Prof. M. Noga: Polska powinna jak najszybciej wejść do strefy euro. W przeciwnym razie sama zepchnie się na margines

Prof. M. Noga: Polska powinna jak najszybciej wejść do strefy euro. W przeciwnym razie sama zepchnie się na margines 1

Polska mogłaby wejść do strefy euro, wprowadzając podobne rozwiązanie jak wcześniej Bułgaria, która zmagała się z hiperinflacją. Tzw. currency board, czyli sztywny kurs złotego do euro, zapobiegłby wahaniom, pozwolił na spokojny okres przejściowy i nie wymagałby zmian w Konstytucji – wskazuje ekonomista prof. Marian Noga. Ekspert ocenia, że argumenty przeciwników wejścia do strefy euro, takie jak radykalny wzrost cen, są nieprawdziwe, a w tym kontekście bardzo ważna jest edukacja i podnoszenie świadomości ekonomicznej Polaków. Podkreśla też, że wejście Polski do strefy euro będzie mieć niemal wyłącznie pozytywne konsekwencje i tej decyzji nie należy dłużej odkładać.

Wchodząc do strefy euro, mielibyśmy przede wszystkim dużo niższe oprocentowanie naszych kredytów i wszelkich pożyczek. Prosty przykład: w Polsce stopa referencyjna, czyli podstawowa stopa NBP, wynosi 1,5 proc., natomiast w EBC jest piętnaście razy niższa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes ekonomista prof. Marian Noga, były senator i członek Rady Polityki Pieniężnej, ekspert Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

Jak zauważa, mogłoby to stanowić pewien problem dla banków, nieprzyzwyczajonych do operowania na taki niskich stopach procentowych. Banki musiałyby dobrze kalkulować swoje koszty, ponieważ przy tak niskim oprocentowaniu prowadzenie działalności bankowej wiązałoby się z obniżaniem jednostkowego kosztu produktu finansowego.

– Gospodarstwa domowe są z kolei nieprzyzwyczajone do brania dużych i częstych pożyczek. Rzeczywiście, aż taki duży skok obniżenia oprocentowania byłby szokiem dla podmiotów gospodarczych w Polsce, ale z pewnością na korzyść. Zaciągać kredyt oprocentowany przykładowo 12 proc. a 2 proc., to olbrzymia różnica. Mamy w Polsce popyt przynajmniej na milion mieszkań, a kredyty na mieszkania oprocentowane 10-krotnie niżej byłyby w pewnym sensie rozwiązaniem problemu mieszkaniowego, bo wszystkie dotychczasowe programy uważam za niezbyt udane – mówi prof. Marian Noga.

Ekspert ocenia, że nietrafiony jest również argument dotyczący możliwego wzrostu cen po wejściu Polski do strefy euro. Wzrostów, owszem, należy się spodziewać, ale wynoszących maksymalnie ok. 1–1,5 proc.

– To są mity cappuccino, chleba i piwa w Hamburgu. Jeżeli jeden towar zdrożał o ileś procent, a na rynku jest ich 4–5 mln, to patrząc przez pryzmat tego cappuccino, może się wydawać, że jest drożej. Realnie ceny wzrosły o 1–1,5 proc. i o tyle mogą wzrosnąć najwyżej – ocenia prof. Marian Noga. – Opowiadanie o wzroście cen czy utracie polityki monetarnej to bajki. Stracilibyśmy ewentualnie jakieś regulacje EBC, mając niezsynchronizowany cykl koniunkturalny z innymi krajami, bo faktycznie w przypadku spowolnienia gospodarczego czy kryzysu w Polsce by się on pogłębił. Jeżeli jednak mamy zsynchronizowane cykle koniunkturalne, nie ma tego zagrożenia – dodaje.

Akces Polski do strefy euro wiązałby się z rezygnacją z narodowej polityki monetarnej na rzecz polityki Europejskiego Banku Centralnego, dlatego przeciwnicy takiego kroku często argumentują, że pogłębiłoby to kolejny, ewentualny kryzys gospodarczy. Zdaniem ekonomisty to nie do końca prawda. W ubiegłorocznym raporcie Komisji Europejskiej („Polska w UE. Nowe wyzwania”) prof. Marian Noga wskazuje, że w trakcie poprzedniego kryzysu z lat 2007–2014 polskie towary na rynkach zagranicznych taniały. Pociągnęło to za sobą wzrost eksportu i zatrudnienia, dzięki czemu jego skutki w Polsce nie były aż tak dotkliwie odczuwalne. Na tej podstawie część ekspertów i polityków wyciągnęła wniosek, że lepiej pozostać przy własnej walucie. Jednak prof. Marian Noga ocenia, że w długim terminie taki efekt by się nie utrzymał.

Jak podkreśla, w kontekście „Europy dwóch prędkości” Polska sama skazuje się na podążanie wolniejszym kursem i spycha na polityczny margines, nie będąc członkiem strefy euro. Ocenia także, że w tej sprawie nie jest potrzebne kolejne referendum, ponieważ opowiadając się za wejściem do struktur UE w 2003 roku, Polacy w referendum akcesyjnym już raz zgodzili się na przystąpienie do unii walutowej.

Gdyby Grecja nie była w strefie euro, zbankrutowałaby znacznie szybciej. Słowacja jest lepszym przykładem, wszyscy mówili, że nie będziemy na narty jeździć, że będzie drogo. Tymczasem Słowacja rozkwitła, dzięki euro ma naprawdę szybkie tempo wzrostu PKB. Twarde dane pokazują, że wejście do strefy euro daje więcej korzyści niż ewentualnych negatywów. Jeżeli boimy się tak bardzo – powinniśmy zrobić to samo, co Bułgarzy, którzy mają sztywny kurs lewa do euro. Po roku czy półtora można będzie sprawdzić, czy to się opłacało, i wejść do strefy euro już łagodnie, bez hałasów i krzyków. Taka formuła jest do przyjęcia i nie wymaga zmian w Konstytucji. Mówiąc dowcipnie, wystarczyłoby wsadzić Radę Polityki Pieniężnej w samochód, zawieźć na Aleje Ujazdowskie do urzędu Rady Ministrów i to ogłosić – mówi prof. Marian Noga.

Ekonomista podkreśla, że kryzys długu publicznego w Grecji nie był wynikiem wejścia do strefy euro, ale wynikiem m.in. fałszowania statystyk ekonomicznych i nieefektywnego wykorzystania funduszy unijnych, a Grecja w ogóle nie powinna była się znaleźć w strefie euro, ponieważ nie spełniała wymaganych kryteriów wejścia. Natomiast w przypadku Polski dobrym rozwiązaniem mógłby być system sztywnego kursu walutowego (currency board), przyjęty już wcześniej przez Bułgarię, zmagającą się z hiperinflacją. Currency board to jedna z dopuszczalnych ścieżek wejścia do strefy euro. Oznacza sztywny kurs waluty krajowej do określonej waluty, w tym przypadku euro, co eliminuje wahania, to rozwiązanie można wprowadzić tylko na podstawie ustawy bądź rozporządzenia Rady Ministrów, bez konieczności zmian konstytucyjnych.

Ekspert wrocławskiej Wyższej Szkoły Bankowej ocenia, że wejście Polski do strefy euro nie pociągnie ze sobą praktycznie żadnych negatywnych konsekwencji, ale im dłużej będziemy odwlekać tę decyzję, tym ciężej z czasem będzie ją podjąć.

Problem polega na tym, że w tej chwili nie umiemy już poruszać się w sferze niskich stóp procentowych, w sferze blisko deflacji. Obecnie mamy jakiś wzrost, ale wcześniej przez blisko dwa lata żyliśmy w sferze deflacji i niskich cen, co bardzo źle oddziałuje na gospodarkę, na przedsiębiorców. Przeciągając tę sprawę, wpadniemy w stan, w którym nie będziemy już w ogóle umieli funkcjonować przy niskich stopach procentowych i wtedy nie wejdziemy do strefy euro. To może zaprowadzić Polskę na margines Unii Europejskiej, a sceptyczne siły polityczne szybko doprowadzą do tego, że Polska nie będzie w Unii. To byłaby strata ½ budżetu rocznie, tylu pieniędzy by nam zabrakło – podkreśla ekspert Wyższej Szkoły Bankowe we Wrocławiu.

Zdaniem ekonomisty fundamentalne znaczenia ma w tym przypadku także edukacja ekonomiczna i podnoszenie świadomości Polaków, ponieważ z ubiegłorocznego sondażu CBOS wynika, że tylko 24 proc. społeczeństwa opowiada się za przyjęciem wspólnej waluty (zdecydowanie tak lub raczej tak). Ten odsetek radykalnie spadł od 2002 roku, kiedy za wejściem do strefy euro było 64 proc. Polaków.

Do strefy euro należą dzisiaj: Niemcy, Francja, Austria, Hiszpania, Belgia, Finlandia, Grecja, Holandia, Irlandia, Luksemburg, Włochy, Portugalia, Cypr, Słowenia, Słowacja, Estonia, Malta, Łotwa oraz Litwa, która przystąpiła do niej w 2015 roku. Na mocy podpisanych umów europejską walutę przyjęły też Monako, San Marino i Watykan, które nie są członkami UE. Poza strefą euro pozostają: Polska, Wielka Brytania, Dania, Czechy, Bułgaria, Chorwacja, Rumunia, Szwecja i Węgry.

PepsiCo zapowiada wielomilionowe inwestycje w rozwój swoich zakładów w Polsce. Planuje zwiększenie liczby współpracujących gospodarstw rolnych o 30 proc.

0

PepsiCo zapowiada wielomilionowe inwestycje w rozwój swoich zakładów w Polsce. Planuje zwiększenie liczby współpracujących gospodarstw rolnych o 30 proc. 2

Od 25 lat PepsiCo prowadzi w Polsce program agrarny oparty na współpracy z polskimi producentami ziemniaka, rocznie skupując płody rolne o wartości blisko 120 mln zł. W planach ma zwiększenie liczby współpracujących gospodarstw rolnych o 30 proc. i kolejne, wielomilionowe inwestycje w zakłady działające w Polsce, w tym zakład w Grodzisku Mazowieckim, jeden z największych i najbardziej nowoczesnych ośrodków produkcyjnych PepsiCo w Europie Środkowo-Wschodniej. Firma prowadzi też prace badawcze nad nowymi odmianami ziemniaków i sadzeniaków. W styczniu 2019 planowane jest wypuszczenie na rynek nowych produktów spoza segmentu napojów gazowanych i słonych przekąsek. 

 Małe gospodarstwa rolne przekształciły się w 67 potentatów, którzy dzisiaj ręka w rękę współpracują z nami przy produkcji wysokiej jakości ziemniaków, co z kolei przekłada się na produkcję wysokiej jakości chipsów w naszym zakładzie w Grodzisku. Ta współpraca jest przede wszystkim partnerska. Opiera się na tym, że od początku edukowaliśmy rolników, jak się obchodzić z sadzeniakami, jak uzyskiwać wyższe plony z areałów, dostarczając im pomocy know how, ale również udzielając im pomocy finansowej. Dzisiaj są to nowoczesne zakłady rolne, wyspecjalizowane w ziemniaku przemysłowym pod produkcję chipsów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Jaszczyk, prezes PepsiCo Polska.

PepsiCo jest największym w Polsce odbiorcą ziemniaka chipsowego. Firma od 25 lat prowadzi program agrarny oparty na współpracy z polskimi dostawcami. Na początku były to małe, rozdrobnione gospodarstwa rolne. Firma zaczęła od edukacji rolników w zakresie technologii upraw, pomocy w kredytowaniu produkcji i inwestycji oraz bezpłatnego dostarczania rolnikom materiałów sadzeniakowych. Obecnie współpracuje z 67 dużymi, rozwiniętymi gospodarstwami, zatrudniającymi w sezonie nawet 2,2 tys. pracowników. Suma areałów przeznaczonych na pozyskanie surowca dla PepsiCo wynosi 7 tys. ha (na początku programu agrarnego było to 880 ha), zapewniając łączną produkcję ziemniaków na poziomie około 230 tys. ton rocznie.

Największym osiągnięciem programu agrarnego PepsiCo w Polsce jest to, że trwa nieprzerwanie i z sukcesami od 25 lat. Wierzymy, że ci rolnicy, którzy zaryzykowali z nami 25 lat temu, mają satysfakcję z tej współpracy – mówi Michał Jaszczyk.

– Współpraca przetwórców i producentów rolnych stwarza ogromne szanse. Wspólnie można produkować lepiej. Walory produktu zależą nie tylko od przetwórcy, lecz także od jakości samego surowca. Dlatego rolnicy, jeśli produkują pod konkretnego odbiorcę, pod konkretny zakład przetwórczy – robią to z zastosowaniem technologii, którą często sugeruje przetwórca, a więc tutaj są głównie korzyści w zakresie jakości – podkreśla Czesław Siekierski, przewodniczący Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi Parlamentu Europejskiego.

Jak podkreśla, do programu wciąż dołączają nowe gospodarstwa rolne. W wyniku zapotrzebowania konsumentów rynek przekąsek ziemniaczanych rośnie, a do 2025 roku firma chce włączyć do programu jeszcze 20 gospodarstw rolnych (co będzie stanowić 30-proc. wzrost) i systematycznie wdrażać Inicjatywę Zrównoważonego Rolnictwa, co przełoży się na bardziej ekologiczne warunki upraw i większą wydajność produkcji.

Inicjatywa Zrównoważonego Rolnictwa to projekt, który PepsiCo od lat wdraża na całym świecie. Zakłada zmniejszanie emisji dwutlenku węgla, optymalizację procesu nawożenia i zastosowanie systemu Crop Track, który pozwala na monitorowanie opadów i odpowiednie dostosowanie dawek nawożenia. Do 2025 roku wszystkie gospodarstwa rolne współpracujące z PepsiCo mają już być w 100 proc. zgodne z wytycznymi Inicjatywy Zrównoważonego Rolnictwa.

W planach firmy są również inwestycje w zakład produkcyjny Frito Lay w podwarszawskim Grodzisku Mazowieckim – jeden z największych i najbardziej nowoczesnych ośrodków produkcyjnych PepsiCo w Europie Środkowo-Wschodniej. Zakład każdego dnia przetwarza 750 ton ziemniaków, a 100 proc. pozyskiwanego do produkcji chipsów surowca pochodzi od polskich rolników. Stale zwiększa zatrudnienie – obecnie pracuje w nim ponad 550 pracowników, z których połowa może się pochwalić stażem ponad 10 lat.

 Efektywnie wykorzystujemy moce produkcyjne. Roczna produkcja to ponad 65 tys. ton, z czego około 50 proc. eksportujemy do 13 różnych krajów w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Plany na kolejne lata zakładają inwestowanie istotnych środków w automatyzację. Mamy również przygotowany business case na instalację dodatkowej linii, czekamy jedynie na decyzję. Zakład PepsiCo w Grodzisku od kilkunastu lat działa zgodnie z globalną polityką. W ramach wdrożonych projektów – zmierzających do ochrony środowiska i naturalnych zasobów – znacząco zmniejszyliśmy zużycie gazu, wody i energii. Przyczyniły się do tego projekty takie jak biogazownia i odzysk. Również 100 proc. naszych odpadów poddawanych jest procesowi recyklingu – podkreśla Krzysztof Dudziński, dyrektor zakładu Frito Lay w Grodzisku Mazowieckim.

Dane przytaczane przez PepsiCo pokazują, że w latach 2013–2017 wartość inwestycji firmy na polskim rynku przekroczyła 500 mln zł. Z kolei wsparcie dla rolników, producentów i detalistów przełożyło się na powstanie ponad 32 tys. miejsc pracy, w tym ponad 10 tysięcy w sektorze rolnictwa.

 Powiązanie rolników z przetwórstwem – gdzie rolnik produkuje pod określone zapotrzebowanie, według określonych standardów, jakie stawia zakład przetwórczy – wpływa na jakość. Jednocześnie rolnik ma stałe miejsce zbytu, wie, komu sprzedaje i po jakiej cenie, wie, jakie musi wypełnić kryteria odnośnie jakości surowca. Te umowy są wieloletnie, a więc dają mu stabilizację dochodową i rynkową. O takie rozwiązania, trwałe powiązanie rolników z przetwórcami, chodzi nam w całym systemie gospodarki żywnościowej. Razem można więcej – mówi Czesław Siekierski.

Jak podaje PepsiCo, firma prowadzi obecnie prace badawcze w zakresie nowych odmian ziemniaków, dążąc do zwiększenia udziału odmian posiadanych na wyłączność z obecnych 40 proc. do 85 proc. w 2025 roku. Rozwija też program sadzeniakowy oparty w 100 proc. na polskim materiale nasiennym.  Prezes PepsiCo Polska Michał Jaszczyk zapowiada także, że w styczniu trafią na rynek nowe produkty spoza segmentu napojów gazowanych i słonych przekąsek.

– Ten rok był dla nas okresem rekordów sprzedażowych i produkcyjnych. W obu kategoriach, w których jesteśmy obecni na rynku – czyli i w napojach i w przekąskach słonych – zaliczamy go do bardzo udanych. Natomiast kolejne lata to wzrost inwestycji w nasze zakłady produkcyjne i bazę logistyczną oraz przede wszystkim w nasze znane marki, które konsumenci doceniają. Firma będzie też koncentrowała się na nowych produktach – nie chcę jeszcze zdradzać, jakie to będą marki, natomiast wyjdziemy trochę poza słone przekąski i napoje gazowane. Nowe produkty będą odpowiedzią na zmieniające się trendy konsumenckie i myślę, że już w styczniu będą dostępne w sieciach sprzedaży – mówi Michał Jaszczyk.

Polska wódka ma się szansę stać flagowym produktem eksportowym. Potrzebne jednak większe wsparcie promocyjne

Polska wódka ma się szansę stać flagowym produktem eksportowym. Potrzebne jednak większe wsparcie promocyjne 3

– Sądzę, że przed polskimi producentami wódki otwierają się ogromne możliwości eksportowe, zarówno w Unii Europejskiej, jak i na całym świecie – ocenia Ulrich Adam, dyrektor generalny Spirits Europe. Rynek napojów alkoholowych w Polsce jest wart ok. 57 mld zł, z czego 40 proc. przypada na rynek wyrobów spirytusowych. Branża podkreśla, że polska wódka to produkt z tradycjami i renomą na całym świecie, o ogromnym potencjale eksportowym. Do jego rozwoju potrzebne jest m.in. wsparcie promocyjne, sprawiedliwe opodatkowanie i zwalczenie szarej strefy.

– Branża spirytusowa to dział gospodarki, który przynosi do budżetu państwa ogromną liczbę pieniędzy w postaci danin publicznych. Dajemy zatrudnienie ponad 100 tys. osób, co jest kolejną wartością dodaną branży spirytusowej dla polskiej gospodarki. Skupujemy także bardzo dużą ilość płodów rolnych, nadwyżek zboża, ziemniaków. Jesteśmy kooperantem dla bardzo wielu polskich firm w zakresie zaopatrzenia i dystrybucji wyrobów spirytusowych – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Witold Włodarczyk, prezes Związku Pracodawców Polski Przemysł Spirytusowy.

Z danych opracowanych przez ZP PPS wynika, że branża spirytusowa wnosi do budżetu państwa ok. 12,6 mld zł rocznie w postaci danin publicznych. Jedno miejsce pracy w tej gałęzi przemysłu generuje 14 innych w całym łańcuchu dostaw. W sumie, pośrednio i bezpośrednio, branża utrzymuje ok. 100 tys. miejsc pracy. Według statystyk MRiRW, działa w niej 135 przedsiębiorstw, z których 98 proc. stanowią mikro-, małe bądź średnie firmy. Współpracują w przeważającej większości (w 90 proc.) z krajowymi polskimi dostawcami, zużywając rocznie ok. 750 tys. ton zbóż i 50 tys. ton ziemniaków, co ma przełożenie również na polskie rolnictwo. Branża spirytusowa ma również znaczący udział w polskim eksporcie, w ubiegłym roku wartość eksportu napojów spirytusowych za granicę sięgnęła 168 mln euro.

– W zbyt małym stopniu wykorzystujemy znakomity znak rozpoznawczy naszego kraju, jakim jest polska wódka, z ogromną tradycją i z renomą na świecie. Jesteśmy największym producentem wódki w UE i czwartym na świecie, po Rosji, Ukrainie i USA. Wykorzystanie marki, jaką jest polska wódka i wyroby spirytusowa, to ogromny potencjał. Dziś eksportujemy ok. 20 proc. produkcji. To za mało, zwłaszcza biorąc pod uwagę na przykład to, ile whiskey eksportuje Szkocja, Francja koniaku, a Meksyk tequili. U nas do tematu promocji polskiego eksportu wyrobów spirytusowych niektórzy podchodzą z pewną nieśmiałością, jak do tematu wstydliwego, bo to jednak alkohol. Tymczasem Szkot, Francuz czy Meksykanin jest dumny ze swoich wyrobów, a to się przekłada bezpośrednio na bardzo dużą wartość eksportu. Myślę, że w tym obszarze jest ogromny potencjał, abyśmy mogli eksportować znacznie więcej –zauważa Witold Włodarczyk.

Prezes ZP PPS ocenia, że polski rynek jest nasycony. Spożycie utrzymuje się na mniej więcej stałym poziomie, zmienia się raczej kultura picia alkoholu niż jego ilość. Za to eksport stwarza ogromne możliwości rozwoju branży. Do tego potrzebna jest jednak silna, krajowa gospodarka i uczciwe traktowanie – chociażby w kwestii opodatkowania.

– Dzisiejsze przepisy dyskryminują branżę spirytusową. Podatek akcyzowy jest naliczany w taki sposób, że ta branża płaci znacznie więcej niż inne, ku czemu nie ma żadnego powodu. Przepisy obowiązujące w tym zakresie pochodzą jeszcze z początku lat 80., a od tamtego czasu wiele się zmieniło w modelu konsumpcji alkoholu, dystrybucji, w sposobach sprzedaży – podkreśla Witold Włodarczyk.

Wysokie obciążenie podatkiem akcyzowym i specyfika alkoholi mocnych powodują, że ta branża jest szczególnie narażona na występowanie zjawiska szarej strefy. Fundacja Republikańska szacuje, że 80 proc. nielegalnych alkoholi stanowią właśnie napoje spirytusowe.

– Wszystkie branże, które płacą podatki, a szczególnie podatek akcyzowy, są dla nas wrażliwe z punktu widzenia budżetu państwa i dlatego staramy się walczyć z szarą strefą. Jest jeszcze jeden, dodatkowy akcent – nielegalny alkohol to potencjalne niebezpieczeństwo dla życia i zdrowia konsumentów i dlatego KAS tak mocno stara się ograniczyć szarą strefę w branży alkoholowej. Udało nam się to w paliwach, udało się w wyrobach tytoniowych, również odnosimy duże sukcesy w branży alkoholowej – mówi Piotr Walczak, zastępca szefa Krajowej Administracji Skarbowej.

Jak podkreśla, w Polsce nielegalny alkohol to przede wszystkim alkohol skażony. W innych krajach pochodzi on przeważnie z bimbrownictwa albo przemytu. Natomiast specyfika polskiej szarej strefy jest inna – głównym źródłem nielegalnego alkoholu w Polsce jest alkohol przemysłowy zwolniony z podatku akcyzowego albo produkty przemysłowe na bazie spirytusu (rozpuszczalniki, podpałki do grilla, płyny do spryskiwaczy etc.).

– U nas nielegalny alkohol to przede wszystkim alkohol odkażony. On często udaje przemycany, udaje produkty bimbrownictwa, ale tak naprawdę pochodzi przeważnie z technicznego, skażonego alkoholu, który jest odkażany metodą chałupniczą przy zastosowaniu różnych szkodliwych substancji chemicznych. Dlatego jest po prostu szkodliwy dla potencjalnych odbiorców. Traci na tym budżet państwa, ale należy również patrzeć przez pryzmat bezpieczeństwa konsumentów – mówi Piotr Walczak.

Walka z szarą strefą powinna być priorytetem nie tylko w Polsce, lecz także całej Europie, bo – jak podkreśla dyrektor generalny Spirits Europe Ulrich Adam – sektor spirytusowy ma duże przełożenie na europejską gospodarkę, utrzymując ponad milion miejsc pracy.

– W Europie przyszłość branży rysuje się w jasnych barwach. Nasi producenci koncentrują się teraz na szerszej tendencji zwanej premiumizacją. Z jednej strony w perspektywie długoterminowej konsumpcja w Europie spada, ale konsumenci, którzy kupują alkohole, decydują się na towary z wyższej półki – piją mniej, ale stawiają na trunki lepszej jakości. Europejscy producenci są wyjątkowo dobrze przygotowani, by spełniać te oczekiwania, bo mamy cały szereg znanych i tradycyjnych alkoholi z oznaczeniami geograficznymi – duże marki takie jak koniak, polska wódka, szkocka whiskey, ale też bardzo aktywną scenę alkoholi rzemieślniczych, która odznacza się wysoką innowacyjnością i każdego roku wprowadza na europejskie rynki wiele nowych produktów. To przynosi korzyści – podkreśla Ulrich Adam, dyrektor generalny Spirits Europe.

Budimex szuka inżynierów. Zapłaci do 2 tys. zł każdemu, kto poleci kandydata do pracy

Budimex szuka inżynierów. Zapłaci do 2 tys. zł każdemu, kto poleci kandydata do pracy 4

Coraz mniejsze zasoby kadr na rynku i niewielka popularność szkolnictwa zawodowego składają się na problemy branży budowlanej z pozyskiwaniem fachowców. Budimex jako pierwszy w Polsce wprowadził zewnętrzny program rekomendacji osób do pracy. Do końca 2019 roku firma chce zatrudnić pracowników w całej Polsce, w 50 różnych specjalizacjach, wśród których są m.in. kierownicy budów, inżynierowie robót, majstrzy i inżynierowie robót torowych. Każdy, niezależnie od swojego miejsca pracy, kto skutecznie wskaże kandydata na poszukiwane przez Budimex stanowisko, otrzyma nagrodę finansową do 2 tys. zł. 

 Zapotrzebowanie na pracowników w branży budowlanej jest bardzo duże. Do 2012 roku, czyli do końca pierwszej perspektywy unijnej, w firmach zatrudniających powyżej 9 osób było łącznie ok. 480 tys. pracowników. Teraz mamy ich blisko 80 tys. mniej. Tymczasem wartość środków unijnych wtedy wynosiła 26 mld zł wobec 31 mld euro obecnie. To pokazuje skalę różnicy pomiędzy wartością inwestycji a dostępnością pracowników – mówi agencji Newseria Biznes Cezary Mączka, członek zarządu i dyrektor pionu ds. zarządzania zasobami ludzkimi Budimex.

Polski rynek pracy boryka się z rekordowo niskim bezrobociem. Z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że w październiku stopa bezrobocia wyniosła 5,7 proc. (wobec 6,6 proc. przed rokiem) i był to najniższy wskaźnik od 28 lat. W skali miesiąca liczba osób bez pracy zmniejszyła się o blisko 9 tys. (w skali roku o ponad 130 tys.), a w całej gospodarce jest około 130 tys. wolnych wakatów.

Niska podaż pracy hamuje rozwój przedsiębiorstw, które mają problemy z pozyskaniem kadry, zwłaszcza specjalistów i fachowców w swoich branżach. Przyczynia się do tego również niski poziom szkolnictwa zawodowego i jego niewielka popularność. Z największymi problemami borykają się zwłaszcza branża produkcyjna i budownictwo.

 Branża budowlana najpilniej poszukuje pracowników wykonawczych – cieśli, zbrojarzy, monterów, kanalarzy, brukarzy czy pracowników zajmujących się wykończeniem wnętrz – tynkarzy i posadzkarzy. Ponieważ w tej perspektywie unijnej duży nacisk kładziemy na remont kolei, jest też duże zapotrzebowanie na wszystkie specjalizacje związane z kolejnictwem, czyli na specjalistów od sieci, trakcji, sterowania ruchem kolejowym. Pozyskanie pracowników w tych specjalizacjach jest o tyle trudne, że jest to jedyny obszar w szeroko rozumianej budowlance, w którym po 1989 roku straciliśmy ciągłość kształcenia zawodowego – mówi Cezary Mączka.

Budimex jest największą firmą budowlaną w Polsce, generalnym wykonawcą robót budowlanych w infrastrukturze, przemyśle i energetyce oraz budownictwie ogólnym. W Polsce i za granicą prowadzi obecnie ponad 300 kontraktów budowlanych, a wartość portfela zamówień firmy wzrosła z 4 mld zł w 2014 roku do 10 mld zł w tym roku. W tym samym czasie Grupa Budimex zwiększyła zatrudnienie z 4,5 do ponad 7 tys. osób. Do końca 2019 roku chce zatrudnić 1,1 tys. pracowników w całej Polsce. Poszukuje kadr w ponad 50 różnych specjalizacjach, wśród nich są m.in. kierownicy budów, inżynierowie robót, majstrzy i inżynierowie robót torowych.

 Metody poszukiwań pracowników są coraz bardziej zróżnicowane – wyjaśnia Cezary Mączka. – Firmy używają narzędzi, które do tej pory były charakterystyczne wyłącznie dla funkcji marketingowych, jak chociażby badania jakościowe, ilościowe, sztuczna inteligencja czy analiza big data. Ale Budimex poszedł krok dalej i jako jedyna firma w Polsce wprowadził program poleceń zewnętrznych.

