Odświeżony blog Deloitte z komiksami autorstwa Macieja „Zucha” Mazurka

Nowoczesne technologie i popularność mediów społecznościowych sprawiają, że pracodawcy coraz częściej wykorzystują je, aby zaprezentować swoją ofertę potencjalnym kandydatom. Dziś rusza odświeżony blog Kariera w Deloitte.

Małgorzata Wnęk-Kolaska
Małgorzata Wnęk-Kolaska, Starszy Menedżer, Lider Zespołu Doradztwa w Zakresie Zarządzania Kapitałem Ludzkim Deloitte

Jak wynika z ubiegłorocznego badania Universum przeprowadzonego wśród ponad 1,2 tys. polskich studentów, najczęściej o pracodawcy, którym są zainteresowani dowiadują się z kilku różnych, uzupełniających się źródeł. Są to ogłoszenia (76 proc.) lub targi pracy (62 proc.) oraz strona internetowa danej firmy (60 proc.). Potencjalni pracownicy coraz częściej szukają informacji także za pośrednictwem mediów społecznościowych (43 proc.). „Ta różnorodność i wielość kanałów komunikacji jest absolutnie naturalna i charakterystyczna dla pokolenia Y. Z naszych doświadczeń wynika jasno, że młodzi ludzie przed podjęciem pracy chcą dowiedzieć się o firmie jak najwięcej i dlatego poszukują dodatkowych informacji właśnie na portalach społecznościowych czy blogach. Trzeba więc mieć świadomość że kanały te w nowoczesnym HR stają się istotnymi elementami rekrutacji i budowania wizerunku.” – tłumaczy Małgorzata Wnęk-Kolaska, Starszy Menedżer, Lider Zespołu Doradztwa w Zakresie Zarządzania Kapitałem Ludzkim Deloitte.

Stąd też decyzja Deloitte o gruntownym odświeżeniu i unowocześnieniu bloga, który jest okazją do poznania firmy od środka. „Moment powrotu do pisania bloga nie jest przypadkowy. Jesteśmy właśnie na początku bardzo intensywnego okresu rekrutacji. Deloitte stawia na aktywną i dwustronną formę kontaktu z przyszłymi pracownikami. Wszystkie teksty są tworzone przez osoby, które na co dzień rekrutują, one także odpowiadają na pytania czytelników.” – mówi Krzysztof Kwiecień, Dyrektor Działu Human Resources w Polsce i Europie Środkowej w Deloitte.

Nowością, która jeszcze w większym stopniu może przyciągnąć młodych odbiorców, są komiksy autorstwa znanego rysownika Macieja „Zucha” Mazurka, twórcy popularnej strony zuchrysuje.pl. Odświeżony blog Deloitte będzie ściśle powiązany z profilami firmy na Facebooku i Twitterze.

Blog można znaleźć pod adresem http://blog.deloitte.pl/kariera/
Więcej informacji na temat kariery w Deloitte pod adresem: www.deloitte.com/pl/kariera

O Macieju Mazurku:
Od wielu lat tworzy popularny internetowy komiks „Zuch Rysuje”. Jest trzykrotnym finalistą konkursu BLOG ROKU. Wygrał kategorię ArtBlogi w konkursie BLOGROKU 2012. Strony prowadzone przez zucha to: zuchrysuje.pl i zuchpisze.pl.

Apple wprowadza CarPlay: sprytniejszy, bezpieczniejszy i fajniejszy sposób używania iPhone’a w samochodzie

Czołowi producenci samochodów wprowadzają do swoich modeli rozwiązanie CarPlay, dzięki któremu iPhone’a używa się w samochodzie inteligentniej, bezpieczniej i ciekawiej. CarPlay oferuje użytkownikom iPhone’a fantastycznie intuicyjne sposoby nawiązywania połączeń, korzystania z Map, słuchania muzyki i czytania wiadomości — zwykle wystarczy do tego jedno słowo lub dotknięcie. Użytkownik może łatwo sterować funkcjami CarPlay z samochodowego systemu multimedialnego lub po prostu nacisnąć i przytrzymać przycisk sterowania głosowego na kierownicy, by aktywować Siri — ani na chwilę nie rozpraszając przy tym swojej uwagi. Już w tym tygodniu czekają nas premiery CarPlay w samochodach Ferrari, Mercedes-Benz i Volvo, a wyposażanie swoich modeli w CarPlay planują również firmy BMW Group, Ford, General Motors, Honda, Hyundai Motor Company, Jaguar Land Rover, Kia Motors, Mitsubishi Motors, Nissan Motor Company, PSA Peugeot Citroën, Subaru, Suzuki i Toyota Motor Corp.

„CarPlay to system zaprojektowany od podstaw w taki sposób, by stworzyć kierowcom idealne warunki do korzystania z potencjału iPhone’a w samochodzie”, powiedział Greg Joswiak, wiceprezes Apple ds. marketingu iPhone’a i produktów iOS. „Użytkownicy iPhone’ów chcą mieć swoje materiały zawsze w zasięgu dłoni, a dzięki CarPlay iPhone’a można używać w samochodzie tak, by w jak najmniejszym stopniu rozpraszało to uwagę osoby kierującej. CarPlay po premierze w Genewie trafi do samochodów oferowanych przez plejadę czołowych producentów z branży motoryzacyjnej”.

Apple od ponad dziesięciu lat angażuje się w integrację elektroniki użytkowej z systemami samochodowymi. CarPlay to system głęboko przemyślany i komfortowy, dzięki któremu kierowca może skupić się na prowadzeniu, a jednocześnie w pełni korzystać z potencjału iPhone’a.

Gdy iPhone połączy się z pojazdem za pośrednictwem CarPlay, takie czynności, jak dostęp do kontaktów, nawiązywanie połączeń, oddzwanianie i odsłuchiwanie poczty głosowej, można łatwo realizować z pomocą Siri. Jeśli nadejdzie wiadomość lub powiadomienie, dzięki Siri i obsłudze głosowej kierowca będzie mógł zareagować bez odrywania wzroku od drogi, na przykład polecić odczytanie wiadomości na głos, podyktować odpowiedź lub po prostu zadzwonić.

CarPlay sprawia, że jazda z pomocą Map jest bardziej intuicyjna — na przykład cele podróży przewidywane są na podstawie niedawno odbytych podróży, w oparciu o kontakty, mejle i SMS-y, a kierowca ma do dyspozycji wskazówki dojazdu, informacje o ruchu drogowym i przewidywanym czasie dotarcia na miejsce. Można też po prostu poprosić Siri o poprowadzenie do celu. Wskazówki wypowiadane przez Siri będą na bieżąco synchronizowane z Mapami wyświetlanymi na multimedialnym ekranie samochodu.

Dzięki CarPlay kierowca ma nieskrępowany dostęp do swojej kolekcji muzyki, podcastów i audiobooków. Można wygodnie nawigować po multimediach za pośrednictwem systemu samochodowego albo po prostu poprosić Siri o zagranie tego, co chce się usłyszeć. CarPlay współpracuje także z wybranymi aplikacjami audio innych firm, takimi jak Spotify i iHeartRadio, a zatem podczas jazdy można swobodnie słuchać ulubionego radia lub transmisji sportowej przez aplikację.

Ceny i dostępność
System Apple CarPlay jest dostępny jako uaktualnienie iOS 7 i działa z iPhone’ami wyposażonymi w złącze Lightning, w tym z modelami iPhone 5s, iPhone 5c i iPhone 5. System CarPlay będzie dostępny w wybranych modelach samochodów dostarczanych klientom w roku 2014.

Dwa niedozwolone porozumienia – Oprogramowanie dla firm

0

Asseco Business Solutions narzucało swoim partnerom handlowym ceny dalszej odsprzedaży programu do zarządzania przedsiębiorstwem. Na spółkę została nałożona kara finansowa w wysokości ponad 370 tys. zł. Prezes Urzędu wydała również decyzję stwierdzającą niedozwolone porozumienie pomiędzy innym producentem oprogramowania – Raks oraz jego trzema partnerami handlowymi

Prawo antymonopolowe zakazuje niezależnym przedsiębiorcom wspólnego ustalania cen  sprzedawanych przez siebie produktów. Jedną z niedozwolonych form współpracy są porozumienia wertykalne, pomiędzy przedsiębiorcami działającymi na różnych szczeblach obrotu. Prezes UOKiK wydała dwie decyzje stwierdzające niezgodną z prawem współpracę pomiędzy producentami oprogramowania do zarządzania przedsiębiorstwem, a ich dystrybutorami.

Pierwsza z nich dotyczy spółki Asseco Business Solutions. Jest ona m.in. producentem oprogramowania marki WAPRO. Jak wykazało przeprowadzone postępowanie spółka zobowiązywała swoich hurtowych dystrybutorów do dalszej odsprzedaży  tych produktów po ustalonych z góry, sztywnych cenach.  Niedozwolona praktyka trwała 11 lat – od 2001 do 2012 roku. Spółka zastrzegła sobie możliwość sprawdzania polityki cenowej swoich partnerów handlowych, a za stosowanie stawek innych niż narzucone groziło im obniżenie przyznanych rabatów. Skutki porozumienia odczuwali przede wszystkim przedsiębiorcy, którzy kupili program WAPRO od dystrybutorów spółki i nie mogli zapłacić za niego taniej niż odgórnie ustaloną cenę.

Na Asseco Business Solutions została nałożona kara finansowa w wysokości 373 548 zł. Okolicznością łagodzącą było zaniechanie zakwestionowanej praktyki w 2012 r.

Niedozwolone porozumienie zawarła równie z spółka Raks z Warszawy razem ze swoimi partnerami handlowymi: Jeeves – Polska z Mińska Mazowieckiego, PPHU Intersystem z Krakowa oraz Prestige Group z siedzibą w Mińsku Mazowieckim. Pierwsza z wymienionych spółek jest producentem programu RAKS do zarządzania przedsiębiorstwem, pozostałe jego dystrybutorami. W tym przypadku również doszło do ustalenia sztywnych cen, po jakich partnerzy handlowi mają odsprzedawać oprogramowanie odbiorcom detalicznym. Początek niedozwolonych praktyk to rok 2000, kiedy podpisana została umowa pomiędzy Raks oraz PPHU Intersystem.  W 2007 r. do porozumienia przystąpiła Prestige Group Polska, a Jeeves –Polska w 2009.

Prezes UOKiK nakazał przedsiębiorcom zaniechanie niedozwolonych działań oraz nałożyła na nich kary finansowe w łącznej wysokości  37 016 zł.*

Decyzje nie są ostateczne, przedsiębiorcy odwołali się od nich do sądu.

Oddział Deloitte w Gdańsku przenosi się do nowej siedziby przy al. Grunwaldzkiej

Firma doradcza Deloitte inwestuje w rozwój swoich oddziałów lokalnych. Od 10 marca gdańskie biuro firmy przenosi się do nowej siedziby, w nowoczesnym kompleksie biurowym Neptun, który mieści się przy al. Grunwaldzkiej we Wrzeszczu.

Gdański oddział Deloitte, który powstał 22 lata temu, ze względu na dynamiczny rozwój gospodarczy Trójmiasta, odgrywa dużą rolę w realizacji strategii firmy. Pod względem wielkości PKB per capita województwo pomorskie w 2012 zajmowało piąte miejsce w Polsce . W liczącej ponad 1,2 mln mieszkańców aglomeracji trójmiejskiej z roku na rok dynamicznie rośnie liczba podmiotów gospodarczych. Gdańsk, Gdynia, Sopot oraz pozostałe gminy Pomorza ze względu na dogodne położenie geograficzne oraz rozwijającą się infrastrukturę są chętnie wybierane szczególnie przez firmy z sektora nowoczesnych usług dla biznesu.

Głównym impulsem rozwoju dla Gdańska było przygotowanie EURO 2012 i w tym czasie zostało zrealizowanych wiele inwestycji. Trwały rozwój miasta oraz województwa pomorskiego zapewniać mają inwestycje w nowoczesną energetykę oraz przemysł chemiczny. Potwierdzeniem mocnej pozycji regionu są powstające centra usług outsourcingowych BPO i SSC – obecnie funkcjonuje ich ponad trzydzieści. Trójmiasto stawia na rozwój branż kreatywnych (architektura, inżynieria, usługi projektowe), gospodarki morskiej, logistyki oraz usług.

W nowej siedzibie przy al. Grunwaldzkiej znajdą się między innymi: Deloitte Doradztwo Podatkowe, Deloitte Polska (dawniej: Deloitte Audyt) oraz Deloitte Legal, Pasternak, Korba i Wspólnicy Kancelaria Prawnicza.

O wyborze tego miejsca zdecydowała głównie jego atrakcyjna lokalizacja. Przez Wrzeszcz przechodzi jedna z głównych arterii komunikacyjnych Trójmiasta, łącząca centrum Gdańska z Sopotem i Gdynią. „Mając wielu klientów w Gdańsku i Trójmieście w ogóle, jak również na obrzeżach metropolii, zależy nam na atrakcyjnej lokalizacji, która będzie dla nich łatwo dostępna i zapewni wszelką niezbędną, nowoczesną infrastrukturę ułatwiającą codzienną pracę. Deloitte w Gdańsku od momentu powstania współpracuje z największymi spółkami regionu, w tym z notowanymi na GPW, jaki i średnimi przedsiębiorstwami działającymi w Trójmieście oraz w Polsce północno-wschodniej reprezentującymi różne sektory. Jesteśmy otwarci na przyszłe potrzeby rynku i szybko zmieniającego się krajobrazu gospodarczego regionu”- mówi Robert Wolszon, Dyrektor Deloitte Polska.

Nie bez znaczenia jest także to, że centrum Neptun zalicza się do tzw. „zielonych budynków”, czyli obiektów uznanych za przyjazne środowisku i użytkownikom.

Oprócz centrali w Warszawie i biura w Gdańsku, Deloitte posiada także oddziały w Poznaniu, Katowicach, Rzeszowie, Wrocławiu, Krakowie, Szczecinie i Łodzi. Obecnie w polskich strukturach Deloitte pracuje ponad 1200 osób.

Rekordowe wydobycie ropy naftowej w PGNiG. Firma zarobiła w zeszłym roku 1,9 mld złotych

CEO Magazyn Polska

Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo dzięki podwojeniu wydobycia i sprzedaży ropy naftowej osiągnęło w ubiegłym roku zysk netto w wysokości 1,92 mld zł. Grupa dysponuje najwyższymi zapasami gazu ziemnego w historii, ale wciąż notuje ujemną marżę ze sprzedaży gazu.

Kluczem do wzrostu wydobycia było uruchomienie kopalni Lubiatów i eksploatacja złoża Skarv na norweskim szelfie kontynentalnym. Wydobycie ropy naftowej i kondensatu wzrosło ponad dwukrotnie – do 1,1 mln ton w 2013 roku przy 492 tys. ton w roku 2012. Wydobycie gazu ziemnego w przeliczeniu na gaz wysokometanowy wzrosło z 4,3 do 4,6 mld m3. PGNiG zwiększył też roczne przychody o 12 proc., czyli do ponad 32 mld zł. Wynik EBITDA wyniósł 5,6 mld zł, czyli o 22 proc. więcej niż w roku 2012.

 – Największy udział w zysku EBITDA, na poziomie 60 proc., ma segment poszukiwania i wydobycia, w który zamierzamy inwestować zarówno w kraju, jak i za granicą, m.in. rozwijając projekt norweski. Restrukturyzujemy segment dystrybucji, tak, by w przyszłości pomagał generować wyższy wynik EBITDA i miał w nim większy udział – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mariusz Zawisza, prezes PGNiG.

Szef grupy uważa też, że system wsparcia wytwarzania w kogeneracji, czyli czerwone certyfikaty, poprawiłby sytuację tego segmentu. Dodał też, że segment obrotu i magazynowania zanotował ujemną marżę, -2 proc. na gazie wysokometanowym.

W IV kwartale 2013 roku grupa zanotowała stratę 162 mln zł netto wobec 2,117 mln zł zysku rok wcześniej. Tegoroczna zima była wyjątkowo łagodna i segment dystrybucji zanotował spadek wolumenów na poziomie 15 proc.

 – To oczywiste, że branża jest wrażliwa na zdarzenia pogodowe. Łagodne zimy oznaczają zmniejszenie obrotu gazem ziemnym, ale liczymy, że inne segmenty skompensują wyniki dystrybucji. Dystrybucja to stabilny segment, ale czuły na pogodę. To też będzie widoczne w wynikach po I kwartale, które opublikujemy za niecałe dwa miesiące – mówi Mariusz Zawisza.

Prezes spółki jest pozytywnie nastawiony do wyników renegocjacji z Katarem warunków dostaw gazu skroplonego do budowanego gazoportu. Umowę z Katarem zawarto kilka lat temu, przed boomem gazu łupkowego, gdy ceny były znacznie wyższe.

 – Jestem przekonany, że sukcesem zakończy się zarówno budowa terminala LNG, jak i rozmowy z Katarczykami, tak, by po zakończeniu negocjacji obie strony były usatysfakcjonowane – przekonuje prezes.

