Zmiany w SENT z dłuższym vacatio legis dzięki interwencji Rzecznika MŚP

17 marca 2026 r. wejdą w życie przepisy rozszerzające katalog towarów objętych systemem monitorowania drogowego i kolejowego przewozu towarów (SENT). Zmiany wynikają z rozporządzenia Ministra Finansów i Gospodarki z 10 września 2025 r. i obejmą przewozy odzieży, dodatków odzieżowych, odzieży używanej oraz obuwia spełniających określone progi wagowe lub ilościowe.

Na etapie prac legislacyjnych Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców aktywnie uczestniczył w konsultacjach projektu rozporządzenia, przedstawiając Ministrowi Finansów szczegółową opinię dotyczącą skutków nowych regulacji dla przedsiębiorców. W wystąpieniu z 28 marca 2025 r. wskazano, że projektowane przepisy wprowadzają dodatkowe obowiązki administracyjne, których naruszenie może wiązać się z wysokimi sankcjami finansowymi wynikającymi z ustawy o systemie monitorowania przewozu towarów.

W związku z tym Rzecznik postulował wydłużenie okresu vacatio legis z trzech do sześciu miesięcy, aby przedsiębiorcy mogli odpowiednio przygotować się do nowych obowiązków. Postulat ten został uwzględniony w ostatecznej wersji rozporządzenia, dzięki czemu firmy uzyskały dodatkowy czas na dostosowanie procedur logistycznych i systemów raportowania.

Rozszerzenie systemu SENT oznacza nowe obowiązki dla wielu przedsiębiorców, w szczególności z sektora handlu detalicznego, e-commerce oraz branży transportowo-logistycznej (TSL), którzy dotychczas nie byli objęci obowiązkiem monitorowania przewozów w tym systemie. Ministerstwo Finansów wskazuje, że celem wprowadzenia zmian jest ograniczenie szarej strefy w obrocie odzieżą i obuwiem importowanymi z państw trzecich, przeciwdziałanie przestępstwom skarbowym oraz zwiększenie bezpieczeństwa rynku poprzez eliminowanie towarów niespełniających standardów jakości.

W środowisku przedsiębiorców opinie dotyczące nowych regulacji pozostają zróżnicowane. Część firm zwraca uwagę na dodatkowe obowiązki administracyjne, które wiążą się z funkcjonowaniem systemu. Jednocześnie przedstawiciele branży odzieżowej i obuwniczej od dłuższego czasu wskazują na skalę nielegalnego obrotu oraz problem nieuczciwej konkurencji wynikającej z importu towarów z pominięciem należnych ceł i podatków.

Rozszerzenie systemu SENT o nowe grupy towarów wymaga od przedsiębiorców odpowiedniego przygotowania organizacyjnego i technologicznego. Wydłużony okres vacatio legis pozwala firmom uporządkować procedury logistyczne, dostosować systemy raportowania oraz przygotować zespoły operacyjne do nowych obowiązków. Ma to zdecydowanie znaczenie dla mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw” – wskazuje Dagmara Rybicka, Zastępca Dyrektora Gabinetu i Rzecznik Prasowy w Biurze Rzecznika MŚP.

Niniejsza treść jest wyłączenie informacją na temat wprowadzanych zmian i nie stanowi wykładni obowiązującego prawa.

GPW przenosi notowania na miejskie ekrany, wzorem NASDAQ

Ponad 70% Polaków deklaruje, że potrzebuje większej wiedzy o funkcjonowaniu rynku kapitałowego. W odpowiedzi na te wyniki Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie wraz z Digital Network uruchomiła projekt GPW 24/7 – pierwszy w Europie giełdowy kanał informacyjno-edukacyjny w technologii Digital Out of Home (DOOH).

To innowacyjne przedsięwzięcie przenosi notowania giełdowe oraz krótkie treści edukacyjne z ekranów komputerów i aplikacji inwestycyjnych bezpośrednio do przestrzeni miejskiej. Na 58 wielkoformatowych ekranach w Gdyni, Katowicach, Łodzi, Poznaniu, Szczecinie, Warszawie i Wrocławiu, w kluczowych godzinach sesji (9:00–10:00 oraz 16:00–19:00), prezentowane są aktualne notowania indeksów WIG, WIG20, mWIG40 i sWIG80, a także największe wzrosty, spadki i spółki o najwyższych obrotach. Równolegle emitowane są krótkie materiały wyjaśniające podstawowe mechanizmy rynku – czym jest indeks, jak działa oferta publiczna czy na czym polega dywersyfikacja portfela.

– „Projekt GPW 24/7 to nowy sposób komunikacji z odbiorcami. Przenosimy Giełdę do przestrzeni miejskiej, by pokazać, że rynek kapitałowy jest bliżej, niż wielu osobom się wydaje. Notowania na ekranach DOOH to nie tylko źródło informacji, ale także zaproszenie do świata inwestycji – dynamicznego, otwartego i dostępnego dla każdego, kto chce lepiej rozumieć gospodarkę” – podkreśla Tomasz Bardziłowski, Prezes Zarządu GPW.

Edukacja jako odpowiedź na realną lukę wiedzy

Inicjatywa ma charakter systemowy i edukacyjny. Badania pokazują, że mimo rosnącej popularności inwestowania, zdecydowana większość Polaków (70%) wciąż nie czuje się kompetentna w obszarze rynków kapitałowych. GPW chce zmienić ten stan rzeczy, wychodząc z przekazem poza środowisko profesjonalnych inwestorów. Treści przygotowywane przez Digital Network w porozumieniu z GPW mają nie tylko informować o bieżącej sytuacji rynkowej, lecz także budować podstawową świadomość ekonomiczną. W przyszłości projekt może stać się również platformą merytorycznej prezentacji dla spółek publicznych oraz instytucji finansowych.

– „Dzięki wykorzystaniu sieci wielkoformatowych ekranów DOOH nowa inicjatywa GPW ma możliwość dotarcia co dzień do grupy ponad 13 milionów odbiorców, wychodząc poza parkiet i stając się skutecznym narzędziem upowszechniania wiedzy o rynku kapitałowym, wspierającym codzienne decyzje finansowe Polaków” – zaznacza Damian Rezner, dyrektor operacyjny Screen Network, spółki zależnej Digital Network.

Projekt inspirowany rozwiązaniami z USA

GPW 24/7 wzoruje się na amerykańskich doświadczeniach – przede wszystkim na kultowym ekranie NASDAQ na Times Square w Nowym Jorku, który od lat prezentuje informacje rynkowe w przestrzeni publicznej, łącząc świat finansów z nowoczesną komunikacją wizualną. Inspiracją były również działania promocyjne Texas Stock Exchange w Dallas, wykorzystujące wielkoformatowe nośniki cyfrowe do budowy rozpoznawalności nowej platformy obrotu.

Na tle Europy projekt GPW ma charakter pionierski – żadna inna giełda na kontynencie nie prowadzi stałego, miejskiego kanału DOOH z notowaniami i treściami edukacyjnymi. Jak ocenia Jakub Potrzebowski, ekspert rynku mediów: – „Kampania GPW i Digital Network to technologiczna nowinka, która przenosi informacje giełdowe i edukację finansową z ekranów komputerów na wielkoformatowe ekrany w przestrzeni miejskiej. To nowoczesny sposób popularyzacji wiedzy o giełdzie i zachęta, by bliżej zainteresować się mechanizmami rynku”.

GPW 24/7 to nie tylko projekt wizerunkowy, ale przede wszystkim próba długofalowej zmiany – oswajania rynku kapitałowego i budowania kultury inwestowania w Polsce poprzez obecność tam, gdzie na co dzień są obywatele: w przestrzeni publicznej.

Bliski Wschód znów przypomina Europie o jej energetycznej zależności

Strategiczna autonomia stała się przewodnią gwiazdą Europy w coraz bardziej podzielonym świecie, prawie dziesięć lat po pierwszym przemówieniu prezydenta Macrona na Sorbonie. Ale co trzeba zrobić, aby ją osiągnąć? W naszej serii „Przyszłość Europy”, która ukazuje się w kolejnych tygodniach, przyjrzymy się niezbędnym reformom, instrumentom i inwestycjom – od polityki handlowej po bezpieczeństwo energetyczne i rolę euro – które pozwolą Europie uporać się z krytycznymi uzależnieniami i słabościami. Dzisiaj przyjrzymy się, co musi zrobić Europa, aby osiągnąć autonomię energetyczną.

  • Eskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie jest surowym przypomnieniem niedokończonej w Europie kwestii: osiągnięcia autonomii energetycznej. Chociaż od 2022 r. zależność Europy od rosyjskiego gazu uległa poprawie, jest to jedynie zastąpienie jednej zależności inną. Ostatnie wydarzenia zdestabilizowały światowe rynki energii i w opinii Allianz Trade uwydatniły potrzebę większej odporności energetycznej. Przez Cieśninę Ormuz przepływa około 20 milionów baryłek ropy dziennie – około jednej czwartej światowego handlu morskiego – co czyni ją kluczowym punktem w dostawach. Od początku działań wojennych ceny ropy wzrosły, osiągając szczytowy poziom blisko 120 USD/bbl. Chociaż Bliski Wschód dostarcza tylko około 4% gazu do Europy, europejskie ceny referencyjne wzrosły prawie dwukrotnie, ponieważ handlowcy obawiają się, że azjatyccy nabywcy mogą konkurować o dostawy. Przemysł europejski jest najbardziej narażony na zakłócenia w dostawach gazu (39% energii końcowej) i transportu na skutek wstrząsów na rynku ropy naftowej (transport drogowy zużywa 73% ropy naftowej w UE), podczas gdy gaz często determinuje ceny energii elektrycznej, rozkładając ryzyko na całą gospodarkę. Sytuacja ta przypomina kryzys energetyczny po rozpoczęciu wojny na Ukrainie w 2022 r. i podkreśla potrzebę wzmocnienia odporności energetycznej i konkurencyjności. Dostawy rosyjskiego gazu rurociągami do UE spadły ze 150 mld m³ w 2021 r. do 38 mld m³ w 2025 r. i zostały w dużej mierze zastąpione przez amerykański LNG (45%), co zwiększa narażenie na cykle rynkowe i ograniczenia transportowe. UE eksploatuje obecnie 33 terminale LNG (o zdolności 215 mld m³), a 22 mld m³ jest w budowie i 78 mld m³ w planach, ale bez szybszej elektryfikacji i rozbudowy sieci energetycznej istnieje ryzyko, że zależność od gazociągów zostanie zastąpiona kosztowną zależnością od LNG.
  • Po pierwsze, Europa musi ponownie uruchomić swój zestaw narzędzi na wypadek sytuacji kryzysowej w zakresie energii. Kryzys energetyczny z 2022 r. pokazał, że chociaż nie da się uniknąć zmienności cen, to można ograniczyć jej wpływ gospodarczy poprzez skoordynowane działania polityczne łączące redukcję popytu, stabilizację podaży i ukierunkowane wsparcie fiskalne. Decydenci polityczni powinni zatem ponownie zastosować scenariusz kryzysowy: ograniczenie popytu, zachęcanie do efektywności energetycznej i rekompensowanie przemysłowi tymczasowych ograniczeń. W wytwarzaniu energii elektrycznej można również odejść od gazu poprzez maksymalizację produkcji energii jądrowej i tymczasowe wykorzystanie innych dostępnych mocy. Po stronie podaży przed zimą niezbędna jest odbudowa zapasów magazynowych i zabezpieczenie importu LNG. Na koniec – awaryjne narzędzia rynkowe i ukierunkowane wsparcie finansowe mogą ustabilizować rynki, chroniąc jednocześnie wrażliwe na zmiany cen gospodarstwa domowe i energochłonne gałęzie przemysłu.
  • Po drugie, tym razem program autonomii energetycznej Europy powinien być również strategicznym programem transformacji w kierunku większej odporności. Krótkoterminowe odejście od gazu zadziałało, ponieważ rządy potraktowały bezpieczeństwo energetyczne jak logistykę wojenną. Jednak odporność wymaga obecnie długofalowego naprawienia strukturalnych słabości rynku i stworzenia najlepszej w swojej klasie sieci energetycznej. Energia jądrowa może wzmocnić odporność energetyczną Europy, zapewniając niezawodną, niskoemisyjną energię elektryczną, która stabilizuje ceny energii i zapewnia niezawodność systemu, jednak jest ona kosztowna i wiąże się z innymi wyzwaniami (np. pozyskiwanie uranu, gospodarka odpadami itp.). Europa powinna zająć się głównym problemem utrudniającym transformację w kierunku gospodarki opartej na odnawialnych źródłach energii: nieelastycznością sieci energetycznej, poprzez rozbudowę i cyfryzację zarządzania siecią, rozbudowę połączeń transgranicznych oraz dostosowanie popytu do cen na dużą skalę, aby umożliwić konsumentom zmianę zużycia energii elektrycznej w momencie, gdy jest ona najtańsza. Szacujemy, że bez koniecznej modernizacji koszty przeciążenia europejskich sieci osiągną 12,3 mld EUR do 2030r. i 56,7 mld EUR do 2040r.W opinii Allianz Trade Europa musi więc podjąć działania aby uniknąć związanych z tym wstrząsów cenowych, które mogą osiągnąć +22% do 2030 r. i nawet +103% do 2040 r. Aby rozwiązać ten problem i ulepszyć swój system energetyczny, szacujemy, że do 2050 r. Europa będzie musiała zainwestować około 2,27 bln EUR w sieć energetyczną (tj. około 91 mld EUR rocznie), a do 2030 r. dodatkowo 101 mld EUR rocznie w energię wiatrową i słoneczną, aby istotnie ulepszyć sieci i połączenia międzysystemowe oraz umożliwić konsumentom przesunięcie zużycia energii elektrycznej na okresy, kiedy jest ona najtańsza.
  • Rok 2040 powinien być docelową datą osiągnięcia silnej, strategicznej autonomii energetycznej UE. Europa osiągnie autonomię energetyczną, gdy będzie w stanie ogrzewać domy i zasilać produkcję przemysłową głównie z odnawialnych źródeł energii, wykorzystując w miarę możliwości energię elektryczną oraz w razie potrzeby zielony wodór, a pozostałe luki wypełniając zróżnicowanym portfolio niezależnych i długoterminowo stabilnych źródeł energii. Realistyczny harmonogram w trzech etapach wyglądałby następująco: w latach 2026–2027 osiągnięta zostanie „pełna niezależność na papierze od Rosji”, lata 2028–2035 to okres na osiągnięcie „autonomii operacyjnej” poprzez strukturalne zmniejszenie zapotrzebowania na gaz i zmniejszenie zależności od elektrowni gazowych w okresach wysokiego zapotrzebowania na energię elektryczną, zamiast tego wykorzystując elastyczność systemu, taką jak magazynowanie energii, reagowanie na zapotrzebowanie i silniejsze połączenia między-sieciowe, a lata 2035–2040 to bardziej konserwatywna perspektywa i dodatkowy czas na osiągnięcie „solidnej autonomii”, jeśli wcześniejsze projekty rozbudowy sieci i środki zapewnienia większej jej elastyczności będą wdrażane wolniej, niż oczekiwano.

Wojna w Iranie jest aktualnym – i kolejnym w ostatnich latach przypomnieniem o słabości energetycznej Europy. Trwający konflikt z udziałem Iranu już odbija się echem na światowych rynkach energii, po raz kolejny podkreślając strukturalną wrażliwość systemów energetycznych Wspólnoty na wstrząsy geopolityczne. Powracają gwałtowne wahania cen i ponowne obawy o bezpieczeństwo dostaw, zwłaszcza ze względu na kluczową rolę regionu na światowych rynkach ropy i gazu. Wzmacnia to kluczowy cel polityczny Europy: odporność energetyczną. Chociaż Europa nie importuje zbyt wielu zasobów ropy naftowej i gazu przez Cieśninę Ormuz, jest to kluczowa trasa dla LNG z Kataru, co może spowodować, że jego dotychczasowi nabywcy z Azji będą konkurować z Europą o LNG od innych dostawców. Zakłócenia w infrastrukturze eksportowej Zatoki Perskiej mogą tymczasowo spowodować ograniczenie blisko 20% światowych dostaw LNG. Takie wstrząsy szybko przełożą się na gwałtowny wzrost cen energii elektrycznej, presję inflacyjną i zagrożenie dla konkurencyjności przemysłowej regionu. Obecna sytuacja przypomina kryzys energetyczny z 2022 r. wywołany inwazją Rosji na Ukrainę, który ujawnił zależność Europy od cen gazu i jej podatność na ich wahania. W 2022 r. średnia cena gazu wynosiła ponad 130 EUR/MWh, czyli ponad siedem razy więcej niż średnia historyczna. Europa ostatecznie ustabilizowała swój system energetyczny poprzez szybką dywersyfikację LNG, ograniczenie popytu o ponad 10% oraz agresywną politykę magazynowania, która spowodowała, że przed zimą zapasy gazu osiągnęły około 95% pojemności. Europa powinna wyciągnąć wnioski z tego epizodu i przygotować się nie tylko na potencjalny wstrząs irański, ale przede wszystkim na przyszłe wstrząsy w świecie, w którym ryzyko geopolityczne pozostaje strukturalnie wysokie. Odporność energetyczna będzie w coraz większym stopniu decydować o bezpieczeństwie i stabilności gospodarczej.

Sektory końcowego zużycia energii w Europie wykazują znacznie różne narażenie na wstrząsy związane z paliwami kopalnymi. Przemysł jest w dużym stopniu uzależniony od gazu ziemnego, który stanowi 39% jego końcowego zużycia energii, co sprawia, że jest on szczególnie wrażliwy na zakłócenia w dostawach gazu (patrz wykres 1). Transport jest w dużej mierze uzależniony od ropy naftowej, a sam transport drogowy zużywa 73% ropy naftowej w UE w 2024 r., co czyni go sektorem najbardziej narażonym na gwałtowne wzrosty cen ropy. Uzależnienie sektora energetycznego od gazu jako podstawowego paliwa kopalnego i marginalnego czynnika kształtującego ceny rozkłada ryzyko związane z dostawami na całym łańcuchu dostaw, wzmacniając wpływ wszelkich wstrząsów związanych z gazem daleko poza sam sektor energetyczny. Zmniejszenie wrażliwości sektora wymaga zatem połączenia: strukturalnego ograniczenia popytu, przejścia na (tanią) energię elektryczną i dekarbonizacji dostaw energii. Elektryfikacja transportu (pojazdy elektryczne) ma kluczowe znaczenie dla zmniejszenia narażenia u na globalne rynki ropy naftowej, natomiast szersza modernizacja i rozbudowa sieci energetycznej mogą złagodzić ryzyko systemowe wynikające z uzależnienia od gazu w produkcji energii elektrycznej.

Wykres 1: Udział końcowego zużycia energii według podsektorów i źródeł energii w 2024 r. (w %)

Udział końcowego zużycia energii według podsektorów i źródeł energii w 2024

Źródła: Allianz Trade Research na podstawie danych Eurostatu; Uwaga: Końcowe zużycie energii elektrycznej i ciepła przypisano źródłom energii pierwotnej przy użyciu udziałów w produkcji brutto.

Od pułapki rurociągu jednego dostawcy do nawyku korzystania z LNG jednego dostawcy? Dostawy rosyjskiego gazu rurociągami do UE spadły z 150 mld metrów sześciennych (bcm) w 2021 r. do 38 bcm w 2025 r. Głównym substytutem jest LNG, a głównym dostawcą są Stany Zjednoczone, które w 2024 r. dostarczyły prawie 45% LNG do UE, a w 2025 r. około 60%. Jednak naraża to Europę na cykle koniunkturalne w USA, ograniczenia transportowe i zmienne nastroje polityczne Waszyngtonu (patrz wykres 2). Odporność energetyczna UE będzie wymagała traktowania gazu jako strategicznego surowca równoważącego, a nie jako zabezpieczenia, poprzez utrzymanie popytu na poziomie strukturalnie niższym niż w 2021 r. (dotychczas – zużycie w UE w 2024 r. spadło o 19% w porównaniu z 2021 r.), ochronę magazynów i usług systemowych, dywersyfikację „portfela energetycznego” poprzez zakupy w Norwegii, Afryce Północnej i inwestycje w krajowy biometan, a także przyspieszenie transformacji energetycznej w kierunku odnawialnych źródeł energii, zamiast zamykania się w drugiej erze długotrwałej nadmiernej koncentracji.

Europa może być niezależna tylko wtedy, gdy obniży strategiczną wartość importowanych węglowodorów w swoim modelu przemysłowym. Europa szybko zbudowała ogromną alternatywną opcję w zakresie LNG: 33 duże terminale UE działające z roczną zdolnością regazyfikacyjną wynoszącą 215 mld m3, a także kolejne 22 mld m3 w budowie i 78 mld m3 w planach. Jednak rozwiązania te nie eliminują ryzyka geopolitycznego, a jedynie zmieniają jego kierunek. Wyzwaniem w zakresie bezpieczeństwa jest przejście od „substytucji dostaw” do „substytucji systemu”: elektryfikacja przemysłu ciepłowniczego i niskotemperaturowego tam, gdzie jest to opłacalne, przyspieszenie przemian ku wyższej efektywności, która trwale zmniejsza szczytowe zapotrzebowanie, oraz zapewnienie stałych mocy niskoemisyjnych i elastyczności w ich wykorzystaniu (magazyny energii – jak np. elektrownie szczytowo-pompowe).

Wykres 2: Import gazu do UE (mld m³)

Import gazu do UE

Źródła: Eurostat, Allianz Trade Research

Doświadczenia z 2022 r. pokazały, że chociaż nie można wyeliminować zmienności cen, to można ograniczyć jej wpływ na gospodarkę poprzez połączenie redukcji popytu, stabilizacji podaży i ukierunkowanego wsparcia fiskalnego. Europa może ponownie stanąć w obliczu szoku energetycznego, który będzie przypominał kryzys z 2022 r. Warunki są jednak nieco inne: tym razem kontynent zbliża się do wiosny, a nie do zimy, co oznacza, że zapotrzebowanie na ogrzewanie wkrótce spadnie. Ta sezonowa ulga jest jednak złudna. Poziomy zapasów gazu są obecnie poniżej historycznych średnich, a sezon uzupełniania zapasów rozpoczyna się właśnie w momencie, gdy globalne rynki energii stają się coraz bardziej niestabilne. Utrzymuje się również strukturalna wrażliwość, dlatego decydenci powinni sięgnąć po znany scenariusz kryzysowy:

  • Zarządzanie popytem pozostaje najszybszym i najbardziej efektywnym ekonomicznie środkiem. Ponieważ elektrownie gazowe często ustalają marginalną cenę energii elektrycznej w Europie, zmniejszenie zużycia energii bezpośrednio obniża popyt na gaz i hurtowe ceny energii elektrycznej. Rządy powinny zatem zachęcać do skoordynowanych działań na rzecz zmniejszenia popytu w gospodarstwach domowych, usługach i przemyśle. Kampanie publiczne i wytyczne regulacyjne mogą promować niższe poziomy ogrzewania i zmniejszenie zużycia energii na potrzeby nieistotne. Dynamiczne ceny i programy reagowania na popyt mogą spowodować przesunięcie zużycia energii elektrycznej poza okresy szczytowego zapotrzebowania, a dobrowolne programy ograniczania zużycia mogą rekompensować dużym odbiorcom przemysłowym tymczasowe zmniejszenie popytu. Staranna koordynacja poboru gazu z magazynów może również złagodzić napięcia na rynku i ograniczyć nagłe wzrosty popytu na LNG.
  • Ograniczenie zużycia gazu w produkcji energii elektrycznej stanowi kolejny natychmiastowy bufor. Ponieważ elektrownie gazowe często determinują ceny energii elektrycznej, nawet niewielkie ograniczenie produkcji energii z gazu może ustabilizować rynki. Przedsiębiorstwa użyteczności publicznej mogą tymczasowo zwiększyć produkcję z innych dostępnych źródeł. Tam, gdzie pozostają dostępne moce, można utrzymać i ponownie uruchomić elektrownie węglowe – tak jak zrobiły to Niemcy podczas kryzysu w 2022 r. – a maksymalizacja produkcji energii jądrowej we Francji mogłaby znacznie zmniejszyć zależność od gazu na europejskich rynkach energii. Chociaż środki te wiążą się z kompromisami środowiskowymi, mogą one zapewnić szybką ochronę przed niedoborami dostaw i gwałtownymi wzrostami cen.
  • Po stronie podaży odbudowa magazynów gazu i zabezpieczenie dostaw LNG pozostają głównymi środkami obronnymi Europy przed nadchodzącą zimą. Konkurencja o dostawy może się nasilić, jeśli rynki światowe ulegną zacieśnieniu, zwłaszcza w przypadku wzrostu popytu w Azji. Utrzymanie wysokiego poziomu zapasów jest zatem niezbędne, aby złagodzić zakłócenia w dostawach i ograniczyć wahania cen.
  • Rządy zachowują również/reaktywują awaryjne narzędzia rynkowe. Strategiczne rezerwy ropy naftowej mogą być uwalniane w okresach silnego napięcia, aby ustabilizować światowe rynki ropy naftowej i pośrednio złagodzić ceny energii. Na poziomie europejskim koordynacja pozostaje kluczowa. Podczas kryzysu w 2022 r. UE wprowadziła „mechanizm korekty rynku”, umożliwiający władzom ograniczenie cen kontraktów terminowych na gaz w holenderskim centrum TTF, jeśli przekroczyły one 180 EUR/MWh i znacznie odbiegały od globalnych benchmarków LNG. Chociaż ten mechanizm „korekty rynku” nigdy nie został uruchomiony, to pomógł uspokoić rynki, sygnalizując wiarygodną gotowość władz do interwencji. Wspólne zakupy gazu, skoordynowane uzupełnianie zapasów i elastyczne zasady pomocy państwa mogą w podobny sposób wzmocnić zbiorową reakcję Europy.
  • Wreszcie, ukierunkowane wsparcie finansowe może chronić gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa bez osłabiania zachęt do oszczędzania energii. Ceny socjalne (dotowanie podstawowego poziomu zużycia przy jednoczesnym naliczaniu cen rynkowych za dodatkowe zużycie) mogą chronić podstawowe zużycie energii, zachowując jednocześnie sygnały cenowe ukierunkowujące popyt ku bardziej efektywnemu wykorzystaniu. Transfery uzależnione od dochodów, bony energetyczne i tymczasowe zabezpieczenia przed odłączeniem mogą zapewnić dodatkową ulgę dla gospodarstw domowych znajdujących się w trudnej sytuacji. W przypadku energochłonnych gałęzi przemysłu narażonych na konkurencję międzynarodową rządy mogą być zmuszone do zaoferowania tymczasowych linii kredytowych, gwarancji lub ograniczonej pomocy państwa w celu złagodzenia presji płynnościowej. Ograniczenie nadzwyczajnych dochodów producentów energii elektrycznej może pomóc w sfinansowaniu takich środków, umożliwiając recykling nadzwyczajnych zysków w celu wsparcia gospodarstw domowych i przedsiębiorstw, przy jednoczesnym ograniczeniu dodatkowego obciążenia finansów publicznych.

Europejski program zapewnienia odporności energetycznej powinien zatem mieć charakter strategicznego programu transformacji, a nie kolejnej gorączkowej akcji zakupowej w sytuacji kryzysowej. Krótkoterminowe działania związane z gazem przyniosły efekty, ponieważ rządy potraktowały bezpieczeństwo energetyczne jak logistykę wojenną. Kolejny etap wymaga potraktowania go jako projektu rynkowego: szybszego wydawania zezwoleń, stabilnych zwrotów z sieci i koordynacji na szczeblu UE, która sprawi, że infrastruktura transgraniczna i elastyczność będą opłacalne. Niedoinwestowanie w transformację energetyczną jest kosztowną opcją, ponieważ pośrednie straty PKB znacznie przewyższają bezpośrednie koszty związane z zatorami (niedoborami taniej energii) – jest to argument zarówno fiskalny, jak i klimatyczny. W kwestii geopolityki strategiczny dyskomfort związany z „dominacją energetyczną” Stanów Zjednoczonych jest znaczący, nawet jeśli LNG jest trudniejsze do wykorzystania jako broń niż rurociągi, a Stany Zjednoczone nadal są sojusznikiem Europy. Europa powinna jednak dążyć do zmniejszenia wpływów USA poprzez zapewnienie sobie możliwości funkcjonowania gospodarki przy znacznie mniejszym zużyciu gazu w mroźną zimę, w roku suszy lub w przypadku zakłóceń w transporcie morskim. W praktyce oznacza to zdyscyplinowaną sekwencję działań: zabezpieczenie podstawowej infrastruktury energetycznej (sieci, połączenia międzysieciowe, cyfrowe efektywne sterowanie nimi), monetyzację elastyczności (dynamiczne stawki, inteligentne liczniki, reagowanie na zapotrzebowanie), a następnie wykorzystanie czystej energii i elektryfikacji do strategicznego zmniejszenia zależności od importu.

Energia jądrowa jest krótkoterminowym rozwiązaniem, które zapewnia stałą, niskoemisyjną moc podstawową, która może poprawić stabilność sieci energetycznej Europy, sezonową niezawodność i bezpieczeństwo paliwowe. UE dysponuje obecnie około 98 GW zainstalowanej mocy jądrowej, a Komisja szacuje, że do 2050 r. potrzebne będą inwestycje w wysokości 241 mld EUR na budowę nowych elektrowni i przedłużenie okresu eksploatacji istniejących. Innymi kluczowymi graczami w dziedzinie energii jądrowej są Stany Zjednoczone (około 100 GW), Chiny (60 GW), Rosja (27 GW) i Indie (9 GW). Chiny są krajem, który buduje większość nowych mocy w energetyce jądrowej na świecie. Elektrownie jądrowe działają niemal nieprzerwanie, niezależnie od warunków pogodowych, dzięki czemu zapewniają niezawodną energię w zimie i skracają czas pracy turbin gazowych. Energia wiatrowa i słoneczna są niestabilne i wymagają zabezpieczenia (magazynowania lub zapasu gazu) w okresach spadku wydajności. Niemal zerowy koszt paliwa jądrowego oznacza, że zazwyczaj wypiera ono elektrownie gazowe z rynku, wyrównując ceny i ograniczając ich zmienność. Kraje europejskie o dużym udziale energii jądrowej (np. Francja, Finlandia) odnotowują znacznie mniej skoków cenowych niż inne kraje w regionie. Reagowanie na zapotrzebowanie i magazyny energii mogą przesuwać szczyty obciążenia, ale nie są jeszcze w stanie zastąpić dziesiątek GW mocy. Niemniej jednak wdrożenie energii jądrowej wiąże się z długim czasem realizacji (10–15 lat) i wysokimi kosztami (nakłady inwestycyjne w wysokości 2 000–6 500 EUR na kW). Złożone procedury uzyskiwania pozwoleń, obawy i sprzeciwy opinii publicznej oraz utylizacja odpadów również stanowią poważne przeszkody. Małe reaktory modułowe (SMR) obiecują powtarzalną, fabryczną konstrukcję i mogą dostarczać ciepło przemysłowe lub wodór, ale żaden z nich nie został jeszcze zbudowany i wdrożony – bez wiekszego wsparcia politycznego pierwsze SMR w UE prawdopodobnie nie powstaną przed początkiem lat 30. XXI wieku. Wydłużenie okresu eksploatacji istniejących reaktorów mogłoby znacznie zwiększyć moc jądrową UE do około 144 GW do 2050 r. w najbardziej korzystnym scenariuszu. Kolejnym czynnikiem ryzyka jest zaopatrzenie w paliwo uranowe: UE importuje rudę (głównie z Kazachstanu i Kanady) i posiada własne zakłady przetwarzania/wzbogacania. Polityka UE powinna zatem traktować energię jądrową jako strategiczny zasób zapewniający odporność energetyczną: przyspieszyć proces udzielania licencji, zapewnić stabilne finansowanie, koordynować transgraniczne sieci i planowanie paliwowe, wspierać wspólny rozwój SMR i maksymalizować przedłużenie okresu eksploatacji istniejących elektrowni.

Od momentu wprowadzenia w 2005 r. system ETS przyniósł znaczące wyniki w sektorze energetycznym, zmniejszając emisje o 54% i ograniczając wytwarzanie energii z paliw kopalnych o 47% (wykres 3). Redukcje te znacznie zmniejszyły zależność Europy od węgla, a import węgla spadł o 58% w latach 2005–2024. Analogiczne  zmiany nie nastąpiły w sektorach nieobjętych systemem ETS, takich jak transport i budownictwo, ani w sektorze przemysłowym, gdzie ponad 90% emisji nadal objętych jest bezpłatnymi uprawnieniami. Bezwzględnie ważne jest szersze zastosowanie mechanizmu dostosowania cen na granicach UE (w imporcie towarów z innych rynków) z uwzględnieniem emisji dwutlenku węgla w krajach dostaw, aby zapewnić utrzymanie konkurencyjności europejskiego przemysłu w trakcie transformacji.

Wykres 3: Końcowe zużycie energii i produkcja energii elektrycznej brutto (EJ, lewa oś) oraz udział energii niskoemisyjnej (w %, prawa oś)

Końcowe zużycie energii i produkcja energii elektrycznej brutto

Źródła: Eurostat, Allianz Trade Research

Głównym utrudnieniem dla szybkiej i pełnej transformacji energetycznej w Europie jest nieelastyczność sieci energetycznej. Zatory i ograniczona elastyczność zwiększają zmienność w ciągu dnia (tj. wysokie ceny w godzinach szczytu, ujemne ceny poza szczytem), przenosząc koszty z sieci na rachunki (patrz rysunek 4). W samych Niemczech rekompensaty dla odnawialnych źródeł energii osiągnęły w 2024 r. 21 mld EUR. Szacuje się, że koszty przeciążenia sieci osiągną 12,3 mld EUR do 2030 r. i 56,7 mld EUR do 2040 r. bez modernizacji, co przełoży się na implikowane szoki cenowe na poziomie +22% do 2030 r. i nawet +103% do 2040 r. przy scenariuszu utrzymania status quo[1] . Stawka makroekonomiczna jest również znacząca: Szacujemy, że skumulowane straty PKB spowodowane zatorami energetycznymi mogą osiągnąć 4700 mld EUR w całej UE do 2050 r. przy utrzymaniu dotychczasowego stanu rzeczy, nawet przed uwzględnieniem szerszych strat strategicznych wynikających z deindustrializacji i ucieczki inwestycji. Rozwiązaniem jest budowa i cyfryzacja sieci, rozbudowa połączeń transgranicznych oraz dostosowanie popytu do cen na dużą skalę, tak aby odnawialne źródła energii zastąpiły importowany gaz w praktyce, a nie tylko w ujęciu średnim rocznym. Jeśli chodzi o inwestycje, szacujemy, że do 2050 r. będą one wynosić około 2270 mld EUR w infrastrukturę sieciową (około 390 mld EUR w latach 2025–2030 i 1880 mld EUR w latach 2030–2050), średnio 91 mld EUR rocznie, przy czym sieci dystrybucyjne pochłoną 56% tej kwoty. Region musi również zwiększyć moce wytwórcze energii wiatrowej i słonecznej poprzez inwestycje w wysokości 101 mld EUR rocznie do 2030 r. Pozwoliłoby to zbudować aktywa zapewniające bezpieczeństwo energetyczne, które zmniejszyłyby zależność od LNG w sytuacjach kryzysowych, gdy jednocześnie dochodzi do ograniczeń dostaw i napięć politycznych.

