Co dalej z regulacją pracy zdalnej w kodeksie pracy?

Działania antykryzysowe podczas pandemii sprawiły, że pierwszy raz praca zdalna może stać się oficjalną formą zatrudnienia. Chociaż już wcześniej wielu pracowników korzystało z takiej formy wykonywania obowiązków służbowych, nie była ona ujęta w Kodeksie pracy. Teraz – gdy ze względu na ryzyko zakażenia koronawirusem większość biur pracuje w systemie zdalnym lub hybrydowym – pojawiła się paląca potrzeba legislacji tak zwanego “home office”. Prace nad regulacjami, zainicjowane zapisem w jednej z tarcz antykryzysowych, są już w toku. Eksperci wskazują jednak zarówno na pozytywne, jak i negatywne skutki tego procesu. Z danych GUS-u wynika, że w 2020 roku z pracy zdalnej skorzystało tylko około ¼ polskiego rynku pracy. To oznacza, że aż ¾ pracujących Polaków nie może stosować tego mechanizmu – a co za tym idzie, jest bardziej narażone na konsekwencje pandemii, takie jak obniżenie zarobków, bezrobocie i zarażenie koronawirusem.

– Praca zdalna niesie ze sobą wiele konsekwencji. Część z nich została już naukowo zweryfikowana. Wiemy na przykład, że praca zdalna jest ogromnym pożeraczem czasu. W home office pracujemy więcej, mamy więcej spotkań i mniej czasu wolnego – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Kubisiak, ekspert Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Okazuje się również, żę praca zdalna pogłębia nierówności społeczne. Analizy Międzynarodowego Funduszu Walutowego pokazały, że ci, którzy mogą pracować na pracy zdalnej, dużo rzadziej tracą zatrudnienie. Z pracy zdalnej mogą bowiem korzystać osoby o dosyć dobrym statusie społecznym – lepiej zarabiające, o lepszym wykształceniu i poziomie życia. Podział społeczny ze względu na możliwość wykonywania pracy zdalnej widać często nawet w pojedynczych firmach – lepiej płatne, kierownicze, kadrowe i administracyjne stanowiska mogą zostać przeniesione do pracy zdalnej, podczas gdy pracownicy produkcji, magazynierzy i dostarczyciele nie mogą sobie na to pozwolić. Praca zdalna ma też swoje dobre strony. Jej upowszechnienie może spowodować rozluźnienie się “baniek” wokół wielkich miast. Osoby mieszkające w mniejszych miejscowościach będą mogły ubiegać się o lepiej płatne stanowiska w dużych firmach, które teraz zarezerwowane są prawie w całości dla mieszkańców metropolii. Możliwość pracy zdalnej pozwoli też młodym rodzicom na skuteczniejszy i mniej skomplikowany powrót do pracy. To rozwiązanie ma więc zarówno dobre, jak i złe strony. Trzeba je dostrzec i odpowiednio uregulować, dlatego niezbędne są przepisy na poziomie Kodeksu pracy – podkreśla Kubisiak.

Deloitte: Podczas noworocznych wyprzedaży najtańsze oferty czekały na klientów pod koniec stycznia

Noworoczne wyprzedaże w większości przypadków skończyły się wraz z końcem stycznia. Sprzedawcy wprowadzają teraz do sklepów nowy asortyment na wiosnę i lato. Jak wynika z najnowszej edycji „Świątecznego Barometru Cenowego”, ruch cenowy w największych sklepach online w ostatnich dniach stycznia 2021 roku w porównaniu z cenami z połowy listopada 2020 roku, wyniósł 2,5 proc., podczas gdy na początku miesiąca było to 3,7 proc. Oznacza to, że wraz z upływem miesiąca obniżki się pogłębiały, a sklepy chciały pozbyć się zalegającego towaru. Jednocześnie przeprowadzona przez Deloitte we współpracy z firmą Dealavo analiza ofert ponad 1000 sklepów z branży e-commerce pokazała, że klientom mogło być ciężko znaleźć produkty, które faktycznie były znacząco przecenione.

Eksperci Deloitte i Dealavo w okresie pomiędzy 20 listopada 2020 (tydzień przed Black Friday) a 29 stycznia 2021 roku analizowali ceny produktów w kategoriach, które w międzynarodowym badaniu Deloitte „Zakupy Świąteczne 2020” Polacy wskazywali jako najczęściej wybierane na prezenty dla najbliższych. Po świętach Bożego Narodzenia analiza skupiła się na ogłaszanych przez sprzedawców e‑commerce noworocznych obniżkach. – W związku z tym, że w tym roku centra handlowe mogły otworzyć się dopiero 1 lutego, o noworocznych wyprzedażach mówiliśmy przede wszystkim w kontekście sklepów internetowych. Z punktu widzenia handlowców jest to bardzo ważny okres w ich kalendarzu, który pozwala na uwolnienie miejsca w magazynach przed wiosennymi i letnimi kolekcjami – mówi Anna Winnicka, menadżer w dziale Konsultingu Deloitte.

Dzięki świątecznemu badaniu Deloitte znane są kategorie produktów, które Polacy najchętniej wybierają jako prezenty dla najbliższych. Dlatego do analizy wybrano najpopularniejsze produkty z poniższych kategorii: drobne AGD, akcesoria elektroniczne, czekolady, DIY, drony, gry, konsole, kosmetyki, książki, laptopy, muzyka, perfumy, planszówki, smart speakers, smartfony, artykuły sportowe, tablety, telewizory, wearables, zabawki oraz zegarki. Łącznie przeanalizowano około 3,5 tys. cen i przebadano ponad 400 produktów, które znajdują się w ofercie ponad tysiąca sklepów online.

Im później, tym taniej

Jak wynika z analizy oferty sklepów internetowych, im dalej od świąt Bożego Narodzenia, tym obniżki były głębsze. I tak 7 i 15 stycznia ok. 30 proc. produktów miało cenę niższą niż w listopadzie, 22 stycznia było to 34 proc., a 29 stycznia już 37 proc. Zwiększał się również udział produktów, których cena spadła o więcej niż 5 proc. – pod koniec stycznia było to 16 proc. produktów, podczas gdy na początku stycznia – 11 proc.

Jednocześnie malał udział produktów, których cena wzrosła. – Na początku stycznia aż 66 proc. produktów było droższych niż w listopadzie. Pod koniec miesiąca wartość ta spadła do 60 proc. Średni ruch cenowy, czyli wzrost cen w porównaniu do cen z listopada, także zmalał – wyniósł 2,5 proc. w porównaniu do 3,7 proc. na początku stycznia – mówi Jakub Kot, Prezes Dealavo.

W całym analizowanym okresie średnie obniżki cen były najwyższe w ostatnich dniach tego miesiąca. 29 stycznia wyniosły one średnio -6,3 proc., w porównaniu do -5,3 proc. na początku stycznia, -4,8 proc. przed świętami i -3,2 proc. podczas Black Friday.

