Quercus TFI: Spółki na warszawskiej giełdzie są tanie i będą drożeć. Niedocenione są zwłaszcza małe i średnie spółki

CEO Magazyn Polska

Ten rok powinien być znacznie lepszy dla warszawskiej giełdy od poprzedniego. Spółki są tanie, gospodarka ma się coraz lepiej i można oczekiwać dobrych tegorocznych wyników ogłaszanych przez spółki. Do tego alternatywne inwestycje znacznie straciły na atrakcyjności.

W 2015 roku swoje notowania powinny poprawić szczególnie firmy małe. Spółki te bardzo mocno ucierpiały w 2014 roku, a skupiający je indeks sWIG80 spadł o 15,6 proc. Do poziomu z końca 2013 roku wciąż brakuje jeszcze niemal siedmiu procent.

– Powodem był atak na Ukrainę oraz zmiana polityki inwestycyjnej OFE mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Sebastian Buczek, prezes Quercus TFI. – To wszystko spowodowało, że przez prawie 18 miesięcy wszystkie małe i średnie spółki w Polsce systematycznie taniały. Ta sytuacja zaczęła się jednak odwracać w ostatnich miesiącach. Widzimy, że te średnie i mniejsze spółki zaczęły wreszcie zyskiwać na wartości. sWIG80 odrobił znaczną część strat z ubiegłego roku.

I właśnie na spółki z sWIG80 szef Quercus TFI radzi zwracać w tym roku szczególna uwagę. Z nimi bowiem można wiązać największe nadzieje na osiągnięcie dobrych wyników inwestycyjnych.

Ta klasa aktywów podoba nam się szczególnie ze względu na to, że po pierwsze potaniała w zeszłym roku, a tak na dobrą sprawę dlatego że jest bardzo tania w porównaniu z innymi klasami aktywów, które są dostępne na rynkach. Tutaj mam na myśli zarówno akcje na świecie, na przykład akcje amerykańskie czy akcje zachodnioeuropejskie, jak i inne klasy, nieakcyjne, na przykład obligacje skarbowe w strefie euro. To powoduje, że nasze zainteresowanie średnimi i małymi spółkami w tym roku jest zdecydowanie bardziej pozytywne.  

Quercus zakłada, że skoro w zeszłym roku sWIG80 spadł o 15,6 proc., to chociażby na zasadzie efektu jo-jo powinien teraz przynajmniej o 15 proc. wzrosnąć. Biorąc pod uwagę to, że od początku roku indeks ten już zyskał 10,5 proc., to nawet zakładając po drodze jakaś korektę, prognoza wydaje się bardzo realna.

Cały czas widzimy, że szczególnie segment średnich i mniejszych spółek jest atrakcyjnie wyceniany ocenia Sebastian Buczek. – Wskaźniki są niskie, wskaźnik cena/zysk dla wielu polskich firm to jest cały czas poziom między 10- a 13-krotnością spodziewanych wyników w tym roku. Dla przykładu koszt akcji amerykańskich to osiemnastokrotność spodziewanych w tym roku wyników, a więc dyskonto w wycenie polskich akcji jest ciągle znaczące i tutaj widzimy potencjał.

Znacznie ostrożniej należy jednak podchodzić do spółek większych. Część z nich zeszłym roku drożała i ich cena nie jest dziś atrakcyjna. Ponadto największe spółki na polskiej giełdzie to banki, które ze względu na warunki prowadzenia działalności raczej nie mogą liczyć na dobry rok. Niepokojące są też spółki, których akcjonariuszem jest skarb państwa. One bowiem często muszą realizować cele polityczne, a nie ekonomiczne. Zdaniem Sebastiana Buczka z ostrożnością warto też podejść do inwestycji w akcje zagraniczne.

Zakładaliśmy, że amerykańskie akcje podrożeją między 0 a 10 proc. podkreśla Sebastian Buczek z Quercus TFI. – Mniej więcej cały czas w tych widełkach jesteśmy, bardziej przy dolnych granicach ze względu na umocnienie amerykańskiego dolara. Jeżeli chodzi o akcje w Europie, tutaj byliśmy większymi optymistami niż w przypadku akcji amerykańskich, zakładaliśmy, że te wzrosty mogą sięgnąć nawet 20 proc. w tym roku i DAX jest na dzisiaj ponad dwadzieścia procent na plusie, tak więc po dwóch i pół miesiąca wykonał swoją całą roczną prognozę.

Główne amerykańskie indeksy są obecnie na poziomach z przełomu roku. Niemiecki DAX zwiększył w tym czasie swoją wartość o 20,8 proc.

Od jutra Zbigniew Derdziuk przestaje być prezesem ZUS. W ciągu ostatnich 5 lat w Zakładzie zaszły duże zmiany

 

Odchodzący prezes ZUS-u Zbigniew Derdziuk bardzo wysoko zawiesił poprzeczkę przed swoim następcą – ocenia Sławomir Piechota, przewodniczący sejmowej Komisji Polityki Społecznej i Rodziny. Eksperci oceniają, że ostatnie pięć lat było okresem dużych wyzwań i zmian w systemie emerytalnym, którym ZUS sprostał. Bardzo istotną zmianą na lepsze jest postępująca informatyzacja ZUS-u.

Ostatnie pięć lat dla ZUS-u były trudnym okresem, wymagającym ważnych i mądrych działań – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sławomir Piechota, poseł Platformy Obywatelskiej i przewodniczący sejmowej Komisji Polityki Społecznej i Rodziny. – Wdrożono całym pakiet zmieniający fundamenty polskiego systemu emerytalnego uchwalonego w końcu 2008 roku. Potem były zupełnie nowe wyzwania związane z podwyższaniem wieku emerytalnego. Wreszcie przyszedł czas przejęcia środków odkładanych w OFE do tego powszechnego systemu ubezpieczeń. Te wszystkie trudne zadania ZUS w pełni zrealizował.

Zbigniew Derdziuk po pięcioletniej pracy na czele ZUS-u odchodzi dziś ze stanowiska. Na razie nie wiadomo, kto go zastąpi. Derdziuk kierował ZUS-em od października 2009 r. Jak przypomina Piechota, w trakcie tych ponad pięciu lat polski system emerytalny przeszedł bardzo głębokie zmiany, porównywalne jedynie z reformą wprowadzającą trzy filary emerytalne w 1999 r.

Najważniejszą zmianą było przekazanie ponad 50 proc. środków zgromadzonych w otwartych funduszach emerytalnych na indywidualne subkonta w ZUS-ie. Derdziuk musiał jednak także przeprowadzić urząd przez zmiany wynikające z podwyższenia wieku emerytalnego, a także z uchwalonego w 2008 r. systemu emerytur pomostowych.

Jednak poza zmianami regulacyjnymi ZUS przechodzi też duże zmiany wewnętrzne.

ZUS jest jedną z wyjątkowych instytucji administracji publicznej. W 100 procentach realizuje to, o czym swego czasu Michał Boni mówił, nazywając to programem zintegrowanej informatyzacji. Informatyka jest narzędziem modernizacji, a nie technologią samą dla siebie. ZUS jest prekursorem w zakresie tworzenia usług wygodnych, które zmniejszają pracochłonność ze strony podmiotów gospodarczych i ludzi – ocenia Borys Stokalski, prezes firmy informatycznej Infovide-Matrix.

Stokalski dodaje, że ZUS konsekwentnie poprzez informatyzację nie tylko zwiększał efektywność, lecz także obniżał koszty. Jeszcze kilka lat temu Zakład opierał się tylko o jeden system informatyczny, a nowym prywatnym przedsiębiorcom było niezwykle trudno nawiązać współpracę z ZUS-em. Obecnie o kontrakty z zakresu informatyzacji rywalizuje kilku dostawców, co przekłada się na lepsze wyniki.

– Zarząd pod przywództwem Zbigniewa Derdziuka i Dariusza Śpiewaka [wiceprezes odpowiedzialny za informatyzację do 2014 r. red.] był zespołem, który potrafił to wdrażać – podkreśla Stokalski.

Piechota przypomina, że zmiany w ZUS-ie nie zawsze odbywały się bez problemów. Szczególnie wynikająca m.in. z informatyzacji stopniowa redukcja zatrudnienia oraz reorganizacja firmy budziły protesty strony społecznej.

Te kwestie za każdym razem były w sposób jawny i otwarty dyskutowane na posiedzeniach Komisji Polityki Społecznej i Rodziny. Nawet posłowie, którzy występowali z takimi wnioskami i w uzasadnieniu wskazywali na swoje krytyczne stanowisko, po wyjaśnieniach, które na posiedzeniach komisji cierpliwie i szczegółowo przedstawiał prezes Zbigniew Derdziuk, przyznawali, że trudno się tego czepiać – podkreśla Piechota.

Poseł zwraca uwagę na to, że do osiągnięć Derdziuka należy zaliczyć to, że osobiście tłumaczył podejmowane przez siebie decyzje. Jak ocenia Piechota, odchodzący prezes ZUS-u miał odpowiednie kwalifikacje, co stawia duże wymagania przed jego następcami. Dodaje, że zastrzeżenia budziła obrana przez Derdziuka strategia specjalizacji oddziałów ZUS-u oraz często napięte relacje ze związkami zawodowymi. Choć pewne kwestie można było rozwiązać inaczej, w ogólnej ocenie Piechota wystawia Derdziukowi bardzo pozytywną ocenę. Wskazuje, że opiera ją na wskaźnikach efektywności Zakładu.

Z jednej strony ZUS miał bardzo wysoką ściągalność składek, z drugiej strony radził sobie ze wszystkim mimo rosnących zadań i zmniejszającej się liczbie pracowników – przekonuje poseł.

Ursus wprowadza nowe wersje najpopularniejszych ciągników w Polsce. Zainwestuje 24 mln zł w produkcję oraz badania i rozwój

0

CEO Magazyn Polska

Ursus zaprezentował nowe modele ciągników ze znanej już od lat 60. serii C. To efekt czterech lat inwestycji i prac badawczo-rozwojowych. W tym roku spółka zamierza skoncentrować się na uruchomieniu produkcji nowych modeli na szeroką skalę. Na ten cel pójdzie część z 24 mln zł przeznaczonych na tegoroczne inwestycje. Spółka liczy na ożywienie sprzedaży zarówno na rynku krajowym, jak i zagranicznym.

Musieliśmy w ciągu czterech lat nadgonić 20 lat zaniedbań w rozwoju Ursusa. Na tę inwestycję przeznaczyliśmy potężne środki, zatrudniliśmy bardzo wielu ludzi – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Karol Zarajczyk, prezes zarządu Ursus SA. – Przez ostatnie cztery lata inwestowaliśmy w rozwój produktów, uzyskaliśmy homologacje i obecnie ciągniki są gotowe do sprzedaży. Teraz musimy zainwestować środki obrotowe w uruchomienie ich produkcji na dużą skalę.

Dzięki kilkuletnim inwestycjom (tylko w ubiegłym roku 17 mln zł) i stworzeniu największego w branży ośrodka badawczo-rozwojowego Ursus właśnie ogłosił rozpoczęcie produkcji nowych ciągników z serii C. Pierwsze pojazdy oznaczone literą C wyszły z fabryki Ursusa już w latach 60. ubiegłego wieku i cieszyły się bardzo dużą popularnością. Obecnie spółka wypuściła łącznie siedem modeli ciągników z serii C pracujących w zakresie mocy średnich. Najsłabszy model C350 ma 50 koni mechanicznych, a najmocniejszy C3102 – 102 konie mechaniczne.

Nowe modele zostały zaprezentowane w ubiegły piątek podczas targów AGROTECH w Kielcach. Odświeżenie serii C to kolejna innowacja w obszarze produkcji po wprowadzonych w poprzednich dwóch latach nowych modelach w zakresie mocy od 50 do 180 koni mechanicznych, przeznaczonych głównie na eksport. Ursus liczy na to, że polscy rolnicy pozostaną wierni marce i będą chętnie kupować nowe modele tego producenta. Obecnie niemal połowa spośród ok. 1,5 mln ciągników w Polsce pochodzi z zakładów Ursusa. Krajowy popyt może napędzać wsparcie ze strony Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

W ramach modernizacji gospodarstw rolnych na zakup sprzętu rolniczego jest premia w wysokości 200 tys. zł przy udziale własnym 50-proc., dla młodych rolników 40-proc. Jest również program dla małych gospodarstw – 60 tys. zł premii na rozwój, za te środki również będzie można kupować maszyny i urządzenia – tłumaczy Marek Sawicki, minister rolnictwa i rozwoju wsi.

Sawicki podkreśla, że choć wielu rolników już zmodernizowało swój sprzęt, są jeszcze gospodarstwa, w których wciąż wykorzystywane są ciągniki z lat 70. To głównie małe i średnie gospodarstwa i to właśnie do tej grupy skierowane jest wsparcie z ministerstwa.

Dla Ursusa równie ważny jak rynek krajowy jest eksport. W 2014 r. ponad połowa przychodów spółki (ponad 122 mln zł przy łącznych przychodach na poziomie 224 mln zł) pochodziła z zagranicy, Wynikało to z realizacji dużego kontraktu na dostawę 3 tys. ciągników do Etiopii. Ciągniki Ursusa pracują jednak także m.in. w Czechach, Belgii, Holandii i Pakistanie.

W tegorocznych założeniach stawiamy zdecydowanie na zwiększenie wolumenu produkcyjnego zarówno ciągników, jak i maszyn rolniczych. Wszystko zależy od szybkości finalizacji rozmów dotyczących planowanych kontraktów zagranicznych. Cały czas bierzemy udział w programie Go Africa, który jest wspierany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Ministerstwo Gospodarki. Jednym z owoców tego programu jest podpisany przez nas w zeszłym roku i już w połowie zrealizowany kontrakt etiopski – tłumaczy Zarajczyk.

Choć Ursus kojarzy się przede wszystkim z ciągnikami, spółka zamierza rozwijać także produkcję innych pojazdów. Zarajczyk tłumaczy, że Ursus produkuje także przyczepy, rozrzutniki, prasy rolujące, ładowacze czołowe, ale dużą szansę na dalszy rozwój widzi również w taborze miejskim. W Lublinie już jeździ 25 trolejbusów wyprodukowanych przez tę spółkę, a plany są jeszcze bardziej ambitne.

Dawno temu Ursus produkował autobusy, więc doszliśmy do wniosku, że przy tak chwiejnym europejskim rynku maszyn rolniczych powinniśmy dywersyfikować swoją działalność i aktywować wprowadzenie do oferty w pierwszej kolejności trolejbusu, a następnie autobusu elektrycznego. W tym segmencie będziemy bardzo mocno się rozwijać – zapowiada Zarajczyk. – Na dniach odbieramy homologację w pełni elektrycznego autobusu.

W tej działalności bardzo duże znaczenie ma centrum badawczo-rozwojowe URSUS R&D oraz współpraca z Politechniką Lubelską i Wojskową Akademią Techniczną. To właśnie wespół z tą ostatnią uczelnią w ramach tajnego projektu Ursus opracował nowy układ przeniesienia napędu. Modernizacja i wyposażenie hali produkcyjnej w nowy sprzęt badawczo-rozwojowy pochłonie w latach 2014-2015 łącznie ok. 16 mln zł. Zarajczyk dodaje, że spółka otrzymała również 10 mln zł w ramach programu wsparcia Polski Wschodniej.

Nie przez przypadek nasze nowe produkty mają najdłuższą gwarancję na rynku. Nikt nie oferuje takich warunków, jeśli nie jest pewien jakości wytworzonych produktów. Laboratorium ma wspomagać dalszy rozwój właśnie pod kątem jakości naszych wyrobów – podkreśla Zarajczyk.

Automatyczne platformy parkingowe coraz częściej stosowane przez deweloperów. Nowy sposób na zwiększenie liczby mieszkań kosztem tradycyjnych przestrzeni parkingowych

 

Coraz częściej nabywcy nowych mieszkań spotykają się z piętrowymi parkingami w podziemnych garażach. Deweloperzy – zgodnie z oczekiwaniami klientów – chętnie budują małe mieszkania, a tego typu platformy pomagają im spełnić urzędowe wymogi co do liczby miejsc parkingowych. Mieszkańcy mogą dzięki temu zapłacić mniej za parking, ale to i tak duże utrudnienia, bo samochód z górnej platformy nie może wyjechać, dopóki pod nim zaparkowane jest inne auto.

W tej chwili firmy deweloperskie przede wszystkim skupiają się na mieszkaniach od 30 do 50 mkw., mieszkań powyżej 50 mkw. jest w całej inwestycji około 20 proc. Jeżeli chcemy umieścić w danej inwestycji dużo małych mieszkań, a nie chcemy ponosić dodatkowych kosztów w postaci budowy parkingu dwupoziomowego, to budujemy platformy, dzięki którym na jednym miejscu parkingowym można umieścić dwa samochody – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jarosław Skoczeń, ekspert Grupy Emmerson.

Małe mieszkania cieszą się największą popularnością wśród klientów, dlatego deweloperzy starają się stworzyć ich jak najwięcej. Każde nowe mieszkanie zwiększa jednak liczbę potrzebnych miejsc parkingowych, a ich limity są wyznaczane przez urzędy w ramach tworzenia planu zagospodarowania przestrzennego.

