Przejęcie firm Cursor oraz Divante pozwoli spółce Tell wejść na rynek e-commerce i zdywersyfikować działalność. Firma liczy na dwucyfrowy wzrost tegorocznych przychodów i marż

0

CEO Magazyn Polska

Przejęcie spółki Cursor oraz większościowego pakietu akcji Divante, o którym Tell SA poinformował na początku marca, pozwoli spółce wejść w obszar e-commerce i oferować klientom nowe usługi. Zdaniem prezesa spółki Rafała Stempniewicza nie należy się jednak spodziewać bezpośrednich efektów synergii, takich jak redukcja kosztów. Koszt przejęć obciążył wynik brutto 2014 r., natomiast w 2015 r. Tell liczy na dwucyfrowy wzrost przychodów i marż. Dokładną prognozę spółka opublikuje w maju. 

Nie można powiedzieć, że po tej transakcji będziemy mieć jakieś bezpośrednie synergie, które chcielibyśmy wykorzystywać – precyzuje Rafał Stempniewicz. – Spółki te bardziej pasują do tego, żebyśmy wspólnie działali dla nowych i istniejących klientów, niż żeby wykazywać synergie po połączeniu. Tutaj takiej sytuacji raczej nie będzie.

Na rynku telefonii komórkowej Tell SA funkcjonuje od 1997 r. Działalność przedsiębiorstwa koncentruje się na sprzedaży telefonów i usług telekomunikacyjnych sieci Orange Polska SA oraz akcesoriów do aparatów komórkowych. Obecnie firma jest największym dealerem Orange: pod szyldem spółki działa 159 punktów w całej Polsce, w których pracuje 440 osób. Z kolei Cursor i Divante działają w branży e-commerce i obsługują łącznie kilkaset firm z branży FMCG, finansowej, telekomunikacyjnej oraz farmaceutycznej. Jak podaje spółka, w 2017 roku chce na poziomie grupy osiągnąć skonsolidowany wynik EBITDA w wysokości 25 mln zł.

Transakcja odbyła się pod koniec 2014 roku, dlatego związane z nią koszty będą miały odzwierciedlenie w wynikach za ubiegły rok, czyli tym samym w br. już ich nie będzie – zauważa Stempniewicz. – W tym roku i w latach następnych liczymy na solidny wzrost wyników. O szczegółach i prognozach spróbujemy poinformować rynek w okolicach maja, wtedy też pokażemy tegoroczne prognozy. Planujemy minimum dwucyfrowe wzrosty zarówno przychodów, jak i marż.

Wyniki 2014 roku były w Tellu nieco słabsze od tych z 2013 roku. Przychody spadły do 248,6 mln zł z 263,9 mln zł, zysk operacyjny zmniejszył się do 10,8 mln zł z 11,5 mln zł, a zysk netto wyniósł 6,03 mln zł wobec 8,6 mln zł rok wcześniej.

Dzięki przejęciu dwóch spółek i inwestycji kapitałowej Tell SA, jak tłumaczy Stempniewicz, wszedł w nowy rynek, czyli e-commerce, co pozwoliło mocno zdywersyfikować działalność.

Tell był spółką pracującą niemal wyłącznie dla operatorów telefonii komórkowej – wskazuje prezes zarządu spółki. – Dzięki tej inwestycji możemy pochwalić się dużo większym portfolio klientów oraz wykonywanych aktywności.

Na początku marca br. spółka poinformowała, że złożyła inwestorowi, czyli spółce OEX, ofertę objęcia 1,77 mln akcji po cenie emisyjnej 13 zł za jeden papier, czyli (łącznie) 23,11 mln zł. Inwestor przyjął ofertę, obejmując tym samym wszystkie przedstawione do sprzedaży akcje. W zamian za to przeniósł na Tell SA 163,5 mln akcji spółki Cursor SA o wartości nominalnej jednego grosza, stanowiących 100 proc. jej kapitału zakładowego o łącznej wartości 36,8 mln zł oraz 592 udziałów o wartości nominalnej 50 zł każdy w kapitale zakładowym firmy Divante, stanowiących 51 proc. o wartości 6,8 mln zł.

Spółka easyCALL.pl rozwija sieć sprzedaży i planuje pozyskanie partnera z zagranicy. Eksport usług ma zwiększyć przychody o jedną piątą

CEO Magazyn Polska

Spółka easyCALL.pl chce rozwijać sieć sprzedaży dla małych i średnich przedsiębiorstw poza województwem mazowieckim. W związku z tym spółka rozbudowuje pakiety oferowanych usług dotyczące przede wszystkim telekonferencji oraz wirtualnej centrali. Z każdego nowego oddziału firma spodziewa się pozyskać kilkudziesięciu nowych klientów w miesiącu. easyCALL.pl poszukuje także partnerów do współpracy za granicą. Eksport usług hurtowych ma zwiększyć przychody o około jedną piątą, czyli o 3 mln zł.

W ubiegłym roku zaczęliśmy intensywnie rozbudowywać dział sprzedaży skierowany do małego i średniego biznesu (B2B, czyli Business to Business – red.) – informuje agencję Newseria Inwestor Michał Jakubowski, prezes zarządu easyCALL.pl. – W województwie mazowieckim zakończyło się to sukcesem, jesteśmy zadowoleni z osiąganych tam i stale rosnących wyników. W związku z tym chcemy rozwinąć tego typu sprzedaż w województwach ościennych. Mamy nadzieję, że stanie się to do połowy br., a wyniki tych działań powinny być widoczne pod koniec tego roku lub na początku przyszłego.

Zarząd easyCALL.pl zakłada, że z każdego nowego oddziału można pozyskać kilkudziesięciu klientów biznesowych w miesiącu. Jeśli się to uda, to baza abonencka firmy pod koniec br. powinna wzrosnąć do kilku tysięcy. W związku z tym spółka planuje rozwój oferowanych temu segmentowi odbiorców usług, przede wszystkim tych związanych z telekonferencjami oraz wirtualną centralą (możliwość obsługi średniej wielkości przedsiębiorstwa).

Wiemy, że sprzedaż usługi telekomunikacyjnej polegającej na połączeniu dwóch osób nie jest rzeczą, która może przekonać klientów do tego, by zmienili usługodawcę – zauważa Jakubowski. – W związku z tym już w zeszłym roku stworzyliśmy kilka produktów specjalnie dla małych i średnich przedsiębiorstw: wirtualną centralę i telekonferencje. Usługi te już oferujemy, obecnie są dźwignią naszej sprzedaży i sprawdzają się bardzo dobrze.

Krajowe firmy są coraz bardziej zainteresowane telefonią internetową. Według raportu specjalizującej się w badaniach rynków Europy Środkowej i Wschodniej firmy PMR liczba linii VoIP (skrót od ang. Voice over Internet Protocol) w segmencie B2B w Polsce w ciągu ostatnich lat nieprzerwanie notuje wzrost i pod koniec 2013 r. przekroczyła pół miliona. Największy przyrost liczby linii w stosunku do roku wcześniejszego odnotowano w 2010 roku, kiedy grupa abonentów zwiększyła się o ponad 35 proc. W 2013 roku wzrosła o ponad 13 proc. Szacuje się, że obecnie z usług telefonicznych w formule VoIP korzysta w Polsce przeszło 2,5 mln abonentów. W Europie liderem jest Francja (22 mln numerów) oraz Niemcy (10 mln).

Myślimy o sprzedaży za granicę naszych usług w formie hurtowej – zapowiada Jakubowski. – W związku z tym zamierzamy bardzo intensywnie rozwijać dział sprzedaży. Chcemy w br. zatrudnić kilku topowych menadżerów firm telekomunikacyjnych, więc mamy nadzieję, że te plany są bardzo realne. Pierwsze informacje na ten temat przedstawimy w przeciągu miesiąca, może dwóch.

W kręgu zainteresowań firmy znajdują się zagraniczni operatorzy telekomunikacyjni, którzy mogliby uzupełnić swoje portfolio o usługi oferowane przez easyCALL.pl klientom biznesowym na krajowym rynku i dostosować ofertę do tamtejszego zapotrzebowania.

Myślę, że taka sprzedaż mogłaby zwiększyć nasze przychody o blisko 20 proc., czyli o około 3 mln zł – wskazuje Jakubowski.

Analitycy PMR szacują, że do 2017 r. światowe przychody z tytułu biznesowych usług opartych o protokół internetowy będą rosnąć 7 proc. rocznie. Zainteresowanie firm wynika nie tylko z niższych kosztów połączeń, które w porównaniu do telefonii stacjonarnej mogą kosztować mniej nawet o 60 proc., lecz także z dostępu do szeregu dodatkowych usług, których brakuje w ofercie tradycyjnych telekomów.

Resort pracy: Polskie przepisy antymobbingowe są dobre, więc nie ma potrzeby ich zmieniać. Najważniejsze są zasady wewnątrz firm

 

Wprowadzone w Polsce przepisy mające przeciwdziałać mobbingowi w pracy są dobre i nie ma potrzeby ich zmieniać – ocenia resort pracy i zapowiada promowanie dobrych praktyk wśród pracodawców. Możliwości jest wiele: począwszy od kodeksów etycznych, skończywszy na uruchomieniu telefonów zaufania dla pracowników.

Zmiana prawa pracy w Polsce nastąpiła bezpośrednio przed naszą integracją z Unią Europejską. To wtedy kodeks pracy został obudowany regulacjami, które dotyczyły zasad przeciwdziałania dyskryminacji w miejscu pracy oraz przeciwdziałania mobbingowi.

Toczono długie dyskusje, czy wybrać model regulowania problematyki mobbingu w polskim kodeksie pracy, czy też postąpić tak, jak większość krajów Unii Europejskiej i odwoływać się do przepisów kodeksu cywilnego – mówi agencji informacyjnej Newseria Jacek Męcina, wiceminister pracy i polityki społecznej. – My wybraliśmy tę trudniejszą, ale i bardziej efektywną ścieżkę uregulowania odpowiedzialności pracodawcy za działania mobbingowe, które dzieją się w firmie.

Pracodawca odpowiada za mobbing wśród swoich pracowników, mimo że bardzo często może nie wiedzieć, że w relacjach między bezpośrednim przełożonym a podwładnym źle się dzieje. Dlatego ważne jest promowanie i wdrażanie w firmach procedur antymobbingowych.

W firmie, w której jest jasny kodeks etyki i w której jest procedura antymobbingowa, pracownik, który się czuje dyskryminowany albo mobbingowany, może się zwrócić do osoby godnej zaufania, może też wystąpić z wnioskiem, aby specjalna komisja antymobbingowa rozpatrzyła tę sprawę – podkreśla Jacek Męcina.

Takie rozwiązania funkcjonują również w ministerstwie pracy. Korzysta z nich wiele firm, bo dobrze przygotowane mechanizmy i procedury działają jak bezpieczniki. Gdy pojawia się problem, zostaje on zidentyfikowany i rozwiązany. Wtedy nie ma powodu, by firma ponosiła konsekwencje niewłaściwych poczynań swego pracownika.

Są też innowacyjne rozwiązania. Na przykład firma w porozumieniu ze stowarzyszeniem psychologów wykupuje usługę, która jest pewnego rodzaju telefonem zaufania. Gdy z rozmowy wynika, że jest jakiś problem, pracodawca jest o tym powiadamiany, a pracownik otrzymuje porady, jak ma postępować. Takie działania są potrzebne – mówi wiceminister. – Powszechnym rozwiązaniem są także strony internetowe i różne komunikatory. Można z tą informacją dotrzeć do pracowników. Rzecz w tym, by podjąć te odpowiedzialne działania w każdej firmie.

Jak podkreśla, najważniejsza jest popularyzacja. Pracodawcy muszą wiedzieć, że są rozwiązania, które mogą pomóc osobom zagrożonym lub mobbingowanym w miejscu pracy. Zdaniem wiceministra przyniesie to lepsze efekty niż ewentualne zaostrzenie przepisów prawnych.

Rocznie sądy rozpatrują ok. 600-700 spraw o mobbing, z czego większość kończy się przegraną osób pozywających. Męcina zwraca uwagę na to, że często okazuje się, że to, co poszkodowany pracownik nazywa mobbingiem, tak naprawdę okazuje się dyskryminacją. Tymczasem nie jest rolą pracodawcy, by oceniać takie kwestie. Rolą pracodawcy jest stworzenie mechanizmów, które będą przeciwdziałać takim zjawiskom.

Jeżeli pojawia się problem, to jedynym właściwym do rozstrzygnięcia jest, po pierwsze, zainteresowany, który może z daną sprawą zwrócić się do sądu, a po drugie, właśnie sąd. Dużo ważniejsze są jednak działania prewencyjne, a więc procedury antymobbingowe, regulaminy i kodeksy etyczne, które firmy muszą przyjmować i popularyzować zarówno wśród management, jak i wśród pracowników, żeby zwiększać świadomość ich uprawnień – podkreśla Jacek Męcina.

Rozwiązywanie sporów konsumenckich poza sądem ma być łatwiejsze. We wtorek rząd zajmie się założeniami do nowych przepisów

0

 

Na najbliższym posiedzenie rząd ma zająć się projektem założeń do ustawy o pozasądowym rozstrzyganiu sporów. Przygotowywane przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zmiany mają ułatwić i przyspieszyć rozwiązywanie sporów między konsumentami a przedsiębiorcami. Pomijanie drogi sądowej staje się coraz popularniejsze, bo jest zdecydowanie szybsze, tańsze i bardziej skuteczne. Urząd liczy, że nowe przepisy zostaną przyjęte do końca kadencji Sejmu.

Czasami jest tak, że wszystkich problemów między klientami a przedsiębiorcami nie da się rozwiązać horyzontalnie, w związku z czym trzeba dokładnie przeanalizować konkretny spór. Temu będzie służył system ADR, czyli system alternatywnego sposobu rozwiązywania sporów, który w tej chwili tworzymy poprzez nowe przepisów ustawy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dorota Karczewska, wiceprezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Jak podkreśla, dziś często konsument nie wie, do jakiej instytucji może się zgłosić, kiedy pojawi się spór z przedsiębiorcą. W nowym systemie ADR wskazane będą podmioty, zarówno publiczne, jak i niepubliczne, które będą mogły udzielić konsumentowi wsparcia i pomóc w pozasądowym rozstrzygnięciu sporu.

Po wejściu w życie nowych przepisów konsument ze swoją skargą będzie się mógł zwrócić do konkretnego ośrodka ADR branżowego albo innego, gdzie jego spór zostanie rozpoznany – wyjaśnia Karczewska.

Sprawy te będą trafiały do ADR przy takich instytucjach, jak Inspekcja Handlowa, Urząd Regulacji Energetyki czy Urząd Komunikacji Elektronicznej. Warunkiem jest to, by ADR-y były bezstronne, sprawiedliwe, a ich działania transparentne. Postępowania prowadzone w ramach nowego systemu mają być nie tylko znacznie łatwiejsze i szybsze (proponowany maksymalny czas rozpatrzenia sporu to 90 dni), lecz także mniej kosztowne.

Unijne regulacje zakładają, że uzupełnieniem systemu ADR ma być elektroniczna platforma (ODR), która ułatwi rozwiązywanie sporów między konsumentami i przedsiębiorcami z różnych państw członkowskich UE.

Projektem założeń do nowych przepisów na najbliższym posiedzeniu 31 marca ma się zająć Rada Ministrów.

Przyjęcie nowych rozwiązań wymusza na Polsce dyrektywa z 2013 roku w sprawie alternatywnych metod rozstrzygania sporów konsumenckich. Termin jej implementacji upływa 9 lipca br.

Mam nadzieję, że ustawa zostanie uchwalona do końca kadencji tego Sejmu – mówi Karczewska.

Dziś polubowne rozwiązywanie sporów jest możliwe tylko w przypadku niektórych usług i transakcji, ale zyskuje na popularności. Urząd liczy na to, że nowe przepisy jeszcze zwiększą odsetek rozstrzyganych w ten sposób spraw. Oczekuje, że w ciągu pięciu lat liczba spraw podwoi się i wyniesie ok. 45 tys. rocznie.

Aby konsument poczuł się na rynku bezpiecznie, potrzebne są przepisy nowej ustawy konsumenckiej, ale istotne są również organy, które go chronią – tłumaczy wiceprezes UOKiK. – Konieczne jest, by w tym zakresie instytucje współpracowały ze sobą w sieci. W mojej ocenie ważna jest także siła popytowa konsumentów. Dzisiaj potrafią oni czasami przeciwstawić się nieuczciwym praktykom stosowanym przez firmy z różnych branż. To bardzo ważny element, którego wcześniej nie było.

HSBC: Polskie firmy mogą skorzystać na boomie w tureckiej gospodarce. Największe szanse mają firmy zajmujące się infrastrukturą energetyczną, transportową i telekomunikacyjną

CEO Magazyn Polska

Polscy przedsiębiorcy mogą skorzystać na dużym zapotrzebowaniu na inwestycje w szybko rosnącej tureckiej gospodarce. PKB tego kraju liczone w dolarach wzrosło w ciągu ostatniej dekady ponaddwukrotnie, a perspektywy są równie dobre  w najbliższych latach prawdopodobnie będzie się zwiększało o około 5 proc. Szykują się duże inwestycje infrastrukturalne. Największą szansę na tym rynku mają firmy specjalizujące się w inwestycjach z sektora energetycznego, transportu i telekomunikacji. Ale rośnie także zapotrzebowanie na dobra konsumpcyjne.

– Turcja w ostatnich latach przeszła transformację – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Jaime Amoedo, odpowiedzialny za bankowość międzynarodową w tureckim oddziale banku HSBC. – W ciągu ostatniej dekady PKB tego kraju niemal potroiło swoje rozmiary. To jest rynek z 80 milionami mieszkańców i każdego roku powiększa się o milion. Przewiduje się, że w przyszłości Turcja będzie najszybciej rozwijającym się rynkiem OECD, z prawdopodobnym wzrostem pomiędzy 5-6 proc. rok do roku.

