Praca na wysokości – przepisy prawa, ustawy, rozporządzenia

Odpowiednio dobrane narzędzia i stabilne konstrukcje, przeszkolenie pracowników oraz regularna kontrola użytkowanych rusztowań czy też drabin gwarantują bezpieczeństwo pracy na wysokościach. Obowiązki te, zgodnie z przepisami prawa krajowego, spoczywają na pracodawcy. Producenci konstrukcji ułatwiających wszelkie prace na wysokościach oferują swoim klientom wsparcie w zakresie szkoleń, seminariów oraz profesjonalnych kontroli narzędzi. Specjaliści z firmy KRAUSE wyjaśniają, dlaczego nadrzędnym celem pracodawcy powinna być dbałość o bezpieczeństwo pracowników w najtrudniejszych warunkach pracy.

Szczegółowe regulacje dotyczące bezpieczeństwa i higieny pracy na wysokości zawierają rozporządzenia Ministra Gospodarki z 26. września 1997 roku oraz z 30. września 2003 roku, a także rozporządzenie Ministra Infrastruktury z 12. kwietnia 2002 roku. Zgodnie z tymi zapisami czynności wykonywane na powierzchni znajdującej się na wysokości co najmniej 1,0 m nad poziomem podłogi lub ziemi są pracą na wysokości. Oznacza to, że na powierzchniach wzniesionych powyżej tej wysokości, na których znajdują się pracownicy, powinny być zamontowane środki ochrony zbiorowej – balustrady o wysokości 110 cm i krawężnik o wysokości 15 cm, a pracodawca powinien zadbać także o elementy ochrony indywidualnej tj. kaski, odzież i obuwie ochronne. Wszystko po to, aby odpowiednio zabezpieczyć tę przestrzeń i stworzyć komfortowe warunki pracy.

Rozporządzenie Ministra Gospodarki z 30 września 2003 r. wskazuje, że obowiązkiem pracodawcy jest dobrać i udostępnić pracownikom na terenie zakładu pracy właściwe do wykonywania pracy lub odpowiednio przystosowane do jej wykonywania narzędzia. Co więcej, zapis ten podkreśla, że należy dokonać wyboru najbardziej odpowiednich środków umożliwiających bezpieczny dostęp do miejsc tymczasowej pracy na wysokości, stosownie do różnicy wysokości i częstotliwości jej pokonywania. Warto przede wszystkim zauważyć, że prace wykonywane na wysokości dłużej niż 30 minut wymagają użycia pomostu z platformą, a nie drabiny. Równie ważne jest to, że pracodawca powinien zapewnić pracownikom dostęp do informacji, w tym pisemnych instrukcji dotyczących użytkowania konstrukcji. Pracodawca zobowiązany jest również do organizacji szkoleń z zakresu bezpiecznego użytkowania drabin i rusztowań. Z kolei osoby dokonujące napraw, modernizacji, konserwacji lub obsługujące maszyny muszą odbyć specjalistyczne przeszkolenie w tym zakresie. Nie mniej ważne są regularne kontrole użytkowanego sprzętu oraz dokonywanie napraw uszkodzonych elementów. Raporty sporządzane z tego typu działań są dowodem dochowania należytej staranności podczas organizowania miejsca pracy na wysokości. W przypadku ewentualnego wypadku szczegółowa dokumentacja wykluczy niesprawność narzędzi jako przyczynę zdarzenia.

Istotną kwestią jest również zapewnienie stabilności rusztowań i odpowiedniej ich wytrzymałości na przewidywane obciążenia. Rozporządzenie Ministra Gospodarki z 26 września 1997 r. w sprawie ogólnych przepisów bezpieczeństwa i higieny pracy obliguje pracodawcę do korzystania z narzędzi oraz konstrukcji specjalnych, które posiadają odpowiednie normy i certyfikaty, dopuszczające je do prac prowadzonych na budowie, w hali magazynowej czy zakładzie produkcyjnym. Aktualnie obowiązujące przepisy prawa tj. rozporządzenia wydawane przez odpowiednie ministerstwa i urzędy, określają warunki pracy na wysokości. W jasny sposób precyzują one, jak powinna wyglądać przestrzeń przygotowana dla pracownika oraz jakie normy powinny spełniać konstrukcje przystosowane do pracy na wysokości powyżej 1 m nad powierzchnią ziemi lub podłogi. Stosowane w zakładach pracy drabiny muszą spełniać polskie normy PN-EN 131, z kolei rusztowania EN 1004. Przede wszystkim należy pamiętać, że do pomieszczeń i stanowisk pracy położonych na różnych poziomach powinny prowadzić bezpieczne dojścia stałymi schodami lub pochylniami, a nawierzchnie schodów, pomostów i pochylni nie powinny być śliskie. Przy pracach wykonywanych na rusztowaniach zamontowanych na wysokości 2m powyżej poziomu podłogi lub terenu zewnętrznego pracodawca musi zapewnić bezpieczeństwo przy komunikacji pionowej i dojście do stanowiska pracy. Warto podkreślić, że przed rozpoczęciem użytkowania rusztowania musi być dokonany odbiór techniczny całej konstrukcji. Pracodawca ma obowiązek zapewnić odpowiedni do rodzaju wykonywanych prac sprzęt chroniący przed upadkiem z wysokości taki jak: szelki bezpieczeństwa z linką bezpieczeństwa przymocowaną do stałych elementów konstrukcji, szelki bezpieczeństwa z pasem biodrowym (do prac w podparciu — na słupach, masztach itp.), jak również hełmy ochronne przeznaczone do prac na wysokości.

Równie istotne jest rozporządzenie Ministra Infrastruktury z 12. kwietnia 2002 roku w sprawie warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie. Prace związane z okresową obsługą maszyn oraz przeglądem i utrzymaniem stanu technicznego budynku wymagają odpowiedniego zaprojektowania dojść i przejść do urządzeń. Podstawową cechą materiałów, z którego wykonane są korytarze, pomosty, podesty, jak również galerie i schody, jest niepalność. Co więcej, dojścia i przejścia powinny mieć wysokość w świetle, co najmniej 1,9 m i mogą być usytuowane nad stanowiskiem pracy na wysokości 2,5 m, licząc od poziomu podłogi tego stanowiska. Podłogi ażurowe nie mogą mieć otworów większych niż 1700 mm2 i wymiarów umożliwiających przejście przez nie kuli o średnicy większej niż 36 mm. Nie bez znaczenia jest szerokość drabin lub klamer, która powinna wynosić co najmniej 0,5 m, a odstępy między szczeblami nie mogą być większe niż 0,3 m. Poczynając od wysokości 3 m nad poziomem podłogi, drabiny lub klamry powinny być zaopatrzone w elementy zabezpieczające przed upadkiem, takie jak obręcze ochronne z pionowymi podporami zabezpieczającymi.

Średniej wielkości miasto w Polsce produkuje od 100 do 180 tysięcy ton odpadów komunalnych rocznie

Niestety nie każdy ośrodek miejski może pozwolić sobie na inwestycję w skuteczną utylizację śmieci. Większość dysponuje jedynie sortowniami oraz wysypiskami i składowiskami odpadów. Dlaczego zatem niezbędna jest budowa instalacji do termicznej utylizacji odpadów komunalnych? Najważniejsze argumenty przedstawia dr inż. Henryk Karcz – Prezes Zarządu West Real Estate SA, która realizuje przedsięwzięcia w obszarze gospodarki odpadami.

Plastikowe i szklane opakowania, papier, odzież, gruz budowlany oraz substancje organiczne to odpady, które produkuje każdy z nas. Brak skutecznego systemu segregacji i utylizacji tych surowców powoduje, że problem śmieci narasta i w przyszłości może okazać się, że obecnie przepełnione wysypiska śmieci nie będą w stanie przyjmować takiej ilości produkowanych odpadów. „Na przestrzeni ostatnich lat powstało kilkadziesiąt sortowni śmieci, w których selekcjonowany jest plastik, szkło, papier i substancje organiczne. Rozwarstwienie to nie przekłada się na zmniejszenie wolumenu odpadów, a jedynie odsuwa problem ich utylizacji w czasie. Zazwyczaj dzieje się tak, że posegregowane surowce trafiają na składowiska a jedynie niewielka ich część trafia do powtórnego odzysku. Aby zapobiec budowie nieefektywnych składowisk należy inwestować w spalarnie termiczne dla odpadów komunalnych. Tego rodzaju instalacje mogłyby w pierwszej kolejności zutylizować zalegające na wysypiskach surowce, a następnie przetwarzać bieżące odpady. Dzięki temu w miejscu obecnych składowisk mogłyby być magazynowane popiół oraz substancje uboczne procesu spalania.” – wyjaśnia dr inż. Henryk Karcz, Prezes Zarządu West Real Estate S.A.

Krajowe oraz międzynarodowe ustawodawstwo obliguje władze samorządowe do odbierania oraz utylizacji odpadów komunalnych. Mieszkańcy niemal od roku są zobowiązani do segregowania śmieci. Warto jednak zaznaczyć, że za nowymi regulacjami nie ruszyły inwestycje w obszarze gospodarki odpadami. „Aktualnie w Polsce funkcjonuje jedna spalarnia, która prowadzi termiczną utylizację odpadów komunalnych. Jak na tak duży kraj oraz ilość produkowanych śmieci to stanowczo za mało. Co prawda w planach jest zbudowanie instalacji w Białymstoku, Koninie, Szczecinie, Poznaniu oraz Krakowie to wciąż jest to za mało, aby efektywnie rozprawić się z wzrastającą falą surowców, których nie można przetworzyć w inny sposób. Szacuję, że na terenie Polski wybudowanie 70-ciu, może 80-ciu tego rodzaju zakładów przyniosłoby żądany efekt. Obawiam się jednak, że dopóki samorządowcy będą mogli unikać inwestycji związanych z budową spalarni śmieci, nie powstaną kolejne tego typu obiekty. Przyczyn takiej sytuacji należy przede wszystkim upatrywać w ekonomii i finansowaniu tego rodzaju przedsięwzięcia. Występuje bowiem wiele obostrzeń dla inwestorów i wykonawców spalarni. Co więcej, koszt całej inwestycji to wciąż kwota nieosiągalna dla wielu samorządów i bez wsparcia ze strony centralnego budżetu bądź celowych środków unijnych nie będą w stanie samodzielnie sfinansować takiego przedsięwzięcia. Ważne jednak jest, aby już teraz prowadzić szeroką akcję edukacyjną – budować świadomość i wiedzę społeczeństwa na temat konieczności powstawania termicznych spalarni śmieci. Warto jednoznacznie zaznaczyć, że termiczne spalanie nie ma alternatywy w zakresie efektywnej utylizacji odpadów komunalnych.” – konkluduje dr inż. Henryk Karcz – Prezes Zarządu West Real Estate SA.

W dobie dbałości o środowisko odchodzi się od długotrwałego składowania śmieci na rzecz skutecznego spalania. Termiczna utylizacja jest bowiem najbardziej efektywną metodą, która stosowana jest niemal na całym świecie. Jak pokazują wyniki badań oraz przeprowadzonych przez West Real Estate SA analiz, system ten mógłby się również sprawdzić w Polsce. Brakuje jednak instalacji, które będą skutecznie likwidować odpady zgromadzone na wysypiskach śmieci i przetwarzać je na surowce wtórne. Spółka West Real Estate SA prowadzi rozmowy z samorządami z Dolnego Śląska na temat budowy spalarni, która uchroni mieszkańców i środowisko przed zalewem śmieci.

Biogazownie to korzyści dla rolnictwa, środowiska i odbiorców energii elektrycznej oraz cieplnej

Doskonale wiedzą o tym Niemcy, którzy już od ponad dekady inwestują w tego typu instalacje. Polska, jako trzeci co do wielkości obszar rolniczy w Unii Europejskiej, dysponuje wręcz doskonałą bazą surowcową dla produkcji biogazu. I choć paliwo to odgrywa coraz większą rolę w naszym systemie energetycznym, branża ta wciąż napotyka wiele trudności, które skutecznie spowalniają jej rozwój.

 Produkcja biogazu rolniczego pozwala przede wszystkim zmniejszyć emisję metanu i innych gazów cieplarnianych, pochodzących z rozkładu odchodów zwierzęcych.Dla produkcji spożywczej i przemysłowej to także ważny sposób zagospodarowania odpadów. Rozwój branży biogazowej to nie tylko spełnienie priorytetów polityki energetycznej i rolnej, ale również nowe miejsca pracy i wzrost przychodów z tytułu podatków lokalnych. Sama biogazownia nie wymaga wprawdzie zatrudniania licznego personelu, ale proces produkcji roślin energetycznych może być długofalowym źródłem dochodu dla wielu gospodarstw rolnych. Ponadto, biogaz może być wykorzystywany do wytwarzania prądu, jak i ciepła. Co więcej, takie instalacje produkują energię w sposób ciągły, niezależnie od tego czy świeci słońce, czy wieje wiatr. Biogaz ma różnorodne możliwości zastosowania, a ponadto daje się magazynować. Pod tym względem ma wyraźną przewagę nad innymi źródłami energii odnawialnej.

Niemcy bardzo szybko dostrzegli potencjał drzemiący w energetyce biogazowej. Jako jedni z pierwszych zrozumieli, że jest to kierunek, który najlepiej realizuje postulaty bezpieczeństwa energetycznego kraju. „Obecnie 80% działających na świecie biogazowni – w tym dwie największe o mocy 20 MW każda – funkcjonuje w Niemczech. W większości są to instalacje o wysokim stopniu zaawansowania technologicznego. Co więcej, nasi zachodni sąsiedzi wcale nie zamierzają zwalniać tempa i nadal utrzymują się w czołówce krajów, w których buduje się najwięcej nowych instalacji.” – mówi Małgorzata Bartkowski z firmy REECO Poland, będącej organizatorem Międzynarodowych Targów Energii Odnawialnej i Efektywności Energetycznej RENEXPO® Poland. „Powszechność energetyki biogazowej u naszych zachodnich sąsiadów jest wielkim sukcesem, zawdzięczanym przede wszystkim regulacjom prawnym przyjaznym energetyce odnawialnej, które w Niemczech funkcjonują już od 2000 r. Model oparty na niemieckich taryfach gwarantowanych (EEG) dla producentów energii z OZE – w mniej lub bardziej zmienionych formach – funkcjonuje już w kilkudziesięciu krajach świata. Biogazownie rolnicze stanowią tam naturalny element krajobrazu terenów uprawnych, a farmerzy tworzą specjalne spółdzielnie, które nie tylko inwestują w budowę biogazowni, ale czerpią wymierne korzyści ze sprzedaży biogazu i nie mają problemów z utylizacją odpadów organicznych ze swoich gospodarstw.Polska, mimo sprzyjających warunków naturalnych oraz dużego zainteresowania potencjalnych inwestorów, wciąż daleka jest od wykorzystania swojego pełnego potencjału, pozostając w tyle za rynkami zagranicznymi.” dodaje Małgorzata Bartkowski.

Na tle Europy dynamika polskiego rynku kolektorów słonecznych wypada znakomicie

Choć Słońce to tylko jedna z miliardów gwiazd na niebie, to dla ludzkości jest najważniejsza, bo położona w najbliższej odległości od naszej planety. Wysyłane przez nią promieniowanie stanowi główne źródło energii wszystkich istot żyjących na ziemskim globie. Ilość energii, jaka dociera ze Słońca do powierzchni Ziemi może 10 000 razy pokryć obecne zapotrzebowanie naszej populacji w tym zakresie. W obliczu wyczerpujących się złóż kopalnych, energia słoneczna i metody jej zamiany na inne formy energii nabierają coraz większego znaczenia.

Najpopularniejszym i najtańszym sposobem przetwarzania energii solarnej są kolektory słoneczne, wykorzystywane najczęściej w rolnictwie i w budynkach jednorodzinnych. Takie systemy fotowoltaiczne to wydajna metoda pozwalająca w ekologiczny i ekonomiczny sposób ogrzewać domy i podgrzewać wodę do celów gospodarczych. Poprawnie zaprojektowana i wykonana instalacja solarna działająca w polskich warunkach klimatycznych pozwala pozyskać w ciągu roku przeciętnie 300-600 kWh energii z 1 m2 powierzchni roboczej kolektora.  W obliczu rosnących cen za energię elektryczną, dużą popularność zyskuje fotowoltaika, a Polska staje się czołowym rynkiem europejskim dla rozwoju instalacji kolektorów słonecznych. Polacy coraz częściej decydują się na zakup i montaż tego typu instalacji solarnych, które w dłuższej perspektywie pozwolą generować oszczędności. Powierzchnia zainstalowanych w Polsce kolektorów słonecznych na przestrzeni lat 2000-2010 znacząco wzrosła z 21 000 m2 do 655 800 m2. Przy takim tempie wzrostu, polski rynek solarnej energii termicznej ma szanse stać się do 2020 roku trzecim co do wielkości rynkiem w Europie.

