Hakerzy coraz bardziej skuteczni. W ubiegłym roku wykradli 552 miliony tożsamości

CEO Magazyn Polska552 miliony ujawnionych tożsamości w hakerskich włamaniach do sieci informatycznych dużych firm – to bilans 2013 roku według raportu firmy Symantec. Liczba ataków ukierunkowanych rośnie. Coraz bardziej narażone są nasze telefony i konta na portalach społecznościowych, a użytkownicy wciąż mają problemy z poprawnym zabezpieczaniem swoich osobistych urządzeń.

Liczba i zasięg włamań internetowych rosną w zastraszającym tempie. Atakowane są duże i małe firmy i w każdym przypadku na szwank narażone są osobiste dane ich klientów. Najczęściej łupem cyberprzestępców padają wrażliwe dane – od numerów kart kredytowych po hasła do kont bankowych.

W 2012 roku było jedno włamanie, które ujawniało ponad 10 mln tożsamości użytkowników. W 2013 roku takich włamań było osiem, przy czym trzy z nich ujawniły dane o ponad 100 mln użytkowników. To był rok megawłamań – mówi Jolanta Malak, prezes Symantec Polska w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Jak wynika z badania firmy, przestępcy coraz większą wagę przywiązują do jakości przygotowanych ataków, by dotknąć nimi jak największą liczbę osób.

W 2013 roku o 62 proc. w stosunku do roku poprzedniego wzrosła liczba naruszeń danych, co łącznie poskutkowało bezprawnym ujawnieniem 552 milionów tożsamości. Jak zauważa Jolanta Malak, liczba wykradzionych danych dotyczy zarówno podstawowych informacji, jak i wartości intelektualnej.

W stosunku do 2012 roku o 91 proc. wzrosła liczba ataków ukierunkowanych.

W takich atakach wybierano firmy, chociażby z sektora wydobywczego czy instytucje rządowe, i z nich wykradano dane. Ataki były przygotowywane przez dłuższy okres – średnio około 6 miesięcy – szacuje prezes Symantec Polska.

Z badań wynika, że w ukierunkowanych atakach najczęściej ofiarami padają osobiści asystenci oraz eksperci od PR, którzy są dla cyberprzestępców swojego rodzaju furtką do ważniejszych celów.

Należy przeprowadzać szkolenia dla pracowników, ponieważ to człowiek jest najsłabszym ogniwem w funkcjonowaniu zabezpieczeń – zauważa Jolanta Malak.

Według raportu Symantec, w 2013 roku liczba ataków typu ransomware wzrosła ponad pięciokrotnie. To ataki, w których cyberprzestępcy blokują komputery ofiary i wymuszają okup za ich odblokowanie.

Rynek cyberprzestępstw rozwija się niezwykle intensywnie. W 2012 roku wykryto osiem luk typu zero-day, czyli takich, które wcześniej nie były znane. W 2013 roku takich luk było już 23 i wykorzystano je w szczególności do ataków ukierunkowanych.

Po zweryfikowaniu i dokładnym przyjrzeniu się pięciu lukom z 2013 roku, okazało się, że w ciągu 30 dni powstało 175 tys. nowych ataków wykorzystujących te podatności – twierdzi Jolanta Malak.

Częściej atakowani są także użytkownicy sieci społecznościowych – z 61 do 81 proc. wzrosła liczba tego typu ataków. Podobnie sytuacja wygląda z urządzeniami mobilnymi, które coraz częściej pełnią rolę osobistego, przenośnego komputera, ale nie są chronione w odpowiedni sposób.

50 proc. użytkowników w ogóle nie zabezpiecza telefonu przed użyciem go przez osoby trzecie, nie zakłada żadnych haseł. Nie traktuje tego urządzenia jako miejsca, w którym można stracić dane. A przecież mamy tam wszystkie dane osobowe czy dane dotyczące rachunków bankowych – przestrzega Malak.

Zabezpieczanie swoich osobistych urządzeń generalnie stanowi problem, nie tylko w przypadku sprzętu mobilnego.

Cały czas użytkownicy używają haseł prostych, łatwych do zapamiętania. A takie hasła są bardzo łatwe w deszyfrowaniu i rozpoznawaniu przez cyberprzestępców – ostrzega prezes Symantec Polska.

Jolanta Malak radzi, żeby nie tylko używać bardziej skomplikowanych haseł, lecz także nie korzystać z bankowości internetowej, jeśli używamy otwartej sieci Wi-Fi.

Wspólne rozliczenie z dzieckiem możliwe tylko przy terminowym złożeniu PIT

0

CEO Magazyn Polska

Rodzice, którzy faktycznie samotnie wychowują dzieci, mają prawo do wspólnego rozliczenia z nimi, co umożliwia pomniejszenie ich podatku. Prawo do tego przysługuje rodzicom dzieci do 18. roku życia lub do 25. roku, jeśli dziecko się uczy. Rodzic traci do tego prawo, gdy dziecko rozpoczęło już pracę i w ubiegłym roku zarobiło nieco ponad 3 tys. zł.

Rozliczenie odbywa się na tej samej zasadzie, co rozliczenie wspólnie z małżonkiem – mówi agencji informacyjnej Newseria Andrzej Marczak, doradca podatkowy i partner w KPMG. – Polega to na tym, że dzielimy dochody na dwa, liczymy podatek i mnożymy wynik podatkowy razy dwa. W efekcie można powiedzieć, że dwukrotnie zyskujemy na kwocie wolnej od podatku – dodaje.

Prawo do wspólnego rozliczenia przysługuje rodzicom, opiekunom prawnym, kawalerom, wdowom, wdowcom i rozwiedzionym, samotnie wychowującym dziecko. Co ważne, musi to być faktycznie samotne wychowywanie dziecka, a nie tylko w sensie prawnym.

Musi to dotyczyć danego roku podatkowego. To nie musi być cały rok  – wystarczy, że jeden dzień w roku podatkowym samotnie wychowywało się dziecko, i zyskuje się prawo do wspólnego rozliczenia – mówi Marczak.  

Prawo precyzuje też wiek dziecka, z którym dorosły może się wspólnie rozliczyć. Chodzi tu o dzieci, które nie ukończyły 18 lat lub 25 lat, jeśli studiują w Polsce bądź za granicą. Wiek dziecka nie ma znaczenia, jeśli otrzymuje ono zasiłek pielęgnacyjny. Wspólne rozliczenie z dzieckiem nie przysługuje ponadto rodzicom, którzy prowadzą działalność gospodarczą i rozliczają swoje dochody podatkiem liniowym, kartą podatkową lub ryczałtem ewidencjonowanym.

Nie możemy się w ten sposób rozliczyć, jeżeli dziecko uzyska dochód opodatkowany skalą podatkową 18 lub 32 proc. w wysokości przekraczającej obowiązek zapłaty podatku, czyli 3 089 złotych – zauważa Marczak. – Wówczas dziecko staje się odrębnym podatnikiem, a my tracimy prawo do wspólnego rozliczenia z nim. Niewielkie zarobki dziecka nie zawsze są opłacalne. Zarobek w wysokości 3 tys. niweczy wspólne opodatkowanie, co per saldo może być niekorzystnym rozwiązaniem finansowym dla rodzica.

Dodatkowym warunkiem skorzystania z tej formy rozliczenia jest terminowe złożenie zeznania w nieprzekraczalnym terminie do 30 kwietnia. Jeśli rodzic po złożeniu zeznania chce zmienić sposób rozliczenia na wspólny z dzieckiem poprzez złożenie korekty zeznania, może to zrobić również jedynie do końca kwietnia.

Efektywność reklam coraz lepiej mierzalna. Pozwala to zwiększyć ich skuteczność

CEO Magazyn Polska

Kampanie marketingowe są coraz lepiej mierzalne, a dzięki temu skuteczniejsze. Dokładna analiza wpływu reklamy na zachowania konsumentów pozwala prowadzić efektywne kampanie przy optymalnych kosztach. Tym bardziej że działy marketingu mogą mieć dostęp do precyzyjnych informacji dotyczących tego, jak na sprzedaż wpływa kampania prowadzona w poszczególnych mediach: internecie, prasie, radio czy telewizji.

– Widzimy świetne kampanie, które były zrealizowane w pojedynczych mediach, jak i takie, które są idealne, kiedy mamy miks różnych kanałów informacji. Albo równolegle mamy kampanie podobne, które nie zadziałały – mówi Bartosz Osiński z GfK Polonia, odpowiedzialny w firmie za panel badania skuteczności mediów Media Efficiency. – Każdorazowo jednak nie ma prostych recept i przy realizacji efektywnych dużych działań reklamowych dla FMCG bardzo wskazana jest bliska współpraca klienta domu mediowego i agencji badawczych, które są w stanie dostarczyć informacji łączących sprzedaż z reklamą.

Do tej pory relacje między sprzedażą a reklamą były analizowane na poziomie bardziej ogólnym. Trudno było odróżnić, które kanały reklamy powodowały wzrost sprzedaży. Nie wiadomo było też, na ile inwestycja w poszczególne media – telewizję, radio, prasę czy internet wpływa na zmianę poziomu sprzedaży.

Jak podkreśla Osiński, dla działów marketingu i sprzedaży dostępne są już narzędzia, które taką szczegółową analizę umożliwiają. Media Efficiency Panel firmy GfK Polonia umożliwia badanie typu single source, czyli jednoźródłowy pomiar, w ramach którego bazę do analiz stanowią połączone informacje na temat odbioru mediów przy jednoczesnej rejestracji dokonywanych przez respondentów zakupów produktów FMCG.

– Mamy bardzo precyzyjne dane na poziomie każdej osoby, którą badamy, widzimy jej zakupy i możemy zmierzyć skuteczność kampanii reklamowych w różnych mediach – wyjaśnia Osiński. – Dzięki temu możemy dostarczyć bardzo precyzyjne dane działom marketingu: które media, w jaki sposób oddziałują na sprzedaż, które są bardziej efektywne, które budują, zwiększając sprzedaż u lojalnych klientów, w szczególności tych nowych.

Wyjaśnia, że niektóre próby pokazują, że internet, prasa i radio są obecnie nieco bardziej efektywne kosztowo w porównaniu do telewizji, ale nie można tego uznać za regułę. Każdorazowo dużą rolę odgrywają takie czynniki, jak przekaz reklamowy, kreacja, sposób doboru kanałów do charakteru kampanii.

Warto każdej kategorii przyjrzeć się osobno, żeby móc wyciągnąć wnioski na różnych poziomach, czyli jak działa to dla detalistów, jak dla producentów pasty do zębów, a jak dla producentów nabiału – mówi Osiński.

Media Efficiency Panel działa w oparciu o panel funkcjonujący od 20 lat. Obecnie jest to 8 tys. reprezentatywnych gospodarstw domowych – łącznie 15 tys. osób. Działa w oparciu o precyzyjny pomiar skanowania kodów kreskowych kupowanych produktów.

– Od tego roku rozpoczęliśmy pomiar konsumpcji mediów. Dzięki temu wiemy dokładnie, precyzyjnie, na poziomie każdego uczestnika naszego panelu, z jakimi mediami ma kontakt, pod wpływem jakich działań reklamowych się znalazł. Składając dane o kontakcie reklamowym z zakupami, jesteśmy w stanie bardzo precyzyjne powiedzieć, w jaki sposób kampania reklamowa przełożyła się na akty zakupu – wyjaśnia ekspert.

Instytut GfK oferuje dane z badania Media Efficiency Panel od 2008 roku, kiedy to po raz pierwszy MEP został wprowadzony na rynku niemieckim. Obecnie jest dostępny na kilkunastu rynkach. Od 2011 r. MEP oferuje także narzędzia do pomiaru efektywności działań na Facebooku.

Nowoczesne rozwiązania technologiczne zrewolucjonizują branżę podróżniczą

CEO Magazyn Polska

Elektroniczny asystent mniejszy od ludzkiego włosa oraz próbki rzeczywistości na stronach internetowych – tak ma wyglądać podróżowanie w przyszłości. Według futurologów już w najbliższej dekadzie wejdzie w inny wymiar organizowania wyjazdów na Ziemi, a być może również poza nią.

Obecnie planowanie urlopu polega zazwyczaj na przejrzeniu ofert biur podróży, wyszukaniu najlepszych połączeń komunikacyjnych czy też zasięgnięciu opinii o interesujących nas kierunkach. Głównym źródłem wiedzy o miejscu, w którym chcemy spędzić urlop, jest internet. Jak jednak przewidują futurolodzy, już niedługo planowanie wakacji będzie wyglądało zupełnie inaczej. Stanie się tak za sprawą m.in. mikroskopijnych elektronicznych asystentów, którzy na podstawie wiedzy o naszych upodobaniach będą przygotowywać spersonalizowaną ofertę podróży.

Już teraz widzimy takie urządzenia, jak chociażby Google Glass, ale w przyszłości będą one zminiaturyzowane, nawet do 1/60 ludzkiego włosa. Dodatkowo będą w stałym dialogu z użytkownikiem i będą mogły asystować mu w trakcie planowania podróży ­– tłumaczy Magdalena Greloff, rzecznik prasowy portalu Skyscanner.

Cyfrowy asystent podróży to coś w rodzaju sztucznej inteligencji. Będzie się go nosić zawsze przy sobie w postaci zegarka lub elementów biżuterii. Asystent będzie się wyświetlał w postaci hologramu, a dodatkowo przyjmie postać ulubionego aktora lub komika danej osoby.

Będzie mógł mieć nawet jego charakter i głos ­– mówi Greloff agencji informacyjnej Newseria.

Tak spersonalizowany asystent będzie zbierał dane na temat swojego właściciela, m.in. informacje o płci, wieku, rodzinie lub jej braku, i na podstawie tych danych doradzi, jaka oferta podróży będzie dla niego najlepsza.

Osoby, które nie chciałyby się zdawać na opinię wirtualnego asystenta, będą mogły w przyszłości jeszcze bardziej samodzielnie i świadomie niż dotychczas decydować o miejscu swojego urlopu. Witryny internetowe będą oferować próbki rzeczywistości, które każdy zainteresowany, nie wychodząc z domu, będzie mógł wypróbować na własnej skórze.

Będziemy mogli ich doświadczać za pomocą wszystkich zmysłów, czyli dotknąć piasku na plaży czy zanurkować w okolicy rafy koralowej po to tylko, żeby zobaczyć, czy rzeczywiście wybrana destynacja nam pasuje – wyjaśnia rzeczniczka Skyscanner.

To wszystko będzie możliwe przy wykorzystaniu trójwymiarowego obrazu oraz technologii haptycznych, opierających się na zmyśle dotyku.

Już przy obecnych technologiach możemy dotknąć krateru na Księżycu. Zostaną one wykorzystane do tego, aby móc jak najpełniej doświadczyć podróży, jeszcze przed zdecydowaniem się na nią ­– mówi Magdalena Greloff.

Pod znakiem zapytania pozostają jeszcze podróże pozaziemskie. W tej chwili nie wiadomo, czy będą one możliwe już w najbliższej dekadzie. Jak jednak twierdzą futurolodzy, jest szansa, że w przyszłości będzie można zaplanować podróż w okolice Księżyca.

Ruszyły konsultacje w sprawie rządowego podręcznika dla pierwszaków. Wydawcy wytykają błędy

CEO Magazyn Polska

Ministerstwo Edukacji Narodowej rozpoczyna konsultacje zaprezentowanej właśnie pierwszej części rządowego podręcznika dla klas pierwszych. W kolejnych tygodniach gotowe mają być kolejne części. Rząd chce przeznaczyć po 50 zł na każdego ucznia, za które będzie można kupić dodatkowe materiały. Wydawcy argumentują jednak, że za pieniądzmi przeznaczonymi na pośpieszne przygotowanie rządowego podręcznika można by dofinansować zakup tych już wydanych i sprawdzonych w szkole, zachowując możliwość dostosowania podręcznika do potrzeb nauczycieli i uczniów.

Wysyłamy ten podręcznik do zrecenzowania przez recenzentów. Równocześnie wieszamy go na stronie, po to, by ewentualnie Państwo mogli wnosić swoje uwagi i po świętach ten podręcznik będzie również skonsultowany z nauczycielami i uczniami. Chcemy ten proces zamknąć w przeciągu dwóch tygodni – zapowiada Joanna Kluzik-Rostkowska, minister edukacji narodowej.

Darmowy rządowy podręcznik ma trafić do pierwszaków już w najbliższym roku szkolnym. Drukować będzie go Centrum Usług Wspólnych podległe Kancelarii Premiera Rady Ministrów z wykorzystaniem partnerstwa publiczno-publicznego. Poza podręcznikiem MEN będzie też publikował w internecie dodatkowe materiały edukacyjne i ćwiczenia.

Kluzik-Rostkowska podkreśla, że z pierwszą częścią podręcznika udało się zdążyć szybciej niż zakładał plan. Kolejna część zostanie pokazana w najbliższych tygodniach, potem MEN zaprezentuje część trzecią i czwartą.

Przedstawiciele wydawnictw edukacyjnych przyznają, że ekspresowe tempo prac nie sprzyja tworzeniu dobrych podręczników.

Zaprezentowana próbka na pierwszy rzut oka nie jest wolna od błędów. Nie może być, skoro została przygotowana w dwa miesiące zamiast w pół roku. Wszyscy profesjonalni wydawcy, zanim wydadzą podręcznik, muszą przejść przez gęsto sito weryfikacji dokonywanej przez niezależnych ekspertów. To są eksperci powoływani przez MEN. Co najmniej trzech musi przeczytać każdy podręcznik. Ten jeszcze nie był weryfikowany, czy będzie w całości na wrzesień?– mówi Jarosław Matuszewski, przewodniczący Sekcji Wydawców Edukacyjnych w Polskiej Izbie Książki.

Wydawcy popierają pomysł darmowego podręcznika dla pierwszoklasistów, ale podkreślają, że można było go wybrać spośród istniejącej dziś bogatej oferty sprawdzonych w edukacji książek.

Mamy w Polsce gotowe podręczniki, ćwiczenia, materiały metodyczne, pomoce dla rodziców i nauczycieli i oferujemy je rządowi w takich cenach, jakie wyznaczył dla tego projektu. Rząd na siłę przygotowuje własny projekt. To jest dla nas niezrozumiałe – mówi Jarosław Matuszewski. – Wydawcy mają gotowe rozwiązania. Żeby nie było jednego darmowego podręcznika, tylko żeby były darmowe podręczniki w ogóle. Żeby nauczyciele zachowali wybór i żeby, tak jak do tej pory, mogli, wybierając podręcznik, brać odpowiedzialność za efekt kształcenia.

Minister Kluzik-Rostkowska zapewnia, że prace nad podręcznikiem będą kontynuowane. Resort chce docelowo opracować rządowy, pojedynczy podręcznik do wszystkich trzech klas nauczania wczesnoszkolnego. Jak podkreśla Kluzik-Rostkowska, to logiczna decyzja, bo klasy 1-3 stanowią całość.

Dla uczniów w tych klasach MEN szykuje też ze wsparciem unijnym zbiór zasobów edukacyjnych, z których nauczyciele będą mogli korzystać zgodnie z własnymi preferencjami. Będą to m.in. programy nauczania, gry i zabawy. MEN chce także przeznaczyć 50 zł na zakup ćwiczeń. Za te pieniądze będzie można też kupić dodatkowe materiały po cenach rynkowych. Szkoły będą też mogły wykorzystać pieniądze na zakup sprzętu do druku. Zakup innych podręczników niż rządowy będzie musiał sfinansować organ prowadzący szkołę, np. gmina.

