Czas na bankowość zdecentralizowaną, czyli usługi finansowe na brzegu sieci

Sektor usług finansowych przeszedł w ubiegłym roku poważne zmiany. Podobnie jak w przypadku innych branż nastąpiło przejście do środowiska cyfrowego. Taka sytuacja oznacza jednak również okazję do sprawdzenia możliwości nowych technologii i nowych sposobów działania, gwarantujących większą elastyczność w zmieniających się warunkach rynkowych. Dzięki dużej skalowalności, a zatem możliwości obsługi spadków i wzrostów liczby przetwarzanych transakcji cyfrowych, związanej z migracją do chmury w ramach realizowanych projektów transformacji, wiele banków może szybciej zrezygnować z monolitycznych rozwiązań i przejść na bardziej elastyczną architekturę podstawową. Pozwala to uzyskać poziom reaktywności niemożliwy do osiągnięcia we wcześniejszych systemach.

Koncepcja modernizacji systemów podstawowych nie jest niczym nowym, pojawiała się już wielokrotnie w branży. Przedsiębiorstwo ma do wyboru wiele sposobów realizacji takiego przedsięwzięcia z uwzględnieniem występującego obecnie „cyfrowego przyspieszenia”. Zależy to od przyjętej strategii organizacyjnej, dostępnych kompetencji specjalistycznych i wsparcia ze strony kadry kierowniczej. Jednym z pierwszych etapów modernizacji może być zmiana platformy aplikacji i uzyskanie oferowanej przez chmurę elastycznej skalowalności, co pozwala usprawnić działanie istniejących środowisk mainframe. Z takim podejściem wiążą się różne korzyści operacyjne, z których najistotniejszą wydaje się możliwość uzyskania nowych danych analitycznych niezbędnych do budowania interakcji z klientami. Inne banki, a czasami jednostki w ramach tego samego banku, wybierają model rekonstrukcji, w którym zamiast złożonych modyfikacji stosuje się dostępne w chmurze funkcje integracji, a w kolejnej fazie zastępuje podstawowe mechanizmy nowszymi wersjami oferowanymi przez producentów. Istnieją również przedsiębiorstwa, które decydują się na całkowitą przebudowę systemów podstawowych i konstrukcję usług bankowych w postaci niezależnych biznesowych elementów składowych. Niniejszy artykuł skupia się na tym ostatnim podejściu. Niezależne funkcjonalnie usługi biznesowe mogą zostać w naturalny sposób przekształcone w elementy zdecentralizowanego systemu, w którym da się szybko zdefiniować usługi finansowe świadczone przedsiębiorstwom niezależnie od ich rodzaju.

Bankowość zdecentralizowana

Wiemy, czym są podstawowe, centralne systemy bankowe, słyszeliśmy o przetwarzaniu bezserwerowym, ale czym może być coreless banking, czyli bankowość zdecentralizowana? Ogólnie rzecz biorąc, w takiej architekturze nie występuje centralny system. W bankowości zdecentralizowanej nie pojawia się zależność od wielu odrębnych mechanizmów transakcyjnych. Każdy aspekt usług świadczonych przez bank jest zdefiniowany jako pojedyncza funkcja biznesowa, która może być aktualizowana i modyfikowana niezależnie od innych (jak się można domyślić, mikrousługi są ważnym elementem tego rozwiązania). To całkowicie inny sposób działania niż w przypadku typowych systemów monolitycznych, w których wszystkie moduły oprogramowania są ze sobą zintegrowane. Niestety jest to jeden z problemów, jakie napotykamy w trakcie transformacji cyfrowej — modernizacja tylko jednego elementu wcześniejszego systemu może okazać się trudna właśnie ze względu na ścisłą integrację. Budowa nowego środowiska cyfrowego w przedsiębiorstwie, którego działalność koncentruje się na odrębnych produktach, a systemy są w wysokim stopniu zintegrowane, to zadanie trudne, kosztowne i czasochłonne. Integracja firmy niesie wiele korzyści, jednak utrudnia szybką adaptację. Dlatego warto pomyśleć o bankowości zdecentralizowanej, w ramach której elementy składowe o właściwej wielkości, odpowiadające poszczególnym funkcjom biznesowym, są łączone w sposób umożliwiający obsługę ścieżek interakcji klientów. Powstaje architektura biznesowa i techniczna, w której usługi bankowe nie są zależne od głównego systemu podstawowego. Każdy fragment systemu bankowego można zaktualizować lub przebudować niezależnie od pozostałych elementów, co pozwala skrócić czas transformacji dowolnego obszaru działania przedsiębiorstwa.

Zaletą bankowości zdecentralizowanej jest możliwość łączenia, wielokrotnego używania i ponownego łączenia elementów składowych w celu szybkiego definiowania i wdrażania odpowiednich mechanizmów interakcji z klientami. Ponadto przedsiębiorstwo potrafi zrobić to na dużą skalę, co jest możliwe dzięki spójnej infrastrukturze pozafunkcjonalnej stanowiącej wspólny fundament, na którym buduje się komponowalne usługi biznesowe.  Architektura oparta na mikrousługach pozwala zapewnić niezależność elementów, a funkcje integracji w kontenerach i narzędzia automatyzacji biznesowej uwzględniają kompleksowe mechanizmy zabezpieczeń nawet w sytuacji, gdy interakcja obejmuje wiele lokalizacji w chmurze i na styku z otoczeniem. Bank może mieć pewność, że zachowa kontrolę nad sposobem, czasem i miejscem wdrożenia usług.

Usługi na brzegu sieci

Internet rzeczy (IoT), czyli komunikacja między fizycznymi przedmiotami za pośrednictwem internetu, to koncepcja istniejąca od pewnego czasu. Ostatnio coraz częściej znajduje miejsce także w biznesowych zastosowaniach w bankach i innych instytucjach finansowych. Biorąc pod uwagę ilość przetwarzanych codziennie newralgicznych z punktu widzenia przedsiębiorstwa informacji oraz wrażliwych danych klientów, wdrożenie najnowszych rozwiązań technologicznych do obsługi klientów indywidualnych nie zawsze jest zadaniem wykonalnym i prostym. W działaniach banków brzeg sieci ma jednak coraz większe znaczenie, mimo że technologie IoT, czyli interakcje między urządzeniami w ramach usług bankowych, nie są na razie rozbudowane. Możemy spodziewać się, że w bieżącym roku brzeg sieci stanie się jeszcze bardziej istotnym obszarem dla firm z sektora finansowego.

Interesującym aspektem brzegu sieci jest łatwiejsza ochrona danych dzięki ograniczeniu ich transferu. Transakcja może zostać zrealizowana bliżej źródła interakcji, co pozwala zmniejszyć ryzyko przechwycenia informacji przez nieuprawnione osoby. Bardziej rozproszona sieciowa infrastruktura informatyczna związana z projektami migracji do chmury umożliwia przetwarzanie danych bliżej miejsca ich wygenerowania i przechowywania. Korzyścią jest także zmniejszenie opóźnienia samego zdarzenia transakcji. Musimy jednak pamiętać, że kluczem do usprawnienia działania środowiska jest zastosowanie właściwej infrastruktury, czyli systemu operacyjnego zoptymalizowanego pod kątem działania w obszarach brzegowych, wyposażonego w możliwości udostępniania funkcji na żądanie (w formie mikrousług w kontenerach) oraz odpowiednie mechanizmy bezpieczeństwa i kontroli. Dzięki technologii 5G dodatkowo zwiększy się możliwość przeniesienia części przetwarzania do brzegowych regionów sieci. Możemy powiązać to z systemami IoT — jesteśmy w stanie wyobrazić sobie udzielanie przez klienta zgody (przewidzianej w dyrektywie PSD2 i rozporządzeniu RODO) także na działania realizowane w imieniu banku przez algorytm. To szansa na zmniejszenie kosztów i świadczenie klientom usług doradztwa finansowego z poziomu należących do nich urządzeń.

Bankowość zdecentralizowana i usługi świadczone na brzegu sieci

Według przeprowadzonych niedawno przez firmę IDC badań ponad 90% banków przyjęło strategię opartą na platformie. To wyższy wskaźnik niż w przypadku innych sektorów. Kluczowym elementem umożliwiającym zaistnienie na rynku usług powinno zatem być zróżnicowanie oferty. W jaki sposób to osiągnąć? Atutem może być szczególny obszar specjalizacji danego przedsiębiorstwa, wynikający ze stosowanych procedur, z doświadczenia i kompetencji personelu. W świecie rozwiązań cyfrowych taka specjalizacja oznacza możliwość szybkiego uzyskiwania informacji analitycznych na podstawie danych, a następnie wykorzystania ich w czasie rzeczywistym w sposób ułatwiający obsługę klientów. Wiele banków nadal buduje platformy, na których chce oferować swoje usługi, jednak współpracuje także z zewnętrznymi podmiotami spoza branży finansowej, dążąc do zbudowania mechanizmów bezproblemowej interakcji z klientami. Nowe platformy usług finansowych stanowią miejsce interakcji klientów, firm z sektora fintech, agregatorów, banków, usługodawców i urządzeń. Współpraca obejmująca wszystkie branże pozwala zbudować jednolite, zintegrowane, zautomatyzowane środowisko obsługi klientów. Możemy oczekiwać, że instytucje finansowe będą odgrywać istotną rolę na rynku zbudowanym wokół doświadczenia klienta dzięki oferowaniu wartościowych usług zarządzania ryzykiem i zarządzania funduszami. Funkcje zintegrowanej obsługi realizowane są między innymi przez różnych dostawców usług działających w jednej lub wielu chmurach publicznych. Integracja biznesowa będzie najprawdopodobniej odbywać się w środowiskach chmury hybrydowej preferowanych przez większość uczestników rynku.

Kolejnym etapem może być bezpośrednie oddanie klientom do dyspozycji takich komponowalnych usług po to, by mogli z nich korzystać w swoim środowisku. Możemy spodziewać się tego w dalszej perspektywie czasowej, jednak koncepcja bankowości zdecentralizowanej funkcjonującej na brzegu sieci jest zgodna z mechanizmami współpracy między bankami i firmami z sektora fintech, z którą już wkrótce zetkniemy się na rynku. Oznacza to dodawanie funkcji w centrum przetwarzania danych, na platformach handlowych, na urządzeniach i we wszystkich pośrednich lokalizacjach, włączanie i przełączanie usług zgodnie z potrzebami (mówimy o połączonych usługach banków i przedsiębiorstw fintech).  Transformacja zajmie pewien czas, jednak widzimy już, że banki starają się ograniczyć zależność od wcześniej stosowanych monolitycznych systemów podstawowych i zbudować pakiet bezpiecznych, niezawodnych, komponowalnych usług biznesowych. W ciągu najbliższego roku możemy oczekiwać wzrostu liczby wdrożeń mikrousług działających w chmurze i niezależnych od platformy, a także większej liczby projektów modernizacji podstawowych systemów w bankach, które łączą swoje usługi z produktami innych podmiotów w celu zbudowania bardziej elastycznych środowisk interakcji z klientami. Spodziewamy się, że takie elementy składowe pojawią się także na cyfrowych platformach klientów, ułatwiając im samodzielną realizację usług finansowych na brzegu sieci.

Autorka: Fiona McNeill, senior manager, product, Red Hat Financial Services

Grupa Wyszehradzka – 30 lat transformacji, integracji i rozwoju – raport PIE

Grupa Wyszehradzka powstała 15 lutego 1991 r. W latach 1991-2019 jej PKB wzrósł o 155 proc. Wartość eksportu towarów wzrosła między 1995 a 2019 r. ponad 19-krotnie, importu 16-krotnie, a inwestycje w środki trwałe rosły 3-krotnie szybciej niż w krajach UE-15. Jednocześnie, w 2019 r. PKB na mieszkańca stanowił blisko 72 proc. poziomu państw „starej UE”. Obecnie region jest szóstą siłą gospodarczą i trzecim rynkiem konsumenckim w Europie – wynika z przygotowanego przez Polski Instytut Ekonomiczny raportu „Grupa Wyszehradzka – 30 lat transformacji, integracji i rozwoju”.

Ostatnie trzy dekady to okres znaczących przemian w państwach Grupy Wyszehradzkiej. Atrakcyjność inwestycyjna regionu pozwoliła na włączenie się gospodarek V4 w globalne łańcuchy wartości. Szczególnie silna stała się więź handlowa i gospodarcza z Niemcami – dziś wolumen eksportu i importu między V4 a Niemcami stanowi 1,5-krotność wymiany niemiecko-chińskiej. Sukcesem jest także niska, nawet w porównaniu do krajów zachodnich UE, stopa bezrobocia. Jednocześnie, region wciąż musi nadrabiać dystans rozwojowy dzielący go od najlepiej rozwiniętych krajów UE. Ponadto, problemem jest starzenie się społeczeństw, spadek ludności oraz niewielki napływ migrantów.

Akcesja do UE zbliżyła V4 do najbogatszych

W 2019 r. wartość PKB (w cenach bieżących) krajów V4 wyniosła 996 mld EUR, wzrastając o 155 proc. wobec 1991 r. Na tle krajów regionu dynamiką wzrostu wyróżniała się Polska, której gospodarka urosła ponad trzykrotnie. Wyraźnie zwiększyło się znaczenie państw V4 w gospodarce UE – z 4,6 proc. w 2004 r. do 6,2 proc. w 2019 r. Wśród kluczowych czynników wspierających proces konwergencji był popyt zagraniczny obejmujący przede wszystkim produkty wytwarzane w umiędzynarodowionych gałęziach przemysłu przetwórczego, głównie w branży motoryzacyjnej i maszynowej. O ile w latach 90. XX w. proces konwergencji był powolny, to zmniejszanie luki dochodowej przyspieszyło po akcesji państw V4 do UE w 2004 r.

Jeszcze w 2000 r. wartość PKB per capita krajów Grupy mierzona parytetem siły nabywczej wynosiła 45 proc. średniego poziomu dla UE-15, ale już w 2019 r. wskaźnik wzrósł do 72 proc. Najbliżej tego poziomu są Czechy, które w 2019 r. osiągnęły PKB na mieszkańca odpowiadający 92 proc. średniej dla państw UE-28. Ważnym elementem podnoszenia konkurencyjności gospodarek oraz poprawy jakości życia w krajach V4 były fundusze unijne. W latach 2004-2019 z budżetu UE, głównie w ramach wspólnej polityki rolnej oraz polityki spójności, do Polski, Czech, Węgier i Słowacji trafiło niemal 328 mld EUR. Najwięcej (55,2 proc.), trafiło do Polski.

Kraje Grupy Wyszehradzkiej dokonały ogromnego postępu na przestrzeni ostatnich trzech dekad. Na płaszczyźnie politycznej kluczowa była integracja z Zachodem dzięki dołączeniu do NATO i UE. Do czynników wpływających na podniesienie pozycji gospodarczej V4 oprócz funduszy unijnych należy zaliczyć przede wszystkim napływ ogromnych środków inwestycyjnych w postaci zagranicznego kapitału prywatnego. Skumulowana wartość bezpośrednich inwestycji zagranicznych zwiększyła się aż 118-krotnie, z 5 mld USD w 1991 r. do 565 mld USW w 2019 r. Grupa Wyszehradzka ma szansę na utrzymanie dotychczasowych trendów zmniejszania luki dochodowej. Wyzwaniem pozostaje niwelowanie różnic w zakresie innowacyjności: Czechy zmniejszyły lukę w wydatkach na badania i rozwój między 2000 a 2019 rokiem z 0,7 pkt. proc. do 0,26 pkt. proc., a Polska z 1,17 pkt. proc. do 0,88 pkt. proc. Wciąż też znacznie mniejszy odsetek publikacji naukowych trafia do czasopism o najwyższych wskaźnikach cytowalności  –  powiedział Marek Wąsiński, kierownik zespołu handlu zagranicznego w Polskim Instytucie Ekonomicznym.

Rynek pracy odporny na wstrząsy, ale trendy demograficzne tworzą ryzyko rozwojowe

Jeszcze w latach 2003-2004 stopa bezrobocia w krajach V4 była prawie dwukrotnie wyższa niż w państwach „starej Unii” (15,4 proc. wobec 8 proc.). Jednak w dłuższej perspektywie i w następstwie światowego kryzysu finansowego z lat 2008-2010, to rynki pracy krajów UE-15 mocniej ucierpiały. Trwały punkt przełamania miał miejsce w 2012 r., od tego czasu stopa bezrobocia w państwach Grupy Wyszehradzkiej utrzymuje się na niższym poziomie niż w UE-15.W ciągu 30 lat eksport Grupy Wyszehradzkiej wzrósł 19-krotnie

Jednocześnie, na przestrzeni ostatnich 30 lat populacja krajów V4 spadła o 1 proc., podczas gdy w krajach UE wzrosła o 12 proc. Duży odpływ młodych i dobrze wykształconych obywateli państw V4 w pierwszych latach po akcesji do UE pogorszył prognozy demograficzne regionu. Trendy migracyjne zbiegły się w czasie z przemianami społeczno-kulturowymi, czego skutkiem był m.in. ujemny przyrost naturalny.

Transformacja gospodarcza V4 korzystna dla klimatu

Radykalna zmiana modelu gospodarczego w państwach Grupy Wyszehradzkiej pociągnęła za sobą znaczne koszty społeczne, na czele z bezrobociem strukturalnym wynikającym
z zamykania nierentownych branż przemysłu. Jednak oprócz negatywnych skutków społecznych, na przestrzeni ostatnich 30 lat udało się doprowadzić do znaczącego obniżenia (o 23 proc.) emisji gazów cieplarnianych. Stało się tak głównie dzięki modernizacji i urynkowieniu przemysłu oraz sektora energetycznego, a także wzrostowi znaczenia sektora usług.Transformacja gospodarcza V4 korzystna dla klimatu

Rośnie zainteresowanie płatnościami internetowymi w czasie pandemii. To wyzwanie zwłaszcza dla małych i średnich firm e-commerce

Pandemia COVID-19 napędziła rozwój e-commerce, lecz także wzrost konkurencji w tym kanale zakupowym. Wymagania klientów ciągle rosną i dotyczą już nie tylko niskich cen, ale również coraz wygodniejszych rozwiązań z zakresu dostawy, jakości obsługi czy metod płatności. Wdrożenie wygodnych, elektronicznych rozwiązań w tym zakresie jest warunkiem sukcesu zwłaszcza dla nowo powstających e-sklepów, bo zakres oferowanych kanałów płatności może zadecydować o tym, czy klient dokona zakupu, czy jednak z niego zrezygnuje i skieruje się do konkurencji.

– Sytuacja epidemiologiczna w Polsce może spowodować, że odsetek osób korzystających z płatności elektronicznych będzie wzrastał w nieco szybszym tempie niż dotychczas. Zmiany w codziennym funkcjonowaniu społeczeństwa związane z częściowym zamknięciem handlu czy koniecznością zachowania dystansu społecznego przyspieszyły transformację cyfrową przedsiębiorstw – tłumaczy w komentarzu do raportu „Płatności cyfrowe 2020” Joanna Pieńkowska-Olczak, prezes PayU SA.

Z danych Gemiusa wynika, że jeszcze na samym początku pandemii, w marcu 2020 roku, zakupy w sieci robiło już 73 proc. polskich internautów, czyli ponad 20 mln Polaków. Z roku na rok ten odsetek rośnie w coraz szybszym tempie. COVID-19 i związane z nim ograniczenia w stacjonarnym handlu tylko ten wzrost przyspieszyły, napędzając migrację klientów do kanału online. Według raportu „Omni-commerce. Kupuję wygodnie” Izby Gospodarki Elektronicznej 27 proc. internautów w czasie pandemii zaczęło częściej wybierać ten kanał zakupowy. Wraz z klientami do online’u musieli przenieść się też przedsiębiorcy.

– Wiele sklepów i usługodawców przeniosło swoją działalność do świata online, co jednocześnie wpłynęło pozytywnie na nastawienie konsumentów do płatności online, które są wygodne, szybkie i bezpieczne – wskazuje we wpisie „Polska dwóch płatności” Joanna Pieńkowska-Olczak. – Wolumen transakcji opłacanych online będzie się sukcesywnie zwiększał, choć rzecz jasna płatności elektroniczne szybko nie zastąpią gotówki. Jednak z pewnością e-commerce w najbliższych latach będzie rósł znacznie szybciej niż tradycyjna sprzedaż w punktach stacjonarnych i utrzyma przynajmniej kilkunastoprocentową dynamikę. Równolegle udział gotówki w transakcjach e-commerce będzie nadal spadał.

Dla wielu firm w czasie lockdownu przymusowa migracja do e-commerce była warunkiem utrzymania działalności. Badanie przeprowadzone przez KRD pokazało, że już w pierwszej fali pandemii (w maju ub.r.) rozbudowę swoich kanałów sprzedażowych w sieci planowało 42 proc. firm budowlanych i 40 proc. firm produkcyjnych, czyli branż, które wcześniej nawet nie były kojarzone z internetem i prowadziły w większości stacjonarną działalność. Dane zawarte w raporcie Gemiusa pokazują z kolei, że tylko w kwietniu ubiegłego roku na platformie Shoper, która dostarcza gotowe oprogramowanie dla e-sklepów, zostało założonych o 137 proc. więcej nowych sklepów internetowych niż rok wcześniej.

W czasie zamrożenia gospodarki wyceniany już na ok. 100 mld zł rynek e-commerce stał się siłą napędową zwłaszcza dla przedsiębiorstw małych i średnich. Jednak jego szybki rozwój – dodatkowo napędzony pandemią – sprawił, że w tym kanale konkurencja jest coraz ostrzejsza. Wymagania klientów ciągle rosną i dotyczą już nie tylko niskich cen, lecz także coraz wygodniejszych rozwiązań z zakresu dostawy, jakości obsługi czy metod płatności.

– Wzrost zainteresowania płatnościami internetowymi wśród konsumentów to zarazem szansa, jak i wyzwanie. Sprzedawcy powinni skupić się na dopracowaniu kwestii doświadczeń klientów, na prostocie i niezawodności oferowanych rozwiązań, także w zakresie płacenia za zakupy. W obecnej sytuacji te aspekty mogą okazać się decydujące w kontekście przełamania bariery nieufności i przekonania osób korzystających dotychczas z gotówki do wyboru płatności elektronicznych – wskazuje w swoim komentarzu prezes PayU SA.

Z grudniowego raportu Izby Gospodarki Elektronicznej („Płatności cyfrowe 2020”) wynika, że blisko połowa Polaków, którzy kupują online (47 proc.), korzysta z płatności elektronicznych. To o 3 pkt proc. więcej niż w zeszłym roku. Jako najczęściej wybierany sposób zapłaty za zakupy przez internet z wykorzystaniem komputera wskazywano przede wszystkim szybkie przelewy przez serwis płatności (35 proc.), a w dalszej kolejności płatności Blikiem (26 proc.), które również są oferowane przez agregatorów płatności, takich jak np. PayU. Oprócz BLIK-a zakres usług płatniczych dostarczanych przez tego operatora obejmuje jeszcze m.in. płatności jednym kliknięciem (one-clickowe), mobilne, raty online, płatności odnawialne oraz portfele elektroniczne takie jak Google Pay, Apple Pay, Click to Pay czy MasterPass.

 W 2020 roku niemal każda osoba kupująca online w Polsce przynajmniej raz skorzystała z płatności PayU – podkreśla cytowana w komunikacie prasowym Joanna Pieńkowska-Olczak. – Podczas gdy konsumenci mogą wybierać z coraz szerszego wachlarza udostępnianych przez nas kanałów płatności, my pracujemy również nad tym, aby zapewnić odpowiedni sposób ich uwierzytelniania, mając jednocześnie na uwadze zwiększanie konwersji w sklepie.

Jak podkreśla, maksymalne uproszczenie procesu płacenia za zakupy w sieci jest dla e-sklepów warunkiem utrzymania satysfakcji kupujących. Zakres oferowanych kanałów płatności może też zadecydować o tym, czy klient dokona zakupu, czy jednak z niego zrezygnuje, np. ze względu na brak opcji płatności mobilnych albo niewystarczające środki na koncie bankowym. Dlatego wdrożenie wygodnych, elektronicznych kanałów płatności jest ważne zwłaszcza dla nowo powstających e-sklepów, które chcą się utrzymać w coraz bardziej konkurencyjnej branży e-commerce.

– Zapewniamy odpowiednie rozwiązania płatnicze dla każdego modelu biznesowego funkcjonującego w e-handlu, a dla początkujących sprzedawców oferujemy preferencyjne warunki na start – przekonuje cytowana w komunikacie prasowym prezes PayU SA. – Rozumiemy, jak ważna w przypadku małych i średnich sklepów może być szybkość nawiązania współpracy. Dlatego też od strony sklepu proces ten jest w pełni zautomatyzowany: przedsiębiorca otwiera stronę PayU i wypełnia formularz, który kończy się wygenerowaniem i podpisaniem umowy elektronicznej. Firmy mogą liczyć także na preferencyjne warunki finansowe i do 28 lutego w prosty sposób ustawić bramkę płatności dla swojego e-sklepu, ponosząc jedynie połowę standardowej prowizji.

Czy Tarcza 7.0 osłoni przed falą bankructw?

Przedsiębiorcy z kolejnych branży mogą od 1 lutego składać wnioski o pomoc w ramach Tarczy 7.0 i uzyskać od państwa m.in. świadczenie postojowe, mikropożyczkę czy zwolnienie z ZUS. Jednak jak wskazują eksperci z firmy inFakt, proponowany zakres pomocy dla wielu firm, zwłaszcza z branży hotelarskiej i turystycznej, może okazać się niewystarczający.

Zakres pomocy z Tarczy 7.0

Przepisy siódmej odsłony rządowego programu wsparcia dla przedsiębiorców dotkniętych przez pandemię przewidują możliwość skorzystania z dobrze znanych już rozwiązań. Są to: dofinansowanie do wynagrodzenia pracownika w kwocie 2 000 zł przez trzy miesiące, mikropożyczka w wysokości 5 000 zł (bezzwrotna, jeśli przedsiębiorca utrzyma działalność przez 3 miesiące od jej otrzymania), świadczenie postojowe w kwocie 2 080 zł oraz zwolnienie ze składek ZUS – tym razem za styczeń 2021 lub grudzień 2020 i styczeń 2021, jeśli przedsiębiorca był zgłoszony jako płatnik składek przed 1 listopada 2020 r. W przypadku wcześniejszego opłacenia tych składek, ZUS na wniosek zwróci je lub zostaną one zaliczone na poczet przyszłych zobowiązań.

Piotr Juszczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt, podkreśla, że nowa Tarcza zawiera instrumenty, które będą realnym wsparciem dla części przedsiębiorców, jednak w wielu przypadkach proponowane kwoty nie będą wystarczające. – Wyobraźmy sobie sytuację właściciela zamkniętego hotelu, który zatrudnia 40 pracowników na umowę o pracę i przez cały czas, kiedy hotel był zamknięty, on to wynagrodzenie wypłacał. Poza tym musiał wciąż opłacać bieżące rachunki, podatki i inne zobowiązania – wskazuje ekspert. – Zaproponowana przez rząd pomoc na pewno nie pokryje w tej sytuacji całych kosztów. Może być za to wsparciem dla podmiotów, które posiadają oszczędności. Pozostaje jednak pytanie, ile środków jeszcze zostało przedsiębiorcom? Czy mają zapasy wystarczające na tyle, aby przetrwać?

Dla kogo pomoc z Tarczy 7.0?

