Zamach w Tunisie może przyczynić się do zaostrzenia przepisów dotyczących ściślejszego monitorowania internetu

 

Utrzymująca się napięta sytuacja międzynarodowa może doprowadzić do zaostrzenia przepisów dotyczących śledzenia aktywności internautów przez służby państwowe. Unia Europejska, między innymi w związku z negocjowaną ze Stanami Zjednoczonymi umową TTIP, chce ujednolicić przepisy w krajach członkowskich. Ich kształt zależy jednak od napięć poza granicami UE.

Jeżeli sytuacja będzie dalej niekorzystna, czyli będzie tak niebezpiecznie, jak jest obecnie po zamachu w Tunisie, można domniemywać, że dojdzie do zaostrzenia przepisów w zakresie ściślejszego monitorowania przestrzeni internetowej. Jeżeli będzie względnie spokojnie, to podejrzewam, że Unia Europejska podejmie decyzje, które uśrednią tę sytuację, zapewniając bezpieczeństwo przy jednoczesnej swobodzie korzystania z sieci – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Karwas, ekspert ds. bezpieczeństwa w Wyższej Szkole Bankowej w Chorzowie.

Obecnie we wspólnocie nie ma jednolitych przepisów dotyczących śledzenia aktywności internautów oraz pozyskiwania tych informacji przez służby. Prawo w tym zakresie jest różne w poszczególnych krajach.

Unia Europejska podjęła pierwszą próbę regulacji tego aspektu w 2009 r. Przyjęta wtedy dyrektywa 136/2009 dotyczy głównie popularyzacji usług internetowych i zwiększenia dostępu do nich w całej UE, ale obejmuje również zagadnienia z zakresu śledzenia aktywności użytkowników, w tym np. obowiązek informowania o zbieraniu plików cookies. To niewielkie dokumenty tekstowe zapisywane i odczytywane przez strony internetowe, pozwalające na zbieranie informacji o danym użytkowniku.

Pierwszymi krajami, które wdrożyły dyrektywę i tym samym zaostrzyły przepisy, były Dania, Estonia i Wielka Brytania. W Polsce dyrektywa ta została zaimplementowana po nowelizacji ustawy Prawo telekomunikacyjne w 2013 r.

– Polska na tle innych krajów wypada całkiem nieźle. Po zmianie prawa państwo zwiększyło aktywność i kontrole służb państwowych w zakresie monitorowania osób i instytucji, które mogłyby działać sprzecznie z prawem, jednocześnie uwzględniając interes prawa obywateli do swobody i wolności komunikowania się w przestrzeni internetowej – tłumaczy Karwas.

Teraz UE chce jednak wprowadzić wspólne przepisy. Takich zmian domaga się Eurojust, czyli unijna agencja ds. współpracy wymiarów sprawiedliwości. Postulowane przez nią zmiany dotyczą m.in. monitorowania rozmów na Skypie oraz możliwości wykorzystywania wiadomości z Facebooka w sądach. Choć sama agencja Eurojust nie może zaproponować unijnego prawa, propozycja została podchwycona przez wielu polityków.

Związane jest to m.in. z walką z terroryzmem i wydarzeniami sprzed kilku dni w Tunisie. Komisja Europejska chciałaby w szerszym stopniu monitorować przestrzeń internetową, ale nie po to, by zaspokoić własną ciekawość, lecz po to, by zwiększyć bezpieczeństwo obywateli w poszczególnych państwach. Kwestie terroryzmu czy cyberprzestępczości są bardzo istotne z punktu widzenia filaru bezpieczeństwa w Unii Europejskiej – przekonuje ekspert ds. bezpieczeństwa Wyższej Szkoły Bankowej w Chorzowie.

Ujednolicenie zasad panujących w sieci może być też przydatne podczas negocjacji umowy o wolnym handlu ze Stanami Zjednoczonymi, czyli umowy TTIP. Prawo w Stanach Zjednoczonych jest znacznie bardziej rygorystyczne. Narodowa Agencja Bezpieczeństwa może tam śledzić użytkowników bez uzyskania zgody sądu. To model prewencyjny, który polega na wyłapywaniu osób prowadzących nielegalną działalność w sieci. W ramach unijno-amerykańskiego porozumienia strony chcą też zapewnić takie same warunki dostępu do sieci, bo to w dzisiejszej gospodarce fundamentalny element prowadzenia działalności biznesowej.

Ekspert dodaje, że wojna na Ukrainie, z którą wiążą się również cyberzagrożenia, oraz rosnące ryzyko zamachów terrorystycznych w Europie lub krajach sąsiednich powodują, że prawdopodobieństwo przyjęcia wspólnych unijnych przepisów jest bardzo duże.

Przeszkodą może jednak okazać się podejście Niemców do tego zagadnienia. Obywatele i władze tego kraju są wśród największych oponentów zwiększonych uprawnień służb, co wynika z historycznych doświadczeń z inwigilacją najpierw nazistowską, a potem przez Stasi w NRD. Karwas ocenia jednak, że i tam może dojść do zmiany przepisów na takie, które znajdą równowagę między bezpieczeństwem a wolnością w sieci.

M. Mróz (Copernicus): Podwyżka stóp procentowych w USA w tym roku wcale nie jest pewna. Na ostrożności Fed zyska polska gospodarka

 

Oczekiwana przez ekonomistów podwyżka stóp procentowych we Stanach Zjednoczonych wcale nie jest w tym roku przesądzona. Inflacja w USA jest niska, a mocny dolar może zaszkodzić tamtejszym eksporterom. Jeżeli Fed wstrzyma się z zaciskaniem monetarnego pasa, co zasugerowała po ostatnim posiedzeniu szefowa tego gremium Janet Yellen, zyska też polska gospodarka.

Sytuacja amerykańskiej gospodarki pokazuje jednak pewne oznaki spowolnienia. Rekordowo mocny dolar i inflacja poniżej pożądanych przez Fed poziomów sugerują, że być może wbrew oczekiwaniom konsensusu rynkowego w tym roku zobaczymy albo jedynie bardzo symboliczną podwyżkę stóp procentowych w USA, albo jej nie zobaczymy wcale – mówi agencji informacyjnej Newseria Marcin Mróz, główny ekonomista Grupy Copernicus.

Zaskakujący przebieg miało marcowe posiedzenie Zarządu Rezerwy Federalnej. Analitycy dość powszechnie oczekiwali sygnału dotyczącego terminu podwyżki stóp procentowych w USA. Większość obstawiała czerwiec, pozostali podzielili się na oczekujących szybszego lub nieco późniejszego terminu. Fed wprawdzie zgodnie z oczekiwaniami zrezygnował w komunikacie z zapisu o cierpliwym oczekiwaniu na właściwy moment do podniesienia stóp, jednak uznał, że amerykański wzrost gospodarczy będzie wolniejszy niż przewidywano wcześniej.

Według nowych prognoz Rezerwy Federalnej amerykańskie PKB w tym roku ma wzrosnąć o między 2,3 a 2,7 proc., a nie w przedziale 2,6-3,0 proc. jak podawano wcześniej. Podobnie ma być w 2016 roku, z tym że ta wcześniejsza prognoza zakładała dolną granicę wzrostu na 2,5 proc. Z kolei prognozę na 2017 rok obniżono na 2,0-2,4 proc. z 2,3-2,5 proc.

Natomiast inflacja bazowa w tym roku ma być na poziomie 1,3-1,4 proc., a nie 1,5-1,8 proc. jak prognozowano w grudniu. W 2016 roku ma wynieść 1,5-1,9 proc. zamiast wcześniej prognozowanych 1,7-2,0 proc. W lutym ceny, z pominięciem cen żywności i energii, wzrosły rok do roku o 1,7 proc., czyli nieznacznie więcej niż prognozowano (1,6 proc.). Ceny były porównywalne do tych z lutego 2014 r.

Z punktu widzenia bieżącej inflacji nie ma żadnych przesłanek, by Fed zaczął podwyższać stopy procentowe – ocenia Marcin Mróz. – Również z punktu widzenia średniookresowej ścieżki inflacji, mocnego dolara i niskich ceny ropy, mamy wszystkie czynniki wskazujące na to, że ryzyko inflacji czy rosnących kwartałów jest bardziej po stronie niższych poziomów niż wyższych. Wszystko to sugeruje, że fundamentalne przesłanki do podwyżki stóp procentowych są w tym momencie bardzo słabe.

Mocny dolar zagraża też wynikom amerykańskiego eksportu. Komunikat po marcowym posiedzeniu Zarządu Rezerwy Federalnej sprawił, że rekordowo wysokie notowania amerykańskiej waluty zaczęły lekko spadać.

Coraz częściej widać oznaki spowalniających zamówień, szczególnie po stronie zamówień eksportowych, co może sugerować, że w sytuacji dość słabego popytu poza granicami Stanów Zjednoczonych i mocnego dolara sytuacja przedsiębiorstw eksportujących nie wygląda najlepiej – zwraca uwagę główny ekonomista Grupy Copernicus. To może w najbliższych kwartałach przyczynić się do tego, że wzrost PKB w amerykańskiej gospodarce w tym roku może uplasować się nieco poniżej 3 proc.

Z punktu widzenia polskiej gospodarki im dłużej trzeba będzie czekać na podwyżkę stóp procentowych w Stanach, tym lepiej. Dzięki prowadzonej od 2008 roku polityce taniego pieniądza, dolar ożywiał gospodarkę światową. Wyższe stopy w USA oznaczać mogą ucieczkę części inwestorów także z Polski.

Część inwestorów zagranicznych chciałaby zamknąć pozycję i wycofać się z tego rynku – prognozuje Marcin Mróz. Na pewno nie byłoby to działanie masowe, jednak takie krótkookresowe wahania na rynku obligacji i złotego mogłyby się zdarzyć. Im dłużej będziemy czekać na decyzję Fedu odnośnie do pierwszej podwyżki stóp procentowych, tym paradoksalnie lepiej dla naszych rynków finansowych.

Sieci handlowe mają coraz większy wpływ na kształt i funkcjonalność opakowań żywności

 

Sieci handlowe przejmują kompetencje dotychczas zarezerwowane dla wytwórców produktów w handlu detalicznym – uczestniczą w tworzeniu standardów i projektowaniu opakowań dla marek i poszczególnych artykułów. Muszą się one zmieniać, bo zmieniają się oczekiwania konsumentów. Producenci opakowań inwestują w rozwiązania zaawansowane technologicznie. 

– Rośnie rola sieci handlowych w definiowaniu standardów i oczekiwań wobec produktów – mówi agencji informacyjnej Newseria Tomasz Żebrowski, prezes zarządu przedsiębiorstwa Stora Enso Poland. – Do tej pory ściśle współpracowaliśmy i projektowaliśmy opakowania z producentami. W tej chwili ten proces zaczyna wyglądać inaczej. To sieci handlowe zaczynają definiować opakowania, standardy i trendy.

Duży udział mają w tym coraz szarzej wprowadzane na rynek i coraz chętniej kupowane przez konsumentów marki własne sieci handlowych (ang. private labels), których wartość w ubiegłym roku szacowana była na około 90 mld zł i wciąż rośnie. Dla przykładu w ubiegłym roku co trzeci koszyk klienta sieci Tesco zawierał takie artykuł. Na innych rynkach UE marki własne stanowią ponad połowę zakupów.

Stora Enso zajmuje się zarówno produkcją papierów do opakowań, jak i opakowań tekturowych. Wyzwań w tym zakresie jest rzeczywiście dużo. Najważniejsze stawiają przed nami klienci: szeroko rozumiana innowacyjność. Konsumenci coraz więcej oczekują od opakowania, a my musimy pozytywnie odpowiadać na te trendy, co nie jest łatwe przy dynamice rynku, jaką aktualnie obserwujemy – informuje Tomasz Żebrowski podczas Poland & CEE Retail Summit 2015.

Z raportu firmy wynika, że na zmiany w trendach wpływ będą mieć nowe nawyki konsumenckie millenialsów, czyli osób z pokolenia urodzonego między 1980 a 2000 rokiem. Czterech na pięciu konsumentów w tej grupie podkreśla, że opakowanie jest istotnym czynnikiem przy podejmowaniu decyzji zakupowych, a 85 proc. uważa je za ważny element wizerunku danej marki (przy 71 proc. wśród konsumentów z innych pokoleń). Blisko połowa millenialsów jest gotowa zapłacić więcej za dany produkt, jeśli będzie on w opakowaniu ekologicznym.

W 2014 r. Stora Enso miała globalnie sprzedaż na poziomie 10,2 mld euro, co stanowiło spadek o 3,3 proc. wobec 2013 r. Zysk operacyjny wzrósł do 810 mln euro z 578 mln, głównie z powodu ograniczenia kosztów. Zysk netto wyniósł 90 mln euro wobec straty 71 mln euro rok wcześniej.

Zasoby, które inwestujemy w innowacyjne opakowania, są znaczące. Pracuje nad nimi w Polsce kilkadziesiąt osób – mówi Tomasz Żebrowski. – Głównym narzędziem jest miejsce, które nazywamy „design studio”. Wyposażyliśmy je w najnowsze osiągnięcia techniki, odpowiednie oprogramowanie pozwalające cyfrowo odtworzyć sklepy dyskontowe, projektować w systemie trójwymiarowym, a przed dostarczeniem do sieci handlowych sprawdzać, jak klient reaguje na opakowanie.

W związku z rosnącym zapotrzebowaniem na nowe, innowacyjne produkty Stora Enso Poland ma rozwijać moce produkcyjne. Przedsiębiorstwo skończyło właśnie proces inwestycji w jedną z największych maszyn papierniczych w Polsce.

Było to jedno z najbardziej znaczących, pojedynczych przedsięwzięć w Polsce, kosztowało około 450 mln euro. W tej chwili zbieramy siły na kolejne kroki – ocenia prezes Tomasz Żebrowski. – Stora jest zainteresowana rozwojem swojego biznesu w tej części Europy. Polski rynek rośnie, a wraz z nim popyt na opakowania, któremu na pewno będziemy w stanie sprostać. Bardzo dużo inwestujemy w maszyny produkujące opakowania wysokiej jakości, z wielokolorowym nadrukiem, czego oczekują od nas także sieci handlowe.

Średnio 363 zł wyda polska rodzina na Święta Wielkanocne. Większy budżet planują mieszkańcy wsi

CEO Magazyn Polska

Na Wielkanoc wydamy mniej niż na grudniowe święta, ale aż trzy razy więcej niż w zwykły, nieświąteczny weekend. Średnio wielkanocne wydatki sięgną ok. 360 zł. W większych rodzinach kwota ta przekroczy 400 zł. Święta te są ważniejsze dla mieszkańców wsi – oni proporcjonalnie wydadzą więcej niż osoby z miast.

Zadaliśmy Polakom pytanie, ile zamierzają wydać na święta. Średnio będzie to 363 zł. Kwota ta zmienia się w zależności od tego, ile osób wchodzi  w skład gospodarstwa domowego. W przypadku dwuosobowych gospodarstw domowych jest to około 260 zł, w przypadku pięcioosobowych gospodarstw domowych ponad 400 zł – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Przemysław Kasza z działu badań Provident Polska.

Z badań Providenta wynika, że na święta Wielkiej Nocy wydamy znacznie mniej niż na Boże Narodzenie. W grudniu wydatki polskich gospodarstw domowych były nawet znacznie wyższe i przekraczały 500 zł. Jednak i tak Wielkanoc jest znacznie droższa niż zwykły, nieświąteczny weekend. Wtedy wydajemy tylko średnio 117 zł na gospodarstwo domowe, czyli ponad trzykrotnie mniej niż podczas kwietniowych świąt.

Polacy mniej wydają na Wielkanoc niż na Boże Narodzenie z tego powodu, że nie mają zwyczaju obdarowywania się prezentami, tak jak robią to co roku w grudniu. 56 proc. pytanych przez Providenta nie zamierza tego robić. Jedna trzecia Polaków o tym myśli, ale mniej niż połowa spośród nich deklaruje, że zrobi to na pewno. Średnio na prezent wielkanocny osoby, które chcą go kupić, wydadzą 127 zł, ale 13 proc. osób zamierza zrobić podarek bezkosztowo.

Wielkanocne wydatki nie ulegną w tym roku większej zmianie – 56 proc. Polaków zamierza wydać na nie tyle samo, ile przed rokiem. Pozostali w równej części zamierzają przeznaczyć na organizację świąt więcej lub mniej pieniędzy niż rok temu.

Te osoby, które zarabiają najlepiej, wydają najwięcej. Gdy przyjrzymy się bliżej tym wynikom, okazuje się jednak, że największe zaangażowanie można zaobserwować wśród mieszkańców wsi. Oni wydają prawie czterokrotnie więcej niż w przypadku normalnego weekendu, natomiast mieszkańcy miast powyżej 250 tys. mieszkańców wydają tylko 2,5-krotnie więcej – mówi Kasza.