„Na tle Europy dynamika polskiego rynku kolektorów słonecznych wypada znakomicie i wiele wskazuje na to, że trend ten zostanie utrzymany w najbliższych latach. Według Instytutu Energetyki Odnawialnej (IEO) w 2012 roku w Polsce sprzedano kolektory o łącznej powierzchni 302 tys. m2, o 19% więcej niż rok wcześniej. Większą sprzedaż zanotowały tylko Niemcy.” – mówi Małgorzata Bartkowski z firmy REECO Poland, będącej organizatorem Międzynarodowych Targów Energii Odnawialnej i  Efektywności Energetycznej RENEXPO® Poland. „Dynamika rozwoju termalnej energetyki słonecznej w Polsce to przede wszystkim zasługa ogólnopolskiego programu 45% dopłat do spłaty kredytu na zakup i montaż kolektorów słonecznych, realizowanego od 2010 roku przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Instytut Energetyki Odnawialnej szacuje, że w 2012 roku udział kolektorów zakupionych z wykorzystaniem dotacji z NFOŚiGW w całkowitej sprzedaży solarów wyniósł prawie 50%.Po takie wsparcie ze środków publicznych mogą sięgnąć gospodarstwa domowe, spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe, a także jednostki samorządu terytorialnego oraz ich związki.Wystarczy złożyć wniosek o udzielenie kredytu z dotacją w banku współpracującym z NFOŚiGW, jego obsługa pomoże załatwić wszystkie formalności. Warunki przyznawania kredytu są określone przez każdy bank nieco inaczej, ale w każdym z nich warunki przyznawania dotacji są takie same. Programy dopłat organizowane są także przez lokalne samorządy – warto o nie pytać w urzędach miast i gmin, bo często bywa, że są atrakcyjniejsze niż program krajowy.” – dodaje.

Polska fotowoltaika u progu zmian

Nie ma najmniejszych wątpliwości, że fotowoltaika będzie podstawowym źródłem energii elektrycznej na świecie po roku 2050. Polska powinna mieć swój udział w tym rynku. Jego rozwój powinien być stały i stabilny przy optymalnych kosztach. Dla rozwoju branży fotowoltaicznej konieczne są wysokiej jakości usługi, w których swój udział powinni mieć wszyscy uczestnicy rynku, poczynając od producenta sprzętu poprzez wiedzę projektanta i kończąc na wiedzy instalatora, jak również inwestora i końcowego użytkownika. Dlatego energia słoneczna to jeden z głównych tematów 4. Międzynarodowych Targów Energii Odnawialnej i Efektywności Energetycznej RENEXPO Poland, które odbędą się w dniach 23-25 września 2014 r. w Warszawskim Centrum EXPO XXI. Producenci, inwestorzy, społeczności lokalne, samorządy, projektanci, instalatorzy, wszyscy zainteresowani pozyskiwaniem energii ze słońca będą mieli okazję zapoznać się z aktualnymi trendami i nowinkami branży solarnej. Wstęp na targi będzie bezpłatny dla wszystkich zwiedzających, którzy dokonają uprzedniej rejestracji na stronie: http://www.renexpo-warsaw.com/404.html?&L.

Polski Bus wprowadza cztery nowe połączenia, inwestuje w tabor

Polski Bus poinformował o uruchomieniu czterech nowych połączeń i zwiększeniu częstotliwości kursowania na trzech trasach. Wprowadzi też 20 nowych autokarów, zakupionych za 35 mln zł.

5 września ruszy nowe połączenie przewoźnika z Wrocławia do Szczecina przez Poznań i Gorzów Wielkopolski. Pozostałe nowe trasy: z Warszawy do Wilna, ze Szczecina do Berlina i z Krakowa do Wrocławia przez Opole zaczną być obsługiwane od 1 października.

Także od października Polski Bus zapowiada także zwiększenie częstotliwości przejazdów między Wrocławiem i Krakowem, Krakowem a Rzeszowem i Warszawą i Białymstokiem.

Firma poinformowała także o wprowadzeniu do swojej liczącej 132 autokary floty 20 nowych autobusów. Inwestycja w nie zamknęła się kwotą 35 mln złotych.

Waluty Europy Środkowej znajdują się od końca lipca pod rosnącą presją ze względu na rosnące napięcie pomiędzy Rosją i Ukrainą

Rosja rozmieściła na granicy z Ukrainą zmasowane oddziały wojskowe, a w odwecie za europejskie sankcje wprowadziła zakaz importu żywności z Polski i innych krajów UE, co może wpłynąć na spowolnienie gospodarcze w regionie.

Polski złoty osiągnął na początku sierpnia 5 miesięczne minimum do euro na poziomie 4.2230, 11 miesięczne minimum do dolara na poziomie 3.1590, 5 miesięczne minimum do franka szwajcarskiego na poziomie 3.4820 oraz 2 letnie minimum do funta brytyjskiego na poziomie 5.3150. Pomimo iż ostatnio spadki zostały zahamowane, to można spodziewać się w ciągu najbliższych miesięcy dalszego osłabienia złotego ze względu na kombinację rosnącego ryzyka zaostrzenia konfliktu pomiędzy Rosją a Ukrainą i ryzyka dalszego cięcia stóp procentowych w Polsce. W lipcu mieliśmy po raz pierwszy w Polsce deflację w ujęciu rocznym rośnie również ryzyko rewizji planowanego wzrostu PKB w tym roku. Do tego dochodzą oczekiwania co do szybszego niż się dotychczas spodziewano zacieśnienia polityki pieniężnej w USA, co może wywrzeć dodatkową presję na wycenę złotego oraz innych walut rynków wschodzących.

Czeska korona osiągnęła na początku sierpnia najniższy poziom do euro od września 2009 roku naruszając poziom 28 koron za euro. Do tego korona osiągnęła 2 letnie minimum do dolara na poziomie 21.00, 3-letnie minimum do franka szwajcarskiego na poziomie 23.05 oraz 6 letnie minimum do funta brytyjskiego na poziomie 35.35. Czeska korona zaczęła tracić na wartości po dość spokojnym okresie, który nastąpił po ostrym tąpnięciu waluty w listopadzie zeszłego roku w wyniku interwencyjnej sprzedaży koron przez bank centralny Czech, w celu ochrony przed deflacją. Rosyjski zakaz importu żywności może doprowadzić do nadpodaży w Europie i jeszcze bardziej zwiększyć zagrożenie deflacyjne. W rezultacie bank centralny Czech może chcieć dalszego osłabienia korony.

Węgierski forint osiągnął na początku sierpnia najniższy poziom do euro od stycznia 2012 roku, za 1 euro trzeba było płacić aż 317 forintów. Forint osiągnął też 2 letnie minimum do dolara na poziomie 238, 2.5 letnie minimum do franka szwajcarskiego na poziomie 261 oraz aż 8 letnie minimum do funta brytyjskiego na poziomie 400. Węgierski bank centralny zakończył 2 letni cykl obniżek stóp procentowych, w zeszłym miesiącu obniżając stopy do poziomu 2,1%. Pomimo tego oprócz ryzyk związanych z ostrzejszymi sankcjami na import towarów ze strony Rosji na forincie może dalej ciążyć zła kondycja finansowa węgierskich banków. Na jesieni planowana jest w parlamencie węgierskim uchwała ustawy zmuszająca banki do rozliczenia refundacji od dotychczasowych pożyczek dla kredytobiorców, co może kosztować sektor bankowy aż 900 miliardów forintów (2.25 mld euro). Kolejny plan rządu to konwersja kredytów walutowych na kredyty nominowane w krajowej walucie, co może wywrzeć dodatkową presję na forinta oraz duże straty dla banków.

Andrzej Kiedrowicz, Poland Branch Director, Easy Forex Trading Ltd.

Solaris rozbuduje zakład produkcyjny w Bolechowie za 11 mln euro

Solaris BolechowoProducent autobusów, firma Solaris rozpocznie jeszcze w sierpniu rozbudowę zakładu produkcyjnego w Bolechowie pod Poznaniem. Zainwestuje 11 mln euro. Celem jest zwiększenie produkcji z obecnych 1300 pojazdów rocznie.

Projekt, którego realizacja rozpocznie się jeszcze w sierpniu, zakłada rozbudowę hali produkcyjnej o 7,5 tys. mkw. i innych pomieszczeń zakładu o kolejne 5 tys. mkw.

Dzięki inwestycji zwiększymy nasze moce produkcyjne i efektywność – powiedział Dariusz Michalak, wiceprezes Solaris Bus & Coach. – Nowa hala produkcyjna będzie wykorzystywana do produkcji nowego Solaris Urbino, który swą premierę będzie miał na tegorocznych targach IAA Commercial Vehicles w Hanowerze [targi odbędą się w dniach 25 września – 2 października – red.]. Obecnie produkujemy 1300 autobusów rocznie i liczba ta zwiększy się w kolejnych latach.

Warta 11 mln euro inwestycja ma zastać zakończona do połowy 2015 roku.

BGK udzielił start-upom pożyczek na 3,5 mld zł w ramach inicjatywy JEREMIE

CEO Magazyn Polska

Już 20 tys. mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw skorzystało z programu JEREMIE, który pozwala uzyskać kredyt, pożyczkę lub poręczenie na preferencyjnych warunkach. Do końca lipca firmy z 6 województw uzyskały pomoc w wysokości ponad 3,5 mld zł. Inicjatywa – podobnie jak dotacje – pozwala wypełnić lukę na rynku kredytowym, ale w ramach tej pomocy środki są wykorzystywane bardziej efektywne, ponieważ firmy muszą je zwrócić.

– Tylko średnie firmy nie mają problemu z finansowaniem działalności za pomocą kredytów w bankach. Największe trudności z uzyskaniem kredytu mają mikrofirmy, które stanowią 85 proc. wszystkich podmiotów, 13-14 proc. to małe i tylko 1-1,5 proc. to firmy średnie – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jarosław Kała, dyrektor Departamentu Instrumentów Inżynierii Finansowej Bank Gospodarstwa Krajowego SA.

Program JEREMIE może być też ułatwieniem dla firm, które mogłyby uzyskać finansowanie na rynku, ale na bardzo niekorzystnych warunkach, co de facto uniemożliwia realizację projektów inwestycyjnych. BGK zdaje sobie jednak sprawę, że część firm mających dostęp do rynku kredytowego może starać się uzyskać tańszy kredyt w ramach tej inicjatywy jedynie w celu ograniczenia kosztów.

Nie powinien być to oczywiście jedyny motor do zaciągania pożyczek. Wydaje się, że środki publiczne powinny służyć tym, którzy nie mogą uzyskać wsparcia finansowego w innym miejscu. Jak jednak wiadomo, cena ma znaczenie, a w ramach JEREMIE można otrzymać pożyczkę oprocentowaną praktycznie od zera do wartości około 3,5 proc., na rynku jest to już około 7-8 proc. – twierdzi Kała.

Fakt, że pomoc w ramach inicjatywy JEREMIE obejmuje instrumenty zwrotne, takie jak pożyczki czy poręczenia, zwiększa jej efektywność jako interwencji publicznej. Świadomość, że uzyskane środki będą musiały być zwrócone – w przeciwieństwie do np. pieniędzy z dotacji – sprawia, że przedsiębiorcy racjonalne przygotowują projekty.

Troska o właściwe wydatkowanie pieniędzy wydaje się być większa. Niewiele jest sytuacji, w których przedsiębiorcy z różnych powodów nie spłacają tych pożyczek czy poręczeń. Pokazuje to, jak dużo zmieniło się w podejściu firm do biznesu – uważa dyrektor w BGK.

Program JEREMIE jest skierowany głównie do start-upów, firm bez historii kredytowej oraz bez aktywów mogących służyć jako zabezpieczenie kredytów lub pożyczek. Przedsiębiorca chcący skorzystać z tej formy pomocy nie może zatrudniać więcej niż 250 osób oraz mieć wyższego rocznego obrotu niż 50 mln euro i sumy bilansowej wyższej niż 43 mln euro. Ponadto potencjalny beneficjent musi mieć siedzibę lub prowadzić działalność gospodarczą w województwach dolnośląskim, łódzkim, mazowieckim, pomorskim, wielkopolskim lub zachodniopomorskim.

Do 24 lipca 2014 r. w 6 województwach podpisano umowy na pożyczki, kredyty lub poręczenia o łącznej wartości 3,515 mld zł. Liderem jest województwo wielkopolskie, gdzie trafiło nieco ponad 1,5 mld zł, z kolei firmy z Mazowsza uzyskały na razie jedynie 67,5 mln zł.

Najbardziej aktywne jest województwo wielkopolskie, niewiele wolniej wdraża projekty województwo zachodniopomorskie. Najpóźniej wystartowało województwo mazowieckie, bo w 2012 roku, ale biorąc pod uwagę to, jak szybko przedsiębiorcy zaczęli korzystać z tego projektu, wydaje się, że będzie się on cieszył tu równie dużym zainteresowaniem – ocenia Jarosław Kała.

Menedżerowie Libetu mogą wykupić 30-proc., największy pakiet akcji spółki. Sama spółka chce przejmować zakłady z branży

0

UOKiK zgodził się na wykup przez trzech menedżerów spółki Libet największego, 30-proc. pakietu akcji spółki. Prezes spółki zapowiada akwizycje na rynku, które mają zacząć się jeszcze w tym roku.

Prezes spółki Thomas Lehmann, członek zarządu Ireneusz Gronostaj i członek rady nadzorczej Jerzy Gabrielczyk mogą przejąć kontrolę nad największym pakietem akcji spółki (30,06 proc.), który dotychczas należał do funduszu private equity Innova Capital.

O planowanej transakcji spółka poinformowała w drugiej połowie kwietnia 2014 r.

 Zgoda Urzędu przesądza o tym, że będziemy związani ze spółką w dłuższej perspektywie, dysponując największym pakietem akcji. Doskonale znamy zarówno branżę, jak i sam Libet. Jesteśmy przekonani o jego potencjale i chcemy konsekwentnie realizować przyjętą przez nas strategię – mówi Thomas Lehmann, prezes zarządu Libet S.A.

Libet jest producentem kostki brukowej, koncentruje się na segmencie premium.

Z danych spółki wynika, że w 2013 r. zwiększyła ona przychody o 5 proc. – do 220,0 mln zł i poprawiła wyniki na wszystkich poziomach rachunku wyników. Zysk EBIT wyniósł 15,6 mln zł, co oznacza wzrost o 85,6 proc. rdr, EBITDA sięgnęła 38,6 mln zł wobec 28,7 mln zł rok wcześniej, a zysk netto zamknął się na poziomie 6,1 mln zł – o 77,6 proc. wyższym niż w 2012 r.

Zarząd zapowiada również program inwestycyjny, zakładający przejęcia zakładów kostki brukowej oraz kopalń żwiru, stanowiącego jeden z podstawowych surowców wykorzystywanych w produkcji. Jak mówi prezes, do pierwszych przejęć może dojść jeszcze w tym roku.

GPW zawiesiła obrót akcjami ukraińskiej Sadovaya Group i 12 spółek z NewConnect. Połowa z nich może zostać wykluczona z obrotu w listopadzie

Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie zawiesiła obrót akcjami Sadovaya Group z rynku głównego GPW i 12 spółek z rynku alternatywnego.

Powodem zawieszenia jest nieprzekazanie w terminie raportów finansowych. W przypadku Sadovai chodzi o raport roczny za rok obrotowy 2013, w przypadku spółek z NewConnect o raporty na rok 2013 i II kwartał 2014.

Sześć spółek z NC zostało zawieszonych; obrót ich akcjami zostanie przywrócony po sesji następującej po dniu przekazania zaległych raportów. Chodzi o Global Trade, Good Idea, Inno-Gene, Kampę, SPC Group i KCSP.

Sześć kolejnych spółek zostało zwieszonych i zagrożonych jest wykluczeniem z obrotu, które nastąpi 19 listopada w przypadku nieprzekazania raportów do 14 listopada. Dotyczy to Air Market, Astro, Digate, East Pictures, GeoInventu i Synkretu.

Według ARC Rynek i Opinia w ciągu ostatnich lat liczba osób trenujących bieganie wzrosła ponad trzykrotnie i na początku 2013 roku ten sport uprawiało 36 proc. Polaków

Polacy zwariowali na punkcie biegania. Przekłada się to na wzrost liczby imprez biegowych – dane portalu maratonypolskie.pl wskazują na to, że w 2014 roku w Polsce odbędzie się prawie 2 i pół tysiąca  biegów m.in. ulicznych, górskich i przełajowych. Na popularności biegania korzystają firmy zajmujące się masową wysyłką SMS-ów. Począwszy od 2012 roku, przy okazji imprez biegowych wysłano ponad 1 mln krótkich wiadomości tekstowych.