Z reguły jest to jedno miejsce postojowe na mieszkanie do 60 mkw. i proporcjonalnie zwiększamy ten współczynnik dla mieszkań większych – tłumaczy Tomasz Zemła, zastępca dyrektora warszawskiego Biura Architektury i Planowania Przestrzennego. – Nie ma u nas wytycznych, które by mówiły o tym, jaki jest maksymalny procent tworzenia miejsc postojowych na platformach. One są związane raczej z możliwościami projektowymi.

Zemła dodaje jednak, że największy wpływ na wytyczne dotyczące liczby miejsc parkingowych oraz ich formy mają urzędy poszczególnych dzielnic.

Nie konsultujemy tych rozwiązań w dzielnicach. Nie mamy wytycznych dla dzielnic, nie mamy też sugestii od nich – mówi Zemła.

Platformy parkingowe mogą być zależne lub niezależne. Deweloperzy częściej decydują się na instalację tych pierwszych, które są tańsze i nie wymagają istotnie wyższej hali garażowej. Po wjeździe pierwszego pojazdu na platformę unosi się ona do góry, a drugi samochód może wjechać pod nią.

Deweloperzy mogą w ten sposób istotnie zwiększyć pojemność garażu podziemnego bez budowania drugiego poziomu. Skoczeń podkreśla, że koszt budowania garaży w Warszawie to nawet do 20 proc. całego kosztu inwestycji. Deweloperzy rzadko jednak odzyskują te koszty, bo nabywcy lokali nie są skłonni zapłacić więcej niż maksymalnie 20-30 tys. zł za miejsce garażowe.

Platformy parkingowe przyszły do nas z Zachodu. Ich popularność w Polsce – w porównaniu do tego, co się dzieje w bardziej zurbanizowanych państwach – jest jeszcze mała, ale rzeczywiście rośnie i coraz więcej się ich pojawia. Platformy pozwalają na lepsze wykorzystanie powierzchni parkingu i na umieszczenie większej liczby samochodów – tłumaczy Konrad Płochocki, dyrektor generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

Dla nabywców lokali platformy parkingowe nie są jednak jednoznacznie dobrym rozwiązaniem. Z jednej strony dzięki takiemu rozwiązaniu mogą oni kupić miejsca taniej. Jak tłumaczy Skoczeń, deweloper może np. zaproponować rodzinie dwa miejsca na platformach za cenę równą 1,5 miejsca, a nie dwóch pełnych. Z drugiej strony to może być utrudnienie w codziennym korzystaniu z parkingu. Wymaga bowiem ustalenia harmonogramu wyjazdów i przyjazdów.

Jeżeli są miejsca pojedyncze, to możemy je sprzedać obcym ludziom. Natomiast jedno miejsce dla dwóch samochodów musi być sprzedane jednej rodzinie, która może się porozumieć w sprawie parkowania i wyjeżdżania. Taka zasada mniej więcej obowiązuje w domkach jednorodzinnych, gdzie mamy długi garaż i wjeżdża najpierw jeden samochód, później drugi – wyjaśnia Skoczeń.

Płochocki zauważa jednak, że platformy parkingowe muszą przejść odpowiednie badania techniczne. Ich instalacja jest również kosztem dla dewelopera, choć znacznie niższym niż budowa drugiego poziomu parkingu podziemnego.

W przypadku niektórych inwestycji platformy parkingowe mogą być jednak jedynym rozwiązaniem pozwalającym na zbudowanie odpowiedniej liczby miejsc parkingowych. Dotyczy to zwłaszcza modernizowanych starych budynków, a także nowych inwestycji na terenach, gdzie nie ma możliwości głębokiego wkopania się w ziemię.

Komentarz indeksowy Bossafx 31 marca 2015 r.

Komentarz indeksowy Bossafx 31 marca 2015 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Zarządca autostrady A4 Kraków-Katowice chce objęcia jej systemem viaTOLL. Elektroniczny system pomógłby rozładować korki

CEO Magazyn Polska

To nie prywatni koncesjonariusze stoją na przeszkodzie wprowadzeniu jednolitego systemu elektronicznego poboru opłat na wszystkich polskich autostradach. Zainteresowany jest tym m.in. zarządca autostrady A4 na odcinku Kraków-Katowice. W jego ocenie jest to możliwe bez zmiany prawa i z jednym urządzeniem pokładowym. Resort infrastruktury twierdzi jednak, że będzie to możliwe dopiero po 2018 roku.

Od dłuższego czasu padały słowa, że jest problem, bo są koncesjonariusze. Przynajmniej w wypadku mojej koncesji problemu nie ma, bo my jesteśmy żywotnie zainteresowani wprowadzeniem elektronicznego poboru opłat – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Emil Wąsacz, prezes Stalexport Autostrady Małopolskiej, koncesjonariusza odcinka A4 Kraków-Katowice. – To ze strony GDDKiA i resortu infrastruktury nie ma woli i determinacji, żeby system wprowadzić.

Zgodnie z zapowiedzią minister Marii Wasiak, elektroniczny pobór opłat na autostradach dla samochodów osobowych mógłby się pojawić dopiero w 2018 r. Według resortu wynika to z tego, że do listopada 2017 r. obowiązuje umowa z operatorem systemu viaTOLL firmą Kapsch Telematic Services, której nie można zmienić.

Resort przekonuje, że obecna umowa nie pozwala na zgodne z prawem włączenie do niej nowego systemu. Wąsacz zauważa jednak, że jest to wykonalne.

Oceniam, że da się to zrobić bez zmiany prawa i z jednym urządzeniem pokładowym – przekonuje Wąsacz.

Elektroniczny system poboru opłat dla samochodów osobowych miałby wyeliminować kłopoty związane z małą przepustowością punktów manualnego poboru opłat. Obecnie na bramkach, zwłaszcza w okresie letnim oraz świątecznym, tworzą się często wielokilometrowe korki. Zniknęłyby one, gdyby została wyeliminowana potrzeba zatrzymywania się w celu uregulowania opłaty za przejazd.

Taki system działa już dla samochodów ciężarowych na autostradach, drogach ekspresowych i niektórych krajowych. Również kierowcy aut osobowych mogą płacić elektronicznie za płatne autostrady zarządzane przez GDDKiA. System ten jest jednak wciąż mało popularny wśród kierowców, a co więcej –nie obejmuje autostrad koncesyjnych. To właśnie na nich – m.in. na prowadzącej nad morze A1 oraz na A4 pomiędzy Krakowem i Katowicami – tworzą się największe korki.

Zwiększyliśmy place poboru o dwa pasy w każdym kierunku. Technicznie nie mamy już możliwości zwiększenia przepustowości – mówi Wąsacz.

Krytycznie ocenia też pomysł, by w okresie największego natężenia ruchu rezygnować z opłat. Państwo może to robić na zarządzanych przez GDDKiA autostradach, jednak prywatni koncesjonariusze oczekują przychodów z autostrad. Dlatego podniesienie szlabanów na bramkach jest możliwe jedynie wtedy, gdy resort zobowiąże się do kompensaty utraconych wpływów dla prywatnych operatorów dróg.

Wąsacz podkreśla, że nie ma przeszkód technicznych, by autostrady koncesyjne objąć tym samym systemem elektronicznym, co te zarządzane przez GDDKiA. Mogłoby to dotyczyć zarówno ciężarówek, jak i samochodów osobowych. Mimo to często w debacie publicznej pojawia się argument, że to koncesjonariusze są przeciwni temu rozwiązaniu.

Cały czas zwracaliśmy się do strony publicznej, żeby powiedziała, jakie są przeszkody, ale nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Nie ma przeszkód – podkreśla Wąsacz.

W odpowiedzi na pismo Stalexportu resort stwierdził, że system można by wprowadzić, ale wymagałby instalacji dwóch różnych urządzeń pokładowych w samochodach płacących elektronicznie za przejazd. Wąsacz podkreśla, że takie rozwiązanie znacznie zmniejszyłoby popularność e-myta. Dodaje, że z analiz Stalexportu i informacji uzyskanych od Kapscha wynika, że dwa urządzenia wcale nie są potrzebne. Chociaż szczegóły techniczne wprowadzenia e-myta na autostradach koncesyjnych wymagają dalszych prac pomiędzy koncesjonariuszami, resortem infrastruktury i Kapschem, Wąsacz ocenia, że jest to do zrobienia w ciągu roku.

Podejmowaliśmy ten temat jesienią z myślą o wakacjach. W tej chwili w dalszym ciągu podtrzymuję, że przy wzmożonej pracy wszystkich stron potrzebny jest rok – ocenia Wąsacz. – To miałoby charakter tymczasowy na prawie cztery lata, czyli aż do momentu wprowadzenia viaTOLL na naszym odcinku. Ale w tej chwili zaczynam w to wątpić.

Od jutra bezpośrednia likwidacja szkód z OC w ofercie większości ubezpieczycieli

 

Od jutra rusza program pilotażowy systemu Bezpośredniej Likwidacji Szkody. Do opracowanego w ramach Polskiej Izby Ubezpieczeń systemu przyłączyło się ośmiu ubezpieczycieli, odpowiadających za dwie trzecie polskiego rynku OC. BLS umożliwi kierowcom likwidację szkody w firmie, w której są ubezpieczeni. Z takiej usługi, którą na polskim rynku oferuje już kilka towarzystw, korzysta coraz więcej osób.

Dzisiaj, jeżeli jesteśmy poszkodowanymi w wypadku samochodowym i chcemy uzyskać odszkodowanie, musimy się zgłosić do ubezpieczyciela sprawcy. Natomiast od 1 kwietnia będziemy zgłaszać się do swojego ubezpieczyciela, u którego kupiliśmy nasze OC – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jan Grzegorz Prądzyński, prezes Polskiej Izby Ubezpieczeń.

Ubezpieczyciel poszkodowanego zajmie się ustaleniem wysokości szkody i wypłatą odszkodowania.

Cała procedura jest już prowadzona u naszego ubezpieczyciela. Zarówno określenie wysokości szkody, sposobu naprawy, sposobu rozliczenia ubezpieczyciela z nami, czy chcemy, żeby to było naprawiane w garażu i rozliczane na podstawie faktur, czy też chcemy, żeby to było na podstawie kosztorysu – wyjaśnia Prądzyński.

Później nastąpi rozliczenie z firmą, w której ubezpieczony był sprawca. Co ważne, odbędzie się to bez angażowania kierowców. Do BLS nie będą kwalifikować się np. szkody osobowe, szkody, które wystąpiły poza Polską, oraz szkody o wartości powyżej 30 tys. zł.

Prace w ramach PIU nad wprowadzeniem systemu BLS trwały kilka miesięcy. 30 marca ośmiu ubezpieczycieli podpisało umowę, na mocy której wdrożą tę usługę dla swoich klientów.

PIU podpisało umowę z towarzystwami, które stanowią 68 proc. rynku OC [mierzonego zbieraną składką – red.], natychmiast wdraża to 62 proc. Kilka zakładów przystąpi do systemu dwa miesiące później – wyjaśnia Prądzyński.

Firmy Concordia Ubezpieczenia, Ergo Hestia, PZU, UNIQA oraz Warta będą oferować BLS od jutra. Aviva oraz Liberty Ubezpieczenia przystąpią do systemu 1 lipca, a Gothaer – 15 października (wcześniej zaoferuje klientom własną wersję tej usługi).

Do systemu PIU przyłączyły się również towarzystwa, które już wcześniej, z własnej inicjatywy, wprowadziły BLS do swojej oferty. Jednym z pierwszych graczy, który się na to zdecydował, było PZU. W ciągu roku z tej usługi skorzystało ponad 33,5 tys. klientów tej spółki. Jak podkreśla ubezpieczyciel w komunikacie prasowym, aż 88 proc. spośród z nich było zadowolonych z wyboru tej ścieżki. Łącznie PZU wypłaciło w ten sposób 97,5 mln zł odszkodowań.

Badania poszczególnych firm wskazują, że klienci potrzebują nowej usługi. W badaniu Warty 70 proc. respondentów przyznało, że woleliby zgłosić stłuczkę do towarzystwa, w którym są ubezpieczeni. Z kolei badania firmy UNIQA wskazały, że klienci są w stanie zapłacić nawet 10 proc. więcej za polisę, która zawiera usługę bezpośredniej likwidacji szkód.

Bezpośrednia likwidacja szkody jest już standardem na rynkach zachodnich. Jak wyjaśnia Prądzyński, we Francji jest ona oferowana już od końca lat 60. ubiegłego wieku. Również w Belgii, Hiszpanii i we Włoszech została wprowadzona około 30 lat temu. Przedstawiciele PIU podkreślają, że wdrożenie systemu nie spowoduje zmian w cenach.

PKO BP finalizuje fuzję z Nordeą. Kończą się przygotowania do łączenia systemów

0

CEO Magazyn Polska

W drugiej połowie kwietnia ma się zakończyć proces łączenia PKO BP z Nordeą. Największy polski bank detaliczny zapowiada, że dobiegły końca przygotowania do fuzji operacyjnej, czyli połączenia systemów obu instytucji. Finansowe efekty połączenia mają być odczuwalne już w przyszłym roku.

– Jesteśmy na ostatniej prostej. Planujemy fuzję operacyjną w weekend przed 20 kwietnia mówi agencji informacyjnej Newseria Jarosław Orlikowski, dyrektor Pionu Wsparcia Biznesu w PKO BP, odpowiedzialny za integrację z Nordeą. – Najważniejsze dla nas jest zakończenie wszystkich testów tak, żeby wszystko odbyło się bezpiecznie i w sposób niewidoczny albo minimalnie widoczny dla naszych klientów.

Umowę zakupu polskich aktywów Nordei przez PKO BP oba banki podpisały niemal dwa lata temu, w listopadzie ub.r. doszło do prawnego połączenia obu firm.

Orlikowski podkreśla, że jest zadowolony z tempa łączenia obu banków. Przypomina, że trudny był i proces negocjacji ze sprzedającym, i przygotowania do fuzji prawnej. Także fuzja operacyjna oznacza mnóstwo przygotowań technicznych oraz testów, które zagwarantują, że wszystko przebiegnie bez żadnych problemów dla klientów.

– Ta fuzja cały czas się jeszcze dzieje. Ona jest zupełnie inna niż inne fuzje na rynku polskim, dlatego że zazwyczaj od momentu, kiedy następuje fuzja prawna, do momentu, kiedy następuje fuzja operacyjna, czyli do pełnej integracji systemów, mija około 24 miesięcy. W naszym wypadku przebiega to znacznie szybciej, dlatego że mamy ambicję, żeby to zrobić w perspektywie 6-7 miesięcy. W tym zakresie jest to ekspresowa fuzja na rynku polskim – mówi dyrektor Pionu Wsparcia Biznesu w PKO BP.

Dzięki dobiegającej końca fuzji obu instytucji polski rynek bankowy ma być bezpieczniejszy. Połączenie wzmacnia m.in. odporność PKO BP na zmiany stóp procentowych, a klienci Nordei zyskają większą stabilność finansową, ponieważ od czasu fuzji prawnej korzystają z bazy kapitałowej największego polskiego banku. Po fuzji operacyjnej mogą też liczyć na uporządkowanie wszystkich bankowych procesów.

Dzisiaj dane klientów Nordei są jednak w systemach innych niż klientów PKO, w związku z tym są pewne utrudnienia przyznaje Jarosław Orlikowski. – Po fuzji operacyjnej klienci dostaną dostęp do pełnej sieci bankowej PKO Banku Polskiego, czyli 1,2 tys. placówek, około 1 tys. agencji, a oprócz tego dostęp do jednej z najnowocześniejszych platform internetowych – naszego iPKO i IKO, platformy mobilnej.

Za polskie aktywa Nordei PKO BP zapłacił ponad 2,8 mld zł. Liczy jednak, że za 1-2 lata fuzja pozwoli mu zaoszczędzić 220 mln zł rocznie.

Przewidujemy, że efekty synergii będziemy w stanie zaprezentować inwestorom w 2016 roku zapowiada Jarosław Orlikowski. Wtedy zobaczymy w pełnym wymiarze to, czego się spodziewamy w zakresie redukcji kosztów i wzrostu przychodów.

Wydobycie ropy w Polsce opłacalne nawet przy niskich cenach surowca na rynkach. Firmy petrochemiczne powinny w nie inwestować

 

Spadające ceny ropy zmniejszają przychody firm petrochemicznych. Szczególnie jeśli wydobywają one surowiec w miejscach, gdzie jest to kosztowne. Wydobycie z polskich złóż wciąż jest opłacalne – ze względu na niskie koszty tego procesu, ale problemem może być rozwój eksploatacji. Mniejsze przychody firm mogą przyczynić się bowiem do ograniczenia inwestycji.

W Polsce wyzwanie związane z niskimi cenami nie jest tak poważne, ponieważ wydobycie jest opłacalne przy znacznie niższych cenach. Patrząc na dotychczasowe wydobycie, można powiedzieć, że w Polsce wydobycie baryłki ropy kosztuje około kilkunastu dolarów – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Andrzej Szczęśniak, ekspert rynku paliw.