Dodaje, że w przypadku większych gospodarstw domowych średnie wielkanocne wydatki mogą przekroczyć 400 zł, bo każda dodatkowa osoba w rodzinie oznacza święta droższe o ok. 100 zł.

Badania pokazały także dużą rozbieżność pomiędzy rodzinnymi budżetami przeznaczonymi na święta. Jedna trzecia badanych deklaruje, że wyda na święta nawet mniej niż 300 zł. Równocześnie co piąty badany jest gotowy przeznaczyć na ten kwietniowy weekend ponad 500 zł.

Coraz więcej firm monitoruje publikacje na swój temat w internecie

0

 

Słabej jakości monitoring mediów może być dla firmy większym problemem niż korzyścią. Przez błędny system spółka może stracić dużo czasu, usuwając bezwartościowe wzmianki z rezultatów monitoringu. Dodatkowo brak częstej aktualizacji monitoringu uniemożliwia szybkie reagowanie na komunikaty pojawiające się w mediach społecznościowych. Instytut Monitoringu Mediów opracował listę najczęstszych problemów.

Oferta rynkowa narzędzi monitorujących media jest coraz bogatsza. Każda firma czy osoba prywatna, która chce monitorować media, czy to tradycyjne – prasę, radio bądź telewizję, czy nowe media – internet, media społecznościowe wraz z wszystkimi nowymi serwisami, jak Facebook czy Instragram, ma bardzo bogaty wybór – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Jadaś, starszy specjalista ds. badań i produktów z Instytutu Monitoringu Mediów. ‒ Zauważyliśmy jednak, że jakość narzędzi, które pojawiają się na rynku, coraz bardziej odbiega od pożądanej normy.

Choć monitoring mediów jest coraz bardziej dostępny i popularny, usługa słabej jakości nie przyniesie firmom oczekiwanych korzyści. Monitoring będzie wtedy albo niekompletny, albo spóźniony, albo zbyt obszerny i uwzględniający nieistotne wyniki.

Jednym z najczęstszych problemów jest właśnie uwzględnianie spamu oraz nieistotnych wzmianek w monitoringu. Mogą to być np. bezwartościowe z punktu widzenia marketingu firmy komentarze na forach, które tylko pozornie zwiększają liczbę wzmianek. Konieczność ich usuwania jest czasochłonna i kosztowna.

Jak wynika z naszych obserwacji, w przypadku wielu narzędzi, zwłaszcza tych darmowych, jak chociażby Google Alerts, użytkownik otrzyma w wynikach od 80 do 90 proc. materiałów spamowych, zupełnie niepotrzebnych i zbędnych z punktu widzenia działalności firmy czy prywatnych potrzeb – podkreśla Jadaś.

Tak samo niepotrzebne są wzmianki, które dotyczą innych firm o podobnej nazwie, często nawet z innych krajów. System powinien filtrować te dane, które tylko zaburzają wyniki.

Dobry monitoring mediów musi także wziąć pod uwagę kreatywność internautów i sposoby wyrażania się w internecie. Słowa kluczowe nie mogą być ograniczone, bo użytkownicy internetu często tworzą własne określenia. Trzeba wziąć pod uwagę także to, że internauci popełniają błędy gramatyczne i ortograficzne.

Na przykład na Twitterze, mówiąc o prezydencie Bronisławie Komorowskim, często używa się skrótu PBK, o sklepie Biedronka pisze się Biedra. Takich przykładów pokazujących kreatywność słowotwórczą internautów jest wiele i warto, żeby monitoring social mediów umożliwił zbieranie danych na temat wszystkich tego typu zagadnień – podkreśla Jadaś.

Monitoring mediów musi także umożliwiać szybkie i odpowiednie reagowanie, szczególnie w mediach społecznościowych. Dlatego ważne jest, by klienci otrzymywali powiadomienia o wzmiankach jak najczęściej, nawet poprzez SMS-y czy e-maile, dzięki czemu będą mogli szybko zareagować.

Z tego samego powodu monitoring nie powinien ograniczać liczby wzmianek. Powinien również umożliwiać łatwy eksport danych, a także archiwizować publikacje, co jest zabezpieczeniem na wypadek usunięcia strony internetowej lub bloga.

Trwają dyskusje o ograniczeniu ruchu w centrum miast. Potrzebne jednak inwestycje w komunikację publiczną

 

Trwają dyskusje nad ograniczeniem ruchu samochodowego w centrach miast. Zdaniem ekspertów pomysł nie jest zły, jednak by zachęcić mieszkańców do rezygnacji z aut, potrzebne są duże inwestycji w komunikację publiczną. Te zaś będą dużo łatwiejsze dzięki środkom z Unii Europejskiej. To zapewne ostatnia perspektywa finansowa UE, w której przewidziane są tak duże kwoty na infrastrukturę.

Trzeba przede wszystkim położyć nacisk na zachęcanie do korzystania z komunikacji publicznej, a to się stanie dzięki inwestycjom w torowiska, nowy tabor, dzięki temu, że tramwaj czy autobus będzie uprzywilejowany. I jeżeli będą też odpowiednie ceny biletów w stosunku do cen paliwa i stawek za parkowanie, to kierowcy będą się chętniej przesiadać do tej komunikacji – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adrian Furgalski, wiceprezes Zespół Doradców Gospodarczych TOR.

Tylko pod warunkiem poprawy jakości komunikacji w miastach – choć zdaniem eksperta już mamy do czynienia ze znaczącą poprawą – możliwe będą takie rozwiązania, jak proponowane przez posłów PO ograniczenie ruchu samochodowego w centrach miast.

Na dalszą rozbudowę komunikacji publicznej w Warszawie pieniądze są i zostaną przeznaczone na rozbudowę II linii metra – mówi Adrian Furgalski.

W ramach tzw. kontraktu terytorialnego nowej perspektywy finansowej do 2019 roku przewidziano blisko 4 mld zł na budowę kolejnych trzech stacji drugiej linii metra w kierunku Targówka i Woli oraz nowe pociągi i rozbudowę bazy na Kabatach. Kolejne 3,84 mld zł do 2022 r. przeznaczono na tabor i wydłużenie tuneli o dwie stacje na Bemowie oraz trzy na Bródno. W ramach nowej perspektywy unijnej planowana jest w sumie budowa 11 przystanków drugiej linii podziemnej kolejki.

Rozbudowa i poprawa komunikacji publicznej będzie jednym z priorytetów w zakresie infrastruktury w ramach perspektywy finansowej UE 2014-2020. Zgodnie z Umową Partnerstwa, dokumentem określającym strategię wykorzystania pieniędzy z nowej perspektywy, z poszczególnych funduszy Polska ma otrzymać 82,5 mld euro w ramach polityki spójności. Największa część, bo blisko 24 mld euro, zostanie przeznaczona na poprawę infrastruktury i zrównoważony transport. Kolej ma otrzymać 10,2 mld euro (42,7 mld zł), ponad dwa razy więcej niż w latach 2007-2013. Ograniczono natomiast możliwość inwestowania środków w rozbudowę dróg lokalnych. Finansowane mają być przede wszystkim takie odcinki, które łączą się z transeuropejską siecią transportową (tzw. TEN-T).

Plany dotyczące kolei nie zostały jeszcze zaakceptowane przez Komisję Europejską, dlatego że nie uwzględniają modelu ruchu – tłumaczy Furgalski. – Brakuje odpowiedzi na pytanie, w co warto inwestować w pierwszej kolejności, jeśli w ogóle. Chodzi o to, że jeśli będziemy budować nowe odcinki torów, to trzeba to robić tak, aby potem kursowały tam pociągi i woziły pasażerów i towary, a nie powietrze.

Dużą nowością dla samorządów w nowej perspektywie jest przekazanie im do dyspozycji większej ilości pieniędzy. W latach 2007-2013 ok. 25 proc. wszystkich środków było wdrażanych przez samorządy, obecnie będzie to niemal 40 proc.

To będzie też duży popis dla rozwiązań związanych z inteligentnymi systemami transportu. Mimo opóźnień mam nadzieję, że Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad wdroży system sterowania ruchem, który będzie informował kierowców, gdzie są zatory na sieciach krajowych, gdzie są wypadki, objazdy, jakie są czasy przejazdu – mówi Furgalski.

Jak podkreśla, w najbliższych latach nowością będzie też program rewitalizacji polskich miast, głównie tej przestrzeni, która była zniszczona, np. przez przemysł zlokalizowany w centralnych dzielnicach.

Polskie dzieci tyją najszybciej w Europie. Przyczyną jest brak ruchu i nieodpowiednia dieta

Polskie dzieci są coraz mniej aktywne i tyją szybciej niż ich rówieśnicy w Europie. 40 proc. dzieci spędza prawie trzy godziny dziennie przed komputerem, a prawie co czwarty gimnazjalista nie ćwiczy na lekcjach wychowania fizycznego. Młodzież nie przestrzega też zasad zdrowego odżywania, przedkładając żywność typu fast food nad zdrowe przekąski. 

Według zaleceń Światowej Organizacji Zdrowia dzieci powinny spędzać co najmniej 60 minut dziennie na aktywności fizycznej. Tymczasem polskie dzieci ruszają się coraz mniej: 40 proc. z nich spędza nawet trzy godziny dziennie przed komputerem i telewizorem. Z danych NIK wynika, że 19 proc. uczniów szkół podstawowych i 24 proc. gimnazjalistów nie ćwiczy na lekcjach WF. W efekcie polskie dzieci tyją najszybciej spośród dzieci w Europie, a 17 proc. chłopców i 11 proc. dziewczynek w wieku 7-18 lat zmaga się z otyłością.

– Rozwiązaniem jest ruch i prawidłowe odżywianie się. Musi to być zapoczątkowane w rodzinie, bo przykład powinien iść z góry, czyli od rodziców. W szkołach natomiast powinny być ciekawe lekcje WF lub zajęcia pozalekcyjne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Iwona Fluder, młodszy kierownik ds. komunikacji korporacyjnej Nestlé Polska.

Równie ważne jest budowanie świadomości żywieniowej wśród rodziców i dzieci. Zdaniem ekspertów dobrym rozwiązaniem są lekcje w szkole, podczas których dzieci uczyłyby się zasad zdrowego odżywiania. W jadłospisie większości uczniów przeważają bowiem słodkie, gazowane napoje, słodycze czy niezdrowe, wysokokaloryczne przekąski, jak np. frytki, brakuje natomiast warzyw i owoców. Ponadto dużym problemem są nieregularne posiłki, 20 proc. polskich dzieci jada najważniejszy posiłek w ciągu dnia, czyli śniadanie, zaledwie 1-3 razy w tygodniu.

– Ponieważ polskie dzieci tyją najszybciej w Europie i coraz mniej się ruszają, bardzo ważne jest nie tylko to, by ćwiczyły nie tylko na zajęciach w szkole, na zajęciach WF, lecz także to, by miały prawidłowo zbilansowaną dietę. Żeby rodzice zdawali sobie sprawę z tego, jak ważnym elementem zdrowia każdego dziecka jest różnorodna dieta bogata w warzywa i owoce. Niestety, polskie dzieci jedzą dziennie tylko jeden posiłek złożony z warzyw i owoców lub o nie uzupełniony, a powinny jeść pięć – mówi Iwona Fluder.

Aby zachęcić dzieci i młodzież do zdrowszego trybu życia, firma Nestlé wraz z Polskim Związkiem Lekkiej Atletyki przygotowała program „Lekkoatletyka dla każdego”. Jego celem jest propagowanie aktywności fizycznej i prawidłowo zbilansowanej diety. Program skierowany jest do uczniów szkół podstawowych: klas I-III i IV-VI oraz gimnazjalistów. W sumie weźmie w nim udział 85 tys. dzieci z całej Polski. Wiedza przekazywana podczas zajęć dostosowana będzie do wieku dzieci: treningi i zawody lekkoatletyczne dla starszych dzieci, zabawy sportowe dla młodszych, a także lekcje żywieniowe o różnym stopniu zaawansowania.

W ramach programu organizujemy eventy lekkoatletyczne, na których dzieci mogą w grupach rywalizować ze sobą, bawić się tą lekkoatletyką. Jako firma Nestlé będziemy podczas tych zajęć oferować też stoiska żywieniowe dla rodziców, żeby mogli skorzystać z porad żywieniowych i nauczyć się budować prawidłowo zbilansowaną dietę dzieci. Oprócz tego będziemy dystrybuować materiały edukacyjne w szkołach oraz będziemy szkolić trenerów, jak prowadzić lekcje z prawidłowego żywienia – mówi Iwona Fluder.

Program realizowany będzie w sumie przez 16 Ośrodków Lekkiej Atletyki oraz 51 Ośrodków Kid&HASH39;s Athletic. Partnerem akcji jest Ministerstwo Sportu i Turystyki, samorządy lokalne w całej Polsce oraz szkoły podstawowe i gimnazja.

Popołudniowy komentarz walutowy z 24.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 24.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Bezrobocie bez zmian, ale będzie spadać

Stopa bezrobocia na koniec lutego wyniosła 12 proc. czyli tyle samo ile w styczniu – poinformował Główny Urząd Statystyczny.

dr Grzegorz Baczewski, dyrektor departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji LewiatanKomentarz dr Grzegorza Baczewskiego, dyrektora departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan

GUS potwierdził dane Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej dotyczące poziomu bezrobocia w lutym. Liczba bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy pozostała na niemal niezmienionym poziomie (1918,7 tys. osób w stosunku do 1918,6 w styczniu). Zwykle na polskim rynku pracy doświadczamy w tym okresie wzrostu bezrobocia, co wiąże się z tzw. sezonowością rynku pracy. W zimie część firm ogranicza aktywność, równocześnie redukując zatrudnienie. W tym roku mamy jednak do czynienia ze szczególnie łagodnym przebiegiem zimy, więc wpływ czynników związanych z klimatem np. w branży budowlanej nie jest już tak istotny. Kolejnym czynnikiem, który powoduje, że bezrobocie w lutym nie rośnie już drugi rok z rzędu jest szybsze i sprawniejsze przekazywanie środków Funduszu Pracy przeznaczonych na aktywizację zawodową do powiatowych urzędów pracy. Nie należy jednak pomijać także pozytywnego wpływu koniunktury gospodarczej.

Dobre sygnały płyną z sektora przemysłowego, gdzie wskaźnik PMI w lutym utrzymał się na poziomie bliskim tego ze stycznia (55,1) i wciąż pozostaje wysoki wskazując na możliwą dalszą poprawę. W ramach tego wskaźnika już trzeci miesiąc z rzędu rósł subwskaźnik dotyczący zatrudnienia, co wskazuje, że w sektorze przemysłowym możemy spodziewać się dalszego wzrostu popytu na pracę. Dzięki oddziaływaniu tych czynników stopa bezrobocia jest w lutym 2015 r. niższa o niemal 2 pkt. proc. w stosunku do poprzedniego roku, a liczba bezrobotnych spadła o ok. 336 tys. osób. W kolejnych miesiącach możemy spodziewać się przyspieszenia tych pozytywnych zmian. Już teraz zgłoszono do urzędów pracy 95,1 tys. miejsc pracy i aktywizacji zawodowej o ok. 23 tys. więcej niż w styczniu.

Konfederacja Lewiatan

Większa władza dla UOKIK-u

0

Rząd chce wyposażyć Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów w nowe kompetencje, m.in. Prezes UOKiK, a nie sąd, ma mieć prawo orzekać o niezgodności klauzul umownych z prawem, zakłada się możliwość blokowania reklam, a nawet czasowego zakazu oferowania konsumentom określonych usług czy produktów. Część propozycji budzi kontrowersje – uważa Konfederacja Lewiatan.

Komentarz Bartosza Wyżykowskiego, radcy prawnego, eksperta Konfederacji Lewiatan:

Od jakiegoś czasu pojawiają się informacje na temat nowych założeń do zmian w ustawie o ochronie konkurencji i konsumentów, które mają na celu wyposażenie Prezesa UOKiK w nowe kompetencje. Po pierwsze, przewiduje się, że to Prezes UOKiK, a nie sąd, będzie miał prawo orzekać o abuzywności klauzul umownych – miałby to czynić decyzją administracyjną, od której przedsiębiorca miałby się prawo odwołać. Po drugie, zakłada się możliwość blokowania reklam, a nawet czasowego zakazu oferowania konsumentom określonych usług czy produktów. Wreszcie, proponuje się, aby Prezes UOKiK miał prawo interweniować w interesie pojedynczych konsumentów, przedstawiając w konkretnym sporze, swoje stanowisko w sprawie. Z uwagi na to, że nie jest jeszcze znana treść założeń, nie sposób się odnieść w sposób szczegółowy do tych propozycji, możliwa jest natomiast ich ogólna ocena.