Wykres 4: Koszty zarządzania przeciążeniami w Europie (w mln EUR)

Koszty zarządzania przeciążeniami w Europie

Źródła: raporty monitorujące ACER, Allianz  Trade Research

Rok 2040 powinien być horyzontem czasowym w osiągnięciu trwałej strategicznej autonomii energetycznej UE. Europa osiągnie autonomię energetyczną, gdy będzie w stanie ogrzewać domy i zasilać produkcję przemysłową głównie z odnawialnych źródeł energii, wykorzystując w miarę możliwości energię elektryczną a w razie potrzeby zielony wodór (czy biometan), a pozostałe luki wypełniając zróżnicowanym portfolio niezależnych i stabilnych w długiej perspektywie źródeł energii. W przypadku gazu przyjęta trajektoria legislacyjna UE sugeruje, że formalny punkt końcowy jest bliski: w grudniu 2025 r. Rada i Parlament osiągnęły porozumienie w sprawie stopniowego wycofania importu gazu z Rosji, z zakazem importu rosyjskiego LNG do końca 2026 r. i rosyjskiego gazu przesyłanego rurociągami do jesieni 2027 r. W praktyce jednak osiągnięcie tego strategicznego punktu końcowego jest bardziej odległe, ponieważ wymaga on osiągnięcia wystarczającej elastyczności systemu elektroenergetycznego, aby zapobiec ustalaniu cen marginalnych gazu i zakupom awaryjnym. Realistyczny harmonogram w podziale na trzy etapy wyglądałby następująco: w latach 2026–2027 osiągnięta zostanie „niezależność na papierze od Rosji”, lata 2028–2035 to okres na osiągnięcie „autonomii operacyjnej” poprzez strukturalne ograniczenie popytu na gaz i zastąpienie szczytowego zapotrzebowania na gaz elastycznością, a lata 2035–2040 to bardziej konserwatywna perspektywa na osiągnięcie „solidnej autonomii”, jeśli zezwolenia, połączenia międzysieciowe i reagowanie na popyt będą wdrażane zbyt wolno na wcześniejszych etapach.

W opinii Sławomira Bąka, Dyrektora zarządzającego ds. oceny ryzyka, likwidacji szkód i windykacji w oddziale Allianz Trade w Polsce „Kolejny kryzys energetyczny i kolejny raz Europa ma przed sobą wizję kryzysowego zarządzania swoim systemem energetycznym. Dlatego ekonomiści Allianz Trade nie tylko postulują strategiczną autonomię energetyczną Europy, ale też wskazują jak ją osiągnąć. Iluzoryczne jest zastępowanie jednego zewnętrznego źródła dostaw węglowodorów innym – to nie jest autonomia. Budować ją trzeba świadomie, a nie reagując doraźnie i krótkoterminowo, zarządzając kryzysami jak logistyką w czasie wojny. Gdyż de facto na świecie toczy się nieustanna wojna o zasoby i Europa ma w niej realny scenariusz budowy swojej autonomii poprzez miks nowoczesnych technologii odnawialnych (w tym także interesujący dla Polski biometan i zielony wodór) z magazynami energii oraz buforem systemu w postaci energetyki jądrowej. Choć jest ona docelowym zabezpieczeniem mocy w okresach szczytowych, to do czasu je rozbudowy uzasadnione jest korzystanie także z dostępnych, lokalnych zasobów – czyli z węgla, jako ograniczającego korzystanie z importowanego LNG.

W chwili obecnej istotne jest także nie tylko promowanie przez władze publiczne obniżenia zużycia energii, ale także wsparcie finansowe zarówno odbiorców indywidualnych jak i przemysłowych – tych drugich nie tylko poprzez subsydia, ale także wyrównanie ich konkurencyjności dzięki szybszemu wdrożeniu opłat emisyjnych na dobra importowane spoza UE. Unia Europejska jest jednym z największych rynków, a na pewno najzamożniejszym en bloc – działając więc w sposób skoordynowany i zgodny ma siłę ekonomiczną, aby wybierać i narzucać rozwiązania istotne dla swojego bezpieczeństwa energetycznego.”

Chociaż Europa nie importuje zbyt wielu zasobów ropy naftowej i gazu przez Cieśninę Ormuz, jest to kluczowa trasa dla LNG z Kataru, co może spowodować, że jego dotychczasowi nabywcy z Azji będą konkurować z Europą o LNG od innych dostawców. W 2022 r. średnia cena gazu wynosiła ponad 130 EUR/MWh, czyli ponad siedem razy więcej niż średnia historyczna. Europa ostatecznie ustabilizowała swój system energetyczny poprzez szybką dywersyfikację LNG, ograniczenie popytu o ponad 10% oraz agresywną politykę magazynowania, która spowodowała, że przed zimą zapasy gazu osiągnęły około 95% pojemności. Europa powinna wyciągnąć wnioski z tego epizodu i przygotować się nie tylko na potencjalny wstrząs irański, ale przede wszystkim na przyszłe wstrząsy w świecie, w którym ryzyko geopolityczne pozostaje strukturalnie wysokie

Od pułapki rurociągu jednego dostawcy do nawyku korzystania z LNG jednego dostawcy – naraża to Europę na cykle koniunkturalne w USA, ograniczenia transportowe i zmienne nastroje polityczne Waszyngtonu. LNG – to rozwiązanie nie eliminuje ryzyka geopolitycznego, a jedynie zmienia jego kierunek. Wyzwaniem w zakresie bezpieczeństwa jest przejście od „substytucji dostaw” do „substytucji systemu”.  Zmiany ku elektryfikacji produkcji ciepła i energii powinny następować tam, gdzie jest to opłacalne. Ograniczenie zależności Europy od gazu sprawia, że przedsiębiorstwa użyteczności publicznej mogą tymczasowo zwiększyć produkcję z innych dostępnych źródeł.  W tym z węgla! Tam, gdzie pozostają dostępne moce, można utrzymać i ponownie uruchomić elektrownie węglowe – tak jak zrobiły to Niemcy podczas kryzysu w 2022 r. Nie powinien to być jednak model docelowy – w nim kluczową rolę zdaniem ekonomistów Allianz Trade powinna mieć ponownie energetyka jądrowa – traktowana priorytetowo przez UE jako najstabilniej uzupełniająca w długiej perspektywie odnawialne źródła energii. Reagowanie na zapotrzebowanie i magazyny energii mogą przesuwać szczyty obciążenia w zapotrzebowaniu na moc, ale długo jeszcze nie będą  w stanie zastąpić dziesiątek GW potrzebnej mocy.

[1] Zobacz nasz poprzedni raport: Podłącz się, kochanie, podłącz się: Otwarcie europejskiego rynku energii elektrycznej

Lufthansa w trudnym momencie. Strajki i konflikt na Bliskim Wschodzie pogłębiają problemy

Dziś i jutro strajkują piloci niemieckiej Luftnansy. Do tego konflikt i napięcia na Bliskim Wschodzie mocno uderzają w linie lotnicze i ich pasażerów, a giełda pokazuje to bardzo wyraźnie. ETF Jets, jeden z najbardziej znanych funduszy opartych na akcjach spółek lotniczych, stracił w ciągu ostatniego miesiąca 16 proc. Jednocześnie wzrosła zmienność notowań poszczególnych przewoźników. Akcje Lufthansy w poniedziałek spadły o ponad 6 proc., by już we wtorek rano odrobić całą przecenę. Na nową falę ryzyka nakładają się jednak wcześniejsze problemy branży. W przypadku Lufthansy podstawowa działalność, czyli samo latanie, nadal przynosi straty, a spółka poprawia wynik dzięki innym operacjom finansowym. To dobrze pokazuje, jak silnie kondycja linii lotniczych zależy dziś nie tylko od cen ropy i sytuacji w rejonie Zatoki Perskiej, ale też od ich własnej, często kruchej rentowności operacyjnej.

W ubiegłym tygodniu niemiecka Lufthansa opublikowała wyniki za rok obrotowy 2025. Pokazują one dobitnie, z jakimi problemami linia musiała się zmagać jeszcze przed wybuchem konfliktu na Bliskim Wschodzie. Co prawda przychody wzrosły o 3,3 proc., do 15,8 mld euro, ale na poziomie operacyjnym sytuacja pozostawała napięta. Wynik operacyjny pokazał stratę w wysokości 731 mln euro. To znaczy, że podstawowa działalność firmy, jeszcze przed wzrostem cen ropy, pozostawała deficytowa. To właśnie w działalności operacyjnej mieszczą się sprzedaż biletów, cargo oraz bieżące koszty paliwa, personelu i utrzymania floty. Ostatecznie zysk netto firmy wyniósł 372 mln euro. Firmę przed startami ratują operacje finansowe, z których zysk w roku 2025 wyniósł 1 mld euro. Podobnie zresztą było również w zeszłym roku. W efekcie podstawowa działalność pozostaje deficytowa, a raportowany zysk w dużym stopniu zależy od czynników nieoperacyjnych.

W okres napięć związanych z konfliktem na Bliskim Wschodzie firma wchodzi zatem z dużymi problemami, które niestety mogą się powiększać. Lufthansa wyraźnie skorygowała siatkę połączeń i tymczasowo zawiesiła wiele rejsów. Skutki operacyjne konfliktu są dla grupy wyraźnie odczuwalne. Bezpośrednie koszty odwołanych lotów w regionie Lufthansa szacuje obecnie na około 5 mln euro tygodniowo. Zamknięte przestrzenie powietrzne, między innymi nad Iranem i Irakiem, wymuszają dłuższe trasy i wydłużają czas lotu, a także podnoszą koszty paliwa oraz pracy załóg.

Najbardziej całą branżę może dotknąć jednak wzrost cen paliwa. Brent w poniedziałek chwilowo zbliżył się do 120 dolarów za baryłkę, zanim nastąpiło odbicie i spadek poniżej 90 dolarów. Część tego ryzyka Lufthansa ogranicza dzięki wysokiemu poziomowi zabezpieczeń cen paliwa, ponad 80 proc. na 2026 r. i 30 proc. na 2027 r. Jednak utrzymywanie się wysokich cen paliwa przez dłuższy czas może poważnie wpłynąć na marże. Odpowiedzią firmy na obecną sytuację jest zwiększenie liczby lotów na bardziej poszukiwanych kierunkach w Azji i Afryce, między innymi do Bangkoku czy Singapuru. Takie działanie może zmniejszyć presję w krótkim terminie, ale nie usuwa niepewności.

Linie lotnicze są wyceniane na giełdach poniżej rynkowej średniej. To sektor o niskich marżach, wysokiej kapitałochłonności i dużej wrażliwości na ceny paliwa, kursy walut, strajki, napięcia geopolityczne czy zakłócenia operacyjne. Nawet po powrocie ruchu lotniczego do poziomów sprzed pandemii przewoźnicy wciąż działają w biznesie, w którym trudno o stabilne zyski i przewidywalność wyników. Dlatego giełda zwykle patrzy na linie lotnicze ostrożniej niż na spółki z wielu innych branż. Choć między samymi przewoźnikami też widać duże różnice. Forward P/E, czyli wskaźnik pokazujący, ile lat przyszłych zysków inwestor płaci dziś w cenie akcji, wynosi zaledwie 2,3 dla Air France-KLM, 5,5 dla American Airlines, 5,6 dla IAG, właściciela m.in. British Airways, Iberii, Aer Lingus i Vuelinga, oraz 5,9 dla easyJeta. Lufthansa, ze wskaźnikiem 6,8, znajduje się mniej więcej w środku stawki, obok United Airlines z poziomem 7,1 i Delta Air Lines z 8,5. Trzeba jednak pamiętać, że niska wycena nie zawsze oznacza okazję, bo często odzwierciedla obawy rynku o spadek zysków, wysokie ryzyko lub trwałe słabości modelu biznesowego.

Porównanie marż EBIT z ostatnich 12 miesięcy pokazuje, że Lufthansa ma poważny problem nie tylko z wyceną, ale przede wszystkim z rentownością. Marża EBIT American Airlines wynosi 3,1 proc., Lufthansy 3,5 proc., a Wizz Air 3,6 proc., podczas gdy Air France-KLM osiąga 6,3 proc., easyJet 7 proc., United Airlines 8,6 proc., a Delta Air Lines 8,9 proc. Zdecydowanie najlepiej wypadają IAG z marżą 15,4 proc. i Ryanair z 16,1 proc. Średnia dla dziewięciu analizowanych linii to około 8,1 proc., co oznacza, że Lufthansa wyraźnie od niej odstaje i znajduje się w dolnej części zestawienia.

Dla Lufthansy i całej branży lotniczej najbliższe miesiące będą testem odporności na drożejącą ropę i zakłócenia na kluczowych trasach, zwłaszcza tych prowadzących przez Bliski Wschód i obsługujących ruch między Europą, Azją oraz Afryką. Inwestorzy powinni dziś przede wszystkim patrzeć na rentowność operacyjną, bo podstawowy biznes wciąż przynosi straty. Kluczowe będą więc wyższe marże, niższe koszty finansowania i kierunek zmian cen ropy. Dopiero gdy operacyjna zdolność spółki do generowania zysków zacznie się stabilizować, obecna wycena może stać się naprawdę przekonująca.

Nowa ustawa o kredycie konsumenckim pod ostrzałem. Eksperci ostrzegają przed wzmocnieniem monopolu BIK

Najnowszy projekt Ustawy o kredycie konsumenckim mocno zaskakuje. Jeszcze kilka miesięcy temu regulatorzy zapewniali, że nie chcą wzmacniać monopolu Biura Informacji Kredytowej, gdyż jest on szkodliwy dla gospodarki. Tymczasem ostatnia wersja ustawy idzie w dokładnie przeciwnym kierunku. Zdaniem ekspertów zapłacą za to przede wszystkim konsumenci – droższym kredytem, wykluczeniem z rynku finansowego i większą liczbą bankructw.

Nowa ustawa o kredycie konsumenckim ma wdrażać do polskiego prawa unijną dyrektywę CCD II. Projekt liczy blisko sto stron i reguluje cały proces udzielania kredytów. Kluczowe znaczenie ma to, w jakich bazach i na jakich zasadach kredytodawca sprawdza konsumenta przed udzieleniem finansowania.

Ale projekt ustawy zakłada też przymusowe przekazywanie informacji o kupionych długach przez wtórnych wierzycieli i to w wyjątkowo krótkim czasie – 7 dni od zakupu portfela. Tydzień to za mało, żeby zweryfikować prawdziwość danych, w efekcie wiele osób starających się o kredyt dostanie odmowę, bo będzie widniała w BIK-u jako dłużnik, mimo faktycznej spłaty kredytu.

Wyższe koszty nakładane na wierzycieli wtórnych oznaczają mniejszy popyt na portfele niespłacanych kredytów i niższe ceny, jakie banki i firmy pożyczkowe uzyskają przy ich sprzedaży. Mniej pieniędzy ze sprzedaży złych długów to mniej środków, które mogą wrócić do akcji kredytowej, więc sektor kredytodawców będzie rekompensował te straty podnosząc koszty nowych kredytów – marże, prowizje i opłaty ponoszone przez konsumentów.

Jednocześnie droższa i bardziej ryzykowna obsługa niespłacanych wierzytelności skłoni banki do zaostrzenia kryteriów udzielania finansowania. Osoby z niższą lub niestabilną zdolnością kredytową częściej usłyszą „odmowę”, zostaną wypchnięte z regulowanego rynku i zaczną szukać pieniędzy w tzw. szarej strefie – u nieformalnych pożyczkodawców, bez nadzoru i realnej ochrony prawnej. Dla wielu z nich będzie to początek spirali zadłużenia, z której coraz trudniej będzie wyjść bez dramatycznych decyzji.

Dodatkowo, przeregulowanie działalności nabywców wierzytelności ograniczy im możliwość ugodowego dogadywania się z dłużnikami. Jeżeli więcej spraw zamiast do stołu negocjacyjnego trafi od razu do komornika, naturalną konsekwencją będzie wzrost liczby egzekucji i upadłości konsumenckich – a więc trwałe wykluczenie kolejnych grup konsumentów z rynku finansowego.

Te zagrożenia to skutek zaszycia w projekcie ustawy dwóch kluczowych mechanizmów, które zamiast demonopolizować rynek informacji kredytowej umacniają pozycję jednego prywatnego podmiotu: Biura Informacji Kredytowej. Pierwszy to asymetryczny obowiązek raportowania zaległości, który w praktyce faworyzuje BIK kosztem biur informacji gospodarczej (Krajowy Rejestr Długów BIG, ERIF BIG, KBIG, BIG InfoMonitor). Drugi to przymusowe raportowanie nabywców wierzytelności wyłącznie do BIK-u – bez żadnej podstawy w unijnej dyrektywie i wbrew 15-letniej praktyce rynkowej.

Prywatna spółka z państwowym monopolem

Biuro Informacji Kredytowej to branżowa, prywatna spółka kontrolowana przez osiem największych banków komercyjnych i Związek Banków Polskich i świadcząca swoje usługi wyłącznie dla banków i firm pożyczkowych. Swój monopolistyczny status zawdzięcza art. 105 ust. 4 Prawa bankowego z 1997 roku, który zastrzega, że wyłącznie banki – wspólnie z bankowymi izbami gospodarczymi – mogą tworzyć instytucje gromadzące tajemnicę bankową. Konkurencja jest wykluczona ustawowo.

Brak konkurencji przekłada się na wysoką rentowność: w 2024 roku wyniosła ona 28 procent. Gdyby na rynku działało kilka podmiotów, jak w Niemczech, Włoszech czy Czechach, koszty usług mogłyby spaść nawet o 30 procent – te oszczędności trafiłyby ostatecznie do konsumentów. Projekt ustawy wdrażający dyrektywę CCD II był szansą, by tę sytuację przynajmniej częściowo zmienić. Nie zmienił. Mimo tego, że Tomasz Chróstny, prezes UOKiK-u publicznie deklarował, że jego urząd nie chce wzmacniać monopolu informacyjnego BIK-u. Wzmocniona miała zostać pozycja biur informacji gospodarczej, ogólnopolskich instytucji, które gromadzą dane z całego rynku i udostępniają je przedsiębiorcom niezależnie od ich branży, wielkości i zakresu działania, ale też konsumentom.

Z perspektywy całego rynku finansowego ten projekt robi coś dokładnie odwrotnego niż obiecywano. Zamiast stopniowo otwierać system informacji kredytowej na konkurencję, cementuje on dominującą rolę jednego prywatnego podmiotu, uprzywilejowanego konstrukcją prawa bankowego z końca lat 90. – komentuje Marcin Czugan, prezes Związku Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce.

Asymetria, która niszczy konkurencję

Projekt nakłada na kredytodawców dwa obowiązki raportowania zaległości: do BIK i do BIG-ów. W praktyce są to jednak dwa zupełnie różne przepisy. Obowiązek przekazania danych do BIK jest bezwzględny – 7 dni od powstania zaległości, bez żadnych dodatkowych warunków. Raportowanie do BIG-ów wymaga natomiast łącznego spełnienia trzech warunków. Wystarczy, że kredytodawca nie spełni choć jednego z nich i obowiązek znika. W efekcie baza danych Biura Informacji Kredytowej będzie stale zasilana nowymi informacjami, a konkurencyjne biura informacji gospodarczej nie dostaną nic.

Projektodawcy tłumaczą, że nie mogli wyrównać tych warunków, bo zmiana ustawy o BIG-ach wykracza poza zakres wdrożenia dyrektywy CCD II. To argument wybiórczy – ten sam projekt nowelizuje przecież ustawę o BIG-ach w art. 145, nakładając na biura nowy obowiązek informowania konsumentów o zaległości. Jeżeli można zmieniać tę ustawę w tym zakresie, można było również znowelizować przepisy o raportowaniu, by obowiązek wobec BIG-ów był równie bezwarunkowy jak wobec BIK-u. Komisja Nadzoru Finansowego wskazywała w uwagach do projektu, że proponowane rozwiązania mogą uzależniać działalność kredytodawców od jednego prywatnego podmiotu.

Wierzyciele wtórni: dane wędrują do BIK bez podstawy w dyrektywie

Drugi mechanizm jest jeszcze bardziej kontrowersyjny. Art. 43 ust. 7 projektu zobowiązuje nabywców wierzytelności – firmy skupujące niespłacone długi – do raportowania do BIK. Przez 15 lat przekazywali oni dane do BIG-ów i robiło to z powodzeniem: kredytodawcy sprawdzający obie bazy mieli komplet informacji. Jedynym podmiotem, który nie miał dostępu do danych od wierzycieli wtórnych, był BIK. Nowe przepisy nie tyle uszczelniają system, co przekierowują istniejący strumień danych z BIG-ów do BIK-u.

Dyrektywa CCD II obowiązkami raportowymi obejmuje wyłącznie kredytodawców i pośredników kredytowych. Nabywca wierzytelności nie należy do żadnej z tych kategorii. Przepis wykracza więc poza zakres transpozycji dyrektywy i jest przykładem nadregulacji, którą Komisja Europejska od lat krytykuje jako sprzeczną z zasadą proporcjonalności.

Co więcej – termin 7 dni na zaraportowanie jest całkowicie nierealny: weryfikacja portfela wierzytelności trwa w praktyce od kilku tygodni do kilku miesięcy. Do BIK-u trafiałyby więc dane niezweryfikowane, a błędny wpis – np. z powodu pomyłki w numerze PESEL – może skutkować odmową kredytu dla osoby, która nie ma nic wspólnego z danym długiem. Trudno też pominąć orzecznictwo TSUE, zgodnie z którym państwo nie może ustanawiać rozwiązań regulacyjnych, które wzmacniają lub rozszerzają pozycję dominującą określonego przedsiębiorstwa.

Działamy na wielu rynkach europejskich i nigdzie nie spotkaliśmy się z pomysłem, aby wierzyciele wtórni byli objęci krajowymi obowiązkami raportowania do baz kredytowych. W żadnym innym państwie UE nabywcy wierzytelności takich kosztów nie ponoszą. To rozwiązanie jest zbyteczne i dyskryminuje polskie firmy wobec konkurencji zagranicznej. – zauważa Tomasz Ignaczak, dyrektor generalny KRUK S.A.

Efekt domina: mniej konkurencji, droższy kredyt

Przeniesienie obowiązku raportowania wierzycieli wtórnych do BIK uruchamia efekt domina: koncentrację danych w jednej bazie, stopniowe odchodzenie banków od korzystania z BIG-ów i osłabienie narzędzi, z których od lat korzystają przedsiębiorcy, zwłaszcza z sektora MŚP. –  mówi Piotr Rogowiecki, dyrektor Departamentu Analiz i Legislacji Pracodawców RP.

Efekt obu mechanizmów jest ten sam: dane, które przez lata trafiały do konkurencyjnych BIG-ów i były dostępne dla całej gospodarki – bankom, instytucjom pożyczkowym, małym i średnim przedsiębiorcom oceniającym ryzyko kontrahenta – zostaną skoncentrowane w jednej branżowej bazie, czyli BIK-u. BIG-i staną się źródłem niepełnym, a wraz z tym spadnie ich użyteczność i pozycja rynkowa. Monopol BIK-u umocni się nie dlatego, że wygrał rynkową rywalizację, lecz dlatego, że ustawa wyeliminowała konkurencję.

Jeżeli nowe przepisy skierują kluczowe dane o zadłużeniu przede wszystkim do BIK, a rola BIG-ów zostanie ograniczona, motywacja do terminowej spłaty zobowiązań spadnie, a małym firmom będzie znacznie trudniej ocenić ryzyko współpracy z nowym klientem. – dodaje Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

AI, medycyna spersonalizowana, IoMT, fuzje i przejęcia napędzają strategię firm life sciences

Prezesi firm z sektora life sciences pozostają optymistyczni wobec perspektyw branży – aż 83% z nich spodziewa się jej dalszego wzrostu, a 55% oczekuje zwiększenia zysków przekraczającego 2,5%. Wyniki badania „KPMG Global Life Sciences CEO Outlook” wskazują również na wyraźną koncentrację na innowacjach – od medycyny spersonalizowanej i badań multiomicznych (umożliwiających szybszą i dokładniejszą diagnostykę genetyczną) po rozwój Internetu Rzeczy Medycznych (IoMT) oraz rozwiązań opartych na agentowej sztucznej inteligencji. Jednocześnie firmy dostosowują swoje strategie do zmian rynkowych i wyzwań technologicznych, a aż 80% liderów deklaruje, że dostosowało swoją strategię do wyzwań rynkowych.

Perspektywy rozwoju branży

Rosnąca pewność co do kondycji sektora przekłada się na ambitne cele finansowe i działania strategiczne. 86% prezesów deklaruje umiarkowaną lub wysoką gotowość do realizacji transakcji M&A w ciągu najbliższych trzech lat, co potwierdza utrzymującą się dynamikę zmian w sektorze. Jednocześnie zmienił się charakter transakcji – coraz częściej mają one na celu transformację biznesu poprzez pozyskanie kompetencji zapewniających trwałą, długoterminową wartość. Prezesi dostosowują się do zmian rynkowych – 80% z nich już zmodyfikowało swoje strategie wzrostu, aby skutecznie reagować na powiązane ze sobą wyzwania rynkowe.

Sektor life sciences stawia na medycynę precyzyjną i terapie personalizowane

Najważniejszymi kompetencjami i obszarami technologicznymi będą w ciągu najbliższych trzech lat Internet Rzeczy Medycznych (IoMT), urządzenia biomimetyczne (maszyny i systemy, których konstrukcja i działanie są inspirowane rozwiązaniami występującymi w naturze) oraz badania multiomiczne (umożliwiające szybszą i dokładniejszą diagnostykę genetyczną). Wskazuje to na wyraźną koncentrację sektora na medycynie precyzyjnej i pogłębionej, zintegrowanej analizie procesów biologicznych. Szczególny nacisk na multiomikę obrazuje, jak duże znaczenie branża life sciences przywiązuje do tworzenia wieloaspektowych, innowacyjnych terapii o wysokim stopniu personalizacji. Po stronie operacyjnej prezesi wskazują natomiast na rosnącą rolę technologii wzmacniających ochronę prywatności oraz produktów i usług z wbudowanymi komponentami AI.wykres

Strategiczne inwestycje w AI z myślą o mierzalnych efektach

Z badania KPMG wynika, że prezesi nie ograniczają się już do testowania AI, lecz wdrażają ją w codziennych operacjach, aby budować bardziej inteligentne i elastyczne organizacje. 73% liderów planuje przeznaczyć od 10% do 20% swoich budżetów technologicznych na inwestycje w sztuczną inteligencją. Oczekiwania są wysokie – 65% spodziewa się zwrotów w ciągu jednego do trzech lat.

Jedna czwarta prezesów wskazuje na wzrost zdolności organizacji w zakresie podejmowania decyzji i analizy danych – to znaczący wzrost w porównaniu z zaledwie 4% rok wcześniej. Wraz z rosnącą skalą wdrożeń AI rośnie jednak znaczenie cyberbezpieczeństwa. Dla 84% prezesów pozostaje ono kluczowym wyzwaniem, a niemal wszyscy liderzy (94%) wyrażają obawy związane z wykrywaniem i zapobieganiem oszustwom, kradzieżą tożsamości oraz ochroną danych. 

Polski sektor life sciences znajduje się w wyjątkowym momencie – rosnące napięcia w globalnych łańcuchach dostaw i postępujący reshoring produkcji farmaceutycznej do Europy stawiają Polskę w pozycji naturalnego beneficjenta tych zmian, zarówno jako lokalizację dla produkcji kontraktowej, jak i dla rozbudowy regionalnych hubów logistycznych. Potwierdzają to globalne dane z raportu: odporność łańcucha dostaw znalazła się w ścisłej czołówce wyzwań krótkoterminowych wskazywanych przez prezesów firm life sciences na całym świecie, a 80% z nich już dostosowało strategię wzrostu do nowych realiów. Ulokowane w Polsce firmy farmaceutyczne i biotechnologiczne dysponują mocną bazą wytwórczą i rosnącymi kompetencjami w obszarze badań klinicznych, jednak ich dalszy rozwój będzie w dużej mierze zależał od zdolności do wejścia w bardziej zaawansowane segmenty wartości – takie jak terapie biologiczne, medycyna precyzyjna czy badania multiomiczne, które raport wskazuje jako priorytetowe kierunki inwestycji globalnych liderów. Główną barierą wzrostu pozostaje dostęp do wyspecjalizowanego kapitału ludzkiego: konkurencja o talenty w obszarach AI, analityki danych i nauk przyrodniczych jest w Polsce równie ostra jak na rynkach zachodnich, przy jednoczesnej mniejszej skali budżetów szkoleniowych i programów retencji. Patrząc na perspektywę najbliższych trzech do pięciu lat, polskie firmy mają realną szansę na skokowy wzrost – pod warunkiem, że aktywnie wykorzystają dostępne instrumenty wsparcia B+R, zbudują partnerstwa z globalnymi graczami w łańcuchu dostaw i podejmą strategiczne decyzje dotyczące cyfryzacji zanim okno przewagi lokalizacyjnej się zamknie – mówi Sabina Sampławska, Partner w Dziale Doradztwa Podatkowego, Lider doradztwa dla sektora life sciences w KPMG w Polsce.

Podnoszenie i zmiana kompetencji oraz gotowość do pracy z AI

Prezesi coraz większą wagę przywiązują do rozwoju talentów, uznając, że gotowość pracowników do pracy z wykorzystaniem sztucznej inteligencji ma kluczowe znaczenie dla realizacji celów organizacji – wskazuje na to 85% respondentów. Aby to osiągnąć, liderzy przyspieszają szkolenia z zakresu AI, otwarcie komunikują zmiany w rolach pracowników oraz dostosowują programy rozwoju kompetencji do potrzeb różnych pokoleń.

 

Strategia obejmuje przekwalifikowanie obecnych pracowników, zatrudnianie nowych specjalistów z kompetencjami technologicznymi oraz przesuwanie części pracowników do ról związanych z rozwiązaniami opartymi na AI. Coraz większą rolę odgrywają także elastyczne modele pracy. Odsetek prezesów przewidujących, że większość pracowników będzie pracować w modelu hybrydowym, wzrósł z 20% w 2024 roku do 73% w 2025 roku (wzrost o 265% rok do roku), co pokazuje wyraźną zmianę w sposobie, w jaki organizacje planują przyciągać i zatrzymywać najlepsze talenty.

Import cementu z Ukrainy wzrósł o 3800%. Branża żąda objęcia surowca systemem SENT

W 2025 r. do Polski trafiło łącznie 1,73 miliona ton cementu spoza Unii Europejskiej, a od 2019 r. jego import z Ukrainy wzrósł aż o ponad 3800%. To wręcz książkowy przykład zjawiska „ucieczki emisji”. Mimo wprowadzenia tzw. cła węglowego, czyli mechanizmu CBAM, prognozy importu cementu do Polski rosną, a wraz z nimi – liczone w setkach milionów złotych straty Skarbu Państwa.

Podczas posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Rozwoju Przemysłu Cementowego w Polsce branża zaapelowała do Ministerstwa Finansów o objęcie cementu systemem SENT, aby zwiększyć nadzór nad jego transportem do Polski oraz ograniczyć „szarą strefę”. Postulowano również o ochronę przed importem, m.in. poprzez ustanowienie polskiego cementu komponentem krajowym i utrzymanie szczelności mechanizmu CBAM.

Zwalczyć „szarą strefę”, która kosztowała już ponad 200 mln zł

W 2025 r. produkcja cementu w Polsce wyniosła 17,1 mln ton – To 3. wynik w Europie, ale równocześnie rozczarowujący poziom – wynikający przede wszystkim z niepohamowanego importu, który tłumi produkcję w Polsce – mówił Krzysztof Kieres, Przewodniczący Stowarzyszenia Producentów Cementu. Oznacza to realne straty dla gospodarki, gdyż budżet Państwa i budżety samorządów tracą 136 złotych na każdej tonie importowanego cementu.

Tym samym strata Skarbu Państwa – w wyniku napływu ponad 1,5 miliona ton cementu w latach 2024-25 tylko z Ukrainy – jest szacowana na ponad 200 milionów złotych. W latach 2019-25 import do Polski tego materiału, produkowanego w zakładzie w Iwano-Frankiwsku bez ponoszenia kosztów polityki klimatycznej UE, wzrósł aż o ponad 3800%. Coraz mocniej uderza to w konkurencyjność krajowych zakładów, gdyż taka ilość cementu odpowiada rocznej produkcji jednej cementowni w Polsce – zapewniającej zatrudnienie dla ponad 300 osób oraz dodatkowo ponad 1200 miejsc pracy – w tym w ramach łańcucha dostaw. Równocześnie dwa podmioty, odpowiedzialne za import cementu z Ukrainy do Polski, zatrudniają łącznie… 18 osób.

Przewidujemy, że w tym roku do Polski wjadą ponad 2 miliony ton cementu – z Ukrainy, północnej Afryki, Turcji, także z innych krajów europejskich – dodał Zbigniew Pilch, Dyrektor Wykonawczy SPC. Rosnący import spoza UE zmierza do umacniania się „szarej strefy” w obrocie cementem, skutkując dalszymi stratami dla Skarbu Państwa, destabilizacją rynku i zakłóceniem łańcuchów dostaw, ale również zagrożeniem dla standardów bezpieczeństwa budowlanego – poprzez wprowadzanie na rynek cementu niespełniającego europejskich norm jakościowych.

