Intermarché pracuje nad nowym konceptem sklepu. Sieć nie chce wchodzić w segment delikatesowy

0

 

Handlowcy przyznają, że trwająca już od dziewięciu miesięcy deflacja coraz bardziej wpływa na osiągane przez nich wyniki. Sieć Intermarché wybiera strategię ucieczki do przodu i testuje nowy format sklepów, które zmierza wprowadzić na krajowy rynek. Liczy na wzrost zarówno wolumenu sprzedaży, jak i liczby konsumentów odwiedzających jej placówki. Nie zamierza jednak pozycjonować swoich obiektów w segmencie delikatesów.

– Coraz trudniej osiągać wzrosty sprzedaży w momencie, kiedy spadają ceny – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Roman Szymanda, kierownik działu category management w sieci Intermarché. – Na konferencji Poland & CEE Retail Summit Nielsen [firma analizująca rynek – red.] w swojej prezentacji paradoksalnie pokazał, że klienci mają wrażenie, że ceny rosną, podczas gdy realnie spadają, co dla sieci handlowych wiąże się z dość poważnymi konsekwencjami.

Według Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) w lutym br. ceny spadły o 1,6 proc. w porównaniu z cenami z tego samego miesiąca ubiegłego roku. Ceny spadły też w stosunku do stycznia, choć tylko o 0,1 proc. Według GUS największy wpływ na ten wskaźnik miały obniżki opłat związanych z transportem (o 11,6 proc.), cen żywności i napojów (redukcja o 3,7 proc.) oraz odzieży i obuwia (o 5,3 proc.).

Spadki, które de facto są obserwowane na całym rynku, u nas były mniejsze, więc można powiedzieć, że całkiem nieźle sobie radzimy – wskazuje Roman Szymanda. – Z jednej strony jest to kwestia optymalizacji działań promocyjnych, czyli wszystkich ścieżek, które mają klienta przyciągnąć, z drugiej – postawienia na pewne grupy produktów, boję się użyć słowa „premium”, ale jednak trochę droższych, by wartość koszyka zakupowego wciąż jednak zdecydowanie rosła.

Odpowiedzią na sytuację rynkową są także, jak sugeruje kierownik działu category management w sieci Intermarché, prowadzone właśnie przygotowania do wprowadzenia przez sieć nowego formatu sklepów, które mają spowodować, że zwiększy się zarówno wartość przychodów, jak i liczba konsumentów.

Ale jest to też kwestia wizerunku, z jednej strony jego ocieplenia, z drugiej spowodowania, by klient mógł poczuć, że zakupy u nas są wygodne, ale bez przekonania, że jesteśmy sklepem drogim czy delikatesowym – tłumaczy Szymanda. – Jest to więc także ścieżka szukania kompromisu.

Nowy koncept, jak informuje Roman Szymanda, jest już na ukończeniu. Obecnie trwają prace związane z testowaniem pierwszych placówek i wdrażaniem go w wybranych lokalizacjach.

Matematyka jest nieubłagana: jeżeli ceny spadają, pozostaje tylko zwiększać wolumeny – przypomina Szymanda. – Ale nie chcemy stawać się siecią zdecydowanie bardziej delikatesową. Zależy nam na tym, by mimo wszystko dać możliwość zrobienia atrakcyjnych zakupów wszystkim grupom klientów. Myślę, że efekty będziemy mogli przedstawić na kolejnej konferencji.

Pomimo deflacji, jak informuje GUS, w lutym br. sprzedaż detaliczna w skali roku wzrosła o 2,4 proc. wobec 3,6 proc. przed miesiącem oraz 7 proc. w lutym ubiegłego roku. Spadek o 1,6 proc. miał miejsce w stosunku do stycznia br.

Coraz więcej usług w kioskach Ruchu. Można w nich zwrócić zakupiony online towar

 

Ruch rozwija usługi dla e-handlu. W kiosku można zwrócić produkt zakupiony online w sklepie partnerskim sieci. On zajmuje się jego wysyłką lub utylizacją, w przypadku gdy koszt przesyłki jest wyższy niż wartość produktu. Spółka oferuje też usługi logistyczne dla zagranicznych e-sklepów. Daje też przedsiębiorcom możliwość nadawania paczek i promocji w kioskach.

– W dzisiejszym e-commerce jest dość duży i konkurencyjny rynek dostawy przesyłek do klientów, ale ciągle brakuje dobrego rozwiązania, które pozwala klientowi zwrócić towar w wygodny sposób. To ważne nie tylko dla klienta, lecz także z punktu widzenia regulacji unijnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Stolarczyk, wiceprezes zarządu spółki Ruch.

Zgodnie z dyrektywą UE, która już została wdrożona do polskiego prawa, klient ma 14 dni na zwrot zakupionego w sieci towaru bez podawania przyczyny.

Ruch w swojej ofercie dla e-commerce umożliwia nadawanie i odbieranie przesyłek w kioskach. Wprowadził również możliwość zwracania nieudanych lub niechcianych e-zakupów.

– My tę przesyłkę przyjmiemy i w zależności od preferencji partnera albo odeślemy przesyłkę do e-sklepu, albo wykonamy inne czynności – wyjaśnia Stolarczyk. – Chodzi m.in. o sprawdzenie, czy przesyłka jest zgodna z parametrami jakościowymi, co pozwala szybciej wypłacić klientowi pieniądze, bo sklep nie czeka na jej dotarcie, tylko wierzy nam.

Spółka ma w ofercie również usługę utylizacji stosowaną w momencie, gdy koszt przesyłki przewyższa koszt zwracanego produktu.

W sposób komisyjny, gwarantujący pewność, że nikt tego nie będzie w nieodpowiedni sposób tego wykorzystywał, niszczymy towar w naszym magazynie. Oczywiście raportujemy wszystkie niezbędne informacje do środowiskowych organizacji, tak żeby też z punktu widzenia odpowiedzialności za środowisko działać według ustalonych reguł – tłumaczy Dariusz Stolarczyk.

Wyjaśnia, że wyróżnikiem oferty Ruchu na rynku e-commerce jest usługa magazynowania. Spółka chce ją rozwijać przede wszystkim dla zagranicznych e-sklepów, w których polscy klienci coraz chętniej i częściej robią zakupy.

Oferujemy usługę gromadzenia przesyłek u nas w magazynie. W przypadku sklepów zagranicznych to szczególnie ważne, bo koszt wysłania paczki z Polski za granicę jest duży, więc lepiej wysyłać paczki w dużych pakietach – mówi Stolarczyk.

W takiej sytuacji towar trafia do magazynu, a e-sprzedawca dostaje od Ruchu informację na temat weryfikacji jakościowej zwrotu i jeśli jest ona pozytywna, może bezzwłocznie przelać klientowi pieniądze za oddany produkt.

Z oferty Ruchu dla e-handlu korzystają zarówno duzi gracze, jak np. Cdp.pl, jak i mniejsi przedsiębiorcy.

– Na rynku są dobre firmy kurierskie, są dobre firmy zarządzające magazynami i firmy, które w obszarze logistyki dla e-commerce wnoszą ciekawe rozwiązania. Wierzymy, że jako Ruch mamy to wszystko, czyli Paczkę w Ruchu, magazyny, promocję w naszych kioskach oraz możliwość zwrotu –wymienia Stolarczyk.

Na korzyść spółki działa przede wszystkim rozbudowana sieć (2,2 tys. kiosków) oraz rozpoznawana marka, która 95 lat jest obecna na rynku.

 To dynamicznie zmieniająca się firma, szczególnie w ostatnich czterech latach. Uznaliśmy, że Ruch zarówno w multichannel, jak i w e-commerce powinien być najczęściej wybieraną firmą spośród tych, które świadczą takie usługi – podsumowuje Dariusz Stolarczyk.

Przez braki w systemie edukacji w Polsce jest deficyt spawaczy, mechaników, hydraulików i szwaczek

 

Polska jest w europejskiej czołówce pod względem udziału na rynku pracy osób kończących studia wyższe. Coraz bardziej dotkliwy jest za to brak specjalistów w zawodach technicznych: spawaczy, elektromechaników czy szwaczek. Eksperci oceniają, że winny temu jest system edukacji. Dlatego resort edukacji stara się odbudować szkolnictwo zawodowe. Z kolei wśród przedsiębiorców, którzy mają problem ze znalezieniem wykwalifikowanych pracowników, jest chęć, by się w ten program zaangażować.

W tej chwili mamy bardzo dużo ludzi z wyższym wykształceniem. Na pewno jesteśmy w czołówce europejskiej pod tym względem. Nie ma w świecie takiej gospodarki, która mogłaby zatrudnić tylu pracowników – twierdzi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Ambrozowicz, dyrektor na Europę Środkowo-Wschodnią zajmującej się doradztwem personalnym Grupy OTTO.

Taka sytuacja – jak podkreśla – skutkuje tym, że wiele osób pracuje na stanowiskach, które nie odpowiadają ich wykształceniu i aspiracjom. Ma to wpływ na motywację i zaangażowanie. Spory odsetek szuka więc możliwości pracy za granicą, traktując to jako element rozwoju.

Według Eurostatu od 2002 do końca 2013 roku liczba Polaków w wieku 30-34 lata z wyższym wykształceniem wzrosła prawie trzykrotnie, z 14,4 do 40,5 proc. W całej Unii Europejskiej natomiast 37 proc. obywateli w tej kategorii wiekowej miało ukończone studia, o 13 proc. więcej niż w 2002 roku.

Na krajowym rynku pracy brakuje za to specjalistów z wykształceniem technicznym, m.in. spawaczy, elektromechaników, mechaników, hydraulików czy szwaczek – wskazuje Ambrozowicz. – W Polsce tych ludzi nie ma, bo nie ma szkół, nie ma możliwości edukacji i zbierania doświadczenia.

Nad odbudowaniem kształcenia zawodowego pracuje Ministerstwo Edukacji Narodowej. Trwający rok szkolny został ogłoszony Rokiem Szkoły Zawodowców, w ramach którego resort promuje szkoły zawodowe i technika. Prace obejmują również m.in. dopasowanie kształcenia zawodowego do potrzeb rynku pracy, uelastycznienie ścieżek zdobywania kwalifikacji, pomoc uczniom i rodzicom w planowaniu kariery edukacyjno-zawodowej, wsparcie kadr oraz poprawę funkcjonowania systemu egzaminacyjnego. W jego wyniku ma wzrosnąć atrakcyjność tego rodzaju edukacji.

Na pewno musimy też wrócić do współpracy szkół i zakładów pracy. Jest mnóstwo firm, które są gotowe zainwestować w edukację specjalistów, chcą mieć tylko pewność, że na danym obszarze będą mieć dostęp do specjalistów po szkołach z dobrym, kierunkowym wykształceniem. Jest to kierunek, który w najbliższych latach powinien być promowany przez rząd i samorządy – ocenia Piotr Ambrozowicz. – Potencjał odbudowy szkolnictwa zawodowego na pewno mamy, bo takie ośrodki już w Polsce działały.

Taka współpraca może obejmować ofertę praktyk, wykorzystanie zasobów przedsiębiorstwa oraz wiedzy i doświadczenia pracowników. Chodzi o to, by osoba kończąca technikum czy szkołę zawodową już w momencie wejścia na rynek pracy była fachowcem, który nie potrzebuje dalszego kształcenia, by po zakończeniu nauki od razu mogła wykonywać obowiązki zawodowe zgodnie z oczekiwaniami pracodawcy.

Kiedyś w Polsce działały szkoły przyzakładowe, które potem zostały zlikwidowane – przypomina dyrektor Grupy OTTO. – Wydaje mi się, że to może być dobry pomysł, szczególnie w małych miejscowościach, gdzie firmy mogą dawać 30, nawet 40 proc. miejsc pracy w skali regionu. Posiadanie takiej szkoły jest więc dla nich korzystnym rozwiązaniem, bo gwarantuje, że proces edukacji młodego człowieka da im dobrego, wykwalifikowanego pracownika.

Jak wynika z badania TNS Polska w ramach II edycji programu „Start do kariery” organizowanego przez Gumtree, większość młodych fachowców uważa, że absolwentom techników i szkół zawodowych jest łatwiej na rynku pracy niż absolwentom liceów ogólnokształcących. Przyznają jednak, że znalezienie pracy lub start z własnym biznesem dla absolwentów szkół zawodowych i technicznych wcale nie jest taki prosty. 83 proc. z nich uważa, że potrzebne jest im dodatkowe wsparcie. 77 proc. z nich deklaruje, że nie pracuje w wyuczonym zawodzie. Podobny odsetek uważa, że znalezienie pracy w Polsce jest trudniejsze niż za granicą. Wyjazd rozważa 63 proc. z nich.

Przedsiębiorcy coraz częściej przekazują firmy nie rodzinie, ale obcym osobom

0

 

Rynek transakcji sukcesyjnych ma duży potencjał, bo większość właścicieli firm zakładanych w latach 90. zbliża się do wieku emerytalnego. To rodzi szansę na rozwój specjalnych firm doradzających przy tego typu transakcjach. Wyzwaniem przy sukcesji jest silne powiązanie firmy z jej właścicielem. Polscy przedsiębiorcy przekazują firmy już nie tylko bliskim, lecz także osobom niespokrewnionym.

– Potencjał transakcji przekazywania firmy w ramach sukcesji jest gigantyczny, ponieważ większość przedsiębiorstw w Polsce było zakładanych na początku lat 90. przez ówczesnych 30- i 40-latków, którzy w tej chwili dochodzą do wieku emerytalnego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Jakowiecki, partner zarządzający firmy doradczej BCMS Polska, zajmującej się transakcjami sukcesji. – Będą oni musieli zastanowić się, co zrobić z przedsiębiorstwem, przekazać go dzieciom czy być może znaleźć kogoś z zewnątrz, kto by dalej rozwijał firmę.

Jak dodaje, proces sprzedaży przedsiębiorstwa, czyli szukania zewnętrznego nabywcy-inwestora, trwa około roku. Zdarzają się takie przedsięwzięcia, w których trwa on nawet kilka lat. Na rynku już można zaobserwować większe zainteresowanie przekazywaniem firm nie tylko w ramach rodziny, lecz także w obce ręce. Choć nadal Polskę dzieli dystans do krajów Europy Zachodniej w ilości i wielkości transakcji.

– Najbardziej interesującym czynnikiem, a jednocześnie utrudniającym sprzedaż firmy, jest mocne uzależnienie firm od swoich właścicieli, którzy są zaangażowani w każdą najmniejszą decyzję – podkreśla Jakowiecki.

Silnie powiązanie założycieli firm prowadzi do tego, że nowi nabywcy często proponują im pozostanie w firmie na okres pierwszych kilku lat, co de facto powoduje, że dawni właściciele w swojej firmie stają się pracownikami. W ocenie Jakowieckiego to zjawisko jest największym wyzwaniem, z którym spotyka się BCMS Polska w tego typu transakcjach.

– Bardzo interesującym kierunkiem jest sprzedaż polskiego przedsiębiorstwa zachodniemu czy zagranicznemu nabywcy – wyjaśnia ekspert. – 80 proc. transakcji realizowanych jest w ramach jednego kraju, ale oferty płynące od nabywców z zagranicy są znacznie ciekawsze zarówno pod kątem wartości, jak i przyszłego rozwoju przejmowanej firmy.

Jego zdaniem model transakcyjny w Polsce jest inny niż za granicą, gdzie znacznie bardziej dojrzale niż w Polsce kupujący i sprzedający patrzą na wartość firmy. W Polsce właściciele są przywiązani do swoich przedsiębiorstw i zdarza się, że wyceniają je zbyt optymistycznie, co utrudnia ich sprzedaż.

 Istotą powodzenia transakcji jest dopasowanie pomiędzy kupującym i sprzedającym. Jeśli tego dopasowania nie ma, to jakkolwiek nie próbowalibyśmy takiej transakcji przeprowadzić, po prostu się nie uda. Szukamy więc dopasowania biznesowego, chemii i chęci po obydwu stronach, żeby do tego doprowadzić – podsumowuje Tomasz Jakowiecki.

Ekologiczna żywność z Polski trafi do Japonii, Singapuru i Stanów Zjednoczonych

 

Bardzo perspektywicznymi rynkami dla producentów zdrowej żywności są Japonia, Singapur i Stany Zjednoczone. Mieszkańcy tych krajów coraz częściej zaczynają zwracać uwagę na to, jaka żywność trafia na ich stoły. Japoński rynek już podbija polski sok z aronii. Dużym zainteresowaniem cieszą się także warzywa pochodzące z polskich naturalnych upraw.

Produkcja ekologiczna z roku na rok rośnie o 20-30 proc. Praktycznie w każdym sklepie możemy zobaczyć produkty ekologiczne, powstają lokalne biobazarki, rolnicy zaczynają się promować, potrafimy korzystać z funduszy, które są dostępne – dodaje Paweł Krajmas, prezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Przetwórców i Producentów Produktów Ekologicznych „Polska Ekologia”.

Szacuje się, że rynek żywności ekologicznej w Polsce wart jest 600-650 mln zł. Naturalne produkty, pochodzące z upraw, w których nie stosuje się sztucznych nawozów i przetwarzane bez użycia szkodliwych konserwantów, zyskują coraz większą rzeszę fanów.

W Singapurze czy Japonii klienci mają świadomość ekologiczną, podobnie jak w Stanach Zjednoczonych. Poza tym na tych rynkach Polska jest odbierana jako zielona wyspa ekologiczna, a produkty z Polski jako żywność wysokiej jakości. Chcemy sprzedawać żywność już przetworzoną, np. soki, bo ona daje największe zyski – tłumaczy Paweł Krajmas.