Eksperci Deloitte przeanalizowali również około 3,5 tys. cen i porównali ich ruch w okresie przed Black Friday do tego pod koniec stycznia. W ostatnich dniach tego miesiąca 36 proc. z nich było wyższe niż w listopadzie, podczas gdy na początku stycznia było to 34 proc., przed świętami 30 proc., a w Black Friday tylko 15 proc. Jednak – porównując tylko ceny, które obniżono – średnia obniżka pogłębiała się pod koniec stycznia i wyniosła wtedy -8,1 proc., podczas gdy na początku roku było to 7 proc.

Zabawki trzymają poziom cenowy

Podobnie jak w pierwszych dniach nowego roku klienci musieli prześledzić dużo ofert, by znaleźć te naprawdę atrakcyjne. Dotyczy to ponad połowy analizowanych zabawek, których ceny pod koniec stycznia zostały podniesione. I tak zestaw Lego Friends Domek Na drzewie Mii był droższy 29 stycznia niż 20 listopada średnio aż o 71 proc., Lego Friends Letni Basen Heartlake o 26 proc., a Lego 41367 Friends Skoki przez przeszkody Stephanie o 21 proc. Podobnie było z Barbie z tęczowymi włosami, której cena także wzrosła o 21 proc. – Przez cały styczeń ceny zabawek konstrukcyjnych, w tym między innymi klocków, notowały wzrosty. Z kolei z upływem stycznia o 1-2 proc. w dół szły ceny dronów i produktów z kategorii muzyka – mówi Mateusz Mańkowski, konsultant w zespole strategii Deloitte. Eksperci zaobserwowali też podobne ruchy cenowe w kategorii akcesoriów elektronicznych.

Tak samo jak we wcześniejszych edycjach Barometru Świątecznego, kategorie, w których pod koniec stycznia występowały największe różnice w cenach minimalnych i maksymalnych to: gry (122 proc.), akcesoria elektroniczne (114 proc.), akcesoria do smartfonów (108 proc.), perfumy (99 proc.) i planszówki (87 proc.). – Dla klientów oznacza to konieczność dogłębnego zapoznania się z ofertą sklepów, by znaleźć produkt, który u innego sprzedawcy może kosztować dwukrotnie więcej – mówi Mateusz Mańkowski.

Innowacyjne laboratorium zbada przyczepność opon na śniegu. W Polsce 1/3 kierowców jeździ cały rok na letnich

6 milionów Polaków nie zmienia opon na zimowe – wynika z szacunków Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego. Czujność kierowców w ostatnich latach uśpiły niezbyt mroźne i suche zimy. Tymczasem Polska charakteryzuje się największą liczbą ofiar na drogach w całej Unii Europejskiej. Zmusić kierowców do zmiany opon z letnich na zimowe może tylko wprowadzenie takiego obowiązku, co zresztą popiera 82 proc. poruszających się po drogach Polaków. Jednocześnie firmy oponiarskie pracują nad coraz lepszą przyczepnością swoich opon w najtrudniejszych warunkach. Służy temu m.in. zaawansowane laboratorium badań nad śniegiem, w którym Goodyear wytwarza modele 3D śniegu i bada je, korzystając z najnowszych technologii.

Badanie nad śniegiem odgrywa istotną rolę w rozwoju technologii oponiarskich. Producenci opon badają właściwości śniegu po to, aby zastosować jeszcze lepsze technologie i rozwiązania. Wszystko to przekłada się na lepsze właściwości jezdne opon, co z kolei istotnie wpływa na komfort jazdy, bezpieczeństwo i zachowanie opony w trudnych warunkach zimowych – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Jezierski, kierownik ds. komunikacji w regionie Europy Wschodniej-Północ w Goodyear.

Według danych Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego w Polsce mamy największą w Unii Europejskiej liczbę ofiar na drogach. Od kilkudziesięciu lat na polskich drogach każdego roku dochodzi do niemal pół miliona wypadków oraz kolizji, w których ginie ponad 3 tys. osób. Jedną z przyczyn tych niechlubnych statystyk może być brak wymiany opon z letnich na zimowe.

Z badań przytaczanych przez PZPO wynika, że aż 1/3 polskich kierowców (6 mln) zimą jeździ na oponach nieprzystosowanych do zimowych warunków. Eksperci podkreślają, że konieczne jest wprowadzenie przepisów nakazujących zmianę opon w zimie. Oczekują tego również sami kierowcy. Według ubiegłorocznych badań Moto Data „Badanie użytkowników samochodów” przytaczanych przez PZPO 82 proc. zmotoryzowanych popiera taki obowiązek.

Raport Komisji Europejskiej wskazuje, że w krajach, w których wprowadzono taki wymóg, średnio o 46 proc. zmalało prawdopodobieństwo wystąpienia wypadków w porównaniu z jazdą na letnich oponach w warunkach zimowych. Liczba śmiertelnych wypadków spadła średnio o 3 proc., ale w niektórych krajach nawet o 20 proc. Testy Auto Express i RAC przytaczane przez PZPO pokazują, że na ośnieżonej drodze przy prędkości 48 km/h auto na oponach zimowych zahamuje o 31 metrów wcześniej niż pojazd na letnich.

– Tylko dobra opona zimowa będzie w stanie zapewnić bezpieczeństwo i komfort prowadzenia samochodu w trudnych warunkach zimowych na zaśnieżonych drogach – podkreśla Paweł Jezierski.

Dlatego najwięksi producenci opon inwestują w badania nad interakcją śniegu i różnego rodzaju mieszanki gum. Goodyear uruchomił  zaawansowane laboratorium badań nad śniegiem, które mieści się w Centrum Innowacji Goodyear w Luksemburgu.

– W warunkach laboratoryjnych wytwarzamy śnieg o różnych właściwościach i badamy jego tarcie na oponę. Wszystkie wnioski płynące z badań, przy których też stosujemy nowoczesne technologie takie jak modelowanie 3D, sprawiają, że możemy stosować innowacyjne rozwiązania, dopasowywać kształt bieżnika oraz rodzaj mieszanki do właściwości danego śniegu – tłumaczy ekspert Goodyeara.

Choć wydaje się, że śnieg jest zawsze taki sam, to jednak ciągle zmienia swój stan. Poszczególne kryształki zrastają się w punktach styku (tzw. spiekanie), co powoduje przyleganie śniegu do opony. W zależności od warunków śnieg przykleja się do bieżnika w mniejszym lub większym stopniu. O ile suchy puch waży około 30 kg/m³, o tyle ubity śnieg na ziemi już 500 kg/m³, a twardy nawet 800 kg/m³. Na interakcję śniegu i opony wpływają również inne czynniki, m.in. temperatura powietrza czy prędkość, najważniejsze znaczenie ma jednak struktura śniegu.