Polska grozi wetem wobec pakietu klimatycznego

CEO Magazyn Polska

Polscy politycy zapowiadają sprzeciw wobec Pakietu 2030, który zakłada m.in. 40-proc. zmniejszenie emisji dwutlenku węgla. Pakiet ma być przedmiotem unijnego szczytu w dniach 2021 marca. Polsce nie podoba się głównie brak konkretnych propozycji zróżnicowania limitu redukcji dla różnych państw. Zdaniem byłego bliskiego współpracownika Helmuta Kohla, polityka klimatyczna powinna być dostosowana do realiów każdego kraju.

 – Trzeba wypracować rozwiązania, które będą odpowiedzią na problemy w skali całej Europy, ale które będą umożliwiały istnienie odmiennych polityk poszczególnych państw, istnienie polskiej polityki, nieco innej polityki w Niemczech, a jeszcze innej np. we Francji – podkreśla Joachim Bitterlich z Europejskiej Szkoły Biznesowej ESCP Paris, były niemiecki polityk i bliski współpracownik Helmuta Kohla.

Częścią tej strategii jest polityka energetyczna. Tu w ramach pakietu klimatyczno-energetycznego Polska sprzeciwia się zaostrzaniu limitów na emisję dwutlenku węgla. Argumentuje to właśnie specyfiką polskiego przemysłu i sektora energetycznego, który w przeważającej mierze opaty jest na węglu.

 – Musi to być działanie dla dobra wspólnego. Unijna polityka, także klimatyczna, nie może być straszakiem dla konkretnego kraju, np. dla Polski – przekonuje dyplomata w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes. – Musimy przyjąć do wiadomości, że surowcem ważnym dla Polski jest węgiel. Ale jednocześnie trzeba modernizować przemysł tak, by przygotować go na wyczerpanie się zasobów.

Zróżnicowane rozwiązania powinny istnieć również w zakresie efektywności energetycznej. Jak podkreśla Joachim Bitterlich, każde z państw jest na innym etapie procesu obniżania zużycia energii.

 – Niemcy mają dziś wprawdzie znacznie niższe zużycie energii, ale wciąż muszą nad tym pracować. Francja ma w tej dziedzinie 10 lat opóźnienia, Polska około 20 – wyjaśnia Joachim Bitterlich. – Dlatego podejście do problemów musi uwzględniać specyfikę krajów, ale jednocześnie być kompatybilne w skali Europy. To jest klucz.

Umiarkowana polityka klimatyczna ułatwiłaby UE odbudowę przemysłu w Europie. Zwiększenie produkcji przemysłowej ma być metodą na wyjście gospodarek państw członkowskich z kryzysu. Już pod koniec 2012 roku Komisja Europejska przyjęła strategię reindustrializacji UE, która ma zwiększyć udział przemysłu w PKB z obecnej średniej 15,6 proc. do 20 proc. w 2020 r.

 – Kryzys gospodarczy ujawnił wszystkie słabości Europy. Próbujemy krok po kroku i pragmatycznie rozwiązywać problemy gospodarcze, ale musimy pamiętać, by w długiej perspektywie wiedzieć, w jakim kierunku wspólnie zmierzamy, jak zamierzamy tam dotrzeć i jakie są kluczowe elementy współpracy, nasze wspólne cele i jakich struktur do tego potrzebujemy. Poczekajmy na majowe wybory europejskie, a potem trzeba będzie stawić czoła tym pytaniom i problemom – mówi Joachim Bitterlich.

Polska Izba Turystyki: Turystyczny Fundusz Gwarancyjny nie jest wystarczającym zabezpieczeniem. Potrzebna nowa ustawa

CEO Magazyn Polska

Dziś Komitet Stały Rady Ministrów zajmie się długo odkładanym projektem Turystycznego Funduszu Gwarancyjnego. Jego głównym celem ma być zapewnienie środków na sprowadzenie z zagranicy turystów w przypadku bankructwa biura podróży. Zdaniem Polskiej Izby Turystyki, to może jednak nie wystarczyć.

Fundusz ma mieć osobowość prawną i być nadzorowany przez ministra sportu. Z założenia ma być drugim filarem zabezpieczeń, obok gwarancji ubezpieczeniowej lub bankowej.

 – Samo powołanie do życia funduszu gwarancyjnego nie stanowi odpowiedniego zabezpieczenia turystów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Rosset, sekretarz generalny Polskiej Izby Turystyki. – Potrzebna jest kompleksowa zmiana obowiązującej ustawy o usługach turystycznych. Naszym zdaniem powinna być ona napisana od nowa.

Jednym z problemów jest należyte oszacowanie gwarancji ubezpieczeniowych. Specjaliści podkreślają, że opłaty nie mogą być zbyt wysokie. W branży turystycznej obowiązują bardzo niskie marże i konieczność podwyższenia cen byłaby nie tylko niekorzystna dla klientów, lecz także potęgowałaby problemy całego sektora turystycznego. Projekt ministerstwa zakłada, że pieniądze do funduszu wpłacane byłyby przez organizatorów wyjazdów turystycznych. Składki miałyby wynosić do 30 zł i liczone byłyby od każdej osoby uczestniczącej w imprezie turystycznej.

 – Najistotniejszym wyzwaniem jest znalezienie rozwiązań zabezpieczających prawa turystów, ale nieobciążających zanadto kosztami biur podróży – uważa Tomasz Rosset. – Klienci muszą mieć gwarancje szybkiego i bezpiecznego powrotu do kraju w przypadku niewypłacalności touroperatora oraz pewność zwrotu poniesionych kosztów. Z drugiej strony biura podróży, by mogły funkcjonować, nie mogą zostać przytłoczone kolejnymi dodatkowymi opłatami. Być może więc będą konieczne większe zmiany w całej ustawie dotyczącej sektora turystycznego.

Po kilkunastu bankructwach biur podróży w 2012 roku pilną kwestią stało się zapewnienie środków finansowych, które pozwolą na sprowadzenie turystów do kraju w przypadku niewypłacalności touroperatora oraz wypłacanie ewentualnych odszkodowań. Obecnie obowiązujące przepisy określają wysokość gwarancji na poziomie pozwalającym pokryć te koszty, jednak w praktyce okazało się, że środki te często nie wystarczały nawet na zorganizowanie powrotu klientów do Polski. Wynikało to z nieadekwatnego określania poziomu gwarancji do sytuacji danego biura. Zdarzało się również, że touroperatorzy omijali prawo, starając się obniżyć koszty funkcjonowania firmy.

W ubiegłym miesiącu ubezpieczyciel biura podróży Sky Club, które zbankrutowało w lipcu 2012 roku, zwrócił klientom pieniądze za wykupione wówczas wycieczki. Jednak, zależnie od daty zawarcia umowy z firmą, było to tylko 38 lub 70 proc. wpłaconych kwot.

Polska jedynym krajem europejskim, który nie refunduje leków inkretynowych dla diabetyków

Prawie 30 tys. Polaków umiera co roku z powodu cukrzycy, a ponad 3 miliony żyje z tą chorobą. U wielu z nich dochodzi do ciężkich powikłań, które są przyczyną niepełnosprawności. Nadzieją dla pacjentów cierpiących na cukrzycę są innowacyjne leki inkretynowe, w tym także doustne, które obniżają ryzyko komplikacji u chorych. Od kilku lat leki inkretynowe są stosowane w Stanach Zjednoczonych oraz w większości krajów europejskich. Polska jest jedynym krajem unijnym, który ich nie refunduje. Leków tych również nie ma na obowiązującej od 1 marca nowej liście refundacyjnej.

Cukrzyca jest jedyną niezakaźną chorobą uznaną przez ONZ za epidemię XXI wieku. Szacuje się, że w Polsce cierpi na nią nawet 3,5 miliona osób, przy czym jedna trzecia z nich nie jest świadoma choroby. Każdego roku w naszym kraju notuje się prawie 30 tys. zgonów na skutek cukrzycy. U wielu chorych pojawiają się również ciężkie powikłania  naczyniowe, które są przyczyną niepełnosprawności i mogą zagrażać życiu. Przełomowym wydarzeniem dla pacjentów diabetologicznych stało się wprowadzenie leków inkretynowych. Już od kilku lat są z sukcesem wykorzystywane w leczeniu cukrzycy typu II w Stanach Zjednoczonych oraz wielu krajach europejskich.

 – To są leki o nieco innym mechanizmie niż dotychczas stosowane i mające zalety, które dla części chorych na cukrzycę są bardzo potrzebne. Przede wszystkim leki inkretynowe nie powodują hipoglikemii – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. dr hab. n. med. Edward Franek, kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych, Endokrynologii i Diabetologii szpitala MSWiA w Warszawie.

Hipoglikemia, czyli nadmierny spadek cukru we krwi, jest efektem przedawkowania doustnych leków przeciwcukrzycowych lub insuliny. Może doprowadzić m.in.: do drgawek, utraty przytomności, udaru, zaburzeń naczyniowych, a także rozwoju stopy cukrzycowej. Leki inkretynowe stymulują trzustkę do wydzielania insuliny tylko przy podwyższonym stężeniu cukru we krwi, dlatego nie wywołują hipoglikemii. Jest to szczególnie istotne w przypadku pacjentów starszych, z zaburzeniami poznawczymi, którzy mają problemy z zapamiętaniem dawki przyjmowanego leku. Duża część leków inkretynowych zmniejsza łaknienie i pozwala kontrolować masę ciała, co sprzyja leczeniu cukrzycy.

Zastosowanie tej metody leczenia w naszym kraju jest bardzo ograniczone ze względu na wysokie koszty. Nie bierze się jednak pod uwagę faktu, że leki inkretynowe pozwalają znacznie obniżyć koszty hospitalizacji związanej z występującymi w wyniku hipoglikemii komplikacjami. Polska jako jedyny kraj Unii Europejskiej nie refunduje leków inkretynowych, mimo wieloletnich protestów środowiska lekarskiego oraz Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków. Nie ma ich również na obowiązującej od 1 marca nowej liście refundacyjnej.

Profesor Franek dodaje, że bardzo istotną kwestią, poza leczeniem, jest profilaktyka cukrzycy typu II, czyli de facto profilaktyka otyłości. Według diabetologa, jedynie konsekwentne edukacyjne programy prozdrowotne realizowane we wszystkich szkołach mogą długotrwale podnieść poziom zdrowia publicznego i odciążyć budżet państwa.

Wymiana oświetlenia na energooszczędne może obniżyć rachunki gmin nawet o dwie trzecie

CEO Magazyn Polska

Inwestycja w wymianę oświetlenia konwencjonalnego na LED-owe w całej Polsce pozwoliłby rocznie zaoszczędzić tyle prądu, ile produkuje duża elektrownia o mocy 2 GW. Na wymianę gminnych lamp zdecydowała się m.in. gmina Przytyk w województwie mazowieckim i jej roczne opłaty za oświetlenie spadły z 500 tys. zł do 120 tys. zł. Teraz samorządy będą mogły także skorzystać z dofinansowania unijnego przeznaczonego na ten cel.

Całe zainstalowane w Polsce oświetlenie to ok. 10 gigawatów (GW) mocy (moc wszystkich polskich elektrowni wynosi ok. 35 GW). Oświetlenie uliczne to ok. 0,5 GW. W godzinach szczytu zapotrzebowanie całego oświetlenia na moc wynosi 3 GW. Wymiana oświetlenia konwencjonalnego na LED-owe pozwala zaoszczędzić ok. 50 proc., a wraz z dodatkowo zastosowanym sterowaniem oświetlenia nawet 80 proc. energii elektrycznej.

 – Wymiana oświetlenia w całym kraju spowodowałaby, że z 3 GW zaoszczędzilibyśmy 2 GW. Prawie taką moc będą miały dwa nowe bloki energetyczne budowane w Opolu – 1,8 GW. Mamy alternatywę: inwestycja w nową elektrownię za 10-15 mld zł lub wymiana wszystkich źródeł w Polsce na LED-owe. Przy takiej skali warto o tym rozmawiać – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Huzarewicz, prezes Philips Lighting Poland SA.

Ostatnio na wymianę całego oświetlenia zdecydowała się miejscowość Przytyk. Zastąpiła oświetleniem LED-owym ponad 1000 punktów świetlnych.

 – Wydatki na energię spadły ponad czterokrotnie – z 500 tys. zł do 120 tys. Zaoszczędzone pieniądze można było więc przeznaczyć na zawsze potrzebne w gminach inwestycje, np. w szkoły czy ośrodek zdrowia – wyjaśnia prezes Philips Lighting Poland.

Nowoczesne, oszczędne oświetlenie ma być jedną z dróg do tworzenia tzw. inteligentnych miast. Jak wskazują obserwacje firmy Philips w Polsce, coraz więcej samorządów planuje wdrażać rozwiązania z zakresu smart cities.

 – Samorządy wiedzą coraz więcej o smart city, o tym się mówi, organizuje spotkania i konferencje omawiające sprawy nowoczesnego oświetlenia i prezentujące efekty ekonomiczne. Na Opolszczyźnie wraz z Tauronem mamy projekty na wymianę około 3 tys. punktów świetlnych. To nie tylko duże, efektywne projekty, które służą społeczeństwu dzięki oszczędnościom energii, lecz także nowe miejsca pracy. Philips w Polsce produkuje i projektuje nowoczesne oprawy LED-owe – informuje Marek Huzarewicz.

Prezes Philips Lighting wskazuje też na kwestie estetyki i komfortu: dzięki modernizacji oświetlenia centra miast mogą stać się efektowne i kolorowe, a to przyciąga ludzi i biznes.

Wciąż jednak wiele gmin wstrzymuje się z inwestycjami, licząc na to, że koszty technologii będą spadać. Menadżer porównuje zmiany na rynku oświetlenia LED do zmian zachodzących wcześniej na rynku sprzętu komputerowego czy telewizorów.

 – Co trzy miesiące mamy nową generację LED-ów, które dostarczają większą ilość światła przy zużyciu mniejszej liczby energii elektrycznej, dzięki czemu spadają ceny. To proces ciągły, który sprawia, że nowe instalacje będą coraz bardziej atrakcyjne, również od strony kosztowej – przekonuje prezes Philips Lighting.

Problemem dla gmin przestaje być kwestia finansowania inwestycji w wymianę oświetlenia. Mogą one skorzystać ze środków unijnych. Nowa Perspektywa Finansowa UE na lata 2014-2020 i program Horyzont 2020 mocno stawiają na innowacyjność, nowe zielone technologie i efektywność energetyczną. Jednym z fundamentów strategii Unii Europejskiej jest tworzenie inteligentnych miast i społeczności (smart cities and communities), w którą to koncepcję idealnie wpisuje się oświetlenie LED integrowane z systemami IT czy łączone z dostępem do bezprzewodowego internetu.

 – Tych mechanizmów finansowania jest wiele. Capital Phillips oferuje finansowanie inwestycji, które gminy mogą spłacać z uzyskanych dzięki modernizacji oszczędności – mówi Marek Huzarewicz.

Jednym z takich rozwiązań jest formuła ESCO, w której wykonawca wnosi własne środki na modernizację oświetlenia, a następnie otrzymuje spłatę finansowania z uzyskanych oszczędności w zużyciu energii po realizacji przedsięwzięcia. Odbiorca, np. gmina, nie ponosi żadnych kosztów związanych z inwestycją i przez pewien czas płaci rachunki takie same jak przed inwestycją lub nieco niższe, by po uregulowaniu należności czerpać realne korzyści.

Polska Izba Książki: rządowy podręcznik uderzy w jakość i dostępność edukacji

Senat pracuje nad nowelizacją ustawy o oświacie, która zakłada m.in. przygotowanie przez MEN bezpłatnych podręczników dla uczniów szkół podstawowych. Konsultowana jest też kolejna nowelizacja, która wprowadzi m.in. mechanizm dotacji do podręczników. W ocenie Polskiej Izby Książki, która pozytywnie ocenia sam pomysł wsparcia rodziców przy zakupie podręczników, przyjęcie zapisów w obecnej formie może doprowadzić do obniżenia poziomu nauczania w szkołach publicznych i nierówności w dostępie do edukacji. Przeciwko nowym przepisom buntują się również nauczyciele. 

 System, który jest zaproponowany w nowelizacji ustawy oświatowej, spowoduje, że będziemy mieć edukacyjną Polskę A i Polskę B – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jarosław Matuszewski, przewodniczący Sekcji Wydawców Edukacyjnych w Polskiej Izbie Książki.

Izba krytycznie ocenia m.in. zaproponowaną przez MEN wysokość dotacji, która w praktyce uniemożliwi korzystanie z zeszytów ćwiczeń i innych materiałów jednorazowego użytku, co ograniczy nabywanie i utrwalanie praktycznych umiejętności przez uczniów. Przykładowo w gimnazjum roczna dotacja na ćwiczenia ma wynieść 25 zł na ucznia (dla 13 przedmiotów) czyli 1,92 zł na jeden przedmiot – wynika z wyliczeń PIK.