Infobip, dostawca usług masowej wysyłki SMS-ów zebrał wyniki zawodów opublikowane na stronach internetowych dwunastu największych firm w Polsce zajmujących się pomiarem czasu na imprezach sportowych. Z analiz danych wynika, że w ciągu ostatnich 2 i pół roku do zawodników biorących udział w imprezach biegowych wysłano ponad 840 tysięcy SMS-ów z wynikami. Liczbę wysłanych wiadomości należy jeszcze powiększyć o komunikaty organizacyjne rozsyłane do uczestników przez biura zawodów oraz krótkie wiadomości tekstowe z wynikami, które dotarły na numery telefonów wskazane przez zawodników.

Eksperci Infobip szacują, że począwszy od 2012 roku łączny ruch SMS-ów związanych z obsługą imprez biegowych przekroczył 1 milion wysłanych wiadomości.

„SMS-y cechują się niezwykłą uniwersalnością, niezawodnością oraz szybkością. W przypadku SMS-ów z wynikami biegów czas dostarczenia wiadomości ma kluczowe znaczenie, bo w końcu każdy uczestników zawodów czeka na informację ze swoim wynikiem. Później w łatwy sposób może podzielić się takim SMS-em z rodziną i znajomymi np. chwaląc się nowym rekordem życiowym. Moim zdaniem rynek SMS-ów w sporcie będzie w dalszym ciągu dynamicznie się rozwijał i będą pojawiały się nowe usługi w tym obszarze. Na przykład podczas długich biegów, takich jak półmaratony czy maratony, można wykorzystać wiadomości tekstowe do powiadamiania kibiców, o punkcie trasy, w którym aktualnie znajduje się wybrany przez nich biegacz. Takie informacje przekazywane w czasie rzeczywistym ułatwiłyby śledzenie biegu rodzinie i znajomym zawodników. Zresztą nie tylko bieganie napędza ruch SMS-owy w sporcie. Coraz więcej klubów sportowych wykorzystuje wiadomości tekstowe jako narzędzie do komunikowania się z kibicami np. przekazując im tą drogą najnowsze informacje z życia drużyny.”– powiedział Marcin Papiński,Dyrektor ds. Rozwoju w firmie Infobip.

Szacunkowe liczby wysłanych SMS-ów zostały ustalone przy założeniu, że każdy uczestnik analizowanych imprez biegowych otrzymał krótką wiadomość tekstową ze swoim wynikiem. Dane pokazują coroczny wzrost liczby wysyłanych SMS-ów. Tylko do lipca tego roku, rozesłano więcej wiadomości tekstowych niż w całym 2012 roku.

„Mieliśmy niedawno sytuację, w której organizator zmuszony był do nagłej zmiany miejsca zawodów. Komunikat SMS  o takiej sytuacji dotarł do wszystkich zawodników w tym samym momencie. Dzięki temu udało się uniknąć zamieszania i wszyscy uczestnicy stawili się w nowym miejscu zawodów. Poza przekazywaniem informacji o wynikach, powiadomienia SMS wykorzystywane są także do potwierdzenia wpłat za udział w imprezie, o możliwości odebrania pakietu startowego. Zastosowanie SMS-ów w obszarze sportu jest bardzo szerokie. Każdą informację, którą organizator chce przekazać uczestnikom jesteśmy w stanie przesłać SMS-em.” – powiedział Arkadiusz Popławski z firmy ChipTiming.pl

Z kalendarza zamieszczonego na portalu maratonypolskie.pl wynika, że w ciągu ostatnich 4 lat liczba imprez biegowych wyraźnie wrosła. W 2013 roku odbyło się o prawie 1000 więcej biegów, niż 2 i 3 lata wcześniej.  Liczba imprez w 2014 jest niższa, niż w roku ubiegłym, ale możliwe, że w drugiej połowie roku kalendarz zostanie uzupełniony o nowe biegi.

Infobip zweryfikował wyniki zawodów opublikowane na stronach internetowych dwunastu największych firm zajmujących się pomiarem czasu. Największymi graczami na tym rynku są Datasport oraz STS – Timing.

 

 

 

 

M. Kurtek (Bank Pocztowy): W lipcu produkcja przemysłowa urosła o 2 proc. Poprawa koniunktury możliwa najwcześniej w IV kwartale

CEO Magazyn Polska

Polski przemysł dotkliwie odczuwa konsekwencje konfliktu o wschodnią Ukrainę, co pokazuje wyprzedzający wskaźnik koniunktury PMI. Lipcowy odczyt poniżej 50 pkt. zwiększa prawdopodobieństwo, że będzie to kolejny miesiąc – po czerwcu – kiedy produkcja przemysłowa była blisko stagnacji. Ekonomiści spodziewają się, że w lipcu zwiększy się ona o 2-2,2 proc. w ujęciu rocznym.

– Wzrost produkcji przemysłowej prawdopodobnie wyhamuje w drugiej połowie roku, więc te relatywnie wysokie dynamiki, które były obserwowane pomiędzy styczniem a majem, prawdopodobnie nam się obniżą, czyli będą w okolicach 2 proc. Dopiero pod koniec roku, być może w IV kwartale, to tempo trochę przyspieszy – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego.

Ekonomiści prognozują wzrost produkcji przemysłowej w lipcu o 2,2 proc. w ujęciu rocznym oraz spadek cen produkcji sprzedanej przemysłu o 1,8 proc. rok do roku. W czerwcu produkcja przemysłowa urosła o 1,7 proc. w ujęciu rocznym, znacznie poniżej prognoz ekonomistów, które były na poziomie 4 proc. Jeszcze w maju dynamika produkcji przemysłowej sięgała 4,4 proc. rok do roku, a w kwietniu – 5,4 proc. rok do roku.

Lipcowa dynamika produkcji przemysłowej może być jednak niższa od prognozowanej oraz od czerwcowej, ponieważ wyprzedzający wskaźnik PMI dla przemysłu wyniósł w tym miesiącu 49,4 pkt. Był to piąty miesiąc z rzędu, kiedy wskaźnik nastrojów menedżerów logistyki zanotował spadek, ale po raz pierwszy od roku był poniżej 50 pkt.

To oznacza, że kondycja sektora przemysłowego w Polsce uległa znacznemu pogorszeniu i ten sektor właśnie zaczął nam się kurczyć. To nie jest dobra wiadomość dla polskiej gospodarki i z punktu widzenia statystyk, jakie będziemy otrzymywali w kolejnych miesiącach. Wskaźnik PMI jest takim wskaźnikiem wyprzedzającym – wskazuje główna ekonomistka Banku Pocztowego.

Według Moniki Kurtek pogorszenie koniunktury w polskim przemyśle to efekt wzajemnych sankcji, jakie nałożyły na siebie Rosja i państwa zachodnie. Jak na razie embargo dotyka bezpośrednio tylko sektora rolno-spożywczego, niepewność związana z możliwością nałożenia kolejnych sankcji jednak już teraz pogarsza nastroje innych gałęziach gospodarki.

Na bazie wskaźnika PMI możemy oceniać, że główna przyczyną spowolnienia i pogorszenia kondycji w sektorze przemysłowym w tej chwili jest właśnie eksport. Niestety, sytuacja na Ukrainie, konflikt między Rosją a państwami Zachodu, sankcje, które były nakładane wcześniej przez państwa zachodnie na Rosję, oraz odwet Rosji powodują, że mniej naszych produktów jest eksportowanych – uważa Kurtek.

Prognozowany spadek wskaźnika cen produkcji sprzedanej przemysłu może także sygnalizować pogorszenie koniunktury w Polsce, choć częściowo spadek może wynikać ze zmian cen towarów i surowców na światowych rynkach.

Jeżeli chodzi o ceny producentów, to tutaj duże znaczenie dla nich ma to, co się dzieje z cenami metali i paliw na świecie. A te dość mocno się wahają, w zależności od tego, jakie dane pokazuje gospodarka chińska, a także czy nasila się, czy łagodnieje konflikt na Bliskim Wschodzie lub w innych krajach, które dostarczają ropę na świecie – twierdzi Monika Kurtek.

Zatrudnienie rośnie, ale delikatnie

Przeciętne wynagrodzenie w firmach było w lipcu o 3,5 proc. wyższe niż rok wcześniej. Zatrudnienie zwiększyło się w ciągu roku o 0,8 proc. – podał GUS.

Komentarz dr Grzegorza Baczewskiego, dyrektora departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji LewiatanPoziom zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw wyniósł 5531,1 tys. osób i nieznacznie wzrósł w stosunku do czerwca. Przybyło nieco ponad 5 tys. pracujących, czyli zaledwie 0,1 proc.. Warto jednak zauważyć, że wzrost zatrudnienia m/m nastąpił dopiero drugi miesiąc z rzędu. W stosunku do 2013 roku wzrost zatrudnienia wyniósł 0,8 proc., a więc nieco więcej niż w poprzednich miesiącach. Liczba zatrudnionych była wyższa niż w lipcu 2013 r. o ponad 42 tys., jednak wielkość tego przyrostu wynika w efektu bazy. Poziom zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw był w lipcu zeszłego roku wyjątkowo niski. Obecny jest tylko nieznacznie (ok. 2-3 tys.) większy niż w lipcu 2012 r. i 2011 r.

Przeciętne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw w lipcu wyniosło 3964,91 zł. Wzrosło ono o 0,6 proc. w stosunku do poprzedniego miesiąca i o 3,5 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Tempo jego wzrostu jest wyraźnie wolniejsze niż w czerwcu, kiedy wyniosło 1,7 proc. Biorąc po uwagę brak presji inflacyjnej (w lipcu pierwszy raz mieliśmy do czynienia z deflacją), można mówić o realnym wzroście dochodów pracowników sektora przemysłowego.

Niemniej jednak informacje napływające z gospodarki, w tym zwłaszcza możliwe dalsze obniżanie się poziomu eksportu w związku z pogarszającymi się stosunkami handlowymi z Rosją, mogą wpłynąć negatywnie na sytuację na rynku pracy. Wskaźnik menedżerów logistyki PMI polskiego sektora przemysłowego spadł w lipcu o 0,9 pkt m/m i wyniósł 49,4 pkt. Za główną przyczynę tego spadku uznaje się malejącą liczbę zamówień wynikającą głównie ze zmniejszającego się poziomu eksportu (już trzeci miesiąc z rzędu). Chociaż subwskaźnik PMI odnoszący się do zatrudnienia był pozytywnym punktem a tempo tworzenia nowych miejsc pracy wzrosło, to jednak można mieć obawy, że przedsiębiorcy w warunkach niepewności wstrzymają się z decyzjami o powiększaniu zatrudnienia.

Konfederacja Lewiatan

 

Przez rosyjskie sankcje gospodarka Niemiec będzie rosła wolniej niż przewidywano

Niemiecka motoryzacja, przemysł maszynowy i rolnictwo ucierpią najmocniej na skutek rosyjskiego embarga na produkty w Unii. Już w II kwartale niemiecka gospodarka urosła tylko o 1,2 proc. rok do roku, niemal dwukrotnie wolniej niż w pierwszym.

Poważnie zachwiane zostały relacje gospodarcze. Musimy poczekać, by zobaczyć na ile inne państwa, jak Turcja czy Brazylia, będą wchodziły na rynki rosyjskie i jakie to będzie miało konsekwencje – powiedział agencji Newseria Cornelius Ochmann, dyrektor, członek zarządu Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. – Jest to sytuacja bardzo skomplikowana, takiego zamieszania nie mieliśmy od dobrych kilku lat i wszyscy w związku z tym czekają.

Eksperci oceniają, że to właśnie takie kraje, jak Brazylia czy Turcja, najbardziej skorzystają na rosyjskich sankcjach nałożonych na produkty z państw UE i USA. Znacząco zwiększy się popyt w Rosji na importowaną z tych państw żywność.

Konsekwencji embarga obawiają się natomiast Niemcy. Ekonomiści szacują, że ze względu na zmniejszony eksport na Wschód tempo wzrostu gospodarczego w tym kraju zwolni.

Już wyniki za II kwartał rozczarowały. PKB naszego zachodniego sąsiada spadł o 0,2 proc. w ujęciu kwartalnym (po uwzględnieniu czynników sezonowych), podczas gdy w I kwartale był to wzrost o 0,7 proc. W ujęciu rocznym PKB wzrósł o 1,2 proc. (w I kwartale – 2,3 proc.).

Zdaniem członka zarządu Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej na gorsze od prognozowanych wyniki największy wpływ będą miały gałęzie gospodarki, które do tej pory odznaczały się wysokim poziomem eksportu do Europy Wschodniej.

To przede wszystkim przemysł samochodowy, maszynowy oraz dobra konsumpcyjne – mówi Ochmann. – W związku z decyzją Kremla nakładającą embargo musimy się liczyć z tym, że również eksport produktów rolniczych z Niemiec do Europy Wschodniej będzie malał.

Jak wskazuje, skutki zmniejszenia eksportu dotkną także branże transportową i logistyczną.

Polska jednym z najszybciej rosnących rynków smartfonów w Europie. Asbis spodziewa się podwojenia sprzedaży w 2014 r.

CEO Magazyn Polska

Asbis Group przenosi swoją działalność z Ukrainy i Rosji do Europy Środkowej oraz Zachodniej. Dzięki temu spółka nie zmienia prognoz zysku netto, który ma wynieść w tym roku 4-5 mln dolarów, choć w pierwszym półroczu miała niemal 5 mln dolarów straty. Jednym z liderów wzrostu ma być Polska, gdzie w II kwartale sprzedaż urosła o 229 proc. w ujęciu rocznym.

Chcemy dalej rozwijać się zarówno w Europie Zachodniej i Środkowej, jak i w Zatoce Perskiej, by skompensować negatywny efekt z rynków byłego ZSRR. Jeśli chodzi o produkty poza naszymi markami, skupiamy się głównie na smartfonach i tabletach, zwłaszcza smartfonach, które są rosnące. iPhone jest zwycięzcą, dlatego rozmawiamy z nimi, by zajmować się dystrybucją na kolejnych rynkach. Jak dotąd mamy wyłączność na IT biznes, dostaliśmy iPhony i staramy się rozszerzyć te kontrakty na inne rynki – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marios Christou, dyrektor finansowy Asbis Group.

Spółka podtrzymuje wcześniejsze prognozy, zgodnie z którymi ma wypracować w tym roku zysk netto na poziomie 4-5 mln dolarów. Wynika to stąd, że Asbis spodziewa się dynamicznej poprawy wyników od III kwartału, w pierwszej połowie roku zanotował stratę netto na poziomie 4,83 mln dolarów.

Coraz większe ryzyko otwartej wojny między Rosją a Ukrainą sprawia, że dystrybutor sprzętu i akcesoriów komputerowych spodziewa się dalszego spadku sprzedaży na tych rynkach. Z drugiej jednak strony rosnące ryzyko polityczne sprawia, że konkurencja słabnie. Christou podkreśla jednocześnie, że Asbis będzie dokładnie szacował korzyści z ewentualnych nowych kontraktów w Rosji lub na Ukrainie.

Widzimy, że z powodu turbulencji wielu naszych konkurentów również ma kłopoty na rynkach krajów byłego ZSRR, dlatego oczekujemy nowych kontraktów. Wiele firm przychodzi do nas, byśmy sprzedawali tam ich produkty. Ale jesteśmy bardzo ostrożni w wyborze partnerów, przykładowo przestaliśmy dystrybuować w Rosji takie marki, jak: Lenovo, Dell, Toshiba, bo nie zarabialiśmy na nich –mówi dyrektor finansowy Asbis Group.

Spośród rynków, na których działa Asbis, w drugiej połowie roku najszybciej będzie rosła sprzedaż w Polsce, na Słowacji, w Czechach oraz Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Portugalii i krajach Beneluksu. W 2014 r. sprzedaż w Polsce ma się podwoić, po tym jak Asbis zanotował wzrost w II kwartale o 229 proc. rok do roku, a w całym I półroczu – o 200 proc. w ujęciu rocznym. Spółka spodziewa się kontynuacji wzrostu sprzedaży w segmencie smartfonów, z kolei rynek tabletów ma się ustabilizować.

Przy tych turbulencjach na rynkach nie spodziewamy się dużych nakładów inwestycyjnych, to będzie średnia wielkość, ok. 2 mln, czyli tyle, ile mamy co roku, nic specjalnego. Dotyczy to wszystkich regionów i segmentów działalności – uważa Marios Christou.

Dystrybutor urządzeń multimedialnych pracuje także nad obniżeniem średniego kosztu sprzedaży. Według Alberta Rokickiego z Longterm.pl, problemem spółki jest niska rentowność aktywów i kapitału własnego. ROE (rentowność kapitału własnego) wyniósł 5,74 proc. (przy średniej dla sektora 7,01 proc.), z kolei wskaźnik ROA (stopa zwrotu z aktywów) wyniósł 1,27 proc. (średnia dla sektora 3,4 proc.).

Już do końca drugiego kwartału udało nam się poprawić finansowanie łańcucha dostaw, rozmawiamy z bankami o redukcji średniego ważonego kosztu długu. Nie mogę tego powiedzieć o Rosji, bo ostatnio miały tam miejsce podwyżki bazowych stóp procentowych, więc oczekujemy jakiegoś wzrostu w finansowaniu w Rosji. W innych regionach, np. Polsce, negocjujemy jednak poprawę i w niektórych już to się udało – twierdzi Christou.