By zdobywać nowe rynki zbytu i klientów z różnych zakątków świata, Stowarzyszenie „Polska Ekologia” przygotowało program „EkoEuropa – jakość i tradycja”. Jest on wart 7,2 miliona złotych.

Będziemy promowali żywność ekologiczną m.in. w Singapurze, Japonii i Stanach Zjednoczonych. Mamy nadzieję, że podczas trzyletniego okresu działania tego programu uda się nam zwiększyć sprzedaż produktów ekologicznych na tych rynkach od 20 do 50 proc. Liczymy na sukces. To jest jedyny program ekologiczny w Europie i to realizowany właśnie przez polską organizację – mówi agencji informacyjnej Newseria Paweł Krajmas.

W Stowarzyszeniu „Polska Ekologia” na razie działa 50 firm, ale prezes wierzy, że do współpracy uda mu się zachęcić kolejnych przetwórców i producentów. Przekonuje też, że przy obecnych możliwościach bez najmniejszego problemu można zorganizować za granicę na przykład transport ekoproduktów z krótką datą ważności.

Paweł Krajmas nie kryje satysfakcji z tego, że pierwsze szlaki zostały już przetarte. Ekologiczne produkty z Polski trafiają do zagranicznych delikatesów, a miejscowi doceniają ich jakość i smak.

Jeden z producentów aronii trafił już na rynek japoński. Sok z aronii uznawany jest tam za lekarstwo, antyoksydant. Japończycy doceniają też właściwości polskiej kapusty. Są również producenci, którzy eksportują do Stanów Zjednoczonych. Zagraniczny rynek powinna też zawojować wołowina – wymienia Paweł Krajmas.

Trzyletni program „EkoEuropa – jakość i tradycja” realizowany jest we współpracy z Agencją Rynku Rolnego.

Popołudniowy komentarz walutowy z 03.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 03.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Branża wynajmu długoterminowego urosła o 10,3% w 2014r.

Wynajem długoterminowy w 2014: już 1/3 nowych wyleasingowanych aut osobowych i ponad 21% kupionych na REGON

Zgodnie z wynikami po czwartym kwartale 2014r., podanymi przez Polski Związek Wynajmu
i Leasingu Pojazdów, branża wynajmu długoterminowego samochodów (CFM) urosła w 2014 roku o 10,3%. Dane te potwierdzają, że wynajem długoterminowy, który jeszcze kilka lat temu był usługą o marginalnym znaczeniu, obecnie staje się jedną z głównych form finansowania flot aut służbowych w kraju. Spośród wszystkich nowych samochodów osobowych wyleasingowanych
w 2014, aż 1/3 (32%) stanowiły auta w wynajmie długoterminowym. Biorąc pod uwagę łączną sprzedaż nowych samochodów osobowych na REGON w Polsce, udział ten wyniósł 21,2%. 

W 2014 r. Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów odegrał bardzo znaczącą rolę, jeśli chodzi
o wpływ organizacji na kondycję całego rynku motoryzacyjnego w Polsce. Łączne zakupy nowych aut firm należących do PZWLP, a więc zarówno na potrzeby oferowanego klientom leasingu operacyjnego z pełną lub częściową obsługą floty, jak i leasingu finansowego, wygenerowały w 2014 r. prawie 1/3 (32,2%) całkowitej sprzedaży nowych samochodów osobowych na REGON w Polsce. Członkowie organizacji zakupili ponad 64 tys. nowych aut osobowych.

Wynajem długoterminowy coraz ważniejszą formą finansowania aut służbowych

Ubiegły rok był bardzo udany dla branży CFM w kraju. Łączna flota 16 należących obecnie do PZWLP firm wyniosła na koniec 2014 roku prawie 126 tys. (125.876) samochodów wynajmowanych długoterminowo. Branża urosła o 10,3% w stosunku do stanu na koniec grudnia 2013r. Oznacza to, że dynamika rozwoju wynajmu długoterminowego aut w naszym kraju utrzymuje się od kilku lat na niezmiennie bardzo wysokim poziomie, oscylującym w granicach 10-12% w skali roku. Najwyższy wzrost kwartalny, na poziomie 3,6%, został odnotowany w ostatnich 3 miesiącach roku. Na potrzeby usług wynajmu długoterminowego, branża zakupiła w ubiegłym roku łącznie ponad 42,2 tys. nowych samochodów osobowych. Zdecydowana większość z nich została nabyta przez członków PZWLP, organizacji reprezentującej ok. 80% całego rynku CFM w Polsce.

Wynajem długoterminowy samochodów służbowych, od momentu pojawienia się w Polsce ok. 20 lat temu, rozwija się bardzo szybko, co powoduje, że obecnie stanowi już znaczną część nie tylko leasingowanych pojazdów flotowych, ale również wszystkich kupowanych w kraju nowych samochodów osobowych na REGON – mówi Marek Małachowski, Prezes Zarządu PZWLP, Dyrektor Zarządzający ALD Automotive Polska. – Rynek wynajmu długoterminowego jeszcze 10 lat temu był ok. 3-krotnie mniejszy, niż obecnie, a samochody firmowe użytkowane w ten sposób stanowiły znikomą część nowych aut kupowanych przez przedsiębiorców.

W 2014 roku już więcej niż co piąta firma w Polsce zdecydowała się na użytkowanie swojej floty w formule wynajmu długoterminowego. Wśród przedsiębiorców korzystających z leasingu pojazdów, stanowiących ogółem w Polsce aż 2/3 kupujących nowe auta osobowe do firm, co trzeci decydował się na taki sposób finansowania i zarządzania pojazdów. Usługi CFM zaczynają w naszym kraju już powoli zastępować inne formy finansowania floty, takie jak zakup za gotówkę, kredyt, czy leasing finansowy. Jesteśmy pewni, że w kolejnych latach, znaczenie wynajmu długoterminowego dla rynku flotowego w Polsce oraz kondycji całej branży motoryzacyjnej, będzie się nadal zwiększało. Nasz kraj upodabnia się do rynków zachodnioeuropejskich, gdzie w wynajmie długoterminowym znajduje się zdecydowana większość leasingowanych samochodów służbowych – nawet 70-80%.     

Najpopularniejsze zewnętrzne finansowanie wraz z pełną obsługą floty

Jeśli chodzi o popularność poszczególnych usług wynajmu długoterminowego, to rok 2014 potwierdził utrzymujące się od wielu lat tendencje rynkowe. Full Service Leasing (leasing operacyjny z pełną obsługą serwisową), gwarantujący przedsiębiorcom pełen outsourcing floty, a więc zewnętrzne finansowanie oraz obsługę serwisową i administracyjną, stanowił w łącznej flocie firm PZWLP zdecydowanie największy, bo aż 76% udział (95.412 aut). Leasing z Serwisem, czyli usługa zapewniająca również zewnętrzne finansowanie floty, ale z niepełną jej obsługą, na koniec 2014 r. stanowiła 13% samochodów (16.820). Na uwagę w tym przypadku zasługuje 3-krotny spadek dynamiki rocznego rozwoju Leasingu z Serwisem, w stosunku do roku 2013.

Oznacza to, że firmy w Polsce, korzystające z wynajmu długoterminowego samochodów, zaczynają jeszcze częściej wybierać pełen outsourcing w zarządzaniu parkiem pojazdów, decydując się na full service leasing – wyjaśnia Marek Małachowski, Prezes PZWLP, Dyrektor Zarządzający ALD Automotive. – Full Service Leasing pozwala bowiem na maksymalne wykorzystanie korzyści płynących z wynajmu długoterminowego pojazdów, a więc uzyskania przez firmę bardzo dużego komfortu w codziennym użytkowania aut służbowych oraz oszczędności finansowych. W zakresie finansowania pojazdów firma unika wówczas zamrażania znacznych środków na zakup floty. Jeśli zaś chodzi o obsługę serwisową i administracyjną, to dostawca usług CFM przejmuje na siebie wszystkie uciążliwe obowiązki związane z autami służbowymi – od ich rejestracji, przez naprawy, przeglądy, ubezpieczenia, likwidację szkód, a kończąc na odsprzedaży po zakończeniu użytkowania. Dzięki uwolnieniu własnych zasobów potrzebnych do obsługi floty oraz preferencyjnym stawkom uzyskiwanym przez firmy wynajmu długoterminowego w zakresie zakupu np. części zamiennych, czy opon, przenoszonym na klienta, przedsiębiorca oszczędza od kilku do kilkunastu procent łącznych kosztów związanych z flotą.   

Najmniejszą 11% (13.644 auta) część floty PZWLP stanowią samochody służbowe w usłudze Fleet Management (wyłącznego zarządzania). W jej przypadku przedsiębiorstwo finansuje auta we własnym zakresie, w dowolny sposób, przekazując firmie wynajmu długoterminowego jedynie opiekę administracyjną i serwisową nad swoimi samochodami służbowymi. Pomimo, że auta w wyłącznym zarządzaniu stanowią bardzo mały udział w całości pojazdów w wynajmie długoterminowym, to w 2014 roku usługa ta zanotowała znaczący, ponad 42% wzrost popularności.

Jest to związane z pojawieniem się na rynku nowego rodzaju usług wynajmu długoterminowego, mieszczących się w kategorii Fleet Management, kierowanych do mikro firm – mówi Marek Małachowski, Prezes PZWLP, Dyrektor Zarządzający ALD Automotive Polska. – W ich efekcie dynamicznie rośnie popularność wyłącznego zarządzania. Jest to pozytywna tendencja. Pokazuje, że obecnie w Polsce nawet mikro przedsiębiorcy, poszukują już zewnętrznej i profesjonalnej obsługi floty, co prawda wciąż w niepełnym zakresie, zazwyczaj związanym tylko z serwisowaniem aut,  ale jednak. 

Najpopularniejszymi samochodami w wynajmie długoterminowym w łącznej flocie PZWLP na koniec 2014 r. były Ford Focus, Skoda Octavia, Skoda Fabia i Toyota Yaris. Dominującym napędem pozostawał wciąż silnik diesla, występujący w 74% pojazdów, choć jego udział spadł o 1% w stosunku do stanu z końca 2013r.

Pierwszą trójkę największych w Polsce firm wynajmu długoterminowego samochodów (CFM), biorąc pod uwagę nie tylko członków PZWLP reprezentujących ok. 80% rynku, ale również niezrzeszoną, lecz wspólnie raportującą ze Związkiem firmę Masterlease, stanowią po IV kwartale 2014 roku kolejno: LeasePlan Fleet Management Polska (23.764), Masterlease (21.943) oraz Arval (16.654).

„Kratki” – bez wpływu na rozwój wynajmu długoterminowego, ale zniekształciły obraz sprzedaży nowych samochodów do firm

Do najważniejszych zjawisk, mających wpływ  na funkcjonowanie i rozwój branży wynajmu długoterminowego w ubiegłym roku, należy zaliczyć dwukrotną zmianę przepisów w zakresie odliczania podatku VAT od kosztów zakupu i eksploatacji samochodów użytkowanych przez firmy. Od 1 stycznia 2014r. wróciła w przypadku tzw. aut z kratką możliwość odliczenia całości podatku od towarów i usług. Spowodowało to znaczny wzrost zakupów tego typu pojazdów przez firmy, szacowany przez IBRM Samar na 23,5 tys. samochodów.

„Kratki” stanowiły znikomy udział w ogólnie zakupionej w 2014 r. liczbie samochodów w wynajmie długoterminowym – mówi Marek Małachowski, Prezes Zarządu PZWLP, Dyrektor Zarządzający ALD Automotive Polska. – Zgodnie z naszymi szacunkami, było to mniej niż 2 tys. aut. Pozostałe ponad 20 tys. samochodów tego typu, zostało zakupionych przez firmy, w większości przypadków przez mikro przedsiębiorstwa, w innych formach finansowania – ze środków własnych, na kredyt, w leasingu finansowym. Pojawienie się tzw. kratek wywołało jednorazowy dodatkowy popyt, który w efekcie spowodował zniekształcenie ogólnego obrazu rynku w zakresie sprzedaży nowych samochodów do firm w 2014 roku.

Od 1 kwietnia wprowadzone zostały z kolei diametralne zmiany w zakresie zasad odliczania VAT od kosztów zakupu i eksploatacji samochodów firmowych. Generalnie, po raz pierwszy w Polsce, nowe przepisy rozgraniczyły użytkowanie przez przedsiębiorców samochodów wyłącznie do celów służbowych oraz korzystanie z nich także na potrzeby prywatne. Od zakresu wykorzystania pojazdu firmowego, czyli tylko do celów związanych z działalnością gospodarczą lub w sposób mieszany (służbowo i prywatnie), uzależniona została wysokość możliwego do odliczenia podatku VAT.

W 2014 roku branża wynajmu długoterminowego rozwijała się także pod względem rozwiązań ekologicznych we flotach. Na rynku pojawiły się kolejne usługi wspomagające przedsiębiorców w projektowaniu i użytkowaniu w działalności biznesowej parków samochodów służbowych przyjaznych środowisku naturalnemu. Obserwowany był również dalszy wzrost świadomości polskiego biznesu, w odniesieniu do działań ekologicznych w zakresie flot. Niestety, pomimo że liczba samochodów ekologicznych, a więc z napędem hybrydowym i w pełni elektrycznym, w ubiegłym roku wzrosła, to udział tego typu pojazdów w polskich flotach jest wciąż marginalny. Niska popularność aut ekologicznych dotyczy w równym stopniu całego rynku flotowego w Polsce, niezależnie od formy finansowania pojazdów.

Do przyśpieszenia wzrostu w polskich flotach liczebności aut najbardziej ekologicznych, czyli elektrycznych, konieczna jest odpowiednia stymulacja prawno – podatkowa ze strony państwa –  mówi Marek Małachowski, Prezes Zarządu PZWLP, Dyrektor Zarządzający ALD Automotive Polska. – Wówczas użytkowanie tego typu pojazdów stanie się dla biznesu opłacalne nie tylko pod względem wizerunkowym, ale i ekonomicznym. Kluczowa jest także kwestia znaczącego rozwoju publicznych punktów ładowania samochodów o napędzie elektrycznym, co pozwoli na komfortowe i efektywne użytkowanie takich pojazdów w normalnej, codziennej działalności biznesowej firm.

W 2014 roku  kontynuowany był trend wzrostu popularności wynajmu długoterminowego w sektorze MSP. Jeszcze 10 lat temu z usług tych korzystały w zasadzie wyłącznie duże polskie i międzynarodowe korporacje. Obecnie ich klientami są coraz częściej mikro, małe i średnie firmy, co jest związane z rozwojem oferty, sprofilowanej pod kątem obsługi tego typu przedsiębiorców.

Co czeka branżę w 2015 roku?

Do najważniejszych wydarzeń w 2015 roku, które będą miały wpływ na funkcjonowanie branży wynajmu długoterminowego samochodów, będzie z pewnością należało planowane od 1 lipca wprowadzenie możliwości odliczenia podatku VAT od paliwa aut wykorzystywanych przez firmy. Istotną zmianą prawną, która została już natomiast wprowadzona od początku tego roku, jest określenie zasad opodatkowania pracowników z tytułu prywatnego użytkowania aut firmowych.

Dla Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów rok 2015 jest szczególnie ważny, ponieważ organizacja obchodzi w  nim jubileusz 10 lat swojej działalności. PZWLP został założony w listopadzie 2005 r. Po niespełna 10 latach od powołania, łączna flota pojazdów wynajmowanych długoterminowo przez członków organizacji zwiększyła się blisko 4-krotnie. PZWLP jest obecnie najważniejszym głosem branży wynajmu długoterminowego samochodów oraz posiada znaczący wpływ na kondycję całego rynku motoryzacyjnego w Polsce.

„Ustawa fotoradarowa” zniszczy wypożyczalnie aut w Polsce

Do Sejmu trafił poselski projekt tzw. ustawy fotoradarowej, dotyczący m.in. wprowadzenia odmiennego od dotychczas stosowanego sposobu karania sprawców wykroczeń drogowych, ujawnionych przy użyciu fotoradarów. Zgodnie z projektem, mandaty mają płacić nie łamiący przepisy kierowcy, ale właściciele pojazdów, zarówno osoby prywatne, jak i firmy. Zdaniem ekspertów PZWLP, planowane zmiany mogą przyczynić się do nagłego wzrostu niebezpiecznych zachowań na polskich drogach. Co więcej, narażą wszystkie funkcjonujące w Polsce firmy, użytkujące na co dzień auta służbowe, na poważne koszty. Mandaty z fotoradarów mieliby bowiem zapłacić nie pracownicy – kierowcy firmowych samochodów, ale sami przedsiębiorcy. Planowane zmiany najgorzej wpłynęłyby jednak na sytuację wypożyczalni samochodów. W większości przypadków tego typu firmy czekałaby upadłość.

Poselski projekt zmiany ustawy Prawo o ruchu drogowym oraz niektórych innych ustaw trafił do Sejmu 16 stycznia 2015, a 18 marca 2015 odbyło się jego pierwsze czytanie na sali izby niższej polskiego parlamentu. Następnie projekt został skierowany do dalszych prac Komisji Infrastruktury oraz Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej.  Proponowane w projekcie zmiany przepisów o ruchu drogowym w zakresie dotyczącym mandatów z fotoradarów budzą poważne zastrzeżenia ekspertów.

