Wartość rynku systemów IT dla przedsiębiorstw rośnie. Najszybciej usługi w chmurze

CEO Magazyn Polska

Wartość projektów IT w obszarze zarządzania wydajnością przedsiębiorstw w Polsce to dziś ponad sto milionów złotych rocznie i nadal rośnie. Spośród wszystkich rodzajów oprogramowania najszybciej rosną usługi chmurowe – o kilkanaście procent rocznie. Na rynku wyróżniają się ci dostawcy, którzy oferują kompleksowe platformy.

Rynek tego typu rozwiązań jest bardzo nasycony. Biorąc pod uwagę licencje oraz usługi, na świecie jest on wart prawie 13 mld dolarów według ostatnich analiz Gartnera – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Stalewski, country manager Tagetik Polska. – To, czy będzie dalej rosnąć, zależy od tego, jak organizacje będą reagować na nowoczesne trendy w tym obszarze, czyli m.in. na chmurę i dostępność tych rozwiązań w ramach modelu software as a service.

Stalewski podkreśla, że wartość rynku systemów (licencje i usługi) corporate performance management, czyli systemów zarządzania wydajnością przedsiębiorstw, to prawie 150 mln zł.

Aplikacje performance management pozwalają kluczowym osobom w organizacji – zarządom – podejmować decyzje o kierunkach rozwoju firm na podstawie danych rzeczywistych oraz przygotowywanych wariantów  prognoz finansowych i operacyjnych – wyjaśnia ekspert Tagetik.

Chętnych na walkę o ten duży i wciąż rosnący rynek jest wielu. Jak podkreśla Stalewski, pod względem liczby firm segment ten jest już nasycony, ale dostawcy wciąż mogą wyróżnić się ofertą. Jedną z możliwości jest oferowanie kompleksowych rozwiązań IT umożliwiających przedsiębiorstwom stopniowy rozwój i dodawania kolejnych usług. Taką właśnie strategię przyjęła firma Tagetik, oferująca oprogramowanie klasy CPM (corporate performance management).

Platforma biznesowa Tagetik pozwala organizacjom optymalizować swoje procesy związane z zarządzaniem efektywnością w organizacji. Są to procesy, które dotyczą budżetowania, konsolidacji finansowej, sprawozdawczości regulacyjnej, zewnętrznej i wewnętrznej – mówi Stalewski. – Podstawową zaletą oprogramowania jest centralizacja i ujęcie wszystkich procesów w ramach jednego modelu metadanych, opisującego procesy w organizacji, co wiąże się z tym, że organizacje mogą szybciej i taniej tego typu wdrożenia realizować.

Taki model to dla firmy, która się rozwija, duża korzyść. Jak wyjaśnia Stalewski, tradycyjne rozwiązania oparte są na kilku aplikacjach. Do każdego procesu przeznaczone jest inne oprogramowanie, korzystające z różnych modeli danych przechowywanych w różnych bazach danych. O ile dla małych firm nie jest to problem z uwagi na to, że zazwyczaj optymalizują one jeden, dwa procesy, realizując podejście taktyczne, o tyle w większych organizacjach i grupach kapitałowych chętniej spogląda się na rozwiązania, dzięki którym można zmierzyć się z wyzwaniem strategicznie.

Konieczność integracji różnych aplikacji pochłania czas, pieniądze i stwarza dodatkowe ryzyko. W przypadku platform kompleksowych, które opierają się tylko na jednej aplikacji, firma nie musi marnować zasobów na działania integracyjne i skomplikowane utrzymanie. Dzięki kompleksowym platformom zarządy spółek mogą także elastyczniej wybierać usługi, których akurat potrzebują. Potem mogą łatwo dodać kolejne funkcje lub z nich zrezygnować.

Na rynku pojawia się coraz więcej rozwiązań opartych o technologię cloud computing.

Implementacja w chmurze tych procesów jest szybsza i tańsza niż w klasycznym podejściu, więc więcej firm na nie stać – podkreśla Stalewski. – Chmura jako segment rynku rozwija się w tempie do kilkudziesięciu procent rok do roku, przy czym w przypadku rozwiązań CPM dynamika jest odrobinę niższa, ponieważ mamy tu do czynienia z krytycznymi danymi. Jest pewna bariera psychologiczna wśród dyrektorów i zarządów, żeby takie dane przechowywać poza firmą. Tego trendu jednak raczej nic już nie zastopuje.

Szacuje się, że w ciągu kolejnych pięciu lat rozwiązania w chmurze będą stanowiły jedną czwartą rynku.

Dodatkową korzyść przedsiębiorstwa, zwłaszcza te mniejsze, mogą osiągnąć dzięki połączeniu zalet kompleksowej platformy do zarządzania firmą z usługami w chmurze. Dzięki chmurze wszystkie nakłady związane z utrzymaniem infrastruktury informatycznej oraz dostępności samej aplikacji i aktualizacji do nowych wersji są po stronie dostawcy. W skali całej inwestycji jest to zazwyczaj kilka do kilkunastu procent jej wartości. W związku z tym organizacje mogą się skoncentrować na samym wdrożeniu przy współpracy ze specjalistyczną firmą lub nawet w oparciu o własne zasoby po odbyciu odpowiednich szkoleń. Szacuje się, że już po trzech latach optymalizacja TCO (ang. total cost of ownership) może wynieść nawet do 20 proc. w porównaniu z modelem tradycyjnym.

Rolnicy uważają zniesienie kwot mlecznych za koniec mleczarstwa w Polsce. Ich obawy są jednak nieuzasadnione

CEO Magazyn Polska

Polscy rolnicy mogą skorzystać na zniesieniu kwot mlecznych. Eksperci podkreślają, że w porównaniu z innymi krajami unijnymi Polska ma mniej liczne stada, także mleczność krów jest niższa niż w Europie. Zniesienie kwot może wpłynąć na zwiększenie mocy produkcyjnej, która wciąż nie jest w pełni wykorzystywana. 

Z początkiem kwietnia w Unii Europejskiej przestały obowiązywać limity produkcji mleka, co dla producentów oznacza spore zmiany.

Jestem przekonany, że w dłuższym okresie zniesienie kwot będzie korzystne dla polskich rolników. Mamy jeden z najnowocześniejszych przemysłów spożywczych, w tym mleczarnie, które w 20-30 proc. nie wykorzystują mocy przerobowych. Mamy też bardzo duże rezerwy wśród producentów mleka z powodu tańszej siły roboczej – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Kowalski, dyrektor Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej.

Polski przemysł mleczarski ma duży potencjał. Wskaźnik mleczności krów, choć od kilku lat stopniowo rośnie, jest wciąż niższy niż w krajach zachodnich. Z informacji Polskiej Federacji Hodowców Bydła i Producentów Mleka wynika, że w 2014 roku wydajność wyniosła ponad 7,5 tys. kg mleka (wzrost o 141 kg względem 2013 roku). Dla porównania w Danii wskaźnik ten wynosi 8,5 tys., a w USA – 10 tys.

Część rolników boi się, że zniesienie kwot oznacza koniec polskiego mleczarstwa. Na pewno będzie to okres trudny, ale tak samo przed wejściem do UE straszono nas, że zaleje nas tania żywność, a nasi producenci świetnie dali sobie radę. Po ustabilizowaniu sytuacji będziemy mogli mówić, że zniesienie kwot nie było tak groźne, jak mogło się niektórym wydawać – mówi Kowalski.

Dotychczas można było produkować mleko do ustalonego wcześniej limitu. Dla Polski na rok rozliczeniowy 2014-2015 było to ponad 10 mln ton. Nadprodukcja wyniosła 7 proc., co w konsekwencji oznacza 700 mln zł kary. Dlatego zniesienie limitów może być dla naszego kraju dobrą wiadomością. Analizy U.S. Dairy Export Council wskazują, że produkcja mleka w Unii skoncentruje się w sześciu krajach. Eksperci oceniają, że najbardziej na zniesieniu kwot zyska Irlandia (wzrost produkcji nawet o 50 proc.), ale wśród beneficjentów ma znaleźć się również Polska.

Zniesienie kwot mlecznych może znacząco wpłynąć na poziom eksportu.

W tej chwili nadchodzi czas próby, który pokaże, kto się najlepiej przygotował do tych wyzwań. Natomiast rozwój sytuacji na rynku światowym będzie zależał od kilku czynników. Pierwszy i najważniejszy to poziom wzrostu gospodarczego – zaznacza dyrektor IERiGŻ. – Zniesienie kwot będzie miało również istotne znaczenie, jeżeli Unia przystąpi do porozumienia o współpracy z USA. Trzecim czynnikiem jest rosyjskie embargo.

Wprowadzony w sierpniu 2014 roku przez Rosjan zakaz importu żywności m.in. z Polski – wbrew prognozom – nie wpłynął negatywnie na sytuację przemysłu spożywczego. Zdaniem prof. Kowalskiego w niektórych sektorach można nawet mówić o pozytywnym wpływie. Podobnie było w mleczarstwie. Większa dywersyfikacja eksportu sprawiła, że Polska w 2014 roku wyeksportowała o ponad 15 proc. więcej produktów niż w 2013 roku o łącznej wartości 2 mld euro (dane Krajowego Związku Spółdzielni Mleczarskich). Do czasu wprowadzenia zakazu przez Rosję tempo wzrostu utrzymywało się na poziomie 23 proc. W całej Unii eksport nabiału wzrósł w ciągu ostatnich pięciu lat o 45 proc. pod względem wielkości i o 95 proc. pod względem wartości.

Embargo nie okazało się jednak tak groźne dla Europy, jak się wydawało. Sam byłem pesymistą, myślałem, że część rynków się załamie – przyznaje Andrzej Kowalski i wskazuje, że na embargo najbardziej traci Rosja. – Pytanie, czy zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami embargo zostanie zniesione po roku. Na tamtejszy rynek nie wpływa 40-50 proc. potrzebnej żywności i nie zostało to zastąpione importem z innych stron – mówi.

Rozwój dyskontów i marek własnych ogranicza wzrost firm logistycznych

CEO Magazyn Polska

Rosnący udział dyskontów i coraz większa popularność marek własnych ogranicza wzrost firm logistycznych, które obsługują klientów brandowych, tracących na nowych trendach. Rozwiązaniem dla przedsiębiorców jest rozszerzanie zakresu usług oraz wyjście poza ofertę klasycznego transportu i składowania towarów.

– Pracując w dużej mierze z klientami brandowymi, dostrzegamy, że mają oni trudności z utrzymaniem sprzedaży i pozycji rynkowej. To efekt zachodzących w ostatnich latach zmian na rynku retailowym: wzrastającej roli i skali działania sieci dyskontowych oraz wzrostu udziału marki własnej – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Pawlak, dyrektor handlowy operatora logistycznego FM Logistic w Polsce. – Sytuacja już od kilku lat jest trudna i ogranicza wzrost firm logistycznych.

Jak dodaje, mimo trudnego otoczenia FM Logistic udawało się w ostatnich latach osiągać wzrost trzykrotnie wyższy niż konkurencji. Kluczem do sukcesu – w obliczu panującej na rynku presji cenowej i jakościowej – jest dopasowanie oferty do potrzeb klientów. Walka o rynek wymusza na firmach logistycznych dodatkowe działania, które pozwolą im wyróżnić się spośród konkurencji.

Dzięki nowym usługom udaje nam się zachować wzrost obrotów. Budujemy wartość dodaną nie tylko poprzez sam transport i składowanie towarów, lecz także przez usługi dodane, czyli co-packing, manufacturing – przekonuje dyrektor handlowy z FM Logistic. – Powstaje sporo różnego rodzaju zestawów promocyjnych, np. trzy plus jeden gratis bądź dwa różne produkty połączone.

Oprócz tego firmy logistyczne starają się zagwarantować klientom obniżkę kosztów.

– Z kosztami składowania jest nieco trudniej, bo koszt wynajmu powierzchni magazynowej i oświetlenia jest raczej stały, bardziej indeksowany inflacją – tłumaczy Pawlak.

Z drugiej strony – według dyrektora FM Logistic – są sposoby na to, by ciąć koszty procesów magazynowych, np. w kwestii przygotowywania palet do wysyłki. Jest to możliwe dzięki wykorzystaniu nowych technologii, np. systemu voice pickingu, czyli używania głosu do pobierania przesyłek. To podnosi produktywność firmy, co z kolei pozwala na obniżkę cen podstawowych usług logistycznych.

FM Logistic działa we wszystkich obszarach branży transportu, spedycji i logistyki chociaż core biznes firmy to logistyka magazynowa. Zgodnie z przyjętą strategią do końca 2018 roku firma zakłada 12-15-proc. wzrost rocznie.

– To duże wyzwanie, biorąc uwagę to, że branża raczej oscyluje wokół maksymalnie kilkuprocentowego wzrostu – podkreśla Pawlak. – Nasze wyższe wzrosty wiążemy m.in. z oferowaniem usług dla sektora fresh, czyli świeżej żywności.

We wrześniu 2014 r. firma rozszerzyła obsługę sieci sklepów Carrefour. Prowadzi dla francuskiej sieci magazyn centralny w dystrybucji non-food dla sklepów z całej Polski. Operator wdrożył też dla Carrefour centrum konsolidacyjne dla kilku istotnych dostawców pozwalające im samodzielnie zarządzać poziomem zapasów.

Pierwsza połowa roku nie sprzyja polskim bankom. Sektor czekają słabsze wyniki i konsolidacja

CEO Magazyn Polska

Polskie banki czeka słabszy rok. Na ich gorsze wyniki finansowe wpływ mają spadające stopy procentowe NBP, mocny frank i zmiany w przepisach zapewniające klientom banków lepszą ochronę.

– Wyniki banków w 2015 roku będą raczej słabe mówi agencji informacyjnej Newseria Iza Rokicka, analityk Ipopema Securities. Wyniki będą pod presją, szczególnie pod względem przychodów, bo odbiją się na nich kolejne obniżki stóp procentowych, nie tylko te z października, lecz także te marcowe, a na wynik prowizyjny będzie mieć wpływ dalsza redukcja interchange.

Niskie prowizje i stopy procentowe, które zniechęcają Polaków do oszczędzania pieniędzy na bankowych lokatach oraz ograniczają zyski z udzielania kredytów, to nie jedyne problemy, z jakimi przyjdzie zmierzyć się polskim bankom.

Zobaczymy, jak Rekomendacja U wpłynie na przychody z tytułu sprzedaży ubezpieczeń mówi Iza Rokicka. – W kwestii kosztów pamiętajmy, że banki będą płacić wyższą składkę do BFG i to też będzie miało negatywny wpływ na wyniki. Przede wszystkim pierwsze półrocze będzie niezbyt dobre, potem sytuacja może zacząć się stabilizować i – miejmy nadzieję – poprawiać pod koniec roku.

Konieczność ograniczania kosztów i szukania synergii może przyspieszyć zmiany własnościowe, których oczekują analitycy. Pojawiają się kolejne banki, które są czy będą wystawione na sprzedaż. Mowa m.in. o BPH, Raiffeisenie czy Aliorze.

To bardzo dużo transakcji jak na nasz rynek ocenia analityk Ipopema Securities. Nie jest do końca pewne i oczywiste, kto byłby nabywcą, nowym właścicielem tych aktywów. Możliwe, że przyjdzie ktoś z zewnątrz, podmiot, którego w Polsce nie ma, ale na pewno część podmiotów polskich też by ostrzyła sobie na nie zęby. Chciałabym je przejąć, skonsolidować i ewentualnie dostarczyć synergię w postaci niższych kosztów. Z najbardziej zainteresowanych przejęciami na pewno trzeba wymienić Pekao SA, swego czasu BZ WBK też był wymieniany w tym towarzystwie.

Zainteresowane polskim sektorem bankowym mogą być też fundusze inwestycyjne. Mimo iż nie są one zbyt mile widziane na tym rynku, nie można ich wykluczyć jako potencjalnych inwestorów.

Wydaje się, że nasz regulator, który musi zaakceptować i zgodzić się na nowego właściciela, nie jest, mówiąc kolokwialnie, fanem funduszy inwestycyjnych, wolałby branżowych, długoterminowych inwestorów strategicznych wyjaśnia Iza Rokicka. W niektórych sytuacjach może ostatecznie się zgodzić czy być zmuszonym, żeby zaakceptować również fundusz.

Rośnie popularność plastikowych pojemników wielokrotnego użytku w przemyśle spożywczym

CEO Magazyn Polska

Sklepy i sieci handlowe coraz częściej decydują się na wynajęcie plastikowych pojemników wielokrotnego użytku (PPWU) do transportu m.in. owoców i warzyw. Lider rynku, globalny koncern IFCO Systems, już teraz odnotował obrót na poziomie 200 mln rocznie, ale chce co najmniej podwoić tę liczbę.

