Samochody Polaków nie należą do najmłodszych. Jak średni wiek auta w Polsce prezentuje się na tle Europy?

Informacje dotyczące wieku polskich aut z pewnością nie przedstawiają się szczególnie optymistycznie. Właśnie dlatego eksperci Ubea.pl postanowili zwrócić uwagę, że dość wysoki wiek samochodów osobowych wcale nie jest tylko rodzimym problemem. Potwierdzenie stanowią dane organizacji ACEA, czyli Stowarzyszenia Europejskich Producentów Samochodów.

Stowarzyszenie Europejskich Producentów Samochodów podaje, że w 2018 r. średni wiek aut z wybranych krajów Starego Kontynentu wyglądał następująco:

Austria – 8,2 roku
Belgia – 9,0 roku
Chorwacja – 12,6 roku
Czechy – 14,8 roku
Dania – 8,8 roku
Estonia – 16,7 roku
Finlandia – 12,1 roku
Francja – 9,0 roku
Grecja – 15,7 roku
Hiszpania – 12,4 roku
Holandia – 10,6 roku
Irlandia – 8,4 roku
Litwa – 16,9 roku
Luksemburg – 6,4 roku
Łotwa – 13,9 roku
Niemcy – 9,5 roku
Norwegia – 10,5 roku
Polska – 13,9 roku
Portugalia – 12,9 roku
Rumunia – 16,3 roku
Słowacja – 13,9 roku
Słowenia – 10,1 roku
Szwajcaria – 8,6 roku
Szwecja – 9,9 roku
Węgry – 14,2 roku
Wielka Brytania – 8,0 roku
Włochy – 11,3 roku

Powyższe dane ACEA informują, że nie tylko w Polsce średni wiek samochodu osobowego jest wyraźnie wyższy od unijnej średniej (10,8 roku w 2018 r.). Znacznie starsze pojazdy jeżdżą między innymi po greckich, litewskich, estońskich, czeskich oraz rumuńskich drogach. „Za jakiś czas znów warto będzie sprawdzić analogiczne dane, które opublikuje Stowarzyszenie Europejskich Producentów Samochodów. W statystykach dotyczących 2020 r. i 2021 r. zapewne będzie widoczny wpływ koronawirusowego kryzysu” – podsumowuje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Minister finansów: Na rynku jest już 1 mln terminali płatniczych w punktach handlowych. Polska chce być europejskim liderem pod tym względem

Płatności bezgotówkowe notują rosnącą popularność, a dla 2/3 Polaków karta płatnicza jest ulubioną i preferowaną formą płatności. Co istotne, rośnie też sieć akceptacji dla takich transakcji. Według danych Ministerstwa Finansów w Polsce jest już ponad milion terminali płatniczych POS. Prawie co trzeci został zainstalowany w ramach programu Polska Bezgotówkowa, w którym przedsiębiorcy przez pierwszy rok nieodpłatnie mogą korzystać z terminali. 95 proc. z nich po roku testowania decyduje się na dalszą akceptację bezgotówkowych płatności.

– Mamy już milion terminali POS [ang. point of sale, punkt handlowy – przyp. red.] i to jest bardzo dobry wynik. Jeszcze trzy lata temu byliśmy na szarym końcu w Europie pod względem liczby terminali w przeliczeniu na liczbę mieszkańców. Teraz jesteśmy na średnim poziomie, ale mamy ambicję trafić do czołówki. Dlatego mam nadzieję, że niedługo w Polsce będzie już 2 mln terminali – mówi agencji Newseria Biznes Tadeusz Kościński, minister finansów.

Według danych Ministerstwa Finansów jeszcze na początku 2018 roku terminali było ok. 750 tys. Dziś coraz częściej są one dostępne nie tylko w dużych punktach usługowo-handlowych, lecz również w małych, średnich i mikroprzedsiębiorstwach oraz instytucjach sektora publicznego.

Ponad 310 tys. terminali ze wszystkich obecnych na rynku pochodzi z programu Polska Bezgotówkowa, prowadzonego przez Fundację Polska Bezgotówkowa. Powstała ona niecałe trzy lata temu z inicjatywy Związku Banków Polskich, Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii, Visa oraz Mastercard w celu upowszechniania i promocji obrotu bezgotówkowego.

– Fundacja Polska Bezgotówkowa to ewenement – przykład, którym chwalimy się na świecie. Wciąż jednak dużo zostało do zrobienia. Chociaż liczba płatności elektronicznych rośnie, to gotówka rośnie jeszcze szybciej. Mamy w Polsce już ok. 300 mld zł w banknotach, więc to jest zadanie dla fundacji, żeby tę gotówkę jakoś wyciągnąć z naszych materaców i żeby ona pracowała dla polskiej gospodarki – wskazuje Tadeusz Kościński.

Do programu Polska Bezgotówkowa mogą zgłaszać się małe, średnie i mikropodmioty, które w okresie ostatniego roku nie akceptowały płatności bezgotówkowych w swoim punkcie handlowo-usługowym, ale chciałyby zacząć. Takie podmioty dostają na start wsparcie ze strony FPB polegające na pokryciu kosztów związanych z otrzymaniem terminala do akceptacji kart oraz kosztów obsługi płatności bezgotówkowych przez 12 miesięcy.

– Najbardziej zainteresowane płatnościami bezgotówkowymi są branże, które do tej pory miały terminali relatywnie niewiele albo wcale. Na pierwszym miejscu jest tzw. sektor beauty, czyli kosmetyczki i fryzjerzy. Wysoko są też kwiaciarnie. Dużą dynamikę wykazały małe sklepy spożywcze. Z kolei, co nas zaskoczyło, są dwie branże, które w statystykach pojawiają się śladowo. Są nimi  apteki i stacje benzynowe, ale one po prostu już wcześniej były bardzo nowoczesne – mówi Mieczysław Groszek, prezes Fundacji Polska Bezgotówkowa.

Co istotne, 95 proc. przedsiębiorców, którzy przez rok bezpłatnie korzystali z terminali, decyduje się na odpłatną akceptację kart. Badania fundacji pokazują, że firmy odnoszą dzięki temu szereg korzyści.

– Przedsiębiorcy odpowiadają, że wzrosły obroty, klienci są zadowoleni. Po drugie, niektórzy mówią, że gotówka kiedyś była problemem, bo na koniec dnia trzeba było ją przechowywać w domu albo odwozić do banku. Dzisiaj zostaje jej tyle, żeby następnego dnia zacząć dzień z wydawaniem reszty. Po trzecie, każda płatność gotówką jest ewidencjonowana w systemie płatniczym i w księgowości – wymienia Mieczysław Groszek.

Do tej pory za pośrednictwem terminali zainstalowanych przez Fundację Polska Bezgotówkowa zrealizowano już ponad 300 mln transakcji za łączną kwotę blisko 16 mld zł. Wśród beneficjentów jest w sumie ponad 225 tys. podmiotów – w tym małe, średnie oraz mikroprzedsiębiorstwa, a także instytucje administracji publicznej.