W październiku ubiegłego roku Turcja obniżyła prognozy wzrostu gospodarczego w 2015 roku do 4 proc., uzasadniając korektę niekorzystnymi warunkami panującymi w światowej gospodarce. Według Ahmeta Davutoğlu, premiera tego kraju, powrót na ścieżkę szybszego wzrostu uzależniony jest m.in. od rozwoju technologii, krajowych zasobów energii, zwiększenia wydajności energetycznej i wsparcia sektorów zdrowia oraz turystyki.

Zdaniem premiera Turcji nowa strategia zwiększy produkt krajowy brutto Turcji w 2018 roku do 1,3 bln dolarów (w ubiegłym roku wyniósł on 822 mld dolarów; dla porównania PKB Polski to około 520 mld dolarów). W tym czasie deficyt na rachunku obrotów bieżących ma być zredukowany z 7 proc. w 2013 roku do 5,2 proc., a bezrobocie ma spaść do 7 proc. z prawie 10 proc. obecnie. W ślad za tym prognozy PKB Turcji zredukowała także Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). Według tej instytucji PKB tego kraju ma wzrosnąć w 2015 roku o 3,2 proc., a nie o 4 proc., jak wcześniej sądzono. OECD oczekuje ponownego przyspieszenia dynamiki do 4 proc. w 2016 r.

Polskie firmy mają w Turcji wiele możliwości. Trudno znaleźć tam sektor, który się nie rozwija albo nie przeżywa rozkwitu – uważa Jaime Amoedo. – Na tureckim rynku jest duże zapotrzebowanie na infrastrukturę energetyczną, transportową i telekomunikacyjną. Nie mam wątpliwości, że polskie firmy, które szczególnie liczą się w tym sektorze, mają duże szanse na tureckim rynku. W budżecie ujęto na przykład budowę około 11 tysięcy kilometrów tras dla szybkich pociągów.

Jak podkreśla, w Turcji rośnie także zapotrzebowanie na dobra konsumpcyjne. Jego źródłem jest powiększająca się co roku klasa średnia, największy odbiorca tego rodzaju produktów.

– Dziesięć lat temu w Turcji było zaledwie 60 galerii handlowych, dziś jest ich ponad 350 – mówi ekspert HSBC. – Są tu naprawdę dobre możliwości rozwoju dla marek, które wchodzą na ten rynek ze swoimi produktami.

Jego zdaniem Turcja stwarza dobre warunki dla zagranicznych przedsiębiorstw, które przez tamtejszą administrację traktowane są tak samo, jak miejscowe. Obecnie w Turcji prowadzi działalność około 30 tys. podmiotów z kapitałem zagranicznym.

– Turecki rząd podjął w ostatnich latach wiele inicjatyw, żeby przyciągnąć zagraniczne firmy – zauważa Jaime Amoedo. – Warto wskazać na projekt rozwoju regionalnego, który daje duże korzyści przedsiębiorstwom decydującym się na ulokowanie swojego biznesu w regionach niebędących typowymi miejscami inwestycji, w zakresie obniżenia podatków, składek na ubezpieczenie społeczne itd. To widoczna różnica, która pomaga szybko stać się konkurencyjnym zakładem produkcyjnym na tureckim rynku.

Odpowiedni lobbing w Brukseli może pomóc biznesowi. Polskie firmy są tam wciąż mało aktywne

CEO Magazyn Polska

Tylko 4,2 proc. polskich organizacji gospodarczych ma biuro w Brukseli. To niewiele, bo wśród niemieckich organizacji odsetek ten sięga ponad 44 proc. Tymczasem skuteczny lobbing w Brukseli może przynieść wiele korzyści biznesowi. Ponad 70 proc. prawodawstwa, które dotyczy przedsiębiorców, powstaje właśnie w instytucjach unijnych.

To nie polski rząd stanowi większość praw, które mają wpływ na polskie przedsiębiorstwa. To, o czym muszą pamiętać firmy, to fakt, że ponad 70 proc. prawodawstwa, które na nie wpływa, pochodzi z Brukseli – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jeremy Galbraith, prezes na Europę, Środkowy Wschód i Afrykę w Burson-Marsteller, światowej firmie public relations i public affairs. – Prawodawstwo może dodać regulacje, faworyzować jednego gracza w danym sektorze, może też wprowadzić zakaz wobec danych produktów. Dlatego jeśli polskich firm zabraknie w Brukseli, w związku z czym nie będą próbować wpływać na prawodawstwo, z miejsca na tym stracą.

Jak podkreśla, jest to tym bardziej istotne, że firmy z innych państw członkowskich oraz międzynarodowe korporacje z USA czy Chin aktywnie lobbują na rzecz swoich interesów w Brukseli.

Jak wynika z badań Eurolob II, dotyczącego lobbingu w Brukseli, jedynie 4,2 proc. polskich organizacji gospodarczych ma w stolicy Belgii biuro. W Niemczech odsetek ten jest dziesięciokrotnie wyższy – 44,3 proc. Niecałe 12 proc. organizacji polskich posiada wpis w rejestrze przejrzystości UE, ale są to przede wszystkim małe organizacje.

Badanie wskazało też, że większość polskich organizacji ma budżet na działania lobbystyczne niższy niż 100 tys. euro, a tylko w niecałych 5 proc. firm budżet mieści się w przedziale 1-5 mln euro. Takie środki są do dyspozycji 34 proc. organizacji niemieckich, ponad 30 proc. francuskich i 23 brytyjskich.

Najważniejsze jest to, by polskie firmy były obecne w Brukseli, żeby były aktywne w stowarzyszeniach handlowych, żeby miały w Brukseli swoje przedstawicielstwa. Duże amerykańskie, brytyjskie, holenderskie czy francuskie firmy mają tam swoje biura, w których jest ktoś, kto dba o te kwestie. Bardzo niewiele polskich firm to robi, a obecność tam jest najważniejsza – mówi Jeremy Galbraith.

Inną metodą może być członkostwo w stowarzyszeniach handlowych, które są skuteczne jako rzecznicy firm i organizacji, lub też korzystanie z pomocy zawodowych doradców.

Jak podkreśla Galbraith, unijne prawo nie reguluje lobbingu przepisami, jednak został stworzony rejestr przejrzystości. Choć jest on dobrowolny, to Komisja Europejska wyraźnie zaznacza, że jest gotowa spotykać się wyłącznie z tymi organizacjami, które się w nim zarejestrowały.

Byłoby lepiej, gdyby rejestracja była obowiązkowa, tak żeby wszystkie organizacje lobbujące musiały się rejestrować. Nie podjęto jednak tak daleko posuniętych kroków – zaznacza ekspert.

Ekspert zaznacza, że przy lobbowaniu kluczowa jest transparentność i odpowiednie rozeznanie. Ważne jest także podjęcie inicjatywy na odpowiednio wczesnym etapie, kiedy można mieć jeszcze wpływ na podejmowane decyzje.

Trzeba umieć dobrze przedstawić swoją sprawę i trzeba mieć niezależną ocenę ekonomiczną lub naukową. Ważne jest także to, by używać właściwych narzędzi lobbingu. Najskuteczniejszym środkiem jest spotkanie z kimś twarzą w twarz. Trzeba się upewnić, czy mamy odpowiednie materiały. Firmy uwielbiają wielostronicowe dokumenty, a statystyczny polityk chce znać trzy najważniejsze zagadnienia. To moim zdaniem najważniejsze wskazówki, które pomogą skutecznie lobbować – mówi prezes Burson-Marsteller.

Branża drobiarska eksportuje coraz więcej. Embargo rosyjskie nie szkodzi, bo większość produkcji trafia do Europy

CEO Magazyn Polska

Ubiegły rok był bardzo dobry dla polskiej branży drobiarskiej, a kolejne zapowiadają się równie dobrze. Niemal 900 tys. ton drobiu z rekordowej produkcji na poziomie 2,1 mln ton trafiło na eksport. Sprzedaż zagraniczna wzrosła o 20 proc., a poza UE – o 28 proc. Polska dominuje na rynku europejskim – jest największym producentem i czwartym największym eksporterem mięsa drobiowego.

Branża drobiowa jest wzorem dla polskiego eksportu, dlatego że ma dobrze zdywersyfikowane kierunki dystrybucji. Większość eksportu trafia do Unii Europejskiej, więc rosyjskie embargo praktycznie w ogóle nie wpłynęło na jego wielkość. Rynki rozwijające się takie jak Azja, Afryka Północna, RPA czy Chiny, to kierunki, gdzie również dobrze rozwija się eksport i w ciągu roku wzrósł o 28 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Wcisło, prezes zarządu Kompas Poland, firmy dostarczającej informacje biznesowe.

W 2014 r. produkcja polskiej branży drobiarskiej sięgnęła 2,1 mln ton. Z tego 867 tys. ton trafiło na rynki zagraniczne – głównie, ale nie tylko do krajów Unii Europejskiej. Niemal 150 tys. ton mięsa drobiowego polscy producenci sprzedali poza wspólnotę. Szczególnie atrakcyjnym rynkiem jest Afryka. Dwóch największych pozaunijnych odbiorców polskiego drobiu to RPA oraz Benin.

W Europie nasz drób trafia m.in. do Niemiec, Wielkiej Brytanii, Czech, Francji i Włoch. Te rynki, mniej ryzykowne niż azjatyckie i afrykańskie, pozostaną głównym odbiorcą. Jak podkreśla Wcisło, perspektywy dla polskiej branży są bardzo optymistyczne.

Badania europejskie wskazują, że w najbliższych dziesięciu latach nastąpi wzrost konsumpcji mięsa drobiowego. Już ostatnie lata pokazały kilkuprocentowe wzrosty konsumpcji, a wraz z nimi rośnie produkcja ‒ mówi Wcisło. ‒ Wysoka jakość naszego produktu, zgodna z unijnymi normami, daje nam szansę na to, że 2015 rok oraz kolejne lata będą okresem dalszego rozwoju i sukcesów polskiego rynku drobiarskiego.

Według prognoz do 2020 r. Europejczycy rocznie będą zjadali 13,7 mln ton mięsa drobiowego. To o 1,2 mln ton więcej niż obecnie. Polska, która już jest największym producentem drobiu i cały czas poprawia pozycję w rankingu eksporterów, ma duże szanse skorzystać z tego wzrostu.

Rozwój eksport polskiego drobiu wspierają także władze. Agencja Rynku Rolnego w tym roku wyda w ramach Funduszu Promocji Mięsa Drobiowego ponad 12,1 mln zł. Dzięki tym środkom mięso i przetwory drobiowe będą promowane w Polsce i za granicą (m.in. w UE, RPA, Chinach i Wietnamie, a także w ramach osobnego programu na pograniczu polsko-czeskim). Opłacone zostanie też uczestnictwo w targach, badania rynkowe i naukowe oraz szkolenia.

Dzięki temu wsparciu polski przedsiębiorca będzie dobrze przygotowany do eksportu. Ale już dzisiaj polski przemysł drobiarski i producenci są bardzo wysoko oceniani w Unii Europejskiej dzięki kilku elementom. To jest nie tylko jakość mięsa, lecz także sposób przechowywania, a więc mrożenie, pakowanie, transport wysokiej jakości oraz przestrzeganie wymaganych norm europejskich – mówi Wcisło.

Od kilku lat branża drobiarska notuje co roku wzrosty o 7-8 proc. Towarzyszy temu wzrost spożycia drobiu przez Polaków – w 1990 r. jedliśmy tylko średnio 11 kg drobiu na osobę rocznie, ale w 2013 r. było to już niemal trzy razy więcej. Mięso to jest w Polsce popularniejsze niż w innych krajach Europy, bo unijna średnia to tylko 22,5 kg na osobę rocznie.

Netto Polska zamierza co roku otwierać do 30 nowych sklepów i zatrudniać ponad 300 osób

0

CEO Magazyn Polska

Nawet 30 nowych sklepów rocznie chce otwierać w Polsce duńska sieć dyskontów Netto. To jednak o połowę mniej niż firma zapowiadała poprzednio. Obecnie właściciel Netto przeznacza na inwestycje 200 mln zł i planuje zatrudnienie ponad 300 osób.

Netto ma obecnie w Polsce 335 sklepów oraz dwa centra logistyczne. Od października 2013 r., gdy otwarty został 300. sklep Netto w Polsce, sieć uruchomiła w naszym kraju 35 nowych placówek. Przeciętny metraż polskiego marketu sieci to 750 mkw. Duńska firma poza Polską i rodzimym rynkiem działa jeszcze w Niemczech i Szwecji.

– Ograniczyliśmy nieco nasze inwestycje, nie ze względu na wyniki, bo jesteśmy z nich bardzo zadowoleni, lecz ze względu na zmianę właściciela w naszej spółce matce – mówi agencji informacyjnej Newseria Kent Petersen, dyrektor generalny Netto Polska. – Wciąż jednak mamy plany rozwoju w Polsce, choć już nie tak agresywne, jak planowaliśmy dwa lata temu. Teraz chcemy otwierać od 25 do 30 sklepów rocznie.

Rok temu większościowym udziałowcem Dansk Supermarked, właściciela ponad 1300 sklepów sieci Netto w Europie, została duńska Grupa Salling. Przed zmianą w akcjonariacie spółka deklarowała uruchamianie w Polsce od 50 do 75 sklepów rocznie. Zamierzała też otwierać co roku jedno nowe centrum logistyczne w naszym kraju. Z nowym właścicielem rozwój sieci Netto będzie nieco wolniejszy.

– 25 sklepów z około 12 pracownikami w każdym i kilku pracowników do magazynu – to są wyliczenia dotyczącej tej inwestycji – powiedział Kent Petersen podczas Poland & CEE Retail Summit 2015. – Dziś zatrudniamy 4,8 tys. osób i na pewno będzie więcej. Inwestycje będą warte około 200 milionów złotych.

Netto zadowolone jest z wyników osiągniętych w Polsce w zeszłym roku, choć dyrektor sieci podkreśla, że nie pomaga w działalności rosyjskie embargo na polską żywność. Spowodowało ono spadki cen, które przyczyniły się do deflacji, co w ocenie dyrektora generalnego Netto Polska było najważniejszym dla handlu wydarzeniem w zeszłym roku.

– Widzieliśmy też reakcję Narodowego Banku Polskiego. Obniżka stóp procentowych była słuszną decyzją. Już obserwujemy, że ceny zaczynają iść w górę. Brakowało nam takiej reakcji w ubiegłym roku – podkreśla Kent Petersen.

Netto jest trzecią co do wielkości siecią dyskontów w Polsce. Duńczyków wyprzedzają Portugalczycy z Jeronimo Martins, czyli właściciele Biedronki z ponad 2,5 tys. placówek, oraz niemiecki Lidl, który ma ich przeszło 0,5 tys. Mimo czasowego ograniczenia tempa rozwoju Netto deklaruje, że zamierza realizować swoją strategię długookresową, która zakłada m.in. podwojenie liczy sklepów w Polsce.

W call contact center roboty mogą zastąpić ludzi. Branża usług telefonicznych w Polsce nie będzie już tak szybko rosła

CEO Magazyn Polska

W branży call contact center pracuje w Polsce ok. 200 tys. osób. Polskie centra obsługują wiele różnych firm w kilkunastu językach. Po 20 latach dynamicznego rozwoju teraz branżę czeka pewna stagnacja, a zagrożeniem dla zatrudnionych w centrach obsługi telefonicznej jest zmierzanie w kierunku automatyki.

Z jednej strony jesteśmy bardzo nastawieni na jakość pracy, więc branża call center będzie rozwijać się w oparciu o wysokie kompetencje pracowników, którzy będą w stanie udzielić konkretnej odpowiedzi, adekwatnej do tego, czego dzwoniący do call center klient poszukuje. Jest to dosyć kosztowna usługa, dlatego będziemy mieli coraz więcej urządzeń, aplikacji i systemów, które będą usprawniały obsługę klienta zarówno w zakresie jego identyfikacji, jak i udzielania mu konkretnych odpowiedzi – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wiktor Doktór, prezes zajmującej się wspieraniem usług outsourcingowych fundacji Pro Progressio.

Branża call contact center działa w Polsce od 20 lat. Kiedyś kontakt z klientem był wyłącznie telefoniczny (call center), dziś obsługa obejmuje także kanał internetowy, czyli np. czaty czy e-maile. W opinii eksperta w najbliższych latach branża nie będzie rozwijać się już tak szybko jak do tej pory i tak szybko jak centra usług wspólnych.

Będzie to bardziej stagnacja niż dalszy dynamiczny rozwój. Myślę, że wyniesie on maksymalnie 5 proc. rocznie dla usług typowego call contact center. Natomiast przy procesach finansowo-księgowych, zarządzania wiedzą czy opartych o usługi prawnicze wzrost wyniesie od 15 do 20 proc. Następne lata będą przynosiły podobny wzrost i rozwój tego typu inwestycji – mówi prezes fundacji Pro Progressio.

Jeszcze kilka lat temu centra tego typu koncentrowały się wyłącznie na obsłudze polskiego rynku, przede wszystkim w zakresie telemarketingu, telesprzedaży i infolinii. Dziś praktycznie każda branża korzysta z usług call center, a ich zakres znacząco się rozwinął. Oferowane jest np. profesjonalne wsparcie techniczne i informatyczne dla klientów.

Bardzo rozwinęły się usługi telefoniczne, tzw. helpdeski. Są one zarówno pierwszej, drugiej, jak i trzeciej linii wsparcia, czyli wsparcia technicznego, wymagające wiedzy i kompetencji technicznych – zwraca uwagę Wiktor Doktór. – Tutaj nie wystarczy to, że ktoś z wykształceniem podstawowym usiądzie przy stanowisku konsultanta i udzieli informacji na temat tego, jak jest zbudowany komputer. Chodzi o rozwiązanie bardzo skomplikowanych problemów natury technicznej i działy call center w tej chwili je wykonują.

Rozwój branży napędzany jest również przez nowoczesne technologie. Polskie firmy zaczęły produkować zaawansowane aplikacje dla call center, które skutecznie zastąpiły systemy z zagranicy.

Call center to duży pracodawca. Branża zatrudnia ok. 200 tys. osób.

