Firmy coraz częściej ratują się restrukturyzacją

Wraz z rozwojem sytuacji kryzysowej rośnie liczba firm, które ratują się przed upadłością poprzez postępowania restrukturyzacyjne. Wyraźny skok zainteresowania takim rozwiązaniem widać już od maja br. W sumie w 2020 roku (do końca lipca) wszczęto 296 postępowań. Rok temu było to 263. Restrukturyzacja jest dla firm, które mają problemy z obsługą zobowiązań, ale równocześnie posiadają potencjał rynkowy i szansę na stabilizację – tłumaczą eksperci firmy doradczej Lege Advisors.

Według danych Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej lipiec br. był rekordowy pod względem liczby wszczętych postępowań restrukturyzacyjnych – było ich aż 71. Miesiąc wcześniej – 39.  W polskim prawie restrukturyzacja pojawiła się w 2016 r. W pierwszym roku jej funkcjonowania firmy zdecydowały się na 212 postępowań. W tym roku firmy z kłopotami w ponad 51 procentach wybrały przyspieszone postępowanie układowe. Postępowanie to jest skierowane do dłużników, którzy chcą zabezpieczyć swój majątek przed egzekucją i zrestrukturyzować swoje zobowiązania (a jednocześnie mają nie więcej niż 15% wierzytelności spornych). Przyspieszone postępowanie układowe jest adresowane głównie do firm, którym bardzo realnie grozi upadłość. Chodzi o przedsiębiorstwa wobec których już wszczęto postępowania egzekucyjne, a część aktywów jest w posiadaniu komornika.

Z założenia postępowanie to powinno trwać tylko 2-3 miesiące, a Sąd rozpoznaje wniosek o wszczęcie postępowania w terminie 7 dni od momentu jego złożenia. Po pozytywnym rozpatrzeniu Sąd wydaje postanowienie o otwarciu przyspieszonego postępowania układowego oraz wyznacza sędziego – komisarza i nadzorcę sądowego. Równocześnie majątek dłużnika staje się masą układową. – tłumaczy Szymon Mojzesowicz z firmy doradczej Lege Advisors.

Według COIG ponad 27 procent przedsiębiorstw zdecydowało się w 2020 roku na otwarcie postępowania sanacyjnego. Postępowanie to jest dla przedsiębiorców, którzy potrzebują czasu na ratowanie majątku firmy oraz renegocjowanie umów do warunków pozwalających przetrwać nadchodzący kryzys. „Sanację” poprzedza powołanie tymczasowego nadzorcy sądowego, który m.in. zabezpieczy majątek firmy zanim zostanie otwarte postępowanie.

W rankingu pojawiło się po raz pierwszy głośne ostatnio uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne. Na jego wybór zdecydowało się ponad 10 procent firm, ale pamiętajmy, że postępowanie to jest w prawie dopiero od końca czerwca br. wyjaśnia Szymon Mojzesowicz z firmy doradczej Lege Advisors. – Popularność tego postępowania będzie prawdopodobnie szybko rosła. Chroni przed egzekucją, pozwala na wypowiadanie kłopotliwych umów i funkcjonuje w dużej mierze bez udziału sądu. Jest także szybkie – 4 miesiące na dogadanie się z wierzycielami. – dodaje.

Według COIG najmniej popularne w tym roku postępowania restrukturyzacyjne to – postępowanie układowe (9,12%) i postępowanie o zatwierdzenie układu (1,69%). Najwięcej postępowań dotyczy spółek z ograniczoną odpowiedzialnością (34,8%) i indywidualnych działalności gospodarczych (29,05%). W 2020 roku najwięcej postępowań restrukturyzacyjnych rozpoczęto w województwie mazowieckim (18,92%) i wielkopolskim (13,85%)

Źródło: firma doradcza Lege Advisors

Pierwszy pozew Rzecznika Finansowego w sprawie GetBack

Rzecznik Finansowy złożył pozew w imieniu klienta Idea Banku, który zdaniem Rzecznika został wprowadzony w błąd w trakcie proponowania nabycia i oferowania obligacji korporacyjnych spółki GetBack S.A. Sprawa jest o tyle bulwersująca, że na ryzykowną inwestycję namówiono osobę, która w momencie nabywania obligacji miała 85 lat. To modelowy przykład tzw. misselingu, czyli oferowania produktu nieodpowiedniego dla danego klienta. 

21 sierpnia 2020 r. Rzecznik Finansowy złożył do Sądu Okręgowego w Warszawie pozew w imieniu klienta Idea Bank S.A.. Zdaniem Rzecznika został on pokrzywdzony stosowaniem przez bank nieuczciwych praktyk rynkowych wprowadzających klienta w błąd oraz zakazanej praktyki missellingu w trakcie proponowania nabycia i oferowania obligacji korporacyjnych spółki GetBack S.A.

Sprawa dotyczy jaskrawego naruszenia interesów osób starszych na rynku finansowym. Klient miał zgromadzone oszczędności na bezpiecznych lokatach a został skłoniony do ich zainwestowania w ryzykowny instrument finansowy – mówi dr hab. Mariusz Jerzy Golecki, Rzecznik Finansowy.

Zdaniem Rzecznika, klient został wprowadzony w błąd odnośnie osoby emitenta, charakteru obligacji, a przede wszystkim ryzyka związanego z tego typu produktem finansowym. Według zapewnień pracownika banku, obligacje te miały być bezpiecznym sposobem ulokowania oszczędności, z gwarantowanym zwrotem wpłaconego kapitału, jak w przypadku lokaty bankowej. Przed konsumentem zatajono istotne cechy oferowanego produktu. Ponadto, bank dopuścił się zabronionej praktyki missellingu, proponując nabycie ryzykownego produktu inwestycyjnego, który był nieodpowiedni dla osoby mającej w chwili zakupu obligacji 85 lat i nie będącej zainteresowaną ryzykownymi inwestycjami. Klient lokował zaoszczędzone środki na lokatach bankowych. Te pieniądze miały być wsparciem jego budżetu w czasie emerytury.

W mojej ocenie to przykład nadużycia zaufania klienta do banku. Szczególnie osoby starsze wciąż postrzegają banki jako instytucje zaufania publicznego – mówi Mariusz Golecki.

Podstawę prawną pozwu stanowią przepisy ustawy z dnia 23 sierpnia 2007 r. o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym (t.j. Dz. U. z 2017 r. poz. 2070, ze zm.). Rzecznik Finansowy wniósł o zasądzenie na rzecz klienta tytułem odszkodowania kwoty wpłaconej na nabycie obligacji GetBack S.A., której klient nie może obecnie odzyskać. Dodatkowo wniósł o zasądzenie 50 tys.  zł tytułem zadośćuczynienia na cel społeczny związany z ochroną konsumentów. W tym wypadku na rzecz Federacji Konsumentów z siedzibą w Warszawie.

Specjalne strefy ekonomiczne kluczowe dla rozwoju gospodarki

W ramach odbywającego się w Gdyni III Forum Wizja Rozwoju dyskutowano o rosnącej roli specjalnych stref ekonomicznych (SSE) w rozwoju przedsiębiorstw oraz gospodarki regionów. Przy okazji zapowiedziano nowelizację ustawy usprawniającą współpracę firm z sektora MŚP z dużymi przedsiębiorstwami.

„Historia i działalność stref ekonomicznych pokazuje, że jest to rozwiązanie potrzebne i mające wpływ na rozwój gospodarczy – stwierdził Paweł Kolczyński, wiceprezes zarządu Agencji Rozwoju Przemysłu. Przy okazji zaznaczył, że pierwsza specjalna strefa ekonomiczna w Polsce (Mielecka Specjalna Strefa Ekonomiczna), to właśnie domena ARP.

Przez ostatnie 25 lat funkcjonowania specjalnych stref ekonomicznych Agencja Rozwoju Przemysłu wydała 850 decyzji o wsparciu inwestycji w tych obszarach na łączną kwotę 21 mld zł. Dzięki temu udało się utworzyć 68 tys. miejsc pracy. Paweł Kolczyński opowiedział też o działaniach mających zapewnić inne źródła przychodów dla stref ekonomicznych w przyszłości.

Przykładem może być wdrażany właśnie przez ARP program Polskich Parków Przemysłowych. Ma on na celu zaopatrzenie lokalnych inwestorów w kompleksowy wachlarz usług oraz instrumentów finansowych. Zdaniem Kolczyńskiego, rola specjalnych stref ekonomicznych w „rzeczywistości post-COVIDowej” będzie jeszcze rosła.

Jak powiedziała Olga Semeniuk, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju, na działalność specjalnych stref ekonomicznych w Polsce należy patrzeć z dwóch perspektyw, obejmujących zarówno czas przed, jak i po pandemii. Wbrew głosom sceptyków o zbyt małej liczbie terenów, inwestycji oraz inwestorów czas pandemii zweryfikował ich pozytywną rolę w gospodarczej mapie Polski.

„Specjalne strefy ekonomiczne, które za sprawą nowelizacji ustawy z 2018 roku przeobraziły się w Polską Strefę Inwestycji (PSI), w czasie kryzysu związanego z koronawirusem zdały swój egzamin. Są niezbędne do tworzenia polskich produktów i usług, ze szczególnych naciskiem na małych i średnich przedsiębiorców” – twierdzi Semeniuk.

Na bazie obserwacji z ostatnich miesięcy wiceminister rozwoju uważa, że potrzebna jest dalsza nowelizacja ustawy z 2018 r., aby usunąć dysproporcje między dużymi przedsiębiorstwami, a sektorem MŚP. Stosowny projekt zmian, który pozwoli na uelastycznienie i poprawę kryteriów współpracy dużych, średnich i małych firm ma zostać złożony we wrześniu.

Uczestniczący w debacie prezesi specjalnych stref ekonomicznych pozytywnie ocenili zmiany wdrożone wraz z nowelizacją ustawy o SSE z 2018 roku. Jak podkreślał Leszek Dec, prezes zarządu Suwalskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, znacznie zwiększył się teren działania dla inwestorów i wzrosło zaangażowanie samorządów.

Na dynamizację rozwoju spółki szczególnie w dużych aglomeracjach miejskich, wzrost liczby wydanych decyzji, wzrost świadomości, a także ułatwienia dla firm z sektora MŚP zwracał uwagę Krzysztof Kielec, prezes zarządu w Kostrzyńsko-Słubickiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej.

Janusz Michałek, prezes zarządu Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, wspomniał o potencjale gliwickiego zakładu Opla (dawniej General Motors), który przyciągnął dziesiątki inwestorów. Po 24 latach funkcjonowania strefy zapewnia ona 90 tys. miejsc pracy. Ważnym celem dla strefy jest transformacja regionu w stronę zielonej energii.

„Sukces PSI widać najlepiej w małych strefach. Przez ostatnie cztery lata przyciągnęliśmy więcej inwestorów, niż przez poprzednie 18 lat funkcjonowania w ramach poprzedniej ustawy. Polska w ustawie o wspieraniu inwestycji ma najbardziej proinwestycyjne zapisy w Unii Europejskiej” – podsumował Marcin Perz, prezes zarządu Specjalnej Strefy Ekonomicznej Starachowice.

Ile tak naprawdę zarabia fundusz Venture Capital (VC)?

0

VC zakładają wyłącznie niezwykle majętne osoby, mają ogromne budżety na prowadzenie swojej działalności, dzięki czemu pławią się w luksusach i zatrudniają dziesiątki ekspertów z różnych obszarów – takie przekonanie często pokutuje wśród startupów. W większości przypadków ma ono niewiele wspólnego z rzeczywistością, co prowadzi do nietrafionych oczekiwań i utrudnia pozyskanie finansowania.

Chcąc pozyskać finansowanie od VC z jednej strony trzeba rozumieć realia rynkowe dotyczące np. przeciętnej waluacji spółek na poszczególnych etapach w danym kraju, natomiast z drugiej – specyfikę działania funduszy, wokół której funkcjonuje wiele mitów. Zrozumienie potrzeb partnera biznesowego jest kluczem do zrobienia udanego dealu – niestety wciąż wiele osób o tym zapomina.

Skąd fundusze VC mają pieniądze?

Fundusze VC mają dwie grupy środków: inwestycyjne oraz operacyjne, z czego ta druga jest z reguły mocno ograniczona. Z czego to wynika, skoro są w stanie ryzykować i inwestować miliony? Z faktu, że najczęściej środki na inwestycje pochodzą od niezależnych inwestorów, czyli tzw. limited partners (LPs). Fundusz pozyskuje kapitał od inwestorów, oferując im określony zwrot z inwestycji. Najczęściej są nimi przedsiębiorcy z dużymi sukcesami na koncie czy C-level dużych korporacji. Ich cel jest prosty – zysk i dywersyfikacja przychodów. Co ważne – nie angażują się oni bezpośrednio w zarządzanie funduszem, bo nie podejmują decyzji inwestycyjnych, jednak jako venture partners wspierają swoją wiedzą founderów. Kluczowe decyzje podejmuje general partner (GP), czyli spółka zarządzająca funduszem. To jej zespół bierze na swoje barki pozyskiwanie projektów, prowadzenie procesów inwestycyjnych, nadzór nad spółkami portfelowymi i stymulowanie ich wzrostu czy w końcu upragnione exity. Cała odpowiedzialność za skuteczność funduszu spada zatem właśnie na GP.

Kto jest w zespole VC?

Przeciętny polski fundusz VC zatrudnia na stałe mniej niż 10 osób. Podstawowy zespół składa się najczęściej z:

Partnerów, którzy zajmują się kompleksowym zarządzaniem funduszem, nadzorem nad zespołem, relacjami z inwestorami i podejmowaniem decyzji inwestycyjnych oraz dezinwestycyjnych.

Dyrektorów inwestycyjnych odpowiedzialnych za egzekucję prowadzonych procesów inwestycyjnych, w tym m.in. za: negocjacje warunków, nadzór nad due dilligence finansowym i prawnym, rekomendowanie lub podejmowanie decyzji inwestycyjnych.

Analityków /Associates wspierających dyrektorów i weryfikujących potencjalne inwestycje pod kątem możliwości uzyskania na nich oczekiwanego zwrotu. Analizują potencjał rynku, model biznesowy, zespół itd. Zajmują się też często controllingiem spółek będących w portfelu. Na tym poziomie występuje gradacja od juniora do seniora.

Ponadto w zależności od profilu bezpośrednio w zespołach znajdują się również analitycy finansowi, prawnicy transakcyjni, eksperci ds. B+R czy marketingowcy.

Jak zarabiają fundusze VC?

Fundusz działa najczęściej przez 8-10 lat, z czego 4-5 ma na zbudowanie portfela inwestycyjnego. Rocznie otrzymuje średnio 2-3% kapitalizacji na całość działań w postaci tzw. management fee (budżet operacyjny): analizy finansowe i prawne, controlling, marketing, wynagrodzenia itd. – wszystko musi zmieścić się w tej puli. I to często tylko do czasu zbudowania portfela inwestycyjnego. Na czym zatem zarabia? Na tzw. carried interest, czyli swoim % od zysków wynikających z exitów i dywidend, które najczęściej wynosi między 20 a 30%.

Jak to wygląda na przykładzie? Większość VC w Polsce to tzw. nanofundusze, czyli z kapitalizacją do 10 mln pln. Jeśli zatem popatrzymy na powyższe parametry podmiotu dysponującego wyłącznie kapitałem prywatnym mamy:

10 mln kapitału od inwestorów z czego:

2,4 mln kapitału operacyjnego (3% rocznie, czyli 300.000 x 8 lat)

7,6 mln kapitału inwestycyjnego

Warto jednak wspomnieć, że obecnie w Polsce większość aktywnych funduszy ma charakter publiczno-prywatny, w których znacząca część kapitału poza LP pochodzi ze środków publicznych, co zwiększa atrakcyjność potencjalnych zwrotów dla inwestorów, bo występują one w formie uprzywilejowanej np. jako granty.

Ticket, czyli wielkość inwestycji na etapie seed w Polsce wynosi średnio między 0,25 a 1 mln pln. Fundusz skupia się na tym, by tak zainwestować środki, by móc zrobić jak najlepszy exit, czyli wyjść z inwestycji z zyskiem. Może się to odbyć na wiele różnych sposobów, np. poprzez: sprzedaż udziałów do kolejnego funduszu VC, inwestora branżowego czy founderów (MBO). Spółka może też mieć IPO (debiut na giełdzie). Statystycznie przy takim portfelu 1-3 inwestycji zarobi na wszystkie pozostałe, którym się nie powiodło.

Grand finale: jeśli po sprzedaży wszystkich udziałów uzyskano dwukrotność początkowej kapitalizacji, czyli 20 mln pln, to zysk na funduszu wynosi 10 mln pln, z czego 2-3 miliony trafią do partnerów a pozostała kwota zostaje rozdysponowana dla inwestorów. Zarobek ten stanowi gratyfikację wieloletniej pracy, po czym duża jego część stanowi często wkład do kolejnego funduszu i cała zabawa zaczyna się od początku.

 

Autor: Szymon Janiak, Dyrektor Zarządzający Czysta3.vc

Alkohol przez Internet? Sprzedawcy powinni się przygotować!

O umożliwieniu w Polsce sprzedaży alkoholu przez Internet mówiło się od dawna. Jednak dopiero sytuacja związana z pandemią sprawiła, że grupa posłów złożyła w Sejmie projekt ustawy w tej sprawie. Jeśli zostanie przyjęty, już wkrótce sprzedawcy obudzą się w nowej rzeczywistości. Czy są na nią przygotowani?

Jeśli projekt zgłoszony przez posłów zyska większość parlamentarną, już wkrótce kupowanie wina, piwa, cydru bądź innych napojów alkoholowych przez Internet z dostawą do domu stanie się możliwe.

Co się zmieni?

Dziś problemem jest nie tyle sama sprzedaż, co konieczność wydawania alkoholu w miejscu posiadającym stosowną koncesję. Mamy więc do czynienia z kuriozalną sytuacją, w której klient może co prawda zamówić alkohol przez Internet, ale odebrać zamówienie może wyłącznie w sklepie stacjonarnym.

Zgodnie z projektowanymi zmianami w prawie, nowy kanał sprzedaży nadal byłby dostępny tylko dla tych sklepów, które prowadzą sprzedaż stacjonarną, z tą różnicą, że teraz dostawa towaru do klienta byłaby możliwa. Nadal więc nie będzie możliwości, aby firma, która nie posiada zezwolenia na sprzedaż stacjonarną alkoholu, mogła uruchomić sklep internetowy. Nie będzie opcji uzyskania zezwolenia wyłącznie na sprzedaż on-line.

Teoretycznie więc zmieni się niewiele. Firmy, które mogłyby specjalizować się w handlu internetowym, nie będą mogły iść w tym kierunku, jeśli nie będą posiadały choćby niewielkiego sklepu stacjonarnego. Natomiast sklepy skoncentrowane na sprzedaży stacjonarnej – czy poświęcą wystarczająco dużo środków i uwagi, by rozwijać elektroniczne kanały sprzedaży?

Odpowiedź wcale nie jest oczywista, ponieważ w praktyce różnice pomiędzy sprzedażą w tradycyjnym sklepie, a handlem w kanale e-commerce są bardzo duże. Zastanówmy się więc nad tym, na jakie aspekty powinien zwrócić uwagę sklep stacjonarny, aby mógł osiągnąć sukces w sprzedaży internetowej.

Po pierwsze – dobra logistyka

Paradoksalnie, dla słabo przygotowanego sklepu sprzedaż przez Internet może okazać się katastrofą. Samo umożliwienie wysyłki towaru do klienta nie wystarczy, jeśli za uruchomieniem witryny on-line nie pójdzie staranna obsługa klienta, czy też zapewnienie szybkiej dostawy i bezpiecznego transportu. Sklep internetowy powinien na bieżąco reagować na zapytania i zamówienia klientów, a stan magazynowy sklepu stacjonarnego musi być na bieżąco synchronizowany z e-magazynem. Oznacza to konieczność zainwestowania w odpowiednią technologię, ale nie tylko.

Zacznijmy od tego, że warto współpracować z odpowiednią firmą logistyczną, która ma doświadczenie w branży alkoholowej i potrafi zadbać o terminowość zarówno dużych transportów, jak i przesyłek detalicznych. W przypadku takiej współpracy, wysyłka alkoholu mogłaby się odbywać nie ze sklepu, ale bezpośrednio z magazynu, na zasadach outsourcingu.

Inna opcja – w ramach współpracy z firmą logistyczną istnieje możliwość zamawiania do sklepu niewielkich partii towaru, np. o objętości połowy palety, a nawet ćwierć palety. W takiej sytuacji nawet sklep, który początkowo miałby niewiele zamówień internetowych, mógłby korzystać z zewnętrznego magazynu.

Nie zapominajmy przy tym, by paczki były odpowiednio zabezpieczone – wszak przeważnie chodzi o szklane butelki z płynną zawartością.

– Dystrybutorzy alkoholi zdecydowanie powinni wybierać takie opakowania, które z powodzeniem przechodzą „drop testy”. Podczas tego typu testów symulowane są upadki i uderzenia, które mogą wystąpić podczas transportu i przeładunku. Dzięki temu, że nasze opakowania przeszły taki egzamin, możemy zagwarantować bezpieczeństwo alkoholu w transporcie – mówi Remigiusz Zdrojkowski, członek zarządu firmy PRO-LOG S.A., która zajmuje się logistyką wyrobów akcyzowych.

Po drugie – marketing i obsługa klienta

Klienci w ostatnich latach przyzwyczaili się do wygodnych zakupów przez Internet. Dlatego sprzedawcy alkoholu nie będą mogli liczyć na taryfę ulgową. Klienci oczekują aktualnych danych na temat stanów magazynowych, dokładnych informacji na temat produktów, atrakcyjnych zdjęć, czy też możliwości zapoznania się z recenzjami i dodawania własnych opinii.

Dla sklepu oznacza to konieczność zakupu odpowiedniego systemu e-commerce, który będzie zintegrowany z systemem informatycznym (w tym magazynem) sklepu stacjonarnego. Następnie trzeba będzie zadbać o odpowiednie opisy poszczególnych alkoholi – zarówno atrakcyjne z punktu widzenia klienta, jak i skuteczne pod kątem pozycjonowania strony internetowej (SEO).

Pozycjonowanie jest w tym przypadku szczególnie ważne, ponieważ planując promocję sklepu w Internecie trzeba uwzględnić ograniczenia prawne związane z oferowaniem alkoholu. Pod tym względem nic się nie zmieni i wiele form reklamy pozostanie niedostępnych. I tak, prawdopodobnie niemożliwe będzie reklamowanie sklepu z alkoholem w wyszukiwarce internetowej, a jedną z nielicznych legalnych opcji może się okazać reklama lekkich alkoholi w mediach społecznościowych, pod warunkiem ustawienia reklamy w taki sposób, by trafiła wyłącznie do osób pełnoletnich. Warunkiem jest także dopuszczalność takiej promocji przez regulamin konkretnego portalu społecznościowego.

Jednocześnie nie należy zapominać o wzorcowej obsłudze klienta. Dziś wiele e-sklepów dba o to, by klienci otrzymywali odpowiedzi na swoje zapytania w ciągu kilku, najwyżej kilkunastu minut. Dla sklepu stacjonarnego może to oznaczać konieczność zatrudnienia dodatkowych osób do obsługi klienta on-line. Dodatkowo warto zadbać o konta sklepu w mediach społecznościowych – nawet bez korzystania z płatnej promocji, social media mogą znacznie pomóc w popularyzowaniu informacji o danym sklepie internetowym i jego ofercie. Profil firmy powinien być jednak tak ustawiony, aby mogły go odwiedzać tylko osoby pełnoletnie.

Pamiętajmy przy tym, że obsługa klienta oznacza nie tylko reagowanie na zapytania i zamówienia, ale także przyjmowanie zwrotów i reklamacji. Klient dokonujący zakupu przez Internet ma prawo do zwrotu zamówionego towaru bez podania przyczyny, a sprzedawca w większości sytuacji musi taki zwrot przyjąć, a następnie zwrócić pieniądze. Pod tym względem sprzedaż wina czy piwa będzie się opierała na takich samych zasadach jak sprzedać każdego innego produktu w sieci.

Po trzecie – wyróżnij się

Duża liczba podmiotów prowadzących sprzedaż alkoholu w połączeniu z ograniczeniami dotyczącymi promocji może doprowadzić do sytuacji, w której konkurencja okaże się szczególnie trudna. Można oczywiście starać się konkurować ceną, ale cen nie da się obniżać w nieskończoność.

Warto więc szukać innych możliwości wyróżnienia się – np. działać bardziej innowacyjnie, a zarazem ekologicznie. Pomóc w tym mogą ciekawe „wynalazki”.

Na przykład jeden ze znanych producentów whisky zaprezentował niedawno papierową butelkę. Takie rozwiązanie pozwoliłoby zarówno na większą ekologię, jak również na obniżenie wagi produktu. To z kolei mogłoby wpłynąć na niższe koszty transportu, a finalnie także ceny produktu.

Inna ciekawostka to płaska butelka. Firma, która zaprezentowała niedawno takie rozwiązanie przekonuje, że tego typu opakowania będą łatwiejsze w transporcie, a do tego można je wrzucić do skrzynki na listy lub wygodnie dołączyć np. do pudełka z pizzą.

To tylko przykłady, ale mogą one obrazować, w jakich kierunkach będzie się zmieniał handel alkoholem, szczególnie gdy duża część sprzedaży przeniesie się do Internetu.

Przyszłość z pewnością będzie należała do tych firm, które szybko i sprawnie zareagują na zmiany w prawie, a do tego zaoferują klientom dobre produkty, świetną obsługę klienta oraz będą miały do zaoferowania coś jeszcze – np. bardziej innowacyjne rozwiązania.

To wszystko wymaga jednak dużego zaangażowania i jak najszybszego rozpoczęcia przygotowań do funkcjonowania w nowej rzeczywistości. W praktyce – zwycięskiego szampana często piją ci, którzy jako pierwsi podjęli ryzyko.

Optymalizacja to będzie najmodniejsze słowo tej jesieni – Przedsiębiorcy szykują się do poważnych zmian w swoich firmach. Wszystko podszyte jest niepewnością

Jaka będzie w gospodarce jesień 2020? Nawet najtęższe umysły świata ekonomii nie potrafią jasno i wyraźnie powiedzieć jaka przyszłość czeka zarówno rynek krajowy jak i szerzej gospodarkę europejską i światową. Zmiennych jest całkiem sporo, a na dodatek branże bardzo różnie reagują na niepewność, która stała się codziennością biznesu w czasach COVID-19. Co jest najbardziej niebezpieczne? Specjaliści z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska zwracają uwagę na kilka czynników. Przedsiębiorcy stają się bardzo asekuracyjni – niektórzy już teraz tną plany inwestycyjne i ograniczają wszelkie koszty. Wiele branż nie podniosło się jeszcze po pierwszej fali pandemii koronawirusa, inne drżą na myśl o kolejnym lockdownie.  – Zgłaszają się do nas przedsiębiorcy, którzy pierwszy raz w swojej długoletniej historii potrzebują ludzi, którzy będą im pomagać przygotowywać strategie biznesowe. Jak mówią, to co przyniosła wiosna nie śniło im się nawet w najgorszych koszmarach – mówi Filip Kiżuk. – Optymalizacja będzie najmodniejszym słowem jesieni. Planują ją nawet firmy, które teoretycznie z koronawirusa wyszły obronną ręką np. handel czy budownictwo. Wszyscy zastanawiają się jak przygotować się na to, co może nadejść. A co może nadejść? No właśnie nie za bardzo wiadomo – dodaje Katarzyna Michalska.