 Zwarty śnieg pozostaje w rowkach bieżnika, świeży puch niemal całkowicie przykrywa oponę, natomiast twardy i ubity śnieg niemal nie przywiera do opony, stwarza jednak również trudne warunki na drodze – wskazuje Paweł Jezierski. – W praktyce opona zimowa sprawdza się bardzo dobrze, kiedy ma odsłonięte wszystkie krawędzie chwytne, kiedy śnieg nie przywiera do niej. Wtedy liczba rowków ma znaczenie i sprawia, że samochód ma jeszcze lepszą przyczepność.

Im więcej odsłoniętych rowków na oponie, tym bezpieczniej. Istotne znaczenie ma także liczba lameli, czyli nacięć klocków bieżnika, które zwiększają przyczepność. W oponach klasy premium, np. Goodyear UltraGrip 9+, znajduje się 2,5 tys. specjalnie zaprojektowanych lameli.

– O jakości opony zimowej świadczą głównie trzy elementy: specjalna mieszanka bieżnika, dopasowany zimowy bieżnik oraz dodatkowe żłobienia zwane lamelami, które gwarantują dodatkową przyczepność – wymienia ekspert Goodyeara.

Inżynierowie z laboratorium badań nad śniegiem produkują kryształki śniegu w różnych formach. Analizują je za pomocą tomografii mikrokomputerowej i następnie tworzą modele 3D próbek śniegu. W laboratoriach miesza się też różne rodzaje śniegu tak, by odtworzyć warunki panujące na ośnieżonych drogach. W ten sposób sprawdzają tarcie opony, dopasowując mieszanki gumowe, profile i ułożenie lameli. Wyniki badań testowane są przez zawodowych kierowców na zimowych torach Szwajcarii, Skandynawii i Nowej Zelandii.

COVID-19 cofnął postępy w walce z głodem i ubóstwem nawet o 10 lat. Liczba głodujących osób na świecie może drastycznie wzrosnąć

Najbiedniejsze kraje Afryki, Azji czy Ameryki Łacińskiej – ze względu na konflikty, kryzysy humanitarne oraz utrudnienia w międzynarodowej wymianie handlowej spowodowane pandemią COVID-19 – pogrążają się w coraz większym ubóstwie. W wielu państwach brakuje podstawowej żywności, a także leków. – Pandemia spowodowała również utratę pracy przez setki milionów ludzi, którzy żyją poniżej granicy ubóstwa, co napędza ruchy migracyjne – mówi dr Wojciech Wilk, prezes Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. Eksperci ostrzegają, że ten rok może przynieść największy kryzys humanitarny od kilku dekad.

Z raportu UNICEF na temat stanu bezpieczeństwa żywnościowego i żywienia na świecie wynika, że w 2019 roku niemal 690 mln ludzi cierpiało głód. Problem pogłębia się z roku na rok m.in. na skutek katastrof naturalnych, które niszczą plony, czy konfliktów zbrojnych. W ostatnich 12 miesiącach doszły do tego również skutki pandemii, ograniczeń w handlu i problemów gospodarek na całym świecie. Prognozy autorów raportu mówiły o możliwym wzroście o 130 mln liczby osób niedożywionych. Największa ich liczba mieszka w Azji i Afryce.

Wszystkie kraje na świecie są dotknięte skutkami gospodarczymi pandemii koronawirusa. Setki milionów ludzi zostało z powrotem zepchniętych poniżej granicy ubóstwa. Mówiąc bardziej obrazowo, postęp, który miał miejsce w zakresie zwalczania ubóstwa na świecie, został cofnięty o 5–10 lat ze względu na pandemię. Mamy nadzieję, że sytuacja szybko wróci do normy, ale obecnie setki milionów ludzi znowu potrzebują pomocy żywnościowej i walczą o przetrwanie – informuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Wojciech Wilk.

Pandemia niesie za sobą ogromne niebezpieczeństwo nie tylko większych kryzysów żywnościowych, humanitarnych, ale także coraz większego ubóstwa, które może stać się motorem nowych wojen, konfliktów wewnętrznych i migracji. Jak podaje ONZ, w 2021 roku 235 mln ludzi na całym świecie będzie potrzebowało ochrony i pomocy humanitarnej, co oznacza wzrost o 20 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Z kolei Światowy Program Żywnościowy (WFP) ocenia, że 2021 rok może przynieść największy kryzys humanitarny od czasu powstania ONZ.

Wiele z krajów Afryki, Azji czy Ameryki Łacińskiej importuje 50–60 proc., a czasami nawet 80 proc. żywności. Przykładowo Syria sprowadza ponad połowę zboża, które potrzebuje do wypieku chleba. Takie kraje ze względu na konflikty, kryzysy humanitarne oraz gospodarcze spowodowane pandemią COVID-19 już nie mają pieniędzy, żeby importować artykuły spożywcze. Z kolei kraje Afryki, które produkują żywność, mają ogromny problem z eksportem z uwagi na utrudnienia w międzynarodowej wymianie handlowej – wyjaśnia prezes Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej.

ONZ szacuje, że ponad 100 mln ludzi w regionie pasa Sahelu, czyli południowych obrzeży Sahary, rozciągających się od Oceanu Atlantyckiego aż po Morze Czerwone, potrzebuje pomocy żywnościowej. Głód zagraża m.in. mieszkańcom Syrii i Jemenu. Sytuacja gospodarcza w Syrii jest tak zła, że dzieci, zamiast się uczyć, stoją w kilometrowych kolejkach po chleb. Z kolei w Libanie kryzys polityczny i gospodarczy spowodował spadek dochodów rodzin o 80 proc., stąd coraz więcej osób nie stać nawet na zakup żywności.

Pandemia spowodowała, że setki milionów ludzi straciły pracę. Dodatkowo w Afryce Zachodniej funkcjonuje plotka mówiąca o tym, że ze względu na liczbę zmarłych na COVID-19 w Europie Zachodniej są tu wolne miejsca pracy, które czekają na migrantów z Afryki. Ta plotka napędza kolejny ruch migracyjny, rodzący się w bardzo gęsto zaludnionej Afryce Zachodniej – w kierunku Europy. Ze względu na blokady na szlakach migracyjnych postawionych przez Algierię i Maroko bardzo wielu migrantów dociera obecnie na Wyspy Kanaryjskie, gdyż szuka szansy na lepsze życie w Europie – tłumaczy dr Wojciech Wilk.

Eksperci przewidują, że drugi ruch migracyjny ruszy z krajów Bliskiego Wschodu. Coraz więcej osób z Libanu i Syrii dociera do wybrzeży Cypru, który dotychczas nie doświadczył kryzysu migracyjnego. Trzeci ruch migracyjny możliwy jest z Afryki Wschodniej. Sudan znajduje się w stanie rewolucji oraz w bardzo poważnym kryzysie gospodarczym. Mieszkańcy przemieszczają się z Chartumu do Libii i dalej do Włoch. Natomiast z Etiopii napływają informacje o walkach zbrojnych oraz masakrach ludności cywilnej, często w odległych zakątkach kraju.

