Pekao SA może przejąć kontrolę nad Spółdzielczą Kasą Oszczędnościowo-Kredytową im. Mikołaja Kopernika w Ornontowicach – uznał Prezes UOKiK. Transakcja związana jest z przetargiem KNF na restrukturyzację tej kasy. To kolejny bank, który uzyskał zgodę Urzędu
Uczestnicy koncentracji działają na rynku usług finansowych. Bank Pekao SA należy go grupy finansowej UniCredit. Prowadzi działalność bankową w zakresie obsługi klientów indywidualnych i instytucjonalnych. Spółdzielcza Kasa Oszczędnościowo-Kredytową im. Mikołaja Kopernika w Ornontowicach świadczy usługi za w województwach: dolnośląskim, łódzkim, małopolskim, opolskim, śląskim i świętokrzyskim.
Koncentracja związana jest z restrukturyzacją SKOK im. Kopernika i przetargiem ogłoszonym przez Komisję Nadzoru Finansowego. Ma on wyłonić bank, który przejmie kontrolę nad kasą. Jednym z oferentów jest Pekao SA, wcześniej zgodę UOKiK otrzymał inny bank – PKO BP. Ostateczny wybór podmiotu, który przeprowadzi restrukturyzację należeć będzie do KNF.
W trakcie postępowania Urząd uwzględnił sytuację na polskim rynku depozytów i kredytów dla gospodarstw domowych oraz bancassurance. Analiza wykazała, że transakcja nie doprowadzi do ograniczenia konkurencji, a wzrost udziału banku w rynku będzie nieznaczny. Koncentracja nie będzie miała również negatywnego wpływu na konsumentów.
Zgodnie z przepisami transakcja podlega zgłoszeniu do urzędu antymonopolowego, jeżeli biorą w niej udział przedsiębiorcy, których łączny obrót w roku poprzedzającym przekroczył 1 mld euro na świecie lub 50 mln euro w Polsce.
Decyzje wyrażające zgodę na dokonanie koncentracji wygasają, jeżeli połączenie nie zostanie dokonane w terminie 2 lat od ich wydania. Na stronie internetowej Urzędu zamieszczane są informacje na temat wszystkich prowadzonych przez Urząd postępowań antymonopolowych w sprawach koncentracji. Więcej informacji o zasadach łączenia przedsiębiorców w przygotowanym specjalnie opracowaniu.
Chociaż maksymalne nominalne oprocentowanie pożyczek wynosi obecnie 12 procent, to wiele firm pożyczkowych oferuje produkty, których rzeczywista roczna stopa oprocentowania może przekraczać tysiące procent. Dlatego też nierozważne podpisanie umowy o „szybką i łatwą pożyczkę” może prowadzić do utraty dorobku całego życia i rodzinnych dramatów. UOKiK dołącza do wspólnej akcji 7 instytucji
W związku z tym rozpoczynamy kolejną część akcji społecznej „Nie daj się nabrać. Sprawdź, zanim podpiszesz!”, współorganizowanej przez siedem instytucji publicznych: Bankowy Fundusz Gwarancyjny, Komisję Nadzoru Finansowego, Ministerstwo Finansów, Ministerstwo Sprawiedliwości, Narodowy Bank Polski, Policję oraz Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
Bohaterem kampanii jest pani Krystyna, która przed świętami zdecydowała się na zaciągnięcie pożyczki w wysokości czterech tysięcy złotych. Na stronie internetowej kampanii www.zanim-podpiszesz.pl można śledzić, jak każdego dnia rośnie jej dług,
a wraz z nim stres i frustracja.
Za pomocą witryny kampanii można zapoznać się z podstawowymi informacjami na temat bezpieczeństwa na rynku finansowym, poznać cztery zasady bezpiecznych pożyczek, użyć kalkulatorów finansowych, dowiedzieć się, jak niebezpieczne kruczki prawne stosowane są w umowach, oraz uzyskać dostęp do podstawowych aktów prawnych.
W czasie kampanii, w mediach będących partnerami społecznymi akcji, zostaną wyemitowane spoty informacyjne tłumaczone na język migowy oraz opatrzone wyraźnymi napisami.
Warto pamiętać, że polskie prawo ogranicza oprocentowanie pożyczek i kredytów do czterokrotności wysokości stopy kredytu lombardowego Narodowego Banku Polskiego. Obecnie stopa kredytu lombardowego to 3 proc., a maksymalne odsetki wynoszą 12% proc.
Z kontroli przeprowadzonej w 2013 roku przez UOKiK wynika m.in., że dla części firm pożyczkowych głównym źródłem przychodów nie były odsetki od udzielonych pożyczek, ale różnego rodzaju prowizje i opłaty ponoszone przez konsumentów, które niekiedy nie były zwracane nawet w sytuacji odmowy udzielenia pożyczki.
Podmioty świadczące usługi pośrednictwa kredytowego oraz firmy pożyczkowe nie są w Polsce objęte nadzorem KNF i nie muszą mieć licencji, aby prowadzić działalność. Nie istnieje ponadto wymóg ich rejestracji, stąd trudno precyzyjnie określić ich liczbę.
Szacunki Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych, skupiającej tylko część firm pożyczkowych, wskazują że firmy te udzieliły w 2013 roku kredytów konsumenckich
i pożyczek o wartości 2,7 miliarda zł, a wartość ich należności z tego tytułu wyniosła na koniec roku 3,1 miliarda zł.
Firmy pożyczkowe specjalizowały się w udzielaniu pożyczek na niskie kwoty i na krótkie terminy, tj. zajęły niszę produktową, którą banki przez wiele lat nie były zainteresowane. Średnia wartość pożyczki udzielonej przez firmy pożyczkowe w 2013 roku wynosiła około 1 300 zł, a w przypadku podmiotów sprzedających pożyczki wyłącznie przez Internet – około 600 zł.
Wszystkich zainteresowanych zapraszamy do współpracy przy kampanii społecznej „Nie daj się nabrać. Sprawdź, zanim podpiszesz!”.
Akcję wspierają Telewizja Polska oraz Polskie Radio.
W najbliższym czasie e-booki mogą zagospodarować nawet 10-15 proc. rynku książki. Rozwijać będą się nowe modele udostępniania treści, takie jak wirtualne wypożyczalnie czy abonamenty. Autorzy coraz częściej publikować będą za własne pieniądze (tzw. self-publishing), biorąc na siebie ryzyko braku zainteresowania ze strony rynku, ale nie narażając się na odrzucenie rękopisu przez wydawcę. W razie powodzenia wydawnictwa będą proponowały im stałą współpracę.
– Przyszłość rynku e-booków niewątpliwie rysuje się w bardzo optymistycznych barwach – uważa Robert Rybski, prezes zarządu spółki Virtualo, dystrybutora publikacji cyfrowych. – Ten segment rośnie bardzo dynamicznie. Prawdopodobnie na przestrzeni najbliższych lat osiągnie poziom 10-15 proc. całego rynku książki.
Według przygotowanego przez Virtualo raportu „Rynek e-booków w Polsce 2014” do połowy br. dostępnych było prawie 35 tys. pozycji w wersji cyfrowej, a po wyłączeniu klasyki i tytułów niekomercyjnych – 20 tys. Czytelnicy konsumują treści przede wszystkim w czasie wolnym (85 proc.), podczas dojazdów do domu lub pracy (61 proc.) oraz na wakacjach (56 proc.). Audiobooków natomiast najczęściej słuchają w trakcie podróży.
– W najbliższym czasie powinna się rozwijać sprzedaż książek w formie abonamentów oraz wirtualne wypożyczalnie książki – prognozuje Robert Rybski. – Wciąż jednak prowadzone są dyskusje w branży na temat tego, w jaki sposób wprowadzać takie modele sprzedaży, jak rozliczać się z właścicielami praw autorskich. Myślę, że na przestrzeni kolejnych lat będziemy mieć do czynienia z rozwojem zupełnie nowych form konsumpcji treści, których jeszcze w tej chwili na rynku nie ma.
Ciekawym obszarem rynku jest tzw. self-publishing, czyli wydawanie książki przez samego autora. Twórca e-booka w takim modelu jest nie tylko autorem, lecz także zajmuje się korektą i redakcją książki, oprawą graficzną, konwersją (przygotowaniem wersji elektronicznej w wybranych formatach – np. EPUB i MOBI), a po opublikowaniu stara się dotrzeć ze swoim produktem do jak największej liczby czytelników poprzez działania marketingowe. Trzy lata temu Virtualo stworzyło jedną z pierwszych na polskim rynku tego rodzaju platform dla niezależnych autorów. Obecnie na platformie zarejestrowanych jest ponad 880 osób, które opublikowały łącznie 1150 e-booków. W ten sposób wprowadzają na rynek swoje utwory m.in. poeta Jacek Podsiadło i Piotr Lipiński, były dziennikarz „Gazety Wyborczej”, autor licznych reportaży historycznych, także telewizyjnych.
– Oczywiście dla wydawców jest to pewne zagrożenie, bo autor może w którymś momencie w ogóle pominąć wydawcę – zauważa Rybski. – Mimo to uważam, że jest to bardzo ciekawe rozwiązanie. W takiej formule autor może szybko opublikować książkę i bezpośrednio wprowadzić ją do systemu sprzedaży. Jest dużo osób, które na etapie wydawców odpadają z różnych powodów, a w ten sposób mają szansę zaistnieć.
Według raportu „Rynek e-booków w Polsce 2014” sprzedaż książek w formie cyfrowej przyniesie w br. wydawcom łącznie ponad 40 mln zł. Będzie to prawie dwa razy więcej niż w ubiegłym roku (22 mln zł) i blisko cztery razy więcej niż w 2012 roku (11 mln zł).
Polski rynek budowlany przeżywa okres ożywienia. Polacy skuszeni taniejącymi kredytami oraz mniejszą obawą o pracę zaczynają się rozglądać za własnym mieszkaniem. W rezultacie deweloperzy budują ich coraz więcej. Końcówka roku może przynieść jeszcze większych ruch w bankach i u deweloperów, bo od stycznia wymagany wkład własny do kredytu wzrośnie do 10 proc.
– Istotne jest to, by klienci, którzy rozważają zakup mieszkania, nie obawiali się utraty pracy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Łapiński, prezes zarządu Ronson Development. – Gdy sytuacja w gospodarce jest stabilna, klienci się tego nie obawiają. To jest kolejny istotny element, który decyduje o tym, czy rynek może rozwijać. Dobra sytuacja w gospodarce i niski poziom stóp procentowych to dwa elementy, które korzystnie oddziałują na naszą branżę i pewnie w przyszłym roku też będą na nią wpływać.
W pierwszych dziewięciu miesiącach roku – jak podaje GUS – oddano do użytku nieco ponad 100 tys. mieszkań. To o blisko 2 proc. mniej niż przed rokiem i o 4,5 proc. mniej niż w 2012 roku. Optymizmem napawają jednak wydane pozwolenia na budowę i liczba rozpoczętych inwestycji. Do końca września wydano 120 tys. pozwolenia na budowę kolejnych mieszkań, czyli prawie o 15 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2013 roku. W tym samym czasie o 17 proc. wzrosła też liczba rozpoczętych budów – w samym tylko wrześniu ich liczba była o jedną piątą większa niż przed rokiem.
– Branża już nie liczy na to, żeby było jeszcze lepiej, niż jest teraz – uważa prezes Ronson Development. – Nie sądzę, żeby ktoś dyskontował możliwość dalszego obniżania stóp procentowych. Wydaje mi się, że jest to jeden z kluczowych parametrów, który korzystnie wpływa na sytuację w całej branży. Ważne jest też to, by bezrobocie stało na stabilnym poziomie.
W Polsce większość oddawanych do użytku mieszkań to inwestycje indywidualne. Jednak i firmy budujące mieszkania nie mają powodów do narzekań. Jak policzył GUS, deweloperzy w okresie dziewięciu miesięcy 2014 roku oddali ponad 39 tys. mieszkań. To o 4,1 proc. więcej niż przed rokiem.
– Jeżeli zima będzie ciepła, to można się spodziewać, że ewentualnych opóźnień w oddawaniu projektów nie będzie – ocenia Tomasz Łapiński. – Wręcz można zakładać, że nasi wykonawcy mogą jakieś projekty zakończyć przed czasem. W sytuacji, w której sprzedaż jest tak dobra, jak w ostatnich okresach, nie będziemy się wzbraniać przed tym, by inwestycja była ukończona wcześniej.
Z tysiąca mieszkań, których budowę Ronson Development chce zakończyć w przyszłym roku, ponad połowa jest już sprzedana.
– Oczywiście wcześniejsze kończenie inwestycji nie jest wskazane, jeśli inwestycja słabo się sprzedaje i przed oddaniem tego budynku deweloper ponosi koszty jego utrzymania – zwraca uwagę prezes Łapiński z Ronson Development. – Jeśli nie ma klientów, taka operacja nie jest wskazana. Jeśli jednak mieszkania są sprzedane i klienci czekają na ich odbiór, przyspieszenie budowy jest korzystne dla każdego.
GUS odnotował też wyraźny wzrost liczby mieszkań, których budowę deweloperzy rozpoczęli. Do września było ich o 39,5 proc. więcej niż w tym samym okresie zeszłego roku. Ten inwestycyjny rozmach potwierdza to, z jakim optymizmem branża postrzega dziś rynek.
Bezrobocie w Polsce spadło do najniższego poziomu od 5 lat. Jak podał resort pracy, w październiku bez pracy było 11,3 proc. aktywnych zawodowo Polaków. W przyszłym roku stopa bezrobocia może spaść poniżej 11 proc.
Zatrudnienie w Polsce rośnie, bo poprawia się kondycja gospodarki. Produkcja we wrześniu wzrosła o 2 proc. A ponieważ jednocześnie spadły zapasy i wzrosły zamówienia, można oczekiwać dalszych wzrostów.
– Sytuacja na rynku pracy, biorąc pod uwagę okoliczności, jest w Polsce całkiem niezła. – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego. – Stopa bezrobocia obniża nam się już od wielu miesięcy. Sezon letni był pod tym względem bardzo udany, również miesiące jesienne ze względu na aurę były sprzyjające i stopa bezrobocia obniżała się, jak prognozy wskazują, łącznie z październikiem.
Październikowy spadek stopy bezrobocia o 0,2 pkt proc. do poziomu 11,3 proc. (choć to poziom najniższy od października 2009 r.) raczej zakończy tegoroczne dobre wieści z polskiego rynku pracy. Lato jest na ogół okresem, gdy pracodawcy zwiększają zatrudnienie. Wraz z zimnymi miesiącami część firm zaczyna zwalniać pracowników.
– Chociaż prawdopodobnie listopad i grudzień przyniosą jednak niewielkie wzrosty tej stopy bezrobocia, bo tutaj czynniki sezonowe dadzą o sobie znać, to wszystko wskazuje na to, że rok zakończymy w okolicach 11,8 proc. – prognozuje Monika Kurtek. – Będzie więc znacznie lepiej niż było na koniec 2013 i 2012 roku, kiedy stopa bezrobocia sięgała 13,4 proc.
Sytuacja na rynku pracy w przyszłym roku zależy od kondycji polskiej gospodarki. Jeżeli tempo rozwoju utrzyma się na obecnym poziomie, bezrobocie będzie nadal spadać.
– Jeżeli koniunktura się poprawia, sprzyja to spadkowi stopy bezrobocia, i odwrotnie, jeżeli koniunktura słabnie albo się pogarsza, stopa bezrobocia zazwyczaj rośnie – potwierdza główna ekonomistka Banku Pocztowego. – Oczywiście musimy mieć tutaj na względzie również czynniki sezonowe i okresy zimowy i wczesnowiosenny są jeszcze takimi okresami, kiedy ta stopa bezrobocia może nam rosnąć. Prawdopodobnie będzie się to obserwować właśnie pod koniec tego roku i na początku przyszłego.
Prognozy rozwoju polskiej gospodarki na przyszły rok oscylują wokół 3 proc. Zgodnie z najnowszymi opiniami wzrost być nieco wolniejszy od tegorocznego, ale to dlatego, że dane tegoroczne okazują się być lepsze od wcześniejszych prognoz. Tak samo rozjechać się mogą przewidywania i faktyczne dane w 2015 roku.
– Rozpoczęcie prac w budownictwie i rolnictwie powinno jednak wspierać osoby, które poszukują pracy, a więc ta stopa bezrobocia będzie nam się obniżać – zapowiada Monika Kurtek z Banku Pocztowego. – Jeżeli w drugiej połowie przyszłego roku dodatkowo koniunktura zacznie nam się wyraźniej ożywiać, to jest szansa na to, że stopa bezrobocia na koniec 2015 roku znajdzie się w okolicach 11 proc. a może nawet poniżej.