Obniży się bezpieczeństwo na drogach – kierowcy flotowi mogą poczuć się bezkarni

Eksperci PZWLP wskazują, że wprowadzenie w życie regulacji w kształcie proponowanym
w poselskim projekcie, może przyczynić się do znacznego pogorszenia bezpieczeństwa na polskich drogach. Dlaczego? Projekt zmian zakłada bowiem, że za przewinienia drogowe ujawnione przy użyciu fotoradarów, nie będzie karany faktyczny sprawca, a więc kierowca, ale właściciel pojazdu. Dodatkowo, kwalifikacja przewinienia wykrytego za pomocą fotoradaru zostanie zamieniona
z wykroczenia na karę administracyjną, co oznacza, że ukarany właściciel samochodu nie otrzyma
z jego tytułu punktów karnych, a jedynie karę finansową.

Zerwany zostanie związek pomiędzy czynem zabronionym, a karą za niego, gdyż odpowiedzialność za niebezpieczne zachowania na drodze osoby kierującej pojazdem, może ponieść zupełnie kto inny – mówi Marek Małachowski, Prezes Zarządu PZWLP, Dyrektor Zarządzający ALD Automotive Polska. – W ten sposób funkcja prewencyjna i wpływ na poprawę bezpieczeństwa drogowego w przypadku mandatów z fotoradarów, w praktyce przestaną istnieć. Nawet najbardziej rażące łamanie przepisów ruchu drogowego, nie będzie się już bowiem wiązało z dotkliwą karą utraty prawa jazdy, a będzie jedynie pociągało za sobą konieczność opłacenia grzywny. W przypadku aut służbowych bądź wynajmowanych w wypożyczalniach, będzie to sprzyjało znacznemu wzmożeniu niebezpiecznych zachowań na drodze. Kierowca takiego samochodu będzie miał bowiem świadomość, że ewentualny mandat zapłaci nie on, a właściciel pojazdu, który może mieć trudności z późniejszym obciążeniem go kosztami grzywny.

Zdaniem ekspertów PZWLP podstawowa funkcja nakładania mandatów za przewinienia drogowe,
a więc poprawa bezpieczeństwa, w przypadku tego projektu zmian ustawy, została zastąpiona celem fiskalnym. Głównym motywem w przypadku proponowanych zmian regulacji nie jest bowiem ukaranie sprawcy, a uproszczenie systemu ściągania kar finansowych z mandatów i przyśpieszenie wpływu pieniędzy z tego tytułu do budżetu państwa. W uproszczeniu, zakładane w projekcie zmiany przesuwają ciężar odpowiedzialności za ściąganie pieniędzy z mandatów z fotoradarów, z organów państwowych na przedsiębiorców i firmy.

Konsekwencje zmian dla firm – wysokie dodatkowe koszty, wzrost biurokracji, konieczność egzekucji mandatów od pracowników

Obecnie w Polsce, według niektórych źródeł, jest zarejestrowanych nawet kilka milionów samochodów użytkowanych przez firmy i przedsiębiorców. W przypadku każdego mandatu z fotoradaru wystawionego dla tego typu aut, kosztami grzywny zostanie obciążona firma, która jest prawnym właścicielem pojazdu, bez możliwości wskazania sprawcy, czyli konkretnego pracownika, użytkującego w danej chwili służbowy samochód. Skala problemu jaki mógłby się pojawić po wprowadzeniu w życie proponowanych przepisów, jest więc bardzo duża. Kłopoty dla firm i przedsiębiorców, będące konsekwencją proponowanych regulacji, nie skończą się wyłącznie na konieczności poniesienia kosztów mandatów, które w przypadku dużych flot pojazdów służbowych mogą wynosić w skali roku kilkaset tysięcy, a nawet kilka milionów złotych. Na każdego przedsiębiorcę i firmę w Polsce, użytkującą służbowe samochody, spadnie bowiem  problem późniejszej egzekucji grzywny z tytułu mandatu od pracowników. Odzyskanie pieniędzy będzie się wiązało z dodatkowymi, uciążliwymi zarówno dla pracodawców, jak i zatrudnionych, czynnościami formalnymi np. z podpisaniem dodatkowych oświadczeń przez pracowników i potrącaniem kwot wynikających z mandatów z wynagrodzeń zatrudnionych osób.

Jednym z najbardziej kontrowersyjnych zapisów w projekcie przepisów jest wzrost wysokości kary finansowej o 50% w przypadku otrzymania przez właściciela auta więcej niż trzech mandatów z fotoradarów w ciągu 12 miesięcy. W konsekwencji, w przypadku firm użytkujących floty złożone z kilkuset, a nawet ponad tysiąca aut, można się spodziewać, że wyższe o połowę mandaty pojawią się już po maksymalnie kilku dniach. W takiej sytuacji, pracownicy – kierowcy firmowych samochodów, będą w zasadzie permanentnie obciążani przez swoich pracodawców o 50% wyższymi kosztami mandatów, niż gdyby podobnych wykroczeń drogowych dopuścili się np. prywatnym autem. Innymi słowy, będą  ponosili wyższe koszty kar z tytułu mandatów, będąc traktowanym jak „piraci drogowi”, podczas gdy faktycznie może to być ich pierwsze przewinienie drogowe od kilku czy kilkunastu lat. W związku z tym, rozwiązanie to wprowadza różną odpowiedzialność za takie samo przewinienie i w efekcie budzi wątpliwości co do zachowania konstytucyjnej zasady równości wobec prawa.

Ustawa fotoradarowa zabójcza dla wypożyczalni

Proponowana zmiana przepisów będzie miała w szczególności bardzo negatywny wpływ na działalność i kondycję firm wynajmu krótkoterminowego pojazdów, popularnie zwanych wypożyczalniami samochodów. W wielu przypadkach może ona wręcz doprowadzić do upadków tego typu przedsiębiorstw. Zgodnie z proponowanymi zmianami, wypożyczalnie samochodów musiałaby ponosić bardzo wysokie koszty mandatów, które w skali roku mogłyby osiągnąć poziom nawet kilkuset tysięcy złotych, bez jakiejkolwiek możliwości egzekucji tych środków od swoich klientów.

Firmy wynajmu krótkoterminowego aut wypożyczają samochody zazwyczaj na okresy kilkudniowe, czasami nawet tylko na jeden dzień. Oznacza to, że mandaty otrzymują już po zwrocie pojazdu
i praktycznie nie mają możliwości otrzymania zwrotu kosztów grzywny od sprawcy wykroczenia.

Obecnie wypożyczalnie mają możliwość wskazania kierowcy, który złamał przepisy – mówi Radosław Lesiak, Członek Zarządu PZWLP, Wiceprezes, Country Manager Avis Polska. – W takim przypadku mandat jest egzekwowany bezpośrednio przez organ go wystawiający, który ma do tego pełne prawo, ponieważ ujawnione przez fotoradar przewinienie jest kwalifikowane jako wykroczenie drogowe. Zgodnie z propozycją nowych przepisów, mandat z fotoradaru będzie wyłącznie karą administracyjną, nakładaną na właściciela pojazdu, bez możliwości wskazania sprawcy. W efekcie firma wynajmująca auta, jako właściciel pojazdu, będzie musiała sama opłacić mandat. Ze względu na fakt, że samochód, którym popełniono wykroczenie został zwrócony znacznie wcześniej i wypożyczalnia nie będzie już miała żadnego kontaktu z klientem, w praktyce zostanie pozbawiona prawnych i technicznych możliwości obciążenia faktycznego sprawcy kosztami mandatu i odzyskania poniesionych na opłacenie grzywny środków. Firmy wypożyczające auta niestety nie będą również miały możliwości zabezpieczenia odpowiednich środków finansowych u swoich klientów, np. na zasadzie kaucji, na poczet ewentualnych mandatów w przyszłości, ponieważ nie będą w stanie przewidzieć ich potencjalnej wysokości.

Czy w innych krajach Unii Europejskiej wypożyczalnie aut także płacą mandaty za swoich klientów?

W przypadku firm wynajmu krótkoterminowego konieczne jest wprowadzenie odmiennego od proponowanego systemu nakładania kar administracyjnych. W przeciwnym razie funkcjonowanie firm tego typu w Polsce będzie bardzo poważnie zagrożone. Wypożyczalnie samochodów powinny mieć w dalszym ciągu zachowaną możliwość wskazania faktycznego sprawcy przewinienia drogowego, np. za pośrednictwem elektronicznych systemów instytucji zarządzającej siecią fotoradarów w Polsce. Pozwoliłoby to na przeprowadzenie całego procesu w sposób bardzo szybki
i sprawny, a wypożyczalni umożliwiłoby obciążenie klienta kosztami mandatu już w momencie zwrotu samochodu.

Proponowane obecnie w Polsce rozwiązania  nie funkcjonują w innych krajach Unii Europejskiej. Wypożyczalnie samochodów, w przypadku otrzymania mandatu z fotoradaru, mają możliwość wskazania sprawcy wykroczenia. W większości krajów kosztami mandatu mogą zostać obciążone tylko w sytuacji, kiedy podane przez nie dane użytkownika są nieprawdziwe lub niekompletne i organ ścigania nie ma w związku z tym możliwości wyegzekwować grzywny od sprawcy.

Likwidacja szkód komunikacyjnych na nowych zasadach

Posiadanie OC to obowiązek wszystkich właścicieli samochodów. Powinni oni wiedzieć, że od 1 kwietnia zmieniły się zasady likwidacji szkód. W większości przypadków formalności załatwimy tylko ze swoim ubezpieczycielem.

Nowa usługa nazwana została bezpośrednią likwidacją szkód (BLS). System umożliwia naprawę auta lub uzyskanie odszkodowania u swojego ubezpieczyciela, a nie – jak dotąd – u ubezpieczyciela sprawcy szkody. Gdy to nastąpi, zakłady ubezpieczeń rozliczą się między sobą.

„Dla polskiego rynku ubezpieczeń są to zmiany rewolucyjne, które wychodzą naprzeciw klientowi i podnoszą standardy” – mówi serwisowi infoWire.pl Kazimierz Majdański, dyrektor Biura Likwidacji Szkód Ergo Hestii.

Porozumienie w kwestii wprowadzenia systemu BLS – na razie jako miesięcznego pilotażu – zostało podpisane przez ośmiu ubezpieczycieli. Według zapewnień system nie spowoduje wzrostu cen OC.

Jak wyjaśnia przewodniczący Komisji ds. Likwidacji Szkód Polskiej Izby Ubezpieczeń i wiceprezes TUiR Warty Rafał Stankiewicz, z nowych zasad wyłączone są szkody o wartości przekraczającej 30 tys. zł, szkody na zdrowiu oraz te, do których doszło poza Polską.

O bankowości centralnej

0

Wykład profesora Andrzeja Sławińskiego, dyrektora generalnego Instytutu Ekonomicznego NBP, dla finalistów XXVIII edycji Olimpiady Wiedzy Ekonomicznej. Spotkanie odbyło się 27 marca 2015 roku w Warszawie w centrali NBP.

Stać nas na 7962 jaja za średnią pensję

Przeciętnie zarabiający Polak może teraz za swoją pensję kupić aż o 316 więcej jaj, niż na poprzednie święta – wyliczył portal Money.pl. Na rekordowy wynik złożyły się: spadek cen i wzrost wynagrodzeń, w porównaniu z ubiegłym rokiem.

Średnia pensja w Polsce była w lutym o 3,2 procent wyższa niż przed rokiem – podał w tym miesiącu Główny Urząd Statystyczny. Dodatkowo w tym samym czasie, jak wylicza GUS, żywność i napoje bezalkoholowe potaniały o 3,9 procent.

Co z jajkami? Najpopularniejsze – klasy M – są w tym roku tańsze niż przed rokiem. Najdroższe są jaja od niosek z chowu ekologicznego oraz z wolnego wybiegu. W zależności od klasy, w tym sezonie ceny wahają się od 35 do nawet 70 groszy za sztukę. Według obliczeń Money.pl średnia cena spadła w ciągu roku o 1 grosz. Dzięki temu za średnią pensję brutto jesteśmy w tym roku w stanie kupić aż 7962 sztuk jajek, przy 7646 w zeszłym roku i niespełna 7000 dwa lata temu. Z kolei 55 lat temu każdy Polak za średnią pensję mógł sobie pozwolić na zaledwie 678 jajek.

Biorąc pod uwagę, że przeciętny Polak zjada 148 jaj rocznie średnia pensja brutto wystarczy dziś na 53 lata zapasów.

jaja
Źródło: Money.pl na podstawie danych Głównego Urzędu Statystycznego

Oczywiście należy pamiętać, że z 3981 złotych pensji brutto pracownik etatowy z umową o pracę „na rękę” otrzyma niewiele ponad 2840 złotych. Po odliczeniu 545 złotych, które trafią do ZUS, 309 złotych na NFZ i 286 złotych zaliczki na podatek dochodowy, Polakowi zarabiającemu średnią w portfelu zostanie pieniędzy na 5680 jajek. Jak wyliczył Money.pl, dodatkowe obciążenia skarbowe kosztują Polaków ponad 2 tysiące jajek miesięcznie.

Tuż przed świętami specjaliści wróżą jeszcze większe obniżki. – Handlowcy, którzy chcą przyciągnąć klientów, sztucznie zaniżają ceny. W ostatnim tygodniu przedświątecznym mamy więc prawdziwe żniwa – produkty na promocjach kosztują nawet kilkanaście, kilkadziesiąt procent mniej niż jeszcze miesiąc wcześniej – tłumaczy w rozmowie z Money.pl Maria Andrzej Faliński, dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji, dodając, że trend ten nie dotyczy wyłącznie dużych sieci handlowych. – Mniejsze sklepy osiedlowe uzależnione są w ogromnym stopniu od tego, co dzieje się w supermarketach. Przed Wielkanocą zmuszone są do radykalnych cięć cen.

Niektórzy cudzoziemcy będą pracować bez zezwolenia

Rozszerzenie możliwości pracy bez zezwolenia na studentów i doktorantów przebywających w Polsce na podstawie wizy w celu odbycia studiów w Polsce, czy umożliwienie cudzoziemcom zamieszkałym w naszym kraju wygłaszania (do 30 dni w roku kalendarzowym) okazjonalnych wykładów, referatów lub prezentacji też bez wymogu posiadania zezwolenia na pracę – to dobre rozwiązania uważa Konfederacja Lewiatan.

– Pozytywnie oceniamy większość zmian związanych z wprowadzeniem rozporządzenia Ministra Pracy i Polityki Społecznej w sprawie przypadków, w których powierzenie wykonywania pracy cudzoziemcowi w Polsce jest dopuszczalne bez konieczności uzyskania zezwolenia na pracę – mówi Kamil Wiśniewski, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Studenci i doktoranci będą mogli wykonywać pracę przez cały rok kalendarzowy, a nie jak dotychczas tylko w lipcu, sierpniu i wrześniu. Jest to korzystne rozwiązanie co najmniej z kilku powodów. Po pierwsze, pracodawcy oczekują od absolwentów dużego doświadczenia zawodowego, które trudno zdobyć jedynie w miesiącach wakacyjnych. Po drugie, koszty związane ze studiowaniem za granicą (a co za tym idzie funkcjonowaniem poza domem rodzinnym), są tak znaczące, że bez możliwości pracy w roku akademickim, część studentów z zagranicy z przyczyn finansowych nie mogłaby studiować w Polsce. Po trzecie,
jest to korzystne rozwiązanie dla studentów z Ukrainy, których rodziny w dobie obecnego kryzysu mogły utracić zdolność do finansowania nauki za granicą. Po czwarte, w dobie niżu demograficznego, z którym borykają się polskie uczelnie jest to rozwiązanie, które powinno przyczynić się do zwiększenia liczby studentów
w krajowych uczelniach.

Objęcie cudzoziemców zamieszkałych w Polsce możliwością wygłaszania (do 30 dni w roku kalendarzowym) okazjonalnych wykładów, referatów lub prezentacji
(o szczególnej wartości naukowej lub artystycznej ) bez wymogu posiadania zezwolenia na pracę pozwoli na uniknięcie zbędnej biurokracji cudzoziemcom, którzy chcą dzielić się swoją wiedzą i doświadczeniami.

Konfederacja Lewiatan

 

Torpol walczy o kolejne kontrakty na modernizację linii kolejowych. Duże projekty Nowa Łódź Fabryczna i Rail Baltica pozwoliły spółce na istotną poprawę wyników

0

CEO Magazyn Polska

Poznańska spółka Torpol, zajmująca się modernizacją linii kolejowych, w 2014 roku pięciokrotnie poprawiła wynik netto dzięki udziałowi w dużych projektach infrastrukturalnych. W najbliższych miesiącach firma wystartuje w przetargach na modernizację m.in. linii E20 oraz kontynuację E75. W centrum zainteresowania Torpolu pozostaje kolej, choć spółka realizuje także kontrakty tramwajowe.

 W tej chwili przygotowujemy się do dużych, niedługo ogłaszanych przetargów kolejowych. Będą one dotyczyć przede wszystkim linii E20, kontynuacji linii E75 oraz poprawy stanu infrastruktury, czyli rewitalizacji tych projektów, które PLK ma zamiar w najbliższym czasie ogłaszać  mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Tomasz Sweklej, prezes zarządu Torpol SA.

