Znaki towarowe – jak amortyzować?

0

Definicję znaku towarowego możemy znaleźć w ustawie z dnia 30 czerwca 2000 r. – Prawo własności przemysłowej. Według niej znak towarowy to każdy symbol, który można przedstawić w sposób graficzny, który nadaje się do oznaczania towarów lub usług danego przedsiębiorstwa. To dość szeroki zakres: mieszczą się w nim wyrazy, litery, liczby, kolory, forma przestrzenna, ornamenty, a także połączenia tych elementów. Co ciekawe, znakiem towarowym może być także melodia, sygnał dźwiękowy, a nawet zapach.

Znak towarowy stanowi część majątku firmy i według art. 22b ust. 1 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych pod pewnymi warunkami może podlegać amortyzacji.

Sam znak towarowy w myśl przepisów podatkowych co do zasady nie podlega amortyzacji, gdyż sam w sobie nie jest uznawany za wartość niematerialną i prawną. Amortyzowane jest samo prawo ochronne na znak towarowy, które powinno posiadać kilka cech, a mianowicie:

  • stanowić prawo określone w ustawie Prawo własności przemysłowej,
  • zostać nabyte przez podatnika,
  • nadawać się do gospodarczego wykorzystania w dniu przyjęcia do używania,
  • być wykorzystywane przez podatnika na potrzeby związane z prowadzoną przez niego działalnością gospodarczą albo oddane przez niego do używania na podstawie umowy licencyjnej (sublicencji), umowy najmu, dzierżawy lub umowy leasingu;

lub sam znak towarowy jako utwór (jeżeli nie zostało mu nadane prawo ochronne, a znak spełnia definicje utworu zgodnie z ustawą o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

Ważny jest w tym kontekście także przewidywany okres jego używania – powinien być on dłuższy niż rok.

Wszystkie wymienione warunki muszą być spełnione łącznie, co ogranicza w pewien sposób możliwości przedsiębiorcy w zakresie amortyzowania znaku. Także jeśli został on nabyty w sposób pierwotny (czyli wytworzony we własnym zakresie) lub zarejestrowany w Urzędzie Patentowym, nie może ulegać amortyzacji – urząd skarbowy uważa, że z chwilą rejestracji znak towarowy staje się wartością wytworzoną, a nie nabytą. Oznacza to, że wydatki, które przedsiębiorca poniósł przy wytwarzaniu prawa do znaku (czyli rejestracji), można zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów w dacie ich poniesienia. W takim przypadku można dokonać odpisu amortyzacyjnego od prawa do znaku towarowego tylko wtedy, gdy dochodzi do nabycia wtórnego, czyli na dzień jego nabycia podatnik posiada na mocy prawomocnej decyzji Urzędu Patentowego szczególną ochronę prawną.

Prawa autorskie a amortyzacja znaku towarowego

Przedsiębiorca może amortyzować niezarejestrowany znak towarowy, o ile można zakwalifikować go jako utwór w rozumieniu przepisów o prawach autorskich. Amortyzacji podlegają wówczas autorskie prawa majątkowe do znaku towarowego.

Utworem, czyli przedmiotem praw autorskich, jest według art. 1 ust. 1 oraz 2 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia. Ochronie podlega zwłaszcza utwór wyrażony słowem, symbolami matematycznymi oraz znakami graficznymi. Z analizy definicji ustawowej wynika, że znak towarowy, którego nie zarejestrowano, może być przedmiotem praw autorskich. One z kolei należą do katalogu wartości niematerialnych i prawnych, ujętych w art. 22b u. 1 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych.

Choć w niektórych kręgach zaliczenie niezarejestrowanego znaku towarowego do utworów może budzić sprzeciw, takie stanowisko zostało potwierdzone w kilku interpretacjach indywidualnych i orzeczeniach sądów.

Należą do nich interpretacja indywidualna dyrektora Izby Skarbowej w Warszawie z 26 lipca 2013 r. (sygn. IPPB1/415-623/13-2-EC) oraz interpretacja dyrektora Izby Skarbowej w Warszawie z 22 października 2012 r. ( sygn. IPPB3/423-518/12-2/PK1). Jednak najistotniejszy jest wyrok poznańskiego WSA z 28 czerwca 2011 r. (sygn. akt I SA/Po 210/11), potwierdzony następnie przez NSA w wyroku z 8 października 2013 r. (sygn. akt II FSK 2812/11). Znaleźć w nim można wyczerpujące wyjaśnienie: (…) o ile znak towarowy jako twór podlega ochronie zgodnie z przepisami ustawy o prawie autorskim, o tyle taki sam znak słowno-graficzny zgłoszony do rejestracji o udzielenie praw ochronnych na znak towarowy traci niejako przymiot utworu, bowiem w momencie zgłoszenia do rejestracji przez właściwy organ patentowy rozpoczyna się niejako jego ochrona na podstawie przepisów ustawy – Prawo własności przemysłowej.

Należy więc zachować ostrożność przy wybieraniu między prawnoautorską ochroną znaku towarowego lub prawami ochronnymi do niego, a także nie zapominać, że wspomniane wcześniej interpretacje i wyrok odnoszą się do indywidualnego przypadku i choć możemy się w niektórych sytuacjach na nie powoływać, nie stanowią ogólnej wykładni prawa.

Znak towarowy jako wartość niematerialna i prawna

Jak już wspominano, znak towarowy (jeżeli nie jest wytworzony przez podatnika) zalicza się do wartości niematerialnych i prawnych. W ich przypadku, zwłaszcza jeśli zostały nabyte w drodze kupna, za wartość początkową uznaje się cenę nabycia, powiększoną o koszty związane z zakupem naliczone do dnia przekazania wartości niematerialnej i prawnej do używania, a w szczególności o koszty opłat notarialnych, skarbowych i innych, odsetek, prowizji.

Kwotę tę pomniejsza się także o podatek od towarów i usług. Wyjątkiem od tej zasady są przypadki, w których zgodnie z odrębnymi przepisami podatek od towarów i usług nie stanowi podatku naliczonego, podatnikowi nie przysługuje wówczas obniżenie kwoty podatku należnego o podatek naliczony albo zwrot różnicy podatku w rozumieniu ustawy o podatku od towarów i usług.

Cenę koryguje się także o różnice kursowe, naliczane aż do dnia oddania do użytku wartości niematerialnej i prawnej. Inaczej oblicza się wartość początkową choćby w przypadku nabycia składników majątku w drodze spadku, darowizny lub wkładu niepieniężnego – w takim przypadku wartością początkową jest wartość rynkowa a z dnia nabycia, chyba że umowa, na podstawie której je nabyto, określa ją w niższej wysokości.

Odpisów amortyzacyjnych nie trzeba dokonywać, jeżeli wartość niematerialna i prawna jest wyceniona na mniej niż 3.500 zł (netto w przypadku czynnych podatników VAT, brutto w przypadku podmiotów zwolnionych z VAT). Wydatki, które przedsiębiorca poniósł na ich nabycie, kwalifikuje się wówczas jako koszty uzyskania przychodów w miesiącu oddania ich do używania. Może także dokonać jednorazowo odpisów amortyzacyjnych od wartości początkowej w miesiącu oddania ich do używania lub w miesiącu następnym.

Odpisów amortyzacyjnych od wartości początkowej wartości niematerialnych i prawnych dokonuje się od pierwszego miesiąca następującego po miesiącu, w którym wartości te wprowadzono do ewidencji wartości niematerialnych i prawnych lub do końca tego miesiąca, w którym następuje zrównanie sumy odpisów amortyzacyjnych z ich wartością początkową lub w którym postawiono je w stan likwidacji, zbyto lub stwierdzono ich niedobór.

Okres amortyzacji przedmiotu praw autorskich i prawa ochronnego na znak towarowy nie może być krótszy niż 60 miesięcy, zaś maksymalna stawka amortyzacyjna powinna wynosić 20%.

Przykład 1.

Firma XYZ nabyła od Firmy ABC znak towary wraz z prawami autorskimi za kwotę 3.000 zł. Jak rozliczyć tego typu zakup?

Istnieją trzy rozwiązania:

  1. wykazanie zakupu bezpośrednio w kosztach uzyskania przychodów – odpowiednią do tego kolumną będzie kol. 13 KPiR – pozostałe wydatki
  2. jednorazowa amortyzacja w związku z niskocenną wartością niematerialną i prawną; wówczas całą kwotę 3.000 zł podatnik wykazuje w kol. 13 KPiR – pozostałe wydatki w miesiącu, w którym wartość niematerialna i prawna została przyjęta do użytkowania;
  3. amortyzacja liniowa, która musi trwać min. 60 miesięcy (5 lat) wówczas max. stawka amortyzacji wynosi 20%:
    • roczny odpis amortyzacyjny dla znaku towarowego: 3.000 zł x 20% = 600 zł
    • miesięczny odpis amortyzacyjny dla znaku towarowego: 600 zł : 12 m-cy = 50 zł

odpisy amortyzacyjne ujmuje się w kosztach, począwszy od miesiąca następującego po miesiącu przyjęcia wartości niematerialnej i prawnej do użytkowania.

Decyzję co do rozliczenia niskocennego znaku towarowego przedsiębiorca powinien podjąć w taki sposób by była dla niego najkorzystniejsza pod względem podatkowym.

Przykład 2.

Firma ABG nabyła znak towarowy z prawami autorskimi od Firmy AHL. Wartość początkowa znaku towarowego wynosi 15.000 zł. Jak będą kształtowały się odpisy amortyzacyjne przy założeniu, że

  1. będzie amortyzowany przez minimalny wymagany okres 5 lat (60 m-cy)
  2. będzie amortyzowany przez 10 lat (120 m-cy)
  3. zastosuje stawkę amortyzacyjną 12%

ad.1. W przypadku amortyzacji przez okres 5 lat max. stawka amortyzacyjna jaką można zastosować to 20%.

  • roczny odpis amortyzacyjny: 15.000 zł x 20% = 3.000 zł
  • miesięczny odpis amortyzacyjny: 3.000 zł : 12 m-cy = 250 zł

ad.2. W przypadku amortyzacji trwającej 10 lat stawką amortyzacyjną, którą należy zastosować wynosi 10%.

  • roczny odpis amortyzacyjny: 15.000 zł x 10% = 1.500 zł
  • miesięczny odpis amortyzacyjny: 1.500 zł : 12 m-cy = 125 zł

ad.3. W przypadku gdy stawka amortyzacyjna będzie wynosiła 12%, okres amortyzacji będzie trwał 8 lat i 4 miesiące:

  • roczny odpis amortyzacyjny: 15.000 zł x 12% = 1.800 zł
  • miesięczny odpis amortyzacyjny: 1.800 zł : 12 m-cy = 150 zł

Tak jak w przykładzie pierwszym podatnik nabywający znak towarowy powinien wybrać taki wariant, który w jego indywidualnej sytuacji będzie optymalny pod względem podatkowym. Jeżeli planowane przychody nie będą zbyt wysokie, wówczas można sobie pozwolić na dłuższy okres amortyzacji znaku towarowego. Natomiast gdy w firmie planuje się wzrost przychodów wówczas najlepszym rozwiązaniem będzie zastosowanie wysokiej stawki amortyzacji z możliwie najkrótszym okresem amortyzowania, na jaki pozwalają obowiązujące przepisy.

Andrzej Lazarowicz, prezes wfirma.pl

Europa zwalnia – dane z Francji i Niemiec nie zachwycają

Poznaliśmy dane o wzroście PKB największych gospodarek. Dane z Francji i Niemiec nie zachwycają. Dobrze wypadł za to wczorajszy odczyt zmian cen w Polsce. Dzisiaj zobaczymy czy dobrą passę podtrzyma wzrost rodzimego PKB. W Grecji przyjęto wymagany pakiet reform.

Maciej Przygórzewski - główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat
Maciej Przygórzewski – główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat

Rano poznaliśmy dane o wzroście PKB w głównych gospodarkach Unii Europejskiej. Francji ledwo udało się uciec przed recesją, nie udało się jednak osiągnąć wzrostu. W przypadku Niemiec wzrost PKB wyniósł zaledwie 0,4% w ujęciu kwartalnym. W skali roku to nadal 1,6%, ale to wynik lepszego początku tego okresu. Naszych zachodnich sąsiadów uratowało słabsze euro, które przyczyniło się do poprawy eksportu. Warto zwrócić uwagę, że jeżeli przy słabej walucie, niemal zerowych stopach procentowych i bardzo niskich cenach ropy naftowej gospodarka ma tak mizerne wyniki nie wróży to dobrze na przyszłość. Analitycy widząc taką dyspozycję patrzą przychylniejszym okiem na głównego konkurenta po drugiej stronie oceanu, który nie ma tych problemów. Nie może zatem dziwić, że dane te zatrzymały kolejną próbę odbicia na parze EUR/USD.

Wczoraj poznaliśmy lepsze od oczekiwań dane na temat zmian cen w Polsce. Nie ma co prawda jeszcze inflacji, ale deflacja jest niższa niż oczekiwano. Jest to oczywiście jednym z efektów spadających cen ropy, co przekłada się na niższe koszty transportu. Po tych danych trwał ruch umacniający złotówkę. Zyskała ona wobec euro przeszło grosz w ciągu następnej godziny a zmiana ta utrzymała się do końca dnia.

Grecy przyjęli pakiet reform. Był to warunek konieczny najbliższego porozumienia z wierzycielami. Reformy dotyczą przede wszystkim prywatyzacji, systemu emerytalnego, podatkowego oraz deregulacji energetyki. Nie obyło się oczywiście bez rozłamu w koalicji rządzącej, a nawet wewnątrz głównej partii. Na szczęście opozycja była znacznie bardziej przychylna temu projektowi co uratowało głosowanie.

Po trzech dniach sytuacja z juanem się uspokoiła. Nawet doszło do delikatnego wzrostu wartości chińskiej waluty. Trzeba przyznać, że to częściowe uwolnienie wartości chińskiej waluty odbyło się w mocno niefortunnym momencie. Gdyby doszło do tego nie podczas publikacji ważnych i co istotne, niekorzystnych danych, nie było z tym prawdopodobnie aż takiego zamieszania. Dlaczego zmieniano metodę ustalania kursu? Ambicją Chin jest stworzenie z juana jednej z walut światowych. Tak długo jak jego kurs będzie ręcznie ustalany względem dolara ciężko sobie wyobrazić realizację takiego scenariusza.

Dzisiaj warto zwrócić uwagę na następujące dane makroekonomiczne:
10:00 – Polska – PKB,
15:15 – USA – produkcja przemysłowa.

EUR/PLN

Komentarz walutowy 14.08.2015
Komentarz walutowy 14.08.2015

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 14.05.2015 do 14.08.2015

Kurs EUR/PLN porusza się w krótkoterminowej formacji wzrostowej wewnątrz szerokiej formacji wzrostowej. Dolne ograniczenie przebiegało jeszcze wczoraj w okolicach 4,1800, a kolejnego wsparcia należy oczekiwać w okolicach 4,1250 – 4,1300, gdzie znajduje się dolne ograniczenie głównej formacji.

CHF/PLN

Komentarz walutowy 14.08.2015
Komentarz walutowy 14.08.2015

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 14.05.2015 do 14.08.2015

Kurs CHF/PLN po osiągnięciu 4,0550 utworzył trend spadkowy. Po przebiciu ważnych minimów na 3,9000, kolejnym poziomem jest testowane obecnie 3,8350.

USD/PLN

Komentarz walutowy 14.08.2015
Komentarz walutowy 14.08.2015

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 14.05.2015 do 14.08.2015

Kurs USD/PLN porusza się w ramach szerokiej formacji wzrostowej. Opór stanowić będzie maksimum na poziomie 3,8500. Kolejnym wsparciem dolne ograniczenie trendu na 3,7400.

GBP/PLN

Komentarz walutowy 14.08.2015
Komentarz walutowy 14.08.2015

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 14.05.2015 do 14.08.2015

Kurs GBP/PLN podobnie jak USD/PLN porusza się w ramach szerszej formacji wzrostowej. Oporem dla ewentualnych wzrostów jest ostatnie maksimum na 5,9900. W przypadków spadków najbliższym wsparciem jest dolne ograniczenie formacji wzrostowej na 5,8300.

Zarobki w branży IT – gdzie płacą najwięcej?

60 procent z nas do zmiany pracy najsilniej motywują pieniądze. Branża IT, która jest uważana za jedną z lepiej opłacanych, oferuje pracownikom stawki znacznie wykraczające poza średnią krajową, wynoszącą niewiele ponad 4 000 PLN. Wśród popularnych języków programowania najlepiej zarabiają programiści aplikacji mobilnych – 7 200 PLN miesięcznie oraz programiści JAVA – o 200 PLN mniej. Gdzie warto pracować, w jakiej firmie i specjalizacji, aby zarobić najwięcej?

Rynek pracy IT cały czas wymyka się schematom. Z jednej strony zapotrzebowanie na specjalistów w różnych obszarach informatycznych wciąż rośnie, działy HR alarmują, że brak na rynku specjalistów z danych dziedzin; z drugiej zaś mówi się o dużej rotacji pracowników, którzy – skuszeni wyższą pensją – są skłonni stosunkowo często zmieniać chlebodawcę.

Sedlak & Sedlak, firma zajmująca się doradztwem HR, pod koniec 2014 roku opublikowała raport „Problemy HR w firmach IT”, badający najistotniejsze przeszkody, z jakimi mierzą się rekruterzy poszukujący specjalistów IT. Najtrudniejszą do pokonania barierą jest niedobór kandydatów o odpowiednich kwalifikacjach, z którym boryka się aż 88 procent firm. Idąc za tropem „informatycznego rynku pracownika” warto też zwrócić uwagę na mało konkurencyjne wynagrodzenie, które jako problem postrzega 47 proc. ankietowanych przedsiębiorstw. Gdzie wiec pracować, aby pensja była satysfakcjonująca?

Gdzie w Polsce najwięcej zarobi programista JAVA
Gdzie w Polsce najwięcej zarobi programista JAVA

Mniejszym firmom trudno konkurować z dużymi, zwłaszcza międzynarodowymi korporacjami informatycznymi. Oprócz zarobków na często światowym poziomie oferują one szereg świadczeń pozapłacowych, których sfinansowanie dla niewielkich podmiotów może być trudne – mówi Sylwia Wieteska, HR Specialist z Hicron, integratora systemów IT. – Zauważamy jednocześnie rosnący trend pracownika świadomego swoich praw i możliwych profitów poza standardowym wynagrodzeniem. Firmy rozszerzają pakiety socjalne, oferując już nie tylko prywatną opiekę medyczną czy karty sportowe, lecz także bony zakupowe, wszelkiego rodzaju dofinansowanie wakacji lub kursów językowych, czy też darmowe owoce lub inne smakołyki na każdy dzień pracy. Duży nacisk kładzie się także na rozwój zainteresowań i pasji zespołu, np. poprzez materialne wsparcie nieformalnych grup sportowych lub innych kół zainteresowań tworzonych przez pracowników. To, oprócz podstawowego wynagrodzenia, może przyciągać kandydatów – dodaje.

Znajomość języków programowania jest w cenie

Aby w pełni wykorzystać potencjał finansowy rynku IT, należałoby dobrze zaplanować swoją karierę pod kątem kilku czynników wpływających na wysokość wynagrodzenia. Najważniejszym z nich jest specjalizacja informatyka. Najbardziej dochodowe dla firmy obszary to jednocześnie najwyższe pensje. Warto zwrócić szczególną uwagę na zarobki programistów: to tutaj często brakuje specjalistów wysokiej klasy, zaś stawki daleko w tyle pozostawiają średnią krajową.

Ranking najlepiej opłacanych języków programowania otwierają rzadkie technologie (np: COBOL, RUBY). Generalnie im rzadsza technologia, tym wyższe wynagrodzenie. Mamy tu często do czynienia z sytuacją, w której to pracownicy dyktują warunki – firmy są w stanie zapłacić takim programistom kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie, a czasami nawet więcej. Jeśli chodzi o bardziej popularne technologie, najlepiej opłacanym obszarem są aplikacje mobilne, gdzie mediana wynagrodzeń miesięcznych brutto doświadczonych programistów wynosi 7 200 PLN. To około dwa razy więcej niż średnie wynagrodzenie według GUS. Natomiast jedna czwarta specjalistów od aplikacji mobilnych zarabia ponad 8 833 PLN brutto miesięcznie – mówi Damian Pokrywka, Specjalista ds. analiz wynagrodzeń z Sedlak & Sedlak.

Na kolejnych miejscach najlepiej opłacanych specjalizacji programistycznych uplasowały się języki: Java z płacą na poziomie 7 000 PLN, C/C++ – 6 867 PLN oraz programista baz danych zarabiający 6 539 PLN miesięcznie, czy .NET z wynagrodzeniem  6 142 PLN.