Jednocześnie projekt ministerstwa zakłada, że szkoły będą mogły wybrać podręczniki i ćwiczenia, których koszt jest wyższy niż dotacje MEN, pod warunkiem że zgodzi się na to organ prowadzący szkoły (np. gmina), który jednocześnie będzie musiał sfinansować dodatkowy koszt.

Środowisko wydawców argumentuje, że decyzja o wyborze dodatkowych materiałów edukacyjnych będzie zależała wyłącznie od zasobności organu prowadzącego. Tym samym na edukację lepszej jakości będzie stać wyłącznie bogatsze gminy i szkoły prywatne. Zdaniem przedstawiciela PIK, nowelizacja przepisów może spowodować, że rodzice zaczną przenosić swoje dzieci do szkół prywatnych i zapisywać je na kursy dokształcające.

 Po raz pierwszy w dziejach mamy taki system, który mówi nie o minimach, które państwo zapewni rodzicom, szkołom, nauczycielom, ale o maksimach. Będzie można tylko wziąć to, co daje ministerstwo, a nie będzie można do tego dokupić czegoś na przykład z pieniędzy fundacji, stowarzyszenia czy rady rodziców – tłumaczy Jarosław Matuszewski.

Plany MEN zakładają również wprowadzenie od 1 września 2014 r. bezpłatnego podręcznika dla uczniów pierwszych klas szkół podstawowych. Te same zasady będą dotyczyć szkół artystycznych, dając ministrowi kultury analogiczne prawa do opracowania i wydania podręczników. Według dotychczasowych przepisów, ministrowie dopuszczali do użytku szkolnego podręczniki przygotowane przez podmioty zewnętrzne.

Przeciwko nowym przepisom buntują się również nauczyciele. Jak wyjaśnia przedstawiciel PIK, to nie tylko kwestia wyboru podręcznika, z którego chcieliby uczyć, lecz także niepewności. Do września zostało mniej niż pół roku, a wciąż nie wiadomo, kto miałby podręcznik napisać ani jaka będzie jego zawartość. Zgodnie z dotychczasowymi zapowiedziami MEN, wiadomo, że podręcznik ma składać się z czterech części: polonistycznej, matematycznej, przyrodniczej i społecznej.

 – Nikt nie ma bladego pojęcia o tym, jak będzie wyglądać wrzesień tego roku. Nie ma książek, nie ma ćwiczeń, nie ma materiałów metodycznych dla nauczyciela, są zmiany w podstawie programowej. Wszystko jest nowe – podkreśla przewodniczący Sekcji Wydawców Edukacyjnych.

Przedstawiciel PIK ocenia, że podręczniki, z których dotychczas uczono w szkołach, były bardzo dobrej jakości. Dlatego też nie widzi powodu do wprowadzania radykalnych zmian i eksperymentowania.

 – W zeszłym roku to polski podręcznik został uznany w Europie za najlepszy dla klas pierwszych. To po co robimy rządowy podręcznik? – argumentuje Matuszewski. – W tej chwili są w Europie tylko cztery kraje, w których funkcjonują rządowe podręczniki jedynie słuszne. I to nie są kraje, które miałyby być dla nas wzorem, bo one wypadają fatalnie, jeśli chodzi o wyniki edukacji, czyli Grecja, Węgry, Islandia oraz Ukraina. Poza tym dzisiaj w Europie mamy tylko dwa państwa, które zażyczyły sobie bezpłatnego podręcznika: jeden to Polska, a drugi – Rosja – dodaje.

W uzasadnieniu nowelizacji napisano, że poprawność merytoryczna, dydaktyczna i wychowawcza podręczników będzie weryfikowana na etapie ich przygotowania i odbioru. Wstępne prace nad powstaniem podręcznika prowadzi obecnie Ośrodek Rozwoju Edukacji podlegający MEN.

Nowelizacja znosi ponadto przepis, który nakłada na dyrektora szkoły obowiązek podania do 15 czerwca listy obowiązujących podręczników w nadchodzącym roku szkolnym. A to oznacza, że będzie mógł to zrobić w dowolnym terminie.

Ukraiński kryzys powoduje wzrost cen ropy. Konflikt jest więc na rękę Rosji

Niepewność na rynkach, która spowodowana jest rosyjską akcją na Krymie, wymaga od inwestorów poszukiwania nowych strategii inwestycyjnych. Z jednej strony szukają bezpiecznych produktów, a z drugiej – nadzwyczajnych okazji do zarobku. Na rynku walutowym spoglądają w kierunku franka szwajcarskiego lub japońskiego jena, a na rynku surowców – na złoto, które odbija się od dna. W centrum zainteresowania jest jednak ropa naftowa.

 – Rynek ropy jest poniekąd – przynajmniej w naszej opinii – powodem, dla którego cały ten konflikt dziś oglądamy mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Jędrzejczak, dyrektor zarządzający Saxo Banku.  Rosji bardzo zależy na wzroście cen ropy.

Dochody ze sprzedaży surowca stanowią połowę rosyjskiego budżetu każdy dolar podwyżki cen ropy to 1,5 mld dolarów więcej w moskiewskim skarbcu. W ciągu ostatnich 15 lat ceny wzrosły o 50 proc. Jednak brak perspektyw na szybki wzrost popytu na ropę na świecie, rosnąca rola energii pozyskiwanej z łupków i poszukiwanie alternatywnych źródeł energii sprawiły, że są one dużo poniżej rosyjskich oczekiwań.

W ostatni poniedziałek, podczas najgorętszego okresu ostatnich wydarzeń na Krymie, cena baryłki w Londynie sięgnęła 112 dolarów  najwięcej od wielu miesięcy.

 – W naturalny sposób gospodarka rosyjska potrzebuje wzrostu. Jak można wywołać ten wzrost przy rosnącej podaży surowca w postaci ropy naftowej na świecie? Najprostszym pomysłem – choć brzmi to bardzo cynicznie – jest konflikt  tłumaczy Jędrzejczak.

Jak dodaje, w miarę wzrostu napięcia politycznego cena ropy będzie rosła.

Według dyrektora Saxo Banku, posługiwanie się w tym konflikcie sankcjami żadnej ze stron nie przyniesie pożytku.

 – Sankcje jak najbardziej są potrzebne z punktu widzenia politycznego. Natomiast z punktu widzenia ekonomicznego nie jest to już taki czarno-biały scenariusz. Na pewno politycy i decydenci ekonomiczni będą mieli bardzo twardy orzech do zgryzienia mówi Jędrzejczak.  Wystarczy spojrzeć na samą Ukrainę i zastanowić się, kto najbardziej straci na ekonomicznym upadku Ukrainy. Na pierwszej linii są europejskie banki, czyli sytuacja uderzy przede wszystkim w Europę, która od kilku lat boryka się z problemami zadłużenia.

Hodowla norek w Polsce zagrożona. Wszystko przez propozycje resortu środowiska

CEO Magazyn Polska

Ministerstwo Środowiska pod wpływem protestów ekologów chce wprowadzić norkę amerykańską hodowlaną i jenota na listę gatunków obcych dla środowiska, które w przypadku uwolnienia, zagrażają innym gatunkom. Oznaczałoby to poważne obciążenia dla hodowców, a nawet upadek hodowli w Polsce. Zdaniem przedstawicieli branży, byłoby to na rękę zagranicznym producentom.

Jeśli zamierzenia Ministerstwo Środowiska zostaną zrealizowane, hodowcy zwierząt futerkowych będą musieli uzyskiwać zezwolenie za każdym razem, gdy będą chcieli hodować, kupować czy sprzedawać norki amerykańskie hodowlane lub jenoty. Resort obawia się szkód, jakie zwierzęta mogłyby poczynić w środowisku w razie ucieczki z hodowli. Zdaniem hodowców pomysł Ministerstwa Środowiska jest merytorycznie nieuzasadniony.

 – Dysponujemy szeregiem badań naukowych, które wyraźnie wskazują na różnice pomiędzy norkami hodowlanymi a wolno żyjącymi – mówi agencji informacyjnej Newseria Szczepan Wójcik, prezes Polskiego Związku Hodowców i Producentów Zwierząt Futerkowych. – Inna jest okrywa włosowa i przewód pokarmowy. Norki hodowlane są większe, zatraciły instynkt polowania, więc nie mogą zagrażać innym gatunkom. Poza tym norka amerykańska już występuje w naszym środowisku, więc nie można jej uznać za element obcy dla niego.

Jak przekonuje Wójcik, żaden kraj należący do Unii Europejskiej nie uznaje norek hodowlanych za zwierzęta inwazyjne.

 – Jako przykład podam Danię, w której jest 20 mln norek, a tylko 5 mln mieszkańców. Nie ma tam problemów ani z ochroną środowiska, ani z ucieczkami zwierząt i nikt nie próbuje wprowadzić norek na listę gatunków inwazyjnych – mówi Wójcik.

Jego zdaniem dążenia do uznania norek hodowlanych za gatunek inwazyjny są efektem działań lobby z tego kraju. Do tej pory rynek polski był dla Duńczyków przydatny, gdyż kupowali tu paszę. Jednak pod wpływem rozwoju polskich hodowli, cała polska pasza jest obecnie sprzedawana w kraju. Polska konkurencja staje się zaś coraz bardziej niewygodna dla Duńczyków. 

 – Duńczycy zdecydowali się po prostu pozbyć polskich konkurentów. Nasz rynek jest wart 400 mln euro rocznie i Duńczycy chcą, moim zdaniem, go przejąć – twierdzi Wójcik.

Polska jest drugim – po Danii właśnie – europejskim producentem skór ze zwierząt futerkowych. W Polsce hoduje się około 4 mln norek, a na fermach zatrudnionych jest bezpośrednio 10 tys. osób. Kolejne 40 tys. jest pośrednio związanych z branżą, to m.in. producenci paszy, sprzętu czy weterynarze. Większość polskich hodowli prowadzonych jest na wschodzie kraju, czyli na terenach o wysokim bezrobociu, na których brakuje przemysłu.

Owoce morza to wciąż rzadkość na polskich stołach. Polak zjada ich ćwierć kilograma rocznie

CEO Magazyn Polska

Polacy spożywają śladowe ilości owoców morza, głównie z powodu wysokiej ceny i braku tradycji kulinarnej. W przeliczeniu na jednego mieszkańca konsumpcja ryb i owoców morza w Polsce wynosi rocznie ponad 12 kg, z czego owoce morza to zaledwie 1/4 kg. Oprócz najpopularniejszych w Polsce krewetek, które są dostępne w sklepach w postaci mrożonej, pozostałe owoce morza spożywamy głównie w restauracjach i sushi barach. 

  Z owocami morza jest bardzo słabo w naszym kraju, stanowią bardzo niewielki dodatek do diety przeciętnego Polaka – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Hryszko z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej.

Eksperci podkreślają wartości odżywcze owoców morza: są one wartościowym źródłem białka, witamin z grupy B, jodu, wapnia, selenu i fluoru. Mimo to, podobnie jak ryby, nie są jeszcze doceniane przez Polaków. Choć w 2013 roku konsumpcja ryb i owoców morza wzrosła w stosunku do poprzedniego roku, nie jest to znacząca zmiana. W 2012 roku Polacy zjedli ponad 448 tys. ton ryb i owoców morza (11,7 kg na mieszkańca), czyli o ponad 5 proc. mniej niż rok wcześniej oraz o 13 proc. mniej niż w rekordowym 2008 roku. 

 – Spożycie owoców morza w ubiegłym roku wyniosło zaledwie 1/4 kilograma w stosunku do 12,6 kg spożytych wszystkich ryb, czyli około 2–3 proc. – podkreśla Krzysztof Hryszko. – Spośród owoców morza dominują krewetki, mają 90-proc. udział.

Decydujący wpływ na niewielką skalę spożycia owoców morza w Polsce mają ich wysokie ceny oraz niewielka jeszcze dostępność. 

 – Dostęp do świeżych owoców morza jest u nas bardzo ograniczony. Oprócz krewetek, które są w sklepach dostępne w postaci mrożonej, pozostałe owoce morza spożywamy głównie w restauracjach, sushi barach – wyjaśnia Krzysztof Hryszko.

Potrawy z owoców morza są najpopularniejsze w krajach, w których się je wyławia, czyli m.in. w krajach basenu Morza Śródziemnego, które od lat są najpopularniejszym kierunkiem turystycznym Polaków.

 – Polacy coraz częściej podróżują, widzą, co się dzieje na świecie, i mam nadzieję, że w kolejnych latach ten rynek będzie się w większym stopniu rozwijał. Choć nie sądzę, żeby w kolejnych pięciu latach nastąpił zdecydowany wzrost – dodaje ekspert.

Sprawozdania finansowe od 2014 r. muszą być przygotowane według nowych zasad

Obowiązująca od tego roku nowa definicja kontroli w Międzynarodowych Standardach Sprawozdawczości Finansowej (MSSF) jest szersza i bardziej szczegółowa od tej obowiązującej w dotychczasowym polskim prawodawstwie. Zmiany w MSSF 10, 11 i 12, które muszą być stosowane we wszystkich krajach Unii Europejskiej w sprawozdaniach finansowych sporządzanych zgodnie z MSSF począwszy od 2014 r., dotyczą głównie konsolidacji spółek. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte, autorów opracowania „Kompletny obraz. Praktyczny przewodnik po MSSF”, z punktu widzenia przedsiębiorców najbardziej istotne są zmiany w MSSF 10, ponieważ uregulują kwestie, które dotychczas mogły być różnie interpretowane (np. możliwość sprawowania kontroli pomimo posiadania mniej niż 50 proc. praw głosu).

Wprowadzona w MSSF 10 nowa definicja „kontroli” nie wpływa na techniczną stronę sposobu sporządzania skonsolidowanego sprawozdania finansowego, może jednakże wpłynąć na ocenę, które jednostki – jako jednostki zależne – będą tym sprawozdaniem objęte. W praktyce oznacza to możliwość włączenia do konsolidacji tych jednostek, które do tej pory jej nie podlegały lub odwrotnie. „Zmiana ta dotyczy przede wszystkim udziałowców, którzy posiadają mniej niż 50 proc. prawa do głosu w danej inwestycji (posiadają np. 45 proc.), a w której pozostały akcjonariat jest mocno rozdrobniony lub udziałowców posiadających potencjalne prawa głosu w inwestycji (np.: opcje na akcje). Poza tym nowy standard może dotknąć również inwestorów posiadających jednostki specjalnego przeznaczenia oraz takich, którzy w swoim portfolio mają spółki komandytowe, komandytowo-akcyjne lub fundusze inwestycyjne” – wyjaśnia Marcin Samolik, Starszy Menedżer w dziale Audytu, Deloitte.

Poprzednia definicja kontroli zawarta w MSR 27 kładła nacisk przede wszystkim na aspekty formalne relacji między spółkami. Teraz dodatkowo należy kierować się subiektywną oceną, opartą na wytycznych zawartych w MSSF 10. Nowością jest także to, że zgodnie z MSSF 10 kontrolę nad inwestycją można sprawować w imieniu innych inwestorów i być tzw. agentem, co skutkuje nieujmowaniem takiej inwestycji we własnej konsolidacji. Obowiązujący od stycznia 2014 r. standard działa retrospektywnie, tzn. jeżeli w świetle nowej definicji kontroli zakres konsolidowanych jednostek jest szerszy, konieczna będzie zmiana danych porównawczych za 2013 r. „Działy finansowe w większości spółek zapewne dokonały już odpowiedniej analizy zmian, które wiążą się z wejściem w życie nowych przepisów, tym bardziej że przygotowywane sprawozdania za rok 2014 muszą być już zgodne z tymi wytycznymi” – mówi Monika Jakubczyk, Dyrektor w dziale Audytu, Deloitte.

Tymczasem nowy MSSF 10 jest dużo bardziej dokładny niż przepisy Ustawy o rachunkowości, która dziś obowiązuje polskich przedsiębiorców. Pomiędzy oboma dokumentami istnieją różnice, choćby w definiowaniu „jednostki dominującej”, „jednostki zależnej” czy „kontroli”. Do nowych standardów obowiązkowo muszą stosować się w skonsolidowanych sprawozdaniach finansowych spółki giełdowe oraz banki. Jak argumentują eksperci Deloitte, MSSF 10 może początkowo sprawiać przedsiębiorcom trudności w analizie funkcji kontroli, ale w efekcie jego wprowadzenie przyniesie pozytywne skutki, ponieważ dotychczas pole do interpretacji w tym obszarze było zbyt duże.

MSSF 11, który także wszedł w życie w styczniu tego roku, dotyczy tzw. wspólnych ustaleń umownych. Jego zastosowaniem powinni zainteresować się przede wszystkim ci inwestorzy, którzy wraz z innymi partnerami biznesowymi prowadzą wspólne ustalenie umowne. Nowy MSSF dopuszcza ustalenia umowne obejmujące wyłącznie: wspólne działania (zastępuje wspólnie kontrolowaną działalność oraz aktywa) oraz wspólne przedsięwzięcia (zastępuje wspólnie kontrolowane jednostki). MSSF 11 likwiduje także możliwość ujmowania udziału we wspólnym przedsięwzięciu metodą proporcjonalną – dopuszczalna pozostaje tylko metoda praw własności. Zmiany te dotkną przede wszystkim te grupy, w których stosowano dotychczas konsolidację proporcjonalną, a także te, w których spółki współkontrolowane sprzedające całą produkcję swoim inwestorom były ujmowane metodą praw własności. Takie spółki, według nowych przepisów, mogą zostać zaklasyfikowana jako wspólne działania.

