Ulma Construccion Polska czeka na ożywienie na rynku budowlanym. Spółka powoli poprawia wyniki

CEO Magazyn Polska

W firmach działających na rzecz budownictwa nie widać jeszcze ożywienia, którym cieszą się duże spółki budowlane. Ulma Construccion Polska nadal publikuje słabe wyniki, choć jak zapewnia prezes spółki, poprawiają się one z miesiąca na miesiąc.

Patrząc na wyniki tych największych firm budowlanych, które uzyskują rekordowe obroty i rekordowe rentowności, można byłoby powiedzieć, że na rynku budowlanym jest coraz lepiej – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor prezes Ulma Construccion Polska. – Natomiast z punktu widzenia takiej niszowej firmy jak moja liczba nowo otwieranych projektów jest jeszcze stosunkowo niska i stąd takie, a nie inne rezultaty firmy. Uważam, że jest jeszcze sporo do poprawy na rynku budowlanym.

Firma sprzedająca i wynajmująca budowlane rusztowania i szalunki w ciągu trzech kwartałów tego roku osiągnęła 143,75 mln zł łącznych przychodów ze sprzedaży wobec 157 mln zł w zeszłym roku, co oznacza spadek o 8,5 proc. Spółka miała w tym czasie 8,2 mln zł straty netto. W ostatnim kwartale Ulma Construccion Polska może się jednak już pochwalić niewielkim zyskiem, wynoszącym 173 tys. zł.

– To nie są wyniki, które można byłoby uznać za najlepsze, jakie firma jest w stanie uzyskać – mówi Andrzej Kozłowski. – Rok 2014 w ogóle uznajemy za bardzo trudny, a w historii naszej firmy jako jeden z najgorszych. Nie ma więc powodów do jakichś wielkich fanfar. Pozytywne jest tylko to, że z miesiąca na miesiąc i z kwartału na kwartał obserwujemy poprawę wyników wśród firm.

Prezes podkreśla, że z każdym kwartałem spółka stara się być coraz bardziej sprawna. To jest efekt zarówno troszkę lepszej sytuacji na rynku, jak i działań restrukturyzacyjnych, które w firmie są realizowane w ostatnim okresie.

To bardzo trudny okres w firmie – podkreśla Andrzej Kozłowski. Wszyscy mają pewną świadomość tego, że możliwości firmy zarówno te intelektualne jak i te materiałowe są zdecydowanie większe niż to, co się udało wypracować na rynku. W związku z powyższym podejmowanie pewnych decyzji restrukturyzacyjnych spotyka się ze zrozumieniem i z pewną akceptacją. Ale nie mogę powiedzieć, że ludzie z tego powodu są nadmiernie szczęśliwi. To jest bardzo trudne i wymaga wyrzeczeń ze wszystkich stron.

Polskie PKB nadal rośnie w tempie przekraczającym 3 proc. Buduje się coraz więcej, a pieniądze z Unii zwiększają inwestycje publiczne. Mimo że dane makroekonomiczne wskazują na zupełnie przyzwoitą kondycję naszej gospodarki, w spółce nie czuć jeszcze nadchodzącego ożywienia.

Z tego punktu widzenia należy się cieszyć i zakładać, że w najbliższej przyszłości takie firmy jak moja czy inne firmy z branży budowlanej powinny mieć naprawdę dużo do roboty – mówi prezes Ulma Construccion Polska. – Dzisiaj jeszcze nie czuje tego gorącego okresu. Przygotowujemy bardzo dużo ofert, ale ten proces rekrutacji wykonawcy przez zamawiającego trwa bardzo długo.

Ulma Construccion Polska poza Polską działa też aktywnie na rynkach litewskim i ukraińskim oraz w Kazachstanie. Litwa to jednak niewielki kraj i niewielkie obroty, zaś Ukraina i Kazachstan mimo wielkiego potencjału nie pozwalają zarabiać przez niestabilną sytuację na rynku walutowym.

– Muszę powiedzieć, że gdyby nie dewaluacja walut miejscowych, mówię tu o Kazachstanie i przede wszystkim Ukrainie, to moglibyśmy uznać rok 2014 za rekordowy pod względem zarówno rentowności tych firm, jak i przychodów, które one wygenerowały – zaznacza prezes Kozłowski.

Zaczęły się zapisy na akcje Lotosu nowej emisji. MSP potwierdziło, że złoży zapis na wszystkie przysługujące mu akcje

CEO Magazyn Polska

Do 28 listopada właściciele praw poboru mogą się zapisywać na akcje Lotosu nowej emisji. W czwartek resort skarbu ogłosił, że złoży zapis na wszystkie przysługujące mu akcje i utrzyma ponad 50-proc. udział w spółce. Lotos liczy na to, że pozyska w drodze emisji 1 mld zł, którego potrzebuje na inwestycje.

– Lotos zdecydował się na emisję akcji, żeby sfinansować dwa duże projekty inwestycyjne – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Kamil Szlaga, analityk Trigon DM. – Budowę instalacji opóźnionego koksowania, która znacząco poprawi efektywność rafinerii od 2018 roku oraz inwestycje w projekty gazowe na Bałtyku, które według spółki i moich obliczeń dadzą wysoki wzrost kapitału.

Cena emisyjna akcji Lotosu w ofercie publicznej została ustalona na 18,1 zł. Spółka wyemituje do 55 mln akcji. Ok. 530-650 mln zł z emisji ma trafić na budowę instalacji koksowania, a 350-470 mln zł na zagospodarowanie złóż na Bałtyku. Spółka zdecydowała się na emisję akcji, ponieważ w ocenie analityka widzi wysokie korzyści płynące z realizacji tych projektów, które z jednej strony przełożą się na jej oddłużenie w dalszych latach, a z drugiej umożliwią wypłacenie dywidendy. Najwcześniej w latach 2019-2020.

Spółka obecnie jest bardzo zadłużona, dlatego nie widzę szansy na to, by wypłata dywidendy miała nastąpić wcześniej uważa Kamil Szlaga. Oczekuję, że jeżeli emisja akcji się powiedzie i spółka zrealizuje te skomplikowane projekty inwestycyjne, to jest szansa na to, żeby generowała znacząco lepszą EBITDA. W roku 2017, 2018 i w kolejnych latach, dzięki lepszej efektywności i lepszej pozycji konkurencyjnej, zdecydowanie poprawi się pozycja Lotosu.

Na razie wyniki gdańskiej spółki nie są imponujące. Nie sprzyja jej w głównej mierze sytuacja na międzynarodowych rynkach. Dzięki temu, że USA stara się osłabić agresywną Rosję, ropa jest w tej chwili bardzo tania. Tylko w ostatnim kwartale potaniała o ok. 7 proc., obniżając dochody firm paliwowych. W Polsce dodatkowo wyniki rafinerii osłabia coraz mocniejszy dolar oraz spadająca sprzedaż paliw. W III kwartale Polacy kupili ich o ponad 2 proc. mniej niż rok wcześniej. W rezultacie Lotos poinformował, że po trzech kwartałach poniósł 189,9 mln zł straty netto, a EBITDA spółki wyniosła 272,7 mln zł. Te wyniki pokazują, jak potrzebne spółce są planowane inwestycje. Ich skutkiem powinna być zdecydowana poprawa wskaźników.

Mówimy o poziomach EBITDA Lotosu około 1,5-1,7 mld zł prognozuje analityk Trigon DM. Według moich obliczeń, uwzględniając także dodatkowy projekt gazowy i dodatkowy projekt wydobycia, który ruszy w 2016, to mówimy o EBITDA około 3 mld zł docelowo w latach 2018-2019. Czyli tutaj mówimy o znacząco wyższych poziomach.

Skarb Państwa, największy z udziałowców Lotosu, zadeklarował, że jest zainteresowany nabyciem akcji nowej emisji. W jego rękach jest ponad 53 proc. akcji firmy i taką część papierów nowej emisji państwo może kupić.

– To jest emisja z prawem poboru, dlatego akcjonariusze mają prawo objąć emisje – zwraca uwagę Kamil Szlaga z Trigon DM.  Z założenia nie będzie to emisja rozwadniająca. Wygląda bowiem na to, że główny akcjonariusz weźmie udział w emisji i obejmie akcje. 

Kontrakty CFD pozwalają zarobić na spadkach cen akcji, ale można na nich także dużo stracić

CEO Magazyn Polska

Kontrakty na różnice kursowe, czyli tzw. CFD, to jeden ze sposobów na to, by zarobić nie tylko na wzrostach, lecz także na spadkach cen akcji. Na kontraktach tych oczywiście można także stracić, bo jak przy każdej inwestycji na kontraktach CFD zarabiają ci, którzy trafnie przewidzą przyszłe ceny.  

Kontrakty CFD (Contract For Difference) to łatwa metoda, żeby zacząć inwestować na rynkach finansowych. Ich przedmiotem mogą być akcje, indeksy, waluty, towary praktycznie ze wszystkich rynków i giełd światowych, włącznie z polskimi akcjami.

Sednem tego jest możliwość wykorzystania dźwigni finansowej, czyli wystarczy tylko ułamek wartości pozycji, wartości transakcji, żeby zacząć inwestować mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Łukasz Wardyn, dyrektor zarządzający City Index, platformy transakcyjnej umożliwiającej handel kontraktami CFD.  W efekcie istnieje możliwość zarobienia kilkakrotnie więcej niż na normalnym, tradycyjnym rynku, ale z drugiej strony istnieje możliwość poniesienia kilkakrotnie większej straty.

Stracić można nie tylko wszystkie zainwestowane pieniądze, lecz także można zostać z długiem, gdy strata przekroczy cały depozyt wpłacany przy okazji zawierania kontraktu. Od niego uzależniony jest zaoferowany inwestorowi lewar finansowy. Inwestowanie na rynku kontraktów często jest wspierane tego rodzaju kredytem, co pozwala inwestować dużo wyższe kwoty niż się posiada.

–  Zawsze powtarzam inwestorom, że przy każdej inwestycji pierwszym pytaniem nie powinno być: „ile ja mogę na tym zarobić?”, tylko: „ile ja mogę na tym stracić?”– przestrzega dyrektor zarządzający City Index. – Jeżeli tak zadamy pytanie, to wtedy racjonalniej będziemy podchodzić do całego zagadnienia ryzyka.

Bez korzystania z dźwigni inwestycje kontrakty są bezpieczniejsze, choć ewentualne zyski – niewielkie. Dlatego wielu inwestorów ryzykuje i korzysta z opisanego wsparcia. Tym bardziej że poziom tego ryzyka zależy od wielkości użytej dźwigni. Swój depozyt można za jej pomocą podwoić, ale i zwiększyć np. pół tysiąca razy.

Oczywiście wysoka dźwignia, taka najwyższa, jeżeli w ogóle komuś, to polecana jest specjalistom, którzy mają świadomość ryzyka i używają odpowiednich narzędzi, żeby to ryzyko zminimalizować – podkreśla Łukasz Wardyn.  Myślę jednak, że najważniejsze jest to, że dźwignie na wielu platformach można sobie samodzielnie dostosować do własnych potrzeb, do własnego profilu ryzyka.

Kontrakty CFD racjonalnie używane mogą np. zminimalizować straty inwestora, który ma w portfelu taniejące akcje.

Jeżeli posiadamy otwarte pozycje na rynku akcji, a nie chcemy tych akcji sprzedawać, to jest możliwość otwarcia pozycji na spadek na rynku CFD przekonuje Łukasz Wardyn z City Index. W ten sposób możemy w krótkim terminie zabezpieczyć swój portfel.

W. Karpiński: Jesteśmy świadkami ekspansji polskiej chemii. Szybszy rozwój będzie możliwy dzięki inwestycjom w nowe technologie

CEO Magazyn Polska

Polski sektor chemiczny znajduje się na ścieżce wzrostowej zarówno w kraju, jak i za granicą – podkreśla Włodzimierz Karpiński, minister skarbu państwa. Dalszej ekspansji sprzyjać będą inwestycje w nowe technologie realizowane dzięki nowej perspektywie unijnej. Zagrożeniem może być umowa o wolnym handlu z USA oraz polityka klimatyczna UE.

Jesteśmy świadkami ekspansji polskiej chemii, jeśli chodzi o produkcję i eksport oraz bezpośrednie inwestycje za granicą – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Włodzimierz Karpiński, minister skarbu państwa. – To jest powodem do radości nie tylko z biznesowego punktu widzenia. Satysfakcję daje fakt, że Polska jest promowana jako silna marka, jako eksporter myśli inżynierskiej, bo branża chemiczna przedsięwzięcia realizuje także za granicą. Polska chemia jest na ścieżce wznoszącej.

Według Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego w połowie ubiegłego roku na rynku działało 11 tysięcy przedsiębiorstw chemicznych. Ponad 70 proc. stanowiły firmy zajmujące się przetwórstwem tworzyw sztucznych i kauczuku. W segmencie chemikaliów i wyrobów chemicznych panuje dużo mniejsze rozdrobnienie. Kluczowe dla przemysłu chemicznego w Polsce są jednak spółki z udziałem Skarbu Państwa. W ubiegłym roku produkcja sprzedana całego sektora wyniosła około 130 mld zł.

Szanse na dalszy rozwój widzę w wykorzystaniu środków unijnych na innowacje i nowe technologie, które spowodują wzrost konkurencyjności polskiej gospodarki, a chemii w szczególności. Branża ma bardzo dużo praktyk w tym właśnie obszarze – powiedział minister Karpiński podczas ogólnopolskiej konferencji „Chemical Industry Forum & Awards Gala”.

Według Umowy Partnerstwa, dokumentu podpisanego przez rząd z Komisją Europejską, określającego strategię wykorzystania przez Polskę środków z nowej perspektywy unijnej 2014-2020, badania oraz rozwoju technologii i innowacji zostaną zasilone kwotą ok. 10 mld euro, czyli ponad 40 mld zł (o 24 proc. większą niż w poprzednim okresie programowania). Promowana przy tym szczególnie będzie współpraca między sektorem przedsiębiorstw a światem nauki, tak by nowe rozwiązania szybciej znajdowały zastosowanie w przemyśle.

Zagrożeniem dla rozwoju branży może być negocjowana właśnie umowa o wolnym handlu między Unią Europejską i Stanami Zjednoczonymi, w związku z tym, że jeden z podstawowych surowców wykorzystywanych przez chemię jest za oceanem znacznie tańszy niż w Polsce – przestrzega Włodzimierz Karpiński. – Kolejne zagrożenia wiążą się z polityką klimatyczną UE i z wysokim poziomem energochłonności w Polsce. Branża musi pracować, żeby ten poziom energochłonności obniżyć, co wpłynie na mniejsze koszty wytwarzania.

Na branżę chemiczną i koszty wytwarzania wpływ będzie mieć przygotowywana przez resort skarbu specustawa o węglowodorach. Ma ona uprościć i skrócić procedury administracyjne, aby przedsiębiorstwa mogły łatwiej inwestować w poszukiwania, wydobycie i eksploatację złóż gazu łupkowego.

Jesteśmy w trakcie konsultacji – precyzuje minister.

40 nowych podatków w cztery lata. Węgierski rząd pracuje nad kolejnymi

0

CEO Magazyn Polska

Rosnący deficyt i duży udział długu w PKB powodują, że węgierskie władze muszą szukać kolejnych pomysłów na poprawę sytuacji. To może oznaczać wprowadzanie nowych podatków. Jak pokazują ostatnie cztery lata rządzący mają w tym wprawę – pojawiło się 40 nowych obciążeń podatkowych. Również tym razem mogą one dotknąć inwestorów zagranicznych, np. duże sieci handlowe.

Jeden z najnowszych pomysłów to opodatkowanie sieci handlowych zgodnie z osiąganymi przez nie obrotami. Tutaj najbardziej dyskryminowane będą zagraniczne sieci handlowe. Zgodnie z wyliczeniami brytyjskie Tesco będzie płaciło największy podatek. Ale to nadal jest projekt. Można się spodziewać, że węgierski rząd wprowadzi kolejne podatki wymierzone w dużych inwestorów zagranicznych – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w regionie Europy Centralnej.

Tego typu obciążenia mają promować mniejsze lokalne firmy. W ocenie ekonomisty, to słuszne podejście, bo sektor MŚP jest głównym motorem napędowym w gospodarce. Nakładanie kolejnych obciążeń na międzynarodowe koncerny może jednak negatywnie odbić się na wzroście gospodarczym Węgier.

Duże podmioty mogą wycofywać się z Węgier, a skłonność inwestycyjna inwestorów zagranicznych może spaść. Tegoroczny, dosyć wysoki jak na obecne standardy, wzrost gospodarczy, czyli 3,7 proc. wzrostu PKB w II kwartale, był spowodowany między innymi dosyć dużym wzrostem produkcji chociażby sektora motoryzacyjnego. Takie firmy, jak Audi czy Mercedes, są stałymi inwestorami na rynku węgierskim i gdyby tych inwestorów zabrakło, wtedy PKB Węgier mógłby notować znacznie niższe wzrosty – przestrzega Grzegorz Sielewicz.

Do dobrych wyników gospodarki przyczyniły się zwiększone wydatki z państwowej kasy, tym samym budżet państwa został nieco nadszarpnięty. Jak podkreśla Sielewicz, miało to związek z okresem wyborczym. W tym roku rządzący Fidesz trzykrotnie zwyciężył – w kwietniowych wyborach parlamentarnych, w wyborach do Europarlamentu i październikowych wyborach samorządowych,

Prognozujemy, że w tym roku gospodarka Węgier wzrośnie o 3 proc., natomiast w przyszłym roku wzrost PKB wyniesie 2,3 proc. – twierdzi główny ekonomista Coface w Polsce. – Jeżeli spojrzymy na sektor finansów publicznych, to okaże się, że dług publiczny dojdzie do 78 proc. PKB zarówno w tym roku, jak i w przyszłym. Natomiast deficyt wyniesie odpowiednio 2,9 proc. w tym roku i 2,7 proc. PKB w 2015 roku.

Jego zdaniem najbardziej niepokojący jest dosyć duży udział długu publicznego w PKB, znacznie wyższy niż w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Rząd musi również uważać, aby deficyt finansów publicznych nie przekroczył poziomu 3 proc. PKB. Komisja Europejska już zagroziła ponownym wprowadzeniem procedury nadmiernego deficytu, z której w ubiegłym roku Węgrom udało się wyjść po dziewięciu latach.

Państwo, którego wydatki publiczne zostaną uznane za zbyt duże (zwykle skutkujące deficytem powyżej 3 proc. PKB), musi podjąć działania korygujące. Jeśli nie zastosuje się do zaleceń Rady, może zostać obciążone dotkliwymi sankcjami finansowymi.

