaaS ze strony przemysłu. – Sektor produkcji był chyba najbardziej sceptyczny, jeśli chodzi o korzystanie z chmury obliczeniowej. Najwięcej wątpliwości wynikało z faktu, że w przemyśle istnieje potrzeba 100 proc. dostępności infrastruktury i aplikacji IT. Nieplanowane przerwy w produkcji są niedopuszczalne i wiążą się z dużymi stratami. Dzisiaj obawy dotyczące niezawodność cloud computingu najczęściej wrzuca się do jednego worka z innymi przesądami. Praktyka pokazała, że sprawdza się on doskonale – mówi Piotr Rojek, dyrektor zarządzający w DSR, polskiej spółce wspierającej producentów przemysłowych w cyfryzacji. DSR posiada w swojej ofercie system QAD ERP, rozchwytywany szczególnie przez firmy z branżach automotive i spożywczej. – Większość naszych klientów zdecydowała się na stacjonarną wersję QAD, lecz ta tendencja powoli zanika. Od dłuższego czasu obserwujemy rosnące zainteresowanie ERP w modelu SaaS. Trudno powiedzieć, kiedy stanie się on popularniejszy od wersji on-premise. Jestem jednak pewien, że ten moment nadejdzie i to niebawem – dodaje Rojek.
Integracja z mediami społecznościowymi
ERP składają się z wielu modułów, a ich integracja stanowi główny argument, dla którego firmy niechętnie sięgają po zewnętrzne rozwiązania. Niemniej, w przypadku sprzedaży i marketingu coraz większą popularnością cieszą się wszelkiej maści aplikacje dostępne w modelu SaaS. Są one mocno rozwinięte i dopasowane do potrzeb końcowego użytkownika. By zachować konkurencyjność, dostawcy systemów ERP muszą dostosować swoje moduły do rynkowych standardów, zasilając niektóre z nich danymi z mediów społecznościowych. Z prognozy opublikowanej przez serwis eMarketer wynika, że już w 2021 r. z mediów społecznościowych korzystać będzie 3.2 miliarda internautów. Dla osób zajmujących się marketingiem czy planowaniem produktu wiedza płynąca z ich aktywności jest zbyt cenna, by można było ją beztrosko ignorować. Producenci systemów ERP doskonale zdają sobie z tego sprawę, jednak ich dotychczasowe próby czerpania z tych potężnych zasobów można uznać za znikome.
Tymczasem wpływ na różne dyscypliny biznesowe jest tak duży, że niektóre z nich zmieniły się nie do poznania, czego doskonałym przykładem jest human resources. Managerowie HR nieustannie korzystają z mediów społecznościowych w poszukiwaniu nowych pracowników. Wykorzystują je również do zbierania informacji o wyselekcjonowanych kandydatach. Twórcy systemów ERP muszą wziąć takie niuanse pod uwagę, jeśli chcą, aby ich oprogramowanie nie pozostało w tyle.
Nowy wymiar personalizacji
Zasłużone systemy ERP mają opinię niezawodnych, lecz trudnych w użytkowaniu. Ich twórcy nie inwestowali w UX, kierując się przekonaniem, że typowe dla produktów konsumenckich rozwiązania, takie jak przyjazne, intuicyjne interfejsy, nie są konieczne w aplikacjach back-office. Na szczęście takie podejście odchodzi już do lamusa. Pracownicy coraz częściej mają styczność z aplikacjami webowymi, które pomimo zaawansowanych funkcji, charakteryzują się przystępnymi interfejsami. Ta różnorodność sprawia, że ich oczekiwania, szczególnie w obszarze user experience, są coraz większe. Z drugiej strony, firmy dostrzegają negatywne skutki słabego UX, takie jak zmęczenie skomplikowanymi procesami oraz zwrot pracowników w kierunki shadow IT. Korzystają oni z niezatwierdzonych programów i aplikacji, ponieważ narzucone odgórnie rozwiązania są zbyt skomplikowane i niedostosowane do ich realnych potrzeb. Według analityków Gartnera, do 2020 r. co trzeci udany cyberatak będzie następstwem tego niebezpiecznego zjawiska.
Badanie przeprowadzone przez Accenture dowodzi, że zaledwie 4 proc. systemów ERP posiada nowoczesny UX i omni-channel. Zasłużone ERP są za mało elastyczne, by umożliwić personalizację. W efekcie firmy są zmuszone do tworzenia nakładek interfejsu użytkownika, aby ułatwić pracownikom korzystanie z oprogramowania. Według analityków z Accenture, kres takich praktyk nadejdzie już niebawem, a ERP czeka prawdziwa transformacja. W jej centrum znajdą się chatboty, interakcje na linii człowiek-komputer, automatyzacja czy inteligentne podpowiedzi. Wszystko po to, aby zapewnić użytkownikowi sprawne i bezstresowe korzystanie z oprogramowania.
Lepsze wykorzystanie danych
Dark data to odwieczny problem dyrektorów IT. Pod tym terminem kryją się wiadomości e-mail, dokumenty, spakowane pliki, zarchiwizowane treści z internetu, nieskończone i porzucone aplikacje czy fragmenty kodu. Są one problematyczne nie tylko ze względu na ogromne koszty ich utrzymania, lecz również dlatego, że stanowią swoisty bałagan i utrudniają odnajdywanie właściwych zasobów. – Pracownicy korporacji ślepo budują bezdenne jezioro danych. W wielu przypadkach zachęca do tego korporacyjna mantra „zachowaj wszystko, na wszelki wypadek” – alarmuje Gartner, globalna firma konsultingowa. Tymczasem autorzy raportu Data Genomics Index podają, że w roku 2017 liczba firmowych plików skatalogowanych jako nieznane wzrosła w stosunku do roku 2016 o 51 proc. Na tym nie koniec problemów. Organizacje toną w słabej jakości, niekompletnych danych, a większość CIO nie posiada strategii, której implementacja zmieniłaby coś w tej materii. Lekarstwem, na ten pogłębiający się w zatrważającym tempie bałagan, ma być wprowadzenie odpowiedniej klasyfikacji cyfrowych zasobów i przyporządkowanie dostępu do nich poszczególnym pracownikom, którzy dzięki regularnym szkoleniom rozumieją politykę danych przedsiębiorstwa. Klasyczne systemy ERP pozbawione są takich funkcjonalności. To prawdziwe wylęgarnie dark data, a stosowane w nich procesy sprawiają, że wartościowe informacje wpadają w tzw. data traps, pułapki, które uniemożliwiają ich wykorzystanie. Z badania przeprowadzonego przez Accenture wynika, że 92 proc. współczesnych systemów ERP postrzeganych jest przez dyrektorów IT jako wąskie gardła, wymagające ręcznej interwencji, aby można było wydobyć z nich potrzebne dane. Ich przyszłe wersje mają mieć mechanizmy zabezpieczające przed powstawaniem niepotrzebnych danych oraz pułapek, powstrzymujących te wartościowe przed dalszym przetwarzaniem i analityką.
Oswojenie internetu rzeczy
Im więcej podłączonych do sieci urządzeń, tym więcej danych automatycznie spływających do ERP – takie przynajmniej powinno być założenie producentów tego oprogramowania. Skorzystają na tym firmy prawie z każdej branży, od ochrony zdrowia, gdzie dane z sensorów wędrują do elektronicznej dokumentacji medycznej, po producentów przemysłowych, których parki maszynowe zasilają danymi systemy MES czy SFC. Nawet firmy transportowe skorzystają na ERP, który robi użytek z urządzeń monitorujących w samochodach ciężarowych. Internet rzeczy daje lepszy wgląd w łańcuch dostaw, działania partnerów logistycznych czy wydajność urządzeń na linii produkcyjnej. Uporządkowane i właściwie przedstawione dane przekładają się również na jakość podejmowanych decyzji. Jest to spójne z filozofią systemów ERP, które powstały właśnie w tym celu. Wgląd w działanie całego przedsiębiorstwa z pozycji jednego systemu to idealna konfiguracja, jednak przy obecnej dywersyfikacji specjalistycznych aplikacji jest ona większym wyzwaniem niż kiedykolwiek wcześniej. – Aby zachować konkurencyjność, nowoczesne systemy ERP muszą posiadać zdolność gromadzenia i przetwarzania danych z infrastruktury IOT. Najczęściej odbywa się to poprzez integrację z zewnętrznym oprogramowaniem, rzadziej przez natywne moduły. ERP to inwestycja na lata, więc jeśli taka integracja jest utrudniona lub niemożliwa, należy poszukać lepszego rozwiązania – radzi Piotr Rojek z DSR.
Stacje benzynowe w większości unijnych krajów nie kwapią się z obniżkami cen paliw. Są jednak dwa wyjątki – Bułgaria i Francja. Nie ma w tym jednak przypadku. Francuscy i bułgarscy kierowcy zaczęli protestować przeciwko wysokim cenom i niewykluczone, że to przyczyniło się do obniżek – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.
Od ponad półtora miesiąca na rynku benzyny bezołowiowej utrzymuje się spadkowa tendencja. Cena litra paliwa w europejskich rafineriach obniżyła się o 55 gr, osiągając poziom 1,54 zł/l.
Ponieważ to rafinerie holenderskie czy belgijskie wyznaczają ceny hurtowe dla podmiotów w innych krajach, bardzo podobne spadki – o ok. 50 gr – widać także w Polsce. Cena litra paliwa (bez negocjacji stawek dla większych odbiorców, podatków, akcyzy i opłaty paliwowej) wynosi na rodzimym rynku 1,94 zł/l. Zwykle koncerny zajmujące się sprzedażą paliw płacą cenę pomiędzy tą europejską a ofertową w kraju.
Według danych Komisji Europejskiej litr benzyny bezołowiowej w Polsce 19 listopada kosztował 5,04 zł. To spadek o 3 gr w porównaniu do wartości sprzed tygodnia i 7 gr mniej niż 22 października. Czemu więc detaliści nie obniżają cen benzyny dla konsumentów?
Cała seria wymówek
Cześć powodów, przez które ceny paliw były wysokie, dało się uzasadnić. Detaliści (również ci za granicą) wstrzymywali się z podwyżką cen diesla we wrześniu i w październiku, gdy drożała ropa naftowa i szalały także ceny hurtowe paliw. Nałożyły się na to przestoje w europejskich rafineriach. Negatywnie na transport paliw wpływała również susza w Niemczech, która utrudniała transport diesla Renem i w pewnym sensie wysysała to paliwo z innych części Unii, a także nawet spoza Wspólnoty.
Dodatkowo handlowcy, znając przyzwyczajenia kierowców, nie chcieli, aby ceny diesla przekraczały ceny benzyny. Odbijali sobie niskie marże na oleju napędowym, którego średnio sprzedaje się 3 razy więcej niż popularnej „95”, stosunkowo wysokimi cenami bezołowiówki.
Wydaje się jednak, że w większości przypadków straty zostały już odrobione i dwa minione tygodnie były okresem żniw dla stacji paliw. Obecne braki obniżek coraz trudniej uzasadnić, aczkolwiek, co trzeba podkreślić, wysokie ceny utrzymują się praktycznie w całej Europie.
Średnia ważona cena benzyny bezołowiowej w ciągu miesiąca zmniejszyła się w Unii Europejskiej jedynie o 3,6 eurocenta (1 eurocent to ok. 4,3 grosza). W Polsce było to o 2,6 centa (różnica pomiędzy 7 gr wymienionymi wcześniej wynika ze zmian kursu euro w relacji do złotego).