O pomoc w ramach nowej Tarczy mogą się ubiegać przedsiębiorcy z blisko 50 branży. Rząd wprowadził sześć nowych klasyfikacji PKD, odnoszących się do działalności hotelarskiej i turystycznej. Aby uzyskać wsparcie, przeważająca działalność przedsiębiorcy powinna być zaklasyfikowana według jednego z PKD ujętych w rozporządzeniu i prowadzona na dzień 30 listopada 2020 roku. Ponadto przedsiębiorca powinien wykazać spadek przychodu o co najmniej 40 proc. W tym celu porównywane są różne okresy w zależności od rodzaju pomocy, z której wnioskodawca chciałby skorzystać.

  • Świadczenie na rzecz ochrony miejsc pracy w wysokości 2 000 zł – w jednym z trzech miesięcy poprzedzających miesiąc złożenia wniosku do przychodu uzyskanego w miesiącu poprzednim lub w analogicznym miesiącu roku poprzedniego;
  • Dotacja 5 000 zł na pokrycie bieżących kosztów – w miesiącu poprzedzającym miesiąc złożenia wniosku do analogicznego okresu rok wcześniej;
  • Ponowne świadczenie postojowe i zwolnienie z opłacania składek ZUS – w jednym z dwóch miesięcy poprzedzających miesiąc złożenia wniosku do analogicznego okresu rok wcześniej.

Wnioski o świadczenia można składać do 31 marca 2021 r. włącznie. Wyjątkiem jest świadczenie postojowe, o które można się ubiegać do 3 miesięcy po zakończeniu stanu epidemii.

Wyzwania w branży logistycznej – employer branding oraz onboarding pracowników

Jeszcze 5 lat temu szacowano wartość rynku „food delivery” oraz branży spożywczej zamawianej online na 200 mln zł. Aktualnie rynek ten może być wart nawet 7 mld zł*. Podobne wzrosty widać w e-commerce – jego wartość wyniosła ok. 100 mld zł, czyli 30 mld więcej niż przewidywano**. Jest to sygnał m.in. dla branży logistycznej, że ma przed sobą ogromne wyzwanie, jakim jest gwałtowny wzrost popytu na usługi kurierskie i logistyczne. Problemem stało się jednak znalezienie odpowiednich kandydatów: z kompetencjami i chęcią do pracy. Czy promocja pracodawcy oraz procedury wdrożeniowe są przyszłością branży logistycznej? Odpowiadamy poniżej.

Szukanie pracy w branży logistycznej

Wydarzenia wywołane przez pandemię w dużej mierze wpłynęły także na branżę logistyczną.  Do głównych zmian należą m.in. jak najszybsze spełnianie potrzeb odbiorców, ale także integracja łańcucha logistycznego. Ze względu na dynamikę oraz niepewność zmian prawno-gospodarczych, sytuacji nie poprawił także niedobór kierowców czy kurierów – część z nich nie mogła wrócić do kraju, a cześć przebywała na kwarantannie. Fakt, że popyt na pracownika w logistyce, wciąż utrzymuje się na wysokim poziomie, a potencjalni pracownicy rozważają pracę w branży, potwierdzają wyszukiwania w przeglądarce Google: ***.

  • „Logistyk, ile zarabia?”

W tym przypadku także zanotowano wzrost zainteresowania w ostatnim kwartale roku. Od najniższego poziomu tj. 60 wyszukiwań miesięcznie poziom wzrósł ponad dwukrotnie.

  • „Ile zarabia kierowca tira?”

Widać tutaj ogromne zainteresowanie – w ostatnim kwartale roku 2020, ponad 2,4 tysiąca osób miesięcznie wpisywało w wyszukiwarkę Google powyższe zapytanie.

  • „Ile zarabia kurier?”

W tym przypadku także zaobserwować można ponad dwukrotny wzrost zainteresowania – miesięcznie w grudniu 2020 roku, powyższe hasło wpisywało w wyszukiwarkę Google aż 2,4 tysiąca osób.

Firmy logistyczne stanęły przed wyzwaniem, jakim jest znalezienie odpowiednich pracowników wspierających rozwój ich biznesu. Chociaż są w stanie oferować różnorodne i zróżnicowane stanowiska ze względu na szeroki zakres działalności, wielu z nich traci na konkurencyjności ze względu na wizerunek. Właśnie dlatego warto zadbać o obszar employer brandingu, dzięki któremu zyskają miano „firmy z wyboru”.

W jaki sposób firmy mogą wspierać działania rekrutacyjne?

Zainteresowanie pracownika danym rynkiem czy branżą, nie jest jednoznaczne z dużą liczbą kandydatów na dane stanowisko. Już od pewnego czasu, mówi się o „rynku pracownika”, a nie o „rynku pracodawcy”. Dlatego, tak ważne jest inwestowanie w nowe narzędzia komunikacji. Jedną z form, jest employer branding, który buduje markę pracodawcy. Celem takich działań jest dotarcie do potencjalnych klientów.

Marka pracodawcy jest niezbędna do rekrutacji nowych pracowników, ale także do zatrzymania tych, których już zatrudniono. Pracownicy mają możliwość wyboru tego, co chcą robić w życiu zawodowym.

To oni decydują, dla kogo chcą pracować. Tymczasem połowa polskich firm wciąż nie ma strategii dotyczącej kształtowania swojego wizerunku, a 25% nie dostrzega nawet takiej potrzeby. Pracodawcy, powinni zacząć być świadomi, że aż 84% kandydatów przed aplikowaniem o pracę sprawdza opinie o przyszłym pracodawcy (raport z badania „Percepcja wizerunku pracodawców w oczach kandydatów”).

– Budowanie wizerunku opartego na employer branding wspiera strategiczne cele biznesowe firmy. Właśnie dlatego działania z zakresu EB powinny być dostosowane do specyfiki pracy. Warto zadać sobie pytanie – jakie potrzeby mają osoby, które pracują w branży logistycznej? I choć narzędzia, które zostaną użyte mogą być prawie takie same, jak w przypadku rekrutacji na inne stanowisko, to kluczem jest historia, którą opowiadamy. Jej celem jest precyzyjne dotarcie do świadomości potencjalnych kandydatów i skuteczne zachęcenie do wejścia w szeregi firmy – podsumowuje Sebastian Kopiej, ekspert agencji Commplace.

Onboarding – czyli adaptacja pracownika do firmy

Skuteczne zrekrutowanie pracownika to pierwszy krok – drugim, nierzadko trudniejszym, jest utrzymanie go. Zapewnienie nowym pracownikom dobrego samopoczucia i odpowiednich informacji, których potrzebują na wczesnym etapie wdrożenia (pomocne może okazać się opracowanie procedur komunikacji wewnętrznej lub przeprowadzenie warsztatów z zakresu budowania relacji).

W ciągu pierwszych kilku dni, większość nowych pracowników, czuje się nieco przytłoczonych, przyzwyczajając się do nowej roli. Ten etap ma jednak kluczowe znaczenie dla długoterminowego utrzymania pracowników. Specjaliści wskazują, że „pierwsze dobre wrażenie” będzie trwać, a doświadczenie podczas pierwszych kilku dni, będzie tym, o czym będą rozmawiać poza pracą (w tym na forach dyskusyjnych). Dlatego tak ważny jest dobrze zaplanowany onboarding dla wszystkich nowych pracowników, jeszcze przed ich pierwszym dniem pracy.

Najważniejsze o czym należy pamiętać, to fakt, że pracownicy stają się ambasadorami firmy. Ich opinie stanowią najbardziej wiarygodne źródło informacji. Dla wszystkich: kandydatów, klientów oraz partnerów biznesowych.niedobór kierowców

Źródła:

* na podstawie szacunków przeprowadzonych przez portal Pyszne.pl

** jak podają wyniki badań przeprowadzonych przez Catchers za pośrednictwem panelu badawczego Ariadna

*** na podstawie danych zebranych z Google Keyword Planner

Czy pracodawca może wymagać od pracownika szczepienia na COVID19?

Narodowa akcja szczepień przeciwko COVID19 przynosi nadzieję na powrót do normalności. Stawia jednak przed pracodawcami pytanie bez odpowiedzi: czy mogą wymagać od pracownika zaszczepienia się? I czy choroba niezaszczepionego pracownika może obciążyć ich odpowiedzialnością za niedołożenie odpowiednich starań do zapewnienia bezpiecznego miejsca pracy? Kodeks pracy nie umie odpowiedzieć jasno na te pytania. Specjaliści są jednak pewni: nie można pracownika zmusić do decyzji o zaszczepieniu się. Kodeks pracy wymaga od pracodawcy, że w razie zatrudnienia pracownika w warunkach narażenia na działania szkodliwych czynników biologicznych pracodawca stosuje wszelkie dostępne środki eliminujące narażenie – a jeżeli jest to niemożliwe, ograniczające stopień tego narażenia przy odpowiednim wykorzystaniu nauki i techniki. Obecnie wirus Sars-Cov2 jest zakwalifikowany jako czynnik szkodliwy w środowisku pracy. Czy ten przepis umożliwi pozwanie pracodawcy, którego pracownicy zachorowali na COVID19 w wyniku braku szczepienia?

– Mamy pewne grupy zawodowe, które już podlegają szczepieniom – na przykład nauczyciele. Pracodawcy zastanawiają się, czy mogą ich do tego szczepienia zobowiązać. Obecnie nie ma przepisu w prawie pracy mówiącego o tym, że pracownik zobowiązany jest do zaszczepienia się. Pracodawca może więc zachęcać i informować, a w przyszłości umożliwić szczepienie na koszt pracodawcy – ale nie może do niego zobowiązać ani odmówić zatrudnienia z uwagi na jego brak – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Bocianowski, adwokat, mediator i specjalista z zakresu prawa pracy. – Tutaj pojawia się jednak problem. Jeżeli pracodawca wykaże, że w danym środowisku pracy szczepienia są jedynym racjonalnym przeciwdziałaniem czynnikom biologicznym – może zasugerować zaszczepienie się przez pracownika. Nadal jednak nie może go zobowiązać, gdyż szczepienie przeciwko COVID nie jest szczepieniem obowiązkowym. Co pracodawca może więc zrobić, gdy pracownik odmawia? Może zażądać od niego złożenia oświadczenia, że nie chce się poddać szczepieniom i że nie będzie rościł sobie z tego tytułu jakichkolwiek roszczeń. Ale podkreślam, że pracownik nie może być zobowiązany do poddania się szczepieniu. Ustawodawca zaś powinien podjąć prace zmieniające ustawę i wprowadzające wyraźne przepisy w tym zakresie – zaleca Bocianowski.

W stylu nowoczesnej stodoły – co oznacza ta najmodniejsza od kilku sezonów nazwa?

Zachwycają minimalizmem, cieszą oko prostą bryłą, efektownymi przeszkleniami oraz maksymalnym wykorzystaniem przestrzeni. Pięknie wpisują się w otaczający je krajobraz, a także ułatwiają domownikom funkcjonowanie dzięki nowoczesnym i energooszczędnym rozwiązaniom. Takie są projekty domów w stylu nowoczesnej stodoły, które od kilku sezonów cieszą się dużą popularnością wśród wielu Inwestorów.

Dom w stylu nowoczesnej stodoły, czyli połączenie najnowszych trendów z klasyką

Nowoczesne projekty domów w stylu stodoły trafiają w gusta i potrzeby Inwestorów, którzy lubią żyć w zgodzie z trendami i modą, ale bliska jest im również klasyka i tradycja. Dom w stylu nowoczesnej stodoły charakteryzuje się zwartą i prostą bryłą na planie prostokąta, dwuspadowym dachem bez okapu, pokrytym często płaską dachówką lub blachą łączoną na rąbek stojący. Dla wielbicieli mniej standardowych rozwiązań idealnym materiałem na dach będzie gont drewniany, który także może posłużyć jako materiał wykończeniowy elewacji. Ta z kolei charakteryzuje się minimalizmem, często z wykorzystaniem naturalnej, drewnianej okładziny, cegieł lub betonu architektonicznego. Domy w stylu nowoczesnej stodoły to też duże przeszklenia, dodające prostej bryle wyjątkowego charakteru.  Wnętrza domów w stylu nowoczesnej stodoły to zazwyczaj jeden poziom z poddaszem użytkowym, które dają niezliczoną ilość aranżacji – od wnętrz wyglądem przypominających lofty, po minimalistyczne, monochromatyczne  formy, aż po przytulne, ciepłe wnętrza, w których stylizowane, antyczne dodatki, tradycja i klasyka łączą się z nowoczesnością.Energooszczędny dom w stylu nowoczesnej stodoły

Energooszczędny dom w stylu nowoczesnej stodoły, idealny na wąskie działki.

Na parametry energetyczne budynku wpływa szereg czynników. Jednym z nich jest charakterystyczna cecha domów w stylu stodoły, czyli prosta, zwarta bryła. Niewielka ilość detali architektonicznych, dwuspadowy dach minimalizują ryzyko powstawania mostków termicznych. Proste rozwiązania konstrukcyjne domów w stylu nowoczesnej stodoły pozytywnie oddziałują także na tempo budowy inwestycji, a jej koszty często są niższe niż w przypadku bardziej skomplikowanych projektów. Wiele projektów domów typu stodoła, które powstają na planie prostokąta, można realizować na wąskich działkach. Ciekawe propozycje w tej kategorii oferuje Pracownia ARCHON+. Projekty gwarantują jak najlepsze wykorzystanie przestrzeni, różnorodność układów funkcjonalnych dopasowanych do potrzeb wymagających Inwestorów, a tym samym zapewniają domownikom duży komfort użytkowania, odpoczynku i relaksu w domu.Dom typu stodoła

Dom typu stodoła przyciąga wzrok dużymi przeszkleniami

Duże, przesuwne okna dodają uroku projektom nowoczesnych domów, także w stylu stodoły. Mogą być zaprojektowane na całej ścianie i najlepiej, aby była to ściana południowa. Takie ich umiejscowienie korzystnie wpłynie na wykorzystanie energii słonecznej, pozwalając  tym samym ograniczyć koszty jego utrzymania. Duże okna robią niezwykłe wrażenie, wspaniale otwierają dom na ogród oraz umożliwiają domownikom stały kontakt z przyrodą, która przenika do wnętrz i tworzy zmieniające się obrazy, zależne od pór roku. Dzięki okazałym przeszkleniom dom jest pięknie doświetlony, wnętrza nabierają lekkości oraz przestronności, sprawiając wrażenie optycznie większych.

W bogatej ofercie projektów Pracowni ARCHON+ gotowe projekty domów w stylu nowoczesnej stodoły są zróżnicowane pod kątem wielkości powierzchni użytkowej, programów funkcjonalnych i na różne rodzaje działek. Z pewnością trafią w gusta wielu Klientów, którzy stoją przed wyborem najodpowiedniejszego projektu domu. Zachęcamy do odwiedzenia strony www.archon.pl oraz do kontaktu z naszymi profesjonalnymi konsultantami w zakresie doradztwa projektowego, którzy rozwieją wszelkie wątpliwości, odpowiedzą na nurtujące pytania oraz pomogą w wyborze idealnego projektu domu.

Dlaczego warto kupić okna drewniane? Okna od polskiego producenta!

Drewniane okna z Polski cieszą się bardzo dużą popularnością u naszych zachodnich sąsiadów. Również i w kraju zyskują coraz większą grupę zwolenników. Dobre okna drewniane cechują się bowiem nie tylko doskonałą estetyką, lecz także świetną termoizolacyjnością, wyciszeniem i trwałością. 

Dlaczego okna drewniane?

Trwałość, wytrzymałość i idealne dopasowanie

Dlaczego okna drewniane?

Okna drewniane przez wiele osób wybierane są przede wszystkim ze względu na wyjątkową estetykę i naturalność materiału. Okna drewniane świetnie komponują się właściwie z każdą elewacją, dobrze wyglądają również w każdej aranżacji przestrzeni. Drewno jako naturalny materiał jest pod tym względem bardzo uniwersalne. Raczej otwiera szerokie możliwości projektowe, aniżeli je ogranicza. Okna drewniane są eleganckie, dobrze wyglądają zarówno w pomieszczeniach urządzonych w bardziej tradycyjnej estetyce, jak i tych nowoczesnych, a nawet minimalistyczny, ascetycznych wnętrzach.

Okna drewniane mają także niemało zalet funkcjonalnych. Przede wszystko cechują się one bardzo Dobrę izolacyjnością termiczną. Cechuje je niski współczynnik przenikania ciepła, co oznacza, że dzięki montażowi dobrej jakości okien drewnianych w domu, mieszkania czy biura uciekać będzie znacznie mniej ciepła niż przy innych, konkurencyjnych rozwiązaniach. To poprawia nie tylko komfort przebywania w takich pomieszczeniach. Przekłada się również na wymierne oszczędności i niższe rachunki za ogrzewanie. Coraz więcej na rynku dostępnych jest okien „energooszczędnych”. Wiele ciekawych rozwiązań znajdziesz np. https://www.polnischefenster24.de/fenster/holzfenster/

Kolejny niezaprzeczalny atut to wysoki poziom ochrony przed hałasem. Aż 90% hałasu dostaje się do wnętrza przez okna i drzwi. Tym bardziej dźwiękoszczelne okna, tym większe ograniczenie hałasu, cisza i spokój w domu. Wybierając okna drewniane, nie musisz martwic się hałasem nawet, jeśli mieszkasz przy ruchliwej ulicy. Okna drewniane z masywnymi profilami okiennymi cechują się naprawdę wysoką izolacyjnością akustyczną, co przekłada się na znaczące zmniejszenie odczuwanego hałasu.

Trwałość, wytrzymałość i idealne dopasowanie

Okna drewniane cechują się bardzo wysoką trwałością. Przede wiele lat zachowują idealną sztywność i stabilność kształtu. Drewno ma także niską rozszerzalność termiczną, zmieniające się warunki atmosferyczne nie wpływają więc na stabilność wymiarów. Znacznie łatwiej jest także poddać je ewentualnej renowacji. Ostateczny efekt zależy oczywiście od wybranego gatunku drewna i lakieru. Modele okien drewnianych mogą się różnić linią ramy, kształtem listwy przyszybowej czy frezowaniem. Problemu nie stanowi zamówienie zarówno okien o standardowych, jak i nietypowych wymiarach i kształtach. Drewno daje się bowiem łatwo formować.okna

Fenster Welten GmbH
Günstig Fenster aus Polen

str. Ziegelstraße 38
15230 Frankfurt an der Oder

E-mail: [email protected]
Tel.: 033586924586
WWW:
https://www.polnischefenster24.de/

3–4 mld zł strat z 2020 roku branża fitness będzie odrabiać przez wiele lat. Brak aktywności fizycznej dla Polaków może mieć jeszcze większe konsekwencje

Lockdown w 2020 roku mógł kosztować polską branżę fitness ok. 4 mld zł, czyli niemal tyle, ile wynoszą jej roczne przychody. Zamrożenie działalności siłowni i klubów fitness może też spowodować redukcję dużej części spośród 100 tys. etatów – wskazuje Związek Przedsiębiorców i Pracodawców oraz podkreśla, że straty finansowe ta branża będzie odrabiać nawet przez kilka lat. Dużo większe mogą być jednak koszty zdrowotne i społeczne wynikające z ograniczonej aktywności fizycznej Polaków. W zeszłym roku spadła ona poniżej minimalnego poziomu koniecznego do utrzymania zdrowia, do czego istotnie przyczyniło się właśnie zamknięcie obiektów sportowych.

W nowym raporcie „Zdrowie za miliard dolarów – branża fitness w Polsce i jej znaczenie dla ducha, ciała i PKB” Związek Przedsiębiorców i Pracodawców wskazuje, że w przeciwieństwie np. do gastronomii, która zaczęła funkcjonować w trybie zamówień na wynos, branża fitness mogła zmienić swój model biznesowy tylko w bardzo ograniczonym stopniu. Wprawdzie zaoferowała treningi w formie online, które zyskały grono zwolenników, lecz ze względu na brak sprzętu do ćwiczeń czy nadzoru trenera nie było ono tak liczne jak przy treningach w klubach.

– Straty branży fitness wynikające z lockdownu w 2020 roku można oszacować na około 3–4 mld zł, co oznacza, że siłownie będą musiały odbudowywać się przez kolejnych kilka lat. Dlatego tak ważne jest ich jak najszybsze uruchomienie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jakub Bińkowski, dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

W Polsce funkcjonuje ok. 10 tys. obiektów sportowo-rekreacyjnych, z czego ponad 3 tys. to kluby fitness bądź pokrewne. Branża fitness w 2019 roku zanotowała przychody w wysokości ok. 4 mld zł rocznie i jest warta ok. 0,2 proc. krajowego PKB. Nie ma jednak marginalnego znaczenia dla gospodarki, ponieważ stymuluje popyt również w innych sektorach (np. odzieżowym czy spożywczym). Według przytaczanych w raporcie ZPP szacunków Polskiego Instytutu Ekonomicznego jej wartość dodana wynosi w Polsce ok. 10 mld zł. Wraz ze współpracującymi podmiotami, dystrybuującymi m.in. sprzęt czy stroje do ćwiczeń, branża fitness kreuje też ponad 100 tys. miejsc pracy.

– Z punktu widzenia pracowników stan tej branży jest absolutnie kluczowy. Z punktu widzenia społecznego również, bo jest to branża o istotnym znaczeniu dla zdrowia publicznego. Uprawianie sportu wpływa m.in. na naszą odporność i samopoczucie – mówi Jakub Bińkowski.

Aktywność fizyczna pozytywnie wpływa na zdrowie, a im większy odsetek społeczeństwa jest aktywny, tym mniej chorób przewlekłych, absencji w pracy i kosztów dla systemu ochrony zdrowia. Instytut Badań Strukturalnych już kilka lat temu policzył, że koszty niewystarczającej aktywności fizycznej Polaków wynoszą około 7 mld zł rocznie. W tej kwocie ok. 6 mld zł to straty spowodowane absencją pracowniczą, a 900 mln zł to koszty publicznego systemu ochrony zdrowia. Aktywizacja zaledwie 10 proc. populacji zwiększyłaby liczbę pracujących w gospodarce o 37 tys. osób i przełożyła się na oszczędności w wysokości 1 mld zł.

Tymczasem ze względu na lockdown i obostrzenia wprowadzane przez rząd – który wiosną zeszłego roku zakazał aktywności fizycznej na świeżym powietrzu – poziom aktywności fizycznej Polaków spada. W 2020 roku był poniżej minimalnego poziomu koniecznego do utrzymania zdrowia.

– Wiadomo, że branża fitness współuczestniczy w aktywności fizycznej Polaków. Zamknięcie tej branży – zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym, kiedy trudno trenować na zewnątrz – jest szczególnie niebezpieczne. Badania naukowe pokazują, że nawet niewielka redukcja codziennego wysiłku fizycznego natychmiast negatywnie przekłada się na zdrowie i naszą podatność na choroby przewlekłe. To w długiej perspektywie zwiększy koszty obsługi systemu zdrowotnego – mówi Sebastian Stodolak, szef Departamentu Badań i Analiz Warsaw Enterprise Institute. – Będzie też większym kosztem dla pracodawców, ponieważ pracownicy, którzy trenują, rzadziej zapadają na choroby i rzadziej chodzą na zwolnienia chorobowe.

Szacowane, całkowite koszty przewlekłych chorób niezakaźnych w Polsce wynoszą około 87,7 mld zł. Branża fitness, wspierając aktywność fizyczną Polaków, ma istotny wkład w ograniczanie zachorowalności na choroby przewlekłe, co z kolei przekłada się na wielomiliardowe oszczędności dla pracodawców i budżetu państwa.

Dlatego ZPP ocenia: „zamykanie obiektów sportowych przyniosło więcej szkody niż pożytku”. O ile jeszcze na początku pandemii decyzje te były zrozumiałe, o tyle ich ponawianie jesienią – kiedy wzrosła wiedza na temat transmisji koronawirusa – branża określa jako bezzasadne.

– Żyjemy z wirusem już rok i mamy dane naukowe, które pokazują, że w siłowniach nie dochodziło do zwiększonego przyrostu zakażeń. Nie ma więc powodów, żeby dalej utrzymywać zamknięcie tej dziedziny gospodarki – przekonuje Sebastian Stodolak. – Poza tym siłownie są niejako wewnętrznie zabezpieczone przed transmisją koronawirusa. O ile prawdopodobnie ktoś pójdzie do pracy, jeśli ma gorączkę albo źle się czuje, bo taka jest presja pracodawcy, o tyle na trening raczej się nie wybierze, bo po prostu nie będzie miał na niego siły.

– Branża fitness pewnego rodzaju rygory sanitarne wprowadziła jeszcze przed pandemią. W klubach sportowych standardem jest dezynfekcja miejsc i urządzeń wykorzystywanych do ćwiczeń. Rygor sanitarny tak czy inaczej w tych miejscach funkcjonuje – dodaje Jakub Bińkowski.

Eksperci zrzeszeni wokół ZPP postulują jak najszybsze odmrożenie działalności klubów fitness i innych obiektów sportowych przy zachowaniu reżimu sanitarnego. Proponują także szereg narzędzi, które przyspieszą proces odbudowywania strat. Wśród krótkoterminowych działań wymieniają uszczelnienie tarczy antykryzysowej i zachęcenie banków do otwarcia linii płynnościowych dla przedsiębiorców oraz pakiet tymczasowych ułatwień podatkowych. Jako rozwiązania do wprowadzenia na stałe eksperci zaproponowali zachęty podatkowe do kultywowania aktywności sportowej (m.in. ulgi na korzystanie z obiektów sportowych), wprowadzenie sportu jako metody leczenia czy współpracę systemu edukacji z placówkami fitness.

Wzrost polskiej fotowoltaiki w czasie pandemii szybszy od prognoz. Rośnie liczba zleceń, a także zatrudnienie w branży

Instytut Energetyki Odnawialnej szacuje, że w 2025 roku moc zainstalowana fotowoltaiki w Polsce sięgnie 7,8 GW. Miniony rok pokazał, że wzrost branży okazuje się dużo szybszy od rynkowych prognoz pomimo pandemii COVID-19. W grudniu moc zainstalowana PV przekroczyła 3,6 GW, a na koniec roku w Polsce było 457,4 tys. mikroinstalacji, których liczba tylko w drugim półroczu wzrosła o blisko 200 proc. Dla gospodarstw domowych inwestycja w fotowoltaikę, która zwraca się w około siedem lat, to atrakcyjny sposób na obniżenie rachunków za prąd. Dlatego cały rynek wyczekuje uruchomienia w tym roku nowej odsłony programu Mój Prąd, która da branży kolejny impuls do rozwoju. 

– Fotowoltaika odczuła pandemię Covid-19, natomiast największe uderzenie było zauważalne w marcu i kwietniu zeszłego roku. Obecnie wróciliśmy już do normy. Okazało się, że branża funkcjonuje i radzi sobie doskonale, czego dowodem jest przekroczenie planów zakładanych przez Instytut Energetyki Odnawialnej już w 2020 roku. Na dzisiaj branża się rozwija i sygnalizuje raczej wzrost zatrudnienia i wzrost liczby zleceń niż wyhamowanie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mariusz Wilk, country manager IBC SOLAR Polska.

Fotowoltaika już od kilku lat jest w Polsce jednym z głównych obszarów inwestycji w OZE. Na początku grudnia ub.r. moc zainstalowana PV w Krajowym Systemie Elektroenergetycznym wyniosła 3661,7 MW co oznaczało wzrost o 7 proc. w ujęciu miesięcznym i aż o 181,8 proc. od grudnia 2019 roku. Instytut Energetyki Odnawialnej szacował, że na koniec 2020 roku moc zainstalowana PV w systemie wyniesie ok. 2,5 GW, tymczasem ten pułap został osiągnięty już w połowie ubiegłego roku. Wzrost branży jest więc nawet szybszy od rynkowych prognoz.