Travelplanet zwiększa przychody i zmniejsza stratę w I półroczu

0

Travelplanet, pośrednik w sprzedaży wycieczek i usług turystycznych, zwiększył w I półroczu skonsolidowane przychody ze sprzedaży do 11,6 mln zł wobec 9 mln zł rok temu. Spółce udało się również o 76 proc. zmniejszyć stratę netto.

Travelplanet wciąż nie zarabia, ale strata, jaką pośrednik poniósł w I półroczu 2014 wyniosła 778 tys. zł i stanowi niespełna jedną czwartą straty z I połowy ubiegłego roku. 

Zysk brutto Travelplanet wzrósł w tym okresie niemal dwukrotnie do ponad 4 mln zł z 2,23 mln zł rok temu.

Przychody zwiększyły się do 11,6 mln zł z 9 mln zł w I półroczu 2013.

Grupa Żywiec zmniejsza zysk o 60 proc. w I półroczu

0

Grupa Żywiec miała w I półroczu 27,8 mln zł zysku netto przypadającego na akcjonariuszy jednostki dominującej. Rok temu spółka zarobiła na czysto niemal 74 mln złotych.

Oznacza to spadek zysku netto o 60 proc. O ponad połowę niższy był zysk operacyjny, który wyniósł 55,5 mln złotych wobec 116,8 mln złotych rok temu. Spadły też przychody do 1,54 mld zł z 1,69 mld zł przed rokiem.

Zatrudnienie w grupie w ciągu roku spadło o ponad 600 osób. Zarząd w sprawozdaniu do wyników przyznaje, że sprzedaż piwa ilościowo spadła w pierwszym półroczu do 5,1 mln hektolitrów z 5,3 mln hektolitrów rok temu. Jednocześnie sprzedaż piwa na całym rynku wzrosła o 0,7 proc., co oznacza, że Grupa traci ilościowe udziały w rynku.

Zarząd podkreśla jednak, że mimo wzrostu sprzedaży w branży, spadła wartość sprzedanego piwa – o 0,5 proc.

Rządowy projekt zmian w janosikowym niesatysfakcjonujący dla Mazowsza

Adam Struzik Marszałek województwa mazowieckiego
Rząd skierował do Sejmu przyjęty wczoraj projekt zmian w janosikowym. Wprowadza on m.in. próg ograniczający wysokość wpłat z bogatych województw do 35 proc. ich dochodów podatkowych. Zdaniem Adama Struzika, marszałka Mazowsza, nie pozwoli to zrównoważyć wynikającego z janosikowego niedoboru w kasie województwa. Ocenia propozycje jako niesatysfakcjonujące. Uważa też, że nie znoszą one zakwestionowanych przez Trybunał Konstytucyjny zapisów.

Przygotowana przez Ministerstwo Finansów nowela wprowadza w ustawie próg ograniczający wysokość wpłat do 35 proc. dochodów podatkowych. Zmienić się mają również zasady ustalania wysokości opłat. Zgodnie z rządowym projektem byłyby do nich zobowiązane województwa, których wskaźnik dochodów podatkowych (PIT i CIT) na mieszkańca byłby wyższy niż 125 proc. wskaźnika dla wszystkich (obecnie jest to 110 proc.). Do tego zmniejszyłaby się kwota „kary” za każdą uzyskaną, ponadnormatywną złotówkę (z 80 do 60 groszy).

Redukcji uległby również drugi, bardziej dotkliwy próg. Dzisiaj po przekroczeniu 170 proc. średniej krajowej województwo musi oddać aż 95 gr z każdej złotówki. Po wprowadzeniu zaproponowanych przez resort finansów zmian próg zostałby zmniejszony do 150 proc., a opłata za jego przekroczenie wyniosłaby 85 gr.

Adam Struzik, marszałek województwa mazowieckiego, twierdzi, że rządowa nowela nie spełnia oczekiwań i jest niesatysfakcjonująca. Nie zmieni bowiem katastrofalnej sytuacji finansowej Mazowsza.

– Projekt zakłada niewystarczającą redukcję wpłaty – podkreśla marszałek województwa mazowieckiego w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes. – Mówimy o kwocie około 115 mln zł, a dane chociażby za rok 2013 i 2014 pokazują, że nasz niedobór w tym zakresie wynosi około 220–250 mln zł. Nie spodziewam się, by województwo mazowieckie nagle uzyskało więcej dochodów. Uważam więc, że korekta, którą proponuje rząd, jest zdecydowanie za mała.

Struzik krytykuje maksymalny, wyznaczony przez ministerstwo próg ograniczający wysokość wpłat do 35 proc. dochodów podatkowych.

– Wszystkie obliczenia pokazują, że nie może to być więcej niż 25 proc. dochodów własnych – twierdzi marszałek.

Jak podkreśla, w projekcie rządowym utrzymana pozostała niekorzystna dla samorządów i niekonstytucyjna zasada, zgodnie z którą wysokość wpłat jest ustalana na podstawie dochodów sprzed dwóch lat.

– Uważamy, że to powinno być obliczane na podstawie bieżących dochodów z korektą w roku następnym – mówi Struzik. – Proponujemy także, aby wpłata nie była wydatkiem bieżącym, tylko stanowiła pomniejszenie dochodów. Natomiast projekt rządowy uparcie trzyma się tego, że to jest wydatek bieżący.

Gdy TK zakwestionował obecne metody naliczania janosikowego, województwo mazowieckie zapowiedziało, że będzie walczyło o odzyskanie kwot, które zostały naliczone według przepisów uznanych za niekonstytucyjne. Województwo wciąż ma problem ze spłatą należności.

– W ubiegłym roku kwota zobowiązań wyniosła ponad 150 mln zł – mówi Adam Struzik. – Po tym, jak poborca skarbowy zabrał nam ponad 90 mln, pozostało około 60 mln zł. Ciągle są problemy z bieżącą obsługą. Płacimy wtedy, kiedy mamy pieniądze, i w takiej wysokości, jaka nam pozostaje po opłaceniu wszystkich faktur i realizacji naszych zadań ustawowych. Wygląda na to, że deficyt w obrębie roku będzie wynosił około 250 mln zł. Aby go pokryć, wystąpiliśmy o pożyczkę do budżetu państwa.

Od tej pożyczki, jak informuje marszałek, w ciągu 25 lat województwo zapłaci ponad 110 mln zł odsetek.

– Oczywiście będziemy dochodzili zwrotu także tych pieniędzy – informuje Adam Struzik. – Doktryna prawa jest różnie interpretowana. Jedni mówią, że przepisy niekonstytucyjne można podważyć od razu, inni, że dopiero po wyroku TK, a jeszcze inni, że dopiero po okresie obowiązywania, mimo niekonstytucyjności. Ale będziemy korzystali z wszystkich możliwych dróg prawnych, bo w Konstytucji jest zapisana ochrona sądowa samorządu województwa.

Władze Mazowsze odwołują się od wszystkich decyzji administracyjnych ministra finansów ws. nakazu zapłaty zaległości, skarżą je również do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Pierwsza rozprawa, jak informuje Struzik, ma się odbyć w połowie września.

– Jeżeli WSA odniesie się do niekonstytucyjności również tego prawa, to otworzy nam to drogę do dochodzenia zwrotu utraconych kwot. To jest jedna droga. Oczywiście możemy wykorzystać drogę cywilną, ale dopiero po upływie 18 miesięcy od dnia wyroku, czyli de facto we wrześniu 2015 roku – mówi Adam Struzik.

UFG: System nadzoru nad obowiązkiem ubezpieczania gospodarstw rolnych mało skuteczny

Mówi:	Hubert Stoklas Funkcja:	wiceprezes zarządu Firma:	Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny
Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny alarmuje, że ma ograniczone możliwości weryfikacji tego, czy osoby posiadające gospodarstwo rolne mają polisę odpowiedzialności cywilnej i ubezpieczenie nieruchomości wchodzących w skład gospodarstwa. Zawarcie takich polis jest obowiązkowe. UFG musi polegać w tym zakresie na informacjach wójtów, burmistrzów, prezydentów miast, którzy funkcje swoje sprawują dzięki wyborcom. Niechętnie więc ich nadzorują.

W momencie zakupu samochodu, maszyny czy innego pojazdu rolnicy, podobnie jak inni użytkownicy, mają obowiązek zawarcia umowy ubezpieczenia od odpowiedzialności cywilnej (OC). To jednak nie jedyna, obowiązkowa polisa, jaką powinni mieć. Jeżeli powierzchnia ich gospodarstwa rolnego przekracza 1 hektar spoczywa na nich także obowiązek zarówno ubezpieczenia OC z tytułu posiadania gospodarstwa rolnego, jak i zawarcia polisy dotyczącej wchodzących w skład gospodarstwa budynków (o ile takie się na nim znajdują).

– Poza standardowym ubezpieczeniem OC samochodów i maszyn są to dwa inne, obowiązkowe ubezpieczenia, które powinien zawrzeć każdy rolnik posiadający gospodarstwo o powierzchni większej niż 1 hektar – przypomina Hubert Stoklas, wiceprezes zarządu Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego zajmującego się wypłatą odszkodowań w imieniu nieubezpieczonych sprawców wypadków.

Nad przestrzeganiem obowiązku posiadania standardowego, komunikacyjnego OC czuwa szereg instytucji. Kierowcę może w każdej chwili skontrolować policja, uprawnienia nadzorcze w tym zakresie ma także Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny, który na bazie administrowanego ośrodka informacji sam może dokonywać kontroli. Natomiast nadzór nad posiadaniem przez rolników obowiązkowej polisy z tytułu gospodarstwa rolnego i ubezpieczenia zabudowań jest znacznie trudniejszy.

– Możemy w tym zakresie opierać się wyłącznie na zawiadomieniach pochodzących od innych organów kontrolnych, jakim w tym przypadku jest wójt, burmistrz, prezydent miasta czy starosta – informuje Hubert Stoklas. – W wielu wypadkach w sposób niedostateczny wywiązują się oni z tego zadania. Reprezentują bowiem urzędy, które są wybierane w wyborach. Muszą więc de facto kontrolować swoich wyborców.

Na niedobory w zakresie nadzoru nad tego rodzaju ubezpieczeniem wskazuje liczba wpływających do UFG zawiadomień o podejrzeniu, że posiadacz gospodarstwa rolnego nie zawarł obowiązkowej umowy ubezpieczeniowej. Jak wynika z ostatniego Powszechnego Spisu Rolnego przeprowadzonego przez Główny Urząd Statystyczny, w Polsce jest 1 mln 583 tysiące gospodarstw rolnych, których powierzchnia przekracza hektar (średnia wielkość gospodarstwa wynosi 9,5 ha). Do UFG trafia natomiast co roku zaledwie 1-1,3 tys. zawiadomień o podejrzeniu niewywiązania się przez rolnika z obowiązku ubezpieczeniowego.

– Oznacza to, że albo prawie wszyscy rolnicy posiadają konieczne polisy, co jest mało prawdopodobne, albo obecny system nadzoru pozostawia jeszcze wiele do życzenia – podsumowuje wiceprezes zarządu UFG.

Z powodu rosyjskich sankcji PKB Niemiec może być 0,5 proc. niższy

Cornelius Ochmann, Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej
Z powodu malejącego eksportu do państw Europy Wschodniej niemiecka gospodarka będzie w tym roku rozwijać się wolniej niż prognozowano. Ekonomiści mówią o PKB niższym o 0,2-0,5 proc. Ucierpią przede wszystkim przemysł samochodowy, maszynowy i rolnictwo. Wiele zależy też od aktywności państw nieobjętych rosyjskim embargiem.

– Poważnie zachwiane zostały relacje gospodarcze. Musimy poczekać, by zobaczyć na ile inne państwa, jak Turcja czy Brazylia, będą wchodziły na rynki rosyjskie i jakie to będzie miało konsekwencje – mówi agencji Newseria Biznes Cornelius Ochmann, dyrektor, członek zarządu Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. – Jest to sytuacja bardzo skomplikowana, takiego zamieszania nie mieliśmy od dobrych kilku lat i wszyscy w związku z tym czekają.

Eksperci oceniają, że to właśnie takie kraje, jak Brazylia czy Turcja, najbardziej skorzystają na rosyjskich sankcjach nałożonych na produkty z państw UE i USA. Znacząco zwiększy się popyt w Rosji na importowaną z tych państw żywność.

Konsekwencji embarga obawiają się Niemcy. Ekonomiści szacują, że ze względu na zmniejszony eksport na Wschód tempo wzrostu gospodarczego w tym kraju zwolni.

– Nie możemy jeszcze dokładnie powiedzieć, o ile mniejszy będzie PKB. Mamy ekspertów, którzy twierdzą, że to będzie 0,5 proc., inni twierdzą, że 0,2 proc. Musimy poczekać jeszcze na szacunki różnych instytucji, ale na pewno będzie on niższy, niż oczekiwano jeszcze na początku tego roku – mówi Ochmann.

Już wyniki za II kwartał rozczarowały. PKB naszego zachodniego sąsiada spadł o 0,2 proc. w ujęciu kwartalnym (po uwzględnieniu czynników sezonowych), podczas gdy w I kwartale był to wzrost o 0,7 proc. W ujęciu rocznym PKB wzrósł o 1,2 proc. (w I kwartale – 2,3 proc.).

Zdaniem członka zarządu Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej na gorsze od prognozowanych wyniki największy wpływ będą miały gałęzie gospodarki, które do tej pory odznaczały się wysokim poziomem eksportu do Europy Wschodniej, przede wszystkim na rynek rosyjski, ukraiński, do Kazachstanu oraz Azji Centralnej.

– To przede wszystkim przemysł samochodowy, maszynowy oraz dobra konsumpcyjne – mówi Ochmann. – W związku z decyzją Kremla nakładającą embargo musimy się liczyć z tym, że również eksport produktów rolniczych z Niemiec do Europy Wschodniej będzie malał.

Jak wskazuje, skutki zmniejszenia eksportu dotkną także branże transportową i logistyczną.

Polska kolej nadrabia zaległości w dziedzinie nowoczesnych systemów zwiększających poziom bezpieczeństwa

1652453781_CH2M_kolej_projekty

Polska kolej nadrabia zaległości w dziedzinie nowoczesnych systemów zwiększających poziom bezpieczeństwa. Ten obszar, a nie tylko modernizacja samych torów, wymaga pilnych inwestycji. Brakuje m.in. europejskiego systemu zarządzania ruchem ERTMS, który poprawi bezpieczeństwo, szybkość przejazdu oraz ułatwi prowadzenie przewozów międzynarodowych. Wśród celów inwestycyjnych jest też rozbudowa portów morskich oraz poprawa dostępu kolejowego do nich.

‒ W infrastrukturze IT na kolei są szczególne zapóźnienia. Jeżeli odniesiemy je do innych kolei europejskich, to mamy dużo do nadrobienia – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Celiński, dyrektor działu transportu w CH2M HILL Polska. ‒ W tej chwili inwestycje głównie polegają na poprawie stanu infrastruktury, ale też na inwestowaniu w nowoczesne systemy sterowania ruchem kolejowym, takie jak Europejski System Zarządzania Ruchem Kolejowym (ERTMS) i Europejski System Sterowania Pociągiem (ETCS).

Celiński podkreśla, że dla kolejowego ruchu pasażerskiego w Polsce najważniejsze jest skrócenie czasu przejazdu, a dla przewoźników towarowych – zwiększenie dopuszczalnego nacisku na oś, regularność połączeń, a także zwiększenie średniej prędkości. Jednak poza modernizacją samych torów, niezwykle ważne są też systemy, które usprawniają ruch i poprawiają jego bezpieczeństwo.

CH2M HILL jest partnerem PKP przy pilotażowym wdrożeniu systemu ERTMS poziomu drugiego na 84-kilometrowym odcinku od Legnicy do granicy z Niemcami. Umowa na projekt warty ponad 140 mln zł została podpisana w 2012 r. Po instalacji ERTMS-2 w odpowiednio wyposażonych lokomotywach maszyniści otrzymają informacje o dopuszczalnej prędkości i zajętości torów. Dzięki temu, że system jest europejski, jego rozpowszechnienie ułatwi prowadzenie połączeń międzynarodowych, bo maszyniści nie będą już musieli zdawać egzaminu ze znajomości sygnalizacji w innych krajach.

‒ Systemy te będą wdrażane na Centralnej Magistrali Kolejowej, na linii Warszawa – Gdynia i sukcesywnie wprowadzane na innych liniach. Myślę, że to będzie z dużym pożytkiem dla pasażerów, dlatego że błędy maszynisty będą natychmiast eliminowane przez automatyczne systemy prowadzenia pociągu – zapowiada Celiński.