Jego zdaniem nie ma ryzyka, że ceny ropy naftowej spadną do takiego poziomu. Cena jednej baryłki ropy Brent spadła w ciągu ostatnich 12 miesięcy o niemal 50 proc., z ponad 110 dolarów do obecnych ok. 56 dolarów. Zarówno Orlen, jak i Lotos poszukują nowych złóż surowców w Polsce.

Gdański koncern prowadzi prace wydobywcze na Bałtyku. Jak podkreślono w komunikacie, w ostatnim kwartale 2014 roku wydobycie LOTOS Petrobaltic w Polsce, Norwegii i na Litwie wyniosło prawie 14 tys. baryłek ekwiwalentu ropy dziennie i było najwyższe w historii. Spółka podkreśla, że mimo niższych cen ropy udało jej się uplasować na rynku większy wolumen wydobytej ropy naftowej i gazu ziemnego.

Problemem jest to, czy Lotos stać na rozwój tych złóż w Polsce, ponieważ jest to dosyć kosztowne i wymaga dużych nakładów przed otrzymaniem pierwszej kropli ropy – mówi Szczęśniak.

Lotos w lutym br. poinformował, że niskie ceny ropy naftowej wpłynęły na modyfikację planów dotyczących modernizacji platformy Petrobaltic. Zapewnił jednak, że pozostałe działania związane z uruchomieniem wydobycia ze złoża B8 są realizowane zgodnie z harmonogramem. Testowa produkcja ma ruszyć jeszcze w tym roku, a docelowa – w połowie 2016 roku.

Jego zdaniem spółki petrochemiczne nieco zaniedbały wydobycie surowca w kraju.

Osiem lat koniunktury na rynku ropy, kiedy kosztowała ona sto kilkadziesiąt dolarów, podczas gdy wydobycie w Polsce to koszt kilkunastu dolarów, zostało straconych – mówi ekspert. – Polskie rafinerie położyły bardzo duży nacisk na wydobycie, wiążąc z tym plany dochodowe, ale według mnie spadek cen całkowicie je zaskoczył – ocenia.

Zdaniem eksperta na ryzyko narażone są m.in. kanadyjskie inwestycje PKN Orlen. Poszukiwaniem i wydobyciem ropy w kanadyjskiej prowincji Alberta zajmuje się spółka TriOil Resources należąca do Grupy od listopada 2013 r. W połowie ubiegłego roku płocki koncern przejął także spółkę Birchill Exploration. W tym roku Orlen prognozuje zwiększenie średniego wydobycia w Kanadzie do poziomu 8,9 tys. baryłek ekwiwalentu ropy dziennie. Ich realizacja ma być jednak uzależniona od zmian cen na rynku ropy naftowej.

Spółka szuka złóż w Polsce – i choć zastrzega, że niskie ceny surowca mogą wpłynąć na inwestycje – zamierza przeznaczyć ok. 200 mln zł na poszukiwania w kraju.

W Polsce nie ma praktycznie żadnych podatków od wydobycia ropy, czyli cały dochód trafia do danej spółki. Dzisiaj dochody będą dwa razy mniejsze, a koszty pozostaną takie same. Jeżeli zostaną wprowadzone wyższe podatki, ale to dopiero od 2020 roku, wtedy kalkulacja się całkowicie zmieni – mówi Andrzej Szczęśniak.

1 września śmieciowe jedzenie zniknie ze szkół. Ustawa dopuszcza jednak pewne niezdrowe przekąski

 

Od 1 września w szkołach nie wolno będzie sprzedawać produktów, których spożywanie może prowadzić do przewlekłych chorób dietozależnych. Ze szkolnych sklepików zniknąć mają chipsy, batony i słodkie napoje. Zdaniem ekspertów ustawa o bezpieczeństwie żywności i żywienia mimo pewnych braków może zapoczątkować zmiany w nawykach żywieniowych dzieci, bo śmieciowe jedzenie mają zastąpić owoce, jogurty i kanapki. Dobrym pomysłem są również automaty ze zdrowymi przekąskami i ciepłymi napojami.

1 września 2015 roku wchodzi w życie ustawa o bezpieczeństwie żywności i żywienia. Zakazuje ona sprzedaży i reklamowania śmieciowego jedzenia w szkołach i przedszkolach. Ustawa reguluje dokładnie, jakie wartości odżywcze powinny zawierać produkty dostępne w szkolnych sklepikach, a także dotyczące dopuszczalnej ilości barwników oraz cukru i soli na 100 g. Zabroniona została sprzedaż produktów posiadających takie ilości soli i cukrów, których spożywanie w nadmiarze może prowadzić do przewlekłych chorób dietozależnych. To są m.in. chipsy, słodkie i energetyzujące napoje, jedzenie instant i fast food oraz niektóre ciastka. Zdaniem ekspertów ustawa ma jednak pewne braki.

– Nie ma w niej ani słowa o zawartości tłuszczu w produktach. Niestety, absurdalnie dopuszcza ona sprzedaż np. gotowego solonego popcornu lub chrupek, co prawda kukurydzianych, ale smakowych, które nie są odpowiednią przekąską dla dzieci w szkole. Ustawa jest na pewno dobrym punktem wyjścia do tego, co możemy zrobić, aby zmienić asortyment w sklepikach. Jest niedoskonała, ale myślę, że można ją potraktować jako inspirację do dalszych zmian – mówi agencji informacyjnej Newseria Martyna Hnatyszyn, psycholog i psychodietetyk.

W sklepikach szkolnych mają pojawić się produkty mleczne, m.in. jogurty i kefiry. Zwiększy się także asortyment kanapek. Planowane jest także wprowadzenie automatów ze zdrowym jedzeniem, głównie jogurtami, sałatkami owocowymi, świeżymi sokami owocowymi i warzywnymi z krótkim terminem spożycia. W szkołach ma się także pojawić darmowa woda do picia. Zdaniem ekspertów dzieci, mając duży wybór zdrowych i smacznych przekąsek, szybko przyzwyczają się do nowego stylu odżywiania i zapomną o słodyczach.

Dzieciaki bardzo chętnie współpracują, sami podrzucają nam pomysły, co chcieliby, żeby znalazło się w tym asortymencie. Ostatnio pojawił się pomysł, by dostępne były ciepłe napoje, np. kakao, kawa zbożowa czy ciepłe mleko, a my staramy się im to zorganizować i odpowiadać na ich potrzeby. Firmy z nami współpracują, są otwarte na nasze propozycje – mówi Martyna Hnatyszyn.

Obecnie w sklepikach szkolnych dominuje niezdrowe, wysokokaloryczne jedzenie, jak: chipsy, batony czekoladowe, słodkie napoje gazowane. Dostępne są również kanapki, ale te kupowane są głównie przez nauczycieli. Od 1 września śmieciowe jedzenie ma całkowicie zniknąć ze szkół. Zgodnie z ustawą dyrektor placówki, w której działa sklepik bądź automat do sprzedaży jedzenia, będzie zobligowany do kontrolowania, czy sprzedawane są w nich wyłącznie produkty znajdujące się na liście produktów rekomendowanych przez ministra zdrowia. Za złamanie przepisów grożą kary pieniężne.

Zaledwie 30 proc. kobiet w wieku od 55 do 64 lat jest aktywnych zawodowo. Szansą dla nich jest dodatkowa edukacja i zdobywanie nowych umiejętności

CEO Magazyn Polska

Wśród kobiet w wieku od 55 do 64 lat zaledwie co trzecia jest aktywna zawodowo, a na rynku brakuje dla nich ofert pracy. Eksperci przekonują jednak, że kobiety po 50. roku życia nie muszą czuć się wykluczone z rynku pracy. Mogą rozwijać się, podnosić kwalifikacje i zdobywać nowe doświadczenia. Szansą dla nich są profilowane szkoły policealne i różnego rodzaju kursy, na przykład kosmetyczne.

–  W ten sposób kobiety są aktywizowane zawodowo. Na własny użytek uczą się makijażu, wizażu, stylizacji, zabiegów kosmetycznych na twarz, dłonie czy stopy. Dla nich bardzo ważny jest też kontakt z ludźmi. Część z tych kobiet nie ma pracy, więc pójście do szkoły w co drugi weekend jest dla nich bardzo korzystne. Czują się spełnione, realizują się w tym – mówi agencji informacyjnej Newseria Mirosława Nowinka kosmetolog, dyrektor policealnej szkoły kosmetycznej.

Panie po pięćdziesiątce mają odchowane dzieci i mniej domowych obowiązków, a przez to więcej czasu dla siebie. Udział w takich zajęciach to dla nich szansa, by nadrobić zaległości i poszerzyć swoją wiedzę.

One rozwijają się zarówno zawodowo, jak i intelektualnie, bo nauka nie polega tylko na zdobywaniu umiejętności manualnych, lecz także na nauce anatomii, fizjologii i kosmetologii. Po dwuletniej szkole kosmetycznej mogą wykorzystać tę wiedzę do własnych potrzeb, ale mogą się również realizować w pracy – tłumaczy Mirosława Nowinka.

Na rynku pracy niewiele jest ofert dla osób 50+. Często jedynym wyjściem jest przekwalifikowanie się bądź założenie własnej firmy. Dzięki dodatkowym kursom i szkoleniom można nie tylko podnieść kwalifikacje, lecz także zwiększyć poczucie swojej własnej wartości. Często jest tak, że w trakcie szkoły policealnej, kursu czy szkolenia panie połykają bakcyla, inwestują w sprzęt i zaczynają pracę w nowym zawodzie.

– Część z nich jest kosmetyczkami mobilnymi, czyli zaopatrują się w akcesoria, walizkę, w którą mogą spakować wszystkie kosmetyki, i w zależności od tego, jakie mają zdolności, czy to jest makijaż, czy to są zabiegi na twarz lub ciało, dojeżdżają do klientki i wykonują taki zabieg – tłumaczy Mirosława Nowinka.

Z czasem grono klientek się powiększa, kosmetyczka ma stałe źródło dochodu, a nauczyciel satysfakcję z tego, że dobrze przekazał swoją wiedzę.

– Kobieta już po pięćdziesiątce może realizować się w tym zawodzie, może być potrzebna. Ona wie, jakich kosmetyków używać do włosów, jakich do twarzy, jak się malować, jak wyszczuplać twarz, jak podkreślić oko, jak pewne rzeczy zakamuflować, a inne wyeksponować, jak się odpowiednio ubierać – dodaje Mirosława Nowinka.

Z badań Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że wśród kobiet w wieku od 55 do 64 lat zaledwie co trzecia jest aktywna zawodowo.

Popołudniowy komentarz walutowy z 30.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 30.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Zasady udzielania ulgi inwestycyjnej w podatku rolnym

Ulga inwestycyjna określona w art. 13 ustawy z dnia 15 listopada 1984 r. o podatku rolnym (Dz. U. z 2013 r. poz. 1381 z późn. zm.) stanowi pomoc publiczną w rolnictwie.

Dotychczas wsparcie w postaci ulgi inwestycyjnej było kwalifikowane w oparciu o przepisy rozporządzenia Komisji (WE) nr 1857/2006 z dnia 15 grudnia 2006 r. w sprawie stosowania art. 87 i 88 Traktatu w odniesieniu do pomocy państwa dla małych i średnich przedsiębiorstw prowadzących działalność związaną z wytwarzaniem produktów rolnych oraz zmieniającego rozporządzenie (WE) nr 70/2001 (Dz. Urz. UE L 358 z 16.12.2006, str. 3) jako „Inwestycje w gospodarstwach rolnych”.

W związku z nową perspektywą finansową pomocy w rolnictwie uchwaloną na lata 2014-2020, oraz wejściem w życie rozporządzenia Komisji (UE) nr 702/2014 z dnia 25 czerwca 2014 r. uznającego niektóre kategorie pomocy w sektorach rolnym i leśnym oraz na obszarach wiejskich za zgodne z rynkiem wewnętrznym w zastosowaniu art. 107 i 108 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej (Dz. Urz. UE L 193 z 01.07.2014, str. 1), pomoc w formie ulgi inwestycyjnej udzielana będzie na zasadach określonych w art. 14 tego rozporządzenia, czyli jako pomoc na inwestycje w rzeczowe aktywa trwałe lub wartości niematerialne i prawne w gospodarstwach rolnych powiązane z produkcją podstawową produktów rolnych.

Udzielanie pomocy w oparciu o przepisy rozporządzenia 702/2014 w ramach zatwierdzonego programu pomocy dotyczy beneficjentów – podatników podatku rolnego, będących mikroprzedsiębiorcami, małymi i średnimi przedsiębiorcami (MŚP), w rozumieniu definicji zamieszczonej w załączniku I do rozporządzenia 702/2014.

Komisja Europejska zatwierdziła wymagane zestawienie informacji na temat programu pomocy w dniu 13.01.2015 r. i opublikowała program pod sygnaturą: SA.40223 (2014/XA).

Ulgi inwestycyjnej udziela się przy zachowaniu następujących zasad:

  1. pomoc w formie ulgi inwestycyjnej, stosownie do postanowień art. 4 ust. 1 lit. a rozporządzenia Komisji (UE) nr 702/2014 nie będzie mogła przekroczyć dla danego gospodarstwa rolnego progu ekwiwalentu dotacji brutto w wysokości 500 tys. euro na jedną inwestycję,
  2. inwestycje objęte ulgą służyć będą realizacji celów, o których mowa w art. 14 ust. 3 lit. a – c rozporządzenia 702/2014 i będą zgodne z przepisami wskazanymi w art. 14 ust. 5 tego rozporządzenia w zakresie ochrony środowiska,
  3. pomoc nie będzie przyznawana na realizacje zadań wskazanych w art. 14 ust. 9, jak również konieczne będzie spełnienie wymogów wynikających z art. 14 ust. 4 w odniesieniu do pomocy na zakup i zainstalowanie urządzeń do wykorzystywania na cele produkcyjne naturalnych źródeł energii oraz z art. 14 ust. 6 lit. f w odniesieniu do pomocy na zakup i zainstalowanie urządzeń melioracyjnych, przy czym nie będą objęte pomocą roboty odwadniające,
  4. pomoc nie będzie udzielana przedsiębiorstwom znajdującym się w trudnej sytuacji, zgodnie z postanowieniami rozporządzenia 702/2014, które wyklucza udzielanie pomocy takim przedsiębiorstwom,
  5. stosownie do postanowień art. 25 ustawy z dnia 30 kwietnia 2004 r. o postępowaniu w sprawach dotyczących pomocy publicznej (Dz. U. z 2007 r. Nr 59, poz. 404 z późn. zm.) pomoc nie będzie udzielana beneficjentom, na których ciąży obowiązek zwrotu wcześniej udzielonej pomocy.

W celu udzielania ulgi inwestycyjnej podatnikom podatku rolnego, którzy zaliczani są do dużych przedsiębiorstw w rozumieniu definicji zawartej w załączniku I do rozporządzenia Komisji (UE) nr 702/2014, niezbędna jest notyfikacja programu pomocy do KE.

Organem właściwym do przedstawienia wniosku notyfikacyjnego, po uzyskaniu uprzedniej zgody na notyfikację projektu programu pomocowego przez Radę Ministrów, stosownie do art. 16 ust. 1 ustawy o postępowaniu w sprawach dotyczących pomocy publicznej jest Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi.
Od 1 stycznia 2015 r. do czasu zakończenia procedury notyfikacji pomocy (w przypadku dużych przedsiębiorstw) ulga inwestycyjna może być udzielana jako pomoc de minimis w rolnictwie w oparciu o przepisy rozporządzenia Komisji (UE) nr 1408/2013 z dnia 18 grudnia 2013 r. w sprawie stosowania art. 107 i 108 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej do pomocy de minimis w sektorze rolnym (Dz. Urz. UE L 352 z 24.12.2013, str. 9).

Emisja obligacji w EUR

Ministerstwo Finansów informuje, że banki Barclays, Citi, Société Générale i Santander otrzymały mandat na zorganizowanie emisji 12-letniej obligacji benchmarkowej nominowanej w euro. Transakcja zostanie przeprowadzona w najbliższym czasie.

Lewiatan podpowiada rządowi, jak efektywnie wydawać publiczne pieniądze

Wyraźny podział na świadczenia zdrowotne finansowane ze środków publicznych i podlegające dopłatom bądź pełnopłatne, współpracę w tej branży, sektora publicznego i prywatnego, zapewnienie cyberbezpieczeństwa państwa, wzmocnienie kompetencji cyfrowych społeczeństwa czy uchwalenie kodeksu urbanistyczno-budowlanego obejmującego cały proces inwestycyjny – rekomenduje rządowi Konfederacja Lewiatan.

Rekomendacje zostały przedstawione na konferencji „Polska 2015-2025. Jak efektywnie inwestować publiczne pieniądze?”, która odbyła się w warszawskim hotelu Sheraton, z udziałem blisko 400 przedsiębiorców, ekonomistów, polityków, liderów opinii. Jej organizatorem był Lewiatan, a partnerem strategicznym PZU SA.