– Na koniec 2021 roku Instytut Energetyki Odnawialnej ustalił za cel osiągnięcie 4,2 GW mocy zainstalowanej. Tymczasem już osiągnęliśmy pułap 3,7 GW, co pod względem przyrostu nowych mocy w fotowoltaice daje nam piąte miejsce w Europie. Stawia to też Polskę w bardzo dobrej sytuacji, jeżeli chodzi o perspektywy rozwoju na bieżący rok. Zainteresowanie prosumentów energią fotowoltaiczną i instalowaniem systemów PV, które wynika z programów Mój Prąd czy Czyste Powietrze oraz innych form wsparcia, napędza tę branżę do dalszego rozwoju – mówi Mariusz Wilk.

Boom na fotowoltaikę w Polsce napędziły m.in. nowelizacja ustawy o OZE zmieniająca definicję prosumenta, spadek cen paneli fotowoltaicznych oraz rządowe programy Energia Plus czy Mój Prąd, który jest największym w Europie programem dofinansowania do prosumenckich instalacji fotowoltaicznych o mocy 2–10 kW. Zwiększony do 1,1 mld zł budżet programu został wyczerpany w grudniu (NFOŚiGW podaje, że pod koniec liczba składanych wniosków dochodziła nawet do 2 tys. dziennie), ale w tym roku ma wystartować jego nowa odsłona, poszerzona m.in. o dotacje na budowę punktów ładowania dla samochodów elektrycznych.

Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej podaje, że w ramach Mojego Prądu wsparcie na budowę instalacji PV trafi w sumie do 220 tys. prosumentów, a łączna moc instalacji ze złożonych wniosków da 1,2 GW, które rocznie wyprodukują ok. 1200 GWh energii elektrycznej.

– Rynek fotowoltaiki w Polsce napędzały do tej pory głównie dwa czynniki. Pierwszym było wsparcie w postaci programu Mój Prąd – na którego wznowienie wszyscy w branży czekają z niecierpliwością – oraz programu Czyste Powietrze, a także lokalnych inicjatyw oddolnych z gmin i samorządów. W tej chwili głównym czynnikiem motywującym do inwestycji w PV jest jednak ekonomia, czyli rosnące ceny prądu odczuwalne dla końcowego odbiorcy – mówi country manager IBC SOLAR Polska.

Według danych Polskiego Towarzystwa Przesyłu i Rozdziału Energii Elektrycznej, przytaczanych przez resort rozwoju, w Polsce na koniec 2020 roku funkcjonowało już ponad 457,4 tys. mikroinstalacji (dla porównania jeszcze w połowie ub.r. było ich ok. 262,3 tys.) o łącznej mocy ok. 3006 MW. To oznacza wzrost o ponad 28 proc. wobec III kwartału ub.r. i aż o 196 proc. względem końca 2019 roku.

W tej chwili to właśnie w segmencie prosumenckich mikroinstalacji PV jest obserwowany największy przyrost nowych mocy, jednak dzięki aukcyjnemu systemowi wsparcia od kilku lat rozwijają się też farmy fotowoltaiczne.

– Farmy fotowoltaiczne stanowiły do tej pory około 20 proc. energii słonecznej zainstalowanej w naszym kraju. Jednak szacuje się, że zbliżymy się do modelu funkcjonującego na Zachodzie, gdzie stosunek farm do domowych źródeł energii fotowoltaicznej jest w miarę zrównoważony – wskazuje Mariusz Wilk.

Rozwój fotowoltaiki w Polsce – podobnie jak całego rynku OZE – napędza w ostatnich latach unijna polityka klimatyczna, jak również fakt, że energia ze słońca jest po prostu tańsza niż z innych źródeł. Dlatego dla gospodarstw domowych przydomowa instalacja fotowoltaiczna stała się już dość popularnym sposobem na produkcję ekologicznej energii i obniżenie wysokości rachunków.

– Inwestycja w fotowoltaikę zapewnia bardzo duże korzyści – i to już od samego początku. Po pierwsze, zmniejszamy rachunki za energię elektryczną, co sprawia, że sama inwestycja zwraca się dość szybko. Szacujemy, że dobrze zaprojektowana i wykonana instalacja fotowoltaiczna może zwrócić się nawet w siedem lat. Dodatkowa korzyść dla inwestora to także podniesienie wartości nieruchomości, bo instalacja fotowoltaiczna jest traktowana jako inwestycja smart w nieruchomość, w związku z czym podnosi jej wartość rynkową – mówi Maciej Drobczyk, country manager w IBC SOLAR Polska.

– W tej chwili obserwujemy również rosnące zainteresowanie ze strony rynku komercyjnego. Duża liczba przedsiębiorstw, szukając alternatywy dla rosnących cen energii elektrycznej, wybiera rozwiązania takie jak fotowoltaika. Pozwalają one im uchronić się przed wzrostem kosztów, zwiększyć świadomość ekologiczną i przygotować się na kolejny krok, którym najprawdopodobniej będą magazyny energii i elektromobilność – dodaje Mariusz Wilk.

Jak podkreśla, firmy zwracają dużą uwagę na rozkład kosztów, w których energia stanowi znacząca pozycję. Podwyżki i pandemia COVID-19, która dodatkowo odbiła się na finansach przedsiębiorstw, skłoniła je więc do szukania oszczędności i obniżania bieżących kosztów utrzymania. Inwestycja we własne źródło PV stwarza im taką możliwość, a na dodatek istniejące na rynku rozwiązania pozwalają sfinansować ją przy minimalnym nakładzie, bez angażowania dużego kapitału.

– Taka inwestycja pozwala też wykorzystać połacie dachowe, które poza systemami wentylacyjnymi czy klimatyzacją zwykle pozostają niezagospodarowane. Fotowoltaika pozwala je wykorzystać – bez ponoszenia kosztów na zakup dodatkowych gruntów czy rozbudowę przedsiębiorstwa – w celu obniżenia kosztów działania oraz podniesienia poziomu niezależności – mówi Mariusz Wilk.

Przykładem może być, dofinansowana z programu Słoneczne Dachy, instalacja PV na budynkach Poznańskiej Spółdzielni Mieszkaniowej Winogrady. Moduły fotowoltaiczne i zaadaptowane specjalnie na potrzeby tej inwestycji konstrukcje montażowe dostarczył do projektu IBC SOLAR Polska.

– Branża fotowoltaiczna będzie inwestować w nowe technologie, musi to robić, żeby podążać za trendami światowymi. Zmieniają się moduły, zmienia się technologia ich wytwarzania, zmieniają się inwertery, ale również konstrukcje montażowe – mówi Maciej Drobczyk.

Oddana do użytku w zeszłym roku miejska elektrownia słoneczna w Poznaniu jest unikatowa ze względu na skalę trudności. Zrealizowana została na dachach czterech 17-piętrowych bloków i obejmuje 496 paneli fotowoltaicznych zaprojektowanych w technologii half-cut oraz konstrukcje montażowe, które przytwierdzono do połaci dachowej za pomocą specjalnych mocowników, dzięki czemu uniknięto konieczności przebijania poszycia dachowego. Nie tylko takie skomplikowane realizacje wymagają odpowiedniego zaprojektowania, żeby inwestycja w PV zwróciła się w możliwie najkrótszym czasie.

– Dobrze jest sprawdzić, jaką opinię mają dostawcy rozwiązań, i pamiętać o gwarancji. Dobry produkt niesie za sobą gwarancję, ale nie tylko na papierze. To też gwarancja, że np. producent czy dostawca nie zniknie nam z rynku. Dlatego należy wybierać takich partnerów, którzy są stabilni i pracują na rynku fotowoltaicznym od lat – podkreśla country manager IBC SOLAR Polska.

Zmiany klimatu coraz większym wyzwaniem dla zdrowia publicznego. W Polsce ich koszty zdrowotne są szacowane na prawie 120 mld zł do 2030 roku

Choroby zakaźne, które z regionów tropikalnych przenoszą się na południe Europy, czy fale upałów, które nawiedzają Stary Kontynent niemal każdego lata, powodując zwiększoną liczbę hospitalizacji i zgonów liczonych w dziesiątkach tysięcy – to jedne z przykładów wpływu zmian klimatycznych na życie i zdrowie Europejczyków. Tylko w Polsce koszty zdrowotne zmian klimatu są szacowane na 119 mld zł w latach 2021–2030 i składają się na nie m.in. koszty hospitalizacji, utraconych dni pracy, rent czy zasiłków w wyniku niezdolności do pracy – podaje Koalicja Lekarzy i Naukowców na rzecz Czystego Powietrza.

– Każdego roku liczba osób, które tracą życie albo odnoszą uszczerbek na zdrowiu spowodowany stricte zmianami klimatycznymi i globalnym ociepleniem, zwiększa się o 30 do nawet 50 proc. Rok temu ten wzrost wyniósł 54 proc. – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. n. med. Tadeusz Zielonka, pulmonolog, przewodniczący i inicjator Koalicji Lekarzy i Naukowców na rzecz Czystego Powietrza.

Jak wskazuje, wpływ zmian klimatycznych na zdrowie często bywa utożsamiany ze smogiem. To zjawisko, które co roku na całym świecie jest powodem ok. 10 proc. przedwczesnych zgonów. W Polsce zabija rocznie ok. 40–50 tys. osób, a w całej Europie – nawet dziesięciokrotnie więcej. Smog jest jednak tylko częścią, wycinkiem większego, globalnego problemu związanego ze zmianami klimatu.

– Te dwie kwestie się częściowo pokrywają, ale nie są tożsame. Zmiany klimatyczne to zjawisko szersze niż smog, a ich wpływ na zdrowie jest odmienny. Są one przyczyną m.in. coraz częstszych zaburzeń meteorologicznych – powodzi, pożarów, burz, które przekładają się na straty śmiertelne i powodują istotne problemy zdrowotne, od  krążeniowych po psychiczne – mówi dr hab. n. med. Tadeusz Zielonka.

Dobrym przykładem oddziaływania zmian klimatycznych na zdrowie i życie są np. fale upałów, które nawiedzają Europę niemal każdego lata, powodując zwiększoną liczbę hospitalizacji i zgonów liczonych w dziesiątkach tysięcy.

– Szczególnie osoby starsze albo małe dzieci są podatne na odwodnienie i często trafiają do szpitala. W wyniku odwodnienia przy upałach można nabawić się np. ostrej niewydolności nerek – mówi ekspert.

Jak wskazują eksperci HEAL i Koalicji Klimatycznej (raport „Wpływ zmiany klimatu na zdrowie”), niesprzyjające warunki atmosferyczne (m.in. upały) są odpowiedzialne za ok. 20 proc. zawałów serca. Przyczyniają się także do większej częstotliwości chorób krążenia. Coraz gorętsze lata to również większe ryzyko nowotworów skóry i zgonów nimi spowodowanych.

Z raportu IPCC (Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu) wynika, że średnia globalna temperatura jest o 1°C wyższa od poziomu przedindustrialnego. Prognozy naukowców zakładają, że jeżeli emisja gazów cieplarnianych nie zostanie szybko zahamowana, to dynamika wzrostu globalnej temperatury przekroczy bezpieczny próg 1,5°C już w 2040 roku. To będzie skutkować ekologiczną katastrofą na globalną skalę. Podczas gdy w latach 1981–2010 gwałtowne zjawiska pogodowe dotykały zaledwie 5 proc. ludności Europy, pod koniec tego wieku klęski żywiołowe mogą dosięgnąć już co najmniej 2/3 Europejczyków.

Zmiany klimatyczne spowodują też niedobory żywności, czystej wody pitnej, ale wraz z nimi w Europie pojawią się także nowe wyzwania dla zdrowia publicznego, np. choroby znane dotąd tylko z regionów tropikalnych.

– Znakomitym przykładem jest denga, która kiedyś była stricte afrykańską chorobą, przenoszoną przez komary występujące tylko w Afryce. Dzisiaj te komary występują już także na południu Europy. Pierwsze zachorowania odnotowano nawet w Czechach, a komara afrykańskiego wykryto już też w Małopolsce. Jest tylko kwestią czasu, kiedy afrykańska denga rozpocznie się w Polsce, bo jest już m.in. w Grecji, Bułgarii czy we Włoszech – mówi dr hab. n. med. Tadeusz Zielonka.

Do wektorowych chorób zakaźnych, które w związku ze zmianami klimatycznymi zbierają coraz większe żniwo, zalicza się też borelioza. Obecnie w Polsce diagnozuje się ponad sześć razy więcej zachorowań niż jeszcze kilkanaście lat temu (dane Koalicji Lekarzy i Naukowców na Rzecz Czystego Powietrza).

– To efekt ocieplenia klimatu i poszerzenia strefy bytowania kleszczy. Kiedyś to była strefa bardzo endemiczna, zlokalizowana głównie na północy, w okolicach Podlasia i Mazur. W tej chwili z boreliozą mamy do czynienia praktycznie w całej Polsce – mówi inicjator Koalicji Lekarzy i Naukowców na rzecz Czystego Powietrza.

Do znanych już chorób mogą dojść kolejne, bo naukowcy szacują, że w topniejących lodowcach uwięzione mogą być nawet 33 nowe wirusy. Po uwolnieniu mogą zagrażać zdrowiu publicznemu.

Jak podkreśla ekspert, zmiany klimatu powodują coraz dotkliwsze skutki zdrowotne, dlatego nie powinny się kojarzyć z abstrakcyjną, odległą katastrofą klimatyczną, która wystąpi za kilkadziesiąt lat, ale z przepełnionymi szpitalami, coraz większą liczbą chorób i przedwczesnych zgonów tu i teraz. Światowa Organizacja Zdrowia już zakwalifikowała zmiany klimatu jako jedno z głównych zagrożeń dla zdrowia i życia ludzi na całym świecie, wpisując je jako jeden z głównych obszarów działań na 2021 rok.

– Pamiętam, że kilka lat temu na szczycie klimatycznym w Paryżu było wyraźnie powiedziane: jeśli nie uczynimy nic jako społeczność światowa, to w ciągu 50 lat będzie dramat. Przyznam się, że nie zrobiło to na mnie takiego wrażenia, bo pomyślałem: to za pół wieku. Minęły cztery lata, na szczycie klimatycznym w Katowicach ci sami eksperci mówią: jeśli nie zrobimy czegoś w ciągu trzech lat, to katastrofa będzie ok. 2030 roku. Nagle perspektywa się zmieniła. To już nie dotyczy tylko naszych wnuków, ale również nas – przypomina Tadeusz Zielonka.

Powołana niedawno Koalicja Lekarzy i Naukowców na Rzecz Czystego Powietrza, która apeluje do rządzących o pilne działania na rzecz klimatu, podaje, że już w tej chwili generują one wysokie koszty zdrowotne. Problem w tym, że brakuje dokładnych szacunków, ile one mogą wynosić. O ile znane są koszty leczenia czy hospitalizacji, o tyle rzadko bierze się pod uwagę np. koszty związane z utratą zdolności do pracy czy nieobecnością w pracy.

– Nie doceniamy konsekwencji finansowych zmian klimatu, bo my tego po prostu nie liczymy – mówi ekspert z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. – To bardzo utrudnia ocenę, ponieważ nie jesteśmy w stanie uwrażliwić społeczeństwa na rzeczywiste ponoszone koszty, skoro one nie zostały dokładnie policzone.

Dane przytaczane w raporcie „Wpływ zmiany klimatu na zdrowie” wskazują, że w latach 2001–2010 straty wywołane skutkami zmian klimatycznych mogły wynieść ok. 54 mld zł, a w kolejnej dekadzie – już 86 mld. W okresie 2021–2030 koszty zdrowotne mogą wzrosnąć do nawet 119 mld zł.

Wkrótce elektronika do noszenia nie będzie wymagała baterii. Naukowcy opracowali wearables czerpiące energię z ciepłoty ciała człowieka

Urządzenia do noszenia monitorują stan zdrowia, przewidują urazy, a nawet wykrywają infekcje. Funkcji tzw. wearables jest jednak znacznie więcej. Naukowcy opracowali nowe, niedrogie urządzenie do noszenia, które przekształca ludzkie ciało w biologiczną baterię. Korzysta z naturalnego ciepła człowieka, a dzięki generatorom termoelektrycznym generuje jeden wolt energii z każdego centymetra kwadratowego powierzchni skóry. – W przyszłości chcemy mieć możliwość zasilania elektroniki do noszenia bez konieczności dołączania baterii – mówi Jianliang Xiao z Uniwersytetu Kolorado w Boulder.

Urządzenia do noszenia, tzw. wearables, mają coraz więcej funkcji. Monitorują stan zdrowia, na podstawie sposobu chodzenia przewidują ryzyko upadku i kontuzji, pomagają w uprawianiu sportu, dostarczając istotne parametry. Coraz częściej są wykorzystywane do sprawdzania stanu zdrowia małych dzieci i osób starszych, same alarmują odpowiednie służby przy zagrożeniu życia.

Naukowcy z Uniwersytetu Kolorado w Boulder opracowali urządzenie do noszenia, które przekształca ludzkie ciało w biologiczną baterię. Jest na tyle rozciągliwe, że można je nosić jak pierścionek, bransoletkę lub inny dodatek, który dotyka skóry. Wykorzystuje naturalne ciepło człowieka, a dzięki wykorzystaniu generatorów termoelektrycznych przekształca temperaturę ciała w energię elektryczną.

– Za każdym razem, gdy używamy baterii, ona się wyczerpuje i ostatecznie wymaga wymiany – wskazuje Jianliang Xiao, profesor nadzwyczajny na Wydziale Inżynierii Mechanicznej im. Paula M. Rady’ego Uniwersytetu Kolorado w Boulder. – W przyszłości chcemy mieć możliwość zasilania elektroniki do noszenia bez konieczności dołączania baterii.

Opracowane przez naukowców urządzenie generuje ok. 1 wolta energii na każdy centymetr kwadratowy powierzchni skóry. Choć to znacznie mniej niż większość baterii, ilość ta jest wystarczająca, by zasilić mały sprzęt elektroniczny, np. zegarki czy bransoletki fitness. Zbudowane jest z cienkich chipów termoelektrycznych połączonych przewodami z ciekłego metalu. Końcowy produkt wygląda jak skrzyżowanie plastikowej bransoletki z miniaturową płytą główną komputera. Cały system jest rozciągliwy i przechwytuje przepływ energii.

– Zaletą naszego urządzenia termoelektrycznego jest to, że można je nosić, a moc jest dostarczana w sposób ciągły – wskazuje ekspert. – Generatory termoelektryczne są w bliskim kontakcie z ludzkim ciałem i mogą wykorzystywać ciepło, które normalnie byłoby oddawane do otoczenia.

Moc urządzenia można zwiększyć, dodając więcej bloków generatorów. W tym sensie naukowcy porównują swój wynalazek do klocków Lego. Obliczyli, że osoba energicznie spacerująca mogłaby użyć urządzenia wielkości typowej opaski sportowej do wytworzenia około 5 woltów energii elektrycznej.

Zgodnie z zapowiedziami urządzenie może trafić na rynek nawet w ciągu pięciu lat. Można więc wyobrazić sobie przyszłość, w której nie będziemy potrzebować baterii do wearables – małe urządzenie wygeneruje energię dla każdego z nich.

Co istotne, urządzenie opracowane przez naukowców jest równie wytrzymałe, co tkanka biologiczna. Jeśli na przykład się rozerwie, można ścisnąć złamane końce, a one uszczelnią się w ciągu kilku minut. Jeśli się znudzi, nie trzeba go wyrzucać. Wystarczy zanurzyć je w specjalnym roztworze, który oddzieli komponenty elektroniczne i rozpuści bazę, a każdy ze składników można ponownie wykorzystać.

– Staramy się, aby urządzenia były tak tanie i niezawodne jak to tylko możliwe, a jednocześnie miały jak najmniejszy wpływ na środowisko – podkreśla Jianliang Xiao.

Pandemia ograniczyła dostęp do rehabilitacji. Opracowane przez Polaków innowacyjne urządzenie pozwoli wykonywać ją w domu

Wielu pacjentów odkłada rehabilitację z obawy przed koronawirusem. Tymczasem w ich przypadku czas ma kluczowe znaczenie, a odłożona na później rehabilitacja może nie przynieść już oczekiwanych efektów. Dlatego coraz większym zainteresowaniem cieszą się nowoczesne technologie, które wspomagają pracę terapeutów i jednocześnie pozwalają na ograniczenie bezpośredniego kontaktu z pacjentem. Stella BIO to mobilny elektromiograf wraz z elektrostymulacją wyzwalaną przez aktywność mięśniową pacjenta, możliwy do zastosowania zarówno w warunkach klinicznych, jak i domowych.

– Codziennie słyszymy o tysiącach zakażeń koronawirusem i mamy wrażenie, że świat zapomniał o innych jednostkach chorobowych. Mamy tysiące pacjentów, którzy przebyli udar mózgu i wymagają ciągłej rehabilitacji. Tysiące Polaków stało się ofiarami wypadków komunikacyjnych, przeszło obciążające organizm, często ratujące życie operacje i ci pacjenci również potrzebują poprawiającej życie i zdolność funkcjonalną rehabilitacji. Kwarantanna znacznie ogranicza dostęp do niej – mówi agencji Newseria Innowacje dr n. med. Dominika Kozak, specjalista ds. klinicznych EGZOTech.

W dobie pandemii część chorych rezygnuje z wizyt u lekarzy, a decyzje o rehabilitacji odkładają na później. Tymczasem to właśnie rehabilitacja jest kluczowym etapem każdego zabiegu lub do niego przygotowuje. W dużej mierze odkładanie jej ma związek z lękiem przed zakażeniem. Pomóc może telerehabilitacja lub rehabilitacja na odległość z wykorzystaniem robotów. Na rynku są już maszyny, które m.in. pomagają pacjentom poruszającym się na wózku inwalidzkim we wstawaniu i chodzeniu. Wspierają w treningu chodu i neurorehabilitacji. Robotyka i druk 3D pomagają pacjentom z zaburzeniami ruchowymi spowodowanymi uszkodzeniem rdzenia kręgowego lub udarem, chorobą Parkinsona czy stwardnieniem rozsianym. Inne roboty wspierają mowę, zwłaszcza u osób z chorobami neurologicznymi, ćwiczą pamięć i stymulują słuch.

Polska firma EGZOTech stworzyła natomiast roboty, które pomagają trenować siłę mięśni, także u pacjentów onkologicznych.

– Urządzenie Stella BIO to elektromiograf z elektrostymulacją. Pozwala na prowadzenie terapii z pacjentem z wykorzystaniem elektrostymulacji funkcjonalnej wyzwalanej sygnałem aktywności mięśniowej, na prowadzenie treningu siły mięśniowej z wykorzystaniem elektrostymulacji, a także terapii przeciwbólowej z wykorzystaniem prądów TENS. Dzięki wykorzystaniu specjalnych elektrod wewnętrznych pozwala także na efektywną pracę z mięśniami dna miednicy poprzez stosowanie programów elektrostymulacji i elektromiografii – tłumaczy dr Dominika Kozak.

Stella BIO umożliwia aktywną pracę z pacjentem nad poprawą funkcji z wykorzystaniem biofeedbacku EMG – uświadamia mu relację między mózgiem a ciałem, poprawia zdolność samokontroli. Pozwala też na zapis aktywności bioelektrycznej mięśni oraz dokumentację i kontrolę postępów każdej terapii. Urządzenie umożliwia efektywną pracę nad poprawą siły mięśniowej, działa przy tym przeciwbólowo. Co istotne zwłaszcza przy zdalnej rehabilitacji, pozwala też na ocenę postępów rehabilitacji oraz generowanie raportów.

– Urządzenie jest innowacyjne, pozwala na prowadzenie zdalnej rehabilitacji z wykorzystaniem elektrostymulacji funkcjonalnej, co jest udowodnionym skutecznie procesem usprawniania, nie do końca wdrożonym jeszcze w warunkach telemedycyny. Dajemy pacjentom i terapeutom możliwość efektywnej pracy zdalnej, w warunkach telerehabilitacji, z wykorzystaniem dodatkowego narzędzia, dzięki któremu terapeuta może prowadzić funkcjonalną terapię pacjentów z różnych jednostek chorobowych oraz efektywnie zdalnie oceniać proces leczenia, efekty terapeutyczne i wprowadzać zmiany w treningu – wskazuje ekspertka.

Stella BIO jest już dostępna na rynku. Obecnie jednak trwają prace nad wersją telemedyczną, która umożliwi zdalną rehabilitację.

Docelowo urządzenie sprawdzi się nie tylko w fizjoterapii pacjentów onkologicznych, w stanach po zabiegach chirurgicznych, chemio- i radioterapii czy w dysfunkcjach nerwowo-mięśniowych. Znajdzie zastosowanie m.in. w neurorehabilitacji (w szczególności ze względu na elektrostymulację wyzwalaną poprzez EMG), rehabilitacji ortopedycznej czy w sporcie.

– Terapeuta zabierając niewielkie urządzenie, ma możliwość nawet w terapii domowej pracować bardziej efektywnie z wykorzystaniem technik elektrostymulacji, prowadzić wizualny trening z elektromiografią. Pacjenci, którzy dotychczas byli pozbawieni rehabilitacji z uwagi na trudności w dostępności, będą mieli teraz szansę na prowadzenie efektywnej rehabilitacji w warunkach domowych pod nadzorem swojego terapeuty – zapowiada dr n. med. Dominika Kozak.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia 15.02 – 19.02.2020

Umiarkowany optymizm zagościł na rynkach finansowych przy powrocie strategii reflacyjnej jako głównego motoru zmian cen aktywów. Nadzieje na przyspieszenie ożywienia wzmacniają się wraz z postępami prac nad pakietem fiskalnym w USA i wzrostem liczby zaszczepionych. Odnawia to trend deprecjacyjny dolara z korzyścią dla ryzykownych aktywów. Dane będą jednak przypominać, jak trudny jest pierwszy kwartał, szczególnie w objętej restrykcjami Europie.

Przyszły tydzień: sprzedaż/produkcja/PMI z USA, minutki FOMC, ZEW z Niemiec, PMI z Eurolandu, CPI/sprzedaż/PMI z Wlk. Brytanii, CPI/produkcja/sprzedaż z Polski, rynek pracy z Australii, CPI/sprzedaż z Kanady

USA

W USA mamy skrócony tydzień z powodu Dnia Prezydenta w poniedziałek. Sprzedaż detaliczna (śr) powinna wzrosnąć pierwszy raz od września z pomocą wypłaty czeków pomocowych dla Amerykanów. Wzrost produkcji przemysłowej (śr) zwiastują dobre odczyty indeksów PMI za styczeń. Poprawa nastrojów biznesu w związku z lepszą sytuacją zdrowotną w kraju (spowolnienie tempa zakażeń, dystrybucja szczepionki) powinna wspierać dobre odczyty indeksów: NY Empire State (wt), Philly Fed (czw) i PMI (pt). Z minutek FOMC (śr) powinien płynąć równie gołębi przekaz, co z ostatnich wypowiedzi prezesa Powella – zmian w polityce nie zobaczymy jeszcze przez wiele miesięcy, dopóki nie dojdzie do poprawy we wskaźnikach rynku pracy i inflacji. Wraca trend sprzedaży dolara, gdyż ultra-łagodna postawa Fed, postęp w dystrybucji szczepionek przeciwko COVID-19 i perspektywy ogromnego bodźca fiskalnego generują pozytywne nastawienie do ryzyka.