System ERTMS-2 wraz z wchodzącymi w jego skład systemami ETCS (przekazuje maszyniście informacje z urządzeń na torach m.in. o zezwoleniu na jazdę) oraz GSM-R (dwukierunkowa metoda transmisji danych) ma być zainstalowany do końca 2015r. m.in. na odcinku z Legnicy do Opola oraz Warszawa-Łódź Widzew.

CH2M HILL pracuje także nad poprawą infrastruktury związanej z polskimi portami. Spółka jest inżynierem kontraktu w projekcie przy budowie drugiego nabrzeża w terminalu kontenerowym DCT Gdańsk. Wartość tej inwestycji to 250 mln euro. Celiński dodaje, że CH2M HILL realizuje również projekty poprawy dostępu kolejowego do portów w Szczecinie i Świnoujściu, jest także projektantem przy przebudowie połączenia kolejowego do gdańskiego Portu Północnego.

 

Polski rynek pracy atrakcyjny dla cudzoziemców

Mówi: Iwona Cichowicz Funkcja:	doradca zawodowy Firma:	Centrum Pomocy Cudzoziemcom
Zdecydowana większość zezwoleń na pracę cudzoziemców w Polsce wciąż dotyczy robotników wykwalifikowanych i pracowników przy pracach prostych. Pracę w Polsce podejmują jednak również wysoko wyspecjalizowani eksperci, doradcy, informatycy i nauczyciele. Ponad połowa wniosków o pozwolenie na pobyt czasowy jest uzasadniona chęcią podjęcia pracy zarobkowej.

Z danych resortu pracy wynika, że w ubiegłym roku liczba wydanych zezwoleń na pracę wyniosła 39 078 i było nieznacznie mniejsza niż w 2012 roku (39 144) i 2011 roku (40 808). Nieznacznie zmniejszyło się również zapotrzebowanie polskich firm na pracowników z zagranicy (jeśli chodzi o krótkoterminowe zatrudnienie). W 2013 roku w Powiatowych Urzędach Pracy zarejestrowano ponad 235 tys. oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi. Przed rokiem było ich ponad 243 tys. (dotyczy to obywateli Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy).

– W Polsce pracuje bardzo dużo osób zza wschodniej granicy, przede wszystkim z Ukrainy, Białorusi i Rosji, ale są też osoby z krajów arabskich, Afryki czy nawet Ameryki – mówi agencji Newseria Biznes Iwona Cichowicz, doradca zawodowy z Centrum Pomocy Cudzoziemcom.

Ukraińcy otrzymali ponad połowę zezwoleń na pracę (ok. 20 tys.), inne liczne narodowości to: Wietnamczycy, Chińczycy, Hindusi, Białorusini i Rosjanie.

Nowe prawo imigracyjne, które weszło w życie w maju br., m.in. wydłuża z 2 do 3 lat zezwolenie na pobyt tymczasowy i wprowadza jedno zezwolenie na pobyt i pracę w Polsce. Mimo pewnych zmian na lepsze, wciąż jest dużo barier, które utrudniają lub nawet uniemożliwiają cudzoziemcom znalezienie pracy. Chodzi m.in. o problemy językowe, komunikacyjne i kulturowe. Nieznajomość języka polskiego nie pozwala na sprawną komunikację z pracodawcą, a ci bardzo niechętnie decydują się na zatrudnienie takich osób.

Są jednak branże, gdzie znajomość języka nie jest wymagana. Przedsiębiorcy coraz chętniej zatrudniają cudzoziemców w sektorze rolnym i budowlanym, na wysokim poziomie utrzymuje się też liczba pracujących w serwisach sprzątających, przy opiece dzieci lub osób starszych czy zatrudnionych na zapleczu restauracji. Tu nawet całkowita nieznajomość języka polskiego nie stanowi bariery.

Spośród blisko 40 tys. zezwoleń na pracę w ubiegłym roku ponad 10 tys. dotyczyło robotników wykwalifikowanych, a ponad 5,7 tys. – pracowników przy pracach prostych. Dużo osób, zwłaszcza z niskimi kwalifikacjami, pracuje na umowach cywilnoprawnych na krótki okres bądź na umowę zastępstwo. Tacy pracownicy rzadko mogą liczyć na przedłużenie umowy.

Problemem jest również nieznajomość polskiego rynku pracy.

– Osób chętnych do pracy, które starają się dotrzeć do pracodawców, jest bardzo dużo. Są jednak osoby, które nie potrafią się jeszcze odnaleźć na rynku, nie znają jego realiów i jest im bardzo trudno się zaadaptować – ocenia Cichowicz. – Nie wiedzą, w jaki sposób poszukiwać pracy, jak kontaktować się z pracodawcami, nie potrafią tworzyć dokumentów aplikacyjnych, czasem brak też im motywacji.

Zdaniem Cichowicz powodzenie na polskim rynku pracy zależy przede wszystkim od kwalifikacji obcokrajowców. Osoby z odpowiednimi uprawnieniami i doświadczeniem nie powinny mieć problemów ze znalezieniem pracy.

– Duża część osób bezpośrednio po przyjeździe do Polski znajduje pracę w zawodzie. Są to inżynierowie, informatycy, sprzedawcy, handlowcy bądź osoby z doświadczeniem w sektorze bankowym, księgowości oraz nauczyciele języków. Takim osobom jest również łatwiej ze względu na to, że pracują w międzynarodowych firmach, więc mogą rozwijać się zawodowo także tutaj – tłumaczy Cichowicz.

W ubiegłym roku 3 tys. osób uzyskało zezwolenie na pracę jako kadra pracownicza, doradcy i eksperci (z czego funkcje w zarządach osób prawnych – 567 zezwoleń, 333 zezwolenia dotyczyły pracy w informatyce, 214 – w zawodach medycznych, a 203 – w zawodach nauczycielskich).

Zdaniem Cichowicz często też język ojczysty jest dużym atutem. Cudzoziemcy mogą znaleźć oferty w dużych międzynarodowych firmach, m.in. w call center czy centrach usług wspólnych przy obsłudze klienta obcojęzycznego. Tu zwykle nie jest wymagana znajomość języka polskiego.

Fitch Polska: Stabilna sytuacja finansowa polskich samorządów. Wyjątkiem Mazowsze

CEO Magazyn Polska

Rząd przyjął projekt zmian w janosikowym, podnosząc próg, od którego województwa będą wpłacały pieniądze na rzecz uboższych regionów. Agencja ratingowa Fitch Polska spodziewa się poprawy sytuacji budżetowej polskich samorządów oraz kontynuacji ożywienia gospodarczego. Perspektywa ratingu zdecydowanej większości z nich jest stabilna, ponieważ nie ma problemu nadmiernego zadłużenia samorządów, jak np. w Hiszpanii czy we Włoszech. Negatywną perspektywę ma jedynie województwo mazowieckie, które jest obciążone wysokimi wpłatami na janosikowe. Nowy projekt powinien jednak ulżyć mazowieckiemu samorządowi.

Polskie regiony nie mogą się porównywać w żaden sposób do landów niemieckich, nie tylko ze względu na rating niemiecki, lecz także ze względu na otoczenie prawno-instytucjonalne, które tam działa w zupełnie inny sposób niż w Polsce. Jak spojrzymy jednak na przykład na ratingi niektórych regionów czy miast we Włoszech i w Hiszpanii, to w Polsce są one porównywalne, a często nawet lepsze – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Kowalski, prezes Fitch Polska.

Wśród polskich samorządów najwyższy rating mają Warszawa, Poznań i Katowice oraz województwa małopolskie i wielkopolskie. Agencja ratingowa Fitch Polska przyznała im ocenę A- w skali międzynarodowej, czyli taką samą, jak zadłużeniu polskiego państwa w walutach obcych. W skali krajowej Warszawa ma najwyższy możliwy rating, czyli AAA. Ewentualna podwyżka ratingów w skali międzynarodowej dla powyższych samorządów będzie możliwa jedynie wtedy, kiedy zostanie podniesiony rating dla Polski.

Pozostałe są w kategorii potrójne B w różnych permutacjach, czyli albo z plusem, albo bez plusa, albo z minusem i to jest zdecydowana większość ratingów. Warto podkreślić, że większość ratingów ma perspektywę stabilną, co oznacza, że raczej nie przewidujemy żadnych zmian w ich poziomie w przeciągu najbliższych 12-14 miesięcy – mówi Kowalski.

Na tym tyle negatywnie wyróżnia się sytuacja finansowa województwa mazowieckiego, które jest jedyną jednostką samorządu terytorialnego z negatywną perspektywą ratingu. Prezes Fitch Polska zwraca uwagę na to, że Mazowsze jest obciążone wysoki wpłatami z tytułu janosikowego, czyli części regionalnej subwencji ogólnej. W marcu 2014 r. Trybunał Konstytucyjny stwierdził niezgodność części przepisów regulujących wysokość wpłat, przepisy te przestaną obowiązywać jednak dopiero za rok. Wczoraj rząd przyjął projekt zmian w ustawie o finansowaniu jednostek samorządu terytorialnego. Zakłada on podniesienie progu nakładającego obowiązek łożenia na uboższe województwa ze 110 do 135 proc. średnich krajowych dochodów na mieszkańca. Wpłaty będą też niższe i nie będą mogły przekroczyć 35 proc. ogólnych dochodów podatkowych samorządu.

Sytuacja pod tym względem jest wyzwaniem dla zarządu Mazowsza, ale z drugiej strony trzeba podkreślić, że Mazowsze nie ma problemów z obsługą swojego zadłużenia, a więc to jest oczywiście pozytywne. W tej chwili kluczową sprawą jest, to jak zostanie rozwiązana kwestia janosikowego, czyli jak będzie wyglądała nowa formuła, którą rząd musi wprowadzić w ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy zgodnie z wyrokiem Trybunału. I to będzie skutkowało dalszymi naszymi decyzjami wobec Mazowsza – twierdzi Piotr Kowalski.

Prezes Fitch Polska podkreśla również, że agencja będzie zwracać uwagę na realizację przez władze Mazowsza programu ostrożnościowego. Był on warunkiem otrzymania kredytu od budżetu państwa. W dłuższej perspektywie sytuacja finansowa danych samorządów – a zatem i perspektywy ratingu – będą zależne przede wszystkim od polityki fiskalnej prowadzonej przez miejscowe władze oraz tempa wzrostu PKB.

Zwracamy uwagę zwłaszcza na kwestie związane z poziomem i jakością zarządzania długiem oraz z poziomem wolnych środków. To pokazuje zarówno to, jak elastyczna od strony finansowej jest dana jednostka samorządowa, jak i to, jak wygląda zarządzanie jakościowe gminą jako organizmem. I to są rzeczy, na które najbardziej zwracamy uwagę – podsumowuje Kowalski.

Wczoraj agencja Fitch podała, że II kwartale br. wartość rynku obligacji komunalnych wzrosła o 14,6 proc. rok do roku i wyniosła 18,4 mld zł. W porównaniu z I kwartałem był to wzrost o 0,4 proc. Obligacje samorządów stanowią niespełna 14 proc. całego rynku obligacji nieskarbowych.

IKEA stawia na Polskę. W ciągu 20 lat chce zwiększyć obroty z 2 do 16 mld zł

0

CEO Magazyn Polska

Ośmiokrotny wzrost obrotów osiąganych przez sklepy w Polsce do 2034 roku – to strategiczne plany szwedzkiego koncernu IKEA. Firma szacuje, że w tym czasie polski rynek wzrośnie trzykrotnie.

Nasze plany rozwoju w Polsce są bardzo ambitne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Katarzyna Balashov z IKEA Retail Poland. – W ciągu najbliższych 20 lat chcemy aż ośmiokrotnie zwiększyć obroty z obecnych 2 do 16 mld zł.

W drugiej połowie przyszłego roku szwedzka spółka planuje otworzyć sklep w Bydgoszczy. Na nowym sklepie w Bydgoszczy się nie skończy, bo posiadająca w Polsce osiem centrów handlowych IKEA zapowiada, że powstaną kolejne. Firma prowadzi m.in. rozbudowę już istniejących parków handlowych we Wrocławiu i Warszawie. Buduje centrum handlowe w Lublinie. Posiada też portfel działek pod ewentualne inwestycje. W ciągu ostatnich 5 lat spółki z korzeniami IKEA w Polsce zainwestowały w naszym kraju ponad 5 mld złotych.

Polska jest trzecim krajem po Chinach i Rosji pod względem dynamiki wzrostu sprzedaży – mówi Katarzyna Balashov. – To dla spółki bardzo ważny strategicznie rynek również pod względem produkcji, bo jest drugim po Chinach producentem produktów.

To m.in. dzięki zamówieniom szwedzkiego koncernu Polska jest dziś największym producentem mebli w Europie, a w skali światowej zajmuje czwartą pozycję.

Warunki do prowadzenia handlu w Polsce są bardzo dobre, szczególnie w naszej branży, bo zainteresowanie meblowaniem i wystrojem wnętrz rośnie – podkreśla przedstawicielka koncernu. – Według naszych prognoz polski rynek będzie wzrastał w najbliższych latach, w ciągu 20 lat nawet trzykrotnie. Staramy się, aby nasze sklepy były inspirujące – deklaruje Katarzyna Balashov. – Staramy się ułatwiać proces zakupowy naszym klientom poprzez oferowanie serwisów, które są bardzo istotne, szczególnie w przypadku takich zakupów jak meble kuchenne. Oferujemy nie tylko serwisy kompletowania, czyli zbierania poszczególnych elementów, dowozu, montażu, lecz także na wcześniejszym etapie projektowania i doradztwa.

Jak podkreśla, firma rośnie szybko głównie dzięki stałemu monitorowaniu potrzeb klientów – takie badania są prowadzone w każdym kraju.

Prowadzimy lokalne badania upodobań, marzeń, planów dotyczących wyposażenie wnętrz, ciągle ulepszamy nasze produkty. W Polsce dużo mamy małych mieszkań, poniżej 50 metrów kwadratowych i to jest segment rynku, na którym znamy się bardzo dobrze. Mamy ogromne doświadczenie w oferowaniu rozwiązań, które pozwalają w sposób ergonomiczny i funkcjonalny wykorzystać małą przestrzeń – podkreśla Balashov.

Grupa ROBYG chce w tym roku ustanowić rekord sprzedaży mieszkań

CEO Magazyn Polska

Grupa ROBYG liczy w tym roku na najlepszy wynik sprzedaży mieszkań w historii. Deweloper zamierza przekroczyć liczbę 2 tys. sprzedanych mieszkań, co byłoby rekordem nie tylko dla spółki, lecz także dla całego rynku. Popyt obecnie przewyższa podaż, przez co ceny mieszkań wzrosły w tym roku o ok. 5 proc. Mimo to wciąż są znacznie niższe niż przed kryzysem.

Chcielibyśmy przekroczyć liczbę 2 tys. zakontraktowanych lokali, oczywiście jeśli utrzymane zostaną obecne tendencje rynkowe. Byłby to rekord Polski, bo jeszcze żaden deweloper do tej pory nie sprzedał przez rok więcej niż 2 tys. mieszkań. My jesteśmy na dobrej drodze, żeby to osiągnąć – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Zbigniew Okoński, prezes firmy ROBYG. ‒ Drugi kwartał był nieco słabszy niż pierwszy, ale pozwolił nam przekroczyć liczbę tysiąca mieszkań w pierwszym półroczu. Sądzimy, że jesienią znowu nastąpi pewne ożywienie i uda nam się sprzedać około tysiąca mieszkań w drugiej połowie roku.

Spółka prowadzi dużo nowych inwestycji. Grupa ROBYG uzyskała m.in. pozwolenie na budowę szóstego etapu osiedla Królewskiego na Wilanowie, gdzie powstanie 120 mieszkań. Kupiła także 85 tys. metrów kw. na Mokotowie. W tym miejscu może wybudować nawet 1000 mieszkań.

Okoński jednak podkreśla, że nie ma ryzyka przeinwestowania. Grupa ROBYG nawet 2-3 lata temu, gdy na rynku była nadpodaż mieszkań, nigdy nie miał więcej niż 10-12 proc. niesprzedanych mieszkań w już ukończonych budynkach. Prezes spółki zapewnia, że nawet gdy podaż będzie większa, ROBYG poradzi sobie bardzo dobrze. Na rynku teraz jest przewaga po stronie popytowej, co nieco winduje ceny.

Według nas w porównaniu z zeszłym rokiem ceny wzrosły o ok. 3-4 proc. w segmentach, które akurat realizujemy. W tym roku nie powinny już wiele więcej wzrosnąć, najwyżej 1-2 proc. Sądzę, że również w przyszłym roku sytuacja będzie stabilna. Klienci wiedzą, że warunki do zakupu mieszkań są dla nich korzystne. Ceny spadły w porównaniu z tymi sprzed kryzysu o 30-40 proc., dlatego uwierzyli, że warto kupować mieszkania – ocenia Okoński.

Dodaje, że Grupa ROBYG też nie chce doprowadzić do nadmiernego wzrostu cen. To mogłoby bowiem osłabić sprzedaż, a spółce zależy na utrzymaniu stałego poziomu działalności.