Linia kolejowa E20 prowadzi od Siedlec do Terespola i jest częścią Transeuropejskiego Korytarza łączącego Berlin z Moskwą. Z kolei linia E75 (Rail Baltica) prowadzi od Warszawy przez Białystok do granicy państwa. Renowacja obydwu linii pozwoli na rozwinięcie prędkości 160 km/h przez pociągi osobowe (120 km/h przez składy towarowe), co będzie możliwe dzięki modernizacji torów, przejazdów kolejowych i sieci trakcyjnej.

W 2014 roku  przychody i zyski były generowane przede wszystkim przez dwa największe projekty – Nowa Łódź Fabryczna i Rail Baltica, czyli linię E75 na odcinku od Warszawy-Rembertowa do Tłuszcza – wyjaśnia Sweklej. – To są dwa największe infrastrukturalne projekty kolejowe w Polsce, które mamy przyjemność realizować jako generalny wykonawca z naszymi partnerami.

Spółka w 2014 roku osiągnęła przychody ze sprzedaży rzędu 775,4 mln zł (wobec 415,7 mln zł w 2013 roku) przy zysku netto w wysokości 25 mln zł (4,8 mln zł w analogicznym okresie w poprzednim roku).

– Projekty tramwajowe dla Torpolu w niektórych latach były kilkunastoprocentowym źródłem przychodów, nacisk kładziemy jednak na kolej. Do kolei jesteśmy lepiej przygotowani zarówno pod względem kadr, jak i wyposażenia sprzętowego. Projekty tramwajowe oczywiście nas interesują, natomiast kolej zawsze będzie najistotniejszym elementem naszej działalności  – zaznacza prezes zarządu Torpol SA.

Dane finansowe z 2014 roku wskazują, że spośród 775 mln zł przychodów spółki 93,5 proc. (725 mln zł) pochodziło z segmentu kolejowego, a 3,8 proc. (30,1 mln zł) z nich to obroty generowane przez segment tramwajowy.

Tomasz Sweklej podkreśla, że marże w biznesie Torpolu zależą głównie od ogólnej koniunktury w gospodarce. W fazie rozwoju infrastruktury spółka osiąga wyższe marże zarówno w projektach kolejowych, jak i w projektach w zakresie infrastruktury miejskiej i projektach ogólnobudowlanych.

Kiedy jest dekoniunktura, brakuje zamówień, a na rynku panuje posucha, to nasze marże zarówno w projektach kolejowych, projektach tramwajowych, jak i innych projektach budowlanych są słabsze – ocenia Sweklej.

Prezes spółki dodaje, że wszystkie obecnie realizowane projekty osiągają dodatnie marże, jednak dopóki nie zostaną one ukończone, trudno mówić o konkretnych wartościach.

Spółka Torpol jest notowana na GPW od września 2014 roku. Od debiutu kurs akcji wzrósł o prawie 50 proc. i oscyluje wokół poziomów 12-13 zł, co daje kapitalizację w wysokości niespełna 300 mln zł.

KSR: propozycje zmniejszenia barier dla przedsiębiorców

0

a podstawie raportu Banku Światowego pt. „Różnice pomiędzy przepisami o rachunkowości i przepisami podatkowymi” Komitet Standardów Rachunkowości (KSR) wybrał propozycje dotyczące tych obszarów polskiego prawa bilansowego i podatkowego, w których można osiągnąć zbliżenie przepisów w perspektywie krótko- i długoterminowej. Będzie to przydatne m.in. w redukcji barier administracyjnych w prowadzeniu działalności gospodarczej, przede wszystkim dla małych i średnich przedsiębiorstw.

Najważniejsze z propozycji dotyczą: definicji środków trwałych, prawa wieczystego użytkowania gruntów (amortyzacja), momentu rozpoczęcia i zakończenia amortyzacji, aktualizacji wartości nieruchomości, wartości niematerialnych i prawnych czy też różnic kursowych.

KSR przekazał ww. propozycje powołanej przez Ministra Finansów Radzie Konsultacyjnej Prawa Podatkowego jako materiał pomocny w prowadzonych przez Radę pracach nad zbliżeniem prawa bilansowego i podatkowego.

Raport Banku Światowego opracowano ramach realizacji projektu „Budowa zdolności instytucjonalnych i prawnych na poziomie krajowym, w zakresie sprawozdawczości finansowej i audytu w sektorze prywatnym”.

Komunikat w sprawie przyjęcia w Polsce Międzynarodowych Standardów Rewizji Finansowej

W dniu 1 kwietnia 2015 r. Komisja Nadzoru Audytowego (KNA), zatwierdzając odpowiednie uchwały Krajowej Rady Biegłych Rewidentów, zatwierdziła do stosowania w Polsce przez biegłych rewidentów i podmioty uprawnione do badania sprawozdań finansowych, wydawane przez Radę Międzynarodowych Standardów Rewizji Finansowej i Usług Atestacyjnych (ang. International Auditing and Assurance Standards Board, IAASB):

  1. Międzynarodowe Standardy Badania,
  2. Międzynarodowe Standardy Usług Przeglądu,
  3. Międzynarodowe Standardy Usług Atestacyjnych Innych niż Badania i Przeglądy Historycznych Informacji Finansowych
  4. a także Międzynarodowy Standard Kontroli Jakości 1.

KNA wyraża zadowolenie z zakończenia trwającego od 2011 roku procesu przyjmowania do polskiego porządku prawnego Międzynarodowych Standardów Rewizji Finansowej. KNA uznaje to za znaczący krok dla wzmocnienia jakości i jednolitości wykonywania zawodu biegłego rewidenta w Polsce i budowania zaufania do sprawozdawczości i rewizji finansowej.

Nowe standardy rewizji finansowej mają zastosowanie:

  1. w przypadku podmiotów uprawnionych do badania sprawozdań finansowych wykonujących badania lub przeglądy sprawozdań finansowych jednostek zainteresowania publicznego – do badania i przeglądów sprawozdań finansowych sporządzonych za okresy kończące się dnia 31 grudnia 2016 r. i później;
  2. w przypadku podmiotów uprawnionych do badania sprawozdań finansowych niewykonujących badania lub przeglądów sprawozdań finansowych jednostek zainteresowania publicznego – do badania i przeglądów sprawozdań finansowych sporządzonych za okresy kończące się dnia 31 grudnia 2017 r. i później;
  3. do usług atestacyjnych innych niż badania i przeglądy historycznych informacji finansowych rozpoczętych dnia 1 stycznia 2017 r. i później.

Podmioty uprawnione do badania sprawozdań finansowych wykonujące badania lub przeglądy sprawozdań finansowych jednostek zainteresowania publicznego, sporządzonych za okresy kończące się pomiędzy dniem 31 grudnia 2016 r., a dniem 31 grudnia 2017 r., zobowiązane są do dostosowania swojej działalności do przepisów nowych zasad wewnętrznej kontroli jakości do dnia 1 stycznia 2016 r., a pozostałe podmioty do dnia 1 stycznia 2017 r.

Przewidziano również możliwość dobrowolnego, wcześniejszego stosowania nowych standardów przez podmioty uprawnione do badania sprawozdań finansowych.

Zatwierdzając uchwały Krajowej Rady Biegłych Rewidentów, KNA oczekuje od organów Krajowej Izby Biegłych Rewidentów dalszego wsparcia we wdrożeniu nowych standardów rewizji finansowej zarówno dla biegłych rewidentów jak i podmiotów uprawnionych do badania sprawozdań finansowych, dostosowania procedur kontroli podmiotów uprawnionych do badania sprawozdań finansowych do nowych standardów, zapewnienia mechanizmu dalszego sukcesywnego wprowadzania zmian wynikających ze zmiany standardów IAASB, a także włączenia się przedstawicieli samorządu zawodowego biegłych rewidentów w proces przyjmowania i aktualizacji standardów na poziomie międzynarodowym.

Coca-Cola: w polskim handlu rośnie znaczenie małych sklepów „za rogiem” i związanych z nimi systemów franczyzowych

0

 

Coca-Cola chce dostosować swój system dystrybucji do zmieniających się wyborów konsumentów dotyczących kanałów sprzedaży. Po erze dominacji hipermarketów i triumfu dyskontów w polskim handlu rośnie znaczenie małych sklepów osiedlowych typu convenience oraz związanych z nimi systemów franczyzowych. Ale w tym roku producent napojów nie planuje zwiększenia produkcji ani nowych inwestycji.

Na polskim rynku kluczowym zjawiskiem, które obecnie obserwujemy, jest stała ewolucja kanałów sprzedaży – uważa Anna Jakubowska, dyrektor generalna Coca-Coli na Polskę i kraje bałtyckie. – Dobrym przykładem jest odrodzenie się sklepów typu convenience i związanych z tym formatem systemów franczyzowych. W praktyce to oznacza, że konsument chce mieć wygodny dostęp do produktów tuż obok swojego domu.

Sklepy typu convenience charakteryzują się długimi godzinami otwarcia, lokalizacją wewnątrz osiedli i kwartałów mieszkaniowych, niewielką powierzchnią i doborem najpotrzebniejszych w gospodarstwie domowym produktów. To np. Żabki, Małpki czy małe formaty Carrefoura. Coca-Cola, jak deklaruje Anna Jakubowska, chce szybko reagować na zmiany wyborów konsumenckich i kryteriów, jakimi kupujący się kierują.

W Polsce wkładamy wiele pracy w zapewnienie sobie odpowiedniej drogi na rynek i obsługę wszystkich kanałów – zapewnia szefowa Coca-Coli na Polskę i kraje bałtyckie. – W szczególności jesteśmy zainteresowani poprawą doświadczenia klientów podczas robienia zakupów w różnych kanałach. Skupiamy się zarówno na sektorze HoReCa (hotele, restauracje, catering – red.), jak i na nowoczesnym handlu czy wciąż rozwijającym się kanale dyskontowym.

Takie działanie wymusza krajowy rynek, który jak podkreśla Jakubowska, jest już bardzo konkurencyjny. Działają na nim nie tylko wszystkie znane marki i producenci, lecz także bardzo silni lokalni gracze i detaliści z markami własnymi (tzw. private labels).

To sprawia, że musimy być jeszcze silniejsi zarówno w kwestii oferty, innowacji, jak i sposobu komunikacji z klientami oraz konsumentami – tłumaczy Anna Jakubowska.

Jak przyznaje Anna Jakubowska podczas Poland & CEE Reatil Summit, najbliższe plany rozwoju Coca-Coli w Polsce nie obejmują jednak znaczącego zwiększenia produkcji ani nowych, budowanych od podstaw, inwestycji.

W zeszłym roku informowaliśmy o automatyzacji stanowisk do butelkowania w Radzyminie – przypomina Jakubowska. – Jest to najbardziej technologicznie zaawansowany automatyczny system magazynowania w ramach operacji butelkowania Coca-Cola Hellenic. W dalszym ciągu będziemy się przyglądać wydajności. Natomiast na tym etapie nie chcemy produkować więcej, uruchamiać czy planować nowych fabryk. Stale weryfikujemy strategie dotyczące obsługi polskiego odbiorcy, przyglądamy się też potrzebom związanym z zatrudnieniem i dostosowujemy je do wymagań rynku.

Po 25 latach od transformacji produkt krajowy brutto na głowę mieszkańca w Polsce wynosi 66 proc. średniej unijnej. Według Głównego Urzędu Statystycznego tylko ubiegłoroczny wzrost polskiego PKB wyniósł 3,3 proc. Był to jeden z najlepszych wyników w Europie, a tegoroczny ma być na podobnym poziomie.

Fakt, że kraj skorzystał na dodatnim wzroście PKB, jest dla nas fantastyczny, musimy umieć skorzystać z tej wartości – przekonuje Anna Jakubowska. – Nie ulega wątpliwości, że duża konkurencja, zarówno z punktu widzenia produkcji, jak i detalu, utrudnia prowadzenie działalności, choćby w zakresie dokonania wyceny rynku. Ale dla nas ważne jest to, że tworzymy wartość. Ostatecznie myślę, że Polska skorzysta także na inwestycjach producentów i detalistów.

Easy Forex: Stopy procentowe w Szwajcarii nie spadną, a SNB będzie słownie interweniował na rynkach. W połowie roku za franka zapłacimy 3,80 zł

CEO Magazyn Polska

Mija chaos na rynkach wywołany styczniową decyzją Szwajcarskiego Banku Narodowego o zniesieniu parytetu franka do euro oraz obniżce stóp procentowych. Prognozy wskazują, że stopy nie powinny być niższe, a SNB nie będzie interweniował na rynku, jak w poprzednich miesiącach. To oznacza stabilizację lub lekkie osłabienie franka do złotego o kilka, kilkanaście groszy względem obecnych poziomów. Jeśli rozpocznie się cykl podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych, to w relacji do dolara frank może być jeszcze słabszy.

– Możliwości interwencji Szwajcarskiego Banku Narodowego powoli się wyczerpują. Prawdopodobnie tutaj nastąpi pauza w dalszych działaniach, gdyż stopy procentowe są już na niespotykanym dotąd poziomie – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Andrzej Kiedrowicz, dyrektor polskiego oddziału Easy Forex, międzynarodowej firmy brokerskiej. – Główna stopa LIBOR jest na poziomie -0,75 proc., więc wydaje mi się, że trudno będzie o kolejne obniżki stóp procentowych.

15 stycznia Szwajcarski Bank Narodowy zniósł wprowadzony w 2011 roku sztywny kurs franka do euro na poziomie 1,20. Frank podrożał o kilkadziesiąt groszy z 3,54 zł (bezpośrednio po decyzji sięgnął nawet do 5,19 zł) i w kolejnych dniach ustabilizował się na poziomie 4,10-4,30 zł. Decyzja SNB wywołała obawy zadłużonych we frankach i chaos na rynkach finansowych.

– Spodziewane są raczej interwencje słowne niż wprowadzenie nowego sztywnego poziomu, na przykład franka szwajcarskiego względem euro, gdyż to już było praktykowane i jak widzieliśmy na początku tego roku, nie przyniosło zamierzonych skutków –podkreśla Kiedrowicz.

Pod koniec marca przedstawiciel SNB Fritz Zurbruegg powiedział dziennikowi „The Wall Street Journal”, że frank jest nadal istotnie przewartościowany, a wprowadzone w styczniu ujemne stopy procentowe potrzebują czasu, aby osiągnąć oczekiwany efekt.

Jak dodaje Kiedrowicz, najmocniejsza aprecjacja franka względem walut powoli zbliża się do końca, gdyż wpływ ujemnych stóp procentowych w Szwajcarii zaczyna przynosić skutki.

– Dlatego jeżeli nawet nastąpi jeszcze aprecjacja franka szwajcarskiego, to już nie będzie ona przebiegać w tak gwałtownym stylu jak dotychczas i raczej w dłuższym terminie powinniśmy obserwować stabilizację na parach związanych z frankiem – mówi dyrektor polskiego oddziału Easy Forex.

Zdaniem eksperta relacja notowań dolara do franka szwajcarskiego będzie zależeć od ewentualnego rozpoczęcia podnoszenia stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. Jeśli rozpocznie się cykl podwyżek zainicjowany przez Fed, to dolar powinien być mocniejszą walutą od franka szwajcarskiego. W relacji EUR/CHF Kiedrowicz wskazuje oscylowanie notowań pary wokół parytetu.

W połowie roku kurs franka do złotego będzie na poziomie 3,80-3,85, czyli złoty powinien być nieznacznie mocniejszy względem franka szwajcarskiego niż obecnie – przewiduje Andrzej Kiedrowicz.

Notowania CHF/PLN w marcu poruszały się w korytarzu 3-85-3,90 – co oznacza pewną stabilizację notowań. Po ogłoszeniu 15 stycznia decyzji Szwajcarskiego Banku Narodowego w kolejnych dniach dni kurs franka szwajcarskiego do złotego oscylował na poziomie 4,30 zł.

Żywność na Wielkanoc potaniała. Średnio za produkty zapłacimy o 4 proc. mniej niż rok temu

CEO Magazyn Polska

Na wielkanocne zakupy żywnościowe wydamy w tym roku o ok. 4 proc. mniej. Najpopularniejsze na świątecznym stole produkty są jednak jeszcze tańsze – nowalijki o ponad 10 proc., a cukier o jedną trzecią. Znacząco potaniało również mięso. Handlowcy dodatkowo obniżają ceny, oferując klientom różne promocje. Podrożał nieznacznie tylko alkohol.

Żywność w okresie świąt wielkanocnych jest tańsza niż w ubiegłym roku. Szacujemy, że spadek cen wyniósł około 4 proc. Różne produkty taniały w różnym stopniu, poza alkoholem [zdrożał o 0,5 proc.  red.] – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Andrzej Kowalski, dyrektor Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej.

Jak wyjaśnia prof. Kowalski, popularne wczesną wiosną młode warzywa, czyli nowalijki, w większości staniały o ponad 10 proc. Tańsze będą też wypieki, bo mąka potaniała o kilka procent, a cukier niemal o jedną trzecią. Ekspert wylicza także inne grupy produktów, za które w tym roku płacimy mniej niż w 2014 r., to jaja, nabiał, ryby oraz mięso.

Podrożał jedynie alkohol, ale jak zwraca uwagę dyrektor Instytutu, wzrost ten jest nieznaczny. Do tego świętom wielkanocnym nie towarzyszy tradycyjnie znacznie większa niż na co dzień konsumpcja alkoholi.

Dla poziomu cen żywności na święta nie bez znaczenia jest utrzymująca się w kraju od połowy ubiegłego roku deflacja. Dzięki niej przez cały 2014 r. inflacja roczna wyniosła 0.