Więcej w metryce, więcej na koncie

Co oczywiste, wynagrodzenia rosną wraz ze zdobywanym doświadczeniem. W porównaniu do początkującego programisty aplikacji mobilnych (z zarobkami rzędu 4 095 PLN) doświadczony pracownik zarobi już 7 200 PLN, zaś tzw. „senior” może liczyć na comiesięczny wpływ na konto ponad dwukrotnie wyższy niż u „juniora”. Na podobnym poziomie kształtują się różnice dla programistów .NET, gdzie młodszy specjalista zarobi niespełna 4 000 PLN, a starszy – ponad 9 tysięcy złotych brutto miesięcznie.

Różnice w wynagrodzeniu na zbliżonych stanowiskach mogą kształtować się także w zależności od wybranej formy współpracy. Większość firm, także w sektorze IT, elastycznie podchodzi do tej kwestii, umożliwiając zatrudnionemu wybór takiej umowy, jaka będzie dla niego najbardziej satysfakcjonująca. Pracownicy mogą np. prowadzić jednoosobową działalność gospodarczą, podpisać umowę o pracę, bądź kontrakt. Z danych Sedlak & Sedlak wynika, że ten ostatni jest korzystniejszy dla pracownika, ponieważ wiąże się z wyższymi stawkami. I tak w przypadku doświadczonego specjalisty różnica ta wynosi zaledwie 624 PLN w miesiącu, lecz dyrektor pionu może już liczyć na zwyżkę w wysokości 5 115 PLN. W ciągu roku różnica w dochodach starszego specjalisty zatrudnionego na kontrakcie wyniesie około 12 192 PLN. Dla zobrazowania kwoty: to wystarczy, aby kupić nieco ponad 2 m2 mieszkania we Wrocławiu.

Dochodowy biznes to większe pensje

Różnice w wynagrodzeniach są widoczne także gdy przyjrzymy się rocznej kondycji finansowej firm, które je wypłacają. Im większy dochód przedsiębiorstwa, na tym wyższe pensje mogę liczyć jego pracownicy. Starszy specjalista IT zarobi 8 103 PLN w firmie osiągającej dochody do 25 milionów złotych, jeśli zaś zatrudni się w przedsiębiorstwie przekraczającym pułap 200 milionów – ma szansę na pensję w wysokości 9 850 PLN.

Obok największych graczy, polski rynek firm IT rozwija się bardzo intensywnie i na arenę zaczynają wkraczać mniejsze przedsiębiorstwa, zatrudniające 200 – 300 pracowników, które oferują równie atrakcyjne wynagrodzenia. Firmy te wygrywają często nie tylko ofertami finansowymi, lecz także mniej sformalizowaną strukturą, większą samodzielnością pracowników i niestandardowych możliwościach rozwoju poza utartymi schematami – mówi Sylwia Wieteska z Hicron.

Biuro z widokiem

Nie bez znaczenia pozostaje także lokalizacja firmy. W województwach o dużym nasyceniu podobnymi przedsiębiorstwami walka o pracownika się zaostrza, co owocuje wyższymi zarobkami. Programista Java w województwach mazowieckim i dolnośląskim zarobi 7 000 PLN, w śląskim – 5 600 PLN, podczas gdy w lubelskim już tylko 4 100 PLN – niewiele więcej, niż wynosi średnia krajowa. Inaczej kształtują się też dolne i górne kwartyle. Dla porównania: w dolnośląskim jedna czwarta programistów Java zarabia poniżej 4 700 PLN, podczas gdy na terenie lubelskiego wskaźnik ten wynosi 3 000 PLN (dane za 2014 rok).

Pracownika zatrudnię od zaraz

Popyt na specjalistów IT od kilku lat nie tylko nie słabnie, lecz wręcz nabiera rozpędu. Braki kadrowe odczuwają zwłaszcza firmy o intensywnym tempie rozwoju, które prowadzą rekrutacje niemal w trybie ciągłym, poszukując pracowników do nowo tworzonych zespołów.

Rekrutacja w trybie ciągłym to coraz częstsze zjawisko w firmach IT, także w Hicron. W tej chwili poszukujemy między innymi programistów Java i .NET. Aby zaspokoić nasze potrzeby personalne w tych zespołach chcemy zatrudnić około 20 osób. Zapotrzebowanie na specjalistów w tym obszarze jest ogromne i ciągle rośnie, zwłaszcza w miastach takich jak Wrocław czy Warszawa, gdzie swoje siedziby lokuje coraz więcej firm z tego sektora. Czy rynek pracy dla programistów się wysyci? Myślę, że nieprędko to nastąpi – podsumowuje Szymon Włochowicz,  Architekt Rozwiązań i Lider Zespołu Enterprise Mobility w Hicron.

W dobie ogromnego zapotrzebowania na pracowników sektora ICT warto ułożyć swoja ścieżkę kariery zarówno pod kątem interesujących i pełnych wyzwań projektów, jak i potencjalnych profitów finansowych. Forma zatrudnienia, wielkość firmy, jej lokalizacja, a także nasza specjalizacja zawodowa –  to jedne z ważniejszych czynników wartych uwagi w procesie osiągnięcia zawodowej satysfakcji na informatycznym rynku pracy.

Artykuł powstał w oparciu o dane Sedlak & Sedlak zawarte w raportach: Wynagrodzenia na stanowiskach IT w 2013 roku oraz Raport płacowy Sedlak & Sedlak dla branży IT – 2015.

Opti TFI: Z wyjątkiem PZU brakuje chętnych na zakup banków. Podatek bankowy nie powinien więc spowodować ucieczki z polskiego rynku

Tomasz Bursa

Polski rynek nie jest już atrakcyjny dla zagranicznych banków. Niskie stopy procentowe, ustawa frankowa i zapowiedziany podatek bankowy powstrzymują banki przed akwizycjami. Dlatego trudno o sprzedaż już działających instytucji, choć kilka z nich otwarcie deklaruje sprzedaż swoich polskich filii. Zdaniem wiceprezesa Opti TFI Tomasza Bursy wśród kupujących natomiast aktywna jest właściwie tylko Grupa PZU. Jego zdaniem po wprowadzeniu podatku bankowego wejście banków na drogę prawną jest mało prawdopodobne. Realny jest raczej scenariusz węgierski, czyli dostosowanie do nowych reguł rynkowych.

– Zawsze musi być kupujący. I dzisiaj tak naprawdę wydaje mi się, że kilka banków chciałoby wyjść z Polski, ale za bardzo nie ma kto ich kupić, bo jak się zastanowimy, to właściwie jedynym kupującym jest PZU mówi Tomasz Bursa wiceprezes Opti TFI SA.

Pod koniec maja bieżącego roku Grupa PZU kupiła pakiet ponad 25 proc. akcji Alior Banku. Wartość transakcji przekroczyła 1,6 mld złotych. Ubezpieczyciel planuje przejąć jeszcze 2-3 inne banki, a łączna kwota akwizycji może wynieść 5-6 mld zł..

– Banki zagraniczne raczej patrzą już bardziej podejrzliwie na nasz rynek, bo jednak tu obniża się rentowność kapitału własnego. Mamy pewne zamieszanie regulacyjne, które nie sprzyja inwestycjom w sektorze bankowym – ocenia ekspert.

Prezes Bursa zwraca uwagę na brak innych podmiotów krajowych, które mogą pomóc w konsolidacji polskiego sektora bankowego. Ograniczone jest również zainteresowanie ze strony podmiotów zagranicznych. Te wolą inwestować w gospodarki, których potencjał wzrostu jest większy niż w Polsce.

– Mówi się, że PKO BP może być konsolidatorem sektora, ale PKO BP ma dzisiaj problem z frankami, za chwilę będzie miał problem z podatkiem bankowym, a po trzecie nie ma też aż tak wysokich kapitałów własnych, żeby co chwilę przejmować nowe banki – tłumaczy Tomasz Bursa.

Największa polska instytucja bankowa za przejęcie aktywów Nordea Banku Polska zapłaciła w zeszłym roku 2,81 mld zł.

Jak twierdzi Tomasz Bursa, banki nie mają realnych szans na odwołanie od nakładanych przez państwo podatków.

– Nie sądzę, żeby banki odniosły sukces w pewnych kwestiach sądowych – ocenia Tomasz Bursa pytany o ewentualnie kroki prawne banków przeciwko ostatnim rządowym regulacjom.

Barierę stanowią głównie trudności natury prawnej. Nawet w przypadku korzystnej decyzji sądu cofnięcie rządowych ustaw można stanowić zbyt duże wyzwanie merytoryczne, a przede wszystkim być bardzo uciążliwe dla klientów.

– Dlatego nie spodziewam się jakichś aktywnych działań banków po stronie sądowej. Trudno mi jest sobie wyobrazić, że banki będą sądzić się z państwem polskim za to, że wprowadzono pewne rozwiązania regulacyjne – przewiduje wiceprezes Opti TFI SA.

Według niego w obecnej sytuacji najbardziej prawdopodobny jest scenariusz węgierski. Tamtejsze instytucje przyjęły narzucone im rozwiązania, obecnie prowadzą swoją działalność zgodnie z nowymi regułami prawnymi.

Ronson Development zamierza w tym roku przeznaczyć jeszcze 30 mln zł na kupno gruntów pod nowe inwestycje. Plan sprzedaży 800 mieszkań w całym roku niezagrożony

Tomasz Łapiński

Mimo gorszych wyników finansowych w pierwszym kwartale całe półrocze br. spółka Ronson Development zakończył na plusie. W tym roku deweloper planuje łącznie sprzedać 800 lokali, z czego ponad połowę udało się zrealizować w pierwszym półroczu. Jeszcze 30 mln zł mają pochłonąć w tym roku wydatki związane z kupnem gruntów pod nowe inwestycje.

Wydaje mi się, że wyniki z pierwszego półrocza są zgodne z oczekiwaniami inwestorów – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Tomasz Łapiński, dyrektor finansowy, członek zarządu spółki Ronson. – W drugim kwartale oddaliśmy trzeci etap projektu Sakury, przekazywaliśmy lokale w zyskownym trzecim etapie projektu Verdis, który miał wysoką marżę wynoszącą więcej niż 27 proc. Wyniki pierwszego kwartału były trochę słabsze, drugiego – lepsze. Więc całe półrocze zamknęliśmy na plusie.

Podczas pierwszych sześciu miesięcy br. przychody spółki Ronson wyniosły 94,2 mln zł i były prawie o 20 mln zł niższe niż w tym samym okresie 2014 roku, przy czym niemal 45 przychodów przypadło na inwestycję Verdis III. Spółka zarobiła netto 2,44 mln zł (zysk przypadający na akcjonariuszy podmiotu dominującego), czyli niemal dwa razy mniej niż w pierwszym półroczu ubiegłego roku (4,2 mln zł).

Według Tomasza Łapińskiego drugie półrocze zapowiada się lepiej niż pierwsze, ponieważ więcej lokali zostanie przekazanych klientom. Natomiast plany sprzedaży przewidują, że w całym roku Ronson znajdzie nabywców na 800 mieszkań (w pierwszym półroczu było ich 410).

W pierwszym półroczu przekazaliśmy klientom klucze do 270 lokali, co wpływa na nasze wyniki finansowe – wyjaśnia prezes Tomasz Łapiński. – Zakładamy, że w drugim będzie ich znacznie więcej, można liczyć nawet na ponad 400. Natomiast sprzedaż powinna być podobna bądź nawet trochę lepsza niż w pierwszym półroczu. Sądzę zatem, że plan zrealizujemy bez najmniejszych kłopotów. Nie mamy żadnych opóźnień na prowadzonych inwestycjach, sprzyja nam również tempo sprzedaży.

Największą popularnością, jak mówi Tomasz Łapiński, cieszą się obecnie projekty Moko na warszawskim Wierzbnie oraz Kamienica Jeżyce w Poznaniu. Będą one jednak trafiały do rachunku zysków i strat przedsiębiorstwa dopiero w przyszłym roku. Z tegorocznych natomiast klienci najchętniej wybierają mieszkania na osiedlu Verdis na warszawskiej Woli oraz apartamenty w projekcie Tamka 29.

Mamy bardzo satysfakcjonujące wyniki sprzedażowe w tych projektach, które były realizowane w poprzednim roku, tzn. na wczesnym etapie budowy i sprzedaży – zapewnia Tomasz Łapiński.

W wyniku uchwalenia przez Sejm pod koniec czerwca nowelizacji ustawy o pomocy państwa w nabyciu pierwszego mieszkania znacznie zliberalizowane zostały kryteria kwalifikacji do rządowego program Mieszkanie dla Młodych. Mimo tego, jak twierdzi Tomasz Łapiński, lokale oferowane przez spółkę Ronson, nie obejmują reguły udziału w programie. Korzystając z dopłat w ramach MdM klienci mogą bowiem kupić mieszanie jedynie nie droższe niż wyznaczany dla każdego województwa wskaźnik cenowy.

Inwestycjami, które kwalifikują się do udziału w MdM, są inwestycje, które prowadzimy w Poznaniu, mowa tu o Kamienicy Jeżyce oraz Młody Grunwald – zauważa Tomasz Łapiński. – Natomiast nie jest to znacząca liczba mieszkań w stosunku do całości naszej oferty. Więc zmiany w MdM bezpośrednio nie mają na nas raczej przełożenia.

Ronson poszukuje nowych terenów na następne inwestycje w Warszawie oraz Poznaniu.

W ostatnich miesiącach bank ziemi w Poznaniu w zasadzie nam się wyczerpał – tłumaczy Tomasz Łapiński. – Oprócz tego, że w br. sfinalizowaliśmy jedną transakcję za 21 mln zł na zakup gruntu na warszawskiej Woli, to jeszcze co najmniej kolejnych 30 mln zł przeznaczymy na tego rodzaju inwestycje.

DMK: Rubel do końca roku będzie taniał. Pośrednio osłabia to także złotego

Andrzej Stefaniak

Rosyjski rubel po przecenie w końcówce ubiegłego roku i pewnym odbiciu na wiosnę od połowy maja znów stracił na wartości i to przeszło 30 proc. Obecnie za jednego dolara inwestorzy muszą zapłacić ponad 64 ruble. Słabe dane z rosyjskiej gospodarki oraz trwające od trzech miesięcy gwałtowne spadki na rynku ropy naftowej mogą wywołać dalszą deprecjację rubla. Dealer walutowy DMK Andrzej Stefaniak ocenia, że przed końcem roku możemy zobaczyć poziomy zbliżone do tych z zimy. Wówczas za dolara płacono niemal 80 rubli.

– Rubel jest bardzo silną walutą surowcową, mocno powiązaną z tym, co się dzieje na rynku ropy naftowej. A obecnie od miesiąca mamy kolejną falę przeceny ropy naftowej, co od razu przełożyło się na to, że rosyjska waluta zaczęła tracić na wartości – mówi Andrzej Stefaniak, główny dealer walutowy DMK.

Analityk uważa, że końcówka roku prawdopodobnie przyniesie dalsze osłabienie rosyjskiej waluty. Negatywny sentyment wokół rubla powoduje odejście inwestorów również od innych walut rynków wschodzących, w tym polskiego złotego.

– Na razie nie zapowiada się nic, co mogłoby odwrócić tę tendencję, a bank centralny dodatkowo obniża stopy procentowe. Ta tendencja powinna być kontynuowana, dlatego przecena rubla jest spodziewanym scenariuszem bazowym na kolejne miesiące i do końca roku – komentuje Stefaniak.

Pod koniec lipca Centralny Bank Rosji po raz kolejny obniżył stopy procentowe. Po ostatnich cięciach obecny poziom wynosi 11 proc. Jeszcze w grudniu było to 17 procent.

Zdaniem przedstawiciela DMK skala kolejnych spadków może być bardzo głęboka i sprowadzić rubla w okolice poziomów notowanych w grudniu ubiegłego roku i styczniu bieżącego roku. Wówczas za jednego dolara amerykańskiego płacono powyżej 70 rubli.

– Nasila się presja recesyjna, to widać w gospodarce i po wynikach, które są bardzo rozczarowujące – tłumaczy ekspert.

Według danych Federalnej Służby Statystycznej w II kwartale rosyjska gospodarka skurczyła się o 4,6 procent. Jest to najgorszy wynik od 2009 roku. Poziom recesji pogłębiają m.in. sankcje gospodarcze nałożone na Rosję. Najnowsza analiza MFW zakłada, ze międzynarodowe restrykcje mogą w najbliższych latach kosztować Moskwę aż 9 proc. PKB.

– Kwestia Ukrainy jest jak najbardziej tematem, który będzie miał wpływ. Widać, że na froncie ukraińskim jest uspokojenie, zatem jeżeli doczekają tylko do okresu zimowego, to prawdopodobnie kolejne miesiące nie przyniosą nam eskalacji tego konfliktu – tłumaczy dealer walutowy DMK. Dlatego jeżeli chodzi o waluty, to główny wpływ na to, co się będzie działo na rosyjskiej walucie, będzie miało to, co się będzie działo na rynku ropy naftowej.

Cena baryłki ropy naftowej typu Crude w ciągu ostatnich dwóch miesięcy spadła o blisko 30 proc., osiągając chwilowo poziom poniżej 43 dolarów. Tak niskich cen na rynku surowca nie było od przełomu 2008 i 2009 roku.

Usługi e-administracji będą dostępne w placówkach Poczty Polskiej. Powstanie 500 Centrów Aktywności Cyfrowych

0

Andrzej Halicki

W najbliższych latach w placówkach Poczty Polskiej będzie można skorzystać z usług administracji elektronicznej. Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji chce w ten sposób zachęcać Polaków do załatwiania spraw urzędowych online. Pierwsze Centrum Aktywności Cyfrowych zostanie uruchomione 24 sierpnia w Sosnowcu. W 2016 roku będzie ich już około 500.

Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji oraz Poczta Polska podpisały porozumienie ws. współpracy w zakresie budowy usług e-administracji.

W tej chwili Poczta Polska ma około 7,5 tys. placówek pocztowych, a 4,5 tys. jest już zinformatyzowanych i oferuje możliwość bezpłatnego dostępu Wi-Fi. Od teraz w placówkach pocztowych w ciągu najbliższych lat będą powstawać specjalne miejsca do obsługi obywatela, który chce dokonać usług e-administracyjnych – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Halicki, minister administracji i cyfryzacji. – De facto będzie to dużo bliżej obywatela niż w sytuacji, gdyby te usługi realizowały wszystkie urzędy gminne, których jest 2,5 tys.

Resort administracji i cyfryzacji chce w ten sposób upowszechniać usługi e-administracji. To istotne zwłaszcza dla mieszkańców mniejszych miejscowości, gdzie nie ma urzędów. Dostępność e-usług w placówkach Poczty Polskiej ma wesprzeć także osoby, które nie czują się na tyle pewnie, by zrobić to samodzielnie.

To będzie pomoc, rodzaj helpdesku dla osób, które muszą się tego nauczyć. W związku z tym w ramach obsługi e-administracyjnej około 500 placówek Poczty Polskiej będzie miało centra aktywności cyfrowej, a więc miejsce, w którym można usiąść i albo samemu dokonywać pewnych czynności e-administracyjnych albo poprosić o pomoc pracownika poczty – podkreśla Halicki.

Na platformie ePUAP dostępnych jest ponad 100 usług. Niektóre z nich ograniczają formalności dla przedsiębiorców – pozwalają m.in. otworzyć działalność gospodarczą w systemie Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej. Są wśród nich także udogodnienia dla osób indywidualnych, jak np. możliwość złożenia online wniosku o wydanie dowodu osobistego w przypadku jego zagubienia lub też samego zgłoszenia jego utraty, a także możliwość weryfikacji dowodu rejestracyjnego i prawa jazdy.

Jest też możliwość uzyskania Europejskiej Karty Ubezpieczenia Zdrowotnego, to szczególnie przydatne w okresie wakacyjnych wyjazdów do państw UE. Trzeba jednak mieć profil zaufany. Wówczas, wypełniając wniosek, w dowolne miejsce otrzymamy ten właśnie dokument, czyli naszą legitymację ubezpieczeniową – mówi minister.

W placówkach Poczty Polskiej będzie można również taki profil zaufany założyć. Dzięki temu korzystanie z e-usług będzie możliwe bez podpisu elektronicznego.

24 sierpnia ruszy pierwsza strefa Centrum Aktywności Cyfrowej w Sosnowcu, a następne w Bydgoszczy – wyjaśnia Andrzej Halicki.

Zakres dostępnych usług ma być w przyszłości rozszerzany. Współpraca Poczty i MAC to część programu Polska Cyfrowa, który ma na celu powszechny dostęp do szybkiego internetu i e-administracji oraz rozwój cyfrowych kompetencji społeczeństwa.

A. Jakubiak (KNF): Banki spółdzielcze w dobrej sytuacji finansowej

Andrzej Jakubiak

Z powodu niskich stóp procentowych maleją dochody banków spółdzielczych, ale jak zapewnia przewodniczący KNF, są one w dobrej sytuacji finansowej. Większość z tych instytucji działa w rejonach wiejskich, więc ma niewielką skalę działalności, a do tego duży portfel kredytów dla rolników. Między innymi dzięki wskazówkom KNF-u na temat polityki dywidendowej nie potrzebują one dokapitalizowania.