Na Węgrzech wprowadzono m.in. opodatkowanie sektora telekomunikacyjnego, podatek od długości kabli telekomunikacyjnych, wprowadzony został podatek dla sektora energetycznego w wysokości 50 proc., gdy przedsiębiorstwo nie inwestuje na terenie Węgier – wymienia Grzegorz Sielewicz. – W konsumentów uderzyło opodatkowanie środków czystości, w tym proszków do prania i innych artykułów codziennie używanych przez gospodarstwa domowe.

Najbardziej kontrowersyjnym pomysłem węgierskiego rządu był podatek od internetu. Po fali protestów społecznych i krytyki Komisji Europejskiej Viktor Orbán zapowiedział, że podatek w proponowanym kształcie nie zostanie przyjęty. Jak podkreśla Sielewicz, nie oznacza to jednak wycofania się w ogóle z pomysłu opodatkowania przesyłu danych.

Najpierw podatek miał być naliczany od pobieranych danych, później został zmodyfikowany na miesięczną opłatę od stanowiska komputerowego, od używanego urządzenia w wysokości równowartości około 10 złotych dla klienta indywidualnego i prawie 70 zł dla firmy – przypomina Grzegorz Sielewicz z Coface. – Obecnie trudno spekulować, jaką podatek może przybrać postać. Spodziewam się jednak, że tego rodzaju opodatkowanie zostanie wprowadzone do tamtejszego systemu fiskalnego.

R. Antczak (Deloitte): w 2016 roku można spodziewać się odbicia sprzedaży w segmencie żywności

CEO Magazyn Polska

W połowie przyszłego roku inwestycje przedsiębiorstw mogą nieco wyhamować. Spowoduje to wzrost sprzedaży detalicznej w segmencie żywności w kolejnym roku – ocenia Rafał Antczak z Deloitte. To może być dobry moment, żeby zrestrukturyzować handel detaliczny w kraju.

Na handel detaliczny oddziałują dwa przeciwstawne czynniki – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Rafał Antczak, członek zarządu Deloitte. – Z jednej strony jest to dochód do dyspozycji gospodarstw domowych. Nominalnie on co prawda silnie nie rośnie, natomiast realnie, z powodu niskiej inflacji, rzeczywiście obserwujemy jego dość duży wzrost. Ale gospodarstwa domowe od razu się w tym nie orientują, w związku z tym decyzje konsumenckie odkładają w czasie.

Z drugiej strony, jak zauważa Antczak, wielkość sprzedaży detalicznej jest powiązana z inwestycjami przedsiębiorstw.

 Jeżeli firmy inwestują, to gospodarstwa domowe widzą, że robi się rynek pracownika i zaczynają konsumować – wskazuje członek zarządu Deloitte. – Gdy inwestycje przedsiębiorstw są wygaszane, czyli ta perspektywa się pogarsza, gospodarstwa domowe hamują konsumpcję, bo wiedzą, że sytuacja może nie być dobra.

Jednak w rozbiciu na poszczególne segmenty sprzedaży detalicznej obraz ten jest jeszcze bardziej złożony. W sytuacji pogorszenia się dynamiki inwestycji w firmach rośnie sprzedaż towarów najprostszych: żywnościowych, szybko rotujących. Gdy firmy zaczynają inwestować, kupowanych jest więcej dóbr trwałego użytku.

Obecnie dynamika inwestycji nie jest zła – zauważa Antczak. – W związku z tym sprzedaż detaliczna, zwłaszcza produktów żywnościowych, powinna utrzymywać się na nieco wyższym poziomie niż konsumpcja gospodarstw domowych ogółem.

Według członka zarządu Deloitte prawdopodobnie w połowie 2015 roku sytuacja zacznie się odwracać: inwestycje będą hamowały, w związku z tym sprzedaż detaliczna żywności powinna wyraźnie ruszyć.

Wydaje się więc, że przyszły rok to dobry moment na to, by restrukturyzować handel detaliczny – mówi Rafał Antczak. – Jest tam dużo różnych rezerw restrukturyzacyjnych, które w całej gospodarce są bardzo rozproszone. Wówczas także w 2016 roku będzie można oczekiwać dalszego odbicia sprzedaży handlu detalicznego w segmencie żywności.

Według ostatnich opublikowanych danych Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) sprzedaż detaliczna we wrześniu wzrosła rok do roku o 1,6 proc., natomiast w stosunku do sierpnia br. spadła o 0,9 proc. Tymczasem ekonomiści liczyli na to, że we wrześniu Polacy ruszą na zakupy. Konsensus rynkowy przewidywał wzrost sprzedaży o 2,54 proc. w ujęciu rocznym i spadek o 0,1 proc. wobec poprzedniego miesiąca. Optymiści liczyli nawet na 4-proc. wzrost rok do roku i 1,1-proc. miesiąc do miesiąca. Kolejne dane, za październik, GUS poda we wtorek 25 listopada.

PKM Duda: rynki wschodnie mogą być zamknięte dla polskiego mięsa jeszcze przez wiele lat

CEO Magazyn Polska

Polityczne embargo na wywóz mięsa do Rosji, Kazachstanu i na Białoruś oraz afrykański pomór świń ograniczyły eksport polskiego mięsa w kierunku wschodnim. W przeciwieństwie do producentów z innych krajów UE Polska i Litwa nie mogą eksportować także do Azji. Dodatkowo do Polski trafia część produkcji z Zachodu. W rezultacie spadają ceny, marże i zyski branży.

– Obecnie w Polsce mięso jest tańsze niż w poprzednich miesiącach i latach – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Dariusz Formela prezes Polskiego Koncernu Mięsnego Duda. – Co się oczywiście przełożyło na prognozowany wzrost konsumpcji mięsa wieprzowego w naszym kraju. A to wpływa na wyniki osiągane na rynku polskim przez polskich producentów, szczególnie mięsa. W lepszej sytuacji są producenci, którzy mają ten łańcuch zintegrowany, tzn. dokładają do niego również wędliny.

Prezes koncernu nie ma złudzeń, że sytuacja na Wschodzie się poprawi i nie spodziewa się, żeby te rynki otworzyły się dla polskich producentów w najbliższych miesiącach czy nawet latach.

– Rynek unii celnej, czyli Rosja, Białoruś i Kazachstan, był i nadal jest dla polskiego rynku mięsnego i polskich producentów atrakcyjny – podkreśla Dariusz Formela. – Wydaje się jednak, że kwestia polityczna będzie wpływać na relacje z tymi krajami przez najbliższe lata, dlatego nie spodziewamy się, że sytuacja ulegnie poprawie w najbliższych miesiącach.

Co gorsza, ostatnio są dla nas zamknięte także atrakcyjne dla producentów z Unii Europejskiej rynki azjatyckie: Chiny, Japonia, Korea Południowa, Tajwan. W Polsce pojawił się afrykański pomór świń i to spowodowało, że nie możemy tam eksportować mięsa.

Dzisiaj nie widzimy w perspektywie najbliższych miesięcy szansy na to, by te rynki miały się dla nas odblokować ocenia prezes Polskiego Koncernu Mięsnego Duda. Z tego powodu dla nas docelowymi kierunkami są rynki Unii Europejskiej. Eksport do tych krajów powoduje jednak, że mamy niższe marże.

W tym roku do sierpnia polski eksport wieprzowiny zmniejszył się o 13 proc. Jak szacuje Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, w ciągu całego roku może on spaść z 709 tys. ton w 2013 roku do 640 tys. ton. W rezultacie w ciągu roku ceny wieprzowiny w Polsce obniżyły się o 18 proc. O ile szans by polskie mięso wróciło na rynek rosyjski nie widać, o tyle producenci liczą na wsparcie polityków w walce ze skutkami afrykańskiego pomoru świń.

– Administracja rządowa powinna, wprowadzając strefy buforowe, przekonać naszych partnerów biznesowych (red. kraje azjatyckie), żeby otworzyli się na te części Polski, które nie są zainfekowane – apeluje prezes Dariusz Formela.

O ile rosyjskie embargo to problem, sama wojna rosyjsko-ukraińska polskiej spółki nie dotyka, mimo że Duda prowadzi interesy również na Ukrainie. Na szczęście  jak podkreśla prezes firma działa w obwodzie iwanofrankowskim, na południe od Lwowa, czyli w tej części Ukrainy, który nie jest objęta działaniami wojennymi.

Jesteśmy bardzo zadowoleni z tego, jak funkcjonuje ten biznes – mówi Dariusz Formela. – Jest samowystarczalny. Mamy do czynienia z małym rozwojem organicznym. Wydaje się, że perspektywy dla tego rynku i naszego biznesu na Ukrainie są pozytywne i nie przewidujemy, żeby to się w najbliższych miesiącach – niezależnie od sytuacji politycznej – zmieniło. Wierzymy w to, że nasi koledzy z Ukrainy przyniosą nam satysfakcjonujące wyniki również w przyszłym roku.

Polski Koncern Mięsny Duda miał w ciągu trzech kwartałów tego roku 1,2 mld zł przychodów ze sprzedaży. To o ponad 120 mln złotych mniej niż w 2013 roku. Zysk netto spółki spadł w tym czasie do 11,5 mln z 15,4 mln zł w ubiegłym roku.

Korzystne zmiany w przetargach publicznych

Najniższa cena nie będzie decydować już o wygranej w przetargu – to jedna z wielu zmian w Prawie zamówień publicznych. Na nowelizację, która weszła w życie 19 października, ogłaszający przetargi publiczne i przystępujący do nich czekali od dawna.

Do tej pory firma oferująca najniższą, często nierealną cenę wygrywała przetarg, co niejednokrotnie doprowadzało do jej bankructwa lub przerwania prac przy danej inwestycji. Duże problemy mieli też podwykonawcy, którzy za swoją pracę i dostarczone materiały nie otrzymywali wynagrodzenia. Dzięki nowelizacji o wyborze wykonawcy nie będzie decydowała cena. Zamawiający będzie musiał zwrócić uwagę również na jakość usług, zastosowanie nowych technologii czy przestrzeganie aspektów środowiskowych – mówi serwisowi infoWire.pl Jacek Cieplak ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Jeśli firma zaoferuje wykonanie zlecenia za rażąco niską kwotę (30% mniej od pozostałych), zamawiający ma obowiązek zapytać, dlaczego przedsiębiorca zaproponował taką cenę i czy wyliczenia przewidują zapłatę pracownikom wynagrodzenia nie mniejszego od płacy minimalnej.

Nowe przepisy przewidują też waloryzowanie wartości kontraktów zawartych na dłużej niż rok oraz solidarną odpowiedzialność wykonawcy i podmiotu trzeciego, który użyczył mu referencji – informuje ekspert. Zamawiający może również zastrzec liczbę umów o pracę, którą będzie musiał przedstawić oferent.

Uwzględnianie dodatkowych kryteriów podczas wyboru zwycięzcy przetargu, choć czasochłonne, zapewni bezpieczeństwo zarówno zamawiającemu, jak i wykonawcy.

Nieuczciwy konkurs smsowy – wyrok Sądu Apelacyjnego

0

Informowanie konsumentów o tym, że po wysłaniu SMS-a otrzymają nagrodę podczas gdy w rzeczywistości gwarantowany jest tylko udział w jej losowaniu – to praktyka niezgodna z prawem. Potwierdził to Sąd Aperacyjny w Warszawie, podtrzymując decyzję UOKiK dotyczącą loterii BMW od Orange Druga Edycja

Dział Nagród prosi o nadanie potwierdzenia. Dotyczy odbioru nagrody. Proszę wysłać BMW na 7400 (4,88zl). Serdecznie gratulujemy

– takie smsy wysyłała spółka Internetq Polska w celu zachęcenia konsumentów do udziału w loterii BMW od Orange Druga Edycja. W grudniu 2011 r. UOKiK wydał decyzję stwierdzającą, że praktyki te były niezgodne z prawem, ponieważ wprowadzały w błąd. Zdaniem Urzędu spółka sugerowała, że konsumenci uzyskali nagrodę i muszą tylko odesłać wiadomość. W rzeczywistości gwarantowało to jedynie udział w losowaniu samochodu. Wywoływanie wrażenia, że konsument już uzyskał nagrodę lub, lub uzyska ją po wykonaniu określonej czynności, np. po wysłaniu smsa, podczas gdy w rzeczywistości odbywa się to na innych zasadach, jest uznawane za niezgodną z prawem nieuczciwą agresywną praktykę rynkową.

Sąd zgodził się ze stanowiskiem Prezes UOKiK, podtrzymał też karę pieniężną w wysokości 338 572 zł. Wyrok Sądu Apelacyjnego z 7 listopada 2014 r. (VI ACa 187/14) jest prawomocny.

O (nie)przyznawaniu podwyżek

Jak wynika z raportu Pracuj.pl „Podwyżka bez tabu”, najczęstszym argumentem jaki podają pracodawcy, odmawiając podwyżki, jest trudna sytuacja finansowa firmy. Dla większości aktywnych zawodowo Polaków podwyżka jest motywatorem do dalszej i bardziej efektywnej pracy. Odmowa przyznania podwyżki jest zaś dla części pracowników powodem do rozpoczęcia poszukiwań nowego miejsca pracy.

 Podwyżka jest jak mocna kawa – pobudza do działania

Jak pokazują wyniki raportu Pracuj.pl „Podwyżka bez tabu”, aż 70%spośród pracujących Polaków deklaruje, że podwyżka przyznana przez szefa doskonale motywuje i dodaje dodatkowej energii do działania.31% badanych przyznało także, że otrzymanie wyższego wynagrodzenia zachęca ich do realizacji kolejnych projektów. Jednym z argumentów, który może szczególnie przemówić do pracodawców jest fakt, że aż 26%pracowników deklaruje, iż otrzymanie podwyżki sprawia, że chcą zostać w firmie na dłużej. Z drugiej strony,16% pracujących Polaków przyznaje, że ich stosunek do pracy po podwyżce nie ulega zmianie, a pieniądze, które otrzymali, po prostu się im należą.

Jak otrzymam podwyżkę to… odłożę ją na konto

Otrzymując podwyżkę, najczęściej (23%) odkładamy ją na konto oszczędnościowe – wynika z raportu Pracuj.pl „Podwyżka bez tabu”. Co ciekawe, najwięcej osób, które zadeklarowało taką postawę, znajdowało się w przedziale wiekowym 18-29, a najmniej 40-49. Jak widać, młodym ludziom wchodzącym dopiero na rynek pracy zależy na tym, aby gromadzić oszczędności.

Kolejnym, najpopularniejszym celem, na jaki przeznaczamy dodatkowe fundusze są dzieci – aż 20% poświęciłoby dla nich własną podwyżkę. 15% pracujących Polaków zainwestowałoby w doszkalanie a zkolei 14% postawiłoby na własną rozrywkę, decydując się na wycieczkę marzeń.

Rozzłoszczeni czy pokorni – jacy jesteśmy, gdy nie otrzymujemy podwyżki?

Wśród tych z pracowników, którym zdarzyło się usłyszeć odmowę w sprawie podwyżki, 17% zadeklarowało, że było to motywacją do wzmożonej i bardziej efektywnej pracy. Dla 13% badanych odrzucenie wniosku o podwyżkę przez szefa było bodźcem do rozpoczęcia poszukiwań nowej pracy. Jak widać, wzrost wynagrodzeń jest ważnym czynnikiem decydującym o pozostaniu w dotychczasowym miejscu pracy. Tyle samo ankietowanych przyznało również, że brak zgody szefa na podwyżkę był powodem do zwrócenia się z tą samą prośbą do innych osób w organizacji, często do działów HR bądź przełożonych ich szefa.

11% z pracujących Polaków zadeklarowało z kolei przyjęcie biernej postawy i brak jakichkolwiek działań w związku z odmową zwiększenia wynagrodzenia. Tylko 2% przyznało, że w takiej sytuacji podjęło radykalny krok w postaci złożenia wypowiedzenia z pracy.

„Trudna sytuacja finansowa firmy” – brzmi znajomo?

Jak pokazują wyniki raportu Pracuj.pl „Podwyżka bez tabu”, najczęstszym argumentem, jaki podaje przełożony, argumentując brak możliwości przyznania podwyżki, jest trudna sytuacja finansowa firmy (56%). Aż 16%pracodawców zrzuca winę na zarząd bądź swojego przełożonego, od których zależy decyzja o zwiększeniu wynagrodzenia. 11% ankietowanych usłyszało z kolei, że do rozmowy o podwyżkę mogą wrócić dopiero podczas oceny rocznej. 6% pracodawców uzależnia podwyżkę od awansu, bez którego jej otrzymanie nie jest możliwe. Kolejne 7% omawia plan, który pracownik musi zrealizować, aby otrzymać podwyżkę.

Dobrym pretekstem do rozpoczęcia rozmowy o podwyżce jest wiedza na temat wysokości zarobków w podobnej branży i na zbliżonym stanowisku. Dlatego Pracuj.pl stworzył narzędzie, które ułatwia rozmowę z przełożonym o wynagrodzeniu. Serwis zarobki.pracuj.pl umożliwia sprawdzenie, czy nasza pensja jest odpowiednia do naszego doświadczenia i stanowiska.

Raport Pracuj.pl: „Podwyżka bez tabu” został opracowany na podstawie badań przeprowadzonych przez TNS na zlecenie Pracuj.pl w dniach 10-15 września 2014 r. na reprezentatywnej grupie pracujących Polaków (n=1000) oraz uzupełniony o dane z serwisu zarobki.pracuj.pl

Zmiany w prawie meldunkowym wejdą w życie już 1 stycznia

0

Na przestrzeni ostatnich kilku lat systematycznie dokonywane są zmiany w prawie meldunkowym, które obejmują nie tylko kwestie dotyczące samego zameldowania, ale także regulacje w zakresie dowodów osobistych oraz szeroko rozumianej ewidencji ludności. Do tej pory wszystkie te zagadnienia regulowała ustawa z dnia 10 kwietnia 1974 r.

Potrzeba nowelizacji prawa meldunkowego uwarunkowana była przynajmniej kilkoma kwestiami. Przede wszystkim zaważyła na tym zmiana ustroju państwa. Po transformacjach systemowych przepisy stały się archaiczne i zamiast pomagać ludziom, zaczęły utrudniać wiele procedur urzędowych. Równolegle zmiany społeczno – gospodarcze nabrały dynamicznego charakteru, powodując w rezultacie zwiększoną mobilność obywateli. Kluczową kwestią była również postępująca integracja w ramach Unii Europejskiej, która dąży do ujednolicenia prawa we wszystkich Państwach Członkowskich.