Na zjawisko spadku cen w całej gospodarce nakładają się promocje sieci handlowych. Prof. Kowalski podkreśla, że co prawda trudno przewidzieć zachowanie sklepów przed samymi świętami, ale prawdopodobne jest, że będą próbowały zwiększyć wolumen sprzedaży, oferując różne promocje. Ekspert nie wyklucza jednak, że przed samymi świętami ceny mogą nieco wzrosnąć.

Być może handel uzna, że konsumenci będą pod przymusem i nieco podniesie ceny, ale trudno mi sobie wyobrazić, żeby to mógł być znaczący wzrost, jeżeli w ogóle będzie – ocenia prof. Kowalski.

HSBC Polska: Chiny to wielka szansa dla polskich firm. Tamtejsi konsumenci czekają na europejskie towary

0

CEO Magazyn Polska

Import z Chin rośnie trzy razy szybciej niż eksport polskich produktów do tego kraju. W ubiegłym roku saldo wymiany handlowej z Państwem Środka zmniejszyło się o 2,7 mld euro, do poziomu 15,7 mld euro. To może jednak się zmienić, bo tamtejsi konsumenci są coraz zamożniejsi i chętnie sięgają po europejskie towary. Dla polskich firm to wielka szansa znalezienia rynku zbytu dla swoich wyrobów.

Kondycja polskiego eksportu jest coraz lepsza. Jak podaje resort gospodarki, opierając się na wstępnych danych GUS, w ubiegłym roku polskie firmy sprzedały za granicą towary o wartości 163,1 mld euro, o 5,2 proc. więcej niż w 2013 roku. Eksport do Chin jest jednak niewielki i wynosi ok. 1,7 mld euro. Dynamika wzrostu wyniosła 5,6 proc., ale przy dynamicznym przyspieszeniu i tak wysokiego importu (o 19 proc. do 17,4 mld euro) niekorzystne saldo obrotów zwiększyło się o 2,7 mld euro – do poziomu 15,7 mld euro. Same Chiny importują rocznie towary za niemal 1,9 bln dolarów.

W Chinach jest bardzo duża klasa średnia, która stale rośnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Adrian Leung, dyrektor departamentu bankowości korporacyjnej HSBC Bank Polska. – Mamy do czynienia z wielkim procesem urbanizacji, wielu ludzi przenosi się z obszarów wiejskich do większych miast. To z kolei będzie powodowało coraz większy popyt. Chiny zmieniają się z gospodarki napędzanej eksportem na gospodarkę napędzaną przez konsumpcję.

Chiński rynek ma duży potencjał, ale sukces mogą tam odnieść tylko dobrze przygotowani eksporterzy, którzy będą w stanie zmierzyć się z odmienną kulturą, językiem i mentalnością.

Rosja i Ukraina stanowią wyzwanie, Europa Zachodnia zwolniła tempo rozwoju gospodarczego, więc trzeba szukać nowych, rozwijających się rynków – mówi dyrektor bankowości korporacyjnej HSBC Polska. – Chiny mają ogromną liczbę ludności, a więc potężny rynek konsumentów i silny wzrost. To obszar, który polskie firmy, posiadające dobre marki, powinny wziąć pod uwagę jako kolejny krok na drodze rozwoju.

Jak przekonuje Adrian Leung, trudno nawet mówić o jednym chińskim rynku, ponieważ jest to tak wielki obszar, że poszczególne prowincje mają ze sobą mniej wspólnego niż kraje w Europie. Sprawne poruszanie się po tym rynku wymaga pomocy osób dobrze z nim obeznanych.

Każda prowincja w Chinach jest inna, jest jak oddzielne państwo europejskie – przekonuje Adrian Leung. – Przymierzając się do biznesu w Chinach, trzeba więc sobie wyobrazić próbę eksportu do różnych części Europy, trzeba przyjąć różne podejścia i uwzględnić różne kultury. W niektórych rejonach ludzie mówią innymi dialektami niż w pozostałych. Dlatego tak ważne jest znalezienie odpowiednich partnerów.

Jak podkreśla Adrian Leung, rozważając wejście na chiński rynek, warto też pozbyć się części tradycyjnych obaw. Chiński rząd intensywnie i skutecznie walczy z korupcją i łapownictwem. Także kwestia piractwa, jak przekonuje ekspert HSBC, odgrywają coraz mniejszą rolę.

Zamiast martwić się o same podróbki, trzeba spróbować zbudować znajomość marki i sprawić, by konsumenci zrozumieli, że najważniejsza jest jakość oryginalnego produktu – podkreśla Adrian Leung.

R. Ziemkiewicz: fundusze unijne zepsuły polską administrację publiczną

CEO Magazyn Polska

Niemal 100 miliardów euro, które Polska otrzymała w ciągu 10 lat swojego członkostwa w UE, zaszkodziło naszemu krajowi – ocenia Rafał A. Ziemkiewicz. Przez dostępność środków z Brukseli zabrakło zachęt do reform i zwiększenia efektywności polskiej administracji publicznej. Przez to, jak uważa dziennikarz, polskie urzędy działają uznaniowo, nieefektywnie, powstaje także zbyt dużo ustaw. 

Pomoc unijna, z której tak bardzo się w oficjalnym dyskursie wszyscy cieszą, wyrządziła nam więcej szkody niż pożytku. Parę kawałków autostrad i rozmaite infrastrukturalne rzeczy nie były warte tego, że ogromne pieniądze, które wpłynęły do Polski, posłużyły zakonserwowaniu zupełnie nieracjonalnej struktury państwowej, a nawet jej rozrostowi – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dziennikarz Rafał A. Ziemkiewicz.

W ciągu 10 lat od wstąpienia do UE Polska otrzymała z Brukseli ponad 90 mld euro. Ziemkiewicz przyznaje, że dzięki tym środkom udało się rozbudować infrastrukturę oraz rozwinąć uboższe części kraju. Równocześnie fundusze unijne zlikwidowały zachęty do tego, by wydawać państwowe środki jak najbardziej efektywnie.

Dziennikarz przekonuje, że gdyby nie środki unijne pogarszająca się sytuacja ekonomiczna wymusiłaby głębokie reformy administracji państwowej już kilka lat temu. Napływ funduszy z UE pozwolił jednak zamaskować rosnącą nieefektywność polskiego systemu politycznego i mimo jego wad osiągać wzrost gospodarczy.

Obawiam się, że w takiej sytuacji impulsem do modernizacji będzie jakieś gwałtowne wydarzenia. Nie myślę tu o wojnach czy rewoltach ulicznych, chociaż mogą się zdarzyć jakieś bunty społeczne. Musi jednak dojść do gwałtownego załamania systemu, żeby zaczął on być nie tyle przebudowywany, ile wręcz budowany od nowa. Dziś jest on krańcowo nieracjonalny – ocenia Ziemkiewicz.

Jak podkreśla, wykorzystując środki unijne, Polska zaczęła funkcjonować według zasad opracowanych przez kraje rozwinięte. To właśnie one dyktują bowiem treść unijnych praw. Taki kraj jak nasz, który dopiero bogaci się i zmierza w stronę Zachodu, powinien jednak działać inaczej, według tego, co najlepsze dla nas, a nie dla bogatszych sąsiadów.

Według Ziemkiewicza symptomem nieefektywności polskiego państwa jest trudność w prowadzeniu jakiejkolwiek działalności. To, co np. w Irlandii czy Kanadzie nie jest żadnym problemem, w Polsce okazuje się niewykonalne – podkreśla Ziemkiewicz. Dotyczy to m.in. ułatwień w zakładaniu działalności gospodarczej, systemu podatkowego czy nadzoru państwa nad przedsiębiorcami.

Powodem takiej sytuacji jest m.in. obowiązujące w naszym kraju prawo. W Polsce powstaje bardzo wiele ustaw i rozporządzeń, ale ich skuteczność jest ograniczona.

Wszędzie panuje ogólna niemożność wszystkiego. Ministerstwo nie jest w stanie napisać projektu ustawy, piszą ją lobbyści. Potem się okazuje, że w samym rządzie ten projekt nie może przejść przez ustalenia międzyresortowe. Jak już przejdzie, to nie może przejść przez parlament. Jak już przejdzie przez parlament, to Trybunał Konstytucyjny zobaczy, że to jest sprzeczne, bo tyle żeśmy nabudowali idiotyzmów – punktuje Ziemkiewicz.

Podkreśla, że pierwszym krokiem w celu zmiany systemu powinna być likwidacja uznaniowości w działaniu urzędników. Ziemkiewicz wyjaśnia, że obecnie niektórzy przedsiębiorcy muszą liczyć się z tym, że różne urzędy skarbowe odmiennie interpretują przepisy. Dlatego nie brakuje osób, które rejestrują firmę tam, gdzie mogą liczyć na bardziej przychylnych urzędników, a nie tam, gdzie faktycznie mieszkają. Równie subiektywnie interpretowane są np. przepisy dotyczące odliczeń podatkowych czy pozwoleń na budowę.

Ziemkiewicz podkreśla, że jeśli wprowadzilibyśmy jednolite i precyzyjne procedury we wszystkich urzędach w kraju, to jakość administracji publicznej natychmiast by się poprawiła.

W kraju cywilizowanym podstawą administracji są procedury. Urzędnik, do którego przychodzi obywatel z takim i takim dezyderatem, spełniający określone warunki, musi wydać decyzję pozytywną. Ewentualnie negatywną, jeśli te warunki nie są spełnione. Decyzja powinna być wydana w ciągu 2-3 tygodni i koniec. Nie ma miejsca na widzimisię urzędnika – mówi Ziemkiewicz.

Rośnie popularność chmur obliczeniowych wśród polskich firm. Zaczynamy gonić firmy z USA

CEO Magazyn Polska

Już ponad połowa polskich przedsiębiorców uważa chmurę za technologię przyszłości. Przechowywanie danych w ten sposób jest tańsze, a – wbrew obawom wielu – jest równie, a nawet bardziej bezpieczne. Tego typu rozwiązania są dostępne dla przedsiębiorstw każdej wielkości, a dla użytkowników końcowych nie ma zauważalnej różnicy w korzystaniu z chmury w porównaniu do tradycyjnych technologii.

– Rozwiązania chmurowe cieszą się w Polsce coraz większą popularnością. Zdecydowanie gonimy Zachód pod tym względem. Tam technologia chmurowa jest codzienna wykorzystywana praktycznie cały czas podczas migracji istniejących rozwiązań bądź przy ich budowie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mateusz Młynarczyk, Program Manager z firmy ITMagination.

Badania dotyczące liczby przedsiębiorstw korzystających z technologii chmury (cloud computing) podają bardzo rozbieżne dane. Według ubiegłorocznych badań przeprowadzonych wśród polskich firmach, już niemal dwie trzecie przedsiębiorstw korzysta z tego typu rozwiązań. Tymczasem według opublikowanego również w 2014 r. raportu Frost & Sullivan tylko 38 proc. przedsiębiorstw w Europie korzysta z chmur obliczeniowych. W Ameryce Północnej ten odsetek – według tego samego źródła – jest wyższy i sięga 48 proc.

Jak przyznaje Młynarczyk, rozpowszechnienie chmury obliczeniowej szczególnie w Stanach Zjednoczonych jest znacznie większe niż w Europie. Raport Frost & Sullivan przewiduje, że do 2017 r. ponad 60 proc. amerykańskich firm będzie korzystało z technologii cloud.

Według ITMagination badania pokazują, że ponad połowa polskich przedsiębiorców postrzega rozwiązania w chmurze jako technologię przyszłości. Potwierdza to przeprowadzone na początku 2013 r. badanie Ipsos MORI dla Microsoftu. Jedną z największych zalet chmury jest jej niski koszt.

Porównując takie koszty, powinniśmy wziąć pod uwagę całkowity koszt takiej inwestycji, czyli TCO (Total Cost of Ownership), a nie jedynie początkowy koszt, jaki firma powinna ponieść. Licząc w ten sposób w dłuższej perspektywie czasowej rozwiązania chmurowe wychodzą zdecydowanie taniej – zapewnia Młynarczyk.

Po przeniesieniu danych lub procesów do chmury zachowane zostają dotychczasowe funkcjonalności znane użytkownikom z rozwiązań tradycyjnych. Biorąc po uwagę komfort pracy, nowa technologia jest niewidoczna dla użytkowników końcowych – zauważa Młynarczyk. Jedyną nowością jest sposób przechowywania danych, które trafiają na zewnętrzne serwery i są dostępne z każdego miejsca na świecie.

Przeniesienie danych i procesów do chmury rodzi jednak obawy związane z bezpieczeństwem i kontrolą nad nimi. Problem ten podkreśliły chociażby głośne wycieki przechowywanych w chmurze prywatnych danych amerykańskich celebrytów. Jednak Młynarczyk zauważa, że w przypadku klientów biznesowych bezpieczeństwo rozwiązań chmurowych jest zdecydowanie większe niż tradycyjnych.

Z mojego doświadczenia wynika, że nie ma czego się obawiać w kwestii bezpieczeństwo rozwiązań opartych o cloud. ITMagination dostarcza swoim klientom usługę opartą o chmurę Microsoft Azure. Jest to rozwiązanie komercyjne dla firm, a co za tym idzie przechodzi przez rygorystyczne testy i audyty bezpieczeństwa – podkreśla Młynarczyk.

Rozwiązania chmurowe są obecnie dostępne dla przedsiębiorstw każdej wielkości. To właśnie od liczby danych oraz zakresu ich wykorzystywania w ramach cloud computingu zależy koszt tej technologii dla konkretnej firmy.

Lewiatan Holding: skończyła się era hipermarketów, rynek przesycił się też dyskontami

0

 

W ubiegłym roku udział sieci hipermarketów w handlu detalicznym artykułami spożywczym zmniejszył się o 2 pkt proc., a rynek dyskontów się nasyca. Do 2020 roku liczba sklepów dyskontowych osiągnąć ma pułap, który bardzo trudno będzie przekroczyć. Według Lewiatan Holding mogą na tym skorzystać producenci, którzy chętniej będą rozwijać współpracę z mniejszymi sieciami handlowymi, pozwalającymi osiągnąć wyższe marże.

Minęła era hipermarketów, które mają istotny regres, a sieci dyskontowe dotknęły sufitu – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Wojciech Kruszewski, prezes Lewiatan Holding. – W związku z tym producenci powinni być zadowoleni. Nie będą bowiem tak dużo pracować w celu realizowania wielkich wolumenów sprzedaży. Ich uwaga będzie mogła kierować się na współpracę z sieciami, która przynosi większe zyski.

Jak szacuje analizująca rynek handlowy firma PMR, udział największych sieci hipermarketów w detalicznym handlu spożywczym zmalał w ubiegłym roku o 2 pkt proc. i obecnie wynosi 10 proc. Dyskonty natomiast jeszcze zwiększyły swoje przychody i obecnie odpowiadają za około 19,5 proc. obrotów (w 2010 roku niecałe 10 proc.).

Jak jednak zauważają autorzy raportu, również ich ekspansja ma swoje granice. Już teraz największa polska sieć odnotowuje znacznie słabsze dynamiki niż jeszcze rok czy dwa lata temu. Według szacunków w Polsce jest miejsce dla 5-6 tys. tego rodzaju placówek, a liczba ta ma zostać osiągnięta do 2020 roku. Ponadto konsumenci powoli zwracają się ku sklepom nie tyle najtańszym, ile najbliżej położonym i oferującym szybkie zakupy.

– Współpraca naszej sieci z producentami jest oceniana pozytywnie, o czym świadczą nasze wyniki – zapewnia Wojciech Kruszewski. – Obroty w wysokości ponad 8,5 mld zł lokują nas wśród największych graczy handlowych zarówno w Polsce, jak i całej Europie Środkowo-Wschodniej. Musimy mieć dobre relacje i zawsze wychodzimy z założenia, że powinny być one bardzo partnerskie, aby jedna strona nie zaskakiwała drugiej.

Polska Sieć Handlowa Lewiatan powstała w 1994 roku jako organizacja zrzeszająca kupców prowadzących działalność handlową. Aktualnie skupia 2860 placówek realizujących swoje cele poprzez centralę Lewiatan Holding SA oraz spółki regionalne, które budują i koordynują sieć sklepów w poszczególnych regionach. W holdingu zatrudnione jest obecnie ponad 22 tys. osób.

Producentom przedstawiamy bardzo szerokie portfolio – precyzuje Kruszewski. – Zawsze chcemy być razem z nimi, szczególnie w działaniach promujących wytwarzane przez nich artykuły, więc kooperacja z wieloma zwiększa się w tempie dwucyfrowy. Sądzimy, że producenci są zadowoleni. My również na tej współpracy zyskujemy, korzystając na przykład z trenerów, którzy szkolą naszych ludzi w zakresie zarządzania poszczególnymi kategoriami produktów.

W czasie Wielkanocy znacząco rośnie w Polsce spożycie czekolady, choć nie tak bardzo jak w Europie Zachodniej

CEO Magazyn Polska

Polacy wciąż spożywają znacznie mniej czekolady niż mieszkańcy krajów Europy Zachodniej. W czołówce europejskich smakoszy znajdują się Szwajcarzy, którzy jedzą jej prawie trzykrotnie więcej niż Polacy. W Polsce spożycie tego przysmaku rośnie w czasie świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy. W okresie przedświątecznym rosną zamówienia u producentów słodyczy.