– Banki spółdzielcze są w dobrej sytuacji finansowej, mają wysokie współczynniki wypłacalności – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Andrzej Jakubiak, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego. – To oznacza, że ich sytuacja kapitałowa jest zadowalająca.

Zgodnie z raportem KNF-u z maja tego roku w 2014 r. w Polsce działało 565 banków spółdzielczych – 204 z nich zrzeszone były w SGB-Banku, a 360 w BPS. Tylko Krakowski Bank Spółdzielczy nie był zrzeszony. Aktywa większości z tych banków wynosiły od 50 do 500 mln zł, a fundusze własne od 1,5 do 4 mln euro.

Ich wyniki rok temu poprawiły się o 4 proc. do łącznie 774,8 mln zł zysku netto dla całego sektora. Przeciętny współczynnik wypłacalności wynosił na koniec 2014 r. 15,8 proc., to o 2,6 pkt. proc. więcej niż rok wcześniej. Poprawa ta wynikała głównie z szybkiego przyrostu funduszy własnych.

Jakubiak dodaje, że banki spółdzielcze odpowiedzialnie traktują wytyczne KNF-u dotyczące wypłacania dywidendy.

Nasze dotychczasowe działania zmierzające do modelowania dywidendy i jej wypłaty sprzyjają budowaniu wzmocnionej pozycji kapitałowej banków. Z satysfakcją mogę powiedzieć, że praktycznie wszystkie banki poddają się tym zaleceniom komisji, które dotyczą polityki dywidendowej – mówi Jakubiak.

Dobra sytuacja finansowa tych banków nie oznacza jednak, że nie mają one żadnych problemów. Jakubiak tłumaczy, że forma i miejsce działania większości z nich niosą ze sobą zagrożenia.

Banki spółdzielcze są małymi jednostkami w większości położonymi w regionach raczej rolniczych, co też ma wpływ zarówno na skalę ich działalności, jak i osiągane wyniki, zwłaszcza jeżeli patrzymy na środowisko niskich stóp procentowych. Jeżeli to są banki, które działają w środowisku rolnym, to tam szczególne znaczenie mają kredyty z dopłatami, a wiemy dobrze, że przy niskich stopach procentowych dochody z tego tytułu są niższe – wyjaśnia Jakubiak.

W środę KNF wprowadziła zarząd komisaryczny do Spółdzielczego Banku Rzemiosła i Rolnictwa w Wołominie (SK Bank), chcąc ratować instytucję przed upadłością. Zarząd ma przygotować i opracować proces restrukturyzacji banku.

Na razie banki spółdzielcze wciąż stosunkowo dużo zarabiają na swoich produktach. W 2014 r. ich wynik odsetkowy poprawił się o 6,8 proc. Przychody odsetkowe stanowiły w zeszłym roku 4,9 proc. aktywów banków spółdzielczych, a przychody z marży 3,4 proc. Dla banków komercyjnych wskaźniki te wyniosły odpowiednio 4 i 2,5 proc.

KNF ostrzega jednak w swoim raporcie, że jeśli banki spółdzielcze nie zwiększą efektywności i nie obniżą kosztów kredytów, to ryzykują stałą i bardzo kosztowną nadwyżką depozytów nad kredytami.

Dodatkowe moce interwencyjne rozwiązałyby na stałe problem ograniczeń w dostawach prądu. To jednak kosztowna inwestycja

Konrad Świrski

Polskie Sieci Elektroenergetyczne przywróciły 11. stopień zasilania, co oznacza to, że zakłady przemysłowe mogły znów prowadzić normalną produkcję. Ograniczenia w dostawach trwały tylko trzy dni, ale to nie oznacza, że polski system energetyczny jest przygotowany na taki splot okoliczności jak w ostatnich dniach.

Właściwie po dwóch dniach operator systemu przesyłowego uporządkował sytuację. Może ta pierwsza reakcja, czyli wprowadzenie najwyższego, 20. stopnia zasilania, była dramatyczna, przynajmniej dla przemysłu, ale po dwóch dniach ograniczenia prawie zostały zniesione – mówi profesor Konrad Świrski ekspert ds. energetyki i prezes zarządu spółki Transition Technologies

20. stopień oznacza, że odbiorca może pobierać jedynie moc do wysokości minimum pozwalającego na zachowanie bezpieczeństwa ludzi i zapobiegnięcie uszkodzenia obiektów technologicznych. PSE wprowadziły takie restrykcje w poniedziałek. We wtorek ogłoszono 19. stopień zasilania, a w środę – 11. stopień.

Problem, z jakim mamy do czynienia, to zbyt małe moce wytwórcze w stosunku do zapotrzebowania związanego z wysoką temperaturą i naszymi klimatyzatorami – tłumaczy prof. Świrski.

W komunikacie wydanym przez PSE czytamy, że zapotrzebowanie na energię elektryczną w ciągu najbliższych dni może wynieść około 22,0–22,2 GW przy mocy osiągalnej jednostek wytwórczych centralnie dysponowanych (JWCD) na poziomie 25,1 GW.

Dobrych rozwiązań nie ma żadnych. Z inżynierskiego puntu widzenia rozwiązanie wydaje się proste – należy dostawić tzw. moc interwencyjną, czyli elektrownie, które szybko mogą zacząć generować energię elektryczną i wspomagać w razie problemów z zapotrzebowaniem na energię szczytową. Ale z drugiej strony jest to problem, który dotyczy kilku procent godzin w skali całego roku, więc nikt nie chce w to inwestować, bo to wydaje się dosyć drogie – wyjaśnia ekspert.

Profesor Konrad Świrski mówi, że obecna sytuacja energetyczna w Polsce wynika ze splotu niekorzystnych czynników. Z jednej strony mieliśmy brak wiatru to wytworzenia energii w elektrowniach wiatrowych, a z drugiej brak lub zbyt ciepłą wodę chłodzącą. Efektywność sieci elektroenergetycznej dodatkowo obniżyła awaria dużego bloku w elektrowni Bełchatów.

Faktem jest, że zmienia nam się klimat. Prawdopodobnie efekt, jaki widzimy w Polsce, jest kombinacją wszystkich czynników, nie tylko emisji CO2, ale również wzrostu liczby ludności. Sami emitujemy różne gazy, które też wpływają na ewentualny efekt cieplarniany – komentuje prof. Świrski.

Jak podkreśla, człowiek i jego działalność w coraz większym stopniu oddziałują na środowisko naturalne. Jego zdaniem przyczynia się do tego nie tylko rozwinięty świat, czyli np. kraje Europy, lecz również kraje aspirujące do osiągniecia wysokiego poziomu życia. Ceną jest tu większe zużycie energii i wzrost poziomu zanieczyszczeń.

Niestety, dzieje się coraz gorzej i dopóki nie ma naprawdę katastrofalnego sygnału zwrotnego od przyrody, czyli jeszcze większych huraganów, drastycznego zwiększenia poziomów oceanów czy innych zjawisk pogodowych, dopóty będzie to traktowane jak do tej pory, czyli że jest to do zniesienia – ocenia rozmówca.

Wobec trudnej sytuacji energetycznej w kraju rząd przyjął w 11 sierpnia rozporządzenie w myśl którego do końca miesiąca wprowadzone zostaną ograniczenia w dostawie prądu dla dużych odbiorców o mocy powyżej 300 kW.

Polskie start-upy technologiczne wyróżniają się na tle europejskich. 90 proc. nie dożywa jednak okresu dojrzałości

Katarzyna Kazior

Krajowe firmy technologiczne w początkowej fazie rozwoju, tzw. start-upy, wyróżniają się spośród europejskich funkcjonalnością i rozwiązaniami dobrze odpowiadającymi na potrzeby rynku. Ich problemem jest jednak niewielka skala działania, niestety, skupiają się głównie na rynku krajowym. 90 proc. rozwiązań dotyczących oprogramowania nie dożywa stanu dojrzałości. 

Polski rynek jest postrzegany jako bardzo atrakcyjny ze względu na to, że w Europie należy do najszybciej rosnących, szczególnie e-commerce – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Katarzyna Kazior, dyrektor w polskim oddziale berlińskiego inkubatora start-upów (przedsiębiorstw w początkowej fazie rozwoju) Rocket Internet. – Jest to także rynek relatywnie duży, bo mamy blisko 40 mln mieszkańców. Siłą rzeczy napędza to duży wolumen.

Zaznacza jednak, że kiedy inwestorzy przyglądają się poszczególnym przedsiębiorstwom, to często się okazuje, że są to za małe podmioty, żeby nawet przeanalizować potencjalne zaangażowanie.

Jesteśmy bardzo mocni w modelach biznesowych, które dają rzeczywistą, namacalną wartość klientowi – wskazuje Katarzyna Kazior. – Na pewno warto przyglądać się spółkom, które są otwarte na zagranicę. Takim przykładem są trójwymiarowe drukarki 3D czy drony.

W irlandzkim Dublinie cyklicznie organizowany jest Startup Weekend, wydarzenie zrzeszające projektantów, deweloperów, przedsiębiorców i ekspertów ze wszystkich dziedzin gospodarki. Podczas tej trwającej ponad 50 godzin imprezy każdy może zaprezentować swój pomysł i uzyskać jego ocenę. Na miejscu powstają modele biznesowe, projekty, odbywa się testowanie rynku.

Uczestniczyłam niedawno w takiej konferencji i przyglądałam się start-upom z różnych krajów. Polskie wyróżniają się tym, że są bardzo pragmatyczne. Zawsze jest konkretna, widoczna wartość, bardzo często finansowa, dla użytkownika modelu. To na pewno jest naszą siłą i wartością. Myślę, że teraz najważniejsze jest to, aby zwrócić uwagę na skalę i wyjść poza Polskę – mówi dyrektor Rocket Internet Polska.

Wśród krajowych start-upów najbardziej dynamicznie rozwijają się pomysły oparte o nowe technologie, internet i e-commerce. Jest ich także relatywnie dużo, bo są najłatwiejsze do uruchomienia (niskie koszty wejścia na rynek). Około 90 proc. z nich, jak precyzuje Kazior, nie dożywa jednak etapu dojrzałości.

Z drugiej strony mamy bardziej hardware’owe inwestycje [dotyczące sprzętu, w odróżnieniu od software&HASH39;u, czyli oprogramowania – red.], takie jak drony czy drukarki 3D – mówi Kazior. – To biznesy, które wymagają większych nakładów finansowych, ale też pozwalają na czerpanie zysków w dłuższym okresie. Mamy też kilka start-upów, które wyszły za granicę, mimo że nie opierają się na żadnej technologii. Takim przykładem może być np. DocPlanner, platforma ZnanyLekarz czy Brainly. To start-upy, które opierają się na modelu biznesowym bardzo sprawnej egzekucji.

W przypadku wielu krajowych przedsięwzięć, szczególnie technologicznych, istnieje bardzo duże ryzyko, że nie utrzymają się one na rynku.

– Wiele z nich jest oparte o e-commerce czy FinTech [technologie finansowe – red.], czyli pomagają w wymianie handlowej, ale trzeba podchodzić do nich z dużą rezerwą – przekonuje dyrektor polskiego oddziału Rocket Internet. – Z drugiej strony mamy pomysły oparte o sprawdzone technologie, czego przykładem są np. bitcoiny. Trzecia rzecz to bardzo sprawnie poprowadzone modele biznesowe. One także są dużą siłą Polaków.

Od soboty będzie można rejestrować auta z kierownicą po prawej stronie. Konieczne będzie dostosowanie innych elementów pojazdu

Bartłomiej Morzycki

15 sierpnia wchodzi w życie rozporządzenie dopuszczające do rejestracji samochody z kierownicą fabrycznie zamontowaną po prawej stronie. Wcześniej jednak na stacji diagnostycznej trzeba będzie uzyskać poświadczenie, że prędkościomierz, światła i lusterka zostały dostosowane do polskich warunków. Eksperci ostrzegają, że więcej problemów będzie sprawiało użytkowanie takich aut.

Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Infrastruktury i Rozwoju z 2 lipca br. osoba, która będzie chciała zarejestrować taki samochód, nie będzie musiała zmieniać położenia kierownicy. Nie znaczy to jednak, że na właścicielu anglika nie będą ciążyć inne obowiązki. Aby uzyskać rejestrację, będzie musiał dostosować światła drogowe do ruchu prawostronnego, przebudować lub wymienić prędkościomierz, który powinien wskazywać wartości w kilometrach, a nie w milach, oraz skorygować ustawienie lusterek.

Jednym z warunków zarejestrowania samochodu pochodzącego z kraju o ruchu lewostronnym jest przejście pozytywnego badania, podczas którego diagnosta będzie sprawdzał, czy wszystkie te elementy zostały dostosowane – zastrzega Bartłomiej Morzycki, prezes organizacji Partnerstwo dla Bezpieczeństwa Drogowego (PBD). – To jeden aspekt sprawy, z którym nie powinno być problemów. Więcej problemów, moim zdaniem, wynika z użytkowania takiego samochodu, m.in. związanych z bezpieczeństwem.

Przed uchwaleniem rozporządzenia Partnerstwo dla Bezpieczeństwa Drogowego zwracało uwagę na to, że krajowe drogi w większości nie są dostosowane do ruchu takich samochodów. Aby na ulicy jednopasmowej wykonać manewr wyprzedzania, kierowca, siedząc po prawej stronie, będzie miał kłopot z właściwą oceną sytuacji.

Poza tym niemal cała infrastruktura (bramki na autostradach, wjazdy na parkingi, obsługa w restauracjach typu drive thru itp.) jest w Polsce przystosowana do obsługi kierowców siedzących po lewej stronie.

Właściciele anglików będą musieli jakoś sobie z tym radzić – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Bartłomiej Morzycki. – W wielu przypadkach są to może drobne uciążliwości, ale intensywne użytkowanie samochodu z kierownicą po prawej stronie raczej na pewno będzie niekomfortowe.

Kłopotliwe może być także, przynajmniej tuż po wejściu w życie rozporządzenia, dokonywanie przeglądów i diagnostyka takiego pojazdu.

Jest jeszcze sporo nieścisłości, ponieważ nie wszystkie przepisy są ze sobą spójne – zauważa Bartłomiej Morzycki. – Diagności alarmują, że niektóre przepisy, na podstawie których operują, nie są kompatybilne z nowym rozporządzeniem. Myślę też, że pewne sprawy mogą wyjść już w trakcie rejestracji.

Branża fitness dynamicznie rośnie. Prawie 3 mln Polaków ma karnety członkowskie

0

Dominik Śliwowski

Niemal 3 miliony Polaków regularnie odwiedza kluby fitness i ma wykupione karnety członkowskie. Szacunkowe obroty tego rodzaju placówek wynoszą 800-860 mln euro rocznie. Klientów przybywa zarówno w klubach nisko kosztowych, jak i w tych dla najbardziej wymagających klientów. Branża intensywnie wdraża innowacje technologiczne.

Branża fitness bardzo dynamicznie rozwija się od kilku lat – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dominik Śliwowski, członek zarządu spółki ITP dostarczającej innowacyjne rozwiązania medyczne i wellness.

Polska jest jednym z europejskich krajów, w których branża fitness rozwija się najszybciej. Według ostatniego raportu firmy doradczej Deloitte w zeszłym roku w ok. 2,5 tys. klubów fitness zapisanych było 2,73 mln członków. Placówki wygenerowały przychód na poziomie 860 mln euro (w większości pochodził ze sprzedaży karnetów oraz produktów oferowanych na terenie klubów).

Widoczna jest coraz większa segmentacja rynku. O polskich klientów walczą zarówno kluby nisko kosztowe, middle market (dla osób średnio zamożnych), jak i placówki z segmentu premium oraz studia treningu personalnego. Jest również dużo obiektów o charakterze mieszanym.

Polska się bardzo zmienia, upodabniamy więc ofertę do krajów zachodnich, czerpiąc wzory przede wszystkim ze Stanów Zjednoczonych, które są największym rynkiem tego rodzaju usług na świecie – zauważa Dominik Śliwowski. – Ważna jest technologia. Dzisiaj użytkownicy klubów fitness nie tylko na miejscu znajdują takie rozwiązania, lecz także mają je przy sobie.

Zarówno w środowisku iOS (Apple), Windows, jak i Android dostępnych jest obecnie blisko 100 tys. aplikacji rejestrujących parametry zdrowotne, monitorujących organizm, stan zdrowia, wysiłek fizyczny, sen oraz rezultaty treningu. Pracują nie tylko na tabletach, smartfonach i PC, lecz także urządzeniach będących częścią garderoby lub biżuterii (tzw. wearables).

Według prognoz zajmującej się analizą rynku IT firmy International Data Corporation (IDC) w tym roku na światowy rynek trafi blisko 46 mln wearables, a w 2019 r. – 126 mln. Za pięć lat, jak prognozują analitycy IDC, w użyciu może się znajdować w sumie 578 mln tego rodzaju produktów.

Polska wydaje się być dobrze przygotowana do tej kolejnej, technologicznej rewolucji. Według raportu domu mediowego Universal McCann ponad 27 proc. krajowych konsumentów twierdzi, że wearables to dobra i pożyteczna technologia. Na świecie podobną opinię wyraża nieco więcej niż co trzeci.

Największym powodzeniem cieszą się inteligentne zegarki (smartwatch), interaktywne okulary (smartglasses) oraz opaski śledzące aktywność fizyczną. Chęć posiadania tych pierwszych deklaruje prawie dwie trzecie potencjalnych użytkowników na świecie. Szacuje się, że w 2016 roku konsumenci wydadzą na inteligentne akcesoria 1,4 mld dol. Wartość całego rynku wzrośnie z obecnych 7 mld do 12,6 mld dol. w 2018 roku. Tylko segment urządzeń monitorujących pracę serca, jednych z najpopularniejszych inteligentnych gadżetów, w przyszłym roku osiągnie wartość 867 mln dol.

Rynek ten będzie się bardzo dynamicznie rozwijał – prognozuje Dominik Śliwowski. – W Polsce może tego tak jeszcze nie widać, natomiast najbliższe lata to będzie duża rewolucja technologiczna także w krajowych klubach fitness.

Według globalnych danych 78 proc. osób dorosłych ćwiczy lub chce to robić w najbliższej przyszłości. Dane zebrane przez CBOS pokazują, że aktywność fizyczną podejmuje obecnie 66 proc. Polaków, w tym prawie dwie trzecie czyni to regularnie. Powodem jest przede wszystkim zdrowie (70 proc.), przyjemność (61 proc.), chęć odreagowania (47 proc.), spędzanie czasu z innymi (34 proc.) i dbałość o atrakcyjny wygląd fizyczny (24 proc.).

MCI Management po I półroczu 2015 r.: 103 mln zł zysku netto

0

 

  • Aktywa netto (NAV) na akcję wyniosły 18,10 zł względem 15,69 zł przed rokiem (wzrost o 15% r/r). Plan roczny zakłada NAV/akcję na poziomie 19,75 zł na 31.12.2015
  • 103 mln zł zysku netto
  • Aktywa netto w wysokości 1 mld 136 mln zł względem 979,7 mln zł przed rokiem (wzrost o 15,9% r/r)
  • Wartość certyfikatów inwestycyjnych funduszy posiadanych przez MCI wyniosła na 30.06.2015 r. 1 mld 470 mln zł względem 1 mld 292 mln zł rok wcześniej (wzrost o 13,8% r/r)

MCI Management S.A. zaliczyła bardzo udane półrocze, istotnie poprawiając swoje wyniki finansowe. Wskaźnik aktywów netto na akcję, najlepiej charakteryzujący kondycję funduszy typu private equity, wyniósł na koniec I półrocza 2015 r. 18,10 zł, co oznacza wzrost o 15% w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku. W I półroczu br. MCI wypracowała 103 mln zł zysk netto. Największy udział w wyniku miał wzrost wartości certyfikatów inwestycyjnych funduszy MCI.TechVentures (o 52,2 mln zł) i MCI.EuroVentures (o 41,7 mln zł) oraz wzrost wartości certyfikatów inwestycyjnych funduszu MCI.CreditVentures 2.0 (o 4 mln zł). Wartość certyfikatów inwestycyjnych funduszy, których właścicielem jest MCI Management wyniosła na koniec czerwca 2015 r. 1 mld 470 mln zł, czyli o 13,8% więcej względem stanu na koniec I półrocza 2014 r., kiedy wynosiła ona 1 mld 292 mln zł. Aktywa netto wzrosły w ciągu roku o 15,9% do poziomu 1 mld 136 mln zł. Od początku br. do momentu publikacji sprawozdania za I półrocze, fundusze inwestycyjne, których certyfikaty posiada MCI, zrealizowały 5 wyjść z inwestycji na łączną kwotę ponad 400 mln zł, trzy z nich (Private Equity Managers, windeln.de i Wirtualna Polska) w drodze IPO.

Tomasz Czechowicz– Naszym priorytetem jest stały i systematyczny wzrost wartości aktywów netto na akcję i obniżanie dyskonta wartości rynkowej MCI do NAV. Najnowsze wyniki pokazują, że nasz plan realizujemy skutecznie. NAV na akcję wzrósł w ciągu roku o 15%. W tym samym czasie akcje MCI podrożały o 27% – powiedział Tomasz Czechowicz, Prezes Zarządu MCI Management S.A.

