Rynek obligacji przestaje interesować inwestorów. Na znaczeniu mogą zyskać fundusze nieruchomościowe

CEO Magazyn Polska

Fundusze nieruchomościowe mogą się okazać dobrą alternatywą dla bardzo słabo oprocentowanych obligacji skarbowych. Wobec spadku stóp procentowych towarzystwa inwestycyjne poszukują dla swoich klientów nowych sposobów na pomnażanie pieniędzy. Obok atrakcyjnego, ale ryzykownego rynku akcji brakuje bezpiecznych i jednocześnie atrakcyjnych sposobów inwestowania.

Rentowności 10-letnich obligacji ostatnio niewiele przekraczają 2 proc. W przypadku papierów o krótszym terminie są jeszcze niższe. To sprawia, że dla wielu inwestorów przestały być atrakcyjne. Znacznie lepsze perspektywy ma rynek akcji.

Nasz proces inwestycyjny jest w tej chwili rozdrobniony bardzo mocno, tzn. mamy bardzo dużą dywersyfikację, trudno jest wskazać jedną branżę, dlatego że szukamy dobrych firm mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tomasz Korab, doradca inwestycyjny, wiceprezes zarządu EQUES Investment TFI. – Praktycznie w każdej branży jesteśmy w stanie znaleźć firmy, dla których perspektywy wzrostu przychodów, zysków, a co za tym idzie – kursu ich akcji oceniamy jako bardzo dobre, tak naprawdę tych branż jest dużo. To oznacza też dobre prognostyki dla koniunktury giełdowej ogółem.

Rynek akcji jednak jest dość ryzykowny. Wielu inwestorów chętniej widziałoby swoje pieniądze ulokowane w bardziej bezpieczny sposób, choć na wyższy procent niż dają dziś papiery dłużne czy lokaty bankowe. Niestety, inne tradycyjne rynki też nie obiecują wysokich zysków.

Rynki surowcowe raczej nie, bo do tego potrzebne jest ożywienie w Chinach ocenia Tomasz Korab. – Dostajemy kolejne sygnały spowolnienia. Wydaje się, że interesujące mogą być – tu w ogóle rodzi się nowa kategoria lokat – wszystkie fundusze alternatywne inwestujące w nieruchomości, nieruchomości komercyjne. Tak naprawdę my w tej chwili mamy już jeden taki działający fundusz, gdzie inwestorzy mogą liczyć na dość stabilny dochód rzędu 5-6 proc. rocznie.

Takie fundusze inwestują np. w biurowce czy centra handlowe – budynki komercyjne, których właściciele zarabiają na wynajmie powierzchni.

 Taki biurowiec jest portfelem umów długoterminowych, to jest tak naprawdę trochę portfel instrumentów dłużnych opowiada doradca inwestycyjny i wiceprezes zarządu EQUES Investment TFI. – Mamy wieloletnie umowy, gdzie najemcy płacą nam przepływy. To jest jak papier, który przynosi regularny dochód. Na świecie tego typu inwestycje uważane są za dość bezpieczne. Jeśli chodzi o ryzyko pozycjonowane tuż powyżej obligacji skarbowych i ich cel jest głównie taki, żeby przynosić stopę zwrotu dwa razy wyższą od depozytu. Jest to inwestycja o umiarkowanym ryzyku, dość nudna, ale z drugiej strony dość bezpieczna i stabilna.

Fundusze nieruchomościowe mogą się okazać znaczącą konkurencją dla obligacji. W Polsce ten rynek jeszcze praktycznie nie istnieje, jednak w Europie to są wielomiliardowe fundusze, które sporo inwestują. Mało tego, część z tych zagranicznych funduszy inwestuje pieniądze swych klientów także w polskie nieruchomości komercyjne.

Do tej pory, kiedy stopy procentowe były bardzo wysokie, taka stopa zwrotu nie zachęcała do lokowania w takie fundusze podkreśla Tomasz Korab z EQUES Investment TFI. – Obecnie, jeżeli depozyt bankowy spada poniżej 2 proc., to 5-6 proc. w postaci kuponu, w postaci wypłaty dochodu, jest atrakcyjną alternatywą.

PKO BP chce zarabiać m.in. na sprzedaży ubezpieczeń i kredytach hipoteczne. Otworzy oddział we Frankfurcie

CEO Magazyn Polska

PKO BP rusza w kwietniu z nową ofertą kredytów hipotecznych oraz ubezpieczeń. Zamierza też otworzyć oddział zagraniczny we Frankfurcie nad Menem. Oddział banku w jednej z finansowych stolic Europy ma obsługiwać największych klientów korporacyjnych.

– PKO Bank Polaki z dużą starannością przygotowywał się do podążania za naszymi klientami korporacyjnymi, którzy już są poza Polska, tam prowadzą działalność, posiadają spółki, eksportują dużo towarów mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Zbigniew Jagiełło, prezes PKO Banku Polskiego. – Mam nadzieję, że otwarcie oddziału korporacyjnego banku w Niemczech obędzie się w III kwartale tego roku.

PKO BP ma już za sobą fuzję prawną z Nordeą. Obecnie, chce przeprowadzić fuzję operacyjną i realizować wszystkie efekty synergii związane z tym przejęciem. Połączenie systemów zaplanowano na weekend po połowie kwietnia.

Kolejnym elementem, który startuje od kwietnia, jest sprzedaż kredytów hipotecznych produkowanych przez nasz bank hipoteczny zapowiada prezes PKO Bank Polski. Mam nadzieję, że polski parlament do końca czerwca, czyli do przerwy wakacyjnej, uchwali nowelizację ustawy o listach zastawnych. Ta nowelizacja umożliwi nam wyjście na rynek i emisje listów zastawnych opartych o stałą stopę procentową. W ślad za tym możemy oferować kredyty oparte o stałą stopę.

W PKO BP toczy się proces unowocześnienia banku, między innymi w obszarze bankowości detalicznej. Wprowadzany jest model technicznie nazywany omnikanałową sprzedażą i obsługą klienta.

Klienci, którzy korzystają z usług naszego banku, kontaktują się z nami przy pomocy różnych kanałów komunikacji: telefon, internet, telefony komórkowe, czyli bankowość mobilna, i oczywiście wizytują nas w oddziałach czy agencjach banku wyjaśnia Zbigniew Jagiełło.Zależy nam na tym, żeby informacja o ich kontaktach z naszym bankiem była skoncentrowana, żeby było widać, że bank nie jest wielokanałowy, tylko ten kontrakt z klientem jest taki sam w każdym sposobie komunikacji.

W 2014 roku wynik odsetkowy banku wzrósł z 6,6 do 6,95 mld zł, wynik z tytułu opłat i prowizji nieznacznie spadł, utrzymując poziom ponad 2,6 mld zł, a wynik netto obniżył się z 3,23 mld zł w 2013 roku do 3,08 mld zł (dane jednostkowe). Nie wiadomo jednak, czy bank podzieli się zyskiem z akcjonariuszami, gdyż z powodu kredytów frankowych Komisja Nadzoru Finansowego zasugerowała mu wstrzymanie się z wypłatą dywidendy.

W Polsce szybko rośnie grupa zamożnych gospodarstw domowych. W roku 2020 będzie ich już ponad 2 mln

CEO Magazyn Polska

W ciągu najbliższych pięciu lat prawie potroi się liczba majętnych Polaków. Polska jest w pierwszej dziesiątce krajów z perspektywą najwyższego wzrostu liczby gospodarstw domowych, których majątek wyceniany jest na minimum 400 tysięcy złotych. Dziś jest ich 717 tysięcy, w 2020 roku będzie ponad 2 miliony – wynika opracowanego na zlecenie banku Citi Handlowy raportu Economist Intelligence Unit.

Na świecie, także w Polsce, tworzy się nowa grupa osób bogatych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joanna Olszewska, dyrektor ds. produktu w banku Citi Handlowy. – Jest to grupa określona mianem budujących nowe majątki. Dziś jest już duża grupa takich osób, a do 2020 roku będzie ona znacznie większa. Na całym świecie liczba tych osób wzrośnie o 7 proc.

Dziś grupa ta dysponuje globalnie aktywami wynoszącymi łącznie 88 bln dolarów, a prognozy wskazują, że do 2020 roku ich wartość wzrośnie do 145 bln. Na przestrzeni kolejnej dekady segment ten rosnąć będzie znacznie szybciej od pozostałych segmentów zamożnych klientów.

Gospodarstwa domowe budujące nowe majątki to grupa, która posiada aktywa w wysokości od 400 tys. zł do 8 milionów złotych. W Polsce takich gospodarstw jest ponad 700 tysięcy. Do 2020 roku liczba ta ma wzrosnąć do 2 mln.

Osoby budujące nowe majątki w większości przypadków same do tego doszły. Dla ośmiu spośród 10 gospodarstw domowych ten majątek to wynik ich własnej ciężkiej pracy w ciągu ostatnich 10 lat, a tylko dla 3 proc. to wynik spadku czy wygranej – mówi Joanna Olszewska. – Osoby takie mają optymistyczne podejście do rzeczywistości, uważają, że są kowalami własnego losu. Są to obywatele świata, osoby odpowiedzialne społecznie.

Z badania Economist Intelligence Unit przeprowadzonego na zlecenie Citi wynika, że 97 proc. z nich oddaje część swojego dochodu na cele charytatywne. Ponad połowa często podróżuje po świecie, co najmniej dwa razy w roku. Jedna trzecia wysyła swoje dzieci na uczelnie zagraniczne, a co czwarty posiada konto zagraniczne. Chętnie i sprawnie korzystają także z nowinek technicznych, realizując większość operacji bankowych cyfrowo.

Jednocześnie osoby budujące swoje majątki to grupa dość mocno przekonana o swojej wiedzy, znajomości rynków i przekonaniu co do skuteczności własnych decyzji inwestycyjnych.

W większości przypadków są to osoby inwestujące w pasje, np. w starodawne samochody, sprzęt muzyczny, biżuterię czy sztukę – wymienia dyrektor ds. produktu w Citi Handlowym. – Główny cel inwestycyjny, jaki im przyświeca, to pomnażanie majątku, by pozostawić go najbliższym. Na drugim miejscu jest inwestowanie jako cel sam w sobie, a na trzecim – pokazywanie statusu społecznego.

Ludzie, którzy bogacą się dzięki własnej pracy, za największe zagrożenie postrzegają niestabilność gospodarczą i ekonomiczną. Z drugiej strony największe możliwości pomnażania majątku dają państwa, która taką stabilność stworzyły relatywnie niedawno. W krajach, w których już dzisiaj jest bardzo wysoki poziom zamożności, w ciągu najbliższych lat ten przyrost osób budujących nowe majątki będzie znacznie wolniejszy niż w przypadku gospodarek rozwijających się.

Kraje, które dziś zajmują kluczowe miejsce pod względem tempa przyrostu [grupy zamożnych gospodarstw domowych – red.], to są przede wszystkim azjatyckie tygrysy, a więc Indie, Indonezja, Filipiny, Tajlandia i Wietnam – podkreśla Joanna Olszewska. – Zaraz za nimi, na szóstym miejscu są Węgry, a na siódmym miejscu jest Polska. Węgry i Polska będą miały tempo przyrostu powyżej 19 proc. rok do roku, natomiast tygrysy azjatyckie ponad 40 proc.

USA i Chiny mają najwięcej gospodarstw budujących nowe majątki oraz największy majątek należący do tej grupy. Z pięć lat Chiny zyskają jednak dwukrotną przewagę nad USA pod względem wartości aktywów (53 bln dolarów wobec 27 bln w USA).

W piątce najbogatszych krajów mamy Hongkong i Singapur z największym średnim poziomem bogactwa na jedno gospodarstwo z tej grupy gospodarstw budujących nowe majątki. Jest to ponad 600 tys. dolarów. Kolejne trzy pozycje są zajmowane przez Australię, Kanadę i Stany Zjednoczone z bogactwem średnim na jedno gospodarstwo powyżej 400 tys. dolarów. W Polsce ta wartość to dziś ok. 205 tys. dolarów na jedno gospodarstwo z tej grupy i w ciągu najbliższych pięciu lat wzrośnie ona do około 214 tys. dolarów – wyjaśnia Olszewska.

Reforma urzędów pracy przynosi efekty. Potrzebne będą jednak kolejne zmiany

CEO Magazyn Polska

Urzędy pracy w ciągu kilku miesięcy poradziły sobie z wdrożeniem większości rozwiązań, które zostały przygotowane w ubiegłorocznej nowelizacji ustawy. Dynamiczne zmiany zachodzące na rynku pracy spowodują, że za 3-4 lata potrzebna będzie kolejna reforma. Jak jednak ocenia resort pracy, niezmienne pozostaną dwa elementy: współpraca publicznych i prywatnych służb zatrudnienia oraz rozwijanie zwrotnych instrumentów wsparcia.

– Publiczne służby zatrudnienia zdały egzamin, ponieważ w ciągu kilku zaledwie miesięcy wdrożono większość rozwiązań, które przygotowaliśmy. To, co się dzieje obecnie na rynku, czyli procesy globalizacyjne i nowe technologie cyfrowe, powoduje, że co kilka lat potrzebna jest zmiana. Uruchamiając tę zmianę, mam świadomość tego, że za 3-4 lata będzie trzeba powrócić do tematu i wprowadzić nowe rozwiązania, bo tak szybko zmienia się gospodarka – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jacek Męcina, wiceminister pracy i polityki społecznej.

Nowelizacja ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, która weszła w życie pod koniec maja ubiegłego roku, wprowadziła m.in. specjalne programy aktywizacji osób młodych oraz w grupie 50+, a także profilowanie bezrobotnych. Wdrożono też system premiowania urzędników za osiąganie wyniki. Jak podkreśla Jacek Męcina, wprowadzenie efektywności jako miernika działalności służb publicznych jest jedną z kluczowych zmian na rynku.

Wprowadzone zmiany umożliwiają urzędom na szerszą skalę współpracę z prywatnymi agencjami zatrudnienia, szczególnie przy aktywizacji osób długotrwale bezrobotnych.

W tych reformach znalazło się kilka rozwiązań ponadczasowych: łączenie tego, co jest publiczne z partnerstwem publiczno-prywatnym, bo uważam, że taki model, który zresztą rozwija się w Stanach Zjednoczonych i wielu krajach europejskich, jest bardzo przyszłościowy. Tam tworzone są centra wsparcia, które mogą być realizowane czy to publicznie, czy to publiczno-społecznie we współpracy z organizacjami pozarządowymi, czy to publiczno-prywatnie na zasadach efektywności rynkowej – wyjaśnia wiceminister pracy i polityki społecznej.

Drugim ponadczasowym elementem zmian jest zastępowanie dotacji odnawialnymi instrumentami wsparcia. Zdaniem Męciny wspieranie przedsiębiorczości pożyczkami, a nie bezzwrotnymi dotacjami, jest znacznie skuteczniejsze.

Niech one będą maksymalnie preferencyjne, takie jak pożyczki dla młodych w ramach programu Wsparcie w Starcie, ale jednak niech ciąży na nas zobowiązanie do zwrotu tych środków. One wtedy będą pracować trwale. To, co tobie pozwoli stanąć na nogi i zbudować własny biznes, za chwilę wróci na rynek i będzie mogło służyć komuś innemu. O takich instrumentach musimy myśleć i jestem przekonany, że one przetrwają – mówi Jacek Męcina.

100 proc. firm i instytucji oraz 95 proc. mieszkańców Mazowsza zyska w tym roku dostęp do internetu. To szansa na przyspieszenie rozwoju regionu

CEO Magazyn Polska

Do końca 2015 roku 100 proc. firm i instytucji publicznych oraz 95 proc. mieszkańców Mazowsza zyska dostęp do szybkiego internetu. Rozbudowa sieci szkieletowej i światłowodów w ramach dofinansowanego z UE programu Internet dla Mazowsza to szansa na przyspieszenie rozwoju gospodarczego regionu, przede wszystkim jego mniej zurbanizowanych części.

Musimy zamknąć do końca tego roku realizację największego w tej części Europy projektu Internet dla Mazowsza – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Struzik marszałek województwa mazowieckiego. – To jest budowanie sieci szkieletowej i prawie 3 tys. km światłowodów, ale też punktów dostępu na końcówkach tych światłowodów.

Pod koniec tego roku 100 proc. mazowieckich firm i instytucji publicznych ma mieć dostęp do internetu. W zasięgu będzie też 95 proc. populacji województwa.

– Oczywiście, przed nami wielkie wyzwanie budowy tzw. ostatniej mili, czyli dojścia do odbiorcy końcowego. Następny krok to już faktyczny dostęp dla każdego, kto będzie w internecie mógł pracować, za pomocą internetu handlować, świadczyć usługi, zdobywać informacje, uczyć się, więc wszystko to, co przez internet można zrealizować – wyjaśnia Struzik.

Projekt Internet Dla Mazowsza zakłada wybudowanie światłowodowej sieci szkieletowo-dystrybucyjnej. Powstaje ponad 3,6 tys. km sieci światłowodowej, 42 węzły szkieletowe, cztery węzły techniczne i 308 węzłów dystrybucyjnych. Tak wielki projekt realizowany jest dzięki wsparciu z budżetu Unii Europejskiej w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Mazowieckiego. Jego wartość to blisko pół miliarda złotych, a dotacja z UE wynosi ok. 340 mln zł. To właśnie rozliczenie unijnych środków powoduje, że projekt musi zakończyć się w tym roku.

Partnerem województwa w projekcie jest polsko-koreańskie konsorcjum firm KT Corporation. Jak podkreśla Struzik, współpraca administracji z wykonawcą jest wielokierunkowa. Inną rolę odgrywa samorząd województwa, który jest zamawiającym, inna jest funkcja samorządów gminnych, które muszą ułatwić budowę światłowodów, a jeszcze inna administracji samorządowej na poziomie powiatu wydającego pozwolenia na budowę. W ocenie marszałka cały proces przebiega bez większych zakłóceń.

Przedstawiciele władz we wszystkich kategoriach samorządu rozumieją, że to jest wielkie wyzwanie i wielka szansa na sukces – zaznacza marszałek województwa. – Chociaż, oczywiście, czasami zdarzają się tacy wójtowie, którzy chytrze podchodzą do sprawy i chcieliby wycisnąć ile się da, myśląc o swoich dochodach. Zachęcam jednak do myślenia, co będzie w później. Czasami doraźne dochody można zmniejszyć znacząco po to, żeby w przyszłości móc więcej zarabiać, np. na podatkach od dobrze rozwijających się firm na terenie gmin.

Marszałek podkreśla, że budowa sieci może przyspieszyć rozwój gospodarczy regionu. Wymaga to jednak równoległej budowy kompetencji cyfrowych społeczeństwa. Inwestycje w tym zakresie ułatwi nowa perspektywa unijna. Sam program operacyjny Polska Cyfrowa opiewa na kwotę ponad 2 mld euro. Razem z wymaganym wkładem krajowym daje to ponad 10 mld zł na cyfryzację kraju.