W spotkaniu udział wzięła premier Ewa Kopacz, która powiedziała, że nikt tak dobrze nie wie jak mądrze i z głową inwestować publiczne pieniądze, jak sami przedsiębiorcy. Jej zdaniem administracja powinna przenosić wzorce do swojej działalności z prywatnego sektora. – Nie ma lepszej inwestycji niż inwestycje w nowoczesne i innowacyjne technologie. Niezwykle ważne są inwestycje w ludzi, bo to nie firmy są innowacyjne, a ludzie – dodała premier.

– Polska potrzebuje poważnej debaty o strategicznych celach. Powinniśmy budować porozumienie, jak ma wyglądać Polska za 20-30 lat. Potrzebna jest uczciwa współpraca rządu z pracodawcami i innymi grupami społecznymi – mówiła Henryka Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan.

0becny na konferencji Janusz Lewandowski, szef Rady Gospodarczej przy premierze podkreślił, że wszelkie wydatki publiczne biorą się z podatków, które wszyscy płacimy. Dlatego tak ważne jest, aby te pieniądze wydawane były efektywnie.

W specjalnej publikacji „Jak efektywnie inwestować publiczne pieniądze?” Konfederacja Lewiatan przedstawiła rekomendacje jak mądrze wydawać publiczne pieniądze na ochronę zdrowia, rozwój gospodarki cyfrowej i infrastruktury transportowej.

W ochronie zdrowia Lewiatan postuluje:
* wprowadzenie komplementarnej opieki – wyraźny podział na świadczenia zdrowotne finansowane ze środków publicznych i świadczenia zdrowotne podlegające dopłatom bądź pełnopłatne.
* podniesienie jakości usług medycznych
* wprowadzenie obiektywnych, ogólnopolskich miar jakości medycznej dla każdej specjalizacji,
* inwestowanie w tele-medycynę i informatyzację ochrony zdrowia

W gospodarce cyfrowej priorytetem powinno być:
* inwestowanie w infrastrukturę szerokopasmową
* zapewnienie cyberbezpieczeństwa państwa
* rozwijanie treści w internecie
* modernizacja administracji publicznej
* wzmocnienie kompetencji cyfrowych społeczeństwa
* stworzenie wspólnego planu szybkiej informatyzacji i rozwoju gospodarki cyfrowej

W infrastrukturze transportowej za najważniejsze Lewiatan uznaje:
* uchwalenie kodeksu urbanistyczno-budowlanego obejmującego cały proces inwestycyjny
* uchwalenie nowej ustawy o zamówieniach publicznych
* wybór inwestycji powiązany z ich efektywnością
* systematyczna rozbudowa infrastruktury
* opracowanie wzorców umów na roboty budowlane
* inwestycje lokalne w większym stopniu finansowane prze lokalne samorządy
* budowanie długoterminowych relacji między sektorem publicznym i prywatnym

W tym roku po raz pierwszy od 25 lat wydatki publiczne mają spaść poniżej 40 proc. PKB. Polska od lat konsekwentnie ogranicza je w relacji do PKB. Obecnie należymy do szóstki unijnych krajów, w których skala redystrybucji PKB przez budżet jest najniższa.
Spadek wydatków publicznych w stosunku do PKB to dobra wiadomość dla firm prywatnych, ponieważ zmniejsza ryzyko zwiększania obciążeń podatkowych i ogranicza wypieranie prywatnych inwestycji przez publiczne. Jednak poza samą wartością wydatków publicznych, ogromnie istotna jest ich struktura i udział wydatków inwestycyjnych w całej puli.

Ogromne publiczne pieniądze, które co roku przeznaczamy na różne cele, można i trzeba wydawać lepiej, mądrzej. Sztukę wydawania publicznych pieniędzy dobrze opanowali Niemcy, Austriacy, Holendrzy czy Finowie. Ich doświadczenia pokazują, że można dostarczać dużą ilość dóbr publicznych z korzyścią dla gospodarki, szczególnie jeśli społeczeństwo do różnych usług, np. zdrowotnych, edukacyjnych przywiązuje dużą wagę.

W rozmowach, które odbyły się w ramach debaty „Jak wydawać publiczne pieniądze z korzyścią dla gospodarki” uczestniczyli: Bartosz Arłukowicz, minister zdrowia, Roman Dmowski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Administracji i Cyfryzacji oraz Waldemar Sługocki, podsekretarz stanu w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju. Rozmówcami ministrów byli przedsiębiorcy: Andrzej Klesyk, prezes PZU SA, Tomasz Klekowski, business GTM director EMEA Intel Corporation i Dariusz Blocher, prezes zarządu Budimeksu.

W konferencji uczestniczyli również Piotr Warczyński, wiceminister zdrowia, Rafał Grupiński, szef klubu PO, prof. Małgorzata Fuszara, pełnomocnik rządu ds. równego traktowania i Małgorzata Kidawa – Błońska, rzecznik prasowy rządu.

Konfederacja Lewiatan

MCI.TechVentures inwestuje w Auctionata

Auctionata, Spółka prowadząca globalny dom aukcyjny online specjalizujący się w aukcjach dóbr kolekcjonerskich, mająca siedzibę w Berlinie – zrealizowała rundę C finansowania o wartości 42 milionów euro (45 milionów dolarów). Inwestorem prowadzącym był MCI.TechVentures 1.0, subfundusz zarządzany przez MCI Capital TFI (Grupa Kapitałowa Private Equity Managers S.A.). Poza MCI.TechVentures w rundzie uczestniczyli – jako nowi inwestorzy – Hearst Ventures (Nowy York), Kreos Capital (Londyn) i Yuan Capital (Hong Kong) oraz dotychczasowi akcjonariusze Spółkifundusze Earlybird, eVentures, Kite Ventures, Raffay Group, TA Ventures, Bright Capital, REN Invest i Holtzbrinck Ventures.

W 2015 r. Spółka będzie koncentrowała sie na rozwoju i wzroście rentowności prowadzonych operacji. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na dalszy rozwój kluczowych kategorii produktowych, m.in. zegarków, aut klasycznych, win, biżuterii, sztuki współczesnej, wzornictwa, antyków oraz sztuki Dalekiego Wschodu. Spółka planuje również wprowadzenie nowych kategorii takich jak instrumenty muzyczne i pamiątki, architektura i ogród, diamenty, luksusowe nieruchomości, oraz dalszy rozwój rozwiązania livestreaming auctions (aukcje online w czasie rzeczywistym) i powiększenie globalnej bazy nabywców i sprzedawców.auctionata.com

Od momentu rozpoczęcia cotygodniowych aukcji realizowanych online tj. od maja 2013 r., Auctionata sukcesywnie zwiększała skalę działania i zbudowała silną pozycję w grupie globalnych liderów internetowych aukcji dzieł sztuki, antyków i luksusowych dóbr kolekcjonerskich.


W najbliższej przyszłości skupimy się na dalszym rozwoju Spółki oraz ekspansji geograficznej
– powiedział Alexander Zacke, założyciel i CEO, Auctionata.

Auctionata jest dobrym przykładem projektów leżących w zakresie naszego zainteresowania – model biznesowy Spólki posiada duży potencjał wzrostu na rynku globalnym, a wysokiej jakości zespół zarządzający prowadzony jest przez lidera z olbrzymim doświadczeniem – dodał Sylwester Janik, Partner i Zarządzający funduszem MCI.TechVentures 1.0 w Private Equity Managers S.A.

Korzystne prognozy rozwoju polskiej gospodarki

Analitycy przewidują, że w ciągu najbliższych kilku lat tempo wzrostu gospodarczego w Polsce będzie wysokie. Przyczynia się do tego przede wszystkim stabilnie rosnąca konsumpcja, będąca wynikiem bardzo niskiej inflacji, przechodzącej momentami w deflację, i poprawy sytuacji na rynku pracy.

„Według naszej prognozy w najbliższym roku wzrost gospodarczy wyniesie 3,4%. Potem nastąpi niewielkie spowolnienie, głównie ze względu na przejście z jednej unijnej perspektywy finansowej na drugą, natomiast w 2017 r. odnotujemy kolejny wzrost, do 3,5%” – mówi serwisowi infoWire.pl Jacek Kotłowski z Narodowego Banku Polskiego.

Duży wpływ na rozwój polskiej gospodarki mają wzrost zatrudnienia oraz coraz niższe ceny, pozwalające na oszczędzanie zarobionych pieniędzy lub robienie większych zakupów. Przewiduje się, że deflacja utrzyma się do trzeciego kwartału bieżącego roku, a następnie będziemy mieli do czynienia z bardzo niską inflacją.

W porównaniu z innymi państwami Unii Europejskiej tempo wzrostu w naszym kraju jest wysokie. Oczywiście nie oznacza to, że polska gospodarka jest wolna od zagrożeń. Przede wszystkim pochodzą one z zewnątrz. „Cały czas istnieje obawa, że strefa euro będzie rozwijała się wolniej, niż prognozujemy […]. Ryzyko dla wzrostu gospodarczego stwarza też konflikt ukraińsko-rosyjski” – zauważa ekspert.

Podatniku, teraz to urzędnik wyliczy twój podatek

0

Do końca kwietnia podatnicy mogą powierzyć rozliczenie swojego PIT-u urzędowi skarbowemu. W tym celu trzeba zalogować się w Portalu Podatkowym.

W tym roku usługa dotyczy wyłącznie zeznania PIT-37 – formularza najczęściej wykorzystywanego przez podatników. Na Portalu Podatkowym wchodzimy w zakładkę o nazwie „Wstępnie wypełnione zeznanie podatkowe (PFR)”. System poprosi nas o podanie swoich danych indentyfikacyjnych, a następnie – sprawdzenie, czy w wygenerowanym zeznaniu podatkowym wyszczególnione zostały wszystkie uzyskane przez nas dochody. Jeżeli okaże się, że dane są niepełne, podatnik może zedytować dokument – dopisać pozostałe źródła przychodu.

Dzięki temu rozwiązaniu zyskujemy czas, ponieważ nie musimy samodzielnie głowić się nad tym, jak prawidłowo wypełnić dokument, co jest typowe podczas rozliczania się w formie papierowej i „zwykłej” elektronicznej.

„Ważne, aby pamiętać o wyborze sposobu opodatkowania (indywidualnie czy wspólnie z małżonkiem) oraz wykazaniu przysługujących nam odliczeń” – mówi serwisowi infoWire.pl Małgorzata Sator z Urzędu Skarbowego Warszawa-Wola. „Gdy wprowadzimy wszystkie niezbędne informacje, program sam obliczy nam podatek” – dodaje. Dalsza droga złożenia formularza jest taka sama, jak w przypadku „zwykłego” rozliczania się w wersji elektronicznej.

„Niewątpliwie jest to bardzo łatwa i dogodna forma rozliczenia podatkowego: system finansowy prezentuje nam zebrane informacje na temat naszych dochodów, a my musimy tylko zweryfikować ich kompletność” – podkreśla urzędniczka.

Program wstępnego wypełnienia formularza podatkowego docelowo ma obejmować wszystkie PIT-y. Doświadczenia zebrane po półtoramiesięcznym funkcjonowaniu systemu będą uwzględniane podczas jego udoskonalania w przyszłości. „Już teraz widać, że jest on przydatny dla podatników, ponieważ coraz więcej osób z niego korzysta” – mówi Małgorzata Sator.

NIK o legalizacji i kontroli dystrybutorów na stacjach paliw

Urzędy miar niezwykle rzadko – bo raz na kilka, kilkanaście lat – sprawdzają, czy dystrybutory na poszczególnych stacjach paliw w woj. łódzkim i świętokrzyskim działają prawidłowo. Prawie w ogóle nie badają dystrybutorów LPG, co oznacza, że rynek sprzedaży gazu jest praktycznie poza jakąkolwiek kontrolą. W dodatku urzędnicy mogą przeprowadzać na stacjach tylko zapowiedziane kontrole. Praktycznie nie mają więc szans obnażyć skali potencjalnych nieprawidłowości. Tymczasem z badań Inspekcji Handlowej wynika, że na 14 proc. stacji sprzedawane paliwo jest nieprawidłowo odmierzane – oczywiście na niekorzyść kierowców.

Ustawowy nadzór nad rynkiem sprzedaży paliw na stacjach pełnią Okręgowe i Obwodowe Urzędy Miar. Najwyższa Izba Kontroli zbadała jakie działania w ostatnich latach podjęły te urzędy w zakresie legalizacji i kontroli dystrybutorów w woj. łódzkim i świętokrzyskim. W latach 2012-2014 (I półrocze) urzędy miar zalegalizowały w tych województwach ponad 14 tys. dystrybutorów benzyny, oleju napędowego i gazu. Z ustaleń kontrolerów wynika, że o ile urzędy miar przeprowadzały legalizację dystrybutorów na stacjach paliw zgodnie z obowiązującymi przepisami i wymogami technicznymi, o tyle kontrola ilości sprzedawanego paliwa wykazała już szereg istotnych nieprawidłowości.

Urzędy miar niezwykle rzadko kontrolowały prawidłowość działania dystrybutorów na poszczególnych stacjach paliw (tzw. kontrole metrologiczne).

Pracownicy Obwodowych Urzędów Miar (OUM) w Łodzi i Łowiczu przeprowadzali kontrole poszczególnych stacji paliw średnio raz na pięć lat, a w Urzędach Miar w Zduńskiej Woli i Kielcach – odpowiednio raz na 7 i 9 lat. Rekordzistami byli urzędnicy z Piotrkowa Trybunalskiego, którzy badania poszczególnych stacji przeprowadzali raz na 14 lat. W dodatku w trakcie kontroli sprawdzano tylko wybrane dystrybutory, a nie wszystkie na danej stacji. Tymczasem zgodnie z wytycznymi Prezesa Głównego Urzędu Miar  przyrządy pomiarowe powinny podlegać prawnej kontroli metrologicznej przynajmniej raz między kolejnymi legalizacjami – czyli dystrybutory paliw ciekłych raz na dwa lata, a gazu – raz na rok. Skontrolowane urzędy miar tłumaczyły się brakami kadrowymi i wyposażenia.

Tylko dwa urzędy (z sześciu w sumie skontrolowanych) – Okręgowy i Obwodowy Urząd Miar w Łodzi –  podejmowały kontrole metrologiczne dystrybutorów gazu.Ponieważ dysponowały jednym urządzeniem do kontroli przepływu gazu  (pozostałe cztery urzędy miar w ogóle ich nie miały), nie były w stanie zapewnić odpowiedniej częstotliwości i zakresu kontroli na terenie dwóch województw. W latach 2012-2014 (I półrocze) urzędy miar skontrolowały pod względem metrologicznym tylko 71 dystrybutorów gazu z ponad 2600 zalegalizowanych urządzeń (czyli niespełna 3 proc.). Biorąc pod uwagę dotychczasowe tempo przeprowadzania kontroli można spodziewać się, że każdy  dystrybutor LPG będzie kontrolowany średnio raz na 94 lata. Innymi słowy: rynek sprzedaży gazu jest faktycznie poza jakąkolwiek kontrolą urzędów miar. 

Urzędy miar mogą przeprowadzać na stacjach benzynowych tylko zapowiedziane kontrole i to z co najmniej siedmiodniowym wyprzedzeniem, z wyjątkiem kontroli, które przeciwdziałają popełnieniu przestępstwa lub wykroczenia, w tym skarbowego, czyli z reguły są to kontrole skargowe. Z ustaleń zapowiedzianych kontroli wynikało, że tylko trzy z 2100 skontrolowanych dystrybutorów benzyny i oleju napędowego, na trzech różnych stacjach (2,2 proc. ze 139 skontrolowanych stacji w 2014 r. – do 19 września)nieprawidłowo odmierzały ilość sprzedawanego paliwa (od 0,6 proc. do 5,6 proc.). W jednym przypadku dystrybutor zaniżał wskazania na niekorzyść sprzedającego (o 1,5 proc).

Tymczasem w porozumieniu z NIK kontrolę prawidłowości odmierzania paliw przeprowadził Wojewódzki Inspektorat Inspekcji Handlowej w Łodzi. Niezapowiedziane przez Inspektorat kontrole pokazały prawdziwą skalę błędów w odmierzaniu paliwa: nieprawidłowości stwierdzono na czterech z 28 zbadanych stacji (14,3 proc.). Ponad 60 proc. wszystkich zbadanych dystrybutorów benzyny i oleju napędowego (48 urządzeń na czterech stacjach z 77 ogółem) zawyżało wskazania (od 4,3 proc. do 5,6 proc.) sprzedanego paliwa na niekorzyść kupującego. Oznacza to, że kierowca tankując 20 litrów paliwa w rzeczywistości miał go w baku o litr mniej. W trakcie niezapowiedzianych kontroli nie odnotowano ani jednego przypadku, w którym stacja nalewałaby paliwo na swoją niekorzyść.

Okręgowy Urząd Miar w Łodzi i nadzorowane przez niego obwodowe urzędy miar nie posiadały kompletnych danych o liczbie stacji paliw oraz liczbie i rodzaju dystrybutorów paliw i gazu działających na ich terenie. Według wykazów urzędów miar na terenie okręgu łódzkiego funkcjonowało 1250 stacji paliw i LPG (854 na terenie woj. łódzkiego i 396 na terenie świętokrzyskiego), natomiast zgodnie ze spisem stacji paliw prowadzonym przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów funkcjonowało 1429 stacji paliw (917 w łódzkim i 512 w świętokrzyskim). Oznacza to, że blisko 200 stacji paliw znajdowało się poza ewidencją administracji miar i nie mogło być objęte kontrolami w ramach sprawowanego nadzoru. NIK zwraca jednak uwagę, że  obowiązujące przepisy nie zapewniały urzędom miar dostarczania danych o stacjach paliw funkcjonujących na ich terenie.

