Awersja do ryzyka i siła dolara zdominowały handel na rynkach finansowych. Przy braku pozytywnych informacji kapitulacja z pozycji bierze górę, nakręcając testy i przełamania poziomów technicznych. Ryzykowne waluty (AUD, NZD, NOK, SEK) są pod największą presją. Słabnie też złoty.
Przyzwyczailiśmy się, że Fed zawsze przychodzi rynkom na ratunek. Czy to w trosce o utrzymanie łagodnych warunków finansowych (łatwiejszy dostęp do kredytu), czy by rozwiać obawy o perspektywy gospodarcze. Tym razem jest jednak inaczej. Fed tupnął mocno nogą i na każdym kroku przypomina, że teraz ruch należy do Kongresu, gdyż kluczowym jest zaangażowanie polityki fiskalnej we wsparcie ożywienia. Tymczasem sygnały płynące z Waszyngtonu w ogóle nie dają nadziei, aby pakiet fiskalny został prędko ustalony. Co więcej, ostatnie doniesienia sugerują, że Kongres szykuje się do przerwy w obradach aż do listopadowych wyborów prezydenckich. Nawet jeśli informacja ta się nie potwierdzi, o porozumienie międzypartyjne nad pakietem fiskalnym cały czas jest trudno, gdyż za ważniejszą sprawę uznaje się walkę o fotel w Sądzie Najwyższym. W dobie wyścigu prezydenckiego nominacja sędziowska zyskała dodatkowe znaczenie, gdyż to Sąd Najwyższy będzie ostatecznie rozstrzygać o wyniku wyborów, jeśli przebieg głosowania zostanie w jakiś sposób zakłócony (zgubione głosy, atak hakerski). To przykre, że tak potrzebne wsparcie dla gospodarki zostało odsunięte na bok dla zrobienia miejsca przepychankom o władzę. Wygląda jednak na to, że w całej tej kombinacji wydarzeń wybory prezydenckie stały się większym czynnikiem ryzyka dla rynków, niż jeszcze kilka tygodni temu można było przypuszczać.
Risk-off uderza przede wszystkim w waluty ryzykowne, co w przypadku G10 ustawia celownik na AUD, NZD, NOK i SEK. Pogrom dosięga też rynków wschodzących z najbardziej poszkodowanym meksykańskim peso – ponad 6 proc. przeceny vs USD od początku tygodnia. Skok EUR/PLN do 4,5250 pokazuje, że ucieczka od ryzyka nikogo nie oszczędza i dopóki wstępny pęd nie zostanie zahamowany, nie ma co walczyć z trendem. Ale na FX siła dolara jest przede wszystkim szacowana poprzez obserwację EUR/USD. Rajd aprecjacyjny w trakcie miesięcy letnich był silny i sporo uczestników rynku chciało się na niego załapać. Największy rynek oznacza największą pojemność dla dużego kapitału chcącego relatywnie bezpiecznie partycypować w osłabieniu dolara. Teraz jednak do przesycenie może się zemścić, szczególnie że otoczenie makro temu sprzyja (słabe PMI z Eurolandu).
Dziś pod lupą znajdą się kolejne przemówienia przedstawicieli Fed, w tym prezesa Powella, który kolejny dzień zdaje w Kongresie relację z realizacji polityki monetarnej. Wydaje się, że przekaz jest jasny i Fed jest gotów znieść więcej spadków indeksów na Wall Street, by podtrzymać presję na Kongresie. Przed południem uwaga skupi się na decyzjach europejskich bankach centralnych. W Szwajcarii SNB prawdopodobnie powtórzy, że interwencje walutowe pozostają jego głównym narzędziem w walce z silnym frankiem, który jest „wysoko wyceniany”. Więcej nie trzeba, gdyż EUR/CHF oddalił się od umownej granicy 1,05 i nie wymusza agresywnych działań banku. W przekazie Norges Banku najciekawsze będą zmiany w prognozowanej ścieżce stopy procentowej z uwzględnieniem lepszych danych makro i wyższych cen ropy naftowej. Mimo to do pierwszej podwyżki jeszcze daleka droga (II poł. 2022 r.), więc debata nad ścieżką jest czysto teoretyczna bez wpływu na NOK.
ZAP-Mechanika to kolejna firma, w którą zainwestował Omikron Capital. Przedsiębiorstwo zajmujące się obróbką metali nabyte zostało z rąk prywatnych właścicieli. Inwestor chce dynamicznie rozwijać firmę poprzez rozwój sprzedaży, rozbudowę mocy przerobowych w oparciu o automatyzację oraz ekspansję na nowe rynki zbytu.
ZAP-Mechanika to firma z Ostrowa Wielkopolskiego, specjalizująca się w obróbce metali, przede wszystkim cieplnej oraz mechanicznej. Omikron Capital, który koncentruje się na inwestowaniu m.in. w prosperujące spółki przemysłowe i usługowe, nabył 100 proc. udziałów przedsiębiorstwa.
– Zakup ZAP-Mechaniki uważamy za bardzo duży sukces. Firma funkcjonuje na rynku już od ponad 20 lat. Negocjacje rozpoczęły się jeszcze przed pandemią COVID-19, a więc mieliśmy możliwość obserwowania przedsiębiorstwa w trakcie lockdownu i stopniowego odmrażania gospodarki. To tylko utwierdziło nas w przekonaniu, że to dobra inwestycja, ponieważ spółka poradziła sobie w tym okresie dobrze – mówi Tomasz Firczyk, założyciel i Partner Zarządzający Omikron Capital. – Inwestujemy tylko w stabilne firmy z określonym potencjałem wzrostu. Nie jesteśmy biernym właścicielem, lecz aktywnie angażujemy się w funkcjonowanie spółek portfelowych i wspieramy je swoim wieloletnim doświadczeniem. W przypadku ZAP-Mechaniki również mamy jasno sprecyzowaną strategię dalszego rozwoju – dodaje.
Większa sprzedaż i ekspansja na nowe rynki
Nowi właściciele ZAP-Mechanika zakładają dwu, a nawet trzykrotny wzrost spółki w ciągu najbliższych 5-7 lat. Pomóc w tym ma między innymi wsparcie eksperckie, inwestycja w nowy zakład, a także wzrost przez akwizycje. Przedsiębiorstwo zatrudnia obecnie około 140 osób, a rok 2019 zakończyło z wynikiem EBITDA na poziomie 9,7 mln zysku.
– Na początku chcemy wzmocnić zarząd oraz dział sprzedaży, znacznie go rozbudowując. Firma posiada nowoczesny, doinwestowany park maszynowy z autorskimi, unikatowymi na rynku systemami. Ma także profesjonalny, doświadczony zespół i doszlifowane procesy produkcji. Doceniamy wszystkie atuty firmy, dlatego cały czas jesteśmy w kontakcie z poprzednimi właścicielami, którzy przez najbliższy czas będą nas wspierać w procesie przekazania sterów nowemu zarządowi, tak, aby kontynuować wszystkie dobre praktyki – mówi Piotr Banaszkiewicz, Partner Zarządzający Omikron Capital. – Chcemy skupić się przede wszystkim na wzmocnieniu nowych obszarów i potencjale wzrostowym. Dlatego wraz ze wzrostem sprzedaży i poszerzaniem rynków zbytu rozważymy zbudowanie nowego, w pełni zautomatyzowanego zakładu, który zwiększy możliwości produkcyjne. Zaznaczając jednocześnie, że nie będzie się to wiązało z redukcją zatrudnienia – dodaje.
ZAP-Mechanika specjalizuje się w produkcji części maszyn, obróbki mechanicznej, cieplnej czy badań metalograficznych, głównie dla branży narzędziowej i hydrauliki siłowej. Natomiast większość jego odbiorców pochodzi z Europy Zachodniej. Kadra inżynierska przedsiębiorstwa i nowoczesny park maszynowy z powodzeniem umożliwiają oferowanie usług innym branżom. Na początku rozszerzenie oferty obejmie sektor spożywczy, medyczny, samochodowy, energetyczny, a w dłuższej perspektywie kolejne branże.
– Liczymy, że równolegle z poszerzaniem usług spółki skierowanych do nowych branż przemysł zacznie się rozpędzać po kryzysie wywołanym koronawirusem. Doświadczenia lockdownu prawdopodobnie zwiększą także znaczenie nearshoringu. Firmy, których łańcuchy dostaw w trakcie zamrożenia gospodarki zostały zachwiane lub przerwane, będą dążyć do większej dywersyfikacji dostawców. Zwłaszcza, gdy wcześniej zamawiały produkty np. aż z Azji. Część z nich, aby uniknąć problemów w przyszłości, będzie się starała mieć dostawców bliżej swoich zakładów. To spora szansa nie tylko dla naszej spółki, ale także dla większości rodzimych firm przemysłowych – prognozuje Piotr Banaszkiewicz.
Dobry czas na inwestycje
Mimo kryzysu wywołanego COVID-19 Omikron Capital nie zamierza zwalniać tempa i planuje w tym roku przeprowadzić jeszcze jedną transakcję.
– Obecna sytuacja powoduje dużo niepewności, warto jednak pamiętać, że w pewnym zakresie to stały element biznesu. Potwierdza to zwłaszcza koronawirus, który zmienił rzeczywistość bardzo szybko i wprowadził nową normalność. Ostanie miesiące pozwalają także łatwo zweryfikować, które przedsiębiorstwa posiadają stabilne fundamenty i są odporne nawet na bardzo silne zawirowania – mówi Tomasz Firczyk. – Działając na rynku private equity koncentrujemy się przede wszystkim na firmach przemysłowych i usługowych z sektora MŚP. Poza samym zakupem aktywnie wspieramy posiadane spółki m.in. wiedzą ekspercką i doświadczeniem zdobytym przy ponad 20 transakcjach. Jest to ważne szczególnie teraz, gdy większość przedsiębiorstw, by zachować konkurencyjność musi zwiększać automatyzację oraz dostosować się do nowych realiów, a to wymaga odpowiednich działań i strategii, które zapewniamy. Każdą kupioną firmę traktujemy wyjątkowo i stawiamy na jakość, a nie ilość zrealizowanych inwestycji – podsumowuje.
Omikron Capital skupia się na inwestycjach w firmy rodzinne, w których założyciele chcą wycofać się z prowadzenia biznesu lub szukają partnera biznesowego, który pomoże im wznieść przedsiębiorstwo na kolejny poziom. Jak wynika z raportu Deloitte “Firmy prywatne – wyzwania i możliwości” zaledwie co czwarta (26 proc.) firma rodzinna jest przygotowana do sukcesji na stanowiskach dyrektorskich. W takich przypadkach często założyciele szukają partnerów, którym mogliby powierzyć zbudowane przez lata przedsiębiorstwo i spieniężyć swój życiowy wysiłek.
Wzrasta zainteresowanie Polaków wyjazdami do pracy za granicę. Chętnych jest niemal o 30% więcej niż przed pandemią. Według raportu opublikowanego przez OTTO Work Force, wśród osób zdecydowanych na wyjazd przeważają osoby młode (72%) ze średnim lub z wyższym wykształceniem. Dla 77% ankietowanych główną motywacją są wyższe zarobki.
Polski rynek pracy mierzy się z kryzysem wywołanym przez pandemię koronowirusa. Z szacunków Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że stopa bezrobocia w sierpniu wyniosła 6,1% i utrzymała się na tym samym poziomie co w lipcu. Według najnowszych prognoz na koniec roku stopa bezrobocia wyniesie między 7,1 a 8%. Jak ostatecznie będzie kształtowała się polska gospodarka i rynek pracy pokażą dopiero najbliższe miesiące. Niepewność rynkową potęguje bowiem obawa o drugą falę epidemii. Aktualna sytuacja tym bardziej wpływa na wzrost zainteresowania młodych Polaków pracą za granicą. Wyjazdom młodych ludzi sprzyjają zdalne formy nauczania wprowadzone na uczelniach wyższych. Młodzi ludzie mają możliwość szukać pracy z dala od miejsca zamieszkania, kierując się korzyściami ekonomicznymi w większym stopniu niż przed pandemią.
Kto wyjeżdża do pracy za granicę?
Według raportu wydanego przez OTTO Work Force, największą grupę wyjeżdzających do pracy za granicę stanowią osoby stosunkowo młode. Zdecydowana większość to pracownicy w wieku od 18 do 25 lat (45%) oraz od 26 do 35 lat (27%). Kolejną grupę stanowią osoby w wieku od 36 do 50 lat (22%) oraz powyżej 50 lat (6%). Do pracy tymczasowej w Holandii najczęściej wyjeżdżają mężczyźni (67%), posiadający średnie wykształcenie (72%).
Profil pracownika wyjeżdżającego do pracy za granicę.
Źródło: Migracja zarobkowa polskich pracowników w czasach Covid-19, lipiec 2020, OTTO Work Force.
“Zainteresowanie Polaków wyjazdami do pracy do Holandii i Niemiec widocznie wzrasta. Szacujemy, że chętnych do pracy za granicą jest niemal o 30% więcej niż w poprzednim roku. Wśród osób, które wstępnie odpowiadają na nasze oferty pracy, aż 92% jest rzeczywiście zdecydowanych na wyjazd. Spowodowane jest to głównie chęcią odrobienia strat finansowych wynikających z redukcji miejsc pracy lub obniżki wynagrodzenia. Istotną grupę wśród wyjeżdżających stanowią studenci, którzy dzięki zajęciom w trybie online mogą pogodzić naukę z pracą zarobkową. Wielu z nich przedłużyło pracę wakacyjną ze względu na brak konieczności powrotu do Polski na studia” – mówi Patrycja Liniewicz, Managing Director International Recruitment w OTTO Work Force.
77% Polaków wyjeżdża dla wyższych zarobków
Według raportu OTTO Work Force główną motywacją Polaków wyjeżdżających do pracy za granicę są uwarunkowania ekonomiczne. 77% badanych wskazało, że do wyjazdu zachęcają ich wyższe zarobki niż w ojczyźnie. Spośród respondentów aż 33% wskazało, że powodem wyjazdu jest utrata zatrudnienia, a 29% chce wyjechać z powodu obniżki wynagrodzenia w Polsce.
Co spowodowało, że chce Pan(i) podjąć pracę za granicą?
* Ankietowani mogli wskazać maksymalnie dwie odpowiedzi.
Dane opublikowane przez GUS wskazują, że zmniejsza się dynamika spadku przeciętnego zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw. Rynek pracy w sierpniu br. stabilizuje się w warunkach „nowej normalności” w okresie pandemii COVID-19.
Przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw wynosiło 6295 tys. osób i było niższe niż przed rokiem o 1,5%. Najwięcej osób jest zatrudnionych w przemyśle – 2708 tys. osób, z czego 2 333 tys. w przetwórstwie przemysłowym, oraz w sekcji Handel, naprawa pojazdów samochodowych – 1294 tys. osób.
Najwyższe spadki zatrudnienia odnotowano w administracji i działalności wspierającej (o 6,5%) i – co chyba nie powinno dziwić – w zakwaterowaniu i gastronomi (o 5%). Są też branże w których obserwowany jest jego wzrost, np. – informacja i komunikacja (o 2,7%). Rośnie liczba zgłaszanych zwolnień grupowych – w końcu sierpnia 357 zakładów zadeklarowało plany zwolnienia 38 tys. pracowników, z czego 3,9 tys. z sektora publicznego.
Przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw w sierpniu wynosiło 5337,65 zł i było wyższe o 4,1% niż przed rokiem. Mimo, iż wydaje się, że okres dużej dynamiki wzrostu wynagrodzeń mamy za sobą, to dobrą informacją jest, że obserwujemy powolny wzrost płac. Niewątpliwie sytuacja, jaka miała miejsce na wiosnę była również efektem wsparcia w ramach kolejnych tarcz, zakładających konieczność obniżenia wymiaru czasu pracy lub wprowadzenia przestoju, jako warunku uzyskania środków publicznych. Obecny wzrost płac może być potraktowany jako wskaźnik względnej stabilności finansowej firm po okresie korzystania ze wsparcia.
Stopa bezrobocia rejestrowanego w sierpniu utrzymywała się na tym samym poziomie co w lipcu br. ale w skali roku wzrosła o 0,9 pkt proc. Mamy do czynienia ze zróżnicowaniem sytuacji na rynku pracy w poszczególnych województwach. Najniższe bezrobocie jest w wojewódzkie wielkopolskim – 3,7 %, najwyższe w warmińsko – mazurskim (9,9%).
Stosunkowo niski poziom bezrobocia w skali kraju oraz brak wyraźnego wzrostu w okresie zamrożenia gospodarki jest skutkiem realizacji programów utrzymania zatrudnienia, finansowanych ze środków publicznych. Obecnie większość tych programów zostało zakończonych i na razie brak jednoznacznych informacji ze strony rządu o ich kontynuowaniu, nawet w zmodyfikowanej formie. Najbliższe tygodnie przyniosą odpowiedź, na ile obecna kondycja gospodarki pozwala utrzymać poziom zatrudnienia zbliżony do tego sprzed pandemii. Publikowane przez GUS wskaźniki dotyczące poziomu zatrudnienia czy stopy bezrobocia pozwalają na umiarkowany optymizm w tym zakresie.
Dane, jakimi dysponujemy, pozwalają postawić tezę, że rynek pracy poradził sobie stosunkowo dobrze z zamrożeniem gospodarki, procesem wychodzenia z lockdownu oraz funkcjonowaniem w nowych warunkach, wymagających zdolności adaptacyjnych. Jednym z czynników, które w istotny sposób wpłynęły na tę sytuację, było zaangażowanie bardzo dużych środków publicznych w łatwo dostępne dla przedsiębiorców programy pomocowe. Obecna sytuacja finansów państwa nie pozwala na kontynuowanie tak hojnego wsparcia, a jednocześnie są branże, które nadal wymagają pomocy. Kolejne miesiące powinny być okresem kontynuowania wsparcia publicznego, ale na zasadach bardziej selektywnych niż miało to miejsce dotychczas.
15 września br. Starward Industries ujawnił światowym mediom branżowym szczegóły swojego debiutanckiego produktu. Oprócz tytułu gry, spółka ujawniła wątek przewodni fabuły, pierwsze screenshoty z przebiegu rozgrywki oraz fragmenty oprawy muzycznej. Ogłoszenie odbiło się bardzo szerokim echem w Internecie, a gra została błyskawicznie zauważona przez największe media branżowe i przyjęta z ogromnym entuzjazmem.
Ponad tydzień temu na platformie dystrybucyjnej Steam pojawiła się oficjalna karta gry wideo pod tytułem “The Invincible” czyli Niezwyciężony. W ciągu tygodnia od ogłoszenia, informacje dotyczące gry zostały opublikowane na ponad 250 stronach w ponad 20 językach, a jak dotąd 8 stron przeprowadziło wywiady z zespołem Starward Industries. O The Invincible napisały między innymi: GameSpot, IGN, PC Gamer, Game Pressure czy Rock Paper Shotgun. Opinie mediów są bardzo pozytywne.
“The Invincible przyrzeka wciągającą rozrywkę i nieliniową opowieść (…) Brzmi znajomo.” – GameSpot
“Washington Post niedawno nazwał Lema geniuszem, zatem z pewnością zapowiada się to ciekawie.” – PC Gamer
“Jest diabelnie ambitna (…). Starward ma nadzieję na kolejny sukces w adaptowaniu polskiej literatury do gier. Ja to kupuję.” – Rock Paper Shotgun
– Następne publikacje są w trakcie przygotowywania i będą pojawiać się w Internecie oraz innych mediach w kolejnych dniach i tygodniach. Zasięg postów w oficjalnych kanałach społecznościowych, tj. na Facebooku i Twitterze, przekroczył 3 mln osób, w tym ponad 500 tys. interakcji i łącznie ponad 50 tys. polubień w niecały tydzień od ujawnienia gry. Oceniamy, że zainteresowanie grą jest bardzo wysokie, a jej odbiór jest wyjątkowo pozytywny – mówi Marek Markuszewski, prezes Starward Industries.
Zapowiedź ujrzała światło dzienne przy okazji obchodów 99. urodzin światowej sławy pisarza fantastyki naukowej, Stanisława Lema, na którego powieści oparta jest gra. Niezwyciężony, będący w produkcji od 2018 roku, jest retro-futurystycznym thrillerem rozgrywanym z perspektywy pierwszej osoby, którego akcja dzieje się na odległej planecie. Gra ma ukazać się na platformach PC, PlayStation®5 and Xbox Series X w 2021 roku.
Mastercard ogłosił przekazanie grantu w wysokości 200 tys. USD (ok. 750 tys. zł) na cyfryzację małych i średnich firm w Polsce. Dzięki tym środkom zorganizowany zostanie program akceleracyjny, a także ogólnopolska kampania edukacyjna dla przedsiębiorców, obejmująca webinaria, wydarzenia stacjonarne i edukację w mediach. Za realizację tych działań odpowiedzialna będzie Fundacja Impact. Jest to pierwszy projekt tego typu w Europie Środkowo-Wschodniej, realizowany dzięki globalnemu programowi Mastercard Centre for Inclusive Growth.
Dzięki współpracy z Fundacją Impact Mastercard wesprze przedsiębiorców, którzy szukają sposobów na zaistnienie w e-commerce wobec nagłego osłabienia się tradycyjnego handlu w czasie pandemii. Projekt, pod nazwą „E-business vs. lockdown”, zakłada m.in. stworzenie dedykowanych materiałów edukacyjnych, a także organizację eventów stacjonarnych i online. Materiały edukacyjne będą dostępne na specjalnie zaprojektowanej, ogólnodostępnej platformie internetowej oraz promowane przy wsparciu partnerów. Przedsiębiorcy będą też mogli wziąć udział w programie akceleracyjnym, dzięki czemu uzyskają bezpośredni dostęp do konsultantów i ekspertów w zakresie cyfrowej transformacji.
Projekt zostanie zrealizowany z funduszy Mastercard Center for Inclusive Growth, instytucji wspierającej zrównoważony wzrost gospodarczy i walczącej z wykluczeniem społecznym na całym świecie. Centrum wykorzystuje zasoby i kompetencje Mastercard, w tym analizę danych, fachową wiedzę i technologie, zarządzając jednocześnie funduszami na niezależne badania naukowe, skalowanie globalnych programów filantropijnych, a także aktywizację liderów, innowatorów i działaczy społecznych.
„Zdajemy sobie sprawę, że małe firmy są kołem zamachowym każdej gospodarki, a ich sukcesy wpływają na kondycję i jakość życia szerszej społeczności. Cyfrowa transformacja w warunkach pandemii koronawirusa to dla wielu małych firm szansa, którą warto wykorzystać, ale też potężne wyzwanie. Przedsiębiorcy potrzebują fachowej wiedzy, a także szybkich rozwiązań, które pozwolą im poruszać się w „nowej normalności”. Dzięki współpracy z Fundacją Impact w Polsce wesprzemy 100 000 małych firm w ich drodze do cyfryzacji, aby nie tylko przetrwały pandemię, ale wyszły z niej silniejsze” – mówi Payal Dalal, wiceprezes Mastercard Center for Inclusive Growth na rynkach zagranicznych.
„Od lat pomagamy polskiemu biznesowi przejść na cyfrowe tory. Nie tylko zachęcamy go do przyjmowania płatności bezgotówkowych, które preferują konsumenci, ale też inwestujemy w innowacje generowane przez zwinne polskie startupy. Dziś, w trudnym czasie pandemii, sektorowi MŚP proponujemy też ułatwiające działalność w sieci, dodatkowe korzyści dostępne dla użytkowników kart firmowych Mastercard czy bezpłatne aplikacje do obsługi procesów biznesowych” – dodaje Bartosz Ciołkowski, dyrektor generalny na Polskę, Czechy i Słowację w Mastercard Europe.
Kluczowy moment dla e-commerce
Dlaczego tak ważne jest wsparcie e-biznesu w obecnych czasach? Według analiz, w kwietniu 2020 r., a więc w szczytowym momencie pandemii w Polsce, sprzedaż w sklepach stacjonarnych spadła aż o 23 proc. (GUS, dane rok do roku). Podczas gdy Covid-19 masowo zamykał sklepy stacjonarne, wzrost notowały sklepy online. Szybko jednak okazało się, że dziesiątki tysięcy właścicieli małych sklepów i punktów usługowych – niemających wcześniejszych doświadczeń w e commerce – zostało odciętych od przychodów nawet na kilkanaście tygodni. Ta sytuacja pokazała, jak ważne jest włączenie sektora MŚP w cyfryzację gospodarki. Tymczasem szacunki rynkowe mówią o ok. 6-7 proc. udziale e-commerce w całości handlu w Polsce na koniec br. To wyraźnie więcej niż kilka lat temu, ale wciąż dużo poniżej poziomów w krajach takich jak Niemcy, Francja, USA czy Wielka Brytania, gdzie e-commerce odpowiada już za 15-25 proc. handlu. Program „E-business vs. lockdown” ma na celu pomóc polskiemu e-biznesowi dogonić bardziej rozwinięte rynki.
„Digitalizacja tysięcy małych i średnich firm jest szczepionką na koronawirusa dla całej gospodarki. Z tej idei zrodził się nasz pomysł na program wsparcia i edukacji na drodze do cyfrowej transformacji dla biznesu. To nasza odpowiedź na wyzwania związane z Covid-19. Chcemy wyjść naprzeciw polskim firmom, które mają odpowiednie warunki, żeby szybko absorbować innowacje” – zaznacza Urszula Hasiec, prezes Fundacji Impact.
Dzięki finansowaniu ze środków przyznanych przez Agencję Badań Medycznych Instytut Hematologii i Transfuzjologii (IHiT) rozpoczyna realizację projektu badawczego poświęconego nowatorskiemu leczeniu ostrej białaczki limfoblastycznej u dorosłych. Celem projektu jest opracowanie nowych, bardziej skutecznych metod diagnostycznych i terapeutycznych u chorych na ostrą białaczkę limfoblastyczną w okresie nawrotu choroby.
Ostra białaczka limfoblastyczna (ang. acute lymphoblastic leukemia – ALL) to choroba nowotworowa wywodząca się prekursorowych limfocytów linii B lub T powstających w szpiku kostnym i uznawana jest za chorobę rzadką. ALL może występować we wszystkich grupach wiekowych, jednak najczęściej rozpoznawana jest u dzieci. Choć z wiekiem zmniejsza się częstość występowania tej choroby, to pogarsza się też rokowanie – odsetek 5-letnich przeżyć dla młodych dorosłych wynosi 54 proc., a dla osób powyżej 60 roku życia już zaledwie 13 proc.