Jeżeli chodzi o import cementu – najpierw z Białorusi, później z Ukrainy – problem urasta jak kula śniegowa. Nie mamy szans z importerami, którzy produkują cement o wyższym śladzie węglowym i nie mamy instrumentu, żeby go ograniczyć. Dlatego apelujemy, aby spojrzeć na SENT jako na uszczelnienie systemu – poprzez objęcie nim importu cementu do Polski – mówił Włodzimierz Chołuj, Członek Zarządu SPC i Prezes Zarządu Cemex Polska.

Branża apeluje o objęcie systemem SENT cementu – jako surowca masowego, mającego strategiczne znaczenie dla gospodarki – szczególnie w dobie tak szeroko zakrojonych inwestycji w obronność i bezpieczeństwo energetyczne Polski. Postulatami są także: wprowadzenie licencji importowo-eksportowych na cement i zaostrzenie kontroli na granicach Polski (przez GUNB i KAS) spełniania norm jakościowych, zawartości klinkieru w cemencie (pod kątem CBAM) czy zawartości rozpuszczalnego chromu (zgodnie z rozporządzeniem REACH).

Cement jak zboże i węgiel: CBAM musi być szczelny

Musimy być świadomi, że emisja CO2 cementu np. w Ukrainie jest o 200 kg/tonę wyższa niż w UE. Sprowadzanie go do Unii Europejskiej podważa założenia jej polityki klimatycznej – komentował Andrzej Reclik, Członek Zarządu SPC i Prezes Zarządu Heidelberg Materials Polska. Wskazał również, iż bez weryfikacji zawartości klinkieru w cemencie – powodującej nawet 40% wzrost lub spadek emisji CO2 – trudno mówić o skuteczności CBAM. Podobnie jak bez weryfikowania deklarowanych przez importerów kosztów emisji w krajach poza UE.

Obecna klasyfikacja cementu w ramach CBAM jest wyłomem w przepisach. Jak wskazywali przedstawiciele KOBiZE, powinna się ona opierać na zawartości klinkieru, co wymaga zmiany kodów TARIC. Polska złożyła taką propozycję na forum Komisji Europejskiej, która w ciągu 1-2 miesięcy powinna wprowadzić zmiany. Zostały już wdrożone – przez KAS i Ministerstwo Finansów – nowe kody krajowe, oparte o klasyfikację cementów (pod względem zawartości klinkieru). To rozwiązanie funkcjonuje od 1 marca 2026 r. i pozwala weryfikować, czy w ramach CBAM importerzy deklarują faktyczną emisyjność cementu. Próbę jej zaniżenia należy bowiem traktować jako charakterystyczne dla „szarej strefy” unikanie opodatkowania.

Jako parlamentarzyści mamy świadomość, że cement to nie tylko materiał budowlany, ale również surowiec strategiczny. W związku z tym oczekujemy od organów administracji państwowej uszczelnienia tego systemu – zaznaczył Wiceprzewodniczący Zespołu, Andrzej Szewiński – porównując zalew polskiego rynku importowanym cementem do zboża i węgla.

Podobnie jak w przypadku kontroli importu cementu na granicy, również jego produkcja poza UE powinna być fizycznie sprawdzana. Aby uniknąć powstawania w krajach trzecich zakładów produkujących tylko na import do Unii Europejskiej, należy wprowadzić minimalny próg produkcji na rynek krajowy. Konieczne jest również wprowadzenie takich samych warunków dla wszystkich krajów trzecich – bez wyjątków, zwolnień czy wyłączeń – poprzez porównanie kosztów emisji.

Polski cement to komponent krajowy

Powinniśmy zrobić wszystko, aby ochronić nasze dobro narodowe, czyli przemysł cementowy, który jest kołem zamachowym polskiej gospodarki i jej papierkiem lakmusowym. Jeżeli produkcja cementu spada – dlatego, że jest jego napływ z zagranicy, również będzie miało to bezpośredni wpływ na rozwój polskiej gospodarki – mówił Paweł Bejda, Przewodniczący Parlamentarnego Zespołu ds. Rozwoju Przemysłu Cementowego w Polsce.

W ciągu 10 lat do realizacji inwestycji w obronność i bezpieczeństwo – na czele z Tarczą Wschód czy budową schronów, bunkrów i miejsc schronienia – będzie potrzeba ok. 3 milionów ton cementu. Zapotrzebowanie na beton dla elektrowni jądrowej – jednej z najważniejszych inwestycji w historii Polski – jest szacowane na milion m3. – Chodzi o utrzymanie zdolności polskiego przemysłu cementowego do wypełniania zadań strategicznych – podkreślił Dariusz Gawlak, Wiceprzewodniczący SPC i Prezes Zarządu Cementowni Warta.

Pomimo tak strategicznego znaczenia przemysłu cementowego dla gospodarki i obronności Polski oraz apeli producentów, w ich konkurencyjność coraz mocniej uderza m.in. lawinowo rosnący import spoza UE. Stowarzyszenie Producentów Cementu proponuje, aby ująć w polskiej legislacji definicję komponentu krajowego, obejmującą jedynie cement produkowany w Polsce.

Jeżeli inwestuje się w infrastrukturę, powinny być w tym celu wykorzystywane materiały produkowane w Polsce – wtedy budujemy siłę naszej gospodarki i wspólnie dbamy o interes gospodarczy naszego kraju. Mamy najnowocześniejszy, najmniej emisyjny przemysł cementowy w UE. Zatem antyproduktywne jest wykorzystanie wysokoemisyjnego cementu z importu, szczególnie w kontekście działań na rzecz ochrony klimatu – komentował Janusz Miłuch, Członek Zarządu SPC i Prezes Zarządu CRH Materials Polska.

Poznański rynek skręca w stronę luksusu i stawek 18 tys. zł za metr

Mit o ogromnych zasobach mieszkaniowych pod Poznaniem przechodzi do historii. Dane Otodom pokazują, że na koniec stycznia oferta deweloperska w granicach administracyjnych miasta była ponad sześciokrotnie większa niż w obwarzanku. Choć nowe mieszkania poza miastem wciąż kuszą przeciętną ceną całkowitą poniżej 500 tys. zł, zarówno deweloperzy, jak i kupujący coraz częściej kierują uwagę ku stolicy Wielkopolski, stawiając na droższe lokale o podwyższonym standardzie. Sytuację komentuje Katarzyna Kuniewicz, dyrektorka badań rynku Otodom.

Przez lata wokół poznańskiego rynku nieruchomości narosło wiele błędnych przekonań. Jednym z najsilniej zakorzenionych było założenie, że poza granicami administracyjnymi miasta firmy deweloperskie budują niemal drugie tyle mieszkań co w Poznaniu. Choć przez pewien czas obwarzanek faktycznie przyciągał bogatą ofertą, dziś wyraźnie widać, że sytuacja się zmieniła.

Dane GUS o liczbie mieszkań i domów deweloperskich oddanych do użytkowania w Poznaniu i aglomeracji poznańskiej mówią, że w 2011 roku firmy deweloperskie wybudowały o 20% więcej mieszkań i domów wokół Poznania niż w granicach administracyjnych miasta. Warto jednak pamiętać, że to było 15 lat temu. Styczniowe odczyty z rynku deweloperskiego weryfikują ten mit o skali nieruchomości pod Poznaniem. Na koniec miesiąca deweloperzy mieli w swojej ofercie 6,5 tys. mieszkań w samym Poznaniu i zaledwie 1 tys. w obwarzanku. Wybór lokali zlokalizowanych pod Poznaniem był więc około sześciokrotnie mniejszy.

Dlaczego deweloperzy częściej stawiają na miasto?

– Oferta poza granicami administracyjnymi Poznania, aby pozostać konkurencyjna wobec miasta, musi mieścić się w całkowitej cenie do około 500 tys. zł. Podczas gdy deweloper, który buduje w Poznaniu może oferować i sprzedawać mieszkania, których cena całkowita przekracza 700 tys. zł. Skoro więc w mieście popyt jest na tyle silny, że akceptuje znacznie wyższe stawki, rodzi się zasadnicze pytanie o motywację do realizowania inwestycji w obwarzanku – tłumaczy Katarzyna Kuniewicz, dyrektorka badań rynku Otodom.

Mimo że ceny mieszkań w aglomeracji poznańskiej w ostatnim czasie nieco wzrosły, różnica między stawkami w Poznaniu i w gminach otaczających miasto nadal pozostaje dość duża. Wynika to nie tyle ze wzrostu cen pod Poznaniem, ile z tego, że w ostatnim czasie wyraźnie podrożały mieszkania w samym Poznaniu. Jednocześnie liczba mieszkań oferowanych w mieście zaczęła wyraźnie spadać.

Skąd ten rynkowy paradoks?

– Istotą zmiany jest jednak to, że oczekiwania klientów w Poznaniu i w okolicach przesunęły się w kierunku mieszkań o podwyższonym standardzie, bliższych apartamentom. Tymczasem w ofercie podpoznańskiej wciąż dominują lokale o podstawowym standardzie – mówi Katarzyna Kuniewicz.

Dyrektorka badań rynku Otodom dodaje, że ten niższy standard pod miastem idzie w parze z kolejnym, niezwykle zaskakującym zjawiskiem. – Przeciętna powierzchnia mieszkania w aglomeracji poznańskiej jest o jeden metr kwadratowy mniejsza niż średni metraż mieszkania w Poznaniu. To dość nietypowa sytuacja. W większości dużych miast, jak choćby w Warszawie, wybór inwestycji zlokalizowanych poza granicami administracyjnymi wiąże się z wyraźnym wzrostem powierzchni lokalu – zazwyczaj o co najmniej kilka metrów. Oczywiście w przypadku domów wygląda to inaczej, ale tutaj mówimy o mieszkaniach deweloperskich – wyjaśnia.

W Poznaniu przez wiele lat obserwowano podobną zależność. Mieszkania budowane w gminach otaczających miasto były zazwyczaj nieco większe niż te powstające w samym Poznaniu, a jednocześnie było ich tam więcej. Rynek stopniowo nasycał się ofertą budownictwa wielorodzinnego. Sprzyjało temu między innymi dobre skomunikowanie okolicznych miejscowości z miastem.

Jeszcze trzy czy cztery lata temu deweloperzy otwarcie mówili, że korzystniej budować pod Poznaniem. Grunty są tam tańsze, a realizacja projektów często prostsza. Jednocześnie, ograniczając powierzchnię oferowanych mieszkań, można było obniżyć ich cenę całkowitą – uzupełnia Katarzyna Kuniewicz.

Przeciętna cena całkowita mieszkania oferowanego w Poznaniu to obecnie około 730 tys. zł. Tymczasem w gminach otaczających miasto jest to niespełna 500 tys. zł. Różnica mniej więcej 230 tys. zł jest więc bardzo wyraźna i dla wielu kupujących niezwykle atrakcyjna. W praktyce oznacza to, że rezygnacja z miejskiego adresu pozwala za „zaoszczędzone” środki wykończyć lokal zakupiony od dewelopera pod Poznaniem w wysokim standardzie.

Co dalej z poznańskim rynkiem?

W samym mieście widać z kolei, że firmy deweloperskie uzupełniają ofertę mieszkaniami odpowiadającymi na sprecyzowane potrzeby kupujących. Coraz częściej są to osoby nabywające kolejne z rzędu mieszkanie i stawiające przede wszystkim na jakość. Ta jakość może przejawiać się zarówno w lokalizacji, jak i w standardzie samego lokalu czy wręcz budynku. Ma to swoje odzwierciedlenie w cenach. Wprawdzie w ostatnich miesiącach, a zwłaszcza w czwartym kwartale 2025 roku, do sprzedaży trafiało mniej nowych lokali niż zazwyczaj, jednak stawki sięgały 17–18 tys. zł za metr kwadratowy.

– Wydaje się, że okres największych wprowadzeń nowych mieszkań deweloperskich do sprzedaży w Poznaniu mamy już za sobą. Obecnie wchodzimy raczej w fazę uzupełniania oferty projektami o podwyższonym standardzie. Można więc zakładać, że w najbliższym czasie liczba mieszkań oferowanych w granicach administracyjnych miasta będzie się dalej zmniejszać, a nowe projekty będą należały raczej do droższych i częściej pojawiały się w centralnych lokalizacjach – prognozuje Katarzyna Kuniewicz.

Trudno jednak przesądzić, czy popyt będzie w stanie odpowiedzieć na te wprowadzenia równie dużym zainteresowaniem. W czwartym kwartale do sprzedaży trafiło około 800–900 mieszkań w relatywnie wysokich cenach, podczas gdy kupionych zostało niemal dwa razy tyle, ale w zupełnie innym przedziale cenowym – około 12–13 tys. zł za metr kwadratowy.

– W efekcie obserwujemy ciekawą sytuację. Po stronie podaży mamy zjawisko uzupełnienia oferty mieszkaniami droższymi, podczas gdy popyt na razie wciąż chce zabierać z rynku mieszkania tańsze. Na ile ten eksperyment deweloperski, który widzieliśmy pod koniec ubiegłego roku i na początku 2026, się powiedzie, zobaczymy – dodaje dyrektorka badań rynku Otodom.

Alternatywą pozostaje oferta w poznańskim obwarzanku, chociaż ze względu na swoją ograniczoną skalę nie daje ona możliwości swobodnego wyboru, którego oczekują obecnie kupujący.

Pojawia się więc pytanie, czy kolejnym etapem aktywności deweloperów nie będzie powrót do budowania domów jednorodzinnych i zabudowy bliźniaczej w okolicach Poznania. Katarzyna Kuniewicz przyznaje, że taki scenariusz jest oczywiście możliwy.

– Na razie warto jednak pamiętać, że w całym 2025 roku poznański rynek pozostawał bardzo zrównoważony. W granicach administracyjnych miasta sprzedano około 4300 mieszkań, podczas gdy do oferty wprowadzono blisko 4100 lokali. Te wartości są do siebie bardzo zbliżone, co pokazuje, że choć gra popytu i podaży jest bardzo wyrównana, to rynek deweloperski w Poznaniu znajduje się obecnie w stanie niewielkiej nadpodaży – wyjaśnia.

W związku z tym nawet ewentualne pojawienie się alternatywy w postaci nowych domów jednorodzinnych oferowanych przez firmy deweloperskie pod miastem raczej nie wygeneruje nowego popytu. Może jedynie uzupełnić ofertę. Przy obecnej skali projektów realizowanych w samym mieście trudno bowiem zakładać, że w najbliższym czasie deweloperzy zaczną intensywnie rozwijać inwestycje poza granicami administracyjnymi Poznania.

Forint traci przed wyborami, dolar najsilniejszy od dawna

Stabilizacja cen ropy to coś, do czego wiele osób tęskni, ale też coś, co nie chce się wydarzyć. Szczególnie jak w wojnie w Zatoce Perskiej przekraczane są kolejne granice – jak ataki na statki na kotwicach. W rezultacie dolar idzie w górę, a w tle widzimy dane z USA, które nagle straciły na znaczeniu.

Ropa znów z trzycyfrową ceną

Jeszcze wczoraj rynki oddychały z ulgą, gdy cena czarnego złota spadała do 90 dolarów za baryłkę. Wczoraj doszło jednak do eskalacji działań w Zatoce Perskiej. Mowa tutaj zarówno o atakach koalicji amerykańsko-izraelskiej, jak i o samych odpowiedziach Iranu. To, co chyba najmocniej wstrząsnęło rynkami, to nie ataki na cele w innych państwach w regionie, a działania mające jeszcze bardziej odstraszyć od prób przekroczenia Cieśniny Ormuz. Chodzi o potwierdzające się doniesienia o minach morskich w tym dość wąskim jednak przejściu oraz kolejne ataki na statki. Tym razem celem były również jednostki czekające w znacznej odległości od samej cieśniny. Gdyby doszło do zniszczenia floty oczekującej po obydwóch stronach, nawet koniec walk nie unormowałby sytuacji na rynkach. To właśnie dlatego znów oglądaliśmy ropę w okolicach 100 dolarów za baryłkę.

Jak trwoga, to do dolara

Wzrost napięć spowodował, że na rynkach znów trwa ucieczka kapitału. Ponownie to dolar i frank są głównymi beneficjentami obecnej sytuacji. Obie te waluty zbliżyły się wczoraj do swoich najsilniejszych poziomów względem pozostałych jednostek. Z tej dwójki silniej umacnia się dolar, który od początku wojny zyskuje nawet względem franka szwajcarskiego. Co ciekawe, wczorajsze silne umocnienie amerykańskiej waluty nie wpłynęło – jak to często bywa w takich sytuacjach – na osłabienie polskiego złotego. Z walut naszego regionu lekko tracił forint. Trzeba jednak pamiętać, że Węgrzy mają teraz silne bodźce dla własnej waluty wynikające z wewnętrznej polityki. Dokładnie za miesiąc odbędą się wybory parlamentarna, a obecne sondaże pokazują, że główna opozycyjna partia Tisza wciąż ma dużą przewagę nad rządzącym Fideszem.

Inflacja w USA

Wczoraj poznaliśmy teoretycznie bardzo ważny wskaźnik zza oceanu. Skoro trwa wojna w Zatoce Perskiej, a ceny ropy naftowej idą gwałtownie w górę, to wielu analityków interesuje, jak odbije się to inflacji w USA. Jest tylko jeden ważny problem – wczorajsze dane obejmują luty, czyli przygotowania do wojny. Fajnie, że w lutym było zgodnie z oczekiwaniami 2,4%, ale absolutnie nie daje to analitykom niemal żadnej informacji. Niemal – bo wiemy, że przed samym atakiem nie działo się jeszcze nic nadzwyczajnego. Nadal nie wiadomo jak drożejąca ropa naftowa i idące zaraz za tymi wzrostami ceny paliw przełożą się na portfele Amerykanów. Po kontraktach terminowych na stopę procentową widać jednak, że inwestorzy oczekują, że przesunie to obniżki stóp nawet na wrzesień.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak odczytów mogących rywalizować z wydarzeniami w geopolityce.

Pracodawcy apelują o odroczenie terminu wdrożenia dyrektywy o transparentności wynagrodzeń

Do 7 czerwca 2026 r. został niespełna kwartał, a w wielu krajach UE prace nad wdrożeniem dyrektywy o transparentności wynagrodzeń dopiero nabierają tempa. W Polsce projekt ustawy implementującej trafił do Rządowego Centrum Legislacji (RCL) pod koniec 2025 r., a pierwsze opinie w ramach konsultacji pojawiły się niedawno. Mimo opóźnień Polska jest jednym z bardziej zaawansowanych państw jeśli chodzi o implementację tych przepisów, bo już od grudnia 2025 r. obowiązują u nas częściowe przepisy dotyczące jawności wynagrodzeń dotyczące procesu rekrutacji. Tymczasem, choć projekty ustaw opublikowały m.in. Dania, Finlandia, Słowacja, Francja, Irlandia, Włochy, Litwa, Malta, Niderlandy i Szwecja, większość państw członkowskich nadal nie przedstawiła żadnych propozycji legislacyjnych, co wyraźnie pokazuje, jak duże opóźnienia towarzyszą zbliżającemu się terminowi implementacji.

BusinessEurope apeluje: potrzeba dwóch lat więcej

27 lutego 2026 r. BusinessEurope, największa europejska organizacja biznesowa, zwróciła się do Komisji Europejskiej o odroczenie implementacji dyrektywy o transparentności wynagrodzeń o dwa lata, argumentując, że obecny termin – 7 czerwca 2026 r. – jest nierealistyczny, biorąc pod uwagę skalę zmian wymaganych od państw członkowskich i pracodawców. Organizacja argumentuje, że tak złożonych obowiązków dotyczących m.in. raportowania, systemów wynagrodzeń i dostępu do informacji, nie da się wdrożyć szybko i bez ryzyka chaosu regulacyjnego. Dłuższy czas pozwoliłby na przygotowanie spójnych przepisów krajowych, odpowiednich narzędzi oraz rozwiązań, które będą realnie możliwe do zastosowania w firmach.

Polskie organizacje podnoszą te same wątpliwości

Polskie organizacje pracodawców w konsultacjach publicznych również podnoszą postulat wydłużenia czasu na implementację. Business Centre Club ocenił czerwcowy termin 2026 r. jako nierealny i „stanowczo sprzeciwił się tak krótkiemu vacatio legis” dla tak złożonej regulacji.

Podobne stanowisko sygnalizuje Federacja Przedsiębiorców Polskich, która zaproponowała przepis przejściowy pozwalający na dokończenie weryfikacji i dostosowanie taryfikatorów stronom układów zbiorowych do 31 grudnia 2027 r, wskazując na skalę i czasochłonność wartościowania pracy w dużych organizacjach. Z kolei Rzecznik MŚP akcentuje nadmierne obciążenia dla MŚP oraz potrzebę rozwiązań proporcjonalnych do ich możliwości organizacyjnych — co w praktyce oznacza konieczność dłuższego okresu dostosowawczego.

Na konieczność realnego bufora czasowego pośrednio wskazuje także Państwowa Inspekcja Pracy, która szacuje znaczny wzrost zadań i kosztów oraz potrzebę dodatkowych etatów i narzędzi, aby udźwignąć nowe obowiązki — to w praktyce oznacza, że zbyt krótki horyzont wdrożenia groziłby niewykonalnością po stronie instytucji wspierających egzekwowanie prawa.

BusinessEurope sygnalizuje potrzebę rozważenia środków upraszczających

BusinessEurope zwraca uwagę, że w wielu państwach funkcjonują już rozbudowane systemy klasyfikacji i wartościowania pracy oparte na układach zbiorowych. Zostały one wypracowane wspólnie z partnerami społecznymi i obejmują przejrzyste, neutralne płciowo kryteria oceny stanowisk oraz ustrukturyzowane systemy wynagrodzeń. W związku z tym organizacja proponuje, aby przedsiębiorstwa objęte takimi układami uznać za spełniające część obowiązków wynikających z dyrektywy, co pozwoliłoby uniknąć dublowania procesów i ograniczyłoby biurokrację, jednocześnie wzmacniając dialog społeczny.

Jednocześnie BusinessEurope podkreśla, że pakiet unijnych obowiązków powinien być wdrażany z uwzględnieniem zróżnicowania rynków pracy w państwach członkowskich. Z tego względu postuluje bardziej elastyczne traktowanie kryteriów oceny „pracy o jednakowej wartości” oraz wprowadzenie obowiązkowego (a nie fakultatywnego) zwolnienia najmniejszych firm z części wymogów. Ma to zapobiec sytuacji, w której mikroprzedsiębiorstwa w niektórych krajach byłyby obciążone procesami niemożliwymi do udźwignięcia, podczas gdy w innych państwach byłyby one z nich zwolnione.

Podobne podejście BusinessEurope prezentuje wobec obowiązków raportowych. Zdaniem organizacji obecne zasady sporządzania raportów o luce płacowej są nadmiernie rozbudowane i w praktyce zbyt obciążające, zwłaszcza dla małych i średnich przedsiębiorstw. Dlatego BusinessEurope proponuje, aby pełne, kompleksowe raporty przygotowywały wyłącznie duże firmy objęte dyrektywą CSRD (zatrudniające co najmniej 1000 pracowników) natomiast pozostałe przedsiębiorstwa powinny być zobowiązane jedynie do raportowania w zakresie proporcjonalnym do swoich możliwości operacyjnych.

Kwestia proporcjonalności pojawia się także przy prawie do informacji o wynagrodzeniach. BusinessEurope zwraca uwagę, że choć dostęp pracowników do danych płacowych jest ważnym elementem dyrektywy, to w praktyce może prowadzić do nadmiernego obciążenia firm, jeśli nie zostanie odpowiednio uregulowany. Organizacja proponuje wprowadzenie limitu jednego wniosku informacyjnego rocznie, co miałoby zapobiec nadużyciom i ochronić pracodawców przed nadmierną presją administracyjną.

Dodatkowo, organizacja akcentuje wymiar ochrony danych: w małych zespołach nawet zagregowane informacje płacowe mogą pozwalać na łatwą identyfikację konkretnych osób. Stąd postulat wprowadzenia minimalnych progów liczbowych, od których dane można ujawniać, z pozostawieniem państwom członkowskim elastyczności co do ustalenia samego progu, aby zredukować ryzyko „wyczytywania” indywidualnych stawek.

W zakresie odpowiedzialności odszkodowawczej BusinessEurope opowiada się za ograniczeniem odpowiedzialności pracodawców do szkody realnej i udowadnialnej, bez rozszerzania jej na hipotetyczne, przyszłe konsekwencje (jak potencjalne świadczenia emerytalne), które nie wynikają wprost z działania pracodawcy i są trudne do przewidzenia. BusinessEurope sprzeciwia się również stosowaniu zasady „single source”, czyli mechanizmowi umożliwiającemu porównywanie wynagrodzeń pracowników zatrudnionych w różnych podmiotach, jeśli za ich warunki płacowe odpowiada jeden, centralny podmiot decyzyjny. Proponuje wprowadzenie rozwiązania polegającego na ograniczeniu porównań wyłącznie do pracowników zatrudnionych przez tego samego pracodawcę lub w tym samym przedsiębiorstwie lub organizacji, w przypadku gdy pracodawca sprawuje bezpośrednią kontrolę nad ustalaniem wynagrodzeń.

Głos polskich organizacji – nie tylko o czasie, ale i o jakości przepisów

W konsultacjach krajowych podkreślano, że wyzwaniem nie jest wyłącznie termin implementacji, ale również jakość i precyzja projektowanych rozwiązań. Zwracano uwagę, że część zapisów jest zbyt ogólna, niejasna lub niespójna, co w praktyce mogłoby utrudniać firmom prawidłowe stosowanie nowych obowiązków. Zdaniem polskich organizacji pracodawców doprecyzowania wymagają zarówno definicje kluczowych pojęć, jak i zasady wartościowania pracy, sposób raportowania luki płacowej, kwestie ochrony danych czy podział kompetencji pomiędzy poszczególne organy.

Zgłaszano również konkretne luki techniczne — m.in. brak jednoznacznego wskazania, na jaki dzień należy ustalać stan zatrudnienia, czy brak szczegółowych procedur dotyczących formy i zakresu przekazywania informacji pracownikom. Podnoszono też potrzebę jasnych reguł postępowania w sytuacjach, w których stronom nie udaje się osiągnąć porozumienia, tak aby uniknąć sporów i paraliżu decyzyjnego.

Wnioski i kierunek zmian

Wszystkie te głosy – zarówno na poziomie UE, jak i w Polsce – sprowadzają się do wspólnej konkluzji: aby dyrektywa spełniła swój cel, musi być przede wszystkim wykonalna i spójna. W obecnym kształcie, przy skali wymaganych zmian i licznych niejednoznacznościach projektowych, istnieje ryzyko, że zamiast realnej poprawy przejrzystości i równości płac, powstanie system trudny do stosowania, obciążający i podatny na spory interpretacyjne.

Autorzy:

Anna Panek
Agnieszka Nowak-Błaszczak

Autorki specjalizują się w prawie pracy i są członkiniami kancelarii Wolf Theiss w Polsce

Google „psuje” swoje usługi pod unijne dyktando. KE już w marcu może nałożyć na spółkę pierwsze kary

Według źródeł cytowanych przez The Capitol Forum, Komisja Europejska przygotowuje się do nałożenia grzywny w ramach toczącego się postępowania antymonopolowego przeciwko Alphabet. Jej wysokość może zostać ogłoszona jeszcze w tym miesiącu. Spółce grozi utrata nawet 10 proc. globalnych przychodów, co przy obecnych wynikach finansowych oznacza rekordowe 35 mld dol. W nadziei na złagodzenie kary gigant technologiczny testuje zmiany w europejskiej wersji swojej flagowej wyszukiwarki. Mają one m.in. ograniczyć preferencyjne traktowanie własnych usług i wyraźniej eksponować wyniki oraz oferty konkurencyjnych serwisów.

Wiosna 2026 roku może przynieść kolejną odsłonę największego w historii starcia między europejskim regulatorem a potęgami technologicznymi z Doliny Krzemowej. Akt o rynkach cyfrowych (DMA), który wszedł w życie z intencją ukrócenia praktyk monopolistycznych, stał się narzędziem bezprecedensowej ingerencji w strukturę najpopularniejszych usług cyfrowych, z których codziennie korzystają miliony Europejczyków. Największą cenę za dostosowanie się do nowych reguł może zapłacić gigant z Mountain View. Koncern stoi przed ryzykiem otrzymania kary finansowej, która zgodnie z literą DMA może wynieść do 10 proc. globalnego rocznego obrotu. Przy przychodach Alphabetu sięgających 350 mld dol., wysokość grzywny może wynieść astronomiczne 35 mld dol.

Dziewiątego marca spółka złożyła w Brukseli zaktualizowane, obszerne sprawozdanie z dostosowania swojej działalności do rygorystycznych wymogów aktu o rynkach cyfrowych. Dokument ma charakter rocznego raportu i stanowi szczegółowy zapis zmian wprowadzonych w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy w celu spełnienia nowych regulacji. Komisja Europejska zapowiedziała już wnikliwą wiwisekcję tych deklaracji, uwzględniając zarówno krytyczne głosy rynkowych konkurentów, jak i opinie niezależnych ekspertów.

Demontaż pod przymusem

W obawie przed olbrzymimi karami, Google rozpoczęła w Europie proces, który można określić mianem demontażu dotychczasowej wersji wyszukiwarki. Z generowanych przez nią wyników znikają dotychczas faworyzowane przez algorytm autorskie moduły, takie jak Google Travel czy Google Hotels. Zamiast nich priorytetowe miejsca w wynikach zajmują konkurencyjne serwisy wyspecjalizowane, tzw. Vertical Search Services (VSS). Zmiany te, choć pożądane przez urzędników w Brukseli, budzą opór samej korporacji. Szef działu konkurencji w Google, Oliver Bethell, przekonuje, że narzucone zmiany w sposobie prezentowania wyników wyszukiwania wydłużą czas potrzebny do znalezienia rzetelnych informacji. Zmiany mogą również doprowadzić do wzrostu cen hoteli, biletów lotniczych oraz innych popularnych usług.

Marcin Stypuła, założyciel i prezes agencji Semcore, ekspert w branży SEO i technologiach wyszukiwania, wskazuje, że ingerencja unijnego regulatora w kształt usług cyfrowych może zmienić układ sił na europejskim rynku e-commerce. – Mamy do czynienia z wymuszonym regresem funkcjonalności. Google przez lata dążyła do tego, by użytkownik otrzymał odpowiedź natychmiast, bez opuszczania wyszukiwarki. Teraz algorytm musi przekierować ruch na zewnętrzne agregaty. Z powodu wymogów prawnych doświadczenie użytkownika schodzi na dalszy plan. Dla wielu lokalnych przedsiębiorców, którzy opierali swoją widoczność na mapach Google, nadchodzące zmiany mogą oznaczać drastyczną redukcję ruchu – pierwsze próby pokazały spadki w rezerwacjach sięgające nawet 30 proc. Z kolei firmy, które stawiają na optymalizację stron internetowych, mogą okazać się największymi beneficjentami tej rewolucji – ocenia Stypuła.

Otwartość po europejsku

Komisja Europejska nie ogranicza się do reform w zakresie wyszukiwania treści – DMA uderza w fundamenty “zamkniętych ekosystemów” technologicznych, takich jak Apple i Meta. Producent iPhone’ów został zmuszony do dopuszczenia na iOS alternatywnych sklepów z aplikacjami oraz otwarcia chipów NFC dla zewnętrznych systemów płatności. Z kolei Meta musi zapewnić interoperacyjność komunikatora WhatsApp, co w praktyce oznacza konieczność odbierania wiadomości z innych, zewnętrznych aplikacji. Bruksela nie waha się przy tym używać twardych argumentów finansowych – Apple i Meta otrzymały już wielomilionowe kary, które mają służyć jako ostrzeżenie przed opieszałością we wdrażaniu zmian.

Skala unijnej ofensywy wywołuje coraz ostrzejszą reakcję w Waszyngtonie. Amerykańska administracja postrzega DMA jako akt dyskryminacji wymierzony bezpośrednio w ich najsilniejsze korporacje technologiczne. W kręgach dyplomatycznych pojawiają się głosy o “ekstorsji ekonomicznej” i groźby odwetu handlowego. Spór o kod źródłowy i sposób wyświetlania wyników wyszukiwania w Europie powoli przeradza się w pełnoskalowy konflikt geopolityczny. USA argumentują, że regulacje uderzają w innowacyjność i są formą cenzury, co może doprowadzić do trwałego pęknięcia w transatlantyckiej współpracy technologicznej.

Na liście „strażników dostępu” (gatekeepers) – podmiotów objętych restrykcjami ze względu na dominującą rynkową pozycję – znalazły się takie firmy jak Alphabet, Amazon, Apple, ByteDance, Meta i Microsoft. Co ciekawe, niektóre platformy takie jak X (dawniej Twitter) Elona Muska, zdołały uniknąć tego statusu po tym, jak dochodzenie wykazało, że nie stanowią one bramy dla użytkowników biznesowych w dotarciu do klientów końcowych. Z kolei chiński ByteDance, właściciel TikToka, mimo prób odwołania się do sądu, musi dostosować się do wymogów DMA.

Europa niczym Chiny?

Konsekwencją unijnej ofensywy regulacyjnej jest postępująca fragmentacja globalnej sieci, która w paradoksalny sposób zbliża Europę do modelu chińskiego – przynajmniej w zakresie regionalnych wersji cyfrowych rozwiązań, działających w coraz mocniej regulowanej sieci. Użytkownicy na Starym Kontynencie zmuszeni są do korzystania z innych wersji systemów operacyjnych, wyszukiwarek czy przeglądarek internetowych niż reszta świata. Na tym kończą się analogie z Pekinem. O ile bowiem chińska separacja służy przede wszystkim państwowej kontroli, o tyle europejskie regulacje – przynajmniej w teorii – oferują użytkownikom rzadki w cyfrowym świecie przywilej realnego wyboru i większej transparentności. W systemie Windows możliwe staje się zainstalowanie przeglądarki Edge czy wyszukiwarki Bing, a iOS w Europie staje się systemem otwartym na obce oprogramowanie. – Unijne prawo ma zwiększyć konkurencyjność, a jeśli cel ten zostanie osiągnięty, skorzystają na tym mniejsi, lokalni gracze. Na to wszyscy liczymy. Rodzi się jednak pytanie o przyszłość inwestycji technologicznych w regionie – giganci z Doliny Krzemowej mogą zacząć postrzegać rynek unijny jako obszar podwyższonego ryzyka, co mogłoby opóźnić wdrażanie najnowszych usług, w tym tych opartych na sztucznej inteligencji. Europa stoi więc przed dylematem: czy ochrona rynku przed monopolami jest warta ryzyka technologicznej izolacji – zauważa Marcin Stypuła z Semcore i dodaje, że problem ten zdaje się nie istnieć w świadomości unijnych urzędników. – W Brukseli panuje raczej przekonanie, że reszta świata w końcu pójdzie po rozum do głowy i wprowadzi podobne regulacje.