Zewnętrzny program rekomendacji osób do pracy to rozwiązanie, które Budimex wprowadza jako pierwsza w Polsce firma z branży budowlanej. Nowy system pozyskiwania pracowników „Polecam Budimex” ruszył 23 października br. To rozwinięcie systemu rekomendacji wewnętrznych, który działa w firmie od ponad dwóch lat. Każdy, niezależnie od swojego miejsca pracy, kto skutecznie wskaże pracownika na poszukiwane przez Budimex stanowisko, otrzyma nagrodę finansową w wysokości do 2 tys. zł. Dodatkową nagrodę finansową otrzyma osoba, która skutecznie poleci największą liczbę pracowników. Wszystkie ogłoszenia i system do zgłaszania rekomendacji dostępne są na stronie internetowej programu.

 Wchodząc na stronę polecam.budimex.pl, wybieram z listy to stanowisko, na które mogę polecić kandydata. Przesyłam tej osobie link, ona do nas aplikuje, my tę osobę zatrudniamy i po 3-miesięcznym okresie próbnym wypłacamy 2 tys. zł osobie, która rekomendowała tego pracownika. Budżet programu jest bardzo duży, to 2 tys. zł razy tysiąc stanowisk, na które szukamy kandydatów. Ten, kto jest zainteresowany poleceniem nam pracownika, może znacząco podreperować sobie budżet domowy – mówi członek zarządu i dyrektor pionu ds. zarządzania zasobami ludzkimi Budimex.

Przyszłym pracownikom firma oferuje szereg benefitów, m.in. system premiowy, ubezpieczenie na życie, prywatną opiekę medyczną, szkolenia, dzień wolny w urodziny, kursy językowe i wymiany międzynarodowe. Zapewnia też możliwość uczestniczenia w sekcjach sportowych czy wolontariacie pracowniczym.

Rekordowo niska podaż pracy w połączeniu ze wzrostem gospodarczym i rosnącym zapotrzebowaniem na wykwalifikowane kadry to dla polskich firm coraz większy problem. Z ostatniego „Barometru Rynku Pracy”, przygotowanego przez instytut Kantar Millward Brown na zlecenie Work Service, wynika, że problemy z brakiem specjalistów deklaruje już 49,7 proc. polskich firm, a 16,4 proc. pracodawców nie podejmuje nowych inwestycji z powodu deficytów kadrowych. Sytuacja będzie się jeszcze zaostrzać, bo – jak wynika z ostatniej centralnej projekcji ścieżki inflacyjnej – Narodowy Bank Polski prognozuje dalszy spadek bezrobocia, które na koniec roku ma się obniżyć do 3,6 proc. (wobec 4,9 proc. na koniec ubiegłego roku), a w 2019 roku spaść do 3,2 proc. (według metodologii BAEL).

Zmiany w Zarządzie Alior Banku

Rada Nadzorcza Alior Banku zdecydowała o uzupełnieniu obecnego składu Zarządu. Powołano nowych wiceprezesów odpowiedzialnych za obszary ryzyka, bezpieczeństwa oraz bankowość prywatną.

Zarząd Alior Banku pod kierownictwem Krzysztofa Bachty wzmocni się o nowych członków. – To dla mnie bardzo ważne, że dzięki dobrej współpracy z Radą Nadzorczą udało się uzupełnić Zarząd o kompetentnych menedżerów z wieloletnim doświadczeniem w dużych bankach – mówi Krzysztof Bachta, wiceprezes Alior Banku kierujący pracami Zarządu.

Zarząd Alior Banku[1]
27.11.2018 Warszawa,
n/z zarzad Alior Banku
fot. Piotr Waniorek/zelaznastudio.pl
Zgodnie z decyzją Rady Nadzorczej z dnia 26 listopada 2018 roku do Zarządu Alior Banku został powołany Marek Szcześniak. Jednocześnie Rada Nadzorcza wystąpi do Komisji Nadzoru Finansowego z wnioskiem o zgodę na powierzenie mu funkcji wiceprezesa Zarządu odpowiedzialnego za ryzyko.

Marek Szczesniak[1]
Marek Szcześniak 27.11.2018 Warszawa,
n/z zarzad Alior Banku
fot. Piotr Waniorek/zelaznastudio.pl
Marek Szcześniak to doświadczony specjalista w obszarze ryzyka kredytowego, rynkowego i operacyjnego. Przez ostatnie lata związany był z Grupą PKO BP, gdzie jako wiceprezes nadzorował funkcje zarządzania ryzykiem w Kredobanku, a następnie w PKO Banku Hipotecznym. Karierę zawodową w bankowości rozpoczął w 1998 roku. Od 2002 roku zajmował stanowiska kierownicze w BRE Banku, Banku BPH, DnB Nord Polska, Allianz Bank Polska. Marek Szcześniak jest absolwentem Finansów i Bankowości Uniwersytetu Łódzkiego oraz studiów doktoranckich w Katedrze Zarządzania Finansami Przedsiębiorstwa. Ukończył program menedżerski „Personal Leadership Academy” w ICAN Institute.

Skład Zarządu uzupełni także Seweryn Kowalczyk, dotychczasowy dyrektor zarządzający w pionie bezpieczeństwa w Alior Banku. Kowalczyk zarządzał departamentami odpowiedzialnymi za przeciwdziałanie wyłudzeniom kredytowym, przestępstwom wewnętrznym oraz obszarem przeciwdziałania praniu brudnych pieniędzy i finansowaniu terroryzmu. Teraz jako członek Zarządu Alior Banku będzie nadzorował, oprócz obszaru bezpieczeństwa, także biuro prawne.

Seweryn Kowalczyk[1]
Seweryn Kowalczyk
27.11.2018 Warszawa,
n/z zarzad Alior Banku
fot. Piotr Waniorek/zelaznastudio.pl
Seweryn Kowalczyk posiada ponad 12-letnie doświadczenie jako specjalista od prawa bankowego i finansowego. Swoją karierę zawodową rozpoczynał w 2006 roku jako prawnik w największych kancelariach prawniczych w Polsce, gdzie pracował przy projektach związanych m.in. z doradztwem transakcyjnym oraz na rzecz instytucji finansowych. W latach 2008-2018 związany był z Grupą Credit Agricole Polska, gdzie odpowiadał za obszar regulacyjny oraz zgodności działania instytucji finansowych, a także za relacje z regulatorem. Seweryn Kowalczyk jest absolwentem Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie specjalizował się w prawie bankowym i finansowym. Jest radcą prawnym.

Dariusz Szwed[1]
Dariusz Szwed
27.11.2018 Warszawa,
n/z zarzad Alior Banku
fot. Piotr Waniorek/zelaznastudio.pl
Obszar Private Banking zostanie powierzony od 1 stycznia 2019 roku przez Radę Nadzorczą Dariuszowi Szwedowi. To menedżer z ponad 20-letnim doświadczeniem w sektorze bankowym. Bezpośrednio przed powołaniem na członka Zarządu Alior Banku pełnił funkcję dyrektora departamentu Private Banking w Santander Bank Polska, gdzie odpowiadał za nadzór nad kompleksową działalnością biznesową, wliczając w to aspekty związane z ryzykiem operacyjnym, kredytowym i reputacyjnym. Sprawował też nadzór nad detaliczną częścią działalności Domu Maklerskiego Santander Bank Polska. Był członkiem zespołu zarządzającego połączeniem Santander Bank Polska i wydzielonej części Deutsche Banku. W pracach związanych z fuzją nadzorował obszar bankowości prywatnej. Odpowiedzialny był za analizę i wdrażanie docelowych rozwiązań biznesowych w połączonym banku.

Dariusz Szwed z Santander Bank Polska związany był nieprzerwanie od 1995 roku. Ukończył Wydział Bankowości i Finansów w Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu oraz Zarządzanie na Politechnice Częstochowskiej. Posiada również dyplom Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Jednocześnie Filip Gorczyca złożył rezygnację z pełnienia funkcji wiceprezesa Zarządu Alior Banku z dniem 31 stycznia 2019 r. Na jego miejsce Rada Nadzorcza powołała Tomasza Biłousa, który do Zarządu banku dołączy 1 lutego 2019 roku.

Tomasz Biłous[1]
Tomasz Biłous
27.11.2018 Warszawa,
n/z zarzad Alior Banku
fot. Piotr Waniorek/zelaznastudio.pl
Tomasz Biłous związany był od 2006 roku z ING Bankiem Śląskim, gdzie przez ostatnie cztery lata pełnił funkcję dyrektora odpowiedzialnego za departament kontrolingu. Wcześniej, przez niemal osiem lat, sprawował funkcje kierownicze w obszarze sprawozdawczości i rachunkowości, w tym przez pięć lat jako dyrektor departamentu rachunkowości i główny księgowy banku. W latach 2000-2006 pracował w firmach audytorskich Arthur Andersen i Ernst&Young w dziale audytu instytucji sektora finansowego. Jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie na kierunku Finanse i Bankowość. Ponadto posiada dyplom biegłego rewidenta oraz jest członkiem ACCA.

Dzięki dzisiejszym powołaniom wzmacniamy Zarząd Alior Banku o profesjonalistów, którzy wywodzą się z dojrzałych organizacji bankowych. Liczę, że w takim składzie będziemy jeszcze skuteczniej realizować wyznaczoną strategię i przynosić większy zysk dla akcjonariuszy – dodaje Krzysztof Bachta.

Inteligentna waga z system operacyjnym Android zastąpi kasjera. Najnowsze technologie wprowadzają rewolucyjne zmiany w handlu

Inteligentna waga z system operacyjnym Android zastąpi kasjera. Najnowsze technologie wprowadzają rewolucyjne zmiany w handlu 5

Sztuczna inteligencja wkrótce odmieni sposób, w jaki robimy zakupy. Na rynku pojawia się coraz więcej rozwiązań, które automatyzują procesy zakupowe. Amazon rozszerza sieć inteligentnych sklepów Go, Wallmart wykorzystuje SI do przewidywania, kiedy należy dotowarować sklep, a inteligentne wagi oraz kasy wyręczają kasjerów.

– Stworzyliśmy inteligentną wagę z systemem operacyjnym Android. Umożliwia ona zarówno sprzedawcom, jak i konsumentom pełną samoobsługę podczas robienia zakupów. System obejmuje terminal POS oraz wagę, dzięki czemu przy zapłacie za wybrane produkty nie ma konieczności angażowania kasjera. Wystarczy podejść, zeskanować lub wybrać produkt, a następnie dokonać wpłaty. Można płacić gotówką, kartą kredytową lub za pomocą technologii biometrycznej, która rozpoznaje twarz klienta i automatycznie obciąża jego rachunek – mówi w wywiadzie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Zhang Bin z firmy Sunmi Technology.

Sunmi S2 to pierwsza na świecie inteligentna waga z systemem operacyjnym Google Android. Wystarczy położyć na niej produkt i wybrać go na ekranie dotykowym. Dzięki systemowi Android i wbudowanej kamerze inteligentna waga pozwala na płacenie za pomocą technologii biometrycznej. System zeskanuje twarz i płatność zostanie dokonana automatycznie. W przyszłości dzięki sztucznej inteligencji, wagi same mogą rozpoznawać przedmioty, które są na nich kładzione.

Dzięki wprowadzeniu w sklepie inteligentnych wag, możliwe jest stworzenie całego systemu ułatwiającego klientom robienie zakupów.

– Nasze urządzenie to nie tylko łatwiejsza realizacja płatności, lecz także szereg inteligentnych rozwiązań, takich jak programy lojalnościowe, funkcje płatnicze czy podstawowe funkcje z zakresu zarządzania. Nie jest to więc zwykły terminal, ale cały inteligentny system sklepowy – twierdzi ekspert.

Kasjerzy już wkrótce mogą w ogóle stracić pracę na rzecz sztucznej inteligencji i zautomatyzowanych systemów. Dziś Amazon jest w posiadaniu kilku zautomatyzowanych sklepów Go, a do 2021 roku sieć ma liczyć aż 3 tys. lokali. W tych sklepach całkowicie zrezygnowano z kasjerów – produkty są skanowane po włożeniu ich do koszyka, a zapłata pobierana automatycznie z konta Amazonu podczas wychodzenia z placówki. W ślady amerykańskiej korporacji idą inne firmy, które również chcą zautomatyzować branżę handlową.

Sieć Wallmart stworzy Intelligent Retail Lab, jednostkę badawczą przystosowaną do testowania nowych inteligentnych rozwiązań, które będą ułatwiać wykonywanie niektórych czynności na terenie sklepu. Wallmart sprawdzi, jak sztuczna inteligencja mogłaby automatycznie zatowarowywać sklepy, kiedy zapas jakiegoś produktu się kończy, wykrywać brak wózków przy wejściu do sklepu czy rozpoznawać produkty źle ułożone na półkach.

Firmy technologiczne kładą ogromny nacisk na rozwiązania, które przyspieszają i ułatwiają wykonywanie zakupów. W placówce Sam’s Club Now w Dallas, która w pełni wykorzystuje potencjał urządzeń mobilnych, klienci mogą wykorzystać aplikację do realizacji płatności czy sprawdzania historii zakupów. Z kolei dzięki technologii rozszerzonej rzeczywistości klienci otrzymują dostęp do zaawansowanego systemu nawigacji. Aplikacja analizuje naszą listę zakupów, a następnie wyznacza najbardziej optymalną trasę po alejkach sklepowych. W rzeczywistości rozszerzonej klienci mogą także dogłębniej zapoznać się z konkretnymi produktami oraz ich zastosowaniem.

Nad stworzeniem zintegrowanego systemu obsługi klientów pracuje także Lenovo. Firma chce zastąpić obsługę tabletami wyposażonymi w sztuczną inteligencję, które komunikują się z innymi urządzeniami w sklepie za pośrednictwem internetu rzeczy. Zakupy w Lenovo Lecoo Unmanned Store nie wymagają kontaktu z personelem. Przed wejściem do sklepu kamera skanuje i rozpoznaje twarz klienta, a następnie system rejestruje, co ze sobą zabieramy. Przy wyjściu ze sklepu płatności są automatycznie pobierane za pośrednictwem aplikacji mobilnej.

Inteligentne technologie w handlu najszybciej trafiają na rynek chiński i amerykański. Już teraz testowane są tam płatności za pomocą rozpoznawania twarzy czy zupełnie bezobsługowe sklepy. W Europie, w tym także w Polsce, tego rodzaju technologie dopiero mają się pojawić.

– W Chinach wdrożyliśmy już to rozwiązanie we współpracy z naszymi partnerami, ale chętnie widzielibyśmy je również tutaj. Nasze plany obejmują więc wdrożenie systemu w Europie, w tym oczywiście również w Polsce – zapowiada Zhang Bin.

Według Global Market Insights rynek rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji dla branży sprzedażowej w 2024 roku osiągnie wartość 8 mld dol. Szacuje się, że w latach 2018–2024 średnioroczne tempo wzrostu w tej branży wyniesie 45 proc.

Wyposażony w sztuczną inteligencję robot pomoże dzieciom w rozwoju. Będzie uczył rozwiązywania zagadek oraz języków obcych

Wyposażony w sztuczną inteligencję robot pomoże dzieciom w rozwoju. Będzie uczył rozwiązywania zagadek oraz języków obcych 6

Sztuczna inteligencja znajduje coraz szersze zastosowanie, także na rynku zabawek dla dzieci. Polska firma opracowała małego robota, który ma wspomagać rozwój kognitywny dzieci w wieku od 4 do 8 lat. Tymczasem dostępne na rynku inteligentne zabawki stają się coraz bardziej dopracowane, a programowanie na dobre wpisało się w podstawę programową szkół. Według analityków do 2024 roku rynek inteligentnych zabawek zbliży się w wycenie do poziomu niemal 5,5 mld dol.

– Postanowiliśmy wykorzystać technologię sztucznej inteligencji i robotyki w dostarczaniu produktów dla domowego użytkownika. Nasz robocik Kodi widzi, słyszy, rozmawia z dzieckiem, bawi się z nim ruchowo, bawi się z nim muzycznie, potrafi rozwiązywać proste zagadki, a także uczyć języków obcych – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Paweł Zarzycki, prezes zarządu firmy SmartLife Systems.

Kodi wykorzystuje technologię sztucznej inteligencji. Inteligentna zabawka ma wspierać rozwój kognitywny dzieci w wieku od 4 do 8 lat. Urządzenie wyposażono w kamerę i funkcję rozpoznawania twarzy i obiektów, a także w mikrofon, który pozwala zrozumieć to, co się do niego mówi. Jego funkcje można kontrolować właśnie za pomocą głosu lub smartfona, dzięki łączności WiFi i Bluetooth. Robota wyposażono ponadto w ekran na twarzy, na którym wyświetlane są emocje. Kodi potrafi się także poruszać, a nawet tańczyć.

Na rynku pojawia się coraz więcej inteligentnych zabawek. Aibo – pies robot opracowany przez Sony – potrafi się zachowywać niemal jak prawdziwy pies. Reaguje na dotyk, słyszy komendy i wykonuje polecenia. Widzi, aportuje i szczeka. Dzięki zastosowaniu technologii sztucznej inteligencji robot potrafi się uczyć, rozpoznaje osoby, a nawet rozwija własną osobowość w oparciu o to, jak właściciel się nim opiekuje. Sony nie będzie dystrybuowało psa-robota w Europie, ale wprowadza go właśnie na amerykański rynek.

Z kolei Nybble to kot-robot, który potrafi chodzić i skradać się. Można mu wydawać polecenia lub obserwować zachowanie ustalane przez algorytmy. Firma tworząca ten projekt planuje wysyłkę zamówień na kwiecień 2019 roku. Nybble może zostać samodzielnie złożony przez właściciela. Koszt zabawki to około 200 dol.

– Rynek zabawek kognitywnych jest dość mocny, natomiast my zidentyfikowaliśmy pewną konkretną niszę, bo z jednej strony mamy rozwiązania typu inteligentni asystenci, które nie mają tych wszystkich elementów związanych z emocjami, a też jednym z głównym problemów jest prywatność i bezpieczeństwo, ponieważ większość tych informacji typu przetwarzanie mowy czy detekcja obrazu jest przetwarzana na chmurze, a z drugiej strony mamy proste zabawki kognitywne, które w zasadzie są serią nagranych, gotowych historyjek, które dzieci mogą sobie odtwarzać. Znaleźliśmy niszę pomiędzy tymi dwoma rozwiązaniami, żeby budować inteligentne zabawki, które w interaktywny sposób bawiąc, uczą się razem z dziećmi – przekonuje ekspert.

Finansowanie projektu polskiej firmy będzie możliwe dzięki obecności na platformie crowdfundingowej Indiegogo. SmartLife Systems zakłada, że debiut rynkowy robocika nastąpi za dziewięć miesięcy.

Według analityków MarketsandMarkets rynek robotów przeznaczonych do programowania do 2020 roku przekroczy wartość 2,4 mld dol. Z kolei z analiz Zion Market Research wynika, że światowy rynek inteligentnych zabawek do 2024 r. ma osiągnąć wartość 5,4 mld dol.

Prowadzenie firmy przez cudzoziemca a legalizacja jego pobytu

Coraz więcej cudzoziemców zamieszkujących w Polsce stara się rozpocząć działalność gospodarczą na własny rachunek. Mając na uwadze to, że możliwość prowadzenia jednoosobowej działalności gospodarczej przez obywatela spoza UE jest ograniczona, to zdecydowana większość wybiera spółkę z ograniczoną działalnością gospodarczą jako najwłaściwszą dla siebie formę prawną.

Procedura rejestracji spółki z o.o. przez cudzoziemca

Co do zasady, procedura jest niemalże identyczna jak w przypadku obywateli polskich. Wyjątkiem jest sytuacja, w której cudzoziemiec nie posługuje się językiem polskim. W takim wypadku konieczne jest skorzystanie z pomocy tłumacza przysięgłego w trakcie wizyty u notariusza i podpisywania umowy spółki w formie aktu notarialnego.

Alternatywnie może zostać ustanowiony pełnomocnik, który będzie występował w imieniu cudzoziemca, gdy ten przykładowo przebywa za granicą. Należy też dodać, że cudzoziemiec nie musi mieć w Polsce miejsca zamieszkania, a także czasowego lub stałego zezwolenia na pobyt.

Niemniej, konieczne jest przygotowanie umowy spółki i jej podpisanie u notariusza, a następnie przesłanie do sądu rejestrowego wraz z wypełnionymi formularzami rejestrowymi.

Zezwolenie na pobyt a pełnienie funkcji członka zarządu spółki

Częstą sytuacją jest zakładanie spółki z o.o. przez cudzoziemców, a także obejmowanie przez nich funkcji członków zarządu. Samo powołanie do pełnienia funkcji członka zarządu spółki nie powoduje jeszcze konieczności uzyskiwania zezwolenia na pobyt czasowy przez cudzoziemca.

Jednakże, gdy cudzoziemiec zamierza w Polsce przebywać, to konieczne jest zdobycie stosownych zezwoleń. Najwłaściwszym sposobem legalizacji pobytu cudzoziemca będzie uzyskanie zezwolenia na pobyt czasowy w celu prowadzenia działalności gospodarczej. Zezwolenie to jest też adekwatne do sytuacji, w której celem pobytu jest wykonywanie pracy poprzez pełnienie funkcji w zarządzie spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, którą utworzył lub której udziały objął. Dodatkowo, zezwolenie takie może zostać wydane, jeśli cudzoziemiec uzasadni swój pobyt w Polsce przez okres dłuższy niż 3 miesiące.

Procedura jest identyczna do tych, gdzie występuje inna podstawa pobytu. Różnica sprowadza się jednak do przedłożenia innych dokumentów. Na potrzeby postępowania administracyjnego w przedmiocie legalizacji pobytu czasowego konieczne może być złożenie m.in.: właściwego wniosku, 4 fotografii, kserokopii dokumentu podróży, polisy ubezpieczeniowej, dokumentu potwierdzającego miejsce zamieszkania, a także dokument potwierdzający wysokość dochodu, np. CIT-8, lub inne dokumenty poświadczające osiągnięcie dochodu nie niższego niż 12-krotność przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w województwie, w którym przedsiębiorca ma siedzibę lub miejsce zamieszkania, w trzecim kwartale roku poprzedzającego złożenie wniosku, ogłaszanego przez Prezesa Głównego Urzędu Statystycznego lub dokumenty poświadczające zatrudnienie na czas nieokreślony i w pełnym wymiarze czasu pracy co najmniej przez okres 1 roku poprzedzającego złożenie wniosku co najmniej 2 pracowników będących obywatelami polskimi lub cudzoziemcami, o których mowa w art. 87 ust. 1 pkt 1–9 ustawy z dnia 20 kwietnia 2004 r. o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy lub dokumenty poświadczające posiadanie środków pozwalających na spełnienie w przyszłości wyżej wymienionych warunków lub prowadzenie działań pozwalających na spełnienie w przyszłości tych warunków, w szczególności przyczyniających się do wzrostu inwestycji, transferu technologii, wprowadzania korzystnych innowacji lub tworzenia miejsc pracy. Konieczne będzie też wykazanie dochodu wyższego niż 634 zł netto miesięcznie (dla osoby samogospodarującej) lub 514 zł netto miesięcznie (dla osoby w rodzinie). Niekiedy konieczne może też być przedłożenie umowy spółki z ograniczoną odpowiedzialnością.

Kiedy cudzoziemiec powinien wystąpić o zezwolenie na pracę, jeśli pełni funkcję członka zarządu spółki z o.o.?

Pełnienie funkcji członka zarządu spółki z o.o. wiążę się z koniecznością uzyskania zezwolenia na pracę, jeśli cudzoziemiec w związku z pełnieniem funkcji w zarządzie osoby prawnej wpisanej do rejestru przedsiębiorców lub będącej spółką kapitałową w organizacji przebywa na terytorium Polski przez okres przekraczający łącznie 6 miesięcy w ciągu kolejnych 12 miesięcy.

Należy też pamiętać, że zezwolenie zostanie wydane, jeśli podmiot, którego członkiem zarządu ma być cudzoziemiec:

  • w roku podatkowym poprzedzającym złożenie wniosku osiągnął dochód nie niższy niż 12-krotność przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w województwie w trzecim kwartale roku poprzedzającego złożenie wniosku, ogłaszanego przez Prezesa GUS na podstawie art. 90 ust. 7 ustawy oraz zatrudnia na czas nieokreślony i w pełnym wymiarze czasu pracy przez okres co najmniej roku poprzedzającego złożenie wniosku co najmniej dwóch pracowników, którzy nie podlegają obowiązkowi posiadania zezwolenia na pracę lub
  • wykaże posiadanie środków, lub prowadzenie działań pozwalających na spełnienie w przyszłości warunków określonych powyżej, w szczególności przez prowadzenie działalności przyczyniającej się do wzrostu inwestycji, transferu technologii, wprowadzania korzystnych innowacji lub tworzenia miejsc pracy.

Plast-Box kupuje Stark Partner Sp. z o.o.

Plast-Box, jeden z wiodących dostawców opakowań z tworzyw sztucznych w Europie, podpisał warunkową umowę zobowiązującą do nabycia 100% udziałów w polskiej spółce Stark Partner Sp. z o.o. specjalizującej się w produkcji opakowań dla branży spożywczej. Zarząd Plast-Box zakłada  dalsze działanie firmy z siedzibą w Urszulinie (Grodzisk Mazowiecki) pod Warszawą w niezmienionej formie organizacyjnej. 

Grzegorz Pawlak PTS Plast-Box S.A.
Grzegorz Pawlak Prezes Zarządu Plast-Box S.A.

Przejęcie Starka to ważny etap dla wzrostu i rozwoju naszej grupy. Spółka ta ma wypracowaną pozycję na rynku krajowym jako dostawca opakowań spożywczych. Jest to silna marka, która posiada innowacyjne produkty i rozwiązania dla przemysłu opakowaniowego. Potencjał jakim dysponuje w połączeniu z naszymi technologiami oraz sposobem zarządzania, może przynieść bardzo dobre rezultaty. – informuje Grzegorz Pawlak, prezes zarządu Plast-Box S.A.

Stark Partner Sp. z o.o. produkuje szeroką gamę opakowań wykorzystując w procesie produkcji technologię termoformingu oraz wtrysku, jest również producentem folii polistyrenowej. Spółka oferuje swoje produkty dużym producentom sektora spożywczego w tym mleczarskiego. Blisko 95% przychodów ze sprzedaży produktów generowane jest w Polsce. Pozostałe 5% uzyskiwane jest z eksportu kierowanego między innymi do Słowenii, Litwy, Czech, Belgii i Wielkiej Brytanii.

Grupa Plast-Box cały czas zwiększa swoją obecność na rozwijającym się rynku opakowań, gdzie aktualnie ponad 50% sprzedaży lokuje w branży spożywczej. Wskutek akwizycji, Plast-Box zyska większy zakres nowych kompetencji z sektora opakowaniowego, co umożliwi rozwój grupie. Ponadto włączenie Starka do działalności powinno przyczynić się do dalszego wzrostu sprzedaży oraz poprawy zysków i marż grupy.

Otwierają się przed nami nowe możliwości. Widzimy razem wiele wyjątkowych synergii i sposobów zbudowania dodatkowej wartości wynikającej z tej transakcji. Wprowadzenie Starka do grupy   zapewni nam dostęp do nowych rynków oraz da zasoby, które pozwolą rozszerzyć skalę i zasięg działania. Jest to krok w kierunku dalszej dywersyfikacji portfolio produktowego. Przy wykorzystaniu know-how jakim dysponują spółki grupy oraz dzięki konsekwentnie realizowanej strategii rozwoju,  znacznie umocnimy naszą pozycję na rynku opakowań z tworzyw sztucznych. – skomentował prezes Pawlak.

Brexit – czarne chmury nad lotnictwem?

Choć liderzy państw unijnych poparli porozumienie z Wielką Brytanią, to umowę rozwodową czeka teraz trudna przeprawa przez parlament w Londynie. Przeciw ustalonym warunkom wypowiada się większość opcji politycznych, dlatego widmo brexitu bez porozumienia z Unią Europejską wciąż jest realne. Według ekspertów Skycop w takiej sytuacji jedną z najbardziej narażonych gałęzi rynku będzie lotnictwo, w którym współdziałanie między krajami jest ściśle uregulowane i brak umowy rozwodowej wprowadziłby chaos wśród przewoźników i pasażerów.

Mimo że mieszkańcy Wielkiej Brytanii wychodzą na ulice, aby zaprotestować przeciwko brexitowi, Wielka Brytania opuści UE 29 marca 2019 roku o 23:00 czasu lokalnego. Kilkanaście miesięcy negocjacji zaowocowało umową zaakceptowaną przez liderów państw unijnych. Przyjęte warunki nie wzbudzają jednak entuzjazmu i mogą zostać odrzucone w Izbie Gmin. Jeśli brytyjscy posłowie nie przyjmą porozumienia, to na cztery miesiące przed ustaloną datą wyjścia, Wielka Brytania i UE wrócą do początkowego położenia, a wypracowanie nowej umowy będzie bardzo trudne.