– Dla naszego zespołu badawczego to bardzo ważny projekt. Opiera się on na wynikach badań przedklinicznych przeprowadzonych w IHiT , które wykazały, że zahamowanie aktywności niektórych enzymów (kinaz) w komórkach białaczkowych przywraca ich wrażliwość na standardowe leczenie. Chcemy zatem wykorzystać zarejestrowane i stosowane w innych wskazaniach onkologicznych nowatorskie leki z grupy inhibitorów kinaz do przełamania oporności na standardowe leczenie oparte o glikokortykosteroidy u tych pacjentów, którzy z powodu zaawansowania procesu chorobowego nie kwalifikują się do intensywnego leczenia nawrotu choroby wyjaśnia prof. dr hab. n. med. Ewa Lech-Marańda, dyrektor Instytutu Hematologii i Transfuzjologii i kierownik projektu.
Projekt badawczy jest w fazie przygotowań do uruchomienia badań, które przeprowadzone zostaną w dwóch częściach, obejmujących badanie populacyjne i badanie kliniczne 1 fazy.
– Badaniem populacyjnym planujemy objąć wszystkich dorosłych chorych na ALL zgłaszających się do naszego szpitala lub jednostek współpracujących, którzy wyrażą zgodę na udział w badaniu. W próbce krwi tych pacjentów będziemy poszukiwać biomarkerów, które mogą dostarczyć informacji o wrażliwości danego chorego na leczenie celowane, wyborze optymalnej terapii i rokowaniu, które mogłyby być wykorzystane w rutynowej diagnostyce choroby w przyszłości. Badanie to daje szansę na opracowanie testu pozwalającego na personalizację leczenia tego typu białaczki i ułatwić wybór skutecznej terapii. Ta część metodologii będzie opracowywana wspólnie z partnerem zagranicznym projektu – holenderską firmą PamGene. Według harmonogramu ta cześć projektu rozpocznie się w pierwszym kwartale 2021 r., a o naborze będziemy szeroko informować – mówi dr n. med. Eliza Głodkowska-Mrówka – adiunkt w Instytucie Hematologii i Transfuzjologii i kierownik naukowy projektu.
Z kolei badaniem klinicznym 1 fazy zostaną objęci wybrani chorzy ze wznową ALL, którzy nie kwalifikują się do intensywnej chemioterapii.
– Ta grupa chorych otrzyma nowatorską terapię eksperymentalną opartą o inhibitory kinaz (trametynib, gilteritynib lub ewerolimus) w połączeniu z deksametazonem. Celem badania będzie sprawdzenie bezpieczeństwa i skuteczności tej formy leczenia oraz określenie farmakokinetyki badanych leków. W dalszej perspektywie czasowej, uzyskane w ramach tej próby wyniki staną się podstawą przeprowadzenia kolejnego badania klinicznego, tym razem w populacji pacjentów z ALL zależną od aktywacji kinaz, którego celem będzie eliminacja choroby resztkowej i poprawa wyników leczenia – dodaje dr n. med. Eliza Głodkowska-Mrówka.
Projekt badawczy jest realizowany dzięki środkom przyznanym przez Agencję Badań Medycznych i potrwa 5,5 roku. W sumie w tym czasie udział w badaniu weźmie kilkaset osób. Zespół badawczy tworzą naukowcy IHiT w tym m.in. hematolodzy, diagności, bioinformatycy, biolodzy molekularni, patomorfolodzy, radiolodzy, a także koordynatorzy, farmaceuci i personel pielęgniarski.
– Zakładamy, że wyniki naszych badań znacznie poszerzą widzę na temat biologii komórek ALL, dzięki czemu w niedalekiej przyszłości będziemy mogli stosować spersonalizowane terapie już w pierwszej linii leczenia tej choroby, co przyczyni się do poprawy wyników leczenia dając pacjentom większą szansę na życie bez białaczki – podsumowuje prof. Ewa Lech-Marańda.
TopLevelTennis.com S.A. (poprzednio Thunderbolt S.A.), Spółka notowana na rynku NewConnect, podpisała umowę licencyjną z The Tennis Channel, Inc. Zgodnie z nią Spółka udzieliła amerykańskiemu podmiotowi licencji do dystrybucji i wykorzystywania na terenie całego świata materiałów wideo z platformy Top Level Tennis.
TopLevelTennis.com S.A. zawarła z amerykańską spółką The Tennis Channel, Inc. umowę licencyjną, której przedmiotem jest udzielenie przez Emitenta licencji obejmującej niewyłączne, ogólnoświatowe prawa do dystrybucji cyfrowej bądź strumieniowej wyprodukowanych materiałów instruktażowych wideo dotyczących tenisa. Tennis Channel może promować sprzedaż lub subskrypcję tych materiałów poprzez ich zamieszczenie oraz rozpowszechnianie fragmentów treści w formie filmów promocyjnych. Umowa zawarta została przez spółki na okres 3 lat i nie jest ograniczona terytorialnie, co oznacza, że Tennis Channel będzie mógł promować materiały na całym świecie. Zarząd TopLevelTennis.com S.A. jest przekonany, że podpisanie umowy z największą telewizją tenisową na świecie wpłynie bardzo pozytywnie na budowanie wizerunku platformy i pozwoli na dotarcie do nowych, potencjalnych użytkowników.
„Rozpoczęcie współpracy z największą światową telewizją tenisową to dla naszej Spółki ogromne wyróżnienie i jednocześnie spore wyzwanie. Amerykanie bardzo wysoko ocenili nasze materiały wideo, które oferujemy użytkownikom na platformie Top Level Tennis, dlatego też zdecydowali się na podpisanie z nami umowy licencyjnej. Dzięki niej część naszych filmów szkoleniowych będzie prezentowana poprzez cyfrowe i strumieniowe kanały należące do Tennis Channel. Nawiązanie współpracy z tak znaczącym graczem w branży tenisowej z pewnością przełoży się na budowanie rozpoznawalności marki Top Level Tennis i zwiększanie liczby użytkowników platformy.” – ocenia Artur Górski, V-ce Prezes Zarządu Spółki TopLevelTennis.com S.A.
Tennis Channel to jedyny całodobowy, multimedialny kanał telewizyjny poświęcony zarówno sportowi zawodowemu, jak i tenisowemu stylowi życia. Ta hybryda będąca połączeniem wszechstronnych programów sportowych, zdrowotnych, fitness, popkultury, rozrywki, stylu życia i podróży, jest domem dla każdego aspektu szeroko zakrojonej światowej społeczności tenisowej.
We wrześniu br. TopLevelTennis.com S.A. podpisała list intencyjny z austriacką spółką VR Motion Learning GmbH & Co KG, na mocy którego obie strony rozpoczęły negocjacje dotyczące współpracy w zakresie budowy gry tenisowej w technologii VR. Planowana kooperacja zakłada także tworzenie klubów w grze z obecnymi i przyszłymi gwiazdami tenisa współpracującymi z platformą TopLevelTennis. Spółki planują też prowadzić działania marketingowe na rzecz promocji wspólnych projektów. Podjęcie decyzji o wzajemnej współpracy TopLevelTennis.com S.A. oraz VR Motion Learning jest uwarunkowane faktem, iż gra w tenisa w technologii VR stanie się bardzo popularna na całym świecie i wpłynie na promocję tej dyscypliny sportu. Celem obu spółek jest dążenie do dystrybucji wyprodukowanej gry tenisowej w technologii VR na skalę światową. Strony ustaliły, że w terminie do 31 marca 2021 r. podpiszą umowę o współpracy, a po jej podpisaniu Spółka będzie partycypowała w miesięcznych wpływach z abonamentów zawodników gry w tenisa w technologii VR.
TopLevelTennis.com S.A. (poprzednio Thunderbolt S.A. i Compress S.A.) zadebiutowała na rynku NewConnect w 2008 roku. Pod koniec ub. roku Spółka poinformowała o przyjęciu założeń do kierunków rozwoju, rozszerzeniu profilu działalności i rozpoczęciu prac nad budową platformy internetowej o charakterze sportowo-edukacyjnym, na której zamieszczane będą filmy szkoleniowe poświęcone tematyce tenisowej z udziałem gwiazd światowej klasy. Cały projekt jest realizowany w języku angielskim, co ułatwi jego globalny zasięg oraz ogólnoświatową dystrybucję nagrań poprzez platformę. W kolejnych latach Spółka nie wyklucza rozszerzenia swojej działalności na inne dyscypliny sportu.
Obecnie na platformie TopLevelTennis dostępne są kursy z Borisem Beckerem, Wolfgangiem Thiemem, Dominiką Cibulkovą oraz Ulą Radwańską. Kolejną gwiazdą platformy będzie Marco Panichi – trener przygotowania motorycznego Novaka Djokovica.
19 września 2020 r. weszła w życie ustawa z dnia 13 lutego 2020 r. o zmianie ustawy – Prawo budowlane oraz niektórych innych ustaw, w tym postulowane przez Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców ułatwienia przy budowie paczkomatów, biletomatów lub automatów służących do wykonywania innego rodzaju usługi.
Wspomnieć należy, że Rzecznik MŚP na etapie opiniowania i konsultacji publicznych projektu ustawy o zmianie – Prawo budowlanie oraz niektórych innych ustaw skierował do ówczesnego Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju opinię, w której zwrócił się o doprecyzowanie przepisów w zakresie budowy różnego rodzaju automatów. W piśmie tym Rzecznik MŚP zaapelował o uregulowanie i doprecyzowanie kwestii budowy paczkomatów, bankomatów czy biletomatów, szczególnie w kontekście orzeczenia WSA w Łodzi z 17 stycznia 2019 r., sygn. akt II SA/Łd 761/18, wskazującego, że paczkomat jest obiektem budowlanym wymagającym pozwolenia na budowę.
W celu uniknięcia wątpliwości interpretacyjnych i zapewnienia pewności prawa Rzecznik MŚP zaproponował, aby ze zgłoszenia budowy lub uzyskania pozwolenia na budowę zwolnić inwestorów planujących budowę nie tylko bankomatów, wpłatomatów czy automatów sprzedających, ale także wszelkich automatów służących do wykonywania innego rodzaju usług.
Opinia Rzecznika MŚP spotkała się z aprobatą Ministerstwa. Projekt z proponowanymi przez Rzecznika MŚP zmianami został przyjęty przez Radę Ministrów i skierowany do Sejmu RP, który 13 lutego 2020 r. uchwalił przedmiotowe przepisy.
W dniu 3 marca 2020 r. Prezydent RP podpisał ustawę, która m.in. w zakresie przepisów postulowanych przez Rzecznika MŚP weszła w życie 19 września 2020 r.
Prawie połowa konsumentów uważa, że największe korzyści odnosi, kupując w promocji m.in. chemię gospodarczą i mięso. W TOP 5 kategorii znalazły się też wędliny, napoje bezalkoholowe, słodycze i owoce. Tak wykazało badanie wykonane przez UCE RESEARCH na zlecenie Hiper-Com Poland i programu branżowego AdRetail Inspirio.
Badani konsumenci wskazali, na czym najbardziej oszczędzają, robiąc zakupy w promocji. Aż 29% respondentów wymieniło chemię gospodarczą. Z kolei 19% ankietowanych podało mięso. Następne kategorie to wędliny – 9%, napoje bezalkoholowe – 8%, a także słodycze oraz owoce – po 5%.
– Wyniki są ciekawe, zważywszy na to, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy było najmniej art. mięsnych w promocji w porównaniu do innych wymienionych kategorii produktowych. Ilość rabatów na detergenty była praktycznie równa ze zniżkami na słodycze. Następnie plasowały się napoje bezalkoholowe, a dopiero później – wędliny. Jednak chemia gospodarcza i mięso są stosunkowo drogie, a jednocześnie niezbędne w większości gospodarstw domowych. Z tego względu można sądzić, iż oszczędność jest bardziej odczuwalna przez kupujących – komentuje Julita Pryzmont z Hiper-Com Poland.
Z kolei Karol Kamiński z Grupy AdRetail wyjaśnia, że z powodu wysokich cen klienci intuicyjnie szukają największych promocji na chemię gospodarczą. Chcą taniej kupić lepsze jakościowo produkty. W przypadku mięsa szukają rabatów głównie po to, żeby nabyć więcej towaru za mniejszą wartość. Art. mięsne przecież stale drożeją. Dziwić może jedynie fakt, że dość nisko w tym zestawieniu są warzywa – 4%. Jednak, według eksperta, w przyszłości wzmocnią swoją pozycję. Polacy chcą jadać zdrowiej. Sklepy będą musiały odpowiednio na to reagować.
– Cena mięsa urosła na przestrzeni ostatniego miesiąca o dobrych kilka procent. Wszelkiego rodzaju promocje na tę grupę towarową pozwalają klientom wyraźnie oszczędzać. Dlatego tak chętnie szukają okazji. Z kolei chemia gospodarcza stanowi jedną z najwyższych pozycji cenowych w każdym budżecie domowym. Natomiast pozostałe produkty nie mają większego znaczenia w kwestii promocji, z uwagi na częstotliwość zakupów lub ich niską cenę – tłumaczy Grzegorz Sadłoń z platformy Codarius.
Podsumowując, dr Maria Andrzej Faliński ze Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego zwraca uwagę na niski wynik wędlin. To najprawdopodobniej efekt przekonań Polaków na temat ich jakości. Mówi się czasami bezmyślnie, że to „sama chemia”. Konkurencja też sprawiła, że wędliny są niedrogie. Podobnie jest z napojami. Z kolei owoce, warzywa i słodycze to produkty uzupełniające zakupy, więc promocje mają tutaj wtórne znaczenie. Ponadto zieleninę w znacznym stopniu kupuje się na targowiskach bez rabatów, oczekując za to gwarancji wysokiej jakości i świeżości.
Badanie zostało wykonane przez UCE RESEARCH (platformę analityczno-badawczą, należącą do brytyjskiej spółki UCE GROUP LTD.) na zlecenie Hiper-Com Poland i programu branżowego AdRetail Inspirio. Ankieta była prowadzona w bezpośrednich okolicach placówek handlowych w dniach 09-11 września br. Łącznie odbyło się 1008 wywiadów bezpośrednich z losowo wybranymi dorosłymi osobami.
Oskarżona o udział w 2013 r. w procederze obrotu pustymi fakturami spółka w tym samym roku, w ramach innej transakcji, zwróciła kontrahentowi otrzymaną od niego w 2012 r. zaliczkę na zakup nieruchomości, której sprzedaż nie doszła do skutku. Fiskus odmówił jej jednak prawa do obniżenia z tego tytułu podstawy opodatkowania, jak i samej kwoty należnego VAT. Pytanie tylko, czy urzędnicy zrobili to błędnie wskutek nieznajomości przepisów, czy wpływ na to miał fakt oskarżenia firmy o ww. oszustwo, bo jak orzekł Wojewódzki Sąd Administracyjny w Kielcach, działania organu w tej sprawie były bezpodstawne (wyrok z 23 lipca 2020 r., sygn. akt I SA/Ke 43/20).
Zgodnie z obowiązującym w 2012 r. i 2013 r. brzmieniem art. 19 ust. 11 ustawy o VAT (Dz.U. z 2011 r. nr 177, poz. 1054), gdy przed wydaniem towaru lub wykonaniem usługi otrzymano część należności, w szczególności: przedpłatę, zaliczkę, zadatek, ratę, wówczas obowiązek podatkowy powstaje z chwilą jej otrzymania w tej części. Z kolei na podstawie obowiązującego do dziś art. 106j ust. 1 tej ustawy, jeśli po wystawieniu faktury dokonano nabywcy zwrotu całości lub części zapłaty, podatnik wystawia fakturę korygującą.
Obrót pustymi fakturami
Wskutek przeprowadzonej w spółce kontroli podatkowej naczelnik urzędu skarbowego ustalił, że przedsiębiorca odliczył podatek VAT naliczony z faktur nabycia towarów od firmy budowlanej, które nie dokumentowały rzeczywistych zdarzeń gospodarczych. Odmówił jej tym samym możliwości obniżenia podstawy opodatkowania w podatku VAT, jednocześnie zobowiązując do uregulowania tego podatku w oparciu o puste faktury, które sama wystawiła, „odsprzedając dalej” fikcyjny towar, którego nie nabyła.
Firma zwróciła zaliczkę, ale rozliczeń skorygować nie mogła
Organ podatkowy odmówił spółce także prawa do obniżenia podstawy opodatkowania w podatku od towarów i usług o kwotę 740 tys. zł, jak i obniżenia podatku VAT należnego o ponad 170 tys. zł, z tytułu dokonanego przez nią zwrotu zaliczki z umowy sprzedaży nieruchomości lokalowej. Spółka z o.o. nie potrafiła zrozumieć, dlaczego nie może odliczyć od swoich zobowiązań podatkowych w VAT kwot zaliczki otrzymanej w 2012 r., a którą zwróciła w roku następnym z uwagi na odstąpienie przez strony od wykonania zaliczkowanej umowy.
Działania odbiegające od standardów przyjętych w stosunkach handlowych
Rozpoznający odwołanie przedsiębiorcy dyrektor izby administracji skarbowej potwierdził ustalenia naczelnika urzędu skarbowego co do nieprawidłowości w zakresie rozliczania przez spółkę faktur nieodzwierciedlających rzeczywistych operacji gospodarczych. Organ zarzucił spółce m.in. brak podjęcia rzetelnych działań celem zweryfikowania kontrahentów na poszczególnych etapach łańcucha dostaw, sprawdzenia ich wiarygodności, sytuacji finansowej czy możliwości logistycznych.
Prezes odwołującej się spółki nie potrafił podać konkretnych informacji na temat współpracy z dostawcą. Nie miał wiedzy w zakresie płatności za nabywane towary. Nie był też w stanie powiedzieć, czy firma dostawcy nadal istnieje, gdzie ma siedzibę. Spółka nie potrafiła wskazać świadków przeprowadzenia zakwestionowanych przez organ transakcji, trasy przewozu, odbioru i doręczenia towaru. Prezes nie uczestniczył w transakcjach, nie znał danych personalnych właścicieli ani członków zarządu spółki dostawcy, osób podpisujących faktury, a te opiewały przecież każdorazowo na wysokie kwoty – od 200 tys. zł wzwyż. Wartość dokonywanych od tego dostawcy nabyć stanowiła ok. 45% wartości wszystkich zakupów spółki w skontrolowanym okresie. Firma dostawcy była co prawda zarejestrowana w KRS, ale nie miała nawet namacalnej, fizycznej siedziby, tylko wirtualne biuro.
Dyrektor izby administracji skarbowej podkreślił, że wskazane działania odbiegają od standardów przyjętych w stosunkach handlowych pomiędzy legalnymi uczestnikami obrotu gospodarczego. Nie do uwierzenia jest dla niego to, że uwagi spółki nie zwrócił fakt, iż dostawy towaru dokonywało przedsiębiorstwo robót budowlanych, czyli podmiot, którego już sama nazwa powinna wzbudzić podejrzenia spółki, jako podmiotu niespecjalizującego się w działalności handlowej.
Na podstawie zgromadzonego materiału dowodowego organ drugiej instancji podtrzymał stanowisko organu niższej instancji, stwierdzając, że spółka nie dokonała żadnych dostaw, bo i dokonać nie mogła, skoro sama nie nabywała towaru od swojego kontrahenta, który dokonywał do niej fikcyjnych dostaw. Dowody potwierdzają więc świadomy udział spółki w oszustwie podatkowym, stąd też badanie jej świadomości w tym zakresie nie jest potrzebne.
Fiskus domagał się wykazania bezpośredniego związku między zaliczką a czynnością opodatkowaną
Fiskus nie uznał również prawa spółki do obniżenia podstawy opodatkowania VAT, jak i do obniżenia samej kwoty tego podatku poprzez wyłączenie z nich wartości zaliczki, jaką spółka zwróciła niedoszłemu nabywcy lokalu użytkowego. W marcu 2011 r. spółka zawarła umowę przedwstępną nabycia tego lokalu. Następnie w listopadzie 2012 r. zawarła kolejną umowę, w której wystąpiła już w roli sprzedającego, przyrzekając sprzedaż owego lokalu innemu nabywcy, mimo że umowa ustanowienia i sprzedaży odrębnej własności tego lokalu na rzecz spółki nastąpiła dopiero 11 grudnia 2013 r.
Tak więc w opinii fiskusa spółka nie mogła zaliczyć na poczet przyszłych należności w rozumieniu art. 19 ust. 11 ustawy o VAT wpłaconej jej przed tym dniem zaliczki przez nabywcę lokalu, bo lokal ten jeszcze do niej nie należał. Według organów pomiędzy otrzymaniem zaliczki a czynnością opodatkowaną (w tym przypadku dostawą nieruchomości) musi istnieć bezpośredni związek. A takiego w przedmiotowej transakcji brak. W opinii fiskusa trudno dopatrzyć się bezpośredniego związku między zaliczką wpłaconą spółce przez kontrahenta a rzeczywistą transakcją przeniesienia własności lokalu, skoro spółka nie mogła w chwili przyjmowania zaliczki takiego przeniesienia własności przyrzec.
Spółka była świadoma uczestnictwa w oszustwie
Rozstrzygający spór Wojewódzki Sąd Administracyjny w Kielcach w wyroku z 23 lipca 2020 r. przyznał słuszność ustaleniom stanu faktycznego sprawy dokonanym przez organy podatkowe. Sąd dał wiarę ich stwierdzeniom co do braku rzeczywistych dostaw do spółki towarów udokumentowanych zakwestionowanymi fakturami, a co za tym idzie – niemożności dokonania dalszej odsprzedaży tego fikcyjnego towaru przez spółkę. W konsekwencji nie mogła ona włączyć tych faktur do kosztów prowadzonej działalności i dokonać obniżenia podstawy opodatkowania w VAT, jednocześnie będąc na mocy art. 108 ustawy o VAT zobowiązaną do uiszczenia podatku od towarów i usług ujawnionego na wystawionych przez siebie pustych fakturach, bo świadomość spółki co do uczestnictwa w oszukańczym procederze nie budzi wątpliwości. Sąd podkreślił, że spółka mogłaby odliczyć VAT z faktur niedokumentujących rzeczywistych zdarzeń gospodarczych, gdyby wykazała usprawiedliwiony brak wiedzy co do przestępczego charakteru dokumentowanych tymi fakturami dostaw.
Bezpodstawna odmowa prawa do odliczenia przez spółkę kwoty zwróconej zaliczki
Pomijając jednak fakt świadomego uczestnictwa spółki w oszustwie fikcyjnych nabyć towarów i ich dalszej fikcyjnej odsprzedaży, sąd określił jako bezpodstawne uznanie przez organy podatkowe, że spółka naruszyła przepisy art. 19 ust. 11, art. 29 ust. 1, art. 29 ust. 2, art. 106j i art. 109 ust. 1 ustawy o VAT, obniżając podstawę opodatkowania w podatku od towarów i usług o 740 tys. zł oraz obniżając kwotę VAT należnego o 170 tys. 200 zł jako wynik zwrotu zaliczki pobranej tytułem przyrzeczonej sprzedaży nieruchomości.
Sąd orzekł, że w niniejszej sprawie należy rozgraniczyć skutki czynności zbywcy oraz nabywcy w sferze prawa cywilnego a w sferze prawa podatkowego. Zdaniem WSA w Kielcach podnoszone przez fiskus cywilistyczne argumenty podważające skuteczność zawarcia przez spółkę umowy przedwstępnej sprzedaży nieruchomości, której nie była jeszcze właścicielem, z nabywcą, nie mają w tej sprawie żadnego znaczenia. Podobnie jak nie ma znaczenia również to, czy ziścił się, czy nie (na co wskazują organy) warunek zawieszający umowy przedwstępnej, czyli przeniesienie własności lokalu na nabywcę, który wpłacił zaliczkę.
W niniejszej sprawie chodzi o rozliczenia w podatku VAT. A na tym gruncie bezdyskusyjne jest, że spółka otrzymała najpierw 740 tys. zł zaliczki jako zabezpieczenie wykonania umowy sprzedaży nieruchomości, a w braku jej wykonania dokonała zwrotu tej zaliczki i, będąc zobowiązanym do tego na podstawie art. 106j ust. 1 pkt 4 ustawy o VAT, wystawiła fakturę korygującą wystawioną wcześniej fakturę zaliczkową. W konsekwencji skutkowało to skorygowaniem jej do zera.
Wojewódzki Sąd Administracyjny w Kielcach, uchylając zaskarżone decyzje organów podatkowych obu instancji, orzekł: „…rozliczenie zaliczki zwróconej w listopadzie 2013 r., należało powiązać ze zmniejszeniem w spółce A obrotu (…) Skoro bowiem zgodnie z art. 29 ust. 2 ustawy o VAT, obrotem jest między innymi kwota otrzymanych zaliczek, to a contrario w sytuacji takiej jaka zaistniała w niniejszej sprawie o kwotę zwróconej zaliczki 740 000 zł jako nie związanej z żadną czynnością opodatkowaną, należy zmniejszyć podstawę opodatkowania. W konsekwencji odliczeniu podlega także podatek naliczony związany ze zwrotem zaliczki w kwocie 170 200 zł (…) Odmienne stanowisko organu w tej sprawie spowodowało naruszenie zarzucanych w skargach przepisów (…) poprzez bezpodstawne uznanie jakoby skarżąca naruszyła ww. przepisy, obniżając podstawę opodatkowania w podatku VAT o kwotę 740 000 zł oraz podatku należnego VAT o kwotę 170 200 zł w zakresie zwrotu zaliczki…” (sygn. akt I SA/Ke 43/20).
Jak przedsiębiorca raz oszukał, to pewnie oszukuje zawsze
Bez odpowiedzi pozostanie pytanie, czy możliwe jest, że organy podatkowe nie znają przepisów, czy może rutynowo założyły, iż przedsiębiorca, który dokonywał nieprawidłowych rozliczeń transakcji nabyć i odsprzedaży towarów, zapewne w innych rozliczeniach też działał nieuczciwie. Wszak to, że przedsiębiorcy zostaną udowodnione nieprawidłowości w jednej transakcji, nie daje organom podatkowym legitymacji do automatycznego szufladkowania każdej innej transakcji dokonanej przez tego przedsiębiorcę jako oszustwo. A w omawianej sprawie jasnym i bezspornym było – także dla samych organów – że spółka zwróciła zaliczkę, o czym przemawiał zwłaszcza fakt braku zbycia nieruchomości będącej przedmiotem zaliczkowanej umowy. Pozostaje mieć nadzieję, że na tę bezpodstawną odmowę skorzystania przez przedsiębiorcę z przysługujących mu uprawnień nie miała wpływu wcześniejsza jego ocena przez organy podatkowe, a jedynie ich prawno-podatkowa niewiedza.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
W sierpniu 2020 r., w porównaniu do sierpnia 2019 r. firmy pożyczkowe współpracujące z BIK udzieliły pożyczek:
w ujęciu wartościowym na kwotę niższą o 40,8%,
w ujęciu liczbowym – mniej o 30,1%.
Łączna sprzedaż firm pożyczkowychwyniosła w sierpniu 2020 r. 370 mln zł w ujęciu wartościowym oraz 165,4 tys. w ujęciu
liczbowym.