W związku z powyższym, w dniu 1 stycznia 2015 r. będzie miała miejsce najpoważniejsza z dotychczasowych reform prawa meldunkowego. Z początkiem przyszłego roku wejdą w życie ustawa o ewidencji ludności z dnia 24 września 2010 r. (Dz. U. z 2010 Nr 217, poz. 1427 z późn. zm.) oraz ustawa o dowodach osobistych z dnia 6 sierpnia 2010 r. (Dz.U. z 2010 r. Nr 167, poz. 1131 z późn. zm.). Z dniem wejścia w życie powyższych przepisów, moc utraci ustawa o ewidencji ludności i dowodach osobistych z 1974 r.

Już na początku 2013 r. zaczęto wprowadzać zmiany, których zadaniem było zniesienie wielu niedogodności oraz problemów pojawiających się w procesie meldunkowym. Każdy, kto chciał zmienić miejsce pobytu, a więc również meldunek, nie musiał już zgłaszać tego w urzędzie, zaś wymeldowanie następowało w sposób automatyczny wraz ze zgłoszeniem chęci meldunku w nowym miejscu. Konieczność zameldowania na pobyt czasowy, który nie przekraczał 3 miesięcy została również usunięta. Przedłużono także termin zgłoszenia takiego pobytu do 30 dni i zniesiono sankcję, która była przewidziana za niedopełnienie obowiązku meldunkowego, który opisany został w art. 147 Kodeksu wykroczeń. – Nowelizacja ustaw, które wejdą w życie z dniem 1 stycznia 2015 r. utrzymuje i sankcjonuje wcześniej zastosowane ułatwienia. Zgodnie z art. 33 nowej ustawy o ewidencji ludności, każdy obywatel może wymeldować się z dotychczasowego miejsca pobytu stałego lub czasowego, poprzez zameldowanie się w urzędzie na terenie nowego miejsca zamieszkania. Wszystkie formalności związane z meldunkiem, a więc także formularze i odpowiedni zakres wymaganych danych, również zostały uproszczone. Dotychczas istniejące „zbiory meldunkowe” zostaną zastąpione przez „rejestr mieszkańców” oraz „rejestr zamieszkania cudzoziemców”, które będą prowadzone przez właściwego, miejscowego wójta (burmistrza lub prezydenta miasta), a zbiory danych osobowych PESEL ustąpią miejsca „rejestrowi PESEL”. – tłumaczy Bartłomiej Urbanek, adwokat TGC Corporate Lawyers. Wszystkie te działania mają na celu całkowite zniesienie obowiązku meldunkowego. Zakładana data wejścia w życie regulacji wieńczących całą „reformę meldunkową” to 1 stycznia 2016r.

Od wejścia w życie nowych przepisów, a więc już od 1 stycznia 2015 r., zmianie ulegnie również Powszechny Elektroniczny System Ewidencji Ludności (PESEL) – tj. jak wskazano wyżej, w miejsce „zbioru” zostanie utworzony „rejestr PESEL”. Odpowiedzialność za jego funkcjonowanie spoczywać będzie na właściwym ministrze, zajmującym się sprawami wewnętrznymi. Podstawową rolą nowego rejestru będzie gromadzenia kluczowych danych osobowych, a więc: nazwisk (w tym rodowych), imion, dat, miejsc oraz krajów urodzenia, stanów cywilnych itd. Najważniejszą i zarazem najbardziej interesującą obywateli kwestią jest fakt, że w żaden sposób nie zmieni się numer PESEL, który nadal będzie składał się z 11 cyfr, zawierających datę urodzenia, numer porządkowy, oznaczenie płci oraz liczbę kontrolną. Niewielu obywateli ma bowiem świadomość, że 10 cyfra w numerze Powszechnego Elektronicznego Systemu Ewidencji Ludności w jednoznaczny sposób określa płeć. Cyfry parzyste, łącznie z 0 przeznaczone są dla kobiet, a nieparzyste dla mężczyzn.

Znaczące zmiany zostaną wprowadzone także w kwestiach dowodów osobistych. – Podobnie jak w przypadku numeru PESEL, zacznie funkcjonować nowy system tj. Rejestr Dowodów Osobistych, kierowany przez właściwego ministra do spraw wewnętrznych. Będzie on prowadzony w formie elektronicznej, co ułatwi jego centralizację i zarządzanie. Wszystkie dane pozyskiwane będą od osób posiadających ważny dowód i następnie gromadzone. To, w jaki sposób mogą zostać udostępnione przez ministra i odpowiednie organy gminy, szczegółowo i jasno określa ustawa. Najważniejsze zmiany, jakie będzie mógł dostrzec obywatel na nowych dokumentach tożsamości, to przede wszystkim zakres danych uwidacznianych na dokumencie.– mówi ekspert. Od 1 stycznia 2015 r. z dowodu osobistego zniknie informacja o miejscu zameldowania, co automatycznie zwolni z konieczności jego wymiany w przypadku zmiany meldunku (do czasu jego funkcjonowania). Zrezygnowano także z umieszczania na dowodzie informacji dotyczącej wzrostu oraz koloru oczu. Jednak wypełniając wniosek o wydanie dowodu osobistego, będzie trzeba podać adres korespondencyjny, poczty elektronicznej lub numer telefonu. Wszystko to w celu usprawnienia komunikacji z urzędem, która może być potrzeba w trakcie postępowania administracyjnego związanego z wydawaniem dokumentu.

Przydatną zmianą wynikającą z wprowadzenia Rejestru Dowodów Osobistych, która zdecydowanie ułatwi cały proces, jest umożliwienie obywatelom złożenia wniosku o wydanie dowodu w organie dowolnej gminy na terytorium całego kraju. Należy w tym miejscu także zaznaczyć, że dowody osobiste, które zostały wydane przed  1 stycznia 2015 r., a więc wejścia w życie nowych przepisów, zachowają swoją ważność. Utracą ją dopiero po upływie określonej wcześniej daty i nie pociąga to za sobą żadnych dodatkowych formalności.

 

Co piąty Polak jest zadłużony

Ludzie żyjący na wsi i w miastach do 50 tys. mieszkańców 2-krotnie częściej korzystają z kredytów gotówkowych niż osoby z dużych aglomeracji – tak wynika z badań zadłużenia Polaków przeprowadzonych z okazji Dnia bez Długów.

22% Polaków spłaca jakieś zadłużenie. Najczęściej jest to pożyczka gotówkowa (ok. 11% osób), w dalszej kolejności – kredyt ratalny i hipoteczny. Ok. 3% społeczeństwa ma długi u rodziny lub znajomych. „Najbardziej zadłużone są osoby w wielu 29-39 lat, czyli te, które dopiero budują swoje gospodarstwa domowe. Obarczone są zazwyczaj kredytem hipotecznym, choć znaczna część (ok. 15%) spłaca również pożyczkę gotówkową” – mówi serwisowi infoWire.pl Przemysław Kasza z Provident Polska.

Osoby z wyższym wykształceniem 2-krotnie częściej mają do spłaty kredyt hipoteczny niż te z niższym – które głównie spłacają pożyczkę gotówkową. Zobowiązania finansowe zaciągają najczęściej mężczyźni.

Zadłużenie Polaków rośnie szczególnie ze względu na konsumpcję. Spłata zobowiązań przychodzi nam jednak stosunkowo łatwo. Prawie 60% respondentów Barometru Providenta przyznało, że długi spłaca regularnie, bez większych trudności. Zanim zdecydujemy się na kolejną pożyczkę, trzeba zastanowić się, czy nas na nią stać. Warto również sprawdzić pożyczkodawcę, a przed podpisaniem dokumentów należy zapoznać się ze szczegółami umowy, chociażby z tym, jakie opłaty karne możemy ponieść w przypadku problemów z płatnością – radzi ekspert.

Raport : Turystyka zasiłkowa Polaków. Nie pracują, a mają za co żyć

170 funtów, czyli ok. 900 złotych tygodniowo może wynieść wsparcie finansowe przyznawane bezrobotnym w Irlandii Północnej. Taka kwota w całości pokrywa koszty utrzymania. To jeden z powodów, dla których część emigrantów uprawia tzw. turystykę zasiłkową. Żyją za granicą, nie pracują, za to chętnie korzystają z przysługujących im świadczeń socjalnych.

– Polacy żadnej pracy się nie boją i raczej są pracowici, ale nie oszukujmy się – jest też sporo jednostek, które zwyczajnie wykorzystują systemy socjalne po to, by w miarę wygodnie żyć i nie podejmować żadnego zatrudnienia. Wygodne życie to oczywiście kwestia punktu widzenia. Zwykle taki człowiek zwraca na siebie o wiele większa uwagę niż ten uczciwie pracujący i płacący podatki. David Cameron ma trochę racji chcąc zaostrzyć politykę imigracyjną i socjalną. Najgorsze jest to, że z powodu ewidentnego pasożytnictwa w przyszłości stracą na tym naprawdę potrzebujący – twierdzi Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że na Wyspach Brytyjskich na koniec roku 2013 przebywało ponad 640 tys. Polaków. W tym kraju istnieje teoretyczna możliwość wieloletniego utrzymywania się tylko i wyłącznie z zasiłku. Wielu naszych rodaków sprawdziło to w praktyce. Redakcja Bankier.pl dotarła do mieszkającego w Irlandii Północnej Polaka, który opowiedział, jak w rzeczywistości wygląda proceder utrzymywania się wyłącznie ze świadczeń socjalnych.

Z informacji uzyskanych przez Bankier.pl wynika, że w Irlandii Północnej podstawową formą wsparcia finansowego dla bezrobotnych poszukujących zatrudnienia jest zasiłek Jobseeker’s Allowance, który obecnie dla osób powyżej 25. roku życia wynosi dokładnie 72,40 funtów tygodniowo. Emigrant, z którym rozmawiał Bankier.pl, pobiera także świadczenie na pokrycie kosztów wynajmu mieszkania – Housing Benefit w wysokości od 30 do 100 funtów tygodniowo. Wspomniany Polak twierdzi, że otrzymywane przez niego kwoty w całości pokrywają koszty utrzymania, które nie przekraczają 100 funtów tygodniowo. Rozmówca Bankier.pl na zasiłku przebywa od ponad 5 lat.

– Regulacje prawne dotyczące zasiłków  sprzyjają zjawisku ich długoterminowego wykorzystywania. Bezrobotni są przez urząd pracy rozliczani jedynie z samego procesu poszukiwania pracy, a nie z jego efektów. Wystarczy, że przedstawią dokumentację potwierdzającą podjęte próby znalezienia zatrudnienia – mówi Jagoda Klonowska, ekspert Bankier.pl.

Z informacji, które uzyskał Bankier.pl wynika, że osoba posiadająca wyższe wykształcenie i doświadczenie, np. w zawodzie księgowego, nie ma obowiązku podejmowania pracy, która nie odpowiada jej kwalifikacjom. Polacy, którzy niechętnie przyjmowani są do pracy na wyższe stanowiska, wykorzystują te zasady do tłumaczenia nieustających poszukiwań zatrudnienia i utrzymywania się w tym czasie z zasiłku.

Nowelizacja ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia

Koniec ze śmieciowym jedzeniem w szkołach i przedszkolach. Sejm przyjął nowelizację ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia, która zakazuje sprzedaży niezdrowych produktów spożywczych w szkolnych sklepikach, automatach z jedzeniem oraz stołówkach.

Zmiany w przepisach zostały uchwalone prawie jednogłośnie. Za ich wprowadzeniem opowiedziało się 426 posłów, 1 był przeciw, a 2 wstrzymało się od głosu. Nowelizacja wejdzie w życie 1 września 2015 r. Od tego czasu sklepiki szkolne będą miały 3 miesiące na dostosowanie się do nowych przepisów. Za ich nieprzestrzeganie będzie grozić kara od 1 do 5 tys. zł.

Śmieciowe jedzenie dzieli się na 2 grupy. Jedna to fast food, np. frytki, hot dogi, kebaby czy hamburgery. Do drugiej zalicza się między innymi słodycze, czipsy oraz gazowane napoje. Śmieciowe produkty zawierają wiele związków – takich jak cukry proste, tłuszcze utwardzone, emulgatory, stabilizatory, przeciwutleniacze, barwniki, benzoesan sodu czy glutaminian sodu – które w dużych ilościach są szkodliwe dla człowieka. Substancje te między innymi powodują przyrost tkanki tuszowej, wzrost frakcji cholesterolu LDL, nadmierną potliwość, nadpobudliwość, wpływają niekorzystnie na układ nerwowy, a także mogą doprowadzić do chorób wątroby oraz układu pokarmowego – mówi serwisowi infoWire.pl dietetyk Barbara Kreft.

Należy zauważyć, że uczeń, jeśli będzie chciał kupić śmieciowe jedzenie, zrobi to poza szkołą. Dlatego zarówno dzieciom, jak i ich rodzicom trzeba uświadamiać, że pewne produkty można jeść jedynie od czasu do czasu. Ważną rolę powinna tu odgrywać edukacja szkolna – uważa dietetyk.

To, które produkty znikną z polskich szkół i przedszkoli, ma określić w rozporządzeniu Minister Zdrowia.

NIK o repatriacji

Z racji uwarunkowań historycznych Polski, poza jej granicami żyje znaczna populacja osób polskiego pochodzenia, wobec których nasze państwo ma moralne zobowiązanie stworzenia warunków do powrotu i osiedlania się w kraju. Jednakże w praktyce efekty repatriacji są niewielkie. Z roku na rok w trybie repatriacji w kraju osiedla się coraz mniej osób polskiego pochodzenia, rosną natomiast kolejki chętnych na przyjazd.

Od 2007 roku liczba repatriantów systematycznie spada, a okres oczekiwania na osiedlenie w Polsce w ramach repatriacji może trwać nawet 10 lat. W roku 2007 w tym trybie do Polski przyjechały 243 osoby. W roku 2012 takich osób było już o połowę mniej – tylko 123. Rośnie natomiast liczba osób, które otrzymały decyzje o przyrzeczeniu wydania wizy, lecz nie mogą osiedlić się w kraju, gdyż nie mają do tego warunków: mieszkania i źródła utrzymania. Do 2007 r. takich decyzji wydano niemal półtora tysiąca (1476), w 2012 liczba ta wzrosła do prawie 2 tys. (1937). Z danych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych wynika, że pod koniec listopada 2013 roku repatriacją do Polski było zainteresowanych jeszcze ponad 2,6 tys. cudzoziemców polskiego pochodzenia ze Wschodu. NIK wyliczyła, że przeprowadzana w dotychczasowym tempie repatriacja (biorąc pod uwagę liczbę osób oczekujących oraz średnią liczbę osób przesiedlanych w danym roku) trwałaby ponad  16 lat!

Wyniki kontroli pokazują, że mierne efekty repatriacji wynikają zarówno z braku skutecznych rozwiązań prawnych, jak i nieefektywnych działań organów administracji publicznej.

Jak wynika z kontroli NIK, problemem nie jest brak środków finansowych. Na pomoc dla repatriantów corocznie państwo przeznacza bowiem ponad 9 mln zł z rezerwy celowej. Jednak w żadnym roku pieniądze te nie zostały wykorzystane w całości. Najwięcej (94,8 proc.) rozdysponowano w roku 2010, w innych latach od 74,4 proc. w 2011 do 82,2 proc. w 2009. MSW tłumaczy, że przeszkodą w pełnym wykorzystaniu pomocy jest niekorzystna interpretacja ustawy o finansach publicznych przez resort finansów. Nie pozwala ona  na wykorzystywanie środków ze specjalnej  rezerwy celowej na realizację zadań własnych samorządów. W tym przypadku oznacza to, że gminy angażujące się w repatriację ponoszą dodatkowe koszty, natomiast pieniądze z rezerwy pozostają niewykorzystane. Z wyjaśnień MSW wynika, że Ministerstwo kilkakrotnie zwracało się z prośbą do ministra finansów o zmianę stanowiska w tej sprawie – bezskutecznie.

Dotychczasowe działania administracji rządowej nie doprowadziły do stworzenia skutecznego systemu rozwiązań prawnych, organizacyjnych ani finansowych, wspierających repatriantów. Na poziomie kraju określał je Rządowy Program Współpracy z Polonią i Polakami za granicą na lata 2007 – 2012. Jego celem było ułatwienie powrotu do kraju osobom polskiego pochodzenia. Zakładał on  aktywne działania  wielu instytucji tak, aby ułatwić powrót oraz wspierać repatriantów na początku pobytu w Polsce. W zadania włączone były m. in. Ministerstwa: Spraw Wewnętrznych, Pracy i Polityki Społecznej, Edukacji Narodowej oraz Ministerstwo Spraw Zagranicznych, które miało ponadto koordynować wykonanie programu.

Tymczasem żaden ze skontrolowanych ministrów nie wdrożył Programu. Nie opracowali oni harmonogramów działań swoich resortów, nie określili kryteriów ani sposobu oceny wykonania celów. Poszczególne ministerstwa ograniczały się do wykonywania zadań wynikających z przepisów prawa. Jednak NIK zwraca uwagę, że w przypadku repatriacji konieczne są aktywne działania, ułatwiające repatriantom powrót oraz wspierające ich na początku pobytu w Polsce. Jednak Minister Spraw Zagranicznych nie prowadził planowej kampanii informacyjnej o warunkach repatriacji ani o warunkach życia w Polsce. Nie zlecił też żadnych zadań z tej dziedziny polskim placówkom dyplomatycznym. NIK zwraca także uwagę, że wciąż nie został uregulowany w akcie prawa powszechnie obowiązującego tryb postępowania przed konsulem. Od 13 lat obowiązuje w tej sprawie jedynie zarządzenie ministra, co w polskim porządku prawnym jest niezgodne z Konstytucją.

Minister Spraw Wewnętrznych nie doprowadził do zwiększenia akcji repatriacyjnej do przewidzianego w Programie tysiąca osób rocznie. W Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej nie powstał kompleksowy system opieki nad repatriantami w kraju, w tym dla tych,  którzy chcieliby samodzielnie znaleźć zatrudnienie. Nie powstały plany ośrodków dla większej liczby osób przy większych aglomeracjach. Nie opracowano też działań aktywizujących zawodowo. Minister Edukacji Narodowej nie stworzył strategii inwestycyjnej dla wspierania polskiej oświaty na świecie.