Nowa perspektywa z jednej strony oznacza kontynuację rozwoju sieci, zwłaszcza nowej generacji, czyli bardzo szybkiego internetu, z drugiej strony – nowe formy wsparcia dla przedsiębiorców i innych beneficjentów. Myślę o wszystkich programach operacyjnych, regionalnych i krajowych, bo każdy z nich zawiera duży komponent wsparcia dla rozwoju rynku cyfrowego i informatyzacji – mówi Adam Struzik.

Niemiecka płaca minimalna nie musi zaszkodzić polskiemu transportowi. Wszystko zależy od interpretacji przepisów

CEO Magazyn Polska

Wbrew powszechnym obawom wprowadzenie płacy minimalnej w Niemczech nie musi uderzyć w polską branżę transportową. Od 1 stycznia polscy spedytorzy, zgodnie z interpretacją Niemców, powinni płacić kierowcom co najmniej 8,50 euro za każdą godzinę jazdy w tym kraju. Przepisy są jednak niejasne i nie wiadomo, co wliczać do wynagrodzenia. Jeśli obejmie ono diety i ryczałt za nocleg, to może się okazać, że wzrost kosztów dla firm transportowych będzie niewielki.

Z powodu ustawy niemieckiej zmienia się w pewien sposób otoczenie biznesowe na rynku transportowym. Do tego muszą się dostosować firmy. Teoretycznie łatwo to policzyć: liczba godzin pracy razy 8,5 euro, odjąć to, co płacimy kierowcy w Polsce. To jest dopłata, ale tylko teoretycznie. Jeżeli zagłębimy się w szczegóły,  to widać tu możliwe elementy, które mogą być korzystne dla branży – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bartosz Najman, prezes Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.

Wszystko zależy od sposobu zdefiniowania składników obliczanej płacy, czyli określenia definicji wynagrodzenia.

‒ Związane z tym problemy dla polskiego przewoźnika są poważne: czy w ogóle płacić, jeśli tak, to jak płacić, jeśli płacić, to co wchodzi w stawkę minimalną i na końcu, jak bardzo to podniesie koszty pracy w przemyśle transportowym w Polsce – wylicza Najman.

Jeśli stosowana będzie szeroka definicja wynagrodzenia, do którego zaliczy się m.in. koszty diet i ryczałt za noclegi służbowe, koszty polskiej branży transportowej w związku z niemieckimi przepisami wzrosną bardzo nieznacznie albo w ogóle.

Najman podkreśla bowiem, że poza wynagrodzeniem już teraz polscy pracodawcy muszą płacić dodatkowe stawki kierowcom wykonującym przewozy zagraniczne. Dieta dla kierowcy wynosi dziennie 30 zł (czyli nieco ponad 7 euro), a ryczałt za nocleg, zgodnie z rozporządzeniem ministra pracy i polityki społecznej, wynosi u naszych zachodnich sąsiadów 37,50 euro. Jak zauważa Najman, po podliczeniu tego okazuje się, że już teraz polskie firmy transportowe zwracają kierowcom koszty w wysokości ok. 42 euro za dzień, a po doliczeniu wynagrodzenia całkowite wynagrodzenie rośnie do ok. 50 euro.

Jest to potwierdzone również przez stronę niemiecką, przez służbę celną niemiecką, że możemy doliczyć kwestie związane ze zwrotem kosztów za podróż służbową kierowców – podkreśla Najman. ‒ Dopłaty mogą być bardzo niewielkie albo nawet w ogóle ich może nie być. Wszystko zależy od liczby godzin spędzonych w Niemczech na dzień roboczy.

Po uwzględnieniu tylko tych dwóch dodatkowych kosztów w przeliczeniu na godzinę wynagrodzenie dla kierowcy wzrasta o niemal 3 euro. Najman zwraca uwagę na to, że rozliczenia będą musiały być niezwykle precyzyjne.

Nie jest tak, że płacimy od wjazdu kierowcy na terytorium Niemiec do wyjazdu kierowcy z terytorium Niemiec. Najpierw trzeba określić dokładne godziny, ile on faktycznie pracował w tym przedziale czasowym. W tym pomogą zapisy z urządzeń rejestracyjnych, czyli tachografom – tłumaczy prezes OCRK.

Przepisy dotyczące płacy minimalnej dla pracowników wykonujących pracę w Niemczech weszły w życie 1 stycznia br. Wcześniej nasi zachodni sąsiedzi nie określali ustawowo najniższego wynagrodzenia. Zgodnie z ustawą płaca w tym kraju musi wynieść minimum 8,50 euro brutto za godzinę. Zgodnie z niemiecką interpretacją tych przepisów ustawa obejmuje również osoby wykonujące pracę dla zagranicznych pracodawców, ale na terenie Niemiec, tak jak w przypadku kierowców.

Taka interpretacja została zakwestionowana przez firmy transportowe, a po interwencji polskiego rządu Berlin zdecydował się na zawieszenie stosowania płacy minimalnej do czasu wyjaśnienia problemu przez UE.

Najman podkreśla, że nowe niemieckie regulacje wynikają z unijnej dyrektywy już z 1996 r.

‒ Ta dyrektywa nakłada na państwa członkowskie możliwość wprowadzenia stawek minimalnych nie tylko dla własnych pracowników, lecz także dla osób wykonujących pracę w danym państwie członkowskim. To, czy rząd niemiecki mógł to zrobić, rozstrzygnie Komisja Europejska, bo tam jest bardzo dużo niejasności – tłumaczy Najman.

Niejasności dotyczą m.in. tego, że według unijnego prawa płaca minimalna może zostać wprowadzona tylko dla osób zatrudnianych przed podmioty z danego kraju. Taka sytuacja miałaby miejsce np. wtedy, gdy polskich kierowców zatrudnialiby niemieccy przewoźnicy. Nie jest jednak jasne, czy dyrektywa umożliwia objęcie niemiecką płacą minimalną również kierowców zatrudnionych przez polskie firmy.

II linia metra zmieni rynek nieruchomości biurowych w Warszawie. Przybędzie biurowców na Woli

CEO Magazyn Polska

Uruchomienie drugiej linii metra w Warszawie spowoduje zmiany na rynku nieruchomości w stolicy. Zmiany widać szczególnie w segmencie nieruchomości biurowych. Nowe inwestycje będą powstawać w okolicy stacji Rondo ONZ i Rondo Daszyńskiego. Pierwszy adres jest bardziej prestiżowy, ale to w tej drugiej lokalizacji ceny będą bardziej przystępne dla najemców.

Najbardziej zyskają okolice stacji Rondo ONZ i Rondo Daszyńskiego, czyli rejony Woli, ponieważ jest tam jeszcze dużo niezagospodarowanych nieruchomości, dużo gruntów poprzemysłowych, które czekają na nową zabudowę. W centrum miasta i na Pradze tych inwestycji również przybędzie, ale będzie ich mniej – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Łukasz Jędrychowski, ekspert ds. nieruchomości komercyjnych w Nuvalu Polska.

Druga linia warszawskiego metra ruszyła 8 marca. Ma ponad 6 km długości i łącznie siedem stacji, w tym jedną przesiadkową z pierwszą linią metra. Dzięki zakończeniu inwestycji podziemna kolejka zaczęła kursować na praski brzeg Wisły. Jak jednak zwraca uwagę Jędrychowski, pod względem rynku nieruchomości na Pradze nie zajdą duże zmiany. Zabudowa w pobliżu dwóch prawobrzeżnych stacji metra jest bowiem na tyle gęsta, że nie da się tam przeprowadzić dużych nowych inwestycji, podobnie jest w centrum miasta. Natomiast dwie skrajne stacje na Woli to doskonała lokalizacja dla nowych biurowców.

Mamy tam duże nieruchomości, które pozwalają stworzyć zarówno parki biznesowe, jaki i jeszcze większe inwestycje – wyjaśnia Jędrychowski. ‒ Rondo ONZ i Rondo Daszyńskiego dzieli wprawdzie tylko jedna stacja, ale ta pierwsza lokalizacja jest bardzo prestiżowym adresem, a ceny należą do najwyższych w mieście. Rondo Daszyńskiego natomiast to rejony, które możemy traktować jako obrzeża centrum i tam stawki są już dużo niższe.

Przy Rondzie Daszyńskiego czynsze kształtują się obecnie na poziomie od 14 do 19 euro za metr kwadratowy powierzchni biurowej – dodaje Jędrychowski. Różnice wynikają przede wszystkim z wieku biurowca – w nowo powstających obiektach będą najwyższe. To jednak  tak mniej niż w centrum miasta. Jak wynika z opublikowanego w lutym br. raportu firmy Savills, czynsze w biurowcach położonych w samym sercu Warszawy wynoszą 22-23 euro za mkw.

Jędrychowski podkreśla, że wpływ drugiej linii metra na rynek nieruchomości przypomina efekty uruchomienia pierwszej linii. Wywarła ona wpływ zarówno na rynek nieruchomości biurowych, jak i mieszkaniowych.

Jest to duży katalizator zmian w całym mieście, a także powód zwiększonego zainteresowania danym rejonem miasta. Na rynku mieszkaniowym widać, że ceny nieruchomości rosną tam, gdzie jest metro. Taka sama sytuacja ma miejsce w przypadku biur, z tym że jest to trochę wolniejszy proces, bo biurowców jest zdecydowanie mniej niż mieszkań – wyjaśnia Jędrychowski.

Dynamiczny rozwój polskiego rynku medycyny estetycznej. Wzrost w skali roku wynosi 15 proc.

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz chętniej korzystają z zabiegów medycyny estetycznej. W klinikach chirurgii plastycznej i dermatologii estetycznej rocznie wydają blisko miliard złotych. W 2014 roku polski rynek medycyny estetycznej zanotował 15-proc. wzrost. Eksperci szacują, że w tym roku dynamika ta może wynieść nawet 20 proc.

Rok 2014 był okresem dynamicznego rozwoju rynku medycyny estetycznej na całym świecie. Nieznaczne spowolnienie eksperci zanotowali jedynie na południu Europy. Z danych firmy Lea Futur wynika, że najlepiej radził sobie rynek azjatycki – tam wzrost wyniósł 12 proc. w skali roku. Jeszcze szybszy rozwój miał miejsce w Polsce – rodzimy rynek zanotował 15-proc. wzrost, a jego wartość szacowana jest obecnie na ponad miliard złotych. Eksperci zaznaczają jednak, że tak szybkie przyspieszenie wynika z faktu, że w Polsce rynek ten wciąż jest słabo rozwinięty w porównaniu do rynków Europy Zachodniej czy Stanów Zjednoczonych.

We wszystkich obszarach właściwie co roku mamy wzrost przychodów wynikający z tego, że rynek też rośnie. Medycyna estetyczna, wellness, sport, produkty beauty – te wszystkie kategorie rosną w Polsce i na świecie. W Polsce wzrost ten sięga od 9 do 20 proc. w zależności od segmentu i kategorii produktów, na świecie także sięga od kilku do kilkunastu procent w zależności od rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dominik Śliwowski, członek zarządu ITP. – My gonimy kraje rozwinięte bardzo szybko i ten większy wzrost w Polsce jest spowodowany tym, że mamy jeszcze kilka lat do nadgonienia.

Jednym z najszybciej rozwijających się segmentów medycyny estetycznej jest chirurgia plastyczna. Według raportu firmy badawczej PMR w 2013 roku Polacy wydali na operacje plastyczne 200 mln złotych. Do najpopularniejszych zabiegów w tym segmencie należy powiększanie piersi, korekta nosa oraz lifting twarzy. Równie dużą popularnością cieszyły się zabiegi mniej inwazyjne, wykonywane w gabinetach dermatologów estetycznych, m.in. zabiegi z wykorzystaniem toksyny botulinowej i wypełniaczy. Zdaniem ekspertów w tym roku wartość polskiego rynku medycyny estetycznej ponownie wzrośnie, nawet o 15-20 proc.

ITP jest jednym z liderów na polskim rynku medycyny estetycznej. Firma powstała w 2007 roku, a od 2011 roku skupia swoją działalność na branży medycyny i medycyny estetycznej. W 2013 roku poszerzyła swoją ofertę o segment wellness – jest jedynym przedstawicielem w Polsce włoskiej marki Technogym, dostarczającej produkty do siłowni, klubów fitness i szpitali. Do klientów ITP należą właściciele klinik medycyny estetycznej, lekarze, szpitale, hotele, obiekty sportowe, placówki medyczne, a także szkoły wyższe i użytkownicy indywidualni.

Posiadamy około 40 proc. udziałów w sprzedaży produktów do medycyny estetycznej, głównie są to urządzenia, lasery medyczne, platformy medyczne. Sektor wellness jest ogromny, a Technogym jest jedną z trzech wiodących marek na rynku polskim. W zakresie sprzedaży produktów i wypełniaczy dopiero od roku rozwijamy tę działalność. Dziś sprzedajemy produkty w Polsce oraz 17 krajach na całym świecie – mówi Dominik Śliwowski.

ITP chce zwiększyć sprzedaż produktów z kategorii wellness, głównie poprzez wprowadzanie na polski rynek innowacyjnych marek. Jak wskazuje Śliwowski, dla polskich firm z tej branży rynki zagraniczne są bardzo perspektywiczne. W 2015 roku ITP zamierza podwoić zyski z zagranicy.

W eksporcie naszych produktów wciąż jesteśmy na początku drogi. Dlatego szukamy partnera, który pomoże nam bardziej dynamicznie rozwijać się na rynkach zagranicznych. Potencjał rynku jest ogromny: działa na nim zarówno wiele dużych koncernów, jak i mniejszych firm z bardzo ciekawymi produktami. Nasze produkty charakteryzują się tym, że są bardzo innowacyjne lub trafiają w nisze rynkowe. W tym upatrujemy ich sukcesu – mówi członek zarządu ITP.

Alumetal stawia na Europę Środkowo-Wschodnią. Region ten staje się centrum produkcji samochodów

0

CEO Magazyn Polska

Nowe inwestycje branży motoryzacyjnej w Europie Środkowo-Wschodniej to szansa dla Alumetalu. Spółka sprzedaje stopy aluminiowe przede wszystkim temu segmentowi i chce skorzystać na rosnącej produkcji aut w naszej części Europy. Produkcja samochodów w tym roku ma wzrosnąć w Europie o 2-3 proc.

Szczególnie bliskie są nam kraje Europy Środkowo-Wschodniej, czyli – oprócz Polski – Czechy, Słowacja, Węgry oraz Niemcy – największy producent samochodów w Europie. Ten rynek wygląda całkiem dobrze. W zeszłym roku sprzedaż samochodów w Unii Europejskiej wzrosła o 5,9 proc., a produkcja samochodów o 4,5 proc. Szacujemy, że wzrost w tym roku będzie minimum 2-3-proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Szymon Adamczyk, prezes zarządu i dyrektor zarządzający spółki Alumetal.

Alumetal w ubiegłym roku zanotował rekordową sprzedaż wtórnych aluminiowych stopów odlewniczych na poziomie 156 tys. ton. To właśnie odbicie w branży motoryzacyjnej spowodowało wzrost sprzedaży, a tym samym rekordowe skonsolidowane przychody na poziomie ponad 1,2 mld zł.

Zdaniem Adamczyka po spowolnieniu pod koniec 2012 r. i w pierwszej połowie 2013 r. obecnie koniunktura się poprawia. Portfel zamówień spółki jest już zapełniony do końca drugiego kwartału br., co jest dobrym wynikiem, bo jak zauważa Adamczyk, Alumetal działa w oparciu o kontrakty kwartalne, a nie długoterminowe.

Impulsem do dalszego zwiększania sprzedaży w regionie mogą być nowe inwestycje branży automotive w Polsce i krajach ościennych.

– Tutaj przenosi się cała motoryzacja. Chcemy mieć pozycję numer jeden w całej Europie, naturalnie też w tym regionie. Wiele inwestycji było realizowanych w ostatnich latach. Volkswagen wybudował w Polkowicach kolejną linię produkcji silników. W 2016 roku zakończy budowę fabryki Craftera we Wrześni. Takie inwestycje mają miejsce także w Rumunii, gdzie Daimler zainwestuje 300 mln euro w produkcję skrzyń biegów – mówi Adamczyk.

Alumetal zakłada, że będzie nr 1 w Europie do 2018 roku ze sprzedażą na poziomie 210 tys. ton i 7,5-proc. udziałem w rynku.

Dla spółki koniunktura na rynku ma większe znaczenie niż same ceny surowców. Te co prawda stanowią 85-90 proc. kosztów Alumetalu, a główny surowiec, czyli aluminium, na londyńskiej giełdzie surowców potaniał od końca sierpnia 2014 r. o ponad 20 proc. Dla spółki dużo ważniejszy jest jednak poziom marży.

Chociaż spółka mocno stawia na eksport, to Alumetal nie jest obecny na rynkach wschodnich. Dlatego napięta sytuacja polityczna oraz kryzys gospodarczy na Ukrainie i w Rosji nie mają żadnego przełożenia na wyniki i sprzedaż Alumetalu.

E-sklepy przeżywają przedświąteczne oblężenie. Kilkukrotnie rośnie sprzedaż chrzanu, białej kiełbasy i majonezu

CEO Magazyn Polska

Przygotowania do Wielkanocy to okres żniw dla sklepów internetowych. Zwiększona liczba zamówień notowana jest od poniedziałku. Statystyczny koszyk jest o kilkanaście procent większy niż w poprzednich miesiącach. Dominują w nim tradycyjne świąteczne produkty, jak jajka, chrzan, majonez oraz nowalijki.

Szczyt zakupowy przypada na tydzień bezpośrednio poprzedzający święta – mówi agencji informacyjnej Newseria Urszula Nowicka, dyrektor działu zakupów i trade marketingu Frisco.pl. – Najwięcej zamówień odnotowujemy w poniedziałek rozpoczynający Wielki Tydzień i ta tendencja utrzymuje się do Wielkiego Czwartku włącznie, aczkolwiek cały miesiąc jest już dość intensywny.

W okresach przedświątecznych klienci szczególnie cenią sobie wygodę oraz oszczędność czasu i nerwów, co dają im zakupy online. Ogólnie liczba internetowych zamówień spożywczych w miesiącu wielkanocnym rośnie o ponad 12 proc. w porównaniu ze średnią z poprzednich trzech miesięcy. Co więcej, w stosunku do miesiąca świątecznego rok wcześniej takich zamówień było w roku 2014 aż o 35 proc.

Przed Wielkanocą Polacy kupują w internecie głównie to, co ma się później znaleźć na ich świątecznym stole. Średni koszyk zakupów w stosunku do średniej z poprzednich miesięcy rośnie w tym czasie o kilkanaście procent.