Diesel natomiast w miesiąc staniał na unijnych stacjach o 1,2 eurocenta, a w Polsce zdrożał o 2 eurocenty. Większy niż w Polsce wzrost cen diesla widoczny był w ostatnim miesiącu tylko w Niemczech (4,6 eurocenta) i w Finlandii (3,3 eurocenta).
Protesty działają?
Z danych Komisji Europejskiej na temat paliw wynika, że największe spadki cen paliw obserwowane są we Francji oraz w Bułgarii. Nad Sekwaną cena benzyny bezołowiowej w ciągu miesiąca spadła według Eurostatu aż o 9,6 eurocenta. W przypadku diesla spadek był na poziomie 5,7 eurocenta.
W Bułgarii ceny do połowy listopada obniżały się niewiele, ale w ostatnim tygodniu według danych KE spadły aż o 6 eurocentów na litrze benzyny bezołowiowej. Zarówno miesięczne spadki w przypadku Francji, jak i tygodniowe w przykładzie bułgarskim były największe w całej Unii Europejskiej. Te kraje łączy jednak także inna kwestia. Kierowcy stanowczo protestowali w nich przeciwko wysokim cenom na stacjach benzynowych.
Założyciel spółki XTPL i twórca innowacyjnej w skali globalnej technologii umożliwiającej ultraprecyzyjny druk nanomateriałów, dr Filip Granek, został zwycięzcą 16. edycji konkursu EY Przedsiębiorca Roku. Wygrał także w kategorii Nowy Biznes. W kategorii Produkcja i Usługi zwyciężył Bartłomiej Skrzydlewski z firmy Amplus. W kategorii Nowe Technologie/Innowacyjność statuetka trafiła do rąk Krzysztofa Kostowskiego – twórcy firmy PlayWay. W trakcie Gali, która odbyła się 22 listopada na warszawskim Służewcu, przyznano także nagrody specjalne, które otrzymali: Edward Bajko ze Spółdzielczej Mleczarni Spomlek, Jarosław Królewski z Synerise i Adam Mokrysz z Grupy Mokate.
Od lat powtarzamy, że pasja, wizja, aspiracje i konsekwencja to cechy, które wyróżniają polskich przedsiębiorców. Mamy zaszczyt współpracować z nimi jako firma, a także wyróżniać ich w ramach polskiej edycji międzynarodowego konkursu i programu EY Przedsiębiorca Roku. Finaliści tegorocznej 16. edycji konkursu reprezentują zróżnicowany profil działalności i modeli biznesowych, jednak łączy ich ambicja i poszukiwanie nowych i innowacyjnych sposobów na rozwój swoich firm. Serdecznie gratuluję zwycięzcom poszczególnych kategorii i trzymam kciuki za ich dalsze sukcesy. Zwycięzca – EY Przedsiębiorca Roku 2018 – już w czerwcu w gronie prawie 60 przedsiębiorców z całego świata będzie reprezentował Polskę podczas światowego finału konkursu – mówi Jacek Kędzior, Partner Zarządzający EY Polska.
Zwycięzcy kategorii głównych
Filip Granek jest założycielem spółki XTPL i jednym z najlepszych na świecie specjalistów w zakresie nowoczesnych technologii wytwarzania ogniw słonecznych oraz technologii opartych o nanomateriały. Zaprojektowany przez XTPL unikatowy układ drukujący pozwala na niezwykle dokładne nanoszenie na podłoże specjalnie skomponowanego w laboratoriach firmy nanotuszu i tworzenie dedykowanych struktur w skali submikronowej. Przełomowość tego rozwiązania polega na umożliwieniu precyzji jakiej nie można osiągnąć żadną inną metodą druku na świecie, a która pozwoli na wytwarzanie zaawansowanych urządzeń, takich jak np. ogniwa słoneczne, wyświetlacze czy biosensory przy wykorzystaniu tanich i skalowanych metod druku. Filip Granek w kierowaniu firmą stawia przede wszystkim na ludzi – profesjonalnych, utalentowanych i pełnych pasji.
Jury uhonorowało Filipa Granka tytułem EY Przedsiębiorca Roku 2018 za „pracę nad technologią przełomu, która ma poważną szansę, aby zmieniać świat na lepsze.”
Jury było pod ogromnym wrażeniem innowacyjności i nowych technologii wykorzystywanych przez kandydatów. Świadczy o tym werdykt – zwycięzca tegorocznej edycji konkursu EY Przedsiębiorca Roku stworzył technologię, która jest innowacyjna w skali globalnej i którą chronią międzynarodowe zgłoszenia patentowe. Zaprojektowany przez XTPL unikatowy układ drukujący pozwala na niezwykle dokładne nanoszenie na podłoże specjalnie skomponowanego w laboratoriach firmy nanotuszu i może być wykorzystany m.in. w elektronice, medycynie czy ochronie materiałów wartościowych. Marzeniem Filipa Granka było stworzenie technologii, która zrewolucjonizuje wiele sektorów globalnego rynku. Trzymam kciuki, aby udało mu się również podbicie Monte Carlo – dodaje Bartłomiej Smolarek, Partner w dziale Doradztwa Transakcyjnego EY, Audytor konkursu EY Przedsiębiorca Roku.
Filip Granek będzie reprezentował Polskę podczas międzynarodowego finału konkursu EY World Entrepreneur Of The Year 2019, który rozstrzygnie się w czerwcu przyszłego roku w Monako. O tytuł najlepszego przedsiębiorcy globu Polak będzie rywalizował ze zwycięzcami lokalnych edycji konkursu z ponad 60 państw świata.
Filip Granek z XTPL zwyciężył także w kategorii Nowy Biznes, w której jury wyróżniło go „za wykorzystanie własnego doświadczenia naukowego do tworzenia innowacyjnego na skalę światową produktu”.
W kategorii Produkcja i Usługi statuetkę otrzymał Bartłomiej Skrzydlewski z firmy Amplus „za nieustanne dążenie do stworzenia międzynarodowego lidera w branży spożywczej przy zachowaniu dbałości o jakość i bezpieczeństwo produktu”. Amplus jest wiodącym producentem i dystrybutorem świeżych owoców i warzyw, jedną z bardziej innowacyjnych firm w Polsce w branży rolno-spożywczej. Od 2016 roku firma posiada jedną z najnowocześniejszych powierzchni magazynowych w Polsce i w Europie. W styczniu 2018 roku, z udziałem technologów produkcji Amplus, powstało Centrum Badawczo-Rozwojowe Agro Smart Lab, którego celem jest wdrażanie innowacji w rolnictwie.
Statuetkę w kategorii Nowe Technologie/Innowacyjność otrzymał Krzysztof Kostowski z PlayWay za „stworzenie unikalnego modelu biznesowego, w którym rozwinięta firma z branży tworzy warunki do rozwoju dla początkujących i kreatywnych przedsiębiorców”. Firma jest producentem i wydawcą średnio i niskobudżetowych gier, które tworzy we współpracy z około 30 spółkami zależnymi oraz licznymi zespołami wewnętrznymi. Model biznesowy przedsiębiorcy polega na jednoczesnym tworzeniu kilkunastu niskobudżetowych tytułów, co pozwala zmniejszyć ryzyko w przypadku niepowodzenia jednego z nich.
Laureaci nagród specjalnych
W tym roku Jury zdecydowało o przyznaniu trzech nagród specjalnych – „za wprowadzenie przedsiębiorstwa z sektora rolno-spożywczego na ścieżkę sukcesu dzięki specjalizacji produkcji w powiązaniu z tak żywą w Polsce ideą spółdzielczości” nagrodę otrzymał Edward Bajko ze Spółdzielczej Mleczarni Spomlek.
Wyróżnienie „za stworzenie spółki technologicznej, w której twórca umiejętnie połączył działalność akademicką z przedsiębiorczością” otrzymał Jarosław Królewski z firmy Synerise.
Jury w porozumieniu z Polskim Funduszem Rozwoju – Partnerem Konkursu, przyznało także Nagrodę Specjalną za ekspansję międzynarodową. Wyróżnienie otrzymał Adam Mokrysz z Grupy Mokate „za przekształcenie spółki regionalnej w spółkę operującą na kilku kontynentach”.
Jury konkursu
Tegorocznych zwycięzców wybrało niezależne od EY jury. W jego skład wchodzą wybitne osobowości biznesu oraz laureaci poprzednich edycji konkursu:
Jerzy Koźmiński – Przewodniczący Jury, Prezes Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności
Paweł Buszman – Przedsiębiorca Roku 2015, Prezes Zarządu American Heart of Poland
Marcin Grzymkowski – Przedsiębiorca Roku 2016, Prezes Zarządu eobuwie.pl
Marcin Iwiński – Przedsiębiorca Roku 2008, Wiceprezes Zarządu CD Projekt
Adam Krzanowski – Przedsiębiorca Roku 2014, Prezes Grupy Nowy Styl
Piotr Krupa – Przedsiębiorca Roku 2017, Prezes KRUK S.A.
Krzysztof Pawiński – Przedsiębiorca Roku 2011, Prezes Grupy Maspex Wadowice
Ewald Raben – Przedsiębiorca Roku 2012, Prezes Grupy Raben
Jacek Siwicki – Prezes, Przewodniczący Rady Dyrektorów Enterprise Investors
Kinga Stanisławska, Partner Zarządzający i Założyciel Experior Venture Fund
Andrzej Wiśniowski – Przedsiębiorca Roku 2013, Twórca firmy WIŚNIOWSKI
Partnerzy konkursu: PKO Bank Polski, Polski Fundusz Rozwoju, Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie, Harvard Business Review Polska, Gazeta Wyborcza, Puls Biznesu, TVN24 BiS.
W ostatnich 10 latach niemal dwukrotnie wzrósł udział zadłużenia z tytułu kredytów hipotecznych do wartości PKB z 10% do ponad 20%. Wynikało to z kilku czynników. Przede wszystkim, należy zaznaczyć, że polski rynek kredytów mieszkaniowych jest dopiero w początkowym etapie rozwoju. Jego aktywizacja nastąpiła wraz z przystąpieniem Polski do UE. Sprzyjał wówczas spadek stóp procentowych oraz wzrost dochodów, co wpłynęło na zwiększenie zdolności kredytowej gospodarstw domowych. Jednocześnie rosnące potrzeby mieszkaniowe Polaków, wytworzyły sprzyjające warunki rozwoju rynku mieszkaniowego.
Obecnie (na 30.09.2018 r.) saldo zadłużenia z tytułu kredytów mieszkaniowych wynosi 425,18 mld zł, spłacanych jest 2,39 mln kredytów mieszkaniowych przez 3,84 mln Polaków.
W przypadku kredytów konsumpcyjnych w ostatnich 10 latach ich relacja do PKB była stabilna. Dynamika wzrostu zadłużenia z tytułu kredytów konsumpcyjnych była zbliżona do dynamik wzrostu PKB. Trzeba pamiętać, że okres kredytowania w przypadku kredytów konsumpcyjnych jest istotnie krótszy w porównaniu do kredytów mieszkaniowych, a dodatkowo kredyty te są często „rolowane”.