ROBYG SA od listopada 2010 r. jest spółką notowaną na głównym parkiecie GPW. Głównym udziałowcem spółki jest zarejestrowana w Luksemburgu spółka LBPOL William II S.A.R.L. (43,44 proc. akcji), 19,84 proc. udziałów należy do Nanette Real Estate Group N.V. W 2013 r. ROBYG SA miał przychody na poziomie 486 mln zł i zysk netto w wysokości 28,8 mln zł. W całym 2013 r. spółka zakontraktowała do sprzedaży 1731 mieszkań netto.

Komentarz indeksowy BossaFX 20 sierpnia 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 20 sierpnia 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Co piąty produkt ekologiczny nie spełnia wymagań. Przedsiębiorcy muszą liczyć się z karami

CEO Magazyn Polska

Przeprowadzona przez Inspekcję Handlową kontrola wykazała, że 22 proc. towarów ekologicznych nie spełnia określonych wymogów. Przedsiębiorcy, którzy wprowadzają na rynek taką podrabianą ekożywność, muszą liczyć się z karą od 1 tys. zł do nawet 10 proc. całkowitych przychodów. Wartość tego rynku szacowana jest w Polsce na ponad 700 mln zł.

W żywności ekologicznej co najmniej 95 proc. składników musi być wyprodukowane za pomocą naturalnych metod. Dlatego ważne jest, aby produkty oznaczone symbolem bio, faktycznie spełniały wszystkie wymagania.

Inspekcja Handlowa dokonuje rutynowych kontroli produkcji żywności ekologicznej. W czasie ostatniej stwierdzono około 20 proc. nieprawidłowości. Biorąc pod uwagę specyfikę rynku i zaufanie, jakie konsumenci chcieliby mieć do produktów ekologicznych, ten odsetek można uznać za dość wysoki – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Dariusz Łomowski, zastępca dyrektora Departamentu Inspekcji Handlowej w Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Jak wynika z raportu Inspekcji Handlowej, łącznie zakwestionowano 219 partii towaru. W 19 proc. przypadku chodziło o nieprawidłowe oznakowanie, natomiast ponad 15 proc. produktów było nieodpowiedniej jakości. Łomowski podkreśla, że na terenie Unii Europejskiej prawidłowe oznakowanie wszystkich ekologicznych produktów składa się z trzech elementów.

Elementem pierwszym jest wizerunek zielonego liścia złożonego z dwunastu gwiazdek. Drugi to podany numer jednostki certyfikującej, czyli podmiotu, który sprawdza, czy produkcja konkretnej żywności była faktycznie ekologiczna. Trzeci element to informacja o tym, czy towar pochodzi z Unii Europejskiej czy innego terenu – przypomina ekspert.

Warto dokładnie zwracać uwagę na kupowaną żywność. Przedrostek „eko-” nie zawsze gwarantuje to, że kupimy produkt ekologiczny. Należy też dokładnie czytać skład – nie może w nim być konserwantów, a 95 proc. użytych do produkcji składników powinno być organicznych. Konsument musi pamiętać, że często żywność ekologiczna wizualnie prezentuje się gorzej od zwykłej, najczęściej ma też znacznie krótszy termin spożycia.

Taka żywność jest też droższa, w zależności od produktu nawet trzykrotnie.

Jest to uzasadnione: z jednej strony wyższe są koszty produkcji takiej żywności, a z drugiej jest niski wolumen sprzedaży – mówi Łomowski.

Stwierdzenie, że żywność ekologiczna faktycznie taka nie jest, stanowi podstawę do reklamacji danego produktu.

Mamy na to trzy dni od otwarcia produktu, który był zapakowany, na przykład ekologicznego miodu czy dżemu, albo trzy dni od daty zakupu towaru, jeżeli jest on sprzedawany na wagę. Możemy zareklamować np. podrabianą ekologiczną marchewkę w ciągu trzech dni od zakupu, jeśli stwierdzimy, że nie ma ona z ekologią wiele wspólnego – mówi ekspert.

Inspekcja Handlowa po ostatniej kontroli nałożyła 16 mandatów za sprzedaż przeterminowanej żywności i osiem za sprzedaż produktów nieodpowiedniej jakości. W takim przypadku odpowiedzialność ciąży na producencie na każdym etapie dystrybucji.

– Zarówno na etapie producenta, hurtownika, jak i na etapie sprzedaży detalicznej. Każdy z tych przedsiębiorców, jeżeli wprowadza coś jako ekologiczne, a ekologicznym nie jest, naraża się na odpowiedzialność i karę pieniężną w wysokości minimalnej 1000 zł, a maksymalnej 10 proc. całości ubiegłorocznego przychodu przedsiębiorcy – podkreśla Dariusz Łomowski.

Choć według szacunków firmy Organic Farma Zdrowia rynek żywności ekologicznej w Polsce szybko się rozwija i wart jest ok. 700 mln zł, to do czołówki europejskiej sporo nam brakuje. Przeciętny Polak wydaje na produkty ekologiczne 4 euro, w Niemczech 20, a w Danii 40 razy więcej.

We wtorek bez zmian na WIG30

Wtorkowa sesja nie przyniosła zmian wartości indeksu WIG30. Indeks dwudziestu największych spółek stracił minimalnie 0,03 proc.

WIG30 zakończył notowania na poniedziałkowym poziomie. Najmocniej urosły akcje CCC, o 2,64 proc. Po przeciwnej stronie tabeli ponownie znalazło się JSW, które straciło 4,74 proc. Ogółem zyskało 17 spółek, a 11 straciło.

Relatywnie wysokie były obroty, które na spółkach obu indeksów grupujących największe firmy przekroczyły 1 mld złotych.

Kruk wkracza na niemiecki rynek

0

Windykacyjna firma Kruk rozpoczęła działalność w Niemczech. We wtorek spółka poinformowała o założeniu niemieckiej spółki Kruk Deutschland GmbH.

– Niemcy to duży rynek konsumencki z prawie 80 mln mieszkańców. Wartość bankowych kredytów konsumenckich jest czterokrotnie większa niż w Polsce i wynosi ponad 230 mld euro. Niemiecki rynek sprzedaży wierzytelności należy do największych w Europie. Atrakcyjność rynku niemieckiego potwierdza również obecność największych europejskich firm z branży zarządzania wierzytelnościami, z których część jest obecna też w Polsce czy Rumunii mówi w komunikacie Piotr Krupa, prezes zarządu KRUK. – W Niemczech chcemy konkurować z nimi naszą unikatową strategią prougodową. Przeprowadziliśmy badania i spotkała się z bardzo pozytywnym odbiorem uczestników tego rynku oraz osób zadłużonych. Budujemy naszą organizacje od podstaw, przenosząc najlepsze praktyki zebrane w ciągu 16 lat działalności i odpowiednio dopasowując je do lokalnych uwarunkowań prawnych i kulturowych. Kolejnym etapem będzie nabycie pierwszych portfeli wierzytelności na rynku niemieckim.

Do tej pory Kruk skupiał swoją działalność w regionie Europy Centralnej – w Polsce, Rumunii, Czechach oraz na Słowacji.

 

Cyfrowy wszechświat rośnie – IT coraz bliżej biznesu

Do 2020 r rozmiary cyfrowego wszechświata wzrosną dziesięciokrotnie — od 4,4 bilionów gigabajtów do 44 bilionów gigabajtów – wynika z 7. Badania Digital Universe,przeprowadzonego przez firmę IDC na zlecenie EMC Corporation. Rosnąca ilość danych to szansa na osiągnięcie przewagi konkurencyjnej dla wielu firm – pod warunkiem, że będą mogły szybko i sprawnie przetwarzać i analizować ogromne ilości informacji. Rynek analityki biznesowej rośnie.

Według IDC to „internet rzeczy” sprawia, że rozmiary cyfrowego wszechświata zwiększają się w tak ogromnym tempie. Według raportu liczba urządzeń lub przedmiotów, które można połączyć z Internetem, zbliża się do 200 mld, a 7 procent z nich (14 mld) już komunikuje się za pomocą sieci. Dane wygenerowane przez te urządzenia stanowią aktualnie 2 procent światowych zasobów. IDC przewiduje, że do 2020 r. liczba podłączonych do sieci urządzeń wzrośnie do 32 miliardów i będzie wytwarzać 10 procent światowych danych – z których część będzie stanowić tzw. dane użyteczne, które można przetwarzać i analizować.Rosnąca ilość zasobów stwarza ogromne możliwości dla firm, ale tylko od nich zależy czy przekują je w realne korzyści. Odpowiednie zarządzanie, przetwarzanie i szybka analiza istniejących zasobów to konieczność na dzisiejszym rynku. Nic dziwnego, że zapotrzebowanie na analitykę biznesową stale rośnie. – mówi Michał Guzek, członek zarządu Hicron

Analiza danych – przewagą konkurencyjną firm

Szybki dostęp do danych wspomagających procesy decyzyjne, odpowiednio wyselekcjonowanych i przetworzonych, uzyskanych z różnych źródeł – to podstawa konkurencyjności firm. Dlatego rynek analityki biznesowej „ma się świetnie”. Według analityków IDC w 2016 roku wartość rynku oprogramowania wspierającego raportowanie i analizy biznesowe ma sięgnąć niemal 51 mld USD. Do tego czasu dynamika rozwoju tego segmentu będzie utrzymywać się na poziomie około 10 proc. rocznie. Również z badań Instytutu Gartnera wynika, że narzędzia ułatwiające przetwarzanie i dostęp do informacji oraz podnoszenie efektywności procesów biznesowych znajdują się na szczycie priorytetów w planowanych inwestycjach IT.

W dużym uproszczeniu, systemy Business Intelligence służą firmom do opisywania danej sytuacji i szukania przyczyn jej zaistnienia. Np. firma widzi, że na danym projekcie straciła dużo pieniędzy. Za pomocą systemu BI sprawdza, co do tego doprowadziło. Big Data pozwala firmom zrobić niewyobrażalny krok naprzód, włączając do analizy tryliony danych. Magia dużych liczb pozwala im z bardzo dużym prawdopodobieństwem odpowiedzieć na pytanie, jak nie doprowadzić do zaistnienia podobnej sytuacji w przyszłości, a więc wracając do naszego przykładu – co uwzględnić i jakie działania podjąć, by kolejny projekt zakończył się sukcesem – mówi Michał Guzek.

Trend ten jest widoczny także w Polsce. Wraz ze wzrostem ilości danych wzrasta ilość zapytań na programy wspomagające ich przechowywanie, przetwarzanie i analizę. Chodzi o systemy typu Big Data, CRM, ERP, BI. Według Cisco Visual Networking Index Global Mobile Data Traffic Forecast 2012-2017 – aż 71 procent polskich respondentów planuje włączyć dane dostarczane z cyfrowych czujników, urządzeń pomiarowych, kamer wideo oraz innych inteligentnych urządzeń do swoich planów Big Data. Zarządzanie ogromnymi zbiorami danych będzie więc jedną z kluczowych kompetencji firm w ciągu najbliższych 3-5 lat.

Podczas rozmów z naszymi klientami widzimy coraz większe zainteresowanie kwestią przetwarzania informacji. Jednak ogrom danych w powiązaniu z nowymi potrzebami analitycznymi niesie ze sobą ryzyko przeciążeń systemowych. Producenci wychodzą firmom naprzeciw i proponują rozwiązania gwarantujące wysoką wydajność tego procesu. SAP oferuje nowoczesne środowisko SAP HANA, które umożliwia przetwarzanie danych w pamięci RAM a nie zwyczajowo na dyskach twardych, co daje niewyobrażalny skok jakościowy mierzony w setkach procent – mówi Michał Guzek. Zainteresowanie naszymi kompetencjami – np. doświadczeniem w zakresie SAP HANA, wynika m.in. z wielu oczywistych zalet rozwiązania, które oferuje znaczne skrócenie czasu potrzebnego na generowanie raportów, a także złożonych działań operacyjnych. Hicron posiada 16 osobowy zespół administracji SAP oraz doświadczenie potwierdzone certyfikacjami w SAP Polska w zakresie instalacji SAP HANA i świadczenia usług wsparcia, dlatego jest w stanie odpowiedzieć na rosnące zapotrzebowanie rynku – dodaje.

Jednym z ciekawszych przykładów wykorzystania modeli analitycznych jest rozwiązanie Predictive Marketing for Aftersales i aplikacje DriveApp, zaprojektowane i stworzone dla branży automotive przez dział Enterprise Mobility w Hicron. Jest to prognostyczne narzędzie do zarządzania obsługą posprzedażną na rynku motoryzacyjnym. Pomaga dilerom i importerom zwiększać przychody z obsługi posprzedażnej dzięki analizie potrzeb i personalizacji oferty dla każdego klienta. Dla kierowców jest natomiast źródłem dodatkowej wiedzy o samochodzie i bezpośredniego kontaktu z dilerem.

Przedsiębiorstwa chętnie inwestują w rozwiązania analityczne, ponieważ dają one możliwość prognozowania, analizy, kontroli wyników lub planów produkcyjnych. To konieczność dla firm, które chcą liczyć się na rynku i utrzymać przewagę konkurencyjną.

J. Żuralski (Private Wealtch Consulting): Nie ma ryzyka, że akcje Lotosu o wartości 1 mld zł trafią do niepożądanych inwestorów z Rosji

CEO Magazyn Polska

Grupa Lotos planuje pozyskać z rynku 1 mld zł na zwiększenie dostępu do własnych surowców oraz rozwój sieci stacji benzynowych. Spółka potrzebuje kapitału, ponieważ z powodu dekoniunktury na rynku ropy naftowej ponosi straty, a prognozy na następne kwartały nie są optymistyczne. To główny problem dla zarządu i Skarbu Państwa, gdyż ryzyko objęcia nowej emisji przez inwestorów, którzy mogliby sabotować politykę energetyczną rządu, jest bardzo małe.

Lotos boryka się w tej chwili z bardzo dużymi problemami, jeżeli chodzi o dostęp do surowców i ma dosyć duże potrzeby, jeżeli chodzi o nowy kapitał. Stąd też nowa emisja akcji. Mówiąc o dostępie do surowców, mam na myśli węglowodory, które są między innymi w planach strategicznych naszego rządu, czyli dostęp do szeroko pojętych łupków, ale również wykorzystania w pełni złóż, które są na Morzu Bałtyckim, czy też projektów, które toczą się na Morzu Norweskim – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jan Żuralski, prezes zarządu Private Wealth Consulting.

W przypadku powodzenia emisji spółka może osiągnąć inny cel w postaci ponad 10-proc. udziału w rynku detalicznym ropy – twierdzi Żuralski. Choć ostateczną decyzję o jej przeprowadzeniu zapadnie dopiero 8 września na WZA, to inwestorzy na GPW oceniają prawdopodobieństwo emisji jako wysokie, o czym świadczy spadek kursu po ogłoszeniu planu zarządu.

Nowa emisja ma trafić przede wszystkim do dotychczasowych akcjonariuszy, którzy otrzymają prawo poboru. Zdaniem Żuralskiego, to praktycznie eliminuje ryzyko związane z kupnem nowych akcji przez niepożądanych inwestorów z punktu widzenia Skarbu Państwa.

Jeżeli Skarb Państwa, jako główny akcjonariusz, sam nie będzie decydował się na objęcie prawa poboru, czyli nie będzie uczestniczył w nowej emisji, będzie mógł to prawo poboru sprzedać. Decyzje o tym, komu zostaną te prawa poboru sprzedane, będą podjęte rozmyślnie, z dużą rozwagą, z związku z czym nie spodziewam się, że akcje docelowo trafią na przykład do akcjonariuszy, którzy byliby zza wschodniej granicy i mogłoby to zaszkodzić naszym interesom państwowym – twierdzi prezes Private Wealth Consulting.

Duże potrzeby kapitałowe Lotosu to także efekt bieżącej koniunktury na rynku ropy oraz prognoz na następne kwartały. Rynek relatywnie spokojnie przyjął wyniki za II kwartał 2014 r., choć były one gorsze od oczekiwań. Grupa Lotos  odnotowała 122,52 mln zł skonsolidowanej straty netto przypisanej akcjonariuszom jednostki dominującej, podczas gdy rok wcześniej było 126,08 mln zł, a analitycy prognozowali zysk na poziomie 77 mln zł. Mniej korzystnie wypadł wynik na poziomie operacyjnym – spółka zanotowała stratę w wysokości 414,98 mln zł, a rynek spodziewał się zysku 135,4 mln zł. Wszystko przez odpis na norweskie złoże, którego prognozy nie uwzględniały.

Zdaniem Żuralskiego, odpis aktualizujący wartość złoża YME był kluczowym elementem, który wpłynął negatywnie na wyniki Lotosu i sprawił, że były one poniżej oczekiwań rynku. Grupa Lotos zaksięgowała w II kwartale 2014 r. kolejny odpis na norweskie złoże o wartości 545 mln zł, wobec czego zmniejszyła jego wycenę wraz z dotychczasowymi odpisami o 1,596 mld zł.