Strefa euro

W Europie, niemiecki indeks ZEW (wt) prawdopodobnie najlepiej podsumuje nastroje panujące na kontynencie – spadek wskaźnika oceny bieżącej, ale wzrost indeksu przyszłych oczekiwań. Przedłużenie przez niemiecki rządu lockdownu co najmniej do 7 marca pogarsza bieżące nastroje, ale postęp szczepień wspiera zapatrywania na odbicie ożywienia gospodarczego. Nieco lepsze sygnały powinny płynąć z zagregowanych indosów PMI dla strefy euro (pt), gdzie pozytywnie będzie oddziaływać poluzowanie restrykcji we Włoszech i Hiszpanii. EUR/USD jest wyżej, choć większy tutaj jest udział słabości dolara niż siły euro.

Wielka Brytania

W Wielkiej Brytanii mamy inflację (śr), sprzedaż detaliczną (pt) oraz PMI (pt). CPI powinna przejść bez echa, gdyż BoE jest bardziej skupiony na aktywności gospodarczej. Sprzedaż styczniowa dotyczy okresu z przywróconym pełnym lockdownem, więc należy oczekiwać bardzo słabego wyniku. Lutowy PMI powinien obniżyć się z powodu zamknięcia gospodarki i brexitu (redukcja zapasów), ale wskaźnik dla usług może odbijać po negatywnym szoku z poprzedniego miesiąca (39,5). Funt pozostaje mocny, gdyż inwestorzy są przede wszystkim skupieni na postępach w zaszczepianiu społeczeństwa, ale negatywne skutki lockdownów i brexitu będą z czasem osłabiać ten efekt.

Polska

Przyszły tydzień przyniesie wysyp raportów z Polski, w tym najważniejszych o inflacji CPI (pon), produkcji przemysłowej (czw) i sprzedaży detalicznej (pt). Styczeń przyniósł podwyżki cen energii oraz m.in. podatek cukrowy i opłatę małpkową, co razem z innymi zmianami złoży się na średni wzrost cen o 0,9-1,0 proc. m/m. Roczna inflacja powinna pozostać jednak na 2,4 proc. Na słaby wynik produkcji przemysłowej wpłynie negatywny wpływ czynników sezonowych, a sprzedaż detaliczna odczuje powrót restrykcji (w tym zamknięcie galerii). Zakładamy, że EUR/PLN przy 4,51 wyznacza górne ograniczenie dla krótkoterminowego dryfu bocznego przed kolejną falą spadkową. Pozytywne fundamenty stojące za złotym nie uległy zmianie i tylko kwestią czasu jest ponowny retest 4,47.

Australia

Na Antypodach kluczowym raportem będą dane z australijskiego rynku pracy (czw) przy oczekiwaniach dalszego silnego wzrostu zatrudnienia (30 tys.) i spadku stopy bezrobocia (6,5 proc.). Dobre dane będą wzmacniać odbudowywany popyt na AUD na rynkach finansowych.

Kanada

W Kanadzie tydzień jest skrócony o święto w poniedziałek, choć tego dnia otrzymamy dane o produkcji przemysłowej, a dalej w tygodniu CPI (śr) i sprzedaż detaliczną. Przy zdefiniowanej polityce BoC dane nie mają dużego przełożenia na CAD i kierunek dalej będzie dyktowany przez generalny apetyt na ryzyko i wahania cen ropy naftowej.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Nieudany atak na srebro WallStreetBets. Inwestorzy nie rozumieli czym są ETF-y

Srebro ma za sobą bardzo udany rok. Podrożało o ponad 53 proc. Po spekulacyjnym ataku jego cena znów jest atrakcyjna, podobnie jak innych metali szlachetnych.

W ciągu zaledwie jednego tygodnia srebro podrożało aż o 4 USD za uncję. Na przełomie stycznia i lutego cena tego metalu przekroczyła nawet poziom 30 USD za uncję. Później cena spadła do 27 USD.

– Srebro zagościło na portalu Reddit i te same osoby, które interesowały się akcjami GameStop uznały, że to właśnie srebro powinno być kolejnym przedmiotem ich ataku – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – To była ponownie próba zaatakowania funduszy, które grały na spadek cen srebra.

Ten atak indywidualnych inwestorów nie spowodował takiego zamieszania, jakie dotyczyło akcji GameStop, gdy udało się im wywindować ich kurs z 20 USD do ponad 500 USD, co jednak zakończyło się niepowodzeniem, gdy w ciągu zaledwie jednego dnia akcje potaniały o 60 proc.

– Pomysł ataku na srebro był nieudany, ponieważ jak się okazało z wymiany informacji na Reddit inwestorzy nie rozumieli czym są ETF-y, które kupowali – wyjaśnia ekspert XTB. – Nie wiedzieli jakie są skutki tego, że jednostkowe ETF-y są zabezpieczone tym metalem szlachetnym, który jest składowany w skarbcach. To, że chcieli masowo kupować właśnie ETF-y nie prowadziło więc do sytuacji, że srebra w skarbcach będzie musiało pojawiać się coraz więcej.

Jeżeli doświadczeni inwestorzy chcieliby przeprowadzić atak spekulacyjny, aby wywindować ceny, to najprostszą drogą jest rynek kontraktów.

Po doświadczeniach z akcjami GameStop „strażnicy” kapitału byli już czujni i podnieśli wymagania kapitałowe, aby zabezpieczyć rozliczanie kontraktów, żeby nie okazało się, że ktoś jest niewypłacalny. W ten sposób zablokowano nadmierną spekulację.

Po krótkotrwałym niepokoju srebro powróciło więc do cen, które są atrakcyjne, podobnie jak ceny innych metali szlachetnych, choć jego cena przez trzy miesiące wzrosła o 11 proc.

Zaangażowanie społeczne firm – raport 2020

Raport z badania „Zaangażowanie społeczne firm” zrealizowanego przez Centrum Innowacji Społecznych i Technologicznych HumanTech Uniwerystetu SWPS i firmę Wedel na przełomie września i października 2020 r.

  1. Zaangażowanie lokalne a strategia biznesowa firm

  • 63 proc. Polaków jest zdania, że uwzględnianie celów społecznych powinno być stałym elementem działań przedsiębiorstw.
  • 25 proc. uważa, że firmy powinny koncentrować się na celach biznesowych, od czasu do czasu uwzględniając korzyści społeczne.
  • Tylko 3 proc. respondentów uważa, że firmy w ogóle nie powinny uwzględniać tych celów swojej działalności.
  1. Wpływ zaangażowania społecznego firm na decyzje zakupowe

  • Dla badanych działania lokalne firm są bardzo istotne i mają duży wpływ na decyzje zakupowe. 58 proc. z nich deklaruje, że chętnie kupuje produkty lub korzysta z usług firm, które są zaangażowane w działania społeczne w okolicy ich zamieszkania.
  • 51 proc. respondentów jest w stanie zapłacić więcej za produkty czy usługi danej firmy, jeśli wiedzą, że jest ona zaangażowana w rozwój ich okolicy.
  • 49 proc. ankietowanych zwraca uwagę na to, czy firma zatrudnia lokalnych pracowników, dla 47 proc. osób ważne jest to, czy firma dba o środowisko w miejscu prowadzenia działalności, a 42 proc. respondentów deklaruje, że zależy im, by przedsiębiorstwa korzystały z lokalnych produktów.
  1. Obszary zaangażowania społecznego firm

  • Duża grupa respondentów (29 proc.) uważa, że firmy powinny angażować się w takim samym stopniu w działania społeczne na szczeblu lokalnym, krajowym, a także globalnym. Natomiast 24 proc. badanych wolałoby, żeby biznes angażował się przede wszystkim w problemy lokalne (specyficzne dla danej miejscowości czy dzielnicy).
  • Oczekiwania Polaków, jeżeli chodzi o pożądane przez nich działania firm, są bardzo zróżnicowane. Najczęściej dotyczą zwiększenia ich aktywności w przestrzeni użyteczności publicznej (31 proc.), pomocy dla osób chorych (29 proc.), działań związanych z kulturą i rozrywką (również 29 proc.) oraz pomocy dla dzieci i osób starszych (w obydwu przypadkach po 27 proc.). Do innych oczekiwanych aktywności należą działania edukacyjne (np. prozdrowotne, ekologiczne, dot. bezpieczeństwa na wodzie – 28 proc.), pomoc dla zwierząt (26 proc.), działania związane sportem (np. sponsorowanie lokalnych zawodów – 25 proc.) i wsparcie osób ubogich (20 proc.).
  1. Ocena zaangażowania społecznego firm

  • 40 proc. badanych uważa, że zaangażowanie lokalne firm jest za małe. Jako odpowiednie ocenia je 26 proc. ankietowanych.
  • Polacy postrzegają rolę firm przede wszystkim jako uczestników wydarzeń lokalnych (28 proc.) lub ich promotorów (27 proc.). 18 proc. badanych uważa firmy za dostawców zasobów do działań społecznych (np. finansowych, sprzętowych), a 11 proc. widzi rolę przedsiębiorstw jako inicjatorów zmian, wyznaczających ich kierunki.
  • Wg większości badanych określeniem, które najbardziej pasuje do największej lokalnej firmy z ich okolicy zamieszkania, jest „element lokalnego krajobrazu” (19 proc.). 15 proc. respondentów wskazuje tu określenie „żywiciel”.
  • Badani chcieliby określać największe lokalne firmy z ich okolicy zamieszkania jako „dobrego sąsiada” (24 proc.) lub „partnera” (23 proc.). Jednak faktycznie postrzega je tak: 12 proc. –
    „dobry sąsiad” oraz 11 proc. – „dobry partner”.
  1. Współpraca badanych z firmami w ramach działań lokalnych

  • 41 proc. badanych słyszało o działaniach lokalnych firm, związanych ze sportem, 33 proc. o tych, związanych z rozrywką i kulturą, prawie 1/5 – o pomocy dla dzieci (wsparcie domów dziecka, organizowanie wyprawek szkolnych).
  • 17 proc. badanych miało okazję współpracować z firmą przy realizacji dowolnego projektu społecznego – działania najczęściej dotyczyły pomocy dla dzieci, osób ubogich lub starszych (27 proc.), pomocy dla zwierząt (26 proc.), działań związanych z rozrywką i kulturą (25 proc.).
  • Polacy najchętniej zaangażowaliby się w pomoc na rzecz zwierząt (37 proc.), osób starszych (35 proc.) oraz dzieci (34 proc.).
  1. Zaangażowanie społeczne firm a sytuacja pandemii

  • Zdaniem 39 proc. Polaków zaangażowanie społeczne firm pozostało na takim samym poziomie, jak przed pandemią, natomiast 28 proc. zauważa jego zmniejszenie.
  • Badanie pokazało, że społeczeństwo oczekuje zwiększenia zaangażowania firm w problemy społeczne po pandemii koronawirusa (45 proc.).
  1. Ocena zaangażowania społecznego biznesu z podziałem na wiek badanych

  • Osoby starsze częściej oceniają zaangażowanie społeczne biznesu jako niewystarczające. Uważa tak 63 proc. respondentów w wieku 45-54 lat oraz 55 proc. badanych powyżej 55 roku życia. Jedynie 43 proc. młodszych Polaków jest tego samego zdania.
  • Wraz z wiekiem rosną oczekiwania, że firmy będą stale uwzględniać cele społeczne w swojej działalności. Uważa tak 70 proc. osób powyżej 55 lat oraz 49 proc. badanych w wieku 18-24 lata. Jak pokazuje badanie, 36 proc. najmłodszych respondentów uważa, że firmy powinny koncentrować się przede wszystkim na celach biznesowych, jedynie czasami realizując cele społeczne. 6 proc. najmłodszych Polaków zgadza się ze stwierdzeniem, że duże firmy lokalne w swojej strategii powinny koncentrować się jedynie na celach biznesowych. Można więc wyciągnąć wniosek, że młodsze pokolenie, w odróżnieniu od starszego, uznaje, że firmy powinny bardziej skupiać się w swojej działalności na biznesie niż na kwestiach społecznych.
  • Starsze osoby częściej są przekonane, że firmy powinny się koncentrować w równym stopniu na kwestiach globalnych, narodowych i lokalnych. Większość respondentów zgadza się, że biznes powinien angażować się przede wszystkim lokalnie, choć można zaobserwować odmienne postawy u osób z różnym wykształceniem. Wśród respondentów z wykształceniem wyższym najwięcej jest zwolenników koncentracji na lokalności, natomiast osoby z wykształceniem najniższym oczekują od firm działań na poziomie narodowym.
  1. Ocena zaangażowania społecznego biznesu, z podziałem na wiek badanych

  • Blisko 1/3 badanych liczy na duże zaangażowanie firm – im większe miasto, tym firma częściej widziana jest jako promotor lokalnych wydarzeń. Najwięcej respondentów deklarujących, że miało kiedyś okazję współpracować z lokalną firmą przy realizacji wspólnego projektu dla społeczności lokalnej, należy do najmłodszej grupy wiekowej (28 proc.). 75 proc. osób z grupie wiekowej 55+ nie miało takiej okazji. Jednocześnie ta grupa deklaruje, że najchętniej zaangażowałaby się w pomoc dla zwierząt oraz dla osób starszych – oba rodzaje pomocy deklaruje po 33 proc. badanych w wieku powyżej 55 lat. Polacy z większych miast (100 do 500 tys. mieszkańców) chętniej angażują się w pomoc dla zwierząt (45 proc.), natomiast mieszkańcy wsi bardziej cenią pomoc dzieciom (35 proc.).
  • Zaangażowanie firm określone zostało jako za małe lub zdecydowanie za małe przez badanych z województw: świętokrzyskiego (65 proc.), pomorskiego (60 proc.) i podlaskiego (58 proc.). Najmniej tego typu wskazań było w województwach: lubuskim (50 proc.), śląskim (50 proc.) oraz warmińsko-mazurskim (49 proc.)
  • Osoby z woj. zachodniopomorskiego (31 proc.) i lubelskiego (33 proc.) najczęściej wskazywały, że biznes powinien angażować się przede wszystkim w działania lokalne, a nie narodowe czy globalne. Najmniej takich wskazań było w województwach: podlaskim (16 proc.) i łódzkim (17proc.).
  • Jeśli chodzi o zaangażowanie biznesu w tematy społeczne w czasie pandemii, badani z województw: podkarpackiego (35 proc.), dolnośląskiego (33 proc.) i zachodniopomorskiego (31 proc.) uważają, że uległo ono zmniejszeniu. Respondenci z województw: lubelskiego (14 proc.), małopolskiego (13 proc.), wielkopolskiego (13 proc.) czy zachodniopomorskiego (13 proc.) wskazywali natomiast na zwiększenie działań społecznych lokalnych firm.
  • Największe oczekiwania wobec zaangażowania społecznego firm mają mieszkańcy województw: dolnośląskiego (63 proc.), śląskiego (61 proc.) oraz mazowieckiego (60 proc.), najmniejsze zaś – osoby z województw: lubuskiego (41 proc.), lubelskiego (47 proc.) oraz podkarpackiego (48 proc.).

O badaniu:

Badanie „Zaangażowanie społeczne firm” zostało zrealizowane przez Centrum Innowacji Społecznych i Technologicznych HumanTech Uniwersytetu SWPS na zlecenie firmy Wedel. Badanie przeprowadzone w dniach 29.09-08.10.2020, metodą CAWI, na reprezentatywnej próbie Polaków (N=1665), dobranej wg reprezentacji w populacji dla płci, wieku i wielkości miejscowości zamieszkania, na panelu badawczym Ariadna, w wieku od 18 lat wzwyż.

Dni Budownictwa i Architektury 2021. III Forum Gospodarcze Build4Future

Uczestnicy tegorocznej edycji Dni Architektury i Budownictwa bardzo dobrze ocenili poziom merytoryczny oraz przebieg wszystkich wydarzeń, które po raz pierwszy w historii, odbyły się w formule online. Forum Gospodarcze Budownictwa Build4Future, Forum Designu i Architektury D&A oraz Konferencja Polskiego Stowarzyszenia Dekarzy to trzy wydarzenia, na które w dniach 1-4 lutego 2021 roku zaprosiła Grupa MTP wraz z partnerami.

Od wielu lat Międzynarodowe Targi Budownictwa i Architektury Budma były organizowane w lutym. W tym roku ich termin został przeniesiony na 23-26 listopada. Organizatorzy postanowili jednak podtrzymać tradycję i zagwarantować branży niemałą dawkę wiedzy, nowinek i dyskusji. Forma online umożliwiła ugoszczenie wielu znakomitych prelegentów i kontakt ze wszystkimi zainteresowanymi. Wiele instytucji i osób pracowało nad programem i wysoką wartością prezentowanych treści.

III Forum Gospodarcze Build4Future, organizowane wspólnie przez Polski Związek Pracodawców Budownictwa, Polski Klaster Budowlany i Grupę MTP, trwało przez pierwsze dwa dni lutego. Niemalże 100% ankietowanych uczestników wyraziło chęć udziału w kolejnych edycjach, co świadczy o potrzebie i sensie organizacji profesjonalnych konferencji dla tego środowiska. Podczas Forum podjęte zostały ważne i aktualne tematy dotyczące branży.

Prezes Zarządu Grupy MTP, Tomasz Kobierski, przywitał uczestników oraz gości i oficjalnie rozpoczął wydarzenie, po czym Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Rozwoju, Pracy i Technologii, Anna Kornecka, wyraziła swoje wsparcie dla Forum w wystąpieniu inauguracyjnym.

Forum zostało podzielone na kilka bloków tematycznych. Na każdy z nich składała się prezentacja wprowadzająca oraz panel dyskusyjny moderowany przez eksperta w danej dziedzinie. 1 lutego, w pierwszym panelu, dotyczącym analiz polskiego rynku budownictwa mieszkalnego i komercyjnego w dobie pandemii i prognoz na rok 2021, pojawiły się dwie prezentacje. Pierwsza została przygotowana przez głównego analityka rynku budowlanego, Szymona Jungiewicza i dotyczyła aktualnych trendów rynku inwestycji mieszkaniowych i komercyjnych. Drugą prezentację przedstawił Przewodniczący Komitetu ds. Finansowania Nieruchomości Mieszkaniowych Związku Banków Polskich, Jacek Furga. Opowiedział o polskim rynku budownictwa mieszkaniowego i komercyjnego z perspektywy analiz bankowych. Opowiedział też o motorach wzrostu, jakimi są instrumenty finansowe. Do panelu dyskusyjnego w tym bloku zostali zaproszeni: Juliusz Tetzlaff (Dyrektor Departamentu Mieszkalnictwa w Ministerstwie Rozwoju, Pracy i Technologii), Kondrad Płochocki (Dyrektor Generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich), Zbigniew Gościcki (Prezes Zarządu Unidevelopment S.A.), Tomasz Kozłowski (Prezes Polskiego Klastra Budowlanego) oraz dr Jacek Furga (ze Związku Banków Polskich).

Drugi panel, pt. „Nowe technologie w budownictwie. Człowiek vs. maszyna vs. środowisko – automatyzacja, robotyzacja, cyfryzacja, ochrona środowiska”, poprowadził Krzysztof Skrzypek. Dyskusję poprzedziła prezentacja, przygotowana przez Andrzeja Soldatę z Inicjatywy na rzecz Polskiego Przemysłu 4.0, która mówiła właśnie o przemyśle 4.0 w budownictwie. Uczestnikami debaty byli: Wojciech Gruźliński (Technical & Product Manager, aeroMind), Łukasz Gorgolewski (Przewodniczący Komisji ds. BIM Krajowej Rady Polskiej Izby Inżynierów Budownictwa), Tomasz Wegner (Dyrektor Handlowy Interhandler JCB) oraz Jakub Wójcik (członek Rady Polskiego Klastra Budowlanego, ekspert ds. zrównoważonego budownictwa w Sieci Badawczej Łukasiewicz).

Ostatni panel dnia pierwszego poruszył temat nowoczesnej prefabrykacji, jako odpowiedzi na wyzwania stawiane dziś współczesnemu budownictwu. Prezes Stowarzyszenia Energooszczędne Domy Gotowe, Marek Beśka, przedstawił prezentację i poprowadził dyskusję, do której zaproszono: Marcina Gołębiewskiego (Prezesa Zarządu Unihouse S.A.), Andrzeja Czapczuka (Wiceprezesa Zarządu F.B.I. Tasbud), Tomasza Balcerowskiego (Prezesa Zarządu Ekoinbud Sp. z o.o.), Kamila Kowalczyka (Dyrektora Działu Handlowego Climatic) i Tomasza Seremeta (Członeka Zarządu Pekabex SA).

Drugi dzień Forum rozpoczął się panelem o infrastrukturze. Pierwszą prezentację przedstawił Prezes Zarządu Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa, Jan Styliński. Temat prezentacji brzmiał: „Nowe Prawo zamówień publicznych oraz scenariusze rozwoju rynku budownictwa infrastrukturalnego – które segmenty w budownictwie infrastrukturalnym mają największe szanse na wzrost aktywności inwestycyjnej?”. Kolejnym prelegentem był Szymon Jungiewicz, główny analityk rynku infrastruktury i Dyrektor sektora budowlanego w PMR Market Eksperts. Ta prezentacja dotyczyła zaawansowania realizacji inwestycji infrastrukturalnych, przeglądu sytuacji w segmentach i projekcji przyszłości w kontekście dróg, kolei, energii, hydrotechniki i środowiska. Uczestnikami debaty tego bloku tematycznego byli: Leszek Gołąbiecki (Prezes Zarządu Unibep S.A.), Mikołaj Wild (Prezes Zarządu CPK), Cezary Saganowski (Prezes Zarządu Egis Poland, ekspert w dziedzinie projektowania), Jan Styliński (autor pierwszej prezentacji), Piotr Malepszak (Niezależny Ekspert ds. Kolejnictwa), Grzegorz Bagiński (Dyrektor Generalny Saferoad, Region Europy Północno-Wschodniej), Marek Zuber (ekonomista, publicysta ekonomiczny). Moderatorem tej części był Kazimierz Krupa, niezależny publicysta ekonomiczny, były wieloletni red. nacz. Magazynu FORBES, redaktor naczelny „Euroinfrastruktura XXI ” z Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa.

O finansowaniu rozwoju budownictwa infrastrukturalnego i przemysłowego dyskutowano w ostatnim panelu Forum. Prezentacje wprowadzające przedstawiło dwóch ekspertów. Marek Zuber, panelista wcześniejszego bloku, zastanawiał się, czy najgorsze już za nami. Następnie dr Damian Kaźmierczak (Główny Ekonomista Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa) odniósł się do sytuacji i perspektyw dla sektora budownictwa po COVID-19. Po zakończonej prezentacji podjął się prowadzenia dyskusji, w której udział wzięli: Anna Łopaciuk (Menedżer ds. Sektora Infrastruktury, Departament Analiz i Wsparcia Sektorowego, BGK), Janusz Władyczak (Prezes Zarządu KUKE), Piotr Galas (Dyrektor Departamentu Klienta Strategicznego – Budownictwo i Finansowanie Nieruchomości w Banku PKO BP), Jakub Chojnacki (Wiceprezes Zarządu PORR), Piotr Borowski (Członek Zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie ds. operacyjnych i regulacyjnych) oraz Dariusz Szkaradek (Prezes Narodowego Funduszu Gwarancyjnego).

Organizatorzy nie ukrywają satysfakcji wynikającej z dużej frekwencji oraz ilości pozytywnych komentarzy podsumowujących wydarzenie. Z całą pewnością zaproszeni eksperci oraz dobór tematyki wpłynęły na wysokie oceny uczestników. Wszystkie panele Forum Gospodarczego Build4Future dostępne są już w formie retransmisji w oficjalnych kanałach informacyjnych Międzynarodowych Targów Budownictwa i Architektury BUDMA.

Zintegrowana bramka płatnicza w Twoim sklepie. Co musisz wiedzieć?

Coraz więcej przedsiębiorców decyduje się na prowadzenie polityki Business-to-Consumer oznacza to przemyślaną strategię wdrażania nowych rozwiązań w swoich firmach. Nie prowadzi ona jedynie do zwiększenia konwersji i uatrakcyjniania oferty, ale przede wszystkim do nagradzania lojalnych klientów. 

Niezależnie od rodzaju prowadzonej działalności i stosowanych modeli biznesowych dobieramy rozwiązania bezpieczne, najbardziej spełniające oczekiwania nasze i naszych klientów. Dzisiaj chcemy korzystać z szybkich metod płatności i to najlepiej w każdym możliwym kanale – sklepy stacjonarne, e-commerce, social selling. Wygoda i oferowane płatności on-line są często kluczowym kryterium wyboru przy dokonywaniu zakupów. Ankietowani respondenci wskazują, że obserwują nowe sklepy, ale nie decydują się na zakupy ze względu na brak prostych metod płatności lub ofert ratalnych.

Na rynku jest wielu operatorów. Dokonanie odpowiedniego wyboru powinno być poprzedzone analizą czy dana metoda płatności jest kompleksowa i możliwa do wykorzystania wielokanałowo w przypadku rozwoju naszej działalności.

Jakiś czas temu na rynek została wprowadzona usługa LoanByLink – proste raty. Pierwotnie miała za zadanie przekształcenie każdej strony w e-sklep. Na chwilę obecną jest to jedno z bardziej innowacyjnych narzędzi na rynku szybkich płatności.

Integracja partnera

Jak twierdzą programiści, integracja z LoanByLink jest prosta. Partner po zawarciu umowy otrzymuje dostęp do panelu zarządzaniu. Z tej pozycji widzi zrealizowane płatności oraz decyzje przy zakupach ratalnych. Stąd również partner pobiera kod do implementacji płatności na swojej stronie. W panelu dostępny jest również generator linku ratalnego oraz opcja szybkiego przelewu. Oznacza to, że integrując jedna wtyczkę otrzymujemy szybkie przelewy i proces ratalny w różnej postaci.

Raty z LoanByLink jak to działa?

Raty dla e-commerce

Klient wybiera towar lub usługę na stronie internetowej. Następnie wybiera opcję płatności „kup na raty” i składa wniosek. Akceptuje warunki umowy a partner wypłaca pieniądze na konto sklepu.

Raty w sklepie stacjonarnym

Klient wybiera towar lub usługę, którą chce kupić na raty.  Partner wprowadza wniosek ratalny na platformie. Klient akceptuje warunki umowy, a pieniądze wypłacane są na konto sklepu. Sklep realizuje sprzedaż towaru lub wybraną przez klienta usługę.

Raty dla www bez funkcji sklepu

Partner dodaje opis i zdjęcie towaru lub usługi na swojej stronie stronie. Klient wybiera opcję płatności „kup na raty” i składa wniosek. Klient akceptuje warunki umowy a pieniądze wypłacane są na konto sklepu. Sklep realizuje sprzedaż towaru lub wybraną przez klienta usługę.

Generator linku ratalnego – Raty w mediach społecznościowych

Dzięki linkowi klient nie będzie musiał rejestrować się na stronie sklepu ani udawać się na zakupy do sklepu stacjonarnego. Klient wyraził chęć zakupu na raty wybranego produktu lub usługi (np. w rozmowie telefonicznej, komunikatorze, wiadomości email czy sms, na facebooku). Partner generuje na swoim panelu sprzedawcy link do płatności i wysyła klientowi. Kupujący składa wniosek a pieniądze wypłacane są na konto sklepu. Sklep realizuje sprzedaż towaru lub wybraną przez klienta usługę.