Pomysł, aby to Prezes UOKiK miał prawo orzekania o abuzywności klauzul umownych nie jest nowy. Podobna propozycja pojawiła się w połowie 2014 r. w projekcie założeń Ministerstwa Sprawiedliwości do zmian w kodeksie postępowania cywilnego. Projekt zakładał, że praktyką naruszającą zbiorowe interesy konsumentów byłoby stosowanie przez przedsiębiorcę każdego niedozwolonego postanowienia, a więc nawet takiego, które w ogóle nie zostało wpisane do rejestru. De factooznaczało to więc przyznanie Prezesowi UOKiK kompetencji do uznawania, czy postanowienia używane we wzorcach są niedozwolone. Do takiego rozwiązania należy jednak podejść z dużą ostrożnością. Wszak, sprawy o uznanie postanowień wzorca umowy za niedozwolone mają charakter cywilnoprawny, a tym samym mają ogromny wpływ na kształt praw, obowiązków i stosunków pomiędzy prywatnymi podmiotami. Dlatego też, powinny one być rozstrzygane przez sądy, nie zaś przez organ administracji publicznej. Pozwala to na zachowanie bezstronności i każdorazowe wyważenie interesów konsumentów i przedsiębiorców – podobne stanowisko prezentowane jest zresztą w orzecznictwie – por. uchwałę Sądu Najwyższego z 13 grudnia 2013 r., sygn. III CZP 73/13.

Podobnie, uprawnienie do blokowania reklam, czy nawet czasowego zakazu oferowania usług czy produktów, należy ocenić jako bardzo daleko idące. Gdyby rozwiązania te w ogóle miały wejść w życie, to należałoby bezwzględnie wprowadzić podwójną kontrolę sądową takich działań. W pierwszej kolejności byłaby to kontrola ex ante, wyrażona w formie zgody sądu na zablokowanie reklamy lub usługi – bez takiej zgody działanie organu nie byłoby dopuszczalne. Następnie przedsiębiorcy powinno przysługiwać prawo do zaskarżenia „decyzji” sądu. Tylko w ten sposób zapewni się bowiem elementarne gwarancje praw przedsiębiorców.

Warto też zauważyć, że propozycje obejmują w zasadzie tylko i wyłącznie środki prewencji negatywnej, z całkowitym pominięciem środków prewencji pozytywnej stosowanych ex ante – a tymczasem, przedsiębiorcy nie raz zgłaszali postulaty dotyczące możliwości konsultowania projektów wzorców umów, czy nawet konkretnych praktyk, np. w formie wniosku o wydanie interpretacji, kierowanego do organu antymonopolowego. Tego typu narzędzia przyczyniłyby się do ochrony interesów konsumentów, a jednocześnie nie byłyby represyjne wobec przedsiębiorców.

Pozytywnie można natomiast ocenić pomysł, aby Prezes UOKiK miał prawo wyrażenia swojego stanowiska w konkretnej sprawie sądowej. Jako organ wyspecjalizowany w sprawach dotyczących praw konsumentów, jego wiedza i doświadczenie niewątpliwie mogą mieć znaczenie dla rozstrzygania spraw konsumenckich. Opinia UOKiK w pewnym stopniu zbliżona byłaby do instytucji jaką jest opinia biegłego sądowego w sprawach cywilnych.

Konfederacja Lewiatan

Imigranci ze wschodu zagrożeniem dla polskiego rynku pracy

Do tej pory Polskę odwiedzało stosunkowo niewielu uchodźców. Często traktowali nasz kraj jedynie jako przystanek w dalszej wędrówce na zachód. Jeśli jednak rozpad Ukrainy będzie postępował, Polska może spodziewać się masowej imigracji.

W 2013 r. Ukraińcy złożyli w Polsce 46 wniosków o nadanie statusu uchodźcy. W ubiegłym – prawie 2,5 tys. W tym – już ponad 500. „Polska nie jest gotowa na przyjęcie takiej liczby imigrantów, dlatego większość wniosków spotyka się z odmową” – mówi serwisowi infoWire.pl dr hab. Rafał Chwedoruk, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. Na karty pobytu tymczasowego mogą liczyć głównie dzieci.

„Akceptacja i tolerancja uciekinierów z innych państw oraz integracja z nimi to duże wyzwanie dla społeczeństwa” – zaznacza rozmówca. Wszystkie kraje reagują alergicznie na „dumping socjalny”, uderzający w rynek pracy, a nie – tylko wypełniający na nim luki. Niechętnie patrzy się na osoby z zagranicy zdecydowane wykonywać pracę za niższe wynagrodzenie i bez świadczeń socjalnych.

Przyjęcie uchodźców ze wschodu może prowadzić do wzrostu bezrobocia wśród Polaków. Politycy powinni potraktować ten problem priorytetowo i ustalić, jak pomóc Ukrainie bez narażania przy tym obywateli własnego państwa.

Wciąż uczymy się segregowania odpadów

Polacy stawiają na ekologię. Mniej zużywamy wody, oszczędzamy energię. A co z selektywnym zbieraniem odpadów? Jest coraz lepiej – w 2014 r. już 68% z nas deklarowało, że śmieci segreguje regularnie.

Z naszej postawy ekologicznej możemy być umiarkowanie zadowoleni, jednak nadal wiele jest do zrobienia. Ciągle za dużo osób wyrzuca wszystko do jednego kosza albo spala odpady. Jak wynika z badań Ministerstwa Ochrony Środowiska – dane z 2011 r. – śmieci regularnie segreują przede wszystkim mieszkańcy wsi (50%). W miastach odsetek ten wynosi 41%. „Ludzie nie segregują śmieci, bo głównie brakuje im chęci i nie widzą sensu segregacji. Nie wierzą, że odpady trafią do recyklingu” – wyjaśnia w rozmowie z serwisem infoWire.pl Katarzyna Pliszczyńska, rzecznik prasowy Ministerstwa Środowiska.

Selektywne zbieranie odpadów jest trudne w mieszkaniach z małymi kuchniami, gdzie umieszczenie kilku pojemników stanowi problem. Ponadto często same spółdzielnie mieszkaniowe, wspólnoty mieszkaniowe i gminy nie zapewniają odpowiednich koszów i kontenerów.

A czy Polacy umieją segregować śmieci? „Większość tak” – zaznacza rozmówczyni. Gminy informują mieszkańców za pomocą broszur i plakatów, jaki odpad należy do danej frakcji i w jakim pojemniku należy go umieścić. Warto mieć to na uwadze, bo w różnych miejscach mogą obowiązywać różne zasady.

Zapewne trzeba kilku lat intensywnej edukacji, by selektywna zbiórka odpadów stała się dla Polaków czymś naturalnym. Warto jednak dodać, że w 2011 r. 84% z nas opowiadało się za tym, żeby segregacja była obowiązkowa. Z kolei 94% twierdziło, że wywożenie śmieci w niedozwolone miejsca powinno być karane bardzo surowo.

Lubawa chce skorzystać na rozbudowie ukraińskiej armii. Pierwszy kwartał kończy obiecująco

CEO Magazyn Polska

Po dobrym 2014 roku Lubawa będzie się koncentrować na rozwijaniu sprzedaży zagranicznej między innymi na Ukrainę, gdzie spółka sprzedawała już kamizelki kuloodporne oraz hełmy. Rozbudowa ukraińskiej armii daje szanse na kolejne kontrakty, obecnie negocjowane. Jak mówi prezes Lubawy, sprzedaż grupy w kończącym się pierwszym kwartale wygląda obiecująco.

Jest kilka rynków, które – jak wszystko na to wskazuje – będą się rozwijały – precyzuje Kubica. – W przypadku dominującej grupy, czyli Lubawy, poza aktywnością spółek zależnych na terenie Stanów Zjednoczonych i za Kaukazem, oczywiście mam na myśli Armenię, są także bliższe rynki, jak na przykład Ukraina. Już w zeszłym roku dostarczaliśmy sprzęt dla tamtejszej armii: kamizelki kuloodporne oraz hełmy.

W br. przedsiębiorstwo planuje dalszą intensyfikację współpracy z ukraińskim przemysłem obronnym, czyli koncernem Ukroboronprom, głównym graczem na rynku zbrojeniowym za południowo-wschodnią granicą.

Rozmawiamy cały czas z Ministerstwem Obrony Ukrainy na temat ich potrzeb, a są one bardzo duże – precyzuje Marcin Kubica. – Tamtejsza armia w zasadzie zwielokrotniła swój skład i chce się modernizować. Dlatego w aspektach, które dotyczą bezpośrednio naszej oferty produktowej, niewątpliwie możemy liczyć na zamówienia. Natomiast nie chciałbym się na razie wypowiadać na temat wielkości zamówienia. Trwa faza końcowych, ale jednak konsultacji. W mojej ocenie pod koniec miesiąca będziemy mogli podać konkretne liczby i towarzyszące im kwoty.

Grupa chce także kontynuować ekspansję w innych krajach europejskich i pozostałych segmentach prowadzonej działalności, nie tylko branży zbrojeniowej.

Plany są ambitne, mam nadzieję, że uda nam się je zrealizować – uważa Marcin Kubica. – Informacje, które spływają po zbliżającym się do końca pierwszym kwartale br., wskazują, że realizacja naszych zamierzeń przebiega w sposób właściwy.

Grupa Lubawa, jak informuje prezes Marcin Kubica, bardzo mocno dywersyfikuje swoją ofertę. Przedsiębiorstwo działa w trzech podstawowych segmentach: specjalistycznym (Lubawa), branży reklamowej (Litex Promo) oraz tkanin (po części Lubawa, ale przede wszystkim spółka zależna Miranda). Produkty grupy są obecne w ponad 40 krajach świata. W br. firma planuje dalszą intensyfikację eksportu.

Cały 2014 rok był dla nas bardzo dobry, zarówno pod względem poziomu przychodów, jak i wyniku finansowego – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Kubica, prezes zarządu Grupy Lubawa. – Założenia naszej strategii zrealizowaliśmy w całości. Pomimo kilku, a w zasadzie jednego, zasadniczego wydarzenia, które grupę trochę wewnętrznie dotknęło, czyli pożaru w spółce zależnej Miranda. Bardzo szybko udało nam się jednak otworzyć moce produkcyjne i w żaden sposób nie odbiło się to na wynikach finansowych ani nie wpłynęło na utratę żadnego rynku zbytu.

W ubiegłym roku Grupa Kapitałowa Lubawa miała niemal 242 mln zł przychodów wobec 210,8 mln zł rok wcześniej. Zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł prawie 11 mln zł, cztery razy więcej niż w 2013 roku. Jednostkowo przychody samej spółki Lubawa wzrosły w tym czasie o jedną trzecią do 41 mln zł. Wypracowała też 2,6 mln zł zysku netto wobec straty 3,8 mln zł przed rokiem.

Komentarz indeksowy Bossafx 24 marca 2015 r.

Komentarz indeksowy Bossafx 24 marca 2015 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

easyCALL.pl stawia na usługę wirtualnej konferencji i zamierza integrować rynek połączeń VoIP. Zapowiada też wzrost zatrudnienia

0

CEO Magazyn Polska

Świadcząca usługi telekomunikacyjne na łączach internetowych (VoIP, z ang. Voice over Internet Protocol) spółka easyCALL.pl stawia na rozwój oferowanej obecnie usługi telekonferencji. Dzięki ostatnim zmianom w prawie klienci w ten sposób mogą przeprowadzać m.in. walne zgromadzenia akcjonariuszy czy obrony prac naukowych. Firma rozwijać będzie także inne kanały komunikacji, takie jak e-mail. Zamierza również zwiększać zatrudnienie i integrować rynek tego rodzaju połączeń poprzez przejęcia mniejszych podmiotów.

Rynek połączeń VoIP jest w Polsce dość mocno zagospodarowany i sam z siebie nie będzie już szybko rosnąć – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Michał Jakubowski, prezes zarządu easyCALL.pl. – W związku z tym nastawiamy się raczej na konkurowanie jakością usług, ofertą oraz przyciąganie innych, mniejszych operatorów, którzy korzystają już z tego typu usług resellingowych . W tym zakresie również zakładamy rozwój, aczkolwiek myślę, że nie będzie on aż tak spektakularny, jak w przypadku produktów międzynarodowych.

Według badającej rynki krajów Europy Środkowej i Wschodniej firmy analitycznej PMR Research udział VoIP w całkowitym czasie połączeń głosowych w sieciach stacjonarnych w Polsce jest coraz większy. Na koniec 2012 r. wynosił 34 proc., był o 5 proc. większy niż rok wcześniej i blisko 10 proc. niż w 2010 roku. PMR szacuje, że z telefonii internetowej korzysta obecnie ponad 2,5 mln osób, w tym blisko 550 tys. przedsiębiorstw (głównie małych i średnich).

Naszym wiodącym produktem na pewno będą telekonferencje – wskazuje Michał Jakubowski. – Zamierzamy oferować je w pierwszej kolejności spółkom giełdowym, ale nie tylko. Jest to usługa, która może być wykorzystywana w bardzo wielu przypadkach, np. w edukacji przy obronach wszelakich prac naukowych. Istnieją już uwarunkowania prawne, które pozwalają na korzystanie z tego produktu, zamierzamy więc go bardzo intensywnie rozwijać.

Tego rodzaju usługi dodane są korzystne dla spółki. Można bowiem doliczać do nich znacznie wyższe marże niż do zwykłych połączeń głosowych. Klienci w pierwszej kolejności zazwyczaj korzystają z najprostszych ofert w formule VoIP. Dopiero gdy przekonują się do ich jakości, podpisują umowy na bardziej zaawansowane usługi.

Drugi element, nad którym bardzo intensywnie pracujemy, to rozszerzenie usług o komunikację za pośrednictwem wielu innych kanałów – wskazuje Jakubowski. – Pierwsze pomysły i produkty już się pojawiają. Nie chcemy się po prostu ograniczać się tylko do głosu, szerzej: telefonu, ale pragniemy oferować także innego rodzaju formy kontaktu, takie jak na przykład e-mail. W związku z tym z całą pewnością liczba pracowników easyCALL w br. wzrośnie. Będziemy poszukiwać m.in. techników, programistów, informatyków i administratorów.

Wzrost zatrudnienia ma być także spowodowany rozwojem sieci sprzedaży. Spółka zapowiedziała niedawno, że w br. zamierza uruchomić oddziały w województwach sąsiadujących z Mazowszem, gdzie taka struktura już funkcjonuje i osiąga dobre wyniki.

Rozwój organiczny wymaga jednak dużej cierpliwości, czasu i nakładów pracy – zauważa Jakubowski. – My z tego nie rezygnujemy, bardzo w to wierzymy. Natomiast jesteśmy także przekonani, że musimy konsolidować rynek. Istnienie małych operatorów na tym rynku w dłuższej perspektywie nie ma prawa bytu. W związku z tym już w chwili obecnej prowadzimy zaawansowane rozmowy z kilkoma podmiotami, które działają na rynku telekomunikacyjnym i nie koniecznie z nami konkurują, a raczej uzupełniają ofertę. Zakładamy, że będziemy podmioty te integrować wokół easyCALL.pl.

Przynajmniej jedna tego rodzaju transakcja, jak zapowiada Michał Jakubowski, ma być zrealizowana w br. Wszystkie powinny wpłynąć zwiększenie skali przychodów, docelowo mniej więcej o 100 proc. (pojedyncze będą miały wpływ na obrót mniej więcej na poziomie 30-35 proc.).

– Nie wiemy dokładnie kiedy, bo to często są dosyć skomplikowane operacje, w związku z czym długotrwałe – tłumaczy Jakubowski. – Zakładamy, że za te udziały będziemy płacić częściowo gotówką, a w części działami easyCALL.pl. Natomiast o konkretnych kwotach trudno mi w tej chwili mówić.

W czwartym kwartale ubiegłego roku przychody ze sprzedaży spółki easyCALL.pl wyniosły 3,83 mln zł. Przedsiębiorstwo odnotowało zysk (netto) w wysokości 80 035 zł.

NIK o wdrażaniu systemów teleinformatycznych w miastach i gminach

Tylko nieliczne miasta mogą pochwalić się e-administracją z prawdziwego zdarzenia. Większość nowych i zmodernizowanych miejskich systemów informatycznych współpracuje ze sobą w  ograniczonym zakresie. Co gorsza urzędnicy nie przykładają wystarczającej wagi do bezpieczeństwa przetwarzanych informacji. W ocenie NIK przed samorządami jeszcze dużo pracy, aby zapewnić szybką i bezpieczną wymianę informacji wewnątrz urzędu, z różnymi innymi urzędami, a przede wszystkim z obywatelami.

