Marketing medyczny staje się coraz ważniejszy

Jeszcze jakiś czas temu nikt nie pomyślałby nawet, że lekarz musi się w jakikolwiek sposób reklamować. W końcu jego usługi zawsze są potrzebne i to pacjenci zabiegają zwykle o jego uwagę – a nie odwrotnie. Sytuacja na rynku uległa jednak zmianie i pomimo, że prawo zabrania lekarzowi namawiania ludzi do skorzystania ze swojego gabinetu – nie oznacza to, że o marketing nie należy dbać w ogóle.

Powód tego wszystkiego jest bardzo prosty – mamy coraz więcej lekarzy, którzy również uważają, że są najlepsi w swojej specjalizacji. Nagle okazało się, że w jednym mieście nie potrzeba aż 10 dentystów i każdy z nich musi w jakiś sposób wyróżnić się na tle innych – bez tego jest niestety narażony na brak zarobków i konieczność zamknięcia gabinetu. 

Co może nas wyróżnić? 

Na początek koniecznie umieśćmy na swojej stronie informacje o tych kompetencjach, które sprawiają, że jesteśmy lepsi od innych. Jeżeli mamy więcej ukończonych kursów i różne certyfikaty, które gwarantują nam szersze uprawnienia – taka informacja musi pojawić się na stronie internetowej. Podobnie w przypadku, gdy oferujemy możliwość odbycia wizyty w formie zdalnej. Obecnie jest to coraz bardziej pożądany sposób leczenia, który nie jest wciąż dostępny w każdej placówce – jeżeli będziemy oferować taką opcje to na pewno zyskamy dużo w oczach pacjenta. 

Możemy zainwestować także w konto na portalu społecznościowym, które będzie powiązane z naszą stroną. Niektórzy pacjenci wolą taki sposób porozumiewania się w celu umówienia wizyty lub szybkiego uzyskania informacji – na maila zwrotnego czasami trzeba zbyt długo czekać, a nie każdy lubi prowadzić rozmowy telefoniczne. 

Co będzie dalej? 

W najbliższych latach możemy spodziewać się, że lekarze będą coraz częściej zatrudniali specjalne firmy, które zawodowo zajmują się tworzeniem kampanii marketingowych. Marketing medyczny będzie się rozwijał i jeżeli nie będziemy chcieli brać w tym udziału – zostaniemy na uboczu. Pamiętajmy, że chaos na naszej stronie internetowej sprawi, że pacjent będzie sobie wyobrażał, że tak samo wygląda nasz gabinet. 

Musimy wzbudzać zaufanie zarówno podczas wizyty, jak i na stronie, która nas reprezentuje. Brak wystarczającej ilości informacji spowoduje, że nikt się o nas nie dowie – a wtedy nikt nie będzie się zapisywał. Jeżeli dopiero zaczynamy swoją przygodę z prywatnym gabinetem to koniecznie zabierzmy się za to dobrze od razu – później marketing medyczny będzie ciągle schodził na dalszy plan i stracimy w ten sposób bardzo dużo pieniędzy. Dlatego opracowanie strategii warto zlecić specjalistom, np. agencja marketingu lokalnego Simpliteca.com

Alimenciarze zalegają już blisko 13 mld. Średni dług to ponad 42 tys. złotych. Rekordzista ze Śląska zalega blisko 800 tys.

Jak wynika z analizy danych, pochodzących z trzech największych rejestrów długów,  zaległości alimenciarzy wynosiły na koniec ubiegłego roku od ponad 11,2 mld zł do przeszło 12,9 mld zł. Natomiast średnie zadłużenie przekroczyło już 42 tys. zł. To oznacza, że tylko w ciągu ostatniego roku podskoczyło o 1,5-2 tys. zł. Rekordzista z województwa śląskiego ma do uregulowania blisko 800 tys. zł. Z danych również wynika, że zdecydowana większość dłużników to mężczyźni.

Na koniec 2020 roku zadłużenie alimentacyjne w Krajowym Rejestrze Długów wyniosło ponad 12,9 mld zł. To o przeszło 666 mln zł więcej niż 12 miesięcy wcześniej, kiedy kwota ta nieznacznie przekroczyła 12,2 mld zł. Natomiast średnie zadłużenie z tego tytułu zwiększyło się o ponad 2 tys. złotych, tj. z blisko 41 tys. do prawie 43 tys. złotych.

– Od 1 października ub.r. wzrosło kryterium dochodowe uprawniające do świadczeń z Funduszu Alimentacyjnego z 800 do 900 zł. To jeden z czynników wpływających na zwiększenie liczby wpisów dotyczących zadłużenia alimentacyjnego. Ponadto docierają do nas sygnały z MOPS-ów i GOPS-ów, że z powodu pandemii część dłużników nie mogła podjąć pracy, a tym samym nie była w stanie wywiązać się ze swoich obowiązków – podkreśla Katarzyna Maciaszczyk-Sobolewska z Krajowego Rejestru Długów.

W grudniu ub.r. największa kwota do oddania należała do mieszkańca woj. śląskiego, który miał do uregulowania ponad 439 tys. zł. Patrząc na poszczególne województwa, najbardziej zadłużone były osoby z mazowieckiego – przeszło 1,7 mld zł, śląskiego – blisko 1,6 mld zł oraz dolnośląskiego – ponad 1,2 mld zł. Natomiast 234 mln zł wynoszą długi alimenciarzy, którzy nie zostali przypisani do żadnego z  obszaru.

– W 2019 roku najwięcej zadłużonych alimenciarzy było w wieku 46-55 lat. Rok później najliczniejszą grupę tworzyli mężczyźni z przedziału wiekowego 36-45 lat. Można zatem zauważyć, że przybywa dłużników w młodszych grupach wiekowych, a ubywa – w starszych. Zawsze jednak przewagę stanowią osoby z miasta niż ze wsi – analizuje ekspert z KRD.