Natomiast nie możemy tego zawęzić tylko do call center w modelu outsourcingowym. Takie centra są wielokrotnie wykorzystywane wewnątrz firm i są to czasami spółki córki, a czasami ogromne departamenty obsługi klienta, chociażby w bankach czy firmach ubezpieczeniowych – mówi Doktór.

Jak podkreśla, w ciągu ostatnich pięciu lat wiele mówiło się o pogorszeniu jakości pracy w call center, ale teraz następuje widoczne odbicie.

Coraz więcej prób kradzieży pieniędzy z kart płatniczych. Przed skopiowaniem danych z karty można się jednak zabezpieczyć

CEO Magazyn Polska

Zagrożenie skimmingiem, czyli kradzieżą poprzez skopiowanie danych z paska karty płatniczej, rośnie. Aby ograniczyć ryzyko, przy płatnościach kartą trzeba zachować szczególną ostrożność. Eksperci radzą, by nie spuszczać karty z oczu, a przy podejmowaniu środków z bankomatu zwrócić uwagę, czy nie ma na nim dodatkowych nakładek lub kamer, które mogłyby służyć kopiowaniu danych.

Z ubiegłorocznego badania ZBP i TNS wynikało, że co trzeci ankietowany ocenia jako dużą skalę klonowania kart, czyli kopiowania danych z paska magnetycznego w celu kradzieży środków z konta. Zagrożenie dotyczy zarówno płatności kartą w sklepach czy restauracjach, jak i transakcji bankomatowych.

Eksperci podkreślają, że przy zachowaniu odpowiedniej ostrożności, można zminimalizować ryzyko skimmingu.

 Płacąc kartą w sklepie lub restauracji, powinniśmy przede wszystkim pilnować swojej karty. Nigdy nie powinniśmy stracić jej z oczu. Nie pozwalajmy na przykład pracownikowi oddalić się gdzieś z nasza kartą na zaplecze, cała płatność powinna odbywać się przy kliencie – radzi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magdalena Lejman z PKO Banku Polskiego. – Z kolei kiedy wypłacamy pieniądze z bankomatu, powinniśmy się przyjrzeć, czy nie ma w nim podejrzanych niepasujących części, dodatkowej nakładki czy na przykład dodatkowej kamery.

Magdalena Lejman zaleca, aby wypłacając pieniądze z bankomatu, zasłonić dłonią klawiaturę, tak aby nie dało się zauważyć wprowadzanego PIN-u. Jej zdaniem jeśli cokolwiek w wyglądzie bankomatu budzi zaniepokojenie, należy natychmiast skontaktować się z bankiem lub policją.

Konsumenci powinni również systematycznie śledzić swoją historię transakcji.

– Jeżeli którakolwiek transakcja wydaje nam się podejrzana, powinniśmy natychmiast złożyć reklamację w banku. Pamiętajmy, że banki mają swoje procedury, dzięki którym monitorują transakcje i jeżeli one z kolei wychwycą coś niepokojącego, z reguły kontaktują się z klientem bądź chwilowo blokują kartę, aby przestępcy nie mogli skorzystać ze środków na tej karcie – wyjaśnia Lejman.

Ważne jest również ustawienie na swoim koncie limitów w transakcjach bezgotówkowych i bankomatowych, żeby ustrzec się przed utratą wszystkich środków w przypadku, gdy dojdzie do skopiowania danych. Jak tylko klient zauważy jakieś nieprawidłowości, powinien od razu zastrzec kartę w swoim banku.

Eksperci radzą, by ostrożność zachować również przy zakupach internetowych. Warunkiem koniecznym są programy antywirusowe, a także korzystanie ze znanych witryn. Klient powinien sprawdzić, czy na stronie rejestracji lub logowania połączenie jest szyfrowane.

Jak podkreśla Lejman, zarówno banki, jak i towarzystwa ubezpieczeniowe mają w swojej ofercie produkty zabezpieczające karty. Zwykle za kilka złotych miesięcznie można zabezpieczyć się przed użyciem karty lub danych karty przez osobę nieuprawnioną.

Zarówno banki, jak i producenci bankomatów starają się ograniczać ryzyko skimmingu. Niektóre instytucje montują np. bankomaty z czytnikami zbliżeniowymi.

Teraz jest dobry moment na zaplanowanie majówki. W kwietniu wybór będzie mniejszy, a ceny wyższe

CEO Magazyn Polska

W tym roku kalendarz jest wyjątkowo niekorzystny – popularna wśród Polaków majówka będzie trwała tylko trzy dni. Mimo to nie brakuje chętnych na wyjazd w tym terminie. Obecnie w biurach podróży trwa jeszcze przedsprzedaż i promocje. Najczęściej wybieranym kierunkiem jest Grecja.

Jeszcze do końca marca trwa w biurach podróży okres przedsprzedaży, co oznacza, że możemy kupić wyjazd na majówkę w niższej cenie. Możemy także pytać o bezpłatne gwarancje niezmienności ceny, wycieczki fakultatywne, vouchery gratis czy inne dodatkowe bonusy. Niezmienność ceny oznacza, że nie zapłacimy więcej, jeżeli zmienią się np. kursy walut czy opłaty lotniskowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Klaudyna Mortka, specjalista ds. PR z serwisu Wakacje.pl.

Teraz też można ciągle jeszcze liczyć na większy wybór ofert. Chociaż niektóre kierunki z niektórych lotnisk regionalnych są już wyprzedane.

Nie brakuje też takich turystów, którzy czekają na last minute, natomiast należy pamiętać, że last minute to już nie jest pełna oferta i może być tak, że jakiegoś miejsca w hotelu czy na jakimś kierunku już nie będzie. Dlatego warto kuć żelazo póki gorące i wakacje wybrać już teraz – mówi Klaudyna Mortka.

Mimo niekorzystnego kalendarza biura podróży liczą na spore zainteresowanie wyjazdami w tym czasie. Chętnych nie brakuje, bo w większości popularnych krajów sezon jeszcze się nie rozpoczął. Turystów przyciągają przede wszystkim wyjazdy zagraniczne do cieplejszych miejsc niż Polska. To m.in. Egipt, Turcja i Hiszpania.

W tym roku atrakcyjnym i najczęściej wybieranym kierunkiem jest Grecja. Pojawiły się nowości, małe wyspy, gdzie możemy kameralnie odpocząć, m.in. Lindos czy Leros. Ta druga będzie na majówkę już dostępna dla turystów – podkreśla Mortka.

Wybór kierunku i miejsca wypoczynku zależy oczywiście od preferencji zainteresowanych. Ci, którzy wolą bardziej aktywny wypoczynek, wybierają wycieczki objazdowe.

Polecamy Grecję, Wyspy Kanaryjskie, Cypr, a także Maltę. To są kierunki, gdzie nie będzie upałów, dzięki czemu będziemy mogli sobie swobodnie wynająć samochód, rower i pozwiedzać – mówi przedstawicielka portalu Wakacje.pl. – Włochy i Francja to są kierunki, które przodują w wycieczkach objazdowych.

Z danych serwisu wynika, że najczęściej turyści podróżują we dwoje. Średnio płacą za kilkudniowy wyjazd około 5350 zł.

Popołudniowy komentarz walutowy z 26.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 26.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Minimalną stawka godzinowa w tzw. umowach śmieciowych

Już 18 kwietnia mieszkańcy Warszawy po raz kolejny boleśnie przekonają się, że życie w stolicy nie jest łatwe, szczególnie kiedy jednego roku wybiera się prezydenta i parlament. Tego dnia zarówno OPZZ jak i przedstawiciele wszystkich związków zrzeszonych w porozumieniu zorganizują masową demonstrację, która ma pokazać, że rząd Ewy Kopacz ma za nic postulaty walczących o prawa pracownicze. Podczas protestu na sztandary trafią: ograniczenie umów śmieciowych, nowa ustawa o dialogu społecznym, walka z ubóstwem, całościowa polityka rodzinna i minimalna płaca godzinowa – pisze portal Money.pl.

– Polska jest dziwnym krajem gdzie wielu ludzi zarabia mniej niż minimalne wynagrodzenie zapisane ustawowo. Dzieje się tak za sprawą zbyt częstego stosowania umów zlecenia i o dzieło. Wielokrotnie już przedstawialiśmy dowody i wyliczenia potwierdzające, że są Polacy pracujący w ochronie, czy gastronomii, zarabiający po 3-4 złote za godzinę – mówi Piotr Szumlewicz, ekspert OPZZ.

Przyjmując, że średnio zatrudnieni na etacie w Polsce pracują 168 godzin w miesiącu, zarabiający 3 złote na godzinę miesięcznie otrzymują 504 złote brutto. Będący w odrobinę lepszej sytuacji, dostający 4 złote, muszą próbować przeżyć miesiąc za 672 brutto – wylicza Money.pl. Należy też pamiętać, że opłacając wszystkie składki, pracujący na zlecenie nie zarobi więcej, niż etatowiec.

Biorąc na potrzebę tego przykładu obecnie obowiązującą płace minimalną, czyli 1750, z tytułu umowy zlecenia pracownik „na rękę” otrzyma 1274,16 zł. Z tytułu umowy o pracę 1286,16. Inaczej rzecz wygląda w obciążeniach umów o dzieło z 1750 złotych, pracownik otrzyma 1592 zł tyle, że bez opłacenia jakiejkolwiek składki. Co więcej nie o te umowy głównie chodzi. – Pracujący za te 3-4 złote oczywiście nie zawierali umów o dzieło tylko o zlecenie. Patologia dotyczy głównie tego drugiego rozwiązania wygodnego dla pracodawców – wyjaśnia Szumlewicz.

Porównanie zarobków netto, w zależności od rodzaju umowy
rodzaj umowy Umowa o pracę Umowa zlecenie Umowa o dzieło
(50% kosztów
uzyskania przychodu)
Umowa o dzieło
(20% kosztów
uzyskania przychodu)
źródło: Money.pl
Wynagrodzenie brutto 1750 1750 1750 1750
Składka społeczna 239,93 239,93 0 0
Składka zdrowotna 135,91 135,91 0 0
Podatek dochodowy 88 100 158 252
Wynagrodzenie netto 1286,16 1274,16 1592 1498

– Rozumiemy, że tak szybko nie da się zupełnie wyeliminować zatrudnienia na tak zwane umowy śmieciowe, ale wierzymy, że można je ucywilizować przez wpisanie do nich minimalnej stawki za godzinę na poziomie 11 złotych – mówi Piotr Szumlewicz. Związkowy ekspert przekonuje, że taka właśnie stawka stanowiła by ekwiwalent obecnego minimalnego wynagrodzenia. Ponownie przeliczając to przez 168 godzin miesięcznie, daje nam to 1848 złotych, czyli nawet o 100 złotych więcej od minimalnej. Zdaniem strony związkowej, trzeba jednak przyjąć założenie, że na umowy zlecenie często pracuje się w mniejszym wymiarze niż te 168 godzin, stąd też różnica.

W Europie minimalna stawka godzinowa określona jest w zaledwie kilku krajach. Jak przypomina Money.pl. od stycznia tego roku w Niemczech jest to 8,50 euro, Irlandii – 8,65, Francji – 9,61, Wielkiej Brytanii – po przeliczeniu 9,12, ale pojawiły się już zapowiedzi podniesienia do 9,40 euro.

– Wprowadzenie minimalnych stawek godzinowych przy umowach cywilno-prawnych (umowa o dzieło i zlecenie) jest karkołomne bo nie jest często możliwe określenia czasu trwania ukończenia zamówionego dzieła, na przykład – odpowiada Grzegorz Baczewski, dyrektor departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan. – Zawierającego umowę zlecenie też nie musi interesować czas. Umawia się na staranne wykonanie, ale nie ma potrzeby szacować jak długo to potrwa. Sprzątanie biura na przykład można wycenić na 300 złotych i nie ma znaczenia czy trwa to trzy godziny, czy pięć.

Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej w odpowiedzi przesłanej Money.pl argumentuje z kolei, że możliwość ustalenia minimalnej płacy godzinowej, za prace wykonywane na podstawie umów cywilnoprawnych „wymaga szczególnego podejścia”. Co więcej, wyraźnie daje do zrozumienia, że projekt nowelizacji ustawy złożony formalnie przez SLD, a będący opracowany przez OPZZ posiada istotne luki prawne. – Na negatywne aspekty takiego rozwiązania uwagę zwracał między innymi Sąd Najwyższy oraz Prokurator Generalny. W opinii wyrażonej do poselskiego projektu ustawy o zmianie ustawy o minimalnym wynagrodzeniu za pracę„, Sąd Najwyższy wskazał, m.in., że projektowana regulacja jest wadliwa, gdyż nie uwzględnia różnicy pomiędzy przedmiotem świadczenia pracownika w stosunku pracy a przedmiotami świadczeń osób pozostających w różnych cywilnoprawnych zobowiązaniach – przekonuje ministerstwo.

– Pomysł z godzinową stawką minimalną wprowadziłby zupełnie niepotrzebne zamieszanie. Płaca minimalna i tak rośnie szybciej niż średnie wynagrodzenie. Nie psujemy tego co działa wyrównując różnice w płacach. Relacja tej minimalnej do średniej wzrosła z 35 proc. w 2007 do 44 proc. w 2014 – mówi w rozmowie z Money.pl Jacek Brzozowski, doradca prezydenta Pracodawców RP.

Piotr Szumlewicz, ekspert OPZZ zwraca jednak uwagę na to, że żądania związkowców i tak są bardziej wyważone niż te wynikające z badań opinii publicznej – Polacy w zdecydowanej większości popierają wprowadzenia minimalnej stawki za godzinę pracy do umów zlecenia. I w ocenie badanych powinno być to nawet 15 złotych – podkreśla. Rzeczywiście w badaniach CBOS z sierpnia ubiegłego roku, 74 procent jest za i wskazuje, że 15 złotych byłoby jej właściwym poziomym.

Jak przypomina Money.pl, zwolennicy minimalnej stawki godzinowej przeważali we wszystkich grupach społecznych i demograficznych, ale częściej byli robotnicy wykwalifikowani, aż 85 proc. i Polacy o najniższych dochodach – 83 proc.. Wśród przeciwników takiego rozwiązania przeważają technicy, zatrudnieni w usługach i specjaliści wyższego szczebla.

Policja odbierze prawo jazdy za przekroczenie prędkości

0

Polacy lubią szybką jazdę samochodem. Pojawił się pomysł, żeby kierowcom, którzy zdecydowanie przekroczyli prędkość, policjanci odbierali prawo jazdy od razu podczas zatrzymania. I to na trzy miesiące. Już słychać głosy, że byłaby to zbyt surowa kara. Co innego można by zatem zrobić, aby zmniejszyć liczbę osób zbyt szybko poruszających się po naszych drogach?

Jeszcze nie wiadomo, czy propozycja Ministerstwa Spraw Wewnętrznych zostanie przyjęta, ale kierowcy rzadko zdejmujący nogę z pedału gazu powinni mieć się na baczności. Jeśli nowe przepisy wejdą w życie, za przekroczenie dozwolonej prędkości o co najmniej 50 km/h w terenie zabudowanym prawo jazdy będzie odbierane. Gdyby w ciągu trzech miesięcy od utraty dokumentu kierowca został przyłapany na prowadzeniu samochodu, okres zatrzymania prawa jazdy wydłużałby się do sześciu miesięcy. Jeżeli w tym czasie osoba wsiadłaby za kółko ponownie, starosta wydawałby decyzję o całkowitym cofnięciu uprawnień do kierowania autem.

„Wprowadzanie reżimu (zastraszanie zakazami i zabieranie prawa jazdy) nie jest wcale dobrym rozwiązaniem” – mówi serwisowi infoWire.pl Włodzimierz Zientarski, prezes zarządu Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kierowca.pl. Ekspert zauważa, że odebranie dokumentu na dłuższy czas nie jest najbardziej dolegliwą karą. Kierowca wie wtedy, że w końcu będzie musiał sobie poradzić w zaistniałej sytuacji, więc zaczyna organizować sobie życie bez samochodu. Trudniej jest mu w przypadku utraty prawa jazdy na np. dwa tygodnie. Zwykle jest to bowiem za krótki okres, żeby nie móc go przeczekać, ale odnaleźć się w nowej rzeczywistości jakoś trzeba. Nieodpowiednie wydaje się również dożywotnie odbieranie dokumentu uprawniającego do kierowania samochodem. „Nie należy karać ludzi nieodwracalnie – człowiek zawsze powinien mieć szansę na poprawę. Lepszym wyjściem jest edukacja i uświadamianie kierowców” – dodaje rozmówca.

W 2014 r. policja zatrzymała ponad 70 tys. praw jazdy. W stosunku do roku poprzedniego odnotowano ponadsześciokrotny wzrost liczby utraconych dokumentów za „rażące łamanie przepisów ruchu drogowego”, w tym za zbyt szybką jazdę. Trzeba zrozumieć, skąd bierze się nonszalancja na jezdni. Często jest to wynik niekonsekwentnego stosowania kar przez funkcjonariuszy, obowiązywania mało przejrzystych przepisów, do których trudno się dostosować, oraz złego oznakowania dróg. „Prawo o ruchu drogowym należy gruntownie oczyścić, zracjonalizować i skonkretyzować” – podsumowuje Włodzimierz Zientarski.

Trudne czasy dla producentów maszyn rolniczych

Po latach tłustych nadchodzą chude? Na rynku maszyn rolniczych taki scenariusz jest możliwy. Bo choć w przypadku przyczep i kosiarek nastąpił wzrost sprzedaży, to producenci ciągników czy kombajnów odnotowują od pewnego czasu spadki.

Ubiegły rok – mimo 5% spadku sprzedaży – nie był dla polskiego rynku maszyn rolniczych najgorszy, ale aby móc nazwać go dobrym, dużo brakuje. „Dla dilerów problemem na pewno jest spadająca zdecydowanie rentowność” – mówi serwisowi infoWire.pl Tadeusz Rzeszowski z Pol-Agra. Słabe wyniki sprzedaży maszyn rolniczych wynikają po części ze spadków cen produktów rolno-spożywczych – rolnicy mają mniej pieniędzy na zakup sprzętu. „Kończą się również fundusze unijne z poprzedniego programowania. Niewielu pozostało klientów, którzy mają niezrealizowane wnioski” – dodaje ekspert.