Odnotowujemy duży wzrost również rok do roku. Klienci w okresie przedświątecznym kupują szczególnie dużo owoców i warzyw, w tym nowalijek, na które już od dłuższego czasu czekają – informuje Urszula Nowicka. – Dodają do koszyków produkty typowo świąteczne, takie jak chrzan, biała kiełbasa, barszcz biały. Rośnie sprzedaż jaj, majonezu i szczypiorku.

Z typowo wielkanocnych artykułów największy wzrost sprzedaży w miesiącu świątecznym notuje chrzan – o 351 proc., porównując z poprzednim miesiącem. O 161 proc. wzrosły zakupy barszczu białego, a o 158 proc. – białej kiełbasy. Podwoiła się też sprzedaż rzodkiewki oraz majonezu.

W przedświątecznym tygodniu o jedną trzecią rośnie zakupu jajek. Z raportu Frisco.pl wynika, że są to głównie droższe jaja, tzw. zerówki.

Większość Polaków chciałaby mieszkać w wolnostojącym domu średniej wielkości. Nie chcą wynajmować, tylko kupić na własność

CEO Magazyn Polska

Ponad 60 proc. Polaków przyznaje, że marzy o tym, by mieszkać w wolnostojącym domu o powierzchni od 100 do 150 mkw. z ogrodem – wynika z badania przeprowadzonego przez Westwing Home & Living. Niewiele osób wskazuje na lokum w zabudowie bliźniaczej czy szeregowej.  Zainteresowaniem nie cieszą się również duże domy, o powierzchni ponad 200 mkw. Podjęciu decyzji o zakupie domu sprzyjają coraz wyższe pensje i tańsze kredyty hipoteczne.

Ponad 60 proc. ankietowanych chciałoby mieszkać w domu z ogrodem. Duża grupa respondentów wybrała też mieszkanie w nowym budownictwie, zlokalizowane na osiedlu. Bardzo mało osób wskazało na dom bliźniak czy w zabudowie szeregowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Marta Suchodolska, dyrektor ds. stylu w firmie Westwing.

Dom w zabudowie szeregowej wskazało zaledwie 3 proc. ankietowanych, a w zabudowie zabudowie bliźniaczej – 2 proc. Z kolei mieszkanie w lofcie chciałoby mieć 13 proc. respondentów, w apartamentowcu – 10 proc., a w kamienicy – 12 proc. W badaniu przeprowadzonym przez Westwing Home & Living Polacy zostali także zapytani o preferowaną wielkość mieszkania lub domu.

Wymarzona powierzchnia to od 100 do 150 mkw. Część ankietowanych odpowiedziała, że chciałaby mieć dom ciut większy lub ciut mniejszy. Znacznie mniej ankietowanych wskazywało na metraż wyższy niż 200 mkw., czyli nie chcemy mieszkać w tak dużych domach, niewielu ankietowanych wskazywało też na powierzchnię od 60 do 80 mkw. To są z reguły mieszkania, w jakich mieszkamy – tłumaczy Marta Suchodolska.

Z badań wynika, że 53 proc. Polaków mieszka w dwu- lub trzypokojowych mieszkaniach, a 16 proc. ankietowanych ma do dyspozycji cztery pokoje. Z kolei trzech na dziesięciu respondentów mieszka we wnętrzu składającym się z pięciu lub większej liczby pomieszczeń.

Ankietowani podkreślają, że jeżeli tylko jest taka możliwość decydują się na zakup domu lub mieszkania na własność. Takim decyzjom sprzyjają rosnące wynagrodzenia, stosunkowo niskie ceny nieruchomości, tanie kredyty oraz przeciętnie niższa stawka za metr kwadratowy przy wyższym metrażu.

Nie chcemy wynajmować czy zmieniać mieszkań co jakiś czas. Chcemy mieć jedno miejsce, nasz dom, naszą twierdzę, które daje nam poczucie bezpieczeństwa – mówi Marta Suchodolska.

Z badań wynika, że Polacy chcą mieszkać nie tylko wygodnie i praktycznie, lecz także pięknie. Planując wnętrza swojego domu, coraz częściej poszukują inspiracji w programach telewizyjnych, na portalach internetowych i w magazynach branżowych. W związku z tym decyzje w zakresie wyboru mebli i dodatków dekoracyjnych są coraz bardziej przemyślane.

Popołudniowy komentarz walutowy z 01.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 01.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Przed nami rok fuzji i przejęć

Jeszcze nigdy w historii przedsiębiorstwa nie dysponowały tak dużymi zasobami gotówki. Gromadziły je od czasów kryzysu w 2008 roku. „Firmy siedzą na pieniądzach; dlatego w najbliższym czasie spodziewamy się znacznego ożywienia na rynku fuzji i przejęć” – mówi David Rebbettes, CEO BCMS Corporate, wiodącej firmy doradczej na rynku fuzji i przejęć w sektorzemałych i średnich przedsiębiorstw.

1. Jak ocenia Pan polski rynek fuzji i przejęć w sektorze MŚP? Czy polskie firmy są aktywnymi kupującymi? Czy raczej stanowią interesujący przedmiot zakupów przedsiębiorstw z zagranicy?
David Rebbettes, CEO BCMS Corporate: Od 2008 roku w Polsce panował trudny czas dla fuzji i przejęć; ale w ostatnich trzech kwartałach obserwuję znaczący wzrost – cytując Warsaw Business Journal: „rynek fuzji i przejęć szykuje się do startu w 2014 roku”. Polskie firmy są coraz bardziej aktywnymi kupującymi, w szczególności w obszarze bankowości, opieki zdrowotnej, telekomunikacji i FMCG, który to sektor przoduje w statystykach. Wzrost gospodarczy Polski wciąż pozostaje silny w zestawieniu z krajami Unii Europejskiej, a gospodarka jest zdrowo zdywersyfikowana. W zakresie fuzji i przejęć Polska jest notowana tuż za Turcją, na wiodących pozycjach w całym regionie Europy Centralnej i Południowo-Wschodniej. Ten wzrost i relatywne ożywienie oznacza, że Polska i polskie firmy są stale w orbicie zainteresowań zagranicznych nabywców.

2. Czym różni się sprzedaż firmy z sektora MŚP od fuzji i przejęć w sektorze globalnych korporacji?
David Rebbettes: Jest bardzo niewielka różnica w sprzedaży firmy z sektora MŚP i większych przedsiębiorstw.
Jednak brak „masy krytycznej” w małych firmach powoduje, że zainteresowanie po stronie nabywców jest mniejsze. Dlatego żeby zrównoważyć stosunkowo niewielkie zainteresowanie potencjalnych nabywców małymi firmami, należy szukać nabywców bardzo szeroko. Tak właśnie robimy w BCMS: zazwyczaj kontaktujemy się z 200 potencjalnymi nabywcami – a bywa, że z jeszcze większą ich liczbą.

3. Dlaczego sprzedaż firmy to taki długi – często kilkuletni – proces?
David Rebbettes: Jeśli przyjmuje się pasywne podejście do sprzedaży firmy, czyli czeka się na pojawienie potencjalnego nabywcy, to cały proces może trwać latami. Brak wyboru pomiędzy nabywcami powoduje, że jeśli transakcja się nie powiedzie, trzeba zacząć poszukiwania od nowa. W BCMS uważamy, że istotne jest inne podejście: znalezienie jak największej liczby potencjalnych nabywców. Dzięki temu właściciel sprzedawanej firmy ma wybór – zawsze staramy się mieć w zanadrzu jakąś alternatywę. To pozwala na osiągnięcie średniego czasu transakcji sprzedaży firmy na poziomie 12 miesięcy.

4. Czy Pana zdaniem w tym roku możemy się spodziewać większej liczby zmian właścicielskich niż w ostatnich latach? Z czego to wynika?
David Rebbettes: Moim zdaniem wzrost liczby zmian właścicielskich jest pewny. Jeden z głównych powodów to zasoby gotówki w bilansach firm na całym świecie – nigdy nie były większe. Firmy gromadziły je od 2008 roku. Nie można siedzieć na pieniądzach – zamiast tego firmy powinny użyć ich w biznesie lub zwrócić akcjonariuszom. Europejskie zasoby gotówki są wyższe niż kiedykolwiek wcześniej w historii, Japonia ma 60% więcej gotówki w bilansach niż kiedykolwiek wcześniej, Ameryka Północna – 30% więcej. Ponadto perspektywy wzrostu gospodarczego w wielu krajach świata są w tej chwili najlepsze od czasu kryzysu 2008 roku. Wszystko to napędza akwizycje. Cytując wypowiedź Juliet Samuel z „Times’a”: „Zakłopotanie wynikające z bogactwa może być czynnikiem pobudzającym fuzje i przejęcia przedsiębiorstw.”

Rekordowy rok w budownictwie mieszkaniowym

2014 r. był dla polskich deweloperów bardzo udany. Sprzedano ok. 70 tys. mieszkań. Tymczasem deficyt mieszkaniowy ciągle jest duży. Szacuje się go na 0,7–2 mln lokali. Są więc nadzieje, że rok 2015 będzie co najmniej tak dobry jak poprzedni.

W ciągu ostatnich 12 miesięcy aż 43 tys. mieszkań zostało sprzedanych w sześciu największych miastach Polski. Popularnością cieszą się obecnie przede wszystkim lokale małe – o powierzchni 45–55 m2 – maksymalnie dwu-, trzypokojowe. Co ciekawe, jeśli mamy do wyboru dwa mieszkania o tym samym metrażu, chętniej kupujemy to z większa liczbą pokojów – jest to zmiana w porównaniu do sytuacji jeszcze sprzed kilku lat.

Jeżeli chodzi o rok 2015 na rynku budownictwa mieszkaniowego, prognozy są zadowalające. „Wydaje się, że będziemy budować co najmniej tyle samo, co w roku ubiegłym […]. Będzie nadal w czym wybierać […]. Nie ma takiego ryzyka, że popyt będzie rósł szybciej niż podaż” – mówi serwisowi infoWire.pl dyrektor generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich Konrad Płochocki. Zapotrzebowanie na mieszkania raczej wyraźnie nie wzrośnie – przypuszczalnie utrzyma się na podobnym poziomie co w roku 2014.

Deweloperzy muszą mieć świadomość tego, że wraz z nowym rokiem pojawiły się nowe problemy. „Wielką niewiadomą pozostaje sytuacja na rynku kredytowym, który jest bardzo ważny dla sprzedaży mieszkań. Natomiast wydaje się, że dalej będą spadały stopy procentowe, co powinno pomagać nabywcom mieszkań w zdobyciu finansowania” – zauważa ekspert. Dużym niebezpieczeństwem dla branży jest też pomysł Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, aby zlikwidować otwarte rachunki powiernicze. Zdaniem rozmówcy doprowadzi to do zamknięcia większości małych i średnich firm deweloperskich, a co za tym idzie – do ograniczenia konkurencji i zwiększenia cen mieszkań.

Investors TFI: Małe spółki są atrakcyjne ze względu na niezależność od polityki i potencjał relatywnie wyższego zwrotu z inwestycji. Klienci TFI przerzucają środki z obligacji na akcje

CEO Magazyn Polska

Małe spółki są szansą dla inwestorów. Według zarządzającego funduszami akcji w Investors TFI Macieja Chudzika nadchodzi dobry czas dla małych spółek, które mogą zapewnić stosunkowo duży zwrot z inwestycji. Ważne jest także to, że firmy te prowadzone są przez specjalistów, a nie upolitycznione zarządy. Coraz więcej inwestorów przyciągają też fundusze zagraniczne, bo europejskie spółki korzystają na słabym euro.

W przypadku otwartego funduszu akcji nasza recepta sprowadza się do stworzenia wyselekcjonowanego portfela oraz w miarę pełnej alokacji – informuje agencję Newseria Inwestor Maciej Chudzik, zarządzający funduszami Investors TFI. – Klient, który kupuje nasz fundusz, będzie wiedział, jaki udział portfela zajmą tego rodzaju walory. Od nas otrzyma gwarancję, że będziemy dążyć do pełnej alokacji, tak aby ewentualne okresy hossy były optymalnie wykorzystywane.

Od początku roku zarządzany przez Macieja Chudzika fundusz Investor Akcji FIO zyskał 13 proc. W tym czasie WIG20 zyskał niespełna 3,5 proc., mWIG40 – 7 proc., a sWIG80 – 11 proc. Dokonywana przez zarządzającego selekcja polega na dobrze spółek, które mają mocne fundamenty. Liczą się perspektywy rozwoju przedsiębiorstwa, nowe, innowacyjne produkty, rynek, do którego docierają, unikatowy produkt, doświadczenie kadry zarządzającej i możliwości ewentualnej sprzedaży firmy w przyszłości.

Dobierając spółki, szukamy czegoś, co ma dobry produkt, inny niż konkurencja albo sprzedawany w nowy, innowacyjny sposób – potwierdza Chudzik. – Ważny jest zarząd, który ma długookresową wizję tego, jak rozwijać biznes. Patrzymy, jak spisywał się w przeszłości, oceniamy jego referencje: czy przypadkiem nie miał już jakiejś spółki, której zdarzyło się zbankrutować. Czasem zwracamy także uwagę na to, jak potem sprzedać przedsiębiorstwo większemu inwestorowi.

W strategii Investors TFI istotny jest również, jak mówi Maciej Chudzik, stosunek do akcjonariuszy mniejszościowych. Fundusz nie oczekuje natychmiastowego czy szybkiego zwrotu z zainwestowanego kapitału.

Szukamy, rzecz jasna, spółek wzrostowych, ale nie liczymy na natychmiastowy zwrot w postaci dywidendy czy skupu akcji, chociaż stawiając na spółkę, musimy widzieć, że rozwija się ona w tempie, które w rezultacie dostarczy nam dobry zwrot – precyzuje Chudzik. – Stawiamy więc na spółki w długim okresie, nie kwartalnie. Nie oczekujemy zysków w miesiąc lub tydzień. Interesują nas akcje, które z czystym sumieniem możemy włożyć do portfela na rok, dwa lub trzy lata i przez ten czas spokojnie je tam trzymać, czasami zwiększając alokację, gdy lepiej poznamy biznes lub pojawią się jakieś sprzyjające okoliczności.

Ale w wielu przedsiębiorstwach notowanych na warszawskim parkiecie, szczególnie wśród tzw. blue chipów (spółkach o największej kapitalizacji), nadal silną pozycję utrzymuje Skarb Państwa. To powoduje, że do zarządów i rad nadzorczych często trafiają osoby z politycznej, a nie merytorycznej, nominacji. Zdaniem Macieja Chudzika bywa, że tacy menadżerowie podejmują nieracjonalne lub wręcz szkodzące spółce decyzje.

W Polsce, jeżeli mówimy wyłącznie o rynku krajowym, więcej byśmy się spodziewali po spółkach małych, głównie dlatego, że są dosyć niezależne od polityki – mówi zarządzający funduszami Investors TFI. – WIG20 na przykład niesamowicie zależy od decyzji politycznych, a siłą rzeczy ludzie wybrani na kluczowe stanowiska dość często mają wykształcenie zupełnie nieprzystające do zarządzania dużym przedsiębiorstwem. Zdarza się więc, że podejmują decyzje, które są niekorzystne dla tych spółek.

Między innymi dlatego podczas wyboru walorów do portfeli klientów zarządzający Investors TFI mniejszą wagę przykładają do wielkość przedsiębiorstwa, a większą do jakości. Notowania mniejszych firm, jak prognozuje Maciej Chudzik, mogą dodatkowo być wspierane przez inwestorów wycofujących swoje fundusze z zaangażowania w dające coraz mniejsze przychody na skutek obniżek stóp procentowych obligacje.

Dodatkowo zawsze szukamy szeroko, czyli w tym wypadku także w Europie Zachodniej – informuje Maciej Chudzik. – Wyraźnie widać już od początku roku na kursach spółek i szczęśliwie także w stopie zwrotu naszych funduszy, że gospodarka europejska po osłabieniu euro stała się bardzo konkurencyjna eksportowo. To jest już widoczne w wynikach niektórych przedsiębiorstw oraz prognozach analityków.

W lutym fundusze akcyjne miały najwyższy napływ środków od roku. Saldo wpływów i wypłat wyniosło, jak podają Analizy Online, 370 mln zł. Szczególnym powodzeniem cieszyły się fundusze zagraniczne. Trend ten, jak przekonuje Chudzik, jest już bardzo wyraźny. Podobne zjawisko rynki obserwowały po dewaluacji japońskiego jena.

Dodatkowo lubimy spółki zagraniczne, gdy mają ekspozycję globalną – zapewnia Chudzik. – Mówiąc w skrócie, pozwala to nieco złagodzić cykle działające w różnych gospodarkach i ich wpływ na wyniki finansowe.

Opóźnienie w oddaniu gazoportu nie uderzy w PGNiG. Porozumienie z Qatargasem chroni spółkę

 

Dotychczasowe opóźnienia w oddaniu do użytku gazoportu w Świnoujściu nie zaszkodzą finansowo PGNiG. Polska spółka zawarła już w grudniu korzystne porozumienie z katarskim dostawcą gazu, zgodnie z którym nie będzie musiała płacić za nieodebrany w tym roku gaz. Teraz najważniejsze jest to, by gazoport udało się uruchomić w tym roku, bo ewentualne kolejne negocjacje z Qatargasem mogą być trudniejsze.

Brak tego porozumienia stanowiłby istotne ryzyko dla spółki. Ponieważ spółka porozumiała się z Qatargasem w zakresie opóźnienia odbioru gazu zakontraktowanego w Katarze, to dziś, zgodnie z komunikatami spółki i z istotą tego porozumienia, ryzyko bezpośrednich konsekwencji finansowych dla PGNiG nie występuje – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Filip Elżanowski, radca prawny, ekspert ds. energetyki z Kancelarii Elżanowski Cherka & Wąsowski.

Terminal na skroplony gaz ziemny (LNG) w Świnoujściu miał być gotowy już w połowie 2014 r., ale w wyniku opóźnień w realizacji inwestycji wciąż nie jest ukończony. Ma zostać uruchomiony w tym roku. Będzie mógł przyjmować rocznie 5 mld m3 transportowanego statkami LNG.

Opóźnienie mogło jednak spowodować konsekwencje finansowe dla odbiorcy gazu z Kataru, czyli PGNiG. Spółka od początku 2015 r., zgodnie z pierwotnym kontraktem, miała odbierać gaz w formule take or pay. Oznacza to, że niezależnie od tego, czy dostawa faktycznie nastąpi, polska spółka miała za paliwo płacić. Dzięki zawartemu w grudniu porozumieniu uniknięto jednak tych konsekwencji.

Qatargas zgodnie z tym porozumieniem nie obciąży PGNiG kosztami za nieodebrany gaz. Katarska spółka sprzeda LNG na innych rynkach, a PGNiG zapłaci jedynie ewentualną różnicę pomiędzy uzyskaną przez Qatargas ceną a kwotą, którą miał płacić polski koncern zgodnie z umową z 2009 r.