LoanBylink oferuje zarówno bramkę szybkich płatności jak i możliwość zakupów na raty. Płatności online znacznie usprawniły funkcjonowanie rynku e-sprzedaży. Dzięki nim możliwe jest znacznie szybsze finalizowanie transakcji w ramach sprzedaży on-line. Dzisiaj możemy płatności klientom udostępniać już wszędzie zaczynając od tradycyjnych sklepów stacjonarnych poprzez strony www bez funkcji sklepów, a kończąc na sprzedaży w mediach społecznościowych. Przedsiębiorcy mają możliwość uatrakcyjnienia oferty dla swoich stałych klientów i wprowadzenie innowacyjnych rozwiązań w swoje usługi.

Autor: Grzegorz Mizera – wiceprezes polskiego fintechu Provema

QUIOSQUE w grupie firm IMMOBILE S.A.

Główny udziałowiec DLAKO Sp. z o.o. – posiadający markę odzieżową QUIOSQUE  –  jedną z największych polskich sieci sprzedaży w branży odzieżowej, podpisał wstępną umowę przejęcia 90% udziałów spółki  przez Grupę Kapitałową IMMOBILE S.A.

QUIOSQUE  –  to znana marka modowa dla kobiet, obecna na polskim rynku od prawie 30 lat.

Obecnie sieć salonów liczy ponad 160 sklepów stacjonarnych i szybko rozwijający się e-commerce.  W odpowiedzi na trudną sytuację wywołaną pandemią COVID-19 zapadła decyzja o zbyciu większości udziałów DLAKO Sp. z o. o.  i dołączenia do Grupy Kapitałowej IMMOBILE S.A.

Grupa Kapitałowa IMMOBILE S.A., to spółka giełdowa w skład której wchodzą spółki
o zróżnicowanym profilu działania, reprezentujące różne dziedziny gospodarki: przemysł, budownictwo przemysłowe, automatykę i elektroenergetykę, hotelarstwo i developing. Celem działalności GKI są inwestycje w branżach o najlepszych perspektywach rozwoju oraz o najwyższej rentowności. Dywersyfikacja pomiotów to gwarancja stabilności i równowagi ekonomicznej grupy.

Współpracę z Grupą Kapitałową IMMOBILE S.A. traktujemy jako szansę rozwoju spółki, ale przede wszystkim możliwość kontynuowania działalności naszej firmy. Dzięki tej decyzji zyskujemy wsparcie w wielu obszarach i poczucie stabilności naszego biznesu. To bardzo istotne w obecnym, trudnym dla przedsiębiorców czasie. Wchodzimy do grupy, która dzięki dywersyfikacji, jest bardziej odporna na bieżącą sytuację gospodarczą – mówi Agnieszka Krzywańska Dyrektor Zarządu PBH SA

2020 r. był najgorszy dla oszczędzających od 16 lat!

W minionym roku, posiadacze lokat mieli słuszne powody do narzekań. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl porównali wyniki przeciętnych lokat w 2020 r. z danymi dotyczącymi poprzednich lat. Wyniki analizy nie są zbyt optymistyczne.

Trzy kolejne „cięcia” stóp procentowych NBP, na jakie wiosną zdecydowała się Rada Polityki Pieniężnej zapowiadały poważne problemy dla posiadaczy oszczędności. Takie osoby oprócz mniejszego oprocentowania lokat odczuły również niestety wzrost inflacji. Właśnie dlatego można było spodziewać się, że w 2020 r. przeciętna lokata przyniosła stratę po uwzględnieniu inflacji oraz podatku Belki. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili przy pomocy danych NBP, czy ubiegłoroczny wynik był znacznie gorszy niż te z poprzednich lat.

W tym celu porównano średnie oprocentowanie aktywnych lokat bankowych dla gospodarstw domowych oraz poziom rocznej inflacji. Poniżej prezentujemy wyniki analizy dotyczącej ostatnich 16 lat.

Tab. 1 Średnie oprocentowanie aktywnych lokat bankowychWynik dla 2020 r. nie jest jeszcze zupełnie pewny, ponieważ opiera się on na całorocznej prognozie inflacyjnej NBP z listopada. Tym niemniej, nie ulega wątpliwości, że miniony rok był najgorszy dla posiadaczy lokat co najmniej od czasu akcesji Polski do UE.

Wg portalu RynekPierwotny.pl niestety prognozy dotyczące 2021 r. nie prezentują się najlepiej. Szansą na minimalizację depozytowych strat jest spadek inflacji spodziewany przez Narodowy Bank Polski. Na wzrost stóp procentowych NBP i oprocentowania lokat trudno bowiem liczyć.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Polska branża motoryzacyjna ma powody do optymizmu

Sektor motoryzacyjny był jednym z tych, które zostały najmocniej dotknięte negatywnymi skutkami pandemii koronawirusa. Według danych LMC Automotive w 2020 roku globalny popyt na nowe auta lekkie skurczył się o 14%. Co więcej, spośród trzech głównych rynków motoryzacyjnych – Stanów Zjednoczonych, Chin i Europy, ten ostatni odnotował najgłębszy, 20% spadek. Analitycy Santander Bank Polska sprawdzili jak zatrzymanie gospodarek związane z pandemią, wpłynęło na polską branżę produkcji części motoryzacyjnych i jakie są główne obawy w perspektywie 2021 roku.

Spadek popytu wpłynął bezpośrednio na wyniki produkcji pojazdów i komponentów. Przykładowo, w Niemczech, największym europejskim rynku motoryzacyjnym, produkcja aut osobowych w 2020 r. spadła o 25%. Choć pandemia Covid-19 dotknęła bez wyjątku wszystkie kraje będące czołowymi producentami motoryzacyjnymi w Europie, to na ich tle Polska wypadła najlepiej. Mimo, że w całym 2020 roku produkcja sprzedana przemysłu zmniejszyła się o 13,5%, to na uwagę zasługuje fakt, że w drugiej połowie roku wzrosła o 9% w porównaniu z tym samym okresem 2019 roku. Wzrost ten odbywał się przy malejącym wolumenie produkcji aut, co sugeruje wysoką produkcję komponentów i silników.

Wiele wskazuje na to, że w tym roku globalny popyt na nowe auta nie wróci do poziomów sprzed pandemii, jednak krajowi producenci części motoryzacyjnych pozostają optymistyczni. W badaniu ankietowym, przeprowadzonym przez Santander Bank Polska, 66% respondentów przewiduje w 2021 roku wzrost przychodów w relacji do roku 2019. Tylko 17% ankietowanych postrzega niski popyt jako potencjalne zagrożenie.

Presja na rentowność główną obawą producentów

Czynników, dzięki którym polski przemysł motoryzacyjny może kontynuować szybką ścieżkę odbudowy jest kilka. Po pierwsze, wciąż poziom wynagrodzeń w Polsce jest znacząco niższy niż w krajach Europy Zachodniej, co w obliczu presji na marże w sektorze stanowi istotną przewagę konkurencyjną. Po drugie, słaby złoty sprzyja sprzedaży eksportowej podobnie jak miało to miejsce podczas poprzedniego kryzysu. Dodatkowo największym odbiorcą polskich komponentów jest rynek niemiecki, gdzie relatywnie wysoki udział w eksporcie aut mają USA i Chiny. Rynki te odczuwają łagodniej skutki pandemii niż Europa. W Chinach w 2020 popyt na nowe auta zmniejszył się o zaledwie 4,2%. Mimo dalszego rozwoju pandemii nie bez znaczenia pozostają dobre wyniki przemysłu i wysokie wskaźniki PMI, budujące optymizm na kolejne miesiące. Ponadto, sytuację w przemyśle może też po części wspierać wysoki popyt na części zamienne – komentuje Martyna Dziubak, dyrektor ds. sektora logistyki i automotive Santander Bank Polska.

Mimo odbudowy popytu na rynku motoryzacyjnym nie brakuje wyzwań. Jednym z nich jest silna presja na marże w sektorze, które są w długoterminowym trendzie spadkowym. 72% ankietowanych producentów wskazało, że w ostatnich latach wzrosła presja cenowa ze strony odbiorców. Co więcej, wśród obaw dotyczących 2021 r. najwięcej wskazań dotyczyło rosnących kosztów materiałów i wynagrodzeń. Wg ekonomistów Santander Bank Polska przeciętne wynagrodzenia w gospodarce wzrośnie co najmniej o 4,1% w 2021 r.

Presja na marże jest także związana ze zmianami technologicznymi w sektorze, w dużej mierze wymuszonymi regulacjami dotyczącymi norm emisji spalin. Producenci aut są zmuszeni ponosić ogromne koszty rozwoju gamy modelowej aut z napędami alternatywnymi. Pandemia przyspieszyła rozwój tego segmentu rynku. Popyt na ten rodzaj aut w 2020 roku w Unii Europejskiej wzrósł o 76%, ale ich udział w rynku wynosił 25%. W związku z tym koszty rozwoju tych technologii znajdują odzwierciedlenie w rosnących cenach aut spalinowych. Jednak w obliczu kryzysu możliwości przenoszenia ceny na konsumenta są ograniczone, co powoduje presję na ceny w łańcuchu dostaw. Zmiany technologiczne są coraz szybsze, a to skraca cykl życia modeli i podnosi koszty związane z badaniami i rozwojem. Zagrożeniem dla odbudowy popytu w 2021 roku może być też problem dostępności niektórych komponentów i płynące z rynku sygnały o ograniczeniu w pozyskiwaniu niektórych surowców. ograniczenia w pozyskaniu niektórych. Ponieważ produkcja motoryzacyjna odbywa się w trybie just-in-time, braki pojedynczych komponentów mogą wpłynąć na przerwanie ciągłości produkcji tym samym zmniejszając zamówienia na krajowym rynku.

Wpływ Brexitu na polską branżę automotive

Dla krajowych producentów podzespołów i części spore znaczenie może mieć kwestia Brexitu. Wyjście Wielkiej Brytanii ze struktur UE wywołało ogromne problemy logistyczne ze względu na procedury celne. Biorąc pod uwagę wspomniany system produkcji just-in-time jest to szczególnie dotkliwe dla sektora motoryzacyjnego. Wielka Brytania jest istotnym odbiorcą części motoryzacyjnych produkowanych w Polsce, w 2019 roku była ich czwartym największym importerem, a wartość eksportu na rynek brytyjski wyniosła 745 mln EUR. Jednak duża niepewność związana z Brexitem w 2020 r., jak i bardzo dotkliwe skutki pandemii spowodowały, że w okresie styczeń – październik eksport części na rynek brytyjski spadł o 34%, podczas gdy całościowo w tym okresie skurczył się o 21%. Brexit rodzi zagrożenie, że producenci aut na Wyspach będą w większym stopniu szukali lokalnych dostawców. Z drugiej strony z czasem utrudnienia powinny być coraz łagodniejsze, co upłynni przepływ towarów.

 Dla branży automotive skutki wyjścia Wielkiej Brytanii ze wspólnoty mogą być bardziej odczuwalne na początku lipca. To wtedy rząd brytyjski ma wprowadzić pełne, a nie jak do tej pory obowiązujące  uproszczone, deklaracje celne na importy towarów z krajów unijnych. Ta zmiana może powodować ryzyko sporych opóźnień w łańcuchu dostaw, głównie ze względu na braki w dokumentacji bądź niewłaściwe wypełnione dokumenty – wyjaśnia Michael Dembiński z Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej.

Potencjał rynku brytyjskiego dla krajowych producentów pozostaje wysoki. Wielka Brytania w 2020 roku była trzecim największym rynkiem europejskim pod kątem popytu oraz czwartym największym producentem aut osobowych. Krótkoterminowo sytuacja w sektorze motoryzacyjnym będzie zależała od tempa rozwoju lub hamowania pandemii. W długim terminie należy wziąć pod uwagę, ze sektor motoryzacyjny jest w fazie transformacji technologicznej. Jeszcze mocniej niż kiedykolwiek innowacyjność i elastyczność działania będzie decydować o sukcesie krajowych producentów.

Europejski przemysł w stagnacji

Na początku tygodnia zostały opublikowane grudniowe wyniki produkcji przemysłowej w Niemczech. Dane pokazują, że sektor ten znajduje się obecnie w stanie stagnacji. W ujęciu miesiąc do miesiąca jej wyniki pozostały bez zmian. W ujęciu rok do roku spadła o 1% i tego też spodziewali się analitycy.

W podobnej sytuacji są również Czechy. Tutaj przemysł praktycznie się zatrzymał, rosnąc o 0,5% rok do roku. Sytuacja w sektorze wytwórczym jest zatem daleka od ideału, ale w porównaniu z sektorem usług, w przemyśle nie odnotowano większych problemów.

Na tle innych krajów polski przemysł ma się dość dobrze. Wynika to jednak prawdopodobnie z faktu, że w Polsce zastosowano łagodniejsze obostrzenia przeciwko koronawirusowi, niż w krajach sąsiednich. Obecnie sektor produkcyjny pozostaje stosunkowo odporny na pandemię.

Kurs złotego do euro nie utrzymywał się długo poniżej 4,50 PLN/EUR. Choć w ostatnich dniach oscylował na poziomie 4,47, to na koniec tygodnia kurs wzrósł do 4,51 PLN/EUR. W tym tygodniu eurodolar wzrósł i w piątek rano osiągnął poziom 1,211 USD/EUR.

Roksana Cicha, analityczka instytucji płatniczej AKCENTA

NBP pomoże bankom przewalutować CHF

Narodowy Bank Polski zaangażował się właśnie w proces przewalutowania kredytów frankowych. Patrząc na brak sukcesów na tym polu nie można mieć wielkich oczekiwań, z drugiej strony prezes NBP myśli o reelekcji, a sukces jest potrzebny.

NBP wkracza do gry

Temat kredytów frankowych niespodziewanie wraca na pierwsze strony gazet. Rozważany jest wariant powrotu do punktu startowego i zmiany waluty na PLN z CHF ze wszystkimi konsekwencjami tego, jakby wtedy brany był kredyt złotowy. Jest to oczywiście manewr korzystniejszy dla frankowiczów niż pozostanie w obecnej sytuacji. Pytanie pozostaje tylko, czy kredytobiorcy podbudowani niektórymi wyrokami sądów nie będą chcieli dla siebie jeszcze więcej, tym samym nie zgadzając się na ugodę. Kto pokryje straty banków, bo skoro przewalutowanie jest dobrowolne, to wątpliwe, że bank nie straci na procesie? Wygląda na to, że pomocną dłoń wyciąga NBP.

Dobre dane z Wysp

Wielka Brytania pokazuje po raz kolejny, że analitycy w zbyt czarnych barwach widzieli konsekwencje brexitu. Wyniki gospodarki nie powalają, ale regularnie okazują się lepsze od oczekiwań. Dzisiejszy pakiet tylko potwierdza tę obserwację. PKB w czwartym kwartale wzrosło o 1%, a nie jak oczekiwano o 0,5%. Przełożyło się to na mniejszy roczny spadek w grudniu, wynoszący 6,5%. Produkcja przemysłowa w ciągu roku spada o 3,3%, to również 0,5% mniejszy spadek niż oczekiwali analitycy. Nie może zatem dziwić, że funt wyraźnie zyskuje na wartości od wyjścia z Unii Europejskiej.

Bezrobocie w USA spada wolniej, niż sądzono

Wczorajsze dane z USA na temat wniosków o zasiłek dla bezrobotnych niby spadły względem zeszłego tygodnia, jednak spadek był znacznie mniejszy niż oczekiwania analityków. Problemem jest istniejąca obecnie stabilizacja w okolicach 800 tysięcy wniosków tygodniowo, czyli trzykrotnie wyższym poziomie niż obserwowany przed pandemią. To właśnie problem z powrotem rynku pracy na stare tory jest jednym z problemów, z którymi obecnie boryka się gospodarka USA. W rezultacie dolar słabnie ostatnimi czasy.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Korona norweska najsilniejszą walutą

Norwegia, jako jedna z nielicznych w Europie, uniknęła spadku PKB w ostatnim kwartale 2020 r. W tym samym okresie gospodarka Polski skurczyła się o 0,7 proc. w porównaniu z poprzednim kwartałem, a strefa euro najprawdopodobniej zanotowała spadek PKB przekraczający 0,5 proc. Nie powinno zatem specjalnie zaskakiwać, że to właśnie korona norweska wiedzie prym w notowaniach głównych walut – pisze Bartosz Sawicki, analityk Cinkciarz.pl.

Korona norweska zepchnęła z tronu inną walutę skandynawską – koronę szwedzką. W tym roku pogorszenie sytuacji epidemicznej i bardziej sformalizowane restrykcje przekładają się na jej osłabienie, ale wciąż za szwedzką walutę płacimy 10 proc. więcej niż przed rokiem i ma ona przed sobą dobre perspektywy ze względu na relatywnie wysokie wartości barometrów koniunktury. Wracając do korony norweskiej, swoją siłę zawdzięcza m.in. stosunkowo łagodnemu przejściu Norwegii przez drugą falę pandemii oraz odporności koniunktury. W całym 2020 r. norweska gospodarka skurczyła się o ok. 3 proc., a w tym roku ma szansę odbić o nawet 5 proc. Ścieżka wzrostu przez koronakryzys jest zatem bliźniacza do polskiej i, podobnie jak w przypadku złotego, jednoznacznie przemawia na korzyść waluty – analizuje Bartosz Sawicki, analityk Cinkciarz.pl.

Norweska gospodarka znacznie szybciej niż Euroland ma powróci do punktu sprzed wybuchu pandemii. Z szoku szybko otrząśnie się również rynek pracy i już w przyszłym roku bezrobocie ponownie ma spaść poniżej 4 proc. Duża w tym zasługa potężnego bodźca fiskalnego. Rząd głęboko sięgnął do kieszeni: pierwszy raz od pierwszej połowy lat 90. poprzedniego wieku zanotowano deficyt budżetowy. Rządzący nie bali się przy tym wykorzystać również potężne kwoty (odpowiadające kilku procentom PKB) z funduszu naftowego. Doszło do sytuacji bezprecedensowej: pierwszy raz w historii wydatki Norwegii przewyższały przychody. Kondycja gospodarki to zatem atut korony norweskiej, ale sprzyjających jej czynników jest znacznie więcej.

Norwegia pierwsza podniesie stopyCinkciarz.pl_Norwegia pierwsza podniesie stopy

W kryzysowym 2020 r. banki centralne maksymalnie zredukowały koszt pieniądza. Nie inaczej było w przypadku Norwegii, gdzie stopy zredukowano do zera z 1,50 proc. W gronie walut gospodarek rozwiniętych norweski bank centralny jest jednak jedynym, który już teraz sposobi się do podwyżek stóp procentowych.

Stanowisko władz monetarnych mocno kontrastuje m.in. z nastawieniem Europejskiego Banku Centralnego, ale też Narodowego Banku Polskiego, którym znacznie bliżej jest przecież do rozważania kolejnych cięć, niż szykowania się do porzucenia pandemicznego, ratunkowego kształtu polityki. Obecnie inwestorzy wycenili już, że w najbliższych dwunastu miesiącach stopy w Norwegii zostaną podwyższone o 20 punktów bazowych, co w przestrzeni walut G-10 jest ewenementem. Jednocześnie jest to jednoznacznie pozytywny wyróżnik, a pamiętajmy, że rozbieżności w drogach obranych przez banki centralne to uniwersalny i najważniejszy czynnik wpływający na kurs walutowy.

Co stoi za takim nastawieniem Norges Bank? Oczywiście ważna jest stosunkowo dobra koniunktura oraz wysokie dynamiki inflacji. W przypadku najważniejszego w oczach decydentów wskaźnika bazowego roczny wzrost wynosił w 2020 r. nawet 4 proc. rok do roku, co przy celu inflacyjnym na poziomie 2 proc. musiało podnieść alarm w banku centralnym. Wprawdzie dynamika kluczowych cen mniej zmiennych kategorii dóbr zaczęła hamować, to proces ten zachodzi wolniej, niż można było zakładać. Dobra koniunktura i szybka poprawa na rynku pracy sugerują, że uporczywa inflacja będzie nie do zaakceptowania przez władze monetarne Norwegii. Co kluczowe, nie mają one obecnie najmniejszych obiekcji wobec siły waluty. Wręcz odwrotnie: załamanie kursu w pandemicznym kryzysie mocno wywindowało ceny importowanych towarów, a umocnienie korony ma odegrać rolę ważnego elementu w walce z presją cenową – mówi Bartosz Sawicki, analityk Cinkciarz.pl.

O podwyżkach stóp nie byłoby jednak pewnie mowy, gdyby nie zaniepokojenie, że rozgrzany do czerwoności rynek nieruchomości może w przyszłości zagrażać stabilności finansowej. Oczywiście zerowe stopy procentowe to woda na młyn dla tej tendencji – ogólnokrajowy wskaźnik cen domów bije rekordy, a w czasie pandemii poszybował o ok. 7 proc. W parze z bańką pęczniejącą na tym rynku idzie wzrost zadłużenia gospodarstw domowych. To właśnie ta kombinacja sprawia, że Norges Bank za konieczne uznaje wycofanie się z poluzowania dokonanego w 2020 r.

Inwestycyjne mody sprzyjają koronieCinkciarz.pl_korona norweska najsilniejszą walutą

Głównym motywem inwestycyjnym na 2021 r. jest tzw. trend reflacyjny. Jest to oczekiwanie, że odbicie gospodarek z pandemicznego dołka napędzane gigantycznym, ogólnoświatowym wsparciem bodźca fiskalnego oraz ekstremalnie łagodną polityką banków centralnych będą skutkować globalnym nasileniem się presji inflacyjnej. Potężne łagodzenie fiskalne i monetarne pod postacią pęcznienia bilansów banków centralnych to prosty przepis na silny wzrost podaży pieniądza. W takim otoczeniu, którego podstawową cechą są jednoznacznie ujemne realne stopy procentowe (rosnąca inflacja przy zerowych stopach banków centralnych), uczestnicy rynku stawiają na wysokie stopy zwrotu na rynkach akcji, surowców oraz napływy kapitału na rynki wschodzące.

Profil korony norweskiej, która tradycyjnie silnie powiązana jest z globalną koniunkturą, nastrojami inwestycyjnymi oraz przede wszystkim z rynkiem surowców energetycznych, stawia tę skandynawską walutę w pierwszym rzędzie beneficjentów rynkowego otoczenia w 2021 r. Już teraz poprawiająca się sytuacja epidemiczna w USA i postępujące programy szczepień budzą nadzieje na szybkie nasilenie się popytu na paliwa. W połączeniu z ogólnoświatowym spadkiem aktywności wydobywczej oraz zarządzaniem przez kartel OPEC i jego sojuszników poziomem produkcji skutkuje to silnymi zwyżkami cen ropy na światowych giełdach. Baryłka Brent w Londynie wyceniana była w tym tygodniu na ponad 61 dolarów. Kosztowała zatem najwięcej od roku, drożejąc w minionych tygodniach o niemal 20 proc. – mówi Bartosz Sawicki, analityk Cinkciarz.pl.Cinkciarz.pl_drożejąca ropa winduje kurs korony

Ulubieniec inwestorów mimo skaz

Tendencja ta istotnie przyczyniła się do tego, że korona norweska w ostatnich dniach wymazała całość pandemicznego osłabienia względem euro. Doszło do tego nawet pomimo przejściowego pogorszenia sytuacji epidemicznej, skutkującego ostrym lockdownem w rejonie stolicy kraju. Inwestorom niespecjalnie przeszkadza też wolny przebieg programu szczepień. W Norwegii, podobnie jak w Unii Europejskiej, zaszczepionych jest 5 proc. mieszkańców kraju. Jest to wynik znacznie gorszy niż w USA czy w Wielkiej Brytanii, gdzie 20 proc. populacji jest już po szczepieniach. Dodajmy, że w tym roku funt szterling właśnie z tego powodu jest jedyną z najważniejszych walut, która koronie norweskiej dotrzymuje kroku.

Kurs EUR/NOK obrał kierunek na 10,00, a prognozy walutowe Cinkciarz.pl zakładają, że poziom ten zostanie osiągnięty w kolejnych miesiącach. Polityka pieniężna, globalne odbicie wzrostu i dobra koniunktura na rynku surowców energetycznych pozwolą koronie zachować siłę także w szerszym horyzoncie. Kurs NOK/PLN dotarł w styczniu do ponad 0,44 i przyjmował wartości najwyższe od 2019 r. Nie widać potencjału do tego, żeby złoty w najbliższych tygodniach umacniał się, przede wszystkim ze względu na nastawienie NBP. W rezultacie, kurs korony, który w ostatnich miesiącach wystrzelił o 10 proc. i obecnie przybiera wartość mieszczącą się w 3 proc. najwyższych w ostatnim roku, powinien utrzymywać się na wysokich pułapach. Nawet, gdy złoty zacznie wyraźniej się umacniać, co może mieć miejsce w drugim kwartale, korona norweska powinna być w gronie najmniej taniejących walut – podsumowuje Bartosz Sawicki, analityk Cinkciarz.pl.

Urzędy skarbowe wykorzystują COVID jako wymówkę do wstrzymywania firmom zwrotów VAT

Postanowieniem z kwietnia 2020 r. naczelnik urzędu skarbowego przedłużył do 30 września 2020 r. termin zwrotu spółce nadwyżki zapłaconego przez nią VAT. W uzasadnieniu konieczności dłuższego przetrzymania należnych przedsiębiorcy pieniędzy powołał się m.in. na panującą w Polsce pandemię koronawirusa, wpływającą na tok czynności weryfikacyjnych. Postanowienie to uchylił sąd, podnosząc, że organ w żaden sposób nie wyjaśnił, dlaczego i jak COVID wpływa na spowolnienie kontroli podatkowej i czynności sprawdzających w spółce.

Polska spółka w ramach świadczenia kompleksowych usług wspierających prowadzenie biznesu oferuje wykonanie niezbędnych czynności związanych z organizacją i wsparciem działalności gospodarczej, powiązanych z usługami outsourcingu dla polskich i zagranicznych klientów. Jednym z głównych odbiorców zagranicznych jej usług jest maltańska spółka Ltd. Współpraca ta nie spodobała się jednak polskim organom skarbowym – fiskus zanegował wystawioną Maltańczykom fakturę na 280 tys. zł netto.

Organ musiał dodatkowo zweryfikować zagraniczne transakcje spółki

W lipcu 2019 r. naczelnik urzędu skarbowego wszczął wobec spółki kontrolę podatkową w zakresie jej rozliczeń w podatku VAT za okres od kwietnia 2018 r. do marca 2019 r. W marcu 2020 r. spółka złożyła deklarację VAT-7 za luty 2020 r. z wykazaną do zwrotu kwotą blisko 39 tys. zł nadwyżki podatku naliczonego nad należnym, w 60-dniowym ustawowym terminie – do 25 maja 2020 r.

Po analizie deklaracji organ stwierdził, że w objętym nią okresie spółka dokonywała analogicznych jak w okresie objętym ww. kontrolą transakcji z maltańską spółką Ltd. Polska firma świadczyła na rzecz maltańskiej spółki kompleksowe usługi wspierające prowadzenie biznesu poprzez organizację i wsparcie działalności gospodarczej wraz z usługami outsourcingu. Polegały one m.in. na: bieżącej obsłudze księgowej, prowadzeniu ewidencji dokumentów, obsłudze zawieranych umów, organizacji usług doradztwa podatkowego i doradztwa prawnego.