Prognozy sprzedaży maszyn rolniczych na bieżący rok nie są optymistyczne: eksperci oczekują kolejnego spadku, nawet o 10%. Rolnicy na razie wstrzymują się z zakupami – czekają na wypłatę środków z Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich.

Ceny sprzętu rolniczego – niestety – będą rosły. Trend na całym świecie jest taki, że z każdym rokiem produkuje się maszyny coraz bardziej zaawansowane. Zmiany konstrukcyjne, prowadzące do wzrostu cen sprzętu, nie wynikają z kaprysu producentów – wymusza je nowe ustawodawstwo, dotyczące chociażby emisji spalin.

„Również klienci chcą maszyn coraz nowocześniejszych, lepiej wyposażonych. Odreagowują czasy, kiedy sprzęt był prosty, wręcz prymitywny, i nie dawał satysfakcji z eksploatacji, komfortu. Nie był też wydajny ani bezpieczny” – zaznacza rozmówca. Nic dziwnego, że 20% rolników deklaruje zakup nowych maszyn, a tylko 13% jest zainteresowanych używanymi.

Intermarché będzie rozwijać sieć. Testuje nowy koncept placówek i odbiór towarów bez wysiadania z auta

0

CEO Magazyn Polska

Intermarché kontynuuje ofensywę na polskim rynku. Sieć zamierza umocnić swoją pozycję w Polsce, inwestując w jakość oraz zwiększając dostępność oferty. Podtrzymuje też swoje zapowiedzi dotyczące intensywnego rozwoju sklepów do 2020 roku.

Większość sklepów w Polsce narzeka na panującą w kraju deflację. Jak podał główny Urząd Statystyczny, średnie ceny w lutym były o 1,6 proc. niższe niż rok wcześniej. Odbija się to głównie na sklepach sprzedających produkty codziennego użytku. Żywność w lutym była tańsza o 2,6 proc., zaś odzież i obuwie o 5,3 proc. To oznaczało, że rosły koszty właścicieli sklepów, bowiem utrzymanie poziomu obrotów wymagało sprzedaży znacznie większej ilości towarów. W rezultacie wiele sieci miało niższe zyski.

Cały czas przyglądamy się sytuacji na rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Krzysztof Waligórski, prezes Dyrekcji Handlowej Intermarché. – Radzimy sobie na nim lepiej niż przyzwoicie i nie planujemy żadnej weryfikacji planu realizacji strategii Polska CAP 2020, czyli planu rozwoju sieci Intermarché do 2020 roku. W dalszym ciągu zakłada on uruchomienie kolejnych 300 sklepów, co oznacza, że w 2020 roku pod szyldem Intermarché będzie w Polsce działać 500 placówek.

Zamiast korygować plany rozwoju, Intermarché szykuje zmiany w istniejących oraz nowo powstających sklepach. Sieć stawia na podnoszenie jakości zarówno asortymentu, jak i obsługi klientów.

Mamy trzy nowe elementy w funkcjonowaniu sieci spożywczej w Polsce – informuje Krzysztof Waligórski. – Nowy koncept ma być odpowiedzią na oczekiwania klientów i trudną sytuację, w której polski handel się w tej chwili znajduje. To jest też element, który pozwoli nam zrealizować plan Polska CAP 2020. Nie możemy też jako sieć przejść obojętnie obok oczekiwań konsumenta i jego nastawienia do zakupów przez internet. Dla nas ważnym elementem jest także bezpośrednia komunikacja z klientem.

To zaś oznacza inwestycje w marketing i promocje. Sieć nadal zamierza wykorzystywać swoje atuty: własne wędzarnie, piekarnie i cukiernie. W marcu Intermarché uruchomiło sklep testowy, na którym wzorować mają się z czasem wszystkie placówki firmy.

Zmiana jest gruntowna – deklaruje prezes Dyrekcji Handlowej Intermarché. – Chcieliśmy zaakcentować nasze wyróżniki własną wędzarnię, czyli produkcję wyrobów wędliniarskich na miejscu, oraz szeroki asortyment produktów lokalnych i regionalnych. Bardzo dużą wagę przywiązujemy do jakości i świeżości produktów oraz sposobu ich wyeksponowania, zarówno w dziale warzyw i owoców, jak i w piekarni.

Nowe sklepy uzupełniać będą nowe możliwości dokonywania w nich zakupów. Towary będzie można wybrać zdalnie, zaś na miejscu tylko odebrać.

Będziemy testować zarówno odbiór przy sklepie, z samochodu, czyli drive light, jak i odbiór w sklepie, w punkcie wskazanym przez nas – podkreśla prezes Krzysztof Waligórski z Intermarché. – Zamierzamy równomiernie rozwijać obydwie formy. Po teście będziemy mogli określić, w którym kierunku pójdziemy bardziej zdecydowanie. Dzisiaj wydaje się, że zarówno pierwsze, jak i drugie rozwiązanie będzie w Polsce wdrażane.

Introl, producent systemów automatyki przemysłowej, liczy na duże zamówienia w 2016 roku

0

CEO Magazyn Polska

Dopiero w przyszłym roku rozpoczną się inwestycje, które przyniosą ożywienie na rynku automatyki przemysłowej. Specjalizująca się w tej branży spółka Introl dostrzega większe zainteresowania swoimi systemami, ale wzrostu zamówień oczekuje dopiero wtedy, gdy ustabilizuje się polskie prawo i ruszą wielkie inwestycje, zwłaszcza w energetyce.

Przedstawiciele spółki podkreślają, że na razie nie widzą wysypu zamówień, otrzymują jednak dużo zapytań. Inwestorzy chcą się zorientować w możliwościach, ofertach i cenach.

Spodziewam się, że w przyszłym roku rozpoczną się realizacje mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Wiesław Kapral, przewodniczący rady nadzorczej Introlu.My szczególnie liczymy na energetykę, która realizuje duże projekty, więc tej pracy będzie dużo. Wprawdzie ciągle brakuje odpowiedniej ustawy, która zaktywizowałaby pewne działania, szczególnie, jeżeli chodzi o czystą energię.

Dzięki unijnemu wparciu polska energetyka będzie się szybko zmieniać. Z jednej strony emisja dwutlenku węgla w państwach Unii Europejskiej ma do roku 2030 zostać ograniczona o co najmniej 40 proc. Z drugiej Polska znalazła się wśród państw, które otrzymają wsparcie na sfinansowanie tych zmian. Tylko na przebudowę polskiej energetyki Bruksela da ok. 7,5 mld euro. Obok udziału w wielkich projektach energetycznych Introl liczy też na inne inwestycje związane z ochroną środowiska.

To jest dość trudny i niedoinwestowany rynek, na pewno jest tam mnóstwo roboty i z tego względu jest bardzo ciekawy ocenia Wiesław Kapral.To tam są głównie kierowane pieniądze na wsparcie. Aczkolwiek te realizacje nie są łatwe. Myślę jednak, że to się musi rozwijać, bo rzeczywiście tam wiele trzeba jeszcze zrobić.

Z ponad 27 mld euro, jakie Unia przeznacza na realizacje w Polsce programu Infrastruktura i Środowisko, część na pewno trafi na inwestycje związane ochroną środowiska. Nadal jednak trwają prace nad ustawami, od których zależą konkretne projekty.

Sektor przemysłowy rozwija się cały czas, aczkolwiek mógłby szybciej ubolewa przewodniczący rady nadzorczej Introlu.Widzimy wiele innych możliwości, które nie są wykorzystywane. Myślę, że prawo nie jest najlepiej skonstruowane, otoczenie działalności nie jest najlepsze. Powszechnie znane są historie toczących się spraw i problemów z fiskusem itd. Zmiany na pewno przyspieszyłyby rozwoju. Niemniej jednak nie ma tragedii, kraj się rozwija i to widać, przemysł też.

Jedynie z górnictwem, niegdyś potężnym odbiorcą wyrobów automatyki przemysłowej, Introl nie wiąże już specjalnych nadziei na współpracę.

– Górnictwo jest w beznadziejnej sytuacji – podkreśla Wiesław Kapral z Introlu. Zresztą nigdy nie było w dobrej. My pracujemy dla górnictwa, aczkolwiek w niedużym zakresie, staramy się brać bezpieczne projekty, nieduże. Kondycja tych firm jest straszna, więc nie wiem, jak to się wszystko potoczy. To również zależy od tego, czy Unia zaakceptuje plan pomocy dla górnictwa, czy nie, bo też tak się może zdarzyć. Czarno widzę górnictwo, dlatego w tej chwili niechętnie wchodzimy w ogóle w tego rodzaju projekty.

Pracownik z umiejętnościami pilnie poszukiwany

Pracodawcy poszukują osób sumiennych i komunikatywnych, ale duży nacisk kładą także na ich chęci do pracy i ambicje. Coraz mniejsze znaczenie mają wiek oraz wydajność kandydata.

Z ofert pracy wynika, że od przyszłych pracowników oczekuje się przede wszystkim elastyczności, kreatywności, zdolności interpersonalnych i nastawienia na sukces. Dopiero w dalszej kolejności wymieniane są kwalifikacje. Podstawową umiejętnością wymaganą na rynku jest znajomość języków obcych. „Jest to częsty problem dla osób starszych, ponieważ za ich czasów w edukacji nie kładziono nacisku na umiejętność posługiwania się językami obcymi. Zarówno seniorzy, jak i przede wszystkim osoby młode muszą mieć na uwadze swoją karierę i kształcić się w tym zakresie” – mówi serwisowi infoWire.pl Krzysztof Inglot z Work Service. Co ważne, w niedalekiej przyszłości szczególnie warto będzie znać nie tylko język angielski, lecz także rosyjski i chiński.

„Na rynku pracy wciąż poszukuje się absolwentów kierunków ścisłych i technicznych: informatyki, matematyki, motoryzacji oraz mechatroniki i budowy maszyn. Tworzone są ponadto całkiem nowe stanowiska, np. związane z energetyką atomową. To branża, która w przyszłości będzie się rozwijała i generowała liczne miejsca pracy” – zaznacza rozmówca.

Widać również zapotrzebowanie na wykwalifikowanych pracowników opieki, tak nad osobami starszymi, jak i nad dziećmi. Pracy na pewno nie zabraknie też prawnikom. W perspektywie 5–10 lat wzrośnie także popularność takich zawodów, jak kosmetolog oraz fryzjer. „Sektor usług dla ludności będzie się rozwijał. Osoby, które nie mają ambicji pójść na studia wyższe, ale chcą znaleźć dobrą pracę, powinny kształcić się w tym kierunku” – podkreśla ekspert.

Pracodawcy proponują zmiany w prawie zamówień publicznych

Rada Zamówień Publicznych Konfederacji Lewiatan przygotowała rekomendacje, których celem jest zapewnienie równowagi między zamawiającymi i wykonawcami w zamówieniach publicznych. Mają one w pełni zabezpieczyć interesy wszystkich uczestników rynku.

Urząd Zamówień Publicznych rozpoczął prace nad nową ustawą o zamówieniach publicznych, która ma zwiększyć efektywność i jakość przetargów publicznych oraz realizowanych w ramach ustawy projektów. Rada Zamówień Publicznych Konfederacji Lewiatan aktywnie zaangażowała się w konsultacje i skierowała do UZP rekomendacje dotyczące zapewnienia równowagi stron w zamówieniach publicznych. Propozycja zapisu art. 139 Pzp ma na celu uzdrowienie sytuacji w obszarze kształtowania treści SIWZ. Dotychczasowa praktyka wskazuje, że zamawiający – korzystając z uprzywilejowanej pozycji – niejednokrotnie nadmiernie obarczał ryzykiem wykonawcę.

Pełne uwzględnienie zgodności SIWZ z zasadami współżycia społecznego – na mocy art. 353 Kodeksu Cywilnego – pozwoli w pełni zabezpieczyć interes publiczny oraz wszystkich uczestników rynku zamówień publicznych.

Postulowane przez Konfederację Lewiatan zapisy nowej ustawy Prawo zamówień publicznych gwarantują przede wszystkim uzyskanie świadczeń o najwyższej jakości, a jednocześnie zabezpieczają wykonawcę przed nierealnymi oraz nierynkowymi wymogami zawartymi w wadliwie skonstruowanych SIWZ. Przy kształtowaniu ram postępowania przetargowego nie można zapominać bowiem o rzeczywistych możliwościach wykonania przedmiotu zamówienia i w związku z tym należy uwzględniać jedynie realne do osiągnięcia rezultaty. W przeciwnym razie usługa wykonawcy będzie niemożliwa do spełnienia i tym samym warunki przetargowe – na mocy których zawarty zostanie kontrakt – będą naruszać art. 353 Kodeksu cywilnego. W takiej sytuacji – zgodnie z art. 58 § 1 KC – zamawiający musi liczyć się z sankcją w postaci nieważności podpisanej umowy. Autorami propozycji zapisu są mec. Mirella Lechna z Kancelarii Wardyński i wspólnicy SP. k. i mec. Jarosław Sroka partner w Kancelarii BSJP Brockhuis Jurczak Prusak SP. k.

– Postulowane zapisy art. 139 Pzp mają przede wszystkim uzdrowić sytuację na rynku zamówień publicznych oraz wyeliminować szkodliwe zjawisko zachwiania równowagi między stronami umowy. Właściwe i zgodne z prawem Pzp i Kodeksem Cywilnym kształtowanie SIWZ w postępowaniach przetargowych pozwala odpowiednio zabezpieczyć interes publiczny. Niedopuszczalne są sytuację, takie jak w przypadku budowy dróg szybkiego ruchu i autostrad, gdy przez sektor budowlany przeszła fala bankructw spowodowana wadliwymi zapisami umownymi. W konsekwencji destabilizacji uległa cała branża, co negatywnie wpłynęło nie tylko na czas budowy tras komunikacyjnych, ale przede wszystkim na poziom zatrudnienia. Uwzględnienie w SIWZ zasad współżycia społecznego jest niezbędnym krokiem w celu dalszej profesjonalizacji rynku zamówień publicznych. W związku z tym Konfederacja Lewiatan opracowała wraz z kancelarią Wardyński i Wspólnicy oraz BSJP Brockhuis Jurczak Prusak zestaw proponowanych zapisów do nowej ustawy Pzp, który przekazała UZP. Ponadto Urząd Zamówień Publicznych otrzymał katalog dobrych praktyk naszego autorstwa, który ma ułatwić zamawiającym pełną i zgodną z intencją ustawodawcy realizację zapisów prawnych obecnie obowiązującej ustawy. Dokument jest swoistym vademecum umożliwiającym właściwe konstruowanie przetargów, który będzie stale rozszerzany o nowe zagadnienia – mówi Marek Kowalski, przewodniczący Rady Zamówień Publicznych Konfederacji Lewiatan.

Kwestia wadliwie konstruowanych SIWZ jest również istotna ze względu na orzecznictwo Krajowej Izby Odwoławczej, która stoi na stanowisku, że zamawiający w sposób dowolny kształtuje postępowanie o udzielenie zamówienia publicznego – decydując o jego przedmiocie, rodzaju, parametrach, zakresie oraz warunkach realizacji czy innych obowiązkach umownych. Jednocześnie – zgodnie z tym podejściem – zamawiający w żaden sposób nie ogranicza swobody kontraktowania, gdyż wykonawca, któremu postanowienia SIWZ nie odpowiadają może po prostu nie składać oferty.

Krajowa Izba Odwoławcza wyraziła pogląd, że interes publiczny, jaki reprezentuje zamawiający, przeważa nad prywatnym interesem wykonawcy. Taka praktyka – związana z wprowadzeniem nadmiernej odpowiedzialności wykonawcy i przerzucaniem na niego większości ryzyk – spowodowała nowe zjawisko o charakterze patologii na rynku zamówień publicznych. Brak reguł rozsądku, racjonalności gospodarczej oraz równowagi stron umowy w konsekwencji bowiem wiąże się z niesolidnym i nieterminowym realizowaniem zobowiązań przez wykonawców, co tym samym jest sprzeczne z intencją Krajowej Izby Odwoławczej oraz uniemożliwia osiągnięcie zakładanych korzyści dla interesu publicznego.

– Wprowadzenie tej zmiany do prawa zamówień publicznych umożliwi wykonawcom egzekwowanie przed Krajową Izbą Odwoławczą – jeszcze na etapie przygotowywania projektów umów – postanowień kontraktowych zapewniających bardziej zrównoważony bilans wzajemnych ryzyk i świadczeń. Obecnie to zamawiający dyktują treść umów, często w sposób jednostronnie korzystny tylko dla nich, których wykonawcy zasadniczo nie mają możliwości zakwestionować. W konsekwencji zmiana ta może przyczynić się do ukształtowania dobrej praktyki zawierania umów bardziej ‘zbilansowanych’, co z pewnością będzie służyć realizacji interesu publicznego – mówi Jarosław Sroka, radca prawny, Wspólnik Kancelarii BSJP Brockhuis Jurczak Prusak.

– Propozycja stanowi reakcję sektora prywatnego przeciwko takiemu kształtowaniu warunków przetargu, w wyniku którego nadmierna odpowiedzialność odszkodowawcza oraz ryzyko lokowane są po stronie wykonawcy, bowiem jest to sprzeczne z uczciwością i rzetelnością kupiecką oraz wbrew zasadom współżycia społecznego. Dostępne środki prawne nie ułatwiają wykonawcom zmiany wadliwych – z punktu widzenia prawa cywilnego – postanowień SIWZ. Proponowany zapis ma skłonić tak zamawiających, jak i Krajową Izbę Odwoławczą do szerszego zastosowania zasad kształtowania umów wzajemnych, które wywodzą się z prawa cywilnego – dodaje Mirella Lechna, radca prawny, wspólnik Kancelarii Wardyński i Wspólnicy.