– Płatności bezgotówkowe powinny być dalej rozwijane, zwłaszcza w tych miejscach, do których jeszcze nie trafia nowoczesny światłowód czy internet, tam mamy jeszcze tzw. białe plamy. Powinniśmy rozszerzać zasięg obrotu bezgotówkowego i w ten sposób przyczyniać się do zmniejszania kosztów społecznych rozliczeń finansowych, bo to jest przecież celem wszystkich systemów płatniczych – podkreśla Włodzimierz Kiciński, wiceprezes Związku Banków Polskich.

Jak podkreśla Tadeusz Kościński, Ministerstwo Finansów promuje płatności bezgotówkowe, bo są one elementem cyfrowej, nowoczesnej gospodarki. Dąży też do zminimalizowania tradycyjnej gotówki w obrocie, bo, po pierwsze, jest to bardzo kosztowne, a po drugie, stanowi paliwo dla szarej strefy.

– Wszyscy myślą, że gotówka jest darmowa, ale w rzeczywistości ona kosztuje gospodarkę ok. 1 proc. PKB. W Polsce to jest 21–22 mld zł rocznie. Dlatego ważne jest, żeby jak najwięcej płatności w gotówce przerzucić na płatności elektroniczne, bo to obniża koszty transakcji – podkreśla minister finansów. – Zachęcamy m.in., żeby każdy radiowóz w Polsce miał terminal POS i żeby fani szybkiej jazdy mogli zapłacić mandat elektronicznie. Promujemy możliwość płacenia bezgotówkowo w każdym urzędzie.

Polacy polubili płatności bezgotówkowe. Potwierdza to ubiegłoroczne badanie „Płatności bezgotówkowe oczami Polaków 2019”, przeprowadzone w ramach kampanii Warto Bezgotówkowo. Choć co piąty Polak wciąż deklaruje przywiązanie do tradycyjnej gotówki, to aż 66 proc. za najbardziej preferowaną formę płatności uznaje kartę płatniczą. Poprzez bankowość internetową chętnie płaci 6 proc., a za pośrednictwem telefonu, zegarka bądź innego urządzenia – 7 proc.

– Grecja jest na pierwszym miejscu w Europie pod względem liczby terminali na tysiąc mieszkańców. Tam jednak zainstalowano to administracyjnie i część tych terminali jest pochowana w szufladach. Co z tego, że statystyka jest bardzo dobra, kiedy nie ma zwyczajów płatniczych. Zarówno punkty handlowe czy usługowe, jak również konsumenci po prostu z nich nie korzystają. W Polsce jest inaczej – przekonuje Mieczysław Groszek.

– Polska jest mniej więcej w średniej europejskiej pod względem liczby kart na tysiąc mieszkańców. Ale pod względem płatności bezstykowych, a więc kart, które są wyposażone w mikrochipy, jesteśmy w absolutnej czołówce nie tylko europejskiej, lecz także i światowej. Wszystkie POS-y dysponują taką technologią – mówi Włodzimierz Kiciński.

Wiedza o budowie mózgu pomaga rekruterom przyciągnąć do firmy właściwych ludzi. Jest ważna także w dobieraniu pracowników do zespołów

W zależności od tego, która z trzech części mózgu pracuje u nas najmocniej, w pracy przyświecają nam inne cele i w inny sposób dążymy do ich osiągnięcia. To tzw. teoria trzech kolorów mózgu, która może okazać się przydatna w procesach rekrutacji. Wiedza na temat działania mózgu pomoże w taki sposób skonstruować ogłoszenie o pracę, że aplikować na nie będą tylko osoby o poszukiwanym przez firmę profilu osobowości. Pozwoli także lepiej zbudować zespoły projektowe i zarządzać ich pracami. – Aby zdobyć tę wiedzę, można przejść szkolenie, ale można także obserwować siebie i swoje zachowania – mówi Anna Urbańska, psycholog biznesu ze Structogram Polska.

– Nasz mózg zbudowany jest z pnia mózgu, kresomózgowia i międzymózgowia. W zależności od tego, która z tych części jest u nas silniej rozwinięta, w określony sposób funkcjonujemy i działamy. Dla ułatwienia tym trzem częściom mózgu przypisano trzy kolory, czyli pień mózgu to kolor zielony, międzymózgowie – czerwony, a kresomózgowie – niebieski – mówi agencji Newseria Biznes Anna Urbańska.

Osoby, które używają przede wszystkim pnia mózgu, określa się jako uczuciowe, empatyczne (kolor zielony). Czerwoni, u których dominuje międzymózgowie, są zorientowani na cel i rezultat. Ci, którzy najczęściej wykorzystują kresomózgowie, to osoby obiektywne i poukładane, które lubią mieć czas na zastanowienie (kolor niebieski). Jak podkreślają eksperci systemu treningowego Structogram, zaledwie co 10. człowiek korzysta z każdego obszaru mózgu w równym stopniu. U zdecydowanej większości dominuje jeden z nich.

– Aby lepiej poznać biostrukturę swojego mózgu, należy przyglądać się sobie, co jest dla nas istotniejsze, czy to będą uczucia, emocje, racjonalizm, pomaganie ludziom czy raczej wygrywanie z nimi, a może racjonalne ich przekonywanie do swoich racji. I tym różnym obszarom odpowiadają trzy części naszego mózgu – mówi ekspertka. – Co ważne, przez całe nasze życie możemy zmieniać charakter, ale nie zmienimy genetyki naszego mózgu, więc z tym się można już tylko pogodzić.

Okazuje się, że wiedza na temat kolorów mózgu i sposobach funkcjonowania osób z poszczególnych grup może mieć znaczenie w życiu biznesowym. Jednym z przykładów, które to pokazują, jest proces rekrutacji w firmie.

– Cały proces rekrutacji zaczyna się od zadania sobie pytania, jakiego pracownika szukam, jakie powinny być jego kompetencje zawodowe, ale też charakter i osobowość. Wiedza w zakresie genetyki mózgu umożliwia tak skonstruować ogłoszenie o pracę, aby odpowiedzieli na nie tylko tacy kandydaci, jakich naprawdę szukamy – mówi Anna Urbańska.

Jak wyjaśnia, zawierając w ogłoszeniu konkretne treści, jesteśmy w stanie oddziaływać tylko na określony obszar związany z mózgiem kandydatów. Następny etap to przydzielanie poszczególnych osób do zespołów – w tym przypadku również wspieranie się wiedzą na temat biostruktury mózgu może okazać się kluczem do sukcesu.