Z tego snu europejskich ustawodawców próbują wybudzić analitycy think‑tanku ECIPE, którzy krytycznie oceniają obecny kształt Digital Markets Act. W swoim raporcie wskazują, że dyrektywa, choć stworzona w dobrej wierze, niesie ze sobą poważne ryzyko. Prewencyjne wymogi zmuszają firmy do skupiania się na spełnianiu formalnych obowiązków zamiast na innowacjach, co spowalnia wprowadzanie nowych produktów i funkcji. DMA ma również zwiększać niepewność prawną, utrudniać planowanie strategiczne i podnosić koszty zgodności, co może odstraszać inwestorów i ograniczać rozwój rynków cyfrowych, zwłaszcza w krajach spoza UE, które próbują naśladować europejski model regulacji. W praktyce oznacza to, że zamiast stymulować innowacje i konkurencję, regulacje mogą działać jako hamulec dla całego sektora technologicznego.

Europejskie firmy zadowolone z przepisów

Z kolei stowarzyszenie europejskich firm technologicznych EUTA przestrzega przed pokusą zbyt wczesnego majstrowania przy świeżo upieczonych przepisach. Dla organizacji skupiającej ponad 30 czołowych przedsiębiorstw technologicznych ze Starego Kontynentu, kluczowe jest nie tyle doprecyzowanie litery prawa, co jej bezwzględna i surowa egzekucja. EUTA stoi na stanowisku, że otwieranie na nowo debaty nad treścią Aktu o rynkach cyfrowych byłoby dziś przedwczesnym i szkodliwym błędem, który mógłby jedynie rozwodnić wypracowany z takim trudem kompromis, zanim jego skuteczność zostanie sprawdzona w boju. Zamiast legislacyjnej rewizji, europejski biznes domaga się od Komisji Europejskiej roli nieustępliwego arbitra, który zamiast pisać nowe podręczniki, zacznie wreszcie skutecznie używać gwizdka. W tej wizji DMA ma być nie tyle teoretycznym zbiorem życzeń, co sprawnie działającą gilotyną na nieuczciwe praktyki, pozwalającą lokalnym innowatorom rywalizować z gigantami na autentycznie wyrównanym boisku, bez obaw, że proces wdrażania zmian utknie w biurokratycznej próżni na kolejne lata.

Inżynieria finansowa SAFE 0 proc.: Ekonomista punktuje plan prezydenta i NBP

Projekt Prezydenta Karola Nawrockiego oraz Prezesa NBP Adama Glapińskiego wydaje się być na pierwszy rzut oka interesujący, ponieważ zakłada wykorzystanie zysków, jakie Narodowy Bank Polski osiągnął dzięki zakupom złota po korzystnych cenach. Jednak w proponowanej formule jest on ekonomicznie ryzykowny. Wygląda na to, że aby obejść konstytucyjne ograniczenia (których zmiana wymagałaby większości parlamentarnej, na którą prezydent nie liczy), NBP planuje przeprowadzić specyficzną operację inżynierii finansowej. Prawdopodobnie chodzi o sprzedaż złota i jego natychmiastowe odkupienie lub wymianę na obligacje, tak aby zgodnie z deklaracjami prezesa Glapińskiego poziom rezerw walutowych pozostał bez zmian.

– W sensie czysto księgowym taka operacja pozwoliłaby na „zaksięgowanie” zrealizowanych zysków ze sprzedaży kruszcu, co umożliwiłoby przekazanie do budżetu państwa kwoty rzędu 100–120 miliardów złotych. Problem polega jednak na tym, że fizycznie do NBP nie wpłynęłyby żadne nowe środki – powiedział serwisowi eNewsroom.pl profesor Witold Orłowski, ekonomista. – Cała operacja byłaby jedynie zapisem w księgach rachunkowych. Oznacza to, że te ponad 100 miliardów złotych musiałoby zostać wykreowane „z powietrza”. Prezes Glapiński używa fachowego terminu „kreacja pieniądza”, ale w powszechnym odbiorze znacznie lepiej rozumiemy pojęcie dodruku pieniądza. Krótko mówiąc, propozycja sprowadza się do następującego mechanizmu: dokonajmy zabiegów księgowych, które pozwolą uznać papierowy zysk z wyceny złota za zysk zrealizowany, a następnie wydrukujmy odpowiadającą mu kwotę pieniędzy, by rząd mógł za nie sfinansować zbrojenia. Dla każdego ekonomisty jest oczywiste, że jeśli za tymi środkami nie stoi realny napływ kapitału, mamy do czynienia z ryzykiem inflacyjnym. W mojej ocenie program ten miałby znacznie więcej sensu ekonomicznego, gdyby opierał się na realnych transakcjach. Wymagałoby to jednak zmiany konstytucji, aby móc legalnie sprzedać część rezerw walutowych lub złota i bezpośrednio przeznaczyć uzyskane środki na dofinansowanie armii w takiej skali, która nie zagroziłaby stabilności złotego. Taki scenariusz jest możliwy do wyobrażenia, ale wymagałby zbudowania szerokiego konsensusu politycznego i uzyskania większości konstytucyjnej w parlamencie. To z kolei wymuszałoby na prezydencie i prezesie NBP podjęcie negocjacji z obecną większością rządzącą, na co jak się wydaje nikt nie ma ochoty – zaznaczył Witold Orłowski.

Woda w miejscu pracy – obowiązek pracodawcy i element odpowiedzialnego zarządzania firmą

Jednak codzienne funkcjonowanie przedsiębiorstwa opiera się również na podstawowych elementach organizacji pracy. Jednym z nich jest dostęp pracowników do wody pitnej. Choć temat może wydawać się oczywisty, w praktyce sposób zapewnienia wody w miejscu pracy bywa bardzo różny. W niektórych firmach jest to element systemowo zaplanowany, w innych pojawia się dopiero wtedy, gdy ktoś przypomni o konieczności zamówienia zapasów. Z perspektywy zarządzania organizacją warto traktować ten obszar nie jako drobny szczegół administracyjny, ale jako element odpowiedzialnego prowadzenia firmy.

Obowiązek zapewnienia wody pracownikom wynika z przepisów

Zapewnienie pracownikom dostępu do wody pitnej nie jest wyłącznie dobrą praktyką organizacyjną. W wielu sytuacjach jest to bezpośredni obowiązek pracodawcy wynikający z przepisów BHP.

Pracodawca ma obowiązek zapewnić pracownikom wodę zdatną do picia, a w określonych warunkach — na przykład podczas pracy w wysokiej temperaturze lub przy dużym wysiłku fizycznym — również napoje dostosowane do warunków pracy.

W praktyce oznacza to, że dostęp do wody jest jednym z podstawowych elementów organizacji miejsca pracy, podobnie jak odpowiednie oświetlenie, zaplecze socjalne czy bezpieczne stanowiska pracy.

Dla osób zarządzających firmą oznacza to konieczność zapewnienia rozwiązania, które będzie stabilne i przewidywalne w codziennym funkcjonowaniu organizacji.

Komfort pracowników i sprawna organizacja pracy

Dostęp do wody w miejscu pracy ma również bardzo praktyczny wymiar. Pracownicy spędzają w pracy znaczną część dnia, dlatego możliwość sięgnięcia po wodę bez dodatkowego planowania jest po prostu elementem komfortu pracy. W biurach, magazynach czy zakładach produkcyjnych woda jest jednym z podstawowych elementów zaplecza socjalnego.

Jeżeli dostęp do niej jest stały i dobrze zorganizowany, temat nie wymaga dodatkowej uwagi ani interwencji ze strony administracji czy działów operacyjnych.

Właśnie dlatego wiele organizacji traktuje dostęp do wody jako jeden z elementów stabilnie działającej infrastruktury firmy.

Jak firmy rozwiązują temat dostępu do wody

Sposób zapewnienia wody pracownikom zależy od wielkości firmy, liczby pracowników oraz charakteru pracy.

W mniejszych organizacjach często stosuje się zakupy w sklepach lub hurtowniach. W przypadku większych zespołów pojawia się jednak konieczność regularnego planowania transportu i uzupełniania zapasów.

Część firm korzysta także z dystrybutorów z dużymi butlami. Choć rozwiązanie to jest popularne, wymaga obsługi butli oraz ich wymiany.

Coraz częściej przedsiębiorstwa decydują się natomiast na model regularnych dostaw wody butelkowanej bezpośrednio do firmy. W takim przypadku dostawca zajmuje się logistyką transportu, a organizacja otrzymuje wodę w ilości dopasowanej do aktualnych potrzeb zespołu.

Stabilne rozwiązanie zamiast doraźnej organizacji

Dla osób zarządzających organizacją istotne jest, aby podstawowe elementy funkcjonowania firmy nie wymagały ciągłego nadzoru.

Dlatego coraz więcej przedsiębiorstw wybiera rozwiązania, które pozwalają uporządkować temat dostępu do wody w sposób systemowy. Stałe dostawy eliminują konieczność pilnowania zapasów, organizowania transportu czy reagowania w sytuacji, gdy wody po prostu zabraknie.

Dzięki temu jeden z elementów codziennego funkcjonowania firmy zostaje uporządkowany i działa bez dodatkowej logistyki.

Dostęp do wody jako element odpowiedzialnego zarządzania

Choć temat wody w miejscu pracy może wydawać się drobny, w rzeczywistości jest jednym z elementów odpowiedzialnego zarządzania organizacją.

Zapewnienie pracownikom dostępu do wody wynika z przepisów, ale jest również częścią budowania stabilnego środowiska pracy. W dobrze funkcjonujących firmach takie kwestie są po prostu uporządkowane — bez improwizacji i bez konieczności ciągłego reagowania na bieżące potrzeby.

Jeśli chcesz sprawdzić, jak wygląda organizacja dostaw wody dla firm w praktyce, więcej informacji można znaleźć na stronie producenta i dystrybutora mineralnej wody butelkowanej dla przedsiębiorstw: https://wodadlafirmy.pl.

W lutym wzrost cen w sklepach utrzymał się na poziomie 3,8 proc. r/r. Sama żywność zdrożała o 3,4 proc. r/r

0

Analiza ponad 84 tys. cen detalicznych wykazała, że w lutym 2026 roku codzienne zakupy w sklepach zdrożały średnio o 3,8% rdr. Dotyczyło to łącznie 17 najczęściej kupowanych przez Polaków kategorii produktów. W styczniu br. i grudniu ub.r. wzrosty rdr. były niemal identyczne. Do tego ostatnio ceny samej żywności poszły w górę rdr. o 3,4%, a wcześniej – o 3,2% i 3,1% rdr. Zatem widać, że ciągle mocniej drożeje cały koszyk, obejmujący również art. nieżywnościowe. Notuje też wyższe wyniki niż wskaźnik CPI. W TOP5 najbardziej drożejących kategorii w lutym br. widać używki (+10,3% rdr.), chemię gospodarczą (+8,2% rdr.), słodycze i desery (+7,3% rdr.), pieczywo (+6,4% rdr.), a także mięso (+5,4% rdr.). Na dole tabeli widnieją warzywa (-2,5% rdr.), owoce (+1,6% rdr.), jak również produkty sypkie (+0,8% rdr.).

Z najnowszej edycji raportu pt. „INDEKS CEN W SKLEPACH DETALICZNYCH”, autorstwa UCE RESEARCH i Uniwersytetów WSB Merito, wynika, że w lutym 2026 roku codzienne zakupy zdrożały średnio o 3,8% rdr. Dotyczyło to żywności, napojów bezalkoholowych i alkoholowych oraz pozostałego asortymentu, np. chemii gospodarczej i art. dla dzieci. Łącznie przeanalizowano 17 kategorii. W styczniu br. wzrost rdr. wyniósł 3,7%, a w grudniu ub.r. – 3,8% rdr.

– Lutowe dane przedstawiają obraz umiarkowanej, stabilnej inflacji detalicznej i takie były warunki, gdy te dane zbierano. Na przestrzeni trzech ww. miesięcy ceny w sklepach poruszały się w wąskim przedziale. Rosły wolniej niż w czasach wysokiej inflacji. Natomiast konsumenci powinni o czymś pamiętać. Choć tempo wzrostu jest znacznie wolniejsze niż w szczytowym okresie, to koszty zakupów wciąż są na poziomach nieporównywalnie wyższych niż jeszcze trzy lata temu. To właśnie ta skumulowana podwyżka, a nie bieżąca dynamika, najbardziej uderza w portfele Polaków – mówi dr Robert Orpych z Uniwersytetu WSB Merito.

Ekspert wskazuje też, że oficjalna inflacja GUS wyniosła w Polsce w styczniu 2026 roku zaledwie 2,2% rdr. – To oznacza, że ceny w sklepach rosły dotychczas prawie dwa razy szybciej. Właśnie dlatego konsumenci często mają poczucie, że rzeczywistość jest gorsza, niż mówią oficjalne dane. Nasz raport koncentruje się stricte na wybranej, ale bardzo ważnej z perspektywy konsumenta grupie produktów codziennej potrzeby. Wskaźnik CPI obejmuje znacznie szerszy, ważony koszyk towarów i usług, w tym paliwa, usługi czy elektronikę, a te kategorie potrafią istotnie obniżać ogólny wynik – wyjaśnia dr Robert Orpych.

Analitycy z UCE RESEARCH informują, że ceny samej żywności w lutym br. poszły w górę średnio o 3,4% rdr. W styczniu wzrost rdr. wyniósł 3,2%, a w grudniu ub.r. – 3,1% rdr. – Zmiany cen żywności z pewnością mają znaczenie, bo dotyczą wszystkich kupujących w zasadzie każdego dnia. Wprawdzie te dodatkowe 0,2 p.p. w lutym nie musi robić piorunującego wrażenia, ale kiedy spojrzymy z większego dystansu, to możemy poczuć niepokój. W przemyśle spożywczym ceny sprzedaży spadły w ciągu roku o 3,2%, a w sklepach – o podobną wartość wzrosły. Najwyraźniej jako konsumenci akceptujemy taki poziom cen. W końcu w ciągu ostatniego roku przeciętne wynagrodzenie wzrosło o 6%. Stać nas na „przełknięcie” wyższych cen żywności – analizuje dr Marek Szymański z Uniwersytetu WSB Merito.

Jak stwierdza dr Robert Orpych, różnica między dynamiką wzrostu cen wszystkich analizowanych kategorii a samą żywnością to jeden z najciekawszych sygnałów płynących z lutowych danych. Jest dobrą wiadomością, bo przez lata jedzenie było głównym motorem wzrostów cenowych. – W przypadku żywności podstawowej konkurencja między sieciami jest bezwzględna i hamuje marże. Warto też pamiętać o tym, że sklepy często, zamiast podnosić ceny, zmniejszają gramaturę produktu. Konsument płaci tyle samo, ale dostaje mniej. I to jest wzrost cen, którego statystyki nie wychwytują – dodaje ekspert.

W TOP5 najbardziej drożejących kategorii w lutym br. widać używki (+10,3% rdr.), chemię gospodarczą (+8,2% rdr.), słodycze i desery (+7,3% rdr.), pieczywo (+6,4% rdr.), a także mięso (+5,4% rdr.). – W ujęciu rocznym mocno widoczne są podwyżki cen kawy, napędzane rosnącymi kosztami surowca, a także papierosów, m.in. z powodu wzrostu akcyzy. Słodycze i desery podlegają wzrostowi cen kakao. Z kolei mięso i pieczywo to dwie kategorie, które można uznać za podstawowe we współczesnej diecie, więc przy rosnących dochodach łatwiej nam zaakceptować wyższe ceny – tłumaczy dr Marek Szymański.

Na dole tabeli widnieją warzywa (-2,5% rdr.), owoce (+1,6% rdr.), a także produkty sypkie (+0,8% rdr.). –Warzywa są kategorią wyjątkowo wrażliwą na warunki pogodowe i sytuację podażową. Jeśli zbiory były dobre, zarówno w Polsce, jak i w krajach eksportujących do Europy, to ceny naturalnie spadają. Minus 2,5% rdr. to dobra wiadomość dla konsumentów robiących regularne zakupy. Produkty sypkie natomiast korzystają z efektu wysokiej bazy porównawczej, ponieważ rynki zbożowe wyraźnie uspokoiły się w stosunku do szczytu. Dobre zbiory to dużo towaru i niższe ceny. Można nawet stwierdzić, że ta część koszyka działa dziś jak naturalny amortyzator ogólnego wyniku raportu – podsumowuje dr Robert Orpych.

***
Opis metody analitycznej/badawczej

Dane pochodzą z cyklicznego raportu pt. „INDEKS CEN W SKLEPACH DETALICZNYCH” (powstającego co miesiąc od ponad 9 lat), autorstwa UCE RESEARCH i Uniwersytetów WSB Merito (dawniej Wyższych Szkół Bankowych). Analiza pokazuje średnią wartość cenową (cen regularnych oraz w promocjach), notowaną miesiąc do miesiąca i rok do roku. W najnowszej odsłonie porównano wyniki z lutego 2026 r. i tego samego okresu z 2025 r. Dotyczyło to 17 kategorii i ponad 100 najczęściej wybieranych przez konsumentów produktów codziennego użytku. Łącznie zestawiono ze sobą ponad 84 tys. cen detalicznych z przeszło 39,5 tys. sklepów należących do 62 sieci handlowych. Badaniem objęto wszystkie na rynku dyskonty, hipermarkety, supermarkety, sieci convenience oraz cash&carry docierające ze swoją ofertą do większości konsumentów w Polsce.

Bliski Wschód nadal straszy rynki. Ropa droga, dolar mocny, złoty pod presją

Doniesienia z Bliskiego Wschodu nie przestają rozbudzać wyobraźni wystraszonych inwestorów. Utrzymująca się niepewność nadal wpływa na ropę, ale i umacnia dolara. Traci na tym złoty, którego notowania pozostają pod silnym wpływem czynników zewnętrznych. W tle kontynuacja lekceważenia publikacji makroekonomicznych.

Niepewności ciąg dalszy

Inwestorzy pragną usłyszeć dobre wieści z Bliskiego Wschodu, a analitycy próbują oszacować datę zakończenia konfliktu. Sama teoria to jednak za mało, a brutalna rzeczywistość pozostaje głucha na myślenie życzeniowe. Z ostatnich rozmów państw G7 i Międzynarodowej Agencji Energii niewiele wynikło. Mimo że mowa o największym uwolnieniu rezerw w historii (do 400 milionów baryłek, czyli dwa razy więcej niż wprowadzona ilość surowca w 2022 roku po inwazji Rosji na Ukrainę) to nadal brakuje konkretów. Dziś wieczorem ma nastąpić kolejne spotkanie. Decyzja lub jej brak z pewnością wpłynie na wyceny „czarnego złota”, gdyż rynek surowcowy nadal bacznie obserwuje napiętą sytuację w Cieśninie Ormuz. Amerykanie zapewniają jej udrożnienie i ostrzegają Irańczyków przed stawianiem min w tym newralgicznym obszarze. Ostatecznie niewiele zmienia się w aspekcie potencjalnego zakończenia działań zbrojnych. Jedynym pozytywem jest brak doniesień o kolejnych uszkodzeniach infrastruktury naftowej w państwach wydobywających surowce energetyczne. Środowego południa notowania odmiany WTI wracają do 85 USD za baryłkę, po wczorajszej chwilowej zniżce do 75 USD. Natomiast Brent oscyluje przy 90 USD, po wczorajszym wyznaczeniu lokalnego dna przy 81 USD. Podsumowując – zmienność na ropie jest mniejsza niż w poniedziałek, jednak nadal pozostaje podwyższona, podobnie jak jej wyceny.

Złoty odbiciem dolara

PLN nadal pozostaje pod silnym wpływem czynników zewnętrznych. Wzrost niepewności w środę o poranku spowodował umocnienie waluty zza oceanu. Kurs EUR/USD zszedł do 1,159 USD, podczas gdy jeszcze wczoraj po południu sięgał 1,166 USD. Poranne zejście „edka” przełożyło się na osłabienie złotego i odbicie USD/PLN do 3,685 PLN i EUR/PLN do 4,275 PLN. Strach wygrał również na wykresach GBP/PLN i CHF/PLN, które około godziny 10:00 wzrosły odpowiednio do 4,95 PLN i 4,74 PLN. W ciągu kolejnych dwóch godzin złoty odrabiał straty. Przyczyną ruchu było chwilowe oddawanie zysków przez USD. Ostatecznie krajowa waluta pozostaje bardzo wrażliwa na czynniki zewnętrzne, w przeciwieństwie do krajowych. Praktycznie żadnego wpływu nie miały napływające wypowiedzi członków Rady Polityki Pieniężnej sugerujące, że marcowa obniżka mogła być ostatnią w tym roku. Oznacza to, że jastrzębia narracja jest dla rynków znacznie mniej istotna, niż możliwe konsekwencje niekończącej się wojny na Bliskim Wschodzie.

Niewidoczne dane makro

Dlaczego rynek miałby się przejmować retoryką płynącą z RPP, skoro nawet waga publikacji z największych gospodarek świata pozostaje niezauważona? Rynki z obojętnością przyjęły dziś informację o spadku inflacji konsumenckiej w Niemczech z 2,1% r/r do 1,9% r/r. Ktoś mógłby powiedzieć, że były one zgodne z oczekiwaniami, dlatego nie wpłynęły na notowania unijnej waluty i trudno odmówić tym argumentom racji. Należy też jednak uczciwie przyznać, że dzisiejsze dane za luty w ogóle nie uwzględniają konsekwencji wybuchu marcowej wojny. To dlatego nawet popołudniowa publikacja CPI ze Stanów prawdopodobnie będzie mieć marginalne znaczenie. Inwestorzy wyceniając przyszłość doskonale wiedzą, że dzisiejsze dane i tak nie będą mieć wpływu na przyszłe decyzje FED. To tu leży odpowiedź na pytanie, dlaczego dzisiejsze publikacje z Niemiec poszły w odstawkę, tak samo jak wczorajsze odczyty z Japonii czy Chin. Czy los ten podzielą także amerykańskie odczyty inflacji konsumenckiej, które zgodnie z prognozami mają niewiele się zmienić względem publikacji styczniowych? Tego dowiemy się o godzinie 13:30.

Nowa strategia VeloBanku. Bank celuje w dynamiczny rozwój i wyższą efektywność

VeloBank zaprezentował strategię „Mierz wyżej” na lata 2026-2028, opierającą się na czterech filarach: ambitnym wzroście, stawianiu klienta w centrum, budowie bardziej efektywnego banku oraz rozwoju organizacji i kultury współpracy. Zakłada w niej dynamiczny wzrost skali działalności, dalszy rozwój bankowości detalicznej, budowę wiodącej bankowości prywatnej oraz umocnienie pozycji w bankowości biznesowej. W ciągu najbliższych trzech lat bank planuje podwoić portfel kredytowy z ok. 19 mld zł do 43 mld zł, przy stabilnym koszcie ryzyka. Bank chce zwiększyć liczbę klientów z 1,7 mln do 2,7 mln oraz poprawić efektywność kosztową, obniżając wskaźnik kosztów do dochodów z ok. 56% do ok. 47%. Równocześnie bank dąży do utrzymania powtarzalnego zwrotu z kapitału na poziomie 19%.

Poprzednia strategia VeloBanku skupiała się na budowie nowoczesnego, bezpiecznego i transparentnego banku – bliskiego klientom. Jej realizacja przyniosła wymierne rezultaty: w ciągu trzech lat liczba pozyskanych klientów wyniosła ok. 700 tys., suma aktywów zwiększyła się o 47%, a kapitały banku potroiły się. Silny rozwój produktów takich jak VeloKonto, Elastyczne Konto Oszczędnościowe znacząco zwiększył akwizycję klientów, a segment detaliczny pozostał głównym motorem wzrostu.

W ramach strategii na lata 2023-2025, skupialiśmy się na budowaniu nowoczesnego charakteru banku, rozwijaniu cyfrowych kanałów sprzedaży oraz dostarczaniu klientom w coraz bardziej przystępny sposób produktów, które wspierają ich w codzienności. Strategia „Mierz wyżej” to z kolei plan dynamicznego wzrostu VeloBanku w zmieniającym się otoczeniu gospodarczym i technologicznym. Chcemy tworzyć bank, który pomaga klientom rozwijać się osobiście oraz biznesowo, w sposób prosty, wygodny i na ich zasadach. Naszą ambicją jest dalsze skalowanie biznesu, wzmacnianie zaangażowania klienta oraz budowa organizacji, która łączy technologię, efektywność i odpowiedzialny rozwój – mówi Adam Marciniak, prezes zarządu VeloBanku.

Nowa strategia zakłada, że głównym motorem wzrostu pozostanie bankowość detaliczna. Do 2028 roku VeloBank chce podwoić wartość portfela kredytowego w tym segmencie. Wzrost ma być napędzany przede wszystkim przez kredyty konsumenckie i hipoteczne, uproszczenie procedur oraz dalszą cyfryzację procesów kredytowych. Bank zakłada również rozwój oferty inwestycyjnej, kart kredytowych, a w segmencie biznesowym – rozbudowę finansowania dla MŚP oraz leasingu.

Ambitne są również cele dotyczące wzrostu liczby klientów. VeloBank chce zwiększyć bazę klientów z ok. 1,7 mln do ok. 2,7 mln w ciągu trzech lat, czyli pozyskać około milion nowych klientów, w tym część w ramach przejęcia części detalicznej Citi Handlowego. Jednocześnie bank zakłada podwojenie liczby klientów z główną relacją oraz rozwój oferty segmentowej, aby lepiej odpowiadać na potrzeby poszczególnych grup klientów.

Istotnym obszarem wzrostu ma być także private banking i wealth management. VeloBank zakłada wejście do czołówki bankowości prywatnej w Polsce, m.in. dzięki planowanemu przejęciu części detalicznej Citi Handlowego. Bank chce rozwijać ten obszar w oparciu o własne TFI, ofertę maklerską, usługi doradcze oraz zarządzanie portfelem. W perspektywie najbliższych trzech lat wolumen produktów inwestycyjnych ma wzrosnąć do ok. 20 mld zł, a liczba klientów korzystających z oferty inwestycyjnej ma się podwoić.

Strategia bankowości biznesowej zakłada dynamiczny wzrost finansowania przedsiębiorstw, ze szczególnym naciskiem na segment MŚP oraz rozwój leasingu. Bank planuje rozbudowę oferty finansowania przedsiębiorstw, aktywną akwizycję nowych klientów oraz wzmocnienie kompleksowej oferty usług dla biznesu, w tym atrakcyjnej oferty depozytowej i rozwiązań walutowych. Jednocześnie bank będzie kontynuował rozwój w obszarach, w których posiada silną pozycję rynkową – w finansowaniu projektów deweloperskich oraz sektora JST.

Kolejnym filarem nowej strategii jest klient i jego doświadczenie. VeloBank chce wejść do czołowej trójki instytucji finansowych w Polsce pod względem satysfakcji klientów oraz jakości obsługi. Kluczową rolę odegra tu rozwój aplikacji mobilnej – rozwiązań personalizacyjnych oraz Veli, czyli wirtualnej asystentki, która ma ewoluować w kierunku inteligentnego wsparcia finansowego. Strategia zakłada dalszy rozwój wygody cyfrowej, narzędzi AI oraz funkcji wspierających klientów w codziennym zarządzaniu finansami.

Jakub Papierski, Przewodniczący Rady Nadzorczej VeloBanku
Jakub Papierski, Przewodniczący Rady Nadzorczej VeloBanku

Strategia na lata 2026-2028 to okazja, by połączyć doświadczenie z odważnym spojrzeniem w przyszłość. Stawiamy na stabilny rozwój, wzmocnienie struktury bilansu i rozwój obszarów kluczowych dla budowania wartości. Kierunek wzrostu na najbliższe lata oparty jest na zwiększaniu skali działania VeloBanku, lepszych relacjach z klientami i inwestycjach w nowoczesne technologie – mówi Jakub Papierski, przewodniczący rady nadzorczej VeloBanku.

Trzecim filarem strategii jest efektywność. VeloBank zakłada poprawę wskaźnika kosztów do dochodów z ok. 56% do ok. 47% w 2028 roku, dzięki automatyzacji, cyfryzacji oraz szerokiemu wykorzystaniu sztucznej inteligencji w procesach sprzedażowych, operacyjnych i obsługowych. Strategia przewiduje także utrzymanie kosztu ryzyka na poziomie 0,9% w 2028 roku, wzmacnianie narzędzi analitycznych, modeli ryzyka i procesów decyzyjnych, umożliwiających utrzymywanie wysokiej jakości portfela przy planowanym wzroście skali.

Czwartym filarem strategii jest jeden zespół skupiający się na rozwoju organizacji i kultury współpracy. VeloBank chce inwestować w kompetencje pracowników, w szczególności w obszarach technologii, danych i sztucznej inteligencji, oraz budować środowisko pracy sprzyjające zaangażowaniu i przyciąganiu talentów. W swojej nowej strategii VeloBank wskazuje, że celem jest również umocnienie pozycji banku, jako wiodącego pracodawcy w branży finansowej.

Konflikt z Iranem może podbić ceny żywności w Polsce

Wzrost kosztów nawozów i paliw przełoży się na ceny żywności dla konsumentów. Pojawi się też konkurencja ze strony producentów, którzy – jak Ukraina czy Brazylia – byli do tej pory silniej obecni w rejonie Zatoki Perskiej. Kluczowy jest czas trwania konfliktu.

Konsekwencje ataku na Iran dla sektora produkcji żywności nie można jeszcze w pełni ocenić. Zależą one przede wszystkim od czasu trwania operacji wojskowej i jej wpływu na przepustowość szlaków żeglugowych. Można natomiast podjąć próbę identyfikacji obszarów, gdzie wpływ jest istotny. To: dostępność rynków zbytu, fizyczne przesunięcie strumieni handlu żywnością, zmiany cen nawozów oraz ropy naftowej i paliw. Dodatkowo należy brać pod uwagę jeszcze większy niż dotychczas wzrost globalnej niepewności. Skoncentruję się na perspektywie Polski.

Region, na który działania zbrojne wpływają bezpośrednio, jest większy niż Iran – to kraje narażone na odcięcie dostaw drogą morską. Strefa konfliktu obejmuje więc oprócz Iranu także Arabię Saudyjską, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Bahrajn, Irak, Kuwejt, Liban, Oman, Katar i Jemen. Nie włączamy do niej Izraela, przyjmując że prawdopodobieństwo blokady dostaw morskich do tego kraju jest niskie.

Kraje strefy konfliktu nie są kluczowe z perspektywy eksportu żywności z Polski, więc ewentualne wstrzymanie wymiany handlowej z nimi ma ograniczony wpływ na kondycję krajowych producentów na poziomie całych branż, choć dla poszczególnych przedsiębiorstw może być istotne. W 2024 r. łączna wartość żywności tam eksportowanej była poniżej 700 mln euro, więc stanowiła zaledwie 1,5 proc. wartego ok. 48 mld euro polskiego eksportu towarów rolno-spożywczych. Największy rynek w tej grupie krajów to Arabia Saudyjska (do 40 proc. eksportu żywności do strefy konfliktu w ostatnich latach), następnie Zjednoczone Emiraty Arabskie (ok. 20 proc.) oraz Irak (ponad 10 proc.). Sam Iran to zaledwie 2 proc. eksportu polskich towarów rolno-spożywczych do tej grupy państw, co w 2024 r. przełożyło się na kwotę 13 mln euro.

Największymi eksportowanymi grupami produktowymi były wyroby piekarnicze (ok. 147 mln euro w 2024 r.), sery (80 mln euro), mięso drobiowe (54 mln euro), słodycze (38 mln euro), czekolada (35 mln euro) i cukier (33 mln euro). W całości eksportu z Polski w danej kategorii największy udział osiągnęły sery (7 proc.), słodycze, cukier i wyroby piekarnicze (5 proc.). W przypadku mięsa drobiowego było to nieco powyżej 1 proc.

Potencjalnie bardziej istotny może być efekt związany ze zmianą kierunku przepływów towarów innych producentów. Dla Ukrainy w 2024 r. Arabia Saudyjska była drugim co do wielkości rynkiem eksportu mięsa drobiowego. Istotne ilości tego towaru płynęły z Ukrainy także do Iraku i Zjednoczonych Emiratów Arabskich, a w mniejszym stopniu także do Omanu i Kuwejtu. Zboże i oleje roślinne trafiały z Ukrainy do Libanu, Iraku, Arabii Saudyjskiej.

Brak możliwości transportu towarów na rynki docelowe może przełożyć się na zmianę bilansu w Europie i w konsekwencji negatywnie wpłynąć na możliwości zbytu towarów polskich producentów. Tym bardziej, że silną pozycję w strefie konfliktu ma też Brazylia – w 2024 r. dostarczyła tam mięso drobiowe za ok. 1,5 mld dol., głównie do Arabii Saudyjskiej, Iraku i Kuwejtu.

Wzrost cen węglowodorów i ograniczenia ich fizycznej dostępności przekładają się z kolei na możliwości produkcji i stosowania nawozów. Jest to jeden z głównych czynników kosztowych w produkcji roślinnej. Ocenia się, że przez Cieśninę Ormuz przepływa 25-30 proc. światowego handlu nawozami azotowymi. Zatrzymanie tego strumienia szybko przełoży się na ceny rynkowe. QatarEnergy, które w zeszłym roku wyeksportowało 5,4 mln t mocznika (ok. 10 proc. globalnego eksportu drogą morską), wstrzymało po atakach dronowych produkcję siarki, amoniaku i mocznika. Inni producenci w regionie rozważają spowolnienie lub czasowe wstrzymanie produkcji nawozów.

W Polsce 2 marca Grupa Azoty poinformowała o odwołaniu cenników nawozów azotowych oraz wstrzymaniu przyjmowania zamówień, a 5 marca podała, że powróci do przyjmowania zamówień na nawozy azotowe i standardowej współpracy na bieżących warunkach rynkowych. Producenci rolni zakupy nawozów jednak rozkładają w czasie, więc dla większości efekt wzrostu ceny nie skumuluje się w jednym momencie. Dodatkowo ograniczenie nawożenia w jednym sezonie, po latach typowego gospodarowania, nie wpłynie w drastyczny sposób na plonowanie – pełnię efektów widać dopiero w kolejnych sezonach.