Wyłącznie skuteczna realizacja zamówienia pozwala na osiągnięcie planowanych korzyści dla interesu publicznego i prawidłowe wydatkowanie środków publicznych – cel taki nie zostanie osiągnięty, jeśli zamawiający na skutek nieprawidłowego skonstruowania SIWZ i braku ofert byliby zmuszeni do ponownego ogłaszania postępowań przetargowych. Rekomendowany zapis art. 139 ustawy Prawo zamówień publicznych jest krokiem w kierunku uzdrowienia sytuacji w sektorze i wyjściem do prac nad nową.

Konfederacja Lewiatan

Quercus TFI stawia w tym roku na budowlankę i pozabankowy sektor finansowy. Towarzystwo liczy na dwucyfrową stopę zwrotu z inwestycji

0

CEO Magazyn Polska

W tym roku najbardziej opłacić powinny się inwestycje giełdowe – prognozuje Quercus TFI. Towarzystwo stawia na akcje firm budowlanych oraz sektor finansowy, ale poza bankami, i liczy na dwucyfrową stopę zwrotu ze swoich funduszy agresywnych.

Wydaje mi się, że w 2015 roku w przypadku produktów zawierających akcje są możliwe dwucyfrowe stopy zwrotu w zależności od liczby akcji w portfelu i tego, czy są to akcje średnich, małych czy dużych firm mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Sebastian Buczek, prezes Quercus TFI. – W przypadku instrumentów dłużnych czy funduszy dłużnych zakładamy, że w tym roku stopy zwrotu nie będą oszałamiające, w przypadku funduszy obligacji już nie ma co liczyć na stopy zwrotu rzędu 5-10 proc., natomiast w przypadku funduszy gotówkowych wydaje nam się, że powtórzymy mniej więcej wynik z 2014 roku, czyli zysk na poziomie około 3 proc.

Sporym zainteresowaniem polskich inwestorów nadal cieszą się obligacje i różnego typu papiery dłużne. To one przynosiły bowiem w ostatnich latach wysokie, przekraczające niekiedy 10 proc. stopy zwrotu. Znawcy rynku jednak zgodnie twierdzą, że szanse na powtórkę z podobnej hossy są nikłe. Obligacje powiązane są bowiem ze stopami procentowymi NBP, a te ostatnio zostały mocno obniżone i dziś są najniższe w historii. Dlatego inwestorzy powinni pomyśleć o innych sposobach pomnażania swoich pieniędzy.

W tym roku Quercus TFI stawia raczej na spółki giełdowe. Polska gospodarka wyraźnie przyspiesza i można mieć nadzieję na poprawę wyników wielu firm.

Głównie są to średnie i mniejsze firmy z różnych sektorów ocenia Sebastian Buczek. – Bardzo lubimy szeroko rozumiany sektor budowlany i okołobudowlany. Lubimy też sektor finansowy, ale poza bankami, które w naszej ocenie są dość drogie. W zasadzie w każdym sektorze można znaleźć cały czas spółki, których wyceny są atrakcyjne i których potencjał do osiągnięcia dobrych stóp zwrotu jest całkiem spory.

Polska budowlanka ma trudny czas za sobą. Zastój na rynku nieruchomości oraz obliczone na jak najniższą cenę kontrakty drogowe zaszkodziły wielu firmom. Z drugiej strony wiele z nich przeszło pomyślną restrukturyzację, a obecnie oczekuje się sporego ożywienia na rynku. Fundusze europejskie pozwolą w najbliższych latach wybudować sporo nowych dróg, zmodernizować energetykę i infrastrukturę, a coraz zamożniejsi Polacy ponownie myślą o kupnie nieruchomości.

Tak, kondycja tych firm wyraźnie się poprawiła. Poza dwiema firmami można powiedzieć, że większość wyszła już z tych trudności i powinna notować wyraźną poprawę wyników uważa prezes Quercus TFI. – Zresztą większość firm już opublikowała wyniki za 2014 rok i ta poprawa już w ubiegłorocznych wynikach jest widoczna. Oczekujemy dalszej poprawy w 2015 roku i wszyscy sobie ostrzymy zęby, że lata 2016-2017 też powinny być niezłe i ze względu na środki unijne, i ze względu na niskie stopy procentowe, to powinno temu sektorowi też pomagać.

Sebastian Buczek ocenia, że w każdym sektorze można znaleźć spółki, które cały czas są nisko wycenione i gdzie potencjał wzrostu jest ciągle wyraźny. Jego firma zamierza m.in. inwestować w sektor finansowy, jednak z wyłączeniem akcji banków.

– Wszystkie spółki, które korzystają z niskich stóp procentowych, jak chociażby KRUK, czyli spółki wierzytelnościowe, takie jak TFI czy spółki odszkodowawcze, są to te firmy, które w tym roku bardzo dobrze sobie radzą na naszej warszawskiej giełdzie. Banki są raczej w defensywie, na kilkuprocentowych minusach. Ze względu na to, co stało się z frankiem szwajcarskim i dość restrykcyjne podejście naszego regulatora nie oczekujemy ze strony banków poprawy wyników finansowych – prognozuje prezes Quercus TFI.

Orange inwestuje w innowacje. Na badania i rozwój chce wydać w tym roku ponad 50 mln złotych

0

CEO Magazyn Polska

Innowacyjność w branży telekomunikacyjnej jest już nie tylko wyborem, lecz także staje się obowiązującym standardem. Orange, który rocznie przeznacza na badania i rozwój 50-60 mln zł, traktuje tę działalność oraz współpracę ze start-upami jako ważny element biznesu. Dzięki innowacyjności operator może wyróżnić się na rynku i zaproponować klientom nowe produkty i usługi.

Dziś tempo zmian jest bardzo duże, szczególnie w firmach technologicznych, w związku z tym innowacje stają się kluczowym elementem funkcjonowania – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Muszyński, wiceprezes Orange Polska.

Orange wyróżnia się na tle polskich telekomów pod względem zaangażowania w badania i rozwój. Zatrudnia w swoich laboratoriach nie tylko doświadczonych inżynierów, lecz także studentów i absolwentów uczelni technicznych. Blisko współpracuje także z polskimi start-upami. Firma cały czas jest nastawiona na poszukiwanie nowych rozwiązań.

Orange Polska stosuje model Open Innovation. Dzięki temu swój wpływ społeczny zaznacza nie tylko poprzez bezpośrednie oddziaływanie innowacji na życie ludzi czy społeczności, lecz także poprzez transfer wiedzy w tym zakresie do podmiotów, z którymi współpracuje. Pozwala im to wprowadzać na rynek własne innowacyjne projekty i rozwiązania.

Piotr Muszyński zwraca uwagę na to, że taka działalność nie powinna być traktowana jako coś wyjątkowego. Innowacyjność firmy to istotny element strategii. Coraz częściej polega ona nie tylko na tworzeniu zupełnie nowych rozwiązań, lecz także na łączeniu, adaptowaniu i przekształcaniu istniejących produktów, usług i technologii.

To jest kluczowa dla nas rzecz, ponieważ nasze działanie jako przedsiębiorcy zależy od tego, jak bardzo jesteśmy w stanie przekonać do siebie użytkowników. Rynek jest bardzo konkurencyjny i przy standardowym podejściu do produktu oraz usługi możemy na rynku konkurować tylko ceną. Element innowacyjności zwiększa naszą atrakcyjność ‒ podkreśla Muszyński.

Dzięki zaangażowaniu Orange w badania i rozwój skorzystać mogą także młodzi polscy naukowcy. Pracując dla polskiego oddziału Orange Lab, mogą przyczynić się do wdrożenia rozwiązań i nowych usług nie tylko w Polsce, lecz także np. we Francji. Ta wymiana technologiczna działa również w przeciwnym kierunku ‒ Orange Polska ma dostęp do innowacji opracowanych za granicą. Polscy klienci dzięki temu mogą mieć w ofercie atrakcyjniejsze produkty i usługi.

Orange współpracuje również z początkującymi przedsiębiorcami. Spółka organizuje m.in. akcelerator dla start-upów Orange Fab. W każdej edycji programu uczestniczy ponad 100 projektów. Najlepsi mają szansę na rozwój swojego produktu, nawiązanie nowych kontaktów biznesowych, wsparcie finansowe do 40 tys. zł i współpracę z Orange.

 Kultura start-upów jest elementem naszego ekosystemu. W momencie, kiedy start-upy zaczęły się definiować jako nowa dziedzina gospodarki, jako formuła funkcjonowania młodych przedsiębiorców, zrodziła się wokół tego cała sztuka zarządzania innowacyjnymi projektami. Dla nas nie było to żadnym zaskoczeniem, ponieważ jest to element naszego stylu działania. Pozwala na jeszcze szersze otwarcie się na ludzi myślących z inną dynamiką biznesową – podkreśla Muszyński.

Orange stara się poprzez działania innowacyjne wpływać nie tylko na ofertę firmy, lecz także na społeczności lokalne. Na przykład program Business Intelligence Hackathon API (BIHAPI) promuje tworzenie innowacyjnych rozwiązań informatycznych na bazie otwartych danych dostarczanych przez miasta i samorządy. Uczestnicy konkursu tworzą usługi na potrzeby lokalnej społeczności. Natomiast dzięki programowi Imagine with Orange każdy może podzielić się swoimi pomysłami i otrzymać pomoc w ich realizacji. Zgłoszone poprzez platformę internetową http://imagine.orange.pl są komentowane i wzbogacane przez ludzi z całego świata. Społeczność wybiera najbardziej trafne i pomysłowe propozycje.

M. Zuber: za korzystne dla kredytobiorców rozwiązania zaproponowane przez ZBP płaciliby pozostali klienci banków

CEO Magazyn Polska

Spośród propozycji uregulowania sytuacji osób zadłużonych rozwiązania przedstawione niedawno przez Związek Banków Polskich są najbardziej konkretne i możliwe do realizacji – ocenia Marek Zuber, ekonomista. ZBP zaproponowało utworzenie dwóch funduszy wsparcia dla osób, które mają problemy ze spłatą kredytu. Zdaniem eksperta za wprowadzenie ich w życie w ostatecznym rachunku zapłaciliby jednak pozostali klienci banków. Nie pomogą one także osobom, które zaciągnęły denominowane we franku kredyty w latach 2006-2007.

Propozycja Związku Banków Polskich jest najbardziej konkretna – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marek Zuber, ekonomista. – Mamy oczywiście także propozycję przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego, ale moim zdaniem jest ona mało realna w realizacji.

W ramach prac nad nowymi zasadami funkcjonowania rynku kredytów hipotecznych Związek Banków Polskich w pierwszych dniach marca zaproponował utworzenie dwóch funduszy. Ze wspierającego kredytobiorców Funduszu Wsparcia Restrukturyzacji Kredytów Hipotecznych mogliby korzystać zadłużeni, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji życiowej, niezależnie od waluty w jakiej zaciągali pożyczkę. Natomiast zadaniem Sektorowego Funduszu Stabilizacyjnego byłaby pomoc wyłącznie w rozwiązaniu problemu kredytów we frankach szwajcarskich. Związek zaproponował również tzw. uwolnienie zabezpieczeń hipotecznych, czyli ewentualną możliwość zmiany zabezpieczenia na wpis do księgi wieczystej innej nieruchomości.

To z pewnością byłby element pomagający w przyszłości stabilizować sytuacje kredytobiorców – uważa Zuber. – Ale raczej nie będzie panaceum dla tych, którzy mówiąc kolokwialnie  wkopali się w pożyczki we frankach szwajcarskich, biorąc je na przykład w 2006 czy 2007 roku. W ich przypadku taki system nie za bardzo może pomóc. Mam jednak wątpliwości, czy wsparcie jest im w ogóle obecnie potrzebne.

W połowie stycznia br. Narodowy Bank Szwajcarii (SNB) zdecydował, że przestaje bronić kursu swojej narodowej waluty wobec euro. Od 2011 r. dbał o to, by frank szwajcarski nie umacniał się ponad poziom 1,20 do euro, wprowadzając na rynek franki i skupując waluty. Dla równowagi SNB po raz kolejny obniżył stopy procentowe (o 0,5 proc.). W wyniku tych decyzji znacznie umocnił się kurs szwajcarskiej waluty, w której blisko 600 tys. Polaków spłaca zaciągnięte kredyty (najczęściej hipoteczne). Zaraz potem jednak notowania szwajcarskiej waluty zaczęły spadać.

Jeżeli mówimy o funduszach czy zabezpieczeniach od utraty pracy i innych zdarzeń tego rodzaju, to trzeba pamiętać, że to wszystko nie jest darmowe – podkreśla Marek Zuber. – Zatem albo banki będą musiały jakieś pieniądze na ten system wyłożyć, co będzie oznaczało, że z pewnością przerzucą te środki na osoby korzystające z ich usług, albo sami klienci będą musieli współfinansować tego typu pomysły. Oznaczałoby to wzrost marż i opłat. Nic nie jest za darmo.

Na ożywioną akcję kredytową dziś wpływają rekordowo niskie stopy procentowe. Na marcowym posiedzeniu Rada Polityki Pieniężnej obniżyła je o 50 punktów bazowych. Stopa referencyjna spadła do poziomu 1,5 proc. To powoduje, że również koszty kredytów znacząco spadają.

Pożyczka ma tylko dwie wady: zawsze trzeba ją oddać w całości i zapłacić za jej udzielenie – mówi ekonomista. – Jeżeli bierzemy kredyty hipoteczne, długoterminowe, inwestycyjne na kilkanaście lat, pamiętajmy, że w ciągu 5-7 lat stopy procentowe prawie na pewno wyraźnie pójdą w górę. Dzisiaj bowiem są najniższe w historii, a kredyty jeszcze tak tanie były. Może to oznaczać, że miesięczna płatność związana z obsługą pożyczki wzrośnie o 25-30 proc. Jeżeli dzisiaj płacimy tylko 1000 zł raty, za pięć lat może ona wzrosnąć do 1300 zł. Zaciągając dzisiaj pożyczkę, warto o tym pamiętać.

Tylko częściowa refundacja i długie kolejki ograniczają dostęp do terapii polem magnetycznym. Rozwiązaniem domowa magnetoterapia

CEO Magazyn Polska

Terapia polem magnetycznym, czyli magnetoterapia, działa przeciwbólowo, przeciwzapalnie, obniża ciśnienie krwi, wzmacnia układ odpornościowy, zwiększa dotlenienie tkanek i przyspiesza proces regeneracji organizmu. Jest coraz częstszym elementem rehabilitacji po urazach lub zabiegach operacyjnych. Na terapię w ramach NFZ trzeba jednak czekać nawet kilka miesięcy, a refundowana jest tylko jej niewielka część. Alternatywą są poręczne aparaty do magnetoterapii w warunkach domowych. Można je dostać w sprzedaży bezpośredniej – niekwestionowanym liderem w tym sektorze jest firma Vigget.

Magnetoterapia polega na stosowaniu zmiennego pola magnetycznego o niskiej częstotliwości, które przenika równomiernie przez wszystkie części ciała. Pod jego wpływem jony znajdujące się w komórkach zaczynają się przemieszczać, prowadząc do hiperpolaryzacji błony komórkowej. W wyniku działania pola magnetycznego poprawia się przemiana materii, poziom ukrwienia i dotlenienia części ciała poddawanej działaniu pola magnetycznego. Terapia ta wykorzystywana jest obecnie w kilku działach medycyny, m.in. w ortopedii i reumatologii. Sprawdza się także w leczeniu wielu chorób wewnętrznych. W odróżnieniu od tradycyjnych metod fizykoterapii magnetoterapia pozwala na bardzo głębokie oddziaływanie na organizm ludzki.

W zasadzie pole magnetyczne mamy na co dzień. Istniejemy w obszarze pola magnetycznego. Kiedyś wartość pola magnetycznego Ziemi wynosiła 2 gausy, obecnie jest to 1 gaus. Pole magnetyczne jest dla ludzi czymś dobrym, ponieważ jest katalizatorem poprawiającym jakość zabiegów fizykalnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Mariusz Posłuszny, prof. dr hab. nauk medycznych w zakresie rehabilitacji.

Podkreśla, że magnetoterapia jest bezpieczna i nie powoduje skutków ubocznych. Może być stosowana jako samodzielna terapia lub uzupełnienie innych zabiegów medycznych czy rehabilitacyjnych. Wskazania do jej zastosowania to przede wszystkim urazy, np. złamania lub zwichnięcia, choroby reumatyczne, osteoporoza, choroby dróg oddechowych, bezsenność, migreny, zmęczenie oraz stany pooperacyjne. Terapia polem magnetycznym zmniejsza odczuwanie bólu, działa przeciwzapalnie, przyspiesza regenerację tkanek i gojenie ran oraz usprawnia krążenie obwodowe. Można się jej poddawać bez względu na wiek.

Osoby starsze mogą używać jej w celach terapeutycznych, natomiast nic nie stoi na przeszkodzie, by korzystali z tej terapii również sportowcy do regeneracji oraz osoby, które pragną skorzystać ze SPA w ramach regeneracji ogólnej albo odnowy biologicznej. Osoby mające jakieś schorzenia mogą również tego sprzętu używać, ale według zaleceń – mówi prof. Mariusz Posłuszny.

Magnetoterapia w przypadku stwierdzenia konieczności rehabilitacji przez lekarza specjalistę jest refundowana przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Finansuje on jednak maksymalnie 20 zabiegów, podczas gdy do odzyskania pełnej sprawności lub całkowitego powrotu do zdrowia koniecznych jest około 200 zabiegów. Dlatego coraz większą popularność zyskują specjalistyczne aparaty, przeznaczone do terapii i rehabilitacji w warunkach domowych, oferowane m.in. przez polską firmę Vigget. Mają one niewielkie rozmiary, ważą ok. 1 kilograma, dzięki czemu są poręczne i łatwe można je przewozić. Z ich obsługą nie mają problemu nawet osoby cierpiące z powodu ograniczeń ruchowych.

Urządzenie to kosztuje kilka tysięcy złotych. Cena nie jest wysoka, biorąc pod uwagę to, że sprzęt profesjonalny, kliniczny kosztuje kilkadziesiąt tysięcy złotych. Zyskujemy dużo, bo nie musimy jechać do przychodni i czekać w kolejce, tylko możemy sami sobie wykonać dany zabieg. Jeżeli zabieg dotyczy jakiegoś schorzenia, warto wcześniej zasięgnąć porady specjalisty, lekarza rehabilitacji – mówi prof. Mariusz Posłuszny, odnosząc się do sprzętu sprzedawanego przez Vigget.