– Bardzo często przedsiębiorcy szukają i zatrudniają ludzi podobnych do siebie. Po pewnym czasie okazuje się, że firma staje się – jak mówimy – jednokolorowa, a przecież zadania w biznesie są różne i wymagają różnorodnego podejścia. Są zadania emocjonalne i relacyjne, techniczne i procesowe. Może się okazać, że jednokolorowa grupa ludzi, która ma za zadanie stworzyć harmonogram procesu na najbliższe dwa lata, nie będzie potrafiła się do tego zabrać, bo według ich osobowości proces planowania kończy się na perspektywie dzisiejszego dnia, a w grupie nie było osoby o innych kompetencjach i podejściu – tłumaczy ekspertka ze Structogram Polska.

Podobnie grupa, która jest złożona tylko z osób uczuciowych i emocjonalnych, nie będzie w stanie np. wdrożyć normy technicznej, bo będzie im brakowało osoby z innymi kompetencjami, wynikającymi z budowy mózgu.

Odpowiednie zbudowanie zespołu przekłada się na jego efektywną pracę, a więc często również na jego sukcesy i dobrą atmosferę w grupie. W ten sposób łatwiej utrzymać pracowników w firmie na dłuższy czas. Menadżerowie mogą również wykorzystywać wiedzę na temat genetyki mózgu podczas zarządzania zespołem i podejmowania kluczowych dla niego decyzji.

– Jeśli pień mózgu jest u ciebie najsilniej rozwinięty, to pewnie będziesz szefem współczującym, będzie ci przykro kogoś zwolnić. Jeżeli wiesz, że jesteś szefem emocjonalnym i czasami zdarza ci się powiedzieć za dużo albo niecenzuralne słowa bez przemyślenia, to też musisz mieć świadomość tego, jak to się przekłada na ludzi. Możesz być też szefem, dla którego ani emocje, ani uczucia nie mają znaczenia. Patrzysz na ludzi i mówisz: po co ta histeria, skąd tyle nerwów, trzeba usiąść i wszystko zaplanować – wymienia Anna Urbańska. – Tutaj kluczowa jest samoświadomość.

Poziom inflacji w Polsce wciąż najwyższy w UE. Dla gospodarki krytycznymi miesiącami będą październik i listopad

Od połowy maja polska gospodarka pnie się w górę. Lipcowy wskaźnik PMI wykonał rekordowy skok, jest też wyższy od oczekiwań. Polskie firmy, podobnie jak inne w Europie, obawiają się jesiennej fali pandemii. Rozstrzygający dla dalszych losów gospodarki może być poziom inflacji i inwestycji przedsiębiorstw. Niepokoić może relatywnie wysoka inflacja, jednak według ekonomistów w ciągu najdalej kilkunastu miesięcy powinna się obniżyć.

– Mamy w Polsce wysoką inflację, obecnie najwyższą w Unii Europejskiej –  mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ignacy Morawski, dyrektor SpotData. – To wynika z kilku powodów. Po pierwsze, jest to jeszcze pozostałość wysokiego wzrostu płac sprzed pandemii. Inflacja zawsze reaguje z dużym opóźnieniem na zmiany dynamiki wynagrodzeń, więc mieliśmy uderzenie kryzysu w kwietniu i zanim inflacja na to zareaguje, to musi minąć kilka miesięcy. Drugi powód to rosnący koszt prowadzenia działalności gospodarczej związany z pandemią. W wielu dziedzinach, takich jak usługi higieniczne, dentyści, hotele i restauracje, wymusiła ona wprowadzenie rozwiązań sanitarnych, które są kosztowne, i przedsiębiorcy doliczyli je sobie do rachunków. 

Według metodologii Eurostatu w czerwcu 2020 roku inflacja w Polsce wyniosła 3,8 proc. i była najwyższa w Unii Europejskiej. Dla porównania na Węgrzech było to 2,9 proc., w Czechach 3,4 proc., a w Rumunii 2,2 proc. Z kolei na Cyprze, w Grecji, Estonii i na Łotwie ceny były niższe niż przed rokiem. Średnia dynamika dla Unii Europejskiej wyniosła 0,8 proc. Z kolei według GUS-u średnie ceny wzrosły w czerwcu o 3,3 proc., a według najnowszych danych – w lipcu o 3,1 proc.

Ignacy Morawski podkreśla, że inflację prognozuje się dużo trudniej niż niektóre inne zmienne ekonomiczne i że zachowuje się ona często bardzo nieprzewidywalnie. W związku z tym możliwe są wstrząsy, które zaburzą ten proces cenowy w jedną lub w drugą stronę. Jednocześnie polska gospodarka zaczęła bardzo energicznie wychodzić z dołka poepidemicznego.

– Szybko rośnie konsumpcja, szczególnie dóbr trwałych, czyli meble, sprzęt AGD, do pewnego stopnia samochody. Widać też szybko rosnący popyt na usługi czasu wolnego, czyli restauracje, turystykę, rozrywkę. Konsumpcja rośnie i to jest pozytywne –  przekonuje dyrektor SpotData. – To, co mnie martwi, i to, co w tym momencie obciąża gospodarkę, to niskie inwestycje. Firmy czują niepewność i część z nich obcięła plany inwestycyjne, a inwestycje to główny element decydujący o wahaniach gospodarki i o jej długookresowym rozwoju. Nie ma inwestycji, nie ma rozwoju.

W ostatnich dniach padają kolejne rekordy zakażeń SARS-CoV-2. Według zapowiedzi rządu w niektórych regionach, gdzie zachorowań jest najwięcej, może dojść do czasowego przywrócenia obostrzeń. Tymczasem już w I kwartale roku, który tylko nieznacznie został dotknięty lockdownem, nakłady brutto na środki trwałe wzrosły tylko o 0,9 proc. rok do roku. Przez cały ubiegły rok było to 7,2 proc., a w 2018 roku – 9 proc.

Mimo tego nastroje w przemyśle się poprawiają. Wskaźnik PMI rośnie trzeci miesiąc z rzędu i po raz pierwszy od listopada 2018 roku znalazł się powyżej poziomu 50 pkt, co oznacza rozwój sektora. Przekroczył także oczekiwania ekonomistów.

– Wszyscy chyba czekają z decyzjami na jesień, żeby zobaczyć, jak mocna będzie wtedy fala pandemii. Jeżeli się okaże, że ta fala nie jest bardzo wysoka i nie wywołuje gigantycznego strachu wśród konsumentów, to jesteśmy w stanie nadrobić większość strat sprzed pandemii w gospodarce w ciągu paru kwartałów, a odbicie gospodarcze w przyszłym roku będzie mocne – ocenia ekonomista.

Według lipcowej projekcji inflacji NBP wzrost cen w całym 2020 roku sięgnie 3,3 proc. (w marcu prognozowano 3,7 proc). PKB ma spaść o 5,4 proc. wobec przewidywanego przed pandemią wzrostu o 3,7 proc. Szczegółowe informacje o składowych inflacji w II kwartale i szybki odczyt PKB za ten okres pojawi się 14 sierpnia. Ta wiedza jednak wcale jeszcze nie musi rozwiać obaw przedsiębiorców, zwłaszcza że wygasać zaczną tarcze pomocowe.