Brexit bez umowy rozwodowej miałby ogromny wpływ na wiele dziedzin. Jedną z największych niewiadomych pozostają podróże lotnicze. Jeśli nie uda się osiągnąć porozumienia, Wielka Brytania stanie się krajem trzecim o zamkniętych granicach. Loty z Wielkiej Brytanii nie mogłyby lądować w portach lotniczych UE, chyba że będą zawarte umowy dwustronne, decyzja Komisji Europejskiej lub tymczasowe krajowe zezwolenia na transport lotniczy. Niektórzy sądzą, że loty po brexicie bez porozumienia podlegałyby ICAO prawu lotniczemu, które, m.in. pozwala statkom powietrznym latać przez terytorium któregokolwiek z państw bez lądowania. Niestety, nie jest jasne, czy swobody ICAO miałyby w tym przypadku zastosowanie, istnieje więc możliwość, że loty z Wielkiej Brytanii nie byłyby wykonywane do czasu wypracowania porozumień.

Wieczorem 29 marca 2019 r. odbędzie się 10 lotów tzw. „Kopciuszków” – samoloty wystartują z pięciu brytyjskich portów lotniczych, podczas gdy Wielka Brytania będzie jeszcze członkiem UE i wylądują już po brexicie. Pasażerowie przybędą już jako obywatele krajów trzecich, będą musieli przejść przez kontrole celne i mogą nawet potrzebować wiz do swoich krajów docelowych.

Linie lotnicze sprzedają bilety lotnicze z rocznym wyprzedzeniem, więc mają czas na przygotowanie się na najgorszy scenariusz. Thomas Cook Airlines zaktualizował swoje zasady i warunki, odnosząc się do brexitu bez porozumienia, jako jednej z sytuacji, których nie może kontrolować, podobnie jak „niepokojów społecznych lub wydarzeń wynikających z niestabilności politycznej”. Ryanair z kolei oświadczył, że „hard brexit” może uziemić loty do i z Wielkiej Brytanii nawet na trzy tygodnie.

No-deal brexit miałby kluczowe konsekwencje nie tylko dla lotnictwa, ale również dla całej branży turystycznej. Dopóki nie zostaną zawarte dwustronne umowy między krajami, turystyka do i z Wielkiej Brytanii może popaść w stagnację. Statystyki z 2016 r. pokazują, że 70% turystów odwiedzających Londyn pochodzi z krajów UE. Po brexicie turyści ci mogą mieć większe trudności z podróżowaniem do Wielkiej Brytanii. Ucierpiałaby również turystyka wyjazdowa, ponieważ w 2017 r. mieszkańcy Wielkiej Brytanii odbyli łącznie 72,8 mln podróży zagranicznych, w tym 15,8 mln do Hiszpanii, w której mieszka wielu brytyjskich emerytów.

Eksperci Skycop zwracają również uwagę, że po brexicie Wielka Brytania nie będzie już musiała przestrzegać rozporządzenia UE nr 261/2004, które zostało opracowane w celu ochrony praw pasażerów linii lotniczych. Nadal nie jest jasne, czy Wielka Brytania opracuje własną wersję rozporządzenia, czy też zrezygnuje z niego w całości, pozostawiając pasażerów bez żadnych gwarancji bezpieczeństwa w przypadku odwołanych lub znacznie opóźnionych lotów.

Inwestorzy czekają na głosowanie w brytyjskim parlamencie

Zmiany sentymentu, silne ruchy na rynkach finansowych oraz informacje polityczne w ostatnim czasie determinowały ruchy walut. Mimo wzrostu ryzyka, złoty pozostawał względnie stabilny. Co czeka nas w najbliższych dniach?

Ze względu na brak przełomowych informacji, jak i z uwagi na amerykańskie Święto Dziękczynienia, rynek walutowy w minionym tygodniu w istotny sposób reagował przede wszystkim na zmiany sentymentu do ryzyka. W związku ze spadkiem cen ropy naftowej najgłębszej wyprzedaży na przestrzeni ostatnich kilku dni doświadczyły waluty surowcowe, czyli m.in. dolar australijski i nowozelandzki, oraz korona norweska. Natomiast USD umocnił się względem niemal każdej waluty G10, z wyłączeniem tych uznawanych za bezpieczne, czyli jena japońskiego oraz franka szwajcarskiego. Spadek cen surowców istotnie wpłynął na sytuację krajów emerging markets – w tym krótkim okresie aktywa importującej ropę naftową Turcji radziły sobie lepiej niż większości eksportujących krajów Ameryki Południowej.

W najbliższym czasie wahania na rynku walutowym będą w istotnym stopniu uzależnione od zmian o charakterze politycznym. Najważniejsza będzie debata w brytyjskim parlamencie, która zakończy się głosowaniem nad uzgodnionym przez premier May jak i decydentów Unii Europejskiej tekstem umowy ws. Brexitu. Nie bez znaczenia będzie również szczyt G10 (który odbędzie się w następny weekend) oraz rozwój sytuacji na linii Włochy-Komisja Europejska w związku z nadmiernym deficytem planowanym we włoskim budżecie.

PLN                                        

Polski złoty w ubiegłym tygodniu umocnił się w relacji do euro, jednocześnie zakończył tydzień na niemal niezmienionym poziomie w parze z dolarem amerykańskim i funtem brytyjskim.

Praktycznie wszystkie ostatnie dane z polskiej gospodarki zaskakiwały na plus. Szczególnie cieszy powrót do wyższych wartości dynamiki produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej, który sugeruje, że polska gospodarka z siłą weszła w czwarty kwartał. „Minutki” z ostatniego spotkania RPP wyróżniały się na tle poprzednich podsumowań tym, iż po raz pierwszy od kilku lat jeden z członków zawnioskował o podwyżkę stóp procentowych argumentując to istotnym wzrostem prognozowanej dynamiki cen. Odosobniony wniosek został jednak odrzucony i raczej mało prawdopodobne, żeby miał pociągnąć za sobą istotny zwrot w oczekiwaniach członków RPP.

Na przestrzeni najbliższych kilku dni opublikowanych zostanie kilka istotnych odczytów makroekonomicznych z Polski. W tym tygodniu oprócz poniedziałkowych szacunków stopy bezrobocia w październiku poznamy w piątek wstępne dane o inflacji CPI w listopadzie i szczegółowe dane o dynamice PKB w III kwartale br.

GBP

Jakiekolwiek dane makroekonomiczne w nadchodzącym tygodniu prawdopodobnie będą dość nieistotne w obliczu perspektywy rozwiązania kwestii Brexitu. Przedstawiciele Unii Europejskiej wspólnie z premier May ustalili ostateczną wersję tekstu porozumienia – w tym momencie ciężar Brexitu spoczywa na barkach brytyjskiego parlamentu. Szacunki bukmacherów sugerują, że nieco bardziej prawdopodobne jest odrzucenie zaproponowanego porozumienia w brytyjskim parlamencie, jednak różnica szans w przypadku obu scenariuszy jest dość niewielka. Szterling dość spokojnie reagował na ostatnie informacje nt. akceptacji porozumienia przez pozostałe kraje UE – przed głosowaniem w parlamencie nic nie jest tak naprawdę przesądzone. W związku z ogromną wagą nadchodzącego głosowania w parlamencie, w najbliższych tygodniach wahania funta będą prawdopodobnie zależały od kształtowania się preferencji brytyjskich posłów względem porozumienia.

EUR

W minionym tygodniu euro nie było poddane znaczącemu osłabieniu względem dolara amerykańskiego. Zważywszy na dość słabe dane makroekonomiczne płynące z bloku walutowego, było to nie lada osiągnięcie. Indeksy PMI pokazujące zmiany aktywności biznesowej po raz kolejny spadły. Zbiorczy indeks, czyli średnia ważona wskaźników dla sektora usług i sektora przemysłu, osiągnął wartość 52,4 i znalazł się na najniższym poziomie niemal od czterech lat. To poziom, która nadal oznacza ekspansję, niemniej utrzymujący trend spadkowy wyraźnie niepokoi. Może to oznaczać – zwłaszcza zważając na brak istotnego wzrostu dynamiki cen we wspólnym bloku – że Europejski Bank Centralny zdecyduje się na odroczenie pierwszej podwyżki stóp procentowych w strefie euro. Jeżeli najbliższe tygodnie nie przyniosą wyraźnej poprawy sytuacji makroekonomicznej w strefie euro będziemy zmuszeni do odsunięcia w czasie oczekiwań względem podwyżki stóp, jak i do obniżenia prognoz kursu EUR/USD.

USD

Ze względu na Święto Dziękczynienia obchodzone w ostatnim tygodniu w USA, kurs dolara amerykańskiego zależał w większości od czynników zewnętrznych. Ogólny wzrost niepokoju w ostatnim tygodniu pozwolił na umocnienie USD. Bieżący tydzień może zakończyć się w inny sposób. Najistotniejszym wydarzeniem dla rynku walutowego będzie opublikowanie „minutek” z ostatniego spotkania Rezerwy Federalnej. Rynki finansowe są mniej pewne przyszłych decyzji ze strony FOMC i obecnie oczekują jednej podwyżki stóp procentowych – „minutki” mogą pokazać, czy niższe oczekiwania są uzasadnione przez zmianę w retoryce ze strony decydentów.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury Polska

Marketplace’y trendem na 2019 rok

Rewolucja w sektorze handlowym trwa w najlepsze. Choć jej początek przypada na okres upowszechnienia się internetu to obecnie jesteśmy świadkami kolejnych, narastających zmian w zachowaniach i przyzwyczajeniach konsumentów. To właśnie one wymuszają na sprzedawcach wykorzystanie nowych platform i narzędzi zakupowych. W tym czasie nieocenioną pomocą dla przedsiębiorców okazują się marketplace’y.

Przez lata konsumenci postępowali jednakowo, dokonując zakupów w  sklepach i sklepikach znajdujących się w najbliższej okolicy. Ten schemat to już przeszłość. Dostęp do internetu sprawił, że zakupy przestały być ograniczone czasem czy miejscem. To, dla sektora handlowego, stanowiło ogromne wyzwanie. Konsumenci bowiem zaczęli poszukiwać w sieci miejsc, w których wygodnie i szybko znajdą interesujący ich produkt, porównają z innym i dokonają zakupu. Aby zminimalizować liczbę przeglądanych stron i zwiększyć trafność wyszukiwań użytkowników – powstały marketplace’y.

Obce słowo, znane korzyści

Marketplace w języku polskim nie ma jednoznacznej definicji i bardzo często pojawia się dychotomia w rozumieniu znaczenia tego słowa. Po pierwsze: marketplace to narzędzie internetowe, które daje właścicielom przedsiębiorstw dodatkową przestrzeń sprzedażową on-line wspieraną przez liczne działania reklamowe i wizerunkowe m.in. w social media. Po drugie: marketplace to platforma zrzeszająca podmioty sprzedające, pochodzące z jednej branży lub kategorii tak, jak np. Domodi.pl czy Allani.pl [fashion] oraz Homebook.pl [home&decor], a jej zadaniem jest przeniesienieu ruchu na podstronę klienta. Portal EcommerceNews.eu szacuje, że do 2020 będą one generować aż 39% udziałów sprzedaży on-line. Co pokazuje, że jest to narzędzie trendujące i będzie wykorzystywane sukcesywnie przez przedsiębiorców jak i samych konsumentów.

Marketplace: dlaczego warto?

Za połączeniem marek z marketplace’ami przemawia wiele korzyści, których platformy dostarczają swoim partnerom. Nasze obserwacje oparliśmy na działaniu wspomnianych już powyżej serwisów, czyli Domodi.pl, Allani.pl i Homebook.pl. Choć są z różnych branż, to mają tożsamy schemat działania oraz narzędzia wspierające sprzedaż. Co do nich należy i jakie profity generują?

  1. Wysokie zasięgi działań online widoczne są przede wszystkim w liczbie odsłon generowanych przez marketplace’y. Tylko w 2017 roku ich średnia liczba odsłon w miesiącu wynosiła odpowiednio:  na Homebook.pl: 8,7mln, na Allani.pl: 7,9 mln oraz na Domodi.pl: 14,6 mln. Odwiedziny, liczone w milionach, niejednokrotnie przełożyły się na sukcesy sprzedażowe obecnych na marketplace’ach marek i firm.
  2. Produkty dopasowane do kategorii. Marketplace’y fashion skupiają w sobie ponad 400 tys. produktów, które przyporządkowane są dokładnie do swoich kategorii, na samym Domodi i Allani szacuje się ich 989. Na rynku home&decor analogiczny portal Homebook.pl przedstawia 500 tys. produktów w 989 kategoriach. Pozwala to na precyzyjne dopasowanie ich do potrzeb klienta i skrócenie drogi do zakupu.
  3. Obserwacja trendów i zmian na rynku. To zespół ekspertów odpowiada za optymalizację i pozyskanie wartościowego ruchu dla sklepów partnerskich. Zajmuje się on także mapowaniem i doborem kanałów komunikacji i promowanego na nich asortymentu. Zespół składa się ze specjalistów i ekspertów, którzy niejednokrotnie pełnią rolę edukacyjną. Dedykowane promocje oparte o kalendarz sprzedażowy oraz personalizacja reklam i usług to klucz do preferencji konsumentów, który doskonale poznały marketplace’y.
  4. Wielokanałowe wsparcie. Marketplace to nie tylko strona www. To także towarzyszące jej: remarketing, marketing video, działania PR czy wsparcie w social media. Te ostatnie są obecnie najchętniej wykorzystywane przez użytkowników. Według badania przeprowadzonego przez pwc[1] 58% osób szuka inspiracji przed zakupem. Sam portal Instagram to niezastąpiona baza stylizacji i pomysłów na wnętrza. Potwierdza to aktywność użytkowników Facebooków Domodi.pl, Allani.pl oraz Homebook.pl, które w sumie zgromadziły już ponad 9,4 mln zaangażowanych fanów.
  5. Szeroka grupa docelowa, do której docierają marketplace’y, pozwala na przedstawienie oferty sklepów partnerskich nowym, potencjalnie zainteresowany odbiorcom. Przeważnie na takiej platformie spotkać można cały przekrój użytkowników obecnych on-line. Kobiety i mężczyźni w wieku od 16 do 65 roku stanowią grupę, która w przeróżnych korelacjach, miejscach zamieszkania i preferencjach regularnie poszukuje produktów w sieci. Najaktywniejsza z nich to 25-34.

[1] pwc: “Polacy na zakupach. 5 filarów nowoczesnego handlu” https://www.pwc.pl/pl/pdf/polacy-na-zakupach-raport-pwc-2018.pdf

Czy wellbeing będzie wiodącym trendem HR w 2019 roku?

Największym wyzwaniem HR pozostaje takie wdrażanie zmian stylu pracy w całej organizacji, aby osiągnąć wzrost produktywności. Badanie „Praca, moc, energia w polskich firmach”, przeprowadzone przez Human Power, udowodniło, że wellbeing może na ten proces mieć istotny wpływ.

Ponad 1/3 firm na świecie posiada długofalowe strategie wellbeingowe, a 80 proc. aspiruje do ich kreowania i inwestowania, uznając je za jeden z kluczowych elementów budowania zaangażowania pracowników. Firmy, które wdrożyły już strategie w obszarze wellbeingu, obserwują ich silne oddziaływanie również na budowanie pozytywnego wizerunku, rekrutację, obniżenie rotacji, wzrost poziomu ogólnego dobrostanu pracowników i ich… produktywności.

Badanie Aon Global Employee Experience Measurement Research pokazało, że sytuacja w Polsce wygląda zgoła inaczej: obecnie tylko 7 proc. organizacji pracuje nad programami w obszarze zdrowia, czy szeroko pojętego wellbeingu pracowników, a plany w tym zakresie w kolejnych pięciu latach ma jednie 12 proc. organizacji. O produktywności mówi się raczej w kategoriach optymalizacji procesów i nie łączy się tego zagadnienia z obniżonym poziomem stresu, czy ogólnym dobrostanem pracowników.[1]

Małgorzata Czernecka, szefowa Human Power
Małgorzata Czernecka, szefowa Human Power

Tymczasem zrealizowane przez Human Power badanie „Praca, moc, energia w polskich firmach” wykazało, że znacznie ponad połowa pracowników często odczuwa zniechęcenie, irytację, strach i niepokój, nie wykonuje zadań, które sprawiają im satysfakcję i radość, a także nie do końca zna sens i cel swoich obowiązków służbowych. Jednak w polskich firmach stres, wypalenie, czy niska efektywność są niezwykle rzadko przedmiotem narad i analiz na szczeblu zarządczym. – W szeregach HR brakuje osób, które potrafiłyby wskazać obszary wpływające na dobre samopoczucie pracowników, podać miary takiego wpływu, a następnie miałyby moc sprawczą do realizacji odpowiednich programów naprawczych – zwraca uwagę Małgorzata Czernecka, szefowa Human Power i autorka badania. – Również wśród kadry zarządzającej brakuje świadomości wpływu dobrego samopoczucia pracowników na ich produktywność i tym samym konkurencyjność całej organizacji. Eksperci od wellbeingu wciąż muszą edukować w zakresie holistycznego podejścia do tego zagadnienia i wskazywać konkretne mierniki zwrotu z inwestycji.

Wellbeing to nie tylko szkolenia z radzenia sobie ze stresem, akcje sportowe, czy badania profilaktyczne, ale konkretne rozwiązania strategiczne, które powodują w organizacji realną zmianę. – Powinniśmy wspierać ludzi w produktywnej pracy, a z pewnością zobaczymy ich zaangażowanie i dobre samopoczucie, które przełożą się na inne mierzalne wskaźniki – dodaje Małgorzata Czernecka.

Tymczasem z badania „Praca, moc, energia w polskich firmach” wynika, że blisko 40 proc. ankietowanych uważa, że organizacja pracy w firmie nie pozwala im na efektywną pracę. 1/3 krytycznie ocenia własny styl pracy, w szczególności wielozadaniowość i ciągłe (średnio 8 razy w ciągu godziny!) odrywanie się od zadań, by odebrać telefon, sprawdzić maila, czy odpowiedzieć na pytanie współpracownika.

Dzisiaj, w dobie rosnącej presji ze strony technologii, pracodawcy powinni kłaść nacisk na produktywność i efektywność również w tych obszarach, gdzie niezbędna jest kreatywność, twórcze myślenie, czy współpraca w grupie. Bez tego nie możemy mówić o kompetencjach przyszłości, kluczowych w kontekście cyfryzacji i robotyzacji. Dlatego programy rozwojowe powinny zawierać elementy takie jak zarządzanie własną energią czy własną efektywnością – na poziomie fizycznym, emocjonalnym, czy mentalnym.

Czy zatem wellbeing pracowników wpływa na ich produktywność? Czy też zależność działa w obie strony i również wysoka efektywność i satysfakcja z wykonywanych zadań prowadzą do dobrego samopoczucia pracowników? Oceniam, że zagadnienia te będą kluczowe w pracy działów HR w 2019 roku – podsumowuje Małgorzata Czernecka.

O badaniu:

Badanie „Praca, Moc, Energia w polskich firmach. Sześć obszarów, które wpływają na efektywność organizacji” realizowane jest we współpracy z Aon, Kinnarps Polska, Dailyfruits, Benefit Systems, Uniwersytetem Łódzkim oraz Akademią Leona Koźmińskiego. Ankieta dystrybuowana jest wśród pracowników i kadry zarządzającej dużych przedsiębiorstw w Polsce W tegorocznej edycji wzięły udział 2322 osoby, w tym 646 przedstawicieli kadry kierowniczej i 1676 pracowników na innych stanowiskach.

[1] Patrz: http://www.aon.com/poland/hr/raporty/raport_engagement.jsp (dostęp: 26.10.2018).

Deloitte: W Polsce jest nadal zbyt mało mieszkań

W Polsce w 2017 roku za metr kwadratowy nowego mieszkania trzeba było zapłacić średnio 321 euro, czyli o 9 proc. więcej niż rok wcześniej. W Warszawie cena ta wyniosła 1 847 euro. Dla porównania średni koszt zakupu metra kwadratowego w centralnych dzielnicach Londynu wynosi ponad 16,5 tys. euro, a w Paryżu – 10,7 tys. euro.

Jak wynika z siódmej edycji raportu firmy doradczej Deloitte „Property Index. Overview of European Residential Markets. Affordable vs. Luxury Living” deweloperzy w całej Europie muszą brać pod uwagę zmieniającą się sytuację demograficzną, w tym rosnący udział pokolenia.

Raport Deloitte podsumowuje sytuację na rynku nieruchomości największych miast w czternastu krajach Unii Europejskiej. – Postępująca globalizacja, przepływ kapitału i siły roboczej oraz t zmiany demograficzne kształtują dzisiaj rynek nieruchomości. Młodzi ludzie, czyli millenialsi, w przeciwieństwie do swoich rodziców, nie są już skłonni do zaciągania wieloletnich zobowiązań finansowych na zakup własnego M4. W zamian poszukują nowych, bardziej elastycznych form zamieszkania w duchu ekonomii współdzielenia, ale za to w atrakcyjnych dla siebie lokalizacjach. To z kolei musi wpływać na ofertę developerów. – mówi Maciej Krasoń, Partner w Dziale Audit & Assurance Deloitte, Lider Zespołu ds. Nieruchomości i Budownictwa w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej. – Większa mobilność pracowników i wysokie ceny kupna nieruchomości mają duży wpływ na rosnący udział w rynku mieszkań na wynajmem. Z drugiej strony deweloperzy, wychodząc naprzeciw potrzebom klientów, stawiają na coraz bardziej zindywidualizowane i luksusowe projekty, które są w stanie zaspokoić najbardziej wymagające gusta – dodaje. Należy się więc spodziewać, że rynek nieruchomości luksusowych będzie rósł.

Warszawa coraz droższa

Wśród najdroższych metropolii w analizowanych krajach, tuż za centralnym Londynem (16,5 tys. euro za m2) i centralnymi dzielnicami Paryża (10,7 tys. euro za m2), znalazło się Monachium z ceną 7,5 tys. euro za m2. Z kolei najtańsze mieszkania można znaleźć w dwóch węgierskich miastach Debreczynie (1 080 euro za m2) i Győr (1 142 euro za m2).
W porównaniu z 2016 rokiem cena metra kwadratowego w Warszawie wzrosła średnio o 6,8 proc. i wynosi 1 847 euro za m2. Raport pokazuje również poziom cen dla trzech innych polskich miast: Krakowa (1 592 euro za m2 ), Wrocławia (1 515 euro za m2) oraz Łodzi (1 186 euro za m2).

Spośród stolic w regionie Europy Środkowej najdroższa jest Praga, gdzie zakup mieszkania to koszt rzędu 2 587 euro za m2. Najtaniej natomiast jest w Budapeszcie (1 643 euro za m2) iw Rydze (1 621 euro za m2).

Największy wzrost spośród europejskich stolic, bo aż o 17 proc. odnotował Madryt. Na przeciwległym biegunie znalazły się centralne dzielnice Paryża, gdzie ceny spadły średnio o 13,6 proc.

W ubiegłym roku w Polsce ponownie zanotowano rekordową sprzedaż nowych mieszkań. W sześciu największych aglomeracjach sprzedano ich 72,8 tys. czyli o 15 proc. więcej niż 2016 roku. – Wysoki popyt był wynikiem ciągłego wzrostu polskiej gospodarki, w tym bardzo niskiej stopy bezrobocia, rosnących wynagrodzeń oraz stabilnych i niskich stóp procentowych – wyjaśnia Maciej Krasoń.

W jakim mieście za wynajmem mieszkania zapłacimy najwięcej? Tu także zaskoczeń nie ma. Za wynajem metra kwadratowego w centralnych dzielnicach Londynu czy Paryża zapłacimy powyżej 26 euro miesięcznie. Warszawa z 14,8 euro za metr kwadratowy mieści się pośrodku przedziału rynkowego. We Wrocławiu jest to 11,1 euro, Krakowie 8,7 euro, a w Łodzi 7,8 euro. Najtaniej wynająć mieszkanie można w czeskiej Ostrawie. W tym mieście miesięczny wynajem to koszt średnio 6 euro za metr kwadratowy.

Ceny mieszkań w Polsce rosną

Ceny nieruchomości w Warszawie plasują się na poziomie 140 proc. średniej ceny mieszkań w Polsce. Największe różnice w tym obszarze są widoczne w centralnych dzielnicach Londynu, w których ceny mieszkań to 376 proc. średniej ceny nieruchomości w Wielkiej Brytanii. W przypadku Paryża i Francji wskaźnik ten wynosi 261 proc. Z kolei w czeskiej Ostrawie ceny mieszkań stanowią średnio 60 proc. w stosunku do średniej ceny metra kwadratowego w Czechach.

Średnia cena metra kwadratowego w Polsce wynosiła w ubiegłym roku 1 321 euro, czyli o 9 proc. więcej niż rok wcześniej. Spośród analizowanych krajów taniej jest tylko na Węgrzech. Najdrożej jest za to w Wielkiej Brytanii i Francji gdzie za metr kwadratowy trzeba zapłacić średnio prawie cztery razy więcej. Oprócz Polski najwyższe wzrosty rok do roku odnotowano w Niemczech (9,6 proc.), Czechach (8,4 proc.) oraz Danii ( 5,9 proc.). Z kolei największe spadki cen dotyczą Wielkiej Brytanii (o5 proc.), co wiąże się głównie z deprecjacją funta.

– Wzrost cen mieszkań w Polsce jest rezultatem silnego popytu i cały czas relatywnie niskiej podaży w ostatnich latach. Nie bez znaczenia były także wdrożone wcześniej programy rządowe „MdM” (Mieszkanie dla Młodych), obecnie zastąpiony przez „Mieszkanie Plus” oraz „Rodzina 500+”, który wpłynął na wzrost siły nabywczej ludności – mówi Marta Jurek, Menedżer w Dziale Audit & Assurance Deloitte, rzeczoznawca majątkowy w Zespole ds. Nieruchomości i Budownictwa w Polsce.

Na 1000 mieszkańców przypada jedynie 376 mieszkań

W roku 2017 średnie zasoby mieszkaniowe dla krajów Unii Europejskiej wyniosły 489,4 mieszkań na tysiąc mieszkańców. Największymi zasobami może pochwalić się Hiszpania (549,7). Spośród wszystkich analizowanych krajów najmniej mieszkań jest w Polsce, gdzie wskaźnik ten wynosi 376 mieszkań na tysiąc mieszkańców. W całej Unii Europejskiej jest do dyspozycji 249,7 mln mieszkań, z czego 14,5 mln przypada na Polskę.

W 2017 roku średnia liczba nowo oddanych mieszkań przypadających na tysiąc mieszkańców wyniosła dla krajów UE3,2). Podobna wartość dotyczy analizowanych w raporcie państw. Krajem, w którym do użytku oddano najwięcej mieszkań jest Francja (7,4 mieszkań oddanych do użytku w przeliczeniu na tysiąc mieszkańców). Z kolei najgorsze wyniki w tej kategorii odnotowano na Łotwie (0,8 mieszkań na tysiąc mieszkańców). Polska z wynikiem 4,6 jest powyżej średniej unijnej, a to oznacza, że w ubiegłym roku na rynku znalazło się 178,5 tys. nowych mieszkań.

Jeżeli chodzi o liczbę mieszkań będących w budowie, przypadających na tysiąc mieszkańców, to średnia dla wszystkich analizowanych krajów wynosi 3,8. Pod tym względem Polska jest również powyżej średniej z wynikiem 5,4 (rok wcześniej 4,5). W tej kategorii przoduje Austria (8,6) a najniższy wskaźnik zanotowały Włochy (0,9).

Kredyty hipoteczne sposobem na własne „M”

Biorąc pod uwagę wysokość średniej rocznej pensji brutto w danym kraju, najszybciej na własne mieszkanie mogą sobie pozwolić Belgowie, których już po trzech latach i siedmiu miesiącach pracy byłoby stać na 70-metrowe lokum. Mieszkańcy Czech muszą swoją pensję brutto odkładać w całości aż ponad jedenaście lat. W Polsce z kolei potrzeba na to 7,5 lat. Należy pamiętać, że faktyczna siła nabywcza w zależności od obciążeń pensji brutto w różnych krajach może się różnić, jednak dla potrzeb tego badania przejęto założenie, które umożliwia porównanie. Ważnym wskaźnikiem na rynku nieruchomości jest zadłużenie związane z zaciąganiem kredytów hipotecznych i porównaniem ich wolumenu do PKB. Wartości tego wskaźnika w poszczególnych krajach znacznie od siebie odbiegały. Państwem o najniższym poziomie zadłużenia były w ubiegłym roku Węgry (22,4 proc.). Pozostałe kraje regionu Europy Środkowej: Polska, Czechy oraz Łotwa znalazły się w grupie państw wraz z Włochami i Austrią, w których poziomy zadłużenia uplasowały się poniżej 50 proc., W przypadku naszego kraju jest to poziom 35,8 proc. Najwyższe zadłużenie, blisko 200 proc., zaobserwowano na stabilnych i nasyconych rynkach mieszkaniowych Holandii i Danii, gdzie funkcjonują sprawne systemy hipoteczne.

W jakich krajach można liczyć na najniższe oprocentowanie kredytów hipotecznych? W 2017 roku była to Portugalia, gdzie kredyty były oprocentowane w wysokości średnio 1 proc. W przypadku Polski było to średnio 4,6 proc. Z najwyższym oprocentowaniem w wysokości 4,9 proc., musieli liczyć się Węgrzy.