MCI prognozuje, że wartość aktywów netto na akcję na koniec 2015 r. ukształtuje się na poziomie 19,75 zł wobec 16,46 zł na koniec 2014 r. Osiągnięty na koniec II kwartału NAV na akcję na poziomie 18,10 zł oznacza, że MCI zrealizował swój roczny plan w 50%.

Wskaźnik P/BV wyniósł na dzień 30.06.2015 r. 0,66 zł, co oznacza, że MCI wyceniana jest nadal z istotnym dyskontem wobec wartości księgowej spółki.

Fundusze inwestycyjne, których certyfikaty posiada MCI, planują zwiększyć skalę inwestycji w tym roku. Na ten cel zamierzają przeznaczyć około 400 mln zł do końca roku biznesowego.

Zmiany w zarządzie

16 czerwca br. prezesem zarządu spółki został Tomasz Czechowicz. Zastąpił na tym stanowisku, który stanął na czele zarządu Private Equity Managers S.A. W zmienionym składzie zarządu MCI Management znaleźli się również Ewa Ogryczak (dotychczasowy członek zarządu) oraz dwie nowe osoby: Wojciech Marcińczyk oraz Tomasz Masiarz. Zmiany w zarządach obu spółek mają na celu uporządkowanie struktury oraz zwiększenie przejrzystości obu grup kapitałowych.

ADMIRAL BOATS po dwóch kwartałach 2015

ADMIRAL BOATS S.A., spółka z polskiego sektora przemysłu jachtowego i stoczniowego, wypracowała w I połowie 2015 r. przychody netto ze sprzedaży ogółem w wysokości ponad 14,8 mln zł, sprzedając i dystrybuując swoje łodzie w 13 krajach. W tym okresie Spółka wygenerowała zysk netto w wysokości 51,1 tys. zł. Przy czym, zysk netto wypracowany w II kwartale 2015 r. osiągnął poziom 1,2 mln zł.

Wpływ na wypracowane w I półroczu wyniki miała zmiana organizacji produkcji. Po latach współpracy z podwykonawcami ADMIRAL BOATS poszerzyła własną działalność o produkcję m.in. mebli tapicerowanych oraz innych części potrzebnych do wykończenia łodzi. Dotychczas Spółka sprzedawała wskazane materiały podwykonawcom i odkupywała od nich gotowe półfrabrykanty.

Obecna sytuacja pozwala na lepsze zarządzanie procesem produkcji. Koszty sprzedanych produktów, towarów i materiałów ukształtowały się̨ w I połowie 2015 r. na poziomie 8 754,8 tys. zł, co oznacza, że spadły o 46,2%. Jednocześnie zmiana ta wpłynęła bezpośrednio na wartość́ przychodów ze sprzedaży towarów i materiałów. W I półroczu 2015 r. wyniosły one 2 320,5 tys. zł wobec 11 711,4 tys. zł w analogicznym okresie 2014 r. Natomiast przychody ze sprzedaży produktów wyniosły 12 458,3 tys. zł w porównaniu z 12 538,1 tys. w pierwszych sześciu miesiącach poprzedniego roku.

– 97% naszej produkcji idzie na eksport, przede wszystkim do europejskich krajów. Potrzeby klientów zmieniają się w sposób dynamiczny, a my staramy się elastycznie do nich dopasowywać. Jeśli nie sprostamy wymogom kupców, zwrócą się do innego producenta. Stąd zmiany w procesie produkcji oraz lifting naszych łodzi – komentuje Andrzej Bartoszewicz, Prezes Zarządu ADMIRAL BOATS.

Spółka uważnie analizując rynki zbytu oraz dopasowując swoją ofertę do oczekiwań odbiorców zdecydowała się na produkcję bogatszych modeli łodzi, które są jednocześnie produktami pracochłonnymi i czasochłonnymi, ale wysokomarżowymi. W I połowie 2015 r. Spółka poprawiła r/r wskaźniki rentowności. Marża brutto na sprzedaży wzrosła do poziomu 40,76%. Do jej wzrostu przyczyniła się właśnie sprzedaż lepiej wyposażonych modeli łodzi. Nastąpiła także znaczna poprawa marży EBITDA, która wyniosła 22,9%, wobec 10,75 w analogicznym okresie rok wcześniej.
– Planujemy zdecydowane wyjście na nowe rynki. Obserwujemy rosnący popyt i aktywnie uczestniczymy w negocjacjach ze sprzedawcami nie tylko z Europy, ale również innych krajów pozaeuropejskich – dodaje Andrzej Bartoszewicz.

Popołudniowy komentarz walutowy z 13.08.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 13.08.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Panek i 99rent nowymi członkami PZWLP

Do Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów w sierpniu przystąpiły kolejne wiodące na polskim rynku firmy Rent a Car. Nowi członkowie PZWLP to dwie polskie sieciowe wypożyczalnie samochodów, firmy 99rent oraz Panek, które dołączyły do utworzonej w maju w ramach Związku odrębnej struktury organizacyjnej – Grupy Firm Rent a Car. Do PZWLP należy już obecnie 21 firm, a liczba członków organizacji powiększyła się tylko od początku 2015 roku o 5 firm – wypożyczalni samochodów. Dynamiczny rozwój PZWLP jest związany z realizacją jednego z priorytetowych celów Związku tj. zbudowania w strukturach organizacji silnej i skutecznej reprezentacji branży Rent a Car w Polsce.

Radosław Lesiak, Członek Zarządu PZWLP, Wiceprezes i Country Manager Avis Polska
Radosław Lesiak, Członek Zarządu PZWLP, Wiceprezes i Country Manager Avis Polska

W utworzonej w maju bieżącego roku w PZWLP odrębnej strukturze organizacyjnej – Grupie Firm Rent a Car – skupionych jest już aktualnie 7 najważniejszych i najbardziej znanych na krajowym rynku wypożyczalni samochodów. Znajdują się wśród nich zarówno rozpoznawani na całym świecie międzynarodowi liderzy branży Rent a Car, czyli polskie oddziały firm Avis, Budget, Hertz i Sixt, jak i duże polskie sieciowe wypożyczalnie aut Express, Panek i 99rent.

Należące do PZWLP firmy Rent a Car łącznie po drugim kwartale 2015r. dysponowały flotą blisko 10,5 tys. samochodów oraz zakupiły razem w pierwszym półroczu ponad 4 tys. nowych aut osobowych.

Dynamiczny przyrost liczby firm należących do PZWLP jest wynikiem realizacji długofalowej strategii rozwoju organizacji, polegającej na zbudowaniu w ramach Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów silnej reprezentacji branży wynajmu krótko- i średnioterminowego samochodów (Rent a Car). Na początku bieżącego roku, w lutym, do PZWLP dołączyło trzech rozpoznawanych na całym świecie międzynarodowych liderów branży Rent a Car, a więc firmy Budget, Hertz i Sixt.

Dołączenie trzech międzynarodowych wypożyczalni samochodów do już należących do PZWLP dwóch firm wynajmu krótko- i średnioterminowego, pozwoliło na utworzenie w maju autonomicznej i odrębnej struktury w ramach organizacji – Grupy Firm Rent a Car – mówi Radosław Lesiak, Członek Zarządu PZWLP, Wiceprezes i Country Manager Avis Polska. – Powołanie wewnątrz PZWLP Grupy Firm Rent a Car było odpowiedzią na rosnącą w środowisku wypożyczalni samochodów w Polsce potrzebę wspólnego i efektywnego reprezentowania interesów branży. Głównym obszarem funkcjonowania oraz know how PZWLP był dotychczas wynajem długoterminowy samochodów. Dlatego też utworzona

w maju Grupa Firm Rent a Car zyskała w ramach organizacji bardzo dużą samodzielność działania oraz całkowicie odrębny system pracy. Obecne przystąpienie do PZWLP kolejnych dużych na polskim rynku sieciowych wypożyczalni samochodów, a więc firm Panek i 99rent powoduje, że w Polskim Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów skupionych jest już większość najważniejszych firm Rent a Car w Polsce.

Firmy Panek i 99rent formalnie przystąpiły do organizacji 3 sierpnia 2015r. Panek to ogólnopolska sieć wypożyczalni samochodów osobowych i dostawczych, istniejąca od 2000r. Firma jest obecnie jedną z największych polskich wypożyczalni samochodów. Oferuje swoje usługi w 28 polskich miastach oraz 12 portach lotniczych w kraju. Łącznie dysponuje 40 punktami wynajmu aut.

Do grona największych i najważniejszych polskich wypożyczalni samochodów należy również oficjalny partner reprezentacji Polski w piłce nożnej, czyli 99rent, druga z firm, które dołączyły w sierpniu do PZWLP. 99rent istnieje od 2008r. i oferuje wynajem krótko- oraz średnioterminowy aut osobowych i dostawczych na terenie całego kraju, specjalizując się w obsłudze wynajmów korporacyjnych. Firma posiada aktualnie punkty wynajmu zlokalizowane w centrach 12 największych polskich miast. Już wkrótce, bo we wrześniu, liczba placówek 99rent powiększy się do 16 punktów.

Po dołączeniu do organizacji kolejnych wypożyczalni samochodów, do PZWLP należy już obecnie 21 firm. Tylko w bieżącym roku liczba członków organizacji urosła aż o 5 firm. W 2015 roku Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów obchodzi jubileusz 10 lat swojego istnienia. Od momentu powołania do życia organizacji liczba należących do niej firm powiększyła się już ponad 2-krotnie (z 10 firm). PZWLP poprzez swoich członków odgrywa coraz większą rolę dla kondycji całego sektora motoryzacyjnego w kraju. Do organizacji należą obecnie najważniejsze i największe w Polsce firmy wynajmu długoterminowego samochodów (CFM) oraz wypożyczalnie aut (Rent a Car). W II kwartale 2015r. firmy skupione w PZWLP, na potrzeby wszystkich oferowanych usług, a więc wynajmu krótko-, średnio- i długoterminowego, a także zwykłego leasingu finansowego, zakupiły razem ponad 20 tys. nowych samochodów osobowych. Oznacza to, że więcej niż co trzecie (35%) nowe auto osobowe sprzedane w polskich salonach w tym okresie do klienta komercyjnego (do firm), zostało zakupione przez firmy należące do PZWLP.

Analiza WIG20, DAX i S&P500 – 13.08.2015

Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.

Możliwości dofinansowania wyprawki szkolnej z ZFŚS

Wyprawka szkolna to spory wydatek. Jak wyliczył CBOS rodzice wydają na nią ponad 1,2 tys. zł. Podręczniki dla najmłodszych zapewni szkoła, jednak co z pozostałymi wydatkami? Wsparcie można znaleźć u pracodawcy. Część firm, szczególnie tych posiadających Zakładowy Fundusz Świadczeń Socjalnych (ZFŚS), przyznaje taką pomoc swoim pracownikom.

Często od swojej firmy możemy dostać dofinansowanie do wczasów, remontu mieszkania czy wstępu na siłownię. Zdarza się również, że pracodawca finansuje wyprawkę szkolną dla dziecka pracownika. Kiedy jest to możliwe i czym jest Zakładowy Fundusz Świadczeń Socjalnych (ZFŚS)?

Źródła dofinansowania

Zakładowy fundusz socjalny to nic innego jak pula pieniędzy, którą zarządza pracodawca, zgromadzona w celu finansowania działalności socjalnej. Jego wysokość rokrocznie ustalana jest na podstawie przeciętnego wynagrodzenia, w formie tzw. odpisów (stawki tegorocznych odpisów w tabeli poniżej).

– Nie wszyscy przedsiębiorcy mają obowiązek utworzenia Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych. Obligatoryjnie powinny go założyć firmy, które zatrudniają w ramach umowy o pracę minimum 20 pracowników oraz przedsiębiorstwa z tzw. budżetówki, niezależnie od liczby zatrudnionych osób. Środki w nim zgromadzone mogą być przekazane na pomoc finansową i rzeczową, dofinansowanie „wczasów pod gruszą” oraz wypoczynku dla dzieci pracowników, a także ich wyprawek szkolnych. Takie świadczenia nie podlegają opodatkowaniu oraz zwolnione są ze składek ZUS, a niewykorzystane w danym roku środki przechodzą na kolejny – tłumaczy Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie.

Dlatego już teraz warto ustalić, czy przypadkiem nie możemy otrzymać dofinansowania wyprawki szkolnej naszego dziecka właśnie z ZFŚS. Jednak uwaga. Pieniądze nie są dzielone na zasadzie „każdemu po równo”. Wysokość świadczeń uzależniona są od sytuacji życiowej, materialnej i rodzinnej pracownika.

– Jeśli firma, w której pracujesz nie ma ZFŚS, nie znaczy to, że nie możesz liczyć na wsparcie.  Pracodawcy mogą również dofinansować przybory i podręczniki szkolne dziecku pracownika ze środków obrotowych. Jednak w tym przypadku trzeba od tego odprowadzić podatek – mówi Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie.

Inne dodatki do pensji

W kadrach czy bezpośrednio u przełożonego możemy dopytać o regulamin ZFŚS, a także ustalić, jakie inne dodatkowe świadczenia możemy uzyskać. Pracownicy często nie są świadomi, że mogą w miejscu pracy otrzymać np. niskooprocentowaną pożyczkę na cele mieszkaniowe czy dofinansowanie do urlopu. Od niedawna, pracodawcy mogą też śmielej udzielać pracownikom świadczeń niepieniężnych. Imprezy integracyjne, zajęcia na siłowni czy basenie na rzecz zatrudnionych nie generują już przychodu po stronie pracowników. Takie jest aktualne podejście fiskusa, nawiązujące ściśle do niedawnej decyzji Trybunału Konstytucyjnego.  A jakie świadczenia niepieniężne, przekazywane przez pracodawców pracownikom, mogą taki przychód generować?

– By mówić o powstaniu przychodu, świadczenia niepieniężne powinny spełniać trzy warunki. Po pierwsze pracownik musi skorzystać z nich w pełni dobrowolnie. Po drugie powinny nieść mu korzyść w postaci powiększenia aktywów lub uniknięcia wydatku, który musiałby sam ponieść. Po trzecie osiągnięta korzyść powinna być wymierna i przypisana do konkretnego pracownika. Z racji, iż problemy rodzi już samo ewidencjonowanie pracowników, którzy korzystają np. z opłaconej ryczałtowo pływalni, spełnienie powyższych warunków wydaje się trudne – tłumaczy Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie.

TABELA: Stawki odpisów na Zakładowy Fundusz Świadczeń Socjalnych (ZFŚS) w 2015 r.

ODPIS OBLIGATORYJNY
Na jednego zatrudnionego w tzw. normalnych warunkach pracy 37,5%

przeciętnego wynagrodzenia*

1.093,93 zł
Na jednego pracownika wykonującego prace w szczególnych warunkach lub prace o szczególnym charakterze –
w rozumieniu przepisów o emeryturach pomostowych
50%

przeciętnego wynagrodzenia*

1.458,57 zł
Na jednego pracownika młodocianego:

– I rok nauki

5%

przeciętnego wynagrodzenia*

145,86 zł
– II rok nauki 6%

przeciętnego wynagrodzenia*

175,03 zł
– III rok nauki 7%

przeciętnego wynagrodzenia*

204,20 zł
ZWIĘKSZENIA FAKULTATYWNE (UZNANIOWE)
Na każdą osobę zatrudnioną, w stosunku do której orzeczono znaczny lub umiarkowany stopień niepełnosprawności 6,25%

przeciętnego wynagrodzenia*

182,32 zł
Na każdego emeryta i rencistę, nad którym zakład sprawuje opiekę 6,25%

przeciętnego wynagrodzenia*

182,32 zł
Na każdą osobę zatrudnioną, pod warunkiem przeznaczenia całości na prowadzenie żłobka lub klubu dziecięcego
Dotyczy to pracodawców, którzy utworzyli zakładowy żłobek lub klub dziecięcy oraz przeznaczą na ten cel z odpisu podstawowego kwotę odpowiadającą 7,5 punktu procentowego tego odpisu.
7,5%

przeciętnego wynagrodzenia*

218,79 zł

* Kwota przeciętnego wynagrodzenia w 2015 roku wynosi 2.917,14 zł.

Milion złotych od KPD Investment na rozwój Sher.ly

Krakowski start-up technologiczny Sher.ly poinformował o pozyskaniu 1 miliona złotych na dalszy rozwój firmy od funduszu KPD Investment. Środki zostaną przeznaczone na stworzenie sieci dystrybucji w Europie i Stanach Zjednoczonych oraz integrację aplikacji Sher.ly z urządzeniami NAS jednego z wiodących producentów. Oprócz KPD w spółkę zainwestowały dotychczas Satus, Innovation Nest oraz Fundusz Zalążkowy Krakowskiego Parku Technologicznego.

Sherlybox Twórcy start-upu obecnie przygotowują się również do wysyłki pierwszych, znacznie dopracowanych względem prototypów urządzeń Sherlybox, których produkcję w czerwcu ubiegłego roku sfinansowała społeczność serwisu Kickstarter.com. Zebrano wówczas 154 106 dolarów, a zakładany pierwotny cel został zrealizowany w 223%. Od czasu zakończenia kampanii Sherlybox zyskał jeszcze zgrabniejszą obudowę, praktycznie od nowa zaprojektowano także kieszeń wewnętrznego dysku. Dopracowano również aplikację, która w wersji 1.5 zaoferuje użytkownikom szereg usprawnień pod wspólnym mianownikiem intuicyjności.

Z entuzjazmem patrzymy na przyszłość globalnego rynku wymiany danych. Mamy plan jak go zmienić i gotowy, dopracowany produkt. Ostatnio zostaliśmy nominowani przez magazyn CIO Review do grupy 20 najbardziej obiecujących światowych dostawców rozwiązań opartych o przetwarzanie w chmurze. Każdy kolejny krok w rozwoju spółki potwierdza słuszność objętego kierunku i jednocześnie motywuje do coraz większego wysiłku. Nie ma nic bardziej budującego od spotykania na swojej drodze ludzi doceniających nasz pomysł i wierzących w jego międzynarodowy sukces. Witamy KPD Investment w gronie naszych inwestorów, dziękując za wsparcie i zaufanie – mówi Błażej Marciniak, CEO Sher.ly.

W KPD szukamy pomysłów innowacyjnych o bardzo wysokim potencjale wzrostu. Inwestujemy w projekty posiadające przewagę produktową i rynkową lub technologiczną z zaangażowanym oraz zmotywowanym zespołem gotowym poświęcić się przedsięwzięciu. Sher.ly doskonale wpisuje się w te założenia. Cieszymy się, że dołączają do naszego portfela – mówi Dariusz Grądek, prezes zarządu KPD Investment.

Aplikacja Sher.ly stanowi alternatywę dla usług przetwarzania danych w chmurze publicznej. Dropbox, Box, czy OneDrive wymagają, by pliki zostały w pierwszej kolejności przesłane na serwer lub na nim stworzone. Wysyłanie większych plików może trwać długo, a dodatkowa przestrzeń jest płatna. W czasie przesyłania poufnych danych na zewnątrz mogą także dostać się w niepowołane ręce.

Sherlybox Sher.ly działa natomiast w zamkniętym środowisku. W odróżnieniu od chmury publicznej żaden plik nie jest wysyłany na zewnętrzne serwery. Za pośrednictwem technologii Gateless VPN dane trafiają bezpośrednio do upoważnionych odbiorców. Udostępnione pliki dzięki autorskiej technologii Metasync niezależnie od ich rozmiaru już po paru sekundach są widoczne dla wybranych wcześniej członków danej grupy i już wtedy mogą być pobierane.

Aplikacja Sher.ly pozwala dodatkowo zarządzać wszystkimi usługami w chmurze publicznej (Dropbox, Box, OneDrive, Google Drive) bezpośrednio z samej aplikacji, co sprawia, że użytkownik ma lepszą widoczność i kontrolę nad wszelkimi udostępnianymi danymi.

Sherlybox to rozwiązanie przeznaczone dla użytkowników aplikacji Sher.ly wymagających stałej dostępności dzielonych z innymi plików. Urządzenie działa niczym sieciowy dysk NAS, jednak można go skonfigurować dosłownie używając jednego palca i umożliwia intuicyjne zarządzanie przestrzenią dyskową z poziomu aplikacji na komputerze. Dzięki Sherlybox udostępniane dane są dostępne 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu. Użytkownik nie musi włączać swojego komputera. Wystarczy, że Sherlybox jest podpięty do zasilania i Internetu.

Sherlybox działa pod kontrolą otwartego systemu Linux na platformie Banana Pi. Z zewnątrz urządzenie wyposażono w wejście USB, port HDMI oraz wyjście audio. Dzięki otwartej platformie użytkownicy mogą wzbogacać funkcjonalności dodając własne aplikacje, jak systemy typu media center Plex.tv czy Kodi, dzięki czemu z Sherlyboxa możemy oglądać filmy bezpośrednio na dużym ekranie telewizora lub monitora.