– Październik i listopad to będą krytyczne miesiące i od przełomu roku zobaczymy kolejną falę przyspieszenia. Oczywiście jestem sobie w stanie wyobrazić czarne scenariusze, ale patrząc teraz na sytuację na świecie, np. w Stanach Zjednoczonych, gdzie jest silna fala pandemii, a mimo to nie widać powrotu zjawisk recesyjnych, mam nadzieję, że i u nas recesja już nie wróci – prognozuje Ignacy Morawski.

Rynek leasingu aut wyhamował. Przyspieszenie możliwe dopiero pod koniec roku wraz z wyprzedażami na rynku motoryzacyjnym

Ograniczone wydatki ze strony firm spowodowane pandemią koronawirusa podcięły skrzydła branży leasingowej. Finansowanie tym instrumentem w I połowie roku zmniejszyło się o 24 proc. – wynika z danych Związku Polskiego Leasingu. Tylko w kategorii pojazdów lekkich, odpowiedzialnej za znaczną część rynku, spadek wyniósł prawie 20 proc. – Trudności firm leasingowych wynikają nie tylko z mniejszej sprzedaży, lecz również z odraczania spłat przez klientów – mówi Dariusz Olejnik, wiceprezes Kingsman Personal Finance. Jego zdaniem na przełomie tego i przyszłego roku będzie widoczne większe niż zazwyczaj pobudzenie na rynku.

Powrót do normalności rynku leasingowego to kwestia życzeniowa. Chcielibyśmy, żeby to się stało tu i teraz, ale nie wiemy, jak będą zachowywali się konsumenci, bo to od nich zależy, czy będzie popyt na dany produkt – mówi agencji Newseria Biznes Dariusz Olejnik. – W kategorii samochodów na przełomie grudnia tego i stycznia przyszłego roku będziemy widzieli pobudzenie rynku, ponieważ będą większe rabatowania aut ze starszych roczników, pojawią się nowe roczniki, co na pewno wpłynie na rynek.

Finansowanie zakupu samochodów to znaczna część rynku leasingowego, odpowiadająca za dwie trzecie transakcji. Z danych ZPL wynika, że w I kwartale spadek finansowania pojazdów lekkich leasingiem wyniósł 2,6 proc., ale już II kwartał przyniósł pogłębienie spadków do prawie 35 proc. Całe półrocze zamknęło się wynikiem -19,6 proc. To efekt zamknięcia gospodarki, ograniczenia aktywności zakupowej firm i konsumentów oraz działalności sprzedażowej dealerów.

Z jednej strony klient trochę się wycofał i nie kupuje nowych samochodów, przez co nie ma popytu na ten produkt finansowy. Z drugiej strony leasingodawcy mają trochę podcięte skrzydła, ponieważ musieli odpuścić ludziom spłaty, a przez to mają problem z płynnością finansową – wyjaśnia wiceprezes Kingsman Personal Finance.

Firmy leasingowe od początku pandemii do końca czerwca objęły wakacjami leasingowymi ponad 160 tys. przedsiębiorców i ponad 360 tys. umów. Jak wskazuje ZPL, dotyczy to więc co piątej umowy leasingu na polskim rynku.

– Leasingodawcy nakładają bardzo dużo obostrzeń co do samego klienta i do wniosków. Są coraz bardziej wybredni w kwestii produktów, które chcą leasingować. Często wskazują nam kategorie przedsiębiorców, u których zdiagnozowali wyższe ryzyko, np. fryzjerów – mówi Dariusz Olejnik.

Odmrażanie gospodarki przynosi jednak stopniowy wzrost liczby rejestracji aut, a więc i zainteresowania leasingiem.

Wiceprezes Kingsman Personal Finance podkreśla, że rynek motoryzacyjny i leasingowy, czyli sektor szeroko rozumianych usług finansujących motoryzację, wciąż się zmienia, a pandemia przyspieszy ten proces.

Już od kilku lat usługi finansowania zakupu samochodów sprzedawane są online’owo i telefonicznie. Ten model pracy wdrożyło obecnie wielu dealerów. Nie mówię tutaj tylko o reklamach produktowych w social media, ale także o działaniach w ramach user experience, które pomagają w procesie sprzedaży. Dobry przykład globalnej marki działającej online to Tesla, która praktycznie nie ma swoich oddziałów, a sprzedaż odbywa się w internecie. Myślę, że kolejne marki będą postępowały podobnie i postawią na rozwój wirtualnych salonów. Kingsman Personal Finance również realizuje taką strategię – przyznaje.

Zdaniem Dariusza Olejnika kolejnym wyzwaniem rynku leasingowego jest znaczny wzrost ofert cesji leasingu na rzecz firmy trzeciej. Przedsiębiorcy, którzy jeszcze do niedawna mieli możliwość finansowania rat leasingowych za zakup np. samochodów, obecnie ją tracą, więc decydują się na przekazanie umowy. Cesja leasingu pozwala im pozbyć się zobowiązania z tytułu umowy leasingowej bez większych strat finansowych poprzez jej odstąpienie.

„Sztuczne Słońce” pozwoli na pozyskiwanie czystej energii. Ruszyła budowa eksperymentalnego reaktora termonuklearnego [DEPESZA]

Nadchodzi era energii termojądrowej. Ruszył właśnie montaż największego na świecie urządzenia do syntezy jądrowej ITER. Maszyna ma na celu odtworzenie energii syntezy jądrowej Słońca, które zapewnia światło i ciepło oraz umożliwia życie na Ziemi. ITER będzie pierwszym urządzeniem do syntezy jądrowej wytwarzającym energię netto, a eksperymenty przygotują drogę dla przyszłych elektrowni termojądrowych.

Przywódcy Unii Europejskiej, Chin, Indii, Japonii, Korei, Rosji i Stanów Zjednoczonych ogłosili niedawno początek nowej ery energetycznej wraz z oficjalnym rozpoczęciem montażu największego na świecie urządzenia do syntezy jądrowej. Maszyna ITER [ang. International Thermonuclear Experimental Reactor – Międzynarodowy Eksperymentalny Reaktor Termonuklearny – przyp. red.] ma odtworzyć energię syntezy jądrowej Słońca, które zapewnia światło i ciepło oraz umożliwia życie na Ziemi. Nie będzie przy tym pełniła funkcji elektrowni, lecz ma zbadać możliwości produkcji energii z użyciem kontrolowanej fuzji jądrowej na wielką skalę.