  • Pandemia koronawirusa nadal jest poważnym zagrożeniem dla gospodarki. Przedsiębiorcy obawiają się drugiej fali zachorowań i obostrzeń gospodarczych, które mogą wrócić
  • Nastroje wśród przedsiębiorców nie są najlepsze, choć są oni lepiej przygotowani do działania w trudnych warunkach niż byli przygotowani wiosną 2020
  • Przedsiębiorcy nauczyli się „chomikowania” pieniędzy. Gromadzą kapitał obrotowy, spieniężają majątek, ograniczają wydatki wewnętrzne i zewnętrzne
  • Jesień będzie więc czasem optymalizacji. To może wiązać się np. z koniecznością redukcji etatów w wielu gałęziach gospodarki

Teoretycznie – gospodarka powinna iść do przodu. Praktycznie? Firmy boją się, że będą zmuszone do dalszych ograniczeń

Jak mówią specjaliści z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska cienka linia pomiędzy pierwszą, a drugą falą pandemii koronawirusa jest trudna do uchwycenia. Niektórzy mówią, że najgorsze przyjdzie na jesień, a inni odpowiadają, że przecież dzienny współczynnik przyrostu chorych szacowany jest na setki osób. Dla gospodarki koronawirus jest poważnym niebezpieczeństwem. Jesień będzie czasem bez wielkiego wsparcia rządowego i samorządowego, a wiele branż nie wróciło jeszcze do funkcjonowania sprzed pandemii. Jak oni więc szykują się na ewentualny nawrót obostrzeń jesienią? Nasi specjaliści przyznają, że zgłoszeń w tej sprawie jest całe mnóstwo. Firmy pytają o to jak pozyskać kapitał, jak utrzymać pracowników czy wreszcie: prowadzić biznes mimo strat czy może się poddać? Dla gospodarki jesień może być czasem jeszcze większych wstrząsów niż wiosna.

– Wśród naszych klientów nie brakuje optymistów, którzy myślą, że kryzys jakoś nas ominie. Niektóre branże zostały dotknięte pandemią mniej, a nie brakuje i tych, którzy zyskali i marzą już o wielkich inwestycjach. Niestety więcej jest pesymistów i osób bardzo ostrożnie patrzących w przyszłość. Nastroje przedkładają się bezpośrednio na pytania naszych klientów: jedni szukają działek, nieruchomości czy np. firm, których udziały można przejąć „w promocyjnych cenach”, a inni przeciwnie, skupiają się na gromadzeniu kapitału i raczej oszczędnościach niż planach inwestycyjnych – mówi Katarzyna Michalska, doradca gospodarczy.

Jesień może być dla wielu przedsiębiorców trudniejsza, bo nie mogą już liczyć ani na programy wsparcia wynikające z Tarcz Antykryzysowych ani na wyrozumiałość innych partnerów biznesowych.    – Przedsiębiorcy często są już po rozmowach np. z wierzycielami czy z osobami od których wynajmowali przestrzeń. Niestety nie wszędzie mogą liczyć na kontynuowanie dogodnych warunków z czasu lockdownu. Teoretycznie gospodarka powinna iść do przodu i wszystko powinno wracać do normy. Praktyka pokazuje, że wiele firm jesienią czeka poważna zmiana strukturalna, a być może nawet konieczność likwidacji – mówi Filip Kiżuk, doradca gospodarczy.

Przedsiębiorcy uczą się… chomikować. „Wygrani są Ci, którzy mają kapitał rezerwowy”

Wiele wskazuje na to, że jesienią przedsiębiorców czeka czas zmian – niektórzy będą rozwijać np. usługi w ramach e-commerce czy działalności zdalnej, a inni będą starali się działać tak, by przetrwać, ewentualnie generować jak najmniej strat. – Mam taką obawę, że niektórzy przedsiębiorcy nie mieli jeszcze czasu przepracować negatywnych konsekwencji pierwszej fali koronawirusa, że nie było wystarczająco czasu na zmianę np. strategii gospodarczych, a tutaj już kolejne wizje, które nie są optymistyczne. Przedsiębiorcy stali się bardziej ostrożni, rozważniej wydają pieniądze, bardziej liczą się z kosztami wewnętrznymi i zewnętrznymi w firmie, są skłonni do oszczędzania, powiedziałbym nawet do chomikowania pieniędzy, a nie do inwestycji. To znacząca zmiana, bo minione lata to był raczej boom inwestycyjny – mówi doradca Gospodarczy Filip Kiżuk.

– Zachowanie przedsiębiorców jest logiczne i dojrzałe. Zgłaszają się do nas firmy, które proszą o doradztwo np. czy kontynuować inwestycje, czy zawiesić budowę, czy rozwijać działalność czy na przykład przeczekać trudny czas. Przedsiębiorcy nauczyli się także, że kapitał zapasowy w firmie jest konieczne. Firma musi mieć rezerwę na „czarną godzinę”. Wygrani są Ci, którzy mają zapas środków finansowych lub materiały, które mogą spieniężyć – dodaje Katarzyna Michalska, doradca gospodarczy.

„Optymalizacja to będzie najmodniejsze słowo jesieni”

Jak mówi Katarzyna Michalska, wiele wskazuje na to, że słowo optymalizacja może być najmodniejszym i najczęściej używanym przez biznes słowem jesieni: – Optymalizacja, restrukturyzacja, tak te słowa na pewno będą z nami przez cały czas trwania pandemii koronawirusa i to nie są słowa, których rozwojowy przedsiębiorca lubi używać – zaznacza Katarzyna Michalska, doradca gospodarczy. – Optymalizacja często ma miejsce w firmach, które szukają zmniejszenia kosztów. Zastanawiamy się z przedsiębiorcami jak zachować płynność finansową i rozwój przy jednoczesnym braku np. zwolnień lub bez wyprzedaży majątku – mówi Katarzyna Michalska.

Czy możliwe jest przeprowadzenie optymalizacji tak, by była ona możliwie mało dotkliwa dla funkcjonowania firmy? Specjaliści z kancelarii Kiżuk & Michalska nie mają wątpliwości, że jest to proces trudny, który wymaga wdrożenia pewnych zmian i wypracowania narzędzi, które pomogą uratować firmę. Optymalizacja to więc perspektywa na przetrwanie i rozwój, a nie „zło konieczne”. Tak warto podchodzić do tego zagadnienia.

Rzecznik MŚP otrzymał wydane przez Minister Rozwoju objaśnienia prawne w zakresie sposobu weryfikacji wielkości przedsiębiorstwa

W związku ze zgłaszanymi przez przedsiębiorców wątpliwościami, Rzecznik MŚP wystąpił do Ministra Rozwoju z wnioskiem o wydanie objaśnień prawnych w zakresie sposobu weryfikacji wielkości przedsiębiorstwa przy podejmowaniu decyzji o przyznaniu subwencji finansowej w ramach tzw. tarczy finansowej. 

Rzecznik otrzymał objaśnienia o następującej treści:

Pytanie 1: „W jaki sposób obliczana jest wartość referencyjna zatrudnienia dla ustalenia statusu mikro, małego i średniego przedsiębiorcy o którym mowa w punkcie 3.1.1 uchwały RM 50/2020 dla potrzeb przyznania subwencji finansowej na podstawie programu rządowego Tarcza Finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju dla małych i średnich firm”?

W Programie rządowym wskazano, iż „Polski Fundusz Rozwoju przygotuje i opublikuje dokumenty wykonawcze dla celów związanych z realizacją Programu, weryfikacją spełnienia przez Beneficjentów Programu warunków programowych lub skorzystania z jakichkolwiek innych uprawnień wynikających z Programu”. Podstawowym dokumentem wykonawczym regulującym zasady udzielania finansowania w ramach rządowego programu udzielania Beneficjentom subwencji finansowych jest regulamin ubiegania się o udział w programie rządowym „Tarcza Finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju”, zgodnie z którym:

„Beneficjent” – oznacza, na potrzeby określenia podmiotu uprawnionego do udziału w Programie, przedsiębiorcę w rozumieniu art. 4 ust. 1 i 2 Prawa Przedsiębiorców, pod warunkiem uznania, iż podmiot ten spełnia warunki przyznania mu statusu mikroprzedsiębiorcy bądź małego lub średniego przedsiębiorcy, wnioskującego do Polskiego Funduszu Rozwoju („PFR”) o udzielenie subwencji finansowej, lub któremu PFR udzielił subwencji finansowej.

„Mikroprzedsiębiorca” – oznacza, na potrzeby określenia podmiotu uprawnionego do udziału w Programie, Beneficjenta, który na 31 grudnia 2019 r. łącznie spełnia następujące warunki:

  • zatrudnia co najmniej jednego pracownika oraz nie więcej niż dziewięciu pracowników (z wyłączeniem właściciela), oraz
  • jego roczny obrót za 2019 r. lub suma bilansowa w 2019 r. nie przekracza kwoty 2 mln EUR.

„Mały lub średni przedsiębiorca” – oznacza, na potrzeby ustalenia podmiotu uprawnionego do udziału w Programie, Beneficjenta, który na 31 grudnia 2019 r.:

  • zatrudnia do 249 pracowników (z wyłączeniem właściciela), a jego roczny obrót za 2019 r. nie przekroczył 000.000 EUR, lub suma bilansowa za 2019 r. nie przekroczyła 43.000.000 EUR,
  • nie jest mikroprzedsiębiorcą, oraz
  • nie jest beneficjentem finansowania udzielonego w ramach programu rządowego „Tarcza Finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju dla Dużych Firm”.

Na potrzeby ustalenia statusu mikroprzedsiębiorcy, małego lub średniego przedsiębiorcy, jako podmiotu uprawnionego do udziału w Programie, przez pracownika rozumie się osobę zatrudnioną na podstawie umowy o pracę, przy czym za pracowników nie uważa się pracowników na urlopach macierzyńskich, ojcowskich, rodzicielskich, wychowawczych i zatrudnionych w celu przygotowania zawodowego.

Określając status mikroprzedsiębiorcy bądź małego lub średniego przedsiębiorcy, Beneficjent jest zobowiązany zweryfikować, czy zachodzą po jego stronie powiązania w ramach relacji łączących go z innymi przedsiębiorstwami (m.in. w ramach grup kapitałowych) – zgodnie z zasadami określonymi w Regulaminie i Rozporządzeniu Komisji (UE) nr 651/2014 z dnia 17 czerwca 2014 r. uznającym niektóre rodzaje pomocy za zgodne z rynkiem wewnętrznym w zastosowaniu art. 107 i 108 Traktatu (Dz. Urz UE L 187/1 z 26.6.2014).

Pytanie 2: „Czy w przypadku małego i średniego przedsiębiorcy wartość zatrudnienia dla ustalenia statusu małego i średniego przedsiębiorcy ustala się według stanu zatrudnienia na podstawie umów o pracę na dzień 31 grudnia 2019 roku? Czy też jako wartość ustalaną w skali rocznej jako średnioroczne zatrudnienie w całym 2019 roku tzw. roczne jednostki pracy (RJP), którym odpowiada liczba pracowników zatrudnionych w ciągu całego roku referencyjnego w danym przedsiębiorstwie?”

Zgodnie z postanowieniami rządowego Programu jednym z kryteriów kwalifikujących danego przedsiębiorcę w kategorii małego lub średniego przedsiębiorcy w rozumieniu Programu jest stan zatrudnienia u tego przedsiębiorcy na dzień 31 grudnia 2019 r. – zgodnie z zasadami opisanymi powyżej.

Pytanie 3: „Czy w przypadku gdy wartość referencyjna w 2019 roku była wyższa niż 250 RJP przedsiębiorca traci status średniego przedsiębiorcy w sytuacji gdy w 2018 roku wartość ta była niższa niż 250 RJP?”

Art. 12 ust. 1 ustawy o systemie instytucji rozwoju stanowi, że Polski Fundusz Rozwoju udziela finansowania, w szczególności mikroprzedsiębiorcom oraz małym i średnim przedsiębiorcom spełniającym warunki określone w załączniku I do rozporządzenia Komisji (UE) nr 651/2014 z dnia 17 czerwca 2014 r. uznającego niektóre rodzaje pomocy za zgodne z rynkiem wewnętrznym w zastosowaniu art. 107 i 108 Traktatu. Brzmienie art. 12 ust. 1 ustawy o systemie instytucji rozwoju nie wyklucza zawarcia w programie rządowym, o którym mowa w art. 21 a ust. 2 ww. ustawy dodatkowych warunków, które musi spełnić przedsiębiorca. Jak wskazano powyżej, jednym z kryteriów ustalania statusu przedsiębiorcy jest stan zatrudnienia na dzień 31 grudnia 2019 r. Zatem przedsiębiorca nie zatrudniający na ten dzień odpowiedniej liczby pracowników nie spełnia kryterium, o którym mowa w Programie.

Podstawa prawna: art. 33 ust. 1 ustawy – Prawo przedsiębiorców (Dz. U. 2019, poz. 1292).

BADANIE ZPP: COVID-19 pogorszył nastroje przedsiębiorców, ale zaskakująco nieznacznie

Pandemia koronawirusa była dla gospodarki niewątpliwym wstrząsem, który dla wielu firm oznaczał konieczność przemodelowania swojej działalności, a w niektórych przypadkach doprowadził wręcz do upadłości i bankructw. Po wielu latach konsekwentnego wzrostu, niezatrzymanego nawet przez kryzys finansowy z końcówki pierwszej dekady XXI wieku, polska gospodarka w 2020 roku skurczy się. Dom badawczy Maison&Partners zbadał na zlecenie Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, jak bardzo nastroje gospodarcze wśród przedsiębiorców pogorszyły się względem okresu sprzed pandemii. Wyniki mówią same za siebie – polski biznes ma stalowe nerwy.

W ramach badania nastrojów gospodarczych wśród firm, analizowane są trzy komponenty: koniunktury gospodarczej, rynku pracy (płace i zatrudnianie) oraz inwestycji. Wartość każdego komponentu mieści się w przedziale od 0 do 100. Wyniki poniżej 50 oznaczają pesymistyczne nastroje, a powyżej 50 – optymistyczne.

Z zebranych w trakcie badania danych wynika, że generalny spadek nastrojów gospodarczych w odczycie na II półrocze 2020 roku, względem odczytu sprzed COVID-19, odnotować można w przypadku średnich i dużych firm. Pogorszenie nastrojów w podmiotach mikro i małych jest zdecydowanie mniej zauważalne – w ich przypadku spadek nastąpił o, odpowiednio, 1,4 pkt oraz 1,7 pkt, podczas gdy dla firm średnich i dużych są to dokładnie 4 pkt.

Być może wynika to z faktu, że najmniejsze podmioty operują w rytmie miesięcznym i rzadko mają dalekosiężne plany, które mógłby pokrzyżować koronawirus – twierdzi Cezary Kaźmierczak, Prezes ZPP – Ponadto łatwiej im się dostosować do nowej rzeczywistości, niż większym firmom. Często zarządza nimi jednoosobowo właściciel, więc wdrożenie pewnych decyzji, które w korporacji byłyby podejmowane tygodniami, w małych przedsiębiorstwach możliwe jest w zasadzie z dnia na dzień.

Interesujący okazuje się być przegląd poszczególnych komponentów badania. Wynika z niego bowiem na przykład, że mimo iż wzrósł (z 45% do 50%) odsetek respondentów twierdzących, że koniunktura gospodarcza w najbliższych miesiącach pogorszy się, o tyle odsetek tych, którzy prognozują poprawę nie tylko nie spadł, lecz wręcz nieznacznie się zwiększył (z 21% do 22%). Z badania wynika ponadto, że negatywny wpływ koronawirusa na gospodarkę spowodował, iż przedsiębiorcy rzadziej planują podwyżki i zwiększanie zatrudnienia, jednak równocześnie nie zwiększył się odsetek przedsiębiorców szykujących w swoich firmach zwolnienia (z 8% przed COVID-19 na 7%), czy zmniejszenie funduszu płac (z 6% przed COVID-19 na 5%).

Z tych danych wynikałoby, że w zakresie zatrudnienia i jego warunków, koronawirus jedynie nieco przygasił optymizm polskich firm, jednak nie wpłynął na zasadniczą zmianę nastrojów – mówi Cezary KaźmierczakWidzimy, że np. odsetek firm planujących podwyżki zmalał z 29% przed pandemią do 14% w tej chwili, ale najważniejsze jest to, że przedsiębiorcy nie planują zwolnień. Mimo kłopotów związanych z pandemią, wydaje się zatem, że rynek pracy ma się dobrze.

Istotny spadek nastrojów odnotowany został w komponencie „Inwestycje”. Odsetek respondentów nie planujących inwestycji wzrósł z poziomu 61% przed pandemią, do 68% w trakcie pandemii. Największy spadek planowanych inwestycji widoczny jest w firmach małych (zatrudniających od 10 do 49 pracowników).

Niewielka stopa inwestycji to strukturalny problem polskiej gospodarki i wydaje się, że koronawirus dodatkowo go pogłębił – twierdzi Jakub Bińkowski, Dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji ZPP – Oznacza to, że trzeba będzie w jeszcze większym stopniu skupić się na tworzeniu dobrego otoczenia regulacyjnego dla inwestycji.

Mimo spadków w każdej z badanych kategorii, nie sposób nie stwierdzić że redukcja nastrojów jest znacznie mniejsza, niż można byłoby przypuszczać analizując skalę strat wygenerowanych w gospodarce przez koronawirusa.

Polscy przedsiębiorcy po raz kolejny pokazali, że mają stalowe nerwy – podkreśla Cezary KaźmierczakTo najcenniejszy kapitał, z jakim możemy wejść w erę post-koronawirusową. 

Zakup Porsche na firmę po okazyjnej cenie i automatyczny domiar akcyzy – organy nie mogą tak robić

Spółka nabyła Porsche Panamera Turbo S. z Niemiec. W deklaracji wykazała wartość zakupu w wysokości 268 000 zł, ale fiskus stwierdził, że średnia wartość rynkowa takiego pojazdu w Polsce wynosi ponad 543 000 zł. Domierzył więc blisko 20 000 zł akcyzy. Spółka wskazała, że Porsche było uszkodzone, a w takim przypadku uwarunkowania rynkowe w Niemczech znacznie odbiegają od tych w Polsce. Z przedsiębiorcą zgodził się sąd, uznając za niedopuszczalne praktyki organów podatkowych, które z automatu, bez względu na okoliczności biorą za podstawę opodatkowania akcyzą średnią wartość rynkową podobnego auta w Polsce, a następnie do tej wartości porównują kwotę, jaką podatnik zapłacił za samochód za granicą.

Zgodnie z art. 104 ust. 8 Ustawy z dnia 6 grudnia 2008 r. o podatku akcyzowym (Dz.U. 2009 nr 3, poz. 11 ze zm.), jeśli wysokość wykazanej przez podatnika podstawy opodatkowania akcyzą bez uzasadnionej przyczyny znacznie odbiega od średniej wartości rynkowej samochodu osobowego, to organ podatkowy wzywa podatnika do zmiany jej wysokości lub wskazania przyczyn uzasadniających tę rozbieżność.

Akcyza za samochód sprowadzony z Niemiec

W styczniu 2019 r. jedna ze spółek z o.o. złożyła w urzędzie skarbowym deklarację AKC-U, w której wykazała w podstawie opodatkowania zakup samochodu Porsche Panamera Turbo S. w kwocie 267 962 zł. Był to pojazd „nieuszkodzony z opinią” o przebiegu 72 000 km. Przy 18,6% stawce akcyzy do zapłaty spółka zadeklarowała 49 841 zł. Firma dołączyła do zeznania opinię rzeczoznawcy potwierdzającą, że pojazd był wcześniej uszkodzony. Rzeczoznawca wycenił auto w tym stanie na kwotę 387 000 zł.

Korzystniejsze uwarunkowania sprzedaży na niemieckim rynku

Urząd skarbowy postanowił sam ustalić wartość rynkową zakupionego przez spółkę Porsche, odnajdując średnie wartości pojazdów podobnych na polskim rynku. Organ stwierdził, że taki samochód jest wart 543 700 zł. Naczelnik urzędu skarbowego wezwał firmę do przedłożenia dokumentów kosztowych naprawy auta. W odpowiedzi na wezwanie spółka nie dostarczyła żądanej dokumentacji, za to wytłumaczyła, że taką cenę zakupu samochodu uzyskała dzięki panującym na rynku niemieckim uwarunkowaniom, różnym od realiów rynku polskiego. Wśród tych uwarunkowań wymieniła wyższy poziom życia obywateli Niemiec, zaostrzone wymogi ochrony środowiska, jak i tamtejsze standardy kontroli stanu technicznego aut, a także nieopłacalne dla ich właścicieli wysokie koszty naprawy. Na poparcie tego spółka przedłożyła wydruki podobnych ofert sprzedaży Porsche Panamera Turbo S. na terenie Niemiec, potwierdzające jej stanowisko.

Domiar blisko 20 000 zł podatku

Dyrektor Izby Administracji Skarbowej jako organ odwoławczy uznał taką argumentację spółki za niezrozumiałą, bowiem jak stwierdził, zgodnie z przepisami ustawy o podatku akcyzowym przy ustalaniu średniej wartości rynkowej samochodów osobowych przyjmuje się notowania z rynku krajowego. Tym samym utrzymał w mocy decyzję organu pierwszej instancji określającą spółce należny do zapłaty podatek akcyzowy od spornej transakcji w wyższej kwocie 69 324 zł.

Celem przepisów nie jest przeciwdziałanie podstawowym prawom ekonomii

Rozstrzygający wniesioną przez spółkę skargę Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gdańsku przywołał wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego z 30 listopada 2016 r. (sygn. akt I GSK 120/15), w którym stwierdzono, że wskazujący reguły określania podstawy opodatkowania samochodu osobowego przepis art. 104 ustawy o podatku akcyzowym ma za zadanie przeciwdziałać zwalczaniu nieuczciwych prób zaniżania podstawy opodatkowania, a nie przeciwdziałać podstawowym prawom ekonomii. A więc takim, które polegają na nabyciu towaru po niższej cenie w celu odsprzedania po wyższej. Stąd zakup auta na rynku wspólnotowym po cenie niższej od średniej ceny na rynku krajowym nie uprawnia za każdym razem do automatycznego wyrównywania podstawy opodatkowania do wartości ustalonej na podstawie średnich cen w kraju.

Organy nie mogą z automatu podwyższać podstawy opodatkowania

Sąd zgodził się ze spółką, że przy ocenie prawidłowości ustalenia podstawy opodatkowania organy muszą brać pod uwagę uwarunkowania rynku, na którym pojazd został zakupiony, a które w różnych krajach kształtują się w odmienny sposób, w zależności od czynników ekonomicznych i kulturowych. Ważne przy tym są również okoliczności, w jakich podatnik nabywa samochód. A w niniejszej sprawie uwarunkowania rynku niemieckiego, na jakie wskazywała spółka (poziom dochodów tamtejszych obywateli, zaostrzone wymogi środowiskowe i kontrole stanu technicznego pojazdów oraz wysokie koszty napraw) mogą uprawdopodabniać realność zakupu auta po cenie niższej, niż byłoby to możliwe w Polsce. Dlatego też, uchylając decyzje organów obu instancji w przedmiocie podwyższenia spółce wysokości zobowiązania w podatku akcyzowym z tytułu wewnątrzwspólnotowego nabycia samochodu, sąd stwierdził, że skoro organy nie negowały, iż firma nabyła je w Niemczech, to analiza porównawcza kształtowania się cen tych pojazdów powinna obejmować rynek niemiecki. Tymczasem organy skupiły się jedynie na kwestii braku udowodnienia przez spółkę poniesienia przez nią kosztów naprawy auta. Przywołując rozstrzygnięcie NSA z 2013 r. (sygn. akt I GSK 1399/11), orzekł:

„…nie jest prawidłowe działanie organu, który w każdej sprawie, nie bacząc na okoliczności, jako punkt wyjścia przyjmuje średnią wartość rynkową podobnego samochodu w kraju i do tej wartości porównuje cenę, jaką zapłacił podatnik w kraju nabycia…” (wyrok WSA w Gdańsku z 10 czerwca 2020 r., sygn. akt I SA/Gd 2230/19).

Ochrona majątku firmy

Czerwcowy wyrok gdańskiego sądu wskazuje, że automatyczne podwyższanie opodatkowania przedsiębiorcy podatkiem akcyzowym za każdym razem, gdy firma nabędzie samochód po cenie niższej niż średnie ceny obowiązujące na polskim rynku to powszechna strategia działania fiskusa. I to funkcjonująca do dziś, mimo że już w 2011 r. NSA rozstrzygnął:

„…iż celem procedury określonej w art. 104 ust. 8 u.p.a. nie jest unifikacja cen wszystkich sprowadzanych z zagranicy samochodów i wprowadzenie dla samochodów podobnych jednakowej podstawy opodatkowania akcyzą, niezależnie od tego, za jaką cenę samochód został zakupiony” (wyrok z 14 września 2011 r., sygn. akt I GSK 245/10).

Dlatego w takich przypadkach w celu zabezpieczenia swoich interesów przedsiębiorcy powinni sami wdrażać przeciwną strategię polegającą na zabezpieczeniu majątku firmy poprzez kontrolę działań podejmowanych przez organy podatkowe.

Autor: Kinga Hanna Stachowiak – Wspólnik Zarządzający w Kancelarii Prawnej Skarbiec

Będziemy mieć niskie stopy procentowe i wysoką inflację

Dlaczego w najbliższym czasie możemy oczekiwać niskich stóp procentowych? Po pierwsze dlatego, że ekonomiści powszechnie uważają, że pobudzają one gospodarkę. A to zawsze się przyda w czasie kryzysu. Ale jest również drugi powód, niewykluczone, że ważniejszy. Ci, którzy decydują o wysokości stóp procentowych, czyli rządy państw, są zadłużeni na ogromne kwoty. Niskie stopy procentowe umożliwiają im obsługę tego zadłużenia.

Drugi z powodów jest ekonomiczną oczywistością. Natomiast pierwszy jeszcze długo pozostanie przedmiotem dyskusji akademickiej i publicystycznej. Niskie stopy procentowe wpływają na zwiększenie podaży pieniądza, który dzięki temu jest bardziej dostępny dla przedsiębiorstw i konsumentów. Nie ma wątpliwości, że ułatwienie dostępu do finansowania w krótkim terminie wpływa na ożywienie działalności gospodarczej oraz większą aktywność gospodarstw domowych na rynkach konsumpcyjnych. Jednak zgodnie z klasyczną teorią ekonomii oraz zdrowym rozsądkiem, zwiększenie podaży pieniądza powinno doprowadzić do spadku jego wartości. Inaczej mówiąc, powinniśmy spodziewać się inflacji a ta na wiele sposobów negatywnie wpływa na sytuację przedsiębiorców i konsumentów.

Jednak wyraźnie widać, że na razie zwiększona podaż pieniądza nie wpływa na rynki konsumpcyjne krajów najlepiej rozwiniętych. Konsumpcja jest tam na tak wysokim poziomie, że gospodarstwa domowe nie będą już jej zwiększać tylko dlatego, że mają ułatwiony dostęp do pieniądza. Dlatego w Stanach Zjednoczonych, w strefie euro, czy w Japonii, mimo szalonego dodruku pieniądza, cały czas nie obserwujemy podwyższonej inflacji. Wydrukowany pieniądz trafia za to na rynki kapitałowe powodując hossę na najważniejszych światowych giełdach. Nieco inaczej jest w Polsce, gdzie inflacja rosła dynamicznie jeszcze przed epidemią koronawirusa a indeksy giełdowe są bardzo dalekie od rekordów. W Polsce, przynajmniej przez jakiś czas, najprawdopodobniej będziemy mieli do czynienia z wysoką inflacją i niskimi stopami procentowymi.

Delikatnie mówiąc, tego rodzaju sytuacja jest dla gospodarki, niezbyt naturalna. Należy więc się zastanowić, jakie będą jej długoterminowe skutki. Wiadomo na pewno, że nie będą one takie same dla wszystkich.

W stosunkowo trudnej sytuacji znajdą się inwestorzy. Utrudnione będzie osiąganie ulubionego przez nich pasywnego dochodu. Co więcej, będą oni narażeni na znaczące straty, gdyż z jednej strony oprocentowanie lokowanych środków będzie bardzo niskie, z drugiej strony będzie spadać ich wartość nabywcza.

W zupełnie innej sytuacji będą kredytobiorcy lub osoby zadłużone. Oprocentowanie kredytów pozostanie niskie, natomiast w wyniku inflacji wzrosną nie tylko ceny, ale również ich dochody. Oznacza to, że regulowanie zobowiązań będzie łatwiejsze. Rząd, chcąc ułatwić sobie obsługę własnego zadłużenia, niechcący pomoże kredytobiorcom, również tym zdruzgotanym przez wzrost kursu franka szwajcarskiego.

Jednak w perspektywie, taka sytuacja jest bardzo niebezpieczna dla gospodarki. Banki potrafią lepiej lub gorzej liczyć pieniądze i nie będą ich nikomu pożyczać wiedząc, że będą warte mniej, gdy kredytobiorca je zwróci. Oznacza to, że banki zaostrzą kryteria przyznawania kredytów, co nawiasem mówiąc i tak już robią z powodu epidemii a konsumenci i przedsiębiorcy zamiast mieć ułatwiony dostęp do finansowania, nie dostaną kredytu w ogóle, bo jego przyznanie będzie się wiązało ze zbyt dużym ryzykiem.

Autor: Bartosz Tomczyk – przewodniczący rady nadzorczej polskiego fintechu Provema

Sklepy stacjonarne teraźniejszości – nowe rozwiązania dla handlu

0

Choć następstwa pandemii koronawirusa w świecie sprzedaży odcisnęły ogromne piętno, sklepy stacjonarne nie znikną. Koniecznością staną się jednak innowacje oraz zmiany, które pozwolą przyspieszyć proces zakupów i znacznie je ułatwią. Placówki handlowe będą musiały dostosować się do oczekiwań klientów. Muszą być bardziej eko, lokalne i przystępne cenowo. Świadoma konsumpcja nie jest już sprawą elitarną, to zjawisko coraz bardziej powszechne.

Rozwiązania w przestrzeni sklepowej

Pomimo częściowego odpływu konsumentów do internetu, sklepy stacjonarne nadal będą głównym wyborem. Zmieni się jednak ich funkcjonowanie. Wszystko z myślą o zatrzymaniu obecnych i przyciągnięciu nowych klientów. Sieci sprzedaży powinny już teraz zacząć wprowadzać rozwiązania zapewniające większy komfort dokonywania zakupów – wskazuje Marcin Zieliński, Head of Sales w Terytorium Sp. z o. o., jeden z twórców streamPRO+.

Nowoczesny sklep to przede wszystkim technologia, której zadaniem jest inteligentne zarządzanie sprzedażą. Konsumenci coraz chętniej korzystają z aplikacji danego sklepu, ale również z asystentów głosowych czy sztucznej inteligencji, która pomaga w doborze najlepszego produktu. Chętniej wybierają placówki, w których zakupy zrobią równie szybko i łatwo, jak w sklepach online. Stacjonarne sieci sprzedaży nie mają wyjścia i muszą zaoferować bogatsze doświadczenia zakupowe, dostosowane do indywidualnych preferencji każdego klienta.

Kryzys związany z pandemią COVID-19 zmienia nastawienie związane z zakupami i ich bezpieczeństwem. Tutaj również warto postawić na nowe technologie i – przede wszystkim – rozwiązania systemowe. Na rynku dostępne są urządzenia, które pomogą kontrolować liczbę klientów w sklepie, zachować minimalną zalecaną odległość pomiędzy klientami, czy w odpowiedni sposób zdezynfekować wózki sklepowe. Handel detaliczny jaki znamy przestaje zaspokajać rosnące wymagania zakupowe. Sprzedawcy powinni przygotować się na to, że konsumenci stają się coraz bardziej świadomi – dodaje Marcin Zieliński, Head of Sales w Terytorium Sp. z o. o., jeden z twórców streamPRO+.

Sklepy bardziej lokalne i eko

Warto obecnie postawić na produkty lokalne. Przez lockdown doceniamy to, że dana marka wspiera takie inicjatywy i chętniej korzystamy z jej oferty W okresie COVID-19 ok. 40% konsumentów w znacznym stopniu zwraca jeszcze większą uwagę na postepowanie marek wobec społeczności lokalnych, pracowników, środowiska oraz na lokalne pochodzenie produktów – wynika z danych KPMG. Co więcej, istotna jest dla nas również cena. Jest to podyktowane tym, że większość z nas podczas lockdownu doświadczyła obniżenia pensji, zredukowania etatu lub musiało zmienić pracę. Zdaniem ponad 60% osób kluczowym czynnikiem, który w największym stopniu wpływa na podjęcie decyzji zakupowej jest stosunek jakości do ceny.

A co z ekologią? To również ważny czynnik, który pomoże odbudować zaufanie i przyciągnąć konsumentów. Z raportu „Bio – szansą rynkową” wynika, że aż 62% badanych chciałoby biozakupy robić częściej i kupować więcej. Widać więc, że warto postawić na ten trend, który może zaowocować w przyszłości.

Nurt ochrony środowiska naturalnego rośnie w siłę i angażuje coraz więcej osób. W dobie trendu „zero waste” nie powinien dziwić więc fakt, że konsumenci coraz bardziej świadomie dokonują zakupu produktów – chcą mieć wpływ na zatrzymanie negatywnych zmian środowiskowych, które dzieją się na ich oczach. Badanie „Postawy Polek i Polaków wobec ochrony środowiska” pokazuje, że niemal 60% osób postrzega zmianę klimatu jako realne zagrożenie dla siebie i swoich bliskich.

Eksperci: zarządzanie kryzysowe i digital PR mocno w górę

Profesjonaliści z branży public relations są zgodni co do tego, że po pandemii wzrośnie zapotrzebowanie na zarządzanie kryzysowe (77%) oraz digital PR (72%). Po przeciwnej stronie znajdują się organizacja eventów i sponsoring, gdzie spadek zapotrzebowania prognozuje odpowiednio 78% i 63% respondentów. Powyższe wyniki są efektem badań przeprowadzonych w roku 2020 przez zespół analityków Exacto.

W związku z wybuchem pandemii COVID-19 szczególnego znaczenia nabrały dwa obszary, którymi zajmują się specjaliści public relations. Zarządzanie kryzysowe było uruchamiane przez znaczną część podmiotów, które musiały dostosować procedury do nowych realiów. Digital PR natomiast, w naturalny sposób zyskuje na znaczeniu z racji przeniesienia znacznej części działań do sieci podsumowuje dr hab. Dariusz Tworzydło, prof. UW, współautor badań.

Badania dowodzą, iż profesjonaliści PR prognozują także wzrost zapotrzebowania na rynku w zakresie komunikacji wewnętrznej (51%) oraz CSR (42%). Co ciekawe, przy tym drugim obszarze 35% specjalistów mówi o spadku popytu na tego typu działania. – CSR jest na tyle specyficzny, że niektóre firmy uruchamiając oszczędności będą rezygnowały z tych działań, a inne wpasują aktywności w obszarze CSR w walkę z COVID-19 – dodaje Marek Zajic, lider zespołu badawczego Exacto. Podobna rozbieżność widoczna jest w kategorii relacji z influencerami, gdzie wzrost zapotrzebowania prognozuje 33% specjalistów, a spadek 41%. Obszarami, na które zapotrzebowanie będzie się kurczyć są (oprócz eventów i sponsoringu) badania i ewaluacje – spadek prognozuje 42% badanych.

Spoglądając sumarycznie na wszystkie badane obszary, respondenci wskazywali wzrost łącznie 1096 razy (36%), spadek – 1025 (33%), a 961 razy (31%) prognozowali, że sytuacja pozostanie bez zmian. Taki rozkład sugeruje, że pomimo głębokiego, wewnętrznego przetasowania, rynek działań PR oceniany jest w sposób zrównoważony ze względu na różnorodność sfer zadaniowych, które zastępują i uzupełniają się wzajemnie.

Analizę popytową uzupełniono dodatkową informacją dotyczącą potencjału outsourcingowego poszczególnych usług. Wśród zadań realizowanych głównie przy wsparciu zewnętrznym, czyli tych z największym potencjałem outsourcingowym, specjaliści branży PR wskazali: badania i ewaluacje (36%), zarządzanie kryzysowe (33%), relacje z influencerami (28%), organizację eventów (28%) oraz digital PR (28%). – Interpretując te odpowiedzi należy mieć na uwadze, że na wysoko oceniane pod kątem outsourcingowym badania i ewaluacje oraz organizację eventów trzeba nałożyć prognozowany przez specjalistów spadek zapotrzebowania w tych obszarach. Zatem firmy nie tylko rezygnują z części działań, ale także optymalizując koszty szukają podmiotów zewnętrznych do realizacji tych, które jednak planują wykonać – dodaje Dariusz Tworzydło. Z kolei digital PR i zarządzanie kryzysowe to dziedziny, gdzie wysoki potencjał outsourcingowy połączony jest z prognozowanym wzrostem zapotrzebowania na usługi. Oznacza to, że firmy PR mogą liczyć na coraz większy zasób zleceń w tych obszarach.

Więcej informacji w tym zakresie zostanie zaprezentowanych podczas XX Kongresu Public Relations, który odbędzie się w dniach 24-25 września 2020 roku w Rzeszowie.

Branża turystyczna i estradowa szukają ratunku w uproszczonej restrukturyzacji

0

Sektor zatrudniający 800 tysięcy osób w ponad 13 tysiącach firm i wart blisko 55 mld zł, swoją przyszłość uzależnia od rozwoju pandemii, a także wejścia w życie ustawy o tarczy antykryzysowej dla turystyki. Kolejne prace parlamentarne w związku z nowymi przepisami zaplanowano na 10 września br. W opinii ekspertów PMR Restrukturyzacje pomocnym rozwiązaniem dla wielu przedsiębiorstw znajdujących się w sytuacji kryzysowej może okazać się uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne. 

Według Głównego Urzędu Statystycznego w maju 2020 r. z turystycznych obiektów noclegowych w Polsce skorzystało 387,2 tys. osób, czyli o 88,2% mniej niż przed rokiem. W czerwcu spadek był niewiele mniejszy i wyniósł 62,7%. Kluczowe dla tego sektora będą jednak miesiące wakacyjne, które co roku odpowiadają za ok. 30 proc. rocznych obrotów generowanych w krajowej turystyce.

Aby wyjść na prostą i zrekompensować poniesione straty, w lipcu i sierpniu firmy z branży turystycznej musiałyby znacząco zwiększyć planowane zyski i utrzymać wysoki poziom przychodów w kolejnych miesiącach. Nadchodząca jesień jest jednak całkowicie nieprzewidywalna i w obawie przed zapowiadaną kolejną falą zachorowań, większość z nas decyduje się na urlop już teraz. We wrześniu i październiku możemy więc spodziewać się kolejnego spowolnienia w branży, którego budżety wielu firm mogą już nie wytrzymać – tłumaczy Małgorzata Anisimowicz, prezes zarządu PMR Restrukturyzacje i kwalifikowany doradca restrukturyzacyjny i dodaje, że w najbliższym czasie drugim ogromnym wyzwaniem dla przedsiębiorców z tego sektora będzie upływający termin wypłaty zwrotów rezerwacyjnych. Tym bardziej kluczowe pozostaje zatem wdrożenie mechanizmów pomocowych amortyzujących skutki utraty płynności finansowej, w tym czasowe zwolnienie przedsiębiorców ze składek ZUS, wypłacenie świadczeń postojowych, a także powołanie Turystycznego Funduszu Zwrotów, który pomoże utrzymać płynność pomimo konieczności wypłacenia przez firmy środków za odwołane imprezy turystyczne.

Czas to pieniądz – nowe przepisy lub uproszczona restrukturyzacja

Po zamknięciu granic w połowie marca br. i wprowadzeniu obostrzeń w zakresie przemieszczania się, setki tysięcy Polaków odwołało planowane wyjazdy. Jak wynika z analiz zespołu parlamentarnego, który przygotował projekt zmian w ustawie o tarczy antykryzysowej dla branży turystycznej i estradowej, do czerwca br. zaledwie 30% osób, które odstąpiły od umowy lub z którymi zostały one zerwane, zdecydowało się na przyjęcie rekompensaty poniesionych kosztów w postaci długoterminowych voucherów. Zdecydowana większość klientów biur podróży i firm oferujących usługi turystyczne preferowała 100% zwrot na konto, co oznacza, że branża musi liczyć się z dużym zagrożeniem dla utrzymania płynności finansowej.

– Zgodnie z mechanizmami określonymi w ramach tarczy antykryzysowej, wprowadzonej 31 marca br., operatorzy turystyczni, mieli na oddanie środków 180 dni. Czas ten płynie jednak bardzo szybko i bez szybkiej pomocy ze strony państwa znaczna część przedsiębiorstw będzie miała duże problemy z utrzymaniem płynności finansowej. Dlatego firmy znajdujące się w najtrudniejszej sytuacji, nieposiadające poduszki finansowej, która pozwoliłaby im przetrwać nadchodzące miesiące, już teraz powinny rozpocząć działania restrukturyzacyjne. Doświadczenie naszych klientów pokazuje bowiem, że nawet kilka tygodni zwłoki może sprawić, że biznesu nie będzie już można uratować – wskazuje Małgorzata Anisimowicz.

Uproszczona restrukturyzacja szansą na przetrwanie

Przedstawiciele branży turystycznej, którzy nie zdążą lub nie będą mieli możliwości skorzystania z rozwiązań przewidzianych w tarczy antykryzysowej, mogą okazać się więc znaczącym „beneficjentem” nowego narzędzia dla przedsiębiorców, w postaci uproszczonego postepowania restrukturyzacyjnego. Nowe rozwiązanie, z którego skorzystać można od 24 czerwca br. sprawia, że postępowanie naprawcze staje się nie tylko szybkie, ale także przewidywalne, a jego przepisy zwiększają wpływ przedsiębiorcy na proces restrukturyzacji. Może z niego skorzystać każdy przedsiębiorca, bez względu na wielkość i obszar działalności firmy, który poszukuje efektywnych narzędzi do ochrony przed upadłością, agresywną windykacją i egzekucją komorniczą – W stosunku do klasycznego postępowania restrukturyzacyjnego, jego uproszczona wersja niesie dla firmy kilka niepodważalnych korzyści. To przede wszystkim pozasądowy charakter, który przyspiesza proces podejmowania decyzji i umożliwia niemal natychmiastowe wstrzymanie egzekucji. Uproszczone postępowanie trwa także znacznie krócej niż pozostałe procedury naprawcze, umożliwia zdalne głosowanie nad układem i ułatwia ochronę kluczowych umów – wyjaśnia Małgorzata Anisimowicz. Nowe unormowania prawne przewidują m.in. brak możliwości wypowiadania umów wzajemnych przez wynajmujących, takich jak umowy najmu lokalu czy nieruchomości, na których prowadzone jest przedsiębiorstwo, a także umów leasingu.

Restrukturyzacja dla wielu firm z branży turystycznej, które chcą uniknąć upadłości, jest nieunikniona. Ich sprzymierzeńcem z pewnością nie będzie jednak czas, dlatego uproszczone postępowanie wydaje się optymalnym rozwiązaniem, by naprawić biznes, przetrwać trudny okres i za kilka miesięcy odzyskać stabilność – tłumaczy Małgorzata Anisimowicz.

Biznes wart ponad 55 miliardów złotych

O tym, że w turystyce gra toczy się o naprawdę wielkie pieniądze, najlepiej świadczą dane. Według Głównego Urzędu Statystycznego pod koniec października 2019 roku w Polsce było zarejestrowanych 13,6 tys. firm prowadzących m.in. działalności organizatorów turystyki, pośredników i agentów turystycznych. Branża, która w zależności od źródeł zatrudnia nawet do 800 tys. osób ma także dużą wartość biznesową. Jak wynika z najnowszych analiz Światowej Rady Turystyki i Podróży sektor turystyczny w Polsce odpowiada za blisko 4,7 proc. krajowego PKB, a wszystkie wydatki krajowych i zagranicznych turystów w naszym kraju sięgają około 55 mld złotych.

Wybór drukarki w zależności od przeznaczenia

0

Drukarka jest niezbędnym wyposażeniem biura, ale przydaje się również w domu do drukowania różnych dokumentów, materiałów do nauki, biletów lub zdjęć. Warto sprawdzić, czy drukowanie w domu będzie bardziej opłacalne niż korzystanie z usług punktu ksero lub fotograficznego. Obecnie zakup urządzenia kosztuje niewiele i każdy jest w stanie dopasować go do swoich możliwości finansowych. Jak wybrać odpowiednią drukarkę? Czym kierować się przy zakupie? 

Jaka drukarka jest odpowiednia do domu?

W pierwszej kolejności należy podjąć decyzję dotyczącą technologii druku. Drukarki laserowe i atramentowe są powszechnie dostępne, ale należy zastanowić się, do czego konkretnie będziemy używać urządzenia. Na uwadze trzeba mieć fakt, że drukarka atramentowa pozwala na drukowanie w czerni i kolorze, ale w przypadku drukarki laserowej musimy wybierać pomiędzy modelem zapewniającym wydruk monochromatyczny lub kolorowy. Niestety laserowa drukarka kolorowa to już większy wydatek. Dlatego do użytku domowego najlepiej wybierać pomiędzy laserową drukarką monochromatyczną i drukarką atramentową. Jeżeli nie przewidujemy drukowania kolorowych obrazów czy wykresów, za to duże ilości dokumentów, wówczas szybkość drukarki laserowej zdecydowanie ułatwi zadanie. Jeśli jednak planujemy wydruk zdjęć lub innych obrazów, idealnym rozwiązaniem będzie drukarka atramentowa. Domowa drukarka powinna być niedroga w eksploatacji, dlatego przed zakupem należy sprawdzić, ile kosztuje tusz do drukarki hp lub innego producenta i to pod kątem konkretnego modelu drukarki. Warto zastanowić się nad dodatkowymi funkcjami, czyli zamiast klasycznej drukarki kupić urządzenie wielofunkcyjne, które nie tylko drukuje, ale również kopiuje i skanuje. Wielofunkcyjne urządzenia laserowe są droższe niż atramentowe, a przy tym zajmują więcej miejsca.

Drukarka do zdjęć – laserowa czy atramentowa?

Fotografia cyfrowa to prawdziwa rewolucja, która każdemu umożliwia zabawę w fotografa. Wystarczy dysponować smartfonem, aby upamiętnić dowolną chwilę lub uwiecznić imponujący krajobraz. Najpiękniejsze zdjęcia warto jednak wydrukować zamiast przechowywać na dysku, a teraz można to zrobić w zaciszu domu. Do drukowania zdjęć zdecydowanie najlepsza jest drukarka atramentowa, która zapewnia większą intensywność kolorów i wyrazistość obrazu. Na wydruku widać więcej szczegółów niż w przypadku posługiwania się drukarką laserową. Poza tym koszt zakupu urządzenia atramentowego jest niższy. Aby zdjęcia odznaczały się naprawdę dobrą jakością, warto sięgnąć po drukarki atramentowe z wyższej półki. 

Dobra jakość wydruku – jaki tusz wybrać?

Tusz musi być dopasowany do danego modelu drukarki. Producenci zalecają stosowanie oryginalnych tuszów. Na przykład do urządzeń HP DeskJet Ink Advantage 2515 i HP DeskJet Ink Advantage 3515 e-All-in-One oraz kilku innych modeli stworzono tusz hp 650, który w korzystnej cenie można dostać na stronie https://www.drukuj24.pl/wklad-atramentowy-czz0zae-black-65ml-oryginalny.html. Oryginalne tusze zapewniają najwyższą jakość wydruku, ale zamienniki sprawdzonych producentów niewiele im ustępują, a przy tym pozwalają na wygenerowanie oszczędności.

 

Pogorszyły się wyniki finansowe firm. Najbardziej cierpi hotelarstwo i gastronomia

W przypadku działalności sprzedażowej tendencja utrzymuje się (-4,4% vs. -4,2%). Znajduje to odzwierciedlenie w podstawowych wskaźnikach finansowych. Wynik finansowy na sprzedaży spadł o 9,2% r/r, a osłabienie polskiej waluty pogarsza wynik na operacjach finansowych. W I półroczu br. wynik finansowy netto spadł o 22,8%.

Zysk netto wykazało 72,3% przedsiębiorstw (spadek o 2,6 pkt proc.). Firmom rentownym zyski topnieją (-0,7%), wśród rosnącej grupy firm notujących stratę, skala strat wzrosła ponad dwukrotnie (o 105,1%).

Mimo ograniczeń w światowym handlu, kondycja eksporterów (52,4% badanej populacji) pozostaje niezmiennie lepsza niż podmiotów produkujących wyłącznie na krajowy rynek. Nie oznacza to automatycznie, że eksport impregnuje od spadków (przychody ze sprzedaży na eksport spadły o 10,9%, a wraz z nimi zysk netto spadł o 1,5 pkt proc., do 24,2%) – tym niemniej odsetek firm zyskownych jest systematycznie wyższy.

Rentowność obrotu netto spadła do 3,4. Dzisiejsze dane potwierdzają już wielokrotnie stawianą tezę, że pandemia dotknęła branże nierównomiernie. Najsilniejsze ciosy dostało hotelarstwo i gastronomia ze wskaźnikiem na poziomie -11,7%; na minusie są również górnictwo i wydobycie oraz pozostała działalność usługowa. Pozostałe branże notują dodatnie rentowności, niemniej spadki są dotkliwe, przy wskaźnikach na poziomie 2-3%, nie ma mowy o inwestycjach i podejmowaniu ryzyka, czy budowie buforu finansowego. Wziąwszy pod uwagę dalsze wzrosty płacy minimalnej, dodatnie marże są zagrożone. Już w I połowie roku widać było rosnący udział wynagrodzeń, usług obcych, energii oraz podatków kosztem taniejących materiałów.

W istocie, niepewność gospodarcza i regulacyjna (zwłaszcza w II kwartale) przełożyły się na drastyczne ograniczenie nakładów inwestycyjnych (-6,1% r/r). Zawieszano zakupy maszyn i urządzeń (-5,4% r/r) i środków transportu (24,6% r/r), natomiast niewielki wzrost inwestycji w budowle to efekt niezakończonych procesów zleconych w 2019 roku.

Najnowsze dane z budownictwa wskazują, że i ten efekt wygasa. W przekroju branż inwestycje kurczą się w znacznej większości z nich – w szczególności w handlu o 10,3%, w logistyce o 2,1% oraz w przetwórstwie o 1,7%. Wzrosty oparte są o efekt niskiej bazy lub specyficzne potrzeby branż.

Innym sygnałem pogrążającej niepewności jest wzrost wskaźnika płynności finansowej II stopnia (z 97,9 do 102,9). Powstrzymanie od inwestycji i leżące na kontach transfery z tarcz finansowych stanowią swoiste zabezpieczenie na czasy, kiedy wsparcie publiczne zostanie zakończone, a popyt prywatny nie wróci do poziomów sprzed pandemii.

Komentarz dr Sonii Buchholtz, ekspertki Konfederacji Lewiatan

Konfederacja Lewiatan

Dryf niepewności – sytuacja na rynku walutowym

Nagłówki w temacie szczepionek oraz oznaki konstruktywnego przebiegu rozmów handlowych USA-Chiny dają rynkom pomocną dłoń, wyciągając indeksy giełdowe na nowe szczyty. Ale na FX widoczna jest walka przywrócenie słabości dolara. Wygląda na to, że zawirowania z końcówki ubiegłego tygodnia zostawiły po sobie ślad i rezerwę inwestorów do podejmowania świeżego ryzyka.

Interesujące, jak wiele pozytywnych informacji związanych z Białym Domem pojawia się na początku tego tygodnia, akurat gdy Partia Republikańska przeprowadza konwencję, na której ostatecznie będzie przekazane poparcie dla Donalda Trumpa przed listopadowymi wyborami. Administracja Trumpa stara się pokazać, że prowadzi politykę sukcesów. Wczoraj pozytywne nastroje budowały doniesienia o przyspieszonym procesie zatwierdzenia szczepionek i to z dwóch źródeł (AstraZeneca i Pfizer), podczas gdy jednocześnie dopuszczone zostało eksperymentalne leczenie pacjentów osoczem ozdrowieńców. Dziś nowym paliwem dla rajdu cen akcji są informacje, że rozmowy handlowe USA-Chiny zostały wznowione, prowadzony jest „konstruktywny dialog”, a obie strony chcą zadbać o sukces porozumienia. Już wcześniej pisaliśmy, że umowa nie jest zagrożona, gdyż kosztowałaby Trumpa gniew farmerów i utratę głosów w wyborach. Mimo to po zeszłotygodniowym niedoborze impulsów teraz każda wiadomość jest silnym pretekstem do ruchu, a preferowany kierunkiem są wzrosty. W dobie obfitości kapitału uwolnionego przez banki centralne i rządu, trudno nie pompować go w rynek akcji.

Jednak na rynku walutowym takiego powrotu trendów tożsamych z risk-on nie widać. Przede wszystkim wygaszona została presja na osłabienie dolara. Z dużymi problemami przychodzi wznowienie wzrostów EUR/USD czy GBP/USD; w miejscu zastygł też USD/JPY. Zeszłotygodniowe korekty istotnie podkopały zaufanie do słuszności deprecjacji dolara lub przynajmniej zmusiły do rewaluacji jego skali. Dalej sądzę, że kierunek jest słuszny, gdyż psucie wartości USD przez Fed i rząd USA jest większe w porównaniu z podobnymi działaniami władz np. w Eurolandzie czy Wielkiej Brytanii. Jednocześnie poprzednia fala trwała dość długo (od połowy lipca) i po zeszłotygodniowych wstrząsach inwestorzy mogą czkać na nowy, jednoznaczny impuls. Ten sygnał najprawdopodobniej jest upatrywany w czwartkowym przemówieniu szefa Fed Powella na sympozjum Jackson Hole. Zatrzymanie w miejscu USD sugeruje, że rynek nie oczekuje niczego nadzwyczajnie gołębiego od Powella, ale to automatycznie tworzy pole do zaskoczeń negatywnych dla USD. Pozbawione rewelacji minutki z lipcowego posiedzenia FOMC rozczarowały dolarowych niedźwiedzi, ale pytaniem teraz jest, czy opinia Powella bogatszego o miesiąc nowych informacji nie uległa zmianie? Nie wykluczam, że w ocenie Fed gospodarka USA potrzebuje konfirmacji, że polityka monetarna będzie wspierać ożywienie zdecydowanie i długo. Ale dopóki w czwartek nie usłyszmy tego wprost od Powella, rynek FX będzie dryfował w niepewności.

A co dziś? Niemiecki indeks Ifo będzie uzupełnieniem mieszanych odczytów wskaźników PMI. Wzrost liczby zachorowań na koronawirusa stanowi zagrożenie dla oceny sytuacji bieżącej, ale perspektywa impulsu fiskalnego i trwającego wsparcia monetarnego powinna przynieść poprawę w subindeksie przyszłych oczekiwań. W USA przy wciąż trwającej batalii z pandemią indeks nastrojów konsumentów będzie istotnym źródłem informacji dla oceny przyszłej siły ożywienia. Konsensus zakłada utrzymanie lipcowego poziomu, odzwierciedlając równoważący się wpływ odbudowy miejsc pracy po lockdownie z wzrostem obaw o rosnącą liczbę zachorowań.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Producenci szwajcarskich zegarków otwierają się na e-commerce. To znak, że kryzys jest naprawdę poważny

Od kilku miesięcy media na całym świecie informują o firmach, które wpadły w poważne tarapaty z powodu kryzysu wywołanego pandemią koronawirusa. Doniesienia dotyczą przede wszystkim rynku amerykańskiego i tamtejszych potentatów handlu detalicznego. Sklepy, z których usług korzystają setki milionów klientów, mogą przestać istnieć. Ci, którzy utrzymali się na powierzchni, zrozumieli, że trzeba na poważnie wziąć się za rozwój w e-commerce.

Niedawno okazało się, że Polskę opuści francuska sieć odzieżowa Camaieu. Firma zdecydowała się na taki ruch z powodu spadku sprzedaży spowodowanego pandemią. Pracę z tego powodu straci ponad 140 osób. W tym samym czasie z rynku brytyjskiego docierają doniesienia o wielkich problemach marki Hotter Shoes, działającej od przeszło 60 lat. A za naszą zachodnią granicą sieć domów towarowych Karstadt Kaufhof ma zamknąć kilkadziesiąt placówek i zwolnić kilka tysięcy osób, o czym informuje m.in. Agencja Reutera. Z pewnością nie jest to koniec kiepskich wiadomości z europejskiego sektora handlu.

Amerykańscy detaliści w potrzasku

Znacznie gorzej sprawa wygląda jednak za oceanem. Serwis CNBC podawał niedawno, że według prognoz Coresight Research, amerykańscy detaliści w tym roku mogą zamknąć 25 tys. sklepów, z czego nawet 60 proc. ulokowanych jest w galeriach handlowych. Dla ukazania skali problemu warto dodać, że według CNBC w roku 2019 w USA zamknięto 9300 sklepów. I był to niechlubny rekord. Z bankructwem zmagają się m.in. J.Crew, True Religion, Victoria’s Secret, Tailored Brands, Francesca’s czy Brooks Brothers. O rekordowej stracie kwartalnej sięgającej blisko miliarda dolarów poinformował także Gap. A to jedynie przykłady z segmentu odzieżowego.

Lista jest znacznie dłuższa, znaleźć można na niej przedstawicieli różnych branż. W tarapatach są GNC, Pier 1 Imports, Gold’s Gym, Hertz czy Sur La Table. Tymczasem media publikują kolejne zestawienia firm, które należy obserwować, bo ich kondycja finansowa wydaje się nieciekawa. Część z nich zapewne zniknie z rynku, inne zostaną przejęte, pozostałe muszą opracować plan restrukturyzacji, który pozwoli uratować biznes. Nierzadko będzie się to jednak wiązać z koniecznością likwidacji nawet setek sklepów i zwolnieniem tysięcy pracowników.

Pandemia o takiej skali to w naszych czasach zjawisko bez precedensu. Jej prawdziwy wpływ na handel i pozostałe segmenty gospodarki poznamy pewnie dopiero za kilka lat – mówi Sascha Stockem, CEO Nethansy, która wprowadza polskie i niemieckie firmy na Amazona, gdzie kompleksowo zarządza ich obecnością i sprzedażą. – Nie można jednak powiedzieć, że obecna fala bankructw to wyłącznie efekt zamknięcia sklepów na kilka tygodni. Część firm od dawna zmagała się z problemami, a lockdown po prostu przyspieszył pewne procesy, był swoistym katalizatorem. Niektóre podmioty w jakimś stopniu same przyczyniły się do kryzysu, ponieważ lekceważyły nowe rozwiązania, rynek e-commerce, potrzebę ewolucji – podsumowuje Stockem.

Spóźniony zapłon

Trudno nie przyznać mu racji, gdy spojrzy się np. na prognozy firmy eMarketer. Wynika z nich, że chociaż w tym roku sprzedaż detaliczna w USA spadnie o 10 proc., to segment e-commerce urośnie o 18 proc. Nie jest to jednak wyłącznie specyfika handlu w USA. Niedawno nasz minister finansów, Tadeusz Kościński, przywoływał dane Głównego Urzędu Statystycznego i wskazywał, że w kwietniu 2020 roku sprzedaż detaliczna spadła w naszym kraju o ponad 22 proc., ale sprzedaż w internecie wzrosła o 28 proc. Jednocześnie minister zakomunikował, że wartość polskiego handlu internetowego może w tym roku przekroczyć 100 mld zł. Dla porównania w ubiegłym roku było to 50 mld zł.

Z badania przeprowadzonego przez agencję Catchers za pośrednictwem panelu badawczego Ariadna wynika z kolei, że co trzeci Polak podczas pandemii częściej korzysta z handlu internetowego, a 6 proc. respondentów zadeklarowało, że zakupy online zaczęło robić w związku z koronawirusem i ograniczeniami w handlu tradycyjnym. O tym, jakim impulsem dla rozwoju e-commerce w Polsce była pandemia, najlepiej świadczą poczynania sieci sklepów z żywnością. Kaufland, Żabka, Polomarket i Stokrotka zaczęły testować i wdrażać rozwiązanie click&collect, w którym klienci mogą zdalnie rezerwować produkty i odbierać je w wybranym sklepie. Biedronka nawiązała z kolei współpracę z operatorem aplikacji Glovo i umożliwiła zamawianie zakupów do domu. Partnerem Auchana został natomiast Inpost, który będzie tworzył sieć lodówkomatów.

Poproszony o komentarz szef Nethansy nie pozostawia wątpliwości. – Gdyby nie pandemia, te działania nie miałyby miejsca albo byłyby notorycznie odkładane na później. Do niedawna handel online żywnością w Polsce rozwijał się powoli, dużym sieciom niespecjalnie zależało na jego ekspansji. Nowa sytuacja wymaga radykalnych działań. Ich efekty z nami zostaną – zapewnia Stockem i dodaje, że wielu klientów przekonało się, że zakupy w sieci są wygodne i nie należy się ich bać. – Będą korzystać z tych nowinek nawet wtedy, gdy sytuacja się unormuje, a koronawirus przestanie być problemem. Kto raz zasmakował w e-commerce, nie będzie chciał z tego rezygnować. A przewagę nad konkurencją zdobędą ci, którzy w porę to zrozumieją.

Odważne kroki gigantów

Co ciekawe, pokaźna część detalistów zdawała sobie sprawę ze znaczenia e-commerce jeszcze przed wybuchem pandemii. Z badania przeprowadzonego na początku roku przez Retail Week wynika, że 40 proc. podmiotów z tej grupy planowało w 2020 roku inwestycje w handel w sieci. To właśnie rozwój technologiczny miał stanowić oś zmian dostosowujących ich biznes do nowych warunków. Ciekawym przykładem takiej metamorfozy jest hiszpański holding odzieżowy Inditex, do którego należą m.in. marki Zara, Pull&Bear, Bershka czy Stradivarius. Iberyjski gigant zamierza zamknąć 1200 sklepów, o czym informował m.in. Guardian. Jednocześnie firma zainwestuje 3 mld dolarów w cyfrową transformację. Plan ten ma być realizowany w latach 2020-2022 i przewiduje ekspansję na rynku e-commerce oraz rozwój platformy IT scalającej różne sfery biznesu, na który składa się dzisiaj około 7,4 tys. sklepów. Inditex chce, by w roku 2022 e-commerce odpowiadał za jedną czwartą jego wyników. W ubiegłym roku było to 14 proc.

Podobną ścieżką może pójść np. Adidas. Serwis Business Insider prezentując wyniki niemieckiej firmy z początku roku, wskazał, że zamierza ona postawić na dynamiczny rozwój sprzedaży w internecie. Podczas rozmowy w akcjonariuszami korporacji na ten element wskazał CEO Adidasa, Kasper Rorsted. Wydaje się to kluczową decyzją w sytuacji, gdy zyski w pierwszym kwartale spadają o 97 proc. w porównaniu z analogicznym okresem w roku poprzedzającym, za co w głównej mierze odpowiada zamknięcie sklepów stacjonarnych na całym świecie.

Ambitne plany na tym polu ma również Carrefour. Niedawno firma informowała, że zamierza udostępnić francuskim klientom nowe rozwiązanie zakupowe: Asystenta Google. Dzięki temu konsumenci mogą dyktować narzędziu Google listę zakupów, a ta zostanie przekształcona w koszyk zakupowy w sklepie Carrefour. Te działania nie są podejmowane pod wpływem chwili i obecnej sytuacji – największa europejska sieć supermarketów już na początku 2018 roku informowała, że do roku 2022 zamierza przeznaczyć 2,8 mld euro na rozwój e-commerce. Nie jest tajemnicą, że firma chce w ten sposób odpowiedzieć na presję m.in. ze strony Amazona.

Znak czasów

Niewątpliwie ciekawym przykładem zmian, do jakich doprowadziła pandemia koronawirusa jest pojawienie się w e-handlu kilku marek luksusowych zegarków. Do niedawna producenci tzw. „szwajcarów” wzbraniali się przed sprzedażą online, tłumacząc, że ich nabycie musi być wyjątkowym doznaniem i wykracza to poza zwykłą transakcję kupna-sprzedaży. Jednak zamknięcie sklepów stacjonarnych oraz zawieszenie ruchu turystycznego, od którego w znacznym stopniu uzależniona jest ta branża, skłoniły niektórych graczy do rewizji strategii. Na e-handel zdecydowały się m.in. Hublot, Zenith czy Ulysse Nardin. Oczywiście nie oznacza to, że zmiany wprowadzili wszyscy producenci – Rolex czy Patek Philippe wydają się być niewzruszeni efektami lockdownu i nie zamierzają oferować swoich czasomierzy online. Jednak w ich przypadku największą barierą zakupową dla klientów prawdopodobnie nie jest zamknięty butik czy brak e-sklepu…

Zwrócenie się w kierunku e-commerce nie jest oczywiście odpowiedzią na wszystkie problemy firmy – wyjaśnia Stockem. – Warto pamiętać, że pandemia koronawirusa uderzyła poważnie w łańcuchy dostaw i w niektórych przypadkach przerwała je na pewien czas. Część sklepów internetowych nie tylko nie skorzystała na boomie e-handlu, ale wpadła wręcz w tarapaty. To pokazuje, że nie ma idealnych rozwiązań. Warto jednak dywersyfikować biznes, szukać nowych rozwiązań i ścieżek rozwoju. Z pewnością ułatwi to prowadzenie firmy i uczyni ją mniej podatną na tak nieoczekiwane sytuacje – radzi CEO Nethansy.

Work Service zyskuje międzynarodowego akcjonariusza Gi Group

0

Work Service, największa w Polsce firma branży HR zapewniająca innowacyjne rozwiązania w obszarze zasobów ludzkich oraz Gi Group, jedna z wiodących na świecie firm świadczących usługi na rzecz rozwoju rynku pracy zawarły 24 sierpnia br. umowę inwestycyjną, na mocy której Gi Group przejęła kontrolny pakiet akcji Work Service. Dzięki transakcji GI Group umacnia swoją pozycję na rynku usług HR w Europie Środkowo-Wschodniej, Work Service zyskuje nowego, liczącego się na międzynarodowym rynku usług HR akcjonariusza, który umożliwi spółce pełną stabilizację finansową, rozwój działalności i usług.

Thibault Lefebvre, Dyrektor Regionalny Gi Group na Centralną i Wschodnią Europę został powołany na stanowisko nowego Prezesa Zarządu Work Service SA, Iwona Szmitkowska, dotychczasowa Prezes Zarządu Work Service została nowym Wicerezesem; Nicola Dell’Edera, Global Chief Financial Officer Gi Group został powołany na stanowisko nowego Wiceprezesa Work Service.

– Pozyskanie Gi Group jako branżowego inwestora strategicznego, który doskonale zna rynek usług HR i działa na wielu rynkach międzynarodowych, oznacza dla nas nowy etap działalności i szansę, jaką zamierzamy w pełni wykorzystać. Zyskujemy stabilizację finansową, a także perspektywę dalszego rozwoju działalności oraz powrotu do dużej części klientów. Dysponujemy olbrzymim doświadczeniem, przez lata inwestowaliśmy w jakość i technologię, a także w nowoczesną rekrutację, robotyzację i komunikację. Dzięki redukcji kosztów pośrednich działalności osiągnęliśmy najwyższe wskaźniki efektywności operacyjnej w branży. Tak jak na początku rozwoju Work Service, tkwi w nas ogromna siła i możliwości, które po zrealizowaniu umowy inwestycyjnej  będą mogły być w końcu w pełni wykorzystane” – komentuje Iwona Szmitkowska, Wiceprezes Zarządu Work Service.

Umowa finalizuje ogłoszony przez Work Service w marcu ub. roku proces pozyskania finansowego lub branżowego inwestora strategicznego, tym samym przeglądu opcji strategicznych. W jego wyniku 13 lutego br. Work Service podpisał umowę inwestycyjną z Gi Group, w której zostały określone warunki nabycia większościowego pakietu akcji. Jej finalizację poprzedziło badanie confirmatory due diligence, uzyskanie zgody organów antymonopolowych oraz uzgodnienie ze spółką, akcjonariuszami, bankami i obligatariuszami ostatecznej dokumentacji transakcji. Pomimo pandemii, która zmieniła sytuację gospodarczą i globalny rynek pracy, zawarta 24 sierpnia br. umowa zawiera wszystkie uzgodnione wcześniej postanowienia.

Na mocy umowy Gi Group nabyła większościowy pakiet akcji Work Service i zgodnie z aktualnymi przepisami wezwie do zapisu na co najmniej 66% wszystkich wyemitowanych akcji. Międzynarodowy inwestor udzieli również niezbędnego finansowego wsparcia, które umożliwi Work Service osiągnięcie celów biznesowych przy odpowiedniej strukturze finansowej.

Work Service zobowiązał się do zwołania Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy w celu zaproponowania podwyższenia kapitału zakładowego o co najmniej 30 mln zł do maksymalnej wysokości 105 mln zł po cenie 0,39 zł za akcję.

Inwestycja w Work Service jest strategicznym dopełnieniem dotychczasowej działalności Gi Group, która działa w obszarze zatrudnienia tymczasowego i stałego, poszukiwania i selekcji, doradztwa i szkoleń HR oraz usług uzupełniających.

– Duże wsparcie finansowe ze strony Gi Group połączone z doświadczeniem kierownictwa wyższego szczebla, jakością procesów oraz konsekwentnym inwestowaniem w nowe technologie umożliwi nam dalsze zapewnianie najlepszych innowacyjnych rozwiązań naszym klientom i kandydatom w ramach pośrednictwa pracy, outsourcingu i RPO. Work Service jest i pozostanie stałym punktem odniesienia dla kandydatów, klientów oraz konkurentów w Europie Centralnej i Wschodniej, w szczególności w Polsce, Czechach, na Słowacji i na Węgrzech. Jestem pewien, że nawet jeśli Gi Group i Work Service będą funkcjonowały niezależnie, będą współdziałać, by zapewnić efektywność działań oraz profesjonalizm usług świadczonych firmom i kandydatom – mówi Thibault Lefebvre, nowy Prezes Zarządu of Work Service i Dyrektor Regionalny Gi Group na Europę Centralną i Wschodnią.

– Nabycie większościowego pakietu akcji Work Service daje nam możliwość poszerzenia i skonsolidowania naszej obecności w Europie Centralnej i Wschodniej, gdzie jesteśmy już obecni w ramach marek Gi Group, Wyser i Grafton oraz umacnia naszą rolę globalnego gracza w sektorze usług HR. Jest kolejną transakcją po tych, które zrealizowaliśmy w Stanach Zjednoczonych i Brazylii oraz pokazuje pełne skupienie Grupy na zarządzaniu fazą odbicia. Działania te w pełni pokrywają się z naszym średnioterminowym celem osiągnięcia obrotów na poziomie 6 miliardów euro do roku 2023. Jestem przekonany, że Gi Group i Work Service będą współpracowały i osiągną synergię, mając jeden unikalny cel: zapewnić kompleksową obsługę zarówno firmom, jak i kandydatom” – komentuje Stefano Colli-Lanzi, Globalny CEO Gi Group.

Działające w Polsce, Czechach, na Słowacji i na Węgrzech spółki należące do Work Service i Gi Group będą w najbliższej przyszłości prowadziły działalność niezależnie. Docelowo jednakże planowane jest przygotowanie i wdrożenie optymalnego modelu synergii, by zapewnić efektywność działalności, komplementarność i rozwój usług oraz profesjonalną obsługę klienta.

– Podpisana umowa to pierwszy, formalny i bardzo ważny etap. W najbliższym czasie zastanowimy się nad możliwościami i zakresem współpracy, zintegrowania działalności spółek, by zapewnić najwyższą jakość świadczonych usług – komentuje Iwona Szmitkowska.

Doradcami Work Service w procesie byli: Blackwood Capital Group, PwC Advisory, oraz kancelaria Mrowiec Fiałek i Wspólnicy. Doradcami Gi Group w procesie byli: Baker McKenzie jako międzynarodowi doradcy prawni ze wsparciem wewnętrznego Globalnego Działu Prawnego, M&A i Globalnego Działu Finansowego, Deloitte oraz Core Sp. z o.o.

Nowe możliwości leczenia wzw C u dzieci z dofinansowaniem ABM

Rusza badanie Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, polegające na leczeniu dzieci w wieku 6-18 lat z przewlekłym wirusowym zapaleniem wątroby typu C terapią pozwalającą na całkowite wyeliminowanie wirusa z organizmu. Projekt dofinansowała Agencja Badań Medycznych w ramach konkursu na realizację niekomercyjnych badań klinicznych.

Dzieci najczęściej zakażają się wirusem zapalenia wątroby typu C od chorych matek. Przewlekłe wirusowe zapalenie wątroby typu C wzw C jest postępującą chorobą wątroby prowadzącą do marskości i raka wątrobowokomórkowego. U dzieci jest ono zwykle opisywane jako choroba łagodna, ale ostatnie obserwacje wskazują, że odsetek dzieci, u których rozwija się zaawansowane włóknienie, w tym marskość wątroby, przed osiągnięciem dorosłości sięga kilkunastu procent.

Obecnie najlepszą opcją terapeutyczną w przewlekłym wzw C u dzieci, pozwalającą na całkowite wyeliminowanie wirusa z organizmu są terapie bezinterferonowe oparte na stosowaniu leków o bezpośrednim działaniu przeciwwirusowym (DAA). Terapie te charakteryzują się skutecznością powyżej 95%, a także łatwością podania, krótkim czasem trwania terapii i wysokim wskaźnikiem bezpieczeństwa w porównaniu do dotychczas dostępnych dla dzieci terapii. – podkreśla opiekun merytoryczny projektu dr hab. Maria Pokorska-Śpiewak.

W Europie spośród około dziesięciu kombinacji leków zarejestrowanych u osób dorosłych, jedynie pojedyncze mogą być stosowane u dzieci. Ponadto, dotychczas dzieci w Polsce miały ograniczony dostęp do nowoczesnych terapii opartych o stosowanie leków mających bezpośrednie działanie przeciwwirusowe z powodu braku ich refundacji u pacjentów pediatrycznych.  Niestety wysoka cena leków sięgająca kilkudziesięciu tysięcy złotych za miesięczną terapię wyklucza samodzielny zakup preparatów przez pacjentów. Niekomercyjne badanie kliniczne prowadzone przez Warszawski Uniwersytet Medyczny we współpracy z Wojewódzkim Szpitalem Zakaźnym w Warszawie oraz Meyer Children’s University Hospital we Florencji, dzięki finansowaniu Agencji Badań Medycznych daje realną szansę na wdrożenie terapii u dzieci zakażonych wszystkimi genotypami wirusa, niezależnie od stopnia włóknienia wątroby.

Każda matka pragnie mieć zdrowe dziecko. Wiele kobiet, które zakaziły swoje dzieci wirusem zapalenia wątroby typu C, zostało już wyleczonych przy użyciu DAA. Ich marzeniem jest, aby terapia była dostępna dla ich dzieci. Dlatego ten projekt badawczy jest szczególnie istotny nie tylko z punktu widzenia naukowego i klinicznego, ale także społecznego. – podsumowuje dr hab. Maria Pokorska-Śpiewak.

Firmy boją się zatrudniać na stałe. Skorzysta na tym rynek outsourcingu

Pandemia może okazać się szansą dla rynku outsourcingu. – Firmy obawiają się jej drugiej fali i szukają rozwiązań, które wpłyną na wzrost sprzedaży, ale nie będą zanadto obciążać ich budżetu – mówi Jarosław Janiszewski, prezes NDG Medical. Zamiast zatrudniać ludzi, bardziej może im się opłacać zlecenie pewnych zadań zewnętrznej firmie. Do rekrutacji wrócą w przyszłym roku, jednak nadal ostrożnie będą podejmować decyzje, biorąc pod uwagę swoje bezpieczeństwo i koszty.

Sytuacja w gospodarce jest niestabilna i w każdej chwili obostrzenia, z którymi mieliśmy do czynienia kilka miesięcy temu, mogą wrócić. A to wpłynie na dalsze pogorszenie się wyników finansowych firm.

W efekcie już widzimy większe zainteresowanie outsourcingiem – mówi agencji Newseria Biznes Jarosław Janiszewski, prezes NDG Medical, firmy zajmującej się outsourcingiem sił sprzedaży dla branży medycznej, farmaceutycznej i FMCG.

Rynek rośnie jednak nie od dzisiaj. Z danych Deloitte wynika, że w ciągu ostatnich czterech lat globalny wskaźnik wzrostu outsourcingu wyniósł 6,4 proc., a do 2023 roku dynamika będzie utrzymywać się na poziomie 7,4 proc. rocznie. Najczęściej firmy zlecają działania z obszaru IT. Raport firmy NTT pokazuje, że ponad 45 proc. organizacji zamierza w ciągu najbliższych 18 miesięcy zwiększyć nakłady na outsourcing usług IT. Będzie on zyskiwał na znaczeniu do 2022 roku, a powodem nie będzie dążenie do zmniejszenia kosztów, tylko zapotrzebowanie na wiedzę specjalistyczną pomocną w dobie kryzysu i związanej z nim niepewności.

Rośnie też zainteresowanie outsourcingiem sił sprzedaży. Z badania „Wizerunek usług outsourcingu sił sprzedaży w Polsce”, przeprowadzonego przez grupę NDG, wynika, że przedsiębiorcy coraz częściej korzystają z pomocy firm specjalizujących się w takich rozwiązaniach.

Zdaniem eksperta outsourcing to dla firm oszczędności, ale bardzo ważne są także kwestia bezpieczeństwa i elastyczność.

– Firma outsourcingowa może wziąć na siebie wszelkie kwestie związane z kadrami, księgowością, flotą, informatyką. Dzięki temu przedsiębiorca nie musi zawierać wielu umów, zapewniać pracownikom odpowiedniego sprzętu i warunków pracy, ani zastanawiać się, czy za chwilę nie będzie musiał ich zwalniać. Wystarczy, że podpisze umowę z jedną firmą, która dostarczy mu wszelkie zamówione usługi. Dzięki temu ma poczucie bezpieczeństwa i może obniżyć  codzienne, bieżące koszty pracy ludzi – mówi prezes NDG Medical.

Dodaje, że wielu przedsiębiorców w reakcji na pandemię, z obawy o koszty i niższą sprzedaż, zaczęło ciąć etaty w poszukiwaniu oszczędności. Teraz nie zatrudniają na nowo, ponieważ wciąż obawiają się tego, co się wydarzy za dwa albo trzy miesiące.

Zastanawiają się, co zrobią z zatrudnionym pracownikiem, jeżeli lada chwila pojawi się druga fala pandemii. Dlatego do tworzenia nowych etatów podchodzą bardzo ostrożnie, dzielą obowiązki między dotychczasowych pracowników i przesuwają pewne zadania na innych, żeby przetrwać niepewny czas. Wydaje się jednak, że wkrótce pojawi się potrzeba nowych osób i zatrudnienie będzie rosło. Nie oczekiwałbym jednak takiego wysypu ofert jak przed pandemią. Firmy raczej podejdą do tematu ostrożnie, na początek zatrudniając jedną czy dwie osoby zamiast pięciu czy dziesięciu – mówi Jarosław Janiszewski.

Sytuacja może wrócić do normy w przyszłym roku. Jednak firmy wciąż ostrożnie będą podejmować decyzje, biorąc pod uwagę swoje bezpieczeństwo i koszty.

Będzie im zależało na lepszych wynikach, ale nadal będą dążyć do tego rozważnie – mówi prezes NDG Medical.

Jego zdaniem pandemia i wywołany nią wzrost zainteresowania outsourcingiem to również wyzwanie dla firm, które się tym zajmują. Muszą one przygotować ofertę i dostosować ją do obecnych realiów.

– Wydaje się jednak, że po doświadczeniu pierwszego lockdownu wiedzą już, co należy robić i jakie oferty przedstawić klientom, żeby ci z nich skorzystali i mogli czuć się bezpiecznie – mówi Jarosław Janiszewski.

Polska pracuje nad strategią wodorową. Aby zaistnieć na globalnym rynku, będzie musiała znaleźć swoją niszę

Ministerstwo Klimatu tworzy strategię wodorową do 2030 roku, która według zapowiedzi ma trafić do konsultacji jesienią. Rozwój tego rynku w Polsce ma zapewnić bodziec do rozwoju gospodarczego, ale też przyczynić się do transformacji energetycznej i ograniczenia krajowej emisji gazów cieplarnianych. Aby było to możliwe, Polska musi się jednak skupić na tzw. zielonym wodorze, wytwarzanym ze źródeł odnawialnych. Tymczasem na globalnym rynku wodoru już jesteśmy obecni – z roczną produkcją na poziomie ok. 1 mln ton, ale jest to przede wszystkim tzw. szary surowiec, wytwarzany z paliw kopalnych.

Jeżeli chodzi o szanse Polski na globalnym rynku wodorowym, musimy pamiętać, że szereg państw i dużych firm już teraz mocno inwestuje w wodór. Stąd ważny jest wybór niszy, w której chcemy się specjalizować, to musi być rozwiązanie systemowe. Potrzebujemy wielu regulacji, instrumentów finansowych i wsparcia państwowych firm, które są aktywne w tym sektorze – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Antas, analityk i partner zarządzający Esperis.

Wodór to perspektywiczny rynek, w którym szansę dostrzegła też Komisja Europejska. Opublikowana na początku lipca strategia wodorowa przewiduje wsparcie finansowe, instytucjonalne i ma zapewnić bodziec rozwojowy dla rynku wodoru w Europie, której szacunkowe zapotrzebowanie na ten surowiec w 2030 roku ma sięgnąć ok. 16,5 mln ton. Popyt na wodór rośnie na całym świecie – stowarzyszenie FCHEA szacuje, że do 2050 roku ten surowiec będzie już pokrywać ok. 14 proc.  całkowitego zapotrzebowania na energię w USA (raport Esperis „Gra o wodór. Kto zdominuje rynek wodoru na świecie?”).

W tej chwili Stany Zjednoczone – podobnie zresztą jak i UE – są jednym z największych na świecie producentów wodoru, wytwarzając ok. 10 mln ton rocznie (cała globalna produkcja to ok. 74 mln ton). Polska wytwarza ok. 1 mln ton (największym producentem jest Grupa Azoty) i chcąc dalej rozwijać się na tym rynku, będzie musiała sprostać rosnącej, globalnej konkurencji i znaleźć swoją niszę na rynku wodorowym.

Kwestiami, o których możemy myśleć, są oczywiście chemia, magazynowanie i przesył wodoru oraz elektrolizery, czyli produkcja wodoru. Wprawdzie tutaj jest spora konkurencja, ale swoich sił próbują na tym polu również firmy z mniejszych krajów, jak Nowa Zelandia, i też mają spore szanse – mówi Łukasz Antas. – Możliwości dla polskich technologii jest więcej. Mamy silnych graczy w sektorze kolejowym, producentów autobusów, więc tutaj też jak najbardziej powinniśmy inwestować, bo w tych sektorach mamy większe perspektywy. Trzeba przeanalizować, które z nich są najbardziej perspektywiczne, i na nich skoncentrować wysiłki.

Jak podkreśla, na rynku tzw. szarego wodoru (czyli produkowanego z paliw kopalnych) Polska jest już teraz dość istotnym graczem. Jednak przyszłość rynku to wodór niskoemisyjny, czyli zielony, produkowany z odnawialnych źródeł energii. Ten stanowi jak na razie raptem 5 proc. całkowitej produkcji tego surowca.

Szary wodór jest wykorzystywany głównie w procesach przemysłowych i praktycznie nie jest sprzedawany na rynku. Teraz więc Polska musi wykonać szereg inwestycji, wprowadzić regulacje i zapewnić środki finansowe, żebyśmy mogli zaistnieć na globalnym rynku. Nie jako producenci, bo pod tym względem trudno będzie konkurować z takimi gigantami jak Katar czy generalnie Bliski Wschód, ale przede wszystkim musimy myśleć o technologiach zastosowania wodoru w gospodarce, np. w przemyśle chemicznym, który jest w Polsce bardzo silny – mówi analityk i partner zarządzający Esperis.

Ministerstwo Klimatu pracuje w tej chwili nad strategią wodorową do 2030 roku, która – jak zapowiedział minister Michał Kurtyka – ma trafić do konsultacji jeszcze tej jesieni. Rządowy plan zakłada m.in. współpracę z państwowymi spółkami, które będą inwestować w wodór i wykorzystanie mechanizmów finansowych przewidzianych w Europejskim Zielonym Ładzie.

Podejrzewam, że decyzja rządu pójdzie w kierunku wspierania chemii [wodór stosuje się głównie jako surowiec w procesach chemicznych, np. produkcji amoniaku – red.], ale sektor kolejowy i autobusowy prawdopodobnie też będą uwzględnione dość wysoko – prognozuje Łukasz Antas.

Według rządowych planów rozwój rynku wodoru w Polsce ma zapewnić bodziec do rozwoju gospodarczego, ale też przyczynić się do transformacji energetycznej i ograniczenia przez nasze kraj emisji gazów cieplarnianych, zwłaszcza z sektora transportowego. Jednak aby faktycznie było to możliwe, Polska musi skupić się na tzw. zielonym wodorze, produkowanym ze źródeł odnawialnych.

To, czy Polska będzie produkowała zielony wodór, zależy tylko od nas. Mamy w planach duże farmy offshore na morzu, o mocy prawie 6 GW, i spokojnie można wykorzystać je do produkcji zielonej energii. Mało kto mówi też o tym, że do produkcji zielonego wodoru można wykorzystać biomasę. Z perspektywy Polski, czyli kraju, w którym sektor rolniczy jest dosyć rozwinięty, ważne jest, żeby tę definicję zielonego wodoru na poziomie unijnym rozszerzyć tak, aby dawała szansę na jego produkcję właśnie z biomasy albo ze śmieci – mówi analityk i partner zarządzający Esperis.

Niepewna przyszłość rynku kredytowego. Dalsze zaostrzanie polityki przez banki może zachwiać całą gospodarką

0

W pierwszej połowie tego roku banki udzieliły mniej kredytów we wszystkich segmentach rynku. Spadki wynikają zarówno z mniejszego zainteresowania klientów, jak i zaostrzania polityki kredytowej sektora. Dalsze jej zaostrzanie w kolejnych kwartałach może doprowadzić do zjawiska tzw. credit crunchu, czyli nadmiernego ograniczenia dostępności kredytu w gospodarce, czego efektem może być m.in. spadek polskiego PKB. Z raportu NBP wynika wprawdzie, że banki w niewielkim stopniu będą łagodzić swoje podejście, ale Związek Banków Polskich podkreśla, że ze względu na wzrost ryzyka i duże obciążenia sektora polityka musi pozostać bardziej restrykcyjna niż przed pandemią.

– W ostatnich miesiącach zaobserwowaliśmy ogromny spadek zainteresowania ofertą kredytową banków. Wystąpił on właściwie we wszystkich grupach. Największy obserwujemy w segmencie małych i średnich przedsiębiorstw oraz rolników. Istotny spadek, ale nie tak dramatyczny, zaobserwowaliśmy też w przypadku kredytów mieszkaniowych. Szacujemy, że na koniec tego roku poziom ilościowy i wartościowy kredytów mieszkaniowych zmniejszy się o ok. 8–10 pkt proc., czyli nie będzie tragedii, ale jednak wyraźne zmniejszenie – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich.

Spadek popytu na kredyty odzwierciedlają dane BIK za pierwsze półrocze tego roku. Banki i SKOK-i udzieliły w nim mniej wszystkich rodzajów produktów kredytowych, zarówno w ujęciu wartościowym, jak i ilościowym. Liczba i wartość przyznanych kredytów gotówkowych spadły średnio o 1/3. W segmencie mikroprzedsiębiorców liczba zapytań kredytowych z banków do BIK spadła w pierwszym półroczu o 23 proc. W sumie w tym czasie banki udzieliły im kredytów obrotowych na kwotę niższą o 27,5 proc., a inwestycyjnych – o 42,6 proc. w porównaniu do tego samego okresu rok wcześniej. Z kolei liczba klientów starających się o kredyt mieszkaniowy tylko w lipcu spadła o 6,4 proc. r/r, a wnioskowali oni o kredyty na kwotę niższą o 3,5 proc. względem tego samego miesiąca zeszłego roku. Co istotne, spadki mają zarówno charakter podażowy, jak i popytowy.

– Mamy z jednej strony ograniczenia po stronie samych klientów, czyli po stronie popytowej. Jest to także związane z ofertą wsparcia, którą w okresie pandemii rząd skierował do przedsiębiorców. Ze zrozumiałych względów część klientów zrezygnowała w tej fazie z typowego kredytu bankowego, ponieważ uzyskała pomoc z tarczy finansowej PFR-u – wyjaśnia prezes ZBP. – Z drugiej strony banki, ze względu na pandemię, sytuację na rynku i poziom kredytów nieregularnie obsługiwanych, zaostrzyły w ostatnich miesiącach politykę kredytową.

Na znaczne zaostrzenie warunków udzielania kredytów we wszystkich segmentach rynku już w pierwszym kwartale br. wskazywał NBP. W przypadku produktów dla przedsiębiorstw skala tego zaostrzenia była największa od 2009 roku. Prezes ZBP podkreśla, że wynika to m.in. z wysokiego poziomu nieregularnie obsługiwanych kredytów i wzrostu ryzyka kredytowego.

– W strefie euro poziom kredytów nieregularnych mieści się w przedziale ok. 2,5–3,5 pkt proc. W Polsce niestety ten poziom utrzymuje się w przedziale 6,5–7 pkt proc., ale w przypadku kredytów dla przedsiębiorców i niektórych kredytów konsumpcyjnych przekroczył już nawet 12 pkt proc. Banki nie mogą sobie pozwolić na podwyższenie poziomu kredytów nieregularnych. Ponadto polskie rozwiązania podatkowe i ostrożnościowe są bardzo restrykcyjne i dotkliwe. Ten zbieg czynników, czyli wysokie obciążenie, stosunkowo wysoki poziom kredytów nieregularnych, pandemia i kłopoty wielu przedsiębiorstw, powodują, że polityka banków musi być o wiele ostrożniejsza, bardziej restrykcyjna – mówi Krzysztof Pietraszkiewicz.

Zarówno bank centralny, jak i ZBP wskazują, że zaostrzenie polityki kredytowej może w kolejnych kwartałach doprowadzić do zjawiska tzw. credit crunchu, czyli nadmiernego ograniczenia dostępności kredytu w gospodarce. To zaś przełoży się na spadek polskiego PKB.

– To zjawisko credit crunchu było widoczne zwłaszcza w latach 2008–2015, zarówno na rynku amerykańskim, jak i europejskim. Taka sytuacja ma miejsce, kiedy banki, które odpowiadają przede wszystkim za bezpieczeństwo depozytów, widząc, że pewna pula kredytów się zepsuła i może zagrozić ich stabilności, mocno ograniczają swoją akcję kredytową – wyjaśnia prezes ZBP. – W Stanach Zjednoczonych credit crunch był bardzo głęboki i władze federalne musiały podejmować działania zakrojone na wielką skalę, łącznie z pewnymi specyficznymi metodami finansowania przedsiębiorstw bezpośrednio przez federalną rezerwę. Z kolei w wielu krajach Europy Zachodniej władze zawierały z systemami bankowymi dodatkowe porozumienia, udzielały dodatkowego finansowania lub gwarancji, ale było to połączone z rekapitalizacją, a w niektórych przypadkach nacjonalizacją banków.

Polski sektor bankowy zetknął się ze zjawiskiem credit crunchu w II połowie 2008 roku. Jak wskazuje ZBP, kredytowanie gospodarstw domowych spadło wówczas o 25 proc., a kredytowanie przedsiębiorstw o 33 proc, a efektem tej sytuacji był spadek polskiego PKB o 1 pkt proc.

– W dłuższym okresie w przypadku Polski to ograniczenie kredytowania było stosunkowo niewielkie, bo w latach 2008–2015 wzrost kredytowania wyniósł w sumie ponad 48 proc. i byliśmy na drugim miejscu w całej Unii Europejskiej. W wielu krajach kredytowanie spadło w tym czasie o kilkanaście do nawet kilkudziesięciu procent. Dlatego też w Polsce PKB obniżyło się tylko o 1 pkt proc. rocznie, ale w innych krajach spadki były kilkuprocentowe. Credit crunch jest groźny, bo rzutuje na płynność firm i współpracę między przedsiębiorcami. Doprowadza do zaburzeń w różnych segmentach gospodarki realnej. Dlatego trzeba robić wszystko, aby zapobiec temu zjawisku – podkreśla Krzysztof Pietraszkiewicz.

W lipcowym raporcie Narodowy Bank Polski wskazuje, że w III kwartale banki zamierzają już stopniowo łagodzić politykę kredytową – zarówno dla firm, jak i klientów indywidualnych („Sytuacja na rynku kredytowym – wyniki ankiety III kw. 2020”). Spodziewany jest też wzrost popytu na kredyty mieszkaniowe oraz kredyty krótkoterminowe dla firm. W przypadku konsumpcyjnych prognozy banków są zróżnicowane.

Afryka Wschodnia walczy ze skutkami powodzi. Brakuje wody pitnej, żywności i schronienia dla blisko pół miliona osób

Seria powodzi wywołana przez ulewne deszcze, które nawiedziły strefę równika w okresie od września 2019 roku do kwietnia tego roku, oraz największa od lat inwazja szarańczy to powody wyjątkowo trudnej sytuacji w wielu afrykańskich krajach. Kryzys potęguje pandemia koronawirusa. – Sytuacja w Afryce Wschodniej jest bardzo trudna, bo powodzie dotknęły miejsc, które są najmniej przygotowane na to, aby sobie z nimi radzić, czyli m.in. Sudan Południowy i Somalię – mówi Helena Krajewska z Polskiej Akcji Humanitarnej.

– W wyniku powodzi zostało zniszczonych wiele domów, zginęły zwierzęta gospodarskie i blisko pół miliona osób zostało pozbawionych dachu nad głową. Powódź niesie za sobą również choroby. Stojąca woda może przyczynić się do epidemii malarii, tyfusu, czerwonki – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Helena Krajewska.

Jak podaje Polska Akcja Humanitarna, fala powodziowa niszczy nie tylko domy, ale także latryny i niesie ze sobą duże ilości śmieci. Znajduje się w niej mnóstwo patogenów powodujących choroby, takie jak cholera czy ostra biegunka wodnista, które nieleczone mogą prowadzić do śmierci, zwłaszcza dzieci. W rozlewiskach, które powstają po powodziach, lęgną się komary roznoszące inne niebezpieczne choroby – malarię i dengę.

 Sytuację pogarsza fakt, że powodzie odizolowały od reszty świata całe miejscowości, szczególnie w Sudanie Południowym i Somalii. Dotarcie tam z pomocą humanitarną stało się szczególnie trudne – podkreśla ekspertka z PAH. – Mieszkańcy zalanych terenów potrzebują natychmiastowej pomocy, a szczególnie bezpiecznego schronienia i wsparcia, które pozwoli im przespać się w komfortowych warunkach, nie na ziemi, w wilgoci. Potrzebują też czystej wody, której wciąż brakuje, racji żywnościowych i przede wszystkim pomocy w odbudowaniu domów, aby mieli do czego wrócić.

Jak podkreśla, długoterminowe perspektywy nie są dobre, bo zmiany klimatu przyczyniają się do natężenia groźnych zjawisk pogodowych. W Afryce już teraz mamy do czynienia z jednej strony z nawracającą suszą, a z drugiej – z coraz silniejszymi opadami deszczu, które prowadzą do długotrwałych powodzi.

 Niestety nie ma pomiędzy nimi wystarczająco długiego okresu dobrej, spokojnej pogody, aby mieszkańcy mogli zasiać, zebrać plony i zabezpieczyć się na przyszłość. To są główne wyzwania zarówno dla ludności, jak i organizacji, które docierają tam z pomocą humanitarną – dodaje Helena Krajewska.

W Afryce odnotowano do tej pory prawie milion przypadków zakażenia koronawirusem, a liczba ofiar to około 19 tys. Gospodarki krajów afrykańskich, które odczuwają kryzys związany z pandemią, w szczególności skutki izolacji ekonomicznej, nie poradzą sobie same z konsekwencjami powodzi, a później – jak można się spodziewać – także suszy.

Dodatkowo mieszkańcy znacznego obszaru Afryki nie mieli szansy na zmagazynowanie dostatecznej ilości pożywienia na przyszłość, z uwagi na największą od 70 lat plagę szarańczy. Trudno mówić o jakichkolwiek perspektywach rozwoju dla krajów, które są tak silnie doświadczane przez kryzysy – podkreśla ekspertka PAH.

Niesienie pomocy wymaganej w czasie pandemii jest niezwykle trudne w warunkach klęski powodziowej. Polska Akcja Humanitarna działa w Somalii od 2011 roku. Od początku priorytetem jest zapewnianie ludziom dostępu do czystej wody i dbanie o bezpieczeństwo higieniczne. Mieszkańcy Somalii od wielu lat zmagają się z problemem dostępu do wody pitnej, a ostatnie kataklizmy potęgują niedobory. Ponadto wielu z nich mieszka w obozach dla osób wewnętrznie przemieszczonych, gdzie nie ma możliwości zastosowania kwarantanny na wypadek zarażenia koronawirusem. Dlatego bardzo ważne jest unikanie ryzyka. Lokalna misja PAH organizuje dystrybucję środków czystości, plakatów z informacjami o sposobach zapobiegania rozprzestrzenianiu się koronawirusa oraz organizuje szkolenia z higieny.

Podobne działania są prowadzone w Sudanie Południowym. W obozach dla osób wewnętrznie przemieszczonych powstają punkty do mycia rąk, a mieszkańcy otrzymują mydło. PAH jest tam obecna od 2006 roku – buduje i remontuje studnie, latryny i stacje mycia rąk oraz dba o odpowiednie warunki sanitarne w szkołach. Prowadzi dystrybucję nasion, narzędzi rolniczych, sprzętu do nawadniania upraw. Pomoc niesiona jest zarówno w odpowiedzi na nagłe potrzeby, jak i w ramach zwiększania odporności lokalnej społeczności na przyszłe kryzysy.

Sztuczna inteligencja skróci czas wykonania rezonansu magnetycznego 10-krotnie. Wygenerowany przez nią obraz diagnostyczny jest identyczny jak otrzymany starym sposobem

Wykorzystanie sztucznej inteligencji do wykonywania badania rezonansem magnetycznym pozwala na otrzymanie obrazu diagnostycznego aż dziesięciokrotnie szybciej, niż ma to miejsce w tradycyjnych aparatach. Jak wynika z badań naukowych, taka forma otrzymania wyników pozwala na stwierdzenie takich samych nieprawidłowości i postawienie identycznej diagnozy, jak ma to miejsce w tradycyjnym MRI. Technologia została już przetestowana w ortopedii. Kolejnym krokiem będzie wykorzystanie jej w diagnostyce neurologicznej.

– Nasze badanie dotyczące fastMRI jest ważnym krokiem w kierunku akceptacji klinicznej i wykorzystania skanów MRI wykonywanych dzięki sztucznej inteligencji, ponieważ po raz pierwszy pokazuje, że obrazy generowane przez SI są zasadniczo nie do odróżnienia od standardowych badań klinicznych MRI i są wymienne pod względem dokładności diagnostycznej – podkreśla dr n. med. Michael P. Recht, profesor radiologii Louis Marx na Wydziale Radiologii Uniwersytetu Nowojorskiego Langone.

FastMRI jest oparta na sieci neuronowej, która analizuje największy na świecie otwarty zbiór danych o rezonansach magnetycznych kolana. Na podstawie tych danych algorytm sztucznej inteligencji był w stanie wygenerować skan MRI o dokładności odpowiadającej temu, który wykonywany jest standardowo, jednak w aż dziesięciokrotnie szybszym tempie. Standardowo badanie rezonansem trwa od 10 minut do nawet 1,5 godziny.

Następnie badania obrazowe otrzymane u 108 pacjentów przez fastMRI i tradycyjny rezonans zostały przeanalizowane przez specjalistów w dziedzinie radiologii. Z badania opublikowanego w „American Journal of Roentgenology” wynika, że na podstawie obu obrazów wykryto te same nieprawidłowości i postawiono dokładnie takie same diagnozy.

– Nasze wyniki oznaczają zmianę paradygmatu, w jaki sposób możemy poprawić doświadczenia pacjentów i tworzyć obrazy za pomocą rezonansu magnetycznego – przekonuje dr Michael P. Recht.

Szybki rezonans magnetyczny może sprawdzić się zarówno w diagnozowaniu w ortopedii, jak i innych gałęziach medycyny – między innymi w neurologii. Badacze postanowili udostępnić projekt fastMRI w formule open source.

– Zachęcamy do korzystania z danych fastMRI i otwartego kodu źródłowego w celu rozwijania naszych badań – wskazuje dr n. med. Daniel K. Sodickson, dyrektor Centrum Innowacji i Badań Zaawansowanego Obrazowania na Uniwersytecie Langone.

Sztuczna inteligencja jest coraz chętniej wykorzystywana do usprawnienia zarówno wykonywania, jak i analizy innych rodzajów badań obrazowych. Firma ContextVision oferuje już oparte na SI wzmocnienie obrazu dla radiografii. Atumira jest narzędziem pozwalającym poprawić zarówno obraz uzyskiwany w badaniu przeprowadzanym statycznie, jak i dynamicznie. Może być ono wykorzystywane zarówno do zwykłych zdjęć rentgenowskich, jak i najbardziej zaawansowanych aparatów angiograficznych, a także w diagnostyce wykonywanej na potrzeby medycyny weterynaryjnej.

W lutym amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków (FDA) zezwoliła na wprowadzenie na rynek pierwszego oprogramowania do przeprowadzania USG serca opartego na sztucznej inteligencji. Caption Guidance jest przeznaczone do stosowania w badaniu ultrasonograficznym serca, znanym jako dwuwymiarowa echokardiografia przezklatkowa. Jest to badanie przydatne zwłaszcza w uzyskiwaniu standardowych widoków serca pod różnymi kątami. Uzyskanie takiego obrazu pozwala na znaczne usprawnienie diagnostyki kardiologicznej.

– Będziemy nadal przesuwać granice obrazowania medycznego, wykorzystując sztuczną inteligencję nie tylko do powielania zadań wykonywanych przez ludzi, lecz także do generowania zupełnie nowych możliwości, które poprawiają opiekę nad pacjentami – zapowiada dr Daniel K. Sodickson.

Według analityków z Mordor Intelligence rynek sztucznej inteligencji w medycynie był w 2019 roku wyceniany na kwotę ponad 3 mld dol. Do 2025 roku ma ona wzrosnąć niemal do 24 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu utrzyma się na poziomie przekraczającym 40 proc.

Pandemia koronawirusa zwiększy możliwości zastosowania druku 3D w firmach. Mimo rosnącego zainteresowania rynek do końca roku zamknie się z niższymi przychodami

Technologia druku 3D pozwoliła w wielu przypadkach na utrzymanie łańcucha dostaw w dobie ograniczeń wynikających z pandemii koronawirusa. Dzięki drukarkom 3D udało się m.in. zaopatrzyć personel medyczny w niezbędny sprzęt. Chociaż zainteresowanie technologią w tym roku znacznie wzrosło, zanotowane przychody rynku będą o jedną piątą niższe niż oczekiwane – z uwagi na znaczną liczbę usług realizowanych za darmo. Zwiększyła się jednak innowacyjność tej technologii.

– Pandemia przyczyniła się do zwiększenia innowacyjności w zakresie druku 3D. Przede wszystkim postawiła wiele wyzwań przed branżą, ale jednocześnie pokazała, jak można wykorzystać tę technologię jako narzędzie reagowania kryzysowego w firmach. W momencie, kiedy standardowe działania łańcucha dostaw zostają przerwane, możemy ograniczyć sobie dostęp do kluczowych części zamiennych, co może grozić przestojem w produkcji. Uniknęlibyśmy tego, gdybyśmy w firmie wprowadzili rozwiązania druku 3D – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Natalia Jusiak, head of marketing w firmie Zortrax.

Podstawową zaletą wynikającą ze stosowania drukarek 3D jest możliwość szybkiego uruchomienia produkcji. Czas potrzebny od ukończenia projektu do stworzenia prototypu narzędzia lub części zamiennej do maszyny można w tym przypadku zamknąć w zaledwie kilku godzinach. Dzięki temu, w obliczu ograniczeń wynikających z rozprzestrzeniania się SARS-CoV-2, udawało się w wielu przypadkach doraźnie utrzymać istniejący łańcuch dostaw. Szczególnie istotne było to w przypadku branży medycznej.

– Możliwość szybkiej i rozproszonej produkcji oraz brak konieczności uruchamiania skomplikowanych procesów w fabrykach, ponieważ druk 3D jest bardzo intuicyjnym procesem, sprawiały, że firmy i prywatni użytkownicy posiadający drukarki 3D odpowiadali na bieżące zapotrzebowania lokalnych szpitali i ośrodków medycznych. Na naszych drukarkach drukowaliśmy przyłbice, jak również adaptery umożliwiające wykorzystanie masek do nurkowania w charakterze masek do respiratorów czy same komponenty respiratorów – wymienia Natalia Jusiak.

Pandemia wpłynęła również na przemodelowanie samego procesu rynkowego wdrażania nowych produktów. O ile rozwiązania open source od lat kojarzone są z oprogramowaniem komputerowym, o tyle w branży sprzętu medycznego były one dotychczas stosowane raczej rzadko. Przykładem połączenia formuły open source z drukiem 3D był projekt respiratorów OpenBreath, do którego współrealizacji włoscy inżynierowie zaprosili lekarzy i naukowców z całego świata. Pliki projektowe urządzenia zostały udostępnione za pośrednictwem GitHub.

– Początkowo elementy całej konstrukcji respiratora miały zostać wykonane z blachy stalowej, a te o bardziej złożonej geometrii frezowane na maszynach CNC. Niestety ograniczenia związane z pandemią, nałożone ówcześnie na włoską gospodarkę, spowodowały, że zamknęły się firmy, które miały dostarczać te części do respiratorów Open Breath. Członkowie zespołu stwierdzili, że do tego projektu wykorzystają właśnie druk 3D, wybrali do tego rozwiązania naszą drukarkę Zortrax M300 Dual i dzięki niej stworzyli kluczowe komponenty wykorzystane w respiratorze – wskazuje ekspertka Zortrax.

Na drukarkach 3D powstają również ochronne przyłbice, stosowane zamiast maseczek nakładanych na usta i nos. Również ich projekt udostępniany jest do pobrania – tak, by szybko mógł takie narzędzie ochronne wydrukować każdy, kto dysponuje odpowiednim sprzętem do trójwymiarowego druku. Wsparcie projektowania sprzętu dla chorych i ochrona przed koronawirusem to jednak niejedyne możliwości, jakie ta technologia stwarza dla branży medycznej.

– Już teraz druk 3D wykorzystywany jest do drukowania modeli edukacyjnych dla studentów, stosuje się również drukowane modele do planowania skomplikowanych operacji czy np. drukowania prototypów personalizowanych implantów dla pacjentów. Sektor ten bardzo prężnie się rozwija i zmierza do wykorzystania w druku materiałów biokompatybilnych. Już teraz dentyści korzystają z technologii UV LCD i żywic biokompatybilnych, żeby drukować np. korony, mosty czy szyny ortodontyczne. Trwają również prace nad możliwościami tworzenia implantów dla pacjentów z materiałów biokompatybilnych – wskazuje Natalia Jusiak.

Z raportu MarketsandMarkets, uwzględniającego wpływ koronawirusa na gospodarkę, wynika, że światowy rynek druku 3D wzrośnie z 11,4 mld dol. przychodu, który zanotujemy w 2020 roku, do 30,2 mld dol. przewidywanych na rok 2025. Estymowana wycena na 2020 rok będzie o 19 proc. niższa w porównaniu do szacunków dokonywanych przed wybuchem pandemii, jednak jeszcze w tym roku dojdzie do stabilizacji i powrotu do dwucyfrowego tempa wzrostu. Spadek przychodów, zdaniem analityków, wynika z tego, że choć zainteresowanie drukiem 3D w dobie pandemii znacznie wzrosło, to znaczna część zamówień była realizowana bezpłatnie.

Jak ważne jest uczenie maszynowe w ocenie kredytowej podczas pandemii COVID-19?

Ocena zdolności kredytowej oparta na systemach uczenia maszynowego (Machine Learning – ML) stała się niewątpliwie jednym z momentów zwrotnych w rozwoju branży finansowej w ostatnich latach. Szczególnie teraz, w czasach pandemii, każdy powinien odetchnąć z ulgą, biorąc pod uwagę zalew wniosków kredytowych, w których samouczące się algorytmy automatycznie i niezależnie sprawdzają zdolność kredytową. Cóż, jedynie w teorii. Nasuwa się bowiem pytanie, czy modele machine learning działają poprawnie w tak ekstremalnych sytuacjach? Przecież uczyły się w zupełnie innym środowisku społeczno-ekonomicznym – bez dystansowania się, zamkniętych restauracji i pustych środków transportu.

Do niemieckiego państwowego banku rozwoju z siedzibą we Frankfurcie nad Menem (KfW) tylko w ciągu tygodnia wpłynęły 2 432 wnioski o pożyczki promocyjne mające związek z pandemią koronawirusa. Urzędnicy z trudem nadążają z rozpatrywaniem wniosków. Dobrą wiadomością jest to, że ocena kredytowa dokonywana przez w pełni zdigitalizowane i zautomatyzowane algorytmy uczenia maszynowego jest i tak dokładniejsza niż w przypadku tradycyjnych agencji kredytowych. Dzięki temu pracownicy rozwijają się i mogą wykonywać więcej zadań w krótszym czasie. Wszak tego rodzaju samouczące się algorytmy potrzebują większej ilości danych, aby przetestować swoje hipotezy. Początkowo, nasz algorytm „Copernicus” miał wskaźnik błędu oscylujący w dwucyfrowym zakresie procentowym. Od tego czasu spadł on do dwóch procent. Nasz współczynnik Giniego wynosi nieco poniżej 70, podczas gdy porównywalne agencje kredytowe osiągają wyniki gorsze o około 30 punktów.

Czy algorytmy machine learning są kluczem do radzenia sobie z obsługą niezliczonych pożyczek udzielanych mikroprzedsiębiorstwom i osobom pracującym na własny rachunek, właścicielom restauracji i salonów fryzjerskich w ciągu kilku minut? Będziemy musieli poczekać i przekonać się, ponieważ algorytmy te uczyły się w zupełnie innym środowisku rynkowym. Czy ich założenia są nadal aktualne w czasach COVID-19? Jak bardzo zmieniły się okoliczności? Które założenia z czasów przed kryzysem są nadal aktualne?

Pojawiły się pierwsze pozytywne sygnały. Wewnętrznie w Finiacie oceniliśmy, czy nasi dotychczasowi klienci spłacają swoje kredyty tak samo rzetelnie i punktualnie, jak przed rozpoczęciem kryzysu. Okazało się, że w drugim kwartale bieżącego roku nasi klienci spłacają swoje kredyty niemal w tak samo terminowy sposób (83 proc.), jak na początku roku (85 proc.) i w ostatnim kwartale 2019 roku (84 proc.). To pierwsza oznaka, że założenia naszego algorytmu dotyczące zdolności kredytowej mikroprzedsiębiorstw i osób samozatrudnionych przed wybuchem pandemii COVID-19 są nadal aktualne.

Jednak jest jeszcze za wcześnie, by dokonać empirycznej oceny wpływu COVID-19 na nowe przedsiębiorstwa w czasie kryzysu. W perspektywie kilku miesięcy będziemy wiedzieć więcej o terminowości pierwszych spłat. Na tej podstawie algorytm Copernicus będzie kontynuował swój proces stałej samooptymalizacji. Czy nowe związki przyczynowe można uporządkować według schematu i uwzględnić w nowym modelu biznesowym? Można to ująć w następujący sposób, jednak jest to bardzo hipotetyczne: Nawet jeśli w czasach COVID-19 nowym przedsiębiorstwom towarzyszy większe prawdopodobieństwo niespłacenia zobowiązania, algorytmy samouczące szybko się dostosowują, identyfikując najważniejsze parametry i działając nawet w nowym środowisku, które charakteryzuje się małym prawdopodobieństwem niespłacenia zobowiązania.

Jest jedna rzecz, o której nie powinniśmy zapominać: Cały sektor bankowy stoi przed tym samym wyzwaniem – zarówno ludzie, jak i maszyny. Pracownik nie jest lepszy od algorytmu. Z tą subtelną różnicą, że nigdy nie będzie miał możliwości analizowania ogromnych ilości danych tak szybko, jak algorytm uczenia maszynowego. Zanim urzędnicy zoptymalizują swój zbiór kryteriów, sytuacja znów się zmieni. Przynajmniej tyle można przewidzieć nawet w obecnych, niepewnych czasach. I choć raz można to zrobić całkowicie bez algorytmu.

Komentarz przygotowany przez Ingmara Stuppa, CPO i Dyrektora Zarządzającego w Finiata Group.

Ingmar Stupp jest CPO oraz dyrektorem zarządzającym Finiata, firmy specjalizującej się w krótkoterminowym zarządzaniu płynnością finansową małych przedsiębiorstw, osób prowadzących działalność gospodarczą na własny rachunek i freelancerów. Finiata w najbliższych latach, oprócz głównego rynku, jakim jest Polska, koncentruje się na rozwoju we Włoszech, Hiszpanii i Turcji. W Finiata ocena kredytowa jest całkowicie zdigitalizowana i zautomatyzowana. Algorytm „Copernicus” jest stale rozwijany poprzez uczenie maszynowe. W ciągu kilku minut sprawdza wiarygodność kredytową aplikantów internetowych – z dwuprocentowym wskaźnikiem niewypłacalności i współczynnikiem Giniego lepszym o 30 punktów, niż w przypadku porównywalnych agencji kredytowych.

Nowe technologie do rozwiązania problemów społecznych. Rusza kolejna edycja konkursu e-Pionier

Przed interdyscyplinarnymi zespołami uzdolnionych programistów nowa szansa na rozwiązanie ważnych problemów społecznych, zgłaszanych przez instytucje publiczne. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju ogłasza „III konkurs e-Pionier GovTech”, realizowany w ramach Funduszy Europejskich – Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa. Budżet tegorocznej edycji e-Pioniera to 15 mln zł.

Na czym polega e-Pionier? Poprzez konkurs, NCBR łączy naukowców i przedsiębiorców z jednostkami samorządowymi oraz instytucjami publicznymi, aby wspólnie odpowiadali na zidentyfikowane wcześniej problemy, istotne dla lokalnych społeczności czy wybranych grup społecznych. Do naboru w konkursie mogą zgłaszać się tzw. akceleratory technologiczne czyli firmy mające doświadczenie związane z inwestycjami w startupy z dziedziny ICT (technologie informacyjno-komunikacyjne), w szczególności pod kątem coachingu, mentoringu oraz komercjalizacji nowych technologii. Wytypowane w toku oceny akceleratory wybierają następnie interdyscyplinarne zespoły programistów (członkami zespołów mogą być zarówno osoby fizyczne, jak i spółki prawa handlowego) i wspierają je w realizacji pomysłów rozwiązujących istotne problemy społeczne i gospodarcze. Dzięki wykorzystaniu technologii informacyjno-komunikacyjnych mają one szansę stanowić przełom w podnoszeniu jakości życia całego społeczeństwa.

W e-Pionierze wyraźnie widzimy, że nauka potrafi rozwiązywać konkretne problemy społeczne. Wiedza i kreatywność utalentowanych badaczy i programistów służy tworzeniu technologii bezpośrednio podnoszących jakość życia ludzi ­– komentuje Wojciech Murdzek, minister nauki i szkolnictwa wyższego.

W celu szerokiego zebrania ważnych zagadnień, NCBR połączył siły z KPRM realizującą program GovTech Polska, którego celem jest stworzenie mostu pomiędzy sektorem publicznym, a polskimi innowatorami. Jednostki publiczne (ministerstwa, samorządy, placówki medyczne, edukacyjne itp.) zgłaszają wyzwania, które mogą być rozwiązane z pomocą nowych technologii. Zadaniem akceleratora jest doprecyzowanie potrzeby i znalezienie najlepszego zespołu mogącego zbudować takie rozwiązanie.

Wprowadzanie innowacji w sektorze publicznym to nadrzędny cel Programu GovTech Polska. Wspólna edycja konkursu e-Pionier to szansa, dzięki której kolejne jednostki publiczne zyskają na wdrażaniu najnowszych technologii, opracowywanych przez polskie zespoły naukowców, przedsiębiorców i innowatorów. To pilotaż, który być może zostanie stałym elementem ekosystemu GovTech. – wyjaśnia Justyna Orłowska, Pełnomocnik Prezesa Rady Ministrów ds. GovTech.

Dzięki wykorzystaniu zebranej wiedzy i doświadczenia, zespoły badawcze mogą tworzyć rozwiązania przyszłości. Oprócz podniesienia komfortu życia społeczeństwa, konkurs ma jeszcze inny wymiar – wspierania przedsiębiorczości wśród naukowców, poprzez pomoc w rozwijaniu spółek technologicznych.

Nic nie stoi na przeszkodzie, by zespół, który stworzył wartościowe rozwiązanie, założył firmę i z powodzeniem je komercjalizował. Co więcej, zachęcamy do tego. W NCBR kładziemy nacisk na wdrożenie nowych technologii, by wypracowane w toku prac badawczych rozwiązania znalazły swoje zastosowanie na rynku – powiedział Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.   

Nowe zasady

Nabór wniosków w konkursie rozpocznie się 25 września i potrwa do 2 października 2020 roku do godziny 16:00. Wnioskodawcy mogą starać się nawet o 8 milionów złotych dofinansowania. Grant powinien być wydatkowany na wytworzenie produktu o minimalnej gotowości technologicznej (MVP), przy czym wkład własny wnioskodawcy nie może być mniejszy niż 20% wysokości wydatków kwalifikowanych.

Grantobiorca wybierając problem, którego rozwiązania chciałby się podjąć i rozpoczynając poszukiwanie członków zespołu interdyscyplinarnego, będzie musiał zamieścić stosowane ogłoszenie w Bazie Konkurencyjności. Aby zwiększyć zasięg ogłoszenia może również dodać informację na platformie programu GovTech. Po wstępnej weryfikacji pomysłu na rozwiązanie problemu, akcelerator wraz z przedstawicielem zespołu będzie zobowiązany zgłosić się do NCBR na Komitet Inwestycyjny, złożony z przedstawicieli NCBR, ekspertów zewnętrznych oraz przedstawicieli instytucji, która zgłosiła problem. Na posiedzeniach Komitetu będą podejmowane decyzje inwestycyjne w kwestii dopuszczenia projektów do realizacji i przyznania dofinansowania. Dodatkowo, zespół będzie zobowiązany do wdrożenia, a następnie utrzymania i serwisu produktu o minimalnej gotowości technologicznej (MVP) przez okres co najmniej 12 miesięcy od dnia jego odebrania przez Instytucję publiczną zgłaszającą problem, na swój koszt i ryzyko.

Wymierne efekty programu

Do tej pory, w dwóch edycjach konkursu e-Pionier, NCBR przeznaczył na wsparcie ponad 600 programistów w interdyscyplinarnych zespołach blisko 81 mln zł, pracujących nad rozwiązaniem około 70 problemów, z których odebrano już 33 produkty (MVP).

Wśród MVP są takie rozwiązania jak stworzenie oprogramowania, które będzie odpowiadało za organizację pracy procesu komunikacji z parkingiem rowerowym oraz sterowania wewnątrz parkingu wielopoziomowego (odpowiedź na zgłoszony przez miasto Gdynia problem braku automatycznych systemów do wielopoziomowego parkowania rowerów), platforma zakupowa z potencjałem do zastosowania w każdej branży (odpowiedź na potrzebę wsparcia procesów zakupowych w instytucjach B+R oraz potrzeb wycen przygotowujących specyfikacje przetargowe do zamówień publicznych na uczelniach) czy symulator skanera bagażu umożliwiający efektywne szkolenie personelu lotniczego na terenie portu lotniczego (problem zgłoszony przez Urząd Gminy Goleniów).

Konkurs realizowany jest w ramach Działania 3.3 „e-Pionier – wsparcie uzdolnionych programistów na rzecz rozwiązywania zidentyfikowanych problemów społecznych lub gospodarczych” Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa, 2014-2020.

Ekologia i ekonomia ramię w ramię. Niezwykły projekt Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie

Jak ważna w firmie jest ekologia i troska o wykorzystywanie odnawialnych źródeł energii? Prowadzenie biznesu zgodnie z naturą to kaprys czy może czynnik, który przedkłada się także na ekonomiczne oszczędności? Te tematy, ale i całe mnóstwo innych, ważnych wątków związanych z prowadzeniem biznesu w naszym regionie oraz zrównoważoną gospodarką poruszymy podczas spotkania, które odbędzie się w Hotelu NOVOTEL 25 i 26 sierpnia. Północna Izba Gospodarcza zaprasza na konferencję „Zrównoważona gospodarka w Euroregionie Pomerania”. Zapisy na wydarzenie jeszcze trwają.

To będzie jedno z najważniejszych wydarzeń organizowanych w tym roku przez Północną Izbę Gospodarczą w Szczecinie. Łączymy tematy biznesu i ekologii, a wszystko po to, by szerzyć wśród naszych przedsiębiorców myśl, że prowadzenie działalności gospodarczej w zgodzie z naturą to podwójny zysk. Dbamy o planetę, ale i oszczędzamy środki finansowe. Jak to możliwe? O tym będziemy mówić podczas polsko-niemieckiej konferencji „Zrównoważona gospodarka w Euroregionie Pomerania”. Nie zabraknie lokalnych rozwiązań ze Szczecina, ale i przykładów jak biznes i ekologia idą w parze u naszych sąsiadów.

– Północna Izba Gospodarcza zawsze za wyzwanie stawiała sobie uświadamianie przedsiębiorców, że społecznie odpowiedzialny biznes, to działalność, która dba o swoje otoczenie. Informacje o degradacji środowiska, globalnym ociepleniu czy innych problemach natury to nie są już „informacje ze świata”, które nas nie dotyczą. Każdy człowiek powinien dbać o swoje otoczenie. Tylko poprzez samoświadomość i promocje ekologicznych postaw możemy doprowadzić do sytuacji, że degradacja ziemi będzie mniejsza. Konferencja „Zrównoważona gospodarka w Euroregionie Pomerania” to będzie dyskusja, ale i studium pewnych przypadków jak dbać o środowisko i łączyć ekologię i ekonomię – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Jarosław Tarczyński.

– Założenie całego projektu to zacieśnianie współpracy polsko-niemieckiej. To wymiana doświadczeń gospodarczych i pokazanie spójności celów Polski i Niemiec, szczególnie na pograniczu. Partnerem konferencji jest IHK Ostbrandenburg. Mamy wspólne cele i nie oddzielamy się granicą, tylko zmierzamy do zacieśniania współpracy – mówi Klaudia Bonarska z Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.  – Naszym celem jest budowanie świadomości wśród przedsiębiorców i gospodarstw domowych. Będzie mowa zarówno o ekologicznym budownictwie, jak i o gospodarce odpadami czy o wykorzystywaniu alternatywnych źródeł energii. Będziemy doradzać jak uzyskać dofinansowanie i jak wdrażać zasady zrównoważonej gospodarki w swojej firmie – dodaje Paulina Wojtyczka z Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie. Izba już wcześniej brała udział w projektach proekologicznych. Obecna inicjatywa  jest kontynuacją międzynarodowej konferencji ekologicznej, która odbyła się dwa lata temu w Szczecinie w ramach projektu Cleantech International.

Aby wziąć w niej udział należy dokonać wcześniejszej rejestracji: https://app.evenea.pl/event/850976-12/

Harmonogram wydarzenia: 

Dzień 1 [25.08.2020, wtorek]

09:30 Rejestracja uczestników

10:00 Powitanie

10:10 PANEL I: Główne problemy oraz perspektywy rozwoju w dziedzinie odnawialnych źródeł energii w Szczecinie

11:30 Przerwa kawowa

12:00 PANEL II: Wsparcie efektywności energetycznej i świadomości ekologicznej 

13:30 Przerwa na lunch

14:30 PANEL III: Zrównoważone zarządzanie recyklingiem w warunkach gospodarki rynkowej

16:00 Zakończenie części konferencyjnej

18:00-20:00 Rejs statkiem po odrze i kolacja

Dzień 2 [26.08.2020, środa]

10:00 PANEL IV: Przykłady przedsiębiorstw ekologicznych i możliwości finansowania ekologicznych rozwiązań 

12:00 Przerwa na lunch

14:00 Wizyta studyjna w nowo wybudowanym POSEJDONIE, który pod względem ekologicznych rozwiązań jest jednym z najnowocześniejszych budynków w Europie (Al. Niepodległości 60, Szczecin)

Projekt jest dofinansowany przez Unię Europejską ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego oraz budżetu państwa (Fundusz Małych Projektów w ramach Programu Współpracy Interreg V A Meklemburgia-Pomorze Przednie/Brandenburgia / Polska w Euroregionie Pomerania).

Wakacje we wrześniu. Jak zaplanować tani wyjazd po sezonie

Z powodu pandemii koronawirusa w wielu domowych budżetach brakuje środków pieniężnych. Część Polaków notuje niższe wpływy z działalności gospodarczej, straciła pracę etc. Tymczasem kończą się wakacje, a niebawem nadejdzie wrzesień, który też jest dobrym miesiącem na posezonowy wypoczynek. Jak zaplanować wyjazd, by nie nadwerężyć domowego budżetu? Dlaczego czasem lepiej zacząć urlop po sezonie i jaki to ma wpływ na domowe finanse? Podpowiadamy.

Jeszcze w czerwcu Polacy deklarowali ostrożność w podejmowaniu decyzji dotyczących wakacyjnych wyjazdów. Blisko 40 proc. rodaków twierdziło, że jeszcze nie wie, czy w ogóle wyjedzie na wakacje, z kolei 34 proc. deklarowało, że ma już plany urlopowe. Aż 60 proc. ankietowanych, którzy mieli plany wakacyjne, deklarowało, że nie zamierza oszczędzać podczas wakacji. Pozostali twierdzili, że takie oszczędności na pewno się przydadzą, a jednym ze sposobów będzie po prostu rezygnacja z niektórych  atrakcji.

Odpoczynek na kredyt?

Z badania BIG InfoMonitor wynika, że co drugi Polak będzie chciał sfinansować urlop z oszczędności, 43 proc. przeznaczy na ten cel bieżące dochody, a 12 proc. „dorobi” specjalnie po to, by móc wyjechać na urlop.[1] Niektóre osoby biorące udział w badaniu deklarowały też, że zapożyczą się u rodziny lub w banku, by wyjechać na wakacje.

– Czy brać pożyczkę lub kredyt na sfinansowanie wypoczynku? Wszystko zależy od sytuacji ekonomicznej danej osoby lub rodziny. Czy posiadamy już jakieś długi, zakupy na raty, które spłacamy? W niepewnych czasach warto wstrzymać się z niektórymi decyzjami, także tymi dotyczącymi zaciągania nowych zobowiązań finansowych. Czy będzie nas stać na spłatę kolejnego zadłużenia? Pamiętajmy, że długi trzeba spłacać. To nasz moralny obowiązek – mówi dr Mirosław A. Bieszki, doradca ekonomiczny Związku Przedsiębiorstw Finansowych.

Organizacja ta od kilku lat prowadzi ogólnopolską kampanię edukacyjną „Windykacja. Jasna Sprawa”, w której uczy Polaków, jak zarządzać domowym budżetem, by nie popadać w tarapaty finansowe, w jaki sposób poradzić sobie ze spłatą zadłużenia i jak rozmawiać z firmami zarządzającymi wierzytelnościami.

– Najważniejsze jest rozsądne podejście do planowania jakiegokolwiek wyjazdu – radzi dr Bieszki – Po pierwsze trzeba przeanalizować wpływy oraz wydatki oraz zastanowić się, czy na taki wyjazd zwyczajnie nas stać. Warto przemyśleć, czy oszczędności nie uszczuplą się niebezpiecznie po takim wyjeździe oraz zadbać o to, by zostawić część pieniędzy na bieżące potrzeby, nagłe wydatki lub tzw. „czarną godzinę”. Każdy konsument powinien mieć poduszkę finansową na tzw. „wszelki wypadek”, a przecież tą poduszką są właśnie nasze oszczędności – dodaje.

Rozsądek i urlop po sezonie

Aby uchronić swój domowy budżet przed nadmiernymi wydatkami warto wybierać te oferty, które nie nadwerężą go już w momencie rezerwacji wyjazdu. Trzeba bowiem pamiętać, że do kosztów rezerwacji hotelu lub wycieczki dojdą jeszcze koszty podróży (jeżeli dojazd jest we własnym zakresie), wyżywienia, zakupu pamiątek, czy dodatkowych atrakcji. W przypadku wyjazdów rodzinnych warto rozważyć wynajęcie domku lub nocleg w agroturystyce, zamiast hotelu, by obniżyć koszty jednostkowe Zdarza się, że miejsce, którego dotychczas nie braliśmy pod uwagę, ze względu na dalszą odległość od plaży lub centrum, teraz będzie dla nas atrakcyjne właśnie z uwagi na niższy koszt. Dobrym pomysłem może być też samodzielne przygotowywanie posiłków, a więc wynajęcie lokum z własnym aneksem kuchennym. Szczególnie wyjeżdżając na urlop z dziećmi, znaczne kwoty wydaje się na wcześniej wspomniane tzw. dodatkowe atrakcje: wizy tę w planetarium, parku wodnym, muzeum lub w innym miejscu, do którego wchodzi się po opłaceniu biletów wstępu. Być może, warto zastanowić się, by w ramach oszczędności zaplanować bezkosztowe atrakcje: wycieczki rowerowe dla dzieci, konkurs na najlepszy rysunek, zawody sportowe lub wieczorne ognisko.

Dużym plusem są też niższe ceny najmu i innych atrakcji po sezonie. Właściciele hoteli, pensjonatów, czy domków oferują pakiety wypoczynkowe lub zniżki. Również ceny posiłków są w wielu obiektach turystycznych bardziej atrakcyjne. Wypoczynek po sezonie, poza oszczędnościami, gwarantuje też święty spokój. To właśnie wtedy można nacieszyć się wymarzonym miejscem na plaży lub leśnym spacerem w ciszy. Będzie to miało też dodatkową korzyść – pozwoli zachować dystans społeczny, tak ważny obecnie, w dobie pandemii.

Relaks we własnym ogródku

W czerwcu blisko 30 proc. Polaków twierdziło, że nie wybiera się na wypoczynek w ogóle. Większość, jako główny powód podawała oszczędności, ale duża liczba ankietowanych (22 proc.) obawiała się koronawirusa. Część z ankietowanych twierdziła, że skoro nie może pojechać za granicę, to w tym roku zamierza zostać w domu.

Być może okaże się, że najlepszy wypoczynek to ten spędzony na własnej działce lub przydomowym ogródku. Z samodzielnie przygotowaną lemoniadą, ciastem domowej roboty i oszczędnościami w kieszeni

[1] Tamże.

Ostra wyprzedaż dolara amerykańskiego przerwana, przed nami wirtualny Jackson Hole

Niedawna, ostra wyprzedaż dolara amerykańskiego względem euro, którą obserwowaliśmy mniej więcej od końca maja, w ubiegłym tygodniu została gwałtownie zatrzymana. W najbliższych dniach na sytuację na rynku mogą wpłynąć dane dotyczące nowych przypadków zakażeń koronawirusem w Europie oraz konferencja przedstawicieli banków centralnych.

W naszej ocenie jednym z głównych powodów stojących za słabością dolara była różnica w liczbie nowych zakażeń koronawirusem w USA i Europie i obawy, że przedłużające się lockdowny w USA mogą sprawić, że poprawa sytuacji gospodarczej w tym kraju będzie przebiegać wolniej niż w innych ważnych ośrodkach gospodarczych. Miniony tydzień nieco zakwestionował to podejście – ostatnie dane PMI wskazują, że poprawa sytuacji w gospodarce strefy euro może nie następować płynnie w związku z obawami przedsiębiorców w kontekście możliwego wystąpienia drugiej fali zakażeń wirusem w Europie.

W środę dolar otrzymał nieco wsparcia ze strony publikacji „minutek” z ostatniego spotkania Rezerwy Federalnej. Pomogło to przerwać walucie dziewięć tygodni spadków i zakończyć najdłużej trwającą wyprzedaż od 2010 roku. W międzyczasie szterling poruszał się w obie strony: najpierw walutę wsparły dane z brytyjskiej gospodarki, potem w dół ściągnęły ją wieści sugerujące, że porozumienie handlowe z UE dot. okresu po Brexicie może nie wchodzić w grę.

Zważając na brak istotniejszych bieżących publikacji z obu stron Atlantyku, na rynek walutowy może wpływać ocena inwestorów w kontekście ostatniego wzrostu liczby nowych przypadków koronawirusa w Europie. Będziemy również obserwować przemówienia szefów banków centralnych podczas dorocznego – tym razem wirtualnego – Sympozjum Ekonomicznego w Jackson Hole w czwartek i piątek.

PLN

Polski złoty zakończył tydzień lekkim osłabieniem w parze z euro, poruszając się w jego trakcie w ramach dość wąskich widełek.

Nie mają one specjalnego znaczenia dla kształtowania się kursu złotego, zwłaszcza w krótkim terminie, jednak w kontekście minionego tygodnia warto wspomnieć o danych makroekonomicznych z Polski. Istotne odczyty opisujące sytuację w lipcu okazały się lepsze od oczekiwań. Produkcja przemysłowa i sprzedaż detaliczna pokazały wzrost, a najnowsze dane z rynku pracy sugerują, że uderzenie weń mimo wszystko nie okazało się bardzo silne. Podbiła też inflacja bazowa, co – w parze z pozostałymi odczytami – sugeruje, że ryzyko deflacji w Polsce nie wydaje się być istotne.

W najbliższych kilku dniach poznamy odczyt stopy bezrobocia w Polsce w lipcu i „minutki” ze spotkania RPP. Ten pierwszy będzie istotny, gdyż pokaże efekt rozwiązania umów o pracę dla pracowników z najdłuższym stażem u szczytu lockdownu.

EUR

Dane PMI dla strefy euro, które poznaliśmy w ubiegłym tygodniu rozczarowały ekonomistów. Indeks kompozytowy pokazujący zmiany sytuacji w usługach i przemyśle w sierpniu spadł do poziomu 51,6 pkt wobec oczekiwanego przez konsensus poziomu 54,9 pkt. Nadal znajduje się on powyżej poziomu 50, wyznaczającego ekspansję w ujęciu miesięcznym, jednak jego spadek sugeruje, że właściciele firm nieco bardziej obawiają się wzrostu nowych przypadków zakażeń koronawirusem niż wcześniej zakładano.

Średnie kroczące nowych infekcji w łącznie czterech największych krajach strefy euro ponownie wzrosły osiągając najwyższy poziom od mniej więcej trzeciego tygodnia kwietnia. O ile samo w sobie, niekoniecznie przyczyniło się to do osłabienia euro, wspólna europejska waluta może doświadczyć pewnej presji, jeśli rosnąca liczba zakażeń przełoży się na ponowne wprowadzenie restrykcji mających przeciwdziałać rozprzestrzenianiu się wirusa. Może to być kluczowe dla rynku walutowego w nadchodzących dniach, zwłaszcza zważając na brak istotnych publikacji makro.

 USD

„Minutki” z posiedzenia FOMC opublikowane w środę dostarczyły dolarowi wsparcia w zeszłym tygodniu. Wyraźnie zaznaczono w nich obecność podwyższonych ryzyk związanych z wirusem podkreślając, że „wysoce akomodatywny tryb polityki pieniężnej prawdopodobnie będzie potrzebny przez jakiś czas”. Członkowie komitetu nie wydają się jednak specjalnie przekonani do zastosowania kontroli krzywej rentowności. Nie zapowiada się też, żeby bank miał w najbliższym czasie zaadoptować przeciętny cel inflacyjny (average inflation target – ATC), w ramach którego akceptowałby inflację powyżej celu w krótkim okresie.

Czwartkowa rewizja danych o PKB USA w drugim kwartale raczej nie wywoła zamieszania w tym tygodniu. W tym samym dniu będziemy natomiast uważnie obserwować cotygodniowe dane o zasiłkach dla bezrobotnych, zwłaszcza po tym jak w zeszłym tygodniu dane o nowych wnioskach podbiły, pokazując wzrost po raz trzeci od kiedy zwolnienia osiągnęły szczyt.

GBP

Wieści makroekonomiczne z Wielkiej Brytanii w zeszłym tygodniu były wysoce zachęcające, choć przyćmiły je piątkowe pesymistyczne komentarze ze strony brexitowego negocjatora z ramienia UE, Michela Barniera. Dynamika sprzedaży detalicznej w lipcu była wyższa niż przed pandemią. Aktywność biznesowa zdaje się rozwijać dobrze, indeks PMI dla usług znalazł się na najwyższym poziomie od 2014 roku. Słynna odporność brytyjskich obywateli w obliczu kryzysu zostanie wystawiona na próbę w najbliższych kilku miesiącach, zwłaszcza gdy w październiku skończy się rządowy program dofinansowania przymusowych urlopów (furlough scheme). Pojawiają się opinie, że lipiec był szczytem ożywienia – czas pokaże.

Dynamika sprzedaży detalicznej w Wlk. Brytanii (2015 – 2020)

Dynamika sprzedaży detalicznej w Wlk. BrytaniiŹródło: Refinitiv Datastream Data: 24/08/2020

Biorąc pod uwagę, że ten tydzień nie przyniesie kluczowych danych z Wielkiej Brytanii, funt w najbliższych dniach może w znacznej mierze nadal reagować na wieści dotyczące Brexitu.

CHF

Frank szwajcarski w parze z euro zakończył tydzień w niewielkiej odległości od poziomu na jakim go rozpoczął. Frank poradził sobie jednak gorzej od pozostałych walut safe haven, co wpisuje się w ostatni schemat relatywnej słabości europejskich walut.

W ostatnich komentarzach celowo pominęliśmy dane SNB o zmianie wartości depozytów na żądanie. Patrząc na ostatnie zmiany, wygląda, że działania banku w celu złagodzenia siły waluty są ograniczone. Nie jest to zaskoczeniem, biorąc pod uwagę, że rynkowy sentyment tak naprawdę się nie pogorszył.

Ostatni tydzień nie obfitował w publikacje makro ze Szwajcarii. Ten pod tym kątem będzie znacznie ciekawszy. Oprócz kluczowych sentymentowych danych za sierpień poznamy odczyt PKB za drugi kwartał. Czwartkowy odczyt pokaże skalę spadku jakiego doświadczyła szwajcarska gospodarka u szczytu koronawirusowego kryzysu.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

OEX S.A. obejmie za kwotę ok. 6 mln zł 43.000 akcji nowej emisji iPOS S.A.

W dniu 24 sierpnia 2020r. została podpisana umowa inwestycyjna, na podstawie której OEX S.A. obejmie za kwotę ok. 6 mln zł 43.000 akcji nowej emisji iPOS S.A., stanowiących 51,0 proc. w podwyższonym kapitale spółki. Tym samym Grupa OEX, specjalizująca się w dostarczaniu usług i technologii w obszarze sprzedaży, powiększyła swój portfel inwestycji w segmencie Retail Services.

Działający od 2014 roku iPOS jest pomysłodawcą i twórcą pierwszego na rynku kasoterminala, łączącego funkcje urządzenia fiskalnego i terminala płatniczego. Kasoterminale iPOS są zintegrowane z autorską chmurową platformą informatyczną iPOS web, służącą do obsługi i analizy sprzedaży, zarządzania towarami oraz magazynem, udostępnianą w modelu SaaS. Urządzenia spełniają wszystkie wymogi tzw. kas online, co potwierdza certyfikacja Głównego Urzędu Miar. iPOS kieruje swoje rozwiązania do małych i średnich przedsiębiorców prowadzących sprzedaż detaliczną. Obecnie z rozwiązań iPOS korzysta blisko 3 tysiące punktów sprzedaży. W 2019 roku przychody spółki wyniosły 2,7 mln złotych.

Konsekwentnie realizujemy strategię rozwoju i budowy wartości Grupy OEX w oparciu o nowoczesne technologie. Spółka iPOS poszerzy nasze kompetencje w obszarze Retail Services, czyli handlu w lokalnych sklepach stacjonarnych, które obsługujemy od lat. Dzięki inwestycji oferta OEX zostanie powiększona o rozwiązania technologiczne umożliwiające klientom obsługę sprzedaży w punktach detalicznych i jej analizy w czasie rzeczywistym, jak również obsługę płatności, których znaczenie rośnie w związku z przechodzeniem konsumentów na rozliczenia bezgotówkowe. Oceniamy, że potencjał wzrostu iPOS w krótkim okresie jest znaczący ze względu na obowiązkową wymianę urządzeń fiskalnych w określonych grupach przedsiębiorców, która na podstawie obowiązujących przepisów będzie musiała zostać przeprowadzona przed 1 lipca 2021 r. W dłuższej perspektywie upatrujemy możliwości wzrostu w rozwoju platformy iPOS web poprzez dodawanie nowych usług np. w oparciu o analizę wielkich zbiorów danych i rozwiązania z zakresu AI oraz machine learning. Nie bez znaczenia są synergie z innymi spółkami z Grupy OEX. Nasze zespoły terenowe realizują obecnie kilkadziesiąt tysięcy wizyt miesięcznie w detalicznych punktach sprzedaży, a dołączenie oferty iPOS będzie kolejną wartością dodaną w portfelu świadczonych usług. – powiedział Jerzy Motz, Prezes Zarządu OEX S.A.

Rynek urządzeń fiskalnych jest szacowany na 1,6 miliona aktywnych urządzeń, z czego 400 tysięcy to zaawansowane i specjalistyczne systemy kasowe, a ok. 1,2 miliona to kasy fiskalne. Obecnie trwa największa, od momentu wprowadzenia obowiązku stosowania kas rejestrujących, wymiana urządzeń, która obejmuje kolejne grupy podatników.

Spółka w pierwszych latach działalności skupiała się na opracowaniu technologii i stworzeniu prototypów, a także rozwoju autorskiej aplikacji web, będącej integralną częścią kompleksowego rozwiązania iPOS smart i smart+. W przyszłym roku spółka zamierza znacząco zwiększyć sprzedaż i przekroczyć próg rentowności. Dostarczamy rozwiązanie, które w cenie zwykłej kasy fiskalnej daje możliwości dotychczas dostępne jedynie w ramach drogich systemów. Szacujemy, że ze względu na obowiązkową wymianę kas, konkurencyjną  cenę oraz unikatowe funkcjonalności, takie jak możliwość zdalnego zarządzania sklepem czy punktem usługowym i dostęp do danych analitycznych z dowolnego miejsca, spółka będzie sukcesywnie powiększała swój udział w rynku. Środki pozyskane z emisji akcji obejmowanych przez OEX, chcemy wykorzystać na realizację strategii rozwoju, która obejmuje zwiększenie bazy urządzeń, wzrost liczby abonamentów oraz rozwój funkcjonalności platformy iPOS web – powiedział Adam Tomaszewski, Prezes Zarządu iPOS S.A.

Nieruchomości komercyjnych w Polsce poszukują nowi gracze

Pierwsze półrocze tego roku zapisało się absolutnie rekordowym wynikiem w historii polskiego rynku inwestycyjnego w segmencie magazynowym. Dla sektora biurowego było to natomiast drugie najlepsze co do wartości transakcji sześć miesięcy w historii. Pomimo zawirowań spowodowanych przez COVID-19, całkowita wartość wolumenu transakcyjnego w sektorze nieruchomości komercyjnych w Polsce w pierwszej połowie bieżącego roku była nawet wyższa od świetnego rezultatu uzyskanego w tym samym czasie w 2019 roku.

W pierwszych sześciu miesiącach roku finalizowane były wyjątkowo duże transakcje. Jedną z nich była sprzedaż większościowego pakietu akcji GTC z aktywami zlokalizowanymi w całej Polsce. Ich kupno od Lonestar przez spółkę Optima stanowiło aż 15 proc. całkowitego wolumenu transakcyjnego odnotowanego w pierwszej połowie br. w Europie Środkowo-Wschodniej. Nasz kraj jest liderem na rynku inwestycyjnym w regionie. Do umocnienia tej pozycji przyczynią się z pewnością także planowane inwestycje Microsoftu i Google, które zrewolucjonizują nasz rynek cyfryzacji i pozwolą ugruntować Polsce pozycję partnera strategicznego na obszarze CEE.

Do największych umów podpisanych w pierwszym półroczu 2020 roku w sektorze biurowym należała m.in. sprzedaż przez Skanska krakowskiego High Five 4&5 do Credit Suisse, warszawskiego budynku Wola Center przez LC Corp do Hines, czy krakowskiego kompleksu Equal Business Park przez Cavatinę do Apollo Rida. Na wynik odnotowany przez segment biurowy znaczący wpływ miała też wspomniana transakcja zakupu większości udziałów w GTC przez węgierski Optimum Ventures Private Equity Fund, gdzie portfel obejmował budynki biurowe i centra handlowe. Ponadto, CPI Property Group sfinalizowała 5 nowych akwizycji. Do portfolio Grupy trafiły biurowce: Green Corner A, Equator II, Equator I, Moniuszki 1A i przeszło 50 proc. udziałów w biurowcu Chałubińskiego 8.

Powrót do negocjacji

Powtórzenie rekordowego wyniku osiągniętego na rynku inwestycyjnym w Polsce w ubiegłym roku będzie zależało od wielu czynników. Niemniej, nie jest to niemożliwe. Spowolnienie covidowe wyhamowało negocjacje w drugim kwartale br., czego konsekwencje będą na pewno widoczne w drugiej połowie roku. Obecnie obserwujemy jednak wznowienie aktywności ze strony inwestorów, co przekłada się na rosnącą ilość inicjowanych procesów transakcyjnych, których finalizacja będzie możliwa jeszcze w tym roku, jeśli jesienią nie pojawią się nowe restrykcje związane z wirusem. To także warunek powrotu do negocjacji transakcji, które zostały odłożone w czasie.

Tymczasem w biznesie widoczne są pozytywne nastroje. Polska przyciąga nowych inwestorów. Połowa wolumenu transakcji sfinalizowanych w ciągu pierwszych sześciu miesięcy tego roku przypada bowiem na nowych graczy, którzy wcześniej nie inwestowali w naszym kraju. Kapitał napływa do nas zarówno z takich krajów jak Czechy, Francja, czy Węgry, jak i z odległych zakątków świata, m.in. z Libanu, Singapuru, czy Republiki Południowej Afryki.

Sektor magazynowy skupia uwagę inwestorów

W centrum uwagi inwestorów są wciąż przede wszystkim biura, ale wynik odnotowany w sektorze nieruchomości logistycznych świadczy o tym, że zainteresowanie światowych graczy przenosi się teraz również na te klasę aktywów. Nie jest to z resztą zaskoczeniem, bowiem zjawisko to obserwowaliśmy już w ostatnim czasie, a pandemia tylko go spotęgowała. Rosnące zainteresowanie magazynami wiąże się z niebywale szybkim wzrostem udziału sektora e-commerce w handlu detalicznym oraz dążeniem producentów do skrócenia łańcuchów dostaw. W kolejnych miesiącach spodziewać można się dalszego wzrostu ilości transakcji związanych z tym segmentem.

Na wyjątkowo wysoki wynik, będący udziałem sektora magazynowego w wolumenie transakcyjnym w pierwszych 6 miesiącach br., złożyły się duże transakcje portfelowe, przejęcia korporacyjne oraz objęcia udziałów w platformach inwestycyjnych, jak na przykład zbycie przez Goodman do GLP nieruchomości zlokalizowanych w regionie CEE i przeniesienie udziałów w platformie European Logistics Investments zarządzanej przez Griffin od Redefine Properties do Madison International Realty.

Sfinalizowane zostały również transakcje zakupu 40 obiektów magazynowych, z czego największymi była sprzedaż portfolio pięciu nieruchomości Panattoni do Savills Investment Management, parków dystrybucyjnych Hines do CGL oraz zbycie obiektów zarządzanych przez Apollo do GIC. A także sprzedaż Parku Mszczonów należącego do P3 do Elite Partners Capital, jak również kupno przez Polish Logistics LLP, platformę inwestycyjną powołaną przez REINO Capital, IO AM i Grupę Grosvenor centrum logistycznego Logistic City Piotrków Trybunalski.

Trudniej o finansowanie

Efektem wybicia się handlu e-commerce w ostatnich miesiącach jest też wzmożone zainteresowanie gruntami pod inwestycje logistyczne. Ziemi pod projekty biurowe poszukują też deweloperzy dysponujący nadwyżkami finansowymi. Mimo, że obecnie banki selektywnie podchodzą do finansowania realizacji inwestycji na rynku nieruchomości komercyjnych. O ile na projekty magazynowe i biurowe kredyty są przyznawane, centra handlowe i hotele praktycznie zostały wykluczone z finasowania. Banki wymagają również wyższego wkładu własnego, na poziomie 40 proc., a także przednajmu przekraczającego nawet 50 proc.

Finansowanie bankowe w najbliższych kilku kwartałach będzie kluczowe i zdefiniuje nam rynek deweloperski, w tym podaż. Mniejsza skłonność banków do finasowania przełożyć się może na wolniejszy wzrost zasobów biurowych, w rezultacie czego poziom pustostanów powinien utrzymywać się na obecnym poziomie lub zmniejszać.

W najbliższych miesiącach bardzo prawdopodobny jest wzrost liczby zawieranych transakcji typu sale and leaseback, które mogą być ratunkiem dla podmiotów znajdujących się w trudniej sytuacji. Na rynku widoczne jest też większe zainteresowanie transakcjami, w których nabywany jest określony udział w spółce celowej lub sprzedający zapewnia finansowanie typu Vendor Financing.

Autor: Bartłomiej Zagrodnik, Managing Partner/CEO w Walter Herz

E-commerce Week 2020 – praktyczna wiedza i sprawdzone rozwiązania, które zrewolucjonizują e handel

Polski rynek e-commerce rośnie rok do roku, będąc jednocześnie najbardziej dynamicznie rozwijającym się rynkiem wśród krajów europejskich. Według raportu „Jak ugryźć e-commerce w magazynie” firmy Cushman & Wakefield w 2019 roku osiągnął wartość 51 mln złotych,[i] a sytuacja pandemiczna dodatkowo ten wzrost podsyca. Chcąc wesprzeć przedsiębiorców wkraczających w świat e-commerce, a także graczy już w nim operujących w dniach 24-28 sierpnia OVHcloud organizuje cykl bezpłatnych wykładów online dostępnych pod szyldem „E‑commerce Week 2020”.

Obecna sytuacja stawia nowe wyzwania przed biznesem, który zmuszony jest sprawnie reagować na zachodzące przetasowania gospodarcze oraz oczekiwania konsumentów. Przedsiębiorcy stoją przed licznymi decyzjami odpowiadając na pytania: w co warto inwestować, z jakich narzędzi korzystać, a także jak zbudować przewagę rynkową. „E-commerce Week 2020” ma odpowiedzieć na te pytania oraz zwrócić uwagę na kwestie istotne dla właściwego funkcjonowania przedsiębiorstwa w sieci. Cykl webinarów dedykowany jest wszystkim, którzy chcą korzystać ze wskazówek ekspertów o tym, jak efektywnie działać na trudnym rynku eCommerce.

– Prognozy zakładają, że przez najbliższe lata możemy się spodziewać dwucyfrowego tempa wzrostu rynku e-commerce. Jeszcze w czasach poprzedzających pandemię obserwowaliśmy wzmożoną skłonność Polaków do zakupów online. Nic w tym dziwnego, ponieważ coraz większa część naszego społeczeństwa doceniła wygodę, a także większe prawa, jakie przysługują przy dokonywaniu transakcji online. Izolacja dodatkowo skłoniła osoby, które do tej pory podchodziły sceptycznie do e-sklepów do robienia zakupów za ich pośrednictwem, pokazując jednocześnie, że taka forma zakupów może być bezpieczniejsza w czasie COVID. Zorganizowane przez nas wydarzenie odpowiada na częste pytania kierowane do naszych Partnerów, w jaki sposób budować biznes online, korzystając przy tym ze sprawdzonych rozwiązań – komentuje Robert Paszkiewicz, odpowiedzialny w OVHcloud za region Europy Środkowo – Wschodniej.

Konferencja „E‑commerce Week 2020” została przygotowana przy współpracy firmy OVHcloud oraz partnerów firmy: e-Point SA, Exaco, Fast White Cat, Hostersi, PushPushGo, Prefixbox, Senuto, Shopware i Waynet. W ramach wydarzenia firmy przygotowały pięć dni webinarów, w trakcie których swoją wiedzą ze słuchaczami podzielą się profesjonaliści i eksperci z dziedziny e-commerce. Planowane spotkania zakładają omówienie zarówno kwestii analitycznych, marketingowych, platform e-commerce, infrastruktury oraz jej przeciążeń w dni takie jak Black Friday, a także błędów, które są najczęściej popełniane w handlu elektronicznym.

Pełen program konferencji oraz rejestracja są dostępne pod linkiem: https://www.ovh.pl/lp/ecommerce-week/

[i] Raport „Jak ugryźć e-commerce w magazynie” Cushman & Wakefield – 2019 r. – autor: Damian Kołata

System kaucyjny nie działa sprawnie i nie motywuje do recyklingu butelek

Obecnie system kaucyjny w Polsce dotyczy tylko butelek szklanych. Jest też dosyć skomplikowany i trudny dla konsumenta – oddanie butelki w sklepie często wymaga przedstawienia dowodu zakupu, nie jest więc ani szybkie, ani łatwe. Według dyrektywy unijnej, która zaczęła obowiązywać od lipca tego roku, w Polsce powinien działać scentralizowany, sprawny system kaucyjny – obejmujący wszystkie opakowania po napojach. Jest to jeden z elementów wspierających system Rozszerzonej Działalności Producenta (ROP). Na razie jednak system kaucyjny nie działa sprawnie i nie motywuje do recyklingu butelek.

– System nie powinien być wyłącznie penalizujący, ale penalizująco-motywujący. Aktualnie działa u nas tylko system penalizujący: kaucja dodawana jest do ceny produktu i przepada, gdy opakowanie nie zostanie oddane. Warto wprowadzić system motywujący, który będzie działał równolegle do obecnego systemu – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Lachowicz, główny analityk Instytutu Jagiellońskiego. – System penalizujący nie działa dobrze. Opiera się bowiem na założeniu, że obywatel boi się stracić pieniądze – co budzi w nim motywację, aby oddać opakowanie do punktu zbiórki. Jednak w większości przypadków ta kaucja jest dosyć mała – wynosi kilkanaście lub kilkadziesiąt groszy. Łatwo uznać, że nie opłaca się nam oddawać opakowania – bo na przykład pada deszcz, albo do najbliższego punktu zbiórki jest za daleko. Dlatego za oddanie opakowań powinniśmy dostawać również nagrody. Mogą to być talony wymienialne na rzeczywiste produkty lub ułatwienia w przestrzeni miejskiej – ulgi na komunikację publiczną, dostęp do lepszych miejsc parkingowych. Miasta mogłyby wykorzystać te narzędzia, by zmotywować swoich mieszkańców do recyklingu. Ważny jest również sam rodzaj i funkcjonowanie systemu. Tam, gdzie jest to możliwe, należy wprowadzić zbiórkę automatyczną – rekomenduje Lachowicz.

One Equity Partners zainwestował w Infobip

Fundusz private equity One Equity Partners zainwestował w Infobip, globalną platformę komunikacyjną w chmurze pozwalającą na płynne dwukierunkowe interakcje między przedsiębiorstwami i ich klientami, a także ułatwiająca integrację niemal wszystkich funkcji komunikacyjnych w jednym miejscu. To pierwszy kapitał zewnętrzny zebrany przez wizjonerskich założycieli firmy Infobip, która uzyskała wycenę jednorożca w jednej z największych europejskich rund serii A w ostatnich latach. W OEP Infobip zyskuje strategicznego partnera o dużym doświadczeniu, który pomoże w ekspansji na rynku północnoamerykańskim i przyspieszy rozwój firmy poprzez strategiczne przejęcia.

„Jesteśmy podekscytowany współpracą z założycielami Infobip, CEO Silvio Kuticiem, Roberto Kuticiem i Izabel Jelenić. Mamy wspólną wizję dalszego przyspieszenia, przed debiutem giełdowym, ekspansji Infobip w Ameryce Północnej i na świecie, poprzez realizację serii  strategicznych przejęć”– informuje Chip Schorr, Senior Managing Director w OEP. „Jesteśmy pod ogromnym wrażeniem tego zespołu i wierzymy, że stworzył on światowej klasy platformę komunikacyjną z obsługą SaaS, która zapewnia bogatsze interakcje z klientami dla wiodących globalnych przedsiębiorstw, a także optymalizuje wydajność dla operatorów”.

„OEP ma bogate doświadczenie w rozwijaniu firm w które inwestuje, i cieszymy się, że możemy współpracować z tym wyjątkowym zespołem przy rozwoju Infobip” – wyjaśnia Silvio Kutic, CEO Infobip. „Wierzymy, że konwersacyjne interfejsy użytkownika zmieniają sposób interakcji z usługami cyfrowymi, a to na zawsze zmieni sposób, w jaki wchodzimy w kontakt  z otaczającym nas światem. Zbliżamy się do nowej ery, którą nazywamy interakcją 4.0 – zastępującą potrzebę przeglądania internetu lub pobierania aplikacji interakcją konwersacyjną jako podstawą komunikacji. Planujemy być liderem tych zmian, a zaangażowanie OEP z pewnością będzie wsparciem w realizacji tych ambicji”.

Infobip, z siedzibą w Vodnjan-Dignano w Chorwacji, jest firmą programistyczną, która umożliwia firmom tworzenie bogatszych i bardziej zintegrowanych relacji z klientem, na wszystkich etapach jego kontaktu z firmą. Infobip został niedawno po raz czwarty z rzędu uznany głosami operatorów telekomunikacyjnych i przedsiębiorców za najlepszego dostawcę SMS-ów A2P w corocznym raporcie ROCCO. W 2019 r. Spółka wygenerowała przychody w wysokości 602 mln EUR, osiągając tym samym ich średnioroczny wzrost w wysokości 48% w ciągu ostatniej dekady.

Infobip ma najszerszy zasięg spośród wszystkich światowych dostawców CPaaS, prowadząc działalność w ponad 60 lokalizacjach na całym świecie i posiadając ponad 600 bezpośrednich połączeń z sieciami telekomunikacyjnymi. Autorskie rozwiązania IT opracowane przez Infobip pozwalają wynieść interakcje między firmami a klientami na nowy poziom. Infobip efektywnie współpracuje z operatorami sieci komórkowych. Firma może się pochwalić statusem „zaufanego partnera” w inicjatywie Global System for Mobile Communications Association’s Identity Revenue za zwiększanie przychodów operatorów telekomunikacyjnych dzięki technologii cyfrowej tożsamości.

One Equity Partners ma długą i udokumentowaną historię współpracy z założycielami i udziałowcami firm telekomunikacyjnych i IT. OEP wykorzystuje swoją fachową wiedzę i doświadczenie wspierając procesy strategicznych przejęć i rozwój organiczny firm poprzez zwiększanie ich możliwości technologicznych, zasięgu geograficznego i udziałów w rynku.

Luksusowe nieruchomości jako lokata kapitału z potencjałem

Dane z rynków rozwiniętych pokazują, że w dłuższej perspektywie nieruchomości raczej drożeją, niż tanieją, a wzrost ich wartości przewyższa inflację. Spodziewana w najbliższych miesiącach korekta cen lokali mieszkalnych oraz polityka banków mogą być świetną okazją do w miarę bezpiecznej i zyskownej inwestycji.

Wywołany koronawirusem lockdown uderzył praktycznie we wszystkie dziedziny gospodarki i życia społecznego. Sektor nieruchomości również odczuł skutki wprowadzonych w marcu i kwietniu restrykcji, które w pewnych obszarach jeszcze się utrzymują.

Ceny mieszkań wyhamowały

O ile prace na budowach toczyły się w miarę normalnie, tak znacząco spadła liczba zawieranych wiosną transakcji kupna-sprzedaży mieszkań. Szacuje się, że obroty na rynku mogły spaść nawet o 50-60%. Wiele osób wycofało się z zawartych z deweloperami umów rezerwacyjnych. Inni wstrzymali się ze złożeniem wniosku o kredyt hipoteczny lub otrzymali z banku decyzję odmowną.

Mniejszy ruch w interesie tylko w części wynikał z fizycznych ograniczeń dotyczących przemieszczania się czy funkcjonowania urzędów. Na zmianę postaw kupujących i sprzedających mieszkania wpłynęła też panująca wówczas atmosfera strachu i niepewności.

W efekcie wzrost cen nieruchomości mieszkalnych, które w ostatnich kwartałach drożały w tempie dwucyfrowym, wyhamował. Nastała stabilizacja. Wszyscy uczestnicy rynku czekają na dalszy rozwój wydarzeń.

Póki co deweloperzy bronią się przed obniżkami, oferując różnego rodzaju promocje (darmowe miejsca postojowe, komórki lokatorskie, gwarancje ceny) oraz ograniczając podaż (duży spadek pozwoleń na budowę i rozpoczynanych nowych inwestycji). Pierwsze oznaki korekty widać na rynku wtórnym. Jednak na razie dotyczą one tylko cen ofertowych. Brakuje jeszcze twardych danych, które potwierdziłyby tę tezę.

Przyszłość sektora nieruchomości

Nie wiadomo, w którą stronę pójdzie rynek. Karty wciąż rozdaje koronawirus. Ewentualna druga fala zachorowań na jesieni może stłumić odradzającą się aktywność gospodarczą i ponownie odwrócić trend w nastrojach konsumenckich.

Pewną wskazówką odnośnie do kształtowania się cen mieszkań może być poprzednie duże tąpnięcie w światowej gospodarce. Według danych NBP w latach 2008-2012 lokale staniały średnio o prawie 1/5. Ale później stawki systematycznie rosły, ustanawiając w ostatnich miesiącach nowe rekordy nominalne (z tym że w ujęciu realnym, tj. po uwzględnieniu inflacji i wzrostu płac, były one niższe niż w szczycie hossy z końca I dekady obecnego wieku).

Zdaniem analityków PKO BP, który jest największym kredytodawcą hipotecznym w Polsce, nieruchomości stanieją o 15%. Niższe ceny nie utrzymają się jednak długo, gdyż już w połowie przyszłego roku znów mają zacząć rosnąć.

Banki zniechęcają do trzymania w nich pieniędzy

Najbliższe miesiące mogą więc przynieść wiele okazji inwestycyjnych zwłaszcza tym, którzy dysponują sporym kapitałem i są zainteresowani ulokowaniem go w miarę bezpiecznie. Nieruchomości, przede wszystkim te luksusowe, to klasa aktywów, która w perspektywie co najmniej kilkuletniej może wypracować atrakcyjną stopę zwrotu. W najgorszym razie chroni majątek przed spadkiem siły nabywczej. Warto się nimi zainteresować nie tylko z powodu spodziewanej korekty cen.

Chodzi o to, że wskutek podwyższonej inflacji, ogromnej stymulacji fiskalnej (programy pomocowe rządów na całym świecie) i ultra niskich stóp procentowych, które mają się utrzymać przez dłuższy czas, majątek przechowywany w szeroko pojętej gotówce będzie tracił na wartości. Innymi słowy, za tę samą kwotę będziemy mogli kupić mniej niż dziś.

Przed utratą siły nabywczej nie uchronią naszych pieniędzy depozyty bankowe. Wedle ostatnich danych NBP statystyczna lokata przynosi 0,58% brutto zysku. Przy czym słowo zysk trzeba wziąć w cudzysłów. Od nominalnej stopy procentowej trzeba bowiem jeszcze odjąć podatek Belki.

W praktyce oznacza to, że od każdych 100 tys. zł bank po roku wypłaci nam 470 zł odsetek. Problem w tym, że ten sam wkład pieniężny po roku będzie wart tyle, ile dziś 96-97 tys. zł (prognozy inflacji mieszczą się w przedziale 2,5-4%).

Im większym kapitałem dysponujemy, tym większą stratę zanotujemy, trzymając środki w banku. Oczywiście przechowywanie ich w domowym sejfie jest jeszcze gorszym pomysłem, ponieważ wtedy nie otrzymamy nawet odsetek. W dodatku narazimy się na ryzyko kradzieży. Poza tym pieniądze będą bezczynnie leżeć, zamiast pracować i przynosić dochód.

Przeciw trzymaniu wszystkich środków na lokatach przemawia też polityka banków. Zaczęły one bardziej wymownie zniechęcać klientów do deponowania w nich dużych kwot. W ostatnim czasie niektóre instytucje wprowadziły opłatę za trzymanie dużych depozytów.

Początkowo ta swoista „kara” dotyczyła tylko firm. Jednak Citi Handlowy objął nią również zamożnych klientów indywidualnych. Taka danina nie jest tylko polską specyfiką. Już wcześniej ustanowiły ją organizacje na Zachodzie np. Deutsche Bank.

Nieruchomości jako dochodowa inwestycja długoterminowa

Co w takiej sytuacji zrobić? W co i jak ulokować wolne środki? Jedną z naczelnych zasad inwestowania jest dywersyfikacja, czyli rozdzielenie majątku na wiele klas aktywów. W slangu mówi się, żeby nie wkładać wszystkich jaj do jednego koszyka.

W ten sposób nie tylko minimalizujemy ryzyko straty w skali całego portfela, ale też zwiększamy potencjał zysków. Nawet jeśli stracimy na jednej inwestycji, to pozostałe wypracują zyski i w ostatecznym rozrachunku będziemy na plusie.

Jednym z wielu takich przysłowiowych koszyków mogą być nieruchomości, które w dłuższym okresie skutecznie opierają się inflacji. Dowodzą tego dane z rynków rozwiniętych.

Statystyki Case Shiller, Nationwide oraz Australian Bureau of Statistics pokazują, że w ujęciu długoterminowym mieszkania i domy w USA, Wielkiej Brytanii i Australii zyskiwały na wartości od kilku do kilkunastu procent rocznie. Najczęściej było to 1-2% powyżej wskaźnika CPI.

To potwierdza tezę o nieruchomościach jako bezpiecznej przystani dla kapitału. Oczywiście, zdarzają się przejściowe spadki cen, ale po pierwsze są one mniejsze niż wcześniejsze i późniejsze wzrosty, a po drugie okresy bessy w nieruchomościach trwają krócej niż czas hossy. Ponadto w wymienionych krajach nigdy nie zdarzyło się, aby fala przecen sprowadziła nominalne wyceny lokali mieszkalnych poniżej stanu sprzed początku prosperity.

Zmiany cen nieruchomości w USA, Wielkiej Brytanii i Australii (ujęcie nominalne)

Kraj Okres Trend Łączna dynamika Średnioroczna zmiana cen    
USA 1915-1925 wzrostowy 52% 4,3%    
1925-1933 spadkowy -30% -3,3%    
1933-2006 wzrostowy 4103% 5,3%    
2006-2012 spadkowy -27% -4,1%    
od 2012 wzrostowy 58% 6,8%    
Wielka Brytania 1954-1989 wzrostowy 3287% 10,6%    
1989-1993 spadkowy -20% -4,7%    
1993-2007 wzrostowy 267% 9,7%    
2007-2009 spadkowy -19% -6%    
2009-2010 wzrostowy 13% 6,3%    
2010-2011 spadkowy -4% -2%    
od 2011 wzrostowy 34% 3,7%    
Australia 1986-2008 wzrostowy 428% 7,9%    
2008-2009 spadkowy -5% -2,5%    
2009-2010 wzrostowy 21% 10%    
2010-2012 spadkowy -5% -1,6%    
2012-2017 wzrostowy 52% 8,7%    
2017-2019 spadkowy -9% -2,9%    

Źródło: HRE Investments za Case Shiller, Nationwide i Australian Bureau of Statistics. Pominięto korekty trwające krócej niż rok oraz nieprzekraczające 2%.

Oznacza to, że znana z giełdy papierów wartościowych strategia typu „kup i trzymaj” w przypadku nieruchomości sprawdza się bardzo dobrze. Co prawda średni potencjał wzrostu cen domów, mieszkań czy rezydencji jest mniejszy niż akcji spółek (2-3% powyżej inflacji), ale dotyczy to również spadków. Te na parkiecie są o wiele większe i bardziej gwałtowne niż na rynku lokali mieszkalnych.

Statystyki cen nieruchomości dla Polski nie sięgają zbyt daleko w przeszłość. NBP gromadzi je od 2006 r. Od tamtego momentu doświadczyliśmy jednego długookresowego trendu spadkowego, który w zależności od regionu trwał od 2007/08 r. do 2012 r. Wówczas ceny mieszkań w miastach wojewódzkich obniżyły się o 17,8%.

Z tym że wcześniej w zaledwie rok urosły o niemal 2/3. Prawdopodobnie wzrost ten był bardziej okazały, ponieważ nieruchomości nad Wisłą zaczęły wyraźnie drożeć z chwilą akcesji Polski do UE. Dane GUS z lat 2004-2008 dla całego kraju wskazują na prawie 200-procentowy wzrost. Natomiast od 2013 r. do początku tegorocznej wiosny (najnowsze dane NBP dla największych miast) było to prawie 40% w przypadku rynku pierwotnego i ok. 45% dla rynku wtórnego.

Rynek nieruchomości luksusowych w Polsce

Nieruchomość kupiona w celach inwestycyjnych nie musi stać nieużywana i czekać na wzrost wartości. Można ją wynająć. Może też służyć inwestorowi do celów mieszkalnych i w różnych przedsięwzięciach, np. jako baza wypadowa na weekendy, miejsce eventów, a nawet – jako plan zdjęciowy.

Świetny przykład to położona na przedmieściach Warszawy rezydencja Musuły, na którą składa się dwukondygnacyjny budynek mieszkalny z poddaszem użytkowym o łącznej powierzchni 1140 m2 oraz 15-ha działka porośnięta lasem.

W Polsce oprócz uniwersalnych czynników (duży metraż, wysoki standard wykonania, ciekawa architektura, dogodna lokalizacja, piękny krajobraz, drogie wyposażenie, przestronny ogród) duża wartość obiektów tego typu bierze się z ich rzadkości. Wedle danych serwisu Domiporta.pl z 2018 r. w całej Polsce istniały tylko 102 rezydencje, przy czym wszystkie zlokalizowane były na terenie pięciu województw. Średnia cena ofertowa wynosiła 4,6 mln zł.

W zależności od przyjętych definicji KPMG szacuje wartość całego rynku nieruchomości luksusowych w Polsce na 1,4-3,8 mld zł. W poprzednim roku urósł on o 7-8%. Pamiętajmy, że ten wycinek rynku nieruchomości ze swej natury bardziej opiera się wahaniom niż segment popularny.

Przewidujemy dalszy wzrost w kolejnych latach, a ewentualne spowolnienie może w większym stopniu wpłynąć na liczbę transakcji niż na spadek wartości kapitałowej najlepszych projektów – mówi prezes Tacit Investment Karolina Kaim.

Podobnego zdania jest szef BBI Development Michał Skotnicki. – Transakcji jest trochę mniej, zainteresowanie wzrosło. Bardziej zamożni chcą gdzieś ulokować swoje środki, bo stopy procentowe są bliskie zeru. Nieruchomości luksusowe mają to do siebie, że czynsze jednostkowe są w nich wyższe niż na rynku popularnym – przyznaje.

Luksus ma swoją cenę

Nieruchomość premium to również prestiż i wyraz statusu. Nie bez powodu David i Victoria Beckhamowie czy Giorgio Armani wyłożyli po 30 mln USD na apartamenty w Wieży Chalify – położonym w Dubaju najwyższym budynku świata.

Robert Lewandowski jest właścicielem luksusowego lokum przy ul. Złotej 44 w Warszawie, za które zapłacił ponoć 35 mln zł. W 135-metrową nieruchomość w sąsiednim Cosmopolitanie zainwestował inny znany piłkarz – Jakub Błaszczykowski. Jeśli wierzyć cenie z katalogu, oficjalnie wyłożył na to prawie 3,8 mln zł.

Autor: Kinga Hanna Stachowiak – Wspólnik Zarządzający w Kancelarii Prawnej Skarbiec

Wicepremier Gliński zapowiada nowe FIO z większym budżetem. Ruszają konsultacje programu

Dziś rozpoczął się pierwszy etap prac legislacyjnych nad Programem Fundusz Inicjatyw Obywatelskich „NOWEFIO” na lata 2021-2030. Etap ten obejmuje uzgodnienia międzyresortowe i konsultacje publiczne. Budżet programu zostanie zwiększony w stosunku do poprzednich edycji z 60 do 80 mln zł rocznie.

Z inicjatywy prof. Piotra Glińskiego, Przewodniczącego Komitetu ds. Pożytku Publicznego, rząd, doceniając znaczący wkład organizacji obywatelskich w funkcjonowanie lokalnych społeczności, planuje wsparcie III sektora w ramach nowej odsłony Programu FIO przez kolejne 10 lat. Głównym celem Programu Fundusz Inicjatyw Obywatelskich „NOWEFIO” będzie zwiększenie zaangażowania obywateli w życie publiczne, poprzez wzmocnienie instytucjonalne organizacji pozarządowych i wzrost znaczenia sektora obywatelskiego w życiu publicznym.

Realizacja poprzednich edycji Programu FIO w latach 2005-2020 przyniosła pozytywne doświadczenia. „NOWEFIO” stanowi kontynuację tej oferty programowej dla organizacji pozarządowych – powiedział prof. Gliński. – Pomimo aktualnej sytuacji ekonomicznej kraju, dalsze wsparcie III sektora w ramach Funduszu Inicjatyw Obywatelskich jest niezbędne dla wzmacniania zaangażowania organizacji i ogółu społeczeństwa w życie publiczne i zapewnienia współdziałania w ramach lokalnych społeczności.

W poprzedniej perspektywie finansowej Programu w latach 2014-2020 wprowadzono nowe zasady po to, żeby ułatwić dostęp do grantów organizacjom małym, młodym – z małym doświadczeniem, oraz tym, które mają siedziby w mniejszych miejscowościach. Program „NOWEFIO” będzie komplementarny w stosunku do pozostałej oferty NIW-CRSO – Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich „PROO”, Programu Wspierania i Rozwoju Wolontariatu Długoterminowego „Korpusu Solidarności”, oraz Programu Wsparcia Rozwoju Organizacji Harcerskich i Skautowych, wspierających rozwój instytucjonalny i działalność statutową organizacji oraz promujących wolontariat.

„NOWEFIO” to szansa na kontynuację znanego i wdrażanego z sukcesami od 15 lat programu rządowego. Dzięki zaproponowanym zmianom w priorytetach programu możliwe będzie lepsze wsparcie aktualnych potrzeb organizacji w obszarach wzmacniania dialogu obywatelskiego czy poprawy samoorganizacji społecznej – wyjaśnia Wojciech Kaczmarczyk, Dyrektor Narodowego Instytutu Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego, operatora Programu. – Kluczowe jest, aby w rozpoczętych właśnie konsultacjach społecznych wypowiedziało się jak najwięcej organizacji. Pozwoli to nam zorientować się, jakie jeszcze zmiany w Programie należy wprowadzić, żeby jak najlepiej odpowiadał na potrzeby III sektora – dodaje.

Do udziału w konsultacjach zaproszone są wszystkie zainteresowane osoby, organizacje i instytucje. Aktualne informacje na temat konsultacji znajdują się na stronie Departamentu Społeczeństwa Obywatelskiego: https://www.gov.pl/web/pozytek/trwajace-konsultacje-projektow-aktow-normatywnych-lista.

Najważniejsze informacje nt. nowego Programu FIO na lata 2021-2030

  • Główny cel Programu:

zwiększenie zaangażowania obywateli w życie publiczne: wzmocnienie instytucjonalne organizacji pozarządowych i wzrost znaczenia sektora obywatelskiego w życiu publicznym,

  • Program obejmuje cztery priorytety merytoryczne:
  1. Priorytet 1 Mikro inicjatywy – dedykowany organizacjom małym o zasięgu lokalnym i młodym oraz grupom nieformalnym. Priorytet 1 powinien umożliwić tego typu podmiotom otrzymanie dotacji na realizację planowanych działań i projektów,
  2. Priorytet 2 Organizacje obywatelskie na rzecz dobra wspólnego – w ramach priorytetu wspierana będzie aktywność społeczna na rzecz dobra wspólnego obywateli działających w strukturach organizacji obywatelskich,
  3. Priorytet 3 Organizacje obywatelskie w życiu publicznym – ma się przyczynić do zwiększania obecności organizacji obywatelskich w życiu publicznym, w procesach kształtowania polityk publicznych i podejmowania decyzji, wspierania dialogu obywatelskiego, procesów konsultacji, tworzenia forum debaty publicznej, budowania potencjału organizacji poprzez kształtowanie wizerunku organizacji obywatelskich w przestrzeni publicznej,
  4. Priorytet 4 Wzmocnienie kompetencji organizacji obywatelskich – ma się przyczynić do poprawy zarządzania w organizacjach obywatelskich, budowania struktur, tworzenia i doskonalenia zasobów, tworzenia i rozwijania strategii działania organizacji, w tym strategii fundraisingowych, wypracowywania i wdrażania standardów działania organizacji, dotyczących np. zarządzania, oceny skuteczności działań organizacji, przejrzystości i otwartości, w tym upowszechniania w przystępny i przejrzysty sposób informacji o prowadzonych działaniach, kosztach i źródłach finansowania, kosztach pozyskiwania funduszy,
  • Budżet programu: 80 mln zł rocznie, łącznie co najmniej 800 mln zł.

IT ratunkiem dla polskiej gospodarki, a digitalizacji sposobem na walkę z ekonomicznymi skutkami pandemii

Polski Instytut Ekonomiczny podaje, że pandemia koronawirusa spowodowała ograniczenia aktywności ponad 3 mld ludzi na świecie. Instytut szacuje, że światowa konsumpcja spadnie o 33 proc., a każdy miesiąc ograniczeń w działalności firm to spadek globalnego PKB o 2 punkty proc. Sposobem na funkcjonowanie przedsiębiorstw w czasach ograniczonych możliwości kontaktu z kontrahentami jest digitalizacja. Pandemia znacząco przyspieszyła procesy technologicznie w firmach. Ponadto sektor IT, który już przed pandemią generował 8 proc. PKB dziś może być jeszcze silniejszym motorem napędowym polskiej gospodarki.

Ekonomiczne skutki pandemii

W I kwartale 2020 r. giełdy na całym świecie straciły łącznie ponad 20 proc. wartości, notując najgorsze wyniki od czasu globalnego kryzysu finansowego z lat 2007–2009 r.[1] W czasie lockdown’u działalność wielu firm i przedsiębiorstw była ograniczona – i nadal jest. To ogromne straty dla gospodarki – miesiąc ograniczeń daje spadek globalnego PKO o 2 pkt proc.

W naszym kraju – zdaniem ekspertów Polskiego Instytutu Ekonomicznego – prawdopodobny jest spadek PKB rzędu 8 pkt proc. w II kwartale 2020 r. W tej trudnej i niepewnej sytuacji firmy nie mogą sobie pozwolić na kolejny lockdown i zawieszenie swoich biznesów.

Wpływ digitalizacji na gospodarkę

19 mld dolarów – to wartość całego rynku ITC w Polsce, czyli wartość rynku IT łącznie z telekomunikacją. W porównaniu z 2018 rokiem rynek wzrósł o 1,1 proc.[2] Branża IT jest jedną z najszybciej rozwijających się sektorów polskiej gospodarki i odpowiada za 8 proc. PKB i 1/3 zatrudnienia w sektorze nowoczesnych technologii. I to właśnie branża IT będzie ogromnym wsparciem dla polskiej gospodarki, a firmy już dziś stawiają na digitalizację, jako ratunek dla ich biznesów.

Zauważyliśmy, że firmy coraz chętniej stawiają na digitalizację, a wszystko za sprawą pracy zdalnej. COVID pokazał, że praktycznie większość procesów w firmach może odbywać się online: od fakturowania po obieg dokumentów – mówi Piotr Siarkiewicz, South Branch Director z firmy Avenga. – 65 proc. firm planuje utrzymać bądź zwiększyć wydatki na rozwiązania chmurowe w swoich firmach. Pokazuje to, jak bardzo właściciele firm upatrują w rozwiązaniach chmurowych szanse na utrzymanie biznesu w obecnych, niepewnych czasach i podczas być może kolejnego lockdownu. To również wyzwanie dla firm IT, które muszą bardziej wsłuchiwać się w technologiczne potrzeby przedsiębiorstw, tak aby nieść dla nich realną pomoc.

Większe inwestycje w digitalizację w firmach

Ponad połowa dyrektorów finansowych polskich przedsiębiorstw zamierza w ciągu kolejnych 12 miesięcy przeprowadzić inwestycje w zakresie digitalizacji zespołów finansowo-podatkowych. Respondenci z Polski, uważają, że wdrażając technologię w funkcji finansowej/podatkowej, uzyskają lepszą efektywność pracy (47%), ograniczeniu ulegnie ryzyko podatkowe (44%), usprawnione zostaną procesy: raportowania (35%) i decyzyjne (27%), zmniejszy się zaangażowanie pracowników w powtarzalne czynności (26%), nastąpi redukcja kosztów oraz zmniejszy się liczba ludzkich błędów (po 24%)[3].

Co jeszcze przed nami?

Zdaniem ekspertów polska gospodarka powoli odmraża się i przechodzi do funkcjonowania w nowej normalności. Między innymi dzięki podjętym działaniom: wprowadzonym rozwiązaniom online, a tym samym utrzymaniu ciągłości pracy polskie firmy ponownie zaczynają odzyskiwać płynność finansową. 18 proc. firm już zadeklarowało, że wróciło do sytuacji sprzed pandemii, a 24 proc. z nich uważa, że odbudowa biznesu potrwa dłużej niż rok.

Budujące są też statystyki dotyczące zatrudnienia. Dziś 14 proc. firm wyraża chęć rekrutacji nowych pracowników, w trakcie gdy w połowie maja było to zaledwie 8 proc. przedsiębiorstw[4].

[1] https://www.pism.pl/publikacje/Skutki_pandemii_COVID19_dla_gospodarki_swiatowej

[2] Raport ITwiz Best 100_2020 r.

[3] https://www2.deloitte.com/pl/pl/pages/rozwiazania-dla-cfo/articles/Deloitte-CFO-Survey-2020-edycja-wiosenna.html

[4] Dane Polskiego Instytutu Ekonomicznego

Słabość złotego – komentarz walutowy

Po kilku próbach umocnienia polskiego złotego znów jesteśmy świadkami drożejącego euro. Najwyraźniej okolice 4,40 zł pozostaną z nami jeszcze długo.

Indeksy koniunktury z Europy

W piątek poznaliśmy dane na temat indeksów koniunktury w głównych gospodarkach Unii. Są to, co prawda, wstępne dane, ale pokazują, że wcale nie musi być tak dobrze, jak dotychczas sądzono. Ważniejszy z dwóch indeksów – przemysłowy –  pomimo lepszego od oczekiwań wyniku z Niemiec wyniósł 51,7 pkt, czyli 1,2 pkt poniżej oczekiwań. Jeszcze gorzej zaprezentował się indeks dla usług. Tutaj odczyt wyniósł 50,1 pkt wobec oczekiwanych 54,5 pkt. Dane te spowodowały wyraźne osłabienie się euro względem dolara amerykańskiego. Euro staniało o ponad 1 centa i oddaliliśmy się od najsłabszych poziomów dolara względem euro od wielu kwartałów.

Dane z Polski

Piątek był dniem publikacji dwóch ważnych odczytów dla naszego kraju. Sprzedaż detaliczna wzrosła o 2,7% w skali roku, co (biorąc pod uwagę pandemię) jest bardzo solidnym wynikiem. Słabiej wypadła za to produkcja budowlano – montażowa, która spada w skali roku o 10,9%. Dane te nie tylko nie zostały pozytywnie przyjęte, ale zbiegły się w czasie z informacjami od naszego głównego partnera handlowego, jakim jest Unia Europejska. W rezultacie byliśmy świadkami osłabienia złotego o 3 grosze względem euro i to pomimo słabości euro. Frank podrożał 4 grosze, a dolar ponad 5 groszy.

Dane z Wysp

Wielka Brytania nie wpisała się w słabsze dane z Europy. Indeks PMI dla przemysłu wyniósł 55,3 pkt, czyli 1,5 pkt powyżej oczekiwań analityków. Z kolei PMI dla usług wynosi 60,1 pkt, to  o 3,1 pkt powyżej oczekiwań. Inwestorzy podeszli pomimo tego dość podejrzliwie do brytyjskiej waluty. Początkowo funt umacniał się względem euro, do końca dnia byliśmy jednak świadkami osłabienia funta względem euro. To dlatego wczoraj funt był tą walutą, względem której złoty najmniej stracił.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

O łatwym dostępie do rynków kapitałowych będzie decydować podejście firmy do odpowiedzialności społecznej oraz ochrony środowiska

Zagadnienia ESG, czyli dotyczące ochrony środowiska, działalności społecznej i ładu korporacyjnego, mają dla 45 proc. polskich dyrektorów finansowych umiarkowany, a w przypadku 29 proc. mały wpływ na wynik działalności ich przedsiębiorstw. Jednak już w perspektywie trzyletniej wskaźniki te wyglądają inaczej – duży udział czynników ESG przewiduje 44 proc., a umiarkowany 31 proc. CFO. Jak wynika z badania „CFO Survey 2020 – spring edition” przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte w Europie Środkowej, w kwestii ESG wielu firmom brakuje okazji do efektywnego zaangażowania inwestorów. Działy finansowe mają więc ważną rolę do odegrania na tym polu.

Zrównoważony rozwój jest obecnie kwestią strategiczną dla większości firm w Europie. Inwestorzy i kredytodawcy oczekują, że firmy nie tylko osiągną dobre wyniki finansowe, ale także wywrą pozytywny wpływ na społeczeństwo i środowisko. Średnio 72 proc. dyrektorów finansowych twierdzi, że czynniki ESG znajdują odzwierciedlenie w strategii ich przedsiębiorstw. Jednocześnie, tylko nieco ponad połowa respondentów (56 proc.) wychodzi poza teoretyczne włączenie ochrony środowiska, działalności społecznej i ładu korporacyjnego do strategii firmy i aktywnie wykorzystuje je do angażowania kapitału. Jeszcze mniejszy odsetek (44 proc.) pytanych w badaniu Deloitte deklaruje jawność tych zagadnień w komunikacji korporacyjnej. Powoduje to, że wiele firm traci okazję na pozyskanie finansowania – inwestorzy w coraz większym stopniu koncentrują się na kwestiach ESG, które mają, lub w przyszłości mogą mieć wpływ na finanse przedsiębiorstw.

W powyższym zakresie wyniki badania dotyczące polskich CFO różnią się nieznacznie. 81 proc. twierdzi, że w pełni lub częściowo uwzględniają ochronę środowiska, odpowiedzialność społeczną i ład korporacyjny w firmowej strategii. Większość badanych (55 proc.) uważa także, że wspomniane czynniki decydują o długoterminowych wynikach działalności firmy.

– Widoczna jest również duża świadomość roli ujawnień powyższych kryteriów w podejmowaniu decyzji przez inwestorów i kredytodawców, wynosząca 56 proc. Dwie trzecie pytanych podkreśla znaczenie ratingu w tej dziedzinie. Jednocześnie 42 proc. CFO dostrzega potrzebę znormalizowania wytycznych, dotyczących wyceny pieniężnej społecznych i środowiskowych kosztów i korzyści w działalności gospodarczej. Jak ocenia 32 proc. respondentów, ich brak uniemożliwia efektywną współpracę z inwestorami i kredytodawcami– mówi Paweł Spławski, Partner, Lider programu CFO, Deloitte. Należy jednocześnie zwrócić uwagę, że w przypadku powyższych punktów znaczna część, bo powyżej 30 proc. CFO nie ma zdania lub wiedzy na dany temat.

Jak wynika z badania, funkcje finansowe w spółce mają do odegrania kluczową rolę w dostarczaniu zewnętrznym interesariuszom adekwatnych informacji dotyczących zrównoważonego rozwoju. Dotyczy to wszystkich etapów wzajemnych relacji – od analizy ryzyka przez zarządzanie, kontrolę wewnętrzną, aż po ewentualne zapewnienie środków zapobiegawczych i łagodzących.

ESG – tak, ale za 3 lata

Jak zauważają eksperci Deloitte, swoimi odpowiedziami dyrektorzy finansowi potwierdzają, że czynniki pozafinansowe, w tym przede wszystkim czynniki ESG, będą mieć wpływ na koszty kapitału w najbliższej przyszłości. – Zastanawiające jest jednak to, że ich znaczenie dostrzegają nie tu i teraz, ale dopiero w perspektywie najbliższych trzech lat. Znaczenie ochrony środowiska, działalności społecznej i ładu korporacyjnego, stanowiących jeszcze do niedawna niszę, potwierdzają decyzje biznesowe największych funduszy na świecie, które mając na uwadze rosnące znaczenie ryzyk klimatycznych, stopniowo podejmują decyzje o odejściu od finansowania np. inwestycji w nieodnawialne źródła energiimówi Rafał Rudzki, Partner Associate, Sustainability Consulting Central Europe w Deloitte.

Co istotne, w pierwszym półroczu 2020 r. kryzys pandemiczny znacznie podniósł globalne znaczenie czynników ESG, potwierdzając że działanie w oparciu o priorytety zrównoważonego rozwoju pozwala na ograniczenie ryzyk, zapewnienie odporności biznesu na turbulencje, a w długofalowej perspektywie czasowej również lepsze wyniki.

Odpowiedzialne finansowanie

W ocenie polskich CFO w najbliższych trzech latach o łatwym dostępie do rynków kapitałowych będą decydować kwestie odpowiedzialności społecznej (31 proc.) oraz ochrony środowiska (24 proc.). Mniejszy wpływ mieć będzie ład korporacyjny (13 proc.). Co ciekawe, 18 proc. pytanych nie wskazało żadnej z kwestii ESG i – co więcej – aż 15 proc. z nich wolało na takie pytanie w ogóle nie odpowiadać. Dyrektorzy finansowi wskazują, że dostępność finansowania w przyszłości może zależeć od działań podejmowanych w sferze czynników ESG, przy czym dominującą role będą miały te podejmowane wobec społeczeństwa i środowiska. – Pandemia zdecydowanie wpłynęła na wzrost znaczenia kwestii społecznych w zarządzaniu. Konsekwentne inwestowanie w rozwój kapitału ludzkiego, a także budowanie transparentnych relacji z pracownikami, w czasach kryzysu mogą zaprocentować. Analitycy wskazują, że firmy z kulturą zarządzania rozwiniętą w oparciu o czynniki ESG mają większą skłonność do przyciągania i zatrzymywania w firmie talentów, budują i utrzymują wyższą motywację pracowników, a także zapewniają wyższą produktywność – mówi Rafał Rudzki. Jaki wpływ na wyniki finansowe firm wywiera ESG?