Twórcami Sher.ly i Sherlyboxa są Marek Cieśla oraz Błażej Marciniak. Marek to współtwórca popularnego odtwarzacza mediów ALLPlayer oraz pierwszego polskiego benchmarku Catzilla, a także ojciec kilku polskich start-upów. Błażej Marciniak posiada duże doświadczenie w zakresie rozwiązań bezpiecznej komunikacji w sieci. Jest również pomysłodawcą technologii GatelessVPN. Spółka we wcześniejszych rundach finansowych pozyskała wsparcie funduszy Satus, Innovation Nest oraz Krakowskiego Parku Technologicznego.

Wyniki Banku BPH w II kwartale 2015 r.

W II kwartale 2015 r. Bank BPH osiągnął skonsolidowany zysk netto w wysokości 5 mln zł, a skonsolidowany zysk netto po 6 miesiącach wyniósł 18 mln zł.

Aktywa banku na koniec I półrocza osiągnęły wartość 33,4 mld zł, co oznacza wzrost o 6 proc. wobec I półrocza 2014 r. Potwierdzeniem stabilnej sytuacji banku jest też wskaźnik adekwatności kapitałowej, który na koniec czerwca tego roku osiągnął poziom 16,8 proc. W tym czasie wynik na działalności bankowej, po uwzględnieniu odpisów na utratę wartości, wyniósł 278 mln zł.

Richard Gaskin, Prezes Zarządu Banku BPH
Richard Gaskin, Prezes Zarządu Banku BPH

– W II kwartale, tak jak w całym półroczu, rozwijaliśmy sprzedaż kluczowych produktów, co przyniosło zakładane rezultaty, w tym wzrost aktywów. Jednak na nasze przychody w znacznym stopniu wpłynęła kolejna obniżka stóp procentowych, działania związane z pomocą dla klientów posiadających kredyty we frankach szwajcarskich, czy wzrost obciążeń regulacyjnych. Znajduje to odzwierciedlenie w wyniku netto – komentuje Richard Gaskin, Prezes Zarządu Banku BPH.

Bardzo dobre wyniki sprzedaży w bankowości detalicznej

W II kwartale tego roku Bank BPH udzielił klientom detalicznym kredytów o łącznej wartości 997 mln zł, czyli o 53 proc. więcej niż w I kwartale 2015 r. W całym I półroczu sprzedaż tych kredytów wyniosła 1,6 mld zł, o 45 proc. więcej niż przed rokiem.

Wartość kredytów gotówkowych udzielonych w II kw. osiągnęła rekordowy poziom 888 mln zł, czyli o 78 proc. więcej niż rok wcześniej i o 50 proc. więcej niż w I kw. tego roku. W całym I półroczu 2015 r. sprzedaż kredytów gotówkowych wyniosła blisko 1,5 mld zł, co oznacza przyrost o 52 proc. wobec ubiegłego roku. Dobre wyniki sprzedaży Bank BPH zawdzięcza między innymi działaniom marketingowym: kampanii „Bez napinki” oraz „Przytul odsetki”.

Bank konsekwentnie rozwija sprzedaż kredytów hipotecznych. W II kwartale br. jej wartość wyniosła 101 mln zł, co oznacza wzrost o 109 proc. w porównaniu z II kw. 2014 r. i 89 proc. wobec I kw. tego roku. W I półroczu bank udzielił 155 mln zł kredytów hipotecznych, co stanowi ponad dwukrotny wzrost w porównaniu z I półroczem 2014 r. Wzrost sprzedaży kredytów hipotecznych jest efektem zmian w ofercie, a także zwiększenia liczby wyspecjalizowanych doradców.

Wzrosła liczba rachunków osobistych. W II kw. Bank BPH otworzył 36 tys. kont; łącznie 62 tys. w I i II kwartale. W rezultacie na koniec I półrocza br. Bank BPH prowadził 454 tys. rachunków osobistych dla klientów indywidualnych, o 6 proc. więcej niż przed rokiem. Na ten wynik wpłynęła między innymi wspierana kampanią telewizyjną promocja Lubię to! Konto ze zwrotem 3 proc. wartości płatności dokonanych kartą. W II kw. Bank BPH rozwijał też współpracę z Zakładem Ubezpieczeń Społecznych proponując emerytom i rencistom Kapitalne Konto wraz w usługami dodatkowymi.

Wzrost w bankowości dla firm

W II kwartale br. Bank BPH udzielił 1,3 mld zł limitów kredytowych, czyli o 42 proc. więcej niż w poprzednim kwartale i o 5 proc. więcej niż na koniec II kw. 2014 r. W całym I półroczu wartość limitów kredytowych udzielonych firmom wyniosła 2,3 mld zł i była o 12 proc. wyższa niż rok wcześniej. Korzystny wpływ na sprzedaż ma współpraca z Bankiem Gospodarstwa Krajowego w zakresie gwarancji de minimis i Portfelowej Linii Poręczeniowej. Na koniec I półrocza 2015 r. suma limitów udzielonych w ramach tej współpracy wyniosła 738 mln zł, co oznacza wzrost o 82 proc. wobec I półrocza ubiegłego roku.

Bank BPH rozwija faktoring. Dzięki pozyskaniu nowych klientów oraz aktywnej współpracy z dotychczasowymi, w II kw. 2015 r. obrót faktoringowy zamknął się kwotą 531 mln zł, o 68 proc. więcej niż rok wcześniej i o 21 proc. więcej niż w I kw. tego roku. Suma wierzytelności faktoringowych nabytych w ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2015 r. wyniosła 969 mln zł, czyli o 55 proc. więcej niż przed rokiem, a liczba obsłużonych faktur wyniosła 68 tys., wzrost o 45 proc. wobec stanu na koniec I półrocza 2014.

W kwietniu, w ramach współpracy z dwoma partnerami, Bank BPH wprowadził do oferty leasing obejmujący wynajem długoterminowy oraz programy car fleet management. Klienci zainteresowani tą formą finansowania mogą skorzystać z leasingu samochodów i innych środków transportu, a także maszyn, urządzeń i sprzętu IT.

Klientom z sektora MŚP w II kw. bank udostępnił akceptowanie płatności zbliżeniowych przy użyciu terminali mobilnych mPOS. Rozwiązanie to, obecnie jako jedyne na polskim rynku, daje możliwość przyjmowania płatności bezstykowo za pośrednictwem połączenia Bluetooth ze smartfonem lub tabletem.

Juan się uspokaja

Ze względu na zwiększony wpływ rynku w wycenie juana został on ponownie zdewaluowany tym razem o 1,1%. Łączna skala spadków wynosi zatem aż 4,6%. Każdego dnia jednak skala jest mniejsza, zatem można spodziewać się wygasania tendencji.

Sytuacja w Chinach po zmianie metody wyznaczania kursu referencyjnego okazuje się poważniejsza niż sądzono. Ludowy Bank Chin ponownie osłabił juana. Po dwóch obniżkach o 1,9% i 1,6% teraz przeszedł czas na 1,1%. Tendencja jest gasnąca, ale sumaryczna skala osłabienia waluty już o 4,6% niepokoi. Pewnym wyjaśnieniem dla tego co się dzieje są wczorajsze dane makroekonomiczne. Produkcja przemysłowa rosła “zaledwie” o 6% czyli 0,8% mniej niż w poprzednim okresie. Warto zwrócić uwagę, że bank nie mógł tej operacji przeprowadzić jednym ruchem, gdyż ogranicza go 2% przedział wahań. Z drugiej strony warto zwrócić uwagę, że przy ustalaniu kursu referencyjnego brany jest obecnie kurs ostatni kurs zamknięcia. Inwestorzy uciekający od juana sami go osłabiali, zatem kolejnego dnia LBC po raz kolejny zmieniał kurs referencyjny.

Na dzisiejszej konferencji prasowej przedstawiciele banku zaprzeczyli informacji jako docelowy poziom dewaluacji miał wynieść 10%. Plotka ta jest uzasadniana lipcowymi danymi na temat eksportu. Rośnie on o zaledwie 8,3%. Wiele krajów chciałoby mieć tak “alarmujące” dane. Większy wpływ sił rynkowych na notowania juana (za którym stoją największe na świecie rezerwy walutowe pozwalające utrzymywać go na poziomach nierynkowych) został dobrze przyjęty na rynkach walutowych. Na surowcach w dalszym ciągu widzimy spadki, ale są one bardziej spowodowane problemami gospodarczymi Chin niż przeceną juana.

Wczorajsze dane z brytyjskiego rynku pracy spowodowały tylko krótkotrwałe reakcje rynków. Tuż po publikacji funt osłabił się o 2,5 grosza by już pół godziny później odrobić niemal cały ten ruch. Co spowodowało taką reakcję rynków? Stopa bezrobocia zgodnie z oczekiwaniami pozostała na przyzwoitym poziomie 5,6%. Spadła natomiast liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Najwyraźniej jacyś duzi inwestorzy oczekiwali wyraźniejszej poprawy sytuacji, gdyż przeważnie po dobrych danych makroekonomicznych dochodzi do umocnienia się waluty.

Gorsze dane poznaliśmy natomiast ze strefy euro. Produkcja przemysłowa w ujęciu miesięcznym spadła i to o aż 0,4%. W skali roku rośnie ona o zaledwie 1,2% wobec oczekiwanych 1,7%. Obyło się bez wyraźnej reakcji na parze EUR/PLN. Publikacja ta trafiła natomiast na silny ruch umacniający euro wobec dolara. Tuż po tych danych ruch ten się zatrzymał i przez niemal godzinę kurs poruszał się w trendzie bocznym.

Dzisiaj warto zwrócić uwagę na następujące dane makroekonomiczne:
13:30 – Strefa euro – protokół z posiedzenia EBC,
14:00 – Polska – inflacja konsumencka,
14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

EUR/PLNKomentarz walutowy 13.08.2015
Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 13.05.2015 do 13.08.2015

Kurs EUR/PLN porusza się w krótkoterminowej formacji wzrostowej wewnątrz szerokiej formacji wzrostowej. Dolne ograniczenie przebiega obecnie w okolicach 4,1800, a kolejnego wsparcia należy oczekiwać w okolicach 4,1250 – 4,1300, gdzie znajduje się dolne ograniczenie głównej formacji.

CHF/PLNKomentarz walutowy 13.08.2015
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 13.05.2015 do 13.08.2015

Kurs CHF/PLN po osiągnięciu 4,0550 utworzył trend spadkowy. Po przebiciu ważnych minimów na 3,9000, kolejnym ważnym poziomem jest testowane obecnie 3,8400.

USD/PLNKomentarz walutowy 13.08.2015
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 13.05.2015 do 13.08.2015

Kurs USD/PLN porusza się w ramach szerokiej formacji wzrostowej. Opór stanowić będzie maksimum na poziomie 3,8500. Kolejnym wsparciem dolne ograniczenie trendu na 3,7400.

GBP/PLNKomentarz walutowy 13.08.2015
Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 13.05.2015 do 13.08.2015

Kurs GBP/PLN podobnie jak USD/PLN porusza się w ramach szerszej formacji wzrostowej. Oporem dla ewentualnych wzrostów jest ostatnie maksimum na 5,9900. W przypadków spadków najbliższym wsparciem jest dolne ograniczenie formacji wzrostowej na 5,8300.

Citi Handlowy wyniki po I półroczu 2015

W I półroczu Bank wypracował zysk netto w wysokości 367 mln zł, co oznacza spadek w stosunku do roku poprzedniego o 29% r./r. (513 mln zł w I półroczu 2014 r.).

Bank, pomimo spadku wywołanego presją wymagającego otoczenia rynkowego, uzyskał zwroty powyżej sektora bankowego, wskaźnik ROE – 12,4% i ROA – 1,6% oraz odnotował wzrost w strategicznych obszarach. Bank obronił też swoją pozycję lidera bezpieczeństwa i efektywności. To kolejne półrocze dobrej sytuacji jeśli chodzi o jakość portfela kredytowego (NPL 4,7 proc.) i koszty ryzyka, które utrzymują się na niskim poziomie (-0,09 %). Dobra pozycja płynnościowa Citi Handlowy (kredyty/depozyty na poziomie 74%) pozwala na kontynuację realizacji celu wzrostu biznesu i zwiększenia dynamiki wzrostu wolumenów.

Rozwój bankowości detalicznej

W obszarze bankowości detalicznej Bank, w I półroczu 2015 r., wzmocnił pozycję nowoczesnego i globalnego Banku. W ramach rozwoju Bankowego Ekosystemu Smart otwarto 4 kolejne placówki Smart: w Katowicach, Poznaniu i Krakowie. Tym samym I półrocze Bank zamknął z siecią 16 placówek Smart.

Wprowadzono też innowacyjną aplikację sprzedaży karty kredytowej online, która pozwala zrealizować proces sprzedaży produktu w 100 proc. bez użycia papieru. Zaawansowane technologicznie narzędzie gwarantuje klientom możliwość uzyskania wstępnej decyzji kredytowej w 60 sekund. Aplikacja ta to jeden z podstawowych wyróżników mobilnych doradców Citi Handlowy, którzy działają w 6 największych miastach w Polsce, w najpopularniejszych lokalizacjach (galerie handlowe, kina, lotniska etc.).

W I półroczu 2015 r. Bank kontynuował wzrosty w strategicznych obszarach: liczba klientów Citigold wzrosła o 5% r./r., a o 35 proc. r./r. wzrosła też sprzedaż produktów inwestycyjnych. Na koniec I półrocza 2015 roku saldo kredytów hipotecznych powiększyło się z kolei o 12% r./r.

Bank wzmocnił pozycję lidera na rynku kart kredytowych uzyskując wysoki współczynnik aktywacji kart. 80% nowych kart klienci aktywują w czasie krótszym niż 3 miesiące. Karty aktywne w całym portfelu utrzymują się na poziomie 70 proc. Wprowadzona w maju Karta Kredytowa Citi Simplicity cieszy się dużym zainteresowaniem nowych klientów i stanowi już ponad połowę realizowanej akwizycji.

Lider bankowości korporacyjnej

W pierwszym półroczu w bankowości korporacyjnej bank kontynuował wzrosty w kluczowych obszarach. Kredyty dla klientów instytucjonalnych wzrosły o 3 proc. r./r. Rosły też wolumeny depozytowe tworząc stabilną bazę dla dalszego finansowania gospodarczych inicjatyw. Bank zwiększył swoje zaangażowanie w segmencie bankowości przedsiębiorstw pozyskując 186 nowych klientów, w tym 23 duże przedsiębiorstwa, 156 małych i średnich oraz 7 podmiotów z sektora publicznego. O 25 nowych relacji wzrósł z kolei portfel klientów globalnych.

Pierwsze dwa kwartały tego roku to kolejne miesiące rozwoju Programu Emerging Market Champions, w ramach którego Bank wspiera realizację ekspansji zagranicznej klientów biznesowych. Wśród flagowych projektów zrealizowanych w I półroczu znalazły się m.in. finansowanie bieżącego funkcjonowania oraz potrzeb inwestycyjnych kanadyjskiej spółki z Grupy ORLEN – ORLEN Upstream Canada. Citi Handlowy wsparł także dynamiczny rozwój Grupy Kapitałowej Inter Cars i stworzenie Europejskiego Centrum Logistycznego ILS.

Bank uczestniczył również w jednej historycznych transakcji, jaką w I półroczu było finansowanie przejęcia aktywów Agros Nova przez Grupę Maspex, w wyniku czego powstała największa polska grupa spożywcza. Wraz z wystawionym z kolei przez Citi Handlowy kompletem gwarancji bankowych dla firmy Budimex powstanie kolejny odcinek drogi ekspresowej S7.

W I półroczu Bank zaoferował też klientom możliwość realizacji przelewów w ponad 130 walutach na całym świecie, realizując tym samym misję wspierania rozwoju przedsiębiorstw na zagranicznych rynkach. Usługa odbywa się bez konieczności otwierania rachunków walutowych i utrzymywania rachunków lokalnych za granicą, tworząc unikalne rozwiązanie na polskim rynku.

Z. Jagiełło (PKO BP): Ustabilizowaliśmy wynik odsetkowy. W kolejnych kwartałach powinien on tylko rosnąć

0

CEO Magazyn Polska

Zysk netto banku PKO BP w II kwartale wyniósł 702,9 mln złotych. To o ponad 8,5 proc. więcej niż w I kwartale. Osiągnięty wynik jest jednak słabszy niż w tym samym kwartale 2014 roku, co jest rezultatem niższych wpływów odsetkowych. Jak ocenia prezes Zbigniew Jagiełło, bank zdołał już jednak ustabilizować wynik odsetkowy i ten – tak jak i przychody z tego tytułu  powinien w kolejnych kwartałach rosnąć.

– Ustabilizowaliśmy wynik odsetkowy po serii obniżek stóp procentowych w Polsce. Według naszych przewidywań w następnych kwartałach ten wynik odsetkowy będzie tylko rósł – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Zbigniew Jagiełło, prezes banku PKO BP. – PKO Bank Polski osiągnął w drugim kwartale 2015 roku bardzo dobre wyniki finansowe. Nasz zysk netto za drugi kwartał wyniósł 703 miliony złotych i jest znacząco lepszy od wyniku finansowego za I kwartał

Dynamika zysku netto mierzona kwartał do kwartału wyniosła 8,6 proc, W pierwszych trzech miesiącach bieżącego roku bank zarobił 647,2 mln zł. Uzyskany w II kwartale wynik jest jednak wyraźnie słabszy niż w tym samym okresie rok wcześniej. Głównym czynnikiem, który wpłynął na obniżenie rentowności banku, jest spadek stóp procentowych w Polsce. Obniżki pociągnęły za sobą zmniejszenie przychodów z tytułu odsetek. Przychody odsetkowe w stosunku do I kwartału nieznacznie spadły i wyniosły 2,36 mld złotych (wobec 2,77 mld zł w I kw.).

Jak informuje prezes PKO BP działania banku skłaniające klientów do częstszego korzystania z kart kredytowych również przyniosły efekty. Zarówno całkowity wolumen, jak i łączna liczba przeprowadzonych transakcji wzrosły o od 20 do 40 proc. liczone rok do roku.

– W związku z tym poprawiła się również linia przychodów odsetkowych i w związku z tym, że jest ona oparta nie na efektach jednorazowych, a na współpracy z klientami, to będzie kontynuowana również w następnych kwartałach – tłumaczy prezes.

Przychody z tytułu prowizji i opłat osiągnięte w II kwartale wyniosły 0,94 mld złotych i również były wyższy niż w czasie pierwszych trzech miesięcy roku, choć niższe niż rok wcześniej.

Sfinalizowana wiosną tego roku fuzja z polskim oddziałem Nordei w opinii rozmówcy pozwoli na stopniowe obniżenie kosztów operacyjnych połączonych banków. Z punktu widzenia przyszłych wyników finansowych istotna jest także systematyczna redukcja kosztów ryzyka ponoszonych przez bank.

– Te wszystkie elementy razem dają właśnie dobre wyniki bieżące i perspektywę na to, że wyniki w II i IV kwartale będą również lepsze – prognozuje prezes banku PKO BP.

Prezes największego działającego w Polsce banku przekonuje, że od jednorazowych promocji klienci bardziej cenią sobie kompleksową obsługę na wysokim poziomie.

– Zawsze stawiam w relacjach z klientami na jakość obsługi. To jest w długim terminie najważniejsza rzecz, czyli dobre relacje z klientem – mówi Zbigniew Jagiełło, pytany o sposoby banku na przyciągnięcie nowych klientów.

Jak deklaruje, bank zamierza rozwijać więc usługi, których klienci od niego oczekują, a to oznacza w dużym stopniu rozwój bankowości mobilnej.

– Trudno jest być prorokiem w tak szybko zmieniającym się otoczeniu, ale my stawiamy już od dłuższego czasu na to, że telefon będzie najważniejszym urządzeniem z punktu widzenia komunikacji z klientem – mówi Jagiełło.

Zdaniem rozmówcy w dłuższej perspektywie na znaczeniu niemal zupełnie stracą tradycyjne placówki bankowe. Cała komunikacja będzie odbywać się za pomocą mobilnych środków łączności z wykorzystaniem wideoczatu, SMS-ów czy aplikacji mobilnych.

– To jest trend, który jest niezależny od tego, czego byśmy chcieli, my musimy się po prostu dostosować do klientów. Ta zdolność adaptacji banków do relacji z klientami jest najważniejszym wyznacznikiem konkurencyjności w tym sektorze – przekonuje prezes.

Najlepsi w branży IT. Jak ich rekrutować i co powinni umieć?

Polscy pracodawcy coraz częściej mają problem ze znalezieniem wykwalifikowanych pracowników. Problem dotyka w dużym stopniu sektora IT. Jak skutecznie rekrutować najlepszych specjalistów i jakich umiejętności poszukuje się w tej branży?

Według analizy ofert pracy opublikowanych w ostatnim czasie w serwisie GoldenLine.pl, branża IT była jedną z kluczowych, w których najczęściej poszukiwano osób do pracy. Pod względem liczby zamieszczonych ogłoszeń dominowała w aż 6 województwach. Przed pracodawcami rekrutującymi specjalistów z branży IT stoi obecnie największe wyzwanie – jak znaleźć pracowników, którzy najczęściej nie poszukują w danym momencie pracy?