– Uruchamiając fazę montażu maszyny ITER, odczuwamy ciężar historii. Minęło już 100 lat, odkąd naukowcy odkryli, że energia termojądrowa jest źródłem energii dla Słońca i gwiazd, i około 60 lat od zbudowania pierwszego tokamaka [urządzenia do przeprowadzania kontrolowanej reakcji termojądrowej – przyp. red.] w Związku Radzieckim – mówi dyrektor generalny programu ITER, Bernard Bigot. – Musimy być sprawni, a jednocześnie cierpliwi. Wiemy jednak, że jak najszybciej należy zastąpić paliwa kopalne.

ITER będzie wytwarzał około 500 MW energii cieplnej. Gdyby działał w sposób ciągły i był podłączony do sieci elektrycznej, dałoby to około 200 MW energii elektrycznej, co wystarczyłoby do zasilenia około 200 tys. domów. Dotychczas światowy rekord w dziedzinie energii termojądrowej należy do europejskiego tokamaka JET. W 1997 roku wyprodukował on 16 MW mocy termojądrowej z całkowitej mocy grzewczej wejściowej 24 MW.

ITER będzie wytwarzał ciepło, a nie energię elektryczną. Ale jeśli zadziała i wyprodukuje więcej energii, niż zużywa, czego nie były w stanie zrobić mniejsze eksperymenty termojądrowe, może to doprowadzić do powstania elektrowni bez emisji dwutlenku węgla. Pozwoli to też wyeliminować zagrożenia związane z istniejącymi reaktorami jądrowymi, w których energię uzyskuje się z rozpadu ciężkich izotopów radioaktywnych. W elektrowni termojądrowej energia powstaje z łączenia lekkich izotopów wodoru.

– Teraz świętujemy coś więcej niż tylko techniczny kamień milowy. Chciałbym w szczególności zwrócić uwagę na trzy kwestie. Pierwsza to siła współpracy międzynarodowej, po drugie, ITER reprezentuje determinację Unii Europejskiej w walce przeciwko zmianom klimatycznym, a po trzecie, istotność dalszego wspierania takich projektów w trudnych czasach. Pandemia SARS-CoV-2 zmusiła nas wszystkich do ponownego dostosowania naszych priorytetów, a Europa nie jest wyjątkiem – wskazuje Kadri Simson, unijny komisarz ds. energii.

W przyszłości za pomocą tokamaków będzie można wytwarzać energię elektryczną bez emisji szkodliwych substancji. Obecnie szacuje się, że ponad 70 proc. emisji dwutlenku węgla pochodzi z zużycia energii, a z kolei 80 proc. zużycia energii pochodzi z paliw kopalnych.

Modyfikacja genów pozwala leczyć, ale też stworzyć zupełnie nowe gatunki. Brak kontroli nad tym procesem według ekspertów może oznaczać katastrofę

Biohacking – znany również jako „biologia zrób to sam” – pozwala dowolnie modyfikować DNA. Lekarzom w USA udało się usunąć z ludzkiego embrionu gen odpowiedzialny za chorobę serca, u zwierząt poprzez modyfikację genu zlikwidowano paraliż kończyn. Niektórzy idą jednak o krok dalej – prezes firmy CyborgNest wszczepił sobie w klatkę piersiową kompas, zaś amerykański filmowiec nosi protezę oka z wbudowaną bezprzewodową kamerą wideo. Programowanie ludzkiego ciała niesie jednak ze sobą poważne zagrożenia, nie tylko natury moralnej.

– Biohacking jest formułą nowoczesnej interwencji w to, co niepoznane, czyli w przebieg enzymatycznych reakcji, w strukturę białek, wreszcie w fundament naszego kształtu, istnienia, czyli w kod DNA. Robimy to dosyć często, od dawna, ale teraz na niespotykaną wcześniej skalę, bo jesteśmy w stanie robić to już w garażu przydomowym – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr n. med. Daniel Śliż, prezes zarządu Polskiego Towarzystwa Medycyny Stylu Życia.

Ingerencje w DNA to już nie tylko domena naukowców i lekarzy. Początkowo biohacking stosowano do leczenia chorób genetycznych – w USA udało się usunąć z ludzkiego embrionu gen, który odpowiadał za chorobę serca. W ramach testów zlikwidowano też paraliż kończyn u szczurów właśnie poprzez modyfikację kodu genetycznego. Obecnie jednak biohacking mogą stosować niemal wszyscy.

– Mamy już metody, które ułatwiają interwencję w kod genetyczny na poziomie molekularnym, dosłownie jakby wycinając nożyczkami i wklejając nowy kod genetyczny. Robimy to za pomocą zwykłych protokołów wycinania, przepisywania i wklejania DNA. To jest dosyć skomplikowana reakcja chemiczna, ale już dzisiaj możemy ją wykonać w domu, na dowolnym sprzęcie – przekonuje dr Daniel Śliż.

Już w 2017 roku były naukowiec NASA zmodyfikował swoje geny podczas transmisji na żywo poprzez usunięcie hamującej przyrost mięśni miostatyny ze swojego przedramienia. Liviu Babitz, prezes CyborgNest, wszczepił w swoją klatkę piersiową kompas, który wibruje, gdy wskazuje północ. Amerykanin Rich Lee ma w palce wmontowane magnesy i dwa chipy komunikacji bliskiego zasięgu, które można zaprogramować tak, aby między innymi łączyły się ze stronami internetowymi lub otwierały drzwi samochodu, a chip biotermiczny w przedramieniu stale monitoruje temperaturę jego ciała. Rob Spence z kolei to jednooki filmowiec, który nosi protezę oka z wbudowaną bezprzewodową kamerą wideo.

– Za pomocą biohackingu możemy jeszcze nienarodzonym dzieciom zmienić  kolor oczu, uzupełnić brakujące geny, wyleczyć chorobę, która wynika z mutacji czy braku genu. Ale też możemy np. wyhodować psa z pięcioma nogami, z dodatkowym ogonem, wykonać hybrydę psa i kota albo stworzyć dziecko z materiałem genetycznym trzech rodziców – wymienia prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Stylu Życia.

Popularna staje się modyfikacja genów wśród zwierząt. Niedawno amerykański hodowca psów David Ishee próbował stworzyć świecącego w ciemności psa, wprowadzając do szczeniąt DNA z bioluminescencyjnej bakterii. Projekt zakończył się niepowodzeniem, podobnych prób będzie jednak więcej.

– Wszystko będzie dobrze, jeśli skupimy się na tym, np. jak wyeliminować kleszcze z natury poprzez modyfikację kodu genetycznego myszy, na których żerują najczęściej. Ale jeśli zaczniemy tworzyć zatrute gatunki, które tworzą trujące białka, to mogą one zaburzyć całą strukturę biologiczną – przekonuje ekspert.

W Chinach z kolei prowadzono tajny program, którego celem było uodpornienie chorych na wirusa HIV. Naukowcy modyfikowali zarodki, a na urodzone w ten sposób dzieci czekały już wyselekcjonowane pary.