Ryzyko kar dla PGNiG za nieodebranie zakontraktowanych ilości gazu – bo Qatargas nie interesuje to, gdzie gaz ma dopłynąć, tylko kto go ma odebrać – jest zminimalizowane dzięki zawarciu tego porozumienia – podkreśla Elżanowski.

Podkreśla, że władze spółki skutecznie zabezpieczyły się w ten sposób przed ryzykiem związanym z opóźnionym oddaniem gazoportu. Negocjacje dotyczące zmiany kontraktu rozpoczęto, gdy tylko pojawiły się sygnały o możliwym opóźnieniu. Elżanowski zwraca uwagę na to, że drugie z analizowanych rozwiązań, czyli odbiór gazu w innym terminalu i transportowanie go do Polski, byłoby znacznie bardziej kosztowne dla PGNiG.

Zaznacza jednak, że teraz za wszelką cenę należy uniknąć kolejnych opóźnień podczas budowy terminalu LNG. Te jednak są mało prawdopodobne, bo inwestycja jest już zaawansowana w znacznie ponad 95 proc. Gdyby jednak wystąpiły, PGNiG może znaleźć się w trudnej sytuacji.

Oczywiście gdybyśmy mieli do czynienia z czarnym scenariuszem, że ta inwestycja będzie jeszcze przesuwana, to wtedy pewnie byłoby trzeba znów zasiąść do rozmów. Siadanie do rozmów z partnerem, z którym się już raz dogadało i przesunęło się termin, jest zawsze trudniejsze – zaznacza Elżanowski.

Uspokaja jednak, że w tej chwili ryzyko kolejnych opóźnień jest niewielkie.

Akcjonariusze spółki nie powinni się już obawiać negatywnych konsekwencji, ale powinni trzymać kciuki za terminal – mówi Elżanowski.

Dr G. Pietrek: Przywrócenie obowiązkowego poboru do wojska niepotrzebne. Niezbędna jest poprawa wyszkolenia żołnierzy

 

Pomimo napiętej sytuacji za naszą wschodnią granicą przywrócenie obowiązkowego poboru do wojska byłoby przedwczesne – ocenia dr Grzegorz Pietrek z Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku. Lepiej podnieść poziom armii i umiejętności żołnierzy. Według eksperta zarządzaniem armią powinna zająć się niezależna od rządu agencja.

Patrząc na obecną sytuację, mogłoby się wydawać, że zasadnicza służba wojskowa powinna powrócić. Myślę jednak, że to twierdzenie jest przedwczesne i podszyte paniką – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Grzegorz Pietrek, wykładowca na kierunku bezpieczeństwo wewnętrzne w Wyższej Szkole Bankowej w Gdańsku. – Uważam, że nie jest to jeszcze moment, kiedy należałoby w sposób dosyć gwałtowny domagać się powrotu służby wojskowej.

Postulaty przywrócenia poboru do wojska, zawieszonego w 2009 r., pojawiają się coraz częściej z uwagi na obawy przed działaniami Rosji. Na odejście od armii czysto zawodowej zdecydowała się Litwa – pobór zostanie tam przywrócony w tym roku, na razie tylko na pięć lat. Pietrek zwraca jednak uwagę na to, że entuzjazm młodych do obowiązkowej służby wojskowej jest bardzo mały. Jak wynika z sondażu Millward Brown, tylko 27 proc. Polaków deklaruje gotowość do obrony kraju z bronią w ręku.

Pietrek dodaje, że w rzeczywistości zrobiłoby to pewnie jeszcze mniej osób. Zdaniem ekspertów choć atak na terytorium Polski jest mało prawdopodobny, bo nikt nie ma w tym interesu ekonomicznego, to warto przygotować polskie wojsko na ewentualne działania.

Atmosfera zagrożenia już wpłynęła na zwiększenie nakładów z budżetu na obronność. Jak przekonuje ekspert, żeby dobrze wykorzystać te środki, trzeba zamiast poprzestać na armii zawodowej zwiększyć jej profesjonalizm.

Żołnierze, którzy zostają wcieleni i są zawodowcami, mają pewnego rodzaju ograniczenia  po 12 latach mogą zostać zwolnieni do cywila i w zasadzie nie mają zapewnionych żadnych przywilejów z opieki społecznej. To nie jest atrakcyjne. Natomiast armia jak najbardziej powinna być zawodowa, z tym że nacisk powinien być położony nie na armię ekspedycyjną, lecz na taką armię, która miałaby za zadanie bronić nas od wewnątrz, przygotować się do działań związanych z obroną terytorialną – postuluje Pietrek.

Nawet w przypadku przywrócenia poboru obowiązkowa służba wojskowa nie musiałaby trwać dłużej niż 9 miesięcy, czyli tyle, ile trwała w ostatnich latach przed zawieszeniem poboru. Jak podkreśla Pietrek, w ciągu 9 miesięcy można odpowiednio przeszkolić żołnierzy.

Gdyby te szkolenia nie były prowadzone profesjonalnie, a nie na takiej zasadzie, że trzymamy żołnierzy dwa lata czy półtora roku i jest musztra i przysłowiowe malowanie trawy na zielono, to dziewięć miesięcy by wystarczyło. Oczywiście przy założeniu, że później będą dalsze szkolenia doskonalące i zgrywające – uważa Pietrek.

Takie szkolenie musiałoby objąć zadania związane z m.in. ratownictwem na polu walki, survivalem, partyzantką miejską czy obroną terytorialną i być prowadzone z naciskiem na działania praktyczne. W taki sposób funkcjonują siły zbrojne w krajach o niewielkiej, ale sprawnej armii, jak choćby w państwach skandynawskich czy Szwajcarii. Jak przypomina Pietrek, takie założenia miały też Narodowe Siły Rezerwowe.

Działania przypominające podstawową służbę mogłyby by zaledwie 5-dniowymi szkoleniami. Taki plan jest już gotowy – MON chce w tym roku wezwać na obowiązkowe szkolenia wszystkich rezerwistów, którzy odbyli służbę zasadniczą.

Według eksperta Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku polska armia już teraz jest bardzo sprawna i odpowiednio wyposażona, ale jej problemem są ciągłe zmiany. Dlatego zarządzaniem siłami zbrojnymi powinna zająć się niezależna od rządu agencja, która nie będzie kierowała się względami politycznymi, lecz strategicznymi.

Niezależnie od polityki miałaby określony kierunek – twierdzi Pietrek.

Dodaje, że warto wykorzystać także zapał młodych działających w organizacjach paramilitarnych. Współpraca z tego typu organizacjami może pozwolić wojsku na przeszkolenie wielu osób bez przywracania poboru.

Optymistyczne nastroje wśród mikroprzedsiębiorców. 66 proc. z nich spodziewa się w tym roku wzrostu obrotów

CEO Magazyn Polska

Polscy mikroprzedsiębiorcy bardzo optymistycznie oceniają perspektywy gospodarcze. Co drugi z nich chce zwiększyć w tym roku zatrudnienie, a dwie trzecie liczy na wzrost obrotów, a aż 75 proc. planuje inwestycje w środki trwałe. To dobra wiadomość dla całej gospodarki, bo wydatki mikrofirm przełożą się na zwiększoną sprzedaż wielu większych spółek.

Mikroprzedsiębiorcy są w tej chwili w dobrej kondycji. Ich prognozy dotyczące wzrostu obrotów w tym roku oraz chęci inwestowania czy zatrudniania są na bardzo dobrym poziomie. Badanie, które przeprowadzamy co kwartał od ponad czterech lat, tym razem pokazało, że przedsiębiorcy optymistycznie podchodzą do swojego biznesu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Makosz, członek zarządu Idea Banku.

Z badań Idea Banku wynika, że 30 proc. mikroprzedsiębiorców oczekuje w tym roku przyspieszenia wzrostu gospodarczego, a 47 proc. utrzymania poziomu z ubiegłego roku. Ta grupa przedsiębiorców jeszcze bardziej optymistycznie ocenia własne perspektywy – wzrostu obrotów swoich biznesów spodziewa się 66 proc. ankietowanych, a stabilizacji na poziomie z zeszłego roku 27 proc. Tylko 7 proc. obawia się spadku obrotów.

Z uwagi na swój optymizm przedsiębiorcy planują w tym roku także duże inwestycje. Ponad 75 proc. właścicieli mikrofirm deklaruje, że w tym roku przeprowadzi inwestycje. To znacznie więcej niż w IV kwartale 2014 r. – wtedy ten odsetek wynosił jedynie 63,3 proc. Jeszcze na początku 2013 r. niecałe 40 proc. mikroprzedsiębiorców chciało inwestować.

Przedsiębiorcy chcą teraz inwestować głównie w środki trwałe, przede wszystkim korzystając ze wsparcia finansowego w postaci kredytów bankowych czy leasingu. Największy odsetek przedsiębiorców chce kupić samochód. To dobra informacja, bo często jest to związane z tym, że przedsiębiorca widzi, że jego biznes na tyle się rozwinął, że potrzebuje wymienić środek trwały na większy, lepszy, nowszy czy po prostu chce kupić dodatkowy – tłumaczy Makosz.

Ponad jedna trzecia mikroprzedsiębiorców chce w tym roku kupić samochód. Jedna czwarta planuje inwestycje w sprzęt, a co piąty w maszyny. Jakikolwiek kredyt w tym roku zamierza zaciągnąć, zgodnie z deklaracjami, ponad 70 proc. przedsiębiorców, a ponad połowa z nich skorzysta z kredytu inwestycyjnego.

‒ Oprócz tego przedsiębiorcy wyrażają chęć zatrudnienia. Wyniki pokazują, że ponad połowa z nich chce zatrudnić przynajmniej jedną osobę. Mamy prawie 3 miliony firm, gdyby każdy z tych przedsiębiorców zatrudnił osobę bezrobotną, to 1,5 mln ludzi zostałoby zatrudnionych. Wtedy o 70 proc. spadłoby bezrobocie w Polsce – mówi Makosz.

Makosz zaznacza, że na tak duży wzrost zatrudnienia nie możemy liczyć, ale deklaracje o zwiększeniu zatrudnienia przez mikroprzedsiębiorców i tak są bardzo pozytywnym sygnałem.

Inwestycje oraz wzrost zatrudnienia w sektorze mikrofirm to dobre wieści dla gospodarki, bo przedsiębiorstwa zatrudniające do dziewięciu osób generują obecnie ok. 73 proc. PKB całego sektora przedsiębiorstw. Makosz zaznacza, że optymizm mikroprzedsiębiorstw utrzymuje się nawet w czasach dekoniunktury, dzięki czemu pełnią one funkcję stabilizującą w gospodarce.

Mikroprzedsiębiorcy tak bardzo nie patrzą na prognozy analityków, na wyniki GUS-u dotyczące całego sektora czy całej gospodarki, ponieważ oni zwracają uwagę głównie na to, żeby nikt im nie przeszkadzał w rozwoju biznesu. Oczywiście, jeżeli na rynku jest bardzo źle, to w jakimś stopniu przekłada się to na ich kondycję. Najważniejsza jest dla nich jednak informacja dotycząca tego, czy mogą rozwijać biznes zgodnie ze swoim planem – podkreśla Makosz.

Optymizm mikroprzedsiębiorstw wynika także z ich elastyczności. Jak podkreśla Makosz, firmy tej wielkości mogą znacznie szybciej reagować na zmiany koniunktury. Będąc bliżej rynku, od razu odczuwają zmieniające się trendy i mogą dostosować swoje plany, a nawet zmienić branże. To przewaga, której nie mają korporacje.

Lotte Group rozbudowuje fabrykę Wedla w Warszawie. W ciągu najbliższych trzech lat przeznaczy na inwestycje dziesiątki milionów złotych

0

CEO Magazyn Polska

Wedel, należący do japońskiego koncernu spożywczego Lotte Group, w najbliższych latach szykuje duże inwestycje. Planuje rozbudowę fabryki czekolady w Warszawie, uruchomienie nowych linii produkcyjnych i modernizację istniejących oraz poszerzenie asortymentu wyrabianych słodyczy.

– Zwiększenie powierzchni budynku fabrycznego nastąpi już pod koniec lata – mówi agencji informacyjnej Newseria Maciej Herman, dyrektor sprzedaży i marketingu Lotte Wedel.

Rozbudowa fabryki polegająca na przedłużeniu jej budynku to początek planów rozwoju firmy rozpisanych na kilka najbliższych lat.

Ten rok i najbliższe 2-3 lata będą bardzo ciekawym okresem dla naszej firmy – zapowiada Maciej Herman. – Nie mogę podać dokładnych kwot, ale na inwestycje przeznaczymy dziesiątki milionów złotych. Zaczniemy już w tym roku – powiększeniem naszej fabryki, która znajduje się na warszawskiej Pradze. Będziemy stawiać niedługo dodatkowy budynek, który zwiększy jej powierzchnię.

Kolejnym etapem inwestycji Wedla będzie uruchomienie produkcji nowych słodyczy, które uzupełnią asortyment kilkudziesięciu wyrobów czekoladowych oferowanych przez firmę.

– Kończymy właśnie kilka projektów inwestycyjnych związanych zarówno z wdrożeniem nowych linii produktowych, o szczegółach których na razie nie mogę mówić, jak i z unowocześnieniem linii produkcyjnych, które w tej chwili w naszej firmie działają – deklaruje dyrektor sprzedaży i marketingu Lotte Wedel.

Jak zaznacza, większość tych planów realizowana będzie po zakończeniu rozbudowy budynków.

– Jest szansa na to, że pozostałe inwestycje ruszą pod koniec tego roku. Natomiast większość inwestycji w linie produkcyjne przypadnie na przyszły rok i 2017 r. – zapowiedział Herman podczas konferencji Poland & CEE Retail Summit 2015.

Przejmując Wedla od brytyjskiego koncernu Cadbury, japońska Lotte Group deklarowała w 2010 roku, że nie zamierza zmieniać produktów polskiej firmy. Skoncentrowany na azjatyckim rynku japoński koncern zapowiadał, że chce, by z czasem Wedel stał się jego przyczółkiem do europejskiej ekspansji. Przychody ze sprzedaży Grupy Lotte szacowano w zeszłym roku na ok. 80 mld dolarów.

Amica Wronki: Po dobrym roku spółka szykuje się na wolniejszy wzrost. Cały czas szuka spółek do przejęcia, głównie w Europie Zachodniej

0

CEO Magazyn Polska

Amica Wronki z satysfakcją podsumowuje wyniki osiągnięte w zeszłym roku i przymierza się do inwestycji oraz akwizycji. Na celowniku ma spółki, które pozwolą jej wejść na nowe rynki zbytu w Europie Zachodniej. Zakłada jednak pogorszenie wskaźników w związku z coraz poważniejszym kryzysem w Rosji.

Spodziewamy się wzrostu sprzedaży na kluczowych rynkach. Zamierzamy także wejść na nowe rynki w związku z planowanymi akwizycjami mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Wojciech Kocikowski, wiceprezes zarządu ds. finansowych Amica Wronki. – Zakładamy wzrost inwestycji, ponieważ spodziewamy się, że nasze kuchnie będą się sprzedawały lepiej. Być może przejściowo ten wzrost będzie trochę wolniejszy, ale cały czas zakładamy, że sprzedaż będzie rosła.

W zeszłym roku przychody ze sprzedaży firmy przekroczyły 2 mld zł i były o niemal 400 tys. zł wyższe niż rok wcześniej. Zysk netto przypadający na akcjonariuszy spółki spadł jednak o ponad 10 mln zł i przekroczył 78 mln zł. Zysk operacyjny wzrósł natomiast o przeszło 30 mln zł i wyniósł 128 mln zł. Jak podkreśla wiceprezes spółki, wskaźnik długu do EBITDA na koniec zeszłego roku wyniósł 0,2. Jest to niski poziom i jak deklarują władze Amiki, podobnie powinno być w tym roku, nie powinien on przekroczyć 1. To oznacza spore możliwości inwestycyjne, dlatego w tym roku powinna ruszyć sprzedaż w Hiszpanii. Spółka deklaruje też, że nie zapomina o rynku włoskim i planuje zwiększenie sprzedaży na rynkach francuskim i brytyjskim.

Grupa Amica miała bardzo dobry 2014 rok, ponieważ zwiększyła sprzedaż powyżej 20 proc. i to nie tylko w pojedynczych krajach, ale właściwie na wszystkich kluczowych dla nas rynkach ocenia Wojciech Kocikowski. – Za tym wzrostem obrotów szły też wzrosty wyników, tak że oceniamy ten rok bardzo pozytywnie.

Wiceprezes Amiki do spraw finansowych podkreśla, że jeszcze lepszą wiadomością od dynamicznego wzrostu sprzedaży jest to, że rozkładała się ona równomiernie.

Na szczęście możemy powiedzieć, że na żadnym z rynków nasza sprzedaż nie spadła, nawet na rynku rosyjskim zwiększyliśmy obroty. Natomiast rynkiem, na którym najbardziej wzrosła nam sprzedaż, był rynek brytyjski, gdzie bywały kwartały, że sprzedaż wzrastała o ponad 100 proc. Jeśli chodzi o inne rynki, to dobrze sobie radził rynek polski, niemiecki, skandynawski, czeski i słowacki.

Obecnie spółka przygotowuje się na trudniejszy czas i zakłada, że sprzedaż w tym roku będzie niższa niż w ubiegłym. Szefowie Amiki Wronki zakładają, że gdyby firmie udało się  osiągnąć wzrost organiczny – bez efektów związanych np. z akwizycjami – rzędu 5 proc., to będą mieli powody do zadowolenia.

Sprzedaż na pewno obciążona jest największym ryzykiem na rynku wschodnim – zaznacza Wojciech Kocikowski z Amica Wronki. – Spodziewamy się, że w Rosji trudno będzie powtórzyć wzrosty z ubiegłego roku. Dodatkowo jeszcze jest ryzyko związane z kondycją samych kontrahentów rosyjskich, dlatego trzeba będzie bardziej wnikliwie analizować ich standing finansowy i należności, które mamy na tym rynku.

Amica Wronki zwiększa sprzedaż za granicą. Chce zdobywać nowe rynki dzięki przejęciom

0

 

W tym roku Amica Wronki zamierza uruchomić sprzedaż w Hiszpanii. Rozgląda się również za spółkami dystrybucyjnymi, które mogłaby przejąć, zyskując w ten sposób dostęp do nowych rynków. W ubiegłym roku spółka zwiększyła sprzedaż na wszystkich rynkach. W Wielkiej Brytanii w niektórych kwartałach wrosła o 100 proc. Nawet rosyjski rynek przyniósł wzrost obrotów, ale w tym roku trudno będzie powtórzyć ten wynik.