Z kolei alimenciarze z Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor mieli ostatnio do spłacenia ponad 11,2 mld złotych. To niespełna 204 mln mniej niż na koniec 2019 roku. W tym okresie liczba takich dłużników spadła o przeszło 15 tys. W grudniu ub.r. było ich niespełna 272 tysięcy, a rok wcześniej – niemal 287 tys. Średni dług na osobę zwiększył się o około 1,5 tys. złotych, z blisko 40 tys. do ponad 41 tys. złotych. Najwyższy był w województwie świętokrzyskim i wyniósł prawie 46,5 tys. złotych.

– Spadki liczby dłużników wynikają z dwóch powodów. Niektórzy spłacili zaległość, a innym pomogły przepisy. One nakazały usunięcie osób z rejestru BIG z długami powstałymi wcześniej niż przed 6 laty. Takich przypadków w minionym roku było ponad 7 tys. W tym samym okresie gminy przekazały nam ponad 23,5 tys. kolejnych dłużników alimentacyjnych. Najwięcej w lipcu – 2655, a także w marcu – 2586 osób – analizuje Diana Borowiecka z BIG InfoMonitor.

Ostatnio najliczniejszą grupę dłużników stanowili mieszkańcy województwa śląskiego – prawie 36 tys. (w 2019 roku – ponad 37,3 tys.). Wśród nich był 55-latek mający do uregulowania przeszło 776 tys. złotych. Tam łączna kwota zaległości wyniosła ponad 1,4 mld złotych. Dalej widzimy woj. mazowieckie – przeszło 1,25 mld zł, a za nim – dolnośląskie – niespełna 1,1 mld złotych.

– Teraz niepłacącym jest łatwiej się tłumaczyć. Obok pracy na czarno wymieniają też brak przelewów od pracodawców. Albo bez ogródek przerzucają całą winę na koronakryzys. Jednak 1 grudnia 2020 r. weszła w życie kolejna część przyjętych wcześniej rozwiązań zapobiegających unikaniu płacenia alimentów. W kodeksie pracy rozszerzony został katalog kar oraz wykroczeń wymierzony przeciw pracodawcy, który zatrudnia na czarno lub zataja wysokość wynagrodzenia dłużnika alimentacyjnego – zaznacza ekspert z BIG InfoMonitor.

Natomiast w bazie ERIF BIG SA długi osób zalegających z alimentami wzrosły w ciągu roku o ponad 400 mln zł. Na koniec grudnia ub.r. zobowiązania te wyniosły przeszło 12,7 mld złotych, a rok wcześniej – ponad 12,3 mld. W tym czasie średnie zadłużenie zwiększyło się z 40 tys. na 42,5 tys. złotych. Zmniejszyła się za to rekordowa kwota do oddania. Ostatnio jedna z osób miała do uregulowania z tego tytułu niemalże 559 tys. zł, a w 2019 roku zestawienie otwierał wynik 702 tys. złotych.

– Biura Informacji Gospodarczej nie posiadają danych dotyczących powodów niepłacenia alimentów. Nie możemy więc jednoznacznie stwierdzić czy i w jaki sposób pandemia wpłynęła na statystyki z 2020 roku. Natomiast obserwowany wzrost wartości długów alimentacyjnych i ich średniej wysokości w porównaniu z 2019 rokiem jest zbliżony do poprzednich lat – mówi Aleksandra Wilczak-Grzesik z ERIF BIG SA.

Ostatnio najwięcej osób niepłacących alimentów pochodziło z województwa śląskiego – 35,7 tys. osób (w 2019 roku – ponad 36,5 tys.), a najmniej – z opolskiego – 5 tys. (5,1 tys.). Zobowiązania tych pierwszych wyniosły prawie 1,5 mld złotych (wcześniej – ponad 1,4 mld), drugich – 204 mln (poprzednio ponad 204 mln zł).

– Zdecydowaną większość osób, które nie wywiązywały się z obowiązków rodzicielskich w analizowanych okresach, stanowili mężczyźni – 94%. W 2019 roku najwięcej było ich w wieku 35-44 lata, a rok później – w przedziale wiekowym 45-54 lata. Natomiast kobiety zalegające z płatnościami mają najczęściej 35-44 lata – podsumowuje ekspert ERIF Biuro Informacji Gospodarczej.

Upadłości konsumenckie w czasach pandemii biją rekordy popularności. „Możliwe nawet 15 tysięcy w roku 2021”

Temat upadłości konsumenckich nie jest sprawą nową, ale nie da się ukryć, że rok 2020 dał tej sprawie zupełnie nowe życie. Pandemia COVID-19 spowodowała, że wielu Polaków znalazło się w trudnej sytuacji finansowej, a ułatwienia legislacyjne sprawiły, że dostępność do upadłości jest relatywnie łatwiejsza niż wcześniej. Czy Polacy są przekonani do rozpoczynania nowego życia po upadłości konsumenckiej? Jak mówią specjaliści z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska rośnie świadomość zalet tego rozwiązania, ale społeczeństwo musi być również poinformowane o obowiązkach i konsekwencjach upadłości konsumenckiej. – Rok 2020 był rekordowy jeżeli chodzi o liczbę zapytań w tej sprawie. Nie ulega jednak wątpliwości, że społeczeństwo musi być na bieżąco z wiedzą z czym wiąże się decyzja o upadłości i jakie konsekwencje za sobą niesie – mówi Katarzyna Michalska, ekspert ds. restrukturyzacji, dodając, że w obecnym kształcie upadłość konsumencka może być dla wielu osób bardzo atrakcyjna.