Przeciwwskazania do wykonywania zabiegów magnetoterapii to ciąża, choroby nowotworowe, ostra niewydolność wieńcowa i wszczepiony rozrusznik serca.

Duża konkurencja na rynku okien dachowych wymusiła na producentach niskie ceny i duże inwestycje

0

 

Polska należy do najbardziej konkurencyjnych rynków w Europie w segmencie okien dachowych. Korzystają na tym klienci, bo ceny są niskie i stabilne. Konkurencja napędza też inwestycje firm, które z kolei przekładają się na korzyści dla całej gospodarki. Duński Velux w ciągu trzech lat zainwestował w naszym kraju już ok. 350 mln zł.

Polski rynek jest w mojej ocenie najbardziej konkurencyjnym rynkiem w Europie, a może i na świecie. Są tutaj obecni wszyscy czołowi producenci, zarówno zagraniczni, jaki i polscy, z których jeden dominuje na rynku i to on właśnie wyznacza poziomy cen w głównych segmentach tego rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Jacek Siwiński, dyrektor generalny Velux Polska. ‒ Polski rynek charakteryzuje się wysoką elastycznością cenową popytu, dlatego zarówno my, jak i inni producenci musimy oferować produkty w cenach rynkowych.

Siwiński podkreśla, że ceny obydwu producentów są zbliżone, a z uwagi na dużą konkurencyjność rynku jest to sytuacja zrozumiała. Siwiński podkreśla, że konkurencja wpływa także na stabilizację cen. Te zmieniają się tylko nieznacznie w związku ze wzrostem kosztów energii, produkcji i transportu.

Spółka Fakro, największy krajowy konkurent firmy Velux, oskarżyła duńską spółkę o nadużywanie dominującej pozycji w Europie i złożyła w tej sprawie już drugą skargę w Komisji Europejskiej. W pierwszym przypadku Komisja po kontrolach przeprowadzonych w spółkach Velux nie znalazła potwierdzenia zarzutów i zamknęła sprawę. Druga jest nadal w toku.

Na tej konkurencji korzystają zarówno konsumenci, jak i cała gospodarka. Rywalizacja dużych firm skłania je do innowacji, które poprawiają stosunek jakości produktów do ich ceny. Firma Velux w ubiegłym roku wprowadził na rynek okna nowej generacji, dzięki którym chce wyróżnić się wśród konkurencji. To wymaga jednak inwestycji.

‒ Producenci realizując inwestycje, zatrudniają i w ten sposób jeszcze bardziej zwiększają swój wkład w gospodarkę. Przez to zyskuje również cała sieć lokalnych dostawców. Velux zainwestował w ostatnich trzech latach około 350 mln zł w rozwój w Polsce, stworzyliśmy dzięki temu kilkaset nowych miejsc pracy, daliśmy też dużo więcej zleceń całej sieci polskich dostawców – przekonuje Siwiński.

Prezes Fakro Ryszard Florek zarzuca firmie Velux również to, że przez zaniżanie cen produktów oraz czarny PR wobec polskiego producenta uniemożliwia spółce zwiększenia zatrudnienia w kraju. Jednak Velux i spółki siostrzane również mają w Polsce fabryki (w Gnieźnie, Namysłowie i Wędkowach), w których obecnie zatrudniają bezpośrednio 3,3 tys. osób. Ta liczba nie obejmuje lokalnych dostawców.

Jeszcze w tym roku Velux planuje zwiększenie zatrudnienia do blisko 3,5 tys. osób.

Biorąc pod uwagę nasz całkowity potencjał produkcyjny, Velux oraz spółki siostrzane są największym producentem okien i stolarki na polskim rynku. Wartość produkcji, którą wygenerowaliśmy w 2014 roku, przekroczyła 1,4 mld zł i to właśnie plasuje nas na takiej pozycji – podkreśla Siwiński.

Ceramika Paradyż chce zwiększyć sprzedaż na rynkach zagranicznych. Firmę interesuje m.in. Syberia

0

CEO Magazyn Polska

Pomimo obecnych problemów politycznych i gospodarczych Ceramika Paradyż nie rezygnuje z ekspansji na Wschód. Zamiast dużych rosyjskich miast, chce jednak zaistnieć w regionie Syberii, gdzie trwa duży boom budowlany. Na początku spółka planuje współpracować z dystrybutorami lokalnymi.

Cały czas pracujemy nad wzmocnieniem naszej konkurencyjności na rynkach zachodnich. Poszukujemy nowych partnerów z tamtych rynków po to, żeby zdobyć wiedzę na ich temat, na temat tego w jaki sposób one funkcjonują i jak można budować wspólną politykę handlową. Te rynki nie zawsze są do siebie zbliżone. Inna jest także oferta produktowa i inaczej wygląda dystrybucja – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Anna Tępińska-Marcinek, współwłaściciel i członek rady nadzorczej Ceramiki Paradyż.

Ceramika Paradyż sprzedaje obecnie swoje produkty na 39 rynków zagranicznych, głównie w Europie, ale również w Stanach Zjednoczonych i Azji Środkowej.

Jak podkreśla Tępińska-Marcinek, polski rynek wciąż jeszcze rośnie, ale powoli staje się już nasycony, co wymusza ekspansję zagraniczną. Dlatego Ceramika Paradyż stawia na rozwój sieci dystrybucyjnej oraz poznawanie i zdobywanie nowych rynków.

Pomimo obecnej sytuacji politycznej i gospodarczej na Wschodzie spółka nie zamierza wycofywać się z Ukrainy i Rosji. Planuje jednak zmianę strategii.

Do tej pory skupialiśmy się głównie na eksporcie do tych miejsc w Rosji, które były stosunkowo blisko, to była głównie Moskwa, Petersburg itd. Postanowiliśmy jednak inaczej podejść do tematu i sięgnąć trochę głębiej – wyjaśnia Tępińska-Marcinek. – Okazało się, że bardzo mocno rozwija się Syberia. W zasadzie nie różni się niczym od tego, co widzimy w Polsce. Budowane są drogi, autostrady i duże osiedla. Myślę, że to bardzo niedoceniany obszar.

Poza poszukiwaniem nowych rynków, takich jak syberyjskie obszary Rosji, spółka nadal będzie koncentrowała się na krajach Europy Zachodniej, Francji, Niemczech i Wielkiej Brytanii. Ceramika Paradyż chce jednak jeszcze lepiej poznać te obszary i dostosować zarówno strukturę dystrybucji, jak i ofertę produktową do poszczególnych krajów.

Inwestujemy w kanały dystrybucyjne, żeby szybciej i bardziej wydajnie dostarczać nasz towar do ostatecznego klienta, co jest dla nas dosyć dużym wyzwaniem – mówi Tępińska-Marcinek.

Na początku spółka zamierza kontynuować rozwój poprzez współpracę z lokalnymi dystrybutorami na rynkach zagranicznych. Tępińska-Marcinek nie wyklucza jednak, że z czasem na najbardziej obiecujących rynkach spółka zdecyduje się na zwiększenie zaangażowania, co może oznaczać budowę własnych struktur sprzedaży.

Niemieckie samochody najpopularniejsze wśród aut używanych. Polacy szukają coraz wyższego standardu

CEO Magazyn Polska

Volkswagen Golf to najczęściej poszukiwany samochód na rynku wtórnym. Serwis otoMoto.pl odnotował w ubiegłym roku blisko 15,5 mln zapytań o ten model. W czołówce rankingu znalazły się przede wszystkim niemieckie marki. Polacy stają się coraz bardziej wymagający – szukają dobrze wyposażonych aut, o wyższym standardzie.

Polacy niezmiennie od lat cenią sobie samochody marek niemieckich i produkcji niemieckiej. W tym roku również Volkswagen Golf został zwycięzcą w kategorii osobowych samochodów używanych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Szturma z działu handlowego serwisu otoMoto.pl.

Serwis odnotował blisko 15,5 mln zapytań dotyczących Volkswagena Golfa. Klienci najczęściej poszukują piątej lub szóstej generacji tego modelu. 71 proc. zapytań dotyczyło samochodów wyprodukowanych po 2003 roku. Blisko połowa szuka egzemplarzy z silnikami diesla.

W pierwszej trójce najczęściej poszukiwanych aut na rynku wtórnym znalazły się również Audi A4 oraz Volkswagen Passat. Dalsze miejsca należą do modelów Opel Astra, Audi A6 oraz Skoda Octavii.

Ciekawostką jest, że wśród TOP10 wyszukań znalazły się inne modele – Ford Focus i Ford Mondeo, które zajęły odpowiednio 7 i 9 miejsce – mówi Szturma.

otoMoto.pl jako jeden z największych w sieci polskich serwisów umożliwiający handel używanymi samochodami systematycznie zbiera informacje o motoryzacyjnych preferencjach Polaków. Ranking powstał na podstawie ponad miliarda zapytań, które wpisano w wyszukiwarkę, i 10 milionów ogłoszeń, które pojawiły się w serwisie.

Klienci poszukują samochodów, które są dostępne cenowo, ale widać też, że szukają samochodów coraz lepiej wyposażonych, coraz bardziej zbliżonych do segmentu premium. Poszukiwane są samochody nowsze i nieco droższe – podkreśla Michał Roszkowski, szef działu badań w TNS Polska, odpowiedzialny za zespół badań rynku motoryzacyjnego.

Jeszcze trzy lata temu najczęściej poszukiwane były samochody w cenie poniżej 5 tys. zł. W ubiegłym roku takich modeli szukało tylko 9 proc. klientów. Blisko jedna trzecia zapytań dotyczyła samochodów w przedziale cenowym 15-25 tys. zł.

Zdaniem Roszkowskiego może wynikać to z ogólnej poprawy nastrojów konsumenckich. Podobny trend widać na rynku samochodów nowych, na którym najszybciej rośnie właśnie segment premium.

Koszty przesyłki przestały być najważniejsze dla kupujących w e-sklepach. Liczy się też wygoda i jakość obsługi

 

Coraz większą wagę e-konsumenci przywiązują do wygody zakupów i jakość obsługi. Rośnie więc liczba e-sklepów oferujących dłuższy niż przewiduje prawo termin ewentualnego zwrotu towaru czy więcej możliwości odbioru lub dostarczenia towaru. Swoją ofertę rozbudowują więc firmy kurierskie.

Przez lata mówiło się, że w handlu w sieci najważniejsza jest cena – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Sulich, dyrektor ds. marketingu firmy kurierskiej DHL Parcel Polska. – To prawda: Polacy wciąż poszukują dobrej ceny w e-commerce. Natomiast widzimy, że w coraz większym stopniu dochodzą także inne kwestie. Coraz ważniejszym kryterium staje się wygoda.

Jak podkreśla, już niekoniecznie najtańsza oferta pomoże wygrać walkę o e-klienta. Równie ważne są jakość obsługi, wygoda oraz pewność transakcji.

Już w trakcie ubiegłego roku zaobserwowaliśmy, że przedsiębiorcy internetowi poszukują nowych metod wygrywania walki ze swoimi konkurentami w ramach tych samych segmentów. Niektóre wiodące sklepy internetowe proponowały takie rozwiązania, jak dostawa w tym samym dniu – mówi Sulich. – Te rozwiązania idą w kierunku zapewnienia odbiorcy jak największej wygody, bo to jest w tej chwili najbardziej wyczuwalny trend.

Ten trend powoduje zmiany nie tylko w ofercie e-sklepów, lecz także firm kurierskich, które je obsługują. DHL Parcel Polska w ubiegłym roku rozpoczął budowę sieci tzw. ParcelShopów, czyli punktów partnerskich, w których można odebrać oraz nadać przesyłkę. Ze względu na duże powodzenie, jakim cieszą się te punkty, spółka chce w tym roku skoncentrować się na rozbudowie sieci.

W tej chwili mamy kilkaset punktów ParcelShop i planujemy w tym roku otwarcie co najmniej tysiąc nowych. Stosujemy również rozwiązania, które pomagają, kiedy odbiorcy nie ma w domu. Proponujemy usługę „dostawa do sąsiada”, czyli możliwość dostarczenia przesyłki do innej osoby, oczywiście wcześniej zgłoszonej, w momencie gdy odbiorcy nie ma w domu – wyjaśnia Robert Sulich.

Liczba sklepów prowadzących działalność w sieci cały czas rośnie. Według różnych szacunków jest to od kilkunastu do ponad 20 tys. podmiotów. Sulich zaznacza, że statystyki te nie uwzględniają firm i osób prowadzących sprzedaż tylko za pośrednictwem platform aukcyjnych.

Widzimy, że dynamicznie zwiększa się liczba przesyłek będących efektem transakcji online – wskazuje Sulich. – Widać wyraźnie, że Polacy polubili internet, chętnie tam kupują, choć nadal pięcio-, a nawet sześciokrotnie mniej niż w Niemcy, Holendrzy czy Brytyjczycy.

Według Izby Gospodarki Elektronicznej krajowy rynek e-commerce wart już jest 27 mld zł i bardzo szybko rośnie. Wciąż jednak stanowi niewielki ułamek (ok. 3,5 proc.) całego handlu detalicznego, wycenianego na blisko bilion złotych.

 W sieci od lat najlepiej sprzedaje się elektronika użytkowa, ale wysoki udział tradycyjnie mają także książki i płyty z muzyką czy filmami – wskazuje Robert Sulich. – W coraz większym stopniu handluje się również produktami z kategorii fashion, czyli odzieżą i obuwiem. Znaczący wpływ na e-handel miało wejście w życie pod koniec grudnia ubiegłego roku rozwiązań legislacyjnych, które zdecydowanie poprawiają pozycje konsumenta w transakcjach internetowych.

Chodzi o ustawę z 30 maja 2014 roku o prawach konsumenta, która wprowadza m.in. szersze obowiązki informacyjne sprzedającego oraz wydłużenie o cztery dni minimalnego czasu, w jakim klient może zwrócić nabyty na odległość, czyli głównie za pośrednictwem sieci, produkt.

Coraz więcej sklepów oferuje zwrot nawet w dłuższym okresie, na przykład do miesiąca – precyzuje Sulich. – Ale rośnie także liczba polskich przedsiębiorców, którzy sięgają po metodę zwrotu całkowicie bezpłatnego, co oznacza, że jeżeli konsument kupując buty czy koszulkę, uzna, że nie spełniły one jego oczekiwań, np. ze względu na zły rozmiar albo niewłaściwy kolor, to może taki produkt zwrócić w ciągu miesiąca i nie ponosi w związku z tym żadnych kosztów.

IMM: W lutym najczęściej cytowano „Gazetę Wyborczą”. W mediach dominowała tematy dotyczące polityki

0

 

Najbardziej opiniotwórczym medium w Polsce była w lutym „Gazeta Wyborcza” – wynika z najnowszego rankingu Instytutu Monitorowania Mediów. Na podium znalazły się jeszcze „Rzeczpospolita” i Radio RMF FM. W polskich mediach koncentrowano się w tym czasie na doniesieniach ze Wschodu, relacjach wyborczych oraz podsłuchach z MSW.

W lutym na „Gazetę Wyborczą” powoływano się 628 razy, na „Rzeczpospolitą” – 402 razy, zaś RMF FM cytowano 283 razy. Dalsze miejsca zajęły tygodnik „Wprost”, stacja TVN24, radio TOK FM i „Dziennik Gazeta Prawna”.

Najczęściej poruszanymi tematami w lutym były tematy polityczne, m.in. afera podsłuchowa w MSW, stosunki polsko-rosyjskie, sytuacja na Ukrainie, kwestia obronności Polski, konwencje wyborcze i kandydaci na prezydenta Polski – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Monika Tomsia z Instytutu Monitorowania Mediów.

W mediach często pojawiał się również temat Kamila Durczoka i afery opisanej przez „Wprost”. Jednak nie było to na tyle często komentowane, by zapewnić tygodnikowi pierwsze miejsce w rankingu.

„Wprost” uzyskał około 200 cytowań, natomiast „Gazeta Wyborcza”, która znalazła się na pierwszym miejscu, miała trzykrotnie wyższy wynik, bo około 600 cytowań – informuje Monika Tomsia. – „Wprost” natomiast uplasował się na pierwszym miejscu w rankingu najbardziej opiniotwórczych tygodników lutego. Na drugim znalazł się „Newsweek”.

Na „Newsweeka” powoływano się 105 razy, a na „Politykę” – 63. W rankingu miesięczników liderem był „Forbes”, który w lutym opublikował coroczny ranking najbogatszych Polaków. Miesięcznik cytowano 29 razy, kolejne tytuły w zestawieniu, czyli „Playboya” i „Twój Styl”, miały odpowiednio osiem i sześć cytowań.

Spośród stacji radiowych pierwsze miejsca w rankingach utrzymała stacja RMF FM, która uzyskała niemal 300 cytowań. W rankingu telewizyjnym zwyciężył TVN24 – około 200 cytatów i TVN – około 100 cytatów – mówi przedstawicielka Instytutu Monitorowania Mediów. – Najbardziej opiniotwórczym portalem internetowym został Onet.pl, który wyprzedził SportoweFakty.pl i TVN24.pl. W zestawieniu mediów regionalnych najczęściej powoływano się na „Dziennik Polski” i Radio Merkury.

W rankingu stacji telewizyjnych obok dwóch kanałów TVN-u na podium znalazła się również cytowana 82 razy TVP Info. Wśród stacji radiowych kolejne za RMF FM miejsca zajęły TOK FM, na który powoływano się 175 razy, oraz Radio Zet, które cytowano 112 razy.

– W rankingu mediów ekonomicznych prym wiedzie „Dziennik Gazeta Prawna” – podkreśla Monika Tomsia. – Uzyskał on około 170 cytowań, wyprzedzając dwukrotnie „Puls Biznesu”, który uzyskał ich około 80. Natomiast w kategorii najbardziej opiniotwórczych mediów biznesowych spośród portali prowadzi Bankier.pl, który cytowany był około 50 razy.