W ocenie Najwyższej Izby Kontroli, Polska nadal ma dużo do zrobienia w zakresie e-administracji, choć w ciągu ostatnich lat poczyniła znaczący postęp. Świadczy o tym choćby wynik badania eGovernment Benchmark, przeprowadzonego na zlecenie Komisji Europejskiej. Polska osiągnęła wskaźnik 76 proc. w zakresie dostępności online przydatnych usług publicznych (m.in. założenie własnej działalności gospodarczej, utrata i znalezienie pracy, zmiana miejsca zamieszkania) i uplasowała się w połowie stawki – na 12 miejscu wśród 28 badanych krajów. O ułamki co prawda, ale jednak wyprzedziliśmy tak rozwinięte kraje jak Francja (75 proc.), Wielka Brytania (74 proc.) oraz Niemcy (67 proc.)

Większość ze zbadanych podczas kontroli NIK systemów informatycznych, działających w urzędach w ramach e-administracji (72 z 77 tj. 93 proc.) spełniała minimalne wymogi współdziałania, określone w Krajowych Ramach Interoperacyjności.Jednak w praktyce systemy te współpracowały ze sobą w bardzo ograniczonym zakresie. Tylko 12 z nich (17 proc.) zapewniało współpracę na poziomie najbardziej zaawansowanym, co oznacza, że przekazywanie danych między systemami odbywało się w sposób automatyczny. Jedynie pięć systemów, czyli zaledwie 6 proc., bezpośrednio korzystało z danych gromadzonych w zewnętrznych bazach i rejestrach publicznych, takich jak rejestr PESEL czy też System Informacji Przestrzennej. Pozostałe systemy korzystały wyłącznie z własnych wewnętrznych zbiorów danych urzędów.

Tylko nieliczne urzędy miejskie mogły pochwalić się dużą liczbą e-usług przydatnych mieszkańcom. W większości kontrolowanych urzędów
(17 z 24) liczba świadczonych e-usług nie przekraczała 20. Aż cztery urzędy (w Lesznie, Mińsku Mazowieckim, Stargardzie Szczecińskim i Szczecinku) świadczyły tylko jedną e-usługę czyli obligatoryjną Elektroniczną Skrzynkę Podawczą. Ale są też w Polsce miasta, które na tym polu wybijają się ponad przeciętność – Dąbrowa Górnicza ma dostępne 144, a Mysłowice 111 e-usług. W Dąbrowie Górniczej przez Internet można m.in. uzyskać poradę prawną lub odpis aktu stanu cywilnego, dostać zaświadczenie o przeznaczeniu terenu w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego lub określenie wymiaru podatku od nieruchomości od osób prawnych, a nawet zarejestrować posiadane zwierzęta.

Niemal we wszystkich skontrolowanych urzędach (22 z 24) podstawowym sposobem dokumentowania rozpatrywanych spraw był nadal tradycyjny system papierowy. W 18 urzędach wspomagany był on na różnych etapach przez elektroniczne systemy obiegu dokumentów. W efekcie zdarzało się, że urzędnicy powielali wykonane już wcześniej czynności, gdyż informacje były gromadzone równolegle i w dokumentacji papierowej i w systemie informatycznym. Wynikało to z faktu, iż większość kontrolowanych urzędów nie przeszła jeszcze na wyłącznie elektroniczny system obiegu dokumentów. W ocenie NIK samorządowcy powinni pamiętać, że istotą wprowadzania elektronicznych obiegów dokumentów jest usprawnienie i przyśpieszenie przepływu informacji i dokumentów, przy jednoczesnej minimalizacji nakładu pracy.

NIK krytycznie ocenia ogólny stan systemów zarządzania bezpieczeństwem informacji w kontrolowanych urzędach miast. Nieprawidłowości w tym obszarze stwierdzono w aż 21 z 24 skontrolowanych urzędów. Dotyczyły one przede wszystkim:

  • zarządzania uprawnieniami użytkowników w zakresie dostępu do systemów informatycznych: pracownicy dziewięciu urzędów mieli możliwość zainstalowania na komputerach dowolnego oprogramowania; w czterech urzędach pracownicy mieli uprawnienia administratora systemu, choć nie byli informatykami; zdarzały się także przypadki, że byli pracownicy nadal mieli aktywne konta w systemach informatycznych urzędów, bo zapomniano je zablokować;
  • Polityki Bezpieczeństwa Informacji: w 15 z 24 kontrolowanych urzędów brakowało całościowej Polityki Bezpieczeństwa Informacji. Opracowane i wdrożone regulacje związane z zarządzeniem bezpieczeństwem informacji nie obejmowały wszystkich przetwarzanych w urzędach informacji, lecz dotyczyły głównie bezpieczeństwa  danych osobowych;
  • zapisów w umowach na zakup lub serwis sprzętu komputerowego i oprogramowania: w umowach zawartych w ośmiu urzędach brakowało zapisów, które gwarantowałyby zabezpieczenie poufności informacji pozyskanych w związku z realizacją tych umów przez wykonawców.

Zdaniem NIK w dobie elektronicznej komunikacji kluczowe jest zapewnienie  bezpieczeństwa informacji przetwarzanych w systemach informatycznych użytkowanych przez samorządy. W przeciwnym razie pojawia się ryzyko nieuprawnionego ich ujawnienia, co może doprowadzić do destabilizacji pracy urzędów oraz podważyć zaufanie obywateli do organów administracji publicznej.

Minister Administracji i Cyfryzacji nie planował i nie przeprowadzał kontroli współdziałania systemów informatycznych w podmiotach publicznych. Nie przekazał również wojewodom jednolitych kryteriów dotyczących przeprowadzenia przez nich kontroli w samorządach w zakresie działania systemów teleinformatycznych oraz rejestrów publicznych. W konsekwencji tego wojewodowie mogą w ogóle nie podejmować takich kontroli ze względu na brak szczegółowych wytycznych w tym zakresie.

Kontrola NIK wykazała również, że pomimo wątpliwości zgłaszanych przez samorządy, w Ministerstwie Administracji nie wypracowano jednoznacznego stanowiska w sprawie znaczenia terminu „istotnej modernizacji” systemu informatycznego. Jest to istotne z uwagi na obowiązek  dostosowania systemów działających w poszczególnych urzędach do wymogów rozporządzenia Krajowych Ram Interoperacyjności nie później niż w dniu pierwszej istotnej modernizacji. Brak precyzyjnego określenia pojęcia „istotnej modernizacji” powoduje, że urzędnicy nie zawsze potrafią ocenić czy zakres przeprowadzanej modernizacji jest na tyle istotny, że już stwarza czy też jeszcze nie stwarza obowiązku dostosowywania systemu. W praktyce nie jest więc jasne kiedy urzędy powinny dostosowywać swoje „stare” systemy informatyczne do współpracy z innymi systemami i rejestrami.

Ponadto kontrola NIK wykazała, że pomimo trzyletniego okresu na dostosowanie stron internetowych i Biuletynów Informacji Publicznej do potrzeb osób niepełnosprawnych, który upływa 31 maja 2015 r., w dniu zakończenia kontroli (24.10.2014 r.) w żadnym ze skontrolowanych urzędów nie dostosowano jeszcze w pełni serwisów internetowych do tych wymagań.

Celem przepisów dotyczących interoperacyjności jest stworzenie warunków do współdziałania systemów informatycznych administracji, po to, aby zapewnić szybką wymianę informacji. Wdrożenie tych przepisów powinno przyczynić się do płynniejszej pracy urzędów, w tym przede wszystkim sprawniejszego załatwiania spraw obywateli i przedsiębiorców: na odległość, w krótszym czasie, bez żądania informacji, które już są zgromadzone w elektronicznych rejestrach państwowych.

Osiągnięcie interoperacyjności, czyli współdziałania systemów nie jest jednorazowym, lecz ciągłym procesem zależnym od wielu czynników m.in. od zmian w środowisku informatycznym. Interoperacyjności nie osiąga się jednorazowo, raz na długi czas. Proces ten wymaga stałego monitorowania, przy jednoczesnym uwzględnianiu wielu czynników, m.in. stałego monitorowania zbiorów danych będących w posiadaniu urzędu lub innych instytucji publicznych, zmiany zachowań użytkowników i wprowadzania nowych programów, technologii oraz urządzeń informatycznych. Dlatego NIK skierowała wnioski pokontrolne do Ministra Administracji i Cyfryzacji o przeprowadzanie kontroli w podmiotach publicznych w zakresie działania systemów teleinformatycznych, prowadzenia rejestrów i wymiany informacji w postaci elektronicznej, a także o doprecyzowanie znaczenia terminu „istotnej modernizacji” i określenie dla wojewodów jednolitych i spójnych kryteriów kontroli systemów i rejestrów informatycznych używanych w samorządach.

Do burmistrzów i prezydentów miast Izba wnioskuje o:

  • o opracowanie i wdrożenie Polityki Bezpieczeństwa Informacji oraz konsekwentne stosowanie procedur zarządzania bezpieczeństwem przetwarzanych informacji;
  • o przeprowadzenie, przy zakupie nowych lub modernizacji już funkcjonujących systemów informatycznych, analizy określającej stopień współdziałania (interoperacyjności) z innymi systemami, tak by możliwe było pełne wykorzystywanie danych już zgromadzonych we własnych, a także   zewnętrznych systemach i rejestrach informatycznych;
  • o wprowadzenie w urzędach systemu elektronicznego zarządzania dokumentacją jako podstawowego sposobu dokumentowania przebiegu załatwiania i rozstrzygania spraw;
  • o promowanie wśród mieszkańców i przedsiębiorców korzyści płynących z elektronicznej formy komunikacji z urzędem.

Największy polski sprzedawca telefonów komórkowych uruchomi nowy kanał sprzedaży

0

CEO Magazyn Polska

Tell, spółka do której należy największa w Polsce sieć salonów sprzedaży telefonów komórkowych, po przejęciu dwóch spółek zamierza rozwijać działalność także w sektorze e-commerce i rozważa akwizycje kolejnych firm z branży. Na ten rok nie planuje jednak nowych emisji.

– Rzeczywiście rozważamy w tej chwili kilka projektów do dalszego rozwoju, czyli w naszym przypadku do przejęć w naszej branży i w branży, w którą trochę wchodzimy, czyli w e-commerce, i w branży, w której działa Cursor – informuje prezes zarządu Tell.

Na początku marca spółki Tell i OEX, należące do Neo Investments, podpisały umowę, na mocy której Tell przejęła od OEX większościowe pakiety w spółkach Cursor oraz Divante. Cursor specjalizuje się w realizacji procesów sprzedażowych, zaś Divante działa w obszarze e-handlu. W zamian OEX otrzyma emitowany właśnie większościowy pakiet akcji Tella. Na tym kończą się na razie emisyjne plany spółki.

– Myślę, że w tym roku nie będzie żadnych emisji, ani obligacji, ani akcji zaznacza Rafał Stempniewicz. Dopiero co wyemitowaliśmy sporą liczbę akcji. Właśnie zaczynamy pisać prospekt emisyjny i będziemy dopuszczać do obrotu. Natomiast obligacji na pewno nie będziemy, tzn. nie wydaje się na dzisiaj, abyśmy tego potrzebowali. Spółka cały czas ma dobrą sytuację płynnościową, więc nie ma takiej potrzeby.

W grudniu NWZA spółki podjęło decyzję o emisji prawie 1,8 mln akcji serii C w cenie emisyjnej 13 zł, co podwyższyło kapitał o 23,1 mln zł.

Do spółki należy dziś 159 punktów sprzedaży w całej Polsce. Firma zatrudnia 440 osób. I planuje w tym roku dalszy rozwój, który zamierza w dużej mierze finansować z dotychczasowych zysków. Stąd prezes spółki nie wyklucza, że dywidenda będzie mniejsza niż w ubiegłych latach. Z zysku za poprzednie dwa lata wypłacano każdorazowo na jedną akcję po 1 zł. Na ten cel wydano za każdym razem ponad 5 mln zł.

Oczywiście to jest decyzja walnego zgromadzenia, natomiast jako zarząd jesteśmy za tym, żeby spółka płaciła dywidendę i będziemy jej wypłatę rekomendować deklaruje prezes Rafał Stempniewicz z Tella. – Bardzo trudno powiedzieć, ile wyniesie. Wydaje się, że dywidenda będzie trochę niższa niż w zeszłym roku ze względu na ewentualne inwestycje, które planujemy. Zakładamy jednak, że będzie wypłacona.

Przychody grupy Tell w 2014 r. wyniosły 248,6 mln zł wobec 263,87 mln zł w 2013 r. Zmniejszył się także zysk operacyjny z 11,52 mln zł do 10,8 mln zł. Zysk netto natomiast spadł do 6 mln zł z 8,6 mln zł przed rokiem. Wyniki grupy obciążył odpis aktualizujący wartość spółki zależnej Toys4Boys w wysokości 1,287 mln zł, która w lutym 2015 roku ogłosiła upadłość, oraz koszty procesu zakupu spółek Cursor i Divante, sfinalizowanego w marcu br., w wysokości 300 tys. zł.

Grzegorz Schetyna rozpoczyna wizytę w Turcji. Polscy przedsiębiorcy liczą na kontrakty

Ministrowi spraw zagranicznych w czasie wizyty w Turcji towarzyszyć będą polscy przedsiębiorcy. Omawiane będą projekty współpracy między firmami, perspektywy rozwoju kooperacji międzyregionalnej oraz działań w zakresie wspierania innowacyjności. Turcja to bardzo perspektywiczny rynek dla polskiego biznesu, bo dynamicznie się rozwija, a w planach jest dużo inwestycji infrastrukturalnych.

Turcja jest bardzo ważnym partnerem Polski, zarówno politycznym, jak i gospodarczym. Współpraca rozwija się bardzo dobrze. – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Katarzyna Kacperczyk, podsekretarz stanu ds. polityki afrykańskiej, azjatyckiej i bliskowschodniej, dyplomacji publicznej i ekonomicznej Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

We wtorek rozpoczyna się wizyta w Turcji polskiego ministra spraw zagranicznych. W planach są spotkania na forach gospodarczych, z władzami miast i regionów, na których omawiane będą konkretne projekty współpracy między firmami czy perspektywy rozwoju kooperacji międzyregionalnej. Grzegorzowi Schetynie towarzyszyć będzie również grupa przedsiębiorców. Jak informuje Katarzyna Kacperczyk do połowy marca br. do Ministerstwa Spraw Zagranicznych wpłynęło około 150 zgłoszeń z ich strony.

Polscy przedsiębiorcy będą mieli okazję spotkać się z partnerami tureckimi i zidentyfikować konkretne projekty współpracy. Staramy się również włączyć nowe elementy. Ważnym elementem wizyty będzie wspieranie współpracy między regionami. Mamy spotkania z władzami zarówno Ankary, jak i Stambułu, również mniejszych miast i prowincji, ośrodków, na terenie których lokowane są już polskie inwestycje – wyjaśnia Kacperczyk.

Ważnym elementem wizyty ma być zaplanowanie współpracy w dziedzinie innowacyjności. W ostatnim, opublikowanym w połowie lutego br., rankingu agencji Bloomberg na temat najbardziej innowacyjnych gospodarek świata Polska znalazła się na 25. miejscu, Turcja – na 35. Pierwsze miejsce zajęła Korea Południowa.

To sprawa, którą wstępnie omówiliśmy ze stroną turecką i widzimy, że jest bardzo duże zainteresowanie współpracą w tej dziedzinie – mówi Kacperczyk. – Planujemy zorganizowanie pierwszego polsko-tureckiego okrągłego stołu poświęconego innowacjom. W naszej delegacji uczestniczyć będą nie tylko przedstawiciele Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego i innych resortów, lecz także ośrodków, które wdrażają w Polsce programy innowacyjne.

Turcja jest obecnie głównym partnerem gospodarczym Polski na Bliskim Wschodzie i w Azji. W latach 2004–2011 wymiana handlowa między krajami niemal się potroiła (wzrosła z 2 mld dol. do 5,6 mld dol.). Dziś jest na poziomie ok. 5,83 mld dol., czyli 7 proc. większym niż w 2013 roku.  W strukturze polskiego eksportu do Turcji w ubiegłym roku dominowały wyroby przemysłu maszynowego, pojazdy samochodowe i części do nich, wyroby elektromaszynowe, miedź i wyroby z miedzi.

Turcja to bardzo duży rynek, jednocześnie to obszar mający strategiczne położenie. To niejako łącznik między Europą, krajami Bliskiego Wschodu i bliższą Azją – zauważa Kacperczyk. – To także rynek, który się bardzo prężnie rozwija. Rząd turecki obecnie planuje bardzo dużo projektów inwestycyjnych. A geograficznie nie jest to kraj leżący od Polski daleko. Lot samolotem z Warszawy trwa niewiele ponad dwie godziny, więc myślę, że to bardzo dobry i interesujący kierunek ekspansji dla polskich przedsiębiorców.