Osoby chcące repatriować często nie mają odpowiedniej pomocy już na etapie ubiegania się o możliwość repatriacji. Nie mają też pełnych informacji o warunkach życia w Polsce. Konsulaty, choć dostrzegały konieczność lepszego przygotowania osób starających się o repatriację, wypełniały związane z tym zadania dość rutynowo. Jedynym obszernym źródłem wiedzy dla repatriantów okazał się informator opracowany przez organizację pozarządową (Polską Akcję Humanitarną). Problemem jest też brak znajomości języka polskiego. Tymczasem z danych NIK wynika, że w roku 2012 w porównaniu do 2007 liczba placówek zapewniających naukę języka polskiego zmniejszyła się o ponad 40 proc. Z drugiej strony maleje także zainteresowanie nauką języka polskiego wśród Polonii, zwłaszcza wśród osób średniego i starszego pokolenia. W 2005 r. języka polskiego uczyło się jeszcze ok. 2300 osób w 50 ośrodkach dydaktycznych, w 2013 r. liczba ta zmniejszyła się niemal o połowę – do ok. 1300 osób w niespełna 30 ośrodkach. Tendencja malejąca związana jest przede wszystkim z coraz powszechniejszym rozczarowaniem miejscowych Polaków trudnościami w zagwarantowaniu możliwości wyjazdu do Polski w charakterze repatriantów. Minister Edukacji zapewnia wprawdzie, że istnieje możliwość nauki przez Internet, Ministerstwo nie sprawdzało jednakże, czy Internet jest dostępny na terenach objętych repatriacją.

Gminy, które chciałyby przyjąć repatriantów na swoim terenie, nie mają wystarczającego wsparcia od rządu. Przepisy prawa przewidują, że samorządy, które zapraszają imiennie konkretne osoby, nie mogą otrzymać wsparcia finansowego od państwa na zapewnienie im mieszkania. Gminy, którym przysługują państwowe dotacje na mieszkania dla repatriantów  (czyli zapraszające repatriantów nieokreślonych imiennie) także często nie są w lepszej sytuacji. Choć powinny otrzymywać pieniądze z dotacji w ciągu 30 dni od złożenia wniosku, kontrolerzy stwierdzili przypadki, że musiały czekać na tę pomoc nawet około 3 miesięcy. Dodatkowo obowiązujące przepisy pomijają starostów w informowaniu o planowanych przyjazdach repatriantów, co utrudnia im terminowe przygotowanie wniosków do wojewodów o udzielenie  pomocy z budżetu państwa. W trudnej sytuacji są też sami repatrianci, którzy na przysługującą im indywidualną pomoc od państwa (jednorazowa pomoc na zagospodarowanie, m.in. zwrot kosztów podróży) muszą czekać nawet blisko rok, zamiast przewidzianych prawem 60 dni.

Potwierdza to też badanie ankietowe przeprowadzone przez NIK z udziałem 1645 gmin. Wynika z niego, że w latach 2009 – 2013 jedynie w 57 z nich (3,5 proc.) osiedlili się repatrianci. Większość gmin (prawie 70 proc.) miała trudności z zagwarantowaniem im źródeł utrzymania. Niemal połowa sygnalizuje problemy z odpowiednim zasobem środków własnych. Ponad jedna trzecia miała trudności z zapewnieniem lokalu mieszkalnego, tyle samo zgłosiło problem w porozumiewaniu się z repatriantami ze względu na słabą znajomość języka polskiego i realiów życia w kraju.

Na problemy wskazują też sami repatrianci w badaniu ankietowym przeprowadzonym dla potrzeb kontroli. Prawie połowa z 45 ankietowanych osób ocenia, że przed przyjazdem ich wiedza na temat warunków życia w Polsce była niewystarczająca. Siedem osób od momentu złożenia wniosku o wizę do przyjazdu do Polski czekało ponad pięć lat, a jedna osoba nawet 10 lat. Prawie połowa uznała, że wsparcie ze strony państwa przy znalezieniu pracy było niewystarczające.

Wnioski z kontroli NIK wyraźnie pokazują, że największym problemem jest brak sprawnego i  spójnego systemu prawnego i organizacyjnego, który skutecznie zachęci i pomoże cudzoziemcom polskiego pochodzenia osiedlić się w Polsce. Dla usprawnienia i uproszczenia procedur konieczne są zmiany w prawie. Najpilniejszą kwestią wydaje się obecnie nowelizacja ustawy o repatriacji tak, aby wszystkie osoby, które posiadają przyrzeczenie wydania wizy repatriacyjnej mogły wreszcie osiedlić się w Polsce oraz aby systemem wsparcia finansowego były objęte również te gminy, które zapraszają wskazanych imiennie repatriantów.

Zwiększyć siłę pensji – o premiach i innych dodatkach

Stała płaca czy wynagrodzenie uzależnione od efektów – to tak naprawdę dylemat nad samą istotą zatrudnienia. Czy kupujemy czas pracowników, czy dostarczany przez nich efekt? A może płacimy za umiejętności i kompetencje? Tylko co w takim razie zrobić, żeby pracownicy chcieli z nich w pełni korzystać?

Pensja to pierwsza i jedyna wymierna korzyść, dla której pracownik pojawia się w pracy. Zarobek, czy też zysk, jaki otrzymuje, nie zawsze oczywiście ogranicza się do wypłacanej cyklicznie puli pieniędzy. To też szereg dodatkowych benefitów i korzyści, które zapewnia pracodawca. Od opieki medycznej, przez benefity żywieniowe po karnety na siłownię. Wszystko to wpływa na satysfakcję pracownika z wykonywanej pracy. Może też walnie przyczynić się do pozytywnej oceny własnego miejsca pracy i wpłynąć na jego osobistą opinię o pracodawcy.

Pamiętając o dodatkach i szeregu korzyści, jakie dostarczają zatrudnionym, pracodawcy często zapominają o tym pierwszym i najważniejszym motywatorze, jakim jest pieniądz. A to potężne narzędzie, którym można wydatnie zwiększyć satysfakcję pracownika z wykonywanej pracy.

Premia, zachęta, motywacja

Pierwsze i najważniejsze, co można zrobić z pensją pracowniczą, to wprowadzić system premiowania. Odpowiednie powiązanie zarobków z wynikami pracy czy osiągniętymi celami to najlepszy motywator z jakiego można skorzystać. W krajach zachodnich system płac jest z reguły rozwiązany właśnie w taki sposób. Wynagrodzenie podzielone jest na niewielką, zawsze zapewnioną podstawę, oraz znacznie większą część wypłacaną uznaniowo. Podstawa pensji jest zazwyczaj niska, gwarantując jako taki komfort. Pracownicy żyją jednak na co dzień z tego, co wypracują w systemie premiowym, ściśle skorelowanym z wynikami, jakie dostarczają.

Zwolennikami podobnych rozwiązań są też z reguły managerowie działów HR w Polsce. Urszula Chabrzyk, HR business partner z Profi Credit podkreśla, że wysoka podstawa zarobkowa może działać demotywująco na pracowników. –Ja osobiście nie jestem zwolennikiem jednoczynnikowego wynagrodzenia. Kiedy wprowadzamy taki system wynagrodzeń, wtedy pracownicy przestają łączyć swoje zaangażowanie z płacą. Kiedy wyniki pracy oderwane są od wynagrodzenia jakiego może oczekiwać, pieniądze tracą funkcję motywacyjną – podkreśla. Wskazuje też na stałą pensję, która może wytworzyć wokół pracowników poczucie demotywującego komfortu, kiedy są oni przekonani, że „i tak się im należy”.

Urszula Chabrzyk przekonuje, że już minimalne premiowanie w cyklu rocznym, może zmienić postawę pracowników diametralnie. – Mimo wszystko minimalnym zabiegiem, jaki powinno się według mnie stosować jest premiowanie kwartalne, ewentualnie półroczne. Docelowo miesięczne. Taki cykl rozliczania z wykonanej pracy ułatwia też kontrolę budżetu w firmie – tłumaczy.

Partycypacja w zyskach

Za doskonały sposób motywacji okresowe premie uznaje też Piotr Piasecki, dyrektor HR w Plus Banku. – Nie ukrywam, że jesteśmy młodą spółką, która jeszcze się rozwija, dlatego u nas zdecydowanie premie są głównym czynnikiem motywującym do pracy, szczególnie w dziale handlowym. Taki sposób motywacji pracowników nie tylko się sprawdza, ale jest też oczekiwany przez zatrudnionych – mówi Piasecki. – Świadomie przesuwamy ten środek ciężkości z płacy stałej na zmienną i to przynosi zauważalne korzyści – dodaje. Jak się dowiadujemy podstawa pensji w Plus Banku stanowi w zależności od pracownika od 25 do 30 procent całego wynagrodzenia.

Piotr Piasecki słusznie zauważa, że nie każdy typ wykonywanej pracy może być w ten sposób premiowany. – Na pewno pracownicy kreatywni, lub pracownicy, którzy mają dostarczać stały wynik nie mogą być w ten sposób wynagradzani, a przynajmniej nie w takim stopniu – podpowiada.

Elastyczne podejście do powiązania zarobków z wynikami pracy proponuje HR manager w Profi Credit. – Zamiast premii okresowych możemy premiować konkretny projekt, konkretny cel, osiągnięcie konkretnych etapów pracy. Tutaj kluczowe jest wzbudzenie w pracowniku tego zaangażowania, wzbudzenia w nim poczucia odpowiedzialności za wykonywane działania. Właściwie to sprowadza się do jednej takiej sentencji – nagradzamy ludzi za efekty ich pracy. Korzyści takiego podejścia widać – mówi.
Niepopularne rozwiązanie

Urszula Chabrzyk jest świadoma złej opinii, jaką otacza wynagrodzenie oparte na premiowaniu. – Na system prowizyjny często pracownicy się obrażają, wielu się jemu sprzeciwia. Ale trzeba pamiętać, że jest to de facto swoisty sposób partycypacji w zyskach, co ma ogromne znaczenie jeśli chodzi o świadomość bycia częścią organizacji czy odpowiedzialność za wypracowywany wynik – mówi. To też motywuje do wyjścia poza komfort wynikający z postawy „nieważne co zrobię, i tak dostanę swoje”.

Jak przyznaje, mimo wszystko wśród pracowników funkcjonuje swoiste społeczne oczekiwanie na otrzymanie benefitów. – Duża organizacja zawsze wypracuje lepsze ceny, czy to opieki medycznej, czy karnetów sportowych, co jest zrozumiałe. Z tego względu to mimo wszystko dobre rozwiązanie – mówi.

Podobnego zdania jest Piotr Piasecki. Zaznacza, że system premiowania nie jest postrzegany jako benefit. – Nie ukrywam, że sami myślimy nad inwestycją w benefity medyczno-sportowe, na których zależy pracownikom. Jeśli chodzi o premie powiązane z wynikiem, pracownik jest świadom, że mu się te pieniądze należą i nie traktuje ich jako bonusu – przytacza.

Coś więcej niż pensja

Świadczenie pozapłacowe oferowane przez pracodawcę jest korzystne dla każdej ze stron takiej transakcji. Jakie są zalety rozwiązań benefitowych? Jak mówi Iwona Grochowska, Dyrektor ds. rozwoju produktów w Benefit Systems, to przede wszystkim wyselekcjonowana oferta w atrakcyjnych cenach. –Budujemy sieć markowych partnerów, gwarantujących najwyższą jakość usług. Oferujemy je użytkownikom MultiBenefitu w wyjątkowo atrakcyjnych cenach. Realizując z nami potrzeby dnia codziennego takie jak zakup paliwa, artykułów spożywczych czy biletów do kin, teatrów, muzeów, każdy użytkownik czyni realne oszczędności. Podsumowując, pracodawca oferujący swoim pracownikom dostęp do MultiBenefitu, zapewnia im zwiększoną siłę nabywczą pensji każdego miesiąca – mówi Grochowska.

Tak więc odpowiadając na pytanie postawione we wstępie, płacąc pracownikom kupujemy wszystkiego po trochu – na pewno płacimy za ich czas, chociaż nie zawsze taki zakup jest wymierny, jeśli wykonywana przez nich praca jest nieefektywna, a godziny pracy zmienne. Na pewno kupujemy też zaangażowanie – gotowość by poświęcić się dla organizacji i wypracowywać wspólny efekt. Tutaj najlepszym rozwiązaniem będzie dobrze przemyślany system premiowania, ale też dobra komunikacja i prezentowanie ważnych dla organizacji wartości. Pracodawca za wynagrodzenie kupuje też satysfakcję pracownika i jego zaangażowanie, który chce wracać na swoje miejsce pracy. Tutaj doskonale sprawdzą się benefity.

Płaca to w związku z tym swoisty barter, w którego strukturę wchodzi wiele czynników. Wymiana mniej oczywista niż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać. To transakcja skomplikowana, wymagająca dużej uwagi i ze strony menedżera, i ze strony pracownika, ale to transakcja dająca ogromne możliwości motywacyjne.

Autorem tekstu jest Piotr Czauderna, miesięcznik „Benefit”

13 rekomendacji dla rządu

Zbudowanie spójnego systemu wspierania innowacyjności, ułatwienie uzyskania zwrotu VAT, likwidację nadmiernych ograniczeń i obowiązków związanych z zatrudnianiem pracowników, czy umożliwienie pacjentom dopłat do świadczeń zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych, rekomenduje rządowi na ostatni rok działalności Konfederacja Lewiatan.

Rekomendacje zostały przedstawione na konferencji „Polska 2015-2025. Zadania na rok i kolejne 10 lat”, która odbyła się w warszawskim hotelu Sheraton, z udziałem blisko 500 przedsiębiorców, ekonomistów, polityków, liderów opinii. Jej organizatorem był Lewiatan, a partnerem strategicznym PZU SA.

Na spotkanie z przedsiębiorcami nie przyszła, mimo, że była zaproszona, premier Ewa Kopacz. Za nieobecność szefowej przepraszał  wiceminister  spraw zagranicznych Rafał Trzaskowski. – Wasze propozycje nie trafią do kosza – zapewniał. Przeczytał też list od premier Ewy Kopacz, w którym stwierdziła, że dobre wyniki polskiej gospodarki to w dużej mierze zasługa przedsiębiorców.

W specjalnej publikacji „Biała Księga bis” Konfederacja Lewiatan przedstawiła 13 rekomendacji dla rządu Ewy Kopacz, na ostatni rok działalności. – Nie mają one charakteru systemowych, trudnych w realizacji projektów, ale zadań, które przy sprawnym zarządzaniu i jasno określonych priorytetach, rząd współpracując z parlamentem, jest w stanie podjąć i zrealizować. Powinien on skoncentrować się na zwiększeniu efektywności instytucji publicznych, natomiast w działalności legislacyjnej na dokończeniu już rozpoczętych i pożądanych przez przedsiębiorców projektów – mówiła Henryka Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan.

W rozmowach, które odbyły się w ramach debaty „Jaka Polska za 10 lat” udział wzięli: Mateusz Szczurek, minister finansów, Władysław Kosiniak-Kamysz, minister pracy i polityki społecznej, Rafał Trzaskowski, wiceminister spraw zagranicznych oraz Maciej H. Grabowski, minister środowiska. Rozmówcami ministrów byli przedsiębiorcy: Andrzej Klesyk, prezes PZU SA, Jacek Kowalski, członek zarządu Orange Polska i Janusz Moroz, członek zarządu RWE Polska.
W „Białej Księdze bis” Lewiatan za ambitne a jednocześnie realistyczne zadania do realizacji w ciągu roku uznaje:

Zbudowanie spójnego systemu wspierania innowacyjności, bo obecnie mamy kilka niezależnych instrumentów o małej sile oddziaływania. To stworzy podwaliny pod budowę konkurencyjności w przyszłych latach.

Wprowadzenie nowej ordynacji podatkowej opartej na zasadzie, że wątpliwości są rozstrzygane na korzyść podatnika. Proponowana przez Ministerstwo Finansów klauzula obejścia prawa jest z tą zasadą sprzeczna.

Ułatwienie uzyskania zwrotu VAT, aby poprawić płynność finansową przedsiębiorstw.

Likwidację nadmiernych ograniczeń i obowiązków związanych z zatrudnianiem pracowników, jak np. przechowywania dokumentacji pracowniczej w formie papierowej przez 50 lat.

Przygotowanie strategii przekształceń sektora energetycznego odpowiadającej na wyzwania stawiane przez Unię Europejską w zakresie klimatu i środowiska. Tym bardziej, że po akceptacji pakietu 2030 pojawia się szansa uzyskania dużych środków na inwestycje w tym sektorze.

Stworzenie warunków rozwoju konkurencji na rynku gazu.

Zatwierdzenie programów operacyjnych na lata 2014-2020 i uruchomienie wsparcia dla firm. Kluczowe jest, aby od stycznia 2015 r. pierwsze konkursy kierowane do  przedsiębiorców na wsparcie ich działań, zostały ogłoszone i jak najszybciej rozstrzygnięte.

 Umożliwienie pacjentom dopłat do świadczeń zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych, tak, aby nie zmniejszać dopływu środków do systemu ochrony zdrowia, przy braku rozwiązań dotyczących np. dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych.

Konfederacja Lewiatan nie rezygnuje z rekomendacji przekazanych rządowi w 2011 roku, jak: poprawa systemu stanowienia prawa, uproszczenie przepisów podatkowych, likwidacja przywilejów emerytalnych i rentowych, wprowadzenie dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych, skrócenie procesu dochodzenia należności, zwiększenie efektywności zamówień publicznych, czy równouprawnienie publicznego i niepublicznego szkolnictwa wyższego. Ma jednak świadomość, że na ich realizację nie możemy liczyć przed wyborami parlamentarnymi.

Konfederacja Lewiatan

„Polska 2015 – 2025”

19 listopada br. minister finansów Mateusz Szczurek wziął udział w debacie zorganizowanej przez Konfederację Lewiatan pt. „Polska 2015-2025. Zadania na rok i kolejne 10 lat”.

Podczas spotkania z przedsiębiorcami, minister finansów wystąpił w panelu pt. „Polityka gospodarcza, finanse publiczne” w perspektywie kolejnego dziesięciolecia. W rozmowie z Andrzejem Klesykiem – prezesem Zarządu PZU SA, zostały poruszone kwestie realnych możliwości osiągnięcia do 2025 r. długu publicznego na poziomie max. 40% PKB, udziału „sztywnych” wydatków w wydatkach z budżetu państwa na poziomie max. 60%, stopy inwestycji na poziomie min. 25% PKB oraz możliwości wejścia do strefy euro najpóźniej do 2025 r. Dyskusja toczyła się także wokół sposobów doprowadzenia do zwiększania udziału prorozwojowej, inwestycyjnej  części wydatków budżetowych w wydatkach budżetu ogółem, przy jednoczesnym prowadzeniu polityki systematycznego zmniejszania długu publicznego w relacji do PKB.

Obecnie jesteśmy w środku najgorszej w Europie stagnacji od co najmniej 100 lat. Jest to otoczenie skrajnie niekorzystne także dla przedsiębiorców w Polsce, a mimo to rośniemy szybciej niż 3 proc. –powiedział minister Szczurek w odniesieniu do ostatnich danych GUS. Jest to wzrost na bardzo stabilnych podstawach. 3,3-3,4 proc. wzrostu PKB to nie jest koniec naszych ambicji –  dodał.