Średnia wartość udzielonejw sierpniu 2020 r. pożyczki pozabankowej wyniosła 2 236 zł i była niższa od średniej wartości pożyczki
udzielonej w sierpniu 2019 r. o 12,2%.
W okresie styczeń – sierpień 2020 r. firmy pożyczkowe udzieliły:
w ujęciu liczbowym o 28,2% mniej pożyczek,
a wartościowo na kwotę niższą o 38,0%.
Łącznie w pierwszych ośmiu miesiącach 2020 r. firmy pożyczkowe udzieliły 1 350,3 tys. pożyczek na łączną kwotę 3,044 mld zł.
W okresie styczeń – sierpień 2020 r. 32,5% wartości pożyczek udzielono na kwoty powyżej 5 000 zł, które w ujęciu liczbowym stanowiły jednak tylko 8,6% sprzedaży.
Lockdown się skończył, ale nie w głowach Polaków. Mimo, że już od dłuższego czasu można bez problemów wybrać się do kina, restauracji, lekarza, fryzjera, na siłownię czy do kościoła, większość osób, która wcześniej bywała w tych miejscach, teraz robi to rzadziej, a niektórzy nadal unikają wyjść. Z wizyt w kinie czy teatrze zupełnie zrezygnowało 47 proc. Polaków, taki sam odsetek klientów mniej chętnie chodzi na zakupy do galerii handlowych, a 46 proc. nie tak często jak wcześniej bywa w restauracjach – wynika z badania zrealizowanego na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Takie podejście konsumentów przekłada się oczywiście na problemy firm.
Wydawało się, że narodowa kwarantanna na której Polacy spędzili kilka tygodni skończy się odreagowaniem i nadrabianiem zaległości w dbaniu o wygląd, zdrowie, formę fizyczną pod okiem fachowców, doznania kulturalne, duchowe czy gastronomiczne. Nic takiego. Może tuż po otwarciu galerie handlowe, fryzjerzy czy restauracje odczuli zwiększony ruch, ale fala klientów pojawiła się tylko na chwilę. Z badania przeprowadzonego przez research&grow na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor wynika, że większość osób wraca do swoich codziennych aktywności rzadziej niż przed pandemią, a niektórzy wciąż ich unikają.
– Wyraźnie widać, że w ostatnim czasie wszyscy zachowujemy się inaczej. Po części bierze się to z obaw o własne bezpieczeństwo i ryzyko zarażenia, ale także z troski o nie do końca pewną sytuację domowych budżetów. Swoje robi rosnąca liczba zachorowań na Covid-19, oraz chęć ograniczania wydatków nawet na wszelki wypadek, bo gospodarka przecież ma się nie najlepiej. Dwie trzecie badanych osób mówi, że koncentruje się dziś na zaspokajaniu elementarnych potrzeb, ogranicza wyjazdy i wszelkiego rodzaju ekstrawagancje – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Który z elementów ma większe znaczenie, zależy indywidulanie od kondycji zdrowotnej i finansowej badanych, ale trzeba też wziąć pod uwagę trzecią przyczynę: zmianę społecznych zachowań, nowe mody, trendy czy nawyki. Pandemia wiele zmieniła, pytanie na jak długo? – dodaje.
Najbardziej radyklane zmiany w codziennych nawykach pandemia spowodowała w podejściu do aktywności rozrywkowych, takich jak wyjścia do kina lub teatru. Z seansów i spektakli całkowicie zrezygnowało 47 proc. pytanych, którzy wcześniej w tego typu miejscach bywali (najwyższe wskazanie w badaniu), a 35 proc. dziś zagląda do kin i teatrów rzadziej niż przed pandemią. Może na takich decyzjach zaważył też okres wakacyjny, który zwykle nie sprzyja premierom, ale czy na pewno? Jak podaje PISF, po ponownym otwarciu się na widzów, kina odwiedziło w czerwcu niewiele ponad 3 proc. widowni notowanej przed rokiem i choć później sytuacja się poprawiała, to nieznacznie. Według szacunków w sierpniu nadal było to nie więcej niż 10-15 proc. względem sierpnia 2019.
W czasie lockdownu widzowie zdecydowanie częściej korzystali z platform streamingowych udostępniających treści online. I choć wraz ze zniesieniem ograniczeń część z nich zaczęła szukać innych rozrywek, to i tak w ciągu roku, między sierpniem 2019 a sierpniem 2020, najpopularniejszy serwis tego typu, czyli Netflix, zyskał 2,16 mln użytkowników, co oznacza wzrost o 74,3 proc.
Zachowanie Polaków po odmrożeniu gospodarki
Źródło: research&grow dla BIG InfoMonitor
Tego typu zmiany podejścia widać w wielu obszarach naszego codziennego życia. Niemal co drugi badany deklaruje, że do restauracji wychodzi rzadziej niż przed pandemią, niewykluczone, że m.in. dlatego, że po lockdownie częściej gotuje. Wiele osób właśnie na naukę sztuki kulinarnej poświęciło wtedy swój wolny czas. Niższa frekwencja nie pozostaje bez wpływu na kondycję firm, które żyją z usług gastronomicznych. Nienajlepszą sytuację branży potwierdzają dane z baz BIG InfoMonitor. W lipcu zadłużonych było 7,5 proc. firm prowadzących działalność usługową związaną z wyżywieniem, a kwota ich zobowiązań przekraczała 687 mln zł. Z kolei obiekty sportowe mają już niemal 116 mln zł zaległości, od końca marca wzrosły one o niemal jedną czwartą. Tu również nie jest najlepiej z frekwencją dawnych bywalców. Na baseny i siłownie wróciło z taką samą lub większą częstotliwością 21 i 24 proc. badanych, reszta przychodzi rzadziej lub wcale.
Mimo zniesienia ograniczeń i licznych wyprzedaży galerie handlowe nadal odwiedza o 20-30 proc. mniej klientów niż przed rokiem – wynika z szacunków ekspertów. Badanie zrealizowane dla BIG InfoMonitor pokazuje, że choć tylko 15 proc. respondentów w ogóle omija centra handlowe, to aż 47 proc. znacznie ograniczyło robienie tam zakupów. Z odpowiedzi wynika, że łatwiej zrezygnować z tych wizyt mężczyznom (18 proc.) niż kobietom (10 proc.). Z kolei osoby w wieku – 18-24 lat lub 55-64 lat dominują wśród bywających w dużych sklepach częściej niż przed pandemią.
Choć dane o podejściu Polaków do różnych aktywności są z pewnością problemem dla wielu przedsiębiorców prowadzących działalność w poszczególnych branżach, sytuacja ma jeszcze jeden niebezpieczny wymiar. Obawa przed możliwością zarażenia się, ale też wynikające z pandemii ograniczenia dostępu do wielu placówek medycznych, spowodowały, że zaledwie co czwarty respondent badania zrealizowanego dla BIG InfoMonitor po zniesieniu ograniczeń skorzystał z wizyty lekarskiej, a 39 proc. robi to rzadziej niż wcześniej. Łatwo się domyślić, jakie mogą być skutki takiego podejścia. Według informacji z Holandii od lutego do kwietnia wykrywalność nowotworów spadła tam aż o 25 proc.
Są jednak obszary naszego życia, które w mniejszym stopniu zostały dotknięte zmianą codziennych zwyczajów. Np. z wizyty u fryzjera zrezygnowało w ogóle 21 proc. pytanych, a 37 proc. robi to rzadziej niż wcześniej. W porównaniu z kinami, galeriami czy restauracjami jest lepiej, ale czy dobrze? Nawet tu część osób zaczęła radzić sobie sama, a jednak strzyżenie czy farbowanie włosów to nieco większe wyzwanie niż gotowanie czy korzystanie z VOD.
Wyniki badania nie pozostawiają wątpliwości, że najtrudniej jest pozbawić się przyjemności spotkania znajomych. 38 proc. respondentów powiedziało, że robi to równie często jak wcześniej, a 7 proc. – nawet częściej. W tym przypadku zaledwie 9 proc. pytanych zupełnie nie widuje się z przyjaciółmi. To może świadczyć, że Polacy są niezwykle towarzyscy i gdy chodzi o rozmowę i spotkanie ze z przyjaciółmi czy kolegami są w stanie zaakceptować różne przeciwności. – Można by żartobliwie zapytać, czy to dlatego, że liczymy, że jeśli znajomy, to nie zarazi? Niewykluczone, że jest też powód finansowy, spotkania nie wymagają szczególnych nakładów, a rekompensują brak innych aktywności. Ale trzeba jednak zaznaczyć, że niemal połowa badanych bywa obecnie w swoim kręgu towarzyskim rzadziej niż wcześniej, więc i na tym polu sytuacja się zmieniła – zaznacza Sławomir Grzelczak.
Co pandemia zmieniła na lepsze w Twoim życiu codziennym, a co się pogorszyło?
Źródło: research&grow dla BIG InfoMonitor
Relacje osobiste – tym razem z rodziną i najbliższymi – są też najczęściej wymieniane wśród tych, które skorzystały na pandemii i ograniczeniach przez nią wymuszonych. Jak pokazują badania zrealizowane dla BIG InfoMonitor, 55 proc. pytanych wskazuje, że dzięki Covid-19 ma więcej czasu dla siebie i najbliższych, a zdaniem 45 proc. pandemia przyczyniła się do poprawy ich stosunków rodzinnych. Oczywiście były też negatywne odpowiedzi, w pierwszym przypadku udzieliło ich 14 proc. osób, a w drugim 18 proc., w obu sytuacjach nie zmieniło się grupie ok. 30 proc. Bilans jest więc dodatni. Na plus w takim zestawieniu ocen wypadła też praca zdalna. Dominuje natomiast odczucie, że pandemia zaszkodziła finansom. Jako zmianę na gorsze pytani odczuli kwestie związane z oszczędnościami (47 proc.) i codziennymi wydatkami (52 proc.). Więcej negatywnych niż pozytywnych opinii zebrały także nauka w domu i relacje w pracy.
Badanie przeprowadzone przez research&grow, techniką CAWI na ogólnopolskiej próbie reprezentatywnej Polaków N=1000, realizowane w lipcu 2020.
Protestujący górnicy domagają się od premiera spełnienia kilku postulatów. To, czy zostaną one spełnione, zaważy na kolejnych decyzjach górników – którzy w planie mają protesty w stolicy. Na razie prowadzą strajk spod ziemi – przychodzą do pracy, zjeżdżają do kopalń i, nie pracując, spędzają w nich 8 godzin. Nie wiadomo jak długo będzie trwał strajk, ani jakie będą kolejne decyzje związkowców. Wiadomo jednak, że postulaty górnicze są bardzo trudne do zrealizowania – szczególnie w świetle ekologicznej polityki Unii Europejskiej. Eksperci określają je nawet jako nierealne. Przyszedł najwyższy czas na zmiany: śmiałą reformę sektora wydobywczego i racjonalną rozmowę z górnikami. Tylko to doprowadzi do realnej zmiany w sektorze.
– Związkowcy dali premierowi tydzień na to, by zastanowił się nad ich postulatami. Jeden z nich jest praktycznie nierealny. Górnicze Związki Zawodowe chcą, żeby powrócić do koncepcji węglowej elektrowni Ostrołęka C i odwrócić zmiany już przeprowadzone przez PKN Orlen i Energę. Te zmiany sprawiły, że nowy blok w Ostrołęce korzysta z gazu, a nie z węgla. Jeżeli górnikom i rządowi nie uda się dojść do porozumienia, w Warszawie mogą znów zapłonąć opony – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny portalu BiznesAlert.pl. – Jednak nawet najbardziej gwałtowne demonstracje związków górniczych nie zmienią faktu, że polityka klimatyczna Unii Europejskiej przyspiesza. Komisja Europejska zwiększyła cel redukcji emisji CO2 przez państwa członkowskie z 40 do 55%. Jest to drastyczna zmiana. Polski rząd nie zmieni tej polityki, a z drugiej strony nie wystąpi z Unii, by nie realizować wspólnej polityki klimatycznej. Dlatego uważam, że groźby strajkiem w Warszawie są tylko i wyłącznie szantażem. Nie wnoszą nic do bardzo ważnej dyskusji o przyszłości polskiej energetyki– ocenia Jakóbik.
– Już dziś myślimy strategicznie o przyszłości naszej, społeczności, w których funkcjonujemy, oraz naszej planety – mówi Igor Tikhonov, prezes Kompanii Piwowarskiej. Browary inwestują w odnawialne źródła energii oraz technologie, które pozwalają im ograniczać emisję dwutlenku węgla i zużycie wody przy produkcji piwa. Walczą także z problemem odpadów, wprowadzając opakowania wielokrotnego użytku oraz w pełni podlegające recyklingowi. Celem Kompanii Piwowarskiej jest również pozyskiwanie surowców i składników w stu procentach pochodzących ze zrównoważonych źródeł.
Wzrost stawek akcyzy o 10 proc. z początkiem tego roku, zapowiadany podatek cukrowy, rosnące koszty pracy i energii, ale także przestój w gastronomii, zmiana zachowań konsumentów i konieczność rewizji modeli biznesowych przez pandemię SARS-CoV-2 – to długa lista wyzwań, z którymi mierzy się w tej chwili rynek piwowarski.
– Słowo „pandemia” słyszymy w ostatnich miesiącach bardzo często, ale nie jest to jedyne wyzwanie, któremu musimy stawić czoła. Żyjemy w niepewnych czasach, kiedy rządy wprowadzają kolejne zmiany przepisów, a konsumenci zmieniają swoje preferencje. Jednak największym wyzwaniem, przed którym stoi przemysł, są zmiany klimatyczne. Ten problem nie zniknął w czasie pandemii i jest dla nas największym zmartwieniem – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Igor Tikhonov, prezes zarządu Kompanii Piwowarskiej.
Komisja Europejska i Międzynarodowa Agencja Energetyki Odnawialnej (IRENA) wskazują, że transformacja energetyczna i inwestycje w OZE mogą pomóc nie tylko w zatrzymaniu zmian klimatu, lecz również w pokonaniu popandemicznej recesji. Ta nie zahamowała również wdrażania przyjętego przez KE w końcówce ubiegłego roku Zielonego Ładu, który zakłada osiągnięcie przez Unię neutralności klimatycznej do 2050 roku. Ten ambitny cel obierają też duże firmy.
– Opracowaliśmy strategię zrównoważonego rozwoju na kolejną dekadę, która będzie wymagała pewnych przełomowych rozwiązań, ale część z nich już zaczęliśmy wdrażać. Jej najistotniejszym elementem jest plan osiągnięcia neutralności węglowej, bo emisje CO2 wywierają największy wpływ na zmiany klimatyczne – zapowiada prezes zarządu Kompanii Piwowarskiej.
Producent piwa, który ma 36-proc. udział w polskim rynku, z roku na rok zmniejsza swój ślad węglowy. W końcówce ubiegłego roku podpisał z innogy 10-letni kontrakt na dostawy zielonej energii z farm wiatrowych na Pomorzu. Dzięki temu do końca 2020 roku browary Kompanii Piwowarskiej w Tychach, Poznaniu i Białymstoku będą już w 40 proc. zasilane energią elektryczną z OZE. W 2021 roku ten odsetek zwiększy się już do 100 proc. W efekcie browary ograniczą swoją całkowitą emisję CO2 o 2/3 (w porównaniu z ubiegłym rokiem). Docelowo do końca obecnej dekady Kompania Piwowarska będzie już całkiem neutralna pod względem emisji dwutlenku węgla.
– Kolejnym wyzwaniem jest zużycie wody. Może wydawać się dziwne, że w Polsce mówimy o niedoborach wody, ale wiele osób nie jest świadomych, że zasoby wody pitnej w przeliczeniu na mieszkańca należą u nas do najniższych w Europie. Pod tym względem możemy porównywać się z Egiptem, chociaż oba te kraje bardzo się różnią – mówi Igor Tikhonov.
Kompania Piwowarska do uwarzenia 1 litra piwa zużywa tylko 2,63 litra wody, co jest jednym z najlepszych wyników w tej branży nie tylko w Polsce, ale i na świecie.
– To świetny wynik, nawet według surowych norm europejskich. Ponadto połowa naszych piw sprzedawana jest w opakowaniach wielokrotnego użytku – butelkach szklanych i kegach, a kolejne 46 proc. w puszkach aluminiowych. Opakowania są myte i ponownie wykorzystywane. Możemy jednak podjąć kolejne kroki, żeby dalej obniżać zużycie wody – mówi prezes Kompanii Piwowarskiej.
Firma szuka kolejnych sposobów na to, by jej opakowania spełniały zasady obiegu zamkniętego.
– Chcemy, aby za 10 lat 100 proc. stosowanych przez nas opakowań było wielokrotnego użytku lub nadawało się do odzysku. Stosujemy folię termokurczliwą i plastikowe opakowania, jednocześnie wdrażając kolejne inicjatywy ukierunkowane na zmniejszenie ich zużycia i zwiększenia poziomu recyklingu – wymienia Igor Tikhonov.
Co istotne, w zeszłym roku odzyskowi zostało poddanych też ponad 99 proc. wszystkich produktów ubocznych i odpadów wytworzonych w browarach należących do Kompanii Piwowarskiej.
– Współpracujemy z wieloma zewnętrznymi dostawcami, m.in. rolnikami czy firmami transportowymi. Jest dla nas bardzo ważne, żeby w przyszłości dostawcy zapewniali 100 proc. składników i surowców pochodzących ze zrównoważonych źródeł. Do tego dostosowujemy też naszą politykę zamówień i z takimi dostawcami nawiążemy współpracę – mówi prezes Kompanii Piwowarskiej.
Podkreśla, że ważnym elementem biznesowej strategii są ludzie, dlatego firma wdraża wiele inicjatyw ukierunkowanych na bezpieczeństwo i higienę pracy oraz wsparcie pracowników w rozwoju ich kompetencji i umiejętności.
– Ludzi uważamy za nasze strategiczne zasoby i naszą przewagę konkurencyjną. Z tego względu staramy się poświęcać dużo czasu na tworzenie kultury, która nikogo nie wyklucza, stymuluje ludzi do osiągania najlepszych wyników i zapewnia im poczucie bezpieczeństwa w środowisku pracy – mówi Igor Tikhonov.
Cały rynek leasingowy ma zanotować w tym roku spadek wyników zamiast oczekiwanego przed pandemią rekordowego poziomu. To efekt lockdownu i chwilowo zmniejszonych inwestycji firm, mimo że niektóre segmenty, jak maszyny rolnicze i urządzenia medyczne, wciąż notują wzrosty. W najbliższych miesiącach negatywnie na rynek oddziaływać będzie koniec wakacji leasingowych, ale pozytywnym impulsem powinno być wejście w życie ulgi na robotyzację od 1 stycznia 2021 roku. Branża liczy, że korzyści podatkowe zachęcą firmy do inwestowania.
– Ulga na robotyzację rozważana jest już od wielu miesięcy. Prawdopodobnie od 1 stycznia 2021 roku wejdzie ona w życie. Dla nas ważne jest to, że ulgę tę można powiązać z finansowaniem urządzenia bądź maszyny poprzez leasing – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Warmuła, dyrektor Departamentu Technologii Idea Getin Leasing. – Polska należy do krajów, które mają najniższy wskaźnik robotyzacji w Unii Europejskiej. Taka ulga może spowodować, że klienci będą chętniej inwestować w tym obszarze. Robotyzacja to duży koszt dla przedsiębiorców i nie każdego na to stać, więc pokrycie 50 proc. kosztów może stać się dodatkowym impulsem inwestycyjnym, aczkolwiek nie nazywałbym tego jeszcze motorem inwestycyjnym.
Ministerstwo Rozwoju i Ministerstwo Finansów przygotowują ulgę na robotyzację, której efektami mają być: więcej robotów w produkcji przemysłowej, zwiększenie wydajności produkcji i obniżenie jej kosztów, a także unowocześnienie polskiej gospodarki i poprawa jej międzynarodowej pozycji pod względem robotyzacji. Przedsiębiorcy będą mogli odliczyć 50 proc. kosztów poniesionych na inwestycje w robotyzację, niezależnie od wielkości i rodzaju branży. Odliczenie będzie także dotyczyć leasingu i szkoleń. Projekt ustawy jesienią trafi do Sejmu i powinien wejść w życie 1 stycznia 2021 roku.
Ulga na robotyzację także w przypadku leasingu może wspomóc branżę w trudnym czasie. Według prognoz Związku Polskiego Leasingu rynek leasingu w naszym kraju w całym 2020 roku spadnie o 19,3 proc., a to i tak wyraźnie mniej niż w środku poprzedniego globalnego kryzysu z 2009 roku (-30,2 proc.). W I półroczu 2020 roku firmy leasingowe udzieliły łącznego finansowania na poziomie 29,8 mld zł, czyli o 24 proc. mniej niż rok wcześniej. Po pięciu miesiącach tego roku wskaźnik r/r wynosił -25,6 proc.
– Pandemia miała istotny wpływ na finansowanie i sprzedaż maszyn i urządzeń, ale nie we wszystkich segmentach taki sam. Najszybciej zaobserwowaliśmy spadek inwestycji w obszarze maszyn i urządzeń produkcyjnych, spowodowany nie tylko niepewnością związaną z pandemią, ale także z pewnymi narzuconymi ograniczeniami – wyjaśnia Piotr Warmuła. – Trudniej było np. kupić maszynę za granicą, sprowadzić ją do Polski, uruchomić czy przeprowadzić szkolenie.
Największe inwestycje firma odnotowała na rynkach medycznym i rolnym, gdzie wzrosty wyniosły odpowiednio 43 proc. oraz 12 proc. Stało się tak głównie dzięki pozyskaniu nowych dostawców i klientów medycznych jeszcze w 2019 roku oraz częściowo wsparciu Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa dla rolników. Dzięki zwiększeniu zakupów online oraz automatyzacji procesu produkcyjnego wzrósł rynek opakowań, a zmiana polityki kredytowej i sprzedażowej zaowocowała sfinansowaniem wielu nowych projektów powiązanych z odnawialnymi źródłami energii.
– Na rynku rolnym po początkowym spowolnieniu związanym z suszą w marcu i w kwietniu już od drugiej połowy maja obserwowaliśmy wzrost liczby inwestycji i w czerwcu nasze wyniki były lepsze aż o 34 proc. w stosunku do czerwca 2019 roku. Podobny wynik zanotowaliśmy w lipcu, a w wakacyjnym sierpniu wzrost sięgnął 5 proc. – wskazuje ekspert z Idea Getin Leasing. – Od początku roku do końca sierpnia udało się nam ogółem osiągnąć wynik o 10,5 proc. wyższy niż w roku poprzednim.
Na całym rynku finansowanie maszyn i innych urządzeń, w tym IT, odnotowało w I połowie roku spadek o 7,7 proc., jednak w dalszej części roku to w tym segmencie oczekiwane są najwyższe wzrosty. Pierwsza połowa roku przyniosła wyraźne spadki finansowania w tych sektorach maszyn, na które istotny wpływ miały ograniczenia związane z pandemią.
– Mówimy tu m.in. o turystyce, gastronomii, piekarnictwie, ale także pralniach czy wyposażeniu warsztatów. Tutaj notowaliśmy ponad 20-proc. spadki. Także w bardzo ważnym dla nas obszarze maszyn obróbczych zanotowaliśmy kilkunastoprocentowy spadek – mówi Piotr Warmuła.
Przed lockdownem Związek Polskiego Leasingu przewidywał, że rynek leasingowy wzrośnie w tym roku o 6,3 proc. – do 82,7 mld zł, co byłoby rekordową kwotą, wyższą od osiągniętej w najlepszym dotychczas roku 2018. W kolejnym roku jednak nastąpił pierwszy od dekady spadek – o 5,8 proc. – do 77,8 mld zł. Najwięcej w przypadku samochodów osobowych, co było spowodowane zmianami w podatku dochodowym i przyspieszeniem przez przedsiębiorców decyzji o wzięciu leasingu pod koniec 2018 roku, ale też w transporcie ciężkim (przyczepy i naczepy oraz ciągniki siodłowe).
– Patrzymy optymistycznie na koniec roku z dwóch powodów: po pierwsze, duża część inwestycji, które były planowane na pierwszą połowę, zostały przesunięte na drugą połowę roku i są w tym momencie realizowane. Po drugie, wskaźnik PMI za dwa ostatnie miesiące obserwujemy powyżej 50 proc., co wskazuje na optymizm w łańcuchu dostaw w procesie logistycznym czy produkcyjnym – mówi dyrektor Departamentu Technologii Idea Getin Leasing.
Czynnikiem negatywnym może być z kolei zakończenie wakacji leasingowych. Od początku kryzysu do końca czerwca 2020 roku polska branża leasingowa objęła nimi ponad 360 tys. umów zawartych przez ponad 160 tys. przedsiębiorców. Oznacza to, że dotyczyło to co piątej umowy leasingu funkcjonującej na polskim rynku.
– Większość firm leasingowych obecnych na polskim rynku na określony czas wdrożyła niższe czynsze leasingowe i w tym momencie wracamy już do wyższych kosztów miesięcznych, co może spowodować zatrzymanie inwestycji – zwraca uwagę Piotr Warmuła. – Z drugiej strony nie wiemy, jaki będzie dalszy rozwój pandemii. W ostatni weekend zanotowaliśmy najwyższy wskaźnik dzienny liczby zakażeń, a od tego będzie dużo zależało. Mimo wszystko patrzymy na końcówkę roku pozytywnie i wydaje nam się, że jako Idea Getin Leasing zrealizujemy wyższy wynik niż w zeszłym roku.
Projekt zmiany ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, który jest w tej chwili na etapie konsultacji, może wykluczyć z polskiego rynku chińskie firmy technologiczne. – Jeżeli nowe przepisy wejdą w życie w obecnym kształcie, spotkałoby się to z pewnymi retorsjami ze strony Chin, co z kolei na pewno zaszkodziłoby polskiej gospodarce – mówi Jarosław Tworóg, wiceprezes Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji. Jak wskazuje, projektowane przepisy stoją też w sprzeczności z przepisami o wolnym handlu i prawem międzynarodowym. Dodatkowo tak poważne zmiany na rynku mogą wiązać się z opóźnieniem we wdrażaniu technologii 5G, co z kolei przełoży się na mniejszą konkurencyjność polskiego przemysłu.
– Projekt ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa wzbudza wiele emocji. Konsultacje wciąż trwają, ale ta ustawa jest bardzo kontrowersyjna i jest szereg różnych opinii na jej temat. Dla Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji ważne jest to, żeby wykonanie tej ustawy było merytoryczne, a trudno to oceniać na tym etapie. Jednak szereg jej zapisów musi budzić niepokój, szczególnie tych, które mają ewidentnie polityczny charakter – mówi agencji Newseria Biznes Jarosław Tworóg.