Strategia rozwoju Turcji zakłada, że do 2023 roku kraj ten będzie dziesiątą gospodarką świata pod względem wielkości wytworzonego PKB (dziś jest 19.). Jednym z elementów tej strategii jest właśnie współpraca z partnerami zagranicznymi.

Przychody z systemu viaTOLL przekroczyły już 4,15 mld zł i co roku rosną

CEO Magazyn Polska

Elektroniczny system poboru opłat viaTOLL spełnił nadzieje dotyczące wielkości przychodów. Od jego uruchomienia w lipcu 2011 r. do Krajowego Funduszu Drogowego wpłynęły już ponad 4 mld zł. Sukces viaTOLL został doceniony przez kapitułę nagrody Finansista Roku 2014, która wyróżniła spółkę Kapsch Telematic Services, operatora systemu.

Nagroda jest potwierdzeniem tego, że firma bardzo sprawnie wdrożyła prawie 4 lata temu system oraz potrafi nim zarządzać w efektywny i skuteczny sposób. Efektem tego jest ponad 4 mld zł, które wpłynęły do Krajowego Funduszu Drogowego. Jest to bez wątpienia sukces finansowy, w którym my też wzięliśmy udział – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Cywiński, dyrektor generalny Kapsch Telematic Services.

System viaTOLL obejmuje obecnie ponad 2,9 tys. km dróg płatnych w Polsce. Jest przeznaczony przede wszystkim dla pojazdów o dopuszczalnej masie całkowitej ponad 3,5 ton, chociaż na zasadzie dobrowolności za przejazd autostradami zarządzanymi przez GDDKiA elektronicznie płacić mogą także kierowcy samochodów osobowych. Do końca lutego br. system wygenerował dokładnie 4,15 mld zł wpływów do Krajowego Funduszu Drogowego.

Średnio każdego dnia wpływy z systemu to 3,8 mln zł. W systemie na koniec lutego zarejestrowanych było ponad 850 tys. pojazdów. Zdecydowanie najbardziej dochodową drogą jest autostrada A4, która tylko przez ostatnie pół roku wygenerowała prawie 190 mln zł wpływów. To ponaddwukrotnie więcej niż kolejna trasa – droga ekspresowa S8.

Jest pewien wzrost wysokości pobieranych opłat, który jest spowodowany m.in. wzrostem gospodarczym, bo dzięki temu obserwujemy znaczny wzrost ruchu. Ale wzrost jest spowodowany także tym, że system się rozrasta. W 2011 roku oddaliśmy do użytku 1560 km dróg, w tej chwili jest ich prawie 3000 km, a to przekłada się na wyraźny wzrost przychodów – podkreśla Cywiński.

Wpływy z systemu viaTOLL regularnie rosną. W 2012 r. wyniosły one niecały miliard złotych, w 2013 r. było to już prawie 1,2 mld zł, a w 2013 r. – ponad 1,4 mld zł. Niemal 40 proc. przychodów z systemu generują pojazdy spoza Polski.

To właśnie lepsze od zakładanych przychody były głównym powodem przyznania Kapschowi nagrody Finansista Roku 2014. Jak podkreśliła w uzasadnieniu kapituła, system jest sprawnie zarządzany i spełnia pokładane w nim nadzieje. Od samego początku działania viaTOLL przynosił przychody większe od zakładanych – w pierwszych sześciu miesiącach po jego uruchomieniu wpływy wyniosły 417 mln zł wobec zakładanych 400 mln zł.

Głównym laureatem konkursu Finansista Roku został Krzysztof Kwiatkowski, prezes Najwyższej Izby Kontroli. W roku 2014 tytuł ten zdobyła ówczesna wicepremier i minister infrastruktury Elżbieta Bieńkowska, która zapoczątkowała prace nad wprowadzeniem elektronicznego systemu opłat na polskich autostradach. Działania te zostały zahamowane po jej odejściu.

Sytuacja na rynku pracy się poprawia. Z powodu embarga spada jednak zatrudnienie przy pracach sezonowych w rolnictwie

CEO Magazyn Polska

Poprawa sytuacji gospodarczej przekłada się coraz bardziej na rynek pracy. Mimo sezonowego wzrostu bezrobocia liczba osób bez pracy w ujęciu rocznym spada. Największym zainteresowaniem cieszą się wysoko wykwalifikowani specjaliści z sektora IT i produkcji. Nieco trudniej mogą mieć osoby, które oczekują na podjęcie prac sezonowych w rolnictwie. Prawdopodobne spowolnienie może wynikać z problemów sektora wywołanych rosyjskim embargiem.

– Na rynku pracy widzimy systematyczny spadek bezrobocia. Według resortu pracy i ministra Kosiniaka-Kamysza prognoza spadku oscyluje w okolicach 9,5 proc. Faktycznie widać ożywienie na rynku pracy i tym samym systematyczny spadek bezrobocia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Jurkiewicz, dyrektor generalny serwisu rekrutacyjnego infoPraca.

GUS podaje, że w styczniu stopa bezrobocia w Polsce wyniosła 12 proc., co oznacza wzrost w stosunku do grudnia, ale znaczący spadek w ujęciu rocznym (14 proc.). Według prognoz resortu pracy w lutym bezrobocie było na takim samym poziomie, co w styczniu.

W urzędach pracy na koniec stycznia zarejestrowanych było 1919,5 tys. osób. Młodzi do 24. roku życia stanowili 24,5 proc. ogólnej liczby nowo zarejestrowanych (przed miesiącem – 26,8 proc.; przed rokiem – 25,7 proc.). Wśród absolwentów (osób do 12 miesięcy od zakończenia nauki) odsetek ten wyniósł 7,9 proc. nowo zarejestrowanych (przed miesiącem – 8,1 proc.; w styczniu 2014 r. – 9,0 proc.).

– Bezrobocie będzie powoli spadało. Jego poziom na koniec 2015 roku może być w okolicach 10-10,5 proc. – prognozuje Jurkiewicz. – Obserwujemy spadek bezrobocia wśród osób młodych pomiędzy 20. a 24. rokiem życia, spada też zdecydowanie liczba osób bezrobotnych w przedziale 50+.

Według niego w 2015 roku na rynku pracy będą szczególnie widoczne dwie tendencje. Pierwsza dotyczy rosnącego zapotrzebowania na pracowników wysoko wykwalifikowanych (np. w produkcji, centrach usług wspólnych i IT), druga – możliwych perturbacji w segmencie prac sezonowych, szczególnie w rolnictwie. Jurkiewicz nie wyklucza, że bezrobocie w sezonie letnim nie spadnie znacząco w związku z mniejszym popytem w rolnictwie na pracowników sezonowych. To efekt problemów rolników, które są spowodowane rosyjskim embargiem. Jurkiewicz podkreśla, że wszystko zależeć będzie od rozwoju sytuacji geopolitycznej.

– Możemy zaobserwować zwiększoną liczbę aplikacji ze strony ukraińskiej, co też wiąże się z sytuacją geopolityczną – podkreśla Marek Jurkiewicz. –Nie widzę w tej chwili jednak żadnego zagrożenia ze strony pracowników ukraińskich dla pracowników polskich. Raczej traktuję to na zasadzie komplementarności niż konkurencji.

W jego ocenie w tej chwili na rynku pracy największy jest popyt na specjalistów IT, pracowników produkcyjnych (wysoko wyspecjalizowanych w obszarach technicznych) i osób związanych z centrami BPO, szczególnie ze znajomością unikalnych języków obcych, jak rumuński, norweski.

– Najlepiej w tej chwili płaci IT i telekomunikacja – wyjaśnia dyrektor generalny infoPraca. – W przypadku stanowisk produkcyjnych wszystko zależy od regionu i specjalizacji.

Jurkiewicz zwraca uwagę na rozwój stref ekonomicznych (w tym także wzrost zatrudnienia w ich ramach) i przypomina, że w 2014 roku w SSE zainwestowano rekordowe środki, szczególnie od inwestorów zagranicznych.

– Jeśli patrzymy na duże ośrodki miejskie, to widzimy, że rozwijają się centra usług wspólnych w Trójmieście, Łodzi,  Krakowie, teraz też dochodzą do tego Katowice. To są obszary, które mają dosyć duży popyt na pracowników – zaznacza Jurkiewicz.

Według Związku Liderów Sektora Usług Biznesowych (ABSL) w styczniu 2015 r. w sektorze usług biznesowych pracowało 130 tys. osób, a do końca roku zatrudnienie może znaleźć kolejne 30 tys. osób.

Według Jurkiewicza w perspektywie długoterminowej bezrobocie będzie spadało. Zgodnie z danymi Eurostatu od stycznia 2007 r. do stycznia 2015 r. bezrobocie w Polsce spadało szybciej niż w innych krajach UE (szybszy spadek miał miejsce tylko w Niemczech), czyli wskaźnik obniżył się w tym okresie z 11,3 do 8,0 proc. (liczony metodą Eurostatu).

– W trendzie spadkowym istotne będą dwa czynniki. Po pierwsze, wzrost wynagrodzeń, bo jesteśmy daleko za krajami zachodnimi czy innymi krajami UE. Po drugie, będziemy musieli się mocno skoncentrować na pozyskiwaniu kandydatów – podsumowuje ekspert.

Nie wszystkie uczelnie są gotowe na współpracę z biznesem. Problemem m.in. braki w kadrze dydaktycznej

CEO Magazyn Polska

Firmy prywatne coraz częściej współpracują z uczelniami, m.in. tworząc specjalne programy dla studentów. Zauważalny jest nie tylko wzrost nakładów, lecz także coraz większe zainteresowanie światowych koncernów takimi projektami. Nie wszystkie ośrodki akademickie jednak są gotowe na ich realizację. Problemem są m.in. braki w kadrze dydaktycznej. Eksperci podkreślają, że rozwojowi współpracy sprzyjałoby uelastycznienie przepisów.

– Możemy zaobserwować wzrost nakładów i wzrost zainteresowania współpracą pomiędzy biznesem i uczelniami. Najlepsze ośrodki akademickie rzeczywiście zmierzają w tym kierunku, chcą się wyróżnić, wzmocnić swoją siłę naukową i niejako też zwiększyć potencjał zatrudnienia swoich studentów – mówi agencji Newseria Biznes Jakub Bejnarowicz, country manager CIMA w Polsce, instytutu zajmującego się kształceniem specjalistów w dziedzinie rachunkowości zarządczej.

Jako przykład dobrej współpracy Bejnarowicz wymienia m.in. projekt realizowany przez Uniwersytet Łódzki z firmą Infosys BPO Poland i globalnym centrum biznesowym Hewlett-Packard. To kierunek lingwistyka dla biznesu, podczas którego studenci są przygotowywani do pracy w międzynarodowym środowisku biznesowym.

Zdaniem Jakuba Bejnarowicza współpraca biznesu z uczelniami niesie ze sobą wiele korzyści zarówno dla pracodawców, uczelni, studentów, jak i docelowo dla gospodarki kraju.

Wiemy doskonale, jakie są oczekiwania względem poszczególnych stanowisk pracy. Kiedy wszyscy uczestnicy tego rynku współpracują, i mamy do czynienia z pełną synergią, możemy liczyć na bardzo dobre efekty. Zmniejszenie bezrobocia, rozwijająca się gospodarka i brak luk kompetencyjnych to najbardziej oczekiwane rezultaty takiego współdziałania – zwraca uwagę country manager Instytutu CIMA.

Mimo pozytywnych sygnałów z obu stron, w Polsce jest jeszcze pole do intensyfikacji wspólnych projektów. Jak wyjaśnia Bejnarowicz, nie wszystkie uczelnie są przygotowane na współpracę, m.in. z uwagi na braki w kadrze dydaktycznej. Zarówno biznes, jak i uczelnie potrzebują większej elastyczności w realizacji tego typu projektów. Pewne zmiany wprowadziła już nowelizacja ustawy o szkolnictwie wyższym z 2014 roku, ale ekspert ocenia je jako niewystarczające.

Jest wiele zapisów, które nijak mają się do realiów biznesowych czy efektów kształcenia – mówi Bejnarowicz. – Jednym z wymogów jest posiadanie kadry akademickiej, czyli określonej liczby profesorów i doktorów. Okazuje się, że w praktyce niekoniecznie profesorowie, którzy zdobywali swoje doświadczenie jeszcze przed 1989 rokiem, są w stanie przekazać tyle, ile magister, który ma doświadczenie zawodowe, pracując w danej firmie.

Jego zdaniem barierą we współpracy mogą być również problemy komunikacyjne, czyli znalezienie odpowiedniego partnera i zrozumienie się na płaszczyźnie pracodawca – uniwersytet.

Niejednokrotnie się okazuje, że uczelnie są chętne do współpracy z pracodawcami, później kończy się to jednak tym, że informują o takiej współpracy na przykład na stronach internetowych, ale niekoniecznie cokolwiek z tego wynika. Niezwykle istotne jest to, żeby po dwóch stronach była chęć do usprawnienia procesów i przygotowania wartościowego programu studiów dla studentów – mówi ekspert.

Bejnarowicz zwraca również uwagę na to, że w Polsce rośnie zapotrzebowanie na pracowników, którzy posiadaliby wysokie, specjalistyczne kompetencje. Osoby wykwalifikowane zarabiają w Polsce coraz więcej i praca za granicą może z czasem przestać być atrakcyjniejsza finansowo. – Emigracja zarobkowa, a raczej – poszukiwanie ścieżek rozwoju zawodowego poza Polską, to niejedyny kierunek dla osób wysoko wykwalifikowanych. Międzynarodowe firmy, ale nie tylko, które działają na polskim rynku, oferują bowiem naprawdę atrakcyjne miejsca pracy oraz możliwości awansu na najwyższe stanowiska, także na szczeblu światowym – podsumowuje Jakub Bejnarowicz.

Sytuacja na Wschodzie źle wpływa na sektor duty free. Przez Ukrainę traci Baltona

0

CEO Magazyn Polska

Sytuacja geopolitycznie negatywnie wpływa na sektor duty free i firmy dostarczające produkty dyplomatom i do ambasad. Drastyczny spadek wartości hrywny na Ukrainie i perturbacje firm transportowych przyczyniły się do znaczącego wzrostu kosztów finansowych Grupy Baltona. W przyszłym roku – wraz z poprawą wyników branży lotniczej, zwiększeniem ruchu lotniczego i rosnącymi zakupami klientów – spółka oczekuje poprawy wyników finansowych.

Sytuacja na Wschodzie się komplikuje. Wydarzenia na Ukrainie wpłynęły na to, co się dzieje w firmach, działających w sektorze duty free – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Sączek, dyrektor logistyki przedsiębiorstwa Baltona. – Koszty wzrastają w związku z tym, że pogorszyła się także sytuacja firm transportowych. Oznacza to, że biznes spada, a stawki rosną.

Jak wynika z opublikowanych 17 marca br. przez Państwowy Komitet Statystyki Ukrainy danych dotyczących handlu zagranicznego tego kraju w styczniu br. eksport tamtejszych towarów na rynki UE spadł o 31 proc., a do Rosji o 60 proc. (w porównaniu z styczniem ub.r.). Całość ukraińskiej sprzedaży zagranicznej w styczniu spadła o 31 proc., import zaś skurczył się aż o 33,4 proc.

Dajemy sobie radę, ale ta sytuacja miała jednak wpływ na nasze wyniki – wskazuje Sączek w rozmowie przeprowadzonej podczas Poland & CEE Retail Summit 2015. – Nie wspominając o różnych zmianach związanych z rozwiązaniami w portach lotniczych. Obecnie prawo się zmienia i są pewne zmiany w przepisach, które powodują, że musimy szybko dostosowywać logistycznie bezpieczeństwo łańcucha dostaw. Lotnisko to strefa bezpieczna i ściśle kontrolowana, a więc duże wyzwanie.

Baltona prowadzi sklep duty free na lotnisku we Lwowie, które leży daleko od działań militarnych. Duże osłabienie hrywny wpłynęło bezpośrednio na wzrost kosztów finansowych Grupy. Ujemne różnice kursowe netto wyniosły w ubiegłym roku 3.536 tys. zł, z czego 1.689 tys. zł dotyczyło spółki na Ukrainie.

Na koniec ubiegłego roku Grupa posiadała 52 lokale handlowe. Operuje na wyłączność w sektorze duty free w Gdańsku, Rzeszowie, Poznaniu, Montpellier oraz we Lwowie, a przez grupę CDD Holding BV również w Belgii, Holandii i Niemczech.