Wojciech Ratajczyk: Zmiany w prawie to czas na przemyślenia strategii zatrudnienia

Z końcem listopada 2018 roku, upływa 18-miesięczny limit długości zatrudnienia pracownika tymczasowego u jednego pracodawcy użytkownika. To już ostatni dzwonek na podejmowanie przez przedsiębiorców decyzji o przyszłości pracowników, których dotyczą te ograniczenia i jak najefektywniej zapewnić ciągłość działalności firmy. Czy jest jedno dobre rozwiązanie?

Rewolucji nie będzie

Ograniczenia długości zatrudnienia pracowników tymczasowych do 18-miesięcznego limitu, przy rynku kandydata (bezrobocie na poziomie ok. 5%), to kolejny problem, który spędza sen z powiek niejednego przedsiębiorcy w Polsce. Czy wprowadzenie limitów zmieni drastycznie sytuację na rynku pracy tymczasowej w Polsce?

Rewolucji nie będzie, bo ta forma zatrudnienia była i będzie potrzebna. Rynek sam wymusza elastyczność. Praca tymczasowa dla wielu firm jest jedynym rozwiązaniem na utrzymanie konkurencyjności, niezależnie od tego czy mówimy o sezonowości branży, czy też gotowości na zwiększenie produkcji pod nowe atrakcyjne zlecenie z krótkim terminem realizacji. Elastyczne formy zatrudnienia nie są też w Polsce aż tak popularne, jak na Zachodzie. Odsetek pełnych etatów wypracowanych przez pracowników tymczasowych do ogółu zatrudnionych w Polsce wynosi 1,2%. Dla porównania, w Holandii, która ma również bardzo niski poziom bezrobocia, stanowi 3,3%. Średnia w Unii Europejskiej to 1,9%.

Problem jest jednak głębszy i dotyczy rotacji pracowników oraz malejącej z kwartału na kwartał liczby pracowników tymczasowych[1].

Wojciech Ratajczyk, CEO Trenkwalder, Wiceprezes ds. pracy tymczasowej Polskiego Forum HR
Wojciech Ratajczyk, CEO Trenkwalder, Wiceprezes ds. pracy tymczasowej Polskiego Forum HR

Największym problemem dzisiejszego rynku nie jest jednak 18-miesięczne ograniczenie pracy tymczasowej, ale to, że mamy olbrzymią rotację wśród pracowników.  Chociaż presja płacowa zmalała i szeroko pojęty biznes przestał konkurować płacami, to nadal pracownik jest skłonny zmienić pracodawcę za przysłowiową złotówkę więcej. Rynek kandydata powoduje, że utrzymanie pracownika przez 18 miesięcy już jest sukcesem. Kandydaci również przykładają coraz większą wagę do opinii jaką mogą pochwalić się pracodawcy na lokalnych rynkach pracy. – zaznacza Wojciech Ratajczyk, CEO Trenkwalder, Wiceprezes ds. pracy tymczasowej Polskiego Forum HR.

Pracownicy z Ukrainy ratują nasz rynek pracy, ale może to długo nie potrwać. Niemiecki rząd chce szerzej otworzyć swój rynek pracy dla osób spoza UE, a Czechy już podwoiły limit zezwoleń na pracę do 20 tys.

Złota recepta dla przedsiębiorcy

Duża rotacja na rynku pracy i braki kadrowe sprawiły, że nowelizacja ustawy nie powinna być dla przedsiębiorców aż takim szokiem. Stawia ich jednak w niekomfortowej sytuacji, przed koniecznością podjęcia decyzji, jakie działania reorganizacyjne należy wdrożyć, aby sprostać nowym regulacjom, utrzymując jednocześnie płynność przedsiębiorstwa i przewagę konkurencyjną. Łatwo nie będzie, zwłaszcza dla firm, które mają dość skomplikowane procesy technologiczne, zainwestowały dużo czasu i pieniędzy
w wyszkolenie pracowników. Rezygnacja z takiego pracownika po 18 miesiącach jest bardzo kłopotliwa.

Rozwiązaniem jest zatrudnienie pracowników tymczasowych na stałe, ale nie sprawdzi się to u wszystkich. Nowych pracowników można znaleźć poprzez duże agencje rekrutacyjne, które dzięki wieloletniemu doświadczeniu dysponują odpowiednią bazą kandydatów i nawet pomimo znacznej rotacji na rynku, są w stanie szybko dostarczyć właściwego pracownika na dane stanowisko. Przedsiębiorcy coraz częściej badają także możliwości outsourcingu personalnego, ale ta opcja w wielu organizacjach nie będzie miała racji bytu z uwagi na ryzyka prawne, biznesowe i konieczność reorganizacji pracy.

Jednej złotej recepty niestety nie ma. Zmiany ustawowe skłaniają natomiast do przemyślenia kompleksowej strategii zatrudnienia. Przedsiębiorcy zwracają się do nas o ekspercką opinię. Indywidualnie analizujemy ich potrzeby i rozmawiamy o tym, jak wdrożyć najbardziej optymalne rozwiązania w sposób zgodny z prawem, bezpieczny i korzystny dla każdej ze stron – przedsiębiorcy, pracownika i agencji.mówi Wojciech Ratajczyk, CEO Trenkwalder, Wiceprezes ds. pracy tymczasowej Polskiego Forum HR.

Zmiany na rynku pracy nakładają także nową rolę na same agencje rekrutacyjne. Do tej pory, głównym zadaniem agencji było pozyskanie kandydatów i dostarczenie ich do pracodawcy użytkownika. Rynek idzie jednak w kierunku połączenia kapitału firm i know-how agencji zatrudnienia, a co za tym idzie, outsourcingu całych procesów produkcji. Taki model współpracy ma szansę rozwoju, bo agencje zdążyły poznać potrzeby firm i ich menedżerów, specyfikę stanowisk i procesów.

Outsourcing procesów produkcji to kolejny etap rozwoju współpracy przedsiębiorców z firmami rekrutacyjnymi. Dzięki umiejętności pozyskania pracowników i zorganizowania im pracy, jesteśmy w stanie zarządzać także całym procesem produkcyjnym klienta, w taki sposób, aby był on bardziej efektywny, niż gdyby klient realizował go swoimi siłami. Na pewno pomaga nam w tym wieloletnie doświadczenie i zrozumienie oczekiwań naszych partnerów biznesowych. Mamy klientów, z którymi już od kilku lat z sukcesem realizujemy taki model współpracy. – podkreśla Wojciech Ratajczyk, CEO Trenkwalder, Wiceprezes ds. pracy tymczasowej Polskiego Forum HR. – Korzyścią dla przedsiębiorcy jest skupienie się na podstawowej działalności firmy i optymalizacja kosztów prowadzenia biznesu, a dla nas zysk z efektywnego zarządzania i poszerzania świadczonych usług. – dodaje Wojciech Ratajczyk.

[1]323 tys. osób wg. danych Polskiego Forum HR

Polskie MŚP nadal w dobrej kondycji, ale mniej optymistyczne

56 proc. firm z sektora MŚP ocenia swoją obecną sytuację finansową jako dobrą lub bardzo dobrą – wynika z czwartej edycji badania „Kondycja finansowa polskich MŚP” zrealizowanego na zlecenie Diners Club Polska. Podobnie jak przed rokiem, za główny cel przedsiębiorcy stawiają sobie pozyskanie nowych klientów, więcej uwagi jednak niż w 2017 r. poświęcą utrzymaniu obecnych.

Ponad połowa firm z sektora mikro, małych i średnich przedsiębiorstw pozytywnie oceniła swoją kondycje finansową. Prawie co drugi przedsiębiorca określił ją jako dobrą, natomiast 7,7 proc. badanych jako bardzo dobrą. Kondycję finansową na umiarkowanym poziomie wskazała co trzecia firma – wynika z czwartej edycji badania Diners Club Polska „Kondycja finansowa polskich MŚP”. Do złej sytuacji swojego przedsiębiorstwa przyznało się 6,6 proc. właścicieli, natomiast do bardzo złej – prawie 4 proc.

Mimo że ogólny wynik jest dobry i większość firm pozytywnie ocenia swoją sytuację, w porównaniu do zeszłego roku widać wyraźne pogorszenie nastrojów. W 2017 r. 54,5 proc. przedsiębiorców oceniło swoją kondycje jako dobrą, a prawie 13 proc. jako bardzo dobrą. Odsetek firm, których kondycja jest bardzo dobra jest najniższy od 2015 r.ocena finansowa firmy

Przed rokiem było też mniej przedsiębiorstw w gorszej sytuacji finansowej. Jako złą określiło ją 3 proc. firm z tego sektora, a bardzo złą tylko 0,1 proc. Łącznie o 7,4 pkt. proc. mniej niż obecnie.

– Polskie MŚP są w gorszej sytuacji niż przed rokiem, jednak lepszej niż w 2015 i 2016 r. Tegoroczna, słabsza kondycja finansowa może wynikać m.in. z coraz większej liczby zatorów płatniczych. Według najnowszego raportu KRD z problemem niezapłaconych na czas faktur styka się aż 89 proc. przedsiębiorstw. Do tego dochodzi rosnąca liczba firm, które bankrutują. Od lipca 2017 do czerwca 2018 r. ofiarą takich bankrutów padło aż 650 przedsiębiorstw, z czego większość z sektora MŚP. Zaległe długi według KRD wynosiły 50 mln zł – mówi Paweł Pomianowski, Prezes Zarządu Diners Club Polska.

Klient najważniejszy dla MŚP

Podobnie jak w 2017 (50,9 proc.) i 2015 (61 proc.) r. najważniejszym zadaniem na najbliższe 12 miesięcy jest według firm pozyskanie nowych klientów – na taką odpowiedź wskazało 41,4 proc. badanych. Co czwarty przedsiębiorca z sektora MŚP chce skupić się na utrzymaniu obecnych klientów – to o 10 pkt. proc. więcej niż w minionym roku. Więcej ankietowanych niż przed rokiem zamierza także inwestować w rozwój.

– Od początku naszego badania systematycznie rośnie liczba przedsiębiorstw, które chcą przede wszystkim wdrożyć inwestycje pozwalające na zwiększenie skali działania.
W 2015 r. odpowiedziało tak 5 proc. badanych, w tym roku prawie 14 proc. – mówi Paweł Pomianowski, Prezes Zarządu Diners Club Polska.najważniejsze zadania firmy

Niecałe 7 proc. ankietowanych za najważniejszy cel w ciągu najbliższego roku uważa zwiększenie zatrudnienia. Co ważne, liczba firm, które chcą ograniczać koszty utrzymuje się na stałym poziomie około 9 proc. Wyjątkiem był tylko 2016 r., kiedy takie plany miało ponad 40 proc. przedsiębiorców.

Najbliższy rok mniej optymistyczny

Jak wynika z badania Diners Club Polska, firmy mniej optymistycznie patrzą w przyszłość. W porównaniu z 2017 r. spadł odsetek przedsiębiorców, którzy przewidują, że kondycja ich firmy się polepszy – z 35,6 do 28,5 proc. Wzrosła też liczba firm, które uważają, że w ciągu najbliższego roku ich sytuacja może się pogroszyć – z 6,3 w 2017 r. do 11 proc. Co drugi właściciel firmy prognozuje, że kondycja jego przedsiębiorstwa nie zmieni się.

– Mniej optymistyczne prognozy mogą wynikać z kilku powodów. Pierwszym jest rekorodowo niskie bezrobocie, które wymusza na przedsiębiorcach podniesienie płac. Firmy nie mogą już konkurować kosztem pracy. MŚP źle wróżą również rosnące ceny paliw oraz energii elektrycznej. Nie bez znaczenia są także prognozy o ogólnym pogorszeniu koniuktury na świecie, która pośrednio wpłynie na sytuację gospodarczą w naszym kraju – mówi Paweł Kałudow z Diners Club Polska.

przewidywania na 12 miesięcyNota metodologiczna:

Badanie zostało zrealizowane przez Instytut Badań i Raportów Społecznych (IBRIS) we wrześniu 2018 r. na podstawie wywiadów z 500. właścicielami mikro, małych i średnich przedsiębiorstw z całej Polski. Wykorzystano metodę telefonicznych standaryzowanych wywiadów kwestionariuszowych wspomaganych komputerowo (CATI). Błąd oszacowania = 4 proc., poziom ufności 0,95.

Kuehne + Nagel przejmuje Quick International Courier

Firma Kuehne + Nagel ogłosiła przejęcie Quick International Courier. Quick jest specjalistą branży szytych na miarę rozwiązań dla branży lotniczej oraz dla Klientów z rynku farmaceutycznego, które łącznie generują 200 milionów USD rocznego dochodu netto. Na firmę Quick składają się Sterling Aviation, QuickSTAT, Quick Healthcare oraz Quick Logistics, które będą kontynuować swoje operacje jako niezależne marki produktowe.

“Strategia Kuehne + Nagel dotycząca fuzji i przejęć jest zorientowana na zwiększanie naszego udziału w rynku, tworzenie synergii oraz zdobywanie wiedzy branżowej. Przejęcie firmy Quick jest kolejnym krokiem napędzającym rozwój sieci oraz zwiększającym nasze globalne portfolio rozwiązań dla Klientów”, powiedział Dr. Detlef Trefzger, Prezes Kuehne + Nagel International AG.

„To przejęcie jest ważnym etapem w implementacji naszej strategii dotyczącej bogatej oferty rozwiązań dla Klientów oraz potwierdza naszą wiodącą pozycję w transporcie lotniczym. Wraz z unikalną wiedzą w zakresie obsługi przesyłek wrażliwych na czas tranzytu w sektorze logistyki lotniczej i farmaceutyków – obu kluczowych obszarów w strategii koncentracji i inwestycji dla Kuehne + Nagel – firma idealnie uzupełnia nasze obecne globalne portfolio. Nasi Klienci będą czerpać korzyści ze zwiększonej różnorodności serwisów i dostępnej objętości ładunkowej dla ekspresowych przesyłek, podczas gdy dotychczasowi Klienci firmy Quick zyskają dostęp do globalnej sieci Kuehne + Nagel rozciągającej się na ponad 100 państw”, mówi Yngve Ruud, Członek Zarządu Kuehne + Nagel, odpowiedzialny za transport lotniczy.

Założona w 1981 roku w mieście Jamaica, NY, firma Quick zatrudnia około 550 pracowników. Pośród wielu usług oferowanych przez firmę Quick, specjalizują się oni w dwóch rodzajach serwisów, „Next Flight Out” (pl. „Wylot pierwszym połączeniem”) oraz „Next Drive Out” (pl. „Wyjazd pierwszym połączeniem”). Te przesyłki są pilne z natury, a często również globalne, złożone i wymagające intensywnych operacji logistycznych, jednocześnie pociągają za sobą wysoki koszt w przypadku niepowodzenia oraz wymagają obsługi zgodnie ze ściśle określonymi protokołami i punktami kontrolnymi od momentu nadania przesyłki do chwili jej dostarczenia. Quick posiada zlokalizowane dookoła świata regionalne centra wsparcia oraz wieże kontrolne.

„Z entuzjazmem oczekujemy na dołączenie do grupy Kuehne + Nagel. Połączenie sił z jednym z liderów branży logistycznej zapewni nam nowe perspektywy rozwoju dzięki globalnej sieci operacyjnej”, komentuje Dominique Bischoff-Brown, Prezes Quick International Courier.

Obie strony uzgodniły, iż cena przejęcia nie będzie ujawniona. Przejęcie podlega zwyczajowym warunkom zamknięcia i zatwierdzeniu przez właściwe organy kontroli fuzji.

Automatyzacja i robotyzacja to nie tylko niższe koszty i lepsza efektywność

Coraz lepiej udokumentowane i wymierne korzyści płynące z zastosowania robotyki sprawiły, że w ciągu ostatniego roku znacznie wzrosło przekonanie biznesu do automatyzacji procesów z wykorzystaniem robotów (RPA – Robotic Process Automation). W badaniu firmy doradczej Deloitte „The robots are waiting. Are you ready to reap the benefits?” ponad 90 proc. firm wdrażających RPA deklaruje, że technologia ta poprawiła ich efektywność. Inne wskazywane korzyści to zwiększenie przychodów, zmniejszenie ryzyka czy poprawa jakości obsługi klientów. Mimo tych zalet, biznes wciąż zmaga się z trudnościami w zastępowaniu ludzkiego wysiłku automatyzacją na dużą skalę, zwiększając jej poziom o zaledwie 1 proc. w ciągu roku.

To czwarte badanie przeprowadzone przez firmę Deloitte w ramach Global Robotics Survey. Wzięło w nim udział 530 liderów biznesu z organizacji działających w różnych branżach o łącznych przychodach 3,5 biliona dolarów.

Nie tylko czysty zysk

W ciągu roku o 18 punktów proc. (67 proc.) wzrosła liczba organizacji, które rozpoczęły wdrażanie robotów do automatyzacji procesów. Ankietowani deklarują, że oprócz poprawy efektywności (95 proc.) robotyzacja w ich organizacjach pozytywnie wpłynęła, m.in. na działalność zgodną z przepisami (93 proc.) i obniżyła koszty pracy (81 proc.).

W badaniach przeprowadzonych przez Deloitte w 2016 i 2017 roku respondenci wskazywali na obniżenie kosztów jako priorytet przy wdrażaniu RPA (21 proc.). W najnowszej edycji widać jednak wyraźną zmianę. Oszczędności są dziś celem tylko dla 5 proc. firm. Trzema najważniejszymi priorytetami dla kadry kierowniczej są natomiast zwiększenie produktywności (38 proc.), poprawa jakości obsługi klientów (18 proc.) i zapewnienie automatyzacji na dużą skalę (16 proc.). – Ocena wartości RPA pod względem zwiększenia produktywności, a nie tylko redukcji kosztów działalności, pokazuje, że strategia automatyzacji dojrzewa w wielu organizacjach. Ankietowani zwracają także uwagę na to, że automatyzacja poprawiła dokładność i terminowość, co oznacza lepszą jakość obsługi klientów – mówi Adam Dziemba, Starszy Menedżer w dziale konsultingu, Deloitte.

Wsparcie dla automatyzacji wśród menedżerów i liderów zespołów wzrosło z połowy do 68 proc. Na szczególną uwagę zasługuje większa przychylność dla RPA wśród działów IT, które we wcześniejszych badaniach najmniej entuzjastycznie odnosiły się do robotyzacji (31 proc.). W tym roku ponad połowa (57 proc.) respondentów wskazała, że działy IT wspierają strategię RPA.

Nowe cele dla nowej jakości

Jednym z obszarów gdzie roboty są wykorzystywane najczęściej są centra usług wspólnych. Ich wydajność rośnie średnio o 8 proc. rocznie. Ze względu na niskie koszty pracy Polska jest w gronie pięciu krajów, które są najchętniej brane pod uwagę przy wyborze lokalizacji nowego lub przeniesieniu dotychczasowego centrum. – Obecnie na rynku pracy, zwłaszcza w największych miastach, pracodawcy mają często trudności z rekrutacją i rotacją personelu. Roboty mogą pomóc odciążyć pracowników od monotonnych, powtarzalnych zadań i dać im przestrzeń do wykonywania bardziej kreatywnej oraz rozwojowej pracy. Błyskawicznie rozwijająca się robotyzacja procesów całkowicie odmieni sposób funkcjonowania centrów usług wspólnych – mówi Daniel Martyniuk, Partner, Lider doradztwa technologicznego w Deloitte.

Organizacje szukają sposobów zastosowania robotów w coraz większej liczbie procesów. Duży brytyjski szpital kliniczny zautomatyzował procedurę skierowań dla pacjentów. Popytem przekraczającym możliwości szpitala zarządza system RITA, który określa pilność skierowania pacjenta na leczenie w oparciu o analizę danych w internetowym formularzu, wypełnionym przez lekarza rodzinnego. RITA ma 96-procentową dokładność w ocenie chorych z podejrzeniem raka i 86-procentową dokładność w przewidywaniu najbardziej prawdopodobnej ścieżki klinicznej lub diagnostycznej. Szacuje się, że automatyzacja procesu kierowania pacjentów do leczenia skróciła w szpitalu ten proces nawet o 3 dni.

Zwiększanie skali największym wyzwaniem

Niewiele organizacji było w stanie szybko zwiększać skalę robotyzacji. Badanie Deloitte pokazuje, że tylko 4 proc. respondentów pracuje z ponad 50 robotami. To niewielki wzrost w porównaniu z 2017 r., kiedy tylko 3 proc. respondentów osiągnęło znaczną skalę automatyzacji. Prawie jedna trzecia z nich (32 proc.) jako krytyczną barierę dla wzrostu skali wskazała fragmentację procesów, czyli dużą różnorodność zadań z wykorzystaniem i bez wykorzystania aplikacji dla osób zaangażowanych w procesy robotyzacji. – Kolejną przeszkodą, na którą wskazuje 17 proc. respondentów, jest brak jasnej wizji automatyzacji. Bez tego nie można zapewnić środków finansowych na rozwój umiejętności wymaganych do automatyzacji na dużą skalę oraz określić kluczowych spraw, takich jak liczba robotów wdrożonych w ciągu następnego roku, czy obszarów i celów automatyzacji – mówi Adam Dziemba.

Roboty są coraz częstszym elementem miejsca pracy, a korzyści jakie dają są odczuwalne przez większość organizacji, które zdecydowały się na ich wdrożenie. – Organizacje, które osiągnęły skalę w zakresie automatyzacji, mają jasną wizję i strategię, określiły ilościowe cele i potraktowały RPA jako zmianę w całym przedsiębiorstwie. To konieczne, by nadążyć nie tylko za przyspieszeniem, jakiego nabiera robotyzacja, ale także, by móc dostrzec zalety robotyki i wzrost efektywności jaki ze sobą niesie – mówi Paweł Zarudzki, Dyrektor w dziale konsultingu, Deloitte.

Skutki giga i megatrendów dla sektora automotive / Analiza Santander Bank Polska

Omawiając przyszłość produkcji aut i części samochodowych, eksperci sektorowi Santander Bank Polska zwracają uwagę na to, co łączy wszystkie trendy i megatrendy motoryzacyjne. – Według nas najważniejszymi kierunkami rozwoju nie tylko globalnego, ale i krajowego sektora automotive są connected cars, napędy alternatywne, auta autonomiczne i car sharing. Wspólnym mianownikiem tych trendów jest jeden nadrzędny gigatrend. To urbanizacja – mówi Małgorzata Demidziuk, dyrektor ds. sektora logistyki i automotive w Santander Bank Polska. 

Eksperci Santander Bank Polska podkreślają, że realizacja różnych nowych wizji transportu wcale nie musi być tak odległa jak się na pierwszy rzut oka wydaje, bo urbanizacja jest trendem, który postępuje bardzo szybko. Według danych Organizacji Narodów Zjednoczonych w 2017 r. jej wskaźnik dla całego świata wynosił 55%. ONZ prognozuje jednocześnie, że co 5 lat w miastach będzie przybywać ok. 400 mln mieszkańców i w 2050 r. wskaźnik urbanizacji ma już wynosić 68%. Liczba mieszkańców miast sięgnie 6,7 mld osób, czyli ok. 2/3 światowej populacji. W niektórych rejonach świata wskaźnik urbanizacji już teraz jest dużo wyższy. Przykładowo, w Europie wynosi 74% a w Ameryce Północnej 82%. W przyszłości będzie też rosła liczba megamiast, czyli miast z populacją powyżej 10 mln ludzi. W 2015 r. było ich już 29, a w 2030 naliczymy aż 43. Z kolei miast „nieco” mniejszych, z populacją od 5 do 10 mln, w 2030 będzie 66 (o 21 więcej niż w 2015 r.).

1 gigatrend: urbanizacja

Santander Bank Polska zwraca uwagę, że nowe technologie, rozwiązania i zjawiska w branży automotive już teraz pojawiają się jako odpowiedzi na problemy komunikacyjne w szybko powiększających się miastach. Chodzi np. o zanieczyszczenia powietrza, korki uniemożliwiające swobodne przemieszczanie się czy problemy z miejscami postojowymi i parkingami. Podobny mechanizm będzie działać w dalszej przyszłości. – Tam gdzie intensywnie rozwijają się miasta będą powstawać nowe, chłonne rynki zbytu. W fazie takiego szybkiego rozwoju jest obecnie Afryka. Z kolei w fazie suburbanizacji, postępującego przeludnienia i eksplozji demograficznej w miastach są już kraje takie jak Indie i Chiny. Biorąc pod uwagę rozrastającą się tam klasę średnią, dla branży to sygnał, że długoterminowo to właśnie rynki azjatyckie będą napędzać absorbcję nowych trendów. W dalszej kolejności trendy te będą przenosić się także na rynki afrykańskie – mówi Martyna Dziubak, analityk ds. sektora TSL i automotive w Santander Bank Polska. Wg analityków tego banku, główne megatrendy wynikające z urbanizacji to connected cars, napędy alternatywne, auta autonomiczne i car sharing.

4 megatrendy: connected cars, napędy alternatywne, auta autonomiczne i car sharing

Trend connected cars, czyli aut połączonych z siecią, innymi użytkownikami, pojazdami oraz infrastrukturą, wykorzystujący m.in. big data, cyfryzację, internet rzeczy, telematykę czy sztuczną inteligencję będzie widoczny przede wszystkim w miastach. To właśnie w nich znajduje się niezbędna infrastruktura a mieszkańcy mają wyższą siłę nabywczą, dzięki czemu stać ich na korzystanie z nowoczesnych a zarazem kosztownych technologii. Dodatkowo, w dużych ośrodkach miejskich popyt na nowinki jest napędzany stylem życia jego mieszkańców oraz modą. Na problemy miast, takie jak zanieczyszczenia i smog, odpowiada natomiast trend rozwoju napędów alternatywnych. To jeden z najbardziej przyszłościowych trendów w motoryzacji, bo coraz więcej aglomeracji ogranicza wjazd samochodów z silnikiem spalinowym do ich centrów oraz wprowadza zachęty dla aut z napędem alternatywnym (np. darmowe parkowanie). Z kolei w ograniczeniu liczby wypadków w miastach i zatorów z nimi związanych, pomóc miastom mają auta autonomiczne. – Na razie upowszechnienie pojazdów autonomicznych, poza dopracowaniem technologii, wymaga jeszcze dostosowania i uspójnienia systemów prawnych. Dlatego, w ciągu najbliższych kilku lat auta autonomiczne nie będą produkowane na szeroką skalę, ale w dłuższej perspektywie trend ten może bardzo przyspieszyć – wskazuje Martyna Dziubak. Urbanizacja wpłynęła także na powstanie i rozwój mody na współdzielenie aut. Ich wypożyczanie pomaga ekonomicznie korzystać z transportu samochodowego, zmniejszyć korki, co także potencjalnie przekłada się na zmniejszenie zanieczyszczeń środowiska i komfort życia w miastach.

7 skutków dla sektora automotive

Giga i mega trendy w sektorze automotive przyspieszą także rozwój technologii podnoszących efektywność procesów produkcyjnych, sprzedażowych i logistycznych. Na znaczeniu zyska przede wszystkim sprawna i szybka logistyka, bo konsumenci generalnie coraz bardziej przyzwyczajają się do błyskawicznego dostępu do towarów i usług. Jeśli chodzi o sprzedaż to jej model będzie ewoluować w kierunku e-commerce i wirtualnej rzeczywistości. Obecnie całkowite zrezygnowanie ze sprzedaży bezpośredniej wydaje się mało prawdopodobne, gdyż zakup auta wciąż jest ważną i wysokowartościową decyzją. Dlatego też dealerzy i salony pozostaną kluczowi. Sam model sprzedaży i obsługi klienta będzie wyglądać inaczej. Przykłady już są: Volkswagen zaproponował platformę, na której klient będzie konfigurować swoje przyszłe auto, obsługiwać aplikacje i korzystać z całodobowej obsługi. Zwiększy się liczba salonów wystawowych i pop-up. W skonfigurowaniu własnego samochodu pomogą augmented reality i virtual reality. Dzięki nim klient będzie mógł zdalnie obejrzeć auto czy odbyć jazdę. – To jest daleka przyszłość, gdyż te technologie są drogie i będą adaptowane stopniowo, w zależności od możliwości dealerów i zapewne przy wsparciu producentów oraz importerów – podkreśla Martyna Dziubak.

Santander Bank Polska zwraca też uwagę na skracający się cykl życia produktów. W dzisiejszych czasach konsumenci chcą mieć na bieżąco dostęp do wszystkich nowinek. Aby im to zapewnić modele będą liftingowane coraz częściej. W ślad za tym będzie musiała zwiększać się elastyczność produkcji. Coraz ważniejsza jest bliska lokalizacja zakładów produkcyjnych wokół montowni, aby jak najszybciej dostarczać potrzebne części, a w efekcie skracać czas w którym klient otrzyma produkt.

Co z tym Brexitem? Co zrobi FED?

Analitycy spodziewają się, że po ostatnich spadkach na giełdzie może dojść do złagodzenia polityki FED i wolniejszego podnoszenia stóp procentowych. Brytyjczycy krok bliżej opuszczenia Unii.