Konsekwencją ograniczenia podaży ropy naftowej na światowym rynku jest wzrost cen paliw. To również wpływa bezpośrednio na koszty produkcji rolnej, zwłaszcza polowej, a także na koszty logistyki, podnosząc ostatecznie ceny na półkach sklepowych. Atak na Iran doprowadził do rozchwiania cen ropy. 9 marca notowania ropy Brent zbliżyły się do 120 dol.  za baryłkę, by później w ciągu dnia spaść do 90 dol.

Rynki szybko reagują na deklaracje polityczne, a te są w kwestii wojny z Iranem dynamiczne. Z cenami ropy pozytywnie skorelowane są światowe ceny zbóż i tłuszczów roślinnych. Te z kolei mają decydujący wpływ na poziom cen w Polsce. Kierunki rozwoju cen ropy naftowej także mają wpływ na to, jaką stawkę za plony ostatecznie otrzymuje polski rolnik. Na razie globalne notowania surowców rolnych od czasu rozpoczęcia ataku na Iran zareagowały wzrostem cen o ok. 10 proc. w przypadku pszenicy oraz niespełna 5 proc. w przypadku rzepaku (9 marca). Zatem zmiany są widoczne, ale daleko im do szoku obserwowanego po ataku Rosji na Ukrainę w 2022 r.

Oczywistym, bardziej poważnym zagrożeniem niż szybkie fluktuacje cen, byłyby uszkodzenia infrastruktury do obsługi handlu węglowodorami. Pierwsze dni wojny pokazały, że takie obiekty są celami ataków. W razie uszkodzenia ich odbudowa może zająć nawet lata, tym bardziej że prawdopodobnie będzie prowadzona pod ryzykiem kolejnego ataku. To może przesunąć ceny nośników energii na wyższe poziomy, na których pozostaną przez dłuższy czas, ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Atak na Iran to kolejne z wydarzeń składające się na erę globalnej niepewności. Działania zbrojne dotknęły Cieśninę Ormuz, kluczowy rejon dla funkcjonowania przepływów światowej gospodarki. Główny aktor zdecydował się na podjęcie ryzyka, jakiego wcześniej unikano. Naruszono kolejne tabu. Jeśli w ostatnich latach mieliśmy do czynienia z blokadami głównych wąskich gardeł globalnej logistyki, to były to zdarzenia losowe, jak choćby blokada Kanału Sueskiego przez osiadły na mieliźnie kontenerowiec Ever Given w 2021 r. Tym razem przerwy w żegludze to wprost konsekwencja decyzji przywódców politycznych krajów istotnych dla stabilności światowego ładu.

To właśnie decyzje światowych przywódców i ich komunikacja są teraz kluczowe dla rozwoju sytuacji. Dla polskiego sektora produkcji żywności krótki konflikt, tj. trwający maksymalnie kilka tygodni, ma znaczenie ograniczone i nie zmienia jego strategicznej pozycji. Im dłużej trwa, tym sytuacja będzie stawać się trudniejsza. Wzrost kosztów produkcji i funkcjonowania będzie musiał przełożyć się na wzrost cen dla konsumentów, narażając ich na konieczność rewizji zwyczajów zakupowych. Jednak poważniejszą konsekwencją dla lokalnego sektora w średnim terminie może być konieczność zwiększonej konkurencji z producentami, którzy byli dotychczas silniej obecni w rejonie konfliktu, jak Ukraina czy Brazylia.

Autor: Grzegorz Kozieja – członek TEP, dyrektor Departamentu Analiz Food&Agro i Specjalizacji Sektorowych w BNP Paribas Bank Polska.

Wojna z Iranem oddala obniżki stóp w USA. Ropa i dolar znów w centrum uwagi

Może się okazać, że głównym problemem w obniżaniu stóp procentowych w USA wcale nie jest szef FED, lecz polityka obecnej administracji. Podnoszą oni oczekiwane poziomy inflacji jak nie cłami, to wojną w Iranie. Ropa chwilowo stabilizuje się w okolicach 90 USD, a frank szwajcarski – ku rozpaczy tamtejszych eksporterów – znów rośnie w siłę. 

Ropa wciąż głównym tematem

Zmienność na ropie wciąż jest szalona, ale powoli gaśnie. W poniedziałek różnica pomiędzy najwyższym a najniższym kursem w ciągu dnia wynosiła imponujące 36 USD. Wczoraj tak samo liczony parametr to „zaledwie” 14 USD. Problem w tym, że w standardowych czasach już 5 USD uznaje się za bardzo aktywny dzień. Takich „aktywnych dni” najwyraźniej czeka nas jeszcze wiele. Szczególnie że mamy środek tygodnia, więc inwestorzy powoli znów zaczną się przygotowywać do weekendu. Wczorajszy dzień uważany jest za najaktywniejszy dotychczas pod kątem liczby nalotów amerykańskich na Iran. Zniszczeniu uległo wiele statków irańskiej marynarki, co część analityków odczytuje jako siłowe przygotowanie do odblokowania cieśniny Ormuz. Na razie jednak czarne złoto zachowuje się dość ostrożnie i wciąż baryłka ropy oscyluje wokół 90 USD za ropę Brent.

Wojna a stopy procentowe w USA

Czasem są takie zagadnienia, które pozornie nie są ze sobą powiązane. Co bowiem łączy poziom stóp procentowych za oceanem z atakami USA i Izraela na Iran? Okazuje się, że analitycy widzą tu pewną relację. Trwający konflikt silnie wpływa nie tylko na ceny ropy, ale i amerykańską walutę. Dotychczas dominował scenariusz kolejnej obniżki stóp procentowych już w czerwcu. Teraz szanse na czerwcowy ruch w dół spadły poniżej 40%, głównie przez oczekiwania inflacyjne związane z drożejącą ropą. Obecnie niepewna obniżka  przewidywana jest w lipcu. Biorąc pod uwagę różne szacunki co do czasu trwania działań zbrojnych, nie można wykluczyć, że i w lipcu nie zobaczymy obniżek. Co to oznacza dla rynków walutowych? Im wyższe stopy procentowe, tym mocniejszy dolar. Mamy więc sytuację, w której amerykańska waluta umacnia się nie tylko z powodu ryzyk geopolitycznych, ale również zmian oczekiwań stóp.

Nie tylko dolar zyskuje na niepewności

Amerykańska waluta jest wszędzie wspominana jako beneficjent obecnej niepewności. Warto jednak zwrócić uwagę, że nie tylko ona zyskuje. W poniedziałek pierwszy raz od uwolnienia kursu franka doszło do sytuacji, kiedy za 1 EUR płacono mniej niż 0,9 CHF. W 2015 roku takie pułapy były widziane tylko przez pojedyncze minuty w wyniku silnego szoku. Dzisiaj jednak do takich docieramy i w ich okolicy kurs pozostaje. Co to oznacza w praktyce? Szwajcaria pomimo stopy procentowej na poziomie 0%, znów problem z gwałtownie umacniającą się walutą. To sprawia, że jej eksport – delikatnie mówiąc – staje się coraz mniej konkurencyjny cenowo.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak odczytów mogących rywalizować z wydarzeniami w geopolityce.

Nieruchomości handlowe w Europie odbiły. Inwestycje w sektor spożywczy wzrosły o 16 proc.

Sektor nieruchomości handlowych w Europie zanotował w 2025 roku pierwszy od pięciu lat wzrost wolumenu inwestycyjnego. Jak wynika z najnowszego raportu Savills „European Grocery Report 2026”, wartość transakcji w obiekty spożywcze wzrosła o 16% rok do roku, osiągając poziom 6,1 mld EUR. Rynek ewoluuje w stronę mniejszych formatów, podczas gdy tradycyjne hipermarkety tracą udziały na rzecz sklepów typu convenience oraz dyskontów.

Udział hipermarketów w europejskim rynku spożywczym spadł z 12% w 2019 roku do 10% w 2024 roku, a prognozy wskazują na dalszy spadek do 9% do 2029 roku. Średnia powierzchnia sklepu spożywczego w Europie zmniejszyła się o 2,6% w latach 2020-2024. Sieci handlowe planują zmniejszenie powierzchni wybranych sklepów nawet o 25%. Odzyskany metraż przeznaczą na obsługę szybkich dostaw do klientów (tzw. logistykę ostatniej mili) lub na wynajem dla innych firm.

Zmiana nawyków konsumenckich wymusza na operatorach redefinicję portfeli nieruchomości. Dzisiejszy klient stawia na szybkość i bliskość, co sprawia, że strategiczny nacisk przesuwa się na gęste sieci miejskie i mniejsze formaty, które lepiej wpisują się w codzienne misje zakupowe – komentuje Elżbieta Majdan, Associate Director Property & Asset Management Retail, Savills Polska. – Przykładem takiej transformacji są plany Carrefour, który do 2030 roku zamierza uruchomić 1750 nowych placówek w formatach convenience we Francji i Hiszpanii.

Płynność rynku wspierana przez sale-and-leaseback

Wzrost wolumenu inwestycji do poziomu 6,1 mld EUR był napędzany głównie przez duże transakcje portfelowe, których wartość wzrosła o 35%. Kluczową rolę odegrały operacje typu sale-and-leaseback (S&LB), stanowiące aż 21% całkowitego wolumenu inwestycji rynkowych. Jest to najwyższy udział tego typu transakcji od 13 lat. Raport odnotowuje również znaczący napływ kapitału z Ameryki Północnej – aktywność inwestorów z USA była o 59% wyższa od średniej pięcioletniej.

W obliczu presji na marże i konieczności modernizacji systemów energetycznych, detaliści coraz częściej sięgają po transakcje sale-and-leaseback, aby uwolnić kapitał zamrożony w murach – mówi Wioleta Wojtczak, Head of Research, Savills Polska. – Dla inwestorów nieruchomości spożywcze z długimi, indeksowanymi umowami najmu stanowią atrakcyjny produkt inwestycyjny. Choć w czwartym kwartale 2025 roku średnie stopy kapitalizacji w Europie dla najlepszych supermarketów utrzymały się na poziomie 5,8%, spodziewamy się ich kompresji w nadchodzących miesiącach.

Konsument w nowej rzeczywistości

Mimo wyhamowania inflacji cen żywności do 2,5% pod koniec 2025 roku, europejskie gospodarstwa domowe zachowują dużą ostrożność wydatkową. Wskaźnik oszczędności w strefie euro wyniósł 15,1%, co jest wynikiem znacznie powyżej średniej z lat 2014-2019 (12,6%). Sytuacja ta sprzyja rozwojowi marek własnych oraz dyskontów, których przychody w ostatniej dekadzie rosły średnio o 5,2% rocznie – niemal dwukrotnie szybciej niż w przypadku operatorów masowych (3,2%).

Cyfryzacja i zrównoważony rozwój

Przyszłość handlu spożywczego będzie oparta na modelu omnichannel, w którym sklepy stacjonarne pełnią rolę centrów realizacji zamówień online. Udział sprzedaży online w sektorze spożywczym ma ustabilizować się na poziomie 4,8% do 2028 roku (poza rynkiem brytyjskim). Jednocześnie rosną wymagania kapitałowe związane z regulacjami ESG, m.in. w zakresie wymiany systemów chłodniczych czy montażu instalacji fotowoltaicznych, co staje się stałym elementem planowania wydatków inwestycyjnych sieci handlowych.

A jak wygląda Polska na tle Europy?

Polska potwierdza wiele trendów zarysowanych w raporcie europejskim, choć zachowuje swoją specyfikę. Żywność, napoje i wyroby tytoniowe to najsilniejsza kategoria handlu detalicznego w naszym kraju, odpowiadająca za 25,7% sprzedaży detalicznej w 2025 r. Jednocześnie produkty te najrzadziej trafiają do koszyków online – udział e-grocery w ubiegłym roku oscylował średnio wokół 0,9% miesięcznie. To wynik znacznie niższy od prognozowanej średniej dla Europy.

Lokalny rynek, podobnie jak europejski, stawia na multiformatowość. Sieci takie jak Auchan i Carrefour operują w Polsce na wielu poziomach: od hipermarketów, przez supermarkety (1000-2000 m kw.) i sklepy osiedlowe (MojeAuchan, Globi, Express), aż po formaty ultra-convenience na stacjach paliw. Dane GUS potwierdzają odwrót od dużych powierzchni sklepowych: na koniec 2024 r. w Polsce działało 545 hipermarketów (spadek o 1 placówkę względem 2020 r.) oraz 10 647 supermarketów, których liczba w tym samym okresie wzrosła aż o 2477 obiektów.

Również na polskim rynku inwestycyjnym zainteresowanie sektorem spożywczym pozostaje wysokie. Przykładem aktywnego inwestora jest np. Centerscape, który w 2026 r. ogłosił zakup placówek sieci Lidl w Mszczonowie oraz Biedronki w Lidzbarku. Inwestorzy coraz częściej szukają też  parków handlowych z silnym operatorem spożywczym. Potwierdzają to ostatnie duże transakcje, jak przejęcie 8 centrów handlowych Auchan przez Shopper Park Plus czy planowany zakup portfela nieruchomości Intermarche i Bricomarche przez amerykański Ares Management Corporation.

SatRev wyniesie kolejnego satelitę na orbitę. Start zaplanowano na III kwartał

SatRev S.A., wrocławska spółka technologiczna z sektora kosmicznego, przygotowująca się do debiutu na rynku NewConnect, podpisała umowę z firmą RIDE! dotyczącą wyniesienia na niską orbitę okołoziemską (LEO – Low Earth Orbit) kolejnego 10-kilogramowego satelity badawczego. Start zaplanowano na trzeci kwartał bieżącego roku. Satelita, oparty na sprawdzonej w kosmosie platformie Raccoon, zintegruje trzy ładunki komercyjne, a misja posłuży demonstracji technologii w warunkach orbitalnych. To już kolejny wspólny projekt obu firm i zarazem kontynuacja intensywnego rozwoju działalności SatRev, na rynkach międzynarodowych, w segmencie budowy i wynoszenia satelitów.

Nowa misja ma charakter komercyjny – satelita posłuży do przeprowadzenia testów technologicznych na orbicie, potwierdzających działanie systemów klientów w środowisku kosmicznym. Platforma Raccoon, na której zostanie zbudowany satelita, przeszła już pełną walidację orbitalną podczas trwającej od ponad roku misji satelity SN-10, BlueBON. Szczegółowe informacje dotyczące ładunków i ich właścicieli nie są na tym etapie ujawniane ze względu na charakter realizowanych projektów.

Umowa z RIDE! stanowi kontynuację dotychczasowej współpracy. W ubiegłym roku obie firmy zrealizowały wspólnie wyniesienie m.in. nanosatelity SN-10, BlueBON. Powodzenie dotychczasowych przedsięwzięć zaowocowało niedawnym podpisaniem listu intencyjnego zakładającego realizację kolejnych misji satelitarnych w następnych latach.

Jestem przekonany, że zarówno SatRev, jak i RIDE! osiągną wiele sukcesów we wdrażaniu satelitów obserwacji Ziemi oraz telekomunikacyjnych, a w przyszłości także konstelacji na niskiej orbicie okołoziemskiej. Posiadanie takiego partnera pozwala firmie SatRev z większą pewnością planować przyszłość spółki – powiedział dr Daniel Więzik, Prezes Zarządu SatRev S.A.

Satelita BlueBON, wyniesiony na orbitę w styczniu 2025 roku, pozostaje w pełni operacyjny i od ponad roku realizuje zadania obserwacyjne. Dotychczas w ramach misji zobrazował ponad 0,6 mln km² powierzchni Ziemi, gromadząc już około 300 GB danych obrazowych w trakcie ponad tysiąca sesji pobierania danych z orbity. Misja ta stanowi kluczową referencję technologiczno-operacyjną dla dalszego rozwoju SatRev. Warto podkreślić, że w kontekście sytuacji geopolitycznej, w której niektóre podmioty komercyjne wstrzymują publikację zobrazowań satelitarnych kluczowych regionów, posiadanie własnych, suwerennych zdolności pozyskiwania danych obrazowych nabiera szczególnego znaczenia zarówno dla samej spółki, jak i dla jej obecnych oraz przyszłych klientów.

SatRev kontynuuje rozwój działalności na rynkach międzynarodowych. W ramach podpisanej na początku bieżącego roku umowy z omańską firmą ETCO SPACE, dotyczącą kontraktu na satelitarne monitorowanie infrastruktury gazowej w Sułtanacie Omanu, spółka rozpoczyna etap przeprowadzania specjalistycznych szkoleń dla partnera. Szkolenia te będą odgrywać kluczową rolę w przyszłych działaniach operacyjnych w ramach projektu i stanowią element budowania trwałych kompetencji po stronie omańskiej.

Stabilizacja na rynku wtórnym. Kupujących mniej, ale ceny powoli rosną

Rynek wtórny wszedł w fazę względnego spokoju. Podczas gdy w lutym liczba aktywnych ogłoszeń w serwisie Otodom w siedmiu największych miastach w Polsce pozostała niemal bez zmian (-0,1% m/m), zainteresowanie kupujących, mierzone liczbą zapytań o mieszkania, spadło o 3% w porównaniu ze styczniem. Jednocześnie widać wyraźne zmniejszenie liczby lokali wprowadzonych do sprzedaży przez firmy deweloperskie. Czy to może skierować część popytu z powrotem na rynek wtórny?

Jak tłumaczy Paweł Jarząbek, menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom, brak wyraźnej zmiany w liczbie aktywnych ogłoszeń w ujęciu miesięcznym można interpretować jako sygnał stabilizacji podaży po okresie większych i mniejszych wahań.

– Choć między poszczególnymi rynkami pojawiły się pewne różnice, były one nieznaczne. Symboliczny wzrost liczby ofert miesiąc do miesiąca odnotował Kraków (+1%), który jako jeden z nielicznych zwiększył dostępną pulę mieszkań z drugiej ręki. Na przeciwnym biegunie znalazły się Katowice, gdzie baza ogłoszeń skurczyła się o 5% – wyjaśnia Paweł Jarząbek.

Popyt hamuje, ale rynek nie stygnie

W lutym aktywność kupujących lekko osłabła. Według danych serwisu Otodom liczba zapytań o mieszkania z drugiej ręki w siedmiu największych miastach (Katowice, Kraków, Łódź, Poznań, Trójmiasto, Warszawa, Wrocław) spadła o 3% w porównaniu ze styczniem. Ta symboliczna korekta objęła niemal wszystkie analizowane rynki z wyjątkiem Warszawy. W stolicy popyt wzrósł o niespełna 1% – jedynie tam zainteresowanie potencjalnych nabywców konsekwentnie się utrzymuje. Natomiast najsilniejsze wyhamowanie odnotowano w Katowicach, gdzie liczba zapytań obniżyła się aż o 14% w ujęciu miesięcznym. Paweł Jarząbek przyznaje jednak, że po silnym odbiciu w styczniu (wówczas +40% m/m) lutowe ochłodzenie aktywności w stolicy Górnego Śląska nie jest zaskoczeniem. – Jednocześnie w ujęciu rok do roku popyt na rynku wtórnym we wszystkich monitorowanych przez Otodom miastach pozostaje stabilny – dodaje.

Kto dziś najchętniej wybiera rynek wtórny?

O sile i odporności rynku wtórnego w dużej mierze decyduje dziś jego specyfika. To „gotowy” produkt z rozwiniętą infrastrukturą, który przyciąga określoną grupę nabywców. Jak pokazuje „Monitor Nastrojów Klientów Nieruchomości”, aż 47% osób będących w trakcie zakupu mieszkania lub domu planuje nabycie lokalu właśnie z drugiej ręki.

– Choć uwaga często skupia się na osobach młodych kupujących swoje pierwsze mieszkanie, to silnym filarem rynku wtórnego są również dojrzali mężczyźni. Lokale z drugiej ręki preferuje aż 44% mężczyzn po 56 roku życia. Jednym z powodów może być ukształtowany charakter otoczenia. W przeciwieństwie do nowych osiedli, gdzie struktura mieszkańców dopiero się tworzy, rynek wtórny daje większą przewidywalność. Wiadomo, kto mieszka za ścianą, czy okolica jest spokojna i jak funkcjonuje lokalna wspólnota. Dla dojrzałego nabywcy to często kluczowa wartość – wyjaśnia menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom.

Z raportu „Szczęśliwy Dom. Męskie oblicza szczęścia” wynika, że aktywne sąsiedztwo to dla mężczyzn istotny czynnik sprzyjający szczęściu. Aż 62% tzw. „Aktywnych Sąsiadów” przyznaje, że dzięki relacjom z osobami zamieszkującymi najbliższe otoczenie czuje się mniej samotnie. Ten wynik nabiera szczególnego znaczenia, bo wspomniana samotność staje się już chorobą cywilizacyjną naszych czasów.

Mniej nowych mieszkań od deweloperów. Czy zyska na tym rynek wtórny?

Na sytuację w segmencie wtórnym wpływa jednak nie tylko dynamika popytu i podaży, lecz także to, co dzieje się na rynku deweloperskim.

Według wstępnego odczytu w lutym firmy deweloperskie wprowadziły do sprzedaży na siedmiu największych rynkach zaledwie 1,5 tys. mieszkań, czyli aż o 58% mniej niż w styczniu i o 52% mniej w ujęciu rocznym. W efekcie oferta deweloperska po raz pierwszy od roku spadła poniżej poziomu 60 tys. lokali.

– To bardzo ważny kontekst. Przez wiele miesięcy rekordowo szeroka oferta mieszkań deweloperskich skutecznie konkurowała z lokalami z drugiej ręki, przyciągając część kupujących. A wszystko to pomimo jasnej preferencji rynku wtórnego, którą pokazuje badanie Kantar przeprowadzone na zlecenie Otodom – podkreśla Paweł Jarząbek.

Na razie trudno przesądzać czy wyraźne ograniczenie nowych mieszkań wprowadzanych do sprzedaży przez deweloperów może w kolejnych miesiącach skierować część popytu z powrotem na rynek wtórny. Lutowe dane jeszcze tego nie potwierdzają – liczba zapytań o mieszkania z drugiej ręki nieznacznie spadła miesiąc do miesiąca. Jednak, jak dodaje Paweł Jarząbek, “warto uważnie obserwować ten trend. Jeśli oferta deweloperska zacznie kurczyć się szybciej, równowaga między tymi dwoma rynkami może zacząć się przesuwać”.

Ceny rosną powoli, ale Trójmiasto znów się wyróżnia

Średnie ofertowe ceny mieszkań na rynku wtórnym w siedmiu analizowanych przez Otodom miastach wzrosły w lutym o niespełna 1% miesiąc do miesiąca, notując tempo zbliżone do obserwowanego w poprzednich miesiącach. Największy wzrost stawek widoczny jest w Trójmieście, gdzie ceny poszły w górę o blisko 4% w ujęciu miesięcznym. To ponownie potwierdza wyjątkowy charakter procesów cenowych w tej aglomeracji. Z kolei symboliczne i jedyne spadki cen pojawiły się w Krakowie i Warszawie (niecałe -0,5%).

Najdroższy pozostaje rynek wtórny w Warszawie (18,5 tys. zł/mkw.), za nim plasują się Kraków (16,8 tys. zł/mkw.) i Trójmiasto (16,4 tys. zł/mkw.). Natomiast najniższe ceny na rynku wtórnym utrzymują się w Katowicach (9,6 tys. zł/mkw.) oraz Łodzi (8,7 tys. zł/mkw.).

Inflacja w USA w centrum uwagi. Rynek czeka na lutowy odczyt CPI

Dzisiejszym kluczowym punktem kalendarza makroekonomicznego jest lutowy odczyt inflacji w Stanach Zjednoczonych o godzinie 13:30. Z jednej strony rynek dostrzega ryzyko krótkoterminowego odbicia inflacji ogółem, w dużej mierze napędzanego energią, z drugiej wciąż zakłada stopniowe wygaszanie presji w inflacji bazowej. Konsensus na luty wskazuje na wzrost CPI o 0,3% m/m po 0,2% w styczniu, przy utrzymaniu dynamiki rocznej na poziomie 2,4%. W przypadku inflacji bazowej oczekiwane jest wyhamowanie do 0,2% m/m po 0,3% miesiąc wcześniej, a wskaźnik r/r ma pozostać na 2,5%.

W praktyce o lutowym przyspieszeniu CPI mają przesądzić ceny paliw, które zaczęły rosnąć jeszcze przed eskalacją konfliktu z Iranem. Ekonomiści zakładają wzrost cen benzyny w koszyku CPI rzędu 0,8%, co powinno wyraźnie podbić miesięczny odczyt inflacji ogółem. Uwaga rynku szybko przesuwa się jednak na marzec, ponieważ utrzymujący się konflikt na Bliskim Wschodzie może dalej podtrzymywać wysokie ceny ropy i przedłużać presję po stronie energii. W takich warunkach krótkoterminowe oczekiwania inflacyjne pozostają szczególnie wrażliwe na geopolitykę, nawet jeśli pozostałe komponenty koszyka zachowują się relatywnie spokojnie.

Po stronie inflacji bazowej prognozy sugerują łagodniejszą presję cenową, a wsparciem mają być kategorie, które w ostatnich miesiącach zaczęły wyraźniej obniżać dynamikę cen. Relatywnie tańsze samochody używane, słabsze ceny biletów lotniczych oraz mniejszy wzrost czynszów powinny ograniczać tempo wzrostu tego wskaźnika. Równocześnie w tle narasta jednak temat taryf i przerzucania kosztów na konsumentów, co może podtrzymywać presję w wybranych segmentach dóbr. Ceny odzieży oraz wyposażenia domu mają rosnąć solidnie, ponieważ firmy coraz częściej przenoszą koszty ceł na klientów, choć proces ten jest opóźniony i nierównomierny. Trudno oczekiwać, by przedsiębiorstwa w nieskończoność absorbowały te obciążenia, zwłaszcza gdy wysokie koszty „na wejściu” pozostają widoczne w sygnałach z badań ISM. Dodatkowym czynnikiem jest perspektywa wprowadzenia globalnego cła w wysokości 10% z zapowiedzią podniesienia do 15%, co zwiększa ryzyko dalszej presji na ceny dóbr importowanych, a pośrednio również na ceny krajowych zamienników.

Żywność na razie powinna zachowywać się umiarkowanie, ale rynek nie ignoruje ryzyka opóźnionego przełożenia szoku energetycznego na tę kategorię. Jeśli wyższe ceny ropy utrzymają się dłużej, wzrosną koszty nawozów i transportu, co z czasem może podbić inflację żywności w kolejnych miesiącach. Innymi słowy, nawet spokojny luty nie zamyka tematu, ponieważ kanał kosztowy działa wolniej, ale bywa uporczywy.

Z punktu widzenia Fed najbliższy odczyt CPI raczej nie powinien istotnie zmienić krótkoterminowego kursu polityki pieniężnej, a scenariuszem bazowym pozostaje utrzymanie stóp bez zmian na kolejnym posiedzeniu. Warto jednak pamiętać, że bank centralny koncentruje się przede wszystkim na inflacji PCE, a nie CPI, więc nawet „spokojny” bazowy CPI nie musi automatycznie oznaczać równie łagodnego obrazu bazowego PCE. W rezultacie rynek wchodzi w kolejne tygodnie z przekazem, że krótkoterminowe ryzyka pozostają po stronie energii i ceł, natomiast trend bazowy jest na tyle umiarkowany, by Fed mógł pozwolić sobie na cierpliwość, choć niekoniecznie na pełen komfort.

Chiny wykorzystują wojnę w Iranie? Cyberszpiedzy uderzyli w Katar

Wraz z narastaniem napięć na Bliskim Wschodzie rośnie ryzyko cybernetyczne. Z najnowszej analizy firmy Check Point Research wynika, że już 1 marca 2026 r. (dzień po rozpoczęciu wojny na Bliskim Wschodzie) zaobserwowano serię ataków hakerskich wymierzonych w firmy z Kataru. Eksperci wskazują, że za częścią działań stoją przestępcy związani z chińską grupą APT.

Według raportu jedna z kampanii została powiązana z grupą Camaro Dragon. Napastnicy mieli próbować wdrożyć wariant złośliwego oprogramowania PlugX przeciwko katarskim celom w bardzo krótkim czasie od rozpoczęcia regionalnej eskalacji. To istotny sygnał geopolityczny pokazujący, że operacje cyberwywiadowcze są dziś zsynchronizowane z wydarzeniami polityczno-wojskowymi niemal w czasie rzeczywistym, a duże kryzysy natychmiast stają się paliwem dla działań szpiegowskich. 

Szczególnie wymowne jest to, jak przygotowano przynęty. W jednym z opisanych ataków ofiara otrzymywała archiwum podszywające się pod zdjęcia rzekomych ataków na amerykańskie bazy w Bahrajnie. Po uruchomieniu pliku rozpoczynał się wieloetapowy proces infekcji, który ostatecznie prowadził do wdrożenia backdoora PlugX z użyciem techniki DLL hijacking i legalnego pliku Baidu NetDisk. Sam PlugX to znane od lat narzędzie kojarzone z chińskojęzycznymi operacjami cyberwywiadowczymi, umożliwiające m.in. zdalny dostęp, kradzież plików, przechwytywanie ekranu, logowanie klawiszy i wykonywanie poleceń na zainfekowanym systemie.        

Check Point zwraca uwagę, że ten sam wektor ataku był widoczny już wcześniej, pod koniec grudnia, w operacjach wymierzonych w tureckie cele wojskowe. To sugeruje, że nie chodzi o jednorazowy incydent, lecz o szersze, konsekwentne zainteresowanie regionem przez powiązane z Chinami grupy APT. Cyberprzestrzeń staje się zatem narzędziem elastycznego zbierania danych wywiadowczych tam, gdzie układ sił szybko się zmienia, a znaczenie państw pośredniczących, takich jak Katar, rośnie. 

W drugiej kampanii opisanej przez badaczy wykorzystano archiwum o nazwie sugerującej uderzenie w infrastrukturę naftową i gazową Zatoki Perskiej. Tym razem przynęta miała imitować komunikację związaną z izraelskim rządem i wykorzystywała niskiej jakości materiały wygenerowane przez AI. Ładunkiem końcowym był Cobalt Strike, czyli framework powszechnie używany legalnie do testów penetracyjnych, ale regularnie wykorzystywany także przez grupy ofensywne do szybkiego rozpoznania środowiska ofiary i przygotowania dalszej infiltracji.

Eksperci oceniają – choć z niskim poziomem pewności – że druga operacja również była powiązana z Państwem Środka. Mają na to wskazywać m.in. zastosowane techniki DLL hijacking, wykorzystanie komponentów NVDA, charakter infrastruktury C2 oraz wzorce znane z wcześniejszych kampanii przypisywanych podmiotom związanym z Chinami.

Najważniejszy wniosek z raportu dotyczy jednak nie samych narzędzi, ale wyboru celu. Katar od lat pozostaje państwem o wyjątkowej pozycji: łączy znaczenie energetyczne, wpływy dyplomatyczne, relacje z Zachodem i własną rolę mediacyjną w regionie. Check Point ocenia, że niemal natychmiastowe skierowanie uwagi na Katar może odzwierciedlać zarówno doraźną potrzebę zbierania danych o skutkach kryzysu, jak i szersze przesunięcie priorytetów wywiadowczych wobec państwa znajdującego się na styku konkurujących ze sobą interesów regionalnych i globalnych.

Cyfrowy „cień” nad ukraińską armią. Rosyjski wywiad ukrył szpiega w popularnej chmurze

Rosyjscy cyberprzestępcy z elitarnej jednostki GRU znaleźli sposób na długofalowe śledzenie ukraińskich wojskowych, wykorzystując do tego usługi chmurowe, z których korzystają miliony użytkowników na całym świecie. Najnowsze ustalenia analityków  ESET pokazują, że niektóre systemy były inwigilowane bez przerwy przez ponad sześć miesięcy. To co zostało wykorzystane w Ukrainie może być również użyte przeciwko innym państwom, w tym Polsce.

Grupa Sednit, odpowiedzialna w przeszłości m.in. za ataki na amerykańskie wybory, tym razem postawiła na wyjątkową dyskrecję. Zamiast głośnych ataków blokujących systemy, hakerzy stworzyli cyfrowy „cień” – zaawansowane oprogramowanie szpiegowskie, które potrafi miesiącami niezauważenie wykradać dane, nagrywać obraz z ekranu i śledzić każdy ruch użytkownika. Kluczem do sukcesu okazało się ukrycie komunikacji hakerów wewnątrz legalnych usług chmurowych, co sprawiło, że ruch ten był niemal niemożliwy do odróżnienia od codziennej pracy biurowej.

– To, co obserwujemy w Ukrainie, to pokaz technologicznej dojrzałości cyberprzestępczych rosyjskich grup rządowych. Fakt, że hakerzy byli w stanie utrzymywać dostęp do kluczowych systemów przez pół roku, dowodzi ich ogromnej determinacji. Musimy mieć świadomość, że te same techniki, oparte na modyfikowaniu powszechnie dostępnych narzędzi i maskowaniu ich w chmurze, mogą zostać wymierzone w instytucje w innych krajach europejskich, w tym w Polsce – komentuje Kamil Sadkowski, analityk cyberzagrożeń w ESET.

Analiza ESET, europejskiego twórcy oprogramowania zabezpieczającego wskazuje, że zespół programistów stojący za tymi atakami jest ten sam od ponad dekady. Świadczy o tym specyficzny kod źródłowy, który ewoluuje, ale zachowuje cechy wspólne z narzędziami wykorzystywanymi przez Rosjan jeszcze w 2010 roku. To dowód na to, że mamy do czynienia z przeciwnikiem, który uczy się na błędach i dysponuje zasobami pozwalającymi na prowadzenie operacji trwających latami.

IT odbija po 2 trudnych latach, lecz kontrahenci zalegają już prawie 0,5 mld zł

Branża IT po dwóch latach schłodzenia wraca na lepsze tory. W 2025 r. liczba ofert pracy wzrosła, a wynagrodzenia ponownie ruszyły w górę. Jednak coraz częściej firmy z tego sektora muszą finansować nie własne zobowiązania, ale cudze opóźnienia. W ciągu ostatnich 12 miesięcy zaległości kontrahentów notowanych w Krajowym Rejestrze Długów wobec IT wzrosły o prawie 56 mln zł – do blisko 0,5 mld zł. W tym samym okresie zadłużenie firm informatycznych zwiększyło się o niespełna 21 mln zł.