Kraje dotknięte głodem potrzebują motoru wzrostu, aby gospodarka mogła funkcjonować jak dobrze pracujący silnik – generować dodatkowe środki, pracę i dobrobyt dla ludności. Jeżeli coś w ich gospodarce zaczyna szwankować, a np. pojawiają się wielotygodniowe lockdowny, wszystko się psuje, ludzie tracą pracę i funkcjonują poniżej granicy ubóstwa – komentuje prezes PCPM.

To problem także dla krajów, które w dużej mierze zależą od turystyki. Przez ograniczenia w podróżowaniu problemy dotkliwie odczuwają m.in. Egipt, Jordania czy Kenia. W wyniku pandemii straciły one turystów, setki milionów dolarów dochodu oraz ogromną liczbę miejsc pracy.

W wielu krajach Azji, Afryki czy Bliskiego Wschodu z jednej osoby pracującej w turystyce żyły czasami całe rodziny. Nie mówimy więc tylko o pojedynczych osobach zatrudnionych w turystyce, które straciły dochód, ale mówimy o ich większych rodzinach, czasami idących w dziesiątki osób – wyjaśnia dr Wojciech Wilk.

Reforma Kodeksu spółek handlowych jeszcze w tym kwartale może trafić do Sejmu. To największy od 20 lat projekt zmian w prawie gospodarczym

0

– Jeszcze w tym kwartale do Sejmu powinien trafić projekt największej jak dotąd reformy Kodeksu spółek handlowych – informuje Janusz Kowalski, wiceminister aktywów państwowych. Dokument został skierowany na Komitet Stały przy Radzie Ministrów. Największa od 20 lat nowelizacja prawa gospodarczego ma m.in. ułatwić działalność spółkom kapitałowym i zapewnić radom nadzorczym nowe narzędzia kontrolne. Po jej uchwaleniu największe polskie grupy zyskają też nowe instrumenty do bardziej efektywnego zarządzania swoimi spółkami zależnymi.

– Podstawowym celem reformy Kodeksu spółek handlowych jest uproszczenie prawa i zmiana otoczenia regulacyjnego tak, aby służył on ponad 400 tys. polskich spółek kapitałowych, a więc spółek z ograniczoną odpowiedzialnością i akcyjnych. Jasne i czytelne prawo gospodarcze to jest dobry partner dla polskiego biznesu. Chodzi o to, żeby przedsiębiorcy nie marnowali pieniędzy i czasu na interpretację przepisów prawnych, ale mogli się rozwijać – mówi agencji Newseria Biznes Janusz Kowalski, wiceminister aktywów państwowych, pełnomocnik rządu ds. reformy nadzoru właścicielskiego nad spółkami Skarbu Państwa.

Jak ocenia, projekt największej od 20 lat reformy Kodeksu spółek handlowych powinien trafić do Sejmu jeszcze przed końcem tego kwartału. Ministerstwo poinformowało, że równo rok po rozpoczęciu prac nad zmianami i powołaniem Komisji ds. Reformy Nadzoru Właścicielskiego dokument trafił już na Komitet Stały przy Radzie Ministrów.

– Reforma po raz pierwszy wprowadzi do polskiego porządku prawnego przepisy dotyczące zgrupowania spółek, tzw. prawa koncernowego, holdingowego. Sprawne zarządzanie holdingami – zarówno kierowanymi przez Skarb Państwa, jak i holdingami prywatnymi czy np. zespołami spółek start-upowych i gamingowych – jest ważne szczególnie w pandemii koronawirusa, kiedy mamy do czynienia z wieloma akwizycjami na rynku kapitałowym – mówi wiceminister aktywów państwowych. – To są nowoczesne przepisy znane z innych państw Unii Europejskiej, które pozwolą jeszcze szybciej rozwijać się polskim holdingom, ale również przyciągną być może nowych inwestorów ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Holandii czy Niemiec.

Reforma KSH wprowadzi po raz pierwszy definicję grupy spółek, którą będą tworzyć spółka dominująca oraz spółki od niej zależne, kierujące się wspólną strategią gospodarczą i wspólnym interesem. Do tej pory ujęte w KSH stosunki wzajemne zależności i dominacji stanowiły bowiem utrudnienie w bieżącej działalności grup kapitałowych.

 Dotąd realizowanie wspólnej strategii biznesowej w ramach całego holdingu niosło ze sobą ryzyka prawne, ponieważ zgodnie z prawem zarządy i rady nadzorcze spółek kapitałowych muszą pracować wyłącznie na rzecz swojego podmiotu. Tymczasem nie zawsze spółki córki czy spółki wnuczki będą realizować to, co jest dobre dla całej grupy. Dlatego aby móc realizować wspólną strategię biznesową, potrzebne jest oprzyrządowanie i bezpieczeństwo prawne. W praktyce jeżeli grupa zechce integrować np. kwestie dotyczące zakupów, projektów IT albo flot samochodowych, wówczas spółka matka będzie mogła wydać tzw. polecenie wiążące wszystkim innym spółkom z grupy, które będą zobowiązane realizować jej strategię – wyjaśnia Janusz Kowalski.

Reforma KSH ma m.in. wzmocnić pozycję rad nadzorczych. Zyskają one nowe uprawnienia, np. możliwość powoływania własnych, niezależnych ekspertów, którzy pomogą jej ocenić sytuację spółki i efekty strategii przyjętej przez zarząd.

– Chcemy wprowadzić do polskiego KSH instytucję doradcy, a więc osoby lub podmiotu wynajętego dla oszacowania określonej, bardzo specjalistycznej kwestii w kontekście nadzoru rady nadzorczej nad zarządem spółki kapitałowej. Przykładowo w przypadku akwizycji realizowanej na rynku międzynarodowym rada nadzorcza – wynajmując swojego doradcę – będzie mogła ocenić, czy działanie zarządu w tym obszarze jest prawidłowe. Podobnie realizując jakiś specjalistyczny projekt związany z IT, rada nadzorcza będzie mogła zakontraktować doradcę, który oceni, czy jego założenia są dobre dla spółki kapitałowej – mówi wiceminister aktywów państwowych.

Podkreśla też, że rząd wyciągnął wnioski z głośnej afery GetBacku sprzed blisko trzech lat, w której blisko 10 tys. poszkodowanych mogło stracić nawet 2,5 mld zł. Reforma Kodeksu spółek handlowych ma zawierać rozwiązania, które pozwolą na lepszy nadzór i zapobiegnięcie takim sytuacjom na przyszłość.

Zarząd będzie zobowiązany przekazywać na bieżąco informacje o swojej działalności i planach do rady nadzorczej, która nie będzie mogła się już zasłonić tym, że czegoś nie wiedziała, o czymś nie była poinformowana. Takie działanie na pewno zwiększy efektywność nadzorów i dla inwestorów prywatnych, i dla Skarbu Państwa – mówi Janusz Kowalski.