W Polsce październik był siedemnastym miesiącem z rzędu, w Europie czternastym, w którym sprzedaż samochodów osobowych wzrosła – podaje Europejskie Stowarzyszenie Producentów Pojazdów ACEA. Z polskich salonów wyjechało o blisko 9% osobówek więcej niż w analogicznym miesiącu rok temu, z europejskich o 6,5% więcej r/r. Przedstawiciele Exact Systems, firmy kontrolującej części samochodowe, podkreślają, że taki początek czwartego kwartału jest zapowiedzią bardzo dobrej końcówki roku.
Tak jak się tego spodziewaliśmy, w tym roku koncerny i dilerzy samochodowi dużo wcześniej niż w poprzednich latach rozpoczęli wyprzedaże roczników. Widzimy tego efekt w postaci rosnących słupków sprzedaży nowych aut. A co bardzo cieszy, to fakt, który podał Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego, że większe zainteresowanie zakupem czterech kółek widać nie tylko w grupie firm, ale także wśród klientów indywidualnych. Liczymy, że taki stan utrzyma się przynajmniej do końca bieżącego roku – komentuje Paweł Gos, prezes Exact Systems i ekspert Polskiej Izby Motoryzacji.
W październiku br. w Centralnej Ewidencji Pojazdów pojawiło się 28 690 nowych samochodów osobowych, czyli o 8,8% więcej niż w tym samym miesiącu 2013 r. Udział klientów indywidualnych i firm we wrześniowych zakupach to odpowiednio 36% i 64%.
W ciągu dziesięciu miesięcy z polskich salonów wyjechało w sumie 273 732 osobówek, co oznacza 14,4% dynamikę rok do roku[1].
Europa nie zdejmuje nogi z gazu
W październiku br. Europejczycy kupili ponad 1 mln nowych osobówek, czyli o 6,5% r/r więcej niż w analogicznym miesiącu ubiegłego roku. Łącznie, po dziesięciu miesiącach w UE zarejestrowano ponad 10,6 mln aut, co oznacza 6,1% dynamikę r/r.[2] Ze wzrostami mamy do czynienia niemal w całej Europie. Jak na drożdżach rośnie sprzedaż brytyjska i na razie nic nie zapowiada zmiany tego stanu, bardzo dobrze wiedzie się też naszym zachodnim sąsiadom.
W kraju, który liczy dwa razy więcej mieszkańców niż Polska, w ciągu tylko samego października z salonów wyjechało tyle aut, ile u nas w ciągu dziesięciu miesięcy – mówi Jacek Opala, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w Exact Systems.
Nie można jednak komentować europejskiej sprzedaży samochodów osobowych w oderwaniu od wyników rynku rosyjskiego. Choć również w październiku odnotował on poważny spadek rejestracji osobówek o 10% r/r, to jednak w porównaniu do poprzednich miesięcy – ponad 20% spadki – minus jest znacznie mniejszy. Tamtejsi dilerzy lekką poprawę sytuacji zawdzięczają uruchomionemu przez rosyjski rząd programowi dopłat za złomowanie starych aut – dodaje Jacek Opala.
W ciągu dziesięciu miesięcy br. najwięcej nowych samochodów osobowych wyjechało z salonów w Niemczech (2,56 mln; +3% r/r). Na drugim miejscu znalazła się Wielka Brytania z niemal 2,14 mln zarejestrowanych osobówek (+9,5% r/r). Ostatnie miejsce na podium przypadło Francji (1,5 mln; +1,4% r/r).
Podnosimy prognozę dla Polski
Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems, podnosi prognozę sprzedaży nowych samochodów osobowych. Jego zdaniem w całym 2014 r. zarejestrujemy w Polsce 320-330 tys. nowych samochodów osobowych, czyli ok. 10-14% więcej niż rok temu. Tegoroczny październik okazał się najlepszym od kilku lat, co potwierdza, że apetyt na nowe auta rośnie i pozwala z optymizmem patrzeć na końcówkę roku. Walka dealerów samochodowych o klientów, szczególnie tych flotowych, trwa i z dnia na dzień widzimy na ulicach i w mediach coraz więcej promocji cenowych i wyprzedaży roczników – ocenia przedstawiciel Exact Systems.
[1] Na podstawie danych PZPM: http://www.pzpm.org.pl/Rynek-motoryzacyjny/Rejestracje-samochody-osobowe-i-dostawcze/Pazdziernik-2014r
[2] Dane ACEA obejmujące państwa członkowskie Unii Europejskiej, poza Maltą
Prezes NIK podjął decyzję o przeprowadzeniu kontroli wydatkowania publicznych pieniędzy na system informatyczny PKW.
Kontrolerzy Izby sprawdzą czy pracownicy Krajowego Biura Wyborczego budowali system informatyczny w sposób zgodny z prawem, rzetelny, celowy i gospodarny. NIK w czasie tej kontroli wykonania budżetu przez Krajowe Biuro Wyborcze skorzysta z wiedzy zewnętrznych i wewnętrznych ekspertów z zakresu informatyki. Kontrola rozpocznie się na początku stycznia 2015 roku.
NIK kontrolowała w 2003 roku Krajowe Biuro Wyborcze w zakresie wykorzystania pieniędzy publicznych na obsługę informatyczną wyborów samorządowych. Izba stwierdziła wówczas liczne nieprawidłowości i błędy popełnione w fazie planowania oraz organizacji i zarządzania projektem informatycznym, finansowania tego przedsięwzięcia i produkcji oprogramowania oraz konfiguracji systemu informatycznego. Szczegóły w załączniku.
W okresie styczeń – październik 2014 r. oszacowano:
dochody budżetu państwa na kwotę
235.791,9 mln zł,
wydatki budżetu państwa na kwotę
263.040,5 mln zł,
deficyt budżetu państwa na kwotę
27.248,6 mln zł.
Więcej informacji nt. szacunkowych danych znajduje się w dziale Działalność / Finanse publiczne / Budżet państwa / Wykonanie budżetu państwa / Szacunkowe wykonanie budżetu.
Handlująca wierzytelnościami spółka DTPartners w pierwszych trzech kwartałach roku kupiła portfele o wartości ponad 350 mln zł. Zarząd przewiduje, że w tym roku zakupi wierzytelności – dla siebie i na zlecenie – o wartości 500-600 mln zł. Jak zapowiada prezes Michał Handzlik, nadal w większości będą to należności niedetaliczne, kupowane niekoniecznie w systemie dużych, oficjalnych aukcji i przetargów. W tym roku możliwa wypłata dywidendy w wysokości około 30 proc. zysku netto.
– W ostatnim czasie nastąpiła zmiana w naszym akcjonariacie – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Michał Handzlik, prezes zarządu DTP SA. – Częściowo, do 47 proc., swój udział zmniejszyła spółka Paged SA. Tymczasem Pioneer przekroczył próg 5 proc. i ma prawie 10 proc. udziału w kapitale. Bardzo mnie to cieszy, ponieważ mamy do czynienia ze zwiększeniem udziału instytucji finansowych w spółce. Świadczy to o tym, że jesteśmy atrakcyjnym podmiotem dla dużych funduszy inwestycyjnych.
W dalszym ciągu, jak zapowiada Handzlik, spółka będzie specjalizować się w nabywaniu aktywów z przewagą niedetalicznych. Obecnie 55 proc. stanowią długi przedsiębiorstw, a ok. 45 proc. – długi osób fizycznych (detal). W trzecim kwartale spółka nabyła dużą wierzytelność detaliczną o wartości 110 mln zł.
– Do tej pory mieliśmy około 60 proc. wierzytelności niedetalicznych, ale trzeba pamiętać o tym, że nie są to typowe korporacje, a raczej przedsiębiorcy, małe i mikrofirmy – przypomina Handzlik. – Po transakcji, której przedmiotem był portfel 110 mln zł wierzytelności pozostających w zadłużeniu głównie osób fizycznych, struktura ta nieco się przesunęła na korzyść detalu. Ale w przyszłości będziemy utrzymywali podział 60:40 na rzecz wierzytelności niedetalicznych.
W pierwszym półroczu br., jak informuje prezes Handzlik, spółka nabyła wierzytelności o łącznej wartości 240 mln zł, w trzecim kwartale – 110 mln zł. Wtedy to nawiązała współpracę z Altus TFI w zakresie zarządzania nowo założonym zamkniętym funduszem inwestycyjnym. Altus NS FIZ Wierzytelności nabył już pierwszy portfel o wartości 57 mln zł. Środki pochodziły m.in. z wrześniowej emisji certyfikatów, w ramach której pozyskano 5 mln zł. Kolejna planowana jest na listopad br.
– W raporcie podajemy nabycia własne, ale tak jak cały czas łączymy środki obce z funduszu Altus i własne – precyzuje Michał Handzlik. – Do naszych wydatków w ramach trzeciego kwartału należałoby zatem dodać jeszcze 57 mln portfela kupionego na rzecz funduszu. Zakupy zatem tak naprawdę były znacznie większe niż tylko 110 mln na książkę własną.
Łączna pula nabytych wierzytelności w br., jak prognozuje prezes Handzlik, wyniesie 500-600 mln zł. Przyszłoroczne nabycia będą miały jego zdaniem jeszcze większą wartość.
– Zwiększy się nasza pula finansowania zarówno jeśli chodzi o odzyski, przepływy pieniężne z portfeli własnych, jak i poziom zadłużenia – zapowiada szef spółki DTP. – Mamy zamiar zwiększyć nasz dług do około 60 mln zł. Po spłacie obligacji, które będą zapadały w listopadzie br., zostanie nam 32 mln zadłużenia. Będziemy chcieli zwiększyć je co najmniej o kolejne 30 mln zł. Pojawią się więc środki, żeby kupować nowe portfele.
Tym bardziej że cena wierzytelności, jak twierdzi Michał Handzlik, spada. Analitycy już od dłuższego czasu alarmują, że spółki windykacyjne za dużo płacą za portfele długów. Największe z nich handlują wierzytelnościami na przetargach oraz aukcjach.
– Naszą domeną są jednak małe, wybrane transakcje, wyszukiwane wśród nieco innych podmiotów lub nie tych, które organizują wielkie i z dużym przytupem aukcje czy przetargi – mówi Handzlik. – Przez niecałe pięć lat naszej działalności nabyliśmy ponad 70 portfeli wierzytelności, których średnia cena wyniosła poniżej 2 mln zł. Niszę, w której działamy, nadal oceniamy na możliwą do wypełnienia. Trudno prognozować, w jakim kierunku będą zmierzać ceny, bo tak naprawdę zależą one od sprzedawcy, rodzaju wierzytelności czy aktywa, czyli tego, czy jest to kredyt, czy wierzytelność z tytułu zaległości telekomunikacyjnych.
Prezes DTP boleje nad tym, że akcje notowanej na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, zarządzanej przez niego firmy, są tak mało płynne. Tym bardziej że spółka zapowiada możliwość wypłaty w br. dywidendy w wysokości 30 proc. zysku netto.
– Na pewno rozważamy taką możliwość – informuje Michał Handzlik. – Nasz biznes jest na tyle atrakcyjny i na tyle rentowny, że aż trudno byłoby nie podzielić się z akcjonariuszami sukcesami. Ale nie mogę jeszcze obiecać, że będziemy rekomendować takie posunięcie, bo to jest decyzja całego zarządu i potem Rady Nadzorczej.
Ograniczenie eksportu do Rosji może w dłuższej perspektywie wzmocnić polskie rolnictwo. Dzięki działaniom m.in. resortu rolnictwa i gospodarki poprawia się dostęp do nowych rynków, które mogą w przyszłości ograniczyć znaczenie Rosji dla eksporterów. Polscy rolnicy eksportują już do ponad 100 krajów na świecie, a wartość eksportu produktów rolno-spożywczych w ciągu 10 lat zwiększyła się czterokrotnie.
‒ Polskie rolnictwo udowodniło, że potrafi rozwiązywać problemy. Tak było z poprzednim embargiem na mięso i produkty rolne ze strony Rosji, kiedy bardzo szybko znaleźliśmy inne rynki, i tak samo będzie w tej chwili – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej. ‒ Myślę, że wyjdziemy z tego bogatsi o pewne doświadczenia. Polscy producenci nie będą się już orientowali tylko na ten rynek, bo to oni dzisiaj ponoszą największe straty związane z uzależnieniem się od jednego rynku.
Z uwagi na rosyjskie embargo polscy rolnicy nie mogą eksportować swoich towarów do tego kraju. Rosja była w 2013 r. trzecim największym odbiorcą polskich produktów rolno-spożywczych, a jej udział w strukturze całego eksportu wyniósł ok. 6,5 proc. W przypadku niektórych produktów, np. jabłek, udział ten był większy, a wielu producentów wytwarzało te owoce zgodnie z preferencjami Rosjan.
Choć dla niektórych producentów embargo jest problemem, to jednak długoterminowo może ono nawet wzmocnić polskie rolnictwo. Resorty rolnictwa i gospodarki wspierają bowiem dalszy rozwój eksportu, którego wartość w tym roku przekroczy prawdopodobnie 20 mld euro. W 2004 r. wywóz produktów rolno-spożywczych był czterokrotnie mniejszy i wyniósł 5,2 mld euro. Saldo dodatnie handlu zagranicznego rolnictwa w tym czasie wzrosło z 0,8 mld euro do 5,7 mld euro w 2013 r.
‒ Te trudności raczej wzmocnią polskie rolnictwo, niż je osłabią. Podejmowane działania i nowe kierunki promocyjne doprowadzą do tego, że prawdopodobnie pozyskamy kolejne rynki zbytu, co jest bardzo ważne, bo podstawowym problemem naszego eksportu jest jego dywersyfikacja – ocenia prof. dr hab. Paweł Czechowski, kierownik Zakładu Prawa Rolnego na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego.
Już w tej chwili polscy rolnicy mogą sprzedawać produkty do niemal 80 krajów poza Unią Europejską, czyli razem ze wspólnotą do ponad 100. Ministerstwo rolnictwa aktywnie wspiera poszukiwanie nowych rynków i ma na tym polu duże sukcesy.
‒ Embargo rosyjskie w pewnym stopniu wymusiło zintensyfikowanie działań związanych z poszukiwaniem nowych rynków. Jako Polska Izba Mleka już we wrześniu rozpoczęliśmy program promocji polskich produktów mleczarskich na rynku chińskim, a dzięki życzliwości i zaangażowaniu ministra Sawickiego możemy uczestniczyć w takich misjach w Kazachstanie i Azerbejdżanie. To bardzo istotne z punktu widzenia branży – dodaje Agnieszka Maliszewska, dyrektor biura Polskiej Izby Mleka.
Maliszewska dodaje, że takie wizyty już przekładają się na kontakty biznesowe.
Arendarski zauważa, że obiecujących, a do tej pory częściowo lub całkowicie zamkniętych dla Polski rynków jest więcej.
‒ Przede wszystkim Daleki Wschód – to są olbrzymie rynki z chińskim na czele, a także japońskim i indyjskim. Do tego kraje Afryki długo przez nas niedoceniane – w tej chwili to jest część świata, która bardzo szybko się rozwija. W związku z tym rośnie tam siła nabywcza społeczeństwa, a braki, szczególnie jeśli chodzi o żywność, są bardzo duże – podkreśla prezes KIG-u.
Polscy sadownicy mogą już sprzedawać jabłka do Kanady, a wkrótce także do Chile. Chile zaczęło kupować również polską wieprzowinę, a Chiny – części drobiu i mleko. Duże znaczenie dla producentów żywności mają też środki unijne. Prof. Czechowski przypomina o wielomiliardowych funduszach dostępnych w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich i apeluje o dalsze zwiększenie nakładów na promocję polskiego rolnictwa.
‒ Na pewno można by poprawić system prawny, tak żeby ułatwić rolnikom produkcję niektórych artykułów, chociażby cydru. Producenci tego trunku w sensie prawnym mają o wiele gorsze warunki dopuszczenia niż na przykład ci produkujący lokalne piwo – podkreśla prof. Czechowski.
Polski rynek, ze względu na swoją wielkość i chłonność, pozostaje wciąż atrakcyjny i perspektywiczny dla inwestorów zagranicznych – ocenia prezes agencji ratingowej Fitch Polska. Dodatkowo zmniejszenie biurokracji i uproszczenie systemu podatkowego mogą w pewnym stopniu zrównoważyć osłabienie na głównych rynkach eksportowych i przyczynić się do ożywienia w polskiej gospodarce.