IT stoi dziś przed paradoksem: rynek zaczyna się odbudowywać, ale rośnie liczba opóźnionych rozliczeń, a koszty pracy ponownie idą w górę. Z jednej strony firmy informatyczne czekają na zapłatę za wykonane usługi, a z drugiej muszą finansować bieżącą działalność, która kosztuje więcej. W takiej sytuacji nawet niewielkie przesunięcia płatności przez klientów mogą szybko odbić się na płynności.

Twórcy oprogramowania pod największą presją

W ciągu 12 miesięcy zaległości kontrahentów wobec branży IT wzrosły o 13 proc. do poziomu blisko 0,5 mld zł. Aż 428,9 mln zł z tej kwoty do odzyskania mają firmy zajmujące się tworzeniem oprogramowania. W efekcie twórcy aplikacji mobilnych czy startupy technologiczne mimo poprawy sytuacji na rynku, coraz częściej nie otrzymują zapłaty w terminie. A jednocześnie ponoszą wysokie koszty stałe związane z wypłatą wynagrodzeń, zakupem licencji czy utrzymaniem infrastruktury.Grafika 1 - zadłużenie wobec IT

– Standardem przy tworzeniu oprogramowania są rozliczenia projektowe, gdy pieniądze trafiają do firmy dopiero po zakończeniu i akceptacji kolejnych etapów prac. To sprawia, że wpływy nie zawsze są regularne. Jeśli do tego dochodzą opóźnienia w przelewach, wyraźnie rośnie ryzyko zachwiania stabilności finansowej firm informatycznych. Obecnie blisko 56 tys. kontrahentów ma przeterminowane zobowiązania wobec branży IT – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

IT w kolejce po przelew

Z danych KRD widać też wyraźnie, że zaległości kontrahentów koncentrują się w kilku sektorach. Największa część niespłaconych zobowiązań przypada na dłużników zajmujących się handlem (137,9 mln zł). Wysokie jest również zadłużenie firm budowlanych (68,7 mln zł), transportowych (63,9 mln zł) i przemysłowych (40,8 mln zł). Łącznie to 311,3 mln zł, czyli aż 63 proc. całej kwoty przeterminowanych należności wobec IT.Grafika 2 - zadłużenie branż wobec IT

Co ciekawe, w II półroczu 2025 r. spośród wszystkich toczących się postępowań upadłościowych i restrukturyzacyjnych, najwięcej dotyczyło firm przemysłowych, transportowych, budowlanych i handlowych. To właśnie te sektory odpowiadają też za największą część zadłużenia wobec IT wpisanego do KRD.

– Handel, budownictwo czy transport działają na stosunkowo niskich marżach, więc są szczególnie wrażliwe na wzrost kosztów energii, paliw i surowców. Gdy pojawiają się trudności z płynnością, firmy w pierwszej kolejności regulują zobowiązania niezbędne do utrzymania bieżącej działalności, jak zakup towaru czy raty leasingowe. W efekcie płatności za usługi zewnętrzne, w tym za serwis, wsparcie i rozwój rozwiązań IT, częściej są przesuwane na późniejszy termin – dodaje Jakub Kostecki, wiceprezes Zarządu firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso.

W praktyce oznacza to, że problemy z płynnością finansową w tych sektorach bardzo szybko przenoszą się na ich dostawców, w tym firmy informatyczne. IT, choć samo rozwija się i odbudowuje portfel zamówień, coraz częściej odczuwa skutki zatorów płatniczych powstających w branżach o podwyższonym ryzyku niewypłacalności.

W branżach opartych na wiedzy i kapitale ludzkim koszty stałe są wysokie i niezależne od daty otrzymania zapłaty – wynagrodzenia, infrastruktura, licencje muszą być regulowane na bieżąco. Dlatego nawet niewielkie opóźnienia szybko przekładają się na problemy z płynnością. Widać to w danych NFG: w 2025 roku liczba mikroprzedsiębiorstw z branży IT korzystających z finansowania wzrosła o jedną piątą rok do roku, a wartość udzielonego finansowania zwiększyła się o 62 proc. Największą dynamikę odnotowały szybkie pożyczki płynnościowe, choć rosło także finansowanie faktur. W przypadku eFaktoringu średnia wartość finansowanej faktury wynosiła około 20,1 tys. zł brutto, natomiast przeciętna eGotówka – około 6,6 tys. zł – zauważa Emanuel Nowak, ekspert firmy faktoringowej NFG.

Mniej juniorów, więcej seniorów

Obok opóźnień w regulowaniu zobowiązań przez kontrahentów, dużym wyzwaniem dla branży IT jest nasilająca się presja płacowa. Z raportu „Rynek pracy IT 2025/2026” przygotowanego przez No Fluff Jobs wynika, że w 2025 r. liczba ogłoszeń była o 44 proc. wyższa niż w 2024 r., a wynagrodzenia ponownie zaczęły rosnąć. Do niedawna część firm informatycznych ograniczała zatrudnienie, próbując wykorzystać szybki rozwój sztucznej inteligencji do obniżenia kosztów. Dziś jednak wiele z nich ponownie rekrutuje, ponieważ potrzebuje doświadczonych specjalistów, którzy potrafią nadzorować i weryfikować efekty pracy narzędzi opartych o AI.

W ubiegłym roku blisko 60 proc. ogłoszeń było skierowanych do seniorów, a udział ofert dla juniorów spadł do zaledwie 5,3 proc. Oznacza to, że w IT zdecydowanie wzrosła rola najlepiej opłacanych pracowników, których miesięczne zarobki sięgają kilkudziesięciu tysięcy złotych. W rezultacie rosnące w szybkim tempie koszty pracy i opóźnienia w regulowaniu zobowiązań przez kontrahentów dodatkowo obciążają płynność finansową firm.

Zadłużenie firm IT rośnie mimo odbicia na rynku

Choć dużym problemem firm informatycznych są opóźnione przelewy od kontrahentów, same również są dłużnikami. W ciągu 12 miesięcy łączna wartość przeterminowanych zobowiązań sektora IT wzrosła z 306,8 do poziomu 327,6 mln zł. Zaległości ma ponad 7 tys. przedsiębiorstw, a średnia kwota ich zadłużenia to 46,4 tys. zł.

Najwyższe zaległości branża IT ma wobec wtórnych wierzycieli – 142,9 mln zł. 99,8 mln jest winna instytucjom finansowym, w tym największa część przypada na firmy leasingowe (49,5 mln zł). Niespłacone należności operatorom telekomunikacyjnym sięgają 20,6 mln zł. W przypadku firm handlowych to 16,6 mln zł, a budowlanych – 7,8 mln zł.

Naukowcy z UJ stworzyli preparat, który może zwiększać plony i chronić uprawy

Naukowcy z Uniwersytetu Jagiellońskiego opracowali preparat, który może stać się efektywnym środkiem przeciwgrzybowym dla roślin uprawnych. Rozwiązanie w pełni bazuje na substancjach pochodzenia naturalnego, co oznacza, że potencjalnie może znaleźć zastosowanie zarówno w masowych uprawach rolnych, jak i ekologicznych.

Choroby grzybowe są dużym zagrożeniem dla upraw rolnych, gdyż zmniejszają plonowanie. Ilość skutecznie działających przeciwgrzybowo środków stosowanych w rolnictwie z każdym rokiem maleje, ponieważ niektóre z nich są wycofywane z rynku ze względu na niepożądane działanie na środowisko. Wobec kurczącej się bazy dostępnych środków przeciwgrzybowych coraz częściej spotyka się wzrost oporności szczepów grzybów na dostępne preparaty. Ten problem się nasila, dlatego powinno się go szybko rozwiązać. W przeciwnym wypadku w najbliższych latach choroby mykotyczne roślin będą przyczyniać się do zmniejszenia produkcji rolnej, a w konsekwencji do wzrostu cen żywności i wystąpienia ograniczeń w jej dostępności.

Beta-glukany w służbie ochrony roślin

Zaproponowane przez naukowców z UJ rozwiązanie bazuje na beta-glukanach pozyskiwanych z ziaren zbóż. Beta-glukany to polisacharydy, powstałe z połączenia setek lub tysięcy cząsteczek glukozy. W środowisku naturalnym występują powszechnie w ścianach komórkowych m.in. zbóż i grzybów. Jako jeden ze składników rozpuszczalnego błonnika pokarmowego beta-glukany wykazują różne właściwości prozdrowotne, m.in. wspierają odporność i obniżają poziom cholesterolu.

– Opracowany przez nas preparat bazuje na polimerowych cząsteczkach beta-glukanów, do których przyłączamy aminy czwartorzędowe. Aminy te charakteryzują się tym, że zawierają ładunek dodatni niezależnie od pH. To właśnie ten ładunek jest kluczowy dla aktywności przeciwgrzybowej tak zmodyfikowanego beta-glukanu – wyjaśnia dr hab. Kamil Kamiński, prof. UJ z Zakładu Chemii Fizycznej i Elektrochemii na Wydziale Chemii UJ, współtwórca technologii.

Od strony technicznej przygotowanie preparatu jest prostym procesem realizowanym w wodzie, a sama reakcja nie generuje bardzo toksycznych odpadów i nie wymaga znacznych nakładów energii, co czyni tę technologię potencjalnie bardziej atrakcyjną dla rynku.

Optymistyczne rezultaty badań i większe plonowanie

Dotychczas naukowcy prowadzili badania w laboratorium i na polu – na uprawach jęczmienia i pszenżyta. Preparat zadziałał na grzyby Puccinia hordei wywołujące rdzę jęczmienną oraz Blumeria graminis odpowiedzialne za chorobę mączniaka prawdziwego zbóż. Wykazywał również aktywność antymykotyczną wobec rodzaju Fusarium, obejmującego liczne gatunki stanowiące poważne patogeny roślin uprawnych.

dr Magdalena Skóra z Zakładu Kontroli Zakażeń i Mykologii na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum
dr Magdalena Skóra z Zakładu Kontroli Zakażeń i Mykologii na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum

– Grzyby, na które silnie działa preparat, w naszej szerokości geograficznej odpowiadają za najczęściej występujące infekcje grzybicze zbóż i zarazem najbardziej destrukcyjne, jeżeli chodzi o opłacalność upraw. W naszych badaniach zastosowanie nowego preparatu prowadziło do około 50-procentowego zahamowania infekcji grzybowych w porównaniu z grupą kontrolną. Jest to poziom uzyskiwany przez ekologiczne preparaty obecnie stosowane w rolnictwie – mówi współtwórczyni wynalazku, dr Magdalena Skóra z Zakładu Kontroli Zakażeń i Mykologii na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum.

Skuteczność hamowania infekcji wywołanej przez grzyby jest porównywalna z zastosowanym kontrolnie heksaglukonianem miedzi, używanym w rolnictwie jako środek przeciwgrzybowy. Co bardzo ważne, podczas badań na polach eksperymentalnych odkryliśmy, że stosowanie naszego preparatu przyczyniło się do zwiększenia plonowania aż o około 20 procent w porównaniu do upraw nietraktowanych żadnymi przeciwgrzybowymi środkami ochrony roślin – dodaje dr hab. Kamil Kamiński.

Zespół naukowy nie potwierdził jeszcze istoty mechanizmu działania przeciwgrzybowego. Badacze są jednak przekonani, że obserwowany efekt najprawdopodobniej wynika z oddziaływania elektrostatycznego między dodatnio naładowanymi cząstkami beta‑glukanu a ujemnie naładowanymi zewnętrznymi warstwami komórek grzybowych. Dodatkowy wpływ ma również swoista organizacja i skład chemiczny ściany i błony komórkowej grzybów, które znacząco różnią się od budowy komórek innych organizmów. Przyszłe badania mają potwierdzić tę tezę.

Potencjalne zastosowanie

Na obecnym etapie badań można stwierdzić, iż preparat znajdzie zastosowanie jako nowy środek przeciwgrzybowy dla roślin najszerzej uprawianych w Polsce, a więc pszenicy, jęczmienia i pszenżyta. Wstępne wyniki laboratoryjne sugerują, że proponowane rozwiązanie może zadziałać też przeciw grzybom atakującym ziemniaki i pomidory. Dziś jednak nie sposób wskazać wszystkie typy upraw i szkodniki, gdzie preparat może znaleźć zastosowanie. Zakres działania oraz skuteczność jest przedmiotem prowadzonych aktualnie dalszych badań.

Preparat w postaci roztworu wodnego można stosować na dowolnym racjonalnym etapie rozwoju zboża. Podaje się go w formie oprysku z wykorzystaniem narzędzi stosowanych przy aplikacji standardowych środków ochrony roślin.

– Tego typu środki ochrony roślin stosuje się optymalnie w warunkach sprzyjających presji infekcji grzybowych, gdy istnieje realne ryzyko rozpoczęcia lub nasilenia choroby – dodaje dr Magdalena Skóra.

Brak toksyczności

Zespół badaczy przeprowadził już wstępne badania toksyczności opracowanego preparatu, między innymi na owadach (larwy ćmy Galleria mellonella) oraz na ssaczych liniach komórkowych. W obu przypadkach nie wykazano negatywnego oddziaływania. Warto podkreślić, że preparat w całości bazuje na składnikach pochodzenia naturalnego. Beta-glukany mają nie tylko udokumentowane działanie prozdrowotne, ale jako substancje są biodegradowalne. Poza tym są one od lat powszechnie stosowane zarówno w dietetyce, jak i przemyśle kosmetycznym i w branżach tych nie ma doniesień o ich negatywnych własnościach.

W drodze na rynek

Nowa technologia została objęta ochroną prawną, a za jej komercjalizację odpowiada Centrum Transferu Technologii CITTRU, UJ. Po zakończeniu obecnie prowadzonych badań, które zakończą się jeszcze w tym roku, uczelnia planuje wprowadzić preparat na rynek.

– Obecnie prowadzone są badania, które mają pogłębić wiedzę o możliwości stosowania tego wynalazku. Naukowcy na polowych uprawach eksperymentalnych badają między innymi synergiczne działanie preparatu łącząc go z innymi środkami ochrony roślin stosowanymi obecnie w rolnictwie. Po zakończeniu tych prac planujemy pozyskać jednego lub więcej partnerów z branży produkcji środków ochrony roślin, którzy w oparciu o swoje doświadczenie rynkowe i możliwości dystrybucyjne umożliwią nam możliwie szybkie wprowadzenie preparatu do użytku – mówi dr inż. Gabriela Konopka-Cupiał, dyrektorka CITTRU, UJ.

Rosnąca oporność grzybów na środki chemiczne

Wiedza na temat szkodliwości środków ochrony roślin w ostatnich latach wzrosła i instytucje regulatorowe zabraniają stosowania kolejnych pestycydów używanych jeszcze pod koniec ubiegłego stulecia. Należy się spodziewać, że w ciągu najbliższych kilkunastu lat kolejne preparaty z obecnie stosowanych w rolnictwie będą w UE zabronione. W użytku pozostaną jedynie środki, które bazują na siarce i miedzi. Jeżeli w tym samym okresie zjawisko rosnącej oporności grzybów na pestycydy będzie się nasilać, możliwe, że każdy nowy pod względem składu chemicznego preparat będzie najskuteczniejszy, ponieważ grzyby nie będą jeszcze na niego uodpornione.

– Siłą proponowanego przez nas preparatu jest to, że nikt wcześniej nie używał tego typu związku w takich aplikacjach. To oznacza, że nie będziemy mieli do czynienia z mechanizmami szybkiego uodporniania się na nie szkodników upraw – podsumowuje dr hab. Kamil Kamiński.

Rozwiązanie powstało w ramach badań interdyscyplinarnego zespołu pod kierownictwem dr hab. Kamila Kamińskiego z Zakładu Chemii Fizycznej i Elektrochemii na Wydziale Chemii UJ oraz dr Magdaleny Skóry z Zakładu Kontroli Zakażeń i Mykologii na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum.

Biura znów atrakcyjne dla deweloperów. Spada podaż i rosną czynsze

0

Poprawa warunków makroekonomicznych, rosnący popyt i spadająca dostępność nowoczesnych powierzchni biurowych sprawiają, że budowa biurowca może znów stawać się atrakcyjna dla deweloperów – wskazuje raport CBRE „2026 Poland Real Estate Market Outlook”. W 2025 r. na polskim rynku przybyło 108 tys. mkw. przestrzeni do pracy, a popyt na nią wyniósł 1,56 mln mkw. Ilość powierzchni dostępnej na wynajem mocno spadła. W efekcie trend wyburzania budynków biurowych pod obiekty o innej funkcji zostanie z drugiej strony zestawiony z rosnącym zainteresowaniem deweloperów biurowych centralnymi lokalizacjami. Eksperci CBRE wskazują, że inwestorzy coraz częściej – w zależności od lokalizacji, decydują się na zachowanie funkcji biura. 

Zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej skurczyły się w ciągu ostatniego roku. Na przykład w Warszawie na koniec 2025 r. wyniosły 6,23 mln mkw., wobec 6,29 mln mkw. rok wcześniej. Podaż skurczyła się też choćby we Wrocławiu. To efekt zmian funkcji budynków. Zdaniem ekspertów CBRE, w 2026 r. poza utrzymującym się trendem szukania nowych, bardziej optymalnych funkcji dla niektórych biurowców, będziemy również obserwować powrót zainteresowania właśnie funkcją biurową. Lepsze warunki makroekonomiczne oraz wyższy optymizm firm w podejmowaniu decyzji o relokacji lub ekspansji przekładają się na rosnący popyt na wysokiej jakości powierzchnie. W odpowiedzi na to spodziewany jest wzrost podaży nowych biur, choć deweloperzy pozostają ostrożni i bardzo selektywni w swoich planach inwestycyjnych. Ograniczona dostępność działek w centrum miast będzie wymuszać remonty lub wyburzenia istniejących budynków.

Wśród dotychczasowych decyzji o wyburzeniach starszych obiektów biurowych przeważały zmiany przeznaczenia terenu pod inny cel, np. mieszkaniowy. Ten trend, podobnie jak na innych rozwiniętych rynkach Europy, na stałe wpisze się w krajobraz biurowy, ale pojawiać się będzie jeszcze jeden – nowe inwestycje biurowe lub modernizacje w ścisłych centrach miast. Coraz częściej widzimy, że zakupy nieruchomości w centrach miast, również tych starszych, są realizowane z planem zachowania funkcji biurowej, po modernizacji czy wyburzeniu. Utrzymujący się wysoki popyt na nowoczesne powierzchnie do pracy i spadająca dostępność sprawiają, że stawki czynszów rosną, a budowa budynku biurowego znów zaczyna być atrakcyjnym przedsięwzięciem – mówi Katarzyna Gajewska, dyrektorka działu badań i analiz rynku w CBRE.

Rosnące czynsze będą wpływać na wybór lokalizacji

Najemcy, podobnie jak inwestorzy i deweloperzy, interesują się przede wszystkim lokalizacjami w centrach miast. Takie podejście będzie napędzać rozwój rynku biurowego w 2026 r. Na razie jednak dostępność biur na wynajem pozostaje tam mocno ograniczona. W najlepszych lokalizacjach w Warszawie wskaźnik pustostanów spadł do 5 proc., a w całej stolicy sięga 9,1 proc. Z kolei w miastach regionalnych wynosi przeciętnie 16,9 proc., a w samym Krakowie różnica między średnią rynku, a centrum jest podobnie wyraźna jak w Warszawie. Czynsze rosną, szczególnie w topowych lokalizacjach centralnych obszarów biznesowych. Alternatywą niektórych firm, stają się tzw. „second best locations”, oferujące niższe czynsze w bardziej peryferyjnych dzielnicach miast, czy też w dobrze zlokalizowanych starszych budynkach

Nie tylko lokalizacja, ale także jakość, będą napędzać rozwój biur w 2026 roku. Ważne są estetyka i design, a także jakość powietrza, oświetlenie i akustyka. Obiekty muszą spełniać coraz wyższe standardy. W efekcie, deweloperzy i właściciele biur inwestują w modernizację i rozwój swoich obiektów, aby sprostać rosnącym wymaganiom firm. Nieodłącznym elementem staje się też aranżowanie otoczenia budynku i parteru handlowego tak, by po godzinach pracy budynek wciąż tętnił życiem – staje się to jednym z kluczowych oczekiwań najemców – mówi Katarzyna Gajewska, CBRE.

Koniec dopłat, początek realnego rynku. Co dalej z elektromobilnością po programie „NaszEauto”?

Wyczerpanie budżetu programu „NaszEauto” szybko ostudziło boom na samochody elektryczne w Polsce. Firmy leasingowe już widzą wyraźny spadek liczby nowych umów i zapytań o finansowanie elektryków. Branża podkreśla jednak, że nie oznacza to końca rozwoju elektromobilności – raczej przejście z rynku napędzanego dopłatami do rynku opartego na ekonomii użytkowania i strategiach klimatycznych firm.

Warszawa, 11 marca 2026 roku – Program „NaszEauto”, którego budżet został wyczerpany na początku 2026 r., był jednym z głównych motorów sprzedaży samochodów elektrycznych w Polsce. W wielu przypadkach dopłata odpowiadała wysokości opłaty wstępnej w leasingu, co sprawiało, że rata elektryka była zbliżona do raty auta spalinowego. Po zakończeniu programu rynek niemal natychmiast zareagował spadkiem aktywności klientów. Jak wskazuje Związek Polskiego Leasingu, dominującą formą finansowania pojazdów objętych wnioskami z programu był leasing, który wyraźnie przeważał nad zakupem bezpośrednim. Potwierdza to istotną rolę instrumentów leasingowych w procesie elektryfikacji transportu i pokazuje, że dla wielu przedsiębiorców leasing pozostaje kluczowym narzędziem finansowania transformacji flot w kierunku zeroemisyjnym.

Jednocześnie dopłaty były tylko jednym z elementów systemu wsparcia elektromobilności. W Europie kluczową rolę odgrywają także regulacje klimatyczne, w tym normy emisji CO₂ dla producentów samochodów. Jeżeli producent przekroczy unijne limity emisji flotowych, musi płacić wysokie kary finansowe, dlatego zwiększanie sprzedaży samochodów zeroemisyjnych staje się dla branży motoryzacyjnej koniecznością, a nie tylko efektem programów wsparcia.

Koniec dopłat szybko schłodził rynek

– Rok 2025 był przełomowy dla rynku samochodów elektrycznych. Program dopłat „NaszEauto” istotnie pobudził sprzedaż, szczególnie w ostatnich miesiącach jego obowiązywania. Analizując doświadczenia rynków zachodnich, gdzie kończyły się podobne programy, należy spodziewać się wyraźnego, kilkumiesięcznego spadku popytu. Po tym okresie rynek zwykle stabilizuje się i wraca do bardziej naturalnego tempa wzrostu – mówi Tomasz Gawor, pełnomocnik ds. elektromobilności w mLeasingu.

Pierwsze miesiące 2026 r. pokazują, jak silnie dopłaty wpływały na decyzje klientów. W Santander Leasing liczba umów na auta elektryczne w lutym była o 43 proc. niższa niż w styczniu, a liczba nowych wniosków leasingowych spadła o ponad 60 proc. względem grudniowego szczytu końcówki programu.

– Ostatnie miesiące funkcjonowania programu przyniosły klasyczne zjawisko „wyścigu z czasem”. Klienci przyspieszali decyzje zakupowe, aby zdążyć przed wyczerpaniem budżetu, po czym nastąpiło gwałtowne schłodzenie rynku – mówi Anita Rodkiewicz-Ryżek, dyrektor rozwoju zielonego finansowania w Santander Leasing.

Boom przed końcem programu

Podobne zjawisko obserwował mLeasing. Według Mateusza Osińskiego, eksperta ds. elektromobilności w spółce, liczba zapytań o leasing elektryków zaczęła gwałtownie rosnąć już jesienią 2025 r., gdy pojawiły się pierwsze informacje o kończącym się budżecie programu.

– W styczniu 2026 r. liczba zapytań o finansowanie pojazdów elektrycznych była już pięciokrotnie niższa niż w listopadzie 2025 r. – wskazuje ekspert.

Najbardziej odczują to mikrofirmy

Brak dopłat najmocniej uderza w klientów indywidualnych i jednoosobowe działalności gospodarcze – czyli grupy, które były głównymi beneficjentami programu.

– Jeżeli środki programu faktycznie się wyczerpały, w 2026 r. należy liczyć się z korektą liczby nowych umów leasingowych w segmencie samochodów osobowych i lekkich dostawczych. Wpływ będzie przede wszystkim widoczny wśród osób fizycznych i JDG – ocenia Kamila Jachacy-Turecka, ekspert ds. zarządzania produktami w Millennium Leasing.

W przypadku mikroprzedsiębiorców rola dopłat była szczególnie duża. Według Santander Leasing aż 65 proc. kontraktów na elektryczne auta w segmencie JDG było powiązanych z subsydiami publicznymi.

Floty jadą dalej – napędzane przez ESG

Nie oznacza to jednak załamania całego rynku. Wiele firm – zwłaszcza dużych flot – kontynuuje elektryfikację niezależnie od programów wsparcia.

– Duże przedsiębiorstwa i korporacje, napędzane wymogami raportowania ESG oraz strategiami dekarbonizacji, traktują elektryfikację jako proces nieodwołalny. Dla nich brak dopłaty pogarsza rentowność inwestycji, ale nie zatrzymuje decyzji o wymianie flot – mówi Mariusz Włodarczyk, dyrektor zarządzający Obszarem Prawo, Produkty i Partnerzy Strategiczni w Santander Leasing.

Eksperci spodziewają się więc zmiany struktury rynku. Udział klientów indywidualnych i mikrofirm może się zmniejszyć, a większą rolę będą odgrywać duże przedsiębiorstwa oraz floty firmowe.

Nowy problem rynku: ile będzie wart używany elektryk

Równolegle branża musi zmierzyć się z innym wyzwaniem – wartościami rezydualnymi samochodów elektrycznych. Dynamiczny rozwój technologii sprawia, że starsze modele szybciej tracą na wartości.

– Obserwujemy dużą deprecjację wartości rezydualnych pojazdów elektrycznych. W ciągu ostatnich lat nastąpił ogromny postęp technologiczny, dzięki czemu nowe modele oferują znacznie większe zasięgi. Klienci zainteresowani elektrykami częściej wybierają więc najnowsze generacje pojazdów – mówi Aneta Nowak, Asset Product Manager w Carefleet.

Rok prawdy dla elektromobilności

Zdaniem branży rok 2026 będzie okresem przejściowym dla elektromobilności.

– Można powiedzieć, że to moment „odłączenia kroplówki” w postaci bezpośrednich dotacji. Rynek wchodzi w fazę, w której o wyborze elektryka decydują już nie dopłaty, ale realna ekonomika użytkowania oraz wymagania regulacyjne – podsumowuje Anita Rodkiewicz-Ryżek.

W dłuższej perspektywie kierunek zmian pozostaje jednak niezmienny. Rosnące znaczenie całkowitego kosztu użytkowania pojazdów, presja regulacyjna związana z polityką klimatyczną oraz rozwój infrastruktury ładowania sprawiają, że elektryfikacja transportu będzie postępować – choć już w bardziej stabilnym i dojrzałym tempie niż w czasie boomu napędzanego dopłatami.

Opinie ekspertów z firm leasingowych

Tomasz Gawor, pełnomocnik ds. elektromobilności, mLeasing

Remarketing samochodów elektrycznych staje się aktualnie gorącym tematem. Program dopłat wprowadzał dużą zmienność w segmencie pojazdów używanych, szczególnie tych kwalifikujących się do subsydiów, co przekładało się na presję na wartości rezydualne. Teraz do finansujących wracają pojazdy z dwu- i trzyletnich kontraktów, a zderzenie ich założonych RV z aktualnym, ostrożniejszym popytem stanowi wymagające, ale potrzebne doświadczenie. W obecnych warunkach „niewidzialna ręka rynku” musi wykonać swoją pracę i doprowadzić do naturalnej korekty cen na rynku używanych EV. Dopiero po przejściu tego okresu dostosowań, wraz z odbudową i stabilizacją popytu, spodziewamy się stopniowego wzrostu wartości rezydualnych samochodów elektrycznych.

Kamila Jachacy-Turecka, ekspert ds. zarządzania produktami, Millennium Leasing

W przypadku dużych flot elektryfikacja postępuje niezależnie od programów dopłat, bo wynika z regulacji i strategii biznesowych. W segmencie klientów bardziej wrażliwych cenowo część decyzji może zostać odłożona lub zmodyfikowana (np. wybór tańszego modelu).Możliwe jest zmniejszenie udziału klientów indywidualnych i JDG w nowych finansowaniach EV oraz relatywny wzrost znaczenia większych firm. W przypadku transportu ciężkiego (N2/N3) sytuacja wygląda inaczej, ponieważ funkcjonuje tam odrębny program wsparcia.

Rynek może wymusić większą elastyczność ofert – szczególnie w zakresie okresów finansowania czy konstrukcji rat. Kluczowym elementem pozostanie stabilność wartości rezydualnych pojazdów elektrycznych. Najważniejsze będą zatem: realny koszt użytkowania w porównaniu do aut spalinowych, ceny pojazdów, koszt finansowania, rozwój infrastruktury, regulacje środowiskowe. Dopłaty są wsparciem, ale nie jedynym czynnikiem decydującym o popycie.

Aneta Nowak, Asset Product Manager, Carefleet

Obserwując notowania wartości rezydualnych widzimy dużą deprecjację dla pojazdów elektrycznych. Głównym powodem jest  to, że obecnie rynek pojazdów używanych z napędem elektrycznym jest znikomy, ale i zainteresowanie klientów zakupem takich pojazdów również bardzo małe. W ciągu ostatnich 2 czy 3 lat nastąpiła ogromna zmiana w technologii tych aut, dzięki czemu obecnie produkowane pojazdy osiągają większe zasięgi. Klient zainteresowany autem elektrycznym poszukuje zatem nowszych modeli.  Wartość RV w 2026 dla wszystkich aut, ale dla BEV w szczególności, będą mocno monitorowane przez finansujących, bo ryzyko przeszacowania wartości tych pojazdów jest wyższe niż w przypadku tradycyjnych napędów.

Mateusz Osiński, ekspert ds. elektromobilności, mLeasing

Obecnie kluczowym czynnikiem utrzymania sprzedaży na dotychczasowym poziomie jest cena pojazdu. Jeśli będzie ona atrakcyjna, to sprzedaż utrzyma się na stabilnym poziomie. Takim przykładem może być wynik sprzedaży pojazdów elektrycznych marki MG w 2025 r.

Jednakże, obecnie ceny pojazdów elektrycznych są wyższe niż spalinowych. Klienci, decydujący się na zawarcie umowy, biorą pod uwagę przede wszystkim wysokość raty leasingu. A na nią wpływ ma głównie cena początkowa. Ten sposób działania klientów utrzyma się do momentu stopniowego wyrównywana cen między pojazdami spalinowymi i elektrycznymi. Kolejnym aspektem przy podejmowaniu decyzji o zakupie pojazdu elektrycznego, o którym nie możemy zapomnieć jest infrastruktura, a przede wszystkim jej ograniczona dostępność. Na szczęście przy obecnym zaawansowaniu rozbudowy infrastruktury publicznej, wyzwania związane z dostępnością nie są już tak duże jak miało to miejsce 5 lat temu. Dodatkowo, ostatnie lata pokazały, że na rynek pojazdów elektrycznych w Polsce, wpływ miały głównie dopłaty do ich zakupu, nie zaś regulacje środowiskowe.

Anita Rodkiewicz-Ryżek, dyrektor rozwoju zielonego finansowania, Santander Leasing

W krótkim terminie musimy przygotować się na odczuwalne ochłodzenie. Rok 2025 był nasycony stymulowanym popytem, wynikającym z mechanizmu bezpośrednich subsydiów. Obecnie wchodzimy w fazę weryfikacji tzw. popytu naturalnego. Przewidujemy, że  trudniejsze może być pierwsze półrocze 2026 r., w drugiej połowie roku rynek zacznie szukać nowego punktu równowagi, choć prawdopodobnie na poziomach niższych niż w rekordowym roku ubiegłym.

Jednakże, aby ta stabilizacja nastąpiła szybciej i na wyższym poziomie, rynek potrzebuje nowych impulsów o charakterze systemowym, a nie tylko incydentalnych dopłat. Jako branża postulujemy przede wszystkim o rewizję limitów amortyzacji dla pojazdów zeroemisyjnych. Obecny limit (225 tys. PLN) przy postępującej inflacji i wzroście cen zaawansowanych technologii staje się barierą, zwłaszcza dla segmentu premium, który dziś dominuje w naszej strukturze sprzedaży. Zwiększenie tego limitu lub wprowadzenie mechanizmu pełnego odliczenia VAT bez względu na przeznaczenie pojazdu (tzw. 100% odliczenia bez ewidencji przebiegu dla EV) byłoby dla przedsiębiorców silniejszym i bardziej przewidywalnym argumentem niż jednorazowa dotacja. Takie rozwiązanie premiowałoby firmy za realny wkład w dekarbonizację transportu przez cały okres użytkowania auta, a nie tylko w momencie jego zakupu.

Piotr Sobczak, Asset Product Manager, Carefleet

Dodatkowym czynnikiem wpływającym na rynek wtórny jest rosnąca konkurencja między producentami samochodów elektrycznych, zwłaszcza pochodzenia chińskiego, oraz obniżki cen nowych modeli. Spadki cen pojazdów fabrycznie nowych automatycznie obniżają również wartość samochodów używanych, co zwiększa ryzyko po stronie firm leasingowych finansujących pojazdy.

Na tempo transformacji rynku pojazdów z silnikiem elektrycznym wpływać będzie również rozwój infrastruktury ładowania. Choć liczba publicznych punktów ładowania w Polsce systematycznie rośnie, nadal jest ona wyraźnie niższa niż w wielu krajach Europy Zachodniej, a dostęp do ładowania w budynkach wielorodzinnych pozostaje jedną z głównych barier dla części użytkowników.