Resort gospodarki spodziewa się szybkich prac w Sejmie nad ustawą o OZE

CEO Magazyn Polska

Przyjęty przez rząd projekt ustawy o odnawialnych źródłach energii lada moment trafi do Sejmu. Odpowiedzialny za projekt resort gospodarki liczy, że po długich konsultacjach z zainteresowanymi stronami posłowie nie będą mieli wielu wątpliwości i ustawa szybko przejdzie ścieżką legislacyjną. Wiceminister Jerzy Pietrewicz podkreśla, że ustawa jest kompletna, mimo że nie przewiduje wsparcia dla wszystkich technologii OZE.

Branża OZE na nową ustawę czeka już ponad trzy lata. Resort gospodarki jest przekonany, że ścieżka legislacyjna powinna być szybka. Projekt w ubiegłym tygodniu został przyjęty przez rząd i lada moment trafi do Sejmu.

Później będzie już normalna praca sejmowa, pierwsze, drugie czytanie, praca w komisjach. Mam nadzieję, że to przejdziemy szybko, że ten etap dyskusji nad ustawą, który trwał tak długo, pozwolił lepiej poznać argumenty stron, i związku z tym posłowie będą mieli mniej wątpliwości, czy te rozwiązania są dobre, czy złe. Bo są dobre – zapewnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jerzy Pietrewicz, wiceminister gospodarki.

Resort w projekcie proponuje nowy system wsparcia dla OZE oparty o aukcje. Rząd będzie decydował, jakie jest zapotrzebowanie na energię odnawialną i będzie rozpisywał aukcje dla poszczególnych technologii. Gwarancję wsparcia otrzyma ten, kto zaproponuje najniższą cenę.

Nie wszystkie rozwiązania proponowane w ustawie spotykają się z poparciem branży OZE, chociaż większość zgodnie przyznaje, że najważniejsze jest to, że projekt jest już gotowy i regulacje wkrótce wejdą w życie, co oznacza względną stabilność prawa. Na przykład przedstawiciele branży morskich farm wiatrowych obawiają się, że pod reżimem nowej ustawy będzie im się trudno rozwijać – ta technologia wciąż jest zdecydowanie mniej rozwinięta niż pozostałe źródła odnawialne.

Ta ustawa opisuje mechanizmy wsparcia energetyki odnawialnej, opisuje sposób funkcjonowania rynku. W odniesieniu do tego można powiedzieć, że jest kompletna. Natomiast to nie znaczy, że każda technologia musi być wspierana. Są technologie mniej i bardziej efektywne. Siłą rzeczy te mniej efektywne muszą poczekać na swój czas. Dla morskiej energetyki wiatrowej też pewnie ten czas przyjdzie, ale sądzę, że jeszcze nie w najbliższych kilku latach – mówi Jerzy Pietrewicz.

Projekt ustawy utrzymuje istniejący system oparty na zielonych certyfikatach dla instalacji OZE. Mechanizm ten przewiduje, że każdy dystrybutor energii musi osiągnąć określony na każdy rok udział energii pochodzącej z OZE. Jeśli tego nie zrobi, płaci karę. Jeśli dany poziom osiągnie lub przekroczy, otrzymuje od URE zielony certyfikat, który może później sprzedać na Towarowej Giełdzie Energii.

Jednak, według resortu gospodarki, system ten nie jest perspektywiczny, więc nie będzie rozwijany. Kiedy zacznie działać system aukcyjny, dotychczasowi wytwórcy będą mogli wybrać, w którym systemie chcą funkcjonować.

Chcemy utrzymać system zielonych certyfikatów, obniżając  tylko wsparcie dla współspalania czy też dla dużych amortyzowanych elektrowni wodnych. Natomiast część rozwojową chcemy oprzeć na mechanizmach aukcyjnych. Do 2020 roku będą współdziałały obok siebie, a nawet dłużej, bo dajemy tutaj ten 15-letni horyzont funkcjonowania, dwa równoległe systemy – podkreśla wiceminister gospodarki.

Nowy system wsparcia dla odnawialnych źródeł energii ma pomóc w zwiększaniu udziału zielonej energii w bilansie energetycznym kraju. W 2020 roku 15 proc. energii ma być produkowane z odnawialnych źródeł. Dziś jest to ok. 11 proc.

URE: Polacy wciąż nie korzystają z prawa do zmiany dostawcy energii elektrycznej

CEO Magazyn Polska

Niecałe 100 tys. gospodarstw domowych w Polsce zmieniło dostawcę energii elektrycznej od momentu, kiedy pojawiła się taka możliwość. To mniej niż 1 proc. wszystkich odbiorców. Urząd Regulacji Energetyki liczy jednak, że dzięki ruszającej właśnie akcji informacyjnej Polacy zaczną być świadomi swojego prawa do zmiany.

Staramy się wyjaśnić odbiorcom to, że energia elektryczna i gaz są towarem takim samym, jak mleko, cukier czy benzyna. Dzięki temu odbiorcy zrozumieją, że mają konkretne prawa – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Bando, wiceprezes Urzędu Regulacji Energetyki, wykonujący obowiązki prezesa. – Bo to nie jest tak, że jesteśmy przywiązani do jednego dostawcy energii elektrycznej.

Bando przypomina, że prawo do bezpłatnej zmiany sprzedawcy energii elektrycznej ma każdy klient. Zostało ono wprowadzone już w połowie 2007 roku. Tymczasem bardzo niewiele osób o nim wie, a jeszcze mniej korzysta. Do tej pory dostawcę energii elektrycznej zmieniło niecałe 100 tys. gospodarstw domowych – ok. 0,7 proc. spośród 16 mln odbiorców elektryczności.

By to zmienić, Towarzystwo Obrotu Energią ruszyło z dużą akcją informacyjną, którą patronatem objął URE. Kampania ma jednak nie tylko zwiększyć wiedzę o prawach klientów, lecz także uchronić ich przed potencjalnymi nadużyciami. Wiele firm, wykorzystując zwykle niewiedzę osób starszych, przekonywało ich do zmiany dostawcy na bardzo niekorzystnych warunkach.

Z punktu widzenia URE, celem równie ważnym jak zwiększenie świadomości jest doprowadzenie do pełniejszej liberalizacji rynku energii elektrycznej.

Głęboko wierzę, że te cele, które przyświecają naszej akcji, spowodują, że w szybkim tempie, w krótkim czasie co najmniej podwoi się liczba osób, które zmieniają sprzedawcę i wreszcie zbudujemy rynek energii elektrycznej, a w następnym etapie rynek gazu – prognozuje Bando.

Dodaje, że Polacy nie wiedzą także o innych prawach związanych z energią elektryczną. Mało osób jest świadomych, że w skład rachunku wchodzą dwie opłaty – dla dystrybutora energii oraz dla firmy zajmującej się jej przesyłem. Dystrybutor musi nie tylko zapewnić dopływ energii elektrycznej, lecz także jej odpowiednią jakość.

W dzisiejszych czasach, kiedy nasze domy są nasycone nowoczesnym sprzętem elektronicznym, często lekka zmiana napięcia powoduje, że telewizor się wyłącza lub pralka zaczyna się dziwnie zachowywać. To są też prawa jakości dostarczanego towaru – podkreśla Bando.

URE i Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów mają swoje punkty informacyjne, w których Polacy mogą dowiedzieć się więcej o przysługujących im prawach. W ramach akcji organizowanej przez TOE do domów konsumentów trafią też dwie broszury – jedna o energii elektrycznej, druga o gazie. O przynależnych nam prawach powinien informować również każdy sprzedawca energii elektrycznej.

Polska jest podzielona na pięć obszarów, a w każdym z nich przesyłem energii zajmuje się jeden operator systemu dystrybucyjnego. Dostawców energii jest jednak znacznie więcej – zwykle ok. 70-80 na obszarze działania jednego operatora sieci.

Decyzje zakupowe Polaków coraz szybsze. Wpłynęła na to sprzedaż w internecie

Dynamiczny rozwój e-handlu zmienił sposób dokonywania zakupów i przyspieszył decyzje klientów. Sprzedaż w sieci dostarcza też dużej ilości danych, których umiejętna analiza pozwala sprzedawcom określić profil każdego kupującego. W Polsce rozdrobniony rynek czeka w przyszłości konsolidacja.

Według Piotra Czapskiego, członka rady nadzorczej funduszu technologicznego MCI Management, firmy e-commerce bazują na własnych pomysłach organizacyjnych i oryginalnych modelach biznesowych, przy czym na rynku wciąż pojawiają się nowe idee.

Łatwo wprowadzać je na rynek i testować, ale bardzo istotny jest fakt, że zmieniają one zachowania konsumentów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Czapski.

Jako przykład wskazuje branżę odzieżową, gdzie styl zakupów w internecie i narzucony przezeń cykl życia produktów diametralnie różnią się od tych z tradycyjnego handlu.

Czas trwania jednej kolekcji w sieci to tydzień, a nie sześć miesięcy, tak jak w tradycyjnym biznesie. To wymusza bardzo szybkie zmiany, w tym również zmiany strategiczne – uważa przedstawiciel rady nadzorczej MCI Management.

Czapski wskazuje, że w internecie nie da się budować strategii wieloletniej: wprawdzie trzeba planować na wiele lat, ale jednocześnie być przygotowanym na błyskawiczne zmiany, potrzebę dostosowania do nowych zjawisk i reagowanie na oczekiwania konsumentów.

Temu mają służyć analizy prowadzone na podstawie zachowań klientów.

Wiemy dokładnie, gdzie użytkownik kliknął, w jaki sposób przeszedł do produktu, czym się interesuje. Z drugiej strony ogrom danych powoduje, że wielkie znaczenie ma umiejętność wyciągnięcia odpowiednich wniosków z ich analizy. Dlatego w firmach e-commerce’owych pracują analitycy z wykształceniem matematycznym, którzy są w stanie takie dane przeanalizować i uprościć. – wyjaśnia Piotr Czapski. – Konsument ostatecznie podejmuje decyzję w oparciu o 2-3 zmienne, nie o dwadzieścia pięć. Z jego zachowania podczas kilku minut spędzonych w sklepie internetowym trzeba wyłowić 2-3 cechy kluczowe w podejmowaniu decyzji. To jest wyzwanie tego biznesu – tłumaczy.

W Polsce wiele e-sklepów nie dysponuje jednak tak wyrafinowanymi narzędziami. Nie specjalizują się w e-commerce, często sprzedaż internetową traktują jako uzupełnienie tradycyjnych form. A liczba takich wirtualnych placówek jest ogromna.

Polski rynek e-commerce jest bardzo rozdrobniony w porównaniu do rynków np. w Niemczech czy Anglii. Małych firm nie stać na inwestycje w nowoczesne technologie. Poza liderami większość firm z branży e-commerce działa w sposób dość ograniczony i prymitywny – twierdzi Piotr Czapski.

Uważa, że taka sytuacja musi doprowadzić do konsolidacji rynku i wykreowania liderów.

Nie ma tu dużych sklepów, takich jak na Zachodzie. Jednak jest tylko kwestią czasu, kiedy Polska nadrobi te zaległości – podsumowuje.

Z badania firm PayPal i IPSOS wynika, że wartość rynku e-commerce w Polsce wyniosła w 2013 r. 19,2 mld zł, a wraz z m-commerce, czyli zakupami poprzez urządzenia mobilne – 20,3 mld zł. Według firmy Deloitte, gospodarka internetowa odpowiada za ok. 6 proc. polskiego PKB.

Z powodu niżu demograficznego kurczy się rynek żywności dla niemowląt

CEO Magazyn Polska

Niż demograficzny i konkurencja ze strony domowej, często nieodpowiednio zbilansowanej żywności, powodują kurczenie się rynku żywnością dla niemowląt. Jego lider, firma Nutricia Polska liczy, że uda się jej odwrócić ten trend poprzez akcje edukacyjne dla rodziców. Pole do wzrostów ma zwłaszcza w obszarze kaszek i gotowych posiłków, bo rynek mleka jest już nasycony.

W tej chwili mamy około 53 proc. udziału w rynku w kategorii baby – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Mućko, supply chain director Nutricia Polska. Dodaje: – W ubiegłym roku wartościowo to był jednocyfrowy wzrost około 3 proc., natomiast wolumenowo niestety mieliśmy spadek. W tym roku chcemy, żeby to już się poprawiło, ale nie tylko poprzez zwiększanie udziału w rynku, lecz także poprzez zwiększanie konsumpcji.

Dodaje, że możliwości zwiększenia sprzedaży różnią się w zależności od kategorii produktu. Rynek mleka, które Nutricia sprzedaje głównie pod markami Bebilon i Bebiko, jest już nasycony. Ten produkt to ok. 60 proc. całego wolumenu sprzedaży firmy. Mućko podkreśla, że niemowlęta i małe dzieci spożywają mleko jedynie przez określony czas, którego nie da się wydłużyć. Rynek zależy zatem bezpośrednio tylko od liczby urodzeń i konkurencji z innymi producentami. 

Firma jest zadowolona z poziomu konsumpcji kaszek, sprzedawanych głównie pod marką BoboVita. Inaczej jest w obszarze jedzenia w słoikach. Mućko zapowiada, że to właśnie na tym obszarze skupi się Nutricia, starając się o wzrost sprzedaży.

 – W kategorii posiłków typu obiadki, zupki, deserki jest jeszcze ciągle bardzo duże pole do popisu – podkreśla Mućko. 

Nutricia rywalizuje w tym zakresie nie tyle z innymi producentami, ile z jedzeniem domowym. Choć wielu rodziców uważa, że jest ono zdrowsze, w praktyce nie zawsze tak jest. Mućko podkreśla, że domowe jedzenie często jest przesolone lub przesłodzone. W konsekwencji aż 50 proc. dzieci jest źle odżywianych, a w efekcie – otyłych lub niedożywionych. 

Kolejny błąd, który najczęściej popełniają babcie, to jest dawanie przekąsek. To nie są z reguły marchewki czy owoce, tylko słodycze – podkreśla Mućko. – Bardzo często mamy czy babcie przygotowują jedzenie niezgodnie z wytycznymi, jeżeli chodzi o sposób odżywiania, o prowadzenie diety dla dzieci, jak również o same produkty, ich źródło pochodzenia.

Nutricia Polska, podobnie jak inni producenci na rynku, koncentruje się na walce ze złymi metodami odżywiania dzieci. To metoda na poprawę ich zdrowia, a także zwiększenie konsumpcji produktów tych firm. Pomóc w tym ma kampania „Pierwszych 1000 dni”, w której Nutricia chce ze wsparciem stowarzyszenia i swojej fundacji edukować rodziców, lekarzy i dietetyków, by zwiększać spożycie gotowych, zdrowych pokarmów dla małych dzieci. 

Należąca do koncernu Danone Nutricia ma w Polsce dwie fabryki: w Opolu i Krotoszynie. Ta druga zajmuje się głównie suszeniem mleka, które potem trafia nie tylko do Opola, lecz także do fabryk w Holandii i Niemczech. Fabryka w Opolu – jako jedyna w ramach całego koncernu – zajmuje się wytwarzaniem produktów ze wszystkich kategorii: mleka, kaszki i jedzenie w słoikach, i jest największą tego typu fabryką koncernu Danone. Tylko 30 proc. produkcji trafia do Polski, reszta – do ponad 100 krajów na całym świecie. 

Poza produktami dla dzieci Nutricia ma też oddział Advanced Medical Nutrition zajmujący się wyspecjalizowanymi produktami medycznymi. Wiele z nich jest przeznaczonych dla osób starszych, chorych i z kłopotami z metabolizmem, ale są tam również produkty dla dzieci z alergiami.

Polacy decyzję ws. wyjazdów na długie weekendy podejmują w ostatniej chwili. W tym roku popularne będą wyjazdy w góry i nad morze

CEO Magazyn Polska

Polacy od kilku lat chętnie decydują się na wyjazdy wypoczynkowe w trakcie długich weekendów. Decyzja o wyjeździe na majówkę zazwyczaj podejmowana jest spontanicznie. Popularnością w czasie zbliżającego się długiego weekendu majowego cieszą się zarówno apartamenty nad morzem, jak i w górach.

Decyzje o rezerwacji apartamentów w miejscowościach wypoczynkowych uwarunkowane są najczęściej długością urlopu. Wakacje oraz ferie Polacy planują zazwyczaj z dużym wyprzedzeniem, podczas gdy wyjazdy weekendowe, nawet te długie, często organizowane są spontanicznie.

Decyzje o rezerwacjach długoterminowych zapadają bez względu na pogodę, gdyż najczęściej dokonywane są z dużym, kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Druga grupa rezerwacji, tak zwane długie weekendy, czyli majówka, Boże Ciało, weekend sierpniowy czy też święta: Wielkanoc i Boże Narodzenie, obejmuje krótkie pobyty. Decyzje o rezerwacji podejmowane są z małym wyprzedzeniem, często zaledwie kilkudniowym – mówi agencji informacyjnej Newseria Regina Juźko z firmy zarządzającej wynajmem luksusowych apartamentów Sun & Snow.

Duży wpływ na zwiększenie liczby rezerwacji w przypadku wyjazdów na długi weekend ma pogoda. Przed weekendem majowym znaczna część klientów podejmuje decyzję na podstawie prognozy pogody na kilka dni przed planowaną wycieczką.

Zainteresowanie wynajęciem apartamentów na majówkę jest podobne jak w przypadku innych długich weekendów. Polacy nauczyli się w ostatnich latach wykorzystywać wszelkie nadarzające się do wypoczynku okazje, dlatego w ich planach majówka jest potencjalnie jednym z wielu krótkich wyjazdów w całym roku – dodaje Regina Juźko.

W weekend majowy Polacy równie chętnie wyjeżdżają w góry, jak i nad morze. Popularnością cieszą się Świnoujście, Kołobrzeg, Władysławowo oraz Trójmiasto. Amatorzy górskich wycieczek będą wypoczywać głównie w Karpaczu, Szklarskiej Porębie, Zakopanem oraz Wiśle.

Koszt wynajmu jednopokojowego apartamentu przy plaży we Władysławowie i Świnoujściu dla dwóch osób wynosi około 230 zł za dobę. W górach ceny są nieco niższe. Za kwotę 240 zł za dobę można wynająć w Zakopanem dwupokojowy apartament dla czterech osób.

NFZ będzie refundował na białaczkę tylko leki generyczne. Tańsze nawet o połowę leki mają zwiększyć dostęp pacjentów do leczenia

CEO Magazyn Polska

Od 1 lipca 2014 r. NFZ nie będzie refundował oryginalnego leku na białaczkę. Glivec zostanie zastąpiony tańszymi lekami generycznymi. Część pacjentów protestuje przeciw tej decyzji, obawiając się, że zamienniki okażą się mniej skuteczne. Przedstawiciele pracodawców przemysłu farmaceutycznego podkreślają jednak, że jest to wprowadzanie chorych w błąd, bo leki generyczne zawierają tę samą substancję co lek oryginalny. A ich nawet o połowę niższe ceny zwiększą dostęp chorych do leczenia.