Ze złożonego przez firmę pliku JPK za luty 2020 r. wynika, że wystawiła ona maltańskiej spółce fakturę sprzedaży z tytułu tych usług na kwotę 280 tys. zł netto. Ponieważ również w poddanym aktualnie toczącej się kontroli podatkowej okresie kwiecień 2018 r. – marzec 2019 r. organ ujawnił analogiczne transakcje z przedsiębiorcą z Malty, naczelnik urzędu skarbowego stwierdził konieczność przeprowadzenia wobec polskiej spółki dodatkowej weryfikacji zasadności zwrotu VAT za luty 2020 r.

Przedsiębiorca nie rozumiał przesłanek dalszego wstrzymywania zwrotu VAT

Spółka wniosła od tego postanowienia odwołanie, podnosząc m.in., że nie zawiera ono uzasadnienia, które wskazywałoby przyczynę i uwiarygodniałoby konieczność dalszego przetrzymywania zwrotu VAT, a przede wszystkim brak w nim wskazania ku temu podstaw prawnych. Przedsiębiorca podkreślił, że naczelnik urzędu skarbowego nie wyjaśnił przesłanek, jakimi kierował się, załatwiając tę sprawę.

Na straży budżetu państwa

Dyrektor izby administracji skarbowej jako organ odwoławczy w lipcu 2020 r. utrzymał w mocy postanowienie naczelnika. Jak wyjaśnił, świadczenie przez przedsiębiorcę tego typu usług o charakterze niematerialnym uzasadnia słuszność podjęcia przez organ I instancji decyzji o konieczności głębszej weryfikacji powstałych w ramach tych usług rozliczeń. Co więcej, w toku prowadzonej przez ten organ kontroli stwierdzono liczne transakcje z podmiotami powiązanymi ze sobą osobowo lub kapitałowo, co budzi uzasadnione wątpliwości co do rzeczywistego celu ich zawierania, jak i obawy o możliwość wystąpienia w ich wyniku negatywnych skutków dla skarbu państwa. Aby uchronić go przed ewentualnym nienależnym uszczupleniem w podatku VAT, organy muszą sprawdzić, czy wykazane przez firmę w deklaracji informacje odzwierciedlają rzeczywisty stan faktyczny.

Działania organów naruszają podstawowe reguły postępowania

Sąd, do którego skargę na takie rozstrzygnięcie organu odwoławczego wniosła spółka, uchylając postanowienie dyrektora izby administracji skarbowej, utrzymujące w mocy postanowienie organu I instancji przedłużające spółce termin zwrotu, zauważył, że nie wskazuje ono wątpliwości, jakie stanowiły podstawę do tego przedłużenia, a jego uzasadnienie jest lakoniczne i nieprzekonujące. Brak w nim wykazania, które z czynności weryfikacyjnych pozostają w toku i co jest ich przedmiotem.

Jak zauważył sąd, dodatkowe weryfikowanie zasadności zwrotu VAT jest odstępstwem od zasady neutralności tego podatku. Dlatego też dopuszczalne jest tylko wówczas, gdy występują uzasadnione wątpliwości co do jego zasadności. Organ, podejmując decyzję o przedłużeniu terminu zwrotu VAT przedsiębiorcy, musi więc wykazać, że istnieją okoliczności, które tłumaczą potrzebę dodatkowej weryfikacji. Dodatkowo każdorazowo zobligowany jest wskazać, dlaczego uważa, że te właśnie okoliczności tłumaczą konieczność dalszego wstrzymywania zwrotu. A spełnienia tych wymogów prawnych postanowienia organów obu instancji nie spełniają.

„Powodem niedokonania zwrotu nie może być tylko sam fakt wydania postanowienia i powołanie się na ogólne powody dalszej weryfikacji, zwłaszcza gdy te same ogólnie jedynie nakreślone przyczyny stanowią podstawę kolejnego przedłużenia terminu dokonania zwrotu. (…) Takie postępowanie narusza podstawowe zasady procedury podatkowej (…): działania organu na podstawie przepisów prawa, prowadzenia postępowania w sposób budzący zaufanie do organów oraz wyjaśnienia zasadności przesłanek, którymi kieruje się organ przy załatwieniu sprawy” (wyrok WSA w Warszawie z 3 grudnia 2020 r., sygn. akt III SA/Wa 1721/20).

Epidemia COVID-19 jako nowa wymówka fiskusa dla niezwracania VAT przedsiębiorcom

To, że organy skarbowe w sprawach przedsiębiorców naruszają podstawowe reguły prawne prowadzenia postępowań podatkowych, nie jest żadną nowością. Novum jest to, że urzędnicy, którzy na co dzień prześladują podejmowane przez firmy działania tzw. agresywnej, nielegalnej optymalizacji podatkowej, sami optymalizują swoje działania wobec tych firm. Jak się bowiem okazuje, w dobie panującej pandemii koronawirusa, w braku wykazania argumentów prawnych uzasadniających dalsze wstrzymywanie zwrotu VAT, tłumaczą swoje działania trudnościami spowodowanymi tą pandemią, co również w niniejszej sprawie potępił sąd, stwierdzając:

„Uzasadnienie skarżonego postanowienia zawiera wyjaśnienie w zakresie regulacji dotyczących zawieszenia terminów procesowych związanych z COVID-19. Nie wiadomo jednak, w jakim celu organ czyni te wywody oraz, czy i w jaki sposób przekłada się to na tok kontroli podatkowej i czynności sprawdzających w spółce” (sygn. akt III SA/Wa 1721/20).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Zmiana we władzach Domu Maklerskiego Banku BPS – Daniel Ścigała nowym p.o. Prezesa Zarządu

11 lutego br. Daniel Ścigała, aktualny Wiceprezes i CFO w mPay S.A., został powołany do zarządu Domu Maklerskiego Banku Polskiej Spółdzielczości S.A. Jako p.o. Prezesa Zarządu jest odpowiedzialny za całościową koordynację działalności brokera. Zmiana we władzach to kolejny etap realizacji umowy podpisanej z końcem stycznia z Bankiem Polskiej Spółdzielczości.

Nowe otwarcie w perspektywicznym projekcie

Zgodnie z umową z Bankiem Polskiej Spółdzielczości, zawartą 29 stycznia br., spółka mPay przejmie Dom Maklerski Banku BPS. Transakcja zakupu ma charakter warunkowy i wymaga zatwierdzenia przez Komisję Nadzoru Finansowego. Równolegle do tego procesu trwają prace nad przygotowaniem rozwiązań technicznych, które umożliwią dostęp do wybranych opcji inwestycyjnych za pośrednictwem jednej z czołowych na rynku aplikacji do płatności mobilnych.

Pan Daniel Ścigała został powołany do Zarządu spółki DM BPS pod warunkiem zawieszającym w postaci uzyskania ostatecznej decyzji KNF (wymagana zgoda na powołanie na stanowisko Prezesa Zarządu DM BPS). Do czasu spełnienia warunku zawieszającego Rada Nadzorcza DM BPS powierzyła Panu Danielowi Ścigale funkcję pełniącego obowiązki Prezesa Zarządu DM BPS ze skutkiem od dnia 12 lutego br.

Dostrzegam ogromną wartość biznesową nie tylko w połączeniu doświadczenia dwóch firm, ale i w samym domu maklerskim. Przejęcie tego podmiotu jest bez wątpienia ważnym ogniwem w procesie strategicznego rozwoju mPay, ale liczymy również na rozwój współpracy z Bankiem BPS i bankami spółdzielczymi. Odpowiedzialność za całościową koordynację działalności domu maklerskiego pozwala na mocniejsze wykorzystanie potencjału naszej współpracy, by przygotować unikalną ofertę, której w mojej ocenie obecnie brakuje na rynku. – mówi Daniel Ścigała, p.o. Prezesa Zarządu w Domu Maklerskim Banku BPS. – Do czasu pozyskania formalnej zgody ze strony KNF na przejęcie będziemy koncentrować się na pracach przygotowawczych do planowanych wdrożeń i konsekwentnego wzmacniania pozycji rynkowej obu podmiotów – zarówno domu maklerskiego, jak i mPay. – dodaje.

Daniel Ścigała jest związany z szeroko pojętym rynkiem finansowym od ponad 20 lat. Od 2000 do 2010 roku pracował w mBanku, gdzie odpowiadał m.in. za bankowość prywatną i usługi zarządzania aktywami dedykowane zamożnym klientom. Następnie związał się z Grupą BNP Paribas, w ramach której tworzył bankowość prywatną, a potem kierował biurem maklerskim. W swojej karierze pełnił również funkcję prezesa TFI BNP Paribas. W latach 2013-2015 był szefem Biura Maklerskiego Banku BGŻ. Od 2015 roku był zaangażowany w projekty start-up’owe, w tym m.in. w Ipopema Securities. Bezpośrednio przed objęciem obowiązków Wiceprezesa
i CFO w mPay, pełnił funkcję Członka Zarządu odpowiedzialnego za sprzedaż i marketing
w G-Rock Ltd z siedzibą na Gibraltarze, gdzie pod marką Golden Sand Bank współtworzył nowoczesną bankowość mobilną w powiązaniu z usługami inwestycyjnymi.

Rozwój innowacyjnych usług w aplikacji mobilnej mPay

Na stanowisko Wiceprezesa Zarządu i CFO w mPay S.A. Daniel Ścigała został powołany we wrześniu 2020 roku. Od tego czasu jest odpowiedzialny za m.in. za obszar relacji inwestorskich, jak również za strategiczne wsparcie procesu dywersyfikacji działalność spółki.

– Rozbudowa części finansowej o produkty inwestycyjne, a wcześniej o pożyczki w ramach pierwszej na rynku platformy w aplikacji mobilnej, to wypadkowa naszej długofalowej strategii rozwoju. Mamy odpowiednie zaplecze technologiczne, know-how i apetyt na to, żeby zapewniać klientom dostęp do usług, których nie znajdą nigdzie indziej. – mówi Andrzej Basiak, Prezes Zarządu w mPay S.A. Nasza wielofunkcyjna aplikacja stwarza wiele możliwości by mPay mógł rozwijać się dynamicznie w długoterminowej perspektywie. Cieszy nas, że wdrażane przez nas, niejednokrotnie pionierskie, rozwiązania spotykają się również z szerokim zainteresowaniem finalnych ich odbiorców. Na koniec stycznia z aplikacji mPay korzystało już ponad 470 tys. użytkowników, co oznacza wzrost o 80 proc. w ujęciu rocznym.

W ub.r. produkty i usługi zostały pogrupowane w dwóch osobnych zakładkach (Moje finanse, Produkty i usługi), by jeszcze mocniej wyeksponować korzyści z posiadania aplikacji dla użytkowników i zwiększyć intuicyjność jej obsługi.

Komentarz PIE do danych nt. PKB – Umiarkowany spadek na tle Europy

Polska gospodarka w skutek pandemii skurczyła się o niecałe 3% względem ubiegłego roku. Odbudowa strat rozpocznie się w II kwartale 2021.

Wstępne dane sugerują, że PKB w IV kwartale spadł o 2,8%r/r. Wynik ten jest nieco lepszy od wartości sugerowanej przez opublikowany wcześniej roczny wskaźnik. Według szacunków Komisji Europejskiej, Polska jest trzecią gospodarką z najniższym spadkiem PKB w 2020 roku – po Irlandii i Litwie.

Wydatki konsumenckie gospodarstw domowych obniżyły się w IV kwartale w podobnej skali do PKB. To oczywiście w największym stopniu efekt braku możliwości korzystania ze stacjonarnych usług rekreacyjnych czy turystycznych – podobnie jak w przypadku II kwartału straty w tych gałęziach gospodarki mogły sięgać 60-80% obrotów.

Dalej obserwujemy też dwucyfrowy spadek inwestycji – szacujemy, że w IV kwartale skurczyły się one o 10,8%, głównie z uwagi na redukcję nakładów przedsiębiorstw. Listopadowe prognozy Komisji Europejskiej wskazują jednak, że skala redukcji projektów bezpośrednio związanych z produkcją tj. sprzętu transportowego i maszyn, także jest jedną z niższych w Unii Europejskiej. Wspomniane dane sugerują, że Polska gospodarka szybko zacznie odrabiać straty

Bieżący kwartał najprawdopodobniej przyniesie umiarkowane odbicie – dalej spodziewamy się 2% spadku PKB w ujęciu rocznym, głownie z uwagi na brak dostępu do usług. Tendencja wzrostowa widoczna będzie począwszy od drugiego kwartału. W całym 2021 roku PKB wzrośnie o 4,2%.PKB 2020

Dane
Total Investments (%YoY) Construction (%YoY) Equipment (%YoY) Public Investments (%GDP)
Belgium -13,7 -14,0 -15,4 2,7
Germany -3,8 2,9 -15,7 2,8
Estonia -12,3 -8,4 -18,9 5,5
Ireland -41,3 -7,1 -67,6 2,6
Greece -8,0 5,0 -15,4 3,2
Spain -17,3 -18,4 -23,4 2,6
France -10,9 -11,9 -17,6 3,9
Italy -13,6 -14,1 -18,8 2,6
Cyprus -11,1 -11,3 -17,0 1,9
Latvia -0,8 1,6 -4,0 5,7
Lithuania -8,5 -1,0 -13,1 3,9
Luxembourg -15,5 -15,8 -15,6 5,2
Malta -10,1 -6,6 : 4,9
Metherlands -6,3 -2,5 -14,2 3,7
Austria -6,0 -3,6 -14,8 3,3
Portugal -10,2 2,9 -30,7 2,5
Slovenia -11,5 -10,2 -16,0 4,5
Slovakia -12,6 -6,0 -20,0 3,9
Finland -5,1 -0,5 -14,7 4,8
Euro Area -11,2 -6,7 -19,1 3,1
Bulgaria -11,5 -10,7 -12,8 4,2
Czechia -7,5 -1,1 -15,2 4,8
Denmark -4,4 -0,5 -12,3 3,5
Croatia -8,2 : : 5,2
Hungary -10,4 -4,2 -16,4 6,3
Poland -6,2 -3,7 -9,8 4,6
Romania 2,5 3,6 2,0 4,4
Sweden -3,4 0,4 -11,5 5,1
UE -10,3 -5,9 -17,6 3,4
United Kingdom -13,7 -17,4 -15,6 3,0
Japan -1,3 : : 4,3
United States -3,6 -0,4 -10,7 3,8

Grupa Recykl – w 2020 roku najwyższe w historii działalności wyniki finansowe

Grupa Recykl mimo powstałej sytuacji pandemicznej w 2020 roku osiągnęła najwyższe w swojej kilkunastoletniej historii wyniki finansowe. Spółka w ciągu ubiegłego roku uzyskała 67 mln zł przychodów ze sprzedaży (+29 proc. r/r), przy 17,8 mln zł EBITDA (+78 proc. r/r) i zysku netto na poziomie 5,2 mln zł (+361 proc. r/r). Na wypracowane rezultaty wpłynęło osiągnięcie pełnej zdolności produkcyjnej w zakładzie w Chełmie, rosnąca pozycja konkurencyjna w regionie oraz wzrosty sprzedaży zagranicznej czystych granulatów gumowych.

W IV kwartale 2020 roku sprzedaż  ukształtowała się na poziomie 18,1 mln zł (wobec 13,2 mln zł rok wcześniej, EBITDA wyniosła 3,9 mln zł (+84 proc.), a wynik netto: -101,9 tys. zł (+737 tys. zł r/r). Koniec roku dla Grupy Recykl tradycyjnie charakteryzuje się niższymi zyskami, na które w okresie październik-grudzień dodatkowo in minus wpłynęły wyższe koszty finansowe wywołane wzrostem kursu walut (wycena zobowiązań w EUR) oraz rozliczeniem w grudniu całorocznego podatku dochodowego (intencją spółki w 2021 roku jest częściowe rozłożenie płatności podatku na poszczególne kwartały).

– Systematycznie poprawiamy skalę przychodów i wyniki finansowe. Jesteśmy zadowoleni
z operacyjnych i finansowych rezultatów 2020 roku. Chcemy dalej się rozwijać i analizujemy kolejne przedsięwzięcia budujące wartość Grupy. Jednym z nich może być pozytywnie zakończony w IV kwartale jeden z projektów B+R, w którym opracowaliśmy własną technologię dewulkanizacji gumy pochodzącej ze zużytych opon
 – mówi Maciej Jasiewicz, Wiceprezes Grupy Recykl S.A.

W 2020 roku łączny wolumen sprzedanych produktów z przerobu zużytych opon wyniósł 85,6 tys. ton (+42,6 proc. r/r), co wynika m.in. ze skokowego wzrostu sprzedaży kluczowego produktu – granulatów SBR rzędu+51,7 proc. r/r do 35 tys. ton. W ujęciu przychodowym, największe pozycje stanowiły następujące kategorie: „Produkty z przerobu opon”: 37,5 mln zł (+32,7 proc. r/r), „Wykonywanie usług odzysku i recyklingu”: 12,3 mln zł (+94,2 proc. r/r), „Pozostała sprzedaż”: 9,6 mln zł (+53,6% proc. r/r).

– W minionym roku osiągnęliśmy satysfakcjonujące efekty zakończonej inwestycji w Chełmie owocującej wzrostem skali biznesu. Dzięki efektywnej i przemyślanej strategii rozwoju jesteśmy w stanie dalej umacniać naszą pozycję w Europie Środkowo-Wschodniej.  Sprzyja nam sytuacja rynkowa i trendy  związane z odzyskiwaniem i recyklingiem surowców. Oczekujemy wejścia w życie nowej dyrektywy odpadowej UE, która zobowiązuje wszystkie kraje członkowskie do rozwijania gospodarki opartej
na obiegu zamkniętym
– dodaje Maciej Jasiewicz.

W połowie 2020 roku spółka zakończyła prace związane z montażem linii technologicznej do produkcji mieszanek mineralno-asfaltowych SMA w nowym zakładzie produkcyjnym w Chełmie. W II połowie roku produkowane były pierwsze partie dodatku do mieszanek mineralno-asfaltowych SMA, kierowane testowo do wybranych klientów oraz w trybie bieżącym certyfikowane. SMAPOL –  innowacyjny produkt Grupy w najbliższych miesiącach wejdzie do regularnej oferty handlowej.

W 2020 roku Grupa Recykl odnotowała przepływy pieniężne z działalności  operacyjnej w wys. 17,5 mln zł (w IV kwartale 8,4 mln zł), Wydatki inwestycyjne wyniosły w minionych 12 miesiącach niemal 10 mln zł. Firma na koniec 2020 roku zmniejszyła dług finansowy netto do 43,8 mln zł (relacja do EBITDA w wys. 2,5 wobec 4,9 przed rokiem) z poziomu 48,6 mln zł na 31.12.2019.

Mocne i słabe strony funta

Umiarkowanie pozytywne nastroje utrzymują się na rynkach, ale liczne święta w Azji wyciszyły w nocy zmienność. Brak przekonania do obrania zdecydowanego kierunku może utrzymywać się do końca dnia, biorąc pod uwagę, że przed USA długi weekend (Dzień Prezydenta w poniedziałek). W międzyczasie dane powinny mieć ograniczony wpływ na notowania.

Dziś rano funt nie zareagował na paczkę danych z Wielkiej Brytanii, gdzie mogliśmy znaleźć lepsze i gorsze liczby. Przerwanie lockdownu przed świętami Bożego Narodzenia pomogło w odbiciu gospodarki w grudniu, szczególnie usług. Ale też dane (1 proc. k/k, prog. 0,5 proc.) przekłamują prawdziwy obraz gospodarki. Istotna części wzrostu PKB pod koniec roku jest skutkiem gromadzenia zapasów przez firmy przed brexitem na wypadek zamknięcia granic. Do umowy handlowej ostatecznie doszło, ale handel z UE wciąż natrafia na zakłócenia i problemy biurokratyczne. W połączeniu z powrotem lockdownu w styczniu i zahamowaniem konsumpcji – co widać w załamaniu PMI dla usług i spadku – wyraźnie negatywnie odbije się na dynamice PKB w I kw. Dodatkowo dzisiejsze dane pokazały utrzymywanie się głębokiego deficytu handlowego. Zależność Wielkiej Brytanii od dóbr z zagranicy oznacza, że te figury szybko się nie poprawią, szczególnie po brexicie. A jednak funt pozostaje mocny, gdyż inwestorzy są przede wszystkim skupieni na postępach w zaczepianiu społeczeństwa i pod tym kątem Wielka Brytanii radzi sobie znacznie lepiej niż reszta Europy. W Wielkiej Brytanii już 20 osób na 100 otrzymało szczepionkę, podczas gdy w UE współczynnik ten wynosi 4,2. To daje nadzieję na szybszy restart gospodarki po zniesieniu restrykcji, jednak w średnim terminie UE dogoni Wielką Brytanię z tempem zaszczepień, a Londyn dalej będzie borykał się z negatywnymi konsekwencjami ekonomicznymi brexitu. Dni silnego funta są policzone.

W Polsce także przyszedł czas na wstępne szacunki PKB za IV kw. Po tym, jak GUS już podał szacunki PKB dla całego 2020 r. (-2,8 proc. r/r) można szacować, że w IV kw. dynamika wyniosła -2,8 proc. Restrykcje związane z epidemia koronawirusa ponownie osłabiły konsumpcje, podczas gdy dalej utrzymywała się zapaść w inwestycjach. Dane nie powinny być istotnym czynnikiem dla rynku złotego. Zakładamy, że EUR/PLN pod 4,51 wyznacza górne ograniczenie dla krótkoterminowego dryfu bocznego przed kolejną falą spadkową. Pozytywne fundamenty stojące za złotym nie uległy zmianie i tylko kwestią czasu jest ponowny retest 4,47.

Na rynkach zewnętrznych bez zmian. Dolar zmierza do zaliczenia najsłabszego tygodnia od dwóch miesięcy względem koszyka głównych walut. Nawet jeśli przed długim weekendem dojdzie do technicznej korekty, w szerszym ujęciu nie ma zmian w podstawowym trendzie sprzedaży dolara, gdyż ultra-łagodna postawa Fed, postęp w dystrybucji szczepionek przeciwko COVID-19 i perspektywy ogromnego bodźca fiskalnego ze strony USA generują pozytywne nastawienie do ryzyka.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Frankowicze czekają na stanowisko Sądu Najwyższego. Później może nastąpić szturm z nowymi pozwami

Dotychczas niespełna 10% frankowiczów dochodziło swoich praw w postępowaniach sądowych. Jednak po wyznaczonym na marzec br. posiedzeniu Izby Cywilnej Sądu Najwyższego może nastąpić duży szturm na sądy. Dlatego bankom zaczęło zależeć na opracowaniu faktycznego kompromisu. Proponowane dotąd ugody były niekorzystne. Eksperci podkreślają, że sami klienci są już świadomi tego, co mogą uzyskać w wyniku procesu. I dodają, że z uwagi na przewlekłość postępowań kredytobiorcom może zależeć na wcześniejszym porozumieniu się z bankiem, jednak nie za wszelką cenę. Jeżeli nie otrzymają zadowalających ich warunków, to spory sądowe zapewne będą się toczyły jeszcze przez długie lata.

Banki pod ścianą

25 marca br. zbierze się Izba Cywilna Sądu Najwyższego w celu rozstrzygnięcia rozbieżności w orzecznictwie dotyczącym spraw frankowych. Według doniesień medialnych, do tego czasu banki planują przedstawić własny kształt ugód, bowiem ww. kwestia może otworzyć nową drogę kredytobiorcom. Bariera niepewności o rozstrzygniecie całkowicie zniknie. Wygląda na to, że po wyznaczeniu terminu przez naczelny organ władzy sądowniczej bankowcy uświadomili sobie, że w ich interesie jest opracowanie ugód, które będą satysfakcjonowały klientów.

– Przede wszystkim banki powinny przygotować propozycje korzystnych ugód dla tych kredytobiorców, których terminy sądowe są wyznaczane na koniec 2022 roku oraz początek 2023 roku. Rozstrzygnięcie najważniejszych rozbieżności orzeczniczych przez Sąd Najwyższy na korzyść frankowiczów może bowiem doprowadzić do poważnych skutków w funkcjonowaniu instytucji finansowych – komentuje adwokat Jacek Mikołajonek z Kancelarii MBM Legal.

Banki musiały zrozumieć, że ich sytuacja jest już niezwykle trudna. Biorąc pod uwagę, że dotychczas z roszczeniami wystąpiło mniej niż 10% frankowiczów, to dalsze utrzymywanie stanowiska, że umowy są ważne, a wszystkie postanowienia w nich zawarte prawidłowe, może doprowadzić do kryzysu finansowego oraz upadłości niektórych podmiotów.
– Zainteresowanie tego typu postępowaniami mocno rośnie od zeszłego roku. Wówczas liczba nowych spraw kredytowych w niektórych kancelariach zwiększyła się kilkukrotnie. Na tej podstawie już wtedy można było przewidywać, że w 2021 roku 15-18% kredytobiorców zacznie dochodzić swoich praw. Jednak ten odsetek może okazać się zdecydowanie większy, jeśli po 25 marca br. wszystkie dotychczasowe obawy frankowiczów zostaną rozwiane. Wówczas może nastąpić prawdziwy szturm z roszczeniami, którego już nie będzie można zatrzymać – mówi mec. Mikołajonek.

Dodatkowo o przyszłości spraw frankowych może zadecydować gospodarka. Jeśli spłata rat okaże się zbyt trudna, to zapewne jeszcze więcej osób będzie chciało przeciwdziałać rosnącym zobowiązaniom, występując przeciwko bankom lub zaprzestając spłaty kredytu. Pogorszenie się sytuacji materialnej w wyniku pandemii może zmotywować wielu ludzi do pozbycia się tych obciążeń.

– Już w zeszłym roku słychać było nawoływanie do przedstawiania kredytobiorcom propozycji ugodowych. Niemniej należało wnioskować, że bankom wcale nie zależało na ugodach. Można było raczej spodziewać się, że będą próbowały wymóc na Skarbie Państwa ustępstwa dla siebie. Jednak teraz banki ewidentnie stanęły pod ścianą – dodaje adwokat.

Dziwne strategie

W odpowiedzi na korzystne dla frankowiczów rozstrzygnięcia, polegające na unieważnianiu umów bądź eliminowaniu z nich niedozwolonych postanowień, niektóre banki stosowały dotychczas politykę „zastraszania”. Informowały kredytobiorców o możliwych przyszłych roszczeniach z tytułu korzystania z kapitału banku w przypadku uznania umowy za nieważną. Jednak nie miały do tego skutecznych podstaw prawnych, co potwierdzały kolejne orzeczenia sądów w pierwszych tego typu sprawach.

– Należy wskazać, że niektóre banki proponują kredytobiorcom zawarcie ugody przedsądowej, zachęcając ich do spłaty dalszego zobowiązania po niższym niż obecnie kursie franka szwajcarskiego. Zapewne takie ugody są zawierane. Jednak są one niekorzystne dla kredytobiorców, bo muszą oni zrzec się innych, dalszych roszczeń związanych z umową, które są znacznie wyższe aniżeli korzyści wynikające z proponowanej ugody – wyjaśnia ekspert z Kancelarii MBM Legal.

Na rynku nie brakuje opinii, że jeżeli do 25 marca br. banki wypracują jakiś model ugód dla swoich klientów, to stanowczo nie należy oczekiwać, że przedstawią go osobie, która na co dzień spłaca kredyt i nie wykonuje żadnych czynności zmierzających do zakwestionowania ważności umowy lub jej postanowień. Nie jest to w interesie jakiejkolwiek instytucji, aby szeroko promować, że od konkretnego dnia zaprasza wszystkich do podpisywania ugód.