Mamy ponad 200 mln opakowań  w obrocie, współpracujemy z ponad 200-300 dostawcami i sieciami. Jesteśmy przygotowani na inwestycje w Polsce, dopóki nie zbudujemy tutaj pozycji lidera, niezależnie od tego, czy nasza inwestycja będzie teraz przynosiła nam zysk, czy za pięć lat, czy za dziesięć – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Daniel Oware z IFCO Systems Polska.

Jak podkreśla Oware, polski rynek PPWU jest wciąż bardzo mały. Firmy z branży spożywczej dopiero zaczynają wykorzystywać tego typu pojemniki do transportu owoców i warzyw, czyli produktów, w których specjalizuje się IFCO Systems.

Tego typu skrzynki umożliwiają bezpieczny i prosty w obsłudze przewóz owoców i warzyw pomiędzy producentami, dostawcami i sprzedawcami, także w ruchu transgranicznym. Pojemniki te krążą pomiędzy firmami, więc najczęściej nie są kupowane, a jedynie wynajmowane od firm takich, jak IFCO Systems.

Rozwój tego rynku nieco spowolniło rosyjskie embargo, które negatywnie wpłynęło na sytuację polskich producentów owoców i warzyw. Oware przyznaje, że wiązało się to z obniżeniem marż i kosztów. Choć spowolnienie jest odczuwalne, Oware podkreśla, że nie zahamuje ono rozwoju tego rynku.

Widzimy światło w tunelu, więc nie jest tak źle – zapewnia Oware. – IFCO Systems jest światowym liderem w systemie zarządzania skrzynkami PPWU i ich wynajmu. Zależy nam na osiągnięciu tej pozycji w Polsce.

Spółka ma ambitny plan inwestycyjny w Polsce. Oware nie chce zdradzić ani planowanych kwot inwestycji, ani harmonogramu osiągania celów.

Potencjał wzrostu tego rynku jest bardzo duży nie tylko w Polsce. Jak szacuje IFCO, spośród rocznego obrotu opakowań owoców i warzyw w Europie na poziomie ok. 7,5 mld, ok. 4,4 mld operacji mogłoby być wykonywanych w PPWU. Jednak rynek tego typu opakowań to obecnie jedynie niecałe 900 mln rocznie w Europie.

– Mamy bardzo ambitne plany co do naszej pozycji, bo mamy świetną organizację, która tak zarządza skrzynkami, by były one wielokrotnie używane, by minimalizować ilość odpadów, co z kolei wpływa na ochronę środowiska – zapowiada Oware.

IFCO Systems liczy na osiągnięcie wolumenu 400-500 mln opakowań PPWU, czyli ponaddwukrotnie więcej niż obecnie.

Dodaje, że IFCO Systems weszło na polski rynek wcześniej niż inni międzynarodowi gracze, co daje spółce przewagę konkurencyjną. Spółka jest teraz przygotowana na inwestycje aż do momentu osiągnięcia pozycji lidera.

Sukces mediów w internecie możliwy tylko dzięki ich obecności również w wersji mobilnej

CEO Magazyn Polska

Mimo wciąż dużej popularności telewizji to media internetowe w najbliższych latach będą wyznaczać trendy w branży reklamowej. Kluczem do sukcesu jest wieloplatformowe budowanie mediów, czyli tworzenie równolegle wielu wersji, m.in. na urządzenia mobilne. Ze względu na rosnącą popularność smartfonów ten segment reklamy będzie coraz ważniejszy. Jak dotąd największe pieniądze reklamodawcy zarabiają jednak na wersjach przeglądanych na komputerach.

– Media internetowe mają ogromną przyszłość. Okażą się ważniejsze niż telewizja i będą jednym z najważniejszych driverów ekonomii internetu jeszcze przez wiele lat – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Wujec, dyrektor segmentu Internet w Agora SA. – Pytanie o ich przyszłość, to tak jakby ktoś na początku XX wieku zapytał: „Czy samochód ma przyszłość? Przecież koń ma wiele zalet”.

Media internetowe będą dopasowywać się do potrzeb odbiorców. Największe zapotrzebowanie jest na treści rozrywkowe, lifestyle’owe, informacje oraz bardziej specjalistyczne dziedziny, jak biznes.

Jest taka teza, że na światowym rynku będzie kilka globalnych platform mediowych: Facebook, Google, YouTube i nic innego. Ja w to jednak nie wierzę. Każda z tych platform tworzy wokół siebie ekosystemy, w których jest miejsce dla wielu różnych graczy, i lokalnych, i międzynarodowych – mówi ekspert.

Do korzystania z sieci nikogo dziś zachęcać nie trzeba. Wielu użytkowników od tego zaczyna i na tym kończy dzień.

Zwłaszcza dla ludzi młodych internet to naturalne medium pierwszego wyboru. Pojedyncze medium oczywiście musi przyciągać uwagę widza, użytkownika, czytelnika różnymi metodami. To jest walka o czytelnika – mówi Wujec.

Kluczem do sukcesu jest budowanie medium na wielu platformach, ponieważ dziś wielu użytkowników przenosi się na urządzenia mobilne. O rosnącym znaczeniu tego segmentu decyduje coraz większa popularność smartfonów.

Smartfonów już nikt dzisiaj nie używa tylko do dzwonienia – podkreśla Wujec. – To malutki komputer, który jest spersonalizowany i który mamy zawsze ze sobą, co tworzy mnóstwo nowych możliwości. Tablety chwilowo nie mają najlepszej passy, choć wydawało się, że mogą zastąpić desktop.

Znaczenie segmentu mobile rośnie również dla reklamodawców, chociaż pozycja internetu jest na razie niezagrożona.

– O ile uwaga użytkownika skupia się na komórce, o tyle pieniądze reklamowe z kilkoma wyjątkami, takimi jak Facebook, jednak głównie zarabia się na komputerze – podsumowuje Paweł Wujec.

Zarabia i wydaje. Według domu mediowego Starlink wydatki na reklamę internetową w 2014 r. przekroczyły 1,6 mld zł. W ciągu roku wzrosły o 6,4 proc. i stanowią już 22 proc. ogółu wydatków reklamowych w Polsce. Najpopularniejsza jest reklama wideo, która w ubiegłym roku wzrosła o 21 proc. Display wzrósł o 3 proc., ale w kanale mobilnym zanotował ponad 60-proc. wzrost.

Sezon wymiany opon na letnie. Dobrze dobrane zwiększają bezpieczeństwo i dają oszczędności

CEO Magazyn Polska

Tylko dwie trzecie kierowców zmienia opony w swoich pojazdach na letnie, mimo że deklaruje to dziewięciu na 10 kierowców. Ci, którzy tego nie robią, narażają się nie tylko na dodatkowe koszty, lecz także na niebezpieczeństwo. Opony letnie muszą być dobrze dobrane. Pozwoli to zarówno poprawić przyczepność i skrócić drogę hamowania, jak i wyciszyć pojazd i zmniejszyć spalanie paliwa.

Zgodnie z deklaracjami kierowców opony wymienia dziewięciu na dziesięciu z nich, natomiast z obserwacji warsztatowych wynika, że tylko około 60-70 proc., więc tu jest spora różnica – mówi agencji informacyjnej Newseria Piotr Sarnecki, dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego.

W Polsce nie ma obowiązku zmiany opon na zimowe. Nie istnieje zatem również przymus wymiany opon z powrotem na letnie. Jak jednak zwraca uwagę Sarnecki, kierowcy powinni o tym pamiętać, bo w grę wchodzi zarówno bezpieczeństwo, jak i oszczędności.

Żeby w pełni skorzystać na wymianie opon nie wystarczy jednak wybrać nowych opon. Ogumienie musi zostać przede wszystkim dobrane do danego samochodu oraz stylu jazdy kierowcy. Pomóc mogą w tym doradcy serwisowi w dobrych warsztatach.

Na pewno opona musi być nieużywana. Musimy dobrze dobrać rozmiar, nie tylko wymiary opony, lecz także indeksy prędkości i nośności. Od tego zależy, czy opona będzie się dobrze trzymać drogi, czy nie będzie stwarzała zagrożenia – wyjaśnia Sarnecki.

Informacje o tym, jakich opon powinniśmy używać, znajdziemy w instrukcji obsługi samochodu. Sarnecki podkreśla, żeby nie przejmować się samym wiekiem opony. Nawet kilkuletnia opona, jeśli była nieużywana i przechowywana w odpowiednich warunkach, nadal będzie miała takie same parametry, jak nowo wyprodukowana.

Sarnecki dodaje, że kierowcy powinni zwracać uwagę również na europejską certyfikację opony. Ogumienie posiadające znak ECE łatwo porównać nie tylko pod względem rozmiaru, lecz także właściwości. Zgodnie z unijnym prawem takie opony muszą być wyraźnie oznaczone.

Opony mają etykiety, na których są trzy podstawowe parametry, czyli efektywność paliwowa, hamowanie na mokrej nawierzchni oraz głośność zewnętrzna – od A do G. To nie są jedyne z ważnych parametrów, ale te Komisja Europejska wybrała we współpracy z przemysłem oponiarskim i organizacjami konsumenckimi. Warto na to zwracać uwagę, dlatego że różnice pomiędzy chociażby kategorią A i B w przypadku drogi hamowania to są aż 4 metry – podkreśla Sarnecki.

Wybór opon równie mocno wpływa na koszty użytkowania samochodu. Opony bardziej efektywne paliwowo mogą pozwolić na oszczędności nawet rzędu kilkuset złotych rocznie dla kierowcy, który dużo jeździ.

Należy poradzić się doradcy serwisowego, żeby dobrać oponę do pojazdu, do tras, jakie pokonujemy, i do naszego stylu jazdy. To są ludzie, którzy mają za sobą wiele szkoleń, a więc i dużą wiedzę o oponach. Warto z tego skorzystać– przekonuje Sarnecki.

Dyrektor generalny PZPO dodaje, że zeszłoroczna zmiana unijnych przepisów, zgodnie z którymi nowe samochody muszą mieć obecnie fabrycznie zamontowane czujniki ciśnienia w oponach, dodatkowo zwiększa wagę prawidłowego serwisu. Nie każdy warsztat poradzi sobie z montażem takich opon, dlatego Sarnecki zachęca do wyboru dobrych punktów obsługi.

Popołudniowy komentarz walutowy z 08.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 08.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Touroperatorzy są zmuszeni mocniej bronić swoich zysków

Radosław Jarema
Radosław Jarema

Choć wg styczniowego badania CBOS odsetek osób planujących w 2015 r. wyjazd zagraniczny wzrósł w porównaniu do 2014 r. o 6 punktów procentowych i wynosi aż 58 proc., to ze względu na okoliczności zewnętrzne rok 2015 r. może być bardzo trudny dla polskich touroperatorów. Muszą oni szukać nowych sposobów obniżenia kosztów swoich ofert.

Pomimo pozytywnych danych, które wskazują na większą chęć Polaków do wyjazdów, niedawne tragiczne wydarzenia mogą zniechęcić wiele osób do kupowania wakacji w biurach. Coraz większa aktywność terrorystyczna, w tym zamach w Muzeum Narodowym Bardo w Tunezji, w którym zginęli polscy turyści, katastrofy samolotowe (Air Asia, Germanwings) oraz konflikt na Wschodzie odbiją się na koniunkturze na rynku turystycznym.

Tanie linie – mocna konkurencja

Zmartwieniem polskich touroperatorów jest również konkurencja z tanimi liniami lotniczymi, bo te w swojej ofercie mają nie tylko loty do europejskich stolic, ale też do miast i regionów typowo turystycznych jak m.in. Wyspy Kanaryjskie, Majorka czy wyspy greckie. – Polscy touroperatorzy powinni wytoczyć ciężkie działa jeśli chcą zatrzymać i pozyskiwać nowych klientów. Jednym z rozwiązań może być zwiększenie oferty do dalekich krajów, bo nadal istnieje w tym obszarze nisza. Jednak aby na dalsze i egzotyczne wycieczki w biurach turystycznych znaleźli się chętni musi być taniej. A to oznacza, że aby nie ucierpiały zyski touroperatorzy muszą szukać oszczędności. Można je wygenerować m.in. w zakresie obsługi transakcji walutowych – twierdzi Radosław Jarema, dyrektor zarządzający AKCENTY, instytucji płatniczej obsługującej transakcje walutowe dla firm. Oszczędności i możliwości minimalizowania kosztów polscy touroperatorzy powinni szukać zarówno na zewnątrz firmy (np. tańszego transportu czy nowych partnerów), jak i wewnątrz – czyli w zakresie obsługi własnej działalności.

Drożejący dolar obniża opłacalność tourbiznesu

Touroperatorzy muszą przezwyciężyć jeszcze jedną trudność, która wpływa na ich zyski w tym roku. Rosnący kurs dolara, w którym rozliczana jest większość transakcji z krajami spoza UE, powoduje, że rośnie także koszt organizacji wycieczek. Jednak istnieje sposób aby uniknąć ryzyka niekorzystnych zmian kursu dolara a także euro czy innych walut – transakcje terminowe. Najprostszym tego typu narzędziem są forwardy, dzięki którym touroperatorzy zabezpieczają kurs, po którym wymieniana będzie waluta w danym okresie w przyszłości. To wygodne i bezpieczne rozwiązanie, które minimalizuje straty związane z nieprzewidywalnymi zmianami kursów walut i do tego jest dostępne na polskim rynku nawet za darmo. – Polskim touroperatorom może nie być łatwo wypracować zyski w tak trudnym sezonie, dlatego tak ważne jest aby minimalizować ryzyko ich stopnienia w wyniku niekorzystnego stosunku wymiany danej waluty – mówi Jarema.

Waluty – gdzie jeszcze można szukać oszczędności?

– Polscy touroperatorzy, ci więksi i ci mniejsi, powinni szukać dobrych kursów i możliwość ich negocjacji, dostępu do szerokiego wachlarza walut, niskich kosztów przelewów międzynarodowych oraz jak najniższego – a najlepiej zerowego – kosztu założenia i obsługi rachunku. Biorąc pod uwagę skalę i wielkość obrotów touroperatorów w zagranicznych walutach oszczędności mogą być bardzo duże – wskazuje Przedstawiciel AKCENTY.

Jak podaje Światowa Organizacja Turystyki (UNWTO) w 2014 r. międzynarodowy ruch turystyczny wzrósł o 4,7 proc., poza granice swojego państwa wyjechało aż 1,138 mld turystów (o 51 mln więcej niż w 2013 r.). Również Polacy coraz chętniej wybierają zagraniczne wakacje. W ubiegłym roku na urlop zagranicą zdecydowało się 18 proc. badanych, w tym wśród osób, które zadeklarowały, że wyjechały na wypoczynek, 1/3 wybrała zagraniczny kierunek – wynika z badania CBOS „Wyjazdy wypoczynkowe Polaków w 2014 roku i plany na rok 2015”.

 

Polskie firmy z grantami z Instrumentu dla MŚP w ramach Horyzontu 2020

Dziewięć firm z Polski uzyskało dofinansowanie w grudniowym rozdaniu Instrumentu dla MŚP. To jak dotąd najbardziej udana dla polskich przedsiębiorstw edycja programu. Ale do liderów rankingu wciąż nam daleko. Świetne wyniki osiągnęły Hiszpania, Wielka Brytania i Niemcy.

Czołówka rankingu od kilku rozdań pozostaje niezmienna – w obu fazach programu najwięcej grantów zdobyły firmy z Hiszpanii, Włoch, Wielkiej Brytanii i Niemiec. Dofinansowania z fazy 2 po raz pierwszy otrzymały Norwegia, Austria, Grecja i Portugalia. Z dziewięciu polskich firm, które uzyskaly dotacje,  siedem otrzyma dofinansowanie w fazie 1 Instrumentu MŚP, a dwie – w fazie 2.

“Polskie firmy wyciągają wnioski z poprzednich, mniej udanych dla siebie edycji, i osiągają coraz lepsze wyniki w Instrumencie” – mówi Alicja Grzegorzek, ekspert od programów brukselskich z międzynarodowej grupy doradczej Ateknea Solutions. – W porównaniu z liderami rankingu, liczba grantów uzyskanych przez polskie przedsiębiorstwa nie jest jeszcze imponująca, jednak kierunek rozwoju jest jak najbardziej słuszny. Sfinansowane projekty z Polski są innowacjami na skalę europejską”.

Faza 1: Rozdano 13 mln euro na studium wykonalności

W grudniowym rozdaniu  fazy 1  małe i średnie przedsiębiorstwa zgłosiły 2363 wnioski o dofinansowanie, z czego zaledwie 320 uzyskało minimalną liczbę punktów wymaganą do zakwalifikowania się na listę rankingową. 259 projektów z najwyższymi wynikami otrzymało  dofinansowanie w wysokości 50 tys. euro każdy, co łącznie daje kwotę 13 mln euro przekazanych dotacji.