Obecnie (na 30.09.2018 r.) saldo zadłużenia z tytułu kredytów konsumpcyjnych wynosi 167,75 mld zł, a 8,3 mln Polaków spłaca 13,86 mln kredytów konsumpcyjnych
Ubezpieczyciele nie mają łatwo, rośnie bowiem odsetek Polaków, którzy zaakceptowaliby oszukańcze zachowania wobec firm ubezpieczeniowych. Jak wynika z badania Moralność Finansowa Polaków, już co piąta osoba usprawiedliwiłaby sytuację, w której ktoś zawyża wartość poniesionych szkód, aby uzyskać nienależne odszkodowanie. Są też i tacy, którzy nie boją się tego robić. Najnowszy raport Polskiej Izby Ubezpieczeń na temat przestępstw pokazuje, że w ub.r. wykryto 11 207 sytuacji, w których klienci chcieli wyłudzić 213 mln zł. Nie każdy też płaci za wykupione ubezpieczenie. W rejestrze BIG InfoMonitor znajduje się obecnie prawie 103 tys. dłużników wpisanych z powodu nieuregulowania opłat za posiadane polisy.
Zrealizowane po raz trzeci badanie Moralność Finansowa Polaków* pokazuje, że tolerancja na niemoralne zachowania w stosunku do ubezpieczycieli z roku na rok wzrasta. Obecnie już 21 proc. respondentów nie ma problemu z akceptacją sytuacji, w której dochodzi do zawyżenia poniesionej szkody w celu otrzymania nienależnego. Badanie zostało przeprowadzone na zlecenie KPF, m.in. w partnerstwie z Rejestrem Dłużników BIG InfoMonitor. Jeszcze rok, dwa lata temu stosunek badanych do ubezpieczycieli był dla zakładów ubezpieczeń znacznie korzystniejszy. Poziom akceptacji nieodpowiednich działań wynosił ok. 15 proc., co pokazywało większy respekt rodaków do ubezpieczycieli niż do ogólnie rozumianych wierzycieli czy też Państwa.
Źródło: KPF z partnerami: BIG InfoMonitor, Ferratum Bank, Everest, Finance
Dziś stosunek do ubezpieczycieli nie odbiega bardzo mocno od sytuacji, w której dłużnik ucieka przed wierzycielami i przepisuje majątek na rodzinę, zmienia z tego powodu często konta, czy też podejmuje pracę na czarno, na czym traci również Państwo. Akceptuje tego rodzaju działania między 23 a 30 proc. osób.
*Odpowiedzi: czasem, często, zawsze Źródło: KPF z partnerami: BIG InfoMonitor, Ferratum Bank, Everest, Finance
Podsumowujący działalność przestępczą na rynku ubezpieczeniowym w 2017 r. raport Polskiej Izby Ubezpieczeń** pokazuje, że liczba czynów zabronionych wyniosła 11 207 i przez rok wzrosła o 7 proc. Wartość wyłudzeń sięgnęła 213 mln zł i była o 13 mln zł niższa niż rok wcześniej.
Oszustwa z polis majątkowych przekroczyły 195 mln zł
Zdecydowanie dominują przestępstwa w obszarze ubezpieczeń majątkowych, a wśród nich od lat najpopularniejszą grupę stanowią ubezpieczenia komunikacyjne. W 2017 r. pracownicy zakładów ubezpieczeń z obszaru ubezpieczeń majątkowych odnotowali 10 306 czynów przestępczych na łączną kwotę 195,42 mln zł. W porównaniu z rokiem poprzednim oznacza to wzrost liczby czynów o 8 proc. oraz spadek ogólnej kwoty przestępstw o 8 proc. Średnia wartość przestępstwa wyniosła w zeszłym roku około 19 tys. zł., a kwota świadczeń wypłaconych z tytułu ubezpieczeń majątkowych blisko 19,5 mld zł.
Autorzy raportu zwracają uwagę m.in. na:
Ciągły wzrost popularności szkód osobowych. Dotyczy to zarówno powiększania deklarowanego zakresu uszkodzeń ciała w przypadku urazów, symulowania stanów psychicznych wynikających z rzekomo doznanego szoku pourazowego jak i powiększania liczby poszkodowanych w wypadku poprzez składanie fałszywych deklaracji.
Duży udział grup przestępczych celowo powodujących kolizje głównie z wykorzystaniem pojazdów o drogich częściach zamiennych bez możliwości stosowania zamienników. Sprawcy w sprawny sposób organizują proces wyłudzenia angażując na różnych jego etapach wiele osób, często obcokrajowców. Współpracują z warsztatami, holownikami i dostawcami części.
Masowe wykorzystywanie wraków pojazdów do wyłudzeń. Pojazdy całkowicie zniszczone po pożarach lub poważnych wypadkach wprowadzane są ponownie do obrotu po rzekomej odbudowie i wykorzystywane jako generatory roszczeń.
Problem roszczeń związanych z korzystaniem z pojazdów zastępczych z OC sprawcy. Sprawcy wykorzystują wiele prostych metod polegających między innymi na: fikcyjnym przedłużaniu czasu korzystania z pojazdu, zawyżaniu ceny, przedkładaniu faktur za wynajem tego samego pojazdu do kilku szkód jednocześnie.
Szkody w leasingach. Straty powodowane są zwykle przy pomocy nowych pojazdów, zwykle luksusowych i finansowanych przy pomocy leasingów. Częstym przypadkiem jest wykorzystywane jako generatora roszczeń pojazdu luksusowego sprowadzonego zza granicy (w tym USA) w stanie całkowitego zniszczenia i poddawanego rzekomej odbudowie.
Celowe uszkodzenia drogich elementów szklanych w pojazdach, np. szyb czołowych w autobusach.
Stowarzyszenie ubezpieczycieli zauważa również, że nie maleje zagrożenie związane z ubezpieczeniem mieszkań i domów. Szeroki zakres ochrony połączony z opcjonalnym OC w życiu prywatnym lub OC z tytułu posiadania nieruchomości sprzyja generowaniu roszczeń związanych głównie ze zniszczeniami sprzętu komputerowego i RTV. Tendencja ta od lat zauważana jest na zachodzie Europy, głównie w Niemczech, gdzie niezwykle popularne są szkody polegające na celowym niszczeniu smartfonów, okularów, czy zalewaniu mieszkań poprzez sfingowane szkody związane z siecią grzewczą CO, wodociągową czy akwariami.
Oszustwa z polis życiowych na blisko 18 mln zł
W ubezpieczeniach życiowych udało się wychwycić 901 czynów na szkodę zakładów ubezpieczeń, na łączną kwotę 17,9 mln zł. Poszczególne zakłady ubezpieczeń zgłosiły od kilku do ponad stu przypadków wyłudzeń. Wartość ujawnionych nieprawidłowości waha się od kilku tysięcy do kilku milionów złotych. Przeciętna wartość wyłudzenia w ubezpieczeniach na życie wynosi blisko 20 tys. zł.
W porównaniu z rokiem ubiegłym liczba czynów zabronionych wzrosła o 22 proc. (z 738 do 901). W ub. r. zakłady ubezpieczeń z tytułu ubezpieczeń życiowych wypłaciły świadczenia o wartości około 20 mld zł.
Od lat najpopularniejszym i najbardziej dotkliwym finansowo przestępstwem jest wyłudzenie świadczenia za zgon. W minionym roku doszło do 258 takich sytuacji. W 2017 r. często wykrywano także przypadki związane z: poważnym zachorowaniem (73), inwalidztwem (99) i przede wszystkim leczeniem szpitalnym (399 przypadków). Prosta symulacja trudno diagnozowalnych dolegliwości skutkuje kilkudniowym pobytem w szpitalu i świadczeniem na około tysiąc złotych.
Problemów ubezpieczycielom dostarczają tu m.in.:
Luki w procedurach i brak pełnej elektronizacji obsługi i obiegu dokumentów świadczeń ubezpieczeń grupowych.
Brak wdrożenia elektronicznych dokumentów tożsamości.
Nierozwiązany problem dokumentów kolekcjonerskich. Są one wykorzystywane do popełniania różnego rodzaju oszustw, między innymi na szkodę instytucji finansowych.
Ze względów prawnych brak możliwości pełnej, automatycznej wymiany danych z systemami Narodowego Funduszu Zdrowia oraz Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.
Brak elektronizacji i wymiany danych dotyczących interwencji pogotowia ratunkowego. Kluczowym elementem obsługi świadczenia dotyczącego urazów jest informacja o zakresie obrażeń, jakich doznał poszkodowany oraz o okolicznościach ich zaistnienia.
W 2017 r. odnotowano wysoką popularność metody wyłudzeń, polegającej na podawaniu nieprawdziwych okoliczności zaistnienia urazów lub zatajania istniejących przed zawarciem umowy ubezpieczenia stanów chorobowych. Przestępstwa te związane są głównie z ubezpieczeniami grupowymi oraz licznymi umowami dodatkowymi.
Przykłady najczęściej popełnianych ubezpieczeniowych przestępstw
Ubezpieczony zgłasza 30 dni niezdolności do pracy, co daje 9 tys. zł wartości roszczenia. Powód? Wszczepienie rozrusznika serca, choć w momencie zawarcia ubezpieczenia zainteresowany nie informował o jakichkolwiek dolegliwościach, ani też objawach i chorobach. Weryfikacja dokumentacji medycznej sprzed złożenia wniosku wykazała, że ubezpieczony miał zdiagnozowane, m.in. raka prostaty, kamicę nerkową, torbiele nerek i zwyrodnienie kręgosłupa.
Ubezpieczonych zgłosił 46 dni niezdolności do pracy z powodu guza trzustki. Wartość roszczenie – 9,2 tys. zł. We wniosku o zawarcie ubezpieczenia nie było mowy o dolegliwościach zdrowotnych, jak jednak ustalił zakład ubezpieczeniowy, dzień przed podpisaniem wniosku o polisę, klient otrzymał kartę diagnostyki i leczenia onkologicznego w związku z nowotworem o nieokreślonym charakterze.
Ubezpieczony zgłosił wniosek o wypłatę świadczenia z tytułu śmierci partnera życiowego, który nie został wskazany w deklaracji na etapie przystępowania do umowy. Po odmowie ubezpieczony próbował udowadniać swoją wersję wydarzeń i przesyłał do towarzystwa kopię deklaracji, na której rzekomo partner był wskazany. Ubezpieczyciel nie odnotował jednak, aby wcześniej dotarła do niego ta zmiana.
Ubezpieczony zgłosił fikcyjną kolizję starego Fiata Seicento, którego nabył za 300 zł z uszkodzonym tyłem (rozbita lampa). Nabywca Fiata, który prowadzi usługi holowania, po zdarzeniu zabrał pojazd na lawetę do oględzin, za co wystawił fakturę na kwotę – 12 tys. zł. Drugi samochód nie był holowany z miejsca zdarzenia. Potwierdził to również policjant, który wykonywał czynności na miejscu zdarzenia. Sprawa trafiła do organów ścigania.
W kolizji trzech pojazdów – policja i świadkowie potwierdzili zdarzenie – doszło do spalenia jednego z pojazdów (Nissan). W trakcie weryfikacji okazało się, że Nissan spłonął całkowicie już wcześniej, za co rok temu zostało wypłacone odszkodowanie w innym zakładzie ubezpieczeń. Spalony ponownie Nissan został złożony z części pochodzących z pojazdu, który już raz się spalił oraz z elementów pochodzących z innych niezidentyfikowanych samochodów.
W innym przypadku firma odszkodowawcza w imieniu klienta próbowała uzyskać wypłatę z powodu utraty więzi z teściową, która zginęła w wypadku komunikacyjnym. Po przeprowadzeniu wywiadu środowiskowego mającego na celu potwierdzenie więzi rodzinnych poszkodowany zrezygnował z roszczeń.