Nowe życie bez windykatorów i wezwań do zapłaty? Możliwe dzięki upadłości konsumenckiej

Zmiany legislacyjne doprowadziły do tego, że upadłość konsumencka staje się atrakcyjna nie tylko dla tych, którzy znaleźli się w tarapatach finansowych ze swojej winy, ale i dla tych, co problemy finansowe mają poprzez np. nienależyte  rozporządzanie majątkiem. Oczywiście nie jest tak, że każdy, kto złoży wniosek do sądu, bez problemu otrzyma decyzje. Na pewno jednak jest tak, że łatwiej jest o upadłość konsumencką niż jeszcze kilka lat temu.

– Świadomość, że nie musimy żyć z długami i możemy rozpocząć nowe życie jest na pewno bardzo cenna i dla wielu osób atrakcyjna. Wierzyciele będą korzystać, bo jest szansa na etapowe odzyskanie należności, a dłużnik będzie mógł odzyskać spokój bez windykatorów czy perspektywy utraty całkowitej majątku – mówi Katarzyna Michalska, doradca gospodarczy. – Zachęcam osoby, które są zagrożone niewypłacalnością do rozważenia upadłości konsumenckiej. Zachęcam  również do konsultowania się ze specjalistami jakie mamy opcje działania; może rozwiązaniem byłaby restrukturyzacja zadłużenia, pozasądowe ugody z wierzycielami. Zdecydowanie odradzamy zaciąganie kolejnych zobowiązań by spalać stare długi – dodaje Filip Kiżuk.

Otoczenie gospodarcze roku 2020 i 2021 bardzo sprzyja upadłościom konsumenckim. Pandemia koronawirusa doprowadziła do bankructwa wiele firm. Recesja jest największa od trzech dekad, a wiele osób straciło pracę. To czynnik sprawiający, że osoby chcące poradzić sobie z zadłużeniem mogą skierować swoją uwagę właśnie w stronę upadłości konsumenckich.

„Nie możemy bać się słowa bankrut, nie możemy się wstydzić upadłości konsumenckiej”

W latach 2015-2018 ilość ogłaszanych upadłości konsumenckich wahała się od 6-8 tysięcy rocznie. Według przewidywań w roku 2020 i 2021  te statystyki grubo przekroczą 10 tysięcy, a może nawet 12. To dowód na trudną sytuacje gospodarczą, wzrost znaczenia instytucji upadłości konsumenckiej oraz zainteresowanie chęcią rozwiązania swoich problemów finansowych w sposób zgodny z prawem. Ilość zapytań o upadłości jest rekordowa, ale może to nie przynieść pełnego odzwierciedlenia w statystykach ze względu na spowolnienie pracy sądów w czasie pandemii.

– Skala problemu rośnie, bo ma związek z gospodarką i tym, co się dzieje w biznesie. Grupa osób objęta ryzykiem upadłości konsumenckiej wzrosła. Mówimy o fali zbliżających się upadłości konsumenckich, co zauważają często osoby między 30-40 rokiem życia, obciążone pożyczkami, leasingami i kredytami mieszkaniowymi. To często dramatyczne sytuacje, bo po zwolnieniach z pracy niektórzy popadają w depresję, nie mogą znaleźć pracy lub znajdują takie zatrudnienie, które nie daje im możliwości spłacenia zobowiązań. Spodziewamy się, że upadłości konsumenckich będzie coraz więcej, bo lockdown nie ustępuje, a zwolnień jest coraz więcej mimo Tarcz Finansowych i Tarcz Antykryzysowych. Po telefonach, wiadomościach i pytaniach widzimy, że tempo będzie rosnąć, trudno tylko ocenić jego dynamikę – mówi Katarzyna Michalska.

– Jestem przekonany, że w roku 2020 padnie rekord, a w 2021 kolejny. To będą liczy przekraczające 10 tysięcy, a może nawet zbliżenie się do 15 tysięcy – dodaje Filip Kiżuk.  Dla kogo upadłość konsumencka jest więc najlepszym rozwiązaniem? – Dla tych, którzy chcą żyć bez długów i są gotowi uczciwie poświęcić swój dotychczasowy dorobek żeby spłacić zadłużenie. Nie możemy bać się słowa bankrut, nie możemy się wstydzić upadłości konsumenckiej. To może być krok do lepszego życia – mówi Katarzyna Michalska.

Wyhamowały spekulacje na srebrze. Ten tydzień nie zapowiada dynamicznych zmian na rynkach

Rada Polityki Pieniężnej na posiedzeniu w środę 3. lutego utrzymała, zgodnie z oczekiwaniami, wszystkie stopy procentowe NBP na niezmienionym poziomie. Potwierdziła również kontynuację programu skupu obligacji Skarbu Państwa i obligacji gwarantowanych przez Skarb Państwa. W piątek odbyła się konferencja prezesa NBP, na której po raz pierwszy od dawna w wypowiedzi prezesa NBP pojawiło się stwierdzenie o „możliwej podwyżce stóp procentowych”. Oczywiście jest to jednak tylko scenariusz na dalszą przyszłość, tj. rok 2022, i jedynie w przypadku znacznego wzrostu inflacji.

W minionym tygodniu ciekawie kształtował się rynek metali szlachetnych. W poniedziałek 1. lutego cena uncji srebra przebiła 30 USD, osiągając najwyższy poziom od niemal 8 lat. W kolejnych dniach nastąpiła jednak korekta i srebro zakończyło tydzień ceną $26,9, czyli niemal identyczną jak w piątek 27.01. Mimo, że za tak dynamicznym wzrostem ceny srebra stała spekulacja ze strony indywidualnych inwestorów, to wyższe ceny srebra mają uzasadnienie w analizie fundamentalnej. Srebro ma ogromne znaczenie w transformacji energetycznej, która już się zaczęła, więc spodziewany jest wzrost popytu na ten metal, co powinno przełożyć się na wzrosty cen. Kurs złota z kolei obniżył się w minionym tygodniu o blisko 2%. Siła relatywna srebra do złota jest coraz bardziej widoczna.