Ustawa o KSC to pierwszy w Polsce akt prawny dotyczący obszaru cyberbezpieczeństwa, który obowiązuje od połowy 2018 roku. Ministerstwo Cyfryzacji szykuje właśnie jej nowelizację, która będzie mieć duży wpływ na wdrażanie w Polsce sieci 5G oraz wybór dostawców infrastruktury i oprogramowania dla nowego standardu telekomunikacyjnego.
Projekt, którego publiczne konsultacje zostały wydłużone z wcześniej ustalonych 14 dni, wzbudził duże kontrowersje. Eksperci, przedsiębiorcy i stowarzyszenia branżowe wskazują, że wprowadza on niejasne kryteria wyboru dostawców, których oceny ma dokonywać Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa. Ocena ma uwzględniać trzy stopnie ryzyka, jakie wiąże się z danym dostawcą: wysokie, umiarkowane lub niskie. To pierwsze jest przewidziane dla firm, które zostaną uznane za poważne zagrożenie dla krajowego cyberbezpieczeństwa, co oznacza, że zostaną odcięte od kontraktów, a podmioty korzystające z ich usług bądź sprzętu będą musiały pozbyć się ich w ciągu pięciu lat. W procesie oceny dostawców kolegium weźmie pod uwagę takie kryteria jak m.in. prawdopodobieństwo, że dostawca znajduje się pod wpływem państwa spoza UE bądź NATO oraz jakie obowiązuje w tym kraju prawo w zakresie ochrony danych osobowych czy praw człowieka.
– W tej ustawie znalazł się zapis, który wiąże kwestie handlowe z przestrzeganiem praw człowieka. KIGEiT zasadniczo nie zajmuje się sprawami politycznymi, więc mogę tylko ograniczyć się do stwierdzenia, że do tej pory w historii, ilekroć pojawiały się tego typu sankcje, to nigdy nie prowadziły one do poprawy przestrzegania praw człowieka w kraju, którego dotyczyły – mówi wiceprezes Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji. – Jeżeli już wiążemy prawa człowieka z polityką gospodarczą i wymianą handlową, to najlepszym wymyślonym dotychczas sposobem na poprawę stanu przestrzegania praw człowieka jest zacieśnianie współpracy międzynarodowej we wszystkich dziedzinach. Natomiast osłabianie relacji gospodarczych i handlowych będzie służyć tylko rosnącej wrogości.
Jarosław Tworóg wskazuje też, że zapisy uzależniające wymianę handlową od przestrzegania praw człowieka w krajach, z których pochodzą dostawcy infrastruktury dla sieci 5G, stoją w sprzeczności z przepisami o wolnym handlu.
– Mamy zasadę równego traktowania podmiotów. Jeżeli jakikolwiek podmiot jest zarejestrowany w Unii Europejskiej, tu prowadzi działalność, sprzedaje określone towary i usługi, to nie może zostać wyeliminowany z tego rynku bez jasnego, dobrze udokumentowanego powodu. Dotyczy to również usługodawców i taka była dotychczas praktyka. Nie bardzo wiem, w jaki sposób chce się połączyć tę ustawę z dotychczasowymi dyrektywami i ich implementacją. Mogą też pojawić się kłopoty ze Światową Organizacją Handlu – mówi.
Zapisy dotyczące przestrzegania praw człowieka w nowelizacji ustawy o KSC wskazują na możliwość wykluczenia z polskiego rynku chińskich firm technologicznych, w tym koncernu Huawei, który jest obecnie jednym z trzech głównych dostawców infrastruktury 5G. Eksperci podkreślają, że to może odbić się na całej wymianie handlowej z Państwem Środka, której wartość w ubiegłym roku sięgnęła 136,5 mld zł.
– Chiny są istotnym partnerem i należy się spodziewać, że jeżeli nowe przepisy wejdą w życie w obecnym kształcie, a mam nadzieję, że tak nie będzie, to spotkałoby się to z pewnymi retorsjami ze strony tego partnera. To z kolei na pewno zaszkodziłoby polskiej gospodarce. Konsekwencje gospodarcze wprowadzenia tej ustawy w życie w ten sposób, czyli eliminując z rynku część dostawców, będą dużo poważniejsze niż tylko wzrost kosztów funkcjonowania operatorów telekomunikacyjnych – wskazuje wiceprezes KIGEiT.
Ten wątek także jest podnoszony przez obserwatorów rynku. Rezygnacja ze stosowania urządzeń dostawców, którzy zostaliby wykluczeni z kontraktów, wiązałaby się z wielomilionowymi nakładami. Jednak to nie kondycja telekomów martwi ekspertów, lecz całego przemysłu. Tak poważne zmiany dla rynku mogą bowiem pociągnąć za sobą opóźnienie w rozwijaniu sieci 5G.
– Gospodarka w części, w której świadczy usługi i realizuje produkcję, będzie się przestawiać na coś, co się dzisiaj nazywa przemysłowym internetem rzeczy. To spowoduje tak głęboką restrukturyzację funkcjonowania zakładów przemysłowych, że prawdopodobnie w ciągu najbliższych dwóch lat 90 proc. zakładów przestanie funkcjonować, bo nie będą zdolne przejść na nowe technologie. Z całą pewnością opóźnienie dostępności technologii 5G w warstwie przemysłowej, a do tego te zmiany prowadzą nieuchronnie, spowoduje spowolnienie technologiczne rozwoju przemysłu we wszystkich warstwach. W związku z tym spadnie konkurencyjność naszej gospodarki i obniży się tempo wzrostu PKB – prognozuje Jarosław Tworóg.
Ocenia, że dużą zaletą tej ustawy jest sam fakt, że wzbudziła medialny szum, dzięki czemu temat cyberbezpieczeństwa przedarł się do publicznej świadomości. Jednak przepisy kładą zbyt duży nacisk na regulowanie rynku telekomunikacyjnego, który jest mocnym ogniwem systemu cyberbezpieczeństwa, a zbyt słaby na użytkowników końcowych.
– Najwięcej kłopotów z cyberbezpieczeństwem mamy nie na poziomie operatorów telekomunikacyjnych, tylko na poziomie użytkowników końcowych. To u nich najłatwiej jest złamać bariery bezpieczeństwa, to oni mają najmniejsze kompetencje dotyczące ochrony. Ustawa nie chroni i nie interesuje się specjalnie sprzętem użytkownika końcowego. Zajmuje się przede wszystkim bezpieczeństwem w zakresie operatorów telekomunikacyjnych, którzy są akurat najpewniejszym elementem tego całego złożonego systemu cyberbezpieczeństwa – podkreśla wiceprezes KIGEiT.
Arktyka przechodzi w zupełnie nowy stan klimatyczny z powodu szybkiego ocieplenia. Wielkość lodu morskiego późnym latem, kiedy osiąga swoje coroczne minimum, weszła już w statystycznie inny klimat, a temperatura powietrza na powierzchni i liczba dni z padającym deszczem zamiast śniegu również zaczynają się zmieniać. – Tempo zmian jest nadzwyczajne – alarmuje Laura Landrum, naukowiec amerykańskiego Narodowego Centrum Badań Atmosfery.
Zgodnie z nowym kompleksowym badaniem warunków panujących w Arktyce szybko ocieplający się obszar wokół bieguna północnego zaczął przechodzić od stanu przeważnie zamarzniętego w zupełnie inny klimat. Choć warunki pogodowe na wyższych szerokościach geograficznych podlegają corocznym zmianom, nowe badanie przeprowadzone przez naukowców z Narodowego Centrum Badań Atmosferycznych (NCAR) wykazało, że Arktyka ociepliła się teraz tak bardzo, że jej zmienność z roku na rok wykracza poza granice wcześniejszych wahań.
– Tempo zmian jest nadzwyczajne – alarmuje Laura Landrum, naukowiec NCAR, główna autorka raportu. – Mamy do czynienia z okresem tak gwałtownych zmian, że obserwacje poprzednich wzorców pogodowych nie pokazują już, czego można się spodziewać w przyszłym roku. Arktyka już wkracza w zupełnie inny klimat niż jeszcze kilka dekad temu.
W nowym badaniu, opublikowanym w „Nature Climate Change”, Laura Landrum i Marika Holland odkryły, że lód morski Arktyki stopił się tak znacząco w ostatnich dziesięcioleciach, że nawet niezwykle zimny rok nie przyniesie takiej ilości letniego lodu morskiego, jaka istniała jeszcze w połowie XX wieku. Jesienne i zimowe temperatury powietrza będą również wystarczająco wysokie, aby w połowie tego stulecia wejść w statystycznie odrębny klimat. Z kolei sezonowa zmiana opadów spowoduje pojawienie się dodatkowych miesięcy, w których zamiast śniegu będzie padał deszcz.
Badaczki wykorzystały setki szczegółowych symulacji komputerowych, a także obserwacje warunków klimatycznych Arktyki. Ogromna ilość danych umożliwiła im statystyczne określenie granic klimatycznych „starej Arktyki” – lub tego, jak duża zmienność może naturalnie występować z roku na rok – a następnie określenie, kiedy ocieplenie spowodowane przez człowieka wprowadzi Arktykę w nowy klimat.
– Arktyka prawdopodobnie doświadczy ekstremalnych zjawisk w lodzie morskim, temperaturze i opadach, które są daleko inne niż to, czego doświadczyliśmy wcześniej – przekonuje Laura Landrum. – Musimy zmienić naszą definicję klimatu arktycznego.
Zmieniający się klimat ma ogromne konsekwencje dla ekosystemów, zarządzania zasobami wodnymi, planowania przeciwpowodziowego i infrastruktury. Jak alarmują naukowcy, w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat Arktyka może być zupełnie pozbawiona lodu.
Rozwój prac nad technologiami mapowania przestrzeni dał impuls do eksperymentowania z rozwiązaniami z zakresu automatyzacji procesu skanowania dróg na potrzeby administrowania infrastrukturą komunikacyjną. Gospodarczy Instytut Analiz Przestrzennych nawiązał współpracę z estońskim start-upem EyeVi Technologies, który pozwoli zdigitalizować polskie drogi. Zdjęcia pozyskane za pośrednictwem nowego systemu administracyjnego posłużą m.in. do inwentaryzacji dróg czy wykrywania uszkodzeń nawierzchni.
– Kamera Estończyków potrafi szybko zebrać informacje ze zdjęć terenowych i automatycznie wskazać np. znaki, krawężniki, latarnie, osie ulic. Do tej pory gdy realizowaliśmy inwentaryzację dróg w Polsce, ten proces zajmował nam około dziesięciokrotnie dłużej. W tej chwili zrealizowaliśmy już pierwszą próbną realizację w gminie Lubawa w województwie warmińsko-mazurskim, i tam dane dostaliśmy od Estończyków po 3 dniach – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Slawomir Hemerling–Kowalczyk, prezes GIAP i członek zarządu Sputnik Software.
Z technologicznego punktu widzenia kamera od EyeVi Technologies przypomina system mapowania przestrzennego wykorzystywany w samochodach Google Street View, które przechwytują zdjęcia sferyczne z dróg całego świata. Na dachu samochodu montuje się system do rejestracji filmów dookolnych, które służą jako materiał analityczny dla systemu sztucznej inteligencji wyszkolonego metodą uczenia maszynowego w procesie analizy przestrzeni.
Nagrania rejestrowane przez kamery EyeVi Technologies mają taką rozdzielczość, która umożliwia inteligentnym algorytmom m.in. rozpoznawanie znaków, ubytków w nawierzchni drogi a nawet policzenie liczby płyt chodnikowych. Pozyskanie tak szczegółowych danych możliwe jest dzięki sprzężeniu pracy systemu optycznego z lidarem, czyli systemem laserowego pomiaru odległości, który pozwala ocenić sztucznej inteligencji odległość pojazdu kontrolnego od poszczególnych elementów infrastrukturalnych w pasie drogowym.
Połączenie danych optycznych oraz laserowych umożliwia odtworzenie skanowanej trasy w formie szczegółowego modelu trójwymiarowego, który może być następnie poddany dogłębnej analizie, aby wyodrębnić kluczowe dane inwentaryzacyjne.
– Liczymy na to, że ta współpraca się rozwinie też kapitałowo i nie tylko będziemy wykorzystywać technologię w naszej firmie, lecz także sprzedawać ją dalej. Jesteśmy firmą informatyczną, dla nas rozwój takiej technologii nie stanowi problemu. Dane estońskiego start-upu są doskonałym materiałem do rozpoznania stanu nawierzchni w mieście. Robiąc inwentaryzację raz w roku możemy sprawdzić, czy o określonej dacie istniało uszkodzenie – zaznacza Slawomir Hemerling–Kowalczyk.
Podobne rozwiązania można zastosować nie tylko do monitorowania pasa drogowego, lecz także jego najbliższego otoczenia. Na początku 2020 roku warszawski Zarząd Dróg Miejskich wdrożył do służby samochody z kamerami do e-kontroli stref płatnego parkowania. System skanuje tablice rejestracyjne samochodów i sprawdza, czy ich postój został opłacony. Jeśli nie – automatycznie wystawia mandaty. Dzięki tym samochodom ZDM był w stanie skontrolować w ciągu pierwszego dnia funkcjonowania systemu 4,5 tys. samochodów i wystawić 603 mandaty za nieprawidłowe parkowanie.
Zaawansowane systemy mapowania przestrzennego mogą posłużyć też np. do realizowania założeń ustawy krajobrazowej.
– Miasta takie jak Warszawa mają bardzo dużo dróg i nie jest możliwe, żeby ktoś fizycznie ich doglądał. Dzięki takiemu systemowi możemy to zrobić z każdego dowolnego miejsca poprzez przeglądarkę internetową. Te dane mogą być wykorzystywane do innych rzeczy. Rząd wprowadził ustawę krajobrazową, która umożliwiła miastom pobieranie opłat za reklamy. Bardzo mało miast z tego korzysta z uwagi na to, że nie są w stanie ich zinwentaryzować. Taka technologia umożliwi miastom pobieranie opłat – zapowiada Slawomir Hemerling–Kowalczyk.
Revolut Business świętuje 500 tysięcy kont firmowych nowym interfejsem i nawigacją w wersji web, nowymi produktami, dodatkowymi funkcjami w aplikacji i trybem ciemnym, dla osób pracujących wieczorem. Obecnie Revolut Business planuje ekspansję usług dla firm do USA i Australii. Celem pozostaje błyskawiczne i łatwe przesyłanie firmowych przelewów między kontynentami.
W ciągu ostatnich 6 miesięcy Revolut Business udostępnił szereg nowych produktów, w tym karty debetowe, błyskawiczne przelewy w euro SEPA Instant, przelewy w rupiach indyjskich (INR), polecenia zapłaty, narzędzie do zarządzania subskrypcjami i wydatkami służbowymi, otwartą bankowość w postaci dostępu do kont w innych bankach (UK), program Rewards obejmujący zniżki na usługi partnerów np. Quickbooks, Bullet HQ i Clear Books.
Nowy interfejs to ułatwienie dla klientów firmowych w poruszaniu się po wersji web – jej kafelkowy układ w bliższym stopniu odpowiada teraz wersji mobilnej. Dodatkowo, z myślą o osobach pracujących także wieczorem, wprowadzono tryb ciemny, który poprawia czytelność tekstu, zwiększa kontrast i jest mniej wymagający po zmroku dla oczu użytkownika.
“Naszym celem jest pomóc firmom zaoszczędzić czas i pieniądze – pół miliona firm, które zarejestrowały konta w Revolut Business jest tego dowodem. Chcemy odwdzięczyć się im nową funkcjonalnością usługi w wersji web i mobilnej, otwiera ona drogę do kolejnych ciekawych produktów dla biznesu, która są już w przygotowaniu” – powiedział Nikolay Storonsky, współzałożyciel i CEO Revolut.
“Jesteśmy polskim software housem i z konta Revolut dla firm korzystamy od lipca 2019 roku. Dzięki niedawno wdrożonej funkcji Subskrypcje, łatwiej jest zarządzać opłacanymi usługami, a także weryfikować zaplanowany budżet, z jednego miejsca. Pozwala to na jeszcze łatwiejsze kontrolowanie powtarzalnych wydatków” – powiedział o usłudze Revolut dla firm Aleksander Dytko, Business Development Manager w polskiej firmie RST Software Masters.
“Z Revolut Business korzystamy w Packhelp od września 2018 roku. W nowej wersji apki pojawiły się ostatnio dark mode i tryb automatycznie dostosowujący się do pory dnia. Zmiana zdecydowanie na plus dla osób przyzwyczajonych do pracy wieczorami z ciemnym tłem” – powiedział Konrad Kwiatkowski, CMO w firme Packhelp.
“W marketingu korzystamy z wielu usług SaaS, które wiążą się z cyklicznymi opłatami. Funkcja śledzenia subskrypcji to ułatwienie podczas kontroli wydatków – wiemy, które usługi kosztują nas najwięcej, możemy łatwo wykryć zduplikowane opłaty i ustawić limit wydatków dla konkretnego dostawcy” – dodaje Kwiatkowski.
Usługi Revolut Business, nad którymi trwają obecnie prace to: nowe integracje i rozwiązania w obszarze open banking, lokalizacja danych konta na poszczególnych rynkach, narzędzia w zakresie akceptacji płatności, usprawnienia funkcji zarządzania subskrypcjami i wydatkami służbowymi, więcej opcji dla kart firmowych i nowa odsłona funkcji Savings & Rewards.
Zakup nieruchomości na kredyt jest praktyką bardzo rozpowszechnioną ― cały czas słyszymy o kredytach hipotecznych, gdy zaś sami staniemy na drodze kupna mieszkania z rynku pierwotnego i ubiegania się o kredyt mieszkaniowy, nie do końca wiemy, jak to działa.
Wpis ten poświęcamy kwestiom kredytów hipotecznych, a szczególnie zjawisku wkładu własnego ― czym jest, jaką ma wysokość i jak wpływa na cały przebieg zaciągania kredytu.
Wkład własny ― co to jest?
Wkład własny nie zawsze był obowiązkowy: sytuacja się zmieniła w 2013 roku po wdrożeniu przez Komisję Nadzoru Finansowego tak zwanej Rekomendacji S. Było to polecenie dla banków deklarujące obowiązkowe egzekwowanie wkładu własnego od kredytobiorców.
Po wydaniu Rekomendacji S wysokość wkładu własnego stopniowo wzrastała ― jeśli w 2014 kwota ta mieściła się w granicach 5%, to pod koniec 2016 roku było to już 15%.
Obecnie wysokość wkładu własnego do uzyskania kredytu hipotecznego ― znów też według Rekomendacji S ― wynosi 20% wartości kupowanej nieruchomości.
Posiadanie wkładu własnego jest obecnie jednym z kluczowych warunków uzyskania kredytu mieszkaniowego ― kluczowym, lecz nie jedynym, ponieważ banki biorą też pod uwagę takie czynniki, jak zdolność kredytowa.
Po ustaleniu formalności w ubieganiu się o kredyt kwota wkładu własnego trafia na rachunek powierniczy firmy realizującej wybraną przez nas nieruchomość ― czyli jest to docelowa inwestycja w nowe mieszkanie.
Czy zawsze to muszą być 20% i “żywe” pieniądze?
Nie. Prawo bankowe przewiduje niektóre wyjątki umożliwiające wpłatę niższej, niż 20% kwoty wkładu własnego.
Jak obniżyć wysokość wkładu własnego?
Możesz skorzystać z oferty 10% na 10% ― połowę wpłacasz od razu, a pozostałe 10% ubezpieczasz. Należy jednak pamiętać, że wiąże się to z dodatkowymi kosztami, ponieważ obowiązek spłacania kosztu ubezpieczenia ciąży nad Tobą do momentu, gdy saldo kredytu osiągnie poziomu poniżej 80%.
Czy wkładem własnym musi być tylko gotówka lub środki na koncie?
Też nie. Jest kilka alternatywnych opcji mogących pełnić rolę wkładu własnego.
Darowizna. Osoba mająca zamiar pomóc Ci ze spłatą kosztu mieszkania może przekazać określoną kwotę zaliczoną tytułem wkładu własnego. Najlepiej, gdyby to zrobili krewni ― na przykład, małżonkowie, rodzice, dziadkowie, dzieci, rodzeństwo, teście ― ponieważ należą do pierwszej grupy podatkowej zwolnionej z opłaty podatku od darowizny i spadku w przypadku przekazania kwoty do wysokości 19 274 zł.
Zastaw na papierach wartościowych. Część banków akceptuje papiery wartościowe jako część wkładu własnego. Jeśli są to akcje czy fundusze inwestycyjne (czyli papiery uznawane przez analityków bankowych za ryzykowne), uznaje się jedynie do 60% wartości tych papierów.
Zabezpieczenie emerytalne (środki na kontach IKE/IKZE). Środki te mogą być uznane przez bank jako kwota uzupełniająca wkład własny. Przy tym osoba ubiegająca się o kredyt nie musi wypłacać środków z kont IKE/IKZE.
Zabezpieczenie w postaci nieruchomości. Posiadanie gruntu lub innych nieruchomości może pomóc w zaciąganiu nowego kredytu hipotecznego. Niekoniecznie nieruchomości te muszą być własnością kredytobiorcy: mogą też należeć do jego bliskich, którzy udzielają zezwolenia na zabezpieczenie kredytu przez nieruchomość.
Mieszkanie na kredyt ― postępowanie krok po kroku
Jak więc wygląda proces postępowania w przypadku kupna mieszkania z rynku pierwotnego na kredyt?
Szukamy nieruchomości. Można to zrobić za pośrednictwem specjalistycznych portali gromadzących wszystkie dostępne nieruchomości rynku pierwotnego, takich jak Korter.
Upewniamy się co do wiarygodności dewelopera ― prosimy o przedstawienie wzoru umowy deweloperskiej, sprawdzamy w księgach wieczystych.
Ustalamy budżet ― obliczamy, ile wkładu własnego posiadamy, oceniamy, co ewentualnie może zastąpić wkład własny.
Zapoznajemy się z warunkami kredytów hipotecznych w różnych bankach ― porównujemy stawki kredytowe, terminy oraz wysokość wkładu własnego.
Możemy zwrócić się do doradcy kredytowego. Deweloperzy często współpracują z takimi specjalistami, więc możemy skorzystać z tej opcji.
Wpłacamy kwotę wkładu własnego i dostajemy kredyt na mieszkanie.
Koronakryzys a kredyt mieszkaniowy
Nieoczekiwanie wszechogarniające skutki pandemii COVID-19 wpłynęły również na politykę banków co do przyznawania kredytów hipotecznych. W związku z tym, większość z nich istotnie obniżyła RRSO, w części banków są ponownie akceptowane takie źródła dochodu, jak umowy cywilnoprawne, obniżce uległa też wysokość wkładu własnego.
Pozwala to na wyciągnięcie wniosków o tym, że obecne okoliczności są dość korzystne dla kupna nowego mieszkania.
Firma Knight Frank przeprowadziła globalną ankietę wśród 160 deweloperów realizujących inwestycje mieszkaniowe w segmencie premium w 22 krajach, między innymi we Francji, Australii, Singapurze, Malezji i USA. Zostali w niej zapytani o skutki pandemii na ich sektor oraz długofalowy wpływ na trendy w projektowaniu. W oparciu o jej wyniki i rozmowy z deweloperami opracowany został raport „Global Development Report 2020”.
Prawie sześciu na dziesięciu globalnych deweloperów przesunęło realizacje swoich projektów z powodu pandemii. To jeden z głównych wniosków jaki płynie z ankiety – pierwszego takiego badania odkąd Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła stan pandemii. Pomimo, że jest jeszcze za wcześnie żeby ocenić długofalowy wpływ pandemii na sektor nieruchomości, jasne jest, że przyspieszyła ona wcześniejsze trendy i zainicjowała nowe rozwiązania w projektowaniu inwestycji mieszkaniowych.
Zdecydowana większość respondentów jest obecna w największych i najdroższych miastach świata, które już przed pandemią mierzyły się z niską podażą nieruchomości mieszkaniowych oraz wysokimi cenami ograniczającymi popyt. Cztery na dziesięć firm, które wstrzymały swoje projekty deweloperskie z powodu pandemii, wprowadzają teraz zmiany w już zatwierdzonych projektach. W ankiecie oraz wywiadach przeprowadzonych z deweloperami przy okazji jej przeprowadzania pojawia się jasny komunikat, że nie należy jednak panicznie reagować na kryzys i zmieniać projekty budynków, tak żeby były gotowe na przyszły lockdown, albo dystans społeczny. Co ważniejsze, poziom aktywności rynkowej obserwowany na całym świecie podczas pandemii świadczy o odporności popytu na mieszkania zaprojektowane i zbudowane przed jej wybuchem. Na przykład, według danych Knight Frank, kwota ofert złożona przez kupujących na nieruchomości w Londynie w sierpniu była najwyższą w historii. Deweloperzy rozważają jednak wprowadzanie zmian, które przed 2020 rokiem nie były brane pod uwagę. Dla przykładu 38% respondentów rozważa wprowadzenie w swoich projektach większych udogodnień dla rowerów, co jednocześnie jest tożsame z działaniami europejskich miast. Według Europejskiej Federacji Cyklistów, która ma swoją siedzibę w Brukseli, europejskie samorządy zobowiązały się do zainstalowania ponad 2000 kilometrów tymczasowych (pop-up) ścieżek rowerowych. Na chwilę obecną jest już ich ponad 1000 kilometrów, a działają między innymi w Budapeszcie, Mediolanie, Wiedniu i Berlinie. Główna zmiana jaka ma zajść w projektowaniu domów dotyczy rozwiązań technologicznych – WiFi ma być ogólnodostępne budynkach, deweloperzy chcą udoskonalonych systemów oczyszczania powietrza, automatyzacji drzwi i głosowego sterowania windami.
Pandemia wpłynęła też na ceny nieruchomości premium w największych miastach. Prowadzony przez Knight Frank indeks Prime Global City Index śledzący kwartalnie ceny luksusowych nieruchomości w 45 miastach, m.in. w Paryżu, Moskwie i Taipei, na koniec II kwartału 2020 roku pokazuje wzrost cen o 0,9% w stosunku do II kwartału 2019 roku, co oznacza najwolniejszy przyrost od 2009 roku. Największe spadki cen, o 25% zanotował Dubaj oraz Londyn (spadek o 17%). W przypadku Dubaju do spadku cen przyczyniła się historyczna nadpodaż, a w przypadku Londynu Brexit.
Nadal nie znamy oficjalnego projektu dotyczącego zmian w zakresie konfiskaty rozszerzonej. Konfiskata prewencyjna miała być drastycznym rozwiązaniem ignorującym obowiązującą nie tylko w europejskim prawodawstwie zasadę domniemanej niewinności.
Przepisy o konfiskacie rozszerzonej w k.p.k. (art. 91a) obowiązują od 27 kwietnia 2017 r. Natomiast zapowiadany przez Ministerstwo Sprawiedliwości projekt ustawy wprowadzającej konfiskatę in rem (prewencyjną), w sposób jeszcze bardziej uproszczony – powiększając krąg osób dotkniętych tymi regulacjami – ma pozwolić konfiskować majątki pochodzące z domniemanych przestępstw.