Będziemy uruchamiać nowe sklepy Baltona Duty Free w różnych krajach, zamierzamy wchodzić na nowe rynki dyplomatyczne – zapowiada Sączek. – Baltona jako jeden z niewielu graczy w Europie ma pozwolenie na prowadzenie biznesu i zaopatrywanie dyplomatów w tego rodzaju formule, więc planujemy wejście na nowe rynki, rozwój biznesu retailowego oraz B2B, czyli zaopatrywanie promów i linii lotniczych. Ten ostatni pozytywnie wpływa na nasze marże.

Jak podkreśla, istotną rolę w Grupie odgrywa rynek polski, który wciąż się rozwija.

W ubiegłym roku przychody ze sprzedaży Grupy Przedsiębiorstwo Handlu Zagranicznego Baltona osiągnęły poziom 363 mln zł i były o blisko połowę wyższe niż rok wcześniej. Największy wzrost sprzedaży odnotowano w trzech segmentach: sklepy (o 30 proc.), dystrybucja B2B (o 108 proc.) oraz gastronomia (52 proc.). Wynik netto Grupy zamknął się stratą w wysokości 3666 tys. zł. Jak wynika z listu zarządu do akcjonariuszy, Grupa spodziewa się znaczącej poprawy wyników finansowych w tym roku. Ma się do tego przyczynić rosnący ruch lotniczy, wzrost średniej sprzedaży na każdego podróżnego i dalsza optymalizacja organizacyjna.

Sprzedawcy internetowi zbyt wolno dostosowują regulaminy swoich sklepów do nowych przepisów

CEO Magazyn Polska

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów ocenia, że firmy zbyt wolno dostosowują się do zmienionych przepisów dotyczących sprzedaży internetowej i zakupów na odległość. Nowe prawo weszło w życie pod koniec grudnia, a jego kształt był znany już od połowy ubiegłego roku. Wciąż jednak w regulaminach niektórych e-sklepów nie zostały uwzględnione zmiany, np. wydłużenie do 14 dni okresu na odstąpienie od umowy.

Znowelizowana ustawa, która obowiązuje od 25 grudnia 2014 roku, ma zwiększyć bezpieczeństwo coraz popularniejszych zakupów dokonywanych poza lokalem sprzedawcy, głównie w e-sklepach. Jej najważniejszym zapisem jest możliwość zwrotu towaru kupionego na odległość lub odstąpienia od umowy przez okres 14 dni.

Widzimy, że w praktyce regulaminy nie uległy zmianie. W niektórych nadal są stare przepisy, według których konsument ma prawo tylko do 10-dniowego okresu odstąpienia od umowy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Lehmann, starszy specjalista w delegaturze Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów w Bydgoszczy.

Jak podkreśla, sytuacja jest o tyle dziwna, że przedsiębiorcy mieli dużo czasu na dostosowanie się do nowych przepisów. Ich ostateczny kształt był znany już w połowie ubiegłego roku.

– Było dosyć długie, bo aż sześciomiesięczne, vacatio legis. Dlaczego przedsiębiorcy tego nie uczynili, trudno mi powiedzieć. Na pewno nie wszystkie przepisy są dla przedsiębiorcy, lecz także dla konsumenta, jasne. Robimy wszystko, żeby tę informację w sposób prawidłowy przekazywać – mówi Lehmann.

UOKiK przyznaje, że mimo że część przedsiębiorców zwleka z dostosowaniem regulaminów swoich sklepów do nowego prawa, skarg nie ma na razie zbyt dużo.

Skargi dotyczące nowej ustawy dopiero do nas wpływają, bo dotyczy to umów zawartych po 25 grudnia 2014 roku – zaznacza Krzysztof Lehmann. – Niewątpliwie przedsiębiorcy muszą dostosować regulaminy swoich sklepów internetowych do nowych przepisów, w tym umożliwić konsumentowi prawo od odstąpienia od umowy w ciągu 14 dni. Na bieżąco weryfikujemy takie kwestie, zależy nam jednak na tym, by przedsiębiorców z własnej inicjatywy dostosowywali swoje regulaminy.

Nowe przepisy pozwalają nabywcy na wycofanie się z decyzji, gdy towar do niego fizycznie dotrze i nie spełnia on jego oczekiwań. Dają mu też czas na przemyślenie decyzji, często podejmowanej pochopnie. Dotyczą bowiem nie tylko e-sklepów, lecz wszelkiego typu domów wysyłkowych, zakupów z katalogów, transakcji zawieranych przez telefon oraz na różnego rodzaju prezentacjach.

Na pewno trzeba edukować nie tylko przedsiębiorców, lecz także konsumentów oraz rzeczników konsumentów, którzy bezpośrednio udzielają porad prawnych konsumentom – podkreśla ekspert UOKiK.

Nawet gdy przedsiębiorcy nie uwzględnili jeszcze nowych przepisów w swych regulaminach, to i tak ich one obowiązują. Krzysztof Lehmann podkreśla, że jeżeli pojawi się problem, pomóc mogą rzecznicy konsumentów. Dzięki nim będzie też można ocenić to, jak sprawdza się nowe prawo.

Myślę, że to będzie możliwe dopiero po pierwszym roku obowiązywania ustawy, kiedy spłyną do UOKiK sprawozdania z działalności rzeczników. Wtedy będziemy mogli zobaczyć skalę problemu z wdrożeniem tych przepisów, to gdzie przedsiębiorcy najbardziej naruszali interesy konsumentów – mówi ekspert.

Tanieje ropa, ale benzyna drożeje. Rafinerie odrabiają straty, podnosząc marże

CEO Magazyn Polska

Ropa tanieje, a mimo to ceny paliw na polskich stacjach nie spadają, a jeśli już to symbolicznie. W ciągu półtora miesiąca litr benzyny czy oleju napędowego podrożał o prawie 30 groszy. Przyczyną są rosnące marże oraz drożejący do ubiegłego tygodnia dolar.

Na początku marca cena baryłki ropy Brent na międzynarodowych rynkach spadła poniżej 60 dolarów i w ocenie analityków w najbliższych miesiącach jeszcze może potanieć. Wprawdzie podrożał też dolar, w którym rozliczane są transakcje na rynku surowcowym, jednak zmiany te nie były aż tak znaczące, by uzasadnić ostatnie wzrosty cen paliw na polskich stacjach.

Jeżeli w ostatnim miesiącu ceny paliw wzrosły powyżej 20 groszy, to jest to spowodowane tym, że marże rafineryjne w ostatnich miesiącach bardzo szybko wzrosły – mówi agencji informacyjnej Newseria Andrzej Szczęśniak, ekspert rynku paliw. – Dzisiaj rafinerie już konsumują letni szczyt zużycia benzyny. W Stanach Zjednoczonych jest już ona gromadzona na lato i dzisiaj rafinerie marżę benzynową mają praktycznie taką samą, jak marże oleju napędowego, co jest ewenementem, od kilku dobrych miesięcy tak nie było.

W II połowie marca w Polsce litr 95-oktanowej benzyny bezołowiowej kosztował średnio 4,65 zł. To o 10 gr więcej niż na początku miesiąca, podobnie podrożały też inne paliwa na polskich stacjach.

Myślę, że dzisiaj rafinerie nie mają powodów do narzekań, raczej będą zarabiały. To przeciwnie do firm wydobywających ropę, bo one rzeczywiście dzisiaj mają znacznie trudniej, zwłaszcza te firmy, które wzięły duże kredyty na wydobycie – ocenia Andrzej Szczęśniak. – To jest powszechny na świecie problem. Natomiast rafinerie dzisiaj odrabiają straty z ostatnich lat. Pytanie tylko jak długo.

Pomimo taniejącej ropy zarówno płocki Orlen, jak i gdański Lotos mieli w ostatnim kwartale zeszłego roku po ponad 1 mld zł strat netto. Przyczyną były zapasy obowiązkowe obu koncernów paliwowych, których wartość wraz ze spadającymi cenami surowca na rynkach także spadła. Rosnące marże powinny zrekompensować rafineriom przynajmniej część strat, oznaczają jednak, że ceny na stacjach raczej nie spadną.

Dzisiaj za wzrost cen paliw są odpowiedzialne rafinerie i ich marże. Wydaje mi się, że w najbliższym czasie tak pozostanie – uważa ekspert rynku paliw. – Ropa tanieje, natomiast marże rafineryjne będą rosły, czyli raczej będziemy mieli do czynienia z trendem wzrostowym cen. Wydaje mi się, że w ciągu 2-3 tygodni jest to dosyć przewidywalny trend. Natomiast nie będzie to spowodowane ani ropą, ani dolarem, ponieważ te czynniki dzisiaj zmniejszają ceny paliw.

Nawet dalsze spadki cen na rynku ropy nie powinny przynieść obniżek na stacjach, ponieważ także ich właściciele czekają na okazję, by odrobić straty.

– Mamy mikroskopijne, wręcz czasami zerowe marże dla stacji paliw, w związku z tym, gdy sytuacja się trochę uspokoi, to one będą wtedy czynnikiem wzrostu cen albo przynajmniej zablokują spadki cen, jeżeli ceny ropy rzeczywiście będą szły w dół – zwraca uwagę Andrzej Szczęśniak. – W najbliższym okresie możemy się spodziewać lekkich wzrostów cen paliw, a jeżeli cena ropy dalej będzie ostro szła w dół, to mamy stabilizację, a nie spadek cen.

Polacy chcą jeść zdrowo. Polska może stać się europejskim liderem produkcji żywności ekologicznej

CEO Magazyn Polska

W ciągu ostatniego roku popyt na żywność ekologiczną wzrósł o 20 proc. Przybyło więc certyfikowanych gospodarstw rolnych, które mogą produkować tego typu żywność. Zwiększyła się także liczba przetwórców i handlowców działających w tej branży. Polska ma szansę stać się liderem w ekoprodukcji. Wartość tego rynku już szacowana jest na 700 mln zł.

Rynek żywności ekologicznej to od kilku lat jeden z najszybciej rozwijających się segmentów żywności na świecie. W krajach Europy Zachodniej i Stanach Zjednoczonych stanowi on ok. 4 proc. całego rynku rolno-spożywczego. W Polsce żywność ta stanowi zaledwie 0,3 proc. całego rynku, jednak zdaniem ekspertów w ciągu pięciu lat może wzrosnąć nawet do 10 proc. W ciągu ostatniego roku popyt na ekologiczną żywność zwiększył się bowiem o 20 proc. Z danych SGGW wynika, że już co dziesiąty Polak regularnie kupuje żywność ekologiczną, doceniając za smak, wysoką jakość oraz walory prozdrowotne.

Coraz więcej ludzi szuka produktów o wysokiej jakości i produktów prozdrowotnych lub ekologicznych. Jesteśmy pierwszą i największą siecią oferującą tego typu żywności na rynku. Nasza podaż spotyka się z rosnącym popytem, dzięki czemu piąty rok z rzędu odnotowujemy ponad 30-proc. wzrosty sprzedaży. Wierzymy, że rynek będzie rósł jeszcze szybciej, a na pewno nie wolniej niż do tej pory – mówi agencji informacyjnej Newseria Sławomir Chłoń, prezes zarządu Organic Farma Zdrowia.

Wartość polskiego rynku żywności ekologicznej wynosi ok. 700 mln zł. Zdaniem ekspertów w 2015 roku na ekologiczną żywność Polacy wydadzą znacznie więcej, bo ok. 770 mln zł. Wzrost zainteresowania tego typu produktami to efekt nie tylko zwiększającej się świadomości zdrowotnej Polaków, lecz także coraz lepszej podaży. Zwiększa się liczba producentów żywności ekologicznej, a co za tym idzie – spadają jej ceny. Zmniejszają się także koszty logistyczne.

W Polsce widoczna jest bardzo duża dynamika rozwoju sektora ekologicznego. Mówię tu o wzroście liczby certyfikowanych gospodarstw rolnych, zwiększaniu areału ziemi, która jest przeznaczona pod te uprawy, oraz rosnącej liczbie przetwórców i handlowców. Podaż rynku rośnie bardzo szybko i myślę, że Polska może być w ciągu kilku lat jednym z absolutnych liderów w Europie w produkcji. Mam też nadzieję, że w zakresie konsumpcji w ciągu dekady uda się trochę dogonić rynek europejski – powiedział Sławomir Chłoń podczas Poland & CEE Retail Summit 2015.

Z danych Inspekcji Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych wynika, że pod koniec 2014 roku w Polsce działało 426 certyfikowanych przetwórni, o niemal 5 proc. więcej niż rok wcześniej. O tym, że produkt pochodzi z certyfikowanego źródła świadczy symbol zielonego listka na opakowaniu. Polacy najchętniej kupują ekologiczne produkty roślinne, jaja, miód oraz produkty zwierzęce, np. wyroby wędliniarskie. Dużym popytem cieszy się także ekologiczne pieczywo. Ekoprodukty dostępne są już nie tylko na bazarach lub w specjalistycznych sklepach, lecz także coraz częściej trafiają na półki supermarketów.

Zakończyła się era nieprawdopodobnie dynamicznego wzrostu dyskontów, ponieważ po pierwsze kraj został pokryty tego typu formatem sklepów, po drugie pozostali gracze rynku – hipermarkety, supermarkety, sklepy typu convenience – zareagowały na ten trend, zmieniając swoją ofertę i podejście do klienta. Okazało się, że wszyscy pozostali też mają coś dobrego i ciekawego do zaoferowania. Nastąpiło więc uspokojenie rynku i w tej chwili wszyscy gracze z powrotem są w grze – mówi Sławomir Chłoń.

Organic Farma Zdrowia posiada sieć stacjonarnych delikatesów i dwa sklepy internetowe. W lipcu 2014 roku przejęła 10 sklepów pod marką Tradycyjne Jadło, a jesienią otworzyła w Warszawie sklep convenience Organic Zielone Oko. Biorąc pod uwagę tendencję na rynku żywności ekologicznej, marka prognozuje dwucyfrowy wzrost przychodów w 2015 roku.

Popołudniowy komentarz walutowy z 23.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 23.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Polski prezydent wśród najdroższych głów państw Unii Europejskiej

168 milionów złotych zostało zarezerwowanych w tegorocznym budżecie na wydatki Kancelarii Prezydenta RP. Nie jest to rekordowa kwota, bo Bronisław Komorowski wydawał już więcej, ale na tle Europy i tak robi wrażenie. Jak policzył portal Money.pl, więcej na utrzymanie głów swoich państw wydają tylko Włosi, Francuzi i brytyjska rodzina królewska.

Według tegorocznych założeń prezydenckiego budżetu, aż 128 ze 168 milionów złotych pochłoną bieżące wydatki prezydenckiej kancelarii. Zaplecze Bronisława Komorowskiego mieści się niedaleko budynku Sejmu, w imponującym gmachu przy ulicy Wiejskiej. Kancelaria zatrudnia prawie 400 osób, doradców, ministrów i pracowników obsługi. Średnia pensja w biurze to 9,2 tysiąca złotych brutto miesięcznie – wynika z danych Naczelnej Izby Kontroli za 2013 rok.

Dodatkowo prezydentowi, jako zwierzchnikowi polskich sił zbrojnych, podlega Biuro Bezpieczeństwa Narodowego. W tym roku kierowane przez Stanisława Kozieja BBN ma do dyspozycji niemal 14 milionów złotych – podaje Money.pl.

Oprócz tego, ponad 11 milionów złotych będzie w tym roku kosztowało wyprodukowanie zestawu medali, orderów i innych odznaczeń państwowych przyznawanych przez prezydenta. To o prawie milion złotych mniej niż przed rokiem. Również budżet BBN został pomniejszony o podobną kwotę.

Kancelaria Bronisława Komorowskiego wypłaca też emerytury byłym prezydentom – Lech Wałęsa i Aleksander Kwaśniewski dostają na rękę nieco ponad cztery tysiące złotych miesięcznie. Wojciech Jaruzelski nie pobierał pieniędzy z kancelaryjnej kasy, korzystał bowiem z wyższej, generalskiej emerytury w wysokości sześciu tysięcy złotych.

Kancelaria ma na utrzymaniu nie tylko siedzibę przy Wiejskiej, ale też trzy prezydenckie rezydencje: w Wiśle, Ciechocinku i na Helu.

Z pieniędzy Kancelarii Prezydenta ratowane są też krakowskie zabytki. Na ten cel pójdzie w tym roku 30 milionów złotych – dokładnie tyle, co przed rokiem. Pieniądze są wysyłane na konto Społecznego Komitetu Odnowy Zabytków Krakowa i co roku stanowią pokaźny odsetek całego budżetu Kancelarii, choć w ostatnich latach prezydent jest coraz mniej hojny. W latach 2009-2012 Kraków dostawał na zabytki aż 42 miliony złotych rocznie, czyli o 12 milionów więcej, niż teraz.