‒ Nasze prognozy wzrostu gospodarczego w tym roku i kolejnych dwóch latach oscylują w okolicach 3 proc. W porównaniu z tym, z czym mamy do czynienia w krajach Unii Europejskiej, jest to oczywiście bardzo dobry wynik – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Piotr Kowalski, prezes zarządu Fitch Polska. ‒ Trzeba jednak pamiętać o tym, że są rzeczy, które możemy zrobić w kraju, aby ten wzrost jeszcze przyśpieszyć. Myślę tutaj o poprawie warunków prowadzenia biznesu w Polsce.
Jak podkreśla Kowalski, reforma krajowego systemu podatkowego oraz uproszczenie biurokracji to przykłady takich działań. W ten sposób Polska może osiągnąć prognozowane tempo wzrostu. mimo że zarówno w krajach Europy Zachodniej, jak i na Wschodzie sytuacja gospodarcza się pogarsza. To główne rynki dla polskiego eksportu. Dlatego ta sytuacja, pozostająca poza kontrolą Polski, niesie pewne zagrożenia dla naszej gospodarki.
Prezes Fitch Polska dodaje, że nasz kraj jest nadal bardzo atrakcyjnym rynkiem dla zagranicznych inwestorów, co również powinno napędzić wzrost PKB.
‒ W porównaniu z innymi krajami regionu mamy bardzo duży rynek wewnętrzny, który nadal jest chłonny. Jeśli porównamy Polskę pod względem zamożności do średniej unijnej, to sporo nam jeszcze brakuje i to dla firm, które rozważają umiejscowienie swojego biznesu nad Wisłą, jest dosyć atrakcyjny argument. Należy bowiem założyć, że w Polsce społeczeństwo dalej będzie się bogaciło – ocenia Kowalski.
Dodaje, że Polska jest mniej narażona na kryzysy, bo jest bardziej zrównoważona niż wiele gospodarek naszego regionu lub zachodnioeuropejskich. Pomimo dużego udziału eksportu Polska nie jest od niego uzależniona. Jak przypomina Kowalski, sprzedaż zagraniczna, produkcja przemysłowa i konsumpcja wewnętrzna w Polsce są na podobnym poziomie, co zapewnia względną stabilność gospodarki.
Prognoz ekonomistów nie zmienia spowolnienie dynamiki sprzedaży detalicznej. We wrześniu sprzedaż detaliczna wzrosła rok do roku tylko o 1,6 proc. (o 0,1 pkt proc. mniej niż w sierpniu). Ekspert podkreśla jednak, że to spowolnienie przejściowe.
‒ Przewidywaliśmy, tak jak większość ekonomistów, że w polskiej gospodarce II i III kwartał, a może i IV, będą słabsze, ale nie widzimy oznak, które by wskazywały na to, że ma być to trend długotrwały. Po pierwsze, trzeba pamiętać o tym, że środowisko niskich stóp procentowych powinno wspierać konsumpcję. Po drugie, systematycznie poprawia się sytuacja na rynku pracy – ocenia Kowalski.
Dobre wyniki eksportu napędzają polską gospodarkę. W przyszłym roku większy wpływ – również pozytywny – będą miały na nią nowe inwestycje firm, które ruszą m.in. dzięki środkom unijnym, oraz większa konsumpcja wewnętrzna – ocenia wiceminister gospodarki Ilona Antoniszyn-Klik. Resort liczy na to, że wykwalifikowana kadra i zachęty ze strony samorządów przyciągną nad Wisłę kolejnych dużych inwestorów.
Od 1989 roku produkt krajowy brutto (PKB) Polski wzrósł o ponad 100 proc., czyli dwukrotnie. Eksport natomiast powiększył się ponad 14 razy. Obecnie 40 proc. PKB generowane jest przez sprzedaż zagraniczną.
– Eksport pcha nasze PKB do góry – wskazuje Ilona Antoniszyn-Klik, wiceminister gospodarki. – To pierwsze lata, kiedy nasze PKB zależy od tego, jaki mamy poziom eksportu. Zyski z tego tytułu pierwszy raz były determinantą naszego pozytywnego, większego od oczekiwań, wzrostu gospodarczego. Do tej pory zwykle była nią konsumpcja wewnętrzna.
Według wstępnych danych Głównego Urzędu Statystycznego w trzecim kwartale br. PKB Polski wzrósł o 3,3 proc. w stosunku do tego samego okresu ub.r. (w drugim kwartale wzrost wyniósł 3,5 proc.). Były to rezultaty wyraźnie lepsze nie tylko od rynkowego konsensusu, lecz nawet od najwyższych prognoz. Ankietowani przez agencję Reutera ekonomiści przewidywali wzrost w przedziale od 2,6 do 3,2 proc. Duży udział w tym wzroście miała sprzedaż zagraniczna, choć ten rok nie jest dla eksporterów łaskawy. Poważnym problemem jest rosyjskie embargo na niektóre produkty oraz słaby rozwój gospodarczy w strefie euro. W I kwartale wartość eksportu wzrosła o blisko 7 proc., jednak w całym I półroczu wzrost spowolnił do 5,4 proc.
Zdaniem wiceminister gospodarki w przyszłym roku należy wspierać popyt wewnętrzny.
– Musimy zadbać o to, żeby konsumpcja w kraju się nie zmniejszyła – argumentuje Ilona Antoniszyn-Klik. – Wszelkie programy zwiększające popyt oraz uruchomienie pieniędzy unijnych, w sumie ponad 81 mld euro, to czynniki, które pozwolą rozpocząć inwestycje w firmach i wzmocnią popyt zarówno na towary, jak i usługi w Polsce. Sądzimy, że te dwa elementy w przyszłym roku przyniosą pozytywne efekty gospodarce.
Ministerstwo liczy także na ściągnięcie w 2015 roku do Polski inwestycji zagranicznych, które zapewnią nowe miejsca pracy oraz wpływy z podatków. Resort zabiega także o to, by przedsiębiorstwa, które są już w Polsce obecne, jak największą część swoich zysków reinwestowały na miejscu.
– Mamy bardzo dobrze przygotowany system wspierania inwestorów i przemysłu, dbamy o to, żeby ceny energii nie poszły za bardzo do góry. O to walczymy też na arenie europejskiej – zauważa wiceminister Antoniszyn-Klik. – Na poziomie lokalnym staramy się, żeby przedsiębiorcy mieli jak najlepsze warunki. Samorządy są wyposażone w szereg rozwiązań, które pomagają im wskazywać lokalizację, i instrumenty wsparcia inwestorów zarówno zagranicznych, jak i krajowych, które zachęcają ich do tego, by inwestowali i reinwestowali w naszym kraju to, co już byli w stanie zakumulować z kapitału w ramach swojej dotychczasowej działalności.
Atutem Polski dla inwestorów zagranicznych jest wykształcona kadra. Jak podkreśla wiceminister, choć rosną oczekiwania płacowe Polaków, i tak są one znacznie niższe niż we Francji czy w Niemczech.
W 2015 roku LPP zamierza zwiększyć powierzchnię sprzedaży o ponad jedną piątą. Nowe sklepy będą powstawać głównie w Niemczech i na Bałkanach, a także w Rosji i na Ukrainie. W tym ostatnim kraju spółka utrzymała marże, choć hrywna mocno się osłabiła. Sytuację ratuje jednak wyraźnie wyższa sprzedaż w tym kraju.
– W sklepach na Ukrainie sprzedajemy wyraźnie więcej niż w ubiegłym roku. Zwiększenie sprzedaży rekompensuje spadek kursu hrywny, co pozwoliło nam na utrzymanie efektywności na poziomie z 2013 roku – podkreśla Dariusz Pachla, wiceprezes zarządu LPP.
Na koniec III kw. przychody w Rosji wzrosły o 19,5 proc., na Ukrainie natomiast o ponad 22 proc. W 2015 roku LPP planuje otworzyć na tych rynkach nowe sklepy. Dynamika wzrostu powierzchni handlowej ma wynieść 10 proc., czyli 18 tys. mkw.
Pod koniec września powierzchnia sprzedażowa firmy LPP, która w swoim portfolio ma takie marki, jak: Reserved, House, Mohito, Cropp i Sinsay, wyniosła 681 tys. mkw. Do końca roku będzie to ponad 720 tys., zaś w 2015 roku powierzchnia ma osiągnąć 872 tys. mkw.
– We wszystkich regionach, w których działamy, będziemy otwierali nowe placówki, zarówno w krajach, gdzie jesteśmy obecni od lat, jak i na nowych rynkach, w Niemczech czy Chorwacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Dariusz Pachla. – Mam nadzieję, że zwiększenie sieci sprzedaży o ok. 20 proc. spowoduje proporcjonalny wzrost przychodów ze sprzedaży.
W przyszłym roku firma planuje otwarcie 10 sklepów Reserved w Niemczech o łącznej wielkości 25 tys. mkw. W ciągu najbliższych trzech lat LPP chce otworzyć tam łącznie 30 nowych sklepów. Dotychczas na rynku niemieckim istnieją trzy sklepy, kolejny ma zostać otwarty w grudniu. Od października spółka obecna jest także w Chorwacji i planuje dalszy rozwój na tym rynku. Łącznie powierzchnia handlowa w Unii Europejskiej ma wzrosnąć w 2015 roku o 57 proc. (73 tys. mkw.).
Z 1,5 tys. placówek LPP w Europie blisko 1 tys. działa w Polsce. Dlatego też, choć firma planuje inwestycje w naszym kraju, będą one znacznie mniejsze niż dotychczas, a wzrost ma wynieść 15 proc. (61 tys. mkw.).
Wiceprezes LPP zaznacza, że mimo wzrostu sprzedaży o 33 proc. w skali roku wyniki finansowe nie do końca satysfakcjonują.
– Choć przychody ze sprzedaży wzrosły o 11 proc., to zysk netto spadł o 26 proc., ze 110 do 81,7 mln zł. Wpływały na to ma niższa sprzedaż i osłabienie złotego wobec dolara. Kluczowe znaczenie ma dla nas jednak stopień realizacji planów rozwoju, bo to będzie owocowało w kolejnych latach – ocenia Dariusz Pachla.
Mimo barier prawno-administracyjnych każdego roku wzrasta liczba osób zakładających własny biznes. Wielu Polaków próbuje swoich sił na rynku dzięki różnym formom pomocy dla młodych przedsiębiorców.
Badania potwierdzają, że do założenia własnego przedsiębiorstwa zniechęcają przede wszystkim skomplikowane prawo, system podatkowy oraz biurokracja. Odstraszające są również brak zrozumienia i bezwzględność wobec przedsiębiorcy. „Nawet jeśli błąd popełniony przez biznesmena nie jest celowy, a jest skutkiem po prostu niewiedzy, niedoinformowania, to i tak ponosi on bardzo surowe konsekwencje. Młodzi ludzie boją się, że nie sprostają wymaganiom i już na samym początku powinie się im noga” – mówi serwisowi infoWire.pl Justyna Politańska z Fundacji Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości.
Bezrobocie wśród ludzi do 24. roku życia wynosi nieco ponad 23%. To główna przyczyna podejmowania własnych inicjatyw biznesowych, co jest popularną metodą wychodzenia z bezrobocia. Dużym wsparciem są działania aktywizacyjne prowadzone przez firmy szkoleniowe, organizacje pozarządowe oraz akademickie inkubatory przedsiębiorczości. Pomocne są też różne instrumenty, takie jak np. uruchomiony przez Bank Gospodarstwa Krajowego program „Pierwszy biznes – Wsparcie w starcie”, który umożliwia młodym ludziom zaciągnięcie bardzo nisko oprocentowanego kredytu na rozpoczęcie pierwszej działalności gospodarczej.
Wyzwaniem dla rozwoju polskiej przedsiębiorczości jest przede wszystkim budowanie przyjaznego klimatu, ponieważ zwykle przedsiębiorcy postrzegani są bardzo negatywnie. Ważne jest, aby zachęcać dzieci i młodzież do myślenia o byciu przedsiębiorcą jako o jednej z ciekawszych ścieżek rozwoju zawodowego. Należy mówić o pozytywnej roli, którą przedsiębiorcy odgrywają w polskiej gospodarce, między innymi o tym, że tworzą miejsca pracy, działają na rzecz lokalnych społeczności i angażują się w działania ekologiczne. Trzeba też dyskutować o trudnościach administracyjno-prawnych, ponieważ rządzący mają wpływ na ich niwelowanie.
Prawo i Sprawiedliwość przejmuje dwa najbogatsze województwa – mazowieckie i śląskie. Pozostałe sześć zajmuje końcówkę rankingu gospodarczego regionów w Polsce. Łączny dług, jaki odziedziczy partia Jarosława Kaczyńskiego, to ponad 3,8 mld zł.
W wyborach do sejmików wojewódzkich w skali kraju PiS uzyskał 31,5 proc., PO – 27,3 proc., PSL – 17 proc., a SLD Lewica Razem – 8,8 proc. – wynika z sondażu Ipsos. Według sondażu, PiS zwyciężyło w województwach: podlaskim, lubelskim, mazowieckim, łódzkim, świętokrzyskim, podkarpackim, małopolskim i śląskim.
– Długi woj. mazowieckiego niebawem staną się związkiem frazeologicznym – łączne zobowiązania to 1,5 mld zł. Z kolei dług woj. śląskiego to 500 mln zł. Łączne zobowiązania województw, w których wygrało PiS, to ponad 3,8 mld zł, czyli 57% całego zadłużenia województw – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.
Łączne dochody tych województw to 8,9 mld zł, czyli 55% wpływów wszystkich województw ogółem.Średnia zobowiązań do dochodów stanowi 37% wobec 39% dla całej Polski. W rankingu Bankier.pl średni wynik regionu, w którym PiS przejął władzę wynosi 1,06 co dawałoby 6. miejsce w zestawieniu. Jednak bez Śląska i Mazowsza pozostałe regiony zajmują średnio 11. pozycję w rankingu.
Wybory samorządowe często są bagatelizowane przez Polaków i traktowane jako te o mniejszym znaczeniu. Nic bardziej mylnego – to, kto rządzi w gminach i powiatach ma olbrzymie znaczenie dla realizacji celów centralnych. Samorządy mają w sumie ok. 30 mld zł w budżetach (włączając w to środki unijne).
– To, jak dysponują tymi środkami, w bezpośredni sposób wpływa na jakość życia Polaków. Wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast, to swego rodzaju menedżerowie, których zadaniem jest nie tylko zarządzanie administracją w regionie, ale przede wszystkim tworzenie środowiska dla rozwoju przedsiębiorczości, a co za tym idzie – miejsc pracy, wyższych pensji i bezpieczeństwa ekonomicznego mieszkańców – dodaje Piechowiak.
Sektor rolnictwa ekologicznego w naszym kraju rozwija się dynamicznie. Jednak część konsumentów nadal podchodzi sceptycznie do ekożywności i nie wie, czym różni się ona od zwykłych produktów. W poszukiwaniu żywności ekologicznych warto zwracać uwagę na obecność na etykiecie logotypu euroliścia, który świadczy o spełnieniu rygorystycznych wymogów przez producentów i przetwórców. Pojawiające się na produktach przymiotniki „zdrowy” czy „naturalny” mogą być zwykłymi chwytami marketingowymi.
Według danych Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi, w ciągu ostatniej dekady liczba gospodarstw ekologicznych w Polsce wzrosła z 3 760 do ponad 26 600. Szybki rozwój sektora ekologicznego i wzrost podaży produktów ekologicznych znajduje odzwierciedlenie w coraz lepszej dostępności ekożywności w naszym kraju. Wielu Polaków nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, czym właściwie różni się ona od produktów konwencjonalnych.
– Tak do końca konsument nie wie, co kryje się pod nazwą „ekologiczne produkty”. Przypuszcza, że produkt jest zdrowy. Wiąże się to jednak z wydanie 2-3 razy więcej pieniędzy niż na produkty, które kupujemy na co dzień – mówi agencji informacyjnej Newseria Karolina Karolczak, dyrektor marketingu handlowego z firmy Agros Nova.
W rzeczywistości produkty ekologiczne muszą spełniać bardzo surowe kryteria określone przez ustawę o rolnictwie ekologicznym oraz rozporządzenia unijne. Kryteria te są weryfikowane na każdym etapie: od powstania produktu, poprzez cały proces przetwarzania, aż do transportowania i magazynowania.
Uprawy ekologiczne są nawożone wyłącznie naturalnymi nawozami wytworzonymi w procesie kompostowania. W hodowli zwierząt wykorzystuje się wychów pastwiskowy. Zabronione jest również profilaktyczne podawanie leków, rutynowo stosowane w hodowli przemysłowej.
W przetwórstwie nie można wykorzystywać syntetycznych dodatków i substancji wspomagających lub napromieniowywać żywności.