Zakładamy wzrost sprzedaży na kluczowych rynkach oraz na nowych rynkach, na które zamierzamy wejść w związku z planowanymi akwizycjami. Zakładamy również wzrost inwestycji, ponieważ spodziewamy się, że nasze kuchnie będą sprzedawały się lepiej. Być może przejściowo będzie to trochę wolniejszy wzrost – mówi agencji informacyjnej Newseria Wojciech Kocikowski, wiceprezes zarządu ds. finansowych Amica Wronki.

Wśród produkowanych przez Amicę kuchni najszybciej rosła sprzedaż tych do zabudowy. Wyższe wzrosty spółka odnotowała jednak w segmencie sprzedaży towarów, czyli produktów, których nie produkuje: lodówek, zmywarek, okapów i pralek.

Jak podkreśla Kocikowski, ubiegły rok Amica miała bardzo doby, ponieważ zwiększyła sprzedaż o ponad 20 proc. Wzrosty zanotowała właściwie na wszystkich kluczowych rynkach.

Na żadnym z rynków sprzedaż nie spadła, nawet na rynku rosyjskim zwiększyliśmy obroty. Natomiast najbardziej wzrosła sprzedaż na rynku brytyjskim, gdzie bywały kwartały ze 100-proc. wzrostem – mówi Kocikowski.

Inne kluczowe dla spółki rynki to Niemcy, Skandynawia oraz Czechy i Słowacja.

Ten rok będzie trudny i na pewno sprzedaż będzie niższa niż w ubiegłym. O skali jeszcze trudno mówić. Gdybyśmy osiągnęli wzrost organiczny, bez efektów związanych np. z akwizycjami, rzędu 5 proc., to będziemy zadowoleni – podkreśla wiceprezes.

Obawy spółki dotyczą przede wszystkim kierunku wschodniego. Jak podkreśla Kocikowski, w Rosji trudno będzie powtórzyć ubiegłoroczny wynik. Dodatkowym ryzykiem jest niepewna kondycja kontrahentów na tym rynku.

Mimo oczekiwanego spowolnienia Amica ma ambitne plany związane z rozwojem na rynkach zagranicznych i szuka możliwości przejęć.

Koncentrujemy się na rynkach Europy Zachodniej. Mamy otwartą spółkę w Hiszpanii i zamierzamy tam uruchomić sprzedaż w tym roku. Ciągle nie zapominamy o rynku włoskim, zwiększamy sprzedaż na rynku francuskim i brytyjskim – mówi Kocikowski. – Nieustannie pracujemy nad nowymi inwestycjami i akwizycjami. To będą przede wszystkim spółki dystrybucyjne i za takimi obiektami do przejęcia się rozglądamy. Najbardziej interesuje nas dostęp do rynku.

W zeszłym roku przychody ze sprzedaży firmy przekroczyły 2 mld zł i były o niemal 400 tys. zł wyższe niż rok wcześniej. Zysk netto przypadający na akcjonariuszy spółki spadł jednak o ponad 10 mln zł i przekroczył 78 mln zł. Zysk operacyjny wzrósł natomiast o przeszło 30 mln zł i wyniósł 128 mln zł. Jak podkreśla wiceprezes spółki, wskaźnik dług do EBITDA na koniec zeszłego roku wyniósł 0,2. Jest to niski poziom i jak deklarują władze Amiki, podobnie powinno być w tym roku, nie powinien on przekroczyć 1. To oznacza spore możliwości inwestycyjne.

Za półtora roku ruszy poszerzanie autostrady wokół Poznania

 

Dopiero w drugiej połowie przyszłego roku ruszy budowa trzeciego pasa na autostradowej obwodnicy Poznania. Nie udało się uzyskać zgody na inwestycję w ramach skróconej procedury środowiskowej, więc Autostrada Wielkopolska musi przedstawić pełną dokumentację. Ruch na autostradzie rośnie o 7-8 proc. rocznie.

Będziemy starali się jak najszybciej rozpocząć prace na obwodnicy Poznania związane z budową trzeciego pasa ruchu. Niestety, wbrew naszym oczekiwaniom nie skończyło się to skróconą procedurą środowiskową, lecz rozszerzoną procedurą środowiskową narzuconą nam zgodnie z przepisami przez Regionalną Dyrekcję Ochrony Środowiska – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Lewandowicz, wiceprezes zarządu Autostrady Wielkopolskiej. – Zakładamy, że jest szansa na to, by w drugiej połowie przyszłego roku wejść na budowę trzeciego pasa obwodnicy Poznania.

Autostradowa obwodnica Poznania to ponad 13-kilometrowy fragmentu trasy A2 łączącej Warszawę z Niemcami. Był to jeden z pierwszych zbudowanych w Polsce odcinków autostrady. Obwodnicę uruchomiono w 2003 r. Już wtedy planowano poszerzenie jej do trzech pasów ruchów w każdą stronę. To właśnie dzięki tym planom, pochodzącym jeszcze z 2000 r., Autostrada Wielkopolska liczyła na uzyskanie decyzji środowiskowej na rozbudowę w ramach skróconej procedury.

Myśleliśmy, że skoro trzeci pas został zaprojektowany w 2000 roku przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad, to sytuacja uprawnia nas do skróconej procedury, okazało się jednak, że nie – tłumaczy Lewandowicz. – Zakładamy, że decyzję środowiskową będziemy mieli pod koniec tego roku, następnie musi się odbyć projektowanie, następnie konsultacje społeczne, a potem projektowanie techniczne.

Zmianie muszą ulec m.in. założenia dotyczące ruchu. W 2000 r. projekt autostrady uwzględniał plany miasta dotyczące budowy tzw. trzeciej ramy komunikacyjnej, czyli wewnątrzmiejskiej obwodnicy. Plany te obecnie są zawieszone z uwagi na brak środków i nie wiadomo, czy trzecia rama w ogóle kiedykolwiek powstanie. Z tego powodu ruch na autostradowej obwodnicy Poznania może być większy niż zakładano 15 lat temu. Tym bardziej że ruch na całej autostradzie A2 zarządzanej przez Autostradę Wielkopolską, czyli na odcinku od Konina do Świecka, cały czas rośnie bardzo stabilnie.

Ruch przyrasta o 7-8 proc. rocznie. Trudno mi powiedzieć, czy ten trend utrzyma się do 2018 roku. Olbrzymi wpływ będzie miał na to rozwój gospodarczy i utrzymanie PKB na odpowiednio wysokim poziomie – mówi Lewandowicz.

Na razie Lewandowicz nie chce oceniać wpływu ostatniej podwyżki opłat za przejazd autostradą. Od połowy stycznia kierowcy aut osobowych za przejazd całym odcinkiem z Konina do Świecka muszą zapłacić 69 zł, za odcinek od Konina do Poznania – 34 zł, a za odcinek od Poznania do Świecka – 35 zł. Przejazd fragmentem wokół Poznania (od węzła Poznań Zachód do Poznań Wschód) jest bezpłatny.

 Dwa miesiące to bardzo krótki okres, żeby jednoznacznie stwierdzić, jaki ta podwyżka miała wpływ. Obserwujemy ten sam poziom ruchu. Z racji tego, że takie statystyki zwykle przeprowadza się w okresach co najmniej półrocznych, to będę przygotowany na takie pytanie w okolicach lipca – mówi wiceprezes zarządu Autostrady Wielkopolskiej.

Dodaje, że dla Autostrady Wielkopolskiej przyrost ruchu jest procesem w miarę stabilnym i równomiernym. W przeciwieństwie do szczególnie autostrady A1 prowadzącej do Gdańska, na kierunku od Warszawy do Niemiec nie widać bardzo dużego wzrostu ruchu w miesiącach wakacyjnych. Autostrada Wielkopolska nie planuje zatem szczególnych przygotowań związanych chociażby z usprawnieniem płatności w tym szczytowym okresie.

Biedronka chwali sobie współpracę z polskimi dostawcami. Wielu spośród 500 partnerów współpracuje z siecią od początku jej obecności w kraju

 

Umożliwienie płatności kartami, otwarcie 2500. sklepu oraz wdrożenie systemu testowania produktów marek własnych przez klientów – to najważniejsze wydarzenia dla Biedronki w dobrym, choć trudnym ubiegłym roku. Sieć rozwija się szybko m.in. dzięki udanej współpracy z polskimi dostawcami. Z ponad 500 partnerów handlowych z naszego kraju większość współpracuje z Biedronką od początku jej obecności w Polsce.

Współpraca z dostawcami na co dzień oczywiście nie jest pozbawiona różnych trudnych elementów, ale jesteśmy dumni z tego, że budujemy ją w sposób stabilny – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Beata Jankowiak, dyrektor ds. zakupów Jeronimo Martins Polska, właściciela Biedronki.

Biedronka ma obecnie ponad 500 polskich partnerów handlowych. Dzięki temu 90 proc. produktów oferowanych przez tę sieć zostało wyprodukowanych w Polsce. Jak podkreśla Jankowiak, większość z nich współpracuje z Biedronką od początku jej działalności w Polsce, czyli od 1995 r.

Wieloletnia współpraca z tymi samymi dostawcami to ‒ według Jankowiak ‒ dowód na to, że Biedronka sprawdza się jako partner handlowy i wspiera rodzimy rynek. Warto jej zdaniem zwrócić uwagę także na to, że poza długofalowym działaniami Biedronka wprowadza także nowe projekty.

‒ Zrealizowaliśmy wiele ciekawych projektów, wśród najważniejszych było wprowadzenie długo oczekiwanych płatności kartą w naszych sklepach – przypomniała Jankowiak podczas Poland & CEE Retail Summit 2015. ‒ Bardzo ważnym wydarzeniem było też utworzenie platformy Testujemy. Jest to platforma zrzeszająca w tej chwili 80 tys. użytkowników, którzy zgłosili się i chcą testować nasze produkty, produkty marki własnej, które następnie oceniają, degustują, sprawdzają i przekazują nam swoje uwagi. Na ich podstawie nasza sieć dokonuje wyboru produktów.

Jankowiak podkreśla, że dzięki temu klienci sieci mają bezpośredni wpływ na to, co potem pojawia się na półkach. Ważnym wydarzeniem w ubiegłym roku było też otwarcie 2500. placówki Biedronki w Polsce (w Milanówku). Obecnie Biedronka ma już ponad 2600 sklepów w ponad 900 miejscowościach, i zatrudnia łącznie ok. 55 tys. pracowników w Polsce.

Od dziś wstępne badania lekarskie dla pracowników na nowych zasadach

 

1 kwietnia zmieniają się zasady wstępnych badań lekarskich. Pracodawcy nie będą musieli wysyłać na nie nowych pracowników, którzy dostarczą ważne orzeczenie lekarskie z poprzedniego miejsca pracy. Konieczne jest, by warunki pracy na obu stanowiskach były podobne oraz by między rozwiązaniem jednej umowy a podpisaniem następnej nie minęło więcej niż 30 dni.

Od 1 kwietnia przepisy wprowadzają kolejny wyjątek od obowiązku przeprowadzania wstępnych badań lekarskich. Pracownicy, którzy dostarczą nowemu pracodawcy ważne orzeczenie lekarskie o braku przeciwwskazań do pracy na określonym stanowisku, a ten uzna, że warunki wskazane w orzeczeniu odpowiadają tym na nowym stanowisku, nie będą musieli podlegać wstępnym badaniom lekarskim – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Lasota, ekspert prawa pracy z kancelarii Wierzbowski Eversheds.

Przed 1 kwietnia, zgodnie z art. 229 kodeksu pracy, obowiązkowym wstępnym badaniem lekarskim musieli poddać się wszyscy pracownicy przyjmowani do pracy z wyjątkiem osób, które były zatrudniane przez tego samego pracodawcę na tym samym bądź podobnym stanowisku i o tych samych warunkach pracy, o ile między rozwiązaniem umowy poprzedniej a zawarciem kolejnej nie minęło więcej niż 30 dni.

Utrzymany zostaje warunek, że między rozwiązaniem i podpisaniem nowej umowy nie może minąć więcej niż 30 dni. Na zwolnienie z badań lekarskich nie mogą liczyć osoby przyjmowane do wykonywania prac szczególnie niebezpiecznych.

Ze wstępnych badań lekarskich zwolnione są także te osoby przyjmowane do pracy, które jednocześnie są zatrudnione u innego pracodawcy. Nie zmieniają się natomiast zasady, po jakim czasie pracownik musi przejść okresowe badania, czyli co 2, 3, 4 lub 5 lat, w zależności od warunków pracy.

Ekspert pozytywnie ocenia wprowadzone zmiany.

Z punktu widzenia pracodawcy wprowadzą one pewne uproszczenia. Na pewno zostaną ograniczone koszty związane z wysyłaniem pracowników na wstępne badania lekarskie, co ułatwi proces rekrutacji i przyjmowania do pracy. Będzie to też mniej uciążliwe dla pracowników – przekonuje Paweł Lasota.

Uproszczenia te są efektem zmian w ustawie o ułatwieniu wykonywania działalności gospodarczej w zakresie zmieniającym przepisy Kodeksu pracy dotyczące wstępnych badań lekarskich pracowników.

Autografy dobrą lokatą kapitału. Wartość światowego rynku to 5 mld dolarów

Inwestowanie w autografy w Polsce wciąż nie jest popularne. Tymczasem światowy rynek autografów wart jest ponad 5 mld dolarów. Aby na kolekcjonerskiej pasji zarobić, trzeba jednak mądrze inwestować. Eksperci radzą kupować autografów osób rozpoznawalnych na całym świecie i nieżyjących od dłuższego czasu. Warto także poszukiwać autografów jak najbardziej unikalnych, np. listów lub osobistych zapisków.

Autografy, podobnie jak inne przedmioty kolekcjonerskie, np. znaczki, monety czy butelki rzadkiej whisky, z powodzeniem mogą być wykorzystywane jako długoterminowa lokata kapitału. Inwestycja taka jest niezależna od rynków kapitałowych. Ponadto oprócz zysków finansowych daje tzw. dywidendę emocjonalną, a więc przyjemność obcowania z unikalnym przedmiotem związanym ze znaną osobą.

– Należy pamiętać o tym, że taka inwestycja jest długookresowa, minimum 5-6-letnia. Ekstremalnym przykładem zysku z inwestycji może być autograf Oscara Wilde’a, który został zakupiony w 2012 roku przez pewnego kolekcjonera z Wielkiej Brytanii za 8 tys. funtów. Rok później na aukcji Bonham sprzedał go za 12,5 tysiąca. Jest to przykład ekstremalny, tym bardziej że zysk został osiągnięty w bardzo krótkim okresie – mówi agencji informacyjnej Newseria Piotr Suchodolski z Wealth Solutions.

W zmierzeniu potencjalnych zysków pomaga PFC40 Autograph Index, który monitoruje ceny autografów na rynku aukcyjnym. Od 2000 roku indeks ten rośnie w tempie ok. 13,2 proc. rocznie. W ciągu minionych 14 lat najlepszą inwestycją okazał się autograf George’a Harrisona, który zdrożał o 1700 proc.

Rozpoczynając inwestowanie w autografy, warto jednak pamiętać o kilku podstawowych zasadach. Przede wszystkim należy się skoncentrować na zakupie autografów osób rozpoznawalnych na całym świecie. Skupienie się na polskich gwiazdach i osobach publicznych oznacza, że kupcami będą niemal wyłącznie krajowi kolekcjonerzy. Tymczasem polski rynek jest jeszcze słabo rozwinięty, zwłaszcza w porównaniu do rynków w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy we Francji. Rynek autografów na całym świecie szacuje się na 5 miliardów dolarów w skali roku. Według ekspertów  brytyjskiej firmy inwestycyjnej Paul Fraser Collectibles autografy kolekcjonuje ok. 3 mln osób.

Eksperci podkreślają również, że cenniejsze są autografy osób, które już nie żyją.

 Kolejną ważną zasadą jest zasada 20, 30 czy 50 lat. Chodzi o lata, jakie upłynęły od śmierci autora autografu. Mody przemijają. Nigdy nie wiemy, jak osoba, która jeszcze żyje, zapisze się w historii. Przykładem takiej osoby może być Lance Armstrong. Do niedawna wydawało się, że to ideał sportowca, człowieka, który umie pokonać wszelkie przeciwieństwa losu. Teraz będziemy go raczej kojarzyć z ciemną stroną kolarstwa. Podobnym przykładem może być Oscar Pistorius. Dlatego lepiej inwestować w autografy osób, które już jakiś czas temu odeszły z tego świata – mówi Piotr Suchodolski.

Czynnikiem, który warto wziąć pod uwagę, jest unikalność autografu. Równie ważny jest stan, w jakim dany dokument się zachował oraz jego pochodzenie. Istotne znacznie ma także forma: znacznie większą wartość przedstawiają autografy wykonane na zdjęciach niż na zwykłej kartce papieru. Jeszcze cenniejsze są wszelkie osobiste zapiski, listy lub rękopisy. Występują one najczęściej w jednym egzemplarzu, podczas gdy podpisanych zdjęć może być wiele.

– Przykładem może być Charlie Chaplin. Cenniejsze będą autografy na zdjęciach, które przedstawiają go w stroju trampa, czyli wizerunku, który najbardziej kojarzymy. Jeśli na zdjęciu ubrany jest w zwykły garnitur, wartość podpisu spada – mówi Piotr Suchodolski.

Znaczenie ma również okres w życiu znanej osoby, z którego pochodzi dany autograf. W przypadku Marylin Monroe znacznie cenniejsze są autografy pochodzące z czasów, gdy nazywała się jeszcze Norma Jeane Mortenson. Miłośnicy historii najwięcej zapłacą za listy Winstona Churchilla z okresu II wojny światowej, a fani sportu za autografy Muhammada Alego sprzed zmiany nazwiska. Listy Johna F. Kennedy’ego dostępne są za ok. 13 tys. dolarów, podczas gdy ostatni autograf prezydenta, wykonany w dniu zamachu, został sprzedany za 39 tys. dolarów.

Popołudniowy komentarz walutowy z 31.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 31.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Ponad 90% stopy redukcji w transzy otwartej w ofercie Private Equity Managers

Oferta publiczna akcji Private Equity Managers S.A. okazała się ogromnym sukcesem. Dokonano przydziału wszystkich akcji oferowanych, a stopa redukcji w transzy otwartej wyniosła 90,23 proc.

– Ta oferta publiczna to dla nas ogromna satysfakcja, jej wynik przerósł nasze pierwotne oczekiwania. Subfundusz MCI.EuroVentures 1.0 wydzielony w MCI.PrivateVentures FIZ sprzedał wszystkie oferowane akcje po maksymalnej cenie, a popyt na nie zgłaszany przez inwestorów kilkukrotnie przekroczył wielkość oferty. To dowód, że PEManagers jest atrakcyjną spółką z punktu widzenia inwestorów o wciąż dużym potencjale wzrostu, co pozwala na dobre prognozy na przyszłość. Co więcej, z pewnością wartym podkreślenia jest fakt, że w ciągu ostatnich dwóch lat na głównym parkiecie GPW tylko w przypadku czterech spółek zanotowano sprzedaż akcji po cenie maksymalnej i żadna z tych spółek od czasu debiutu nie była notowana poniżej tej ceny.– powiedział Cezary Smorszczewski, prezes zarządu MCI Capital TFI S.A. oraz wiceprezes zarządu Private Equity Managers S.A. odpowiedzialny za upublicznienie spółki.