Ostatni z nowych standardów MSSF 12 (o ujawnianiu zaangażowania w innych podmiotach) w całości dotyczy informacji ujmowanych w notach do sprawozdania finansowego. MSSF 12 wprowadza wymóg, aby spółka ujawniała informacje umożliwiające czytelnikom sprawozdania finansowego ocenę charakteru i ryzyka związanego z zaangażowaniem w inwestycję oraz wpływu inwestycji na sytuację finansową inwestora, jego wyniki finansowe i przepływy pieniężne. Obowiązkiem stosowania MSSF 12 są objęte wszystkie spółki posiadające spółki zależne, wspólne ustalenia umowne, jednostki stowarzyszone lub nieobjęte konsolidacją jednostki strukturyzowane.

Obecnie przygotowywanych sprawozdań za 2013 r. dotyczy natomiast MSSF 13, który definiuje wartość godziwą oraz zawiera wskazówki dotyczące wyceny w wartości godziwej i znacznie rozszerza zakres ujawnień informacji na jej temat w notach do sprawozdania finansowego m.in. w zakresie prezentacji „hierarchii” określania wartości godziwej. „Wedle obecnie obowiązujących przepisów wartość godziwa to cena, jaką można osiągnąć przy sprzedaży danego składnika aktywów lub przekazaniu zobowiązania uczestnikowi rynku w ramach zwykłej transakcji na dzień wyceny. Także ten MSSF jest dużo bardziej szczegółowy niż przepisy polskiej Ustawy o rachunkowości. Wszystkie te zmiany mają przyczynić się do większej przejrzystości sporządzanych sprawozdań finansowych” – mówi Paweł Tendera, Menedżer w dziale Audytu, Deloitte.

Grupa Goodyear Polska wyróżniona certyfikatem Top Employers

Po raz kolejny Goodyear Dunlop Tires Polska Sp. z o.o., Firma Oponiarska Dębica S.A. i Goodyear EEMEA Financial Services Center Sp. z o.o., czyli Centrum Usług Finansowych działające w Dębicy, które obsługuje ponad 27 krajów europejskich, otrzymały certyfikat Top Employers Polska, przyznawany co roku przez międzynarodowy Top Employers Institute* tym firmom, które prowadzą najlepszą politykę personalną.

Top Employers Institute poddał badaniu przedsiębiorstwa w krajach europejskich, w tym także w Polsce, pod względem polityki personalnej i stosowanych praktyk. W każdej organizacji zostały ocenione świadczenia podstawowe, świadczenia dodatkowe i warunki pracy, szkolenia i rozwój, rozwój kariery zawodowej oraz zarządzanie kulturą organizacyjną.

„Sukces ten ma kilka wymiarów. Pierwszy dowodzi, że zewnętrzne organizacje oceniające pracodawców postrzegają Grupę Goodyear Polska jako wyjątkowe miejsce do rozwoju, wyróżniające się na rynku dobrymi praktykami HR. Po drugie ten sukces wspiera wizerunek Grupy Goodyear jako atrakcyjnego pracodawcy i ułatwia budowanie dla przyszłych pracowników wiarygodnej oferty opartej na wartościach, postawach przywódczych i możliwościach rozwoju. Trzeci wymiar – najważniejszy – dotyczy obecnych pracowników. Podejmujemy konkretne działania, aby ich aktywnie angażować, rozwijać i dawać im poczucie realnego wpływu na biznes. Tytuł Top Employer może być powodem do dumy dla naszych pracowników, dzięki którym budujemy sieć naturalnych ambasadorów – ambasadorów Grupy Goodyear Polska”– powiedział Jacek Pryczek, Prezes Zarządu Firmy Oponiarskiej Dębica S.A. oraz Goodyear Dunlop Tires Polska Sp. z o.o.

Swoim pracownikom Grupa Goodyear Polska (GGP) oferuje stabilność zatrudnienia, uatrakcyjniany stale pakiet świadczeń, realne możliwości rozwoju w kraju i zagranicą, dba również o harmonię pomiędzy życiem prywatnym i zawodowym. Ważnym elementem EVP (ang. Employee Value Proposition) GGP jest kultura organizacyjna oparta na wspólnych wartościach, postawach przywódczych i innowacyjnym sposobie działania. Ta wyjątkowa atmosfera współpracy wpływa na chęć dzielenia się wiedzą, a wspólnym mianownikiem w relacjach pomiędzy pracownikami jest wzajemny szacunek.

Grupa Goodyear Polska osiąga wybitne wyniki biznesowe, będąc liderem rynkowym. W organizacji szczególną uwagę przywiązuje się nie tylko do tego, co pracownicy wypracowują, ale również, w jaki sposób osiągają wyznaczone cele. Wynik jest wypadkową stale rozwijanych kompetencji biznesowych, ale przede wszystkim pożądanych w organizacji postaw takich jak: odwaga, umiejętność budowania zespołów i talentów, efektywna komunikacja, zdolność rozwiązywania problemów i osiągania ponadprzeciętnych wyników.

Wiele działań inicjowanych przez HR ma na celu wspieranie postaw przywódczych i inspirowanie każdego pracownika do przejmowania odpowiedzialności zarówno za rozwój swój, jak i całej organizacji. Najlepszym przykładem tego jest cykl warsztatów dotyczących przywództwa. Wyjątkowe w tym projekcie jest to, że cały program powstał i został zrealizowany przez przedstawicieli działu personalnego we współpracy z Zarządem. Podczas warsztatów pracownicy GGP stworzyli „Good Rules” („Dobre Zasady”), tj. prosto sformułowane zasady efektywnie działającego zespołu oparte na wartościach i postawach przywódczych.

Dzięki konsekwentnej komunikacji i angażowaniu pracowników do dialogu o „Dobrych Zasadach”, GGP może zachować swoją przewagę konkurencyjną na rynku. Dodatkowo, za sprawą pozyskania wsparcia z EFS, GGP inwestowała w szkolenia doskonalące umiejętności i kompetencje pracowników. Przykładem tego jest projekt „Goodyear – dobre lata na rozwój”, który znalazł się na liście beneficjentów programu PARP. Objął on swoim zakresem kilkadziesiąt sesji szkoleniowych dla kadry zarządzającej, specjalistów i pracowników produkcyjnych, w tym szkolenia tradycyjne, e-learningowe, warsztaty i gry symulacyjne. Ponadto firma gwarantuje pracownikom bezpłatne kursy językowe, a także dofinansowanie nauki w szkołach wyższych. Niezależnie od szkoleń zewnętrznych, konsekwentnie rozwija kulturę dzielenia się wiedzą, doświadczeniami i dobrymi praktykami, czego przykładem może być budowana obecnie sieć ekspertów i trenerów wewnętrznych. Działania GGP są wiarygodne i inspirują pracowników do odważnego działania, poszukiwania i proponowania inowacyjnych rozwiązań, angażowania się we wszystkie sprawy organizacji tak, jakby to była ich własna firma.

„Dążymy do tego, aby każdy zatrudniony identyfikował się z celami firmy i jej misją, co w rezultacie zwiększa zaangażowanie pracownika, uwalnia jego potencjał i sprawia, że niemożliwe staje się możliwe. Zarząd wspiera przejmowanie na siebie odpowiedzialności przez pracowników, podejmowanie przez nich wyważonego ryzyka oraz kwestionowanie status quo. Takie zachowania budują przyszłych liderów, ludzi odważnych, innowacyjnych i nie poddających się, kiedy napotykają trudności w prowadzeniu biznesu” – powiedziała Angelika Ryfińska, Dyrektor ds. personalnych Firmy Oponiarskiej Dębica S.A. i Goodyear Dunlop Tires Polska Sp. z o.o.

Top Employers Institute opracował metodologię Top Employers, dzięki której wyróżnia liderów w dziedzinie HRM, przywództwa i strategii. Fundacja Corporate Research Foundation (CRF) powstała w 1991 r. jako wspólna inicjatywa środowiska naukowego, dziennikarzy biznesowych, stowarzyszeń handlowych, badaczy oraz międzynarodowych wydawców, w celu pokazania najlepszych praktyk z dziedziny zarządzania HR. Siedziba główna Instytutu CRF znajduje się w Holandii.

„Optymalne warunki pracy zapewniają pracownikom możliwość rozwoju osobistego i zawodowego. Z naszego kompleksowego badania wynika, że Grupa Goodyear Polska tworzy wyjątkowe środowisko pracy i zapewnia szeroką gamę inicjatyw, obejmujących nie tylko świadczenia dodatkowe i warunki pracy, ale także dobrze przemyślany system zarządzania wynikami, spójny z kulturą organizacyjną firmy” – powiedziała Magdalena Kusik, Country Manager Top Employers Institute.

Goodyear jest jednym z największych producentów opon na świecie, z centralą w Akron, w stanie Ohio, USA. Firma wytwarza opony, wyroby gumowe oraz środki chemiczne w ponad 52 zakładach w 22 krajach. Swoją działalność prowadzi w większości krajów świata. Dwa ośrodki innowacji – w Akron w stanie Ohio i Colmar-Berg w Luksemburgu rozwijają najnowocześniejsze produkty i usługi, które wyznaczają branżowe standardy w dziedzinie technologii i parametrów. Goodyear zatrudnia ok. 69 000 pracowników. W Polsce firma oferuje opony takich marek, jak: Goodyear, Dunlop, Fulda, Sava i Dębica. Jest także głównym akcjonariuszem Firmy Oponiarskiej Dębica S.A.

Rosyjski imperializm odciska piętno na rynkach

Ryszard Rusak, dyrektor inwestycyjny ds. akcji Union Investment TFI

Próba zajęcia Krymu przez Rosję, świadcząca o powrocie imperialistycznych zapędów, może w skrajnym scenariuszu stać się początkiem dużo poważniejszego i szerszego terytorialnie konfliktu. Co prawda zdecydowane działania Zachodu, mające na celu powstrzymanie Władimira Putina przed agresją, powinny przynieść zażegnanie eskalacji działań wojennych, jednak rzeczywistość rynkowa nie będzie już taka, jak dawniej. Bowiem nawet w „pozytywnym” scenariuszu pokazanie światu pazura przez rosyjski rząd, wpłynie na zmianę myślenia o bezpieczeństwie światowym i o postrzeganiu Rosji jako partnera politycznego i gospodarczego.

Patrząc z punktu widzenia inwestora giełdowego, akcje spółek rosyjskich już w ostatnich latach były bardzo słabą inwestycją. Indeks giełdy w Moskwie wzrósł w 2013 r. zaledwie o 2 proc., a w 2012 r. niewiele więcej – o 5 proc. Biorąc pod uwagę zyski na innych giełdach, nie są to wyniki imponujące. Jako główne powody niechęci inwestorów portfelowych do inwestowania na moskiewskiej giełdzie wskazuje się niski poziom corporate governance oraz uzależnienie Rosji od eksportu surowców.

W ostatnim czasie nie pomagała również zawierucha na rynkach wschodzących, w wyniku której tracił m.in. rubel. Przecena rosyjskiej waluty wpłynęła negatywnie na wycenę spółek notowanych na giełdzie. Szczególnie tych, które swoje przychody osiągają w rublu i większość kosztów ponoszą w tej walucie. Notowania GDR-ów na akcje tychże spółek (certyfikatów stosowanych przy obrocie akcjami zamiast bezpośredniego zakupu walorów) są bowiem wyceniane w dolarze. Jeśli więc rubel się osłabia, to zyski spółki w przeliczeniu na dolary automatycznie są mniej warte. To zaś wpływa niekorzystnie na końcową wycenę. Problem z walutą dotyka sporej liczby rosyjskich spółek, co w zestawieniu z gorszym zachowaniem cen surowców i brakiem reform strukturalnych przekłada się na całościowy obraz rosyjskiego rynku.

Poniedziałkowa reakcja giełdy moskiewskiej oraz pogłębiająca się słabość rubla świadczyła o jednomyślnym zamykaniu pozycji na rosyjskich aktywach. W obliczu ostatnich wydarzeń nawet częściowe odreagowanie na rosyjskich indeksach RTS i MICEX obserwowane w trakcie wtorkowej sesji nie nastraja pozytywnie do tamtejszego rynku. Wydaje się, że apetyt do inwestycji w Rosji będzie w dalszym ciągu malał i nawet bardzo niskie wyceny rosyjskich spółek (np. wskaźnik cena /zysk dla Gazpromu 2.5) nie przyciągną zagranicznego kapitału.

Opieszałość banków – Decyzje UOKiK

Zbyt późne przekazywanie do Biura Informacji Kredytowej informacji o spłacie zobowiązania często oznacza, że konsument nie dostanie kolejnego kredytu. Banki, które zwlekają z korygowaniem danych w BIK, naruszają zbiorowe interesy konsumentów. Przekonały się o tym BRE Bank, Sygma Bank, BZ WBK

Biuro Informacji Kredytowej (BIK) jest instytucją, do której trafiają informacje o zobowiązaniach finansowych konsumentów zaciągniętych w bankach lub skokach. Znajdują się tam także dane o tym, czy raty spłacane są w terminie, czy z opóźnieniem. Baza działa w oparciu o umowy zawierane z tymi instytucjami.

Ani konsument, ani BIK nie może korygować danych zawartych w bazie – może to zrobić tylko instytucja finansowa, u której mamy kredyt. Informacje, które znajdują się w BIK, są wykorzystywane przez banki lub skoki do analizy zdolności kredytowej, na ich podstawie często podejmuje się decyzje o udzieleniu kredytu. Dlatego tak ważne jest, aby instytucje finansowe po udzieleniu kredytu lub po jego spłacie niezwłocznie przekazywały do bazy informację o zadłużeniu klienta lub jego braku.

Do UOKiK wpływały skargi konsumentów na opieszałość banków w przekazywaniu informacji o spłacie zobowiązania do BIK. Przykładowo: klient nie uzyskał w zeszłym roku kredytu w ramach programu Rodzina na swoim, ponieważ jeden z banków nie poinformował BIK o tym, że zobowiązanie zostało spłacone. W związku z sygnałami konsumentów, Prezes UOKiK wszczęła postępowania, w których sprawdzała, jak niektóre banki wywiązują się z obowiązku niezwłocznego przekazywania do BIK informacji o spłacie kredytu.

W wyniku postępowań Urzędu okazało się, że trzy banki: BRE Bank, Sygma Bank, BZ WBK, zwlekają z przekazaniem takich danych nawet do 40 dni (Sygma Bank), 45 dni (BRE Bank), 50 dni (BZ WBK). W związku z tym, konsument, który spłacił jeden kredyt i chciał zaciągnąć następny mógł nie mieć zdolności kredytowej, ponieważ informacja o jego zadłużeniu nadal widniała w BIK. Klienci nie mieli także świadomości, że informacja o spłacie zadłużenia zostanie przekazana do BIK z takim opóźnieniem.

Za zbyt późne przekazywanie do BIK informacji o spłacie zobowiązania na BRE Bank została nałożona kara finansowa 1 550 919 zł, na Sygma Bank 102 572 zł. BZ WBK zobowiązał się do niezwłocznego korygowania danych w BIK, dlatego uniknął sankcji finansowej. Decyzje nie są prawomocne, ponieważ BRE Bank oraz Sygma Bank odwołały się do sądu.

To nie pierwszy raz, gdy Prezes UOKiK kwestionuje opieszałość banków w informowaniu BIK o braku zobowiązania. W grudniu 2012 roku za takie działanie Urząd nałożył karę 1,8 mln zł na bank Pekao SA. Decyzja nie jest prawomocna, ponieważ bank odwołał się do sądu.

Operatorzy pocztowi mogą już korzystać z infrastruktury Poczty Polskiej

CEO Magazyn Polska

Każda firma pocztowa działająca na rynku może bez kłopotu korzystać z infrastruktury Poczty Polskiej. Oferta operatora była dostępna już w ubiegłym roku, ale dopiero niedawno konkurenci Poczty zgłosili chęć korzystania z jej skrytek pocztowych – jednego z elementów tej infrastruktury.

Zgodnie z Prawem pocztowym Poczta Polska ma obowiązek zapewnić innym operatorom pocztowym dostęp do swojej infrastruktury. Operator w ubiegłym roku opracował regulaminy i cenniki dostępu, które zostały zatwierdzone przez Urząd Komunikacji Elektronicznej. 

 – W tym przypadku chodzi o dostęp do naszych skrzynek oddawczych, skrytek pocztowych oraz do informacji o bazie kodów adresowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Gołębiowski, dyrektor zarządzający pionem sprzedaży Poczty Polskiej. – W ubiegłym roku nikt nie zainteresował się tą ofertą, ale od nowego roku Polska Grupa Pocztowa rozpoczęła z nami współpracę w zakresie dostępu do skrytek pocztowych, które mamy w naszej sieci.