Spekulacje na temat działań FED

To co będzie się działo z amerykańskimi stopami procentowymi w pewnym sensie nadaje ton światowym finanse. Rosnące stopy procentowe powodują, że koszt pożyczania dolarów rośnie, ale rosną też stopy zwrotu z mało ryzykownych inwestycji dolarowych. W rezultacie dolar zasysa środki inwestycyjne z rynków. Skoro coraz więcej osób jest zainteresowanych zakupem dolarów to zyskują one na wartości. Rodzi to również pewne problemy. Jednym z nich jest negatywny wpływ coraz droższego kredytowania na gospodarkę. Z tym łączona jest blisko 10% przecena głównego amerykańskiego indeksu. Wielu obserwatorów spekuluje, że tak duże obsunięcie się giełdy wymusi na decydentach wolniejszy wzrost stóp procentowych. Nawet jeżeli nie powstrzyma to grudniowej podwyżki stóp to może spowodować, że pojawi się komunikat o spowolnieniu tempa wzrostu. Decyzja taka spowodowałaby najprawdopodobniej osłabienie dolara na rynku. Powodem jest fakt, że inwestorzy kupując dolara uwzględniają, że w przyszłości zarobią na nim odpowiednio. Bez podwyżek mogą chcieć wycofać się z inwestycji co właśnie osłabi “zielonego”.

Co z tym Brexitem?

W weekend podpisano umowę Brexitową. Stawia ona zdaniem obserwatorów Wielką Brytanię w zdecydowanie gorszej pozycji w relacjach z resztą państw niż była ona jako członek Unii Europejskiej. To właśnie to może być powodem problemów jakie to porozumienie może mieć z uzyskaniem akceptacji w brytyjskim parlamencie. Rynki będą z pewnością czekać na to głosowanie. Jest poważne podejrzenie, że może ono doprowadzić do przyspieszonych wyborów, a wtedy do ostatecznego terminu wyjścia z UE pod koniec marca może być niebezpiecznie mało czasu. Jak wtedy reagują waluty? To zależy w jaką stronę będą zmierzać potencjalni zwycięzcy. Twardy Brexit powinien osłabiać funta. Z drugiej strony mówi się o wstrzymaniu procedury lub ponownym referendum co z kolei powinno być korzystne dla funta. Wątpliwym jest by Unia poszła na istotne odstępstwa. Wówczas wiele państw mogłoby chcieć dalej korzystać z jej dobrodziejstw nie płacąc do wspólnego budżetu.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Marketing sensoryczny w okresie świątecznym

Świąteczny wir zakupów to jeden z najlepszych okresów dla sprzedawców i czas wzmożonych działań marketingowych. Wielu przedsiębiorców uważa święta za żniwa, ponieważ w tym okresie generowane są niespotykane w skali roku zyski. Nic jednak nie dzieje się bez przyczyny, a więc żeby uzyskać wysokie profity, w wielu przypadkach wymagane jest stworzenie odpowiedniej atmosfery towarzyszącej zakupom produktów czy usług. Aby tego dokonać, należy w pełni wykorzystać wpływ ludzkich zmysłów na decyzje zakupowe klientów. W tym przypadku bardzo pomocne okazują się dobrze dobrane narzędzia marketingu sensorycznego.

Które zmysły i kiedy?

Zdecydowanie największy wpływ na decyzje zakupowe ma zmysł węchu. Zaraz za nim plasuje się słuch i wzrok. Ciężko wyobrazić sobie klienta, który nie rozmarzyłby się czując zapach choinki lub świeżo upieczonego piernika. Podobnie jest z hitami świątecznymi. Wiele osób mówi, że „Last Christmas” i „Jingle Bells” drażnią, ale z drugiej strony spróbujmy sobie wyobrazić święta bez tych piosenek… To tak jak z filmem „Kevin sam w domu”: narzekamy, że jest emitowany rok po roku, ale kiedy znów znajduje się w programie, przełączamy aby go obejrzeć. Idąc dalej, wszechobecne lampki, wizerunki Mikołaja czy sypiącego się z nieba śniegu, to także nieodłączny element świąt.

Warto jest łączyć wszystkie części marketingu sensorycznego, ale należy również pamiętać o stopniowym ich dawkowaniu. Wiele firm decyduje się na świąteczne działania od początku listopada. Nie jest to jednak dobry termin na zaczynanie intensywnych kampanii świątecznych. Najlepszym okresem na rozpoczęcie świątecznych działań sensorycznych jest końcówka listopada lub początek grudnia, w który wpisują się także Mikołajki – mówi Aleksandra Potrykus-Wincza, Country Manager Poland & Baltics w Mood.

Dobór świątecznej muzyki i zapachów

Gdy zbliżają się święta Bożego Narodzenia, warto zadbać o tematyczną atmosferę i odpowiednio dobrać muzykę oraz zapach do poszczególnych rodzajów powierzchni sprzedażowych. Aby zrobić to profesjonalnie i efektywnie, wyboru należy dokonać po wcześniejszej analizie obiektu czy lokalu oraz pod kątem profilu końcowego klienta, tzn. inna muzyka i zapach powinna być zarekomendowana do sklepu z branży odzieżowej dedykowanej dla młodych odbiorców (kategoria wiekowa 15-25), a inna do eleganckiego butiku usytuowanego przy prestiżowej ulicy dużego miasta. Jak łatwo się domyślić hip-hop i rap będzie raczej pasował do pierwszego z wymienionych obiektów, a lounge czy chillout, do drugiego. W przypadku świątecznego zapachu będzie trochę inaczej.

Pomimo iż większość konsumentów lubi zapach świeżo ściętej choinki, to nie każdy przedsiębiorca czy właściciel lokalu będzie chciał się na niego zdecydować. Wynika to z tego, że duża część marek będzie chciała pozostać przy swoim dobrze znanym i wypracowanym „zapachowym logotypie”, który funkcjonował w danym miejscu przez cały rok. Tego typu wybór czy też pozostanie przy swoim wyróżniku również jest dobrym pomysłem – mówi Aleksandra Potrykus-Wincza z Mood.

Poziom głośności

Aby określić najlepszy poziom głośności odtwarzania świątecznego repertuaru należy najpierw sprecyzować charakter danego miejsca oraz warunki infrastrukturalne pomieszczenia. W pubach zazwyczaj powinno stawiać się na nieco głośniejszą muzykę, natomiast w kawiarni powinna być bardziej stonowana. Wynika to chociażby z takich czynników, jak asortyment oferowany w tych dwóch rodzajach lokali. W pierwszym, klienci generalnie spożywają alkohol, a w takim przypadku muzyka głośniejsza sprawdza się lepiej, ponieważ często jest wręcz pożądana przez gości i skutecznie maskuje np. ich bardziej żywiołowe dyskusje i pozwala na większą anonimowość podczas ich prowadzenia. Kawiarnia jest natomiast miejscem z reguły spokojniejszym, gdzie rozmowy toczone przez gości są powściągliwe. Ponadto, w dzisiejszych czasach, część spotkań biznesowych odbywa się właśnie w takich miejscach, a wielu ludzi pracuje – wręcz regularnie – korzystając z przestrzeni kawiarnianych. Siłą rzeczy, muzyka w takim lokalu powinna być cichsza i pozwalać na skupienie oraz koncentrację zarówno gości, jak i personelu, co będzie sprzyjało również wzajemnym interakcjom.

Sztampowe hity czy alternatywny jazz w klimacie świąt?

Rezygnacja ze świątecznych hitów może okazać się w wielu przypadkach nieopłacalna dla właściciela lokalu. Utwory które wszyscy znają, wpływają na stworzenie przyjaznej atmosfery i zarazem podnoszą sprzedaż w okresie świąt. Trzeba jednak podkreślić, że za odtwarzanie takich utworów, należy odprowadzać opłaty z tytułu praw autorskich i praw pokrewnych do właściwych organizacji. W Polsce aby legalnie publicznie odtwarzać muzykę Artystów Zrzeszonych w Organizacjach Praw Autorskich i Pokrewnych (w Polsce lub na świecie), należy podpisać umowy ze stowarzyszeniami, chroniącymi twórców, utwory, wykonawców, artystów i producentów. Są nimi: ZAIKS, STOART, SAWP i ZPAV. Wystarczy jednak telefon do każdej z tych instytucji, aby do naszego lokalu został wysłany inspektor ze stosownymi dokumentami. Oczywiście kontrolerów można także spotkać bez wyraźnego zaproszenia, w trakcie rutynowego sprawdzania miejsc, w których odtwarzana jest muzyka. Wtedy także zwykle mają ze sobą gotowe druki umów które można podpisać na miejscu .

Jeśli natomiast uważamy, że klient naszego lokalu wolałby usłyszeć coś bardziej niespotykanego, warto pomyśleć nad alternatywą, czyli muzyką twórców niezrzeszonych w Organizacjach Praw Autorskich. Dzięki temu wyróżnimy się z tłumu, a zarazem oszczędzimy, w tym wypadku np. na opłatach związanych z publicznym odtwarzaniem muzyki. O takim rozwiązaniu należy jednak pomyśleć odpowiednio wcześniej i pamiętać, że nie jest to oferta dla każdego.

Niektóre przestrzenie po prostu nie „obejdą się” bez Wham i słynnego „Last Christmas”. Zbadanie charakteru miejsca oraz profilu klienta, który odwiedza lokal, jest niezbędne do podjęcia decyzji odnośnie rodzaju granych utworów – mówi Aleksandra Potrykus-Wincza z Mood.

Z badań prowadzonych przez Mood wśród swoich klientów i ich konsumentów, na całym świecie wynika, iż magicznym terminem, w którym warto uruchomić świąteczną muzykę, jest początek grudnia. Z racji trwającego wtedy okresu, w którym w Polsce świętujemy również Mikołajki, przejście w odmienny klimat muzyczny jest nienachlane i nie budzi sprzeciwu klientów. Odpowiednio skomponowany program muzyczny, dawkujący muzykę świąteczną oraz hity, może tylko przyczynić się do wzrostu sprzedaży, dlatego ci, którzy poważnie i profesjonalnie podchodzą do sprawy, osiągają większe korzyści, mimo że odtwarzają przecież te same utwory, co inni. Tak naprawdę, tajemnica tkwi w szczegółach: zatem nie tylko dobór repertuaru, ale jego ułożenie i stopniowe wprowadzanie klienta w klimat świąt, są skuteczne.

Ciekawostka: Piosenka „Last Christmas” to zaraz po „Happy Birthday” najbardziej znany, światowy hit, przynoszący jej twórcom najwięcej pieniędzy, od organizacji praw autorskich.

Aromat świąt

Zapach to jeden z głównych elementów, który kreuje niepowtarzalny nastrój towarzyszący wydarzeniom specjalnym i okolicznościowym, jakim są np. święta. Skojarzenia, które wywoływane są przez aromaty, pomagają w zapamiętywaniu miejsc i wydarzeń, co przekłada się na odtworzenie określonych sytuacji z przeszłości i powrót przyjemnych wspomnień. Ponadto, mimo świątecznego „pędu”, który zazwyczaj towarzyszy wielu ludziom, za pomocą zapachów można sterować czasem i „wydłużać” okres pobytu konsumenta w określonej lokalizacji.

Wystarczy zastosowanie odpowiedniej mieszanki zapachowej, aby spowolnić Klienta, złagodzić stres spowodowany brakiem czasu i pośpiechem oraz spowodować, że bardziej doceni jakość oferowanych usług lub wyżej oceni prezentowane mu produkty. Najlepiej sprawdzającymi się aromatami podczas świąt, co zapewne nie będzie zaskoczeniem, są zapachy choinki, cynamonu i piernika – mówi Aleksandra Potrykus-Wincza z Mood.

Świąteczny digital signage

Podczas świąt oczywiście najlepiej sprawdzającymi się treściami wyświetlanymi za pomocą systemów digital signage – czyli nośników wizualnych (telewizorów i monitorów), rozlokowanych w różnych miejscach w sklepach, galeriach czy punktach usługowych – są te, które nawiązują do świątecznego okresu. Planując wizualizacje dobrze jest więc używać w kreacjach projektowych elementów związanych z choinkami czy też z Mikołajem i prezentami. Co ciekawe, nieźle sprawdzają się także motywy lasu oraz wszystkie te ze „światełkami” w tle. Wynika to prawdopodobnie ze skojarzeń, jakie te motywy wywołują w głowach konsumentów. Warto podczas wyświetlania tych tematycznych treści, nienachlanie „przemycać” informacje o rabatach i promocjach, ponieważ używając odpowiedniego tła, skuteczniej dotrzemy do umysłu klienta. Z badań Mood przeprowadzonych w wielu krajach na całym świecie wynika, iż grupą, która najszybciej i najdokładniej odbiera treści nadawane przez systemy digital signage, są osoby w wieku od 15 do 40 lat.

Co po świętach?

Zaraz po 26 grudnia (ew. po 31 grudnia) należy szybko odejść od świątecznej muzyki, zapachów czy treści wizualnych i zastąpić je karnawałowymi. W ten sposób wprowadzamy ożywienie i wskazujemy klientowi na zmianę okresu i nastawienie na sprzedaż nowych produktów czy usług. Jednocześnie, taka zmiana pokazuje, że marka szybko reaguje na poszczególne zmiany czasowe.

Aby utrzymać jak najlepszą dynamikę sprzedaży po okresie świątecznym, można jeszcze bardziej rozbudować działania marketingu sensorycznego i pokusić się o sięgnięcie po nowe technologie, jednakże przedświąteczna gorączka to czas jedyny w swoim rodzaju i generujący niespotykane w skali roku zyski. Marketerzy z całego świata głowią się nad tym, jak utrzymać sprzedaż całoroczną na poziomie świątecznym, ale niestety nie jest to takie łatwe. Ważną kwestią jest, aby o swojego klienta i jego samopoczucie dbać cały rok. Wtedy odwdzięczy się lojalnością, a w święta jeszcze większymi zakupami.

Polska a USA lub UK

Różnica pomiędzy zakresem działań marketingu sensorycznego w Polsce a w Stanach Zjednoczonych czy też w Wielkiej Brytanii jest wciąż spora. W wielu krajach wprowadza się szersze spektrum innowacyjnych rozwiązań sensorycznych dla biznesu. Obecnie tendencją na rynkach światowych staje się koncentrowanie na projektowaniu doznań, czyli tzw. experience design. Dla klientów, tworzone są kompleksowe połączenia sensoryczne oraz aplikacje mobilne, pozwalające na kreatywną i skuteczną komunikację ze swoimi klientami. Wynika to oczywiście z budżetów marketingowych, jakimi dysponują marki na danych rynkach. Na Zachodzie pieniądze przeznaczane na experience design, czyli projektowanie architektury pozytywnych doświadczeń, są kilkukrotnie wyższe niż w Polsce – od dawna inwestuje się tam w najnowsze formy mappingu, hologramy, czy też w najnowocześniejsze systemy digital signage. W krajach wysokorozwiniętych, marketing sensoryczny jest wykorzystywany szerzej i angażuje wszystkie pięć zmysłów konsumenta, czyli słuch, węch, wzrok, dotyk i smak. Używane są również elementy rzeczywistości rozszerzonej (ang. augmented reality) czy aplikacje mobilne, działające na nowoczesnych urządzeniach przenośnych. Przykładem mogą być specjalne interaktywne aplikacje stosowane w punktach sprzedaży, które poprzez smartfona komunikują klientowi różnego rodzaju treści, tuż po wejściu do sklepu lub punktu usługowego.

Projektowanie architektury pozytywnych doświadczeń, dostarcza emocji, które z kolei przekładają się na postrzeganie marek jako tych wysoce innowacyjnych. Jednym z przykładów, mogą być wirtualne przymierzalnie sklepów odzieżowych. Jedną z marek która wykorzystała tego typu rozwiązanie był New Look który w swoim sklepie w Londynie połączył przymierzalnię, z profesjonalnym studiem fotograficznym i nośnikami wizualnymi w sklepie. Oczywiście tego typu projekty zdarzają się również w Polsce, ale skala ich realizacji jest nadal nieporównywalnie mniejsza niż w wymienionych krajach.

Aż 33 proc. pracowników w Europie niezadowolonych ze swoich liderów

  • Jedna trzecia europejskich pracowników jest niezadowolona z jakości przywództwa w miejscu pracy (33 proc.)
  • Aż 32 proc. pracowników z Polski uważa, że pracodawcy nie dbają o ich komfort psychiczny
  • Niemal co czwarty polski pracownik (24,60 proc.) uważa złe zarządzanie za główną przeszkodę dla produktywności w pracy

Według badań firmy ADP jedna trzecia pracowników w Europie (33 proc.) jest niezadowolona z jakości liderów w swoim miejscu pracy[1]. Spośród ponad 2000 ankietowanych pracowników europejskich[2], aż 37 proc. twierdzi, że ​​ich manager nie zna ich na tyle dobrze, aby w pełni zrozumieć i wykorzystać ich potencjał.

Brak zrozumienia wykracza daleko poza przywództwo i zarządzanie. Prawie połowa pracowników w Europie uważa, że ​​ich pracodawca nie rozumie ich albo ich potencjału (46 proc.). Prawie jedna piąta ankietowanych (18 proc.) sądzi, że pracodawca postrzega ich wyłącznie jako liczbę.

Podobne odczucia mają pracownicy z Polski – aż 32 proc. twierdzi, że pracodawcy nie dbają o ich komfort psychiczny – to najgorszy wynik w całej Europie[3].

Zarządzanie i przywództwo mają bezpośredni i namacalny wpływ na zaangażowanie pracowników. Nasze badania pokazały, że firmy w całej Europie wciąż nie mogą zrozumieć, co jest powodem niepokoju ich pracowników. Ważne, by managerowie, liderzy i zespoły HR właściwie poznały i zrozumiały potrzeby zespołów, którymi zarządzają. Jedynie znając zdolności i potrzeby pracowników, można inspirować ich do działania i sprawiać, by zaangażowanie utrzymywało się na wysokim poziomie. To z kolei przyczynia się do ich większej wydajności i sukcesu biznesowego organizacji – mówi Anna Barbachowska, Country HR Biznes Partner ADP Polska.

Inne przyczyny niezadowolenia[4]

Brak zrozumienia ze strony kierownictwa nie jest jedyną przyczyną niezadowolenia. W ostatnim roku jedna trzecia pracowników czuła się zagrożona w miejscu pracy (34 proc.), głównie ze względu na kwestie zdrowotne, brak poczucia bezpieczeństwa oraz agresywnych klientów. Pytani ujawnili, że pracodawcy nie podejmują właściwych kroków w celu zapewnienia bezpieczeństwa zatrudnionych kadr. Tylko jedna czwarta badanych (26 proc.) zapewnia pracownikom możliwość swobodnego zgłaszania wszelkich wątpliwości w zakresie bezpieczeństwa pracy, a mniej niż połowa organizuje szkolenie w zakresie BHP (43 proc.).

Ponadto, w ubiegłym roku niemal połowa ankietowanych (44 proc.) odczuła brak komfortu w miejscu pracy, często ze względu na brak wsparcia ze strony kierownictwa, zbyt duży stres, słabe relacje z kolegami i niekomfortowe środowisko pracy.

– Działy HR mają możliwość wdrożenia i zastosowania różnych narzędzi i rozwiązań służących poprawie komfortu pracy i podniesieniu poczucia bezpieczeństwa. Szczególnie ważne jest zapewnienie pracownikom warunków do prowadzenia swobodnego i otwartego dialogu z pracodawcą dotyczącego warunków pracy, które wpływają na samopoczucie fizyczne i psychiczne pracowników. Dla pracodawcy ważna jest ocena sytuacji z uwzględnieniem perspektywy pracowników i tego, w jak dużym stopniu komfort pracy przekłada się na efektywność i zaangażowanie – dodaje Anna Barbachowska z ADP Polska.

O badaniu People Unboxed:

W kwietniu 2018 roku ADP i Circle Research przeprowadziły internetowe badanie ilościowe na grupie 2518 pracowników w 5 różnych krajach Europy. Próba stanowiła reprezentatywną grupę pracowników wybranych według kryterium wieku, płci, rodzaju i wymiaru zatrudnienia, przedziałów wynagrodzenia i stażu pracy.

Circle Research specjalizuje się w dziedzinie badań B2B. Mając siedziby w Londynie i Nowym Jorku, pomagamy naszym klientom B2B zrozumieć, jak zachowują się i myślą decydenci biznesowi. Więcej informacji na www.circle-research.com.

O badaniu „Workforce View in Europe 2018”

„Workforce View in Europe 2018” to badanie dotyczące postaw pracowników wobec przyszłości pracy. Zostało przeprowadzone dla firmy ADP przez niezależną agencję badań rynku Opinion Matters w sierpniu 2017 roku. Próba badawcza składała się z 9 908 pracujących dorosłych w ośmiu krajach w Europie.

Ekspert: Anna Barbachowska, Country HR Business Partner, ADP Polska

Anna Barbachowska jako Country HR Business Partner odpowiada w ADP Polska za wsparcie kadry zarządzającej w kwestii budowania zaangażowania, analizy potencjału ludzkiego w organizacji oraz planowanie długoterminowych ścieżek rozwoju. Zarządza też całościowo obszarem kadrowo-płacowym polskiego biura ADP.

Przed dołączeniem do ADP Polska pracowała jako HR Business Partner w Nielsen, gdzie zajmowała się opracowywaniem i wdrażaniem regionalnej strategii, doradztwem w zakresie polityki, procedur i praktyk zarządzania zasobami ludzkimi oraz bezpośrednio rozwojem i pozyskiwaniem talentów. Była również odpowiedzialna za współpracę z lokalnymi i regionalnymi zespołami HR, zarówno w zakresie kadr i płac, jak i projektów z zakresu miękkiego HR. Przygodę z HR rozpoczynała w CEDC, gdzie odpowiedzialna była za wsparcie HR lokalnych struktur warszawskiego biura, jak również oddziałów w Polsce. Jest absolwentką Szkoły Głównej Handlowej na kierunku Marketing i Zarządzanie, Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora oraz Wojskowej Akademii Technicznej im. Jarosława Dąbrowskiego.

[1] Wg wyników badania „People Unboxed”

[2] Wg wyników badania „People Unboxed”

[3] wśród respondentów badania „Workforce View in Europe 2018”

[4] Na podstawie badania „People Unboxed”

Robot na wynajem i nowa platforma dla freelancera od Antal

Zmiany są nieodłącznym elementem ewolucji, której wymaga dzisiejszy rynek pracy – mówi Artur Skiba, Prezes Antal. Właśnie dlatego firma sięga po nowe rozwiązania. Są nimi: Agencja Pracy Robotów, dzięki której firmy będą mogły wypożyczyć robota do najbardziej powtarzalnych procesów oraz REX, czyli platforma opierająca się na modelu crowdstaffingowym. Na czym polegają?

Jak wynika z danych GUS – nigdy nie powstało tak dużo wakatów jak w pierwszym półroczu 2018 roku – 426 tys. nowych miejsc pracy. Jednocześnie nieobsadzonych jest 165 tys. stanowisk. Problemy z pozyskiwaniem pracowników, brak kandydatów oraz odpowiednich kwalifikacji niezbędnych szczególnie na stanowiskach specjalistycznych, stanowi dziś barierę do rozwoju firm. Stąd aż 72% pracodawców przyznaje, że potrzebuje wsparcia nowych technologii w docieraniu do kandydatów i pozyskiwaniu ich aplikacji.

Agencja Pracy Robotów, czyli robot na wynajem

W 2018 roku Antal zatrudnił w swoich szeregach wirtualnego pracownika – Bonifacego. Bonifacy jest robotem, algorytmem napisanym we współpracy konsultantów Antal wraz z partnerem zewnętrznym. Robot szybciej od ludzi przeprowadza rekrutację i skraca proces o jedną trzecią. Można mu przekazać najbardziej pracochłonne i kosztowne zadania takie jak poszukiwanie kandydatów lub rozmowę wstępną. Bonifacy został stworzony właśnie w celu maksymalizacji efektywności tej części procesu. Po sukcesie wdrożenia firma zdecydowała się na rozszerzenie działalności i stworzenie Agencji Pracy Robotów, która umożliwi pracodawcom wynajem wirtualnych pracowników do realizacji najbardziej powtarzalnych procesów. Przykładowo robot może wystawiać i księgować faktury, wprowadzać zlecenia do systemu, zamykać rachunki bankowe, weryfikować klientów czy wysyłać zamówienia. Rozwiązanie może zostać zaadaptowane w branżach takich jak: księgowość, finanse, bankowość, controlling czy logistyka.

Jak to działa?

Najpierw należy przeanalizować, czy dany zakres obowiązków pracownika, jest na tyle zaawansowany, że wymaga optymalizacji. Po wstępnych szacunkach możliwe jest programie rozwiązania, które trwa od 7 do 40 dni. Następnie Antal wypożycza robota z kosztem miesięcznym porównywalnym do wynagrodzenia 1 pracownika i na bieżąco wspiera proces jego pracy. Dzięki temu firma nie ponosi kosztów wyprodukowania i zakupu robota oraz może przetestować rozwiązanie ocenić zwrot inwestycji czy zdecydować o zatrudnieniu kolejnych robotów do swojej organizacji.

Platforma REX dla freelancera

Drugim rozwiązaniem jest platforma REX (Recruitment Exchange) – oparta na modelu, w którym wybrany projekt rekrutacyjny jest udostępniany grupie rekruterów, pracujących na zasadach freelance. Bezpośrednim beneficjentem jest firma, która ma dostęp do szeregu rekruterów docierających do wyspecjalizowanych kandydatów w możliwie krótkim czasie. Z kolei freelancerzy, którzy nie są zainteresowani pracą na tzw. etacie, cenią sobie niezależność, potrafią pracować samodzielnie i są ekspertami rynku w ramach swojej specjalizacji – mogą liczyć na wsparcie Antal w rozwoju swoich kompetencji oraz marki osobistej. Firma daje gwarancję bezpieczeństwa realizacji projektów rekrutacyjnych, jak również zapewnia zaplecze prawne, przygotowanie umów, specjalistyczne szkolenia branżowe czy rozwój indywidualnego biznesu.

Artur Skiba, dyrektor zarządzający Antal International
Artur Skiba, dyrektor zarządzający Antal International

Jak podkreśla Artur Skiba, prezes Antal: rynek rekrutacji nie wymaga rewolucji tylko ewolucji. Dlatego zdecydowaliśmy się na wprowadzenie nowego, holistycznego modelu współpracy z klientami, kandydatami i rekruterami. Przeniesienie procesów rekrutacyjnych do świata cyfrowego oraz automatyzacja najbardziej powtarzalnych zadań, pozwoli przedsiębiorstwom na stabilny rozwój, skuteczne pozyskiwanie pracowników czy skupienie się na rozbudowie bardziej zaawansowanych obszarów funkcjonowania przedsiębiorstwa – dodaje Skiba.

Analiza Czarnego Piątku 2018: Jak wyglądały zakupy w Polsce?

Criteo, platforma reklamowa otwartego Internetu, przeanalizowała zachowania zakupowe polskich konsumentów podczas Czarnego Piątku 2018 roku. Oto najważniejsze wyniki:

  • Wzrosty sprzedaży na urządzeniach mobilnych i stacjonarnych podczas Czarnego Piątku w Polsce zaczynają się w czwartek wieczorem (ponad 100% wzrost w porównaniu do zwykłego tygodnia)
  • W Czarny Piątek sklepy odnotowują wysokie zyski, pięcio- do sześciokrotnie wyższe we wczesnych godzinach porannych (500% – 600% około 6 rano – 7 rano) i trzy do czterech razy wyższe po południu
  • Polacy wykazują tą samą, większą niż zwykle chęć do robienia zakupów, zarówno na urządzeniach mobilnych, jak i stacjonarnych.
  • Cały tydzień pokazuje stały wzrost indeksowanej sprzedaży i ruchu na stronach, pikując w Czarny Piątek z ponad trzykrotnie wyższym natężeniem ruchu i ponad pięciokrotnie wyższą sprzedażą.

Jaysen Gillespie, wiceprezes Analytics w Criteo, skomentował:

„Czarny piątek oficjalnie stał się wydarzeniem globalnym. To, co kiedyś było szaleństwem sprzedaży w USA, rozprzestrzeniło się nie tylko na Wielką Brytanię, ale także na wszystkie duże gospodarki kontynentu europejskiego. Od Oslo, poprzez Barcelonę, aż do Warszawy, dane Criteo pokazują wzrosty sprzedaży o 100% -1000% w Czarny Piątek w porównaniu do poprzedniego tygodnia na wszystkich rynkach. Wiele krajów europejskich nie tylko odnotowuje znacznie wyższą sprzedaż jedynie w Czarny Piątek, ale także wyraźny wzrost sprzedaży w czwartek i sobotę, gdzie sobotnie wzrosty sprzedaży  są zazwyczaj większe na urządzeniach mobilnych. „Black Friday Poland – hourly analysis Black Friday Poland – Indexed Traffic and Sales

Blockchainowy Founders Bank

Twórcy kryptowalut, czerpiąc garściami z postępu technologicznego i globalizacji systemu finansowego, konsekwentnie oferują nowe, innowacyjne rozwiązania dla inwestorów. Nie tak dawno świat finansów fascynował się planami budowy pierwszego bankomatu waluty cyfrowej bitcoin umożliwiającego wymianę kryptowaluty na euro, podczas gdy na horyzoncie finansowego przełomu jawi się pierwszy na świecie „Blockchain bank”, którego Klienci będą jednocześnie współwłaścicielami, i to już od 2019 roku!