Od rekrutacji pasywnej do rekrutacji kandydatów pasywnych

Używanie tradycyjnych narzędzi rekrutacyjnych, takich jak oferty pracy publikowane na portalach ogłoszeniowych czy rekrutacyjnych, w prasie czy mediach społecznościowych jest w przypadku branży IT często niewystarczające. Takie działania docierają tylko do grupy osób, która aktywnie poszukuje pracy. Programiści, zwłaszcza ze sporym doświadczeniem, raczej nie zaliczają się do tego grona. Coraz rzadziej sprawdzają się więc w ich przypadku rekrutacje pasywne. – W przypadku poszukiwania pracowników z branży IT warto korzystać z nowoczesnych narzędzi rekrutacyjnych, jak np. Wyszukiwarka Kandydatów. Dzięki niej rekruter może wyszukać najbardziej odpowiednich dla niego kandydatów, spośród profili założonych w serwisie – mówi Pakita Łowczyńska, HR Director w GoldenLine.pl. – Wyszukiwarka Kandydatów pozwala szczegółowo określić kompetencje poszukiwanego przez nas pracownika. Zawęża to wyszukiwanie tylko do kandydatów spełniających nasze wymagania i umożliwia kontakt tylko z wybranymi – dodaje Łowczyńska. Takie narzędzia rekrutacyjne dostarczają także wielu dodatkowych informacji, które mogą interesować pracodawcę, np. obecne i poprzednie miejsca pracy, realizowane projekty czy obsługiwani klienci. Znalezieni za pomocą wyszukiwarki kandydaci są dla wielu firm atrakcyjną grupą – pracują na takich samych lub podobnych stanowiskach, na które rekrutują pracodawcy, posiadają wiedzę i kwalifikacje poparte doświadczeniem i nie ubarwiają CV, aby znaleźć pracę. Z danych GoldenLine.pl wynika, że w ostatnim roku ilość aplikacji składanych przez osoby posiadające aktualnie zatrudnienie podwoiła się. Kandydaci pasywni mogą okazać się wręcz idealnymi kandydatami na oferowane przez firmy stanowiska.

Cenne umiejętności

GoldenLine.pl przeanalizował frazy – słowa kluczowe, które w ostatnim czasie rekruterzy szukając pracowników wpisywali do dostępnej w serwisie Wyszukiwarki Kandydatów. Wśród wszystkich wpisywanych haseł, w pierwszej 20-ce znalazło się aż 12 związanych z branżą IT. Były to: java, php, .NET, c++, tester, python, c#, javascript, IT, ios, SAP i sql – Są to słowa związane z wysokospecjalistycznymi umiejętnościami branżowymi, głównie językami programowania – informuje Pakita Łowczyńska z GoldenLine.pl.

Narzędzia do szukania kandydatów pasywnych są coraz chętniej wykorzystywane przez firmy i rekruterów. W ostatnim roku z wyszukiwarki kandydatów w Goldenline.pl korzystano ponad 1,2 mln razy. Takie rekrutacje zaczynają być już standardem w branży IT. Coraz częściej wykorzystywane są także przy rekrutacjach na stanowiska specjalistyczne lub wyższe managerskie.

Branża turystyczna musi się otworzyć na kanały cyfrowe

Rewolucja cyfrowa zmieniła sposób planowania oraz rezerwacji wakacji. Aż 59 proc. turystów porównuje ceny ofert w Internecie, a portale z porównywarkami stanowią najbardziej popularne i wpływowe źródło w poszukiwaniu wakacji (wykorzystywane przez 42 proc. użytkowników). Kanały cyfrowe, w tym media społecznościowe są drugim (po rekomendacji, w tym w szczególności rodziny i znajomych) źródłem pomysłów, jeżeli chodzi o wybór miejsca, gdzie chcemy pojechać na wakacje. Zdaniem ekspertów Deloitte, autorów raportu „Travel Consumer 2015. Engaging the empowered holidaymaker” i raportu poświęconego cyfrowym kanałom w branży turystycznej pt. “Social? That’s for consumers. For travel companies, social media means business”, Internet sprawił, że biura podróży, hotele i inne firmy zajmujące się turystyką, powinny przyjrzeć się swojemu podejściu do klientów i promocji oferty, aby móc w pełni wykorzystać zachodzące zmiany.

Źródłem pomysłów na wakacyjne podróże są przede wszystkim rekomendacje rodziny i przyjaciół (50 proc.). Na drugim miejscu znalazły się media społecznościowe (33 proc.), które wyprzedziły programy telewizyjne (32 proc.), broszury biur podróży (31 proc.) oraz wyszukiwarki internetowe (31 proc.). Około jedna trzecia użytkowników mediów społecznościowych przyznała, że zaczęła marzyć o odwiedzeniu jakiegoś miejsca, po tym jak zobaczyła je na profilu u swoich znajomych. Połowa respondentów, którzy wzięli udział w badaniu Deloitte i Facebooka wśród „polubionych” przez siebie profili ma marki z branży turystycznej. Najczęściej są to hotele oraz linie lotnicze. „Rewolucja cyfrowa i rozwój Internetu, w tym np. strony z recenzjami, dostępność ofert on-line czy media społecznościowe przez wielu wykorzystywane są przy wyszukiwaniu atrakcyjnych ofert oraz porównaniu ich cen. Żyjemy w erze, gdzie klient jest coraz bardziej świadomy i coraz lepiej poinformowany” – wyjaśnia Jakub Wróbel, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu, ekspert Technology, Media and Telecommunications Group Deloitte. „Sześciu na dziesięciu angielskich turystów powyżej 16 roku życia porównuje ceny wyjazdów wakacyjnych w Internecie. Należy spodziewać się dalszego wzrostu porównywarek i wyszukiwarek internetowych zajmujących się turystyką. To istotna wskazówka dla firm z branży turystycznej” – dodaje.

I tak, przykładowo serwis Trip Advisor podaje, że można znaleźć w ich serwisie ponad 225 mln opinii internautów z całego świata. Z kolei w 2014 roku wyszukiwarki i porównywarki cen hoteli oraz biletów lotniczych Trivago oraz Skyscanner osiągnęły wzrosty przychodów wyższe odpowiednio o 68 proc. i 42 proc. w porównaniu do roku poprzedniego. Popularność tego typu serwisów można zaobserwować także w regionie Europy Środkowej. W ubiegłorocznej edycji rankingu Deloitte poświęconym najszybciej rozwijającym się firmom technologicznie innowacyjnym „Technology Fast 50 Central Europe” zwyciężyła węgierska spółka zajmująca się internetową sprzedażą miejsc hotelowych Szallas.hu. Z kolei trzy lata z rzędu we wcześniejszych edycjach tego konkursu zwycięzcą była rumuńska firma Vola.ro, sprzedająca bilety lotnicze w Internecie.

Dziewięć na dziesięć badanych osób (zgodnie z brytyjskim raportem) przed wyjazdem na wakacje pokusiło się o samodzielne poszukanie najlepszych ofert, z czego 66 proc. zdało się w tej kwestii głównie na Internet. W sieci 72 proc. respondentów szukało inspiracji odnośnie miejsca wyjazdu, 59 proc. porównywało ceny, a 46 proc. szukało recenzji i komentarzy innych internautów na temat biur podróży.

Jakie czynniki mają największy wpływ na to, że decydujemy się na wykupienie wakacji u danego przewoźnika lub biura podróży? Dla 56 proc. elementem decydującym była cena a dla 47 proc. wcześniejsze doświadczenia z daną firmą. „Dla turystów powyżej 65. roku ważne są ich własne wcześniejsze doświadczenia oraz reputacja danego przewoźnika czy biura podróży – natomiast w przypadku ludzi w wieku do 34 lat istotnym czynnikiem jest cena” – mówi ekspert Deloitte.

Respondenci badania przy planowaniu wakacji szukali przydatnych informacji przede wszystkim na stronach i forach z opiniami innych internautów (42 proc.), stronie internetowej biura podróży (31 proc.) oraz serwisach biur i agencji podróży, działających jedynie w Internecie (21 proc.). Najważniejszym źródłem informacji przy podjęciu decyzji o rezerwacji wakacji są strony z opiniami internautów (59 proc.), strona internetowa danego operatora (39 proc.) oraz rekomendacje rodziny i znajomych (31 proc.).

Deloitte analizuje nie tylko skąd czerpiemy informacje na temat wakacji, ale także za pomocą jakich urządzeń. Turyści korzystają z pełnej palety sprzętu, który oferują im nowoczesne technologie. Oferty wyjazdów wakacyjnych turyści sprawdzają i porównują na smartfonie i tablecie, ale w przypadku rezerwacji preferują laptopa. 33 proc. badanych korzystało z co najmniej dwóch urządzeń podczas planowania swoich ostatnich wakacji. Jedynie 20 proc. ankietowanych użyło smartfona zarówno do szukania, jak i rezerwacji wyjazdu.

Zdaniem ekspertów Deloitte branża turystyczna w dalszym ciągu nie zdaje sobie jeszcze sprawy, że każdy klient jest potencjalnym sympatykiem lub krytykiem oferowanych przez nią usług. Dla przykładu, po powrocie z wakacji jedna trzecia turystów w Wielkiej Brytanii zostawiła swoją opinię na ich temat w Internecie, z czego 16 proc. podzieliło się swoimi spostrzeżeniami w mediach społecznościowych. Ponad 50 proc. menedżerów firm turystycznych wierzy, że są w tyle za konkurencją odnośnie obecności swojego biznesu w mediach cyfrowych. „Firmy muszą się dobrze odnaleźć w tej rzeczywistości. W tym kontekście możliwości jakie dają kanały cyfrowe są bardzo duże, lecz firmy powinny przyglądać się zarówno zachowaniu swoich klientów w kanałach tradycyjnych oraz cyfrowych, zarówno przed, w trakcie jak i po podróży. Umiejętne wykorzystanie kanałów cyfrowych może pozwolić zwiększyć efektywność prowadzenia biznesu” – podsumowuje Jakub Wróbel.

Jak dodają autorzy opracowań – firmy, które zdecydują się skorzystać z technologii cyfrowych do komunikacji z klientem, będą rozwijać się szybciej od swoich konkurentów. I wygra ta firma, która szybciej dostosuje się do zmiennego rynku. Zintegrowana strategia cyfrowa nie powinna dotyczyć tylko komunikacji czy promocji, ale wszystkich działów firmy.

Trzy firmy deweloperskie budują domy i kamienice w miasteczku Siewierz Jeziorna. Docelowo ma w nim zamieszkać 10 tys. mieszkańców

Moritz, prezes zarządu spółki Alta SA

Prace przy budowie zrównoważonego osiedla Siewierz Jeziorna, którego inwestorem jest firma Chmielowskie należąca do spółki Alta, postępują zgodnie z harmonogramem. Trzech deweloperów buduje obecnie szeregowce, domy, wille i kamienice, a całość ma być gotowa do 2020 roku. Obok spójnej architektury nawiązującej do śląskiej tradycji budowlanej osiedle wyróżnia się układem urbanistycznym czy zarządzanie wodą deszczową.

Mamy trzy firmy deweloperskie, które w tej chwili budują mieszkania, domy i kamienice w Siewierzu Jeziornej – mówi agencji Newseria Inwestor Robert Jacek Moritz, prezes zarządu spółki Alta SA. – Prace postępują zgodnie z harmonogramem. Prowadzą je deweloperzy, nasi klienci, którzy kupili działki.

Siewierz Jeziorna jest nową dzielnicą miasta Siewierz, powstaje na granicy aglomeracji śląskiej oraz Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Leży 20 minut jazdy samochodem od centrum Katowic oraz 12 minut od lotniska Pyrzowice. Usytuowana jest nad Zalewem Przeczycko-Siewierskim, w którego sąsiedztwie zostały wytyczone ścieżki rowerowe.

Chmielowskie – firma inwestycja giełdowej spółki Alta, do której należy ziemia, zajmuje się przygotowaniem planów dzielnicy, parcelacją gruntów na poszczególne działki budowlane, uzbrajaniem terenu w drogi, kanalizację i inne elementy infrastruktury.

Pierwszym deweloperem została spółka Forest Hill (także spółka z portfela Alta), która kupiła działki od spółki Chmielowskie. Zbudowała na nich pierwsze nieruchomości mieszkalne, które sprzedaje ostatecznym właścicielom (klientom).

O Siewierzu Jeziornej mówimy, że jest nietuzinkowym projektem, ale tak naprawdę trudno zauważyć tę wyjątkowość, bo w gruncie rzeczy wszystko tam jest tak, jak byśmy chcieli, by było wszędzie – chwali Robert Moritz. – Przyzwyczailiśmy się do nienormalności. W związku z czym nietuzinkowość dzielnicy polega na normalności. Przyjeżdżamy tam i mówimy: „O, tu jest inaczej”.

Teren, na którym obecnie trwa budowa, zajmuje obszar 44 ha, który jest objęty Miejskim Planem Zagospodarowania Przestrzennego. Pozostała część (ponad 70 ha) ma studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania. Kameralna zabudowa nawiązuje do lokalnej, śląskiej tradycji budowlanej: architektura jest spójna, ale przy zachowaniu różnorodności typów poszczególnych nieruchomości. W ofercie znajdują się zarówno wolnostojące domy jednorodzinne, jak i wielorodzinne wille miejskie. Najtańsze mieszkania kosztują około 111 tys. zł, a najdroższe domy ponad 600 tys. zł.

Wyjątkowość projektu polega na tym, że jest przemyślany w najdrobniejszych szczegółach: kolory domów są ze sobą skoordynowane, ulice, chodniki, skwery, działki są ograniczone niskimi, niezbyt dużymi ogrodzeniami i każdy, kto przyjeżdża, czuje się tak, jakby właśnie tam chciał zamieszkać – przekonuje Robert Moritz. – Można bardzo dużo mówić na temat różnych aspektów zrównoważonego rozwoju, zarządzania wodą deszczową, energooszczędności itd., ale to niewidoczne szczegóły czynią różnicę.

Jeziorna jest nową dzielnicą średniowiecznego Siewierza. Zaplanowane zostały w niej nie tylko domy, lecz także rynek, kościół, szkoła, przedszkola, sklepy, punkty usługowe i ośrodki rekreacyjne. Miasteczko ma mieć własną stadninę koni, farmę ekologiczną i marinę.

WB Electronics: Sprzedaż zagraniczna stanowiła w ubiegłym roku około 80 proc. przychodów spółki. Odpowiada to 60-70 proc. całości eksportu uzbrojenia z Polski

Piotr Wojciechowski, prezes zarządu WB Electronics

Mimo zaawansowania technologicznego wartość sprzedaży zagranicznej polskiego uzbrojenia jest niewielka i wynosi mniej niż 300 mln zł. Wartość sprzedaży zagranicznej WB Electronics stanowi ponad połowę tej kwoty. Program technicznej modernizacji polskich sił zbrojnych w latach 2013-2020 przewiduje nakłady na uzbrojenie o wartości 137 mld zł. Celem firmy z Ożarowa Mazowieckiego jest jednak także zwiększenie sprzedaży zagranicznej.

Dla nas eksport ma ogromne znaczenie, przede wszystkim dlatego że pozwala utrzymywać moce produkcyjne – tłumaczy Piotr Wojciechowski, prezes zarządu WB Electronics. – Dzięki niemu możemy na bieżąco zachowywać zdolności niezależnie od wahań krajowej koniunktury.

Jak mówi, grupa jest największym polskim eksporterem uzbrojenia. W ubiegłym roku jej sprzedaż zagraniczna stanowiła około 60-70 proc. wartości całego polskiego eksportu przemysłu obronnego. W br., jak prognozuje prezes Piotr Wojciechowski, prawdopodobnie będzie na podobnym poziomie.

Sprzedaż na rynki zagraniczne pozwala spółce pozyskiwać nowe doświadczenia z różnych obszarów geograficznych, w tym poznawać sposoby używania poszczególnych, wytwarzanych przez przedsiębiorstwo systemów. Zdaniem szefa WB Electronics istotne jest także porównanie myśli technologicznej spółki z konkurencyjnymi rozwiązaniami.

Prócz wyższych przychodów dodatkowym zyskiem z eksportu jest pełna świadomość tego, na jakim poziomie technologicznym i na ile konkurencyjne są nasze wyroby – precyzuje prezes Wojciechowski. – Sprzedaż zagraniczna jest więc dla nas działaniem strategicznym. Ale jest ona także niezwykle istotna dla państwa, które również korzysta z tego, że eksportujemy. Nie dość, że pojawiają się dewizy, czyli nasze przychody mają wpływ na bilans płatniczy, to dzięki sprzedaży zagranicznej przedsiębiorstwo się wzmacnia, bo pozwala mu finansować rozwój ze środków zewnętrznych.

Według Ministerstwa Gospodarki krajowy przemysł obronny jest jedną z najbardziej konkurencyjnych i zaawansowanych technologicznie gałęzi polskiej gospodarki. Wartość jego eksportu jest jednak wciąż stosunkowo niewielka. Skonsolidowane obroty handlu zagranicznego tego sektora w 2013 roku (ostatnie dane) nie sięgnęły nawet 300 mln zł. Jak podkreśla Piotr Wojciechowski, to słaby wynik nawet w porównaniu z Czechami (pół miliarda dolarów), nie wspominając o wielomiliardowym przemyśle amerykańskim.

Tymczasem program technicznej modernizacji sił zbrojnych w latach 2013-2020 przewiduje przeznaczenie na uzbrojenie łącznie 137 mld zł. W ramach tej kwoty 70 proc. (96 mld zł) ma być skierowane na zakup uzbrojenia służącego do realizacji programów operacyjnych. Pozostałe środki (41 mld zł) mają trafić m.in. na wyposażenie żołnierzy, sprzęt inżynieryjny, obronę przed bronią masowego rażenia i pojazdy transportowe.

Zdaniem prezesa zarządu WB Electronics udział w tych programach pozwoliłby szukać klientów na kolejnych rynkach zagranicznych. Rozwój technologii pozwala bowiem odnajdować nowe nisze.

Podstawą eksportu uzbrojenia jest dysponowanie własnymi technologiami – podkreśla Piotr Wojciechowski. – Nie wystarczy już składanie z kawałków pochodzących z zagranicy, np. systemów bezzałogowych. Istotne jest nie tylko to, że robimy płatowiec, sklejamy go w Polsce, lecz także to, że umieszczamy w nim elektronikę, czyli link łączności, kamerę stabilizowaną itp. Jeżeli nie dysponujemy wszystkimi technologiami, nie mamy zdolności sprzedaży za granicą.

Kooperant może bowiem narzucać nieatrakcyjne ceny. Ponadto firma prowadząca współpracę z takim przedsiębiorstwem nie może sama decydować o kierunkach eksportu, obciążona jest zależnością od zgody obcych rządów na eksport. Musi uzyskiwać tzw. świadectwo końcowego użytkownika, które powinno być zaakceptowane przez inne państwo, będące trzecią stroną kontraktu.

Dlatego zdaniem Piotra Wojciechowskiego w przemyśle zbrojeniowym istotne jest to, żeby produkt końcowy technologicznie był maksymalnie wykonywany w kraju, bo tylko wówczas jest pełna możliwość dysponowania takim rozwiązaniem.

Według szefa WB Electronics ośrodki państwowe powinny zatem dbać o to, żeby producenci uzbrojenia mieli własne technologie. Temu m.in. służą programy modernizacyjne dotyczące bezpieczeństwa państwa.

Ogólnie zatem polski eksport uzbrojenia na razie kształtuje się słabo – uważa Piotr Wojciechowski. – Mam jednak nadzieję, że programy, które są uruchomione, spowodują, że będziemy rozwijać technologie, czego wynikiem będzie także wzrost sprzedaży zagranicznej.

Od września zatwierdzenie prospektu emisyjnego przez KNF potrwa 6-8 tygodni. Wymogiem jest poprawna dokumentacja emisyjna

Andrzej Jakubiak, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego

Od września w życie wchodzą zmiany ułatwiające zatwierdzanie prospektów emisyjnych. Ustalenie harmonogramu postępowania prospektowego odbędzie się przy współpracy KNF-u z emitentem. W przypadku poprawnie przygotowanej dokumentacji okres zatwierdzenia ulegnie skróceniu, docelowo do 6-8 tygodni. Jednocześnie komisja upubliczni informacje o przebiegu procesu, co powinno wpłynąć na wzrost zaufania inwestorów.

– Dla prospektów, które będą składane po 1 września, chcemy zaproponować kilka modyfikacji – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Andrzej Jakubiak, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego.

Jedna z najistotniejszych zmian dotyczy harmonogramu zatwierdzenia prospektu emisyjnego. Od 1 września ustalenie kalendarium odbywać się będzie we współpracy KNF-u z emitentem. W przypadku dobrze opracowanego dokumentu emisyjnego i braku zastrzeżeń ze strony Komisji zatwierdzenie prospektu odbywać się będzie w możliwie krótkim czasie.