Większym zmartwieniem dla inwestorów mogą być niekorzystne dla spółki trendy makroekonomiczne. Ceny ropy naftowej są pod presją i od 20 czerwca spadły o ponad 10 proc.

Dodatkowo elementem negatywnym jest trudna sytuacja makroekonomiczna w Polsce: duża zmienność jeżeli chodzi o parę walutową dolar/złoty, jak i stygnące oczekiwania co do dalszego rozwoju polskiej gospodarki. W związku z tym następny kwartał będzie dużym wyzwaniem i są duże oczekiwania w kierunku zarządu, aby działał prężnie, szybko i żeby poradził sobie z tą trudną sytuacją – mówi Żuralski.

Janosikowe będzie mniej uciążliwe dla płatników. Rząd przyjął projekt zmian w ustawie

Rząd przyjął we wtorek projekt zmian w ustawie o finansach samorządów. Podniesiono progi dochodów, od których obowiązywać będzie danina, ustalono też maksymalny poziom wpłat.

„Wpłat będą dokonywały województwa, w których dochody na jednego mieszkańca będą wyższe od 125 proc. średnich dochodów (obecnie są wyższe od 110 proc.); obniżona zostanie także kwota przekazywanej nadwyżki; dzięki tym przepisom wpłaty w 2015 r. będą niższe o 195,6 mln zł” – napisano w komunikacie po posiedzeniu rządu.

Projekt zakłada także, że maksymalny poziom wpłat nie będzie mógł przekroczyć 35 proc. dochodów podatkowych samorządu.

Zmiany są wynikiem orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, który w marcu orzekł, że dotychczasowe przepisy są niezgodne z konstytucją, gdyż nie gwarantują samorządom zachowania odpowiedniej części środków na potrzeby własnego rozwoju i muszą zostać zmienione przed upływem półtora roku od orzeczenia.

Zmiany w podatkach niekorzystne dla przedsiębiorców

Firmy działające na terenie Polski nie będą mogły liczyć na korzystne rozwiązania podatkowe. Od 2015 roku Ministerstwo Finansów wprowadzi szereg zmian w prawie podatkowym.

Opodatkowanie zagranicznych spółek kontrolowanych – regulacja ta ma zwalczać nadużycia podatkowe, uważa Monika Ławnicka, doradca podatkowy Accreo.

Nowe przepisy wprowadzą klauzulę obejścia prawa. Urzędnicy będą sprawdzać, czy przeprowadzona w firmie restrukturyzacja nie miała na celu uniknięcia opodatkowania.

Ograniczenie zaliczania do kosztów podatkowych pożyczek od podmiotów powiązanych – to kolejna zmiana. „Jej efektem będą zwiększone wpływy do budżetu” – wyjaśnia Monika Ławnicka.

W propozycjach podatkowych nie chodzi o prostą zmianę stawki, ale o powiększenie bazy podstawy opodatkowania. „Skutek może być odwrotny od zamierzonego i zostanie ściągniętych mniej pieniędzy z podatków. Firmy mogą zrezygnować z części swoich zamiarów inwestycyjnych” – dodaje.

Podczas gdy w Europie wdraża się korzystne rozwiązania ułatwiające prowadzenie biznesu, w Polsce nadal brakuje pomysłu na przyciągnięcie inwestorów. Podwyższenie ciężaru podatkowego może tylko odstraszyć przedsiębiorców. Większość nowych przepisów wejdzie w życie 1 stycznia 2015 roku.

Polska oraz Turcja z największym potencjałem wzrostu rynku fitness w Europie

Popularność klubów fitness w Europie nieustannie rośnie, w sumie z ich usług skorzystało w 2013 roku 46 mln osób (zapisanych członków), a ich liczba w roku 2025 może wzrosnąć do 80 mln. Cały europejski rynek fitness jest warty obecnie ponad 25 mld euro. Jak wynika z raportu „European Health & Fitness Market“ przygotowanego przez organizację EuropeActive*  we współpracy z firmą doradczą Deloitte, Polska i Turcja są najszybciej rosnącymi rynkami fitness w Europie. Wzrost klientów (na zasadach stałego członkostwa) w obu krajach wyniósł w ciągu roku (2012 vs 2013) ponad 20 proc.

Prężny rozwój klubów sportowych ma miejsce dzięki wpływowi trzech czynników:

  • coraz powszechniejsza promocja zdrowia, ogólnoświatowy trend wzrostu popularności uprawiania sportu oraz wzrost świadomości troski o swoje zdrowie,
  • dywersyfikacja branży w krajach rozwiniętych,
  • rosnąca popularność fitness na mniej dojrzałych rynkach.

Pod koniec ubiegłego roku do ponad 46 tys. europejskich klubów fitness należało w sumie 46 mln ludzi. Według danych Komisji Europejskiej w 2013 roku 11 proc. mieszkańców krajów Unii Europejskiej było członkami klubów fitness, podczas gdy cztery lata wcześniej było to 9 proc.  W Polsce w 2013 r. 6 proc. społeczeństwa miało wykupione członkostwo w klubie, i jest to wzrost o 4 pp. wobec roku 2009” – mówi Marcin Diakonowicz, Partner w Dziale Audytu, Lider Sports Business Group Poland, Deloitte. Dla porównania w Szwecji było to 33 proc. w Czechach 12 proc., na Węgrzech 4 proc, a na Litwie 1 proc.

Wg prognoz Hermana Rutgersa, członka zarządu EuropeActive, w 2025 roku już nawet około 80 mln Europejczyków może korzystać z usług sieci fitness.
CEO Magazyn Polska

Źródło: Special Eurobarometer 412: Raport „Sport and physical activity”, Komisja Europejska.

Jak podkreśla raport Deloitte oraz EuropeActive najwyższy potencjał wzrostu usług fitness dotyczy Polski oraz Turcji. Przyrost nowych członków klubów wyniósł ponad 20 proc. (2012 vs 2013). Dodatkowo stopień penetracji tychże usług w obu krajach jest wciąż niski – w 2013 roku wyniósł zaledwie 6,4 proc. w Polsce i 2,2 proc. w Turcji. Średnia europejska dla analizowanych krajów to 8,5 proc.**

W Polsce na koniec 2013 roku działało około 2,4 tys. klubów fitness, dla porównania w dwukrotnie większych Niemczech blisko 8 tys. (7.940 ośrodków). O dużym potencjale wzrostu świadczą też nastroje samych właścicieli działających w Polsce klubów. Według 20 proc. z nich przychody z prowadzonej działalności wzrosną w tym roku powyżej 7,5 proc. Z kolei połowa respondentów spodziewa się, że wzrost ten wyniesie pomiędzy 2,5 a 7,5 proc. Obok Szwecji jest to najbardziej „optymistyczny” wynik wśród analizowanych krajów. Najbardziej pesymistyczni są z kolei właściciele klubów fitness z Hiszpanii.

CEO Magazyn Polska

Źródło: Ankieta Deloitte.

O tym, że cały europejski rynek ma jeszcze duży potencjał rozwoju najlepiej świadczy fakt, że w ubiegłym roku wzrost liczby osób zapisanych do klubów fitness odnotowano nawet na dwóch największych i najbardziej dojrzałych rynkach, tzn. w Wielkiej Brytanii i w Niemczech (odpowiednio o 4,5 proc. i 8,6 proc.).

Pod koniec 2013 roku dwadzieścia największych klubów, które działają na europejskim rynku posiadało 7,8 mln członków. Duża w tym zasługa rosnącej liczby tanich klubów, takich jak Basic-Fit, Fit For Free czy Pure Gym, które kuszą niską ceną. Jednym z bardziej znaczących graczy jest też niemiecka sieć McFIT, która jest już obecna także w Polsce. Jest ona absolutnym liderem w Europie pod względem posiadanej liczby członków. Na koniec ubiegłego roku było to 1,2 mln na terenie Europy, gdzie ma swoje filie. Dla porównania następna w kolejności sieciówka może się pochwalić jedynie 800 tys. osób. „Sukces takich sieci jak McFIT to przede wszystkim zasługa niskiej ceny i godzin otwarcia klubu przez całą dobę. Należy się spodziewać, że ich popularność, ale też konkurencja w segmencie tańszych usług fitness, w tym także w Polsce, będzie nadal rosła” – wyjaśnia Marcin Diakonowicz.

CEO Magazyn Polska
Źródło: Analiza Deloitte na podstawie informacji od firm.

Firmy z tego segmentu cieszą się zainteresowaniem inwestorów, czego dowodem jest nabycie 55 proc. udziałów w Basic-Fit przez Grupę 3i. W sumie od 2011 roku przeprowadzono około trzydziestu poważnych transakcji M&A dotyczących firm z sektora fitness.

Jednak to nie McFIT prowadzi w zestawieniach biorących pod uwagę wysokość przychodów osiąganych przez sieci fitness. Pod tym względem palma pierwszeństwa należy do Virgin Active (firma działająca w ramach Grupy Richard Branson’s Virgin), której roczne przychody wyniosły w 2013 roku 532 mln euro. Sieć posiada kluby w Wielkiej Brytanii, we Włoszech, w Hiszpanii oraz w Portugalii. Na drugiej pozycji uplasowała się sieć David Lloyd Leisure (przychody rzędu 398 mln euro), a tuż za nią Health & Fitness Nordic (388 mln euro).

CEO Magazyn Polska

Źródło: Analiza Deloitte na podstawie informacji od firm.

W 2013 roku dziesięć największych firm z branży fitness w Europie wypracowało przychody w wysokości 2,8 mld euro. Biorąc pod uwagę trend wzrostowy rynku fitness oraz pozytywne prognozy, można się spodziewać, że łączne przychody dziesięciu największych sieci klubów w tym roku wzrosną do około 3 mld euro.

* EuropeActive – organizacja wcześniej znana pod nazwą European Health & Fitness Association (EHFA).
**Kraje poddane analizie w „European Health & Fitness Market“: Holandia, Szwecja, Szwajcaria, Wielka Brytania, Niemcy, Polska, Hiszpania, Włochy, Francja, Belgia, Turcja. Te główne rynki fitness stanowią 86 proc. całego rynku europejskiego.

Nowe Warunki Techniczne, jakie weszły w życie w styczniu tego roku, to nie koniec zmian regulacji dotyczących budynków

W promocji poprawy efektywności energetycznej polskich budynków pomóc ma nowelizacja rozporządzenia dot. sposobu obliczania i formy świadectwa. Co to oznacza dla inwestorów indywidualnych? Czy nowe świadectwa energetyczne będą prostsze do odczytania?

Wskazać odpowiedni wskaźnik

W dotychczasowych świadectwach energetycznych funkcjonowały takie pojęcia, jak energia końcowa, energia użytkowa oraz energia pierwotna, przy czym największy nacisk kładziono na to ostatnie. Co owe terminy oznaczają w praktyce? – Wskaźnik energii pierwotnej, dotąd najbardziej eksponowany, mówi o stopniu wykorzystania odnawialnych źródeł energii w bilansie energetycznym domu. Tymczasem prywatnemu inwestorowi niewiele to mówi, jeśli chodzi o twarde liczby na comiesięcznych rachunkach za energię. W obliczeniu kosztów energii i ciepła bardziej zasadne jest używanie wskaźnika energii końcowej, a w ocenie jakości energetycznej – wskaźnika energii użytkowej – uważa Piotr Pawlak, ekspert ROCKWOOL Polska. W jaki sposób można będzie zatem odczytać koszty eksploatacyjne danego obiektu? Wszystkie wymienione wskaźniki odnoszą się do zużycia energii na jeden metr kwadratowy powierzchni użytkowej budynku. Przydadzą się zatem podczas porównywania efektywności energetycznej budynków o różnej wielkości. By oszacować zużycie energii w konkretnym obiekcie, będzie trzeba pomnożyć wskaźnik energii końcowej przez powierzchnię użytkową danego budynku.

W tej metodologii jest metoda?

Zarówno obowiązująca do tej pory, jak i nowa metodologia określania charakterystyki energetycznej bazuje na sposobach obliczeniowych zgodnych z normą ISO 13790. Nowe świadectwa nadal będą przyjmowały wiele standardowych założeń, m.in. co do temperatury wewnętrznej czy średnich miesięcznych parametrów klimatycznych, opracowywanych na bazie dwudziesto- i trzydziestoletnich pomiarów. Obszar, w którym wprowadzono najwięcej zmian, to przede wszystkim sposób prezentacji danych. Od tej pory będziemy dokładnie wiedzieć, jaka część energii i ciepła w naszym domu jest zasilana energią z odnawialnych źródeł energii, takich jak słońce, woda i wiatr, a ile energii otrzymujemy z gazu, oleju czy węgla. Świadectwo przedstawia też, na jakim poziomie plasuje się emisja dwutlenku węgla w związku z eksploatacją danego budynku. – Na największy plus zaliczyć trzeba przedstawienie na pierwszej stronie świadectwa obliczonych ilości nośników energii – np. metrów sześciennych gazu ziemnego czy kilogramów węgla lub biomasy – potrzebnych do optymalnego ogrzania domu. Te informacje – choć oczywiście obliczone dla standardowych warunków klimatycznych i sposobu użytkowania domu – znacznie przybliżą kwestię energochłonności budynku – dodając do równania ceny paliw, po zużyciu ilości poszczególnych rodzajów nośników energii będziemy mogli w prosty sposób oszacować koszty eksploatacji w dłuższej perspektywie czasowej – tłumaczy Piotr Pawlak.

Problematyczna woda, kontrowersyjne chłodzenie

Nowa metodologia prawdopodobnie nie ustrzegnie się kontrowersji. Dyskusje dotyczące zasadności wzbudza m.in. nowy sposób obliczania energii potrzebnej do przygotowania ciepłej wody użytkowej. Od teraz dokonywać się go będzie w zależności od powierzchni budynku. I tak, przykładowy dom jednorodzinny o powierzchni użytkowej 200m2 będzie miał dwa razy większe zużycie ciepłej wody użytkowej od analogicznego budynku o powierzchni użytkowej 100m2, bez względu na ilość zamieszkujących w tych budynkach osób. Założenie to sprawdzić się może prawdopodobnie przy projektowaniu nowych budynków, kiedy to brakować jeszcze będzie informacji o liczbie ich użytkowników, ale z drugiej strony budując domy raczej wiemy, ile osób będzie go zamieszkiwać i taka informacja jest dostępna.

Nie mniejsze kontrowersje budzi fakt pozostawienia metody bilansów miesięcznych przy obliczaniu zapotrzebowania na energię do chłodzenia. – Jest to metoda z różnych względów myląca, obarczona znacznymi uproszczeniami i czasami mogąca prowadzić do błędnych wniosków – np. takich, że poprawa izolacyjności budynku przyczyni się do zwiększenia zapotrzebowania na chłodzenie w okresie letnim. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie – odpowiednio grube ocieplenie pozwala nie tylko zaoszczędzić na rachunkach w sezonie grzewczym, ale też zachować komfort termiczny w okresie upałów, gdyż izoluje w dwie strony, gdy na zewnątrz panuje temperatura zarówno niższa, jak i wyższa aniżeli wewnątrz. Mniejsze zapotrzebowanie na energię to korzyść dla każdego inwestora, dlatego zanim wykażemy w świadectwie wysoki udział procentowy odnawialnych źródeł energii, warto zadbać najpierw o niski wskaźnik energii użytkowej – radzi na koniec Piotr Pawlak.

Co zmiany w nowych świadectwach energetycznych oznaczają dla prywatnego inwestora? Z pewnością bardziej przejrzysty wgląd w to, ile może szacunkowo zapłacić za eksploatację domu. Choć metodologia obliczeń budzi miejscami zastrzeżenia, to jednego można być pewnym. Wysoka izolacyjność cieplna, efektywna wentylacja – to klucze do budownictwa przyszłości. Budownictwa, które będzie optymalne nie tylko pod względem ekonomicznym, ale i ekologicznym. Nowe świadectwa energetyczne na pewno ten fakt uwypuklą.

Średnie wynagrodzenie wzrosło w lipcu o 3,5 proc. Zatrudnienie zwiększyło się o 0,8 proc.

CEO Magazyn Polska

Średnie wynagrodzenie w firmach zbliżyło się do granicy 4 tys. zł brutto, wzrosło jednak minimalnie mniej niż spodziewali się ekonomiści. Zatrudnionych było w tym czasie o 5 tys. osób więcej niż w czerwcu.

W lipcu w przedsiębiorstwach pracowało 5 mln 531 tys. osób, o 5 tys. więcej niż w czerwcu. To najwyższa liczba zatrudnionych od czerwca 2012 roku. Oznacza to wzrost o 0,8 proc. w ujęciu rocznym i jest wynikiem zgodnym z oczekiwaniami rynku.