Jak podkreśla Piotr Błaszczyk, wiceprezes Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego, problem ten dotyczy nie tylko leczenia białaczki szpikowej, lecz także każdej innej choroby.

Leki generyczne są tańsze od oryginałów nawet o 50 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Błaszczyk. – Jest to więc znaczne ułatwienie dla pacjentów. W przypadku niektórych terapii fiannsowanych ze środków publicznych leki generyczne pozwalają skorzystać z nich dwukrotnie większej liczbie osób.

Zgodnie z ustawą, ceny leków generycznych muszą być minimum o 25 proc. niższe. W praktyce jednak te różnice są większe.

Skuteczność oryginalnych leków musi zostać udowodniona poprzez kosztowne badania kliniczne przeprowadzane na szeroką skalę. Jeśli potwierdzą one zasadność stosowania leku, to producent otrzymuje wieloletni monopol rynkowy i ochronę patentową. Jest to swego rodzaju wynagrodzenie za koszty, jakie musiał ponieść. 

Monopol rynkowy dochodzi do 10 lat, a ochrona patentowa do 25 lat – mówi Błaszczyk.

Leki generyczne są tańsze, bo zostały zarejestrowane po wygaśnięciu ochrony patentowej, czyli w warunkach silnej konkurencji. Poza tym badania dotyczące ich wprowadzenia na rynek są już znacznie prostsze. Zdaniem pracodawców przemysłu farmaceutycznego, jest to uzasadnione, a kwestionowanie wartości leków generycznych jest wyrazem niewiedzy i niepotrzebnie podważa zaufanie pacjentów do decyzji lekarzy.

Na leku generycznym przeprowadza się jedynie badania kliniczne dotyczące tego, czy działa on w organizmie pacjenta w ten sam sposób co lek oryginalny – wyjaśnia Błaszczyk. – Nie ma potrzeby wykonywać badań dotyczących jego skuteczności, gdyż zostały one przeprowadzone już na pierwowzorze. Generyk to ten sam lek, w tym samym stężeniu i działający w tym samym miejscu. Jest po prostu tańszy i dzięki temu dostępny dla większej liczby pacjentów.

Przeciwko zastąpieniu leku oryginalnego lekami generycznymi protestuje Stowarzyszenie Pomocy Chorym na Przewlekłą Białaczkę Szpikową SPBS. Zdaniem reprezentantów pacjentów, leki generyczne w przypadku leczenia nowotworów przewlekłych wymagają bardziej uważnych badań niż badania zamienników na mniej poważne choroby. Powołują się oni na publikacje naukowe autorów twierdzących, że użycie generyków okazywało się niekorzystne dla pacjentów.

Święta wielkanocne sprzyjają producentom jaj i mięsa. Obydwie branże nastawiają się głównie na eksport

CEO Magazyn Polska

Święta wielkanocne przyniosą ulgę producentom mięsa, którzy tracą nawet 2-3 miliony złotych dziennie z uwagi na rosyjskie embargo na polską wieprzowinę oraz niepokoje na Ukrainie. Poza większą konsumpcją w kraju producenci szukają też nowych rynków. Lepiej sytuacja wygląda na rynku jaj. Eksport to ponad 40 proc. tego rynku, ale wciąż jest szansa na jego zwiększenie.

Eksport odgrywa coraz większą rolę w całej polskiej gospodarce. Jego wartość to już 40 proc. PKB, a do 2020 r. udział ma wzrosnąć do 60 proc. PKB. Jak dodaje Wcisło, w ubiegłym roku Polska zanotowała nadwyżkę handlową, czyli wartość eksportu była wyższa od importu. Już 39 proc. polskich firm jest zainteresowanych rozwojem międzynarodowym, a szczególną szansę na to mają producenci mięsa i jaj.

W 2013 r. każdy Polak statystycznie zjadł 166 jaj, co daje spożycie na poziomie ok. 6 mld sztuk w skali kraju. Tymczasem produkcja jaj spożywczych wyniosła 10 mld (oraz dodatkowy miliard jaj wylęgowych). Oznacza to, że ponad 40 proc. produkcji jaj trafia na eksport, a Polska jest szóstym największym producentem w UE i ma 8 proc. udziału we wspólnotowym rynku.

Polscy producenci spełniają normy Unii Europejskiej, najwięksi producenci są w stanie produkować 5,5 miliona jaj w ciągu doby. W związku z tym oni doskonale wiedzą, jak konkurować na rynkach europejskich. Dostrzegam też dużą szansę w produkcji jaj ekologicznych – mówi Marek Wcisło, dyrektor zarządzający Kompass Poland, firmy dostarczającej informacje biznesowe i bazy danych.

97 proc. eksportu jaj trafia na rynki europejskie. Największymi odbiorcami, do których łącznie trafia 70 proc. eksportowanych jaj, są Niemcy, Holandia i, po dużym wzroście, Włochy (z 3 do 16 proc.). Obiecującym rynkiem jest również Egipt, który rozpoczął import polskich jaj.

Gorsza sytuacja jest w branży mięsnej, bo z powodu embarga na polską wieprzowinę w Rosji, polscy producenci są odcięci od tego ważnego rynku. Z uwagi na niestabilną sytuację zmalał też eksport na Ukrainę. Eksporterzy tracą z tych względów nawet 2-3 miliony złotych dziennie. Wieprzowina to ok. jednej trzeciej mięsa eksportowanego z Polski – większą część stanowi drób.

– Tym bardziej eksporterzy poszukują nowych rynków zbytu, miejsc, gdzie to tej pory nie byli, poszukują nowych baz danych przedsiębiorstw, gdzie mogliby uzyskać nowe kontrakty. Widzimy bardzo dużą aktywność w tej chwili w obszarach do tej pory mniej popularnych. Nawet poza Unią Europejską szuka się odbiorców: Stany Zjednoczone, Turcja i Chiny są popularne, to są duże rynki, w których złapanie 2-3 kontraktów, a nawet jednego w ciągu roku z dobrym partnerem, to może być nawet do 60-80 proc. obrotów danej firmy – podkreśla Wcisło.

Turcja straciła na atrakcyjności po wprowadzeniu zakazu uboju rytualnego, co uniemożliwia eksport mięsa halal dla muzułmanów. Producenci analizują także rynki w Kanadzie i na Tajwanie, a zgodnie z danymi Głównego Inspektoratu Weterynaryjnego kolejne zakłady uzyskały licencje eksportowe na wieprzowiną do Chin, Korei i Stanów Zjednoczonych, a na wołowinę – do Hongkongu.

Ponieważ poszukiwanie nowych rynków zbytu wciąż trwa, podaż jest obecnie wyższa od popytu. Powoduje to niewielki spadek cen, ale wzrost zapotrzebowania na mięso w związku ze świętami wielkanocnymi oraz rozpoczynający się sezon grillowy kompensuje ten spadek.

Wcisło dodaje, że polscy producenci poza poszukiwaniem nowych rynków rozwijają też sektor żywności ekologicznej. Te produkty trafiają przede wszystkim do Europy, a w ich produkcji specjalizuje się Lubelszczyzna.

Polacy marnują ok. 2 mln ton żywności. Zbyt dużo kupują i przygotowują za duże porcje

CEO Magazyn Polska

W Polsce rocznie marnuje się ok. 9 mln ton żywności, za co w większości odpowiedzialny jest sektor produkcji. Jednak konsumenci również mają znaczący udział w statystykach. Polacy wyrzucają ok. 2 mln ton żywności. Zmniejszenie tej skali nie jest trudne – wystarczy zmiana kilku nawyków żywieniowych. 

Do wyrzucania jedzenia przyznaje się blisko 40 proc. dorosłych Polaków (badanie Millward Brown na zlecenie Federacji Polskich Banków Żywności). Najczęściej w koszach lądują takie produkty, jak: wędliny, pieczywo, warzywa, owoce oraz jogurty.

Zmiana tego zależy od nas. Jest to dość złożony proces: zarówno planowanie zakupów, przygotowywanie posiłków, przechowywanie żywności w domu, jak i wykorzystanie żywności, która nam została po posiłku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Borowski, prezes Federacji Polskich Banków Żywności.  

Ankietowani przyznali, że przyczyną najczęściej jest przegapienie terminu przydatności do spożycia. Zmiana nawyków konsumentów pomogłaby zmniejszyć skalę wyrzucania żywności i tym samym przynieść oszczędności w domowych budżetach. Marek Borowski radzi, by nie robić zakupów, kiedy odczuwamy głód, bo wtedy z reguły kupujemy więcej. Ważne jest też przetransportowanie i przechowywanie żywności w odpowiedni sposób – tak, by przez długi czas pozostała świeża.

Kolejna rzecz to planowanie posiłku na konkretną liczbę osób i planowanie porcji surowców, które chcemy spożytkować. Polacy mają tendencję do przygotowywania za dużych porcji, a później część tej żywności, niestety, ląduje w koszu – mówi prezes Federacji Polskich Banków Żywności. – Ważne są również kwestie związane z przygotowaniem żywności: w odpowiednich garnkach, w odpowiedniej ilości wody i na odpowiedniej wielkości palniku. Mówimy tu nie tylko stratach żywności, lecz także o stratach energii i wody, które są bardzo ważne dla naszego środowiska.

Podkreśla, że warto również znaleźć sposób na wykorzystanie pozostałej po gotowaniu żywności czy resztek jedzenia. 

Na stronie banków żywności Niemarnuje.pl jest bardzo dużo przepisów, jak przygotować posiłki z tego, co zostało w lodówce. Często zostaje nam ostatnia papryka, pomidor czy kawałek sera i nie bardzo wiemy, co z tym zrobić, a naprawdę są świetne przepisy, podpowiadające nam, jak tę żywność wykorzystać – dodaje Borowski.

Banki żywności starają się walczyć ze skalą marnotrawienia żywności zarówno wśród konsumentów, jak i w sektorze produkcji – gdzie marnuje się najwięcej, a także w dystrybucji.

Producentom pokazywaliśmy, jak wyglądają straty w całym łańcuchu produkcji i którą żywność można zagospodarować. Banki żywności są naturalnym partnerem dla producentów, bo współpracują z wieloma podmiotami społecznymi, więc gwarantują, że ta żywność nie będzie wykorzystana w celach handlowych, tylko zostanie przekazana na cele społeczne – podkreśla Marek Borowski. – Do dystrybutorów kierowaliśmy programy edukacyjne, pokazujące, w jaki sposób można dobrze gospodarować żywnością i jak informować o tym klientów.

Podsumowanie Radaru Ekonomicznego w Warszawie

Wątek wschodni i jego wpływ na gospodarkę, 10 lat Polski w Unii Europejskiej, OFE i prognozy inwestycyjne – to najważniejsze tematy wtorkowej debaty, która odbyła się w ramach Radaru Ekonomicznego Union Investment TFI.
Uczestnikami dyskusji byli Wiesław Rozłucki (prezes Rady Giełdy), Ryszard Petru (Przewodniczący Rady Towarzystwa Ekonomistów Polskich), prof. UW dr. Hab. Dominika Maison (psycholog) i Zbigniew Jakubowski (wiceprezes Union Investment TFI). Za moderację debaty odpowiadał Krzysztof Berenda, dziennikarz RMF FM. Całe wydarzenie było po raz pierwszy transmitowane na żywo, a oglądający relację on-line za pomocą dedykowanego portalu mogli w trakcie trwania Radaru stale zadawać pytania uczestnikom.

Uczestnicy dyskusji byli zgodni, co do faktu, iż na tym etapie wpływ konfliktu ukraińskiego na polską i międzynarodową gospodarkę jest przeceniany, szczególnie przez media, a sentyment inwestorów – tak profesjonalnych jak i zwykłych przedsiębiorców – nadal będzie podążał przede wszystkim za racjonalną oceną biznesową. Ryszard Petru zwrócił dodatkowo uwagę, że w Unii Europejskiej mówi się dużo rzadziej o działaniach Rosji, a np. media greckie mają pretensje o udzielanie Ukrainie finansowej pomocy, podczas gdy ich kraj potrzebuje jej o wiele bardziej.
W dyskusji o polskiej gospodarce nie mogło zabraknąć wątku reformy emerytalnej, jednak z jej skutkami na kondycję warszawskiej giełdy uczestnicy Radaru radzili wstrzymać się do końca tego roku. Wiesław Rozłucki opisał całą sytuację z OFE cytatem: „Ty jesteś jak zdrowie, ile Cię cenić trzeba, ten tylko się dowie, kto Cię stracił”. Rozmowie przyświecało rozczarowanie, że tak niewielu Polaków postanowiło do tej pory pozostać w funduszach emerytalnych. Dominika Maison tłumaczyła to faktem, że zdecydowana większość naszych rodaków nie orientuje się w całej sytuacji i woli nie podejmować żadnej decyzji, skutkiem czego trafia ostatecznie do ZUS.

10 lat Polski w Unii Europejskiej to najlepsze powojenne lata dla rozwoju naszego kraju, co do tego wątpliwości nie miał nikt. Polska powoli dogania Europę – w momencie akcesji relacja krajowego do uśrednionego unijnego PKB wynosiła 50%, obecnie jest to 66%. W międzyczasie wyprzedziliśmy Węgry, których produkt krajowy brutto wzrósł w ciągu tych samych 10 lat jedynie o 4 pkt. proc. – zauważał Wiesław Rozłucki.

Na koniec dyskusji pozostawiono najbardziej elektryzujące tematy, czyli prognozy inwestycyjne. Goście zgodnie podkreślali, że jeśli zależałoby to od nich to zaczęliby kupować akcje, ponieważ rok 2015 będzie stał pod znakiem widocznych wzrostów tej klasy aktywów. Z kolei Zbigniew Jakubowski z Union Investment TFI sugerował, że warto zwrócić uwagę na spółki średnie, ponieważ mają one duży potencjał. Przestrzegał zarazem przed wypatrywaniem hossy na rynku surowcowym. Według niego sektor ten jest aktualnie zbyt narażony na wahania.

W całym spotkaniu uczestniczyło blisko sto osób ze świata finansów i inwestycji. Kolejny Radar w Warszawie już za rok.

Grupa PZU przejmuje aktywa RSA w Polsce (Link4) oraz krajach bałtyckich

Zawarta 17 kwietnia 2014 roku umowa przewiduje, że PZU SA przejmie w Polsce lidera rynku ubezpieczeń direct – Link4 Towarzystwo Ubezpieczeń S.A. oraz liderów rynków: litewskiego – Lietuvos Draudimas AB oraz łotewskiego – AAS Balta. Przedmiotem umowy jest także przejęcie biznesu estońskiej spółki Codan Forsikring A/S. Transakcje uzależnione są od zgody regulatorów rynków, na których działają przejmowane spółki, a także właściwych urzędów antymonopolowych. Ich łączna wartość to około 360 mln EUR. Ekspansja międzynarodowa PZU jest jednym z kluczowych elementów strategii Grupy.

Strategia PZU 2.0 na lata 2012 – 2014 wskazuje, że celem PZU jest zbudowanie istotnego biznesu poza granicami Polski. Zakup aktywów RSA Insurance Group plc w Polsce i krajach bałtyckich jest zatem realizacją strategicznych celów.

– Cieszę się, że możemy dziś ogłosić realizację kolejnego, tak ważnego elementu strategii PZU. Ta akwizycja plasuje nas na pozycji lidera branży ubezpieczeniowej w naszym regionie – mówi Andrzej Klesyk, prezes zarządu PZU SA. – Zakupione aktywa to spółki o zdrowym biznesie, działające na perspektywicznym, rozwijającym się rynku. Ważny jest też dla nas fakt, iż przejęcia realizujemy w krajach, które od dekady są w Unii Europejskiej. Od przyszłego roku wszystkie trzy kraje nadbałtyckie będą funkcjonowały w strefie Euro. To oznacza dla nas stabilność i przewidywalność.

Przejęcie w Polsce Link4 – lidera rynku direct – oznaczać będzie uzupełnienie strategii PZU. Pozwoli firmie na dotarcie do zupełnie innej grupy klientów, którzy preferują model obsługi bezpośredniej, którego pionierem w Polsce był właśnie Link4.

– Marka Link4 w portfolio PZU pozwoli na skierowanie oferty ubezpieczeniowej adresowanej do innych klientów, niż ma to miejsce w przypadku PZU. Udział w rynku graczy specjalizujących się w ofercie direct w ciągu ostatnich 5 lat zwiększył się dwuipółkrotnie. Budowanie nowej marki od podstaw byłoby trudne, kosztowne, długotrwałe i obarczone ryzykiem. Ta akwizycja pozwoli Grupie PZU na udział we wzroście segmentu direct, w oparciu o znaną wśród Polaków markę. Dzięki temu będziemy liderem rynku ubezpieczeń sprzedawanych w tradycyjnym modelu agencyjnym oraz coraz bardziej popularnym modelu direct – mówi Andrzej Klesyk.

Przejęcie Link4 umożliwi pozyskanie know-how w zakresie funkcjonowania kanału direct, a uzupełniające się kanały dystrybucji to kolejny argument przemawiający za tą transakcją.

Przykłady europejskie wskazują, że wiodący ubezpieczyciele na porównywalnych rynkach często wykorzystują wiele marek do oferowania swoich produktów. W Polsce 3 spośród 6 największych graczy sprzedaje pod więcej niż jedną marką.

Zgodnie z harmonogramem wszystkie akwizycje powinny zostać sfinalizowane do końca 2014 roku.

Podstawowe informacje finansowe o przejmowanych spółkach

Działalność RSA w krajach bałtyckich obejmuje szeroką ofertę produktów ubezpieczeniowych zarówno dla klientów indywidualnych jak i korporacyjnych. Na dzień 31 grudnia 2013 roku wartość aktywów RSA w krajach bałtyckich wyniosła około 309 mln EUR, a jej aktywa netto wyniosły około 106 mln EUR. Zysk brutto w 2013 roku wyniósł około 18 mln EUR. Cena za przejęcie aktywów RSA w krajach bałtyckich wyniosła około 270 mln EUR, włączając dywidendę w wysokości 12 mln EUR dla RSA Insurance Group plc.

Link4 jest wiodącym na rynku, w zakresie operacji typu direct, ubezpieczycielem w Polsce z szeroką gamą produktów ubezpieczeniowych kierowanych zarówno do klientów indywidualnych jak i korporacyjnych.

Na dzień 31 grudnia 2013 roku wartość aktywów Link4 w Polsce wyniosła 662 mln PLN, a jej aktywa netto osiągnęły 134 mln PLN. Zysk brutto w 2013 roku wyniósł 30 mln PLN. Cena za przejęcie aktywów Link4 w Polsce wyniosła około 90 mln EUR.

PZU dziś jest obecny w krajach bałtyckich

W krajach bałtyckich Grupa PZU prowadzi swoją działalność ubezpieczeniową poprzez dwie spółki zarejestrowane na Litwie: PZU Lietuva oraz UAB PZU Lietuva Gyvybës Draudimas.

W 2013 roku PZU Litwa pozyskał składkę przypisaną brutto o wartości 189 mln litów litewskich, tj. o 16,7% wyższą w porównaniu do 2012 roku. W 2013 roku składka pozyskana przez PZU Litwa Życie wyniosła ona 26,1 mln litów litewskich, tj. zwiększyła się o 24%. W 2013 roku PZU Litwa zajmował trzecią pozycję na litewskim rynku ubezpieczeń majątkowych i pozostałych osobowych z udziałem w rynku na poziomie 13,6% (13,3% w 2012 roku). Natomiast udział w rynku ubezpieczeń na życie PZU Litwa Życie wynosił 4,2% (w porównaniu z 3,7% w 2012 roku).