– Chcemy, żeby te postępowania miały charakter standardowy, ale by przebiegały bez zwłoki, żeby zajmowało nam to około 6-8 tygodni. Taki jest nasz cel – informuje przewodniczący KNF.

Zaznacza jednak, że od emitentów z błędnie przygotowaną dokumentacją będzie wymagał sprawnego wprowadzania poprawek. W przypadku braku reakcji na uwagi ze strony KNF lub opóźnień w komunikacji z winy emitenta złożony prospekt nie zostanie zatwierdzony.

– Jednocześnie będziemy podawali w każdym przypadku do publicznej informacji, ile przypadało czasu na prace urzędu, a ile na prace emitenta – dodaje.

Upublicznienie tego typu wiadomości ma wpłynąć na wzrost zaufania inwestorów.

– Kolejną rzeczą, którą też chcemy wprowadzić jako zasadę po 1 września, jest współpraca z emitentami w przypadku, kiedy mają tzw. złożoną historię finansową – tłumaczy Andrzej Jakubiak.

Mowa tutaj o przedsiębiorstwach, w których przed lub w trakcie postępowania prospektowego dojdzie do przejęcia, fuzji czy transakcji sprzedaży. Tego typu operacje komplikują strukturę kapitałową emitenta. KNF stoi jednak na stanowisku, żeby w takich przypadkach odpowiednio wesprzeć emitenta i sprawić w ten sposób, żeby proces zatwierdzenia przebiegał jak najsprawniej.

– Inwestor, który będzie chciał wejść na rynek regulowany, być na rynku podstawowym, będzie wiedział z większą dokładnością niż do tej pory, jak ten proces będzie przebiegał i ile czasu zajmie – wyjaśnia przedstawiciel KNF pytany o wpływ zmian na poprawę konkurencyjności polskiego rynku.

Szef Komisji Nadzoru Finansowego zastrzega jednak, że budowa zaufania inwestorów możliwa jest tylko w przypadku wysokiej transparentności informacyjnej ze strony emitentów. Jakość złożonej dokumentacji jest w tym przypadku kluczowym czynnikiem.

Operatorzy ostro licytują częstotliwości LTE. Może to oznaczać koniec spadków cen internetu mobilnego, a nawet ich podwyżki

Grzegorz Bernatek

W aukcji na częstotliwości 800 MHz oraz 2,6 GHz suma zadeklarowanych kwot przekroczyła 5,8 mld zł. To ponad trzykrotnie więcej niż w lutym, kiedy aukcja się rozpoczęła. Dzięki określonym w dokumentacji aukcji inwestycjom na przestrzeni trzech lat powinniśmy osiągnąć maksymalny zasięg technologii LTE. Ryzyka przeinwestowania nie ma, bo popyt na usługi mobilnego internetu rośnie, ale duże nakłady po stronie operatorów mogą oznaczać utrzymanie cen na obecnym poziomie lub nawet podwyżki.

Weszliśmy w pułap przekraczający 5 mld zł w zadeklarowanych kwotach za te częstotliwości i końca nie widać. Trudno powiedzieć, jak głębokie są kieszenie operatorów i ile będą chcieli ostatecznie zadeklarować. Mówiło się, że 5 mld zł to poziom, który będzie trudno przekroczyć, a teraz się mówi o 6,5 mld zł  – komentuje Grzegorz Bernatek, ekspert rynku telekomunikacyjnego z firmy Audytel.

W aukcji do wylicytowania jest pięć rezerwacji częstotliwości z pasma 800 MHz, szczególnie ważne pod względem zapewnienia usług dostępu do szybkiego internetu, oraz 14 rezerwacji w paśmie 2600 MHz.

Na rozbudowie sieci LTE, czyli szybkiego mobilnego internetu, najwięcej zyskać mogą tereny słabo zurbanizowane. W warunkach aukcji znalazły się bowiem wysokie wymagania inwestycyjne. Zwycięzcy aukcji będą mieli 24 miesiące na przeprowadzenie niezbędnych inwestycji w gminach, gdzie obecnie zasięg sieci oferującej transmisję danych jest poniżej 80 proc. W ciągu dwóch lat pokrycie będzie musiało wzrosnąć do 83-89 proc. Zgodnie z danymi UKE takich gmin jest w Polsce ponad 1200, a mieszka w nich ponad 9 mln osób.

Pomimo wysiłków operatorów często parametry usług dostępu do internetu przez komórki nie są wystarczające, zadowalające. Spodziewamy się, że po aukcji ten dostęp będzie dużo lepszy, dużo szybszy, a parametry jakościowe będą lepsze – ocenia Bernatek. – Na przestrzeni trzech lat powinniśmy osiągnąć maksymalny zasięg tej technologii.

Jego zdaniem w tym segmencie nie grozi nam przeinwestowanie, ponieważ popyt na usługi mobilnego internetu dynamicznie rośnie. Liczba jego użytkowników sięga już 6 mln osób. Bez LTE trudno będzie w kolejnych pięciu latach zaspokoić widoczny dziś wzrost zapotrzebowania na większą przepustowość.

Jedyne, co nam grozi w przypadku technologii bezprzewodowych, to brak spadku cen albo nawet ich wzrost. Jeśli się okaże, że operatorzy będą musieli ponieść duże inwestycje i nie będą w stanie świadczyć usług na obecnym poziomie cenowym, wtedy czekają nas podwyżki – prognozuje Grzegorz Bernatek.

Według jego szacunków ewentualne podwyżki cen nie powinny być zbyt duże. Mowa jest o wzroście nie większym niż 5 zł na jednego abonenta. Wszystko zależy jednak od sytuacji rynkowej, w jakiej znajdą się operatorzy sieci po zakończeniu aukcji nowych częstotliwości.

Jak podkreśla, nie należy jednoznacznie łączyć aukcji i rozwoju LTE oraz realizacji celów Europejskiej Agendy Cyfrowej. Zgodnie z unijnymi wymogami do 2020 roku wszyscy obywatele Unii Europejskiej powinni uzyskać dostęp do technologii internetu szerokopasmowego o prędkości 30 Mbps. Połowa mieszkańców ma być objęta zasięgiem 100 Mbps.

Kluczowe dla realizacji Agendy będą organizowane już w tym roku konkursy na budowę sieci szerokopasmowych w ramach programu operacyjnego Polska Cyfrowa. W tym roku będzie do wydania kilkaset milionów złotych, w kolejnych latach te kwoty będą sukcesywnie zwiększane i dopiero te sieci bazujące zwykle na technologiach światłowodowych w dużej mierze pozwolą na wypełnienie tych celów – mówi Bernatek.

Niskie ceny wieprzowiny zwiększają konkurencyjność polskich hodowców na rynku UE. Eksport rośnie w tempie ponad 20 proc.

Monika Drążek

Z powodu embarga na polską wieprzowinę eksport na rynki azjatyckie i wschodnioeuropejskie spadł w ciągu roku o ponad 50 proc. Zwiększona podaż doprowadziła do spadku cen żywca w kraju. Obecnie za kilogram tego mięsa płaci się o ok. 20 proc. mniej niż przed rokiem. Niskie ceny wpływają jednak na wzrost konkurencyjności polskich producentów na rynku unijnym. Eksport wieprzowiny rośnie w tempie ok. 20 proc., co w pewnym stopniu łagodzi skutki embarga.

Pojawienie się ognisk afrykańskiego pomoru świń w lutym zeszłego roku spowodowało, że wiele krajów azjatyckich, a także m.in. Rosja i Białoruś, wprowadziły ograniczenia w imporcie. W 2013 roku około 43 proc. wolumenu eksportu nieprzetworzonego mięsa wieprzowego trafiało na te rynki, więc wprowadzenie ograniczeń w handlu przyczyniło się do znacznych spadków sprzedaży mięsa na rynki pozaunijne – mówi agencji Newseria Biznes Monika Drążek, specjalista ds. analiz rynków rolnych w Banku BGŻ BNP Paribas.

W skali roku spadek sięgnął 50 proc. Z powodu zamknięcia wielu ważnych rynków zewnętrznych znacznie zwiększyła się ilość mięsa wieprzowego na rynku krajowym. Osłabiło to pozycję producentów i doprowadziło do spadków cen żywca.

Średnia cena 1 kg żywca, jak wynika z danych Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi, w lipcu wynosiła 4,38 zł. W ubiegłym roku było to 3,51 zł, a dwa lata temu – 5,81 zł.

Odniesieniem zawsze była cena na rynku niemieckim i one za sobą podążały. W zeszłym roku w Polsce nastąpiły jednak znacznie większe spadki cen żywca, niż miało to miejsce na rynku niemieckim. Przeciętnie ta różnica w skali roku była na poziomie około 3,60 euro na 100 kg – tłumaczy Monika Drążek.

Wpłynęło to na zwiększenie konkurencyjności krajowych producentów i znaczne zwiększenie eksportu wieprzowiny na rynki Unii Europejskiej.

Dynamika w zeszłym roku była na poziomie 24 proc. Dane Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi potwierdzają, że podobna sytuacja obserwowana była w okresie pierwszych pięciu miesięcy. Wzrost na rynek wspólnotowy jest cały czas na poziomie 20 proc. To pomogło łagodzić spadki odnotowane na rynkach pozaunijnych – ocenia analityczka Banku BGŻ BNP Paribas.

Niskie ceny nie pozostają jednak bez wpływu na opłacalność produkcji żywca.

Problemy na pewno mają producenci, którzy nie wykorzystują w pełni efektów skali, czyli mniejsze podmioty. Sektor zajmujący się produkcją trzody jest dosyć rozdrobiony i niewątpliwie teraz zmaga się ze sporymi problemami związanymi z opłacalnością produkcji – ocenia Drążek.

Polacy coraz chętniej kupują odzież w modowych dyskontach

Bogusz Kruszyński

Polski rynek odzieżowy wart jest ponad 7 mld euro. Za cztery lata jego wartość ma oscylować wokół 9 mld euro. Część dyskontowa rynku rozwija się prężnie, bo sieci przejmują klientów bazarów i supermarketów. Polacy wciąż jednak przeznaczają na ubrania mniej niż mieszkańcy państw Europy Zachodniej.

Dziś średnio Polacy nadal wydają mniej na odzież niż mieszkańcy Niemiec, Włoch, Wielkiej Brytanii czy Hiszpanii. Kilka lat temu było to dwa razy mniej. Cały czas widzimy więc przestrzeń do tego, żeby wartość całego rynku, czyli wydatki na odzież, rosła jeszcze przez długi czas. PMR prognozuje, że w perspektywie najbliższych kilku lat rynek będzie rósł kilka procent rocznie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bogusz Kruszyński, wiceprezes zarządu Redan, właściciel marek m.in. Top Secret, Troll oraz sieci dyskontowej TXM Textilmarket.

Według danych opublikowanych przez PMR w 2014 roku polski rynek odzieży i obuwia wart był około 7 mld euro. W 2018 roku wart będzie 9 mld euro.

Jak podkreśla Kruszyński, bardzo dobrze na tle rynku rozwija się segment dyskontowy.

Sklepy dyskontowe przejmują klientów, którzy do tej pory dokonywali zakupów w innych miejscach, m.in. na bazarach czy w hipermarketach. Widzimy, że specjaliści odzieżowi mają w tym miejscu przewagę i dzięki temu ten kawałek biznesu rośnie szybciej niż całość rynku – dodaje wiceprezes spółki Redan.

Wzrost znaczenia sektora dyskontowego widać także po wynikach grupy Redan. W czerwcu przychody ze sklepów dyskontowych wyniosły 26,2 mln złotych i były o 26 proc. wyższe niż przed rokiem. W całej grupie sprzedaż wzrosła w tym miesiącu o 22 proc. Od stycznia przychody z segmentu dyskontowego wyniosły nieco ponad 140 mln zł. To o 16 proc. więcej niż w pierwszym półroczu 2014 roku. Dla całej grupy wzrost wyniósł 13 proc.

W części dyskontowej mamy sieć TXM Textilmarket. To około 320 sklepów w całej Polsce oraz kilka sklepów w Czechach i na Słowacji – wylicza Bogusz Kruszyński. – Co tydzień otwieramy kolejny sklep tej sieci, więc rozwijamy się dość dynamicznie. Pozwala na to rynek, który w tym kawałku biznesu ma duży potencjał wzrostu, a my staramy się go jak najlepiej wykorzystać – dodaje.

Spółka chce otwierać ok. 40-50 sklepów rocznie w Polsce. Plan na ten rok zakłada także otwarcie ok. 20 sklepów za granicą. Spółka zapowiada wejście na rynek rumuński.

Do sieci TXM Textilmarket pod koniec ostatniego miesiąca należały 324 sklepy o łącznej powierzchni 69,7 tys. mkw. To o 9 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2014 roku.

I półrocze pod względem wartości sprzedaży było dobre, szczególnie w Polsce mamy wysokie wzrosty w sklepach w tym i w zeszłym roku. To jest bardzo dobry efekt – mówi Kruszyński.

Wzrosła też łączna powierzchnia punktów handlowych działających w sieci sprzedaży marek Top Secret, Troll i Drywash – do 34,9 tys. mkw., czyli 16 proc. więcej niż w czerwcu 2014 roku.

Duża aktywność deweloperów i kupujących we Wrocławiu. Ceny nieruchomości powoli rosną

Marcin Misztal CEO Magazyn Polska

W II kwartale oferta nowych mieszkań we Wrocławiu była mniejsza niż w pierwszych trzech miesiącach roku. Spadek ich liczby lokali poniżej 8 tys. nie był jednak wynikiem mniejszej podaży, bo deweloperzy pozostają aktywni, ale rekordowo wysokiej sprzedaży – wynika z analizy firmy Reas.

Mieszkania, których poszukują wrocławianie, mają podobną specyfiką jak w innych miastach – twierdzi Marcin Misztal, wiceprezes zarządu i2 Development, dewelopera, który działa na wrocławskim rynku. – Ze względu na naszą lokalizację w centrum trafia do nas wielu klientów, którzy traktują zakup mieszkania jako inwestycję. Druga grupa to ludzie, którzy poszukują dobrego miejsca do życia.

Badania firmy Reas wskazują, że liczba nowych mieszkań w ofercie deweloperów była w II kwartale o 6 proc. mniejsza niż w I kwartale. Do dyspozycji klientów jest poniżej 8 tys. lokali. Jak szacują analitycy, czas potrzebny do wyprzedania wszystkich mieszkań w ofercie przy utrzymaniu obecnego tempa sprzedaży to niecałe pięć kwartałów. Spadek liczby lokali wynikał jednak z wysokiej aktywności kupujących. Wrocławianie coraz częściej sięgają po rządowe wsparcie z programu MdM. W II kwartale liczba wniosków do BGK wzrosła o 18 proc.

Średnia cena metra kwadratowego mieszkania w stanie deweloperskim to ok. 6 tys. zł.

Ceny we Wrocławiu są stabilne od dłuższego czasu i z miesiąca na miesiąc nieznacznie rosną – mówi wiceprezes zarządu i2 Development. – W centrum proponujemy mieszkania między 6 a 8 tys. zł za mkw., a w bardziej odległych dzielnicach ok. 5 tys. zł.

Nieznaczne wzrosty cen wykazują również nieruchomości na rynku wtórnym. Z raportu Szybko.pl, Metrohouse i Expandera wynika, że w lipcu ceny transakcyjne na rynku wtórnym były o 0,6 proc. wyższe niż miesiąc wcześniej. W czerwcu wzrost cen wyniósł 1 proc.

Według Marcina Misztala wrocławski rynek mieszkaniowy ma duży potencjał dla deweloperów. W lutym inwestycje wrocławskich deweloperów z Polskiego Związku Firm Deweloperskich były warte ponad 500 mln zł, a według planu miały w 2015 roku przekroczyć 664 mln zł. W tym czasie rozpoczęta lub zakończona zostanie budowa w sumie ponad 3,8 tys. mieszkań.

Wrocław jako miasto rozwija się bardzo dynamicznie. Został Europejską Stolicą Kultury 2016, organizowanych jest tam sporo imprez – wymienia Marcin Misztal. – Siedziby ma tu też sporo zagranicznych firm i koncernów. Oceniamy go bardzo dobrze.

Dlatego też i2 Development koncentruje się na Wrocławiu, choć jednocześnie analizuje inne rynki. Flagowym projektem dewelopera jest Bulwar Staromiejski w bezpośrednim sąsiedztwie wrocławskiego rynku. Teren obejmuje 2,5 ha powierzchni w okolicach Odry i fosy miejskiej. Spółka posiada we Wrocławiu bank ziemi pozwalający na stworzenie 93 tys. mkw. powierzchni użytkowej. W najbliższych trzech latach wybuduje tu ok. 1,4 tys. mieszkań i prawie 30 tys. mkw. powierzchni usługowo-biurowej.

Rynek nieruchomości komercyjnych również jest dla spółki perspektywiczny.

Posiadamy powierzchnie usługowo-biurowe w lokalizacjach premium. Mamy inwestycję Twelve przy ul. Oławskiej, kilka minut od wrocławskiego rynku przy najczęściej uczęszczanym deptaku w mieście – mówi Misztal. – Posiadamy też grunty w innych lokalizacjach. To są inwestycje kameralne, biurowce klasy A z tarasami i dużą ilością zieleni, więc nie mamy problemu z zainteresowaniem potencjalnych najemców. Ceny kształtują się od 13 do 15, a nawet do 16 euro za mkw. w dobrych lokalizacjach.

Według raportu JLL w I półroczu na rynek trafiło blisko 44 tys. mkw. nowej powierzchni biurowej. Wrocław, po Warszawie i Poznaniu, należy do najbardziej aktywnych pod względem nowej podaży rynków. W pierwszym półroczu odnotowano 9,4-proc. wskaźnik niewynajętej powierzchni biurowej. To trzeci najmniejszy wynik spośród największych Polskich miast badanych przez JLL. Z drugiej strony Wrocław, obok Krakowa i Poznania, należy do najdroższych miast regionalnych pod względem czynszów, które wahają się między 14 a 15 euro za mkw.

Ogromna popularność Snapchata w Polsce. Coraz chętniej wykorzystują go także przedsiębiorcy

CEO Magazyn Polska

Snapchat zyskał już w Polsce ponad milion użytkowników. Do najpopularniejszych należą gwiazdy, ale z możliwości serwisu zaczynają także korzystać przedsiębiorcy. Mimo dużej liczby użytkowników Snapchat nie ma jednak dobrej opinii, większość internautów uważa go za kolejny pretekst do internetowego ekshibicjonizmu. 

Snapchat to komunikator internetowy, który umożliwia szybką i łatwą wymianę plików multimedialnych. W odróżnieniu od innych, podobnych w działaniu aplikacji, pliki znikają jednak w kilkanaście sekund po udostępnieniu. Snapchat powstał 3 lata temu w Stanach Zjednoczonych, a jego twórcami byli dwaj studenci Evan Spiegel oraz Robert Murphy.

Nowa aplikacja błyskawicznie podbiła serca internautów. Obecnie korzysta z niej 100 mln aktywnych użytkowników, z czego ponad milion w Polsce.

– Wymieniają się oni swoimi snapchatowymi nickami i przenoszą do miejsca, w którym nic nie trwa dłużej niż 10 sekund – mówi agencji informacyjnej Newseria Karolina Masalska, młodszy specjalista ds. PR w Instytucie Monitorowania Mediów. 

Snapchat jest też częstym przedmiotem internetowych postów. Zgodnie z danymi Instytutu Monitorowania Mediów tylko w ciągu ostatnich trzech tygodni na temat Snapchata pojawiło się ponad 1,5 tys. informacji, z czego najwięcej na portalu Ask.fm. Najczęściej pojawiało się pytanie, czy internauci mają konto na Snapchacie.

Ze wszystkich publikacji o zabarwieniu emocjonalnym więcej (54 proc.) miało wydźwięk negatywny. Użytkownicy narzekali na to, że nie ma tam miejsca na merytoryczne dyskusje, a według kolejnej grupy ta aplikacja stała się kolejną okazją do internetowego ekshibicjonizmu. Trzeba jednak podkreślić, że pojawia się też wiele pozytywnych komentarzy, ponad 46 proc. – mówi Karolina Masalska.

Snapchat to idealne rozwiązanie dla osób, którym znudziły się tradycyjne portale społecznościowe. Chętnie korzystają z niego także osoby bardzo młode, mają bowiem pewność, że opublikowanych zdjęć nie zobaczą ich rodzice, którzy często mają konta na Facebooku, ale nie znają jeszcze Snapchata. W Polsce na pierwszym miejscu wśród najpopularniejszych użytkowników Snapchata – według rankingu portalu hash.fm – znalazła się blogerka modowa Maffashion, która ma ponad 98 tys. widzów. Snapchat jest coraz częściej wykorzystywany w celach promocyjnych przez firmy i organizacje, które w ten sposób chcą dotrzeć do młodszych klientów.