NIK zwraca także uwagę, że urzędy miar nie mają uprawnień do prowadzenia kontroli metrologicznej nowych dystrybutorów na stacjach paliw. Na podstawie przepisów ustawy o systemie oceny zgodności nowy dystrybutor paliwa podlega bowiem kontroli dopiero po dwóch latach, a dystrybutory gazu po roku. W badanym okresie np. Wydział Nadzoru Okręgowego Urzędu Miar w Łodzi w trakcie przeprowadzonych kontroli ustalił, że 182 nowe dystrybutory posiadały ważne oceny zgodności. Z uwagi na obowiązujące przepisy nie mógł jednak sprawdzić czy działają prawidłowo.

Wnioski

Najwyższa Izba Kontroli powiadomiła o ustaleniach kontroli Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz Główny Urząd Miar, a jednocześnie zwróciła się do Prezesa UOKiK o zintensyfikowanie kontroli w tym obszarze.

W związku z pracami nad projektem nowej ustawy – Prawo o miarach, a także mając na uwadze skalę stwierdzonych nieprawidłowości w funkcjonowaniu systemu metrologicznego w Polsce, NIK sformułowała wnioski de lege ferenda:

  • Urzędy miar powinny mieć możliwość kontrolowania stacji paliw bez uprzedniego zawiadomienia przedsiębiorców o planowej kontroli.
  • Organy administracji miar powinny być informowane przez przedsiębiorców o rozpoczęciu prowadzenia i zaprzestania działalności w zakresie obrotu paliwami, w tym o liczbie i rodzaju używanych dystrybutorów paliw. W  chwili obecnej urzędy miar nie posiadają kompletnych danych o liczbie działających na ich obszarze stacji oraz liczbie i rodzaju urządzeń do odmierzania paliw ciekłych i gazu.
  • Należy rozszerzyć uprawnienia organów administracji miar o prowadzenie kontroli również nowych dystrybutorów paliw, wprowadzonych do obrotu na podstawie ustawy o systemie oceny zgodności. Urzędy miar nie posiadają bowiem uprawnień do przeprowadzenia kontroli metrologicznej nowych dystrybutorów. Dotychczas nowy dystrybutor paliwa podlega kontroli dopiero po dwóch latach, a dystrybutory gazu po roku.

Outsourcing inżynierów IT sposobem na obniżenie kosztów

Z danych opublikowanego raportu KPMG „Zupełnie nowy świat outsourcingu usług IT” wynika, że Polska znalazła się na drugim miejscu pod względem atrakcyjności lokalizacji dla usług IT (8% respondentów). Na pierwszym miejscu w tej klasyfikacji znalazły się Indie (42% respondentów) zaś na trzecim Brazylia (6% respondentów).

W Polsce jest wiele firm, które decydują się na współpracę i powierzenie części zadań innej firmie. Coraz częściej organizacje decydują się na przekształcenie lokalnych i centralnych działów IT do modelu centrów usług wspólnych (CUW). Jednak decydując się na podjęcie współpracy z wybranym usługodawcą z zakresu IT należy bardzo starannie i dokładnie sprawdzić czy jest on w stanie zapewnić działania na najwyższym poziomie.

Co daje outsourcing?

Usługi outsourcingowe dają dostęp do wiedzy i doświadczenia liderów rynkowych oraz ogólnoświatowej bazy danych. Inżynier IT skierowany do współpracy z przedsiębiorstwem korzysta z całego zasobu wiedzy zgromadzonej w firmie doradczej, z firmowych baz danych, wskazówek innych ekspertów. Specjalista z zewnątrz pracuje tylko wówczas, gdy jest rzeczywiście potrzebny, niekoniecznie na pełnym etacie i wiąże się to z efektywnym wykorzystaniem czasu. W konsekwencji powoduje to nie tylko ograniczenie kosztów, ale
i ryzyka związanego z poszukiwaniem i zatrudnieniem własnych specjalistów. Dość często spotykanym zjawiskiem jest również team leasing, czyli outsourcing całego zespołu wraz z kierownikiem na czele. – Nasza firma od ponad 20 lat wykorzystując najnowsze technologie tworzy i dostarcza klientom stojące na najwyższym światowym poziomie rozwiązania informatyczne. W ramach outsourcingu bardzo często nasi eksperci są wydelegowani do działań i wdrożeń do firmy partnerskiej. Współpracowaliśmy m.in. z polskim Airbusem. Aktualnie tworzymy rozwiązania dla światowych czołowych liderów branży energetycznej – mówi Konrad Świrski, Prezes Transition Technologies.

Korzyści outsourcingu

Największą zaletą płynącą z outsourcingu to redukcja kosztów. Według raportu KPGM 26% badanych respondentów wskazuje właśnie na tę zaletę. Coraz istotniejsze jednak zdają się być inne czynniki, takie jak: dążenie do realizacji usług na najwyższym poziomie (21%), specjalizacja pracy, koncentracja na funkcjach biznesowych, dostęp do specjalistycznej wiedzy (19%). – Outsourcing pozwala na koncentrację sił na głównych celach działalności, środków i procesów. Organizacja osiąga lepsze wyniki i rośnie jej wartość rynkowa poprzez zapewnienie najwyższej, jakości usług bazujących na doświadczeniu i kompetencji firmy z zewnątrz. Co więcej, firma zwiększa elastyczność swoich działań, a poprzez oszczędność czasu i zasobów ludzkich – również wydajność. Odciąża również od pracy różne działy firmy, np. zaopatrzenie, rekrutację – dodaje Konrad Świrski, Prezes Transition Technologies.

Nowe trendy outsourcingu

Outsourcing stosowany jest wówczas, gdy zasoby zewnętrzne są tańsze od wewnętrznych. Obecnie technologie odgrywają coraz większą role w biznesie. Firmy IT korzystają z różnych usługodawców m.in. inżynierów, specjalistów oraz dostawców technologii chmury. Najnowsze trendy wskazują również, że przesuwa się wartość outsourcingu – z ograniczenia kosztów na najwyższą, jakość dostarczanych usług, innowację, a także bezpośrednim pozyskaniem korzyści dla firmy. Decydując się na współpracę opartą na outsourcingu należy wziąć pod uwagę wszystkie plusy i minusy. Wady mogą pojawić się na etapie zaufania, kiedy to pojawia się obawa przed powierzeniem części swoich zadań drugiej firmie. Kolejną wadą może być zbyt duża chęć minimalizowania kosztów, co niekiedy przekłada się na obniżenie, jakości wykonywanych usług.

W zależności od wiedzy, środków i priorytetów organizacje podejmują decyzje o tym, jakie potencjalne obszary i w jakiej formie mogą bazować na outsourcingu. Jednak mając na uwadze obecnie panujące trendy na rynku IT, powszechny dostęp do zasobów oraz stale rosnące wymagania i oczekiwania klientów, warto zastanowić się nad końcowym rachunku opłacalności działania w pojedynkę. Słusznie podjęta decyzja o współpracy może przyczynić się do wzmocnienia pozycji rynkowej jak również do powstania wieloletniej współpracy pomiędzy zleceniodawcą i zleceniobiorcą. W rezultacie stają się oni dla siebie kluczowymi kontrahentami. Z kolei, w przypadku błędnie podjętej decyzji o współpracy, może spowodować znaczny uszczerbek na wizerunku firmy.

IMM: najbardziej opiniotwórcze polskie media w lutym 2014.

0

W lutym media najczęściej powoływały się na Gazetę Wyborczą, Rzeczpospolitą oraz radio RMF FM – wynika z najnowszego raportu Instytutu Monitorowania Mediów. Więcej na http://bit.ly/1OP2J91.

Aplisens stopniowo zmienia kierunki eksportu. Spółka liczy na wzrost zamówień z UE oraz Azji, Afryki i Ameryki

CEO Magazyn Polska

Producent urządzeń kontrolno-pomiarowych spółka Aplisens w 2015 roku spodziewa się mniejszej sprzedaży na rynkach wschodnich oraz jej wzrostu na rynkach UE. W Polsce spółka generuje obroty głównie dzięki zamówieniom z branży energetycznej i ekologicznej, co dodatkowo mogą wesprzeć środki z nowej perspektywy finansowej UE i nowe inwestycje. Aplisens liczy na zdobycie nowych rynków zbytu w Ameryce Południowej, Azji i Afryce, gdzie już teraz notuje ponad 30-proc. dynamikę wzrostu przychodów.

 2014 rok nie był zły, bo mimo gorszej sytuacji na rynkach WNP sprzedaż wzrosła o ponad 11 proc. Na najbardziej newralgicznym rynku WNP te wzrosty były na poziomie 12 proc., co nas pozytywnie zaskoczyło, bo spodziewaliśmy się raczej spadków lub co najwyżej stabilizacji  mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Adam Żurawski, prezes zarządu Aplisens, dostawcy przemysłowej aparatury kontrolno-pomiarowej.  Gorzej wygląda prognozy na kolejne kwartały, tutaj jednak obawiamy się tąpnięcia na poziomie zamówień. Ta obawa występowała w zasadzie od roku, natomiast spodziewamy się, że w końcu to może nastąpić.

Obroty na rynku ukraińskim skurczyły się o 45 proc. Jak zwraca uwagę Żurawski, wzrost na rynkach wschodnich wynika z wyższych obrotów na rynku rosyjskim i obsługującym go rynku białoruskim. Łącznie kraje WNP odpowiadały za około 40 proc. sprzedaży spółki, podobnie jak rynek polski. Na rynku krajowym popyt w stosunku do 2013 roku był wyższy o 8 proc, co zdaniem Żurawskiego jest wynikiem powyżej oczekiwań.

 W najbliższych kwartałach w Polsce spodziewamy się wzrostu zapotrzebowania na aparaturę kontrolno-przemysłową w branży energetycznej oraz związanej z ekologią, czyli m.in. w spalarniach czy podmiotach działających w ramach gospodarki wodno-ściekowej wymagającej opomiarowania różnych mediów  wyjaśnia Żurawski.

Jak dodaje, zbliżający się start realizacji środków z nowej perspektywy unijnej pomoże rynkowi poprzez nowej inwestycje.

 W 2014 roku mieliśmy spadki w przemyśle ciężkim, poza tym widzimy, jaka panuje sytuacja w górnictwie. Tu nie spodziewamy się wzrostów, raczej stabilizacji lub nawet spadków  przekonuje prezes Aplisens.

Rynek UE jest już dla grupy trzecim rynkiem (po WNP i Polsce) pod względem generowanych obrotów, z udziałem 14,42 proc. w całej sprzedaży.  Osiągnięty w 2014 roku 13-proc. wzrost przychodów z tego rynku jest dla Adama Żurawskiego pewnym rozczarowaniem, co wynika z wpływu sytuacji na Wschodzie na rynek europejski. Natomiast w 2015 prezes spółki Aplisens spodziewa się wyższego wzrostu.

 Wydaje nam się, że w tej chwili trzeba bardziej optymistycznie patrzeć na ten rynek, na którym wzrosty powinny być nieco większe niż w ubiegłym roku  mówi Żurawski.  Gospodarka Niemiec ożywiła się, odzwierciedla się to we wzrostach naszej sprzedaży na tym rynku.

Aplisens eksportuje swoje produkty także do bardziej egzotycznych krajów. Udział tej sprzedaży w ogólnych przychodach jest jeszcze niewielki, ale dzięki temu rośnie ona w szybkim tempie. W 2014 roku rynki poza WNP, Polską i UE wygenerowały 5,3 proc. sprzedaży. Wzrosły natomiast w tempie niemal 32 proc.

 Na pozostałych rynkach w regionach Ameryki Południowej, Azji i Afryki odnotowaliśmy największy przyrost na poziomie trzydziestu kilku procent tłumaczy Adam Żurawski.  Oczywiście nasz udział na tych rynkach jest bardzo mały, ale podejmujemy próby wejścia do poszczególnych krajów i tutaj widzimy największe szanse wzrostu w kolejnych latach.

Spółka oferuje urządzenia (m.in. przetworniki ciśnienia, sondy głębokości, czujniki temperatury) wykorzystywane m.in. w energetyce, przemyśle rafineryjnym, spożywczym, chemicznym i farmaceutycznym. Obecnie Aplisens posiada spółki zależne w Niemczech, Rosji, Czechach, Rumunii, na Białorusi i Ukrainie, które odpowiadają za niemal 2/3 przychodów firmy. W 2014 roku spółka odnotowała przychody na poziomie 89,3 mln zł (wzrost o 11,5 proc.), zysk EBIT w wysokości 17 mln zł (spadek o 6,6 proc.) oraz zysk netto rzędu 12,6 mln zł (spadek o 12,7 proc.).

Polska sieć gazowa wymaga szybkich i kosztownych remontów. Niezbędne inwestycje idą w miliardy złotych

CEO Magazyn Polska

Znaczna część sieci gazowej w Polsce jest przestarzała, dlatego wymaga natychmiastowej modernizacji. W ciągu najbliższej dekady konieczne mogą się okazać miliardowe inwestycje. By im sprostać i zwiększyć stopień bezpieczeństwa, Polska Spółka Gazownictwa, właściciel sieci, musi przejść gruntowną przemianę.

Polska Spółka Gazownictwa to czołowy dystrybutor gazu w Polsce, który obsługuje ponad 6,7 mln odbiorców końcowych. Posiada sieć gazociągów o długości ponad 170 tys. km, którymi rozprowadza blisko 10 mld m3 gazu rocznie. Niestety, znaczna część należącej do spółki sieci jest już przestarzała.

– Większość z nich była budowana w środkowym PRL-u, podobnie jak bardzo duża część wszelkiej infrastruktury przesyłowej w Polsce mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dominik Smyrgała, kierownik studiów podyplomowych Bezpieczeństwo Energetyczne w Collegium Civitas. – To jest taki moment, w którym nie da się dłużej odwlekać inwestycji w renowację albo wymiany na nowe. Trzeba kłaść nowe rury, albo te, które już leżą, zastępować nowymi, ponieważ kończy się okres resursu (gwarancja bezpieczeństwa i sprawności eksploatacji – red.) tych instalacji, w związku z czym mogą one i będą coraz częściej ulegać awariom.

To oznacza, że prace muszą rozpocząć się szybko. Istniejąca sieć musi wytrzymać obciążenia stale rosnących zamówień na gaz w Polsce.

– W ciągu najbliższej dekady nie tylko konieczna jest wymiana części rur, lecz także trzeba kłaść nowe – ocenia Dominik Smyrgała. – Wynika to z tego, że stale zwiększa się w Polsce udział gazu ziemnego w rynku nośników energii. Powstaje np. coraz więcej domów jednorodzinnych albo budynków ogrzewanych nie tyle węglem czy paliwami stałymi, ile właśnie gazem ziemnym.

Rosnący rynek gazu wymaga inwestycji, te zaś nakładów finansowych. I to, jak szacuje kierownik studiów podyplomowych Bezpieczeństwo Energetyczne w Collegium Civitas, znacznych nakładów.

– Inwestycje te będą kosztowały bardzo, bardzo dużo, koszty idą w dziesiątki czy setki milionów, może nawet miliardy złotych, gdybyśmy chcieli wymienić całość tych sieci. To są przecież tysiące kilometrów rurociągów. W związku z tym spółka będzie musiała rozłożyć to w jakiejś perspektywie czasowej na etapy. To wieloletni proces i trzeba będzie zacząć od tych, które są w najgorszym stanie, i od tych, które obsługują w tej chwili największą liczbę odbiorców.

Polska Spółka Gazownictwa nie ma możliwości przeniesienia tych kosztów na odbiorców. Taryfy gazowe zatwierdza bowiem Urząd Regulacji Energetyki, który niechętnie godzi się na podwyżki, zwłaszcza wysokie. Spółka musi więc szukać pieniędzy u siebie, tnąc własne koszty.

– W Polsce z dystrybucją jest tak, że PSG ma bardzo mocną pozycję, która wynika jeszcze z okresu monopolistycznego – zwraca uwagę Dominik Smyrgała z Collegium Civitas. – Ale jeżeli Spółki nie będzie stać na modernizację własnej infrastruktury albo na docieranie do nowych klientów, może okazać się, że do klientów będą docierali inni operatorzy. W konsekwencji PSG będzie tracić te części rynku, w których była dostawcą, bo okaże się, że jej infrastruktura uległa dekapitalizacji i w związku z tym nie jest w stanie świadczyć swoich usług.

Spośród obsługiwanych przez spółkę ponad 170 tysięcy km sieci gazociągów i przyłączy ponad połowa ma więcej niż 20 lat, z czego 49 tys. km przeszło 25 lat.