Prace nad reformą KSH były prowadzone od lutego ubiegłego roku w ramach Komisji ds. Reformy Nadzoru Właścicielskiego we współpracy z ekspertami i przedsiębiorcami. W wyniku konsultacji publicznych do MAP spłynęło ponad 800 uwag i komentarzy. Zespoły eksperckie nadal pracują nad dalszymi zmianami, np. dotyczącymi reformy obowiązków informacyjnych spółek kapitałowych czy wykorzystania nowych technologii  w prawie handlowym.

– Kiedy zapytamy przedsiębiorców i potencjalnych inwestorów o to, jakie warunki muszą być spełnione, żeby zainwestować w Polsce, to większość z nich na pierwszym miejscu wymienia jasne regulacje prawne i stabilność prawa – mówi wiceminister aktywów państwowych. – Wszelkiego rodzaju zmiany, które są korzystne dla biznesu, zostaną dobrze przyjęte przez polskich przedsiębiorców. Po konsultacjach publicznych zmieniliśmy wiele pierwotnie projektowanych zapisów. Chcemy, aby nasz Kodeks spółek handlowych był najlepszym i najnowocześniejszym tego typu dokumentem w Europie.

Hotele wznawiają działalność. Turyści masowo rezerwują pobyty weekendowe, ale muszą się liczyć ze wzrostem cen

– Proszę się nie dziwić, że czasami ceny mogą być wygórowane. Hotelarze chcą w jakiś sposób odrobić straty, naturalnie zdroworozsądkowo – mówi Adam Latek, członek Polskiej Izby Hotelarzy. Otwarcie hoteli i pensjonatów od 12 lutego już w pierwszy weekend przyciągnie osoby świętujące walentynki, a w góry ruszą fani zimowych sportów, bo stoki również wznawiają działalność. Hotelarze widzą już zwiększoną liczbę rezerwacji także na kolejne weekendy, również na Dzień Kobiet czy Święta Wielkanocne. Już w tej chwili turyści wybierający się w najbliższych dniach w góry mogą mieć kłopot ze znalezieniem wolnych kwater.

Od 28 grudnia ub.r. hotele i inne miejsca noclegowe pozostają zamknięte nawet dla gości podróżujących służbowo. Decyzją rządu od piątku 12 lutego mogą wznowić działalność, ale tylko do 50 proc. obłożenia miejsc noclegowych i z zachowaniem ścisłego reżimu sanitarnego.

– Jesteśmy z tej decyzji zadowoleni, ale czekamy na otwarcie gastronomii. Bez niej cała gastronomia hotelowa będzie odbywać się na zasadzie room service’u, czyli każde zamówienie, śniadania, obiadokolacje czy lunche będą serwowane wyłącznie do pokojów. To będzie niesamowita operacja logistyczna, żeby 50, 90 czy 110 takich zamówień dostarczyć na czas. Na szczęście goście wiedzą i są na tyle wyrozumiali, że na śniadanie mogą dłużej poczekać – mówi agencji Newseria Biznes Adam Latek, członek Polskiej Izby Hotelarzy, właściciel Latek Hotels.

Hotelarze podkreślają, że są przygotowani na nowy reżim sanitarny, ale liczą, że rząd pozwoli także na otwarcie gastronomii i hotelowych restauracji, z których czerpią też istotną część przychodów.

 Wszystkie procedury są przez hotelarzy ściśle przestrzegane, czyli m.in. dezynfekcja, maseczki, dystans i odległość między stolikami, bo mamy nadzieję, że z początkiem marca otworzy się też gastronomia. Na ten krok też jesteśmy przygotowani – zapewnia Adam Latek. – Pokoje po każdym gościu są dezynfekowane, każda osoba pracująca w obiekcie hotelowym jest przeszkolona i podczas serwisu, opieki nad gościem zachowuje pełny reżim sanitarny. Pod tym względem można dziś śmiało przyrównać hotele do szpitali, bo jeśli chodzi o czystość sanitariatów, pokoi, odkurzanie, odświeżanie etc., wszystko jest na takim samym poziomie. 

Zgodnie z danymi GUS w połowie ubiegłego roku baza noclegowa w Polsce wynosiła 10 291 obiektów, z których większość (2149) stanowiły właśnie hotele. W obiektach noclegowych w Polsce funkcjonuje około 7195 placówek gastronomicznych (pomiędzy lipcem 2019 a lipcem 2020 roku ubyło ich aż 774), z których prawie połowę stanowią właśnie hotelowe restauracje (3134), a następnie bary i kawiarnie (1979).

Rentowność hoteli przy 50-proc. obłożeniu zależy od tego, jak duży jest obiekt. Jeśli przy stu pokojach połowa jest zajęta, to wystarczy na pokrycie kosztów stałych i poniekąd odrobienie strat – mówi członek Polskiej Izby Hotelarzy. – Te 50 proc. to takie minimum, które pozwoli nam w miarę funkcjonować.

Jak wskazuje, otwarcie hoteli i pensjonatów przypadające tuż przez wypadającymi 14 lutego walentynkami spowodowało zwiększone zainteresowanie podróżnych.

 Z racji weekendu walentynkowego ta aktywność rezerwacyjna rzeczywiście była bardzo zauważalna. Ale turyści rezerwują również późniejsze terminy na pakiety romantyczne, rehabilitacyjne czy pobyty seniora. Wiele osób będzie mogło wyjechać z dziećmi i skorzystać wreszcie z bonu turystycznego – mówi Adam Latek.

Na szybką rezerwację pobytu w hotelu powinni zdecydować się zwłaszcza ci, którzy planują wyjazd w góry. Śnieżna zima i ponowne otwarcie stoków narciarskich sprawiły bowiem, że hotele w górskich kurortach cieszą się w tej chwili sporym zainteresowaniem.

– W innych regionach Polski z dostępem nie ma na razie problemu, choć kolejne weekendy też są już w jakimś procencie pozajmowane. Na pewno turystom, którzy chcą mieć wybór i rezerwować następne weekendy – przypadające w Dzień Kobiet czy Wielkanoc – sugerowałbym podejmowanie decyzji już teraz. Nie ukrywamy, że zainteresowanie rezerwacjami weekendowymi jest dość spore – mówi właściciel Latek Hotels.

Jak wskazuje, turyści muszą liczyć się jednak ze wzrostem cen, bo po miesiącach lockdownu i zamrożenia działalności hotelarze będą chcieli odrobić choć część poniesionych strat.

– Proszę się nie dziwić, że czasami te ceny mogą być wygórowane. Hotelarze w jakiś sposób chcą odrobić straty, ale naturalnie zdroworozsądkowo. Aczkolwiek z drugiej strony nie oczekujmy, że obiekt hotelowy będzie wynajmował za pół ceny, bo to już naprawdę byłoby dla hotelarzy gwoździem do trumny – mówi Adam Latek.