– Świat młodych konsumentów mediów nie potrzebuje już telewizji, teledysków czy kolejnego reality show. Dziś potrzebujemy social show. Czy to rewolucja? Nie. To ewolucja wynikająca ze zmian, które zachodzą zarówno w technologii, jak i w sposobie myślenia mówi Dawid Kaźmierczak z DDB&Tribal/ SnapLions.

– Przykładami firm, które wykorzystywały możliwości Snapchata, są m.in. McDonald’s, General Electric, Heineken czy H&M. Z kolei przykładami organizacji są Human Rights czy WWF, która w jednej z ostatnich kampanii wykorzystała możliwości efemeryczne Snapchata w odniesieniu do ginących gatunków zwierząt, które znikają podobnie jak przesyłane snapy – mówi Karolina Masalska.

Zdaniem ekspertów z Instytutu Monitorowania Mediów popularności Snapchata może zagrozić powstanie kolejnej technologicznej nowości. Jako przykład może służyć aplikacja BeMe, stworzona przez jednego z topowych youtuberów Caseya Neistata. Uznał on, że takie aplikacje jak Snapchat przedstawiają zafałszowaną rzeczywistość, podczas gdy on zachęca do oglądania świata oczami innych. Wszystkie materiały nagrywane są poprzez przyłożenie smartfona do określonej części ciała, m.in. serca, dłoni czy czoła.

Bitcoin zyskuje na popularności podczas kryzysu greckiego

W ostatnim czasie, w obliczu greckiego kryzysu, bitcoin zyskał 20-30% na wartości oraz wzrosła jego skala zakupów w Europie. Również polskie giełdy odnotowały wzrost aktywności w tym zakresie. Cyfrowaluty wydają się coraz bardziej bezpiecznym środkiem finansowym zarówno dla prywatnych osób, jak i firm.

Mariusz Sperczyński - dyrektor zarządzający grupy DIGI
Mariusz Sperczyński – dyrektor zarządzający grupy DIGI

Widmo bankructwa Grecji i wyjścia ze strefy euro, spowodowało, że firmy oraz społeczeństwo, zwłaszcza greckie, coraz bardziej widzą w cyfrowalucie szansę na bezpieczne lokowanie środków finansowych. Nie bez znaczenia jest również ograniczenie ruchu kapitału unijnego do i z Grecji. Na europejskich giełdach bitcoinowych widoczny jest wzrost liczby rejestracji dokonywanych przez przedsiębiorstwa MSP z takich krajów jak Cypr, Malta, Turcja, Gruzja czy Mołdawia. Często ich właścicielami są właśnie Grecy lub są to zagraniczne oddziały greckich firm. Prowadzą one redystrybucję swoich oszczędności i kapitału obrotowego w różne rodzaje mniej lub bardziej płynnych aktywów typu akcje lub złoto. Tym razem zwróciły swoją uwagę na bitcoiny.

Ucieczka w bitcoin

Firmy, które ostatnio bardzo mocno uaktywniły się na giełdzie cyfrowalut, podkreślają, że obawiają się kryzysu, który może ich pozbawić dostępu do własnego pieniądza w bankach z powodu takich działań, jakie wystąpiły np. na Cyprze dwa lata temu. Ograniczono wtedy swobodę przepływu kapitału i posiadacze depozytów na Cyprze mogli stracić nawet 40% oszczędności. Bitcoin jest jednym z tych rodzajów aktywów, które są akumulowane przez przedsiębiorstwa z południa i wschodu Europy. Kilkutygodniowy proces nasilonego skupu bitcoina, przy jednoczesnym wzmożonym jego kupnie przez przedsiębiorców chińskich (którzy w tym samym czasie wychodzili z akcji na giełdzie i inwestowali w bitcoina), spowodował wzrost cen tej cyfrowaluty na światowych rynkach o 20-30%.

Bitcoin jest kupowany przez przedsiębiorców greckich oraz zagraniczne oddziały ich firm. To że te cyfrowaluty nie są notowane ostatecznie w bilansach firm greckich, nie oznacza, że nie mogą znaleźć się w ich tzw.portfelach. Biorąc pod uwagę obecny stan prawny w Europie oraz poza nią, w sytuacji, w której zostanie ograniczony dostęp do banków, nie będzie miało znaczenia, czy przedsiębiorstwo posiada środki obrotowe w euro, usd czy innej walucie, ponieważ straci akces do swoich pieniędzy. Natomiast, w ramach obecnych przepisów, dostęp do bitcoina nie będzie mógł być w żaden sposób ograniczony. Stał się on nieoficjalnie kolejnym z akceptowanych, międzynarodowych środków płatniczych w obrocie handlowym, jest więc potencjalnym, uniwersalnym zabezpieczeniem kapitału obrotowego dla przedsiębiorców, gdyby okazało się, że tracą oni akces (lub jest on znacząco ograniczony) do swoich środków finansowych w bankach.

Pomoc polskich specjalistów

Greccy przedsiębiorcy statystycznie średnio znają się na funkcjonowaniu sieci cyfrowalut, bitcoina i globalnej księgi rachunkowej łańcucha bloków. Bardzo się obawiają, że w związku z tym popełnią błąd, dlatego chętnie korzystają z pomocy kompetentnych specjalistów w tej dziedzinie, którzy operują cyfrowalutą już od dłuższego czasu. W taki sposób pojawiają się oni również na polskich giełdach bitcoinowych. Polscy doradcy rejestrują się jako przedstawiciele wspomnianych firm i dokonują zakupów oraz akumulacji bitcoinów dla greckich przedsiębiorców.

W celu ograniczenia ryzyka Grecy wybierają solidnych partnerów spośród wielu giełd bitcoinowych w Europie. Jednocześnie chcą mieć komfort związany z transformacją euro czy usd na bitcoiny. Pod tym względem posiadają duże zaufanie do polskich giełd.

Przedsiębiorstwa notują wymianę posiadanych środków fiducjonalnych na bitcoiny w celu zabezpieczenia środków płatniczych na dokonywanie zakupów np. w Chinach. W ramach obecnie obowiązujących przepisów w Europie taka czynność jest dozwolona i neutralna podatkowo (w tym również w zakresie podatku VAT, jeśli w danym kraju on obowiązuje). Gdyby państwa były bardziej aktywne w zakresie legislacji bitcoina, wówczas mogłyby wypracować instrumenty pomiaru i oddziaływania na tego typu sytuacje.

Przejście na bitcoin

Niektórzy sugerują, że Grecja może przejść na używanie cyfrowej waluty. Garrick Hileman, historyk gospodarczy z London School of Economics podkreślił, że grecki rząd może formalnie przyjąć bitcoiny jako oficjalną walutę, choć jest to bardzo mało prawdopodobne. Inni eksperci są jednak sceptyczni.

Podstawą funkcjonowania nowoczesnych państw od lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku jest możliwość korelacji emisji długu publicznego oraz tzw. „drukowania dodatkowych pieniędzy w obiegu”. Konieczna jest zatem centralna rola państwa jako gwaranta skupu wyemitowanego pieniądza. Bitcoin nie spełnia obu potrzeb, jest zamkniętym procesem w ściśle matematycznym wzorze i posiadającym w sobie cechy deflacji, a nie inflacji, która jest konieczna w obecnie stosowanej metodzie rozwoju gospodarczego. Wobec tego bitcoin nie może być używany jako waluta państwowa.

Reputacja tej cyfrowaluty znacznie wzrosła podczas greckiego kryzysu. Greccy przedsiębiorcy traktują ją poważnie jako jeden ze składników dywersyfikacji ich kapitału obrotowego, pomimo oczywistego ryzyka związanego z taką działalnością. Pragmatyczne postawienie na jednej szali ryzyka braku dostępu do usług bankowych z ryzykiem używania bitcoinów jest tym czynnikiem, który podnosi ich wartość. Skoro prezydenci niektórych państw, jak np. Rosja, zwracają istotną uwagę na ten aspekt, to warto przyjąć tezę, że bitcoin może być potencjalnym środkiem płatniczym ratującym płynność podczas kryzysów finansowych.

Bitcoin a Grexit

Ewentualny Grexit wzmocniłby walutę bitcoina w Grecji, o czym świadczy wzrost jego wartości i zaufanie, jakim greckie firmy zaczęły go obdarzać. Tym bardziej, że Grecy jeszcze nie porzucili euro, a już traktują cyfrowaluty jako potencjalny sposób na utrzymanie płynności podczas kryzysu.

Brak aktywności rządu greckiego oraz wielu innych krajów w zakresie legislacji cyfrowalut nie stanowi już przeszkody, aby używać tego środka płatniczego przez greckich przedsiębiorców oraz obywateli na bazie istniejącego prawa. Natomiast dalsze procesy ich normalizacji zależą od tego, czy rząd grecki zechce wykorzystać ten wynalazek ekonomii do swojego rozwoju i w jakim zakresie. Bardziej realne w przypadku Grexitu wydaje się drukowanie drachmy niż użycie bitcoina. Obecnie rząd grecki, z powodu trudnych spraw związanych z kryzysem, wymagających rozwiązania, odstawił kwestię jego regulacji na bok. W przypadku powrotu do drachmy bardzo prawdopodobne jest to, że będzie się on starał prawnie ograniczyć użycie bitcoina w kraju na czas zajęcia się ważniejszymi, z punktu widzenia państwa, sprawami.

Autorem publikacji jest Mariusz Sperczyński – dyrektor zarządzający grupy DIGI – jednej z najbardziej innowacyjnych instytucji cyfrofinansowych (giełda, swapy, inwestycje, crowdtrading), doradca fintech – unikalnie łączący doradztwo w zakresie technologii i finansów, inwestycji, a także analityk. Posiada ponad 20 letnie doświadczenie w zarządzaniu spółkami z sektora MSP.

Rodziny z nowym rządowym wsparciem

Obecnie, gdy rodzina przekroczy próg dochodowy, traci prawo do świadczeń rodzinnych. Od stycznia ma się to zmienić. Wszystko dzięki wprowadzeniu zasady „złotówka za złotówkę”. Według szacunków resortu pracy, w 2016 roku z nowego rozwiązania skorzysta blisko 160 tys. rodzin.

Projekt ustawy „złotówka za złotówkę” przygotowało Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. To realizacja zapowiedzi z expose premier Ewy Kopacz. W maju ustawę poparli w sejmie wszyscy posłowie, a na początku lipca podpisał ją prezydent.

Dzięki nowemu rozwiązaniu, rodziny, które przekroczą kryterium dochodowe uprawniające do zasiłków, nie będę automatycznie traciły tych świadczeń. Dostaną zasiłek, ale będzie on pomniejszony o określoną kwotę. – Zwiększamy dostęp do pomocy dla rodzin, które tego najbardziej potrzebują. Zmiany obejmą także te, które z powodu przekroczenia progu dochodowego, już utraciły świadczenia. Dzięki temu będą mogły ponownie wystąpić o wsparcie – mówił minister Kosiniak-Kamysz. Według ministra, nowe rozwiązanie ma także zachęcać rodziny utrzymujące się obecnie z zasiłków do podejmowania pracy. – Polityka rodzinna nie może zniechęcać do pracy, powinna do niej zachęcać. Dajemy rodzicom gwarancję, że gdy rozpoczną pracę, z dnia na dzień nie stracą wsparcia finansowego państwa – dodawał.

Niższe, ale będzie

Obecnie, gdy rodzina przekroczy próg dochodowy (574 zł na osobę w rodzinie lub 664 zł dla rodzin z niepełnosprawnym dzieckiem), traci prawo do świadczeń rodzinnych. Dzięki wprowadzeniu zmian, świadczenia nie będą już odbierane po przekroczeniu progu, ale stopniowo obniżane wraz ze wzrostem dochodu. Za każde przekroczenie progu o 1 zł, łączna kwota świadczeń przysługujących rodzinie będzie pomniejszana o 1 zł. Stąd nazwa „złotówka za złotówkę”. Jak będzie to wyglądać w praktyce, resort pokazał w uzasadnieniu projektu na przykładzie osoby samotnie wychowującej dziecko, która uzyskuje dochód w wysokości 654 zł na osobę (łączny dochód tej rodziny to zatem 1308 zł) i która ubiega się o świadczenia w łącznej wysokości 647 zł. Ta rodzina przekracza kryterium dochodowe (574 zł na osobę – dla tej rodziny to łącznie 1148 zł) o 160 zł (1308 zł minus 1148 zł). W obecnym systemie nie otrzymałaby więc świadczenia. Dzięki „złotówce za złotówkę” otrzyma 487 zł (różnica między przysługującą kwotą świadczenia, czyli w tym wypadku 647 zł, a wysokością dochodu przekraczającego kryterium dochodowe, w tym wypadku 160 zł).

Zmiany od stycznia

Trzeba jednak wiedzieć, że świadczenia zostaną wypłacone, gdy kwota do wypłaty po zastosowaniu mechanizmu „złotówka za złotówkę” nie będzie niższa niż 20 zł. Jeśli więc po obliczeniu, rodzinie będzie należał się zasiłek w wysokości 19 zł, nie zostanie on wypłacony. Nowe przepisy dotyczą zasiłku rodzinnego i dodatków do niego z tytułu: urodzenia dziecka, samotnego wychowywania dziecka, opieki nad dzieckiem w okresie korzystania z urlopu wychowawczego, wychowywania dziecka w rodzinie wielodzietnej, kształcenia i rehabilitacji dziecka niepełnosprawnego, rozpoczęcia roku szkolnego, podjęcia przez dziecko nauki poza miejscem zamieszkania. Jak informuje resort pracy, zmiany obejmą też rodziny, które nie mają prawa do świadczeń z powodu przekroczenia progu dochodowego. Wystarczy, że ponownie wystąpią z wnioskiem o wsparcie. Szacuje się, że dzięki wprowadzeniu zasady „złotówka za złotówkę”, w 2016 roku ze wsparcia państwa skorzysta dodatkowe 160 tys. rodzin. Nowe rozwiązanie ma być wprowadzone od 1 stycznia 2016 roku. Jego koszt szacowany jest na 426 mln zł.

„Złotówka za złotówkę” to element szerokiej polityki rodzinnej prowadzonej przez państwo od kilku lat. W tę politykę wpisują się m.in. Karta Dużej Rodziny, wydłużone urlopy rodzicielskie oraz urlopy ojcowskie. Resort pracy twierdzi, że już widać efekty prowadzonych działań. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w 2014 roku w Polsce urodziło się ok. 376 tys. dzieci. To o ok. 6 tys. więcej niż w 2013 roku.

Polski rynek nieruchomości wtórnych – prognozy sierpień 2015

Jak wynika z najnowszego raportu Szybko.pl, Metrohouse i Expandera, wakacyjny rynek mieszkaniowy charakteryzuje się dużą stabilnością. Ceny w większości dużych miast uległy jedynie nieznacznym zmianom.

W najbliższych miesiącach można się spodziewać zwiększenia zainteresowania nabyciem lokalu. Będą temu sprzyjały nowe regulacje w programie MdM. Na rynku kredytów hipotecznych widoczny jest wzrost średniej wartości marż. Dla wielu kredytobiorców najważniejszą kwestią jest podpisanie przez prezydenta i Senat ustawy dotyczącej preferencyjnego przewalutowania kredytów walutowych.

Letni sezon na rynku nieruchomości

Rynek nieruchomości charakteryzuje się sezonowością. Zwykle w miesiącach wakacyjnych panuje zastój. Średnie ceny mieszkań nieznacznie spadły. Różnica ta nie jest jednak duża. Odnotowujemy obniżkę stawek zaledwie o 0,1% w stosunku do ubiegłego miesiąca. Jedyne w 6 na 15 analizowanych miast nie doszło do redukcji cen. Są to Wrocław, Sopot, Katowice, Szczecin, Olsztyn i Łódź. Natomiast największy spadek cen nieruchomości miał miejsce w Krakowie – wyniósł 0,8%.

– W porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku stawki ofertowe są niższe o 1,6% – zauważa Marta Kosińska, ekspert Szybko.pl – W ciagu ostatnich 12 miesięcu na wartości straciły mieszkania w kilku miastach. Zaliczają się do nich Olsztyn (5,6%), Poznań (4,8%), Toruń (4,6%). Natomiast w Łodzi, we Wrocławiu, Sopocie i Lublinie osoby zainteresowane nabyciem lokalu będą musiały zapłacić więcej niż w roku ubiegłym – dodaje ekspert.W nadchodzących miesiącach można się spodziewać znacznego ożywienia na rynku nieruchomości. Będzie to wynik zmian wprowadzonych w programie Mieszkanie dla Młodych. Dzięki dopłatom zwiększy się liczba transakcji kupna sprzedaży w miastach, w których dostępność nieruchomości mogących zostać objętymi programem jest duża.

MdM szansą dla poszukujących lokali

Nowe przepisy w ustawie o MdM umożliwiają dofinansowanie kupna nieruchomości z rynku wtórnego. Niestety zmiana ta, mimo że pozytywna, nie wpłynie szczególnie na sytuację w większych miastach. Z analiz ekspertów wynika, że spośród największych miast jedynie w Łodzi kupujący nie będą mieli trudności ze znalezieniem lokalu, który spełniałby limity cenowe programu. – Na wprowadzonych zmianach w rządowym programie najbardziej skorzystają osoby planujące zakup mieszkania w mniejszych miastach, ponieważ na tamtejszych rynkach transakcje dotyczą głównie lokali z drugiej ręki – mówi Marcin Jańczuk, ekspert Metrohouse. – Największe szanse na znalezienie mieszkania z dopłatą będą mieć poszukujący mieszkań m.in. w Gorzowie Wielkopolskim, Olsztynie, Łodzi czy w Zielonej Górze.

W lipcu ceny ofertowe nie uległy znacznym zmianom. W Łodzi i Gdyni kupowano tańsze nieruchomości niż przed miesiącem. Klienci wybierali lokale w średniej cenie 3 482 zł za mkw. Natomiast na zakup mieszkania przeznaczano średnio 165 tys. zł.

Marże kredytów wzrastają

W ostatnim czasie wiele banków podjęło decyzje dotyczącą zmiany obowiązującej marży dla kredytów z niskim (10%) wkładem własnym. W większości przypadków były to podwyżki, przez co średnia tego parametru wynosi obecnie 1,99%. – Ogólny obraz rynku kredytów hipotecznych nie zmienił się jednak w ostatnim czasie. Nadal oprocentowanie jest bardzo niskie, co pozytywnie przekłada się na wysokość rat. Przykładowa rata wynosi 1 500 zł podczas gdy 3 lata temu było to 2 050 zł. – mówi Jarosław Sadowski, ekspert Expandera. – Dla osób już spłacających kredyty hipoteczne w walutach obcych najważniejszym wydarzeniem jest to, że Sejm przegłosował bardzo korzystną wersję ustawy pozwalającej na preferencyjne przewalutowanie takich kredytów. Aż 90% kosztów związanych z taką operacją mają pokryć banki. Pojawiają się jednak sygnały mówiące o tym, że senatorzy przywrócą ustawie pierwotny kształt, w którym opłaty te są dzielone równo pomiędzy instytucję a kredytobiorców. Pozostaje też pytanie, czy ustawa jest zgodna z konstytucją oraz czy podpisze ją prezydent Duda.

Komentarz walutowy z 12 08 2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz pl HD

Drugi dzień z rządu Chiny dewaluują rodzimą walutę. Zmniejsza się prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w USA. EUR/PLN minimalnie powyżej 4.20.

Popołudniowy komentarz walutowy z 12.08.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 12.08.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Minister Gospodarki: „Pranie, zmywanie, prasowanie – po godzinie 17”

Z uwagi na panujące upały, które niekorzystnie wpływają na pracę polskich elektrowni, po raz pierwszy od 20 lat wprowadzono w Polsce ograniczenia w dostawach prądu. Jednak – jak zapewniano podczas konferencji prasowej w Ministerstwie Gospodarki – sytuacja się stabilizuje.

„W weekend [08.08.–10.08.] było dramatycznie, dlatego zdecydowaliśmy o wprowadzeniu 20. stopnia zasilania” – mówił podczas wtorkowej konferencji prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych (PSE) Henryk Majchrzak. Oznaczało to zmniejszenie dostaw energii dla 1600 przedsiębiorstw, które na co dzień zużywają jej więcej niż 300 kW.

Dzięki temu stopnie zasilania są systematycznie zmniejszane. W poniedziałek był stopień 20., we wtorek – już 19. i 17. „Jeśli nic się nie wydarzy, to ograniczenia zlikwidujemy w całości” – poinformował szef PSE.

Dobre wieści nie oznaczają jednak, że możemy już do woli korzystać z prądu. „Wstrzymujmy się od używania sprzętów elektrycznych, przede wszystkim pralek, zmywarek i klimatyzatorów, w godzinach od 10 do 17. Laptopy i telefony ładujmy w nocy” – apelował Minister Gospodarki Janusz Piechociński.

„Rada Ministrów przyjęła wniosek pozwalający operatorowi systemowemu do 31 sierpnia na elastyczne regulowanie poboru energii” – dodał wicepremier. Co ważne, żadne ograniczenia nie obejmą gospodarstw domowych, szpitali, obiektów wojskowych i lotnisk.