Za miesiąc nowa wersja programu Płatnik. Możliwa będzie komunikacja online między ZUS a klientem

CEO Magazyn Polska

Pod koniec kwietnia ZUS udostępni nową wersję swojego programu do rozliczania składek ubezpieczeniowych. Najważniejszą zmianą będzie wykorzystanie internetu do komunikacji na bieżąco pomiędzy płatnikiem a urzędem. ZUS liczy na to, że dzięki nowej wersji programu w rozliczeniach będzie mniej błędów.

Wersja Płatnika, która będzie pod koniec kwietnia dostępna na naszych stronach, jest zupełnie nowa. Przede wszystkim wszystko będzie działo się online, więc klient będzie od razu mógł zweryfikować wszystkie swoje dane – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Zbigniew Derdziuk, odchodzący ze stanowiska prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. – To jest połączenie interaktywności Płatnika i e-Płatnika dla tych, którzy korzystają z Platformy Usług Elektronicznych.

Największą zmianą w dziesiątej wersji Płatnika będzie lepsze zintegrowanie programu z siecią internetową. Pozwoli to na bieżącą komunikację pomiędzy płatnikiem a urzędem. Jak podkreśla Derdziuk, jest to dużo wygodniejsze dla przedsiębiorców.

Będzie od razu możliwość podejrzenia niektórych danych, które zostały wysłane do ZUS-u. Będziemy na bieżąco skomunikowani, czyli to jest proste przejście z offline na online – tłumaczy prezes ZUS-u.

Nowy Płatnik ma mieć także zdecydowanie więcej funkcji ułatwiających rozliczanie składek. Program będzie wskazywał użytkownikom popełnione błędy i podpowiadał, w jaki sposób należy wypełnić poszczególne formularze. Dzięki temu ma zmaleć liczba błędów popełnianych przez przedsiębiorców.

System będzie przedsiębiorcom podpowiadał, za kogo trzeba składki odprowadzić, jak je wyliczyć, pomoże je wyliczyć, a gdyby chcieli przez pomyłkę drugi raz to zrobić, podpowie, że to już zostało zrobione – wylicza funkcje programu Derdziuk.

Dzięki komunikacji z internetem program będzie miał też funkcję autoaktualizacji. To oznacza, że przedsiębiorcy będą mieli pewność, że cały czas mają dostęp do najbardziej aktualnej wersji programu.

Jak zaznacza Derdziuk, mniejsza liczba błędów jest korzystna nie tylko dla płatników, lecz także dla samego urzędu. Pracownicy ZUS-u nie będą bowiem musieli spędzać tak wiele czasu na poprawianiu przesłanych do urzędu formularzy.

Program Płatnik jest bezpłatny i można go pobrać bezpośrednio ze strony ZUS-u.

ZAiKS prowadzi ok. 2 tys. procesów ws. łamania praw autorskich. Niepłacących przedsiębiorców ubywa

0

CEO Magazyn Polska

Coraz mniej przedsiębiorców unika opłaty za prawa autorskie do odtwarzania utworów muzycznych. Choć ZAiKS ciągle prowadzi w tej kwestii ok. 2 tys. postępowań sądowych, świadomość tego obowiązku jest coraz większa. Przedsiębiorcy nieregulujący opłaty muszą liczyć się z kontrolą i otrzymaniem pisma z wezwaniem do zapłaty. Jeśli dana firma nadal nie płaci, sprawa może trafić do sądu.

Tych instytucji, które nie płacą, jest już naprawdę niewiele, dlatego że świadomość w tym zakresie jest dość duża. Wiadomo, że ten, kto korzysta z cudzej twórczości, bez względu na jej źródło, i wplata ją w działalność gospodarczą, zobowiązany jest do legalnego korzystania z tej twórczości – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Lewandowski, dyrektor generalny Stowarzyszenia Autorów ZAiKS. ‒ Większość przedsiębiorców ma umowy licencyjne i większość płaci. Choć mimo tego w skali kraju ZAIKS prowadzi około 2 tys. procesów.

Jak podkreśla Lewandowski, opłat za prawa autorskie najczęściej nie regulują nowe przedsiębiorstwa. Często wynika to z braku świadomości takiego obowiązku. Lewandowski tłumaczy, że takie firmy często są niechętnie nastawione do wszystkich opłat.

Zgodnie z prawem opłaty za prawa autorskie musi uiścić każdy przedsiębiorca, który odtwarza publicznie muzykę. Dotyczy to m.in. salonów fryzjerskich, restauracji czy hoteli. Stawki te są bardzo zróżnicowane, ale dokładnie określone w tabeli publikowanej na stronie internetowej ZAiKS-u, a także organizacji pokrewnych, takich jak ZPAV i SAWP. Stawki opłat zależą m.in. od typu przedsiębiorstwa, wielkości miasta, w którym się znajduje, i wielkości samego lokalu.

Dla przykładu, przedsiębiorca posiadający niewielki obiekt handlowy o powierzchni do 50 mkw. musi zapłacić 55,85 zł miesięcznie, ale już właściciel restauracji w Warszawie, która może pomieścić jednocześnie 100 osób, musi się liczyć z opłatą w wysokości 352,80 zł miesięcznie. Za odtwarzanie muzyki podczas meczu na stadionie mieszczącym 10 tys. osób opłata wzrasta do 444,97 zł. Właściciel sklepu o powierzchni 10 tys. mkw. zapłacić 681,08 zł. To nie jedyne opłaty, bo łącznie w Polsce działa 15 (łącznie z ZAiKS-em) organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, w tym cztery związane z zarządzaniem prawami związanymi z wykorzystywaniem muzyki. Koszty więc stają się znacznie wyższe.

Większość przedsiębiorców, firm handlowych czy usługowych wnosi takie opłaty nie tylko na rzecz twórców, lecz także artystów, wykonawców i producentów. To liczy się już w tej chwili w dziesiątkach tysięcy podmiotów – podkreśla Lewandowski. ‒ Te, które nie płacą, najpierw są informowane o tym, że takie obowiązki po ich stronie istnieją, wysyłane są do nich pisma, wyjaśnienia. Jeśli mimo tego odmawiają, to pozostaje tylko jedna droga w państwie demokratycznym – pozew do sądu.

Lewandowski zwraca uwagę na to, że dla wielu przedsiębiorców odtwarzana muzyka to świadomie dobierany element kreowania wizerunku lokalu. Z uwagi na wzrost znaczenia muzyki, np. w akcjach marketingowych, wzrosła też wiedza o opłatach i gotowość do ich regulowania.

Weryfikacji spełniania obowiązku wnoszenia opłat za prawa autorskie służą kontrole ZAiKS-u. Pracownicy 13 dyrekcji okręgowych stowarzyszenia na bieżąco prowadzą kontrole i rozmowy z przedsiębiorcami. Jak zaznacza Lewandowski, większość spraw kończy się zawarciem umowy licencyjnej. Może to wynikać z tego, że firmy chcą uniknąć nieprzyjemności związanych z postępowaniem sądowym.

Lewandowski dodaje, że ZAiKS nie ma problemów ze zidentyfikowaniem muzyki objętej ochroną praw autorskich.

Jeśli to jest radio i telewizja, to sprawa jest oczywista. Podobnie w przypadku płyt. Może być pewien kłopot, jeśli muzyka pochodzi z internetu. Ale wobec tego, że ZAIKS zajmuje się tą problematyką od 96 lat i w powiązaniu ze 126 zagranicznymi organizacjami zbiorowego zarządzania, te metody badania są od dawna opracowane, także te, które odnoszące się do posługiwania się technologią cyfrową – tłumaczy Lewandowski.

Inspektorzy ZAiKS-u są wyposażeni w urządzenia pozwalające zarejestrować i zidentyfikować odtwarzaną muzykę. ZAiKS rejestruje chronione przez siebie utwory na szwajcarskiej liście IPI, podobnie jak robią to wszystkie zagraniczne organizacje zbiorowego zarządzania. Dzięki temu stowarzyszenie ma informację o chronionych zagranicznych utworach, a organizacje spoza naszego kraju – o polskich utworach.

Lewandowski przypomina, że to po stronie przedsiębiorcy leży obowiązek udowodnienia, że odtwarzana muzyka nie jest objęta ochroną.

M. Mróz (Copernicus): Szwajcarski Bank Narodowy będzie interweniował na rynku walutowym tylko okazjonalnie. Frank może się osłabić pod koniec roku

CEO Magazyn Polska

Frank szwajcarski może potanieć w perspektywie kilku lub kilkunastu miesięcy. Mocna waluta będzie szkodzić szwajcarskiej gospodarce, a po obniżeniu prognoz wzrostu przez Szwajcarski Sekretariat Stanu do spraw Gospodarki (SECO) inwestorzy mogą przestać traktować franka jako bezpieczną inwestycję.

Zobaczyliśmy bardzo wyraźne obniżenie projekcji ekonomicznych zarówno w zakresie PKB, jak i inflacji mówi agencji informacyjnej Newseria Marcin Mróz, główny ekonomista Grupy Copernicus. – Okazało się, że w deflacyjnych rejonach Szwajcaria może przebywać przez najbliższe dwa lata. Również prognoza wzrostu gospodarczego na ten rok została wyraźnie obniżona. Widać, że mocna szwajcarska waluta przekłada się na fundamenty.

SECO jeszcze w grudniu szacował, że PKB wzrośnie w 2015 oraz w 2016 roku o ponad 2 proc. Najnowsza prognoza zakłada zaledwie 0,9 proc. wzrostu w tym roku i 1,8 proc. w przyszłym. W tej sytuacji można oczekiwać, że Szwajcarzy spróbują osłabić swoją walutę.

– Bank centralny Szwajcarii nie wyklucza dalszych interwencji – zwraca uwagę Marcin Mróz. – Moim zdaniem to była najmniej przekonująca część komunikatu. Wziąwszy pod uwagę to, że dopiero niedawno bank zrezygnował z obecności na rynku walutowym, bardzo mało prawdopodobne wydaje się, żeby trwale na ten rynek wrócił. Jedyne, czego możemy się spodziewać, to okazjonalnych prób stabilizowania kursu franka, nie zaś permanentnej obecności na rynku walutowym.

Wprawdzie od styczniowej decyzji Szwajcarskiego Banku Narodowego tamtejsza waluta nieco straciła na wartości, jednak nadal kosztuje znacznie więcej niż na początku roku. Obecnie za szwajcarskiego franka trzeba płacić ok. 3,9 zł, podczas gdy w pierwszej połowie stycznia kosztował on o ponad 10 proc. mniej. Ta sytuacja nie służy szwajcarskiej gospodarce, zaś okazjonalne próby stabilizowania kursu franka mogą się okazać nieefektywne.

– Z punktu widzenia poziomów kursu walutowego nie powinno to mieć większego znaczenia ocenia główny ekonomista Grupy Copernicus. – Moim zdaniem raczej będzie się w najbliższym czasie wahać wokół poziomu, który widzimy na rynku walutowym obecnie. Dopiero w perspektywie kilku kolejnych kwartałów, gdy okaże się, że szwajcarska gospodarka pokazuje coraz większe oznaki ekonomicznej zadyszki, wtedy rzeczywiście możemy zobaczyć trwałe dostosowanie na rynku walutowym i słabszy kurs franka.

Większy wpływ na strategię walutowych inwestorów będzie bowiem miała kondycja tamtejszej gospodarki. Jej słabe wyniki mogą zniechęcić tych, którzy w Szwajcarii szukają głównie bezpieczeństwa.

Najbliższe kwartały to moim zdaniem nie najciekawszy obraz szwajcarskiej gospodarki – podkreśla Marcin Mróz. – Spowolnienie wzrostu gospodarczego będzie się odbijało jednak na notowaniach franka, który powinien w horyzoncie najbliższych kwartałów się osłabiać. Natomiast nie jest to perspektywa najbliższych tygodni, raczej oczekiwałbym osłabienia franka w perspektywie kilku kolejnych kwartałów, być może nastąpi to pod koniec roku.

Polskie firmy wygrywają na konkurencyjnym rynku europejskim

0

CEO Magazyn Polska

Polskie firmy wywalczyły dla siebie miejsce na światowym rynku, zdominowanym przez międzynarodowe korporacje. O tym, że spółki z naszego kraju, choć są mniejsze, to odnoszą sukcesy, świadczą chociażby statystyki eksportu, szczególnie w obrębie UE. W ubiegłym roku Polska odnotowała niemal 30 mld euro nadwyżki w handlu z krajami wspólnoty.

Jeśli popatrzymy na bilans handlowy, czyli różnicę między eksportem i importem, to co prawda w ostatnim roku wynik był ujemny, -2,4 mld euro w obrotach handlowych, ale z Unią Europejską ta nadwyżka wynosi ponad 20 mld euro. To naprawdę bardzo dużo – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr hab. Jerzy W. Pietrewicz, wiceminister gospodarki i pracownik Instytutu Rynków i Konkurencji, Kolegium Nauk o Przedsiębiorstwie w SGH. – Japonia w 2014 rok w relacjach ze światem osiągnęła nadwyżkę w wysokości 20 mld euro.

Jak wynika z danych GUS, w ubiegłym roku nadwyżka wymiany z UE wyniosła dokładnie 28,8 mld euro i była większa o 4,3 mld euro niż rok wcześniej.

Pietrewicz podkreśla, że takie statystyki polskiego eksportu świadczą o tym, że polscy przedsiębiorcy znaleźli dla siebie miejsce na globalnych rynkach. Światową gospodarkę kontrolują międzynarodowe korporacje, który wyznaczają tempo i kierunek rozwoju. Niewielkim w porównaniu do nich rodzimym firmom nie jest łatwo, jednak Polakom udało się zdobyć udział w rynku.

Wiceminister gospodarki zwraca uwagę na to, że trudno jednoznacznie zmierzyć konkurencyjność polskich przedsiębiorstw. Jednak silna i wciąż poprawiająca się pozycja eksportowa jest jednym z ważnych wyznaczników.

Można na to najprościej spojrzeć od tej strony, czy przedsiębiorstwo się rozwija, w jakim tempie, na jakich rynkach lokuje swoje produkty, czy na rynku krajowym, czy na rynkach zagranicznych, z jaką konkurencją musi się zmierzyć. Jeśli utrzymuje tempo wzrostu, jeśli wchodzi na kolejne rynki, to znaczy że jest konkurencyjne – wyjaśnia Pietrewicz.

Uzyskanie tak dużej nadwyżki handlowej w handlu z krajami UE jest niezwykle cenne. Jak zwraca uwagę Pietrewicz, europejska wspólnota to wyjątkowy rynek. Nie można go nazwać w pełni wolnym, bo dużą rolę odgrywają regulujące prawa konkurencji instytucje w Brukseli. Właśnie to unikalne połączenie gospodarki wolnorynkowej ujednolicenia rynku i kontrolowanego przez instytucje rozwoju okazało się sukcesem.

Szereg procesów nie kształtuje się tutaj spontanicznie, tylko ma charakter regulowany czy kontrolowany – podkreśla Pietrewicz. – Jak na razie wydaje się, że zdaje to egzamin, chociaż tempo rozwoju Unii nie jest imponujące. Ale nie tylko PKB się liczy, lecz także poziom życia, satysfakcja obywateli i sposób zagospodarowania wolnego czasu. To wszystko jest niewymierne, ale ważne. Myślę, że Unia Europejska ma czym się pochwalić.

Pietrewicz podkreśla, że pod wieloma względami częściowo regulowana konkurencja wewnątrz UE daje największe szanse rozwoju oraz przynosi największą korzyść obywatelom. Bruksela dba o to, by w wyniku przetrwania tylko najbardziej konkurencyjnych firm nie powstały monopole, co mogłoby nastąpić według teorii ekonomicznej.

Równocześnie ograniczenia wolnej konkurencji w UE są na tyle niewielkie, że nie przeszkadzają firmom zwiększać efektywności alokacji zasobów. Jak podkreśla Pietrewicz, nie zawsze musi to skutkować najniższymi cenami. Największą zaletą takiej konkurencji jest utrzymanie cen na poziomie akceptowalnym przez klientów, a równocześnie przynoszącym oczekiwanie zyski przedsiębiorcom.

Tam, gdzie mamy do czynienia ze wzrostem gospodarczy w warunkach stabilnych cen, możemy mówić o efektywnej konkurencji – tłumaczy Pietrewicz.

Popularność małych centrów handlowych rośnie. Konsumenci wybierają galerie blisko domu, a marki szukają obiektów z niższymi czynszami

0

 

Centra handlowe typu convenience korzystają na tym, że konsumenci coraz chętniej robią zakupy blisko domu. Mniejsze galerie, usytuowane w pobliżu dużych osiedli, notują co roku znaczne wzrosty obrotów, niektóre nawet o 30 proc. To również atrakcyjne miejsce dla sklepów, bo czynsze są dużo niższe niż w dużych galeriach. Zarządcy tych obiektów podkreślają jednak, że chcą przyciągać więcej droższych marek, bo tego oczekują klienci.

Wszyscy walczą o obniżenie kosztów. Mieszkańcy szukają tanich sieci handlowych i chcą robić zakupy blisko domu. Sklepy chciałyby wchodzić do niedużych i tanich lokalizacji, żeby nie płacić zbyt wysokich czynszów. Dzięki temu mogą oferować swoje produkty czy usługi w sensowych cenach. Chcemy, by klient był ostatecznie zadowolony i mógł w pobliżu miejsca zamieszkania robić tanie i wygodne zakupy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aleksander Walczak, prezes zarządu Dekada Realty, spółki budującej centra handlowe typu convenience i nimi zarządzającej.