Jedynie producenci spełniający powyższe warunki mogą ubiegać się o unijny certyfikat żywności ekologicznej. Od 1 lipca 2010 roku na terenie całej Unii Europejskiej obowiązuje logotyp przedstawiający listek ułożony z gwiazdek na zielonym tle, czyli tzw. euroliść. W poszukiwaniu produktów ekologicznych warto więc zwracać uwagę na obecność tego znaku na etykiecie i nie dać się zwieść takim hasłom, jak „zdrowy” czy „naturalny”, które mogą być zwykłymi chwytami marketingowymi.
– Teraz mamy do wyboru dżem tradycyjny lub dżem słodzony sokiem z owoców. Możemy kupić zwykły sok jabłkowy i sok funkcjonalny, który zapewni nam składniki wzmacniające nasz organizm. Czytajmy więc etykiety, zobaczmy, jaki jest skład, zastanówmy się, czy produkt jest rzeczywiście ekologiczny – dodaje Karolina Karolczak.
Co ciekawe, zgodnie z raportem z konsultacji publicznych przeprowadzonych w ubiegłym roku przez Komisję Europejską, 83 proc. Europejczyków, którzy wybierają produkty ekologiczne, decyduje się na nie z powodu troski o środowisko naturalne. Dopiero drugim powodem, zgłaszanym przez 81 proc. badanych, jest chęć uniknięcia chemicznych dodatków do żywności.
Rolnictwo ekologiczne to sposób gospodarowania, który ma naśladować procesy zachodzące w naturalnych ekosystemach, łączyć przyjazne środowisku praktyki i wspomagać wysoki stopień różnorodności biologicznej. Według raportu organizacji Greenpeace wdrożenie rolnictwa ekologicznego na szeroką skalę jest obecnie jedynym rozwiązaniem problemu zmniejszania się populacji pszczół miodnych i innych owadów zapylających, które związane jest z modelem rolnictwa przemysłowego.
Wartość rynku produktów ekologicznych wynosi 600-650 mln zł., co stanowi zaledwie 0,3 proc. rynku spożywczego. Jak prognozuje jednak spółka Bio Planet będziemy kupować coraz więcej takich artykułów. Do 2022 roku ich sprzedaż będzie rosnąć o około 20 proc. rocznie.
W ciągu dekady jedenastokrotnie wzrosła powierzchnia certyfikowanych gospodarstw rolnych wytwarzających produkty ekologiczne. Statystyczny Polak przeznacza na nie jednak tylko 17 zł rocznie. Dla porównania w Niemczech wydatki te wynoszą 80 euro, a Szwajcarii – ponad 185 euro. Ciągle jednak w sklepach ekologicznych produkty te stanowią od 30 do 95 proc.
– Jest mnóstwo placówek, w których udział certyfikowanych produktów wynosi zaledwie 40–50 proc., zaś pozostałe to artykuły konwencjonalne, czasami tradycyjne, czasami zwykłe – mówi Sylwester Strużyna. – Udział produktów ekologicznych w ofercie pojedynczych sklepów jednak cały czas się zwiększa.
W tej chwili na rynku funkcjonuje około 600 sklepów specjalistycznych. W tym roku według szacunków spółki przybędzie około 50-60 placówek, co oznacza, że miesięcznie rozpoczyna działalność 5-6 nowych sklepów.
– W każdym mieście w Polsce liczącym kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców jest miejsce na placówkę z produktami ekologicznymi – mówi rozmówca agencji Newseria Biznes. – Każda nowa półka i każdy nowy sklep mają szanse znaleźć swoich klientów.
Bio Planet SA jest liderem rynku w zakresie konfekcjonowania i dystrybucji żywności ekologicznej. Firma od blisko 10 lat firma paczkuje ekoprodukty w swoim zakładzie w otulinie Puszczy Kampinoskiej niedaleko Warszawy. W ofercie ma ponad 1600 artykułów z ekologicznym certyfikatem.
Polacy pokochali smak amerykańskiej kuchni i zamiast tureckich kebabów czy hamburgerów coraz częściej wybierają burgery. Nie chodzi tu jednak o kanapki serwowane w sieciowych fast foodach, ale o dania przygotowywane z najlepszych produktów. Idea slow food przyszła do nas z Zachodu i szybko zyskała swoich fanów.
– Polacy wreszcie odchodzą od fast foodów. Zaczęli dostrzegać różnice między jedzeniem zdrowszym a jedzeniem, które zawiera w sobie same chemiczne produkty. Weszliśmy w erę slow foodów, gdzie niestety klient musi chwilę poczekać, ale jakość i smak są nieporównywalnie wyższe i lepsze niż w dotychczas znanych fast foodach – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Filip Malczewski, kucharz Retro Diner.
Filip Malczewski podkreśla, że ich klienci to ludzie świadomi, którzy stawiają na zdrowe jedzenie i są gotowi zapłacić więcej za produkty lepszej jakości. Podstawą dobrego burgera jest mięso wołowe.
– Jakość wołowiny jest bardzo ważna, bo to nie są skręcone rzeczy z jakichś odpadów wołowych, tylko to jest prawdziwe mięso. To nie są produkty ściągane nie wiadomo skąd i przechowywane nie wiadomo jak długo w chłodniach, tylko to są produkty najświeższe jak to jest możliwe – tłumaczy Filip Malczewski.
Za jednego burgera trzeba zapłacić minimum 20 zł. Kucharze tłumaczą, że nie jest to wygórowana cena, lecz wprost proporcjonalna do jakości jedzenia. Burgerownie codziennie zamawiają świeże produkty od sprawdzonych dostawców, a sosy czy napoje przygotowywane są na oczach klientów.
– Marynaty też są ważne, bo podkreślają i wyciągają z mięsa całą esencję smakową. Najlepiej smakują sosy przygotowywane własnymi rękami. Wtedy ten sos jest niepowtarzalny – wyjaśnia Filip Malczewski.
Burgery dają też większą możliwość łączenia różnych smaków. Dużą popularnością cieszą się np. te z żurawiną, rukolą, serem lazurem i orzechami włoskimi. Kucharze chętnie eksperymentują także z dodatkami.
– Patrząc na sieciowe fast foody, można powiedzieć, że dotąd Polacy znali tylko keczup i musztardę, ewentualnie majonez. W Polsce teraz, właśnie w tych tzw. slow foodach, zaczęto używać innych sosów, np. barbecue czy warzywnego – dodaje Filip Malczewski.
E-handel to jedna z najbardziej dynamicznych branż w Polsce. Rodzimi konsumenci kupują przez Internet coraz więcej i częściej, przyczyniając się do powstawania i rozwoju kolejnych sklepów oraz platform e-commerce. Wśród wielkich marek postępuje też trend przenoszenia sprzedaży z offline do online. Ostatnie zmiany w prawach konsumenta, a także nowy algorytm wyszukiwania wprowadzony przez Google mogą jednak utrudnić działalność na tym rynku.
O nowej ustawie o prawach konsumenta mówiło się już od dawna. Obowiązek znowelizowania przepisów nałożyła na Polskę unijna dyrektywa 2011/83/UE, dzięki której kupując towar w sklepie internetowym klient z Polski, Niemiec czy Francji będzie cieszył się taką samą ochroną prawną. Decyzją ustawodawcy, który ustanowił półroczne vacatio legis na dostosowanie się do nowych regulacji, ustawa o prawach konsumenta z dnia 30 maja 2014 roku wejdzie w życie 25 grudnia, w dzień Bożego Narodzenia. Nowe prawo reguluje obowiązki przedsiębiorcy zawierającego umowę z konsumentem; zasady i tryb zawierania umów na odległość i poza lokalem przedsiębiorstwa; zasady i tryb odstąpienia od takiej umowy oraz kwestie zawierania na odległość umów dotyczących usług finansowych.
To bardzo ważny dokument dla wszystkich przedsiębiorców prowadzących sprzedaż, zwłaszcza w Internecie. Z jednej strony ułatwi im poruszanie się po regulacjach prawnych, obecnie rozproszonych po różnych ustawach. Z drugiej, rozszerzając prawa konsumenta nakłada na przedsiębiorców liczne obowiązki i może spowodować znaczne podwyższenie kosztów działalności. Prowadzący sprzedaż przez Internet po 25 grudnia 2014 obudzą się w nowej rzeczywistości – mówi r.pr. Mikołaj Bryl z Kancelarii Radców Prawnych Butrym & Bryl.
Przede wszystkim, prawie trzykrotnie wzrośnie liczba obowiązków informacyjnych względem konsumenta. Klient niemal na każdym kroku musi być informowany co aktualnie robi i jakie może to mieć skutki, a także jakie ma prawa dotyczące gwarancji, zwrotów i odstąpienia od umowy. Ustawa nakazuje jasność i zrozumiałość formułowania wszelkich treści adresowanych do kupującego na stronie. Dotyczy to przede wszystkim kwestii związanych z płatnościami. W przypadku, gdy klient nie zostanie jednoznacznie poinformowany o konieczności zapłaty, umowa sprzedaży w świetle prawa nie zostanie zawarta. Dlatego zamiast „kupuję i płacę” na przyciskach nawigacyjnych będzie widniał zwrot „zamówienie oznacza obowiązek zapłaty”. Ponadto, przedsiębiorca musi wydać konsumentowi dokument umowy zawartej poza lokalem lub potwierdzenie jej zawarcia, utrwalone na papierze lub na innym trwałym nośniku. Z tego względu na większości stron www, na których prowadzona jest sprzedaż internetowa, muszą znaleźć się nowe regulaminy oraz funkcjonalności, co oznacza konieczność zmian i dodatkowe koszty.
Sprzedawca internetowy ma również obowiązek poinformować klienta o jego prawach związanych z odstąpieniem od umowy i reklamacją. Znowelizowane przepisy wydłużają okres odstąpienia do 14 dni, dając konsumentom więcej czasu na podjęcie decyzji czy zatrzymać dany produkt. W przypadku, gdy sprzedawca nie poinformuje o takiej możliwości, okres ten wydłuża się do roku. Klient ponosi koszty odesłania towaru, pod warunkiem, że został o tym wcześniej przez sprzedawcę poinformowany. W innym przypadku przedsiębiorca będzie zwracał pieniądze jedynie w zakresie najtańszej oferowanej przez siebie formy przesyłki.
W przypadku treści cyfrowych zakup będzie można odwołać wyłącznie przed pobraniem ich z serwera. Zmianom ulegają także reklamacje. Zakupiony towar będzie można zwrócić w ciągu 2 lat jeżeli jest uszkodzony, niekompletny, wygląda inaczej niż w reklamie lub nie nadaje się do użytkowania zgodnego z przeznaczeniem, żądając od sprzedawcy jego naprawy lub wymiany na nowy. Jeśli wada zakupionego towaru jest istotna, wymiany lub zwrotu pieniędzy można domagać się od razu. W przypadku uznania reklamacji sklep internetowy ma prawo żądać pokrycia kosztów uznanej reklamacji od dostawcy towaru, co jest korzystnym rozwiązaniem dla branży e-commerce. Co ważne, dostawca nie będzie mógł w żaden sposób zwolnić się z takiej odpowiedzialności.
Nowa ustawa zmienia ponadto definicję konsumenta, rozszerzając ją o osoby prowadzące jednoosobową działalność gospodarczą. Kupując towar w celu, który w przeważającym stopniu będzie niezwiązany z tą działalnością zyskują one niemal równą ochronę z osobami fizycznymi. Regulacja praktycznie likwiduje też możliwość kupowania przez Internet tym, którzy nie mają adresu e-mail. Wreszcie, sklep internetowy nie będzie mógł zarabiać na dodatkowych opłatach np. za płatność kartą lub odbiór za pobraniem. Przy kontaktach z infolinią e-sklepu zabronione będzie narzucanie opłat wyższych niż podstawowa stawka operatora.
Nowelizacja wchodzi w życie w szczycie świątecznych zakupów, które dla sklepów internetowych oznaczają najpierw ogromny wzrost zamówień, a potem nie mniejszą ilość zwrotów niechcianych prezentów. Należy jednak pamiętać, że w przypadku umów zawartych przed tą datą stosowane są stare przepisy. Dopiero kupujący na poświątecznych wyprzedażach będą mogli korzystać z nowych regulacji – wyjaśnia Mikołaj Bryl.
Konieczność dostosowania się sprzedawców internetowych do ustawy z 30 maja zbiega się w czasie z wprowadzeniem przez Google aktualizacji algorytmu wyszukiwarki. Pingwin 3.0 uderzył przede wszystkim w strony, które stawiały na ilość, nie zaś na jakość. Zyskały natomiast witryny zoptymalizowane, których właściciele dbają o nowe treści o odpowiedniej jakości i generują sporo linków w mediach społecznościowych.
Na ostateczne wnioski dotyczące konsekwencji aktualizacji dla branży e-commerce należy jeszcze poczekać, jednak już teraz sprzedawcy powinni odświeżać i na bieżąco aktualizować strony swoich sklepów i platform. Warto również stawiać na rozpoznawalność marki w Internecie oraz budować witryny tak, by zachwycały odwiedzających – mówi Łukasz Iwanek, właściciel firmy Internetica.
Zachodzące obecnie zmiany zarówno w regulacjach prawnych, jak i w algorytmie Google, stanowią wyzwanie dla branży e-commerce. Oprócz ogromnej ilości obowiązków informacyjnych nałożonych na sklep internetowy przez ustawę, pojawia się konieczność technologicznej modyfikacji witryny zgodnie z nowymi przepisami oraz dostosowania jej do wymogów dyktowanych przez aktualizację Pingwin 3.0. Z jednej strony może to oznaczać korzyści dla przedsiębiorców, w tym wzrost zaufania konsumentów do zakupów w Sieci oraz lepszą jakość prezentowanych treści. Z drugiej – zwiększenie kosztów prowadzenia działalności i ryzyka gospodarczego, związanego m.in. z bardziej liberalnym podejściem do zwrotów, reklamacji i odstępowania od umowy.
Ponad milion wpisów od początku roku na Facebooku, po ponad 60 tys. opinii na Twitterze i YouTube, prawie 4 tys. informacji w serwisie Wykop.pl – taka jest skala dyskusji o markach samochodowych w social media. Które z nich internauci komentują najchętniej?
W cyklicznej analizie „Moto social” PRESS-SERVICE Monitoring Mediów wziął pod uwagę polskojęzyczne, publiczne posty i komentarze, wyselekcjonowane na podstawie monitoringu najpopularniejszych źródeł społecznościowych. Badaniem objęto okres od 1 stycznia do 31 października 2014 r.
W rankingu 10 marek samochodowych, powstałym w oparciu o podsumowanie liczby wpisów w analizowanych źródłach, pierwszą lokatę zajął Volkswagen. Na jego temat opublikowano przeszło 101 tys. informacji. Drugi Fiat może poszczycić się ponad 86 tys. materiałów. Podium zamknął Mercedes z wynikiem przekraczającym 83 tys. komentarzy i wpisów. W przedziale powyżej 70 tys. publikacji znalazły się BMW, Ford i Opel. Kolejne miejsca w pierwszej dziesiątce zajęły Honda, Audi, Peugeot i Skoda.
Zwycięzcy rankingu potwierdzili swą pozycję w zestawieniu Top 10 marek najchętniej wymienianych tylko na Facebooku. Na temat Volkswagena opublikowano 95 tys. wpisów, o prawie 15 tys. więcej niż o Fiacie i blisko 20 tys. więcej od Mercedesa.
Na Twitterze króluje BMW z wynikiem 7 tys. wpisów, przed Mercedesem – 5,5 tys. i Ferrari – 3,7 tys. publikacji. W pierwszej trójce marek najpopularniejszych na YouTube obok prowadzącego Forda (3,8 tys.) znalazły się Toyota (3.3 tys.) i Seat (3,1 tys.). Liderem na Wykopie okazało się BMW (0,6 tys.), przed Mercedesem (0,4 tys.) i Audi (0.3 tys.).
– Nie tylko samochody przyciągają fanów motoryzacji do marek, choć one są oczywiście najważniejszym powodem. Wiele marek stawia na obsługę klienta w mediach społecznościowych, dostarcza mu wyjątkowe unikalne treści, zarówno specjalistyczne, jak i rozrywkowe. Podobne jak ta analizy, obejmujące także informacje z innych mediów, pozwalają precyzyjnie wskazać nisze komunikacyjne poszczególnych graczy samochodowego rynku – komentuje Marlena Sosnowska, rzecznik prasowy PRESS-SERVICE Monitoring Mediów.
Czas wyjątkowej aktywności miłośników samochodów na Facebooku przypada pomiędzy godzinami 21. i 22. W tym przedziale odnotowano blisko 80 tys. wpisów. Wyraźny przyrost materiałów można zaobserwować już po godzinie 19., natomiast gwałtowny spadek już po 22.
Największy udział w przekazie na temat 49 analizowanych marek miały posty – 75 proc. ogółu informacji. 17 proc. stanowiły komentarze, a pozostałe materiały miały postać klipów filmowych.