– Trzeba podkreślić, że jakakolwiek forma ugody, którą kredytobiorcy powinni analizować pod względem opłacalności, pojawi się dla nich dopiero, kiedy bank otrzyma pozew z sądu. Zatem to jest najlepszy czas, aby odważyć się i zrozumieć, że kredytodawca nie ma prawa wypowiedzieć kredytu, jeżeli kredytobiorca złoży pozew do sądu. Osobiście mam bowiem przeświadczenie, że opór większości osób w zakresie dochodzenia swoich roszczeń wynika z takiej właśnie obawy – podkreśla adwokat.

Zniecierpliwieni frankowicze

– Kredytobiorcy czują się oszukani, bo zostały im udzielone kredyty w walucie obcej bez przedstawienia możliwych konsekwencji. Są źli, że przez lata nikt nie chciał im pomóc. Czują się rozgoryczeni, że muszą dochodzić swoich praw i z tego tytułu ponosić dodatkowe koszty. Wreszcie są zniesmaczeni tym, że prawomocne rozstrzygnięcia sądowe mogą nastąpić nawet za 5 lat, a sądy niechętnie wydają postanowienia o zabezpieczeniu poprzez wstrzymanie płatności rat. Dlatego uważam, że będą zainteresowani szybkim zakończeniem batalii, jeżeli propozycje banków będą dla nich korzystne w perspektywie tego, co mogą uzyskać w procesie sądowym – stwierdza Jacek Mikołajonek.

Z pewnością frankowicze nie będą lawinowo podpisywać ugód tylko dlatego, że bank im je zaproponuje. Muszą one być tak skonstruowane, żeby im się to opłacało, biorąc pod uwagę, że proces może jeszcze trwać bardzo długi czas.

– Warto w tym miejscu przypomnieć, że poważnym problemem, który jeszcze długo może pozostać nierozwiązany, jest przewlekłość postępowań. Główną przyczyną tego są braki kadrowe. Wprawdzie w Sądzie Okręgowym w Warszawie powstaje nowy wydział przeznaczony tylko do orzekania w sprawach frankowych. Jednak Ministerstwo nie widzi możliwości powołania dodatkowych etatów dla sędziów mających tam orzekać. Dlatego kredytobiorcy wciąż mogą czekać latami na rozstrzygnięcia – ostrzega ekspert z Kancelarii MBM Legal.

Do tego trzeba dodać, że tylko nieliczni sędziowie mają już wypracowane podejście w tego typu sprawach. Większość przesłuchuje wszystkich zgłaszanych przez banki świadków, także tych, którzy nigdy nie mieli styczności z kredytobiorcami.

– Procesy hamuje sceptyczne podejście samych sędziów do szybkiego wydawania wyroków i oddalania bezzasadnych wniosków dowodowych składanych przez banki. Opóźnienia generuje też powoływanie biegłych, którzy sporządzają swoje opinie średnio przez 6-8 miesięcy. Następnie banki składają do nich zastrzeżenia i zadają kolejne pytania, a to wiąże się z koniecznością wydania opinii uzupełniających. Tymczasem w przypadku wyroków ustalających, że umowa kredytu jest nieważna, wyrok powinien zapaść po jednej rozprawie, bez udziału biegłego – zaznacza mec. Mikołajonek.

Frankowicze często oczekują jedynie gwarancji, że sądy będą respektowały prawo, szczególnie unijne. Jednak w Polsce nigdy nie było jednolitego orzecznictwa. I zdaniem ekspertów, nie zmieni tego nawet oczekiwana uchwała Sądu Najwyższego, mająca na celu ujednolicenie stanowiska sądów w zakresie rozliczeń stron w sytuacji stwierdzenia nieważności umowy. Dlatego prezesi bądź przewodniczący wydziałów powinni zacząć kontrolować to, czy sędziowie, których wyroki są uchylane przez sądy odwoławcze, w kolejnych sprawach wyciągają z tego jakiekolwiek wnioski. Inaczej spory będą się toczyły tak długo, jak długo będą obowiązywały umowy kredytowe.

Finanse w związkach Polaków – wspólne życie, osobne portfele

Osoby, które znalazły swoją drugą połowę, oprócz uczucia często dzielą także finanse. Wspólne życie nie zawsze oznacza jednak wspólny portfel. 51 proc. Polaków będących w związku uważa, że osobiste wydatki każdy partner powinien pokrywać z własnej kieszeni – pokazuje badanie „Finanse w parze” Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Sondaż KRD przeprowadzony przez IMAS International w styczniu i lutym 2021 r. zbadał podejście Polaków do zarządzania finansami w związkach. Pokazał on, że kobiety są bardziej terminowe w pilnowaniu spłat zobowiązań, zaś mężczyźni chętniej biorą na siebie większe wydatki. I o ile domowymi kosztami dzielą się raczej po równo, o tyle nie ma wśród nich zgodności co do tego, kto powinien pokrywać bardziej osobiste wydatki.

W polskim społeczeństwie można spotkać odmienne podejście par do korzystania ze wspólnych pieniędzy. Nieco ponad połowa (51 proc.) uważa, że każdy partner powinien pokrywać z własnej kieszeni osobiste wydatki, na przykład na ubrania czy wizyty u fryzjera. Odmiennego zdania jest podobna grupa osób (49 proc.). Co więcej, w tych wskazaniach płeć nie grała roli, gdyż podobnie oceniały to i kobiety, i mężczyźni. Widać więc, że korzystanie ze wspólnego portfela jest indywidualną decyzją w każdym związku – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

Kobiety na straży domowego budżetu

Są jednak sfery, w których jedna płeć wyróżnia się na tle drugiej. To kobiety (67 proc.) częściej niż mężczyźni (60 proc.) deklarują odpowiedzialność za pilnowanie terminów spłat zaciągniętych zobowiązań. Kobiety również częściej trzymają pieczę nad codziennymi wydatkami w prawie co czwartym związku. Wskazało tak dwie trzecie pań (65 proc.) i blisko połowa panów (47 proc.).finanse w związkach polaków

Zarządzanie budżetem gospodarstwa domowego to duża odpowiedzialność. W jego planowaniu trzeba wziąć pod uwagę zarówno codzienne wydatki, bieżące rachunki, jak i terminy spłaty stałych zobowiązań, na przykład kredytu, czynszu i tym podobnych. Należy to robić tak, aby w domowym budżecie zabezpieczyć środki na nieprzewidziane sytuacje, czy odłożyć na przyszłość. Niezależnie od tego, kto w danym związku trzyma nad tym wszystkim pieczę, warto aby oboje partnerów wspierało się w tych obowiązkach. W końcu co dwie głowy to nie jedna – wskazuje Adam Łącki.

Pomocne męskie ramię

Jeśli trzeba ponieść większe wydatki, jak np. zakup telewizora czy wyjazd wakacyjny, w połowie związków partnerzy deklarują, że dzielą się takimi kosztami w równym stopniu. W pozostałych przypadkach obciążenie to częściej biorą na siebie mężczyźni (37 proc.).

Podobnie sytuacja wygląda przy zaciąganiu kredytów czy pożyczek na wspólne potrzeby. Nieco ponad połowa partnerów bierze na siebie taką samą odpowiedzialność. W jednym na trzy związki osobą, która przyjmuje to na swoje barki, jest mężczyzna. Dodatkowo, panowie zdecydowanie częściej niż panie zgadzają się ze stwierdzeniem, że to oni powinni brać na siebie większe zobowiązania finansowe w imieniu rodziny. Uważa tak 51 proc. mężczyzn i 29 proc. kobiet. Częściej też mają oni większe długi. Wskazuje tak 30 proc. osób żyjących z drugą osobą. Nadal jednak większość (55 proc.) badanych deklaruje, że w ich związku zadłużenie rozkłada się w równym stopniu.zadłużenie w związku

Wyniki badania pokazują, że współcześnie w Polsce model tradycyjny, gdzie to na mężczyźnie spoczywa większa odpowiedzialność za finanse, ustępuje modelowi równego dzielenia się ciężarem dbania o pieniądze. Oba z nich mogą się sprawdzić pod warunkiem, że jest to wspólna decyzja obojga partnerów. Łatwo bowiem wpaść w pułapkę „ukrytych oczekiwań”, gdzie np. mężczyzna myśli, że jego partnerka  chce od niego większego wkładu w rodzinny budżet, podczas gdy w rzeczywistości wcale  nie musi tak być. Otwarta rozmowa na temat finansów w związku pozwala wyjaśnić sytuację i wybrać model, który pasuje konkretnej parze. Proste pytanie „Jak chcesz, żebyśmy dbali o nasz wspólny budżet?” może uchronić nas przed przyszłymi frustracjami – mówi Matylda Eddles, psycholog, ekspertka merytoryczna Pairbuilding.pl.

Wspólny wydatek, osobny kredyt

Kobiety i mężczyźni w podobnym stopniu przeznaczają pożyczki na remont, wyposażenie domu, zakup mieszkania czy regulowanie stałych rachunków, np. za telefon. Natomiast mężczyźni częściej niż kobiety finansują w ten sposób wydatki na samochód czy sprzęt IT. Kobiety pożyczają za to częściej na spłatę długów.

Niezależnie od płci zdecydowana większość respondentów uważa, że zadłużanie się w dzisiejszych czasach to zwyczajna sprawa, ale jednocześnie dziewięć na dziesięć osób jest zdania, że należy unikać zaciągania kredytów lub pożyczek, o ile nie jest to absolutnie konieczne. Nieco więcej kobiet (68 proc.) niż mężczyzn (61 proc.) twierdzi, że bycie osobą nadmiernie zadłużoną jest powodem do wstydu. Dodatkowo osiem na dziesięć kobiet jest zdania, że pożyczki powinny być traktowane jedynie jako koło ratunkowe. Takiego zdania jest trzy czwarte mężczyzn.

Badanie „Finanse w parze” zostało przeprowadzone przez IMAS International na zlecenie Krajowego Rejestru Długów w styczniu i lutym 2021 r. metodą CAWI na reprezentatywnej grupie 600 Polaków, będących w związkach, którzy kiedykolwiek skorzystali z kredytów lub pożyczek albo kupili coś na raty.

Kryzys gospodarczy na Ukrainie stabilnie trwa

Z ostatnich doniesień Państwowej Służby Statystyki na Ukrainie wskaźnik zaufania biznesowego do przemysłu w pierwszym kwartale 2021 roku, wzrósł o 0,5 punktu procentowego w porównaniu do czwartego kwartału ubiegłego roku i wynosi – 8,4%. W przemyśle przetwórczym wskaźnik ten spadł o 2,0 p. proc. i wynosi – 11,4%. Najwięcej obywateli Ukrainy pracuje w przetwórstwie, dlatego wynik ten spowoduje kolejny napływ imigrantów do krajów UE w tym głównie do Polski.

Według ukraińskiego resortu statystyki wskaźnik koniunktury nie zmienił się w stosunku do IV kwartału 2020 r. I wyniósł w przemyśle ogółem 0,2%, a w przetwórstwie minus 0,2%.

Wskaźniki zaufania i klimatu biznesowego zostały wyliczone zgodnie z metodyką obliczania wskaźników oczekiwań biznesowych zgodnie z wymogami rozszerzonego Specjalnego Standardu Upowszechniania Danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Łącznie przebadano 1483 przedsiębiorstwa z Ukrainy.

Bezpośrednie inwestycje zagraniczne, zamiast rosnąć, spadają, a inwestorzy coraz częściej uciekają z Ukrainy. W 2015 r. inwestorzy włożyli w gospodarkę Ukrainy 2,96 mld dol., w 2016 r. odnotowano rekordowe 3,28 mld dol., potem było już słabiej – w 2017 r. 2,2 mld dol., w 2018 r. 2,35 mld dol., a w 2019 r. 2,5 mld dol. W sumie zaledwie 13,29 mld dol. W dodatku, według danych ukraińskiego banku centralnego NBU, w pierwszym kwartale 2020 r.  inwestycje, zamiast rosnąć zmalały o 1,6 mld dol.

Rząd ukraiński szuka sposobu na sprowadzenie swoich obywateli do domu. Tym, którzy zainwestują, obiecuje się dotacje na założenie własnej firmy. Taka inicjatywa legislacyjna została poparta przez przedstawicieli rządu na posiedzeniu Rady Ministrów 27 stycznia br.

Patrząc na powyższe dane w odniesieniu do trudnej sytuacji gospodarczo – przemysłowej na całym świecie powstałej w wyniku pandemii, Centrum analityczne Gremi Personal prognozuje, iż najbardziej ucierpi branża przetwórcza na Ukrainie. Spowoduje to napływ imigrantów z Ukrainy do krajów UE w poszukiwaniu  pracy w swojej branży w tym głównie do Polski, która ma najmniej skomplikowane obostrzenia związane z przekraczaniem granicy.

Bez pensji, napiwków i perspektyw na poprawę sytuacji. Pogrom wśród pracowników gastronomii

O pracownikach gastronomii się zapomina, a to grupa, która na obostrzeniach związanych z koronawirusem traci najwięcej. Hotele i instytucje kultury mogą być czynne od 12 lutego. Handel powoli się rozpędza. Gastronomia jak stoi w miejscu tak stała, a do naszego stowarzyszenia docierają dramatyczne listy zwalnianych pracowników oraz wiadomości od osób, które np. Nie otrzymują wynagrodzeń, bo pracodawcy nie mają już skąd brać pieniędzy. – Gastronomia w tej chwili jest największą ofiarą pandemii. Apelujemy o szybkie działanie mające albo doprowadzić do otwarcia restauracji w reżimie sanitarnym albo o pakiet pomocowy dla lokali, których obrót spadł o więcej niż 50% – mówi Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska.

Ponad 110 dni zamkniętej gastronomii. „Jesteśmy świadkami pacyfikacji branży”

Zadłużenie branży gastronomicznej liczone jest już w setkach milionów złotych. Od połowy października gastronomia może być czynna tylko na wynos lub na dowóz, co w przypadku większości lokali jest skazaniem ich na zamknięcie lub działanie poniżej progu opłacalności. Jak mówi Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska sytuacja jest bardzo poważna, bo dostajemy mnóstwo wiadomości od pracowników i restauratorów, którzy nie wiedzą już jak się ratować.

– Gastronomia jest nieczynna od prawie 110 dni. Proszę sobie wyobrazić kogo jest stać na to, żeby   cztery miesiące dokładać do interesu. Jesteśmy świadkami prawdziwej pacyfikacji branży, za chwilę nie będzie już czego otwierać. Z mojego doświadczenia jako windykatora wynika, że gastronomia jest jedną z najbardziej zadłużonych branż. To odbija się na sytuacji pracowników, dostawców, kucharzy, ogólnie całego gospodarczego ekosystemu, który dotychczas w tej branży dobrze funkcjonował – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska.

Przedsiębiorcy mają coraz poważniejsze problemy w bieżącym opłacaniu pracowników. Otrzymujemy informacje o masowych zwolnieniach lub zmianach warunków pracy: – Restauratorzy zmieniają umowę o pracę na umowy cywilnoprawne. Luźniejszy stosunek pracy pozwala im elastyczniej reagować na zwiększony lub zmniejszony ruch na wynos w ich lokalach. Oczywiście nie jesteśmy zaskoczeni tym, że zwolnienia są. Mamy jednak wrażenie, że o pracownikach gastronomii i branż pokrewnych zupełnie się nie pamięta. Kelnerzy, barmani, kucharze. Oni wszyscy dzisiaj żyją na skraju ubóstwa. Gastronomia to nie tylko Pan Restaurator. Za jego plecami stoją ludzie, których los jest dzisiaj bardzo niepewny – mówi Małgorzata Marczulewska.

Brak napiwków, zwolnienia, ograniczenie etatu. Ciężki los pracowników gastronomii

Otrzymujemy dramatyczne listy od zwalnianych pracowników oraz od pracodawców, którzy usprawiedliwiają brak wynagrodzeń dla zespołu tym, że po prostu nie mają za co płacić.

– Napisał do nas młody chłopak, który otrzymał w styczniu zwolnienie z pracy w jednej z restauracji. Pytał czy przysługuje mu jakaś odprawa, bo wie, że nie znajdzie żadnej pracy w najbliższym czasie, a jednocześnie nie chce wracać do domu w małej miejscowości. Pisali także pracownicy restauracji, którym obniżono etat do połowy i do najniższej krajowej. Mało kto zdaje sobie sprawę, że przecież znaczna część przychodu pracowników gastronomii to napiwki. Teraz ich nie ma. Nie brakuje także informacji o dużych zaległościach. W niektórych restauracjach ostatnie wynagrodzenie wypłacono w listopadzie czy w grudniu, w jeszcze innych zaległości sięgają nawet sezonu letniego. To prawdziwy koszmar – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska.

Stowarzyszenie STOP Nieuczciwym Pracodawcom apeluje o odmrożenie branży gastronomicznej i umożliwienie przedsiębiorcom pracy w trybie stacjonarnym. Postulujemy także o objęcie wsparciem restauratorów, których obroty spadły powyżej 50%.

Immersion VR autorem innowacyjnej aplikacji MISSION TO MARS AR

Immersion VR prezentuje innowacyjny projekt w rozszerzonej rzeczywistości (AR), umożliwiający eksplorację Marsa. Aplikacja spółki – MISSION TO MARS AR – jest częścią promocji filmu dokumentalnego wyprodukowanego przez Smithsonian Channel, dotyczącego lądowania Perseverance na Czerwonej Planecie. Łazik zakończy swoją międzyplanetarną podróż 18 lutego. Kilka dni wcześniej premierę będzie miał telewizyjny dokument – MAKING TRACKS ON MARS.

– Głównym elementem stworzonej przez nas aplikacji są interaktywne doświadczenia wykorzystujące technologię rozszerzonej rzeczywistości. Każde z nich przedstawia inny element tegorocznej misji na Marsa – od startu, poprzez lądowanie, aż po wizję przyszłej kolonizacji planety. Aplikację uzupełniają ciekawe informacje dotyczące historii wypraw na Marsa wraz ze zdjęciami i materiałami video dostarczonymi przez Smithsonian Channel – mówi Piotr Baczyński, prezes zarządu spółki Immersion VR.

Łazik Perseverance wystartował na Marsa w lipcu 2020 r. Wyczekiwane przez cały świat lądowanie pojazdu zostało zaplanowane na 18 lutego. Celem lotu jest eksploracja geologicznego zróżnicowania Czerwonej Planety, poszukiwanie oznak dawnego życia marsjańskiego oraz zebranie próbek skał. Łazik prześle też na Ziemię informacje o składzie mineralogicznym powierzchni Marsa. 14 lutego na Smithsonian Channel, premierę będzie miał telewizyjny dokument – MAKING TRACKS ON MARS, klip video z filmu dostępny będzie także w aplikacji Immersion VR.

–  Prace nad konceptem aplikacji rozpoczęły się we wrześniu ub. roku. To drugi projekt, który robimy we współpracy ze Smithsonian Channel – poprzedni, poświęcony misjom na Księżyc Apollo’ s Moon Shot AR został nominowany do nagrody EMMY, Webby czy SXSW. Każdy z elementów aplikacji był konsultowany z NASA oraz ze Smithsonian Institute – państwową organizacja ze Stanów zrzeszającą najbardziej rozpoznawalne Muzea na świecie, w tym Air and Space Museum w Waszyngtonie – informuje Bartosz Rosłoński, członek zarządu Immersion VR.

Od 12 lutego aplikację MISSION TO MARS AR można pobrać bezpłatnie w sklepach Apple App Store i Google Play.

– Smithsonian Channel z założenia tworzy dużo treści edukacyjnych i popularnonaukowych, chce docierać do ludzi, którzy interesują się historią i otaczającym nas światem. Sama aplikacja ma również promować film dokumentalny i ma być celebracją tego dużego i przełomowego pod kątem technologicznym wydarzenia – dodaje Bartosz Rosłoński.

Branża kulturalna, a ma już 35 mln zł zaległości

Od dziś, 12 lutego kina, teatry, filharmonie i opery znów mogą sprzedawać bilety, ale fakt, że jest to na razie opcja tylko na dwa tygodnie, mocno utrudnia podjęcie decyzji, czy uruchomić działalność. Zresztą już wiadomo, że nie wszyscy się otworzą. Z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK wynika, że pandemia mocno daje się we znaki kulturze i rozrywce. W 2020 r. liczba firm z nieuregulowanymi zobowiązaniami wzrosła o ponad 100 do niemal 1000, a ich zaległości podwyższyły się o 29 proc. do 35 mln zł. Jeszcze bardziej, o 80 proc., spiętrzyły się przeterminowane zobowiązania kin, choć tu akurat chodzi o znacznie niższą kwotę 0,4 mln zł. Wcale nie łatwiej jest widzom. Obostrzenia w dostępie do różnego rodzaju usług i rozrywek w tym m.in. do placówek kulturalnych irytują co czwartą osobę w Polsce, niezależnie od płci czy wieku – wynika z badań.

Wynikające z pandemii ograniczenia w dostępie do placówek kulturalnych i rożnego rodzaju usług dokuczają co czwartej osobie w Polsce i to niezależnie od wieku, płci czy miejsca zamieszkania. Na liście kilkunastu największych frustracji gnębiących rodaków w minionym roku, właśnie te restrykcje zostały wymienione wysoko, bo na piątym miejscu. Utrudnienia w dostępie do usług i rozrywki doskwierały 24 proc. ankietowanych i znalazły się tuż obok lęku o zdrowie i irytacji z powodu braku kontaktu z ludźmi. Niemożność wyjścia z domu do kina, teatru, na siłownię, na koncert czy do restauracji frustruje nawet częściej niż obawy o finanse (18 proc.) czy zbyt niskie zarobki (15 proc.) – wynika z badania Maison&Partners dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Świat kultury: teatry, kina, filharmonie, opery w wersji tradycyjnej są niedostępne już od ponad trzech miesięcy, wcześniej przez kilka tygodni zmuszone były działać w ograniczeniu do 25 proc. widowni. Tym razem warunkiem uruchomienia placówek kultury jest sprzedaż biletów na maksymalnie połowę dostępnych miejsc, zasłanianie przez widzów nosa i ust oraz niesprzedawanie przekąsek i napojów.

Nie każdy zdąży i chce się otworzyć na dwa tygodnie

Otwarcie, od 12 lutego, teatrów, filharmonii, kin i oper, a wcześniej, od 1 lutego muzeów, ma szansę poprawić samopoczucie bardzo wielu osób. Dobrze by było, gdyby udało się to również w przypadku właścicieli i pracowników branży kultury i rozrywki. Czy faktycznie tak się stanie? Sporym problemem okazuje się zastrzeżenie, że zniesienie lockdownu ma charakter testowy i na razie dotyczy okresu dwóch tygodni od 12 do 25 lutego. Jak zapowiada rząd, obostrzenia powrócą, jeśli liczba dziennych zachorowań na Covid-19 wzrośnie do 10 tys. M.in. z powodu warunkowego zniesienia ograniczeń, największe sieci kin Helios, Multikino i Cinema City już zapowiedziały, że nie zaproszą widzów. Zaznaczają, że by się do tego przygotować potrzebują miesiąca, a poza tym otwarcie się na dwa tygodnie, by potem znów zamknąć biznes, zwiększy straty zamiast je ograniczyć. Gotowe do wyświetlania filmów są natomiast kina studyjne. Zamierzają pokazywać głównie polskie filmy, bo pozwoli to uzyskać dofinansowanie z PISF. Jeśli chodzi o teatry, to większość już czeka na widzów. Niektóre sceny optymistycznie opublikowały nawet repertuar do końca marca.

Bardziej niż zaległości aktorów i piosenkarzy, wzrosły długi pisarzy, malarzy i rysowników

Miesiące ograniczeń nie pozostały bez wpływu na sytuację kin, teatrów, artystów i specjalistów pomagających w realizacji przedstawień. Z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i bazy BIK, wynika, że działalność związana z kulturą i rozrywką (PKD R90) w ciągu ostatniego roku zwiększyła swoje zaległości (min. 500 zł, opóźnione o co najmniej 30 dni) o 29 proc., a kina o 82 proc. – W jak trudnej rzeczywistości zmuszony jest funkcjonować świat kultury i rozrywki, najlepiej pokazuje fakt, że w tym samym czasie przeterminowane zobowiązania ogółu przedsiębiorstw podwyższyły się o 4 proc. – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Liczba firm zajmujących się kulturą i rozrywką z problemami w rozliczeniach z bankami i dostawcami wzrosła w minionym roku z 875 do 981, a ich zaległości z 27 do 35 mln zł. W przypadku kin, przeterminowane zobowiązania zwiększyły się z 0,21 do 0,39 mln zł.

zaległości
Źródło: BIG InfoMonitor i BIK

Oceniając po przyroście zaległości, poza działalnością związaną z projekcją filmów, w branży kulturalnej największym stopniu ucierpieli w minionym roku reprezentanci działalności artystycznej i literackiej, czyli m.in. pisarze, rzeźbiarze, malarze, niezależni dziennikarze czy rysownicy. Ich przeterminowane zobowiązania podwyższyły się o dwie trzecie, do 9 mln zł. Nie znaleźli się oni jednak na liście przewidzianych do przyznania pomocy z Tarczy finansowej 2.0. Na wsparcie państwa mogą liczyć natomiast kina oraz działalność związana z wystawianiem przedstawień artystycznych i działalność wspomagająca wystawianie przedstawień.

zaległości kin
Źródło: BIG InfoMonitor i BIK

Zaległości tej pierwszej grupy, czyli artystów, aktorów, muzyków, zespołów muzycznych, tancerzy, piosenkarzy, lektorów i prezenterów podniosły się w ciągu roku o jedną czwartą, do 17,5 mln zł, a reżyserów, producentów, scenografów, projektantów i wykonawców teatralnych dekoracji scenicznych, maszynistów sceny, specjalistów od oświetlenia sceny oraz producentów przedstawień artystycznych o jedną szóstą, do 6,2 mln zł.

Czy wreszcie nadszedł czas, by zacząć odpracowywać straty i spłacać przeterminowane zobowiązania? – Zniesienia ograniczeń z pewnością oczekiwali i konsumenci kultury, i instytucje ją oferujące. Ale możliwość otwarcia tylko na próbne dwa tygodnie, z ograniczeniem zapełnienia dostępnych miejsc do połowy oraz z zakazem sprzedaży przekąsek i napojów, w części przypadków może się okazać większym wyzwaniem niż rzeczywistą szansą na odrobienie utraconych przez pandemię przychodów – mówi Sławomir Grzelczak. – Trudno jednak mówić o powrocie do normalnej aktywności, pandemia przecież wciąż trwa – dodaje.

Badanie zostało zrealizowane przez Maison&Partners, metodą CAWI na panelu badawczym Ariadna w dniach 11-15 grudnia 2020 r., na ogólnopolskiej, reprezentatywnej pod względem płci, wieku oraz wielkości miejsca zamieszkania próbie Polaków 18+. W badaniu wzięło udział N=1106 osób.

Co dalej z regulacją pracy zdalnej w kodeksie pracy?