Po kończących styczeń spadkach na Wall Street, indeksy takie jak S&P 500 i Nasdaq 100 powróciły do ustalania historycznych rekordów już w czwartek 4.02. Nowy szczyt wyznaczył także zrzeszający mniejsze amerykańskie spółki indeks Russell 2000. Tak dobre nastroje z ostatnich tygodni niestety ominęły nasz rodzimy rynek. Indeks szerokiego rynku WIG zyskał 0,83% w ostatnim tygodniu. Lepiej poradziły sobie średnie i małe spółki – mWIG40 wzrósł 1,36%, a sWig80 1,53%.

Ten tydzień nie zapowiada dynamicznych zmian na rynkach. Wyhamowały spekulacje na srebrze, po tym jak ustabilizował się również rynek akcji. Uwaga rynków jest obecnie zwrócona w kierunku wypowiedzi przedstawicieli najważniejszych banków centralnych oraz znaczących instytucji rynku finansowego. W tym tygodniu zaplanowane jest wystąpienie przewodniczącego FED – J. Powella (środa 10.02). Ważnym impulsem zmian mogą być również ustalenia dotyczące nowego pakietu fiskalnego, o wartość 1,9 mld USD.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Rośnie standard pracy w dyskontach. Mniej skarg na prace w dużych sklepach

Stowarzyszenie STOP Nieuczciwym Pracodawcom od wielu lat zajmuje się wspieraniem pracowników, którzy z różnych powodów popadają w konflikty ze swoimi pracodawcami. Wiele tematów dotyczy np. Nieregularnych wynagrodzeń, zwolnień bez powodu czy zachowań mobbingowych. W pierwszych miesiącach naszej działalności wiele osób skarżyło się na pracę w dyskontach. Jak to się zmieniało na przestrzeni ostatnich lat? Radykalnie. – Obecnie takich zgłoszeń jest niewiele, a jeżeli już są to częściej dotyczą relacji pracownik-klient niż pracownik pracodawca – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska.

Praca na kasie nie jest już wstydem. W dyskontach pracują już nauczyciele, ludzie kultury, pracownicy gastronomii…

Od momentu gdy praca „na kasie” była wstydem minęło już kilka lat. Obecnie dyskonty kreują się na pracodawców premium, którzy nie tylko regularnie podnoszą wynagrodzenia swoim pracownikom, ale i dbają o nich oferując benefity, premie i programy rozwojowe niemożliwe do osiągnięcia np. w budżetówce czy w wielu korporacjach. Dla wielu osób praca w sklepie wciąż jest pracą poniżej ambicji, ale w czasach pandemii koronawirusa pracodawca zatrudniający i regularnie płacący wysokie wynagrodzenia staje się bardzo atrakcyjny.

– Miałam okazję rozmawiać ostatnio z szefem związku zawodowego w jednej z dużych sieci dyskontowych. Dowiedziałam się, że nabór prowadzony jest regularnie, pracowników przybywa i są to osoby po których jeszcze kilka lat temu nie spodziewalibyśmy się dyspozycji do pracy w sieciówkach. To ludzie po studiach, nauczyciele, pracownicy branży kreatywnej. Nie ma już wstydu pracy w takim sklepie, bo wynagrodzenia tam dynamicznie rosną, podobnie jak standard pracy. Uważamy, że handel się mocno ucywilizował i choć zarządzanie korporacyjne może budzić pewne konflikty i handel w dyskontach ma swoją specyfikę to na pewno ostatnie lata przynoszą bardzo pozytywne zmiany – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska.

Pracownicy dyskontów mogą liczyć na wyższe wynagrodzenia, premię i benefity. Muszą jednak być gotowi do pracy w późnych godzinach wieczornych oraz muszą spodziewać się bieżących interakcji z klientami, co w czasach pandemii jest dla niektórych zniechęcające.

Na co się skarzą pracownicy dyskontów? Częściej na klientów niż na pracodawców…

Prezes Małgorzata Marczulewska przyznaje, że niegdyś skarg na prace w dyskontach było więcej. Dotyczyły one np. mobbingu, różnicowaniu w siatce wynagrodzeń, konieczności pracy w niedzielę czy np. przerzucaniu pracownika „od sklepu do sklepu” w ramach jednej sieci. Obecnie skarg jest mniej.

– Widzimy zdecydowaną poprawę. W roku 2017 najwięcej mieliśmy skarg na prace sezonowe w kurortach, a potem właśnie na dyskonty. Obecnie taka sytuacja nie ma miejsca i skargi są incydentalne. Wiosną pojawiło się kilka wiadomości o brak wystarczającego zabezpieczenia przed koronawirusem czy o konieczność pracy w nocy, co nie podobało się pracownikom. Nasi prawnicy konsultowali te sprawy, ale trudno jest skarżyć się na coś, co sklep wprowadza jako pewien standard pracy – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska. – Więcej skarg dotyczyło relacji klient – pracownik. Mowa choćby o obsłudze klientów bez maseczek czy klientów w czasie godzin dla seniorów. Powodowało to wiele sytuacji konfliktowych – mówi Prezes stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom.

Wyższe wynagrodzenia w dyskontach to dobra wiadomość. – Jedyne czego nie rozumiem to różnicowanie ze względy na regiony w Polsce i na lokalizacje sklepów. Moim zdaniem siatka płac powinna być sprawiedliwa dla wszystkich pracowników. Wysokość deklarowanych podwyżek robi wrażenie i oceniana może być tylko pozytywnie – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska.