Na razie spółka ma w portfelu 10 tego typu obiektów i planuje w ciągu kolejnych 2-3 lat postawić drugie tyle. Jak podkreśla prezes, segment ten szybko się rozwija. Praktycznie w każdej miejscowości mającej ponad 30 tys. mieszkańców powstają tego typu centra handlowe.

My celujemy w centra, które miałyby przynajmniej kilkunastu najemców, czyli o powierzchni od 3 tys. mkw. – mówi Aleksander Walczak. – Wtedy stwarzamy dość dobrą siłę ściągalności, bo zapewniamy podstawowy asortyment produktów, po które sięgają kupujący w trakcie codziennych zakupów.

Tego typu obiekty korzystają na tym, że klienci wolą robić zakupy blisko domu. Funkcjonujące galerie co roku notują wzrosty obrotów.

Nasze najlepsze centra rok do roku zwiększyły obroty o ponad 30 proc., a najgorsze o 5-6 proc. – wyjaśnia prezes Dekada Realty.

Receptą na sukces handlowy w małych miastach są niskie czynsze dla najemców. W takich obiektach plasują się one na poziomie 12-14 euro za mkw. i od lat pozostają stabilne. To pozwala uzyskać najemcom odpowiednią rentowność prowadzonej działalności.

–  Na tym polega uroda naszych projektów, że robimy centra w mniejszych miejscowościach czy nawet w większych miastach, ale dla lokalnej społeczności, czyli na przykład dla mieszkańców poszczególnych osiedli. Chodzi o to, żeby w te lokalizacje wchodziły marki znane, popularne, które nie płacą zbyt wysokich czynszów, bo sprzedają towary w cenach akceptowalnych dla przeciętnego Polaka – ocenia Walczak.

Dekada Realty liczy jednak na to, że również bardziej prestiżowe marki, widząc potencjał mniejszych galerii, zaczną lokować w nich swoje sklepy czy salony. Tym bardziej że rosną wymagania samych klientów: oczekują wyższego standardu, za który są gotowi płacić.

Liczymy, że w naszych centrach handlowych pojawią się sklepy z produktami i usługami na nieco wyższym poziomie, że pojawi się więcej punktów gastronomicznych i w ten sposób nasze centra zyskają pełniejszy wymiar – prognozuje prezes Dekada Realty. – W przyszłości one będą bardziej przypominały duże centra handlowe, tylko w mniejszej skali, będą miejscem codziennych zakupów, ale w pewnym zakresie cen – od najniższych do średnich, ale nie będą to centra o charakterze dyskontu wyprzedażowego.

Nowa ustawa o odnawialnych źródłach energii nie wpłynie na odbiorców energii

CEO Magazyn Polska

Osoby, które będą produkowały energię ze źródeł odnawialnych, po wejściu ustawy o OZE zyskają kosztem tych, którzy pozostaną przy całkowicie tradycyjnych źródłach. W skali kraju nieznacznie mogą też spaść nakłady na sieci przesyłowe. Będą to jednak zmiany na tyle nieduże, że nie wpłyną na odbiorców energii.

Regulacyjnie przesuniemy część pieniędzy z kieszeni jednych odbiorców energii do kieszeni drugich. W zamian za to wygenerujemy pewną ilość zielonej energii, do produkcji której zobowiązała nas Unia Europejska. Myślę więc, że z punktu widzenia całej gospodarki nie ma to wielkiego wpływu na nas jako na odbiorców energii – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Owczarski, prezes zarządu firmy energetycznej Polski Prąd.

Podpisana 11 marca br. przez prezydenta Bronisława Komorowskiego ustawa o odnawialnych źródłach energii (OZE) po raz pierwszy reguluje energetykę prosumencką. Oznacza to, że odbiorcy energii, którzy zamontują instalacje OZE, będą mogli sprzedawać nadmiar wyprodukowanej energii z powrotem do sieci. Otrzymają za to gwarantowane ustawowo stawki. Są one wyższe od stawek rynkowych i zgodnie z ustawą wynoszą od 65 do 75 groszy za kilowatogodzinę (z wyjątkiem biogazu, który jest wyceniany taniej). Ceny rynkowe wynoszą obecnie ok. 25 groszy za kilowatogodzinę.

Ustawa o OZE ma wpływ na zwiększenie kosztów dopłat do zielonej energii – podkreśla Owczarski. ‒ Ten dodatkowy wpływ związany z poprawkami prosumenckimi to około 1-1,5 zł z MWh, więc to nie jest dużo. Już dzisiaj w cenie energii elektrycznej płacimy od 30 a 35 zł za MWh dopłat do tzw. certyfikatów pochodzenia.

Zielone certyfikaty pochodzenia to prawa majątkowe, które producenci energii elektrycznej otrzymują w zamian za świadectwa wyprodukowania energii ze źródeł odnawialnych. Można nimi obracać na Towarowej Giełdzie Energii. Po wejściu w życie nowej ustawy o OZE od 1 stycznia 2016 r. system kolorowych certyfikatów zniknie i zostanie zastąpiony aukcjami energii.

Owczarski zwraca uwagę na to, że koszt dopłaty do prosumentów nie będzie istotną zmianą na polskim rynku energii. Będzie to jedynie przesunięcie środków z kieszeni konsumentów nieprodukujących zielonej energii do tych, którzy zainstalują panele słoneczne lub niewielkie elektrownie wiatrowe przy swoich domach.

Na nowej ustawie w niewielkim stopniu może skorzystać cała gospodarka, bo zmaleją wydatki na sieci przesyłowe energii elektrycznej.

Rozproszony model generacji energii jest efektywniejszy z punktu widzenia sieci dystrybucyjnej. Wymaga niższych nakładów na sieci przesyłowe i umożliwia lepsze konsumowanie prądu tam, gdzie on jest produkowany. Więc gdybyśmy zauważyli faktycznie spadek inwestycji w sieci dystrybucyjne, to wszyscy na tym zaoszczędzimy. Natomiast wydaje mi się, że przy tak niewielkich limitach wsparcia, które obecnie są na poziomie jedynie kilkuset MW mocy zainstalowanej, nie będzie to miało istotnego wpływu na całość funkcjonowania systemu energetycznego w Polsce – ocenia Owczarski.

O ile jednak koszty dopłat dla prosumentów nie będą dużym obciążeniem, o tyle negatywny wpływ na rynek może mieć to, że opłaty te będą ponosić dystrybutorzy, a nie sprzedawcy energii. To duża różnica, bo sprzedawcy funkcjonują na uwolnionym rynku i muszą konkurować ceną.

Dzisiaj sprzedawcy energii konkurują nie tylko ceną energii czynnej, lecz także ceną certyfikatów pochodzenia, które mogą wyceniać taniej bądź drożej. Jeżeli zaczniemy przesuwać te elementy związane ze wsparciem zielonej energii do części dystrybucyjnej, to znajdzie się to w części regulowanej, która jest przez prezesa URE podnoszona każdego roku o 1-3 proc., więc zmniejsza się przez to zakres wolnego rynku. Zmniejsza się liczba sprzedawców oferujących konkurencyjne ceny, w związku z tym klienci mają mniej możliwości, by oszczędzać – wyjaśnia Owczarski.

Wydawca „Wprost”: media w Polsce są skorumpowane układem politycznym bądź biznesowym

0

 

Polski rynek medialny jest zbyt ciasny, by media mogły dobrze prosperować bez patronatu biznesu lub partii politycznych twierdzi wydawca „Wprost” Michał M. Lisiecki. Jego zdaniem zbyt mało mediów zachowuje dziś neutralność polityczną i światopoglądową. Problemem jest także nadmierne wyprzedawanie prywatnych mediów inwestorom zagranicznym. Michał M. Lisiecki żałuje, że żaden z polskich koncernów nie był w stanie wziąć udziału w transakcji kupna stacji TVN.

Wolne media to zdaniem Michała M. Lisieckiego jeden z największych sukcesów transformacji ustrojowej i gospodarczej w Polsce. Dzięki dziennikarskiej kontroli poczynań władz Polska gospodarka mogła się swobodnie rozwijać. Liczne badania pokazują, że im większa jest ochrona wolności mediów i swobody wypowiedzi, tym wyższy jest poziom zamożności społeczeństwa i rozwoju biznesu. Media ze swojej natury powinny więc stać w opozycji do władz państwa i stale prowadzić z nimi spór. Polskie media stają się jednak coraz bardziej zależne od polityki, a jedną z przyczyn tego stanu jest nadmierne nasycenie rynku.

System mediów w Polsce jest trudny. Można powiedzieć, że są one uwikłane w pewien układ polityczny bądź biznesowy. Jest bardzo mało środków masowego przekazu, które podają informacje, nie wyrażają poglądów. Każdy zarzeka się, że jest wolnym medium i pisze niezależnie, natomiast zbyt silnie broniąc jakichkolwiek poglądów, stają się tubą takiego czy innego rządu, takiej czy innej partii politycznej – mówi Michał M. Lisiecki, wydawca „Wprost” i „Do Rzeczy”, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria. – Rynek jest zbyt konkurencyjny, zbyt ciasny.

Zdaniem Lisieckiego problemem polskiego rynku medialnego jest także zbyt szybka i nieodpowiedzialna prywatyzacja. W jej efekcie zbyt wiele mediów trafiło całkowicie w ręce zagranicznych inwestorów. Lisiecki uważa, że polskie władze powinny chronić rodzime media i wprowadzić regulacje prawne na wzór tych, które istnieją np. w Stanach Zjednoczonych lub Niemczech. Kraje te dbają o to, by nabywca mienia publicznego legitymował się ich paszportem lub by duży procent udziałów w jego firmie mieli obywatele tych państw.

W momencie, kiedy mamy dużo zagrożeń ze Wschodu, coraz bardziej doceniamy rolę mediów publicznych, ale one mają złą sytuację finansową. Niestety, płacenie abonamentu w Polsce nie jest ani popularne, ani nikt nie jest do tego życzliwie nastawiony. Musimy rozumieć, że jeżeli mamy słabe media prywatne w polskich rękach, to powinniśmy przynajmniej dbać o siłę mediów publicznych. Chyba dzisiaj po raz pierwszy otwarcie powiem, że jestem za płaceniem abonamentu. Sam nie płacę go od lat, ale zacznę to robić – mówi Michał M. Lisiecki.

Wydawca „Wprost” ubolewa nad tym, że żadnej polskiej firmy nie było stać na wykupienie stacji TVN. Telewizja ta za kwotę 584 mln euro została kupiona przez Scripps Network, amerykańską korporację medialną specjalizującą się w programach lifestyle&HASH39;owych. Michał M. Lisiecki uważa, że z punktu widzenia sytuacji rodzimego rynku medialnego lepiej by było, gdyby w TVN pozostał choćby niewielki udział kapitału polskiego.

Mamy liberalny rynek, to jest pozytywne, więc nie można odmówić nikomu prywatyzacji, dalszej sprzedaży i blokować takiej transakcji. Ale zwyczajnie jest szkoda, że polskich firm nie stać na kupno polskich mediów. W ogóle w polskie media bardzo mało się inwestuje, jest ich coraz mniej. Spekuluje się, że jeden z dzienników, który dzisiaj jest w polskich rękach, też sobie słabo radzi kapitałowo i że „flirtuje” z kapitałem niemieckim – mówi Michał M. Lisiecki.

O sytuacji na polskim rynku medialnym dyskutowano podczas II spotkania Round Table Mixer. RTM to cykl spotkań liderów z zakresu polityki, biznesu i mediów urodzonych po 1 sierpnia 1972 roku. Inicjatorami wydarzenia są amerykański ekonomista i finansista Matthew Tyrmand oraz prezes zarządu PMPG Michał M. Lisiecki.

Polacy coraz częściej zamawiają wielkanocne potrawy w restauracjach i firmach cateringowych

CEO Magazyn Polska

Catering wielkanocny zyskuje coraz większą popularność. Z pomocy profesjonalnych kucharzy korzystają nie tylko firmy, lecz także osoby prywatne, którym brak czasu, chęci lub umiejętności, by przygotować potrawy na wielkanocny stół. W restauracjach i firmach cateringowych można zamówić zarówno tradycyjne polskie dania, jak i potrawy bardziej egzotyczne. Cena wielkanocnego cateringu zaczyna się od 30 zł za osobę.

Z badań firmy CBOS wynika, że mniej niż połowa Polaków postrzega święta wielkanocne jako przeżycie religijne. Dla 65 proc. badanych jest to przede wszystkim okazja do spędzenia czasu z bliskimi. Polacy są przywiązani do obecności tradycyjnych potraw na świątecznym stole, coraz rzadziej jednak przygotowują je samodzielnie. Częściej korzystają z usług profesjonalnych kucharzy. Przyczyną jest przede wszystkim wygoda, chęć spędzenia czasu z rodziną oraz nadmiar obowiązków zawodowych i rodzinnych.

– Jest wiele restauracji oraz firm cateringowych, które oferują tego typu usługi. Jeżeli chcemy, żeby obiad świąteczny był zbliżony do smaków tradycyjnych, to warto wybrać restaurację, która takie potrawy oferuje. Jeżeli lubimy eksperymentować, możemy skorzystać z kuchni, która oferuje nowe smaki. Dzięki temu będziemy mogli zaskoczyć swoich bliskich i znajomych nowymi pomysłami, nowymi daniami – mówi agencji informacyjnej Newseria Anna Muras, prezes zarządu UpMenu.

Poszukując odpowiedniej restauracji, warto zajrzeć na blogi kulinarne lub strony internetowe poszczególnych lokali. Można tam znaleźć opinie i recenzje dotyczące nie tylko serwowanych dań, lecz także usług dodatkowych. Warto także odwiedzić wybrany lokal, spróbować przygotowywanych tam potraw, a nawet porozmawiać z kucharzem na ich temat. Eksperci radzą ponadto przetestowanie rzetelności dostawców, np. poprzez zamówienie lunchu do pracy. W ten sposób można sprawdzić nie tylko jakość potraw, lecz także punktualność dostawców. Składając zamówienie, należy dokładnie ustalić liczbę potraw, wielkość porcji oraz sposób i czas ich dostarczenia.

Najlepiej, jeśli wybierzemy taką firmę dużo wcześniej. Im wcześniej, tym lepiej, ponieważ wiele restauracji czasami potrafi doliczać dodatkowe opłaty za zamówienia na ostatnią chwilę. Natomiast oferta również będzie bogatsza i będziemy mieli większy wybór w restauracjach, jeżeli zaczniemy robić to dużo wcześniej – mówi Anna Muras.

Ceny cateringu wielkanocnego zaczynają się od 30 zł za osobę. Koszt zamówienia świątecznego cateringu nie różni się od kosztów samodzielnego przygotowania potraw. Z danych IBRiS Homo Homini wynika, że w 2014 roku na organizację Wielkanocy blisko 30 proc. Polaków zamierzało wydać od 101 do 300 zł. Co czwarty Polak zamierzał natomiast przeznaczyć na święta od 301 do 500 zł. Jest to kwota porównywalna do cen cateringu. Warto pamiętać o tym, że oferta restauracji i firm cateringowych może być dostosowana do indywidualnych wymagań i możliwości finansowych. Możliwe jest także obniżenie kosztów, np. poprzez wykorzystanie własnej zastawy.

– Każdy, kto myśli o zamówieniu potraw świątecznych, obawia się wysokich kosztów. Natomiast jeżeli organizujemy święta, to przygotowujemy obiad świąteczny, co oznacza, że po pierwsze, wydajemy pieniądze na zakup poszczególnych produktów, po drugie, przyrządzamy potrawy, wkładając w to czas i wysiłek, które też są cenne. Jeżeli te elementy weźmiemy pod uwagę, to może się okazać, że oferta cateringowa dostępna na rynku wcale nie jest taka droga – mówi Anna Muras.

Usługi cateringu świątecznego świadczą nie tylko duże firmy cateringowe i restauracje, lecz także mniejsze firmy, często rodzinne.

MCI realizuje wyjście z Netii za ponad 158 mln zł

Fundusz z Grupy MCI Management zobowiązał się do zbycia wszystkich posiadanych akcji Netii na rzecz FIP 11 Funduszu Inwestycyjnego Zamkniętego Aktywów Niepublicznych. Wpływy ze sprzedaży akcji przekroczą 158 mln zł a stopa zwrotu na inwestycji (IRR) wyniesie 19%.

W ramach tzw. umowy zobowiązującej zbytych zostanie prawie 27 mln akcji po cenie 5,86 zł każda, za łączną wartość ponad 158 mln zł. Termin realizacji transakcji zaplanowany został na 9 kwietnia 2015 r., z zastrzeżeniem możliwości przesunięcia daty rozliczenia na 15 kwietnia br.