Prawo przewiduje, że dostęp do infrastruktury nie będzie bezpłatny. Stawki reguluje przygotowany przez Pocztę Polską i zatwierdzony przez UKE cennik.

 – Dla Poczty jest to dość duże wyzwanie operacyjne i logistyczne, z którym wiążą się określone koszty – wyjaśnia Łukasz Gołębiowski. – Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej stoi na straży tego, aby te cenniki były prawidłowo sformułowane, opierały się o koszty jednostkowe w tym zakresie.

Największy operator pocztowy w Polsce, mimo że nie ma takiego obowiązku, jest gotowy na poszerzenie współpracy.

 – Jeżeli nasza konkurencja wystąpi do Poczty Polskiej z konkretnymi propozycjami w tym zakresie, zostaną one rozważone – potwierdza dyrektor zarządzający. – Głos konkurencji, który mówi, że chciałby mieć dostęp do naszej infrastruktury pocztowej, korzystać z naszych usług, jest potwierdzeniem, że Poczta Polska ma zdecydowaną przewagę konkurencyjną w zakresie bezpieczeństwa, jakości, niezawodności i terminowości, i z tego się bardzo cieszymy.

Przedstawiciel Poczty zauważa jednak, że takie firmy, jak Polska Grupa Pocztowa czy InPost, bardzo mocno podkreślają swój potencjał w zakresie liczby placówek i doręczycieli. Dlatego w takiej sytuacji chyba nie muszą się posiłkować listonoszami narodowego operatora.

 – Nasi konkurenci powinni się na coś zdecydować – albo jest tak świetnie, jak mówią, albo potrzebują pomocy listonoszy operatora wyznaczonego – podkreśla Łukasz Gołębiowski.

Prezydent z wizytą w Turcji. Polska liczy na znaczący wzrost obrotów w wymianie handlowej

CEO Magazyn Polska

Prezydent Bronisław Komorowski podczas rozpoczynającej się dziś oficjalnej wizyty w Turcji będzie rozmawiał z tamtejszymi władzami m.in. o narastającym kryzysie rosyjsko-ukraińskim na Krymie, jesiennym szczycie NATO oraz polsko-tureckiej współpracy gospodarczej. Turcja to strategiczny partner gospodarczy Polski na Bliskim Wschodzie i w Azji. Polskie firmy mogą skorzystać na dynamicznie rozwijającym się rynku tureckim, a ścisła współpraca może zaowocować wspólnymi sukcesami na rynkach trzecich, np. w Afryce.

 – To będzie bardzo interesujący rok, bo wiele na styku Polski i Turcji będzie się działo – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Małgorzata Bonikowska, partner zarządzający ośrodka analitycznego THINKTANK oraz prezes Centrum Stosunków Międzynarodowych.

W ciągu ostatniej dekady Turcja znalazła się w grupie 20 największych rynków świata. Jej sukces gospodarczy jest efektem reform zapoczątkowanych w latach 80. XX wieku. Dzięki nim turecka gospodarka przekształciła się z zamkniętej i zdominowanej przez rolnictwo w gospodarkę opartą na usługach i produkcji. Od wielu lat również Polska bardzo aktywnie promuje swoją gospodarkę w Turcji. 

 – Są specjalne programy promocji polskiej gospodarki i specyficznych produktów na rynku tureckim – mówi Małgorzata Bonikowska. – Premier Erdoğan w listopadzie przywiózł ze sobą ponad 200 przedsiębiorców z Turcji do Polski. Teraz z wizytą do Turcji wybrał się prezydent Komorowski. Jest więc szansa na to, że te więzi gospodarcze i obroty handlowe będą rosły.

Turecki rynek został wybrany przez polskie Ministerstwo Gospodarki jako jeden z siedmiu najbardziej perspektywicznych na świecie dla polskich firm. W związku ze zbliżającym się 100-leciem republiki planowane są tam m.in. olbrzymie inwestycje infrastrukturalne, co otwiera wiele szans dla polskich przedsiębiorstw z różnych sektorów. Zdaniem Małgorzaty Bonikowskiej, zacieśnianie przez Polskę więzi gospodarczych z Turcją, może owocować również sukcesami na rynkach trzecich.

 – Można ją oprzeć zarówno o wspólny interes wokół Ukrainy, jak i o wspólne interesy gospodarcze na innych kontynentach, na przykład w Afryce – tłumaczy prezes Centrum Stosunków Międzynarodowych. – Turcja może być bardzo sensownym partnerem dla firm polskich do wchodzenia na rynki afrykańskie, które znamy słabo, bo nigdy tam tak naprawdę aktywnie nie byliśmy obecni.

Podkreśla, że Turcja walczy dzisiaj o Afrykę z Chińczykami. Polska natomiast ma spore szanse stać się jej partnerem w tej walce.

 – Turkom zależy, żeby mieć sensownych, poukładanych partnerów europejskich, a takim partnerem może być Polska – dodaje.

Turcja jest obecnie głównym partnerem gospodarczym Polski na Bliskim Wschodzie i w Azji. W latach 2004–2011 wymiana handlowa między krajami niemal się potroiła (wzrosła z 2 mld dol. do 5,6 mld dol.) Branże i sektory tureckiej gospodarki o największym potencjale dla polskich firm to m.in.: energetyka, sektor rolno-spożywczy, komponenty przemysłu samochodowego, budownictwo, aparatura i sprzęt medyczny, kosmetyki, chemia czy przemysł obronny.

W przyszłej współpracy gospodarczej Polski z Turcją wiele będzie zależało jednak od tego, na ile i na jakich warunkach w ciągu najbliższych kilku lat kraj ten zwiąże się z Europą.

Poza tematami współpracy gospodarczej Polskę i Turcję łączy również zaniepokojenie przyszłością Ukrainy i bezpieczeństwem w regionie.

Bardzo dobrym zwornikiem polityczno-gospodarczym tych relacji może być sytuacja na Ukrainie – ocenia Małgorzata Bonikowska. – Dlatego że i Polska i Turcja zainteresowane są nie tylko niezależnością Ukrainy, lecz także przyciągnięciem Ukrainy ku Europie, w kontrze trochę do tego, czego chciałaby Rosja. Turcja stanie po stronie Polski i po stronie Ukraińców dążących do Europy. Tę sytuację polityczną można wykorzystać również, budując ściślejsze więzi gospodarcze wokół basenu Morza Czarnego – dodaje ekspertka.

Najważniejszym źródłem sukcesu gospodarczego Turcji w ostatnich latach były reformy rządowe z 2001 r. wprowadzane wspólnie z Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Należą do nich m.in.: zmniejszenie wydatków rządowych, opanowanie inflacji, restrukturyzacja sektora bankowego czy wzmocnienie niezależności instytucji finansowych.

Wizyta polskiego prezydenta w Turcji potrwa do czwartku, 6 marca. 

Polskie banki najzdrowsze w Europie

Wyniki polskich banków za ubiegły rok nie powinny być gorsze niż w 2012 r. Według KNF-u cały sektor zarobił tylko minimalnie mniej niż rok wcześniej, mimo że dla całej gospodarki był to trudny okres. W przyszłym tygodniu swoje zyski ujawnią dwa największe banki: Pekao SA i PKO BP. – Polskie banki są najzdrowsze w Europie – uważa Wojciech Juroszek, doradca inwestycyjny AgioFunds TFI.

 – Wyniki za IV kw. banków notowanych na warszawskim parkiecie są niezłe w relacji do tego, co działo się w gospodarce, bo sytuacja była trudna. Część banków miała wynik na plusie, jednak większość – w okolicach zera. Warto zwrócić uwagę na to, jak wygląda bilans banków: to są najzdrowsze banki w Europie, są praktycznie pozbawione ryzyka kredytowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Juroszek, doradca inwestycyjny AgioFunds TFI.

Według danych Komisji Nadzoru Finansowego zysk netto sektora bankowego wyniósł w minionym roku 15 mld 426 mln zł. To oznacza niewielki spadek wobec 2012 r., gdy banki zarobiły 15 mld 467 mln zł. Z kolei w grudniu 2013 r. zysk netto sektora bankowego wyniósł 1,31 mld zł, a w całym czwartym kwartale minionego roku 3,6 mld zł.

 – W przypadku ING czy mBanku koszty ryzyka są na skrajnie niskim poziomie: 50-60 punktów bazowych. W tym kontekście trudno będzie poprawiać wyniki bez czynników zewnętrznych. Tak że wyniki są obiecujące, bo niewiele się wydarzyło negatywnego w relacji do tego, co działo się w gospodarce. Mimo że są banki drogo wycenione, jeżeli w gospodarce będzie działo się lepiej, to można liczyć na trwałą poprawę – uważa Wojciech Juroszek.

W IV kwartale zysk ING wzrósł o 31 proc., zysk mBanku  o niemal 9 proc.

Nieco gorzej Juroszek ocenia sytuację w sektorze związanym z energetyką.

 – To nie są spółki prowzrostowe, które będą ciągnęły indeksy. Nie spodziewam się dynamiki dwucyfrowej jak w przypadku innych spółek. To jest spokojny sektor, który nie jest wrażliwy na to, co się dzieje w gospodarce – mówi Newserii Biznes doradca inwestycyjny.

Natomiast zamieszki na Ukrainie, mimo że negatywnie postrzegane przez inwestorów, nie powinny w dłuższym okresie w decydujący sposób przełożyć się na sytuację polskich spółek giełdowych. Narażone są takie firmy, jak np. Fabryka Farb i Lakierów „Śnieżka”, dla których najważniejszym rynkiem zagranicznym jest właśnie Ukraina. Niedawno na łamach „Parkietu” Piotr Mikrut, prezes spółki przyznał, że ze względu na trudną sytuację finansową Ukrainy i spadek wartości hrywny, będzie to trudny rok dla zrealizowania celów sprzedażowych.

Rośnie sprzedaż AGD. Polacy będą kupować urządzenia droższe i nowocześniejsze

CEO Magazyn Polska

W 2014 roku wartość sprzedaży AGD powinna wzrosnąć o ok. 3-5 proc. – prognozuje Związek Pracodawców AGD CECED Polska. Będzie to m.in. efekt podwyżek średnich cen sprzętów, bo Polacy coraz częściej wybierają modele z wyższej półki  nowocześniejsze i bardziej energooszczędne.  

W ubiegłym roku rynek sprzedaży detalicznej przeżył kilka zawirowań związanych z problemami dystrybutorów i upadłościami hurtowników. W Hiszpanii upadłość ogłosiła grupa Fagor, co zmusiło do postawienia w stan upadłości likwidacyjnej polskich zakładów FagorMastercook.

 – Rynek wyhamował, dynamika wzrostu była zerowa, ale ochroniliśmy się przed kryzysem czy spadkami – komentuje Wojciech Konecki, dyrektor Związku Pracodawców AGD CECED Polska w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

W tym roku eksperci przewidują umiarkowany wzrost wartości sprzedaży i lekki wzrost cen.

 – Zanotujemy około 3-4 proc. wzrostu wartościowego, być może uda się nawet osiągnąć 5 proc. Wzrośnie średnia cena produktu, przede wszystkim ze względu na rosnącą sprzedaż energooszczędnych modeli z wyższej półki – komentuje dyrektor CECED Polska.

Zmienia się struktura sprzedaży: spada zainteresowanie sprzętem tradycyjnym, a rośnie – nowoczesnym i zaawansowanym technologicznie. I siłą rzeczy – droższym.

 – Te sektory rozwijają się najszybciej, przede wszystkim rośnie sprzedaż sprzętu do zabudowy meblowej. Na przykład odchodzimy powoli od na przykład kuchenek wolnostojących na rzecz piekarników i płyt ceramicznych albo indukcyjnych – komentuje Wojciech Konecki.

Obok płyt indukcyjnych – od kilku lat hitu sprzedażowego – rośnie też sprzedaż ekspresów ciśnieniowych i zaawansowanych dwudrzwiowych lodówek. Polacy są też otwarci na nowinki.

 – Cieszy nas to, że akceptację klientów znajdują zupełnie nowe produkty, jak np. suszarki do ubrań – dodaje.

Dyrektor podkreśla wzrost sprzedaży nowinek technicznych, jak chłodzone tylko powietrzem lodówki No Frost, eliminujące konieczność rozmrażania zamrażalnika. Powodzeniem cieszą się też nowoczesne żelazka ze stacją pary oraz cała paleta wyrobów dotyczących kosmetyki i pielęgnacji ciała.

Dr Irena Eris zapowiada ekspansję na rejon Zatoki Perskiej i do Azji

CEO Magazyn Polska

Producent kosmetyków, firma Dr Irena Eris zapowiada ekspansję na rynki azjatyckie i do krajów Zatoki Perskiej. Za pośrednictwem lokalnych dystrybutorów spółka chce sprzedawać tylko niektóre marki swoich kosmetyków. Członkostwo w prestiżowym Comité Colbert daje firmie szanse na nawiązanie nowych kontaktów biznesowych.

 – Dzisiaj najbardziej obiecującymi rynkami są rynki azjatyckie i Zatoki Perskiej. One są stosunkowo małe, bo kraje Zatoki nie są duże, ale za to bardzo bogate, o dużej konsumpcji, o dużej liczbie turystów. Dosyć łatwo jest tam zaistnieć z dobrymi produktami. Tak samo jak w krajach azjatyckich, jeżeli przekonamy partnera do tego, że mamy dobry produkt, to później łatwo nam jest funkcjonować – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Henryk Orfinger, prezes firmy Dr Ireny Eris.

Dodaje, że z rynków azjatyckich najtrudniejszy jest chiński ze względu na swoją specyfikę. Jednak inne kraje w regionie, takie jak Tajwan czy Korea Południowa, są bardzo obiecujące i wejście na ich rynki nie jest trudne. Henryk Orfinger dodaje, że Dr Irena Eris jako europejska spółka cieszy się dużym zaufaniem konsumentów na tych rynkach. Wyjaśnia, że firma nie wchodzi na nowe rynki z całą paletą produktów, a oferuje tylko wybrane marki w zależności od charakterystyki lokalnego rynku oraz pozyskanego dystrybutora.

 – Mamy cztery marki. Każda z nich działa w innym obszarze i rządzi się trochę innymi prawami. Rozmawiając z kontrahentami w krajach, do których chcemy wejść, mówimy o konkretnych markach, nie mówimy nigdy o całości. Szukamy zawsze dystrybutora na konkretny obszar, czy to jest farmacja, czy to jest rynek premium, czy rynek masowy – szukamy konkretnego miejsca i konkretnego dystrybutora, kogoś, kto ma wiedzę na temat tego obszaru konkretnego – mówi Orfinger.

Nawiązywanie międzynarodowych kontaktów ułatwiło przyjęcie Dr Ireny Eris do Comité Colbert. To prestiżowa francuska organizacja zrzeszająca producentów luksusowych towarów. Jej członkami są m.in. takie marki, jak: Chanel, Givenchy, Hotel Ritz w Paryżu czy Longchamp. Od 2011 r. do Comité Colbert przyjmowane są też firmy europejskie spoza Francji, a w październiku 2012 r. wyróżnienie to spotkało Dr Irenę Eris. Obecnie organizacja ma tylko sześciu międzynarodowych członków – poza polskim producentem są to: Delvaux, Herend, Leica, Montblanc oraz Moser.

Jak podkreśla prezes spółki, przyjęcie do Comité Colbert to nie tylko prestiż, lecz także możliwość łatwiejszego nawiązywania kontaktów biznesowych. Dzięki temu polska spółka zyskała dostęp do kontrahentów z najwyższej półki.

 – Dzięki członkostwu w Comité Colbert jesteśmy w stanie umawiać się na spotkania z firmami, z menadżerami czy z organizacjami, które dotychczas nie chciały z nami rozmawiać. Oczywiście o wynikach trudno mówić, bo te rozmowy często są wieloletnie, długotrwałe. Dzisiaj mówimy, że to jest dla nas prestiż, ale za chwilę, mam nadzieję, przełoży się to również na konkretne efekty biznesowe, handlowe – prognozuje Orfinger.

Na rynku pojawią się polskie smartfony i tablety biznesowe z Windowsem. Mają być konkurencją dla Apple’a i Samsunga

CEO Magazyn Polska

W tym roku rynek tabletów będzie rozwijać się w tempie 10-20 proc. – takie są oczekiwania sprzedawców przebadanych przez ABC Data. I choć to oznacza lekkie spowolnienie w stosunku do ubiegłego roku, to i tak dynamika napawa producentów optymizmem. Otwierają się także nowe szanse, choćby w segmencie biznesowym. Marka Colorovo zamierza wprowadzić na rynek tablety oparte na systemie Windows. Chce również zaistnieć w innym perspektywicznym segmencie  na rynku smartfonów.

 – Zdecydowaliśmy się produkować smartfony pod własną marką. Oczekiwany termin wprowadzenia produktu to drugi kwartał, najpóźniej koniec kwietnia, początek maja. Na początek planujemy wprowadzić trzy smartfony pod własną marką, dwa w klasie cenowej do 500 zł i jeden dla bardziej wymagających klientów. Te dwa bazowe rozwiązania są oparte na Androidzie 4.4 – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dobrosław Wereszko, członek zarządu spółki ABC Data.