W 2013 roku działalność PZU na Łotwie i Estonii znajdowała się w fazie początkowej. Biuro w Rydze pierwszą polisę sprzedało w grudniu 2012 roku. W 2013 roku biuro przygotowało kolejne produkty (OC i AC), dostosowane do wymogów rynku łotewskiego. Oddział PZU Lietuva został zarejestrowany w dniu 14 listopada 2012 roku. Oddział rozpoczął działalność na przełomie II/III kwartału 2013 roku.

Deloitte Advisory Sp. z o.o.był doradcą finansowym PZU w procesie zakupu aktywów bałtyckich, w ramach którego przeprowadził między innymi wycenę przejmowanego podmiotu, przeprowadził aktuarialne, finansowe oraz podatkowe badanie due diligence. EY był doradcą finansowym PZU w procesie zakupu Link4, w ramach którego przeprowadził wycenę przejmowanego podmiotu, jak również aktuarialne, finansowe oraz podatkowe badanie due diligence. Deutsche Bank był doradcą finansowym, i przedstawił fairness opinion dla Zarządu PZU dla transakcji bałtyckich. Linklaters obsługiwał prawnie całość transakcji przy lokalnym wsparciu kancelarii Sorainen na rynkach bałtyckich.

Inflacja w marcu utrzymała się na poziomie 0,7% r/r

Inflacja (CPI) pozostała w marcu na poziomie 0,7% r/r (0,1% m/m). Dopuszczaliśmy możliwość jej wzrostu do 0,8% r/r. Niskiej inflacji sprzyjał (podobnie jak w lutym) przede wszystkim nietypowy dla marca, niespodziewany spadek cen żywności (-0,4% m/m). Taniały warzywa, dość mocno obniżyły się ceny mięsa wieprzowego – do czego przyczyniło się embargo na jego eksport w kierunku wschodnim. Obniżająco na ogólny wskaźnik cen wpływał także spadek cen towarów i usług w grupie „Mieszkanie”.

Wyraźnego wzrostu cen w grupie „Wyroby tytoniowe i napoje alkoholowe” można było oczekiwać w wyniku wzrostu akcyzy, podobnie jak sezonowego wzrostu cen odzieży i obuwia. Ceny w grupie „Zdrowie”, także wzrosły w marcu w sposób zbliżony do lat poprzednich. Zaskoczeniem był natomiast wzrost opłat związanych z łącznością o 0,6% m/m – efekt nowych ofert usług internetowych. Zauważalnie wzrosły także ceny „Rekreacji i kultury” – tutaj z kolei głównie wskutek wprowadzenia nowych cenników przez operatorów telewizji kablowych i satelitarnych. Poza tymi dwoma przypadkami trudno jednak doszukać się w marcu przejawów presji na wzrost cen. Szereg towarów i usług nawet potaniało. Mimo to, inflacja netto może w marcu nieznacznie wzrosnąć z lutowego poziomu 0,9% r/r

Sprzyjająca pogoda powinna w najbliższych miesiącach sprzyjać niskim cenom owoców i warzyw. Podobny efekt mogą przynieść ograniczenia na eksport polskiej żywności na Wschód. W ostatnich tygodniach można zauważyć pewien wzrost cen żywności na rynkach światowych. Prognozuje się jednak nadal utrzymanie stosunkowo niskich cen paliw. Zakładając nawet, że wzrost popytu zwiększy w II połowie roku pole manewru producentów w kształtowaniu cen – inflacja pozostanie nadal niska. W maju i czerwcu może zbliżyć się na krótko do 1,0% r/r, ale w lipcu zaniknie zeszłoroczny efekt wzrostu cen wywozu śmieci, co może sprowadzić wskaźnik CPI poniżej 0,5% r/r. Dopiero pod koniec roku CPI przekroczy 1,0% r/r. Średnioroczna inflacja w tym roku może być nawet niższa niż w roku 2013 , kiedy wyniosła 0,9%.

Paweł Durjasz
Główny Ekonomista PZU

Budować czy kupować?

Wiele osób stanęło na pewno przed wyborem – kupić dom czy go wybudować. Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, co jest lepsze. To trochę tak jakby porównać gotowanie obiadu w domu z wyjściem do restauracji. Jest to indywidualna sprawa każdego człowieka i każdy ma na ten temat inne zdanie. Obie decyzje mają swoje plusy i minusy. Jak wszystko w życiu.

Dom to szeroko pojęte określenie miejsca, w którym mieszkamy. Dla jednych są to ściany i dach nad głową, dla drugich coś więcej. Może to być 300-metrowa willa z basenem, ulokowana w malowniczej okolicy, jak również 30-metrowa kawalerka, z ciemną kuchnią, na 11 piętrze bloku z płyty. Kwestia pieniędzy.

Jeśli patrzymy na dom jedynie jak na miejsce w którym śpimy, to zapewne lepiej jest kupić niż patrzeć na proces jego powstawania. Natomiast osoby, dla których jest to wymarzone miejsce, a obraz mają wyraźnie zarysowany w głowie, wybiorą drogę budowy. Pierwsza i podstawowa różnica w jest cenie. Jeżeli budżet, przeznaczony na inwestycję, zamyka się w kwocie 100 tysięcy, to nie ma o czym myśleć. Natomiast proporcjonalnie do pieniędzy rosną możliwości. Inna kwestia to obowiązki. Jeżeli ktoś musi być w mieście 3-4 razy w ciągu dnia, odwieźć dziecko do szkoły, jechać do pracy, zrobić zakupy czy załatwić coś w urzędzie, wybiera mieszkanie. Budowa czy kupno domu poza miastem mija się z celem.

Warto pamiętać, że do całkowitego kosztu budowy domu należy doliczyć działkę i ewentualne przystosowanie jej. To może powodować największą różnicę. Leszek A. Hardek, Prezydent Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości zaznacza: „Działki, które znajdują się daleko od miasta, mogą być bardzo tanie. Ale jeśli chcemy budować dom na atrakcyjnym terenie, może okazać się, że ta działka stanowi bardzo dużą część całkowitego kosztu. Bez wiedzy na temat cen działek nie można powiedzieć, czy bardziej opłaca się kupno domu czy jego budowa”.

„Jeżeli mamy do czynienia z osobami, które są zajęte zawodowo, być może należy wybrać dom kupiony od dewelopera. W przypadku osób, które znają się na tym i dysponują czasem, część robót może zostać wykonanych samodzielnie, co mocno obniży koszty” – dodaje Leszek A. Hardek.

Sam sposób budowy również wymaga podjęcia trudnej decyzji. Budować w klasyczny sposób czy z wykorzystaniem dostępnych, nowoczesnych technologii. Patrzeć na to jak buduje sąsiad, czy zainteresować się, jak budują na świecie. Mariusz Dębski, dyrektor ds. rozwoju i strategii Z500 wymienia: „Najbardziej znaną i powszechną technologią budowy jest technologia tradycyjna. Mokra, ciężka, z cegły. 80% budynków w Polsce powstaje w taki sposób. Plusem jest solidność, ale taki dom buduje się długo.” Warto pamiętać, że długa budowa powoduje wiele różnych, nieprzewidzianych sytuacji, co może blokować pieniądze i czas. „Druga podstawowa technologia to domy szkieletowe drewniane. Stanowi około 10% rynku, ale jej pozycja będzie rosła. Ściana domu budowanego w tej technologii, przy tej samej grubości, jest cieplejsza jak ściana betonowa. Trzeci rodzaj, to technologie tak zwane szybkie. Są prefabrykowane i przygotowane, tak żeby można było po trzech miesiącach skończyć prace przy budowie domu” – kontynuuje Mariusz Dębski.

Z każdym rokiem dostrzegalny jest rozwój technologii, która pozwala na budowę domu przyjaznego środowisku. „[…] W takich nieruchomościach instaluje się program, który steruje temperaturą w domu podczas naszej nieobecności. Nie ma tradycyjnych kominów, dużych okien, natomiast całe ciepło służące do ogrzania domu jest w 85% odzyskiwane metodą rekuperacji i po raz kolejny trafia do domu. Koszt budowy w takiej technologii nie jest wyższy, ale dzięki odzyskiwaniu energii taki dom jest znacznie tańszy w eksploatacji. To jest przyszłość” – dodaje Mariusz Dębski.

Człowiek, który chce mieć własny dom, stoi przed wieloma wyborami. Musi rozważyć wiele istotnych kwestii. Cisza i spokój za miastem czy hałas i zgiełk, ale jednak w mieście. Kupno mieszkania, a może jednak budowa domu – to sprawa bardzo indywidualna i osobista.

Sprzedaż samochodów osobowych: Polska i Europa nie zdjemują nogi z gazu

Z danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Pojazdów (ACEA) wynika, że Europejczycy kupili w marcu br. 1,45 mln nowych samochodów osobowych, czyli o 10,6% więcej niż rok temu. Był to siódmy miesiąc z rzędu, w którym w europejskich salonach samochodowych panował ożywiony ruch. Bardzo dobrym wynikiem mogą pochwalić się Polacy, którzy za sprawą „kratek” zarejestrowali o ponad 40% osobówek więcej niż rok temu. Zdaniem przedstawicieli Exact Systems nowe przepisy obowiązujące od kwietnia br. będą sprzyjały zakupom droższych modeli.

Sprzedaż samochodów osobowych

W polskiej branży motoryzacyjnej pierwszy kwartał tego roku upłynął pod hasłem „auto z kratką”. Pojawienie się okienka derogacyjnego i możliwość odliczenia pełnego VAT wywołały lawinę zamówień na tzw. „kratki”, co przełożyło się na bardzo dobre wyniki sprzedaży samochodów osobowych w naszym kraju – podsumowuje Paweł Gos, prezes Exact Systems i ekspert Polskiej Izby Motoryzacji.

W marcu br. w Centralnej Ewidencji Pojazdów pojawiło się 35 486 tys. nowych samochodów osobowych (wliczając tzw. kratki), czyli o ponad 41% więcej niż w tym samym miesiącu 2013 r. Od początku roku z polskich salonów wyjechało 97 620 osobówek, co oznacza 29% dynamikę rok do roku. Wśród nich było aż 22 tys. „kratek”.

Ożywienie w europejskich salonach, fenomen Wielkiej Brytanii

Do życia budzi się także europejski sektor motoryzacyjny. Marzec, w którym z salonów europejskich wyjechało ponad 1,45 mln nowych osobówek, to siódmy miesiąc z rzędu „na plusie” (+10,6% r/r). Od początku roku w Europie zarejestrowano o ponad 8% więcej aut niż w analogicznym okresie 2013 r. Dane za ostatnie miesiące przedstawiające sprzedaż nowych samochodów osobowych dają nadzieję, że europejska branża motoryzacyjna najgorsze ma już za sobą. Co prawda mamy do czynienia z najniższym wolumenem sprzedaży od kilku lat, to jednak cieszą kolejne rosnące słupki. Ciekawym przypadkiem, któremu przyglądamy się od kilku miesięcy jest rynek brytyjski, który rośnie nieprzerwanie od ponad 2 lat. Tylko w marcu Anglicy kupili więcej samochodów niż Polacy w całym 2013 r. – mówi Jacek Opala, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w Exact Systems. Większość głównych rynków europejskich odnotowała wzrost rejestracji nowych aut osobowych: Niemcy (+5,4% r/r), Hiszpania (+10% r/r), Włochy (+5% r/r) i Wielka Brytania (+17,7% r/r).

W Polsce i Europie rządzi grupa Volkswagen

Zarówno w marcu jak i całym pierwszym kwartale najchętniej kupowaną marką samochodową w segmencie osobówek w Polsce jest Skoda – w ciągu trzech miesięcy zostało sprzedanych ponad 14 tys. modeli tego producenta. Tuż za nią uplasowały się Volkswagen i Toyota. Polacy nadal najchętniej kupują Skodę Oktavię, Forda Focusa i Skodę Fabię. Nieco inaczej prezentuje się europejska mapa producentów. W Europie najlepiej radzi sobie marka Volkswagen z blisko 160 tys. sprzedanych aut w marcu – mówi Jacek Opala.

2014 rokiem modeli premium?

Od 1 kwietnia zaczną obowiązywać nowe, dla części przedsiębiorców mniej korzystne, przepisy podatkowe dotyczące zakupu samochodów firmowych. W związku z tym dynamika rejestracji nowych osobówek może ulec obniżeniu, ale mam tutaj na myśli głównie grupę marek popularnych. Bowiem w przypadku modeli premium nowe regulacje są korzystniejsze niż te obowiązujące do końca ubiegłego roku i mogą pozytywnie wpłynąć na ten segment rynku – mówi Paweł Gos. I dodaje, że cały rok dla naszej branży motoryzacyjnej będzie lepszy od minionego. Liczba 310–320 tys. nowych rejestracji w tym roku, czyli ok. 5-10% wzrost r/r, jest się moim zdaniem realna – ocenia Paweł Gos.

Orange przegrywa w sądzie z UOKiK

Polska Telefonia Komórkowa Centertel (obecnie Orange Polska) działała niezgodnie z prawem utrudniając konsumentom przeczytanie umowy przed jej zawarciem. Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zgodził się ze stanowiskiem UOKiK

Gdy umowa o świadczenie usług telekomunikacyjnych jest zawierana lub zmieniana na odległość (np. przez telefon lub Internet), operator powinien dostarczyć konsumentowi kontrakt w wersji pisemnej. Postępowanie UOKiK wykazało m.in., że spółka PTK Centertel (obecnie Orange Polska) wywierała na swoich klientów niedopuszczalną presję, wymagając aby podpisywali umowę w obecności kuriera. Zdaniem UOKiK, stosowana przez Orange praktyka utrudniała konsumentom przeczytanie ze zrozumieniem kontraktu przed jego podpisaniem. Tymczasem, zgodnie z prawem, konsument powinien mieć realną możliwość zapoznania się z wzorcem umownym przez złożeniem podpisu tak, aby znał wiążące go postanowienia.

Wyrok sądu dotyczy decyzji Prezes UOKiK z grudnia 2010 r. Sąd podzielił stanowisko UOKiK, jednak obniżył karę pieniężną do 13 937 400 zł. Za okoliczność łagodzącą uznane zostało podjęcie przez PTK Centertel (obecnie Orange Polska) negocjacji ze spółką kurierską w celu zmiany sposobu doręczania przesyłek. Wyrok SOKiK w Warszawie z 2 kwietnia 2013 r. (XVII Ama 51/11) nie jest prawomocny, stronom przysługuje apelacja.

Polski sektor MŚP coraz bardziej mobilny

Małe i średnie firmy w Polsce coraz częściej korzystają z urządzeń przenośnych. W porównaniu do sytuacji sprzed dwóch lat, trend mobilności wyraźnie zyskał na znaczeniu. Wydłużył się również nieznacznie cykl wymian sprzętu.

Rośnie wykorzystanie smartfonów i tabletów

Z badania małych i średnich przedsiębiorstw (MŚP) przeprowadzonego w I kw. 2014 r. na próbie 800 podmiotów przez firmę badawczą PMR wynika, że średnio jedno przedsiębiorstwo z sektora MŚP w Polsce, zatrudniające od 10 do 249 pracowników, posiada 14 komputerów stacjonarnych, 6 laptopów, 4 smartfony i jeden tablet. Można zaobserwować, że liczba posiadanych urządzeń jest większa w średnich przedsiębiorstwach, w firmach posiadających zagranicznego inwestora oraz mających więcej niż jeden odział. Nasycenie technologiami IT wzrasta także wraz z wielkością przychodów firmy. Oznacza to, że firmy posiadające bardziej sformalizowaną strukturę i działające na większą skalę potrzebują odpowiednich technologii, których funkcjonowanie i wykorzystanie jest uzależnione od posiadania właściwych urządzeń.

W porównaniu do poprzedniej edycji badania sprzed dwóch lat, nie zmieniły się zasadniczo wskaźniki nasycenia sektora MŚP komputerami, jednak wzrosła średnia liczba posiadanych urządzeń. Największy wzrost można zauważyć w liczbie posiadanych smartfonów, które nie są już charakterystyczne dla firm o największych przychodach jak to miało miejsce dwa lata temu. W przypadku smartfonów średnia liczba wykorzystywanych urządzeń w firmach z sektora MŚP wzrosła czterokrotnie w porównaniu do danych z badania z 2012 r.

Minimalnie dłuższy cykl wymian

Analizując średnią liczbę lat, po których wymienia się w polskich firmach sprzęt na nowy, można zauważyć, że zmienne charakteryzujące przedsiębiorstwa nie wpływają zasadniczo na skłonność firm do wymiany sprzętu. Komputery stacjonarne służą średnio pięć lat, przenośne cztery lata, telefony komórkowe (także smartfony) dwa lata. Dwuletni cykl wymiany telefonów komórkowych wiąże się ze standardowym czasem trwania umowy z operatorami telefonii komórkowej. Potwierdza to również analiza odpowiedzi na pytanie o rodzaj płatności, gdzie większość firm ma umowę na abonament, która zazwyczaj daje możliwość wymiany telefonu w cyklu dwuletnim. Z drugiej strony, wzrost popularności ofert ryczałtowych bez telefonu powoduje stopniowe wydłużenie okresu korzystania z telefonów w firmach.

Mimo wspomnianego wzrostu wykorzystania urządzeń przenośnych, nie maleje zainteresowanie MŚP desktopami, które są obecne praktycznie w każdej polskiej firmie zatrudniającej 10-249 pracowników. Średnia liczba lat, po których wymienia się komputer biurkowy w kolejnych edycjach badania nieznacznie wzrasta, co może świadczyć o rosnącej wydajności dostępnego sprzętu, która spełnia oczekiwania użytkowników.

Uwagi metodologiczne na temat badania

Powyższe dane pochodzą z cyklicznego badania polskiego sektora MŚP przeprowadzanego przez firmę badawczą PMR. Najnowsza edycja badania została zrealizowana w I kw. 2014 roku, a jej pełne wyniki są dostępne w raporcie „Oprogramowanie, usługi i infrastruktura ICT w małych i średnich firmach w Polsce 2014”. Zakres badania obejmuje infrastrukturę ICT, oprogramowanie i usługi IT wykorzystywane przez małe i średnie firmy, poziom wydatków na informatykę i telekomunikację, finansowanie i fundusze UE, a także plany zakupowe. Przedmiotem badania była również popularność poszczególnych dostawców i znajomość marek wśród firm z sektora MŚP.