Grupa Enea tnie koszty, szykuje emisje obligacji i zapowiada kolejne inwestycje. Wyniki osiągnięte w tym roku zarząd spółki ocenia bardzo dobrze i podkreśla, że potwierdzają one realizację zaplanowanej strategii.
Enea jest w trakcie poważnych inwestycji. Prowadzi też budowę nowego bloku w elektrowni Kozienice, poważnie przygląda się co najmniej dwóm inwestycjom w odnawialne źródła energii.
– Inwestycje są w fazie due diligence, ale na stole leży dużo projektów. Dwa są najbardziej zaawansowane, w niedługim czasie o tym poinformujemy – deklaruje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Grzegorz Kinelski, członek zarządu ds. handlowych Enea.
We wrześniu Enea przejęła od miasta Elektrociepłownię Białystok. Cena uzgodniona za 100 proc. udziałów to 305 mln zł.
– Już zaczęliśmy grzać, także Białystok jest już pod parą – informuje Grzegorz Kinelski. – Efekty synergii pojawią się po pewnych zmianach technologicznych i technicznych. Ale myślę, że takie najprostsze to będą związane jednak z kogeneracyjną produkcją w Białymstoku i przejęciem części zasilania w ciepło czy połączeniem sieci Białegostoku w taki sposób, w takich rozcięciach, żeby można było produkować również w większym stopniu w kogeneracji.
Na początek roku Enea zaplanowała sprzedaż obligacji. Nie podając szczegółów, przedstawiciel spółki ujawnia, że będzie to emisja średniej wielkości.
– Przygotowujemy się do emisji. Nie chcę jeszcze w tej chwili podawać szczegółów, ale będziemy to realizować na początku roku.
Poza pozyskiwaniem środków grupa wprowadza też oszczędności.
– Jeśli chodzi o koszty, jesteśmy w tej chwili po analizach i po już pierwszych oszczędnościach – zaznacza członek zarządu ds. handlowych. – Wygląda to bardzo obiecująco, osiągnęliśmy nawet wyższe wartości niż planowaliśmy. W naszej strategii założyliśmy, że oszczędzimy 500 mln zł w ciągu trzech lat, w tej chwili mamy już 170 nawet z górką, dlatego myślimy, że na pewno osiągniemy ten cel.
W ciągu trzech kwartałów Enea osiągnęła przychody ze sprzedaży netto przekraczające 7,2 mld zł przy 6,8 mld zł osiągniętych rok wcześniej. Zysk netto przekroczył 836 mln zł wobec 662 mln osiągniętych w trakcie trzech kwartałów 2013 roku. W ocenie zarządu spółki to bardzo dobre wyniki.
– Myślę, że to pokazuje, że realizujemy naszą strategię oraz projekty, które były zaplanowane – mówi Kinelski. – Pokazujemy w wynikach wszystkie te czynniki, które udało nam się wypracować w poprzednich kwartałach, jest to wynik ciągniony. Myślę, że też to pokazuje, że jesteśmy na dobrej drodze, żeby z sukcesem zamknąć ten rok.
W kolejnych kwartałach spółka planuje zakończyć prace organizacyjne związane z wdrożonym już nowym ładem korporacyjnym. Jego najważniejszym elementem jest podział zadań, obowiązków i odpowiedzialności. Poszczególnymi zadaniami zająć mają się piony wytwarzania, dystrybucji i handlu. Zarządzanie ma być w większym stopniu scentralizowane i sprawniejsze.
– Najważniejsza jest szybkość podejmowania decyzji i przepływ informacji – oczekuje Grzegorz Kinelski. – Pełna informacja zarządcza, która dzięki temu, że ład korporacyjny będzie wdrożony, będzie mogła być szybciej pozyskiwana. Tutaj myślę też o komitetach, które po części zastępują i przejmują rolę rad nadzorczych w spółkach, przez te komitety będziemy zarządzać grupą.
Zwiększenie wkładu własnego przy kredytach hipotecznych i zmiany w rządowym programie Mieszkanie dla Młodych to czynniki, które zdaniem ekspertów będą wpływać na rynek nieruchomości w 2015 roku. Sporo może zmienić też uruchomienie programu tanich mieszkań na wynajem.
Końcówka tego roku to dobry czas na zakup mieszkania. Firmy deweloperskie w tym roku sprzedały się ponad 42 tysiące nowych mieszkań, to o 19 procent więcej niż w rekordowym 2007 roku. Dobra koniunktura ogranicza wzrost cen mieszkań. Do zakupu własnego M dodatkowo zachęca rekordowo niskie oprocentowanie kredytów hipotecznych po niedawnej decyzji Rady Polityki Pieniężnej. A raty kredytu mogą być jeszcze niższe.
– Niewykluczone, że w ciągu najbliższych kilku miesięcy RPP po raz kolejny obniży stopy, a to spowoduje kolejny spadek kosztu kredytu i wpłynie na poprawę zdolności kredytowej – uważa Konrad Pluciński z MarketMoney.pl. – Niestety banki chcą zrekompensować sobie utratę zysków, mogą zdecydować się na mocniejsze podwyżki marż. W takim przypadku na obniżkach stóp procentowych bardziej skorzystają kredytobiorcy, którzy już spłacają swoje zobowiązania.
Założenia: Wartość nieruchomości 400 tys. zł; kredyt na 340 tys zł na 30 lat w złotych oparty na WIBOR 3M plus marża 1,20 proc. *prognoza, że RPP zetnie stopy o 0,25 pkt. proc.
Także Rekomendacja U może sprawić, że w przyszłym roku wzrosną marże. Zmienia ona zasady sprzedaży ubezpieczeń dodawanych przez banki do kredytów. Zapisy Rekomendacji muszą zostać wprowadzone do końca marca 2015 roku. Są one jednak tak skomplikowane, że niektóre banki mogą nie zmieścić się w terminie z przygotowaniem nowych zasad. To sprawi – jak przewiduje Money.pl – że nie będą sprzedawały ubezpieczeń klientom i nie otrzymają prowizji od ubezpieczeń. Spadek przychodów zapewne będą chciały zrównoważyć podwyżką marż.
Na przyspieszenie decyzji zakupowych może wpływać także to, że od nowego roku z 5 do 10 proc. wzrośnie minimalny wkład własny, wymagany do uzyskania kredytu. W 2016 roku będzie to jeszcze więcej, bo 15 procent, a w 2017 – 20 procent. Zatem w przyszłym roku klienci bez gotówki na koncie będą musieli dozbierać pieniądze i nieco odłożyć marzenia o własnym M. Warto pamiętać, że oprócz wkładu własnego kupujący mieszkanie musi ponieść także niemałe koszty okołotransakcyjne.
Jakie będą ceny mieszkań w przyszłym roku? Eksperci, z którymi rozmawiał portal Money.pl, nie spodziewają się rewolucji. Mówią o dalszej stabilizacji, z którą mamy do czynienia od początku tego roku.Z pewnością spore znaczenie na kształtowanie się cen nieruchomości będzie miał rządowy program Fundusz Mieszkań na Wynajem, który wciąż pozostaje zagadką. Wprawdzie pod koniec maja Bank Gospodarstwa Krajowego podpisał pierwsze umowy z firmami deweloperskimi, które w największych polskich miastach wybudują tanie mieszkania na wynajem, wciąż jednak nie wiadomo, kiedy pierwsi lokatorzy się do nich wprowadzą. Najemców ma skusić niski czynsz, który będzie o około 20 procent niższy od rynkowego. Umowę będzie można podpisać na minimum rok, maksymalnie na 10 lat. Pierwsze mieszkania miały powstać jeszcze w tym roku. Jest jednak mało prawdopodobne, by to się udało.
Najbliższy rok przyniesie także zmiany w programie Mieszkania dla Młodych, które mają sprawić, że zainteresowanie kupnem lokum z dopłatą wzrośnie. Wyniki dotyczące tego roku bowiem mocno rozczarowują. W planach znalazło się dofinansowanie na poziomie 600 mln zł. Do tej pory udało się wykorzystać tylko jedną trzecią tej sumy. W 2015 roku środki na MdM sięgną 715 mln zł. Czy zmiany w programie przyciągną większą rzeszę młodych, marzących o własnym lokum? Zdaniem ekspertów wykorzystanie zaplanowanych w budżecie środków może wzrosnąć w przyszłym roku do 50 procent.
Jedną ze zmian w MdM będzie podniesienie prorodzinnego charakteru programu. Od przyszłego roku rodziny z dwójką dzieci dostaną 20 procent dopłaty zamiast 15 procent, rodzice z trójka dzieci otrzymają natomiast 25 procent dofinansowania zamiast 15 procent. Dofinansowanie w ramach MdM powinno zatem – jak pisze Money.pl – wystarczyć na pokrycie całego lub prawie całego wymaganego wkładu własnego. W tej sytuacji wiele rodzin może odłożyć decyzje o zakupie mieszkania do drugiej połowy przyszłego roku, kiedy zapowiadane zmiany wejdą w życie.
Zainteresowanie programem może wzrosnąć także dzięki umożliwieniu nabywania mieszkań, które powstały po przebudowie lub adaptacji budynku. Kolejną zmianą będzie umożliwienie zakupu mieszkania spółdzielczego, którego realizacja nie została jeszcze ukończona.
Na ceny mieszkań na rynku wtórnym największy wpływ będzie miała sytuacja gospodarcza w Polsce, zwłaszcza na rynku pracy. Bezrobocie wśród młodych i obawa przed utratą pracy tych, którzy ją mają, nie dają większej szansy na ożywienie popytu i wzrost cen.
Enea stawia na sprzedaż łączoną energii i produktów finansowych. Spółka w ubiegłym tygodniu wprowadziła do oferty pakiet Energia z Ubezpieczeniem. Zarząd Enei liczy na to, że nowy produkt – podobnie jak oferta z kontem bankowym – również będzie cieszył się popularnością wśród klientów.
– Mamy przygotowany pakiet nowych rozwiązań na 2015 rok – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Kinelski, członek zarządu ds. handlowych spółki Enea. – Nasz ostatni produkt bankowy cieszy się dużym powodzeniem klientów, dlatego myślimy, że kolejne projekty okołoenergetyczne też zdobędą uznanie.
W ramach wprowadzonej w połowie br. roku oferty Energia z Kontem Enea proponuje klientom założenie rachunku w Getin Banku. Od każdego zapłaconego za jego pośrednictwem rachunku przysługuje m.in. zwrot 15 proc. opłaty za prąd (do 200 zł rocznie).
– Nowe produkty także będą związane z sektorem finansowym i sektorem ubezpieczeń – zapowiada Kinelski. – Ich głównym celem ma być zapewnienie klientowi bezpośredniej korzyści. Chodzi nam o to, by mógł łatwo przełożyć ich funkcjonalności na własną, prywatną korzyść.
W ubiegłym tygodniu Enea rozpoczęła sprzedaż kolejnego produktu – Energia z Ubezpieczeniem. Klienci indywidualni zyskują gwarancję stałych cen prądu oraz ubezpieczenie od utraty pracy i następstw nieszczęśliwych wypadków skutkujących niezdolnością do pracy – w razie utraty źródła dochodów mogą zyskać do 600 zł na pokrycie rachunków za energię. Do polisy dołączony jest pakiet assistance, w ramach którego klienci otrzymują pomoc w poszukiwaniu nowej pracy.
Enea w ostatnim kwartale rozpoczęła również sprzedaż gazu ziemnego w ofercie dual-fuel.
Oprócz pracy nad nowymi produktami spółka intensywnie prowadzi negocjacje z dostawcami węgla. Na rynkach światowych utrzymuje się tendencja spadkowa.
– W Polsce również w tym roku obserwujemy przy negocjacjach węglowych niższe ceny węgla. Nie są to jakieś znaczne obniżki, raczej drobne, czasem około 1 proc., ale jest to jednak trend malejący – wyjaśnia Kinelski. – Jeśli chodzi o ceny energii, to cały czas obserwujemy trend boczny. Jest to zróżnicowane w przypadku produktów notowanych na giełdzie – BASE (kontrakty bazowe) i PEAK (kontrakty szczytowe). Widzimy, że PEAK jest bardziej dynamiczne, są tam większe zmiany, a na podstawowych produktach energetycznych mamy trend stabilny – podkreśla.
Ceny większości krajowych warzyw i owoców są dużo niższe niż w 2013 roku. Ziemniaki, cebula i kapusta są o połowę tańsze. O połowę spadła również cena cytryn. Ogórki i pomidory są nieco droższe, ale w kolejnych tygodniach zwiększy się oferta produktów importowanych, co powinno przyczynić się do obniżek cen.
– O tej porze roku już wchodzi na polski rynek owoców i warzyw import. Jest to uzasadnione cenami, bo polska produkcja szklarniowa jest dużo droższa niż importowana – mówi agencji Newseria Biznes Małgorzata Skoczewska z Warszawskiego Rolno-Spożywczego Rynku Hurtowego w Broniszach.
W ofercie hurtowej dostępne są jeszcze krajowe ogórki, ale za kilogram trzeba płacić ok. 5,5–7 zł. Kilogram importowanych jest tańszy – między 4,2 a 5 zł. Również pomidorów z importu będzie w najbliższych miesiącach przybywać – na razie dostępna jest pełna oferta odmian krajowych. Cena pomidorów malinowych waha się w przedziale 6–9 zł za kilogram.
– Z warzyw importowanych jest już cukinia, bakłażan, papryka i oczywiście ogórki. Ta oferta będzie się rozszerzała ze względu na to, że część szklarniowych czy produkowanych w tunelach polskich warzyw będzie znikała w okresie zimowym z rynku – dodaje Skoczewska. – W sprzedaży nadal będzie krajowy koperek i natka, ale na początku przyszłego roku będzie to już oferta importowa.
W najbliższych miesiącach przybywać też będzie importowanych cytrusów.
– Im bliżej świąt Bożego Narodzenia, tym oferta będzie większa, czyli mandarynki, grejpfruty, pomarańcze i cytryny, których cena jest teraz bardzo atrakcyjna – od 5,5 zł. Jeszcze dwa miesiące temu ceny nawet w ofercie hurtowej były powyżej 10 zł – mówi Małgorzata Skoczewska.
Jak podkreśla, w ostatnich miesiącach ceny większości krajowych warzyw i owoców były dużo niższe niż przed rokiem. To m.in. zasługa ciepłej jesieni.
– Nie ma potrzeby przechowywania, ogrzewania, czyli dowożenia owoców i warzyw w specjalnych samochodach, bo pogoda pozwala na sprzedaż bezpośrednio z samochodów. Jeśli gwałtownie obniży się temperatura, można spodziewać się nieznacznego wzrostu cen, jednak nic nie zapowiada tego wzrostu – dodaje.
Krajowe ziemniaki, cebula i kapusta są o połowę tańsze w porównaniu z 2013 rokiem i ta tendencja utrzymuje się na przestrzeni ostatnich dwóch miesięcy. Jest to wynik dużego urodzaju.
– Dużo jest też marchwi i jabłek. Szacuje się, że w tym roku zbierzemy 3,2 mln ton jabłek. To bardzo dużo. Przy braku możliwości sprzedaży na rynki wschodnie krajowy rynek nie bardzo jest w stanie wchłonąć taką ilość owoców – mówi Skoczewska. – Jabłka nadal są bardzo tanie, bo ceny w ofercie hurtowej kształtują się między 0,8-1,1 zł za kg w zależności od odmiany i klasy jakości.
Choć 65 proc. pracodawców deklaruje, że dba o relacje z kandydatami, to sami zainteresowani (blisko 60 proc.) uważają inaczej. Skarżą się przede wszystkim na brak informacji zwrotnej o otrzymanej aplikacji. Negatywna opinia kandydata może przełożyć się na gorsze wyniki firmy. 46 proc. kandydatów z powodu nieprzyjaznej rekrutacji rezygnuje z zakupu produktów lub usług danej firmy.
– Kandydaci są bardzo krytyczni. Blisko 60 proc. mówi, że nie czuje się dobrze traktowana podczas procesu rekrutacyjnego, ma dużo zastrzeżeń. Z drugiej strony ponad 65 proc. pracodawców uważa, że przeprowadzane procesy rekrutacyjne są przyjazne – mówi agencji Newseria Biznes Elżbieta Flasińska z Koalicji na rzecz Przyjaznej Rekrutacji, z inicjatywy której przeprowadzono badanie „Candidate Experience”.