Branża hotelowa, podobnie jak cała HoReCa, jest jedną z tych, które na pandemii COVID-19 ucierpiały najdotkliwiej. Już w połowie roku przedstawiciele Izby Gospodarczej Hotelarstwa Polskiego prognozowali, że do końca roku obostrzeń może nie przetrwać 20 proc. hoteli. Także tegoroczne ferie zimowe okazały się dla nich straconym sezonem. Z danych KRD wynika, że w całym ubiegłym roku zadłużenie branży HoReCa zwiększyło się aż o 33 proc.

Ubezpieczyciele coraz chętniej sięgają po sztuczną inteligencję czy blockchain. Pandemia koronawirusa przyspieszyła rozwój branży insurtech

Polska branża ubezpieczeń staje się coraz bardziej innowacyjna. W porównaniu z pozostałymi krajami UE nasz rynek nie tylko nie odstaje od nich, ale też często jest pionierem, podobnie jak ma to miejsce w bankowości. Obecnie wykorzystuje się praktycznie wszystkie nowoczesne technologie związane z przetwarzaniem danych i komunikacją, takie jak sztuczna inteligencja czy blockchain. Dzięki wprowadzaniu cyfrowych rozwiązań firmy ubezpieczeniowe uzyskują możliwość całkowitej zmiany swojego modelu biznesowego, a także doświadczeń klientów, partnerów czy pracowników. Mogą również ograniczać swoje koszty poprzez optymalizację procesów związanych z likwidacją szkód czy sprzedażą ubezpieczeń.

– Branża ubezpieczeniowa wydaje się stosunkowo innowacyjnym rynkiem. Patrząc na to, jak wyglądały zmiany na rynku finansowym w ostatnich latach, widać, że podąża tym samym tropem, co bankowość. Natomiast z drugiej strony technologie, które są wykorzystywane przy wprowadzaniu innowacji, obecnie są znacznie dojrzalsze. Dotyczy to zarówno sztucznej inteligencji i blockchainu, jak również technologii związanych z kanałami dystrybucji – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Romuald Paprzycki, prezes zarządu i współzałożyciel Minte.ai.

Jak wynika z raportu Polskiej Izby Ubezpieczeń i firmy Accenture, już w 2018 roku aż 62 proc. konsumentów było zadowolonych z przebiegu procesów wspieranych przez sztuczną inteligencję i doceniało korzyści płynące z nowoczesnych technologii. W ciągu ostatnich dwóch lat świat ubezpieczeń jeszcze bardziej zainwestował w tę warstwę technologiczną.

Jednym z głównych celów wykorzystania technologii i budowania insurtechów przez firmy ubezpieczeniowe jest zmniejszenie dystansu pomiędzy nimi a klientem. Zanim ubezpieczyciele zaczęli korzystać z innowacyjnych rozwiązań, zakres interakcji ograniczał się wyłącznie do dwóch aspektów – podpisania umowy, a następnie w przypadku zaistnienia szkody do realizacji zapisów zakupionej przez klienta polisy. To czasem nie pozwalało na długotrwałą współpracę czy choćby pozostawienie u klienta pozytywnych doświadczeń z tej interakcji. Zmienić to mogą właśnie nowoczesne technologie.

– Branża ubezpieczeniowa wykorzystuje praktycznie wszystkie nowoczesne rozwiązania związane z przetwarzaniem danych i komunikacją. W ramach sztucznej inteligencji mogą one dotyczyć komunikacji z klientem, rozpoznawania wniosków, również analizy szkodowości czy przeciwdziałania nadużyciom. Blockchain pozwala na bezpieczną wymianę danych lub stworzenie np. sejfu czy miejsca, gdzie mamy zebrane wszystkie swoje polisy ubezpieczeniowe, łącznie z dokumentacją medyczną. Inne technologie, takie jak telematyka oraz internet rzeczy, pozwalają na dokładniejsze dostosowanie oferty firm ubezpieczeniowych do potrzeb ich klientów, a w szczególności na pokonanie bariery sprzedaży ubezpieczeń, kiedy firma ubezpieczeniowa ma kontakt ze swoim klientem dwukrotnie – wymienia ekspert.

Dzięki nowym technologiom firmy ubezpieczeniowe mogą ograniczać swoje koszty poprzez optymalizację procesów związanych zarówno z likwidacją szkód, jak i sprzedażą ubezpieczeń. Wykorzystywane są tam również narzędzia z obszaru robotyki, gdzie zadania standardowe wykonywane przez pracowników firm mogą być zautomatyzowane za pośrednictwem np. Robotic Process Automation. Także w Polsce zaczynają działać insurtechy ułatwiające ocenę merytoryczną szkody samochodowej czy osobowej. Ponadto sztuczną inteligencję wykorzystuje się do szacowania ryzyka. Dotychczas to zadanie wykonywali w firmach ubezpieczeniowych specjaliści zwani aktuariuszami.

Pandemia koronawirusa przyspieszyła i jeszcze bardziej ustandaryzowała te procesy.

– Wiele technologii było dostępnych już wcześniej, takich jak identyfikacja biometryczna czy telemedycyna. Natomiast pandemia pozwoliła firmom pokonać barierę mentalną przed wprowadzaniem i wykorzystaniem tych technologii. Można np. spojrzeć na to, co się dzieje przy wykorzystaniu chmury obliczeniowej, dużych zbiorów danych czy zawieraniu polisy na odległość – wskazuje Romuald Paprzycki.

Polski skaner 3D pozwoli wyjątkowo precyzyjnie odwzorować sylwetkę człowieka. Dzięki mobilności może znaleźć zastosowanie w wielu branżach

Skanery 3D ciała człowieka znalazły już zastosowanie w przemyśle odzieżowym, medycznym czy branży fitness. Stają się kluczowym narzędziem do uzyskiwania cennego wglądu w ludzkie ciało – od niestandardowych protez czy drukowanych figurek po doskonale dopasowane ubrania i realistyczne awatary z gier. Opracowany przez Polaków skaner sylwetki człowieka HUBO, dzięki fotogrametrii i technologii lidarowej, pozwala uzyskać obraz z dokładnością nie gorszą niż 1,5 mm. W przyszłości znajdzie zastosowanie nie tylko w przemyśle, będzie też alternatywą dla tradycyjnej fotobudki.

– Skaner sylwetki człowieka HUBO to zautomatyzowane rozwiązanie, które umożliwia w stosunkowo krótkim czasie uzyskanie dokładnego modelu sylwetki człowieka. Jest to rozwiązanie mobilne, co ułatwia transport – mówi agencji Newseria Innowacje dr hab. inż. Maciej Trojnacki, pomysłodawca skanera i prezes EDUROCO. – HUBO pozwala zebrać serię zdjęć bądź dane z lidara i na tej podstawie jest tworzona chmura punktów i bryłowy model 3D sylwetki człowieka.