Marka własna ABC Data, Colorovo, szykuje również nowości na rynku tabletów. W połowie drugiego kwartału na rynku pojawi się urządzenie oparte na systemie Windows, które będzie kierowane również do użytkowników biznesowych. 

 – Wprowadziliśmy na rynek pierwszy tablet z procesorem Intela, zbieramy pierwsze doświadczenia. W przygotowaniu to był tablet oparty na systemie Android, ale wyniki badań i oczekiwania klientów pokazały, że otwiera się przestrzeń dla rozwiązań z systemem Windows – mówi Wereszko.

Polski rynek tabletów jest dość specyficzny. W odróżnieniu od tego zachodniego, w Polsce mocną pozycją nie może pochwalić się Apple. Brak wyraźnego monopolu na rynku otwiera szanse przed mniejszymi producentami i dystrybutorami. O swoje walczy Colorovo, zwłaszcza że tablety to wciąż dość dynamicznie rosnąca kategoria na rynku. 

 – Rynek tabletów się rozwija. Nasze badanie opinii resellerów wskazuje, że partnerzy handlowi oczekują dalszych wzrostów. Jeżeli chodzi o możliwość sprzedaży i rokowania na rynku tabletów, oczekiwana stopa wzrostu rynku wynosi powyżej 10 proc. Najwięcej respondentów wskazuje przedział 10-20 proc. wzrostu. Nie jest to już wzrost tak bardzo dynamiczny, ale bardzo interesujący, i dlatego staramy się naszą ofertę rozwijać, widzimy potencjał sprzedaży dla naszych produktów – twierdzi Dobrosław Wereszko.

To wszystko efekt ery Post-PC, która coraz śmielej odsyła do lamusa tradycyjne komputery stacjonarne, zastępując je już nie tylko mobilnymi pecetami, czyli notebookami, ale także smartfonami, phabletami (połączenie smartfona i tabletu) i tabletami właśnie. Jak się okazało, tablety to nie tylko chwilowa moda, lecz także zupełnie nowa kategoria sprzętu, po który chętnie sięgają klienci. Do tej pory na polskim rynku królowały wyraźnie te najtańsze urządzenia, w cenie poniżej 500 złotych. Po wyjściu z kryzysu ten trend ma jednak szansę się zmienić. 

 – Pojawią się bardziej wymagający klienci od strony użytkowników prywatnych, którzy będą akceptować tablety o bardziej zaawansowanych specyfikacjach. To daje nam szansę przedstawiać na rynku produkty w klasie cenowej między 500 a 800 zł – mówi Wereszko.

Na tym ewolucja się jednak nie kończy, bowiem przed mniejszymi producentami otwiera się segment biznesowy, który coraz częściej sięgać ma po rozwiązania niekoniecznie z najwyższej półki.

 – Użytkownicy biznesowi, którzy są przyzwyczajeni do używania urządzeń A-brandowych znanych producentów, mogą sięgać po rozwiązania tańsze. Czyli pojawia się przestrzeń dla marki własnej, żeby przedstawiać rozwiązania dla biznesu w klasie cenowej pomiędzy 800 a 1200 złotych – tłumaczy członek zarządu ABC Data.

Sprzedaż motocykli spada kolejny rok z rzędu. Rośnie jednak rynek pojazdów importowanych i luksusowych

CEO Magazyn Polska

Sprzedaż motocykli spada począwszy od 2008 roku, który przyniósł 10,7 tys. rejestracji nowych pojazdów. W 2011 było to już tylko 9 tys. sztuk, a rok ubiegły zakończył się sprzedażą 7,4 tys. motocykli. Początek tego roku nie był lepszy. Branża liczy jednak na zahamowanie trendu wraz z bogaceniem się konsumentów.

 – Spadek możemy uznać za trwały trend – uważa Mirosław Michna, szef Zespołu Doradców dla Branży Motoryzacyjnej KPMG. – Wyniki sprzedaży ze stycznia tego roku go potwierdzają. Sprzedaż nowych motocykli spadła o 15 procent.

Sytuacja wygląda podobnie w przypadku motorowerów i skuterów. W 2008 roku zarejestrowano łącznie 136 tys. nowych jednośladów, w 2011 roku już tylko 96 tys., a w ostatnim roku – zaledwie 49 tys. egzemplarzy. To m.in. efekt dużej konkurencji ze strony pojazdów importowanych i używanych. Liczba pierwszych rejestracji używanych motocykli wzrosła o 2,5 proc. i sięgnęła 38,7 tysięcy

 – Niska sprzedaż nowych jednośladów wynika przede wszystkim z barier strukturalnych – tłumaczy Mirosław Michna. – W tym przypadku nie występuje czynnik stabilizujący w postaci zakupów przez klienta instytucjonalnego. Praktycznie nie notujemy zakupów inwestycyjnych, jak w przypadku samochodów osobowych czy użytkowych. Nabywcami motocykli i motorowerów są osoby indywidualne, a ich decyzje są w dużej mierze uzależnione od aktualnej sytuacji finansowej.

Potwierdzeniem tych słów jest zwiększający się udział w rynku marek topowych, które kierują ofertę do zamożniejszych klientów. Tacy nabywcy, dysponujący większymi zasobami finansowymi, są w mniejszym stopniu podatni na zawirowania gospodarcze.

 – Zakładając, że Polacy będą się w najbliższym okresie bogacić i nie nastąpi nawrót kryzysu gospodarczego, sprzedaż jednośladów powinna zacząć rosnąć – uważa Mirosław Michna. – I na to liczą zarówno producenci, jak i sprzedawcy.

Wersje cyfrowe gazet wciąż nie przynoszą wydawcom zysków

Prasa drukowana traci na popularności, ale wciąż to papierowe wydania przynoszą wydawnictwom zarobki. Przedstawiciele branży podkreślają, że negatywne sygnały o spadających nakładach nieco zniekształcają obraz rynku, ponieważ nie uwzględniają zjawiska, jakim jest rosnące zainteresowanie wydaniami online. Jednak elektroniczne wersje gazet, choć coraz popularniejsze i rozwijane przez wydawców, są dla nich na razie inwestycją.

  Są dobre prognozy dla rozwoju prasy, ale dla prasy na dwóch nośnikach – papierze i w wersji cyfrowej. Trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, że na razie to papier daje pieniądze, a wersja cyfrowa jest inwestycją dla prasy. I ona jeszcze będzie przez jakiś czas inwestycją – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Hoffman, dyrektor generalny Izby Wydawców Prasy (IWP).

Roczne spadki nakładów czasopism rzędu 7-8 proc. i nawet 10-11 proc. w przypadku dzienników nie budzą zaskoczenia, jednak opinie o śmierci tradycyjnych mediów wydają się przedwczesne. Według raportu „Diagnoza społecznych zachowań czytelniczych w obrębie prasy papierowej i cyfrowej. Nowe platformy dostępu do treści. Transformacja prasy” czytelnictwo wzrośnie o kilka procent w ciągu kliku lat, a media cyfrowe zrekompensują spadki sprzedaży periodyków papierowych.

 – Przez długi czas nie mówiono o drugiej, elektronicznej platformie prasowej i ograniczano się do podawania informacji o zmniejszającej się sprzedaży prasy papierowej. A to nie do końca prawdziwy przekaz: czytelnictwo przenosi się do internetu – to ewolucja, czyli zjawisko zupełnie normalne – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Hoffman, dyrektor generalny Izby Wydawców Prasy (IWP).

Raport wskazał, że prasa dla 40 proc. respondentów jest wysoce wiarygodna, zaś internet nie jest jeszcze postrzegany jako wiarygodne źródło informacji. To z jednej strony oznacza dobre perspektywy dla rozwoju i czytelnictwa tradycyjnych gazet. Z drugiej strony, wskazuje to na istniejący problem, że czytelnicy nie odróżniają prasy profesjonalnej online od samego internetu jako zbioru różnych informacji.

 – W internecie czytelnik musi sam dokonywać selekcji materiału. W profesjonalnym tytule prasowym czy internetowym robi to za niego dziennikarz: on wskazuje, co warto przeczytać. I za ten gotowy produkt czytelnik musi zapłacić. Jednak to, co za darmo jest chętniej pozyskiwane, bo nikt nie lubi płacić – mówi Hoffman.

Takie podejście to przede wszystkim domena młodych ludzi, starsi doceniają rzetelność informacji i są gotowi za nie płacić.

Dodatkowym problemem są kwestie ochrony praw autorskich i ochrony treści redakcyjnej bez względu na to, gdzie są tworzone – czy w tytułach prasowych, czy w wersjach elektronicznych, czy np. na blogach. W przypadku treści internetowych można sprzedawać dostęp do treści lub czerpać przychody z reklam.

Z badań zaprezentowanych w raporcie wynika, że Polacy wciąż uważają koszty dostępu do internetu za zbyt wysokie. Wydawcy nie mają wpływu na strategie dostawców usług sieciowych, ale sami zabiegają – zarówno w przypadku prasy, jak i w przypadku książek, o zmianę wysokości podatku VAT.

 – Upominamy się, żeby nasze internetowe produkty były opodatkowane tak samo jak prasa i książka drukowana, czyli żeby nie były opodatkowane 23 proc. VAT-em. Różnica w VAT powoduje różnice w cenach na niekorzyść internetu – podsumowuje Maciej Hoffman.

Michał Prażyński Wiceprezesem ENEA Wytwarzanie ds. Energetyki Odnawialnej

Rada Nadzorcza ENEA Wytwarzanie S.A. powołała Michała Prażyńskiego na Członka Zarządu ds. Energetyki Odnawialnej. Nowy Wiceprezes obejmie stanowisko 21 marca br. Decyzja o rozszerzeniu w ten sposób składu zarządu odpowiedzialnej za produkcję energii spółki wynika z nowej strategii korporacyjnej Grupy. ENEA zintegrowała swój obszar wytwarzania i do 2020 roku planuje sięgające 4,5 mld zł inwestycje w OZE.

Kompania Piwowarska z nowym wiceprezesem ds. finansów

Z początkiem marca 2014 r. funkcję wiceprezesa ds. finansów w Kompanii Piwowarskiej objął Mauricio Patiño Aranda. Zastąpił na tym stanowisku Jana Faryaszewskiego.

Nowy wiceprezes KP jest Kolumbijczykiem, jednak do Polski przybył z Ekwadoru. Już od wielu lat związany jest z grupą SABMiller. Od 2009 r. pełnił funkcję wiceprezesa ds. finansów i członka zarządu w Cervecería Nacional, ekwadorskiej spółce należącej do grupy. Między innymi kierował obszarem komercyjnym i zmianą nastawienia z modelu wolumenowego, skupionego na pojedynczych SKU, do podejścia portfelowego, skoncentrowanego na zarządzaniu przychodami, oraz był odpowiedzialny za opracowanie właściwych narzędzi finansowych do poprawiania efektywności marketingowej. Udało mu się zapewnić firmie stały dwucyfrowy wzrost wskaźnika MEBITA pomimo spadku wolumenu spowodowanego warunkami sprzedażowo-rynkowymi.

Wcześniej, w latach 1987–2009, pracował w innej spółce zależnej SABMiller – Bavaria S.A. w Kolumbii – gdzie zajmował kolejno stanowiska analityka finansowego, managera ds. budżetowania, dyrektora ds. rozliczeń z odbiorcami, dyrektora ds. kontroli finansowej i wreszcie dyrektora ds. planowania finansowego i analiz.

Mauricio Patiño Aranda jest z wykształcenia finansistą (studia magisterskie na Universidad EAFIT w Bogocie); dodatkowo studiował projektowanie systemów na Politécnico Gran Colombiano oraz ukończył studia MBA Universidad de Los Andes w Bogocie. Ma żonę Gladys oraz dwoje dzieci, Carolinę i Juana Diego. Jego pasją jest golf i piłka nożna.

Finansowy GIPS, czyli prezentacja wyników inwestycyjnych na światowym poziomie

W branży finansowej „GIPS” oznacza światowe standardy prezentacji wyników inwestycyjnych. Jednym z niewielu TFI w Polsce, które stosują normy GIPS jest Union Investment. Jaką korzyść mają z tego inwestorzy?
GIPS® (ang. Global Investment Performance Standards), czyli Światowe Standardy Prezentacji Wyników Zarządzania Aktywami, to zbiór uznawanych na całym świecie norm i zasad w zakresie prezentacji wyników zarządzania aktywami. Zostały one opracowane przez CFA Institute, by zapewnić inwestorom dostęp do rzetelnie opracowanych historycznych wyników inwestycyjnych, umożliwiając im obiektywną ocenę funduszy inwestycyjnych oraz portfeli w ramach usługi asset management.

Dzięki standardom GIPS klient może „prześwietlić“ firmę zarządzającą aktywami i w pełni porównać jej wyniki z innymi firmami z branży. Nie tylko polskimi, ale również zagranicznymi. – Jawność i transparentność to fundamentalne elementy profesjonalnego podejścia do zarządzania aktywami. Dlatego zdecydowaliśmy się na wdrożenie norm GIPS – wyjaśnia Małgorzata Popielewska, członek zarządu Union Investment TFI.

– Wcześniej, jako pierwsze polskie TFI, udostępniliśmy inwestorom KIID-y, a także przygotowaliśmy graficzne opracowanie czynników znacząco wpływających na wartość inwestycji. Możliwie szybkie wprowadzanie narzędzi pomagających klientom ocenić nasze fundusze to filar naszej polityki komunikacyjnej. Staramy się być przyjaźni dla klienta – dodaje.

Pomocne w ocenie funduszy, nieodzowne dla asset management

Publikacją wyników według norm GIPS powinni być szczególnie zainteresowani zamożniejsi klienci indywidualni, a także instytucje profesjonalnie zajmujące się zarządzaniem aktywami. – W przeciwieństwie do funduszy inwestycyjnych, poza metodologią GIPS nie ma jednolitych standardów prezentacji wyników portfeli asset management. Stosowanie tych standardów przez Union Investment TFI sprawia, że nasi klienci mają dostęp do wiarygodnej i rzetelnej informacji dotyczącej wyników uzyskiwanych przez Towarzystwo za okres co najmniej 5 lat – mówi Małgorzata Popielewska.

Czym jest tajemniczy „kompozyt”

W prezentacjach wyników opartych na normach GIPS natkniemy się na tajemniczo brzmiące sformułowanie „kompozyt”. Jest to zbiór portfeli, charakteryzujących się podobną strategią inwestycyjną lub celem inwestycyjnym. Prezentacja GIPS zawiera wyniki inwestycyjne kompozytów, a nie poszczególnych funduszy inwestycyjnych czy portfeli asset management. Dzięki temu klient ma możliwość oceny wyników zarządzania w szerszym kontekście niż w przypadku pojedynczych strategii inwestycyjnych.

– To ważna informacja, ponieważ klient nie ma możliwości zainwestowania aktywów bezpośrednio w kompozyt, a jedynie w fundusze inwestycyjne lub portfele asset management tworzące kompozyt – tłumaczy Małgorzata Popielewska.
GIPS w Polsce i na świecie

Wdrożenie standardów GIPS® jest dobrowolne, a cały proces stawia wysokie wymagania przed firmą zarządzającą aktywami. Konieczne jest np. poddanie się rygorystycznej weryfikacji zewnętrznego audytora. Z tego względu w Polsce standardy GIPS nie są jeszcze rozpowszechnione. Poza Union Investment TFI stosuje je m.in. PKO TFI i Skarbiec TFI. Za granicą zgodność z GIPS deklaruje również grupa Union Investment, PIMCO, Merill Lynch, Black Rock, Schroeders czy JP Morgan.

– W dobie rosnącej konkurencji na rynku asset management, także ze strony zagranicznych instytucji, zwiększają się również oczekiwania klientów. Dlatego upowszechnienie się standardów GIPS jest moim zdaniem kwestią czasu – przewiduje Małgorzata Popielewska

Kwartalną prezentację wyników zarządzania aktywami w standardzie GIPS można pobrać bezpośrednio ze strony internetowej Union Investment TFI.

Nowe szanse na dotacje jeszcze w 2014 roku

Dodatkowe fundusze z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju będą dostępne jeszcze w tym roku, jednak na składanie wniosków w wielu przypadkach pozostały już tylko trzy miesiące.

„Dostępność nowych środków może być impulsem do zweryfikowania planów inwestycyjnych firmy – jest to szansa na zastrzyk bezzwrotnego dofinansowania, którą szkoda zmarnować. Tym bardziej, że kolejna okazja w postaci środków z nowej perspektywy pojawi się dopiero w 2015 r.”– podkreśla Beata Tylman, dyrektor w zespole pomocy publicznej PwC.

W okresie od maja do lipca 2014 r. odbędzie się drugi nabór w ramach programu Demonstrator +. W tym przypadku dotacje przewidziane są dla projektów obejmujących wszystkie etapy tworzenia technologii – zaczynając od badań naukowych aż do przygotowania innowacyjnego produktu lub technologii przetestowanych na instalacji pilotażowej lub demonstracyjnej. Co ważne, projekty mogą obejmować także samą budowę instalacji pilotażowych i demonstracyjnych, jeśli służą do testowania nowych rozwiązań technologicznych.