W tej edycji Fazy 1 Instrumentu wzięło udział 131 polskich firm –  7 z nich otrzymało dotację, ale tylko 4 występują jako koordynatorzy projektu. Pozostałe 3 uczestniczą w konsorcjach jako partner. Jednym z koordynatorów jest firma Jakusz Sp.zo.o. z Kościerzyny, która zgłosiła projekt w temacie „Kosmos”.

“Jesteśmy bardzo zadowoleni, że Komisja Europejska doceniła nasz projekt. Pracujemy nad bezpieczną i mobilną produkcją  wysoko stężonego nadtlenku wodoru, który może być używany jako ekologiczny materiał pędny do silników rakiet kosmicznych.” – mówi Bartosz Jakusz Dyrektor Działu Kosmicznego z firmy Jakusz z Kościerzyny– “Jeszcze kilka lat temu myśl, że polskie MŚP może z sukcesem rywalizować z międzynarodowymi firmami w tematyce kosmicznej wydawała się abstrakcyjna, dzisiaj jest rzeczywistością. Innym firmom mogę doradzić, że równie ważny jak innowacyjny pomysł jest starannie przygotowany wniosek”.

Faza 2: Ponad 117 milionów euro na innowacyjne projekty

W grudniowym rozdaniu fazy 2 Komisja Europejska otrzymała 629 wniosków. Do listy rankingowej zakwalifikowano 180 projektów, z czego 74 z największą liczbą punktów otrzymało dofinansowanie. Aż 106 innowacyjnych projektów również kwalifikowało się do dofinansowania, jednak, ze względu na ograniczony budżet, grantu nie otrzymało.

Największe sukcesy w tej fazie osiągnęły firmy z Wielkiej Brytanii (14,5 mln euro, 15 firm), Niemiec (13,4 mln euro, 11 firm), Holandii (13,7 mln euro, 7 firm),  Hiszpanii (12,9 mln euro, 13 firm) i Francji (10,7 mln euro, 6 firm). Łącznie w fazie 2 Komisja Europejska przekazała ponad 117 milionów euro dotacji.

Z Polski wnioski zgłosiło 31 przedsiębiorstw. Dofinansowanie otrzymały dwa przedsiębiorstwa. Firma Neel z Warszawy jest jedynym polskim koordynatorem w fazie 2. Projekt SafeTrain, który pozyskał dofinansowanie w temacie „Transport”, jest realizowany przez Neel we współpracy z partnerem z Norwegii, firmą Wavetrain.

“Jesteśmy bardzo dumni i zadowoleni, że udało nam się znaleźć w gronie firm z dofinansowaniem z fazy 2. Projekt, nad którym pracujemy, wykorzystuje innowacyjną technologię do odstraszania zwierząt z torów kolejowych, przyczyniając się do zwiększenia bezpieczeństwa i ochrony zwierząt na kolei.” – mówi Marek Stolarski, prezes firmy NEEL , która pozyskała na projekt prawie 1.4 mln euro grantu. – “Pracując  nad przygotowaniem wniosku dużym wsparciem była pomoc doświadczonych ekspertów, co pozwoliło sprawnie i w profesjonalny sposób przejść cały proces, skoordynować współpracę z naszym zagranicznym partnerem oraz zminimalizować ryzyka związane z popełnieniem błędów wpływających na powodzenie projektu.”

Firmy, którym nie powiodło się w rozdaniach w 2014 roku, mogą ponownie zgłaszać swój wniosek w kolejnych edycjach – w tej samej lub poprawionej formie. O pomoc w ocenie wniosku można zwrócić się do Krajowego Punktu Kontaktowego odpowiedzialnego za program Horyzont 2020 lub do firm doradczych, wyspecjalizowanych w pozyskiwaniu tego typu dofinansowań.

 

 

 

 

Opracowano na podstawie materiałów Komisji Europejskiej:

https://ec.europa.eu/easme/en/news/sme-instrument-13-million-feasibility-studies-phase-1
https://ec.europa.eu/easme/en/news/sme-instrument-1176-million-innovation-activities-and-business-plans-phase-2

Pokolenie Z – technologię ma we krwi

Dorastają pod wpływem Facebooka, smartfonów i talent shows, a ich placem zabaw jest Internet. Wiedzę czerpią z Internetu i są nastawieni na szybkie wyszukiwanie informacji. Pokolenie Z, o którym mowa, to osoby urodzone po 1995 roku, dla których technologia to główne narzędzie do poszerzania wiedzy. Czy z tego powodu należy zmienić podejście do edukacji? Radzą eksperci ze Squla.pl – interaktywnej platformy edukacyjnej.

Aż 85% uczniów wyszukuje informacje w Internecie, a 52% z nich wykorzystuje w tym celu Youtube lub portale social media[1]. 33% korzysta z lekcji online, a co piąty z lektur szkolnych w formie e-booków. Większość rodziców i nauczycieli wyraża obawę, że odejście od tradycyjnych metod nauki to poważne zagrożenie dla wykształcenia i sukcesów ich dzieci. Takie myślenie może okazać się mylące – badacze przewidują, że 1 na 2 osoby z pokolenia Z, będzie miało wykształcenie uniwersyteckie.

Przyszłość w rękach „Zetowców”

Do tej pory to wcześniejsze pokolenie – generację Y (tzw. Millenialsów) – wskazywano jako popularyzatorów innowacyjnych narzędzi, takich jak tablety czy smartfony, w codziennym życiu i pracy. Jednak największy wpływ na współczesny świat może mieć generacja Z. Dzieci z pokolenia Z dorastały już w świecie nowoczesnych technologii, dlatego mają większą zdolność funkcjonowania w wirtualnym świecie, na komputerach, tabletach czy smartfonach.mówi Andre Haardt, założyciel i Dyrektor Generalny Squli, platformy edukacyjnej dla dzieci szkół podstawowych. – To właśnie z nich czerpią informacje potrzebne do kształcenia się. – dodaje Andre Haardt. Nowe technologie to dla pokolenia Z cenne narzędzie do zdobywania wiedzy o świecie oraz nauki, a nie – jak się powszechnie sądzi – bezużyteczna rozrywka. Nazywane jest też często generacją multitasking, która potrafi w tym samym czasie korzystać nawet z trzech różnych urządzeń.

Edukacja przez zabawę

72% uczniów w wieku od 8 do 18 lat, korzysta z komputera lub laptopa parę razy w ciągu dnia. Jak więc sprawić, aby czas spędzany przed ekranem był wartościowy? Rozwiązanie znaleźli twórcy platformy Squla.pl, która łączy w sobie zabawę oraz edukację. Squla to platforma edukacyjna, która za pomocą inteligentnych narzędzi online idealnie angażuje uczniów w proces zdobywania i powtarzania wiedzy łącząc go z zabawą, będąc przy tym zgodną z podstawą programową MEN. Dzięki temu, że dostosowuje się do poziomu ucznia oraz za każdym razem daje wyjaśnienie po udzielonej odpowiedzi, jest niezwykle pomocna przy pracy nad materiałem szkolnym w domu. Blisko 70% dzieci w wieku 6-11 lat przyznaje, że gry komputerowe to ich główne źródło rozrywki – komentuje Andre Haardt – Dlatego też we współpracy z zawodowymi pedagogami i specjalistami od gier edukacyjnych stworzyliśmy Squlę, która realizuje szkolne podstawy programowe poprzez interaktywne gry i quizy. Squla wykorzystuje naturalny pęd dzieci do zdobywania wiedzy i czyni to w sposób, którego dziś oczekuje każde dziecko – dodaje Andre Haardt.

Digitalizacja i postępujące technologie zmniejszają popularność tradycyjnych metod nauki. Dlatego też twórcy nowych technologii wykorzystują je w swoich rozwiązaniach, tworząc przydatne i skuteczne w edukacji narzędzia. Według ekspertów z ośrodka dialogu i analiz THINKTANK rozwój nowych technologii i informatyzacja szkół spowodują przejście do modelu edukacji hybrydowej, czyli połączenia tradycyjnych lekcji, z tymi w przestrzeni wirtualnej.[2] Jednego możemy być pewni – Generacja Z jeszcze może nas pozytywnie zaskoczyć.

[1] Na podstawie badania przeprowadzonego przez Sparks&Honey w czerwcu 2014r.

[2] Raport RE-WIZJE pt. „Jaka będzie Polska za 10 lat”, luty 2015.

Poziom e-administracji w Polsce – ocena ONZ

W ocenie ONZ poziom e-administracji w Polsce jest gorszy niż w Rosji, a nawet Kazachstanie. Na dodatek jesteśmy tylko niewiele lepsi niż Andora, Czarnogóra, czy Kolumbia. Państwowe systemy informatyczne kosztowały już 2,9 miliarda złotych, a wciąż generują kolejne koszty. portal Money.pl sprawdził, które były najdroższe.

Najtańszym są Elektroniczne Księgi Wieczyste, stworzone na polecenie Ministerstwa Sprawiedliwości. Baza, dzięki której każdy może przeglądać wpisy w księgach i składać wnioski o wydanie części dokumentów, kosztowała zaledwie 5,5 miliona złotych. To prawie 200 razy mniej niż najdroższy w zestawieniu system ZUS.

Niewiele więcej niż EKW kosztowała… BeSTi@, czyli Informatyczny System Zarządzania Budżetami Jednostek Samorządu Terytorialnego. Łatwo zauważyć, że wśród polskiej e-administracji królują specyficzne nazwy. Ministerstwo Finansów jest na przykład administratorem systemu Celina, który wspomaga pracę organów celnych. Koszt zaprogramowania Celiny to 16,6 miliona złotych.

Na drugim biegunie zestawienia są projekty Ministerstwa Zdrowia – eZdrowie (system jeszcze nie wystartował) oraz Kompleksowy System Informatyczny Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

Jak zastrzega w rozmowie z Money.pl Krzysztof Bąk, rzecznik resortu zdrowia, „program eZdrowie to nie jeden system a kilka projektów realizowanych pod wspólnym logiem”. Łączny budżet całego projektu to 712 milionów, do tej pory resort wydał na ten cel około 494 miliony złotych. – Relizacja projektu przyniesie poprawę jakości obsługi pacjentów, wynikającą z lepszej dostępności informacji o stanie zdrowia pacjentów i ich danych medycznych – tłumaczy Krzysztof Bąk.

Jeszcze droższe są w utrzymaniu systemy obsługiwane przez ZUS, czyli Kompleksowy System Informatyczny i Platforma Usług Elektronicznych. W 2011 roku tylko na obsługę KSI zakład wydał 256 milionów złotych, jednak z każdym rokiem kwoty malały. W ubiegłym roku było to już „tylko” 134 milionów. Dlaczego systemy ZUS, z którymi od lat jest najwięcej problemów są najdroższe?

– Kompleksowy System Informatyczny ZUS jest jednym z najbardziej zaawansowanych technologicznie rozwiązań IT w Europie. System jest nieporównywalny z żadnym innym działającym w Polsce. Oprogramowanie o takiej skali wymaga ciągłego unowocześniania, a także modyfikacji na potrzeby obsługi zmian w prawie. ZUS dzięki nakładom na KSI przeciwdziała powstawaniu większych kosztów, które znacznie wzrosłyby w przypadku braku rozwoju systemu – tłumaczy Money.pl Radosław Milczarski z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

CEO Magazyn Polska
Źródło: Money.pl na podstawie danych z poszczególnych ministerstw, ZUS i GUS

 

Okazuje się, że wśród drogich systemów są takie, które od uruchomienia generowały naprawdę niewielkie koszty obsługi. Doskonałym tego przykładem są e-Deklaracje, które w ciągu 2,5 roku były aktualizowane za niewiele ponad 80 tysięcy złotych (koszt całego projektu to ponad 80 milionów złotych). Pieniądze przeznaczone były głównie na usuwanie bieżących usterek. Biorąc pod uwagę koszty systemów Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, jest to naprawdę śmiesznie niska kwota.

Ocena e-Deklaracji jest jeszcze lepsza, gdy weźmiemy pod uwagę, że od 2008 roku liczba korzystających z oprogramowania urosła z zaledwie 400 osób do aż 5 milionów! W ciągu 7 lat w ten sposób rozliczenie z fiskusem złożyło 11 milionów podatników. To oznacza, że na obsługę każdego podatnika rząd wydał około 9 złotych.

Na drugim biegunie znajduje się ePUAP. Jego efekty w zestawieniu z tymi kosztami są – delikatnie mówiąc – mizerne. Cały system kosztował 79 milionów, a konta (czyli inaczej tak zwane profile zaufane) założyło do tej pory około 320 tysięcy osób i instytucji. Koszt każdego z nich? 250 złotych, czyli około 5 kursów taksówką urzędnika do petenta. W 2015 roku utrzymanie techniczne ePUAP będzie kosztować 19 milionów złotych.

Eksperci od lat tłumaczą, jak powinien być tworzony prawdziwy i potrzebny system państwowej e-administracji. Postawą jest po prostu odpowiedź na realne potrzeby obywateli. To właśnie dobrze zdiagnozowane zapotrzebowanie kolei stoi za sukcesem Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej, czyli systemu za który odpowiada Ministerstwo Gospodarki.

CEiDG jest rozwiązaniem postulatu „zero okienka i formalności” przy zakładaniu działalności gospodarczej. Jak zapewniają przedstawiciele resortu, zarejestrowanie firmy możliwe jest w jeden dzień, a przepływ danych między poszczególnymi urzędami – na przykład GUS, ZUS czy urzędem skarbowym – jest automatyczny. Dodatkowo podane przez zakładającego firmę informacje są natychmiast weryfikowane.

Jak wynika z danych uzyskanych przez Money.pl w Ministerstwie Gospodarki do tej pory system obsłużył ponad 3,5 miliona wpisów przedsiębiorców i 4,5 miliona wniosków. Projekt wart 32 miliony złotych, od 2012 roku wygenerował tylko 16 milionów złotych kosztów obsługi. Mniej więcej tyle, ile ePUAP kosztuje tylko w ciągu roku.

Komentarz indeksowy Bossafx 8 kwietnia 2015 r.

Komentarz indeksowy Bossafx 8 kwietnia 2015 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Jeszcze w tym roku na Towarowej Giełdzie Energii dostępne będą kontrakty terminowe na energię. To może przyciągnąć nowych inwestorów

CEO Magazyn Polska

Na Towarowej Giełdzie Energii zostaną w tym roku wprowadzone nowe możliwości inwestowania. Między innymi będzie można tam handlować kontraktami terminowymi na prąd i nieco później na gaz. Prezes aktywnego na TGE DM BOŚ liczy na to, że zarówno rynek akcji, jak i towarów czeka w tym roku ożywienie.

W tym roku czekają nas duże zmiany związane z wprowadzeniem nowych instrumentów finansowych mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Radosław Olszewski, prezes zarządu DM BOŚ. – Jednym z produktów będą kontrakty (futures) oparte na energii, następnie pojawią się kontrakty na gaz. Mamy dosyć dużą bazę klientów, zresztą dostaliśmy ostatnio wyróżnienie od Towarowej Giełdy Energii za największą aktywność na rynku i pozyskiwanie klientów na rynku energii elektrycznej.

Kontrakty na prąd powinny być dostępne już jesienią. Jak tłumaczy prezes DM BOŚ, na giełdzie energii nie inwestują tradycyjni klienci giełdowi, czyli klienci indywidualni. Działają tam spółki, głównie spółki obrotu, oraz mali wytwórcy energii. DM BOŚ liczy na to, że jego klienci zainteresują się nowymi możliwościami inwestycyjnymi.

To jest potencjalnie baza klientów również do obrotu na kontraktach terminowych – podkreśla Radosław Olszewski. I ten rynek rośnie, widać to po wynikach Towarowej Giełdy Energii, która jest spółką z Grupy Giełdy Papierów Wartościowych, ale też ma to odzwierciedlenie w przychodach domu maklerskiego, gdzie znaczenie pozycji z tego segmentu rynku jest coraz większe.

Prezes DM BOŚ przyznaje, że wprowadzenie nowego instrumentu zawsze wiąże się z pewną niewiadomą. Jego zdaniem grupa osób i instytucji zainteresowanych nowymi możliwościami inwestycyjnymi może być jednak dość szeroka.

Liczymy, że ten segment zainteresuje też nowych graczy na rynku, być może zagraniczne instytucje finansowe, być może specjalistyczne fundusze inwestycyjne, ale również może być dostępny dla klienta indywidualnego. Dostęp do tego rynku będzie uproszczony, nie wiąże się z np. koniecznością płacenia VAT-u, tak jak w przypadku towaru, którym jest energia. Na pewno będą to instrumenty zbliżone specyfiką do tych instrumentów, z którymi klienci mają do czynienia na rynku finansowym, giełdowym czy pozagiełdowym.

Ubiegły rok nie był sprzyjający dla branży brokerskiej. Zawirowania na rynkach globalnych, w szczególności w naszej części Europy, konflikt na Ukrainie, również tzw. reforma OFE, miały negatywny wpływ na rynek giełdowy.