FPP radzi rządowi: nie podwyższajcie podatków, stymulujcie popyt

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) rekomenduje rządowi działania, które pomogą wyjść z kryzysu gospodarczego, bez obciążania kieszeni Polaków i przedsiębiorców. Rekomendacja polityki finansowej FPP w czasach korona-kryzysu nie zaleca zwiększania i wprowadzania nowych podatków i akcyz. Ekonomiści radzą, by zamiast podwyższania podatku VAT, zwiększyć wpływy z niego za pomocą stymulowania gospodarki i wspierania popytu. Rekomendacje FPP pozwalają uniknąć przeniesienia kosztów podatkowych na konsumentów, a także nie dopuścić do zwiększenia szarej strefy. Dotyczą zarówno CIT – rozumianego jako odpowiedzialność dużych przedsiębiorców za wpływy do budżetu, akcyzy – jako regulacji wpływającej na postawy konsumentów, lecz płaconej realnie z kieszeni obywateli oraz VAT – który może zwiększać wpływy do budżetu przy jednoczesnym stymulowaniu gospodarki. Patriotyzm gospodarczy to uczciwy CIT lub inwestycje.

– Staramy się pokazać rządowi, że da się z jednej strony zwiększać wpływy do budżetu, a z drugiej strony nie obciążać konsumenta. Większe wpływy z VAT-u możemy uzyskać przez pobudzanie gospodarki. Zalecamy również ostrożność w manipulowaniu akcyzą, gdyż ona pochodzi z kieszeni konsumenta – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Kowalski, przewodniczący FPP. – Proste zwiększanie stawek akcyzy w okresie pandemii i kryzysu gospodarczego jest nieracjonalne i szkodliwe dla gospodarki, bo obniża siłę nabywczą Polaków na wszystkie towary i usługi – nie tylko te objęte akcyzą. Nie ma aktualnie żadnych przesłanek merytorycznych do dokonywania rewolucji w systemie akcyzy, a podejmowanie tego tematu w okresie destabilizacji gospodarczej – podczas gdy wielu przedsiębiorców zmaga się ze skutkami epidemii, walczy o zachowanie łańcucha wartości i miejsc pracy – jest szczególnie nieodpowiedzialne. W tej układance bardzo ważny jest także podatek CIT. Patriotyzm gospodarczy, o którym tak często się mówi, powinien polegać na tym, żeby płacić CIT w Polsce. To zwiększy wpływy do budżetu i środki na rozwój i inwestycje. Rekomendujemy rządowi zdecydowane działania ratujące miejsca pracy w najbardziej zagrożonych sektorach. Jednym z takich projektów jest bon żywnościowy, który może uratować branżę gastronomiczną w Polsce. Bon żywnościowy już funkcjonuje w obiegu polskim, jest jednak marginalnie wykorzystywany, ze względu na jego wysokie opodatkowanie. Jeżeli zdejmiemy z niego ciężar podatkowy, możemy zarówno zwiększyć wpływy do budżetu państwa, jak i pobudzić rynek gastronomiczny. Wyliczyliśmy, że takie działanie może uratować 100 tysięcy miejsc pracy – podkreśla Kowalski.

Co zapewni przedsiębiorcom energię i ciepło za kilka lat? Kogeneracja

Zgodnie z danymi Polskich Sieci Elektroenergetycznych w sierpniu 2020 roku aż 78% energii elektrycznej w Polsce było produkowane z węgla brunatnego i kamiennego. Z kolei według raportu „Ciepłownictwo w Polsce” z 2019 roku do celów grzewczych zużywamy rocznie 26 mln ton tego surowca. Rządzący wiedzą, że musimy szukać alternatyw, bo inaczej zmusi nas do tego uciekający czas. Polska gospodarka nie jest jednak gotowa, zarówno od strony technicznej jak i ekonomicznej, na całościowe przejście na źródła bezemisyjne. Rozwiązaniem, które okazuje się być w zasięgu, jest kogeneracja gazowa.

Unia nakazuje przejść na niskoemisyjne źródła. Po co sięgną przedsiębiorcy?

Europa zdecydowała o zwiększeniu poziomu ambicji klimatycznych. Rada Europejska w grudniu zeszłego roku zatwierdziła nowy cel dotyczący redukcji emisji do roku 2030 o co najmniej 55% w porównaniu z poziomem z roku 1990. Przejście na niskoemisyjne rozwiązania energetyczne zdaje się być dla przedsiębiorców już nie tylko stopniowo wdrażanym procesem, a wręcz koniecznością.

Czym jest kogeneracja gazowa?

Kogeneracja to skojarzona produkcja, która w jednym procesie technologicznym – spalania np. gazu lub biogazu – łączy wytwarzanie energii elektrycznej i ciepła. Dzięki takiemu rozwiązaniu przedsiębiorca może wykorzystać pierwotną energię znacznie efektywniej niż w przypadku produkcji w źródłach konwencjonalnych. Decydując się na wprowadzenie kogeneracji mamy do wyboru różne rozwiązania technologiczne, które można dopasować do możliwości firmy. Dla mniejszych mocy wykorzystuje się silniki gazowe, dla większych (głównie w przypadku elektrowni, lub elektrociepłowni gazowych o mocy kilkudziesięciu MW) stosuje się turbiny gazowe.

Dlaczego kogeneracja to opłacalna przyszłość w energetyce?

Kogeneracja to przede wszystkim ograniczenie emisji szkodliwych gazów cieplarnianych (m. in. dwutlenku węgla, tlenków siarki oraz azotu) i pyłów do atmosfery. Jednak poza aspektem środowiskowym jest jeszcze seria argumentów, które potwierdzają, że proces ten jest korzystnym rozwiązaniem dla przedsiębiorcy.

Straty energii pierwotnej niezbędnej do wytworzenia tej samej ilości prądu i ciepła w przypadku kogeneracji wynoszą około 40% mniej niż w przypadku konwencjonalnych metod. Wyższa wydajność energetyczna jest oszczędnością dla przedsiębiorcy, a produkcja energii pochodzącej z kogeneracji jest tańsza niż jej zakup z sieci.