– Jak uzasadniają przedstawiciele resortu sprawiedliwości, konfiskata in rem (konfiskata prewencyjna) jest potrzebna, aby odbierać majątek osobom, które posiadają formalnie majątek pochodzący z często brutalnych gangsterskich przestępstw, ale nie są ich sprawcami. To może być żona czy dziewczyna bossa mafii, jego babcia czy brat – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Jacek Matarewicz, Lider Praktyki VAT, Akcyzy i Ceł w Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – Przy takiej retoryce, w której wskazuje się, że pieniądze pochodzące z przestępstw trafią np. na szkolne wyprawki, trudno jest znaleźć argumenty przeciwko ich wprowadzeniu.
Nie można jednak zapominać, że obowiązuje w Polsce zasada domniemania niewinności. Wciąż wielki odsetek rzekomych przestępców osadzanych w tzw. aresztach wydobywczych jest na koniec procesu uniewinnianych.
Wojna z mafiami VAT-owskimi nie wymaga tak dużych poświęceń, jak wprowadzenie zasady po trupach do celu. Należy liczyć się z konsekwencjami błędów, a proponowane rozwiązania budzą wątpliwości co do zgodności z konstytucją.
– Zabieranie ludziom majątków i niszczenie życia nie wpisuje się w zasadę demokratycznego państwa prawa urzeczywistniającego zasady sprawiedliwości społecznej, które chroni prawo własności i wolność gospodarczą – komentuje dr Jacek Matarewicz.
Jeżeli zaś chodzi o stosowanie przepisów o konfiskacie rozszerzonej do tej pory, to z doniesień medialnych wiadomo, że m.in. stosowano ją w sprawie wyłudzeń VAT dotyczących obrotu olejem smarowym na kwotę przekraczającą 12 mln zł, którą prowadziła Prokuratura Okręgowa we Włocławku. Jednemu z podejrzanych (nazwanemu szefem mafii paliwowej) zajęto podrasowanego mercedesa o wartości ok. 3 mln zł, zarejestrowanego na firmę niemiecką, ale używanego przez podejrzanego.
Jeszcze więcej VAT – bo aż 60 mln zł – usiłowano wyłudzić w innej sprawie, również związanej z obrotem olejem smarowym. Postępowanie przygotowawcze w tej sprawie prowadzi obecnie Prokuratura Regionalna w Warszawie. Konfiskatą rozszerzoną objęto 86 tys. udziałów w jednej ze spółek, o łącznej wartości 4,3 mln zł. Udziały te zostały bowiem nabyte przez podejrzanych ze środków pochodzących z przestępstw VAT.
Konsumenci, którzy wzięli udział w badaniu stwierdzili, że ich największe obawy dotyczące bezpieczeństwa żywności obejmują nawyki higieniczne pracowników punktów gastronomicznych, choroby związane z pokarmami oraz spowodowane zanieczyszczoną żywnością, a także wycofywanie z półek sklepowych produktów w wyniku wykrycia nieprawidłowości. Konsumenci okazują się zwykle bezlitośni, gdy osobiście doświadczają nieprzyjemności związanych z żywnością – ok. 60 proc. z nich deklaruje, że nigdy nie odwiedziłoby ponownie restauracji, w których nabawiliby się dolegliwości pokarmowych lub doświadczyli zatrucia. Ponad 80 proc. biorących w badaniu klientów jest zdania, że firmy odgrywają znaczącą rolę we wdrażaniu standardów bezpieczeństwa żywności oraz mają obowiązek zapewnić bezpieczny obrót produktami żywnościowymi. Dla większości konsumentów (70 proc.) ważna jest wiedza na temat sposobu wytwarzania i przygotowywania spożywanej przez nich żywności, 69 proc. respondentów stwierdziła, że ważne jest również skąd żywność pochodzi.
Biorąc pod uwagę incydenty związane z bezpieczeństwem żywności oraz coraz większe zainteresowanie społeczeństwa dbaniem o stan swojego zdrowia, nie dziwi fakt, że zarówno konsumenci jak i liderzy branży spożywczej coraz częściej interesują się pochodzeniem, jakością oraz bezpieczeństwem żywności. Istnieje jednak rozbieżność poglądów między konsumentami i liderami branży spożywczej. O ile blisko siedmiu na dziesięciu (69 proc.) decydentów z branży jest przekonanych, że uczestnicy tego sektora są w stanie zapewnić możliwość śledzenia drogi żywności oraz transparentność obrotu produktami żywnościowymi, to jedynie 35 proc. konsumentów jest tego samego zdania. Co więcej, jedynie 13 proc. klientów żywi przekonanie, że branża jest dziś świetnie przygotowana do śledzenia transportu żywności oraz zapewnia pełną przejrzystość łańcucha dystrybucyjnego. Wśród przedstawicieli branży takie przekonanie ma 27 proc. respondentów. Zniwelowanie takiej rozbieżności percepcji to prawdopodobnie wyzwanie długoterminowe, ponieważ około połowa (51 proc.) uczestniczących w badaniu liderów branży potwierdza, że oczekiwania klientów to jedno z głównych wyzwań branży na najbliższe pięć lat.
„Nasze badanie pokazuje, iż pomimo działań podejmowanych przez branże w celu zwiększenia przejrzystości łańcuchów dostaw, niezbędna jest dalsza praca, która umożliwi wzmocnienie zaufania konsumentów oraz poprawi możliwości śledzenia drogi produktów” – powiedział Mark Wheeler, Director of Supply Chain Solutions w Zebra Technologies. „Firmy dysponują oczywiście bardzo szerokim zestawem informacji, ale mogłyby poszerzyć wiedzę klientów w zakresie pochodzenia nabywanej przez nich żywności udostępniając im te same dane”.
Jednym z ciekawszych wniosków płynących z badania jest fakt, że w zniwelowaniu opisanej wyżej rozbieżności może pomóc technologia – i to zarówno w krótkiej jak i w dłuższej perspektywie czasowej. Zdecydowana większość liderów branży (90 proc.) przyznała, że inwestycje w systemy śledzenia produktów zwiększyłyby konkurencyjność ich firm, umożliwiając spełnienie oczekiwań konsumentów. Zapytani o główne korzyści rozwiązań technologicznych do śledzenia drogi produktów, blisko sześciu na dziesięciu przedstawicieli branży wskazało na ograniczenie ryzyka związanego z obsługą, transportem, magazynowaniem oraz psuciem się żywności. 41 proc. liderów branży spożywczej przyznało, że systemy tagowania RFID poprawiają zdolność firmy do śledzenia produktów w łańcuchu dystrybucji w stopniu większym niż inne rozwiązania, natomiast jedynie 31 proc. z nich używa takich systemów w swoich firmach.
W budowaniu zaufania konsumentów oraz poszerzeniu dostępnych dla nich informacji kluczową rolę odgrywają również komputery mobilne, mobilne drukarki termiczne kodów kreskowych i etykiet, skanery o wzmocnionej konstrukcji oraz systemy etykietowania i tagowania. Ok. 90 proc. uczestników badania z branży spożywczej planuje w ciągu najbliższych pięciu lat korzystać z komputerów mobilnych o wzmocnionej konstrukcji z czytnikami kodów, skanerów kodów o wzmocnionej konstrukcji oraz mobilnych do cyfrowego śledzenia produktów i przetwarzania informacji związanych z ich dystrybucją.
KLUCZOWE WNIOSKI Z BADANIA W POSZCZEGÓLNYCH REGIONACH
Obszar Azji i Pacyfiku
93 proc. respondentów z branży spożywczej jest zdania, że etycznym obowiązkiem ich firm jest zapewnienie bezpiecznej obsługi produktów żywnościowych. Blisko trzy czwarte (73 proc.) konsumentów wskazało na choroby oraz śmierć spowodowane zanieczyszczeniem żywności jako swoje główne obawy dotyczące zagrożeń związanych z dystrybucją żywności. 89 proc. przedstawicieli branży uważa, że inwestycje w systemy śledzenia produktów zwiększyłyby konkurencyjność ich firm.
Europa
Jedynie 15 proc. konsumentów biorących udział w badaniu jest w pełni przekonana, że dystrybutorzy żywności zapewniają bezpieczeństwo obsługiwanych przez nich produktów. 62 proc. konsumentów wskazało na choroby przenoszone przez żywność jako główną obawę związaną z jedzeniem. Około połowa (53 proc.) respondentów z branży spożywczej uważa, że ich firmy mają etyczny obowiązek dbania o bezpieczeństwo przewożonych produktów – to najniższy wynik wśród wszystkich badanych regionów.
Ameryka Południowa
Blisko dziewięciu na dziesięciu (87 proc.) konsumentów wskazuje na nawyki higieniczne personelu punktów gastronomicznych jako swoją główną obawę związaną z żywnością. Zdecydowana większość (97 proc.) respondentów z branży spożywczej uważa, że inwestowanie w systemy śledzenia produktów zwiększy konkurencyjność ich firm. 79 proc. konsumentów uznaje, że dostęp do precyzyjnych informacji o pochodzeniu nabywanej żywności jest dla nich sprawą ważną.
Ameryka Północna
Poziom zaufania do firm i producentów w kwestii dbania o bezpieczeństwo wytwarzanych i dystrybuowanych produktów żywnościowych jest dwuipółkrotnie wyższy wśród przedstawicieli branży spożywczej (45 proc.) niż wśród konsumentów (18 proc.). 91 proc. respondentów z branży jest przekonanych, że ich firmy odgrywają ważną rolę we wdrażaniu rozwiązań zapewniających bezpieczeństwo żywności. Ponad sześciu na dziesięciu (64 proc.) konsumentów wskazuje na choroby przenoszone przez żywność jako główne uzasadnienie dla konieczności dostępu do informacji o pochodzeniu żywności.
O BADANIU I METODOLOGII W badaniu Food Safety Supply Chain Vision Study zleconym przez firmę Zebra udział wzięło 4957 konsumentów oraz 462 decydentów z branży spożywczej, tj. przedstawicieli producentów żywności, firm transportowych i logistycznych, sieci detalicznych oraz hurtowni z krajów Ameryki Północnej, Południowej, regionu Azji i Pacyfiku oraz z Europy. Badanie przeprowadzone zostało w styczniu tego roku przez firmę Azure Knowledge Corporation.
Sytuacja makroekonomiczna i rynkowa w ostatnich miesiącach zdeterminowana głównie przez skutki pandemii COVID-19 istotnie wpłynęła na wyniki Banku Pocztowego. W I półroczu br. Bank osiągnął wynik finansowy brutto na poziomie 15,4 mln zł, czyli o 1,2 mln zł niższym w porównaniu do ubiegłego roku. Zysk netto wyniósł 9,4 mln zł i był niższy od planowanego w tym okresie oraz niższy o 1,5 mln zł w porównaniu do I połowy 2019 r. Spadek wyników był spowodowany głównie skutkami pandemii, w konsekwencji której nastąpiło istotne pogorszenie aktywności gospodarczej, istotna obniżka stóp procentowych i zwiększenie ryzyka kredytowego.
Wyniki finansowe i wskaźniki
W I półroczu br. Bank Pocztowy osiągnął wynik finansowy brutto na poziomie 15,4 mln zł, czyli o 1,2 mln zł niższym, (-7,1%) w porównaniu do I połowy 2019 r. Zysk netto wyniósł 9,4 mln zł i był niższy niż planowany w tym okresie oraz niższy o 1,5 mln zł, tj. o 13,1% niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. Wpłynęło to na obniżenie wskaźnika zwrotu z kapitału – ROE netto – do poziomu 3,0% (spadek o 0,7 p.p. rok do roku). Suma bilansowa Banku na koniec czerwca br. wyniosła 8,67 mld zł i była wyższa o 667,1 mln zł, tj. o 8,3% w porównaniu ze stanem na 31.12.2019 r.
Tomasz Dąbrowski, Członek Zarządu Banku Pocztowego odpowiedzialny za obszar rozwoju biznesu i IT
– Pandemia COVID-19 sprawiła, że przez ostatnie miesiące mieliśmy do czynienia z pogarszającą się sytuacją makroekonomiczną i rynkową. W I półroczu 2020 roku, cały sektor bankowy, podobnie jak Bank Pocztowy, zanotował niższe niż prognozowane wyniki finansowe – mówi Tomasz Dąbrowski, Członek Zarządu Banku Pocztowego. – Spadek stóp procentowych oraz istotne osłabienie aktywności gospodarczej sprawiły, że byliśmy zmuszeni zrewidować nasze pierwotne założenia dotyczące planu finansowego i wyników za ostatnie sześć miesięcy. Mimo podjętych działań mających na celu złagodzenie wpływu pandemii na działalność Banku, wyniki I półrocza 2020 roku pozostają pod jej istotnym wpływem, a także według stanu wiedzy na chwilę obecną możemy założyć, że II półrocze będzie również trudne dla całego sektora – dodaje Tomasz Dąbrowski.
Wynik finansowy Banku w I półroczu br. determinowany był przez zdecydowany spadek wyniku z tytułu odsetek, który wyniósł 122,7 mln zł i był niższy o 8,0% niż w I półroczu 2019 r. Trzykrotna obniżka stóp procentowych oraz istotny spadek akcji kredytowej w drugim kwartale br. spowodował wyraźny spadek przychodów odsetkowych, który dotyczył głównie osób fizycznych (-14,2%).
W I połowie 2020 r. Bank podejmował działania aktywizujące sprzedaż, m.in. wprowadzając do oferty kredytu gotówkowego nowe promocje oparte na stałej cenie, dedykowane wybranym grupom klientów oraz udostępniające konsolidację kredytów na atrakcyjnych warunkach cenowych – dostępnych zarówno w sieci własnej Banku, jak również w sieci Poczty Polskiej.
– Na koniec czerwca br. wartość głównego elementu aktywów Banku, tj. kredytów i pożyczek netto udzielonych klientom, wyniosła 5,0 mld zł i wzrosła w porównaniu do I półrocza 2019 r. o 46,2 mln zł, jednak do stanu na 31.12.2019 r. obniżyła się, co także jest efektem sytuacji gospodarczej wywołanej pandemią – mówi Paweł Kopeć, Członek Zarządu Banku Pocztowego.
Przychody Banku z tytułu kredytów i pożyczek udzielonych Klientom wyniosły 118,8 mln zł.
Na wygenerowany wynik wpłynął także wzrost o 40,2% tj. o 6,4 mln zł wyniku zrealizowanego na instrumentach finansowych wycenianych w wartości godziwej przez wynik finansowy. Realizacja wyższego wyniku to w głównej mierze efekt utrzymywania się sprzyjającego otoczenia rynkowego w zakresie kształtowania się cen skarbowych papierów wartościowych, w rezultacie którego Bank dokonał optymalizacji portfela papierów wartościowych poprzez transakcje sprzedaży i zakupu. Na rentowność wpłynął także wzrost wyniku z tytułu prowizji i opłat o 5,2 % (tj. o 1,1 mln zł), w efekcie spadku kosztów prowizyjnych z tytułu obsługi kasowej i rozliczeniowej świadczonej na rzecz Banku oraz obsługi rachunków bankowych
i lokat terminowych.
Warto podkreślić, że w I półroczu 2020 r. wzrosły salda depozytów w Banku. Na dzień 30 czerwca 2020 r. depozyty klientów indywidualnych (osoby fizyczne nie prowadzące działalności gospodarczej) ulokowane na rachunkach i lokatach w Banku wyniosły łącznie 5,84 mld zł wobec 5,59 mld zł na koniec 2019 r. Łącznie saldo depozytów detalicznych wzrosło o 262,5 mln zł, głównie za sprawą rosnącego salda rachunków oszczędnościowo-rozliczeniowych (+350 mln zł r/r). Wartość depozytów klientów instytucjonalnych wyniosła
1,6 mld zł, co oznacza wzrost o 410 mln zł względem stanu na 31 grudnia 2019 r.
Zrealizowane projekty i plany na przyszłość
W I połowie 2020 r. w związku z pandemią koronawirusa Bank Pocztowy został zmuszony do rewizji portfolio prowadzonych projektów, zawieszając niektóre przedsięwzięcia bądź ograniczając ich zakres. Realizowane były przede wszystkim te powiązane z przeciwdziałaniem skutkom COVID-19 i rozwojem kanałów zdalnych, na które przeznaczono łącznie ok. 12 mln zł brutto. Do najistotniejszych można zaliczyć rozwój kanału cyfrowego EnveloBank i rozwój platformy do obsługi procesów sprzedaży (Market Cyfrowy) – działania wpisujące się jednocześnie w strategię większej cyfryzacji usług Banku Pocztowego – oraz „Lady Robot”, czyli usprawnienie procesów operacyjnych Banku i zwiększanie efektywności kosztowej poprzez robotyzację wybranych procesów, w tym obsługi klienta. Bank również wziął udział w udostępnieniu środków pomocowych dla Klientów w ramach Tarczy Finansowej PFR.
Kontynuowano także przegląd portfolio klientów. Na koniec czerwca 2020 r. z usług Banku korzystało 917 tys. klientów detalicznych, w tym 898 tys. klientów indywidualnych oraz 19 tys. mikroprzedsiębiorców. W I półroczu 2020 r. Bank kontynuował proces zamykania rachunków nieaktywnych – w ramach tych działań zamknięto ich 36 tys. szt.
Warto podkreślić, że w I półroczu 2020 r. Bank Pocztowy intensywnie rozwijał swoją ofertę produktową. 1 czerwca 2020 r. Bank odświeżył linię kont osobistych dostosowaną do potrzeb 3 pokoleń Klientów wprowadzając Konto w Porządku i wzbogacając ofertę o rachunek dedykowany młodym klientom – Konto w Porządku Start. W czerwcu br. została także udostępniona nowa oferta dedykowana klientom segmentu Agrobiznesu. Oferta skierowana jest do rolników, w tym prowadzących działalność gospodarczą, którzy mogą skorzystać z preferencyjnie oprocentowanych kredytów obrotowych i inwestycyjnych, a także specjalnie przygotowanych rachunków oszczędnościowo-rozliczeniowych czy ubezpieczeń rolniczych. Oferta Banku pozwala na uzyskanie finansowania m.in. na rozwój gospodarstw i budynków związanych z produkcją, zakup ziemi rolnej, maszyn rolniczych, zwierząt hodowlanych, roślin uprawnych i realizacji wielu innych celów charakterystycznych dla działalności rolniczej.
Bank udostępnił także w aplikacji mobilnej EnveloBank autoryzację za pomocą technologii FaceID – możliwość logowania i zatwierdzania przelewów poprzez biometryczne rozpoznawanie twarzy klienta. Uproszczenie korzystania z bankowości mobilnej wychodzi na przeciw oczekiwaniom klientów cyfrowych Banku, jednocześnie podnosząc konkurencyjność rynkową aplikacji mobilnej Banku. W aplikacji mobilnej EnveloBank udostępniono ponadto moduł Autopay, umożliwiający przejazdy autostradą bez konieczności zatrzymywania się w celu dokonania płatności przy bramkach. Usługa działa na wybranych odcinkach autostrad. Szlaban otwiera się po rozpoznaniu numerów rejestracyjnych pojazdu, a opłata pobierana jest automatycznie po zjeździe z autostrady. Bank Pocztowy był jednym z pierwszych banków na rynku, który wprowadził takie udogodnienie dla klientów. Wprowadzono także kredyt online dla obecnych klientów banku do wysokości 50 tysięcy złotych, udzielany w czasie kontaktu z doradcami call center. Tymczasem w ramach wspólnego projektu Banku i Poczty Polskiej pod nazwą Mobilny Bankowiec dzięki specjalnie przygotowanej aplikacji na tablety, listonosze z całego kraju wstępnie przedstawiają ofertę Banku Pocztowego i zbierają dane kontaktowe osób zainteresowanych skorzystaniem z kredytu. Informacja przesyłana jest bezpośrednio do doradców kredytowych, którzy kontaktują się następnie z klientami w celu umówienia spotkania w dogodnym dla klientów czasie w wybranej placówce Poczty Polskiej.
– Mimo pandemii Bank Pocztowy w I półroczu intensywnie się zmieniał. Poszerzaliśmy nasze portfolio produktów i inwestowaliśmy w nowe produkty cyfrowe, co w długookresowej perspektywie wpłynie pozytywnie na kondycję banku. Cały czas będziemy prowadzić działania mające na celu wzrost dochodów, a także budowanie przewagi konkurencyjnej w oparciu o naszą strategiczną współpracę z Pocztą Polską, realizując takie projekty, jak uruchomiony niedawno Mobilny Bankowiec. Nieustannie będziemy także poszukiwać obszarów, których optymalizacja przełoży się na niższe koszty – podsumowuje Tomasz Dąbrowski, Członek Zarządu Banku Pocztowego.
W konsekwencji zmian w otoczeniu makroekonomicznym i rynkowym spowodowanych skutkami pandemii, a także dotychczasowego stopnia realizacji aktualnej Strategii Banku na lata 2018-2022, czy wreszcie prac prowadzonych w ramach aktualizacji Planu Naprawy, Bank rozpoczął formalnie proces aktualizacji Strategii i modelu biznesowego. Zakończenie prac przewidziane jest w IV kwartale 2020 r.
COVID-19 a społeczna odpowiedzialność biznesu Banku Pocztowego
W I półroczu, wraz z wystąpieniem pandemii koronawirusa, Bank Pocztowy podejmował przede wszystkim działania mające zminimalizować wpływ skutków ekonomicznych epidemii na klientów i pracowników Banku Pocztowego oraz zapewnić ciągłość operacyjną i transakcyjną Banku, przy zachowaniu standardów bezpieczeństwa.
Przez cały okres stanu epidemii Bank zapewnia bezpieczną obsługę klientów placówkach, jednocześnie zachęcając do korzystania ze zdalnych kanałów kontaktu z Bankiem. Jako jeden z pierwszych banków na rynku podwyższył klientom do 100 zł limit płatności dla transakcji zbliżeniowych kartą bez konieczności podawania kodu PIN, a także wprowadził wsparcie w zakresie obsługi kredytów, tzw. moratorium, powszechnie określane jako „wakacje kredytowe”. Dodatkowo, Bank przyjmował również wnioski o udzielenie wsparcia w ramach Tarczy Finansowej PFR.
W czasie epidemii Bank Pocztowy podjął także kroki w celu zapewnienia bezpieczeństwa
i komfortu pracy swoich pracowników. Główne projekty dotyczyły obszarów wdrożenia pracy zdalnej na skalę szerszą niż dotychczas oraz dostosowanie większości wewnętrznych procesów do ich realizacji w formie elektronicznej. Pracownicy mający bezpośredni kontakt z klientami zostali wyposażeni w maseczki, żele dezynfekujące i rękawiczki jednorazowe, a w placówkach zostały utworzone specjalne strefy bezpieczeństwa. Dodatkowo, Bank prowadził stałą i kompleksową komunikację do pracowników na tematy związane z rozwojem epidemii, środkami bezpieczeństwa jak i organizacją pracy.
Zgodnie z wyznawanymi wartościami Bank podjął także szereg działań z zakresu społecznej odpowiedzialności biznesu, w celu wsparcia lokalnych społeczności w okresie walki
z koronawirusem. W I połowie br. Bank przekazał darowizny m.in. na rzecz Fundacji Pocztowy Dar i Fundacji Zdrowia Śląska Cieszyńskiego, celem zakupu niezbędnego wyposażenia szpitalnego pomocnego w walce z koronawirusem a także ratowania zdrowia i życia osób dotkniętych COVID-19. Co więcej, Bank stworzył podstronę internetową poświęconą bezpiecznemu korzystaniu z bankowości z linkowaniem do wiarygodnych stron internetowych związanych z bezpieczeństwem w czasie stanu epidemicznego w Polsce.
Już wkrótce
W dalszej części 2020 r. Bank Pocztowy planuje nadal koncentrować swoje działania na nowoczesnych rozwiązaniach, mających na celu podnoszenie zarówno komfortu klientów w kontakcie z bankiem, jak również ich bezpieczeństwa. W najbliższym czasie do już dostępnej w Banku palety rozwiązań płatności mobilnych dołączy BLIK. W kolejnych krokach Bank planuje zmianę w sposobie autoryzacji transakcji 3D Secure, zwiększającą bezpieczeństwo płatności kartami w internecie oraz wdrożenie wideoweryfikacji Klienta w procesie w procesie kredytowym (Know Your Customer).
Potraktowanie marż jako celu strategicznego może pomóc wielu firmom w rozwoju. Przede wszystkim, strategiczne podejście do marży pozwala na analizę całego systemu produkcji i sprzedaży pod kątem zyskowności, a automatyzacja może być jedną z bardziej efektywnych ścieżek do podnoszenia tej zyskowności – piszą autorzy raportu Czas na marże „Jak polscy producenci żywności mogą przejść od ekspansji wolumenowej do zwiększania efektywności”.
Zdecydowana większość dużych firm spożywczych za granicą traktuje marżę jako jedną ze strategicznych miar swojej działalności i jako jeden z istotnych elementów planów rozwojowych, czy wręcz oficjalnych strategii. Choć taka transparentność w tym sektorze nie jest łatwa, to docelowo utrzymanie szybkiego rozwoju firm w Polsce może wymagać większej przejrzystości również w naszym kraju. Takie firmy jak Danone, Nestle, czy FrieslandCampina wprost piszą o poziomach marży, jakie chcą osiągnąć w perspektywie trzyletniej. Wiele firm zapowiada podnoszenie marż lub ich ochronę przed presją rynkową.
– W Polsce wciąż marża nie jest traktowana jako kluczowa miara, a firmy dużo więcej miejsca w planach rozwojowych poświęcają przychodom i ich dynamice. Tak wynika z analiz sprawozdań finansowych i raportów największych firm – komentuje Renata Dutkiewicz, dyrektor ds. sektora spożywczego i FMCG Santander Bank Polska.
Przyczyny różnicy w podejściu do marż i przejrzystości w komunikacji strategii marż
Po pierwsze, w zachodniej kulturze korporacyjnej przejrzystość w relacjach z klientami, dostawcami i inwestorami jest bardziej zakorzeniona. Po drugie, w Polsce mocna presja ze strony detalistów, ale czasami też dostawców surowców sprawia, że firmy produkcyjne często boją się mówić o wyższych marżach – narażają się w ten sposób na presję w kierunku obniżenia cen sprzedawanych towarów lub podniesienia cen kupowanych surowców. Po trzecie, firmy z Europy Zachodniej są na innym etapie rozwoju niż polskie – są bardziej dojrzałe, ustabilizowane, ich przeciętna dynamika przychodów w
ostatnich latach nie przekraczała 6 proc.