Z badania wynika, że choć sytuacja podczas rekrutacji powoli się poprawia, to pracodawcy wciąż zbyt rzadko dbają o dobre relacje z kandydatami. 68 proc. firm nie podtrzymuje relacji z osobami, które złożyły aplikacje, a zachowuje jedynie ich dane w bazie. To wynik tylko o 1 pkt proc. lepszy niż w pierwszej edycji badania. 23 proc. firm informuje o innych prowadzonych naborach (wzrost o 2 proc.), a tylko 12 proc. pyta o ocenę przeprowadzonej rekrutacji.
Jak podkreśla ekspertka, prawidłowo przeprowadzona rekrutacja powinna rozpocząć się od informacji z konkretną ofertą pracy. Istotny jest etap składania aplikacji.
– Często kandydaci mówią, że po wysłaniu zgłoszenia nie mają żadnej informacji, czy aplikacja dotarła, czy ktoś ją w ogóle przeczytał, czy rekrutacja jeszcze trwa, a może została zakończona – tłumaczy Flasińska.
Tylko 29 proc. firm wysyła informację zwrotną wszystkim, którzy przesłali aplikację (6 proc. więcej niż w pierwszym badaniu). Więcej respondentów kontaktuje się tylko z kandydatami, którzy dostali się do ostatniego etapu rekrutacji lub zostali zaproszeni na rozmowę kwalifikacyjną (odpowiednio 35 i 33 proc.). Kandydatom brakuje też informacji zwrotnej na temat tego, dlaczego nie zostali przyjęci do pracy. 55 proc. osób nigdy nie dowiaduje się, co powinno poprawić, aby móc w przyszłości aplikować na dane stanowisko.
Negatywne opinie mogą się zemścić i przełożyć na wyniki sprzedażowe firm. 46 proc. osób, które nie były zadowolone z rekrutacji, zmienia nastawienie do produktów danej firmy na negatywne, co w konsekwencji może oznaczać rezygnację z zakupu produktu lub usługi.
– Jeśli brakuje poczucia, że zostaliśmy potraktowani z szacunkiem i dostaliśmy wszystkie możliwe informacje, to nie tylko zrezygnujemy z usług firmy, lecz także powiemy wszystkim znajomym, że zostaliśmy źle potraktowani. Możemy też opisać to w internecie, co może zaszkodzić wizerunkowi firmy – komentuje ekspertka.
Nieliczenie się z odrzuconymi kandydatami może mieć też wpływ na rekrutacje prowadzone w przyszłości. W niektórych branżach, przede wszystkim związanych z IT, rynek należy do pracownika. Aby zachęcić go do pracy w danej firmie, nie wystarczy atrakcyjne wynagrodzenie, dużo zależy też od pozapłacowych atutów.
Jak podkreśla Flasińska, w obliczu poprawiającej się sytuacji na rynku pracy, rekruterzy muszą też starać się zatrzymać najlepszych pracowników w firmie.
– Osoby dobre w swoich specjalizacjach będą szukały nowych możliwości zawodowych bądź będą otrzymywały inne oferty pracy. Firmom zależy na zatrzymaniu tych najlepszych, bo jest to tańsze niż rekrutowanie nowej osoby. To duże wyzwanie, żeby oprócz motywatora finansowego spróbować innymi metodami zatrzymać pracownika – ocenia Elżbieta Flasińska.
Rośnie popularność ubezpieczeń od odpowiedzialności cywilnej członków zarządów i rad nadzorczych.Ubezpieczenia zawierane są też na coraz wyższe kwoty. W niektórych segmentach spółek roszczenia wobec ich władz pojawiają się w ok. 10 proc. firm, wykupiona polisa chroni nie tylko majątki członków zarządu czy rady nadzorczej, lecz także same spółki.
– Ubezpieczenia zapewniają komfortową ochronę dla prywatnego majątku członków zarządu. Daje im to możliwość podejmowania bardziej śmiałych decyzji, dzięki czemu mogą potencjalnie przynosić firmie większe zyski – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Adam Gmurczyk, dyrektor w Dziale Ubezpieczeń Financial Lines AIG.
Członkowie zarządu za popełnione szkody odpowiadają całym prywatnym majątkiem z jednej strony wobec samej spółki, z drugiej – wobec osób trzecich (np. klientów spółki). Ubezpieczenie nie tylko chroni członków władz firmy przed utratą swojego majątku, lecz także zyskują same spółki. W przypadku gdy szkoda przewyższa wartość majątku danej osoby, firmy zyskują pewność, że dostaną odszkodowanie od ubezpieczyciela. Dlatego polskie firmy coraz częściej decydują się na zakup ubezpieczeń odpowiedzialności członków zarządu, członków rady nadzorczej czy pracowników pełniących funkcję zarządczo-nadzorcze w spółkach. Z danych towarzystw wynika, że jeszcze w 1992 roku sprzedano zaledwie jedną taką polisę. Obecnie liczba firm wykupujących polisy systematycznie rośnie. Firma AIG odnotowała w 2013 roku 20-proc. wzrost sprzedaży takich ubezpieczeń.
– Z naszych szacunków wynika, że 1-2 proc. polskich spółek korzysta z ubezpieczeń Directors & Officers. Ze statystyk wynika, że w ciągu 5 lat liczba polis uległa podwojeniu, niedługo może być trzykrotnie większa – ocenia Gmurczyk.
Jak podkreśla ekspert, kiedy na rynku pojawiły się takie ubezpieczenia, większość firm była przekonana, że tego typu roszczenia są rzadkością. Z szacunków AIG wynika jednak, że w przypadku niektórych segmentów rynku już w 10 proc. firm pojawiają się roszczenia wobec władz spółki.
– Ceny takich ubezpieczeń zaczynają się od 1 tys. zł, a mogą dochodzić do 1-2 mln zł. Średnio jednak składka wynosi 12-15 tys. zł w skali roku – mówi Gmurczyk.
Koszt ubezpieczeń jest ustalany indywidualnie, zależy m.in. od sytuacji finansowej firmy, jej wielkości i branży, w której działa. Firmy, które decydują się na wykupienie polisy, coraz częściej wybierają wyższe limity sumy ubezpieczenia – na przykład obserwowany jest około 30 procentowy wzrost liczby klientów kupujących polisy z limitem powyżej 50 mln zł. Jak podkreśla ekspert, warunki ubezpieczenia są takie same dla wszystkich spółek bez względu na wielkość, a co istotne polisa działa we wszystkich krajach, w których prowadzona jest działalność.
AIG pracuje nad modyfikacją warunków ubezpieczenia, by bez względu na liczbę roszczeń, dopóki będą one niezależne, suma ubezpieczenia się odtwarzała.
– Do tej pory jeśli mieliśmy roszczenie, które przekracza sumę ubezpieczenia, a pojawia się kolejne, to członek zarządu z powodu wyczerpania limitu sumy ubezpieczenia, nie korzystał już z ochrony. Natomiast przy nowym podejściu ochrona dla kolejnego niezależnego roszczenia czy postępowania będzie istniała nadal i to do wysokości pierwotnej sumy ubezpieczenia – tłumaczy Adam Gmurczyk.
Dziś upływa termin nadsyłania ostatecznych projektów regionalnych programów operacyjnych polskich województw w ramach szybkiej ścieżki negocjacji z Brukselą. Korzysta z niej siedem województw. Dziewięć województw ma już też kontrakty terytorialne podpisane z rządem. Na duże finansowanie mogą liczyć projekty transportowe, a szczególnie inwestycje w kolej.
‒ Obecnie dzieją się równolegle dwie rzeczy. Z jednej strony mamy negocjacje kontraktów regionalnych między rządem a samorządem. Z drugiej strony samorządy negocjują regionalne programy operacyjne z Komisją Europejską. Te drugie negocjacje są ważniejsze, bo tam decydują się pewne poziomy finansowania w różnego rodzaju dziedzinach – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Zbigniew Klepacki, podsekretarz stanu w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju.
Do tej pory ostateczne projekty kontraktów regionalnych do Brukseli przesłały województwa dolnośląskie, lubelskie, podkarpackie, podlaskie, pomorskie oraz zachodniopomorskie, a dziś zrobi to wielkopolskie. Projekty mogą zostać zatwierdzone jeszcze w tym roku, co pozwoli na ogłoszenie pierwszych konkursów w pierwszym kwartale 2015 r. Łącznie wszystkie 16 województw ma do dyspozycji ponad 31,2 mld euro. Najwięcej – prawie 3,5 mld euro – trafi na Śląsk; najmniej (900 mln euro) do Lubuskiego.
Równolegle trwają negocjacje kontraktów terytorialnych, które określają współpracę rządu z samorządami przy alokacji środków unijnych przeznaczonych dla Polski. Zostały one już zawarte dla województwa śląskiego, podlaskiego, lubuskiego, małopolskiego, opolskiego, dolnośląskiego, świętokrzyskiego, warmińsko-mazurskiego oraz zachodniopomorskiego.
‒ Finansowanie dróg i kolei to jest nasz priorytet, to są wartościowo największe programy finansowane ze środków unijnych. Jest duży nacisk Komisji Europejskiej na inwestycje kolejowe, ponieważ kolej jest dużo bardziej ekologiczna niż transport drogowy – mówi Klepacki.
W ostatnich latach większość inwestycji infrastrukturalnych była współfinansowana z środków unijnych. Dotyczy to nawet ponad 90 proc. projektów. Wiceminister podkreśla, że fundusze europejskie już wywołały silny, pozytywny impuls, a nowa perspektywa budżetowa będzie nadal napędzać dynamikę inwestycji.
‒ Na pewno najistotniejszy dla nas jest program Connecting Europe Facility. W jego ramach będą finansowane linie kolejowe i drogowe, które wpisują się w dwa główne korytarze transportowe biegnące przez Polskę, czyli z zachodu na wschód, do Łotwy, Litwy i Estonii, oraz korytarz północ-południe, czyli z polskich portów do portów adriatyckich. Tam te inwestycje będą rozlokowane – zapowiada Klepacki.
Dodaje, że w poprzedniej perspektywie duży nacisk był kładziony na transport kolejowy pasażerski. Dzięki temu udało się rozpocząć i przeprowadzić wiele modernizacji linii kolejowych, a także wymienić tabor zarówno przewoźników regionalnych, jak i PKP Intercity. Jednym z najbardziej widocznych i odczuwalnych dla pasażerów efektów tych inwestycji będzie wprowadzenie 14 grudnia pociągów Pendolino.
Klepacki przypomina, że to jednak nie jedyny projekt. Zapewnia, że na koniec przyszłego roku, po zamknięciu finansowania z perspektywy 2007-2013, nowy lub gruntownie zmodernizowany tabor będzie stanowił 70 proc. pojazdów PKP Intercity. W rozpoczynającej się perspektywie na większe wsparcie mogą jednak liczyć te projekty, które wiążą się z poprawą warunków przewoźników towarowych.
Rośnie zadłużenie Polaków, a wraz z nim przybywa długów, z którymi nie potrafią sobie poradzić. W badaniu przeprowadzonym z okazji obchodzonego dziś Dnia bez Długu połowa gospodarstw domowych uznała, że główną przyczyną problemów ze spłatą kredytów jest ich lekkomyślne zaciąganie. Często też kredytobiorcy nie zdają sobie sprawy z rzeczywistego kosztu pożyczki. Dlatego przedstawiciele branży i organizacji konsumenckich stawiają na edukację klientów.
– Jak wynika z badań, które przeprowadziliśmy z Instytutem Rozwoju Gospodarczego SGH, prawie 50 proc. gospodarstw domowych uważa, że główną przyczyną popadania w sytuację nieterminowego wywiązywania się z zobowiązań kredytowych jest lekkomyślne ich zaciąganie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Roter, dyrektor generalny Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych, organizatora kampanii „Kredytobranie 2.0. Dobre praktyki konsumenta”.
Problemy z terminowym spłacaniem należności ma ponad 2,3 mln Polaków. Ich zadłużenie na koniec III kwartału przekraczało 41,5 mld zł. Średnio wychodzi więc blisko 17,5 tys. zł na dłużnika – wynika z październikowego raportu InfoDług przygotowanego przez BIG InfoMonitor.
Jak podkreślają eksperci, winę za nadmierne zadłużenie ponoszą obie strony rynku.
– Kredyt można zaciągnąć wtedy, kiedy mamy jakąś nagłą potrzebę i wiemy, że te pieniądze na spłatę będziemy mieli, że za jakiś czas z naszych regularnych dochodów będziemy w stanie to spłacić – tłumaczy dr Krzysztof Grabowski, ambasador kampanii „Kredytobranie 2.0. Dobre praktyki konsumenta”.
Jednak część winy ponoszą również instytucje, które zbyt łatwo udzielają pożyczek i nie informują o ich pełnych kosztach. O ile banki zdecydowanie poprawiły pod tym względem swoje kredytowe oferty, o tyle z innymi instytucjami finansowymi bywa różnie.
– W przypadku instytucji pozabankowych obawiam się, że klienci nie uzyskują rzetelnej i pełnej informacji o całkowitych kosztach zobowiązań. Świadczą o tym skargi konsumentów składane do naszego Konsumenckiego Centrum e-Porad – mówi Grażyna Rokicka, prezes Stowarzyszenia Konsumentów Polskich, które włączyło się do kampanii – Zwłaszcza w przypadku zawieranych poza lokalem przedsiębiorstwa umów, którym towarzyszą umowy kredytowe. Wtedy konsumenci często nie są informowani, że w ogóle zawierają umowę kredytową, a już o kosztach tego kredytu prawie nic nie wiedzą.
W zwiększaniu finansowych kompetencji kredytobiorców pomóc ma Kampania „Kredytobranie 2.0” zainicjowana przez Konferencję Przedsiębiorstw Finansowych. Od dziewięciu lat warunkiem członkostwa w KPF jest przyjęcie Zasad Dobrych Praktyk KPF, wśród nich reguł odpowiedzialnego pożyczania. Stosowanie tych zasad przez firmy członkowskie weryfikuje coroczny audyt etyczny. Do przyjęcia i zaakceptowania dobrych praktyk, m.in. poprzez podejmowanie świadomych decyzji finansowych, KPF zachęca także kredytobiorców.
– Nadmierne zadłużenie obniża jakość naszego życia. Z punktu widzenia kredytodawcy zjawisko nadmiernego zadłużenia to są także koszty. A w związku z tym dobrze jest z punktu widzenia przedsiębiorcy mieć partnera po stronie kredytobiorcy. Taką osobę czy takie gospodarstwo domowe, które do zaciągania zobowiązań podchodzi odpowiedzialnie, w sposób przemyślany. Będziemy prowadzili kampanię razem z partnerami społecznymi, którzy pracują na co dzień z konsumentami. Liczymy na to, że kompetencje etyczne, finansowe i postawy Polaków przy zaciąganiu kredytu pozwolą uniknąć samym kredytobiorcom, a w konsekwencji też przemysłowi finansowemu, negatywnych konsekwencji – zapewnia Roter.
Jak podkreślają organizatorzy kampanii, receptą na ograniczenie liczby zagrożonych kredytów jest edukacja.
– Każdy kredytobiorca powinien zapoznać się z ofertami, które są na rynku usług finansowych – doradza dr inż. Kazimierz Janiak, prezes Stowarzyszenia Krzewienia Edukacji Finansowej, które również bierze udział w kampanii „Kredytobranie 2.0”. – Jak już dana oferta, ta najlepsza, zostanie wybrana, należy przeczytać umowę. Warunki jej spłacania muszą być przeanalizowane, przemyślane i zrozumiałe przez osobę biorącą taki kredyt.
Jego zdaniem sytuacja pod tym względem już się poprawia. Co piąty konsument zgłaszający się do ośrodków stowarzyszenia przychodzi jeszcze przed zawarciem umowy z prośbą o wyjaśnienie jej zapisów, porównanie ofert czy ocenę zdolności kredytowej.
– Potrzebne jest również podejście, które umożliwia dogadanie się obu stron, a nie traktowanie kredytobiorców jako wrogów, bo to prowadzi wyłącznie do utraty zaufania i pogorszenia sytuacji. Również konsumenci w momencie, kiedy zaczną się problemy ze spłaty, powinni to sygnalizować jak najszybciej i dążyć do ich polubownego rozwiązania – podkreśla Grażyna Rokicka.
Minister Finansów przekazał do ponownych konsultacji projekt ustawy o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług oraz ustawy – Prawo zamówień publicznych (UD 186), który wprowadza nowe instrumenty służące walce z oszustwami podatkowymi. Termin zgłaszania uwag do projektu upływa 21 listopada 2014 r.
Najważniejsze zmiany zawarte w projekcie ustawy obejmują:
• rozszerzenie na nowe grupy towarów stosowania mechanizmu odwrotnego obciążenia, w którym podatek zamiast sprzedawcy rozlicza nabywca,
• wprowadzenie informacji podsumowujących, które będą składane przez sprzedawców towarów objętych tym mechanizmem,
• objęcie nowych towarów solidarną odpowiedzialnością podatkową oraz obowiązkiem jednomiesięcznego rozliczania podatku od towarów i usług,
• podwyższenie minimalnej i maksymalnej kaucji gwarancyjnej składanej przez podmioty dostarczające paliwa.