Polacy nie należą do największych miłośników czekolady w Europie. Rocznie zjadają jej ok. 4,5 kg, niemal trzykrotnie mniej niż Anglicy, Belgowie i Szwajcarzy. W kwestii smaku Polacy są tradycjonalistami, wybierają bowiem przede wszystkim czekoladę najbardziej popularną: mleczną, gorzką, z nadzieniem truskawkowym oraz z orzechami. Rzadziej sięgają po bardziej oryginalne smaki, np. czekoladę z solą lub chili. Chętnie skosztują kawałek, np. podczas degustacji w sklepie, ale raczej nie decydują się na zakup całej tabliczki. Oryginalne połączenia smakowe chętniej wybierają osoby z dużych miast.

Sięgamy po nowe rzeczy, jak np. czekolada o smaku crème brûlée, panna cotta czy tiramisu, czyli smaki, które znamy z cukierni i łatwiej nam jest sobie wyobrazić, że to też może być w naszej czekoladzie jako forma deseru. Przekonujemy Polaków również do tego, żeby jedli czekolady nie tylko na słodko, lecz także wytrawnie. Taką czekoladę można użyć również do sosu do mięsa, np. do kaczki, zaś białą czekoladę do królika z wanilią i gorgonzolą– mówi agencji Newseria Janusz Profus, maestro czekolady E.Wedel.

Spożycie czekolady przez Polaków rośnie znacząco dwa razy w roku: na Boże Narodzenie i Wielkanoc. Polacy coraz więcej podróżują i chętnie przyswajają świąteczne zwyczaje zaobserwowane za granicą. Coraz większą popularnością cieszy się w Polsce np. zwyczaj poszukiwania wielkanocnego czekoladowego zajączka w ogródku lub domu, w czym widać wpływ kultury niemieckiej i amerykańskiej. Coraz chętniej wręczają sobie także świąteczne drobne czekoladowe upominki. Tradycyjne prezenty z okazji Lanego Poniedziałku to zwykłe pisanki, obecnie coraz częściej zastępowane przez jajka z czekolady.

Ta tradycja się zmienia, ale jednak Wielkanocą spożywamy mniej czekolady niż na Boże Narodzenie. Widzimy różnice w naszych zamówieniach, ale i tak przed Wielkanocą jest ich bardzo dużo – mówi Janusz Profus.

Czekolada na Wielkanoc to przede wszystkim pisanki, zarówno puste, jak i wypełnione nadzieniem. Polacy coraz chętniej kupują także czekoladowe zające i baranki, które ozdabiają świąteczny stół, a także trafiają do wielkanocnego koszyka. Popularność zyskują także pralinki w kształcie małych jajeczek nadziewane wanilią, maliną, karmelem czy nugatem. Polacy wybierają dobrze sobie znane smaki nadzienia, mniej popularne są wypełnienia pralinek o smaku ziół lub chili.

W krajach europejskich, np. w Belgii czy Niemczech, z Wielkanocą kojarzy się głównie zajączek i pisanki z czekolady i tego jest całe mnóstwo. Sprzedaż zaczyna się już w lutym lub pod koniec stycznia – te produkty już wtedy są dostępne w sklepach. W Polsce te produkty też są dostępne, ale trochę rzadziej po nie sięgamy. Trudno powiedzieć dlaczego. To dopiero zaczyna być tradycja – mówi Janusz Profus.

W wielu krajach istnieje zwyczaj obdarowywania dzieci słodyczami z okazji świąt wielkanocnych. W Szwecji i Stanach Zjednoczonych słodkie podarunki przynosi zajączek wielkanocny. Kiedyś wręczał maluchom tradycyjne słodkości, obecnie najczęściej czekoladowe jajka, zajączki i pralinki.

Oszczędności Polaków będą trafiać z lokat na giełdę. Proces ten opóźnia niska edukacja ekonomiczna Polaków

 

Polacy powinni przekonać się do inwestycji w akcje, bo stopy zwrotu z depozytów bankowych długo jeszcze pozostaną niskie  uważa Michał Cichosz, zarządzający funduszami w Skarbiec TFI. Jego zdaniem zarówno na polskiej giełdzie, jak i na rynkach naszego regionu oraz w krajach rozwiniętych nie brakuje spółek o solidnych fundamentach i perspektywach wzrostu. Dobrze zestawiony portfel powinien przynieść co najmniej kilkunastoprocentowe zyski.

Można powiedzieć, że ten rynek musi rosnąć, ponieważ poprzeczka postawiona przez lokaty, które są dostępne dla przeciętnego Kowalskiego, jest coraz niższa mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Michał Cichosz, zarządzający funduszami akcji Skarbiec TFI. – Lokaty na poziomie 2 proc. czy poniżej 2 proc. są już bardzo mało atrakcyjne, jeżeli zestawimy to z kilkunastoprocentowymi stopami zwrotu, które można uzyskać z funduszy akcyjnych. Oczywiście, są one bardziej ryzykowne.

Większość analityków uważa, że ten rok będzie dla giełdy przełomowy. Gospodarka ma się coraz lepiej, a spółki pokazują dobre wyniki. Z drugiej strony panuje deflacja i walcząc z nią, Rada Polityki Pieniężnej utrzymuje stopy procentowe NBP nas rekordowo niskim poziomie. To oznacza, że lokaty bankowe czy fundusze obligacyjne przestają się liczyć dla inwestorów. Alternatywą stają się akcje lub fundusze akcji.

W dłuższym terminie fundusze akcyjne, o ile są dobrze zarządzane, powinny przynieść dwucyfrowe stopy zwrotu. Według Michała Cichosza, gdy indywidualni inwestorzy zaczną to dostrzegać, to pewnie wrócą na giełdę, mimo że w ostatnich latach była ona źródłem rozczarowań.

Tak naprawdę w pewnym momencie musi to zadziałać i część z tej ogromnej puli środków wiszącej na depozytach bankowych powinna powoli przechodzić do branży funduszowej ocenia Michał Cichosz. – Natomiast moim zdaniem to nie będzie szybki i prosty proces, ponieważ stopień edukacji ekonomicznej społeczeństwa jest jeszcze dosyć niski. Musi się powoli zrodzić zaufanie do branży i ono też będzie powodować napływ z depozytów bankowych do produktów takich jak fundusze inwestycyjne.

Jak podaje Izba Zarządzających Funduszami i Aktywami, na koniec lutego krajowe fundusze inwestycyjne zgromadziły niemal 216 mld zł. W tym samym czasie wartość zobowiązań baków wobec gospodarstw domowych (głównie z tytułu depozytów) sięgnęła, jak podaje NBP, niemal 605 mld zł.

Widzimy bardzo dużo okazji inwestycyjnych z punktu widzenia nowych biznesów, nowych podmiotów, które się rozwijają podkreśla zarządzający funduszami akcji Skarbiec TFI. – Nie mamy problemu ze znajdowaniem atrakcyjnych podmiotów. Można powiedzieć, że wręcz przeciwnie – jest ich tak dużo, że musimy się decydować, który z nich jest bardziej atrakcyjny, a który mniej, ponieważ portfel ma ograniczoną liczbę miejsc. Z tego właśnie powodu jesteśmy optymistyczni, bo tych biznesów, w które warto inwestować, jest znacznie więcej, niż początkowo myśleliśmy.

Wracając na giełdę, inwestorzy powinni jednak pomyśleć o zmianie filozofii doradza Michał Cichosz, zarządzający ze Skarbca TFI. W mniejszym stopniu zwracać uwagę na wykresy modnej kiedyś analizy technicznej, a w większym na fundamenty spółek, których akcje kupują.

– Chciałbym, żeby kiedyś nadszedł taki dzień, w którym ludzie będą myśleli o inwestowaniu na giełdzie jako o byciu udziałowcem w firmie, a nie byciu spekulantem w poszukiwaniu elektrokardiogramu i szlaczka, który biegnie po monitorze, bo giełda nie ma z tym nic wspólnego. Szlaczek i kardiogram to jest tylko skutek, a przyczyną zawsze jest jakaś firma i jacyś ludzie, którzy za nią stoją.

Tania siła robocza nie daje już polskim firmom sukcesu na zagranicznych rynkach. Muszą konkurować innowacyjnością i unikatowymi produktami

CEO Magazyn Polska

Kluczem do sukcesu polskich firm za granicą jest przede wszystkim unikalny produkt lub usługa wysokiej jakości, ale równie ważne są inne element – innowacyjność oraz dobrze zorganizowany system dystrybucji i marketingu. Badania wskazują, że silne polskie marki na globalnych rynkach przyczyniają się także do wzrostu zarobków i PKB w kraju.

 

– Takie czynniki konkurencyjności polskich przedsiębiorstw, jak na przykład tania siła robocza, już się wyczerpują. Dlatego ważną rzeczą jest innowacyjność oraz korzystanie z dobrodziejstw globalizacji – mówi agencji Newseria Biznes, prof. dr hab. Tomasz Szapiro, rektor Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Globalne rynki stoją dziś otworem przed firmami, które potrafią dostosować się do wymogów konkurencji. Przewagą firmy przede wszystkim powinien być nowy, unikatowy produkt (lub usługa).

– W przypadku firmy Fakro tym produktem było okno dachowe. Polska firma była jednym z pierwszych producentów – mówi prof. Szapiro.

Kluczowe dla osiągnięcia sukcesu na rynkach zagranicznych są także inne elementy, jak innowacyjność i konkurencyjność cenowa. Konkurencyjność może być także wynikiem dobrze zorganizowanego systemu dystrybucji i skutecznych działaniach marketingowych.

Najważniejsze jest to, żeby solidnie pracować i mieć kapitał ludzki wysokiej wartości. Konkurencyjna firm to taka, która jest zaangażowana i dba o interesariuszy, czyli o pracowników i konsumentów, oraz o dobre relacje z innymi interesariuszami, czyli z samorządem i państwem – wymienia profesor.

Chociaż w ostatnich latach mieliśmy do czynienia z kilkoma spektakularnymi sukcesami polskich firm za granicą, to eksperci podkreślają, że mamy niedobór silnych marek reprezentujących Polskę w świecie. Z raportu fundacji Pomyśl o przyszłości wynika, że jest to jeden z 21 najważniejszych powodów, dla których w Polsce zarobki są cztery razy niższe niż w bogatych krajach Europy.

W raporcie zestawiono liczbę firm rodzimych o globalnym zasięgu ze średnim wynagrodzeniem w kraju. W państwach, gdzie liczba takich firm jest niewielka (w stosunku do liczby obywateli), zarobki są niskie. Rodzime globalne firmy generują nowe miejsca pracy w swoich centrach zarządzania. Potrzebują wysoko wykwalifikowanych pracowników zajmujących się badaniem i rozwojem, nadzorem technicznym, jakościowym, finansami, dystrybucją, marketingiem czy IT. Są też zleceniodawcami dla małych i średnich firm. Można przyjąć, że generują u nich drugie tyle miejsc pracy, co w swoich centrach.

Likwidacja barier celnych między państwami sprawiła, że globalnie zaczynają wygrywać firmy z dużych krajów, które osiągnęły efekt skali na rodzimych rynkach i odnoszą z tego tytułu korzyści.

 Recepta na silną pozycję konkurencyjną to mocne usytuowanie się w kraju, w macierzy, a dopiero potem szukanie możliwości ekspansji na rynkach zagranicznych, co przy możliwości i większej skali produkcji zmniejsza koszty jednostkowe i czyni firmę bardziej konkurencyjną cenowo – potwierdza prof. Tomasz Szapiro.

Krajami, które postawiły na wspieranie rozwoju rodzimych firm, są Niemcy i Korea. To dziś przynosi efekty. Eksperci fundacji Pomyśl o przyszłości wskazują, że w 1985 roku PKB Korei na osobę był na podobnym poziomie co w Polsce. Dziś jest prawie dwa razy większy i zachowuje tendencje wzrostową.

Pokolenie Y źle oceniane przez pracodawców. Zarzucają młodym brak zaangażowania i roszczeniowość

CEO Magazyn Polska

W ciągu kolejnych 10 lat pokolenie Y, czyli ludzie urodzeniu między 1980 a 2000 r., będzie stanowić 75 proc. siły roboczej na świecie. W powszechnej opinii pracownicy z tego pokolenia są roszczeniowi i brakuje im zaangażowania. To stereotypy – oceniają eksperci i podkreślają, że zaletami tych pracowników są m.in. wielozadaniowość i dobra znajomość nowych technologii. Nie chcą oni jednak poświęcać całego życia na karierę, a stawiają mocno na rodzinę i pasje. 

Pokolenie Y chce pracować przede wszystkim w takich miejscach, gdzie kapitał ludzki traktowany jest jako ważny, strategiczny element rozwoju całej organizacji – twierdzi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Palikowski, prezes zarządu Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami. – Młodzi ludzie poszukują zatrudnienia w firmach, którym zależy na rozwijaniu potencjału zatrudnionych poprzez mądre, dobre podejście do motywowania, uwzględniające również nowe wartości, które pokolenie Y, trochę w przeciwieństwie do X, wyznaje.

Dla osób wchodzących obecnie na rynek pracy ważne są – poza pracą – rodzina, hobby i zainteresowania, które tak samo jak zainteresowania zawodowe chcą rozwijać z pasją.

Przedstawiciele tego pokolenia nie będą już, tak jak obecni trzydziesto- i czterdziestolatkowie, poświęcać całego swojego życia rozwojowi kariery – uważa Palikowski.

Według raportu firmy doradczej Deloitte „Trendy HR w 2014 roku” w ciągu najbliższej dekady pokolenie Y będzie stanowić 75 proc. siły roboczej na świecie. Wydłużenie wieku emerytalnego oznacza dla wielu firm konieczność zarządzania pracownikami reprezentującymi cztery różne generacje. Zarówno w Polsce, jak i na świecie najbardziej widocznym trendem w zarządzaniu kapitałem ludzkim staje się budowanie skutecznego przywództwa, które umie pogodzić wyzwania biznesowe z rosnącymi aspiracjami zatrudnionych.

Firmy dzisiaj właściwie nie mają wyboru: muszą zatrudniać przedstawicieli pokolenia Y, ponieważ jest ono tym, które wchodzi na rynek pracy i zaczyna go kształtować – potwierdza Piotr Palikowski. – Przed pracodawcami staje zatem zadanie mądrej komunikacji z tym pokoleniem. Muszą dobrać narzędzia, które będą do tego pokolenia trafiały.

Według obiegowych opinii przedstawiciele pokolenia Y na rynku pracy prezentują postawy roszczeniowe i mają w ogóle niechętny stosunek do zatrudnienia. Prezes PSZK jednak przekonuje, że są to stereotypy.

Pokolenie Y to ludzie, którzy potrafią naprawdę zaangażować się w pracę, pod warunkiem że są odpowiednio motywowani – podkreśla Palikowski. – Nowoczesne technologie trochę uczą multitaskingu. Pokolenie Y coraz lepiej potrafi przełączać się zarówno pomiędzy programami, jaki i pomiędzy różnymi zadaniami. Pracodawcy to obserwują i to jest wielka zaleta, którą należy wykorzystywać.

Polskie Stowarzyszenie Zarządzania Kadrami realizuje kampanię „Jestem Ygrekiem, nie jestem leniem”, której zadaniem jest przełamanie niesprawiedliwych – zdaniem organizacji – stereotypów. Jej celem jest także zachęcenie młodych ludzi do zaprezentowania się pracodawcom z lepszej strony już na etapie studiów, czyli podczas staży i praktyk. Ma też zachęcić pracodawców do otwartej postawy wobec Ygreków i budowania z nimi relacji.

Grupa Wirtualna Polska umacnia się na pozycji lidera Internetu w Polsce

Grupa Wirtualna Polska, w której 20% udziału posiada subfundusz MCI.EuroVentures, zarządzany przez MCI Capital TFI S.A. (Grupa Kapitałowa Private Equity Managers S.A.), zachowała pozycję zwycięzcy w kolejnej edycji badania portali internetowych przeprowadzanego przez Megapanel i Gemius. W styczniu 2015 r. Grupa WP po raz kolejny zajęła pierwsze miejsce wśród portali internetowych w Polsce pod względem liczby realnych użytkowników (blisko 16 mln użytkowników), liczby odsłon (krajowych ogółem i mobilnych) oraz czasu krajowego ogółem (godziny) i mobilnego. W badanym miesiącu – styczniu 2015 Grupa WP zwyciężyła także w kategoriach tematycznych „Biznes, Finanse, Prawo”, „Komunikacja”, „Styl Życia” oraz „Nowe Technologie”.

Popołudniowy komentarz walutowy z 02.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 02.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Islandia odbierze bankom władzę nad pieniądzem?

Islandia zastanawia się nad odebraniem bankom komercyjnym ich największego przywileju – możliwości kreacji pieniądza. Przygotowany przez ekspertów raport proponuje alternatywy dla współczesnego systemu finansowego.

Na ponad 100 stronach raportu, przygotowanego na zlecenie premiera Islandii, zawarto krytykę istniejącego współcześnie systemu kreacji pieniądza. Trudno się dziwić – ostatecznie Islandczycy, jak mało kto, zostali doświadczeni przez ostatni i wciąż trwający kryzys finansowy, u źródła którego leży właśnie m.in. „pusty pieniądz”.

Autorzy raportu przedstawiają wybrane bolączki współczesnego systemu finansowego. Wśród nich znalazły się m.in. nadmierna kontrola banków nad podażą pieniądza, czy negatywny wpływ państwowych gwarancji na decyzje podejmowane przez banki.