– Polskie firmy wciąż są na etapie ekspansji w światowych łańcuchach dostaw, ich przeciętna dynamika przychodów jest zbliżona do 15 proc. W warunkach takiej dynamiki uwaga poświęcana marży nie musi być bardzo wysoka – mówi Ignacy Morawski, dyrektor SpotData.
Fragmentaryzacja rynków produktowych
Jedną ze strategii budowy marż jest inwestowanie w nowe produkty i budowanie portfolio marek. Ta droga wymaga systematycznego przewidywania zmian preferencji konsumentów. Jak to zwykle bywa z prognozami, jedni korzystają wyłącznie z intuicji, inni bardziej systemowo starają się analizować zmiany rynkowe. Duże firmy mają często wdrożone procedury prognozowania; jednak zmiany zachodzą coraz szybciej. Wielu producentów wskazuje, że w krajach rozwiniętych dochodzi do tzw. fragmentaryzacji rynków produktowych. Konsumenci powoli odwracają się od dużych, tradycyjnych i rozpoznawalnych marek i chętniej wybierają produkty niszowe, regionalne, mniej masowe. W takich warunkach przewidywanie zmian preferencji konsumentów jest jeszcze trudniejsze, wymaga stosowania bardziej zaawansowanych metod analitycznych.
Jakie są dziś najważniejsze trendy konsumenckie?
Od wielu lat systematycznie na znaczeniu zyskują produkcje „zdrowe” i „organiczne”. Do tego firmy zdążyły się przyzwyczaić – coraz więcej z nich rozwija taką ofertę. Ale w ostatnich dwóch latach szybko na znaczeniu zaczęły zyskiwać nowe zjawiska. Przede wszystkim, chodzi o produkty wegetariańskie i roślinne (plant-based). Jest to mniej związane ze zmianami stylu życia, a bardziej z rosnącą świadomością konsumentów dotyczącą ochrony środowiska.
Automatyzacja może być jedną z bardziej efektywnych ścieżek podnoszenia zyskowności
Istnieje bardzo wyraźna i dodatnia relacja między automatyzacją i marżami, ujmowanymi w różny sposób.
Źródło: Raport: Czas na marże „Jak polscy producenci żywności mogą przejść od ekspansji wolumenowej do zwiększania efektywności”
– Ta relacja będzie zyskiwała na znaczeniu w erze, gdy dostępność pracowników będzie coraz trudniejsza. Dotyczy to szczególnie firm, które produkują masowo towary zunifikowane, nie wyróżniające się doskonale rozpoznawalną marką lub takich, które mają duży udział produkcji private label. One doświadczają większej presji na marże i dla nich automatyzacja może być jedną z bardziej efektywnych ścieżek podnoszenia zyskowności – komentuje Grzegorz Rykaczewski, analityk sektora rolno-spożywczego Santander Bank Polska.
Na przykład brytyjski Cranswick bardzo intensywnie inwestował w ostatnich latach w maszyny do filetowania raportując, że efektywność nowych inwestycji jest czynnikiem wpływającym na zyskowność firmy. Podobnie swój rozwój opisuje hiszpański producent makaronów EBRO – automatyzacja jest przez niego traktowana jako ścieżka poprawy marżowości, piszą autorzy raportu.
Aż połowa firm przetwórczych w Polsce wskazuje, że brak pracowników ogranicza ich rozwój
Jeszcze w 2015 r. takich firm było tylko 20 proc. Od 2016 r., po raz pierwszy od transformacji roku 1990, rośnie udział płac w PKB. Podwyżka płacy minimalnej może tylko zwiększyć presje kosztowe. W styczniu dynamika przeciętnego wynagrodzenia w sektorze podskoczyła do 8,5 proc., ze średniego poziomu 6 proc. w poprzednich sześciu miesiącach.
Źródło: Raport: Czas na marże „Jak polscy producenci żywności mogą przejść od ekspansji wolumenowej do zwiększania efektywności”
To wszystko istotnie zwiększa bodźce do inwestowania w automatyzację. Ceny maszyn są wprawdzie wysokie i dla mniejszych firm często nieosiągalne, ale rachunek finansowy zmienia się zdecydowanie na korzyść maszyn. Możliwe, że wkraczamy w okres, gdy inwestycje w maszyny przyspieszą w Polsce – ze względu na zmiany demograficzne i zmiany na rynku pracy.
W kwietniu 24% naszego kraju była zagrożona suszą najwyższego stopnia. Choć tegoroczne lato było burzowe, nie wyeliminowało tego zagrożenia. Coraz częściej obserwujemy w kraju występowanie opadów nawalnych i tzw. powodzi błyskawicznych, które nie pozwalają na wystarczające i długotrwałe nawodnienie gleby.
Gwałtowne opady deszczu, jakie obserwujemy w ostatnich miesiącach, są wynikiem ocieplania się klimatu. Niestety, nie pomagają nam one w walce z suszą. Intensywny deszcz to wprawdzie źródło dużej ilości wody, jednak szybko ona zanika i nie nawadnia dostatecznie gleby.
Coraz więcej powodzi
Zdaniem ekspertów, tylko długotrwały i niezbyt intensywny deszcz mógłby nas uchronić przed suszą. Tymczasem, typowym dla naszej strefy klimatycznej zjawiskiem jest naprzemienne występowanie okresów suchych i mokrych – z krótkotrwałymi i intensywnymi opadami.
Podczas gdy w połowie XX wieku susze pojawiały się w Polsce średnio co 5 lat, obecnie nawiedzają nasz kraj w sezonie wiosenno-letnim co roku.
Jak zmieniała się średnia temperatura w Polsce na przestrzeni lat?
W badaniach temperatury w naszym kraju widać systematyczny rosnący trend, notowany od połowy XIX wieku. Ostatnie 40 lat jest najcieplejszym okresem w historii obserwacji w Polsce.
Z danych IMGW wynika, że ostatnie trzy dekady dla Warszawy miały średnią roczną wartość temperatur: +8,7°C (lata 80), +8,9°C (lata 90) i +9,2°C (pierwsza dekada XXI). W ciągu zaledwie ostatnich trzech lat (2016-2019) temperatura w naszym kraju wzrosła o 1,3°C.
W którym regionie Polski zagrożenie suszą jest największe?
W Polsce możemy już mówić o występowaniu wszystkich rodzajów suszy:
atmosferycznej – to długie okresy bez opadów widoczne gołym okiem,
rolniczej -brak opadów prowadzi do niedostatecznej ilości wody w glebie i widać to po uprawianych roślinach – nie rosną prawidłowo, podsychają, a zbiory są mniejsze,
hydrologicznej – w rzekach, jeziorach i innych zbiornikach jest mniej wody niż zwykle. Ten rodzaj suszy utrzymuje się bardzo długo,
hydrogeologicznej – to spadek poziomu wód podziemnych.
Największe zagrożenie dla naszego kraju stanowi susza atmosferyczna i hydrologiczna.
Warto zwrócić też uwagę na nierównomierne rozlokowanie opadów w naszym kraju. W środkowej Polsce rocznie spada około 400 mm wody, w Tatrach te wartości dochodzą do 1600 mm, a na wybrzeżu do 600 mm opadów na rok. Środkowa Polska jest więc najbardziej narażona na wysychanie gleby spośród wszystkich obszarów naszego kraju.
Co z zasobami odnawialnymi wody w Polsce?
Jak podaje Państwowe Gospodarstwo Wodne Wody Polskie, już od kilku lat występuje deficyt wody w naszym środowisku. Należymy do krajów o najmniejszych zasobach wodnych w całej Unii Europejskiej. Na jednego mieszkańca Polski przypada 1600 m3 wody na rok, natomiast w okresie suszy średnia ta maleje do 1000 m3 wody na jednego mieszkańca, zatem mamy wtedy o 37,5% wody mniej.
Pod względem zasobów odnawialnych wody w przeliczeniu na mieszkańca jesteśmy na samym końcu europejskiej stawki, a za nami są jedynie Czechy, Dania i Cypr. Najwięcej wody do swojej dyspozycji mają natomiast Islandczycy, bo aż 507 463 m3.
Z suszą może walczyć każdy z nas
Działania przeciwko suszy, jakie może podjąć każdy, to po prostu zmniejszona konsumpcja. Wyprodukowanie w zasadzie każdej rzeczy generuje ślad wodny i ślad węglowy. Zużywanie wody z naturalnych źródeł powoduje, że jest jej coraz mniej dla przyrody i szybko się jej pozbywamy przez kanalizację, a następnie rzeki. Generowanie dużej ilości dwutlenku węgla powoduje, że zmiana klimatu przyspiesza. Warto skupić się na tym, aby nie kupować niepotrzebnych rzeczy oraz nie marnować jedzenia, bo to realna strata wody. Każdy może sprawdzić swój ślad wodny, korzystając z porównywarki dostępnej na stronie rankomat.pl/woda.
Coraz więcej zamożnych Polaków w poszukiwaniu atrakcyjnych stóp zwrotów zwraca się ku rynkowi prywatnych transakcji dłużnych i udziałowych, uważają eksperci firmy doradczej Saski Partners. Rozwojowi tego rynku sprzyja rekordowo niskie oprocentowanie lokat i obligacji, słaba koniunktura na warszawskiej giełdzie oraz restrykcyjna polityka kredytowa banków.
Na świecie rynek prywatnych transakcji rozwija się prężnie już od kilkunastu lat, głównie w Stanach Zjednoczonych i Europie. Wielkość samego tylko rynku prywatnych transakcji dłużnych, według danych Preqin – międzynarodowej organizacji zajmującej się analizą danych z rynków transakcji alternatywnych, zwiększyła się osiemnastokrotnie z 42 mld dolarów w 2000 roku do niemal 777 mld dolarów w 2018. Tuż przed wybuchem pandemii Preqin szacował, że wartość rynku osiągnie 1 bln dolarów w 2020 roku. Inwestorów przyciągają stopy zwrotu czasem przekraczające nawet 9 proc.
– Od pewnego czasu obserwujemy nowy trend, jeśli chodzi o sposoby pomnażania nadwyżek kapitału przez polskich przedsiębiorców i osoby zamożne. Coraz częściej zwracają się oni bezpośrednio ku firmom i projektom potrzebującym finansowania, poszukując wyższych stóp zwrotu. To zjawisko dodatkowo nasiliło się podczas pandemii, ponieważ rynek publiczny nie dostarcza takich zwrotów, a otoczenie niskich stóp procentowych nie sprzyja lokowaniu nadwyżek kapitału w tradycyjne instrumenty dłużne czy depozyty bankowe – powiedział Dominik Olszewski, partner zarządzający z Saski Partners, firmie doradzającej przy fuzjach i przejęciach przedsiębiorstw.
Z powodu pandemii banki centralne agresywnie obniżały stopy procentowe, aby ratować wzrost gospodarczy. Przełożyło się to na drastyczny spadek oprocentowania lokat bankowych i obligacji skarbowych i spowodowało odwrót inwestorów od tradycyjnych sposobów lokowania oszczędności. Covid-19 miał również negatywny wpływ na warszawską giełdę. Poziomy cen, z wyjątkiem nielicznych branż, nie zachęcają obecnie do lokowania tam nadwyżek kapitału – głównemu indeksowi warszawskiej giełdy WIG 20 nie udało się odrobić strat wywołanych pandemią.
– Jeszcze do niedawna polscy przedsiębiorcy zwykle bez większych obaw lokowali część nadwyżki kapitału, na przykład pochodzącego ze sprzedaży biznesu, na rynku nieruchomości komercyjnych i mieszkaniowych. Liczyli tym samym na bezpieczne i stałe dochody z najmu czy też po prostu na stabilny wzrost cen tych aktywów – powiedział Dominik Olszewski. – Część środków trafiała również do private bankingu i tylko nieliczni decydowali się na aktywne inwestowanie na rynku niepublicznym, zawierając bezpośrednio transakcje z podmiotami potrzebującymi kapitału, tworząc własne fundusze, czy skupiając swoją działalność inwestycyjną w ramach family office.
Zawieraniu transakcji na rynku prywatnym sprzyja obecnie również restrykcyjna polityka banków komercyjnych spowodowana wybuchem pandemii. Banki z dużą ostrożnością zaczęły podchodzić do kredytowania przedsiębiorstw, a część branż i nowych projektów inwestycyjnych nie ma w ogóle dostępu do pożyczek. Wydłużył się też czas podejmowania decyzji kredytowych i wzrosły formalności. Przedsiębiorcy poszukujący środków na finansowanie inwestycji, kapitał obrotowy, czy zakup innych firm zwracają się ku dysponującym kapitałem inwestorom prywatnym.
– Pożyczki dla przedsiębiorstw, pożyczki hipoteczne zabezpieczone na nieruchomościach, inwestycje w udziały firm niepublicznych, inwestowanie w fundusze typu private equity, venture capital, czy private debt mogą stanowić doskonałe uzupełnienie portfela inwestycyjnego inwestorów dysponujących nadwyżkami kapitału – dodał Dominik Olszewski.
Inwestowanie w takie klasy aktywów wymaga jednak specjalistycznej wiedzy i doświadczenia w strukturyzowaniu transakcji. Dlatego często osoby zamożne korzystają z pomocy doradców, którzy potrafią zidentyfikować potencjalne projekty inwestycyjne, pomagają ocenić ich atrakcyjność i ustrukturyzować transakcje.
Ósma Konferencja Nienieodpowiedzialni odbędzie się w wyjątkowych okolicznościach, nie zmienia się jednak jej główny cel – uwrażliwianie biznesu i społeczeństwa na różne wymiary odpowiedzialności. W tym roku rozważania będą dotyczyły tematu zazdrości. Wśród zaproszonych gości m.in. prof. Krzysztof Obłój, prof. Agata Bielik-Robson, prof. Dariusz Jemielniak, Iwona Guzowska, prof. Bartłomiej Dobroczyński.
Tegoroczna edycja Konferencji Nienieodpowiedzialni odbędzie się w formie hybrydowej, łącząc spotkania online 20 i 29 października oraz na żywo 27 października w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN w Warszawie, wraz z transmisją w internecie. Tematem przewodnim Konferencji jest zazdrość – czy wiedzie nas na zgubę i niszczy relacje między ludźmi? Czy wzmacnia pogłębianie się nierówności i polaryzacji? Czy pandemia spotęguje te procesy, czy może stanie się punktem zwrotnym w stronę sprawiedliwszego świata? Jaka przyszłość nas czeka?
– Organizując w ubiegłym roku Konferencję, którą zaszczyciło aż 530 osób, od razu zapowiedzieliśmy kolejną edycję. Nikt wtedy nawet sobie nie wyobrażał, w jakich czasach przyjdzie nam ją planować. Postanowiliśmy jednak, że się nie poddamy i przy zachowaniu wszelkich norm bezpieczeństwa, znowu spotkamy się w towarzystwie nienieodpowiedzialnych osób, aby razem dyskutować na temat naszej przyszłości. Pandemia nie zwalnia nas z obowiązku rozmawiania na tematy ważne, potrzebne i niezwykle pilne, dlatego miło mi poinformować, że kolejna, ósma już Konferencja Nienieodpowiedzialni, w trochę innej niż dotychczas formule, dojdzie do skutku – mówi Artur Nowak-Gocławski, inicjator Nienieodpowiedzialnych i prezes ANG Spółdzielni.
Pomimo utrudnionych warunków, organizatorzy nie zrezygnowali z cieszącej się olbrzymią popularnością wśród uczestników „debaty warszawskiej w stylu oksfordzkim” prowadzonej przez Grzegorza Nawrockiego. Teza tegorocznej debaty brzmi: „Nierówności społeczne napędzają rozwój świata”. Rolą uczestników będzie zaprezentowanie argumentów potwierdzających oraz zaprzeczających tej tezie.
Gośćmi Konferencji będą: Brunon Bartkiewicz, prof. Agata Bielik-Robson, prof. Bartłomiej Dobroczyński, Przemek Gdański, Łukasz Grass, Iwona Guzowska, prof. Dariusz Jemielniak, prof. Dominika Maison, prof. Krzysztof Obłój, Paweł Rabiej, Krystyna Romanowska, dr Tomasz Sobierajski.
Pomysłodawcą Konferencji Nienieodpowiedzialni jest ANG Spółdzielnia, głównym organizatorem Fundacja Nienieodpowiedzialni. Współorganizatorem tegorocznej edycji zostało m.st Warszawa, Partnerem Strategicznym BNP Paribas Bank Polska. Pozostali partnerzy: Ikano Bank, ING Bank Śląski, Fundacja Rozwoju Rynku Finansowego, Signal Iduna.
Patronat Medialny: Kampanie Społeczne, Liberte, odpowiedzialnybiznes.pl, PRoto, Ekonomiaspołeczna.pl.
Inicjatywy i Organizacje Partnerskie: Fundacja Inicjatyw Społeczno Ekonomicznych (FISE), Fundacja im. Lesława Pagi, Igrzyska Wolności, Liderzy Pro Bono, Open Eyes Economy Summit, Sieć Przedsiębiorczych Kobiet, THINKTANK.
Więcej szczegółów oraz bezpłatna rejestracja na konferencję na stronie: http://2020.nienieodpowiedzialni.pl.
Program Mieszkanie Plus oficjalnie został powołany do życia uchwałą Rady Ministrów z dnia 27 września 2016 roku, jako zasadniczy filar Narodowego Programu Mieszkaniowego. Pozostaje kwestią, jak dalece dotychczasowe osiągnięcia tej rządowej inicjatywy w czwartą rocznicę jej misji spełniają złożone obietnice dachu nad głową dla tysięcy młodych Polaków, głównie tych wykluczonych z rynku nieruchomości.
Potencjał średniego dewelopera
Po czterech latach prób i błędów na chwilę obecną program Mieszkanie Plus przybrał formę z podziałem na dwie części. Pierwsza – komercyjna albo rynkowa, realizowana jest przez spółkę Polski Fundusz Rozwoju Nieruchomości (PFRN), i jakiś czas temu przybrała nomen omen nazwę Mieszkania dla Rozwoju. Druga część to segment społeczny realizowany przez Ministerstwo Rozwoju. Pytanie, jakimi sukcesami mogą po czterech latach intensywnych działań pochwalić się oba filary rządowego programu mieszkaniowego.
Według najnowszych danych w ramach części rynkowej rządowego programu do dziś wybudowanych zostało 1017 mieszkań w sześciu lokalizacjach (Jarocinie, Białej Podlaskiej, Kępicach, Kępnie, Wałbrzychu, Gdyni). Z kolei w trakcie budowy pozostaje 1661 mieszkań w siedmiu lokalizacjach (Świdnik, Dębica, Mińsk Mazowiecki, Kraków, Katowice, Łowicz, Radom).
Poza tym wyłonieni zostali już generalni wykonawcy lub trwają postępowania przetargowe na ich wybór dla inwestycji w Zamościu, Toruniu, Sianowie, Oławie, Nowym Targu oraz Zgorzelcu – w sumie na 1079 lokali.
Jak podsumował portal RynekPierwotny.pl w efekcie po czterech latach misji Mieszkania Plus dorobek jego segmentu komercyjnego, de facto jedynej dotąd wartości dodanej rządowego programu to 3757 lokali na różnych etapach realizacji, od oddanych do użytkowania począwszy, a na planowaniu przetargów na wybór wykonawców skończywszy. Można to porównać z potencjałem operacyjnym pojedynczego dewelopera o mniej niż przeciętnej kapitalizacji. Podobne też znaczenie dla rozwoju rodzimej mieszkaniówki należy na chwilę obecną przypisać zatrudniającemu około 300 osób, państwowemu quasi-deweloperowi PFR Nieruchomości S.A., a więc całemu filarowi rynkowemu flagowej inicjatywy mieszkaniowej obecnego rządu.
Kropla w morzu potrzeb
Do powyższych wyników – przynajmniej teoretycznie – dochodzą osiągnięcia części społecznej Mieszkania Plus. Nie jest ona jednak podmiotem Narodowego Programu Mieszkaniowego powołanym równolegle z nim 4 lata temu, a jedynie zaadoptowanym na potrzeby kreowania statystyk Mieszkania Plus segmentem budownictwa czynszowego, dotyczącego mieszkań komunalnych i społecznych czynszowych, do których państwo niejako obligatoryjnie i w różnych opcjach dopłaca ze środków publicznych praktycznie „od zawsze”. Faktem jest jednak, że w ostatnich latach coraz więcej.
Od czasu powołania do życia Mieszkania Plus w 2016 roku, dopłaty te uległy zauważalnemu wzrostowi. Wg portalu RynekPierwotny.pl w ubiegłym roku wyasygnowano nań rekordowe pół miliarda zł, a wolumeny wybudowanych mieszkań komunalnych oraz społecznych czynszowych wyniosły odpowiednio 1841 i 2472, co oznacza, że były największe od 2011 roku.
Co z tego, skoro nawet zsumowane osiągnięcia obu filarów Mieszkania Plus wciąż kojarzą się bardziej z kroplą w morzu potrzeb niż z powagą instytucji Narodowego Programu Mieszkaniowego. Co ciekawe, zakłada on do roku 2030 osiągnięcie w kraju unijnej średniej ilości mieszkań na tysiąc mieszkańców na poziomie 435 jednostek, czyli wybudowanie około 2,5 mln lokali. Niestety, jak tak dalej pójdzie, faktyczny udział rządowej inicjatywy w dochodzeniu Polski do mieszkaniowych standardów unijnych będzie zaledwie śladowy, być może nie przekraczający nawet dość słabego poziomu 1 proc.
Gruszki na wierzbie, czyli programowe deja vu
Jak dotąd Program Mieszkanie Plus bardziej niż z budową mieszkań na adekwatną do krajowych potrzeb skalę przede wszystkim kojarzy się z dość licznymi już przeobrażeniami w zaledwie czteroletnim okresie swego funkcjonowania. Niczym w kalejdoskopie ewoluowały i w dalszym ciągu ewoluują założenia, terminologia, prognozy, obietnice, instytucje, ministerstwa, składy zarządów jak i prominenci zań odpowiedzialni. Z kolei na względnie stałym, niestety raczej mało imponującym poziomie wciąż utrzymuje się dynamika programu mierzona wolumenem uruchamianych inwestycji i budowanych mieszkań.
Jeszcze na początku br. szumnie zapowiadaną rewolucją Mieszkania Plus miało być przystąpienie doń na powszechną skalę deweloperów, na specjalnie opracowanych i teoretycznie korzystnych zasadach. Ich meritum stanowiło udostępnianie przedsiębiorcom państwowych gruntów po preferencyjnych stawkach w zamian za przekazanie części mieszkań na nich wybudowanych na konto Mieszkania Plus. Niestety i ta koncepcja nie przetrwała próby czasu, zresztą z bliżej nieokreślonych powodów, by ustąpić miejsca kolejnej. Jakiej?
Tym razem Ministerstwo Rozwoju stawia na samorządy. Teraz to one, a nie deweloperzy mają stać się kołem zamachowym rządowych inicjatyw rozwoju rodzimej mieszkaniówki. Czy są na to widoki?
Projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw wspierających rozwój mieszkalnictwa zakłada tworzenie spółek celowych samorządów z Krajowym Zasobem Nieruchomości, na którego gruntach mają być budowane „tanie mieszkania” na wynajem, tradycyjnie z dojściem do własności. Pytanie, skąd my to znamy.
Głównym założeniem nowej propozycji rządowej jest pomysł dofinansowania gminnych spółek grantem w wysokości 35 proc. kosztów inwestycji oraz 10-proc. opłaty partycypacyjnej wnoszonej przez przyszłych najemców, która otworzy drogę do własności po 25 latach wynajmu. Jak zostało ustalone odgórnie, mieszkania budowane według nowego pakietu mają być tańsze o 30 proc. od deweloperskich, a środki na dofinansowanie samorządów będą pochodzić z Funduszu Społecznych Inicjatyw Mieszkaniowych.
Czas pokaże, czy – jak to określiła minister rozwoju – „wehikuł inwestycyjny mieszkalnictwa społecznego” już niebawem ruszy pełną parą.
W pierwszej połowie 2020 popyt na powierzchnie biurowe w Krakowie był o 15% niższy niż przed rokiem. Jednocześnie rynek inwestycyjny w tym mieście okazał się wyjątkowo odporny na zawirowania związane z globalną pandemią.
Kondycję krakowskiego sektora biurowego opisywały w ostatnich latach kolejne rekordy. Jest to największy regionalny rynek biurowy w Polsce, drugie po Warszawie miasto, które w 2017 roku przekroczyło próg 1 mln mkw. powierzchni, a także główna lokalizacja dla firm BPO/SSC w Europie Środkowo – Wschodniej. Jednak globalna pandemia, która dotknęła wszystkie segmenty gospodarki, bez wątpienia wpłynęła również na sektor biurowy. W jaki sposób? Z najnowszego raportu firmy doradczej JLL „Kraków 2020” wynika, że w pierwszej połowie roku popyt na biura w stolicy Małopolski był o około 15% niższy niż w analogicznym okresie w 2019 roku. Ponadto, wzrost popularności pracy zdalnej skłania część pracodawców do reorganizacji swoich biur.
Popyt na biura napędzany przez usługi
Jedną z głównych przewag konkurencyjnych Krakowa jest zdolność przyciągania firm z sektora nowoczesnych usług biznesowych. Zatrudnienie w tej branży jest tu najwyższe w Polsce – według danych ABSL, firmy BPO/SSC zatrudniają w stolicy Małopolski już 77 700 osób. Sektor ma perspektywy dalszego wzrostu i jest głównym najemcą krakowskich biurowców.
Tylko w 2019 roku firmy z sektora usług odpowiadały za prawie 200 000 mkw. popytu i 90 000 mkw. w pierwszej połowie tego roku. Aktualnie, około 60% wynajętej powierzchni biurowej w mieście zajmują centra usług. Te liczby bardzo dobrze ilustrują, dlaczego spodziewany wzrost zainteresowania ze strony nowych firm BPO/SSC na fali post-COVID napawa inwestorów biurowych ostrożnym optymizmem. Podobną sytuację mogliśmy obserwować po globalnym kryzysie w latach 2008-2010. Wtedy centra usług zaczęły masowo napływać do regionu CEE, a Kraków był jednym z głównych beneficjentów tego trendu. Spodziewamy się jednak, że do końca roku aktywność najemców, również z tej branży, będzie niższa niż zazwyczaj. – komentuje Dorota Gruchała, Dyrektor Biura JLL w Krakowie
Wybuch globalnej pandemii spowolnił rozwój tego sektora, sprawiając, że pracodawcy zrewidowali swoje strategie rekrutacyjne i odłożyli plany ekspansji. Wydaje się jednak, że podejście to miało charakter tymczasowy.