Ponadto obecnie średni okres zwrotu nakładów finansowych w przypadku zastosowania kogeneracji jako źródła ciepła wynosi kilka lat.

Co więcej, od 2018 roku w Polsce obowiązuje system wsparcia, który zapewnia dopłaty do energii elektrycznej wytworzonej z kogeneracji gazowej. Wysokość premii uzależniona jest od mocy i stanu (np. nowa, istniejąca, zmodernizowana) instalacji.

Niewątpliwą zaletą kogeneracji gazowej jest również to, że przy odpowiednim zasilaniu nie jest ona zależna od dostępu do sieci gazowej. Mowa tu o zastosowaniu skroplonego gazu ziemnego (LNG) do zasilania jednostki kogeneracji. Dzięki jego wdrożeniu instalacja jest niezależna od gazociągów, których dostępność jest nadal w niektórych rejonach Polski ograniczona.

Zwiększenie popytu na LNG jako skutek przejścia na kogenerację

Większość instalacji kogeneracyjnych będzie budowana na sieci, ale część z nich zastosuje też rozwiązanie z gazem skroplonym, czyli LNG. – W ramach badania rynku, które zostało przeprowadzone dla przyszłej instalacji FSRU w Gdańsku, przygotowaliśmy szacunki na temat rozwoju LNG w kogeneracji. W przypadku, gdy zaledwie 10% kogeneratorów będzie zasilana LNG, to w 2026 roku wolumen może przekroczyć 50 tys. ton. Jest to prawie 2800 standardowych cystern drogowych. To imponująca liczba, która równie dobrze może okazać się jeszcze większa w rzeczywistości” – mówił dr Lech Wojciechowski, Kierownik Zespołu Badań i Strategii DUON podczas Konferencji Polskiej Platformy LNG 2020.

Zgodnie z danymi publikowanymi przez URE w roku 2019 w formie płynnej terminal w Świnoujściu sprzedał LNG w ilości 667 296,241 MWh, co odpowiada około 44 tys. ton.

Jakie są prognozy na przyszłość?

Kogeneracja to rozwiązanie aktualnie stosowane, które na pewno będzie notowało dynamiczny rozwój w perspektywie najbliższych 5 lat i służyło produkcji energii przynajmniej przez kolejną dekadę. W późniejszej perspektywie branża może pójść w kierunku biometanu i bioLNG, dzięki którym dotychczasowe źródła zasilania mogą zmienić status na czysto zielony.

Kolejny pozew producenta karabinka Grot

8 lutego 2021 r. Fabryka Broni „Łucznik” sp. z o.o. złożyła w Sądzie Okręgowym w Radomiu kolejny pozew, związany z nieprawdziwymi informacjami, zawartymi w publikacjach portalu Onet.pl. Pozew o ochronę dóbr osobistych oraz zadośćuczynienie w kwocie 1 000 000 zł został skierowany przeciwko wydawcy portalu, Ringier Axel Springer Polska sp. z o.o. oraz cytowanemu w publikacjach w roli eksperta Pawłowi Mosznerowi. W pozwie znalazło się również żądanie opublikowania przeprosin za naruszenie dóbr osobistych oraz usunięcia ze stron artykułu, zawierającego nieprawdziwe twierdzenia ws. rzekomych nieprawidłowości w wytwarzaniu broni przez spółkę Fabryka Broni „Łucznik” – Radom sp. z o.o.

Fabryk Broni „Łucznik” sp. z o.o. zapewnia, że karabinek MSBS Grot spełnia wymagania określone w specyfikacjach technicznych. Jest to konstrukcja przebadana, sprawdzona, funkcjonalna i bezpieczna dla użytkownika, co w swoich opiniach podkreślają również niezależni eksperci. Podjęte kroki prawne mają na celu ochronę dobrego imienia Fabryki i jej załogi, której profesjonalizm i jakość pracy zostały poddane w wątpliwość.

Zarząd Fabryki Broni „Łucznik” – Radom sp. z o. o.

Rząd zapowiada przyspieszenie inwestycji w bezpieczną infrastrukturę drogową. W kolejnych latach wyda na ten cel 2,5 mld zł

Kończą się prace nad Programem Bezpiecznej Infrastruktury Drogowej na lata 2021–2024. Zakłada on projekty warte 2,5 mld zł z Krajowego Funduszu Drogowego, obejmujące m.in. przebudowę skrzyżowań czy budowę lewoskrętów. Ważnym obszarem inwestycji będzie również poprawa bezpieczeństwa pieszych. W tym celu powstaną nowe chodniki i kładki, a przejścia będą lepiej oznakowane i doświetlone.

 Podstawowym celem szerokich, systemowych działań jest ograniczenie liczby wypadków, spowodowanie, by nasze drogi były bezpieczniejsze. Koncentrujemy się na obszarze przejść dla pieszych, ale nasze inwestycje drogowe będą też ukierunkowane na budowę chodników, ciągów pieszo-rowerowych, bezpiecznych skrzyżowań i rond. Takie działania realizowane przez Ministerstwo Infrastruktury będą miały miejsce w ciągu najbliższych czterech lat – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Biznes Rafał Weber, wiceminister infrastruktury.

Polskie drogi należą do najmniej bezpiecznych w Europie. W 2019 roku, jak wynika z danych Komedy Głównej Policji, doszło do blisko 30,3 tys. wypadków, w których zginęło ponad 2,9 tys. osób, a rannych zostało niemal 35,5 tys. Choć w ostatnich latach zmniejsza się liczba wypadków i osób rannych, rośnie liczba osób zabitych. Około 40 proc. wszystkich ofiar wypadków stanowią piesi i inni niechronieni uczestnicy ruchu drogowego. Z udziałem pieszych odnotowano w całym roku 7 tys. wypadków, z czego połowa miała miejsce na przejściach dla pieszych.