Dopinanie formalności najbardziej stresującym etapem przy nabywaniu mieszkania. Problemem są też niesprecyzowane oczekiwania kupujących

Dopinanie formalności najbardziej <a title=stresującym etapem przy nabywaniu mieszkania. Problemem są też niesprecyzowane oczekiwania kupujących" title="Dopinanie formalności najbardziej stresującym etapem przy nabywaniu mieszkania. Problemem są też niesprecyzowane oczekiwania kupujących" />

 

Związane z zakupem mieszkania formalności są najbardziej stresującym etapem całego procesu – wynika z badania „Finansowy Barometr ING”. Na tym etapie najłatwiej o błędy, które mogą mieć negatywne skutki. Często też klienci nie mają sprecyzowanych oczekiwań co do mieszkania: jego metrażu, rozkładu czy lokalizacji, mają więc problem z dużą liczbą ofert.

– Z badań, które przeprowadziliśmy, wynika, że osoby, które chcą nabyć mieszkanie, spotykają się z tymi samymi problemami. Zwykle mieszkanie kupujemy raz w życiu, więc podchodzimy do tego procesu bez doświadczenia, nieprzygotowani. Badanie wskazuje na szereg przeszkód, które napotykamy przez cały proces zakupowy, od momentu, kiedy zaczynamy szukać mieszkania, aż do remontu czy wykończenia mieszkania, które nabyliśmy – mówi agencji Newseria Miłosz Gromski, menadżer ds. komunikacji w ING Bank Śląski.

Podstawowy błąd popełniany przez osoby poszukujące mieszkania to brak sprecyzowanych oczekiwań. Klienci nie są zdecydowani na metraż nieruchomości ani na lokalizację, w efekcie często podejmują decyzję pod wpływem chwili. Niekonkretne wymagania prowadzą także do frustracji już na etapie przeglądania ogłoszeń, jest ich bowiem bardzo dużo. Dlatego już na tak wstępnym etapie warto jasno określić cechy, którymi powinno odznaczać się idealne mieszkanie, aby zawęzić liczbę ofert.

Określmy sobie dokładnie wymagania dotyczące naszego mieszkania: czy chcemy, żeby było ono słoneczne, żeby miało miejsce parkingowe, żeby było przyjazne dla dzieci czy żebyśmy mieli dobry dojazd do centrum – mówi Gromski.

To też wiąże się z dokładnym określeniem zdolności kredytowej.

Jeżeli kupujemy mieszkanie na kredyt, najlepiej już na samym początku określić, jaką mamy zdolność kredytową, żeby wiedzieć, na co nas stać, na jakie raty kredytu możemy sobie pozwolić, żeby nasz budżet domowy wyglądał potem w miarę normalnie – mówi Miłosz Gromski.

Z ubiegłorocznego badania „Finansowy Barometr ING” wynika, że 38 proc. Polaków uważa, że odpowiedzialność za decyzję o odpowiedniej wysokości kredytu spoczywa na nich samych. Co czwarty podkreśla, że leży to po stronie banku.

Ponad 40 proc. Polaków spłacających kredyt deklaruje, że jest im trudno spłacać raty. Polska zajęła trzecie miejsce pod względem liczby osób, które mają z tym trudności, po Hiszpanii (46 proc.) i Rumunii (43 proc.).

Czasem klienci nie uwzględniają (lub nie doszacowują) w budżecie kosztów remontu lub wykończenia zakupionego lokum. Aby uniknąć dodatkowych kosztów, na odbiór techniczny mieszkania należy wybrać się z fachowcem, który nie przeoczy żadnej usterki.

Kolejnym problemem, z którym spotykają się osoby, które planują zakup mieszkania, jest brak wiedzy na temat formalności, jakie muszą spełnić albo przy występowaniu o kredyt, albo w ogóle podpisywaniu umowy kupna mieszkania. Z naszego badania wynika, że jest to najbardziej stresujący etap procesu kupna mieszkania. Zwykle takich informacji trzeba szukać w sieci lub pytać znajomych – mówi Miłosz Gromski.

Dobrze jest więc od razu zapoznać się z czekającymi nas formalnościami i odpowiednio się do nich przygotować. Ułatwiają to takie serwisy, jak NAVIDOM, który m.in. gromadzi informacje o poszczególnych etapach tego skomplikowanego procesu.

Ważna jest świadomość, że kupno mieszkania to jest bardzo czasochłonny proces, do którego musimy się odpowiednio przygotować. Znajdując te informacje w jednym miejscu, mamy sporą szansę, że mieszkanie nie ucieknie nam sprzed nosa, ponieważ zabraliśmy się za pewne rzeczy zbyt późno – mówi przedstawiciel ING Banku Śląskiego.

Bardzo istotną częścią formalności przed zakupem jest sprawdzenie własności gruntu, na którym stoi budynek, oraz stanu prawnego nieruchomości. Pominięcie tych kwestii może skutkować wyższymi opłatami za użytkowanie mieszkania, a w skrajnych przypadkach nawet jego utratą.

Popołudniowy komentarz walutowy z 25.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 25.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Ile wydamy na Święta Wielkanocne?

Jajka, żur, biała kiełbasa, a także inne produkty – lista zakupów wielkanocnych jest długa, ponieważ na świątecznym stole niczego nie powinno zabraknąć. Przed Wielkanocą wielu Polaków bacznie ogląda więc każdą złotówkę. A jeśli nie ma pieniędzy, to pożycza.

„Polacy na święta przeznaczą w tym roku średnio 360 zł. Poniżej 300 zł planuje wydać 30% społeczeństwa. Tylko co piąty Polak »zaszaleje« i kupi produkty za kwotę wyższą niż 500 zł” – mówi serwisowi infoWire.pl Przemysław Kasza z Provident Polska. Połowa respondentów zaznacza, że wyda tyle samo pieniędzy, ile w zeszłym roku. 12% sądzi, że uda im się trochę zaoszczędzić, a 13% na zakupy przeznaczy więcej środków pieniężnych niż poprzednio.

W czasie Wielkanocy wydamy trzykrotnie więcej pieniędzy niż w zwykły weekend, ale wiosenne święta to przy Bożym Narodzeniu i tak znacznie mniejsze obciążenie dla naszych kieszeni. Być może wynika to z tego, że większość osób w czasie Świąt Wielkanocnych nie obdarowuje się zakupionymi upominkami – tylko 33% ankietowanych zadeklarowało, że kupi prezenty dla bliskich. Przeznaczy na nie średnio 120 zł. Duża grupa osób spróbuje przygotować upominki ręcznie, tak aby nie ponieść kosztów.

Niestety nie każdy Polak jest w stanie sfinansować wydatki świąteczne samemu. „Jeśli decydujemy się na »kredyt 0 zł«, bądźmy ostrożni” – zaznacza rozmówca. Pamiętajmy, że „chwilówkę” musimy oddać w dość krótkim czasie, często niewystarczającym, by uzbierać odpowiednią kwotę. Dlatego zamiast wpadać w długi, lepiej przeznaczyć na święta skromniejszą sumę pieniędzy.

O Komorowskim najczęściej, o Dudzie najprzychylniej

Kampania wyborcza rozpoczęła się na dobre. Jednym z czynników warunkujących wygraną jest popularność kandydatów w mediach. W dniach 1–15 marca na temat osób biorących udział w walce o najwyższy urząd w państwie opublikowano łącznie 27,8 tys. materiałów! Dziennikarze najczęściej wspominali o Bronisławie Komorowskim, a najbardziej przychylni byli Andrzejowi Dudzie.

„PRESS-SERVICE Monitoring Mediów” przygotował raport na temat obecności medialnej kandydatów ubiegających się o fotel prezydenta Polski. Aż 40 proc. publikacji (11,1 tys.) z prasy, internetu i RTV odnosiło się do Bronisława Komorowskiego, który prowadzi także w najnowszym sondażu TNS Polska. Według tego badania 41 proc. ankietowanych, którzy planują wziąć udział w majowych wyborach, zamierza głosować  właśnie na Komorowskiego.

Kolejne miejsca w rankingu pod względem liczby publikacji w analizowanych mediach zajęli Andrzej Duda z wynikiem 5,3 tys. materiałów,  Magdalena Ogórek – 2,6 tys., Janusz Palikot – 2,5 tys. oraz Adam Jarubas – 1,6 tys.

Liderowi zestawienia najwięcej uwagi poświęciły źródła internetowe – aż 7,3 tys. doniesień medialnych, a następnie telewizja (1,9 tys.), prasa (1,2 tys.) oraz radio (775). Najczęściej o obecnym prezydencie traktowali dziennikarze Wpolityce.pl, „Gazeta Polska Codziennie” oraz radio Tok Fm. Ponadto Komorowski pojawił się w 72 informacjach na pierwszych stronach gazet.

Palikot w social media

W mediach społecznościowych pod względem liczby doniesień także wygrywa Komorowski (7,9 tys. informacji), jednak zmiany nastąpiły już na drugim miejscu w stosunku do zestawienia obejmującego publikacje z prasy, internetu i RTV. Zaraz za prezydentem uplasował się Janusz Palikot. Na jego temat opublikowano 6,9 tys. wzmianek. Wyprzedził on Andrzeja Dudę (5,5 tys.) oraz Janusza Korwin-Mikkego (4,3 tys.)

Media najprzychylniej o Dudzie

Z analizy wydźwięku publikacji wynika, że media w pierwszym okresie kampanii wyborczej były dosyć neutralne w stosunku do kandydatów. Dziennikarze pozytywnie wypowiadali się o Andrzeju Dudzie. Na jego temat ukazało się 495 materiałów o takim nacechowaniu, co stanowiło prawie 10 proc. ogółu przekazu na jego temat.

Najwięcej krytycznych materiałów pojawiło się względem Janusza Palikota (9,7 proc.), Bronisława Komorowskiego (7,7 proc.) oraz Magdaleny Ogórek (5,6 proc.).

Komorowski wygrał w 13 województwach

Aktualny prezydent RP dominował w mediach w większości województw w kraju. Gdyby od popularności medialnej zależał wynik wyborów, to Komorowski nie wygrałby jedynie w województwie lubuskim, opolskim i  świętokrzyskim. Na zachodzie kraju mocnymi kandydatami są Magdalena Ogórek i lider Twojego Ruchu. Z kolei w Opolu i okolicach prym wiodą Andrzej Duda i Janusz Palikot, a w województwie świętokrzyskim Adam Jarubas i ponownie Duda.

Zdecydowana większość informacji na temat kandydatów pochodziła ze źródeł o zasięgu ogólnopolskim (łącznie 78 proc.). Publikacje w tego typu mediach dotyczyły głównie Adama Słomki (95 proc.), Iwony Piątek (93 proc.) i Dariusza Łaski (87 proc.). W mediach regionalnych dominowali Grzegorz Braunn (30 proc. materiałów), Komorowski (27 proc.) i Duda (20 proc.).

Media najczęściej o prezydencie

Wykres aktywności pokazuje, że każdego dnia Komorowski najczęściej pojawiał się w prasie. Jego osoba szczególne zainteresowanie wzbudziła 9 marca, w związku z wiecem oraz wypowiedzią odnośnie in vitro. Ostatnie dni charakteryzowały się spadkiem liczby doniesień medialnych. Z kolei o Andrzeju Dudzie najwięcej materiałów pojawiło się 2 marca – to wtedy kandydat PiS zarzucił Komorowskiemu unikanie dialogu. Aktywność kandydata podczas reszty analizowanego okresu była dosyć stabilna. 5 i 6 marca dziennikarze rozpisywali się na temat Palikota z uwagi na odejście 3 polityków z partii „Twój Ruch”.

O badaniu

Raport „Wybory prezydenckie 2015” to cykliczne badanie „PRESS-SERVICE Monitoring Mediów”, które sprawdza częstotliwość występowania w mediach kandydatów na urząd prezydenta Polski. Analizie poddano materiał pochodzący z monitoringu ponad 1100 tytułów prasowych, 5 mln źródeł internetowych, najpopularniejszych serwisów społecznościowych oraz 100 stacji radiowych i telewizyjnych.

Zakres czasowy: 1-15.03.2015 r.

Metoda: ilościowa i jakościowa analiza danych.

Alumetal chce być liderem w Europie do 2018 r. Sprzedaż wzrośnie o jedną trzecią

0

CEO Magazyn Polska

Alumetal do 2018 r. chce być liderem w rynku stopów aluminiowych w Europie. Spółka celuje w udział rynkowy na poziomie 8 proc. oraz roczną sprzedaż na poziomie 210 tys. ton – o jedną trzecią więcej niż w 2014 r. W zwiększeniu obrotów pomoże nowy zakład na Węgrzech, który ma być otwarty pod koniec 2016 r.

Strategia jest określona do 2018 roku. Chcemy osiągnąć poziom sprzedaży 210 tys. ton w tym roku. To spowoduje, że osiągniemy 8-proc. udział w rynku i będziemy numerem jeden w tym zakresie w Europie – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Szymon Adamczyk, prezes zarządu Alumetal SA.

Alumetal już w 2014 r. zanotował rekordowe wyniki. Po raz pierwszy w historii GK Alumetal przekroczyła 156 tys. ton sprzedaży – to o 23 proc. więcej niż rok wcześniej. Przychody ze sprzedaży wzrosły rok do roku o 22 proc. do ponad 1,2 mld zł.

Wyższa sprzedaż oraz rosnące w związku z ożywieniem na europejskim rynku motoryzacyjnym marże przełożyły się na poprawę wyniku. Zysk netto grupy kapitałowej wyniósł w ubiegłym roku 58,9 mln zł. Był to najlepszy wynik w historii spółki, a także pierwszy rok obecności na GPW po debiucie w lipcu 2014 r.

Na dużym zysku spółki skorzystają akcjonariusze, bo zgodnie z dotychczasową polityką dywidendową zarząd rekomenduje wypłatę w formie dywidendy 50 proc. skonsolidowanego zysku netto. To oznacza 1,95 zł na akcję spółki.

Obecny ok. 6-proc. udział w europejskim rynku wtórnych aluminiowych stopów odlewniczych nie zadowala jednak spółki. W 2014 r. rozpoczęto strategiczną inwestycję na Węgrzech. Dzięki nowemu zakładowi sprzedaż Alumetalu ma dalej rosnąć.

Projekt przebiega zgodnie z planem. Przypomnę, że wydatki inwestycyjne są szacowane na poziomie 120 mln zł. Uruchomienie zakładu ma nastąpić w IV kw. 2016 roku, prace przebiegają zgodnie z planem i zgodnie z budżetem. Na obecną chwilę nie widzę żadnego zagrożenia, które mogłoby opóźnić realizację tego planu – mówi Adamczyk. – Dzięki inwestycji będziemy w stanie sprzedawać więcej, pozyskać kolejne punkty w udziale sprzedaży w rynku europejskim i mam nadzieję, że zostaniemy liderem w Europie.

Adamczyk dodaje, że Alumetal nie wyklucza akwizycji i cały czas poszukuje potencjalnych kandydatów do przejęcia. Na razie jednak plany nie są skonkretyzowane.

Ważnym elementem strategii jest także ciągła praca nad zwiększaniem efektywności posiadanych już zdolności produkcyjnych – podkreśla Adamczyk.

Szczególnie ważny dla spółki jest obszar metal management, czyli pozyskiwanie metali ze złomu. Alumetal zamierza prowadzić inwestycje również w tym obszarze.

Lancerto uruchomi w tym roku sklep internetowy i 10 nowych salonów

Lancerto, polska marka odzieżowa specjalizująca się w modzie męskiej, jeszcze w tym roku uruchomi sklep internetowy. Spółka zamierza także zmodernizować i uruchomić 10 salonów, głównie w największych miastach. Nie planuje jednak na razie ekspansji zagranicznej ani uruchamiania sklepów franczyzowych.

Chcemy do końca roku otworzyć lub zmodernizować 10 kolejnych salonów, przy czym w I połowie tego roku planujemy otwarcie lub modernizację 6 lokalizacji – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Michał Grochala, ekspert Lancerto. – W tej chwili trwają prace nad otwarcie sklepu internetowego, które nastąpi najprawdopodobniej w IV kw. tego roku. Budujemy też magazyn logistyczny, który będzie miał na celu obsłużenie m.in. tego sklepu internetowego, a także rosnącej sieci sprzedaży.

Lancerto co roku notuje ok. 20-proc. wzrost przychodów. W 2014 r. obroty spółki przekroczyły poziom 40 mln zł, podczas gdy w 2008 r., w pierwszym roku działalności, było to jedynie 8,5 mln zł. Spółka cały czas pracuje także nad zwiększeniem rentowności, chociaż nie ujawnia dokładnych danych dotyczących poziomu marż.

Obecnie spółka posiada 32 salony mody męskiej w 27 miastach. Jeszcze w marcu planowane jest otwarcie nowego sklepu w Elblągu – w tym mieście do tej pory Lancerto nie było obecne. Od początku roku ruszyły już nowe salony w Toruniu, a także w centrum outletowym Factory Ursus w Warszawie.

Cały czas chcemy rozwijać się w tych najlepszych lokalizacjach, czyli w największych miasta, jak Warszawa, Katowice, i innych dużych aglomeracjach. Jeżeli chodzi zaś o mniejsze miasta, to tam również jesteśmy obecni, głównie interesują nas jednak lokalizacje o największej liczbie mieszkańców – informuje Grochala.

Wszystkie salony Lancerto należą do spółki. Firma nie planuje obecnie rozwoju w modelu franczyzowym. Również ekspansja zagraniczna nie mieści się w strategii spółki na najbliższe lata. Jak podkreśla Grochala, polski rynek wciąż oferuje duże możliwości rozwoju i zwiększenia sprzedaży.

Potencjał naszego kraju wiąże się z rosnącym zainteresowaniem elegancką modą męską. Jak tłumaczy ekspert, w tym sezonie szczególnie popularne są klasyczne, dwuczęściowe garnitury. Klienci spółki decydują się zwykle na jednorzędowe marynarki w tradycyjnych kolorach – granacie i szarości. Takie ubrania dają dużą możliwość doboru dodatków.