Skanery 3D stają się kluczowym narzędziem do uzyskiwania cennego wglądu w ludzkie ciało. Pojawienie się technologii otworzyło nowe możliwości w wielu branżach, m.in. w opiece zdrowotnej, fitness czy odzieżowej. Skaner pozwala szybko i dokładnie uchwycić ludzkie ciało w trzech wymiarach i uzyskać dane o kształcie czy proporcjach. Początkowo technologia została wprowadzona w odpowiedzi na rosnące potrzeby przemysłu odzieżowego, ale obecnie jest szeroko stosowana w wielu dziedzinach.

Częstym problemem są jednak niezbyt dokładne skany. Opracowany przez Polaków skaner HUBO skalę błędów zmniejsza do minimum.

– Mamy losowo wybranych 100 punktów pomiarowych na naszej sylwetce i liczymy dla nich błąd względem wzorca. Tym wzorcem jest bardzo dokładny skan sylwetki i mając błędy policzone dla 100 punktów, liczymy odchylenie standardowe. Ostatecznie błąd to wartość średnia tych błędów i odchylenie standardowe. W projekcie jako wymóg przyjęliśmy, że musimy uzyskać dokładność 1,5 mm, natomiast na etapie demonstratora udało nam się uzyskać znacznie lepszy wynik. Będziemy pracować nad dalszym zwiększeniem dokładności oraz czasu skanowania, jak i przetwarzania danych – podkreśla Maciej Trojnacki.

Dostępnych jest wiele skanerów 3D, które wykorzystują technologię laserową lub światło strukturalne do tworzenia pliku 3D. Niektóre skanery lepiej nadają się do określonych zastosowań, np. część nadaje się do digitalizacji małych obiektów z bliskiej odległości, podczas gdy inne lepiej digitalizują duże obiekty ze średniej i dużej odległości. Skanery różnią się rozdzielczością i dokładnością, mogą wykorzystywać własne zastrzeżone oprogramowanie i typy plików.

Większość skanerów 3D jest laserowych. Wykorzystują proces triangulacji trygonometrycznej, gdzie co najmniej dwa lasery są oświetlane w punkcie obiektu, po czym kąty odbitych wiązek są rejestrowane przez jeden lub więcej czujników. W ten sposób można stworzyć mapę powierzchni skanowanego obiektu. Po zakończeniu skanowania 3D pobiera się wymiary, takie jak odległość czy kąt.

– Na tę chwilę dokładnie przetestowaliśmy fotogrametrię i teraz testujemy technologie lidarowe. Mamy już za sobą ponad rok prac nad projektem, zwłaszcza prace konstrukcyjne, nad oprogramowaniem. Udało nam się pozytywnie zweryfikować tę technologię w badaniach laboratoryjnych z udziałem ludzi – zaznacza ekspert.

Urządzenie sprawdzi się w branży fitness, gdzie pozwoli szybko i dokładnie zmierzyć postępy w ćwiczeniach, może je też stosować branża modowa – dzięki skanowi nie trzeba będzie mierzyć ubrań, sztuczna inteligencja sama oceni kształt ciała i dobierze odpowiednie ubrania. Zastosowań jest jednak znacznie więcej.

– Z marszu możemy wdrożyć to rozwiązanie w branży edukacyjnej i rozrywkowej oraz jako ogólnodostępną usługę skanowania i druku 3D. Planujemy także opracować skanobudkę, czyli alternatywę dla fotobudek, co byłoby ogólnodostępną usługą, w pełni zautomatyzowaną. Natomiast wdrożenie tego rozwiązania w branży odzieżowej czy fitness wymaga opracowania dedykowanego oprogramowania – ocenia Maciej Trojnacki.

Skaner polskiej firmy może wejść do użytku już we wrześniu 2021 roku.

– W grudniu zakończyliśmy badania laboratoryjne oraz z udziałem ludzi. W tym momencie prowadzimy prace nad prototypem, są one związane przede wszystkim ze zwiększeniem szybkości przetwarzania tak, żeby uzyskać jak najszybciej model 3D sylwetki człowieka. Pracujemy też nad testowaniem i implementacją alternatywnych czujników, w szczególności lidarów – mówi prezes EDUROCO.

PE o social mediach: samoregulacja to za mało, potrzebne są przepisy

Media społecznościowe wymagają ram prawnych ograniczających ich potencjalnie negatywny wpływ na funkcjonowanie demokracji i zachodzące w Europie procesy społeczne. Przepisy te muszą jednak gwarantować poszanowanie wolności wypowiedzi oraz innych praw podstawowych i nie mogą prowadzić do ustanowienia cenzury – mówili europarlamentarzyści w trakcie środowej debaty w PE na temat social mediów.
Debata na temat platform mediów społecznościowych w europarlamencie była istotnym punktem trwającej od wielu miesięcy wewnątrzunijnej debaty o potrzebie wypracowania przejrzystych regulacji dotyczących cyfrowych koncernów. W UE trwają prace nad dwoma fundamentalnymi dla tego rynku aktami prawnymi: ustawą o usługach cyfrowych (DSA) i ustawą o rynkach cyfrowych (DMA). Mają one zdefiniować zasady dotyczące platform oraz zapewnić rozwiązania służące zwalczaniu szkodliwych lub nielegalnych treści w internecie, takich jak dezinformacja.

Uczestniczący w dyskusji europosłowie zgodzili się co do zasady, że przestrzeń cyfrowa nie może być regulowana wyłącznie poprzez wewnętrzne wytyczne komercyjnych platform i wymaga przejrzystych ram prawnych, które z jednej strony będą umożliwiały walkę z wszelkimi nadużyciami, w tym dezinformacją czy mową nienawiści, z drugiej zaś zagwarantują poszanowanie praw podstawowych.

Dragoş Tudorache (Rumunia) stwierdził, że rozróżnienie pomiędzy światem wirtualnym i realnym jest niezasadne, ponieważ istnieje „tylko jeden świat, w którym musimy chronić prawa naszych obywateli w takim samym stopniu online jak offline”. Podkreślił przy tym konieczność bliższej współpracy pomiędzy państwami demokratycznymi a platformami mediów społecznościowych w tym względzie, a także zwrócił uwagę na potrzebę przeciwstawienia się agresywnym działaniom Chin i Rosji w cyberprzestrzeni. „Musimy wykorzystać cały potencjał naszego dyplomatycznego arsenału, by chronić prawa naszych obywateli i nasz styl życia”.

Marina Kaljurand z Estonii zwracała uwagę, że obecne możliwości zwalczania dezinformacji i mowy nienawiści w sieci są dalece niewystarczające, „by zapobiegać atakom na naszą demokrację”. Argumentowała, że „po zamieszkach na Kapitolu cena niereagowania na dezinformację i mowę nienawiści w internecie jest jasna dla nas wszystkich”.

Również Annalisa Tardino (Włochy) podkreślała potrzebę stworzenia jasnych reguł wobec internetowych gigantów, których działania „mają wpływ na świat realny”. Jej zdaniem decyzji dotyczących tego, co można, a czego nie można publikować w internecie nie należy pozostawiać w gestii komercyjnych platform i stosowanych przez nie arbitralnie zasad. „To jest zadanie dla prawodawców (…) UE musi chronić wolną i demokratyczną debatę w mediach społecznościowych” – stwierdziła.