W badaniu wykorzystano losową, warstwową próbę firm zatrudniających 10-49 oraz 50-249 osób. Należy zaznaczyć, że w badaniu nie uwzględniono podmiotów gospodarczych działających w administracji publicznej, samorządowej i edukacji, służb mundurowych oraz stowarzyszeń. W sumie zrealizowano 804 pełnowartościowe wywiady. Wyniki badania mogą być uogólnione na zbiorowość polskich przedsiębiorstw zatrudniających 10-249 osób, działających w następujących branżach:
• handel hurtowy i detaliczny
• produkcja ciągła, produkcja w masie (produkcja napojów, żywności, surowców chemicznych itp.) – określana w raporcie również jako „produkcja procesowa”
• produkcja w sztukach (produkcja maszyn, urządzeń, gotowych wyrobów metalowych, mebli itp.) – w raporcie określana także jako „produkcja dyskretna”
• transport i logistyka
• HoReCa – sektor hoteli, restauracji, barów i kawiarni
• przedsiębiorstwa użyteczności publicznej (elektrociepłownie, oczyszczalnie ścieków, wodociągi etc.)
• finanse i ubezpieczenia
• inne usługi (zaliczono tu m.in. budownictwo, obrót nieruchomościami, służbę zdrowia, a także telekomunikację i informatykę).

Rynek suplementów diety w Polsce napędza sprzedaż poza aptekami

Według najnowszego raportu „Rynek suplementów diety w Polsce 2014. Prognozy rozwoju na lata 2014-2018” wartość sprzedaż suplementów diety w 2013 r. wzrosła o 9%, biorąc pod uwagę sprzedaż apteczną, pozaapteczną i przez internet. Motorem wzrostu, tak jak i w roku 2012, była sprzedaż suplementów w kanałach pozaaaptecznych.

Producenci mogą liczyć na wzrost 9-10% również i w latach 2015-2016

W 2012 r., w przeciwieństwie do rynku leków, rynek suplementów diety w Polsce zanotował dodatnią dynamikę sprzedaży, rosnąc o około 2%. Wynikało to z podobnego spadku sprzedaży aptecznej suplementów diety i leków OTC, a jednocześnie z szybszego wzrostu sprzedaży pozaaptecznej tej pierwszej grupy produktów. Dodatkowo, w przypadku suplementów dystrybucja pozaapteczna odgrywa znacznie większą rolę niż na rynku leków OTC, tak więc dynamika tego kanału bardziej wpływa na cały rynek.

Według naszych szacunków, w 2013 r. motorem rynku był ponownie kanał pozaapteczny, w którym sprzedaż wzrosła o około 16%.

Po spodziewanym obniżeniu dynamiki w 2014 r., za sprawą wysokiej bazy i niższej liczby zachorowań, w latach 2015-2018 dynamika wzrośnie do około 9-10% rocznie. Sprzedaż pozaapteczna będzie rosła bardziej dynamicznie niż sprzedaż apteczna ze względu na mniejsze ograniczenia prawne np. obecnie w rozwoju sprzedaży na rynku aptecznym przeszkadza ich zła sytuacja finansowa oraz zakaz reklamy aptek.

Biorąc pod uwagę czynniki makroekonomiczne, w następnych latach należy oczekiwać szybszego wzrostu płac realnych, wraz z postępującym ożywieniem gospodarczym i spadkiem bezrobocia, co pozytywnie wpłynie na tempo wzrostu sprzedaży suplementów diety.

Wycena należności tylko przy zachowaniu zasady ostrożności – informacja ekspercka

Skłonność do zaniżania odpisów aktualizujących należności lub też próby uniknięcia jego utworzenia pojawiają się w spółkach dość często. Jednak zgodnie z artykułem 28 ust.1 pkt 7 ustawy o rachunkowości (UoR), istnieje obowiązek wyceny należności w kwocie wymaganej zapłaty, przy zachowaniu zasady ostrożności. Aktualizacji wyceny należności trzeba dokonać nie rzadziej niż na dzień bilansowy.

Jednostka ma obowiązek aktualizacji odpisów aktualizujących wartość należności przynajmniej na dzień bilansowy, nie ma jednak przeszkód, by w razie zaistniałej konieczności takich odpisów dokonywać częściej.

Art. 35b ust. 1 UoR wskazuje, że wartość należności podlega aktualizacji przy uwzględnieniu stopnia prawdopodobieństwa ich zapłaty przez dokonanie odpisu aktualizującego, gdy mamy do czynienia z:

należnościami od dłużników postawionych w stan likwidacji lub w stan upadłości,
przypadkiem oddalenia wniosku o upadłość, gdy majątek dłużnika nie wystarcza na zaspokojenie kosztów postępowania upadłościowego – w pełnej wysokości należności;
należnościami kwestionowanymi przez dłużników oraz z których zapłatą dłużnik zalega,
należnościami stanowiącymi równowartość kwot podwyższających należności, w stosunku do których uprzednio dokonano odpisu aktualizującego

należnościami przeterminowanymi lub nieprzeterminowanymi o znacznym stopniu prawdopodobieństwa nieściągalności.

Ostatni punkt wskazuje konieczność analizy należności pod kątem możliwości ich odzyskania. W przypadku nieprzeterminowanych należności trudno jednoznacznie oszacować prawdopodobieństwo ich nieściągalności. Tylko dysponując doświadczeniem w danej branży, wiedzą o dotychczasowym przebiegu współpracy z kontrahentem czy też informacją o jego aktualnej kondycji finansowej, można podjąć racjonalną decyzję dotyczącą konieczności i wysokości utworzenia odpisu.

Polityka rachunkowości pomoże w utworzeniu odpisu

W tworzeniu odpisu aktualizującego należności przydatna może okazać się polityka rachunkowości stosowana w jednostce, istnieje bowiem możliwość umieszczenia w niej wskazówki co do podstaw tworzenia odpisu, na przykład uznając okres zaległości w płatności za podstawę ustanowienia odpisu. Dysponując danymi historycznymi i bieżącymi informacjami, spółka może ustalić przedziały czasowe, według których będzie dokonywała odpisów w odpowiedniej proporcji do okresu przeterminowania płatności. Analizując wiek należności, nie należy mylić terminu wystawienia faktury z datą płatności. Okres zwłoki w ich uregulowaniu trzeba bowiem liczyć od ustalonego dnia terminu zapłaty. Co ważne, do należności o dużej wartości nie można podchodzić szablonowo. Takie przypadki traktuje się odrębnie, dochodząc do informacji o przyczynie zwłoki i sytuacji finansowej kontrahenta. Warto też wziąć pod uwagę reakcję dłużnika na prośbę o dokonanie zaległej zapłaty oraz to, czy w umowie zawarte zostało zabezpieczenie transakcji, na przykład w postaci gwarancji lub weksla.

Kiedy następuje uprawdopodobnienie nieściągalności wierzytelności?

Istnieje kilka przesłanek, których wystąpienie znacząco zwiększa prawdopodobieństwo nieściągalności długu. Są one wymienione w art. 16 2a ust.1 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych (updop). Wśród takich czynników można wskazać wykreślenie dłużnika z ewidencji działalności gospodarczej, postawienie w stan likwidacji albo ogłoszenie upadłości.

Także wszczęcie postępowania upadłościowego z możliwością zawarcia układu (w rozumieniu prawa upadłościowego i naprawczego) lub wszczęcie na wniosek dłużnika postępowania ugodowego (przepisy o restrukturyzacji finansowej przedsiębiorstw i banków) istotnie zmniejsza prawdopodobieństwo ściągnięcia wierzytelności.

Kolejną sytuacją. Jaką wymieniają przepisy jest potwierdzenie zadłużenia prawomocnym orzeczeniem sądu i skierowanie go na drogę postępowania egzekucyjnego albo przeciwnie – kwestionowanie wierzytelności przez dłużnika na drodze powództwa sądowego.

Odpis to nie zawsze koszt podatkowy

Ponieważ utworzenie odpisu i ujęcie go w księgach ma negatywny wpływ na wynik finansowy jednostki, można spotkać się z niechęcią do jego tworzenia. Tym bardziej, że nie w każdym przypadku tworzony odpis ma charakter kosztu podatkowego. Zgodnie z art. 16 ust. 2a pkt 1 (updop), aby potraktować odpis w ten sposób, nieściągalność wierzytelności musi zostać uprawdopodobniona. Oczywiście zapisy zawarte w tym artykule nie stanowią pełnego wachlarza przesłanek do uprawdopodobnienia nieściągalności. Spółka może udokumentować to też w inny, wiarygodny sposób. Na koniec należy przypomnieć, że kosztem podatkowym będzie odpis aktualizujący wartość należności wyłącznie w jej kwocie netto.

Piractwo w sieci przyczyną milionowych strat dla polskiej gospodarki

Wartość PKB utraconego z tytułu piractwa internetowego treści wideo szacowana jest na ok. 700 mln PLN rocznie, a w 2018 roku straty mogą sięgnąć nawet dwukrotności całego budżetu MKiDN – wynika z raportu „Analiza wpływu zjawiska piractwa treści wideo na gospodarkę w Polsce” przygotowanego przez firmę doradczą PwC na zlecenie Stowarzyszenia Dystrybutorów Programów Telewizyjnych „Sygnał”. Jest to pierwsza próba oszacowania wpływu piractwa medialnego na gospodarkę w Polsce.

„Mamy nadzieję, że nasza analiza stanie się punktem wyjścia do dalszych działań prowadzonych zarówno w zakresie edukacji społecznej, jak i w obszarze dostosowania polskiego prawa do rzeczywistości cyfrowej oraz jego skutecznej egzekucji” – mówi Piotr Baranowski, partner i lider zespołu ds. mediów i nowych technologii w PwC. „Jeszcze kilka lat temu piractwo internetowe dotyczyło jedynie wąskiej grupy użytkowników. Dziś to już zjawisko powszechne, a jego negatywny wpływ na gospodarkę jest coraz bardziej widoczny. Usługi nielicencjonowanego dostępu do treści są przeważnie doskonale zorganizowane i realizowane w celu czerpania korzyści finansowych. Sektor takich usług urósł do skali przewyższającej legalne serwisy internetowe oferujące w Polsce treści wideo” – podkreśla.

Skala piractwa medialnego

Jak wynika z szacunków PwC, co piąty Polak regularnie korzysta z serwisów internetowych oferujących nielegalny dostęp do treści wideo – stanowi to prawie 30% wszystkich Internautów i aż 94% osób poszukujących treści wideo w Internecie. Jednocześnie większość oglądających treści wideo w Internecie robi to zarówno poprzez źródła legalne jak i nielegalne (73% spośród oglądających filmy, 49% oglądających seriale oraz 45% transmisje sportowe). Nawet niemal połowa respondentów płaci za dostęp do treści wideo z nielegalnych źródeł, a średnia ich deklarowanych wydatków wynosi ok. 14 PLN miesięcznie. Większość serwisów pirackich jest jednocześnie finansowana przez reklamodawców.

Internauci najwięcej czasu poświęcają na oglądanie filmów z nielegalnych źródeł (13 godz. miesięcznie), a najmniej na oglądanie sportu (3,5 godz. miesięcznie). W ciągu roku, poprzez nielegalne źródła następuje 400-500 milionów odtworzeń filmów, 650-750 milionów odtworzeń odcinków seriali oraz 150-180 milionów odtworzeń transmisji sportowych.

„W Polsce skala piractwa jest znacząco wyższa niż na rynkach rozwiniętych Europy Zachodniej czy świata, przy czym należy pamiętać, że koszty tego zjawiska są odczuwalne nie tylko przez twórców, lecz także Skarb Państwa i rynek pracy. Podobną skalę zjawiska w przeliczeniu na jednego Internautę możemy zaobserwować jedynie w Hiszpanii i we Włoszech. Na drugim krańcu, ze stosunkowo niską popularnością piractwa plasują się Niemcy, Wielka Brytania i Japonia, czyli kraje charakteryzujące się jednocześnie stabilnością gospodarczą, jak i poszanowaniem prawa i ochrony własności” – wyjaśnia prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC.

Wpływ piractwa na polską gospodarkę

Jak wynika z szacunków PwC, wartość utraconego PKB w wyniku piractwa wideo w Internecie w 2013 roku wynosi pomiędzy 500 a 700 mln PLN, co stanowi 0,04% całkowitego PKB Polski, z czego między 170 a 250 mln PLN traci bezpośrednio Skarb Państwa. Straty Skarbu Państwa stanowią równowartość 6-9% budżetu Ministerstwa Kultury lub całość wydatków Ministerstwa na teatry. Ponadto, ograniczenie korzystania z nielegalnych treści mogłoby spowodować utworzenie dodatkowych 6000-6500 miejsc pracy.

Zakładając status quo w zakresie rozwiązań legislacyjnych, poziomu edukacji i postaw społecznych w zakresie piractwa medialnego, a także obserwując trendy sprzyjające rozwojowi piractwa w Polsce, eksperci oszacowali, że średnioroczne tempo wzrostu piractwa w Polsce w latach 2013-2018 może wynieść między 29% a 54%. W scenariuszu umiarkowanego wzrostu, straty gospodarcze w 2018 roku osiągnęłyby 1,8 mld PLN, a w bardziej pesymistycznym scenariuszu przekroczyłyby 6,1 mld PLN, czyli dwukrotność obecnego budżetu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Przyczyny piractwa w Polsce

Najczęstszymi deklarowanymi przyczynami korzystania przez respondentów z serwisów oferujących nielegalny dostęp są: bogata oferta treści (32%) oraz bezpłatny dostęp (26%). Deklaracje te jednak często nie mają związku z sytuacją materialną korzystających i mogą stanowić próbę racjonalizacji zachowań, a nie realną przyczynę korzystania z nielegalnego obiegu treści.

Polacy mają świadomość, że ściąganie i rozpowszechnianie treści pirackich jest niezgodne z prawem (77% wskazań). Dodatkowo, ponad połowa respondentów zgadza się ze stwierdzeniem, że piractwo jest nieetyczne, gdyż pozbawia twórców należnego wynagrodzenia. Jednocześnie jednak ten sposób korzystania z treści video, jest niemal powszechny pośród tych samych respondentów.

Użytkownicy korzystający z serwisów oferujących nielegalny dostęp do treści często mają problem z odróżnieniem ich od źródeł legalnych. Tylko 8% badanych było w stanie prawidłowo zidentyfikować serwisy działające w pełni legalnie. Jednocześnie brak umiejętności takiego rozróżnienia trudno uznać za istotną przyczynę piractwa – w grupie respondentów zakwalifikowanych jako świadomych i jednocześnie deklarujących, że chcieliby korzystać tylko z legalnych źródeł, skala piractwa wyniosła
aż 73%.

„Wyniki badania pokazują, że deklarowane przyczyny korzystania z serwisów nielegalnie udostępniających treści są w niewielkim stopniu zależne od dochodów gospodarstwa domowego respondenta. Osoby dobrze lub bardzo dobrze oceniające swoją sytuację materialną, również wskazały na brak płatności, jako jedną z głównych przyczyn korzystania z nielegalnych źródeł” – komentuje Piotr Baranowski, partner w PwC.

Otoczenie prawne

Skuteczna ochrona własności intelektualnej oraz przeciwdziałanie nieuczciwym praktykom dostawców usług świadomie czerpiącym korzyści z nielegalnej dystrybucji treści wideo jest utrudniona głównie ze względu na luki prawne, daleko idące wyłączenia odpowiedzialności niektórych podmiotów czy nieprecyzyjne definicje prawne (np. definicja dozwolonego użytku, jako m.in. dzielenia się zasobami ze znajomymi, w dobie portali społecznościowych staje się polem do nadużyć), rejestrację serwisów zagranicą, ulokowanie serwerów poza terytorium naszego kraju czy typowe dla działalności pirackiej rozproszenie podmiotów. Przepisy polskiego prawa autorskiego zostały stworzone w „rzeczywistości analogowej” i nie zapewniają skutecznej ochrony interesom twórców i uprawnionych w oferującej dużo większe możliwości działania „rzeczywistości cyfrowej”.

„Dynamicznie rosnąca wirtualna sfera aktywności wymaga regulacji prawnej, która pozwoliłaby na odpowiednie wyważenie i zabezpieczenie słusznych interesów poszczególnych podmiotów w niej funkcjonujących. Tymczasem, prawo nie nadąża za rozwojem technologicznym, a istniejące regulacje nie zawsze pozwalają na rozstrzygnięcie problemów cyfrowej rzeczywistości, która dawno już przekroczyła założenia przyjęte przy projektowaniu instytucji takich jak np. dozwolony użytek prywatny” – komentuje Anna Kobylańska, adwokat z kancelarii PwC Legal.

Proponowane rozwiązania

Patrząc na przyczyny piractwa, złożoność modeli biznesowych stosowanych przez serwisy umożliwiające nielegalny dostęp oraz obecny stan prawny w zakresie ochrony własności intelektualnej, widać wyraźnie, że skuteczna walka z internetowym piractwem wideo jest zadaniem bardzo złożonym.

„Ze względu na kompleksowość zjawiska konieczne jest zarówno podjęcie działań informacyjnych skierowanych do użytkowników serwisów internetowych i pokazywanie alternatyw w postaci legalnych źródeł, jak i uszczelnienie systemu regulacji prawnych i penalizacja naruszeń. Kluczowa jest kwestia niwelowania negatywnego wpływu tego zjawiska na gospodarkę, zatem należy wprowadzić rozwiązania skierowane przeciwko nieuczciwym usługodawcom, które utrudnią im czerpanie korzyści finansowych z działalności pirackiej. Oznacza to współpracę z podmiotami umożliwiającymi obecnie finansowanie działalności pirackiej, jak np. banki, operatorzy komórkowi czy reklamodawcy” – mówi Piotr Baranowski, partner w PwC.

Informacje o badaniu

Raport „Analiza wpływu zjawiska piractwa treści wideo na gospodarkę w Polsce” został przygotowany przez PwC na zlecenie Stowarzyszenia Dystrybutorów Programów Telewizyjnych SYGNAŁ. Prace nad raportem trwały pomiędzy październikiem 2013 roku a styczniem 2014 roku.

Radom – nowe możliwości outsourcingowe dla Warszawy

Gwarantem sukcesu w branży outsourcingu jest dobra lokalizacja centrum usług i wykształcona kadra. Przykładem jest Radom – to teza, którą udowodnili uczestnicy kolejnego śniadania biznesowego Power Breakfast, moderowanego przez prezesa Fundacji Pro Progressio, Wiktora Doktór.

15 kwietnia w Villa Foksal odbyło się śniadanie biznesowe z cyklu Power Breakfast, zorganizowane w ramach seminarium Prospects in Poland. Podczas comiesięcznych spotkań, eksperci poszukują nowych perspektyw dla Polski i tym razem uwaga uczestników skupiła się na Radomiu. Całe spotkanie moderował Wiktor Doktór, Prezes Fundacji Pro Progressio.

„Radom – siła w precyzji” – to hasło promocyjne miasta położonego zaledwie 100 kilometrów od Warszawy. Na przestrzeni ostatnich kilku lat Radom z powodzeniem wypełnia powyższą misję. Zdecydowanie największym atutem miejscowości jest powstające właśnie lotnisko, oddalone od centrum o 3 km, z którego pierwsze loty zaplanowano już na czerwiec 2014 roku. To dobra wiadomość dla przedsiębiorców, którzy będą chcieli inwestować właśnie w tym mieście. A powodów ku temu jest dużo. Po pierwsze, atrakcyjne ceny najmu biur, niskie koszty utrzymania oraz pomoc publiczna w ramach Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Po drugie, wyspecjalizowana kadra. Obecnie w Radomiu kształci się ponad 15 tys. studentów na 12 uczelniach wyższych, których programy edukacyjne układane są w sposób umożliwiający przygotowanie przyszłej kadry do pracy w sektorze outsourcingu. To tylko niektóre zagadnienia, do których próbował przekonać zebranych Andrzej Kosztowniak, prezydent Radomia. W trakcie spotkania odbyły się dwa panele dyskusyjne z udziałem przedstawicieli m.in. Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych, Jones Lang LaSalle, AIG/Lincoln Polska, AVON czy PwC. Dotyczyły one możliwości outsourcingowych Radomia oraz korzyści płynących z inwestycji.