– Nasza koncepcja budowania wartości Netii zakładała realny wpływ na jej strategię rozwoju. Z uwagi na posiadanie zbyt małego udziału w akcjonariacie i brak możliwości zakupu po atrakcyjnej cenie znaczącego pakietu akcji od innych akcjonariuszy, nasze możliwości realnego decydowania o kierunkach rozwoju spółki były bardzo ograniczone. Dlatego podjęliśmy decyzję o wyjściu z inwestycji, realizując stopę zwrotu na poziomie 19% IRR – powiedział Cezary Smorszczewski, Prezes Zarządu MCI Management S.A.

Niezależnie od sprzedaży akcji spółki, MCI Management podtrzymuje, że Netia niezmiennie jest atrakcyjnym aktywem telekomunikacyjnym. Prowadzona w spółce restrukturyzacja znacząco redukuje koszty operacyjne, co poprawi jej zyskowność i możliwość generowania gotówki, a przez to zwiększy potencjał dywidendy dla akcjonariuszy. Jej przewagi konkurencyjne w postaci dobrej jakości, nowoczesnej sieci światłowodowej i własnej sieci dostępowej pozwalają na dostarczanie atrakcyjnej oferty dla klientów indywidualnych i biznesowych. Natomiast realizowany podział spółki na trzy części: B2B, B2C oraz infrastrukturę, umożliwi kreowanie przejrzystej strategii dla poszczególnych działów, a przez to poprawi efektywność operacyjną.

15 maja 2014 r. subfundusz inwestycyjny MCI.EuroVentures 1.0 FIZ, należący do funduszu MCI.PrivateVentures FIZ z Grupy MCI,, nabył pakiet akcji spółki Netia S.A., największego alternatywnego operatora stacjonarnego w Polsce, stanowiący 5% jej kapitału zakładowego. Po kolejnych transakcjach nabycia, na dzień podpisania umowy z FIP 11 Funduszem Inwestycyjnym Zamkniętym Aktywów Grupa MCI posiadała 26.973.328 akcji Netii S.A. stanowiących 7,75% w jej kapitale zakładowym.

Spark Software pozyskuje finansowanie od funduszy i aniołów biznesu

Zarządzany przez MCI Capital TFI S.A. (Grupa Kapitałowa Private Equity Managers S.A.), fundusz Internet Ventures FIZ oraz park technologiczny YouNick zainwestowali w firmę Spark Software, będącą nowym biznesem pomysłodawcy e-supermarketu Frisco.pl. Do grona inwestorów dołączyli również aniołowie biznesu, m.in.: Sebstian Siemiątkowski założyciel miedzynarodowego systemu e-płatności Klarna.com oraz Andrzej Targosz, prezes Fundacji Proidea i organizator konferencji Bitspiration. Inwestycja założycieli, funduszy oraz aniołów biznesu zakłada dofinansowanie przedsięwzięcia łączną kwotą ok. 3 mln zł.

Powstała w styczniu br. spółka Spark Software pracuje nad platformą mobilną, która ma szansę zrewolucjonizować globalne zakupy offline i online produktów FMCG. Unikalny na skalę światową projekt polskich przedsiębiorców po raz pierwszy bezpośrednio połączy konsumentów z producentami towarów szybkozbywalnych. Firma zapowiada, że gotowy produkt pojawi się na rynku najpóźniej w 2016 r. Testowe wdrożenia systemu w wybranych sieciach handlowych w Polsce rozpoczną się natomiast już na początku września tego roku. Spark Software wyposaży klientów w specjalną aplikację mobilną, z której będzie można korzystać zarówno w sklepach tradycyjnych, jak i internetowych. W tych pierwszych poza rabatami za lojalność i spersonalizowanymi promocjami zyskamy także na wygodzie i oszczędności czasu przy sklepowych kasach. Zeskanowane telefonem towary będą trafiały prosto do toreb czy wózków, a przejście przez specjalnie dedykowaną bramkę z beaconami automatycznie uruchomi procedurę zapłaty. Polska branża FMCG jest dla pomysłodawców projektu jedynie pierwszym krokiem w międzynarodowej ekspansji. Jeśli platforma spełni oczekiwania rynku, firma ma szansę stać się w tym sektorze globalnym potęgą.

Dotychczas, jeśli klient np. raz w miesiącu kupował Vizir, to producent proszku, koncern Procter&Gamble, nie posiadał takiej informacji. Dzięki naszemu produktowi nie tylko uzyska taką wiedzę – oczywiście bez danych osobowych, ale będzie mógł również odwdzięczyć się konsumentowi za jego lojalność przygotowanymi specjalnie dla niego rabatami i promocjami wyjaśnia Witold Ferenc, prezes zarządu Spark Software.

Dzięki zastosowaniu naszego rozwiązania skorzystają wszystkie strony transakcji. Uciążliwe dla wielu osób, powtarzalne zakupy produktów FMCG staną się wygodniejsze, przyjemniejsze i przede wszystkim tańsze. Producenci otrzymają proste i skuteczne narzędzie, które pozwoli na zautomatyzowaną personalizację sprzedaży – do poziomu indywidualnego konsumenta. Co ostatecznie przełoży się na niższe koszty oraz wyższą efektywność działań marketingowych poszczególnych marek i brandów. Digitalizacja handlu offline opłaci się z pewnością również tradycyjnym sieciom handlowym, skracając np. kolejki przy kasach – dodaje Witold Ferenc.

Inwestycja w Spark Software to kolejny projekt realizowany wspólnie z Krajowym Funduszem Kapitałowym (KFK), który w roli współudziałowca kilkunastu funduszy inwestycyjnych typu venture capital, wspiera inwestowanie w młode polskie firmy napotykające na barierę finansowania swego rozwoju ze względu na wczesny etap działalności operacyjnej i niepewność odnośnie efektu ekonomicznego.

O YouNick

YouNick (dotychczas Nickel Technology Park Poznań) to pierwszy w Polsce niepubliczny park technologiczny. Po 8 latach działalności ewoluuje on w zgodne ze światowymi trendami miejsce wspierania innowacyjnych jednostek i biznesów. Miejsce, w którego centrum jest człowiek – najemca, pracownik i pomysłodawca innowacji. Wprowadzane w podpoznańskich Złotnikach zmiany dotyczą nie tylko istniejącej i nowo budowanej infrastruktury, ale przede wszystkim kultury organizacyjnej, oferowanego pakietu usług dodatkowych oraz prowadzonej działalności inwestycyjnej. Na terenie parku w blisko 60 firmach pracuje obecnie ponad 600 osób. Dalsze 20-30 spółek zapełni w 2015 r. nowo powstający trzeci biurowiec. Od ponad 4 lat, m.in. dzięki wykorzystaniu funduszy unijnych, YouNick aktywnie wspiera komercjalizację innowacyjnych przedsięwzięć i wyników badań w branży biotechnologicznej, medycznej, IT, chemicznej, ochrony środowiska oraz odnawialnych źródeł energii. Efektem dotychczasowego, unikalnego na skalę kraju, podejścia do procesu inwestycyjnego, jest 17 prężnie rozwijających się spółek zależnych, odnoszących coraz większe sukcesy w Polsce i za granicą.

O Internet Ventures FIZ

Internet Ventures FIZ, fundusz zarządzany przez MCI Capital TFI S.A. (Grupa Kapitałowa Private Equity Managers S.A.) inwestuje w spółki technologiczne i internetowe na etapie venture capital (wczesny etap, wzrost) działające w obszarach: digital media, Internet, software, mobile and wireless technologies (B2C), cloud computing, big data, serwisy gier i rozrywki on-line, e-advertising i m-advertising.

O Krajowym Funduszu Kapitałowym S.A.

KFK S.A. jest pierwszym polskim funduszem funduszy venture capital/private equity (VC/PE). Działalność KFK polega na inwestowaniu w fundusze venture capital, które zasilają kapitałowo małe i średnie przedsiębiorstwa polskie, szczególnie przedsiębiorstwa innowacyjne o wysokim potencjale rozwoju lub prowadzące działalność badawczo – rozwojową. Jest on współudziałowcem funduszu Internet Ventures z Grupy Kapitałowej Private Equity Managers SA.

O Private Equity Managers S.A.:

Private Equity Managers S.A. to spółka dominująca w grupie kapitałowej wyspecjalizowanej w zarządzaniu różnymi klasami aktywów w funduszach alternatywnych private equity, w tym w funduszach venture capital („Grupa”). Fundusze inwestycyjne, których portfelami inwestycyjnymi zarządzają podmioty z grupy Private Equity Managers S.A., inwestują przede wszystkim w szybko rosnące spółki z sektora technologicznego z regionu CEE. Charakteryzuje je bardzo niskie ryzyko odpływu kapitału pod zarządzaniem, związane z długoterminową specyfiką działania funduszy private equity oraz gotówkowym charakterem przychodów. Na koniec 2014 r. aktywa pod zarządzaniem grupy wyniosły 1,67 mld zł.

Popołudniowy komentarz walutowy z 27.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 27.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Noś odblaski i bądź bezpieczny na drodze

Co czwarta osoba, która ginie w wypadku, to pieszy. Jak zaznaczają policjanci, mitem jest, że najczęściej do tragedii dochodzi nocą na nieoświetlonej drodze. Aby jednak zwiększyć swoje bezpieczeństwo i być widocznym w każdej sytuacji, warto nosić odblaski.

W pierwszym kwartale bieżącego roku policja odnotowała ok. 23 tys. wykroczeń polegających na nienoszeniu elementów odblaskowych poza obszarem zabudowanym po zmierzchu. A przecież od wprowadzenia w sierpniu 2014 r. nowelizacji Prawa o ruchu drogowym jest to obowiązek. Funkcjonariusze nałożyli więc ponad 15 tys. mandatów karnych. „Przepis ten przestał być martwy […]. Piesi, którzy nie mają do dyspozycji chodnika, coraz częściej noszą kamizelki i elementy odblaskowe. Korzystają też z latarek bądź włączają telefony, gdy z naprzeciwka nadjeżdża pojazd” – zaznacza mł. insp. Marek Konkolewski z Komendy Głównej Policji.

Jak wynika z raportu przeprowadzonego w ramach kampanii „Bezpieczny, bo widoczny”, 30% osób mieszkających na wsi nie używa odblasków. W małych miastach nie nosi ich aż 55% mieszkańców. „Nasza akcja ma na celu zwiększanie bezpieczeństwa na drogach, zwłaszcza w odniesieniu do dzieci. Ważne jest przyzwyczajanie do noszenia odblasków i kreowanie na nie mody” – mówi serwisowi infoWire.pl Karolina Wirowska, koordynatorka akcji „Bezpieczny, bo widoczny”.

Kiedy wychodzimy z domu, często zapominamy o opaskach czy przywieszkach, dlatego warto kupować odzież z elementami fluorescencyjnymi. Podobnie jest z obuwiem. „To stopami wykonujemy najwięcej ruchów. Gdy buty mają odblaski, kierowcy mogą nas łatwiej i szybciej zauważyć na drodze” – zaznacza Katarzyna Nowicka z firmy Bartek.

Dobre wyniki sektora bankowego w Polsce

0

Niskie stopy procentowe, nowe regulacje dotyczące udzielania kredytów czy ryzyko osłabienia wzrostu gospodarczego z powodu konfliktu na Ukrainie – to tylko część problemów sektora bankowego w naszym kraju. Mimo tego rynek się rozwija. Widać to po wynikach osiąganych przez banki w 2014 r.

Jak czytamy w „Sprawozdaniu z działalności Komisji Nadzoru Finansowego w 2014 roku”, wynik finansowy netto polskiego sektora bankowego w ubiegłym roku wyniósł 16,23 mld zł i był najwyższy w historii. To suma o ponad 0,8 mld większa niż w roku 2013.

Powodów do zadowolenia nie kryją prezesi banków. „Wyniki finansowe Banku Pocztowego za ubiegły rok są rekordowe. Osiągnęliśmy 43,6 mln zł. Ten wynik jest o 21% lepszy niż w roku 2013. Nasze dochody w 2014 r. wzrosły o 13%, do ponad 330 mln zł, a nasz zwrot z kapitału osiągnął poziom 10,5%. Jest wyższy niż średnia na rynku” – mówi serwisowi infoWire.pl Szymon Midera, prezes Banku Pocztowego. Podkreśla również, że duży wpływ na tak dobre rezultaty miało wprowadzenie Pocztowego Konta ZawszeDarmowego – oferty, która przyciągnęła blisko 100 tys. nowych klientów.

A jaki będzie dla rynku rok 2015? Według raportu „CE Banking Outlook. North-South Divide on the Road to Recovery” należy się spodziewać, że ożywienie gospodarcze w Europie Środkowej przyczyni się do dalszego rozwoju sektora bankowego w tym regionie. W Polsce powinno się to przełożyć między innymi na większą liczbę zaciąganych kredytów. Wydaje się zatem, że polskie banki nie mają szczególnych powodów do niepokoju.

Po ogłoszeniu dobrych wyników Grodno zapowiada kontynuowanie przejęć, rozwój sieci sprzedaży oraz zwiększenie asortymentu

0

CEO Magazyn Polska

Przychody spółki Grodno, dystrybutora artykułów elektrotechnicznych, w III kwartale bieżącego roku obrotowego wzrosły o 17 proc., wynik operacyjny o 36 proc., a netto – 44 proc. W związku z tym prezes firmy zapowiada kontynuację strategii przejęć oraz powiększanie sieci punktów handlowych. Spółka rozwijać będzie sprzedaż fotowoltaiki, urządzeń z segmentu klimatyzacji i wentylacji (HVAC), specjalistycznych kabli oraz oświetlenia, szczególnie przemysłowego.

Wyniki po III kwartale są bardzo zadowalające – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Andrzej Jurczak, prezes zarządu zajmującej się sprzedażą artykułów elektrotechnicznych spółki Grodno. – Urośliśmy szybciej niż rynek: przychody wzrosły o 17 proc., wynik operacyjny o 36 proc., netto – o 44 proc. To pokazuje słuszność założonej strategii.

Sama sprzedaż, jak informuje prezes Andrzej Jurczak, odpowiada za około 55 proc. przychodów spółki. Reszta generowana jest przez dystrybucję, ale z wartością dodaną w postaci usług, projektów, audytów oraz występowanie w roli generalnego wykonawcy.

Z optymizmem patrzymy teraz na ten rok finansowy – przekonuje prezes Jurczak. – Podtrzymujemy realizację naszej prognozy finansowej. Obecnie jest bardzo dobry klimat w szeroko rozumianej branży budowlanej, chociażby ostatnia obniżka stóp procentowych daje podstawy do rozwoju tych inwestycji, są rozpisywane fundusze europejskie. Wierzę w to, że przed branżą jest dobry okres i do 2020 roku na pewno będziemy mieli co robić.

Strategia rozwoju Grodna obejmuje m.in. rozwój sieci dystrybucji zarówno poprzez rozwój organiczny, jak i przejęcia. Pod koniec lutego br. spółka podpisała umowę kupna większości przedsiębiorstwa Elektromag za 4,3 mln zł. Celem transakcji, jak podano w komunikacie, było wzmocnienie pozycji przedsiębiorstwa w segmencie przemysłowym.

Strategia rozwoju Grodna nie wyklucza rozwoju sieci przez przejęcia nowych punktów  – zapewnia prezes Jurczak. – Rynek stwarza różne okazje, bo następuje zmiana pokoleniowa i mentalna. Firmy, które mają pomysł, know-how i wiedzę oraz doświadczenie, będą się rozwijać i mają przed sobą przyszłość.

Drugą z dróg rozwoju sieci, jak przekonuje Andrzej Jurczak, jest szukanie nowych lokalizacji i ich budowa.

W tym roku finansowym uruchomiliśmy siedem punktów poprzez rozwój organiczny, więc wraz z przejętą częścią Elektromagu mamy tych punktów już osiem z planowanych dziesięciu na dwa lata finansowe – wskazuje prezes Jurczak. – To pokazuje tylko, że rozwijamy się, mamy pomysły i wykorzystujemy możliwości, które stwarza rynek.

Pod koniec listopada ubiegłego roku Grodno wznowiło, zawieszoną w czerwcu, ofertę publiczną akcji serii C. W wyniku oferty publicznej spółka pozyskała 5,65 mln zł ze sprzedaży blisko 1,9 mln akcji. Zebrane środki miały wesprzeć rozwój sieci dystrybucji, asortymentu, nowych kanałów sprzedaży oraz optymalizację procesów zarządzania w logistyce i dystrybucji.

Rozwijamy nowy segment, jakim jest klimawent (klimatyzacja i wentylacja – red.) – wyjaśnia Andrzej Jurczak. – Podpisaliśmy umowę na wyłączność z firmą Johnson Controls, rozwijamy dystrybucję marki York, zwiększamy także nasz udział w oświetleniu. Kolejnym obszarem rozwoju jest informatyka, w którą również inwestujemy, tak jak zapowiadaliśmy w prospekcie emisyjnym.

Grodno chce rozwijać sprzedaż, jak zapowiada prezes Jurczak, urządzeń fotowoltaicznych, zwiększać udział w przychodach dystrybucji specjalistycznych kabli, automatyki oraz oświetlenia przemysłowego.

Prognoza dla branży na kolejny rok będzie bardzo pozytywna – zapewnia Andrzej Jurczak. – Jestem dobrze nastawiony do nowego roku finansowego.

Grodno jest notowane na rynku NewConnect od 2011 roku.