„Zakres najbliższych konkursów jest bardzo szeroki więc już teraz warto rozpocząć prace nad projektem spełniającym kryteria. Szanse mają wszystkie firmy, które dążą do doskonalenia swoich produktów, opracowując innowacyjne rozwiązania, bez względu na obszar działania” – kontynuuje Beata Tylman. „Przykładowo, w ostatnim naborze w ramach Demonstratora+ dotację dostały tak zróżnicowane projekty jak m.in. recyklingowa technologia ciągłego odlewania drutów miedzianych, układ termiczny pieczarkarni, innowacyjna grupa opakowań kompostowalnych do kontaktu z żywnością czy środowisko programistyczne do tworzenia układów pomiarowych dla Smart Grid”

W czerwcu – lipcu 2014 planowany jest nabór wniosków w ramach programu GEKON – jednego z najbardziej obiecujących konkursów dla przedsiębiorców – który wspiera prace badawczo-rozwojowe i komercjalizację innowacyjnych technologii prośrodowiskowych. Co istotne, w ramach programu można otrzymać również wsparcie na wdrożenie wyników prac B+R do działalności.

W pierwszej połowie 2014 r. dostępne będą także dotacje przeznaczone na projekty badawczo-rozwojowe w konkretnych branżach np. Innomed dla branży medycznej (maj-lipiec 2014), Innolot

dla sektora lotniczego (czerwiec-lipiec 2014) czy CuBR – obejmujący badania w sektorze metali nieżelaznych (czerwiec-sierpień 2014).

„Nowe nabory stwarzają ogromną szansę na dofinansowanie dla przedsiębiorców z różnych branż. Pomimo iż przygotowanie dobrego projektu badawczo-rozwojowego jest zadaniem bardzo wymagającym, należy spodziewać się bardzo dużej konkurencji. Dla przypomnienia ostatnio w ramach programu GEKON wpłynęło 365 wniosków, w Działaniu 1.4 Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka w konkursie zakończonym w lutym już ponad 400, a w Programie Badań Stosowanych prawie 1700 wniosków– mówi Rafał Pulsakowski, starszy menedżer w zespole pomocy publicznej PwC. „W obliczu tak dużej konkurencji oraz złożonych zasad oceny wniosków kluczowe jest, aby zgłaszane projekty dobrze wpisywały się w cele poszczególnych konkursów i aby przemawiała za nimi dobrze przygotowana dokumentacja” – zauważa Rafał Pulsakowski.

Towar z prezentacji – masz prawo zrezygnować

0

Przedsiębiorcy sprzedający na pokazach: naczynia do gotowania oraz pościel wełnianą naruszyli prawa konsumentów. Philipiak Polska przyznawał sobie prawo do rozwiązania umowy z konsumentem zalegającym ze spłatą bez wcześniejszego wezwania. Natomiast Senlux oraz Potenza di Lana nie informowali o prawie odstąpienia od umowy

Konsument, który kupuje produkty na specjalnych pokazach organizowanych w sanatoriach, świetlicach, szkołach itp. zawiera umowy poza lokalem przedsiębiorcy. W związku z tym może skorzystać z prawa odstąpienia od zawartego kontraktu w ciągu 10 dni. Sprzedawca musi powiadomić klienta o tym prawie oraz wręczyć formularz odstąpienia. Niestety, nie zawsze przedsiębiorcy wywiązują się z tego obowiązku.

Philipiak Polska, sprzedawca naczyń do gotowania,  w umowie kupna-sprzedaży swoich produktów stosował postanowienie, które nie przewidywało obowiązku wyznaczenia kupującemu dodatkowego terminu do zapłaty, gdy zwlekał z uregulowaniem rat. Ponadto, spółka nie zwracała klientowi wpłaconych rat, gdy odstępowała od umowy z powodu niezapłacenia ceny – żądała natomiast zwrotu produktu i zastrzegała, że sprzeda go na koszt kupującego. Zgodnie z prawem, gdy konsument zwleka z zapłatą co najmniej dwóch rat, a łączna suma zaległych rat przewyższa jedną piątą umówionej ceny, przedsiębiorca powinien wyznaczyć dodatkowy termin na uregulowanie zobowiązania i dopiero po jego upływie może odstąpić od umowy. Powinien także zwrócić dotychczas wpłacone raty, gdy odstępuje od umowy. Warto podkreślić, że gdy klient nie płaci rat przedsiębiorca ma prawo, poza odstąpieniem od umowy, domagać się przed sądem odszkodowania z tytułu niewykonania umowy. Na Philipak Polska nałożono karę 62 794 zł.

Urząd wydał także decyzję dotyczącą spółki Potenza di Lana z Poznania, która m.in. sprzedaje wełnianą pościel. UOKiK ustalił, że przedsiębiorca nie wręczał konsumentom wzoru odstąpienia od umowy zawartej poza lokalem przedsiębiorstwa. Praktyka została zaniechana. Za naruszenie zbiorowych interesów konsumentów nałożona kara to 11 688 zł.

Z kolei sprzedający pościel wełnianą, Senlux z Goleniowa m.in. zastrzegał, że nie zwraca zadatku. Brakowało jednak informacji w jakich sytuacjach – w związku z tym takie postanowienie mogło zniechęcić konsumentów do odstąpienia od umowy w ustawowym terminie 10 dni. Ponadto we wzorcach umownych nie informował o tym, że klient ma prawo odstąpić od umowy w ciągu 10 dni, nie wręczał także specjalnego wzoru ułatwiającego rezygnację. Senlux zobowiązał się do zmiany praktyk.

Opisane decyzje nie są ostateczne, ponieważ spółki Philipiak Polska oraz Potenza di Lana odwołały się do sądu.

Telewizyjna loteria smsowa wprowadzała w błąd: wyrok Sądu Apelacyjnego

0

Telewizyjna loteria smsowa Serialowe kody wymień na nagrody, wprowadzała konsumentów w błąd. Sąd Apelacyjny potwierdził decyzję Prezes UOKiK i utrzymał karę pieniężną nałożoną na organizatora – spółkę Mobile Formats 

Wyrok sądu dotyczy decyzji Prezes UOKiK z czerwca 2011 roku. Urząd stwierdził wówczas m.in., że reklamy loterii Serialowe kody wymień na nagrody sugerowały, że podlega ona specjalnej kontroli Ministerstwa Finansów, a przez to jest bezpieczniejsza i uczciwsza niż inne. Prezes UOKiK uznała, że organizator loterii spółka Mobile Formats wprowadzała konsumentów w błąd i nałożyła na nią kary pieniężne  w łącznej wysokości 85 058 zł.

Sąd zgodził się ze stanowiskiem Prezes UOKiK i utrzymał nałożoną na przedsiębiorcę karę. Wyrok SOKiK z 25 lutego 2014 r.  (VI ACa 913/13) jest prawomocny.

Komentarz indeksowy BossaFX 4 marca 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 4 marca 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

KGHM prognozuje wzrost cen miedzi. W ciągu 2 lat mają wrócić do poziomu 8 tys. dolarów za tonę

CEO Magazyn Polska

Ceny miedzi zarówno w krótkim, jak i długim okresie będą rosnąć – prognozuje KGHM. Koncern spodziewa się, że w ciągu dwóch lat ceny wrócą do poziomu 8 tys. dolarów za tonę, głównie za sprawą rosnącego popytu. W tym samym czasie może pojawić się trwały deficyt na rynku miedzi, bo ilość wydobywanego surowca w istniejących i powstających kopalniach nie zaspokoi coraz większego zapotrzebowania. 

 Jestem optymistą, co do kształtowania się cen miedzi w ciągu kolejnych dwóch lat. Spodziewam się, że cena będzie powyżej 8 tys. dolarów za tonę miedzi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Romanowski, wiceprezes zarządu KGHM Polska Miedź. – Poziomy docelowe mogą być wyższe niż te rekordowe.

Miedź była najdroższa w 2011 roku – na giełdzie w Londynie tona surowca kosztowała blisko 10 tysięcy dolarów. Tylko w ciągu ostatniego roku ceny miedzi spadły o ok. 12 proc. Dziś wahają się w przedziale 7,0-7,2 tys. dolarów za tonę. Zdaniem wiceprezesa KGHM, zapotrzebowanie na surowiec będzie rosło, a wraz z nim również i ceny.

 – Mamy teraz na rynku bardzo duży popyt, przede wszystkim na produkty przetworzone. Widać to po sprzedaży naszego sztandarowego produktu, jakim jest walcówka miedziana. Działania podjęte przez chiński rząd centralny, czyli liberalizacja polityki jednego dziecka czy zwiększenie poziomu wskaźnika urbanizacji, powodują, że popyt na miedź utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie – wyjaśnia Jarosław Romanowski.

Chiny odpowiadają dziś za ok. 40 proc. globalnego popytu na surowiec. W 2012 roku światowa produkcja miedzi wyniosła 16,55 mln ton, a łącznie z surowcem pochodzącym z recyklingu – nieco ponad 20 mln ton. Z tego 19,85 mln ton skonsumowano.

Wiceprezes miedziowego koncernu prognozuje, że w dłuższym okresie ilości surowca pochodzące z nowych kopalń bądź z rozbudowanych istniejących nie wystarczą, by sprostać rosnącemu popytowi.

 – Już za dwa lata na rynku miedzi może wystąpić sytuacja trwałego deficytu – przewiduje Romanowski. – Także czynniki związane z presją kosztową w Chile i w innych dużych krajach-producentach miedzi będą impulsem do wzrostu cen.

Niższe ceny miedzi miały istotny wpływ na wyniki KGHM w 2013 roku. Do tego doszło załamanie na światowym rynku srebra – w ciągu roku potaniało o 30 proc. (dziś 1 uncja kosztuje nieco powyżej 20 dolarów) – oraz niższy kurs walutowy.

 – Koszty rodzajowe praktycznie nie wzrosły, wzrosło natomiast obciążenie podatkiem od niektórych kopalin, który obowiązywał przez cały rok.  Mimo wszystko spółka wypracowała zysk netto na poziomie ponad 3 mld 58 mln zł, co w sposób nieistotny odchylało się od styczniowych prognoz – uważa Jarosław Romanowski.

Przed rokiem zarząd prognozował zysk netto na poziomie 3 mld 204 mln zł. Niekorzystne warunki makroekonomiczne spółka niwelowała poprzez zwiększenie wolumenu sprzedaży czy obniżanie kosztów.

Wyniki finansowe pozwalają bez przeszkód kontynuować inwestycje KGHM. Szczegółowe plany inwestycyjne spółka przedstawi po zatwierdzeniu budżetu przez radę nadzorczą. 

 – Nasza sztandarowa inwestycja, największy realizowany w tej chwili projekt, czyli Sierra Gorda, jest prowadzony zgodnie z planem, a budowa kopalni zakończy się w I połowie 2014 roku – przekonuje Jarosław Romanowski.

KGHM kontynuuje inwestycje w Zagłębiu Miedziowym, m.in. projekt Głogów Głęboki Przemysłowy czy modernizacja hutnictwa. Nakłady inwestycyjne w roku 2013 wzrosły o jedną trzecią.

 – Modernizujemy nasze hutnictwo, w zeszłym roku zakończył się remont Huty Miedzi Głogów II, ale będziemy ją dalej modernizować. Stawiamy nie tylko na rozwój naszej produkcji górniczej, lecz także na nowoczesną i ekologiczną przeróbkę naszych koncentratów – wyjaśnia wiceprezes koncernu.

W bitcoinach ulokowanych może być już nawet 12 mld dolarów. Przyszłość waluty jednak zagrożona

CEO Magazyn Polska

Wartość krążących na całym świecie bitcoinów szacowana jest na 8 do 12 mld dolarów. Kurs jest jednak bardzo niestabilny, dlatego wiele osób traktuje tę cyfrową walutę bardziej jako inwestycję niż metodę płatności. Liczba bitcoinów do 2032 r. ma się niemal podwoić, a w 2040 r. ich produkcja ma zostać zakończona, by waluta ta nie zalała rynku. Nie wiadomo jednak, czy do tego czasu bitcoiny nie zostaną one zakazane.

 – Na ten moment przyszłość bitcoina stoi pod znakiem zapytania – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Chris Skinner, założyciel Financial Services Club. – Może mieć wspaniałą przyszłość, może stać się globalną cyfrową walutą dla pokolenia internetu. Jeśli jednak rządy inaczej spojrzą na bitcoina i stwierdzą, że to coś złego, że nie mogą tego uregulować, nie mogą opodatkować transakcji w bitcoinach, ponieważ odbywają się one w zaszyfrowanym formacie, i ostatecznie zadecydują, aby go zakazać, to wtedy jego przyszłość jest niewesoła.

Zaufanie do bitcoinów zostało w ostatnich tygodniach podkopane przez upadek jednej z największych giełd handlujących tą walutą, japońskiej Mt. Gox. Straty spowodowane atakami hakerskimi szacuje się na niemal pół miliarda dolarów.

W tej chwili na świecie krąży ok. 12 mln bitcoinów o łącznej wartości od 8 do 12 mld dolarów. W ciągu ubiegłego roku wartość waluty znacznie wzrosła, bo rok temu wynosiła jedynie ok. 200 mln dolarów. Taki przyrost wiąże się jednak z niestabilnością kursu. Obecnie jeden bitcoin jest wart ok. 670 dolarów, w ubiegły wtorek kosztował mniej niż 468 dolarów, a jeszcze w grudniu ubiegłego roku było to ok. 1200 dolarów. Przed wzrostem wartości w listopadzie 2013 r. kurs bitcoina utrzymywał się na stałym poziomie ok. 100-120 dolarów.

Bitcoiny są generowane w postaci cyfrowego kodu przez komputery użytkowników systemu. Ponieważ kody są skomplikowane, ich stworzenie wymaga dużej mocy obliczeniowej. Dlatego liczba bitcoinów nie zależy bezpośrednio od popytu na nie i nigdy nie będzie ich więcej niż 21 milionów. Szacuje się, że ich maksymalna liczba zostanie wydana ok. 2040 r.

 – Podobnie jak złoto, bitcoin jest sposobem na utrzymanie majątku. Kolejną zaletą jest możliwość utrzymania prywatności finansów, co nie zawsze miało miejsce w ostatnich 10 czy 20 latach – wylicza Jon Matonis, dyrektor wykonawczy Bitcoin Foundation, organizacji promującej rozwój kryptowaluty.

Transakcje są również niemal bezkosztowe na całym świecie. To, a także anonimowość przepływu gotówki, jest dużą zaletą nie tylko dla płacących, lecz także dla handlowców. Polacy szybko docenili te cechy, bo jak przypomina Matonis, zajmujemy 10. miejsce na świecie pod względem aktywności transakcji w bitcoinach.

Matonis zauważa, że jedna z wad bitcoinów – konieczność wykonywania operacji z dostępem do internetu – staje się coraz mniejszą przeszkodą z uwagi na rozpowszechnienie dostępu do sieci. Jednak Skinner ocenia, że większym problemem jest zróżnicowany status prawny tej waluty na świecie.

 – W Tajlandii bitcoin jest zakazany, w Chinach osoby prywatne mogą go używać, ale nie jest uznawany za walutę, którą można stosować w biznesie. Ameryka nienawidzi bitcoinów, ponieważ uważa, że są one stosowane do terroryzmu i prania brudnych pieniędzy, Niemcy natomiast mają bardziej akademickie podejście do bitcoina. Nie traktują go jako walutę, ale jako instrument finansowy, tak więc w większym rozumieniu może być traktowany jak akcje giełdowe – wylicza Skinner.

Dodaje, że na świecie istnieje zapotrzebowanie na cyfrową kryptowalutę. Dlatego nawet jeśli bitcoiny zostaną zakazane, szybko na ich miejsce pojawi się inna tego typu waluta. Na razie jednak bitcoiny zdominowały ten rynek. Według Skinnera z Financial Services Club szanse na rozwój lub delegalizację tej waluty są mniej więcej równe.

The Financial Services Club organizuje spotkania dla kadry zarządzającej z sektora bankowego z ważnymi przedstawicielami branży. Spotkania odbywają się w Londynie, Wiedniu, Dublinie, Edynburgu, Sztokholmie, Oslo i Warszawie.

Kopex chce sięgnąć po nowoczesne technologie Amerykanów

CEO Magazyn Polska

Wiele branż, w tym również górnictwo, obawia się umowy o wolnym handlu z USA i wiążącej się z tym silnej konkurencji z amerykańskimi firmami. Szczególnie zagrożone czują się przedsiębiorstwa z energochłonnych gałęzi przemysłu, bo energia w USA jest znacznie tańsza niż w Europie. Niektóre firmy widzą jednak dużą szansę w otwarciu rynku amerykańskiego. Kopex liczy, że dzięki temu będzie mieć ułatwiony dostęp do nowoczesnych technologii. 