„Miasta położone niedaleko wielkich aglomeracji są idealną lokalizacją do rozwoju usług outsourcingowych. Radom posiada niskie koszty prowadzenia działalności biznesowej, a jego niebywałym atutem jest niewielka odległość od Warszawy. Młoda i dobrze wykwalifikowana kadra z pewnością przyczyni się do rozbudowy sektora nowoczesnych usług związanych z BPO.” – powiedział Wiktor Doktór, prezes Fundacji Pro Progressio.

W ubiegłym miesiącu Radom dołączył do grona miast, które Fundacja Pro Progressio wspiera swoimi licznymi działaniami. Celem współpracy jest popularyzacja tych miejsc na polskim rynku outsourcingu, pomoc w rozwoju sektora usług biznesowych oraz szkolenie pracowników w zakresie zewnętrznych procesów biznesowych.

A. Szczęśniak: w obliczu kryzysu na Ukrainie obligo gazowe zagraża bezpieczeństwu energetycznemu Polski

CEO Magazyn Polska

Obligo gazowe, czyli obowiązek sprzedaży dużej części gazu przez PGNiG za pośrednictwem Towarowej Giełdy Energii, zagraża bezpieczeństwu państwa w związku z kryzysem na Ukrainie – ocenia ekspert rynku paliw Andrzej Szczęśniak. Jego zdaniem, taki obowiązek należałoby wprowadzić dopiero po zdywersyfikowaniu dostawców gazu w Polsce, a nie teraz jako narzędzie łamania monopolu.

Mamy dzisiaj sytuację, kiedy dostawy gazu na skutek napięć i praktycznie wojny na Wschodzie mogą zostać każdego dnia odcięte. To oznacza, że sytuacja na rynku europejskim zostanie znacząco zachwiana, ponieważ duże braki w dostawach gazu z Ukrainy spowodują ogromny wzrost cen i w ogóle zachwianie rynku. I w takiej sytuacji nacisk na to, żeby realizować obligo gazowe, jest dodatkowym elementem, który sprawia, że rynek się chwieje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Szczęśniak, ekspert rynku paliw.

Obligo gazowe zostało wprowadzone w ubiegłym roku w celu liberalizacji rynku gazu. PGNiG miało w 2013 r. sprzedać 30 proc. produkowanego gazu przez TGE; w tym roku ma to być 40 proc. Jednak w ubiegłym roku spółka sprzedała na giełdzie jedynie 4 proc. produkcji. Teraz PGNiG grożą wysokie kary, nawet do 4,8 mld zł.

Szczęśniak podkreśla jednak, że w sytuacji zagrożenia zmniejszeniem lub nawet odcięciem dostaw gazu z Ukrainy, zmuszanie PGNiG do sprzedaży gazu przez giełdę może być nierozsądne. W I kwartale tego roku spółka sprowadziła ze wschodu 2 mld metrów sześciennych – 80 proc. całego importu gazu. Część z niego trafia do Polski przez Ukrainę, reszta przez Białoruś.

W tej sytuacji mówienie o karach, o przymuszaniu PGNiG do wykonania obliga, to tak jakby ktoś sobie nie zdawał sprawy z tego, w jakiej sytuacji żyjemy. Dzisiaj musimy pilnować, żeby tego gazu mieć jak najwięcej i żeby spółka, która odpowiada ustawowo za bezpieczeństwo energetyczne, nie była poddana kolejnym naciskom i sytuacji, kiedy ona w zasadzie nie wie, czy ma kupować gaz, czy ma sprzedawać gaz; jak go sprzedawać, skoro na giełdzie nie ma warunków – ocenia Szczęśniak.

Dodaje, że liberalizacja rynku gazu poprzez obowiązek sprzedaży na giełdzie sprawdza się jedynie na rynkach, gdzie jest wielu dostawców gazu. Tymczasem w Polsce jeszcze w 2012 r. PGNiG miało ponad 95 proc. udziału w rynku gazu, choć od tego czasu wielu dużych odbiorców zdecydowało się na samodzielny zakup surowca.

Mimo to Szczęśniak ocenia, że PGNiG przez wiele lat pozostanie jeszcze dominującym podmiotem. Jak dodaje, na rynkach europejskich przyjęto, że do liberalizacji poprzez giełdę potrzebnych jest co najmniej trzech dostawców gazu, najlepiej z różnych kierunków. PGNiG w I kwartale tego roku importowało niemal połowę sprzedaży gazu, ale większość ze wschodu.

– W sytuacji, kiedy mamy jednego gracza i jednego dostawcę, kreowanie rynku jest zabiegiem bardzo sztucznym i to nie przyniesie żadnych korzyści. Czyli liberalizacja rynku w tej postaci giełdowej powinna zostać odłożona do momentu, kiedy zdywersyfikujemy się, kiedy będą możliwe realne i porównywalne cenowo rozmaite źródła gazu, i wtedy można śmiało wprowadzać tę formę liberalizacji – mówi Szczęśniak

Według niego sprzedaż gazu przez giełdę mogłaby się przyczynić do urynkowienia jego ceny. Ale w Polsce mechanizm ten został wprowadzony w celu złamania monopolu PGNiG, co nie mogło przynieść pożądanych efektów. Szczęśniak podkreśla, że w tej chwili brakuje nie tylko konkurencji na rynku dostawców, lecz także nie ma chętnych do zakupu gazu przez giełdę.

Polskie firmy mogą pomóc Ukrainie zmniejszyć zależność gospodarczą od Rosji. Ciech SA podpisał kontrakty na dostawy produktów sodowych

CEO Magazyn Polska

Dążenia Ukrainy do gospodarczego uniezależnienia się od Rosji  stwarzają dla polskich firm szansę na ekspansję. Grupa Ciech podpisała właśnie kilka dużych kontraktów z ukraińskimi odbiorcami sody.

Krótkoterminowo staramy się wykorzystywać do maksimum pojawiające się okazje rynkowe. Każdy kryzys niesie ze sobą również szanse. Sytuacja na Ukrainie stworzyła dla tamtejszej gospodarki okazję do uniezależnienia się od Rosji. W związku z tym również dla Ciechu pojawiły się określone możliwości, które w porę dostrzegliśmy i wykorzystaliśmy – mówi agencji informacyjnej Newseria Dariusz Krawczyk, prezes zarządu Ciech SA.

Szansą dla Ciechu okazało się to, że fabryka sody w krymskim Krasnoperekopsku znalazła się na terytorium faktycznie kontrolowanym przez Moskwę. Dodatkowym problemem dla właściciela zakładów – Grupy DF – było aresztowanie w Wiedniu jej prezesa, Dmytro Firtasza. Teraz czeka on na ekstradycję do USA.

Aneksja Krymu spowodowała, że nasz konkurent nagle znalazł się po drugiej stronie granicy rosyjsko-ukraińskiej, co dało nam dostęp do rynku zachodniej Ukrainy – wyjaśnia Krawczyk.

Zajęcie Krymu przez Rosjan może być kosztowne także dla rosyjskich firm działających nad Dnieprem, takich jak chemiczny koncern Khimprom. Dzięki fabryce w obwodzie mikołajowskim ma on silną pozycję na ukraińskim rynku sody. Teraz rosyjskiej fabryce grozi gospodarcza izolacja, ponieważ z powodu inwazji na Krym Ukraińcy wrogo patrzą na rosyjski kapitał. Świadczy o tym m.in. bojkot rosyjskich towarów w tamtejszych sklepach. Równocześnie Ukraińcy liczą na pogłębienie kontaktów handlowych z Zachodem, co pozwoli im zmniejszyć polityczną i gospodarczą zależność od Rosji oraz postawi na nogi gospodarkę.

Według Krawczyka, są to jedynie krótkoterminowe korzyści, wynikające z obecnej sytuacji na Ukrainie. Nie ma wątpliwości, że w dłuższej perspektywie niestabilna sytuacja na wschodzie Europy będzie szkodzić także Ciechowi. Tym bardziej, że Moskwa chętnie korzysta z instrumentów ekonomicznych w swojej polityce zagranicznej, stosując np. embarga. Obecnie ograniczają się one do rolnictwa i przemysłu rolno-spożywczego, ale nie jest wykluczone, że zostaną nim objęte inne gałęzie polskiej gospodarki.

Każdy kryzys na Wschodzie powoduje, że musimy zastanowić się, na których rynkach uplasować produkty, które wytworzymy w ramach programu zwiększania naszych zdolności produkcyjnych. Jesteśmy jednak elastyczni i do nowych sytuacji będziemy przystosowywać się coraz szybciej – twierdzi Dariusz Krawczyk.

Grupa ITI zadowolona z wyników oglądalności TVN24 Biznes i Świat. Liczy na wzrost przychodów z reklamy

CEO Magazyn PolskaGrupa ITI pozytywnie ocenia pierwsze efekty zmiany charakteru swojej flagowej stacji biznesowej. TVN24 Biznes i Świat przyciąga pięć razy więcej widzów niż TVN CNBC. ITI oczekuje także wzrostu wydatków na reklamę w segmencie telewizyjnym i podtrzymania dynamiki z ubiegłego roku.

Kanał TVN24 Biznes i Świat, koncentrujący się na tematyce biznesowej i zagranicznej, zastąpił TVN CNBC 1 stycznia 2014 r. Zmiana nazwy i charakteru stacji była związana m.in. z zakończeniem umowy o współpracy z CNBC Europe, która gwarantowała m.in. dostęp do zasobów redakcyjnych i infrastruktury partnera.

– Jesteśmy bardzo zadowoleni z wyników oglądalności kanału TVN24 Biznes i Świat. Przyciąga on pięć razy więcej widzów niż TVN CNBC –zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Kostrzewa, prezes zarządu Grupy ITI.

Z analizy firmy badawczej Nielsen Audience Measurement wynika, że w marcu br. kanał przyciągał w każdej minucie przed telewizory prawie 20 tys. widzów, co dało TVN24 BiŚ średni udział w rynku na poziomie 0,29 proc. w grupie 4+ i 0,32 proc. w grupie 16–49. Porównując te wyniki do analogicznego okresu roku poprzedniego, widzimy, że ofertę programową TVN CNBC śledziło tylko 3,8 tys. widzów, a średni udział w rynku kształtował się na poziomie 0,06 proc (grupa 4+) i 0,08 proc. (grupa 16–49).

– TVN24 Biznes i Świat znalazł swoją publiczność, która bardzo docenia połączenie tematyki międzynarodowej – tak bardzo aktualnej w kontekście wydarzeń na Ukrainie – z informacjami ekonomicznymi – przekonuje Wojciech Kostrzewa.

Prezes Grupy ITI z nadzieją spogląda również na prognozy dotyczące kondycji rynku reklamy w Polsce.

Podobnie jak duże agencje mediowe, spodziewamy się wzrostu wydatków na reklamę na poziomie kilku procent. Oczekujemy jednocześnie, że TVN ponownie wykaże się większą dynamiką niż rynek ogółem – zapowiada Wojciech Kostrzewa.

W 2013 r. przychody TVN-u z reklamy i sponsoringu były niższe o 1,7 proc. rok do roku i wykazały dynamikę wyższą niż rynek reklamy telewizyjnej, który w ubiegłym roku odnotował spadek o 2,7 proc.

Kostrzewa skomentował również plany skupienia maksymalnie 34 mln akcji własnych, który przegłosowali w ubiegłym tygodniu akcjonariusze grupy. TVN zamierza przeznaczyć na ten cel do 500 mln zł.

Z punktu widzenia akcjonariuszy decyzja o tym, czy spółka realizuje buy back czy wypłaca dywidendę, nie ma znaczenia. W jednym i drugim przypadku – przy zachowaniu proporcjonalności – akcjonariusze otrzymują gotówkę, która w ten sam sposób jest opodatkowana – wyjaśnia prezes Grupy ITI.

Jego zdaniem jest to alternatywna dystrybucja dywidendy i spółka w ten sposób to traktuje. Transakcję TVN zamierza sfinansować z własnych środków. Oferta będzie skierowana do wszystkich akcjonariuszy.

Płatności gotówkowe w defensywie. Polacy coraz częściej płacą kartą lub telefonem

0

CEO Magazyn Polska

Mimo że ponad 80 proc. transakcji dokonywanych jest w Polsce za pomocą gotówki, w tempie dwucyfrowym rośnie liczba płatności kartami, transakcji zbliżeniowych i mobilnych. Polscy konsumenci są wyjątkowo otwarci na nowinki technologiczne w tym zakresie. Dla nich kluczowa jest wygoda, dlatego nowe technologie, które dają im dostęp do pieniędzy w każdym miejscu i czasie, mają szansę zdobyć rynek. O ile zapewnią również bezpieczeństwo płatności, bo na to konsumenci zwracają szczególną uwagę.

Polska jest wyjątkowo innowacyjnym krajem, nie tylko w regionie Europie Środkowo-Wschodniej, lecz także w całej Europie. Powstaje bardzo dużo nowych inicjatyw, ale nie wszystkie mają szansę zaistnieć. Oprócz łatwości zastosowań ważne jest bezpieczeństwo, a nie wszystkie rozwiązania spełniają ten element. Bezpieczeństwo dla użytkowników jest najważniejsze – podkreśla Paweł Markowski, dyrektor zarządzający  SIX Payment Services w Polsce, agenta rozliczeniowego działającego w skali międzynarodowej.

Pokazuje to przykład płatności zbliżeniowych. Mimo że zdobywają one liczne grono użytkowników i stają się coraz bardziej powszechne (dziś nawet połowa transakcji kartą może być dokonywana zbliżeniowo), banki w Polsce przywróciły do swoich ofert karty bez technologii zbliżeniowej.

Nie dlatego, że jest ona niebezpieczna, tylko dlatego, żeby klienci, którzy nie są do niej przekonani, mogli wciąż używać kart w formie tradycyjnej – zapewnia Markowski w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

W Polsce wciąż dominującym sposobem płatności jest gotówka. Jednak zarówno liczba kart płatniczych, transakcji, jak i punktów akceptacji rośnie w tempie dwucyfrowym. To również efekt m.in. dynamicznie rosnącego segmentu e-commerce, czyli handlu internetowego.

Sklepy tradycyjne ciągle odgrywają najważniejszą rolę w sprzedaży. Natomiast rynek e-commerce rozwija się bardzo dynamicznie. Kiedyś był to alternatywny kanał sprzedaży, dziś kanał e-commerce’owy i kanał tradycyjny przenikają się. Sklepy internetowe otwierają swoje tradycyjne punkty sprzedaży, natomiast tradycyjne sklepy migrują do e-commerce. Tak naprawdę trzeba być obecnym w obu kanałach z płatnościami – wyjaśnia szef SIX Payment Services w Polsce.

Podobnie jest także w całej Europie. Prognozy SIX Payment Services wskazują, że to może być bardzo dobry rok dla dostawców usług płatniczych. Wartość transakcji zbliży się w tym roku do 150 mld zł, a ich liczba przekroczy 1,5 miliarda (w tym roku było to odpowiednio 122 mld zł i ponad 1,3 mld transakcji).

Jedną z bardziej perspektywicznych metod płatności będą płatności mobilne, które – według Markowskiego – są naturalnym następstwem tradycyjnej płatności bezgotówkowej.

Rozwój płatności mobilnych w dużej mierze jest związany z wygodą użytkownika. Rozwiązania, które będą wygodniejsze od tradycyjnej formy NFC [technologia płatności zbliżeniowych stosowana w nowoczesnych smartfonach – red.], mają szansę zaistnieć i zdominować ten rynek w przeciągu 10 lat – uważa Paweł Markowski. – Prognozuję dalszy rozwój transakcji mobilnych, dalszy rozwój transakcji NFC, ale opierający się na elektronicznych portmonetkach zainstalowanych na telefonach, wszystko w maksymalnie bezpiecznym środowisku.

Szanse na rozwój są, bo Polacy są wyjątkowo otwarci na nowinki technologiczne. Rynek płatności zbliżeniowych rośnie tu najszybciej w Europie. Innym przykładem może być popularność nowego rozwiązania w transakcjach przeprowadzanych za granicą, tzw. DCC (Dynamic Currency Conversion), pozwalającego na przewalutowanie transakcji w miejscu zakupu.

Użytkownik karty za granicą płaci we własnej walucie i jest świadomy, ile naprawdę kosztuje go dany produkt czy usługa. Nie musi czekać na rozliczenie transakcji przez operatora i bank. Dla punktu handlowego to ważny argument, by przekonać klienta o końcowej wartości produktu – wyjaśnia przedstawiciel SIX Payment Services. – Zainteresowanie takimi usługami rośnie, szczególnie poprzez osoby, które raz już z tego skorzystały. Tym bardziej że usługa przewalutowania w miejscu zakupu jest tańsza od tradycyjnych opłat bankowych, które pojawiają się w momencie, gdy transakcja jest przeliczana na inną walutę przez wydawcę karty.

Prognozy SIX Payment Services mówią o rosnącym znaczeniu takich trendów, jak płatności między osobami fizycznymi (peer-to-peer; bezpośrednie przelewy elektroniczne do innych osób), mikropłatności czy powtarzalnych zakupów.

Polubowne rozwiązywanie sporów między firmami coraz popularniejsze. W 2013 r. Sąd Arbitrażowy przy KIG rozpatrzył ok. 350 spraw

0

CEO Magazyn Polska

Przedsiębiorcy chętnie decydują się na polubowne rozwiązywanie sporów. W ubiegłym roku Sąd Arbitrażowy przy Krajowej Izbie Gospodarczej rozpatrzył ok. 350 spraw o wartości zbliżającej się do miliarda złotych. Stosowanie międzynarodowych zasad etyki i jakości sprzyja prestiżowi i jakości tej formy rozstrzygania kwestii spornych. 

– W Sądzie Arbitrażowym przy Krajowej Izbie Gospodarczej w 2013 roku liczba spraw wyniosła 350, czyli mniej więcej tyle samo, co w latach ubiegłych. Natomiast wartość rozpatrywanych sporów rośnie i wyniosła kilkaset milionów, a nawet bliżej jednego miliarda – powiedział agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Furtek, prezes Sądu Arbitrażowego przy Krajowej Izbie Gospodarczej w Warszawie.

Firmy decydują się na postępowanie arbitrażowe z uwagi na wysoką jakość i szybkość trwania postępowania. Postępowanie arbitrażowe trwa od 9 do 14-15 miesięcy. Arbitrzy zawsze dążą do osiągnięcia ugody między strony. Najczęściej spory dotyczą kwestii infrastrukturalnych i przejęć przedsiębiorstw.

Klasyką są spory budowlane oraz zwykłe transakcje handlowe – mówi Marek Furtek.

W sądownictwie polubownym około 20 proc. spraw jest załatwianych w formie ugody. W pozostałych przypadkach sąd arbitrażowy wydaje wyrok, który po przeprowadzeniu specjalnej procedury przed sądem powszechnym ma taką moc, jak wyrok sądu powszechnego.