W trakcie subskrypcji, która trwała od 16 do 20 marca br. (transza otwarta oraz transza dużych inwestorów indywidualnych) oraz od 26 do 30 marca br. (transza inwestorów instytucjonalnych) inwestorzy instytucjonalni złożyli łącznie 56 zapisów na 305 473 akcji, w transzy otwartej złożono zapisy na 460 953 akcji. Stopa redukcji zapisów złożonych w transzy inwestorów indywidualnych wyniosła 90,23 proc. Ostatecznie inwestorom indywidualnym przydzielono 45 045 akcji a dużym inwestorom indywidualnym 61 345 akcji. W ramach przeprowadzonej oferty akcje sprzedawane trafiły do 1 769 inwestorów, w tym 1 713 inwestorów indywidualnych.

– Sukces oferty publicznej akcji PEManagers, a w konsekwencji obecność na warszawskiej giełdzie, z jednej strony zapewni nam jeszcze większą rozpoznawalność na świecie, a z drugiej rozszerzy nasze możliwości pozyskiwania kapitału poza grupą kapitałową MCI Management S.A. Jest to dla kolejny krok w kierunku zbudowania najpierw europejskiej a następnie globalnej firmy zarządzającej aktywami typu private equity.  dodał Cezary Smorszczewski.

Oferta publiczna akcji Spółki zakładała sprzedaż do 411.863 akcji stanowiących 12,35 proc. udziału w jej kapitale zakładowym. Sprzedającym akcje był subfundusz MCI.EuroVentures 1.0. wydzielony w MCI.PrivateVentures FIZ. Cena sprzedaży wyniosła 111 zł, co ustanowiło wartość całej oferty publicznej na poziomie 45,7 mln zł.

Zgodnie z harmonogramem, pełne rozliczenie transakcji ma nastąpić 1 kwietnia br., zaś przewidywany termin debiutu giełdowego Spółki to 9 kwietnia br.

Po co e-sklepom opinie?

Trzy czwarte sklepów internetowych gromadzących opinie konsumenckie traktuje je jako miernik satysfakcji klienta — wynika z danych serwisu Opineo. Jednocześnie tylko 40% e-sklepów dostrzega w opiniach szansę na dialog z klientami.

Ankieta, jaką serwis Opineo przeprowadził w lutym i marcu 2015 na próbie 200 sklepów internetowych, pokazuje, że większość e-sklepów doskonale wie, jak wykorzystać w praktyce opinie konsumenckie.

Od satysfakcji do promocji

Dla 75% sklepów internetowych opinie potransakcyjne są narzędziem służącym do mierzenia satysfakcji klienta. Wystawiając opinię, w skali od 1 do 10 klienci oceniają szybkość realizacji zamówienia, poziom obsługi klienta, jakość zapakowania przesyłki oraz deklarują, czy poleciliby sklep znajomym. Taka wiedza to dla sklepów internetowych cenna nauka, bo pozwala na bieżąco monitorować wskaźniki satysfakcji, zestawiając je dowolnie w czasie lub porównując z wynikami konkurencji. 60% ankietowanych sklepów przyznaje, że wyciąga wnioski z negatywnych ocen konsumenckich, a 40% wykorzystuje wskazówki od klientów do optymalizacji procesów sprzedażowych.

Nieco ponad połowa przepytanych przez serwis e-sklepów przyznaje, że gromadzi opinie od klientów głównie po to, by się nimi szczycić. Dzięki nim pozycjonuje swoją markę jako polecaną, godną zaufania i wysoko ocenianą przez klientów.

Pozytywne opinie pozwalają sklepom rosnąć

Sklepy mają świadomość tego, że wraz z poziomem rekomendacji rośnie też liczba klientów. Na pytanie: „Co powodują pozytywne opinie o sklepie internetowym?” badane sklepy wskazywały przede wszystkim na wzrost liczby klientów (69%) i wzrost konkurencyjności (59%). 9% respondentów zaznaczało odpowiedź „Inne”, dodając, że pozytywne opinie powodują wzrost zaufania do sklepu oraz wzrost wiarygodności. Ponadto, zdaniem niektórych ankietowanych, rekomendacje rozwiewają wątpliwości klienta, który nie jest pewien, czy ma skorzystać z usług internetowych danego sklepu.

Negatywne recenzje każą uczyć się na błędach

Na drugim biegunie znajdują się opinie negatywne. Te — zdaniem większości sklepów — przyczyniają się przede wszystkim do spadku liczby klientów (64%) i spadku sprzedaży (56%). 12% respondentów wskazywało odpowiedź „Inne”, argumentując, że negatywne opinie przyczyniają się do poprawy jakościowej rynku, zmuszają do weryfikacji własnych działań pod kątem ich doskonalenia i umożliwiają uczenie się na błędach. Część ankietowanych prezentuje pogląd, że pojedyncze złe opinie nie są w stanie zagrozić reputacji sklepu, a nawet uwiarygadniają go w oczach klienta. Niektóre sklepy przyznawały jednak, że negatywne opinie bywają niesprawiedliwe i mogą powodować spadek zaufania do sklepu.

Podsumowanie

Sklepy internetowe, które śledzą opinie konsumentów na swój temat, potrafią dostrzec pozytywy nie tylko w dobrych ocenach, ale też w negatywnych komentarzach. Zarówno jedne, jak i drugie pomagają im rozwijać biznes, doskonalić procesy sprzedażowe oraz monitorować poziom zadowolenia klientów.

Niestety to samo badanie wskazuje, że zaledwie 40% sklepów internetowych dostrzega w opiniach szansę na dialog z klientami. Jest więc wysoce prawdopodobne, że sklepy wolą monitorować i analizować wskaźniki ocen dla własnych celów biznesowych, aniżeli angażować się w dialog, który dla wielu z nich mógłby się okazać bardzo trudną konfrontacją.

Odpady – nowy surowiec Europy

Gospodarka, w której odpady praktycznie nie istnieją, żadne surowce się nie marnują, a każdy produkt wykorzystywany jest wielokrotnie – to koncepcja o zamkniętym obiegu jaką chce realizować Komisja Europejska. Choć ostatnie jej propozycje zmierzały w tym kierunku, na zmiany trzeba jeszcze poczekać.

Propozycje KE dot. dyrektyw odpadowych zakładały podniesienie do 2030 r. poziomu recyklingu odpadów opakowaniowych do 80 proc., komunalnych do 70 proc. oraz wyeliminowanie składowania odpadów, a do 2025 r. zakaz składowania tworzyw sztucznych nadających się do przetworzenia. Sugerowane zmiany nie spotkały się                  z akceptacją części państw członkowskich i w związku z brakiem porozumienia KE rozpoczęła prace nad nowym projektem, który ma przedstawić jeszcze w tym roku. W dotychczasowych propozycjach podkreślano, że wyższe docelowe poziomy recyklingu będą impulsem do zmiany sposobu funkcjonowania gospodarki unijnej – z linearnego na gospodarkę o obiegu zamkniętym, zwaną również ekonomią cyrkularną. Jak podaje KE „przejście do gospodarki o obiegu zamkniętym stanowi kluczowy filar programu efektywnego gospodarowania zasobami ustanowionego w ramach strategii „Europa 2020” na rzecz zatrudnienia i inteligentnego, trwałego wzrostu gospodarczego sprzyjającego włączeniu społecznemu.”

Ekonomia cyrkularna, to koncepcja zakładająca stworzenie gospodarki o zamkniętym obiegu w której surowiec, używany w produkcji wykorzystywany jest wielokrotnie. Nieskorzystanie z niego ponownie jest potencjalną stratą gospodarczą, skutkującą koniecznością dalszej eksploatacji zasobów naturalnych oraz wprowadzenia większej ilości zanieczyszczeń do środowiska przy wytwórstwie nowych produktów. Przetworzenie surowca w procesie odzysku jest tańsze, korzystniejsze dla środowiska i wymaga mniejszego zużycia energii.  Ekonomia cyrkularna zakłada stworzenie systemu, w którym produkt nie trafia na składowisko a poddawany jest recyklingowi i ponownie wykorzystany w tej samej lub innej formie. Takie odpady – surowce – jak papier, tworzywa sztuczne, szkło, metale żelazne i nieżelazne mogą być poddawane recyklingowi wielokrotnie. Papier może być przetwarzany 6-7 razy, tworzywa sztuczne do 10 razy i wykorzystywane np. w plastikowych paletach i koszach, ekranach dźwiękowych, doniczkach na kwiaty czy meblach ogrodowych.

– Temat gospodarki o zamkniętym obiegu zyskuje coraz większe zrozumienie, co było widać  przy okazji dyskusji jaką toczono nad zmianami w dyrektywach odpadowych. W założeniu ekonomia cyrkularna to system, w którym nie istnieją odpady, ponieważ surowce wtórne są zawracane i cały czas przetwarzane w procesie produkcji. Rozwiązanie to wymaga innowacyjnego podejścia do zarządzania odpadami i projektowania procesów produkcji od razu z myślą o ponownym wykorzystaniu wszystkich rodzajów odpadów. Istotnym elementem wdrożenia takiego systemu jest również dobór materiałów wykorzystywanych np. do produkcji opakowań, tak aby możliwe było zminimalizowanie nakładów w procesie ich odzysku – mówi Anna Nowakowska, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Stena Recycling.

Zwolennicy wprowadzenia gospodarki o zamkniętym obiegu podkreślają konieczność zapewnienia produktom dłuższego cyklu życia i ich wielokrotnego wykorzystania. Według danych Fundacji Ellen MacArthur, powołanej do promocji ekologii cyrkularnej, recykling produktów takich jak samochody, maszyny, meble, sprzęt elektroniczny mógłby przynieść, w zależności od scenariusza transformacji,  oszczędności na poziomie 340-630 mld dolarów w UE. Według KE wprowadzenie gospodarki obiegowej stworzyłoby również  580 tys. nowych miejsc pracy. Polska, która wyraziła sprzeciw wobec propozycji KE dot. dyrektyw odpadowych zwróciła uwagę, że są to jednak drogie rozwiązania, które wymagają odpowiedniej technologii i nie są możliwe do zrealizowania w tak krótkim czasie.

Według szacunkowych danych EUROSTAT w 2012 r. w UE powstało ponad 2 518 mln ton odpadów. W Polsce jak podają najnowsze dane GUS już za 2013 r. wytworzono ok. 142 mln ton odpadów, z czego prawie 131 mln ton to skutek m.in. działań przemysłowych, produkcyjnych, wydobycia i przeróbki rud. Poziom recyklingu odpadów przemysłowych w Polsce (tzn. wszystkich odpadów z wyłączeniem komunalnych) wyniósł 69,4 proc. Kolejne 28,6 proc. zostało unieszkodliwionych, a 2 proc. jest magazynowanych czasowo.

Chociaż koszty wprowadzenia gospodarki cyrkularnej mogą być wysokie, dostępne są również rozwiązania niskobudżetowe podnoszące poziom recyklingu, które nie wymagają znacznych inwestycji, są proste do wprowadzenia, a zarazem przynoszą konkretne korzyści przedsiębiorstwu. Zmiana wewnętrznej logistyki     w firmie, to jest systemu gromadzenia odpadów (układu pojemników i kontenerów) oraz działania edukacyjne wśród pracowników pozwalają na wysegregowanie wartościowych odpadów surowcowych. Mają też wpływ na liczbę odbiorów i optymalizują transport. – Minimalizacja tonażu odpadów kierowanych na składowiska pozwala ograniczyć koszty ponoszone przez przedsiębiorstwa oraz ich niekorzystny wpływ na środowisko. Wykorzystani w produkcji surowców wtórnych może obniżyć koszty produkcyjne, a na pewno pozwala ograniczyć wykorzystanie zasobów naturalnych i emisję zanieczyszczeń. Są to rozwiązania, które mogą być interesujące nie tylko dla zwolenników gospodarki obiegowej, ale i przedsiębiorców chcących podnieść efektywność ich firm – mówi Nowakowska.

Wycena obligacji nominowanych w EUR

0

Ministerstwo Finansów informuje, że w dniu 30 marca br. dokonano wyceny obligacji benchmarkowych nominowanych w euro o terminie wykupu 10 maja 2027 r. Wartość nominalna nowej emisji obligacji 12-letnich wyniosła 1 mld euro, przy zgłoszonych ofertach na poziomie 1,7 mld.

Obligacje wyceniono na 35 punktów bazowych powyżej średniej stopy swapowej. Uzyskana rentowność – 1,022%, jest najniższa w historii emisji polskich obligacji na rynku euro. Roczny kupon obligacji ustalono na poziomie 0,875%.

Struktura nabywców obligacji jest znacznie zdywersyfikowana zarówno pod względem geograficznym, jak i instytucjonalnym.

Nabywcami obligacji są przede wszystkim inwestorzy z Europy, w tym: Niemcy (21%), Polska (14%), Francja (11%), Wielka Brytania (8%), Włochy (6%), Skandynawia (5%), Szwajcaria (4%), Austria (4%) i pozostałe kraje europejskie (6%). Udział inwestorów z Azji wyniósł 18%, a z Bliskiego Wschodu 3%.

W strukturze podmiotowej dominują docelowi inwestorzy długoterminowi. Udział banków centralnych i funduszy zarządzających środkami publicznymi był na najwyższym poziomie dla obligacji długoterminowych i wyniósł 22%. Udział w emisji funduszy inwestycyjnych ukształtował się na poziomie 44%, funduszy emerytalnych i firm ubezpieczeniowych 21%, a banków 13%.

Emisję przeprowadzono na podstawie programu emisji obligacji średnioterminowych na rynku europejskim (EMTN).

Kierownikami konsorcjum emitującego obligacje są banki: Banco Santander S.A., Barclays Bank PLC, Citigroup Global oraz Société Générale

Nowe prawo o ruchu drogowym nie poprawi bezpieczeństwa

Kolejna nowelizacja prawa drogowego zmierza do tego, aby można było legalnie nakładać kary na osoby i przedsiębiorców, którzy nie naruszają przepisów, polegających na przekroczeniu prędkości w ruchu drogowym. Ich skutki odczują przedsiębiorcy – właściciele, zwłaszcza z branży leasingowej, wynajmu czy transportowej. Nowe prawo nie zwiększy bezpieczeństwa na drogach – przestrzegają Konfederacja Lewiatan i Związek Polskiego Leasingu.

W Sejmie pojawiła się kolejna nowelizacja ustawy – Prawo o ruchu drogowym. Celem projektu jest zamiana postępowania mandatowego na postepowanie administracyjne, w przypadku nakładania kar za przekroczenie dozwolonej prędkości lub poruszanie się niezgodnie ze wskazaniami sygnalizacji świetlnej, ujawnionego przy użyciu urządzeń rejestrujących, potocznie nazywanych fotoradarami. Karę pieniężną w formie decyzji administracyjnej miałby nakładać Główny Inspektor Transportu Drogowego – odpowiedzialność ponosić by mieli właściciele pojazdów. Ma to doprowadzić do istotnej poprawy bezpieczeństwa ruchu drogowego.

– Zamiana dotychczasowej kwalifikacji z wykroczenia na delikt administracyjny oznacza, że sytuacja prawna osób „obwinionych” o naruszenia przepisów ustawy – Prawo o ruchu drogowym, znacząco się pogarsza. Uszczupla się bowiem ich prawa – w tym prawa procesowe -które obecnie wynikają z kodeksu wykroczeń i kodeksu postępowania w sprawach o wykroczenia. Zresztą, w ogóle odchodzi się od karania osób dopuszczających się czynu niedozwolonego na rzecz karania właścicieli pojazdów. W praktyce, proponowane przepisy będą więc miały ogromny wpływ na przedsiębiorców, a w szczególności tych z branży leasingowej, wynajmu czy transportowej – a zatem wszędzie tam, gdzie mamy właścicieli dużych flot samochodowych. Z dużym prawdopodobieństwem można zakładać, że karani będą właśnie przede wszystkim właściciele samochodów, jako podmioty łatwiejsze do ustalenia, od których znacznie łatwiej wyegzekwować karę – mówi Bartosz Wyżykowski, radca prawny w Konfederacji Lewiatan.

W praktyce na podstawie projektowanych przepisów, kary pieniężne za przekroczenie prędkości będą mogły być legalnie nakładane na osoby (podmioty), które nie są odpowiedzialne za naruszenia przepisów. Projekt spowoduje więc, że na osoby kierujące, dopuszczające się naruszeń przepisów, nie będą nakładane punkty karne, które mogłyby spowodować np. zatrzymanie prawa jazdy. Oznacza to, że wbrew intencjom ustawodawcy, nie zwiększy się bezpieczeństwo w ruchu drogowym. Skutkiem zmian może być natomiast zwiększenie się wpływów budżetowych z nakładanych kar.

– Projektowane przepisy zmierzają do tego, aby można było legalnie nakładać kary na osoby i przedsiębiorców, którzy nie naruszają przepisów, polegających na przekroczeniu prędkości w ruchu drogowym. Według raportu NIK ponad 98 tys. sprawców ujawnionych przypadków niestosowania się do ograniczeń prędkości, tj. blisko 40% wszystkich dotychczas ukaranych, nie zostało ukaranych mandatem za to wykroczenie (tym samym nie dostało też punktów karnych), bo właściciele pojazdów odmawiali wskazania kierującego pojazdem. Generalny Inspektor Transportu Drogowego (GITD) w stosunku do tych właścicieli nałożył 98 642 mandaty na kwotę 32,7 mln zł. Natomiast do wykroczenia przyznało się znacznie więcej osób, czyli 161 109 właścicieli pojazdów i otrzymało z tego tytułu punkty karne. GITD nałożył na te osoby 151 193 mandaty na kwotę 33,9 mln zł. W ocenie NIK, tak duża skala odmów wskazuje, że obecne rozwiązania w tym zakresie nie funkcjonują prawidłowo – mówi Andrzej Sugajski, dyrektor generalny Związku Polskiego Leasingu.

Po zmianie przepisów problem odmów co prawda zniknie, ale w konsekwencji proponowanych przepisów już nie 40%, a 100% sprawców nie otrzyma punktów karnych. Podobne zastrzeżenia pojawiły się w opinii Prokuratora Generalnego, który stwierdził, że projekt przewiduje wprowadzenie regulacji, które z pewnością nie przyczynią się do zwiększenia bezpieczeństwa na drogach. Również Sąd Najwyższy wskazując na to, że proponowane przepisy zrywają z wymogiem legislacyjnym nakazującym traktowanie wykroczeń ( w tym przeciwko bezpieczeństwu w komunikacji) jako części prawa represyjnego uznał, że opiniowany projekt nie zasługuje na aprobatę.