Ponadto w projekcie przewiduje się wprowadzenie zmian w zakresie odliczania podatku naliczonego w odniesieniu do zakupionych towarów i usług wykorzystywanych do celów mieszanych (podlegających i niepodlegających systemowi VAT), w tym możliwości uzgodnienia z naczelnikiem urzędu skarbowego sposobu określenia proporcji podatku podlegającego odliczeniu u takich podatników. Proponuje się również wprowadzenie zmian w zakresie stosowania tzw. „ulgi na złe długi” mających na celu zmniejszenie asymetrii w stosowaniu tej instytucji.
W projekcie ustawy przesłanym do ponownych konsultacji główne zmiany (w związku z uwzględnieniem uwag zgłoszonych do projektu) objęły następujące kwestie:
– doprecyzowano przepisy dotyczące proporcji odliczania podatku naliczonego w przypadku towarów i usług wykorzystywanych zarówno do celów prowadzonej przez podatnika działalności podlegającej opodatkowaniu, jak i do celów innych, których przypisanie w całości działalności podlegającej opodatkowaniu nie było możliwe, w tym wprowadzono do ustawy przykładowe dane, które będą mogły być wykorzystane przy obliczeniu tej proporcji.
W przypadku organów władzy publicznej i innych podmiotów prawa publicznego zaproponowano, aby odbywało się według kryterium „przychodowego”, z możliwością wskazania przez te podmioty bardziej reprezentatywnej metody;
– odstąpiono od możliwości uzgadniania sposobu określenia proporcji z naczelnikiem urzędu skarbowego w formie decyzji na rzecz prostszej formy protokołu;
– zrezygnowano z wprowadzania zmian w ustawie – Ordynacja podatkowa, wyłączających możliwość dokonania interpretacji przepisów, w sprawach dotyczących prawidłowości wyboru i stosowania metody ustalania cen transakcyjnych oraz w sprawach dotyczących sposobu określenia zakresu wykorzystywania nabywanych towarów i usług do celów działalności podlegającej opodatkowaniu. Spowodowało to zmianę tytułu ustawy;
– odstąpiono od wprowadzania zmian przewidujących „wygaszanie” z dniem 1 lipca 2015 r. interpretacji indywidualnych w zakresie, w jakim dotyczyłyby obliczenia zakresu wykorzystania nabywanych towarów i usług do celów działalności podlegającej opodatkowaniu, w przypadku towarów i usług wykorzystywanych zarówno do celów prowadzonej przez podatnika działalności podlegającej opodatkowaniu, jak i do celów innych, których przypisanie w całości działalności podlegającej opodatkowaniu nie było możliwe;
– wprowadzono, przy stosowaniu mechanizmu odwrotnego obciążenia, limit transakcyjny (przekroczenie przez wartość jednolitej gospodarczo transakcji, bez podatku, kwoty 20 tys. zł), który powinien wyeliminować zgłaszane trudności wobec proponowanych limitów dziennych;
– przesunięto termin wejścia w życie ustawy na dzień 1 kwietnia 2015 r., celem zapewnienia vacatio legis na dostosowanie się podatników do proponowanych zmian.
Projekt opracowano na podstawie założeń projektu ustawy o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług oraz ustawy Prawo zamówień publicznych (ZD99).
Projekt ustawy z dnia 7 listopada 2014 r. został udostępniony w Biuletynie Informacji Publicznej Rządowego Centrum Legislacji w zakładce Rządowy Proces Legislacyjny.
W III kwartale br. PKB wzrósł o 3,3 proc., a w II kwartale o 3,5 proc. – podał GUS
Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan
Patrząc na dane dotyczące przemysłu i sprzedaży detalicznej w III kwartale br., a także biorąc pod uwagę znacznie wyższą bazę wzrostu PKB w III kwartale 2013 roku można było się spodziewać, niższej dynamiki wzrostu PKB w III kwartale br. Tymczasem, według wstępnych danych GUS, PKB wzrósł aż o 3,3 proc. Ten szybki wzrost gospodarczy nie powinien jednak budzić zdziwienia, albowiem w trzecim kwartale mieliśmy do czynienia z deflacją. A to oznacza, że PKB za III kwartał, który podawany jest w cenach z roku poprzedniego właśnie dzięki deflacji był o ok. 0,3 pkt proc. wyższy. Z wyciąganiem dalej idących wniosków musimy jednak poczekać na szczegółowe informacje dotyczące struktury wzrostu PKB. Wydaje się jednak, że w III kwartale motorem napędowym wzrostu gospodarczego były spożycie indywidualne i inwestycje. Szacuje się, że w tym roku inwestycje realizowane z wykorzystaniem leasingu będą o ok. 20 proc. większe niż w roku ubiegłym. A to oznacza, że inwestują już nie tylko średnie i duże firmy, których nakłady inwestycyjne w ciągu pierwszych 6. miesięcy br. były wyższe o 14,4 proc. r/r, ale dołączyły do nich również mikro i małe przedsiębiorstwa.
Wszystko wskazuje także na to, że mimo problemów ze sprzedażą naszych towarów do Rosji i Ukrainy, negatywny wpływ eksportu netto na PKB będzie w III kwartale niewielki.
W całym 2014 roku, biorąc pod uwagę korektę wzrostu PKB w II kwartale br. (z 3.3 proc. na 3,5 proc.), wyniki III kwartału, a także spodziewaną deflację w IV kwartale, wzrost gospodarczy powinien wynieść 3,3-3,4 proc.
Zaproponowane w projekcie ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z ochroną miejsc pracy, administracyjne ograniczenie podmiotów mogących skorzystać z pomocy jedynie do tych, u których przeważający rodzaj prowadzonej działalności gospodarczej wskazuje na jej udział w handlu, przetwórstwie lub transporcie, a także wynikających z nich usług, budzi wątpliwości – uważa Konfederacja Lewiatan.
W ocenie Konfederacji Lewiatan niezwykle trudne jest określenie zamkniętej listy obszarów, czy sekcji działalności podmiotów, które mogą odczuwać negatywne konsekwencje wystąpienia czasowego ograniczenia wwozu towarów.
Zdaniem Lewiatana mogą wystąpić trudności w stosowaniu przepisu wynikające ze sformułowania „przeważający rodzaj prowadzonej działalności gospodarczej, wynikający z wpisu do krajowego rejestru urzędowego podmiotów gospodarki narodowej”. PKD we wpisach firm do REGON jest bardzo często nieaktualny. Ponadto nawet jeśli firma ponosi straty w części, która nie jest ej „przeważającą” działalnością np. stanowi 30-40%, to skutki tych trudności dla firmy i pracowników mogą być dotkliwe i powinny być uwzględnione.
Konfederacja Lewiatan proponuje więc zmianę zapisu na „u których przedmiot działalności doznał ograniczeń ilościowych lub wartościowych w obrocie handlowym na krajowych lub zagranicznych rynkach, w następstwie wystąpienia czasowego ograniczenia, z przyczyn niezależnych od przedsiębiorcy, wwozu towarów na terytoria krajów.”
Projekt ustawy został przygotowany w celu ochrony miejsc pracy w firmach, które odczuwają przejściowe trudności ekonomiczne (udokumentowane co najmniej 15% spadkiem obrotów) wywołane czasowym wprowadzaniem zakazu wwozu towarów polskich oraz towarów pochodzących z innych krajów na terytorium krajów, które taki zakaz wprowadzają. Potrzeba czasowej ochrony miejsc pracy w firmach związanych z rynkiem, którego dotyczy zakaz jest w takiej sytuacji uzasadniona. Firmy powinny mieć czas na przystosowanie się do nagłej zmiany warunków ich funkcjonowania. W szczególności cenna jest możliwość czasowego obniżenia kosztów pracy. Bez tego firmy byłyby zmuszone do redukcji zatrudnienia na czas przystosowania do zmiany oraz ewentualnego ponownego zatrudnienia po poprawie ich sytuacji ekonomicznej. Zarówno redukcja zatrudnienia jak i ponowna rekrutacja generują dla firm znaczne koszty, a także tworzą ryzyko pogorszenia zasobów kapitału ludzkiego w firmie.
Projekt jest odpowiedzią w szczególności na wprowadzenie tzw. embarga rosyjskiego. Zakaz ten w przypadku polskich warzyw i owoców wprowadzono od 1 sierpnia 2014 r., a więc już trzy i pół miesiąca temu. Należy zakładać, że od tego czasu większość firm, które odczuwały z tego powodu trudności ekonomiczne zdołało sobie z tymi problemami poradzić lub prawdopodobnie poradzi sobie zanim przepisy tej ustawy zostaną uchwalone. Dlatego należy zadbać, aby wprowadzane zmiany miały charakter bardziej uniwersalny, tzn. umożliwiały reakcję na ewentualne późniejsze szoki mogące wystąpić w obrocie międzynarodowym bez konieczności nowelizacji przepisów.
Firma CD Projekt, produkująca gry komputerowe, znana z produkcji „Wiedźmina”, w III kwartale br. miała 3,47 mln zł straty operacyjnej i 2,92 mln zł straty netto. Zarząd tłumaczy to zbliżającą się wielką premierą trzeciej części popularnej sagi, która – zdaniem analityków – będzie miała istotny wpływ na prognozowane rekordowe wyniki spółki w 2015 r.
Po raz pierwszy od czterech lat CD Projekt zakończył kwartał na minusie. W III kwartale producent gier miał 36 mln zł przychodów ze sprzedaży, czyli ponad 10 proc. mniej niż rok wcześniej.
Zarząd CD Projekt w komunikacie tłumaczy pogorszenie wyników rosnącymi kosztami związanymi z lutową premierą gry „Wiedźmin 3”, a co za tym idzie zwiększeniem nakładów na marketing i rozwój produktu.
Łukasz Kosiarski, analityk Domu Maklerskiego BZ WBK, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor, zwraca dodatkowo uwagę na aspekt sezonowości.
– III kw. był gorszy dla CD Projekt, bo ogólnie okres letni dla branży gier w Polsce oznacza brak wielkich premier w lokalnej dystrybucji – uważa Kosiarski.
Z kolei zależny od spółki GOG.com, serwis cyfrowej dystrybucji gier, zarobił w tym okresie niespełna 1 mln zł netto wobec 1,43 mln zł rok temu przy niewiele wyższych obrotach.
– IV kw. powinien być chyba lepszy w GOG-u, m.in. ze względu na zbliżającą się Gwiazdkę i akcje promocyjne z nią związane. Ponadto spółka ostatnio wprowadziła katalog gier LucasArts, czyli jednego z ostatnich wydawców, których brakowało na GOG-u, co powinno przy jeszcze niskiej bazie z zeszłego roku całkiem pozytywnie wpłynąć na te wyniki – dodaje Łukasz Kosiarski.
Analityk DM BZ WBK spodziewa się ustanowienia kolejnego rekordu sprzedaży przez CD Projekt.
– Spodziewamy się, że w pierwszym roku, tym najważniejszym, do sklepów trafi 3,3 mln sztuk nowego „Wiedźmina”. Więcej niż w przypadku poprzednich odsłon, a ma na to wpływ fakt, że gra będzie od początku dostępna na trzech platformach: PC, PlayStation i Xbox – dodaje.
Łukasz Kosiarski zwraca uwagę na pozytywne efekty kampanii marketingowej „Wiedźmina 3”.
– Gra jest rozpoznawana w Stanach Zjednoczonych, znajduje się wysoko w rankingach pre-orderów, to dobrze wpłynie na sprzedaż tytułu – podsumowuje.
Tytuł zadebiutuje 24 lutego 2015 r. jednocześnie na 109 rynkach.
Zdaniem analityka DM BZ WBK premiera nowej części sagi przyniesie rekordowe wyniki spółce.
– To będzie zdecydowanie najlepszy w historii rok dla CD Projekt, myślę, że możemy się spodziewać nawet trzycyfrowego wyniku netto – podsumowuje Kosiarski.
Asseco Business Solutions, dostawca rozwiązań informatycznych dla przedsiębiorstw, planuje rozszerzanie funkcjonalności swojej sztandarowej aplikacji, czyli wspierającego działy sprzedaży programu Mobile Touch. Jak przekonuje Mariusz Lizon z Asseco BS, pomoże w tym kontrakt, który spółka podpisała z firmą Bacardi, producentem napojów alkoholowych. W przyszłym roku spółka oczekuje co najmniej jednego kontraktu o podobnej skali.
– Udało nam się zdobyć duży kontrakt – wdrożymy program Mobile Touch w firmie Bacardi – informuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Mariusz Lizon, członek zarządu Asseco Business Solutions. – Nie możemy ujawnić za dużo informacji, bo kontrahent zawarł w umowie dość restrykcyjne zapisy o poufności. Natomiast zapewniam, że kontrakt jest intratny, a pracy przy nim mamy do końca przyszłego roku.
Nie jest to jednak jedyny kontrakt, który firma w najbliższym czasie chce podpisać. W przygotowaniu, jak informuje Lizon, znajdują się dwa inne projekty, także z branży FMCG (produktów szybko zbywalnych, głównie spożywczych).
– Są to umowy o podobnej wielkości i mamy nadzieję, że przynajmniej jedną będziemy mogli się w przyszłym roku pochwalić – zapowiada Mariusz Lizon. – To jest ten sam segment, czyli branża FMCG, i nasze sztandarowe rozwiązanie, czyli produkt Mobile Touch (rozwiązanie tzw. klasy SFA/CRM zaprojektowane w oparciu o możliwości technologii dotykowych, przeznaczone do pracy na urządzeniach mobilnych – red.).
Przy okazji kontraktu z Bacardi wdrażane będą, jak zapowiada Lizon, nowe funkcjonalności Mobile Touch: RAO (Retail Activity Optimisation), Perfect Store oraz Coaching. Mają one być również oferowane już pozyskanym klientom.
– Planujemy odświeżenie naszego portfolio na poziomie mniej więcej takim, jak w tym roku – prognozuje Mariusz Lizon. – Zupełnie nowych produktów w 2015 roku nie planujemy. Staramy się być liderem pod względem innowacyjności. W związku z tym musimy inwestować w już istniejące produkty i to co roku robimy.
Na krajowym rynku spółka nadal będzie oferować przede wszystkim wspierające funkcjonowanie średnich i dużych przedsiębiorstw systemy klasy ERP (z ang. Enterprise Resource Planning), nie planuje sprzedawać ich jednak za granicą.
– Nasi klienci wyraźnie się ożywili – przekonuje członek zarządu Asseco BS. – Nowe kontrakty może nie przyrastają lawinowo, ale przedsiębiorcy są coraz bardziej aktywni w zakresie zamawiania informatyki, nowych funkcjonalności czy rozbudowy systemów. Często sami mają pomysły na to, jak rozwijać swój system. To nam generuje największy wzrost przychodów ze sprzedaży i mam nadzieję, że będzie to kontynuowane w perspektywie kolejnego kwartału czy dwóch.
Po trzech kwartałach obroty Asseco BS wzrosły do 102 mln zł, czyli o 5 proc., zaś EBITDA – o 9 proc., do 31,6 mln zł. Zysk operacyjny urósł o 12,5 proc., do 22,8 mln zł, na czysto spółka zarobiła 19,1 mln zł – o 10 proc. więcej niż rok wcześniej. Portfel zamówień Asseco BS na 2014 r. ma wartość 129 mln zł. Rok temu sięgał 121,8 mln zł.
Asseco Business Solutions jest częścią międzynarodowej Grupy Asseco, dostawcy oprogramowania na rynek europejski, obecnego w przeszło 30 krajach świata.
W portfelu zamówień specjalizującej się w budownictwie kubaturowym, inżynieryjnym i energetycznym spółki Erbud już teraz znajdują się kontrakty o wartości ponad 1,4 mld zł. Jak tłumaczy Dariusz Grzeszczak, prezes zarządu spółki, większość przychodów generowana jest przez budownictwo kubaturowe. Ale największe wzrosty firma notuje w sektorze inżynieryjnym oraz energetycznym. Na kontach przedsiębiorstwa znajduje się ponad 90 mln zł gotówki.
– Ten rok jest o wiele lepszy niż ubiegły, a portfel zamówień na kolejne lata o wartości ponad 1,4 mld zł pozwala sądzić, że jest bardzo dobrze – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Dariusz Grzeszczak, prezes zarządu Erbudu. – Motorem rozwoju w dalszym ciągu jest budownictwo kubaturowe w Polsce, które odpowiada za 80 proc. przychodów.
