Uczniowie wracają do szkół: nauka zdalna według Polaków

Od marca uczniowie odbywali lekcje online, natomiast od 1 września, zgodnie z zapowiedziami rządu, tryb nauczania ma być dostosowywany do panującej sytuacji epidemiologicznej. Większość dzieci wróci do szkół, jednak w przypadku pogorszenia się sytuacji w danym regionie nauka może odbywać się też online lub w trybie mieszanym. Jak dotychczasowe doświadczenia związane z nauką zdalną oceniają Polacy?

Trudne początki

Ograniczenie funkcjonowania szkół z powodu pandemii koronawirusa postawiło cały system edukacji przed wielkim wyzwaniem: konieczne było natychmiastowe przejście w tryb nauki zdalnej. W sondażu NEXERY, zrealizowanym krótko po wprowadzeniu w życie takiej formy zajęć, 39% rodziców zadeklarowało, że ich dzieci mają prowadzone lekcje online ze wszystkich przedmiotów szkolnych. 45% ankietowanych było natomiast zdania, że za pośrednictwem internetu odbywa się tylko część zajęć. Co dziesiąty rodzic (12%) uważał, że dzieci nie miały zorganizowanych lekcji w trybie zdalnym. Jak przyznawali badani, jedną z głównych barier dla nowego trybu nauki był brak dostępu do szybkiego i stabilnego internetu wśród części uczniów, który zdaniem 89% respondentów jest podstawowym narzędziem w nauce online. Jednocześnie, aż 90% rodziców zauważa, że niektórzy uczniowie mogą nie mieć dostępu do takiego łącza. 

– Na co dzień zarówno nauczyciele, jak i uczniowie naszej szkoły korzystają z internetu, a lekcje prowadzone są z wykorzystaniem różnorodnych platform edukacyjnych, takich jak: scholaris.pl, instaling.pl, e-podreczniki.pl, a także z aplikacji: learningapps.pl, instaling.pl oraz z zasobów słowników i encyklopedii internetowych. Podczas prowadzenia zajęć online nauczyciele korzystają głównie z portalu Facebook, komunikatora Messenger oraz z poczty elektronicznej. Problemem, z którym spotykamy się prowadząc nauczanie zdalne jest brak wystarczającej liczby sprzętu, zwłaszcza w rodzinach wielodzietnych, gdzie do dyspozycji dzieci jest tylko jeden komputer. Kilku uczniów z naszej szkoły natomiast nie ma w ogóle dostępu do komputera w domu. Barierą jest również dostęp do internetu, który na wsiach jest nadal ograniczony – komentuje Sławomir Staciwa, dyrektor Szkoły Podstawowej w Górnikach, w powiecie koneckim, w Regionie Świętokrzyskim. 

Narzędzia do nauki online

Przeniesienie edukacji do świata cyfrowego wymagało zastosowania nowych narzędzi pozwalających na naukę na odległość. Uczestnicy badania NEXERY na temat nauki online, jako najczęściej wykorzystywane narzędzie wskazywali platformy webinarowe lub e-learningowe, do których szkoła posiada dostęp. Takiej odpowiedzi udzieliła niemal połowa z nich (45%). Często wykorzystywane były także media społecznościowe (Facebook, Messenger, Youtube) oraz programy do komunikacji i telekonferencji (np. Skype, Microsoft Teams, Google Hangout), wskazywane odpowiednio przez 38% i 35% respondentów. Natomiast według co piątego rodzica (21%) zajęcia online odbywają się za pomocą internetowych serwisów edukacyjnych. 

Nasza szkoła od niedawna posiada dostęp do szybkiego internetu. Do każdej klasy zakupiony został też komputer, a niektóre sale są wyposażone w projektory i tablice interaktywne. Od niespełna roku wykorzystujemy także e-dziennik Librus. Niektórzy nauczyciele potrzebują też szkoleń w zakresie technologii informacyjno-komunikacyjnych, które pozwolą im sprawniej posługiwać się nowymi narzędziami. Brakuje też doświadczenia w prowadzeniu zdalnego nauczania, zarówno ze strony nauczycieli, jak i rodziców i uczniów. Podczas nauczania przez internet kadra pedagogiczna najczęściej korzysta z takich narzędzi jak: e-dziennik, platforma edukacyjna: e-podręczniki, media społecznościowe, komunikatory typu Messenger. Problematyczną kwestią jest brak sprzętu wśród uczniów i brak dostępu do szybkiego internetu w ich domach. Większość rodzin posiada jedynie internet mobilny, a w czasie intensywnej pracy zdalnej często występuje przeciążenie sieci – mówi Ewa Ostrowska, dyrektor Szkoły Podstawowej im. Jana Pawła II w Janowcu Kościelnym w Regionie Warmii i Mazur. 

Rola internetu w szkole według nauczycieli

Nauczyciele z Regionów NEXERY pytani o miejsce, w którym powinien być dostęp do szybkiego internetu, najliczniej (86%) wymieniają szkoły. Ta odpowiedź była wskazywana częściej niż dom (69%) czy urząd (61%). Jednocześnie, co trzeci z nich (34%) twierdzi, że szkoła, w której pracuje, ma w planach zwiększenie prędkości wykorzystywanego łącza. Wśród najważniejszych zalet dostępu do szybkiego i stabilnego dostępu do sieci niemal połowa nauczycieli (48%) wymienia możliwość uczestniczenia w przeznaczonych dla nich szkoleniach online, co pozwoli im na poszerzanie swoich kompetencji. Równie istotna jest dla nich możliwość uatrakcyjnienia prowadzonych zajęć. Zdaniem 46% ankietowanych szybki internet jest szczególnie pomocny przy prezentowaniu materiałów edukacyjnych zamieszczanych w serwisie YouTube podczas lekcji.

– Jak pokazały wyniki naszego raportu #RegionyNEXERY2020 pandemia Covid-19 wymusiła znaczne przyśpieszenie cyfryzacji w wielu dziedzinach życia, także w edukacji. Warto zwrócić przede wszystkim uwagę na fakt, że ponad połowa dzieci każdego dnia wykorzystuje sieć jako źródło wiedzy, a uczniowie zdaniem 43% ankietowanych są gotowi do zdalnego trybu nauczania. Dlatego można przypuszczać, że nauka online na stałe pozostanie częścią systemu edukacji. Jednak, by było to możliwe musimy zadbać o dobrej jakości dostęp do sieci na terenie całego kraju, ponieważ jak wynika z naszego sondażu, aż 90% respondentów uważa, że niektórzy uczniowie mogą nie mieć dostępu do szybkiego internetu. Dlatego tak ważne jest rozwijanie infrastruktury telekomunikacyjnej i przeciwdziałanie wykluczeniu cyfrowemu, co pozwali na wyrównanie szans w zakresie dostępu do edukacji – mówi Paweł Biarda, Członek Zarządu ds. Komercyjnych. 

Czy nauka online zostanie z nami na stałe?

Jak pokazały wyniki przeprowadzonego przez NEXERĘ sondażu, aż 54% rodziców przyznało, że ich dziecko codziennie lub prawie codziennie wykorzystuje internet do samodzielnej nauki niezależnie od epidemii koronawirusa. Czterech na dziesięciu badanych (43%) jest zdania, że polscy uczniowie są gotowi na naukę online. Nieco mniej optymistycznie oceniani są pod tym kątem nauczyciele oraz szkoły – analogicznie 35%
i 28% badanych uważa, że są oni przygotowani na to, aby prowadzić zdalne nauczanie. Jednocześnie ankietowani uważają, że dzieci powinny mieć więcej zajęć, które pokażą im jak poszerzać swoją wiedzę za pomocą internetu – takiego zdania jest 75% pytanych.

W edukacji najważniejsze ma być kształtowanie umiejętności, a nie przekazywanie teoretycznej wiedzy

• Zintegrowana Strategia Umiejętności 2030 nakreśla bardzo ambitną i ogólnie pożądaną wizję rozwoju Polski poprzez wzrost umiejętności. Zakłada zmianę modelu uczenia, abyśmy stali się społeczeństwem kreatywnym, potrafiącym korzystać z wiedzy.
• Zdaniem Konfederacji Lewiatan nie uda się tego osiągnąć bez modyfikacji podstawy programowej w ramach kształcenia podstawowego. Chodzi o to, aby uczyć umiejętności, a nie przekazywać tylko teoretyczną wiedzę.

Konfederacja Lewiatan przygotowała stanowisko dotyczące Zintegrowanej Strategii Umiejętności 2030.

– Podstawa programowa nadal promuje model uczenia się polegający na przyjmowaniu dużej ilości wiedzy, w sposób teoretyczny i mało doświadczalny (który – w obliczu ogromu materiału – i tak jest przez większość uczniów zapominany i nie daje im wymiernych korzyści na dalszych etapach uczenia się ani w życiu dorosłym). W modelu tym chodzi o przekazanie teoretycznej wiedzy, a nie kształtowanie umiejętności. Tymczasem nowe technologie dają dostęp do ogromnych zasobów wiedzy, z których uczniowie mogą na bieżąco korzystać. Zmiana jakościowa nastąpi tylko wtedy, gdy będzie ona stale dopasowywana do tych zmieniających się warunków. Kluczowe w edukacji powinno być zatem kształtowanie umiejętności, m.in.: nauczanie, jak korzystać z dostępnej wiedzy, jak podchodzić krytycznie do uzyskiwanych informacji, jak analizować informacje, jak łączyć je ze sobą i wyciągać wnioski – mówi Małgorzata Lelińska, wicedyrektorka departamentu funduszy europejskich Konfederacji Lewiatan.

Wymieniane w Zintegrowanej Strategii Umiejętności kierunki działań, dla których to Ministerstwo Edukacji Narodowej jest kluczową instytucją, są de facto przeglądem niedomagań obecnego systemu oświaty. Proponowane działania i kierunki przesycone są postulatami dotyczącymi stosowania współczesnych rozwiązań IT i ICT. Stopień przygotowania systemu oświatowego do wdrażania takiej strategii jest dalece niewystarczający. Problem nie polega wyłącznie na niedostatecznej infrastrukturze, chociaż w tym zakresie także są spore braki, co tak dobitnie pokazała próba kształcenia zdalnego w okresie pandemii koronawirusa. Głównym zagrożeniem jest brak nauczycieli, których kompetencje pozwolą na stosowanie takich rozwiązań.

W obszarze szkolnictwa wyższego wskazano głównie takie kierunki działań, które obecnie są skutecznie realizowane przez niektóre uczelnie. Natomiast wdrożenie ich na szerszą skalę wymaga sporego potencjału oraz know-how, których często brakuje większości szkół wyższych.

W strategii pominięto potrzebę systemowego wsparcia tych uczelni, które już dzisiaj posiadają w ofercie edukacyjnej ścieżki i formy kształcenia wpisujące się bezwzględnie w priorytety Strategii.

Deficyt specjalistów w systemie edukacji jest widoczny od lat, co gorsza – ze szkół odchodzą nauczyciele, których kompetencje pozwalają zmienić zawód. Nie da się temu zaradzić w aktualnych realiach płacowych polskiej oświaty. Próba kształcenia przyszłych nauczycieli na każdym kierunku studiów nie jest właściwym rozwiązaniem.

– Z perspektywy pracodawców, Zintegrowana Strategia Umiejętności nie wnosi specjalnie nic nowego wobec ich postulatów głoszonych od lat. Dostosowanie treści i form kształcenia do wymogów współczesnego rynku pracy jest wyzwaniem w każdym kraju, nie tylko w Polsce. Nie mamy systemu diagnozowania predyspozycji zawodowych, który pozwalałby kształcić młodzież w zawodach i specjalnościach, do których mają określone predyspozycje. Kluczowe jest włączenie w te procesy pracodawców i reprezentujących ich organizacji – dodaje Małgorzata Lelińska.

Wzmacnianie wykorzystania umiejętności w miejscu pracy, zarówno wśród kadr zarządzających i pracowników jest celem jak najbardziej trafnym. Jednak proponowane kierunki działań nie są w pełni spójnie z rzeczywistą strukturą gospodarki. Na warunki ich realizacji rzutuje przede wszystkim wielkość przedsiębiorstw – tych dużych, które mają kadrowe i organizacyjne możliwości rozwijania umiejętności w miejscu pracy, jest niewiele. Firmy mikro, małe i średnie, które dominują w gospodarce, nie będą w stanie realizować takich działań.

Strategia definiuje listę podmiotów odpowiedzialnych za wdrożenie ZSU na poziomie krajowym. Wymieniono 14 resortów oraz KPRM, co zapewne będzie wymagać utworzenia kolejnych administracyjnych podmiotów koordynujących wdrażanie. Zdecydowanie brakuje natomiast w tych założeniach współpracy z organizacjami pracodawców, które reprezentują firmy jako – z jednej strony – odbiorców efektów zakładanych w Strategii, a z drugiej także istotny element w łańcuchu instytucji odpowiedzialnych za rozwój umiejętności i realizację inwestycji w tym zakresie.

Konfederacja Lewiatan

Jedno zezwolenie przyspieszy procesy inwestycyjne

• Zastąpienie dotychczas wydawanych decyzji inwestycyjnych jednym zezwoleniem skróci czas niezbędny na dopełnienie wszelkich formalności związanych z prowadzeniem procesu inwestycyjnego.
• Objęcie instalacji radiokomunikacyjnych koniecznością uzyskiwania decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach jest barierą administracyjno-prawną w zakresie budowy mobilnej infrastruktury telekomunikacyjnej – uważa Konfederacja Lewiatan.

Konfederacja Lewiatan przygotowała stanowisko dotyczące opracowania i wdrożenia rozwiązań usprawniających krajowy proces inwestycyjny.

– Z satysfakcją przyjmujemy ogłoszoną przez Ministerstwo Rozwoju inicjatywę mającą na celu zebranie postulatów związanych z przyspieszeniem procesu inwestycyjnego oraz jego uproszczenie poprzez odejście od dotychczasowego systemu opierającego się na wielu sformalizowanych procedurach administracyjnych i zastąpienie dotychczas wydawanych decyzji inwestycyjnych jednym „zezwoleniem na inwestycję” – mówi Dominik Gajewski, radca prawny, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Realizacja takiej procedury powinna być możliwa za pomocą pojedynczego punktu kontaktowego, który byłby odpowiedzialny za przeprowadzenie całości procedury od początku (złożenie „jednego wniosku” przez inwestora) do końca (wydanie „jednego pozwolenia”). Jednocześnie – w odniesieniu do treści informacji Ministerstwa Rozwoju – takie rozwiązanie powinno mieć charakter generalny, tj. nie być wyłącznie „zintegrowane z decyzją o środowiskowych uwarunkowaniach”, a dotyczyć także innych inwestycji, które nie wymagają uzyskania tego rodzaju rozstrzygnięcia. Efektem skorzystania z jednego „zezwolenia na inwestycję”, powinno być skrócenie czasu niezbędnego na dopełnienie wszelkich formalności związanych z prowadzeniem procesu inwestycyjnego.

Nowe rozporządzenie kwalifikacyjne, przygotowane przez Ministerstwo Rozwoju, po raz kolejny zaliczyło instalacje radiokomunikacyjne do kategorii przedsięwzięć mogących zawsze znacząco lub potencjalnie znacząco oddziaływać na środowisko. Instalacje radiokomunikacyjne po raz kolejny w świetle regulacji krajowych zostały uznane za przedsięwzięcia mogące oddziaływać na środowisko, mimo że nie wynika to z regulacji unijnych.

– Objęcie instalacji radiokomunikacyjnych koniecznością potencjalnego uzyskiwania decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach jest jedną z kluczowych barier administracyjno-prawnych w zakresie budowy mobilnej infrastruktury telekomunikacyjnej. Dlatego proponujemy wykreślenie takich instalacji z treści rozporządzenia kwalifikacyjnego – dodaje Dominik Gajewski.

Konfederacja Lewiatan

Rewolucyjne rozwiązanie w zakresie spersonalizowanej profilaktyki zdrowia. Polska firma stworzyła innowacyjną usługę opartą o wyniki badań genetycznych

Pierwsze na świecie rozwiązanie oparte o kompletne badanie DNA wszystkich 22 000 genów z wynikami prezentowanymi w aplikacji mobilnej, połączone z systemem wspierającym użytkownika w podejmowaniu dobrych decyzji związanych ze zdrowiem – polscy naukowcy z firmy IMAGENE.ME stworzyli usługę, która może zrewolucjonizować dotychczasowe podejście ludzi do dbania o własne zdrowie. To narzędzie, dzięki któremu będzie można zminimalizować ryzyko wystąpienia wielu chorób i cieszyć się zdrowym, aktywnym życiem.

W DNA człowieka zapisane są predyspozycje wpływające na jego zdrowie i sprawność w wielu aspektach życia. Od dawna badania genetyczne – oparte o analizę pojedynczych genów – przeprowadzane są w diagnostyce genetycznej i profilaktyce wybranych chorób, np. chorób nowotworowych. W wielu takich przypadkach badanie genetyczne pozostawiało niedosyt informacji. Obecnie nowe technologie badania DNA umożliwiają kompleksową analizę wszystkich genów w genomie człowieka. W opinii naukowców można to nazwać prawdziwą rewolucją – codziennie pojawia się nowa wiedza o predyspozycjach genetycznych i ich związku ze zdrowiem i życiem. Nauka potwierdza dziś, że poznanie swoich predyspozycji umożliwia podjęcie działań, które eliminują lub ograniczają ryzyko wystąpienia chorób lub innych dolegliwości. Kluczem do lepszego zdrowia i życia jest więc uzyskanie wiedzy i zrozumienie informacji, które zakodowane są w naszym DNA. Dotychczas brakowało jednak sposobu, aby taką wiedzę przybliżyć ludziom i wykorzystać ją dla skutecznej profilaktyki zdrowia.

Opierając się o wieloletnie doświadczenie w zakresie badań genetycznych, medycyny i biotechnologii oraz zaawansowanych technologii mobilnych i analizy danych, specjaliści z polskiej firmy IMAGENE.ME doszli do wniosku, że każdy powinien móc korzystać z wiedzy o predyspozycjach zapisanych w jego DNA. Stworzyli usługę Asystenta Zdrowia i Życia – pierwsze na świecie rozwiązanie, które łączy wyniki pełnego badania DNA, przedstawione w aplikacji mobilnej, z systemem wymiany informacji, wskazówek i zaleceń podpowiadających użytkownikowi, na co zwrócić uwagę, by skutecznie zadbać o swoje zdrowie.

Pierwszym krokiem jest analiza sekwencji wszystkich 22 000 genów. Następnie identyfikujemy miejsca, w których sekwencja DNA wykazuje pewne różnice w stosunku do sekwencji referencyjnej – identyfikujemy tzw. warianty genetyczne i przeprowadzamy ich głęboką, wielowarstwową interpretację. Opierając się na wysokiej jakości bazach danych, najnowszych doniesieniach naukowych oraz obszernej bazie wariantów genetycznych zinterpretowanych i opisanych szczegółowo przez specjalistów IMAGENE.ME, przygotowywany jest kompletny Raport Predyspozycji Genetycznych (RPG). W odróżnieniu od dostępnych na rynku produktów, obejmujących wąski zakres analizowanych obszarów – np. tylko choroby nowotworowe, tylko dieta, czy tylko predyspozycje sportowe – RPG zawiera kompleksowe informacje dotyczące wszystkich istotnych aspektów zdrowia i życia, na które mogą mieć wpływ geny – mówi dr hab. Mirosław Kwaśniewski, kierownik Centrum Bioinformatyki i Analizy Danych Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku oraz prezes IMAGENE.ME.

W aplikacji IMAGENE.ME użytkownik otrzymuje wyniki badania wszystkich genów, a wraz z nimi także zalecenia i porady. Wynikają one z analizy jego wariantów genetycznych oraz informacji o sobie, które wprowadził do aplikacji, jak np. informacje o stylu życia, diecie, aktywności fizycznej, przebytych chorobach czy zainteresowaniach. System ‚uczy się’ użytkownika: stale aktualizuje informacje dotyczące predyspozycji genetycznych, analizuje styl życia i cechy użytkownika i na podstawie najnowszych, rzetelnych informacji naukowych dostarcza użytkownikowi cenne wskazówki prozdrowotne. To kluczowe, by nie zostawić kogoś z wiedzą, której nie będzie mógł wykorzystać. Dzięki otrzymaniu konkretnych wskazówek opartych o analizę DNA, można w sposób bardziej świadomy podejść do spraw związanych ze swoim zdrowiem i skuteczniej kształtować swoją przyszłość

Zdrowotne wskazówki aktualizowane na bieżąco

Jak podkreślają naukowcy, RPG jest na bieżąco uzupełniany o najnowsze odkrycia naukowe. To oznacza, że jeśli odkryte zostaną nowe powiązania między konkretną chorobą, lub szerzej – cechą – a genami, raport klienta w aplikacji zostanie natychmiast zaktualizowany.

Można to sobie wyobrazić na aktualnym przykładzie związanym z epidemią koronawirusa. Badacze z całego świata szukają obecnie zależności pomiędzy genami a zwiększonym ryzykiem zakażenia wirusem SARS-CoV-2 lub przebiegiem choroby COVID-19. Pierwsze potwierdzone wyniki ukazały się kilka tygodni temu i już teraz klienci IMAGENE.ME mogą uzyskać informację, czy w ich genomie są obecne warianty genetyczne predysponujące do znacznie cięższego przebiegu tej choroby. Spodziewamy się, że kolejne interesujące wyniki w tym zakresie pojawią się już wkrótce. Wówczas wprowadzimy je do systemu IMAGENE.ME, a użytkownik, który skorzystał wcześniej z naszego badania, dowie się, że jest na przykład w grupie osób, które mogą być bardziej podatne na zakażenie koronawirusem. W innych przypadkach działa to analogicznie. Kiedy odkrywany jest istotny związek konkretnego genu z jakąś chorobą, taka informacja niezwłocznie pojawia się w aplikacji przebadanej osoby – podkreśla dr Karolina Chwiałkowska z IMAGENE.ME.

Połączenie pozyskiwanych od użytkownika informacji o jego stylu życia z wynikami badań genetycznych to funkcjonalność, która wyróżnia IMAGENE.ME.

– W aplikacji każdy użytkownik może przesłać informacje dotyczące swoich aktywności, stylu życia czy obecnego stanu zdrowia. Te informacje, w połączeniu z kompletną wiedzą płynącą z badania DNA, pozwalają na tworzenie konkretnych zaleceń prozdrowotnych, idealnie dopasowanych do danej osoby. Czyli jeśli wiemy, że ktoś ma większe ryzyko zachorowania na cukrzycę, aplikacja zasugeruje tej osobie konkretne porady dotyczące możliwych działań prozdrowotnych, pozwalających zminimalizować ryzyko wystąpienia choroby. Nie jest to jednak wróżenie z fusów, a wykorzystanie obiektywnych informacji „zapisanych” w naszym DNA. Taka jest przyszłość medycyny – podsumowuje dr hab. Mirosław Kwaśniewski.

Wnioski płynące z kompletnego badania genetycznego w systemie IMAGENE.ME są więc istotnym wskazaniem, jakie działania można podjąć, aby skutecznie, w sposób spersonalizowany podejść do profilaktyki swojego zdrowia. Należy jednak zaznaczyć, że przeprowadzone w obrębie systemu wnioskowania oraz przedstawione wyniki nie są diagnozą medyczną. W przypadku problemów zdrowotnych lub niepokojących objawów, lub przed podjęciem jakichkolwiek decyzji medycznych, zawsze należy skonsultować się z lekarzem.

Badawcze odkrycie roku odpowiedzialne za rewolucję?

Firma IMAGENE.ME w 2020 roku skupiła się na niekomercyjnych projektach naukowych. W ramach międzynarodowej inicjatywy COVID-19 Host Genetics Initiative, IMAGENE.ME wraz z Uniwersytetem Medycznym w Białymstoku prowadzi największe w Polsce badania poszukujące związku między genami a odpowiedzią organizmu na zakażenie SARS-CoV-2 i przebiegiem choroby COVID-19. Liderem projektu IMAGENE.ME od początku jest dr hab. Mirosław Kwaśniewski. To doświadczony genetyk, biolog molekularny i bioinformatyk, związany z Uniwersytetem Medycznym w Białymstoku. Od lat realizuje projekty z zakresu medycyny spersonalizowanej i genomiki wielkoskalowej, skupione głównie wokół problemów chorób cywilizacyjnych, w szczególności nowotworów, cukrzycy typu II i chorób układu krążenia.

IMAGENE.ME tworzy zespół specjalistów z dziedziny biotechnologii, medycyny, genetyki i informatyki. Firma 26  sierpnia uruchomiła docelową wersję usługi. Obejmuje ona pełny pakiet: sekwencjonowanie i analizę całego eksomu, opracowanie indywidualnego Raportu Predyspozycji Genetycznych oraz dostęp do aplikacji (wspierającej codziennie działania prozdrowotne), która będzie regularnie rozwijana.

Czy kryzys gospodarczy dotknie branżę marketingu, public relations i reklamy?

Pandemia koronawirusa stała się powodem spadku obrotów wielu firm. Również branża marketingowa intensywnie odczuła skutki aktualnego kryzysu. Firmy oferujące usługi z zakresu marketingu, public relations czy reklamy dotknął problem pozyskiwania, jak i utrzymywania klientów. Szczególnie trudne okazały się podejmowane pod wpływem chwili rezygnacje firm ze współpracy z agencjami marketingowymi, motywowane strachem i chęcią szybkiej optymalizacji kosztów.

Na całym świecie najbardziej dotknięte pandemią COVID-19 zostały branże usługowe, czyli m.in. lotnictwo pasażerskie, turystyka, gastronomia, usługi czasu wolnego (np. kina i kluby fitness) i transportu, a także branża modowa oraz koncerny motoryzacyjne. Firmy zmuszone do chwilowego wstrzymania produkcji, zamknięcia salonów sprzedaży lub do redukcji etatów poszukują w pierwszej kolejności oszczędności w ramach swojego przedsiębiorstwa, rezygnując z działań – w opinii osób zarządzających – niebędących priorytetem. Wiele firm w czasie kwarantanny wstrzymało działania marketingowe z powodów ekonomicznych lub w przekonaniu, że nie przyniosą one oczekiwanych rezultatów.

Można powiedzieć, że im gorzej z naszą gospodarką, tym mocniej odbija się to na branży reklamowej. Działania marketingowe stały się dla wielu przedsiębiorców działaniami dodatkowym, niemieszczącymi się w zoptymalizowanym przez pandemię budżecie firmy. Aktywność reklamowa dla wielu jest postrzegana jako dodatek, a nie jeden z głównych cech prosperowania działalności przedsiębiorstwa – mówi Hanna Gehrke-Gut, właścicielka agencji GutPR i dodaje – Pandemia to czas wielkiej niewiadomej, dlatego przedstawicielom branży marketingowej/reklamy trudniej jest teraz pozyskać nowych klientów. Wiąże się to ze wstrzymaniem inwestowania przed firmy z wielu branż, które nie potrafią przewidzieć, jaki los je czeka z przyjściem ostatniego kwartału. Warto jednak pamiętać, że działania public relations są długotrwałe i nie dotyczą pojedynczych akcji promocyjnych, tylko uczą przedsiębiorstwa, jak skutecznie zarządzać wizerunkiem.

Co zrobić, by przetrwać?

Przedsiębiorstwa o stabilnej sytuacji ekonomicznej lub z branż mniej dotkniętych pandemią nadal inwestują i będą inwestować w marketing czy PR. Aktualna sytuacja jest jednak idealną okazją do przeformatowania wielu strategii, które w dłuższym okresie mogą okazać się wartościowe i przynieść firmie wiele korzyści. Warto wspomnieć też o tym, że aktualna cisza komunikacyjno-wizerunkowa ze strony konkurencji skłoniła wiele mniejszych firm do wykorzystania tej szansy i pokazanie swojej marki na rynku.

Kryzys gospodarczy to nie najlepszy moment na to, by zniknąć. Firmy, które są obecne wizerunkowo w świadomości konsumentów, odbierane są jako silniejsze. A pandemia nie będzie trwać wiecznie, dlatego warto być cały czas w gotowości. Oczywiście w pierwszej kolejności należy przemodelować strategię, lecz nie rezygnować z dotychczasowych działań. Działania komunikacyjne muszą być prowadzone w sposób ciągły, jednak z uwzględnieniem aktualnej sytuacji – dodaje Hanna Gehrke-Gut.

Nowa strategia

Umiejętność radzenia sobie w aktualnej sytuacji wymaga od firm wyjątkowej elastyczności i otwartości. W obecnej sytuacji działania komunikacyjne powinny zostać przemodelowane tak, by wspomagały sprawne funkcjonowanie przedsiębiorstwa w czasie kryzysu gospodarczego.

W aktualnej sytuacji należy dokładnie zastanowić się, czego potrzebuje dana firma i co może w tym trudnym czasie zaoferować swoim odbiorcom. Należy dokładnie przemyśleć każdy krok. Dostarczane treści muszą nieść ze sobą obustronne korzyści, zarówno dla przedsiębiorcy, jak i konsumenta. Jeśli pandemia wstrzymała naszą sprzedaż, nie oznacza to, że wstrzymała ją na zawsze. W tym czasie warto dostarczać treści nie tylko sprzedażowe, ale na przykład edukacyjne – dodaje Hanna Gehrke-Gut.

Dynamiczne zmiany, z którymi mierzymy się od połowy marca, sprawiły także, że przedstawiciele szeroko pojętej branży komunikacyjnej musieli przygotować strategie oparte na nowych kanałach. Komunikacja – zarówno z klientami, jak i partnerami biznesowymi przeniosła się do wirtualnego świata. W krótkim czasie należało przenieść swoje przedsiębiorstwo do sieci. Dużą popularnością cieszyły się webinary i live streamingi. Pandemia koronawirusa zachęciła także do korzystania z newsletterów i portali społecznościowych.

E-biznes dotyczy nie tylko naszych klientów. Lockdown w krótkim czasie pokazał, że praca zdalna może być równie wydajna i rzetelna, co praca w biurze. Wiele firm odkryło, że pomimo ich specyfiki, może być ona dobrze wykonywana i przynosić przedsiębiorstwu pozytywne skutki – dodaje właścicielka wrocławskiej Agencji GutPR.

Recepta na kryzys

Elastyczność, gotowość do działania i pomysłowość to główne cechy, którymi muszą wyróżniać się firmy marketingowe, PR-owe oraz reklamowe. Pomimo kryzysu, warto proponować klientom wpisywanie działań reklamowych w budżet firmy.

Kryzys gospodarczy z 2008 roku pokazał, że marki, które wstrzymały wszelkie działania komunikacyjne, odzyskiwały swoją pozycję sprzed kryzysu w dużo wolniejszym tempie. Należy jednak pamiętać, by ustalając nową strategię, nie zapomnieć o odpowiednim osadzeniu prowadzonej komunikacji w kontekście bieżących wydarzeń. Dobrym posunięciem będą działania edukacyjne czy prowadzenie działań CSR w alternatywie do podręcznikowej promocji produktów i usług. Przedstawiciele branż PR-owej w obecnej sytuacji mają być partnerem do rozmów, doradcą biznesowym, który pomoże odnaleźć się w trudnej dla wszystkich sytuacji – podsumowuje Hanna Gehrke-Gut. 

Zarządzanie poprzez otwartą organizację – Twoi pracownicy mają potencjał, o który nawet ich nie podejrzewasz

Red Hat jest organizacją, która wywodzi się w prostej linii ze społeczności open source. W niej każdy członek może mieć wkład w tworzenie najlepszego oprogramowania, dopisać swój kawałek kodu i tym samym rozwinąć jakiś projekt. Podobne wartości zostały zaszczepione w Red Hat i stały się sposobem na prowadzenie firmy, rozwijanie jej i osiąganie kolejnych sukcesów. Otwarta organizacja pozwala bowiem każdemu zabrać głos, a kadra zarządzająca i menagerowie nie żyją w przeświadczeniu o tym, że ich decyzje są zawsze nieomylne i najlepsze na świecie. Zarządzanie poprzez otwartą organizację to najlepszy sposób na cyfrową transformację każdej firmy.

Świat się zmienił i nadal zmienia. Jesteśmy coraz bardziej cyfrowi, żyjemy w połączonym cyfrowo świecie. Liderzy biznesowi doskonale rozumieją już, że cyfrowa transformacja ma kluczowe znaczenie do tego, aby firmy się rozwijały i osiągały trwałe sukcesy.  Wiele jednak zależy od podejścia kadry zarządzającej, kultury współpracy i przejrzystych dla wszystkich członków organizacji procesów.

Firma jak oprogramowanie open source? Tak – to działa!

Otwarta organizacja to taka, która angażuje społeczności zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz firmy. W ten sposób może ona szybciej reagować, ma dostęp do zasobów i utalentowanych osób poza organizacją oraz inspiruje, motywuje i wspiera pracowników na wszystkich poziomach. Zamiast wydawać odgórne polecenia, w otwartej organizacji pozwala się, aby to grupa ludzi pracowała nad danym tematem, a potem podejmowała decyzje. Zespoły nie są sztywno ograniczone, dzięki temu każdy w organizacji jeśli uważa, że może coś wnieść do danego projektu, ma prawo to zrobić. Nie ma tu znaczenia, jakie ktoś zajmuje miejsce w organizacji. W ten sposób osoby, które pozornie mają niewiele wspólnego z danym projektem, mogą go znacząco usprawnić albo wzbogacić. Działa to na podobnej zasadzie, jak tworzone jest oprogramowanie open source. Społeczności, w których nad danym projektem pracuje tysiące, czy nawet dziesiątki tysięcy osób generują ogromną liczbę fantastycznych pomysłów i innowacyjnych rozwiązań. O tym, jakie rozwiązanie jest najlepsze, co się sprawdzi, a co powinno zostać porzucone nie decyduje zarząd, a oczekiwania rynku, potrzeby klientów i tym kieruje się właśnie otwarta organizacja. Bardzo ważny jest ciekawy pomysł, innowacja, a te mogą pojawiać się w różnych strukturach firmy, dlatego tak istotne jest, aby każdy członek organizacji, ale także osoba spoza niej mogła się zaangażować w projekt, który jest mu bliski. W otwartej organizacji nie jesteśmy ograniczeni przez zasoby, a nawet największe światowe korporacje, choćby bardzo chciały nie są w stanie w zamkniętej strukturze przeanalizować wszystkich pomysłów czy też odnaleźć wszystkich najlepszych rozwiązań. To właśnie dlatego coraz więcej firm i branż otwiera się na zewnątrz. Dobrym przykładem jest sektor bankowy, który tradycyjnie postrzegany był jako bardzo hermetyczny i nie dopuszczający nikogo z zewnątrz. Obecnie obserwujemy, że banki coraz chętniej spoglądają w stronę otwartych standardów.

Otwarta organizacja to większe zaangażowanie pracowników

W tradycyjnych organizacjach o mocno hierarchicznym modelu podejmowania decyzji, te zapadają dość szybko. W przypadku otwartej organizacji proces jest dłuższy, ponieważ każdy może wnieść swoje uwagi, pomysły. Jednak w ogromnej mierze przekłada się to zaangażowanie pracowników. Każdy czuje się wówczas odpowiedzialny za swoje pomysły i angażuje się w to,  aby zostały one wdrożone w jak najbardziej efektywny i skuteczny sposób. Wiele organizacji boryka się z problemem odpowiedniego zaangażowania swoich pracowników. Kiedy ci pracują pod dyktando, ich pomysły są ignorowane i nie czują realnego wpływu na projekty, przy których pracują, brak zaangażowania będzie czymś oczywistym. Dlatego w otwartej organizacji patrzy się na pracowników, jako na członków społeczności, kolektyw, który pracując wspólnie i wspólnie podejmując decyzje jest znacznie bardziej zaangażowany. I nie chodzi tutaj wcale, aby pracownicy robili „jeszcze więcej”, a o to, aby dać organizacji możliwość dostępu do pomysłów, innowacji nawet od osób, których byśmy o takie zdolności nie podejrzewali.

Wzrasta również wiarygodności, zarówno wśród pracowników, jak klientów czy partnerów. Celowo w otwartej organizacji nie stawia się na demokrację, ale na merytokrację, gdzie argumenty stanowią najbardziej istotną wartość.

Pozwól pracownikom na samoorganizację

Menadżerowie w tradycyjnie zarządzanych organizacjach mają tendencję do skupiania wszystkich decyzji w swoich rękach. Wyobraźmy sobie firmę transportową, która obsługuje komunikację miejską w dużej stolicy. Jej autobusy notują opóźnienia już przy wyjeździe z bazy, więc menadżerowie podejmują decyzję o tym, że np. skraca się czas przeznaczony na sprzątanie pojazdów, skraca się czas na odprawę kierowców etc. Jednak to nie musi zadziałać i poprawić punktualności. Jeśli postawi się problem opóźnień pracownikom, jak to jest ważne np. dla kar płaconych miastu, a w konsekwencji zysków, zaangażuje się pracowników w rozwiązanie problemu, to oni sami zorganizują swoją pracę i procesy lepiej, niż odgórny nakaz. Dlatego ważne jest, aby w otwartej organizacji słuchać pracowników i dać im możliwość zmian i samodzielnego testowania tego, co najlepiej zadziała.

Zarządzanie poprzez otwartą organizację to przyszłość. W czasach, w których zmiany zachodzą błyskawicznie, daje ona ogromną elastyczność i łatwość dopasowania się do zmian. Pozwala też w prosty i przede wszystkim skuteczny sposób czerpać z zasobów poza organizacją, co pozwala łatwiej i szybciej osiągać założone cele.

Autor: Lee Miles, VP CEMEA w Red Hat

Kontroling w firmie. Krok po kroku

Wśród właścicieli firm produkcyjnych pokutuje przekonanie, że wdrożenie kontrolingu wiąże się z tonami papierów, ogromem biurokracji i trudnych do spełnienia wymogów. Wielu z nich uważa, że bez wyspecjalizowanego i – co za tym idzie – kosztownego oprogramowania do budżetowania nie da się wprowadzić korzystnych zmian w zarządzaniu firmą. Nic bardziej mylnego.

Co to jest kontroling?

Najprościej mówiąc to system sterowania przedsiębiorstwem łączący w sobie jednocześnie zadania planowania z przeprowadzaniem działań korygujących. Brzmi skomplikowanie, ale w rzeczywistości tak nie jest.
Stopień pracochłonności podczas wdrażania kontrolingu zależy od tego, jak szczegółowo chcemy monitorować poszczególne koszty. Natomiast zbudowanie spójnego systemu pomiaru kosztów produkcji oraz systemu dekretacji dokumentów kosztowych jest operacją stosunkowo prostą i mało absorbującą.

– W przypadku firmy o wielkości od 50 do 100 pracowników z powodzeniem da się zrealizować, w oparciu o dzienne karty pracy i formatki, budżetowanie w programie Excel. Przy konstruowaniu takiego systemu ważne jest, aby nie gromadzić danych, które nie są nam niezbędne, by nie ulegać myśleniu: „a to też będziemy zbierać, może nam się kiedyś przyda”. Lepiej skupić się na jednym lub dwóch wskaźnikach o kluczowym znaczeniu dla firmy, albo takich, na które firma ma największy wpływ – mówi Sebastian Uryn, ekspert z Grupy Doradczej Compertus.
Ogólnie ujmując – ewidencja powinna być jak najbardziej szczegółowa i precyzyjna, ale jednocześnie taka, żeby nie powodowała paraliżu w pracy i nie była zbyt uciążliwa w prowadzeniu. Przy wprowadzaniu takiej metody lepiej zaczynać od mniejszej szczegółowości i ją pogłębiać, niż odwrotnie.

Krok pierwszy

Firma w pierwszej kolejności powinna wyodrębnić w swojej strukturze tzw. MPK, czyli miejsca powstawania kosztów. Następnie należy podzielić swoje koszty na kategorie (najlepiej takie, które będą zrozumiałe dla menadżerów, a nie tylko dla działu finansowego), np. „druty do spawarek” albo „płyty offsetowe”, a nie „materiały pomocnicze”. Nazwy i klasyfikacja kosztów powinna być maksymalnie konkretna i przejrzysta.
– Kolejnym etapem jest wprowadzenie szczelnego systemu dekretacji kosztów (powinno się eliminować kategorie „inne koszty”, dlatego, że zawsze istnieje pokusa dekretowania do tej kategorii kosztów, których nie chce nam się opisać, a bardzo często zdarza się, że są one nieuzasadnione z punktu widzenia działalności firmy – mówi ekspert z firmy Compertus.
Najlepiej, gdy system taki będzie obsługiwany przez osoby dokonujące zakupu. W praktyce wygląda to następująco: faktura w pierwszej kolejności trafia do menadżera odpowiedzialnego za dany obszar kosztowy i to on dokonuje jej kwalifikacji na właściwe miejsce MPK oraz klasyfikuje klasę i grupę kosztu.

Krok drugi

Kolejnym krokiem jest wprowadzenie kart pracy do rozliczenia kosztów robocizny bezpośredniej. Należy opracować system przeksięgowywania kosztów tak, aby maksymalnie duża kwota była alokowana bezpośrednio do produktu, zlecenia lub klienta. Dopiero te, których nie da się rzeczywiście przypisać do żadnej z tych kategorii, powinny być alokowane na działy organizacyjne firmy. Na poszczególne MPK, albo inaczej centra zysku, powinny być również alokowane przychody ze sprzedaży poszczególnych produktów lub zleceń.

Krok trzeci

To czas na modyfikację swojego planu kont, aby system dekretacji był realizowany od razu na kontach księgowych. Innym rozwiązaniem jest wprowadzenie tzw. wymiarów kontrolingowych. Rozwiązanie takie jest dostępne w większości systemów informatycznych do zarządzania firmą. Co ważne, z modyfikacją planu kont polegającą na uszczegółowieniu ewidencji z reguły nie trzeba czekać do zakończenia roku obrachunkowego, ponieważ nie zmienia ona układu kont niezbędnych do sporządzania sprawozdań finansowych na potrzeby urzędu skarbowego, tylko polega na ich rozbiciu na podkonta.

Krok czwarty

Kolejnym bardzo ważnym krokiem jest udostepnienie osobom dekretującym poszczególne koszty raportów z poziomem wykonania budżetu kosztowego z ich obszarów.
– Można to zrobić poprzez rozsyłanie miesięcznych lub tygodniowych raportów albo nadanie odpowiednich dostępów tak, aby upoważnione osoby same mogły sporządzać takie zestawienia. Raport taki koniecznie powinien zawierać poziom realizacji w stosunku do planu oraz zmianę w stosunku do analogicznego okresu w poprzednim roku lub miesiącu. Taki sposób alokacji kosztów umożliwia prawidłowe wyliczenie stawek roboczogodzin na poszczególnych stanowiskach produkcyjnych oraz bardziej precyzyjne tworzenie kalkulacji. Przede wszystkim zaś umożliwia rzetelną ocenę rentowności wybranych produktów, linii produktowych, zleceń, obszarów działalności i klientów – radzi Sebastian Uryn.

Polacy coraz chętniej wybierają fundusze

0

Ze względu na decyzję RPP o obniżeniu stóp procentowych, od lutego do końca czerwca z lokat ubyło 40 mld zł. Konsumenci coraz częściej decydują się na fundusze inwestycyjne, wybierając te najbezpieczniejsze, z najmniejszym ryzykiem utraty kapitału. 

Tylko w czerwcu, na lokatach bankowych w Polsce było o 12,5 mld zł mniej niż w miesiącu poprzednim. W okresie od lutego do końca czerwca bieżącego roku, kwoty wycofane z lokat klientów prywatnych osiągnęły 40 mld zł.[1] Duży przyrost wpłat można natomiast zaobserwować w funduszach inwestycyjnych.

– Z danych największych TFI wynika, że lipiec był rekordowym miesiącem w sprzedaży funduszy. Aktywa funduszy z tego miesiąca przekroczyło 5 mld zł, co stanowi przyrost o 2 proc.[2] Klienci najchętniej sięgają po rozwiązania bezpieczne, które jednak mają szansę przynieść im obecnie wyższe zyski niż lokaty bankowe. A uwzględniając inflacje, mają szansę osiągnąć jakikolwiek zysk, co jest obecnie niemożliwe na lokatach bankowych – mówi Kamil Hajdamowicz, Zarządzający w Vienna Life TU na Życie S.A. Vienna Insurance Group.

Bezpieczeństwo inwestycji priorytetem

Konsumenci najchętniej wybierają fundusze dłużne oraz inwestycje w obligacje. Te rozwiązania gwarantują najwyższy poziom bezpieczeństwa, porównywalny do lokat bankowych.

– Wiemy jak ważne dla naszych klientów jest bezpieczne inwestowanie, zwłaszcza teraz, w czasie kryzysu wywołanego pandemią COVID-19. Coraz więcej osób zdaje sobie sprawę z tego, jak istotne jest posiadanie poduszki finansowej i oszczędności na czarną godzinę. Dlatego od wybuchu pandemii, konsumenci chętniej sięgają po rozwiązania, które pomogą im pomnożyć posiadany kapitał i nie martwić się o swoją przyszłość finansową – dodaje Kamil Hajdamowicz.

Alternatywy do tradycyjnych lokat

Zwykle pierwszym wyborem konsumentów, przy pomnażaniu kapitału były lokaty bankowe. Jednak obniżenie stóp procentowych, spowodowało, że sama lokata obecnie nie gwarantuje nawet ochrony wartości zgromadzonych funduszy przed inflacją.

Na rynku istnieje wiele produktów, dla osób, które chcą pomnażać swoje środki, nawet w dobie tak niskich stóp procentowych. Wśród nich można wymienić ubezpieczenie na życie z, coraz popularniejszym, Ubezpieczeniowym Funduszem Kapitałowym, Fundusze obligacji, czy Fundusze dochodów i dywidend z nieruchomości. Ubezpieczeniowy Fundusz Kapitałowy, jest rozwiązaniem chętnie wybieranym przez klientów, ponieważ oprócz możliwości pomnożenia kapitału, jest on także formą ubezpieczenia na życie, co daje dodatkową korzyść z posiadania takiego funduszu.

[1] https://www.rp.pl/Banki/307279920-Banki-nie-placa-odsetek-klienci-likwiduja-lokaty.html

[2] https://www.analizy.pl/raporty/25897/aktywa-funduszy-inwestycyjnych-lipiec-2020

 

Rzecznik MŚP otrzymał wydane przez Minister Rozwoju objaśnienia prawne w zakresie możliwości ubiegania się o subwencję finansową w ramach tzw. tarczy finansowej przez przedsiębiorców

Rzecznik MŚP otrzymał wydane przez Minister Rozwoju objaśnienia prawne w zakresie możliwości ubiegania się o subwencję finansową w ramach tzw. tarczy finansowej przez przedsiębiorców, którzy na dzień 31 grudnia 2019 roku zatrudniali wyłącznie pracowników na umowy cywilnoprawne lub tzw. osoby współpracujące.
W związku ze zgłaszanymi przez przedsiębiorców wątpliwościami, Rzecznik MŚP wystąpił do Minister Rozwoju z wnioskiem o wydanie objaśnień prawnych w zakresie możliwości ubiegania się o subwencję finansową w ramach tzw. tarczy finansowej przez przedsiębiorców, którzy na dzień 31 grudnia 2019 roku zatrudniali wyłącznie pracowników na umowy cywilnoprawne lub tzw. osoby współpracujące. 

Rzecznik otrzymał objaśnienia o następującej treści:

  1. „Czy w świetle przepisu § 2 ust. 3 rozporządzenia MFIPR w związku z art. 12 ust. 1 ustawy OSIR w związku art. 4 i 5 załącznika nr I do rozporządzenia 651/2014 w celu uzyskania subwencji finansowej, o której mowa w regulaminie ubiegania się o udział w programie rządowym „Tarcza Finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju dla małych i średnich firm”, do liczby pracowników zatrudnionych przez przedsiębiorcę wliczana może być osoba współpracująca w rozumieniu art. 8 ust. 11 ustawy o SUS?”

Zgodnie z postanowieniami rządowego Programu Tarcza Finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju dla Małych Średnich Firm na potrzeby ustalenia statusu mikroprzedsiębiorcy, małego lub średniego przedsiębiorcy, jako podmiotu uprawnionego do udziału w rządowym programie udzielania beneficjentom subwencji finansowych „Tarcza finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju dla Małych i Średnich Firm”, przez pracownika rozumie się wyłącznie osobę zatrudnioną na podstawie umowy o pracę, przy czym za pracowników nie uważa się pracowników na urlopach macierzyńskich, ojcowskich, rodzicielskich, wychowawczych i zatrudnionych w celu przygotowania zawodowego. Wobec powyższego, przedsiębiorca może zaliczyć w ramach ogólnej liczby pracowników, ustalanej na potrzeby określenia statusu mikroprzedsiębiorcy albo MŚP, osobę współpracującą zgłoszoną do ubezpieczeń społecznych pod kodem 0511 – pod warunkiem, że osoba ta jest jednocześnie pracownikiem w świetle powyższej definicji.

  1. „Czy w świetle przepisu § 2 ust. 3 rozporządzenia MFIPR w związku z art. 12 ust. 1 ustawy OSIR w związku art. 5 załącznika nr Ido rozporządzenia 651/2014, w celu uzyskania subwencji finansowej, o której mowa w regulaminie ubiegania się o udział w programie rządowym „Tarcza Finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju dla małych i średnich firm”, do liczby pracowników zatrudnionych przez przedsiębiorcę wliczana może być osoba związana z przedsiębiorcą umową zlecenia?”

Na potrzeby określenia maksymalnej wysokości subwencji finansowej udzielanej mikroprzedsiębiorcom w ramach Programu za pracownika uważa się: osobę fizyczną, która zgodnie z przepisami polskiego prawa pozostaje z beneficjentem w stosunku pracy oraz została zgłoszona przez beneficjenta do ubezpieczenia społecznego na dzień ustalania stanu zatrudnienia beneficjenta dla potrzeb określenia maksymalnej wysokości subwencji finansowej przysługującej beneficjentowi, z zastrzeżeniem, że stan zatrudnienia określa się w przeliczeniu na pełny wymiar czasu pracy; lub współpracującą z beneficjentem, niezależnie od formy prawnej tej współpracy (w szczególności na podstawie umów cywilnoprawnych, takich jak umowa zlecenia lub umowa o dzieło), która była zgłoszona przez beneficjenta do ubezpieczenia społecznego na dzień ustalania stanu zatrudnienia dla potrzeby określenia maksymalnej wysokości subwencji finansowej przysługującej beneficjentowi.

Podstawa prawna: art. 33 ust. 1 ustawy – Prawo przedsiębiorców (Dz. U. 2019, poz. 1292).

Podsumowanie wakacji 2020 – ceny noclegów i preferencje Polaków

Wakacje 2020 mają się ku końcowi. Sprawdziliśmy, jak w tym roku kształtowały się preferencje turystyczne Polaków. Ostatnie miesiące były wyjątkowo trudne, dlatego warto zobaczyć, ile zmieniły w podejściu do krajowych wyjazdów latem.

Nie da się zaprzeczyć, że sytuacja związana z covidem wymusiła na polskiej branży turystycznej wprowadzenie procedur związanych z bardziej restrykcyjnym podejściem do kwestii higieny w obiektach noclegowych. Oprócz tego 1 sierpnia wszedł w życie program Polski Bon Turystyczny, z którego skorzystało już wielu beneficjentów.
Przeanalizowaliśmy, gdzie turyści poszukiwali noclegu w letnich miesiącach, uwzględniając dane pochodzące z portalu Nocowanie.pl w okresie od czerwca do sierpnia 2020. – mówi Kamila Miciuła, kierownik PR portalu Nocowanie.pl.

W tym czasie stronę odwiedziło blisko 8 milionów użytkowników, którzy wygenerowali ponad 132 miliony odsłon, i wysłali prawie 3 miliony zapytań o nocleg. Te wyniki są lepsze niż dotyczące analogicznego okresu w roku 2019 – wtedy z portalu skorzystało około 7 milionów użytkowników, dokonujących ponad 110 milionów odsłon. Wysłali oni także ponad 2 miliony zapytań o nocleg. Tak duże zainteresowanie turystów potwierdza nasze wcześniejsze obserwacje. Już na początku czerwca prognozowaliśmy, że wakacje 2020 będą rekordowe. W związku z niepewną sytuacją na świecie Polacy postawili na bezpieczne noclegi w kraju – przede wszystkim takie, które informują o wprowadzonych u siebie zasadach bezpieczeństwa.

Morze, góry czy Mazury – gdzie w tym roku wypoczywali Polacy?

Wśród popularnych kierunków nie widać dużej zmiany w stosunku do ubiegłego roku. Pomiędzy czerwcem a sierpniem 2020 województwami najchętniej wybieranymi na wakacje były zachodniopomorskie i pomorskie (zebrały po 24% wszystkich zapytań kierowanych przez turystów), oraz małopolskie (18%). Na czwartym miejscu uplasowało się dolnośląskie (10%). Najmniejszym zainteresowaniem turystów cieszyły się województwa: łódzkie, lubuskie i opolskie. W zachodniej części Pomorza najpopularniejszymi kurortami są Mielno, Sarbinowo, Pobierowo oraz Kołobrzeg – o noclegi w tych miastach turyści pytają najczęściej. Natomiast w województwie pomorskim najchętniej wybierane są Władysławowo, Łeba, Krynica Morska, Karwia i Jastarnia. Możemy uogólnić, że Polacy dzielą się na fanów morza oraz amatorów gór. Na południu nadal króluje Zakopane – tam właśnie chce wypoczywać większość turystów. Poza tym w województwie małopolskim zainteresowaniem cieszy się także Szczawnica, Krościenko nad Dunajcem, Krynica-Zdrój
i Białka Tatrzańska. Co ciekawe, Kraków, który w 2019 był w TOP 3 miast w Małopolsce, teraz znalazł się poza pierwszą dziesiątką!

W porównaniu do ubiegłego roku, na Dolnym Śląsku nie widać większych zmian w popularnych

Kujawsko-pomorski COMPAS na czas pandemii

Gdzie szukać wiarygodnych informacji o epidemii Covid-19? Jak radzić sobie w trudnych momentach? Po jakie programy pomocowe sięgnąć, aby wesprzeć swoją firmę? Te pytania zadaje sobie obecnie wiele osób. W województwie kujawsko-pomorskim z odsieczą przychodzi COMPAS – Covidowy Omnibus i Mapa Pomocowych Akcji Specjalnych. To nowoczesny chatbot w aplikacji Messenger, który ma ułatwić życie mieszkańcom regionu. 

COMPAS został zaprojektowany na zlecenie Urzędu Marszałkowskiego w Toruniu przez Instytut B61. Narzędzie jest ogólnodostępne i całkowicie darmowe. Użytkownicy znajdą w nim bieżące dane na temat sytuacji epidemiologicznej, zalecenia resortu zdrowia, wydarzenia kulturalne, a także informacje na temat programów wsparcia dla firm. Aby skorzystać z chatbota, wystarczy wejść na profil facebookowy  “Kujawsko-Pomorskie” i wysłać wiadomość, która zainicjuje konwersację z chatbotem.

Chatbot składa się z trzech części. Pierwsza jest skierowana do przedsiębiorców z regionu – można tam znaleźć wszystkie najważniejsze informacje o lokalnych i ogólnopolskich programach pomocowych i instytucjach oferujących wsparcie. Drugi moduł poświęcony jest kulturze, pasjom i podróżom: to kopalnia wiedzy o aktualnych wydarzeniach, atrakcjach czy uzdrowiskach. Znajdziemy tam również ciekawe projekty artystów z Kujaw i Pomorza oraz zaproszenia do najpiękniejszych zakątków województwa.

Trzecia część jest poświęcona kwestiom zdrowotnym: zarówno aktualnym przepisom i sposobom chronienia się przed koronawirusem, jak i wsparciu psychologicznemu.  Nie zabraknie porad ekspertów i wskazówek na temat radzenia sobie ze stresem związanym z obecną sytuacją.

Jan Świerkowski ze start-upu akademickiego B61 – spin-offu Uniwersytetu Mikołaja Kopernika – zwraca uwagę, że jest to pierwszy taki projekt w Polsce. „Przez pandemię wszyscy znaleźliśmy się w nowej rzeczywistości i nie wiemy co nas czeka. Musimy szukać nowych rozwiązań, radzić sobie z gąszczem przepisów i stresem. Płyniemy w nieznane, dlatego każdemu może się przydać dobre narzędzie do nawigacji. Właśnie takim narzędziem jest kujawsko-pomorski COMPAS” – dodaje Świerkowski.

Twórcy zaznaczają, że zależało im na stworzeniu żywej, responsywnej aplikacji, z której mieszkańcy będą aktywnie korzystać. W COMPASie będą się więc pojawiać konkursy, quizy, jogowe wyzwanie dla każdego i artystyczne projekty. Chatbot to także miejsce, gdzie premierę będzie miał między innymi intrygujący audiobook z opowiadaniem Marcela Woźniaka – związanego z Toruniem autora powieści kryminalnych i biografii Leopolda Tyrmanda. Jest to pierwszy polski botbook, czyli historia stworzona specjalnie na potrzeby chatbota.

Chatbot powstał w ramach marszałkowskiego programu przeciwdziałania epidemii Covid-19 oraz łagodzenia jej skutków w sferze społecznej i gospodarczej. Program jest dofinansowany ze środków unijnych w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Kujawsko-Pomorskiego.

Konsolidacja – sytuacja na rynku walutowym

Brak nowych informacji w temacie szczepionek i rozmów handlowych USA-Chiny i inwestorzy utracili pretekst do ciągnięcia wycen w jakimkolwiek kierunku. Zapatrzenie w jutrzejsze przemówienie prezesa Fed Powella oznacza, że najbliższe 24 godziny zaoferują niewiele w kontekście zmienności rynkowej.

Plan gry został ustalony: gołębie sygnały zmian w strategii Fed będą idealnym argumentem za wznowieniem deprecjacji USD, a brak takowych może prowadzić do okresowego upłynniania krótkich pozycji w dolarze. Generalny trend nie odmieni się, gdyż Fed nie zacznie nagle być jastrzębi, ale przy ryzyku niespełnienia oczekiwań przez Powella, dolarowe niedźwiedzie nie będą teraz angażowały się w budowanie nowych pozycji. Niepewność nakazuje bierne wyczekiwanie.

Do tego dochodzą techniczne aspekty handlu. Płynność wakacyjna jest niska i nie wiadomo, jak dużo kapitału potrzeba, by pchnąć kurs w stronę czyhającego stop lossa, który rozkręci spiralę domykanych pozycji sprzedaży (tzw. short squeeze). EUR/USD został zamrożony ponad 1,18, tj. okrągłym poziomem, który mogły stać się ważnymi punktem odniesienia dla krótkoterminowych spekulantów. Jak jeszcze w piątek obrona kupujących została postawiona przed 1,1750, tak teraz bliżej końca miesiąca istnieje ryzyko wstrzymania zakupów do czasu „zresetowania” miesięcznej stopy zwrotu. Wątpliwości narosły też wokół powrotu wzrostów GBP/USD, szczególnie po tym, jak w piątek brutalnie zostało stłumione wymazywanie korekty spadkowej. Na rynku wciąż widoczne jest przekonanie o przewadze strony kupującej, ale aktualnie jest za słabe, by ignorować ryzyko przemówienia Powella.
Bardziej zagmatwana jest sytuacja USD/JPY, gdzie oprócz ugrzęźnięcia dolara w miejscu, swoje 3 groszy dokłada rynek obligacji skarbowych. Od początku tygodnia rentowności 10-latek USA podskoczyły o 8 pb do 0,71 proc. – znaczący ruch, który przypomina zawirowania z pierwszej połowy sierpnia, kiedy rajd rentowności doprowadził do załamania notowań złota, ale też odbił się na zmienności na FX. Na rynku długu dostrzegalna jest nerwowość z tego samego powodu, co na rynku walutowym – słowa Powella mogą zaważyć na perspektywach polityki stóp procentowych, a zatem i na kształcie krzywej dochodowości. A przy wyciszeniu innych czynników ryzyka, USD/JPY reaguje na to, co akurat ma pod ręką.

W całym tym odliczaniu do wystąpienia Powella wydaje się, że mało co będzie mogło zmącić rynkowy spokój. USD prawdopodobnie zignoruje dane o zamówieniach na dobra trwałe tak, jak wczoraj bez reakcji obeszło się przy odczytach sprzedaży nowych domów czy indeksu zaufania konsumentów. Proszę mnie źle nie zrozumieć – nie uważam, aby dane nie miały kompletnie znaczenia. Szczególnie niepokojące tąpnięcie indeksu nastrojów konsumentów (do 84,8 – najgorszy wynik od 2014 r.). To odliczanie godzin do przemówienia Powella odstawia na bok inne kwestie makroekonomiczne. Jednak dane wymagające zdyskontowania trafiają tylko do poczekalni i zostaną przypomniane, jak tylko USD wyjdzie z cienia Powella. Dane negatywne dla dolara, rentowności i problematyczne dla rynku akcji (choć kolejna informacja o szczepionkach może zagłuszyć rozterki Wall Street).

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

5 powodów, dla których warto zainwestować w złoto

0

Obecna sytuacja na świecie, związana z pandemią COVID-19, napędza popyt na bezpieczne aktywa takie jak złoto. Coraz częściej zastanawiamy się nad tym w co warto zainwestować. Dostrzegamy potrzebę pomnażania i zabezpieczenia swojego majątku. Rosnącą popularnością indywidualnych inwestorów cieszą się metale szlachetne. Według danych firmy Tavex w marcu br. liczba sprzedanych złotych sztabek inwestycyjnych 1 oz. była większa o ponad 50 proc. w porównaniu do lutego br. Podobnie było w przypadku sztabek 100 gramowych. Popyt na nie wzrósł w analogicznym okresie o prawie 40 proc. Dlaczego warto kupić królewski kruszec?

Zyskujące na wartości złoto budzi coraz większą ciekawość. Jednak nadal wiele osób zastanawia się nad tym, czy taka inwestycja jest opłacalna. Firma Tavex – wiodący dealer metali szlachetnych – prezentuje 5 powodów, dla których warto zainteresować się tym kruszcem.

  1. Odporność na kryzysy

Fizyczne złoto uchroni nas przed trudnymi czasami. Inwestycja w kruszec może być zabezpieczeniem naszego portfela np. przed krachem amerykańskiej giełdy. Jest to obecnie o tyle istotne, że krążą głosy, że możemy być ponownie świadkami powstania bańki spekulacyjnej na Wall Street. Co więcej, analiza wartości złota w trakcie poprzednich światowych kryzysów gospodarczych, w tym obecnie panującego wywołanego pandemią COVID-19, jasno wskazuje, że ten metal szlachetny traktowany jest jako bezpieczna przystań dla kapitału. Lokowanie oszczędności w tym kruszcu uważane jest za zabezpieczenie przed spadkiem wartości pieniądza. Złoto chroni nas przed ryzykiem inflacyjnym.

  1. Elastyczność

Złoto nie narzuca nam konieczność regularnych wpłat oraz ponoszenia dodatkowych kosztów. W kruszec inwestujemy w dogodnym czasie i przeznaczamy na jego zakup wybraną przez nas kwotę.

Złote sztabki są najpopularniejszą i najprostszą formą inwestowania w fizyczne złoto. Najczęściej kupowane są produkty 1-uncjowe (ok. 31,1 g) oraz 100-gramowe. Możemy jednak postawić również na te, 1 gramowe, które dostępne są już nawet od około 300 zł za sztukę – podkreśla Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.

  1. Brak ryzyka bankructwa

Złoto to od dawna jedna z najlepszych, długofalowych inwestycji, która udostępnia solidne stopy zwrotu cierpliwym inwestorom. Jego posiadanie nie wiąże się z wypłacaniem dywidend. Nie jest też obarczone ryzykiem bankructwa, co w sytuacji globalnego kryzysu jest niepodważalną zaletą inwestycji w złoto. Żadnego banku czy instytucji nie możemy uważać za pewną w stu procentach, na co dowodem mogą być ogłoszone podczas ostatniego kryzysu finansowego upadłości.

Co więcej, jest wolne od podatku VAT, a także od podatku od zysków kapitałowych, jeżeli sprzedamy je nie wcześniej niż po sześciu miesiącach od momentu zakupu.

  1. Niepodatność na ataki hackerskie

Fizyczne złoto nie boi się ani hackerów ani blackoutu. Jest również odporne na wszystkie inne komplikacje technologiczne. W momencie zagrożenia można je bez problemu schować lub zabrać ze sobą. Innych swoich aktywów w ten sposób nie uchronimy. Kruszec pozwala nam skumulować dużą wartość w stosunkowo małym gabarycie. Ponad 1 mln zł można zamknąć w 5 kg złotych sztabek.

  1. Niezależność

Złoto w formie fizycznej nie jest zależne od żadnych instytucji, które z dnia na dzień mogą zniknąć. Co więcej, rząd ma wpływ na ich funkcjonowanie za pośrednictwem różnych ustaw i przepisów. W każdej chwili coś może się zmienić na naszą niekorzyść.

W razie kryzysu bankowego i zachwiania się rynku walut, gdy banki zostaną zamknięte, bankomaty będą nieczynne, a płatności kartą zablokowane, złoto będzie prawdopodobnie jedynym akceptowanym środkiem wymiany, ponieważ jest ono niezależne od systemu bankowego – podsumowuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.

Etyka doradców bankowych

Przyszli doradcy bankowi są bardziej skłonni do bezwarunkowego przestrzegania standardów etycznych w relacjach z klientem – uważa dr Krzysztof Świeszczak z Uniwersytetu Łódzkiego.

Poszanowanie zasad i wartości etycznych przez pracowników sektora bankowego, a w szczególności doradców bankowych stanowiących pierwsze ogniwo relacji budowanych z klientami, przyczynia się do akcentowania roli banków jako instytucji zaufania społecznego.

Należy przy tym pamiętać, iż identyfikacja standardów etycznych odgrywa kluczową rolę w procesie kształtowania tożsamości banków, stanowiąc często element ich przewagi konkurencyjnej. Pomimo faktu, że poszczególne instytucje bankowe najczęściej posiadają swoje wewnętrzne regulacje dotyczące zdefiniowanych wartości i zasad etycznych, doradcy bankowi muszą mieć świadomość tego, że niektóre postawy są oczekiwane nie tylko ze względu na formalny zapis w oficjalnych dokumentach instytucji, dla których pracują, ale również, a niekiedy przede wszystkim, ze względu na funkcjonujący ład społeczno-gospodarczy.

Na podstawie analizy uwarunkowań postaw etycznych doradców bankowych zidentyfikowano czynniki determinujące poszanowanie standardów etycznych, a następnie zbadano różnice w sposobie postrzegania analizowanych uwarunkowań, co w konsekwencji umożliwiło zbudowanie zmiennych będących kategoriami zbiorczymi, obrazującymi opinie respondentów.

W tym celu zidentyfikowano stwierdzenia obrazujące potencjalne podejście do zidentyfikowanych uwarunkowań, które dzięki przeprowadzonym badaniom na grupach przyszłych doradców bankowych oraz obecnych doradców bankowych umożliwiły dokonanie analiz na obu grupach respondentów.

Na podstawie przeprowadzonych analiz w obszarach odpowiadających zidentyfikowanym uwarunkowaniom postaw etycznych doradców bankowych, zbudowano następujące zmienne:

  • Obawa przed pogorszeniem sytuacji zawodowej na rynku pracy.
  • Obawa przed marginalizacją pozycji w zespole.
  • Przekonanie o nieprzestrzeganiu standardów etycznych przez doradców bankowych.
  • Skłonność do bezwarunkowego przestrzegania standardów etycznych w relacjach z klientem.
  • Skłonność do przerzucania na klienta odpowiedzialności za podejmowane decyzje finansowe.

Średnie wartości analizowanych wskaźników dla obu grup (przyszłych doradców bankowych oraz doradców bankowych) przedstawia rysunek 1.

Rysunek 1. Różnice w opiniach przyszłych doradców bankowych oraz doradców bankowych w zakresie zidentyfikowanych uwarunkowań postaw etycznych doradców bankowych reprezentowanych przez zbudowane zmienne (średnie wartości punktowe odzwierciedlające skalę odpowiedzi).

rysunek bankwowość

Średnie poziomy zmiennych związanych z obawą przed pogorszeniem pozycji na rynku pracy oraz przed marginalizacją pozycji w zespole są do siebie zbliżone, natomiast w wyniku analizy pozostałych zmiennych zauważono, iż przyszli doradcy bankowi są bardziej przekonani o nieprzestrzeganiu standardów etycznych przez doradców bankowych, bardziej skłonni do bezwarunkowego przestrzegania standardów etycznych w relacjach z klientem oraz bardziej skłonni do przerzucania na klienta odpowiedzialności za podejmowane decyzje finansowe.

Autor: Krzysztof Świeszczak

Internet Rzeczy pod znakiem zettabajtów

Do 2025 roku liczba urządzeń podłączonych do sieci może osiągnąć prawie 55 miliardów na całym świecie, z czego 75 proc. będzie częścią platform działających w ramach tzw. Internetu Rzeczy. Dane generowane przez inteligentne urządzenia wyniosą 79,4 ZB (zettabajtów, czyli tryliardów bajtów). Już w ubiegłym roku ta liczba wynosiła 13,6 ZB – wynika z najnowszego raportu firmy badawczej IDC. Większość danych będzie pochodzić z zabezpieczeń i monitoringu wideo, ale znaczną część będą także pobierać aplikacje przemysłowe IoT.

Przewiduje się, że globalne wydatki na rozwój Internetu rzeczy (IoT) wzrosną w tym roku o 8,2 proc. Ze względu na kryzys gospodarczy wywołany koronawirusem oczekuje się powrotu do dwucyfrowego tempa wzrostu dopiero w 2021 roku. Natomiast roczna stopa wzrostu (CAGR) na najbliższe 4 lata szacowana jest na 11,3 proc. Co ciekawe, najszybszy, 19-procentowy, wzrost wydatków na IoT spodziewany jest na Bliskim Wschodzie i w Afryce a następnie w Europie Środkowej i Wschodniej (17 proc.).

Mimo, że wciąż borykamy się brakami kompetencyjnymi i niskim poziomem wiedzy na temat korzyści związanych z wdrożenia rozwiązań Internetu Rzeczy, to polski rynek tworzy niewykorzystany potencjał na wdrożenie rozwiązań z dziedziny technologii Internetu Rzeczy. Przyszłość wydaje się stać pod znakiem technologii IoT/M2M, a sieci LTE-M, obecnie wprowadzane przez operatorów będą w stanie obsłużyć nawet do kilkuset tysięcy inteligentnych urządzeń na tak małym obszarze, jak jeden kilometr kwadratowy. – mówi Rafał Kozłowski z Next IoT.

Z obserwacji Next IoT, firmy zajmującej się przetwarzaniem i analizą danych wynika, że najbliższe dwa lata będą stały pod znakiem swoistej „robotyzacji i datyzacji” polskiego biznesu. Zapotrzebowanie na implementacje technologii Internetu Rzeczy wzrośnie o 30 proc. Największy popyt będzie panował wśród firm z branży produkcyjnej. Badanie przeprowadzone przez Instytut Prognoz i Analiz Gospodarczych (IPAG), dowiodło, że przedsiębiorcy w Polsce uważają, że kluczem do przyspieszenia robotyzacji nad Wisłą jest szerzenie wiedzy o korzyściach ekonomicznych (46 proc.). Niepewna sytuacja gospodarcza wymusza na firmach produkcyjnych konieczność optymalizacji kosztów oraz zwiększenia efektywności pracy.

Coraz więcej firm jednak zmienia swoje podejście i zdaje sobie sprawę, że automatyzacja, robotyzacja i cyfryzacja produkcji są dla nich jedyną możliwością na przetrwanie na post-pandemicznym rynku. Wyzwaniem dla polskich przedsiębiorców będzie nie tylko sama kwestia wdrożenia rozwiązań IoT, ale także systemów analizujących dane, szczególnie w kontekście efektywnej strategii ich badania oraz wykorzystania w biznesie. – dodaje Rafał Kozłowski z Next IoT.

Różnorodność dostępnych źródeł danych stworzy jednak trudności w stosowaniu oraz wdrażaniu platform IoT. Z szacunków Next IoT, tylko cztery na dziesięć firm w Polsce nie skarży się na brak specjalistycznej wiedzy, aby móc wykorzystać duże zbiory danych do dalszej analizy. Kluczowe znaczenie będzie miało w Polsce znalezienie sposobów na krótko- i długoterminową archiwizację oraz zarządzanie danymi. Zdaniem ekspertów z Next IoT agregacja danych z wielu źródeł oraz wygenerowanie wysokopoziomowej bazy pozwoli zwiększyć wyniki działów produkcji, jakości czy logistyki o średnio 15 proc.

Globalny kryzys w branży nieruchomość? Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia

0

Pandemia koronawirusa i wywołany nią kryzys ekonomiczny uderzyły w większość sektorów gospodarki. Nie ominęło to rynku nieruchomości, chociaż ucierpiał on nierównomiernie. Szybko pojawiły się też pytania o to, czy należy się spodziewać np. spadku cen mieszkań, jaki przyniósł poprzedni kryzys. Wszak minionych kilka lat to czas nieustannej hossy w tej branży. I niewiele na razie wskazuje, by miało się to skończyć. Postpandemiczny rynek nieruchomości może jednak ewoluować.

O tym, że rynek nieruchomości boryka się z kryzysem, świadczą chociażby dane  opublikowane przez Jones Lang LaSalle Incorporated. Amerykańska firma donosi, że bezpośrednie inwestycje w nieruchomości komercyjne w pierwszych sześciu miesiącach 2020 roku skurczyły się w ujęciu globalnym do 321 miliardów dolarów. Spadek o 29 procent w porównaniu z rokiem poprzedzającym nastąpił w związku z powszechnym lockdownem i ograniczeniami podróżowania, które wstrzymały krótkoterminowe plany rozmieszczenia kapitału przez inwestorów.

Sytuacja na runku mieszkaniowym budzi mniejszy niepokój analityków, mimo że powodów do obaw nie brakuj. W pierwszym kwartale 2020 r. 13 państw zarejestrowało spadek cen nieruchomości z czego aż 9 znajduje się w Europie.

Szanghaj i Las Vegas to dwie różne historie

Większość ekspertów zajmujących się nieruchomościami zgadza się w jednej kwestii: wciąż jest zbyt wcześnie, by wyrokować, jak obecny kryzys wpłynie na tę branżę. Zwłaszcza długoterminowo. Pojawiają się również uwagi, by nie patrzeć na nią całościowo, bo dla poszczególnych kontynentów, krajów czy miast scenariusze mogą być diametralnie różne. To samo dotyczy konkretnych segmentów branży nieruchomości: sytuacja centrów logistycznych jest dzisiaj inna niż w przypadku hoteli, restauracji czy sklepów stacjonarnych. I podczas gdy ceny obiektów w Las Vegas, światowej stolicy rozrywki uzależnionej od turystów, mogą spaść, to w tym samym czasie w chińskich metropoliach widoczne są dalsze wzrosty wartości budynków. Serwis CNBC przywołuje nawet opinie specjalistów przestrzegające przed przegrzaniem tego rynku i możliwym pęknięciem bańki spekulacyjnej.

Działki rekreacyjne – złoto naszych czasów

W ostatnich miesiącach media sporo uwagi poświęciły Rodzinnym Ogródkom Działkowym. Ograniczenia w przemieszczaniu się ludności, potrzeba wyjścia z domu przy jednoczesnym nakazie utrzymywania odpowiedniej odległości od innych osób sprawiły, że działki rekreacyjne wróciły do łask. A ich ceny szybko poszybowały w górę. Narzekać nie mogli również właściciele magazynów oraz wszelkiej infrastruktury obsługującej handel internetowy. W dwóch ostatnich kwartałach przeżywał on bardzo dynamiczny wzrost.

Na przeciwnym biegunie były osoby czerpiące zyski z galerii handlowych. Na jakiś czas ruch w nich zamarł i wciąż wraca do dawnych poziomów. Dla niektórych sklepów czy nawet całych sieci oznaczało to zakończenie działalności. W podobny sposób ucierpiały branże rozrywkowa, gastronomiczna i hotelowa. O wielkim szoku może mówić segment wynajmu krótkoterminowego. Część właścicieli mieszkań oferowanych w tym modelu postanowiła nawet wrócić do wynajmu długoterminowego, który w obecnych czasach wydaje się być bardziej pewny.

Co z biurowcami? Działająca od dekad na rynku nieruchomości firma Engel & Völkers przekonuje, że tymczasowe spadki w tym biznesie mogą prowadzić do normalizacji. Od dawna na tym rynku utrzymywał się wysoki popyt, który na jakiś czas został wyhamowany. Pytaniem otwartym pozostaje, jak w dłuższej perspektywie czasu rozwinie się możliwość pracy zdalnej i ile firm rzeczywiście zrezygnuje w większych lub mniejszych przestrzeni biurowych w centrach miast.

Ceny mieszkań trzymają się mocno

Opisując sytuację na amerykańskim rynku domów, serwis Vox nie pozostawia złudzeń: nie należy się spodziewać spadków ich cen. W Polsce sytuacja wygląda podobnie. Krótko trwał okres zawieszenia, wyczekiwania, ale wszystko w miarę szybko wróciło do normy. Dotyczy to nawet rosnących cen. Z danych zebranych przez NBP wynika, że ceny metra kwadratowego w największych polskich miastach w I kw. bieżącego roku były o kilkanaście procent wyższe od tych w analogicznym okresie roku poprzedniego.

Dane pochodzące z Biura Informacji Kredytowej wskazują, że w maju udzielono o 29 proc. mniej kredytów hipotecznych niż w analogicznym okresie roku 2019. Ktoś mógłby pomyśleć, że wynika to z mniejszego zainteresowania, ale prawda jest bardziej złożona. – W obliczu kryzysu banki przykręcają kurki z pieniędzmi i zdecydowanie trudniej będzie o kredyt hipoteczny. Zwłaszcza, gdy od klienta będzie się wymagać 30 proc. wkładu własnego. Część osób straciła pracę, inni pracują na tzw. śmieciówkach, są i tacy, których branże są dzisiaj obarczone dużym ryzykiem. I chociaż stopy procentowe są rekordowo niskie, wielu Polaków, mimo chęci, nie będzie mogło sobie pozwolić na własne „M” – tłumaczy Marta Telenda, prezes zarządu Colivii, pierwszej i na razie jedynej w Polsce firmy zajmującej się colivingiem, czyli ideą współdzielenia mieszkań.

Trudniejszy dostęp do kredytów nie oznacza jednak, że nie znajdą się chętni na mieszkania. Osoby, które posiadają odpowiedni kapitał, mogą go inwestować właśnie w nieruchomości. Zwłaszcza w mieszkania, uznawane za bezpieczną przystań w kryzysowych czasach. Niskie stopy procentowe oznaczają bowiem nie tylko niskie ceny kredytów, ale też kiepskie zyski z lokat. A właściwie ich brak. Trzeba też pamiętać, że w Polsce wciąż występuje poważna luka mieszkaniowa. Obecna wicepremier, Jadwiga Emilewicz kilka kwartałów temu oceniła, że w naszym kraju brakuje około 2 mln mieszkań. Wysoki popyt będzie się zatem utrzymywał, a pandemia nie wpłynie na ceny. Przynajmniej nie na ich spadek.

Odpada kupno, pozostaje wynajem… w nowej formule

Im trudniej będzie zdobyć kredyt, tym więcej osób zdecyduje się na wynajmowanie mieszkań. Ta zależność wydaje się pewna, ponieważ ludzie zawsze potrzebują dachu nad głową. Nie można jednak wykluczać, że coraz częściej będzie się to odbywać w nowym modelu, przywołanym już colivingu. Przewiduje on, że lokatorzy mieszkania posiadają swoje pokoje, zazwyczaj z łazienkami i współdzielą pozostałą część mieszkania. Akademiki dla dorosłych, jak określiła to część mediów z USA, gdzie rozwiązanie szybko zyskuje na popularności?

To niezbyt trafne porównanie, bo w tym przypadku zazwyczaj mowa o diametralnie wyższym standardzie i dodatkowych usługach, obejmujących sprzątanie, rozrywkę czy regularne dostarczanie owoców. Mieszkańcy mogą liczyć nie tylko na pełne wyposażenie mieszkania, ale też np. pomoc w znalezieniu lekarza, gdy zajdzie taka potrzeba. Nie trzeba również wiązać się długoterminową umową i wpłacać wysokich kaucji. Na prostych i przyjaznych warunkach najemca staje się częścią społeczności. Nie trzeba samemu szukać współlokatorów i wynajmować mieszkania. Siła Colivingu polega na tym, że osoby zainteresowane takim współdzieleniem przestrzenii dostają wszystko jak na tacy. Bez zbędnych formalności i zobowiązań – tłumaczy prezes Telenda i dodaje: – Coliving powstał z myślą o ludziach młodych, którzy nie planują jeszcze zakładania rodziny, zapuszczania korzeni. Dla nich ważna jest mobilność, przeżycia i ta formuła je gwarantuje.

Tylko czy taki eksperyment może przetrwać próbę, jaką jest koronawirus? Serwis Sifted spytał o to przedstawicieli kilku firm z branży. Działające za naszą zachodnią granicą Quarters oraz Homefuly na początku pandemii rzeczywiście zauważyły spadek zainteresowania ich usługami – część lokatorów opuściła mieszkania. Sytuacja szybko zaczęła jednak wracać do normy. Okazało się, że ludzie bardziej boją się samotności niż pandemii. Można się spodziewać ewolucji tego modelu, rozwoju w nowych kierunkach, rozszerzaniu usług, jakie zostaną zaoferowane lokatorom czy tworzenia takich wspólnot nie tylko w centrach miast. Sama idea colivingu nie wydaje się jednak być krótkotrwałą modą.

Wbrew pozorom rynek nieruchomości jest bardzo elastyczny. Przykłady dużych miast pokazują, że jakaś przestrzeń może służyć do mieszkania, by stać się biurowcem i po jakimś czasie ponownie funkcjonować jako miejsce do życia. Gdy na Zachodzie okazało się, że zwykły wynajem przestaje się sprawdzać, stworzono coliving, który świetnie przyjął się w USA, a potem w Europie, gdzie korzysta już z niego kilkadziesiąt tysięcy osób. A skoro coś zadziałało w San Francisco i Berlinie, to dlaczego miałoby nie zadziałać w Warszawie i Poznaniu? Tu nie chodzi jedynie o mieszkanie – można powiedzieć, że to wręcz styl życia – zaznacza szefowa Colivii.

Nowinki stają się koniecznością

Skutkiem pandemii może być na rynku nieruchomości, podobnie jak w wielu innych branżach, szybsze i szersze wdrażanie cyfrowych rozwiązań. Do tej pory agenci czy właściciele obiektów zazwyczaj spotykali się z klientami w realu i prezentowali im lokal. Teraz na znaczeniu zyskały nie tylko rozmowy przez komunikatory, ale też np. prezentacje 3D, do tworzenia których używa się kamer 360°. Specjaliści z Engel & Völkers wskazują, że wirtualna wycieczka po domu czy mieszkaniu może nie wystarczyć, więc przygotowywane są – z pomocą dronów – także eskapady po sąsiedztwie. Nadal chodzi przecież o miejsce, w którym klient ma zamieszkać. Warto, by przed zakupem polubił też okolicę.

Rynek pracy w dobie pandemii. Plany, oczekiwania i obawy polskich pracowników

Pomimo pandemii Polacy nadal wykazują dość duży optymizm. Choć obawy o utratę pracy deklaruje najwyższy odsetek od 2017 roku, o przyszłość swojego zatrudnienia martwi się jedynie 15,9% pracujących, wynika z „Barometru Rynku Pracy” przeprowadzonego przez Work Service w lipcu br. W obliczu nowej sytuacji gospodarczej spadła liczba planujących zmianę miejsca pracy oraz spodziewających się podwyżki, a 40% obawiających się utraty pracy lub planujących jej zmianę bierze pod uwagę przekwalifikowanie się. Nadal jeden na dziesięciu Polaków rozważa wyemigrowanie w celach zarobkowych w ciągu najbliższego roku.

Przeprowadzony na przełomie czerwca i lipca br. „Barometr Rynku Pracy” pokazuje, w jakim stopniu Polacy odczuwają konse­kwencje pandemii i jak widzą swoją zawodową przyszłość. Badanie zostało przeprowadzone przez Kantar Polska, na zlecenie Work Service.

– Pandemia zmieniła gospodarkę i rynek pracy. Rosnące bezrobocie, niepewna koniunktura, redukcje i zamrożenie dużej liczby rekrutacji skutkują obawami szefów firm i pracowników. Pracujący Polacy zdają sobie sprawę z niestabilności sytuacji w dużo większym stopniu niż wiosną, choć nadal zauważalny jest duży optymizm – komentuje Iwona Szmitkowska, Wiceprezes Zarządu Work Service.

Obawy o utratę pracy

– Epidemia COVID-19 i wprowadzone w jej wyniku ograniczenia w funkcjonowaniu gospodarki spowodowały szereg zmian w życiu społecznym, gospodarczym, ale także zawodowym. Na początku spory niepokój wyrażali pracodawcy, obawiający się braku możliwości prowadzenia działalności i konieczności przeprowadzania zwolnień, jak i pracownicy, obawiający się utraty pracy, a zatem dochodu. Na obecnym etapie zbyt wcześnie mówić jeszcze o stabilizacji sytuacji na rynku pracy, jednak poziom rejestrowanego bezrobocia wbrew wstępnym szacunkom nie wzrósł aż tak znacząco, a co więcej z miesiąca na miesiąc tempo wzrostu bezrobocia rejestrowanego istotnie słabnie – komentuje badanie Marlena Maląg, Minister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.

W lipcu br. obawy o utratę zatrudnienia deklarowało 15,9% pracujących Polaków, 6,7% więcej niż w lutym. Jednocześnie zmniejszyła się liczba osób, które czują się spokojne o miejsca pracy, choć nadal jest ona bardzo wysoka – 81,1 %.Obawy o utratę pracy

– Przez ostatnie lata pewność zatrudnienia utrzymywała się w Polsce na stabilnym, wysokim poziomie. Nadal jest wysoka, choć ostatnie miesiące przyniosły zmianę trendu. Wraz z pogorszeniem sytuacji ekonomicznej wzrosła liczba obawiających się utraty pracy, zmalało grono osób, które nie martwią się o zawodową przyszłość – komentuje Iwona Szmitkowska, Wiceprezes Zarządu Work Service.

Największa niepewność o stabilność zatrudnienia jest widoczna w branży handlowej, usługach i produkcji, najmniejsza w sektorze publicznym. Osoby na kierowniczych stanowiskach mają najmniej obaw, najwięcej – młodsi specjaliści, pracujący na niepełny etat oraz osoby mające najniższe dochody.Obawy o utratę pracy 2Obawy o utratę pracy 3Obawy o utratę pracy 32

Plany zmiany pracy

Mniejsza pewność zatrudnienia wpływa na ostrożność w rozważaniu zmiany pracy – nie planuje podjęcia takich kroków 82% pracujących, 5,4% mniej niż w lutym br. Jednocześnie 14,7% badanych bierze pod uwagę zmianę ( na początku roku 20,1%). Chętniej myślą o zmianie zatrudnieni w produkcji, usługach i handlu, w najmniejszym stopniu pracownicy sektora publicznego. Rozważają ją częściej najmłodsi pracownicy, osoby zatrudnione na niepełny etat i umowę zlecenie, najmniej zarabiający. Na decyzję wpływa także stanowisko – im wyższe, tym mniejsza chęć zmiany.Plany zmiany pracy

Poszukiwanie pracy

Odsetek osób poszukujących pracy jest znacznie niższy niż na początku roku – ofert zatrudnienia szuka obecnie co piaty obawiający się utraty pracy lub zamierzający ją zmienić. Zdecydowana większość badanych nie podejmuje takich kroków.Poszukiwanie pracy 1Poszukiwanie pracyPoszukiwanie pracy 2

Polacy szukają ofert pracy przede wszystkim na portalach, przez znajomych i relacje osobiste. Innym popularnym sposobem poszukiwania zatrudnienia jest przeglądanie zakładek „Kariera” na stronach internetowych pracodawców. Nadal często wykorzystywanym źródłem informacji są portale społecznościowe oraz aplikacje mobilne.

Popularność poszczególnych sposobów szukania pracy od lat utrzymuje się na zbliżonym poziomie. Latem tego roku wzrósł odsetek szukających zatrudnienia przez znajomych, na portalach internetowych firm oraz przez zgłoszenie się do agencji pracy.jak polacy szukają pracy

Mniejsze oczekiwania płacowe

Jak wynika z Barometru, mniejsza pewność zatrudnienia wpłynęła na spadek liczby spodziewających się wzrostu wynagrodzenia. Ich odsetek zmalał o 15,5% w stosunku do lutego br. Po raz pierwszy od 2013 roku był niższy od odsetka oczekujących utrzymania wysokości wynagrodzenia. Jednocześnie o 15,8% zwiększyło się grono liczących na utrzymanie płac, co jest najwyższym wzrostem na przestrzeni ostatnich lat.Mniejsze oczekiwania płacowe

Najbardziej na podwyżkę liczą zarabiający najmniej, młodsi specjaliści, pracujący na niepełny etat i umowę zlecenie. Częściej oczekują jej pracownicy produkcji i usług, dużo rzadziej osoby na stanowiskach kierowniczych, samozatrudnieni i  pracujący na cały etat. jakiego wynagrodzenia oczekują polacy

Skłonność do przekwalifikowania się

Ponad 40% obawiających się utraty pracy i/lub planujących jej zmianę bierze pod uwagę zmianę zawodu.Skłonność do przekwalifikowania się

Najczęściej planują podjęcie takiej decyzji pracownicy niższego szczebla, pracujący na umowę zlecenie i samozatrudnieni, dużą grupę stanowią pracownicy sektora produkcji i usług. W mniejszym stopniu rozważają taką możliwość zatrudnieni na niepełny etat, osoby na stanowiskach kierowniczych oraz specjaliści. 59% badanych nie bierze pod uwagę przekwalifikowania się.zmiana zawodu

Plany emigracji zarobkowej

Odsetek osób, które rozważają podjęcie pracy poza granicami kraju od lat pozostaje na tym samym poziomie, nie zmalał na skutek pandemii. Emigrację zarobkową bierze pod uwagę 9,9% badanych, nie ma takich planów 87%. W porównaniu z lutym br. znacząco wzrósł odsetek osób niezdecydowanych, zmalał tych, które stanowczo nie zamierzają odrzucają taką możliwość. Bardziej przekonani do wyjazdu są mężczyźni, osoby mające wykształcenie średnie i zawodowe, osoby bezrobotne. Znacznie częściej myśli o emigracji zarobkowej pokolenie Y (25-36 latkowie).Plany emigracji zarobkowejPlany emigracji zarobkowej 2

Z „Barometru Rynku Pracy” wynika, że Polacy nadal najchętniej wyjechaliby do pracy do Niemiec, Holandii, Wielkiej Brytanii i Belgii.

Polacy nadal najchętniej wyjechaliby do pracy do Niemiec, Holandii, Wielkiej Brytanii i Belgii

Obawy przed automatyzacją pracy

Tylko jeden na dziesięciu pracujących obawia się automatyzacji własnego miejsca pracy. W tym gronie są przed wszystkim młodsi specjaliści, a także osoby zatrudnione na niepełny etat i najmniej zarabiający. Kobiety wyrażają takie obawy znacznie częściej niż mężczyźni. Najrzadziej niepokoją się osoby pracujące na stanowiskach kierowniczych i pracownicy sektora publicznego. Nie martwi się o utratę pracy z powodu automatyzacji zdecydowana większość badanych – 88,7%.Plany emigracji zarobkowejilu pracujących obawia się automatyzacji

– Gdyby wyniki badania nastrojów Polaków miały kształtować sytuację gospodarczą, można byłoby przyjąć, że nie grozi nam kryzys, a tylko czasowe spowolnienie. Choć pracownicy zachowują dużą ostrożność w swoich planach zawodowych i raczej zamierzają przeczekać trudny okres, nie obawiają się utraty pracy, a co za tym idzie radykalnego pogorszenia sytuacji materialnej. Powściągliwiej myślą o perspektywach zawodowych, ale nie postrzegają przyszłości w czarnych barwach. Te wyniki są bez wątpienia efektem stosunkowo krótkiego okresu mrożenia gospodarki, dużej interwencji związanej z ochroną miejsc pracy i zatrudnienia oraz dochodów Polaków. Optymizmu dostarczali też politycy, nie tylko podczas kampanii wyborczej. Biznes także zachował zimną krew i dzięki licznym działaniom oszczędnościowym i instrumentom tarczy antykryzysowej nie decydował się na znaczną redukcję zatrudnienia, a obecnie stara się wracać do normalnej działalności – podsumowuje wyniki Barometru dr hab. Jacek Męcina, prof. Uniwersytetu Warszawskiego, doradca Zarządu Konfederacji Lewiatan.

Metodologia badania – XIV edycja badania Barometr Rynku Pracy została przeprowadzona w dniach 25.06.2020-8.07.2020 przez Kantar Polska na zlecenie Work Service. Zostało zrealizowane metodą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych w ramach badania syndykatowego Kartezjusz. Próbę 500 pracowników do większości pytań dobrano z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby dorosłych Polaków (18+ lat). Próba bazowa odpowiadała strukturze populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości i województwa miejsca zamieszkania dzięki losowo-kwotowemu doborowi badanych oraz ważeniu wyników. W pytaniach dotyczących emigracji zarobkowej próbę tę uzupełniono o bezrobotnych, na urlopach macierzyńskich i wychowawczych oraz uczących się – próba wraz z pracującymi 640. Dokładność wyników zależy od liczebności analizowanej grupy i odsetka odpowiedzi. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby pracujących Polaków N=500 to +/-4,47%, a próby potencjalnych pracowników N=640 +/- 3,94%.

Firmy z branży spożywczej muszą zainwestować 14,7 mld zł w cyfryzację, jeśli chcą zachować konkurencyjność

Obecna sytuacja wywołana koronawirusem SARS-CoV-2 i pojawienie się „nowej normalności” wymagają od firm inwestycji w cyfrowy rozwój i technologiczną modernizację, aby zachować konkurencyjność i dostosować się do nowych warunków. Według szacunków Siemens Financial Services, przedsiębiorstwa z branży food & beverage w ciągu najbliższych 5 lat powinny przeznaczyć – w ujęciu globalnym – 567 miliardów dolarów na cyfrową modernizację. Natomiast w Polsce koszty potrzebnych inwestycji sięgają blisko 14,7 miliarda złotych. We wdrożeniu technologicznej rewolucji niezbędne będzie jednak zapewnienie firmom elastycznych form finansowania.

COVID-19 wymusił na przedsiębiorstwach z sektora food & beverage nagłe dostosowanie się do nowych zachowań konsumentów i modyfikację modeli biznesowych. Jesteśmy świadkami „nowej normalności”, która wymaga od globalnych koncernów i MŚP dużej elastyczności oraz zdolności do przewidywania zmian rynkowych. Analitycy dostrzegają także trwałe zmiany na rynku spożywczym w perspektywie średnio i długoterminowej. Aby zachować konkurencyjność i spełniać oczekiwania konsumentów, niezbędne są inwestycje w rozwój cyfrowy i automatyzację procesów. Zgodnie z danymi FoodDrinkEurope z raportu Data & Trends 2019, już 74 proc. MŚP w Unii Europejskiej zainwestowało w technologie, które udoskonalają procesy produkcji i zarządzania.

Koronawirus pokazał, że sytuacja na rynku spożywczym i sposób dotarcia do klienta w każdym momencie mogą ulec zmianie. Natomiast doświadczenia z ostatniego kryzysu finansowego z 2008 roku uczą, że firmy z tej branży, które w trudnych czasach inwestują w cyfryzację i automatyzują procesy, na przestrzeni następnych lat osiągają lepsze wyniki od konkurencji. Nowoczesna firma, która podąża za trendami technologicznymi jest w stanie elastycznie dopasować swoją ofertę do zmieniającego się otoczenia i być bardziej efektywna operacyjnie oraz odporna na wstrząsy – mówi Tomasz Kukulski, Prezes Zarządu Siemens Financial Services w Polsce.

Cyfryzacja to klucz do stabilnego rozwoju

Zgodnie z modelem analitycznym opracowanym przez Siemens Financial Services, inwestycje w rozwój cyfrowy w branży food & beverage na świecie, w ciągu najbliższych 5 lat, powinny wynieść 567 miliardów dolarów. Tylko w Polsce tego typu nakłady mają osiągnąć wartość 14,7 miliarda złotych [1]. Obecne zawirowania wywołane koronawirusem są, wbrew pozorom, bardzo dobrym momentem na wdrażanie nowych technologii. Unowocześnienie procesu produkcji i zarządzania przedsiębiorstwem to większa elastyczność i efektywność biznesowa. A to w konsekwencji prowadzi do lepszych wyników finansowych. [1] Według kursu 1 dol. amerykański = 3,88 zł.

Kolejnym aspektem, który wspiera większą automatyzację są nowe wymogi w zakresie zachowywania dystansu społecznego i ograniczania obecności człowieka przy produkcji żywności – co redukuje ryzyko przenoszenia się bakterii i wirusów. Nie bez znaczenia pozostaje także rosnąca w społeczeństwach świadomość ekologiczna. Współczesne maszyny, które w procesie produkcji żywności wykorzystują sztuczną inteligencję i tzw. predictive maintenance, redukują zużycie surowców, monitorują stan produkowanej żywności i wspomagają gospodarkę odpadami.

Coraz mniej czasu na realizację strategii cyfrowego rozwoju

Postępująca cyfryzacja w branży food & beverage sprawia, że zawęża się tzw. okno do digitalizacji. Zwrócili na to uwagę już w ubiegłym roku specjaliści Siemens Financial Services w raporcie Countdown to The Tipping Point for Industry 4.0., w którym zapytali przedsiębiorców i ekspertów z całego świata, kiedy ich zdaniem nastąpi „punkt krytyczny” adaptacji nowych technologii. Chodzi o moment, gdy ponad 50 proc. wszystkich producentów przejdzie na model Przemysłu 4.0, tym samym wyprzedzając konkurentów. Z badania wynika, że czas na wprowadzenie koniecznych zmian w przypadku dużych firm wynosi 5 – 7 lat, natomiast wśród producentów z sektora MŚP  9  –  11 lat.

W kontekście polskich firm sektora spożywczego, warto przytoczyć dane krajowego badania Siemens Financial Services. Wynika z niego, że ponad 40 proc. małych i średnich przedsiębiorstw z branży food & beverage uważa, że pod względem stanu parku maszyn i urządzeń są mniej konkurencyjni niż firmy zagraniczne. Tylko 6 proc. twierdzi, że są gotowi do konkurowania lepiej od podmiotów z innych krajów. W porównaniu do pozostałych branż ujętych w badaniu (poligraficzna, metalowa, tworzyw sztucznych) to najsłabszy wynik.

Potrzebę inwestycji w cyfrową transformację potwierdzają także wyniki dużego raportu Siemens Polska „Digi Index 2020”, który pokazuje stopień digitalizacji firm produkcyjnych z czterech sektorów (automotive, food & beverage, maszynowy oraz chemiczny i farmaceutyczny). W 4-stopniowej skali index dla branży food & beverage wyniósł 1,7 pkt, co jest najniższym rezultatem ze wszystkich badanych sektorów i oznacza, że potrzeba pilnych inwestycji w tym obszarze.

Przytoczone dane jasno wskazują, że polskie firmy spożywcze powinny inwestować w cyfryzację i modernizować sprzęt, jeśli chcą zachować konkurencyjność. Nadchodzi moment, gdy wdrażanie najnowszych osiągnieć technologicznych staje się standardem.

Ponadto eksperci m.in. Horton International zwracają uwagę na wzrost znaczenia zjawiska „nearshoringu” (lokowanie działalności w krajach sąsiednich), który w momencie ograniczenia mobilności i zwiększenia kosztów transportu, ograniczy ryzyko przerwania łańcucha dostaw w kryzysowych momentach. Wdrożenie takiego modelu operacyjnego nie będzie jednak ani efektywne, ani opłacalne, jeśli firmy nie będą dysponować technologiami agile.

Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Siemens Financial Services, marzec 2020.

Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Siemens Financial Services, marzec 2020.

Finansowanie smart pomoże w cyfryzacji

Modernizacja parku maszynowego nie jest procesem czysto technologicznym, ale także wymagającym znacznych nakładów kapitałowych. Aby inwestycje przynosiły korzyści biznesowe, należy odpowiednio zaplanować proces finansowania. W efekcie częściowo przyspieszonej automatyzacji oraz zwężającego się okna cyfryzacji, do stabilnego rozwoju przedsiębiorstw niezbędne jest tzw. finansowanie smart, które pomaga zachować równowagę finansową firmy przy ponoszeniu nakładów na inwestycje w aktywa trwałe.

Finansowanie smart to indywidualne dopasowanie finansowania do aktualnej sytuacji przedsiębiorstwa, które nie obciąża nadmiernie budżetu, ale pozwala jednocześnie na rozwój. Nie jest sztuką udzielić kredytu czy leasingu, który spełni podstawowe wymagania klienta. We współpracy z firmami liczy się zaufanie i dostosowanie oferty do zmieniających się warunków wewnątrz organizacji oraz na konkurencyjnym rynku. Zdobywające popularność finansowanie smart jest idealnym rozwiązaniem dla przedsiębiorców potrzebujących transformacji cyfrowej przy zachowaniu dotychczasowej stabilności biznesu – Grzegorz Jarzębski, Szef Sprzedaży Siemens Financial Services w Polsce

Dzięki elastycznym formom finansowania, firmy z sektora food & beverage mogą wdrażać innowacje i modernizować park maszynowy. Co ważne, proces inwestycji nie powoduje zachwiania efektywnością operacyjną, ponieważ płatności są dopasowywane do wyników finansowych przedsiębiorstwa.

Oszustwa na koronawirusa – jak działają przestępcy?

W czasie pandemii pojawiają się coraz częściej próby wykorzystania strachu przed koronawirusem do nieuczciwych zamiarów. Przestępcy podszywają się pod instytucje publiczne i rozsyłają sms-y czy maile służące wyłudzaniu danych, oferują bezwartościowe szczepionki czy testy, tworzą fałszywe sklepy. 

W sieci pojawiły się liczne ostrzeżenia i informacje o próbach przestępczych wykorzystujących emocje związane z pandemią. Wiedza o nich z pewnością może pomóc uchronić się przed działaniami oszustów “na koronawirusa”, upewnijmy się, że również nasi seniorzy są świadomi tych ryzyk.

SMS-y o szczepionkach na COVID

Ministerstwo Zdrowia ostrzega przed fałszywymi sms-ami o masowych szczepieniach przeciwko koronawirusowi i konieczności wniesienia opłaty za nie. Sms-y te mogą dotyczyć również wsparcia żywieniowego w związku z koronawirusem, do których dołączono link prowadzący do strony wyłudzającej dane.

Fałszywe są także sms-y informujące o przejęciu środków klientów banków przez NBP. Przykładowe treści to: “zgodnie z specustawą dt. koronawirus wszyscy obywatele RP będą szczepieni. Z refundacją koszt wynosi 70 PLN. Opłać, aby uniknąć kolejek” lub “Informujemy, iż zgodnie z ustawą dotyczącą koronawirusa państwa środki na rachunku zostaną przekazane do rezerw krajowych NBP. Zaloguj się aby zatrzymać 1000 PLN”. Przed takimi wiadomościami ostrzegają Komenda Główna Policji oraz Bankowe Centrum Cyberbezpieczeństwa ZBP.

Są to próby phishingu, czyli wyłudzenia loginów, haseł czy kodów autoryzacyjnych. Celem było wywołanie obaw czy strachu, a uzasadnieniem była specjalna ustawa. Linki mogą też prowadzić do stron zawierających złośliwy kod przejmujący nasze urządzenie i oddający je pod kontrolę oszustów. Możliwe jest też wykorzystanie naszych danych osobowych do np. zaciągnięcia zobowiązań finansowych. Zwracam uwagę na brak interpunkcji, potoczną polszczyznę, błędy językowe – to często tzw. “dzwonki ostrzegawcze”, które powinny wzbudzić naszą czujność. Szanowana instytucja nie pozwoli sobie na taką formę komunikacji z klientami czy obywatelami – mówi Dariusz Polaczyk, Risk and Security Manager w finansowej spółce Currency One, prowadzącej serwisy wymiany walut Walutomat i InternetowyKantor.pl.

“Cudowne” specyfiki na wirusa

Oszuści nie działają jednak tylko w Internecie. Policja informowała w maju br. o pojawieniu się oszustw metodą “na koronawirusa”, które są nacelowane w głównej mierze na seniorów i polegają m.in. na sprzedaży “cudownych” specyfików, talizmanów, amuletów zwalczających koronawirusa lub produktów deficytowych. Oszuści podszywali się pod służby sanitarne czy Ministerstwo Zdrowia.

Wyłudzenia na Tarczę Antykryzysową

W marcu br. na stronach gov.pl pojawiło się ostrzeżenie przed fałszywymi sms-ami dotyczącymi Tarczy Antykryzysowej i informującymi o rzekomym przeterminowanym zadłużeniu podatkowym w Urzędzie Skarbowym, związanym z wprowadzeniem Tarczy. Dodatkowo w treści przestrzegano, że w przypadku braku reakcji na wezwanie wynagrodzenie dłużnika zostanie obniżone o 60 procent. Krajowa Administracja Skarbowa zalecała, aby te wiadomości traktować jako niebezpieczne i usuwać.

Portal cyberdefence24.pl informował z kolei o wiadomościach sms, które zawiadamiały o zaległości w ZUS na kwotę 3,71 PLN i niemożności uzyskania z tego powodu dopłaty z Tarczy Antykryzysowej. Załączony do wiadomości link prowadził do fałszywej strony płatności. Portal donosił również o fałszywej zbiórce pieniędzy na system ochrony zdrowia, środki z której miały wspomóc go w walce z koronawirusem.

Pojawiły się również relacje na temat fałszywych sklepów internetowych oferujących maseczki lub inne towary związane z wirusem.

W kwietniu br. niebezpiecznik.pl informował o pojawieniu się fałszywych sms-ów o otrzymaniu bezzwrotnej pożyczki w kwocie 5 lub 10 tys. zł. W celu jej uzyskania należało się zalogować (podając login i hasło do banku) na fałszywej stronie płatności, udostępniając dodatkowo swoje dane wrażliwe.

Nowa odmiana oszustw “na wnuczka”

Koronawirus wykorzystywany jest także w kolejnej odsłonie oszustw “na wnuczka” czy “policjanta”. Jak podało Radio Szczecin, do jednej z seniorek zadzwonił mężczyzna podający się za policjanta i poinformował, że córka kobiety zachorowała na koronawirusa i przebywa w szpitalu w ciężkim stanie. Potrzebna była szczepionka sprowadzana z USA, która kosztowała kilkadziesiąt tysięcy złotych. Kobieta przekazała środki mężczyźnie, który przyszedł po nie do jej mieszkania. Po tym wydarzeniu Policja zaapelowała o czujność i przypomniała, że funkcjonariusze nigdy nie proszą o przekazywanie pieniędzy.

W lipcu ofiarą padła mieszkanka Łodzi, której syn przebywał w Niemczech. Podszywając się pod pracownika ochrony zdrowia, oszuści poinformowali ją, że syn ciężko zachorował na koronawirusa, a na dowód podali słuchawkę ciężko kaszlącemu mężczyźnie, który udając jej dziecko, płacząc, poprosił o wsparcie finansowe na szczepionkę. Kilkanaście tysięcy złotych zostało przekazane przez kobietę przybyłemu po nie kurierowi.

Inny przykład wspomnianej wyżej metody oszustwa opisał w kwietniu portal policja.pl. Dwoje bydgoszczan zostało oszukanych w ten sposób, że dzwoniący rzekomo policjant poinformował ich, że w pobliżu ich miejsca zamieszkania grasuje grupa przestępcza, która ma wiedzę o gotówce przechowywanej w ich domu. “Policjant” wydał polecenie przekazania środków Policji w celu zabezpieczenia ich, jednakże ze względu na koronawirusa muszą one zostać zdezynfekowane, dlatego mają być pozostawione w obrębie śmietnika. Złodzieje w ten sposób wzbogacili się o 100 tys. zł.

Nieuczciwe oferty i sklepy

UOKiK ostrzegał klientów przed różnymi nieuczciwymi ofertami, które pojawiły się w związku z epidemią koronawirusa. Dotyczyły one m.in. różnego rodzaju inwestycji mających bezpiecznie i wysoko pomnażać nasze oszczędności, specjalnych ubezpieczeń od koronawirusa, środków medycznych, suplementów diety czy szczepionek rzekomo chroniących przed zakażeniem, testów on-line, pomocy finansowej lub szkoleniowej dla przedsiębiorców warunkowanej wcześniejszą wpłatą, zbiórek pieniędzy obsługiwanych przez nieznane organizacje charytatywne – wylicza Dariusz Polaczyk z Currency One.

Urząd ostrzegał również przed różnego rodzaju fake newsami w postaci informacji o rządowych obligacjach przeznaczonych na walkę z koronawirusem czy też o zamrożeniu naszego konta przez rząd z uwagi na stan wyjątkowy i przestrzegał przed otwieraniem jakichkolwiek linków lub załączników przesyłanych w tych wiadomościach. Było też ostrzeżenie przed domokrążną sprzedażą maseczek, płynów do dezynfekcji, testów na wirusa itd., która może być pretekstem do wpuszczenia złodzieja do domu, jak również przed osobami podszywającymi się pod urzędników sanitarnych i nakazującymi opuszczenie mieszkania w związku z kontaktem z osobą zarażoną (aut.: w celu np. zdezynfekowania mieszkania).

Jak się chronić?

Eksperci od bezpieczeństwa finansowego w Walutomacie i InternetowyKantor.pl radzą, by przede wszystkim nie ulegać emocjom i jeśli cokolwiek wzbudzi nasz niepokój, wymaga podania wrażliwych danych czy przelania pieniędzy, dać sobie nieco czasu na przemyślenie sprawy, jeszcze raz chłodno ocenić, co nas niepokoi, i potwierdzić innym kanałem, że prośba pochodzi od prawdziwego nadawcy. Komunikaty instytucji publicznych umieszczane są na ich oficjalnych stronach internetowych i to te strony są źródłem rzetelnych informacji.

Czytajmy także uważnie treść każdego komunikatu autoryzacyjnego (np. sms-ów przesyłanych przez banki), sprawdzajmy adres w przeglądarce internetowej, jeśli to możliwe, zamieńmy autoryzację sms na autoryzację za pomocą aplikacji mobilnej, która jest bezpieczniejszą formą autoryzacji – doradza D. Polaczyk, ekspert bezpieczeństwa  z Currency One.

Jeżeli padliśmy ofiarą oszustwa, zgłośmy to naszemu bankowi oraz najbliższej jednostce Policji. W przypadku oszustw internetowych zgłośmy je również zespołowi reagowania na incydenty CERT.PL na stronie https://incydent.cert.pl/.

Potrzebne są szybkie decyzje dla przemysłów typu offshore

Powstanie warunków dla rozwoju przemysłów typu offshore to szansa dla polskiej branży stoczniowej. Potrzebne są jednak szybkie działania i zdecydowane decyzje rządu – ocenili zgodnie uczestnicy panelu „Flota offshore szansą dla polskich stoczni?”, który odbył się w ramach III edycji Forum Wizja Rozwoju w Gdyni. 

Zdaniem uczestników debaty przedsiębiorstwa branży morskiej już teraz są ważnym dostawcą sprzętu i usług dla globalnego sektora offshore, w szczególności w zakresie jednostek specjalistycznych. Podmioty te mają również ugruntowaną i silną pozycję na rynku europejskim.

Zdaniem Grzegorza Strzelczyka, prezesa zarządu Lotos Petrobaltic S.A. do końca tego roku powinien zostać utworzony narodowy operator offshore wind, który m.in. zlecałby budowę statków instalacyjnych dla farm wiatrowych oraz prace serwisowe w kontakcie z inwestorami. Jego zdaniem to ostatni dzwonek na powołanie takiego podmiotu.

Przypomniał, że zgodnie z obowiązującą polityką energetyczną farmy wiatrowe mają zacząć działać w latach 2023-2025. „Jeżeli proces inwestycyjny statków instalacyjnych trwa minimum ok. 36 miesięcy, to czas najwyższy, by podjąć decyzję i stworzyć narodowego operatora offshore” – podkreślił Strzelczyk. Ostrzegł, że w przeciwnym razie obcy operatorzy będą budować farmy wiatrowe dla polskich koncesjonariuszy na polskim szelfie.

W podobnym duchu wypowiadali się inni uczestnicy panelu. „Obserwujemy, że armatorzy odnawiają swoje floty, inwestują w nowoczesne technologie i wspierają stocznie, jak np. Kanada. Państwo to zainwestowało poprzez prywatnego inwestora i wybudowało nową stocznie tylko dlatego, żeby dbać o swoją gospodarkę morską” – powiedziała Dorota Arciszewska, prezes zarządu Polskich Linii Oceanicznych.

Według niej należy także i w Polsce wspierać oraz rozwijać stocznie, mimo wciąż trwającej pandemii. Na rynku pojawiają się nowe statki, nikt nie zasypuje gruszek w popiele.

Przemysł stoczniowy wymaga jednak wsparcia ze strony państwa. Odpowiednie kroki są już czynione. „Przykładem realnych działań są kroki podejmowane przez ARP, które wpisują się w Strategię Odpowiedzialnego Rozwoju premiera Mateusza Morawieckiego. To integrowanie aktywów w sferze państwowej i podejmowanie decyzji inwestycyjnych, by stworzyć warunki do dalszego rozwoju” – mówił Mateusz Berger, wiceprezes Agencji Rozwoju Przemysłu.

Jako jeden z pozytywnych przykładów podał nadzorowana przez ARP spółkę Baltic Operator, która już zdobyła mocną pozycję międzynarodową. „Prowadzimy szereg działań inwestycyjnych, które mają stworzyć ekosystem i zaplecze do powstania energetyki offshore. Jeśli żadna spółka z udziałem Skarbu Państwa nie prowadziła do tej pory aktywnej działalności okrętowniczej, to nie jest możliwe, by w rok lub dwa lata dokonać diametralnej zmiany. Nasze działania mają na celu stworzenie dobrych warunków dla polskich przedsiębiorców” – stwierdził prezes Berger.

 

Kolczyński: rola PFR i ARP w finansowaniu firm będzie rosła

Dzięki dużej elastyczności rola takich instytucji jak PFR i ARP w finansowaniu przedsiębiorstw będzie rosła – podkreślił wiceprezes Agencji Rozwoju Przemysłu Paweł Kolczyński, podczas III Forum Wizja Rozwoju w Gdyni.

Paweł Kolczyński, który uczestniczył we wtorek w debacie dotyczącej finansowania rozwoju przedsiębiorstw zwrócił uwagę na problemy małych i średnich przedsiębiorstw w dostępie do finansowania zewnętrznego, zwłaszcza w czasie pandemii koronawirusa. Wskazał przy tym na rolę instrumentów oferowanych przez ARP i PFR w finansowaniu rozwoju firm.

Wiceszef ARP przypomniał, że problem z pozyskaniem finansowania zewnętrznego w Polsce dotyczy ok. 6 proc. przedsiębiorstw, szczególnie z sektora MŚP. Zaznaczył przy tym, że odpowiedzią na tą sytuację, jest program ARP dla małych i średnich przedsiębiorców ogłoszony wspólnie z premierem Mateuszem Morawieckim w marcu 2019 r. „Program ten został teraz zaktualizowany w związku z epidemią COVID-19” – podkreślił Kolczyński.

Wiceszef ARP zwrócił uwagę, że sytuacja pandemiczna spowodowała, że rola takich instytucji jak ARP i PFR, które mają większą elastyczność w finansowaniu przedsiębiorstw będzie sukcesywnie się zwiększać.

„Pomyślmy w jakim miejscu znajdowaliby się aktualnie przedsiębiorcy i cała polska gospodarka, gdyby nie tarcza finansowa PFR-u, gdyby nie działania tarczowe ARP i inne ułatwienia legislacyjne wprowadzane przez parlament i rząd” – wskazał Kolczyński. Przypomniał jednocześnie o ograniczaniu akcji kredytowej banków i firm leasingowych, która dotknęła wielu newralgicznych branż.

Zdaniem Kolczyńskiego rzeczywistą skalę potrzeb firm na instrumenty pożyczkowe i leasingowe ARP i PFR poznamy dopiero w październiku oraz listopadzie 2020 r., gdy zakończą się 6-miesięczne okresy karencji w spłacie rat. „Zarówno firmy leasingowe, jak i banki moim zdaniem zastanawiają się jaka będzie realna sytuacja polskich przedsiębiorstw, ilu z nich będzie w stanie przystąpić do bieżącej obsługi tych finansowań, które posiadają” – ocenił wiceszef ARP.

Dodał przy tym, że ARP wyszła z ofertą także do tej grupy firm, proponując instrumenty charakteryzujące się dłuższym okresem karencji, np. 12-miesięcznym w przypadku refinansowania leasingu i 15-miesięcznym w przypadku pożyczki obrotowej na finansowanie luki w kapitale obrotowym.

O skuteczności instrumentów osłonowych dla firm wprowadzonych przez rząd mówił z kolei wiceminister rozwoju Robert Nowicki. „Wydaje się, że wszystkie dane które posiadamy, dane GUS i Eurostatu, w zakresie różnych sektorów pokazują, że 20 na 34 sektory notuje tendencję zwyżkową w kształcie litery V. To pokazuje, że wszystkie działania rządu, decyzje i ustawy, które miały uratować różne sektory gospodarki przynoszą oczekiwany skutek” – mówił Nowicki.

Forum Wizja Rozwoju to największe wydarzenie gospodarcze północnej Polski. Pomimo obostrzeń epidemicznych w tegorocznej, III edycji wydarzenia, które odbywa się w dniach 24-25 sierpnia w Akademii Marynarki Wojennej im. Bohaterów Westerplatte w Gdyni wzięło udział kilkaset osób.

Dane MR: Pandemia nie wystraszyła przedsiębiorców. Polacy zlikwidowali o blisko 20% mniej firm niż rok temu

Przeszło 143 tys. wniosków o zawieszenie działalności wpłynęło do rejestru CEIDG w pierwszych sześciu miesiącach br. Jak wynika z danych przekazanych przez Ministerstwo Rozwoju, to o ponad 11 tys. więcej w porównaniu z analogicznym okresem ub.r. Spadła za to liczba wniosków dot. likwidacji działalności gospodarczej. Ostatnio dotarło ich przeszło 70 tysięcy, czyli o blisko 14 tys. mniej niż rok wcześniej. Ten wynik jest nieco zaskakujący ze względu na gorszą koniunkturę gospodarczą i pandemię. Ale znawcy tematu przekonują, że jest to efekt szerokiego wsparcia skierowanego przez samorządy i rząd dla przedsiębiorców.

Jak informuje Ministerstwo Rozwoju, w pierwszej połowie tego roku do rejestru CEIDG wpłynęło 143,1 tys. wniosków o zawieszenie działalności. To o 11,3 tys. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wówczas było ich 131,8 tys. Eksperci, analizując te wyniki, zwracają uwagę na obowiązujące przepisy. One uprawniają do zawieszenia działalności gospodarczej wyłącznie podmioty niezatrudniające pracowników. W związku z tym należy zakładać, że powyższe dane dotyczą tzw. samozatrudnienia.

– Moim zdaniem, duża część przedsiębiorców podejmowała decyzje o zawieszeniu działalności gospodarczej po dokładnej analizie sytuacji. Rozpatrywali oni więc nie tylko swoje możliwości co do utrzymania i kontynuowania prowadzonego biznesu. Sprawdzali również opcje uzyskania wsparcia finansowego z poszczególnych tarcz antykryzysowych. Ale oferowana pomoc często wiązała się ze spełnieniem szeregu formalnych wymagań – komentuje Marek Niczyporuk, doradca podatkowy i radca prawny z Kancelarii Ars AEQUI.

Przedsiębiorcy otrzymali znaczne środki finansowe w ramach programu rządowego wprowadzonego na podstawie Ustawy o SIR, co zaznacza Adrian Parol, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny. Ekspert dodaje, że subwencja finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju (PFR) ma w dużej części charakter bezzwrotny. Gdy beneficjent prowadzi działalność gospodarczą przez 12 miesięcy od dnia przyznania tego wsparcia, należy oddać tylko kwotę stanowiącą 25% wartości subwencji finansowej.

– Jedną z popularniejszych form pomocy było zwolnienie ze składek ZUS, ale tylko na 3 miesiące. Przedsiębiorcy, którzy skorzystali z tej opcji, mieli zatem czas na rozeznanie rynku i swoich możliwości odbudowania biznesów. Z pewnością dla wielu działalności były to środki pozwalające przetrwać, ale uniemożliwiające zmianę branży czy pozyskanie nowych klientów – dodaje mec. Niczyporuk.

W pierwszej połowie tego roku do rejestru CEIDG wpłynęło 70,3 tys. wniosków dot. likwidacji działalności gospodarczej. W porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku, liczba ta zmniejszyła się o 13,8 tys. Od 1 stycznia do 30 czerwca 2019 roku było ich bowiem 84,1 tys.

– To jest zaskakujący wynik. Można było oczekiwać, że skala likwidacji działalności wzrośnie. Mówimy tu przecież o okresie największego kryzysu w nowoczesnej historii gospodarki rynkowej w Polsce. Widocznie firmy mają nadzieję, że programy pomocowe pozwolą im przetrwać. Ale cały czas jest niepewność i oczekiwanie na to, co będzie dalej – analizuje dr Sławomir Dudek, główny ekonomista Pracodawców RP.

Z kolei według Anny Szymańskiej, wiceprezes Grupy Kapitałowej DGA, mniejsza liczba wniosków o likwidację działalności nie jest przypadkowa. To efekt bardzo szerokiego i różnorodnego zakresu pomocy finansowej dla przedsiębiorców. Ekspert zaznacza, że nie są to tylko środki centralne. Regiony również wspomagają firmy. Z doniesień prasowych wynika, że np. zarząd województwa małopolskiego postanowił przeznaczyć 16 mln zł ze środków Regionalnego Programu Operacyjnego 2014-2020 na pomoc samozatrudnionym. Osoby, których miesięczne obroty po 1 czerwca br. spadły z powodu pandemii o co najmniej 75%, będą mogły otrzymać 3 tys. zł miesięcznie w postaci bonu.

– Przedsiębiorcy w obawie przed obowiązkiem zwrotu znacznych kwot, które otrzymali z PFR, kontynuują działalność pomimo znaczącego spadku obrotów. Ponadto sytuacja na rynku pracy też nie napawa optymizmem. Na jesień są zapowiadane zwolnienia w firmach związanych z branżą automotive oraz w górnictwie. Przedsiębiorcy, mając w perspektywie szukanie nowego źródła utrzymania, wolą też kontynuować działalność przy redukcji kosztów i oczekiwać na lepsze jutro – stwierdza doradca restrukturyzacyjny Adrian Parol.

Jak podsumowuje Anna Szymańska, pandemia i wprowadzone ograniczenia w możliwościach kontaktu oznaczają trudności w poszukiwaniu innej pracy. Ponadto okres spowolnienia gospodarczego to również zwolnienia. Należy więc sądzić, że część przedsiębiorców skupiła się na utrzymaniu firmy, a tym samym – pracy i przychodów. Dla nich to nie jest czas szukania nowych wyzwań na rynku pracy.

Skąd popularność Robinhooda? Millenialsi na fali hossy

Coraz więcej młodych inwestorów w USA zarabia bądź traci duże pieniądze wykorzystując aplikacje takie jak Robinhood. W tym roku ta „apka” pozyskała przynajmniej 3 mln nowych użytkowników, a z analiz wynika, że są to przede wszystkim millennialsi.

– Jeżeli przeanalizujemy zachowanie inwestujących poprzez firmę Robinhood, to okazuje się, że ich decyzje są jak najbardziej spekulacyjne – mówi w rozmowie z MarketNews24 Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią. – Zmienność na akcjach, w które inwestują, gwałtownie rośnie.

Skąd popularność Robinhooda? Aplikacja reklamuje się, że, głównie na amerykańskich aktywach (akcje, ETF-y, opcje itd.), umożliwia bezprowizyjne przeprowadzanie transakcji. To jednak nie do końca prawda.

– Inwestowanie nie odbywa się w 100 proc. bezkosztowo, ponieważ oparte jest na różnego rodzaju abonamentach. Trzeba jednak przyznać, że opłaty są niskie. Według mnie ważniejszy jest przy tym model działania, który trafił do nowego pokolenia inwestorów – wyjaśnia ekspert CMC Markets.

Innowacje technologiczne, takie jak nowoczesne platformy transakcyjne czy aplikacje mobilne, ułatwiają dostęp do rynków kapitałowych, zachęcając pokolenie „cyfrowych tubylców” do zainteresowania się giełdą. Podobnych wzrostów doświadczają inni brokerzy, nie tylko na rynkach akcji.

– Skokowy napływ inwestorów w tym roku wynika z dużej zmienności na rynkach. Spadki, później dynamiczne odbicie, a teraz doświadczamy imponującej kontynuacji wzrostów. Dzisiaj można podsumować, że zwiększone zainteresowanie giełdą może być wynikiem rekordowo długiej, wieloletniej hossy. Indeksy giełdowe w USA są na szczytach i być może właśnie teraz mamy do czynienia z ostatnią spekulacyjną falą hossy, którą wieszczą analitycy – dodaje Wardyn.

Ponadto ekspert przypomina, że rekordowo niskie stopy procentowe mogą zachęcać do przerzucenia kapitału z bezpiecznych inwestycji na te bardziej ryzykowne, np. w akcje. Warto pamiętać, że na rozpędzonych i rozchwianych rynkach ryzyko inwestycyjne jest jeszcze wyższe niż zwykle. Trzeba zachować dalece idącą rozwagę i ostrożność, żeby nie stracić całego kapitału.

R22 wypłaci zaliczkę na dywidendę

Zarząd i Rada Nadzorcza R22 przyjęły uchwały, zgodnie z którymi spółka wypłaci akcjonariuszom zaliczkę na dywidendę. Akcjonariusze R22 otrzymają 0,28 zł na jedną akcję, co oznacza zaliczkę na dywidendę w łącznej kwocie blisko 4 mln zł. Spółka podtrzymuje przyjętą politykę dywidendową.

– Zgodnie z zapowiedziami chcemy dzielić się zyskiem z Akcjonariuszami. Rekordowe wyniki oraz wydłużony rok obrotowy sprawiały, że zdecydowaliśmy się na wypłatę zaliczki. Cieszymy się, że możemy dzielić się zyskiem z naszymi akcjonariuszami, co od początku naszej giełdowej historii było jednym z elementów naszej strategii. Dlatego podtrzymujemy politykę dywidendy i po zakończeniu roku również będziemy rekomendować wypłatę dywidendy. – mówi Jakub Dwernicki, prezes R22

Dzień dywidendy został ustalony na 29 września, a dzień wypłaty na 6 października.

Polityka dywidendowa R22 zakłada wypłatę, co najmniej 30 proc. skonsolidowanego zysku netto przypadającego akcjonariuszom jednostki dominującej. Przy jednoczesnym wzroście wartości nominalnej na jedną akcje. Dywidenda za 2018/2019 r. obr. wyniosła 0,30 zł na jedną akcję.

W II kwartale 2020 r. przychody Grupy R22 po raz pierwszy przekroczyły kwartalnie 50 mln zł i wyniosły 52,9 mln zł, a zysk EBITDA ponad 14 mln zł. Zysk netto wzrósł o 55 proc. do 7,5 mln zł, a jeszcze mocniej wzrósł zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej. Wyniósł on 5,7 mln zł i był o 74 proc. wyższy niż rok wcześniej.

Szybszy rozwój biznesu dzięki fotowoltaice

0

Fotowoltaika to nie tylko darmowa energia dla domów. To gałąź OZE, która pozwala na większy rozwój działalności biznesowej. Przedsiębiorcy na całym świecie dostrzegli szereg korzyści płynących z inwestycji fotowoltaicznych, między innymi wyraźne zyski wynikające z oszczędzania energii, jak również zyski z odsprzedaży nadwyżek energetycznych. Obserwujemy obecnie najmocniejsze w historii działania na rzecz rozwoju zielonej energii, a przedsiębiorcy mają znakomite warunki do inwestowania w fotowoltaikę z szybkim zwrotem z inwestycji. 

Coraz większa świadomość korzyści płynących z fotowoltaiki wśród prosumentów indywidualnych rośnie wprost proporcjonalnie do zainteresowania tym rozwiązaniem wśród przedsiębiorców. Szacujemy, że zwrot średniej wielkości instalacji fotowoltaicznej dla indywidualnego Klienta wynosi w optymalnych warunkach zaledwie około 6 lat. Jak ma się sytuacja w przypadku wielkoskalowych instalacji fotowoltaicznych dla biznesu?

Zasilanie biznesu zieloną energią!

Ceny energii elektrycznej rosną z roku na rok, natomiast koszt instalacji fotowoltaicznej z każdym rokiem maleje, a technologia sprawia, że systemy są coraz mocniejsze i wydajniejsze. Każdy przedsiębiorca posiadający elektrownię o mocy mniejszej niż 50 kWp staje się prosumentem i ma możliwość przesyłania nadwyżki wytworzonej energii elektrycznej do zakładu energetycznego. Następnie może wykorzystać tę nadwyżkę na potrzeby funkcjonowania przedsiębiorstwa, wtedy, kiedy jest mu ona potrzebna. Energia wytworzona przez instalację może zasilać np. magazyn, zakład produkcyjny lub sortownie paczek.

– Idealnym przykładem efektywnego wykorzystania potencjału fotowoltaiki w biznesie jest budowa pierwszej instalacji fotowoltaicznej dla DHL Parcel Polska przy słupskim oddziale firmy zrealizowana przez FOTON Technik. Wielkoformatowa instalacja o mocy 50 kWp pozwala na zaspokojenie 25% rocznego zapotrzebowania obiektu na energię elektryczną. Jeden kwartał w roku firma pracuje korzystając z darmowej zielonej energii. Dla takiego obiektu to spore oszczędności. Dodajmy to tego sporą redukcję emisji CO2 do atmosfery. Wielkoformatowe instalacje zasilające duże obiekty stają się coraz powszechniejsze w naszym kraju. Zielona i ekologiczna energia zaczyna być coraz silniej obecna w polskich domach, fabrykach i magazynach, dzięki czemu zyskujemy coraz większą niezależność energetyczną, a przedsiębiorstwa mogą generować większe oszczędności – mówi Michał Skorupa, Prezes zarządu FOTON Technik, Grupa innogy.

Sposoby finansowania dla biznesu

Powszechnie stosowaną przez przedsiębiorców ulgą jest zwrot podatku VAT od inwestycji, dzięki czemu już na początku jest ona tańsza o 23%. Warto zaznaczyć, że wysokość zwrotu nie może przekraczać 53 000 złotych brutto. Ponadto istnieje szereg możliwości w postaci dofinansowań, kredytowania, czy rządowego wsparcia dla przedsiębiorców mających na rozwój fotowoltaiki i wykorzystania jej w przemyśle. Oto kilka z nich:

Jednym ze sposobów finansowania inwestycji w wielkoformatowe instalacje fotowoltaiczne jest program wspierający inwestorów biznesowych z dotacji regionalnych województw, na których terenie działa firma. Dzięki temu programowi przedsiębiorca może odzyskać do 70% inwestycji w zależności od regionu. Istnieją trzy typy pomocy udzielanej uczestnikom tego programu: dofinansowania do kredytów lub pożyczek, niskooprocentowana pożyczka z opcją umorzenia i dotacje bezpośrednie.

Drugim sposobem finansowania jest system aukcyjny – z tej opcji również mogą skorzystać przedsiębiorcy planujący inwestycje w wielkoskalową elektrownię fotowoltaiczną. Możliwość aukcyjnej sprzedaży energii wyprodukowanej przez fotowoltaikę to sposób na dodatkowy zysk dla firmy. Czas zwrotu inwestycji w przypadku skorzystania z tego systemu może wynieść zaledwie 1,5 roku.

Trzecim sposobem wsparcia inwestorów jest program „Energia Plus”. Program powstał w celu zmniejszenia negatywnego wpływu przedsiębiorstw na środowisko naturalne poprzez finansowanie przedsięwzięć inwestycyjnych nastawionych na ochronę środowiska naturalnego. Zalicza się w to rozbudowę istniejących instalacji fotowoltaicznych oraz poprawę jakości powietrza poprzez obniżenie emisji CO2, a także modernizację sieci ciepłowniczych. Beneficjenci programu mogą liczyć atrakcyjnie oprocentowaną pożyczkę do 85% wartości inwestycji. Nabór wniosków trwa tylko do końca roku 2020.

Refinansowanie kredytu mieszkaniowego – czy i kiedy to się opłaca?

Refinansowanie kredytu mieszkaniowego to rozwiązanie, które może zapewnić spore korzyści. Wyjaśniamy, kiedy taki wariant rzeczywiście będzie opłacalny.

Wbrew temu, co wciąż może sądzić wiele osób, posiadacz kredytu mieszkaniowego nie jest „przywiązany” do jednego banku aż do czasu zakończenia spłaty swojego długu. Spora część kredytobiorców może tak myśleć, ponieważ refinansowanie kredytu mieszkaniowego wciąż nie jest bardzo popularne w polskich warunkach. Popularność tej opcji jednak systematycznie wzrasta. Właśnie dlatego postanowiliśmy przedstawić informacje, które będą bardzo pożyteczne dla osób rozważających refinansowanie kredytu mieszkaniowego. Warto pamiętać, że taka operacja nie zawsze musi być opłacalna.

Refinansowanie „hipoteki” w CHF będzie bardzo trudne

Obniżka marży to jeden z najczęstszych powodów, które sprawiają, że posiadacz zadłużenia decyduje się na refinansowanie swojego kredytu mieszkaniowego. Warto przypomnieć, że taka operacja skutkuje spłaceniem poprzedniego długu przez bank, który staje się nowym wierzycielem kredytobiorcy. „Refinansowania kredytów nie można mylić z ich konsolidacją, która polega na połączeniu kilku zobowiązań i ustaleniu dla nich nowego planu spłaty” – zaznacza Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Refinansowanie kredytu hipotecznego to wariant, który może zainteresować przede wszystkim osoby spłacające swoje zobowiązanie na niekorzystnych warunkach. Przykład stanowią wysokie marże, które krajowe banki w obawie przed skutkami globalnego kryzysu ustalały w latach 2009 – 2010. Warto nadmienić, że chodzi przede wszystkim o marże kredytów bez waloryzacji do walut obcych. Refinansowanie „hipotek”, które są rozliczane na przykład we franku szwajcarskim, może być bowiem bardzo problematyczne. „W tym kontekście warto wspomnieć o ograniczeniach, które Komisja Nadzoru Finansowego w Rekomendacji S nałożyła na banki udzielające kredytów walutowych” – podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Znaczenie ma nie tylko mniejsza stawka nowej marży …

Jeżeli posiadacz domu lub lokalu rozważa refinansowanie kredytu mieszkaniowego, to jego decyzja powinna zależeć przede wszystkim od ekonomicznej kalkulacji. Weźmy pod uwagę przykładową sytuację kredytobiorcy, który jedenaście lat temu pożyczył kwotę 500 000 zł (bez waloryzacji) na 30 lat i nadal regularnie spłaca swój dług w ratach równych. Przykładowemu kredytobiorcy wciąż pozostały do spłaty 402 184 zł. Załóżmy, że inny bank mógłby mu zaproponować kredyt refinansowy z marżą 2,30% i okresem spłaty wynoszącym kolejne 19 lat. Różnica marży na korzyść nowego kredytu wynosi zatem 0,70 punktu procentowego. Jednocześnie trzeba będzie jednak zapłacić prowizję 1,50% za udzielenie kredytu refinansowego. W analizowanym przykładzie, kalkulacja wszystkich kosztów i korzyści, jakie pociąga za sobą refinansowanie kredytu mieszkaniowego wygląda następująco:

  • Różnica kosztów kredytu związana z marżą niższą o 0,70 punktu procentowego przez kolejne 19 lat (przy założeniu średniego poziomu stopy WIBOR 3M wynoszącego 2,60%): 35 443 zł
  • Koszt związany z prowizją przygotowawczą za udzielenie nowego kredytu: 6033 zł (prowizja płatna z góry)
  • Koszt związany ze wcześniejszą spłatą poprzedniego kredytu: 0 zł (większość banków nie nalicza tzw. prowizji rekompensacyjnej po upływie 3 lat – 5 lat od daty podpisania umowy)
  • Dodatkowe koszty powiązane z zawarciem nowej umowy kredytowej (m.in. opłaty sądowe i wycena nieruchomości): 800 zł
  • Łączna korzyść związana z refinansowaniem kredytu mieszkaniowego: 28 610 zł bez uwzględnienia inflacji (przy założeniu średniego poziomu stopy WIBOR 3M wynoszącego 2,60% do końca okresu spłaty)

Sytuacja każdego kredytobiorcy jest oczywiście inna – również w kontekście refinansowania. Niemal zawsze można jednak posłużyć się powyższym schematem obliczeń” – tłumaczy Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Refinansowany kredyt podlega już nowym przepisom

W ramach podsumowania warto wspomnieć o jeszcze jednej korzyści, jaką niesie za sobą refinansowanie kredytu mieszkaniowego. Mowa o objęciu nowej „hipoteki” przepisami ustawy z dnia 23 marca 2017 r. o kredycie hipotecznym oraz o nadzorze nad pośrednikami kredytu hipotecznego i agentami (Dz.U. 2017 poz. 819). „Ten akt prawny dotyczy wyłącznie kredytów hipotecznych udzielanych konsumentom, czyli osobom wykorzystującym pożyczone pieniądze na cele bezpośrednio niezwiązane z działalnością gospodarczą i zawodową” – mówi Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Warto też wiedzieć, że ustawa z 23 marca 2017 r. obejmuje kredyty na cele mieszkaniowe (w tym refinansowe) i pożyczki hipoteczne, które zostały udzielone najwcześniej 22 lipca 2017 r. Objęcie kredytu udzielonego konsumentowi wspomnianą ustawą skutkuje licznymi korzyściami. Jedną z nich jest ograniczenie wysokości prowizji za wcześniejszą spłatę. Warto również wspomnieć o możliwości odstąpienia od umowy kredytu refinansowego lub innego kredytu na cele mieszkaniowe (zabezpieczonego hipoteką) w ciągu 14 dni i to bez konieczności podawania przyczyny. „Trzeba też dodać, że posiadacz „hipoteki” udzielonej po 21 lipca 2017 r. w razie niewypłacalności będzie miał przynajmniej 6 miesięcy na samodzielną sprzedaż lokalu lub domu” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

OEX wypłaci dywidendę w wysokości 2,32 zł na akcję

Akcjonariusze OEX podczas Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia, które odbyło się 25 sierpnia 2020 r., zdecydowali o wypłacie najwyższej w historii spółki dywidendy w kwocie ok. 17,6 mln zł (2,32 zł na każdą akcję uczestniczącą w dywidendzie). Pozostała część z zysku wypracowanego w 2019 r., tj. ok. 14,9 mln zł, została przekazana na kapitał zapasowy spółki. Dzień dywidendy ustalono na 3 września, a jej wypłata nastąpi 11 września 2020 r.

– Dzielimy się ponad połową zysku wypracowanego w ubiegłym roku, w tym zyskiem ze sprzedaży spółki ArchiDoc. Wypłata dywidendy nie wpłynie przy tym na możliwość bezpiecznej kontynuacji przyjętej strategii rozwoju oraz realizację planowanych inwestycji.  – powiedział Jerzy Motz, prezes zarządu OEX.

Spółka nie wypłacała dywidendy od 2016 roku, choć warto podkreślić, że w 2019 r. OEX skupił akcje własne, stanowiące 5,27 proc. kapitału zakładowego spółki, płacąc 19 zł za walor. Łącznie na ten cel przeznaczono 8 mln zł.

Środki uzyskane z transakcji sprzedaży akcji ArchiDoc pozwoliły znacząco obniżyć zadłużenie Grupy . Na koniec marca 2020 r. spółka w ujęciu skonsolidowanym dysponowała rekordowym poziomem gotówki w kwocie 59,3 mln zł.

Bezrobocie po-COVIDowe rośnie. Kryzys uderza w osoby młode

Po kryzysie epidemicznym wiele państw na świecie boryka się z problemem rosnącego bezrobocia. W Polsce odsetek bezrobotnych nie jest tak wysoki jak w innych krajach UE. Badania stanu rynku pracy pokazują, że epidemia ta najmocniej dotknęła kraje południowej Europy, część Włoch, Hiszpanii i Francji. W porównaniu z tymi krajami i innymi krajami UE stopa bezrobocia w Polsce jest wyjątkowo niska. Nie zmienia to jednak faktu, że mimo niewielkiej skali zjawiska liczba bezrobotnych w Polsce znacznie wzrosła. Znacząco zmieniła się również struktura bezrobocia.

Na przestrzeni ostatniego roku liczba młodych bezrobotnych – czyli osób poniżej 30 roku życia – zwiększyła się o dwa punkty procentowe. Natomiast o ponad dwa punkty procentowe spadł udział osób bezrobotnych w wieku 50+. To oznacza, że obecny kryzys w dużo większym stopniu dotyka ludzi młodych. Taki trend obserwuje się również w innych krajach – między innymi na rynku amerykańskim. To osoby, które często zatrudnione są na umowy cywilnoprawne – nie mają więc okresu wypowiedzenia. Dlatego kryzys koronawirusa w większym stopniu uderzył w osoby młode, niż w osoby w wieku przedemerytalnym.

– Niedawne odczyty GUS-u pokazywały, że bezrobocie w Polsce sięga 6,1%. Oznacza to wzrost w stosunku do wyników sprzed pandemii o około 0,7 punkta procentowego. Warto wziąć pod uwagę, że ten wzrost następuje w okresie wakacyjnym – a więc w czasie wzmożonego popytu na pracę sezonową. Zazwyczaj jest to okres stabilizacji bądź spadków poziomu bezrobocia. W tym roku odnotowujemy jednak jego wzrost – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Kubisiak, ekspert Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Nie powinno nas to dziwić, gdyż mamy do czynienia z pierwszą od dwudziestu lat recesją. Według naszej prognozy poziom PKB w Polsce spadnie w II kwartale o około 8%. Oznacza to, że nadal mogą pojawiać się najciemniejsze chmury na polskim rynku pracy. Trudności z rekrutacją są szczególnie widoczne zimą. Ponadto będzie to sytuacja, gdy firma będzie musiała wznowić działalność bez dodatkowego wsparcia i przerw w finansowaniu rządowym. Wtedy rynek pracy powie „sprawdzam”. Wszystko wskazuje na to, że stopa bezrobocia w Polsce znacznie wzrośnie w listopadzie i na początku grudnia. Wiele prognoz sugeruje, że nie powinno przekroczyć 8%. W porównaniu z dwucyfrowymi odsetkami w niektórych krajach Unii będzie to średni wynik. Niepokoić powinna jednak zmiana jego struktury – wskazuje Kubisiak.

Co jest nie tak z polskim węglem?

Węgiel kamienny to surowiec zamieszany w dwa sektory – wydobywczy i elektroenergetyczny. Problemy z węglem to więc po pierwsze kwestia kopalni. W Polsce większość z nich stoi u progu bankructwa – wymaga dużych dofinansowań od rządu i jest bardzo mocno uzwiązkowiona. Kopalnie w Polsce zmuszone są wydobywać węgiel z coraz głębszych złóż, co czyni produkcję droższą i bardziej niebezpieczną. To prowadzi nas do kolejnego sektora, który korzysta z węgla – elektroenergetyki, czyli elektrowni wytwarzających prąd z paliw kopalnych. Tych w Polsce jest dużo i powstaje coraz więcej. By je odpowiednio zaopatrzyć – polskie kopalnie musiałyby dostarczyć dużo więcej węgla, niż są w stanie. Dlatego coraz bardziej popularny staje się w Polsce import tego paliwa. Węgiel jest paliwem łatwo mobilnym. Można przewieźć go w zasadzie z każdego miejsca na ziemi. Dlatego import węgla z zagranicy jest częstą praktyką, również w Polsce. Wciąż słyszymy, że polskie elektrownie używają węgla z Kolumbii, Australii czy z Rosji. Dzieje się tak, ponieważ importowany z tych krajów węgiel jest dużo tańszy od polskiego. Głębokość wydobycia w Polsce sprawia, że surowiec drożeje, opłaca się więc kupować go z zagranicy.

– W polskich kopalniach rocznie wydobycie spada o mniej więcej o 3-4%. Złoża, które do tej pory były eksploatowane, mają swoją przydatność. W większości tych miejsc po węgiel trzeba sięgać coraz głębiej – więc jest on po prostu niekonkurencyjny w stosunku do innych ofert. Dlatego bronienie kopalni argumentami, że zapewniają nam bezpieczeństwo energetyczne i są elementem naszej konkurencyjności na rynku, jest dużym naciąganiem – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. – Na to wszystko nakłada się trzeci ważny element, czyli polityka energetyczno-klimatyczna. Prąd wytwarzany z węgla jest obłożony kosztem środowiskowym, który każdy z nas widzi na domowych rachunkach. Polskie elektrownie emitują do atmosfery nawet 700 kg dwutlenku węgla na 1 megawatogodzinę. Energia elektryczna wytwarzana z węgla kamiennego i brunatnego jest więc droższa niż energia z importu albo ze źródeł odnawialnych. Te trzy elementy powodują, że węgiel jest mocno wypychany z polskiego miksu energetycznego. W tym tempie spadku wydobycia, nawet gdyby nie zostały zamknięte kolejne kopalnie, węgiel skończy nam się w ciągu 20 lat. Sektor wydobywczy wymaga więc gruntownej reformy – podkreśla Roszkowski.

Mieszkania Wilanów – rynek wtórny i pierwotny

Wilanów to jedna z najpopularniejszych warszawskich dzielnic. Mieszkać w tej okolicy to marzenie wielu osób i nic dziwnego, gdyż uchodzi ona za luksusową i elitarną, a osiedlając się na Wilanowie można liczyć nie tylko na komfort, ale też na znanych sąsiadów, bo przecież mieszka tam wielu ważnych ludzi – aktorów, muzyków, celebrytów, sportowców czy nawet polityków.

Wielu osobom Wilanów kojarzy się przede wszystkim z barokowym pałacem króla Jana III Sobieskiego. Dzisiaj to jednak również luksusowe warszawskie osiedle mieszkalne ze słynnym Miasteczkiem Wilanów, terenami zielonymi, wspaniałą architekturą i właściwie wszystkim, co potrzeba do życia. Co ciekawe – ten obszar to jeden z nielicznych terenów Warszawy, o którym można powiedzieć, że wizja i koncepcja jego rozbudowy jest spójna i to pomimo realizacji przez różnych deweloperów. Aktualnie kolejni renomowani developerzy budują kolejne osiedla – m.in. jest to Infinity Wilanów, które stawia developer Dor Group, budują też Polnord i AM Invest.

Wilanów mieszkania – jakie są ceny?

Mieszkania na Wilanowie to prestiż, a ten jak wiadomo kosztuje. Jeśli ktoś nie chce jednak kupować nowego mieszkania, może rozejrzeć się na rynku wtórnym, a ten na Wilanowie naprawdę jest spory. Szczególnie w Miasteczku Wilanów, gdzie znaleźć możemy sporo ofert mieszkań na sprzedaż. Eksperci oceniają, że wynika to z faktu, iż wiele osób kupiło właśnie tam mieszkania w celach inwestycyjnych, ale też z tego, że nabywcami było sporo singli lub młodych par, a po powiększeniu rodziny szukają dla siebie czegoś innego, często też większego. Jest to osiedle na terenie Wilanowa Zachodniego, które jako pierwsze w Polsce zostało stworzone na podstawie tak zwanego Masterplanu, który zakładał budowę samowystarczalnego osiedla o idei miasta w mieście.

Mieszkania Wilanów – ile kosztują w porównaniu do innych dzielnic w Warszawie? Otóż wedle ostatnich raportów dotyczących warszawskiego rynku wtórnego nieruchomości średnia cena za metr kwadratowy mieszkania przy Alei Wilanowskiej, która wchodzi w skład powyżej wspomnianego Miasteczka Wilanów jako jego granica wynosi – 10650 złotych. Jest więc dużo niższa niż na przykład średnie ceny mieszkań przy ulicach w centrum miasta lub jego pobliżu:

  • Aleja Niepodległości – 12970 złotych
  • Chmielna – 15900 złotych
  • Hoża – 16500 złotych
  • Koszykowa – 18600 złotych
  • Nowolipki – 13600 złotych
  • Wspólna – 16800 złotych

Nowe mieszkania Wilanów

Na równie szeroką ofertę mogą liczyć ci, którzy chcą kupić nowe mieszkanie na Wilanowie. Mimo dużego ruchu na rynku wtórnym, dzielnica wciąż się rozwija i powstają w niej nie tylko nowe budynki mieszkaniowe, ale też  – niezwykle przydatna mieszkańcom – infrastruktura publiczna. Budowana jest południowa obwodnica Warszawy, a także zgodnie z ostatnimi zmianami Rady Miasta dotyczącymi zagospodarowania terenu – dwa duże obiekty handlowe. Pierwszy powstanie na przedpolu pałacu czyli na obrzeżach Miasteczka Wilanów – przy ulicy Przyczółkowej u zbiegu z ulicą Branickiego. Będą to cztery połączone budynki o kaskadowym kształcie, przy miejskim skwerze z zielenią. Nie zapomniano też o innych atrakcjach dla mieszkańców – na dachu ma być wybudowany plac zabaw oraz skatepark. Drugi obiekt to natomiast rejony ulicy Uprawnej gdzie ziemię ma Auchan. Powstanie tam nie tylko galeria handlowa, ale także park z oczkiem wodnym i oranżerią. Tam gdzie powstają nowe inwestycje na Wilanowie nie brak też miejsca na przestrzeń wspólną – można tam z powodzeniem organizować imprezy plenerowe, pikniki dla mieszkańców czy innego typu eventy (Zasady bezpiecznej organizacji tego typu imprez w czasie Covid można sprawdzić NA TEJ STRONIE).

Wilanów

Nowe mieszkania Wilanów – czy ciągle powstają? Tak! Deweloperzy wciąż chętnie budują na Wilanowie i aktualnie w realizacji jest sporo budynków. Nowe mieszkania powstają na Błoniach Wilanowskich, na terenach osiedla Zawady oraz Kępie Zawadowskiej.

Wilanów to dzielnica, która ciągle się rozwija i powstaje na niej nowa infrastruktura i nowe osiedla, na których wybór mieszkań jest naprawdę spory. Jednocześnie jest tam także bogaty rynek wtórny, a ceny są niższe niż w dzielnicach położonych bliżej centrum stolicy.

Galerie handlowe powoli odrabiają straty. Polacy wracają do bardziej spontanicznych zakupów

0

– Sytuacja w centrach handlowych powoli się stabilizuje – mówi Anna Szmeja, prezes Retail Institute. Wyniki sprzedaży i odwiedzalności od maja stopniowo się poprawiają. Najlepiej radzą sobie najmniejsze obiekty. Ze sporymi spadkami wciąż borykają się galerie położone w centrach dużych miast, które są mocno uzależnione od klientów z dużych biurowców. To im najwięcej czasu zajmie powrót na ścieżkę wzrostu.

Od maja powoli rośnie liczba osób, które odwiedzają galerie handlowe, co przekłada się na obroty firm, które prowadzą na ich terenie działalność.

Już w czerwcu ich wyniki były o 26 proc. wyższe niż w maju, ale słabsze niż rok temu o 15 proc. Sytuacja różni się w zależności od wielkości firm i branży, w której działają, ale generalnie zaczynają odrabiać straty – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Szmeja, prezes Retail Institute.

Z danych ze 140 obiektów monitorowanych przez Retail Institute wynika, że pierwsze półrocze galerie zamknęły ponad 30-proc. spadkiem obrotów i odwiedzalności w ujęciu rocznym. Dane za lipiec i pierwsze tygodnie sierpnia pokazują jednak, że spadki są coraz mniejsze.

Mimo że prognozy są nadal dosyć bezpieczne, to jednak trend jest stale rosnący – mówi Anna Szmeja. – Dziś jest zbyt wiele elementów, które mają wpływ na dalszy rozwój sytuacji, oraz niewiadomych, aby móc prognozować wyniki. Jednak patrząc na dane z lipca i sierpnia pokazujące powolne wzrosty, można stwierdzić, że o ile nie pojawi się żaden kryzys spowodowany wzrostem zachorowań, to będzie dobrze.

Dobra sytuacja panuje przede wszystkim w segmencie elektroniki, który notuje wyraźne wzrosty (w czerwcu 23,7 proc. r/r), a także w sklepach budowlanych i z wyposażeniem wnętrz (+11 proc.). W ujęciu miesięcznym – w porównaniu do maja – wzrosty widać było za to w większości asortymentów. Segment modowy odnotował o 43,8 proc. większą sprzedaż, a kawiarnie i restauracje – o 88,3 proc.

Zdecydowanie lepiej radzą sobie nadal centra małe i bardzo małe. Obiekty śródmiejskie, które są w dużej mierze uzależnione od mobilności Polaków i dużych biurowców, gdzie klientami są pracownicy dzisiaj pracujący zdalnie, wciąż borykają się ze sporymi spadkami. Jednak one również mają ogromny potencjał, żeby w dłuższym okresie powrócić na ścieżkę wzrostów – podkreśla prezes Retail Institute.

Zwraca uwagę, że wszystkie galerie handlowe będą potrzebować trochę czasu, żeby wrócić do formy sprzed koronawirusa. Najpierw musiały przygotować powierzchnie do nowych wymogów sanitarnych, potem dzięki tarczy antykryzysowej na dwa miesiące najemcy zostali zwolnieni z opłat czynszowych i eksploatacyjnych, a od 4 maja w ciągu trzech miesięcy trzeba było wypracować nowe warunki dotyczące wynajmu powierzchni do grudnia tego roku.

– Aż 98 proc. tych rozmów zakończyło się sukcesem. Każdy sklep był traktowany indywidualnie. Spowodowało to jednak, że przychody z tytułu czynszów po stronie galerii handlowych są mniej więcej o 15–20 proc. niższe niż w analogicznym czasie w 2019 roku – mówi Anna Szmeja. – Pamiętajmy, że umowy najmu często podpisuje się na siedem, nierzadko na dziesięć lat, więc faktycznie włożono ogromny wysiłek, aby nowe warunki dopasować do aktualnej sytuacji.

Eksperci Retail Institute obliczyli, że w I półroczu br. zagregowana wartość czynszu i kosztów wspólnych w monitorowanych centrach spadła o 16,7 proc., przy czym największe spadki odnotowano w marcu (-19,5 proc r/r) i kwietniu (-83,8 proc). Dotychczasowe wsparcie najemców 500 centrów handlowych w Polsce mogło kosztować galerie nawet 22,7 mld zł miesięcznie.

Zdaniem prezes instytutu w przyszłości można się spodziewać rozwoju małych i bardzo małych centrów handlowych, bo to one najlepiej poradziły sobie w kryzysowej sytuacji.

– W segmencie dużych i bardzo dużych centrów rynek jest już nasycony, więc tutaj koronawirus niewiele zmieni. Pozytywnym sygnałem jest jednak fakt, że wiele sieci handlowych, które wstrzymały swoje plany ekspansji, teraz zaczyna do tego tematu wracać. Zatem nawet gdyby pojawiły się okresowe wzrosty pustostanów, wolnych powierzchni w centrach handlowych, to właśnie te plany otwierania nowych lokalizacji w nowych centrach i miastach powinny tę lukę wypełnić – mówi.

Przez pierwsze miesiące odmrażania gospodarki widać było, że zakupy Polaków stały się znacznie mniej spontaniczne niż przed pandemią. Rzadko też wybierali się oni do galerii całymi rodzinami.

Paradoksalnie nie ma to dużego wpływu na obroty najemców, a to oznacza, że koszyk zakupowy nadal jest bardzo porównywalny do tego, co znaliśmy sprzed pandemii. Natomiast już w pierwszych tygodniach sierpnia pojawiły się w wynikach pierwsze jaskółki powrotu klientów do spontaniczności. Trzeba pamiętać, że w przypadku wielu firm takie impulsowe zakupy stanowią często nawet 25 proc. ich obrotu. W związku z tym wszystkim zależy na tym, żeby dawne zwyczaje zakupowe wróciły jak najszybciej – mówi Anna Szmeja.

Sytuację mógłby poprawić także powrót do niedziel handlowych. Z danych Retail Institute wynika, że przełożyłoby się to na 4-proc. wzrost liczby klientów i 1,8-proc. wzrost obrotów, co dla najemców oznacza zwiększenie przychodów ze sprzedaży rzędu kilkuset milionów złotych do końca 2020 roku. Branża apeluje również o zmiany w podatkach – m.in. czasowe zwolnienie właścicieli centrów handlowych z podatku od nieruchomości oraz kasowe rozliczanie VAT i CIT.

Szkolenia dla kontrolerów ruchu lotniczego zostały zawieszone. Powodem jest mniejszy ruch na polskich lotniskach

Polska Agencja Żeglugi Powietrznej wstrzymała rekrutację na kursy dla kontrolerów ruchu lotniczego. Nowe szkolenia nie będą uruchamiane do 2024 roku z uwagi na spadek liczby operacji lotniczych i mniejsze zapotrzebowanie na personel operacyjny na lotniskach wywołane pandemią koronawirusa. Tymczasem kontrolerów ruchu lotniczego w Polsce od kilku lat brakuje. – Decyzja o zawieszeniu szkoleń zapewne nie poprawi tej sytuacji – mówi Franciszek Teodorczyk ze Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego.

W Polsce jest około 600 kontrolerów ruchu lotniczego, którzy pracują w ramach służby kontroli lotniska, służby kontroli zbliżania i służby kontroli obszaru.

Niedobory w szeregach kontrolerów ruchu lotniczego występują od kilku lat, ale obecnie są trudne do oszacowania, bo branża lotnicza dopiero wraca do normalnego funkcjonowania. Myślę, że pod koniec roku będziemy dysponowali w miarę rzetelnymi prognozami dotyczącymi natężenia ruchu lotniczego w Polsce. W poprzednich latach natomiast obserwowaliśmy wzrost liczby połączeń i brak kontrolerów był zauważalny – zaznacza w rozmowie z agencją Newseria Biznes Franciszek Teodorczyk, kontroler obszaru w Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej i przewodniczący Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego.

Proces rekrutacji i szkolenia kontrolerów ruchu lotniczego trwa około dwóch lat. Do tej pory nabory na kursy były prowadzone co pół roku i w każdym z nich wyłaniano około 20 osób, z czego licencję uzyskiwała mniej więcej połowa kursantów. Ponadto część aktywnych zawodowo kontrolerów odchodzi co roku na emeryturę, a inni podejmują się pracy biurowej albo projektowej, dlatego trudno oszacować niedobory.

Trzeba pamiętać o tym, że jest to zawód, który jest uznawany za jeden z najbardziej stresujących – zauważa przewodniczący Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego. – Ponadto w związku z pandemią oraz znacznym ograniczeniem ruchu lotniczego nad Polską wynagrodzenia kontrolerów zostały obniżone o około 1/4. Trudno przewidzieć, co będzie dalej, bo cały czas jesteśmy na etapie odmrażania ruchu lotniczego i nie wiemy, jak będzie wyglądała sytuacja na lotniskach w przyszłym roku.

Jak podała Polska Agencja Żeglugi Powietrznej, analiza liczby aktywnych zawodowo kontrolerów ruchu lotniczego i praktykantów znajdujących się w procesie szkolenia oraz prognozy dotyczące wzrostu ruchu lotniczego w długim okresie były powodem wstrzymania rekrutacji na kursy dla kandydatów na kontrolerów.

Wpłynie to na obciążenie pracą kontrolerów ruchu lotniczego oraz najprawdopodobniej także na opóźnienia w ruchu lotniczym – ocenia Franciszek Teodorczyk.

Przewodniczący zaznacza, że wstępne prognozy dotyczące ruchu lotniczego na 2020 rok wskazywały osiągnięcie w grudniu poziomu ruchu mniejszego o 20 proc., niż pierwotnie planowano na ten miesiąc. Jednak sytuacja jest bardzo dynamiczna i prognozy dotyczące ruchu lotniczego zmieniają się z tygodnia na tydzień wraz z zamykaniem bądź otwieraniem kolejnych krajów dla ruchu turystycznego. Zgodnie z nowym rozporządzeniem obowiązującym od 26 sierpnia do 1 września na liście „zakazanych” kierunków Rada Ministrów utrzymała 43 kraje, m.in. Rosję, Czarnogórę, Meksyk, Brazylię czy USA. Wcześniejszy projekt rozporządzenia zakładał jej rozszerzenie o kolejne 20 państw, m.in. Hiszpanię i Belgię. Jak wyjaśniono w uzasadnieniu, utrzymanie dotychczasowej listy spowodowane jest jednak kończącym się okresem wakacyjnym i koniecznością zapewnienia powrotów do kraju wypoczywającym za granicą Polakom.

Cotygodniowe statystyki publikowane przez Polską Agencję Żeglugi Powietrznej pokazują, że ruch na lotniskach jest zdecydowanie mniejszy, ale spadki liczby operacji zróżnicowane: mieszczą się w granicach od kilku procent do ok. 50 proc. Dla przykładu między 17 a 23 sierpnia spadek liczby operacji lotniczych na lotnisku w Warszawie wyniósł 53 proc. (w porównaniu z analogicznym okresem w 2019 roku), w Krakowie – 47 proc., w Rzeszowie – 51 proc., a w Łodzi – 46 proc. Liczba operacji lotniczych na wszystkich polskich lotniskach w tym samym okresie była mniejsza w porównaniu z ubiegłorocznymi statystykami o 46 proc., a w ujęciu tydzień do tygodnia wzrosła o 1,5 proc.

Najwięcej lotów w polskiej przestrzeni wykonały w tych dniach: PLL LOT (16,1 proc.), Wizz Air (14,7 proc.) oraz Ryanair (12,6 proc.). W sumie linie te obsłużyły prawie 44 proc. ruchu lotniczego, co stanowi 3708 lotów w polskiej przestrzeni powietrznej.

Pandemia mocno ograniczyła frekwencję w kinach. Możliwe duże zmiany w dystrybucji filmów

0

Branżę filmową czekają zmiany w sposobie dystrybucji produkcji filmowych. W wyniku ograniczeń związanych z pandemią koronawirusa maleje zainteresowanie widzów oglądaniem filmów w kinie na rzecz innych form dystrybucji – np. platform VoD. Wpływa na to m.in. brak głośnych premier na wielkim ekranie. Tym bardziej że studia filmowe coraz częściej decydują się od razu udostępnić premierę filmową online, tyle że za dodatkową opłatą. Niewykluczone, że w przyszłości kina staną się miejscem wybieranym tylko przez pasjonatów wielkiego ekranu.

Trudno dziś jednoznacznie określić, jaka będzie przyszłość kina. Wszyscy w branży mamy nadzieję, że pozostanie pierwszym i największym kanałem dystrybucji filmów, nadal uwielbianym przez widzów. Jednak na pewno nie wróci już to, co obserwowaliśmy kiedyś, czyli tłumy na premierach filmowych, jak choćby na ostatniej produkcji o Jamesie Bondzie, kiedy bilety były sprzedawane już trzy tygodnie wcześniej – mówi agencji Newseria Biznes Justyna Troszczyńska, właścicielka Agencji Consultingu Filmowego Media4Fun.

Pandemia i związane z nią ograniczenia w przemieszczaniu się sprawiły, że nowe produkcje filmowe stanęły na kilka miesięcy. Studia filmowe, nawet jeśli mają gotowe filmy, opóźniają ich premierę ze względu na niską frekwencję w kinach. Eksperci podkreślają jednak, że to właśnie długo wyczekiwane hity i głośne filmy przyciągnęłyby widzów przed wielkie ekrany. Kinom pozostaje teraz dystrybucja starych hitów lub produkcji sprzed pandemii.

– Jako branżę dystrybucyjną rozumiemy w dużej mierze kinematografię i tutaj mamy olbrzymie problemy. Aczkolwiek biznes nie lubi pustki, dlatego część tej dystrybucji przenosi się do nowych mediów, rozwijają się platformy VoD. Oczywiście telewizja miewa swoje problemy, jeżeli chodzi o reklamodawców, natomiast pod kątem oglądalności i zainteresowania widza notuje tendencje wzrostowe – mówi Justyna Troszczyńska.

To właśnie platformy VoD sprawiają, że dystrybucja filmowa przyjmuje dziś – i tak prawdopodobnie będzie w przyszłości – bardziej rozproszoną formę i jest dostosowana do indywidualnych preferencji widza. Przykładem może być nowy film Disneya „Mulan”, który miał pojawić się wkrótce jako głośna premiera na ekranach kin. Zamiast tego we wrześniu zostanie udostępniony na platformie streamingowej za dodatkową opłatą. Jak podkreśla ekspertka, możliwy jest również taki scenariusz, że filmy będą dostępne na platformach VoD już po 17 dniach od premiery kinowej. Taki zapis znalazł się w umowie pomiędzy studiem a siecią kin AMC. Wcześniej filmy mogły być udostępnione online najwcześniej po trzech miesiącach od premiery na dużym ekranie.

Pojawienie się zagranicznych platform streamingowych w Polsce znacząco wpłynęło na dynamikę rynku i rozwój konkurencyjności w tej branży filmowej. Poprzednio mieliśmy dostępne jedynie platformy VoD, za których plecami de facto stały stacje telewizyjne, więc były one w większości wykorzystywane do promowania produkcji emitowanych wcześniej na ekranach danego kanału. Netflix jako pierwsza zagraniczna platforma weszła do Polski, oferując zupełnie nową jakość i zupełnie nowe produkcje, które wcześniej w większości nie były emitowane na kanałach telewizyjnych. To było coś nowego. Dlatego stał się prekursorem w zakresie  produkcji filmowych realizowanych specjalnie na platformy – wyjaśnia właścicielka Agencji Consultingu Filmowego Media4Fun.

Niewykluczone, że w przyszłości pojawią się zupełnie nowe możliwości dystrybucji filmów na YouTubie czy w mediach społecznościowych, jednak dziś branża filmowa koncentruje się na znanych obszarach i na nich opiera swój rozwój.

Zdaniem ekspertki zdecydowanie najbardziej poszkodowaną formą dystrybucji filmów jest kino, ale to pociąga za sobą także inne konsekwencje dla branży. Przy największych produkcjach i najciekawszych realizacjach wysokobudżetowych, szczególnie zagranicznych, to przede wszystkim kino zarabiało na odpracowanie budżetu i realizację kolejnych filmów.

– W tym momencie te wysokie budżety obliczane na przychody z kina poniosły największe straty – mówi Justyna Troszczyńska. – Te filmy zostały jednak upublicznione. Udało nam się je wprowadzić do dystrybucji i pokazać szerszemu widzowi, tyle że za pomocą platform VoD. Między tymi dwiema formami dystrybucji i produkcji filmowej zawsze była zażarta walka i mimo że od kilku lat platformy VoD i dostęp do serwisów digital bardzo mocno się rozwija, kino chce pozostać tradycyjną, pierwszą formą dystrybucji dla widza. Pozostaną na pewno kina dla pasjonatów. Mamy nadzieję, że ten rynek w ciągu najbliższych dwóch–trzech lat ułoży się na tyle, żeby kina nie zniknęły całkowicie z naszej mapy.

Półtora roku na połączenie Orlenu i Lotosu. Kierowcy mogą pośrednio skorzystać na tej fuzji

Kierowcy mogą zyskać na połączeniu dwóch paliwowych koncernów. – Wzmożenie siły nabywczej Orlenu na rynkach międzynarodowych to większa możliwość pozyskiwania taniej ropy i niższego kosztu tankowania – ocenia dr Jakub Bogucki z e-Petrol.pl. Zgoda Komisji Europejskiej na fuzję oznacza, że Orlen będzie musiał sprzedać 30 proc. udziałów rafinerii Lotos i 80 proc. stacji tej sieci. Jeśli doszedłby w tym zakresie do porozumienia z jedną z zagranicznych firm, mogłoby to wzmocnić jego obecność na innych rynkach.

– Możemy założyć, że kierowcy będą grupą, która zyska na fuzji Orlenu z Lotosem, bo taki był jej cel. Chodzi o wzmożenie siły nabywczej Orlenu na rynkach międzynarodowych, większą możliwość pozyskiwania taniej ropy i, co za tym idzie, niższego kosztu tankowania dla kierowców. Wszystko jednak zależy od tego, jak zostaną dokładnie zrealizowane wytyczne Komisji Europejskiej, jak szybko i z czym uda się lub nie uda się przy tym procesie uporać – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Jakub Bogucki, analityk rynku paliw z portalu e-Petrol.pl.

Po warunkowej zgodzie Komisji Europejskiej na przejęcie Lotosu przez Orlen i podpisaniu 18 sierpnia porozumienia dotyczącego nabycia akcji od Skarbu Państwa w pierwszym etapie Orlen wykupi 33 proc. akcji tego koncernu naftowego. Zgoda KE uzależniona jest jednak od spełnienia szeregu warunków. Aby Orlen nie zmonopolizował polskiego rynku paliw, musi sprzedać 30 proc. udziałów rafinerii Lotos i 80 proc. stacji (389 z 500) oraz dziewięć magazynów paliw (w tym pięć Lotosu i cztery Orlenu).

Do tej pory nie wiadomo, kto je przejmie,  czy to będzie jednorazowa transakcja, czy sprzedaż tylko po części tego majątku. To jest sprawa otwarta, która może bardzo mocno zaważyć na kształcie rynku detalicznego w Polsce. Jeżeli byłby to np. jeden operator, z całą pewnością mógłby stać się bardzo ważnym graczem na rynku detalicznym albo umocnić swoją pozycję – zauważa dr Jakub Bogucki.

Władze Orlenu już kilka miesięcy temu mówiły, że jednym z pomysłów jest zamiana na aktywa w innej części Europy. Umowa z jedną z zagranicznych firm ułatwiłaby polskiemu koncernowi wejście na inne rynki. Obecnie działa na Litwie, w Czechach i Niemczech, gdzie będzie chciał wzmocnić pozycję, ale firmie zależy też na zaistnieniu w innych europejskich krajach. Wśród potencjalnych zainteresowanych partnerów wymieniane były węgierska firma MOL i Unimot, który buduje sieć stacji w Polsce i na Ukrainie.

Fuzja to także szansa dla Orlenu i Lotosu na wejście w nowe obszary działalności. Na razie jednak, jak podkreśla Bogucki, zbyt dużo jest niewiadomych, by móc ocenić realny wpływ fuzji na działalność samego Orlenu, jak i na rynek petrochemiczny w Polsce.

– Na polskim rynku musimy rozpatrywać to na kilku płaszczyznach – z jednej strony segmentu rafineryjnego, z drugiej strony dystrybucji paliw, hurtu, a także rynku detalicznego. Każdy z tych segmentów w jakiś sposób musi zostać dotknięty przez zmiany związane z wytycznymi Komisji Europejskiej. Dopiero kiedy poznamy całą listę, jak Orlen się do tych wytycznych odnosi, będziemy mogli nakreślać taką panoramę. Z całą pewnością będzie to zmiana o dużym znaczeniu dla rynku, ale kierowcy wyjdą na niej bez uszczerbku, a nawet z korzyścią – przekonuje analityk rynku paliw z portalu e-Petrol.pl.

Jak poinformował prezes Orlenu podczas Forum Wizja Rozwoju w Gdańsku, proces fuzji powinien się zakończyć w ciągu półtora roku. W tym samym czasie ma dojść do połączenia z PGNiG.

Według danych Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego, przytaczanych w badaniu IBRiS na temat postrzegania stacji paliw w Polsce, PKN Orlen ma największy udział w polskim rynku. Na koniec grudnia miał 1800 punktów usługowych (na ponad 7,6 tys. istniejących na polskim rynku), a Grupa Lotos – 506. Pomiędzy firmami na podium znalazł się jeszcze koncern bp z 575 stacjami.

Największe kraje pracują nad bronią antysatelitarną. Jej użycie może być groźne dla całej gospodarki światowej

Trwa wyścig zbrojeń w kosmosie. Największe mocarstwa rywalizują nie tylko pod względem odkryć czy misji kosmicznych. Rosja, Chiny czy Stany Zjednoczone opracowują nową broń, aby zagrozić konstelacjom satelitów innych mocarstw. Broń antysatelitarna jest przydatna nie tylko do osłabiania zdolności wojskowych przeciwników na polu bitwy, lecz także zagraża cywilnemu wykorzystaniu przestrzeni kosmicznej. Niedawno Rosja przetestowała kosmiczną broń przeciwsatelitarną, co pokazuje, że zagrożenia dla systemów kosmicznych są realne.

– Od kilku lat zauważamy coraz silniejszą rywalizację ze strony świata Zachodu i Wschodu, szczególnie amerykańsko-chińską. Zarówno na płaszczyznach orbitalnych, gdzie np. testowane są bronie antysatelitarne, ale także na płaszczyźnie prestiżowej, jak to miało miejsce 50 lat temu pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim, wyścig zbrojeń w kosmosie już trwa i nabiera rozpędu – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Gordon Wasilewski, inżynier w firmie Astronika.

Największe kraje na świecie rywalizują ze sobą coraz mocniej w kosmosie. Trwa wyścig o dominację – wysyłane są misje kosmiczne, trwają badania Marsa, planowane są bazy na Księżycu. Nieco mniej mówi się o rywalizacji w zakresie opracowania broni zdolnej do niszczenia satelitów. Tymczasem, jak pokazują dwa raporty, Center for Strategic and International Studies oraz Secure World Foundation, Rosja, Chiny czy USA pracują nad bronią do zneutralizowania nie tylko wojskowych, lecz także cywilnych satelitów kosmicznych. Spowodowałoby to znaczne zakłócenia np. w dostępie do sygnałów telewizyjnych po globalny system pozycjonowania GPS.

Lipcowe testy przeprowadzone przez Rosję pokazały, że taka broń to już nie tylko plany, ale też rzeczywistość. Amerykańscy i brytyjscy urzędnicy rządowi potwierdzili, że mają dowody na to, że Rosja przetestowała kosmiczną broń przeciwsatelitarną.

– Podobno użyto broni kinetycznej, co w sytuacji kosmicznej może przynieść odwrotny do zamierzonego skutek. Jeżeli mówimy o wojnach w kosmosie, jeżeli obce państwa celują w zdolności kosmiczne innego państwa bądź jakiejś komercyjnej firmy, to nie chcą też narazić na szwank własnych satelitów w przestrzeni kosmicznej. A niestety broń kinetyczna czy broń energetyczna powoduje powstawanie wielu części uszkodzonych satelitów, które mogą narazić funkcjonujące systemy na poważne szkody – tłumaczy Gordon Wasilewski.

Według raportów  CSIS i SWF Rosja inwestuje w broń antysatelitarną. Pocisk 14A042 Nudol może zestrzeliwać nadlatujące pociski balistyczne, choć ma ograniczone zdolności antysatelitarne. Istnieją jednak przesłanki, że Moskwa unowocześnia swój optyczny system obserwacji przestrzeni kosmicznej o laserowy system oślepiający, który mógłby oślepić, a nawet uszkodzić czujniki optyczne zagranicznych satelitów szpiegowskich.

Rosja inwestuje też w broń antysatelitarną bliżej Ziemi, poprzez zakłócanie strumienia danych między satelitami a ich odbiorcami. CSIS podaje informacje np. o zagłuszaniu GPS w Rosji oraz w siłach rosyjskich w Syrii. Zakłócenia GPS utrudniają pilotom i broni samonaprowadzającej szybkie odniesienie się do własnej lokalizacji.

– Projektowane są takie systemy antysatelitarne, które polegają na przechwyceniu satelity, np. złapaniu jej w siatkę, bądź zepchnięciu z orbity. Oczywiście to nie są pokojowe działania, ale powinny być akceptowalne w tej całej grze – przewiduje ekspert.

Według Secure World Foundation także Chiny pracują nad trzema systemami antysatelitarnymi. Co najmniej jeden system już działa. SC-19 był testowany pięć razy, wywodzi się z pocisku balistycznego średniego zasięgu DF-21C z technologią przeniesioną z systemów rakiet ziemia–powietrze. Zaawansowany program broni antysatelitarnej jest też prowadzony przez Stany Zjednoczone. Przykładem może być rakieta Ground Based Interceptor, pierwotnie opracowana do zestrzeliwania głowic pocisków balistycznych, gdy przechodzą przez niską orbitę okołoziemską.

Nad podobną bronią pracują też Iran, Japonia i część krajów europejskich, m.in. Francja, jednak w ich przypadku prace są znacznie mniej zaawansowane.

– Broń antysatelitarna może być groźna, bo duża część naszej gospodarki i życia jest oparta na sektorze kosmicznym, orbitach ziemskich. Tam znajdują się satelity telekomunikacyjne, satelity internetowe i powstają olbrzymie konstelacje satelitów Starlink firmy SpaceX. Próby niszczenia tej infrastruktury mogą dotknąć każdego z nas. Mogą zaburzyć nasz codzienny rytm, lecz przede wszystkim rytm gospodarki światowej i to jest bardzo groźne – przekonuje Gordon Wasilewski.

Opracowano długowieczne czujniki internetu rzeczy. Mogą pobierać energię z takich źródeł jak promienie świetlne generowane przez domowe żarówki lub wibracje [DEPESZA]

Przyszłością sektora inteligentnych urządzeń funkcjonujących w ramach internetu rzeczy mogą okazać się długowieczne czujniki, które będą w stanie pracować przez wiele lat bez wymieniania baterii. Nad rozwojem układów tego typu pracuje firma Everactive, która wyspecjalizowała się w produkcji energooszczędnej elektroniki generującej prąd z najbliższego otoczenia. – Nasze źródło energii jest nieograniczone, dlatego nie szukamy kompromisów, aby oszczędzać baterię – tłumaczy David Wentzloff, dyrektor ds. technologii w Everactive.

– Słyszymy o inteligentnym transporcie, inteligentnym rolnictwie itp. Internet rzeczy może uczynić wszystkie nasze środowiska inteligentnymi. Istnieje świadomość tego, co się dzieje, i już wykorzystujemy informacje, aby te środowiska zachowywały się w sposób, który przewiduje nasze potrzeby i były jak najwydajniejsze. Uważamy, że do realizacji tej wizji niezbędne są czujniki niewymagające zasilania bateryjnego – podkreśla Benton Calhoun, współzałożyciel Everactive.

Czujniki od tej firmy nie są zasilane przez klasyczne baterie montowane w konkurencyjnych sprzętach wchodzących w skład sieci internetu rzeczy. Układy opracowano w taki sposób, aby z jednej strony pracowały przy skrajnie niskim poborze energii elektrycznej, a z drugiej były w stanie pobierać ją z takich źródeł jak promienie świetlne generowane przez domowe żarówki czy wibracje wzbudzane w trakcie przemieszczania się, jeśli dany układ zamontowano np. w opasce sportowej. Dzięki temu szacowana żywotność tych pasywnych czujników może sięgać nawet 20 lat.

Pierwszy komercyjny czujnik Everactive skonstruowano z myślą o wykorzystaniu w przemysłowych systemach IoT i służył do monitorowania funkcjonowania odwadniaczy wykorzystywanych m.in. w sektorze paliwowym, podczas produkcji papieru czy żywności. Firma ma na swoim koncie także czujniki monitorujące działanie silników i pomp, które również nie wymagają korzystania z klasycznego źródła zasilania.

– Wszystko to umożliwiają układy scalone o bardzo niskim poborze mocy, które obsługują ciągłe monitorowanie – tłumaczy David Wentzloff. – Nasze źródło energii jest nieograniczone, dlatego nie szukamy kompromisów, aby oszczędzać baterię.

Każdy z czujników Everactive projektowany jest w taki sposób, aby mógł być zasilany za pośrednictwem niewielkich wibracji, czerpać energię z fal świetlnych emitowanych przez żarówki w fabrykach bądź z różnicy temperatur rzędu ok. 12 stopni Celsjusza. Dzięki temu czujniki są znacznie tańsze w utrzymaniu niż konkurencyjne rozwiązania. Nie wymagają stałego nadzoru oraz regularnej wymiany baterii, co pozwala wykorzystać je w projektach przemysłowych składających się z wielu maszyn podłączonych do internetu rzeczy.

W przyszłości firma planuje opracować przezroczyste i elastyczne czujniki wielkości znaczka pocztowego, które wystarczyłoby przykleić do urządzenia, aby błyskawicznie rozpoczęło cykl monitorowania pracy i przesyłania danych do chmury. Taka technologia mogłaby zostać wykorzystana m.in. na potrzeby pasywnych opasek sportowych. Urządzenia tego typu mogłyby działać wiele lat bez ładowania, nieustannie monitorując temperaturę ciała czy przyspieszenie użytkownika. Zebrane dane byłyby w czasie rzeczywistym przesyłane do chmury obliczeniowej.

– Jest to technologia całkowicie bezobsługowa, bez baterii, zasilana ze zgromadzonej energii i zawsze połączona z chmurą. Jej możliwości zastosowania są ogromne – przekonuje dyrektor ds. technologii w Everactive.

Prace nad podobnymi rozwiązaniami prowadzone są w ramach unijnego programu NECOMADA. Zakłada on wykorzystanie modułów NFC oraz RFID do stworzenia bezbateryjnych tagów wchodzących w skład systemów internetu rzeczy. Pasywne czujniki radiowe miałyby znaleźć zastosowanie m.in. w branży farmaceutycznej do monitorowania temperatury czy na potrzeby rozwiązań inteligentnego domu.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku internetu rzeczy w 2019 roku wyniosła 139,3 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie do 278,9 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 14,9 proc.

Koszty budowy mieszkań wzrosły mimo pandemii? 

Główny Urząd Statystyczny niedawno opublikował swój szacunek dotyczący kosztów budowy mieszkań w II kw. 2020 r. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, czy wspomniane koszty wzrosły pomimo wpływu epidemii koronawirusa.

Cena 1 mkw. powierzchni użytkowej budynku mieszkalnego oddanego do użytkowania to wskaźnik, który dość często bywa mylony z uśrednioną ceną 1 mkw. nowych mieszkań. Wspomniany wskaźnik okazuje się natomiast przydatny jako informacja dotycząca zmian kosztów budowy mieszkań. Główny Urząd Statystyczny niedawno opublikował nowe odczyty tego ważnego indeksu. Dzięki nim możemy sprawdzić, czy koszty budowy lokali w II kw. 2020 r. wzrosły pomimo pandemii. 

Najpierw warto przypomnieć, że GUS poprzez cenę 1 mkw. powierzchni użytkowej budynku mieszkalnego oddanego do użytkowania rozumie nakłady poniesione przez inwestorów na budowę nowych budynków mieszkalnych (innych niż jednorodzinne i budynki zbiorowego zamieszkania) w przeliczeniu na 1 mkw. powierzchni. Taki przeciętny ogólnopolski koszt wybudowania 1 mkw. bloku jest obliczany poprzez zastosowanie średniej ważonej powierzchnią użytkową budynków mieszkalnych oddanych do użytkowania w poszczególnych województwach.

Główny Urząd Statystyczny podaje, że w ostatnich kwartałach analizowany wskaźnik dotyczący kosztów budowy 1 mkw. bloku zmieniał się następująco:

  • I kw. 2018 r. – 4 132 zł
  • II kw. 2018 r. – 4 294 zł
  • III kw. 2018 r. – 4 385 zł
  • IV kw. 2018 r. – 4 139 zł
  • I kw. 2019 r. – 4 388 zł
  • II kw. 2019 r. – 4 484 zł
  • III kw. 2019 r. – 4 376 zł
  • IV kw. 2019 r. – 4 597 zł
  • I kw. 2020 r. – 4 567 zł
  • II kw. 2020 r. – 5 000 zł

Szybki wzrost kosztów budowy bloków i mieszkań widoczny w II kw. 2020 r. sugeruje, że krajowi inwestorzy mieszkaniowi mogą znaleźć się w trudnej sytuacji. Chodzi o spadek popytu połączony z presją kosztową. Taka sytuacja może bardziej skłaniać deweloperów do ograniczania podaży mieszkań.

koszt budowy

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Dane GUS: koronawirus ciosem dla rynku pracy w drugim kwartale

Prawie 2 mln osób w Polsce, mimo że mają status pracujących, nie wykonywało obowiązków służbowych w drugim kwartale 2020 roku. To niemal dwa razy więcej osób niż rok wcześniej. Dodatkowo, w ciągu 3 miesięcy podwojeniu uległa liczba osób pracujących zdalnie – wynika ze wstępnych danych Głównego Urzędu Statystycznego. Zdaniem ekspertów Personnel Service, rynek boleśnie odczuł skutki wprowadzonych obostrzeń związanych z pandemią koronawirusa, ale pracodawcy stosunkowo szybko przystosowali się do nowych warunków, co powinno skutkować stopniowym odbiciem w kolejnych miesiącach.

Stopa bezrobocia w Polsce w drugim kwartale bieżącego roku nie zmieniła się znacząco i to mimo tego, że to właśnie w marcu, kwietniu i częściowo w czerwcu, w kraju wprowadzono najwięcej ograniczeń związanych z pandemią koronawirusa. Stopa bezrobocia rejestrowanego, w porównaniu do pierwszego kwartału 2020 roku, wzrosła o 0,7 pp. i wyniosła 6,1%. Zdaniem ekspertów Personnel Service, kolejne miesiące przyniosą uspokojenie.

Wychodząc z analizą trochę poza drugi kwartał 2020 roku, można zauważyć, że pewne złe tendencje już uległy zahamowaniu. Dla przykładu, zgodnie z danymi Ministerstwa Rodziny, Pracy i Pomocy Społecznej, lipiec był pierwszym miesiącem od początku pandemii, w którym nie zanotowano dalszego wzrostu bezrobocia. To pokazuje, że po pierwszej fali zwolnień i obniżek wynagrodzeń na rynku pracy, stopniowe uwalnianie gospodarki uspokoiło przedsiębiorców, którzy nie są już tak skłonni do „cięć”. Dodatkowo, wydaje się mało prawdopodobne, by gospodarkę spotkały obostrzenia o tak dużym zakresie, jak do tej pory. A nawet jeśli, przedsiębiorcy są na to lepiej przygotowani niż byli na początku roku – zauważa Krzysztof Inglot, prezes Personnel Service i ekspert ds. rynku pracy.

Teoretycznie z pracą, w praktyce – bez. Tak wyglądała sytuacja wielu osób

Wskaźnik pokazujący liczbę osób niewykonujących pracy w momencie badania wzrósł znacząco – rok temu było to nieco ponad 1 mln pracowników, natomiast w drugim kwartale tego roku prawie 2 mln. Oznacza to niemal podwojenie liczby osób pracujących, a niewykonujących pracy w momencie badania w ciągu roku. W tym gronie znajdują się mikroprzedsiębiorcy, którzy na czas pandemii często zawieszali swoją działalność. To także efekt szybkich działań pracodawców, którzy zareagowali na pierwsze, negatywne efekty zamknięcia gospodarki wysyłając pracowników na urlopy.

Z analiz GUS wynika, że wśród osób pracujących, ale niewykonujących pracy w momencie badania, aż 62% wskazało, że robiło to z powodów bezpośrednio związanych z koronawirusem. Co ciekawe, z 684 tys. osób, które określiły, że w badanym tygodniu przyczyną niewykonywania pracy jest przerwa w działalności zakładu, aż w 675 tys. przypadków ta przerwa była bezpośrednio związana z pandemią COVID-19.

Mniej osób pracuje… w głównym miejscu pracy

Z perspektywy zmian, które na rynku pracy spowodowała pandemia, ciekawy wydaje się także inny wskaźnik – indeks liczby wszystkich godzin faktycznie przepracowanych w głównym miejscu pracy. Tu punktem odniesienia (indeks = 100) jest rok 2006 (czas przed wystąpieniem kryzysu gospodarczego). Analiza danych GUS pokazuje, że indeks ten w drugim kwartale 2019 roku wynosił 104,2, natomiast w drugim kwartale 2020 roku – już jedynie 95,1. Oznacza to gwałtowny spadek indeksu godzin przepracowanych w głównym miejscu pracy. Zdaniem ekspertów Personnel Service, sytuacja ta wynika z faktu, że duża część firm zdecydowała się ograniczyć lub zawiesić działalność stacjonarną, a dodatkowo wielu pracowników przeszło na tryb pracy zdalnej.

Od kilku lat możliwość tymczasowej pracy zdalnej była traktowana jako jeden z benefitów dla zatrudnionych. Pełną swobodę w doborze miejsca pracy otrzymywali niemal wyłącznie freelancerzy oraz pracownicy firm IT. Właściwie z dnia na dzień pandemia wymusiła na pracodawcach upowszechnienie i demokratyzację home office. Jednocześnie, w branżach, w których praca w takiej formie jest możliwa, wiele firm przekonało się, że nie wpłynęło to negatywnie na produktywność pracowników. Dlatego niektóre korporacje już przedłużyły pracę z domu do końca obecnego roku. Część z nich nie zamierza wracać do stacjonarnego trybu pracy, a część przejdzie na formułę „hot desk”, co może przełożyć się na mniejsze zapotrzebowanie na przestrzeń biurową – podsumowuje Krzysztof Inglot.

Bezrobocie wciąż niskie – raport walutowy

Dane z Polski pokazują, że bezrobocie jest wciąż na stabilnym poziomie. 6,1% to nie jest tak dobry wynik jak przed pandemią, ale pokazuje, że sytuacja jest stabilna.

Dane z Niemiec

Dzisiaj nad ranem poznaliśmy dane na temat zmian PKB w Niemczech. Za drugi kwartał jest to spadek o 9,7%. Z kolei za rok jest to aż 11,3%. Wynika to oczywiście z wpływu lockdownu spowodowanego koronawirusem. W przyszłym roku gospodarka powinna odzyskać większość tej straty. Co istotne, dane te i tak były lepsze o 0,4% od oczekiwań, co spowodowało, że pomimo 10% recesji u naszego zachodniego sąsiada euro umacnia się względem dolara amerykańskiego.

Bezrobocie wciąż niskie

Dane GUS na temat bezrobocia wskazują, że stabilizuje się ono na poziomie 6,1%. Jest to jednak stopa bezrobocia rejestrowanego. Druga z metodologii BAEL wskazuje zaledwie 3,1%. Jest to procent osób aktywnych zawodowo, ale nieposiadających pracy. Bezrobocie na starym kontynencie ma się generalnie zdecydowanie lepiej niż w USA. Tam pandemia pozbawiła pracy znacznie więcej osób. Dane te nie miały większego wpływu na notowania złotego.

Stabilizacja na złocie

Najcenniejszy kruszec ponownie okazuje słabość. Ostatnie odbicie powyżej 2000 dolarów było znacznie słabsze i krótsze od poprzedniego. Wygląda na to, że brakuje nowych inwestorów chcących dalej inwestować w złoto. Z drugiej strony stabilizacja sytuacji na świecie powoduje, że część inwestorów wraca do inwestycji konwencjonalnych zamykając swoje pozycje na złocie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

 

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

COVID-19 nie zaszkodził branży IT. Specjaliści wciąż pożądani

Przez pandemię znacznie wzrosła liczba ogłoszeń oferujących pracę zdalną w obszarach IT– wynika z najnowszego raportu No Flu Jobs[1]. Dziś wciąż – pomimo sytuacji pandemicznej i niepewnej gospodarki – to pracownicy IT dyktują warunki pracodawcom. Średnia kwota oferowana pracownikom IT przez firmy jest o 2 tysiące wyższa niż w 2019 roku. Co zrobić, aby zatem przyciągnąć pracownika? Zaproponować mu zatrudnienie na stabilnych warunkach, w międzynarodowym środowisku i realizację ambitnych projektów, np. przy tworzeniu aplikacji biznesowych Microsoft.  

Pandemia nie wpłynęła negatywnie na rynek IT w Polsce, a wręcz doprowadziła do jego rozkwitu. Korzystają na tym pracownicy branży, którzy w I półroczu 2020 r. zarabiali aż o 2 tys. zł więcej niż w analogicznym okresie ub. roku.

Ile chcą zarabiać pracownicy IT? Ci świeżo po studiach wymagają od pracodawców kwoty wyższej niż 4 tys. zł netto. Średnie zarobki dla osób z kilkuletnim doświadczeniem to kwoty rzędu 10 do 18 tys. zł netto w zależności od miejsca zamieszkania. Zarobki juniorów w 2020 r. wahały się od 4 do nawet 7 tys. zł.

Coraz częściej specjaliści IT poszukują pracy opierając się na opinii i rekomendacjach znajomych (34 proc.). Najchętniej pracowaliby dla gigantów takich, jak Google (23 proc.), Microsoft (6,2 proc.) czy CD Projekt (2,7 proc.)[2]. Do zmiany pracy motywują ich lepsze pieniądze, możliwość rozwoju technologicznego, praca na nowych technologiach, możliwość pracy zdalnej, awansu czy dobra atmosfera.

Praca w międzynarodowym środowisku

Nadal na rynku najbardziej pożądani są specjaliści mid – 46 proc. ofert o pracę skierowanych jest do nich oraz senior – również 46 proc. Na najwyższe zarobki rzędu nawet ponad 20 tys. zł miesięcznie mogą liczyć specjaliści Big Data, Business Intelligence, Beckend, a także analitycy biznesowi. Pracodawcy cenią sobie u pracowników umiejętności pracy pod presją czasu czy multizadaniowość. Podjęcie zatrudnienia w sprawdzonej firmie na co dzień obcującej w międzynarodowym środowisku to duża szansa na rozwój dla przyszłego kandydata. Spółka Bonair – najczęściej wybierany dostawca usług wdrożeniowych w technologiach Microsoft w zakresie: CRM, ERP i BI w Polsce – nieco ponad miesiąc temu dołączyła do grupy Fellowmind, która stała się głównym partnerem Microsoft Business Applications w Europie. Polska firma tym samym jest pierwszym i jedynym partnerem giganta z branży aplikacji biznesowych w Europie Środkowo-Wschodniej.

 – Ambicją grupy Fellowmind jest pozycja lidera w rozwiązaniach MS Dynamics w Europie. Dzięki tej transakcji dołączyliśmy do grupy firm mających realny wpływ na rozwój Microsoft Business Applications. Dziś możemy dzielić się swoją wiedzą i pracować w międzynarodowym środowisku, czerpać dobre praktyki od pozostałych spółek wchodzących w skład Fellowmind. Wymiana doświadczenia jest dla nas niezwykle cenna – mówi Daniel Olejniczak, wiceprezes Bonair.  – Realizujemy nasz długoterminowy plan rozwoju i chcemy zwiększyć zatrudnienie o minimum 20 procent. Poszukujemy osób, które wesprą naszą spółkę w projektach wdrażania Microsoft Dymamics. Zależy nam na specjalistach posiadających konkretne umiejętności z tego obszaru. Dla nas ważny jest również rozwój osobisty naszego stałego składu, dlatego też zachęcamy pracowników do poszerzania swoich kompetencji i zdawania kolejnych certyfikatów Microsoft.

Pomimo pandemii firmy IT i zajmujące się szeroko pojętymi wdrożeniami technologicznymi coraz częściej poszukują pracowników. Eksperci szacują, że do końca 2020 roku wzrośnie zainteresowanie firm rozwiązaniami online, a zapotrzebowanie na pracowników IT będzie jeszcze bardziej wyraźne. Zawody związane z tym obszarem są wymieniane przez specjalistów jako jedne z najbardziej perspektywicznych i opłacalnych w Polsce. Szacuje się, że dziś w samym naszym kraju brakuje 50 tys. specjalistów, natomiast w całej Unii Europejskiej to ponad 825 tys. specjalistów IT.

[1] https://nofluffjobs.com/insights/category/raporty/

[2] Badanie społeczności IT 2020