– Islandzki raport,  to ciekawa diagnoza przyczyn obecnego kryzysu finansowego, która jego źródeł upatruje w monopolu sektora bankowego na kreację pieniądza. System rezerwy cząstkowej w połączeniu z państwowymi gwarancjami wypłacalności dla prywatnych banków jest jedną z przyczyn kryzysu, który od 2007 roku osłabia wzrost gospodarczy na świecie – komentuje Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.

W dokumencie zaprezentowano cztery rozwiązania, stanowiące alternatywę dla współczesnego systemu finansowego, opartego o zasadę rezerwy częściowej. Propozycje te, to tzw. Plan Chicago, wąska bankowość, bankowość specjalnego przeznaczenia oraz pieniądz suwerenny.

Tylko Bank Centralny ma kreować pieniądz

Szczególnie dużo uwagi poświęcono tej ostatniej koncepcji, która zakłada, że za kreację pieniądza odpowiedzialny ma być jedynie bank centralny – o tym ile środków wpuścić w gospodarkę miałoby decydować ciało podobne do polskiej Rady Polityki Pieniężnej. Następnie, środki te miałyby być wtłaczane do gospodarki różnymi kanałami: od wydatków rządowych począwszy, a na „dywidendzie obywatelskiej” skończywszy.

– Islandczycy w niestandardowy sposób podeszli do rozwiązania kryzysu finansowego w swoim kraju. Odpowiedzialnych bankierów potraktowano surowo. Część banków znacjonalizowano, zmienił się też rząd oraz rozpoczęto prace nad nową konstytucją. W małym państwie, gdzie praktycznie każdy jest ze sobą spokrewniony, pewne procesy zachodzą szybciej oraz efektywniej. Być może odejście od systemu rezerwy cząstkowej w Islandii sprawdzi się w tym kraju, ale to wcale nie znaczy, że w innych mogłoby być podobnie. Ten system ma wiele wad, ale wbrew pozorom ma też kilka istotnych zalet. Dzięki niemu większa liczba ludzi ma ułatwiony dostęp do kapitału i może bez większych przeszkód kupić np. telewizor na raty. Jednak nie da się zaprzeczyć, że w ostatnich latach głównym beneficjentem rezerwy cząstkowej był sektor bankowy – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

W 2018 roku globalne przychody firm farmaceutycznych sięgną ponad 1,6 bln dolarów

Starzejące się społeczeństwa, rosnące wydatki na opiekę zdrowotną, innowacje, a także rozwój na rynkach wschodzących sprzyjają wzrostowi przychodów firm farmaceutycznych, biotechnologicznych i technologii medycznej. Jednocześnie jednak, jak wskazuje raport „2015 Global life sciences outlook. Adapting in an era of transformation” przygotowany przez firmę doradczą Deloitte, branża ta, znajdująca się pod coraz większą kontrolą regulatorów i presją cenową, zmaga się z podobnymi problemami jak sektor usług finansowych 5-10 lat temu. W Polsce rok ten upłynie na dostosowywaniu działalności branży do nowych wymagań w zakresie dystrybucji leków oraz prób ograniczenia eksportu leków.

Od lat branża farmaceutyczna uznawana jest za jedną z bardziej dochodowych, choć także wyjątkowo konkurencyjnych. W 2014 roku jej przychody na całym świecie wyniosły 1,23 bln dolarów, w porównaniu do 1,15 bln dolarów rok wcześniej. Wiodącym motorem tego wzrostu były leki onkologiczne. Największy udział w tych przychodach mają kraje Ameryki Płn. (41,9 proc.), Azji i Australii (26,8 proc.) oraz Europy Zachodniej (19,8 proc.).

Dla porównania w tym samym czasie przychody branży biotechnologicznej wyniosły 288,7 mld dolarów, a technologii medycznej 364 mld dolarów. „W ostatniej dekadzie wydatki na opiekę medyczną rosły w tempie około 7 proc. rocznie. Biorąc pod uwagę presję kosztową ze strony rządów, a także zmianę modeli biznesowych w służbie zdrowia, w najbliższych latach tempo to będzie wolniejsze, sięgające nieco powyżej 5 proc. Nie pozostanie to bez wpływu na wyniki finansowe firm farmaceutycznych” – tłumaczy adwokat Łukasz Sławatyniec kierujący praktyką farmaceutyczną w kancelarii prawniczej Deloitte Legal.

Według danych The Economist Intelligence Unit (EIU) w latach 2014-2018 globalna sprzedaż produktów farmaceutycznych będzie rosła o 6,9 proc. rocznie, a to oznacza, że przychody tego sektora w 2018 roku mogą sięgnąć 1,61 bln dolarów. Najszybszego tempa wzrostu należy spodziewać się w Azji i Australii (o 10 proc.), w tym samych Chinach będzie to aż 18 proc. rocznie. Dla porównania w tym samym czasie Europa Zachodnia zanotuje wzrost jedynie o 2,2 proc. rocznie. Z kolei sektor biotechnologiczny do roku 2019 ma szansę wzrastać w tempie 9 proc. rocznie, a to oznacza, że jego przychody sięgną 444,9 mld dolarów. W przypadku technologii medycznej do roku 2020 należy spodziewać się wzrostu około 5 proc. rocznie (przychody na poziomie 513,5 mld dolarów).

Dynamiczne zmiany krajobrazu regulacyjnego i biznesowego wymuszają na firmach farmaceutycznych, biotechnologicznych i z sektora technologii medycznej zmiany w dziedzinie badań i rozwoju, polityki cenowej, łańcuchów dostaw i modelu biznesowego, tak aby zapewnić:

  • wspieranie rynku „opartego na wartości” (koncentracja na jakości a nie ilości) publiczne i prywatne systemy opieki zdrowotnej wielu państw odchodzą od modelu opieki nastawionego na ilość na rzecz modelu opartego na wartości,
  • ograniczenie kosztów rządy państw i pozostali uczestnicy rynku wprowadzają mechanizmy kontroli cen i coraz częściej stosują leki biologiczne, a także generyczne, aby obniżyć koszty leków i urządzeń,
  • skupienie się na rynkach wschodzących – spadek dynamiki przychodów w krajach rozwiniętych sprzyja wzrostom i rozwojowi na nowych rynkach wschodzących,
  • zachowanie zgodności z przepisami – wydłużająca się lista wymogów regulacyjnych i oczekiwań nakłada na sektor coraz to nowe wyzwania.

Firmy farmaceutyczne borykają się również z problemem wygasających patentów. Z roku na rok rośnie sprzedaż leków generycznych, czyli zamienników leków innowacyjnych. W Polsce ich udział w sprzedaży sięga ponad 60 proc. i jest to jeden z najwyższych wskaźników w Unii Europejskiej.

„Firmy farmaceutyczne nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie, coraz więcej inwestują w produkty biologiczne, które zacierają tradycyjny podział na leki innowacyjne (nowe, oryginalne leki niemające odpowiedników) i generyczne (lek odtwórczy, zamiennik już istniejącego leku). Produkty biologiczne wymagają specyficznych regulacji. W szczególności ustawa refundacyjna, oparta na tradycyjnym podziale produktów, zdaje się nie dostrzegać wielu problemów jakie rodzi niemożność uznawania leków biologicznych za pełne odpowiedniki, a tym samym ich pełną wymienialność. Te braki w regulacjach mogą skutkować stosowaniem mechanizmów cenowych, które pogarszają dostęp pacjentów do innowacyjnych produktów” – wyjaśnia Łukasz Sławatyniec.

Niskie ceny leków w Polsce powodują, że nasz rynek zmaga się z problemem handlu równoległego i eksportem leków, co skutkuje tym, że niektórych z nich brakuje dla polskich pacjentów. W tej chwili w pracach sejmowych znajduje się projekt nowelizacji ustawy o prawie farmaceutycznym, który ma ukrócić te praktyki. „Leki, których braki będą odnotowywane, trafią na specjalne listy, a Główny Inspektor Farmaceutyczny będzie mógł sprzeciwić się wobec ich wywozu z Polski, także do innego państwa członkowskiego Unii Europejskiej. Niezależnie od powyższego, zamiarem Ministerstwa Zdrowia jest wdrożenie elektronicznego systemu, który pozwoli na raportowanie w czasie rzeczywistym obrotu lekami i wyrobami medycznymi” – mówi Łukasz Sławatyniec. Jednak zdaniem eksperta Deloitte Legal ten rok dla branży farmaceutycznej w Polsce upłynie przede wszystkim na dostosowywaniu działalności do nowych wymagań prawa farmaceutycznego w zakresie dystrybucji leków. 8 lutego br. weszła w życie nowelizacja przepisów. Konsekwencją zmian jest wdrożenie nowych zasad dobrej praktyki dystrybucyjnej.

Raport Deloitte wskazuje, że wysiłki ze strony administracji rządowych na całym świecie na rzecz lepszej kontroli wydatków na opiekę zdrowotną, ograniczanie dysproporcji w świadczeniu usług i zachęcanie konsumentów do lepszego dbania o własne zdrowie są najważniejszymi czynnikami umożliwiającymi systemom opieki zdrowotnej przejście z modelu nastawionego na ilość na model oparty na wartości. Dla firm z branży farmaceutycznej i biomedycznej trendy te oznaczają niejednokrotnie zmiany w modelach ich funkcjonowania.

Poziom rozwoju społecznego kraju wpływa na bezpośrednie inwestycje zagraniczne (BIZ)

Przyspieszenie wzrostu gospodarczego oraz wzmocnienie powiązań ekonomicznych, społecznych i politycznych pomiędzy krajami może mieć w najbliższych latach znaczący wpływ na zwiększenie bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ). Wraz ze wzrostem napływającego kapitału wzrasta również potrzeba spojrzenia poza dane finansowe w celu zrozumienia czynników wpływających na BIZ. Firma doradcza Deloitte, we współpracy z organizacją Social Progress Imperative1 stworzyła raport „Foreign Direct Investment and Inclusive Growth: The impacts on social progress” wskazujący, że dzięki odpowiednio prowadzonej polityce można uruchomić mechanizmy wspierające pozytywne sprzężenie zwrotne pomiędzy rozwojem społecznym, a bezpośrednimi inwestycjami zagranicznymi.

Raport powstał w oparciu o analizę wskaźnika rozwoju społecznego tzw. Social Progress Index opracowanego dla 132 krajów. Analizie poddano postęp społeczny rozpatrywany w trzech wymiarach: zaspokojenie podstawowych potrzeb człowieka, fundamenty dobrobytu oraz możliwości awansu społecznego i wolności osobiste. Wysokość wskaźnika rozwoju społecznego kraju pozwala określić jakiego typu bezpośrednie inwestycje zagraniczne są najbardziej wskazane i mają największe szanse na powodzenie w danym kraju, a jednocześnie pokazuje w jaki sposób te inwestycje mogą wpłynąć na rozwój społeczny na danym obszarze. „Korzyści gospodarcze wynikające z BIZ są powszechnie znane i o nich mówi się najwięcej. Mniej jednak wiadomo o tym, jak postęp społeczny, którego dokonuje dany kraj wpływa na zainteresowanie inwestorów zagranicznych. Polityka promująca postęp społeczny może przyciągać zagraniczne inwestycje, co z kolei przyczynia się do dalszego rozwoju społeczeństwa w wielu jego aspektach” – wyjaśnia Steve Almond, Przewodniczący Rady Nadzorczej Deloitte Global.

Bezpośrednie inwestycje zagraniczne mogą pobudzać szeroko rozumiany postęp społeczny danego kraju. Jednocześnie rządy powinny strategicznie podchodzić do długoterminowych inwestycji (np. w edukację, infrastrukturę, ochronę zdrowia, dostęp do energii, czy wody), które pomagają budować przewagę konkurencyjną państw czy regionów jako obszarów potencjalnie atrakcyjnych dla lokowania bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Z drugiej też strony skuteczna realizacji projektów inwestycyjnych na danym terenie może też pozytywnie wpływać na długoterminowy rozwój społeczno-gospodarczy i zwiększyć szanse danego obszaru na przyjęcie w przyszłości bardziej zaawansowanych, czy kompleksowych projektów inwestycyjnych” – wyjaśnia Rafał Rudzki, Starszy Menedżer w zespole Sustainability Services Central Europe, Deloitte.

Jak wskazują autorzy raportu, uruchomienie sprzężenia zwrotnego pomiędzy BIZ a rozwojem społecznym, może zostać zakłócone przez szereg czynników, takich jak:

  • Pułapka ubóstwa – istnieją kraje, w których brak zasobów i odpowiedniej infrastruktury (bezpłatnego dostępu do edukacji czy opieki zdrowotnej dla wszystkich obywateli) uniemożliwia napływ inwestycji zagranicznych. Do takich krajów należą, m.in.: Burundi, Malawi, Liberia i Togo.
  • BIZ uwarunkowane dostępnością do zasobów naturalnych – tego typu inwestycje często wymagają nisko wykwalifikowanej kadry, a ich efekty są ograniczone do jednego sektora, co oznacza, że potencjalnymi beneficjentami korzyści społecznych staje się jedynie niewielka grupa społeczna. Do takich krajów można zaliczyć, m.in.: Kazachstan, Azerbejdżan, Mauretanię, Angolę czy Gwineę.
  • Niestabilność polityczna – niestabilna sytuacja polityczna oraz groźba konfliktu zbrojnego zniechęcają inwestorów zagranicznych niezależnie od poziomu postępu społecznego danego kraju. W tym kontekście należy wymienić, m.in.: Irak i Egipt.
  • Raje podatkowe – bezpośrednie inwestycje zagraniczne koncentrują się jedynie na rozwoju wybranych sektorów, związanych z bankowością i finansami. Tak wąska specjalizacja może zwiększać podatność gospodarki państwa, a także jego otoczenia społecznego i politycznego na wstrząsy. Tak dzieje się, m.in. w Libanie czy Trinidadzie i Tobago.
  • Większe tempo wzrostu gospodarczego w porównaniu ze wzrostem społecznym – istnieją kraje, w których wraz ze wzrostem gospodarczy nie następuje wzrost społeczny. Taki stan charakteryzuje większość krajów z grupy BRICS (Rosja, Indie, Chiny).

Nowa III edycja Social Progress Index zostanie opublikowana w kwietniu 2015 r.

Globalna notka prasowa: How social progress develops with and helps attract foreign direct investment.

Rolnik powinien się szkolić

Nie wystarczy doświadczenie i dobry sprzęt, aby praca w rolnictwie przynosiła efekty. Wymogi jakościowe nakładane przez Unię Europejską sprawiają, że rolnicy, tak jak każda grupa zawodowa, muszą się doszkalać. Dzięki temu mogą być na bieżąco z uprawą roślin i hodowlą zwierząt oraz procedurami pozyskiwania dotacji.

Wśród rolników największym zainteresowaniem cieszą się kursy, które dotyczą pozyskiwania dofinansowania z Unii Europejskiej. Jednak – jak zaznacza w rozmowie z serwisem infoWire.pl Paweł Kocel z Timac Agro – „ważne są też szkolenia, które pozwalają na optymalizację kosztów i zabiegów agrotechnicznych: wszytko po to, by działać na rzecz zrównoważonego rolnictwa”.

Każdy rolnik, który używa w swoim gospodarstwie środków ochrony roślin, musi mieć ukończone odpowiednie szkolenie. Od 26 listopada 2015 r. wymóg ten będzie dotyczył także sprzedawców tych środków. „W dzisiejszych czasach, kiedy zależy nam na wysokich plonach i bardzo dobrej jakości, doszkalanie jest niezbędne. Rolnik musi wiedzieć, jak stosować dane produkty, zwłaszcza że są one coraz bardziej zaawansowane” – zaznacza ekspert.

Szkolenia organizowane są przez Agencję Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, ale również przez firmy dystrybuujące produkty rolnicze.

Z łupkami nie wyszło, nowy pomysł to gaz z piaskowca

Nawet 200 mld metrów sześciennych wydobywalnego gazu zamkniętego (tzw. tight gas) może znajdować się trzech wielkich polskich kompleksach geologicznych – wynika z raportu zaprezentowanego przez Państwowy Instytut Geologiczny. Jeśli weźmiemy pod uwagę udokumentowane złoża konwencjonalne, szacowane na 134 mld metrów sześciennych i to, że w ciągu roku wydobywamy z nich od około 4 do 5 mld metrów sześciennych błękitnego paliwa, to raport wydaje się zapowiedzią rewolucji energetycznej Polski. Jak pisze portal Money.pl, dzięki takim zasobom moglibyśmy spokojnie pokryć stale rosnące, roczne zapotrzebowanie na to paliwo całego kraju, które na dziś szacowane jest na 15 mld metrów sześciennych, a także uniezależnić się od dostaw z Rosji. Eksperci studzą jednak euforię. To, że mamy wielkie złoża nie oznacza jeszcze, że wydobycie się opłaci.

Bezpieczeństwo energetyczne w obecnej sytuacji politycznej wydaje się priorytetem. Już teraz Ministerstwo Gospodarki chce określić minimalne poziomy dotyczące zakupów gazu poza Polską. Dziś ponad 72 proc. zapotrzebowania zaspakaja gaz importowany. Do kraju sprowadzamy go w ilości 11,26 mld metrów sześciennych z czego 85 proc. z Rosji. Jedynie 4,4 miliarda metrów sześciennych pochodzi z krajowego wydobycia. Ogólnie, z tak zwanego kierunku wschodniego, czyli Rosji, Azerbejdżanu i krajów Azji Środkowej, sprowadzamy – jak podaje Money.pl – aż 9 mld metrów sześciennych gazu w ciągu roku. Dla porównania – z Niemiec importujemy jedynie 1,7 mld metrów sześciennych.