Od maja centra usług wznowiły procesy rekrutacyjne w Krakowie, a nowi inwestorzy – którzy przeczekali okres lockdownu – zaczęli zatrudniać specjalistów do całkiem nowych projektów biznesowych. To dobrze rokuje na przyszłość. Bardzo zasobny krakowski rynek pracy i fakt, że atrakcyjność miasta sprzyja relokacji pracowników, również z zagranicy, będzie przyciągać tu kolejne centra usług w momencie, kiedy firmy z tego sektora będą dywersyfikować swoje portfele. – komentuje Anna Podolska, Branch Manager, Hays Poland
Ostrożność najemców i redefinicja roli biur
Dotychczasowy dynamiczny rozwój firm z sektora usług w Krakowie napędzał aktywność deweloperów. W 2019 roku na rynek trafiło prawie 160 000 mkw. powierzchni biurowej, a niemal 70 000 mkw. zostało oddanych w pierwszej połowie 2020 roku, dzięki czemu podaż osiągnęła poziom prawie 1,5 mln mkw. W budowie pozostaje natomiast 200 000 mkw. powierzchni.
W ciągu ostatniej dekady w całym mieście pojawiło się wiele nowych lokalizacji biurowych, dzięki czemu Kraków stał się wszechstronnym centrum biznesowym, dostosowanym do potrzeb każdego najemcy. Jednym z najciekawszych hubów biurowych w mieście jest dynamicznie rozwijająca się dzielnica Podgórze, gdzie powstaje kompleks The Park Kraków. Po ukończeniu prac budowlanych będzie to jeden z największych parków biurowych w Krakowie. – dodaje Dorota Gruchała
Ostatnie lata stały także pod znakiem wyjątkowo wysokiej aktywności najemców, którzy w 2019 roku podpisali umowy na rekordowe 267 000 mkw. powierzchni. W pierwszym półroczu 2020 można jednak było zaobserwować wyraźne spowolnienie – popyt był wtedy o 15% niższy niż w tym samym okresie 2019 roku.
COVID-19 spowodował zwiększoną ostrożność najemców i odraczanie części decyzji np. związanych z planami zmiany lokalizacji. Co więcej, 76% popytu zarejestrowanego w drugim kwartale pochodziło z odnowień, do których firmy są aktualnie bardziej skłonne. Z drugiej strony, w czasie pandemii zawarto tu kilka transakcji na dużą skalę, co potwierdza, że biuro jest strategicznym elementem biznesu firm. Zmieni się natomiast jego funkcja. Większa otwartość pracodawców na pracę zdalną, czy wprowadzenie hybrydowego modelu pracy będzie wymagało przedefiniowana roli biur w naszej codziennej pracy. – mówi Dorota Gruchała
Inwestorzy zainteresowani Krakowem
W ciągu ostatnich pięciu lat średni roczny wolumen inwestycji dla Krakowa przekraczał 630 mln euro. Dla przykładu, w samym 2019 roku podpisano tu 18 umów kupna/sprzedaży o wartości 666 mln euro, co było drugim najlepszym wynikiem w historii tego rynku. Czy pandemia zmieni ten trend? Póki co stolica Małopolski okazuje się stosunkowo odporna na zawirowania związane z COVID-19. Od stycznia do lipca w Krakowie sfinalizowano osiem umów kupna/sprzedaży o łącznej wartości 455 mln euro, a toczy się kilka transakcji, które mogą wywindować rynek na rekordowo wysokie poziomy. Podobnie jak w latach poprzednich, rynek został zdominowany przez sektor biurowy, na którym najbardziej znaczącą transakcją w tym roku była na razie sprzedaż dwóch budynków w ramach kompleksu High5ive. – komentuje Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL
Z kolei krakowski sektor nieruchomości magazynowych zanotował najwyższy w swojej historii wynik. Wartość transakcji w tym segmencie sięgnęła w pierwszym półroczu 156 mln euro, z czego największą umową był zakup portfela Goodman przez GLP.
Pustostany i czynsze
Historycznie Kraków charakteryzował się wyjątkowo niskimi wskaźnikami pustostanów. Jednak duże wolumeny nowej podaży w latach 2017–2019 spowodowały niewielki wzrost współczynnika powierzchni niewynajętej, który na koniec 2019 roku wyniósł 10,7%, a teraz oscyluje na poziomie 11,1%. Co istotne, w inwestycjach oddanych do użytku w I półroczu 2020 tego roku jedynie 1,5% powierzchni nie znalazło jeszcze swoich najemców.
Niektóre ze starszych obiektów, które są zlokalizowane z dala od transportu publicznego, borykają się z trudnościami i właśnie te inwestycje wymagają ulepszenia oferty, aby przyciągnąć nowych najemców. Na rynku rośnie również wolumen powierzchni podnajmu, co może stanowić kolejne wyzwanie i konkurencję dla starszych aktywów. – podsumowuje Dorota Gruchała
Techniczne przełamania na EUR/USD, GBP/USD i AUD/USD napędzały domykanie krótkich pozycji w USD, które przez wakacje były skrzętnie budowane na fali pozytywnych nastrojów. Odkup dolara podsycały też komentarze członka Fed Evansa, który wybrzmiał niepotrzebnie jastrzębio.
Charles Evans powiedział wczoraj, że gdy inflacja wzrośnie powyżej 2 proc., Fed może wtedy zacząć podnosić stopy procentowe, a polityka monetarna i tak pozostanie akomodacyjna. Dodał, że komunikat po wrześniowym FOMC nie wyklucza, aby Fed rozpoczął podwyżki zanim inflacja zacznie się uśredniać wokół celu 2 proc., choć jest to temat do dyskusji. O rety! Nie ma to jak pochwalić się elastycznością w podejmowaniu decyzji w najgorszym momencie. Czy Evans powiedział coś, co jest totalną fikcją i taki scenariusz jest bardzo mało prawdopodobny? Absolutnie nie, a nawet wręcz przeciwnie. Średnia 10-letnia dla indeksu PCE Core (preferowana przez Fed miara inflacji) pozostaje poniżej 2 proc. do 2015 r. Wydaje się mało realne, aby teraz Fed czekał kolejne 5 lat bez żadnego ruchu na stopach procentowych, albo pozwolił na wystrzał inflacji np. powyżej 3 proc., by przyspieszyć proces uśredniania. Jeśli jednak stabilność rynkó finansowych (na której Fed bardzo zależy) opiera się o gwarancję utrzymywania polityki „lower for longer”, to po co zasiewać w inwestorach dodatkową niepewność odnośnie perspektyw ścieżki stóp procentowych? Teraz wypadałoby, aby Fed „wyprostował” swoje stanowisko i osiem przemówień członków FOMC w ciągu dnia może być do tego dobrą okazją. Pomimo tego, umocnienie dolara ma także podstawy techniczne i nie uda się odkręcić całości wyrządzonych szkód.
Inna sprawa, że powrót do jednostajnej słabości dolara nie jest wszystkim na rękę. Żaden kraj nie chce ponosić kosztu umacniania się własnej waluty, gdyż słaba waluta jest dużą zaletą w procesie odbudowy ożywienia i poprawy warunków wymiany handlowej. Zdaje sobie z tego sprawę m.in. Bank Rezerwy Nowej Zelandii, który w komunikacie po dzisiejszej decyzji zaznaczył, że pozostaje w gotowości do dalszej ekspansji monetarnej. Dziś polityka nie została zmieniona, co było oczekiwane po sierpniowej decyzji o rozszerzeniu QE. Jednak dziś bank jasno zaznaczył, że jeszcze w tym roku zamierza uruchomić program pożyczkowy dla banków, a w odwodzie pozostają ujemne stopy procentowe (teraz stopa OCR wynosi 0,25 proc.). W obliczu negatywnych ryzyk dla ożywienia RBNZ czuje, że musi wspierać gospodarkę przez długi czas. Naturalną (i być zamierzoną) konsekwencją takiej polityki jest presja na osłabienie NZD. NZD/USD może być miejscem, gdzie ewentualne zahamowanie pędu ku umocnieniu USD będzie słabo dostrzegalne.
Burza na rynkach uderza w złotego, gdyż każda forma ryzyka jest aktualnie niechciana. Nie sądzę, aby wyprzedaż złotego wiązała się dyskontem liczby zachorowań na wirusa w Polsce czy perspektywą wprowadzenia restrykcji na wzór tych z Europy Zachodniej. Takie już uroki globalnego rynku i faktu, że silny dolar (i dołujący EUR/USD) to zawsze zła wiadomość dla walut Europy Środkowo-Wschodniej. Jednocześnie warto zwrócić uwagę na tempo, z jakim EUR/PLN zjechał z 4,51 do 4,48, jak tylko EUR/USD miał moment stabilizacji. To podkreśla, że przecena złotego jest dyktowana strachem, a nie fundamentami, według których EUR/PLN powinien być niżej. Ale to obecnie nie ma znaczenia.
Próby odrabiania strat indeksów giełdowych, jak również walut uznawanych za ryzykowne, po poniedziałkowej solidnej fali wyprzedaży. Europa zmaga się z drugą falą koronawirusa. Kolejne kraje myślą o tym bądź już wprowadzają ponowne restrykcje. Szef BoE przygotowuje rynki na wprowadzenie ujemnych stóp procentowych w Wielkiej Brytanii.
Mozolne odrabianie strat
Podczas wczorajszej sesji na giełdach dominowały próby odrabiania strat po wyprzedaży, która miała miejsce na początku tygodnia. Finalnie jednak główne parkiety zakończyły dzień na symbolicznych poziomach, biorąc pod uwagę skalę spadków w poniedziałek. Niemiecki DAX zyskał niecałe 0,5%, co przy zniżce dzień wcześniej o prawie 4,5% powoduje, że do wyjścia ponad kreskę jeszcze sporo zostało. Również w Stanach obserwowaliśmy mieszane nastroje, ale można to zrzucić na niemal pusty kalendarz makro. Wczoraj warty uwagi był jedynie odczyt sprzedaży nieruchomości z USA, ale wynik zgodny z oczekiwaniami nie wpłynął na większą zmienność. Więcej rynki się spodziewały po wystąpieniu Powella w Izbie Reprezentantów, ale i tutaj nie pojawiło się nic spektakularnego. Być może dzisiejsza dalsza część przesłuchania nieco to zmieni.
Wirus nie daje za wygraną
Nadal nie zakończył się temat koronawirusa. A można powiedzieć wręcz przeciwnie, dopiero na nowo się rozkręca. Jak można się było spodziewać, druga fala pandemii wkroczyła na kontynent europejski wraz z początkiem jesieni. Na ten moment najgorzej sytuacja wygląda w Wielkiej Brytanii i Francji. Premier Johnson ogłosił wczoraj nowe restrykcje na Wyspach, między innymi dotyczące barów i pubów. Poprosił też obywateli, by w miarę możliwości pracowali z domu. Jest to odpowiedź na wyliczenia brytyjskich naukowców, którzy stwierdzili, że za niespełna 2 tygodnie w Wielkiej Brytanii pojawi się 50 tys. zakażeń dziennie. We Francji najgorzej sytuacja wygląda w mieście Lyon, gdzie wprowadzono nowe ostrzejsze ograniczenia. Liczba zakażeń w kraju nad Loarą przekroczyła wczoraj 5 tys. w ciągu doby. Wydaje się więc, że kwestią czasu pozostaje pojawienie się niekorzystnych statystyk również w innych krajach. Czy grozi więc nam kolejny lockdown i blokada gospodarki? Miejmy nadzieje, że uda się sytuację opanować w zarodku i tak fatalne dane makro, jak w wiosennych miesiącach tego roku, nie będą nam doskwierać. Tym bardziej wiedząc, jak ciężko przychodzi odbicie po takiej zapaści w gospodarkach. Taki scenariusz wpływa niekorzystnie na wspólną walutę, której kurs w relacji do dolara spada poniżej 1,17 i jest najniżej od lipca.
Ujemne stopy amunicją konieczną na wszelki wypadek
Nie dziwi więc fakt zasygnalizowania wczoraj przez Bank Anglii możliwości wprowadzenia ujemnych stóp procentowych na Wyspach. Szef BoE we wczorajszym wystąpieniu wskazał to narzędzie jako konieczne w arsenale banku centralnego na wypadek eskalacji zagrożeń. A takich w Wielkiej Brytanii zdecydowanie nie brakuje, począwszy od uderzenia nowej fali koronawirusa, a kończąc na ciągle zagmatwanym wątku negocjacji brexitowych. Splot tych niekorzystnych czynników może jednak sprawić, że samo wprowadzenie ujemnego kosztu pieniądza nie wystarczy. Funt oczywiście na takie newsy z BoE mocno wczoraj stracił, szczególnie do mocnego dolara amerykańskiego. Niemniej jednak nie wydaje się, że decydenci z Wysp zdecydują się na taki krok już na kolejnym posiedzeniu.
W końcu coś
Dzisiaj kalendarium rynkowe jest już znacznie ciekawsze. Od 9:30 kolejne kraje, zaczynając od Niemiec, będą prezentować wstępne wskaźniki PMI dla przemysłu za wrzesień. Publikacje pokażą, na jakim etapie ożywienia gospodarczego jest nasz kontynent. Przypomnijmy, że wskaźniki za poprzedni miesiąc pokazały zahamowanie odreagowania, jeśli wrzesień pokaże to samo, możemy się spodziewać pogorszenia sentymentu na rynkach i słabości wspólnej waluty. W środę warte uwagi będą również wystąpienia członków Fed, a punktem dnia powinno być zeznanie Powella w Kongresie o 16.00.
Krzysztof Pawlak – analityk walutowy w InternetowyKantor.pl
Wpływ starzenia się społeczeństwa na kondycję gospodarki i rynek pracy widoczny jest w całej Europie. W samej Unii Europejskiej liczba ludności w wieku produkcyjnym maleje od dekady i przewiduje się, że do 2070 r. spadnie aż o 18 proc[1]. Optymizmem nie napawa również liczba Polaków powyżej 55 roku życia nieaktywnych zawodowo, która plasuje nasz kraj na piątym od końca miejscu w rankingu dotyczącym wykorzystania potencjału ekonomicznego osób 55+[2]. Kto i dlaczego zapomniał o tym, że aktywizacja zawodowa starszych wiekiem pracowników pomoże podnieść status materialny najstarszych i odciążyć polski system emerytalny?
Potrzeba rozwoju i podejmowania nowych wyzwań – to tylko dwa z powodów, dla których osoby dojrzałe chcą na rynku pracy pozostać jak najdłużej. Jest też jednak druga strona medalu – zmęczenie pracą, chęć skorzystania z przywilejów emerytalnych czy dyskryminacja z powodu wieku ze strony pracodawców, wpływające na skróconą aktywność zawodową dojrzałych pracowników. Tymczasem dane rynkowe nie pozostawiają złudzeń: w Polsce stopa zatrudnienia osób w wieku 55-64 r.ż. jest jedną z najniższych – od średniej dla innych krajów niższa o blisko 20 proc.[3], a do 2050 r. seniorzy będą w Polsce stanowić aż 28 proc.[4] społeczeństwa. Wraz z coraz większym wyczerpywaniem się puli osób w wieku produkcyjnym, firmy będą zmuszone zatrudniać coraz więcej osób po sześćdziesiątce lub nawet siedemdziesiątce.
COVID-19 kontra silversi
COVID dokonał niemałego zamieszania na rynku pracy. Jak sprawdziła agencja badawcza IQS na zlecenie Promedica24, negatywnymi skutkami pandemii, w postaci utraty zatrudnienia, zostały dotknięte zarówno najmłodsze Polki, wchodzące dopiero na rynek pracy, jak i kobiety z grupy wiekowej 55-64 lata[5]. Dla wielu pracodawców przyjęcie do pracy młodszej osoby jest tańsze i nie grozi tym, że pracownik wejdzie wkrótce w przedemerytalny okres ochronny. Jak jednak pokazują badania, wśród Polaków rośnie świadomość dotycząca trudnej sytuacji osób zbliżających się do wieku emerytalnego[6].
– Lockdown i spowolnienie gospodarcze nim wywołane, przyczyniło się do przetasowania na rynku pracy. Pracownicy w każdym wieku, w tym szczególnie 55+, którzy do tej pory mieli pewną sytuację wynikającą z wykonywanego zawodu i związanej z nim branży m.in. usługowej, produkcyjnej czy gastronomicznej, teraz być może będą zmuszeni podjąć inną pracę. W Europie od kilku lat popularna jest aktywizacja zawodowa osób starszych, a europejscy pracodawcy coraz częściej dostrzegają ich doświadczenie i fachową wiedzę, tak pożądane na rynku pracy. Takie osoby, mimo utartych stereotypów, nadal mają siły witalne, dlatego z powodzeniem odnajdą się w takich branżach jak chociażby księgowość czy opieka nad seniorami – mówi Katarzyna Merska, Gumtree.pl.
Ageizm po polsku
Dłuższe życie zawodowe to naturalne następstwo rosnącej przeciętnej długości życia Polaków[7]. Godnym naśladowania przykładem są nasi zachodni sąsiedzi – wiele mówi się o tym, że w Niemczech coraz więcej dużych firm inwestuje w utrzymanie, a nawet w powrót starszych pracowników z emerytury na rynek pracy. Jednak w niektórych polskich firmach nadal funkcjonuje stereotyp pracownika 55+, a wielu pracodawców nie jest skłonnych do zatrudniania starszych osób lub kontynuowania współpracy z nimi. Tymczasem mniejsza produktywność, wydajność czy zdolność do działania u starszych pracowników to w znacznej większości mit, który powinno się skutecznie obalić.
Warto pamiętać o tym, że starsi pracownicy mają wiele zawodowych zalet. Na rynku pracy plusuje ich bogate doświadczenie, lojalność wobec pracodawców czy gotowości dzielenia się wiedzą i doświadczeniem. Gdy wiedzy lub doświadczenia im brakuje, są chętni do nauki, otwarci na zmiany i wyzwania. Chętnie sprawdzają się w nowej roli i przebranżawiają się.
– U osób, które ukończyły pięćdziesiąt lat, kluczowa jest wysoka kultura osobista oraz sumienność podczas wykonywania powierzonych obowiązków. Takie osoby bardzo często wykazują się bogatym doświadczeniem życiowym, które punktuje także w życiu zawodowym – mówi Dariusz Siedlecki, Dyrektor Rekrutacji w Promedica24.
Akcja „Aktywizacja”
Zamiast pomijania w procesach rekrutacyjnych, pracownicy po 50 r.ż. potrzebują, aby pracodawcy przeprowadzili odpowiednie zmiany w swoich modelach biznesowych, których efektem będzie lepsza integracja z rynkiem pracy osób w wieku 55+, większe inwestycje w aktywizację zawodową, efektywniejsze i zrównoważone wykorzystywanie elastycznych form zatrudnienia oraz zachęcanie do ciągłej nauki, m.in. nabycie kompetencji cyfrowych czy szansy na naukę języka obcego. Jak podkreśla Dariusz Siedlecki, w Promedica24 pracodawcy kładą silny nacisk na pomoc pracownikom 55+ w nabraniu cennego doświadczenia, nauce j. niemieckiego i odnalezieniu się na rynku pracy. Jego zdaniem, szereg tego typu aktywizacji, daje pracownikowi przewagę konkurencyjną na przyszłość.
Duża liczba ofert pracy w usługach opiekuńczych idzie również w parze z zainteresowaniem tym zawodem wśród kobiet po 55 r.ż. Jak wynika z badania IQS zrealizowanego na zlecenie Promedica24, co trzecią kobietę w grupie wiekowej 55-64, interesuje podjęcie pracy w charakterze opiekunki seniora, a co piąta mogłaby wyjechać w tym celu do Niemiec, a co czwarta do Wielkiej Brytanii[8].
Za aktywizacją zawodową najstarszych pracowników przemawiają nie tylko prognozy demograficzne, ale i faktyczne zyski finansowe. Zwiększenie poziomu zatrudnienia osób w wieku 55+ do poziomu, jaki reprezentują Nowa Zelandia, Izrael czy Islandia[9], czyli kraje z najwyższym w OECD odsetkiem aktywnych zawodowo seniorów, mogłyby przynieść Polsce w wieloletniej perspektywie wzrost PKB nawet o 66 mld dolarów.
ID Logistics, jeden z europejskich liderów logistyki kontraktowej, podsumował wyniki za I półrocze 2020. W tym czasie przychody firmy zwiększyły się o 4,3 proc. (2 proc. like-for-like) do 776,6 mln EUR, bieżący wynik operacyjny wzrósł do 20,1 mln EUR.
Eric Hémar, prezes i dyrektor generalny Grupy ID Logistics, komentuje: „W pierwszej połowie roku, naznaczonej skutkami Covid-19, zespoły ID Logistics były szczególnie dumne z tego, że w samym środku kryzysu mogły odpowiedzieć na podstawowe potrzeby logistyczne w krajach najbardziej nim dotkniętych. ID Logistics umożliwiło też klientom szybkie wznowienie działalności. W tym bezprecedensowym czasie Grupa odnotowała wzrost biznesu i wyników operacyjnych. Pierwsza połowa roku pokazała też odporność naszego modelu biznesowego i elastyczność całej organizacji. Zróżnicowane portfolio klientów, wysoka jakość partnerstw, zrównoważony i międzynarodowy zasięg oraz zaangażowanie zespołów okazały się być decydującymi atutami w przezwyciężaniu tego kryzysu”.
Zaangażowanie w działania przeciw pandemii
Wobec kryzysu zdrowotnego Grupa ID Logistics wyznaczyła sobie trzy główne priorytety:
zapewnienie bezpieczeństwa pracownikom poprzez zagwarantowanie warunków pracy spełniających najwyższe standardy zdrowotne i bezpieczeństwa,
wspieranie klientów i ich potrzeb, niezależnie od tego, czy wolumeny obsługiwanych towarów rosły (magazyny dedykowane dystrybucji żywności, środków medycznych i higienicznych oraz e-commerce), były ograniczone lub firmy wstrzymały działalność,
utrzymanie płynności i struktury finansowej Grupy.
Ich realizacja zapewniła Grupie zachowanie pełnej ciągłości usług i operacji.
Pierwsze sześć miesięcy – wzrost przychodów
W pierwszej połowie roku Grupa ID Logistics osiągnęła przychody w wysokości 776,6 mln EUR (wzrost o 4,3 proc., 2 proc. w ujęciu like- for-like).
We Francji, rynku macierzystym, sprzedaż wyniosła 344,1 mln EUR, niewiele mniej (-1,4 proc.) niż rok wcześniej. Po dobrym wzroście na początku roku (3,5 proc. w I kw.), w II kwartale, naznaczonym już wpływem lockdownu, odnotowano spadek o 5,9 proc.
Z kolei przychody z działalności na rynkach międzynarodowych wyniosły 432,5 mln EUR i wzrosły o 9,4 proc. w porównaniu z ub.r. Wynik ten uwzględnia niekorzystny wpływ kursów wymiany walut, szczególnie w Ameryce Łacińskiej, zmiany związane z zakończeniem działalności w RPA (wrzesień 2019) oraz konsolidację z Jagged Peak w USA. Wyłączając te pozycje, przychody w I półroczu wzrosły o 5,4 proc. Podobnie jak we Francji, po bardzo dobrych wynikach odnotowanych w I kwartale (wzrost o 11,2 proc.), ze względu na kryzys Covid-19 w kolejnym okresie nastąpiło już spowolnienie (-0,2 proc.).
W pierwszej połowie roku Grupa uruchomiła 10 nowych magazynów (3 we Francji i 7 na świecie), zgodnie z przyjętym planem biznesowym.
Bieżący wynik operacyjny
Dzięki zdywersyfikowanemu portfelowi klientów, zrównoważonemu zasięgowi geograficznemu oraz zaangażowaniu zespołów, Grupa ID Logistics poprawiła bieżący wynik operacyjny do 20,1 mln EUR na dzień 30 czerwca 2020 r. (wobec 19,5 mln EUR na 30.06.2019) oraz utrzymała stabilną marżę operacyjną na poziomie 2,6 proc. Skutki kryzysu zdrowotnego w Hiszpanii zrównoważyły wyniki osiągnięte w Niemczech, Holandii i Rosji, gdzie odnotowano wzrost wydajności niedawno rozpoczętych projektów. Korzystny wpływ miał też proces integracji w USA.
Grupa ID Logistics w Polsce
ID Logistics konsekwentnie umacniało swoją pozycję na polskim rynku usług logistyki kontraktowej. W ciągu ostatnich 10 miesięcy operator uruchomił 6 centrów dystrybucyjnych o łącznej powierzchni ponad 190 tys. mkw., a zespół wzmocniło ponad 1500 nowych pracowników. Firma rozszerzyła też współpracę z klientami i podpisała nowe kontrakty na zarządzanie operacjami magazynowymi.
„Mimo drastycznych zmian w związku z obecnością COVID 19 oraz sytuacji wymuszającej na nas szybką reakcję i dostosowanie się do nowej poniekąd rzeczywistości, także w Polsce udaje nam się realizować nasze długoterminowe plany dotyczące dalszego rozwoju. Najbliższe 12 miesięcy zapowiada się niezmiennie bardzo aktywnie – jesteśmy skupieni na wdrożeniach nowo pozyskanych projektów, których rozpoczęcie operacyjne planowane jest na drugą połowę roku 2021. Perspektywy rozwoju w ciągu kolejnych dwóch, trzech lat też są bardzo obiecujące” – zapowiada Sylwia Dunn, business development Director, ID Logistics Polska.
Perspektywy rozwoju biznesu
ID Logistics zamierza kontynuować przyjęty kierunek rozwoju, jednocześnie monitorując rozwój sytuacji związanej z kryzysem Covid-19. Grupa szczególną uwagę zwróci na zaplanowane w 2020 roku otwarcia nowych magazynów (łącznie 15), wzrost produktywności już rozpoczętych projektów i wsparcie klientów. Po potwierdzeniu podczas kryzysu działania modelu biznesowego, Grupa ID Logistics jest teraz gotowa, aby wykorzystać nowe możliwości, wynikające z rozwoju handlu elektronicznego, relokacji przemysłu w Europie oraz wzmocnienia usług outsourcingowych i koncentracji sektora.
W drugim kwartale br. złożono mniej wniosków o ogłoszenie upadłości firm niż we wcześniejszych trzech miesiącach. Tak było w zdecydowanej większości sądów rejonowych, które zajmują się tymi kwestiami. Spadki na poziomie co najmniej 50% widzimy w kilku miastach, m.in. w Białymstoku, Bielsku-Białej oraz Częstochowie. Z kolei przynajmniej o połowę mniej wniosków o restrukturyzację dotarło m.in. do sądów w Toruniu, Rzeszowie i Szczecinie. Nikt na taki krok nie zdecydował się w drugim kwartale w Jeleniej Górze, Płocku, Zielonej Górze i Piotrkowie Trybunalskim. Natomiast większe zainteresowanie restrukturyzacją było we Wrocławiu, w Poznaniu i Bielsku-Białej. Eksperci jednak przekonują, że wysyp wniosków nastąpi dopiero pod koniec roku.
Droga do upadku
Od kwietnia do czerwca br. wpłynęło mniej wniosków o ogłoszenie upadłości firm w porównaniu z wcześniejszymi trzema miesiącami. Tak wyglądała sytuacja w zdecydowanej większości sądów rejonowych, które zajmują się tego typu sprawami. Spadki odnotowano w Krakowie (z 56 w pierwszym kwartale do 43 w kolejnych trzech miesiącach), w Poznaniu (z 60 do 49), Katowicach (z 58 do 44) czy we Wrocławiu (z 52 do 33). Tak też było w Lublinie (z 39 do 23), Bielsku-Białej (z 17 do 7), Częstochowie (z 16 do 8), Gliwicach (z 28 do 16), Rzeszowie (z 22 do 18), Bydgoszczy (z 29 do 20), Białymstoku (z 22 do 4) i Toruniu (z 21 do 12). Mniej wniosków wpłynęło również w Opolu (z 17 do 9), Kielcach (z 12 do 9), Zielonej Górze (z 10 do 5), Płocku (z 6 do 3), Piotrkowie Trybunalskim (z 5 do 2), Radomiu (z 6 do 3) oraz Jeleniej Górze (z 3 do 2).
– Drugi kwartał br. stał pod znakiem czarnego łabędzia, czyli zdarzenia nieprzewidywalnego, które zatrzymało światową i polską gospodarkę. Zachowania przedsiębiorców i sądów były różne. Jedne pracowały zdalnie, inne były zamknięte. Stąd też na statystyki należy patrzeć z pewną rezerwą i dystansem – komentuje Andrzej Głowacki, prezes DGA Centrum Sanacji Firm.
Ograniczenie wpływu wniosków upadłościowych w drugim kwartale nie powinno dziwić, co podkreśla adwokat Norbert Frosztęga z Kancelarii Zimmerman i Wspólnicy. Ekspert zaznacza, że nad przedsiębiorcami, którzy stali się niewypłacalni w związku i z powodu COVID-19, nie wisi widmo odpowiedzialności za niezłożenie wniosku o ogłoszenie upadłości w terminie. W ramach tarczy antykryzysowej wprowadzono rozwiązanie nazywane w branży prawniczej tzw. wakacjami upadłościowymi. Ustawodawca zdecydował bowiem, że jeżeli podstawa do ogłoszenia upadłości powstała w okresie obowiązywania zagrożenia epidemicznego albo samej epidemii i jednocześnie stan niewypłacalności zaistniał z powodu COVID-19, to nie rozpoczyna się bieg terminu na złożenie wniosku. Jeśli zdążył się już rozpocząć, to ulega przerwaniu. A skoro wniosków składać nie trzeba, to każdy próbuje ratować się na własną rękę.
– Statystyki za drugi kwartał 2020 roku na pewno nie odzwierciedlają faktycznej i realnej sytuacji przedsiębiorców. Po pierwsze działały tarcze antykryzysowe. Po drugie, nie było na rynku żadnych scenariuszy rozwoju sytuacji. Efektem tego było oczekiwanie firm na dalsze wypadki – dodaje ekspert z DGA.
Z analizy również wynika, że istnieją sądy rejonowe, do których w drugim kwartale br. wpłynęło więcej wniosków o upadłość firm w porównaniu z pierwszymi trzema miesiącami br. Takie wzrosty odnotowano w Łodzi (z 28 na 37), Koszalinie (z 14 na 16) oraz Elblągu (z 4 na 5). Natomiast w Legnicy, w porównywanych okresach, złożono po tyle samo wniosków (po 8). Z kolei w Warszawie było ich 395 za całe półrocze, sprawozdania za pierwszy kwartał nie zostały sporządzone z uwagi na pandemię.
– Czas pokaże, jakie skutki będzie miało zawieszenie obowiązku składania wniosków upadłościowych. Nie mam wątpliwości, że gorsza koniunktura i lockdown odbiły się na kondycji polskich firm, mimo zastrzyku gotówki ze strony państwa. Przedsiębiorcy nie rzucili się też masowo na restrukturyzację sądową, choć w tym zakresie ustawodawca wyszedł im naprzeciw poprzez wprowadzenie tzw. uproszczonego postępowania restrukturyzacyjnego w ramach Tarczy 4.0 – mówi mec. Frosztęga.
Czas na restrukturyzację
Od kwietnia do czerwca br. do wybranych sądów rejonowych wpłynęło mniej wniosków o restrukturyzację niż w okresie od stycznia do marca. Takie spadki odnotowano w Katowicach (z 11 do 6), Białymstoku (z 15 do 13), Szczecinie (z 8 do 3), Rzeszowie (z 8 do 3), Toruniu (z 8 do 4) i Łodzi (z 7 do 5). Mniej wnioskowano również w Kielcach (z 4 do 2), Elblągu (z 4 do 3), Koszalinie (z 3 do 2), Płocku (z 6 do 0), Zielonej Górze (z 3 do 0) i Jeleniej Górze (z 1 do 0),
– Wnioski o restrukturyzację mogą składać przedsiębiorcy, którzy widzą szansę kontynuowania działalności gospodarczej. Oni muszą wykazać m.in. możliwość osiągania przychodów, które pozwolą później realizować proporcjonalną spłatę zadłużenia danego podmiotu. Mniejsza liczba wniosków może więc wynikać z faktu, że przedsiębiorcy nie są w stanie oszacować szans powodzenia dalszego prowadzenia biznesu. Ponadto podmioty, które uzyskały pomoc z PFR i liczą na częściowe umorzenia otrzymanych dofinansowań, są zobowiązane prowadzić działalność i nie mogą w tym okresie upaść – informuje Marek Niczyporuk, radca prawny z Kancelarii Ars AEQUI.
Jak przekonuje prezes Głowacki, liczba wniosków o postępowanie restrukturyzacyjne w minionym półroczu jest wypadkową wielu czynników. W okresach standardowych można wskazać sytuację ekonomiczną firmy jako kluczowy czynnik. Natomiast w dobie pandemii należy dodać emocje, nieprzewidywalność scenariuszy oraz okresowe wsparcie. Ekspert uważa, że na chwilę obecną wyciąganie wiarygodnych wniosków jest mało prawdopodobne.
– Przedsiębiorcy często korzystają z restrukturyzacji na zasadzie ostatniej deski ratunku, kiedy z przedsiębiorstwem jest już bardzo źle. Być może odłożenie na jakiś czas obowiązku składania wniosków upadłościowych przełożyło się również na zmniejszenie zainteresowania wnioskami restrukturyzacyjnymi. Te ostatnie są często traktowane na zasadzie ucieczki przed upadłością. Otwarcie postępowania restrukturyzacyjnego pozwala też na uniknięcie odpowiedzialności za długi spółki, ale musi się to zadziać w odpowiednim terminie, z czym w praktyce bywa różnie – opisuje mec. Frosztęga.
W wybranych sądach odnotowano więcej wniosków o restrukturyzację w drugim kwartale br. niż w pierwszym. Takie wzrosty miały miejsce we Wrocławiu (z 2 do 8), w Krakowie (z 11 do 13), Poznaniu (z 15 do 22) oraz Lublinie (z 7 do 12). Podobnie było w Bielsku-Białej (z 4 do 8), Gliwicach (z 5 do 6), Bydgoszczy (z 4 do 7), Legnicy (z 3 do 5), Radomiu (z 1 do 2), Opolu (z 1 do 3). Natomiast w Częstochowie, w porównywanych okresach, złożono tyle samo wniosków (po 1). Z kolei w Piotrkowie Trybunalskim nie było ani jednej takiej sytuacji przez całe półrocze. W tym samym czasie, czyli od stycznia do czerwca, w Warszawie wpłynęły 62 wnioski.
– Zwiększenie wpływów wniosków w niektórych sądach jest spowodowane specyfiką gospodarczą danego rejonu, objętego właściwością miejscową sądu upadłościowego. Moim zdaniem, te wnioski byłyby złożone bez względu na pandemię. Ten wyjątkowy stan mógł jedynie przyśpieszyć decyzję o złożeniu wniosku, celem uzyskania odpowiedniej ochrony przed wierzycielami. Natomiast zagrożenie niewypłacalnością lub też sama niewypłacalność przedsiębiorców były już wcześniej – zaznacza Adrian Parol, doradca restrukturyzacyjny ze Śląska.
Więcej wniosków
Według Marka Niczyporuka, jest jeszcze za wcześnie, aby w Polsce obserwować drastyczny wzrost składanych wniosków o upadłość i restrukturyzację. W początkowym okresie lockdownu naturalnym zachowaniem przedsiębiorców było podjęcie próby ratowania się. Nikt nie wiedział, jak długo potrwa epidemia. Natomiast prezes Głowacki stwierdza, że wyniki w postaci upadłości głównie uproszczonych postępowań o zatwierdzenie układu będą widoczne dopiero w trzecim, a w szczególności w czwartym kwartale br.
– Sądzę, że sytuacja ulegnie zmianie w związku z wprowadzeniem pod koniec czerwca uproszczonej restrukturyzacji. To narzędzie bardzo atrakcyjne dla dłużnika. Procedura jest szybka, zapewnia ochronę przed egzekucją i toczy się właściwie bez udziału sądu. Skutki otwarcia postępowania następują w tym przypadku na etapie pozasądowym. Jednak duże zainteresowanie tą procedurą nie znajduje na razie odzwierciedlenia w statystykach wniosków restrukturyzacyjnych. Wzrost ten zapewne zaobserwujemy w czwartym kwartale bieżącego roku. Wówczas zaczną do sądów spływać wnioski o zatwierdzenie układu – stwierdza ekspert z Kancelarii Zimmerman i Wspólnicy.
Natomiast zdaniem Adriana Parola, wzrostu liczby składanych wniosków o ogłoszenie upadłości i restrukturyzację na pewno można się spodziewać w województwach śląskim i małopolskim. Ma to związek ze specyfiką gospodarczą tych regionów. W pierwszym z nich skoncentrowane są branże górnicza i automotive. One odczuwają znacznie mniejsze zapotrzebowanie na węgiel i spadek popytu na nowe samochody. Z kolei w Małopolsce funkcjonuje dużo podmiotów nastawionych na obsługę turystów.
Związek Przedsiębiorców i Pracodawców (ZPP) przeprowadził największe w Polsce, kompleksowe, badanie polskiego sektora małych i średnich przedsiębiorstw. Objęło ono reprezentatywną próbę firm zatrudniających od 1 do 250 pracowników. Celem badania było poznanie motywacji, postaw i nastrojów polskich przedsiębiorców.
Zdecydowana większość badanych (80%), niezależnie od powodów i okoliczności, pozytywnie ocenia swoją decyzję o założeniu firmy (41% – ocenia ją pozytywnie, 39% raczej pozytywnie). Jedynie 10% przedsiębiorców nie jest zadowolonych z tej decyzji. Statystycznie nieco częściej są to właściciele firm z sektora handlu, osoby z niższym wykształceniem (podstawowym lub zawodowym), ale też osoby, których sytuacja finansowa nie jest dobra – nie mają oszczędności a przy tym mają zaciągnięte kredyty i pożyczki.
Cezary Kaźmierczak, Prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców komentuje: „Możemy być dumni z polskich przedsiębiorców bo w nawet tak trudnych okolicznościach radzą sobie dobrze – co widać też w ostatnich wynikach naszej gospodarki. Polskie firmy idą do przodu, mimo braków kapitału i gorszych warunków do prowadzenia biznesu w porównaniu do większości krajów Unii. Aż strach pomyśleć o ile szybciej moglibyśmy się rozwijać, gdyby udało się uruchomić całą energię i przedsiębiorczość blokowaną przez grube ryzy papieru kancelaryjnego zapisane przepisami i obsesyjną chęć polityków do ciągłego zmieniania prawa, kontroli wszystkiego i chronicznego braku zaufania do prowadzących”.
Ankietowani jako najbardziej uciążliwe wady bycia przedsiębiorcą i bariery w prowadzeniu biznesu wymieniali między innymi:
Wysokie koszty pracy i składki ZUS – 53% badanych
Nieregularne zarobki – 41% badanych
Odpowiedzialność finansowa i prawna – 40% badanych
37% badanych przyznało, że głównym powodem założenia firmy była chęć zrealizowania swojej pasji, 25% przedsiębiorców nigdy nie chciała pracować na etacie i szukała pomysłu na własny biznes. Dla porównania dla 23% biorących udział w badaniu o założeniu firmy zdecydował przymus ekonomiczny, a dla 10% był to nakaz ze strony byłego pracodawcy.
Profesor Dominika Maison, autorka badania i raportu komentuje: „Obserwując od lat zmiany zachodzące wśród polskich przedsiębiorców widzimy, że wraz ze zmianami pokoleniowymi zmieniają się również motywacje rozpoczynania własnego biznesu. Nie jest to już tylko chęć zarobienia dużych pieniędzy lub bycia wielkim przedsiębiorcą zatrudniającym setki pracowników. Szczególnie wśród młodych ludzi tym co skłania ich do odejścia z bezpiecznej pracy na etacie i rozpoczęcie własnej działalności coraz częściej jest chęć samorealizacji i wolności oraz decydowania o własnym losie nawet kosztem czasami niższych zarobków czy niepewności i ryzyka związanego z prowadzeniem własnego, czasami małego i niszowego biznesu”.
Badanie ZPP Portret Przedsiębiorcy zostało przeprowadzone w lutym 2020 roku na reprezentatywnej próbie polskich przedsiębiorców. Wzięło w nim udział łącznie 678 respondentów prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą i właścicieli firm zatrudniających od 1 do 250 pracowników.
Model zarządzania cyfrowego staje się coraz bardziej popularny w różnych gałęziach biznesu. Jego skuteczność oraz możliwości, jakie oferuje, zostały przetestowane w związku z lockdownem będącym efektem pandemii COVID-19. Wiele firm w naszym kraju nadal jednak realizuje swoje działania, wykorzystując tradycyjne kanały prowadzania działalności operacyjnej. Ostatnie miesiące udowodniły jednak, iż praca w środowisku cyfrowym pozwala nie tylko na utrzymanie ciągłości działania, ale także na daleko idącą optymalizację biznesu. Ponad połowa dyrektorów finansowych polskich przedsiębiorstw zamierza w ciągu kolejnych 12 miesięcy przeprowadzić inwestycje w zakresie digitalizacji zespołów finansowo-podatkowych liczącm.in. na poprawę efektywności pracy (47% respondentów), usprawnienie procesów raportowania (35%) i decyzyjnych (27%) oraz redukcję kosztów, a także zmniejszenie liczby ludzkich błędów (po 24%)[1]. Czy zmiana modelu zarządzania oznacza rewolucję? Komentuje Piotr Siarkiewicz, South Branch Director w Avenga.
Piotr Siarkiewicz:
79% firm uważa, iż implementacja zaawansowanych rozwiązań technologicznych będzie kluczowym elementem rozwoju biznesu w przeciągu najbliższych kilku lat[2]. Dzięki nim przedsiębiorstwa mają dużo większą możliwość adaptacji do nowych realiów, co pokazał m.in. lockdown spowodowany pandemią koronawirusa. Rozwiązania cyfrowe pozwalają na zdalny dostęp do zasobów informacji z dowolnego miejsca na świecie z dostępem do Internetu, a także na ich automatyczną korelację czy możliwość natychmiastowego wyszukania określonych zasobów.
Zmiana modelu prowadzenia działalności na cyfrowy jest wymaganiem rynku. Pozwala na utrzymanie, a wręcz zwiększenie konkurencyjności, a co za tym idzie na ciągły rozwój biznesu. Potwierdza to fakt, iż już w ubiegłym roku 65% firm rozważało implementację rozwiązań cyfrowych w swoich strukturach[3]. Są one obecnie najczęściej wykorzystywane w takich obszarach jak obsługa kancelaryjna, czy zarządzanie dokumentami finansowymi. Można jednak zaobserwować ich coraz szersze zastosowanie także w innych sferach działalności firm, np. w działach HR. Jest to spowodowane zmianami legislacyjnymi, które podnoszą rangę dokumentów elektronicznych i stawiają je na równi z tradycyjnymi, papierowymi dokumentami – umowami czy fakturami.
Jak pokazują badania, 29% przedsiębiorców[4] obawia się, iż przejście na cyfrowy model zarządzania biznesem związany jest z dokonaniem rewolucji w ich strukturach, a co za tym idzie koniecznością skoncentrowania się na zadaniach, które nie prowadzą bezpośrednio do rozwoju ich biznesu. Na rynku funkcjonują jednak firmy, specjalizujące się w implementacji rozwiązań w obszarach zmiany modelu zarządzania biznesem. Przedsiębiorcy decydujący się na wdrożenia z zakresu digitalizacji zaczynają wykorzystywać coraz bardziej popularne w naszym kraju usługi tzw. managed services. Polegają one na oddelegowaniu pracowników firm zewnętrznych do pracy w organizacjach, które zdecydowały się na wprowadzenie rozwiązań cyfrowych. Taki zespół ekspertów w całości przejmuje nadzór nad wszelkimi procesami, odpowiada za implementację określonych rozwiązań, a także stale monitoruje ich optymalne działanie czy dokonuje aktualizacji systemów.
Wprowadzenie narzędzi cyfrowych nie oznacza przerwania ciągłości działania biznesu. Są one wdrażane w sposób płynny, a sama obsługa określonych programów czy narzędzi nie jest skomplikowanym i czasochłonnym procesem.
Jeśli chodzi o zaangażowanie w implementację rozwiązań, przedsiębiorcy określają jedynie swoje potrzeby czy obszary wymagające optymalizacji, a przede wszystkim przedstawiają cele i efekty, jakie mają zostać osiągnięte dzięki wdrażanym rozwiązaniom. Co istotne, platformy do zarządzania informacją, czy rozwiązania chmurowe nie wymagają także zmian infrastruktury informatycznej.
Piotr Siarkiewicz:
Menadżer z kilkunastoletnim doświadczeniem w rozwijaniu sprzedaży i inicjowaniu nowych kierunków rozwoju oraz transformacji biznesu. Dysponuje ekspercką wiedzą z zakresu wdrażania nowoczesnych technologii w biznesie w obszarach IT, HR, zarządzania i sprzedaży. Doświadczenie zdobywał pracując dla największych firm informatycznych w Polsce m.in. Asseco Poland S.A. Doskonale zna procesy restrukturyzacji, optymalizacji kosztów oraz mechanizmy związane z zarządzaniem zmianą.
Od marca 2020 roku pełni funkcję South Branch Director w Avenga – międzynarodowej spółce będącej połączeniem czterech firm z obszaru IT. Na obecnym stanowisku jest odpowiedzialny za zarządzanie działalnością biznesową i operacyjną oddziału, a także współtworzenie strategii rozwoju spółki.
Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością wniosła powództwo o zapłatę przeciwko spółce jawnej. Komornik postanowił o bezskuteczności egzekucji, więc wierzyciel wystąpił o prowadzenie jej przeciw wspólnikowi. Sąd okręgowy przychylił się do wniosku, bo w dacie wniesienia powództwa przeciw spółce jawnej wspólnik ten widniał w KRS. Sąd apelacyjny uwolnił jednak wspólnika od ciążącej na nim odpowiedzialności za zobowiązania spółki bez ograniczenia całym swoim majątkiem, bo przed wniesieniem powództwa zdążył on zawrzeć umowę sprzedaży przenoszącą ogół praw i obowiązków w spółce na kogo innego.
Egzekucja skierowana przeciw wspólnikom ponoszącym odpowiedzialność całym swoim majątkiem
W styczniu 2018 r. spółka z o.o. wniosła powództwo o zapłatę przeciw spółce jawnej. Jeszcze tego samego miesiąca Sąd Okręgowy w Gliwicach wydał nakaz zapłaty kwoty ponad 85 tys. zł, a następnie klauzulę wykonalności. Wszczęte przeciw spółce postępowanie egzekucyjne jako bezskuteczne rok później umorzył komornik. W czerwcu 2019 r. wierzyciel wniósł na podstawie art. 778¹ Kodeksu postępowania cywilnego o nadanie klauzuli wykonalności przeciw wspólnikom. W lipcu 2019 r. na podstawie postanowienia tego samego sądu komornik skierował egzekucję przeciw wspólnikom, którzy na mocy art. 22 § 2 Kodeksu spółek handlowych za zobowiązania spółki jawnej odpowiadają solidarnie całym swoim majątkiem.
Wspólnik wpisany do KRS w dacie wszczęcia postępowania, jak i wydania nakazu zapłaty
Postanowienie to zaskarżył jeden z objętych egzekucją wspólników. Sąd Okręgowy w wydanym przez siebie wyroku stwierdził, że spełniły się przesłanki do nadania klauzuli wykonalności przeciwko niemu. Po pierwsze, egzekucja przeciw spółce okazała się bezskuteczna. Po drugie, zarówno w dacie wszczęcia postępowania przeciwko spółce (5 stycznia 2018 r.), jak również w momencie wydawania przez ten sąd postanowienia (17 stycznia 2018 r.) widniał on w Krajowym Rejestrze Sądowym jako jej członek, a zatem był jej wspólnikiem. Z tym ustaleniem nie zgodził się wnoszący zażalenie wspólnik.
Umowa przeniesienia ogółu praw i obowiązków w spółce
Rozpoznający zażalenie Sąd Apelacyjny w Katowicach, Wydział V Cywilny, przyznał rację wspólnikowi. Sąd ustalił, że faktycznie został on wykreślony jako wspólnik spółki jawnej z Krajowego Rejestru Sądowego dopiero w kwietniu 2018 r., a więc już po wszczęciu postępowania i po wydaniu nakazu zapłaty przeciw spółce. Sąd Apelacyjny zwrócił się jednak do właściwego sądu rejonowego o przekazanie dokumentacji będącej podstawą do tego wykreślenia. Z dokumentacji tej wynikało, że podstawą była umowa sprzedaży ogółu praw i obowiązków w spółce jawnej, zawarta w oparciu o art. 10 § 1 Kodeksu spółek handlowych z dnia 24 października 2017 r., na mocy której skarżący wspólnik przeniósł te prawa i obowiązki na nabywcę.
Liczy się data zdarzenia prawnego, a nie data wpisu do KRS
Mając na uwadze te ustalenia, Sąd Apelacyjny orzekł, że bezskuteczne jest skierowanie egzekucji przeciw wspólnikowi spółki, który w chwili wszczęcia postępowania w sprawie, w której został wydany tytuł egzekucyjny przeciwko spółce, nie był już jej wspólnikiem. Z kolei o tym, czy ktoś jest wspólnikiem w spółce, czy nie, nie decyduje wpis do KRS, a zdarzenie prawne, z którym przepisy prawa materialnego wiążą skutek prawny w postaci nabycia lub utraty statusu wspólnika tej spółki.
„…na mocy umowy sprzedaży z dnia 24 października 2017 r. T. W. przeniósł na rzecz A. H. ogół praw i obowiązków w (…) Spółce jawnej. (…) Skoro zatem powództwo przeciwko (…) Spółce jawnej zostało wniesione w dniu 5 stycznia 2018 r., a skarżący przestał być wspólnikiem tej spółki z dniem 24 października 2017 r., to zaskarżone postanowienie naruszało negatywną przesłankę nadania klauzuli wykonalności, o której mowa w art. 778¹ zdanie drugie k.p.c.” (postanowienie Sądu Apelacyjnego w Katowicach, Wydział V Cywilny z 30 czerwca 2020 r., sygn. akt V AGz 19/20).
Bezpieczeństwo swoje i swojej rodziny
Swoboda działalności gospodarczej pozwala na prowadzenie jej w dowolnej dostępnej w obrocie gospodarczo-prawnym formie. Wybór formy najczęściej determinowany jest rodzajem, wielkością lub specyfiką podejmowanego przedsięwzięcia. Niektóre struktury organizacyjne dają większe możliwości działania kosztem przyjęcia na siebie większej odpowiedzialności, tak jak w przypadku ww. sprawy, gdzie wspólnicy spółki jawnej w sytuacji bezskutecznej egzekucji z majątku spółki stali się celami tej egzekucji, ponosząc ryzyko odpowiedzialności za zobowiązania spółki bez ograniczeń, całym swoim majątkiem. Jest to wysokie ryzyko, które obarcza w praktyce nie tylko samego wspólnika, lecz także jego rodzinę.
Dlatego też, podejmując wybór formy prowadzenia działalności gospodarczej, warto przeanalizować ewentualne zagrożenia związane z tym wyborem, a także zapewnić środki ochrony prawnej przed ich wystąpieniem. O ochronę majątku firmy, jak i majątku prywatnego można zadbać na każdym etapie prowadzenia przedsiębiorstwa. A prowadzenie biznesu wymaga także umiejętności zarządzania sytuacjami kryzysowymi, tak jak w niniejszej sprawie, gdzie jeden ze wspólników zdołał w porę ustrzec się przed poniesieniem nieograniczonej odpowiedzialności całym swoim majątkiem.
Autor: Kinga Hanna Stachowiak – Wspólnik Zarządzający w Kancelarii Prawnej Skarbiecspecjalizującej się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym i zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi. Prezes Zarządu spółek z branży nieruchomości i consultingu biznesowego.
Ważną częścią rozwoju elektromobilności w Polsce jest powstawanie odpowiedniej infrastruktury. Samochody elektromobilne – szczególnie te czysto elektryczne – potrzebują szybkich, wygodnych i łatwo dostępnych stacji ładowania. Żeby móc swobodnie podróżować po Polsce pojazdami na prąd, infrastruktura musi pokryć całą mapę naszego kraju. Niestety rozwój infrastruktury elektromobilnej, tak samo jak inne inwestycje w polskiej i światowej gospodarce, został w tym roku przyhamowany przez epidemię koronawirusa. Czy miała ona duży wpływ na sytuację elektromobilności w Polsce?
– Część inwestycji zostało spowolnionych przez epidemię choroby COVID 19. Jednak to spowolnienie staje się już powoli przeszłością. Rynek zaczyna wracać do poziomów, które były dla niego charakterystyczne przed kryzysem – powiedział serwisowi eNewsroom Maciej Mazur, dyrektor zarządzający Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych. – W Polsce są dokładnie 1224 ogólnodostępne stacje ładowania. To przekłada się na ponad 2300 ogólnodostępnych punktów. Na pewno nie jest to wystarczająca liczba, ale gdy spojrzy się na tabor samochodów elektrycznych – jest ich w Polsce ponad 13 tysięcy, z czego 7 tysięcy to samochody czysto elektryczne – zauważymy, że mapa punktów ładowania nie wygląda tak źle. Na pewno to był, i cały czas jest, ciężki rok dla infrastruktury elektromobilnej. Ale należy podkreślić, że infrastruktura – jako część elektromobilności w Polsce – obroniła się przed kryzysem i dalej rozwija się dynamicznie. Myślę, że od przyszłego roku będziemy obserwować jeszcze bardziej dynamiczne wzrosty na rynku infrastrukturalnym – zapowiada Mazur.