Minister Szczurek odpowiadał także na pytania dotyczące perspektyw na preferencje podatkowe dla przedsiębiorców. Miałyby one być ukierunkowane na zachęcanie do inwestycji i poprawę wykorzystania posiadanych przez polską gospodarkę zasobów. Przedmiotem zainteresowania uczestników była także bieżąca działalność urzędów i izb skarbowych w zakresie interpretacji podatkowych.  Dyskusja zakończyła się konkluzjami na temat korzyści i warunków wejścia Polski do strefy euro.

W konferencji, udział wzięli również minister pracy i polityki społecznej Władysław Kosiniak-Kamysz oraz wiceminister spraw zagranicznych Rafał Trzaskowski. Tematami spotkania były między innymi rekomendacje dla rządu na przyszły rok oraz określenie przyszłych wyzwań w perspektywie kolejnych 10 lat.

W debacie zorganizowanej w hotelu Sheraton w Warszawie wzięło udział około 500 osób, w tym przedstawiciele administracji publicznej, politycy, przedsiębiorcy i ekonomiści. Dwie pozostałe dyskusje w ramach konferencji dotyczyły perspektyw dla polskiego rynku pracy oraz polityki energetyczno-klimatycznej.

Ustawa o podatku od wydobycia niektórych kopalin zgodna z Konstytucją

0

18 listopada br. zapadło orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego stwierdzające, że ustawa z dnia 2 marca 2012 roku o podatku od wydobycia niektórych kopalin (Dz. U. z 2012 poz. 362oraz z 2014 r. poz. 1215) jest zgodna z Konstytucją RP.

Sprawa rozpatrywana przez Trybunał Konstytucyjny dotyczyła zbadania zgodności z Konstytucją RP przepisów ustawy o podatku od wydobycia niektórych kopalin w kontekście:

  • nadmiernej ingerencji ustawy o podatku od wydobycia niektórych kopalin w prawo własności, w swobodę działalności gospodarczej,
  • naruszenia zasady powszechności i równości opodatkowania,
  • naruszenia zakazu podwójnego opodatkowania,
  • naruszenia zakazu wprowadzania zmian w podatkach dochodowych w ciągu roku  podatkowego,
  • naruszenia zasad poprawnej legislacji i procedury ustawodawczej w toku uchwalania ustawy.

Jednocześnie Ministerstwo Finansów informuje, że 10 października 2014 r., Sejm RP przyjął Informację Rady Ministrów nt. wpływu podatku od wydobycia niektórych kopalin na sektor wydobywczy miedzi i srebra oraz na sektor finansów publicznych (link otwiera nowe okno w serwisie zewnętrznym).

PHN chce się rozwijać w segmencie mieszkaniowym. Inwestycje w biura opłacalne tylko poza Warszawą

CEO Magazyn Polska

Polski Holding Nieruchomości chce inwestować w sektor mieszkaniowy. Spółka w III kwartale wyszła na prostą, notując korzystne wyniki po słabym I półroczu. Zdaniem jej prezesa perspektywy rynkowe wyglądają atrakcyjnie.

– Mieszkaniówka to jest ten sektor, który chcemy rozwijać – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Artur Lebiedziński, prezes Polskiego Holdingu Nieruchomości. – Niewątpliwie ona się cieszy w chwili obecnej o wiele lepszym sentymentem i inwestorów, i nabywców niż sektor biurowy.

Polski Holding Nieruchomości zawiaduje głównie budynkami biurowymi oraz mieszkalnymi przejętymi od Skarbu Państwa. Jego najemcami są przedsiębiorstwa i placówki dyplomatyczne. Na ostatnie wyniki firmy wpływ miała niewątpliwie nadpodaż powierzchni biurowej w Warszawie.

– Blisko 300 tys. mkw. powierzchni, które wchodzi na rynek, to jest to poziom niespotykany w ostatnich latach – ubolewa Artur Lebiedziński. – W roku 2014 300 tys., podobny plan 2015 i 2016 rok, co oczywiście oznacza, że czynsze idą w dół i następuje presja na właścicieli nieruchomości takich jak my. To się przekłada również na poziom pustostanów.

Inaczej wygląda sytuacja w innych miastach regionalnych. W Polsce powstaje sporo firm z sektora IT, przybywa firm prowadzących outsourcingową obsługę biurową koncernów z całego świata. To powoduje, że sytuacja na rynku nieruchomości komercyjnych w dużych polskich miastach poza Warszawą jest inna, bardziej sprzyjająca.

– Jestem optymistą, chociaż z drugiej strony to, co się stało na rynku biurowym w Warszawie, nakazuje, by podchodzić w sposób dosyć ostrożny do nowych inwestycji, do takiego szerszego planowania. Wydaje mi się jednak, że przed nami dobre lata – podkreśla prezes Polskiego Holdingu Nieruchomości.

Polski Holding Nieruchomości rozpoczął inwestycje w powierzchnie dla logistyki. Ta część rynku nieruchomości nie była dotąd domeną spółki, jednak wiele wskazuje na jej spory potencjał.

– Logistyka to jest coś, co rzeczywiście idzie najlepiej, bo rośnie zapotrzebowanie na powierzchnie logistyczne – ocenia prezes Artur Lebiedziński. – Tutaj rzeczywiście widać to, że poprawiająca się infrastruktura i wzrost eksportu na rynki europejskie idą bardzo dobrze. Pokazuje to, że rosnący poziom PKB dobrze nastraja na kolejne lata.

W ocenie prezesa PHN, stan polskiej gospodarki pozwala z optymizmem patrzeć na przyszłość polskiego rynku nieruchomości. Widać, że duże polskie miasta cieszą się coraz większym zainteresowaniem.

– To są coraz lepsze i coraz ciekawsze miejsca do życia. Owocuje to tym, że inwestorzy z Europy Zachodniej coraz chętniej inwestują w tym miastach, co przekłada się na zwiększenie zapotrzebowanie na powierzchnię biurową, a to dla nas oznacza wzrost popytu na powierzchnię mieszkaniową, handlową i logistykę.

Przychody operacyjne spółki po trzech kwartałach przekraczały 120 mln zł. Były jednak o niemal 10 mln niższe niż rok wcześniej. Zysk netto holdingu wyniósł 48,8 mln zł wobec 69,2 mln zł w 2013 roku. Władze spółki są jednak z tych wyników zadowolone, bowiem wyniki z III kwartału są znacznie lepsze niż z II. Od lipca do września spółka wypracowała 35,4 mln zł zysku netto.

– To był dobry kwartał. Pokazaliśmy, że skutecznie, krok po kroku, realizujemy naszą strategię – mówi Artur Lebiedziński. – Poprawę widać praktycznie na każdym poziomie, czy przychodów, czy zysków. Myślę, że blisko 50 mln zysku skonsolidowanego netto to dobry prognostyk na końcówkę roku.

 

Ambra przewiduje wzrost zysków w kolejnych kwartałach. Odpadną koszty promocji Cydru Lubelskiego

0

CEO Magazyn Polska

Zyski Ambry w kolejnych kwartałach, zwłaszcza w obecnym – ze względu na premierę Beaujolais Nouveau i sylwestra – mają rosnąć. Zmniejszą się bowiem nakłady inwestycyjne na promocję Cydru Lubelskiego, które obniżyły wynik grupy w kwartale zakończonym 30 września. Mimo wzrostu sprzedaży i przychodów zysk netto dystrybutora alkoholi spadł o 28,1 proc.

Wydatki mają bowiem przynieść zyski i wzmocnienie pozycji firmy na rynku alkoholi.

Realizujemy tegoroczny budżet zgodnie z jego założeniami – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Robert Ogór, prezes Grupy Ambra SA. Naszym celem jest zwiększanie przychodów i poprawa zysków. Obniżamy zadłużenie, a więc poprawiamy przepływy, było to już widoczne w wynikach za pierwszy kwartał, spadły zapasy, spadł poziom zadłużenia i kosztów finansowych. Co oznacza, że efektywność finansowa naszej operacji cały czas się poprawia, nie widzimy zatem żadnych zagrożeń dla dobrego poziomu zysków w bieżącym roku obrotowym.

W przypadającym na lipiec, sierpień i wrzesień I kwartale roku obrotowego 2014/2015 grupa ograniczyła zapasy, co pomogło obniżyć zadłużenie spółki o 8,7 mln zł, czyli o 9,1 proc. Jednocześnie Ambra sprzedała o 17,8 proc. więcej butelek alkoholu niż rok wcześniej – ponad 13,8 mln sztuk.

Ten dobry wynik rynkowy był zbudowany przede wszystkim dzięki świetnej dynamice sprzedaży Cydru Lubelskiego – ocenia Robert Ogór. Budowanie tego rynku poprzez inwestycje w marketing, sprzedaż i dystrybucję kosztowało nas oczywiście nieco po stronie wsparcia kosztów sprzedaży, czyli kosztów marketingu i reklamy. Stąd wyższa, dzięki większej sprzedaży, marża brutto została wykorzystana na inwestycje w markę i zysk brutto ze sprzedaży był właściwie identyczny jak w kwartale roku ubiegłego.

W rezultacie przychody ze sprzedaży Grupy Ambra przekroczyły w tym czasie 86,7 mln zł co oznacza wzrost o 6,1 proc. Zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej spadł jednak o 28,1 proc., do 2,4 mln zł.

Jednocześnie staramy się rozszerzać poprzez działania marketingowe i zwiększanie organizacji sprzedaży bazę do ekspansji cydru, z której będziemy czerpać zyski w kolejnych latach – zaznacza prezes Grupy Ambra.  Z tego powodu koszty operacyjne w tym kwartale również są wyższe, szczególnie koszty wynagrodzeń i koszty działów sprzedaży.

Dzięki tym działaniom sprzedaż cydru w Polsce szybko rośnie, a Cydr Lubelski zdobył połowę tego rynku. Wzrost wydatków na marketing i dystrybucję o 2,4 mln zł przyniósł w I kwartale roku obrotowego wzrost sprzedaży o 5 mln zł.

 Wydatki reklamowe i wydatki na wsparcie rozwoju Cydru Lubelskiego skumulowały się trochę w pierwszy kwartale – podkreśla prezes Robert Ogór. Tego oczekiwaliśmy, gdyż ten pierwszy kwartał to było lato, czyli okres gorącego sezonu. W następnych okresach oczekujemy poprawy wyników. Wpływ inwestycji na wynik finansowy będzie oczywiście mniejszy, a zyski będą się poprawiać.

Za poprzedni rok obrotowy Ambra wypłaciła dywidendę w wysokości 45 groszy na akcję. Przy kursie nieco powyżej 9 złotych dało to stopę zwrotu na poziomie 5 proc. W tym roku obrotowym dywidenda powinna być na podobnym poziomie.

Wygląda na to, że na pewno to będzie 4 proc. plus i sądzę, że jest to ciekawa alternatywa i dobra inwestycja, również dla inwestorów inwestujących konserwatywnie – deklaruje prezes Grupy Ambra.

Asseco Business Solutions liczy na dwucyfrowy wzrost zysku w całym 2014 roku. Mimo rosnącej presji kosztowej wierzy w utrzymanie rentowności

0

CEO Magazyn Polska

Asseco Business Solutions spodziewa się utrzymać 10-proc. zysk w całym roku. Choć będzie trudniej uzyskać wysoką rentowność, zarząd deklaruje ponowną rekomendację wypłacenia akcjonariuszom dywidendy.

– Z wyników jesteśmy zadowoleni i z lekkim optymizmem patrzymy na IV kwartał i cały rok – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Mariusz Lizon, członek zarządu Asseco Business Solutions. – W tej chwili mamy 10 proc. zysku i  myślimy, że jest szansa na to, że utrzymamy ten poziom do końca roku.

Po III kwartale przychody ze sprzedaży tego producenta systemów zarządzania wzrosły do 102,9 mln zł, co oznacza wzrost o 5 proc. w porównaniu z rokiem ubiegłym. Zysk netto spółki wzrósł w tym czasie o 10 proc., sięgając 19,2 mln zł. Rentowność spółki wzrosła do 18,7 proc. To jeden z wyższych wskaźników na rynku. Utrzymanie go nie będzie łatwym zadaniem.

Co roku z lekką obawą podchodzimy do tego, czy kolejny rok się uda – podkreśla Mariusz Lizon. Do tej pory się udawało, więc będziemy o to walczyć. Natomiast presja kosztowa się zwiększa, w związku z czym może być trochę trudniej, ale mówimy o niewielkim spadku rentowności, może o 1 proc. Nie przewidujemy, żeby w tych obszarach mogło nastąpić jakieś większe załamanie.

Asseco Business Solutions od 2008 roku regularnie wypłaca akcjonariuszom dywidendy. Podobnie ma być i teraz, choć decyzja, jak zawsze, zostanie podjęta przez Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy. Zarząd taka decyzję będzie rekomendował.

– Do tej pory walne zgromadzenie zawsze do tych rekomendacji się przychylało, mam nadzieję, że w tym roku również – mówi członek zarządu Asseco Business Solutions. – Potrzeb kapitałowych istotnych nie ma, w związku z tym jest szansa na to, by cały zysk netto w postaci dywidendy w przyszłym roku wypłacić. Pamiętajmy jednak, że wypłata dywidendy nastąpi dopiero w połowie przyszłego roku.

Dobre wyniki spółki osiągnięte w tym roku powinny zostać potwierdzone w czwartym kwartale, który jak podkreśla  Mariusz Lizon, również wygląda dobrze. Są szanse na to, by zysk był równie wysoki jak dotąd. To spowoduje, że zamknięcie całego roku również będzie dobre.

Jeżeli chodzi o 2015, jesteśmy w trakcie tworzenia budżetu i patrzymy z optymizmem. Spółka nie publikuje prognoz, więc ten budżet będzie tylko na wewnętrzny użytek spółki. Natomiast nasze odczucia co do 2015 roku są całkiem dobre. Uważamy, że jest szansa na to, że będzie kontynuowana ta dobra tendencja, która potwierdza się już czwarty kwartał z rzędu.

Asseco Business Solutions czekają zmiany kadrowe, które powinny przynieść lekki wzrost zatrudnienia. Trwa budowa zespołów, które zajmą się wdrożeniami kontraktów handlowych.

– Jeżeli się rozbudujemy, to głównie w obszarze wdrożeń zagranicznych – deklaruje Mariusz Lizon z zarządu spółki. Tutaj ewidentnie może nastąpić wzrost zatrudnienia. W innych obszarach raczej będzie to uzupełnienie zasobów osób, z którymi się rozstajemy.

Agencja Nieruchomości Rolnych ma w zasobach grunty inwestycyjne na ponad 50 lat. W ciągu trzech kwartałów 2014 r. sprzedała ponad 1150 ha

CEO Magazyn Polska

W zasobach Agencji Nieruchomości Rolnych znajduje się jeszcze 100 tys. ha gruntów inwestycyjnych. To zasoby zaspokajające popyt na kilkadziesiąt lat, bowiem rocznie Agencja znajduje kupców na ok. 1 tys. ha.  W 2013 roku nabywców znalazło 1175 ha gruntów nierolnych. Ze sprzedaży Agencja uzyskała dotychczas ponad 200 mln zł.

Ze 100 tys. ha ponad 60 tys. leży w granicach administracyjnych miast. Są to grunty, które nie wymagają odrolnienia, dzięki czemu są dostępne dla inwestorów praktycznie od ręki.

W ciągu I półrocza sprzedaliśmy około 900 ha [a w ciągu trzech kwartałów ponad 1150 ha – red.] – informuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Leszek Świętochowski, prezes Agencji Nieruchomości Rolnych. – To znacząca poprawa, gdyż w całym ubiegłym roku sprzedaliśmy nieznacznie ponad 1 tys. ha.

Tylko w I półroczu Agencja uzyskała ze sprzedaży terenów inwestycyjnych około 170 mln zł. Jest to zbliżone do wpływów z całego 2013 roku. Ceny inwestycyjnych gruntów nierolnych w Polsce systematycznie rosną, choć – jak podkreśla Świętochowski – trudno porównywać ceny poszczególnych działek.

Cena działki zależy od jej położenia – podkreśla prezes ANR. – Uzyskujemy ceny w wysokości kilku czy kilkunastu milionów złotych za hektar, a uzyskujemy i nieznacznie ponad 100 tys. zł. Średnie ceny w roku ubiegłym wyniosły około 200 tys. zł, w tym roku tendencja jest wzrostowa.

Zyski ze sprzedaży gruntów inwestycyjnych to jedno, a korzyści dla kraju z przyciągnięcia inwestorów to drugie. Dzięki terenom z Agencji zyskuje cała polska gospodarka.

Inwestorzy z różnych krajów, zarówno z Europy Zachodniej, jak i Wschodniej, dokonali inwestycji w obszarze motoryzacyjnym, przemyśle meblarskim, elektronicznym, spożywczym i logistycznym – wylicza prezes Leszek Świętochowski. – Praktycznie nie ma takiego obszaru gospodarki, gdzie na naszych gruntach nie byłyby realizowane inwestycje.

W zasobach Agencji znajdują się nie tylko grunty inwestycyjne dla przemysłu, lecz także działki dla firm deweloperskich, turystycznych, tereny rekreacyjne, grunty leśne i położone nad jeziorami, wreszcie dworki i pałace.

Oprócz gruntów inwestycyjnych dysponujemy również atrakcyjnymi obiektami zabytkowymi – zwraca uwagę Leszek Świętochowski. – W zasobie mamy jeszcze ponad 550 obiektów pałacowo-parkowych. Co roku sprzedajemy ok. 20, gdyż większość tych obiektów jest wydzierżawiona. W wielu sprzedanych obiektach powstają atrakcyjne miejsca do prowadzenia biznesu, hotele, SPA, miejsca do przeprowadzania konferencji, służące biznesowi.

Obiekty zabytkowe, jak zespoły dworskie i pałacowo-parkowe, ANR często przekazuje samorządom, by służyły zaspokajaniu zbiorowych potrzeb mieszkańców danych gmin. Gminy lokalizują tam muzea, izby pamięci czy domy kultury.

Energa inwestuje w nowe technologie. Mają one zmniejszyć zużycie prądu

CEO Magazyn Polska

Spółka Energa wprowadza na polski rynek nowoczesne technologie energetyczne. Buduje farmy fotowoltaiczne i wprowadza systemy pozwalające klientom rozsądnie zarządzać wykorzystywaną energią elektryczną. To oznacza oszczędności i dla odbiorców, i dla producentów.