Polskie sądy arbitrażowe pracują nad ulepszaniem zasad polubownego rozwiązywania sporów, co zwiększa ich skuteczność i usprawnia prace. Służą temu m.in. wytyczne Międzynarodowego Stowarzyszenia Prawników (International Bar Association). Chodzi tu o trzy rodzaje dokumentów. Jeden z nich dotyczy konfliktu interesów i niezależności oraz bezstronności arbitrów, drugi dokument – zasad postępowania dowodowego w Międzynarodowym Arbitrażu Handlowym.

Zawdzięczamy mu wdrożenie do polskiej praktyki arbitrażowej nowych, dotychczas nieznanych środków dowodowych, takich jak tzw. discovery, czyli poszukiwanie dokumentów u strony przeciwnej lub zobowiązanie jej do przedstawienia określonych dokumentów – mówi Furtek.

Trzeci dokument dotyczy zasad postępowania pełnomocników w Międzynarodowym Arbitrażu Handlowym. Prezes Sądu Arbitrażowego przy KIG podkreśla, że jest to dokument bardzo potrzebny i na czasie. 

Opublikowane przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Prawników (International Bar Association), wytyczne IBA Guidelines on Party Representation in International Arbitration (wytyczne dotyczące reprezentacji stron w międzynarodowym arbitrażu) były tematem spotkania arbitrażowego, które odbyło się 15 kwietnia br. w siedzibie Sądu Arbitrażowego przy KIG. Uczestnicy dyskutowali między innymi nad zastosowaniem tego nowego instrumentu w praktyce. Wytyczne to próba skodyfikowania zasad etycznych, którymi powinni kierować się reprezentanci stron w międzynarodowym postępowaniu arbitrażowym.  Ich stosowanie nie jest wymagane, lecz stanowi przejaw dobrych praktyk.

Sąd Arbitrażowy przy Krajowej Izbie Gospodarczej w Warszawie powołany został 1 stycznia 1950 roku i funkcjonował pod nazwą Kolegium Arbitrów przy Polskiej Izbie Handlu Zagranicznego, jako niezależna jednostka powołana do rozstrzygania sporów wynikających z międzynarodowych stosunków handlowych. Od 1990 roku Sąd Arbitrażowy kontynuuje swoją działalność w ramach Krajowej Izby Gospodarczej w Warszawie. SA KIG jest członkiem i jednym z założycieli Międzynarodowej Federacji Instytucji Arbitrażu Handlowego, członkiem Międzynarodowej Rady do Spraw Arbitrażu Handlowego, członkiem Europejskiej Grupy Arbitrażowej, Międzynarodowej Izby Handlowej (ICC) w Paryżu oraz Komitetu Specjalnego przy Europejskiej Komisji Gospodarczej w Genewie.

UPC zaoferuje darmowy dostęp do internetu i telewizję na urządzeniach przenośnych

CEO Magazyn Polska

UPC rozpoczyna testy szybkiego internetu 500 Mb/s i darmowego Wi-Fi dla klientów. Operator pracuje również nad rozwiązaniem oferującym dostęp do telewizji m.in. na tabletach. Ma ono wejść w życie jeszcze przed mundialem w Brazylii. Natomiast jeszcze przed Wielkanocą, w najbliższy piątek ruszy nowa platforma komunikacji marketingowej operatora.

UPC rozpoczyna testowanie nowej usługi, umożliwiającej bezpieczny dostęp do internetu na urządzeniach przenośnych – UPC Wi-Free.

Chcemy udostępnić naszym abonentom darmowy dostęp do bezprzewodowego internetu w obrębie 600 tys. modemów, które są zlokalizowane w polskich domach – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Esz, członek zarządu UPC Polska. – Nowością jest to, że gość może skorzystać z pasma, które jest wydzielone i nie wpływa na internet, jaki mamy w domu. Jest to dodatkowa przepływność internetu, którą wydzielamy dla naszych klientów.

Na razie pilotaż ruszy w Sopocie dla 6 tys. klientów, jednak Esz zapewnia, że w ciągu najbliższych dwóch, trzech miesiącach usługa ma być dostępna na wszystkich modemach firmy w Polsce. Rozwiązanie, dzięki udostępnieniu dodatkowego pasma, umożliwi abonentom platformy dostęp do darmowego Wi-Fi we wszystkich miejscach, w których znajduje się modem UPC.

Równolegle UPC prowadzi testy superszybkiego internetu 500 Mb/s, w którym mogą wziąć udział dotychczasowi klienci UPC. Mogą do nich przystąpić abonenci z Krakowa, Łukowa, Łodzi, Pułtuska, Warszawy i Zakopanego.

Grzegorz Esz zapowiada również wprowadzenie nowej oferty, umożliwiającej oglądanie kanałów UPC na smartfonach i tabletach. Nie zdradza jednak szczegółów propozycji operatora.

Zadebiutuje ona na rynku przed Mistrzostwami Świata w Piłce Nożnej 2014, które rozpoczynają się w czerwcu. To moment, w którym dostęp do telewizji na różnych urządzeniach, także poza domem, będzie szczególnie istotny – twierdzi Grzegorz Esz.

Natomiast już w najbliższy piątek UPC rozpoczyna nową kampanię reklamową, która ma podkreślać jakość usług operatora i komunikować nową ofertę dla klientów, obejmującą m.in. nowe pakiety usług i szybki dostęp do internetu. Kampanię rozpoczną spoty telewizyjne, emitowane w trakcie świąt wielkanocnych, w kolejnej fazie akcja marketingowa obejmie także inne kanały komunikacji.

Wprowadzamy m.in. ofertę opartą o telefon bez limitu na połączenia z telefonami komórkowymi i stacjonarnymi, w zestawie z internetem 60 Mb/s, w cenie 89 zł – zdradza Esz.

Do głównych celów biznesowych UPC Grzegorz Esz zalicza utrzymanie pozycji najbardziej rekomendowanego operatora telekomunikacyjnego w Polsce.

Tę pozycję zdobyliśmy w pierwszym kwartale 2014 r. i o jej utrzymanie walczymy z siecią Play. Stanowimy grupę, która ma bardzo pozytywny net promoter score – przekonuje Esz.

Coraz więcej pracowników dostaje od pracodawców świadczenia pozapłacowe. Także na Wielkanoc

CEO Magazyn Polska

Zwiększa się średnia roczna kwota przeznaczana na świadczenia pozapłacowe dla pracowników wskazują badania ARC Rynek i Opinia przeprowadzone w styczniu 2014 r. na zlecenie Sodexo Benefits and Rewards Services. Rośnie też liczba świadczeń, jakie otrzymują zatrudnieni – w ubiegłym roku było to średnio 4,8 różnego rodzaju rozwiązań motywacyjnych na osobę. Zdaniem ekspertów dowodzi to tego, że polski rynek powoli staje się rynkiem pracownika.

Pracodawcy starają się docenić pracowników szczególnie z okazji świąt. Ta tradycja jest głęboko zakorzeniona w naszej kulturze. Okazje, które przedsiębiorstwa wykorzystują do dodatkowej motywacji personelu, są od lat niezmienne. Najczęściej pracownicy otrzymują świadczenia pozapłacowe w związku z najważniejszymi w Polsce świętami, tj. Bożym Narodzeniem czy zbliżającymi się świętami wielkanocnymi, które dla ponad 31 proc. organizacji są okazją do dodatkowej motywacji zespołu – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paweł Łojewski, product manager Sodexo Benefis and Rewards Services.

Jak wynika z badań przeprowadzonych dla Sodexo, rośnie kwota, jaką firmy przeznaczają na świadczenia pozapłacowe dla swoich pracowników. W 2013 roku było to 726 zł rocznie na osobę, co w porównaniu do roku poprzedniego, kiedy kwota ta wynosiła 709 zł, oznacza wzrost o 2,4 punktu procentowego. Co ważne, zwiększa się również liczba proponowanych świadczeń. Średnio firmy i instytucje oferują pracownikowi 4,8 różnego rodzaju dodatkowych motywatorów rocznie. Z kolei przedsiębiorstwa, które zatrudniają powyżej 250 pracowników, proponują ich już 6 i więcej, co pokazuje, że firmy inwestują w różnorodność oferty motywacyjnej.

Wszystkie świadczenia pozapłacowe mają znaczenie motywacyjne. Jeśli pracodawca daje podwyżkę, to jest ona odczuwana przez pracownika przez miesiąc lub dwa, a potem o podwyżce się zapomina. System świadczeń pozapłacowych, który pracodawca stosuje w firmie, ma efekt długofalowy  finansowanie posiłków czy kupony podarunkowe, z których pracownik może skorzystać wspólnie z rodziną  bo tu motywacja rozłożona jest na długi okres – podkreśla Paweł Łojewski.

Jest to ważne zwłaszcza w kontekście zmian na rynku. Odczuwalne na rynku pracy ożywienie, i pozytywne prognozy wiceministra pracy Jacka Męciny, wg których już w tym roku, w niektórych branżach będzie można mówić o rynku pracownika, będą skłaniać pracodawców do większego nakierowania na potrzeby zatrudnionych, a budowa lojalności i zaangażowania personelu będzie jednym z kluczowych zadań kadry zarządzającej.

Pracodawcy rozumieją, że aby osiągnąć sukces rynkowy, należy stale zwiększać lojalność zatrudnionych i podnosić efektywność zespołu. Dlatego systematycznie włączają świadczenia pozapłacowe do systemu wynagrodzeń w firmach. Młode pokolenie, które wchodzi teraz na rynek pracy, jest o wiele bardziej wymagające od swoich poprzedników. Wymagają od pracodawcy dużo więcej. I jeśli coś im się nie spodoba, po prostu odchodzą z firmy – mówi Paweł Łojewski. 

Siłownie i kluby fitness to zyskowny biznes. Polski rynek do 2017 r. urośnie trzykrotnie

CEO Magazyn Polska

Rynek klubów fitness i siłowni w Polsce dziś wart jest 1,5 mld zł, ale w ciągu następnych trzech lat jego wartość się potroi. Na razie jest on dość rozdrobniony – dominują małe podmioty, ale pojawia się na nim coraz więcej siłowni sieciowych. Polskim rynkiem zainteresowani są również zagraniczni inwestorzy.

Do Polski wkracza nowa sieć klubów fitness, która oferuje najnowocześniejszy sprzęt do ćwiczeń w połączeniu z atrakcyjnymi opłatami członkowskimi i bez konieczności podpisywania stałych umów. Pierwszy klub z logo nowej marki zostanie otwarty w maju w centrum handlowym Plaza Rzeszów. Kolejne powstaną w Wałbrzychu, Warszawie, Gdańsku, Poznaniu i Łodzi. 

Patrzyliśmy na potencjał rynkowy, który ma się potroić w ciągu najbliższych trzech lat. Wartość tego rynku z 1,5 miliarda złotych rocznie ma wzrosnąć do 4,5 miliarda złotych w 2017 roku. CityFit rozpoczął badania dotyczące tego, jak ludzie korzystają z siłowni. Uważamy, że rynek jest rozdrobniony. Jest wiele małych siłowni, które oferują usługi niskiej jakości, a sporo kosztują. Są też siłownie sieciowe, które oferują usługi wysokiej jakości, ale te są już bardzo drogie. A na to nie stać wielu Polaków – tłumaczy Nicholas Moses, dyrektor zarządzający CityFit.

W sumie brytyjski inwestor planuje uruchomić 50 takich obiektów w całym kraju. Chce na to przeznaczyć 100 mln złotych.

W siłowniach znajdzie się taki sprzęt, z jakiego chcieliby korzystać nasi klienci: funkcjonalny sprzęt cardio i do ćwiczeń siłowych, jednak bez niepotrzebnych wabików, które tylko podnoszą opłaty. Nie będzie też zbędnych pomieszczeń, takich jak basen czy sauna. Uważamy, że niewiele osób korzysta z nich regularnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Nicholas Moses.

Kluby fitness z logo brytyjskiego inwestora będą otwarte 7 dni w tygodniu przez 24 godziny na dobę. Sieć CityFit wychodzi naprzeciw oczekiwaniom klientów i wprowadza wiele udogodnień, m.in. zapisy na zajęcia przez internet. Każdy klub będzie także wyposażony w nowoczesny system dostępu oparty o odczyt danych z linii papilarnych. To oznacza, że wstęp na siłownię będzie możliwy nawet wtedy, kiedy klient zapomni swojej karty członkowskiej.

Zakładając, że siłownie będą czynne 24 godziny na dobę, zainwestowaliśmy w sprzęt kontrolujący dostęp do siłowni, który daje pewność, że tylko członkowie klubu mogą wejść na jego teren. W ten sposób dbamy o bezpieczeństwo naszych gości – zapewnia Nicholas Moses.

Podkreśla, że sieć CityFit wychodzi więc naprzeciw oczekiwaniom klientów i chce ich przyciągnąć konkurencyjnymi cenami w połączeniu z elastyczną ofertą.

Na razie każda lokalizacja będzie miała inną cenę. Jest to spowodowane różnymi kosztami otwarcia siłowni w danym mieście. Jednak, dzięki prowadzonym przez nas badaniom i elastycznej ofercie, będziemy mogli zaproponować członkostwo w cenie co najmniej o połowę niższej, niż oferuje nasza największa konkurencja – dodaje Nicholas Moses.

CityFit nie wymaga od swoich klientów długoterminowych zobowiązań. Umowy mają być odnawiane co miesiąc i w każdej chwili będzie można je zawiesić bądź anulować bez dodatkowej opłaty.

Święta wielkanocne będą niewiele droższe od ubiegłorocznych. Niektóre produkty wręcz potaniały

CEO Magazyn PolskaW święta, czy to Wielkanoc, czy Boże Narodzenie, konsumenci są przygotowani na zwiększone wydatki. Jednak w tym roku wielkanocne zakupy nie powinny nadwerężyć domowych budżetów. Jajka są tańsze niż rok temu, a ceny większości pozostałych produktów pozostaną na podobnym poziomie.

Koszty koszyka dóbr trafiających na wielkanocne stoły wiążą się z różnicami regionalnymi. W ujęciu ogólnym tegoroczne święta będą niewiele droższe od poprzednich, ponieważ najbardziej tradycyjne, pojawiające się na wszystkich stołach produkty zdrożeją nieznacznie – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Andrzej Kowalski, dyrektor Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej (IERiGŻ).

Co więcej, niektóre produkty, np. jajka, będą nawet tańsze. Zawdzięczamy to niskiej inflacji i łagodnej zimie.

Jaja będą tańsze o przynajmniej kilkanaście procent niż w roku ubiegłym. Ceny nowalijek będą na pewno niższe w najbliższych tygodniach, ponieważ w zeszłym roku święta Wielkanocy obchodziliśmy przy mrozie i śniegu – komentuje Andrzej Kowalski.

Łagodna zima, zdaniem dyrektora IERiGŻ, obniżyła koszty produkcji rolnej. Zmniejszyła nakłady ponoszone przez producentów związane z ogrzewaniem i osłonami (jak np. w szklarniach), a rośliny – w żargonie producentów – „ruszyły”.

Droższe są i będą te warzywa, które przechowujemy, które były wykopane jesienią, są przechowywane i czekają na nowy sezon. To efekt wyższych kosztów przechowalnictwa – tłumaczy dyrektor IERiGŻ.

Dodaje także, że okresy suszy przeplatane okresami opadów spowodowały, że jakość takich warzyw nie jest najlepsza.

Szef Instytutu wskazuje produkty, które podrożeją i te, które będą tańsze.

Tańsze będą owoce cytrusowe, ale droższe będą jabłka. Droższy będzie nabiał i wyroby mleczarskie, w tym masło, za to tańsze tłuszcze roślinne. Tańsze będzie mięso wieprzowe, niewiele droższe, w granicach 1-2 proc. mogą być wędliny wieprzowe – informuje prof. Andrzej Kowalski.

Tańszy będzie również cukier, niezbędny do świątecznych wypieków.

Krzysztof Zamasz został „Człowiekiem Roku”

Prezes Zarządu ENEA S.A. został laureatem prestiżowego konkursu Liderzy „Świata Energii,” w kategorii Człowiek Roku. Krzysztof Zamasz zyskał uznanie Kapituły za wkład w rozwój polskiej energetyki, przekształcenia Grupy Kapitałowej ENEA i wygenerowanie jej nowego DNA (nadanie nowego kształtu organizacyjnego i funkcjonalnego, zorientowanego na rynek i klienta).

Sprawdź, kto sprzedaje Ci energię!

Rusza ogólnopolska kampania edukacyjno – informacyjna skierowana do Klientów – Odbiorców energii elektrycznej. Za pośrednictwem radia, prasy ogólnopolskiej i lokalnej, a także internetu Towarzystwo Obrotu Energią (TOE) chce uświadomić Konsumentom ich prawa na tym rynku i promować uczciwe zasady biznesowe. Akcję rozpoczęło oficjalne podpisanie Kodeksu Dobrych Praktyk Sprzedawców Energii Elektrycznej przez pierwszych sprzedawców deklarujących działanie zgodnie z Kodeksem. Patronat nad kampanią objął Prezes Urzędu Regulacji Energetyki (URE).

ABC Data z kolejną pozytywną rekomendacją analityczną

0

W raporcie z 11 kwietnia br. analitycy DM mBanku wydali dla akcji ABC Data zalecenie KUPUJ, ustalając cenę docelową na poziomie 5,71 zł. Podtrzymali w ten sposób swoją poprzednią rekomendację.

Cena 5,71 zł zawarta w rekomendacji domu maklerskiego jest o 41 proc. wyższa od ceny z dnia wydania raportu, kiedy kurs akcji spółki wynosił 4,05 zł.

Rekomendacja DM mBanku to kolejna pozytywna publikacja analityczna na temat naszej spółki portfelowej. Cieszy zwłaszcza fakt, że analitycy docenili olbrzymi potencjał wzrostu jej akcji, dając cenę docelową o 41 proc. wyższą od bieżącej – powiedział Cezary Smorszczewski, Prezes Zarządu MCI Management SA

Zamiarem MCI jest dalsze budowanie wartości ABC Daty poprzez wspieranie inicjatyw rozbudowy portfolio produktowego i ekspansji zagranicznej w Europie. Na dzień wydania raportu MCI Management posiadał akcje ABC Data odpowiadające za 61,5 proc. jej kapitału zakładowego.

– Jak pokazują ostatnie rekomendacje dla ABC Data profesjonaliści rynkowi podzielają naszą opinię o niedowartościowaniu spółki, wyceniając ją zdecydowanie powyżej obecnej ceny akcji. Dlatego też MCI Management nie zamierza sprzedawać akcji tej spółki, dopóki jej kurs nie wzrośnie powyżej poziomu 6 zł za walor – dodaje Cezary Smorszczewski.

Warszawska giełda ma 23 lata. Dojrzała już do zagranicznej ekspansji

0

CEO Magazyn Polska

GPW świętuje 23. urodziny. 16 kwietnia 1991 r. miała miejsce pierwsza po wojnie i okresie komunizmu sesja giełdowa. W dniu inauguracji na parkiecie notowanych było tylko pięć spółek. Dzisiaj warszawska giełda jest postrzegana jako jeden z symboli sukcesu polskiej transformacji. Po tym, jak obecność na GPW stała się celem dla wielu przedsiębiorstw, sama giełda chce umocnić swoją pozycję w Europie Środkowej.