– Jeśli zaczniemy modyfikować gatunki tak, że nie będą przypominały już tego, czym były pierwotnie, to zaczynamy wchodzić w kwestie bezpieczeństwa, co będzie, kiedy te geny wymieszają się z ogólną populacją – tłumaczy dr Daniel Śliż. – Może czekać nas katastrofa, jeśli coś takiego zaczniemy wypuszczać do natury bez kontroli, bez obserwacji, co będzie działo się dalej.

Sadownicy z nadzieją wyczekują pracowników zza wschodniej granicy

0

Połowa wakacji to pełnia sezonu na owoce, szczególnie jagodowe. Każdy z nas wypatruje ich na straganach i śledzi cenę za kilogram ulubionego, letniego przysmaku. Żeby jednak owoce sezonowe znalazły się na rynku w dużej ilości i w przystępnej cenie, producenci muszą mieć dobre zbiory. W tym roku ich plany może pokrzyżować ciągnąca się epidemia koronawirusa. Przyjeżdżający z zagranicy pracownicy są główną siłą roboczą podczas sezonowych zbiorów. Bez ich pomocy polscy producenci mogliby wystawić na handel dużo mniejszą ilość owoców – a co za tym idzie, cena za kilogram wystrzeliłaby w górę. Czy ograniczony ruch międzypaństwowy, spowodowany przez zagrożenie epidemiczne, może znacząco wpłynąć na nasze tegoroczne, sezonowe zakupy?

– Handel międzynarodowy nie jest przeszkodą dla polskich producentów. Wydaje się, że jest już udrożniony na stałe. Natomiast realnym zagrożeniem może być ograniczenie przepływu ludności. Jeżeli granica polsko-ukraińska będzie rzeczywistą barierą dla przyjeżdżających do Polski pracowników sezonowych, to sytuacja na rynku może się znacząco zmienić – powiedział serwisowi eNewsroom Mirosław Maliszewski, prezes Związku Sadowników RP. – Brak pracowników oznacza małą podaż i wzrost cen. Na szczęście obie strony – zarówno polska, jak i ukraińska – są zainteresowane tym, aby pracownicy mogli przejeżdżać przez granicę. Dla nas oznacza to relatywnie tanią siłę roboczą przy zbiorach, a dla naszych sąsiadów – więcej gotówki, która wpłynie do ich gospodarki. Jedynym ryzykiem, które może spowodować zawirowanie na rynku, jest więc brak pracowników. Jeśli uda się go uniknąć – podaż i popyt nie powinny się znacząco zmieniać w ciągu sezonu. Jeżeli nastąpi swobodny napływ pracowników zza wschodniej granicy, to zadowoleni będą i sadownicy, i konsumenci. Na półce sklepowej znajdą bowiem relatywnie tani produkt – wyjaśnia Maliszewski.

Pierwsze półrocze 2020 roku na warszawskim rynku biurowym

0

Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield podsumowała pierwsze półrocze 2020 roku na warszawskim rynku powierzchni biurowych.

  • Obecnie w Warszawie w budowie znajduje się około 680 tys. mkw. powierzchni biurowej.
  • W ciągu ostatnich sześciu miesięcy do użytku oddano łącznie ponad 106 tys. mkw. powierzchni biurowej.
  • Popyt brutto w pierwszym półroczu był niższy o 17% niż w analogicznym okresie 2019 roku.
  • Wskaźnik pustostanów wyniósł 7,9%, co oznacza wzrost o 0,4 pkt. proc. w porównaniu do analogicznego okresu w 2019 roku.
  • Czynsze utrzymały się na poziomie 24 EUR/mkw./miesiąc w centrum i 15 EUR/mkw./miesiąc poza centrum.

Podaż

Całkowite zasoby powierzchni biurowej w Warszawie w pierwszej połowie 2020 roku powiększyły się o 106 800 mkw. i wyniosły 5,69 mln mkw. Największe budynki oddane do użytku od stycznia do końca czerwca to: dwie fazy projektu Varso, Chmielna 89, DSV HQ oraz kolejna faza Browarów Warszawskich – Biura przy Willi.

W okresie trwania kwarantanny nie wprowadzono żadnych rozporządzeń ograniczających prace budowlane. Niemniej jednak, ze względu na wydłużenie procesów administracyjnych, ograniczoną dostępność pracowników oraz ryzyko przerwania łańcucha dostaw, oddanie do użytku niektórych projektów zostało przesunięte z drugiego na trzeci kwartał 2020 roku – mówi Jan Szulborski, Senior Consultant, Cushman & Wakefield.

Obecnie w budowie znajduje się blisko 680 000 mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej planowanej do oddania w latach 2020-2022. Według szacunków Cushman & Wakefield w 2020 roku ukończonych zostanie blisko 361 000 mkw. i jest to wartość ponad dwukrotnie wyższa niż w 2019 roku. Biorąc pod uwagę poziom przednajęcia, projekty te mają duże prawdopodobieństwo realizacji zgodnie z harmonogramem. Planowaną podaż powierzchni na 2021 rok szacuje się na 339 000 mkw., z czego część projektów, która nie ma zabezpieczonych umów najmu, może zostać przesunięta na 2022 rok.

W latach 2022-2023 spodziewamy się natomiast wystąpienia efektu luki podażowej ze względu na ograniczenie decyzji o rozpoczęciu realizacji nowych projektów do momentu ustabilizowania sytuacji gospodarczej w Polsce i na świecie. Wyjątkiem mogą być projekty, które będą w całości sfinansowane ze środków własnych – dodaje Jan Szulborski.

Popyt

Okres kwarantanny oraz niepewność związana z wpływem pandemii koronawirusa na gospodarkę spowodowała, że część najemców zdecydowała się na tymczasowe wstrzymanie decyzji o trwających procesach negocjacji umów najmu. Popyt brutto w pierwszym półroczu wyniósł 334 800 mkw. i był niższy o 17% niż w analogicznym okresie 2019 roku, a większość zawartych w tym czasie transakcji to procesy, które rozpoczęły się przed wybuchem pandemii. Do największych transakcji możemy zaliczyć podpisanie umowy przednajmu w budynku Generation Park Y przez grupę PZU (46 500 mkw.), umowę najmu DSV zawartą z nabywcą ich budynku na Mokotowie (20 035 mkw.) oraz renegocjację umowy najmu przez Pocztę Polską (19 010 mkw.) w budynku Domaniewska Office Hub.

Struktura transakcji w pierwszej połowie roku była zbliżona do tej odnotowanej w pierwszej połowie 2019 r. Nowe umowy stanowiły 62% wszystkich zawartych umów w badanym okresie a renegocjacje i ekspansje stanowiły odpowiednio 30% i 8%.