– Patrzymy na potrzeby klientów – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Mirosław Bieliński, prezes zarządu spółki Energa. – Oczywiste jest dla nas to, że klienci chcieliby więcej wiedzieć, za co płacą, jak zużywają energię. Chcą mieć możliwość zarządzania energią w swoich domach, a nie tylko dowiadywania się co jakiś czas, ile wynosi rachunek za energię elektryczną. Zaczynamy współpracę z Intelem po to, by poszerzyć naszą ofertę dla klientów.

Wraz z Intelem Energa zamierza wprowadzić na polski rynek technologie, które umożliwią domowym urządzeniom gospodarczym wzajemną komunikację. Pozwoli to zapewnić klientom innowacyjne usług i da narzędzia pozwalające zoptymalizować zużycie energii.

Jednym z celów, jakie spółka chce osiągnąć, jest przekonanie klientów do świadomego zużywania prądu. Dzięki temu, zamiast zwiększać moce produkcyjne, będzie się oszczędzać energię i wykorzystywać ją wtedy, kiedy jest jej na rynku więcej i jest tańsza. Jak policzyła Energa, budowa nowych elektrowni to wydatek co najmniej 3 mln zł za każdy megawat. Oszczędzanie jest 100 razy tańsze.

– Zarządzanie popytem oznacza przede wszystkim przesunięcie popytu z godzin szczytowych, krytycznych dla systemu energetycznego, na godziny pozaszczytowe – podkreśla Bieliński. – Jest to przesunięcie z godzin drogich na godziny tanie.

Podczas przeprowadzonych w Kaliszu testów konsumenckich okazało się, że klienci chętnie korzystają z możliwości poboru tańszej energii poza godzinami szczytu, bo to oznacza dla nich niższy rachunek za energię elektryczną. Przy okazji okazało się, że gdy zaczęto świadomie gospodarować prądem, jego zużycie spadło.

– Kiedy zastanawiamy się w jakich godzinach zużywać energię, siłą rzeczy zastanawiamy się nad tym, czy w ogóle ją zużywać – zauważa prezes spółki Energa. – Te testy nam to potwierdzają. Przesuwając popyt, z reguły redukujemy samo zużycie energii. W Kaliszu w niektórych przypadkach redukcja popytu w godzinach szczytowych sięgała 30 proc. To bardzo dużo.

Z tego powodu spółka zamierza podobne rozwiązania zaoferować klientom w całym kraju. Oferty pozwalające oszczędzać na rozważnym gospodarowaniu zużywaną energią mają otrzymać zarówno najwięksi odbiorcy prądu, jak i gospodarstwa domowe.

– To jest projekt, który łatwo nam rozszerzać w ramach naszej sieci dystrybucyjnej, ponieważ musi być do tego odpowiednie przygotowanie. Nad tym pracują nasze spółki Energa Operator i Energa Obrót informuje Mirosław Bieliński.

Spółka poza technologiami pozwalającymi oszczędzać energię inwestuje też w jej odnawialne źródła. W Gdańsku uruchomiła np. największą jak dotąd w Polsce farmę fotowoltaiczną. Za ponad 9 mln zł powstała przyjazna dla środowiska elektrownia słoneczna o mocy ponad 1,6 MW. Jak podkreślają władze spółki, to zaledwie poligon doświadczalny, bowiem kolejna siłownia w tej technologii powstanie koło Torunia i będzie miała moc 4 MW.

– Przyglądamy się tej technologii z uwagi na to, że ma ona w tej chwili największy potencjał na wzrost efektywności – deklaruje Mirosław Bieliński.  Po prostu ceny poszczególnych instalacji bardzo szybko spadają i następuje wzrost efektywności, bo sprawność poszczególnych ogniw jest coraz wyższa.

PIPC: Po podpisaniu umowy o wolnym handlu polskie firmy chemiczne nie będą konkurencyjne wobec amerykańskich. Wszystko przez pakiet klimatyczny

CEO Magazyn Polska

Po podpisaniu przez Unię Europejską umowy o wolnym handlu ze Stanami Zjednoczonymi niektóre grupy produktów chemicznych mogą nie być konkurencyjne alarmuje Polska Izba Przemysłu Chemicznego. Jak wskazuje Tomasz Zieliński, prezes PIPC, wynika to z wysokich kosztów wytwarzanej z węgla energii, która na mocy paktu klimatycznego została obciążona dodatkowymi opłatami za prawo do emisji zanieczyszczeń, oraz z uzależnienia od rosyjskich surowców.

Ogólnie sektor chemiczny popiera otwieranie się UE na nowe rynki – zastrzega w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Tomasz Zieliński, prezes Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego (PIPC). – Jesteśmy zadowoleni z tego, że Unia Europejska wychodzi poza swój rynek i nawiązuje partnerstwo gospodarcze. Dzisiaj jest najlepiej rozwijającą się gospodarką, szczególnie w przemyśle chemicznym.

Według PAIiIZ w połowie 2013 roku w Polsce działało 11 tysięcy firm z branży chemicznej. Ponad 70 proc. stanowiły podmioty zajmujące się przetwórstwem tworzyw sztucznych i kauczuku. Kluczowe dla przemysłu chemicznego w Polsce są spółki z udziałem Skarbu Państwa. W ubiegłym roku, jak szacuje Zieliński, produkcja sprzedana całego sektora chemicznego w Polsce wyniosła około 130 mld zł. Jego zdaniem umowa o wolnym handlu wiąże się z ryzykiem, które może wpłynąć na branżę chemiczną, szczególnie w Europie Centralnej.

Ryzyko to nie ma związku z samą umową, lecz pakietem, którym dzisiaj obciążone są zakłady chemiczne w Europie. Mam na myśli politykę klimatyczną – precyzuje Zieliński. – To jeden worek kosztów, który dzisiaj dostajemy. Jeżeli dołożymy do tego wysoką cenę surowców, uzależnienie od nich i koszty energii, to siłą rzeczy przegrywamy.

Przewagą firm z USA są zdecydowanie niższe koszty energii. Dzięki rewolucji łupkowej ceny gazu za oceanem są prawie trzy razy mniejsze niż w Europie. Jak podkreśla Zieliński, to przede wszystkim będzie wpływało na niższe koszty wytworzenia danego półproduktu, który później trafi np. na europejski rynek.

Jeżeli na rynek trafią produkty wytworzone na taniej energii, z tanich surowców, nieobarczone kosztami środowiskowymi w takim stopniu, jak produkty europejskie, to będą one bardziej konkurencyjne – tłumaczy Zieliński. – Oczywiście nie przypłyną do nas gotowe nawozy, raczej przypłynie półprodukt do nawozów, którym jest amoniak, bo można go dużo łatwiej przetransportować i przetworzyć, czy to na saletrę, saletrzak, czy jakiekolwiek inne typy nawozów.

Dla koncernów z Polski i innych państw naszego regionu może to oznaczać problemy ze znalezieniem nabywców na ich produkty.

Wielu ekspertów pokłada nadzieję w imporcie taniego surowca ze Stanów Zjednoczonych. Jednak według Zielińskiego nie ma co liczyć na obniżki cen energii w Europie. Szacowane koszty transportu surowca na Stary Kontynent zmniejszają atrakcyjność tego importu. Dostęp do tanich surowców jest jednak przedmiotem negocjacji między UE a USA.

Jak podkreśla prezes PIPC, Amerykanie w negocjacjach podnoszą argument, że dziś chemikalia z USA obarczone są 6,5-proc. podatkiem.

Można powiedzieć, że te 6,5 proc. to niewiele w tej strukturze sprzedażowej. Ale jeżeli do tego dołożymy – w przypadku Polski – wyższe koszty energii, wyższe koszty emisyjności (przez to, że gospodarka opiera się na węglu), wyższe koszty skutków polityki klimatycznej, zupełnie inny rozwój technologiczny, brak własnych surowców i uzależnienie od importu z Rosji, to nie mamy szans na to, by poszukiwać innych kanałów konkurencyjności – podkreśla Tomasz Zieliński.

Dotyczy to również innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej.

Wiele zależeć będzie od kształtu umowy o wolnym handlu. Dla niektórych grup produktów, np. dla nawozów, zostały zaproponowane okresy przejściowe

Ale są pewne grupy produktowe, w których trudno zweryfikować to, jaki umowa będzie miała na nie wpływ. To chociażby frakcje C4 w zakresie petrochemicznym czy chemikalia, takie jak substytuty sody, i wiele innych półproduktów – precyzuje Zieliński.

Po zakupie zakładu w Toruniu Libet przymierza się do kolejnych akwizycji. Myśli też o zakupie kopalń

0

Producent kostki brukowej Libet liczy na wzrost zamówień i poprawę wyników w kolejnych 2-3 latach. Spółka sfinalizowała właśnie zakup fabryki w Toruniu i mimo spadku zysku w III kwartale szuka firm do kolejnych przejęć.

– Jesteśmy zadowoleni, bo osiągamy cel, który założyliśmy sobie na ten rok  – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Ireneusz Gronostaj, członek zarządu i dyrektor finansowy Libetu. – Chodzi o wzrost udziału w rynku oraz wzmacnianie świadomości i poprawę wizerunku marki na rynku i to zadziałało perfekcyjnie. Zysk netto jest niższy, ale trzeba pamiętać, że na koniec trzeciego kwartału mieliśmy jednorazowe koszty związane z refinansowaniem kredytu.

W tym roku, do końca III kwartału, Libet miał 207,6 mln zł przychodu netto ze sprzedaży, podczas gdy rok wcześniej było to 157,2 mln zł. Zysk netto w pierwszych dziewięciu miesiącach 2014 roku wyniósł 7,8 mln zł i był o 1,2 mln zł wyższy niż w tym samym okresie ubiegłego roku. Zysk netto za sam III kwartał sięgnął 5,4 mln zł i był o niecałe 1,5 mln zł niższy niż w III kwartale 2013 r. Gronostaj podkreśla, że szczególnie zadowolony jest ze wzrostu przychodów ze sprzedaży. Spółka zyskała dzięki poprawie kondycji całej polskiej gospodarki w porównaniu z ubiegłym rokiem, a co za tym idzie – na wzroście zasobności Polaków.

Widzimy tutaj kilka istotnych czynników podkreśla Ireneusz Gronostaj. – Po pierwsze ożywienie i stabilność gospodarki, po drugie niskie stopy procentowe, które na pewno zachęcają do większych inwestycji. Mam tu na myśli także duże inwestycje mieszkaniowe i komercyjne ze strony deweloperów. Ważnym czynnikiem dla nas, jako producenta kostki premium, jest siła nabywcza klienta indywidualnego. Obserwujemy, że proces wykańczania domów jednorodzinnych ma w tym roku duży wpływ na wyniki.

Gronostaj uważa, że ożywienie gospodarcze, na którym zyskuje spółka, wygląda na trwałe, stąd tak dobre prognozy na kolejne lata. Spółka Libet oczekuje, że jej produkty będą się sprzedawały coraz lepiej.

Patrząc na rynek i jego otoczenie, uważam, że sytuacja jest bardzo stabilna ocenia członek zarządu spółki Libet. – Nie spodziewamy się żadnego tąpnięcia, wręcz przeciwnie – nasilenie aktywności deweloperów, czyli budowa nowych inwestycji komercyjnych, nowych biurowców, magazynów czy chociażby kolejne etapy realizacji programu budowy autostrad i dróg ekspresowych w Polsce, to wszystko pokazuje duże możliwości zarówno do końca tego roku, jak i w perspektywie następnych dwóch-trzech lat.

Libet inwestuje w nowy zakład produkcyjny. Pod koniec października zaciągnął 18,7 mln zł kredytu, który został przeznaczony na sfinansowanie większości kosztów akwizycji fabryki kostki brukowej w Toruniu. Produkcja w nowym zakładzie już ruszyła i spółka oczekuje, że jeszcze w tym roku zakup pozytywnie wpłynie na jej wyniki.

Ostatnio sfinalizowaliśmy transakcję w Toruniu, z której jesteśmy niezmiernie zadowoleni potwierdza Ireneusz Gronostaj. To dla nas znaczący punkt na mapie, zamyka nam lukę logistyczną pomiędzy Gdańskiem, Łodzią i Warszawą. Toruń, Bydgoszcz i Włocławek tworzą bardzo duży rynek, z dużym potencjałem, w szczególności dla produktów premium. Cały czas myślimy o tym, żeby wypełnić białe plamy, tak żeby skrócić dystans do klienta.

To oznacza, że inwestycja w Toruniu nie jest ostatnią, do jakiej przymierza się spółka. Wszystko zależy od znalezienia właściwych firm w atrakcyjnych dla spółki lokalizacjach.

Na pewno się rozglądamy potwierdza Gronostaj. – Rozmawiamy z kilkoma właścicielami. Koncentrujemy się na obszarze Polski, jak wcześniej mówiłem – wciąż mamy kilka białych plam, priorytetem są dla nas zakłady kostki brukowej, ale prowadzimy też wstępne rozmowy dotyczące inwestycji w kopalnie.

TVN liczy na dobre wyniki w IV kwartale i 2015 r. Choć III kwartał był dla spółki lepszy niż w ub.r., to po 10 miesiącach utraciła pozycję lidera

CEO Magazyn Polska

W październiku to Polsat, a nie TVN, był liderem rynku reklamy telewizyjnej w Polsce. Obaj rywale zanotowali spadki wpływów wobec ubiegłego roku. TVN po zyskownym III kwartale liczy jednak na dobrą końcówkę roku.

– Jesteśmy przekonani, że osiągniemy bardzo dobre wyniki w oparciu o naszą główną ramówkę, ramówki kanałów naziemnych, ofertę Telewizji Premium oraz duży popyt ze strony rynku reklamodawców – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Markus Tellenbach, prezes grupy TVN. – Myślę, że TVN osiągnie dobre wyniki w IV kwartale oraz nadchodzącym roku.

W III kwartale przychody netto ze sprzedaży jednej z największych prywatnych stacji telewizyjnych w Polsce sięgnęły 328 mln zł i były o prawie 19 mln większe niż w III kwartale zeszłego roku. Zysk netto TVN przypadający na akcjonariusza jednostki dominującej przekroczył w tym czasie 17 mln zł. To w ocenie władz spółki dobrze wróży na cały rok.

– W tej chwili nie mamy powodów do obaw o osłabienie naszej pozycji na rynku. Sytuacja na rynku reklamy jest dobra ocenia Markus Tellenbach. – Dlatego choć jest jeszcze bardzo wcześnie by prognozować, uważam, że rok 2015 nie będzie czasem spadku zainteresowania reklamodawców, wręcz przeciwnie, moim zdaniem TVN będzie odgrywać ważną rolę na polskim rynku reklamy.

Jak podają WirtualneMedia.pl, powołując się na dane Nielsen Audience Measurement, po dziesięciu miesiącach roku TVN miał wpływy z reklam o ponad 30 proc. niższe niż przed rokiem, podczas gdy Polsat stracił tylko 3,7 proc. Odpowiada to kwotom 2,1 mld zł i 2,56 mld zł. Tym samym Polsat zajął pozycję lidera. Dane dotyczą jednak reklam cennikowych, a ożywienie na rynku reklamy telewizyjnej potwierdzają domy mediowe.

TVN podkreśla, że po starcie jesiennej ramówki we wrześniu był najchętniej oglądaną stacją telewizyjną w Polsce w grupie osób 16-49 lat.

– Pozycja TVN napędzana jest przez lokalne produkcje – podkreśla prezes spółki. – Udowadnialiśmy wielokrotnie, że potrafimy przygotować programy przyciągające reklamodawców, bardzo udane produkcje wewnętrzne. Można oczekiwać, że TVN będzie kontynuować tę strategię inwestowania w kreatywne myślenie i kreatywne, innowacyjne rozwiązania, a co za tym idzie, przewidujemy, że będzie dominującą siłą w 2015 roku.

Markus Tellenbach uważa, że jego spółce sprzyja poprawa kondycji całej polskiej gospodarki. W III kwartale PKB wzrósł o 3,3 proc. mimo znacznie niższych prognoz (konsensus 2,8 proc.).

– Widzę też, że wskaźnik produkcji przyjmuje wartości pozytywne. Sądzę zatem, że widzimy dziś obraz złożony z niejednoznacznych wskaźników, z którego trudno cokolwiek wywnioskować. Osobiście jestem optymistą, dlatego myślę, że polska ekonomia ma silną pozycję i ta tendencja będzie się utrzymywać w najbliższym roku.

TVN oraz sieć telefonii komórkowej T-Mobile zawarły na początku listopada strategiczne partnerstwo. Jak zapowiadają, wspólnie uruchomią pod marką Player serwis wideo na żądanie oferowany klientom indywidualnym T-Mobile.

– Start serwisu jest już bliski, nie nastąpi on w ciągu najbliższych dni, ale z pewnością prace nad nim nie potrwają już długo – deklaruje prezes Tellenbach. – Myślę, że wszelkie prognozy będą możliwe po kilku miesiącach działania serwisu, gdy będziemy już znali reakcję klientów. Moim zdaniem szybko osiągniemy finansowy sukces, ale zanim będzie można o tym mówić, musimy wystartować.

Wydatki Polaków – raport

Na odzież, obuwie i dodatki Polacy wydali ponad 2200 złotych – wynika z raportu „Polak ubrany 2014”. Ponad połowa tej kwoty, czyli 1300 zł, to wydatki na odzież, 700 zł respondenci wydają na obuwie, a 500 zł na artykuły sportowe.

Odzież, bielizna i obuwie najczęściej kupowana jest w centrach handlowych i monobrandowych sklepach sieciowych popularnych marek. Najczęściej kupuje tam odpowiednio 65 i 61 proc. respondentów. Z drugiej zaś strony, miejscami, gdzie najrzadziej dokonywane są zakupy tych kategorii, są działy w hipermarketach (8 proc. deklaracji), dyskonty i domy wysyłkowe (po 3 proc. deklaracji).

Najpopularniejsze miejsca zakupów odzieży i obuwia w internecie to aukcje (63 proc.), monobrandowe sklepy pojedynczych producentów (43 proc.) oraz sklepy oferujące różne marki (33 proc.). Jeśli chodzi o częstotliwość zakupów, to 80 proc. respondentów zadeklarowało, iż w ciągu ostatnich 12 miesięcy skorzystało z tego kanału dystrybucji przy zakupie odzieży, a przy zakupie obuwia – 58 proc.