W ramach zamówień kubaturowych firma buduje m.in. biurowce, szpitale i centra handlowe. Większość zleceń pochodzi od instytucji prywatnych.
– Budownictwo kubaturowe w ciągu najbliższych pięciu lat będzie motorem naszych przychodów – zakłada Grzeszczak. – Ale widzimy też duży progres w krajowym budownictwie inżynieryjnym i energetycznym. Tutaj narastająco przychody w I-III kwartale były na poziomie odpowiednio 88 mln zł i 80 mln zł. W stosunku do ubiegłego roku wzrosty są ogromne: o 80 i 70 proc.
Jak podkreśla, potwierdzają to również dobre wyniki należącej do Erbudu spółki PBDI, działającej w sektorach budownictwa inżynieryjnego i drogowego.
Głównym źródłem przychodów Erbudu, inaczej niż większości firm budowlanych, nie będą zamówienia publiczne w ramach nowej perspektywy unijnej (tylko program Infrastruktura i Środowisko zakłada wydatki na poziomie około 100 mld zł, a kontrakty w ramach Regionalnych Programów Operacyjnych – kolejne ok. 100 mld zł).
– W zamówieniach publicznych Erbud ma obecnie tylko 14 proc. W przyszłości również nie przewidujemy, aby była to główna ścieżka dopływu kontraktów. Dzięki temu, że konkurencja z pewnością weźmie w nich udział, wydaje nam się, że będziemy mieli łatwiejszy dostęp do sektora prywatnego. Pomoc UE wpłynie więc pośrednio na naszą kondycję – tłumaczy prezes giełdowej spółki.
Taka decyzja to efekt dobrych doświadczeń ze współpracy z sektorem prywatnym.
– Są projekty, na których dobrze zarobiliśmy, ale są też takie, które są dla nas problematyczne – precyzuje prezes Erbudu. – 14-proc.udział zamówień publicznych w naszym portfelu ma uzasadnienie, ale nie stanowi już dla niego zagrożenia. Obecnie kredyty są tanie, więc inwestor prywatny ma łatwy dostęp do pieniędzy i współpraca dobrze się układa. Naszym zdaniem w ciągu najbliższych pięciu latach nie powinno być z tym problemów. Pod koniec pięciolatki może być trudniej.
Elementem przedsiębiorstwa, który wymaga wzmocnienia, zdaniem prezesa, jest rentowność na poziomie EBIT (zysk operacyjny przed opodatkowaniem). Obecnie wynosi ona 2,5 proc. Zarząd planuje podniesienie jej do poziomu ok. 3-4 proc.
– W tej chwili konkurencja jest duża, dlatego jest to trudne do zrobienia – zastrzega Dariusz Grzeszczak. – Jeżeli jednak uda nam się zwiększyć przychody w energetyce i budownictwie inżynieryjnym, to istnieje w najbliższych latach taką możliwość. Myślę, że docelowo przekroczymy 3 proc.
Przedsiębiorstwo planuje również zwiększenie wpływów z eksportu. Należąca do grupy niemiecka firma GWI w przyszłym roku przewiduje podniesienie przychodów o jedną piątą.
– W tej chwili budujemy w Niemczech 80 mieszkań, które później będziemy wynajmować i sprzedawać – mówi Grzeszczak. – Dzięki temu, mam nadzieję, poprawi się rentowność budowlana spółki niemieckiej. W Polsce widzimy, że budownictwo deweloperskie ma dobre przychody oraz zyski. Zakładamy, że w przyszłym roku będziemy sprzedawać projekt w Poznaniu. Będzie to jednorazowy, ale duży zysk.
Pod koniec trzeciego kwartału firma miała na kontach ponad 90 mln zł gotówki. Dysponuje również liniami kredytowymi do wysokości 750 mln zł.
– Bardzo dobrze współpracujemy z bankami, ubezpieczycielami, nie mamy problemów z liniami gwarancyjnymi, kredytowymi – przekonuje prezes Erbudu. – Mamy nadzieję, że w przyszłości ta dobra współpraca będzie procentowała.
Po trzech kwartałach br. przychody firmy wyniosły 1,14 mld zł (wzrost o 38 rok do roku), zysk operacyjny – 26 mln zł (wzrost o 27 proc.), a zysk netto – 15,6 mln zł (+50 proc.).
Organika-Sarzyna, która produkuje m.in. środki ochrony roślin i żywice, ma być filarem segmentu organicznego w Grupie Chemicznej Ciech. Zakład w Nowej Sarzynie czeka restrukturyzacja, której jednym z elementów będzie utworzenie nowoczesnego centrum ukierunkowanego na badania i rozwój (R&D).
– Zamierzamy istotnie zrestrukturyzować tę część grupy – zapowiada Dariusz Krawczyk, prezes zarządu Ciech SA. – Jednym z jej elementów będzie utworzenie w Nowej Sarzynie centrum R&D z prawdziwego zdarzenia. Już zatrudniliśmy odpowiednich menedżerów, uruchomiliśmy projekt, przeznaczyliśmy na ten cel określone środki finansowe i poszukujemy około 20 naukowców, specjalistów, którzy będą mogli w tym centrum pracować.
Głównym zadaniem ośrodka, jak wskazuje prezes Dariusz Krawczyk, ma być przygotowywanie nowych produktów oraz doskonalenie już wprowadzonych na rynek tak, aby spełniały oczekiwania klientów w najwyższym stopniu.
– Chcemy także, aby w ramach centrum działał zespół wsparcia technicznego, który będzie razem z naszymi handlowcami odwiedzał klientów, wsłuchiwał się w ich oczekiwania i podpowiadał pewne rozwiązania w zakresie zastosowania naszych produktów – zapowiada prezes Krawczyk. – Przede wszystkim zależy nam jednak na tym, aby zespół słuchał sygnałów dochodzących z rynku i wdrażał nowe produkty w odpowiedzi na pojawiające się potrzeby.
W podkarpackiej spółce w październiku zakończyła się rozbudowa instalacji do produkcji nasyconych żywic poliestrowych, dzięki czemu możliwe jest zwiększenie dostaw do klientów w kraju i za granicą.
Założone w 1937 roku Zakłady Chemiczne Organika-Sarzyna wchodzą w skład grupy Ciech od 20 grudnia 2006 roku, kiedy weszła w życie umowa sprzedaży 80 proc. akcji zakładu przez Naftę Polską. W czerwcu ubiegłego roku w wyniku procesu nabywania akcji pracowniczych oraz objęcia walorów Skarbu Państwa udział procentowy Ciech SA w kapitale zakładowym spółki osiągnął 99,64 proc. Firma jest czołowym dostawcą środków ochrony roślin, żywic poliestrowych i jedynym w kraju wytwórcą żywic epoksydowych wykorzystywanych w produkcji m.in. farb i lakierów.
Tempo wzrostu produktu krajowego brutto w Polsce delikatnie spadnie w kolejnych kwartałach – wynika z prognoz międzynarodowych instytucji finansowych. Przyczyną jest nie najlepsza kondycja gospodarcza Europy Zachodniej, gdzie polskie firmy sprzedają większość eksportowanych towarów. Na razie jednak odczyty zaskakują pozytywnie.
Międzynarodowy Fundusz Walutowy ocenia, że polski PKB i w tym, i w przyszłym roku wzrośnie o 3 proc., choć jeszcze w październiku oceniał, że tegoroczny wzrost sięgnie 3,2 proc. Ekonomiści banku UBS prognozy tempa polskiego wzrostu obniżyli o 0,1 proc. Nieco niższe są też najnowsze prognozy Komisji Europejskiej (3,1 proc.) i Narodowego Banku Polskiego (3,2 proc.).
– Zwolnienie tempa rozwoju gospodarczego o 0,1 punktu procentowego jest spowodowane czynnikami zewnętrznymi, dlatego że jest to związane z obniżeniem eksportu w wartościach netto– mówi agencji informacyjnej Newseria Olgierd Dziekoński, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP.
Jak ocenia Komisja Europejska, wzrost PKB strefy euro w tym roku nie przekroczy 0,8 proc, podczas gdy wcześniej oczekiwano, że sięgnie on 1,2 proc. Tymczasem 70 proc. wartości polskiego eksportu jest lokowane w Unii Europejskiej, w tym w strefie euro. Ta zaś ma swoje problemy gospodarcze, które spowodowały, że tempo jej wzrostu słabnie.
– To jest związane z sytuacją na wschodzie Ukrainy, to są kwestie relacji gospodarczych z Rosją, to jest również pewne spowolnienie wzrostu gospodarczego w Chinach– tłumaczy Olgierd Dziekoński. – Chiny są dosyć istotnym rynkiem dla niektórych państw europejskich, z którymi Polska jest bardzo związana gospodarczo, np. dla Niemiec.
Na tle słabych wyników państw zachodnich prognozy wzrostu dla Polski, utrzymujące się w okolicach 3 proc., wskazują na przyzwoitą kondycję naszej gospodarki. Zresztą ostatnie dane o PKB pokazują, że może być ona w lepszej formie niż wieszczą ekonomiści. W III kw. wzrost wyniósł 3,3 proc. rok do roku, podczas gdy oczekiwano wyniku w granicach 2,6-3,2 proc. W dodatku zrewidowano w górę o 0,2 pkt proc. odczyt za II kwartał.
– Mamy bardzo silny wzrost zarówno w sektorze gospodarstw domowych, jak i popytu wewnętrznego– ocenia sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP. – Popyt wewnętrzny trwale rośnie, a to jest dobry sygnał dla Polski. Obniżenie wartości eksportu netto wynika z sytuacji w strefie euro, która jak wydaje się po ostatnich ocenach Komisji Europejskiej, nie nabiera takiego tempa, jakiego byśmy oczekiwali.
Obecna kondycja polskiej gospodarki opiera się na trzech filarach. Obok odbijającego się popytu wewnętrznego oraz rosnących wydatków polskich gospodarstw domowych wspierają ją też inwestycje związane z pieniędzmi z budżetu Unii Europejskiej. Trwają przygotowania do rozdysponowania środków z funduszy na lata 2014-2020, a w przyszłym roku zaczną być one wydawane.
–Stopa zwrotu inwestycji w sposób znaczący w Polsce zaczyna przyspieszać, w szczególności w sektorze inwestycji publicznych– podkreśla minister Dziekoński. – Ponad 4 proc. inwestycji w odniesieniu do PKB to jest mniej więcej dwa razy tyle aniżeli średnia Unii Europejskiej. To z pewnością będzie miało i ma wpływ na budowanie trwałego wzrostu gospodarczego w Polsce.
W trzecim kwartale tego roku produkt krajowy brutto Polski był o 3,3% wyższy niż przed rokiem – podał Główny Urząd Statystyczny. Opublikowane dziś dane o niewyrównanym sezonowo wzroście PKB były nieco niższe niż w drugim i pierwszym kwartale (3,5% i 3,4%). Jednocześnie, jest to najlepszy trzeci kwartał od 2011 r. Ekonomiści spodziewali się dziś odczytu na poziomie 2,7%-2,8%, więc można mówić o sporej niespodziance.
– Nie było chyba ekonomisty, który nie oczekiwałby wyniku słabszego niż kwartał wcześniej (0,7% kdk i 3,4% rdr). Pesymistyczne prognozy nie wzięły się znikąd: niemal wszystkie dane makroekonomiczne za poprzednie miesiące były słabe i jednoznacznie wskazywały na osłabienie koniunktury. Przypuszczalnie, za pozytywną niespodziankę odpowiadał wzrost zapasów – komentuje Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.
Polska najlepsza w Europie
Wśród krajów UE, które przekazały wstępne szacunki PKB, najszybszy wzrost (3,4% rdr) odnotowano w Polsce. Drugie miejsce z wynikiem 3,3% zajęła Rumunia, a podium najszybciej rosnących europejskich gospodarek uzupełniły Węgry z wynikiem 3,1%. Tuż za nimi znalazła się Wielka Brytania, rosnąca w tempie 3,0% rdr. Dwie największe gospodarki eurolandu – Niemcy i Francja – pozostawały w stagnacji, ze wzrostem gospodarczym wynoszącym odpowiednio 1,2% i 0,4%.
– Polskie dane o PKB są trochę zaskakujące, ale pamiętajmy, że niedawno zmieniła się metodologia i teraz odrobinę większy wpływ na końcowy odczyt ma szara strefa. Do tego dochodzi taniejące paliwo, które pobudza do większej aktywności gospodarczej. W okresie wyborczym zwiększają się też nakłady sektora publicznego np. w administracji wypłaca się nagrody i premie, które w znakomitym stopniu szybko są konsumowane. Dlatego dobry wynik w III. kw niekoniecznie musi być sygnałem, że sytuacja się trwale poprawia. Dla przeciętnego obywatela nie ma to większego znaczenia – pensje realnie zaczną rosnąć dopiero, gdy dynamika PKB przekroczy ok. 3,7%-4%. W tym momencie podwyżki raczej są nieodczuwalne, aczkolwiek na skutek deflacji i niskich stóp procentowych powinniśmy mieć więcej pieniędzy w portfelach – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.
Warszawa, 14 listopada 2014 r. – Z danych Panelu Indywidualnego GfK wynika, że w okresie od września 2013 do sierpnia 2014 roku rynek kosmetyków kolorowych w Polsce zanotował 14-procentowy wzrost w ujęciu wartościowym i prawie 11-procentowy wzrost w ujęciu ilościowym w porównaniu do poprzedniego analogicznego okresu.
Analizowana kategoria kosmetyków kolorowych obejmuje kosmetyki do twarzy (podkłady, bazy, róże, pudry), do oczu (tusze, kredki, eyelinery, odżywki, bazy do rzęs, cienie – bez palet) i do ust (pomadki, szminki, błyszczyki, kredki, konturówki).
W monitorowanym okresie najwięcej zakupów produktów z kategorii kosmetyków kolorowych dokonywały kobiety, generując tym samym 93 proc. wartości całego rynku. W ciągu całego roku co druga Polka zakupiła kosmetyk do makijażu, dokonując zakupów tej kategorii z częstotliwością prawie raz na 4 miesiące.
Największy udział w kategorii kosmetyków kolorowych w ujęciu wartościowym miały kosmetyki kolorowe do twarzy (45 proc.). Kosmetyki do oczu i do ust zanotowały odpowiednio 39 i 16 proc. udziału. Z kolei największy wzrost w tym ujęciu zanotował segment kosmetyków do oczu (+19 proc.). W porównaniu do poprzedniego analogicznego okresu, zwiększyła się również liczba kobiet, które przynajmniej raz dokonały zakupu kosmetyków do oczu (wzrost o 2,3 proc.).
Kosmetyki kolorowe najczęściej kupowały kobiety w wieku 30-49 lat, generując tym samym 47 proc. wartości całego rynku wśród kobiet.
Udział kosmetyków kolorowych kupowanych w promocjach wyniósł w analizowanym okresie 49 proc. wartości wszystkich zakupów tej kategorii wśród Polek. Kosmetyki w promocji kupowały najczęściej kobiety do 29 roku życia. Ponadto przeciętna przedstawicielka tej grupy wiekowej wydawała w ciągu roku na kosmetyki kolorowe o 14 zł więcej niż starsze kobiety (30-49 lat).
Pod względem miejsc zakupu i kanałów sprzedaży, produkty z kategorii kosmetyków kolorowych kupowane były najczęściej w drogeriach/ perfumeriach/sklepach chemiczno-kosmetycznych (40 proc. kobiet przynajmniej raz dokonało tam zakupu kosmetyków do makijażu), dyskontach (9,6 proc.) oraz bezpośrednio u konsultantek (6,5 proc.).
Aleksandra Pyrkosz, analityk kategorii w dziale Consumer Panel Services, komentuje: „76 proc. rocznego budżetu przeznaczonego na kosmetyki kolorowe Polki zostawiły w drogeriach/perfumeriach/sklepach chemiczno-kosmetycznych. Udział ten mógł zwiększyć się w stosunku do poprzedniego okresu głównie dzięki rosnącej liczbie drogerii sieciowych. Co ciekawe, najwięcej pieniędzy w przeliczeniu na jednorazowy akt zakupu Polki przeznaczyły na zakupy przez Internet (40 zł). Udział tego kanału sprzedaży wciąż jednak utrzymuje się na niskim poziomie. Średnie wydatki na pojedyncze zakupy tej kategorii u konsultantki wyniosły 27 zł, a podczas zakupów w kanale handlu detalicznego – 12 zł”.
O badaniu
Powyższe analizy powstały na podstawie danych pochodzących z Panelu Indywidualnego GfK Polonia. Jego próbę stanowi 11 tys. osób indywidualnych, zbierających dane za pomocą skanerów i raportujących o dokonywanych przez siebie zakupach produktów FMCG, reprezentujących 29 997 tys. Polaków powyżej 15 roku życia.