Konfederacja Lewiatan

W przetargach publicznych umowy muszą być waloryzowane

Nadal w wielu specyfikacjach istotnych warunków zamówienia (SIWZ) zamawiający nie uwzględniają – choć powinni – obowiązku waloryzowania umów. Jest to sprzeczne z brzmieniem ustawy, istotnie pogarsza sytuację wykonawców, którzy zmuszeni są do zaskarżania zapytań przetargowych do Krajowej Izby Obrachunkowej. KIO podziela argumenty przedsiębiorstw, nakazując zamawiającym dokonanie zmian w treści specyfikacji zamówienia – zauważa Konfederacja Lewiatan.

W 2014 roku znowelizowano – niezwykle istotną dla funkcjonowania polskiego rynku pracy – ustawę Prawo zamówień publicznych. Bez wątpienia udało się tego dokonać dzięki wieloletnim, konsekwentnym i wspólnym działaniom związków zawodowych, pracodawców oraz strony rządowej. Uczestnicy rynku jednoznacznie opowiedzieli się za uzdrowieniem sytuacji w sektorze publicznym. Nowe regulacje mają umożliwić wykonawcom skuteczne realizowanie usług w przypadku zmian stawki VAT, wysokości minimalnego wynagrodzenia oraz zasad podlegania ubezpieczeniom społecznym i zdrowotnym.

Wykonawcy kwestionują postanowienia ogłoszeń o zamówieniu oraz SIWZ – w wielu wypadkach uważają je za sprzeczne z przepisami zawartymi w znowelizowanej ustawie Prawo zamówień publicznych. Twierdzą, że choć zamawiający wpisuje do specyfikacji klauzule weryfikacyjne, to tak naprawdę większość z nich nie reguluje mechanizmów waloryzacji. Często bowiem klauzule te są ustalane na nieracjonalnym rynkowo poziomie.

– Zdarzają się sytuacje, w których zamawiający uwzględnia w SIWZ zapis, że waloryzacja nastąpi tylko wtedy, kiedy np. minimalna pensja wzrośnie o 5%. Dane historyczne pokazują, że ten przepis praktycznie nie ma szans realizacji, bo w ostatnich latach nie było takiego przypadku. Warto podkreślić, że klauzule waloryzacyjne – według art. 142 ust. 5 ustawy Prawo zamówień publicznych – powinny zostać zastosowane przy okazji każdego, nawet jedno- lub dwuprocentowego wzrostu obowiązkowych obciążeń. Postepowanie zgodnie z intencją ustawodawcy będzie miało ogromne znaczenie zwłaszcza od 1 stycznia 2016 roku, kiedy zacznie obowiązywać ustawa nakładająca stawkę ZUS we wszystkich umowach zleceniach. Ponadto trzeba pamiętać, że waloryzacja nie tylko pozwala wykonawcom na otrzymanie sprawiedliwego wynagrodzenia za usługę, ale także poprawia sytuację pracowników. To dzięki niej zatrudnieni nie muszą się obawiać, że zostaną zwolnieni na skutek nieprzewidzianego wzrostu obciążeń pracodawcy – komentuje Marek Kowalski, przewodniczący Rady Zamówień Publicznych Konfederacji Lewiatan.

W ostatnim czasie do KIO wpłynęło odwołanie firmy Impel Cleaning, która zarzuciła zamawiającemu – Uniwersyteckiemu Dziecięcemu Szpitalowi Klinicznemu w Białymstoku, że warunki przetargu na usługę utrzymania czystości zostały opracowane sprzecznie z literą prawa. W zapisach przetargowych nie włączono poprawnie tzw. klauzul waloryzacyjnych, co w praktyce oznacza, że wykonawca – w przypadku pojawienia się nieprzewidzianych zmian w obciążeniach publicznoprawnych – nie będzie mógł uwzględnić ich w ostatecznych rozliczeniach. W efekcie, nawet pozornie niewielka zmiana np. podatku VAT czy zmiana poziomu płacy minimalnej może skutkować znaczącym wzrostem kosztów wykonawcy, bez możliwości odzyskania ich równowartości od zamawiającego. Ma to szczególne znaczenie w zamówieniach, w których większość kosztów stanowią wynagrodzenia pracowników – zwłaszcza w branżach usługowych. Nie można bowiem dopuścić do sytuacji, gdy wzrost obciążeń fiskalnych obniży pensję, jaką pracownik otrzymuje do ręki. Zamawiający zawsze powinien wkalkulować w budżecie wynagrodzenia pracowników z uwzględnieniem podatków, składek na ubezpieczenia – także w tej części, którą obowiązkowo odprowadza pracownik.

KIO pozytywnie ustosunkowała się do zastrzeżeń i nakazała zamawiającemu dokonanie stosownych zmian treści specyfikacji istotnych warunków zamówienia podkreślając, że wysokość waloryzacji powinna być wprost zależna od wzrostu obciążeń publicznoprawnych wykonawcy.
Uwzględnianie w SWIZ klauzul waloryzacyjnych w postaci zgodnej z literalnym brzmieniem regulacji umożliwi przedsiębiorstwom funkcjonowanie w zdecydowanie bardziej przewidywalnym otoczeniu prawnym. Uszczegółowiony mechanizm waloryzacji – obejmujący zmiany stawki VAT, wysokości minimalnego wynagrodzenia oraz zasad podlegania ubezpieczeniom społecznym i zdrowotnym – gwarantuje firmom pewność prowadzenia swojego biznesu w dłuższym okresie czasu. Tylko w takim przypadku wykonawca będzie świadomy, że jego usługi rozliczane są uczciwie, co istotnie wpłynie także na jakość usług świadczonych przez podmiot realizujący zamówienie oraz sytuację zatrudnionych pracowników. Każda zmiana obowiązkowych obciążeń fiskalnych w istotny sposób wpływa bowiem na bilansowanie kontraktów publicznych – przykładowo w usługach – obecna zyskowność oscyluje zaledwie na poziomie 5%.

– Zmiany w sporządzaniu SIWZ muszą nastąpić jak najszybciej. Zdajemy sobie z tego sprawę – Konfederacja Lewiatan aktywnie wspiera wszystkich uczestników rynku, zwłaszcza zamawiających. Specjalnie dla nich został opracowany m.in. katalog dobrych praktyk, który ma na celu ułatwienie opracowywania specyfikacji oraz pełną i zgodną z intencją ustawodawcy realizację nowych zapisów prawnych – dodaje Marek Kowalski.

Katalog jest krokiem milowym w kierunku dalszej profesjonalizacji systemu zamówień publicznych. Uwzględnia on tak istotne aspekty jak: wdrażanie w procedurach przetargowych jasnych kryteriów jakościowych i odejście od dominującej roli kryterium ceny, wymaganie zatrudnienia pracowników na umowy o pracę do realizacji konkretnych zamówień publicznych oraz pełną waloryzację umów.

Zdaniem zdecydowanej większości ekspertów rynku zamówień publicznych tylko pełna waloryzacja umów w toku może poprawić sytuację w sektorze publicznym. Zamawiający powinni dokonywać waloryzacji w oparciu o stawki brutto. Koszt wynagrodzenia obejmuje bowiem nie tylko kwotę wypłacaną pracownikowi, ale także odprowadzane podatki i składki na ubezpieczenia społeczne.

Premier spełniła połowę obietnic? Jest ich znacznie mniej

Dzisiaj Ewa Kopacz będzie chwalić tym, ile zrobiła przez pół roku, odkąd pełni urząd premiera. Wedle zapowiedzi, które wygłaszają podwładni pani premier, spełniła ona już połowę obietnic złożonych w swoim expose. Money.pl prowadzi jednak własną analizę poczynań rządu. Kopaczometr, czyli indeks, który obrazuje stan realizacji zapowiedzi szefowej gabinetu PO-PSL, wskazuje mniejszą wartość.

Wprawdzie szefowa rządu po kolejnym miesiącu może do wykonanych zadań dopisać sobie kolejne, ale według naszego wskaźnika spełniła dopiero 36 proc. obietnic. W porównaniu do poprzedniego odczytu z końca lutego, to wzrost o 3 punkty procentowe. Nowe punkty wynikają ze zwiększenia liczby rezydentur dla młodych lekarzy oraz debiutu systemu e-podatki, który jest częścią programu ułatwień dla podatników.

Tyle zrobił rząd przez 6 miesięcy

Kategoria Stan realizacji Do zdobycia
Finanse i bezpieczeństwo publiczne 4 proc. 20 proc.
Podatki i ułatwienia dla przedsiębiorców 5,5 proc. 20 proc.
Opieka zdrowotna 17,5 proc. 20 proc.
Edukacja 2 proc. 20 proc.
Infrastruktura i transport 7 proc. 20 proc.
Razem: 36 proc. 100 proc.

źródło: obliczenia Money.pl

 

Wspomniane wyżej projekty to tylko niewielka część celów, które Ewa Kopacz postawiła przed swoim gabinetem, wygłaszając w sejmie expose. Wiele z nich to zadania zaplanowane na nadchodzące lata, a ich realizacja na pewno nie nastąpi przed wyborami parlamentarnymi, które przeprowadzone zostaną jesienią. Jaką część koalicyjny gabinet spełni w tej kadencji, a ile zostanie jedynie pustą obietnicą – pokażą najbliższe miesiące.

Obietnice premier Kopacz z expose wygłoszonego przez nią 1 października Money.pl podzielił na pięć kategorii i wybrał najważniejsze z nich – z punktu widzenia działania państwa i życia obywateli. Za każdy z działów pani premier może otrzymać 20 proc. Tworząc Kopaczometr, autorzy założyli ponadto, że nie wszystkie ujęte w zestawieniu projekty rządu będą miały jednakową wagę procentową. I tak np. szykowane zwiększenie wydatków na obronność do 2 proc. PKB uznać można za jeden z ważniejszych i nie można go porównywać z rządowymi stypendiami zagranicznymi dla najzdolniejszych studentów.

Jeśli rząd Ewy Kopacz spełni wszystkie obietnice wyszczególnione w naszym zestawieniu, uzyska 100 proc. Punkty procentowe za realizację portal Money.pl przyznaje dopiero, gdy dana zapowiedź została przyjęta przez parlament i podpisana przez prezydenta lub przeszła procedurę legislacyjną, gwarantującą jej wdrożenie, albo – jak w przypadku np. inwestycji drogowych i zmian w służbie zdrowia – została faktycznie wykonana. Przedstawienie projektu albo zatwierdzenie go przez rząd i Sejm nie jest punktowane.

 

Finanse i bezpieczeństwo publiczne – 4 proc.

Zwiększenie wydatków na polską obronność do równowartości 2 proc. PKB 4 marca dwa projekty ustaw, które zaowocują większymi nakładami na obronność od 2016 roku miały pierwsze czytanie w komisjach sejmowych.
Zwiększenie bezpieczeństwa energetycznego Polski Sejm pracuje nad rządowym projektem regulacji, które wprowadzają koncesję na sprzedaż w Polsce węgla z zagranicy (wydawał je będzie Urząd Regulacji Energetyki). Nowelizacja Prawa energetycznego po poprawkach Senatu trafiła do Nadzwyczajnej komisji ds. energetyki i surowców energetycznych.
Rewaloryzacja emerytur i rent 21 listopada 2014 roku prezydent podpisał nowelizację ustawy o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, za sprawą której w 2015 roku minimalny wzrost świadczenia emerytalnego i rentowego wyniesie 36 zł. Rozwiązanie obejmie tych emerytów i rencistów, których świadczenie jest niższe niż 3300 zł. Państwo przeznaczy na ten cel 3,8 mld zł w 2015 roku.
39 mln zł dla żołnierzy służących dłużej Na podstawie rozporządzenia szefa MON od stycznia 2015 roku oficerowie i podoficerowie dostają dodatki za dłuższą służbę.

Podatki i ułatwienia dla przedsiębiorców – 5,5 proc.

Zmiany w ordynacji podatkowej 17 marca minister finansów przedstawił rządowi założenia projektu nowej ordynacji podatkowej.
Zmiany w rozliczeniach ulg na dzieci Od roku podatkowego 2014 każda rodzina z dziećmi będzie mogła w 100 proc. wykorzystać ulgę na dzieci, niezależnie od dochodów. 24 listopada 2014 r. prezydent podpisał nowelizację ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, która podnosi wielkość ulg na trzecie i kolejne dziecko. Pierwsza z nich wzrasta do 2000 zł, druga – do 2700 zł.
Ułatwienia dla podatników Premier zapowiedziała wprowadzenie systemu e-podatki, dzięki któremu każdy będzie miał łatwy i bezpieczny dostęp do swojego konta podatnika (od II kwartału 2015 r.). Od połowy marca działa już pierwszy element systemu, dzięki któremu urzędy skarbowe wstępnie wypełniają PIT-y. Podatnik będzie mógł także załatwić swoje sprawy w dowolnym urzędzie (według planów rządu – od grudnia 2015 r.).
Zmiany w prawie o działalności gospodarczej Przyjęty przez Ministerstwo Gospodarki projekt założeń ustawy przeszedł uzgodnienia międzyresortowe i konsultacje społeczne i 26 marca został skierowany do Rady Ministrów.
Ustawa antykryzysowa Rząd przeznaczy do 500 mln zł z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych na dopłaty do wynagrodzeń lub do szkoleń pracowników, bądź refundację składek na ZUS dla firm, które ucierpiały na rosyjskim embargu. Prezydent podpisał ustawę 28 stycznia, a obowiązuje ona od 1 lutego 2015 r.
Szybkie kredyty na inwestycje dla przedsiębiorców Bank Gospodarstwa Krajowego zwiększy środki do 25 miliardów zł na zasilenie polskiej przedsiębiorczości – ma to nastąpić w 2015 r.
Urlopy rodzicielskie dla wszystkich Od przyszłego roku z urlopów rodzicielskich mają też korzystać rodzice: bezrobotni, pracujący na umowy o dzieło, studenci i rolnicy. Otrzymają oni nowe świadczenia rodzicielskie w wysokości tysiąca zł miesięcznie, które będzie można pobierać przez rok po urodzeniu dziecka. 19 marca projekt ustawy wprowadzającej świadczenie rodzicielskie przyjął Komitet Stały Rady Ministrów.

Opieka zdrowotna – 17,5 proc.

Wdrożenie pakietu kolejkowego Od nowego roku zwiększyła się liczba badań, które będzie mógł zlecić lekarz rodzinny (m.in. gastroskopia, kolonoskopia, spirometria, PSA; USG – m.in. tarczycy, nerek, piersi). Działa też ogólnopolski informator o czasie oczekiwania na świadczenia medyczne, w którym co tydzień aktualizowana jest liczba osób w kolejce na dany zabieg lub wizytę w poszczególnych szpitalach, przychodniach oraz gabinetach specjalistycznych.
Wdrożenie pakietu onkologicznego Od stycznia 2015 roku pacjenci z nowotworami będą leczeni bez limitów i w krótkim terminie. Wprowadzony system ma umożliwić kompleksową opiekę nad pacjentem.
Praca dla młodych lekarzy-rezydentów Będzie finansowana z budżetu państwa od 2015 roku i obejmie wszystkich absolwentów uczelni medycznych z lat 2012-2015. Rząd wyliczył, że będzie to grupa około 3 tys. osób.
Budowa Centrum Weterana 21 grudnia 2014 roku otwarto Centrum Weterana, które ma w sposób kompleksowy pomagać żołnierzom powracającym z misji.

Edukacja – 2 proc.

Zwiększenie wydatków na budowę nowych żłobków i przedszkoli W 2015 roku rząd zamierza na ten cel wydać 100 milionów zł, które zostały zapisane w budżecie, podpisanym 23 stycznia przez prezydenta.
Budowa i organizowanie przyzakładowych żłobków i przedszkoli w latach 2015-2020 W ramach pieniędzy z Europejskiego Funduszu Społecznego i specjalnego systemu ulg w podatku CIT rząd będzie wspierał tworzenie przyzakładowych żłobków i przedszkoli – na ten cel państwo przeznaczy ponad 2 miliardy zł (w latach 2015-20). Uruchomienie finansowania z podatku CIT planowane jest od stycznia 2016 roku.
Monitoring w szkołach Aby zwiększyć bezpieczeństwo dzieci w szkołach, premier zapowiedziała od 2016 roku dofinansowanie kosztów zakupu monitoringu (państwo i samorządy mają pokrywać po 50 proc. kosztów).
Bezpłatne podręczniki szkolne dla uczniów wszystkich klas podstawówek i gimnazjów W tym roku darmowe podręczniki dostaną uczniowie: I, II i IV klas podstawówek oraz klasa I gimnazjum. W 2016 roku grono to powiększy się o dzieci z III i V klas szkoły podstawowej oraz II gimnazjum. W 2017 roku bezpłatne książki mają dostawać wszyscy uczniowie podstawówek i gimnazjów.
Staże dla studentów w urzędach 3 marca rząd zatwierdził zasady przeprowadzania praktyk studenckich w urzędach administracji publicznej i podległych jej jednostkach. Do końca marca ministrowie mieli przedstawić dane o liczbie miejsc dla stażystów w podlegającej im administracji.
Finansowanie studiów zagranicą dla najzdolniejszych Nad nowelizacją ustaw Prawo o szkolnictwie wyższym i o podatku dochodowym od osób fizycznych, które zawierają regulacje wprowadzające system stypendiów państwowych dla najlepszych studentów, pracuje Sejm. Program ma wystartować od przyszłego roku akademickiego. Stypendyści w zamian za finansowe wsparcie będą po skończeniu studiów zobowiązani do przepracowania 5 lat w Polsce.

Analiza WIG20, DAX i S&P500 – 31.03.2015

Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.

NIK o kontroli Krajowego Biura Wyborczego

Najwyższa Izba Kontroli skierowała dzisiaj do Krajowego Biura Wyborczego (KBW) wystąpienie pokontrolne dotyczące wykorzystania środków z budżetu państwa na obsługę informatyczną wyborów samorządowych w roku 2014. KBW ma teraz 21 dni na sformułowanie zastrzeżeń i przesłanie ich do NIK. Rozpatrzeniem zastrzeżeń zajmie się kolegium Izby. Dopiero wówczas ustalenia kontrolerów staną się prawomocne.

NIK kontrolowała wyłącznie Krajowe Biuro Wyborcze, czyli urząd zapewniający obsługę organów wyborczych oraz wykonujący zadania związane z organizacją wyborów w zakresie określonym w Kodeksie wyborczym i innych ustawach.

NIK w żaden sposób nie kontrolowała Państwowej Komisji Wyborczej (PKW) ani poprawności samego procesu wyborów, w których uczestniczą uprawnieni obywatele, bowiem kontrolę w tym zakresie sprawują wyłącznie niezawisłe sądy.