 – Grupa Kopex jest branżą materiałochłonną z powodu zastosowania maszyn i urządzeń górniczych. Gdybyśmy mieli więc dostęp do nowoczesnych technologii materiałowych – a producenci w Stanach Zjednoczonych korzystają z technologii wojskowych – to wyeliminowany byłby szereg przewag konkurencyjnych, które mają producenci zza oceanu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Józef Wolski, prezes zarządu Grupy Kopex.

Zaznacza, że wszystko zależy od szczegółowych zapisów między UE a USA w negocjowanej umowie o wolnym handlu (Transatlantic Trade and Investment Partnership – TTIP).

Wiele branż, głównie energochłonnych, obawia się konsekwencji wynikających z uwolnienia rynków. To rodzi obawy, że przemysł przeniesie się z Europy do USA, gdzie koszty energii, a tym samym produkcji są znacznie niższe. 

 – Rewolucja łupkowa w Stanach Zjednoczonych doprowadziła do niespodziewanej jeszcze przed kilkoma laty sytuacji, czyli do pojawienia się również ropy, którą wydobywa się przy okazji realizacji programu wydobycia gazu łupkowego. Wzrost wydobycia tych dwóch surowców powoduje zmianę polityki amerykańskiej i stosunku do węgla – mówi dr Jerzy Kicki z Akademii Górniczo-Hutniczej. 

Jak podaje gazlupkowy.pl w 2009 roku USA stało się największym wydobywcą gazu ziemnego (745,3 mld m3), przy czym ponad 40 proc. tego surowca przypadało na źródła niekonwencjonalne (pozyskiwanie ze złóż węgla oraz łupków). W pierwszej dekadzie XXI w. średnie wydobycie gazu z łupków w USA wyniosło 51 mld m3 rocznie. Doprowadziło to do spadku cen gazu w USA i zagroziło pozycji Gazpromu jako dotychczasowego giganta w wydobyciu i eksporcie gazu ziemnego. Według Komisji Europejskiej w latach 2005-2012 indeks cen gazu dla przemysłu w państwach UE wzrósł o 35 proc., podczas gdy w USA spadł o 66 proc.

 – Jeszcze niedawno Amerykanie wydobywali ponad miliard ton węgla, teraz przewidują znaczne ograniczenia, nawet rzędu kilkuset milionów ton w bardzo krótkim czasie. To będzie wpływało na rynek węgla – pewnie w dużej ilości będzie trafiał też na rynki europejskie i będziemy musieli z nim konkurować – przewiduje dr Jerzy Kicki.

Jak podkreśla, poradzenie sobie z tym wyzwaniem, to nie jest kwestia odpowiednich zapisów w TTIP, ale dążenie do ograniczania koszów wydobycia węgla i zwiększania efektywności pracy kopalń w Polsce.

Do 2018 r. ruch w sieciach mobilnych wzrośnie dziesięciokrotnie. Odpowiada to 4 bln filmów na YouTube

W ciągu najbliższych 4-5 lat można spodziewać się dziesięciokrotnego wzrostu ruchu w sieciach mobilnych w Polsce i jedenastokrotnego wzrostu na świecie – wynika z raportu Cisco Mobile Visual Networking Index. Eksperci firmy podkreślają, że polska infrastruktura jest gotowa na takie technologiczne przyspieszenie.

Według prognoz, nakreślanych przez Cisco w raporcie VNI, do 2018 roku globalny ruch w sieciach mobilnych wzrośnie jedenastokrotnie i osiągnie 190 eksabajtów rocznie (eksabajt to miliard gigabajtów), co można przełożyć na około 42 biliony zdjęć na Instagramie czy 4 biliony filmów w YouTube.

To wynik przede wszystkim dynamicznego wzrostu liczby mobilnych połączeń z internetem, ale nie tylko pomiędzy użytkownikiem a urządzeniem mobilnym – także pomiędzy maszynami (machine-to-machine), bez ingerencji człowieka. Najlepszym przykładem są pojawiające się jak grzyby po deszczu inteligentne zegarki, które komunikują się ze smartfonami przy pomocy łączności mobilnej.

 – Bardzo dużo ruchu, chociaż w niewielkim wolumenie, będą stanowiły coraz popularniejsze połączenia z maszyny do maszyny, czyli machine-to-machine. To będzie ruch związany z telemetrią, z przekazywaniem sobie informacji przez różnego rodzaju sensory – tłumaczy Łukasz Bromirski, dyrektor sprzedaży w firmie Cisco Systems Poland.

Największym wyzwaniem mobilnego internetu jest błyskawicznie rosnący ruch wideo. Według raportu VNI ruch generowany przez aplikacje wideo wzrośnie aż czternastokrotnie, by w 2018 roku osiągnąć 69 proc. całego ruchu w sieciach mobilnych. To najszybciej rozwijający się segment spośród wszystkich kategorii aplikacji mobilnych.

W Polsce w ciągu najbliższych 4-5 lat ruch w mobilnym internecie ma wzrosnąć dziesięciokrotnie, co nasuwa pytanie, czy jesteśmy przygotowani na taki wzrost.

 – Wydaje się, że Polska jest tutaj dobrze usytuowana, jeśli chodzi o gotowość infrastruktury. Pracujemy – zresztą w zeszłym roku te prace już się zaczęły, w tym roku będziemy je kontynuować – nad uruchomieniem infrastruktury LTE z naszymi operatorami, co znakomicie przyspieszy adaptację tego typu rozwiązań mobilnych – zapewnia Bromirski.

Jak podkreśla, ważne będzie nie tylko ciągłe modernizowanie infrastruktury mobilnej, by zapewnić jak największej liczbie osób dostęp do superszybkiego internetu mobilnego, lecz także rozwijanie usług cloud computingu. Nad tym przez cały ubiegły rok pracowało Cisco i wcale nie zamierza zwalniać tempa.

 – Dużo mówimy o rozwoju naszej własnej oferty cloudowej, rozwiązań, które będą oferowane naszym partnerom i naszym klientom z chmury Cisco – zapowiada Łukasz Bromirski. – Mówimy dużo również o ISDN-ie. Zaczynamy pracować nad projektami, które są związane z tą siecią w różnych stopniach zaawansowania, z różnymi rodzajami klientów. Czyli będziemy mówili o programowalności w różnego rodzaju aspektach działania sieci naszego biznesu. Pracujemy cały czas nad jedną ofertą dla operatorów telekomunikacyjnych związanych z mobilnością – dodaje.

ISDN to cyfrowa sieć ze zintegrowanymi usługami, która nie wymaga analogowych pośredników. Jednym z takich świadczeń jest połączenie oczekujące, zatem możemy spodziewać się rozwoju tego typu usług w przyszłości.

PKP Energetyka w kwietniu wejdzie na rynek gazu. Liczy na pierwsze kontrakty jeszcze w tym półroczu

CEO Magazyn Polska

PKP Energetyka w przyszłym miesiącu chce zaoferować klientom dostawy gazu. To kolejny po energii elektrycznej oraz paliwach rynek, na który wejdzie spółka. Mocną stroną PKP Energetyki mają być dobre kontakty z dużymi odbiorcami, którzy kupują energię elektryczną. Ekspansja będzie wiązać się ze wzrostem zatrudnienia, zwłaszcza w dziale sprzedaży.

 – Wiążemy duże nadzieje z rynkiem gazu. Byliśmy na rynku energii, jak on się otwierał, więc te nasze doświadczenia będą procentować również teraz na rynku gazu, który jeszcze raczkuje, a właściwie jeszcze go nie ma – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Szwankowski, członek zarządu PKP Energetyka. – Podpisaliśmy umowę dystrybucyjną, mamy złożone wnioski taryfowe i jak wszystko pójdzie zgodnie z planem, chcemy już rozmawiać konkretnie z pierwszymi klientami na temat konkretnej oferty w kwietniu.

PKP Energetyka już w październiku ubiegłego roku uzyskała od Urzędu Regulacji Energetyki koncesję na obrót paliwami gazowymi. Spółka ma już także umowę przesyłową z Operatorem Gazociągów Przesyłowych Gaz-System, a pod koniec lutego podpisana została umowa dystrybucyjna z Polską Spółką Gazownictwa. PKP Energetyka czeka jeszcze tylko na zatwierdzenie taryf przez URE.

Szwankowski podkreśla, że przewagą konkurencyjną PKP Energetyki są kontakty z dużymi klientami, którym w tej chwili spółka sprzedaje energię elektryczną. Wielu z nich jest także dużymi odbiorcami gazu, a dzięki liberalizacji tego rynku łatwiejsza jest zmiana dostawcy.

 – Jesteśmy po wstępnych rozmowach i zainteresowanie jest. Wydaje się, że uda nam się w pierwszym półroczu dopiąć pierwsze umowy – ocenia Szwankowski. – Myślę, że na początku będziemy badać ten rynek, uczyć się razem z nim i w miarę możliwości zaczniemy sprzedawać powoli gaz naszym kluczowym klientom, z którymi mamy długoterminowe relacje, jeżeli chodzi o sprzedaż energii elektrycznej, ale często te relacje wychodzą dalej, również w obszar usług.

Szwankowski przyznaje jednak, że trend na rynku gazu w tym roku pozostaje wielką niewiadomą. Po wejściu w życie tzw. obliga giełdowego we wrześniu ubiegłego roku dominujące na rynku PGNiG musi sprzedać co najmniej 40 proc. produkcji poprzez Towarową Giełdę Energii, co rodzi niepewność co do popytu i cen.

Optymizmem napawają Szwankowskiego także dobre wyniki za 2013 r. W segmencie TPA („third party access”, czyli na zliberalizowanym rynku) PKP Energetyka zanotowała 50-proc. wzrost wolumenu sprzedaży, do 3300 GWh. Wzrosła – o 70 proc. – także liczba klientów.

By poprawić swoją ofertę gazową, PKP Energetyka planuje zwiększyć zatrudnienie w obszarze sprzedaży. 

 – Na pewno chcemy inwestować w nasze siły sprzedażowe i to wiąże się ze wzrostem zatrudnienia. Mocno inwestujemy w budowanie kompetencji, chociażby w budowanie sił sprzedażowych, ale też w naszym obszarze usług. Zeszły rok nam upłynął pod znakiem szkoleń, jeżeli chodzi o budowę infrastrukturę wysokich napięć 110 kV i wyższych – mówi Szwankowski.

Dodaje, że PKP Energetyka wzmacnia swoją pozycję także na rynku paliw płynnych. Jest drugim co do wielkości sprzedawcą paliw dla kolei w Europie. Spółka ma 18 bezobsługowych stacji paliw, na których maszyniści za pomocą kart czipowych tankują paliwo do lokomotyw spalinowych. Sprzedaż wyniosła w ubiegłym roku 38 mln litrów.

Gorączka wyprzedaży samochodów z kratką potrwa do końca marca

CEO Magazyn Polska

Jeszcze do końca miesiąca jest możliwość odliczenia pełnego podatku VAT od zakupionego samochodu z kratką. Luty przyniósł znaczące wzrosty rejestracji takich aut, szczególnie z segmentu premium. Liczba rejestracji nowych samochodów z homologacją ciężarową w marcu będzie jeszcze większa, ponieważ dealerzy będą wydawać zamówione w poprzednich miesiącach egzemplarze.

 – Kratka bardzo pobudziła sprzedaż samochodów, które cieszyły się trochę mniejszym zainteresowaniem w ostatnim czasie. W lutym było widać, zwłaszcza w drugiej połowie, że samochody z kratką zaczęły być rejestrowane. W marcu, nie tylko w naszych salonach, lecz także w pozostałych będą finalizowane transakcje zawarte dużo wcześniej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Stanisław Dojs, PR manager w Volvo.

To znacząco zwiększy liczbę marcowych rejestracji nowych aut. Instytut Samar, który monitoruje krajowy rynek motoryzacyjny, podaje, że w pierwszych dwóch dekadach lutego firmy zarejestrowały 4,5 tys. aut osobowych z homologacją ciężarową, która uprawnia do pełnego odliczenia VAT. To 10 razy więcej takich aut niż w styczniu.

 – Przypuszczalnie powtórzy się historia z lat ubiegłych. Pod koniec 2010 roku znikały korzystne przepisy dotyczące odliczenia VAT i wówczas nastąpiła prawdziwa gorączka zakupów. Klienci przychodzili do salonów i brali to, co było – przypomina Stanisław Dojs.

Od 1 stycznia wróciły na rynek tzw. samochody z kratką, czyli auta osobowe zarejestrowane jako ciężarowe. Pod koniec lutego parlament zakończył prace nad nowelizacją ustawy o podatku od towarów i usług, która zmienia zasady rozliczania podatku VAT od zakupu firmowych aut. Od 1 kwietnia w przypadku zakupu samochodu o masie do 3,5 tony (używanego zarówno w firmie, jak i prywatnie) będzie można odliczyć połowę stawki podatku VAT.

Obowiązujące jeszcze przepisy są korzystne także w przypadku leasingu samochodów przez firmy.

 – W tym okresie przejściowym [do końca marca], wybierając samochód z homologacją ciężarową, możemy odpisać VAT w pełnej wysokości. Po tym okresie przejściowym przepisy będą i tak korzystniejsze, niż te, które mieliśmy jeszcze cztery miesiące temu. Będzie można odpisać połowę VAT, wcześniej to była kwota do 6 tys. zł – tłumaczy w rozmowie z Newserią Biznes Stanisław Dojs. 

Według Samaru liczba rejestracji marki premium w przypadku Volvo zwiększyła się ze 149 szt. w styczniu do 421 tys. w lutym. 

 – Jeżeli mamy droższy samochód, to korzyść w postaci odpisu VAT jest po prostu wyższa. Dlatego ten impuls sprzedażowy dla segmentu samochodów premium był największy, ponieważ przedsiębiorcy, kupując samochód za 200-300 tys. zł, są w stanie zaoszczędzić nawet 50 tys. zł – wylicza Dojs. 

Polska liderem w produkcji i eksporcie jabłek. By utrzymać pozycję musi szukać nowych rynków zbytu

CEO Magazyn Polska

Polska jest największym w Europie producentem i największym na świecie eksporterem jabłek. Miniony rok był pod tym względem rekordowy, ale żeby utrzymać pozycję, przedsiębiorcy powinni szukać nowych rynków zbytu. Niezbędna jest także dalsza konsolidacja branży, a to utrudniają przepisy prawne.

W ubiegłym sezonie, według danych Związku Sadowników RP, Polska wyeksportowała 1,2 mln ton jabłek, w tym do samej Rosji ok. 1 mln ton, co było rekordowym wynikiem. Co roku trafia tam ok. 70-80 proc. krajowego eksportu. Rosyjscy konsumenci cenią polskie jabłka głównie ze względu na ich walory smakowe oraz stosunkowo niskie ceny. Jednak co jakiś czas tamtejsze władze grożą Polsce nałożeniem embarga na import owoców i warzyw. Zarzucają polskim dostawcom, że ich produkty zawierają zbyt wysokie pozostałości pestycydów czy opatrzone są niewłaściwie wypisanymi świadectwami fitosanitarnymi. 

 – Rosja jest największym rynkiem zbytu, natomiast trzeba pamiętać o tym, że odbudowuje zasoby własne. I w perspektywie 5-6 lat ten rynek może się skurczyć, jeżeli chodzi o potrzeby importu owoców i warzyw – przestrzega w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jolanta Kazimierska, prezes Stowarzyszenia Polskich Dystrybutorów Owoców i Warzyw „Unia Owocowa”. – Dlatego już teraz czynimy starania, żeby rozpocząć promocję polskich jabłek na innych rynkach, w tym północnoafrykańskich i arabskich oraz Dalekiego Wschodu. To są miejsca, gdzie nasze jabłko ma dużą szansę, żeby się dobrze sprzedawać.

To niejedyne zagrożenie dla branży, które może zaburzyć jej funkcjonowaniu w przyszłości. Najpoważniejszym są przepisy dotyczące tworzenia grup producenckich, czyli konsolidowania się sadowników. 

 – W wyniku przepisów Unii Europejskiej, które się zmieniły w 2012 roku, została wstrzymana organizacja rynku owoców i warzyw w Polsce ze względu na ograniczenie do minimum poziomu dofinansowywania tworzących się nowych grup producentów – mówi Jolanta Kazimierska. – Te, które są w trakcie organizacji i w trakcie uznawania, mierzą się z kolei z ciągłymi zmianami przepisów zarówno unijnych, jak i wewnętrznych, do których trzeba się dostosować. A przy tak napiętych planach, jakie mają grupy producentów, jest to naprawdę niezwykle trudna sztuka. 

Sami producenci chcą dalszej konsolidacji, bo wzmocni ona ich konkurencyjność na światowym rynku.

 – Polska w tym roku osiągnęła pierwsze miejsce w eksporcie jabłek w świecie, jesteśmy też największym producentem jabłek w Europie. Mamy potężny rynek dobrze przygotowany do handlu i do spełnienia wymagań kontrahentów właściwie z każdej strony świata. Dzięki temu, że powstały grupy, organizacje producentów, staliśmy się potężnym konkurentem – podkreśla w rozmowie z Newserią Biznes prezes „Unii Owocowej”.