Według Alexandry Geese (Niemcy) pozostawienie w rękach gigantów rynku cyfrowego prawa do arbitralnego podejmowania decyzji dotyczących potencjalnie szkodliwych treści „nie jest (właściwą – PAP) opcją dla demokracji”. Jej zdaniem rozwiązaniem problemów wynikających z obracania przez wielkie firmy rynku cyfrowego danymi osobowymi setek milionów osób jest „zakazanie inwigilacyjnego modelu biznesu”. Jako pierwszy krok w tym kierunku Geese wskazała wprowadzenie zakazu profilowania (targetowania) reklam.

„Musimy położyć kres cyfrowemu Dzikiemu Zachodowi” – powiedziała wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej Vera Jourova.

Zabierający głos w debacie europosłowie zwracali również uwagę na zagrożenia dla wolności słowa wynikające z aktualnego modelu funkcjonowania mediów społecznościowych.

„W internecie wolność (…) nie może się kończyć tam, gdzie postanowią szefowie wielkich platform (…). Treści nie mogą być cenzurowane bez decyzji sędziów… Cenzura nigdy nie jest rozwiązaniem” – podkreślała Anne-Sophie Pelletier (Francja).

Z kolei Geert Bourgeois (Belgia) mówił, że „wolność słowa musi być naszym punktem wyjścia (…) Są państwa, w których zakaz cenzury jest wpisany do konstytucji – niech tak będzie również w UE”.

„Oczekujemy od platform internetowych wzięcia udziału we wspólnej walce, ale to demokratyczne instytucje, nasze prawodawstwo, nasze sądy powinny ustalić reguły gry, zdefiniować, co jest legalne, a co nie, co powinno zostać usunięte (z sieci – PAP), a co nie” – stwierdziła przemawiająca w imieniu portugalskiej prezydencji Rady Unii Europejskiej Ana Paula Zacarias.

Polsko-amerykański startup AI Clearing pozyskał finansowanie na rozwój technologii do nadzoru prac budowlanych

– AI Clearing, polsko-amerykański startup oferujący oparte na sztucznej inteligencji rozwiązania do monitorowania prac budowlanych, pozyskał 2 mln dolarów finansowania od funduszy venture capital. Nowe środki przeznaczy na dalszy rozwój technologii i ekspansję rynkową.

W rundzie finansowania typu seed liderem był Tera Ventures, globalny fundusz VC inwestujący w cyfrowe startupy. Uczestniczyły w niej także fundusze Inovo Venture Partners oraz Innovation Nest.

Polscy inżynierowie z AI Clearing opracowali narzędzie, które przy użyciu sztucznej inteligencji analizuje materiał zdjęciowy i wideo, na przykład pozyskany z dronów, i porównuje go z dokumentacją projektową z programów CAD i BIM. Dzięki temu menedżerowie zarządzający dużymi projektami infrastrukturalnymi takimi jak drogi na bieżąco mają wgląd w przebieg prac i mogą ocenić ich zgodność z projektem i założonym harmonogramem.

Każdy, kto kiedykolwiek miał do czynienia z nawet najmniejszym projektem budowlanym, wie, jak łatwo o błąd i niezgodność z projektem. W przypadku dużych projektów infrastrukturalnych ryzyko, że coś pójdzie nie tak jest jeszcze większe i zdecydowanie bardziej kosztowne – powiedział Michał Mazur, prezes i współtwórca AI Clearing.

Wartość globalnego rynku monitorowania prac budowlanych szacuje się na 49 mld dolarów rocznie. Obecnie większość czynności związanych z kontrolowaniem, czy prace przebiegają zgodnie z planem odbywa się ręcznie. Jest to żmudny i czasochłonny proces, obarczony dużym ryzykiem pomyłki. Błędy wykonawcze i opóźnienia wynikające z konieczności wykonania napraw powodują, że jedna czwarta projektów budownictwa infrastrukturalnego kończy się sporami sądowymi. To zwiększa koszt projektu infrastrukturalnego o średnio 43 mln dolarów.

Nasza platforma analityczna pozwala klientom wykrywać błędy wykonawcze na wczesnym etapie i od razu je korygować. To duża oszczędność czasu i mniejsze koszty – powiedział Adam Wiśniewski, CTO i współtwórca AI Clearing. – Biorąc pod uwagę, że usuwanie błędów wykonawczych pochłania około 4-8 proc. budżetu projektu budowlanego, pole do redukcji kosztów jest naprawdę duże – dodał.

Z rozwiązań opracowanych przez AI Clearing korzystają już największe na świecie firmy budowlane. Wśród nich jest PCL Construction, jeden z dziesięciu największych wykonawców budowlanych w USA, oraz największa na świecie grupa budowlana Vinci.

AI Clearing działa w obszarze, który jest wręcz idealny do zastosowania sztucznej inteligencji i w sektorze, który pozostaje w tyle, jeśli chodzi o wykorzystanie zautomatyzowanych rozwiązań do zarządzania złożonymi projektami – powiedział James McDougall, partner w Tera Ventures. – AI Clearing jest liderem rozwiązań w tym obszarze i wierzymy, że pozyskane od nas środki pomogą mu umocnić tę pozycję – dodał.

W ostatnich latach sektor budowlany gromadzi coraz większe ilości cyfrowych danych przestrzennych, które wykorzystywane są w zarządzaniu procesem projektowym i inwestycyjnym. Rozwiązania opracowane przez AI Clearing pozwalają w większym stopniu wykorzystywać potencjał dostępnych już danych. O ile człowiek jest w stanie przeanalizować zaledwie część informacji, platforma AI Clearing niemal w 100 proc. wykorzystuje ich potencjał. Analiza jest też znacznie szybsza. To, co ekspertowi zajęłoby około trzech tygodni, narzędzie AI Clearing jest w stanie przeanalizować w ciągu trzech godzin.

W opublikowanym ostatnio raporcie „Rise of the platform era: The next chapter in construction technology” firma konsultingowa McKinsey napisała, że dynamiczny rozwój firmy technologicznych działających w branży budowlanej napędzają inwestorzy finansowi i strategiczni, a pandemia tylko przyśpieszyła ten proces. Zdaniem ekspertów z McKinsey platformy analityczne to jeden z najbardziej interesujących obszarów w ConstructionTech.

W przeciwieństwie do innych rozwiązań, którym się przyglądaliśmy, AI Clearing oferuje analizę danych właściwie w czasie rzeczywistym i bez udziału człowieka. I to są te przewagi, które zadecydowały, że zdecydowaliśmy się zainwestować – powiedział Maciej Małysz, partner w Inovo Venture Partners. – Klienci nie muszą poświęcać ani chwili na analitykę. Otrzymują gotowy raport – dodał.