Dlatego Ministerstwo Infrastruktury chce poprawić bezpieczeństwo w tym obszarze. Jednym z elementów będzie zmiana przepisów ruchu drogowego – od czerwca piesi wkraczający na pasy będą mieli pierwszeństwo, będą też kary za korzystanie z telefonu podczas przechodzenia przez ulicę. Kolejny element to inwestycje w infrastrukturę, w tym przejścia dla pieszych.

– W tym roku ruszymy z większym nasileniem tych inwestycji. Chcemy do tego wykorzystać wytyczne, które pokazują, jak powinno wyglądać bezpieczne przejście dla pieszych. Powinny być oświetlone, odpowiednio oznakowane, nie mogą być zasłonięte – zapowiada Rafał Weber.

Analiza „Mankamenty przejść dla pieszych na drogach krajowych w zarządzie Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad” wskazuje, że najczęściej pojawiające się zagrożenia to brak lub niewystarczające urządzenia dla niewidomych (70 proc. skontrolowanych przejść), brak lub niepełne oznakowanie poziome (24 proc.), bardzo wysoka prędkość pojazdów (22 proc.), krawędź przejścia, która nie chroni pieszego (16 proc.) oraz zjazdy w sąsiedztwie przejść ograniczające widoczność (15 proc.). GDDKiA ocenia, że każde przejście dla pieszych powinno być dobrze oświetlone i wyznaczone tam, gdzie jest skuteczna możliwość redukcji prędkości przed przejściem do 50 km/h. Podobnych wytycznych jest jeszcze 15.

– Przejście musi być z dalszej odległości widoczne przez kierującego pojazdem tak, aby mógł on w odpowiedni sposób zareagować, zredukować prędkość czy całkowicie zahamować, w zależności od sytuacji, ale musi wiedzieć z pewnym wyprzedzeniem, że do takiej reakcji musi dojść – wskazuje wiceminister infrastruktury.

Oprócz zmian na przejściach dla pieszych bezpieczeństwo mają zwiększyć planowane inwestycje drogowe. W 2020 roku GDDKiA oddała do użytku blisko 138 km dróg. Ten rok zapowiada się jeszcze bardziej ambitnie – do końca 2021 roku kierowcy mają mieć do dyspozycji co najmniej 385,5 km nowych dróg, w tym ok. 40 km autostrad i 308 km dróg ekspresowych.

Budujemy w głównej mierze drogi szybkiego ruchu, autostrady i drogi ekspresowe, dzięki czemu na nie przenosi się ruch ciężki, ruch tranzytowy, ale też ruch osobowy dalekobieżny. Na tych drogach nie ma pieszych i rowerzystów, więc jest zdecydowanie bezpieczniej – tłumaczy Rafał Weber.

Pomóc mają także realizowane inwestycje w ramach zaplanowanego na 10 lat programu budowy 100 obwodnic o łącznej długości ok. 830 km. Będą to trasy o najwyższych parametrach technicznych, dostosowane do przenoszenia obciążenia 11,5 t/oś. Trwają też inwestycje w starodroża, czyli pozostałości dróg istniejących w przeszłości, by były gotowe do przejazdu pojazdów o obciążeniu 11,5 ton.

– Mamy też ogromny program wsparcia dla dróg samorządowych. Rządowy Fundusz Rozwoju Dróg to na przestrzeni 10 lat już ponad 39 mld zł, chcemy w ten sposób dofinansować drogi gminne, powiatowe i w pewnym zakresie wojewódzkie. Potrzebujemy trochę czasu, aby te wszystkie inwestycje zrealizować, ale efekty już są widoczne – zapewnia wiceminister.

W pierwszych dniach lutego Ministerstwo Infrastruktury zatwierdziło programy inwestycji dla zadań drogowych w ośmiu województwach (dolnośląskim, śląskim, podkarpackim, wielopolskim, warmińsko-mazurskim, łódzkim, podlaskim i opolskim). Wszystkie one są związane z poprawą bezpieczeństwa uczestników ruchu drogowego. W sumie prawie 580 mln zł trafi w kolejnych kilku latach m.in. na budowę chodników, ścieżek rowerowych, zatok autobusowych i kładek dla pieszych.

Pracodawcy RP: Liczymy na ponowne konsultacje ustawy o krajowym cyberbezpieczeństwie. Budowa sieci 5G w Polsce już jest opóźniona

Około 600 mln zł bezpośredniej straty dla Skarbu Państwa, ponad 21 mld zł obniżenia PKB i 14 mld zł straty po stronie operatorów telekomunikacyjnych, która musiałaby zostać częściowo przeniesiona na klientów, a także prawdopodobne spory prawne i opóźnienia we wdrażaniu sieci 5G, które będą kosztować krajową gospodarkę kolejne miliardy – to potencjalne skutki nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, oszacowane przez Audytel i kancelarię Dentons. Projekt, który w ocenie rynku i prawników zawiera cały szereg wad prawnych, jest już na etapie rządowych uzgodnień, ale eksperci apelują o poddanie go konsultacjom publicznym m.in. ze względu na daleko idące konsekwencje gospodarcze, jakie będzie mieć jego uchwalenie.

– Procedura powstawania tej ustawy jest oryginalna. Zaczęło się od zbyt krótkiego terminu na konsultacje, następnie na niemal kwartał zapadła cisza, a po niej pokazano nową wersję projektu, która nie podlega już konsultacjom, mimo że znalazło się w niej sporo całkowicie nowych rozwiązań i propozycji. Przykładowo ma powstać narodowy operator, któremu zostaną przyznane bardzo cenne dobra, jakimi są częstotliwości niezbędne do budowy sieci 5G w Polsce. O takich sprawach na pewno powinno się rozmawiać z przedsiębiorcami i rynkiem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP.