Budżet prezydenta (w milionach złotych)
* – 23 grudnia 1995 r. prezydentem został A. Kwaśniewski
** – 23 grudnia 2005 r. prezydentem został L. Kaczyński
*** – 6 sierpnia 2010 r. prezydentem został B. Komorowski
źródło: NIK
2015 168
2014 168
2013 171
2012 178
2011 170
2010*** 156
2009 155
2008 161
2007 162
2006 138
2005** 160
2004 162
2003 158
2002 141
2001 133
2000 131
1999 113
1998 101
1997 101
1996 75
1995* 59

 

168 milionów złotych przeznaczonych na obsługę prezydenta stawia nasz kraj w europejskiej czołówce, jeśli chodzi o koszt utrzymania głowy państwa. Jak podaje Money.pl, Europejskim rekordzistą jest prezydent Włoch. Kancelaria mieszcząca się na rzymskim Kwirynale wydaje co roku 230 milionów euro. W przeliczeniu to ponad 940 milionów złotych. Kwota duża, bo i biuro prezydenta Sergio Mattarellego jest wyjątkowo rozpasane. Zatrudnia aż 1700 osób, a samemu prezydentowi płaci około 20 tysięcy euro miesięcznie.

Pokaźną część całej kwoty pochłania też utrzymanie willi w Castelporziano pod Rzymem. Nieruchomość zajmuje niemal sześć hektarów. Na rezydencję składa się pokaźny pałac z kilkoma dziedzińcami i rozległym zapleczem otaczającym go niczym mur, a także pokaźny ogród z rzadkimi gatunkami roślin. Włochy wydają na utrzymanie głowy państwa fortunę, mimo że rola prezydenta jest w tym kraju niezwykle skromna.

Pierwsza piątka najbardziej kosztownych prezydentów (bez koronowanych głów państw)

źródło: strony rządowe poszczególnych państw
Nazwisko Kraj Budżet kancelarii (po przeliczeniu na zł)
1. Sergio Mattarella Włochy 940
2. Francois Hollande Francja 410
3. Bronisław Komorowski Polska 168
4. Joachim Gauck Niemcy 135
5. Sauli Niinisto Finlandia 80

Inaczej jest w przypadku prezydenta Francois Hollande’a. Przywódca Francji też ma duży budżet (drugi w Europie), ale w przeciwieństwie do swojego włoskiego odpowiednika, także sporo do powiedzenia w kwestii polityki. W sumie utrzymanie Hollande’a i jego kancelarii będzie kosztowało w tym roku sto milionów euro, czyli około 410 milionów złotych. To mniej niż przed rokiem – prezydenckiej świcie udało się zacisnąć pasa i ograniczyć wydatki o dziewięć milionów euro.

Kancelaria Hollande’a stara się zmniejszyć koszty utrzymania już od kilku lat. Między innymi w okresie od 2012 do 2014 roku zlikwidowała 54 etaty (dziś zatrudnia 828 osób), a w 2012 roku zredukowała pensję prezydenta o 30 procent do kwoty niecałych 15 tysięcy euro miesięcznie – pisze Money.pl.

Trzecią najbardziej kosztowną głową państwa w Europie jest w tym roku królowa Elżbieta II. Pałac Buckingham w roku obrachunkowym 2014-2015 pobierze z państwowego budżetu 38 milionów funtów, ponad dwa miliony więcej niż rok wcześniej. W przeliczeniu daje to około 216,6 milionów złotych, które wydawane są na utrzymanie rodziny królewskiej i jej personelu, a także między innymi na remonty należących do Windsorów pałaców.

Zaraz za Elżbietą II w rankingu najdroższych w utrzymaniu głów państw znajduje się Bronisław Komorowski. Jeśli brać pod uwagę tylko prezydentów pozostałych unijnych krajów (czyli bez uwzględniania koronowanych głów), wszyscy oni są tańsi.

Ustępuje mu pod tym względem również holenderski król Wilhelm. Wydatki władcy Holandii sięgają niemal 40 milionów euro, czyli w przeliczeniu około 164 milionów złotych.

Cztery miliony euro mniej przypadnie belgijskiej rodzinie królewskiej, a 145 milionów koron, czyli około 70 milionów złotych trafi do norweskiego króla Haralda V. Następne w kolejności są rodziny królewskie w Szwecji (16 milionów euro), Belgii (15 milionów euro), Danii (12,5 milionów euro), Hiszpanii (niecałe 8 milionów euro) i Luksemburga (również niecałe 8 milionów euro).

Masz prawo wiedzieć, ile zarabia urzędnik

Obowiązek publikacji informacji o zarobkach pracowników samorządowych oraz „trzynastce”, specjalnym wynagrodzeniu dodatkowym – takiej zmiany w prawie domaga się Stowarzyszenie Sieć Obywatelska – Watchdog Polska.

Wykazy płac, a także informacje o nagrodach pracowników urzędów, miałyby być publikowane w Biuletynie Informacji Publicznej raz na kwartał. „Działanie to ma przeciwdziałać niesprawiedliwemu planowaniu wynagrodzeń w jednostkach samorządu terytorialnego, w wyniku czego osoby o podobnych kwalifikacjach pracujące na tych samych stanowiskach otrzymują różne pensje” – mówi serwisowi infoWire.pl Katarzyna Batko-Tołuć ze Stowarzyszenia Sieć Obywatelska – Watchdog Polska.

W społeczeństwie dominują opinie o zbyt wysokich pensjach urzędniczych. Jednak – jak zaznacza rozmówczyni – ujawnienie informacji o zarobkach prawdopodobnie nie wywołałoby żadnej sensacji, ponieważ okazałoby się, że są one mniejsze, niż nam się powszechnie wydaje.

„Polacy zakorzenieni są w kulturze tajemnicy i mają przekonanie, że wielu rzeczy nie należy ujawniać, aby móc utrzymać porządek” – zaznacza ekspertka. A przecież dzięki jawności jest możliwy dialog, w którym nie skupiamy się na mitach i stereotypach, ale poruszamy rzeczy istotne z punktu widzenia obywateli, jak np. sposób zarządzania budżetem. Ludzie nie ufają z kolei w sytuacjach, kiedy informacje są zatajane. Dlatego jawność odgrywa tak ważną rolę w budowaniu zaufania do władzy.

„Nie istnieją powody, które zabraniałyby wprowadzenia zapisu nakazującego ujawnianie płac urzędników  do polskiego prawa. Jednak aby to zrobić, potrzebna jest zmiana polskiej mentalności” – podkreśla rozmówczyni.

Polskie pszczelarstwo – dla pasji czy pieniędzy?

Dla jednych zajmowanie się pszczelarstwem to hobby, rozrywka i urozmaicenie życia, dla drugich – tradycja, przechodząca z pokolenia na pokolenie. W każdym przypadku to biznes – tylko czy obecnie jest opłacalny? czy ma przyszłość?

„W Polsce większość miodu pochodzi od małych, prywatnych hodowców oraz rodzinnych firm, a nie od pszczelarzy skupionych w spółdzielniach” – mówi serwisowi infoWire.pl Piotr Stański z firmy Stanpol S.C. Sklep Pszczelarski. Przeciętnie nasi hodowcy mają od dwóch do sześciu uli. A szkoda, bo właściciele powyżej piętnastu – zarejestrowani w Polskim Związku Pszczelarskim oraz sanepidzie – mogą starać się o dotację z Unii Europejskiej. Ma ona pomóc w poprawie jakości miodu oraz usprawnić produkcję i sprzedaż produktów pszczelich.

Pszczoły można hodować nie tylko na wsiach. Coraz częściej ule stawiane są na dachach budynków, działkach rekreacyjnych czy zamkniętych osiedlach w miastach. W samej Warszawie jest ponad setka uli i stale ich przybywa. Dla porównania w Monachium jest 500 pasiek.

Polskie miody kupowane od hodowców są droższe niż te z supermarketów, ale lepsze jakościowo. Pszczelarze sprzedają też propolis i pyłek, które wzmacniają organizm, czy mleczko pszczele, mające szerokie zastosowanie, między innymi w kosmetyce. Amatorom „czegoś mocniejszego” z pewnością spodoba się bogata oferta miodów pitnych.

Dla pszczelarzy bardzo ważny jest rynek zbytu. Niestety, choć Ministerstwo Rolnictwa próbuje zwiększyć eksport polskiego miodu, to 80% produktu zostaje w Polsce. Przyczynia się do tego to, że z powodu chorób pszczół powstaje go zbyt mało. W zwiększeniu produkcji pomóc mogliby rolnicy. „Nie ustają apele, by opryskiwali rośliny po godzinie 18, gdy większość owadów jest już w ulu i nie grozi im kontakt z chemicznymi środkami ochrony” – zaznacza ekspert.

Giełda potrzebuje kobiet

Tylko 1/5 wszystkich inwestorów giełdowych stanowią kobiety. Wynik nie jest zadowalający, zwłaszcza że Polki są przedsiębiorcze. Do aktywności na rynku ma je zachęcić akcja „Giełda jest kobietą”.

Celem przedsięwzięcia jest zwiększenie wiedzy Polek na temat inwestowania na giełdzie oraz podniesienie ich wiary w swoje możliwości. W ramach akcji zaplanowano szkolenia z udziałem specjalistek z rynku kapitałowego w czterech miastach: Warszawie (17 marca), Wrocławiu (8 kwietnia), Poznaniu (27 maja) i Gdańsku (3 czerwca). Pierwsze spotkanie odbyło się w Sali Notowań warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych. Podczas zajęć o charakterze szkoleniowo-warsztatowym z elementami wykładu motywacyjnego uczestniczki mogą zdobywać wiedzę na temat rynku kapitałowego oraz możliwości rozwoju firmy i lokowania oszczędności dzięki inwestycjom na giełdzie.

Jak pokazują wyniki Ogólnopolskiego Badania Inwestorów 2014, kobiety stanowią niespełna 18% inwestorów. Wskaźnik ten stale rośnie, niemniej dynamika zmian jest za mała. Zakładając, że średni wzrost udziału kobiet systematycznie inwestujących się utrzyma, będą one stanowiły 50% wszystkich inwestorów dopiero w roku 2035. „Dlatego ważne jest, aby kobiety chcące zabezpieczyć swoją przyszłość oraz osiągnąć niezależność finansową mogły uzyskać wiedzę oraz umiejętności niezbędne do swobodnego poruszania się na rynku i świadomego podejmowania decyzji inwestycyjnych” – mówi serwisowi infoWire.pl Joanna Pydo, dyrektor ds. relacji inwestorskich z Energi. „Najważniejsze, żeby nie bały się ryzyka, które towarzyszy inwestowaniu na giełdzie” – dodaje.

„Giełda jest kobietą” to przedsięwzięcie realizowane w ramach Akcjonariatu Obywatelskiego – programu edukacyjnego o inwestowaniu na giełdzie, który w 2010 r. zainicjowało Ministerstwo Skarbu Państwa przy współpracy najważniejszych instytucji i organizacji rynku kapitałowego oraz spółek giełdowych. Akcja została objęta honorowym patronatem Prezesa Rady Ministrów Ewy Kopacz.

Rośnie konkurencja na rynku energii. Już blisko 290 tys. konsumentów zmieniło dostawcę prądu

CEO Magazyn Polska

Na koniec 2014 roku liczba osób, które zmieniły dostawcę energii elektrycznej, przekroczyła 287 tys. Choć to ponad dwukrotny wzrost w porównaniu z grudniem 2013 roku, to i tak skala jest niewielka. W tym względzie energetyka znajduje się na początku drogi, którą kilka lat wcześniej przechodziła telekomunikacja. Rosnąca świadomość konsumentów powoduje, że dostawcy usług muszą dostosowywać ofertę do ich wymagań.

 Konsumenci są coraz bardziej świadomi. Zaczynają dostrzegać, że inny operator może sprzedać im energię i zaproponować ofertę lepszą pod względem zarówno cenowym, jak i jakościowym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Rogowski, prezes zarządu dostarczającej usługi do miejsca zamieszkania spółki Multimedia Polska. – Tak jak wiele lat temu byliśmy w zakresie usług telekomunikacyjnych na początku przemian rynkowych, tak dzisiaj jesteśmy w energetyce. Najbliższe lata pokażą, jak ten rynek ostatecznie będzie wyglądał. Ale to, co robimy, już dziś jest bardzo obiecujące.

Multimedia Polska jest dostawcą usług telekomunikacyjnych: telewizji cyfrowej z wideo na żądanie (VoD), szerokopasmowego i mobilnego internetu oraz telefonii. Od jakiegoś czasu oferuje także swoim abonentom coraz bardziej kompleksowe usługi dla domu: ubezpieczenia, monitoring pomieszczeń, a od 2014 roku zajmuje się również sprzedażą energii elektrycznej m.in. w tzw. Energetyzującym Pakiecie (wraz z telewizją i internetem).

Prognoz dotyczących liczby odbiorców energii nie chcę przedstawiać, w sytuacji rynku publicznego nawet chyba nie bardzo mogę (spółka notowania jest na giełdzie, z czym wiążą się ściśle określone obowiązki informacyjne – red.) – wskazuje Andrzej Rogowski. – Jednak plany mamy dość ambitne. Na pewno nadal kluczowe pozostaną internet, głos i wideo. Ale po to, żeby rozszerzyć dostęp do klienta, zwiększyć jego satysfakcję i lojalność, na pewno będziemy rozszerzać ofertę.

Na koniec 2014 roku z usług spółki korzystało ok. 820 tys. klientów, z czego 437,1  tys. było użytkownikami co najmniej dwóch usług (spośród telewizji, internetu i telefonu), a ok. 130,2 tys. – trzech usług. Rogowski zapewnia, że spółka będzie rozwijać także swój serwis VoD (usług wideo na życzenie), który w najbliższym czasie zostanie wzbogacony o nowe treści.

Umowy jeszcze nie są zamknięte, jesteśmy w ostatniej fazie ich dopinania – informuje Andrzej Rogowski. – Nie chcę wymieniać naszych partnerów, ale z co najmniej trzema wielkimi wytwórniami zawrzemy umowy, co oznacza, że większość dobrej oferty dostępnej na świecie będzie dostępna także w Multimediach.

Multimedia Polska działa w ok. 200 polskich miejscowościach. W ubiegłym roku przychody Grupy wyniosły 705,8 mln zł, skorygowany zysk EBITDA –355,6 mln zł, a zysk netto – 51,3 mln zł.

Polimex-Mostostal do połowy roku chce dokonać scalenia akcji

0

CEO Magazyn Polska

Polimex-Mostostal wychodzi na prostą po tym, jak trzy lata temu znalazł się na krawędzi bankructwa. Od 2016 roku spółka ma znowu zarabiać. Dzięki porozumieniu z wierzycielami od października ponownie może startować w przetargach publicznych. W ten sposób co miesiąc zdobywa kilka nowych zamówień.

Polimex-Mostostal otrzymał w marcu zgodę Komisji Nadzoru Finansowego na wprowadzenie do obrotu publicznego akcji z emisji konwersyjnej, która była skierowana do wierzycieli finansowych. Akcje weszły do obrotu w ostatni piątek. By ratować się przed upadłością, spółka w październiku sprzedała Agencji Rozwoju Przemysłu papiery warte 140 mln zł.

– To jest jeden bardzo istotny etap – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Maciej Stańczuk, p.o. prezesa zarządu Polimeksu-Mostostalu. – Kolejnym etapem będzie scalenie akcji, ponieważ obecny status spółki groszowej jest na dłuższą metę nieakceptowalny i uniemożliwia myślenie o takich  normalnych, komercyjnych emisjach. Tutaj też mamy plany, chcemy przeprowadzić scalenie akcji mniej więcej do połowy tego roku.

Ubiegły rok był kluczowy dla Polimeksu. Zadłużona spółka zmagała się z wierzycielami składającymi wnioski o jej upadłość. Pod koniec września udało się wynegocjować kompromis.

Osiągnęliśmy porozumienie z wierzycielami finansowymi, pod którym z ręką na sercu się podpisaliśmy – podkreśla Maciej Stańczuk. – Mnie w szczególności zleżało na tym, że to porozumienie tym razem miało charakter absolutnie zakotwiczony w realiach biznesowych i taki, z którego Polimex miałby szanse z dużym prawdopodobieństwem się wywiązać. To porozumienie z kolei uruchomiło całą lawinę kolejnych rzeczy, część pozytywnych, część mniej pozytywnych.

Groźba bankructwa Polimeksu-Mostostalu spowodowała też to, że spółka nie była w stanie uczestniczyć w przetargach na nowe projekty. Od października firma ponownie jest obecna na rynkach. Udało jej się m.in. wynegocjować z wierzycielami finansowymi dostęp do linii gwarancyjnej, bez której trudno jest uczestniczyć w nowych przetargach.