 Giełda to udane dziecko polskiej transformacji i przewyższyła moje najśmielsze oczekiwania, jakie miałem w momencie jej założenia. Rynek się rozwinął bardzo dobrze, jesteśmy czołowym rynkiem w tej części Europy i w zasadzie jedynym, który jest naprawdę częścią krajowej gospodarki – mówi agencji Newseria Biznes Wiesław Rozłucki, przewodniczący Rady Giełdy i pierwszy prezes GPW.

Kapitalizacja spółek notowanych na GPW jest dziś wyższa niż łączna kapitalizacja podmiotów notowanych w Wiedniu, Pradze, Budapeszcie i Lublanie. Od roku trwają z tworzoną przez nie grupą CEESEG rozmowy, których celem ma być nawiązanie współpracy.

 Zbudowaliśmy bardzo silny rynek, który odgrywa istotną rolę w finansowaniu gospodarki i w redystrybucji naszych oszczędności. I to nie tylko rynek lokalny, lecz także rynek regionalny, który jest zauważalny zarówno w naszym regionie, jak i w całej Europie, zwłaszcza poprzez różne aktywności, które podejmujemy w ostatnim okresie na arenie międzynarodowej – mówi prezes Giełdy Papierów Wartościowych Adam Maciejewski.

Pierwsze lata funkcjonowania giełdy to czas pierwszej hossy i ogromnego zainteresowania Polaków nowo powstałym rynkiem akcji. Apogeum nastąpiło w styczniu 1994 r., kiedy na akcje debiutującego Banku Śląskiego zapisało się 830 tys. osób, a akcje już podczas pierwszej sesji zdrożały trzynastokrotnie.

Później mieliśmy do czynienia z niezwykłym rozwojem ilościowym giełdy. Pod koniec lat 90. wchodziły takie spółki, jak KGHM, Telekomunikacja Polska, PKN Orlen, czyli okręty flagowe naszej gospodarki. W momencie bańki internetowej giełda ucierpiała, tak jak wszystkie giełdy na świecie. Potem był strach przed wejściem do Unii Europejskiej. Ale okazało się, że warszawska giełda i polskie spółki sprostały konkurencji europejskiej – uważa Wiesław Rozłucki.

Dzisiaj na warszawskim parkiecie notowane są 452 spółki, z czego 46 to firmy zagraniczne. Prywatyzacja dużych spółek – choć prowadzona z różną intensywnością i skalą, w zależności od polityki kolejnych rządów – była jednym z głównych motorów rozwoju warszawskiej giełdy.

Faktycznie od lat zajmujemy wysoką pozycję w Europie, jeżeli chodzi o liczbę IPO. Jest trochę gorzej, jeżeli chodzi o wartość pozyskiwanego kapitału. Myślę, że mamy tutaj jeszcze sporo do zrobienia – mówi Adam Maciejewski. – Ta większa wartość pozyskiwanego kapitału pojawiała się głównie w okresach większych prywatyzacji, i to też nie do końca można mówić o pozyskiwaniu kapitału, bo często to była po prostu sprzedaż akcji przez dotychczasowych akcjonariuszy, co też jest dobre dla rynku kapitałowego, dla polskiej gospodarki. Nie można tej sprzedaży deprecjonować.

Ostatni kryzys finansowy był dla giełdy nie tylko zagrożeniem, lecz także szansą. W 2009 r., gdy banki w obawie przed ryzykiem poważnie ograniczyły udzielanie kredytów, wystartował Catalyst – rynek obligacji korporacyjnych i komunalnych. Dzięki niemu przedsiębiorstwa zyskały kolejną – po emisji akcji – alternatywę dla kredytu bankowego. Analitycy są zgodni, że Catalyst ma wciąż ogromne perspektywy rozwoju – zarówno pod względem liczby emitentów, zaangażowanego kapitału, jak i płynności. Ze strategii rozwoju rynku GPW.2020 można wywnioskować, że rynek główny ma także spory, niewykorzystany potencjał, ale potrzebne są dalsze działania, by giełda efektywniej łączyła firmy poszukujące kapitału z inwestorami.

Myślę, że potencjał, jaki tkwi w rynku kapitałowym, nie do końca jeszcze wykorzystaliśmy. Sądzę, że okres 23 lat mógł być lepiej wykorzystany, jeżeli chodzi o możliwości rynku kapitałowego w zakresie obsługi prywatnych przedsiębiorców. W zbyt dużym stopniu uzależniliśmy się od decyzji administracyjnych, czyli przede wszystkim od prywatyzacji. To były dosyć łatwe pieniądze dla całego rynku. Najtrudniej jest jednak funkcjonować na rynku wysoce konkurencyjnym. I teraz wchodzimy w ten okres – uważa Maciejewski.

Według prezesa GPW, atrakcyjność rynku kapitałowego dla firm jest także funkcją polityki państwa, przede wszystkim podatkowej. Zwiększenie dopływu kapitału na giełdę poprzez ulgi podatkowe lub reformę III filara emerytalnego może przynajmniej częściowo wypełnić lukę związaną z ograniczeniem roli II filara, czyli OFE. To tym bardziej istotne, że polska gospodarka ma ogromne zapotrzebowanie na kapitał, a polskie firmy chętnie poddają się weryfikacji przez rynek jako spółki publiczne. Maciejewski podkreśla, że wspieranie rozwoju rynku kapitałowego powinno być częścią szerszej strategii rozwoju kraju, która ma m.in. zwiększyć konkurencyjność i innowacyjność polskich firm.

Patrząc długoterminowo na rozwój gospodarki i na rozwój rynku kapitałowego, trzeba bardzo mocno wspierać powstawanie start-upów. To w tym obszarze kreuje się najwięcej nowych, świeżych pomysłów. Część z tych pomysłów urośnie, to będą nowe, dynamiczne przedsiębiorstwa. Rynek musi zweryfikować, co jest autentycznie dobre, a co nie – uważa obecny prezes GPW.

Marże na kontraktach drogowych nie wzrosną. Budimex czeka na rozstrzygnięcia przetargów i korzystnie ocenia rynek deweloperski

CEO Magazyn PolskaBudimex czeka na rozstrzygnięcie Krajowej Izby Odwoławczej w sprawie odwołania konkurentów od wyników przetargu na budowę nowego bloku w Elektrowni Turów. Największe inwestycje spółka przewiduje w infrastrukturze: jest blisko otrzymania kontraktu na budowę drogi ekspresowej S5 z Korzeńska do Wrocławia i startuje w przetargach na budowę autostrady A1. Budimex planuje także rozpocząć duży projekt deweloperski w Krakowie. W rezultacie spółka prognozuje, że pod koniec 2014 r. będzie miała większy portfel zamówień niż w 2013 r.

Dziś Krajowa Izba Odwoławcza rozpatrzy skargę konkurentów konsorcjum Budimex-Hitachi na wynik przetargu na budowę bloku energetycznego w Elektrowni Turów. 18 marca PGE Górnictwo i Energetyka Konwencjonalna wybrała ofertę konsorcjum Budimeksu, Mitsubishi Hitachi Power Systems Europe i Tecnicas Reunidas w powtórnym przetargu na budowę bloku o mocy 430-450 MW w Turowie. Wartość kontraktu to blisko 4 mld zł. Odwołanie od rozstrzygnięcia przetargu złożyły Doosan oraz Shanghai Electric.

– Niestety, pozostali oferenci, którzy zostali wykluczeni, złożyli protest do Krajowej Izby Odwoławczej. Myślę, że te procedury potrwają jeszcze miesiąc. Pojawia się zatem pytanie, czy decyzja zostanie podtrzymana, jeżeli tak, to, czy pozostali oferenci będą się jeszcze odwoływali. Jeżeli nie, to bardzo szybko można z tym tematem ruszyć. A PGE potrzebuje uruchomić ten blok jak najszybciej, więc zachęcam, żeby nie spowalniać procedury, jeżeli nie ma realnych powodów do protestowania – mówi agencji informacyjnej Newseria Dariusz Blocher, prezes Budimeksu.

Po ubiegłorocznym spadku sprzedaży w części budowlanej, w tym roku spółka będzie starała się odzyskać poprzednie poziomy. Największe planowane przez Budimex inwestycje to infrastruktura, czyli drogi i kolej. Spółka zamierza startować w przetargach, których spodziewa się pod koniec roku, w III i IV kwartale. To oznacza, że w wynikach finansowych będą one miały odzwierciedlenie dopiero w kolejnych latach.

Blisko rozstrzygnięcia jest kontrakt na budowę odcinka S5, który ma połączyć Wrocław z Korzeńskiem. Jak podkreśla Blocher, oferta Budimeksu była najkorzystniejsza, choć różnice w cenach kolejnych ofert były minimalne. Spółka chce również startować w przetargach na budowę odcinków A1.

– Jest rozpisany przetarg na dokończenie kontraktu pomiędzy Tuszynem a Strykowem. Przede wszystkim jednak jesteśmy zainteresowani wybudowaniem nowej autostrady od Pyrzowic do Częstochowy. Złożyliśmy dokumenty o prekwalifikacje, i na pewno, jak będą normalne warunki kontraktowe, na tym bardzo nam zależy, będziemy składali ofertę cenową – zapowiada Dariusz Blocher.

Prezes Budimeksu dodaje jednocześnie, że silna konkurencja w przetargach na budowę dróg uniemożliwia wzrost marż do komfortowych, bezpiecznych poziomów w całej branży.

Będziemy starali się poprawić marże, ale to będą raczej symboliczne poprawy, bo cały czas spółka była rentowna. Natomiast mamy bardzo dużą konkurencję, bardzo dużo nowych podmiotów przychodzących do Polski. Nie ma takiego komfortu, że można składać oferty, które dawałyby bardzo bezpieczne marże. To jest w Polsce po prostu niemożliwe – twierdzi prezes Budimeksu.

Budimex jest kolejną spółką, która spodziewa się dobrej koniunktury na rynku mieszkaniowym. Dotyczy to zwłaszcza tańszych mieszkań – ten segment rynku wspierany jest przez państwowy program Mieszkanie dla Młodych. Spółka przygotowuje obecnie projekt deweloperski w Krakowie, który ma zaoferować mieszkania w atrakcyjnej cenie.

– Pracujemy nad dużym projektem, jeżeli chodzi o sprzedaż mieszkań w Krakowie, będziemy gotowi w połowie roku. Jeżeli ten projekt się uda, to byśmy skokowo zwiększyli przedsprzedaż mieszkań. Ale tak organicznie rośniemy o kilkanaście procent w całym roku – prognozuje Blocher.

Planowany wzrost portfela zamówień w 2014 r. względem ubiegłego roku ma pozwolić na bezpieczną wypłatę dywidendy. Tym bardziej, że spółka ma dobrą pozycję gotówkową, zarząd rekomenduje wypłatę dywidendy w wysokości 11,85 zł na akcję. O jej wielkości zdecydują akcjonariusze.

– To jest historycznie największa dywidenda w Budimeksie. Dni dywidendy i wypłaty przypadają na maj, natomiast decyzja o tym będzie podjęta na walnym zgromadzeniu. Mieliśmy dobre wyniki, pierwszy kwartał też wydaje się bardzo dobry. Nie będziemy notowali już takich spadków sprzedaży, być może odrobinę poprawimy rentowność. Nie ma przeszkód, żeby spółka dalej mogła się dzielić pieniędzmi z akcjonariuszami, chcemy to robić i chcemy być spółką dywidendową – zapowiada Dariusz Blocher.

Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy Budimeksu odbędzie się w przyszły czwartek, 24 kwietnia.

Netia: Upowszechnienie internetu w Polsce jest możliwe. Państwo powinno jednak współfinansować jego budowę

CEO Magazyn Polska

Likwidacja białych plam na szerokopasmowej mapie Polski jest możliwa, ale pod pewnymi warunkami – podkreślają przedstawiciele branży teleinformatycznej. Tam, gdzie inwestycje w budowę sieci są mało opłacalne dla przedsiębiorców, potrzebne jest zaangażowanie finansowe państwa. Firmy potrzebują również stabilnego prawa. Bez tego ryzyko dla przedsiębiorców może okazać się zbyt wysokie.

Jeśli mówimy o realizacji Narodowego Planu Szerokopasmowego (NPS) i pokryciu białych plam, to pamiętajmy, że zwroty z inwestycji mogą sięgać 20 czy nawet 30 lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mirosław Suszek, członek zarządu Netia SA. – Cele NPS są celami rządu, a nie przedsiębiorstw. Dlatego to rząd powinien wymyślić dobre mechanizmy współfinansowania – dodaje.

Jak podkreśla, technologia się zmienia, a firmy bez wsparcia środków publicznych i funduszy europejskich same nie będą w stanie sprostać wielomiliardowym inwestycjom.

Netia posiada największą w Polsce światłowodową sieć dostępową w technologii PON, która jest w tej chwili najbardziej przyszłościową technologią i umożliwia nam świadczenie usług nawet do 1 gigabita na sekundę. Zrealizowaliśmy tę inwestycję przy współudziale unijnych funduszy do poziomu 40 proc. kosztów kwalifikowanych – mówi Mirosław Suszek.

Równie ważna, co wsparcie finansowe, jest stabilność prawna.

Oprócz ryzyka biznesowego ważne dla nas jest ryzyko przepisów i regulacji – mówi członek zarządu Netii. – Odgrywa ono szczególną rolę przy inwestycjach telekomunikacyjnych, których horyzont czasowy jest bardzo długi. Niestabilność przepisów znacznie podnosi ryzyko inwestycyjne, więc zmniejszenie niepewności związanej ze zmianami w prawie pozwoliłoby zwiększyć liczbę inwestycji.

Podaje przykład tzw. megaustawy, czyli ustawy z 2010 roku o wspieraniu rozwoju usługi i sieci telekomunikacyjnych, która z założenia miała ułatwić realizację inwestycji związanych z budową infrastruktury.

Koncepcja bardzo dobra, zapis ustawy dobry, ale cały czas brakuje przepisów wykonawczych. Kiedy trzeba stosować te przepisy w praktyce, to już nie wychodzi tak dobrze – mówi przedstawiciel Netii.

Jego zdaniem, te dwa warunki, czyli wsparcie przedsiębiorstw z budżetu państwa oraz stabilne otoczenie prawne, są konieczne do tego, żeby zrealizować założenia Narodowego Planu Szerokopasmowego. W ramach rządowego projektu NPS do 2020 r. każdy Polak ma móc korzystać z internetu o prędkości co najmniej 30 Mb/s. Ponadto minimum połowa polskich gospodarstw domowych ma mieć dostęp do sieci o przepustowości przekraczającej 100 Mb/s. Nadzór nad realizacją planu sprawować będzie Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji.

Nie wzrosną płace zarządców nieruchomości komercyjnych i menedżerów projektu

CEO Magazyn Polska

Wysoka konkurencja jest głównym powodem utrzymującej się stabilizacji płac w firmach zajmujących się techniczną obsługą nieruchomości – wynika z badania Facility Management Salary & Satisfaction Survey, przeprowadzonego przez Property Talents. Większość z ankietowanych kierowników technicznych, zarządców nieruchomości i menedżerów projektu wskazała, że ich płace rosną jedynie w tempie inflacji.

– Nie ma co liczyć na duży wzrost poziomu wynagrodzeń w branży FM [Facility Management – techniczna obsługa nieruchomości red.], a jeżeli jest wzrost, to raczej symboliczny, na poziomie indeksacji inflacji. Jednak w większości przypadków raczej mówimy o obniżeniu poziomu wynagrodzeń, co jest skutkiem ostrej konkurencji na tym rynku i ponownego podziału tego rynku w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Alexander Morari, partner zarządzający Property Talents.

Wszystkie przebadane specjalizacje charakteryzują się rozpiętością zarobków rzędu 5–15 tys. zł brutto. Wyjątek stanowią zarządcy nieruchomości bez licencji, którzy zarabiają średnio w przedziale 4 tys. – 5,8 tys. zł brutto, a także pracownicy administracji średniego szczebla w firmach zajmujących się zarządzeniem nieruchomościami (5,5 tys. zł – 6 tys. zł). Najwyższe zanotowane zarobki dotyczyły kierowników projektu i zarządców nieruchomości z licencją – 18 tys. zł brutto. W tej ostatniej grupie zanotowano zarówno kilka podwyżek (od 4 do 20 proc.), jak i spadki wynagrodzeń (od 8 do 15 proc.)  wynika z danych Property Talents. W przypadku zarządców nieruchomości bez licencji zarobki nie uległy zmianie, a wśród pozostałych specjalizacji  przeważały wzrosty w tempie inflacji lub nieliczne spadki i wzrosty, sięgające 15–20 proc.

W ankiecie padło również pytanie o otwartość na zmianę pracy w ciągu kolejnych 12 miesięcy, co było powiązane z pytanie o zadowolenie z obecnego wynagrodzenia.

Około 80 proc. naszych respondentów jest gotowych i otwartych na zmianę pracy. W większości przypadków głównym powodem zmiany byłoby właśnie poszukiwanie wyższych zarobków  twierdzi partner zarządzający Property Talents.

Minimalne wymagania płacowe, jakie muszą być spełnione, by przebadani pracownicy zgodzili się zmienić pracę, okazały się być wysokie. Jednocześnie są bardzo zróżnicowane, podobnie jak płace na wyższych stanowiskach kierowniczych. Relatywnie wysokie żądania płacowe to wynik słabego wzrostu wynagrodzeń w ostatnich latach i niewielkich szans na przyspieszenie ich dynamiki w najbliższym czasie. Każda zmiana pracy łączy się z pewnymi kosztami i ryzykiem, dlatego pracownicy oczekują dużej rekompensaty ze strony nowego pracodawcy.

– Wachlarz oczekiwanego wynagrodzenia był rzędu od 15 do prawie 100 proc. więcej niż obecne wynagrodzenie. To było dużą niespodzianką, ale znowu pokazuje i odzwierciedla sytuację na rynku Facility Management w Polsce  uważa Morari.

Przebadani respondenci pracują głównie w średnich i dużych firmach (zatrudniających powyżej 100 pracowników) i są zatrudnieni w większości na podstawie umowy o pracę. Zdecydowaną mniejszość stanowią inne formy zatrudnienia, takie jak własna działalność gospodarcza czy też kontrakt menedżerski. Wśród pracowników zajmujących się zarządzaniem i utrzymaniem nieruchomości komercyjnych, na każdą zatrudnioną kobietę przypada dwóch mężczyzn.

Nie był dla nas żadną niespodzianką wynik badania pod kątem grup płciowych. Większość respondentów stanowili mężczyzn. Tak naprawdę dominują w tej branży, jest to proporcja mniej więcej 70 do 30 proc. To jednak nie oznacza, że kobiety nie zajmują pozycji związanych stricte z technicznym utrzymaniem budynków albo utrzymaniem budynków całego portfolio nieruchomości. Stroną techniczną zajmują się też kobiety. Jednak nie zdarza się to często  zaznacza Morari.

Badania satysfakcji z wynagrodzeń i innych warunków pracy to cenne informacje dla firm. Dzięki zapewnieniu respondentom anonimowości, otrzymane wyniki są bardziej wiarygodne, co pozwala pracodawcom lepiej kształtować swoją politykę zatrudnienia i płac. Także w odniesieniu do konkurencji z branży.