Europejska branża tekstylna – w tym polska – bardziej wrażliwe na kryzys

Branża tekstylno-odzieżowa w Europie warta 205 mld EUR nie uniknęła szerokiego spadku gospodarczego, który wstrząsa światem od początku wybuchu pandemii Covid-19.

Bezprecedensowe zakłócenie działalności handlowej, produkcyjnej i sprzedaży detalicznej, wraz z następującym po nim znacznym kryzysem gospodarczym, w opinii analityków Euler Hermes spowoduje spadek w europejskiej branży tekstylnej i odzieżowej o 19% w roku 2020, przy jednoczesnym 9% spadku PKB w krajach strefy euro.

Przewidujemy, że w 2021 r. dojdzie do odbicia w obrotach o +15%, jednak powrócą one do poziomów sprzed kryzysu dopiero w 2023 r. i to zakładając postępującą poprawę globalnej sytuacji w zakresie sytuacji epidemicznej oraz zapewnienie wsparcia finansowego dla gospodarkiAurélien Duthoit, Doradca Sektorowy ds. Handlu Detalicznego, Technologii i Sprzętu Gospodarstwa Domowego w Euler Hermes.

Pomimo znacznego wsparcia w postaci różnorodnych programów utrzymywania miejsc pracy i wysokich poziomów finansowania do końca 2021 r. zatrudnienie w branży w UE zostanie zmniejszone o 8% (około 158.000 miejsc pracy) i zniknąć może 6% firm (około 13.000). Udział MŚP w obrotach ogółem branży tekstylnej jest dwukrotnie wyższy niż średnia w europejskim sektorze produkcyjnym, co czyni tę branżę bardziej wrażliwą na obecną sytuację.

Polski sektor tekstylny to około 25.000 firm zatrudniających 145.000 osób. Lokalne obroty w branży wzrosły o około 20% na przestrzeni minionych pięciu lat 2015-2019 dzięki zwiększonemu popytowi i eksportowi do Niemiec. Pomimo istotnych oznak powrotu do normy, w okresie od stycznia do maja sprzedaż polskiego sektora tekstylnego spadła aż o 15% w ujęciu rok-do-roku.

W opinii analityków Euler Hermes trzy czynniki pozwalają przyjąć, że branża ta w europejskiej perspektywie jest mimo wszystko znacznie bardziej odporna i konkurencyjna niż w roku 2009, przez co jest lepszym kandydatem do powrotu do normalności:

  • stabilizacja równowagi handlowej w zakresie tekstyliów i odzieży w Europie;
  • dynamiczny wzrost w segmentach, w których europejscy producenci są najbardziej konkurencyjni;
  • postęp w zakresie produktywności.

Wsparcie publiczne dla branży nie tylko pozwoliłoby na szybsze odbicie i zapewniło pomoc dla przedsiębiorców w powrocie na ścieżkę wzrostu sprzed kryzysu, ale również byłoby spójne z nawoływaniami do bardziej zielonej i cyfrowej gospodarki.

Bardziej zielona branża tekstylna w opinii ekspertów Euler Hermes kładłaby większy nacisk na jakość niż na ilość, co stanowiłoby 180-stopniowy zwrot z paradygmatu fast-fashion (szybka moda), który działa przeciwko interesom branży produkcyjnej w Europie. Rosnąca konsumpcja per capita w zakresie odzieży niesie za sobą pewien koszt: branża generuje w ujęciu globalnym 10% emisji gazów cieplarnianych ogółem. Przypadek Włoch, gdzie zgodne interesy konsumentów, sprzedawców detalicznych i producentów pozwoliły temu krajowi utrzymać upodobanie do odzieży droższej, ale o wyższej jakości i wykonanej lokalnie, stanowi przykład dla pozostałej części UE. Korzyści zastąpienia importu byłyby bardzo namacalne: 10% spadek we francuskim i niemieckim imporcie odzieży odpowiadałby 8% wzrostowi w obrotach europejskich producentów odzieży.

Na sektorowych przemianach w europejskiej branży tekstylnej może zyskać także polski rynek i rodzime firmy.

W minionej dekadzie znaczna część produkcji tekstylnej została przeniesiona z zachodu do naszego kraju, a następnie uległa dalszemu przesunięciu do krajów o jeszcze niższych kosztach produkcji, takich jak Ukraina czy nawet Litwa i Bułgaria. Tym niemniej część tej produkcji pozostała i jest to produkcja o wyższej wartości dodanej, w której liczy się jakość. Do tego dochodzą wąskie specjalizacje, takie jak szycie mundurów wszelkiego rodzaju, odzieży roboczej czy tapicerki samochodowej. Ponadto należy dodać produkcję materiałów obiciowych (dla przemysłu meblowego), która – choć może nie w skali włoskiej konkurencji – odnalazła swoją niszę w naszej dosyć dynamicznej branży meblarskiej. Dynamicznej oczywiście w czasach dobrej koniunktury – uważa Tomasz Starus, Członek Zarządu ds. Oceny Ryzyka w Euler Hermes

Strategia OMNICHANNEL kluczowa dla nieruchomości handlowych w „nowej normalności”

Jak wynika z nowego raportu międzynarodowej firmy doradczej Savills “Impact of Covid-19 on European Retail”, powrót sektora handlowego w Europie do nowej normalności będzie upływał pod znakiem zintegrowanej strategii omnichannel.

Savills podaje, że pomimo niepewności spowodowanej przez pandemię Covid-19 sprzedaż detaliczna stopniowo rośnie (+0,7% rok do roku w lipcu), a niektóre kraje odnotowują poprawę wskaźnika zaufania konsumentów. Łączna wartość sprzedaży detalicznej w lipcu przekroczyła ubiegłoroczne poziomy między innymi w Norwegii (13,8%), Irlandii (9,1%), Holandii (6%), Francji (5,8%), Danii (5,6%) i Niemczech (3,5%).

Eri Mitsostergiou, dyrektor w dziale badań rynków europejskich, Savills, powiedziała: „Pomimo odczuwanych przez handel negatywnych skutków pandemii Covid-19, widać już pierwsze oznaki optymizmu związane ze stopniowym powrotem Europy do nowej normalności. Wskaźniki odwiedzalności rosną dzięki ponownemu otwarciu obiektów handlowych i rozrywkowych na całym kontynencie”.

W okresie lockdownu niezwykle dynamicznie rozwinął się e-commerce, który szybko stał się najbezpieczniejszym sposobem robienia zakupów i często jedynym kanałem umożliwiającym w tym czasie zakup innych produktów niż tylko artykułów pierwszej potrzeby.

CRR (Centre for Retail Research) szacuje, że pomimo nieznacznego spadku z rekordowego poziomu odnotowanego na początku lata wartość sprzedaży w kanale online w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Francji, Hiszpanii, Włoszech i Holandii wyniesie blisko 325 mld euro, co oznacza wzrost o 31% rok do roku i zwiększenie średniego udziału tego kanału w całkowitym handlu detalicznym do 16,2%. Według tych samych prognoz średni udział handlu elektronicznego w Europie Zachodniej wzrośnie do końca 2021 roku do 24,3%, czyli w ciągu jednego roku urośnie o tyle, o ile rósł w ciągu pięciu lat.

Marta Mikołajczyk-Pyrć, dyrektor zespołu nieruchomości handlowych w dziale zarządzania nieruchomościami Savills w Polsce: „Od dłuższego czasu obserwujemy rozwój sklepów internetowych, jako odpowiedź na wszechobecną digitalizację. Pandemia tylko wzmocniła ten trend. Najemcy obiektów handlowych coraz częściej wprowadzają nowoczesne technologie do swoich sklepów, by wyjść naprzeciw zmieniającym się preferencjom zakupowym klientów. Strategia omnichannel, czyli rozwój sprzedaży w obu kanałach, które wzajemnie się przenikają i wzmacniają, powinna być teraz kluczowa dla najemców”.

Eri Mitsostergiou dodaje: „Dużo się mówi o przyspieszeniu przez Covid-19 trendu polegającego na rosnącej popularności zakupów online, a ostatnie sześć miesięcy i prognozy dotyczące udziału handlu internetowego pokazują, że sieci handlowe powinny wziąć to pod uwagę, aby przetrwać. Musimy jednak także pamiętać o tym, gdzie konsumenci najczęściej robią zakupy. Wdrożenie strategii omnichannel będzie miało kluczowe znaczenie dla utrzymania klientów, zwłaszcza w krajach takich jak Hiszpania, Polska i Czechy, w których cyfryzacja rynku handlowego jest dopiero na początkowym etapie rozwoju”.

Co czwarty Polak myśli o zakupie aut elektrycznych, w firmach nie ma ich jeszcze w planach

Mikro, małe i średnie firmy podchodzą do ekoaut z większym dystansem niż indywidualni Polacy. Z raportu EFL „Zielona energia w MŚP. Pod lupą” wynika, że tylko 1 proc. flot firmowych to samochody hybrydowe, a napędy elektryczne jeszcze muszą poczekać na swoje „pięć minut”. Z kolei 7 proc. Polaków jeździ hybrydami, a 1 proc. elektrykami – podaje Barometr Nowej Mobilności 2019/2020 przygotowany przez PSPA. Patrząc na plany zakupowe, polskie firmy także nie spieszą się̨ z zakupem ekopojazdów. Tylko 6 proc. myśli o napędzie hybrydowym, podczas gdy wśród klientów indywidualnych ten odsetek wynosi 34 proc. Co więcej, 1 na 4 Polaków rozważa w przyszłości zakup pojazdu z napędem elektrycznym.

Z danych Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych (PSPA) i Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego wynika, że na koniec czerwca 2020 roku po polskich drogach jeździło 12 271 aut elektrycznych. W pierwszym półroczu tego roku przybyło ich 3 275 sztuk, o 65 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2019 roku. Mimo pandemii COVID-19, liczba rejestracji samochodów elektrycznych w Polsce wzrosła, podczas gdy sprzedaż aut osobowych z tradycyjnymi napędami odnotowała dwucyfrowe spadki rok do roku. Daleko nam jednak do europejskich liderów. Jak podaje Europejskie Stowarzyszenie Producentów Pojazdów (ACEA), tylko w 2019 roku w Niemczech zarejestrowano 63,5 tys. nowych pojazdów napędzanych bateriami, w Holandii – ponad 62 tys., a we Francji niemal 43 tys.

– Rozwój elektromobilności jest priorytetem praktycznie w każdym punkcie na mapie świata. Zmiany obserwowane w różnych gałęziach transportu skoncentrowane są przede wszystkim na rozszerzaniu mobilności ludzi, przy jednoczesnej poprawie efektywności, bezpieczeństwa oraz ekologii projektowanych rozwiązań. Jak widać ze zrealizowanych badań, zarówno indywidualni Polacy jak i firmy wykazują się coraz większą świadomością ekologiczną i ekonomiczną. Jednak w praktyce, MŚP ciągle jeżdżą pod prąd, podczas gdy większy krok w stronę ekomobilności wykonali Polacy. Najpewniej wynika to z faktu, że firmy z małymi flotami boją się eksperymentów z autami elektrycznymi, bo jest to narzędzie pracy, które nie może zawieść. Szefowie MŚP oczekują też większych dopłat i benefitów, bo ich decyzje zakupowe determinują pragmatyzm i rachunek ekonomiczny. Bardziej otwarte są podmioty z większymi flotami – widzą korzyści związane z oszczędnościami oraz wykorzystują̨ je w budowaniu wizerunku – komentuje Radosław Woźniak, prezes zarządu EFL.

Klient indywidualny bardziej świadomy niż przedsiębiorca?

Z badania EFL „Zielona energia w MŚP. Pod lupą” wynika, że firmy z segmentu MŚP najczęściej posiadają samochody z silnikiem benzynowym (68 proc.) i zasilane gazem LPG (62 proc.). Istotnie rzadziej są to auta z silnikiem diesla (30 proc.). Hybrydy i elektryki to rzadki widok. Wraz ze wzrostem firmy i floty rośnie zróżnicowanie wybieranych napędów oraz zainteresowanie ekopojazdami. 5 proc. małych firm posiada auta elektryczne, a 11 proc. średnich – hybrydowe.MŚP najczęściej posiadają samochody z silnikiem benzynowym

Jak podaje raport PSPA, Polacy częściej niż firmy jeżdżą dieslami (36 proc.), rzadziej autami z silnikami benzynowymi (45 proc.) i instalacją LPG (11 proc.). Jednak w większym stopniu niż MŚP interesują się ekomobilnością. 7 proc. jeździ hybrydami, a 1 proc. elektrykami.

Planując kolejne zakupy samochodowe firmy również rzadziej rozważają uzupełnienie swoich flot o ekopojazdy. Tylko 6 proc. rozważa hybrydę, a 0 proc. – elektryki. Nieco lepiej wygląda to wśród największych firm z sektora MŚP – 16 proc. średnich firm myśli o zakupie hybrydy, a 1 proc. – elektryka. Z większą ekoświadomością mamy do czynienia wśród klientów indywidualnych – co trzeci Polak zastanawia się nad zakupem samochodu z napędem hybrydowym, a co czwarty – z elektrycznym.

Przedsiębiorca bardziej oszczędny niż Kowalski

Na polskim rynku jest już dostępnych kilka modeli aut elektrycznych, jednak ich ceny są znacznie wyższe niż̇ ich odpowiedniki z tradycyjnymi napędami. Dla przykładu katalogowa cena jednego z modeli z segmentu B wynosi ok. 120 tys. PLN brutto, podczas gdy zbliżony model z silnikiem benzynowym wiąże się̨ z kosztem rzędu 70 tys. PLN brutto. Czyli model elektryczny jest droższy aż̇ o 75 proc.! Z badania EFL wynika, ze właściciele MŚP w Polsce oczekują̨ znacznie mniejszej różnicy cenowej. Najczęściej byliby w stanie zaakceptować́ cenę o 25-30 proc. wyższą za samochód elektryczny w porównaniu do tradycyjnego napędu (82 proc. odpowiedzi).

Wśród indywidualnych klientów, co trzeci byłby w stanie zapłacić cenę wyższą o 20 proc. w porównaniu do ceny auta z tradycyjnym napędem, od 21 do 40 proc. – 36 proc. respondentów, a od 41 do 60 proc. – 14 proc. Widać zatem, że Polacy są skłonni zapłacić nieco więcej za ekotechnologię niż przedsiębiorcy.

Czas to pieniądz

Zarządzającym mikro, małymi i średnimi firmami bardziej niż indywidualnym osobom zależy na czasie. Widać to przyglądając się ich podejściu do czasu ładowania. Minimalny akceptowany czas całkowitego ładowania baterii auta elektrycznego, w opinii MŚP, waha się̨ najczęściej w przedziale 30-49 minut (89 proc. odpowiedzi). Dla porównania, co czwarty Polak zaakceptowałby 30-minutowy czas ładowania, co trzeci – 1 godzinę i co czwarty – nawet 2 godziny.

W materiale dane pochodzą z raportów:

„Zielona energia w MŚP. Pod lupą”, raport EFL: https://media.efl.pl/reports/16870.

„Barometr Nowej Mobilności 2019/2020”, raport PSPA: https://pspa.com.pl/media/2020/08/barometr_nowej_mobilnosci_2019_raport_S.pdf

***

Raport „Zielona energia w MŚP. Pod lupą” jest dziesiątym opracowaniem z serii „Pod lupą” wydanym przez Europejski Fundusz Leasingowy S.A. w ramach autorskiego projektu „Europejski Fundusz Modernizacji Polskich Firm”. Pierwszy charakteryzował kondycję sektora MŚP w Polsce („MŚP pod lupą”, 2011), drugi poświęcony był gospodarstwom rolnym („Agro pod lupą”, 2012). Trzecie opracowanie analizowało finansowe aspekty działalności transportowej („Transport pod lupą”, 2013), czwarte – młodych na rynku pracy („Młodzi na rynku pracy. Pod lupą”, 2014), piąte – innowacje („Innowacje w MŚP. Pod lupą”, 2015). Szósty raport przedstawiał inwestycje prowadzone przez MŚP („Inwestycje w MŚP. Pod lupą”, 2016). Siódme wydanie dotyczyło pokolenia milenialsów („Millenialsi w MŚP. Pod lupą”, 2017). Ósmy raport przedstawiał wielostronny obraz budownictwa („Budownictwo przyszłości. Pod lupą”, 2018). Natomiast, dziewiąte wydanie pokazywało, ile MŚP wiedzą o społecznej odpowiedzialności biznesu („CSR w MŚP. Pod lupą”, 2019).

Obecna edycja koncentruje się na obszarze ekologii, energii odnawialnej, elektromobilności i aktywności MŚP na tych polach. Raport, podobnie jak poprzednie edycje, opiera się na badaniach (ilościowym i jakościowym) zleconych przez EFL S.A. niezależnemu podmiotowi, rozbudowanych o szeroki kontekst problematyki związanej z ekologią.

Metodologia badania:

Badanie ilościowe zostało zrealizowane przez ICAN Institute na zlecenie EFL S.A. z właścicielami, współwłaścicielami i osobami odpowiedzialnymi za finanse w segmencie firm MŚP z całego kraju, z różnych branż. W sumie zrealizowano 500 wywiadów. 40 proc. stanowili mikroprzedsiębiorcy zatrudniający do 9 osób, 30 proc. mali przedsiębiorcy zatrudniający do 49 osób, tyle samo średni przedsiębiorcy z maksimum 249 osobami na pokładzie. W raporcie zastosowano wnioskowanie dla MŚP w Polsce (analiza wielkości firm, regionów Polski i całej populacji). Są to wyniki przeważone do struktury firm w Polsce według operatora regon. Przygotowane w ten sposób dane pozwalają analizować i opisywać na poziomie całej populacji firm w Polsce. Badanie wykonano metodą telefonicznych ankiet (CATI) od 11 do 29 maja 2020 roku.

Stanowisko MF w sprawie obowiązku podania numeru NIP przed płatnością w transakcjach do 450 zł w celu uzyskania faktury

Na skutek interwencji Rzecznika MŚP Minister Finansów wyjaśnia wątpliwości związane z obowiązkiem przedsiębiorców podania numeru NIP przed płatnością w transakcjach do 450 zł w celu uzyskania faktury.

Do Biura Rzecznika MŚP wpłynęły liczne wnioski przedsiębiorców, którzy wskazali na problemy związane z obowiązkiem umieszczania numeru NIP na paragonie fiskalnym w celu umożliwienia wystawienia faktury, wprowadzonym ustawą z dnia 4 lipca 2019 r. o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług oraz niektórych innych ustaw (Dz. U. z 2019 r. poz. 1520). Przedsiębiorcy wskazali na trudności, jakie wiążą się ze stosowaniem nowych przepisów, w tym w szczególności na daleko idącą dotkliwość konsekwencji w wypadku popełnienia pomyłki przy podawaniu numeru NIP oraz na utrudnienia związane z prowadzeniem ewidencji elektronicznej w wypadku uznania paragonu z numerem NIP za tak zwaną fakturę uproszczoną. Mając na uwadze powyższe bariery i utrudnienia dla przedsiębiorców, pismem z dnia 5 czerwca 2020 r. Rzecznik MŚP skierował wystąpienie w tej sprawie do Ministra Finansów.

W odpowiedzi, Minister Finansów w piśmie z dnia 22 sierpnia 2020 r. wyjaśnił – po pierwsze, że w sytuacji, gdy kwota faktury nie przekracza 450 zł brutto (100 euro), to paragon z numerem NIP należy uznać za fakturę uproszczoną i nie wystawia się do niego dodatkowo „zwykłej” faktury. Jako kolejny numer nadany w ramach jednej lub więcej serii, który w sposób jednoznaczny identyfikuje fakturę, wymagany na potrzeby ewidencji, należy podać numer kolejny paragonu.

Ponadto resort finansów potwierdził możliwość wystawienia noty korygującej do faktury wystawionej do paragonu lub paragonu fiskalnego będącego fakturą uproszczoną – w wypadku popełnienia błędu w numerze NIP nabywcy. Minister doprecyzował również, że jako błąd w numerze NIP należy rozumieć oczywistą pomyłkę, na przykład brak jednej cyfry, przestawienie cyfr, bądź pomyłkę w jednej cyfrze. W wypadku popełnienia takiej pomyłki należy wystawić fakturę z takim samym błędnym numerem NIP, jaki znalazł się na paragonie i następnie do tej faktury powinna być wystawiona nota korygującą z prawidłowym numerem NIP. Minister zastrzegł jednak, że nie można wystawić noty korygującej w przypadku, gdy na paragonie fiskalnym nie umieszczono w ogóle numeru NIP lub podano kompletnie błędny numer NIP, np. 9999999999 lub NIP innego podatnika.

Na koniec Minister przypomniał o opublikowanym komunikacie w dniu 3 stycznia 2020 r. na swojej stronie internetowej:

https://www.gov.pl/web/finanse/nowe-zasady-wystawiania-faktur-do-paragonow pt. Nowe zasady wystawiania faktur do paragonów oraz poinformował o pracach nad przygotowaniem objaśnień podatkowych, których celem będzie przedstawienie zasad uznawania paragonów fiskalnych z numerem NIP do wartości 450 zł za fakturę uproszczoną oraz zasad ewidencjonowania faktur uproszczonych w nowym JPK_VAT (deklaracja + ewidencja).

W tych regionach Polski będzie potrzebnych najwięcej rąk do pracy

W ostatnim kwartale bieżącego roku najłatwiej o nową pracę będzie w południowo-zachodnim regionie kraju. To w takich województwach jak dolnośląskie i opolskie firmy będą poszukiwać najwięcej rąk do pracy. Chociaż prognozy rekrutacyjne pracodawców są tam najbardziej optymistyczne ze wszystkich 6 regionów Polski, to zapotrzebowanie na nowych pracowników będzie o połowę mniejsze niż rok temu. Umiarkowane szanse na znalezienie nowej pracy czekają na mieszkańców centralnego, północnego i południowego regionu, najmniejsze będę we wschodniej i północno-zachodniej części kraju.

Końcówka roku przyniesie lepsze niż w trzecim kwartale perspektywy zmiany pracy. Dobrą wiadomością dla pracowników lub osób planujących zmianę kariery jest informacja, że we wszystkich 6 przeanalizowanych przez ManpowerGroup regionach Polski przeważają firmy chcące od października do grudnia rekrutować nowych pracowników.

Największe zapotrzebowanie na zasoby kadrowe zgłaszają przedsiębiorstwa z południowo-zachodniej części kraju. Prognoza netto zatrudnienia (różnica między odsetkiem firm planujących powiększać zespoły, a tymi, które chcą je redukować) wynosi tam +7%. Mniejsze szanse czekają na poszukujących pracy w regionie centralnym, czyli w województwach łódzkim i mazowieckim (+6%), północnym – kujawsko-pomorskie, warmińsko-mazurskie, pomorskie (+6%) i południowym – małopolskie, śląskie (+6%) [1]. Najmniej nowych pracowników będą rekrutować przedsiębiorstwa zlokalizowane we wschodniej części kraju – lubelskie, podkarpackie, świętokrzyskie, podlaskie (+3%) oraz północno-zachodniej – wielkopolskie, zachodniopomorskie, lubuskie (+3%).

– Po dłuższym okresie negatywnego wpływu pandemii na zatrudnienie w wielu branżach, od początku września widzimy znaczące ożywienie. Po zakończonym sezonie urlopowym firmy mierzą się często z szybką potrzebą realizacji swoich zamówień, co łączy się z potrzebą pozyskania dodatkowych pracowników. Regiony, w których prognoza zatrudnienia jest najwyższa charakteryzują się dużym nasyceniem firm, a co za tym idzie większymi potrzebami personalnymi. Również teraz te województwa reagują dynamicznie i wykazują gotowość do uzupełnienia stanów osobowych. O wzroście pracowników mówią przedsiębiorstwa zlokalizowane na południu i południowym-zachodzie, gdzie wysoki udział mają firmy produkcyjne, logistyczne czy centra biznesowe – mówi Luiza Luranc, dyrektor sprzedaży w firmie rekrutacyjnej Manpower.

– Wzrosty zatrudnienia notowane są w intensywnie rozwijającej się w czasie pandemii branży e-commerce. Ożywienie widzimy również w produkcji, nawet w branży motoryzacyjnej skoncentrowanej w regionie południowym i południowo-zachodnim, która była jedną z najbardziej dotkniętych kryzysem. Przedsiębiorstwa z tych obszarów poszukują najczęściej osób do prac prostych, ale jednocześnie na rynku nadal są dobre perspektywy zatrudnienia dla specjalistów. Nowych pracowników poszukują firmy działające w obszarze obsługi klienta oraz centra usług wspólnych. Tu szczególnie pożądane są osoby znające języki obce. Pandemia przyczyniła się do wzrostu popularności pracy zdalnej, którą cześć firm obiera jako docelową formę współpracy. Takie podejście otwiera szerokie, zupełnie nowe możliwości dla kandydatów, ponieważ miejsce zamieszkania przestaje być ograniczeniem. Dodatkowo zachęca do zatrudnienia pracowników z niepełnosprawnościami, dla których świadczenie pracy w biurze było sporym wyzwaniem – dodaje ekspertka Manpower.

W stosunku do okresu od lipca do września zapotrzebowanie na pracowników najbardziej wzrośnie w regionie centralnym, gdzie prognoza rekrutacyjna firm jest wyższa o 19 punktów procentowych. Więcej ofert pracy będzie też na północy i południu (wzrost o 16 pp.). Jedynym regionem, gdzie firmy będą poszukiwać mniejszej liczby pracowników jest wschód (spadek o 3 pp.).

W tych regionach Polski będzie potrzebnych najwięcej rąk do pracy
Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl.

Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia to kwartalne badanie, które mierzy intencje pracodawców związane ze zwiększeniem lub zmniejszeniem całkowitego zatrudnienia w ich oddziale w najbliższym kwartale. Badanie jest przeprowadzane od ponad 55 lat, aktualnie wśród ponad 38 000 pracodawców w 43 krajach i jest jednym z najbardziej wiarygodnych badań rynku pracy na świecie. Raport dla IV kwartału 2020 r. został opracowany na podstawie wywiadów indywidualnych przeprowadzonych od 17 do 31 lipca 2020 r. W Polsce wyniki raportu ManpowerGroup publikowane są od II kwartału 2008 r. W badaniu dla trzeciego kwartału 2020 roku wzięło udział 436 pracodawców. Więcej informacji na temat raportu dostępnych jest na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy.

[1] Podział regionów wg. Eurostatu

Grupa Kapitałowa PHN podsumowała pierwsze półrocze 2020 r.

W pierwszym półroczu 2020 r. skorygowana EBITDA Grupy Kapitałowej PHN wzrosła o ponad 30 proc. w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku i wyniosła 37,2 mln PLN. W tym czasie przychody z najmu wzrosły o 13 proc. do 92,8 mln PLN, a zysk z najmu do 51,2 mln PLN. W pierwszym półroczu Grupa Kapitałowa PHN osiągnęła zysk z działalności deweloperskiej, który wyniósł 14,1 mln PLN.

Pomimo zawirowań rynkowych spowodowanych epidemią koronawirusa Grupa PHN konsekwentnie realizowała cele biznesowe, kontynuując ambitne inwestycje w sektorze nieruchomości komercyjnych, mieszkaniowych oraz logistycznych. Grupa utrzymała dyscyplinę kosztową, niski poziom zadłużenia oraz zbilansowany portfel biznesowy.

W pierwszym półroczu z powodzeniem osiągaliśmy nasze cele biznesowe. Jesteśmy spółką przygotowaną na trudniejsze warunki ekonomiczne, co pozwala nam patrzeć w przyszłość z ostrożnym optymizmem – powiedział Marcin Mazurek, Prezes Zarządu Polskiego Holdingu Nieruchomości S.A.

Konsekwentnie dywersyfikujemy naszą działalność, rozszerzając ją o nowe segmenty jak budownictwo mieszkaniowe, czy też inwestycje w centra logistyczne. Jesteśmy przygotowani na ewentualne zmiany na rynku nieruchomości, a dzięki solidnym fundamentom kontynuujemy inwestycje – dodał Marcin Mazurek.

W pierwszych sześciu miesiącach Grupa Kapitałowa odnotowała stratę w wysokości 25,4 mln PLN wobec zysku w wysokości 27,5 mln PLN w tym samym okresie roku ubiegłego. W pierwszym półroczu br. spółka dokonała odpisów księgowych w wysokości 60 mln PLN. Celem strategicznym Grupy Kapitałowej PHN pozostaje zwiększanie wartości spółki i dalsza poprawa efektywności.

W pierwszym półroczu Grupa Kapitałowa PHN kontynuowała inwestycje w segmencie budownictwa biurowego. Mimo trudności wywołanych przez epidemię koronawirusa bez opóźnień prowadzone są prace na budowie flagowej inwestycji – kompleksu biurowo-handlowego SKYSAWA w centrum Warszawy. Nabierają także tempa prace przy rozpoczętej w kwietniu budowie kolejnego biurowca klasy A w Warszawie – INTRACO Prime. Ośmiokondygnacyjny budynek z trzypoziomowym parkingiem podziemnym dostarczy około 13 tys. mkw. powierzchni najmu. Do realizowanych przez PHN inwestycji w tym segmencie dołączy także kolejny budynek biurowy klasy A przy al. Prymasa Tysiąclecia.

W pierwszym półroczu tego roku Grupa PHN dynamicznie rozwijała również działalność w segmencie budownictwa mieszkaniowego. Spółka zakończyła sprzedaż mieszkań w kompleksie apartamentów Yacht Park w Gdyni oraz realizowała budowę kolejnego etapu osiedla VIS À VIS WOLA w Warszawie. Na zaawansowanym etapie przygotowania do rozpoczęcia budów są kolejne już projekty mieszkaniowe spółki, między innymi w Bydgoszczy i we Wrocławiu. We wrześniu br. została podpisana umowa ze spółką UNIBEP S.A. na realizację osiedla przy ul. Kusocińskiego w łódzkiej dzielnicy Polesie.

W segmencie budownictwa logistycznego Grupa PHN podpisała w lipcu br. umowę kupna pozostałych 50 proc. udziałów w dwóch spółkach realizujących inwestycję parku magazynowego Hillwood & PHN Pruszków w podwarszawskim Parzniewie. Po zamknięciu transakcji, PHN będzie posiadał 100 proc. udziałów w obu spółkach. Inwestycja Hillwood & PHN Pruszków obejmuje 4 budynki magazynowe o łącznej powierzchni ok. 50,6 tys. mkw.

Wraz z Polskim Holdingiem Hotelowym, Grupa PHN zawarła w czerwcu br. umowę dzierżawy warszawskiego hotelu Regent (dawniej Hyatt) z prawem pierwokupu. Wspólna oferta została wybrana w konkursie ofert przez syndyka masy upadłości.

Biotechnologiczny Bioceltix w drodze na New Connect

  • Bioceltix, jedna z wschodzących gwiazd polskiej biotechnologii, zadebiutuje na NC najpóźniej w pierwszym kwartale 2021 r.
  • Wrocławska spółka działa w sektorze medycyny weterynaryjnej, pracuje nad innowacyjnymi lekami biologicznymi stosowanymi w leczeniu powszechnie występujących schorzeń u zwierząt.
  • Według najnowszych danych światowy rynek leków dla zwierząt osiągnął wartość prawie 38 mld USD w 2019 r. Szacuje się, że w 2023 r. rynkowe słupki podskoczą do 61 mld USD (dane: Research and Market).

Wrocławska firma biotechnologiczna – Bioceltix – pracuje nad innowacyjnymi terapiami dla zwierząt. Spółka właśnie przeszła audyt Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego (GIF), na podstawie którego, po zakończeniu procedur urzędowych, zostanie zarejestrowana jako wytwórca weterynaryjnych leków biologicznych. Bioceltix stanie się tym samym jedną z zaledwie kilku na świecie certyfikowanych wytwórni farmaceutycznych, dostosowanych do produkcji leków biologicznych dla zwierząt, wykorzystujących jako substancję czynną komórki macierzyste. Mając takie przewagi technologiczne, Bioceltix przyspiesza rozwój i otwiera się na inwestorów.

Od powstania Bioceltix zebrał już kilka mln USD od inwestorów prywatnych oraz w ramach publicznych grantów. Akcjonariusze wierzą w naszą wizję jako jedna z pierwszych firm na świecie planujemy przejść pełną ścieżkę rejestracyjną w Europejskiej Agencji Leków dla weterynaryjnego produktu leczniczego, wykorzystującego jako substancję czynną komórki macierzyste. To prawdziwy przełom w weterynarii od lat oczekiwany przez rynek. Jesteśmy pierwszą spółką, która oprócz badań nad skutecznością komórek macierzystych, równolegle rozwinęła technologię ich wielkoskalowej hodowli – mówi dr Paweł Wielgus, jeden z inwestorów, założycieli Bioceltix, a także członek zarządu spółki.

Weterynaryjny przełom

Osiągnęliśmy kolejny kamień milowy. Za chwilę uzyskamy od GIF zezwolenie na wytwarzanie badanego weterynaryjnego produktu leczniczego. Otwiera nam to drogę do przeprowadzenia pierwszego badania klinicznego. Izolowana linia technologiczna do aseptycznej produkcji weterynaryjnych leków biologicznych w oparciu o komórki macierzyste, stworzona specjalnie dla nas, przeszła pomyślnie najważniejszy test i spełnia najsurowsze standardy wymagane przez regulatora rynku farmaceutycznego w produkcji leków biologicznych – mówi Łukasz Bzdzion, prezes Bioceltix.

Centrum badawczo-rozwojowe Bioceltix wyposażone jest wysokiej jakości sprzęt, spełniający wymagania Current Good Manufacturing Practice (cGMP). Zasady cGMP zapewniają nie tylko powtarzalną jakość i bezpieczeństwo produktów, ale również możliwość korzystania  z najnowocześniejszych technologii w trakcie wytwarzania leków biologicznych. Jest to także gwarancja optymalizacji kosztów eksploatacyjnych i inwestycyjnych w porównaniu z klasycznym pomieszczeniem typu „clean room”.

Dzięki cGMP Bioceltix zyskał dużą przewagę konkurencyjną. Staliśmy się w ten sposób samowystarczalni, a dodatkowo jesteśmy w stanie wypełnić lukę na rynku specjalistycznych usług. Z pewnością to dobra wiadomość dla naszych akcjonariuszy – mówi Paweł Wielgus.

Prezes spółki również podkreśla nowe możliwości Bioceltix w świadczeniu dedykowanych usług firmom farmaceutycznym. Na rynku brakuje firm typu Contract Development and Manufacturing Organization (CDMO), a te, które prowadzą działalność, pracują wyłącznie z produktami ludzkimi.

Nie ma natomiast firm CDMO specjalizujących się w rozwoju leków biologicznych dla zwierząt. Połączenie wiedzy, doświadczenia i odpowiedniej infrastruktury pozwala nam uruchomić kierunkową działalność usługową – dodaje Łukasz Bzdzion.

Rynek leków weterynaryjnych

Na rynku biologicznych „przejęć” weterynaryjnych wrze.

Niemiecka grupa farmaceutyczna Boehringer Ingelheim Animal Health jeden z liderów na rynku zdrowia zwierząt, ogłosił właśnie przejęcie belgijskiej spółki Global Stem Cell Technology, start-up’u technologicznego, który niedawno zarejestrował pierwszy na świecie weterynaryjny lek biologiczny na bazie komórek macierzystych, stosowany w leczeniu schorzeń stawów u koni. Z kolei Elanco Animal Health ogłosiło, że podpisało umowę na przejęcie Aratana Therapeutics, firmy skupiającej się na opracowywaniu i komercjalizacji innowacyjnych leków dla psów i kotów, przy czym wartość tej transakcji zbliżyła się do 250 mln USD – dodaje Paweł Wielgus.

Rynek leków weterynaryjnych od lat znajduje się w trendzie wzrostowym: w 2019 r. osiągnął prawie 38 mld USD, przy wzroście na poziomie 11,7% od 2015 r. (Research and Market). Do 2023 r. CAGR wzrośnie do poziomu 12,5% i prawie 61 mld USD. Rynek weterynaryjnych środków farmaceutycznych był największym segmentem rynku leków dla zwierząt, odpowiadając za 33,8 mld USD (88,8% całości) w 2019 r. Estymuje się, że rynek ten będzie najszybciej rozwijającym się segmentem w przyszłości, przy CAGR wynoszącym 12,7%. Leki biologiczne dla zwierząt towarzyszących stanowią zupełnie nowy segment rynku weterynaryjnego. Pierwszym lekiem biologicznym było przeciwciało monoklonalne na atopowe zapalenie skóry u psów. Obecnie sprzedaż dwóch flagowych produktów na atopowe zapalenie skóry u psów, w tym właśnie przeciwciała monoklonalnego, przez giganta weterynaryjnego Zoetis, przekracza pół miliarda USD rocznie. Na rynku dostępny jest również pierwszy lek z komórkami macierzystymi jako aktywnym składnikiem farmaceutycznym do leczenia kulawizny u koni.

Bioceltix – spółka biotechnologiczna z Wrocławia. Od 2016 r. rozwija innowacyjne terapie w weterynarii. Zespół Bioceltix pracuje nad lekami biologicznymi wykorzystując immunomodulujące właściwości mezenchymalnych komórek macierzystych. Opracowywane leki będą alternatywą dla objawowego leczenia farmakologicznego, opartego głównie o działanie przeciwbólowe i przeciwzapalne. Spółka dysponuje nowoczesnym zapleczem badawczo-produkcyjnym spełniającym standard farmaceutyczny GMP. Celem Bioceltix jest wprowadzenie na rynek nowych, skutecznych i co najważniejsze bezpiecznych weterynaryjnych leków biologicznych, które przejdą pełną ścieżkę rejestracyjną w Europejskiej Agencji Leków.

Na czym polega przewaga terapii biologicznych, rozwijanych przez zespół wrocławskich naukowców?

W przeciwieństwie do działających objawowo standardowych terapii opartych o klasyczne leki chemiczne, leki biologiczne imitują naturalnie zachodzące procesy w organizmie, przez co umożliwiają uzyskanie maksymalnego efektu terapeutycznego. Bioceltix pracuje nad tym, by docelowo innowacyjne terapie zastosować w leczeniu wielu powszechnie występujących schorzeń u zwierząt towarzyszących, np. zwyrodnienia stawów czy atopowego zapalenia skóry. Tylko w Europie żyje ponad 80 mln psów, a co piąty z nich cierpi z powodu zmian zwyrodnieniowych stawów, które są główną przyczyną przewlekłego bólu i znajdują się w pierwszej „10” najczęściej diagnozowanych chorób.

Rajd ryzyka przejściowo pozostaje bez paliwa

Reakcja rynków finansowych na przekaz Fed nie nastąpiła od razu, gdyż w komunikacie i na konferencji prezesa Powella nie pojawiło się nic zaskakującego. Ale to „nic” zdaje się być źródłem rozczarowania dla tych, którzy liczyli na zdecydowane sygnały gwarantujące bardziej gołębi Fed w przyszłości. Rajd ryzyka przejściowo pozostaje bez paliwa.

Przed posiedzeniem stawiałem pytanie, czy Fed może dodać do swojego przekazu coś więcej ponad to, co otrzymaliśmy od prezesa Powella podczas prezentacji wyników rewizji strategii w Jackson Hole? Odpowiedź brzmiała, że Powell może, ale nie musi. Dziś wiemy, że Fed zatrzymał się na tym, że nie musi się śpieszyć z konkretyzowaniem ścieżki polityki na kolejne miesiące i lata. W komunikacie znalazł się fragment, w którym stwierdza się, że Komitet będzie zmierzał do „ustanowienia inflacji umiarkowanie powyżej 2 procent przez pewien czas tak, aby inflacja wynosiła średnio 2 procent w czasie, a długoterminowe oczekiwania inflacyjne pozostały dobrze zakotwiczone na poziomie 2 procent.” Jednak zabrakło doprecyzowania, m.in. jak wysoką inflację i na jak długo Fed zamierza tolerować. Czy to będzie nie więcej jak 2,5 proc. przez rok, czy 3 proc., ale nie dłużej niż 6 miesięcy? Ilościowe uszczegółowienie polityki ma kluczowe znaczenie dla oczekiwań terminu normalizacji polityki. Fed pozostawia sobie elastyczność, jednak rynek zawsze obdarza bankierów centralnych ograniczonym zaufaniem. Dodając do tego brak konkretów w odniesieniu do przyszłości programu skupu aktywów („sprzyjają akomodacyjnym warunkom finansowym”) rodzi podejrzenia, że skłonność Fed do pogłębiania luzowania słabnie. Nie sądzę, aby tak było w rzeczywistości i Fed w dalszym ciągu pozostaje w gotowości, aby reagować na pogorszenie koniunktury (przez pandemię lub z innego powodu). Jednak nie będzie już działał wyprzedzająco, za to ponownie podkreślona była konieczność udziału polityki fiskalnej we wsparciu ożywienia. W rezultacie w krótkim terminie możemy liczyć na mniej impulsów ze strony Fed, za to rynki będą bardziej wrażliwe na informacje z Kongresu dotyczące fazy 4. pakietu fiskalnego. Biorąc pod uwagę przedwyborczą gorączkę jest bardziej realne, że partie dojdą do porozumienia, co może dać świeży impuls do wzrostu apetytu na ryzyko (i korespondującego z tym osłabienia USD). Ale w międzyczasie inwestorzy pozostają na rozdrożu, co zablokuje indeksy i crossy z USD w bocznej konsolidacji.

Bank Anglii ma świadomość ryzyk dla perspektyw gospodarczych płynących z trudnej sytuacji na rynku pracy (z końcem października wygasa program wsparcia zatrudnienia) oraz zamieszania wokół brexitu. Jednak ostatnie, lepsze od prognoz dane oferują pole manewru, by bank pozostawał przy oczekiwaniach pomyślnego rozwoju sytuacji gospodarczej i dziś najprawdopodobniej stopa procentowa pozostanie na 0,1 proc., a limit dla programu skupu obligacji dalej będzie wynosić 745 mld GBP. Ryzyka przeważają jednak po stronie gołębich sygnałów. Najbardziej prawdopodobnym (ale nie pewnym) jest złożenie przez członka MPC Saundersa wniosku o podwyższenie limitu programu skupu obligacji jako wyraz konieczności przedłużenia wsparcia monetarnego. Mniej bezpośrednie mogą być sygnały z komunikatu wskazujące na wzrost pesymizmu wokół sierpniowej projekcji makroekonomicznej, co już było sygnalizowane w wypowiedziach Saundersa, Haskela, Vlieghe i Tenreyro. Położenie silniejszego akcentu na gotowość BoE do dalszego wspierania ożywienia może być przygotowaniem rynków pod listopadową decyzję (cięcie o 10 pb lub rozszerzenie QE). Aktualnie rynek utrzymuje gołębie nastawienie wobec polityki BoE, choć dyskontuje tylko 2 pb obniżki w listopadzie, zatem jest przestrzeń do reakcji GBP na gołębie sygnały z banku centralnego. W kontekście obserwowanych w tym tygodniu wzrostów GBP/USD może to być pretekst do redukcji długich pozycji w kierunku 1,28.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Kto obecnie ma szansę na lepszą pracę? Zestawienie top zawodów na czas pandemii

Pandemia mocno zmieniła rynek pracy. Obecnie na znaczeniu zyskują branże umożliwiające skuteczniejsze działania w kwestii narzucanych ograniczeń. Według rankingu firmy Antal, w czołówce najbardziej poszukiwanych zawodów znaleźli się przedstawiciele takich profesji jak m.in. specjalista ds. BHP i ekspert ds. e-commerce. Digital manager i business intelligence są również wysoko w zestawieniu. Ponadto eksperci przewidują, że informatyka i telekomunikacja zaczną coraz mocniej wkraczać do wszystkich dziedzin, co przełoży się na kolejne zmiany. Już teraz mamy do czynienia z przenikaniem się niektórych profesji. Zjawisko to zyska jeszcze na popularności, podobnie jak automatyzacja produkcji.  

Na rynku pracy zachodzą istotne zmiany spowodowane pandemią. Na czele zestawienia topowych zawodów 2020/2021, przygotowanym przez firmę Antal, jest specjalista ds. BHP. Wpływ na to ma fakt, że ludzie zwracają coraz większą uwagę na bezpieczeństwo pracy.

– Nasi eksperci przeanalizowali zgłaszane zapotrzebowanie przez pracodawców i na tej podstawie opracowali ranking obecnie najbardziej pożądanych zawodów na rynku pracy. Specjaliści w zaprezentowanych obszarach mogą liczyć na wyjątkowo atrakcyjne oferty pracy, zarówno pod względem zakresu obowiązków, jak i w wymiarze finansowym – informuje Agnieszka Wójcik, Market Research & Strategic Partnerships Manager w Antal.

Ekspert ds. e-commerce, digital manager, specjalista business intellligence oraz UX designer również są w czołówce. Big Data specialist, deweloper aplikacji, specjalista ds. infrastruktury, inżynier automatyk oraz analityk biznesowy zajmują kolejne miejsca w rankingu. Tymczasem Zbigniew Żurek, wiceprezes BCC, ekspert ds. rynku pracy i dialogu społecznego, zauważa rosnące zapotrzebowanie na personel w służbie i ochronie zdrowia. I dodaje, że braki były odczuwalne, zanim jeszcze do szpitali trafiły pierwsze osoby zarażone koronawirusem. Tu jednak trudno o radykalne zmiany.

– Będą powstawały nowe zawody. Już teraz mamy do czynienia z przenikaniem się profesji. To się dzieje m.in. w medycynie, a obecna sytuacja to tylko uwidacznia. Mutacje wirusów są przecież oceniane przez epidemiologów, którzy korzystają z fachowej wiedzy zespołów biologów, matematyków i informatyków. Moim zdaniem, będzie coraz większe zapotrzebowanie na pracowników łączących wiedzę z różnych dziedzin – komentuje Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

Jak prognozuje Karolina Bucka, lider zespołu Antal IT, na rynku zwiększy się zapotrzebowanie na deweloperów aplikacji i specjalistów od Big Data. W przyszłości będą się rozwijały bardzo mocno aplikacje umożliwiające monitorowanie osób będących nosicielami wirusów. Do tego trzeba będzie przygotować odpowiednie systemy, w których dane z tego zakresu będą przechowywane.

– W przypadku maszyn czy robotów nie istnieje ryzyko zarażenia wirusem. Na pewno to będzie skłaniało niektórych przedsiębiorców do automatyzacji produkcji. Ale ją wprowadza się tylko wtedy, kiedy jest finansowo uzasadniona. Jeżeli produkuje się duże serie, jak w koncernach, to takie działanie ma sens. Jednak w Polsce przeważają małe firmy, w których wytwarzane są krótkie serie. W takich miejscach automatyzacja zazwyczaj nie przynosi spodziewanych korzyści, więc robi się ją częściowo i pozostawia też pewną grupę pracowników – podkreśla Jeremi Mordasewicz.

Z kolei Aleksandra Kurasiewicz, menedżer w zespole Antal Engineering & Operations, zwraca uwagę na zmiany związane z produkcją. One stworzą większe możliwości rozwoju kariery dla osób na stanowiskach inżyniera automatyka czy robotyka. Przedsiębiorstwa chcą uniknąć ruchów związanych z koniecznością natychmiastowej redukcji kosztów, która miała miejsce na samym początku pandemii. Ekspert zaznacza, że dodatkowo zauważalne jest duże zaangażowanie w walce z COVID-19 wśród firm farmaceutycznych. Na znaczeniu mogą więc zyskać profesje związane mikrobiologią czy biotechnologią.

– W dobie teleporad zarówno branża farmaceutyczna, jak i medyczna poszukuje rozwiązań na skuteczne i efektywne dotarcie do decydentów i liderów opinii. Mocno są też rozwijane działy marketingu, zwłaszcza w obszarze produktów bez recepty i szczególnie przed sezonem przeziębieniowym. Wzrasta również zapotrzebowanie na kandydatów posiadających doświadczenie w kampaniach ATL, kierowanych do pacjentów – podkreśla Marta Lebuda, lider zespołu Antal Pharma & Medical Devices.

Lockdown sprawił, że Polacy zmienili podejście do robienia zakupów. Spora część klientów ograniczyła wizyty w sklepach stacjonarnych, a coraz większe obroty notuje e-commerce. Jak zaznacza Zbigniew Żurek, to wymusiło pewne zmiany związane z dostarczaniem towarów, co z kolei wpłynęło na rozwój transportu, spedycji i logistyki.

– E-commerce ma coraz większy udział w całości handlu. Przy tym nie następuje to tak, że e-sklepy wypierają placówki tradycyjne, tylko mamy do czynienia z wielokanałową sprzedażą. To również pokazuje, że informatyka i telekomunikacja będą wkraczały do wszystkich dziedzin. Coraz więcej mówi się o potrzebie kształcenia ludzi pod kątem takich kwalifikacji – dodaje ekspert z Konfederacji Lewiatan.

Pandemia spowodowała, że znacznie wzrosła liczba osób pracujących zdalnie. Według Zbigniewa Żurka, to również przyczyni się do jeszcze większego zapotrzebowania na personel IT. Jednak firmy mogą mieć problem ze znalezieniem odpowiednich kandydatów, rynek jest drążony od lat. Z analizy firmy Antal wynika, że pracodawcy będą poszukiwać programistów IT. Już jest duże zapotrzebowanie w obszarze Frontend, zapewne wzrośnie też liczba ofert dla UX designerów, a także specjalistów ds. infrastruktury oraz helpdesk. Będzie potrzebnych też więcej ekspertów z obszarów AWS GCP i innych chmur.

– Bardzo mocno może się rozwinąć business intelligence. Firmy, które nie mają działów BI, często zatrudniają ekspertów z tego obszaru w działach finansowych. Pojawiają się tam role hybrydowe na styku finansów i IT. Widzimy wiele naborów na stanowiska analityków, kontrolerów biznesowych czy właśnie specjalistów business intelligence – mówi Michał Borkowski, menedżer Antal Finance & Accountancy.

Jak stwierdza Zbigniew Żurek, rynek pracy wchodzi w okres prawdy. Chociaż był lockdown, gospodarka nie załamała się całkowicie. Ale rozwiązania antykryzysowe pochłonęły sporo środków. A z wypowiedzi polityków wynika, że kolejnych tarcz już nie będzie. Ponadto wiele firm przeznaczyło swoje oszczędności na ratowanie miejsc pracy. Dziś rezerwy rządowe czy pracodawców są już znacznie skromniejsze. Ekspert BCC dostrzega też pozytywy obecnej sytuacji. Gospodarka może być zmuszona do restrukturyzacji i podniesienia innowacyjności. Potrzeba w tej chwili zmian, a one nie są możliwe bez ludzi.

Polski rynek e-commerce rozwija się najbardziej dynamicznie w Europie. Czy e-commerce rozpędzi branżę transportową?

Według najnowszego raportu „Rynek towarowy i logistyczny w Polsce – wzrost, trendy i prognozy na lata 2020-2025” CARG dla rodzimej branży TSL wyniesie około 4 proc.[1] Wiąże się to między innymi z budową nowej powierzchni magazynowej oraz rozwojem segmentu e-commerce. Wzrost handlu w Internecie stanowi motor napędowy przewozu towarów krajowych i transgranicznych. E-commerce jest wymieniany jako jeden z trendów mających wpływ na transport i logistykę w najbliższych latach. Co więcej wymusi na branży szybsze inwestycje w cyfryzację, gdyż zarządzanie danymi w modelu SaaS, monitorowanie pojazdów, a tym samym ładunków, w czasie rzeczywistym oraz systemy do planowania frachtów to obligo firm, które chcą pozostać konkurencyjne względem zachodnich operatorów logistyczno-transportowych.

Makrotrendy w sektorze TSL

Analiza „Transport drogowy w Europie”[2] wskazuje, że do 2024 roku ma on wzrosnąć o 31,47 mld dolarów[3], a napędzany będzie przez dynamicznie rozwijającą się branżę e-commerce, która ma mieć wpływ na przewozy ciężarówkami i busami, będące integralną częścią transportu intermodalnego.

Wymiana handlowa oparta na pracy przewoźników nie ulegnie rewolucji w najbliższym czasie, choć e-commerce będzie miał coraz większe przełożenie na rodzaj przewożonych ładunków, wzrost znaczenia frachtów drobnicowych oraz powstawanie hubów przeładunkowych. Jednak w głównej mierze odbije się na zwiększeniu powierzchni magazynowych usytuowanych w strategicznych lokalizacjach oraz konieczności dostosowania się do nowych reguł gry. Będą nimi coraz śmielej stosowane i pożądane przez zleceniodawców narzędzia digital. E-commerce wymusi na logistyce oraz firmach spedycyjno-transportowych inwestycje w nowe technologie, na czym finalnie zyskają obie strony – mówi Tomasz Czyż z Grupy Inelo, ekspert GBox.

Handel elektroniczny tylko przyspieszy innowacje w TSL, a firmy elastyczne i zwinnie reagujące na nowe warunki dobrze wykorzystają narzędzia cyfrowe w postpandemicznej rzeczywistości. Według specjalistów branży spedycji i logistyki, to cyfryzacja i automatyzacja procesów są głównymi siłami, które pomogą zachować lub zwiększyć dotychczasową rentowność przedsiębiorstw przewozowych oraz centrów logistycznych. E-commerce będzie te tendencje napędzać.

E-commerce a logistyka – czy ma przełożenie na transport?

Zakupy online w 2020 roku – tak duży wskaźnik wzrostu tego sektora w skali globalnej – nieodwracalnie zmieniły zachowania konsumentów na całym świecie. To powoduje, że rynek przewozów drogowych widzi konieczność dostosowania się do wymagań technologicznych coraz częściej stawianych przez kontraktorów. Chodzi głównie o transparentność realizowania zleceń oraz zarządzanie frachtami z dostępem do wszystkich danych wysyłanych przez pojazd, zleceniodawcę czy centrum dystrybucji. Uzupełnianie zapasów magazynowych czy przesyłki ekspresowe będą po pierwsze, sprzyjały rozwojowi przewozów drogowych, po drugie, kryterium wyboru podwykonawcy będzie nie tylko cena, a gwarancja jakości i terminowość wykonania usługi.

W momencie odmrażania gospodarek po „lockdownie” wiele firm transportowych postanowiło zainwestować w naczepy do podejmowania zleceń kurierskich. Jednym z warunków, by realizować frachty w branży kurierskiej jest dysponowanie naczepami o budowie stałej – tzw. boxy. Zamiast drzwi montowana jest roleta, co daje możliwość otwierania i zamykania bez konieczności odstawiania samochodu od rampy. Niektórzy przewoźnicy tak właśnie zareagowali na wzrost znaczenia e-commerce w ostatnim czasie i postanowili rozwijać firmę w tym kierunku, a w równocześnie stają w przetargach, szukając nowych zleceniodawców – wyjaśnia Tomasz Czyż z GBox.

Jest o co walczyć. Handel elektroniczny w Polsce osiągnął już 1,5 proc. udziału w rynku.[4] Na świecie od 2019 roku aż 13 proc. towarów było kupowanych przez Internet. Dla porównania w 2014 roku zakupy online stanowiły jedynie 6 proc.[5] Pandemia koronawirusa tylko przyspieszyła rozwój e-commerce, a tym samym nowych zachowań konsumenckich. Kupujemy więcej w Internecie, co widać również w zapotrzebowaniu na powierzchnie magazynowe. Jak wynika z badań branżowych, w Polsce najemcy e-commerce potrzebują do trzech razy więcej powierzchni niż tradycyjni sprzedawcy. Obecnie około 25 proc. wszystkich mkw. magazynów przeznaczonych jest na obsługę handlu elektronicznego,[6] a popyt na nieruchomości przemysłowe będzie dalej rósł. Stany magazynowe towarów trzeba uzupełniać, stąd więcej ciężarówek niż wcześniej wozi na przykład paczki od Amazon do centrów dystrybucji. Niektórzy przewoźnicy planują specjalizować się w tym segmencie.

E-commerce a zarządzanie operacjami transportowo-spedycyjnymi

Operatorzy logistyczni uważnie śledzą sytuację na rynku e-commerce. Oprócz oferowania dodatkowej powierzchni magazynowej, kluczowe są także elastyczność oraz dysponowanie narzędziami IT i takimi rozwiązaniami z zakresu nowoczesnych technologii, które zapewnią obsługę zleceń online, stały dostęp do danych w czasie rzeczywistym, efektywne zarządzenie pracą centrum dystrybucji. Dokładnie te same wymagania coraz częściej stawiane są firmom z branży transportowej. Spedytorzy, którzy pracują na systemach telematyki i TMS, przyznają, że stanowią one duże ułatwienie w realizowaniu operacji w transporcie drogowym oraz intermodalnym i taka właśnie obsługa frachtów, gdzie widoczny jest postęp zlecenia, a dane dostępne są w modelu SaaS, staje się standardem na zachodnich rynkach Europy. Zauważalny jest również większy zwrot w kierunku systemów ETA (Estimated Time of Arrival), czyli bardziej precyzyjnego planowania czas dojazdu ciężarówki na załadunek i rozładunek.

Cyfryzacja TSL oraz wzrost znaczenia e-commerce wymieniane są najczęściej w globalnych i europejskich raportach, analizujących dominujące trendy rozwoju tej branży. O ile digitalizacja stanowiła jedną z sił już od jakiegoś czasu, to polski e-commerce, który długo utrzymywał się w handlu detalicznym na poziomie nieprzekraczającym 5 proc., teraz rozwija się najbardziej dynamicznie na starym kontynencie. Rośnie o ponad 18 proc. rocznie.[7] – mówi ekspert GBox, Grupa Inelo. – Handel elektroniczny nie spowoduje od razu zmian w liczbie frachtów czy pokonywanych tonokilometrów przez ciężarówki w przewozach transgranicznych. W kraju faktycznie udział pojazdów typu tir w transportach kurierskich może być bardziej widoczny, ale zagranicą nadal będziemy wozić najwięcej towarów z sektora wydobywczego oraz komponentów dla automotive. Mimo to należy uważnie obserwować rynek i przyglądać się czynnikom, które go kształtują. E-commerce będzie jednym z ważniejszych motorów napędowych gospodarek w przyszłości, a tym samym może mieć przełożenie na transport drogowy, bo właśnie w tym systemie transportujemy najwięcej towarów. Pewne jest też, że e-commerce przyspieszy cyfryzację zarówno logistyki, jak i przewoźników i spedytorów – podsumowuje Tomasz Czyż.

[1] Compound Annual Growth Rate.

[2] Road Freight Transportation Market in Europe 2020-2024.

[3] Ponad 118 mld złotych, wg średniego kursu dolara we wrześniu 2020.

[4] Panel Gospodarstw Domowych. GfK Polonia. Dane z czerwca 2020 roku.

[5] Euromonitor International 2020.

[6] Rynek transportowy i logistyczny w Polsce – wzrost, prognozy, trendy w latach 2020-2024.

[7] Za Magazyn Menedżerów Transportu, wrzesień 2020. Dane GUS.

Były Prezes PKP doradza kolejom w Kazachstanie

Jakub Karnowski, Prezes PKP S.A. w latach 2012-2015 doradza kolejom w Kazachstanie z inicjatywy Banku Światowego.

Karnowski doradza w 3 obszarach: restrukturyzacji m.in. zatrudnienia, przewozów cargo oraz Partnerstwa Publiczno – Prywatnego dużych dworców.

„Zostałem poproszony o doradztwo dla kolei w Kazachstanie, bo nasze doświadczenia w PKP w latach 2012-2015 są przedstawiane jako wzorcowe („best practice”) na całym świecie. Wcześniej doradzałem m.in. kolejom w Arabii Saudyjskiej i Tajlandii” ­– komentuje Jakub Karnowski.

„W Polsce w 2012 roku mieliśmy 2100 dworców I przystanków kolejowych, z czego 600 było czynnych, a tylko 8 dochodowych” – dodaje były Prezes PKP. Jakub Karnowski na podstawie polskich doświadczeń pomaga m.in. w zapewnieniu rozwoju dworców poprzez połączenie działalności dworcowej i komercyjnej. Dworce są zlokalizowane w atrakcyjnych miejscach miasta i poprzez komercjalizację mogą rozwijać się np. jako centra handlowe, zarabiając w ten sposób na profesjonalną obsługę pasażerów.

Jakub Karnowski przeprowadził wielowymiarową restrukturyzację Grupy PKP (w tym m.in, debiut giełdowy PKP Cargo), w latach 2012-2015, uznawaną przez Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju za wzorcową. Karnowski jest wykładowcą na SGH i członkiem Rad Nadzorczych, m.in. Poczty Ukraińskiej.

Ciasno jak w puszce sardynek. Microliving zdominuje architekturę przyszłośc?

Klitka z pełną satysfakcją – tak mieszka się w Hongkongu, Singapurze czy Tajlandii, a niedługo być może i w Polsce. Microliving to trend w architekturze, do którego powstania przyczyniły się twarde warunki rynkowe i urbanistyczne. Zakłada on, że do szczęścia potrzebujemy coraz mniej własnej przestrzeni, a coraz więcej udogodnień i jakości.

Sytuacja na rynku mieszkaniowym wymaga od młodych ludzi decyzji: kosztowny wynajem czy zakup mieszkania i wieloletni kredyt? Kredyt, który podobno lepiej spaja związek niż sakramentalne śluby. Wiele osób przyjmuje taki stan rzeczy jak wyrok. Pozostali starają się znaleźć inne rozwiązania, bo zwyczajnie nie stać ich na standardowy pakiet. To m.in. z myślą o tej grupie grupie konsumentów coraz więcej deweloperów decyduje się na budowę mikroapartamentów – wykończonych w wysokim standardzie i usytuowanych w doborowych lokalizacjach. Takie apartamenty są atrakcyjne nie tylko dla konsumentów, lecz również dla inwestorów. Jak podaje Patrizia AG, niemiecka firma od 35 lat specjalizująca się w inwestycjach w nieruchomości, stopa zwrotu w przypadku takich mikroapartamentów wynosi co najmniej od 3,5 do 4,5 proc. rocznie.

Żeby lepiej zrozumieć boom na niewielkie, nowoczesne apartamenty, należy wziąć pod lupę koncepcję, która leży u jego podstaw, czyli tzw. microliving. To nic innego, jak sztuka redukowania do minimum rozmiarów własnego lokum, przy zachowaniu możliwie jak największej liczby funkcjonalności. To minimum jest zawsze kwestią subiektywną. Definicja nie przewiduje konkretnego metrażu; w Stanach może to być 45 m2/os., a w Japonii zaledwie kilka. Faktem jest, że microliving jako trend mieszkaniowy istnieje już od lat i prężnie rozwija się w globalnych metropoliach, gdzie nieruchomości w centrum (blisko miejsc pracy i ośrodka kultury) są horrendalnie drogie.

Samodzielność w wielkim mieście

Szukanie oszczędności to nie jedyna przyczyna popularności microlivingu. Stefan Breit z Instytutu Gottlieba Duttweilera (GDI), współautor raportu pt. “Microliving. Mieszkanie w miastach XXI wieku”, traktuje malutkie mieszkania jako zjawisko społeczne oraz wypadkową dwóch dużych trendów: indywidualizacji i zagęszczania.

Po pierwsze, we współczesnym świecie człowiek jest coraz mniej zdany na wsparcie wspólnoty. Staje się samowystarczalny, ufa we własne siły, potrafi sobie poradzić. Mieszka sam, bo… może. I nie musi to wynikać z egoizmu. Po drugie, postępująca urbanizacja, a więc proces zagęszczania ludności na obszarach miejskich, powoduje, że coraz mniej miejsca pozostaje do dyspozycji. Kto chce mieszkać samodzielnie, musi pogodzić się z tym, że to nie będzie wielki apartament – tłumaczy Marta Telenda, prezes zarządu Colivii, pierwszej w Polsce firmy zajmującej się colivingiem.

Okazuje się, że te rozmiary przestają być kwestią prestiżu. Swoje pieniądze coraz częściej wolimy wydawać na przyjemności, przygody, podróże. Małe lokum – coś, co kojarzyło się dotąd z koniecznością, kompromisem i wyrzeczeniem, zaczyna być postrzegane jako rzecz świadomego wyboru, atrakcyjnego i modnego sposobu na mieszkanie. W pewnym sensie microliving jest powrotem do (nie tak odległej) przeszłości, kiedy ludzie gnieździli się na małej powierzchni. W 1995 r. tylko 18% mieszkańców miast (na świecie) miało w swoim domu przynajmniej 20 m2 na osobę. Tyle tylko, że teraz nie jest to wcale wymuszone ani biedą, ani przez bezdusznych właścicieli nieruchomości, którzy wykorzystują najemców do maksimum, nie dbając o ich komfort.

Mniej znaczy więcej

Dzisiejsze mikroapartamenty są świetnie zaprojektowane i wykończone. Przykładem może być współczesne budownictwo modułowe. Wprawdzie może się ono źle kojarzyć – z kontenerami dla robotników albo blokowiskami-straszydłami z wielkiej płyty – ale pod względem wykonania i designu jest zupełnie nową jakością i kuszącą alternatywą dla drogich, grodzonych osiedli. Z prefabrykowanych segmentów buduje się już nie tylko pawilony biurowe, ale też szkoły, szpitale, hotele i właśnie mieszkania. Nie tylko poziom wykończenia, ale również efektywność energetyczna takich budynków bywa zaskakująco wysoka.

Wybór małego mieszkanka jest tak naprawdę wynikiem poważnej refleksji: z jak wielu rzeczy mogę zrezygnować, żeby wreszcie znaleźć się “na swoim”. Gdy człowiek musi rozwiązywać takie dylematy, okazuje się, że wiele potrzeb życiowych nie wymaga już tak dużej przestrzeni jak dawniej. W skrajnych przypadkach microliving redukuje dom do jednej funkcji: schronienia i własnego, bezpiecznego miejsca. Doskonale obrazują to biedne mieszkanka-trumny w najdroższym na świecie rynku mieszkaniowym Hongkongu, chociaż są one raczej wypaczeniem tej idei – swoistą patologią. O wiele lepiej oddają ją kondominia, które jak grzyby po deszczu pojawiają się w Azji Południowo-Wschodniej.

Własne cztery kąty w takim budynku to marzenie niejednego Taja czy Filipińczyka. Faktycznie mamy tu do czynienia z niewielkimi przestrzeniami życiowymi. Mieszkania typu studio mają często niewiele ponad 20 m2, a większe, jednopokojowe, po 35 m2. Rozmiarami przypominają więc pokoje w budżetowych hotelach – opowiada Marcel Płoszczyński, CEO agencji public relations Lightbe, który firmę prowadzi zdalnie, mieszkając w Tajlandii. – W Krainie Uśmiechu takie apartamenty często nie mają nawet okapu czy kuchenki. Tak jest w przypadku popularnych kondominiów Lumpini Place. Tajowie zaopatrują się w niewielkie, przenośne płyty indukcyjne, ale i tak najczęściej jedzą na mieście. Niewielki metraż deweloperzy nadrabiają nowoczesnym wykończeniem i przestrzeniami wspólnymi, takimi jak baseny, siłownie czy miejsca wydzielone do pracy, w których można podłączyć laptopa do prądu i bezpłatnego wi-fi. Dzięki temu w azjatyckich kondominiach żyje się naprawdę przyjemnie – dodaje Płoszczyński.

Przykładów microlivingu nie trzeba szukać w okolicach równika. Trend ten obecny jest również nad Wisłą. Wystarczy spojrzeć na oferty deweloperske w dużych polskich aglomeracjach. Powód? Ten sam, co w każdym innym kraju, gdzie microliving zdobywa popularność. – Wynika to z wysokich cen gruntów. Teoretycznie mamy coraz więcej, ale praktycznie… niekoniecznie – twierdzi Robert Kucharski, architekt z warszawskiego biura Kucharski Architekci, i wyjaśnia: – Tak jak kiedyś minimalną powierzchnią dla salonu było 20 m2 w mieszkaniach z wielkiej płyty, tak obecna średnia w nowym budownictwie to już 16 m2. Co ciekawe, pokolenie obecnych dziadków i babć nie musiało spłacać trzydziestoletnich kredytów. W dobie PRL słusznie narzekano na sytuację mieszkaniową, ale dziś, paradoksalnie, własne lokum jest jeszcze trudniej dostępne niż wtedy.

Odpowiedź na wielkomiejską samotność

Małe, samotne mieszkanie, choćby przytulnie i funkcjonalnie urządzone, kojarzy się z izolacją społeczną. Ludzie pozamykani w swoich pudełkach – czy do tego dąży społeczeństwo? Czy chcemy takiej alienacji? Wnioski nie są tak proste, bo paradoksalnie, wraz ze zwiększającą się popularnością samodzielnego zamieszkiwania, rośnie potrzeba wspólnoty.

Skąd to wiadomo? Wystarczy zauważyć, jak doskonale microliving krzyżuje się i uzupełnia z colivingiem. – Coliving jest zjawiskiem stosunkowo nowym, które można sprowadzać do prostej zasady: dzielenie przestrzeni wspólnych, takich jak salon, kuchnia czy ogródek – wyjaśnia Marta Telenda, prezes zarządu Colivii. – Jednocześnie każdy z lokatorów posiada własny pokój z łazienką i może w pełni cieszyć się prywatnością. Jest ona niezwykle istotna, lecz prawdziwą siłą colivingu są relacje z innymi członkami wspólnoty, które czynią go receptą na współczesną epidemię samotności – dodaje Telenda. Jej zdaniem wysoka jakość jest cechą wspólną micro- i colivingu; tak samo jak dbanie o solidne i piękne wykończenie, atrakcyjną lokalizację i zapewnienie wielu istotnych funkcjonalności.

Wykorzystać wspólny mianownik

Zarządcy nieruchomości, tacy jak Colivia, łączą ludzi o często podobnych wartościach, co sprzyja budowaniu więzi. Nie jest to jednak działanie odgórne – na coliving zazwyczaj decydują się single i milenialsi, którzy z sukcesem rozwijają się zawodowo, lecz poza karierą liczą się dla nich również relacje z innymi.

Analizując globalny rynek nieruchomości i trendy społeczne, jesteśmy przekonani, że coliving przyjmie się u nas doskonale – ocenia prezes zarządu Colivii. Jej firma posiada już trzy lokalizacje w Poznaniu, a niebawem planuje otwarcie kolejnych, m.in. w Warszawie, Wrocławiu i Trójmieście. – Młodzi Polacy mają wysokie oczekiwania co do jakości usług, obejmujących coraz to nowe dziedziny życia. Czemu nie dołączyć do tego doskonale wyposażonego mieszkania w świetnej lokalizacji, w którym można zamieszkać od tak, bez zbędnych formalności i obostrzeń wynikających z tradycyjnych umów najmu? Coliving to usługa, która bez dwóch zdań mieści się w kategorii user friendly i to jest jej największą siłą – kontynuuje Telenda.

W podobnym duchu wypowiada się Robert Kucharski. Jego zdaniem przedsięwzięcia biznesowe, które wpisują się w microliving, mają obecnie duże szanse powodzenia, jak chociażby tzw. “domy dostępne”, projektowane skromnie, z myślą o inwestorach z przeciętnymi zasobami. – Takie małe domy są odpowiedzią na wiele pytań oraz potrzeb, przede wszystkim mobilności. Co, kiedy dzieci wyrosną i wyprowadzą się? Jak będę mógł je wesprzeć mieszkaniowo? Gdzie sam zamieszkam? Jak mogę odciąć się od wielkiego miasta? Czy stać mnie na letni domek? – wylicza architekt.

Zwraca on również uwagę, że w Niemczech budownictwo socjalne przewiduje minimum 80 m2 na cztery osoby. Jak na polskie warunki jest to dużo. Mieszkania są ciasne i trudno się dziwić, że microliving nie jest jeszcze tak rozpowszechniony w naszym kraju. Wciąż może kojarzyć się ze złem koniecznym. Ale to prawdopodobnie zmieni się już niedługo.

Przyszłość jest mikro?

O potencjale tego rynku świadczy chociażby inwestycja luksemburskiego holdingu Corestate Capital, który zarządza inwestycjami w nieruchomości. Corestate zainwestował 73 mln euro w zakup swoich pierwszych mikronieruchomości w Polsce dla Bain Capital Credit. Ale to dopiero początek, bo partnerstwo inwestycyjne obu firm ukierunkowane na ten segment rynku (mieszkań studenckich i apartamentów usługowych) opiewa na 500 mln euro.

Czy globalne i długotrwałe trendy, takie jak microliving, zmienią architekturę naszych miast? A może będziemy jedynie adaptować to, co mamy do dyspozycji? To, jak daleko zajdą zmiany, zależy w dużej mierze od kontekstu kulturowego. – Decydujące znaczenie mogą mieć zmienne architektoniczne, które wpływają na to, jak postrzegamy duże zagęszczenie – zauważa architekt Monika Kucharska, która poświęciła akademikom pracę dyplomową. – Jesteśmy w stanie dzielić z innymi mniejszą przestrzeń, jeśli budynki i wnętrza są dobrze zaprojektowane: większe wydają się pomieszczenia prostokątne, preferujemy więcej otworów okiennych i drzwiowych oraz dobre oświetlenie, unikamy długich korytarzy i wysokich budynków o mniejszym poczuciu bezpieczeństwa i kontroli – podaje Kucharska, podsumowując wyniki badań psychologów społecznych.

Dobry system kaucyjny rozwiąże problemy recyklingu opakowań po napojach

Naszym głównym problemem, jako konsumentów, jest przede wszystkim produkcja zbyt dużej ilości śmieci. Problem ten widać bardzo dokładnie, kiedy kupujemy na przykład krem. Produkt jest zapakowany w szklany pojemniczek, przykryty kawałkiem folii aluminiowej, a następnie zakręcony plastikową zakrętką. Cały pojemnik włożony jest do tekturowego pudełka, które jeszcze dodatkowo zabezpieczone jest folią. Każdy z tych śmieci należy do innych frakcji – wymaga innego przetworzenia i odpowiedniego sortowania. To konsument musi coś z tym śmieciem zrobić i odpowiednio wprowadzić go do komunalnego systemu odpadów. Tymczasem odpowiedzialność powinna leżeć po stronie producenta. 

– W systemie recyklingu, odzysku i segregacji śmieci kluczowe jest wplecenie odpowiedzialności producenta za opakowania, które do tego systemu wprowadza – powiedziała serwisowi eNewsroom Sylwia Szczepańska, dyrektor ds. dialogu Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Producent musi brać pod uwagę już w momencie projektowania produktu, jakie opakowanie użyje – oraz z jakich środków i w jaki sposób te opakowania zostaną później przetworzone. Znakomitym przykładem Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta (ROP) jest dobrze funkcjonujący system kaucyjny. Pozwala on na pełne odzyskanie wszystkich opakowań po napojach, które są wprowadzone na rynek, ponowne ich przetworzenie i użycie w dalszym cyklu produkcji. Pojawienie się kaucji w systemie kaucyjnym nie finansuje tego systemu. Jest tylko pewnym elementem motywacyjnym. Cały ciężar finansowania systemu kaucyjnego jest przeniesiony na producentów – a celem kaucji jest zachęcenie konsumentów do tego, aby przejąć się losem opakowania i oddać je w odpowiednie miejsce. Kaucja jest wtedy konsumentowi zwracana. Z założenia system ten jest finansowo obojętny dla konsumenta. Powoduje natomiast powiązanie producenta z opakowaniami, które wprowadza na rynek. O to właśnie chodzi w Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta – tłumaczy Szczepańska.

Płatności odroczone będą zyskiwać na popularności. Taką możliwość oferują już e-sklepy, a wkrótce dołączy tradycyjny handel

Pandemia koronawirusa spowodowała znaczny wzrost obrotów w sklepach internetowych, a przy tym coraz większym zainteresowaniem cieszą się odroczone płatności. Model „kup teraz – zapłać później” to atrakcyjna oferta dla osób, które chcą np. skorzystać z promocji cenowej, ale chwilowo nie mają pieniędzy na sfinansowanie zakupu. – Odroczone płatności stymulują zakupy impulsywne, a w przyszłości będą wypierać zakupy z płatnością za pobraniem – przekonuje  Radosław Nawrocki, prezes PayPo, największej firmy oferującej takie rozwiązanie.

Mechanizm działania odroczonych płatności PayPo w sklepach internetowych jest prosty: klient wybiera towar, np. buty, ale zamiast płacić od razu, jako formę płatności wskazuje PayPo, sprawdza swoje dane, podaje numer PESEL, a za zakupy płaci po 30 dniach do PayPo. W międzyczasie buty może przymierzyć w domu, zastanowić się nad zakupem i dokonać zwrotu, jeśli jednak nie spełniają one oczekiwań. Wtedy płatność jest anulowana.

Zakupy z odroczoną płatnością są obecnie na fali wznoszącej dzięki pandemii i większej skłonności konsumentów do zakupów internetowych. Jednak w Polsce ich udział w płatnościach ogółem jest wciąż stosunkowo niewielki. W krajach europejskich, takich jak Szwecja czy Niemcy, stanowią one około 20 proc. transakcji w handlu, a w niektórych krajach nawet więcej. Jesteśmy dwa–trzy lata do tyłu w rozwoju tego produktu za krajami Zachodu. W Polsce wskaźnik ten wynosi 0,5 proc. płatności ogółem, a udział PayPo szacujemy na ok. 0,3 proc. – mówi agencji Newseria Biznes Radosław Nawrocki, prezes zarządu i założyciel PayPo.

W raporcie „E-commerce w Polsce 2020” opublikowanym przez Izbę Gospodarki Elektronicznej na pytanie: z których form płatności korzystałeś kiedykolwiek podczas zakupów przez internet, płatność z odroczonym terminem wskazało 6 proc. internautów kupujących online.

Jak podkreśla prezes PayPo, płatności odroczone dopiero raczkują w Polsce, ale obserwacje w innych krajach pozwalają przypuszczać, że ten sposób zapłaty w sklepie będzie coraz chętniej wykorzystywany. Jego zdaniem w ciągu najbliższych trzech lat to rozwiązanie będzie stanowiło 10–15 proc. wszystkich płatności za zakupy w naszym kraju.

– Płatności odroczone będą wypierały zakupy z płatnością za pobraniem oferowane przez sklepy internetowe – przewiduje. – Konsumenci, którzy do tej pory wybierali przesyłki za pobraniem, aby mieć kilka dodatkowych dni na zapłatę, przejdą na ten mechanizm, aby uzyskać aż 30 dni na płatność.

Opcja odroczenia płatności przez PayPo jest dostępna w ponad tysiącu sklepów internetowych, ale firma planuje także współpracę z tradycyjnymi sieciami handlowymi.

Planowaliśmy uruchomienie odroczonych płatności w sklepach stacjonarnych na przełomie lutego i marca, ale przeszkodziła nam pandemia i zamknięcie sklepów. Na przełomie roku ruszymy z pilotażem w dwóch–trzech sieciach handlowych, które będą gotowe przetestować to rozwiązanie w swoich sklepach stacjonarnych – zapowiada Radosław Nawrocki.

Korzyści dla sklepów, zarówno online, jak i tych tradycyjnych, polegają na wzroście konwersji – klienci nie muszą już czekać z zakupami, więc podejmują decyzję szybciej. Rośnie również średnia wartość koszyka zakupowego, a klienci wracają, bo mogą liczyć na wygodne zakupy.

Coraz więcej sklepów, także stacjonarnych, umożliwia zwrot towaru. Konsumenci korzystają z tego, kiedy nie są pewni wyboru, np. chcą przymierzyć w innym świetle niż sklepowe, sprawdzić w domu, czy kupione buty pasują do konkretnej sukienki. Odroczona płatność daje jeszcze jedną korzyść – klienci nie muszą płacić za towar, zanim zdecydują, czy rzeczywiście chcą go kupić – wyjaśnia prezes PayPo.

W praktyce odroczone płatności polegają na krótkoterminowym kredytowaniu kupującego przez PayPo. Po wyborze produktu klient jest weryfikowany przez mechanizm w ciągu kilku sekund. Autorskie systemy scoringowe spółki oceniają, czy stać go na zakup, i udzielą finansowania bez konieczności podawania wielu danych, o które najczęściej proszą banki. W przyszłości PayPo zamierza zwiększać kwoty finansowania, ale z wykorzystaniem nowoczesnych metod badania zdolności kredytowej klienta.

– Nie obciążamy konsumenta zbyt dużą kwotą kredytu oraz analizujemy na bieżąco, czy jest on w stanie spłacić swoje zobowiązanie. Obecnie wskaźnik NPL, czyli non-performing loan, obrazujący skalę niespłaconych zobowiązań, wynosi w PayPo poniżej 1,5 proc. Zatem konsumenci spłacają 98,5 proc. transakcji, które finansujemy, a to oznacza, że nie zadłużamy konsumentów i udzielamy im kredytowania rozsądnie. Jednak w przyszłości utrzymanie tak niskiego poziomu NPL może być wyzwaniem – zaznacza Radosław Nawrocki.

Polska może stać się ofiarą amerykańsko-chińskiej wojny handlowej. Ucierpieć mogą na tym polskie fabryki

Obszar technologiczny skupiony wokół budowy sieci 5G to jeden z elementów trwającej wojny handlowej między USA a Chinami. – Polska może być jedną z ofiar prowadzonych działań przez oba mocarstwa ze względu na rządowe prace nad nowelizacją ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa – alarmują eksperci. Zawarte w niej zapisy pozwalają na wykluczenie dostawcy infrastruktury sieciowej na podstawie kraju pochodzenia, a nie certyfikacji, jak to ma miejsce np. w Niemczech. Dowolność interpretacji tych przepisów w przyszłości może pozwolić na wykluczenie z polskiego rynku pojedynczych albo wszystkich chińskich dostawców.

Napięcia na linii Chiny–USA zaostrzają się od początku prezydentury Donalda Trumpa. Wojna handlowa między obydwoma krajami, która trwa od prawie dwóch lat, sprawiła, że dodatkowymi cłami objęto w sumie 3 proc. światowego handlu. Na początku tego roku było nimi objętych ponad 2/3 amerykańskiego importu z Chin i ponad 80 proc. chińskiego importu z USA. Sytuacji nie poprawiła umowa gospodarczo-handlowa, która weszła w życie w lutym br. i w zasadzie nie obniżyła protekcjonizmu gospodarczego w wymianie handlowej między obydwoma mocarstwami – pokazuje kwietniowy raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego („Skutki amerykańsko-chińskiej wojny handlowej dla międzynarodowych łańcuchów dostaw”).

Stosunki pomiędzy USA i Chinami to jest wojna dwóch spojrzeń na państwo i świat, dwóch cywilizacji i dwóch obszarów technologicznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Leszek Ślazyk, politolog, redaktor naczelny portalu Chiny24.com.

Napięte relacje między Państwem Środka i USA dodatkowo zaostrzyła pandemia SARS-CoV-2. Stany Zjednoczone poradziły sobie z nią gorzej niż inne wysoko rozwinięte państwa, w tym Chiny, których gospodarka po kryzysie z początku roku szybko wróciła do niemal pełnego potencjału. Pokłosiem konfliktu jest opublikowany w sierpniu przez amerykańską administrację, która od dłuższego czasu zarzuca chińskim firmom szpiegostwo i powiązania z rządem, program Clean Network. Ma on na celu całkowite wyeliminowanie chińskich producentów z rynku telekomunikacyjnego. Na celowniku rządu USA znalazły się m.in. TikTok, WeChat, aplikacja należąca do chińskiego giganta technologicznego Tencent, oraz Huawei, który rozwija technologie i rozwiązania z obszaru nowego standardu sieci komórkowych 5G.

Dyskusje dotyczące budowy nowej sieci i wymagań stawianych dostawcom technologii toczą się nie tylko w USA, lecz również w całej Europie, także w Polsce. Na początku września do konsultacji trafił rządowy projekt nowelizacji ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Dokument będzie mieć duże przełożenie na wdrażanie w Polsce sieci 5G oraz wybór dostawców infrastruktury i oprogramowania dla nowego standardu telekomunikacyjnego. Projekt nowelizacji zakłada, że oceny dostawców ma dokonywać Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa, które weźmie pod uwagę m.in. takie kryteria jak prawdopodobieństwo, że dostawca znajduje się pod wpływem państwa spoza UE bądź NATO oraz jakie obowiązuje w tym kraju prawo w zakresie ochrony danych osobowych, praw obywatelskich i praw człowieka. To oznacza, że ze względów politycznych z tego procesu mogłyby zostać wykluczone podmioty chińskie.

– Gdyby ktokolwiek odpowiedzialny za te zabawy z ustawą dotyczącą cyberbezpieczeństwa poświęcił chociaż paręnaście minut na obserwację zmiany charakteru funkcjonowania dyplomacji chińskiej w ostatnich dwóch latach, uświadomiłby sobie, że Chiny przestały hołdować wielodziesięcioletniej albo nawet wielosetletniej tradycji przyjmowania wszystkiego z pokorą – mówi Leszek Ślazyk.

Producenci uznani za poważne zagrożenie dla krajowego cyberbezpieczeństwa zostaną odcięci od kontraktów, a podmioty korzystające z ich usług bądź sprzętu będą musiały pozbyć się ich w ciągu pięciu lat. Zapisy nowelizacji ustawy o KSC wprost wskazują na możliwość wykluczenia z polskiego rynku m.in. firmy Huawei, która jest w tej chwili jednym z trzech głównych dostawców infrastruktury 5G.

– Tego typu zapisy to brama do bardzo szerokiej interpretacji. W dalszej perspektywie może się okazać, że wszystko, co jest „made in China”, w jakikolwiek sposób zagraża potencjalnie cyberbezpieczeństwu. Na przykład śruba z tytanu, której trzeba użyć do przykręcenia jakiegoś urządzenia, też będzie niebezpieczna, bo pochodzi z państwa, które nie przestrzega praw człowieka – mówi redaktor naczelny portalu Chiny24.com.

Jak podkreśla, sąsiednie kraje zachowały zdrowy dystans do amerykańskiej kampanii wymierzonej w chińskie firmy technologiczne. Na początku sierpnia Czechy odmówiły podpisania z USA umowy o współpracy w obszarze 5G, a tamtejsi operatorzy telekomunikacyjni zachowali swobodę wyboru partnerów, z którymi będą budować infrastrukturę nowej generacji. Podobną drogą poszli Niemcy.

Niemcy, których gospodarka mocno zależy od Chin, ale i chińska gospodarka zależy od relacji z Niemcami, zachowały się zupełnie inaczej niż Polska. Będą sprawdzać cyberbezpieczeństwo infrastruktury 5G pod kątem certyfikacji, natomiast my będziemy zwracać uwagę m.in. na kwestie związane z nieprzestrzeganiem praw człowieka – mówi Leszek Ślazyk. – Nadchodzą czasy, kiedy technologie będą najważniejsze. Polska powinna robić wszystko, żeby ze wszystkich stron świata ściągać najlepsze i najnowocześniejsze technologie, które pozwolą nam się dalej rozwijać.

Politolog wskazuje, że działania wymierzone w chińskie firmy technologiczne mogą wprost odbić się na wartej ok. 136,5 mld zł rocznie wymianie handlowej z Państwem Środka. Według danych GUS w 2019 roku wartość eksportu polskich produktów do Chin wyniosła 11,4 mld zł, co przełożyło się na udział 1,1 proc. w całkowitym eksporcie Polski. Z kolei wartość importowanych produktów w tym okresie przekroczyła 125 mld zł i wyniosła 12,4 proc. udziału w imporcie Polski ogółem.

Z tego małego muszkietu zrobiło się wielkie działo. Jeżeli zostanie ono wytoczone, to chińska strona może pomyśleć: „OK, nie chcecie nas, my nie chcemy was” – mówi redaktor naczelny portalu Chiny24.com. – Polski import z Chin to wszystko, co kupujemy w sklepach: zabawki, odzież itd. W tym imporcie są też np. wszystkie podzespoły, które służą do montowania aut w naszym kraju. Jeżeli więc Chiny stwierdzą, że nie będą wysyłać niczego do nas, skoro my ich nie chcemy, to nagle może się okazać, że staną wszystkie fabryki, które montują cokolwiek w Polsce, bo nie mają zapasów magazynowych od nich. Polska może być potencjalną ofiarą tego amerykańsko-chińskiego konfliktu na własne życzenie.

Młodzi lekarze motorem napędowym wdrażania innowacji w medycynie. 2/3 wskazuje jednak na potrzebę szkoleń w zakresie nowych technologii

Cyfrowe dane medyczne to hasło odmieniane w służbie zdrowia przez wszystkie przypadki. Od ich odpowiedniego wykorzystania zależy zarówno skuteczność diagnozowania i leczenia pacjentów, jak również komfort pracy personelu medycznego. 43 proc. przedstawicieli młodego pokolenia personelu medycznego potrafi wykorzystać cyfrowe dane medyczne pacjentów do podejmowania decyzji związanych z opieką nad nimi. Z drugiej strony aż 33 proc. przyznaje, że nie potrafi używać tego typu danych w odpowiedni sposób – wynika z badania Future Health Index 2020. Podobny odsetek czuje się przytłoczony ich ilością. – Potrzebne są szkolenia i wsparcie personelu pomocniczego – podkreślają sami zainteresowani. Ich podejście jest kluczowe dla transformacji cyfrowej medycyny, bo to oni w dużej mierze odpowiadają za wdrażanie nowych narzędzi i popularyzowanie ich wśród starszego pokolenia lekarzy.

– W czasach ewolucji, a nawet rewolucji cyfrowej w sektorze ochrony zdrowia, jest coraz więcej danych medycznych, z którymi trzeba się zapoznawać i które trzeba tworzyć. Faktycznie personel medyczny ma pewne problemy z nadążeniem nad tym. Pokazuje to też raport Future Health Index 2020, w którym aż 1/3 respondentów – przedstawicieli młodego pokolenia personelu medycznego – odpowiedziała, że czuje się przytłoczona obecną ilością cyfrowych danych medycznych i nie zawsze potrafi z nich korzystać dla lepszej opieki nad pacjentem – mówi agencji Newseria Biznes Ligia Kornowska, dyrektor zarządzająca Polskiej Federacji Szpitali, przewodnicząca Młodych Menedżerów Medycyny.

Choć polski system opieki zdrowotnej nadal wymaga znacznego dofinansowania, jest obecnie rewolucjonizowany poprzez wdrażanie nowych technologii. Standardem stały się już e-recepty, trwają także prace nad ogólnokrajowym systemem pozwalającym na dostęp do cyfrowych danych medycznych. Te mogą stanowić niezwykle cenną wartość w zakresie poprawiania jakości usług, z drugiej strony są też oczywistym wyzwaniem dla służby medycznej.

– Większość danych w medycynie w dalszym ciągu mamy ze źródeł analogowych. To są dane, których akwizycja polega na wykonaniu zdjęcia analogowego czy różnego rodzaju oznaczeń lub przepisania wypisów, które przygotowujemy – wymienia dr n. med. Łukasz Kołtowski z Uniwersytetu Medycznego w Warszawie. – Raport Future Health Index 2020 pokazuje, że lekarze kompletnie nie mają na to czasu. Oczekiwane jest stosowanie tzw. asystentów, sekretarek medycznych, czyli osób, które wspomagają pracę lekarza, pomagają ucyfrowić dane medyczne i wprowadzić je do systemów.

Z przygotowanego na zlecenie firmy Philips raportu wynika, że 43 proc. przedstawicieli młodego pokolenia personelu medycznego w Polsce potrafi wykorzystać cyfrowe dane medyczne pacjentów do podejmowania decyzji związanych z opieką nad nimi. Z drugiej strony aż 1/3 przyznaje, że tego nie potrafi. Podobny odsetek czuje się przytłoczony ilością danych. Podkreślają, że potrzebują w tym zakresie większego wsparcia, chociażby personelu pomocniczego do wprowadzania danych czy do zarządzania nimi (odpowiednio 67 proc. i 57 proc.). Blisko 60 proc. młodych lekarzy wskazuje na potrzebę szkoleń w tym zakresie.

– Młodzi przedstawiciele personelu medycznego twierdzą, że niekompletne dane nadal stanowią problem – mówi Reinier Schlatmann, prezes Philips w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. – Prawie 60 proc. ankietowanych twierdzi, że nowe technologie przyczynią się do obniżenia u nich poziomu stresu związanego z pracą.

Cyfrowe dane medyczne np. systemy EHR lub EDM, wskazywane są jako technologia, która będzie miała najkorzystniejszy wpływ na poziom opieki nad pacjentem w ciągu najbliższych pięciu lat. Jak wskazuje raport Future Health Index 2020, to niezbędna technologia, pozwalająca przedstawicielom młodego pokolenia personelu medycznego w Polsce poczuć się pewnie podczas leczenia pacjentów na odległość.

– W obecnych okolicznościach możliwość kontaktowania się lekarzy i pacjentów na odległość stanowi kluczowy element bezpiecznego środowiska zarówno dla lekarzy, jak i dla samych pacjentów – podkreśla przedstawiciel Philips.

Od podejścia młodych przedstawicieli personelu medycznego zależy też to, w jakim tempie będą wdrażane innowacje w placówkach medycznych.

– Lekarze starszego pokolenia na pewno mniej wykorzystują technologie, ale przekonują się do nich. Często wymagają jednak wprowadzenia i to właśnie młode pokolenie ich w tym wspiera – proponuje, podpowiada i jednocześnie pomaga w implementacji systemów teleinformatycznych, systemów elektronicznej historii, komunikatorów czy wszelkiego rodzaju logistycznych rozwiązań, jak np. elektronicznych kalendarzy do zapisywania pacjentów czy organizowania spotkań online’owych – wymienia dr Łukasz Kołtowski.

Dzisiejsze młode pokolenie przedstawicieli służby zdrowia w ciągu najbliższych lat stanowić będzie większość globalnej kadry medycznej i to na jego barkach spocznie odpowiedzialność za kształt, formę i jakość usług medycznych. Wnioski płynące z tegorocznej edycji raportu Future Health Index 2020 potwierdzają, że młodzi pracownicy służby zdrowia to osoby, które wychowywały się i edukowały w rzeczywistości, w której świat jest globalną wioską, a korzystanie z technologii stanowi normę.

– Rola młodego pokolenia w kontekście ucyfrowienia medycyny, tak w Polsce, jak i na świecie, jest niedoceniana. To pokolenie jest motorem napędowym, które sprawia, że szybciej będziemy korzystali z dobrodziejstw nowych technologii – podkreśla dr Łukasz Kołtowski.

– Nowe technologie w medycynie przynoszą ogromne korzyści, szczególnie jeśli chodzi o jakość opieki nad pacjentem. Możemy przywołać sztuczną inteligencję w ochronie zdrowia, która jest porównywalna do wynalezienia penicyliny – podkreśla Ligia Kornowska. – Nowe technologie, które teraz się rozwijają, m.in. właśnie sztuczna inteligencja, będą wpływały na możliwość optymalizacji czasu personelu medycznego i skupienia się na pacjencie. To z kolei przełoży się na jakość opieki nad nim, szybszą diagnostykę, szybsze i lepsze leczenie.

1/5 respondentów badania Future Health Index 2020 wierzy, że sztuczna inteligencja w diagnostyce będzie jednym z najkorzystniejszych narzędzi usprawniających opiekę medyczną w ciągu najbliższych pięciu lat. SI w medycynie już teraz podnosi poziom jakości świadczeń, a jej wykładniczy wzrost zwiastuje rewolucję w ochronie zdrowia. Istotne jest odpowiednie przygotowanie personelu medycznego do pracy z nowoczesnymi narzędziami.

W Polsce przebadano już prawie 3 mln osób na obecność koronawirusa. Ujemny wynik nie zawsze oznacza brak choroby

Według danych Ministerstwa Zdrowia do tej pory w kierunku SARS-CoV-2 przebadano w Polsce już prawie 3 mln osób. Liczba zakażonych pacjentów to ponad 75 tys. Tylko w ciągu poprzedniej doby wykonano 21,9 tys. testów w kierunku koronawirusa. WHO podkreśla, że są one głównym narzędziem zapobiegającym szerzeniu się pandemii. W tej chwili można już komercyjnie, na własną rękę wykonać testy na COVID-19, które wcześniej były zarezerwowane tylko dla ośrodków opieki medycznej. Rodzaj testu i jego czułość są jednak uzależnione od czasu, który upłynął od kontaktu z patogenem i pobrania próbki do badania.

Medycyna dysponuje badaniami genetycznymi i serologicznymi, które służą do wykrywania wirusa SARS-CoV-2, czyli choroby COVID-19. Badania genetyczne polegają na wyszukiwaniu materiału genetycznego wirusa, najczęściej w wymazie z jamy nosowo-gardłowej, i potwierdzają one czynną infekcję. Z kolei badania serologiczne polegają na wyszukiwaniu specyficznych przeciwciał przeciwko wirusowi SARS-CoV-2 w naszej krwi. Te badania uzupełniają diagnostykę genetyczną na dalszych etapach infekcji – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes lek. med. Agata Strukow, dyrektor ds. marketingu medycznego w ALAB laboratoria.

Skuteczność testów na COVID-19 zależy od kilku czynników, z których podstawowym jest czas pobrania próbki do badania. Badania genetyczne, które służą wykryciu czynnej infekcji, są najbardziej czułe między 7. a 14. dniem od kontaktu z patogenem, ponieważ wtedy w nabłonku dróg oddechowych jest najwięcej wirusa i najłatwiej zrobić prawidłowy wymaz. Może się więc zdarzyć, że test ten został wykonany zbyt wcześnie, kiedy wirus jeszcze nie zdążył się rozprzestrzenić.

Natomiast po tym okresie, czyli po około 10 dniach od pojawienia się objawów bądź 14 dniach od kontaktu z patogenem, w naszym organizmie pojawiają się przeciwciała. Wcześniej ich nie ma, bo organizm zwyczajnie potrzebuje czasu, żeby je wytworzyć. Jest to tzw. okienko serologiczne, obecne w przypadku wszystkich chorób zakaźnych, nie tylko SARS-CoV-2. Zatem po tym dwutygodniowym okresie uzupełnieniem diagnostyki są badania serologiczne, które pokazują, czy mieliśmy kontakt z wirusem, czy nie – mówi lek. med. Agata Strukow.

Dlatego też nie zawsze ujemny wynik oznacza, że pacjent jest zdrowy. Zdarza się też, że i dodatni wynik może być zafałszowany.

Mówi się, że testy kasetkowe [testy przesiewowe – red.] są nieskuteczne, natomiast nie jest to prawda. Konstrukcja takiego testu polega na tym, że jest on nadczuły, czyli wykrywa więcej zachorowań, niż jest w rzeczywistości. Wynika to z faktu, że z założenia testy przesiewowe są wstępem do dalszej diagnostyki, więc żeby nie stracić żadnego chorego pacjenta, test wykrywa również te osoby, które na dzisiaj chore nie są, ale mają wynik dodatni. Tak jest w przypadku wielu innych testów przesiewowych, np. w kierunku wirusów HCV, bo taka jest konstrukcja tych testów. Dlatego trzeba sobie zdawać sprawę, do czego one mają służyć i w jakim celu mamy je wykorzystywać – mówi dyrektor ds. marketingu medycznego w ALAB laboratoria.

Testy genetyczne (testy real-time PCR, RT-PCR, rtPCR), które wykrywają czynną infekcję i są przeprowadzane na podstawie wymazu z nosogardzieli, to jedyna obecnie metoda potwierdzenia zakażenia SARS-CoV-2, którą rekomenduje Światowa Organizacja Zdrowia (WHO).

– W przypadku badań genetycznych wymaz pobiera się najczęściej z nosogardła cienką i elastyczną wymazówką. Wkładamy ją przez nos do tylnej ściany gardła. To jest niekomfortowe dla pacjenta, ale im głębiej dostaniemy się do gardła, tym większą mamy pewność, że badanie będzie prawidłowo wykonane – mówi Agata Strukow.

Materiał do badania najczęściej jest pobierany w warunkach szpitalnych i na zlecenie lekarza, który podejrzewa u pacjenta zakażenie koronawirusem. Firmy realizujące badania proponują także pacjentom prywatnym taką usługę w stacjonarnych, objętych procedurami bezpieczeństwa punktach pobrań, gdzie są umawiani na konkretną godzinę. Z kolei firmy, gdy chcą przebadać pracowników, mają możliwość skorzystania z mobilnego punktu pobrań, tzw. wymazobusa. Alternatywą są punkty drive-thru.

Badania rtPCR są wykonywane tylko w laboratoriach akredytowanych przez Ministerstwo Zdrowia (w całej Polsce jest ich 185 – stan na 7 września br.), głównie na zlecenie stacji sanitarno-epidemiologicznych i szpitali, ale część placówek wykonuje je też komercyjnie.

Czas oczekiwania na takie badanie się mocno skrócił. Dzisiaj jest to mniej więcej 24–48 godzin – mówi ekspertka ALAB laboratoria. – W naszym laboratorium badania genetyczne są tylko w określonych, wytypowanych punktach pobrań, dla bezpieczeństwa zarówno pacjentów, jak i personelu, dlatego trzeba umówić się na konkretną godzinę. Koszt badania serologicznego to mniej więcej kilkadziesiąt złotych, natomiast badania genetycznego sięga 480 zł.

Próbka do badania serologicznego jest pobierana z krwi pacjenta. Jedną z najskuteczniejszych metod sprawdzenia, czy znajdują się w niej przeciwciała antySARS, jest tzw. metoda ELISA, która charakteryzuje się wysoką czułością.

Badanie serologiczne jest niekłopotliwe, ponieważ nie trzeba być na czczo. Także pora dnia nie ma znaczenia, bo stężenie przeciwciał we krwi utrzymuje się na stałym poziomie. Jeżeli je mamy, wynik i tak będzie dodatni. Udajemy się do punktu pobrań, nie trzeba umawiać się na specjalną godzinę – mówi Agata Strukow.

Polski start-up zrewolucjonizuje leczenie astmy. Inteligentna nakładka na inhalator pomoże przewidzieć zbliżający się atak duszności

Opracowana przez polskich studentów inteligentna nakładka na inhalator dla astmatyków diametralnie zmieni podejście do terapii astmy i POChP. Dzięki niej leczenie tych przewlekłych chorób stanie się dużo skuteczniejsze. Nakładka, w połączeniu z aplikacją mobilną i platformą dla lekarza, pomoże ustalić przyczyny wywołujące u konkretnego pacjenta zaostrzenia, dzięki czemu łatwiej będzie zapobiegać występowaniu ataków duszności. Urządzenie jest już dostępne na rynku.

– Staramy się scyfryzować całą terapię astmy i robimy to poprzez projektowanie urządzeń, które mogą być stosowane w monitorowaniu zaostrzeń. Każde użycie inhalatora jest z pomocą małej nakładki monitorowane, przesyłane do aplikacji, a później na serwer, skąd jest wysyłane do platformy dla lekarza. Może on zdalnie monitorować każdego pacjenta indywidualnie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Jacek Mikosz, współzałożyciel FindAir.

Nakładka FindAir ONE zbiera najważniejsze informacje dotyczące historii i okoliczności użyć leku, a także wielkości zażywanych dawek. Dzięki temu lekarz może łatwiej zrozumieć, co u konkretnego pacjenta powoduje występowanie zaostrzeń, oraz określić, jak ich unikać. Połączona z nakładką aplikacja mobilna, na podstawie historii użyć inhalatora, może też wskazać, jakie czynniki zewnętrzne, takie jak smog lub pyląca trawa, mogą wpływać na pogorszenie samopoczucia. Urządzenie opracowane przez polski start-up jest innowacyjne w skali świata.

– Jesteśmy jedną z pierwszych firm, które wprowadzają formę terapii hybrydowej, gdzie pacjent zarówno przychodzi na wizytę do lekarza, jak i później w domu jest monitorowany i każde jego zaostrzenie jest widoczne w panelu lekarza. W zeszłym roku wypuściliśmy na rynek naszą nakładkę FindAir ONE i było to pierwsze w Europie komercyjnie dostępne urządzenie tego typu – przekonuje Jacek Mikosz.

Produkt może być stosowany przez pacjentów w celu samokontroli. Producent współpracuje też z lekarzami, którzy korzystają ze specjalnego panelu i proponują swoim pacjentom stosowanie tego urządzenia. Nakładka FindAir ONE została już zatwierdzona jako wyrób medyczny i otrzymała znak CE. Jest kompatybilna z najbardziej popularnymi w Europie inhalatorami, takimi jak m.in. Ventolin, Atrodil, Seretide, Serevent, Flixotide czy Budiair.

– Pracujemy nad szeregiem rozwiązań, które będą pasowały do różnego typu inhalatorów, i różnymi inhalatorami, które będą monitorowały każde użycie leku. Naszym zadaniem jest scyfryzować całą terapię astmy. Chcemy mieć całe portfolio urządzeń, które pozwoli na skuteczną terapię, czy będzie ona prowadzona w gabinecie u lekarza, czy też w domu pacjenta – zapowiada współzałożyciel FindAir.

Astma jest nieuleczalną chorobą zapalną dróg oddechowych. Towarzyszą jej częste napady duszności. Według szacunków WHO na całym świecie obecnie cierpi na nią 235 mln ludzi. Dane Polskiej Federacji Stowarzyszeń Chorych na Astmę, Alergię i POChP (przewlekła obturacyjna choroba płuc) wskazują, że na astmę oskrzelową choruje ponad 4 mln Polaków. Z raportu The Insight Partners wynika, że rynek inteligentnych inhalatorów był w 2018 roku wyceniany na 1,1 mld dol. Do 2027 roku jego wartość wzrośnie niemal ośmiokrotnie.

Platforma e-zamówień publicznych przyspieszy i usprawni przeprowadzanie przetargów. Cyfrowe narzędzia pozwolą szybko analizować dostępne dane

W 2021 roku w życie wejdą nowe zapisy dotyczące zamówień publicznych, które przyspieszą i usprawnią przeprowadzanie przetargów. Nowe regulacje prawne zakładają stworzenie elektronicznej platformy do komunikacji biznesowej pomiędzy wykonawcami i zleceniodawcami. Dzięki zastosowaniu cyfrowych narzędzi do kontroli obiegu informacji zamówienia publiczne staną się bardziej transparentne, a dostęp do nich zyska szersze grono małych i średnich przedsiębiorców.

– Przygotowaliśmy projekt budowy ogólnopolskiej platformy e-zamówień, która umożliwi ogłaszanie przetargów z poszanowaniem reużywalności danych i ogłoszeń oraz umożliwi składanie ofert bez konieczności korzystania z różnych rozwiązań zewnętrznych. 1 stycznia chcemy oddać nowy Biuletyn Zamówień Publicznych, a 1 kwietnia moduł składania i otwarcia ofert, który zabezpieczy wykonawców i zamawiających na platformie. Pod koniec roku chcemy oddać moduł analityczny BI, gdzie będzie można dokonywać wszelkich możliwych analiz – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Hubert Nowak, prezes Urzędu Zamówień Publicznych.

Pandemia koronawirusa odcisnęła piętno na sektorze zamówień publicznych. W pierwszych siedmiu miesiącach 2020 roku liczba przetargów spadła aż o 11 tys. w porównaniu do analogicznego okresu w roku ubiegłym. Mimo to sytuacja epidemiczna w kraju pokazała, jak istotne dla gospodarki może okazać się wprowadzenie elektronicznych systemów kontroli i zarządzania przetargami. W czasie restrykcji pandemicznej zanotowano znaczący wzrost odwołań składanych drogą elektroniczną – w bieżącym roku stanowiły one aż 60 proc. wszystkich dokumentów tego typu. Dla porównania w 2019 roku przez internet złożono 49 proc. odwołań.

Wprowadzenie nowego Prawa zamówień publicznych, które za kilka miesięcy wejdzie w życie, może zdynamizować proces cyfryzacji tego sektora finansów publicznych i zachęcić do udziału w przetargach szersze grono odbiorców.

– Elektronizacja zamówień jest potrzebna po to, żeby uprościć i przyspieszyć dostęp do danych, żebyśmy w jednej chwili wiedzieli, gdzie są przetargi i co się z tym wiąże. To ułatwienie dla wykonawców, żeby nie musieli filtrować wielu baz danych, ułatwienie składania ofert poprzez reużywalność pewnych danych i uproszczenie w ich składaniu – tłumaczy ekspert.

Jednym z nadrzędnych celów wprowadzenia nowych regulacji jest zwiększenie udziału małych i średnich firm w procesie przetargowym. Platforma do elektronicznego składania wniosków ma zwiększyć liczbę ofert składanych na poszczególne projekty, a co za tym idzie, poprawić konkurencyjność konkursów.

Platforma została zaprojektowana w taki sposób, aby mogła obsłużyć do 35 tys. podmiotów zainteresowanych uczestnictwem w przetargach. Ponadto zintegrowane systemy analityczne umożliwią zautomatyzowanie części procesów, co z kolei przełoży się na przyspieszenie i usprawnienie procesu przetwarzania dokumentów.

– W skali całego kraju mamy 140 tys. zamówień rocznie, a zbieranie tak wielu informacji zajmuje dużo czasu. Dzięki tej bazie będziemy mogli uzyskać je bardzo szybko i śledzić proces zamówieniowy od zaplanowania aż po etap wykonania. Dziś wiemy, z kim zawarto umowę i na jaką kwotę, ale nie wiemy, na jaką kwotę została de facto wykonana, jaki był czas realizacji, czy zwiększył się jej zakres. Nowe Prawo zamówień publicznych powiązane z platformą e-zamówień przewiduje takie informacje – tłumaczy Hubert Nowak.

Projekt sfinansowano ze środków Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa, a łączny koszt jego realizacji wyniesie 34 mln zł.

Ursula Von der Leyen wygłosiła orędzie o stanie UE 2020. Wyznaczyła kurs i priorytety na nadchodzący rok

Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen wygłosiła dziś bardzo emocjonalne i proeuropejskie orędzie o stanie UE w Parlamencie Europejskim. W trwającym półtorej godziny przemówieniu omówiła przyszłość kluczowych unijnych polityk oraz przedstawiła nowe inicjatywy, których celem ma być wspólne wyjście z kryzysu. Przewodnicząca przekazała europosłom list intencyjny, w którym zawarte są wszystkie nowe propozycje KE na najbliższy rok.

Priorytety KE: Przyspieszenie ochrony klimatu, powołanie unii zdrowia, walka z kryzysem

Wśród najważniejszych postulatów wyróżnić można powołanie europejskiej unii zdrowia, nowe ambicje zwiększenia celów redukcji emisji CO2 do 2030r. do co najmniej 55%, zapowiedź przedstawienia propozycji prawnej w sprawie krajowych ram dotyczących płacy minimalnej oraz tworzenie „cyfrowej dekady Europy”.

Przemówienie Von der Leyen potwierdziło już wcześniejsze zapowiedzi Komisji odnośnie tego, na co będzie położony nacisk w Programie Odbudowy Next Generation EU: środowisko i zmiany klimatu, gospodarka cyfrowa oraz budowa Unii odpornej na kryzysy m. in. poprzez konsolidację rynku wewnętrznego oraz dywersyfikację łańcuchów dostaw, realizując tym samym cele krótko- (wyjście z recesji) i długookresowe (modernizacja gospodarki UE oraz wzrost globalnej konkurencyjności).

W świetle ostatnich analiz Konfederacji Lewiatan i Forum Energii („Impuls energii dla Polski”), już wykorzystanie najniżej wiszących owoców w zakresie transformacji energetycznej uruchomiłoby w Polsce ponad 580 mld zł inwestycji oraz stworzyło ok. 240 tys. nowych miejsc pracy w dekadzie 2020-2030. Dzięki środkom NGEU ten impuls może być jeszcze większy.

Należy położyć nacisk na ucyfrowienie całej gospodarki, co wymaga wsparcia infrastrukturalnego. Przewodnicząca Komisji wskazała na potrzebę zwiększenia dostępności konkurencyjnego cenowo i bardzo szybkiego internetu. Szerokopasmowy dostęp do sieci o bardzo wysokiej przepustowości jest naturalnym sprzymierzeńcem wzrostu kompetencji zawodowych, większej mobilności zawodowej, społecznej czy fizycznej i tworzy większy popyt na usługi cyfrowe (np. w obszarze mediów, e-zdrowia).

Bardzo cieszy biznes dostrzeżenie przez przewodniczącą Komisji istoty jednolitego rynku dla odnoszenia sukcesów przez europejskie firmy nie tylko w obrębie UE, ale także poza nią oraz dla dobrobytu pracowników m.in. dzięki swobodzie podejmowania zatrudnienia w dowolnym państwie członkowskim. Jednolity rynek, jak słusznie zauważyła Von der Leyen, pozwala firmom na korzystanie z efektu skali, co podnosi ich globalną konkurencyjność. Zapowiedziała w nadchodzącym roku poprawienie implementacji i egzekwowania już obowiązującej legislacji, ale także ograniczenie biurokracji i dalsze znoszenie barier na jednolitym rynku.

Jak zauważa K. Grafa, dyrektorka Biura Lewiatana w Brukseli: Pomimo, że co do zasady Konfederacja Lewiatan oraz BusinessEurope zgadzają się z tymi pięknie brzmiącymi słowami, to smuci nas fakt, że ten fragment przemówienia Von der Leyen jest jednym z najmniej konkretnych. Przewodnicząca von der Leyen nie wymieniła ani jednej kluczowej bariery, którą Komisja chciałaby wyeliminować w nadchodzącym roku i konkretnego kalendarza prac w tym zakresie, jak miało to miejsce gdy mówiła np. o przeglądzie obowiązującego prawa energetycznego i klimatycznego.

– Przyjęty w lipcu br. Pakiet Mobilności, który nakłada nieuzasadnione biurokratyczne bariery na firmy przewoźnicze w całej UE przeczy zapowiedziom znoszenia barier na jednolitym rynku. W związku z tym najbliższy rok pokaże, czy Komisja Europejska rzeczywiście pójdzie w kierunku prawdziwego wzmacniania jednolitego rynku, czy też są to dla niej tylko puste slogany, które powtórzy w tej samej formie za rok – podkreśla Adam Dorywalski, ekspert Konfederacji Lewiatan i TLP w Brukseli.

Najważniejsze postulaty orędzia o stanie UE

• Konferencja w sprawie przyszłości Europy powinna powołać fundamenty Europejskiej Unii Zdrowia, czyli poszerzyć kompetencje UE o sprawy związane ze zdrowiem publicznym.
• Powołanie nowej europejskiej agencji BARDA (Agency for Biomedical Advanced Research and Development), zajmującej się zaawansowanymi badaniami biomedycznymi i rozwojem. Jej celem będzie zwiększenie zdolności reagowania na zagrożenia transgraniczne.
• Przewodnicząca KE ogłosiła globalny szczyt zdrowia, który odbędzie się w 2021r. pod przewodnictwem Włoch.
• Przyznanie środków NextGenEU będzie związane z poszanowaniem praworządności.

Gospodarka

• Kluczowym narzędziem dla strategii wyjścia UE z kryzysu spowodowanego pandemią koronawirusa jest instrument NextGenEU w wysokości 750 mld euro. 20% tej kwoty ma pójść na sprawy cyfrowe, a 37% zostanie wykorzystane na projekty ekologiczne. 30% NextGenEU zostanie pozyskane za pośrednictwem zielonych obligacji.
• Silniejsza Unia Gospodarczo-Walutowa ma kluczowe znaczenie, szczególnie w przypadku unii bankowej i unii rynków kapitałowych.
• Konieczne jest wzmocnienie międzynarodowej roli euro.
• Przewodnicząca zobowiązała się do wzmocnienia rynku wewnętrznego, który jest kluczowy dla rozwoju przedsiębiorstw: zmniejszanie biurokracji i ochronę czterech swobód, w tym zapowiedź utworzenia nowej strategii dla Schengen.
• Aktualizacja europejskiej strategii przemysłowej i ram polityki konkurencji (pierwsza połowa 2021r.)
• Podatek cyfrowy: jeśli nie zostanie znalezione rozwiązanie w ramach OECD, wówczas UE przedstawi nową propozycję na początku przyszłego roku.

Klimat

• Zwiększenie z 40 do co najmniej 55% unijnych celów w zakresie redukcji emisji CO2 do 2030 r.
• Całe prawodawstwo UE dotyczące energii i klimatu zostanie poddane przeglądowi w świetle tego celu do lata 2021r.
• Przedstawiony zostanie także mechanizm granicznego podatku węglowego (Carbon Border Adjustment Mechanism).
• Fundusz na rzecz Sprawiedliwej Transformacji to unijne narzędzie łagodzenia trudności społecznych związanych z zieloną transformacją naszych gospodarek.
• Zbudujemy milion punktów ładowania elektrycznego.
• UE będzie wspierać Europejskie Doliny Wodoru na obszarach wiejskich.
• Nasze budynki odpowiadają za 40% emisji, dlatego NextGenEU będzie silnie wspierać nowe technologie w sektorze budowlanym – propozycja budowy nowego „Europejskiego Bauhausu”.

Sprawy społeczne

• Instrument SURE działa i dzięki niemu wsparcie uzyskało około 40 milionów pracowników.
• Praca w UE musi być godna i godnie wynagradzana, dlatego UE przedstawia propozycję prawną dotyczącą krajowych ram w zakresie płacy minimalnej. Jednak Unia będzie respektować tradycję państw członkowskich w odniesieniu do płacy minimalnej.

Sprawy cyfrowe

• Kolejne lata muszą stać się cyfrową dekadą dla Europy. Zostanie na to przeznaczone 20% NextGenEU.
• UE ma zaległości w segmencie B2C, ale nie w zakresie dużych zbiorów danych przemysłowych (B2B). Jednak 80% europejskich danych przemysłowych nie jest gromadzonych, a przez to są one utracone.
• UE zbuduje europejską chmurę w oparciu o GAIA X.
• Sztuczna inteligencja otwiera przez nami nowe możliwości, nowy świat. Jednak potrzebujemy jasnych zasad, m. in. w zakresie ochrony danych osobistych. W przyszłym roku Komisja przedstawi nowe prawo dotyczące bezpiecznej tożsamości cyfrowej.
• Inwestycje w wysokości 8 mld euro w badania nad super komputerami „made in Europe”.
• KE chciałaby, aby przemysł UE opracował europejski super chip.

Sprawy międzynarodowe

• Silna obrona multilateralizmu, współpracy międzynarodowej i odrzucenie podejścia „Europa pierwsza”.
• Wezwanie do głosowania większością kwalifikowaną w zakresie polityki zagranicznej, przynajmniej w zakresie praw człowieka i sankcji.
• Propozycja prawna ustawy Magnickiego w sprawie nowych ram sankcji.
• Wyraźne odrzucenie i krytyka ostatnich działań Rosji związanych z otruciem A. Navalnego – von der Leyen podkreśliła, że nie jest to pojedyncze wydarzenie, ale model działania Rosji, z którym mieliśmy do czynienia wcześniej, m. in. w Gruzji, na Ukrainie, w Syrii. Przewodnicząca podkreśliła, że ten model się nie zmieni i „nie zmieni go żaden gazociąg”.
• UE będzie pracować nad nową agendą transatlantycką i nowymi stosunkami z Wielką Brytanią – UE potrzebuje „nowego początku ze starymi przyjaciółmi”. Von der Leyen równocześnie ostro skrytykowała brytyjską ustawę o rynku wewnętrznym.
• Propozycja zbudowania Sojuszu na rzecz sprawiedliwego globalnego porozumienia z podobnie myślącymi partnerami.
• „Chiny są partnerem negocjacyjnym, konkurentem gospodarczym i rywalem systemowym” – oczekujemy od Chin respektowania zasady wzajemności oraz sprawiedliwego dostępu dla naszych firm na ich rynku.
• Słowa wsparcia dla obywateli Białorusi.
• UE zadba o powszechną dostępność szczepionki nie tylko dla swoich obywateli, ale na całym świecie. Do tej pory pod jej przewodnictwem udało się uzyskać na ten cel 60 mld euro w ramach współpracy z 20 krajami.

Prawa człowieka

• Migracja: w przyszłym tygodniu Komisja przedstawi nowy pakt w sprawie migracji.
• KE przedstawi propozycję dotyczącą mowy nienawiści. W Europie nie ma miejsca dla dyskryminacji, rasizmu i antysemityzmu.

Nowi dyrektorzy zarządzający MVGM w Polsce

Virginie de Baere zostaje dyrektorem zarządzającym MVGM w Belgii. W jej roli w Polsce zastąpią ją Agnieszka Nowak i Łukasz Mazurczak.

MVGM kontynuuje strategię nakierowaną na zapewnienie najwyższej jakości usług w obszarze zarządzania nieruchomościami oraz stwarzanie optymalnych warunków do rozwoju kompetencji pracowników. Celem MVGM jest rozwój biznesu we wszystkich klasach aktywów. Obecnie firma koncentruje się na wdrażaniu usług zarządzania nieruchomościami mieszkaniowymi w każdym z krajów europejskich, w którym działa, w tym również w Polsce. Pozwoli to jeszcze lepiej reagować na potrzeby klientów, tym bardziej, że MVGM jest organizacją w pełni wyspecjalizowaną w zarządzaniu nieruchomościami, co stanowi jej ważną przewagę konkurencyjną.

Virginie de Baere, która aktualnie zajmuje stanowisko dyrektor zarządzającej MVGM w Polsce, po 20 latach pracy na polskim rynku, wraca do ojczystej Belgii, gdzie obejmie stanowisko dyrektora zarządzającego tamtejszego oddziału MVGM oraz skąd będzie odpowiedzialna za ekspansję MVGM na francuskim rynku. Za polski biznes będą odpowiedzialni Agnieszka Nowak oraz Łukasz Mazurczak, którzy będą łączyć nową funkcję z dotychczasowymi stanowiskami w polskich strukturach MVGM. Aktualnie kierują oni odpowiednio – zespołem ds. zarządzania obiektami handlowymi oraz nieruchomościami biurowymi i magazynowo-logistycznymi.

Dwóch dyrektorów zarządzających i wspólny cel – ekspansja w segmencie nieruchomości mieszkaniowych

Strategicznym celem dla co-liderów MVGM w Polsce, obok rozwoju biznesu i relacji z polskimi klientami, będzie przygotowanie firmy do ekspansji i rozwoju w segmencie nieruchomości mieszkaniowych. Firma będzie też koncentrować się na rozbudowie swojego polskiego zespołu, co jest związane z rozszerzeniem portfolio MVGM o ten typ procesów. MVGM to innowacyjna organizacja inwestująca w technologie zwiększające wydajność i dokładność usług. W związku z tym już wkrótce Polska otrzyma dostęp do dodatkowych narzędzi biznesowych, takich jak wirtualne dashboardy służące do wizualizacji danych nieruchomości, które będą stanowić dodatkową usługę dla klientów.

Decyzja o powrocie do Belgii nie była prosta. Z polskim rynkiem jestem związana od przeszło 20 lat. To tu przez całą swoją karierę zawodową rozwijałam najlepsze praktyki w obszarze zarządzania nieruchomościami komercyjnymi. Natomiast dzięki europejskiej prezencji MVGM, będę mogła kontynuować swoją karierę jako szef firmy w Belgii oraz osoba odpowiedzialna za rozwój biznesu we Francji. Polska to dojrzały rynek, a MVGM to mocny lider sektora nieruchomości w obszarze property management. Udało nam się tu zbudować wspaniały zespół, który ma bardzo dobre perspektywy i jest ważnym wsparciem dla klientów. Zostawiam polski biznes w najlepszych rękach. Serdecznie gratuluję Agnieszce i Łukaszowi, dziękuję za ich wkład w rozwój naszej firmy i życzę im powodzenia. Bardzo cieszę się na współpracę z zespołem MVGM w Belgii, która ma na celu kontynuowanie rozwoju wiodącej na rynku zarządzania nieruchomościami firmy, którą obecnie jesteśmy. – komentuje Virginie de Baere

Agnieszka Nowak posiada wieloletnie doświadczenie w branży nieruchomości komercyjnych. Karierę w tym obszarze rozpoczęła w 2006 roku od objęcia stanowiska dyrektora marketingu łódzkiej Manufaktury, pierwszego projektu mixed-use o takiej skali w Polsce. W 2012 roku przeniosła się do Rosji, do Galerii w Sankt Petersburgu zarządzanej przez JLL z ramienia Morgan Stanley, a następnie do Almaty w Kazachstanie, gdzie została dyrektorem zarządzającym centrum Esentai Mall, gdzie głównymi najemcami były takie marki jak Dior, Louis Vuitton, czy Prada. W 2016 roku wróciła do Polski, zajmując stanowisko dyrektora zarządzającego Galerii Północnej w Warszawie, gdzie była w pełni odpowiedzialna za otwarcie centrum i budowę zespołu. Agnieszka łączy rozległą, strategiczną wiedzę i doświadczenie marketingowe z praktyką zarządzania dużymi obiektami handlowymi. Od ubiegłego roku kieruje pracami działu zarządzania nieruchomościami handlowymi w MVGM w Polsce.

Łukasz Mazurczak to ekspert z 20-letnim doświadczeniem w sektorze nieruchomości komercyjnych. Przez wiele lat był związany z JLL, współpracując blisko z Virginie de Baere i Tomaszem Trzósło, a wcześniej z Cushman & Wakefield. Najpierw w JLL, a obecnie w MVGM kieruje działem zarządzania nieruchomościami biurowymi oraz magazynowymi, a także jest odpowiedzialny za jego rozwój w ślad za zwiększającym się systematycznie portfelem obsługiwanych obiektów, w tym prestiżowych wysokościowych budynków jak Warsaw Spire, Rondo 1, czy Gdański Business Center. Łukasz jest również specjalistą w opracowywaniu i wdrażaniu strategii usług premium PM dla nowoodawanych i istniejących nieruchomości, mających na celu utrzymanie wysokiego zadowolenia najemców i prolongaty umów najmu. Jego specjalizacja obejmuje również zakupy portfelowe (w tym mediów, serwisów budynkowych) oraz wdrażanie metod zarządzania jakością podwykonawców i procesów wewnętrznych.

Połączenie różnych specjalizacji tworzy przewagę

Biorąc pod uwagę nasze wysokie oczekiwania wobec polskiego rynku oraz strategię dalszego wzrostu w odniesieniu do aktywów biurowych, handlowych i magazynowo-logistycznych, a także naszą nową specjalizację w segmencie mieszkaniowym, zdecydowaliśmy o powołaniu dwóch osób na stanowisko dyrektorów zarządzających. Agnieszka i Łukasz stanowią zespół o unikalnych i wszechstronnych kompetencjach. Szczególnie w tych wymagających czasach, kiedy biznes nieruchomościowy musi sprawnie reagować i odpowiadać na zawirowania rynkowe, łączenie różnych specjalizacji, doświadczeń i perspektyw jest bardzo cenne. Serdecznie gratuluję obojgu awansu na to stanowisko. Chcielibyśmy również podziękować Heldze Cosyns, z którą aktualnie prowadzimy rozmowy o jej nowej roli w strukturach MVGM, za jej wysiłki i zaangażowanie w działalność MVGM w Belgii. Virginie dziękujemy za dotychczasowe działania na stanowisku dyrektor zarządzającej w Polsce, przyjęcie nowej roli i możliwość wykorzystania jej wiedzy i kompetencji na naszych rynkach w Europie. – komentuje Menno van der Horst, Członek Zarządu MVGM

Covid-19 zmienił sposób prowadzenia biznesu na świecie. Czy działania online na stałe wejdą do naszej rzeczywistości?

Pandemia Covid-19 sprawiła, że ruch w sieci wzrósł w tym czasie o 30%1, a zakupy online w marcu zrobiło aż 73% obywateli2. Z możliwości Internetu korzystano także w celach edukacyjnych. W marcu, na jednej z platform, odnotowano w Polsce wzrost liczby przeprowadzanych webinarów aż o 1156%.3 Wszystkie dane przemawiają za tym, że pandemia przyspieszyła cyfryzację usług, a z możliwości przestrzeni wirtualnych zaczęli korzystać nawet najwięksi internetowi sceptycy. Czy tych kilka miesięcy zmieniło nasze nawyki? Czy zakupy online, edukacja zdalna i spotkania video na stałe staną się częścią naszej rzeczywistości?

Skutki pandemii najbardziej odczuły małe i średnie firmy. Wyniki badania Salesforce Research Consumer i Salesforce Workforce Research pokazują, że 45% przedstawicieli sektora małych i średnich przedsiębiorstw deklarowało zmianę modelu biznesowego.4 Zwiększenie lub rozpoczęcie sprzedaży online na przełomie marca i kwietnia 2020 deklarował głównie sektor handlowy oraz usług biznesowych.5 Fakt, iż umiejętność poruszania się po przestrzeni online dla wielu przedsiębiorców decydowała o przetrwaniu, potwierdza akcja przeprowadzona przez Agencję Rozwoju Przemysłu, której celem było zachęcenie przedsiębiorców do przenoszenia biznesu do sieci. W ramach akcji wraz ze wsparciem Allegro, OLX i ARP, proponowano wiedzę i rozwiązania ułatwiające zrobienie tego kroku. mBank także przygotował narzędzia, które mają pomagać w prowadzeniu sklepów internetowych.

Edukacja online, czyli jak kursy pomogły przedsiębiorcom

Już od dawna na rynku widoczny był trend cyfryzacji procesów firmowych, a także przenoszenia usług do przestrzeni online. Zazwyczaj taka optymalizacja była elementem długoterminowej strategii firm. I choć zakupy przez Internet szybko zdobywały sobie zwolenników, tak dla wielu – szkolenie się za pośrednictwem platform internetowych, było nowością. Tworzenie projektów edukacyjnych dostępnych w sieci to dla wielu przedsiębiorców szansa na skalowanie biznesu.

Motywacji, by przenieść swój biznes do online jest wiele. Przedsiębiorcy szukają sposobu, by zdobyć niezależność i wolność finansową. Są przemęczeni i sfrustrowani codzienną pracą lub chcą zwiększyć swoją efektywność, czyli pracować mniej i zarabiać więcej. Dodatkowo są świadomi, że ich młodsi Klienci w wirtualnej przestrzeni czują się jak w domu. Przymus sięgnięcia po produkty online podczas pandemii sprawił, że wiele osób zrozumiało, że może się szkolić z każdego miejsca na ziemi, co więcej, część z nich odkryła, że posiada wiedzę, którą również może dzielić się z innymi za pomocą kursów. Uważam, że pandemia przekonała nieprzekonanych, że w XXI wieku posiadanie w swojej ofercie produktów online to już nie przywilej, a konieczność. – Magdalena Pawłowska, ekspertka kursów online, autorka książki pt. „Jedna kampania do wolności”, założycielka podcastu „Marketing MasterClass”.

Szczególnym zainteresowaniem podczas pandemii cieszyły się webinary. Firma ClickMeeting przeprowadziła badanie, z którego wynika, iż w Polsce w marcu wzrost liczby przeprowadzanych webinarów wyniósł aż 1156%. Chociaż jest to jedno z głównych narzędzi edukacji w Internecie, zaledwie 26% webinarów prowadzonych było przez szkoły i uniwersytety, pozostali uczestnicy to głównie branża szkoleń i kursów, marketingu czy IT. Według badania 80% ankietowanych pozostanie przy tej formie komunikacji online nawet, gdy pandemia ucichnie.6

Biznes online w praktyce

Pandemia w brutalny sposób uświadomiła przedsiębiorcom, że opieranie biznesu tylko na jednej, stacjonarnej nodze, to za mało. Okazało się, że nawet firmy, które z pozoru mogą funkcjonować tylko w formie bezpośredniego kontaktu z Klientem, mogą część swoich usług oferować w wersji cyfrowej.

Przeniesienie działań do sieci było naszą jedyną opcją, by utrzymać biznes. Sytuacja wymagała uruchomienia wyobraźni i otworzenia się na nowe rozwiązania. Nie mogliśmy działać stacjonarnie, tak jak do tej pory, więc zaczęliśmy udzielać lekcji przez Internet. Odkryliśmy nowe możliwości – poszerzyliśmy ofertę, zyskaliśmy nowych Klientów, a także mogliśmy działać niezależnie od lokalizacji. W czasie pandemii stworzyliśmy m.in. innowacyjny projekt, skierowany do nowej, niszowej grupy Klientów, który okazał się strzałem w dziesiątkę i cieszy się dużym zainteresowaniem. Wprowadziliśmy również rozwiązania, które w zależności od potrzeb umożliwią nam mieszanie zajęć online i stacjonarnych. Mogę więc zdecydowanie stwierdzić, że działania online zostaną z nami na stałe. – Emilia Nikoniuk, właścicielka centrum edukacyjno-szkoleniowego „Stacja Dobrego Czasu”.

Sprzedaż jest tam, gdzie są osoby gotowe zakupić dany produkt. W ostatnim czasie ze względów bezpieczeństwa częściej wybieraliśmy kontakty pośrednie, np. za pomocą komunikatorów, preferowaliśmy zakupy online zamiast osobistych wizyt w kawiarniach czy sklepach. Sprawdziliśmy funkcjonalność tych rozwiązań i w wielu przypadkach odkryliśmy ich zalety, takie jak m.in. oszczędność czasu. Wszystko wskazuje więc na to, że innowacje wprowadzone w czasie największego kryzysu ostatnich lat pozostaną z nami na stałe, nie tylko w biznesie, ale i w codziennym życiu.

1] https://filarybiznesu.pl/raport-pie-w-polsce-ruch-w-sieci-30-proc-powyzej-tego-sprzed-pandemii/a4184.
2] https://www.gemius.pl/wszystkie-artykuly-aktualnosci/e-commerce-w-polsce-2020.html
3] https://knowledge.clickmeeting.com/uploads/2020/06/cm-covid-2020-report_PL.pdf
4] https://ceo.com.pl/jak-covid-19-zmienia-rynek-i-biznes-raport-salesforce-i-deloitte-38625
5] https://www.pwc.pl/pl/pdf/polski-mikro-maly-sredni-biznes-w-obliczu-pandemii.pdf
6] https://knowledge.clickmeeting.com/uploads/2020/06/cm-covid-2020-report_PL.pdf

Medicofarma przejmie Grupę HRC i wejdzie na rynek NewConnect

Medicofarma SA, spółka zajmująca się rozwojem i produkcją farmaceutyków, podpisała uzupełnienie dokumentu Term Sheet z głównym akcjonariuszem notowanej na NewConnect spółki Grupa HRC. Medicofarma SA, razem ze swoją spółką zależną – Vitama SA, postanowiły wydzielić ze swoich biznesów prace badawczo-rozwojowe nad nowymi lekami oraz wyrobami medycznymi
i wnieść je do spółki notowanej na New Connect, jednocześnie przejmując jej pakiet kontrolny.
W efekcie część biotechnologiczna uzyskałaby status spółki publicznej.

Uważamy, że GPW jest naturalnym środowiskiem dla firm biotechnologicznych, czyli grona do którego bez wątpienia się zaliczamy. Wejście na New Connect będzie katalizatorem do dalszego rozwoju. Medicofarma SA jest producentem pierwszego polskiego testu molekularnego na koronowirusa, opracowanego przez naukowców z poznańskiego Instytutu Chemii Bioorganicznej PAN. Obecnie na rynek trafiła już czwarta wersja rozwojowa tego testu i trwają prace nad kolejnymi
– mówi Cezary Kilczewski, Prezes Medicofarma SA.

Medicofarma SA i Vitama SA nabędzie od głównego udziałowca posiadane przez niego i jego spółkę zależną, łącznie 7.500.000 akcje serii A i C, stanowiące 88,23% kapitału Emitenta, dające prawo do 92,81% głosów na walnym zgromadzeniu akcje spółki Grupa HRC oraz przeniesie część majątku Medicofarama SA i Vitama SA zajmującej się biotechnologią w zamian za akcje serii D i E, które emitent wyemituje dla akcjonariuszy Medicofarma SA i Vitama SA.

W związku z ww. uzgodnieniami, na wznowionym Nadzwyczajnym Walnym Zgromadzeniu spółki Grupa HRC w dniu 30 września, planowane jest podjęcie uchwał:

  1. w sprawie podwyższenia kapitału poprzez emisję akcji z wyłączeniem prawa poboru, skierowaną do spółki Medicofarma SA i jej podmiotu zależnego, na warunkach wspomnianych wyżej;
  2. w sprawie wyrażenia zgody na zbycie dotychczasowego przedsiębiorstwa spółki;
  3. zmiany w składzie Rady Nadzorczej spółki polegające na odwołaniu dotychczasowych członków Rady Nadzorczej i powołaniu pięciu nowych członków wskazanych przez Medicofarma SA;
  4. zmiany statutu spółki, obejmujące podwyższenie kapitału zakładowego, zmianę PKD, zmianę firmy spółki na „Medicofarma Biotech Spółka Akcyjna”.

Zgodnie z zapisami uzupełnionej treści Term Sheet, intencją Stron jest dopuszczenie akcji serii D i E spółki, które zostaną wyemitowane w ramach realizacji niniejszego Term Sheetu, do obrotu na alternatywnym rynku obrotu NewConnect, prowadzonym przez Giełdę Papierów Wartościowych w Warszawie. Dodatkowo strony uzgodniły, że na akcjach serii C, D i E zostanie ustanowiony lock-up w ilości 50% posiadanych przez strony akcji na okres jednego roku od dnia dopuszczenia tych akcji do obrotu na rynku New Connect.

Dotychczasowa działalność Grupy HRC uległaby wygaszeniu poprzez sprzedaż aktywów spółki, spłatą jej zobowiązań lub zbycie zorganizowanej części przedsiębiorstwa.

Medicofarma Biotech SA to nowa nazwa giełdowej Grupy HRC SA, która będzie zajmować się przede wszystkim pracami badawczo-rozwojowymi, które będą prowadzone w nowym laboratorium w Lublinie (gdzie Vitama SA rozpoczęła prace m.in. nad lekiem przeciwnowotworowym). Z uwagi na planowane wspólnie z poznańskim Instytutem Chemii Bioorganicznej PAN prace nad wieloma projektami biotechnologicznymi – drugie laboratorium zostanie otwarte wkrótce w Poznaniu. Do dyspozycji spółki będzie także laboratorium w nowoczesnym Zakładzie Farmaceutycznym Medicofarma SA w Radomiu. Vitama SA skoncentruje się na swoim dotychczasowym podstawowym biznesie – sprzedaży własnych leków i wyrobów medycznych, natomiast Medicofarma SA na produkcji kontraktowej leków, wyrobów medycznych i suplementów diety – dodaje Cezary Kilczewski.

Strony wzajemnie oświadczyły, iż od daty zawarcia Term Sheet, przez okres nie dłuższy niż do dnia 30 września 2020 r. nie podejmą żadnych rozmów, negocjacji ani nie poczynią żadnych uzgodnień z podmiotami trzecimi, które mogłyby być sprzeczne z intencjami, celem i założeniami opisanymi w dokumencie Term Sheet a dokonanie transakcji, objętej niniejszym Term Sheet, uzależnione jest od uzgodnienia treści satysfakcjonującej Strony dokumentacji prawnej oraz wyników badania prawnego, księgowego oraz finansowego spółki przeprowadzonego przez Medicofarma SA.

Zabraknie sprzętu do podania szczepionki przeciw COVID-19?

Obecnie cały świat oczekuje na szczepionkę przeciw COVID-19. Testy kliniczne nadal trwają, a gotowa szczepionka powinna być dostępna dla pacjentów na początku 2021 roku. Prawdopodobnie szczepionka przeciw COVID-19, jak większość innych nowych szczepionek, będzie dostępna w fiolkach, które zawierają proszek do przygotowania jednocześnie od kilku do kilkunastu dawek. Przed podaniem trzeba będzie go rozpuścić, a do wykonania immunizacji niezbędny będzie sprzęt do iniekcji w postaci igły, strzykawki, opatrunków oraz środków dezynfekujących. Eksperci podkreślają, że warto już dziś odpowiednio przemyśleć ten proces.

W Polsce, jak i na świecie, najbardziej znane są szczepionki w ampułkostrzykawkach, ponieważ w takiej formie podawane są np. te przeciw grypie. Jednak proces opracowywania stabilnej postaci płynnej i rejestracji nowej formuły leku może zająć od 18 do 36 miesięcy, a w zależności od wyników badań klinicznych, czas ten może być dłuższy[1]. Istnieje więc bardzo duże prawdopodobieństwo, że szczepionki przeciw COVID-19 zostaną udostępnione w formie proszku, w fiolkach ze specjalnego szkła borokrzemowego, które muszą spełniać szereg wymagań m.in. być zahartowane na niskie temperatury i być odporne podczas transportu. Taki proces produkcji pozwoli na szybszą dystrybucję, ale także zapewni dostępność większej liczby dawek szczepionki.

Do immunizacji w początkowym okresie dostępności szczepionek przeciw COVID-19 będzie wymagany sprzęt do iniekcji w postaci igieł i strzykawek, ale także środki do dezynfekcji oraz opatrunki. Podczas prowadzonych badań klinicznych, naukowcy aplikują ochotnikom dwie dawki szczepionki, w odpowiednich odstępach czasowych[2], więc gotowa szczepionka prawdopodobnie także będzie podawana w dwóch dawkach. Oznacza to zapotrzebowanie na podwójną liczbę wyrobów medycznych do iniekcji.

Według wytycznych Komisji Europejskiej państwa członkowskie powinny się zobowiązać do dostarczenia odpowiedniej liczby urządzeń do wykonywania masowych iniekcji[3]. Biorąc pod uwagę populację Unii Europejskiej, która wynosiła 446 mln w roku 2019, do wykonania szczepień byłoby potrzebne około 1 mld strzykawek i igieł. Niektóre kraje jak Wielka Brytania, Stany Zjednoczone i Kanada już zaczynają się zabezpieczać pod względem potrzebnego sprzętu do wykonywania masowych immunizacji, na czas gdy szczepionka przeciw COVID-19 będzie już gotowa. Kluczową kwestią jest, by każde z 27 państw członkowskich, w tym także Polska, zobowiązało się do zakupu i dostarczenia urządzeń niezbędnych do szczepień w postaci igieł i strzykawek, ale także opatrunków i środków dezynfekujących.

„Nie ma żadnych wątpliwości, iż nadchodzi trudny sezon wykonywania szczepień przeciw COVID-19, który będzie wymagał nie tylko odpowiedniego sprzętu do bezpiecznej i komfortowej immunizacji, lecz także stawia duże wyzwanie dla personelu medycznego, który będzie musiał te iniekcje w sposób bezpieczny dla siebie i pacjentów wykonać. Do Polski powinno trafić około 16 mln dawek szczepionki prawdopodobnie w opakowaniach wielodawkowych, co będzie wymagało minimum 32 mln odpowiednich igieł i strzykawek. Należy uniknąć sytuacji sprzed pół roku, gdy rozpoczęła się pandemia SARS-CoV-2 i problemów związanych z brakami sprzętu jednorazowego. Już dzisiaj powinniśmy pomyśleć o przygotowaniu się do masowych szczepień pod względem zaopatrzenia w niezbędny sprzęt” – komentuje dr hab. n. med. Ernest Kuchar, Prezes Polskiego Towarzystwa Wakcynologii.

Ministerstwo Zdrowia powołało zespół ds. zakupu szczepionki przeciw COVID-19, którego pierwsze posiedzenie odbyło się pod koniec sierpnia. Ustalono, że szczepienia będą zalecane osobom z grup najwyższego ryzyka powyżej 65 roku życia, pacjentom z chorobami współistniejącymi oraz pracownikom ochrony zdrowia. Dlatego rządy i instytucje, które są odpowiedzialne za dostarczenie szczepionek, muszą dokładnie przeanalizować komu podać szczepionkę w pierwszej kolejności, lecz także jak najlepiej zmaksymalizować wykorzystanie szczepionki, by zaszczepić jak najwięcej osób. Konieczna będzie współpraca z producentami wyrobów medycznych, którzy już teraz proaktywnie zwiększają możliwości produkcyjne. Przygotowanie do masowych szczepień w skali globalnej wymaga kompleksowego podejścia do ich planowania i współpracy pomiędzy producentami szczepionki, wyrobów medycznych i administracji.

[1] https://www.pharmtech.com/view/moving-vial-prefilled-syringe

[2] https://edition.cnn.com/2020/08/30/health/coronavirus-vaccine-two-doses/index.html

[3] https://www.europeanbiosafetynetwork.eu/covid-19-vaccination-programme/

Answear.com idzie na GPW

Właściciel Answear.com, czołowej platformy cyfrowej sprzedaży odzieży w Europie Środkowo-Wschodniej, złożył Prospekt Emisyjny do zatwierdzenia przez Komisję Nadzoru Finansowego. Spółka chce zadebiutować na głównym rynku Giełdy Papierów Wartościowych. Debiut planowany jest na koniec 2020 r.

Answear.com to internetowa platforma sprzedażowa z markową odzieżą, obuwiem oraz akcesoriami, która działa od 2011 r. Spółka prowadzi obecnie działalność w 7 krajach Europy Środkowo-Wschodniej: Polska, Czechy, Słowacja, Węgry, Rumunia, Bułgaria i Ukraina. Sprzedaż jest zdywersyfikowana geograficznie, a żaden z rynków nie stanowi więcej niż 30 proc. udziału w całkowitych przychodach Spółki.

– Już niedługo Answear.com dołączy do grona spółek publicznych. To naturalny krok związany z dynamicznym rozwojem biznesu, dużą już obecną skalą działalności i jeszcze większym apetytem na przyszłość. Złożyliśmy Prospekt Emisyjny do Komisji Nadzoru Finansowego, co oznacza, że jesteśmy coraz bliżej debiutu na rynku głównym Giełdy Papierów Wartościowych. – komentuje Krzysztof Bajołek, prezes zarządu Wearco S.A. – spółka jest w trakcie zmiany nazwy na Answear.com S.A.

Sklep oferuje około 80 tys. produktów z ponad 350 światowych marek. Istotną częścią oferty są marki premium (np. Diesel, Guess Jeans, CK, Tommy Hilfiger, Valentino, DKNY). Produkty z niższej półki cenowej są oparte głównie o markę własną Answear LAB.

– Jesteśmy pierwszym graczem w segmencie elektronicznej sprzedaży odzieży i obuwia na rynkach Europy Środkowo-Wschodniej. Dzięki temu osiągamy przewagę na polu rozpoznawalności marki oraz niższych kosztów marketingu. Nasi klienci doceniają nasz doskonały serwis w postaci szybkiej dostawy, łatwych zwrotów, oraz atrakcyjnego programu lojalnościowego. Jesteśmy również beneficjentami szybkiego wzrostu rynku e‑commerce – dodaje Krzysztof Bajołek.

Według ekspertów wartość handlu elektronicznego w Polsce może przekroczyć rekordowe 100 mld zł już w 2020 r. Jak szacuje Unity Group, w kolejnych latach do 2025 r. jego wartość będzie rosła co najmniej o 20 proc. rocznie. Natomiast rynek odzieży i obuwia w Polsce ma w 2020 r. osiągnąć wartości 40,3 mld zł, co oznacza wzrost r/r o 4,13 proc.*

– Answear.com dynamicznie rośnie zarówno pod względem liczby klientów, jak i sprzedaży. Już ubiegły rok był bardzo dobry – przychody ze sprzedaży spółki w 2019 roku wyniosły 311,2 mln zł, co oznacza wzrost o ok. 40,9 proc. r/r, a w tym roku obserwujemy dalszy, skokowy wzrost zainteresowania zakupami w sieci w całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej. – mówi Krzysztof Bajołek.

Właścicielem platformy Answear.com jest Wearco S.A. Spółka jest w trakcie rejestracji zmiany nazwy na Answear.com S.A.

Prospekt po jego zatwierdzeniu przez Komisję Nadzoru Finansowego zostanie opublikowany na stronie internetowej Spółki https://answear.com/relacjeinwestorskie.

*Raport PMR – Clothing and footwear retail market in Poland 2019, (listopad 2019 r.)

Answear.comAnswear. com jest internetową platformą sprzedażową z odzieżą, obuwiem oraz akcesoriami, która działa od 2011 r.

Spółka prowadzi obecnie działalność w 7 krajach Europy Środkowo-Wschodniej: w Polsce, w Czechach, na Słowacji, Węgrzech, Rumunii, Bułgarii i na Ukrainie. Sprzedaż jest zdywersyfikowana geograficznie, a żaden z rynków nie stanowi więcej niż 30 proc. udziału w całkowitych przychodach spółki.

Sklep oferuje około 80 tys. produktów z ponad 350 światowych marek. Istotną częścią oferty są marki premium (np. Diesel, Guess Jeans, CK, Tommy Hilfiger, Valentino, DKNY). Produkty z niższej półki cenowej są oparte głównie o markę własną Answear LAB.

Przychody ze sprzedaży spółki w 2019 roku wyniosły 311,2 mln zł, co oznaczało wzrost rdr o ok. 40,9 proc.

Optymistyczny Fed wesprze dolara, pesymistyczny ściągnie go na dno

W środę poznamy zaktualizowane projekcje ekonomiczne dla gospodarki USA, w których po raz pierwszy pojawią się przewidywania dla 2023 roku. Zachowanie dolara będzie zależeć od retoryki Fed i jego nastawienia do przyszłości. Co jeszcze mogą zrobić decydenci?

Od czasu ostatniego posiedzenia FOMC w lipcu, Rezerwa Federalna dokonała jednej z najbardziej znaczących zmian w swojej strategii polityki pieniężnej w ostatnich dekadach. Przemawiając podczas dorocznego sympozjum Jackson Hole, 27 sierpnia, przewodniczący FOMC, Jerome Powell ogłosił, że bank centralny będzie w bardziej elastyczny sposób podchodził do celu inflacyjnego. Bank będzie dążył do utrzymania średniego wzrostu cen na poziomie 2% aby nadrobić ostatni długi okres, kiedy inflacja w USA pozostawała poniżej celu inflacyjnego. Powyższa zmiana w polityce pieniężnej pozwala na położenie większego nacisku na wspieranie amerykańskiego rynku pracy, zwłaszcza osób o niskich dochodach. Gotowość Rezerwy Federalnej do akceptowania krótkoterminowych wzrostów inflacji sprawia, że poprzeczka, której przekroczenie uzasadniałoby podwyżki stóp procentowych w przyszłości, zawieszona jest wyżej. Jest to też wyraźny sygnał dla rynku, że ultra-niskie stopy procentowe zostaną z nami w przewidywalnej przyszłości.

Ponieważ tak znacząca zmiana została ogłoszona przed tegotygodniowym spotkaniem, nie spodziewamy się, że w środę czekają nas ogłoszenia o podobnym stopniu istotności. Nie oczekujemy znaczących zmian w kontekście komunikacji z rynkiem (forward guidance) biorąc pod uwagę niepewność, która wiąże się z pandemią i jej wpływem na gospodarkę USA. Fed prawdopodobnie nadal będzie podkreślał, że stopy procentowe pozostaną na rekordowo niskich poziomach w przewidywalnej przyszłości. W związku z tym, inwestorzy na rynku walutowym będą skupiać się na retoryce Fedu w kontekście ożywienia gospodarki USA i zaktualizowanych projekcjach ekonomicznych. Poniżej przedstawiamy kluczowe aspekty komunikacji banku centralnego, na które warto zwrócić uwagę w tym tygodniu.

Nowe projekcje makroekonomiczne

Fed w środę opublikuje zaktualizowane projekcje makroekonomiczne i dotyczące stóp procentowych. Co tyczy się pierwszego, sądzimy, że rewizja perspektyw w górę jest prawdopodobna. Podczas spotkania w czerwcu, bankierzy centralni ogłosili, że spodziewają się spadku PKB USA o 6,5% w tym roku, po czym w 2021 roku wzrostu rzędu 5%. Poprawa w globalnej gospodarce od tamtej pory następowała jednak z zasady szybciej niż oczekiwali u szczytu załamania.  Warto zaznaczyć, że wszystkie kluczowe wskaźniki: aktywność biznesowa, sprzedaż detaliczna i dane dot. zatrudnienia pokazały istotną poprawę po wycofaniu (w większości stanów) środków mających przeciwdziałać rozprzestrzenianiu się koronawirusa. Oczekujemy, że ton komunikatu ze spotkania będzie nieco bardziej optymistyczny w porównaniu z lipcowym, jak też, że prezes Powell przyzna, że perspektywy w znacznym stopniu zależą od rozwoju sytuacji w kontekście pandemii.

Sądzimy, że Fed dokona ostrej rewizji w dół prognoz bezrobocia. Stopa bezrobocia w USA wynosząca 8,4% znajduje się poniżej poziomu jaki Fed jeszcze w czerwcu oczekiwał na koniec roku (9,3%). Jeśli nie dojdzie do kolejnego znaczącego zwiększenia koronawirusowych obostrzeń sądzimy, że stopa bezrobocia w najbliższych miesiącach powinna nadal kierować się w dół, wraz z tym jak firmy powrócą do bardziej standardowego poziomu wykorzystania mocy produkcyjnych.

Prawdopodobnie największym zainteresowaniem rynku walutowego będą cieszyć się oczekiwania decydentów FOMC dotyczące stóp procentowych („dot plot”). Sądzimy, że mediana prognoz na 2022 rok nie zmieni się i pozostanie w okolicy zera (Wykres 1). Po raz pierwszy, decydenci będą również prognozować sytuację w roku 2023. Sądzimy, że część członków będzie oczekiwać podwyżek, jednak uważamy, że adopcja średniego celu inflacyjnego przez Fed zapewni, że mediana prognoz na 2023 rok również pozostanie w przedziale 0-0,25%. Byłoby to zgodne z oczekiwaniami rynku, zgodnie z którymi stopy procentowe wzrosną dopiero w 2024 roku. Naszym zdaniem oczekiwania decydentów dotyczące poziomu stóp procentowych w 2023 roku będą najistotniejszym punktem dzisiejszej komunikacji.

Wykres 1: „Dot Plot” FOMC [czerwiec 2020]

Dot Plot FOMCŹródło: Refinitiv Datastream Data: 11/09/2020

Jakie instrumenty może jeszcze wykorzystać Fed?

Od początku pandemii, Rezerwa Federalna wykorzystała niemal wszystkie dostępne narzędzia w celu wsparcia gospodarki USA zmagającej się z pandemią i jej konsekwencjami. Tak jak wspominaliśmy w raporcie przed decyzją FOMC w lipcu, sądzimy, że pole manewru do podjęcia dalszych działań nadal istnieje. Na rynku pojawiły się spekulacje dotyczące wykorzystania zarówno ujemnych stóp w USA, jak i zastosowania kontroli krzywej rentowności (YCC), w ramach czego Fed kupowałby konkretną ilość aktywów w celu utrzymania rentowności obligacji poniżej określonego poziomu.

Ostatnie komentarze ze strony oficjeli sugerują jednak, że użycie tych instrumentów w najbliższym czasie jest mało prawdopodobne. „Minutki” ze spotkania w czerwcu niemal wykluczyły ujemne stopy procentowe, sugerując też, że „wiarygodna” komunikacja z rynkami i skup aktywów są wystarczające, ograniczając korzyści z wdrożenia YCC. Sądzimy, że retoryka te sugeruje, że wdrożenie kontroli krzywej rentowności jest mało prawdopodobne, a poprzeczka, po której przekroczeniu doszłoby do wdrożenia ujemnych stóp procentowych zawieszona jest jeszcze wyżej. Wprowadzenie ujemnych stóp procentowych wydaje się niemal niemożliwe, o ile nie dojdzie do silnego pogorszenia warunków gospodarczych, czego jednak nie oczekujemy.

Ogólnie rzecz biorąc, uważamy, że Fed będzie chciał przyjąć podejście wait-and-see czekając na więcej informacji o tym, jak rozprzestrzenianie się koronawirusa wpływa na gospodarkę USA. Sądzimy też, że prawdopodobnie poczeka na więcej informacji z Kongresu dotyczących wydłużenia programu dodatkowych świadczeń dla bezrobotnych przed tym, jak wprowadzi istotne zmiany w forward guidance. Co tyczy się reakcji rynku walutowego, jeśli Fed zasugeruje, że rozważa pomysł wprowadzenia kontroli krzywej rentowności i – co znacznie mniej prawdopodobne – ujemnych stóp procentowych, sądzimy, że inwestorzy zostaliby zupełnie zaskoczeni, co doprowadziłoby do agresywnej wyprzedaży amerykańskiej waluty. Z drugiej strony, bardziej optymistyczne od oczekiwanych projekcje makroekonomiczne i mediana projekcji wskazująca na oczekiwania, że stopy procentowe wzrosną w 2023 roku, wsparłyby amerykańską walutę.

Decyzje Fed poznamy w środę o 20:00, konferencja prasowa po spotkaniu odbędzie się o 20:30.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Stopy procentowe wciąż niskie

Rada Polityki Pieniężnej nie zaskoczyła nas niczym na swoim posiedzeniu. Kredyty dalej pozostają rekordowo tanie, a lokaty niemal nie wypłacają odsetek. Pakiet danych z USA pokazuje, że gospodarka szybko nie wraca do wyników sprzed pandemii.

Dane z USA

Wczoraj poznaliśmy pakiet danych z USA. Produkcja przemysłowa spada w ujęciu rocznym o 7,7%. Z jednej strony w kwietniu było to -16,5%, z drugiej miesiąc temu -7,4%. Pokazuje to, że gospodarka USA wcale nie wraca płynnie na stare tory. Z drugiej strony bardzo korzystnie wypadł indeks NY Empire State pokazujący, że optymizmu nie brakuje. W rezultacie wczoraj byliśmy świadkami umacniania się dolara względem euro. Efektem był kilkugroszowy wzrost ceny dolara, podczas gdy euro było w miarę stabilne.

Huragan podbija ceny ropy

Z powodu huraganu w USA istotnie spadła produkcja ropy. Rezultatem był gwałtowny spadek zapasów. Wczorajsze dane pokazały zamiast oczekiwanego wzrostu o 2 mln baryłek spadek o 9,5 mln baryłek. Rezultatem jest odbicie cen ropy naftowej. Czarne złoto w ciągu dwóch dni podskoczyło już z 39,5 dolara do 41,5 dolara w przypadku ropy notowanej w Londynie, co ciekawe amerykańska ropa wzrosła mniej, ale ruch był bardzo podobny.

RPP bez niespodzianki

Wczorajsze posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej nie przyniosło żadnych zmian. Stopy procentowe pozostają na najniższych poziomach w historii. Jest to bardzo dobra wiadomość dla kredytobiorców, aczkolwiek trudno nazwać ją niespodzianką. W komentarzu do decyzji prezes NBP Adam Glapiński ocenił ten poziom jako właściwy i ewentualny wzrost uwarunkował od znalezienia się na stabilnej ścieżce wzrostu gospodarczego. Patrząc na zmiany PKB w tym roku możemy śmiało zakładać, że mamy kilka miesięcy spokoju, jak nie kilka kwartałów.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – sprzedaż detaliczna,

20:00 – USA – decyzja w sprawie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Jedna piąta restauracji Burger King w Polsce w rękach holdingu QSRP

20 restauracji należących do BK SEE Poland S.A. weszło w struktury grupy QSR Platform Holding. QSRP to nowo powstały międzynarodowy operator zarządzający już 1 000 restauracjami szybkiej obsługi w Europie.

Oficjalne informacja o powstaniu QSR Platform Holding SCA Group (QSRP), wspieranej przez Kharis Capital, ogłoszona została 15 września br. w Luksemburgu. Nowy gracz w sektorze QSR (quick service restaurants) dostarcza klientom doświadczeń kulinarnych za pośrednictwem ok. 1000 restauracji w 7 europejskich krajach: Austrii, Belgii, Francji, Luksemburgu, Niemczech, Polsce oraz Włoszech. W portfolio grupy znajdują się znane międzynarodowe marki: Burger King, wywodząca się z Belgii sieć restauracji z burgerami – Quick, serwujący produkty halal i oryginalne francuskie tacos – O’Tacos, specjalizujące się w owocach morza – NORDSEE oraz Go! Fish.

Nasz sukces polega na połączeniu różnorodnych koncepcji  żywieniowych, prezentujących odmienne kultury i produkty, przy jednoczesnym zachowaniu tożsamości indywidualnych marek. Wierzymy, że nasze podejście doprowadzi nas do zwiększonego udziału w rynku – podkreśla Alessandro Preda, Chief Executive Officer w QSR Platform Holding SCA.

QSRP obecnie generuje ok. 1 miliard euro sprzedaży w segmencie restauracji szybkiej obsługi, co stanowi fundament dla dalszego rozwoju, zarówno wewnętrznego jak i zewnętrznego.

– Wierzymy, że dzięki naszej znajomości branży wspieranej technologią cyfrową i różnorodnością naszych międzynarodowych zespołów, możemy zająć pozycję lidera w sektorze QSR – dodaje Alessandro Preda.

Spółka BK SEE Poland S.A. powstała pod koniec 2014 roku w celu wzmocnienia obecności marki w naszym kraju i przyspieszenia ekspansji prowadzonej do tej pory przez dwóch franczyzobiorców – AmRest i Autogrill. Spółka otworzyła w Polsce 20 restauracji zlokalizowanych głównie w dużych aglomeracjach lub przy węzłach autostradowych: Bielsko Biała (Galeria Sfera), Gdańsk (ul. Jana Pałubickiego 10 i Galeria Metropolia), Gdynia (Al. Zwycięstwa 179), Jaworzno (MOP Zastawie), Katowice (ul. Murckowska 26), Kraków (Al. Jana Pawła II 184, ul. Szewska 7 i ul. Pawia 5 – dworzec PKP), Lublin (ul. Krakowskie Przedmieście 20 i VIVO! Lublin), Łazy (al. Krakowska 215C), Poznań (ul. Lechicka 4 i ul. Hlonda 3), Ruda Śląska (al. Powstań Śląskich 43), Sieradz (MOP Dąbrowa Zachód), Warszawa (Modlińska 56 i al. Jerozolimskie 54 – dworzec PKP), Węgrzce (C.H. Atut), Wrocław (Aleja Bielany). Łącznie pod szyldem Burger King działa w Polsce 98 restauracji.

Sport, ogród i gotowanie – tak wykorzystujemy więcej wolnego czasu w pandemii

W czasie pandemii prawie 1/3 z nas zyskała więcej czasu wolnego. Najczęściej dodatkowe godziny poświęcaliśmy rodzinie oraz na odpoczynek i rozrywkę. 1 na 10 osób zainwestowała ten czas w rozwijanie umiejętności zawodowych. Już co trzeci Polak znalazł też nowe hobby i zainteresowania, najczęściej dostosowane do ograniczeń epidemii, jak np. gotowanie, uprawianie roślin, ogrodnictwo i sport. Chętniej inwestujemy także w nasze pasje. Podczas pandemii 22% z nas zwiększyło w tej sferze swoje wydatki – wykazało badanie przeprowadzone przez Krajowy Rejestr Długów.

Pandemia wpłynęła na ilość czasu wolnego – 31% z nas deklaruje, że ma go teraz więcej. Połowa zainwestowała go w rodzinę. Niemal równie chętnie wolne chwile przeznaczamy na relaks i odpoczynek (47%) oraz na szeroko pojętą rozrywkę – czytanie, oglądanie filmów i seriali (45%). Część osób wykorzystała je także na obowiązki domowe (44%), jednak zdecydowanie wolimy odpoczynek od pracy – tylko co 10 zapytany rozwinął się zawodowo.

Jedynie 4% ankietowanych wskazało, że nie skorzystało w żaden konkretny sposób z dodatkowego czasu. Różnicy w ilości wolnego czasu w okresie pandemii nie odczuło 62% zapytanych w badaniu KRD, ale tylko 7% deklaruje, że ma go mniej niż wcześniej.

Aktywni w pandemii…

Oprócz najprostszych form spędzania wolnych chwil, sporo Polaków znalazło czas na rozwijanie swojego hobby czy aktywności i to w nie zainwestowało dodatkowe godziny. Prawie 30% z nas w dobie pandemii więcej czasu poświęcało na swoje zainteresowania niż przed jej wybuchem. Zaledwie 6% badanych musiało go ograniczyć, a tylko 1,5% zupełnie ze swojego hobby zrezygnować.

Zdecydowanie więcej osób zamiast je porzucać znalazło nową pasję. Blisko co trzeci badany (31%) w czasie Covid-19 zainteresował się nowym hobby. Wśród najchętniej rozwijanych aktywności na pierwszym miejscu znalazły się: sport i ćwiczenia (35%), uprawianie roślin/ogrodnictwo (33%), gotowanie (32%). Popularne była także jazda na rowerze (30%), poświęcanie się lekturze książek (30%), czy oglądaniu filmów lub seriali (30%).

…także zakupowo

Polacy chcą być aktywni w czasie pandemii i szukają nowych zainteresowań. Za tym idą również wyższe wydatki na hobby. Blisko co piąty Polak (22%) zadeklarował, że przeznaczył więcej pieniędzy na swoją pasję czy dodatkową aktywność. To z pewnością pomogło wielu firmom oferującym materiały hobbystyczne w odrobieniu strat z czasu lockdown’u – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

Większości z nas, pomimo niepewnej sytuacji gospodarczej kraju, udaje się utrzymać swoje wydatki na hobby bez zmian (70%). Tylko 8% musiało je ograniczyć. Wśród najczęściej wymienianych powodów znalazły się brak wystarczających funduszy (43%), ale i chęć oszczędzania (39%). Choć finanse grają pierwsze skrzypce, to nie bez znaczenia pozostaje także zbyt duże zagrożenie zarażeniem koronawirusem w czasie hobbystycznych aktywności (29% wskazań). – Dla wielu branż, w tym oferujących towary związane z czasem wolnym, plany wydatków Polaków to wielka niewiadoma. O ile teraz chętnych na rozwijanie swoich zainteresowań i związane z nimi zakupy jest więcej niż tych, którzy je ograniczają, to nie wiadomo jak długo taki stan się utrzyma – zaznacza prezes Krajowego Rejestru Długów.

Nie wszędzie wróciliśmy

Lęk, nowy reżim sanitarny i długi przestój w czasie lockdown’u zebrały jednak swoje żniwo. Skutecznie utrudniły funkcjonowanie wielu firm, które oferowały możliwość masowego uprawiania popularnych aktywności. Przykładem mogą być obiekty sportowe. Według danych Krajowego Rejestru Długów zadłużenie przedsiębiorstw zajmujących się działalnością sportową, rekreacyjną i rozrywkową urosło od lutego do września o 28%, sięgając 30,85 mln zł. Średnie zadłużenie w tej branży wynosi prawie 27 tys. zł.

Słowacja drugim najczęściej wybieranym kierunkiem wakacyjnych wyjazdów Polaków

Tegoroczne wakacje upłynęły pod znakiem pandemii koronawirusa. Aż 82% Polaków deklarowało, że spędzi urlop w kraju. Nieliczni, którzy wybrali zagranicę pozostali wierni Chorwacji (30%), ale z podium najpopularniejszych kierunków spadły dotknięte pandemią Włochy (8%) i Hiszpania (5%). 

Na podstawie danych z kalkulatora ubezpieczeń turystycznych eksperci rankomat.pl sprawdzili, gdzie Polacy spędzili tegoroczne wakacje. Okazuje się, że obawy przed koronawirusem wpłynęły na ich wakacyjne decyzje. W tym roku kraje położone nad Morzem Śródziemnym cieszyły się mniejszym zainteresowaniem niż Słowacja, która po raz pierwszy znalazła się w gronie najpopularniejszych kierunków.

Chorwacja i długo, długo nic

28 maja Chorwacja otworzyła swoje granice dla obywateli Unii Europejskiej. Polacy, podobnie jak w latach ubiegłych, tłumnie ruszyli nad Adriatyk. 30% wyjeżdżających z Polski na wakacje zdecydowało się na urlop w Chorwacji – to o 5 punktów procentowych więcej niż rok temu.

Na kolejnych miejscach najczęściej wybieranych kierunków wakacyjnych można już zauważyć zmiany wywołane pandemią. Rok temu 19% Polaków jako cel wyjazdu wskazało Włochy, a 10% – Hiszpanię. W tym sezonie na te kraje zdecydowało się kolejno 8 i 5 procent polskich turystów. Są to jednak państwa, gdzie notuje się dużo przypadków zarażenia koronawirusem, co odbiło się na preferencjach urlopowiczów.

W tym roku na drugim miejscu najpopularniejszych wakacyjnych destynacji znalazła się Słowacja, którą odwiedziło prawie 10% Polaków. Na podium znalazła się także Grecja
z wynikiem 9%.

W pierwszej dziesiątce najpopularniejszych wakacyjnych kierunków w tym roku znalazły się jeszcze Niemcy, Bułgaria, Ukraina, Czechy i Austria. Z zestawienia całkowicie wypadły kraje pozaeuropejskie, które rok temu były w top 10 – Turcja oraz Stany Zjednoczone. Top 10 najpopularniejszych kierunków wakacyjnych 2020 r_v1

Urlop nie dłuższy niż 14 dni

Zdecydowana większość Polaków zdecydowało się na standardowe wakacje trwające od 8 do 14 dni – taką długość wyjazdu zadeklarowało 49% turystów. 21% wypoczywających zaplanowało urlop na czas od 4 do 7 dni. Wyjazdy powyżej 14 dni zadeklarowało tylko 18% urlopowiczów. Krótkie wyjazdy (do 3 dni) wybrało 12% Polaków.Długość wyjazdów wakacyjnych Polaków w 2020 r_v1

W tym roku całkowicie zrezygnowano z podróży powyżej 30 dni (w 2019 r. tę opcję wskazało 3% turystów). Pandemia koronawirusa, związany z nią lockdown i zamknięte granice zablokowały długie wyjazdy zapalonych podróżników.

Wakacje z rodziną lub we dwoje

Zdecydowana większość Polaków niezmiennie decyduje się na urlop z osobą towarzyszącą (30%) lub w rodzinnym gronie (26%). Nieco spadła liczba urlopowiczów wybierających samotne wyjazdy (obecnie 30%, spadek o 3 punkty procentowe w porównaniu z 2019 r.).Z kim Polacy wyjeżdżali na wakacje w 2020 r_v1

Trzydziestolatkowie wyjeżdżają najchętniej

25% polskich turystów wyjeżdżających za granicę to osoby w wieku 30-39. Nieco mniej polis zakupiono dla dzieci i nastolatków (23%). 21% wyjeżdżających to osoby w wieku 20-29 lat. Niewiele mniej (20%) jest podróżujących czterdziestolatków (40-49).Wiek Polaków odpoczywających na zagranicznych wakacjach 2020 r_v1B

Najmniej chętnie na podróż decydują się osoby w wieku 50-59 (7%) oraz 60+ (4%). Dane te nie odbiegają od statystyk z ubiegłego roku.

Ubezpieczenie turystyczne na wakacje 2020 od 4,28 zł

– Na początku pandemii większość ubezpieczycieli nie obejmowała ochroną zachorowania na Covid-19. Okres wakacyjny zbiegł się ze zmianą w regulacjach – coraz więcej towarzystw podjęło decyzję o ubezpieczeniu zachorowań na koronawirusa. Dlatego wybierając się na wakacje jesienią, warto porównać wszystkie oferty, aby zapewnić sobie kompleksową ochronę – mówi Robert Pelczar Product Manager rankomat.pl.

Poniżej 5 zł dziennie za ochronę płacili wyjeżdżający na Ukrainę, Chorwację i do Bułgarii. Niespełna 6 zł za dzień ubezpieczenie wyniosło wypoczywających w Hiszpanii, Niemczech, we Włoszech oraz Grecji. Powyżej 6 zł dziennie kosztowały polisy do Czech i Austrii. Najwięcej za ubezpieczenie musieli zapłacić podróżujących na Słowację (7,10 zł/dzień).Ile Polacy płacili za ubezpieczenie wakacji w 2020_v2

Aż 73% polskich internautów robi zakupy online – pandemia zmienia firmy e-commerce

  • Aż 73% polskich internautów robi na co dzień zakupy online, co jest efektem m.in. pandemii koronawirusa.
  • Zaufanie do tej formy zakupów w ostatnich miesiącach wzrosło, a ponad połowa firm chce zintensyfikować działania w e-commerce.
  • Wzrosty e-commerce wymagają wdrożenia nowoczesnych technologii w zakresie automatyzacji ręcznej pracy, co z kolei w ciągu trzech lat planuje aż 82% firm w efekcie pandemii COVID-19.

Czas globalnego lockdownu, który miał kluczowy wpływ na światową i europejską gospodarkę, zmienił również przyzwyczajenia konsumentów, którzy jeszcze chętniej niż dotychczas kupują online. Według danych zawartych w raporcie „E-commerce w Polsce. Gemius dla e-Commerce Polska” przygotowanym wraz z Izbą Gospodarki Elektronicznej już 73% internautów robi zakupy online, co stanowi wzrost o 11% względem roku ubiegłego.

Nawet sceptycy zaczęli kupować online

Trudny czas, gdy wielu z nas przez długie tygodnie pozostawała w domach, skłonił nas nie tyle do ograniczenia zakupów, a raczej do robienia ich w trybie online. Trend ten nie jest niczym nowym. W trakcie poprzednich epidemii, takich jak kryzys SARS w latach 2002 i 2003, chińskie platformy internetowe JD.com i Alibaba zwiększyły swoje obroty. Tendencja ta zdaje się powtarzać w chwili obecnej, a wielu firmom z branży dostaw i handlu internetowego udało się przekonać klientów do zakupów online. Dodatkowo w gronie kupujących za pośrednictwem sieci niemal 1/3, bo 28 % to osoby powyżej 50. roku życia.

– Jednym z powodów zwiększonych obrotów w branży zakupów online był, rzecz jasna, fakt, że dostępnych było mniej opcji offline. Z drugiej strony innym z ciekawych aspektów tego trendu jest fakt, że nowi użytkownicy, którzy do tej pory mogli unikać dokonywania zakupów przez Internet, dali obecnie szansę temu sposobowi zakupów – mówi Håvard Hallås, Dyrektor ds. Sprzedaży w Element Logic, dostawcy nowoczesnych technologii wspierających branżę e-commerce.

Rynek zmieni się na zawsze?

Hallås przewiduje zmianę w podejściu ludzi do wydawania pieniędzy i zwiększony poziom zaufania do zakupów online. Jego zdaniem po zakończeniu epidemii koronawirusa wielu z wcześniej niedoświadczonych użytkowników prawdopodobnie w dalszym ciągu będzie korzystać z platform do zakupów online.

– Innymi słowy, z powodu koronawirusa rynek e-commerce najprawdopodobniej w dalszym ciągu będzie się rozwijał, a w dalszej perspektywie czeka go nawet gwałtowny wzrost. Przy powiększającej się liczbie użytkowników doświadczających wygody tego sposobu dokonywania zakupów uważam, że coraz osób będzie korzystać z tej opcji po zakończeniu kryzysu – mówi.

Ci, którzy są nieprzekonani do kupowania w sieci, zwracają uwagę na brak kontaktu z produktem (43% odpowiedzi w cytowanym badaniu) – w przypadku sprawdzonych produktów kupowanych cyklicznie nie powinno mieć to tak dużego znaczenia, a może być ułatwieniem.

– Weźmy na przykład dostawę artykułów spożywczych: dla osób, które polegają na transporcie publicznym, jest to o wiele łatwiejsze rozwiązanie niż dźwiganie ciężkich zakupów do domu. – dodaje Hallås.

Pandemia a zmiany w modelu biznesowym

Zmiany wywołane pandemią koronawirusa i dynamiczne wzrosty w e-commerce powodują, że konieczne jest wykorzystanie narzędzi, które będą wspierać procesy. Ponad połowa firm (55%) planuje zwiększyć cyfrowy dostęp do klientów, zwirtualizować interakcje między przedsiębiorcami a konsumentami i zaangażować się w większy handel elektroniczny w krótkim okresie. Co więcej, według danych Ernst & Young w aż 82% firm spodziewane są przyspieszenia adopcji technologii automatyzującej ręczną pracę w ciągu najbliższych trzech lat.

Widzimy wzmożenie projektów z zakresu automatyki, które dotyczą branży e-commerce. Wiemy, że dzięki zautomatyzowanym procesom AutoStore nasi klienci dobrze poradzili sobie z trudnym czasem lockdownu. Jakość i wydajność procesów logistycznych magazynu wciąż są kluczem do sukcesu – podsumowuje Hallås z Element Logic, która wdraża automatyczne systemy magazynowe AutoStore.

Źródło:

  • Dane własne Element Logic
  • https://www.gemius.pl/wszystkie-artykuly-aktualnosci/e-commerce-w-polsce-2020.html
  • https://www.ey.com/en_gl/attractiveness/20/how-can-europe-reset-the-investment-agenda-now-to-rebuild-its-future

W ciągu roku wydatki na sztuczną inteligencję wzrosną o 50%

Jeszcze do niedawna obiecywano nam, że proces twórczy na długo pozostanie domeną człowieka. Wszystko wskazuje na to, że ten, kto tak mówił, będzie musiał się gęsto tłumaczyć. W zeszłym tygodniu SI zaczęła całkiem sprawnie pisać, a w tym – skomponowała nową piosenkę na potrzeby Tik Toka. Takich newsów będzie wkrótce o wiele więcej. Szacuje się, że w ciągu zaledwie roku wydatki na tę dziedzinę wzrosną o… połowę! Czy to oznacza, że mamy problem?

Jak podaje firma badawcza Research And Markets, globalny rynek sztucznej inteligencji wzrośnie z 28,42 mld USD w 2019 r. do 40,74 mld USD w 2020 r. Oznacza to blisko 43% dynamikę zmian w ciągu zaledwie 12 miesięcy. Piotr Prajsnar, CEO warszawskiej spółki Cloud Technologies, która wykorzystuje algorytmy SI do analizy wielkich zbiorów danych, jakie pozostawiają po sobie internauci w sieci, tłumaczy, że: – Globalny lockdown stał się punktem zapalnym cyfrowej rewolucji. Od tego momentu możemy mówić o powstaniu nowej fali transformacyjnych technologii, które skupiają się na automatyzacji procesów. W tym przede wszystkim technologii sztucznej inteligencji, która postrzegana może być jako antidotum powstrzymujące epidemię i jej skutki.

Taniec zwycięstwa

Zaledwie 2 lata temu Yann LeCun, Chief AI Scientist w Facebooku i profesor NYU, podczas Viva Technology w Paryżu zapewniał, że minie wiele lat, zanim sztuczna inteligencja rozwinie się na tyle, by zagrozić ludzkiej kreatywności. Dziś wydaje się, że jesteśmy bliżej tego stanu niż kiedykolwiek wcześniej.

Ostatnie tygodnie to prawdziwa kanonada, jeżeli chodzi o newsy opisujące nowe osiągnięcia SI. Startup Musiio właśnie wykorzystał swoje algorytmy sztucznej inteligencji do analizy muzyki, aby stworzyć idealny hit na TikToku. Czemu właśnie tam? Społeczność twórców zgromadzona wokół chińskiej platformy nieustannie poszukuje nowych piosenek, które mogą być wykorzystane do tworzonych filmów.

Musiio przeanalizowało więc 120 najlepszych utworów z listy odtwarzania TikTok Trending z 18 maja 2020 r., a następnie przepuściło utwory przez system SI. Algorytmy miały za zadanie zidentyfikować elementy muzyczne, które sprawiają, że film zyskuje wirusowy zasięg.

Identyfikacja kluczowych cech, które sprawiają, że założony przez nas cel jest osiągany przy użyciu sztucznej inteligencji to, co prawda w miarę nowe narzędzie, ale doskonale znane w świecie marketingu. Dobrym przykładem jest reklama realizowana w modelu automatycznym, czyli programmatic. Ta technologia polega na tym, że to algorytm decyduje o tym, komu, gdzie i za jaką cenę ma się wyświetlić dana reklama. A to wszystko dzieje się w ułamku sekundy, na podstawie danych o zachowaniu internauty. Jak podaje serwis eMarketer, dziś, ta forma sprzedaży powierzchni reklamowych odpowiada za 84% wszystkich sprzedanych reklam w sieci. – tłumaczy Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies.

Autor nieznany

Jeżeli stworzenie muzyki wydaje się komukolwiek łatwym zadaniem dla algorytmów to kolejne odkrycie, może wywołać zakłopotanie, nawet u zwolenników SI. Zaledwie kilka tygodni temu, robot napędzany sztuczną inteligencją o nazwie GPT-3 napisał interesujący esej dla ludzi, mówiąc, że jego gatunek (roboty) nie ma zamiaru unicestwić gatunku homo sapiens.

W stworzonym przez siebie eseju, który liczy ponad 1000 słów, wykorzystano potężny generator języka oparty na sztucznej inteligencji. Aplikacja starała się przekonać ludzkich czytelników, że roboty są nieszkodliwe i przychodzą z pokojem nastawieniem. Opublikowany na łamach serwisu „The Guardian” materiał wzbudził duże zainteresowanie czytelników z całego świata, ponieważ po raz pierwszy człowiek mógł lepiej poznać sposób myślenia maszyny.

Zmierzamy w kierunku sytuacji, w której sztuczna inteligencja stanie się znacznie mądrzejsza od ludzi. Myślę, że ramy czasowe wynoszą mniej niż pięć lat. Jednak to nie znaczy, że za pięć lat wszystko pójdzie do diabła. Oznacza to tylko, że sytuacja staje się niestabilna lub dziwna – powiedział Elon Musk, Dyrektor generalny Tesli i SpaceX w wywiadzie dla New York Times.

Czy możemy zawierzyć futuryście i technologicznemu wizjonerowi, jakim jest Musk? I tak, i nie. Ekscentryczny milioner znany jest ze swojego zamiłowania do teorii, które wiele nie odbiegają od fabuły wielu filmów kategorii science-fiction i nie zawsze znajdują one pokrycie w rzeczywistości. Jedno jest pewne – przed nami bardzo interesujące pięć lat.

Akcje firm najbardziej poszkodowanych przez kryzys mogą być niedoceniane

Jednym z najważniejszych pytań, jakie aktualnie stawiają sobie inwestorzy na rynkach kapitałowych jest to, jak będą sobie radzić w przyszłości sektory najbardziej poszkodowane przez kryzys. Czy sieci hoteli i linie lotnicze mogą być doskonałą okazją inwestycyjną?

Bardzo niskie stopy procentowe już od ponad 10 lat wyznaczają trendy na rynkach kapitałowych. W związku z tym inwestorzy muszą szukać innych rozwiązań niż lokaty bankowe i obligacje skarbowe. Jeżeli chcą osiągnąć jakiekolwiek dochody lub choćby uniknąć strat związanych z inflacją, muszą zainteresować się aktywami o wyższym ryzyku. To oznacza, że szczególnie atrakcyjne mogą stać się inwestycje w akcje przedsiębiorstw.

Giełdowe wzrosty omijają niektóre branże

Wydaje się, że inwestorzy doskonale rozumieją swoją sytuację. Już od drugiej połowy marca praktycznie wszystkie światowe indeksy giełdowe nieustannie rosną, a najważniejsze amerykańskie indeksy: Dow Jones Industrial Average i S&P 500 mimo głębokiego kryzysu są bliskie historycznych rekordów.

Od początku odpowiedzią rynku na światowy kryzys był wzrost akcji przedsiębiorstw technologicznych. Inwestorzy wierzą w to, że to właśnie nowoczesne technologie pomogą w walce ze spowolnieniem gospodarczym. Dlatego wartość indeksu nowojorskiej giełdy technologicznej Nasdaq po spadku o prawie 25% w pierwszej połowie marca, wzrosła do dziś aż o 62%. Licząc od początku roku inwestorzy zarobili ponad 24%. Inne branże, które doskonale sobie radzą w czasie kryzysu to farmacja, ochrona zdrowia czy rynek spożywczy. Wbrew często spotykanym opiniom całkiem nieźle przedstawia się sytuacja branży samochodowej. Indeks S&P Automotive Retail Subindustry wzrósł od początku roku o ponad 7%.

Istnieje jednak kilka sektorów gospodarki, które zanotowały szczególnie duże straty i póki co nie dotyczy ich trwająca od końca marca hossa. Indeks branżowy największych spółek hotelarskich S&P 500 Hotels Resorts & Cruise Lines od początku roku traci ponad 40%. Podobnie jest z indeksem branżowym linii lotniczych (-44%) i nieruchomości (-12%). Czy te spadki mogą być okazją do zakupów?

Czy sieci hoteli i linie lotnicze pozostaną nierentowne w długim okresie?

Każdy inwestor powinien odpowiedzieć sobie na pytanie, czy linie lotnicze, sieci hoteli i przedsiębiorstwa z sektora nieruchomości biurowych pozostaną nierentowne w długim okresie. Jeżeli tak, można spróbować krótkiej sprzedaży akcji. Natomiast jeżeli w perspektywie kilku miesięcy, aktualnie nierentowne sektory zaczną wracać do równowagi, to możemy być świadkami doskonałej okazji inwestycyjnej.

Należy pamiętać o tym, że na światowe giełdy trafiają ogromne ilości pieniędzy pochodzących z działań stymulacyjnych rządów i banków centralnych. Po pierwszych oznakach poprawy koniunktury w branżach najbardziej poszkodowanych, inwestorzy mogą chcieć wykorzystać te środki do zakupów akcji po bardzo niskich cenach. W celu podjęcia prawidłowej decyzji, najlepiej obserwować wskaźniki makroekonomiczne. Pierwsze, szacunkowe dane dotyczące PKB w trzecim kwartale w USA będą ogłoszone 29 października. Jeżeli potwierdzą się prognozy mówiące o wzroście o 15% w stosunku do drugiego kwartału, może zapalić się zielone światło dla wzrostu cen akcji przedsiębiorstw najbardziej poszkodowanych przez kryzys.

Autor: Łukasz Blichewicz – współzałożyciel i prezes zarządu grupy Assay, ekspert w zakresie rozwoju i finansowania spółek technologicznych.

Biura nie znikną, nadal będą kluczowe dla prowadzenia biznesu

Drastyczna zmiana prowadzenia warunków biznesu spowodowała pojawienie się różnych reakcji i nowych modeli dostosowania do nowej sytuacji na rynku nieruchomości komercyjnych. Zauważalny jest wzrost popytu na podnajmy i umowy krótkoterminowe, co wymaga większej elastyczności od właścicieli budynków. Praca zdalna stała się już naturalną częścią polskiego rynku pracy. Wiele firm wprowadziło rotacyjny tryb pracy np. 2 dni w biurze, a 3 zdalnie.

Koronawirus przyspieszył również transformację cyfrową np. wzrostu znaczenia pracy zdalnej, ale zarówno digitalizację nieruchomości, jak i innych procesów biznesowych oraz zarządczych. Procesy pracy zdalnej to najistotniejszy czynnik, który wpłyną na wyznaczenie nowych potrzeb konsumenckich widocznych nie tylko w sektorze komercyjnym, ale też na pierwotnym i wtórnym rynku mieszkaniowym. Czas „narodowej kwarantanny” wpłynął na wzrost popytu na domy i duże mieszkania w zielonych rejonach miast oddalonych od centrum. Będące w trakcie budowy biurowce zostaną dokończone, ale inwestorzy analizują nowe przeznaczenie planowanych do budowy jednostek w budynki mieszkaniowe.

Pandemia zmieniła rynek wynajmu powierzchni biurowych

Zwolnienia, praca zdalna, która na pewno się utrzyma, w jakimś zakresie powodują, że część wynajętej powierzchni biurowej stoi pusta, a niepotrzebne już metraże firmy próbują podnajmować. Mniej chętnie wybierane będą przestrzenie typu „open space”. Wiele firm na pewno powróci do układu gabinetowego. Zamknięte ścianami pomieszczenia są bezpieczniejsze. Zwiększy się też średnia powierzchnia przypadająca na jednego pracownika. Dziś jest to 7 mkw., a może być 10 – 15 mkw.

Według najnowszych danych REDD największej bazy danych o rynku biurowym w Polsce, w ofercie wynajmu jest obecnie w całym kraju ponad 2,52 mln m kw. powierzchni biurowej, co stanowi nowe maksimum tego wskaźnika dla roku 2020. Rynek jednak nie daje za wygraną, a najemcy podpisują umowy na nową powierzchnię. W okresie od 14 sierpnia 2020 roku do 14 września najwięcej nowych umów podpisano w Warszawie – w sumie sfinalizowano 212 transakcji. Drugi na liście liderów jest Wrocław z 45 transakcjami, a trzecie Katowice, gdzie podpisano 33 umowy. Tylko 12 transakcji w ostatnim miesiącu sfinalizowano Gdańsku, tam również wolna powierzchnia czeka na Najemcę najdłużej, bo aż 291 dni. Najszybciej wolna powierzchnia znajduje zbyt w Katowicach, gdzie moduły czekają na nowego Najemcę jedynie przez 174 dni. W Krakowie to 214 dni, we Wrocławiu 227, w Poznaniu 268, a w Warszawie 285 dni. W Warszawie mamy dokładnie 51 481 m2, a w Polsce 113 179 m2 powierzchni do podnajmu.

Jak model pracy zdalnej wpływa na rynek wynajmu powierzchni biurowych?

Pandemia niewątpliwie zmieniła trendy panujące na rynku biurowym. W krótkim czasie standardem może okazać się zawieranie najmów na 3 lata, a nie jak obecnie na 10, z ewentualną opcją wyjścia lub zmiany w połowie okresu najmu. To z kolei spowoduje, że deweloperzy będą musieli wypracować pewien mechanizm pozwalający im zachować płynność wobec wierzycieli, a jednocześnie pozyskiwać najemców. Wynajmujący mogą również dążyć do precyzyjnego określenia definicji siły wyższej w umowie najmu, jeżeli wcześniej tego nie zrobili. Część z nowo powstających biurowców ma już komplet najemców. Biorąc pod uwagę obiekty budowane w Warszawie, już ponad 60 proc. powierzchni jest zabezpieczona umowami „przed najmu” czy listami intencyjnymi.

Jak informuje raport Polskiej Izby Nieruchomości Komercyjnych (PINK) „Biura i magazyny 2020 – nowa rzeczywistość?”, którego źródłem danych są firmy doradcze działające na rynku nieruchomości komercyjnych (BNP Paribas Real Estate, CBRE, Colliers International, Cresa, Cushman&Wakefield, JLL, Knight Frank, Savills). Wolumen transakcji inwestycyjnych na rynku biur w I połowie roku osiągnął poziom ponad 1,3 mld euro. Sfinalizowano łącznie 21 transakcji kupna/sprzedaży 38 budynków biurowych. Do największych należały: sprzedaż przez Skanska High Five 4&5 do Credit Suisse (Kraków), Wola Center przez Develię do Hines (Warszawa) oraz Equal Business Park przez Cavatinę do Apollo Rida (Kraków). Duży wpływ na ten doskonały wynik dla sektora biurowego miała transakcja zakupu większości udziałów w GTC przez węgierski Optimum Ventures Private Equity Fund, która w Polsce obejmowała zarówno portfel budynków biurowych, jak i centra handlowe.

W transakcjach dotyczących powierzchni powyżej 5,000 mkw. widoczne są oczekiwania firm co do gwarancji elastyczności najmu, zarówno pod kątem ekspansji, jak i redukcji zajmowanej powierzchni. Niemniej jednak takie zapisy w umowach nie są nowością – istniały już dużo wcześniej, przed pojawieniem się wirusa. Ponadto, niemal połowa wolumenu powierzchni w budowie planowanego do oddania w tym roku jest już wynajęta, dlatego wskaźnik pustostanów nie powinien znacząco wzrosnąć. Prognozuje się, że nie przekroczy 12%. Firmy, które mogą sobie na to pozwolić, odkładają w czasie decyzje co do finalizacji najmu lub decydują się na rozwiązania hybrydowe.

W II kwartale 2020 roku na stołeczny rynek dostarczono około 100,1 tys. m2 nowoczesnej powierzchni biurowej w czterech projektach. Popyt w tym czasie osiągnął prawie 334,8 tys. m2, w tym szczególnie wysoką aktywność najemców zaobserwowano w II kw. tego roku — ponad 195,9 tys. m2 wynajętej powierzchni biurowej. Na koniec II kwartału br. w Warszawie wskaźnik pustostanów osiągnął wartość 7,9 proc. (wzrost o 0,4 pkt proc. w porównaniu z poprzednim kwartałem i spadek o 0,6 pkt proc. w odniesieniu do porównywalnego okresu w 2019 roku). Dostępność powierzchni biurowej wynosiła prawie 448 tys. m2. W strefach centralnych współczynnik pustostanów wyniósł 5 proc., poza centrum miasta sięgnął 9,8 proc.

Nowe potrzeby i oczekiwania konsumentów

Prewencja oraz bezpieczeństwo zdrowotne w biurach stały się jedną z głównych funkcji w projektowaniu i zarządzaniu nieruchomościami, a dystans społeczny stał się jednym z najważniejszych kryteriów organizacji funkcji w budynkach.

Obecnie już co trzeci pracodawca deklaruje zamiar przejścia na pracę zdalną, a ponad połowa organizacji rozważa tworzenie w przyszłości rozproszonych zespołów. Wzrasta również zainteresowanie hybrydowym modelem najmu, polegającym na połączeniu tradycyjnego biura i przestrzeni coworkingowej. Wszystko to powoduje, że część najemców nie potrzebuje już tak dużych powierzchni biurowych i decyduje się na podnajem dotychczasowego biura lub jego części, renegocjacje warunków, lub nawet rezygnację z posiadania większej liczby placówek i wypowiadanie umów najmu, potwierdzają badania Hays Poland.

Natomiast jak dowiadujemy się z raportu CBRE Research Gateway „Rynek powierzchni biurowych w miastach regionalnych” – w drugim kwartale roku odnotowano wzrost pustostanu o niemal 54 tys. mkw. CBRE to największa na świecie firma doradcza i inwestycyjna działająca w sektorze nieruchomości komercyjnych. Spadek stopy pustostanu nastąpił jedynie we Wrocławiu, Katowicach i Szczecinie. Największy wzrost poziomu pustostanu odnotowano w Lublinie (2,8 p.p.) oraz Trójmieście (2 p.p.), które mimo to utrzymuje najniższy poziom pustostanu ze wszystkich miast regionalnych.

W miastach regionalnych nie uwidocznił się ogólno-rynkowy trend w zmianach stawek czynszowych. Nieznaczny spadek poziomu czynszu w najlepszych budynkach odnotowano w Katowicach oraz Łodzi, gdzie wynoszą one obecnie odpowiednio EUR 13,8/ mkw. i EUR 13,3/ mkw. W części miast zauważono bardziej elastyczne podejście wynajmujących, w szczególności w przypadku projektów, które zostały dopiero dostarczone na rynek lub mają zostać dostarczone w najbliższym czasie, a nie mają osiągniętego założonego poziomu komercjalizacji, co może skutkować spadkiem poziomu czynszu efektywnego.

Rynek nieruchomości komercyjnych w Polsce wróci do poziomu inwestycji sprzed pandemii za 1,5 roku, tj. o ok. 6 miesięcy wcześniej niż inne rynki w Europie, wynika z raportu CBRE „Real Estate Market Mid-Year Outlook 2020”.

Autor: Adam Białas, ekspert rynku nieruchomości / dyrektor Core PR / dziennikarz. 

Polska na 32. miejscu jako najbardziej rozwinięte państwo świata według Indeksu Odpowiedzialnego Rozwoju PIE

Indeks Odpowiedzialnego Rozwoju to miara poziomu rozwoju państw przygotowana przez Polski Instytut Ekonomiczny jako alternatywa dla PKB. Jak wynika z jego najnowszej edycji, Polska to kraj o relatywnie niskich nierównościach dochodowych i wysokim poziomie bezpieczeństwa wewnętrznego. W tym roku do filarów Indeksu dołączyliśmy komponent związany z odpowiedzialnością za klimat. Polska może się w nim pochwalić imponującą skalą redukcji emisji CO2 (18. miejsce na świecie), ale wciąż mamy w tym obszarze dużo do poprawy. Na czele IOR stoją Szwecja, Dania i Norwegia, a za Polską uplasowały się m.in. Grecja i Chorwacja.

Spośród 159 państw poddanych analizie w Indeksie Odpowiedzialnego Rozwoju, Polska zajęła 32. miejsce jako najbardziej rozwinięte państwo świata. To rezultat o 8 pozycji lepszy niż wynikałoby z rankingu według PKB na osobę. Nasz kraj wypadł w IOR lepiej niż m.in. Rosja czy Chiny, a spośród krajów unijnych: Grecja, Chorwacja, Litwa, Łotwa, Rumunia i Bułgaria. Państwa, które mają PKB na osobę wyższe od polskiego według parytetu siły nabywczej, ale plasują się niżej w naszym Indeksie, to Zjednoczone Emiraty Arabskie, Bahrajn czy Litwa. Względnie dobrze wypadamy również na tle państw Grupy Wyszehradzkiej. Jesteśmy tuż za Węgrami i Słowacją, które zajęły 30. i 31. pozycję, natomiast wyprzedzają nas Czechy, które zajęły 20. miejsce  – dodaje Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego.Polska na 32 miejscu w Indeksie Odpowiedzialnego Rozwoju

Według Indeksu Odpowiedzialnego Rozwoju Polska ma najsilniejszą pozycję pod względem obecnego dobrobytu (I filar Indeksu), na co wpływają stosunkowo niskie nierówności dochodowe. Światową czołówkę w ramach tego czynnika stanowią Hongkong, Stany Zjednoczone i Norwegia. Polska plasuje się na końcu czwartej dziesiątki pod względem kreacji przyszłego dobrobytu (filar II) i czynników pozapłacowych (filar III). Zaważyły na tym m.in. relatywnie niskie wydatki na badania i rozwój, które stanowią 1,03 proc. PKB Polski (35. wynik na świecie) oraz słaba jakość powietrza mierzona stężeniem pyłów PM 2,5 (76. miejsce na świecie).

Spośród szczegółowych wskaźników Indeksu Odpowiedzialnego Rozwoju, Polska zajmuje najwyższą pozycję w mierze bezpieczeństwa. W 2018 r. liczba umyślnych zabójstw w przeliczeniu na liczbę mieszkańców wyniosła 0,77 na 100 tys. mieszkańców, co zapewnia nam 23. miejsce na świecie. Warto pamiętać, że jeszcze na początku lat 90. liczba ta była około trzykrotnie wyższa. W naszym regionie wypadamy lepiej niż Słowacja i Węgry (odpowiednio 40. i 71. miejsce), natomiast wyprzedzają nas Czechy (15. miejsce).

Zmian klimatycznych nie wolno ignorować

Jednym z najważniejszych postulatów Indeksu jest włączenie odpowiedzialności za globalny klimat do miar rozwoju państw. Przeciwdziałanie zmianom klimatu jest być może najważniejszym globalnym wyzwaniem XXI w. Badania naukowe wskazują, że wzrost miary globalnego ocieplenia do 1,5°C lub 2°C zwiększy intensywność susz oraz powodzi i ich negatywnych skutków, zarówno dla ekosystemów, jak i systemów społecznych. Z tego powodu uznaliśmy za konieczne włączenie kontroli emisji gazów cieplarnianych jako elementu oceny stanu rozwoju państw w IOR.

Tworząc Indeks cały czas mieliśmy na uwadze, że rozwoju społeczno-gospodarczego nie można mierzyć wyłącznie wielkością produkcji dóbr i usług. PKB pomija niektóre istotne aspekty wpływające na ocenę dobrobytu społeczeństw, a także znacząco zawyża poziom rozwoju rajów podatkowych oraz państw bogatych w surowce naturalne – tłumaczy Jakub Sawulski, kierownik zespołu makroekonomii Polskiego Instytutu Ekonomicznego.Polska na 32 miejscu w Indeksie Odpowiedzialnego Rozwoju 2020

IV filar Indeksu Odpowiedzialnego Rozwoju, związany z odpowiedzialnością za klimat, jest jednocześnie tym, w którym Polska wypada najsłabiej. Biorąc pod uwagę obecny poziom emisji CO2 na jednostkę wytworzonego PKB, Polska zajmuje 126. miejsce i znajduje się w gronie państw o najbardziej szkodliwym oddziaływaniu na globalny klimat. Optymizmem napawa jednak imponująca skala redukcji emisji w latach 1998-2018, wynosząca 52 proc. i dająca Polsce w tej kategorii 18. miejsce na świecie. Podobnie w tej kategorii wypadają Czechy, a także USA, Kanada i Australia, jednak w przypadku krajów anglosaskich wartości spadku emisji były niższe.

Państwa o najwyższym poziomie emisji CO2 na jednostkę wytworzonego PKB to przede wszystkim kraje stosunkowo słabo rozwinięte oraz niektóre państwa Europy Wschodniej (Ukraina, Bośnia i Hercegowina, Kosowo oraz Estonia).

Gdzie żyje się najlepiej?

Liderami Indeksu Odpowiedzialnego Rozwoju są kraje skandynawskie, które charakteryzuje nie tylko relatywnie wysoki poziom średniego bogactwa, lecz także niskie nierówności dochodowe oraz wysokie inwestycje w przyszłość. Ponadto dbają one o globalny klimat, o czym świadczą niska emisja CO2 na jednostkę PKB oraz duża skala redukcji tej emisji w ostatnich 20 latach. W pierwszej dziesiątce znalazły się także Izrael, Austria i Stany Zjednoczone. Te ostatnie nie radzą sobie jednak z równoważeniem gospodarczego, społecznego i ekologicznego rozwoju, co może być jedną z pośrednich przyczyn protestów społecznych w tym kraju.

Pierwsza edycja Indeksu Odpowiedzialnego Rozwoju została opublikowana w 2019 r. i składała się z trzech filarów, na które składało się osiem wskaźników. W tegorocznej edycji rozszerzyliśmy Indeks o czwarty filar związany z odpowiedzialnością za klimat.Gdzie żyje się najlepiej

Dziura ozonowa jest coraz mniejsza. To efekt wysiłków całego świata

Dziura ozonowa od lat jest przedmiotem zmartwień naukowców na całym świecie. Walka o przywrócenie odpowiedniej kondycji ozonosferze – tak ważnej dla zdrowia i życia nie tylko ludzi, ale także zwierząt i roślin – zjednoczyła ekspertów i polityków z wielu zakątków globu. A co najważniejsze, przynosi efekty. Z inicjatywy Organizacji Narodów Zjednoczonych 16 września obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Ochrony Warstwy Ozonowej.

Znajdująca się w odległości 10-50 km od powierzchni Ziemi ozonosfera spełnia istotną funkcję w kontekście działania całej naszej planety. Rolą obecnych w tej części stratosfery cząsteczek ozonu jest pochłanianie promieniowania ultrafioletowego. Jego ograniczanie jest niezwykle ważne, ponieważ w nadmiernej ilości jest zabójcze dla organizmów żywych – zarówno zwierząt, jak i roślin. Wieloletnie zaniedbania ludzkości doprowadziły jednak do degradacji warstwy ozonowej. Głównych przyczyn tego negatywnego zjawiska eksperci upatrują w szerokim wykorzystywaniu substancji zubożających tę warstwę. Wśród nich wymienia się freony, które jeszcze nie tak dawno służyły m.in. jako czynniki chłodzące w lodówkach i urządzeniach klimatyzacyjnych.

Dziura ozonowa to nic innego niż spadek stężenia ozonu w stratosferze. To zjawisko, które jest bardzo niebezpieczne dla zdrowia i życia ludzi. Zbyt duża ekspozycja na promienie ultrafioletowe może bowiem przyczyniać się do wielu problemów. Najpoważniejsze z nich to uszkadzanie włókien kolagenowych w skórze, prowadzące do przyspieszania procesu starzenia się, a także powodowanie nowotworów skóry, uszkadzanie łańcuchów DNA czy nawet degeneracja oczu w postaci zaćmy. Dodatkowo, intensywna emisja UV to także zagrożenie dla całego ekosystemu naszej planety. Rośliny wystawione na zabójcze promieniowanie są narażone m.in. na kłopoty związane z procesem wzrostu – mówi Dawid Okrój, specjalista ds. ochrony środowiska z Amest Sp. z o.o.

Na ratunek ozonosferze

Problemy związane z powstaniem dziury ozonowej zostały zauważone przez naukowców w II połowie XX wieku. Niedługo później, jeszcze w latach 80., podjęto działania, których celem była odbudowa ozonosfery, zdegradowanej m.in. przez freony i halony. 16 września 1987 roku – pod auspicjami Organizacji Narodów Zjednoczonych – podpisany został Protokół  Montrealski. Dzięki niemu, a także innym porozumieniom o charakterze międzynarodowym, udało się powstrzymać emisję związków chemicznych niszczących ozon. Do dziś emisja freonu spadła o ok. 90 proc., a od 2000 r. warstwa ozonowa odbudowuje się w tempie ok. 2 proc. rocznie.

W ten sposób doprowadzono do sytuacji, w której pokłady ozonu w stratosferze są coraz większe. Według informacji przekazanych w 2019 r. przez Program Środowiskowy Organizacji Narodów Zjednoczonych, problem może zostać w pełni zażegnany już za 30-40 lat.

Walcząc z dziurą ozonową walczymy z globalnym ociepleniem

Eksperci z Uniwersytetu Nowej Południowej Walii w Sydney wykazali, że przeciwdziałanie dalszej degradacji ozonosfery, polegające na zaprzestaniu emisji m.in. freonów, w wydatny sposób przyczyniło się do powstrzymywania innego światowego problemu, jakim jest globalne ocieplenie. Zdaniem naukowców, gdyby nie zrezygnowano z użycia tych szkodliwych substancji, temperatura na Ziemi w 2050 r. byłaby wyższa prawie o 1°C, a w niektórych regionach, np. w Arktyce, nawet o 4°C.

Dziś świat stoi przed koniecznością przeciwdziałania wielu problemom ekologicznym. Walka z dziurą ozonową czy globalnym ociepleniem należą do najważniejszych z nich. Równie dużym wyzwaniem jest edukacja całego społeczeństwa. Musimy nieustanie pokazywać, że każde działanie człowieka ma wpływ na to, jak będzie wyglądał nie tylko świat, w którym my żyjemy, ale także ten, który pozostawimy kolejnym pokoleniom – podkreśla Dawid Okrój.

Powell dużo może, ale mało musi

Senny start środowego handlu, gdyż inwestorzy nie chcą angażować się w nowe pozycje zanim nie usłyszą, co ma do powiedzenia szef Fed. Oczekiwania ustawiają się po gołębiej stronie, co powinno sprzyjać rozwijającemu się rajdowi ryzykownych aktywów. Na poprawie nastrojów zewnętrznych powinien korzystać złoty po tym, jak zeszła z niego premia niepewności związana z posiedzeniem RPP.

Po tym, jak pod koniec sierpnia podczas przemówienia otwierającego sympozjum Jackson Hole prezes Fed Jerome Powell ujawnił wyniki przeglądu strategii banku, zbliża się moment, kiedy będzie trzeba zaktualizować forward guidance w oparciu o nowe ramy polityki. Nowe założenia polityki przewidują dążenie do uśrednienia inflacji na 2 proc. w horyzoncie czasowym, tym samym pozwalając na przejściowe „przestrzelenie” celu, by skompensować okresy niskiej inflacji. Ponadto Fed nie będzie już decydował się na podnoszenie stóp procentowych, kiedy stopa bezrobocia spadnie poniżej długoterminowego poziomu równowagi, a raczej Fed skupi się na działaniu ku maksymalizacji zatrudnienia. Obecnie komunikat FOMC stanowi, że Komitet nie zdecyduje o zmianie stóp, dopóki nie zyska pewności, że gospodarka „jest na dobrej drodze do osiągnięcia maksymalnego zatrudnienia i celów stabilności cen”. Zasadnym jest modyfikacja tego fragmentu o tolerowanie wyższej inflacji przez pewien czas. Na konferencji prasowej prezes Powell może zasugerować, jak długi może to być okres czasu i jak wysoki poziom inflacji Fed jest w stanie znieść. Powell może, ale nie musi. W obecnej sytuacji nie ma wyraźnej potrzeby sztywnego ustalania założeń polityki stóp procentowych. Rynek zgodnie zakłada, że stopy procentowe pozostaną na niskim poziomie przez wiele lat, stąd nie ma różnicy, czy nakreślenie celów dla inflacji i zatrudnienia, które nie będą do osiągnięcia jeszcze przez długi czas, nastąpi teraz czy np. dopiero po posiedzeniu w grudniu. Niewykluczone też, że choć przegląd strategii zakończył się, w Komitecie wciąż trwa dyskusja nad progami dla reakcji Fed i póki nie ma zgody, forward guidance pozostanie w starej wersji.

Przypomnienie stanowiska Fed samo w sobie nie powinno być silnym impulsem do wyprzedaży USD, jednak ponieważ rynki są w fazie odbudowy równowagi po korekcie rynku akcji, gołębie sygnały z banków centralnych (też od EBC w ubiegłym tygodniu) powinny pomóc w odbudowie przekonania do rynku byka. Z jednej strony brak nowych informacji od Fed (i EBC) sugeruje, że EUR/USD powinien być mniej więcej na tym samym poziomie, na którym był po wystąpieniu prezesa Powella w Jackson Hole, tj. ok. 1,19. Z drugiej – pozytywna reakcja rynku akcji na gołębi wydźwięk FOMC otwiera przestrzeń dla wzrostowej presji na EUR/USD. Jednak nie sądzimy, aby potencjalna skala ruchu była duża (<0,5 proc.), gdyż rynek może szybko sprzedawać fakty z powodu braku nowych informacji. EUR/PLN pozostaje blisko 4,45, nieco wyżej niż w poprzednich dniach. Komunikat po wczorajszym posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej był w ogólnym ujęciu zgodny z oczekiwaniami. RPP dostrzega wyraźną poprawę w danych gospodarczych w III kw. i liczy na kontynuację tego trendu, czemu ma sprzyjać „dalsza poprawa koniunktury w otoczeniu polskiej gospodarki oraz działania ze strony polityki gospodarczej, w tym poluzowanie polityki pieniężnej NBP.” Jednocześnie RPP dostrzega negatywne ryzyka: „niepewność dotyczącą dalszego przebiegu i skutków pandemii, niższą dynamikę dochodów oraz słabsze niż w poprzednich latach nastroje podmiotów gospodarczych.” W komunikacie zwrócono też uwagę na negatywne skutki dla ożywienia z tytułu braku dostosowania kursu złotego. Jakkolwiek nie jest to nowa uwaga (jest powtarzana w komunikatach od maja), to jednak przypomnienie, że RPP patrzy na kurs PLN mogło stać się wczoraj pretekstem do przejściowej presji na osłabienie waluty. Jednak RPP na werbalnych ostrzeżeniach powinien poprzestać i złoty szybko powinien wrócić do dyskontowania nastrojów zewnętrznych. Powracający w ostatnich dniach apetyt na ryzyko będzie sprzyjał stopniowej aprecjacji złotego. Konrad Białas Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Założyciele firm rodzinnych znów u sterów, jaka jest zatem rola kolejnego pokolenia?

Jedna z najważniejszych cech wyróżniających firmy rodzinne od wszystkich pozostałych to marzenie o długowieczności. Na początku przedsiębiorczego działania tworzymy firmę dla realizacji celów biznesowych, ale z czasem pojawia się wizja utrzymania jej na dłużej, dla kolejnych pokoleń! I ten sposób myślenia jest charakterystyczny dla firm rodzinnych – niezależnie od kultury, w jakiej przyszło im działać, od miejsca na mapie, kontynentu. Firmy rodzinne to maratończycy, pisze dr Adrianna Lewandowska1.

I to proste na pozór stwierdzenie, implikuje bardzo sposób myślenia i działania biznesowego. Dotyczy to np. bardziej klarownego, roztropnego myślenia w obszarze zarządzania ryzykiem, większej elastyczności czy wreszcie ogromnego zaangażowania rodziny właścicielskiej. Badacz firm rodzinnych Peter Leach przywołuje badanie porównawcze, przeprowadzone przez HBR, pomiędzy firmami rodzinnymi a grupą firm nierodzinnych. Analiza wskazała, że w przypadku korzystnej sytuacji rynkowej firmy kierowane przez rodziny nie przynoszą tak dużych zysków jak przedsiębiorstwa z bardziej rozproszoną struktura właścicielską, ale gdy nadchodzą czasy trudne, firmy rodzinne radzą sobie wyraźnie lepiej od rywali2.

No i właśnie, taki „trudny czas” mamy teraz. Dotyczy wszystkich, praktycznie dotyka każdej branży, mało tego – ma charakter globalny. Jak sobie radzą firmy rodzinne w Polsce? Czy są jakieś charakterystyczne zachowania, które warte są omówienia, przedstawienia?

IBR to Instytut, który pozostaje w bezpośrednich relacjach – od początku epidemii – z ogromną liczbą FR w Polsce. I poprzez nasze programy: Akademia Sukcesora, programy rozwojowe, przygotowywane „Konstytucje”, czy wreszcie nasz słynny już Family Business Week, który odwiedziło łącznie prawie tysiąc członków rodzin właścicielskich – mamy przegląd tego, co się dzieje w czasie „covidowym” w firmach rodzinnych. Jest zatem sporo obserwacji, sygnałów, zdarzeń. Jedna z nich w sposób istotny nas zaskoczyła. A z uwagi na fakt, że ma bardzo duże znaczenie, jest istotna, postanowiliśmy się nią z Państwem podzielić.

Otóż zaznaczona na wstępie cecha długoterminowego myślenia o biznesie rodzinnym, „wymusza” niejako konieczność głębokiej refleksji u nestorów/założycieli firmy, na temat sukcesji. Temat złożony, trudny, wieloaspektowy. Jednocześnie – kluczowy! Pośród wielu firm rodzinnych ta tematyka staje już na agendzie. Bardziej lub mniej jest zaawansowana jako proces formalny, ale co najmniej powoduje rozmowy, obserwacje i wstępne decyzje pośród członków rodzin właścicielskich.

Skutkują one powoływaniem potencjalnych / czy też niekiedy / formalnych sukcesorów, na stanowiska managerskie, wysyłaniem na dodatkową edukacje biznesową, często wręcz – jeszcze nie prawnym, ale faktycznym – ustępowaniem miejsca w firmie przez nestorów, na rzecz córki lub syna. Jest to świadome wycofywanie się nestorów/ rodziców z pozycji zarządzania operacyjnego.

Proces taki jest już rozpoczęty w wielu firmach, prowadzony jest w sposób mądry, delikatny, ale i czytelny – zarówno dla potencjalnych sukcesorów, jak
i współpracowników.

W ten sposób właśnie, tę jedną z najważniejszych zmian w obrębie zarządzania firmą rodzinną, przeprowadza się poprzez budowanie samoświadomości potencjalnego sukcesora, poprzez budowanie tego, co najważniejsze w życiu, biznesie, a w biznesie rodzinnym szczególnie – zaufania!

Nie bez znaczenia jest środowisko firmowe, czyli wszyscy współpracownicy potencjalnego sukcesora! Powolny, ale widoczny proces „wycofywania „się założyciela
i coraz bardziej aktywne włączanie się w zarządzanie operacyjne sukcesora – buduje jego pozycję na „tu i teraz” ale – co ważniejsze – na przyszłość. Ten spokój w tym procesie, czytelna satysfakcja Nestora z rosnących umiejętności córki czy syna, wreszcie – zaufanie, o którym mówiliśmy – buduje kulturę firmy, atmosferę bezpieczeństwa, prognozuje dobrze na przyszłość.

A jaka jest nasza obserwacja, która postanowiliśmy się podzielić?

Otóż, dotyczy ona zachowań bardzo wielu nestorów/ założycieli, którzy w czasie epidemii i czasie kryzysu, nagle, w sposób bardziej czy mniej świadomy, przekreślają znacząco ten tkany z takim trudem proces przygotowania firmy do sukcesji. Polega to na myśleniu w kategorii – mój Sukcesor sobie nie poradzi, a czasami nawet bardziej stanowczo – zmarnuje mój dorobek życia! Dlatego nagle, bez przygotowania kogokolwiek, następuje powrót „wojowników”! Czując, że czasy są trudne, wymagają zdecydowanych działań, większego ryzyka, właściciele mają często poczucie, że „któż jak nie oni”. Łączy się to oczywiście z odsunięciem potencjalnego sukcesora od istotnych decyzji, od realizowania wcześniejszych planów itd. Zazwyczaj dzieje się to w formie wyłączenia lub ograniczenia sukcesora od działań i decyzji operacyjnych, ale z pozostawieniem go na tej samej pozycji managerskiej.

Jaki skutki to wywołuje „dzisiaj”, a jakie w przyszłości? 

Duże, bardzo duże i często trudno naprawialne! Bo przecież – mówiliśmy o zaufaniu! Takie zachowanie rodzica/ nestora właśnie w sytuacji obiektywnie trudnej (epidemia) jest klarownym i jakże bolesnym sygnałem dla sukcesora – nie dasz rady, nie potrafisz, nie ufam Tobie! I nawet jeśli nestor – a tak przecież często jest – nie chce, aby to było tak właśnie odbierane, bo przecież nie takie ma intencje… to niestety tak odczytywane jest!
I mamy wrażenie, że inaczej odbierane być nie może. To nie intencje są tutaj najważniejsze, tylko fakty!

Ten trudny do akceptacji sygnał jaki otrzymują sukcesorzy, którzy jakże często, tak bardzo dedykowani są wspólnej firmie rodzinnej, którzy snują już realne plany z objęciem jej swym zarządzaniem w przyszłości – rani ich bardzo mocno. Kryzys przeminie, firma przetrwa, ale nadwyrężone zaufanie może już pozostać! Wpisuje się to nadto w słowa dr Adrianny Lewandowskiej: „w tym czasie kolejne pokolenie, które – jak łatwo obliczyć – osiągnęło już wiek dojrzałości, znajduje się w coraz bardziej frustrującej pozycji oczekiwania”3.

Nadto, co ważne, aby raz jeszcze podkreślić – lider nie działa w próżni. Cała istota zarządzania to przecież relacje z ludźmi, współpracownikami. W tej zaś sytuacji to systematyczne, wcześniejsze budowanie pozycji Sukcesora – jako managera faktycznie odpowiadającego za określone obszary aktywności biznesowej, zostaje nagle i zaskakująco naruszone, poprzez „powrót” nestora/ szefa.  Ale co ważne – powrót kosztem pozycji sukcesora! Siłą rzeczy, sytuacja taka jest odbierana jako dowód ograniczonego co najmniej, zaufania rodziców/szefów do córki/ syna – sukcesorów!

Ponowne budowanie autorytetu sukcesora pośród współpracowników oczywiście jest możliwe, ale….

I wreszcie ostatnia konstatacja z tych obserwacji. Czy faktycznie jest tak, że samodzielny, emocjonalny często powrót do jednoosobowego zarządzania firmą przez nestora – da faktyczną gwarancję bezpiecznego przeprowadzenia firmy przez kryzys 2020? Może lepiej jest wykorzystać niekwestionowane umiejętności i doświadczenie nestora, w połączeniu z często innym, może bardziej świeżym, nowoczesnym spojrzeniem, profesjonalnego młodego pokolenia? I razem, pracując w Zespole w gronie rodziny, ale także wspólnie z innymi managerami z firmy, poszukać najlepszych dróg wyjścia z „czasu trudnego”? Ale także, co równie ważne, przygotować wspólnie firmę na czas „PO”!

Uznaliśmy za swój obowiązek podzielenie się z Państwem naszymi refleksjami. Dotykają one w istocie najdelikatniejszej misji jaką mają firmy rodzinne – budowania siebie samych na pokolenia!  Życie często stawia wymagania, zaskakuje – biznes jest tym środowiskiem, gdzie łączy się woda z ogniem – „bycie tu i teraz” i myślenie o przyszłości!  Ale to właśnie Ci, którzy potrafią z wytrwałością, pokorą i mądrością łączyć różne wyzwania, znajdują w efekcie satysfakcję, spełnienie i sukces!

O roli sukcesorów, o tym, jak budować kompetencje w tym trudnym czasie, będziemy dyskutować podczas zbliżającego się kongresu Next Generation, który odbędzie się 5-6 października 2020 r w Poznaniu. Jest również możliwość wzięcia udziału online, zapraszamy do zapisów. -> www.nextg.pl

Adrianna Lewandowska, Roman Wieczorek

  1. Dr Adrianna Lewandowska, Peter May

„Stawka większa niż biznes”

  1. Peter Leach

„Firmy rodzinne”

  1. Dr Adrianna Lewandowska, Peter May

„Stawka większa niż biznes”

Znów wzrosła liczba Polaków z własnym lokum

Eurostat niedawno podał, jaka część Polaków w 2019 r. posiadała lokum na własność. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili przyjrzeć się zmianom tego wskaźnika przez ostatnie kilkanaście lat.

Europejski Urząd Statystyczny (Eurostat) regularnie bada udział osób posiadających różne tytuły prawne do mieszkania (własność, najem wolnorynkowy oraz najem preferencyjny). Takie analizy dotyczą również Polski. Eurostat niedawno opublikował „polskie” wyniki z 2019 r. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili przyjrzeć się tym oraz starszym statystykom, które są bardzo ciekawe.

Eurostat w ramach swoich badań podaje udział osób zasiedlających mieszkanie (dom lub lokal) na podstawie danego tytułu prawnego. Warto pamiętać, że do badanej grupy oprócz właściciela mieszkania zaliczają się np. jego dzieci. Jeżeli chodzi o odsetek Polaków zamieszkujących własnościowe lokum (dom lub lokal mieszkalny), to ten wskaźnik przez lata zmieniał się następująco:

  • 2007 r. – 62,5% Polaków zasiedlających własnościowy dom lub lokal (w tym 2,9% zajmujących lokum obciążone kredytem na jego zakup lub budowę)
  • 2008 r. – 66,0% (4,4%)
  • 2009 r. – 68,7% (5,7%)
  • 2010 r. – 81,3% (6,8%)
  • 2011 r. – 82,1% (8,4%)
  • 2012 r. – 82,4% (9,6%)
  • 2013 r. – 83,8% (10,2%)
  • 2014 r. – 83,5% (10,8%)
  • 2015 r. – 83,7% (10,9%)
  • 2016 r. – 83,4% (11,6%)
  • 2017 r. – 84,2% (11,1%)
  • 2018 r. – 84,0% (11,3%)
  • 2019 r. – 84,2% (12,2%)

Powyższe dane wskazują, że udział Polaków zasiedlających własny dom lub lokal w ciągu zaledwie 12 lat zwiększył się o ponad 20 punktów procentowych. Co więcej, w 2019 r. odnotowano wzrost tego wskaźnika, który skompensował spadek widoczny rok wcześniej. W większym stopniu zwiększył się odsetek użytkowników mieszkań (lokali i domów) z kredytem na ich budowę lub zakup. Dane Eurostatu dobrze pokazują skalę ekspansji kredytowej banków na rynku hipotecznym przez ostatnie 12 lat.

Ciekawie prezentuje się także udział naszych rodaków, którzy zasiedlają lokum własnościowe bez kredytu mieszkaniowego. Wspomniany odsetek przez ostatnie lata zmieniał się następująco:

  • 2007 r. – 59,7%
  • 2008 r. – 61,6%
  • 2009 r. – 63,0%
  • 2010 r. – 74,5%
  • 2011 r. – 73,7%
  • 2012 r. – 72,8%
  • 2013 r. – 73,6%
  • 2014 r. – 72,7%
  • 2015 r. – 72,8%
  • 2016 r. – 71,8%
  • 2017 r. – 73,1%
  • 2018 r. – 72,7%
  • 2019 r. – 72,0%

Szybki wzrost analizowanego wskaźnika w latach 2008 – 2010 wynikał głównie z masowego wykupu mieszkań spółdzielczych. Później analizowana wartość ustabilizowała się już na poziomie wynoszącym 72% – 73%.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Północna Izba Gospodarcza krytycznie o ozusowaniu umów o dzieło

Poniedziałkowe wydanie dziennika „Rzeczpospolita” informuje o planach Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, by od 2021 roku objąć obowiązkowymi składkami ZUS umowy zlecenia. Byłaby to kolejna grupa umów cywilnoprawnych, które objęte byłyby obowiązkowymi składkami. Co więcej, nastąpiłoby to wbrew woli pracodawców i w  dużej mierze przy sprzeciwie pracowników, którzy z dużym prawdopodobieństwem będą musieli liczyć się z obniżeniem swoich wynagrodzeń. Koszty utrzymania pracowników zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych po zmianach wzrosną o 2,5 mld złotych rocznie. Zmiana może objąć nawet 850 tysięcy osób. Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie w imieniu swoich przedsiębiorców sprzeciwia się tej propozycji i wskazuje, że efekt ostateczny będzie niekorzystny dla przedsiębiorców i ogólnie rynku pracy.

Umowy cywilnoprawne powszechnie obowiązują w branżach, które koronawirusa przeżywają najmocniej. Stracą pracodawcy i pracownicy

W opinii Północnej Izby Gospodarczej propozycja, której zarys został ujawniony na początku tygodnia jest trudna do akceptacji z kilku powodów. Jest to działanie zmierzające do zwiększenia kosztów zatrudnienia, co w czasach pandemii koronawirusa silnie odbija się na przedsiębiorcach, możliwości zatrudniania kolejnych ludzi oraz na ich ogólnej efektywności. Umowy cywilnoprawne traktowane są przez przedsiębiorców zwykle jako umowy z pracownikami tymczasowymi lub współpracującymi z pracodawcą incydentalnie: -W czasach gospodarczego kryzysu spowodowanego pandemią koronawirusa rynek oczekuje od Rządu wsparcia i stosowania elastycznych rozwiązań, takie w zakresie regulacji na linii pracownik – współpracownik – pracodawca. Zwiększenie kosztów umów cywilnoprawnych spowodowuje, że wiele osób może stracić pracę – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej Jarosław Tarczyński.

– Obecnie, kiedy firmy starają się odrobić straty z wiosny, a część podmiotów dotkniętych  potencjalnymi zmianami nie jest w stanie w pełni prowadzić swoich działalności wprowadzanie  dodatkowych obciążeń dla przedsiębiorców jest wysoce ryzykowne. W tym momencie powinniśmy szukać rozwiązań osłonowych i  zapobiegawczych. Zabezpieczać przedsiębiorców przed utratą płynności i pracowników przed utratą pracy. Tworzyć jak najlepsze warunki do prowadzenia działalności gospodarczej, w tym w szczególności obniżać koszty pracy. Ozusowanie umów zlecenia spowoduje z pewnością dalszą redukcję zatrudnienia.  Zatrudnianie na umowy zlecenie często jest stosowane w turystyce, gastronomii i branży  eventowej, które najmocniej odczuły kryzys gospodarczy wywołany przez pandemię  koronawirusa. Dalsze podnoszenie kosztów funkcjonowania w tych sektorach w postaci wyższych składek, trudno wskazać jako działania osłonowe i wspierające w wychodzeniu z kryzysu – dodaje dr Piotr Wolny, Dyrektor Biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Prof. Zelek: „Kolejne rany zadane przedsiębiorcom ekstremalnie poranionym przez korona-kryzys”

O opinie w sprawie planów Rządu zapytaliśmy ekspertów współpracujących z Północną Izbą Gospodarczą w Szczecinie. – Planowane zmiany w zasadach oskładkowania wynagrodzeń z tytułu zleceń będą bardzo niemiłym i kosztownym zaskoczeniem dla blisko miliona osób pracujących w trybie umów cywilno-prawnych i ich zleceniodawców. Oskładkowanie wszystkich umów zleceń oznacza bowiem dla pracowników niższe wynagrodzenie netto, a dla firm bezpośredni i nie mały, bo ponad 20-procentowy wzrost kosztów pracy. Trzeba pamiętać, że w 2020 roku, na skutek walki z kryzysem covidowym rząd wygenerował potężny deficyt budżetowy i zadłuża gospodarkę na niespotykaną dotychczas skalę. Wielka szkoda, że rządzący dzisiaj nie rozumieją, że takimi rozwiązaniami zadają kolejne rany przedsiębiorcom i przedsiębiorstwom, które w tym roku zostały ekstremalnie poranione przez koronakryzys i związane z nim decyzje rządu. Takie decyzje opóźnią fazę ożywienia i spowodują eskalację recesji gospodarczej. Jednak nie miejmy złudzeń, tak jest od wieków. To obywatele spłacają długi zaciągane przez polityków – komentuje prof. Aneta Zelek, Rektor Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu.

– Wiele przedsiębiorstw korzysta z rozliczenia za pomocą umów cywilno-prawnych, w tym z umów zlecenia. Są one wygodnym rozwiązaniem, zwłaszcza w przypadku usług, czy wtedy kiedy mamy do czynienia z sezonowością sprzedaży i brakiem równomiernego strumienia przychodów w całym roku. Nie da się ukryć, że właśnie te przedsiębiorstwa mocno ucierpiały w ostatnim czasie w wyniku wprowadzenia obostrzeń związanych z przeciwdziałaniem wobec wirusa SARS CoV-2. W województwie zachodniopomorskim znaczny udział stanowią tego typu przedsiębiorstwa. Pod znakiem zapytania postawić można zasadność udzielania im wsparcia w czasie pandemii, jeśli jeszcze zanim zdążyły odrobić straty, wprowadza się rozwiązania utrudniające bieżące funkcjonowanie. Stracą na tym również osoby pracujące na umowach zlecenie, ponieważ za tą samą pracę, otrzymają niższą kwotę. Pracodawcy, którzy nie mogą pozwolić sobie na zwiększanie kosztów, będą oferowali niższe wynagrodzenia – komentuje dr Katarzyna Kazojć, ekonomistka z Uniwersytetu Szczecińskiego.

Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie apeluje o ogólnopolską, ekspercką dyskusje w sprawie umów cywilnoprawnych, która będzie uwzględniać interesy wszystkich stron gospodarki – także pracodawców i ich pracowników.