Mariusz Włodarczyk, dyrektor zarządzający Obszarem Prawo, Produkty i Partnerzy Strategiczni, Santander Leasing

W 2026 roku trudno wskazać jeden czynnik, który zadecyduje o rozwoju rynku elektromobilności – kluczowa będzie raczej synergia kilku elementów. Najważniejszym z nich pozostaje całkowity koszt użytkowania pojazdu (TCO). Po wygaśnięciu dopłat to właśnie on staje się głównym argumentem dla firm podejmujących decyzje inwestycyjne. Analizy pokazują, że przy przebiegach flotowych rzędu 25–30 tys. km rocznie niższe koszty energii i serwisowania – w przypadku aut elektrycznych nawet o 30–40 proc. niższe niż w pojazdach spalinowych – mogą zrekompensować brak dotacji w ciągu kilku lat.

Duże znaczenie będzie miała także polityka producentów. Aby spełnić normy emisji, marki motoryzacyjne utrzymują sprzedaż elektryków m.in. poprzez rabaty sięgające 10–15 proc., które w praktyce zastępują wcześniejsze subsydia państwowe. Istotnym impulsem pozostają również regulacje środowiskowe i presja związana z raportowaniem ESG. W wielu firmach udział pojazdów zeroemisyjnych we flocie staje się mierzalnym wskaźnikiem wpływającym na strategię biznesową. Równocześnie rośnie znaczenie infrastruktury ładowania – nie tylko liczby punktów, lecz przede wszystkim ich mocy i niezawodności.

W praktyce dla klientów coraz ważniejsza staje się stabilność miesięcznej raty leasingowej, a nie sama cena katalogowa pojazdu. Dlatego to właśnie połączenie ekonomiki użytkowania, regulacji oraz polityki producentów będzie w 2026 roku decydować o tempie rozwoju rynku elektromobilności.

Girteka pozyskuje finansowanie 74 mln euro od AKA Bank na modernizację floty

Girteka podpisała umowę finansowania o wartości 74 mln euro z niemieckim AKA Bank. Transakcja wspierana jest przez Credendo, belgijską Agencję Kredytów Eksportowych (ECA).

Instrument finansowy przeznaczony jest na częściowe sfinansowanie zakupu 1200 samochodów ciężarowych najnowszej generacji w ramach szerszego programu odnowy floty Girteki. Wspiera dalszą modernizację floty własnej oraz wzmacnia strategiczne ukierunkowanie firmy na zdyscyplinowany rozwój, doskonałość operacyjną i pełną kontrolę nad własną flotą.

Dzięki systematycznej odnowie floty, Girteka umacnia swoją pozycję jako niezawodny partner w transporcie ładunków krytycznych czasowo, wymagających kontroli temperatury i wysokiej wartości, na terenie całej Europy – w segmentach, w których przewidywalność, bezpieczeństwo i odpowiedzialność są niepodważalne.

Dywersyfikacja i wzmocnienie struktury kapitałowej

Umowa stanowi ważny kamień milowy w realizacji strategii finansowej Girteki, której celem jest rozszerzanie dostępu do międzynarodowych źródeł finansowania oraz dywersyfikacja bazy kapitałowej. Współpraca z międzynarodowymi instytucjami, takimi jak AKA Bank, oraz wykorzystanie gwarancji ECA zwiększają elastyczność finansową Grupy przy jednoczesnym utrzymaniu solidnego i zdyscyplinowanego bilansu.

„Ta umowa jest strategicznym kamieniem milowym w dywersyfikacji naszych źródeł finansowania oraz zwiększaniu udziału finansowania międzynarodowego w ramach Grupy” mówi Vytenis Šuklys, CFO Grupy Girteka. „Gwarancja ECA umożliwia uzyskanie korzystnych warunków kredytowych, w tym bardziej konkurencyjnych cen niż zazwyczaj dostępne na rynkach lokalnych. Wzmacnia to naszą strukturę kapitałową i wspiera zrównoważony, długoterminowy rozwój”.

Marck Wengrzik, CEO AKA Bank, dodał:

„Cieszymy się z partnerstwa z Grupą Girteka, które wspiera realizację jej strategii odnowy floty. Zapewniając ustrukturyzowaną płynność finansową na nowoczesne aktywa transportowe, wspieramy wiodącego europejskiego operatora w zwiększaniu efektywności operacyjnej i standardów zrównoważonego rozwoju w całej sieci. Ustrukturyzowana jako ramowa linia finansowania, umowa tworzy platformę umożliwiającą szybkie zwiększanie limitów finansowania w przyszłości, z zastrzeżeniem uzgodnionych warunków”.

Zaangażowanie w efektywność, bezpieczeństwo i zrównoważony rozwój

Odnowa floty jest podstawowym filarem planu zwiększania efektywności operacyjnej Girteki. Dla zawodowych kierowców samochody ciężarowe są miejscem ich pracy. Pojazdy najnowszej generacji zapewniają bezpieczeństwo, dzięki lepszej widoczności, zaawansowanym systemom wspomagania kierowcy i większej niezawodności technicznej, co pomaga ograniczać ryzyko wypadków i minimalizować zakłócenia operacyjne.

Nowoczesne samochody ciężarowe zapewniają też wymierną poprawę efektywności paliwowej i niższy poziom emisji CO2, tym samym wspierając ambicje klientów w zakresie  dekarbonizacji przy jednoczesnym utrzymaniu niezawodności usług.

„Naszą misją jest bezpieczne i efektywne dostarczanie ładunków wymagających kontrolowanej temperatury i high-care przy wykorzystaniu własnej floty” – kontynuuje Šuklys. „Inwestowanie w najnowsze pojazdy o wysokiej efektywności paliwowej zapewnia niezawodność naszych usług, jednocześnie aktywnie zmniejszając nasz ślad środowiskowy i odpowiadając na rosnące oczekiwania klientów w zakresie bardziej ekologicznych rozwiązań w łańcuchach dostaw”.

Każdy nowy samochód ciężarowy jest w pełni zintegrowany z cyfrowym ekosystemem Girteki, co umożliwia predykcyjne utrzymanie (predictive maintenance), monitorowanie parametrów w czasie rzeczywistym i szybsze rozwiązywanie problemów. Taka integracja jest wsparciem dla stabilnych i efektywnych operacji, zapewnia spójną jakość usług dla klientów oraz bezpieczne i niezawodne środowisko pracy dla kierowców.

Szkolenie estoński CIT – jak zrozumieć nowe zasady opodatkowania spółek

W ostatnich latach coraz więcej przedsiębiorców prowadzących spółki interesuje się rozwiązaniem, jakim jest estoński CIT. System ten zmienia sposób opodatkowania firm i pozwala w wielu przypadkach znacząco poprawić płynność finansową przedsiębiorstwa. Jednocześnie przepisy dotyczące tego modelu rozliczeń są dość złożone, dlatego wielu właścicieli firm decyduje się na specjalistyczne szkolenie estoński CIT, które pozwala zrozumieć zasady jego działania i uniknąć kosztownych błędów.

Dobrze przygotowane szkolenie pomaga nie tylko poznać przepisy, ale przede wszystkim zrozumieć, jak stosować je w praktyce w codziennym prowadzeniu spółki.

Czym jest estoński CIT i dlaczego budzi tak duże zainteresowanie

Estoński CIT to model opodatkowania spółek, który różni się od klasycznego systemu podatku dochodowego. W standardowym modelu spółka płaci podatek od osiągniętego dochodu niezależnie od tego, czy środki pozostają w firmie, czy są wypłacane wspólnikom.

W systemie estońskim mechanizm wygląda inaczej. Podatek pojawia się dopiero w momencie dystrybucji zysku, na przykład przy wypłacie dywidendy. Oznacza to, że dopóki środki pozostają w spółce i są przeznaczane na rozwój działalności, firma nie płaci podatku dochodowego.

Dzięki temu przedsiębiorstwa mogą:

  • reinwestować zysk w rozwój firmy

  • zwiększyć płynność finansową

  • ograniczyć bieżące obciążenia podatkowe

  • uprościć część rozliczeń podatkowych

Nic więc dziwnego, że coraz więcej przedsiębiorców rozważa przejście na ten system opodatkowania.

Dlaczego warto skorzystać ze szkolenia z estońskiego CIT

Choć koncepcja estońskiego CIT wydaje się stosunkowo prosta, w praktyce przepisy zawierają wiele szczegółowych wymogów i wyjątków. Właśnie dlatego szkolenie estoński CIT może być bardzo pomocne dla osób prowadzących spółki lub planujących zmianę modelu opodatkowania.

Podczas profesjonalnych szkoleń omawiane są m.in.:

  • warunki wejścia w system estońskiego CIT

  • zasady opodatkowania wypłat ze spółki

  • różne formy dystrybucji zysku

  • potencjalne ryzyka podatkowe

  • najczęstsze błędy popełniane przez przedsiębiorców

Szkolenie pozwala również zrozumieć, w jakich sytuacjach estoński CIT rzeczywiście przynosi korzyści, a kiedy klasyczny model opodatkowania może być bardziej korzystny.

Co obejmuje praktyczne szkolenie estoński CIT

Dobre szkolenie powinno skupiać się nie tylko na teorii, ale również na praktycznym zastosowaniu przepisów. W praktyce uczestnicy analizują rzeczywiste scenariusze prowadzenia spółki w systemie estońskim.

W trakcie szkolenia omawiane są między innymi:

  • zasady działania ryczałtu od dochodów spółek

  • moment powstania obowiązku podatkowego

  • sposoby wypłaty środków ze spółki

  • wpływ estońskiego CIT na rozwój przedsiębiorstwa

  • przykłady zastosowania przepisów w realnych firmach

Dzięki temu przedsiębiorcy mogą zobaczyć, jak system działa w praktyce i jakie decyzje mają wpływ na rozliczenia podatkowe.

Dla kogo przeznaczone jest szkolenie z estońskiego CIT

Szkolenie dotyczące estońskiego CIT jest szczególnie przydatne dla osób, które:

  • prowadzą spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością lub inną spółkę kapitałową

  • planują zmianę formy opodatkowania firmy

  • chcą zoptymalizować sposób rozliczeń podatkowych

  • interesują się nowoczesnymi rozwiązaniami podatkowymi dla przedsiębiorstw

Z takiej wiedzy korzystają nie tylko właściciele firm, ale również księgowi, doradcy podatkowi oraz osoby odpowiedzialne za finanse w spółkach.

Gdzie zdobyć praktyczną wiedzę o estońskim CIT

Ze względu na dynamiczne zmiany w przepisach podatkowych przedsiębiorcy coraz częściej sięgają po materiały edukacyjne przygotowane przez ekspertów. Jednym z takich źródeł jest portal
Doradzamy.to, który udostępnia materiały edukacyjne dotyczące prowadzenia biznesu i podatków.

Na stronie dostępne jest także praktyczne szkolenie estoński CIT w formie kursu wideo, w którym krok po kroku omawiane są zasady działania tego systemu podatkowego oraz jego zastosowanie w codziennym funkcjonowaniu spółki.

Dzięki takiej formie szkolenia przedsiębiorcy mogą zdobyć wiedzę w wygodny sposób, poznając zarówno podstawy estońskiego CIT, jak i bardziej zaawansowane aspekty związane z jego stosowaniem w praktyce biznesowej.

Od lipca koniec z niszczeniem niesprzedanej odzieży i obuwia w UE

Unia Europejska wprowadza zmiany w gospodarce odpadami tekstylnymi. Przyjęte rozporządzenie ESPR (Ecodesign for Sustainable Products Regulation) ma zakończyć erę utylizacji pełnowartościowych produktów, które nie znalazły nabywców. Nowe przepisy wpłyną także na odzież ochronną. Jednocześnie większy nacisk na jakość, kontrolę i ponowne wykorzystanie może realnie przełożyć się na bezpieczeństwo pracowników.

Obecnie szacuje się, że od 4% do nawet 9% wszystkich tekstyliów wprowadzanych na rynek UE jest niszczonych jeszcze przed pierwszą sprzedażą. Odpowiedzią na ograniczenie negatywnego wpływu sektora mody na środowisko będzie rozporządzenie w sprawie ekoprojektu dla zrównoważonych produktów (ESPR). Dokument stanowi filar unijnej strategii na rzecz tekstyliów o obiegu zamkniętym.

Zmiana podejścia do produkcji i cyklu życia odzieży

Wprowadzenie ESPR oznacza, że producenci i dystrybutorzy będą musieli inaczej planować produkcję oraz lepiej zarządzać nadwyżkami magazynowymi. Zmiany te w praktyce wymuszają odejście od tradycyjnych, sztywnych modeli wytwarzania.

– Od kilku lat obserwujemy, że kluczem do ograniczania nadprodukcji jest większa elastyczność w planowaniu serii i dopasowanie ich do realnego zapotrzebowania. ESPR tylko przyspieszy ten kierunek – firmy będą musiały planować bardziej świadomie i z myślą o pełnym cyklu życia produktu – podkreśla Elżbieta Rogowska, członek zarządu Stowarzyszenia Koalicja Bezpieczni w Pracy, Wiceprezes w PW Krystian.

Nowe prawo może przyspieszyć rozwój technologii recyklingu materiałowego. Przyczyni się także do ograniczenia wyrzucania na rzecz częstszych napraw i ponownego wykorzystania surowców, co oznacza dłuższą żywotność odzieży ochronnej. W praktyce oznacza to mniejsze obciążenie środowiska. Zmiany te mają bezpośrednio wspomóc redukcję emisji gazów cieplarnianych oraz zużycia wody w procesach produkcyjnych branży tekstylnej.

Co to oznacza dla bezpieczeństwa pracowników?

Pracownicy, którzy korzystają z odzieży ochronnej polegają na niej w sytuacjach zagrożenia, dlatego trwałość i zgodność z normami są tu kluczowe. Nowe przepisy ESPR wprowadzają zmiany, które mogą zapewnić bardziej kontrolowane i transparentne procesy produkcji takiej odzieży. Wpłynie to także na odpowiedzialne zarządzanie nią po zakończeniu okresu użytkowania. Dotyczy to szczególnie materiałów technicznych, które choć nie mogą być ponownie wprowadzane do obrotu jako odzież ochronna po utracie wymaganych parametrów to mogą zostać poddane recyklingowi i wykorzystane jako wartościowy surowiec wtórny.

Obowiązki sprawozdawcze i transparentność

Poza samym zakazem utylizacji, rozporządzenie nakłada na firmy nowe obowiązki informacyjne. Od lutego 2027 roku przedsiębiorstwa będą zobligowane do publicznego ujawniania danych dotyczących:

  1. Liczby i wagi produktów wycofanych ze sprzedaży w danym roku.
  2. Powodów, dla których produkty te zostały uznane za niesprzedawalne.
  3. Dalszego sposobu ich zagospodarowania (np. przekazanie do recyklingu, darowizny, odsprzedaż w kanałach typu outlet).

Akt delegowany do rozporządzenia przewiduje nieliczne sytuacje, w których niszczenie towarów pozostanie legalne. Dotyczy to głównie kwestii bezpieczeństwa – gdy produkty są uszkodzone, skażone lub nie spełniają norm ochrony zdrowia (co jest szczególnie istotne w przypadku specjalistycznej odzieży technicznej). Powodem do utylizacji może być także naruszenie praw własności intelektualnej (podróbki).

Harmonogram wdrażania zmian

Zakaz niszczenia niesprzedanych wyrobów włókienniczych i obuwia nie wejdzie w życie jednocześnie dla wszystkich podmiotów. Ustawodawca przewidział okresy przejściowe:

  • Od 19 lipca 2026 r.: Zakaz obejmie wszystkie duże przedsiębiorstwa (zatrudniające powyżej 250 pracowników).
  • Od 19 lipca 2030 r.: Obowiązek zostanie rozszerzony na firmy średniej wielkości.
  • Mikro- i małe przedsiębiorstwa: Zostały całkowicie wyłączone z tego obowiązku, aby uniknąć nadmiernych obciążeń administracyjnych dla najmniejszych graczy rynkowych.

Cieśnina Ormuz największym zagrożeniem dla rynku energii od dekad

0
  • Rynek ropy pozostaje bardzo niestabilny, ponieważ doniesienia medialne dotyczące napięć geopolitycznych zderzają się z fizyczną rzeczywistością zakłóconych dostaw energii z Zatoki Perskiej.
  • Cieśnina Ormuz stanowi najpoważniejsze zagrożenie dla globalnych dostaw energii od lat 70., ponieważ przepływa przez nią prawie jedna piąta światowego zużycia ropy.
  • Ceny oleju napędowego, paliwa lotniczego i LNG zareagowały najsilniej, gdyż zakłócenia mają bezpośredni wpływ na marże rafineryjne i globalne przepływy gazu.
  • Ropa Brent pozostaje w stanie zawieszenia między dwoma scenariuszami: ponownym zakłóceniem dostaw, które spowoduje wzrost cen powyżej 100 USD, lub wiarygodnym złagodzeniem sytuacji, które spowoduje powrót cen do poziomu 80 USD.

Jak zauważa Ole Hansen, dyrektor ds. strategii rynku surowców w Saxo Bank ceny ropy pozostają w szerokim i niestabilnym przedziale, ponieważ rynki próbują odnaleźć się w jednej z najpoważniejszych od dekad gróźb zawieszenia globalnych dostaw energii. Gwałtowne odwrócenie trendu w poniedziałek pokazało, jak szybko zmieniają się nastroje inwestorów, ale niewiele to zmieniło w kwestii fundamentalnych ryzyk podażowych, które wciąż dominują w prognozach.

W poniedziałek ceny ropy odnotowały największy spadek od czasów pandemii, po czym ustabilizowały się powyżej 90 USD. Spadek ten początkowo był związany ze spekulacjami o skoordynowanym uwolnieniu ropy ze strategicznych rezerw, jednak przyspieszył po komentarzach prezydenta Trumpa – stojącego w obliczu rosnącej krytyki politycznej w USA i za granicą oraz narastających obaw o ceny paliw – który zasugerował, że wojna z Iranem może zakończyć się szybciej niż sądzono. Wskazał również, że sankcje związane z ropą, potencjalnie obejmujące rosyjski eksport, mogą zostać złagodzone, a marynarka wojenna USA będzie eskortować tankowce przez Cieśninę Ormuz.

Pomimo tych wydarzeń konflikt nie wykazuje wyraźnych oznak deeskalacji. Iran jak dotąd przejawia niewielką gotowość do wstrzymania działań odwetowych, podczas gdy ataki i kontrataki militarne w regionie wciągnęły ten kryzys już bezpośrednio lub pośrednio ponad tuzin państw. W rezultacie rynek ropy pozostaje niestabilny – inwestorzy balansują między ryzykiem dalszej eskalacji a opcją, że presja dyplomatyczna ostatecznie ustabilizuje sytuację.

W centrum obaw inwestorów znajduje się Cieśnina Ormuz. Ten wąski szlak wodny łączący Zatokę Perską z Morzem Arabskim pozostaje najważniejszym na świecie wąskim gardłem dla globalnych przepływów energii. W normalnych warunkach przez cieśninę przepływa każdego dnia około 20 mln baryłek ropy naftowej i produktów rafinowanych – co odpowiada mniej więcej jednej piątej światowego zużycia ropy oraz około jednej czwartej globalnego morskiego handlu ropą. Dodatkowo niemal 20% światowego eksportu LNG, głównie z Kataru, również przechodzi tą trasą.

Tak duża koncentracja przepływów oznacza, że wszelkie zakłócenia w żegludze przez cieśninę natychmiast i w nieproporcjonalnie dużym stopniu wpływają na oczekiwania dotyczące globalnej podaży. W przeciwieństwie do wielu wcześniejszych kryzysów geopolitycznych, w których brakujące dostawy z jednego regionu można było zastąpić produkcją z innego, problem w przypadku cieśniny Ormuzu polega na tym, że chodzi o samą trasę transportową, a nie o jednego producenta. Nawet jeśli państwa Zatoki Perskiej utrzymają poziom wydobycia, eksport nie może łatwo dotrzeć na światowe rynki, jeśli żegluga przez cieśninę zostanie zakłócona.

Istnieją tylko ograniczone alternatywy. Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie dysponują rurociągami pozwalającymi ominąć cieśninę, jednak ich łączna rezerwowa przepustowość stanowi jedynie ułamek wolumenów, które normalnie przepływają przez Ormuz. Ponadto znaczna część światowych rezerwowych mocy produkcyjnych znajduje się właśnie w regionie Zatoki Perskiej. Gdyby eksport został ograniczony na dłuższy czas, globalny rynek mógłby stracić dostęp nie tylko do bieżącej produkcji, ale także do dużej części rezerwowych mocy wydobywczych, które zwykle służą stabilizowaniu wstrząsów podażowych.

Te uwarunkowania wyjaśniają, dlaczego obecny kryzys coraz częściej porównywany jest do szoków naftowych z lat 70. Choć dzisiejszy globalny system energetyczny jest znacznie bardziej zdywersyfikowany, sama skala przepływów przechodzących przez Zatokę Perską sprawia, że długotrwałe zakłócenia wciąż mogłyby mieć istotne konsekwencje gospodarcze.

Co ciekawe, najsilniejsza reakcja nie wystąpiła na rynku samej ropy. Zamiast tego jedne z najbardziej gwałtownych ruchów odnotowano na rynkach diesla, paliwa lotniczego oraz LNG. Powód tkwi w charakterze zakłóconych dostaw ropy. Duża część surowca eksportowanego z regionu Zatoki to gatunki średnie i wysokosiarkowe (medium-sour), które są potrzebne szczególnie do produkcji średnich destylatów, takich jak olej napędowy i paliwo lotnicze.

Jednocześnie w ciągu ostatniej dekady w regionie Zatoki Perskiej nastąpiła szybka rozbudowa mocy rafineryjnych. W efekcie zakłócenia dotyczą nie tylko ropy dobrze nadającej się do produkcji średnich destylatów, ale również samych produktów rafinowanych. W ostatnich latach rafinerie na Bliskim Wschodzie stały się coraz ważniejszym dostawcą diesla i paliwa lotniczego na rynki światowe, w tym do Europy, gdzie pomogły zastąpić baryłki rosyjskiej ropy objęte sankcjami.

Sytuację dodatkowo komplikuje znaczenie regionu dla globalnych dostaw LNG. Katar jest jednym z największych na świecie eksporterów skroplonego gazu ziemnego, a niemal wszystkie jego dostawy zależą od bezpiecznego przepływu przez cieśninę Ormuz. Wraz ze wzrostem ryzyka dla żeglugi ceny LNG zarówno w Europie, jak i w Azji gwałtownie wzrosły, odzwierciedlając obawy, że zakłócenia w dostawach gazu mogą wywołać szerszy wstrząs energetyczny.

Poza fizycznymi zakłóceniami decydenci polityczni uważnie obserwują także ceny ropy ze względu na ich potencjalne konsekwencje gospodarcze. Historycznie ceny ropy powyżej 110–120 USD za baryłkę często zbiegały się ze spadkiem popytu, gdy wysokie koszty paliw zaczynały obciążać aktywność gospodarczą. Utrzymywanie się cen na takich poziomach wiąże się ze zwiększonym ryzykiem dla gospodarki, zwłaszcza w czasie, gdy globalna aktywność ekonomiczna już pozostaje pod presją zmian geopolitycznych oraz barier handlowych związanych z cłami.

Stany Zjednoczone pozostają szczególnie wrażliwe na rosnące ceny paliw, mimo że są największym producentem ropy na świecie. Amerykańscy konsumenci wciąż w dużym stopniu zużywają benzynę, a wyższe ceny ropy stosunkowo szybko przekładają się na ceny detaliczne paliw. W ostatnim tygodniu średnia krajowa cena oleju napędowego wzrosła o 26%, podczas gdy cena benzyny skoczyła o 18%. Ta dynamika częściowo wyjaśnia, dlaczego decydenci polityczni tak pilnie starają się ograniczyć reakcję rynku – poprzez dyskusje o wykorzystaniu strategicznych rezerw oraz działania mające na celu stabilizację szlaków żeglugowych.

Na razie rynek ropy pozostaje zawieszony między dwoma scenariuszami. Utrzymujące się zakłócenia w regionalnych przepływach energii oraz dalsza eskalacja konfliktu mogą szybko ponownie wypchnąć cenę ropy Brent w kierunku lub powyżej poziomu 100 USD za baryłkę, szczególnie jeśli żegluga przez Cieśninę Ormuz pozostanie ograniczona. Pojawienie się sygnałów, że producenci z regionu Zatoki Perskiej ograniczają wydobycie z powodu braku możliwości magazynowania, będzie nadal wspierać ceny do czasu, aż eksport będzie można bezpiecznie wznowić.

Z kolei wiarygodny sygnał deeskalacji konfliktu – połączony z przywróceniem normalnej żeglugi przez cieśninę – mógłby doprowadzić do spadku cen w kierunku poziomu około 80 USD za baryłkę. Jednocześnie obecne uszczuplanie globalnych zapasów prawdopodobnie sprawi, że w nadchodzących miesiącach ceny pozostaną wyższe, niż wcześniej oczekiwano. Taki scenariusz wymagałby jednak nie tylko postępu politycznego, lecz także wyraźnych dowodów na to, że ruch tankowców, ubezpieczenia transportu morskiego oraz łańcuchy dostaw dla rafinerii wracają do normy.

Do czasu pojawienia się większej jasności zmienność na rynku prawdopodobnie pozostanie wysoka. Inwestorzy będą nadal uważnie obserwować ruch tankowców przez Cieśninę Ormuz, marże rafineryjne dla diesla i paliwa lotniczego, ceny LNG oraz gotowość producentów z regionu Zatoki Perskiej do utrzymywania wydobycia w coraz trudniejszych warunkach logistycznych.

Obecny kryzys przypomina o nieustającym znaczeniu ryzyka geopolitycznego na globalnych rynkach energii. Nawet w erze rosnącej dywersyfikacji źródeł energii Cieśnina Ormuz pozostaje kluczową arterią światowego systemu energetycznego, a wszelkie zakłócenia w tym miejscu będą odczuwalne daleko poza samym regionem.

– Obecna sytuacja na rynku ropy pokazuje, jak silnie rynki finansowe reagują na ryzyko geopolityczne i jak szybko mogą zmieniać się scenariusze dla inwestorów. Z jednej strony dalsze zakłócenia w regionie Zatoki Perskiej mogą ponownie wypchnąć ceny ropy powyżej 100 USD za baryłkę, z drugiej – wiarygodna deeskalacja konfliktu mogłaby sprowadzić je w okolice 80 USD. W takim otoczeniu dywersyfikacja portfela przestaje być tylko strategią optymalizacji wyników, a staje się podstawowym narzędziem zarządzania ryzykiem. Dlatego coraz większą rolę odgrywa inwestowanie globalne oraz podejście multi-asset, łączące różne klasy aktywów i regiony świata. Ekspozycja na akcje, obligacje, surowce czy metale szlachetne – często realizowana poprzez fundusze ETF i inne instrumenty rynkowe – pozwala ograniczyć wpływ gwałtownych wahań w jednym segmencie rynku i budować portfel bardziej odporny na nagłe zwroty wydarzeń geopolitycznych – tłumaczy Aleksander Mrózek, Manager ds. relacji z kluczowymi klientami regionu CEE w Saxo Banku.

Kurs dolara reaguje na konflikt. Czy to początek nowego trendu?

Przed wybuchem konfliktu na Bliskim Wschodzie Donald Trump miał układ niemal idealny z punktu widzenia Białego Domu. Ropa była tania, dolar relatywnie słaby, a rentowności amerykańskich obligacji skarbowych pozostawały na poziomach, które nie utrudniały ani finansowania gospodarki, ani politycznej narracji o stabilizacji. Atak na Iran szybko zmienił ten obraz. Ceny ropy poszły mocno w górę, przez chwilę zbliżając się nawet do 120 dolarów za baryłkę, a na rynkach natychmiast wróciły obawy o inflację i o to, że Fed będzie musiał dłużej trzymać stopy procentowe na podwyższonym poziomie. Dolar znów zaczął zachowywać się jak klasyczna bezpieczna przystań. Umocnił się wobec niemal wszystkich głównych walut, a w Polsce za jednego dolara trzeba było płacić nawet 3,73 zł. To rodzi pytanie, czy widzimy początek trwalszego powrotu mocnego dolara, czy tylko nerwową reakcję na geopolityczny wstrząs.

Wzrost napięcia na Bliskim Wschodzie niemal automatycznie kieruje uwagę rynków na ceny ropy naftowej. To najszybszy mechanizm, przez który geopolityka przenosi się do gospodarki. Wystarczy zagrożenie dla transportu surowca, problemy z tankowcami czy ryzyko blokady cieśniny Ormuz, by notowania zaczęły rosnąć. A ponieważ ropa na świecie jest rozliczana głównie w dolarach, droższa baryłka oznacza od razu większy popyt na amerykańską walutę. Im wyższa cena ropy, tym większa rola dolara w globalnym obiegu.

W poniedziałek ceny ropy Brent wzrosły chwilowo do niemal 120 dolarów za baryłkę, bo inwestorzy na nowo zaczęli wyceniać ryzyko dla dostaw przechodzących przez cieśninę Ormuz. W tle pojawiły się też obawy przed długotrwałym konfliktem. Jednocześnie ceny benzyny wzrosły w okolice 7 zł za litr, do poziomów najwyższych od mniej więcej dwóch lat. Problem coraz mniej ma już wyłącznie wymiar geopolityczny, a coraz bardziej logistyczny.

Później notowania ropy spadły, gdy prezydent Trump zasugerował, że koniec konfliktu może być bliżej, niż wcześniej sądzono. Dziś baryłka ropy Brent kosztuje poniżej 90 dolarów. To pokazuje, że na rynku w sytuacji wysokiej zmienności emocje potrafią wyprzedzać fakty.

Sam wzrost cen ropy nie tłumaczy wszystkiego, bo kluczowe jest to, kto na takim szoku traci bardziej. Europa, Polska i wiele innych gospodarek są importerami energii, więc droższa ropa oznacza dla nich wyższe koszty transportu, energii i silniejszą presję inflacyjną, podczas gdy USA są dziś nie tylko wielkim konsumentem, ale też dużym producentem surowców. Dlatego rynek uznaje, że amerykańska gospodarka jest mniej narażona na ten wstrząs niż gospodarki zależne od importu, a to sprawia, że ten sam szok energetyczny osłabia euro, złotego i inne waluty rynków wschodzących bardziej niż dolara.

A skoro droższa ropa może znów podbić inflację, inwestorzy zaczynają zakładać, że Fed nie będzie się spieszył z obniżkami stóp procentowych. A jeśli stopy w USA pozostaną wyższe na dłużej, dolar staje się jeszcze bardziej atrakcyjny. Daje bowiem nie tylko bezpieczeństwo, ale też relatywnie lepszy dochód z amerykańskich obligacji i lokowania kapitału w aktywach dolarowych.

Obecne umocnienie dolara to logiczna reakcja na układ sił, w którym świat boi się wzrostu cen energii, a USA są postrzegane jako kraj mniej narażony na skutki tego wstrząsu niż większość konkurentów, w tym Unia Europejska. Można powiedzieć, że w obecnym kryzysie dolar wygrywa nie dlatego, że amerykańska gospodarka jest idealna, ale dlatego, że wygląda na mniej narażoną na szok od innych.

Czy to oznacza początek nowej ery trwałej siły dolara? Niekoniecznie, bo trzeba odróżnić ruch wynikający z trwałej zmiany od reakcji na nagły kryzys. Jeśli napięcie na Bliskim Wschodzie zacznie słabnąć, a ceny ropy spadną, część obecnego umocnienia amerykańskiej waluty może szybko wyparować. Zresztą było to już widać po wypowiedzi prezydenta Trumpa, że zakończenie wojny może być bliżej, niż wcześniej sądzono – ropa zeszła poniżej 100 dolarów za baryłkę, a dolar lekko się osłabił. To dobry przykład tego, co może się wydarzyć w razie deeskalacji.

Podobnie będzie, jeśli inwestorzy uznają, że impuls inflacyjny miał tylko przejściowy charakter, a Fed wróci do łagodniejszego nastawienia. Wtedy mechanizm, który dziś wspiera dolara, zacznie działać słabiej. Jest zresztą i druga strona tego ruchu, bo zbyt mocny dolar wcale nie musi być dla Trumpa dobrą wiadomością – w czasie kryzysu daje USA finansową przewagę, ale jednocześnie utrudnia eksport i osłabia konkurencyjność amerykańskiego przemysłu.

Do tego dochodzi polityka, bo jeśli konflikt będzie się przeciągał, wysokie ceny paliw coraz mocniej odczują wyborcy. Dlatego dziś najuczciwiej byłoby powiedzieć tak: obserwujemy przede wszystkim geopolityczne umocnienie dolara, napędzane drogą ropą, obawami o inflację i tym, że Stany Zjednoczone są producentem energii, a nie tylko jej odbiorcą. To daje dolarowi przewagę w krótkim terminie, ale o trwałości tego ruchu zdecyduje nie sam konflikt, lecz to, co stanie się z cenami ropy w kolejnych tygodniach i miesiącach. Jeśli surowiec pozostanie drogi, dolar może pozostać mocny dłużej. Jeśli napięcie opadnie, może się szybko okazać, że obecny powrót silnego dolara był raczej reakcją na kryzys niż początkiem nowego, wieloletniego trendu.

Naruszenie danych w Santander Bank Polska. NSA oddalił skargę kasacyjną banku

0

Naczelny Sąd Administracyjny potwierdził prawidłowość decyzji Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych w sprawie naruszenia przepisów RODO przez Santander Bank Polska S.A. Chodziło o brak właściwego powiadomienia osób, których dane osobowe zostały objęte incydentem bezpieczeństwa. Organ nadzorczy nałożył na bank administracyjną karę pieniężną w wysokości 545 748 zł oraz nakazał niezwłoczne poinformowanie pracowników o naruszeniu ich danych.

Wyrok zapadł 6 marca 2026 r. Naczelny Sąd Administracyjny oddalił skargę kasacyjną spółki i w całości podtrzymał wcześniejsze rozstrzygnięcie Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie, który również przyznał rację Prezesowi UODO. Sprawa dotyczyła naruszenia art. 34 ust. 1 ogólnego rozporządzenia o ochronie danych (RODO), który zobowiązuje administratora danych do poinformowania osób fizycznych o naruszeniu ochrony ich danych osobowych, jeżeli incydent może powodować wysokie ryzyko naruszenia ich praw lub wolności.

Spór o ocenę ryzyka naruszenia danych

W trakcie postępowania bank argumentował, że w analizowanej sytuacji nie wystąpiło wysokie ryzyko dla osób, których dane dotyczyły. Zdaniem spółki dostęp do danych miał jedynie „zaufany odbiorca”, co w ocenie administratora ograniczało potencjalne skutki incydentu.