Wskaźnik pustostanów

Pogarszająca się koniunktura gospodarcza doprowadziła do wzrostu poziomu pustostanów, który pomimo tego, że w ujęciu rocznym jest niższy niż w analogicznym okresie w 2019 roku, to kwartał do kwartału wzrósł o 0,4 pp. i wyniósł 7,9%. Niemniej jednak jest to jeszcze niewielki wzrost widoczny w statystkach, ponieważ rynek nieruchomości reaguje z opóźnieniem na wszelkie zmiany koniunkturalne.

Największy wzrost pustostanów został odnotowany w takich strefach jak Mokotów (+14 900 mkw. / 14,1%), Wschód (+5 130 mkw. / 8,6%) oraz Centrum (+5 900 mkw. / 5,7%). Ponadto, zauważalnym trendem jest zwiększenie powierzchni oferowanej na podnajem. Według szacunków w II kw. 2020 roku, blisko 50 000 mkw. powierzchni biurowych w Warszawie było oferowanych w tej formie, co nie jest uwzględnione w statystykach dotyczących dostępnej powierzchni.

Czynsze

Stawki bazowe za najlepsze powierzchnie biurowe nie uległy zmianie i znalazły się na poziomie 24 EUR/mkw./miesiąc w centrum i 15 EUR/mkw./miesiąc poza centrum.

Utrzymanie stawek na niezmienionym poziomie jest wynikiem zamknięcia transakcji na warunkach sprzed rozpoczęcia pandemii. W kolejnych kwartałach możemy spodziewać się korekty warunków komercyjnych, jeśli popyt na powierzchnie biurowe spadnie, a gospodarka nadal będzie utrzymywać się na zwolnionych obrotach – mówi Katarzyna Lipka, Head of Consulting & Research, Cushman & Wakefield.

Prognozy

Okres kwarantanny spowodowany wybuchem pandemii Covid-19 doprowadził do przejścia większości firm w tryb pracy zdalnej i ograniczenie aktywności biznesowej. Ponadto, polska gospodarka prawdopodobnie po raz pierwszy od 1989 roku wejdzie w fazę recesji, co spowoduje zmianę krajobrazu gospodarczego, który w najbliższych miesiącach wpłynie również na rynek nieruchomości biurowych. Zgodnie z ostatnimi prognozami Oxford Economics, PKB w Polsce drugim kwartale spadnie o 3,5% (r/r). Według oficjalnych danych GUS, w tym samym okresie konsumpcja zmniejszyła się o 4,5% w ujęciu rocznym. Niemniej jednak, wraz z dalszym luzowaniem ograniczeń przewidujemy mocne odbicie obu wskaźników w kolejnych kwartałach – mówi Katarzyna Lipka.

Wakacje spędzamy w Polsce i wydajemy całkiem sporo

0
  • Analiza transakcji dokonanych kartami* przez klientów Santander Bank Polska wskazuje, że rosną wydatki w punktach gastronomicznych w najpopularniejszych miejscowościach wypoczynkowych w Polsce
  • Okres wakacyjny sprawił, że nasze wydatki kartami rosną – w sklepach z wyposażeniem wnętrz płacimy w ten sposób dwukrotnie więcej niż przed rokiem

Wakacyjna mapa wydatków

Porównując aktualną liczbę transakcji kartami klientów Santander Bank Polska w punktach gastronomicznych z końcem czerwca, można zauważyć wzrost w powiatach, w których znajdują się popularne miejsca wakacyjnego wypoczynku, takie jak: Bieszczady, Tatry, Beskid Żywiecki i Sądecki, Karkonosze czy Białowieża. Dużą popularnością cieszą się także Warmia i Mazury – wzrosła tam liczba transakcji w barach i restauracjach m.in. w powiecie giżyckim, kętrzyńskim, węgorzewskim, mrągowskim, piskim czy szczycieńskim. Wzrost wydatków w punktach gastronomicznych widoczny jest także w powiatach nadmorskich.

Rysunek 1: Dynamika wolumenu transakcji kartami Santander Bank Polska w kategorii gastronomia. Porównano tygodnie: 19-25.07 z 21.06-27.06.

Wakacyjna mapa wydatków 

– Nasza analiza wskazuje, że od początku wakacji wzrosła liczba transakcji kartami dokonywanych przez naszych klientów w barach i restauracjach w popularnych miejscowościach wypoczynkowych. W kategorii podróże (obejmującej w szczególności wydatki kartowe naszych klientów w najpopularniejszych biurach podróży, także tych internetowych), obecnie możemy mówić o liczbie nieco ponad 1,6 tysiąca transakcji tygodniowo, podczas gdy w analogicznym okresie 2019 roku było to ponad 3 tysiące. W porównaniu z zeszłym rokiem wolumen transakcji naszych klientów w biurach podroży spadł o ponad 57%. Zdaje się to potwierdzać zapowiedzi, że większość Polaków wybiera w tym roku wakacje w Polsce – mówi Przemysław Chojecki, data scientist z Santander Bank Polska.

W wakacje wydajemy więcej

Analitycy Santander Bank Polska przyjrzeli się także wolumenowi transakcji kartami klientów w pierwszym miesiącu wakacji w podziale na kategorie wydatków i porównali je z analogicznym okresem roku ubiegłego.

W stosunku do roku 2019 o 57% spadły wydatki kartowe klientów Santander Bank Polska w biurach podróży, a o 6,3% wydatki na kina i fitness. Natomiast niemal we wszystkich pozostałych kategoriach wydatków kartami odnotowano wzrosty. W porównaniu z rokiem 2019 o ponad 51% wzrosły wydatki w drogeriach, o ponad 53% w sklepach detalicznych, dyskontach i marketach oraz o 70% w sklepach z artykułami wyposażenia wnętrz i sprzętem RTV.

 Poziom wydatków kartowych w wielu kategoriach wskazuje, że zaciskanie pasa, charakterystyczne dla okresu początku pandemii, skończyło się wraz z wakacjami, a dziś w ten sposób wydajemy znacznie więcej niż przed rokiem. Tygodniowy wolumen transakcji (naszymi kartami) w sklepach detalicznych, marketach i dyskontach jest o 50% wyższy niż przed rokiem i przebija granicę 300 mln zł. Od połowy maja br. rośnie wolumen transakcji w gastronomii, średnie z 2019 r. zostały przekroczone z początkiem czerwca, a obecnie wolumen transakcji jest już o 30% wyższy niż w najlepszych tygodniach minionego roku. Na przestrzeni roku podwoił się średniotygodniowy wolumen transakcji w sklepach z wyposażeniem wnętrz oraz sprzętem RTV/AGD, przekraczając 100 mln zł. Wygląda na to, że w wakacje chętnie przeprowadzamy małe remonty i liftingi wnętrz – mówi Przemysław Chojecki, data scientist z Santander Bank Polska.