Średnie wynagrodzenie w przedsiębiorstwach wzrosło rok do roku o 3,5 proc., minimalnie wolniej niż oczekiwana zmiana o 3,7 proc. W lipcu wynosiło średnio 3964,91 złotych brutto, o 21,90 zł więcej niż w czerwcu.

 

Polska Grupa Zbrojeniowa ma zgodę UOKiK-u na przejęcie ośmiu spółek

Polska Grupa Zbrojeniowa dostała zgodę UOKiK-u na przejęcie ośmiu spółek z branży obronnej. Koncentracja jest elementem realizacji narodowej strategii bezpieczeństwa.

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów udzielił zgody na przejęcie przez Polską Grupę Zbrojeniową ośmiu spółek, zajmujących się projektowaniem, produkcją i serwisowaniem sprzętu wojskowego. Chodzi o spółki Mesko ze Skarżyska Kamiennej, PCO, Cenzin, Cenrex i PIT-Radwar z Warszawy, Zakłady Mechaniczne „Bumar-Łabędy” i Ośrodek Badawczo-Rozwojowy Urządzeń Mechanicznych OBRUM z Gliwic oraz Stomil-Poznań z Poznania.

PGZ jest kontrolowana przez Skarb Państwa, ma  stać się podmiotem dominującym przyszłej grupy kapitałowej, do której należeć będą spółki sektora obronnego.

Utworzenie Polskiej Grupy Zbrojeniowej i skupienie wokół niej spółek z sektora obronnego wynika ze Strategii Rozwoju Systemu Bezpieczeństwa Narodowego Rzeczypospolitej Polskiej. Zdaniem UOKiK akwizycja nie zagraża konkurencji na terytorium Polski, napisał UOKiK w komunikacie.

Polska Grupa Zbrojeniowa będzie spotykała się z silną pozycją rynkową zamawiającego oraz zagranicznych konkurentów. W tej sytuacji zamierzona koncentracja nie wpłynie na stan konkurencji na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, ani też nie będzie miała negatywnych skutków dla konsumentów – wyjaśnia Adam Jasser, prezes UOKiK.

Obecna koncentracja stanowi trzeci etap konsolidacji polskiego przemysłu zbrojeniowego. Prezes UOKiK w kwietniu zgodził się na dwie transakcje:  przejęcia przez PGZ 11 spółek z grupy Wojskowych Przedsiębiorstw Remontowo-Produkcyjnych i Huty Stalowa Wola. Dał także zielone światło dla drugiego etapu konsolidacji polegającego na przejęciu przez PGZ Ośrodka Badawczo-Rozwojowego Centrum Techniki Morskiej w Gdyni oraz czterech przedsiębiorstw nadzorowanych przez Agencję Rozwoju Przemysłu.

Branża farmaceutyczna, biotechnologiczna i technologii medycznych po latach kryzysu może ponownie cieszyć się okresem ożywienia

Starzejące się społeczeństwo, rosnące wydatki na opiekę zdrowotną, a także rozwój rynków wschodzących sprzyjają wzrostowi przychodów w tym sektorze. Jednocześnie, jak wskazują autorzy raportu firmy doradczej Deloitte „2014 Global life sciences outlook. Resilience and reinvention in a changing marketplace”, sektor life sciences aby sprostać konkurencji musi stawać się coraz bardziej innowacyjny i dostosować się do wprowadzanych w wielu krajach reform ochrony zdrowia. W Polsce, po ponad dwóch latach obowiązywania nowej ustawy refundacyjnej, firmy farmaceutyczne zmagają się przede wszystkim z presją dotyczącą obniżania cen swoich produktów.

Od lat branża farmaceutyczna uznawana jest za jedną z bardziej dochodowych, ale też wyjątkowo konkurencyjnych. W 2012 roku jej przychody na całym świecie wyniosły 959 mld dolarów (wzrost o 2,4 proc. rok do roku), a wiodącym motorem tego wzrostu była sprzedaż leków onkologicznych. Dla porównania w tym samym czasie przychody branży biotechnologicznej wyniosły 232,5 mld dolarów (wzrost o 9,6 proc.), a technologii medycznej 349 mld dolarów (wzrost o 2,6 proc.).

„Rozwój tego sektora napędza starzejące się społeczeństwo, rosnąca częstotliwość występowania chorób przewlekłych, a także przewidywany wzrost funduszy rządowych dedykowanych opiece zdrowotnej. Do roku 2017 szacowany wzrost wydatków rządowych wyniesie ok 5,3 proc. rocznie w skali globalnej. Duże możliwości wzrostu przychodów firm z sektora life sciences niesie za sobą szczególnie działalność na rynkach wschodzących, gdzie dynamika wzrostu gospodarczego dopiero się rozkręca” – tłumaczy Łukasz Sławatyniec, Managing Associate, Lider Zespołu Ochrony Zdrowia i Prawa Farmaceutycznego w Deloitte Legal.

Silny wzrost przychodów przewidywany jest w Chinach i Indiach, gdzie do 2016 roku sprzedaż farmaceutyków ma wzrosnąć ponad dwukrotnie. Równie dynamiczny rozwój spodziewany jest w Rosji i Brazylii.

Eksperci Deloitte przewidują, że Europa Zachodnia nadal będzie starała się ograniczać wydatki na opiekę zdrowotną, choć w praktyce może się to okazać trudne w realizacji, biorąc pod uwagę coraz poważniejszy problem starzejącego się społeczeństwa. Odsetek Europejczyków w wieku 65 lat i starszych wzrośnie z 16 proc. w roku 2000 do 24 proc. w 2030 roku.

W Polsce problem dostępności i cen leków pojawia się cyklicznie od wielu lat. Według danych przedstawianych przez Ministerstwo Zdrowia RP wydatki NFZ na refundację leków w pierwszym roku obowiązywania znowelizowanej ustawy refundacyjnej zmniejszyły się z 8,8 mld zł do 6,8 mld zł. Z drugiej strony, od wejścia w życie nowych przepisów w styczniu 2012 roku, ponad 900 leków zostało objętych systemem refundacji, w tym 39 z nich po raz pierwszy. „Obecny polski system refundacji zakłada wysoki poziom współpłacenia za leki przez pacjenta w przypadku leków, których cena przekracza ustalony poziom finansowany przez NFZ. W związku z tym, niektórzy z największych graczy na tym rynku muszą za każdym razem rozważać czy cena możliwa do zaoferowania w Polsce jest akceptowalna z globalnego punktu widzenia. Niemniej jednak, mimo gorszych wyników w pierwszym okresie obowiązywania ustawy refundacyjnej, wielkie firmy farmaceutyczne nadal przejawiają zainteresowanie inwestycjami na dużym polskim rynku i liczą na wzrost przychodów w przyszłości” – mówi Łukasz Sławatyniec.

Niskie ceny leków w Polsce skutkują intensyfikacją eksportu równoległego, który przekłada się na deficyt wybranych leków na polskim rynku.. Rząd obecnie pracuje nad projektem ustawy, która ma zapewnić skuteczny nadzór nad wywozem leków umieszczonych na tzw. czarnej liście. Bez takich zmian eksport równoległy będzie prawdopodobnie w najbliższej przyszłości wciąż wzrastał. Z drugiej jednak strony leki bez recepty (OTC) oraz suplementy są masowo kupowane przez Polaków i to pomimo ich stosunkowo wysokich cen. Należy się więc spodziewać, że ten rynek także będzie rósł w najbliższych latach.

Z raportu Deloitte wynika, że w tym roku sektor farmaceutyczny, biotechnologiczny oraz technologii medycznej będzie musiał zmierzyć się z czterema głównymi globalnymi trendami: podejmowane w wielu krajach reformy systemu ochrony zdrowia,
potrzeba innowacyjności, konieczność przestrzegania zaostrzających się regulacji i przepisów, proces konsolidacji i globalizacji światowych rynków.

Reformy ochrony zdrowia przeprowadzono w ostatnich latach m.in. w USA, Chinach, Brazylii, Niemczech, Francji czy Wielkiej Brytanii. Firmy farmaceutyczne i biotechnologiczne zdają sobie sprawę, że zmiany wynikające z reformy systemu opieki zdrowotnej są niezmiernie ważne, ale jak wskazują autorzy raportu niektórzy nie wiedzą jak na nie reagować. Te organizacje, które są w stanie je zrozumieć i dostosować się do nowych wyzwań, mogą w najbliższych latach stać się liderami. Jak wynika z badania przeprowadzonego w 2013 roku przez Deloitte 58 proc. firm w ciągu najbliższych trzech lat pod wpływem reform służby zdrowia ma zamiar zmienić swój model sprzedaży.[1]

Branża farmaceutyczna zmaga się także z koniecznością ciągłej innowacyjności i inwestycji w badania i rozwój. To skłania ją do większej aktywności na rynku M&A, szczególnie wśród podmiotów, które mogą pochwalić się jakimiś innowacyjnymi rozwiązaniami. Ten trend jest widoczny również na rynku polskim, gdzie coraz więcej firm ubiega się o środki z funduszy na innowacyjne rozwiązania .

Rokrocznie rośnie sprzedaż leków generycznych, czyli zamienników leków innowacyjnych. Dziesięć lat temu stanowiły one jedynie 5,9 proc. globalnej sprzedaży leków na receptę, w 2018 roku będzie to już 10,3 proc. W 2012 roku w wyniku wygaśnięcia ochrony patentowej branża farmaceutyczna straciła 38 mld dolarów. W Polsce udział w sprzedaży leków generycznych sięga prawie 60 proc. i jest to jeden z najwyższych wskaźników w Unii Europejskiej. Większość z nich produkują polskie firmy, niektóre z nich wprowadzają do obrotu tylko kilka leków i opierają swoją działalność przede wszystkim na konkurencji cenowej.

Zgodność z przepisami ma dla sektora farmaceutycznego i biotechnologicznego zasadnicze znaczenie, w szczególności na rynkach wschodzących, takich jak Azja Południowo-Wschodnia, Indie, Chiny czy Ameryka Łacińska. Ich nieprzestrzeganie może być kosztowne i narazić firmę nie tylko na straty finansowe, ale również utratę reputacji i sankcje karne.

„Duże firmy farmaceutyczne inwestują i rozszerzają swoją działalność na rynkach wschodzących w celu wyrównania strat ponoszonych na skutek wygaszania patentów i wolniejszego wzrostu wydatków w krajach rozwiniętych. Według naszych prognoz ich udział w globalnej sprzedaży leków spadnie w 2016 roku do 57 proc. Jeszcze trzy lata temu było to 66 proc. Jednocześnie udział rynków wschodzących w tej sprzedaży wzrośnie w ciągu następnych pięciu lat od 10 do nawet 30 proc.” – podsumowuje ekspert.

PKN Orlen zwiększy produkcję propylenu. Koncern zawarł umowę na licencję i projekt inwestycyjny

PKN Orlen podpisał umowę na licencję i projekt bazowy Instalacji Metatezy. Zapoczątkował tym samym inwestycję, która zwiększy produkcję propylenu o 550 tys. ton rocznie.

Dostawcą licencji i projektu została firma  Lummus Technology Inc. z grupy CB&I, specjalizującej się w infrastrukturze energetycznej. Umowa obejmuje także usługi doradztwa technicznego i inżynieryjnego.

 Instalacja Metatezy obecnie jest jednym z kluczowych projektów rozwojowych w obszarze petrochemii, zapowiadanym w niedawno zaprezentowanej strategii na lata 20142017. Zgodnie z jej założeniami chcemy rozwijać segment downstream przez dalszą integrację łańcucha wartości – powiedział Jacek Krawiec, prezes PKN Orlen.

Instalacja Metatezy ma powstać na terenie Zakładu Produkcyjnego w Płocku, a jej zakładane roczne zdolności produkcyjne wyniosą 100 000 ton propylenu o jakości polimerowej. Prace budowlane mają się rozpocząć w 2016 roku, a uruchomienie produkcji planowane jest na koniec roku 2017.

W ciągu najbliższych czterech lat Grupa Orlen na realizację najważniejszych petrochemicznych projektów inwestycyjnych planuje przeznaczyć 1,6 mld zł.

Polacy współtwórcami systemu MODES

Z pomocą polskich naukowców międzynarodowa grupa fizyków wybudowała prototyp ruchomego modułowego systemu wykrywania materiałów radioaktywnych i jądrowych o specjalnym znaczeniu – MODES SNM. Badacze z NCBJ odpowiadali za badania nad innowacyjnym układem detektorów wykorzystujących sprężony gaz.

Projekt MODES SNM o wartości 3,3 mln euro (dofinansowany środkami Unii Europejskiej w wysokości 2,4 mln euro) dobiega końca. Prototyp innowacyjnego urządzenia służącego do wykrywania materiałów radioaktywnych i jądrowych o specjalnym znaczeniu (Special Nuclear Materials) został pomyślnie przetestowany w największych węzłach przeładunkowych. Specjalny samochód dostawczy, na którym zamontowano urządzenie, przejechał ponad 6000 km zatrzymując się m.in. w portach morskich w Rotterdamie i Dublinie, lotnisku Heathrow w Londynie czy na terenie centrów logistycznych Zurichu i Brukseli. Tam badacze wykonali serie testów w warunkach normalnej, rutynowej pracy. Otrzymane wyniki są zgodne z rezultatami wypracowanymi w laboratoriach i pozwalają na wprowadzenie systemu do prac m.in. na potrzeby służb granicznych i celnych.

„Wykrywanie specjalnych materiałów jądrowych, a więc tych zawierających wzbogacony uran czy pluton nie jest prostym zadaniem” – tłumaczy prof. dr hab. Marek Moszyński z Zakładu Fizyki Detektorów NCBJ – „w celu ich wykrycia niezbędna jest detekcja promieniowania neutronowego i gamma tak aby zwiększyć czułość urządzenia wobec naturalnego tła. Ma to szczególne znaczenie w przypadkach, kiedy takie materiały są ukryte pod osłonami w takich miejscach jak kontenery czy naczepy ciężarówek. Pomiar z wykorzystaniem systemu MODES SNM jest krótki i bardzo skuteczny, dlatego jesteśmy przekonani, że znajdzie on szerokie zastosowanie”.

W budowie systemu MODES SNM wykorzystano nowatorską technologię budowy detektorów w oparciu o wyspecjalizowane scyntylatory gazowe wysokiego ciśnienia (pracujących nawet przy 200 atmosferach). W porównaniu z dotychczasowymi rozwiązaniami wykorzystującymi kryształy scyntylacyjne są one dużo trwalsze i tańsze w eksploatacji.

„Prototyp urządzenia MODES SNM składa się z dziewięciu modułów detektorów” – mówi dr Łukasz Świderski, kierownik Zakładu Fizyki Detektorów NCBJ – „Pięć z nich zawiera po 2 cylindry wypełnione helem 4 i odpowiada za detekcję neutronów prędkich. W dwóch modułach znajdują się po dwa cylindry wypełnione helem 4, których wewnętrzne ścianki pokryte są litem 6, są więc dodatkowo czułe na neutrony spowolnione. 2 detektory promieniowania gamma wypełnione są ksenonem. Taki układ w połączeniu z innowacyjnym zespołem elektronicznym i dedykowanym układem analizy danych pozwala na bardzo dokładną identyfikację materiałów radioaktywnych”.

System MODES SNM może pracować kilka godzin bez konieczności posiadania zewnętrznego źródła zasilania. Końcowi użytkownicy cenią sobie również przyjazny panel użytkownika, który może być zsynchronizowany z aplikacjami na smartfony czy tablety. Wyświetlane i głosowe sygnały alarmowe informują o wykryciu zagrożenia, a po wykonaniu dłuższych pomiarów można również zidentyfikować źródło promieniowania jak i zastosowane osłony. Urządzenie spełnia ponadto warunki Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej dla przenośnych skanerów promieniowania.

Koordynatorem prac jest Uniwersytet w Padwie (Włochy). Grupa polskich naukowców brała udział przy badaniach nad innowacyjnym układem detektorów. Odpowiadała m.in. za sprawdzeniem czułości urządzeń, oszacowaniem czasu niezbędnego do wykrycia zadanej aktywności jak i zoptymalizowania parametrów pracy w celu zapewnienia możliwie wysokiego prawdopodobieństwa wykrywalności przy jednoczesnej redukcji liczby fałszywych alarmów. Oprócz naukowców z NCBJ nad projektem pracowali również badacze ze Szwajcarii i Wielkiej Brytanii oraz służby celne z Irlandii.

Projekt MODES SNM jest wyjściem naprzeciw potrzebom zapobiegania przemytowi materiałów radioaktywnych i jądrowych, co ma szczególne znaczenie wobec „otwarcia granic” i swobodnego przepływu ładunków w Unii Europejskiej. Tylko w roku 2012 władze celne Unii Europejskiej obsłużyły 139 mln zgłoszeń przywozowych (250 mln artykułów), 105 mln zgłoszeń wywozowych (224 mln artykułów) oraz 17 mln zgłoszeń tranzytowych. Szybkie i efektywne wykrywanie materiałów niebezpiecznych może uchronić przed zamachami terrorystycznymi.