Od października sukcesywnie nie ma miesiąca czy nawet tygodnia, w którym nie zyskujemy nowych kontraktów – informuje p.o. prezesa zarządu Polimeksu-Mostostalu. – To szczególnie cieszy, ponieważ świadczy o dwóch rzeczach. Po pierwsze o tym, że nadal jesteśmy firmą konkurencyjną i zbieramy owoce restrukturyzacji operacyjno-kosztowej, którą wdrożyliśmy i którą zajmowaliśmy się co najmniej przez ostatni rok. To znaczy też, że mamy takie struktury kosztowe, które umożliwiają nam konkurowanie z sukcesem z innymi firmami. Wróciliśmy również na rynki zagraniczne, co znaczy, że spółka nie tyko w wymiarze lokalnym, lecz także w wymiarze międzynarodowym ma taki poziom kosztów, że skutecznie możemy zawalczyć o kontrakty zagraniczne.

Spółka zapowiada, że wkrótce poinformuje rynek o strategii oraz planach biznesowych na 2015 rok.

Zadanie na ten rok to przede wszystkim dalsze odzyskiwanie reputacji rynkowej, dalsze odzyskiwanie zaufania naszych partnerów biznesowych, przede wszystkim na rynku krajowym, oraz jednocześnie penetrowanie możliwości biznesowych spółki na rynkach zagranicznych – deklaruje Maciej Stańczuk p.o. prezesa Polimex-Mostostal.

ITP SA rejestruje nowe urządzenia medyczne i rozszerza ofertę

0

CEO Magazyn Polska

Lider rynku technologii medycznych i kosmetycznych ITP SA na fali rosnącego popytu na usługi poprawiające urodę wprowadza na polski rynek kolejne produkty marki Neauvia Organic i rejestruje dwa innowacyjne urządzenia. To efekt rosnących nakładów spółki na badania i rozwój, które dzisiaj przekraczają już 1 mln zł.

Rozszerzamy portfolio produktów marki Neauvia, co pozwoli nam na wprowadzenie na jesieni na rynek kilku nowych produktów – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Dominik Śliwowski, członek zarządu ITP SA. – W segmencie urządzeń medycznych jesteśmy w trakcie procesu rejestracji platformy do ciała oraz lasera medycznego i w tym lub w przyszłym roku uruchomimy ich produkcję.

ITP SA zajmuje się sprzedażą urządzeń dla medycyny i medycyny estetycznej. Spółka działa także w segmencie wellness – poprzez sprzedaż produktów fitness clubom, siłowniom hoteli, obiektom sportowym i  klientom indywidualnym. Firma współpracuje z takimi markami, jak LGP czy Technogym.

– W segmencie medycyny estetycznej w Polsce jesteśmy liderem, z około 40-proc. udziałem w rynku. Sprzedajemy głównie takie urządzenia, jak lasery i platformy medyczne – mówi Śliwowski. – Z kolei w sektorze wellness jesteśmy jedną z trzech wiodących marek na polskim rynku, a jeżeli chodzi o produkty kosmeceutyczne Neauvia, to od roku rozwijamy tę działalność i na tę chwilę sprzedajemy je w Polsce oraz w 17 krajach na całym świecie.

ITP SA do tej pory rozwijała się organiczne i o własnych siłach. Obecnie firma, przeprowadzając ekspansję zagraniczną, potrzebuje partnera, dlatego, jak tłumaczy Dominik Śliwowski, firma rozmawia m.in. z funduszami private equity, które będą w stanie pomóc spółce w rozwoju na rynkach zagranicznych.

Nowe produkty to pokłosie działalności badawczo-rozwojowej spółki. Nakłady R&D obecnie przekraczają 1 mln zł, czyli 2 proc. przychodów spółki i – jak przyznaje Śliwowski – co roku ulegają podwojeniu.

– Naszymi klientami są właściciele prywatnych klinik medycyny estetycznej, lekarze, prywatne szpitale, hotele, obiekty sportowe, placówki medyczne, ale także szkoły wyższe i prywatni użytkownicy – wymienia Dominik Śliwowski.

Członek zarządu ITP SA wyjaśnia, że obszary działalności spółki, czyli zarówno medycyna estetyczna, medycyna, wellness, sport, jak i produkty beauty, co roku notują wzrost przychodów wynikający z rozwoju rynku.

– W Polsce jest to wzrost sięgający od 9 do 20 proc. w zależności od segmentu i kategorii produktów, na świecie podobnie – od kilku do kilkunastu procent w zależności od rynku. Gonimy kraje rozwinięte bardzo szybko i właściwie tempo wzrostu w Polsce wynika z dystansu, jaki dzieli Polskę i pozostałe rynki – podsumowuje członek zarządu ITP SA.

Wiosna pachnie dywidendą

Sezon wynikowy na giełdzie chyli się powoli ku końcowi. Większość spółek razem z informacją o przychodach i zyskach dostarczała akcjonariuszom także potencjalną kwotę dywidendy. Która firma wypłaci grosze, a która nagrodzi inwestorów za zaufanie? W zapowiedziach nie brakuje niespodzianek.

Rekomendacje dotyczące podziału zysków za rok 2014 zdążyli poznać już akcjonariusze ponad 70 spółek. W zestawieniu nie brakuje symbolicznych dywidend, jak np. w przypadku Stalprofilu, który każdemu posiadaczowi akcji wartej 13,88 zł wypłaci 10 groszy dywidendy.

Hojniejsze spółki wypłacą nawet 50% swojego zysku, m.in. spółki energetyczne, w których swoje udziały posiada Skarb Państwa. PGE przekaże inwestorom od 30 do 50%t swojego zysku, Tauron właścicielowi każdej akcji zapłaci 0,15 zł, a Enea 0,47 zł. Dywidendową furorę robi jednak Energa, która podzieli się w tym roku z akcjonariuszami aż 600 mln zł ze swojego zysku. Zaowocuje to dywidendą na poziomie 1,44 zł na akcję.

Inwestorzy mogą liczyć również na spółki państwowe z innych branż, przykładowo PZU na dywidendy przekaże znaczącą część z sięgającego niemal 3 mld zł zysku. Rozczaruje jednak KGHM, który wypłaci akcjonariuszom o 1/4 pieniędzy mniej niż przed rokiem. W przypadku wymienionych spółek, pieniądze z dywidend zasilą przede wszystkim budżet. Zgodnie z założeniami ustawy budżetowej Ministerstwo Skarbu Państwa chce w tym roku pozyskać z dywidend 4,6 mld zł.

Niskie stopy zachęcają do inwestycji na giełdzie

– Na rynku znajdziemy wiele prywatnych firm, które hojnością chcą podnieść swoją atrakcyjność w oczach inwestorów. Dywidendy od zawsze budzą zainteresowanie inwestorów – przede wszystkim tych długoterminowych – i dla sporej części rynku stanowią jedną z głównych cech decydujących o zakupie bądź sprzedaży papierów danej spółki – komentuje Adam Torchała, analityk Bankier.pl.

Wśród dużych spółek uwagę zwraca m.in. Orange, które każdemu akcjonariuszowi posiadającemu papier wart 9,5 zł wypłaci 50 groszy dywidendy. Wśród mniejszych uwagę przykuwa Macrologic – znany producent oprogramowania dla przedsiębiorstw – który wypłaci 3 zł dywidendy. Obecny kurs akcji tej spółki wynosi 40 zł.

– Szanujące się i zyskowne spółki muszą wypłacać dobre dywidendy. O to przecież pierwotnie chodziło na giełdzie. Obecnie stopy procentowe są na historycznie niskich poziomach. Trzymanie oszczędności na lokacie co najwyżej daję gwarancję, że nie stracimy pieniędzy. Inwestycje na giełdzie wiążą się z ryzykiem, ale dają nadzieję na wyższe zarobki. Najprościej pokazać to na przykładzie. Gdybyśmy rok temu (19 marca 2014 roku) założyli lokatę w banku na 10 tys. zł, to maksymalnie zyskalibyśmy 400 zł. Osoby, które wybrałyby inwestycje w akcje, np. Energi – raz, że zyskaliby 40% na samych papierach (stan na 19 marca 2015 roku), a dwa – mogliby spodziewać się wypłaty ponad 600 zł dywidendy – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Eksperci pomogą NIK w kontrolach dotyczących ochrony zwierząt

W NIK rozpoczęła funkcjonowanie Rada do Spraw Wspierania Działań na Rzecz Ochrony Zwierząt. Powołany przez Prezesa Krzysztofa Kwiatkowskiego zespół ma pełnić w Najwyższej Izbie Kontroli funkcję doradczą.

Do zadań Rady należy przede wszystkim wskazywanie najważniejszych problemów w dziedzinie ochrony zwierząt, opiniowanie tematów kontroli, udział w panelach ekspertów oraz współpraca z organizacjami pozarządowymi, uczelniami i stowarzyszeniami zawodowymi. Rada może zasięgać porad ekspertów zewnętrznych, a także powoływać doraźne zespoły robocze.

– Chcemy wspierać kontrolerów naszą wiedzą, pokazując im te zagrożenia i nieprawidłowości, które zazwyczaj ciężko znaleźć w dokumentach – mówi Marta Lichnerowicz z Fundacji Dobrych Zwierząt. Oprócz niej do Rady weszli: Beata Krupianik , Magdalena Środa, Dorota Sumińska, Stanisław Tym, Sylwia Najsztub i Agnieszka Pawlus. Ze strony NIK skład uzupełniają: Ryszard Szyc, Magdalena Bratkowska, Grzegorz Brzostek, Hubert Cichocki, Katarzyna Papińska, Edyta Tuszyńska i Krzysztof Babicki. Na czele zespołu stoją wspólnie Anna Krzywicka oraz Karina Daniszewska-Schwerzler.

Podczas inauguracyjnego spotkania omówione zostały m.in. zagadnienia związane z planowaną na wiosnę pierwszą konferencją dotyczącą ochrony zwierząt. Ma być ich więcej. Rada chce bowiem nie tylko wspomagać NIK, ale także poprzez NIK docierać ze swoim przesłaniem do świadomości obywateli. A przesłanie to brzmi następująco: dobre i mądre podejście do zwierząt jest nie tylko moralne i buduje pełne ładu relacje człowieka z otoczeniem, ale także po prostu się opłaca i przynosi Skarbowi Państwa realne oszczędności.

Porozumienie pracodawców, związków zawodowych i rządu w sprawie dialogu społecznego

Szefowie organizacji pracodawców, związków zawodowych i minister pracy, w czasie wyjazdowego spotkania w Dobieszkowie pod Łodzią, doszli do porozumienia i uzgodnili projekt nowej ustawy o dialogu społecznym. Konfederacja Lewiatan ma nadzieję, że zostanie ona uchwalona jeszcze w pierwszej połowie roku i w ten sposób rozpocznie działalność Rada Dialogu Społecznego.

Partnerzy społeczni uzgodnili projekt ustawy regulujący funkcjonowanie instytucji dialogu społecznego na szczeblu krajowym i regionalnym.  W miejsce Trójstronnej Komisji ds. Społeczno-Gospodarczych powstanie Rada Dialogu Społecznego . Najważniejszą  zmianą będzie poszerzenie kompetencji Rady Dialogu Społecznego, a szczególnie partnerów społecznych. Oprócz ustawy wypracowano również projekt regulaminu Rady.

– Cieszę się, że doszliśmy do porozumienia. Ten kompromis jest  w interesie pracowników, pracodawców i rządu. Teraz czekamy na jak najszybsze powołanie nowej platformy dialogu społecznego i powrót do efektywnego dialogu. Choć zdaję sobie sprawę, że najlepsze nawet zapisy ustawowe, bez otwartości, zaufania i dobrych praktyk, nie przesądzą o ostatecznym wyniku – mówi Henryka Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan.

W ciągu dwóch tygodni władze każdej z organizacji wyrażą  ostateczne stanowisko dotyczące projektu ustawy. Minister Pracy i Polityki Społecznej przedstawi zaś efekty wspólnych uzgodnień na jednym z najbliższych posiedzeń rządu.

Wszystkie organizacje pracodawców, związków zawodowych i strona rządowa zobowiązują się do niezwłocznego podjęcia rozmów na temat kompetencji, które dotychczas przysługiwały Trójstronnej Komisji, a wynikały z innych ustaw, np. regulujących wysokość płacy minimalnej, waloryzację emerytur i rent oraz warunki udzielania pomocy społecznej.

Konfederacja Lewiatan

„The Economist”: Polska potrzebuje własnych produktów i mocnych marek. Szybkiego rozwoju nie da tania siła robocza i technologie zakupione na zewnątrz

 

W ciągu ostatnich 25 lat Polska osiągnęła ogromny sukces: zaczynała jako jeden z najbiedniejszych krajów Europy Środkowej, obecnie jej PKB wynosi 66 proc. średniej Unii Europejskiej. Dotychczas jednak największym atutem była stosunkowo tania siła robocza. Zdaniem Jana Cieńskiego, dziennikarza „The Economist”, motorem dalszego rozwoju powinny być innowacyjne pomysły, system finansowania start-upów, poprawa stosunków między administracją i biznesem oraz reforma systemu politycznego.

Polska osiągnęła ogromny sukces w ostatnim ćwierćwieczu, bo zaczynała jako jeden z najbiedniejszych krajów Europy Środkowej, a obecnie jej PKB stanowi 66 proc. średniego PKB w UE – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jan Cieński, dziennikarz tygodnika „The Economist”.

Zdaniem Jana Cieńskiego jest to przede wszystkim efekt mądrej polityki rządowej, szczególnie wczesnych reform z planu Balcerowicza. Istotny wpływ miał na to także napływu inwestycji zagranicznych po 1989 roku oraz powstanie niespodziewanie dużej klasy przedsiębiorców, którzy stworzyli bardzo wiele ciekawych przedsiębiorstw.

Kolejny etap jest trudniejszy, bo dotychczas Polska rosła dzięki taniej sile roboczej i kupionym na zewnątrz technologiom – zauważa Cieński. – Teraz trzeba samemu tworzyć nowe, innowacyjne rozwiązania, firmy powinny się łączyć i razem przebijać na zachodnich rynkach z własnymi markami, co obecnie jest rzadkością.

Istnieją co prawda przedsiębiorstwa, takie jak PESA (producent taboru szynowego) czy wytwarzający pojazdy komunikacji miejskiej Solaris Bus & Coach, których produkty są znane i cenione na świecie. Większość jednak – zdaniem Jana Cieńskiego – to dostawcy podzespołów, które trafiają głównie do Niemiec, bo sprzedaż zagraniczna do tego kraju odpowiada za około jedną czwartą polskiego eksportu.

Ale szerokie wejście na rynki światowe dla krajowych firm jest do zrobienia – twierdzi dziennikarz tygodnika „The Economist”. – PESA dziesięć lat temu prawie w ogóle nie istniała na zagranicznych rynkach, a kilka lat temu wygrała kontrakt wart więcej niż miliard euro i dzisiaj sprzedaje lokomotywy do Niemiec. Nowy Styl, który robi meble biurowe, niedawno kupił kilka firm niemieckich i obecnie funkcjonuje w dużej skali na tamtejszym rynku.

Atutami polskich przedsiębiorstw, jak uważa Cieński, są stosunkowo krótka historia, brak rutyny oraz energia i umiejętność dostosowania się do zmieniających się warunków.

Wszystkie krajowe firmy są bardzo młode, najstarsze mają mniej więcej 20-25 lat i obecnie dochodzą do takiego poziomu skali, że mogą już się przebijać – precyzuje korespondent tygodnika „The Economist”. – Ale to jest bardzo trudne, bo nie można polegać już tylko na taniej sile roboczej, należy dużo inwestować w innowacje, być zwrotnym i przedsiębiorczym. To bardzo wymagające także dla zarządu, który inaczej musi podchodzić do firmy. Ale jak są sukcesy, to znaczy, że jest to wykonalne. Teraz tylko trzeba sprawić, by miało to miejsce w szerszej skali.

Przedsiębiorcy wskazują, że rozwój gospodarczy Polski hamuje brak firm globalnych, zbyt niskie wsparcie innowacyjności, niskie kapitały własne przedsiębiorstw czy wysoki udział szarej strefy. Wciąż szwankuje też prawo, zbyt słabo w porównaniu z najbogatszymi państwami rozwinięta jest infrastruktura, niski jest także poziom zaufania społecznego i siła nabywcza konsumentów.

Obecnie konieczne jest mnóstwo żmudnych, małych reform, nie można już liczyć na jedną wielką przebudowę, jaka miała miejsce za Leszka Balcerowicza – wskazuje Jan Cieński. – A więc poprawa wyższych uczelni, finansowanie start-upów, zmiana przepisów, jeśli chodzi o rozpoczęcie biznesu, poprawa stosunków między biznesem i uczelniami, usprawnienie systemu politycznego. To bardzo męczący system, reformy nigdy się nie kończą, trwają w nieskończoność, bo cały czas trzeba coś zmieniać i poprawiać.