Pierwszy projekt ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, zaprezentowany na początku września ub.r., wywołał kontrowersje wśród ekspertów i całego rynku telekomunikacyjnego m.in. ze względu na ekspresowy, 14-dniowy termin konsultacji publicznych czy też zapisy, które pozwalają wykluczyć część dostawców infrastruktury 5G na podstawie niejasnych kryteriów (np. takich, czy dana firma pochodzi z kraju, w którym są przestrzegane prawa człowieka). W ocenie prawników, jak i Rządowego Centrum Legislacji projekt zawierał też cały szereg wad prawnych i był sprzeczny nie tylko z krajowymi, lecz także międzynarodowymi i unijnymi przepisami dotyczącymi m.in. wolnego handlu i swobody prowadzenia działalności gospodarczej.

Po otrzymaniu ponad 750 uwag od ekspertów, instytucji branżowych i przedsiębiorców w styczniu tego roku pojawiła się nowa propozycja zmian. Tylko w kosmetycznym stopniu uwzględniła ona jednak uwagi i zastrzeżenia zgłoszone w toku publicznych konsultacji.

– Te przepisy wprost ingerują w to, jak przedsiębiorcy mają prowadzić swoje biznesy. Mogą m.in. zmusić ich do wymiany używanego sprzętu oraz oprogramowania w wyniku decyzji podjętej przez grono decydentów na podstawie niejasnych przesłanek, prawdopodobnie motywowanych politycznie – mówi Andrzej Malinowski.

Nowelizacja ustawy o KSC będzie mieć duże przełożenie na wdrażanie w Polsce sieci 5G. Bez jej uchwalenia nie ruszy aukcja UKE na częstotliwości niezbędne dla budowy nowego standardu. Nowe przepisy mają też określić kryteria oceny dostawców infrastruktury dla tej technologii. Tymczasem już teraz wprowadzenie sieci nowej generacji w Polsce jest opóźnione względem innych krajów europejskich.

– Czechy w ubiegłym roku rozdysponowały już częstotliwości 5G. W Polsce z kolei 30 grudnia 2020 roku weszło w życie rozporządzenie ministra cyfryzacji w sprawie minimalnych środków technicznych i organizacyjnych oraz metod, jakie przedsiębiorcy telekomunikacyjni są obowiązani stosować w celu zapewnienia bezpieczeństwa i integralności sieci lub usług. Te przepisy były konsultowane przez niemal sześć miesięcy przez cały rynek i miały gwarantować bezpieczeństwo sieci. Dokumentacja aukcyjna również wydaje się być gotowa. Dlatego trudno jest racjonalnie wyjaśnić dalsze wstrzymywanie postępu technologicznego – podkreśla prezydent Pracodawców RP. – Polska na pewno znajduje się pod presją czasu, bo budowa sieci 5G jest u nas opóźniona. Nie może być to jednak argumentem za dopychaniem złych rozwiązań kolanem.

Eksperci wskazują, że ujęty w nowelizacji ustawy mechanizm wykluczania konkretnych firm na podstawie kryteriów narodowościowych uderzy głównie w chińskie koncerny technologiczne. Firmy uznane za tzw. dostawców wysokiego ryzyka zostaną wykluczone z polskiego rynku, bez realnej możliwości odwołania się od tej decyzji.

 Jeśli ustawa zostanie przyjęta w takim kształcie, to oznacza wzrost ryzyka i wzrost kosztów prowadzenia biznesu dla przedsiębiorstw telekomunikacyjnych i teleinformatycznych. Wzrośnie koszt inwestycji w infrastrukturę, a budowa sieci 5G w Polsce jeszcze bardziej się opóźni. Czyli będzie dokładnie na odwrót, niż być powinno, bo mieliśmy przecież rozwijać infrastrukturę cyfrową i przyspieszać z digitalizacją w administracji i biznesie – mówi Andrzej Malinowski.

Nowy raport, opracowany przez Audytel i kancelarię Dentons na zlecenie Huaweia, pokazuje, że wykluczenie tego producenta z polskiego rynku może wywołać łączne straty dla krajowej gospodarki sięgające nawet 44 mld zł – w tym między innymi 21,5 mld zł straty wynikającej z obniżenia PKB, ok. 600 mln zł bezpośredniej straty dla Skarbu Państwa i ponad 14 mld zł straty po stronie operatorów telekomunikacyjnych, którzy byliby zmuszeni do wymiany sprzętu sieciowego. Skutkiem wdrożenia noweli ustawy o KSC i wykluczenia Huaweia byłyby też dalsze opóźnienia w budowie sieci 5G, sięgające nawet trzech lat, tymczasem każde sześć miesięcy takiego opóźnienia zwiększyłoby i tak już ujemne saldo skutków ekonomicznych o dodatkowe 16–17 mld zł.

Najnowszy projekt nowelizacji ustawy o KSC trafił już na Komitet Rady Ministrów ds. Cyfryzacji oraz ds. Europejskich. Eksperci ds. prawa, instytucje branżowe i podmioty działające w branży telko apelują jednak o ponowne poddanie go konsultacjom publicznym.

 Z zapowiedzi strony rządowej wynika, że ten projekt ma być przyjęty niemal natychmiast przez Radę Ministrów. Z perspektywy proceduralnej zawsze jednak istnieje możliwość przekazania projektu do ponownych konsultacji. To zależy jedynie od dobrej woli osób decyzyjnych – mówi prezydent Pracodawców RP. – W przypadku poważnych wątpliwości, które zgłaszane są przez organizacje pracodawców oraz izby branżowe, należałoby się zatrzymać i zastanowić. Do końca wierzymy, że z uwagi na tak poważne zmiany premier uwzględni jednak głos strony społecznej i skieruje nowy projekt ustawy do konsultacji, a następnie zorganizuje dyskusję z tymi podmiotami, które sformułują uwagi oraz propozycje poprawek.