– W tej chwili mamy sytuację dosyć sprzyjającą rynkowi akcji ze względu na bardzo niskie stopy procentowe oraz wzrost gospodarczy ocenia prezes Radosław Olszewski z DM BOŚ. – Oczekujemy, że wreszcie ten rynek zaskoczy i klienci wrócą na rynek giełdowy albo bezpośrednio, albo pośrednio, czyli poprzez fundusze inwestycyjne. Czekamy na impuls, który może przyjść z ryków zagranicznych, ale też może być związany z napływem środków do funduszy inwestycyjnych.

Renta dożywotnia za nieruchomość – godne życie na emeryturze?

Problem z utrzymaniem się na emeryturze jest w Polsce powszechny, a co istotne, nie każdy ma możliwość dorabiania. Jednym z rozwiązań trudnej sytuacji finansowej jest renta dożywotnia, którą senior otrzymuje po przeniesieniu prawa własności do nieruchomości na fundusz hipoteczny.

Rentę dożywotnią może dostawać osoba powyżej 65 roku życia, która ma własne mieszkanie lub dom. Aby otrzymywać świadczenie, właściciel musi podpisać stosowną umowę z funduszem hipotecznym. „Osoba starsza zachowuje dach nad głową do końca życia, a dodatkowo zwiększa swój budżet domowy” – mówi serwisowi infoWire.pl Katarzyna Brzeska-Miksa z Funduszu Hipotecznego Familia.

Procedura zawarcia umowy – spisywanej w formie aktu notarialnego – trwa ok. trzech miesięcy. Dokument zawiera zapisy zapewniające bezpieczeństwo osobie starszej. „W przypadku kiedy wypłaty przewyższą wartość nieruchomości (ponieważ dana osoba żyje dłużej, niż wynika to ze średnich statystycznych), instytucja jest w dalszym ciągu zobowiązana do wypłacania świadczeń pieniężnych” – wyjaśnia ekspertka.

Informacji na temat renty dożywotniej często szukają członkowie rodzin, którzy nie są już w stanie pomagać swoim bliskim, a zależy im, aby mieli oni zapewnione godne życie na emeryturze. Należy pamiętać, że renta dożywotnia nie jest tym samym, co odwrócony kredyt hipoteczny – w jej przypadku nie ma możliwości rezygnacji z zawartej umowy. Jeżeli ktoś ją podpisuje, to powinien być świadomy, że będzie ona obowiązywała do końca życia.

Emeryci i renciści nie zawsze muszą składać PIT do urzędu skarbowego

Podatnicy na emeryturze i rencie zwykle nie muszą samodzielnie rozliczać się z fiskusem. Wyjątek stanowią między innymi osoby, które dorabiają do świadczeń bądź chcą skorzystać z przysługujących im ulg lub przekazać 1% podatku organizacjom pożytku publicznego.

Emerytura lub renta otrzymywane z zagranicy stanowią przychód podlegający opodatkowaniu, więc należy w ciągu roku podatkowego odprowadzać od nich zaliczki na PIT. Gdy świadczenie wypłacane jest za pośrednictwem polskiego banku, to on jest płatnikiem tych zaliczek. Emeryt otrzymuje wtedy PIT-11 i musi rozliczyć się samodzielnie.

Jeśli emerytura wypłacana jest przez inny kraj niż Polska, istnieje ryzyko, że zostanie podwójnie opodatkowana. Aby tego uniknąć, trzeba mieć certyfikat rezydencji wydany przez polskie władze podatkowe. Z nim można też starać się o zwrot podatku zapłaconego nienależnie za granicą.

„Samodzielnie rozliczają się również ci, którzy nie płacą w ciągu roku zaliczek na podatek dochodowy lub utrzymują współmałżonka niemającego dochodów i w związku z tym korzystają z dwukrotnej kwoty odliczenia od podatku” – mówi serwisowi infoWire.pl Małgorzata Sator z Urzędu Skarbowego Warszawa-Wola.

Należy pamiętać, że osoby, które otrzymały roczne obliczenie podatku i nie mają żadnego innego dochodu niż renta lub emerytura, nie muszą składać do urzędu skarbowego odrębnego zeznania podatkowego.

Podatnicy na emeryturze i rencie zwykle nie muszą samodzielnie rozliczać się z fiskusem. Wyjątek stanowią między innymi osoby, które dorabiają do świadczeń bądź chcą skorzystać z przysługujących im ulg lub przekazać 1% podatku organizacjom pożytku publicznego.

Emerytura lub renta otrzymywane z zagranicy stanowią przychód podlegający opodatkowaniu, więc należy w ciągu roku podatkowego odprowadzać od nich zaliczki na PIT. Gdy świadczenie wypłacane jest za pośrednictwem polskiego banku, to on jest płatnikiem tych zaliczek. Emeryt otrzymuje wtedy PIT-11 i musi rozliczyć się samodzielnie.

Jeśli emerytura wypłacana jest przez inny kraj niż Polska, istnieje ryzyko, że zostanie podwójnie opodatkowana. Aby tego uniknąć, trzeba mieć certyfikat rezydencji wydany przez polskie władze podatkowe. Z nim można też starać się o zwrot podatku zapłaconego nienależnie za granicą.

„Samodzielnie rozliczają się również ci, którzy nie płacą w ciągu roku zaliczek na podatek dochodowy lub utrzymują współmałżonka niemającego dochodów i w związku z tym korzystają z dwukrotnej kwoty odliczenia od podatku” – mówi serwisowi infoWire.pl Małgorzata Sator z Urzędu Skarbowego Warszawa-Wola.

Należy pamiętać, że osoby, które otrzymały roczne obliczenie podatku i nie mają żadnego innego dochodu niż renta lub emerytura, nie muszą składać do urzędu skarbowego odrębnego zeznania podatkowego.

Apel do prezesa ZUS w sprawie umów o dzieło

Dlaczego ZUS podważa zawierane umowy o dzieło, np. przez szkoły językowe, firmy szkoleniowe, ośrodki badania opinii publicznej, podczas gdy w ostatnich latach nie były one kwestionowane? – pyta Konfederacja Lewiatan prezesa Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. W apelu skierowanym do szefa ZUS pracodawcy zgłaszają wiele zastrzeżeń dotyczących kontroli płatników związanych ze zgłaszaniem do ubezpieczeń społecznych osób wykonujących pracę na podstawie umowy o dzieło.

– Kontrole są przeprowadzane w sposób dopuszczający swobodną interpretację przepisów, z jednoznacznym negatywnym nastawieniem wobec płatników składek. Analiza wielu dokumentów dotyczących przebiegu kontroli, które do nas wpłynęły od przedsiębiorców, potwierdza, że pomija się wolę stron zawierających konkretny rodzaj stosunku prawnego i charakter (istotę) zawieranych umów – mówi dr Grażyna Spytek-Bandurska, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Niepokojące dla przedsiębiorców jest w szczególności kwestionowanie prawidłowości zawierania umów o dzieło, które od wielu lat były niezmiennie stosowane i podczas wcześniejszych kontroli inspektorów ZUS nie budziły żadnych wątpliwości co do treści i celu wybranego rodzaju stosunku prawnego, a także wzajemnych praw i obowiązków stron.

W ocenie Konfederacji Lewiatan tocząca się publiczna debata na temat nadużywania umów cywilnoprawnych i odchodzenia od stosunku pracy jako oczekiwanej przez pracowników podstawy prawnej zatrudnienia, ze względu na wysokie koszty pozapłacowe, skutkuje budowaniem negatywnego wizerunku firm i uderza w uczciwych przedsiębiorców. Masowe kontrole ZUS, które się ostatnio nasiliły wzbudzają poważne zaniepokojenie.
Dlatego Lewiatan apeluje do prezesa ZUS o interwencję w celu przyjęcia jasnych, przejrzystych zasad przeprowadzania kontroli w tym zakresie, aby wyeliminować uznaniowość i dowolność interpretacyjną kontrolerów ZUS ze szkodą dla przedsiębiorców, a także aby odstąpić od obciążania pracodawców płatnościami z tytułów, które podczas poprzednich kontroli nie były kwestionowane jako rodzące obowiązek zapłaty.

– Nasz niepokój wzbudza fakt, że inspektorzy kontroli ZUS nie dostrzegają istotnych różnic między przedmiotem umowy o dzieło i umowy zlecenia, i to niekiedy nawet wbrew orzecznictwu sądów. Umowy o wyraźnie określonym rezultacie, niemające charakteru ciągłego i odnawialnego, w których przedmiot jest ściśle wskazany, a wykonawca jest rozliczany za osiągnięcie końcowego efektu, ma zapewnioną samodzielność, sam jest organizatorem czynności, jakie realizuje i ponosi odpowiedzialność za wykonanie dzieła, są bezpodstawnie traktowane jako umowy zlecenia – dodaje dr Grażyna Spytek-Bandurska.

Lewiatan zwraca uwagę na poważne konsekwencje finansowe takich kontroli ZUS dla małych przedsiębiorców, którzy nie są w stanie pokryć wysokich kwot należności pieniężnych z lat ubiegłych z tytułu nieopłaconych składek na ubezpieczenie społeczne i ubezpieczenie zdrowotne, kiedy działali w przeświadczeniu, że postępują zgodnie z literą prawa.
Niezależnie od konsekwencji finansowych, kontrole przeprowadzane są w sposób znacznie utrudniający, a niekiedy nawet paraliżujący działanie firmy. Ich kilkudniowy przebieg angażuje przez ten czas zarządzających przedsiębiorstwem, a będące nagminnym zjawiskiem żądania organów kontrolujących dostarczenia im kopii całości mogącej podlegać kontroli dokumentacji firmy odciąga od pracy pozostałych pracowników – co zwłaszcza w małych przedsiębiorstwach skutecznie może sparaliżować jego funkcjonowanie.
Pracodawcy nie byli wcześniej informowani o nowych stanowiskach ZUS w sprawie interpretacji przepisów, nie były prowadzone żadne kampanie informacyjne czy działania o charakterze prewencyjnym. Przeciwnie, pracodawcy zostali zaskoczeni kontrolami i ich wynikami mającymi poważne skutki finansowe dla dalszego funkcjonowania firm. W wielu przypadkach chodzi o zapłatę składek za kilka lat wstecz.

Konfederacja Lewiatan

Dekada Realty: Najpierw inwestycje, potem giełda. Spółka za trzy lata chce mieć w Polsce 20 małych centrów handlowych

0

CEO Magazyn Polska

Dekada Realty, właściciel sieci dziesięciu małych centrów handlowych, chce w ciągu najbliższych trzech lat podwoić swój stan posiadania. Zamierza rozwijać format małych centrów handlowo-komunikacyjnych przy dworcach autobusowych i kolejowych. Dopiero gdy do spółki będzie należało co najmniej 20 obiektów, weźmie ona pod uwagę debiut na warszawskiej giełdzie.

Obecnie grupa kończy budowę dziesiątego obiektu handlowego, czyli Dekady w Malborku. W zeszłym roku spółka otworzyła centra w Nowym Targu i Brodnicy. Te dwa obiekty handlowe są połączone z dworcami autobusowymi i to jest kierunek, w którym obecnie podąża inwestor: budowa zintegrowanych centrów komunikacyjno-handlowych w małych miastach.

Jesteśmy wyspecjalizowani w tworzeni niedużych centrów handlowych w mniejszych miejscowościach mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Aleksander Walczak, prezes spółki Dekada Realty. – Nasz potencjał, nasze doświadczenia i chęć PKP, żeby modernizować dworce, akurat się łączą i możemy połączyć nasze siły. Poza tym mamy zaplanowanych jeszcze kilka lokalizacji bardziej typowych, w miastach takich jak Łowicz czy Nysa.

Dekada samodzielnie zarządza swoimi centrami handlowymi. Dzięki temu uczy się optymalizować kolejne inwestycje, bo jak podkreśla Aleksander Walczak, doświadczenia z zarządzania obiektami można łatwo przenosić potem na doskonalenie tych obiektów, które są dopiero planowane i budowane.

 Trzeba dużej optymalizacji, żeby budować obiekty jak najlepsze jakościowo pod względem wyglądu i stanu technicznego, a jednocześnie proponować najemcom stosunkowo niski czynsz. Czyli koszty budowy nie mogą być zbyt wysokie, tak samo koszty eksploatacji. Od kilku lat się tego uczymy i w tym  momencie wydaje nam się, że kolejne centra będą jeszcze lepsze.

Na razie spółka inwestuje dzięki środkom pozyskanym od inwestorów, którzy ją stworzyli. Z czasem nie wyklucza jedna wejścia na giełdę. Najwcześniej jednak, jak zaznacza jej prezes, za dwa, trzy lata.

 Nasza strategia jest taka, żeby w portfelu zgromadzić przynajmniej 20 takich obiektów. Myślę, że to będzie taki potencjał, z którym możemy pójść na giełdę bądź możemy myśleć o jakimś docelowym rozwiązaniu, może łączeniu z innymi podmiotami. Natomiast na pewno w ciągu najbliższych dwóch, trzech lat naszych obiektów nie zamierzamy sprzedawać.

Wejście Dekady na warszawski parkiet pomogłoby spółce pozyskać dodatkowe pieniądze na dalszy rozwój. Potrzebne tym bardziej, że jej pierwsze centra handlowe działają od 2011 roku i część z nich może za kilka lat wymagać przebudowy bądź rozbudowy.

W związku z tym kolejne środki na tego typu inwestycje będą potrzebne, natomiast wejście na giełdę służyłoby płynności tych inwestycji – informuje prezes Aleksander Walczak z Dekada Realty. – To znaczy, jeżeli nasi udziałowcy częściowo chcieliby się wycofać, to żeby mieli takie możliwości. Za grupą Dekada stoi 10 fizycznych osób, można powiedzieć, że docelowo każdy z udziałowców chciałby mieć jakąś płynność swoich inwestycji, a giełda takie rozwiązanie by stwarzała.

Analizy Online: Fundusze akcji polskich uniwersalnych oraz małych i średnich spółek dają największą szansę na zyski dla inwestorów indywidualnych

CEO Magazyn Polska

Według Analiz Online inwestorzy indywidualni lokujący swoje środki w funduszach inwestycyjnych powinni budować portfel, spoglądając na strukturę napływów do TFI. To pozwoli im ochronić kapitał, a jednocześnie da szansę na satysfakcjonujące zyski. Walory powinny pochodzić z dwóch grup: małych i średnich spółek oraz akcji polskich uniwersalnych.

– Zaletą tej strategii jest oparcie się na maksymalnie jednym dobrze zdiagnozowanym czynniku, czyli napływach do funduszy inwestycyjnych, i na tej podstawie podejmowanie decyzji inwestycyjnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Antosiewicz, dyrektor sprzedaży w Analizach Online.

Według niego ta strategia pozwala w dużej mierze chronić kapitał, a jednocześnie daje szansę na osiąganie satysfakcjonujących stóp zwrotu.

– Analizując dostępne grupy funduszy, udało nam się znaleźć dwie takie grupy, które spełniają nasze kryterium. Są to fundusze z grupy akcji polskich uniwersalnych i fundusze z sektora małych i średnich spółek – tłumaczy ekspert.

Piotr Antosiewicz uzasadnia, że udział inwestorów indywidualnych w tym sektorze funduszy jest relatywnie największy. W pozostałych najczęściej ma miejsce o wiele większy udział inwestorów instytucjonalnych, którzy nie podlegają tak łatwo modzie, jak osoby indywidualne.

– Mogę postawić diagnozę osobistą, która mi się sprawdzała. Klient chętnie kupi produkt, pod warunkiem że nie zostanie z nim sam. Będzie on od nas otrzymywał pewne podpowiedzi i sugestie, co należy zrobić ze swoim portfelem, żeby działał on efektywnie – mówi dyrektor sprzedaży w Analizy Online.

Zdaniem Antosiewicza sukces w inwestowaniu pomaga osiągnąć samokształcenie, np. poprzez uczestnictwo w branżowych konferencjach, które dają szansę poznania nowych możliwości i pogłębienia wiedzy. Zdaniem dyrektora sprzedaży Analiz Online każdy inwestor musi rozwijać swój warsztat, trzymać rękę na pulsie i unikać nerwowych reakcji w razie spadków, czyli podejmować racjonalne, spokojne decyzje. Sensowne jego zdaniem jest również dobranie doradcy inwestycyjnego pod kątem własnych oczekiwań.

– Budowa portfela zależy za każdym razem od profilu inwestycyjnego konkretnego inwestora. Wydaje mi się, że najwyższy czas, żebyśmy przygotowali się do pracy z doradcą finansowym dobrze przygotowanym do wykonywania swojego zawodu – podkreśla Antosiewicz. – Tak jak poszukujemy dobrego samochodu w salonie, szukamy tego, który nas satysfakcjonuje. Polecam taką pracę z doradcami. Trzeba znaleźć osobę, która zrozumie nasze oczekiwania oraz potrzeby i będzie wykonywać swoją pracę adekwatnie do naszych celów inwestycyjnych.

Antosiewicz podsumowuje, że przy budowie portfela istotna jest także dywersyfikacja inwestycji, która nie powinna opierać się tylko na jednym bądź dwóch rozwiązaniach.

Według Analiz Online w lutym saldo napływów środków do TFI było dodatnie i wyniosło 1,9 mld zł. Najwięcej środków inwestorzy ulokowali w funduszach gotówkowych i dłużnych. Po raz pierwszy od kilku miesięcy odnotowano dodatnie napływy do funduszy akcyjnych (+0,4 mld zł), choć były one realizowane w produkty inwestujące głównie na zagranicznych rynkach.

Klienci firm ubezpieczeniowych mają być lepiej chronieni. Pomoże wdrożenie unijnych regulacji

CEO Magazyn Polska

Rynek ubezpieczeniowy przygotowuje się do wdrożenia dyrektywy Solvency II. Znowelizowana ustawa, nad którą trwają prace, nałoży na firmy ubezpieczeniowe nowe obowiązki. Zmiany mają zrewolucjonizować cały rynek. W 2016 roku zmieni się sposób wyznaczania marginesu wypłacalności ubezpieczycieli, a wymogi kapitałowe będą powiązane z rzeczywistym podejmowanym ryzykiem. Skorzystają klienci, dla których zmiany oznaczają większe bezpieczeństwo.

Rynek ubezpieczeniowy jest w tej chwili w trakcie przygotowywania się do dużej zmiany. Będzie nią wejście dyrektywy Solvency II, czyli Wypłacalność II, która nakłada olbrzymią liczbę nowych obowiązków na zakłady ubezpieczeń – mówi agencji Newseria Biznes Jan Grzegorz Prądzyński, prezes Polskiej Izby Ubezpieczeń.

Zmieni się system wypłacalności zakładów ubezpieczeń. Będzie oparty o trzy filary – wymogi kapitałowe, jakościowe i obowiązki informacyjne. Wymogi kapitałowe będą wyznaczane osobno dla ryzyka ubezpieczeniowego czy finansowego i będą powiązane z rzeczywistym ryzykiem. Podstawą wyliczenia kapitału wypłacalności będą spodziewane wyniki finansowe (dotychczas były to dane ze sprawozdań finansowych).

Zupełnie inny sposób podejścia do ryzyka i liczenia wypłacalności zakładów to olbrzymie wyzwanie. Zakłady intensywnie nad tym pracują wspólnie z Ministerstwem Finansów i Komisją Nadzoru Finansowego – zaznacza Prądzyński.

Obowiązki, które wynikają z unijnej dyrektywy, będą wprowadzone nową ustawą ubezpieczeniową, dostosowaną do Solvency II, która gwarantuje wzmocnienie ochrony klienta w ubezpieczeniach. Prace nad nowymi przepisami trwają.

Ustawa ma kilka aspektów. Wiele z nich jest czysto technicznych dla zakładów ubezpieczeń, np. w relacjach z Komisją Nadzoru Finansowego, ale część nowych przepisów dotyczy klienta. To szerszy zakres informacji, którą trzeba przekazywać konsumentom i dużo większy zakres obowiązków zarówno przy przygotowywaniu produktów, jak i przy przekazywaniu informacji – ocenia Prądzyński.

Dzięki zmianom w ustawie Komisja Nadzoru Finansowego zyska podstawę do wydania zakładom rekomendacji dotyczących zarządzania produktem i badania adekwatności produktu do potrzeb konsumenta.

Zakłady będą musiały m.in. przeprowadzić analizę potrzeb klienta przed podpisaniem umowy i ocenić, czy produkt oferowany danemu klientowi jest odpowiedni do jego potrzeb, wiedzy, doświadczenia w dziedzinie ubezpieczeń na życie i jego sytuacji finansowej. Ma to ograniczyć ryzyko nietrafionego zakupu. Jeśli analiza wykaże, że produkt nie jest odpowiedni dla danego klienta, to firma nie będzie go rekomendować, a zakup będzie możliwy pod warunkiem, że klient zaświadczy o tym, że wie o negatywnej rekomendacji.

Projekty założeń rekomendacji mają być przedstawione na forum KNF w połowie roku. Dlatego istotne jest przyjęcie nowej ustawy o działalności ubezpieczeniowej i reasekuracyjnej w tej kadencji parlamentu. Wydanie rekomendacji jest planowane na początek przyszłego roku.

Czasu na przystosowanie się do zmian zostało niewiele. Zaczną one obowiązywać w styczniu 2016 roku, jednak zdaniem prezesa PIU branża powinna zdążyć.

Przygotowania są na bardzo intensywnym etapie. Czasu zostało bardzo mało, ale zakłady będą gotowe na 1 stycznia 2016 roku – zapewnia prezes Polskiej Izby Ubezpieczeń.

Miliard euro dla Polski na upowszechnienie szybkiego internetu. Wykorzystanie tej kwotymmożliwe dzięki współpracy nauki, biznesu i administracji

 

Powszechny dostęp do szerokopasmowego internetu w Polsce może powstać jedynie dzięki współpracy biznesu, administracji i nauki. Powstają już pierwsze komisje, złożone ze specjalistów z różnych dziedzin, dzięki którym ta kooperacja ma być bardziej efektywna. Bez współpracy nie uda się skutecznie wydać ponad miliarda euro przeznaczonego na zapewnienie powszechnego dostępu do szybkiego internetu.

Niska dostępność usług szerokopasmowych jest problemem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Dulka, prezes Alcatel-Lucent Polska. – Musimy się w Polsce nauczyć współpracować, wspólnie realizować to przedsięwzięcie tak, aby w 2020 roku powiedzieć o tym, co nam się udało, a nie spojrzeć do tyłu i powiedzieć: paru rzeczy nam się nie udało, każdy z nas zrobił maksimum, ale jako społeczeństwo, jako gospodarka nie osiągnęliśmy optymalnego wyniku.

Dulka przypomina, że Polska jest w tej chwili jednym z najgorszych krajów UE pod względem dostępu do internetu szerokopasmowego. Obecnie w Polsce korzysta z niego 71 proc. gospodarstw domowych. Według danych Eurostatu średnia unijna to 78 proc., a niższy wskaźnik od Polski ma tylko 7 państw: Bułgaria, Grecja, Chorwacja, Cypr, Litwa, Portugalia i Rumunia.

Do 2020 r. wskaźnik ten ma ulec jednak znacznej poprawie, głównie dzięki inwestycjom finansowanym ze środków unijnych. W ramach programu operacyjnego Polska Cyfrowa otrzymamy z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego niemal 2,2 mld euro, w tym na zapewnienie powszechnego dostępu do internetu przeznaczono ponad miliard euro. Kolejne ok. 180 mln euro w ramach wkładu krajowego musi zainwestować Polska.

Dulka zwraca uwagę na to, że inwestować będzie też biznes prywatny. Dlatego właśnie współpraca jest tak ważna.

Jeśli to zostanie wsparte prywatnymi środkami inwestycyjnymi i do tego duzi operatorzy telekomunikacyjni dołożą swoje inwestycje, to widzimy, jak ogromny potencjał i jak ogromny rynek otwiera się przed nami w latach 2014-2020 – mówi Dulka.

Podkreśla, że już teraz zarówno administracja państwowa, jak i biznes prywatny dobrze radzą sobie ze swoimi zadaniami. Jednak to nie wystarczy, by w pełni wykorzystać środki, musi powstać synergia.

Dulka przywołuję ekonomiczną teorię gier. Zakłada ona, że dwaj gracze rynkowi mogą skorzystać, o ile będą z sobą współpracowali, choć zwykle z uwagi na konkurencję i brak informacji co do zamiarów drugiej firmy wybierają rywalizację. To bowiem zabezpiecza ich przed narażaniem się na większe straty, gdy konkurent nie zechce współpracować.

Dlatego właśnie potrzebne jest centralne koordynowanie tej współpracy.

Wydaje się być naiwnym podejście „bądźmy dobrzy”. Nie, to trzeba zinstytucjonalizować, to musi mieć strukturę. Ministerstwa w ostatnim czasie powołały komisje koordynującą środowiska, zbierające specjalistów z biznesu, nauki, samorządów i ze szkolnictwa, którzy mają usiąść, rozmawiać i znaleźć te obszary współpracy – wyjaśnia Dulka.

Przestrzega, że jeśli nie odniesiemy sukcesu w cyfryzacji Polski, to za kilka lat nasza gospodarka straci konkurencyjność. Bez powszechnego dostępu do szybkiego internetu nie będziemy w stanie rywalizować z nowocześniejszymi pod tym względem krajami.

Brak zbiorczej faktury za prąd powstrzymuje klientów przed zmianą sprzedawcy energii

CEO Magazyn Polska

W ciągu pięciu lat wolnego rynku energii blisko 500 tys. odbiorców zmieniło sprzedawcę energii elektrycznej. To niewiele – oceniają przedstawiciele branży i twierdzą, że jedną z przeszkód jest brak kompleksowej faktury za dystrybucję i sprzedaż energii w przypadku zmiany dostawcy. Dziś wypracowany w ramach branży model jest dla firm nieopłacalny, a klienci obawiają się, że będzie zbyt skomplikowany.

Z danych URE wynika, że od grudnia 2010 roku sprzedawcę prądu zmieniło ponad 308 tys. gospodarstw domowych (grupa taryfowa G) i ponad 134 tys. odbiorców przemysłowych (z grupy taryfowej A, B i C).

Już prawie pół miliona odbiorców zmieniło sprzedawcę energii i w dalszym ciągu praktycznie wszyscy z nich otrzymują dwie faktury – jedną za dystrybucję, drugą za sprzedaż – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Owczarski, prezes zarządu spółki Polski Prąd. – Polska jest ewenementem na skalę światową. W każdym innym rozwiniętym kraju odbiorca otrzymuje jedną fakturę, bądź to od sprzedawcy, jak to się dzieje w Europie, bądź to od dystrybutora, jak to się dzieje w Stanach Zjednoczonych.

Zgodnie z Prawem energetycznym odbiorcy mogą zmienić sprzedawcę energii elektrycznej w ramach zasady TPA (z ang. Third Party Access), która daje prawo do zakupu energii od dowolnie wybranego sprzedawcy. W przypadku zmiany sprzedawcy energii klient otrzymuje dwie osobne faktury: jedną za sprzedaż energii, drugą – za jej dystrybucję. W przypadku umowy kompleksowej, zawieranej na obydwie usługi, konsument może rozliczać się na podstawie jednego dokumentu. Wypracowany model wspólnej faktury nie działa jednak tak, jak powinien – ocenia Owczarski.

Jak wskazał audytor w swoim ostatnim raporcie, jednym z problemów jest to, że dystrybutorzy wymagają od sprzedawców bardzo wysokiego zabezpieczenie finansowego, jeżeli mają zgodzić się na fakturowanie usług dystrybucji przez sprzedawcę. W konsekwencji dla sprzedawcy tego typu umowa kompleksowa jest nieopłacalna – zauważa Owczarski.

Problemem jest też odpowiedzialność za płatności klienta. Jeśli klient nie zapłaci rachunku za dystrybucję, odpowiedzialność za to ponosi sprzedawca.

Innym problemem jest terminowość i jakość danych pomiarowych, które są przekazywane przez dystrybutorów sprzedawcom. Trudno jest wymagać od sprzedawcy, żeby poprawnie fakturował dane dystrybucyjne klienta, jeżeli dostaje je często z wielomiesięcznym opóźnieniem, a nierzadko zdarza się, że one są wielokrotnie zawyżone bądź zaniżone – mówi prezes Polskiego Prądu.

Jak podkreśla Owczarski, klienci obawiają się formalności związanych ze zmianą sprzedawcy energii. Dlatego liczba osób, które się na to decydują, rośnie stosunkowo wolno. Powodem takiego stanu rzeczy, jak przekonuje Paweł Owczarski, jest niedopracowany model umowy.

URE powinien doprowadzić do wypracowania przez dystrybutorów i sprzedawców modelu, który będzie bardziej przejrzysty i przyjazny – uważa prezes Owczarski. – Nie musimy odkrywać Ameryki: można wziąć rozwiązanie niemieckie czy czeskie, które doskonale funkcjonują.

W Niemczech i Czechach obowiązuje jeden, narodowy system zbierania danych od klientów, do którego wszystkie firmy mają dostęp w tym samym formacie, a informacje pomiarowe przekazywane są przez dystrybutorów online. W Polsce funkcjonuje 16 platform wymiany danych pomiarowych i w tylu formatach są one przekazywane sprzedawcom.

Brak kompleksowej faktury – zdaniem prezesa Owczarskiego – jest głównym czynnikiem hamującym rozwój procesu wymiany sprzedawcy energii. Wielu klientów, szczególnie indywidualnych, jest bowiem bardzo niechętna zmianom.

Bio Planet dzięki inwestycjom w magazyny liczy na zwielokrotnienie obrotów. Za 2-3 lata planuje kolejną emisję i przeniesienie na rynek główny GPW

CEO Magazyn Polska

Producent i dystrybutor żywności ekologicznej 1 kwietnia zadebiutował na NewConnect i pozyskał niemal 2 mln zł nowych środków. Będą one przeznaczone na rozbudowę magazynów z 3 do 7,5 tys. mkw., dzięki czemu spółka chce generować kilkukrotnie wyższe przychody. To będzie możliwe dzięki rosnącemu w tempie 20 proc. rocznie rynkowi ekożywności, w którym spółka ma 13 proc. udziałów. Bio Planet w latach 2017-2018 chce przejść na rynek główny GPW i wyemitować kolejne akcje na dalszy rozwój.

Wejście na giełdę jest marzeniem wielu spółek i po wielu latach ciężkiej pracy w końcu nadszedł dzień, kiedy udało nam się osiągnąć taką skalę działania i zyskać zaufanie obecnych i nowych akcjonariuszy na tyle, że w końcu wchodzimy na giełdę – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Sylwester Strużyna, prezes zarządu Bio Planet, producenta i dystrybutora żywności ekologicznej.

Spółka chce w ciągu 2-3 lat przenieść się na rynek główny GPW i przeprowadzić kolejną emisję akcji. Nowe środki byłyby przeznaczone na program inwestycyjny uwzględniający maszyny do paczkowania i przygotowania zakładu konfekcjonowania. Obecna kapitalizacja spółki to nieco ponad 20 mln zł, a aby starać się o przejście na rynek główny, jej wycena giełdowa musi wynosić minimum 50 mln zł. Spółka w najbliższych kwartałach zamierza intensywnie rosnąć.

– 100 proc. środków wykorzystamy na budowę nowoczesnych magazynów, czyli naszego centrum logistyczno-magazynowego. Z emisji pozyskaliśmy 1,8 mln, koszt inwestycji, czyli około 17 mln zł – tłumaczy Strużyna. – Większość sfinansowaliśmy długoterminowym kredytem bankowym, część środkami własnymi i pozostałą część stanowiły środki pozyskane z emisji.

Jak tłumaczy prezes Bio Planet, decyzja o budowie nowych magazynów wynika z pełnego obłożenia obecnych. W tej chwili spółka dysponuje 3 tys. mkw., a nowa inwestycja pozwoli zwiększyć tę wartość do 7,5 tys. mkw. Jej oddanie do użytku Sylwester Strużyna szacuje na III kw. br., co umożliwi firmie szybszy rozwój i wprowadzenie do swojej oferty nowych ekologicznych produktów.

– Dzisiaj jesteśmy w stanie z tych magazynów wygenerować około 7 mln zł [obrotów] miesięcznie, nowe magazyny zbudujemy w Lesznie, w województwie mazowieckim, w powiecie warszawskim zachodnim – wyjaśnia Strużyna. – Naszą powierzchnię magazynową zwiększymy dwuipółkrotnie, natomiast kubatura będzie zwiększona jeszcze mocniej, gdyż są to magazyny wysokiego składowania. Przewidujemy, że w nowych magazynach zmieścimy ok. 5 tys. rodzajów produktów, a dzisiaj mamy ich tylko 2,1 tys. Myślę, że docelowo będziemy w stanie osiągnąć obroty kilkukrotnie wyższe niż obecnie.

W 2014 roku Bio Planet osiągnął 63,1 mln zł przychodów (wzrost o 47 proc. w stosunku do 2013 roku), zysk netto wyniósł 1,5 mln wobec 1 mln zł rok wcześniej.

– Nasz udział w rynku szacujemy na około 13 proc. Natomiast cały rynek wzrasta w naszej ocenie co najmniej 20 proc. rocznie i celem jest stopniowe zwiększanie naszego udziału w rynku – podkreśla prezes zarządu Bio Planet.

Strużyna uzupełnia, że spółka chciałaby zwiększać obroty przynajmniej w tempie rozwoju rynku, czyli 20 proc. w ciągu roku. Wzrosty będą możliwe dzięki wysokiej sprzedaży najsilniejszych brandów, jak choćby Bio Planet (40 proc. sprzedaży). Prezes spółki wymienia inne silne brandy, jak Natumi, Alce Nero, czy Sobbeke.

– Zdecydowanie najlepiej sprzedaje się olej kokosowy. Inne topowe produkty to kasza jaglana i jaja ekologiczne – szczególnie w okresie wielkanocnym ich sprzedaż jest doskonała. Sprzedają się także płatki jaglane, suszone owoce, daktyle, śliwki – wylicza Sylwester Strużyna.

W jego ocenie Polacy przekonują się do żywności ekologicznej. W społeczeństwie rośnie rozpoznawalność logo rolnictwa ekologicznego. Nowym trendem jest sprzedaż produktów zaliczanych do kategorii superfoods, czyli np. trawy jęczmiennej sproszkowanej bądź spiruliny. W ocenie Strużyny to silny i wzrostowy trend, który także spółka chce wykorzystać.

Spółka Bio Planet zadebiutowała na NewConnect 1 kwietnia. Kurs na otwarciu sesji wyniósł 7,35 zł, co oznacza wzrost o 22,5 proc. Z emisji akcji pozyskała 1,8 mln zł. Produkty firmy można znaleźć w sklepach ekologicznych i ogólnospożywczych, jak choćby Piotr i Paweł, Tesco czy Alma.

Problemy polskiego górnictwa zmuszają firmy z branży do zwiększania aktywności za granicą. Chiny, Rosja i Argentyna mają duży potencjał

 

W ciągu ostatnich 25 lat górnictwo jako gałąź gospodarki w Polsce straciło na znaczeniu, a ostatnie problemy branży powodują, że firmy, np. producenci sprzętu górniczego, zwiększają swoją aktywność na rynkach zagranicznych. Dla Kopeksu najbardziej perspektywiczne pozostają Chiny i Argentyna, gdzie spółka systematycznie umacnia swoją pozycję. Pierwsze miesiące roku przyniosły również ożywienie w górnictwie rosyjskim.

W Chinach jesteśmy obecni od co najmniej sześciu lat. Mamy tam produkcyjną spółkę joint-venture, która radzi sobie bardzo dobrze – informuje agencję Newseria Biznes Piotr Broncel, odpowiedzialny za sprzedaż członek zarządu Grupy Kopex. – Mimo trudnych warunków panujących dziś w Państwie Środka i spadającej produkcji węgla nasza spółka produkuje tam rocznie około tysiąca sekcji obudów zmechanizowanych na potrzeby tamtejszego górnictwa.

Prócz tego Kopex dostarcza do Chin kombajny (dotychczas sprzedał ich siedem) i przygotowuje się do wejścia na ten rynek z kolejnym produktem, Mikrusem, czyli systemem ścianowym do najcieńszych pokładów, uważanym za „maszynę do zadań specjalnych”.

Jest to proces długotrwały, wymagający od nas i od strony chińskiej przede wszystkim sporego zaangażowania – mówi Broncel.

Kolejnym perspektywicznym rynkiem dla spółki jest Rosja. Po ubiegłorocznej stagnacji w inwestycjach pierwsze miesiące tego roku wskazują na ożywienie.

Ten dość długi czas bez inwestycji spowodował, że teraz trzeba inwestować w nowe urządzenia. Dlatego startujemy w przetargach, jeden już wygraliśmy. Mam nadzieję, że w ciągu najbliższych miesięcy będziemy mogli pochwalić się kolejnym sukcesem – twierdzi Piotr Broncel.

Kopex jest obecny również w Ameryce Południowej. Broncel przyznaje, że Argentyna jest jednym z najważniejszych rynków zbytu dla spółki. Do tej pory Kopex sprzedawał tam głównie urządzenia do górnictwa podziemnego oraz eksploatacji podziemnej metodą ścianową.

Kolejne kontrakty chcielibyśmy podpisać już w zakresie przeróbki mechanicznej węgla w zakresie systemów transportu. Nie mogę jeszcze pochwalić się takimi kontraktami, ale pracujemy nad nimi bardzo mocno. W przeciągu kolejnych kilku lat jest również szansa na kolejne kontrakty w zakresie drążenia szybów – wyjaśnia Piotr Broncel.

Z kolei w Australii spółka odczuwa spowolnienie inwestycyjne.

Nie ogłasza się przetargów na kompleksy ścianowe, czyli na sztandarowy produkt spółki. Natomiast po restrukturyzacji naszej firmy Kopex Waratah jest już ona w pełni dostosowana do potrzeb rynkowych w zakresie produktów, które oferuje, czyli głównie wozów odstawczych – zauważa członek zarządu Kopeksu.

Polska jest największym producentem i rynkiem zbytu dla węgla kamiennego wśród krajów Unii Europejskiej. Na Starym Kontynencie jedynie Turcja ma równie wysoki udział tego surowca w bilansie energetycznym. Jak wynika z danych Agencji Rozwoju Przemysłu, w roku 2014 polskie kopalnie wyprodukowały ok. 72,5 mln ton węgla kamiennego, o około 5,2 proc. mniej niż rok wcześniej. Sprzedaż spadła o 9,3 proc. do poziomu 70,3 mln ton.

W sytuacji zwijania się krajowego górnictwa, przy znacznej redukcji jego potrzeb inwestycyjnych, kierunek zagraniczny wydaje się oczywisty – twierdzi Piotr Broncel. – Podobnie postępują inne duże firmy. W długim okresie udział przychodów eksportowych na pewno będzie większy niż jest obecnie.

Największe wydobycie (w wielkości 201 mln ton) miało miejsce w latach 80. ubiegłego wieku. Od 1988 roku produkcja systematycznie maleje. Znacząco zmniejszyła się też liczba kopalń (z 70 do 30 w ubiegłym roku). W okresie największego wydobycia sektor odpowiadał za blisko 400 tysięcy miejsc pracy w krajowej gospodarce. Pod koniec grudnia ubiegłego roku w polskim górnictwie pracowało nieco ponad 100 tysięcy osób.

Wzrosną koszty działania polskich przewoźników. Nie zagrozi to jednak ich pozycji w Europie

CEO Magazyn Polska

Polska utrzyma wiodącą pozycję na europejskim rynku transportu drogowego pomimo planów objęcia zagranicznych kierowców płacą minimalną w kolejnych krajach UE. Może stracić jednak pozycję lidera – prognozuje branża. Niemcy pozostaną głównym kierunkiem transportu, ale firmy otwierają kolejne bezpośrednie połączenia do innych państw.

Polska dzisiaj ma 25 proc. udziału w przewozach międzynarodowych. To powoduje, że jesteśmy numerem jeden w Europie. Tę pozycję zawdzięczamy niższym kosztom, które są również związane z wynagrodzeniem – przyznaje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Lichocik, prezes zarządu firmy transportowej Dachser w Polsce. – Niestety, podniesienie tego wynagrodzenia będzie skutkowało tym, że do minimalnego wynagrodzenia będziemy musieli doliczać koszty delegacji czy ryczałtów, co spowoduje, że poziom obciążeń będzie rósł. Myślę, że koszty wzrosną o ok. 10-15 proc.

Lichocik ocenia jednak, że wzrost kosztów nie zniszczy polskiego transportu drogowego. Jak podkreśla, pozycja polskich firm w Niemczech jest na tyle silna, że nawet po wzroście cen powinniśmy utrzymać pozycję w czołowej trójce pod względem udziału w rynku. Wpływ na to ma także zbyt mała liczba przewoźników krajowych w Niemczech.

Na razie objęcie zagranicznych kierowców, również podróżujących jedynie tranzytem przez Niemcy, płacą minimalną w wysokości 8,50 euro brutto za godzinę zostało zawieszone. Nasi zachodni sąsiedzi czekają na zakończenie postępowania Komisji Europejskiej. Ale wprowadzenie podobnych regulacji planują już kolejne kraje – Francja i Austria.

To na pewno w pewnym stopniu wymusi zmiany w przewozach międzynarodowych. Im szybciej uda nam się rozwiązać to w Unii Europejskiej i podejść do tego ze zrozumieniem, tym łatwiej będzie polskim przewoźnikom się do tego dostosować – ocenia Lichocik.

Niemcy są jednak krajem szczególnie ważnym, bo duża część towarów jest transportowana z, do i przez ten kraj. Dachser przewozi ponad 50 proc. ładunków swoich klientów właśnie do Niemiec. Spółka obecnie utrzymuje regularne, codzienne połączenia z 19 miastami, a dostawa trwa od 24 do 48 godzin.

Dla Dachsera metodą na uniknięcie negatywnych konsekwencji wzrostu kosztów w Niemczech może być szukanie nowych rynków. Niedawno spółka uruchomiła bezpośrednie połączenie do Włoch, wozi także towary do Francji w 48 godzin, a w połowie kwietnia ma ruszyć trasa do Hiszpanii.

To w tym momencie jest dopinane i kończymy przygotowania. Będziemy również ruszać z kampanią promocyjną – zapowiada Lichocik. – Otwieramy coraz więcej bezpośrednich kierunków i w tej chwili jesteśmy w zakresie przewozów drobnicowych na pewno w czołówce firm, które oferują tego typu usługi na rynku polskim.

Dachser szuka też przewag konkurencyjnych w sposobie przewozu ładunków drobnicowych. Są one transportowane na platformach, co umożliwia ich przeładowanie pomiędzy ciężarówkami. Dzięki temu nawet, gdy kierowca ma obowiązkową przerwę, towar jest w ruchu na innym pojeździe.

Otwarcie dalekich linii w naszym przypadku powoduje, że korzystając z wymiennych nadwozi, możemy je przemieszczać z jednego środka transportowego na drugi, w związku z tym towar cały czas jedzie. Nie ma przerw na postój, który normalnie kierowcy muszą mieć. W związku z tym towar bardzo szybko dociera do odbiorcy, a czas jest dzisiaj, niestety, dużo cenniejszy niż pieniądz – tłumaczy Lichocik.

Obroty ze sprzedaży dzieł sztuki na aukcjach przekroczyły 15 mld dolarów. To 300 proc. więcej niż 10 lat temu

CEO Magazyn Polska

Po raz pierwszy w historii obroty na światowym rynku sztuki przekroczyły 15 mld dol. Rynek wzrósł w stosunku do roku ubiegłego o 26 proc., ale w ciągu ostatniej dekady obroty wzrosły o 300 proc. Na aukcjach sprzedano rekordową liczbę ponad pół miliona dzieł sztuki. 80 proc. to transakcje poniżej 5 tys. dolarów, ale najdroższe dzieła osiągają wartość kilkudziesięciu milionów dolarów.

Rynek sztuki na świecie rozwija się niezwykle dynamicznie. Według raportu Artprice w 2014 roku obroty na świecie przekroczyły poziom 15 mld dol. Wzrost względem roku poprzedniego wynosi 26 proc., natomiast względem 2004 roku aż 300 proc. – mówi agencji Newseria Karolina Nowak, zarządzająca inwestycjami w dzieła sztuki Wealth Solutions.

Od kilku lat największy jest rynek chiński, który pod względem wielkości obrotów stanowi ponad połowę światowego rynku sztuki. W bardzo dobrej formie pozostaje zwłaszcza segment ultra-high, głównie dzięki aktywności kolekcjonerów z Chin, USA i niektórych państw europejskich. Rośnie także zainteresowanie rynkiem sztuki w Rosji, Ameryce Łacińskiej i na Bliskim Wschodzie. Prym nadal wiodą dwa domy aukcyjne: Sotheby’s i Christie’s.

2014 rok był także rekordowy pod względem liczby sprzedanych dzieł sztuki. Na aukcje trafiło 505 tys. dzieł sztuki o łącznej wartości 15,2 mld dolarów. W ubiegłym roku sprzedano ponadto rekordową ilość dzieł za kwotę większą niż 1 mln dol. – było ich aż 1,7 tys., a więc czterokrotnie więcej niż 10 lat temu. Największy udział w rynku miała sztuka nowoczesna – dała ona 43 proc. obrotów. Na kolejnym miejscach znalazła się sztuka powojenna oraz współczesna.

Najdrożej sprzedaną pracą była rzeźba Alberta Giacomettiego „Rydwan”. To rzadkość, bo zazwyczaj najwyższe kwoty osiąga malarstwo. Artystą, który sprzedał najwięcej i najdrożej w tym roku, był Andy Warhol. Od wielu lat w czołówce znajdują się Andy Warhol i Pablo Picasso, tylko zamieniają się miejscami – mówi Karolina Nowak.

W 2014 roku zlicytowano łącznie 1,4 tys. dzieł Andy&HASH39;ego Warhola na sumę 560 mln dol., natomiast rzeźba „Rydwan” została sprzedana za 90 mln dol. Zdecydowana większość rynku sztuki należy jednak do drobnych kolekcjonerów. 80 proc. tego rynku stanowią transakcje poniżej 5 tys. dol.

Wśród klasy średniej w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej nadal istnieje tradycja kupowania dzieł sztuki i to właśnie ci kolekcjonerzy są autorami większości transakcji.

Polski rynek aukcyjny też się bardzo dynamicznie rozwija. Nie mamy danych ze wszystkich domów aukcyjnych, ale największy w Polsce dom aukcyjny Desa Unicum miał zeszłoroczne obroty na poziomie 45 mln zł i zorganizował sześć razy więcej aukcji niż w roku 2013. Ale i tak jeszcze jesteśmy małą kropelką w tym morzu – mówi Karolina Nowak.

Rynek ekożywności rośnie o 1/5 rocznie. Firmy muszą inwestować m.in. w nowe magazyny i logistykę

 

W tempie 20 proc. rocznie rozwija się rynek ekologicznej żywności. Dynamiczny wzrost sprzedaży wymusza również zmiany u producentów i dystrybutorów żywności. Firmy inwestują nie tylko w nowe produkty, lecz także w logistykę i magazyny. Spółka Bio Planet planuje rozbudowę powierzchni magazynowej, która pozwoli na przechowywanie ponaddwukrotnie większej liczby produktów niż do tej pory.

Cały rynek wzrasta w naszej ocenie o co najmniej 20 proc rocznie. Nasz udział w rynku jest dosyć trudny do policzenia, ale szacujemy go na około 13 proc. Celem jest stopniowe zwiększanie naszego udziału. Oczekujemy wzrostów sprzedaży porównywalnych z tempem rozwoju rynku, czyli co najmniej 20-proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Sylwester Strużyna, prezes zarządu firmy Bio Planet, producenta i dystrybutora żywności ekologicznej.

Jak podkreśla, w ostatnich latach rynek znacząco ewoluował. Rośnie przede wszystkim znaczenie rolnictwa ekologicznego i świadomość konsumentów. Nowym trendem jest rosnąca sprzedaż kategorii superfood, czyli produktów o właściwościach prozdrowotnych, np. trawy jęczmiennej sproszkowanej czy spiruliny.

– Zdecydowanie najlepiej sprzedaje się olej kokosowy. Inne topowe produkty to kasza jaglana i jaja ekologiczne. Sprzedają się także płatki jaglane, suszone owoce, daktyle, śliwki – wylicza Sylwester Strużyna. – Najlepiej sprzedaje się nasz brand, czyli Bio Planet. To jest ponad 40 proc. naszej sprzedaży. Kolejne silne brandy to: Natumi, Alce Nero czy Sobbeke.

Rosnąca sprzedaż zmusza producentów i dystrybutorów do kolejnych inwestycji, nie tylko w nowe produkty, lecz także w logistykę i magazyny. Bio Planet planuje przeznaczyć 17 mln zł na rozbudowę magazynów z 3 do 7,5 tys. mkw.

Nasze obecne magazyny są bardzo ciasne i wykorzystane już właściwie w 100 proc. W III kwartale planujemy przenieść się do nowych magazynów. Powierzchnię magazynową zwiększymy dwuipółkrotnie, natomiast kubatura będzie zwiększona jeszcze bardziej, gdyż są to magazyny wysokiego składowania – wyjaśnia Sylwester Strużyna. – Umożliwi nam to zdecydowanie szybszy rozwój, wprowadzenie setek nowych, ciekawych i ekologicznych produktów. Docelowo przewidujemy, że w nowych magazynach możemy zmieścić około 5 tys. rodzajów produktów, a dzisiaj mamy ich tylko 2,1 tys.

Dzięki temu spółka chce generować kilkukrotnie wyższe przychody. Inwestycja będzie częściowo sfinansowana z pieniędzy uzyskanych z rynku – 1 kwietnia spółka zadebiutowała na NewConnect. Udało się jej pozyskać 1,8 mln zł.

Wejście na giełdę jest marzeniem wielu spółek i po wielu latach ciężkiej pracy w końcu nadszedł dzień, kiedy udało nam się osiągnąć taką skalę działania i zyskać zaufanie obecnych i nowych akcjonariuszy na tyle, że w końcu wchodzimy na giełdę – mówi prezes Bio Planet.

Spółka chce w ciągu 2-3 lat przenieść się na rynek główny GPW i przeprowadzić kolejną emisję akcji. Nowe środki byłyby przeznaczone na program inwestycyjny uwzględniający maszyny do paczkowania i przygotowania zakładu konfekcjonowania.

W 2014 Bio Planet osiągnął 63,1 mln zł przychodów (wzrost o 47 proc. w stosunku do 2013 roku), zysk netto wyniósł 1,5 mln wobec 1 mln zł rok wcześniej. Produkty firmy można znaleźć w sklepach ekologicznych i ogólnospożywczych, jak choćby Piotr i Paweł, Tesco czy Alma.

Coccodrillo jedzie po nowych klientów do Azji. W 2015 roku chce otworzyć ponad 90 placówek i e-sklep

0

CEO Magazyn Polska

Jeszcze w pierwszej połowie roku ruszyć ma sklep internetowy sieci Coccodrillo. Spółka handlująca w Polsce i kilku innych krajach odzieżą dziecięcą zapowiada inwestycje w nowy magazyn i otwarcie ponad 90 nowych sklepów. Pod koniec tygodnia spółka będzie się starała nawiązać nowe kontakty handlowe podczas targów w Singapurze.

Spółka CDRL, właściciel sieci sklepów i marki Coccodrillo, jeszcze w drugim kwartale ma uruchomić sklep internetowy dla konsumentów. Liczy na to, że docelowo z tego kanału sprzedaży pochodzić będzie nawet 10 proc. obrotów firmy.

– Mamy nadzieję, że sklep B2C zostanie uruchomiony do końca pierwszej połowy tego roku mówi agencji informacyjnej Newseria Marek Dworczak, prezes zarządu CDRL. – Rozpoczęliśmy już projekt, który poprawi naszą skuteczność logistyczną, czyli budowę kolejnej hali przy siedzibie firmy. Jesteśmy na etapie analiz i wybrania najlepszego rozwiązania technologicznego.

Spółka ma już działający sklep B2B, dla klientów biznesowych, który w zeszłym roku osiągnął wzrost wartości obrotu z 3,8 do 5,8 mln zł, co oznacza ok. 3 proc. udziałów w przychodach firmy. Celem spółki jest osiągnięcie obrotów w kanale internetowym na poziomie 10 proc. Mimo inwestycji w logistykę oraz w e-commerce spółka nie zaniedbuje też rozwoju swojej tradycyjnej sieci sprzedaży. CDRL ma obecnie w Europie 362 punkty sprzedaży, z czego 214 sklepów Coccodrillo działa w Polsce. W tym roku powstać ma niemal setka kolejnych.

Chcemy zwiększyć liczbę punktów sprzedaży o ponad dziewięćdziesiąt. Na to potrzebujemy dodatkowych zapasów towaru. To inwestycja przede wszystkim w nowe kolekcje i nowe oferty. Cały czas śledzimy rynek. W połowie kwietnia będziemy uczestniczyć w targach w Singapurze. Wiążemy z nimi duże nadzieje na pozyskanie nowych klientów z krajów ościennych, Indonezji lub Malezji – podkreśla Dworczak.

W 2014 roku Grupa CDRL osiągnęła wzrost skonsolidowanych przychodów o 6,5 proc. do prawie 159 mln zł. Zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej wzrósł z 3 mln do ponad 11 mln zł. To pozwoli spółce przekazać akcjonariuszom część zysku za zeszły rok. Zarząd podjął w tej sprawie uchwałę i rekomendował radzie nadzorczej wypłatę dywidendy w wysokości 75 groszy na akcję.

2014 rok dla spółki był bardzo dobry ocenia prezes zarządu CDRL. – Już w 2010 roku podjęliśmy pewne kroki, które miały nam pomóc w przygotowaniu się do nowych warunków ekonomicznych w związku z licznymi trudnościami na rynku. Przede wszystkim zoptymalizowaliśmy procesy produkcyjne, projektowania i logistyczne. Efekty tego widzimy w wynikach za 2014 rok.

Restrukturyzacja przeprowadzona w CDRL była jak podkreśla prezes – pracą całego zespołu ludzi, nie tylko zarządu, lecz przede wszystkim tych, którzy kontrolują produkcję.

– Obniżyliśmy znacznie koszty produkcji. Widać w naszych wynikach wyraźne wzrosty na marżach, szczególnie w kanale sprzedaży w sklepach polskich, gdzie nasza marża wzrosła brutto o 6,6 proc. Jesteśmy z tego zadowoleni. Wynik, który przedstawiliśmy na koniec 2014 roku jest, jak prognozowaliśmy, nawet o 4 proc. lepszy – mówi Dworczak.

Jak podaje spółka, w I kwartale 2015 roku wartość sprzedaży towarów w polskich sklepach Coccodrillo wzrosła o ponad jedną piątą. Przychody spółki ze sprzedaży w sieci detalicznej w kraju wyniosły w trzech pierwszych miesiącach roku 25,58 mln zł i były o 22 proc. wyższe niż przed rokiem. W samym marcu polskie sklepy pod szyldem Coccodrillo zarobiły 9,85 mln zł, czyli o 17 proc. więcej niż rok wcześniej.

Coraz więcej osób zamawia jedzenie online, ale wciąż popularne są telefoniczne zamówienia

Z portali służących do zamawiania jedzenia online korzysta coraz więcej osób, chociaż wciąż najpopularniejszy jest kanał telefoniczny. Liczba zamówień w tego typu serwisach rośnie wraz z poszerzaniem oferty, a ta rośnie dynamicznie, bo restauracje chętnie korzystają z usług takich platform, tym bardziej że oferują one zamawianie posiłków także przez aplikacje mobilne. PizzaPortal.pl szacuje, że rynek jedzenia zamawianego online zwiększa się o 100 proc. rocznie. 

– W sieci pojawia się coraz więcej platform służących do zamawiania jedzenia. Widzimy duże zainteresowanie rynkiem tego typu portali na całym świecie. W Polsce również. Utrzymujemy tempo wzrostu ok. 100 proc. rok do roku – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Lech Kaniuk, dyrektor zarządzający PizzaPortal.pl. – Trzeba jednak pamiętać o tym, że rynek ten jest bardzo młody. Jeżeli weźmiemy pod uwagę wszystkie portale, to i tak procent zamówień, w których pośredniczą, jest niewielki wobec całego rynku posiłków zamawianych do domu.

Bardzo silnym kanałem konkurencyjnym dla tego rodzaju platform są nadal połączenia telefoniczne. Zdaniem Kaniuka wynika to z przyzwyczajenia konsumentów, ale nie ma racjonalnej podstawy. Portale umożliwiają z reguły płacenie online. Ułatwiają też wybór, np. poprzez możliwość posortowania restauracji według rodzaju kuchni.

Restauracje także szukają cały czas możliwości, żeby się promować i zyskiwać dodatkowe zamówienia, a portale są świetnym sposobem, by docierać do klientów online. Dzięki nam ich oferta może być również dostępna w aplikacjach mobilnych, więc jest bardzo duże zainteresowanie – przekonuje Kaniuk.

Jak wynika z raportu serwisu, zauważalną tendencją jest znaczny wzrost zainteresowania zamawianiem przez urządzenia mobilne, zwłaszcza w dużych miastach (Kraków i Warszawa). W minionym roku liczba ściągnięć aplikacji mobilnych zwiększyła się o 250 proc. w stosunku do 2013 roku. Cały rynek posiłków zamawianych online szacowany był na 147 mln zł.

PizzaPortal.pl obsługuje w całym kraju około 3,5 tys. restauracji. Kaniuk prognozuje, że do końca roku w portfolio będzie ich 6,5 tys.

Chcemy rozszerzyć różnych kuchni, nie tylko włoskiej i azjatyckiej, żeby mieć ofertę dla każdego, żeby w każdym miejscu i w każdy dzień było dostępne to, co właśnie dana osoba chce zamówić – podkreśla Lech Kaniuk.

Serwis rozwija sieć również poprzez fuzje i przejęcia. W listopadzie ubiegłego roku przejął platformę FoodPanda.pl, swojego największego rywala na krajowym rynku. W wyniku ponad miesięcznych negocjacji strony ustaliły, że konkurencyjny serwis całkowicie przestanie istnieć, a wszystkie restauracje, z którymi do tej pory współpracował, wejdą do oferty PizzaPortal.pl.

Część portali, które powstały w Polsce, już nie prowadzi działalności, bo my większość przejęliśmy – mówi dyrektor zarządzający PizzaPortal.pl. – Na początku nasza marka kojarzyła się z pizzą, jednak obecnie bardziej stała się synonimem zamawiania jedzenia online. Mamy coraz więcej sushi, restauracji premium i wciąż rozszerzamy ofertę. Restauracje same zgłaszają się do współpracy.

Jak wynika z raportu platformy PizzaPortal.pl, z możliwości zamawiania posiłków online najchętniej korzystają ludzie młodzi i aktywni zawodowo. Osoby między 18. a 35. rokiem życia stanowią 77 proc. wszystkich użytkowników portalu PizzaPortal.pl. Najwięcej zamówień składanych jest w weekendy i dni wolne od pracy, kiedy wiele sklepów nie prowadzi działalności. W poniedziałek i wtorek zakupy są najmniejsze, jednak wskaźnik ten systematycznie rośnie w ciągu tygodnia, by w sobotę osiągnąć maksimum. W przypadku kuchni włoskiej, domowej oraz amerykańskiej średni koszyk zamówienia jest wart 35 zł.

Popołudniowy komentarz walutowy z 07.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 07.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Notowania ropy i kryzys rosyjski szkodzą walutom skandynawskim. Inwestorzy zarobią na umocnieniu dolara i funta

CEO Magazyn Polska

Zarówno korona szwedzka, jak i norweska w ciągu ostatnich 12 miesięcy osłabiły się o jedną czwartą. To wynik dużej ekspozycji na handel z Rosją oraz – w przypadku Norwegii – gwałtowny spadek notowań ropy naftowej. Eksperci z Easy Forex przewidują coraz mocniejszego dolara i funta, co wynika ze spodziewanych wzrostów stóp procentowych w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. To rodzi szansę na zyski dla inwestorów, którzy założą dalsze wzrosty tych walut.

– Spoza głównych par walutowych to pary związane z krajami skandynawskimi mogą być pod presją ze względu na dosyć dużą wymianę handlową z Rosją, gdzie widoczny jest kryzys zaufania i kryzys ekonomiczny. Korona szwedzka i norweska będzie także tracić ze względu na niskie ceny ropy naftowej – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Andrzej Kiedrowicz, dyrektor polskiego oddziału Easy Forex, międzynarodowej firmy brokerskiej.

Notowania dolara do korony szwedzkiej (SEK) aktualnie znajdują się na poziomie 8,25-8,60 (w ciągu 12 miesięcy korona szwedzka osłabiła się o niemal 25 proc.). Z kolei kurs dolara do korony norweskiej to okolice 7,60-8,40 (deprecjacja waluty norweskiej przekroczyła w ciągu roku 25 proc.).

– Z powodu niskich cen ropy powinny tracić zarówno dolar kanadyjski, jak i dolar australijski – dodaje ekspert.

Dla Kiedrowicza relatywnie bezpiecznymi i silnymi walutami będą dolar amerykański i funt brytyjski, ze względu na planowane podwyżki stóp procentowych w USA i Wielkiej Brytanii. Natomiast wymienione wcześniej waluty powiązane z cenami ropy lub kondycją Rosji nie mogą na razie liczyć na odbicie. Zdaniem Andrzeja Kiedrowicza – co najmniej do końca roku.

– Jeżeli postawimy na spadek tych walut, czyli jeżeli weźmiemy krótkie pozycje, zakładające zagranie przeciwko tym walutom, to wydaje mi się, że w terminie przynajmniej do końca roku powinniśmy zarobić na takich inwestycjach – prognozuje Andrzej Kiedrowicz.

Sebastian Buczek (Quercus TFI): Spada zainteresowanie obligacjami. Inwestorzy zaczynają zwracać uwagę na rynek akcji

CEO Magazyn Polska

Na rynkach inwestycyjnych kończy się czas obligacji, a zaczyna czas akcji. W Polsce podobnie jak w wielu krajach świata spadają stopy procentowe, a wraz z nimi rentowność papierów dłużnych. Inwestorzy zaczynają więc interesować się rynkiem akcji, zwłaszcza niemieckich.

Jesteśmy po bardzo dobrym okresie ostatnich dwóch lat, kiedy fundusze obligacji notowały bardzo wysokie stopy zwrotu, często nawet dwucyfrowe mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Sebastian Buczek, prezes Quercus TFI. – Wydaje nam się, że przy tych poziomach stóp procentowych, które mamy w tej chwili, ta klasa aktywów nie jest już szczególnie interesująca, co oczywiście nie oznacza, że inwestorzy będą od razu tracić na wartości inwestycji.

Jak wynika z danych Analiz Online, w ciągu ostatnich trzech lat fundusze dłużne polskich obligacji skarbowych zarobiły średnio 19,2 proc., obligacji polskich uniwersalnych – 18 proc., natomiast obligacji korporacyjnych – 10 proc. Od początku 2015 roku te klasy aktywów zyskały 1,1-1,2 proc., a w samym marcu fundusze papierów skarbowych i uniwersalnych przyniosły minimalną stratę.

Stopy procentowe w Polsce są dziś najniższe w historii, podobnie w strefie euro oraz Stanach Zjednoczonych. Niskie ceny paliw na światowych rynkach przyniosły w wielu krajach deflację i banki centralne nie mają powodu, by jak kiedyś walczyć z inflacją podnoszeniem stóp. Przeciwnie, starają się raczej wspierać tanim pieniądzem niepewny wzrost gospodarczy.

– W dłuższym okresie wydaje nam się, że te stopy, które mamy zarówno w Polsce, jak i chociażby w Niemczech, są bardzo niskie i jednak jest większy potencjał do strat niż do zarabiania na obligacjach w długim okresie ocenia Sebastian Buczek. – Cały czas ciekawe są obligacje korporacyjne, ale tutaj też na pewno nie ma co liczyć na tak duże zyski, jak w ostatnich dwóch latach, bo rentowności tych instrumentów też wyraźnie spadły, ale jeszcze można znaleźć interesujące walory.

W tej sytuacji inwestorzy rozważają inne formy pomnażania swych kapitałów. Na razie niezbyt atrakcyjnie wygląda jednak rynek surowcowy. Dolar, w którym rozlicza się większość transakcji tego typu, jest na razie zbyt mocny. W ocenie analityków zmian można oczekiwać dopiero wtedy, kiedy ta waluta się ustabilizuje. Nie  wydaje się jednak, by miało się to stać w najbliższym czasie.

– Kiedy umacnia się amerykańska waluta, to z reguły surowce zachowują się słabiej, to widzimy również w bieżącym roku, dlatego przy umocnieniu amerykańskiego dolara surowce nie są tą ulubiona klasa aktywów. To zainteresowanie przeniosło się na europejskie akcje, w szczególności na akcje niemieckie zwraca uwagę prezes Quercus TFI.

W rezultacie indeks tamtejszej giełdy DAX systematycznie rośnie. Od początku roku z 9,8 tys. punktów wzrósł do ok. 12 tys., czyli o ponad 22 proc.

Na pewno warto cały czas intensywnie szukać okazji na rynkach finansowych podkreśla prezes Sebastian Buczek z Quercus TFI. – Najlepszy przykład  z  ostatnich miesięcy to bardzo wyraźne umocnienie amerykańskiego dolara. Jeżeli ktoś ten instrument kupił na przykład w połowie zeszłego roku, to zarobił 20 proc. czy 30 proc. na samym wzroście wartości amerykańskiej waluty. Tak więc cały czas warto szukać i poszukiwać okazji na rynkach.

Mimo że od połowy marca dolar lekko stracił na wartości, wciąż jest mocniejszy do euro niż przed rokiem o przeszło 26 proc., a od początku roku wzmocnił się o ponad 11 proc.

Rząd pomoże polskim firmom w ekspansji. Powstanie m.in. specjalny fundusz

 

Rząd zapowiada zwiększenie wsparcia dla polskich firm rozwijających działalność za granicą. W tym kosztownym procesie przedsiębiorcy będą mogli liczyć m.in. na tworzony w ramach Banku Gospodarstwa Krajowego Fundusz Ekspansji Zagranicznej. Poza kosztami wyzwaniem podczas ekspansji poprzez przejęcia jest integracja firm oraz uzyskanie oczekiwanej synergii, a także wypromowanie marki, z czym polskie przedsiębiorstwa wciąż mają problem.

W interesie każdej gospodarki jest jak największa ekspansja, oczywiście dobrze rozumiana, dobrze policzona, z uwzględnionym elementem ryzyka, ale i z dużą szansą na poważne zaistnienie w świecie. Dlatego państwo powinno wspierać firmy w otwieraniu się na rynki zagraniczne – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Rafał Baniak, wiceminister skarbu państwa.

Baniak podkreśla, że rząd aktywnie wspiera polskich przedsiębiorców szukających szans na rozwój na rynkach zagranicznych. Nowym instrumentem będzie tworzony w ramach BGK Fundusz Ekspansji Zagranicznej. Jego początkowy budżet ustalono na 100 mln zł, ale jak zapewnia Baniak, jeśli przedsiębiorcy będą zainteresowani taką pomocą, to do Funduszu może trafić nawet kilka miliardów złotych.

Firmy cały czas mogą także korzystać ze wsparcia Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości oraz Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych, chociażby poprzez organizowane przez te agencje misje gospodarcze. Rozwój zagraniczny można zabezpieczyć dzięki instrumentom eksportowym, oferowanymi m.in. przez KUKE.

Wsparcie finansowe i zabezpieczenia są dla rozwijających się poza Polską przedsiębiorców istotne, bo ekspansja może być bardzo kosztownym i skomplikowanym procesem.

Wejście każdej firmy, również polskiej, na odległy rynek jest sprawą dosyć skomplikowaną i kosztowną. Po pierwsze, trzeba dobrze znać dany rynek, a informacja kosztuje. Nie tylko ta ściśle techniczna, lecz także ta dotycząca kultury gospodarczej danego kraju. Po drugie, bardzo ważne jest znalezienie właściwych partnerów. Po trzecie, trzeba mieć dobre produkty, a po czwarte, zainwestować w sieć dystrybucji, agentów czy założenie własnej firmy – wyjaśnia Marek Kłoczko, wiceprezes Krajowej Izby Gospodarczej.

Kłoczko podkreśla, że szczególnie ważna jest odpowiednia promocja na danym rynku. Jak zauważa, zupełnie inaczej należy rozwijać się w Europie, Ameryce Południowej czy krajach arabskich, a nietrafiona promocja może okazać się dużą stratą finansową. Na niektórych rynkach pozaunijnych, np. w Chinach, bardzo ważne jest otwarte wsparcie rządu, co w UE jest – z niewielkimi wyjątkami – raczej nieistotne.

Egzotyczne rynki stają się dla polskich firm coraz ważniejsze. Co prawda zdecydowana większość z nich wybiera Unię Europejską jako miejsce swojej ekspansji, a jak podkreśla Kłoczko, wspólnotowy rynek ma wciąż duży potencjał, rośnie jednak odsetek firm szukających szans w Azji czy na Bliskim Wschodzie.

Kłoczko zaznacza jednak, że każda z nich, w zależności m.in. od branży, wielkości, produktów i wybranego rynku, musi mieć indywidualną strategię ekspansji. Jedną z możliwości jest rozwój zagranicznych poprzez akwizycje. W ten sposób działa m.in. PKP Cargo, spółka, która stopniowo zwiększa swój udział w europejskim rynku przewozów towarowych.

– Jako drugi przewoźnik na rynku Unii Europejskiej działamy w kilku krajach, jesteśmy w nich obecni z naszymi przewozami. Największym prowadzonym procesem jest zakup czeskiego przewoźnika AWT, drugiego przewoźnika na rynku czeskim i jednego z największych prywatnych przewoźników w Europie – tłumaczy Łukasz Hadyś, członek zarządu ds. finansowych PKP Cargo. – W Polsce mamy 57 proc. rynku, natomiast widzimy, że nasz tabor możemy efektywnie wykorzystywać, jadąc dalej, do Czech, na Słowację czy do Niemiec. Chcemy budować pozycję naszej firmy, oferując usługi logistyczne w trójkącie Bałtyk-Adriatyk-Morze Północne.

Hadyś zwraca jednak uwagę na dwa problemy, jakie towarzyszą ekspansji przez akwizycję. Po pierwsze, konieczność skutecznej integracji przejmowanego podmiotu, a po drugie, osiągnięcie zakładanej synergii. W przypadku PKP Cargo oznacza to konieczność efektywnego wykorzystania taboru w innych krajach UE.

Udana ekspansja pozwala na szybką poprawę wyników finansowych – podkreśla Hadyś. Kłoczko zwraca jednak uwagę na to, że by ekspansja była udana, firma musi dysponować nie tylko dobrymi produktami i być efektywna finansowa, lecz także musi wypromować swoją markę.

Bardzo mało jest polskich firm, które mają już na tyle rozpoznawalne marki, aby plasować swoje produkty na wyższych półkach i to jest ich główne zadanie. Bowiem ci, którzy mają lepsze marki, mają wyższe marże i lepiej zarabiają – podkreśla wiceprezes KIG-u.

NBP: kredytobiorcy powinni spodziewać się wzrostu stóp procentowych, ale w dłuższej perspektywie

CEO Magazyn Polska

Marzec był pierwszym miesiącem ogłoszonego w połowie stycznia br. przez prezesa Europejskiego Banku Centralnego programu luzowania ilościowego polityki monetarnej, czyli skupu obligacji. Na jego efekty trzeba będzie jednak poczekać co najmniej kilka miesięcy. W Stanach Zjednoczonych, które mają już za sobą taką operację, Rezerwa Federalna przygotowuje się do serii podwyżek stóp procentowych. Polscy kredytobiorcy także powinni brać to pod uwagę, ale w dłuższej perspektywie.

W Europie program luzowania ilościowego został rozpoczęty, a w Stanach Zjednoczonych – w zasadzie zakończony – mówi agencji informacyjnej Newseria Małgorzata Zaleska, członek zarządu Narodowego Banku Polskiego. – Żeby obserwować wpływ tego rodzaju programów na gospodarkę i na rynki finansowe, potrzeba jednak więcej czasu. Takie decyzje przekładają się na wzrost gospodarczy w dłuższym horyzoncie. Z pewnością jednak program luzowania ilościowego ma na celu pobudzenie europejskiej gospodarki.

Marzec był pierwszym miesiącem ogłoszonego w połowie stycznia br. przez prezesa Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghiego programu luzowania ilościowego (QE, z ang. Quantitative Easing), czyli skupu obligacji. Ma potrwać co najmniej do września 2016 roku. W razie gdyby wyznaczony cel inflacyjny nie został osiągnięty, może jednak trwać dłużej. W tym czasie EBC będzie skupować obligacje o ratingu inwestycyjnym, kierując się udziałem poszczególnych państw w kapitale banku. Jak poinformował Draghi, miesięcznie tą drogą ma wpływać do systemu finansowego eurostrefy około 60 mld euro, docelowo łącznie – nawet bilion.

Na rynek finansowy, również w Polsce, duży wpływ ma środowisko niskich stóp procentowych. Jest to wyzwanie dla oszczędzających, ponieważ najpopularniejsze lokaty bankowe stają się mało atrakcyjne. Szukają więc innych, bardziej rentownych sposobów na pomnażanie majątku.

Niskie stopy procentowe są także wyzwaniem dla sektora bankowego, który w UE finansuje się głównie poprzez depozyty. Jeśli są one mało atrakcyjne dla klientów, to może następować ich odpływ, co oznacza, że banki mogą utracić część źródeł finansowania. Aby je z powrotem pozyskać, muszą zaoferować wyższe oprocentowanie, co z kolei oznacza wyższe koszty odsetkowe i gorsze wyniki. Może to skutkować także wojną depozytową, czyli oferowaniem ponadprzeciętnego oprocentowania – ocenia Małgorzata Zaleska.

Po dłuższym okresie obowiązywania niskich stóp procentowych muszą one jednak w końcu zostać podniesione. W Stanach Zjednoczonych, które mają już za sobą program QE, Rezerwa Federalna szykuje się do cyklu podwyżek stóp procentowych. W Polsce – zdaniem przedstawicielki NBP – podwyżki można się spodziewać dopiero w dłuższej perspektywie.

Bardzo istotne jest jednak to, by informować klientów banków o ryzyku wzrostu stóp procentowych – uważa Małgorzata Zaleska. – Często konsumenci patrzą na warunki oferowanych kredytów przez pryzmat współczesnej sytuacji, chociażby wysokości rat kapitałowych. Tymczasem w Polsce większość pożyczek opiewa na zmienną stopę procentową, w związku z czym, jeżeli rynkowe stopy procentowe będą rosły, to także zwiększać się będzie oprocentowanie rat kredytowych.

M. Pujszo: Polskie firmy nie potrafią się promować. Brakuje im ciekawych pomysłów

 

Polskim przedsiębiorcom brakuje kreatywności w promocji – uważa Mariusz Pujszo. Jego zdaniem są oni nadmiernie przywiązani do klasycznych metod i nie mają pomysłu na to, jak w oryginalny sposób pokazać się potencjalnym klientom. Twierdzi, że to właśnie dzięki pomysłowej promocji na jego galach w Cannes bywają gwiazdy filmowe światowego formatu.

Zdaniem Mariusza Pujszo dobra promocja nie jest kwestią pieniędzy, ale pomysłu. Polscy przedsiębiorcy nadmiernie przywiązują się do klasycznych metod pozyskiwania klienta, np. poprzez udział w targach lub konferencjach. Według niego takie imprezy nie pozwalają jednak no to, by indywidualnie podejść do potencjalnego klienta. Nie tworzy się tam bowiem atmosfera przyjaźni, niezbędna do nawiązania relacji z ewentualnym klientem. Jako przykład kreatywności w promowaniu własnej inicjatywy Pujszo podaje Polskie Noce w hotelu Carlton w Cannes.

– Jest stara zasada: jak nie możesz pójść do tysiąca osób, to spraw, żeby tysiąc osób przyszło do ciebie. Trzeba mieć pomysł na to, by osoby, które mają w Cannes setki propozycji imprez dziennie, przyszły właśnie do ciebie. Potrzebny jest jakiś numer: czy on jest dobry, czy zły, ale wytworzy atmosferę oryginalności, czegoś innego, nowego. Na moich galach w Cannes było około 50 osób, które miały Oscary. Nigdy w historii żadnych gali czy imprez organizowanych w Cannes czegoś takiego nie było mówi Mariusz Pujszo, reżyser, redaktor naczelny magazynu „Osobowości i sukcesy”, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Aby umożliwić nawiązanie kontaktów między różnymi środowiskami, Pujszo zainicjował kilka lat temu galę Osobowości i Sukcesy. Podczas imprezy spotykają się przedstawiciele świata biznesu, kultury, sportu i sztuki. Swobodna atmosfera ułatwia komunikację i nawiązanie znajomości, które mogą się przekształcić w relacje biznesowe. Obecnie Pujszo pracuje nad stworzeniem takiej platformy współpracy na skalę międzynarodową. W Berlinie będzie organizował polsko-niemiecką galę Osobowości i Sukcesy, a w Paryżu polsko-francuską.

– Będę nagradzał firmy francuskie lub niemieckie oraz firmy polskie, które działają na tych rynkach, po to, żeby ludzie się spotkali i porozmawiali. Jak przy okazji są jakieś targi, na których można się pokazać, zaprezentować, to dobrze, ale musi być ten bezpośredni kontakt. Jak jest dobry kontakt, to potem dużo rzeczy można załatwić. Obawiam się, że nie wszystkie firmy zdają sobie z tego sprawę – mówi Mariusz Pujszo.

Zdaniem filmowca już wkrótce trzeba będzie zmienić sposób myślenia o reklamie. Reklama w obecnej formie zniknie w ciągu kilku najbliższych lat, zastąpi ją internet. Pujszo uważa, że w Europie Zachodniej konsumenci już dzisiaj podejmują decyzje zakupowe, kierując się opiniami internautów, a nie reklamą. W biznesie istotna jest także elastyczność. On sam często jest krytykowany za imanie się zbyt wielu zajęć, jest bowiem reżyserem, scenarzystą, aktorem, redaktorem naczelnym magazynu oraz przedsiębiorcą.

– Człowiek może mieć różne zachcianki i różne pomysły na życie. Trzeba patrzeć, co on rzeczywiście robi i co osiąga. Lubię coś tworzyć i cieszę się, że ludzie za mną idą – mówi Mariusz Pujszo.

Co dziesiąte biuro w Warszawie niewynajęte. Poprawa sytuacji spodziewana za kilka lat

CEO Magazyn Polska

Perspektywy dla warszawskiego rynku nieruchomości biurowych poprawiają się. Jeszcze w tym i przyszłym roku wskaźnik niewynajętej powierzchni może rosnąć, ale coraz większy popyt spowoduje, że najpóźniej w 2017 r. ten trend się odwróci. Branża oczekuje też końca spadków czynszów.

Spodziewamy się, że wskaźnik pustostanów na warszawskim rynku biurowców jeszcze może w 2015 r. rosnąć. W tej chwili jest na poziomie około 13,5 proc., pewnie wzrośnie do 14-15 proc. w 2015 r., być może w 2016 r. jeszcze będzie dysproporcja między popytem a podażą. Natomiast już w 2017 r. eksperci rynku przewidują spadek podaży. Według nich przy dalej rosnącym popycie, który spowoduje obniżenie pustostanów, być może rynek zacznie wracać do równowagi – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marcin Juszczyk, członek zarządu Capital Park.

Obecnie wskaźnik pustostanów, czyli odsetek niewynajętej powierzchni biurowej, w Warszawie jest już na bardzo wysokim poziomie. W większości dużych europejskich miast wartość tego indeksu jest jednocyfrowa, choć nie brakuje również takich, gdzie pustostanów jest nawet więcej, np. w Rotterdamie jest ich ponad 20 proc.

Wzrost tego wskaźnika następuje stopniowo od kilku lat. Analitycy szacują, że w przyszłym roku może się zbliżyć – choć raczej nie przekroczyć – do rekordu z 2002 r., kiedy w Warszawie było ok. 17 proc. pustostanów. Jego wzrost napędza przede wszystkim rosnąca podaż powierzchni biurowej wynikająca z wielu nowych inwestycji. Juszczyk zwraca jednak uwagę na to, że na sile przybiera także popyt, bo poprawiająca się koniunktura skłania wiele firm do szukania nowych siedzib.

– Trzeba zauważyć, że rekordowo wysoki jest również popyt na powierzchnie najmu, napędzany przez dobrą formę polskiej gospodarki, spadające bezrobocie oraz to, że firmy poszukują nowych budynków, przenosząc się często ze starych budynków biurowych klasy B i C – tłumaczy Juszczyk.

Na razie pomimo wzrostu popyt nie dorównuje podaży, ale to ma się wkrótce zmienić. Sytuacja nie pozostaje bez wpływu na czynsze, które obecnie oscylują wokół 22-23 euro w śródmieściu i ok. 14-15 euro poza ścisłym centrum. Choć stawki za metr kwadratowy wciąż jeszcze spadają, Juszczyk przewiduje, że już wkrótce nastąpi odwrócenie tego trendu.

Rozwój infrastruktury wpływa również na zwiększenie atrakcyjności inwestycji biurowych w dzielnicach, gdzie dotychczas nie było takich nieruchomości. Juszczyk wymienia Wilanów, gdzie spółka realizuje budowę biurowca Royal Wilanów. Jego wartość ma rosnąć m.in. dzięki nowym drogom.

Podpisaliśmy umowę z miastem dotyczącą wspólnej przebudowy drogi, która jest pomiędzy nowo otwartym ratuszem dzielnicy Wilanów a naszą inwestycją Royal Wilanów. Sąsiedzi czekają na pozwolenie na budowę sporej galerii handlowej. Prowadzony jest przetarg na wybór generalnego wykonawcy autostrady, południowej obwodnicy Warszawy, więc ta okolica bardzo dynamicznie się zmienia – tłumaczy Juszczyk.

Spółka liczy na dalszy wzrost wartości inwestycji w Wilanowie, bo opierają się na nich plany finansowe Capital Parku.

Deweloper planuje utworzyć dwa fundusze inwestycyjne zamknięte. Pierwszy z nich ruszy jeszcze w tym roku, a do jego portfela aktywów wniesionych zostanie dziewięć lub dziesięć już istniejących i przynoszących dochód inwestycji. Drugi ma ruszyć na przełomie 2015 i 2016 r. i obejmie właśnie projekt Royal Wilanów.

Wierzymy, że długoterminowo jesteśmy w stanie tam wygenerować dużo większą wartość, dlatego jako Grupa Capital Park chcielibyśmy istotną część tego projektu zostawić w naszym portfelu. Inwestorom chcemy zaoferować około 50 proc. wartości aktywów netto w tym projekcie. Wierzymy, że ten projekt ma jeszcze spory potencjał budowania wartości – mówi Juszczyk.