Internet jest także najważniejszym źródłem informacji o modzie. 54 proc. respondentów wskazało na sieć, jako na miejsce, gdzie zagląda najczęściej szukając informacji o modzie. Kolejno inspiruje nas oglądanie wystaw sklepowych (47 proc.) oraz rozmowy ze znajomymi i podpatrywanie innych (43 proc.). Serwisy społecznościowe były dwa razy częściej wymieniane niż pozostałe źródła internetowe. Niemal połowa respondentów przyznaje się, iż czytuje blogi modowe. Blog Kasi Tusk, czyli najpopularniejszy blog modowy w polskim internecie, czyta 16 proc. z nich. Inne blogi wymieniane przez co najmniej 4 proc. respondentów czytujących to: Maffashion, Jessica Mercedes, Fashionelka, Alicepoint, Macademian girl i Maddinka.

W ramach raportu „Polak ubrany 2014” zbadano znajomość polskich projektantów mody. Pośród nich najlepiej rozpoznawalną marką cieszy się Ewa Minge (68 proc. wskazań), Paprocki & Brzozowski (54 proc.) oraz Maciej Zień (52 proc.).

W ramach raportu wykorzystano unikatową metodologię GfK ConX Experience Score oraz GfK CBR Consumer Brand Relationship do pomiaru jakości doświadczeń i wrażeń, jakie budują określone miejsca kontaktu konsumenta z wybranymi markami modowymi. Wyniki raportu wskazują, iż wśród marek odzieżowych najcenniejsze kontakty z konsumentami zbudowały marki H&M, Reserved i Zara, a uczyniły to głównie poprzez sklepy online i stacjonarne oraz strony internetowe marki i czasopisma.

Jeśli chodzi o marki sportowe najbardziej wartościowe kontakty zbudowała marka Nike poprzez internet (sklep online, stronę internetową marki oraz informacje w internecie). Wśród marek obuwniczych najcenniejsze kontakty mieli respondenci poprzez strony internetowe marek i sklepy online, a najbardziej doceniane były kontakty z markami CCC, Deichmann i Lasocki.

Czy w Polsce potrzebna jest elektrownia jądrowa?

85% energii elektrycznej w Polsce powstaje z węgla. Niestety, wydobycie surowca jest drogie, a jego wykorzystywanie nieekologiczne. Rząd planuje wybudować elektrownię jądrową. Pomysł ten nie wszystkim się podoba.

Energia atomowa to energia ekologiczna. Cechuje ją brak emisji dwutlenku węgla (CO2), pyłów (PM), dwutlenku siarki (SO2), tlenków azotu (NOX), metali ciężkich i innych zanieczyszczeń pyłowo-gazowych. Polska jest jednym z nielicznych krajów w Europie bez elektrowni atomowej. Program polskiej energetyki jądrowej ma to zmienić. „Dokument przewiduje 4 scenariusze. W podstawowym zakłada się, że energetyka jądrowa ma dostarczać 10% energii. Jest i taki, który mówi o 60%” – informuje Daria Kulczycka, dyrektor Departamentu Energii i Zmian Klimatu w Konfederacji Lewiatan. Przedsiębiorcy chcą mieć zapewnione dostawy prądu. W sytuacji, gdy ciągle słyszy się, że energii może zabraknąć albo będzie ona bardzo droga, trudno podejmować decyzje rozwojowe i strategiczne – mówi serwisowi infoWire.pl ekspertka. „Który z wariantów zostanie zrealizowany, nie wiemy, ale oczekujemy od rządu, że po namyśle i przeliczeniu kosztów instalacji podejmie decyzję o budowie elektrowni” – dodaje.

Według World Nuclear Industry Status Report budowa elektrowni jądrowych to inwestycja długotrwała i droga, również jeśli chodzi o produkcję energii. Jak zaznacza dr Andrzej Kassenberg z Instytutu na rzecz Ekorozwoju, świat idzie w kierunku energetyki odnawialnej. Inwestycje z nią związane tanieją o 7-9% rocznie. Sami produkujemy energię, jej nadwyżki oddajemy elektrowni, a jeśli zabraknie nam prądu, to pobieramy go z sieci – to jest model, który będzie funkcjonował w przyszłości. „Mamy ok. 200 tys. mikroinstalacji. Stworzenie korzystnych warunków dla obywateli spowodowałoby wzrost ich liczby do 2 mln. Ludzie mogliby mieć panele słoneczne, małe biogazownie i wiatraki, pompy ciepła albo układy hybrydowe. To wszystko przyczyniłoby się do powstania ok. 60 tys. miejsc pracy” – dodaje ekspert.

Program polskiej energetyki jądrowej zakłada, że do końca 2016 r. będzie ustalona lokalizacja elektrowni, a 2 lata później ma być gotowy projekt techniczny oraz – uzyskane niezbędne opinie i decyzje. Trzeci etap (lata 2019-2024) to czas na zdobycie pozwolenia na budowę pierwszej elektrowni jądrowej. Druga ma być gotowa w 2035 r. Obie mają dać 6 tys. MW mocy. Czy plany zostaną wcielone w życie, nie wiadomo. Być może stanie się tak jak z planami wykorzystania energii atomowej w Żarnowcu, gdzie elektrownia miała działać już w 1992 r.

Szkolnictwo wyższe coraz droższe, a studentów coraz mniej

Bankier.pl dotarł do informacji, z których wynika, że liczba studentów maleje, ale wydatki na szkolnictwo wyższe rosną. W roku akademickim 2013/2014 na polskich uczelniach studiowało 1 549 tys. studentów. To o 127 tys. mniej niż rok wcześniej. Równocześnie nakłady ze środków publicznych na szkolnictwo wyższe wzrosły o 800 mln zł do kwoty 13,3 mld zł względem 2012 roku.

– Wzrost wydatków wynika m.in. z podwyżek dla kadry akademickiej. Obecnie publiczne nakłady na szkolnictwo wyższe stanowią 0,68% PKB. Łączne nakłady na szkoły wyższe wynoszą 1,3% PKB, co i tak stawia nas na gorszej pozycji niż np. Czechy i Estonię. Pod względem wielkości wydatków jesteśmy europejskim średniakiem – co ciekawe, na szkolnictwo wyższe wydajemy mniej więcej tyle samo co na emerytury rolników i górników – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

W 2004 roku liczba studentów przekroczyła 1,9 mln osób. Wówczas wydatki na uczelnie wyższe z budżetu państwa wynosiły 8,8 mld zł, czyli blisko 1% PKB i 4,5% ogółu wydatków budżetowych. W 2013 roku wydatki na uczelnie wyższe to 13,3 mld zł, czyli 0,68% PKB i blisko 4% wydatków z budżetu. Oznacza to, że od lat sytuacja finansowania uczelni publicznych raczej pozostaje niezmienna – zmienia się jedynie stosunek wydatków w przeliczeniu na jednego studenta.

Szewc bez butów chodzi

W 2013 roku przychody w sumie wyniosły 21,3 mld zł – z tego wyższe szkoły publiczne osiągnęły  je na poziomie 18,5 mld zł, z wynikiem finansowym netto  – 418 mln zł. Co interesujące, ujemny wynik finansowy netto odnotowały tylko szkoły ekonomiczne (minus 2,8 mln zł) i szkoły pedagogiczne (minus 7,9 mln zł). Najlepiej radziły sobie szkoły techniczne (wynik 154 mln zł) i szkoły medyczne (wynik 63 mln zł).

– Na szkolnictwo wyższe wydajemy bardzo dużo i wiele wskazuje na to, że pomimo zmniejszenia liczby studentów raczej będziemy wydawać coraz więcej. Otwarte pozostaje pytanie, ile z tego wydajemy tylko na produkcję dyplomów, a ile na rzeczywiste wykształcenie? – dodaje Piechowiak.

Powstała „Biała Księga Arbitrażu”

0

Usunięcie wymogu zdatności ugodowej jako przesłanki zdatności arbitrażowej sporów majątkowych, zastąpienie obowiązku przedstawienia uwierzytelnionego przekładu wyroku arbitrażowego na język polski, regułą zgodnie z którą wystarczające będzie załączenie prywatnego tłumaczenia wyroku – to tylko niektóre z 17 propozycji zmian legislacyjnych zawarte w „Białej Księdze Arbitrażu”, przygotowanej pod egidą Sądu Arbitrażowego Lewiatan.

Propozycje zmian w przepisach dotyczą również innych zagadnień, takich jak rozszerzenie jurysdykcji krajowej sądów polskich w sprawach w zakresu sądownictwa polubownego, zdolności arbitrażowej sporów z udziałem konsumentów, zdolności do pełnienia funkcji arbitra, uregulowanie istotnych elementów relacji pomiędzy arbitrem a stronami sporu, liberalizacji wymogów formalnych w postępowaniu z wniosku o uznanie lub stwierdzenie wykonalności wyroku arbitrażowego, czy zmiany art. 1161 § 3 zd. 2 k.p.c. w kierunku przyjęcia reguły, zgodnie z którą strony związane są regulaminem stałego sądu polubownego w dacie wszczęcia postępowania.

Prace nad przygotowaniem zmian do polskiego prawa arbitrażowego rozpoczęły się wiosną 2013 roku w ramach „Programu Konkurencyjność Arbitrażu” finansowanego ze środków UE. W skład zespołu badawczego pod kierunkiem dr Beaty Gessel-Kalinowskiej vel Kalisz. weszli: dr. hab. Łukasz Błaszczak, dr hab. Rafał Sikorski, dr Maciej Zachariasiewicz, dr Karol Zawiślak, dr hab. Grzegorz Żmij. Prace zostały podzielone na trzy etapy. Pierwszy obejmował analizę obecnego stanu prawnego, której wynik ukazał się w formie publikacji „Diagnoza Arbitrażu. Funkcjonowanie prawa o arbitrażu i kierunki postulowanych zmian”. W drugim etapie uwagi de lege ferenda, zgłoszone w Diagnozie poddane zostały debacie ogólnej, jaka miała miejsce w ramach konferencji „Diagnoza Arbitrażu: Funkcjonowanie prawa o arbitrażu i kierunki postulowanych zmian”, która odbyła się na Zamku Królewskim w Warszawie. Równolegle wszystkie te zagadnienia zostały przedstawione szerokiemu gronu odbiorców w formie ankiety opublikowanej na stronie internetowej Sądu Arbitrażowego Lewiatan oraz rozdystrybuowanej wśród uczestników konferencji.

Analizy i dyskusje posłużyły Zespołowi Diagnozy do opracowania „Białej Księgi Arbitrażu”, która ma za zadanie podsumowanie zgłaszanych w doktrynie i praktyce propozycji zmiany ustawy Kodeks postępowania cywilnego oraz przedłożenie jednej spójnej propozycji zmiany legislacyjnej.

„Biała Księga Arbitrażu” zostanie 20 listopada br. przekazana na ręce wiceministra gospodarki Mariusza Haładyja oraz wiceministra sprawiedliwości Wojciech Węgrzyna.

Konfederacja Lewiatan

Biznes popiera ideę „nowego otwarcia” w dialogu społecznym w UE

Musimy wspólnie robić wszystko, by ponownie przekierować Europę na ścieżkę wzrostu. Nie potrzebujemy nostalgicznych porównań do lat 90., ale koncentracji na głównym wyzwaniu, przed jakim dziś stoimy – reformowaniu Europy. Tylko dzięki temu możemy doprowadzić do wzrostu gospodarczego i powstania nowych miejsc pracy na kontynencie. Musimy przekształcić dialog społeczny w partnerstwo na rzecz reform – powiedział Markus Beyrer, dyrektor generalny BUSINESSEUROPE, największej organizacji pracodawców w UE, do której należy Konfederacja Lewiatan.

To komentarz po spotkaniu europejskich partnerów społecznych z wiceprezydentem Komisji Europejskiej Valdisem Dombrovskisem i komisarz Marianne Thyssen odpowiedzialnej za zatrudnienie, sprawy społeczne, umiejętności i mobilność pracowników o potrzebie odnowienia europejskiego dialogu społecznego.

– Środowiska biznesowe w Brukseli głośno mówią o tym, że dziś Europa jest na rozdrożu. Kolejne pięć lat zadecyduje o naszej gospodarczej i politycznej roli w świecie. Dlatego nie ma czasu na zwlekanie z odważnymi reformami, a tych nie da się przeprowadzić bez współpracy władz UE z partnerami społecznymi. Cieszę się, że komisarz Bieńkowska na spotkaniu z Konfederacją Lewiatan i BUSINESSEUROPE 6 listopada zadeklarowała, że stały kontakt z przedstawicielami firm uważa za kluczowy w swej pracy – mówi dr Anna Kwiatkiewicz, dyrektor Biura Lewiatana w Brukseli.

Zatrudnienie w październiku rosło 7. miesiąc z rzędu. Liczba pracujących w przedsiębiorstwach powinna przekroczyć 5,54 mln

CEO Magazyn Polska

Zatrudnienie w Polsce rośnie niemal nieprzerwanie od początku roku (z wyjątkiem kwietnia) i choć nie są to skokowe wzrosty, to liczba osób pracujących w przedsiębiorstwach powoli zbliża się do 5,55 mln. Rosną także średnie wynagrodzenia, a że ceny spadają, konsumenci mają coraz więcej pieniędzy w kieszeniach. Zdaniem Rafała Beneckiego z ING Banku Śląskiego deflacja rok do roku utrzyma się nawet do lutego przyszłego roku.

–  Spodziewamy się stosunkowo stabilnej dynamiki zatrudnienia na poziomie 0,8 proc. rok do roku i nieco niższego niż 4 proc. wzrostu płac – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Rafał Benecki, główny ekonomista ING Bank Śląski. – To takie dane, które pokazują, że rynek pracy ustabilizował się po bardziej dynamicznej poprawie na przełomie 2013 i 2014 roku. Ta stabilizacja może jeszcze trochę potrwać. Te warunki oznaczają, że inflacja w Polsce, nawet jak odbije, to nadal będzie bardzo niska.

Według szacunków resortu pracy w październiku stopa bezrobocia wyniosła 11,3 proc i była o 0,2 proc. niższa niż miesiąc wcześniej oraz o 1,7 proc. niższa niż w październiku 2013 roku. We wrześniu – jak podaje GUS – zatrudnienie było 0,8 proc. wyższe niż przed rokiem. W październiku można oczekiwać podobnych rezultatów. To oznacza, że liczba zatrudnionych w przedsiębiorstwach wyniosła 5,544 mln osób. Z kolei średnie wynagrodzenie zdaniem ekonomistów wzrosło do 3960,7 zł brutto. Prognozy ING BSK zakładają jeszcze nieco wyższy wzrost – do 3980 zł.

To oznacza, że rośnie siła nabywcza konsumentów, zwłaszcza w zderzeniu ze spadkiem cen, który występuje w Polsce od lipca. Choć wcześniej ekonomiści spodziewali się, że od listopada ceny zaczną jednak rosnąć, to zdaniem Rafała Beneckiego deflacja w ujęciu rocznym może potrwać nawet do lutego przyszłego roku. Potwierdza to ubiegłotygodniowy odczyt, zgodnie z którym w październiku ceny spadły o 0,6 proc., a więc dwa razy mocniej niż w sierpniu i we wrześniu.

Ostatnie dane pokazały, że efekt embarga rosyjskiego na eksport żywności z Polski, pojawia się z dużym opóźnieniem – ocenia Rafał Benecki. Pierwotnie był on niezbyt widoczny, natomiast w październiku pojawił się w trzech kategoriach: na cenach owoców i warzyw, cenach nabiału oraz cenach mięsa. Możliwe, że duże sklepy przez jakiś czas stabilizowały ceny pomimo spadku cen hurtowych, natomiast ta tendencja się zmieniła.

W ocenie analityka pierwszego miesiąca z inflacją możemy oczekiwać dopiero w lutym lub marcu przyszłego roku.

Moim zdaniem ta presja niskich cen hurtowych zaczyna się ujawniać dopiero teraz – podkreśla główny ekonomista ING Bank Śląski. Co może oznaczać dłuższy okres niskich cen żywności, co razem ze stosunkowo niską inflacją bazową może przedłużyć okres ujemnej inflacji mniej więcej do połowy pierwszego kwartału przyszłego roku.

Polska gospodarka rozwijać się ma w tym roku według różnych szacunków w tempie 3-3,2 proc. W przyszłym roku prognozy są nieco ostrożniejsze, choć większość instytucji wieszczy wzrost PKB przynajmniej o 3 proc.

Wzrost gospodarczy w przyszłym roku w najlepszym wypadku w niektórych kwartałach może wynieść może 3,5 proc. rok do roku, może nieco więcej, nie przekraczając jednak 4 proc. – uważa Rafał Benecki. W poprzednich cyklach koniunkturalnych w najlepszym momencie wzrost gospodarczy wynosił około 5-6 proc. To oznacza, że wpływ koniunktury gospodarczej na rynek pracy jest mniej pozytywny niż to się działo w przeszłości, w związku z czym tempo wzrostu płac i zatrudnienia jest również odpowiednio niższe.

KGHM: Dzięki nowym licencjom życie kopalni wydłuży się o 40 lat. Problemem trudne warunki wydobycia

CEO Magazyn Polska

KGHM Polska Miedź koncentruje się na poszukiwaniu i dokumentacji nowych złóż w Polsce. Uzyskane ostatnio licencje wydłużą życie kopalni o kolejne 30-40 lat. Żeby wydobywać, musimy jednak schodzić coraz głębiej, co zwiększa koszty i powoduje większe utrudnienia w pracy górników. Zmniejsza się też zawartość miedzi i srebra w rudzie. Spółka inwestuje więc w nowe technologie przerobu, by – zgodnie z planem na przyszły rok – utrzymać zawartość na poziomie z tego roku.

W ostatnim okresie udało nam się uzyskać kolejne licencje na eksploatacje w rejonie naszych obecnych zakładów górniczych, co wydłuży życie kopalń o kolejne 30-40 lat – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jarosław Romanowski, pierwszy wiceprezes zarządu KGHM Polska Miedź SA. – Wyzwaniem są dla nas pogarszające się warunki geologiczno-górnicze.

Wydobycie na coraz głębszych poziomach wymaga coraz lepszych i bardziej skomplikowanych technologii, np. klimatyzacji odpowiedniej dla wyższych temperatur. Oznacza to również wyższe koszty wydobycia, np. związane z wywozem rudy na powierzchnię.

Pracujemy nad udoskonaleniem naszej technologii wydobywczej. Niektóre z projektów, jak m.in. urabianie złoża kombajnem, będą na tyle przełomowe, że pozwolą na utrzymanie dyscypliny kosztowej i eksploatację trudnych złóż w kolejnych okresach – mówi Romanowski.

Nowe technologie pozwolą m.in. na odzyskiwanie większej ilości miedzi podczas przerobu. Coraz mniejsza zawartość metali w rudzie to problem całego światowego górnictwa.