KBW miało obowiązek zapewnić sprawnie funkcjonujące system informatyczny do obsługi wyborów. System ten miał w istotny sposób wspomagać organizację i przeprowadzenie wyborów. Od jego funkcjonowania zależało m.in. sprawne ustalenie i ogłoszenie wyników głosowania.

Najwyższa Izba Kontroli ustaliła, że:

  • W pracach KBW brakowało systematycznych i długofalowych działań w zakresie informatyzacji wyborów. Nie została opracowana wieloletnia, docelowa strategia zapewnienia wsparcia informatycznego dla różnego rodzaju wyborów, co było przyczyną ogłaszania odrębnych przetargów na opracowanie systemów informatycznych do obsługi każdych kolejnych wyborów. KBW podjęło co prawda pod koniec 2013 roku próbę zamówienia kompleksowej platformy wyborczej do obsługi różnego rodzaju wyborów, ale przetarg z winy KBW nie powiódł się i w styczniu 2014 roku został formalnie unieważniony z uwagi na brak możliwości usunięcia przez KBW wszystkich sprzeczności prawnych i proceduralnych.

Niepowodzenie tego przedsięwzięcia było jedną z ważniejszych przyczyn, dla których kolejne odrębne przetargi na moduły informatyczne wykorzystywane w trakcie wyborów do Parlamentu Europejskiego oraz do wyborów samorządowych w 2014 r. realizowano pospiesznie i nierzetelnie.

KBW ogłosiło najpierw, w lutym 2014 roku przetarg na moduły informatyczne do wyborów do Parlamentu Europejskiego, a dopiero 11 lipca 2014 roku, a więc zaledwie na cztery miesiące przed wyborami samorządowymi, rozpisało kolejny przetarg na moduły do wyborów samorządowych. Przetarg ten rozstrzygnięto na początku sierpnia, umowę podpisano 19 sierpnia, a firma, która zwyciężyła w przetargu, dostarczyła wykonane moduły informatyczne 17 października 2014 roku, a więc niespełna miesiąc przed wyborami.

Badając przygotowania do wyborów samorządowych kontrolerzy NIK oraz powołani przez Izbę biegli z Politechniki Warszawskiej i odrębnie z Polskiego Towarzystwa Informatycznego stwierdzili, że:

  • Na etapie prowadzonego przetargu oraz w zawartej umowie KBW nie określiło precyzyjnie wymagań jakościowych dla informatycznego systemu do obsługi wyborów samorządowych w 2014 roku. KBW nie sformułowało też wymagań dotyczących metodyki zarządzania projektem wytwarzanego oprogramowania.
  • Przetarg był prowadzony przez KBW nierzetelnie. Niemal na każdym jego etapiedoszło do naruszeń przepisów Prawa zamówień publicznych, co ostatecznie miało wpływ na wynik niektórych rozstrzygnięć. Komisja przetargowa rozstrzygała w oparciu o oceny dokonywane przez pracowników KBW, którzy formułowali swoje uwagi nie dysponując precyzyjnymi i obiektywnymi kryteriami oceny ofert. Takie postępowanie zdaniem NIK stwarzało ryzyko wystąpienia korupcji.
  • KBW z opóźnieniem przekazywało do PKW projekty uchwał definiujące wygląd i treść dokumentów, które miały być generowane przez system informatyczny. System informatyczny, który musiał uwzględniać uchwalone wzory dokumentów, podlegał więc ciągłym modyfikacjom.
  • KBW przeprowadziło odbiór i zapłaciło za zamówione oprogramowanie do obsługi wyborów bez żadnego sprawdzenia dostarczonego produktu. W ten sposób wykonawcy zapłacono ponad 306 tys. złotych za oprogramowanie, które nie było zgodne z zamówieniem oraz z podpisaną umową. Odbierając zamówiony produkt bez uwag, KBW utrudniło sobie naliczanie kar umownych od wykonawcy.
  • W związku z nieprawidłowościami przy odbiorze i zapłacie za zamówiony przez KBW produkt NIK zawiadomiła prokuraturę o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa.
  • W KBW nie zostały zdefiniowane warunki i procedury dopuszczenia do użytkowania systemu informatycznego wykorzystywanego w trakcie wyborów. Zabrakło w szczególności precyzyjnego określenia brzegowych warunków, których spełnienie potwierdziłoby, że system działa sprawnie i jest gotowy do użycia w komisjach wyborczych wszystkich szczebli.
  • KBW dopuściło do użytkowania system informatyczny do obsługi wyborów, który posiadał istotne błędy dotyczące obsługi protokołów (ich generowania, opracowania i wydruku) terytorialnych komisji wyborczych. Analiza bezpieczeństwa kodu źródłowego systemu centralnego wykazała szereg nieprawidłowości, z których część miała charakter krytyczny. Wykryte błędy mogły prowadzić m.in. do uzyskania nieautoryzowanego dostępu do systemu i zasobów poprzez osoby nieposiadające konta w systemie. NIK nie znalazła w KBW dowodów świadczących o wykorzystaniu tej podatności, zawartej w systemie.

Najwyższa Izba Kontroli przesłała jednak informacje na temat stwierdzonych błędów w oprogramowaniu do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

  • KBW dopuściło do użytkowania program Kalkulator wyborczy, który nie został wystarczająco zabezpieczony. O tym fakcie NIK również poinformowała Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
  • KBW dopuściło do użytkowania w trakcie wyborów system informatyczny, w którym występował błąd krytyczny dotyczący ustalania wyników wyborów przy remisie wyborczym. Błąd ten został usunięty dopiero w czasie trwania wyborów.
  • KBW zdecydowało o dopuszczeniu do użytkowania w dniu wyborów wadliwego systemu, mimo dwóch nieudanych ogólnopolskich testów oraz zastrzeżeń zawartych w pierwszej części zamówionego przez KBW (zbyt późno, bo zaledwie na 13 dni przed wyborami) audytu bezpieczeństwa. Zaniechania KBW sprawiły, że w dniu wyborów nie była gotowa finalna wersja prawidłowo przetestowanego oprogramowania i w istocie przystąpiono do wyborów posługując się wersją obarczoną błędami. Druga część zamówionego przez KBW audytu bezpieczeństwa, opisująca istotne błędy zawarte w oprogramowaniu, napłynęła… już po zakończeniu II tury wyborów.
  • KBW nie zapewniło sprawdzonej infrastruktury serwerowej i systemowej. Biuro nie zapewniło też obsługi serwisowej na poziomie odpowiednim do rangi zadania.
  • W KBW nie zostały przygotowane i wdrożone – adekwatne do zagrożeń – planyawaryjne, pozwalające na szybką reakcję na wypadek niesprawności oprogramowania i infrastruktury obsługującej wybory.
  • Oprócz wskazanych nieprawidłowości NIK zwraca uwagę, że szkoleni użytkownicy systemu nie mieli okazji ćwiczyć na rzeczywistym oprogramowaniu. Szkolenia prowadzono w oparciu o zrzuty ekranowe. Brak praktycznych ćwiczeń mógł przyczynić się do części problemów w eksploatacji systemu podczas wyborów.

NIK sformułowała szereg wniosków pokontrolnych, które mają związek z ujawnionymi nieprawidłowościami i dotyczą przede wszystkim dwóch obszarów: jakości zarządzania projektami informatycznymi oraz sposobu prowadzenia przetargów.

Izba wniosła też do KBW o rozważenie przygotowywania treści instruktażowych spotów wyborczych, przeznaczonych do prezentacji w mediach, w porozumieniu ze specjalistami w zakresie prawa wyborczego, językoznawstwa i komunikacji społecznej oraz w połączeniu z badaniem rozumienia treści spotów przez docelowe grupy odbiorców.

W ocenie NIK, sformułowanej na podstawie opinii ekspertów, stan przygotowania przez KBW infrastruktury informatycznej do wyborów prezydenckich w 2015 r. jest niewystarczający. Dlatego też NIK rekomenduje przeprowadzenie wyborów prezydenckich w 2015 r. bez szczególnego wsparcia informatycznego.

W odniesieniu do wyborów parlamentarnych w 2015 roku NIK, na podstawie opinii powołanych biegłych, wskazuje, że czas potrzebny na stworzenie informatycznego systemu obsługi wyborów wynosi co najmniej sześć miesięcy. Dotychczasowy sposób zarządzania projektami informatycznymi oraz przygotowywania i przeprowadzania zamówień publicznych przez KBW rodzą jednak ryzyko niepowodzenia zarówno w zakresie zamówienia sprawnego systemu do obsługi wyborów, jak i w zakresie podejmowanych prób samodzielnego udoskonalenia lub wytworzenia oprogramowania.

NIK z satysfakcją odnotowuje jednak, że w czasie kontroli doszło w KBW do szeregu pozytywnych zmian, w tym m.in. do wzmocnienia kadrowego zespołu zajmującego się informatyką, co może sprzyjać sprawnemu usuwaniu wskazanych w wystąpieniu nieprawidłowości i realizacji sformułowanych przez NIK wniosków.

Torpol ma portfel zamówień wart 1,6 mld zł. Kluczowym rynkiem zagranicznym pozostaje Norwegia

0

CEO Magazyn Polska

Portfel zamówień specjalizującej się w inwestycjach kolejowych spółki Torpol wynosi obecnie 1,6 mld zł. Spółka realizuje jeszcze kontrakty w ramach poprzedniej perspektywy finansowej. Podczas kolejnej chciałaby przynajmniej utrzymać swoje udziały w rynku. Kluczowym obszarem zagranicznej działalności pozostaje Norwegia, skąd zamówienia eksportowe pozyskane w 2014 roku warte są ponad 100 mln zł. Spółka liczy w przyszłości także na rynek bałkański.

W tej chwili kończymy jeszcze stary budżet, a za chwilę pokażą się przetargi z nowej perspektywy unijnej – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Tomasz Sweklej, prezes zarządu Torpol SA. – W tej chwili weszliśmy już praktycznie w nową perspektywę 2014-2020, ale realizujemy jeszcze projekty z perspektywy 2007-2013, czyli luki nie widać.

Zgodnie z Umową Partnerstwa, dokumentem podpisanym przez rząd z Komisją Europejską, inwestycje kolejowe mają być jednym z priorytetów nowej perspektywy finansowej. Największa część unijnych środków (23,8 mld euro) ma wesprzeć zrównoważony transport i infrastrukturę. Na inwestycje liniowe, modernizację i wymianę taboru, remonty dworców, budowę obiektów inżynieryjnych, a także inwestycje dotyczące poprawy bezpieczeństwa kolej powinna otrzymać ogółem 4 mld euro.

W tej chwili trudno mówić o wzroście liczby zamówień, bo nie znamy jeszcze szczegółowego harmonogramu (wydawania środków unijnych – red.). – tłumaczy prezes Sweklej. – W każdym razie chcielibyśmy mieć co najmniej taki udział w rynku jak dotychczas. Natomiast, jeżeli będą szanse na wzrost, to oczywiście będziemy chcieli z nich skorzystać.

Obecnie portfel zamówień spółki wart jest około 1,6 mld zł.

W tym ponad sto milionów złotych to zamówienia eksportowe tylko z Norwegii – wskazuje Tomasz Sweklej. – Interesujemy się również innymi rynkami, ale obecnie kluczowa jest przede wszystkim Norwegia.

Kraj ten ma stosunkowo słabo rozbudowaną sieć kolejową. Jego powierzchnia jest nieco większa od Polski, a długość linii – niemal pięciokrotnie mniejsza. W planach jest jednak ich systematyczna rozbudowa. Przyjęty przez norweski rząd Krajowy Plan Transportowy na lata 2014-2023 zakłada istotny wzrost nakładów inwestycyjnych, które łącznie mają osiągnąć poziom 167,8 mld NOK (ponad 8 mld zł rocznie) w porównaniu do 9,2-11,3 mld NOK w latach 2010-2013 (ok. 4,7-5,8 mld zł). Jednocześnie liczba wykonawców infrastruktury kolejowej w Norwegii jest ograniczona.

Jesteśmy może w mało aktywny sposób na tę chwilę obecni również na Bałkanach, ale mamy przedstawicielstwo w Serbii i interesujemy się także tym rynkiem – zauważa Sweklej. – Potrzeby w zakresie infrastruktury na tym obszarze są również olbrzymie. To tylko kwestia czasu, kiedy tam także znajdą się środki na realizację takich projektów.

Ubiegłoroczne przychody ze sprzedaży spółki wyniosły 775,4 mln zł i były prawie dwa razy wyższe niż w 2013 roku. Przedsiębiorstwo zarobiło (netto) 25 mln zł, czyli ponad pięć razy więcej niż rok wcześniej.

Introl: Spółka notuje rekordowe wyniki. Od czasu zakupu zakład z Limanowej zwiększył sprzedaż dziesięciokrotnie

0

CEO Magazyn Polska

W ostatnim kwartale ubiegłego roku przychody ze sprzedaży holdingu Introl SA, dostarczającego rozwiązania dla przemysłu, wyniosły 130,9 mln zł, a zysk netto – 13,9 mln zł. Producent aparatury dla przemysłu korzysta m.in. z tego, że odlewnie, które niegdyś lokowane były w Portugalii i Hiszpanii, obecnie przenoszone są do krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Po kupieniu przez holding przedsiębiorstwa z Limanowej jego sprzedaż wzrosła dziesięciokrotnie.

Rok minął świetnie, sytuacja przedsiębiorstwa jest bardzo dobra, wyniki mamy rewelacyjne, rekordowe – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Wiesław Kapral, przewodniczący rady nadzorczej spółki Introl. – Wzrosty przychodów mamy dwucyfrowe. Jesteśmy również zadowoleni z zysku.

Holding prowadzi działalność w trzech segmentach: produkcji, dystrybucji oraz usługowym. Jak informuje Wiesław Kapral, wszystkie rozwijają się w miarę równomiernie. Z uwagi jednak na duże zapotrzebowanie szczególnie dobrze rozwija się ostatnio produkcja. Dlatego firma podjęła decyzję o inwestycji wartej ponad 20 mln zł.

Mówię o spółkach Limatherm SA oraz Limatherm Sensor, obydwu zlokalizowanych w Limanowej – precyzuje przewodniczący rady nadzorczej Introlu. – Wygląda to bardzo dobrze, ponieważ jest bardzo duże zapotrzebowanie. Tak się stało ostatnimi laty, że odlewnie, które kiedyś były ulokowane w Portugalii i Hiszpanii, chętnie są przenoszone w nasze rejony, z czego korzystamy. Dużo musieliśmy jednak pracować na to zaufanie. Bardzo dobrze się to jednak rozwija, przy przyzwoitych marżach.

Firmy produkują zaawansowane komponenty aparatury kontrolno-pomiarowej, takie jak głowice do przemysłowych czujników temperatury oraz obudowy dla wielu innych czujników, przetworników i urządzeń pomiarowych, a także same przemysłowe czujniki temperatury.

Kierownictwo grupy liczy też na wzrosty sprzedaży w segmencie produkcji, bo jak podkreśla Wiesław Kapral, dysponuje rozpoznawalnym produktem.

Natomiast w usługach obserwujemy pewien zastój, ponieważ nastawiliśmy się na usługi w energetyce, ochronie środowiska, a te dopiero się rozkręcają, bo korzystają w dużej mierze z dotacji Unii Europejskiej – tłumaczy Wiesław Kapral. – Przygotowujemy się, są projekty, które powinny ruszyć w przyszłym roku. Jeżeli jednak chodzi o zyskowność tego segmentu, to powinna być zadowalająca.

Strategia przedsiębiorstwa zakłada stabilny i zrównoważony rozwój. Stąd dywersyfikacja działalności i branż, z których wywodzą się kontrahenci.

Uważamy, że w najbliższych latach takim koniem pociągowym będzie ochrona środowiska i energetyka, gdzie będzie dużo projektów do realizacji – prognozuje Wiesław Kapral. – Ale oczywiście staramy się tak skonstruować firmy, żeby czynników ryzyka było mało, czyli np. równoważyć import z eksportem, by nie narażać się na zmianę kursów i bezpiecznie przejść przez ewentualne zawirowania.

Przedsiębiorstwo będzie zwiększało zatrudnienie szczególnie w produkcji, jak twierdzi Wiesław Kapral, gdzie została już osiągnięta taka wydajność, której nie da się zwiększyć bez inwestycji w kapitał ludzki.

Jesteśmy obecnie chyba największym pracodawcą w Limanowej, gdzie zatrudniamy w tej chwili kilkaset osób. Rozbudowa tego zakładu pociągnie za sobą konieczność zwiększenia liczby pracowników – przewiduje przewodniczący rady nadzorczej Introlu. – Kiedy kupowaliśmy Limanową, to pracowało tam około 260 osób. Aby tę firmę ruszyć, trzeba było najpierw około setkę zwolnić. Dzisiaj w trzech firmach, które się z tego rozwinęły, pracuje już ponad 700 ludzi i mamy dziesięć razy więcej sprzedaży niż wtedy.

Stop oszustom paliwowym!

Wsparcie uczciwej konkurencji oraz ochrona interesów Skarbu Państwa to główne założenia rozpoczętej dzisiaj akcji Kontroli Skarbowej skierowanej przeciwko oszustom paliwowym.

Kontrola Skarbowa przy wsparciu Straży Granicznej, Służby Celnej, ITD, Policji, po raz kolejny, rozpoczęła wzmożone działania na byłych przejściach granicznych na zachodzie kraju oraz na przejściu Budzisko- Kalwaria w okolicach Suwałk. Trwające od 31 marca 2015 roku czynności polegają na weryfikowaniu dokumentów przewozowych towarzyszących wwożonym do kraju paliwom. Celem podjętych działań jest ograniczenie zjawiska wyłudzeń podatku VAT na rynku paliw płynnych oraz wykrywanie i eliminowanie z obrotu gospodarczego organizatorów przestępczego procederu.

Pierwsze tego typu czynności kontrolne z zastosowaniem nowej formuły, Kontrola Skarbowa podjęła w czerwcu, a następnie we wrześniu i grudniu ubiegłego roku. Kontynuacja działań jest wynikiem uzyskanych we wcześniejszych akcjach znaczących rezultatów, a także prowadzonych na bieżąco analiz, wskazujących na szczególne ryzyko wystąpienia nadużyć w branży paliwowej.

W ubiegłorocznych działaniach, w ciągu zaledwie 20 dni, łącznie w trzech akcjach, ujawniono aż 224 podmioty zamieszane w proceder wprowadzania do Polski paliwa bez opłaconego podatku VAT, a w niektórychprzypadkach również bez opłaconego podatku akcyzowego. Wobec tych podmiotów wszczęto postępowania kontrolne. Na działalności oszustów podatkowych Skarb Państwa mógł stracić prawie 520 mln zł. Dzięki dynamicznym, skoordynowanym działaniom udało się zabezpieczyć na poczet zobowiązań podatkowych środki finansowe w kwocie blisko 90  mln zł. Wobec 54 podmiotów skierowano do prokuratury zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa.