Pracownika można odwołać z urlopu, ale tylko w wyjątkowych sytuacjach. Za odmowę grozi mu nawet zwolnienie dyscyplinarne

Pandemia koronawirusa wpłynęła na terminy urlopów. Co do zasady to pracownik sam wybiera, kiedy chce wypoczywać, oczywiście w uzgodnieniu z pracodawcą. Ten może jednak nie zgodzić się na proponowany termin, jeśli nieobecność pracownika w tym okresie zakłóciłaby pracę firmy. Może również przerwać zatrudnionemu urlop, o ile nastąpiły szczególne okoliczności nieprzewidziane wcześniej. W takiej sytuacji pracodawca ma jednak obowiązek zwrócić pracownikowi poniesione koszty. Jeśli ten odmówi powrotu z urlopu, w skrajnych przypadkach może zostać zwolniony dyscyplinarnie.

 Zazwyczaj plany urlopów są uzgadniane na początku roku kalendarzowego, czyli harmonogramy urlopów poszczególnych pracowników obowiązują od stycznia. Pracodawca może jednak odmówić pracownikom urlopu, który został już zaplanowany na początku roku, z uwagi na. szczególne potrzeby firmy, wtedy, kiedy nieobecność zatrudnionego w zakładzie pracy spowoduje poważne zakłócenia toku pracy – przypomina w rozmowie z agencją Newseria Biznes Ewelina Kozłowska-Kowalczuk, radca prawny z Kancelarii Kopeć Zaborowski Adwokaci i Radcowie Prawni.

W obliczu pandemii, a co za tym idzie – wstrzymania działalności części firm na kilka tygodni albo miesięcy, niektórzy pracodawcy zdecydowali się wysłać pracowników na urlop. Dotyczyło to przede wszystkim zaległych dni urlopowych niewykorzystanych w 2019 roku. W części firm koronawirus pokrzyżował plany urlopów, na które pracodawca wyraził zgodę jeszcze przed wybuchem pandemii.

 Jeśli pracodawca stwierdzi, że ma w danym momencie możliwość pozyskania lukratywnego kontraktu i potrzebuje więcej rąk do pracy, nawet jeśli udzielił już zgody na wolne i jest to w harmonogramie, może pracownikowi tego odmówić. Pracownik powinien się do tego dostosować, bo jest to polecenie pracodawcy – wskazuje Ewelina Kozłowska-Kowalczuk.

Choć teoretycznie to pracownik sam decyduje o terminie urlopu po jego uzgodnieniu z pracodawcą, to pracodawca może odmówić udzielenia wolnych dni w danym czasie. Powinien jednocześnie ustalić wspólnie z pracownikiem inny termin dogodny dla obu stron.

– Przykładowo, jeżeli główna księgowa zaplanowałaby w styczniu urlop na lipiec i sierpień, a pracodawca przed jej urlopem dowie się, że będzie wówczas kontrola w firmie, to wówczas ma prawo wstrzymać swoją zgodę, ponieważ ta osoba odpowiada za sprawy dotyczące finansów i kadrowo-księgowe w spółce – tłumaczy radca prawny z Kancelarii Kopeć Zaborowski Adwokaci i Radcowie Prawni.

Pracodawca może też odwołać pracownika z urlopu, który już trwa, jednak tylko w wyjątkowych sytuacjach, nieprzewidzianych w chwili rozpoczynania urlopu.

– Należy podkreślić, że musi być to konieczna obecność w pracy tego indywidualnego pracownika. Nie może być takiej sytuacji, że jesteśmy w stanie zastąpić go kimś innym – zaznacza Ewelina Kozłowska-Kowalczuk.

Pracownik nie może odmówić powrotu, bo co do zasady jest to polecenie służbowe. Gdy firma odwoła zatrudnionego z urlopu lub odmawia urlopu w ostatniej chwili, powinna mu zwrócić poniesione w związku z tym wydatki, np. na zakwaterowanie, przejazdy, bilety lotnicze lub zakupione wycieczki w biurze podróży.

– Co ważne, jeżeli pracownik jednak zdecydowałby, że nie powróci z urlopu, to nie wykonuje on wówczas polecenia służbowego i pracodawca ma do dyspozycji pewnego rodzaju narzędzia, na które zezwala mu prawo. W sytuacjach skrajnych, które odbijają się na działalności gospodarczej pracodawcy, zwolnienie dyscyplinarne jest jak najbardziej usprawiedliwione – przypomina prawniczka.

Istotne jest jednak, by informacja o odwołaniu z urlopu dotarła do pracownika – powinien odebrać maila lub telefon. Pracownicy wyższego szczebla, jeśli przed wyjazdem zobowiązali się do odbierania telefonów lub przykładowo realizują ważny projekt, a nie można się z nimi skontaktować, muszą liczyć się z konsekwencjami.

– Jako pracownicy nie jesteśmy zobligowani do tego, żeby posiadać komórki służbowe w trakcie wyjazdów czy korzystać ze służbowej skrzynki pocztowej. Jeśli nie uzgodnimy takich sytuacji z pracodawcą przed wyjazdem, to brak odpowiedzi na maila czy telefon nie powinien powodować jakichkolwiek konsekwencji, tym bardziej w postaci kar porządkowych czy zwolnienia dyscyplinarnego – przekonuje radca prawny Ewelina Kozłowska-Kowalczuk.

W dobie pandemii wzrosło znaczenie szyfrowanej komunikacji. Opracowana przez Polaków aplikacja ochroni smartfona nawet przed systemem Pegasus

W trakcie pandemii na znaczeniu zyskuje zaszyfrowana komunikacja. Czas ten pokazał, że uznawane za bezpieczne komunikatory mogą nie spełniać norm bezpieczeństwa. Dlatego też część rządów zleciła opracowanie narzędzi komunikacyjnych na własne potrzeby. Rozwiązaniem może być polska aplikacja, która przede wszystkim nie pozwala użytkownikowi wykonać połączenia lub go odebrać, jeżeli telefon jest zhakowany. Uniemożliwia też ściągnięcie historii z komunikacji.

– Pandemia spowodowała, że szereg trendów dotyczących cyfryzacji znacznie przyspieszył. Zmiany, na które czekalibyśmy 5 czy nawet 15 lat, zaszły w ciągu dosłownie kilku tygodni. Telekomunikacja na odległość to jest chyba największy i najlepszy przykład. Tym bardziej musi być ona bezpieczna w tych czasach, kiedy nie ma możliwości spotkania się face to face i kiedy dokumenty muszą podróżować cyfrowo – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Jakub Kokoszka, dyrektor zarządzający UseCrypt USA.

COVID-19 zmienił prawie każdy aspekt naszego codziennego życia, w tym także pracy. Usługi chmurowe Microsoftu odnotowały 775-proc. wzrost popytu na swoich platformach po wprowadzeniu surowych środków izolacji społecznej. Sytuacja ta stwarza również możliwości dla cyberprzestępców, stąd na znaczeniu zyskują narzędzia do szyfrowania komunikacji. Co więcej, pandemia pokazała, że część aplikacji – dotychczas uznawanych za bezpieczne – może tej funkcji nie spełniać.

Już w lutym Komisja Europejska poinstruowała pracowników, aby przestawili się na aplikację Signal ze względu na rosnące obawy dotyczące bezpieczeństwa i prywatności danych w WhatsAppie. Także ​​europejski korpus dyplomatyczny rozpoczął prace nad własnym, dostosowanym do potrzeb komunikatorem. Zwykłe komunikatory mogą być źródłem ataku dla zwykłych użytkowników. Przekonał się o tym jeden z najbogatszych ludzi świata – telefon Jeffa Bezosa został zhakowany po rozmowie przez WhatsAppa z księciem Arabii Saudyjskiej.

Dla użytkowników prywatnych rozwiązaniem może być opracowana przez Polaków technologia UseCrypt.

– Technologia UseCrypt została wykorzystana w trzech narzędziach. UseCrypt Safe służy do zaszyfrowania wszelkich plików na komputerze, daje możliwość bezpiecznego przesłania do innych zaufanych użytkowników tych materiałów. W okresie pandemii dodaliśmy drugie narzędzie. Bring jest pierwszym szyfrowanym polskim narzędziem do wideokonferencji. Nasz komunikator, UseCrypt Messenger, dostępny na App Store i na Google Play, pozwala na rozmowy w jakości HD, wymianę SMS-ów i multimediów, z tym że opiera się wszelkim atakom hakerskim – podkreśla Jakub Kokoszka.

Serwery UseCrypt nie zbierają żadnych danych o historii połączeń czy konwersacji. Wiadomości zaś są szyfrowane na urządzeniach nadawcy i odszyfrowywane na urządzeniu odbiorcy. UseCrypt Messenger także nie przechowuje żadnej komunikacji, co więcej uniemożliwia nieautoryzowany dostęp do aplikacji, szyfruje wszystkie połączenia i wiadomości, sam sprawdza, czy telefon nie został zhakowany, i informuje o zagrożeniach.

– UseCrypt nie pozwala użytkownikowi wykonać połączenia lub go odebrać, jeżeli telefon jest zhakowany. W sytuacji, kiedy użytkownik straci ten aparat, komunikator UseCrypt nie daje możliwości wyciągnięcia historii z tej aplikacji. To są główne wektory ataków stosowane do tej pory – albo przełamujące system operacyjny i zaczynające nagrywać rozmowy, albo pozwalające na wyjęcie historii połączeń i wiadomości z telefonu – tłumaczy dyrektor zarządzający UseCrypt USA.

Dlatego też z komunikatora korzystają administracje państwowe, m.in. Monako, a aplikacja szyfrująca została dopuszczona do dystrybucji przez Ministerstwo Obrony Izraela.

– System Pegasus łamie systemy operacyjne takie jak iOS czy Android i umożliwia wgląd do wszystkiego, co jest dostępne po przełamaniu zabezpieczeń systemowych. UseCrypt ma własne niezależne szyfrowanie, które nie ma nic wspólnego z systemem operacyjnym, tak że tego typu atakujący po przełamaniu zabezpieczeń systemowych musiałby jeszcze przełamać zabezpieczenia UseCrypt, a do tej pory coś takiego się nie wydarzyło – przekonuje Jakub Kokoszka.

Nawet najlepsze komunikatory i aplikacje mogą jednak okazać się niewystarczające, kiedy do użytku wejdą komputery kwantowe. Według raportu RAND Corporation komputery kwantowe, które są wykładniczo szybsze niż którykolwiek z naszych obecnych klasycznych komputerów i są zdolne do łamania kodów, stwarzają poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa obecnych systemów komunikacyjnych.

– Wiemy, że istniejące protokoły będą wówczas niewystarczające. Stąd duży nacisk, który my też kładziemy w pracach badawczo-rozwojowych, na szyfrowanie w erze już postkwantowej – zapowiada dyrektor zarządzający UseCrypt USA.

Modyfikacja DNA pomaga w walce z koronawirusem. Przyspiesza opracowanie skutecznych leków i szczepionki

Szczepionka i skuteczny lek na koronawirusa najprawdopodobniej zostaną opracowane przy użyciu modyfikacji genetycznych technologią CRISPR – twierdzą naukowcy. Metoda pomoże też w przeprowadzaniu testów na obecność SARS-CoV-2. Technologia ta z jednej strony pozwala osiągnąć postęp w walce z chorobami, z drugiej jednak budzi szereg zastrzeżeń natury etycznej. Naukowcy obawiają się wykorzystania jej do tworzenia zmodyfikowanych genetycznie ludzi.

– Technologia CRISPR jest świetnym przykładem bezpośredniej walki z koronawirusem. Z jej pomocą poszukiwana jest szczepionka. To jedna z najważniejszych technologii, jakie cywilizacja wytworzyła do tej pory – technologia inżynierii genetycznej. Sama inżynieria genetyczna nie jest nowa, natomiast to, że mamy od paru lat metodę, która pozwala dokonywać modyfikacji DNA kilkaset razy szybciej, kilkaset razy taniej i kilkaset razy dokładniej – to rewolucja – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr hab. Piotr Płoszajski, emerytowany profesor Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Technologia CRISPR jest obecnie w biotechnologii wykorzystywana do celowego modyfikowania genomu. Dzięki niej możliwe jest wycięcie danego segmentu DNA i wstawienie w jego miejsce pochodzącej z zewnątrz sekwencji genetycznej. Jest już m.in. wykorzystywana przez naukowców z Uniwersytetu Stanforda do opracowywania leku przeciwwirusowego skutecznego w walce z COVID-19. Początkowo narzędzie PAC-MAN, oparte na działaniu zabójczego dla wirusów enzymu Cas-13, opracowywane było z myślą o walce z wirusem grypy. Dzięki niemu można jednak zneutralizować wirus SARS-CoV-2 i zatrzymać jego replikację.

Problemem badaczy jest jednak znalezienie sposobu na to, by dostarczyć lek do zaatakowanych komórek płuc pacjenta.

– W zasadzie technologia CRISPR jest jedyną, która pozwala w tej chwili walczyć z wirusem. Nawet niespotykane tempo tworzenia szczepionki pokazuje, jaka ona jest ważna – dodaje prof. Piotr Płoszajski.

CRISPR jest też badana pod kątem przeprowadzania testów na obecność koronawirusa. Firma Sherlock Biosciences nawiązała w sierpniu współpracę badawczą z systemem opieki zdrowotnej Dartmouth-Hitchcock Health (D-HH). Celem ma być rozpoczęcie badań klinicznych nad zestawem Sherlock CRISPR SARS-CoV-2 do wykrywania nowego koronawirusa. Zestaw działa poprzez zaprogramowanie nukleazy CRISPR w celu wykrycia obecności określonej sygnatury genetycznej w wymazie z nosa, nosogardzieli, jamy ustnej i gardła lub płynie oskrzelowo-pęcherzykowym. Wynik otrzymywany jest w ciągu około godziny od przeprowadzenia badania.

To pierwszy i jak dotąd jedyny test diagnostyczny oparty na CRISPR, który otrzymał rekomendację amerykańskiej Agencji ds. Żywności i Leków (FDA). Technologia CRISPR, choć pomaga znacznie przyspieszyć prace nad wieloma lekami, budzi również duże kontrowersje.

– To jest technologia, która równocześnie może być niezwykle groźna w skutkach, jeżeli ktoś jej użyje w nieprawidłowych, niemoralnych celach. Świat to jest pole sił. Ludzie mają różne motywacje, różne pragnienia, firmy i rządy mają pragnienia, podobnie jak społeczeństwa czy politycy. To wszystko się potem przekłada na jakiś wektor, który w żaden sposób nie jest uzależniony od żadnego z tych aktorów – ocenia naukowiec.

Obawy wiążą się z łatwością i niedużym kosztem związanym z wprowadzaniem modyfikacji genetycznych za pomocą tego narzędzia. Największe kontrowersje dotyczą możliwości jego potencjalnego wykorzystania do tworzenia ludzi o zmodyfikowanym genomie. Podczas drugiego światowego szczytu poświęconego edycji ludzkiego genomu, który miał miejsce w 2018 roku w Hongkongu, prof. He Jiankui, biofizyk z Southern University of Science and Technology, ogłosił wyniki badań nad nadawaniem genetycznej odporności na wirus HIV. W wyniku eksperymentu doszło do urodzenia dzieci ze zmienionym DNA. Wykorzystanie ludzkiego embrionu do modyfikacji genetycznych spotkało się z oburzeniem ludzi świata nauki.

Wątpliwości naukowców wiążą się również z innymi rozwijanymi obecnie dziedzinami nauki.

– Sztuczna inteligencja jest świetnym przykładem tego, że nie wiemy, dokąd zmierzamy. Niewątpliwie pomoże nam ona rozwiązać wiele problemów, pod warunkiem że nie będziemy jej nadmiernie ufać. Ciągle mówimy o sztucznej inteligencji, ale tak naprawdę jeszcze jej nie ma i długo jej nie będzie. A problem polega na tym, że jak my używamy pojęcia „sztuczna inteligencja”, to zakładamy, że to jest inteligencja, i oddajemy jej bardzo wiele różnorodnych procesów we władanie. To jest niebezpieczeństwo – ostrzega dr hab. Piotr Płoszajski.

Według analityków PR Newswire globalny rynek technologii CRISPR ma się rozwijać w tempie blisko 21 proc. średniorocznie, by do 2023 roku osiągnąć wartość 1,55 mld dol. Zdaniem twórców raportu wykładniczy wzrost wynika głównie z wybuchu pandemii SARS-CoV-2, który doprowadził do badań nad lekami na COVID-19.

Kto zarobi najwięcej na przetwarzaniu danych na brzegu sieci?

Przetwarzanie na brzegu sieci jest jednym z najważniejszych trendów XXI wieku dla branży telekomunikacyjnej i IT. Będzie odgrywać kluczową rolę we wdrożeniach 5G i rozwoju urządzeń internetu rzeczy. Według raportu „Telcos & Edge Computing: Opportunity, Distraction or Threat”, przygotowanego przez Vertiv i firmę analityczną Omdia, najwięcej mogą zarobić na nim telekomy, producenci aplikacji i dostawcy usług w chmurze. Czy branża telekomunikacyjna jest gotowa na czekające ją wyzwania i okazje?

Korzyści płynące z przetwarzania danych na brzegu sieci, a więc bliżej końcowego użytkownika, związane są ze zmniejszaniem opóźnień transmisji danych, zwiększeniem szybkości ich przetwarzania, analizą w czasie zbliżonym do rzeczywistego oraz niższymi kosztami zakupu pasma o dużej szerokości. Stwarza to nowe możliwości świadczenia usług przez operatorów telekomunikacyjnych, co w efekcie może przełożyć się na zwiększenie ich dochodów. Mimo tego istnieją jednak wątpliwości, czy dla telekomów koncepcja przetwarzania na brzegu sieci nie okaże się problematyczna. Te kwestie zostały przeanalizowane w raporcie „Telcos & Edge Computing: Opportunity, Distraction or Threat” („Operatorzy telekomunikacyjni i przetwarzanie na brzegu sieci: szansa, problem czy zagrożenie?”), zleconym przez Vertiv i opracowanym przez firmę Omdia. W badaniu wzięło udział 147 operatorów telekomunikacyjnych z całego świata.

Nowe wyzwania sieciowe i energetyczne

Gwałtowny wzrost ilości pracy wykonywanej zdalnie doprowadził do znacznej zmiany charakteru ruchu w sieciach telekomunikacyjnych i zapotrzebowaniu na dane. Ponieważ na całym świecie są wdrażane sieci 5G, będą wymagały dużej mocy obliczeniowej. Przetwarzanie brzegowe ułatwi im poradzenie sobie z obciążeniem dodatkową ilością danych. Ale, póki co, większość operatorów telekomunikacyjnych nie ma takich możliwości. Rozumieją jednak, że aby skutecznie konkurować i zarabiać na 5G, muszą uwzględnić dodatkową moc obliczeniową w urządzeniach brzegowych. Przetwarzanie na brzegu sieci 5G pomoże też zapewnić usługi o bardzo niskim czasie opóźnienia, co jest szczególnie istotne dla komunikacji na linii człowiek-maszyna i maszyna-maszyna.

Sporym wyzwaniem będzie też zachowanie efektywności energetycznej. Jak wynika z badań opublikowanych w zeszłym roku przez Vertiv, sieci 5G mogą zwiększyć zużycie energii od 150% do 170% do 2026 roku. Zwiększyłoby to koszt obsługi sieci 5G i przetwarzania na jej brzegu, zarazem obniżając ich rentowność i trwałość. Efektywność energetyczna będzie musiała zostać osiągnięta w trudnym momencie gospodarczym, kiedy światowe wydatki na IT spadną o 5,1% do poziomu 2,25 bln USD w 2020 r., jak podaje firma badawcza IDC.

Monetyzacja rozwiązań brzegowych

Według badań Vertiv i Omdia, największą część przychodów płynących z wykorzystania rozwiązań brzegowych uzyskają firmy telekomunikacyjne (36%), wyprzedzając producentów aplikacji (30%) i dostawców usług w chmurze (25%).

Operatorzy telekomunikacyjni mogą zmaksymalizować przychody z infrastruktury brzegowej, współpracując z dostawcami usług w chmurze w celu stworzenia aplikacji wykorzystujących 5G. – Oczekiwanie, że operator będzie ekspertem w tworzeniu aplikacji, gier, systemów telemedycznych albo autonomicznych pojazdów i rozwiązań w chmurze jest na wyrost – zwraca uwagę Bartłomiej Raab, country manager w Vertiv Poland. – Dostawcy telekomunikacyjni wiedzą, że musi powstać ekosystem, w którym poszczególne elementy będą tworzone i utrzymywane wspólnie.

Partnerstwo tego typu powinno polegać na rozwijaniu zastosowań komunikacji 5G i rozwiązań brzegowych oraz ustaleniu sposobu ich monetyzacji. Jeszcze do czasu pojawienia się 4G operatorzy telekomunikacyjni zazwyczaj nie współpracowali z innymi firmami. Dopiero niedawno zaczęli zdawać sobie sprawę, że nie chcą świadczyć usług jak WhatsApp czy Facebook, ale raczej zapewniać dla nich platformę, jak ma to miejsce w przypadku systemów iOS czy Android. Aby wspierać tę koncepcję, zapewniać odpowiednią łączność i pomagać w świadczeniu wszystkich usług, potrzebują bogatego ekosystemu.

Współpraca telekomów z instytucjami technologicznymi, detalicznymi lub z sektorem publicznym może pomóc w pokryciu kosztów wdrażania technologii 5G, rozwiązań brzegowych i infrastruktury pomocniczej. – Staną się opłacalne dla operatorów tylko wtedy, gdy będą oni w stanie kontrolować wydatki kapitałowe i operacyjne – mówi Bartłomiej Raab.

Ekspansja iTaxi – więcej taksówek na Okęciu, dworcach i przy galeriach handlowych

iTaxi, polska platforma technologiczna, pozyskała kolejne miejsca postojowe na warszawskim lotnisku Okęcie. Obecnie wynajmuje 2/3 wszystkich dostępnych stanowisk. Jest to kolejny krok w realizacji strategii firmy, zakładającej uzyskanie pozycji lidera w sektorze usług taksówkowych. Kolejnym planowanym działaniem jest zwiększenie liczby pick-up pointów przy galeriach handlowych, restauracjach i dworcach autobusowych z 20 do 100 do końca 2020 roku.

Zgodnie z przyjętą strategią iTaxi od ponad 7 lat konsekwentnie buduje pozycję lidera na polskim rynku usług taksówkowych. Tylko w ostatnim kwartale 2019 roku platforma technologiczna udoskonaliła aplikację mobilną do wersji 4.0, w której znalazła się innowacyjna usługa „Bilet iTaxi” oraz nawiązała współpracę z krakowską korporacją taksówkarską Barbakan, zwiększając liczbę aut w stolicy małopolski do 500 pojazdów.

Z kolei w czerwcu br. aplikacja iTaxi jako jedna z pierwszych pojawiła się w AppGallery, a już dwa miesiące później, dzięki współpracy z fintechem Symmetrical, kierowcy iTaxi otrzymali możliwość codziennego samodzielnego wypłacania zaliczek na poczet wynagrodzenia. Co więcej od początku 2020 roku firma nawiązała współpracę z blisko 500 klientami biznesowymi.

Kolejnym krokiem w ramach realizacji założeń strategii jest zwiększenie liczby miejsc postojowych na warszawskim lotnisku Okęcie i obsługiwanych pick-up pointów w całej Polsce. Połączone jest to z funkcjonalnymi rozwiązaniami technologicznymi aplikacji kierowcy i pasażera iTaxi, które ułatwiają zamawianie kursów poprzez aplikację i nawigowanie pasażerów do wybranych punktów odbioru w danej strefie węzła komunikacyjnego.

Naszym celem jest bycie numerem jeden wśród dostawców usług taksówkowych. Dlatego też nieustannie wprowadzamy innowacje i nawiązujemy partnerstwa, dzięki którym kreujemy trendy technologiczne. Na tym jednak nie poprzestajemy – niezależnie od sytuacji wychodzimy naprzeciw naszym klientom, partnerom i interesariuszom. W czasie pandemii zadbaliśmy o bezpieczeństwo przejazdów, nawiązaliśmy współpracę m.in. z Auchan w zakresie dostaw zakupów, czy z Warsaw Genomics przy dostawie testów na obecność koronawirusa. Działania podjęte przez nas w ostatnich miesiącach bardzo zbliżyły nas do wyznaczonego celu. Kolejnym krokiem na naszej drodze jest zwiększenie liczby miejsc postojowych i pick-up pointów w lokalizacjach strategicznych z punktu widzenia konsumentów. Tylko w lipcu rozpoczęliśmy obsługę 14 nowych stref komunikacyjnych takich jak hotele centra handlowe i budynki biurowe mówi Jarosław Grabowski, CEO iTaxi.

Jednym z priorytetów, przyjętych przez iTaxi w strategii biznesowej jest dostarczanie usług najwyższej jakości. W związku z tym firma w czasie trwania pandemii położyła duży nacisk na bezpieczeństwo przejazdów – zainstalowała przesłony, oddzielające kierowcę od pasażera oraz przeszkoliła kierowców w zakresie dezynfekcji. Dzięki temu zapewniła m.in. bezpieczny transport osobom z chorobami onkologicznymi Fundacji Alivia czy sprawny przewóz testów na koronawirusa we współpracy z Warsaw Genomics.

– W najbliższym czasie poinformujemy o kolejnej ważnej społecznie współpracy, która pomoże wielu potrzebującym osobom – dodaje Jarosław Grabowski, CEO iTaxi.

Firmowa strona na Drupalu, czyli CMS dla dużego biznesu

Wybór systemu do zarządzania treścią dla strony internetowej jest kluczową decyzją, która zaważy na jej działaniu i funkcjonalności w przyszłości. W dzisiejszym artykule bierzemy pod lupę jeden z najpopularniejszych CMS-ów dostępnych na rynku, czyli Drupal. Jak sprawdzi się korporacyjna strona internetowa na Drupalu i co takiego ma w sobie ten system, że jego wybór jest odpowiedni? Sprawdźmy to.

Bezpieczeństwo

Od wielu lat mówi się, że Drupal to jeden z najbezpieczniejszych systemów zarządzania treścią na rynku i nie jest to absolutnie przesada, gdyż ciągły proces pracy nad zabezpieczeniami tego systemu zapewnia najwyższy poziom bezpieczeństwa. Drupal zawiera wiele funkcji zabezpieczeń i prywatności, takich jak wymuszanie silnych haseł, ograniczenie częstości logowania oraz uwierzytelnianie danych, które wpływają na zmniejszenie zagrożeń ataków hakerskich.

Zespół bezpieczeństwa w Drupalu regularnie bada luki w zabezpieczeniach i wydaje odpowiednie dokumentacje z zaleceniami, które dotyczą danego problemu. Jeszcze jednym ważnym elementem jest system kontroli dostępu CMS-a, który jest znacznie bardziej szczegółowy niż w przypadku innych systemów zarządzania treścią. Użytkownikom można przypisywać role z różnymi stopniami dostępu i różnymi zakresami uprawnień. W zależności od potrzebnego poziomu dostępu, userzy otrzymują konkretne role, dzięki czemu z witryny może korzystać wiele osób o różnym poziomie zaufania, a to szczególnie ważne w przypadku firmowej strony internetowej.

Elastyczność i skalowalność

Drupal zapewnia możliwość niestandardowych funkcjonalności, które integrują się z witryną za pomocą modułów, dzięki czemu strona internetowa jest w stanie gonić za technologią wraz z wprowadzaniem coraz to nowszych możliwości. Na oficjalnej stronie systemu dostępnych jest kilkadziesiąt tysięcy płatnych i bezpłatnych modułów tworzonych przez milionową społeczność Drupala, dzięki którym można poszerzyć funkcjonalności witryny, zależnie od aktualnych potrzeb.

Warto też wspomnieć, że potężne możliwości Drupala umożliwiają stworzenie każdego rodzaju strony dla biznesu: od informacyjnej po rozbudowany portal z blogiem czy sklep internetowy i rozwijać witrynę wraz z dynamiką rozwoju działalności. Nawet najbardziej zaawansowane witryny, odpowiednio skonfigurowane, posiadające kilkunastu autorów, będą dobrze zarządzać dużą liczbą odwiedzających stronę. Otwarty kod źródłowy, do którego użytkownicy mają dostęp ze względu na fakt, że Drupal działa, jako open source, pozwala dokonywać programistom modyfikacji, dzięki czemu otrzymujemy całkowitą możliwość dostosowania witryny do potrzeb biznesu.

Zarządzanie i edycja zawartości

Strona firmowa jest miejscem, które może charakteryzować się dużą ilością contentu w różnej formie, dlatego zarządzanie dużą zawartością treści na witrynach ogromnych rozmiarów, może okazać się problematyczne. Funkcje zarządzania treścią w Drupal CMS zostały zaprojektowane tak, by obsługiwać różne poziomy złożoności i zaawansowania strony. System zapewnia niestandardowe taksonomie do kategoryzowania i organizowania treści, ale też zapewnia elastyczne znakowanie i atrybuty treści, które można ze sobą łączyć i tworzyć niestandardowe typy widoków oraz contentu. Obsługa strony na Drupalu i tworzenie na niej treści jest możliwe, dzięki edytorowi WYSIWYG, umożliwiającym poprawki bezpośrednio podczas przeglądania strony.

Wielojęzyczność

Duży biznes równa się ogromne zasięgi. Dotarcie do szerokiego grona odbiorców wiąże się z koniecznością wielu wersji językowych strony. Drupal jest systemem, który zapewnia tłumaczenie wszystkich treści na stronie, bez dodatkowych modułów. Strona na Drupalu w podstawowej wersji może być przetłumaczona na ponad 90 języków, dzięki czemu organizacje biznesowe mogą docierać do klientów w ich własnym języku, co zdecydowanie pozytywnie wpływa na nawiązywanie jakichkolwiek relacji.

Drupal CMS dla dużego biznesu – podsumowanie

Czy Drupal jest najlepszym rozwiązaniem dla firmowej strony, która ma wspierać duży biznes? Jeśli zależy Ci na CMS-ie, który dopasuje się do Twoich potrzeb i będzie mógł być rozwijany zależnie od charakteru działalności i tempa jej rozwoju, to jak najbardziej tak. Wybierając Drupala otrzymujesz rozwiązanie, które nie starzeje się szybko i zagwarantuje wysoki poziom bezpieczeństwa nie tylko Tobie, ale także użytkownikom, którzy będą korzystać z witryny. Szukając CMS-a, który będzie elastyczny, skalowalny, bezpieczny i innowacyjny to zdecydowanie Drupal stanowi właściwy wybór.

Artykuł powstał we współpracy z agencją Drupal Solution.

Na wniosek Rzecznika MŚP Minister Klimatu wydał objaśnienia prawne w sprawie obowiązku zbierania odbieranych odpadów komunalnych

Minister Klimatu potwierdza obowiązywanie zasady swobody podejmowania działalności gospodarczej odnośnie prowadzenia działalności w zakresie odbierania odpadów komunalnych niezależnie od działalności w zakresie zbierania tych odpadów.

Na wniosek Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców Minister Klimatu wydał objaśnienia prawne potwierdzające brak obowiązku zbierania odbieranych odpadów komunalnych i posiadania zezwolenia na zbieranie tych odpadów w bazie magazynowo-transportowej przez podmiot wyłącznie odbierający odpady komunalne od właścicieli nieruchomości. Zgodnie z zajętym stanowiskiem, przedsiębiorca wyłącznie odbierający odpady komunalne nie musi posiadać zezwolenia na zbieranie odpadów w bazie magazynowo-transportowej.

Do Biura Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców wpłynął wniosek przedsiębiorcy, który wskazywał na wątpliwości związane ze stosowaniem rozporządzenia Ministra Środowiska z dnia 11 stycznia 2013 r. w sprawie szczegółowych wymagań w zakresie odbierania odpadów komunalnych od właścicieli nieruchomości (Dz. U. z 2013 r. poz. 122; dalej: „Rozporządzenie”). Rozporządzenie zostało wydane na podstawie art. 9d ustawy z dnia 13 września 1996 r. o utrzymaniu czystości i porządku w gminach (Dz. U. z 2019 r. poz. 2010, ze zm.), który określa wymagania, jakie musi spełnić przedsiębiorca chcący uzyskać wpis do rejestru działalności regulowanej w zakresie odbierania odpadów komunalnych od właścicieli nieruchomości. Wśród tych wymagań znajduje się wymóg „zapewnienia odpowiedniego usytuowania i wyposażenia bazy magazynowo-transportowej”, doprecyzowany w Rozporządzeniu. Zgodnie z §  2 Rozporządzenia, w zakresie wyposażenia bazy magazynowo-transportowej należy, między innymi, zapewnić, aby miejsca magazynowania selektywnie zebranych odpadów komunalnych były zabezpieczone przed emisją zanieczyszczeń do gruntu oraz zabezpieczone przed działaniem czynników atmosferycznych.

Wnioskodawca podniósł wątpliwości, czy obowiązek ten dotyczy również podmiotu, który odbierając odpady komunalne, w ogóle ich nie magazynuje, tylko od razu po ich odbierze od właściciela nieruchomości, przekazuje je do miejsca ich przetworzenia. Uznanie bowiem, że przedsiębiorca taki ma obowiązek z góry zapewnić miejsce, w którym mógłby potencjalnie magazynować odpady, bez względu na faktyczny zamiar ich składowania, wiązałoby się z koniecznością spełnienia szeregu wymogów prawnych, w tym przede wszystkim uzyskania zezwolenia na składowanie odpadów, co byłoby znacznym utrudnieniem i barierą przy prowadzeniu działalności gospodarczej.

W związku z powyższym Rzecznik MŚP zwrócił się w przedmiotowej sprawie do Ministra Klimatu, który 23 lipca 2020 r. wydał Objaśnienia prawne na podstawie art. 33 ust. 1 ustawy – Prawo przedsiębiorców, dotyczące „istnienia obowiązku zbierania odbieranych odpadów komunalnych i posiadania zezwolenia na zbieranie tych odpadów w bazie magazynowo-transportowej przez podmiot odbierający odpady komunalne od właścicieli nieruchomości”.

W treści przedmiotowych objaśnień podniesiono, że z przepisów ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach nie wynika ani obowiązek samodzielnego zbierania odbieranych odpadów komunalnych przez podmiot odbierający te odpady, ani w ogóle obowiązek prowadzenia zbierania odebranych odpadów komunalnych przed ich przekazaniem do przetwarzania, a w stosunku do niektórych odpadów obowiązuje wręcz zakaz ich zbierania poza miejscem wytwarzania i stacją przeładunkową. Wskazano również, że w przypadku, gdy podmiot nie zamierza faktycznie zbierać odpadów, udzielenie mu zezwolenia na zbieranie odpadów jest bezprzedmiotowe, co potwierdził Wojewódzki Sąd Administracyjny w Poznaniu w wyroku z 10 marca 2016 r. (sygn. akt II SA/Po 22/16).

Minister Klimatu jednoznacznie stwierdził, że prowadzenie działalności w zakresie odbierania odpadów komunalnych od właścicieli nieruchomości nie wiąże się z obowiązkiem zbierania tych odpadów, w tym obligatoryjnego zbierania tych odpadów na terenie bazy magazynowo-transportowej, a tym samym nie wiąże się z koniecznością posiadania zezwolenia na zbieranie odpadów. Posiadanie takiej decyzji nie jest zatem warunkiem uzyskania wpisu do rejestru działalności regulowanej ani nie decyduje o możliwości prowadzenia działalności w zakresie odbierania odpadów komunalnych.

W konkluzji objaśnień powołano się również na zasadę swobody podejmowania działalności gospodarczej, która została wyrażona wprost w art. 2 Prawa przedsiębiorców. Jak czytamy w objaśnieniach, zgodnie z tym przepisem podejmowanie, wykonywanie i zakończenie działalności gospodarczej jest wolne dla każdego na równych prawach. W myśl tej zasady to do przedsiębiorcy powinna należeć decyzja co do zakresu podejmowanej działalności gospodarczej, co odnosić również należy do wyboru zakresu działalności dotyczącej gospodarki odpadami. Zatem to do przedsiębiorcy należy decyzja, czy chce prowadzić działalność tylko w zakresie odbierania odpadów komunalnych od właścicieli nieruchomości, czy również działalność w zakresie zbierania tych odpadów.

GDDKiA: rozpoczynamy przetarg na S6 Obwodnicę Metropolii Trójmiejskiej

Zgodnie z wcześniejszymi deklaracjami do publikacji w Dzienniku Urzędowym Unii Europejskiej wysłaliśmy ogłoszenie o przetargu na projekt i budowę drogi ekspresowej S6 – Obwodnicy Metropolii Trójmiejskiej. Ogłoszenie to ukaże się niebawem na platformie zakupowej GDDKiA. W treści opublikowanego ogłoszenia znajdą się szczegółowe informacje na temat warunków udziału w przetargu i zakresu zamówienia. Decyzja rządu o przekazaniu dodatkowych środków na realizację m.in. tego odcinka drogi ekspresowej S6 i realizacji w oparciu o środki budżetu państwa (a nie jak wcześniej planowano w formule partnerstwa publiczno-prywatnego) pozwoli usprawnić i przyspieszy proces budowy tej potrzebnej dla regionu i całej Polski drogi.program budowy dróg krajowych i obwodnic program budowy dróg krajowych i obwodnic trójmiasto

Obwodnica Metropolii Trójmiejskiej będzie dwujezdniową drogą ekspresową po dwa pasy w każdym kierunku z rezerwą pod trzeci pas. Trasa ma mieć wraz z obwodnicą Żukowa około 39 km. Została ona podzielona na dwa odcinki realizacyjne:
• Chwaszczyno (bez węzła) – Żukowo (bez węzła), długość ok. 16,3 km;
• Żukowo (z węzłem) – Gdańsk Południe (rozbudowa węzła), długość ok. 16 km, oraz obwodnica Żukowa o długości ok. 7 km.

Obwodnica Metropolii Trójmiejskiej umożliwi sprawny, bezpieczny i komfortowy przejazd od strony autostrady A1 oraz drogi ekspresowej S7 w kierunku zachodnim i północnym województwa pomorskiego, wyprowadzając ruch tranzytowy na dalsze odcinki trasy S6 w kierunku Lęborka, Słupska i Koszalina. Zapewni dostępność komunikacyjną terenów leżących wzdłuż obecnych dróg krajowych nr 7 i 20, odblokuje centrum Żukowa i Chwaszczyna oraz częściowo odciąży istniejącą drogę ekspresową S6 Obwodnicę Trójmiasta.

OMT rozpocznie się na węźle Chwaszczyno (jest budowany w ramach innego odcinka S6 Bożepole Wielkie – Gdynia), prowadząc na wschód od drogi krajowej nr 20 (w pobliżu Żukowa) i dalej na południe od drogi krajowej nr 7 w kierunku węzła Gdańsk Południe (na S7 Południowej Obwodnicy Gdańska i S6 Obwodnicy Trójmiasta). Integralną częścią tej inwestycji będzie obwodnica Żukowa (o parametrach drogi GP – główna przyspieszona) o długości ok. 7 km.

Kolejnymi odcinkami dróg ekspresowych, stanowiących kontynuację S6, na które mają być ogłoszone przetargi to: Bożepole Wielkie – Lębork, Lębork – Słupsk oraz rozbudowa obwodnicy Słupska do pełnych dwóch jezdni, co planowane jest w II połowie br. Natomiast w III kw. 2021 r. ruszają kolejne przetargi na odcinki od obwodnicy Słupska do Koszalina.

Zwiększamy zakres przetargów na 2020 rok

Przetargi na odcinki drogi ekspresowej S6 powiększą pulę postępowań zaplanowanych na ten rok. Przypomnijmy, że na początku 2020 roku informowaliśmy o planach ogłoszenia przetargów na ok. 353 km dróg. Dotychczas, uwzględniając dzisiejsze dwa odcinki, ogłosiliśmy już przetargi na blisko 202 km dróg z Programu Budowy Dróg Krajowych na lata 2014-2023 oraz na ponad 27 km stanowiących cztery obwodnice z Programu budowy 100 obwodnic.

„Za sprawą zwiększenia przez rząd limitu finansowego Programu Budowy Dróg Krajowych o ponad 21 mld zł planujemy ogłosić jeszcze przetargi na blisko 258 km w ramach Programu Budowy Dróg Krajowych oraz na dziesięć obwodnic o łącznej długości ponad 84 km w ramach Programu budowy 100 obwodnic – podkreśla Tomasz Żuchowski, generalny dyrektor Dróg Krajowych i Autostrad. – W sumie ten rok planujemy zamknąć przetargami na łączną długość ponad 575 km, czyli o 222 km więcej niż planowaliśmy na początku roku”.

Czytaj więcej: centrumprasowe.pap.pl

Wynagrodzenia w Polsce nadal rosną

Pomimo problemów na rynku pracy pensje wciąż rosną. Kryzys wpłynął na liczbę miejsc pracy negatywnie, ale średnia pensja wzrosła.

Zarobki w Polsce

Pomimo kryzysu pensje w Polsce wciąż rosną. Nie jest to tak szybki wzrost jak w zeszłym roku, gdzie było to 6-7%. Mimo wszystko 3,8% jest przyzwoitym rezultatem. Oznacza to, że średnie wynagrodzenie w przedsiębiorstwach zatrudniających 10 i więcej pracowników to 5381 zł i 65 groszy. Zatrudnienie jednak zgodnie z oczekiwaniami spada. 2,3% w skali roku to mniej niż oczekiwali analitycy spodziewający się spadku o 3,1%. Nie wiadomo, czy to właśnie spadek zatrudnienia wśród najgorzej zarabiających nie był dodatkowym powodem wzrostu średnich wynagrodzeń.

Dane z Wysp

Dzisiaj poznaliśmy dane na temat wzrostu cen w Wielkiej Brytanii. Analitycy spodziewali się symbolicznej 0,1% deflacji w ujęciu miesięcznym. Z kolei dane pokazały wzrost o 0,4% w ujęciu miesięcznym, a 1% w skali roku. Nie jest to poziom wzrostu cen z normalnie rozwijających się gospodarek, aczkolwiek zbyt niska inflacja jest często sygnałem problemów gospodarczych. Funt przyjął te dane w miarę neutralnie utrzymując poziomy osiągnięte po wczorajszych wzrostach funta względem euro.

Dobre dane z branży budowlanej w USA

Wczoraj wieczorem poznaliśmy dobre dane z amerykańskiego rynku budowlanego. Zarówno liczba pozwoleń na budowę domów jak i rozpoczętych budów była o około 15% wyższa od oczekiwań analityków. Dane te pozwoliły powstrzymać wczorajsze osłabienie się dolara amerykańskiego względem euro. Do tego czasu jednak doszło do przełamania ważnego poziomu 1,19 na tej parze walutowej. Konsekwencją jest najtańszy dolar amerykański od niemal dwóch lat.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Gdyński start-up technologiczny, który w rok stał się liderem branży, szykuje się do emisji akcji

OMNIOXY S.A. powstało zaledwie roku temu, a dziś zatrudnia niemal 20 osób, ma na koncie 80 sprzedanych komór, zysk inwestuje w rozwój innowacji i ma plany na podbój kolejnych rynków.

Trzon start-upu stanowi dwójka braci, którzy wcześniej przez 11 lat prowadzili z sukcesem firmę inżynieryjną. OMNIOXY zakładali więc już jako doświadczeni managerowie. Spółka od początku sama się finansowała i stawiała sobie ambitne cele. Prężny rozwój przyniósł spory zysk i przychody w ciągu pierwszego roku działalności na poziomie 3,4 mln złotych.

Ambitne plany

Wyniki finansowe spółki świadczą o jej stabilności i odporności nawet na zjawiska tak nieprzewidywalne jak pandemia (są z resztą badania potwierdzające pozytywne efekty w użyciu komór do leczenia pacjentów z COVID-19 – komory hiperbaryczne lepiej niż respirator dostarczają do organizmu tlen nie mogącym złapać tchu pacjentom z koronawirusem).

Przychody spółki stale rosną, jednocześnie zarząd OMNIOXY przygotowuje się właśnie do emisji akcji. Zebrane fundusze przeznaczone zostaną na dalszy rozwój firmy, w tym ekspansję zagraniczną. OMNIOXY planuje także uruchomienie w Polsce produkcji nowych serii komór hiperbarycznych co wiąże się z inwestycjami w badania i rozwój, certyfikację, wyposażenie hali produkcyjnej i powiększenie zespołu.

W rok osiągnęliśmy gigantyczny progres, staliśmy się liderami w branży łagodnych komór hiperbarycznych w Polsce. Emisja akcji to dla nas kolejny naturalny krok w rozwoju. Chcemy być numerem jeden nie tylko w Polsce, ale i w całym regionie dlatego w 2021 roku planujemy wejść z naszymi produktami na nowe rynki, rozważamy tu kraje sąsiedzkie i nadbałtyckie – dodaje Cegielski.

Pomysł na biznes

Tlenoterapia hiperbaryczna to metoda regeneracyjna polegająca na oddychaniu tlenem o zwiększonym stężeniu w warunkach ciśnienia wyższego niż atmosferyczne. Lepsze dotlenienie organizmu oraz dystrybucja tlenu do wszystkich (nawet tych uszkodzonych) tkanek, przyśpiesza regenerację i pobudza odnowę całego ciała.

Choć sam koncept komór hiperbarycznych znany jest od wieków, w Europie rynek dopiero poznaje korzyści płynące z tego rodzaju tlenoterapii. W USA jest to uznana i popularna metoda o czym świadczy 12 000 komór na terenie kraju. Ta wiedza i świadomość płyną już do Polski, a nisza wciąż jest do zagospodarowania.

Za powstaniem firmy, kryje się także osobista historia założycieli. Gdyby parę lat temu ktoś powiedział nam o tej terapii, może nasza mama wciąż by z nami była. Straciliśmy ją po trzecim udarze. Niestety wtedy niewiele jeszcze słyszano o wykorzystywaniu terapii hiperbarycznej w rehabilitacji pacjentów poudarowych. – wyznaje prezes spółki Adam Cegielski. Dlatego teraz osobiście przeżywam każdą historię związaną z szybszym powrotem do zdrowia dzięki zabiegom w naszych komorach – dodaje.

Czy ceny OC w lipcu 2020 r. spadały? – barometr Ubea.pl

Już od marca bieżącego roku eksperci porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl donoszą o systematycznych spadkach cen obowiązkowych polis dla kierowców. A jak kształtowały się składki w lipcu? Czy OC ponownie staniało?

Poziom barometru cenowego z lipca 2020 r. = 96↘ (wynik dla poprzedniego miesiąca: 99↘)

Jak powstaje barometr OC Ubea.pl?

W barometrze OC przygotowywanym przez ekspertów Ubea.pl za punkt odniesienia służy średnia składka ze stycznia. Przyjmuje ona wartość równą 100.

Jeżeli w jakimś miesiącu przeciętna składka OC oferowana online przez ubezpieczycieli na Ubea.pl osiągnie poziom równy np. 96% styczniowego wyniku, to na wykresie będzie widoczna liczba 96. Z właśnie taką sytuacją mieliśmy do czynienia w lipcu 2020 r.

Czy ceny OC w lipcu 2020 r. spadały? - barometr Ubea.pl 1

Jak szybko spadały ceny OC w lipcu?

Lipiec kontynuował trend spadkowy widoczny na rynku OC już od marca.

W porównaniu do poprzedniego miesiąca wzrosło także tempo spadku cen do niemal 3% – zauważa Andrzej Prajsnar, ekspert Ubea.pl.

Zaobserwowana zmiana może mieć związek z faktem, że niektórzy ubezpieczyciele proponują obecnie bardziej preferencyjne warunki zakupu OC w ratach. Dodatkowo pogorszenie się sytuacji finansowej niektórych polskich kierowców skłoniło ich zapewne do bardziej starannego porównywania ofert. To z kolei motywuje towarzystwa ubezpieczeniowe do wprowadzania różnych promocji dla osób szukających polisy w Internecie.

Branża cyfrowa: Polska prezydencja w V4 może pomóc w cyfryzacji Europy Środkowo-Wschodniej  

Zdaniem Związku Cyfrowa Polska, organizacji zrzeszającej największe w Polsce firmy z branży cyfrowej i nowoczesnych technologii polskie przewodnictwo w Grupie Wyszehradzkiej jest szansą na wzmocnienie głosu naszego regionu w takich kwestiach jak m.in. cyberbezpieczeństwo, sieć 5G, sztuczna inteligencja, robotyka czy przemysł 4.0. – Silny i wspólny głos w tych tematach pomoże w szybszej cyfryzacji Europy Środkowo-Wschodniej – ocenia prezes Związku Michał Kanownik. 

W ocenie branży cyfrowej polskie przewodnictwo w Grupie Wyszehradzkiej, które rozpoczęło się 1 lipca i potrwa przez rok jest szansą na wzmocnienie i rozbudowę współpracy w budowaniu innowacyjności oraz rozpowszechniania nowoczesnych technologii. A moment naszego przewodnictwa jest tym bardziej szczególny, że Unię Europejską opuściła Wielka Brytania. – Obecność Polski na czele V4 to niewątpliwie okazja, by przejąć po Brytyjczykach rolę lidera w dziedzinie starań na rzecz cyfryzacji w całej Unii – uważa prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik.

5G i cyberbezpieczeństwo

Jego zdaniem polska prezydencja może stać się sukcesem naszego rządu, jeżeli wśród jej priorytetów znajdzie się rozwój współpracy cyfrowej, technologicznej, a tym samym stawianie na innowacyjność gospodarek.
Fundamentalne znaczenie będzie mieć również rozwój bezpiecznej sieci 5G oraz cyberbezpieczeństwa – uważa Michał Kanownik. I podkreśla: – 5G, która ma fundamentalne znaczenie dla przyszłości nie tylko Polski, regionu, ale też całej UE. Dlatego jako Grupa V4 powinniśmy wykorzystać potężne możliwości 5G w pełni, aby przyspieszyć naszą drogę ku cyfrowym sterom unijnym i umacniać swoją pozycję. Trzeba też pamiętać, że technologia ta stanowić będzie też o być albo nie być Unii na arenie globalnej. 

Nowe technologie w dobie koronawirusa

Wśród priorytetów dla naszej prezydencji, zdaniem Związku, powinno być także: budowanie kompetencji cyfrowych, upowszechnienie dostępu do internetu i nowoczesnych usług, odpowiedzialne zarządzanie danymi, inwestycje w technologie, w tym sztuczną inteligencję i rozwój innowacyjnych przedsiębiorstw, robotyzacja, automatyzacja oraz rozwój przemysłu 4.0. – Dużą wagę powinniśmy przywiązać do budowy i zwiększania świadomości społecznej na temat możliwości cyfrowych. Ostatnie wydarzenia związane z pandemią koronawirusa pokazały, jak ważne są nowoczesne technologie. Dlatego tym ważniejsza staje się dziś walka z wykluczeniem cyfrowym – mówi Michał Kanownik.

Związek podkreśla też, że zarówno Polska, jak i cała Grupa Wyszehradzka powinna zrobić wszystko, aby wspierać nasze rodzime i regionalne marki cyfrowe na arenie globalnej oraz inwestować we wschodzące firmy i start-upy. – To przecież właśnie cyfrowe usługi i produkty pozwoliły nam zachować przynajmniej cząstkę normalności i utrzymać płynność działania biznesu, edukacji, kultury i życia społecznego w obliczu pandemii – zauważa prezes Cyfrowej Polski. I dodaje, że w naszym regionie jest cała rzesza ambitnych, świetnie wykształconych inżynierów i specjalistów, których należy zatrzymać m.in. poprzez lokowanie w Europie Środkowo-Wschodniej centrów badawczo-rozwojowych.

Michał Kanownik przypomina, że praca na rzecz osiągnięcia tych wszystkich celów odbywa się między innymi w obrębie Digital V4 – inicjatywy organizacji branży cyfrowej i nowoczesnych technologii z krajów Grupy Wyszehradzkiej powołanej w Polsce w 2019 r., której wspólnym celem jest tworzenie polityki wspierającej innowacyjność i cyfryzację w Europie Środkowo-Wschodniej. – Nasza grupa Digital V4 z całą pewnością może być ciałem doradczym dla naszej prezydencji w Grupie Wyszehradzkiej – deklaruje prezes Związku.

Ostatnia szansa na zgłoszenia projektów B+R w Szybkiej Ścieżce dla dużych przedsiębiorstw. 22 sierpnia rusza runda dla MŚP

0

Do najbliższego piątku duże przedsiębiorstwa mają możliwość zgłaszania innowacyjnych projektów w ostatnim już w tej perspektywie unijnej, horyzontalnym konkursie Szybka Ścieżka, realizowanym przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, w ramach dysponowanych środków z Funduszy Europejskich – Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój. 22 sierpnia rusza druga runda konkursu skierowana do MŚP i ich konsorcjów, również z jednostkami naukowymi. 

Szybka Ścieżka jest największym programem wsparcia innowacyjności polskich przedsiębiorstw. Zachęcam więc do zgłaszania projektów w ostatnim już w bieżącej perspektywie unijnej konkursie Szybkiej Ścieżki bez ograniczeń tematycznych. Powstałe w ramach projektu technologie mogą znacząco przyczynić się do wzrostu konkurencyjności rodzimych firm – powiedział Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Nabór wniosków w konkursie został podzielony na dwie rundy. W pierwszej, która potrwa do najbliższego piątku, 21 sierpnia o dofinansowanie w łącznej kwocie 100 milionów złotych mogą ubiegać się duże przedsiębiorstwa oraz ich konsorcja (również z MŚP i jednostkami naukowymi). Z kolei druga runda (22 sierpnia – 14 września) skierowana jest do mikro, małych i średnich przedsiębiorstw oraz ich konsorcjów, również z udziałem jednostek naukowych. Te, będą mogły łącznie uzyskać dofinansowanie w wysokości 200 milionów złotych. Po każdej z rund nastąpi ocena wniosków, która potrwa do 120 dni.

Dofinansowanie w konkursie Szybka Ścieżka przyznawane jest na badania przemysłowe i/lub eksperymentalne prace rozwojowe (obowiązkowy element), ewentualnie uzupełnione o prace przedwdrożeniowe, których efektem jest opracowanie innowacyjnego rozwiązania możliwego do wdrożenia w działalności gospodarczej. Konkurs cechuje brak ograniczeń tematycznych – projekty muszą się jedynie wpisywać w Krajowe Inteligentne Specjalizacje. Konkurs przeznaczony jest dla regionów słabiej rozwiniętych, co oznacza, że miejsce prowadzenia prac badawczo-rozwojowych musi znajdować się poza województwem mazowieckim.

Skorzystaj z udogodnień

Wszystkie osoby, zainteresowane pozyskaniem dofinansowania z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, mogą skorzystać z bezpłatnych, udostępnionych na stronie instytucji aplikacji „Asystent Innowacji”, który pozwala na wstępną weryfikację pomysłu z wymaganiami NCBR oraz „Asystent Budżetowy”, wspierający w zaplanowaniu i rozliczaniu kosztów w projekcie.

Niezmiennie swoje pytania można kierować do Punktu Informacyjnego NCBR – telefonicznie, poprzez wiadomości e-mail lub umówić się na spotkanie online. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju organizuje również szkolenia online dla wnioskodawców – nagrania można znaleźć na kanale Centrum na YouTube – NCBRnews. Eksperci NCBR wyjaśniają w nich m.in. jak wygląda proces oceny projektów, jak wybierani są eksperci oceniający wnioski, gdzie szukać informacji o konkursach, odpowiadają również na najczęściej zadawane pytania.

Konkurs „Szybka Ścieżka” finansowany jest z Funduszy Europejskich w ramach Działania 1.1 Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój „Projekty B+R przedsiębiorstw”, Poddziałania 1.1.1 „Badania przemysłowe i prace rozwojowe realizowane przez przedsiębiorstwa”.

Więcej informacji oraz dokumentacja konkursowa znajdują się na stronie NCBR.

W tym roku rodzice wydadzą więcej na wyprawkę szkolną

Tegoroczny powrót do szkoły stawia przed rodzicami uczniów wiele dodatkowych wyzwań. Pomimo licznych niewiadomych, przygotowania do nowego roku szkolnego ruszyły pełną parą. Jak wynika z badania SW Research dla Empiku*, rodzice nie zamierzają oszczędzać na wyprawce szkolnej – aż 59% badanych deklaruje, że wyda na ten cel więcej niż przed rokiem, wybierając zarówno sklepy stacjonarne, jak i zakupy w Internecie.

Większe budżety

Tegoroczny trend jest czytelny – większość rodziców deklaruje, że wyda na zakupy szkolne więcej niż w 2019 roku. Jednocześnie tylko 13% respondentów wskazuje, że przeznaczy na ten cel mniejszy budżet. Najwięcej Polaków (34%) przeznaczy na szkolną wyprawkę dla jednego dzieckaod 301 do 500 zł. Niemal ¼ wyda na ten cel od 501 do 700 zł. Jedynie 2% badanych zamknie zakupy szkolne w kwocie do 100 zł, a 3% rodziców jest gotowe na wydatek rzędu ponad 1500 zł.

Zakupy zgodne z potrzebami

Wyraźnie widać dwa podejścia dorosłych do zakupów wyprawki. W badaniu SW Research dla Empiku 55% osób deklaruje, że kupi tylko te produkty, które wymagają wymiany. Niewiele mniejsza grupa respondentów (47%) zamierza kupić swoim dzieciom całą nową wyprawkę do szkoły.

Dzieci współdecydują

Tylko 4% rodziców samodzielnie decyduje o wyborze artykułów szkolnych. Dla większości liczy się zdanie dzieci i ich preferencje. Wyprawka jest kompletowana wspólnie, choć widać różnice w podstawowych kryteriach wyboru między pokoleniami.

Z obserwacji dorosłych wynika, że uczniowie zwracają uwagę przede wszystkim na ogólny wygląd produktów do szkoły, koncentrując się na estetyce i kolorach (71% wskazań). Niezwykle istotna jest dla nich również zgodność z modą i aktualnymi trendami (63%), a na trzecim miejscu wymieniają obecność popularnych osób lub bohaterów z bajek na motywach i wzorach artykułów szkolnych (55%).

Dla rodziców ważna jest przede wszystkim funkcjonalność (56%) i trwałość wykonania (49%)– oraz cena (46%). Widocznym silnym trendem wśród badanych jest ekologia – aż ¾ osób stwierdziło, że ma dla nich znaczenie, czy produkt jest wykonany z materiałów wtórnych oraz to czy producent realizuje politykę proekologiczną.

-Zauważamy że choć kwestie estetyczne i modowe nadal stanowią priorytet przy wyborze wyprawki szkolnej, trend proekologiczny z każdym sezonem nabiera jeszcze większego znaczenia. Staramy się wychodzić naprzeciw tym oczekiwaniom, stale rozwijając ofertę certyfikowanych ekologicznych artykułów papierniczych od producentów dbających o zrównoważony rozwój. Sporym zainteresowaniem klientów cieszy się chociażby plecak wykonany z recyklingowanych plastikowych butelek. Innymi popularnymi w tym sezonie trendami są zeszyty satynowe w dotyku, tak zwane soft touch, zeszyty tematyczne – przedmiotowe oraz takie z anegdotami na okładkach. – Dorota Rębkowska, Manager Działu Art.Pap. w Empiku

Zakupy offline i online

Przy kompletowaniu wyprawki rodzice będą najczęściej łączyć zakupy w sklepach stacjonarnych, jak i internetowych (54% badanych). Co trzecia osoba skorzysta wyłącznie z oferty sklepów stacjonarnych, podczas gdy mniej więcej co dziesiąty rodzic (12%) ograniczy się do produktów zamawianych wyłącznie przez Internet.

-Z danych zebranych w poprzednich latach w ramach programu Mój Empik widzimy, jak dynamicznie zmieniają się przyzwyczajenia rodziców przy poszukiwaniach wyprawek szkolnych. W samym 2019 roku na zakup artykułów szkolnych i podręczników przez Internet zdecydowało się o ponad 37% więcej klientów niż przed rokiem. W okresie wakacji rodzice coraz chętniej zamawiają przez internet również meble do urządzenia kącika do nauki. Na Empik.com dużą popularnością cieszą się m.in. takie, które rosną z dzieckiem a także ergonomiczne krzesła biurowe. Spodziewamy się, że trend zamówień online będzie coraz silniejszy, podczas gdy forma odbioru, na przykład w sklepie stacjonarnym lub dostawa kurierem, będzie zależeć już od prywatnych preferencji klienta. – Kasper Yearwood, Dyrektor ds. Zaawansowanej Analityki i CRM w Empiku

Rodzice przygotowują się na to, że w nowym roku szkolnym nauka może przebiegać nie tylko w tradycyjnej formie. W sklepie internetowym Empik.com widać wyraźny wzrost zainteresowania produktami, które mogą być przydatne przy zdalnym nauczaniu. Poziom sprzedaży laptopów, tabletów i kamerek internetowych od początku sierpnia jest o 67% wyższy niż w analogicznym okresie w roku ubiegłym. W przypadku drukarek jest widoczny 2-krotny wzrost sprzedaży. Eksperci Empik.com przewidują, że ten trend będzie się utrzymywać.

Ile kliknięć potrzeba, aby założyć konto w banku?

Od 28 do 40 kliknięć potrzeba, aby założyć konto osobiste w banku. Po drodze trzeba przejść nawet przez 15 podstron. Nie są to główne czynniki decydujące o otwarciu rachunku, ale ułatwiają lub utrudniają jego uruchomienie.

Zgodnie z raportem Związku Banków Polskich (NetB@nk) w IV kwartale 2019 r. liczba rachunków klientów indywidualnych z dostępem do bankowości internetowej wyniosła ponad 37,41 mln i wzrosła o 0,38% w stosunku do poprzedniego kwartału. W tym samym okresie zwiększyła się o 1,18% także liczba klientów logujących się przynajmniej raz w miesiącu na swój rachunek. Mając na uwadze ten trend eksperci rankomat.pl przeanalizowali, jaka jest najkrótsza droga do założenia konta osobistego, mierzona liczbą kliknięć i podstron.

Kto zakłada konto?

Dla potrzeb analizy założono, że osoba zakładająca konto osobiste przez internet ukończyła 18 lat, jest rezydentem, posiada obywatelstwo polskie i pełną zdolność do czynności prawnych. Mieszka w budynku wielorodzinnym w średnim mieście. Modelowy klient ubiega się o rachunek prowadzony w złotych wraz z podstawową kartą płatniczą i wybiera dowód osobisty, jako źródło danych o sobie (na ich podstawie zawarta zostanie odpowiednia umowa). Wraz z kontem nie będzie korzystać z żadnych produktów dodatkowych, jak rachunek oszczędnościowy czy debet. Przyjęta metoda weryfikacji tożsamości klienta to odwiedziny kuriera, a w szczególnych przypadkach wizyta w oddziale banku.

Otwórz Konto dla Młodych na selfie w PKO BP! Sprawdź https://www.pkobp.pl/klient-indywidualny/konta/konto-dla-mlodych

Ile kliknięć?

InfografikiMinimalna liczba kliknięć do założenia konta1
Źródło: opracowanie własne. Nie wszystkie banki wyraziły zgodę na udział w badaniu

Na pierwszym miejscu rankingu znalazły się ex aequo konta oferowane przez Bank Millennium, Nest Bank oraz Credit Agricole – do założenia rachunku potrzebnych jest tam 28 kliknięć. O czołówkę zestawienia otarł się Bank Pekao (weryfikacja tożsamości w oddziale) i Getin Bank wymagające o jedno kliknięcie więcej. Stawkę zamyka mBank na równi z BNP Paribas – minimum 40 kliknięć. W rankingu nie uwzględniono Citibanku, ponieważ nie było możliwości dokończenia procesu z poziomu komputera.

Ile podstron?

Analiza minimalnej ilości podstron niezbędnych do „przejścia” przez proces założenia konta osobistego, prowadzi do pewnych przetasowań w rankingu.

InfografikiMinimalna liczba podstron do założenia konta2
Źródło: opracowanie własne. Nie wszystkie banki wyraziły zgodę na udział w badaniu

Jedynym bankiem, który utrzymał pierwszą pozycję w dwóch kategoriach jest Credit Agricole z Kontem dla Ciebie – wymaga „przejścia” przez 5 podstron. Na drugim miejscu ex aequo uplasował się Getin Bank z Kontem Proste Zasady, a tuż za nim Nest Bank z Nest Kontem. W końcówce stawki mBank i BNP Paribas zamieniły się pozycjami.

Kto prowadzi najwięcej ROR-ów?

Zgodnie z raportem PRNews.pl w pierwszym kwartale 2020 roku najwięcej ROR-ów (konta osobiste prowadzone w złotych, bez rachunków oszczędnościowych) prowadził PKO Bank Polski wraz z Ineligo – ponad 8 mln. Tuż za nim, co nie powinno być niespodzianką, uplasował się drugi państwowy gigant Bank Pekao, który mógł się pochwalić 4,2 mln rachunków. Kolejne miejsca należą do mBanku (3,9 mln), Santander Bank Polska (3,8 mln) i Banku Millennium (3,3 mln).

Warto przy tym pamiętać, że bierzemy pod uwagę konta aktywne, co nie oznacza, że są regularnie używane przez swoich właścicieli. Mogą być to rachunki dodatkowe założone m.in. z uwagi na ciekawą ofertę lokat czy atrakcyjne programy emerytalne.

InfografikiLiczba ROR-ów dla klientów indywidualnych na koniec I kwartału 2020 r3

Z przedstawionych danych wynika, że lider prowadzi dwukrotnie więcej kont osobistych dla klientów indywidualnych niż plasujący się na drugiej pozycji Bank Pekao. Z kolei zamykający stawkę BOŚ Bank prowadzi aż 34 razy mniej ROR-ów niż PKO Bank Polski i Inteligo. Jak widać państwowy kolos, nie musi przez najbliższe lata obawiać się o swoją pozycję w tym segmencie rynku. Ciekawostką jest, że zarówno lider, jak i podmiot zamykający stawkę to banki kontrolowane przez polski kapitał.

Ważniejsze czynniki przy zakładaniu konta

Badany przez Rankomat aspekt należy traktować bardziej jako ciekawostkę i bazę porównawczą do analizy dalszych posunięć banków, mających na celu ułatwienie dostępu do usług i produktów finansowych. Wyróżniamy szereg innych czynników decydujących o wyborze konta.

Najczęściej wpływ na wybór konta osobistego mają opłaty za prowadzenie rachunku i wydaną do niego kartę oraz koszt wypłaty gotówki z bankomatów. Niektóre banki rezygnują z części tych opłat, aby przekonać do siebie klientów lub oferują finansowe bonusy za korzystanie z konta. Dlatego każdego miesiąca zestawiamy najlepsze oferty w naszej porównywarce kont osobistych i pomagamy wybrać te najkorzystniejsze – mówi Małgorzata Malservigi, ekspert ds. produktów finansowych rankomat.pl.

Różnica pomiędzy liderem, a bankiem zamykającym stawkę to 12 kliknięć. Trudno jest sobie wyobrazić, że element ten miałby wpłynąć na ostateczną decyzję potencjalnego klienta. Większą różnicę zaobserwowano w trakcie analizy liczby podstron. Zakładając konto w mBanku, musimy „przejść” ich o 10 więcej niż w przypadku Credit Agricole. Różnica ta może wynikać z faktu, że niektóre banki chcą bardziej szczegółowo opisywać proces, czyniąc go zarazem bardziej zrozumiałym dla odbiorcy. Warto w tym miejscu wrócić do liczby ROR-ów prowadzonych przez banki na koniec IQ 2020 r. – mBank posiadał ich 3,9 mln, a Credit Agricole – 1,1 mln. Potwierdza to założenie, że klienci widzą ważniejsze czynniki wpływające na ostateczny wybór konta osobistego.

Praca zdalna. Standardowe podejście do bezpieczeństwa to za mało

0

Od kilku miesięcy słyszymy o wzmożonej działalności hakerów wykorzystujących to, że wiele osób przeniosło swoją aktywność zawodową do własnych domów. Słabo zabezpieczony sprzęt, niepotrzebne dostępy do danych firmowych, współdzielenie komputerów z bliskimi czy w końcu zwykła nieostrożność mogą wyrządzić przedsiębiorstwom ogromne szkody. Czy da się im zapobiec? Pomogą technologie, zewnętrzni doradcy oraz szkolenia pracowników.

Dzisiejszy biznes opiera się na informacji. I to ona jest najcenniejsza dla cyberprzestępców. Nic zatem dziwnego, że szukają wszelkich dróg, aby zdobyć jak najwięcej danych – handlowych czy finansowych. W czasach pracy zdalnej łatwy dostęp do informacji to także podstawa efektywnego działania przedsiębiorstw.

– Brak dostępu do danych w dobie COVID-19 w znacznym stopniu utrudnia funkcjonowanie organizacji. Z drugiej stronu utrata danych może wpłynąć na jej renomę, wizerunek czy całkowicie pozbawić możliwości działania – świadczenia usług lub realizacji sprzedaży. Weźmy niedawny dosyć głośny przypadek jednej z firm kosmetycznych, którą utraciła całkowicie płynność produkcyjną, logistyczną oraz sprzedażową, ponieważ do zagadnienia bezpieczeństwa nie podeszła globalnie, całościowo i kompleksowo. Mały błąd może kosztować wiele. Także w kontekście realnych kar finansowych za naruszenia RODO – mówi Łukasz Włodarczyk, Senior Solution Architect z Innergo Systems.

Firmy muszą tak zorganizować swoją działalność, aby z jednej strony pracownicy mogli bez problemów łączyć się z firmowymi bazami, a z drugiej – hakerzy nie mieli szans wykraść cennych informacji. Jak to zrobić?

Po pierwsze: sprawdź, co masz

Nową organizację pracy firmy należy rozpocząć od inwentaryzacji danych i zasobów. Najważniejsze jest to, aby jednoznacznie określić i sklasyfikować dane, jakimi firma dysponuje, przypisać je do odpowiednich grup i nadać im stopień poufności. Następnie należy ustalić, kto do tak skatalogowanych informacji powinien mieć dostęp, oraz sprawdzić, czy w firmie nie ma pracowników, którym niepotrzebnie nadano dostępy do niektórych baz. Jeśli tak jest, trzeba odebrać możliwość wglądu do danych osobom, które w rzeczywistości nie potrzebują tego do pracy. Im mniej źródeł dostępu do wrażliwych informacji, tym mniej potencjalnych miejsc ataków na infrastrukturę firmową.

Po drugie: postaw na technologie

Nie da się jednoznacznie wskazać najlepszego rozwiązania, które pozwoli na sprawną i bezpieczną pracę zdalną. Technik działania, technologii i sposobów jest wiele. Ważne jest to, aby podejść do takiego zadania racjonalnie, mając na uwadze posiadaną infrastrukturę, systemy oraz zasoby. Najczęściej wykorzystywaną technologią jest tunel VPN.

VPN – w powszechnym rozumieniu – to aplikacja na stacji roboczej służąca do bezpiecznego łączenia się do sieci. Rynek pokazuje jednak, że coraz większa rzesza firm wyposaża swoich pracowników w zdalne urządzenia, np. bezprzewodowe punkty dostępowe, pozwalające na dostęp do krytycznych obszarów firmy. Jak zabezpieczyć takie sprzęty?

– Na pewno warto skonsultować się z integratorem, firmą doradczą lub konsultantem, by zamiast inwestować w nowe kosztowne bramy, firewalle lub koncentratory VPN, móc wykorzystać posiadaną infrastrukturę, kontroler sieci bezprzewodowej lub maszynę wirtualną, kupując np. tylko licencje – tłumaczy ekspert z Innergo Systems.

Jeśli firma zdecyduje się na VPN-y, musi pamiętać o odpowiednich algorytmach szyfrowania i długości klucza, bo to one mają gigantyczny wpływ na to, jak szybko dane zabezpieczenie może zostać złamane.

– Prawdą jest, że każde zabezpieczenie w odpowiednich warunkach, da się przejść, złamać lub obejść. Dlatego tak ważną rzeczą – poza odpowiednim przygotowaniem zasobów, sposobów dostępu, mechanizmów zabezpieczeń – jest monitorowanie i reagowanie na zdarzenia. Każdy alarm, znikające pliki, dziwne maile lub nawet telefony z pytaniem, jakiego antywirusa używacie, powinny być impulsem do chociaż podstawowej analizy ewentualnego wpływu na przyszłe działanie i nieustanne edukowanie wszystkich pracowników – wyjaśnia Łukasz Włodarczyk.

Bliskim ideału rozwiązaniem do pracy zdalnej jest sesja zdalnego pulpitu z firmowego komputera wyposażonego w Endpoint Protection, logowanie domenowe lub podwójne uwierzytelnienie, zastosowanie antywirusa, ochrony DNS i połączenie poprzez VPN zestawiany na dedykowanym urządzeniu.

Po trzecie: pamiętaj o słabościach

Wszystkie te zabezpieczenia będą jednak niewystarczające, jeśli pracownik udostępni swój komputer osobie niepowołanej. Dlatego polityki bezpieczeństwa stosowane w firmach powinny zakazywać pracy na prywatnych urządzeniach.

– Takie sprzęty mają zazwyczaj wielu użytkowników, a tym samym są wykorzystywane do różnych działań. W swoim dorobku widziałem przypadki wycieku danych spowodowane niefrasobliwością pracowników udostępniających komputer dziecku, by mogło obejrzeć film lub zagrać w grę online. Jeśli dodatkowo taki komputer nie ma podstawowych mechanizmów antywirusowych, korzystanie z portali o miernej reputacji w obszarze malware i innych zagrożeń staje się prostą drogą do utraty firmowych danych – mówi Łukasz Włodarczyk.

Innym potencjalnym zagrożeniem może być prywatna lub otwarta sieć WLAN. W tym przypadku sprawdzi się poprawne zastosowanie VPN-a na komputerze służbowym. Nawet jeśli użytkownik ustawi słabe hasło, podsłuchanie takiej sesji będzie praktycznie niemożliwe. Dodatkowo aplikacje na firmowym sprzęcie – takie jak popularne na rynku pakiety typu Internet Security z antywirusem i regułami zgodnymi z polityką firmy – wystarczą do wyeliminowania wielu zagrożeń.

Co jeśli firma nie jest w stanie zapewnić służbowych komputerów wszystkim pracownikom zdalnym?

– W miarę bezpiecznie z dowolnego, prywatnego komputera da się korzystać tylko wtedy, gdy zastosujemy dobrze sprofilowany VPN i zdalny pulpit. W takiej sytuacji dane są przechowywane oraz przetwarzane jedynie w firmie, a użytkownik widzi obraz sesji na serwerze. Oczywiście wciąż zagrożeniem pozostaje wyciek hasła lub nieautoryzowany dostęp do niego. Przechowywanie go w pękach kluczy przeglądarki czy repozytorium w MacOS nie jest dużym problemem, jeśli mamy szyfrowany dysk. Zgoła odmiennie wygląda to w przypadku MS Windows. Jeśli użytkownik sam świadomie nie uruchomi chociaż BitLockera, który dostępny jest w wersjach OS powyżej Home, to przy fizycznym dostępie do laptopa można to hasło odczytać – przestrzega ekspert z Innergo Systems.

Po czwarte: zadbaj o wiedzę

Powyższe przykłady pokazują, że w całym systemie zabezpieczeń budowanym przez firmę newralgicznym ogniwem jest człowiek, czyli użytkownik, który nieprzemyślanymi zachowaniami może zniweczyć wysiłki działu IT, dostosowującego infrastrukturę do realiów pracy zdalnej.

Dlatego tak istotne jest z jednej strony wprowadzenie odpowiednich polityk bezpieczeństwa, z drugiej zaś – regularne szkolenia dla pracowników, nie tylko wyjaśniające reguły wdrożone w przedsiębiorstwie, ale też przybliżające najnowsze zagrożenia, sposoby działania cyberprzestępców oraz możliwości przeciwdziałania im.

– Jeśli miałbym sformułować jedną z najważniejszych zasad bezpieczeństwa firmy, powiedziałbym, że jest nią edukacja użytkowników, weryfikacja ich działania i bezwzględna egzekucja realizacji procedur – podsumowuje Łukasz Włodarczyk z Innergo Systems.

Po piąte: zapytaj ekspertów zewnętrznych

W teorii przygotowanie do pracy zdalnej może wydawać się proste, jak jednak wdrożyć te założenia w praktyce? Warto skorzystać z pomocy ekspertów zewnętrznych, którzy pomogą przeprowadzić niezbędne audyty oraz zaproponują najlepsze rozwiązania.

– Przede wszystkim należy zacząć od analizy tego, co mamy, zaktualizować w miarę możliwości oprogramowanie wszystkich urządzeń, przeprowadzić audyt konfiguracji nie tylko w zakresie funkcjonalnym, ale także możliwych zabezpieczeń, czyli przeprowadzić tzw. hardening – tłumaczy Łukasz Włodarczyk. – Z pomocą doradców zewnętrznych takie działania są po prostu łatwiejsze i efektywniejsze.

Eksperci wybiorą też dla firmy odpowiednie technologie, oparte na różnych platformach bezpieczeństwa i różnej logice zabezpieczeń oraz przynajmniej dwóch repozytoriach. Zrewidują konfigurację VPN, wykorzystywane metody szyfrowania oraz długości kluczy. Dodatkowo zadbają o wydajność technologii czy ograniczenie kosztów.

– Jeśli na przykład firewall zapewniać będzie analizę ruchu, wykrywanie intruzów i dodatkowo przekierowania, to jego wydajność może się okazać niewystarczająca do podłączenia niezbędnej liczby użytkowników, co w najgorszym przypadku skutkuje decyzją o wyłączeniu zabezpieczeń. A to nigdy nie powinno mieć miejsca. W takiej sytuacji lepiej zakupić dodatkowe, słabsze, tańsze urządzenie, które będzie wyręczało Firewalla w zakresie VPN, niż rezygnować z odpowiednich zabezpieczeń w innym obszarze. Wielu klientów nie jest też świadomych tego, że terminowania tuneli VPN można dokonać na niektórych przełącznikach, kontrolerach WLAN, zacznie upraszczając implementację rozwiązania oraz redukując koszty – mówi Łukasz Włodarczyk.

Obecna sytuacja globalna zmusiła firmy do zmiany myślenia o organizacji pracy. Kluczowe stało się zapewnienie, utrzymanie i rozwój infrastruktury IT odpowiedzialnej za bezpieczeństwo firmy. Uzupełnieniem oprogramowania i sprzętu musi być też stałe uświadamianie pracowników. Tylko kompleksowe podejście do bezpieczeństwa pozwoli maksymalnie ograniczyć zagrożenia, jakie czyhają na przedsiębiorstwa w dobie pracy zdalnej.

Polskie MŚP generują prawie połowę krajowego PKB, ale nadal mają duże pole do rozwoju w zakresie innowacji

  • Małe i średnie przedsiębiorstwa generują prawie co drugą złotówkę krajowego PKB (49,1 proc.). Wśród firm w umacnianiu polskiej gospodarki największą rolę odgrywają najmniejsi – 30,2 proc. polskiego PKB jest bowiem wytwarzane przez mikrofirmy[1].
  • Według barometru Komisji Europejskiej, polskie MŚP nie wykorzystują jednak w pełni potencjału innowacji. Lokalne biznesy dobrze radzą sobie z wykorzystywaniem szans do rozwoju i zatrudnianiem w innowacyjnych sektorach[2].
  • Jednocześnie nisko oceniono zdolność MŚP do wdrażania niesztampowych pomysłów organizacyjnych czy marketingowych, a także tworzenia własnych innowacji[3].
  • Krajowe biznesy znajdują już jednak rozwiązania, które pomogą im w cyfrowej transformacji i przeciwdziałaniu skutkom globalnej pandemii. Niemal 4 na 10 firm zwiększa lub rozpoczyna sprzedaż online[4], 35,2 proc. przyspiesza automatyzację procesów produkcji[5], a prawie jedna trzecia inwestuje w robotyzację[6].

Mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa stanowią ważny filar gospodarki nie tylko polskiej, ale również europejskiej. Firmy tego rozmiaru stanowią 99,8 proc. wszystkich przedsiębiorstw w Polsce[7] i wytwarzają prawie co drugą złotówkę w polskim PKB (49,1 proc.) – przy czym aż jedna trzecia tego wskaźnika to zasługa mikrofirm[8]. W skali unijnej MŚP generują nawet ponad połowę PKB (58 proc.)[9].

Jednym z fundamentów działań MŚP jest innowacyjność i otwartość na nowe rozwiązania. W tym zakresie – jak wynika ze statystyk – polskie firmy mają jednak jeszcze duże pole do rozwoju w zakresie innowacji. Pod tym kątem Polska uplasowała się w Europie na czwartym miejscu, ale… od końca – zauważa Tomasz Buraś, dyrektor zarządzający DHL Express Polska. – Mimo tego, coraz większa liczba właścicieli małych i średnich przedsiębiorstw ma świadomość, że rozwiązania z zakresu cyfrowej transformacji to narzędzia, które umożliwiają zachowanie elastyczności – nawet w najtrudniejszych sytuacjach. Czas globalnej pandemii to poważny sprawdzian dla wielu firm, ale i czynnik przyczyniający się do wdrażania innowacyjnych rozwiązań, takich jak chociażby aplikacja myDHL+, upraszczająca i przyspieszająca procesy logistyczne.

Wyzwania MŚP w trakcie pandemii koronawirusa

Podczas pandemii wielu konsumentów zacisnęło pasa, oczekując nadchodzących trudności finansowych, co naturalnie przełożyło się na zmniejszone obroty wielu przedsiębiorstw. Doświadczyły one w tym czasie również innych problemów, spowodowanych m.in. przez restrykcje związane z działaniami przeciwko rozprzestrzenianiu się nowego wirusa. W kwietniu – podczas szczytu pandemicznych ograniczeń w Polsce – blisko 42 proc. MŚP sprzedających za granicę miało problem z wyprodukowaniem i dostarczeniem towarów do zagranicznych odbiorców bądź realizacją usług na ich rzecz, a 45 proc. importujących firm tego samego rozmiaru miało trudności z otrzymywaniem zamówionych towarów czy usług z zagranicy[10]. Źródłem wyzwań w funkcjonowaniu firm były m.in. zakłócenia w łańcuchu dostaw, obejmujące również problemy z zaopatrzeniem (31,7 proc.), które najbardziej dotknęły sektor handlowy – prawie 6 na 10 firm (58,7 proc.) funkcjonujących w tym obszarze rynku zadeklarowało, że było to dla nich największym wyzwaniem.[11]

Ponad połowa ankietowanych przedsiębiorców z branży handlowej nie była przygotowana na utrudnienia logistyczne. To ogromna skala problemu, szczególnie biorąc pod uwagę, że w tym sektorze działa co czwarta mała i średnia firma (23,6 proc.)[12]. Inną przyczyną problemów było zamknięcie granic wielu państw (było to wyzwaniem dla 27,8 proc. ankietowanych). Tutaj z kolei najbardziej ucierpiał sektor przemysłowy, w którym spowodowało to trudności dla 52,1 proc. firm[13] – wskazuje Tomasz Buraś. – W tak niełatwej sytuacji okazało się, jak ogromną rolę odgrywa zaufany partner logistyczny, który gwarantuje dotarcie przesyłki pod konkretny adres w określonym czasie. Nasi klienci biznesowi mierzyli się z podobnymi wyzwaniami, jednak od początku pandemii mogli liczyć na nasze wsparcie. Dodatkowo, kryzys zmusił wielu przedsiębiorców do redefinicji dotychczasowych rozwiązań. Powoli uświadamia też MŚP, że rozpoczęcie współpracy z lokalnymi podmiotami oraz z zaufanymi partnerami logistycznymi, stwarza im większe możliwości rozwoju, niż wcześniej powielane schematy.

Innowacyjne plany polskich MŚP

Przedsiębiorcy nie siedzą jednak bezradnie i nie zamykają się na potrzebę wprowadzania innowacji. Wręcz przeciwnie – aktywnie podejmują działania, aby odpowiedzieć na wyzwania nowej rzeczywistości. Niemal co trzecia mała i średnia firma w Polsce, Czechach, Rumunii i na Węgrzech w ciągu najbliższych trzech lat planuje inwestycje w robotyzację[14]. Ponad 32 proc. przedsiębiorstw tego rozmiaru z polskiego sektora przemysłowego odnowiło swoje parki maszyn i urządzeń, a 35,2 proc. zwiększyło automatyzację procesów produkcji[15].

Transformacja cyfrowa i otwartość na nowości jest kluczem do rozwoju każdego przedsiębiorstwa i menedżerowie to widzą. Przykładowo, bezpośrednio w reakcji na pandemię, 36,6 proc. ankietowanych MŚP w badaniu PwC rozpoczęło w Polsce sprzedaż online lub zwiększyło jej zakres[16] a do tego potrzebny jest zaufany partner logistyczny oraz szybka i sprawna dostawa – zauważa Tomasz Buraś. – Taka sytuacja stwarza ogromny potencjał do rozwoju i jest krokiem na przód ku wejściu na nowe rynki i tym samym dotarciu do szerszego grona klientów. To naturalna kolej rzeczy. W niektórych firmach to już standard, dla innych to wciąż innowacja. Tymczasem możliwości Internetu są praktycznie nieograniczone. Za pomocą cyfrowych rozwiązań, firmy mogą dotrzeć nawet do najbardziej odległych zakątków świata.

W 2019 roku blisko 25 proc. przedsiębiorców postawiło na eksport, ale… mogą sięgnąć po jeszcze więcej

W ciągu 12 miesięcy przed ogólnonarodowym lockdownem, 23,9 proc. przedsiębiorców postawiło na eksport, a co czwarty szef firmy rozszerzał działalność na nowe rynki.[17] Jednocześnie Polska została stosunkowo nisko oceniona w zestawieniu European Innovation Scoreboard 2020 w zakresie eksportu produktów medium i high-tech czy usług wymagających wiedzy specjalistycznej, co wskazuje na potencjalną niszę do zapełnienia. W sąsiednich Czechach również zauważono problemy z eksportem usług specjalistycznych, ale wysoko oceniono zdolność czeskich MŚP do wzajemnej współpracy oraz sprzedaży innowacji. Słowacy z kolei mają nieco inne wyzwania. Mimo dobrych wyników we wprowadzaniu innowacyjnych produktów na rynek czy do firm oraz sprzedaży usług specjalistycznych, słowackie MŚP mają sporo do nadgonienia w zakresie innowacyjności wewnętrznej, produktowej, procesowej, marketingowej czy organizacyjnej.

Do handlu transgranicznego zachęca również Komisja Europejska, która zauważa, że 8 na 10 eksportujących MŚP prowadzi sprzedaż do innych państw członkowskich. Ta liczba może jednak znacznie wzrosnąć. Obecnie jedynie 17 proc. wszystkich unijnych MŚP w sektorze wytwórczym prowadzi handel transgraniczny na jednolitym rynku[18].

[1] Raport o stanie sektora małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce, PARP, lipiec 2020

[2] European Innovation Scoreboard, Komisja Europejska, lipiec 2020

[3] European Innovation Scoreboard, Komisja Europejska, lipiec 2020

[4] Polski mikro, mały i średni biznes w obliczu pandemii COVID-19, PwC, kwiecień 2020

[5] Barometr robotyzacji MŚP, Universal Robots, listopad 2019-kwiecień 2020

[6] Instytut Keralla Research dla Siemens Financial Services, marzec 2020

[7] 2019 SBA Fact Sheet Poland, Komisja Europejska

[8] Raport o stanie sektora małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce, PARP, lipiec 2020

[9] Dane Komisji Europejskiej, lipiec 2020

[10] KoronaBilans MŚP, Krajowy Rejestr Długów

[11] Polski mikro, mały i średni biznes w obliczu pandemii COVID-19, PwC, kwiecień 2020

[12] Raport o stanie sektora małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce, PARP, lipiec 2020

[13] Polski mikro, mały i średni biznes w obliczu pandemii COVID-19, PwC, kwiecień 2020

[14] Barometr robotyzacji MŚP, Universal Robots, listopad 2019-kwiecień 2020

[15] Instytut Keralla Research dla Siemens Financial Services, marzec 2020

[16] Polski mikro, mały i średni biznes w obliczu pandemii COVID-19, PwC, kwiecień 2020

[17] Instytut Keralla Research dla Siemens Financial Services, marzec 2020

[18] Strategia MŚP na rzecz zrównoważonej i cyfrowej Europy, Komisja Europejska, marzec 2020

Polska Grupa Motoryzacyjna: „Izera może przyczynić się do wzrostu znaczenia i rozwoju polskich firm z sektora motoryzacyjnego”

– W Polsce wytwarzamy wszystkie komponenty dla dużych fabryk motoryzacyjnych. Teraz mamy produkt z Polski, co jest szansą dla rodzimych producentów – mówi Adam Sikorski, prezes Polskiej Grupy Motoryzacyjnej. Jego zdaniem powstanie Izery to także nowe możliwości rozwoju dla całego sektora automotive w Polsce. 

Polska motoryzacja to silna branża, ważna gałąź polskiej gospodarki, ze znacznym potencjałem rozwojowym. Jednak na razie polskie firmy pracują głównie na rzecz dużych zagranicznych koncernów, dostarczając im produkowane przez siebie części i komponenty. Przedstawiciele ElectroMobility Poland podkreślają, że rozpoczęcie produkcji samochodów elektrycznych polskiej marki przyczyni się do zmiany tej sytuacji. Ich zdaniem, polskie firmy z branży motoryzacyjnej mogą stanowić fundament budowy łańcucha dostaw dla Izery. Dla rodzimych przedsiębiorców z sektora automotive współpraca z polską marką samochodów elektrycznych to z kolei szansa na rozwój własnych technologii i umocnienie pozycji na rynku.

Izera to szansa dla przemysłu automotive

Tego samego zdania jest także Adam Sikorski, prezes Polskiej Grupy Motoryzacyjnej.

Obecnie polska motoryzacja to ponad 200 tys. miejsc pracy i ponad 8 proc. produktu krajowego brutto. To jest ta dobra część branży. Ta trochę gorsza to fakt, że jesteśmy cały czas poddostawcą poddostawców dużych fabryk motoryzacyjnych. Wykonujemy mnóstwo części, ale nie dostarczamy ich na pierwszy montaż.

Dlaczego? Bo jesteśmy największym krajem w Europie, który nie ma własnej marki samochodów.

– Izera jest naprawdę unikalną szansą dla polskich producentów, m.in. na transfer technologii i tworzenie łańcucha dostaw do pojazdu, który ma się pojawić w produkcji za 3,5 roku. Mam nadzieję, że w przyszłości będziemy mogli dostarczać do niego komponenty. Uważam, że to historyczna szansa dla przemysłu motoryzacyjnego w Polsce – mówi prezes PGM.

Czas na produkt z polskim logo

Adam Sikorski dodaje, że już teraz polskie firmy są do tego gotowe od strony praktycznej. Brakuje im natomiast rodzimego know-how, które może być wypracowane wspólnie z polskimi instytutami badawczymi, takimi jak Sieć Badawcza Łukasiewicz, która prowadzi działania związane m.in. z elektromobilnością i rozwojem inteligentnego transportu.

W Polsce produkujemy wszystko. Mamy fabryki włoskiego producenta na południu Polski, mamy fabrykę w Gliwicach, w Poznaniu. Wytwarzamy komponenty, do których ktoś przykleja logo i sprzedaje dalej jako swoje. Teraz mamy produkt z Polski i nie mam wątpliwości, że jesteśmy w stanie dostarczyć do niego wszystko – podsumowuje Adam Sikorski.

Czy dochody uzyskane w innym państwie zwolnione z opodatkowania w Polsce należy wykazać w PIT-ZG?

Polski przedsiębiorca jest obowiązany rozliczyć się z fiskusem od całości swoich dochodów, włącznie z tymi osiągniętymi poza granicami RP. Czy zawsze jednak dochody spoza granic RP będą łączone z dochodami z działalności gospodarczej uzyskanymi w Polsce? Czy za każdym razem trzeba je wykazywać w deklaracji?

Opodatkowanie przedsiębiorcy

Polscy przedsiębiorcy coraz częściej szukają możliwości osiągnięcia dochodów nie tylko w Polsce, ale również poza jej granicami.

Sposoby opodatkowania dochodów przedsiębiorcy

Zasadą jest, że dochody z pozarolniczej działalności gospodarczej opodatkowane są według zasad ogólnych tj. według skali podatkowej. Przedsiębiorcy jednak mają również prawo do dokonania wyboru rozliczania się ryczałtowo tj. stawką 19%. W tym celu należy złożyć oświadczenie do właściwego urzędu skarbowego. Oświadczenie to składa się „do 20. dnia miesiąca następującego po miesiącu, w którym został osiągnięty pierwszy przychód z tego tytułu w roku podatkowym, albo do końca roku podatkowego, jeżeli pierwszy taki przychód został osiągnięty w grudniu tego roku podatkowego”.

Sposób opodatkowania a obowiązek wykazywania dochodów z zagranicy

Należy pamiętać, że sposób opodatkowania ma znaczenie nie tylko dla zastosowania odpowiedniej stawki podatku, ale również dla rozliczania się z dochodów osiągniętych poza granicami Polski. Jeśli przedsiębiorca rozlicza się z podatku dochodowego od dochodów z pozarolniczej działalności gospodarczej na zasadach ogólnych (według skali podatkowej), dochody osiągnięte poza granicami RP zwolnione tam z opodatkowania będą podlegały łączeniu z dochodami osiągniętymi w Polsce. Będzie tu miała zastosowanie metoda wyłączenia z progresją. Zgodnie bowiem z art. 27 ust. 8 ustawy o PIT, jeżeli podatnik osiągał również dochody z tytułu działalności wykonywanej poza terytorium RP lub ze źródeł przychodów znajdujących się poza terytorium RP, zwolnione od podatku na podstawie umów międzynarodowych, wówczas podatek określa się w taki sposób, że:

„1) do dochodów podlegających opodatkowaniu podatkiem dochodowym dodaje się dochody zwolnione od tego podatku i od sumy tych dochodów oblicza się podatek według skali określonej w ust. 1;

2) ustala się stopę procentową tego podatku do tak obliczonej sumy dochodów;

3) ustaloną zgodnie z pkt 2 stopę procentową stosuje się do dochodu podlegającego opodatkowaniu podatkiem dochodowym”.

Powyższe oznacza, że choć dochód zagraniczny jest w Polsce zwolniony z opodatkowania, to stosuje się tu metodę unikania podwójnego opodatkowania tj. metodę wyłączenia z progresją. Według tej metody dochód ten powinien zostać wzięty pod uwagę do ustalenia stawki podatku według skali podatkowej wobec dochodów uzyskanych w Polsce. Tym samym, dochody te muszą zostać wykazane w PIT-ZG.

W przypadku natomiast, gdy przedsiębiorca rozlicza się podatkiem zryczałtowanym, tj. w odpowiednim terminie złożył oświadczenie o wyborze tej metody, wówczas z dochodami takimi nie łączy się żadnych innych dochodów. Tym samym, jeśli podatnik osiągnął w Polsce wyłącznie dochody opodatkowane stawką 19%, nie musi deklarować dochodu osiągniętego poza granicami RP i zwolnionego w Polsce z opodatkowania. Tak np. stwierdził Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej w interpretacji indywidualnej nr 2461-IBPB-1-1.4511.70.2017.3.BK: „dochody z pracy najemnej wykonywanej za granicą (do których ma zastosowanie metoda wyłączenia z progresją), tj. dochody zwolnione w Polsce z opodatkowania nie będą podlegały łączeniu z dochodami uzyskiwanymi w ramach działalności gospodarczej prowadzonej na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej opodatkowanej metodą liniową, zgodnie z art. 30c ustawy PIT”.

Każdy przypadek jest jednak inny i każdy należy rozważać indywidualnie. We własnej sprawie warto nie tylko poradzić się profesjonalisty, ale również uzyskać własną interpretację indywidualną.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Polska może osiągnąć neutralność klimatyczną w 2056 r. – wynika z wyliczeń

Polska może osiągnąć neutralność klimatyczną w 2056 r. w bazowym wariancie obliczeń PIE. Liderami transformacji energetycznej w UE są Szwecja, Finlandia i Dania

Wśród 115 krajów klasyfikowanych w ramach rankingu Światowego Forum Ekonomicznego (ang. WEF) Energy Transition Index, ETI 2019 (Wskaźnik Transformacji Energetyki), wśród krajów UE najbardziej zaawansowana w transformacji energetycznej w kierunku zeroemisyjnym jest będąca liderem całego rankingu Szwecja, zaś z najsłabszym wynikiem i na 77. miejscu jest sklasyfikowana Bułgaria. Polska wypada tylko nieco lepiej, zajmując dopiero 75. miejsce. Mimo dużego zróżnicowania warunków jedynie trzy kraje Unii deklarują osiągniecie przyjętego na Radzie UE w grudniu 2019 r. celu osiągniecia osiągnięcia neutralności klimatycznej przed 2050 r.: Finlandia w 2035 r., Austria w 2040 r. i Szwecja w 2045 r. Polska jako jedyny kraj nie podała planowanej daty osiągnięcia dekarbonizacji. Opierając się na wartościach Wskaźnika Transformacji Energetyki i zakładanym roku dekarbonizacji w pozostałych krajach UE, w optymistycznym wariancie obliczeń, Polska mogłaby dojść do neutralności w 2056 r., ale w scenariuszu negatywnym może to być nawet 2067 r. – wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Czas na dekarbonizację”. 

Biorąc pod uwagę wskaźniki rozwoju społecznego i ekonomicznego, kraje takie jak Bułgaria, Czechy czy Polska staną przed trudnym zadaniem, chcąc zrealizować cel neutralności klimatycznej. W rankingu Energy Transition Index (ETI) plasują się one odpowiednio na 77., 75. i 49. miejscu, co oznacza, że sektor energetyczny w tych państwach jest znacznie mniej zmodernizowany niż w przypadku np. państw skandynawskich. Dzieje się tak głównie ze względu na duży udział paliw kopalnych w miksach energetycznych tych państw oraz ze względu na niską elastyczność ich systemów elektroenergetycznych i niestabilność warunków rozwoju biznesu w tym obszarze. 6 państw UE najlepiej wypadających w ramach wskaźnika ETI to Szwecja, Finlandia, Dania, Austria, Francja oraz Niderlandy.

Na podstawie danych z ETI oraz deklarowanego roku osiągnięcia dekarbonizacji w krajach UE analitycy Polskiego Instytutu Ekonomicznego obliczyli, że w przypadku Polski osiągnięcie neutralności sektora energii powinno nastąpić w 2056 r. Jednocześnie, opierając kalkulkacje jedynie na wynikach wskaźnika ETI krajów, które opublikowały kompleksowe strategie dojścia do neutralności klimatycznej, szacuje się, że Polska mogłaby osiągnąć ją dopiero w 2067 r.

W rankingu ETI Polska jest wysoko oceniona za poziom inwestycji w efektywność energetyczną (wśród 26 krajów o poziomie 0,29 proc), wskaźnik wolności inwestycyjnej (23. pozycja) i dobrą logistykę (26. pozycja). Najsłabiej nasz kraj został oceniony w takich kategoriach jak udział energii elektrycznej z węgla (112. miejsce), elastyczność systemu elektroenergetycznego (110.), stabilność polityki dla biznesu (102.) oraz emisyjność energii pierwotnej (108.).

Ranking Światowej Rady Energetycznej wskazuje tych samych liderów co ETI

Co ciekawe, oceny gotowości liderów rankingu ETI do transformacji energetycznej potwierdzają się przy zastosowaniu wskaźnika Energy Trilemma Index sporządzonego przez Światową Radę Energetyczną (ang. WEC) i składającego się z trzech elementów: bezpieczeństwa energetycznego, zrównoważenia środowiskowego oraz dostępności społecznej energii. Biorąc pod uwagę te czynniki, 8 z 10 liderów zestawienia mieści się też w najlepszej dziesiątce ETI.

Ranking Światowej Rady Energetycznej różni się od wskaźnika ETI tym, że pozwala na uchwycenie dynamiki zmian, jakie są udziałem poszczególnych krajów począwszy od 2000 r. Dzięki temu można zauważyć, że Polska największy awans zaliczyła w kategorii zrównoważenia środowiskowego systemu energetycznego.

W przypadku Polski o niskiej pozycji zdecydowało m.in. to, że węgiel nadal stanowi ogromną część dostaw energii elektrycznej w Polsce. W 2018 r. elektrownie węglowe wytwarzały 79 proc. energii elektrycznej. Inne główne źródła energii elektrycznej w Polsce to energia wiatrowa (8 proc.), gaz (7 proc.) i biopaliwa (4 proc). Ze względu na dominujący udział energii elektrycznej z węgla, nasz sektor energetyczny charakteryzuje się drugą co do wielkości emisyjnością w Unii Europejskiej (773 g CO2/kWh i 11 ton CO2/os. w 2017 r., wobec średniej UE niespełna 300 g CO2 /kWh i 9,4 ton CO2/os. w 2017 r.). Wyższą emisyjność odnotowuje jedynie Estonia.

Skandynawowie w awangardzie transformacji energetycznej

W Szwecji energia jądrowa i wodna dostarczają 80 proc. całkowitej produkcji energii elektrycznej. Taka struktura produkcji energii plasuje Szwedów wśród państw członkowskich UE charakteryzujących się najniższą emisyjnością (ok. 13 g CO2/kWh i 5,5 g CO2/os.).

Również Finlandia w znacznym stopniu opiera się na energii jądrowej (33 proc. w 2018 r.) i wodnej (19 proc.). Mniejszy udział mają biopaliwa i węgiel (odpowiednio 17 proc. i 14 proc.). W Danii najważniejszą rolę w produkcji energii elektrycznej odgrywają farmy wiatrowe (46 proc.), nadal istotnie uzupełniane przez elektrownie węglowe (21 proc.) oraz – podobnie jak w Szwecji i Finlandii – biopaliwa (17 proc.). Jednak źródła energii pierwotnej nadal opierają się w dużej mierze na ropie naftowej (38 proc.) oraz gazie (16 proc.). Dania poczyniła szczególne postępy w zakresie redukcji emisyjności swojego sektora energetycznego – podczas gdy w 2007 r. emisyjność przekraczała 400 g CO2/kWh, w 2016 spadła do 166 g CO2/kWh. Pozwoliło to zmniejszyć intensywność emisji prawie do połowy średniej UE-28.

Tuż za podium wśród krajów UE i na 6. miejscu na świecie w zestawieniu ETI jest Austria. Wysoką pozycję w rankingu kraj ten zawdzięcza znacznemu udziałowi hydroenergetyki (60 proc.). Wśród pozostałych źródeł dominują gaz (14 proc.) i wiatr (9 proc.). Austrię wyróżnia niższa emisyjność w porównaniu z Danią czy Finlandią (85,1 g CO2/kWh w 2016 r.).

Zarówno w Unii Europejskiej, jak i poza nią kraje czołówki rankingu transformacji energetycznej, które odeszły od węgla, mimo istotnego udziału źródeł, takich jak fotowoltaika czy energia wiatrowa, posiadają stabilną bazę w postaci niezależnego od warunków pogodowych źródła energii. Zwykle są to elektrownie wodne oraz jądrowe. W niektórych krajach to także dwukrotnie mniej emisyjny od węgla gaz. Ze względu na warunki naturalne występujące w Polsce optymalnym wyborem w średnim horyzoncie czasowym byłoby oparcie się na dwóch ostatnich z wymienionych alternatyw. W dłuższej perspektywie pożądanym scenariuszem byłoby stopniowe zastępowanie paliw kopalnych farmami wiatrowymi zlokalizowanymi na morzu oraz niskoemisyjnym wodorem – zauważa Aleksander Szpor, kierownik zespołu energii i klimatu Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Czy deweloperzy będą budować mieszkania dla inwestorów instytucjonalnych

Czy deweloperzy biorą pod uwagę współpracę z inwestorami instytucjonalnymi, budującymi portfele mieszkań na wynajem? Czy firmy zakładają możliwość pakietowej sprzedaży mieszkań albo realizację całych budynków z lokalami pod wynajem dla funduszy inwestycyjnych, jeśli popyt detaliczny okazałby się słabszy? Sondę przeprowadził serwis nieruchomości Dompress.pl

Bartosz Kalinowski, dyrektor zarządzający w spółce mieszkaniowej Skanska

Formuła B2B nie jest nam obca. Jako część grupy Skanska znamy reguły rządzące w tego rodzaju biznesie oraz standardy wykonywania transakcji, dzięki czemu jesteśmy przewidywalnym partnerem dla funduszy. Dla inwestorów końcowych, którzy chcieliby nabyć pakiet czy budynek fakt, że transakcja będzie się odbywała w standardowych, przewidywalnych warunkach ma ogromne znaczenie.

Współpraca z inwestorami instytucjonalnymi to kierunek rozwoju, który w spółce mieszkaniowej Skanska bierzemy pod uwagę. Co więcej, to już się dzieje. W tej chwili posiadamy w ofercie projekt w centrum Poznania na ponad 300 mieszkań na wynajem. Zrealizujemy go wspólnie z naszymi dwoma siostrzanymi spółkami z grupy Skanska: biurową i budowlaną.

Jesteśmy otwarci na współpracę zarówno na zasadzie sprzedaży pakietowej, jak i budowy całych budynków pod wynajem. Jesteśmy także zainteresowani partnerstwem w procesie inwestycyjnym, polegającym na dewelopowaniu gruntów, które należą do funduszy lub inwestorów, pod budownictwo mieszkaniowe na wynajem. Oferujemy nasze bogate doświadczenie i know-how w zakresie projektowania i realizacji.

Mirosław Kujawski, członek zarządu Develia S.A.  

Nie zakładamy, aby popyt na mieszkania w najbliższych latach szczególnie się zmienił, a tym samym, żeby konieczna była zmiana profilu działalności, choć oczywiście na bieżąco obserwujemy to co dzieje się na rynku i jesteśmy otwarci na ewentualne rozmowy z funduszami.

Należy zaznaczyć, że potrzeby mieszkaniowe Polaków wciąż są bardzo duże. Według danych Eurostatu za 2019 rok, wciąż jesteśmy w ogonie Europy, jeśli chodzi o warunki lokalowe. Ponad 37 proc. Polaków mieszka w przeludnionych lokalach. Dlatego można spodziewać się, że w najbliższych latach popyt na mieszkania nadal będzie utrzymywał się na wysokim poziomie. Tym bardziej, że w Polsce dominuje bardzo mocne przywiązanie do własności, a posiadanie mieszkania traktowane jest jako inwestycja i świadczy o pozycji społecznej.

W Szwajcarii około 50 proc. mieszkań jest wynajmowanych, w Niemczech i Danii około 40 proc., a w Polsce po cenach rynkowych wynajmowanych jest tylko 5 proc. mieszkań. Kolejne około 11 proc. Polaków mieszka w lokalach, za które płaci obniżony czynsz lub korzysta z bezpłatnego zakwaterowania. Oznacza to że około 84 proc. Polaków mieszka we własnych mieszkaniach. Oczywiście należy spodziewać się, że osób wynajmujących mieszkania będzie przybywać, jednak upłyną lata zanim ta sytuacja znacząco się zmieni. Aby tak się stało, mentalność Polaków też musi się zmienić. Pomógłby temu także spadek cen najmu. Obecnie, szczególnie w większych miastach, czynsz za wynajem mieszkania jest wyższy niż rata spłaty kredytu za mieszkanie w podobnym metrażu i lokalizacji.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

Rosnące zapotrzebowanie na lokale pod wynajem to trend silnie oddziałujący na sektor deweloperski. Zakupy inwestycyjne odpowiadają za znaczną część popytu, lecz wciąż są one domeną głównie osób prywatnych. W naszej ofercie jest wiele projektów dedykowanych właśnie takim nabywcom. Na ten moment nic nie wskazuje na to, aby trend ten miał się odmienić. Warto dodać, że otoczenie dla najmu instytucjonalnego w Polsce nie jest przychylne. Podmiotów, które go oferują jest niewiele. Polacy wolą posiadać mieszkania niż je wynajmować. W związku z tym obecnie realizowany model działalności firmy w oparciu o sprzedaż detaliczną pozostaje docelowym.

Zgoła inaczej funkcjonuje rynek nieruchomości w Niemczech. Nieruchomości są kupowane przez inwestorów instytucjonalnych lokujących kapitał w całe portfele mieszkań na wynajem. Najczęściej zakup dotyczy całych osiedli. Tak też się stało w przypadku mieszkań z pierwszego etapu naszej inwestycji w Dreźnie. Wszystkie mieszkania zostały sprzedane nabywcy instytucjonalnemu.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Z uwagą obserwujemy rozwój tego typu funduszy i tej formy inwestowania w nieruchomości, zresztą nie tak nowej, bo liczącej już kilka lat. Nie wykluczamy oczywiście możliwości współpracy w przyszłości z inwestorami instytucjonalnymi w różnej formie. Ale nie ukrywam, że mając na uwadze ciągle przeogromne potrzeby mieszkaniowe Polaków, i to jak ważną sprawą dla każdego z nas jest posiadanie własnego lokum oraz chęć inwestowania w mieszkania indywidualnych nadwyżek finansowych, to właśnie klienci indywidualni pozostają dla nas najważniejszymi partnerami.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Nie tylko bierzemy pod uwagę współpracę z inwestorami instytucjonalnymi, ale jesteśmy już od dawna liderem na polskim rynku PRS (Private Rented Sector). Mamy na koncie już dwa duże projekty tego typu. Inwestycja Apartamety Pereca zrealizowana w 2018  roku i projekt Puławska 186, który jest obecnie w budowie zostały sprzedane do grupy  Aurec Capital. Mamy więc w portfelu 400 mieszkań realizowanych we współpracy z podmiotami profesjonalnymi, działającymi w segmencie najmu długoterminowego i wiążemy z tym rynkiem dalsze plany.

Joanna Chojecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu na Warszawę i Wrocław w Robyg SA.

Nie rozważamy takiej opcji, mamy atrakcyjną ofertę mieszkań i dobrze przygotowane kanały sprzedaży. Współpraca na zasadach sprzedaży pakietowej jest zawsze mniej atrakcyjna marżowo. Dotyczy raczej deweloperów w trudnej sytuacji lub poszukujących nowych kanałów sprzedaży.

Być może niektórzy deweloperzy znajdą się w trudnej sytuacji płynnościowej, co zmusi ich do sprzedaży pewnej puli mieszkań, by tę płynność poprawić. Będą to jednak pojedyncze przypadki. Zauważamy, że pojawiają się nowi zagraniczni gracze, tak było zresztą w poprzednim kryzysie. Nie jesteśmy zainteresowani sprzedażą mieszkań takim podmiotom, bo oczekują znaczących upustów. Uważamy, że rynek naszych klientów podstawowych, osób kupujących pierwsze lub kolejne mieszkanie jest wciąż relatywnie mocny.

Edyta Kołodziej, dyrektor Sprzedaży i Marketingu w Nickel Development

Zauważamy trend związany z zakupem mieszkań pod wynajem przez inwestorów instytucjonalnych i w rezultacie porozumienia z trójką partnerów uruchomiliśmy ofertę specjalną dla inwestorów pakietowych. Jej wartością dodaną jest bezobsługowość inwestycji – klient jest zaangażowany praktycznie tylko w wybór mieszkań i formalności związane z podpisaniem umowy. Koordynację prac i późniejsze zapewnienie ruchu ze strony najemców jest natomiast po stronie partnerów przedsięwzięcia. Oferta powstała w odpowiedzi na wzmożony ruch ze strony inwestorów i zapytania pakietowe dotyczące inwestycji ST_ART Piątkowo. Będziemy obserwować reakcje klientów i nie wykluczamy przygotowania podobnej oferty w ramach inwestycji, które planujemy realizować w najbliższej przyszłości.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

W związku z tym, że jako deweloper charakteryzujemy się elastycznością i dużą otwartością na nowe możliwości, wszystkie okazje rynkowe mogą spotykać się z naszym zainteresowaniem. Mamy już doświadczenie w sprzedaży pakietowej i chętnie będziemy rozwijać się w nowych kierunkach.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest 

Misją Home Invest jest budowa i sprzedaż mieszkań. Obecnie realizujemy 5 inwestycji na terenie Warszawy. W sprzedaży mamy aktualnie ponad 400 mieszkań. Skupiamy się przede wszystkim na klientach indywidualnych, ale nie wykluczamy także współpracy z inwestorami instytucjonalnymi. Biorąc pod uwagę naszą ofertę mieszkaniową i posiadany bank ziemi, zasady takiej współpracy byłby rozpatrywane indywidualnie.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Konieczność izolacji w okresie pandemii będzie miała niebagatelny wpływ na życie i pracę mieszkańców dużych miast. Trudno powiedzieć w tej chwili, w jakim stopniu i na jak długo powszechna stanie się praca zdalna, a tym samym nastąpi spadek zainteresowania najmem ze strony osób przenoszących się do pracy do dużych miast.

Wojciech Chotkowski, prezes zarządu Aria Development

W roku bieżącym nic nie wskazuje na pogorszenie koniunktury na rynku oraz sytuacji w polskiej i światowej gospodarce. Obserwujemy silne odbicie na giełdach oraz wskaźników PMI. Dodatkowo niskie stopy procentowe zachęcają do inwestowania w nieruchomości. Obecnie skupiamy się na działalności deweloperskiej i rozwoju organicznym, niemniej jednak jesteśmy otwarci na propozycje współpracy.

Cezary Grabowski, dyrektor sprzedaży i marketingu Bouygues Immobilier Polska

Polityka współpracy z funduszami lub inwestorami instytucjonalnymi Bouygues Immobilier Polska jest taka sama od lat. Jesteśmy niezmiennie zainteresowani współpracą przy sprzedaży pakietów lub całych budynków.

 

Autor: Dompress.pl

Rolnicy skarżą się na ubezpieczycieli

Do Rzecznika Finansowego trafia rocznie ponad 300 wniosków o interwencję, dotyczących ubezpieczeń rolników. Niemal każdego dnia instytucja otrzymuje skargę osoby, która czuje się pokrzywdzona działalnością ubezpieczyciela. Interwencje najczęściej dotyczą nieprawidłowości w dwóch najistotniejszych dla rolników grupach ubezpieczeń: upraw oraz budynków rolnych. Eksperci Biura Rzecznika Finansowego dokonali analizy ponad 2000 takich skarg i proponują uszczegółowienie przepisów, a tym samym bardziej precyzyjne ustalanie wysokości odszkodowań z tego typu polis.  

Szczególne istotne są nieprawidłowości przy ubezpieczaniu upraw, jako że są to polisy dotowane z budżetu państwa. W tym roku budżet dopłaca 65 procent składki za ubezpieczenie niektórych upraw i zwierząt, wydając na to łącznie 500 milionów złotych. Tymczasem coraz częściej, mimo tej pomocy, rolnicy nie otrzymują odszkodowań za zniszczone plony. Najwięcej spraw interwencyjnych zgłaszanych do Rzecznika Finansowego w zakresie ubezpieczenia upraw, dotyczy zaniżania odszkodowań lub wręcz odmowy ich wypłaty.

Obecne regulacje ustawowe dotyczące ubezpieczeń upraw rolnych dają zbyt dużą swobodę ubezpieczycielom w kształtowaniu warunków umowy ubezpieczenia na niekorzyść rolników – mówi Mariusz Golecki, Rzecznik Finansowy. – Z kolei likwidacja szkód prowadzona jest tak, by wyłączyć odpowiedzialność lub wypłacić jak najniższe odszkodowanie, a jednocześnie ograniczyć rolnikom skuteczne dochodzenie roszczeń w sądzie. W efekcie polisa, którą kupili nie stanowi należytego zabezpieczenia ich interesu majątkowego, a jedynie jego namiastkę – wyjaśnia.

Jednym z instrumentów, który najczęściej prowadzi do odmowy wypłat – i bardzo często pojawia się w skargach od rolników – jest tzw. franszyza integralna*. Jest to określona w umowie ubezpieczenia wartość strat w plonach, dopiero po przekroczeniu której, firma ubezpieczeniowa wypłaci odszkodowanie. Jeżeli zniszczenia są mniejsze – wypłata nie następuje. W ocenie ekspertów RF, na podstawie wpływających skarg, instrument ten jest nadużywany przez ubezpieczycieli na niekorzyść rolników. Mechanizm franszyzy widać na przykładzie jednej z interwencji, która trafiła od RF. Rolnik zgłosił do firmy ubezpieczeniowej szkodę powstałą w jego uprawie zbóż, w wyniku wystąpienia suszy. Ubezpieczyciel, po dokonanych oględzinach, stwierdził jedynie 18 proc. ubytek w plonie, czyli poniżej określonej w polisie 25 proc. franszyzy i odmówił wypłaty. Według innych dowodów, nie zachodziły jednak podstawy do zastosowania franszyzy.

Oprócz opisanego instrumentu, inne najczęściej stosowane przez ubezpieczycieli, to:

  • błędna metodyka ustalania rozmiaru szkody, poprzez nieprawidłowe określenie fazy rozwojowej roślin. Prowadzi to do zaniżenia procentowej wartości szkody w uprawach;
  • uwzględnianie w rozliczeniu szkody nieprawidłowej, niższej niż rynkowa ceny np. owoców, niższej również niż cena wskazana przy zakupie polisy. Prowadzi to do zaniżenia odszkodowania lub odmowy jego wypłaty; 
  • nieuzasadnione opóźnianie oględzin zniszczonych upraw, co uniemożliwia prawidłową ocenę powstałych szkód i w efekcie odmowę wypłaty odszkodowania (szczególnie w szkodach wywołanych przymrozkami). Z kolei rolnik powinien jak najszybciej podjąć decyzję o zaoraniu pola i założeniu uprawy zastępczej. Jeżeli zrobi to przed przybyciem rzeczoznawcy – szkoda ulegnie zatarciu, a ubezpieczyciel odmówi wypłaty. Natomiast powstrzymanie się z pracami – pozbawia rolnika plonu z uprawy zastępczej.

Eksperci Rzecznika Finansowego po analizie spraw, dotyczących nieprawidłowości w ubezpieczaniu upraw i zwierząt, a także postulatów samych rolników, proponują uchylenie przepisu zezwalającego towarzystwom na stosowanie franszyzy w tych ubezpieczeniach**. Uważają również, że należy rozważyć ustawowe unormowanie procedury likwidacji szkód w uprawach oraz warunków umowy ubezpieczenia, tak aby lepiej zabezpieczyć interes ekonomiczny i prawny rolników.

Drugą grupą ubezpieczeń do której rolnicy najczęściej zgłaszają wnioski o interwencje Rzecznika Finansowego są ubezpieczenia budynków rolnych. Nie są to wprawdzie polisy dotowane z budżetu państwa, są one jednak obowiązkowe. Każdy rolnik posiadający gospodarstwo rolne powyżej 1 ha ma obowiązek posiadać aktualne ubezpieczenie budynków w swoim gospodarstwie.

Również w przypadku tych ubezpieczeń rolnicy skarzą się na zbyt niskie odszkodowania w stosunku do oczekiwanych kwot. Argumentują, że nie da się odbudować stodoły za otrzymane świadczenie.

Główne problemy tej grupy ubezpieczeń najczęściej wynikają z następujących praktyk towarzystw:

  • różne sposoby określenia wysokości odszkodowania, w zależności od tego czy ma być podjęta odbudowa zniszczonego budynku czy też nie jest ona przewidziana. W tym drugim przypadku wysokość szkody określana jest na podstawie cenników dowolnie kształtowanych przez ubezpieczycieli, które często zawierają ceny materiałów i usług, istotnie odbiegające od najniższych cen rynkowych. Aktualnie obowiązujące przepisy nie precyzują o jakie cenniki chodzi, z wykorzystaniem jakich danych są one sporządzane, czy z jakich źródeł te dane pochodzą etc. Brak przejrzystości przepisów w tym zakresie często prowadzi do nieprawidłowości i sporów.
  • dwukrotne uwzględnianie stopnia zużycia ubezpieczonych budynków: raz przy ustalaniu sumy ubezpieczenia i drugi przy ustalaniu wysokości odszkodowania. W praktyce polega to na tym, że w chwili zakupu polisy ustalana jest suma ubezpieczenia budynku według jego wartości rzeczywistej (z uwzględnieniem stopnia zużycia budynku). Z kolei gdy dochodzi do wypłaty odszkodowania następuje pomniejszenie jego wysokości o taki sam procent całkowitego zużycia budynku, nie zaś wyłącznie o jego zużycie w okresie od rozpoczęcia odpowiedzialności ubezpieczyciela do daty powstania szkody. W rezultacie wyliczane odszkodowanie jest istotnie zaniżone.

– Takie interpretacje i praktyki są krzywdzące dla ubezpieczonych. Dlatego konieczne jest wyraźne, precyzyjne i weryfikowalne określenie zasad ustalania sumy ubezpieczenia i rozliczania szkody – mówi Mariusz Golecki. Eksperci RF proponują istotne zmodyfikowanie przepisów ustawy o ubezpieczeniach w zakresie ustalania sumy ubezpieczenia budynków rolnych. W szczególności prawidłowe i przejrzyste zasady określania stopnia zużycia technicznego oraz zasady ustalania wysokości odszkodowania.Nasze propozycje zmian zapewnią rolnikom realną ochronę, a tym samym adekwatne odszkodowanie pozwalające na remont lub odbudowę budynków. Nowe regulacje pozwolą bowiem przeciwdziałać dzisiejszym nieprawidłowościom, które prowadzą do uwolnienia się ubezpieczycieli od odpowiedzialności lub do znacznego zaniżenia należnego odszkodowania – podsumowuje.

Zapotrzebowanie na wirtualne konferencje dynamicznie rośnie

Ponad 65 proc. polskich przedsiębiorców i ich pracowników uważa, że wirtualne spotkania, konferencje, targi i wydarzenia mają przed sobą świetlaną przyszłość, wynika z najnowszego badania zrealizowanego przez współpracujące agencje eventowe: Everitum i KIKE Events. Wykorzystanie tej formy kontaktu planuje coraz więcej firm, które w zdalnej komunikacji i wydarzeniach online widzą szansę na przetrwanie w czasach COVID-19, zbudowanie swojej przewagi konkurencyjnej oraz dostosowanie prowadzonego biznesu do rosnących wymagań rynku.

Wirtualne wydarzenia online nie są niczym nowym, ale w ciągu ostatnich kilku miesięcy polskie firmy przeszły przyśpieszony kurs z ich wykorzystywania na szeroką skalę. W sieci odbywały się i odbywają nie tylko spotkania zespołowe czy małe spotkania biznesowe, ale też konferencje i targi gromadzące po kilka tysięcy osób z całego świata. To, że biznes zaczyna żyć w sieci potwierdzają również dane Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE). Wynika z nich, że w naszym kraju (w czasach COVID-19) jednym z głównych trendów telekomunikacyjnych jest wzrost codziennej aktywności internetowej o ok. 45 proc., ogromne zapotrzebowanie na transmisję danych, czterokrotny wzrost rynku e-commerce, a także aż ośmiokrotny wzrost popularności komunikatorów internetowych.

Biznes chce spotykać się również w sieci

Z najnowszego badania przeprowadzonego przez EVERITUM oraz KIKE Events wynika, że aż 87 proc. polskich firm chce mieć możliwość uczestniczenia w wydarzeniach online i ich organizowania. Ponad 53 proc. ankietowanych deklaruje, że w przyszłości planuje organizować lub brać udział w wirtualnych wydarzeniach zamiast lub równolegle ze spotkaniami w „realu”. 12 proc. planuje przenieść swoją aktywność eventową w całości do sieci, a prawie 34 proc. nadal chciałoby przede wszystkim spotykać się tzw. „realu”, w tym 22 proc. potwierdziło, że częściej organizowane wydarzenia online mogą być ich dobrym uzupełnieniem, a 12 proc. nie chce w ogóle spotkać się w sieci, za wyjątkiem sytuacji, gdy standardowe wydarzenia nie mogą być organizowane.

Pandemia koronawirusa zmieniła optykę pracowników, przedsiębiorców i osób zarządzających firmami. Wielu z nich w ograniczeniach i przeszkodach, które musieli pokonać zaczęło szukać szansy nie tylko na przetrwanie tego trudnego czasu, ale też na rozwój. Co więcej, jak wykazały nasze badania jesteśmy otwarci na nowoczesne technologie, doceniamy je, a wirtualny świat dający nieskończone możliwości kontaktu z innymi, staje się dla nas naturalnym środowiskiem pracy i wspomnianego rozwoju – mówi Agnieszka Ciesielska z agencji EVERITUM. – Najczęstszą formą wirtualnego kontaktu z innymi, z której korzystali zarówno pracownicy jak i właściciele firm był udział online w różnego rodzaju szkoleniach, prelekcjach i panelach dyskusyjnych online, bo aż 74 proc. badanych. Co ciekawe, 30 proc. badanych brało udział również w wirtualnej integracji – podkreśla Agnieszka Ciesielska.

Być w pracy i na konferencji

Wyniki badania przeprowadzonego przez EVERITUM i KIKE Events wskazują, że zarówno dla pracowników jak i właścicieli firm, którzy przynajmniej raz brali udział w wydarzeniach online ważne są szeroko pojęte oszczędności. 41 proc. badanych twierdzi, że największą zaletą spotkań online jest oszczędność czasu i pieniędzy (w tej grupie 57 proc. wskazuje na czas, 43 proc. na pieniądze). Badani doceniają też, że nie muszą wybierać między pracą a udziałem w ważnym wydarzeniu – 39 proc. wskazuje, że najważniejsza dla nich jest możliwość łączenia pracy z udziałem konferencji tj. pracują w biurze i jednocześnie biorą udział w wydarzeniu online. 37 proc. ankietowanych jako najbardziej znaczącą dla nich zaletę wskazuje szansę spotkań w większym gronie, 27 proc. uczestniczących w sondażu docenia możliwość dołączenia do wydarzenia z każdego miejsca na świecie, dla 10 proc. zaletą wydarzeń online jest swoboda jaką daje udział w tego typu eventach – mogą w każdym momencie opuścić wydarzenie i włączyć się do niego w dogodnym dla siebie czasie.

Goście wydarzeń w sieci podkreślali też, że mogą uczestniczyć w nich od początku do końca. Ich zdaniem konferencje, targi i inne eventy odbywające się w rzeczywistości, szczególnie te organizowane w innym mieście oznaczają dla nich konieczność wyjścia przed ich końcem. Co jest spowodowane m.in. długą drogą powrotną do domu, chęcią ominięcia koków czy pociągiem, na który muszą zdążyć.

64 proc. planistów eventowych nigdy nie organizowało wydarzeń online

Jak wynika z badania przeprowadzonego wśród członków Stowarzyszenia Branży Eventowej tylko w marcu i kwietniu zostało odwołanych ponad 97 proc. wszystkich planowanych eventów. Podobna sytuacja widoczna jest również na świecie – lista odwołanych lub przełożonych wydarzeń jest długa i znajdują się na niej m.in. największe na świecie imprezy branżowe: targi telekomunikacyjne – Mobile World Congress w Barcelonie, targi salonów meblarskich Salone del Mobile, nowojorski festiwal designu NYCxDESIGN, Geneva Motor Show, marcowe fashion week w Pekinie i Szanghaju, konkurs Eurowizji czy igrzyska w Tokio.  – Jako aktywny uczestnik branży eventowej mogę śmiało powiedzieć, że COVID-19 nie był dla nas łaskawy – odcisnął swoje piętno na całej branży organizatorów spotkań biznesowych. Problem z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości miały szczególnie osoby i organizacje bez doświadczenia i wiedzy o narzędziach pozwalających na organizowanie eventów w sieci. Jak wynika z danych Event Manager Blog, 64 proc. planistów, nigdy nie było zaangażowanych w planowanie wirtualnego wydarzenia. My też, przenosząc w czerwcu naszą konferencję na wirtualną wyspę VirBELA musieliśmy się tych technologii szybko nauczyć – mówi Mariusz Filipiak, Prezes Zarządu KIKE Events Sp. z o.o. Coraz większa otwartość na spotkania online i dostęp do umożliwiających to nowoczesnych narzędzi wyklucza „niemożliwe” ze świata spotkań i pokazuje jak w niedalekiej przyszłości możemy funkcjonować wirtualnie. Internet to nowa szansa na rzeczywistość, w której obecnie toczy się aktywne życie, kompatybilne z tym realnym, pozwalając na nieprzerwaną komunikację, edukację, pracę, spotkania biznesowe, organizację wydarzeń lokalnych i międzynarodowych. Dzięki niemu nie jesteśmy zależni od sytuacji epidemiologicznej, nie ogranicza nas odległość, problemy z dojazdem, brak czasu, czy ograniczony budżet. Oczywiście, spotkania wirtualne nigdy nie zastąpią tych prawdziwych, jednak wszystko wskazuje na to, że wirtualne konferencje na stałe zagoszczą w naszym życiu i w wielu aspektach okażą się bardziej efektywne biznesowo, niż te tradycyjne.

Badanie zostało zrealizowane w lipcu 2020 roku na próbie 1 000 osób – właścicieli firm, managerów i pracowników z całej Polski.

Jaka jest przyszłość Polski w Unii Europejskiej? Odpowiada prof. Witold Modzelewski

Komisarz UE do spraw równości ogłosiła, że KE wstrzymuje fundusze z programu miast partnerskich dla paru polskich gmin. Doprowadziły do tego kontrowersyjne decyzje polityczne i światopoglądowy spór między polskim rządem i samorządami a Unią Europejską. Czy to oznacza, że możemy spodziewać się dalszych reperkusji ze strony Komisji Europejskiej, a fundusze nie będą spływać do nas z Europy tak wartkim strumieniem? I czy w ostateczności możemy się spodziewać wyrzucenia Polski z Unii? Eksperci twierdzą, że to bardzo mało prawdopodobny scenariusz. Polska jest dla UE bardzo ważnym ogniwem – gdyż łączy centralną część kontynentu z tak zwaną nową Europą, czyli krajami za naszą wschodnią granicą. Jesteśmy jednym z kluczowych państw w tym układzie geopolitycznym. Nie musimy obawiać się więc, że stracimy fundusze unijne. Pozostaje pytanie – jak mądrze je zagospodarować?

– To są pieniądze do wydania. Mają stworzyć popyt inwestycyjny, którego nam brakuje. Środki od Unii są częściowo pożyczkowe, a częściowo grantowe. Oznacza to, że trzeba je rozdać firmom – a tym samym napędzić polskie inwestycje, blokowane w tej chwili przez ostrożność przedsiębiorców i słabe stopy procentowe w bankach – powiedział serwisowi eNewsroom profesor Witold Modzelewski, prezes Instytutu Studiów Podatkowych. – Uda nam się to, jeśli spełnione zostaną trzy warunki. Po pierwsze, jeżeli uzyskamy pewną suwerenność co do wydatkowania tych środków. Sądzę jednak, że będzie ona rosła, a nie spadała. Po drugie rząd musi zachować stabilność polityczną. Nie fundujmy sobie więc za trzy lata kryzysu politycznego, z którego nie będziemy umieli wyjść. Po trzecie: jeżeli będziemy potrafili te pieniądze wydać w Polsce w ten sposób, że nie zostaną przetransferowane za granicę. Wtedy uda nam się zasilić nasz rynek nowymi inwestycjami i doprowadzić do wzrostu popytu – wskazuje Modzelewski.

Zielone strategie deweloperów

Z roku na rok powiększa się liczba certyfikowanych budynków magazynowych w Polsce w dwóch najpopularniejszych systemach tj. BREEAM i LEED. Przyczyn wzmożonej aktywności deweloperów w budowie bardziej zrównoważonych projektów jest kilka od coraz większej presji ze strony świadomych najemców, po nowe strategie deweloperskie zgodne z porozumieniem paryskim, w którym ogłoszono ogólnoświatowy plan działania zapobiegający globalnemu ociepleniu. W najnowszych projektach firmy dążą do ograniczenia negatywnego wpływu na środowisko m.in. przez bardziej przemyślane planowanie inwestycji i pozostawiany po sobie tzw. ślad węglowy. Obecnie najpopularniejszą grupą budynków certyfikowanych w Polsce są te biurowe, jednak w ostatnim czasie deweloperzy magazynowi dbają o to, aby ich projekty były odpowiedniej jakości, a poziom konstrukcji spełniał wymogi BREEAM czy LEED. Dlatego często na długo przed zakończeniem inwestycji duża część deweloperów stara się o uzyskanie precertyfikacji, w jednym z systemów, potwierdzając, że projekt spełnia wymogi zrównoważonego budownictwa i ekologii. Co więcej nowa oferta powoli staje się standardem, w którym będzie rozwijać się budownictwo i dostarczanie budynków i hal w sektorze magazynowym.

Od czego się to zaczęło?

Jeszcze do niedawna głównym czynnikiem determinującym wykorzystanie ekologicznych czy wręcz zrównoważonych rozwiązań był sam najemca. To on podczas przygotowywania inwestycji w formule BTS lub BTO ustalał razem z deweloperem i agencją doradczą, które rozwiązania chce zastosować w swoim budynku. Fakt ten tłumaczony był dłuższą umową najmu najczęściej 7-10 letnią, podczas, której rozwiązania typowo ekologiczne lub te generujące oszczędności mogły się zwrócić. Jednak wraz z rozwojem technologii, popularyzacji odnawialnych źródeł energii (OZE) i nowoczesnych systemów do zarówno pozyskiwania i odzyskiwania energii, paleta oferowanych rozwiązań rosła. Jednym z pierwszych zastosowanych rozwiązań była zamiana tradycyjnego oświetlenia na energooszczędne oświetlenie LED, które obecnie dodatkowo wyposaża się w czujniki ruchu, tak, aby oświetlać tylko wykorzystywane części magazynu. Niemal standardem na rynku pozostaje użycie tzw. wody szarej czyli deszczułki do spłukiwania toalet czy podlewania roślinności. W kontekście odzyskiwania ciepła i jego gromadzenia dużo większego znaczenia zyskała sama izolacyjność budynków. Natomiast rozwój technologii i stopniowe odejście od paliw kopalnianych spowodował np. wzrost użycia pomp ciepła wykorzystujących energię z wnętrza ziemi. Jednak największe zmiany zachodzą po stronie generowania prądu. Na dziś jednym z najpopularniejszych rozwiązań jest fotowoltaika, która w odróżnieniu od technologii wykorzystywanej np. sprzed dekady pozwala na pobór prądu ze słońca już nawet przy zachmurzonym niebie. Wykorzystanie bardziej czułych łączy pozwala na wygenerowanie kilku dodatkowych kilowatów energii.

Najnowsza strategia deweloperów – zero emisyjność

Od kilku lat możemy zaobserwować zmianę w strategii deweloperów magazynowych, którzy wyszli naprzeciw oczekiwaniom najemców i w ramach swoich magazynów oferują różne rozwiązania ekologiczne z szerokorozumianego zrównoważonego rozwoju czyli sustainability. Dla przykładu firma Panattoni w lipcu 2020 została członkiem Polskiego Stowarzyszenia Budownictwa Ekologicznego PLGBC. Deweloper w swoją najnowszą strategię wpisuje zwiększenie liczb trenerów zielonych w ramach dostarczanych parków magazynowych, zwraca także większą uwagę na izolacyjność ścian i dachów, rozbudowany system automatycznego zarządzania energią czy oszczędności w zużyciu wody. Ponadto patrząc na nowe budynki magazynowe Panattoni widzimy przeszklone elewacje czy rozbudowane strefy zieleni i rekreacji. Rozwiązania te mają służyć przede wszystkim pracownikom i ich dobremu samopoczuciu. Natomiast firma 7R wprowadza innowacyjną linię produktową 7R Green, która zapewnia najemcom wykorzystanie paneli fotowoltaicznych w celu redukcji części zapotrzebowania na energię elektryczną, ponadto na terenie parku dostępne są gniazda do ładowania samochodów elektrycznych czy niemal już standardowe wykorzystanie oświetlenia LED, a także wdrożenie nowego systemu BMS do lepszego zarządzania nieruchomością. Na podobne rozwiązanie ze stacjami do ładowania samochodów elektrycznych zdecydowała się firma MLP, która zamierza rozpowszechnić tę usługę we wszystkich swoich parkach w Europie.

Z kolei uważana za jedną z prekursorów zrównoważonego budownictwa magazynowego firma Prologis od lat proponuje swoim przyszłym najemcom bardziej ekologiczne i pozwalają na uzyskanie większych oszczędności rozwiązania. W ramach nowych inwestycji deweloper przebudowuje tereny przemysłowe, starając się wykorzystywać i poddawać recyklingowi materiały rozbiórkowe podczas budowy. Dodatkowo w części elewacji firma wykorzystuje drewno, które w założeniu ma pomóc lepiej zintegrować się z otaczającym środowiskiem. Zrównoważenie to także większa świadomość środowiska, w którym się otaczamy. Zdecydowana większość budynków magazynowych jest w granicach czy obrzeżach miast, jednak część z nich znajduje się także poza obszarami zurbanizowanymi. Dla przykładu brytyjski deweloper SEGRO zdecydował się na ustawienie na dachach swoich magazynów uli dla pszczelich rodzin. Zróżnicowanie biocenotyczne środowisko pozwala na uzyskanie wysokiej jakości miodu, a za sprawą pszczół na odpowiednie zapylenie okolicznych sadów czy okolicznych terenów rolniczych. Inicjatywy SEGRO w innych krajach obejmują także sadzenie dzikich kwiatów oraz budowę budek dla ptaków, aby wspierać lokalną przyrodę.

Innym przykładem efektywnego dialogu na linii miasto – deweloper – agencja/zarządca nieruchomości jest np. ustawienie stacji z rowerami w pobliżu parków magazynowych. W ten sposób np. w Warszawie w dzielnicach Białołęka, Targówek czy Włochy dba się o ograniczenie emisyjności spalin i dwutlenku węgla do atmosfery, a dla części z pracowników to wygodne rozwiązanie, ponieważ zamiast stać w korku mogą skorzystać z oferty rowerów miejskich i zadbać o własne zdrowie.

Zero emisyjność to jeden z istotnych elementów, w którym z pewnością cały rynek nieruchomości komercyjnych będzie zmierzał. W przypadku projektów biurowych oprócz standaryzacji w systemach LEED i BREEAM wprowadzony został dodatkowy certyfikat WELL. Czy będzie on również stosowany na powierzchniach magazynowych? Wydaje się być to naturalną konsekwencją zrównoważonej polityki deweloperów. Niemniej na budynek magazynowy w takim standardzie, pewnie przyjdzie nam jeszcze chwilę poczekać. Na dziś na świecie możemy mówić tylko o kilku projektach, które są zero emisyjne, jednak w kolejnych latach technologia z pewnością pozwoli na bardziej dynamiczny rozwój zrównoważonych rozwiązań i zwiększenie liczby ekologicznych możliwości w samych magazynach czy na ich działkach. Natomiast w kontekście ostatnich zawirowań spowodowanych przez pandemię COVID-19 już dziś, duża część z naszych klientów coraz chętniej i częściej pyta, które z obecnie dostępnych rozwiązań automatycznych można wprowadzić do ich magazynów. Z jednej strony to dobre rozwiązanie, ponieważ pozwoli na wykluczenie ewentualnych nowych ognisk zarażeń, jednak z drugiej będzie wymagać dodatkowego poboru mocy, aby zachować odpowiedni standard płynności produkcji,”  podsumowuje Janusz Gutowski, Dyrektor działu Property Management w AXI IMMO.

Spedycja i transport wracają na drogi

0

W obliczu lockdownu sektor transportu i spedycji uległ zamrożeniu. Dziś jednak, zamiast o stratach, stagnacji i katastrofie, coraz częściej mówi się o szansie, jaką lockdown dał branży i o impulsie do rozwoju. Zarówno ci, którzy dostosowali się do nowych realiów, jak i ci, którym w zupełnie innej sytuacji nie udało się odnaleźć, z pandemii wyciągną cenne wnioski. – Krwiobieg polskiej gospodarki wreszcie wraca do normalnego funkcjonowania – prognozują eksperci.

Pierwszy przypadek koronawirusa odnotowano w Polsce 4 marca. Dziewięć dni później Ministerstwo Rozwoju, wspólnie z Głównym Inspektorem Sanitarnym, opublikowało szereg zaleceń dla branży TSL. W czternastu punktach znalazły się rekomendacje dotyczące m.in. higieny kaszlu i kichania, utrzymywania bezpiecznego dystansu, promowania mycia i dezynfekcji rąk czy zrezygnowania z bezpośredniego kontaktu z klientem na rzecz komunikacji przez telefon czy e-mail.

Kryzys, którzy odczuli wszyscy

Jednak trudności sektor zaczął odczuwać na długo przez oficjalnymi rekomendacjami ze strony resortu. – Zalecenia i obostrzenia, owszem, były potrzebne, ale patrząc na branżę w makroskali, kryzys rozpoczął się już w 2019 roku. Polska jeszcze ledwo odczuwała napiętą sytuację, ale w Chinach bardzo powoli i stopniowo odmrażano gospodarkę, już wtedy mocno dotkniętą przez COVID-19, co z kolei przełożyło się na problemy ze szlakiem transportowym między Azją a Europą czy Stanami Zjednoczonymi. Późniejsze sukcesywne odcinanie połączeń lotniczych jeszcze bardziej pogłębiło problem – analizuje Katarzyna Syta, Prezes Zarządu, KAES Logistics. To zrodziło mnóstwo obaw, bo cały sektor transportu drogowego nie bez powodu nazywany jest krwiobiegiem polskiej gospodarki – na koniec 2017 roku stanowił on 7 proc. udziału w wartości polskiego PKB.

Problemy z łańcuchem dostaw błyskawicznie zaczęły się przejawiać także w skali mikro. Firmy, polegające na dostawach produktów czy półproduktów z Chin, stanęły na skraju bankructwa, a co za tym idzie, popyt na usługi kurierskie czy transportowe uległ znacznemu zmniejszeniu. Nie inaczej było z przewozu osób – z danych Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych wynika, że przez pandemię transport pasażerski na trasach międzykrajowych uległ zmniejszeniu o – uwaga – 97 procent. Kłopoty ze stabilnością na rynku zaczęły mieć też sklepy

wielkopowierzchniowe – dyskonty, markety czy hipermarkety. W najgorszym położeniu znalazły się te zlokalizowane w galeriach handlowych, zamkniętych z powodu lockdownu. – Trudno było cokolwiek przewidywać, wszyscy w jakimś stopniu odczuliśmy ten kryzys. Jednego dnia markety czy sklepy przeżywały istne oblężenia, drugiego zaś konsumenci – ze strachu przed wirusem, ale także przez zapobiegliwość i korzystanie z zapasów – rezygnowali z zakupów. Wobec tego trudno o automatyzację dostaw i umiejętne oszacowanie zapotrzebowania na produkty przez operatorów – podkreśla Katarzyna Syta i dodaje: – To tylko pokazuje, jak ogromne znaczenie ma dla prawidłowego funkcjonowania handlu ma stabilna, dobrze funkcjonująca spedycja. Bez niej nie byłoby to możliwe.

Izolacja napędziła e-commerce

Przekonali się o tym także klienci detaliczni – zwłaszcza ci, którzy w okresie lockdownu i długotrwałej izolacji przekonali się do zakupów internetowych. – Gałąź handlu e-commerce w trakcie kryzysu wyraźnie „odbiła”, choć trzeba przyznać, że i bez niego radziła sobie świetnie. Urząd Komunikacji Elektronicznej szacuje, że w 2021 roku wartość sektora w Polsce wzrośnie do 70 miliardów złotych, podczas gdy w 2018 wynosiła ona około 45 miliardów. Lockdown stworzył internetowym zakupom idealne warunki. W przypadku zakupów ubrań czy elektroniki zabrakło konkurencji w postaci sklepów stacjonarnych, w tym tych zlokalizowanych w galeriach. Z kolei, jeśli chodzi o e-groceries, czynnikiem motywującym do internetowych zakupów spożywczych stała się niechęć i strach przed wyjściem do sklepu.

Rynek szybko zareagował. Internetowy sklep Frisco.pl zaczął przyjmować zamówienia z miesięcznym wyprzedzeniem, restauracje – proponować dowóz jedzenia, do tej pory w wielu lokalach nieoferowany, sklepy internetowe wprowadziły opcję free delivery, a firmy z branży spedycyjnej – np. InPost czy DPD – w katalogu usług umieściły dostawę bezkontaktową. O wzroście obrotów z handlu e-commerce w okresie pandemii informowały już m.in. Komputronik. Sytuacja zaskoczyła wszystkich, ale tylko niektórzy okazali się na tyle elastyczni, by zagrożenia i ograniczenia przekuć w nowe pomysły i rozwiązania.

Praca zdalna, szerokie portfolio i troska o przyszłość

Jednym z tych rozwiązań jest przejście przez firmy z branży TSL na system pracy zdalnej. Wymaga to rzecz jasna, odpowiedniego zaopatrzenia w odpowiedni sprzęt, oprogramowanie, narzędzia czy szeroko pojęte zaplecze informatyczne. Trzeba jednocześnie pamiętać o tym, że transformacja modelu pracy nie dokonuje się w ciągu dnia czy dwóch, ale jest stopniowym procesem, wymagającym konsekwencji i sukcesywności. W praktyce oznacza to przecież przeniesienie większości zasobów firmy z jej siedziby do sieci.

To prowadzi do kluczowego wniosku, który każda firma sektora TSL, dotknięta koronakryzysem, wyciągnie: trzeba być zapobiegliwym i przygotowywać się na trudniejsze czasy. – Bez cienia wątpliwości lockdown wiele nas nauczył. Nikt nie potrafi przewidzieć, czy nie grozi nam kolejna fala zachorowań i drugi, być może jeszcze głębszy, kryzys, który zniesiemy jeszcze gorzej. Dlatego należy być na to odpowiednio przygotowanym: z jednej strony maksymalnie dywersyfikować katalog usług. A więc unikać wąskiej specjalizacji na rzecz poszerzania wachlarza oferty – im bardziej zróżnicowaną flotą i portfolio klientów dysponujemy, tym mniejsza szansa na bolesne odczucie kryzysu. Jeśli jakaś branża wzrasta, to dzieje się to kosztem innej. Z drugiej strony trzeba robić wszystko, by gromadzić rezerwy, czy to w postaci dodatkowych środków pieniężnych, czy też innych aktywów. Na ciężkie czasy lepiej się przygotować. Nawet, jeśli nie nadejdą – podsumowuje Katarzyna Syta z KAES Logistics.

Jak COVID-19 przyspiesza transformację cyfrową na świecie i w Polsce

Pandemia zmieniła przemysł. Nowe okoliczności zwiększyły znaczenie elastyczności, wydajności i wytrzymałości firm na kryzysy. Transformacja cyfrowa, która już od kilku lat była istotnym tematem, poprzez COVID-19 stała istotnym czynnikiem, zapewniającym przetrwanie biznesu.

Niemal z dnia na dzień kryzys związany z koronawirusem pogłębił przepaść w wydajności pomiędzy przedsiębiorstwami, które na dużą skalę wprowadziły w swoich zakładach innowacje technologiczne, a tymi, które długo opierały się cyfryzacji. W nowych realiach, aby nie tylko przetrwać, ale rozbudowywać biznes, firmy nie mogą po prostu zredukować kosztów i ograniczyć inwestycji. To najlepszy moment na zwiększenie tempa cyfryzacji, żeby spełnić nowe oczekiwania klientów i dostosować się do wyzwań stawianych przez „nową normalność”.

Schneider Electric w okresie pandemii widzi ogromny akcelerator transformacji cyfrowej, otwierający nowe możliwości dla wielu branż. W przeciwieństwie do cyfryzacji sprzed pandemii, obecnie digitalizacja przedsiębiorstw musi uwzględniać nowe wyzwania. Są nimi np. wdrożenie zdalnego serwisu, zdalnego zarządzania, w każdym procesie, gdzie to możliwe, jak również zabezpieczenie firmy przed niespodziewanymi okolicznościami, zwiększenie wydajności, a także zapewnienie zrównoważonego rozwoju.

Wszystko zdalnie

Wprowadzenie czasowych obostrzeń w przemieszczaniu się, czyli lockdown, podkreśliło rolę wykonywania pracy na odległość. Zdalne połączenie i monitorowanie zapewniają bowiem większą elastyczność, a przy tym wyższy poziom bezpieczeństwa pracowników. Pozwalają także na kontynuowanie działania zakładów bez zakłóceń, przy jednoczesnym przestrzeganiu nakazów narzuconych przez organy administracji rządowej.

Technologie zdalnej kontroli nie tylko usprawniają procesy, ale także wspomagają pracę ludzi. W hali produkcyjnej dzięki rozwiązaniom takim, jak symulacje czy rzeczywistość rozszerzona (AR) zdecydowanie szybciej można reagować na problemy związane z pracą maszyn, niż gdyby miałby zrobić to sam pracownik. Redukują również do minimum ryzyko powstawania opóźnień operacyjnych, które mogłyby wyniknąć z ograniczonej możliwość przemieszczania się specjalistów serwisowych. Z kolei inne rozwiązanie cyfrowe – wirtualna rzeczywistość (VR) umożliwia operatorom maszyn odbywanie m.in.: wirtualnych szkoleń na sprzęcie i poznawanie funkcjonowania oddalonych zakładów, bez wychodzenia zza swojego biurka.

Automatyzacja rozwiązaniem (nie tylko) na kryzys

Daleko idąca automatyzacja procesów produkcyjnych i robotyzacja pozwoliła przedsiębiorstwom kontynuować działalność podczas największych obostrzeń związanych z Covid-19. Niektórym, jak nowoczesna stalownia Baosteel Group w Szanghaju, udało się stworzyć pierwsze, inteligentne, i w pełni zautomatyzowane stanowiska do walcowania stali na gorąco.

Dzięki automatyzacji możliwe jest również pobierane informacji wprost z każdego elementu czy urządzenia, składającego się na łańcuch produkcyjny przedsiębiorstwa, by wykryć, gdzie wymagana jest interwencja. Na tych rozwiązaniach skorzystała, m.in. stojąca na czele cyfrowej transformacji firma Enel, największy dostawca energii elektrycznej we Włoszech. Gdy podczas zakazu wychodzenia z domów zapotrzebowanie na energię w przemyśle drastycznie spadło, a wzrosło w mieszkaniach, Enel mógł zarządzać dystrybucją energii w czasie rzeczywistym ze swojego zdalnego centrum kontroli.

Niezależnie od tego, czy następny kryzys będzie spowodowany chorobami, polityką, czy katastrofami, musimy zwiększyć niezawodność przedsiębiorstw, w przezwyciężaniu zagrożeń. Branża przemysłowa musi skupić się na trzech czynnikach: łączności, przewidywalności i zapobiegliwości. Połączenia internetowe umożliwiają monitorowanie. Natomiast korzystając z oprogramowania i narzędzi analitycznych, przedsiębiorstwa mogą przewidywać przyszłe problemy, które należy naprawić, zanim spowodują przestój. Każdy zakład przemysłowy jest też jak łańcuch, obejmujący dostęp do sieci, dystrybucję energii, zarządzanie budynkiem, zarządzanie IT oraz procesami. Przerwanie któregokolwiek z tych ogniw osłabia wytrzymałość. Dlatego należy wdrożyć automatyzację i analitykę na każdej możliwym etapie – mówi Jean-Pascal Tricoire, prezes Schneider Electric.

Zwiększenie wydajności

Choć wydajność zawsze była kluczowa dla przemysłu, to w następstwie kryzysu jej rola jeszcze wzrosła. Przemysł szuka bowiem nowych sposobów obniżenia kosztów. Według Jeana-Pascala Tricoire’a, CEO Schneider Electric, transformacja cyfrowa przekłada się na efektywność, a jej poprawę można osiągnąć po połączeniu kilku kwestii.

  • Po pierwsze, konieczna jest integracja energii i automatyzacji w celu osiągnięcia dwóch podstaw wydajności: zmniejszenie zużycia energii i nakładu pracy. To połącznie pozwala na redukcję kosztów, przy jednoczesnym ograniczeniu emisji dwutlenku węgla i zużywaniu surowców.
  • Po drugie, dzięki pionowemu połączeniu przetwarzania brzegowego z obliczeniami w chmurze – dane przesyłane wprost z hali produkcyjnej będą dostępne w czasie rzeczywistym.
  • Po trzecie, konieczna jest integracja cyklu życia, od projektowania i budowy aż po eksploatację oraz konserwację. Eliminuje ona wszelkie nieefektywności w przejściu z wydatków inwestycyjnych do operacyjnych. Umożliwia też bezproblemową współpracę, a także integralność całego cyklu życia wszystkich danych.
  • Wreszcie konieczne jest przejście od tradycyjnego sposobu zarządzania firmą, zakład po zakładzie, do zintegrowanego, pojedynczego centrum operacyjnego, w celu uzyskania szerszego obrazu zużycia energii i zasobów. Umożliwia to pełną ocenę wydajności wszystkich obiektów i optymalizację każdej placówki firmy w skali globalnej.

Zrównoważony rozwój wciąż jest priorytetem

Pandemia pokazała, jak może wyglądać konfrontacja ludzkości z globalnymi kryzysami na wielką skalę. Eksperci są zgodni, że obecny kryzys epidemiczny będzie również akceleratorem zmian, które pomogą ograniczyć globalny wzrost temperatury o 1,5 °C. Przyspieszenie transformacji cyfrowej – zainicjowane przez pandemię – może pomóc klimatowi, ponieważ droga do zrównoważonego rozwoju zaczyna się właśnie od cyfryzacji. Korzystając z setek punktów pomiarowych i danych dotyczących zużycia energii i zasobów, przedsiębiorstwa są w stanie opracować strategię skupioną na wydajności, elektryfikacji, gospodarce o obiegu zamkniętym i dekarbonizacji.

Zaufanie i wzajemne wsparcie podstawą biznesu przyszłości

Obawy związane z ryzykiem zakażenia się koronawirusem wymusiły na firmach wypracowanie najwyższych standardów zaufania. W czasie kryzysu trzeba było również uprościć procesy decyzyjne, w wielu miejscach unikając mikrozarządzania. Konieczne stało się również szybkie reagowanie firm, na nagłe, zwiększone potrzeby infrastruktury krytycznej, w tym szpitali. Czas pandemii pokazał, że zarazem wprowadzone innowacje w zakładach produkcyjnych Schneider Electric, jaki i dostarczane przez nie nowoczesne produkty, pozwalają na wsparcie klientów w sytuacjach nadzwyczajnych.

W Schneider Electric Polska mamy kilka przykładów, które znakomicie ilustrują jak w czasie pandemii ważne było zaufanie i wzajemne wspieranie się. Nasza fabryka w Mikołowie w ciągu 24 godzin wyprodukowała i wymieniła przegrzany transformator w szpitalu w Prokocimiu. Fabryka w Tychach realizuje zamówienie na komponenty sterowania dla producenta testów na COVID-19 . Z kolei nasza fabryka w Bukownie została zakwalifikowana jako zakład strategiczny Schneider Electric w Europie – produkuje komponenty zabezpieczające niskonapięciowe systemy zasilania energii elektrycznej – mówi
-Jacek Łukaszewski, Prezes Schneider Electric na Klaster Polski, Czech, Słowacji i Ukrainy.

COVID-19 nie zmienił podstaw prowadzenia biznesu, ale podkreślił potrzebę elastyczności i adaptacji. W gospodarce znajdującej się pod presją, jest to wezwanie do większej świadomości, wydajności i pamiętaniu o zrównoważonym rozwoju. Aby zrealizować te podstawy, poza wzmocnieniem wytrzymałości firm i partnerstwie, niezbędna jest powszechna cyfryzacja.

Autor: Wojciech Skrok

Producent premium indie simulator bliżej NewConnect. Trigon Dom Maklerski na pokładzie Simteract

0

Trigon Dom Maklerski wesprze Simteract w pozyskaniu kapitału na dalszy rozwój. Deweloper specjalizujący się w gatunku premium indie simulation chce pozyskać od inwestorów finansowanie na rozwój i zadebiutować na NewConnect na przełomie 2020/2021. 

Tuż po przekształceniu w spółkę akcyjną i zaprezentowaniu nowej identyfikacji wizualnej, Simteract postawił kolejny ważny krok w kierunku dalszego rozwoju. Spółka wybrała dom maklerski, który wesprze ją w przeprowadzeniu nadchodzących działań związanych z pozyskaniem kapitału na rozwój.

– Od początku naszej działalności stawiamy przede wszystkim na jakość. W związku z tym podpisaliśmy umowę z renomowanym i najskuteczniejszym transakcyjnie w segmencie gamingu polskim domem maklerskim. W mojej opinii Trigon dysponuje jednymi z najlepszych zespołów analitycznych w branży gier komputerowych, dlatego bardzo cieszę się, że mamy go na pokładzie. Pracując tylko z najlepszymi będziemy mogli w pełni zrealizować nasz potencjał – komentuje Marcin Jaśkiewicz, prezes Simteract.

Obecnie Simteract koncentruje swoje działania produktowe na dwóch projektach: niezapowiedzianym jeszcze Projekcie #1, który powstaje we współpracy z francuskim wydawcą Nacon należącym do grupy BigBen Interactive, oraz pokazanym już mediom symulatorze, Carpool Simulator. Produkcja, w której gracze wcielą się w kierowcę samochodu zadebiutuje w 2022 roku na konsolach oraz PC. Sukces projektu ma zostać zapewniony przez wieloletnie doświadczenie zespołu Simteract, zdobyte przy tworzeniu naśladujących ruch miejski, realistycznych systemów szkoleniowych. W grze zostanie użyta pionierska i uznana na całym świecie technologia Traffic AI, z której firma zasłynęła w poprzednich latach.

– Know-how, którym obecnie dysponujemy w spółce, wywodzi się z tworzenia profesjonalnych symulatorów treningowych. Nasze wcześniejsze produkcje wspierają czy techników na całym świecie, a także pomagają w przeprowadzeniu testów inteligentnych samochodów. Dzięki zatrudnieniu doświadczonych specjalistów w zakresie rozgrywki oraz wykorzystaniu naszych dotychczasowych umiejętności w produkcji symulatorów udało nam się opracować spójny, kompletny model działania. Właśnie dlatego mamy wszystko co potrzebne, żeby tworzyć ambitne symulatory z kategorii premium indie. – mówi prezes.

Simteract zamierza przeprowadzić na przełomie trzeciego i czwartego kwartału bieżącego roku emisję akcji, która będzie skierowana do nie więcej niż 149 osób (w ramach subskrypcji prywatnej). – Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem mamy szanse zadebiutować na NewConnect jeszcze w tym roku – podsumowuje prezes.

Rada Nadzorcza Mostostalu Kraków SA powołała na stanowisko Prezesa Zarządu Spółki Jacka Lecha

Jacek Lech jest absolwentem Politechniki Częstochowskiej na kierunku Zarządzanie i Inżynieria Produkcji. Ukończył także międzynarodowe programy rozwojowe Global Management Program w Londynie oraz International Management Development Program w Barcelonie.

Jacek Lech pracuje w Grupie Budimex od października 2013 roku. Swoją karierę w grupie rozpoczął w Mostostalu Kraków na stanowisku Dyrektora Wytwórni Konstrukcji Stalowych. W latach 2014-2018 objął stanowisko Dyrektora ds. Produkcji w randze Wiceprezesa Zarządu. Wcześniej był szefem produkcji w Fabryce Maszyn i Urządzeń FAMAK w Kluczborku, gdzie zrealizował kilkaset projektów dla rynku offshore oraz wiele projektów infrastrukturalnych.

Od stycznia 2019 roku Jacek Lech pełni funkcję Dyrektora Oddziału Południe Budownictwa Ogólnego w Budimex SA.

Mostostal Kraków obecnie jest zaangażowany w kilkadziesiąt kontraktów, zarówno  na roboty budowlano-montażowe, jak i prefabrykację oraz dostawę konstrukcji stalowych. Jako jedna z czołowych polskich firm budowlanych działa w najważniejszych sektorach budownictwa: przemysłowego, energetycznego, cementowo-wapienniczego, hutniczego, chemicznego, mostowego oraz przesyłów gazowych. Spółka obecnie realizuje projekty m.in. dla takich kontrahentów jak: Budimex, Tecnicas Reunidas, KGHM Polska Miedź, Hyundai Engineering Co., Tecnimont S.P.A., Andritz, GE Power, PORR, Energa Serwis, Sumitomo SHI FW, TESGAS.

W ostatnich latach Mostostal Kraków stawia na ciągły rozwój, z czym wiąże się szereg poczynionych inwestycji, m.in. unowocześnienie parku maszynowego w Wytwórni Konstrukcji Stalowych w Kleszczowie, utworzenie działu odpowiedzialnego za realizacje w branży gazociągów przesyłowych oraz własnego działu projektowo-technicznego odpowiedzialnego za opracowanie projektów na wszystkich etapach. Rok 2019 spółka zakończyła przychodami ze sprzedaży na poziomie powyżej 400 mln PLN.

Jeden i ten sam schemat – sytuacja na rynku walutowym

Informacje okołorynkowe przechodzą bez echa, podczas gdy dominuje jeden trend – słabość USD. Dolar traci na całej linii, nie tylko wobec głównych walut, jak euro czy funt, ale wczoraj jedną z lepiej radzących sobie walut był złoty. Nowe rekordy S&P500 wzmacniają przekonanie, że rajd ryzyka będzie trwał.

Jeden pozostaje schemat dla rynków finansowych i jest nim przerzucanie kapitału z USD w stronę innych walut i aktywów. W nocy przecena została na chwilę zatrzymana, gdyż inwestorzy z Azji skupili uwagę na doniesieniach z Białego Domu – prezydent Trump przyznał, że to on odwołał rozmowy nad umową handlową z Chinami i „na razie nie ma ochoty rozmawiać z Chinami”. Choć podnosi to obawy o przyszłość porozumienia handlowego, na ten moment to tylko słowa prezydenta USA, który często stara się wyolbrzymić znaczenie swojego stanu emocjonalnego dla bieżących wydarzeń. Dziś rano wejście do gry inwestorów z Europy przywraca presję na osłabienie USD i wycieszenie obaw – Europa zwykła zachowywać zimną krew wobec komentarzy Trumpa. W końcu wycofanie się Trumpa z umowy handlowej będzie dramatem dla amerykańskich farmerów, a to zbyt licząca się grupa wyborców, by ryzykować ich gniew przed listopadowymi wyborami.

Ważniejsze od przechwałek Trumpa są liczby, jak np. EUR/USD na 1,1940 czy USD/PLN pod 3,67. Poziomy niewidziane od ok. dwóch lat. Rynek walutowy jest pełen nowych wielomiesięcznych rekordów słabości dolara i nie musimy być u kresu tego rajdu. Wciąż utrzymuje się przekonanie, że w walce z pandemią i jej ekonomicznymi skutkami USA fiskalnie i monetarnie robią najwięcej, ale to też najbardziej szkodzi ich walucie. USD przestaje być gwarantem stabilności, ale i tez potrzeba parkowania środków w bezpiecznej przystani wydaje się inwestorom zbędna, o czym najlepiej świadczą nowe rekordy S&P500.
Publikowane dziś wieczorem minutki z lipcowego posiedzenia FOMC mogą być analizowane pod kątem dołożenia argumentów za słabością dolara. Główna uwaga będzie dotyczyć dyskusji na temat przyszłych kroków Fed. Po konferencji prasowej prezesa Powella tuż po posiedzeniu dowiedzieliśmy się tylko, że Komitet jest w trakcie rewizji strategii i decyzja pojawi się „w niedalekiej przyszłości” (prawdopodobnie we wrześniu). Jednak informacje, w którą stronę zmierza dyskusja, mogą kształtować rynkowe oczekiwania już teraz. Przede wszystkim zmiany w forward guidance dopuszczające wyjście inflacji powyżej celu 2 proc. lub uzależniające przejście do podwyżek stóp procentowych od spadku stopy bezrobocia do konkretnego progu będą gołębie i ugruntują przekonanie o niskich stopach na długi czas. Ważnym elementem dyskusji będzie także tempo skupu aktywów – im dłużej Fed nie będzie chciał redukować comiesięcznych zakupów, tym bardziej negatywny będzie wydźwięk dla dolara. Oczywistym jest, że w minutkach FOMC nie pojawią się żadne konkretne deklaracje odnośnie tego, co zostanie postanowione na kolejnym posiedzeniu we wrześniu. Jednak rynkom wystarczy tylko wskazówka, że Fed chce być gołębi na dłużej, by podtrzymać swoje przekonanie o słabości dolara.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

ABM: dzieci z białaczką limfoblastyczną z szansą na wyleczenie

Rocznie w Polsce na nowotwory choruje ponad 1100 dzieci. Ostra białaczka limfoblastyczna (ALL) jest najczęstszym nowotworem złośliwym występującym w tej grupie. Dzięki finansowaniu Agencji Badań Medycznych, Uniwersytet Medyczny w Łodzi rozpoczął projekt badawczy CALL-POL, który obejmie wszystkie dzieci w Polsce ze świeżo rozpoznaną ALL.

Głównym celem projektu CALL-POL jest ułatwienie dostępu do najnowszych terapii dla polskich dzieci chorujących na ostre białaczki. Zaproponowane terapie będą dostępne dla wszystkich dzieci w Polsce. Identyfikacja opcji leczniczych odbędzie się przy użyciu zaawansowanej i ultranowoczesnych narzędzi diagnostyki molekularnej.

Finansowanie z Agencji Badań Medycznych pozwoli na zastosowanie nowoczesnych leków, których działanie jest molekularnie ukierunkowane i dopasowane do każdego pacjenta w sposób indywidualny. Będzie to prawdopodobnie najnowocześniejsza metoda leczenia białaczek na świecie. Takie podejście lecznicze ma na celu zwiększenie wyleczalności białaczki u dzieci do około 95%.

Zaproponowane w ramach projektu CALL-POL metody leczenia białaczki u dzieci umiejscawiają Polską onkohematologię dziecięcą w wśród najlepszych na świecie, a co najważniejsze korzystać z nowoczesnej terapii finansowanej przez Agencje Badań Medycznych będą wszystkie dzieci z rozpoznaną ostrą białaczką limfoblastyczną w kraju – podkreśla Prof. Wojciech Młynarski – lider projektu CALL-POL.

Grupę badaną będą stanowić dzieci z rozpoznaną ALL pochodzące ze wszystkich ośrodków onkologii pediatrycznej w Polsce. Zgodnie z wskaźnikami zachorowalności planowane jest włączenie do badania ok. 550-600 dzieci a średni czas obserwacji to około 46 miesięcy. Harmonizacja procedur diagnostycznych obejmie scentralizowaną analizę molekularną i genetyczną komórek białaczkowych, co pozwoli na dostosowanie metod leczniczych indywidualnie dla każdego pacjenta. Dodatkowo, modyfikacja terapii będzie oparta o badanie odpowiedzi na zastosowane leczenie, co będzie prowadzone na pomocą identyfikacji nawet pojedynczych komórek białaczki w szpiku kostnym.

Uniwersytet Medyczny w Łodzi tworzy konsorcjum ze Śląskim Uniwersytetem Medycznym, Uniwersytetem Medycznym w Lublinie oraz Instytutem Innowacyjnych Technologii w Katowicach, które wspólnie prowadzić będzie ogólnokrajowe kontrolowane badania kliniczne obejmujące leczenie dzieci w Polsce z białaczką. W tym celu partnerami klinicznymi w projekcie są wszystkie polskie ośrodki onkologii pediatrycznej, łącznie 16 szpitali. Konsorcjum CALL-POL zostanie połączone z siecią AIEOP-BFM, która jest największą na świecie międzynarodową siecią badań klinicznych w zakresie białaczek i chłoniaków u dzieci. Koszt badania to ponad 28 milionów złotych a finansowanie pochodzi w całości z Agencji Badań Medycznych.

Projekt CALL-POL wprowadzi nowoczesne metody diagnostyczne i terapie ukierunkowane molekularnie. Doświadczenie CALL-POL pozwoli na poprawę wyników leczenia dzieci chorujących na ostrą białaczkę limfoblastyczną nie tylko w Polsce, ale także na świecie.

Bądź krok przed innymi. Zobacz, gdzie bije serce nowoczesnej sprzedaży

Sekretem biznesu jest wiedzieć to, czego nie wiedzą inni. Już 24 września zrób krok, który zmieni Twoją karierę.

Im więcej wiedzy, tym większe szanse na jej właściwe wykorzystanie i zrobienie kolejnych kroków na drodze do rozwoju zawodowego. Już 24 września warszawski PGE Narodowy zamieni się w centralny punkt na biznesowej mapie Polski. To tam podczas National Sales Congress eksperci zdradzą mistrzowskie strategie sprzedaży i zarządzania.

Wydarzenie to trzy sceny:

– „sprzedaż” – poświęcona skutecznemu pozyskiwaniu klientów, social sellingowi na LinkedIn, budowaniu argumentacji sprzedażowej i działaniom w systemie prowizyjnym

– „zarządzanie” – dotyczące motywowania pracowników, KPI w ocenie efektywności strategii sprzedażowych, budowaniu skutecznych zespołów sprzedaży i strategii

– networking i strefa wystawiennicza – spotkanie prawie 500 uczestników, pozwalające na zawiązywanie nowych relacji biznesowych. Partnerem Networkingu jest Biznes Klub Polska.

Event odbędzie się w bezpiecznych warunkach, zgodnie z wszystkimi wytycznymi Ministerstwa Zdrowia. Liczba miejsc przygotowanych dla uczestników jest ograniczona, ponieważ bezpieczeństwo gości jest priorytetem. Da to też możliwość głębszego case studies każdego z tematów, a także indywidualnych konsultacji z ekspertami podczas strefy networkingu.

Na przybyłych czekają prelekcje między innymi:

– Philipa Zimbardo – „Psychologia sprzedaży”

– Jakuba B. Bączka – „MentalSales, czyli o sprzedaży za 2,8 mln zł w weekend”

– Nikolaya Kirova – „Budowanie skutecznej argumentacji w rozmowach z partnerami w biznesie”

– Krzysztofa Sarneckiego – „Jak wykorzystać energię ekonomii chaosu do skutecznej sprzedaży?”

– Dagmary Pakulskiej – „Social selling i sales navigator = duet idealny”

–  – „Jak pozyskać 60% klientów, do których zima sprzedaż 1-1 nie wystarczy”Barbary Piasek

– Radosława Żemło – „Jak zbudować efektywny dział sprzedaży?”

Dla kogo jest National Sales Congress?

✅ specjalistów ds. sprzedaży

✅ managerów sprzedaży średniego i wyższego szczebla

✅ dyrektorów sprzedaży

✅ właścicieli firm

✅ pracowników sektora b2b

Udział w Kongresie będzie potwierdzony certyfikatem poświadczonym przez Partnerów Merytorycznych wydarzenia: Koźmiński Executive Business School – lidera programów MBA w Polsce, Kirov Strategic Negotiators – wiodącą w Polsce firmę szkoleniowo-konsultingową specjalizującą się w programach rozwoju umiejętności miękkich i strategicznych, a także Quest Change Managers – zespołu konsultantów, którzy pomagają firmom w osiąganiu coraz lepszych rezultatów i w dynamicznym rozwoju. Partnerem Kongresu jest RE/MAX Polska – światowy lider na rynku pośrednictwa w obrocie nieruchomościami.

Więcej informacji o wydarzeniu i formularz rejestracyjny można znaleźć na stronie: https://nationalsales.pl/kongres-nsc-program/

Przez pandemię SARS-CoV-2 wzrosło ryzyko wycieków danych w sektorze medycznym, administracji czy korporacjach. Większość z nich nie myśli o szyfrowaniu danych

Instytucje publiczne i urzędy administracji zachęcają do korzystania z e-usług, sektor medyczny zaczął powszechnie wykorzystywać e-recepty i telekonsultacje, a korporacje oddelegowały pracowników na home office. To powoduje, że w czasie pandemii wzrosła ilość przetwarzanych danych, które nie zawsze są dobrze chronione. Na ryzyko wycieku najbardziej narażone są m.in. branża finansowa, ubezpieczeniowa, ale także szpitale oraz administracja publiczna. Tymczasem wciąż niewiele z nich korzysta z kryptografii w celu ochrony wrażliwych informacji.

– W dzisiejszych czasach, zwłaszcza w dobie pandemii, zdecydowanie rośnie zapotrzebowanie na bezpieczne technologie, umożliwiające komunikację na odległość. Pod uwagę trzeba wziąć zwłaszcza kanał komunikacji telefonicznej, wideokonferencje, przesyłanie maili i archiwizowanie danych – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Sandra Mazur, członek zarządu UseCrypt.

Pandemia SARS-CoV-2 i spowodowane nią obostrzenia w kontaktach sprawiły, że prywatne i zawodowe życie Polaków przeniosło się do internetu. Komunikacja zdalna zastąpiła spotkania twarzą w twarz, a stosowanie cyfrowych narzędzi stało się koniecznością, bo firmy przeniosły działalność do internetu, a pracowników oddelegowały na home office.

Nowa rzeczywistość zmieniła też sposób, w jaki Polacy korzystają z internetu i usług telekomunikacyjnych. Rozmowy telefoniczne stały się częstsze i zdecydowanie dłuższe. Jak wynika z lipcowego badania przeprowadzonego na zlecenie Krajowego Rejestru Długów, ponad połowa (56,5 proc.) od czasu rozpoczęcia pandemii częściej sięga po telefon. Podobny odsetek (54,3 proc.) przyznaje, że spędza więcej czasu w internecie. Czas spędzony online bądź z komórką w dłoni zwiększył się najczęściej o ok. 2–4 godziny dziennie.

– Ponieważ internet jest coraz szerzej wykorzystywany, jesteśmy też bardziej narażeni na różne ataki i wycieki danych. Dlatego należy zwrócić uwagę, żeby komunikacja w sieci była bezpieczna – mówi Sandra Mazur.

Jak wynika z sierpniowego badania KRD i serwisu ChronPESEL.pl, aż 3/4 Polaków obawia się utraty danych osobowych w wyniku działalności oszustów w internecie. Prawie 70 proc. boi się, że źródłem wycieku będzie ich komputer lub telefon. Jednocześnie co trzeci nie zabezpiecza swojego komputera hasłem, połowa nie aktualizuje na bieżąco oprogramowania, a prawie 20 proc. nie używa programów antywirusowych. Zabezpieczeniu prywatnych i służbowych danych przed niepowołanymi osobami służą też coraz popularniejsze technologie kryptograficzne.

Należy je stosować w trzech kanałach komunikacji. Po pierwsze, trzeba zabezpieczyć połączenia głosowe, czyli rozmowy telefoniczne i SMS-y na telefon. Po drugie, wideorozmowy i wideokonferencje, stosowane szczególnie w czasach pandemii na bardzo szeroką skalę. I po trzecie, przede wszystkim należy zabezpieczyć przesyłanie danych i archiwum danych, czyli chmurę – mówi członek zarządu UseCrypt.

Powszechna w dobie pandemii praca zdalna – w połączeniu ze stale rosnącą w ostatnich latach skalą cyberataków – powodują, że do bezpieczeństwa i szyfrowania danych szczególną wagę powinny przykładać korporacje i sektor przedsiębiorstw. Dotyczy to zwłaszcza banków czy ubezpieczycieli.

 Pracownicy korporacji powinni mieć na swoich firmowych komórkach wdrożone narzędzia, które właściwie zabezpieczą ich dane. Dzisiaj korporacje wciąż jeszcze o tym nie myślą. O ile mają wdrożone procedury bezpieczeństwa IT na komputerach, tzw. polityki czystego pulpitu i czystego biurka, wszelkie systemy antywirusowe i antywłamaniowe, o tyle często działy IT zapominają o telefonach, na których jest przechowywanych i przetwarzanych bardzo wiele danych. Firmy i korporacje powinny pomyśleć o tym, żeby pracownik dostawał telefon z bezpiecznym, szyfrowanym komunikatorem – mówi Sandra Mazur. – Takim komunikatorem może być UseCrypt Messenger, który nie pozwala na wyciek danych, podsłuchanie rozmowy czy na zhakowanie telefonu pracownika korporacji.

Sektor przedsiębiorstw nie jest jedynym, który operuje na dużych ilościach wrażliwych danych, wymagających odpowiedniego zabezpieczenia. Od wybuchu pandemii SARS-CoV-2 instytucje publiczne i urzędy administracji zachęcają do korzystania z e-usług, a sektor medyczny zaczął powszechnie wykorzystywać e-recepty i telekonsultacje lekarskie. To pociąga ze sobą zwiększoną ilość danych i zwiększone ryzyko ich wycieku.

– Poza korporacjami technologie kryptograficzne powinny być wdrożone przede wszystkim do ochrony danych medycznych, komunikacji między lekarzem bądź szpitalem i pacjentem. Coraz częściej korzystamy z porad medycznych za pośrednictwem zdalnych środków przekazu, recepty i wyniki badań są wysyłane zdalnie. Po drugie, należy też zabezpieczyć dane mieszkańców. Ci mają coraz więcej usług i możliwości stosowania środków elektronicznych bez konieczności wizyty w urzędzie. Coraz częściej również porady prawne odbywają się za pośrednictwem wideokonferencji czy rozmów telefonicznych. Trzeba mieć na względzie to, że przekazywanie danych prawno-finansowych pomiędzy osobami fizycznymi czy firmami a pracownikami kancelarii prawnych i notarialnych też wymaga odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa – podkreśla członek zarządu UseCrypt.

Rekordowa liczba ludzi potrzebuje w tym roku pomocy humanitarnej. Nawet dwa razy więcej osób jest zagrożonych głodem

W tym roku rekordowo duża liczba ludzi na świecie potrzebuje i będzie potrzebować pomocy humanitarnej. Szacuje się, że do końca 2020 roku nawet 270 mln osób, czyli prawie dwa razy więcej niż w ubiegłym roku, będzie zagrożonych głodem – alarmuje Polska Akcja Humanitarna. Na dotychczasowe problemy – katastrofy klimatyczne, powodzie czy konflikty zbrojne – nałożyła się pandemia koronawirusa, która pociągnęła za sobą gospodarczą recesję, bezrobocie i podwyżki cen jedzenia. W najcięższej sytuacji jest Afryka Wschodnia, która dodatkowo zmaga się z największą od 70 lat plagą szarańczy, oraz Liban, który po sierpniowym wybuchu stoi na skraju gospodarczej zapaści.

– 19 sierpnia przypada Światowy Dzień Pomocy Humanitarnej, ale niestety nie mamy zbyt wielu powodów do świętowania. W tym roku liczba osób, które będą potrzebować pomocy humanitarnej, jest największa od dekad. Składają się na to katastrofy klimatyczne, czyli np. susze i powodzie, i ich społeczne konsekwencje. Oprócz tego także pandemia koronawirusa, który już teraz nazywany jest wirusem głodu, konflikty zbrojne, kryzys gospodarczy, największa od 70 lat plaga szarańczy, a ostatnio także wybuch w Bejrucie, który popchnął Liban na skraj gospodarczej katastrofy – mówi agencji Newseria Biznes Helena Krajewska z Polskiej Akcji Humanitarnej.

Organizacja Narodów Zjednoczonych już w grudniu alarmowała, że pomocy humanitarnej będzie potrzebować w tym roku rekordowe 168 mln osób. Jednak trzy miesiące później wybuchła globalna pandemia SARS-CoV-2, która pociągnęła za sobą recesję. W efekcie w wielu krajach wystąpiły: masowe bezrobocie, zapaść gospodarcza i podwyżki cen artykułów niezbędnych do życia, w tym też żywności.

– To wszystko powoduje, że liczba osób zagrożonych głodem w 2020 roku może się nawet podwoić – mówi Helena Krajewska.

Na rosnące zapotrzebowanie na pomoc humanitarną w związku z pandemią SARS-CoV-2 zwrócili też uwagę wysoki przedstawiciel UE ds. polityki zagranicznej Josep Borrell oraz komisarz ds. zarządzania kryzysowego Janez Lenarčič. Jak podkreślają w oświadczeniu wydanym z okazji Światowego Dnia Pomocy Humanitarnej, UE planuje zwiększać swoje zaangażowanie i inwestycje na ten cel. Dziś pomoc humanitarna UE dociera do ludzi w ponad 80 krajach, a w ciągu najbliższych siedmiu lat Komisja Europejska przeznaczy na nią prawie 10 mld euro.

– Najpilniejsze kroki do podjęcia w tym momencie to niesienie pomocy wszędzie tam, gdzie pandemia, ale również kryzysy klimatyczne, czyli powodzie czy susze, przyniosły największe szkody. Mówimy o środkach pomocy natychmiastowej, takich jak żywność, dostęp do wody i środków higienicznych. Ale oprócz tego trzeba też myśleć długofalowo, czyli jak pomagać, aby w przyszłości te kraje mogły stanąć na własnych nogach – mówi ekspertka z Polskiej Akcji Humanitarnej.

W tym roku jednym z regionów najpilniej potrzebujących pomocy jest Afryka Wschodnia, która zmaga się z konsekwencjami trzech dużych kryzysów: pandemii koronawirusa, która wciąż się rozwija, powodzi i największej od dziesięcioleci plagi szarańczy, która zagroziła bezpieczeństwu żywnościowemu w regionie.

– Czerwonym punktem na mapie katastrof humanitarnych w 2020 roku jest także Bejrut i Liban, który już przed sierpniową eksplozją stał na skraju kryzysu gospodarczego. Wybuch, który zniszczył większą część miasta, spowodował śmierć ponad 200 osób, ranił tysiące, a setki nadal są zaginione, nie ma niestety tylko skutków bezpośrednich, ale długofalowe, druzgocące konsekwencje dla całej gospodarki – mówi Helena Krajewska.

Analitycy Polskiego Instytutu Ekonomicznego nie wykluczają, że sytuacja ta doprowadzi do bankructwa tego kraju. Bank Światowy szacuje, że problem ubóstwa – spowodowany m.in. przez drastyczne podwyżki cen występujące jeszcze przed wybuchem – dotknie nawet 50 proc. ludności Libanu. Do tej pory kraj ten pomagał uchodźcom z Syrii, a teraz sam będzie potrzebował pomocy.

Światowy Dzień Pomocy Humanitarnej upamiętnia pracowników organizacji pomocowych, którzy zostali ranni bądź zabici w tracie wykonywania swojej pracy. Został ustanowiony przez ONZ ponad dekadę temu, a jego data przypomina o ataku bombowym w Bagdadzie z 19 sierpnia 2003 roku, w którym zginęły 22 osoby. Od tego czasu na przestrzeni ostatnich 17 lat ponad 5 tys. pracowników organizacji humanitarnych straciło życie, zostało rannych, uwięzionych lub porwanych w trakcie pełnienia swoich obowiązków.

Według danych Aid Worker Security Database w 2019 roku liczba poważnych ataków na pracowników organizacji humanitarnych była najwyższa od początku prowadzenia zestawienia. W sumie 483 osoby zostały zaatakowane, 125 zginęło, 234 zostało rannych, a 124 porwanych w 277 incydentach. Większość z nich miała miejsce w Syrii, w Sudanie Południowym, Demokratycznej Republice Konga (DRK), Afganistanie i Republice Środkowoafrykańskiej.

 Chcemy przypomnieć, że organizacje takie jak Polska Akcja Humanitarna nie mogą nieść pomocy bez solidarności i wsparcia ze strony darczyńców. Tylko dzięki osobom, które nas wspierają, możemy nieść profesjonalną i codzienną pomoc w takich regionach jak Bliski Wschód, Afryka czy wschodnia Ukraina. W ostatnich miesiącach obserwowaliśmy niezwykłe dowody na solidarność ze strony Polaków i Polek. Myślę, że to po części pandemia uświadomiła nam, że świat jest wspólny, bardzo współzależny i naprawdę opłaca się pomagać innym – mówi przedstawicielka PAH..

Jak podkreśla, jeszcze niedawno większość organizacji pomocowych obawiała się, że kryzys gospodarczy wywołany pandemią przełoży się na spadek liczby darczyńców i mniejsze wsparcie.

– Na szczęście okazało się, że firm, instytucji i osób, które chcą pomagać, nie ubywa, czego przykładem jest m.in. akcja HASHPajacykBezPrzerwy, którą przeprowadziliśmy w Polsce, a którą wsparło bardzo wiele podmiotów i zwykłych ludzi – mówi Helena Krajewska.

W czasie pandemii Polacy piją mniej piwa. Te bezalkoholowe nie tracą na popularności

0

– Ten rok stanowi wyzwanie dla całej branży piwnej – mówi Igor Tikhonov, prezes Kompanii Piwowarskiej. Pandemia sprawiła, że w pierwszym półroczu rynek piwowarski w Polsce zanotował spadek po raz pierwszy od kilku lat. Zmieniły się też zachowania konsumentów, którzy częściej wybierają marki premium i piwa bezalkoholowe. Ten ostatni segment, pomimo pandemii, nadal notuje dwucyfrowe wzrosty. Prezes KP podkreśla, że wyniki grupy i całej branży za ten rok będą uzależnione głównie od tego, czy w kolejnych miesiącach wzrost zakażeń będzie tak silny, że pociągnie za sobą nowe obostrzenia. Koronawirus nie jest jednak jedynym wyzwaniem, z jakim mierzy się w tej chwili branża.

Polska jest jednym z największych w Europie producentów piwa. Jak wynika z danych GUS, w czerwcu jego produkcja przekroczyła 3,83 mln hl – o niecały 1 proc. mniej niż w I połowie 2019 roku i o ponad 3 proc. więcej niż w maju. W pierwszych trzech miesiącach roku produkcja systematycznie wzrastała. Całe półrocze zamknęło się wynikiem 19,97 mln hl. Jeśli dane za II połowę będą porównywalne, rok powinien zakończyć się na delikatnym minusie, ponieważ w całym 2019 roku browary w Polsce wyprodukowały 40,04 mln hl.

– W przeciwieństwie do lat ubiegłych w tym roku rynek piwowarski zaliczył spadek. Według danych GUS-u w pierwszej połowie roku krajowa sprzedaż zmniejszyła się o 3,6 proc. Największy, 7-proc. spadek przypadł na drugi kwartał, czyli kwiecień, maj i czerwiec –wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Igor Tikhonov, prezes Kompanii Piwowarskiej.

Największy wpływ na rynek piwowarski ma pandemia SARS-CoV-2. To ona głównie przyczyniła się do spadku jego wartości w pierwszym półroczu i zmiany zachowań konsumenckich.

– Z punktu widzenia konsumentów obserwujemy pewnego rodzaju polaryzację popytu. Pozycja marek premium jest odrobinę silniejsza niż piw mainstreamowych – i to właśnie te ostatnie najbardziej odczuły skutki kryzysu – mówi prezes Kompanii Piwowarskiej.

Niezależnie od rynkowych zawirowań stabilnie rośnie sprzedaż piw bezalkoholowych. W 2018 roku Kompania Piwowarska odnotowała wzrost w tym segmencie o ponad 85 proc., z kolei w ubiegłym roku wyniósł on już 103 proc.

– Widzimy, że wciąż rośnie sprzedaż piw bezalkoholowych. Nie jest wprawdzie na tak wysokim poziomie jak w zeszłym roku, ale nadal mówimy o dwucyfrowym wzroście sprzedaży – mówi Igor Tikhonov.

Skutki pandemii i kilkumiesięcznego lockdownu najdotkliwiej odczuły placówki gastronomiczne, które przez wiele miesięcy pozostawały zamknięte. Po odmrożeniu gospodarki większość z nich, choć nie wszystkie, wznowiły działalność. Jednak liczba klientów wciąż jest mniejsza w porównaniu ze stanem sprzed pandemii.

– Jednocześnie tradycyjny handel przeżywa obecnie duży kryzys, a przecież ok. 30 proc. jego obrotów to właśnie udział branży piwnej, więc jest to również ogromne wyzwanie dla drobnych sprzedawców – zauważa  prezes Kompanii Piwowarskiej. – Trudno jest w tej chwili ocenić, w jakim stopniu działania na rzecz odmrożenia gospodarki pomogą rynkowi odzyskać stabilizację, ponieważ z oczywistych względów zaufanie klientów nie jest już na tak wysokim poziomie jak w poprzednich latach.

Jak podkreśla, już na początku pandemii SARS-CoV-2 każda z branż musiała zmienić swój model biznesowy i dostosować się do obostrzeń sanitarnych, żeby móc kontynuować działalność. Nie inaczej było w przypadku Kompanii Piwowarskiej, której udało się utrzymać ciągłość produkcji. Grupa jest jednym z liderów polskiego rynku piwowarskiego, w którym ma ponad 36-proc. udział.

– Od początku stosowaliśmy środki sanitarne. W każdym browarze zainstalowaliśmy kamery termowizyjne, wprowadziliśmy obowiązkowy pomiar temperatury ciała, wymóg noszenia masek, utrzymywania dystansu społecznego i stosowania płynów do dezynfekcji – wymienia Igor Tikhonov.

Pandemia wpłynęła nie tylko na produkcję, lecz nawet marketing i promocję produktów. W czasie kryzysu trzeba było zmienić oryginalne kampanie reklamowe, przekazy marek zaprojektować od nowa i dostosować je do nowych realiów.

– Najważniejsza dla nas była kontynuacja działalności i produkcji w obliczu pandemii i związanych z nią restrykcji. Poradziliśmy sobie z tym dobrze. Nasz udział w rynku pozostał mniej więcej na stabilnym poziomie. Jesteśmy zadowoleni z wyników prawie wszystkich naszych marek – mówi prezes Kompanii Piwowarskiej. – Naszym planem na przyszłość jest kontynuowanie premiumizacji.

Podkreśla, że wyniki finansowe i sprzedażowe grupy za 2020 rok będą mocno uzależnione od drugiego półrocza, w tym głównie od rozwoju sytuacji epidemiologicznej i tego, czy jesienią wystąpi druga fala SARS-CoV-2, która pociągnęłaby za sobą nowe obostrzenia nakładane na klientów i sprzedawców.

Co istotne, pandemia nie była jedynym wyzwaniem, z którym rynek piwowarski musiał się zmierzyć w ostatnich miesiącach. Kolejnym był wzrost akcyzy, bo od początku roku stawki tego podatku są o 10 proc. wyższe.

– Taki wzrost w 2008 roku spowodował negatywne konsekwencje dla rynku – powrót do poprzedniego wolumenu sprzedaży zajął branży trzy lata, a do poprzedniej wartości – 10 lat. Stąd spodziewamy się, że i w tym roku odczujemy skutki podniesienia podatku akcyzowego. Dodatkowo planowane jest wprowadzenie podatku cukrowego i innych form opodatkowania, poza zwykłymi obciążeniami dla przedsiębiorstw, takimi jak koszty pracy, surowców i energii elektrycznej. To wszystko razem sprawia, że ten rok nie jest łatwy dla przedsiębiorstw z branży – podsumowuje Igor Tikhonov.

W tym roku rodzice na wyprawkę szkolną dla jednego dziecka planują wydać średnio 330 zł. Połowa wykorzysta na ten cel bieżące dochody

0

Ponad 37 proc. rodziców wykorzystuje końcówkę sierpnia, by skompletować potrzebne przybory szkolne dla dziecka – wynika z Barometru Providenta. Tylko niecałe 5 proc. zostawia te zakupy na ostatni dzień wakacji. Na wyprawkę dla jednego ucznia w tym roku rodzice zamierzają wydać średnio 330 zł. Najbardziej kosztochłonną pozycję w szkolnym budżecie stanowią podręczniki, sprzęt elektroniczny do nauki oraz nowe ubrania.

– Połowa sierpnia za nami, a więc to czas, kiedy rodzice już myślą o powrocie swoich dzieci do szkoły, a półki sklepowe wypełniają się piórnikami, zeszytami i tornistrami – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magda Maślana, ekspert ds. PR w Provident Polska.

Jak wynika z badania Barometr Providenta, 37,7 proc. rodziców właśnie pod koniec wakacji zajmuje się kompletowaniem wyprawki szkolnej dla dziecka, chociaż jeszcze wyższy odsetek przyznaje, że robi to systematycznie przez całe wakacje.

– Mamy także grupę rodziców, 5 proc. wśród naszych ankietowanych, którzy odkładają zakupy na ostatnią chwilę, na dzień przed rozpoczęciem roku szkolnego – mówi Magda Maślana.

Co 10. ankietowany z kolei kończy kompletować wyprawkę już po rozpoczęciu szkoły, czyli po 1 września.

Planowanie zakupów w dużej mierze zależy od wieku rodziców – ci najmłodsi (25–34 lata) znacznie częściej zostawiają je na ostatnią chwilę. Najbardziej systematyczną grupą, która rozkłada wydatki na dwa wakacyjne miesiące, są opiekunowie z grupy wiekowej 45–54 lata.

– Średnio na jednego ucznia polska rodzina zamierza wydać około 330 zł – mówi ekspert ds. PR w Provident Polska. – Połowa rodziców chce się zmieścić w kwocie 300 zł. Co piąty wyda kwotę pomiędzy 400 a 500 zł, natomiast na zakupy powyżej tej kwoty będzie stać jedynie 15 proc. opiekunów.

Oferty „back to school” przygotowują również producenci sprzętu elektronicznego, który może być wykorzystywany np. do nauki zdalnej, oraz ubrań. To właśnie te zakupy – obok wydatków na podręczniki – stanowią największe obciążenie w budżecie przeznaczonym na wyprawkę. Mimo to zakup artykułów szkolnych nie stanowi już tak poważnego wyzwania dla finansów gospodarstw domowych jak jeszcze kilka lat temu. W dużej mierze to zasługa programów socjalnych, czyli m.in. 500 plus czy Dobry Start. Za ich pomocą wyprawkę sfinansuje 40 proc. opiekunów. Połowa wykorzysta na ten cel bieżące dochody, a co piąty sięgnie po oszczędności.

– Ponad 60 proc. Polaków posiadających dzieci przyznaje, że co roku kupuje nowe przybory szkolne. Co trzeci mówi o tym, że jest trochę bardziej oszczędny i stara się wykorzystać również przybory z poprzednich lat. Co 10. rodzic deklaruje, że kupi tylko niezbędne rzeczy, natomiast resztę dziecko będzie miało z poprzedniego roku lub po starszym rodzeństwie – wyjaśnia Magda Maślana.

Przy zakupach artykułów szkolnych rodzice najczęściej kierują się ich funkcjonalnością. Deklaruje to 57 proc. badanych. Około połowa opiekunów bierze jednak pod uwagę także cenę oraz upodobania dziecka.

– Często zwracamy również uwagę na walor edukacyjny – czy na pewno to, co kupujemy, będzie przydatne naszym pociechom. Z kolei dużo mniejsze znaczenie ma tutaj zdanie rodziców, na które wskazało 13 proc. badanych, oraz moda – wskazuje ekspertka Provident Polska.

Komputery optyczne przyspieszą rozwój systemów sztucznej inteligencji. Mogą być nawet 1000-krotnie szybsze od działających obecnie

Krzemowe superkomputery przystosowane do obsługi algorytmów uczenia maszynowego mogą zostać zastąpione przez ich optyczne odpowiedniki. Wykorzystanie światła jako podstawowego nośnika informacji pozwoli zmniejszyć zużycie energii elektrycznej przy jednoczesnym zwiększeniu mocy obliczeniowej. Firma Lightmatter zaprojektowała w pełni funkcjonalny procesor optyczny, który będzie kamieniem milowym na drodze do porzucenia krzemu na rzecz bardziej przyszłościowej technologii przesyłu danych.

Procesor fotonowy zaprezentowany przez inżynierów Lightmatter powstał z myślą o zastosowaniu specjalistycznym. Układ ma trafić do jednostek wyspecjalizowanych w wykonywaniu zadań na potrzeby systemów sztucznej inteligencji. W przeciwieństwie do klasycznych procesorów Lightmatter wykorzystuje do przesyłania i przetwarzania danych wiązkę światła, a nie impuls elektryczny przepuszczany przez krzemowe układy. Taka konstrukcja pozwoliła zauważalnie zredukować ilość ciepła wydzielanego przy maksymalnym obciążeniu procesora.

– Departament Energii szacuje, że do 2030 roku technologie komputerowe i komunikacyjne będą zużywać ponad 8 proc. światowej mocy. Tranzystory, siła napędzająca tradycyjne procesory, nie są ulepszane, a bardzo się grzeją. Budowanie coraz większych centrów danych to ślepa uliczka na drodze postępu obliczeniowego – przekonuje dr Nicholas Harris, założyciel i dyrektor generalny Lightmatter.

Układ Lightmatter został wykonany przy wykorzystaniu technologii druku cyfrowego, która pozwoliła na stworzenie procesora składającego się z przeszło miliarda tranzystorów FinFET, dziesiątek tysięcy fotonicznych jednostek arytmetycznych oraz setki konwerterów danych. Procesor został przystosowany do współpracy z najpopularniejszymi frameworkami używanymi do pracy z algorytmami sztucznej inteligencji, dlatego może zostać wykorzystany m.in. w parze z PyTorch czy TensorFlow.

Nie tylko inżynierowie z Lightmatter pracują nad wdrożeniem technologii przetwarzania danych z wykorzystaniem układów fotonicznych. W 2019 roku zespół badaczy z IBM Research Zurich zaprezentował optyczny tranzystor organiczny zdolny do przetwarzania danych z 1000-krotnie wyższą prędkością niż klasyczne tranzystory bazujące na technologii krzemowej.

Z kolei inżynierowie z Wydziału Inżynierii Elektrycznej i Komputerowej Uniwersytetu George’a Washingtona opublikowali na łamach „Applied Physics Reviews” pracę naukową opisującą model teoretyczny fotonicznej sieci neuronowej. Zgodnie z ich wyliczeniami zastosowanie optycznych układów Tensor Processing Unit wyspecjalizowanych do pracy w ramach głębokich sieci neuronowych pozwoliłoby nawet trzykrotnie przyspieszyć proces przetwarzania danych przez algorytmy sztucznej inteligencji.

– Potrzebujemy nowego paradygmatu w obliczeniach komputerowych. Procesory optyczne są znacznie szybsze i bardziej energooszczędne niż tradycyjne procesory. Jednocześnie umożliwiamy rozwój systemów obliczeniowych i zmniejszamy ich wpływ na naszą planetę – podkreśla dr Nicholas Harris z Lightmatter.

Banki odpowiadają na kryzys związany z pandemią nowymi technologiami. Już 1/3 kont bankowych zakładana jest przez internet

W związku z masową izolacją społeczeństwa w czasie pandemii koronawirusa sektor bankowy został zmuszony do rozwoju usług zdalnych, które pomogły komunikować się z klientami z pominięciem fizycznych placówek. Na popularności zyskały aplikacje mobilne oraz systemy biometrycznej identyfikacji użytkownika, które na stałe wpiszą się w tę branżę. Cyfryzacja bankowości pozwoliła wdrożyć i upowszechnić nowe usługi w pełni wykorzystujące potencjał nowych technologii.

– Część osób, które przed pandemią powszechnie korzystały z oddziałów, w jej trakcie miało obawy, czy pójść do oddziału. Ta obawa powodowała, że zwiększył się popyt na konta internetowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Leszek Skiba, prezes Banku Pekao SA. – Dzisiaj 1/3 kont bankowych zakładana jest właśnie w kanałach zdalnych, czyli bez pośrednictwa żywej osoby.

O tym, jak ważną rolę w bankowości pełnią kanały komunikacji zdalnej, świadczy raport kwartalny opracowany przez Bank BNP Paribas. Z oficjalnych danych analityków bankowych wynika, że w drugim kwartale 2020 roku znacząco wzrosło zainteresowanie alternatywnymi metodami płatności – w tym czasie zanotowano 43-proc. wzrost liczby transakcji mobilnych oraz 31-proc. wzrost liczby transakcji za pośrednictwem platformy BLIK. O 9 proc. w skali kwartału zwiększyła się także liczba klientów korzystających z aplikacji GOmobile.

Banki dostrzegają cyfrową rewolucję i starają się dostosować do nowych realiów.

– Nasza propozycja jest taka, aby zakładać sobie konto internetowe na selfie, czyli poprzez użycie smartfona, bez konieczności kontaktu z żywym człowiekiem – mówi Leszek Skiba. – Jako pierwsi zaoferowaliśmy tę usługę, dzięki czemu mieliśmy bardzo silny wzrost zakładanych kont przez internet.

Na biometryczną identyfikację użytkownika za pośrednictwem fotografii postawił także ING Bank Śląski, który wdrożył ją dla klientów biznesowych. Weryfikacji tożsamości system dokonuje po analizie dowodu osobistego i zeskanowaniu twarzy osoby wnioskującej o założenie firmy. Nieco odmienną ścieżkę zdalnej weryfikacji tożsamości w dobie pandemii obrał mBank, który umożliwia założenie konta bankowego przy wykorzystaniu e-dowodu. Zastosowań cyfrowych rozwiązań w bankowości jest coraz więcej.

– Pojawia się coraz więcej nowych inicjatyw, m.in. aplikacja PeoPay KIDS dla dzieci od szóstego roku życia. To jest karta płatnicza i aplikacja edukacyjna pozwalająca oszczędzać na różne cele, zawierająca kontrolę rodzicielską. Jest niezmiernie ważne, żeby pomóc rodzicom uczyć dzieci odpowiedzialnie gospodarować swoimi pieniędzmi i pod kontrolą, w taki sposób, żeby miały poczucie odpowiedzialności za swoje decyzje finansowe – tłumaczy ekspert.

W czasie pandemii równie ważne okazały się działania edukacyjne, które miały zachęcić klientów do korzystania z bankowości mobilnej. Szeroko zakrojoną akcję promocyjną przeprowadził Santander Bank Polska, który zrealizował filmy instruktażowe wyjaśniające klientom zasady funkcjonowania kanałów zdalnych oraz otwartej bankowości, które udostępniono na profilach społecznościowych firmy.

Credit Agricole postanowił z kolei ułatwić planowanie wizyt w placówkach bankowych, aby uniknąć kolejek i zminimalizować ryzyko wystawienia się na kontakt z osobami zarażonymi koronawirusem. Bank podjął w tym celu współpracę z twórcami aplikacji Booksy do planowania wizyt w obiektach usługowych. Za pośrednictwem aplikacji klienci, którzy z jakiegoś powodu nie mogą skorzystać ze zdalnej bankowości, mogą umówić datę i godzinę wizyty, a co za tym idzie – załatwić bankowe formalności bez stania w kolejkach.

– Banki wiedzą, że teraz jest czas, w którym klienci weryfikują wszystkie funkcjonalności i oczekują coraz więcej. Chcą, żeby pewne usługi były bardzo szybko oferowane, na e-mail i od razu. Aby zabezpieczyć interesy banku, niezmiernie ważne jest to, żeby to robić w sposób uporządkowany, dokonać zmiany technologicznej, zainwestować w IT. I to jest odpowiedź banków na pandemię, na rywalizację o to, żeby być nowoczesnym, zdigitalizowanym bankiem – wyjaśnia Leszek Skiba.

Według firmy badawczej Big Market Research wartość globalnego rynku bankowości mobilnej do 2026 roku wzrośnie do 1,83 mld dol. W najbliższych latach ma  się rozwijać w tempie 12,2 proc. w skali roku.

Ukraińcy coraz chętniej zostają w Polsce

Nastroje ukraińskich migrantów zarobkowych w Polsce coraz częściej wskazują na tendencję do asymilacji i relokacji przynajmniej jednego członka rodziny. W związku z tym przewiduje się, że przepływ środków pieniężnych przekazywanych przez migrantów na Ukrainę zostanie ograniczony. Takie wnioski płyną z Centrum analitycznego firmy Gremi Personal w odniesieniu do ostatniego badania Narodowego Banku Polskiego.

W ciągu ostatnich pięciu lat znacząco wzrósł odsetek imigrantów z Ukrainy, którzy zadeklarowali chęć pozostania w Polsce na dłużej lub nawet na stałe. Ponad połowa imigrantów w Polsce stara się o relokację przynajmniej jednego członka rodziny.

Według danych Narodowego Banku Polskiego w 2015r. przeważająca większość Ukraińców (80%) planowała pobyt w Polsce na okres do roku. Jednak w 2020 roku większość (52%) planuje pozostać na dłużej niż 3 lata.

Centrum analityczne Gremi Personal zauważa również w swoich badaniach socjologicznych szybki wzrost zapotrzebowania na oferty pracy wśród małżeństw. Według sondażu przeprowadzonego przez Gremi Personal w lutym 2020 roku około 15% respondentów planowało przeprowadzić się do Polski z rodziną. Ponadto, co trzeci (31%) Ukrainiec pracujący w Polsce miał plany bezpośrednio związane z asymilacją w Polsce: uzyskanie zezwolenia na pobyt stały/obywatelstwa, przeprowadzkę, nabycie nieruchomości czy rozpoczęcie działalności gospodarczej.

Obecna sytuacja przypomina trend wśród migrantów z Polski do Europy Zachodniej po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Odsetek migracji cyklicznych (wahadłowych) był wciąż wysoki, ale z biegiem lat wzrósł też odsetek Polaków pragnących pozostać za granicą (zwłaszcza w Wielkiej Brytanii) na dłuższy okres. Jednak migracja obywateli polskich w ramach Unii Europejskiej różni się od migracji z Ukrainy do Polski ze względu na zaostrzone przepisy imigracyjne dla Ukraińców.

Warto jednak zauważyć, że polski rząd wspiera ukraińskie rodziny posiadające zezwolenia na pobyt w Polsce (karta pobytu) z dostępem do rynku pracy poprzez objęcie ich szeregiem programów rodzinnych. Od 2019 roku Ukraińcy mogą otrzymywać co miesiąc 500 zł (ok. 3600 UAH) świadczenia na każde dziecko w ramach programu Rodzina 500+. Każdego roku przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego ukraińskie rodziny mogą liczyć na 300 zł na wyposażenie ucznia w ramach programu Dobry start 300+. Dodatkowo od 1 sierpnia 2020 roku dostępny jest dla Ukraińców bon turystyczny przeznaczony na wsparcie rodzinnych wakacji i turystyki krajowej w Polsce w związku z pandemią. Bon o wartości 500 zł na każde dziecko można przeznaczyć na wakacje w Polsce do końca marca 2022 roku. Ponadto polski rząd udziela wsparcia ukraińskim rodzinom o niskich dochodach w postaci paczek żywnościowych na święta, wypłat stypendiów socjalnych dla studentów z rodzin o niskich dochodach, a Ukraińcy pracujący w Polsce mogą później liczyć na polską emeryturę. Ten „pakiet socjalny” motywuje Ukraińców do pozostania w Polsce na długi okres.

Nowe prawo budowlane zmieni definicję stron procesu inwestycyjnego

19 września 2020 r. wejdą w życie długo oczekiwane zmiany prawie budowlanym. Nowe regulacje jednoznacznie wskażą kto jest, a kto nie jest stroną w postępowaniu o wydanie decyzji o pozwoleniu na budowę. Do tej pory były z tym poważne problemy.

Zakres zaproponowanych przez ustawodawcę zmian był szeroko komentowany przez środowiska profesjonalnie zaangażowane w proces przygotowania i realizacji projektów budowlanych. Jednym z przyjętych rozwiązań jest sposób, w jaki znowelizowane prawo budowlane próbuje doprecyzować kryterium, w oparciu o które organy administracji architektoniczno-budowlanej będą ustalać krąg podmiotów, którym przysługuje uprawnienia strony w postępowaniu o zatwierdzenie projektu budowlanego i udzielenie pozwolenia na budowę.

Problemy organów administracji z prawidłowym określaniem stron w takim postępowaniu miały charakter powszechny i negatywnie wpływały na tempo procesu inwestycyjnego oraz bezpieczeństwo inwestorów. Dotychczas obowiązujące przepisy prawa budowlanego są w tym zakresie niejednoznaczne i pozwalają na znaczną swobodę w ich interpretacji. Także orzecznictwo sądowo-administracyjne w sprawach z zakresu prawa budowlanego nie doprowadziło do ukształtowania jednolitych wytycznych, które byłby jednoznaczną wskazówką interpretacyjną dla organów administracji i uczestników procesu inwestycyjnego. Bez nich trudno o bezwzględną kwalifikację kto jest, a kto nie jest stroną w postępowaniu o wydanie decyzji o pozwoleniu na budowę. Nowelizacja prawa budowlanego, która wejdzie w życie we wrześniu tego roku ma rozwiać te wątpliwości.

Zmiana definicji obszaru oddziaływania obiektu

Ustawodawca zdecydował się na zmianę definicji legalnej pojęcia „obszar oddziaływania obiektu”, o którym mowa w art. 3 pkt 20 pr. budowlanego. Ma ona kluczowe znaczenie dla prawidłowej interpretacji art. 28 ust. 2 pr. budowlanego. Zgodnie z tym przepisem, stronami w postępowaniu w sprawie pozwolenia na budowę są obok inwestora właściciele, użytkownicy wieczyści lub zarządcy nieruchomości znajdujących się w obszarze oddziaływania projektowanego obiektu.

W dotychczasowym brzemieniu przepisów obszar oddziaływania obiektu to teren wyznaczony w otoczeniu obiektu budowlanego na podstawie przepisów odrębnych, wprowadzających związane z tym obiektem ograniczenia w zagospodarowaniu, w tym zabudowy tego terenu.

W nowym brzmieniu z definicji usunięte zostały słowa – „w zagospodarowaniu”. W związku z tym zgodnie z nową definicją obszar oddziaływania obiektu to teren wyznaczony w otoczeniu obiektu budowlanego na podstawie przepisów odrębnych, wprowadzających związane z tym obiektem ograniczenia w zabudowie tego terenu.

Powyższy zabieg legislacyjny ma spowodować, iż stroną w postępowaniu o udzielenie pozwolenia na budowę będzie inwestor. Właściciele (użytkownicy wieczystości oraz zarządcy) nieruchomości sąsiednich będą stronami tego postępowania tylko wtedy, gdy zostanie wskazane, że projektowana inwestycja spowoduje ograniczenia możliwości zabudowy nieruchomości sąsiednich z uwagi na treść przepisów techniczno-budowlanych, w tym w szczególności rozporządzenia Ministra Infrastruktury z 12.04.2002 r. w sprawie warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie.

Z uzasadnia projektu nowelizacji wynika, że ewentualne ograniczenia w zabudowie, w świetle przepisów technicznych w budownictwie są jednoznaczne i odnoszą się wyłącznie „…do takiego wpływu na nieruchomość, który uniemożliwia lub ogranicza wykonywanie robót budowlanych (w tym budowę obiektów budowlanych) z uwagi na niespełnienie przepisów techniczno-budowlanych i innych przepisów szczególnych, które stawiają wprost wymogi dotyczące zabudowy.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że definicja pojęcia obszar oddziaływania inwestycji pojawiła się w prawie budowlanym w 2003 r. i od początku budziła kontrowersje i stwarzała problemy interpretacyjne. Ta, trwająca już kilkanaście lat dyskusja, mająca istotny wymiar praktyczny sprowadzała się do odpowiedzi na pytanie, co należy rozumieć pod pojęciem „ograniczenia w zagospodarowaniu terenu”. Czy chodzi wyłącznie o ograniczenia natury technicznej wynikającej z technicznych przepisów branżowych, czy też powinna być rozumiana szerzej i uwzględniać potrzebę ochrony interesów właścicieli nieruchomości sąsiednich wynikającą także z innych przepisów prawa, w tym przepisów prawa cywilnego? W konsekwencji, czy pojęcie strony w postępowaniu o pozwoleniu na budowę interpretować wąsko, czy też szeroko?

Obszar oddziaływania obiektu – dwa kierunki orzecznicze

Na tle tak zarysowanej rozbieżności interpretacyjnej w orzecznictwie sądowo-administracyjnym wykształciły się zasadniczo dwa kierunki orzecznicze.

Zgodnie z pierwszym, oddziaływanie obiektu winno być badane na gruncie wyłącznie materialnych przepisów techniczno-budowlanych. W przypadku braku negatywnego wpływu projektowanej inwestycji, z punktu widzenia tychże przepisów na nieruchomości sąsiednie brak jest podstaw do uznania, że po stronie właścicieli tych nieruchomości występuje interes prawny uzasadniający ich udziału w postępowaniu administracyjnym w charakterze strony. Jako tego rodzaju źródło prawa materialnego składy orzekające wskazywały m.in. przepisy rozporządzenia Ministra Infrastruktury z 12.04.2002 r. w sprawie warunków technicznych jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie, przepisy rozporządzenia Rady Ministrów z 10.09.2019 r. w sprawie przedsięwzięć mogących znacząco oddziaływać na środowisko, przepisy ustawy o drogach publicznych, czy też przepisy ustawy z 20.05.2016 r. o inwestycjach w zakresie elektrowni wiatrowych.

Drugi kierunek orzeczniczy wskazuje na szerokie rozumienie oddziaływania projektowanego obiektu na otoczenie. Nakazuje bowiem badanie przez organ administracji architektoniczno-budowlanej zakresu oddziaływania projektowanej inwestycji na otoczenie, nie tylko z punktu widzenia przepisów techniczno-budowlanych, ale także badanie pod kątem oceny czy projektowana inwestycja nie wprowadzi ograniczeń w zagospodarowaniu nieruchomości sąsiednich na podstawie także innych, niż przepisy techniczno-budowlane przepisów. Sądy stały na stanowisku, że organy administracji architektoniczno-budowlanej są zobowiązane do badania, czy projektowana inwestycja nie utrudni dotychczasowego sposobu korzystania z nieruchomości sąsiednich (tak m.in. wyrok WSA w Olsztynie z 12.03.2020 r. w sprawie II SA/Ol 973/19).

Jak wielokrotnie podkreślał Naczelny Sąd Administracyjny, nie chodzi tutaj o przekroczenie jakichkolwiek standardów technicznych przez projektowaną inwestycję. Istnienie interesu prawnego, jaki wynika z art. 28 ust. 2 prawa budowlanego, nie jest uzależnione od tego czy dana inwestycja będzie powodowała przekroczenie norm, lecz czy dana inwestycja w ogóle może oddziaływać na nieruchomości sąsiednie (tak w wyroku NSA z 11.03.2020 r. w sprawie II OSK 3158/19). Jak podnosi NSA w uzasadnieniu do ww. orzeczenia definicja obszaru oddziaływania obiektu zawarta w przepisach prawa budowlanego abstrahuje od kwestii przekroczenia norm w zakresie oddziaływania inwestycji. W innym przypadku, jak słusznie podkreśla Sąd, tylko w sytuacji przekroczenia norm (a więc de facto wadliwości decyzji), miałby istnieć interes prawny uzasadniający przyznanie osobom trzecim (poza inwestorem) przymiotu strony w postępowaniu o udzielnie pozwolenia na budowę. Tego rodzaju stanowisko byłby natomiast nieuprawnione, ponieważ to wskazany interes prawny powinien stanowić podstawę gwarancji prawnych, umożliwiających konkretnemu podmiotowi poddanie kontroli decyzji o pozwoleniu na budowę pod względem jego zgodności z prawem.

Idąc za takim tokiem rozumowania sądy administracyjne orzekające w ramach tego nurtu orzeczniczego stoją na stanowisku, że przymiot strony w postępowaniu administracyjnym o pozwolenie na budowę mają również właściciele tych nieruchomości, które mogą podlegać takiemu negatywnemu wpływowi projektowanej inwestycji, który uzasadnia użycie przez właścicieli tych nieruchomości środków ochrony prawnej przewidzianych w Kodeksie Cywilnym dla ochrony prawa własności (tak m.in. wyrok NSA z 22.11.2017r. w sprawie II OSK 531/16). Jako przykłady tego rodzaju ograniczeń dla właścicieli nieruchomości sąsiednich sądy administracyjne wskazują hałas, wibracje, zakłócenia elektryczne albo zanieczyszczenie powietrza, wody lub gleby, bądź też pozbawienie lub ograniczenie możliwości korzystania z wody, kanalizacji, energii elektrycznej i cieplnej, środków łączności, dopływu światła dziennego wskutek projektowanej inwestycji (tak m.in. wyrok WSA w Łodzi z 2.08.2018 r. w sprawie II SA/Łd 467/18).

Nowa definicja obszaru oddziaływania obiektu

Wprowadzona nowelą zmiana legalnej definicji obszaru oddziaływania obiektu ma w założeniu ograniczyć krąg osób uprawnionych do występowania w charakterze strony w postępowaniu administracyjnym o udzielenie pozwolenia na budowę. Ograniczanie to ma w założeniu nastąpić poprzez usuniecie z definicji legalnej obszaru oddziaływania inwestycji słów „w zagospodarowaniu”. W konsekwencji wydaje się, że nowa definicja odpowiada sposobowi rozumowania prezentowanemu do tej pory w pierwszym z wyżej opisanych kierunków orzeczniczych sądów administracyjnych. W ocenie projektodawców zredukowanie definicji ustawowej do „ograniczeń w zabudowie” przy ustalaniu obszaru oddziaływania obiektu pozwoli na przyjęcie, że obszarem oddziaływania jest jedynie taki teren „…w stosunku do którego ten obiekt wprowadzi ograniczenia możliwości budowy innych obiektów budowlanych ze względu na wymogi przepisów odnoszące się do zabudowy, a nie ze względu na to, że obiekt wprowadzi jakiekolwiek subiektywne uciążliwości.”

Rekapitulując przytoczoną argumentację autorów projektu nowelizacji, stronami w postępowaniu administracyjnym o udzielenie pozwolenia na budowę mają być wyłącznie ci właściciele (użytkownicy wieczyści, zarządcy) nieruchomości sąsiednich, którzy będą w stanie wykazać, że projektowana inwestycja, w świetle obowiązujących przepisów techniczno-budowlanych powoduje ograniczenia w możliwości zabudowy ich nieruchomości. W tym kontekście, poza zainteresowaniem organów administracji pozostaną natomiast ci właściciele nieruchomości sąsiednich, których prawa właścicielskie zostaną ograniczone (ograniczenia w zagospodarowaniu) projektowaną inwestycją w taki sposób, który podlega ochronie na gruncie prawa cywilnego. Przyjęcie takiego rozumowania może budzić wątpliwości, w szczególności w kontekście ukształtowanego orzecznictwa sądów administracyjnych w sprawach dotyczących emisji pól elektromagnetycznych. „Na gruncie tych orzeczeń sady przyjmują, że jeżeli inwestor projektuje budowę urządzeń powodujących emisję pól elektromagnetycznych o gęstości mocy większej niż 0,1 W/m(2), a strefy tych pól wykraczać będą – choćby w przestrzeni – ponad działkami sąsiednimi, to właściciele tych działek sąsiednich doznają ograniczenia w zagospodarowaniu należących do nich terenów, co jednocześnie powodować będzie, że należąca do nich nieruchomość pozostawać będzie w obszarze oddziaływania obiektu w rozumieniu art.28 ust.2 w zw. z art. 3 pkt 20 prawa budowlanego” (tak m.in. WSA w Białymstoku z 19.03.2020 r. w sprawie II SA/Bk 136/20, NSA z 22.08.2019 r. w sprawie II OSK 1956/18, wyrok NSA z 18.09.2015 r. w sprawie II OSK 174/14, wyrok NSA z 30.04.2015 r. w sprawie II OSK 2376/13).

Na gruncie znowelizowanego prawa budowlanego, po 19 września 2020 r. uprawnienie do udziału tych osób w charakterze strony w toku postępowania o pozwolenie na budowę tego rodzaju urządzeń będzie zasadniczo wątpliwe.

Podsumowanie

Nowa definicja obszaru oddziaływania obiektu wydaje się być korzystną zmianą dla inwestorów.  Kwestia tego, kto jest uczestnikiem procesu inwestycyjnego ma istotne znaczenie dla procesu inwestycyjnego, szczególnie w odniesieniu do jego tempa. Skuteczność nowych regulacji i to, czy faktycznie spełnią pokładane w niej oczekiwania, pozwoli jednak ocenić dopiero praktyka stosowania przepisów oraz orzecznictwo sądów administracyjnych.

Mirosław Narolski, adwokat, wspólnik w Brzezińska Narolski Adwokaci sp. Partnerska. Jest ekspertem w dziedzinie nieruchomości i projektów inwestycyjnych. Posiada wieloletnie doświadczenie w zakresie przygotowania i realizacji projektów budowlanych i w obsłudze korporacyjnej firm produkcyjnych.

Julia Janik, aplikant adwokacki w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci (http://bnadwokaci.pl/). Zajmuje się sprawami z zakresu szeroko pojętego prawa pracy i obsługą klientów korporacyjnych. Specjalizuje się we wspieraniu zespołów HR, opracowywaniu umów i dokumentacji pracowniczej. Skupia się m.in. na kwestiach mobbingu, nierównego traktowania, oraz zatrudniania cudzoziemców.