Czy gaz z piaskowca zmieni sytuację energetyczną w jakiej znajduje się Polska? Za przykład wykorzystania gazu zamkniętego stawia się Amerykę, która od lat go wydobywa i stanowi on blisko jedną trzecią całkowitego wydobycia gazu ziemnego w USA. Do końca obecnej dekady z importera tego surowca Ameryka ma szansę stać się jednym z bardziej liczących się eksporterów gazu ziemnego.

CEO Magazyn Polska
źródło: Money.pl na podstawie Tight Gas-Texas A&M Univ

 

Czy rzeczywiście Polska ma szansę powtórzyć sukces Amerykanów? – Do tego potrzeba czasu i naprawdę dużych inwestycji, bo sama wiedza o potencjalnych zasobach musi zostać podparta względnie tanią i skuteczną technologią, pozwalającą na masowe wydobycie tego gazu – zaznacza w rozmowie z Money.pl dr Robert Zajdler z Instytutu Sobieskiego. – W przeciwnym razie błękitne paliwo z piaskowca może się okazać równie nieopłacalne, jak gaz łupkowy.

Emocje studzą również sami autorzy raportu: Nie chciałbym, by napompowano marzenia, a potem nastąpił „kac poznawczy”, gdyby okazało się, iż realia są takie, że nie jesteśmy drugim Kuwejtem czy Katarem. Wszystko na to wskazuje, że odniesiemy sukces, ale będzie on na skalę polskich potrzeb i nie nastąpi jutro – przestrzega główny geolog kraju, wiceminister środowiska Sławomir Brudziński. – Dane są optymistyczne, ale spójrzmy na nie chłodnym okiem.

Jeszcze pięć lat temu amerykańscy eksperci z agencji Energy Information Administration przekonywali, że nasze zasoby gazu łupkowego sięgają 5,3 biliona metrów sześciennych, a ówczesny premier Donald Tusk zapewniał, że owe złoża staną się gwarancją naszych przyszłych emerytur. Do dziś jednak nie udało się znaleźć opłacanych źródeł tego paliwa, a z dalszych poszukiwań wycofało się już kilku dużych graczy jak m. in. Chevron i Exxon Mobil.

– Powody były bardzo proste: za duże koszty i zbyt odległa perspektywa zysku z komercyjnego wydobycia – tłumaczy dr Zajdler.

CEO Magazyn Polska
źródło: Money.pl na podstawie danych EIA

 

Jak przekonują eksperci, sam gaz z piaskowców nie różni się od gazu wydobywanego ze złóż tradycyjnych i podobnie jak on, głównie składa się z metanu. Gaz typu tight jest jednak uwięziony w mikroskopijnych przestrzeniach porowych piaskowców, ale przestrzenie te nie są ze sobą połączone.

Aby go wydobyć, trzeba użyć – podobnie jak w przypadku uwalniania gazu z łupków – metody szczelinowania hydraulicznego. Jednak, jak zapewniają eksperci, w przypadku tight gazu szczelinowanie jest dużo prostsze i nie wymaga stosowania niektórych komponentów chemicznych do płynu szczelinującego.

Jak pisze Money.pl, wykonanie odwiertu tight w USA kosztuje niecałe 6 mln dol., a w Europie – około 8 mln dol. Dla porównania odwiert do wydobycia gazu łupkowego to koszt rzędu od 5 do 9 mln dol. w Ameryce Płn. i od 10 do 15 mln dol. w Polsce.Ale wiele wskazuje na to, że w przypadku Polski czerpanie ze złóż gazu zamkniętego może faktycznie okazać się droższe, niż wydobywanie gazu z łupków. Gaz zamknięty znajduje się bowiem głębiej – nawet o około dwa kilometry – niż w USA, a nawet w innych częściach Europy. Dlatego dr Magdalena Sidorczuk, kierownik działu informacyjnego Państwowego Instytutu Geologicznego – Państwowego Instytutu Badawczego w Warszawie, uprzedza, że takie proste przeliczenie, ile gazu nadaje się do wydobycia, może być mylące.

– Pozyskiwanie surowca musi się opłacić. Byłbym ostrożny więc w popadaniu w euforię. Do szacunkowych kosztów wydobycia gazu z piaskowca trzeba doliczyć jeszcze koszty technologii i infrastruktury oraz koszty środowiskowe – ostrzega również ekspert Instytutu Sobieskiego. – To bardzo podraża inwestycję, czego doświadczyliśmy przy gazie łupkowym.

CEO Magazyn Polska
źródło: Money.pl na podstawie danych IHS

 

Jak przekonuje ekspert Instytutu Sobieskiego, jeśli nawet wydobycie gazu z piaskowca okaże się opłacalne, nie wpłynie specjalnie na ceny gazu w prywatnych domach w najbliższych latach. Jego zdaniem nie powinniśmy przedkładać wydobycia własnego nad import, a jedynie poszerzyć koszyk dostawców. Uruchomienie terminalu regazyfikacyjnego LNG w Świnoujściu pozwoli na przesył dodatkowych 5 mld metrów sześciennych paliwa z innych kierunków, co już rozwiązuje wiele problemów.

– Transgraniczne połączenie pozwala na dywersyfikację importu i uniezależnienie się od kierunku wschodniego, daje okno na świat i obecnie daje większe szanse na zbicie ceny gazu w Polsce, niż marzenia o gazowym eldorado – podsumowuje Zajdler.

Spada bezrobocie w Niemczech i w Polsce

Niemiecki rynek pracy europejską potęgą jest i basta. Symptomy poprawy sytuacji widać także w Polsce, choć daleko nam do lat, w których to pracownicy dyktowali warunki pracodawcom.

Niemiecki Federalny Urząd Pracy poinformował dziś, że w największej gospodarce strefy euro, wyrównany sezonowo wskaźnik stopy bezrobocia przyjął w marcu wartość 6,4%, wobec 6,5% w lutym. Ten wynik, to najniższy odczyt od momentu zjednoczenia Niemiec w 1990 r.

– Niskie bezrobocie w Niemczech, to dobra wiadomość dla Polski – im lepsza kondycja naszego głównego partnera handlowego, tym większe prawdopodobieństwo, że nasza gospodarka na tym skorzysta. Niemcy zatrudniają, a to znaczy, że będą też kupować, m.in. polskie produkty. Polskie firmy, których rynkiem zbytu są Niemcy, mogą liczyć na powiększenia portfela zamówień – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

W Polsce najlepiej od 6 lat

O poprawie sytuacji, także na polskim rynku pracy, świadczą dane opublikowane dziś przez Eurostat. Obliczana przez europejskich statystyków lutowa stopa bezrobocia wyniosła 7,8%. Po raz ostatni tak niski wynik odnotowano w Polsce w lutym 2009 r.

– Statystyki Eurostatu sugerują, że stoimy na progu rynku pracownika. W latach 2007-08 to pracownicy dyktowali warunki na rynku pracy, a przedsiębiorcy mieli problemy ze znalezieniem siły roboczej i byli zmuszeni do zdecydowanych podwyżek wynagrodzeń – zauważa Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.

Warto pamiętać, że Eurostat posługuje się badaniem ankietowym (BAEL), a nie oficjalnymi danymi z urzędów pracy. Bezrobocie rejestrowe wykazywane przez Główny Urząd Statystyczny wyniosło w lutym 12%.

– Obecnie jednak sytuacja na rynku pracy w niczym nie przypomina tej sprzed 8 lat. Płace rosną średnio po ok. 3% rocznie, co przy uwzględnieniu deflacji cenowej, realnie daje całkiem przyzwoity wynik rzędu 4-5%. Niemniej jednak w latach 2007-08 wynagrodzenia wzrastały realnie o  6-8%, a zatrudnienie w sektorze dużych przedsiębiorstw rosło w tempie 5-6%, podczas gdy obecnie o nieco ponad 1%. Oznacza to, że sytuacja pracownika na polskim rynku pracy poprawia się, ale najniższa od 6 lat stopa bezrobocia nie jest tożsama z dyktatem pracowników. Może to i lepiej, ponieważ gwałtowne boomy niemal zawsze kończą się równie ostrym załamaniem, jak w roku 2009 r. – dodaje Kolany.

Poszukujący pracy będą przebierać w ofertach

Rynek pracy ożywa – widać to nie tylko po liczbie ofert zatrudnienia, lecz także większej aktywności osób szukających pracy. I nie chodzi tu jedynie o bezrobotnych. Coraz częściej to osoby już pracujące przeglądają oferty i chcą znaleźć nowe, atrakcyjniejsze zajęcie.

Osoby poszukujące pracy zaczynają mieć decydujący głos na rynku. To dla pracodawców nie lada wyzwanie. „Szukający zatrudnienia nie będą się kierować tylko i wyłącznie wynagrodzeniem. Uwagę skupią również na marce pracodawcy i tym, co faktycznie ona za sobą niesie” – mówi serwisowi infoWire.pl Izabela Bartnicka z Grupy Pracuj.

Pracodawca będzie zmuszony bardziej dbać o swoich obecnych pracowników, jak również o komunikację podczas rekrutacji i to, co kandydaci z niej wynoszą. W wielu firmach z konieczności zmieni się także podejście do zatrudnianych osób. „Kandydaci wymagają od przedsiębiorców transparentności. Nie akceptują sytuacji, kiedy obiecuje się świetne warunki pracy i rozwoju, które później są niespełniane” – stwierdza rozmówczyni.

Zmianie ulegną również trendy dotyczące form zatrudnienia i współpracy między pracodawcą a pracownikiem. Popularniejsze staną się wolne zawody oraz praca na zlecenie. Chętniej będziemy też współpracować z kilkoma firmami, niż decydować się na długoletni związek z jedną.

Analitycy zauważają ponadto, że niektórych specjalistów zaczyna brakować. „Wielu firmom będzie trudniej znaleźć dobrych pracowników. Z takim problemem zmaga się już np. branża IT” – zaznacza Izabela Bartnicka.

Szacunkowe wykonanie budżetu państwa w 2014 r.

W okresie styczeń – grudzień 2014 r. oszacowano:

  • dochody budżetu państwa na kwotę 283.542,7 mln zł,
  • wydatki budżetu państwa na kwotę 312.520,2 mln zł,
  • deficyt budżetu państwa na kwotę 28.977,5 mln zł.

Więcej informacji nt. szacunkowych danych znajduje się w dziale Działalność / Finanse publiczne / Budżet państwa / Wykonanie budżetu państwa / Szacunkowe wykonanie budżetu.

Usprawnienie organizacji Administracji Podatkowej

Od 1 kwietnia 2015 roku Administracja Podatkowa będzie funkcjonowała w innej formule niż dotychczas. Izba skarbowa i podległe jej urzędy skarbowe staną się jedną jednostką budżetową, a dla wszystkich pracowników tej administracji w województwie pracodawcą będzie izba skarbowa. Efektem tych zmian będzie lepsza wydajność, przejrzystość i szybkość działania Administracji Podatkowej oraz skuteczność w zakresie koordynacji realizowanych zadań i poziomu świadczenia usług publicznych. Wchodzące w życie zmiany nie będą miały wpływu na siatkę urzędów skarbowych.
Z dniem 1 kwietnia 2015 r. wejdzie w życie nowelizacja ustawy o urzędach i izbach skarbowych, która wprowadzi zmiany będące odpowiedzią na zmieniające się otoczenie i oczekiwania społeczne, co do funkcjonowania Administracji Podatkowej. Nastąpi połączenie izb i urzędów skarbowych, które odbywać się będzie na poziomie każdego województwa i polegać będzie na konsolidacji zadań pomocniczych wykonywanych dotąd odrębnie przez wszystkie jednostki organizacyjne. Izba skarbowa i podległe jej urzędy skarbowe staną się jedną jednostką budżetową. Zadania dyrektora generalnego oraz kierownika jednostki budżetowej pełnił będzie dyrektor izby skarbowej, natomiast pracodawcą osób zatrudnionych w tak rozumianym urzędzie będzie izba skarbowa.

Dyrektor izby skarbowej będzie odpowiadał za wszystkie zadania zwane procesami pomocniczymi, realizowanymi dotychczas odrębnie przez izby i urzędy w zakresie: obsługi finansowej i kadrowej, zarządzania majątkiem, remontami i inwestycjami, zamówień publicznych, obsługi informatycznej, audytu, kontroli zarządczej, zarządzania jakością, komunikacji oraz informacji prawnie chronionych. Naczelnicy urzędów skarbowych pozostaną organami podatkowymi I instancji i organami egzekucyjnymi, a dyrektorzy izb jak dotychczas organami nadzoru i organami podatkowymi II instancji.

Zmiany nie spowodują likwidacji urzędów skarbowych a pracownicy zadania będą realizować w nowej formule organizacyjnej. Część osób zatrudnionych w komórkach zajmujących się do tej pory zadaniami pomocniczymi (np. rachunkowością budżetową, kadrami, informatyką) będzie wykonywała swoje zadania bezpośrednio w strukturze izb skarbowych. Część z nich rozpocznie realizację innych zadań, takich jak obsługa podatnika, kontrola podatkowa, czy egzekucja administracyjna.

Zmiany te wpłyną pozytywnie na wydajność, przejrzystość i szybkość działania Administracji Podatkowej, a także poprawią skuteczność w zakresie koordynacji realizowanych zadań oraz poziom świadczenia usług publicznych. Pozwolą również lepiej wykorzystać istniejące zasoby kadrowe, co przełoży się na jakość realizowanych zadań związanych z obsługą i wsparciem podatnika, poborem podatków oraz dyscypliny podatkowej, które odgrywają istotną rolę w realizacji podstawowego celu Administracji Podatkowej.

Klienci administracji odczują poprawę pracy urzędów skarbowych w zakresie obsługi podatników poprzez wzrost efektywności ich działania oraz usprawnienie wewnętrznych procesów. Dzięki tym działaniom Administracja Podatkowa będzie głównie koncentrować się na zadaniach podstawowych i lepiej gospodarować powierzonymi środkami publicznymi.

Ruch rozwija usługi udzielania pożyczek i sprzedaży ubezpieczeń w mniejszych miejscowościach. Testuje też format małego sklepu

0

CEO Magazyn Polska

Ruch zamierza rozbudowywać swoją sieć kiosków i oferować w niej nowe usługi. W mniejszych miejscowościach w kiosku można odebrać paczkę, ubezpieczyć samochód lub zaciągnąć pożyczkę. Firma testuje też format małych sklepów, w których oprócz prasy będzie można kupić podstawowe produkty spożywcze.

Sklepy działają pod szyldem Superac. Obecnie w ramach programu pilotażowego Ruch uruchomił ich dziesięć.

– To są sklepy c-storowe [typu convenience – red.], które zgodnie z koncepcją trochę rozszerzają ten asortyment Ruchu o świeże produkty, jedzenie, żywność i podstawowe produkty, których może potrzebować człowiek, kiedy rano idzie do pracy czy wieczorem, kiedy wraca do domu mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Dariusz Stolarczyk, wiceprezes zarządu Ruchu. To jest nasz pilotażowy projekt. Liczby pokazują, że dobrze się rozwija. Będziemy spokojnie rośli, pojawiali się w miejscowościach, gdzie są nowe osiedla, gdzie brakuje kiosku Ruchu, w metrze, gdzie na pewno będzie potrzeba kupienia biletu czy prasy.

Ruch ma dziś w Polsce ponad 2,2 tys kiosków. Obsługuje też 20 tys. placówek, do których codziennie dowozi prasę. Posiadaną sieć sprzedaży Ruch zamierza jednak wykorzystywać nie tylko do handlu, tym bardziej że przyszłość rynku prasy drukowanej jest niepewna. Spółka chce więc też świadczyć usługi finansowe.

Niedawno wprowadziliśmy sprzedaż pożyczek konsumenckich naszym klientom – poinformował podczas konferencji Poland & CEE Retail Summit Dariusz Stolarczyk. Bardzo dobrze to pracuje. W dużych miastach, jak choćby Warszawa, relatywnie łatwo jest złożyć wniosek o pożyczkę i dostać te pieniądze, jednak w mniejszych miejscowościach nie jest to już tak bardzo dostępna usługa. Klienci cieszą się, że w kiosku Ruchu mogą złożyć podanie o pożyczkę i mogą tę pożyczkę dostać.

Kolejny pomysł spółki na poszerzenie asortymentu oferowanego w kioskach Ruchu związany jest z działalnością ubezpieczeniową. W placówkach sieci można więc kupić polisę na samochód.

To też jest oferta dla mniejszych miejscowości ocenia wiceprezes zarządu Ruch. Osoba, która przychodzi do naszego kiosku, daje dowód rejestracyjny, nasz agent skanuje kod QR, który się na nim znajduje się, i składa klientowi ofertę w postaci konkretnego wydruku, może wtedy pobrać pieniądze i ubezpieczenie zawarte.

Od zeszłego roku Ruch świadczy w swych kioskach również usług kurierskich.

– W ubiegłym roku „Paczka w Ruchu” w ciągu pierwszego kwartału zrobiła taki wolumen, jaki dzisiaj robi w pół dnia – mówi Dariusz Stolarczyk. To pokazuje, jak bardzo rośnie biznes usługowy i jak dużym zaufaniem klientów cieszy się nasza spółka. W przypadku pożyczek to jest już całkiem przyjemna liczba, w przypadku ubezpieczeń też rośniemy.