Niemal 103 tys. dłużników jest winnych ubezpieczycielom prawie 184 mln zł
Firmy ubezpieczeniowe zmagają się nie tylko z oszustami, ale też z dłużnikami, którzy nie płacą za polisy. Obecnie w rejestrze BIG InfoMonitor wpisanych jest 102,5 tys. osób, które mają zaległości z tytułu nieopłaconych składek ubezpieczeniowych. Łączna zaległość wynosi 183,77 mln zł. Średnio na osobę wypada 1 792 zł długu. Za co wpisują ich firmy ubezpieczeniowe? Najczęściej za brak płatności kolejnej raty ubezpieczenia, gdy opłata za ubezpieczenie jest rozłożona na raty. Do rejestru można również trafić zapominając o powiadomieniu ubezpieczyciela o sprzedaży samochodu. Towarzystwo ubezpieczeniowe przekonane, że pojazd ma tego samego właściciela automatycznie przedłuża polisę na kolejny rok i potem jest zmuszone dochodzić od niego płatności. Tymczasem były właściciel, po tym jak sprzedał auto, nie płaci za ubezpieczenie. Dlatego ważne jest, by przy tego typu transakcjach dopełnić wszystkich formalności.
*Badanie Moralność Finansowa Polaków 2018 r. przeprowadzone zostało na zlecenie Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce – wykonała je firma Pactor na ogólnopolskiej, reprezentatywnej 1000-osobowej próbie Polaków w wieku powyżej 18 lat, w marcu 2018 r., metodą CATI. Partnerzy badania: BIG InfoMonitor, Everest Finance, Ferratum Bank.
Premier Wielkiej Brytanii Theresa May odnosi duże zwycięstwo na arenie europejskiej, przynajmniej na poziomie deklaracji dobrych chęci Brukseli w stosunku do wizji brexitu. Podnosi to szanse na przeforsowanie projektu przez brytyjski parlament, więc funt odbija, ale wciąż jeszcze dużo pracy, by oddalić czarny scenariusz.
Ujawniony wczoraj draft dokumentu określającego przyszłe relacje między Londynem i Brukselą sugeruje miękką formę brexitu, co ekonomicznie wygląda na najlepsze wyjście z paskudnej sytuacji, ale bez wątpienia rozsierdzi najbardziej zagorzałych brexitowców. Z jednej strony otrzymaliśmy deklarację dotyczące najbardziej kontrowersyjnej kwestii, tj. backstopu. Strony będą dążyć do znalezienia alternatywnego rozwiązania w odniesieniu do irlandzkiej granicy. Jest to wprawdzie tylko kosmetyczna zmiana języka, ale daje pole do przyszłych rozmów na równych warunkach. Ale jednocześnie dokument sugeruje, że Wielka Brytania i UE będą dążyć do stworzenia strefy wolnego handlu i silnej współpracy na polu regulacji i usług finansowych, co w pewnym sensie zabiera z brexitu urok odzyskania niezależności. Uważam, że choć szanse na wygranie głosowania w brytyjskim parlamencie wzrosły (prawdopodobnie w drugim tygodniu grudnia), tak wynik dalej nie jest pewny. W końcu mamy do czynienia z brytyjską polityką, która w samych ostatnich dwóch tygodniach pokazała, jak bardzo potrafi być nieprzewidywalna. W rezultacie wczorajszy skok funta jest bardziej wyrazem zaskoczenia, jakie przeżyli inwestorzy nastawieni na pesymistyczny przebieg wydarzeń. Jeśli z brytyjskiej sceny politycznej usłyszymy komentarze popierające projekt porozumienia w nowej formie, dopiero wówczas dalszy rajd GBP znajdzie uzasadnienie.
Z oświadczeniem woli mieliśmy także do czynienia na listopadowym posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej, o czym dowiedzieliśmy się z opublikowanych wczoraj zapisków dyskusji. Pierwszy raz w historii obecnego składu Rady pojawił się wniosek za podwyżką stóp procentowych o 0,25 pkt. proc. Jako argument podano istotne podwyższeniem projekcji inflacji CPI. Według projekcji inflacja ma wzrosnąć do 3,2 proc. w 2019 r. i utrzymywać się powyżej celu inflacyjnego w 2020 r. głównie jako rezultat podwyżek cen energii, słabszego złotego i wzrostu cen surowców. Wniosek o podwyżkę został odrzucony, gdyż większość w RPP jednak uważa, że „biorąc pod uwagę aktualne informacje, prawdopodobna jest stabilizacja stóp procentowych w kolejnych kwartałach”. Ponadto trzeba przypomnieć, że wyższa projekcja inflacji opiera się na konserwatywnych założeniach silnego wzrostu cen energii dla odbiorców końcowych (w tym gospodarstw domowych), co w roku wyborczym wydaje się bardzo mało prawdopodobne i faktyczna ścieżka inflacji powinna być niższa. Sam prezes NBP Glapiński na konferencji prasowej stwierdził, że prognoza jest „bardzo przesadzona”. Złoty nie zareagował na minutki, gdyż rynek wyraźnie nie wierzy, aby wniosek o podwyżkę mógł przejść przy obecnym nastawieniu większości członków Rady w tym samego prezesa Glapińskiego zakładającego utrzymanie się stóp procentowych bez zmian przez kolejne dwa lata.
Wschód Polski przyciąga coraz więcej inwestorów. Jeszcze kilka lat temu planów inwestycyjnych nie miało tu ponad 80 proc. firm. Teraz fabryki lokują tu największe koncerny. Ruszyła właśnie budowa fabryki Varroc Lighting Systems w gminie Niemce pod Lublinem. Docelowo pracę znajdzie tam 350 osób, a inwestycja ma być gotowa w III kw. 2019 roku. – Braliśmy pod uwagę różne lokalizacje. To, co nas przyciągnęło, to wykwalifikowana kadra, dobra współpraca z władzami lokalnymi i korzystna lokalizacja – podkreśla Bartosz Mackford, dyrektor zakładu Varroc Lighting Systems.
– W III kwartale 2019 roku zakład Varroc Lighting Systems będzie już otwarty. Pełne moce produkcyjne zamierzamy osiągnąć w 2020 roku – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bartosz Mackford, dyrektor zakładu Varroc Lighting Systems.
Podlubelska fabryka będzie drugą lokalizacją Varroc w Polsce (po otwartym w 2017 roku w Krakowie Centrum Inżynierii) i czternastą fabryką na świecie. Budowa już ruszyła, a w obiekcie o powierzchni ponad 25 tys. mkw. zatrudnienie znajdzie 350 osób.
– Szukamy pracowników związanych z produkcją, pracowników, którzy będą mieli swój udział w kontroli jakości, ale też w uruchomieniu samej produkcji oraz absolwentów kierunków technicznych, zwłaszcza inżynierów, którzy mają kontakt z technologią wtrysków. Oprócz tego planujemy też dział zasobów ludzkich, finansów czy zakupów – mówi Monika Delegos, HR Manager w Varroc Lighting Systems.
Jak przekonują przedstawiciele firmy, lokalizacja nie jest przypadkowa. O wyborze podlubelskiej gminy zdecydowały umiejętności i kompetencje pracowników, zwłaszcza że wiele wakatów będzie wymagać wysokiego poziomu wiedzy technicznej.
– Braliśmy pod uwagę różne lokalizacje, ale przekonała nas dostępność wykwalifikowanej kadry, współpraca z uniwersytetami. To był główny powód podjęcia tej decyzji, jak również bardzo dobra współpraca z władzami lokalnymi miasta i województwa – przekonuje Bartosz Mackford.
– O inwestycji zdecydowało dużo działań wspólnych, zarówno z Urzędem Marszałkowskim, z Urzędem Powiatowym. Jesteśmy gminą prężnie funkcjonującą, dynamicznie rozwijającą się, jak również lokalizacja, głównie lokalizacja, bliskość lotniska, bliskość dużego miasta wojewódzkiego, jakim jest Lublin, i budowane drogi komunikacyjne – dodaje Krzysztof Urbaś, wójt gminy Niemce.
Budowa fabryki Varroc Lighting Systems to dla gminy ogromne korzyści, zwłaszcza że jest to jedna z większych inwestycji w regionie.
– Pozyskanie nowych miejsc pracy ma wielkie znaczenie. Od dawna pracowaliśmy nad pozyskaniem firmy Varroc, aby umiejscowiła się na terenie naszej gminy. Wiele oczekiwań jest wśród naszych mieszkańców, firma robi nabór, co przyniesie obopólną korzyść gminie, mieszkańcom zarówno gminy Niemce, jak też powiatu, województwa. Rozwój całego regionu wschodniego, to naprawdę wielkie wydarzenie – podkreśla Krzysztof Urbaś.
Pod Lublinem powstaje coraz więcej firm, lubelska specjalna strefa ekonomiczna przyciągnęła już 66 firm, które zatrudniają ponad 4 tys. osób, a ich inwestycje sięgają 2 mld zł.
– Varroc to bardzo poważny podmiot, imponująca inwestycja, wnosząca nową technologię, dużo miejsc pracy, to realne korzyści i dla gminy, i miasta, i dla całego województwa. Cieszymy się, że partnerem może być również firma Panattoni, od wielu lat obecna w lubelskiej podstrefie ekonomicznej i to jest chyba sygnał, że gracze zarówno z półki europejskiej, jak i ze światowej zaczynają się coraz lepiej czuć w Lublinie i w województwie – przekonuje Krzysztof Komorowski, zastępca prezydenta Lublina.
Wschodnia Polska stała się już magnesem dla inwestorów. Jeszcze w 2010 roku, badanie przeprowadzone przez Polską Agencję Informacji i Inwestycji Zagranicznych wskazywało, że 83 proc. przedsiębiorców nie chce inwestować na Wschodzie. Sytuacja jednak się zmieniła. Inwestorów przyciąga dobra lokalizacja, dostęp do wykwalifikowanej kadry, zachęty finansowe w strefach ekonomicznych.
– Promowanie dzisiaj inwestora w regionie, to też promowanie regionu wraz z inwestorem. To jest też dowód dla innych inwestorów, że w tym regionie wysokiej klasy i zaawansowane technologie znajdą też pracowników, bo dzisiaj każdy pracodawca w Polsce walczy o pracownika. To miejsce wygląda na to, że jest nowym, już odkrytym regionem w Polsce i myślę, że w Europie i na świecie – ocenia Artur Habza, dyrektor Departamentu Gospodarki i Współpracy Zagranicznej Urzędu Marszałkowskiego Województwa Lubelskiego.
Varroc Lighting Systems to globalny lider w zakresie produkcji zewnętrznego oświetlenia i elektroniki samochodowej. W podlubelskiej fabryce mają powstawać lampy przednie i projekcyjne.
– Wykorzystujemy coraz więcej lamp LED, więc w naszej ofercie będzie można odnaleźć dużo technologii opartych o tego typu oświetlenie. Dodatkowo pojawi się nowe oprogramowanie i różne rozwiązania elektroniczne – zapowiada Todd Morgan, wiceprezydent ds. globalnego rozwoju produktu Varroc Lighting Systems.
Przedstawiciele firmy wskazują, że budowa fabryki w gminie Niemce nie jest ostatnim słowem Varroc. Polski przemysł motoryzacyjny jest drugą, po produkcji artykułów spożywczych, branżą przemysłową. Z ACEA Economic and Market Report wynika, że w naszym kraju powstaje ok. 554 tys. samochodów rocznie.
– Naszym celem jest rozwój na rynku, gdzie mamy dostęp do dobrze wykształconych ludzi w kręgu naszych klientów. Jak wspomniałem wcześniej, przy produkcji sięgającej 17 milionów, Polska branża motoryzacyjna osiąga poziom nawet 13–14 milionów, więc jest to dla nas bardzo atrakcyjne miejsce, zapewniające zrównoważony rozwój i odpowiednią liczbę ludzi – mówi Christoph Knour, wiceprezydent ds. globalnej sprzedaży Varroc Lighting Systems.
Inwestycje w Polsce wpisują się w strategię firmy, która chce szerzej wchodzić na inne rynki w regionie. Polska ze względu na położenie jest idealnym krajem do dalszej ekspansji.
– Naszym celem jest nie tyle rynek Polski, choć to też jest dla nas istotnym aspektem, lecz także miejsca, w których są nasi klienci. Z Polski dostarczamy nasze produkty do naszych klientów w Czechach, na Słowacji, a także w Niemczech czy Francji – wskazuje Christoph Knour.
W niedzielę zacznie obowiązywać ustawa o sukcesji firm rodzinnych, która umożliwi sprawne kontynuowanie działalności przedsiębiorstwa po śmierci jego właściciela. Adresatem nowych rozwiązań są ponad 2 mln przedsiębiorców zarejestrowanych w CEIDG, z których przeszło 230 tys. ukończyło już 65 lat. Resort przedsiębiorczości i technologii zachęca ich, aby bezpłatnie i szybko zarejestrowali swojego zarządcę sukcesyjnego, który pokieruje działalnością firmy maksymalnie przez dwa lata po śmierci właściciela. Szefowa MPiT Jadwiga Emilewicz ocenia, że wejście w życie nowej ustawy ułatwi zmianę pokoleniową w polskich przedsiębiorstwach i stworzy podatny grunt do budowania wielopokoleniowych firm rodzinnych.
– Jednoosobowa działalność gospodarcza to nadal najbardziej popularna w Polsce forma prowadzenia działalności, w CEIDG zarejestrowanych jest ponad 2 mln takich osób. Szacujemy, że bezpośrednimi beneficjentami tej ustawy będzie około 230 tys. przedsiębiorców, którzy ukończyli 65. rok życia. Widzimy, jak duża jest skala problemu, gdyż co miesiąc z CEIDG z powodu śmierci wykreślanych jest 800 osób. W perspektywie 10–20 lat problem sukcesji będzie dotyczył coraz większej liczby przedsiębiorców. Mamy nadzieję, że za sprawą tych nowych rozwiązań przyczynimy się do długowieczności polskich firm, do budowania marek, które – podobnie jak w państwach starej Unii – będą nierzadko liczyć ponad 200–300 lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jadwiga Emilewicz, minister przedsiębiorczości i technologii.
W najbliższą niedzielę wchodzi w życie ustawa o zarządzie sukcesyjnym przedsiębiorstwem osoby fizycznej. Dzięki nowym przepisom w przypadku śmierci przedsiębiorcy jego firma będzie mogła zachować ciągłość działania. Jak podaje MPiT, ustawa powstała z inspiracji firm rodzinnych i odpowiada na problem, jaki stanowiła dotąd sukcesja po zmarłym przedsiębiorcy.
– Podstawowym celem tej ustawy jest zapewnienie ciągłości działania firmy pomimo śmierci jej właściciela. To był problem, na który firmy rodzinne zwracały uwagę od wielu lat – mówi minister Jadwiga Emilewicz.
Dotychczas po śmierci przedsiębiorcy wykonującego działalność na podstawie wpisu do CEIDG (Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej) jego następcy nie mogli kontynuować prowadzenia firmy. Co prawda majątek zmarłego można było przejąć, ale bez możliwości korzystania z niezbędnych do funkcjonowania działalności gospodarczej elementów, takich jak umowy o pracę, NIP czy decyzje administracyjne, zwłaszcza zezwolenia oraz koncesje. Śmierć przedsiębiorcy wpisanego do CEIDG powodowała także m.in. wygaśnięcie wielu kontraktów handlowych i zwykle oznaczała duże problemy dla przedsiębiorstwa i jego pracowników.
– Co się zmienia? Po pierwsze, za życia właścicieli będziemy ich zachęcać do tego, aby bezpłatnie i szybko zarejestrowali w CEIDG zarządcę sukcesyjnego, czyli kogoś, kto na wypadek ich śmierci przejmie obowiązki i będzie prowadził firmę do momentu ustanowienia spadkobierców, maksymalnie przez dwa lata. Firma będzie mogła się posługiwać tym samym NIP-em, nie utracą ważności umowy, koncesje, a zatem wszystkie elementy działalności gospodarczej danej firmy przetrwają – mówi minister Jadwiga Emilewicz.
Wskazany przez właściciela firmy zarządca sukcesyjny będzie kierował przedsiębiorstwem po jego śmierci, do momentu zakończenia formalności spadkowych. Zarząd sukcesyjny może trwać maksymalnie 2 lata (w wyjątkowych przypadkach może zostać przedłużony do 5 lat) i w myśl nowych przepisów – wygaśnie w momencie podziału spadku. Aby ustanowić zarządcę sukcesyjnego, potrzebna jest jego zgoda. Ustawa pozwala również, aby udzielona przez przedsiębiorcę prokura przekształciła się w uprawnienia zarządcy sukcesyjnego.
– Jeśli właściciel firmy nie wyznaczy sukcesora za swojego życia, wówczas po jego śmierci grono spadkobierców będzie mogło ustanowić takiego zarządcę u notariusza. W tym przypadku również zarządca będzie mógł porządkować sprawy formalne związane z sukcesją do dwóch lat. Nowa ustawa ułatwia też rozliczanie podatków i zwalnia z podatku od spadków osobę przejmującą przedsiębiorstwo. Zwolnienie z podatku obejmie spadkobierców niespokrewnionych ze zmarłym przedsiębiorcą, którzy będą prowadzili przedsiębiorstwo przez 2 lata. Osoby najbliższe nadal będą zwolnione z podatku bez dodatkowych warunków poza zgłoszeniem nabycia spadku do urzędu skarbowego.– mówi minister Jadwiga Emilewicz.
Zwolnienie z podatku od spadków z tytułu nabycia przedsiębiorstwa przez osobę, która będzie kierować firmą przez kolejne dwa lata – niezależnie od stopnia jej pokrewieństwa ze zmarłym przedsiębiorcą, ma stanowić rozwiązanie częstego problemu, jakim jest braku sukcesora w kręgu najbliższej rodziny.
Na mocy nowych przepisów po śmierci przedsiębiorcy zostaną utrzymane w mocy kontrakty cywilnoprawne, umowy o pracę, pozwolenia, licencje czy koncesje, a sukcesor będzie uprawniony do posługiwania się numerem NIP zmarłego właściciela i korzystania z firmowego konta.
Jak podkreśla szefowa MPiT, wejście w życie nowej ustawy ułatwi zmianę pokoleniową w polskich przedsiębiorstwach. Stworzy też podatny grunt do budowania wielopokoleniowych firm rodzinnych.
– Dzisiaj często zdarza się, że właściciele znanych i cenionych marek albo nie mają sukcesorów, albo ich dzieci nie są zainteresowane kontynuowaniem działalności swoich rodziców. Zatem utrwalanie i budowanie tych polskich marek ma bardzo istotne znaczenie. Po drugie, chcemy przecież, aby małe, polskie firmy rosły, stawały się firmami średnimi, a średnie, dużymi. Kontynuacja i rozwój są tutaj bardzo istotnymi elementami i ta ustawa taką ciągłość gwarantuje – podkreśla minister Emilewicz.
Rośnie sprzedaż samochodów dostawczych w Polsce. Do końca października 2018 roku zarejestrowano ponad 55 tys. aut, a rynek zanotował ponad 11 proc. wzrost. Opel chce wykorzystać rosnący popyt na samochody dostawcze. Do salonów trafią w tym roku nowości z tego segmentu. Duże nadzieje koncern wiąże z modelem Combo Cargo, który zdobył tytuł Międzynarodowego Samochodu Dostawczego Roku 2019. Dzięki Combo Opel chce umocnić swoją pozycję na rynku lekkich pojazdów użytkowych.
– Rynek samochodów dostawczych rozwija się bardzo dynamicznie, po kilka procent rocznie od ostatnich kilku lat. Na tym tle marka Opel odnotowuje dużo wyższe wzrosty, rzędu kilkudziesięciu procent, przede wszystkim dzięki coraz lepiej przyjmowanym naszym produktom, ale również dzięki rozszerzeniu oferty modelowej – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Handzlik, dyrektor marki Opel w Polsce.
Z danych Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego wynika, że w ciągu 10 miesięcy 2018 roku przybyło ponad 55,2 tys. nowych samochodów dostawczych, co przełożyło się na wzrost w tej kategorii o 11,6 proc. w skali roku. Rośnie pozycja koncernu Opel na rynku lekkich pojazdów użytkowych – od początku roku zarejestrowano ponad 3 tys. nowych samochodów dostawczych, co oznacza blisko 25 proc. wzrost.
– Mamy bardzo dobrze sprzedający się samochód Vivaro, który w wersji osobowej z reguły jest na pierwszym albo drugim miejscu w swoim segmencie, mamy bardzo dobrze rozwijającą się sprzedaż Movano, to jest samochód trochę większy, pełnoprawny samochód dostawczy, a w tym roku wprowadzamy na rynek nowego Opla Combo, który występuje w dwóch wersjach, w wersji osobowej jako Combo Life i w wersji dostawczej jako Combo Cargo – wymienia Grzegorz Handzlik.
Obecnie to Movano jest najpopularniejszym samochodem dostawczym Opla, ale koncern duże nadzieje wiąże z najnowszym samochodem dostawczym Combo Cargo, który zadebiutował przed szeroką publicznością w Polsce na targach Fleet Market. Auto zdobyło niedawno tytuł International Van of the Year 2019 (Międzynarodowy Samochód Dostawczy Roku 2019). To najbardziej pożądana nagroda w segmencie lekkich pojazdów użytkowych.
– Jeśli chodzi o samochody dostawcze, kompaktowość jest bardzo ważna, bo łączy ze sobą cechy produktu, których oczekuje klient, czyli przede wszystkim zwrotność i dynamika w mieście, ale również ekonomia, lekkość konstrukcji, bardzo łatwe i niskie koszty obsługi – przekonuje dyrektor marki Opel w Polsce.
Nowy Opel Combo Cargo jest dostępny w kilku wariantach – m.in. w wersji standardowej o długości nadwozia 4,40 m, w wersji XL o długości nadwozia 4,75 m, a od 2019 roku z kabiną załogową. Nowy kompaktowy dostawczy Opel wyróżnia się na tle głównych rywali pojemnością przestrzeni ładunkowej (4,4 m3), ładownością do 1000 kg, umożliwia też przewożenie przedmiotów o długości do 3 440 mm. Specjalnie zaprojektowana przestrzeń ładunkowa pozwala zmieścić między wnękami nadkoli dwie europalety.
– Opel Combo został zaprojektowany jako pełnoprawny samochód osobowy, samochód rodzinny dla osób prowadzących działalność gospodarczą, co w pełni odzwierciedla naszą strategię produktową. Zawiera w sobie wszystkie najnowocześniejsze rozwiązania techniczne, jak asystenci wspierający kierowcę w czasie jazdy, na przykład kamera parkowania, system rozpoznawania znaków, system utrzymujący samochód w pasie ruchu, ale również najnowocześniejsze i najwydajniejsze jednostki napędowe, benzynowe i diesla, które spełniają istniejące normy emisji spalin dwutlenku węgla – przekonuje dyrektor marki Opel w Polsce.
Koncern stawia też mocno na kategorię crossoverów, których sprzedaż wciąż rośnie. W pierwszej połowie roku sprzedaż aut z segmentu SUV-ów i crossoverów wzrosła w Europie o 19,5 proc. do 2,9 miliona. To drugi pod względem wielkości segment samochodów w Europie.
– Opel rozwija się w tym kierunku bardzo dynamicznie. Mamy w ofercie trzy nowe crossovery: Crosslanda X, który jest samochodem segmentu crossover B, Mokkę X, która jest samochodem dużo bardziej dynamicznym i sportowym, z napędem na cztery koła. Ukoronowaniem naszej oferty jest największy, sportowy i elegancki Grandlanda X, który oferuje bardzo lekką konstrukcję, najnowocześniejsze silniki o mocach sięgających do 180 KM – wskazuje Grzegorz Handzlik.
Święto wyprzedaży, czyli Black Friday, obchodzone tradycyjnie w ostatni piątek listopada, to amerykański zwyczaj, który cieszy się w Polsce coraz większą popularnością. Z roku na rok do akcji wyprzedażowych przyłącza się coraz więcej marek, ale i klientów. Obroty sklepów rosną w tym czasie od kilkudziesięciu do nawet kilkuset procent, z kolei klienci mają możliwość kupić interesujące ich produkty z bardzo dużą zniżką. Eksperci podkreślają, żeby podchodzić do takich zakupów z głową, bo ponad 70 proc. z nich ma charakter impulsywny, a tylko 30 proc. to zaplanowane wydatki.
– Czarny Piątek nie jest jeszcze aż tak popularny jak w USA, ale w Polsce ta popularność dynamicznie rośnie. W roku 2016 około 12 proc. Polaków deklarowało, że zrobiło zakupy w Black Friday, rok później było to już blisko 20 proc. Z czego to wynika? Po pierwsze z dobrej koniunktury gospodarczej, z rosnących dochodów, z optymizmu konsumenckiego wśród Polaków, a także z mody, takiego owczego pędu, który sprawia, że chcemy być jak Amerykanie. Wreszcie – to także efekt bardzo intensywnej komunikacji marketingowej ze strony sieci handlowych, które skłaniają nas, żeby zrobić w tym czasie zakupy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Daniel Puciato, prof. WSB we Wrocławiu, ekspert i wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.
Black Friday, wielkie święto wyprzedaży, to zwyczaj, który przywędrował ze Stanów Zjednoczonych i zdobywa rosnącą popularność w Europie. Tradycyjnie wypada w ostatni piątek listopada, ale dla wielu sklepów to umowna data, bo akcje promocyjne nierzadko trwają przez cały tydzień. Dla klientów Black Friday jest okazją, żeby kupić interesujące ich produkty z gigantyczną zniżką. W Polsce co roku do akcji wyprzedażowych przyłącza się zarówno coraz więcej sklepów i marek, jak i klientów.
– Na Czarnym Piątku korzystają tak naprawdę wszyscy. Sklepy, zarówno te tradycyjne, jak i internetowe, pozbywają się swoich zapasów, zwiększają przychody oraz popularność swojej marki. Korzystają również kooperanci, np. producenci tych produktów czy firmy transportowe, które dostarczają je do adresatów, inne podmioty usytuowane w galeriach handlowych, takie jak restauracje czy kawiarnie, z których usług klienci korzystają przy okazji. Wreszcie – korzystają sami klienci, którzy mogą kupić daną rzecz dużo taniej niż zwykle – mówi dr hab. Daniel Puciato, prof. WSB we Wrocławiu.
Jak wskazuje, rok do roku wartość sprzedaży w czasie Black Friday wzrasta o około 5 proc. W całym tygodniu, w którym odbywa się wyprzedażowe święto, wielkość sprzedaży, zarówno w ujęciu ilościowym, jak i wartościowym, jest o kilkadziesiąt procent wyższa. Klienci najchętniej kupują odzież, sprzęt AGD, sprzęt RTV, kosmetyki, książki czy artykuły sportowo-rekreacyjne.
– Aby ustrzec się błędów w Czarny Piątek, trzeba dokładnie przemyśleć swoje zakupy. 70 proc. naszych zakupów ma charakter impulsowy, a tylko 30 proc. jest zaplanowane. Warto porównać ceny w różnych sklepach, zorientować się, ile kosztował dany produkt przed obniżka i narzucić sobie pewien limit wydatków. Dobrze jest płacić gotówką, bo wówczas nasza skłonność do wydatkowania pieniędzy jest mniejsza, i pójść na zakupy najedzonym, dlatego że jak pokazują badania, ludzie głodni kupują częściej i więcej. Dotyczy to nie tylko artykułów spożywczych. Na koniec – warto również upewnić się, czy będziemy mieli prawo zwrócić dany towar – podkreśla dr hab. Daniel Puciato, prof. WSB we Wrocławiu.
Ekspert i wykładowca wrocławskiej Wyższej Szkoły Bankowej zwraca uwagę na fakt, że Polacy – nie tylko w Czarny Piątek – spędzają coraz więcej czasu na zakupach. Potwierdzają to także analizy firmy doradczej Cushman&Wakefield, według której galerie przestają być jedynie miejscem zakupów, a stają się miejscem spędzania wolnego czasu, stąd rośnie znaczenie i udział oferty gastronomicznej i rozrywkowej w centrach handlowych.
– Dla większości Polaków czas wolny jest bardzo cennym, bo rzadkim dobrem. 20 proc. Polaków deklaruje, że nie ma go wcale, a część z nich spędza ów czas wolny na zakupach. Oprócz takich popularnych form jak korzystanie z internetu, oglądanie telewizji, słuchanie radia, podejmowanie aktywności fizycznej czy spotkania towarzyskie, ważnym dzisiaj miejscem spędzania czasu wolnego są galerie handlowe, w których, oprócz zakupów, można także coś zjeść, skorzystać z usług fitness, fryzjera, kosmetyczki czy odbyć jakieś spotkanie towarzyskie. Tak więc gros tych czynności w wolnym czasie można realizować w galeriach. Co trzeci Polak deklaruje, że przynajmniej raz w tygodniu w takiej galerii handlowej przebywa – mówi dr hab. Daniel Puciato, prof. WSB we Wrocławiu, ekspert i wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej.
Nowe technologie ułatwiają nabywanie nieruchomości na kredyt. Tylko w pierwszych trzech kwartałach 2018 roku banki udzieliły łącznie ponad 173 tys. kredytów mieszkaniowych. Millenialsi bardzo dokładnie wybierają oferty banków. Ponad 60 proc. robi to online, co umożliwiają nowo wprowadzane aplikacje czy rozwiązania do pozyskiwania kredytów hipotecznych online. Eksperci zaznaczają jednak, że nawet najlepsze rozwiązania nie zastąpią pracy doradców kredytowych.
– Millenialsi zarabiają mniej, natomiast nie rzutuje to w żaden sposób na możliwość zaciągnięcia kwoty kredytu ze względu na to, że po prostu są to osoby młodsze i mogą się kredytować w dłuższym okresie czasu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Pągowski, ekspert kredytowy firmy Morizon. – W zależności od tego, czy są to single, czy są to osoby przystępujące do kredytu w związkach, ich zdolność kredytowa mieści się w przedziale 408-487 tys. zł.
Przygotowany przez firmę Morizon „Raport na temat zdolności kredytowej Polaków” wskazuje, że potencjalni kredytobiorcy to przede wszystkim ludzie przed czterdziestką, raczej mężczyźni, najczęściej w wieku 31–40 lat. Blisko co trzecia osoba nie przekroczyła jeszcze 30. roku życia. Maksymalna zdolność kredytowa millenialsów wynosi 408 tys. zł (417 tys. zł w przypadku starszych od millenialsów) i ponad 487 tys. zł, gdy starają się o kredyt wraz z partnerem.
– Na chwilę obecną dużo osób może pozwolić sobie na zakup własnej nieruchomości ze względu na optymalny sposób liczenia zdolności kredytowej oraz stosunkowo niewysokie stopy procentowe – ocenia Tomasz Pągowski.
Z danych Biura Informacji Kredytowej wynika, że w pierwszych trzech kwartałach 2018 roku banki udzieliły łącznie 173,2 tys. kredytów mieszkaniowych na kwotę 42,22 mld zł. W porównaniu z analogicznym okresem 2017 roku, było to o 9,4 proc. więcej kredytów mieszkaniowych na kwotę wyższą o 19,1 proc. Zdaniem eksperta zaciąganiu kredytów hipotecznych sprzyja rozwój nowych technologii.
– Technologia usprawnia pracę z klientem o kilkaset procent. Pamiętam czasy sprzed dekady, kiedy przygotowanie oferty, policzenie zdolności kredytowej na samym spotkaniu zajmowało godzinę. Obecnie jest to 5 minut – podkreśla Pągowski.
Jeszcze kilka lat temu najpopularniejszym rozwiązaniem IT ułatwiającym wybór kredytu hipotecznego był wciąż arkusz kalkulacyjny w Excelu. Porównywanie ofert wymagało od kredytobiorcy ciągłych kontaktów z bankami. W efekcie część osób zaciągnęła zobowiązania na gorszych warunkach niż mogła. Obecnie coraz większa grupa, zwłaszcza z pokolenia millenialsów, wykorzystuje internetowe rozwiązanie do pozyskiwania kredytów hipotecznych. Niedawno spółka Lendi uruchomiła Eksperta Kredytowego Online, rozwiązanie, które przenosi wybór i pozyskiwanie kredytów do internetu. Jak jednak przekonuje ekspert Morizon, nawet najlepszy system nie zastąpi doradcy kredytowego.
– Wszystkie systemy informatyczne są zawodne, dlatego potrzebny jest ekspert mający doświadczenie w zawodzie. Jesteśmy w stanie wyłapać z takiej kalkulacji ewentualne pomyłki i i jesteśmy w stanie je korygować – tłumaczy Tomasz Pągowski. – Nie ma możliwości, aby osoba bez doświadczenia w charakterze pracy pośrednika kredytowego mogła się zdać w 100 proc. na zinformatyzowane urządzenia, jesteśmy potrzebni, by sprawdzić, czy właściwie podstawione wartości są adekwatne i pokrywają się z tym, co aktualnie obowiązuje w bankach.
Studyjna jakość dźwięku, redukcja hałasu czy odtwarzanie muzyki w odległości do 10 metrów od połączonego ze słuchawkami urządzenia – rynek słuchawek i sprzętu dźwiękowego dynamicznie się rozwija. Słuchawki stają się coraz bardziej inteligentne. Służą już nie tylko do odtwarzania muzyki, lecz także do komunikowania się z otoczeniem czy aktywowania i używania sztucznych asystentów w smartfonach. Producenci rozwijają też technologię dźwięku 3D.
– Na rynku słuchawek wszystko zmierza w kierunku smart. Urządzenia, którymi posługujemy się na co dzień, są coraz mądrzejsze i słuchawki też wpisują się w ten trend. Będą nie tylko służyć do odtwarzania muzyki, ale też do komunikowania się z otoczeniem, do odbierania i wykonywania połączeń, do aktywowania i używania asystentów w smartfonach, jak Apple Siri. Będą też wspierane dodatkowymi aplikacjami z różnymi zaawansowanymi funkcjami. Podsumowując można powiedzieć, że wszystko zmierza w kierunku smart – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Edward Popławski z Sennheiser Polska.
Innowacje sprawiają, że słuchawki są coraz częściej wyposażone w systemy eliminujące hałas. W warunkach laboratoryjnych naukowcom udało się stworzyć system aktywnego tłumienia dochodzących z zewnątrz dźwięków. Zwykłe słuchawki wyposażone w tego typu rozwiązanie nie są tak skuteczne, ale zasada działania jest podobna – mikrofony wbudowane w słuchawki rejestrują dochodzące z zewnątrz odgłosy, a następnie słuchawki generują dodatkowe fale dźwiękowe o odwrotnej amplitudzie i w ten sposób tłumią oryginalny hałas. Słuchawki Momentum True Wireless od Sennheiser przerywają też odtwarzanie, gdy tylko wyjmiemy je z uszu.
Najnowszym trendem na rynku słuchawek jest technologia trójwymiarowego dźwięku.
– Pracujemy nad zaawansowanymi rozwiązaniami takimi jak dźwięk 3D w naszej technologii Ambeo. Łączymy nagrywanie i odtwarzanie dźwięku w jednej konstrukcji, w słuchawkach np. Ambeo Smart Headset. Technologia polega na jednoczesnym renderowaniu i odtwarzaniu dźwięku, de facto na zmyleniu naszych zmysłów słuchu. W grę wkracza fizyka i to, w jaki sposób my tą falę dźwiękową zakodujemy i w jaki sposób tą falę dźwiękową odbiorą nasze uszy i później dekoduje nasz mózg – tłumaczy Edward Popławski.
W technologii dźwięku 3D mikrofony przechwytują zazwyczaj niesłyszalne różnice w czasie, głośności oraz brzmieniu, gdy dźwięki docierają do uszu z różnych kierunków. Po odtworzeniu w słuchawkach można odnieść wrażenie, że znalazło się w samym centrum wydarzeń – dochodzący dźwięk jest tak realny, jakby użytkownik znajdował się np. w samym sercu dżungli czy ruchliwej metropolii. Efekt mogą pogłębić np. gogle wirtualnej rzeczywistości w grach komputerowych.
– Dzięki technologii dźwięku 3D jesteśmy bardziej wciągnięci w to, co się dzieje np. na ekranie czy w grze komputerowej, czy słuchając muzyki – wymienia przedstawiciel Sennheiser Polska.
Sennheiser, firma dotąd kojarząca się niemal wyłącznie ze słuchawkami, planuje wejść w zupełnie nowy dla siebie segment. Konkurencję chce zaskoczyć trójwymiarowym efektem dźwięku.
– Pracujemy także nad zupełnie nowym dla nas produktem, czyli soundbarem i tutaj wkraczamy w odtwarzanie dźwięku 3D w soundbarze. Technologia która była wcześniej dostępna wyłącznie dla profesjonalistów, za chwilę może zawitać do domu zwykłego Kowalskiego – przekonuje ekspert.
Według Transparency Market Research, globalny rynek dźwięku 3D ma do 2026 r. osiągnąć wartość blisko 14,5 mld dol. Z kolei według TechSci Research, rynek bezprzewodowych słuchawek w ciągu najbliższych 5 lat będzie rósł w tempie 11,5 proc. średniorocznie.
Płatności już wkrótce pozwolą wyjść ze sklepu, nie wyciągając portfela. Będzie można płacić za zakupy za pomocą inteligentnych okularów, poleceń głosowych, skinienia głowy czy odcisków palców. Wraz z rozwojem internetu rzeczy i sztucznej inteligencji zmieni się także sposób robienia zakupów. Już teraz Amazon testuje sklepy, gdzie SI sprawdza, co klient umieścił w koszyku, i automatycznie obciąża jego kartę. Podstawą przyszłych płatności będzie wygoda klienta, której technologia w żaden sposób nie będzie już ograniczać.
– Przyszłość płatności będzie wyglądała zupełnie inaczej niż płatności, które obserwujemy dzisiaj. Obecnie mamy kilka prostych schematów płatności, płacimy przy terminalu, kupując zakupy, płacimy w internecie oraz realizujemy wypłaty z bankomatów. W przyszłości przy wprowadzeniu urządzeń IoT, płatności zaczną się rozpowszechniać i będziemy realizować je w wielu innych sytuacjach – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Wojciech Zatorski z Braintri.
Ericsson szacuje, że w 2021 roku na 28 mld urządzeń podłączonych do internetu ponad połowę, czyli 16 mld, będą stanowiły urządzenia internetu rzeczy (IoT). Wykorzystanie sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego pozwoli na ich ciągły rozwój. Większa liczba urządzeń podłączonych do sieci oznacza znacznie więcej możliwości w płatnościach.
Pod względem nowinek technologicznych w płatnościach Polacy należą do europejskiej czołówki. Z badania przeprowadzonego przez eService w ramach kampanii „Warto bezgotówkowo” wynika, że ponad połowa Polaków (56 proc.) preferuje bezgotówkowe metody płatności. Dzięki rozwiązaniu Jiffee opracowanemu przez polski start-up płatność może akceptować niemal każde urządzenie. Dzięki oparciu technologii na łączności Bluetooth, zamiast NFC (Near Field Communication), płatności zbliżeniowe mogą stać się znacznie powszechniejsze.
– Do tego typu rozwiązań będą musiały powstać również inne rozwiązania od strony technologicznej. Stąd Jiffee, które koncentruje się na protokole Bluetooth, dostępnym w bardzo minimalnej cenie dla niemal wszystkich urządzeń IoT – twierdzi Wojciech Zatorski.
Płacić całkowicie wirtualnie pozwalają już także aplikacje na smartfonie. Zapamiętują kartę, konto bankowe jest automatycznie obciążane, a klient zapomina o wydanych pieniądzach. Bezobsługowy sklep Amazon Go miał sprawdzić, jak klienci zareagują na płatności automatyczne obsługiwane przez sam sklep.
– Obecnie obserwujemy wchodzenie nowych rozwiązań, szczególnie w sektorze handlowym, takich jak bezobsługowe kasy. Są także rozwiązania wychodzące daleko w przyszłość. Amazon testuje sklepy, w których przy pomocy kamer i sztucznej inteligencji analizuje, co konsument wkłada do koszyka i konsument wychodząc ze sklepu, nie musi się nawet zatrzymywać, jego karta kredytowa czy rachunek są obciążane automatycznie – tłumaczy ekspert.
Rozwiązanie szybko się sprawdziło, bo Amazon zapowiedział otwarcie kolejnych 3 tys. sklepów w ciągu zaledwie trzech lat. W niedalekiej przyszłości standardem może stać się płatność w bitcoinach, a zakupów będzie można dokonywać za pomocą poleceń głosowych. Mastercard Mobile Payment Study wskazuje zaś, że klienci chętnie zdecydowaliby się na płatności skinieniem głowy, o ile tylko byłoby to możliwe. Takie rozwiązania to już także niedaleko przyszłość – w Chinach są testowane płatności za pomocą technologii rozpoznawania twarzy. Wystarczy, że klient mrugnie, a płatność nastąpi automatycznie.
Inteligentne okulary z elementem wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości już teraz pełnią m.in. funkcję instrukcji urządzenia. W ciągu kilku lat inteligentne okulary przejmą część funkcji smartfona i będą służyć m.in. także jako karta płatnicza.
– Podstawą przyszłych płatności będzie wygoda użytkownika i to jest clué – podsumowuje Wojciech Zatorski.
Lokata bankowa to bezpieczna, prosta i ceniona forma oszczędzania pieniędzy przez firmy. Powierzanie pieniędzy bankom jest powszechnym zjawiskiem na dojrzałym gospodarczo rynku. Według danych Narodowego Banku Polskiego, w 2017 roku polscy przedsiębiorcy trzymali na lokatach ponad 275 miliardów złotych.
Lokata bankowa jest świetnym sposobem na oszczędzanie pieniędzy, które można z czasem przeznaczyć na rozwój swojego biznesu czy inwestycje. Jak jednak poruszać się w gąszczu ofert, które proponują banki? Jedną z najszybszych i popularnych metod jest korzystanie z internetowych porównywarek finansowych.
Jest wiele sposobów na to, aby wyrobić sobie opinię o bieżących ofertach lokat na rynku. W Polsce wciąż intensywnie rozwijają się serwisy online, gdzie po określeniu wymagań dotyczących danego produktu finansowego, użytkownik otrzymuje zestawienie aktualnych ofert banków uszeregowane według wybranego parametru. Przeglądarki pokazują jak na dłoni kluczowe warunki, które mogą być istotne dla przedsiębiorcy. Co innego jednak będzie się liczyło dla osoby prowadzącej jednoosobową działalność gospodarczą, która dopiero rozwija swój biznes, a co innego dla dużej czy średniej firmy, która szuka możliwości ulokowania sporej sumy pieniędzy na atrakcyjnych warunkach.
Czego oczekują przedsiębiorcy od lokaty?
Na rynku jest mnóstwo ofert zachęcających do długoterminowego lokowania pieniędzy w bankach. Niewiele instytucji jednak zapewnia swoim klientom swobodę, obwarowując lokaty dodatkowymi kryteriami.
– Z naszych obserwacji wynika, że firmy chcą mieć dostęp do lokat łatwych w obsłudze, a przy tym zapewniających stabilny, bezpieczny zysk. Takie oferty powinny być dostępne i opłacalne również przy minimalnym kapitale oraz gwarantować szybkie i łatwe wycofanie środków, możliwie bez utraty choć części zarobionych dotychczas odsetek. – wyjaśnia Paweł Trzeciak, kierownik Działu Analiz i Rozwoju Volkswagen Bank GmbH Sp. z .o.o. Oddział w Polsce. – Przedsiębiorcy cenią swoje pieniądze, ale i czas. Nie potrzebują półśrodków, takich jak zbyt rzadka kapitalizacja odsetek, utrata całości zysku przy wcześniejszym rozwiązaniu umowy czy górna granica wpłaty określona na poziomie niepozwalającym na zainwestowanie dużych kwot. – opisuje Paweł Trzeciak.
Pewny zysk na lokacie
Porównywarki finansowe „tworząc” rankingi ofert biorą pod uwagę szereg kryteriów. Dla wszystkich klientów kluczowym parametrem, który liczy się przy lokowaniu pieniędzy w banku, jest z pewnością oprocentowanie. Od tego w końcu zależy ile „wypracują” na lokacie środki firmy w danym czasie. Jednak oprocentowanie to nie jedyna istotna kwestia.
– Nasza lokata Max Biznes na Nowe Środki oprocentowana jest na 2,5% w skali roku, ale istotny jest także fakt, że odsetki od lokaty naliczane są kwartalnie. Co to oznacza dla przedsiębiorcy? Stały i pewny zysk, który nie zawsze mogą uzyskać w bankach oferujących kapitalizację odsetek w rzadszych odstępach czasu. Otrzymane odsetki można reinwestować i skorzystać z efektu „procentu składanego”, co pozwala nawet na wyższy zwrot na kapitale niż gwarantowane 2,5% w skali roku – podkreśla Paweł Trzeciak.
W porównywarkach nie ujmuje się siłą rzeczy niektórych kryteriów opisowych, które mogą być istotne dla przedsiębiorców. Chodzi na przykład o podejście banku w sytuacji, gdy klient chce zamknąć lokatę przed czasem.
– Wiele banków przy wcześniejszym zerwaniu lokaty zeruje naliczone odsetki za cały okres trwania lokaty. W Max Biznes na Nowe Środki w razie zerwania umowy bank wypłaca pełne odsetki za zakończone kwartały oraz połowę należnych odsetek za rozpoczęty kwartał. Przedsiębiorcy powinni zwracać uwagę na takie zapisy, zwłaszcza jeśli szukają dla siebie elastycznych form oszczędzania – wskazuje ekspert Volkswagen Bank.
Istotne kryteria dla różnej wielkości firm
Małe, jednoosobowe działalności gospodarcze zwracają też z pewnością uwagę na minimalną kwotę kapitału, jaki można ulokować w banku.
– W lokacie Max Biznes na Nowe Środki wymagany wkład kapitału w wysokości 1000 zł to bardzo niski próg „wejścia”. Oznacza to, że nawet firma niedysponująca dużą kwotą czy osoby rozwijające mały biznes mogą otworzyć lokatę i rozpocząć w ten sposób swoją przygodę z inwestowaniem – proponuje Paweł Trzeciak.
Kolejnym elementem, który serwisy porównywarkowe zwykle analizują, oprócz minimalnej ilości kapitału, jest górna granica kwoty, jaką można wpłacić na lokatę. Jej wartość może być istotna dla dużych i średnich firm zainteresowanych atrakcyjnymi formami bezpiecznego inwestowania.
– Najczęściej limity są określane na kilkadziesiąt tysięcy do 2 milionów złotych. Niewiele instytucji decyduje się na zaoferowanie klientom biznesowym tak dużej swobody, jak brak limitu wpłacanych środków. Lokata Max Biznes na Nowe Środki nie ma takich ograniczeń i jest dla przedsiębiorstw świetną okazją na zainwestowanie dużego kapitału. – podsumowuje Paweł Trzeciak, kierownik Działu Analiz i Rozwoju Volkswagen Bank GmbH Sp. z .o.o. Oddział w Polsce.
Lokaty bankowe to produkty uznawane za bezpieczne i pewne narzędzie pomnażania środków. Dla wielu firm to pierwszy krok do oszczędzania, dobry sposób na wzmocnienie rozwoju firmy, ale przede wszystkim – stabilna inwestycja. Porównywarki internetowe mogą się okazać bardzo pomocne przy poszukiwaniu najbardziej opłacalnych wśród dostępnych na rynku lokat.
Spółka Synerise, tworząca biznesowe rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji, notuje rekordowy rok. W 11 miesięcy osiągnęła trzykrotny wzrost liczby klientów, pozyskując 100 nowych firm codziennie korzystających z platformy. Nie mniej ważny jest rozwój kadry z 50 osób w połowie 2017 roku do 150 na koniec listopada 2018. Synerise rozwija się na wielu rynkach zagranicznych i do końca 2019 roku wyda ponad 35 mln PLN na rozwój i rozszerzenie portfolio w obszarach związanych ze sztuczną inteligencją.
Synerise prowadzi działalność w obszarach Business Intelligence, Big Data oraz sztucznej inteligencji, dostarczając narzędzi pozwalających lepiej wykorzystać dane w rozwoju biznesu. Platforma umożliwia m.in. kompleksowe monitorowanie wszystkich interakcji z klientami i zaawansowaną analitykę, dzięki czemu można zarządzać sprzedażą, optymalizować ceny i marże czy analizować dane dotyczące generowania szans sprzedażowych i późniejszej retencji klientów.
Jarosław Królewski, CEO Synerise
Ernst & Young zakwalifikował Synerise do grona 30 najszybciej rozwijających się spółek świata w swoim programie EY Accelerating Entrepreneurs 2018. Polska spółka technologiczna pozyskała w 2018 roku ponad 100 klientów korporacyjnych oraz zatrudniła więcej niż 100 pracowników. Została także wybrana spośród 26 tysięcy kandydatur do nagrody Microsoft dla jednego z trzech najlepszych globalnych rozwiązań dla branży retail. Otrzymała również tytuł Partnera Roku tej firmy. CEO Synerise, Jarosław Królewski, jest nominowany do tytułu Przedsiębiorcy Roku EY 2018.
Synerise kieruje swoje rozwiązania do liderów branżowych gotowych na wyzwania i cyfrową transformację. Wśród aktywnych klientów spółki znajdują się m.in. Orange, Carrefour, Żabka, Raiffeisen Bank, Oriflame, Škoda Auto czy KRUK.
Celem Synerise jest stać się firmą globalną, dumną z tego, że pochodzi z Polski. Przede wszystkim nie wstydzimy się naszych technologii i walczymy z gigantami, takimi jak Oracle, IBM, SAP, SalesForce czy Adobe. Wygrywamy z nimi m.in. bardzo krótkim czasem, w jakim jesteśmy w stanie dostarczyć klientom realnej wartości biznesowej, co znosi największą barierę inwestowania w duże projekty IT. Zaufali nam światowi liderzy branży handlowej i ecommerce, motoryzacyjnej, finansowej, telekomunikacyjnej czy ubezpieczeniowej, nie bojący się innowacji i wyzwań. Dziękujemy za to zaufanie szczególnie w fazie rozruchu tej szybkiej i potężnej maszyny, jaką jest platforma Synerise –mówi Eugeniusz Licznarowski, CBDO Synerise.
Firma operuje z dwóch biur w Krakowie i Warszawie oraz z otwartych także w 2018 roku placówek w USA i Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Rozbudowuje sieć partnerów biznesowych oraz zdobywa klientów na nowych rynkach zagranicznych. Wśród kierunków ekspansji znajdują się obie Ameryki, kraje Bliskiego Wschodu oraz kraje z regionu APAC, tzw. “tygrysy azjatyckie”, m.in. Malezja i Singapur. W globalnej ekpansji Synerise pomaga nieustanny rozwój programu partnerskiego. Na dzień dzisiejszy firma strategicznie współpracuje z firmami, takimi jak EY, Microsoft, Bain & Company czy Integrated Solutions, jednocześnie prowadząc rekrutacje partneróww wielu krajach.
Jednym z kluczowych i strategicznych kierunków rozwoju Synerise na lata 2019-2020 jest inwestycja i poszerzanie kompetencji w zakresie systemów inteligentnych, ze szczególnym naciskiem na praktyczne implementacje opracowywanych rozwiązań. Firma rozwija unikalne i ambitne za skalę światową rozwiązania do przetwarzania dużej ilości danych, w tym własny silnik baz danych (in-memory), który pozwala konkurować w zakresie szybkości i optymalizacji przechowywania danych z największymi potentatami chmury na świecie. Do końca 2019 roku Synerise przeznaczy na działania R&D 35 milionów złotych.
Misją Synerise jest przełamywanie konwencji i wieczne kwestionowanie status quo obecnych rozwiązań w zakresie innowacji w Big Data i AI. Chcemy demokratyzować rozwiązania sztucznej inteligencji, dostępne jeszcze niedawno tylko dla największych. W naszych żyłach płynie krew odkrywców i ludzi, którzy chcą robić rzeczy nieprzeciętne i być zawsze kilka kroków przed rynkiem. Inwestujemy w najlepszych ludzi i wartość intelektualną. Budujemy firmę w oparciu o kompetencje i wierzę, że tylko taka strategia pozwala w dzisiejszym świecie skalować się znacznie szybciej od konkurencji. W naszych systemach przetwarzamy już transakcje o wartości niemal 5% polskiego PKB – mówi Jarosław Królewski, CEO Synerise.
W dobie rosnącej roli zakupów przez Internet, trudno wyobrazić sobie handel bez kartonów pocztowych, umożliwiających wysyłkę produktów. Wysyłając towar do klienta, chcesz mieć pewność, że trafi do nadawcy w dobrym stanie. Sprawdź, jakich kartonów pocztowych potrzebujesz, i wybierz dostawcę, który je oferuje.
Innowacyjne kartony pocztowe
Nowoczesne, wysokiej jakości kartony są bardzo proste w montażu i mają bezpieczne zamknięcia na zakładki, przez co nie wymagają taśmy ani klejenia. Wykonane są z tektury falistej 3- lub 5-warstwowej, pokrytej brązowym albo białym papierem kraftowym. Dostępne są nie tylko bardzo zróżnicowane rozmiary, ale też specjalne wersje opakowań. Na przykład, dodatkowo wzmocnione, sztywniejsze kartony pocztowe zamykane za pomocą solidnych zakładek zachodzących na boki, przydatne przy wysyłce szczególnie delikatnych przedmiotów. Ciekawą propozycją są też opakowania z folią stabilizującą. Wewnętrzna wkładka z tektury falistej pokryta jest elastyczną folią PE, która dopasowują się do kształtu produktu, a przez to całkowicie go unieruchamia i zabezpiecza przed wstrząsami.
Płaskie kartony pocztowe
Płaskie kartony pocztowe to rozwiązanie przydatne przy wysyłce wielu płaskich przedmiotów, które muszą zachować kształt, takich jak fotografie, ramki, artykuły papiernicze, tablety czy płyty winylowe. Można wyróżnić trzy główne rodzaje takich opakowań. Po pierwsze, płaskie wersje klasycznych kartonów. Po drugie pudełka uniwersalne typu owijka, które składa się już po włożeniu towaru, co daje gwarancję, że nie pognie się on podczas wkładania. Wreszcie, znajdziemy też specjalne opakowania do wysyłki bardzo płaskich artykułów papierniczych, takich jak kalendarze, plakaty czy broszury. Przypominają w kształcie koperty, a wysyłane przedmioty wkłada się od góry. Opakowania takie wykonane są z cienkiej, lecz wytrzymałej mikrofali (najcieńszego rodzaju tektury falistej o gęstym falowaniu), mają często rozszerzane boki i powinny posiadać łatwe i bezpieczne zamknięcie.
Opakowania na książki i płyty
Kluczowe cechy kartonów na książki to ochrona rogów oraz możliwość dopasowania wysokości opakowania do grubości pakowanej książki tak, żeby książka nie przesuwała się wewnątrz podczas transportu, tylko była nieruchoma względem opakowania. Służy do tego podziałka z regulowaną wysokością, pomagająca we właściwym montażu pudełka, a także wewnętrzne klapki, przylegające do pakowanego przedmiotu. Podobnie jak w przypadku kartonów na książki, opakowania na płyty mają regulowaną wysokość, przez co pozwalają na zapakowanie na przykład od 1 do 4 płyt CD lub DVD. Wykonane są z mikrofali wykończonej papierem pakowym, dzięki czemu są lekkie i jednocześnie gwarantują dobrą ochronę multimediów podczas transportu. Wygodę zwiększa pasek samoprzylepny – do zamknięcia opakowania nie potrzeba taśmy.
Wybierz dobrego dostawcę kartonów pocztowych
Wybierając dostawcę kartonów pocztowych warto oprócz ceny zwrócić uwagę na innowacyjność opakowań i ich zróżnicowanie. Właściwy dobór kartonu to nie tylko gwarancja bezpieczeństwa przesyłki, ale także oszczędność czasu i wysiłku zużytego na pakowanie towaru. Liderzy na rynku oferują szeroki wybór opakowań wysyłkowych, a także pomagają wybrać to odpowiednie – wystarczy, że znasz wymiary produktu (sprawdź na przykład: https://www.rajapack.pl/kartony-pudelka-opakowania-kartonowe/kartony-pocztowe- opakowania-wysylkowe_C1140.html).