Malta – „Blockchainowa wyspa”

Niezmiennym liderem na blockchainowej mapie świata pozostaje Malta. To właśnie na tej niewielkiej europejskiej wyspie jest realizowana pierwsza – i z całą pewnością – najbardziej innowatorska w historii koncepcja „zdecentralizowanego” banku walut cyfrowych, który stanie się własnością inwestorów kryptowalutowych. The Founders Bank – bo tak ma się nazywać nowa instytucja finansowa – ma służyć zintegrowaniu bankowości tradycyjnej i świata finansów cyfrowych. Jego głównym promotorem i współudziałowcem pozostanie Binance, jedna z najbardziej popularnych giełd kryptowalut. To właśnie dzięki obecności na Malcie jednej z największych kryptogiełd na świecie śródziemnomorska wyspa notuje najwyższy wolumen wymiany walut cyfrowych, znacznie wyprzedzając takie finansowe potęgi jak USA, Hong-Kong czy Wielka Brytania. Rząd Malty intensywnie pracuje nad dostosowaniem swojego prawodawstwa do wdrożenia nowych innowacyjnych rozwiązań, oferowanych m.in. przez właścicieli Binance. Zgodnie z przewidywaniami Sekretarza Stanu Rady Ministrów Malty Silvio Schembri utworzenie globalnego banku będącego własnością „społeczności kryptowalut” zachęci jeszcze więcej światowej klasy przedsiębiorstw do inwestowania oraz istotnie wzmocni pozycję „Blockchain Island” jako niekwestionowanego lidera kryptowalut. Idea Founders Bank wpisuje się tym samym w starannie i skrupulatnie budowaną strategię gospodarczą Malty, opartą na innowacyjnych technologiach i formule walut cyfrowych blockchain.

Mechanizm „emisji tokena własności”

Mechanizm działania „Blockchain Bank” został oparty na wykupieniu przez użytkowników (Klientów) banku prawnie wiążących tokenów własności akcji w ramach platformy pozyskiwania funduszy, tzw. Equity Token Offering i obejmujące połączenie takich konstrukcji bankowych jak ICO (Initial Coin Offering), emisji akcji oraz inwestycji VC. Powyższe rozwiązanie pozwoli Klientom banku, będącym jednocześnie jego udziałowcami, współdecydować i wyznaczać kierunki rozwoju w Founders Bank. Warunkiem koniecznym dla wprowadzenia nowej formuły bankowości jest uzyskanie przez twórców banku licencji bankowej na terytorium Malty, co powinno nastąpić nie później niż w pierwszej połowie 2019 r. „Blockchain bank” w głównej mierze będzie dedykowany Klientom biznesowym z branży technologicznej i kryptograficznej, a jak zapewniają przedstawiciele Binance dostęp do konta bankowego będzie możliwy za pomocą strony internetowej, aplikacji mobilnej oraz bezpośrednio za pomocą kart kredytowych wydanych przez Founders Bank.

Mrzonka przyszłości czy pożądana ewolucja?

Pomimo wciąż rosnącej popularności walut wirtualnych nie brakuje krytycznych głosów na temat ekspansji walut wirtualnych wyjętych spod jurysdykcji poszczególnych państw. Szczególnie sceptyczne poglądy prezentują przedstawiciele tych państw, które koncentrują swoją gospodarkę na tradycyjnych instrumentach finansowych i walucie narodowej, jak np. Polska. W tym kontekście propozycja „Blockchain Bank” może definitywnie upowszechnić finansowy system kryptowalut i zwiększyć zainteresowanie innowacyjną bankowością cyfrową, nie tylko w otoczeniu Klientów biznesowych, ale także wśród państw wysoko rozwiniętych. Z dużym prawdopodobieństwem można także stwierdzić, że wdrożenie koncepcji wirtualnego banku doprowadzi do redukcji kosztów prowadzenia rachunków bankowych, co równie pozytywnie powinno wpłynąć na portfele inwestorów.

Bez wątpienia propozycja utworzenia Founders Bank jest odpowiedzią na oczekiwania coraz bardziej wymagających Klientów i nie jest pomysłem z kategorii bankowego science-fiction. Wręcz przeciwnie, to właśnie rozwój zaawansowanej technologii oraz nieprzerwana globalizacja systemu finansowego wymagają od instytucji finansowych poszukiwania nowych innowacyjnych rozwiązań. Tym bardziej z dużym zainteresowaniem należy obserwować dalsze prace nad utworzeniem pierwszego w historii „Blockchain bank” i przystosować swój biznes do wirtualnej bankowości!

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Faktury elektroniczne w zamówieniach publicznych od 2019

Elektroniczne faktury mają za kilka lat zdominować rynek rozliczeń. Polscy przedsiębiorcy jednak do nowoczesnych rozwiązań przekonują się powoli. Na razie aż ponad 84% faktur wystawia się w papierowej formie, a większość elektronicznych faktur to zwykły PDF, który z automatyczną, elektroniczną fakturą wymaganą przez UE nie ma nic wspólnego.

27 listopada Polska zacznie wdrażać brukselską dyrektywę o e-fakturowaniu w zamówieniach publicznych. Zanim jednak pierwsze faktury popłyną sieciowym strumieniem, będzie jeszcze kilka miesięcy na właściwe przygotowanie. Ustawą, która zacznie obowiązywać od 18 kwietnia 2019 roku będą objęte organy władzy publicznej wszystkich szczebli, w tym jednostki samorządu terytorialnego, uczelnie publiczne  oraz spółki komunalne powołane do realizacji zadań publicznych. Nakazem przyjęcia elektronicznej faktury będą objęte również samodzielne publiczne zakłady opieki zdrowotnej, państwowe i samorządowe instytucje kultury, a także komunalne towarzystwa budownictwa społecznego. Zgodnie z nowymi przepisami wszystkie te grupy podmiotów będą musiały przyjmować e-faktury w jednolitym, europejskim standardzie od swoich dostawców towarów i wykonawców prac. Co ważne, decyzja o wystawieniu automatycznej e-faktury będzie należeć do dostawcy ponieważ w przypadku zamówień publicznych nie będzie już wymagana zgoda nabywców na wystawianie faktur elektronicznych.

Nowe przepisy w trybie trzech ustaw

Automatyczne przetwarzanie faktur będzie obowiązywać w ustawach Prawo zamówień publicznych, o partnerstwie publiczno-prywatnym i o umowie koncesji na roboty budowlane i usługi. Wyjątkiem będą zamówienia objęte tajnością ze względu na ochronę bezpieczeństwa państwa. Fakturowanie elektroniczne będzie stosowane również w przypadku małych zamówień publicznych o wartości nieprzekraczającej progu równowartości 30 tys. euro. W tym przypadku można wyłączyć zastosowanie e-faktur w umowie, ogłoszeniu, specyfikacji istotnych warunków zamówienia lub innym dokumencie rozpoczynającym postępowanie o udzielenia zamówienia publicznego.

PDF to nie e-faktura

– To prawdziwy przełom regulacyjny, który może spowodować, że firmy będą częściej i chętniej stosować automatyczne, elektroniczne faktury zamiast przesyłać dokumenty księgowe w postaci papierowej czy PDF. Skorzystają na tym wszyscy, bo automatyczna faktura pozwala na odbiór i przetwarzanie dokumentów księgowych praktycznie bez ingerencji człowieka, oznacza mniej błędów, znacznie niższe koszty obsługi i znaczące przyśpieszenie całego procesu. Z naszych doświadczeń wynika, że możliwe jest skrócenie obiegu faktur nie dwukrotnie czy nawet dziesięciokrotnie. Czas można skrócić nawet blisko 400 – krotnie – zwraca uwagę Tomasz Kuciel, prezes zarządu firmy Edison będącej członkiem konsorcjum PEF Expert, które będzie świadczyło usługi brokera  Platformy Elektronicznego Fakturowania realizując zamówienia dla Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii.

W Polsce szacuje się, że każdego roku w obiegu jest około półtora miliarda faktur. Ich prawidłowe wystawienie, przesłanie oraz odebranie i zaksięgowanie generuje niemałe koszty. Według wyliczeń firmy Edison, firma wystawiający miesięcznie 500 e-faktur, może zaoszczędzić rocznie 20 dni pracy i 10000 zł na materiałach i energii. A im więcej wystawianych faktur, tym te oszczędności są znacznie większe. Pomimo tego przedsiębiorcy w Polsce podchodzą z dużą nieśmiałością do automatycznych e-faktur.

Co trzecia firma odbiera prawdziwe e-faktury

Główny Urząd Statystyczny sprawdził ile firm prowadzących działalność w 2017 roku miało do czynienia z e-fakturami. W badanej grupie znalazło się 103467 podmiotów gospodarczych. 35,5% z nich zadeklarowało, że odbiera automatyczne e-faktury. Zdecydowana większość, bo aż 94,3% firm przyjmuje dokumenty, które nie nadają się do szybkiego przetwarzania i z automatyzacją nie mają nic wspólnego. Najczęściej jest to zwykły mail z załącznikiem w formacie PDF. Niestety, to powszechna pomyłka w polskim biznesie.

Faktury w formacie PDF wymagają wydruku, mało kto wie, że są droższe w obsłudze niż te papierowe. Prawdziwa e-faktura pozwala do minimum ograniczyć nakład pracy niezbędnej do ich przetworzenia dzięki temu, że proces przekazywania informacji między systemami IT nadawcy i odbiorcy odbywa się automatycznie. W ten sposób minimalizuje się ryzyko błędu, a dokument może być szybko odebrany, odczytany i zaksięgowany. Oszczędności z wprowadzenia automatycznych faktur są znaczące dla obu stron transakcji – komentuje Tomasz Kuciel, prezes zarządu firmy Edison.

Dominuje papier i niewłaściwy format

Najgorzej w tym zestawieniu prezentują się małe przedsiębiorstwa zatrudniające od 10 do 49 pracowników. Z badania wynika, że 34% z nich odbierało „właściwe” e-faktury. Odsetek wśród średnich przedsiębiorstw był trochę wyższy i wyniósł 41%. Brylują w tym zestawieniu duże firmy zatrudniające minimum 250 osób. Ich wynik w podsumowaniu wynosi 46%. W każdej z tych grup dominowała jednak „udawana” elektroniczna faktura czyli PDF.

– Zastanawia tak duży procent potwierdzających odbieranie automatycznych e-faktur. Nasze wieloletnie doświadczenie w branży EDI pokazuje, że czasem przedsiębiorcy błędnie deklarują w badaniach swoje działania w tym zakresie. Wynika to z braku zrozumienia tematu i mylenia elektronicznych e-faktur z plikami PDF. Tak długo jak faktura będzie przekazywana jako załącznik do e-maila, to jej wartość będzie niewielka. Zanim trafi do jakiegoś dalszego przetwarzania, musi być przecież jeszcze zapisana ręcznie przez użytkownika, wydrukowana i dostarczona we właściwe miejsce. To strata czasu i pieniędzy – podsumowuje zestawienie Tomasz Kuciel.

Główny Urząd Statystyczny sprawdził także ile przedsiębiorstw wystawiało e-faktury dla innych firm lub administracji publicznej. Aż 84,3% stawiało na papierową formę rozliczania. Rozwiązanie pomiędzy czyli faktury w formie elektronicznej nienadające się do automatycznego przetwarzania wybierało 43,5% przedsiębiorców. Tylko niewiele ponad 13% z nich deklaruje, że wysyłało dokumenty w formatach EDI, UBL lub XML, czyli idealnych  do automatycznego przetwarzania.

Nadchodzą zmiany

Prognoza opracowana w 2010 roku przez Komisję Europejską dotycząca korzyści z zastąpienia faktur papierowych elektronicznymi odpowiednikami zakłada oszczędności rzędu 240 miliardów Euro w ciągu 6 lat. Ponadto europejscy urzędnicy prowadzili latem tego roku konsultacje publiczne w celu oceny przepisów dotyczących fakturowania, wprowadzonych w Dyrektywie Rady 2010/45/UE z 13 lipca 2010 r. Chodziło o zebranie opinii ekspertów i podatników ws. osiągniętych do tej pory założeń, oczekiwań i potrzeb zainteresowanych podmiotów. Konsultacje pozwoliły Brukseli na lepszą identyfikację problemów wynikających ze stosowania e-fakturowania na terenie państw członkowskich. W oparciu o te prognozy i oceny KE postanowiła uczynić fakturę elektroniczną dominującą formą fakturowania na obszarze Unii już w 2020 roku.

Odbicie na kruchym optymizmie

Na starcie nowego tygodnia rynki przebudzają się z okołoświątecznej drzemki, a płynność wraca do normy w pozytywnym klimacie. Wydarzeniem tygodnia jest szczyt G20 i spotkanie przywódców USA i Chin. Poza tym śledzimy kierunek ropy naftowej i dane z Eurolandu.

W poprzednim tygodniu widzieliśmy sporo upłynniania pozycji i redukcji ryzyka w obliczu świątecznej przerwy i tradycyjnego spadku aktywności na globalnych rynkach (o ok. 20-30 proc.), więc teraz poszukiwanie okazji daje siłę do podbicia wycen. Klimat budują też oczekiwania przed szczytem G20 na koniec tygodnia, w trakcie którego zaplanowano rozmowy prezydenta USA Trumpa z prezydentem Chin Xi. Inwestorzy mają nadzieję na jakąś formę kompromisu w relacjach handlowych, dzięki któremu udałoby się odwrócić decyzję o podwyższeniu od przyszłego roku ceł importowych na warte 200 mld USD chińskie towary z 10 proc. do 25 proc. Naturalnie alternatywny rezultat spotkania także nie jest do wykluczenia, wszak Trump zdołał już zagrozić ocleniem wszystkich towarów przychodzących z Chin. Ponadto ostatnie komentarze z USA (m.in. wiceprezydenta Pence’a) były bardziej niż mniej krytyczne w stosunku do Chin. Otwartym jest też pytanie, na ile Chiny mają siłę toczyć tą nierówną grę i nie ugną się pod presją USA? Rozsądek podpowiada mi, by nie robić sobie dużych nadziei, ale z drugiej strony oduczyłem się nie doceniać prezydenta Trumpa i szybkości, z jaka zmienia zdanie. W pierwszych dniach tygodnia rynki mogą pociągnąć podsycany nadziejami wzrost apetytu na ryzyko, ale bliżej piątku liczyłbym na większą ostrożność, a nawet presję na realizację zysków.

Kluczem dla okołorynkowego sentymentu będzie też sytuacja na rynku ropy naftowej. Trudno zignorować 8-procentowy spadek ceny w piątek, najniższe poziomy od października ubiegłego roku i przeszło 20-proc. spadek od początku miesiąca. Fundamentalnym podłożem przeceny są obawy o nadpodaż surowca przy pogorszeniu perspektyw popytu w obliczu spowolnienia gospodarczego. Ale też katalizatorem wyprzedaży jest wcześniejsze nagrodzeniem długich pozycji spekulacyjnych, które teraz masowo są zamykane. Doszliśmy jednak do sytuacji, w której długa pozycja netto jest najniższa od II kw. 2017 r., a w ujęciu brutto posiadaczy długich pozycji jest najmniej od trzech lat. To przynajmniej otwiera pole do stabilizacji, a przynajmniej zmienność powinna się wyciszyć. Może też nie brakować budowania nadziei na konstruktywne rezultaty przeszłomiesięcznego szczytu OPEC. Ponownie – nadzieje, a nic konkretnego, ale i na słabszych argumentach rynek potrafił budować ruch.

Dziś, poza powszechnym trybem risk-on, uwaga skupi się na niemieckim indeksie Ifo. Po rozczarowujących odczytach PMI w piątek, przede wszystkim dla niemieckiego przemysłu, ocena kondycji największej gospodarki Eurolandu może istotnie ważyć na zachowaniu EUR, które rano szuka paliwa do wzrostów (choć EUR/USD wciąż pozostaje pod 1,14). Trudno jednak oczekiwać, by niemieccy przedsiębiorcy dwa razy wyrazili odmienne opinie, więc spadek indeksu jest oczekiwany. Istotny będzie też komentarz EBC do sytuacji gospodarczej – dziś usłyszymy komentarze od Praeta, Coeure, Nowotnego i prezesa Draghiego. Optymizm będzie niespodzianką.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Polscy pracownicy zawsze pod telefonem – wyniki badania Michael Page

W badaniu „Życie w pracy” przeprowadzonym przez firmę rekrutacyjną Michael Page, 68 proc. respondentów przyznało, że każdego dnia po godzinach pracy oraz w weekendy odpowiada na e-maile lub odbiera telefony służbowe. Wiąże się z tym fakt, że ponad 83 proc. ankietowanych posiada co najmniej jedno służbowe urządzenie elektroniczne – telefon, laptop lub tablet.

MichaelPage_Infografika_1

Uzyskane przez nas wyniki pokazują, że technologia stała się istotnym elementem naszego życia zawodowego, w skutek czego widać też znaczący poziom swoistego „zacierania się” granic pomiędzy pracą a sferą prywatną. W opinii aż 77 proc. respondentów urządzenia, którymi wspomagają się oni w pracy zmieniły ich życie, przy czym aż 61 proc. uważa, że zmiana ta ma charakter negatywny.

Wśród powodów, dla których pracownicy pozostają skomunikowani ze swoim światem zawodowym po godzinach należy wymienić poczucie odpowiedzialności (65 proc.). Co ciekawe, widoczny w tej kwestii jest wyraźny rozdźwięk z uwagi na płeć – takiej odpowiedzi udzieliło 55 proc. kobiet vs. 72 proc. mężczyzn. Kolejnym powodem wskazanym przez respondentów jest poczucie obowiązku (42 proc.).MichaelPage_Infografika2

Jak pokazuje badanie Michael Page, prawie połowa respondentów (48 proc.) byłaby gotowa wykonywać pracę podczas urlopu. Nawet jeśli miałoby to być jedynie sprawdzenie skrzynki pocztowej bądź odebranie telefonu. Z kolei ponad 37 proc. badanych przyznało się, że skrzynkę pocztową sprawdza codziennie – również w weekendy. Natomiast 30 proc. każdego dnia, także w sobotę i niedzielę, odbiera telefony służbowe.

Ciekawym zjawiskiem, który zaobserwowaliśmy w naszym badaniu jest także fakt, że niemal co trzeci ankietowany (29,1 proc.) wskazał, że często za pośrednictwem prywatnego telefonu załatwia sprawy zawodowe. Jeszcze więcej, bo 42,7 proc. respondentów przyznało, że obowiązki służbowe często wykonuje na laptopie prywatnym.

Magdalena Zmitrowicz w Zarządzie Banku Pekao S.A.

Rada Nadzorcza Banku Pekao S.A. powołała 23 listopada Magdalenę Zmitrowicz w skład Zarządu na bieżącą wspólną kadencję i powierzyła jej pełnienie funkcji Wiceprezes Zarządu Banku.

Magdalena Zmitrowicz dołączyła do Banku Pekao S.A. w tym roku i pełniła funkcję Dyrektora Zarządzającego.

– Bardzo się cieszę, że Rada Nadzorcza powierzyła nowe obowiązki osobie, która ma ogromne doświadczenie i sukcesy w bankowości, przez wiele lat pełniła funkcje menedżerskie i odpowiadała za kontakt z klientami biznesowymi – powiedział Prezes Zarządu Michał Krupiński. – Ta nominacja to kolejna, po jednomyślnym powołaniu Zarządu na nową kadencję kilka dni temu, oznaka zaufania do naszych działań.

– To dla mnie zaszczyt przyjąć to wyzwanie, pracować dla Banku Pekao SA i jego klientów – powiedziała Magdalena Zmitrowicz.

Przed podjęciem pracy w Banku Pekao S.A. Magdalena Zmitrowicz związana była z Bankiem Handlowym w Warszawie S.A. a także pracowała w europejskich strukturach Citigroup. W latach 1999-2018 pełniła m.in. funkcje Dyrektora ds. Bankowości Przedsiębiorstw, Regionalnego Dyrektora Sprzedaży, Dyrektora Biura Sektora Publicznego w Pionie Bankowości Przedsiębiorstw zarządzając strukturami sprzedażowymi w regionie i oddziałach. Posiada również doświadczenie w tworzeniu struktur sprzedażowych i zarządzaniu w Pionie Bankowości Małych i Średnich Przedsiębiorstw, gdzie pełniła funkcje Regionalnego Dyrektora CitiBusiness oraz Dyrektora w Pionie Małych i Średnich Przedsiębiorstw.

Jest absolwentką Uniwersytetu Gdańskiego Wydziału Nauk Społecznych oraz Wydziału Zarządzania. W 2013 roku ukończyła Commercial Credit College w USA w ramach Grupy Citi. Kierowała pracami Grupy Strategy Champions w ramach Banku Handlowego w Warszawie S.A.

Po dzisiejszej nominacji w skład zarządu Banku Pekao S.A. wchodzą Prezes Zarządu Michał Krupiński oraz wiceprezesi: Tomasz Kubiak, Michał Lehmann, Marek Lusztyn, Tomasz Styczyński, Marek Tomczuk i Magdalena Zmitrowicz.

Opieka nad seniorami – rosnący deficyt na opiekunów

W zawodach opiekuńczych liczba ofert pracy jest zdecydowanie większa niż grupa osób poszukujących zatrudnienia. Zapotrzebowanie na opiekunów rośnie głównie ze względu na postępujący proces starzenia się społeczeństwa. Według szacunków, w 2035 roku stałego wsparcia będzie potrzebował ponad milion polskich seniorów. W sytuacji, gdy wielu naszych rodaków opiekuje się emerytami w Wielkiej Brytanii, Niemczech czy we Włoszech, alternatywą dla Polaków pozostają pracownicy z Ukrainy, Białorusi i innych państw zza wschodniej granicy. Jednak, zdaniem ekspertów, nie można opierać systemu opieki społecznej na działalności cudzoziemców. Należałoby raczej stworzyć jednolite szkolnictwo dla tej branży i odpowiednie standardy usług, a także podnieść płace.

Zapotrzebowanie w sektorze

Niesamodzielnych osób w podeszłym wieku, które w różnym zakresie potrzebują opieki środowiskowej, jest ok. 2 mln, a wymagających wsparcia opiekuna – blisko 700 tys. Prognozy wskazują, że ich liczba będzie rosła z roku na rok. Według różnych szacunków, w sektorze opiekuńczym już teraz brakuje od 20 do nawet 100 tys. pracowników.

– Trudno precyzyjnie określić, ilu ludzi do pracy w tym zawodzie rzeczywiście nam potrzeba. Wszystko zależy od tego, czy uznamy, że niemożność wykonywania pewnych codziennych czynności oznacza, że dana osoba wymaga stałego wsparcia opiekuna czy też pewnej pomocy finansowanej ze środków publicznych, a umożliwiającej bieżące funkcjonowanie. W niektórych przypadkach może być wskazany taki rodzaj wsparcia, który wykracza poza tradycyjną definicję opieki, ale jest bardzo ważny dla osób starszych, jak np. rozmowa czy wspólny spacer – mówi dr hab. Jolanta Perek-Białas, gerontolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej podaje, że w II półroczu ubiegłego roku w zawodzie opiekun osoby starszej na 1 tys. zarejestrowanych bezrobotnych przypadało 3,2 tys. ofert pracy. Lukę tę wypełniają stopniowo cudzoziemcy. W ostatnich latach wzrosła liczba wydawanych zezwoleń na pracę dla obcokrajowców w profesjach pomocowych. W 2017 roku w sektorze opiekuńczym wydano ponad 1,7 tys. takich pozwoleń.

Pracownik zza wschodniej granicy

– Oprócz legalnego zatrudnienia istnieje także tzw. szara strefa. Niekiedy cudzoziemcy, zatrudniani w prywatnych domach, nie są zgłaszani do ubezpieczenia społecznego, a Państwowa Inspekcja Pracy nie ma w tym przypadku żadnych możliwości kontroli. Osoby, które świadczą usługi opiekuńcze w taki sposób, też nie zabiegają o umowę, bo nie chcą stracić pracy. Takie sprawy są ujawniane jedynie w sytuacji, gdy np. pracodawca zalega z wynagrodzeniem bądź jeżeli pracownik nie ma możliwości wynegocjowania zaległej zapłaty – zaznacza Ewa Kacprzak-Szymańska z Biura Interwencji Prawnej.

W Polsce obowiązują ułatwienia w zatrudnianiu obywateli państw zza wschodniej granicy. Osoba pochodząca z Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji czy Ukrainy może podjąć posadę opiekuna na rzecz osoby fizycznej bez przechodzenia tzw. testu rynku pracy (weryfikacji czy na dane miejsce nie ma bezrobotnego Polaka). To rozwiązanie znacznie skraca pracodawcy czas pozyskania opiekuna.

– Pracownicy z innych państw – chociaż mogą stanowić istotne wsparcie – z pewnością nie zapełnią całej luki, jaka już obecnie istnieje na rynku usług opiekuńczych w Polsce, a na pewno będzie się powiększać, w związku z demograficznymi zmianami. Wskazują na to doświadczenia innych krajów, zatrudniających migrantów w sektorze ochrony zdrowia, jak chociażby Wielkiej Brytanii czy Szwecji. Dlatego niezbędne jest wspieranie dobrego i profesjonalnego przygotowywania odpowiedniej kadry także w naszym kraju – zauważa dr hab. Jolanta Perek-Białas.

Jednolite standardy i szkolenie

Z kolei Katarzyna Bieniek, ekspert z Krajowego Instytutu Gospodarki Senioralnej (KIGS) ds. rynku pracy i projektów związanych z ochroną zdrowia, zwraca uwagę na to, że wielu cudzoziemców, świadczących profesjonalne usługi opiekuńcze, ma trudności z nostryfikowaniem swoich dyplomów. W Polsce szkół prowadzących szkolenia przygotowujące do opieki nad osobami starszymi jest bardzo wiele, a edukacja odbywa się na różnym poziomie – od kilkudniowych kursów po wielomiesięczne studia. Dlatego też dużym wyzwaniem jest ujednolicenie systemu kształcenia, by zapewnić osobom starszym opiekę na jednakowo wysokim poziomie. Natomiast MRPiPS czy Narodowy Fundusz Zdrowia powinny jasno określić wymagania w stosunku do opiekunów seniorów, np. poprzez wymóg posiadania odpowiednich certyfikatów od firm, które takie usługi świadczą.

– Niezwykle istotne jest dowartościowanie zawodu opiekuna osoby starszej czy niesamodzielnej. Powinno to oznaczać poprawę zarobków, odpowiednie dofinansowanie kształcenia i wsparcia w zakresie informacji, a także umożliwienie pracownikom brania urlopów. Ponadto należy rozważyć uregulowanie kwestii współfinansowania usługi opiekuńczej przez instytucje samorządowe. Ta praca nie może być nisko płatna, bo to powoduje, że nie mamy odpowiednich kadr, a te które są już wykształcone, mogą wyjechać do pracy do innych krajów. Niewielka płaca nie jest też atrakcyjna dla cudzoziemców. Czynnik ekonomiczny jest istotny, gdyż praca jest trudna, wymaga szczególnych kwalifikacji, a poziom tzw. wypalenia zawodowego może być wysoki – komentuje dr hab. Jolanta Perek-Białas.

Tymczasem Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wraz Ministerstwem Zdrowia skierowało wniosek do Ministerstwa Edukacji Narodowej w sprawie wprowadzenia do klasyfikacji zawodów szkolnictwa zawodowego nowej profesji – opiekuna osoby niesamodzielnej. Jest to odpowiedzią na brak profesjonalistów w tej dziedzinie. Ponadto w 2017 roku MRPiPS, w ramach Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój, podjęło działania mające na celu podniesienie poziomu usług opiekuńczych, świadczonych w środowisku zamieszkania osób starszych. Opracowało ich standardy oraz zasady kształcenia opiekunów i asystentów w zależności od stopnia niesamodzielności osób korzystających z pomocy. Resort ma nadzieję, że wpłynie to na poprawę jakości świadczeń oraz wzmocni status zawodów opiekuńczych.

Rosnący deficyt

– Polskie społeczeństwo starzeje się, i to nie jest nowa informacja. Z każdym rokiem przybywa nam osób starszych, wymagających opieki przy jednoczesnym spadku liczby osób młodych, wchodzących na rynek pracy. Dlatego myślę, że w ciągu najbliższych 5-10 lat rynek wymusi podniesienie wynagrodzeń w zawodach opiekuńczych. Wtedy sektor będzie przyciągał nie tylko pracowników zza wschodniej granicy, ale także i Polaków, którzy będą wybierali pracę w kraju, a nie – tak jak to się dzieje dzisiaj – wyjazd na Zachód – stwierdza Katarzyna Bieniek.

Jak wynika z symulacji, przeprowadzonych przez dr Zofię Szwedę-Lewandowską z Instytutu Gospodarstwa Społecznego Szkoły Głównej Handlowej, w 2035 roku do opieki nad grupą niesamodzielnych seniorów po 65. roku życia (liczącą wówczas ok. miliona osób) potrzeba będzie ponad 260 tys. opiekunów. Biorąc pod uwagę wszystkich dorosłych ludzi wymagających stałego wsparcia, za 17 lat w tym zawodzie będzie około 500 tys. miejsc pracy. Problem braków kadrowych może częściowo rozwiązać geronotkolonializm, czyli wysyłanie emerytów przez rodziny do miejsc, w których opieka i życie jest tańsze. Może również zacząć rozwijać się teleopieka.

W 2018 roku rynek leasingu w Polsce wzrośnie o 20 proc.

Polski rynek leasingu w ostatnich latach rozwija się bardzo dynamiczne, odnotowując dwucyfrowe tempo wzrostu. W ubiegłym roku wartość sfinansowanych transakcji wyniosła 67,8 mld złotych. W 2018 roku spodziewany jest dalszy wzrost o ponad 20 proc., do poziomu 83 miliardów złotych. Łączna wartość aktywów będących w użytkowaniu przedsiębiorców lub finansowanych przez branżę leasingową w połowie 2018 roku wyniosła 137 miliardów złotych.

– Największy udział w rynku leasingu mają samochody lekkie – osobowe oraz dostawcze do 3,5 tony – służące przedsiębiorcom w działalności gospodarczejPo trzech kwartałach 2018 roku segment ten stanowił 46 proc. całego rynku – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sugajski, dyrektor generalny Związku Polskiego Leasingu – Szacuje się, że wartość sfinansowanych transakcji w tym zakresie wyniesie pod koniec roku ok. 40 miliardów złotych. Oznacza to przyrost rok do roku na poziomie 30 proc. To porównywalne tempo do tego, jakie obserwowano w ubiegłych latachPozostałe segmenty rynku to ciężkie środki transportu drogowego – m.in. ciągniki siodłowe oraz naczepy i przyczepy, a także maszyny i urządzenia. Największy udział mają maszyny rolnicze, budowlane, również sprzęt medyczny oraz urządzenia wykorzystywane do produkcji metalu, tworzyw sztucznych i wózki widłowe. Rynek nieruchomości stanowi niewielki procent całej branży leasingowej. Na początku lat 2000 było to ok. 10 proc., obecnie poziom ten spadł do 1 proc. Niewielki jest też udział świadczeń na rzecz podmiotów publicznych – ocenił Sugajski.

W tym roku hasło „Black Friday” było wyszukiwane trzykrotnie częściej niż w 2017

Użytkownicy największych na rynku aplikacji agregujących promocje gazetkowe zwiększyli swoją aktywność w kwestii poszukiwania fraz dot. Czarnego Piątku. W porównaniu do zeszłego roku nastąpił ogromny wzrost, bo o blisko 80%. W br. hasło „Black Friday” było wyszukiwane prawie trzykrotnie częściej niż rok temu. W ub. roku było na 4. pozycji, a w tym – na 1. Poprzednio najwyższe noty miał telewizor, który teraz nie znalazł się nawet w pierwszej 15. Już drugi raz z rzędu na 2. pozycji był laptop. I tym razem prawie dwa razy częściej go szukano. Odnotowano też, że popularniejsze stały się marki konkretnych producentów niż nazwy sklepów, jak to było w 2017 roku. Najbardziej aktywni okazali się konsumenci w dużych miastach.

Co napędza Polaków?

Jak zauważa Marcin Lenkiewicz, wiceprezes Grupy Mobilnej Qpony-Blix, odpowiedzialnej za analizę fraz wyszukiwanych przez 1,5 mln użytkowników gospodarstw domowych, z roku na rok wzrasta zainteresowanie Polaków Czarnym Piątkiem. Wpływa na nie mobilizacja sprzedawców i rosnąca ilość reklam dot. Black Friday. Konsumenci coraz częściej korzystają więc z aplikacji pomagających im w znalezieniu najlepszych okazji.

– Ludzie reagują euforią, spodziewając się dużych przecen, a retailerzy wykorzystują to jako okazję do sprzedaży dodatkowych produktów. Dla sprzedawców każda masowa akcja mobilizująca konsumentów jest dobra. Dodatkowo ci, którzy nie wejdą w nią, mogą bardzo dużo stracić. Zatem nawet jeśli nie stosują wysokich przecen, to i tak promują się pod nazwą Black Friday – mówi Sebastian Starzyński, prezes Instytutu Badawczego ABR SESTA.

Z kolei dr Maria Andrzej Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego, twierdzi, że firmy stać na atrakcyjne oferty, poprzedzone wyraźną komunikacją. Natomiast Polacy mają do dyspozycji więcej pieniędzy, bo wzrosły ich wynagrodzenia. Ugruntowało to pozycję Czarnego Piątku w kulturze konsumpcji. Sukces z 2017 roku stymulował tegoroczny.

– Trzeba dodać, że w tym roku polski handel mocniej komunikował Black Week niż sam Czarny Piątek. Większość ofert specjalnych była dostępna już od poniedziałku, co bez wątpienia wpłynęło na znacznie większe zainteresowanie frazą „Black Friday” w br. niż w ub. roku. Poprzednio ww. hasło było na 4. pozycji w naszym rankingu, a tym razem – na 1. miejscu – informuje Marcin Lenkiewicz.

Zdaniem Sebastiana Starzyńskiego, to tzw. efekt śnieżnej kuli, wynikającej z przymusu nieodstawania od reszty rynku. Jeśli w 2017 roku jakiś retailer nie promował się pod hasłem „Black Friday”, a zauważył, że inny, który to robił, miał znacznie większy ruch w sklepie, to teraz sam musiał zaoferować promocje. Ekspert przewiduje, że z roku na rok straty nieuczestniczących w akcjach firm, w postaci realizacji mniejszego wzrostu obrotów w tym okresie niż konkurencja, mogą być coraz większe.

Najpopularniejsze sprzęty

– W zeszłym roku na 1. miejscu w zestawieniu TOP10 był telewizor, a w tym roku nie znalazł się nawet w TOP15. Wynika to z tego, że sieci marketów oferujących artykuły RTV i AGD stale szeroko komunikują swoje promocje. Konsument mógł przyzwyczaić się do rabatów na ten asortyment i nie wyczekiwał obniżek na ww. sprzęt z okazji Black Friday – stwierdza wiceprezes Grupy Mobilnej Qpony-Blix.

Dr Faliński zwraca uwagę na to, że minął tylko rok i tego typu produkt jeszcze nie zdążył się zużyć. Telewizory nie starzeją się aż tak szybko. Popyt na nie spada ze względu na konkurencję innych nowoczesnych sprzętów. I trzeba przyznać, że znacznie szybciej przestarzałe technologicznie stają się laptopy, które w zeszłorocznym i w tym rankingu były na 2. miejscu.

– Płaskie telewizory mamy od wielu lat i te kupione 5-10 lat temu nadal spełniają swoje funkcje, co trudno powiedzieć o laptopach. Z każdym rokiem przenośny komputer ma coraz więcej ograniczeń. Jednocześnie rośnie ilość jego zastosowań. Można na nim oglądać np. platformy streamingowe typu Netflix i w ten sposób używać go jako substytut telewizora – przypomina prezes Starzyński.

W tym roku laptop był też prawie 2 razy częściej poszukiwany niż poprzednio. Marcin Lenkiewicz zaznacza, że jest to produkt szeroko promowany już nie tylko w sieciach ze sprzętem multimedialnym. Przed Black Week zachęcały do jego zakupu również hipermarkety, a nawet dyskonty. I z tego wynika wysoka pozycja ww. sprzętu w rankingu.

– W 2017 roku na 3. pozycji był odkurzacz, a w obecnym zestawianiu wypadł poza TOP15. To urządzenie również ma długi czas tzw. starzenia się moralnego i po osiągnięciu pewnego progu nasycenia rynku, czyli gospodarstw domowych, popyt bieżący spada. Dopiero duża zmiana technologiczna może odmienić ten trend – tłumaczy prezes Starzyński.

Sklepy vs marki

Rok temu wśród wyszukiwanych fraz pojawiały się nazwy sklepów z elektroniką – Media Expert i Media Markt – odpowiednio 7. i 11. miejsce. Wiceprezes Grupy Mobilnej Qpony-Blix uważa, że dla konsumenta dużo ważniejsze stało się porównywanie ofert wybranego produktu w całym kanale online i offline. Zwiększyła się również świadomość klientów, którzy nie chcą już bazować na wyselekcjonowanym przez daną sieć asortymencie.

– Poprzednio przy mniejszej rywalizacji sieci mogły łatwiej się wypromować, przez co częściej były poszukiwane w Internecie. W tym roku konkurencja jest większa, zatem nazwy sklepów spadają z listy fraz, a są zastępowane przez produkty i marki popularnych produktów – podkreśla ekspert z Instytutu Badawczego ABR SESTA.

W tym roku wysokie pozycje miały marki Samsung i Huawei – odpowiednio 6. i 14. Jak wynika z obserwacji Marcina Lenkiewicza, producenci sami bardzo mocno zaczęli komunikować Black Friday jako opcję na okazyjne zakupy. Smartfony i sprzęty elektroniczne to topowe kategorie produktów, na których obniżki czekają deal hunterzy.

– Te marki są intensywnie i kulturowo trafnie promowane. Poza tym działania konkurentów są zbieżne. Samsung broni swojej pozycji, zagrożonej m.in. przez Huawei. A ten drugi zdobywa rynek. Walczą o klienta ceną, jakością i obsługą. Na tym najbardziej korzysta konsument. Ma różnego rodzaju bonusy i promocyjne warunki zakupu – ocenia dr Faliński.

Największa aktywność

Przeszukiwaniem aplikacji agregujących promocje zajmowali się głównie mieszkańcy dużych miast – Warszawy, Krakowa, Wrocławia, Poznania i Katowic – ogółem 43% całej aktywności. W opinii Sebastiana Starzyńskiego, jest to związane z modą na nowe święto zakupów. Z czasem przeniesie się ona do mniejszych ośrodków.

– W miastach wystąpił najbardziej zauważalny efekt koniunktury. Ludzie zarabiają najwięcej i najszybciej rosną ich wynagrodzenia. Jest tam skoncentrowany popyt, związany również z gęstym zaludnieniem. Promocjami są zainteresowani wszyscy Polacy, ale kontakt z komunikacją promocyjną oraz grubość przeciętnego portfela młodego człowieka tworzy zjawisko miejskości Black Friday – analizuje prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego.

Z kolei wiceprezes Grupy Mobilnej Qpony-Blix wyjaśnia, że aplikacje agregujące promocje i gazetki paradoksalnie nie generują znacznej sprzedaży w e-commerce, a raczej kierują klientów do sklepów stacjonarnych. Wielkopowierzchniowe placówki ze sprzętem elektronicznym czy centra handlowe nadal w dużej mierze są skupione w większych miastach. Dzięki ich bliskości shopperzy mogą zapoznać się z ofertami dot. Black Week czy Black Friday i efektywnie zaplanować zakupy.

Patrząc na dynamikę poszukiwań od poniedziałku do piątku, widzimy, że w zeszłym roku największym obłożeniem cieszył się czwartek, a potem piątek. Natomiast w tym roku rekordy bił czwartek. A następna była środa. Z kolei wtorek okazał się blisko 17 razy słabszy od najaktywniejszego dnia. To duży spadek. W zeszłym roku było to tylko 2 razy mniej. Nawet poniedziałek był teraz lepszy o blisko 9 razy.

– W poniedziałek sieci często komunikują swoje oferty. W tego typu aplikacjach agregujących promocje zawsze w tym dniu widać zwiększony ruch. I tak samo było w pierwszym dniu tego tygodnia. Dlatego miał lepszy wynik niż wtorek, kiedy aktywność mocno spadła. Intensyfikacja przekazu reklamowego komunikującego rabaty była tak mocna w tym roku we wszystkich mediach zasięgowych, że naturalnie na dwa dni przed samym Black Friday konsument poszukiwał okazji. Niektóre sieci przeddzień dały dostęp do ofert piątkowych. Jednak zakup można było sfinalizować jedynie poprzez dedykowaną aplikację mobilną ­– podsumowuje Marcin Lenkiewicz.

ACAMS w Polsce – komentarz Anny Urbańskiej ze Standard Chartered

Komentarz Anny Urbańskiej, szefowej Pionu Przeciwdziałania Przestępczości Finansowej w globalnym centrum usług Standard Chartered w Warszawie, nt. powstania polskiego oddziału ACAMS, największej międzynarodowej organizacji zrzeszającej specjalistów w dziedzinie przeciwdziałania praniu pieniędzy i przestępczości finansowej.

Powstanie lokalnego oddziału ACAMS to dobra informacja zarówno dla polskich ekspertów w dziedzinie przeciwdziałania praniu pieniędzy i przestępczości finansowej, jak i w szerszym kontekście gospodarczym. Do tej pory w naszym kraju brakowało platformy wymiany wiedzy, doświadczeń i rozwoju kompetencji, umożliwiającej integrację tej grupy ekspertów. Tymczasem, ich grono w Polsce rośnie. Dynamiczne zmiany w obszarze technologii i telekomunikacji powodują, że metody działania przestępców finansowych wciąż ewoluują, co z kolei wymusza intensyfikację działań podejmowanych przez regulatorów, organy ścigania i  instytucje finansowe.

Powstanie polskiego oddziału ACAMS potwierdza istotną rolę, jaką odgrywa nasz rynek w obszarze przeciwdziałania praniu pieniędzy i przestępczości finansowej. W ciągu ostatnich kilkunastu lat kolejne międzynarodowe instytucje finansowe tworzyły nad Wisłą jednostki odpowiedzialne za monitorowanie transakcji, identyfikację elementów budzących wątpliwości i powstrzymywanie przepływów mogących służyć finansowaniu działalności przestępczej. Bogata baza specjalistów z odpowiednimi kompetencjami kierunkowymi, dobrą znajomością języka angielskiego oraz takimi cechami osobowości, jak dociekliwość
i umiejętność niestandardowego myślenia – to argumenty, które czynią z Polski atrakcyjną lokalizację dla tego typu inwestycji, a z polskich pracowników pożądanych profesjonalistów w tym obszarze. W tym roku do grona tych instytucji dołączył Standard Chartered, jeden z wiodących banków międzynarodowych, który buduje w Warszawie zespół złożony z doświadczonych ekspertów w dziedzinie przeciwdziałania praniu pieniędzy i przestępczości finansowej. Planujemy, że do końca 2018 roku nasz zespół w Polsce będzie liczył ok. 100 pracowników, a w perspektywie kilku lat powiększy się do kilkuset osób.

Na polskim rynku dostrzegamy coraz większą aktywność w tym obszarze, zarówno po stronie międzynarodowych instytucji niefinansowych (np. firm konsultingowych), jak i instytucji finansowych z polskim rodowodem. Rośnie także świadomość kluczowej roli, jaką sektor finansowy i uczestnicy obiegu gospodarczego reprezentujący inne branże odgrywają w przeciwdziałaniu finansowania terroryzmu, handlu żywym towarem, przemytu broni czy działalności gangów narkotykowych. Sam tylko proceder prania pieniędzy, bez uwzględnienia innych rodzajów przestępstw finansowych, to zjawisko na ogromną skalę. O jego rozmiarach świadczą liczby – Biuro Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Narkotyków i Przestępczości (UNODC) szacuje, że suma pieniędzy wypranych rocznie w skali globalnej wynosi od 2 do 5 proc. światowego PKB.

Polskie firmy coraz bardziej cyfrowe i nastawione na wdrażanie nowych technologii. Cyfrowa rewolucja do 2025 roku może wzbogacić PKB o 275 mld zł

Polskie firmy coraz bardziej cyfrowe i nastawione na wdrażanie nowych technologii. Cyfrowa rewolucja do 2025 roku może wzbogacić PKB o 275 mld zł 7

– Dzisiaj największy worek z pieniędzmi dla przedsiębiorców to ten, który służy wydatkom na innowacje, na badania i rozwój oraz nowe technologie – mówi minister przedsiębiorczości i technologii Jadwiga Emilewicz. Jak ocenia, polskie firmy powoli przestawiają się na tory cyfrowej transformacji z korzyścią dla całej gospodarki. W cyfryzację kraju inwestuje też biznes. Orange Polska realizuje szereg inwestycji mających na celu wspieranie przekształceń cyfrowych. Prezes spółki Jean-François Fallacher podkreśla, że firmy muszą zacząć postrzegać zachodzące zmiany jako nowe możliwości, a nie zagrożenia.

– Przemysł 4.0 to przede wszystkim wymiana ogromnej liczby danych, bezpieczeństwo tych danych, a także standard przesyłu. Tworzenie tych standardów jest z całą pewnością rolą administracji. Biznes musi wykazać przede wszystkim wolę, chęć udziału w tej rewolucji przemysłowej, gotowość do pewnych inwestycji, bo bez nich się nie obędzie, i gotowość do zatrudniania osób, które swoimi kompetencjami wspomogą tę transformację. Przypomnę, że Przemysł 4.0 to przyspieszenie cyklów produkcji, obniżenie kosztów, a także dostarczanie usług i towarów szytych na miarę odbiorców – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes minister przedsiębiorczości i technologii Jadwiga Emilewicz.

Jak ocenia, polskie firmy powoli, ale jednak zmierzają w kierunku cyfrowej transformacji. Zwłaszcza te małe i średnie, które dostrzegają jak szybko przynosi im to realne, wymierne korzyści materialne. Z najnowszego raportu firmy McKinsey „Polska jako cyfrowy challenger” wynika, że do 2025 roku cyfryzacja może przynieść polskiemu PKB dodatkowe 275 mld zł.

– My ze strony ustawowej staramy się tworzyć taką platformę, która tę cyfrową transformację przyspieszy. Ustawa o Platformie Przemysłu Przyszłości jest na ostatniej legislacyjnej prostej w Sejmie. Ta platforma będzie miała formę fundacji, za sprawą której będzie możliwe realne partnerstwo publiczno-prywatne, które po pierwsze, będzie edukować, a po drugie, tworzyć centra demonstracyjne dla firm. Mamy bowiem świadomość, że małych i średnich przedsiębiorców nie stać na to, aby samodzielnie budować duże linie produkcyjne gospodarki 4.0, w pełni zautomatyzowane, komunikujące się ze sobą. Takie centra pilotażowe powstaną w ciągu najbliższych lat – mówi minister Emilewicz.

Szefowa MPiT podkreśla, że obecnie największy worek z pieniędzmi dla przedsiębiorców to ten, który służy wydatkom na innowacje, na badania i rozwój oraz nowe technologie. Jednocześnie program Start in Poland, adresowany do młodych spółek technologicznych, to największy tego typu program w Europie Środkowej.

– Dysponujemy zatem środkami zarówno na opracowanie technologii, jak i na wystawianie linii pilotażowych, na pierwsze pilotażowe produkcje. Tego typu dofinansowanie mogą dostać zarówno duże firmy, te przede wszystkim w NCBiR, a także mali i średni przedsiębiorcy w PARP – mówi minister Jadwiga Emilewicz.

Prezes Orange Polska Jean-François Fallacher dodaje, że dla polskich firm rewolucja cyfrowa jest nie tylko źródłem wyzwań, lecz także niesie ze sobą duże szanse, ponieważ umożliwia podnoszenie efektywności i zapewnia dostęp do nowych obszarów działalności. Podkreśla również, że Orange Polska realizuje szereg inwestycji mających na celu wspieranie przekształceń cyfrowych.

– W Polsce inwestujemy znaczne środki w naszą sieć światłowodową, do której podłączyliśmy już przeszło 3 mln gospodarstw domowych. Rozpoczynamy również przygotowania do wdrożenia technologii mobilnych przyszłości. Zrealizowaliśmy ogromne inwestycje w sieć 4G, która obejmuje już ponad 99 procent ludności kraju, i obecnie pracujemy nad siecią piątej generacji. Uruchomiliśmy program pilotażowy w Gliwicach, gdzie wystartowaliśmy z prawdziwą transmisją 5G, pokazując, że bezprzewodowe przesyłanie danych z prędkością 1 Gb/s jest możliwe. Patrząc całościowo, te wszystkie inwestycje przyczyniają się do utworzenia w Polsce infrastruktury, która umożliwi firmom – zarówno małym, jak i dużym – wykorzystanie szans, jakie niesie ze sobą cyfrowa rewolucja. A tych jest moim zdaniem znacznie więcej niż zagrożeń – mówi Jean-François Fallacher.

Prezes Orange Polska podkreśla, że – aby skorzystać na cyfrowej transformacji – firmy muszą postrzegać zachodzące zmiany jako nowe możliwości, a nie zagrożenia, inwestując i dostosowując się do nowych realiów rynkowych. Dodaje także, że uwarunkowania prawne i legislacyjne są absolutnie kluczowym czynnikiem, który pomoże w cyfrowym rozwoju.

Z badania Orange Insights, zrealizowanego na zlecenie Orange Polska, wynika, że obecnie blisko dwie trzecie polskich firm zatrudniających od 100 do 250 pracowników stawia na cyfryzację, by rozbudować systemy wspierające sprzedaż. W nieco mniejszym stopniu skupiają się one na cyfrowym wspieraniu działań marketingowych czy rozwoju platform e-commerce. Choć cyfryzacja jest ważna niezależnie od skali biznesu, to z badania wyraźnie wynika, że duże polskie firmy są dużo bardziej świadome jej znaczenia niż mniejsze przedsiębiorstwa. Dwie trzecie badanych firm traktuje cyfryzację jako jedną z najważniejszych kompetencji w rozwoju biznesu w ich branży.

– Gdy spojrzymy na wyniki badań, rzeczywiście okazuje się, że duże firmy chętniej inwestują w nowe cyfrowe narzędzia. Powiedziałbym, że małe firmy mają z tym nieco więcej problemów, ale one również będą dynamizować swoje działania na tym polu. Na szczęście mamy też wiele start-upów w obszarze cyfrowym, które określamy angielskim terminem „pure players”. Takie firmy przeważnie rozwijają się o wiele szybciej niż przedsiębiorstwa tradycyjne. Wspieramy więc ich starania, również poprzez korzystanie z podwykonawstwa. Orange często zatrudnia podwykonawców, a ponad 90 proc. z nich to polskie firmy. Myślę więc, że to również przyczynia się do wsparcia ekosystemu biznesowego i budowania jego siły na froncie cyfrowym – mówi Jean-François Fallacher, prezes Orange Polska.

Statystyczny polski dłużnik to 48-latek z Mazowsza. Pożycza głównie na zakup dóbr konsumpcyjnych lub w celu ratowania złej sytuacji finansowej

0

Statystyczny polski dłużnik to 48-latek z Mazowsza. Pożycza głównie na zakup dóbr konsumpcyjnych lub w celu ratowania złej sytuacji finansowej 8

Statystyczny polski dłużnik to 48-latek i mieszkaniec Mazowsza – taki obraz wyłania się z danych Grupy Kruk, która wspólnie z Wyższą Szkołą Bankową we Wrocławiu zbadała podejście Polaków do zadłużenia. Z badania wynika, że obok zasobności portfela na skłonność do zadłużania się wpływają także indywidualne cechy charakteru, czasem wyniesione jeszcze ze szkoły podstawowej, takie jak systematyczność, skłonność do ryzyka czy wrodzony optymizm. Zdaniem ekspertów zmienia się również społeczne podejście do tego problemu, który nie jest już tematem wstydliwym. Zdecydowana większość, bo 71 proc. osób, które mają zaległości finansowe, postrzega to jako zwyczajny problem, który należy szybko rozwiązać.

– Gdybyśmy chcieli przedstawić statystyczną osobę zadłużoną, to z pewnością byłby to 48-letni mężczyzna i najprawdopodobniej byłby mieszkańcem województwa mazowieckiego. Z naszych danych wynika, że spośród wszystkich spraw, które obsługujemy, ponad 60 proc. należy do mężczyzn. Z tego wynika, że mężczyźni mają większe skłonności do zadłużania się niż kobiety – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Salach z Grupy KRUK.

Jak wynika z badania „Polacy o długach”, przeprowadzonego przez Wyższą Szkołę Bankową z Wrocławia we współpracy z Grupą KRUK, na skłonność do zadłużania się wpływają nie tylko złe nawyki finansowe, zasobność portfela czy nagłe sytuacje życiowe. Liczą się także indywidualne cechy charakteru,  czasem wyniesione jeszcze ze szkoły podstawowej, takie jak systematyczność czy skłonność do ryzyka.

– Nasze nawyki z dzieciństwa, chociażby obowiązkowość w odrabianiu lekcji, mogą wpływać na naszą skłonność do zadłużania się. Okazuje się, że osoby zadłużone są bardziej ryzykowne. Co paradoksalnie może też świadczyć o ich przedsiębiorczości. Natomiast osoby, które są obowiązkowe i raczej się nie zadłużają, pochodzą bardzo ostrożnie do ryzyka, a więc także korzystania z różnych produktów inwestycyjnych – dodaje Agnieszka Salach.

Paradoksalnie, jednym z czynników, który potęguje skłonność do zadłużania się, jest optymizm. Z badania wynika, że osoby, które są bardziej pozytywnie nastawione do życia, mają jednocześnie większą skłonność do zaciągania kredytów i pożyczek, a mimo to 54 proc. z nich sądzi, że sytuacja ich gospodarstwa domowego i  poprawi się w nadchodzących latach.

Wyniki wspomnianego badania pokazują, że osoby zadłużone zwykle oszczędzają pieniądze w gotówce. Natomiast klienci, którzy są wolni od zaległości finansowych, chętniej inwestują swoje i korzystają z różnych produktów bankowych.

Około 42 proc. osób, które mają lub miały zadłużenie, odpowiedziało w badaniu, że ma jakieś oszczędności. Wskazywały, że zbierają te pieniądze na zabezpieczenie swojej przyszłości finansowej. Można byłoby się zastanowić: skoro mają oszczędności, dlaczego nie spłacają długu?

– Obserwujemy obecnie, że oszczędzanie jest zjawiskiem modnym, na czasie. Wszędzie widzimy zachęty związane z oszczędzaniem, obserwujemy budowanie tych oszczędności także przez gospodarstwa domowe o niższych dochodach. One są niezbędne do tego, żeby zabezpieczyć się na wypadek nieprzewidzianych zdarzeń losowych. Obecnie na takie zdarzenia losowe zaciągamy kredyty i pożyczki. W dużej mierze robią tak osoby, które później mają problem z ich spłacaniem, dlatego te oszczędności powinniśmy budować regularnie. Nawet jeżeli będą to niewielkie kwoty, daje to pewną stabilizację dla finansów gospodarstwa domowego – komentuje dr Tomasz Rólczyński, ekspert Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

Jak podkreśla, różnice pomiędzy osobami zadłużonymi a niezadłużonymi wynikają m.in. z tego, w jakim celu zaciągają nowe kredyty, pożyczki czy inne zobowiązania finansowe.

– Zarówno osoby bez problemów, jak i te, które mają kłopoty ze spłatą swoich długów, najchętniej zaciągają pożyczki na sprzęty gospodarstwa domowego, zakup dóbr trwałego użytkowania, zadłużają się również na zakup mieszkania. Jednak osoby, które mają problemy ze spłatą zadłużenia, często zaciągają kredyty i pożyczki także na zakup dóbr konsumpcyjnych. To jest pierwsza rzecz, która zdecydowanie różnicuje te dwie grupy osób. Możemy także zauważyć różnice w tym, gdzie się zadłużają. Osoby, które mają problemy ze spłatą swoich zobowiązań finansowych, zdecydowanie częściej zaciągają kredyty i pożyczki w parabankach, korzystają z krótkoterminowych pożyczek na telefon – mówi dr Tomasz Rólczyński.

Najbardziej niepokojące jest to, że niemal co trzecia osoba zmagająca się z długami bierze pożyczkę lub kredyt, żeby spłacić wcześniejsze zaległości finansowe. To może doprowadzić do spirali zadłużenia, z której już trudniej się wydostać. Dlatego warto się skontaktować z wierzycielem i zaproponować spłatę zadłużenia w ratach – dodaje Agnieszka Salach z Grupy KRUK.

Z badania „Polacy o długach”, przeprowadzonego przez Wyższą Szkołę Bankową z Wrocławia we współpracy z Grupą KRUK wynika także, że zmienia się społeczne podejście do zadłużenia, które przestało być tematem wstydliwym. Obecnie tylko 8 proc. osób zadłużonych uważa dług za wstydliwy temat, a 4 proc. za porażkę życiową. Zdecydowana większość, bo aż 71 proc., postrzega go jako zwyczajny problem, który należy szybko rozwiązać.

70 proc. nowych samochodów w Polsce kupują firmy. Wybierają auta najbardziej ekonomiczne w eksploatacji i wyposażone w innowacyjne systemy bezpieczeństwa

70 proc. nowych samochodów w Polsce kupują firmy. Wybierają auta najbardziej ekonomiczne w eksploatacji i wyposażone w innowacyjne systemy bezpieczeństwa 9

W I półroczu tego roku firmy miały blisko 70-procentowy udział w sprzedaży nowych samochodów osobowych. Ważnym czynnikiem, który decyduje o zakupie aut flotowych, są dla nich względy ekonomiczne i koszt eksploatacji samochodu. Coraz istotniejsze są także nowinki technologiczne czy innowacyjne systemy bezpieczeństwa. Dynamicznie rozwijającym się segmentem są crossovery, dlatego też Ford zaprezentował właśnie swojego flagowego reprezentanta – Forda Focus Active, jak również pozostałe crossovery z rodziny Active. Marka w 2019 roku planuje też kilka dużych nowości.

– Wybierając samochody flotowe, firmy zwracają uwagę przede wszystkim na ich całkowity koszt użytkowania, przez który rozumieją cenę zakupu, wartość rezydualną danego samochodu, zużycie paliwa. Taka kompleksową analizę robią zarówno mali, jak i duzi przedsiębiorcy. Myślę, że w tej analizie nie bez znaczenia jest też fakt, czy dany samochód wyróżnia się innowacyjnością, mam tu na myśli zwłaszcza systemy bezpieczeństwa, do których wszyscy przywiązują bardzo dużą wagę, jak również to, w jaki sposób auto się prowadzi, jak wygląda, jak prezentuje się na drodze – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Biela, dyrektor sprzedaży flotowej Forda.

Boom na rynku motoryzacyjnym trwa w najlepsze – jak podaje Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów – w ubiegłym roku z salonów wyjechało najwięcej nowych samochodów w ostatnich 18 latach. Natomiast w I półroczu tego roku ten wynik został pobity o 10 proc. Z salonów na drogi wyjechało ponad 273 tys. samochodów osobowych. To oznacza, że realne jest przekroczenie w tym roku bariery 0,5 mln nowych sprzedanych samochodów i ustanowienie kolejnego rekordu. Za bardzo dobre wyniki sprzedaży w salonach tradycyjnie odpowiadają przede wszystkim firmy, które w I półroczu br. kupiły 189,5 tys. nowych aut. Według IBRM Samar ich udział w łącznej sprzedaży nowych aut osobowych wzrósł o 2 proc. w pierwszym półroczu i sięgnął blisko 70 proc. Dla porównania udział klientów indywidualnych w sprzedaży nowych samochodów wyniósł nieco ponad 30 proc. (83,7 tys.) – wynika z danych PZWiL.

Ważnym czynnikiem, który decyduje o zakupie aut flotowych, są dla przedsiębiorstw względy ekonomiczne i koszt eksploatacji samochodu. Coraz istotniejsze są też nowinki technologiczne, jak innowacyjne systemy bezpieczeństwa czy telematyka, która pozwala na bieżąco monitorować flotę i optymalizować jej koszty.

– Biznes bardzo często sięga po crossover, dlatego że charakteryzuje je wszechstronne zastosowanie w prowadzonej działalności. Crossovery stwarzają również możliwość zoptymalizowania kosztów w przedsiębiorstwie. Ten segment dynamicznie się rozwija, cechuje go wysoka wartość rezydualna, która wpływa na całkowity koszt użytkowania samochodu, dzięki czemu crossover może zastąpić klasyczny samochód kompaktowy – mówi Wojciech Biela.

Segment samochodów crossover jest obecnie najbardziej dynamicznie rozwijającym się segmentem sprzedażowym na rynku, dlatego Ford wprowadza do tego segmentu swojego flagowego reprezentanta – Forda Focus Active, jak również pozostałe crossovery z rodziny Active.

– Obecnie możemy zaproponować naszym klientom ofertę Fiesty Active czy samochodu KA+ Active i oczywiście Forda Focus, którego po raz pierwszy w Polsce prezentujemy na tegorocznych targach flotowych. Nowy Ford Focus to przede wszystkim szereg innowacyjności, które wprowadzamy właśnie do klasy średniej. W nowym Fordzie Focus po raz pierwszy w tej klasie debiutują rozwiązania takie jak chociażby reflektory LED i wyświetlacz typu head-up, na którym widzimy, co się dzieje na drodze. Wszystkie ostrzeżenia, które są prezentowane właśnie na tym wyświetlaczu – mówi Wojciech Biela, dyrektor sprzedaży flotowej Forda. – W ramach oferty Focus oferujemy rozwiązania dla klientów, którzy cenią sobie ekonomię i niski koszt zakupu samochodu. Mamy również rozwiązania dla tych, którzy cenią odrobinę luksusu i chcą się wyróżnić na drodze albo lubią sportową nutę – dodaje.

Jak podkreśla, Ford ma bardzo szeroką ofertę samochodów osobowych, jak również aut dostawczych, dzięki czemu może zaoferować przedsiębiorstwom kompleksowe rozwiązania, dostosowane do różnych rodzajów potrzeb.

– W segmencie samochodów dostawczych Ford ma w tej chwili jedną z szerszych gam na rynku. Mamy całą nową rodzinę Forda Transit, począwszy od najmniejszego Forda Transit Courier, poprzez Forda Transit Connect, nowo zaprezentowany Ford Transit Custom, a także nasz największy samochód dostawczy, jakim jest Ford Transit, nasz flagowy model. Oczywiście oprócz całej tej rodziny mamy także najlepiej sprzedający się w tej chwili w Polsce pick-up, czyli Ford Ranger. Dzięki tak bogatej gamie możemy zaspokoić w zasadzie wszelkie potrzeby naszych klientów, od najmniejszych samochodów po największe, od samochodów z mniejszym zasięgiem po samochody do długich transportów. Mamy samochody o mniejszej i większej ładowności, od najmniejszych kubatur do przewozu największych ładunków i samochodów wielkogabarytowych – wylicza Piotr Konieczny, kierownik sprzedaży samochodów dostawczych w Ford Polska.

Z danych marki wynika, że blisko połowa (około 45 proc.) firmowych samochodów dostawczych jest przerabiana lub modyfikowana zgodnie z indywidualnymi potrzebami klienta firmowego.

– Mówimy tutaj oczywiście o największej części tego rynku, czyli np. zabudowach na podwoziach, gdzie na podwoziu instalujemy wszelkiego rodzaju skrzynie, kontenery, kontenery izotermiczne, a także o zabudowach we wnętrzu samochodów dostawczych, czyli furgony brygadowe czy furgony izotermiczne do przewozu produktów spożywczych. Oczywiście Ford, współpracując z największymi w Polsce firmami zabudowującymi, również oferuje takie produkty – zaznacza Piotr Konieczny.

Marcin Zasada, strefowy kierownik sprzedaży samochodów dostawczych Forda, podkreśla, że w 2019 roku marka ma w planach cztery duże nowości. Pierwszą będzie odświeżenie modelu Ford Ranger i wprowadzenie nowej jednostki napędowej o pojemności 2 litrów i mocy nawet 213 koni, z momentem obrotowym sięgającym 500 Nm. Przy okazji wprowadzenia nowego, odświeżonego modelu, do oferty wejdzie również wersja specjalna – sportowa wersja Ford Ranger Raptor.

– Kolejna nowość to facelifting naszego koronnego produktu, jakim jest Ford Transit. Przód pojazdu zostanie odświeżony, pojawi się nowa deska rozdzielcza, do oferty trafią też mocniejsze silniki diesla. W przyszłym roku pojawi się też Custom w wersji plug-in hybrid. Jest to nowy produkt oraz pierwszy elektryczny dostawczy model Forda. Będzie hybrydą szeregową, co oznacza, że będzie napędzany wyłącznie poprzez silnik elektryczny. Wielokrotnie nagradzany silnik Ford EcoBoost o pojemności 1 litra jest tak naprawdę w tym samochodzie tylko przedłużaczem zasięgu, czyli stanowi poniekąd generator prądu dla baterii. Silnik elektryczny czerpie prąd właśnie z tych baterii i napędza koła. Co ciekawe, dzięki temu rozwiązaniu całkowity zasięg samochodu będzie wynosił ponad 500 km, a zasięg wyłącznie na silniku elektrycznym będzie wynosił 50 km – wylicza Marcin Zasada.

Custom w wersji plug-in hybrid będzie również wyposażony w trzy tryby jazdy – kierowca będzie mógł określić, czy chce jeździć wyłącznie na silniku elektrycznym, w trybie automatycznym albo w trybie wykorzystującym silnik spalinowy, co pozwoli nagromadzić jak najwięcej energii w baterii i później zużyć ją np. w centrum miasta.

Ekspert marki podkreśla, że podobnie jak w samochodach osobowych, tak i w autach dostawczych przyszłością są napędy hybrydowe i elektryczne. Wynika to chociażby z uwarunkowań legislacyjnych.

– Takie samochody będą w pierwszej kolejności popularne w centrach miast, gdzie za chwilę pojawi się zakaz wjazdu pojazdów z silnikami spalinowymi. Towary, usługi czy innego rodzaju produkty nadal trzeba będzie tam dostarczać i wtedy pojazdy z silnikami elektrycznymi będą niezastąpione. Aktualnie spotykamy się w Polsce z bardzo dużym zainteresowaniem klientów biznesowych samochodami elektrycznymi, szczególnie w branży kurierskiej. Natomiast trzeba mieć świadomość tego, że dopóki nie zostaną wprowadzone regulacje prawne premiujące napędy alternatywne, takie jak samochody hybrydowe czy samochody elektryczne, dopóty nie spodziewamy się w Polsce sprzedaży dużych wolumenów tego typu pojazdów – ocenia Marcin Zasada.

Warszawa to biznesowe centrum tej części Europy. 30 inwestorów z listy 500 największych przedsiębiorstw świata ma tu swoje centra usług biznesowych

Warszawa to biznesowe centrum tej części Europy. 30 inwestorów z listy 500 największych przedsiębiorstw świata ma tu swoje centra usług biznesowych 10

Warszawa jest drugim największym ośrodkiem usług biznesowych w Europie Środkowo-Wschodniej i jednym z największych w całej Europie. Działalność prowadzi tu 215 centrów usług, należących do 206 inwestorów z 27 państw, które zatrudniają 55 tys. pracowników. Do końca 2020 roku w stolicy będzie działać 240 centrów, a zatrudnienie wzrośnie do 65 tys. osób – prognozuje ABSL. Dynamicznie rośnie też wynagrodzenie w warszawskich centrach usług. Średnie zarobki specjalistów sięgają 10 tys. zł brutto.

 Warszawa jest drugim największym ośrodkiem centrów usług biznesowych. Jest też miastem, które się bardzo dynamicznie rozwija – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marcelina Godlewska, członek zarządu ABSL.

Warszawa już od kilku lat uznawana jest za jedno z bardziej przyjaznych dla biznesu miast w Europie, co potwierdza najnowszy raport ABSL „Usługi biznesowe w Warszawie”.

– Warszawa jest dziś centrum kompetencyjnym, ośrodkiem, gdzie dynamicznie rozwijają się zaawansowane usługi biznesowe. Śmiało można stwierdzić, że znajdujemy się dziś w tej samej lidze, co Dublin czy Londyn, zwłaszcza jeżeli chodzi o centra finansowe – przekonuje Marcelina Godlewska.

Dziś w stolicy działa 215 centrów usług dla biznesu, które zatrudniają 55 tys. osób. Najwięcej jest centrów IT (82) i usług wspólnych (80). Jest też 40 centrów outsourcingu usług biznesowych (BPO) oraz 13 centrów badawczo-rozwojowych (R&D). Od początku 2017 roku powstały 22 nowe centra, a do końca 2020 roku może już ich być 240. Do końca dekady zatrudnienie może się zwiększyć o kolejne 10 tys. osób.

– Jeżeli chodzi o typ usług, które są świadczone z ulokowanych w Warszawie centrów, to dominującymi sektorami są IT i finanse, w tych obszarach odnotowujemy najbardziej dynamiczny wzrost. Najwięksi pracodawcy to Citi, Accenture, BNP Paribas, DSV czy DXC – wymienia Marcelina Godlewska.

Niemal co czwarte warszawskie centrum usług biznesowych należy do firm z USA (60). Polskie przedsiębiorstwa mają 45 centrów, podmioty z Wielkiej Brytanii – 21, a z Francji – 20. Tego typu obiekty ma dziś w Warszawie aż 30 inwestorów z listy 500 największych przedsiębiorstw świata. Przyciągają ich przede wszystkim wykwalifikowane kadry. Na ponad 60 warszawskich uczelniach studiuje ponad 195 tys. osób, a co roku rynek pracy zasila ponad 53 tys. absolwentów.

– Warszawa jest też na pewno ośrodkiem, w którym są najwyższe wynagrodzenia. W tej chwili średnie wynagrodzenie specjalistów zatrudnionych w sektorze może sięgać nawet około 10 tys. zł. Osoby, które rozpoczynają karierę w sektorze, czy to w funkcjach finansowych czy IT i mają do 3 lat doświadczenia, startują od kwoty 5–7 tys. zł brutto. Osoby z doświadczeniem powyżej 3 lat mogą liczyć na 8,5–11 tys. zł brutto w  sektorze finansowym. W przypadku ról menadżerskich i osób zarządzających teamami na poziomie 50 osób, mówimy o wynagrodzeniach nawet 25 tys. zł brutto – podkreśla Marcelina Godlewska.

Pracownicy warszawskich centrów posługują się łącznie 34 językami obcymi. Jednocześnie popularne są premie z racji posługiwania się więcej niż jednym językiem obcym – np. znajomość niemieckiego może podwyższyć miesięczną pensję nawet o 1,2 tys. zł brutto.

Połowa polskich start-upów to eksporterzy. Ekspansja na rynki zagraniczne to dla nich warunek rozwoju

Połowa polskich start-upów to eksporterzy. Ekspansja na rynki zagraniczne to dla nich warunek rozwoju 11

„Polska to blisko 40-milionowy rynek. Wystarczająco duży, by na nim rozpocząć działalność, ale grożący pułapką średniego wzrostu” – wynika z ostatniego raportu fundacji Startup Poland. Dlatego dla polskich start-upów kluczowym warunkiem rozwoju jest wychodzenie ze swoimi pomysłami za granicę, ekspansja na globalny rynek. 

Inicjatywą, która ma wspierać młode przedsięwzięcia w ekspansji, jest program akceleracyjny Startberry, który w połowie października ogłosił drugą rundę akceleracji spółek technologicznych. Zakwalifikowane firmy będą rozwijać swój biznesowy potencjał pod okiem ekspertów EY, Microsoft oraz Senfino.

Początkujące pomysły i start-upy wymagają bardzo różnego wsparcia nie tylko wsparcia od strony consultingu finansowego czy prawnego, lecz także przepisu na marketing, przepisu na to, jak budować ofertę dla klientów, jak współpracować z innymi firmami czy jak wychodzić poza rynek lokalny i konkurować globalnie. Dlatego zapraszamy start-upy do Startberry. Od roku już nie tylko samą przestrzenią, lecz także programem akceleracyjnym –umożliwiamy start-upom podejście do swojego biznesu w skali makro, w skali globalnej – mówi Wojciech Życzyński, senior business development manager w Microsoft Polska.

Jak wynika z ostatniego raportu fundacji Startup Poland, na sprzedaż swoich produktów bądź usług za granicą decyduje się już co drugi polski start-up (46 proc.). To bardzo dobry wynik, zwłaszcza na tle sektora MŚP (z danych GUS wynika, że zaledwie 5 proc. małych lub średnich firm eksportuje swoje towary, a 1 proc. – usługi). Pod względem aktywności zagranicznej start-upom bliżej więc do dużych przedsiębiorstw. Co piąty start-up, który eksportuje swoje produkty bądź usługi, może się pochwalić zagranicznym biurem swojej firmy. Dane fundacji Startup Poland pokazują też, że start-upy, które decydują się na ekspansję i wychodzą na rynki zagraniczne, dobrze na tym wychodzą. Zarabiają więcej i szybciej, zatrudniają więcej osób i otrzymują wyższe dofinansowania – głównie od funduszy venture capital.

Ekspert Microsoft Polska Wojciech Życzyński podkreśla, że polskie start-upy w branżach takich jak medycyna, usługi finansowe czy choćby produkcja mają bardzo innowacyjne pomysły. Jednak często te innowacyjne projekty mają stosunkowo niewielką grupę odbiorców na rynku lokalnym. Dlatego wychodzenie ze swoimi pomysłami za granicę, budowanie partnerstwa na rynku globalnym jest polskich start-upów krytycznym warunkiem rozwoju.

Inicjatywą, która ma wspierać młode przedsięwzięcia w ekspansji, jest Startberry – szyty na miarę program akceleracyjny oraz przestrzeń dla start-upów. Projekt jest wynikiem współpracy Microsoftu, Senfino i firmy doradczej EY. Jest to program przeznaczony dla dojrzałych przedsięwzięć biznesowych, które etap planowania mają już dawno za sobą. Uczestnicy mają nie tylko gotowe prototypy swoich rozwiązań, niektórzy z nich mogą pochwalić się już pierwszymi wdrożeniami. Rolą partnerów projektu jest wsparcie uczestników programu w lepszym dopasowaniu oferty do rynku, przygotowaniu odpowiedniej strategii marketingu i sprzedaży a – co najważniejsze – w dotarciu z ofertą poza granice kraju.

Po pierwszym roku funkcjonowania programu Startberry mamy takie dwa wnioski, na które chcemy zwracać uwagę start-upom od strony biznesowej. Pierwszy to budowanie partnerstw, żeby wychodzić do klientów i dużych organizacji z gotowym rozwiązaniem, które wpisuje się w różne obszary ich działania. Druga rzecz to właśnie ten rynek globalny – czyli konkurujemy nie tylko na rynku polskim, lecz także myślimy w skali makro, myślimy o całym świecie, o naszym rynku i naszych rozwiązaniach adresujących potrzeby całego globu – mówi Wojciech Życzyński.

W pierwszej rundzie akceleracji Startberry wzięło udział dziesięć projektów tworzących rozwiązania m.in. dla takich sektorów jak telemedycyna, analityka operacji finansowych, komunikacja wewnętrzna czy nowoczesne metody rekrutacji. Były wśród nich m.in.: Migam, FrameLOGIC – firma tworząca systemy zarządzania transportem oparte na AI, Vector Synergy oferująca usługi Cyber Defence, Nuadu – firma z branży technologii edukacyjnych oferująca oparte o dane spersonalizowane środowisko nauczania oraz spółka Medapp, która oferuje urządzenia m.in. do samodzielnego badania EKG, spirometrii, pulsoksymetrii. Każda z firm wzięła udział w szeregu warsztatów oraz indywidualnych sesji z mentorami, udoskonalając nie tylko same rozwiązania, lecz także modele biznesowe czy strategię ekspansji rynkowej.

W połowie października Startberry ogłosił drugą rundę akceleracji spółek technologicznych. Zakwalifikowane firmy będą rozwijać swój biznesowy potencjał pod okiem ekspertów EY, Microsoft oraz Senfino. Mogą liczyć nie tylko na wsparcie merytoryczne czy dostęp do technologii, lecz przede wszystkim na pomoc w dotarciu na zagraniczne rynki i międzynarodowe wdrożenia.

Pierwszy rok funkcjonowania programu akceleracyjnego Starberry to już pierwsze sukcesy. Widzimy, jak start-upy z pierwszej edycji zdobywają klientów na rynku globalnym. Z drugiej strony myślimy o nowych partnerach, tych dziesięciu start-upach, które w tej chwili oddają poniekąd swój biznes w nasze ręce. Myślimy o tym, w jaki sposób budować ich przewagę konkurencyjną na rynku globalnym, jak budować między tymi firmami partnerstwa – podkreśla Wojciech Życzyński, senior business development manager w Microsoft Polska.

Handel detaliczny stawia na nowoczesne technologie. Innowacyjne rozwiązania skutecznie policzą klientów i wyeliminują błędne oznaczenia cenowe

Handel detaliczny stawia na nowoczesne technologie. Innowacyjne rozwiązania skutecznie policzą klientów i wyeliminują błędne oznaczenia cenowe 12

Nowoczesne technologie pozwalają generować coraz doskonalsze statystyki dla handlu detalicznego. Innowacje sprawdzają się również w zarządzaniu polityką cenową i gospodarką magazynową. Dzięki nim można uniknąć drażniących klientów różnic w cenie na półce i przy kasie, a inwentaryzacja towaru z całonocnego przedsięwzięcia z udziałem licznego personelu może się zmienić w zaledwie półgodzinny obchód z czytnikiem wykonywany przez jednego pracownika.

– Retail się robi bardzo wymagającym rynkiem. Na szczęście rozwijają się nowe technologie w tym segmencie. Jedną z kluczowych rzeczy jest poszukiwanie wskaźników i optymalizowanie procesu sprzedaży. Żeby to osiągać, trzeba konwertować na sprzedaż każdego odwiedzającego klienta –ocenia w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Innowacje Andrzej Kiliński, prezes zarządu Shoppertech.

O ile w przypadku sklepów internetowych liczenie unikalnych użytkowników i ich zachowań jest już dopracowane i na tyle precyzyjne, by móc je raportować, o tyle w handlu tradycyjnym nie jest to już takie proste. Raportowanie liczby wchodzących do sklepu osób pozwala na określenie współczynnika porównującego liczbę paragonów do liczby klientów. Statystyki można poszerzyć m.in. o określenie dni i godzin największego nasilenia ruchu, co z kolei pozwala nie tylko na optymalne dopasowywanie ofert promocyjnych, lecz także lepsze zarządzanie obsadą personelu. Pierwsze systemy liczące klientów zaczęły się w Polsce pojawiać wraz z dynamicznym rozwojem galerii handlowych. Ich działanie było jednak z kilku powodów niedokładne.

– Systemy liczenia osób wchodzących oparte na wiązkach podczerwieni, nie rozróżniały, czy wchodzi jedna czy dwie osoby, czy ktoś wychodzi. Dochodziło do tego również liczenie personelu, który wchodząc i wychodząc ze sklepu powodował, że wskaźnik konwersji był zaburzany, czyli nie był dokładny. Obecnie systemy oparte na kamerach stereoskopowych liczą dokładnie wchodzących i wychodzących, a nie liczą pracowników – wyjaśnia Andrzej Kiliński.

Dostępne dziś technologie pozwalają zawęzić do minimum margines błędu przy zliczaniu osób odwiedzających sklep. Dzięki kamerom stereoskopowym można już liczyć osobno wchodzących i wychodzących, a także wyeliminować problem zliczania ruchu generowanego przez personel. Dane generowane przez nowoczesne systemy można opracowywać, by uzyskać miarodajne wskaźniki.

– System jest tak skonfigurowany, że może wysyłać gotowe raporty, np. dzienne czy tygodniowe lub w jakichś odcinkach czasu, i informować, ile osób zliczył. Rozwiązanie może być połączone z systemem kasowym i od razu pokazywać wskaźnik konwersji, jaki jest w danym momencie. Może też być połączone z serwerami pogodowymi, które mogą podpowiadać, dlaczego tak się dzieje, że coś się lepiej sprzedaje. Jest bardzo dużo teraz możliwości dzięki technologiom IP, które umożliwiają łączenie takich rozwiązań – mówi prezes Shoppertech.

Tak skonstruowane systemy liczą klientów z dokładnością bliską stu procent. Indywidualne dotarcie do potencjalnych klientów umożliwiają natomiast smartfony. Dzięki instalowanym w galeriach handlowych beaconom, system rozpoznaje, kiedy klient przechodzi obok sklepu i może wysyłać na jego telefon spersonalizowaną ofertę, niekiedy nawet poszerzoną o rabaty udzielane w oparciu o historię zakupów.

Nowoczesna technologia pozwala lepiej zliczać nie tylko klientów, lecz także znajdujący się w sklepie towar. Tradycyjnie rozumiana inwentaryzacja, czyli spis z natury, polega na fizycznym zliczeniu znajdującego się na ekspozycji i w magazynie towaru oraz porównanie liczby ze stanem teoretycznym wynikającym w faktur i rozchodu. Do tej pory inwentaryzacje w dużych sklepach trwały nawet kilka dni. Technologia pozwala na zrewolucjonizowanie podejścia do problemu sprawdzania stanów magazynowych.

– To, co oferujemy, to system inwentaryzacji w zasadzie codziennej, w oparciu o bezprzewodowe czytniki kodów RFID. Pracownik może przejść i w pół godziny przeskanować sklep o powierzchni około 100–200 mkw., by mieć informację, co danego dnia ma na sali sprzedaży, a co ma na zapleczu. Takie rozwiązanie w oparciu o oprogramowanie TrueVUE jest systemem niewymagającym dużych nakładów – przekonuje ekspert.

Wyzwaniem dla sklepów stacjonarnych jest jednak nie tylko jak najwyższa konwersja i personalizacja ofert, lecz także zadowolenie z obsługi. Jednym z problemów sklepów wielkopowierzchniowych są niezgodności cen na etykiecie z tymi, które pojawiają się na paragonach. Według danych Państwowej Inspekcji Handlowej, która przeprowadziła pod koniec ubiegłego roku kontrolę w 165 sklepach, aż w 80 proc. z nich wykryto nieprawidłowości związane z cenami. Najwięcej nieprawidłowości pojawia się w dniu zmiany oferty promocyjnej. Duże sieci handlowe starają się walczyć z tym problemem i coraz częściej decydują się na wprowadzanie etykiet elektronicznych.

– Ten system daje możliwość zarządzania ceną w wielu sklepach w sposób zdalny, co też oszczędza czas i pozwala zaplanować promocje. W sklepach odzieżowych ceny produktów zmieniają się nawet kilka razy w ciągu tygodnia, więc pracownik musi poświęcać swój czas na obsługę tego, co jest w sklepie, zamiast na obsługę klienta – zauważa Andrzej Kiliński.

Analitycy eMarketer przewidują, że całkowita sprzedaż detaliczna na świecie osiągnie w 2020 roku wartość niemal 28 bln dol.

Polska może stać się europejską potęgą w zakresie sztucznej inteligencji. W administracji publicznej SI będzie wykorzystywana m.in. do kontaktu z obywatelami

Polska może stać się europejską potęgą w zakresie sztucznej inteligencji. W administracji publicznej SI będzie wykorzystywana m.in. do kontaktu z obywatelami 13

Europa chce przeznaczyć 20 mld euro na sztuczną inteligencję. Dzięki temu zbliży się do światowych potęg w tym zakresie – Chin i USA. Także Polska może skorzystać na programie Cyfrowa Europa. Potrzebna jednak do tego jest spójna strategia, która połączy różne branże. Polscy naukowcy są cenieni za granicą, a start-upy z sektora SI należą do światowych liderów. Dzięki środkom będą mogły szybciej się rozwijać i podbijać zagraniczne rynki. Duży potencjał ma branża meblarska, spożywcza i rolna.

– Sektor sztucznej inteligencji w Polsce jest zagadnieniem mocno porozdzielanym. Mamy firmy, które działają w tym obszarze, niektóre sobie całkiem nieźle radzą, ale brakowało wspólnego działania wszystkich instytucji, a nawet wiedzy, ile przedsiębiorstw w tej dziedzinie działa, w jaki sposób je wspomóc, aby ich działania przykładały się do rozwoju polskiej gospodarki. To o tyle ważne, że w najbliższym czasie UE zamierza przeznaczyć spore środki, również centralne, na rozwój sztucznej inteligencji – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Karol Okoński, sekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji.

Chiny na rozwój sztucznej inteligencji w 2017 roku wydały 28 mld dol. W USA tylko na jawne badania nad SI rząd wydał w 2016 roku 1,2 mld dol., a dodatkowe 30 mld dol. stanowiły inwestycje sektora prywatnego – podaje raport Digital Poland „Przegląd strategii rozwoju sztucznej inteligencji na świecie”. Europa do tej pory pozostawała w tyle za potęgami, ale to ma się zmienić.

Komisja Europejska chce uruchomić program „Cyfrowa Europa” (w perspektywie 2021–2027), na który przeznaczone zostanie 9,2 mld euro, z czego 2,5 mld na projekty związane z rozpowszechnianiem sztucznej inteligencji. Do końca 2020 roku łączna kwota na inwestycje sektora prywatnego i publicznego w SI sięgnie 20 mld euro. Skorzysta na tym także Polska, która coraz mocniej inwestuje w SI.

– Do tego potrzebna jest jednak strategia działania, żeby w systematyczny sposób pokazać tę drogę i wesprzeć firmy, pobudzić je do podjęcia trochę większego ryzyka. Ważne są programy bazujące na idei akceleratorów, gdzie firmy dostają na początku niewielkie dofinansowanie, ale żeby podjąć ryzyko, bo a nuż uda się wyprodukować coś, co potem będzie można rozpropagować na masową skalę i co stanie się z kolei polskim produktem, z którym można wyjść na zewnątrz – tłumaczy Karol Okoński.

Już teraz polskie start-upy z sektora SI są postrzegane jako jedne z najmocniejszych na świecie. Wskazuje na to choćby raport Deloitte „Technology Fast 50″, gdzie znalazło się aż osiemnaście polskich spółek. Dzięki wsparciu państwa może ich być jeszcze więcej, dzięki opracowanym przez resort cyfryzacji „Założeniom do strategii AI w Polsce”. Do rozwoju gospodarki opartej na danych kluczowy ma być udział państwa.

– Sztuczna inteligencja i jej rozwój są olbrzymią szansą na to, żeby polskie firmy mogły wejść na ten rynek ze swoimi produktami, żeby polskie firmy nie były tylko biorcami, lecz także tymi, którzy dają rozwiązania do wykorzystania w innych miejscach – ocenia ekspert.

W Polsce innowacje są domeną przemysłu, gdzie elementy sztucznej inteligencji wykorzystuje się w takich obszarach, jak kontrola jakości, prognozowanie zużycia czy zarządzanie łańcuchem dostaw. W rolnictwie sztuczna inteligencja z dużym wyprzedzeniem przewiduje warunki atmosferyczne, doradza, kiedy należy nawozić rośliny, a kiedy będzie najlepszy moment na zbiory. Branża meblarska z kolei jest uznawana za jedną z najbardziej technologicznie rozwiniętych w Europie w zakresie SI.

– Zakładamy, że te branże, także sektor zdrowia, będą tymi, które powinny w pierwszej kolejności przyglądać się konkretnym zastosowaniom sztucznej inteligencji. W administracji publicznej także musimy szukać miejsc, gdzie szczególnie w relacji kontaktu z obywatelem, czy to poprzez formę chatbotów, czyli narzędzi, które przyspieszają i zwiększają jakość obsługi, chcemy oswajać obywateli z tym, że sztuczna inteligencja odpowiednio wykorzystana jest po prostu z korzyścią dla nich – podkreśla Karol Okoński.

Według Markets Research Engine światowy rynek sztucznej inteligencji do 2024 roku ma być wart 191 mld dol., a średnie roczne tempo wzrostu wyniesie blisko 37 proc.