Naczelny Sąd Administracyjny nie podzielił tej argumentacji. Sąd podkreślił, że kluczowe znaczenie ma sam fakt powstania możliwości dostępu do danych przez osobę nieuprawnioną, a nie to, czy faktycznie z nich skorzystała. W ocenie sądu już sama możliwość zapoznania się z danymi oznacza powstanie ryzyka naruszenia praw lub wolności osób fizycznych.

NSA zwrócił również uwagę na zakres danych dostępnych w Platformie Usług Elektronicznych ZUS (PUE ZUS). System ten umożliwia dostęp m.in. do imion i nazwisk, numerów PESEL, adresów zamieszkania lub pobytu, a także informacji o zwolnieniach lekarskich. Dane dotyczące zdrowia należą do szczególnej kategorii danych osobowych, które podlegają szczególnej ochronie na gruncie RODO.

Nieuprawniony dostęp do danych pracowników

Incydent zgłoszony przez bank do Urzędu Ochrony Danych Osobowych dotyczył nieodebrania byłemu pracownikowi dostępu do platformy PUE ZUS. Po zakończeniu zatrudnienia osoba ta nadal posiadała dostęp do danych innych pracowników banku w profilu płatnika na platformie ZUS.

W toku postępowania ustalono, że przez osiem miesięcy po zakończeniu pracy w banku były pracownik pięciokrotnie logował się do systemu. Oznaczało to, że przez dłuższy czas miał potencjalny dostęp do danych osobowych pracowników.

Po analizie zgłoszenia Prezes UODO uznał, że doszło do naruszenia poufności danych osobowych, a charakter i zakres incydentu powodował wysokie ryzyko naruszenia praw lub wolności osób, których dane dotyczyły. W związku z tym organ nakazał administratorowi poinformowanie pracowników o naruszeniu ich danych osobowych.

Komunikat wewnętrzny nie wystarczył

Bank nie zgodził się z tą oceną i wskazywał, że incydent został zgłoszony do organu nadzorczego jedynie „z ostrożności”. Spółka uznała również, że nie ma konieczności informowania pracowników o naruszeniu.

Zamiast tego na wewnętrznej platformie komunikacyjnej opublikowano ogólny komunikat przypominający zasady przetwarzania danych osobowych.

Prezes UODO uznał jednak, że taka forma komunikacji nie spełnia wymogów przewidzianych w przepisach RODO. Informacja miała zbyt ogólny charakter i nie wskazywała, że doszło do konkretnego incydentu naruszenia ochrony danych osobowych. W rezultacie osoby, których dane mogły zostać ujawnione, nie miały możliwości podjęcia działań mających na celu ograniczenie ewentualnych negatywnych skutków zdarzenia.

Organ nadzorczy podkreślił także, że komunikat na platformie wewnętrznej mógł dotrzeć wyłącznie do aktualnych pracowników banku. Tymczasem naruszenie potencjalnie obejmowało również dane osób, które zakończyły już zatrudnienie w spółce.

Obowiązek informowania o naruszeniach

W ocenie Prezesa UODO spełnione zostały wszystkie przesłanki uzasadniające obowiązek powiadomienia osób, których dane dotyczą. Dane dostępne w systemie PUE ZUS mogą bowiem zostać wykorzystane m.in. do uzyskania informacji o stanie zdrowia danej osoby czy do prób wykorzystania danych osobowych w celu zaciągnięcia zobowiązań finansowych.

Organ wskazał również, że obowiązek informowania o naruszeniach danych osobowych ma umożliwić osobom fizycznym podjęcie odpowiednich działań ochronnych, takich jak monitorowanie wykorzystania danych czy zwiększenie czujności wobec potencjalnych prób wyłudzeń.

Dodatkową okolicznością obciążającą administratora było to, że w toku postępowania spółka konsekwentnie utrzymywała stanowisko, iż nie ma potrzeby informowania osób, których dane mogły zostać naruszone.

Wyrok kończy kilkuletnie postępowanie

Wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego oznacza utrzymanie w mocy decyzji Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych oraz wcześniejszego wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie. Ostatecznie bank zobowiązany jest do wykonania decyzji organu nadzorczego, w tym do poinformowania osób, których dane objął incydent.

Creotech Instruments stawia na Kraków. Nowe biuro w Krakowskim Parku Technologicznym

Creotech Instruments S.A., notowany na GPW polski integrator misji kosmicznych, uruchomił nowe biuro w Krakowie, zlokalizowane w Krakowskim Parku Technologicznym (KPT). To pierwsza lokalizacja Spółki poza Warszawą i jednocześnie istotny krok w realizacji długofalowej strategii rozwoju, odpowiadającej na dynamicznie rosnące portfolio krajowych i międzynarodowych projektów kosmicznych. To także ważny element kolejnego etapu budowy silnego ekosystemu branży kosmicznej w Krakowie.

Otwarcie biura w Krakowie to ważny krok w realizacji strategii rozwoju Creotech Instruments. Skala oraz złożoność prowadzonych przez nas projektów dynamicznie rośnie – zarówno pod względem technologicznym, jak i organizacyjnym. Obecność w jednym z najważniejszych ośrodków akademickich i technologicznych w Polsce pozwoli nam lepiej przygotować się do realizacji kolejnych misji satelitarnych, w tym projektów konstelacyjnych, a także znacząco wzmocnić zaplecze badawczo-rozwojowe spółki. Kraków daje nam dostęp do wysoko wykwalifikowanej kadry inżynierskiej i naukowej oraz sprzyja rozwijaniu współpracy z uczelniami i środowiskiem badawczym, co przełoży się na dalszy rozwój naszych technologii i konkurencyjności firmy na rynkach międzynarodowych – komentuje dr hab. Grzegorz Brona, Prezes Zarządu Creotech Instruments S.A.

Nowa lokalizacja wpisuje się w przygotowania Spółki do realizacji coraz większej liczby zaawansowanych misji satelitarnych, obejmujących zarówno obserwację Ziemi, jak i obszary wykraczające poza ten segment. Od początku roku Creotech rozpoczął realizację m.in. projektów związanych z identyfikacją zagłuszeń sygnałów GNSS z kosmosu (SAFIR-PNT) oraz misji in-orbit servicing (RAVEN), równolegle rozwijając programy Mikroglob i CAMILA.

Pozyskanie przez Krakowski Park Technologiczny takiego partnera jak Creotech Instruments to nie tylko decyzja biznesowa jednej firmy. To także potwierdzenie, że konsekwentnie budowany przez nas ekosystem zaczyna przyciągać kluczowych graczy rynku. Naszym celem jest stworzenie w Krakowie miejsca, które łączy środowisko naukowe, kompetencje inżynierskie oraz projekty o międzynarodowym zasięgu –  podkreśla Andrzej Kulig, Prezes Zarządu Krakowskiego Parku Technologicznego.

Biuro w Krakowie umożliwi zwiększenie skali działalności operacyjnej i technologicznej Spółki, rozbudowę zaplecza badawczo-rozwojowego oraz przyspieszenie realizacji kontraktów o rosnącej wartości i stopniu złożoności. Kraków, jako jeden z kluczowych ośrodków akademickich i technologicznych w Polsce, stwarza dogodne warunki do dalszego rozwoju zespołów inżynierskich oraz pozyskiwania wysoko wykwalifikowanych specjalistów.

Creotech Instruments pełni rolę wiodącego integratora systemów kosmicznych, realizując projekty we współpracy z licznymi partnerami przemysłowymi i naukowymi. Obecność w Krakowie sprzyja dalszemu pogłębianiu relacji z regionalnym ekosystemem innowacji, w tym z uczelniami wyższymi oraz firmami technologicznymi. Przykładem takiej współpracy jest misja HYADES, realizowana wspólnie z naukowcami z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Otwarcie biura w Krakowskim Parku Technologicznym wzmacnia zdolność Creotech Instruments do skalowania działalności, a jednocześnie przyczynia się do dalszego rozwoju regionalnego sektora kosmicznego. KPT od lat angażuje się w budowę środowiska sprzyjającego rozwojowi firm branży space i deep tech, wspierając ich internacjonalizację, transfer technologii oraz współpracę z europejskim sektorem kosmicznym.

KPT realizuje programy rozwojowe dla firm z sektora kosmicznego i dual-use, wspierające je w walidacji rynkowej, rozwoju prototypów oraz budowie modeli biznesowych. Spółka aktywnie pomaga również w pozyskiwaniu finansowania z programów Europejskiej Agencji Kosmicznej oraz należy do sieci ESA Technology Broker, wspierając transfer technologii pomiędzy sektorem kosmicznym a przemysłem spoza tej branży.

– Wspólnie z Miastem Kraków rozwijamy także inicjatywę Kraków Space City – strategiczny projekt, którego celem jest wzmacnianie kompetencji technologicznych regionu i budowanie coraz silniejszej pozycji regionu w europejskim sektorze technologii kosmicznych – dodaje Mateusz Zurzycki, Wiceprezes Zarządu Krakowskiego Parku Technologicznego.

Otwarcie biura Creotech Instruments S.A. wzmacnia rolę Krakowskiego Parku Technologicznego, jako kluczowego hubu sektora kosmicznego w południowej Polsce, integrującego środowisko naukowe i przemysłowe oraz zwiększającego rozpoznawalność regionu w europejskim łańcuchu wartości branży spacetech.

Krakowski Park Technologiczny zapowiada dalsze działania na rzecz wzmacniania sektora kosmicznego, zarówno poprzez przyciąganie kolejnych podmiotów branży, jak i rozwój współpracy międzynarodowej. Otwarcie biura Creotech Instruments stanowi w tym procesie istotny kamień milowy oraz wyraźny sygnał rosnącej roli Krakowa na mapie europejskiego sektora kosmicznego.

Rynki złapały oddech po słowach Trumpa. Niepewność jednak nie znika

Wojna wkrótce może się zakończyć – ta sugestia Trumpa wyprowadziła z równowagi nawet najbardziej doświadczonych traderów na rynku ropy naftowej. Redukcja ryzyka tonuje poniedziałkową panikę, jednak surowce wciąż wyceniane są wysoko. Co ciekawe, na wielu wykresach rynku walutowego zobaczyliśmy całkowite wymazanie wczorajszych ruchów.

Energetyczno-emocjonalny rollercoaster

Ogromna zmienność na wykresie ropy naftowej i milionowe straty funduszy hedgingowych — tak w skrócie można podsumować poniedziałkową sesję na rynku kontraktów terminowych „czarnego złota”. Po porannym wzroście do prawie 119 USD nastąpił spadek w okolice 82 USD. Zastanawiam się, czy istnieje mocniejszy argument na poparcie niepewności, która ponownie pozwala podwyższyć ceny na stacjach benzynowych ze skutkiem natychmiastowym. Niestety odreagowania widocznego na wykresach nie doświadczamy podchodząc do dystrybutorów paliwowych. Powodów powrotu notowań ropy do strefy dwucyfrowej jest kilka. Oprócz doniesień o możliwym uwalnianiu rezerw surowców czy chęci wykorzystywania alternatywnych rurociągów do transportu przez Arabię Saudyjską czy Zjednoczone Emiraty Arabskie, najważniejsze stały się słowa Trumpa o możliwym zakończeniu konfliktu. Był to miód na uszy rozemocjonowanych rynków, które wręcz czekały na pierwszą wypowiedź stawiającą obecną skomplikowaną sytuację w łagodniejszym świetle.

We wtorek ceny ropy próbują się ustabilizować przy poziomach z końca piątkowej sesji. Na wykresach można jednak dostrzec delikatną tendencję wzrostową. Odmiana WTI o godzinie 13:00 wróciła do 90 USD za baryłkę, a BRENT oscylowała przy 92 USD. Są to wartości sporo niższe względem wczorajszych maksimów, jednak nadal wysokie i proinflacyjne. To dlatego w ostatnich godzinach pojawiło się wiele informacji sugerujących podwyżki stóp procentowych przez banki centralne w 2026 roku, co np. w przypadku Banku Anglii jest zupełnym przeciwieństwem względem spekulacji sprzed tygodnia o możliwych obniżkach.

Trzęsie także na forex

Skoro ryzyko spada, trzeba je wycenić. W poniedziałek pisałem o porannej ucieczce kapitału od ryzyka. Natomiast od wczorajszego popołudnia kierunek zmienił się o 180 stopni. Powodem jest wycofywanie kapitału z bezpiecznych przystani, co następuje nie tylko na skutek redukcji ryzyka opisanego w poprzednim akapicie. Do świadomości inwestorów dociera też fakt, że  reakcja z otwarcia po weekendzie była zbyt przesadna. We wtorek o poranku kurs EUR/USD zwyżkował do 1,166 USD, co oznacza całkowite wymazanie luki spadkowej, którą rozpoczęliśmy poniedziałkowe notowania. Dolar oddaje pole także złotemu, a kurs USD/PLN spada do 3,65 PLN. Krajowa waluta odrabia także straty do euro, funta i franka. Kurs EUR/PLN to ok. 4,25 PLN, GBP/PLN spadł w okolice 4,91 PLN, a na wykresie CHF/PLN chwilowo udało się pokonać 4,70 PLN. W dalszej części sesji kurs złotego pozostaje wrażliwy na wszelkie doniesienia o konflikcie na Bliskim Wschodzie.

Co się dzieje w kalendarzu makro?

We wtorek pojawiło się też kilka ciekawych publikacji z Azji i Europy. Zacznijmy od Chin, które odnotowały imponujące skoki w handlu zagranicznym. Wzrost eksportu o 21,8% r/r (prognoza 7,1% r/r) i importu o 19,7% r/r (prognoza 6,3% r/r), co w konsekwencji daje nadwyżkę bilansu handlowego na poziomie 213,6 mld USD (prognoza (180 mld USD) zmiażdżyły nawet zwyżkowe oczekiwania analityków. Dodatkowo w Japonii annualizowany PKB za IV kw. (przeliczenie, jakby tempo wzrostu z jednego kwartału utrzymało się przez cały rok) to 1,3% względem konsensusu 1,1%.

Optymizm nieco spada przy analizie danych z Niemiec, gdzie odnotowano miesięczne spadki eksportu (-2,3%) i importu (-5,9%) . Przed południem pojawiły się także dane inflacyjne z Czech i Norwegii. Za naszą południową granicą dynamika cen zgodnie z prognozami spadła z 1,6% r/r do 1,4% r/r. W Skandynawii również odnotowano oczekiwaną zniżkę do 2,7% r/r. Dane osłabiły korony, które tracą dziś względem krajowej waluty. We wtorek o 13:00 kurs CZK/PLN to 0,1745 PLN a NOK/PLN to 0,38 PLN. W obu przypadkach mamy do czynienia z wymazaniem strat z wczorajszego panicznego otwarcia rynków, na którym ucierpiał złoty.

Książeczka sanepidowska dla pracowników gastronomii – jak wyrobić ją szybko przez internet?

Praca w gastronomii wiąże się z dużą odpowiedzialnością za zdrowie klientów. Osoby mające kontakt z żywnością muszą spełniać określone wymogi sanitarne, a jednym z nich jest posiadanie aktualnych badań potwierdzających brak przeciwwskazań do pracy z żywnością. W praktyce oznacza to konieczność uzyskania tzw. książeczki sanepidowskiej, czyli dokumentu potwierdzającego wykonanie odpowiednich badań do celów sanitarno-epidemiologicznych.

Jeszcze kilka lat temu proces ten wymagał osobistych wizyt w stacji sanitarno-epidemiologicznej oraz laboratorium. Obecnie coraz częściej możliwe jest wyrobienie książeczki sanepidowskiej przy wsparciu usług dostępnych online, co znacząco przyspiesza cały proces.

Kto potrzebuje książeczki sanepidowskiej w gastronomii?

Obowiązek posiadania aktualnych badań sanitarno-epidemiologicznych dotyczy wszystkich osób, które w swojej pracy mają bezpośredni kontakt z żywnością lub powierzchniami mającymi z nią styczność. W gastronomii dotyczy to między innymi:

  • kucharzy i pomocy kuchennych
  • kelnerów i baristów
  • pracowników barów, restauracji i food trucków
  • osób pracujących w cukierniach i piekarniach
  • pracowników produkcji żywności

Pracodawca ma obowiązek upewnić się, że zatrudniona osoba nie stanowi zagrożenia epidemiologicznego. Dlatego wyrobienie książeczki sanepidowskiej jest często pierwszym krokiem przed rozpoczęciem pracy w branży gastronomicznej.

Jak wygląda proces uzyskania książeczki sanepidowskiej?

Aby uzyskać dokument potwierdzający zdolność do pracy z żywnością, należy wykonać kilka podstawowych kroków. Proces ten jest stosunkowo prosty, choć wymaga wykonania badań laboratoryjnych.

Najczęściej wygląda to następująco:

  1. Pobranie materiału do badań (zwykle próbki kału).
  2. Dostarczenie próbek do laboratorium w celu wykonania badań bakteriologicznych.
  3. Odbiór wyników badań.
  4. Wizyta u lekarza medycyny pracy lub lekarza uprawnionego do wydania orzeczenia.
  5. Otrzymanie orzeczenia do celów sanitarno-epidemiologicznych.

Na podstawie wyników badań lekarz wydaje decyzję o dopuszczeniu do pracy. Właśnie to orzeczenie zastępuje dziś tradycyjną książeczkę sanepidowską.

Czy można wyrobić książeczkę sanepidowską online?

W ostatnich latach wiele placówek medycznych umożliwia rozpoczęcie procedury przez internet. Dzięki temu można zarejestrować się na badania, zamówić zestaw do pobrania próbek lub zapisać się na konsultację lekarską bez wychodzenia z domu.

W praktyce wygląda to tak, że:

  • rejestrujesz się online w wybranej placówce,
  • otrzymujesz instrukcję dotyczącą wykonania badań,
  • oddajesz próbki do laboratorium,
  • a po uzyskaniu wyników umawiasz konsultację z lekarzem.

Taki model pozwala znacząco skrócić czas formalności. Dla osób, które potrzebują dokumentu do pracy „na już”, wyrobienie książeczki sanepidowskiej w ten sposób jest często najszybszą i najwygodniejszą opcją.

Ile trwa wyrobienie książeczki sanepidowskiej?

Czas oczekiwania zależy przede wszystkim od laboratorium wykonującego badania. Najczęściej cały proces trwa od kilku dni do około tygodnia. Najwięcej czasu zajmuje analiza próbek w kierunku bakterii takich jak Salmonella czy Shigella.

Jeśli wcześniej wykonasz rejestrację online i sprawnie dostarczysz materiał do badań, cały proces może przebiec bardzo szybko. W wielu przypadkach pracownicy gastronomii są w stanie uzyskać potrzebne orzeczenie jeszcze przed rozpoczęciem nowej pracy.

Dlaczego warto zadbać o badania wcześniej?

W branży gastronomicznej rotacja pracowników jest dość duża, a pracodawcy często oczekują gotowości do pracy niemal od razu. Posiadanie aktualnych badań sanitarno-epidemiologicznych znacznie zwiększa szanse na szybkie zatrudnienie.

Dodatkowo wcześniejsze przygotowanie dokumentów pozwala uniknąć stresu związanego z formalnościami tuż przed rozpoczęciem pracy. Dzięki możliwościom, jakie daje internet, cały proces jest dziś prostszy i wygodniejszy niż jeszcze kilka lat temu.

Dlatego osoby planujące pracę w gastronomii coraz częściej decydują się na wyrobienie książeczki sanepidowskiej z wyprzedzeniem, aby mieć pewność, że spełniają wszystkie wymagania sanitarne.

Zarządzanie ryzykiem – czego biznes może nauczyć się z BRD

Prowadzenie własnej działalności gospodarczej przypomina poruszanie się samochodem po bardzo ruchliwej autostradzie pełnej innych uczestników. Czasami droga jest prosta, a warunki pogodowe sprzyjają szybkiej i bezproblemowej jeździe do celu. Innym razem przedsiębiorca musi zmierzyć się z gwałtowną burzą lub niespodziewanymi utrudnieniami w ruchu. Dobry kierowca nie tylko reaguje na bieżące wydarzenia, ale przede wszystkim stara się przewidywać zagrożenia. Podobnie w biznesie, zarządzanie ryzykiem pozwala unikać poważnych kolizji finansowych oraz wizerunkowych.

Dlaczego zasada ograniczonego zaufania sprawdza się w firmie?

W ruchu drogowym stosujemy zasadę ograniczonego zaufania, aby chronić siebie przed błędami innych kierowców lub pieszych. W świecie biznesu podejście to ma równie istotne zastosowanie w kontaktach z kontrahentami oraz dostawcami. Nie chodzi o to, by być podejrzliwym wobec każdego, ale aby zachować zdrowy rozsądek. Warto dokładnie weryfikować umowy i sprawdzać wiarygodność partnerów przed podjęciem współpracy. Takie działanie pozwala uniknąć sytuacji, w której błąd innej osoby wpłynie negatywnie na naszą firmę. Przezorny przedsiębiorca zawsze zostawia sobie margines bezpieczeństwa na ewentualne pomyłki otoczenia.

Analiza zachowań innych uczestników rynku pozwala na wcześniejsze dostrzeżenie nadchodzących zmian lub potencjalnych problemów w branży. Jeśli konkurencja nagle zmienia strategię, może to być sygnał ostrzegawczy, którego nie należy ignorować. Obserwacja rynku przypomina patrzenie w lusterka podczas jazdy samochodem, co daje pełniejszy obraz sytuacji. Dzięki temu można przygotować się do manewru wyprzedzania lub bezpiecznego hamowania w odpowiednim momencie. Ignorowanie sygnałów płynących z otoczenia często kończy się bolesnym zderzeniem z rzeczywistością. Świadomość ryzyka jest pierwszym krokiem do jego skutecznego ograniczenia.

Jakie narzędzia pomagają w ocenie potencjalnych kosztów?

Każda podróż wiąże się z kosztami, które warto oszacować jeszcze przed włączeniem silnika i ruszeniem w trasę. W codziennym życiu przewidywanie wydatków oraz przygotowanie się na sytuacje awaryjne jest zasadnicze dla zachowania spokoju i stabilności finansowej. Warto korzystać z dostępnych rozwiązań cyfrowych, które ułatwiają szybką kalkulację różnych scenariuszy ochrony własnego mienia. Narzędziem, które pomaga wstępnie oszacować koszt polisy dla prywatnego auta, jest dostępny kalkulator ubezpieczenia samochodu na Warta.pl. Dzięki takim rozwiązaniom można precyzyjniej zaplanować domowy budżet przeznaczony na bezpieczeństwo własnego pojazdu.

Wiedza o tym, ile może kosztować nas ewentualna naprawa szkód lub przestój w pracy, pozwala podjąć lepsze decyzje. Nikt nie lubi być zaskakiwany nagłymi wydatkami, które mogą zachwiać stabilnością finansową całego przedsiębiorstwa. Dlatego tak ważne jest posiadanie odpowiednich funduszy rezerwowych lub polisy, która pokryje niespodziewane straty. Odpowiednie przygotowanie finansowe działa jak poduszka powietrzna w trakcie kolizji. Minimalizuje skutki zdarzenia i pozwala szybciej wrócić do normalnego funkcjonowania po wypadku. Zarządzanie finansami w kontekście ryzyka to dowód na dojrzałość biznesową.

jakie narzedzia pomagaja w ocenie potencjalnych kosztow

Czy podstawowe zasady bezpieczeństwa gwarantują pełną ochronę?

Na drodze istnieją obowiązkowe przepisy, których przestrzeganie jest wymagane przez prawo dla dobra ogółu. W przypadku posiadaczy pojazdów taką podstawą jest obowiązkowe ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej, chroniące przed roszczeniami osób trzecich. Szczegółowe informacje o tym, co obejmuje standardowe OC na Warta.pl, pomagają zrozumieć zakres podstawowej ochrony. Dla każdego kierowcy jest to absolutne minimum, które pozwala legalnie poruszać się po drogach. Jednak samo spełnienie podstawowych wymogów prawnych rzadko okazuje się wystarczające w obliczu poważnych i nieprzewidzianych zdarzeń losowych.

Ograniczanie się wyłącznie do niezbędnego minimum często bywa strategią pozornie oszczędną, ale w rzeczywistości bardzo ryzykowną. Wystarczy jedno nieprzewidziane zdarzenie losowe, takie jak kradzież, pożar czy akt wandalizmu, aby narazić firmę na straty. Podstawowa ochrona zazwyczaj nie pokrywa szkód własnych, które mogą być bardzo kosztowne w naprawie. Dlatego świadomy właściciel firmy powinien rozważyć rozszerzenie zakresu zabezpieczeń o dodatkowe opcje. Pełne poczucie bezpieczeństwa daje dopiero świadomość, że jesteśmy chronieni w wielu różnych wymiarach. Kompleksowe podejście do ochrony majątku to wyraz troski o stabilność biznesu.

W jaki sposób myślenie o przyszłości wpływa na decyzje?

Odpowiedzialny kierowca nie patrzy tylko na maskę swojego samochodu, ale wybiega wzrokiem daleko w przód. Podobnie w prowadzeniu firmy niezbędna jest perspektywa długoterminowa, wykraczająca poza bieżący kwartał czy rok obrachunkowy. Budowanie stabilnego przedsiębiorstwa wymaga bowiem dbania nie tylko o aktywa firmowe, ale także o bezpieczeństwo prywatne. W tym kontekście mądre inwestycje w przyszłość dziecka oraz troska o najbliższych stają się nierozerwalnym elementem odpowiedzialnego zarządzania całym majątkiem.

Decyzje podejmowane dzisiaj mają bezpośredni wpływ na to, w jakiej kondycji nasza firma będzie za kilka lat. Zabezpieczenie finansowe daje przedsiębiorcy swobodę w podejmowaniu odważniejszych decyzji rozwojowych bez paraliżującego strachu o byt. Świadomość, że w razie choroby lub wypadku rodzina i firma otrzymają wsparcie, jest bezcenna. Pozwala to na zachowanie spokoju ducha, który jest niezbędny do efektywnego zarządzania zespołem i projektami. Długofalowe planowanie to cecha liderów, którzy rozumieją, że sukces buduje się latami. Ochrona przyszłości to nie wydatek, lecz elementarna część strategii życiowej.

Ekstremalna zmienność na rynku ropy. Cieśnina Ormuz nadal kluczowym problemem

Ropa gwałtownie potaniała po tym, jak Donald Trump zasugerował, że wojna z Iranem „wkrótce” się zakończy, a dodatkowo zapowiedział działania mające uspokoić rynek — eskortę tankowców przez marynarkę wojenną USA oraz możliwość poluzowania części sankcji związanych z ropą – choć w tej części brakuje konkretów. Brent i WTI zniżkowały o ponad 10%, po czym część strat odrobiły, a Brent stabilizował się w okolicach 93 USD za baryłkę po wcześniejszym dniu, gdy długo utrzymywał się powyżej 100 USD. To jednak przede wszystkim redukcja „premii strachu” po historycznie ekstremalnej zmienności, a nie trwała poprawa sytuacji podażowej.

Skala nerwowości była wyjątkowa. W poniedziałek Brent handlowany był w paśmie około 36 USD — najszerszym od czasu rosyjskiej inwazji na Ukrainę w 2022 r. Kontrakty na WTI zanotowały jeszcze bardziej chaotyczny przebieg – we wtorek na starcie sesji zadziałał mechanizm wstrzymania notowań w pierwszych dwóch minutach, a w poniedziałek zakres wahań sięgnął około 38 USD, co było najszerszym ruchem od pandemicznych epizodów, gdy rynek wykazywał się skrajną zmiennością, a w pewnym momencie doszło do ujemnych cen. Mimo wtorkowego cofnięcia, kontrakty pozostają ponad 20 USD za baryłkę wyżej niż przed wybuchem wojny, co pokazuje, że ryzyko systemowe nadal jest wyceniane.

Kluczowy problem nie zniknął, bo dotyczy fizycznej logistyki, a nie tylko nastrojów inwestorów. Cieśnina Ormuz jest „de facto zamknięta”, a to szlak, który w normalnych warunkach obsługuje około jednej piątej globalnych przepływów ropy. Żegluga działa na minimalnym poziomie, a po atakach na statki od 28 lutego wielu armatorów zaczęło omijać cieśninę. To natychmiast „ściska” rynek. Nawet jeśli ropa istnieje w bilansie globalnym, jej dostarczenie staje się ryzykowne, wolniejsze i droższe, co podbija ceny i zwiększa ich wrażliwość na każde nowe informacje.

Napięcie podażowe wzmacniają reakcje producentów i ograniczenia po stronie przerobu. Arabia Saudyjska, Irak, Kuwejt i ZEA ograniczyły wydobycie, ponieważ przy utrudnionym eksporcie magazyny szybko się zapełniają. Skutki rozlewają się na innych uczestników rynku. Część rafinerii ogranicza pracę lub dostawy, a azjatyccy kupujący przebijają ceny, by ściągnąć ładunki pierwotnie przeznaczone do innych regionów. To tworzy efekt domina na produktach naftowych i kosztach transportu, a napięcie przenosi się z ropy na benzynę, diesla i frachty.

Polityczna presja rośnie szczególnie w USA, bo ceny benzyny detalicznej mają być najwyższe od sierpnia 2024 r. W takim otoczeniu rynek przywiązuje dużą wagę do sygnałów z Białego Domu. Deklaracja, że wojna ma zakończyć się „wkrótce” (choć niekoniecznie w tym tygodniu), oraz zapowiedzi działań osłonowych w logistyce i polityce sankcyjnej są odbierane jako próba przywrócenia przepływów ropy i ograniczenia skoku cen. W tle pojawia się także wątek rozmowy Trumpa z Putinem oraz doniesienia, że administracja miała umożliwić Indiom tymczasowe zwiększenie zakupów rosyjskiej ropy, co rynek może interpretować jako dodatkowy bufor podaży.

Jednocześnie ryzyko nie znika, dopóki Ormuz nie wróci do normalnej pracy. Same deklaracje polityczne mogą obniżać temperaturę na rynku finansowym, ale nie muszą od razu przywrócić gotowości armatorów do regularnej żeglugi przez strefę podwyższonego zagrożenia. Dlatego najbardziej realistyczny obraz na najbliższy czas to utrzymanie wysokiej zmienności. Ceny mogą szybko spadać, gdy rynek redukuje premię za ryzyko pod wpływem „uspokajających” komunikatów, i równie szybko rosnąć, gdy pojawiają się sygnały, że przepustowość Ormuzu pozostaje ograniczona, a realna dostępność baryłek i produktów naftowych dalej się pogarsza.

Geopolityczny rollercoaster na rynkach. Ropa i waluty po gwałtownym zwrocie

Poniedziałek pokazał nam z jednej strony dramatyczne sceny na otwarciu rynków po weekendzie, a z drugiej – zaskakująco szybki powrót w stronę normy. Wieczorem swoje wystąpienie miał jeszcze Donald Trump. Rynki bardzo chciały odczytać je jako uspokajające, ale w sumie nie wiadomo co –  poza dobrym dobrego samopoczuciem mówcy – miałoby tu uspokajać.

Co się dzieje na ropie?

Poniedziałek był dniem, który jeszcze długo będzie przywoływany w kontekście rynkowej zmienności. Na początku sesji widzieliśmy skok ropy naftowej do 120 USD za baryłkę. Potem jednak pojawiło się pytanie, czy to nie przesada, a wielu spekulantów zaczęło realizować zyski. W efekcie w godzinach popołudniowych cena baryłki ropy Brent oscylowała już w okolicach 100 USD. Po drodze pojawiało się sporo wypowiedzi, które miały uspokajać rynek. Ostatecznie wieczorne wystąpienie Donalda Trumpa, który określił wojnę jako „bardzo kompletną / skończoną”, wywołało kolejny gwałtowny ruch – cena zanurkowała o następne 10 USD, schodząc chwilowo jeszcze niżej. We wtorkowy poranek nagle jesteśmy z ropą w okolicach 90 USD. To wciąż niemal 20 USD powyżej poziomu sprzed ataku USA. „Prawie 20” brzmi jednak zdecydowanie lepiej niż „prawie 50”, które widzieliśmy na poniedziałkowym otwarciu.

Co to dla złotego oznacza w dłuższej perspektywie?

Szalony dzień mieliśmy nie tylko na ropie. Wczoraj mieliśmy 5-groszowe umocnienie naszej waluty względem euro i 9-groszowe wobec dolara. W rezultacie kurs EUR/PLN wrócił do okolic 4,25 zł, trochę udając, jakby nic się nie stało. Kurs USD/PLN spadł do 3,65 zł, czyli również do poziomów często widywanych przed amerykańsko-izraelskim atakiem na Iran. Czy powinniśmy się cieszyć z rozwoju sytuacji? Z jednej strony złoty wraca niemal do poziomów sprzed kilku tygodni, choć po drodze mieliśmy obniżkę stóp procentowych, która uzasadniałaby lekkie osłabienie. Z drugiej strony destabilizuje się sytuacja na Wschodzie. Putin ma co prawda około 30 USD mniej za baryłkę niż w poniedziałkowy poranek, co daje jakieś szanse Ukrainie, ale to nadal około 20 USD więcej niż przed wojną w Zatoce Perskiej. Do tego Donald Trump uspokajając rynki, zapowiedział luzowanie sankcji na Rosję, która wydaje się obecnie największym beneficjentem całej sytuacji. Scenariusz, w którym Ukraina zostałaby zmuszona do poddania się, to – delikatnie mówiąc – fatalna perspektywa dla naszego regionu i oczywiście polskiego złotego.

Jak reagują pozostałe rynki?

Wczorajszy oddech na rynkach dotyczył nie tylko złotego. Na głównej parze walutowej świata obserwowaliśmy korektę o niemal 1,5 centa. Wieczorna wypowiedź Donalda Trumpa przyniosła też gwałtowne wzrosty na giełdach. Miała ona miejsce już po zamknięciu sesji w Europie, dlatego amerykańskie indeksy – mimo początkowych spadków – wróciły w okolice poziomów sprzed dwóch tygodni. Europejskie parkiety nie są jednak w tak dobrej sytuacji. Główne indeksy, w zależności od kraju, w ciągu dwóch tygodni straciły od 5-7%. Wycena złota – pomimo początkowych zawirowań – wróciła podobnie jak amerykańskie giełdy, do punktu wyjścia. Nadal widać jednak wyraźnie zwiększoną zmienność na wielu rynkach.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak odczytów mogących rywalizować z wydarzeniami w geopolityce.