Działania antykryzysowe podczas pandemii sprawiły, że pierwszy raz praca zdalna może stać się oficjalną formą zatrudnienia. Chociaż już wcześniej wielu pracowników korzystało z takiej formy wykonywania obowiązków służbowych, nie była ona ujęta w Kodeksie pracy. Teraz – gdy ze względu na ryzyko zakażenia koronawirusem większość biur pracuje w systemie zdalnym lub hybrydowym – pojawiła się paląca potrzeba legislacji tak zwanego “home office”. Prace nad regulacjami, zainicjowane zapisem w jednej z tarcz antykryzysowych, są już w toku. Eksperci wskazują jednak zarówno na pozytywne, jak i negatywne skutki tego procesu. Z danych GUS-u wynika, że w 2020 roku z pracy zdalnej skorzystało tylko około ¼ polskiego rynku pracy. To oznacza, że aż ¾ pracujących Polaków nie może stosować tego mechanizmu – a co za tym idzie, jest bardziej narażone na konsekwencje pandemii, takie jak obniżenie zarobków, bezrobocie i zarażenie koronawirusem.

– Praca zdalna niesie ze sobą wiele konsekwencji. Część z nich została już naukowo zweryfikowana. Wiemy na przykład, że praca zdalna jest ogromnym pożeraczem czasu. W home office pracujemy więcej, mamy więcej spotkań i mniej czasu wolnego – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Kubisiak, ekspert Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Okazuje się również, żę praca zdalna pogłębia nierówności społeczne. Analizy Międzynarodowego Funduszu Walutowego pokazały, że ci, którzy mogą pracować na pracy zdalnej, dużo rzadziej tracą zatrudnienie. Z pracy zdalnej mogą bowiem korzystać osoby o dosyć dobrym statusie społecznym – lepiej zarabiające, o lepszym wykształceniu i poziomie życia. Podział społeczny ze względu na możliwość wykonywania pracy zdalnej widać często nawet w pojedynczych firmach – lepiej płatne, kierownicze, kadrowe i administracyjne stanowiska mogą zostać przeniesione do pracy zdalnej, podczas gdy pracownicy produkcji, magazynierzy i dostarczyciele nie mogą sobie na to pozwolić. Praca zdalna ma też swoje dobre strony. Jej upowszechnienie może spowodować rozluźnienie się “baniek” wokół wielkich miast. Osoby mieszkające w mniejszych miejscowościach będą mogły ubiegać się o lepiej płatne stanowiska w dużych firmach, które teraz zarezerwowane są prawie w całości dla mieszkańców metropolii. Możliwość pracy zdalnej pozwoli też młodym rodzicom na skuteczniejszy i mniej skomplikowany powrót do pracy. To rozwiązanie ma więc zarówno dobre, jak i złe strony. Trzeba je dostrzec i odpowiednio uregulować, dlatego niezbędne są przepisy na poziomie Kodeksu pracy – podkreśla Kubisiak.

Deloitte: Podczas noworocznych wyprzedaży najtańsze oferty czekały na klientów pod koniec stycznia

Noworoczne wyprzedaże w większości przypadków skończyły się wraz z końcem stycznia. Sprzedawcy wprowadzają teraz do sklepów nowy asortyment na wiosnę i lato. Jak wynika z najnowszej edycji „Świątecznego Barometru Cenowego”, ruch cenowy w największych sklepach online w ostatnich dniach stycznia 2021 roku w porównaniu z cenami z połowy listopada 2020 roku, wyniósł 2,5 proc., podczas gdy na początku miesiąca było to 3,7 proc. Oznacza to, że wraz z upływem miesiąca obniżki się pogłębiały, a sklepy chciały pozbyć się zalegającego towaru. Jednocześnie przeprowadzona przez Deloitte we współpracy z firmą Dealavo analiza ofert ponad 1000 sklepów z branży e-commerce pokazała, że klientom mogło być ciężko znaleźć produkty, które faktycznie były znacząco przecenione.

Eksperci Deloitte i Dealavo w okresie pomiędzy 20 listopada 2020 (tydzień przed Black Friday) a 29 stycznia 2021 roku analizowali ceny produktów w kategoriach, które w międzynarodowym badaniu Deloitte „Zakupy Świąteczne 2020” Polacy wskazywali jako najczęściej wybierane na prezenty dla najbliższych. Po świętach Bożego Narodzenia analiza skupiła się na ogłaszanych przez sprzedawców e‑commerce noworocznych obniżkach. – W związku z tym, że w tym roku centra handlowe mogły otworzyć się dopiero 1 lutego, o noworocznych wyprzedażach mówiliśmy przede wszystkim w kontekście sklepów internetowych. Z punktu widzenia handlowców jest to bardzo ważny okres w ich kalendarzu, który pozwala na uwolnienie miejsca w magazynach przed wiosennymi i letnimi kolekcjami – mówi Anna Winnicka, menadżer w dziale Konsultingu Deloitte.

Dzięki świątecznemu badaniu Deloitte znane są kategorie produktów, które Polacy najchętniej wybierają jako prezenty dla najbliższych. Dlatego do analizy wybrano najpopularniejsze produkty z poniższych kategorii: drobne AGD, akcesoria elektroniczne, czekolady, DIY, drony, gry, konsole, kosmetyki, książki, laptopy, muzyka, perfumy, planszówki, smart speakers, smartfony, artykuły sportowe, tablety, telewizory, wearables, zabawki oraz zegarki. Łącznie przeanalizowano około 3,5 tys. cen i przebadano ponad 400 produktów, które znajdują się w ofercie ponad tysiąca sklepów online.

Im później, tym taniej

Jak wynika z analizy oferty sklepów internetowych, im dalej od świąt Bożego Narodzenia, tym obniżki były głębsze. I tak 7 i 15 stycznia ok. 30 proc. produktów miało cenę niższą niż w listopadzie, 22 stycznia było to 34 proc., a 29 stycznia już 37 proc. Zwiększał się również udział produktów, których cena spadła o więcej niż 5 proc. – pod koniec stycznia było to 16 proc. produktów, podczas gdy na początku stycznia – 11 proc.

Jednocześnie malał udział produktów, których cena wzrosła. – Na początku stycznia aż 66 proc. produktów było droższych niż w listopadzie. Pod koniec miesiąca wartość ta spadła do 60 proc. Średni ruch cenowy, czyli wzrost cen w porównaniu do cen z listopada, także zmalał – wyniósł 2,5 proc. w porównaniu do 3,7 proc. na początku stycznia – mówi Jakub Kot, Prezes Dealavo.

W całym analizowanym okresie średnie obniżki cen były najwyższe w ostatnich dniach tego miesiąca. 29 stycznia wyniosły one średnio -6,3 proc., w porównaniu do -5,3 proc. na początku stycznia, -4,8 proc. przed świętami i -3,2 proc. podczas Black Friday.

Eksperci Deloitte przeanalizowali również około 3,5 tys. cen i porównali ich ruch w okresie przed Black Friday do tego pod koniec stycznia. W ostatnich dniach tego miesiąca 36 proc. z nich było wyższe niż w listopadzie, podczas gdy na początku stycznia było to 34 proc., przed świętami 30 proc., a w Black Friday tylko 15 proc. Jednak – porównując tylko ceny, które obniżono – średnia obniżka pogłębiała się pod koniec stycznia i wyniosła wtedy -8,1 proc., podczas gdy na początku roku było to 7 proc.

Zabawki trzymają poziom cenowy

Podobnie jak w pierwszych dniach nowego roku klienci musieli prześledzić dużo ofert, by znaleźć te naprawdę atrakcyjne. Dotyczy to ponad połowy analizowanych zabawek, których ceny pod koniec stycznia zostały podniesione. I tak zestaw Lego Friends Domek Na drzewie Mii był droższy 29 stycznia niż 20 listopada średnio aż o 71 proc., Lego Friends Letni Basen Heartlake o 26 proc., a Lego 41367 Friends Skoki przez przeszkody Stephanie o 21 proc. Podobnie było z Barbie z tęczowymi włosami, której cena także wzrosła o 21 proc. – Przez cały styczeń ceny zabawek konstrukcyjnych, w tym między innymi klocków, notowały wzrosty. Z kolei z upływem stycznia o 1-2 proc. w dół szły ceny dronów i produktów z kategorii muzyka – mówi Mateusz Mańkowski, konsultant w zespole strategii Deloitte. Eksperci zaobserwowali też podobne ruchy cenowe w kategorii akcesoriów elektronicznych.

Tak samo jak we wcześniejszych edycjach Barometru Świątecznego, kategorie, w których pod koniec stycznia występowały największe różnice w cenach minimalnych i maksymalnych to: gry (122 proc.), akcesoria elektroniczne (114 proc.), akcesoria do smartfonów (108 proc.), perfumy (99 proc.) i planszówki (87 proc.). – Dla klientów oznacza to konieczność dogłębnego zapoznania się z ofertą sklepów, by znaleźć produkt, który u innego sprzedawcy może kosztować dwukrotnie więcej – mówi Mateusz Mańkowski.

Innowacyjne laboratorium zbada przyczepność opon na śniegu. W Polsce 1/3 kierowców jeździ cały rok na letnich

6 milionów Polaków nie zmienia opon na zimowe – wynika z szacunków Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego. Czujność kierowców w ostatnich latach uśpiły niezbyt mroźne i suche zimy. Tymczasem Polska charakteryzuje się największą liczbą ofiar na drogach w całej Unii Europejskiej. Zmusić kierowców do zmiany opon z letnich na zimowe może tylko wprowadzenie takiego obowiązku, co zresztą popiera 82 proc. poruszających się po drogach Polaków. Jednocześnie firmy oponiarskie pracują nad coraz lepszą przyczepnością swoich opon w najtrudniejszych warunkach. Służy temu m.in. zaawansowane laboratorium badań nad śniegiem, w którym Goodyear wytwarza modele 3D śniegu i bada je, korzystając z najnowszych technologii.

Badanie nad śniegiem odgrywa istotną rolę w rozwoju technologii oponiarskich. Producenci opon badają właściwości śniegu po to, aby zastosować jeszcze lepsze technologie i rozwiązania. Wszystko to przekłada się na lepsze właściwości jezdne opon, co z kolei istotnie wpływa na komfort jazdy, bezpieczeństwo i zachowanie opony w trudnych warunkach zimowych – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Jezierski, kierownik ds. komunikacji w regionie Europy Wschodniej-Północ w Goodyear.

Według danych Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego w Polsce mamy największą w Unii Europejskiej liczbę ofiar na drogach. Od kilkudziesięciu lat na polskich drogach każdego roku dochodzi do niemal pół miliona wypadków oraz kolizji, w których ginie ponad 3 tys. osób. Jedną z przyczyn tych niechlubnych statystyk może być brak wymiany opon z letnich na zimowe.

Z badań przytaczanych przez PZPO wynika, że aż 1/3 polskich kierowców (6 mln) zimą jeździ na oponach nieprzystosowanych do zimowych warunków. Eksperci podkreślają, że konieczne jest wprowadzenie przepisów nakazujących zmianę opon w zimie. Oczekują tego również sami kierowcy. Według ubiegłorocznych badań Moto Data „Badanie użytkowników samochodów” przytaczanych przez PZPO 82 proc. zmotoryzowanych popiera taki obowiązek.

Raport Komisji Europejskiej wskazuje, że w krajach, w których wprowadzono taki wymóg, średnio o 46 proc. zmalało prawdopodobieństwo wystąpienia wypadków w porównaniu z jazdą na letnich oponach w warunkach zimowych. Liczba śmiertelnych wypadków spadła średnio o 3 proc., ale w niektórych krajach nawet o 20 proc. Testy Auto Express i RAC przytaczane przez PZPO pokazują, że na ośnieżonej drodze przy prędkości 48 km/h auto na oponach zimowych zahamuje o 31 metrów wcześniej niż pojazd na letnich.

– Tylko dobra opona zimowa będzie w stanie zapewnić bezpieczeństwo i komfort prowadzenia samochodu w trudnych warunkach zimowych na zaśnieżonych drogach – podkreśla Paweł Jezierski.

Dlatego najwięksi producenci opon inwestują w badania nad interakcją śniegu i różnego rodzaju mieszanki gum. Goodyear uruchomił  zaawansowane laboratorium badań nad śniegiem, które mieści się w Centrum Innowacji Goodyear w Luksemburgu.

– W warunkach laboratoryjnych wytwarzamy śnieg o różnych właściwościach i badamy jego tarcie na oponę. Wszystkie wnioski płynące z badań, przy których też stosujemy nowoczesne technologie takie jak modelowanie 3D, sprawiają, że możemy stosować innowacyjne rozwiązania, dopasowywać kształt bieżnika oraz rodzaj mieszanki do właściwości danego śniegu – tłumaczy ekspert Goodyeara.

Choć wydaje się, że śnieg jest zawsze taki sam, to jednak ciągle zmienia swój stan. Poszczególne kryształki zrastają się w punktach styku (tzw. spiekanie), co powoduje przyleganie śniegu do opony. W zależności od warunków śnieg przykleja się do bieżnika w mniejszym lub większym stopniu. O ile suchy puch waży około 30 kg/m³, o tyle ubity śnieg na ziemi już 500 kg/m³, a twardy nawet 800 kg/m³. Na interakcję śniegu i opony wpływają również inne czynniki, m.in. temperatura powietrza czy prędkość, najważniejsze znaczenie ma jednak struktura śniegu.

 Zwarty śnieg pozostaje w rowkach bieżnika, świeży puch niemal całkowicie przykrywa oponę, natomiast twardy i ubity śnieg niemal nie przywiera do opony, stwarza jednak również trudne warunki na drodze – wskazuje Paweł Jezierski. – W praktyce opona zimowa sprawdza się bardzo dobrze, kiedy ma odsłonięte wszystkie krawędzie chwytne, kiedy śnieg nie przywiera do niej. Wtedy liczba rowków ma znaczenie i sprawia, że samochód ma jeszcze lepszą przyczepność.

Im więcej odsłoniętych rowków na oponie, tym bezpieczniej. Istotne znaczenie ma także liczba lameli, czyli nacięć klocków bieżnika, które zwiększają przyczepność. W oponach klasy premium, np. Goodyear UltraGrip 9+, znajduje się 2,5 tys. specjalnie zaprojektowanych lameli.

– O jakości opony zimowej świadczą głównie trzy elementy: specjalna mieszanka bieżnika, dopasowany zimowy bieżnik oraz dodatkowe żłobienia zwane lamelami, które gwarantują dodatkową przyczepność – wymienia ekspert Goodyeara.

Inżynierowie z laboratorium badań nad śniegiem produkują kryształki śniegu w różnych formach. Analizują je za pomocą tomografii mikrokomputerowej i następnie tworzą modele 3D próbek śniegu. W laboratoriach miesza się też różne rodzaje śniegu tak, by odtworzyć warunki panujące na ośnieżonych drogach. W ten sposób sprawdzają tarcie opony, dopasowując mieszanki gumowe, profile i ułożenie lameli. Wyniki badań testowane są przez zawodowych kierowców na zimowych torach Szwajcarii, Skandynawii i Nowej Zelandii.

COVID-19 cofnął postępy w walce z głodem i ubóstwem nawet o 10 lat. Liczba głodujących osób na świecie może drastycznie wzrosnąć

Najbiedniejsze kraje Afryki, Azji czy Ameryki Łacińskiej – ze względu na konflikty, kryzysy humanitarne oraz utrudnienia w międzynarodowej wymianie handlowej spowodowane pandemią COVID-19 – pogrążają się w coraz większym ubóstwie. W wielu państwach brakuje podstawowej żywności, a także leków. – Pandemia spowodowała również utratę pracy przez setki milionów ludzi, którzy żyją poniżej granicy ubóstwa, co napędza ruchy migracyjne – mówi dr Wojciech Wilk, prezes Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. Eksperci ostrzegają, że ten rok może przynieść największy kryzys humanitarny od kilku dekad.

Z raportu UNICEF na temat stanu bezpieczeństwa żywnościowego i żywienia na świecie wynika, że w 2019 roku niemal 690 mln ludzi cierpiało głód. Problem pogłębia się z roku na rok m.in. na skutek katastrof naturalnych, które niszczą plony, czy konfliktów zbrojnych. W ostatnich 12 miesiącach doszły do tego również skutki pandemii, ograniczeń w handlu i problemów gospodarek na całym świecie. Prognozy autorów raportu mówiły o możliwym wzroście o 130 mln liczby osób niedożywionych. Największa ich liczba mieszka w Azji i Afryce.

Wszystkie kraje na świecie są dotknięte skutkami gospodarczymi pandemii koronawirusa. Setki milionów ludzi zostało z powrotem zepchniętych poniżej granicy ubóstwa. Mówiąc bardziej obrazowo, postęp, który miał miejsce w zakresie zwalczania ubóstwa na świecie, został cofnięty o 5–10 lat ze względu na pandemię. Mamy nadzieję, że sytuacja szybko wróci do normy, ale obecnie setki milionów ludzi znowu potrzebują pomocy żywnościowej i walczą o przetrwanie – informuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Wojciech Wilk.

Pandemia niesie za sobą ogromne niebezpieczeństwo nie tylko większych kryzysów żywnościowych, humanitarnych, ale także coraz większego ubóstwa, które może stać się motorem nowych wojen, konfliktów wewnętrznych i migracji. Jak podaje ONZ, w 2021 roku 235 mln ludzi na całym świecie będzie potrzebowało ochrony i pomocy humanitarnej, co oznacza wzrost o 20 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Z kolei Światowy Program Żywnościowy (WFP) ocenia, że 2021 rok może przynieść największy kryzys humanitarny od czasu powstania ONZ.

Wiele z krajów Afryki, Azji czy Ameryki Łacińskiej importuje 50–60 proc., a czasami nawet 80 proc. żywności. Przykładowo Syria sprowadza ponad połowę zboża, które potrzebuje do wypieku chleba. Takie kraje ze względu na konflikty, kryzysy humanitarne oraz gospodarcze spowodowane pandemią COVID-19 już nie mają pieniędzy, żeby importować artykuły spożywcze. Z kolei kraje Afryki, które produkują żywność, mają ogromny problem z eksportem z uwagi na utrudnienia w międzynarodowej wymianie handlowej – wyjaśnia prezes Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej.

ONZ szacuje, że ponad 100 mln ludzi w regionie pasa Sahelu, czyli południowych obrzeży Sahary, rozciągających się od Oceanu Atlantyckiego aż po Morze Czerwone, potrzebuje pomocy żywnościowej. Głód zagraża m.in. mieszkańcom Syrii i Jemenu. Sytuacja gospodarcza w Syrii jest tak zła, że dzieci, zamiast się uczyć, stoją w kilometrowych kolejkach po chleb. Z kolei w Libanie kryzys polityczny i gospodarczy spowodował spadek dochodów rodzin o 80 proc., stąd coraz więcej osób nie stać nawet na zakup żywności.

Pandemia spowodowała, że setki milionów ludzi straciły pracę. Dodatkowo w Afryce Zachodniej funkcjonuje plotka mówiąca o tym, że ze względu na liczbę zmarłych na COVID-19 w Europie Zachodniej są tu wolne miejsca pracy, które czekają na migrantów z Afryki. Ta plotka napędza kolejny ruch migracyjny, rodzący się w bardzo gęsto zaludnionej Afryce Zachodniej – w kierunku Europy. Ze względu na blokady na szlakach migracyjnych postawionych przez Algierię i Maroko bardzo wielu migrantów dociera obecnie na Wyspy Kanaryjskie, gdyż szuka szansy na lepsze życie w Europie – tłumaczy dr Wojciech Wilk.

Eksperci przewidują, że drugi ruch migracyjny ruszy z krajów Bliskiego Wschodu. Coraz więcej osób z Libanu i Syrii dociera do wybrzeży Cypru, który dotychczas nie doświadczył kryzysu migracyjnego. Trzeci ruch migracyjny możliwy jest z Afryki Wschodniej. Sudan znajduje się w stanie rewolucji oraz w bardzo poważnym kryzysie gospodarczym. Mieszkańcy przemieszczają się z Chartumu do Libii i dalej do Włoch. Natomiast z Etiopii napływają informacje o walkach zbrojnych oraz masakrach ludności cywilnej, często w odległych zakątkach kraju.

Kraje dotknięte głodem potrzebują motoru wzrostu, aby gospodarka mogła funkcjonować jak dobrze pracujący silnik – generować dodatkowe środki, pracę i dobrobyt dla ludności. Jeżeli coś w ich gospodarce zaczyna szwankować, a np. pojawiają się wielotygodniowe lockdowny, wszystko się psuje, ludzie tracą pracę i funkcjonują poniżej granicy ubóstwa – komentuje prezes PCPM.

To problem także dla krajów, które w dużej mierze zależą od turystyki. Przez ograniczenia w podróżowaniu problemy dotkliwie odczuwają m.in. Egipt, Jordania czy Kenia. W wyniku pandemii straciły one turystów, setki milionów dolarów dochodu oraz ogromną liczbę miejsc pracy.

W wielu krajach Azji, Afryki czy Bliskiego Wschodu z jednej osoby pracującej w turystyce żyły czasami całe rodziny. Nie mówimy więc tylko o pojedynczych osobach zatrudnionych w turystyce, które straciły dochód, ale mówimy o ich większych rodzinach, czasami idących w dziesiątki osób – wyjaśnia dr Wojciech Wilk.

Reforma Kodeksu spółek handlowych jeszcze w tym kwartale może trafić do Sejmu. To największy od 20 lat projekt zmian w prawie gospodarczym

0

– Jeszcze w tym kwartale do Sejmu powinien trafić projekt największej jak dotąd reformy Kodeksu spółek handlowych – informuje Janusz Kowalski, wiceminister aktywów państwowych. Dokument został skierowany na Komitet Stały przy Radzie Ministrów. Największa od 20 lat nowelizacja prawa gospodarczego ma m.in. ułatwić działalność spółkom kapitałowym i zapewnić radom nadzorczym nowe narzędzia kontrolne. Po jej uchwaleniu największe polskie grupy zyskają też nowe instrumenty do bardziej efektywnego zarządzania swoimi spółkami zależnymi.

– Podstawowym celem reformy Kodeksu spółek handlowych jest uproszczenie prawa i zmiana otoczenia regulacyjnego tak, aby służył on ponad 400 tys. polskich spółek kapitałowych, a więc spółek z ograniczoną odpowiedzialnością i akcyjnych. Jasne i czytelne prawo gospodarcze to jest dobry partner dla polskiego biznesu. Chodzi o to, żeby przedsiębiorcy nie marnowali pieniędzy i czasu na interpretację przepisów prawnych, ale mogli się rozwijać – mówi agencji Newseria Biznes Janusz Kowalski, wiceminister aktywów państwowych, pełnomocnik rządu ds. reformy nadzoru właścicielskiego nad spółkami Skarbu Państwa.

Jak ocenia, projekt największej od 20 lat reformy Kodeksu spółek handlowych powinien trafić do Sejmu jeszcze przed końcem tego kwartału. Ministerstwo poinformowało, że równo rok po rozpoczęciu prac nad zmianami i powołaniem Komisji ds. Reformy Nadzoru Właścicielskiego dokument trafił już na Komitet Stały przy Radzie Ministrów.

– Reforma po raz pierwszy wprowadzi do polskiego porządku prawnego przepisy dotyczące zgrupowania spółek, tzw. prawa koncernowego, holdingowego. Sprawne zarządzanie holdingami – zarówno kierowanymi przez Skarb Państwa, jak i holdingami prywatnymi czy np. zespołami spółek start-upowych i gamingowych – jest ważne szczególnie w pandemii koronawirusa, kiedy mamy do czynienia z wieloma akwizycjami na rynku kapitałowym – mówi wiceminister aktywów państwowych. – To są nowoczesne przepisy znane z innych państw Unii Europejskiej, które pozwolą jeszcze szybciej rozwijać się polskim holdingom, ale również przyciągną być może nowych inwestorów ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Holandii czy Niemiec.

Reforma KSH wprowadzi po raz pierwszy definicję grupy spółek, którą będą tworzyć spółka dominująca oraz spółki od niej zależne, kierujące się wspólną strategią gospodarczą i wspólnym interesem. Do tej pory ujęte w KSH stosunki wzajemne zależności i dominacji stanowiły bowiem utrudnienie w bieżącej działalności grup kapitałowych.

 Dotąd realizowanie wspólnej strategii biznesowej w ramach całego holdingu niosło ze sobą ryzyka prawne, ponieważ zgodnie z prawem zarządy i rady nadzorcze spółek kapitałowych muszą pracować wyłącznie na rzecz swojego podmiotu. Tymczasem nie zawsze spółki córki czy spółki wnuczki będą realizować to, co jest dobre dla całej grupy. Dlatego aby móc realizować wspólną strategię biznesową, potrzebne jest oprzyrządowanie i bezpieczeństwo prawne. W praktyce jeżeli grupa zechce integrować np. kwestie dotyczące zakupów, projektów IT albo flot samochodowych, wówczas spółka matka będzie mogła wydać tzw. polecenie wiążące wszystkim innym spółkom z grupy, które będą zobowiązane realizować jej strategię – wyjaśnia Janusz Kowalski.

Reforma KSH ma m.in. wzmocnić pozycję rad nadzorczych. Zyskają one nowe uprawnienia, np. możliwość powoływania własnych, niezależnych ekspertów, którzy pomogą jej ocenić sytuację spółki i efekty strategii przyjętej przez zarząd.

– Chcemy wprowadzić do polskiego KSH instytucję doradcy, a więc osoby lub podmiotu wynajętego dla oszacowania określonej, bardzo specjalistycznej kwestii w kontekście nadzoru rady nadzorczej nad zarządem spółki kapitałowej. Przykładowo w przypadku akwizycji realizowanej na rynku międzynarodowym rada nadzorcza – wynajmując swojego doradcę – będzie mogła ocenić, czy działanie zarządu w tym obszarze jest prawidłowe. Podobnie realizując jakiś specjalistyczny projekt związany z IT, rada nadzorcza będzie mogła zakontraktować doradcę, który oceni, czy jego założenia są dobre dla spółki kapitałowej – mówi wiceminister aktywów państwowych.

Podkreśla też, że rząd wyciągnął wnioski z głośnej afery GetBacku sprzed blisko trzech lat, w której blisko 10 tys. poszkodowanych mogło stracić nawet 2,5 mld zł. Reforma Kodeksu spółek handlowych ma zawierać rozwiązania, które pozwolą na lepszy nadzór i zapobiegnięcie takim sytuacjom na przyszłość.

Zarząd będzie zobowiązany przekazywać na bieżąco informacje o swojej działalności i planach do rady nadzorczej, która nie będzie mogła się już zasłonić tym, że czegoś nie wiedziała, o czymś nie była poinformowana. Takie działanie na pewno zwiększy efektywność nadzorów i dla inwestorów prywatnych, i dla Skarbu Państwa – mówi Janusz Kowalski.

Prace nad reformą KSH były prowadzone od lutego ubiegłego roku w ramach Komisji ds. Reformy Nadzoru Właścicielskiego we współpracy z ekspertami i przedsiębiorcami. W wyniku konsultacji publicznych do MAP spłynęło ponad 800 uwag i komentarzy. Zespoły eksperckie nadal pracują nad dalszymi zmianami, np. dotyczącymi reformy obowiązków informacyjnych spółek kapitałowych czy wykorzystania nowych technologii  w prawie handlowym.

– Kiedy zapytamy przedsiębiorców i potencjalnych inwestorów o to, jakie warunki muszą być spełnione, żeby zainwestować w Polsce, to większość z nich na pierwszym miejscu wymienia jasne regulacje prawne i stabilność prawa – mówi wiceminister aktywów państwowych. – Wszelkiego rodzaju zmiany, które są korzystne dla biznesu, zostaną dobrze przyjęte przez polskich przedsiębiorców. Po konsultacjach publicznych zmieniliśmy wiele pierwotnie projektowanych zapisów. Chcemy, aby nasz Kodeks spółek handlowych był najlepszym i najnowocześniejszym tego typu dokumentem w Europie.