Lancerto wprowadziło jednak także nową ofertę dla klientów szukających nieco swobodniejszego stylu.

Wprowadzamy kolekcję, która opiera się w dużej mierze na marynarkach mniej formalnych, na spodniach chino, czyli taka propozycja dla klienta, który ceni sobie nieco mniej formalny styl, tzw. smart casual. Nie tak bardzo elegancki, nie tak bardzo wizytowy, jak dwuczęściowy, jednorzędowy garnitur. I tę linię mamy zamiar promować, zresztą ona jest już w tej chwili wprowadzona – wyjaśnia Grochala.

Pomimo planów rozwoju spółka nie planuje na razie debiutu giełdowego. Jak podkreśla Grochala, Lancerto otrzymuje takie propozycje, jednak żadna z nich nie była do tej pory w pełni satysfakcjonująca.

Rozwój ma być zatem finansowany głównie ze środków własnych. Spółka nie ujawnia jednak kosztów inwestycji w nowe salony.

Nasza działalność jest finansowana głównie z rotacji produktów i ze środków, które pozyskujemy dzięki sprzedaży – wyjaśnia ekspert Lancerto.

„Pracuj w IT 2015” – co warto wiedzieć o pracy w IT

Którzy specjaliści z branży IT mogą liczyć już na starcie kariery zawodowej na zarobki przekraczające średnią krajową? Na co, oprócz doświadczenia, zwracają uwagę rekruterzy poszukujący specjalistów w tej branży? Na te i inne pytania odpowiedzi udziela najnowsze wydawnictwo serwisu Pracuj.pl – „Pracuj w IT 2015”.

IT to jeden z tych obszarów, w których popyt na pracowników stale rośnie. W 2014 r. specjaliści IT znaleźli się na czwartym miejscu wśród najbardziej poszukiwanych pracowników; na portalu Pracuj.pl opublikowano dla nich 55 973 oferty pracy. Przez pierwsze dwa miesiące 2015 r. do specjalistów IT skierowano 9 922 ogłoszenia o pracę. Poszukiwano głównie programistów, testerów oraz administratorów systemów, wsparcia technicznego.

Specjaliście IT dobrze zapłacę

Z danych zawartych w publikacji „Pracuj w IT 2015” wynika, że bez względu na poziom doświadczenia programiści, analitycy biznesowi, architekci oprogramowania, testerzy i specjaliści ds. zarządzania projektami cieszą się najlepszymi zarobkami, w porównaniu do specjalistów o podobnym poziomie doświadczenia z innych branż. Wyprzedzają pracowników takich obszarów, jak doradztwo/konsulting, ubezpieczenia, marketing, energetyka, nieruchomości, bankowość czy zakupy.

Połowa pracowników zajmujących się rozwojem oprogramowania, bez nawet rocznego doświadczenia, zarabia więcej niż 2,8 tys. zł netto. Im dłuższy staż pracy, tym wyższe wynagrodzenie. Przeciętne wynagrodzenie osób z 1-3-letnim doświadczeniem wynosi 4 tys. zł netto (oznacza to, że 50 proc. z nich zarabia więcej niż 4 tys. zł, a 50 proc. mniej).

Bardzo dobrze zarabiają także specjaliści związani z administracją IT, m.in. administratorzy systemów i sieci, help desk. Wśród najlepiej opłacanych zawodów znajdują się również te, które są związane z Internetem i nowymi mediami, m.in. web design i web development komentuje, dla „Pracuj w IT 2015”, Maciej Bąk, Ekspert ds. Raportów Wynagrodzeń w Grupie Pracuj.

Dobre zarobki na każdym poziomie zatrudnienia

Jak pokazują analizy zawarte w publikacji „Pracuj w IT 2015”, specyfiką tej branży jest to, że na każdym poziomie zatrudnienia zarobki oferowane specjalistom IT należą do najwyższych, w porównaniu z zarobkami osób o podobnym stażu pracy i zakresie odpowiedzialności.  Specjalista IT w obszarze rozwoju oprogramowania otrzymuje przeciętnie 4 tys. zł netto, koordynator – 6,4 tys. zł netto, kierownik – 8,2 tys. zł netto, a dyrektor 12 tys. zł (mediana przeciętnego wynagrodzenia). Dla specjalistów ds. IT odpowiedzialnych za Internet i nowe media zarobki plasują się od 3 tys. zł netto na stanowisku specjalisty do 9 tys. zł netto na stanowisku dyrektorskim. Specjalista w obszarze IT administracja zarabia przeciętnie 3,1 tys. zł netto, koordynator 4,4 tys. zł, kierownik 7,5 tys. zł, a dyrektor ok. 11 tys. zł. Dyrektor ds. IT, będący członkiem zarządu zajmuje pierwsze miejsce w rankingu najlepiej opłacanych stanowisk dyrektorskich w różnych obszarach (mediana wynosi tutaj 13 tys. zł netto).

 „Pracuj w IT 2015” – trendy w branży IT

„Pracuj w IT 2015”, to coroczne wydawnictwo Pracuj.pl skierowane do osób planujących karierę w IT. W tegorocznym wydaniu wiele miejsca poświęcono zarobkom oraz procesowi rekrutacji. Eksperci doradzają, jak przygotować się do rozmowy kwalifikacyjnej oraz na jakie kompetencje zwracają uwagę rekruterzy. O tym, jak zaplanować swoją indywidualną karierę, opowiadają dyrektorzy różnych obszarów w branży IT. „Pracuj w IT 2015” to także profile 24 pracodawców wraz z informacjami o tym, co oferują kandydatom do pracy. Publikacja w nakładzie 20 000 egzemplarzy dystrybuowana na 11 największych uczelniach technicznych oraz targach i wydarzeniach kierowanych do branży IT (m.in. Kariera IT, Infoshare, Confitura). Dostępna również online nahttp://www.pracuj.pl/pracuj-w-it/

Pro Progressio: Dobrą lokalizacją dla inwestora w centrum usług wspólnych jest duży ośrodek akademicki z niezbyt niskim bezrobociem

CEO Magazyn Polska

Dla inwestora w branży outsourcingu procesów biznesowych kluczowy jest dostęp do wykształconych kandydatów do pracy i lokalizacja. Liczy się przede wszystkim znajomość języków obcych i wysokie kompetencje branżowe, zaś zaletą lokalizacji jest rozwinięta infrastruktura i niezbyt niskie bezrobocie. Korzystanie z usług outsourcera może przynieść 20-30-proc. oszczędności, ale na zwrot z inwestycji trzeba czekać nawet kilka lat.

Inwestorzy z sektora BPO, SSC, nowoczesnych usług dla biznesu czy centrów badawczo-rozwojowych wybierając lokalizację, kierują się przede wszystkim zasobami ludzkimi – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Wiktor Doktór, prezes zajmującej się rozwojem branży outsourcingowej w Polsce fundacji Pro Progressio. – Nie możemy brać pod uwagę miejsc, w których nie ma szkół wyższych, siły roboczej i gdzie jest zbyt niski poziom bezrobocia. Paradoksalnie nie wpływa to korzystnie na rozwój inwestycji z tego sektora. Interesujące dla nas są lokalizacje, gdzie są szkoły wyższe, które mają zróżnicowany profil nauczania. Co ciekawe, negatywnie nie działa jednak to, że dany rynek lokalny jest już nasycony tego typu inwestycjami.

Według eksperta istotnym elementem jest znajomość języków obcych. Podstawowe języki to oczywiście angielski, niemiecki, ale polskie centra outsourcingowe obsługują już klientów w 40 językach.

Z reguły świadczą usługi w języku angielskim, niemieckim i dwóch, trzech innych językach – informuje Doktór. – Ale mamy kilka przykładów, gdzie tych języków jest kilkanaście, a bywa nawet 30. Jeżeli wchodzi do Polski centrum operacyjne, które ma być wsparciem dla jednej lokalizacji, np. Londynu, ale obsługiwać również spółkę bądź klientów, którzy są rozsiani po całym świecie, to pojawia się potrzeba dostępu do wielu języków.

Czasami kompetencje są naturalne, jak np. w zachodnich województwach, gdzie popularny jest niemiecki, czasem bywają wyuczone. Dlatego dużym zainteresowaniem inwestorów, jak wskazuje Wiktor Doktór, cieszą się ośrodki miejskie, gdzie działają wyższe uczelnie.

Bardzo dynamicznie rozwija się region trójmiejski, nie tylko Gdańsk i Gdynia – zauważa Doktór. – Ma dobrą logistykę, dlatego działają tam zarówno centra typu BPO, jak i SSC. Poznań ze swoją strategią komunikacyjną, którą wyniósł z Euro 2012, jest miastem widocznym na arenie międzynarodowej, co zdecydowanie pomaga w rozwoju sektora outsourcingowego i w ogóle centrów usług wspólnych.

Według rankingu fDi Markets dziennika „Financial Times” Polska zajmuje już trzecie miejsce na świecie w branży, ustępując jedynie tradycyjnym liderom, czyli Indiom i Malezji. Region Europy Środkowo-Wschodniej, w którym wiodącą rolę odgrywa nasz kraj (ponad 40 proc. etatów), zajął natomiast pierwsze miejsce pod względem liczby zajmujących się rozwojem i utrzymaniem aplikacji placówek ADM (Application Development and Maintenance) oraz trzecie, po Ameryce Północnej i Europie Zachodniej, w zakresie świadczonych na rzecz dużych korporacji zleceń informatycznych. Jest także największym dostawcą usług inżynieryjnych oraz dostawcą bazującej na wiedzy obsługi prac badawczo-rozwojowych (Research & Development).

Branża się trochę różni między miastami – zauważa Doktór. – We Wrocławiu jest przewaga centrów badawczo-rozwojowych bądź outsourcingu IT. Jeżeli popatrzymy na Kraków czy Poznań, to tam mamy głównie ośrodki finansowo-księgowe bądź zaawansowanych procesów opartych o wiedzę. W Radomiu lokują się ośrodki typu call i contact center.

Działające w kraju ośrodki to centra obsługujące klika branż: przemysłową, FMCG, spożywczą, finansową. Zatrudniają przeciętnie około 200 osób. Zdanie prezesa fundacji Pro Progressio odbiorcy usług wiedzą, że w ciągu roku trudno myśleć o zwrocie z inwestycji w powierzenie poszczególnych procesów.

W ciągu pięciu lat jesteśmy w stanie zapoznać się z pełnym procesem dla danego klienta, wprowadzić usprawnienia, odpowiednią obsługę itd. – tłumaczy Doktór. – Tak naprawdę wahania procentowe, jeśli chodzi o zwrot z inwestycji bądź obniżenie kosztów, są bardzo różne. Ale gdy są niższe niż 20 proc. na procesie, to nie opłaca się tego na dłuższą metę zlecać na zewnątrz. Wtedy lepiej pomyśleć o optymalizacji procesów wewnątrz firmy i usprawnieniu własnej obsługi. Natomiast można dochodzić do zwrotów z inwestycji nawet rzędu 20-30 i więcej procent w zależności od tego, gdzie i jaki proces jest powierzany.

Poczta Polska do 2020 r. zarobi na paczkach, usługach kurierskich i logistyce 1,5 mld złotych

CEO Magazyn Polska

Poczta Polska zamierza w ciągu najbliższych czterech lat zainwestować w rozwój 1,5 mld zł. Celem jest podwojenie przychodów z usług kurierskich, które także mają wzrosnąć do 1,5 mld zł i wprowadzenie przedsiębiorstwa na warszawską giełdę w 2016 roku.

Wraz z rozwojem e-commerce rozkwita rynek usług transportowych. Przesyłanie paczek to dziś jedna z najpopularniejszych usług kurierskich. Poczta Polska chce być najważniejszym partnerem dla firm prowadzących handel internetowy. W strategii na lata 2015-2020 zaplanowano, że firma będzie świadczyć usługi zarówno dla klientów indywidualnych, jak i korporacyjnych.

Chcemy się koncentrować na trzech zasadniczych sprawach – mówi agencji informacyjnej Newseria Jerzy Jóźkowiak, prezes zarządu Poczty Polskiej. – Numer jeden to paczki, dwa  kurierzy, a trzy – logistyka. Dzięki temu chcemy być firmą pierwszego wyboru dla klientów, którzy będą korzystali z e-commerce. Chcemy, aby ta oferta była atrakcyjna zarówno z racji ceny, jak i produktów dodanych, które pojawią się w ofertach e-sklepów.

Aby taką pozycję osiągnąć, Poczta musi być konkurencyjna cenowo. Stąd zawarte w nowej strategii spółki plany dotyczące oszczędności sięgających 1,5 mld zł.

Przeglądamy naszą sieć i staramy się, aby jej efektywność wzrosła – zapowiada Jerzy Jóźkowiak. – Przykładem jest chociażby zmniejszanie placówek, które dotąd zajmowały 400-500 mkw. Dzisiaj nie ma takiej potrzeby. Drugi element to przegląd i automatyzacja procesów logistycznych. To jest również przyglądanie się wszystkim parametrom jakościowym naszej pracy, a w tym będzie na pewno pomagał nowy system motywacyjny.

Poczta Polska ogranicza się nie tylko do programu zwiększającego efektywność, lecz także ma duże plany inwestycyjne. Mają się one koncentrować na poprawie jakości usług kurierskich i obsłudze e-commerce. W planach jest m.in. stworzenie ok. tysiąca automatycznych urządzeń paczkowych oraz zwiększenie do 10 tys. liczby punktów odbioru paczek. Sprawne świadczenie usług kurierskich wymaga też posiadania floty samochodowej, w którą spółka zamierza zainwestować.

To są bardzo konkretne rzeczy, które będą wspomagały strategię w tym wymiarze – zwraca uwagę prezes zarządu Poczty Polskiej. – Planujemy też dalsze inwestycje w ludzi. Będziemy kontynuować nasz program szkoleniowy. Zaoferujemy profilowane szkolenia dotyczące poprawy efektywności pracy oraz obsługi sprzedażowej klienta.

Poczta nie rezygnuje też z tradycyjnych usług listowych oraz działalności ubezpieczeniowej i bankowej, które mają stabilizujący wpływ na przychody. Prezes Poczty Polskiej Jerzy Jóźkowiak podkreśla, że jego firma ma dzisiaj najmocniejszą pozycję na polskim rynku, ale bez inwestycji jej nie utrzyma. Część niezbędnych środków chce pozyskać na giełdzie.

Chcielibyśmy pozyskać z giełdy znaczącą kwotę, mówię tu o setkach milionów złotych – wyjaśnia Jóźkowiak.

Nowa strategia zakłada upublicznienie Poczty w 2016 roku z pozostawieniem większościowego udziału w gestii Skarbu Państwa. Do 2020 roku spółka chce być największym w kraju integratorem usług paczkowo-kurierskich, komunikacji tradycyjnej i elektronicznej, usług finansowych i e-government.

W ciągu dwóch tygodni projekt nowej Rady Dialogu Społecznego trafi do Rady Ministrów

 

Jeszcze w I połowie roku może zacząć działać Rada Dialogu Społecznego, która zastąpi Komisję Trójstronną jako forum negocjacji między pracodawcami, związkami zawodowymi i rządem. W ostatni weekend strony ustaliły wszystkie szczegóły. Resort pracy w ciągu najbliższych dwóch tygodni przedstawi ostateczny projekt Radzie Ministrów.

Mechanizm dialogu społecznego jest potrzebny po to, by rozwiązywać problemy strategiczne i jednocześnie budować wokół nich kapitał społeczny – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes wiceminister pracy i polityki społecznej Jacek Męcina. – Dziś wyzwaniem jest poprawa jakości pracy i jej osiągnięcie bez psucia rynku pracy, czyli żeby jednocześnie rosło zatrudnienie i mogły poprawiać się jego warunki, o co chodzi związkowcom.

Jak podkreśla, te problemy mogą być ad hoc rozwiązywane przez rząd, ale wtedy budzą dużo kontrowersji. Lepszą metodą jest wypracowanie rozwiązania w drodze negocjacji, nawet jeśli są one trudne i długotrwałe.

Negocjacje między pracodawcami, związkami zawodowymi i rządem mają być łatwiejsze dzięki nowej Radzie Dialogu Społecznego, która zastąpi Komisję Trójstronną. Prace na forum Komisji zostały zarzucone blisko dwa lata temu przez stronę związkową.

Partnerzy społeczni przygotowali autonomiczny projekt powołania nowej instytucji wykorzystującej doświadczenia Komisji Trójstronnej – informuje Męcina. – Jako przedstawiciel rządu prowadziłem negocjacje z przedstawicielami organizacji pracodawców i związków zawodowych, które miały na celu przygotowanie projektu w takiej formie, aby powoływana w nim instytucja mogła zostać jak najszybciej uruchomiona w sensie legislacyjnym.

Wszystkie szczegóły dotyczące nowej formuły współpracy zostały uzgodnione w ostatni weekend podczas spotkania stron w Dobieszkowie pod Łodzią. Ustawa o utworzeniu Rady Dialogu Społecznego w ciągu najbliższych dwóch tygodni ma trafić do Rady Ministrów. Strony liczą, że zostanie przyjęta jeszcze przed wakacjami.

Mam nadzieję, że to będzie dobry „produkt”, w którym zdefiniowane zostanie większe zaangażowanie partnerów społecznych w proces negocjacji i konsultacji – uważa Jacek Męcina. – Będzie w nim więcej uprawnień związanych np. z możliwością przygotowywania własnych projektów aktów prawnych. Rząd z kolei zostanie zobowiązany do tego, by projekty mogły być rozpatrzone i ocenione pod kątem konieczności przyjęcia takich regulacji. Musi być też nieco więcej autonomii i postawienia także na dialog autonomiczny między pracodawcami i przedstawicielami związków zawodowych.

Rada ma być niezależna od rządu. Jej członków wskazywać będą organizacje związkowe, organizacje pracodawców oraz premier. Przewodnictwo w radzie obejmować będzie rotacyjnie każda ze stron, a kadencja przewodniczącego będzie trwać rok, również w wojewódzkich radach dialogu społecznego.