Przerabiamy coraz trudniejsze złoża o mniejszej zawartości metalu – precyzuje Romanowski. – Wymaga to coraz lepszych technologii przerobu. Nasz Zakład Wzbogacania Rud odnotowuje sukcesywną poprawę uzysków, z czego jesteśmy bardzo dumni. Mamy ambitny plan, by w przyszłym roku utrzymać zawartość miedzi i srebra w rudzie na tegorocznym poziomie.

Prace za granicą zgodnie z planem

1 października br. nastąpiło uroczyste otwarcie projektu Sierra Gorda, odkrywkowej kopalnia miedzi, złota i molibdenu na pustyni Atacama w regionie Antofagasta, największym zagłębiu miedzi w Chile. Pierwsza dostawa koncentratu została już wysłana do japońskiej huty Toyo Smelter & Refinery).

Kolejne dostawy są realizowane, wszystko przebiega zgodnie z planem – twierdzi Jarosław Romanowski. – Myślę, że w przyszłym roku uda nam się wyprodukować 110 tys. ton miedzi w koncentracie i 50 mln funtów molibdenu. Produkcja komercyjna zdefiniowana w umowie joint venture powinna być odnotowana w pierwszej połowie 2015 roku.

Zgodnie z planem toczą się również prace konstrukcyjne i budowlane w ramach innej inwestycji zagranicznej KGHM – kopalni głębinowej Victoria w kanadyjskim Ontario.

Dzięki dużej zawartości niklu i metali szlachetnych produkcja miedzi charakteryzuje się tam ujemnym kosztem. Myślimy, że po okresie trzech lat będziemy mieli możliwość rozpoczęcia produkcji również w tej kopalni – podkreśla Romanowski.

KGHM Polska Miedź SA jest największym producentem srebra i ósmym producentem miedzi na świecie, posiadającym dostęp do czwartych pod względem wielkości zasobów. Spółka ma szerokie portfolio projektów eksploracyjnych, rozwojowych i produkcyjnych w Polsce, Niemczech, Chile, Kanadzie i Stanach Zjednoczonych.

Skarbiec Holding zadebiutował na giełdzie. Chce rosnąć szybciej niż rynek funduszy inwestycyjnych

Skarbiec Holding zapowiada wzrost w tempie wyższym niż tempo rozwoju rynku funduszy inwestycyjnych. W ofercie publicznej zostało sprzedane 1,36 mln akcji, co odpowiada ok. 21 proc. udziału w kapitale spółki. Choć kurs już na debiucie wzrósł o ponad 4 proc., dla inwestorów to szansa przede wszystkim na średnio- i długoterminowy zysk.

Jesteśmy bardzo zadowoleni zarówno z debiutu, jak i z zainteresowania naszą ofertą. Mieliśmy dużą nadsubskrypcję inwestorów detalicznych. Spore zainteresowanie ofertą mieliśmy także ze strony inwestorów instytucjonalnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Marek Rybiec, prezes zarządu Skarbiec Holding SA. ‒ Liczymy na to, że spółka będzie rozwijać się dużo szybciej niż sam rynek funduszy inwestycyjnych, który w ostatnich latach rósł w tempie 15 proc. średniorocznie.

Skarbiec Holding SA początkowo planował sprzedać niemal 3,2 mln akcji stanowiących 46,3 proc. kapitału spółki. Ostatecznie przydzielonych zostało 1,4 mln akcji, stanowiących ok. 21 proc. kapitału. Cena jednej akcji wyniosła 32,5 zł. Akcje sprzedawał większościowy udziałowiec spółki, zarejestrowany na Cyprze Skarbiec Holding Limited (przed ofertą miał 94,6 proc. akcji).

Po debiucie kurs akcji Skarbca wzrósł o 4,25 proc., a na zamknięciu sesji – o 1,72 proc. Były to wyniki lepsze od całego rynku, bo indeks WIG zyskał wczoraj przez cały dzień 0,51 proc.

‒ To jest inwestycja średnio- i długoterminowa związana z polskim rynkiem kapitałowym – podkreśla Rybiec. ‒ Spółka jest doskonale zrównoważona, jeżeli chodzi o  produkty i sposób zarządzania. Jest to spółka typowo dywidendowa, zgodnie z deklaracją w prospekcie będziemy rekomendować wypłatę od 75 proc. do 100 proc. zysku w formie dywidendy.

Rybiec podkreśla, że ponieważ inwestorom sprzedane zostało tylko ok. 20 proc. udziałów w spółce, daje to szansę na przyszłe oferty. Decyzja w tej sprawie należy jednak, jak podkreśla prezes spółki, do właściciela większościowego, czyli Skarbiec Holding Limited. Ta spółka z kolei należy do Polish Enterprise Fund V L.P., funduszu Enterprise Investors. Pozostałymi akcjonariuszami spółki są menadżerowie oraz kluczowi pracownicy. Zmniejszenie zaangażowania tego funduszu będzie możliwe, ale nie nastąpi wcześniej niż za rok, bo tyle trwa lock-up, czyli zobowiązanie akcjonariuszy do niesprzedawania posiadanych przez nich udziałów.

M. Witucki (Orange Polska): rozwój LTE jest bardzo ważny, ale to rozbudowa światłowodów przyciągnie inwestorów do regionów

Do 24 listopada firmy mogą składać do UKE oferty wstępne w ramach aukcji na częstotliwości 800 oraz 2600 MHz. Ich sprzedaż budzi dużo emocji wśród największych graczy na rynku, bo częstotliwości z pasma 800 MHz są szczególnie ważne dla rozwoju technologii LTE, czyli szybkiego mobilnego internetu. Jednak zdaniem Macieja Wituckiego dla rozwoju sieci i biznesu w Polsce wciąż kluczowa będzie jednak rozbudowa światłowodów.

Aby rozwinąć e-sklep czy zainstalować fabrykę połączoną z centralą szybkim internetem, nie będziemy korzystać z LTE, ale ze światłowodów, które będą się rozwijały równolegle – przekonuje Maciej Witucki, przewodniczący Rady Nadzorczej Orange Polska. – Internet bezprzewodowy to jest oczywiście ogromny postęp dla użytkowników indywidualnych. Ich smartfony będą działały trochę szybciej. Ale przypomnę, że LTE to znaczy Long Term Evolution, a nie Revolution. Czyli jest to trochę szybszy internet niż technologia 3G, którą mieliśmy dotychczas.

Na początku października br. Urząd Komunikacji Elektronicznej po raz drugi ogłosił aukcję na częstotliwości umożliwiające rozwój LTE. Do wylicytowania będzie pięć rezerwacji częstotliwości z pasma 800 MHz, szczególnie ważne ze względu na możliwość zapewnienia usług dostępu do szybkiego internetu oraz 14 rezerwacji w paśmie 2600 MHz.

W nowych warunkach aukcji znalazły się poważne wymagania inwestycyjne. Zwycięzcy aukcji będą mieli 24 miesiące na przeprowadzenie inwestycji w gminach, gdzie obecnie zasięg oferującej transmisję danych sieci wynosi poniżej 80 proc. W ciągu dwóch lat pokrycie będzie musiało wzrosnąć do 83-89 proc. Zgodnie z danymi UKE takich gmin jest w Polsce ponad 1200, a mieszka w nich przeszło 9 mln osób.

Aukcja wiąże się zatem z ogromnymi pieniędzmi i koniecznością dużych inwestycji ze strony operatorów – tłumaczy Maciej Witucki. – Myślę, że dlatego budzi ona tak ogromne emocje i generuje tak wiele medialnych newsów czy deklaracji. Są one jednak bardziej proporcjonalne do skali inwestycji niż realnego postępu technologicznego.

Jak podkreśla, dla realizacji założeń Europejskiej Agendy Cyfrowej kluczowe będą łącza stacjonarne.

Żeby te magiczne 30 megabitów było stabilne i rzeczywiście dostępne, potrzebujemy łącza stacjonarnego: cyfrowej telewizji kablowej albo światłowodowego – zauważa Maciej Witucki. – Dzięki aukcji na pewno zostanie rozwiązany problem dostępności częstotliwości, które będą służyły poprawie jakości usług dla klienta końcowego. Ale rewolucją są jednak światłowody i cyfrowe łącza stacjonarne.

Agenda cyfrowa zakłada, że do 2020 roku każde gospodarstwo domowe w Polsce ma mieć zapewniony dostęp do szerokopasmowego internetu, o prędkości co najmniej 30 Mbps, a co najmniej połowa do szybkiego łącza – 100 Mbps.

Już dzisiaj postęp jest bardzo duży. Jeżdżąc po Polsce, podróżując po miejscach niezbyt gęsto zaludnionych, widzę, że można sprawdzać pocztę i wiadomości nawet w najgłębszych lasach i najdalszych górach. Kolejnym krokiem będzie bardzo szybki internet na łączach stacjonarnych. Miejmy nadzieję, że trafi on do jak największej liczby Polaków. Bo tylko taki daje dostęp do sieci na miarę XXI wieku – podkreśla przewodniczący Rady Nadzorczej Orange.

Lotnisko w Modlinie: Zyski dopiero za 3-4 lata. W tym roku ok. 1,7 mln pasażerów

CEO Magazyn Polska

Lotnisko w Modlinie obsłuży w tym roku ok. 1,7 mln pasażerów, a za rok celuje w 2,5 mln podróżnych. Pomimo dynamicznego rozwoju i wzrostu liczby połączeń zysk netto uda się osiągnąć dopiero w 2017-2018 r. Od listopada w Modlinie odbywa się 276 regularnych lotów tygodniowo.

Ten rok jest dla nas bardzo dobry. Myślę, że zakończymy go z 1,7 mln obsłużonych pasażerów. Na przyszły rok szacujemy 2,5 mln – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marcin Danił, wiceprezes Mazowieckiego Portu Lotniczego Warszawa-Modlin. ‒ To wynika z nowych kierunków, zwiększenia częstotliwości w naszej siatce połączeń, bardzo szybkiego rozwoju połączeń i liczby chętnych, by latać tanio z lotniska w Modlinie.

Od początku tego roku do końca października lotnisko w Modlinie obsłużyło już 1,37 mln pasażerów. Wyników nie można odnieść do 2013 r., bo z uwagi na awarię pasa startowego w okresie od stycznia do końca września port lotniczy nie obsługiwał ruchu regularnego. W październikowa liczba pasażerów (ponad 165 tys.) wzrosła jednak o 26,4 proc. rok do roku. Przybyło także podróżnych w ujęciu miesiąc do miesiąca – w październiku było ich o 11,5 proc. więcej niż we wrześniu br.

W Modlinie obecny jest tylko jeden przewoźnik – irlandzki Ryanair. Linia oferuje w sezonie zimowych 25 kierunków z tego lotniska, w tym dwa krajowe – Gdańsk i Wrocław.

Większa liczba lotów przekłada się na coraz lepsze wyniki finansowe Modlina. W ubiegłym roku port lotniczy zanotował stratę netto w wysokości 45,5 mln zł. Zgodnie z tabelą opłat lotniskowych portu Ryanair – z uwagi na to, że jest nowym i dużym przewoźnikiem – może liczyć na nawet ponad 50-proc. zniżki od opłat za lądowanie i każdego pasażera, który wylatuje z Modlina.

Wynik finansowy będzie oczywiście coraz lepszy. Myślę, że przyszły rok to jeszcze nie będzie poziom zysku netto, ale już lata 2017-2018 przy tym tempie wzrostu na pewno przyniosą zyski – zapowiada Danił. Podkreśla: ‒ Port lotniczy to są wysokie koszty stałe związane z utrzymaniem wszystkich służb porządkowych, służb bezpieczeństwa, ochrony.

Danił dodaje, że z tego powodu sukces finansowy mogą odnieść jedynie te lotniska, które znajdują się w pobliżu dużych aglomeracji. Inne, czyli te, które mają problem z osiągnięciem poziomu ruchu w granicach co najmniej 1 miliona pasażerów rocznie, mogą mieć problem z zyskownością.

Pracodawca oferuje Ci benefity? Możesz na nich oszczędzić nawet kilkaset złotych miesięcznie

Jak pokazują dane serwisu zarobki.pracuj.pl, już ponad połowa pracowników w Polsce otrzymuje benefity. Dzięki nim możemy nie tylko rozwijać swoje kompetencje, ale także zaoszczędzić cenny czas i pieniądze. Suma oszczędności, w przypadku hojnego pracodawcy, może wynieść nawet powyżej kilkuset złotych miesięcznie.

 Cenne zdrowie

Według danych z serwisu zarobki.pracuj.pl do najczęściej otrzymywanych benefitów należy prywatna opieka medyczna, którą otrzymuje 28% pracujących. Dzięki temu benefitowi mogą oni oszczędzić miedzy 100 a 300 zł miesięcznie, w zależności od usług, jakie wchodzą w zakres umowy podpisanej z prywatnym centrum medycznym. Prywatna opieka medyczna to również najbardziej pożądany przez pracowników benefit. Według raportu Pracuj.pl „Podwyżka bez tabu: benefity po polsku” 42% Polaków wskazało prywatną opiekę medyczną jako jeden z trzech kluczowych dla nich pozapłacowych dodatków.

Ze zdrowiem związane są również karnety sportowo-rekreacyjne, które – jak wynika z analiz serwisu zarobki.pracuj.pl – otrzymuje 16% pracujących. Tego typu benefit to z kolei oszczędność rzędu około 200złotych miesięcznie. Dodatkowym atutem jest możliwość korzystania z wielu placówek sportowych, z którymi współpracuje firma oferująca takie usługi.

Służbowe, ale również do celów prywatnych

Służbowy telefon do celów prywatnych otrzymuje 18% pracujących Polaków. Koszt przeciętnego abonamentu bez ograniczeń to kwota około 50 – 100 złotych miesięcznie. Z kolei samochód do celów prywatnych, który otrzymuje prawie 8% pracujących, to oszczędność rzędu nawet 1000 zł miesięcznie. Co zaskakujące, w preferencjach pracowników, według raportu Pracuj.pl „Podwyżka bez tabu: benefity po polsku”, ten benefit znalazł się dopiero na szóstym miejscu. Poprzedzają go takie benefity jak prywatna opieka medyczna, ubezpieczenie na życie, świadczenia socjalne, programy emerytalne, bony towarowe/ żywieniowe.

 Nie tylko pensja

Negocjując wynagrodzenie warto wziąć więc po uwagę, jakie benefity oferuje pracodawca. Serwis zarobki.pracuj.pl pozwala nam sprawdzić nie tylko ile zarabiają przeciętnie osoby na podobnych stanowiskach jak nasze, ale również na jakie benefity możemy liczyć.

Raport Pracuj.pl: „Podwyżka bez tabu: benefity po polsku” został opracowany na podstawie badań przeprowadzonych przez TNS na zlecenie Pracuj.pl w dniach 10-15 września 2014 r. na reprezentatywnej grupie pracujących Polaków (n=1000) oraz uzupełniony o dane z serwisu zarobki.pracuj.pl

Secus AM: OFE pozostaną ważnym inwestorem na polskiej giełdzie. Mają więcej środków niż oczekiwano

CEO Magazyn Polska

Otwarte Fundusze Emerytalne pozostaną istotnym graczem na polskiej giełdzie. Liczba Polaków, którzy zdecydowali się pozostawić swe emerytalne oszczędności w zarządzie OFE, okazała się większa, niż przewidywali to analitycy, a roczne przepływy netto szacowane są na 1,4 mld zł. 

Ostateczne dane dotyczące liczby ubezpieczonych ludzi, którzy zdecydowali się pozostać w OFE, były dużym pozytywnym zaskoczeniem dla rynku, dlatego że jeszcze miesiąc przed końcem tego okresu szacowano, że to może być dużo mniej – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jacek Rzeźniczek, dyrektor Departamentu Zarządzania Portfelami Secus Asset Management.

Według Głównego Urzędu Statystycznego 16,7 proc. ubezpieczonych zdecydowało, że chce, by część ich składek trafiła w ręce OFE. Spora liczba ubezpieczonych, która pozostała w OFE, to większe niż oczekiwano wpływy z emerytalnych składek. OFE dostaną również pieniądze z tytułu dywidend i odsetek.

Szacuje się obecnie, że w przyszłym roku netto przypływy do OFE wyniosą około 1,4 mld zł, co dawałoby kwotę około 170 mln złotych miesięcznie – ocenia dyrektor Departamentu Zarządzania Portfelami Secus Asset Management. Z tego punktu widzenia trudno spodziewać się tutaj negatywnych czynników, jeżeli chodzi o liczbę uczestników, która pozostała.

Na koniec października aktywa wszystkich polskich OFE Analizy Online oceniały na 157 mld zł. Trzeba jednak pamiętać o tym, że jedynie część pieniędzy, jakimi obracają Otwarte Fundusze Emerytalne, trafia na warszawską giełdę. Można oczekiwać, że portfele OFE będą ewoluowały w kierunku struktur zrównoważonych.

Jeżeli udział aktywów ryzykownych, czyli aktywów agresywnych, w portfelach OFE przekracza 80 proc., to mając na uwadze, że zarządzający prawdopodobnie będą przesuwać się w kierunku portfeli zrównoważonych, trzeba się będzie liczyć z tym, że nowe środki pojawiające się w OFE nie będą trafiały na rynek akcji albo wręcz będą z niego odpływać – twierdzi Jacek Rzeźniczek.

Kolejnym czynnikiem, który może spowodować mniejsze zaangażowanie naszych funduszy emerytalnych w polską giełdę, jest poszukiwanie nowych inwestycji. Od początku przyszłego roku OFE będą mogły zwiększać udział aktywów zagranicznych w swoich portfelach.

Obecnie ten limit jest na poziomie 10 proc. – zwraca uwagę Jacek Rzeźniczek z Secus Asset Management. – Od przyszłego roku wzrośnie do 20 proc. i nie wiadomo, w którym kierunku pójdą zarządzający. Ryzyko, że część aktywów przepłynie za granicę oczywiście jest i to zresztą potwierdziły ostatnie miesiące, kiedy OFE rzeczywiście decydowały się wychodzić za granicę w celu dywersyfikacji portfela.

Mimo nowych możliwości inwestycyjnych dyrektor Departamentu Zarządzania Portfelami Secus Asset Management nie widzi jednak zagrożenia, że OFE ograniczą swą obecność na polskim parkiecie. W każdym razie w jego ocenie nie wydarzy się to w najbliższym czasie.

To jednak będzie proces długotrwały i obecnie wydaje się, że nie będzie on miał jakiegoś bardzo negatywnego znaczenia, dlatego że OFE, oprócz akcji, nie mają wielkiej alternatywy w zakresie przesuwania środków – podkreśla Jacek Rzeźniczek.