BLIK bije kolejne rekord, gotówka w odwrocie

Od początku pandemii rośnie popularność BLIK-a. Średnia tygodniowa liczba transakcji, wykonywanych przez klientów Santander Bank Polska, BLIKIEM w internecie przekracza 500 tys., natomiast w sklepach 80-100 tys. transakcji tygodniowo.

Po szczycie z początku pandemii, liczba transakcji wypłat z bankomatów, realizowanych przez klientów Santander Bank Polska, z 1,4 miliona tygodniowo spadła do ok. 1,1 miliona tygodniowo, nieco mniej niż średnie z tego okresu z roku 2019. Także średni tygodniowy wolumen wypłat z bankomatów utrzymuje się na poziomie z ubiegłego roku. Wypłaty z bankomatów za pomocą BLIKA również nie przekraczają obecnie średniej liczby transakcji i średnich wolumenów z 2019 roku.

*Analiza nie obejmuje transakcji gotówkowych

Pandemia motorem wzrostu dla e-commerce. Czy rok 2020 będzie rekordowy dla branży e-commerce w Polsce?

0
  • Pandemia koronawirusa spowodowała skokowy wzrost liczby sklepów internetowych i firm sprzedających poprzez platformy e-commerce.
  • Jako gospodarka osiągamy przychody z e-commerce zbliżone do średniej UE. Pozostajemy jednak w tyle za niektórymi państwami regionu.
  • Udział e-commerce w handlu detalicznym może się ustabilizować na poziomie ok. 8% vs 5,4% w 2019 r.

Pandemia koronawirusa zmieniła nasze codzienne życie w bardzo wielu aspektach, jednak wzrost znaczenia handlu internetowego kosztem kanału tradycyjnego był jednym z najbardziej zauważalnych trendów ostatnich miesięcy – informują analitycy Santander Bank Polska.

Duże polskie firmy bez kompleksów w europejskim Internecie

Analizując udział handlu internetowego w przychodach firm bez podziału na sektor działalności oraz typ odbiorcy (indywidualny – B2C, lub biznesowy – B2B) Polska plasuje się dokładnie na poziomie europejskiej średniej wynoszącej ok. 18%. Jest to o tyle interesujące, że jednocześnie pod względem liczby firm oferujących swoje towary lub usługi w Internecie Polska znajduje się nieznacznie poniżej średniej unijnej – 16% polskich firm sprzedaje w kanale internetowym w porównaniu do 20% w UE.

Dane te wynikają z mocnego zdigitializowania szeregu branż, które stanowią swego rodzaju specjalizację polskiej gospodarki. Może to również oznaczać, że sprzedaż w tym nowoczesnym kanale rozwijały dotychczas w Polsce większe firmy, które pod względem cyfrowych kompetencji być może nawet nieznacznie wyprzedzają swoich zachodnich konkurentów. Z kolei ze średniej unijnej można wywnioskować, że w całej Wspólnocie rośnie rola małych i średnich firm pod względem obecności w Internecie – komentuje Małgorzata Nesterowicz, dyrektor ds. sektora usług Santander Bank Polska i dodaje: – Największe różnice, zarówno pod względem udziału w przychodach jak i liczby firm, widzimy w branży turystycznej – to wskazuje, że polscy touroperatorzy wyprzedzają swoich europejskich konkurentów w adopcji e-commerce, mimo iż jest to jedna z najbardziej aktywnych pod tym względem branż na poziomie całej Wspólnoty. Kolejnymi przykładami większego udziału przychodów z e-commerce wśród polskich przedsiębiorstw względem średniej europejskiej są m. in. produkcja elektroniki, branża motoryzacyjna oraz sektor meblowy, czyli sektory będące w dużej mierze odpowiedzialne za dynamiczny wzrost eksportu z Polski do UE w ostatniej dekadzie.

Jakie branże w największym stopniu wdrożyły rozwiązania e-commerce?

Analizowane przez ekspertów Santander Bank Polska dane obejmują zarówno handel towarowy, jak i sprzedaż usług. Średnio na poziomie UE 20% firm przyjmuje zamówienia online – jednak na poziomie poszczególnych branż, widoczne są bardzo duże różnice. Na unijne 20% składa się przykładowo branża budowlana, gdzie e-commerce stosuje zaledwie 6% firm, czy też 11% firm z sektora nieruchomości. Na drugim biegunie znajdują się branże najnowocześniejsze pod względem cyfrowego kontaktu z klientami, gdzie już dziś można powiedzieć, że obecność w Internecie jest nie tylko normą, ale niemalże warunkiem przetrwania.

Najbardziej rozwinięty pod względem e-commerce jest szeroko pojęty sektor turystyczno-wypoczynkowy. W 2019 r. ponad 60% europejskich hotelarzy i ponad 50% operatorów imprez turystycznych sprzedawało swoje usługi w cyfrowych kanałach dystrybucji. Warto przy tym zwrócić uwagę, że w obu tych branżach funkcjonują silne platformy sprzedażowe, np. Booking.com. Trzecią najbardziej zdigitalizowaną branżą pod względem liczby firm jest działalność wydawnicza i tutaj również można powiązać głęboką digitalizację rynku z działalnością silnych graczy, jak międzynarodowy Amazon, czy Empik lub Merlin na rynku krajowym. Warto zauważyć, że wymienione powyżej branże nastawione są przede wszystkim na sprzedaż B2C. Kolejne miejsca pod względem powszechności e-commerce na europejskim rynku zajmuje handel hurtowy z uwzględnieniem motoryzacji oraz sam przemysł motoryzacyjny – prawdopodobnie najnowocześniejsza część europejskiego przemysłu jako takiego. 

Polski sektor detaliczny e-commerce przeskoczył 7 lat w 7 tygodni

W zaledwie kilka tygodni przypadających na okres wprowadzenia ograniczeń związanych z zachowaniem bezpieczeństwa w stanie pandemii udział e-commerce w polskim handlu detalicznym wzrósł z ok. 5,5% na koniec 2019 r. do blisko 12% w szczytowym momencie. Dla zobrazowania skali wzrostu warto porównać te dane z największym rynkiem e-commerce na świecie, jakim są Stany Zjednoczone. Analogiczny wzrost udziału sprzedaży internetowej zajął tam niemal 7 lat.

Biorąc pod uwagę wzrost sprzedaży online wyraźnym liderem była kategoria odzieży i obuwia, gdzie porównując stan z kwietnia z tym z początku roku, udział sprzedaży internetowej wzrósł ponad 2,5-krotnie. Niemniej jednak, w miarę znoszenia kolejnych obostrzeń widoczny jest powrót konsumentów do tradycyjnych kanałów sprzedaży, co skutkuje normowaniem się udziału e-commerce w sprzedaży detalicznej poszczególnych branż. Przykładowo, przyjmując za poziom bazowy sprzedaż internetową w marcu, w przypadku żywności w czerwcu sprzedaż internetowa była niższa o ok. 10%, w kategorii mebli, RTV i AGD spadek wyniósł ok. 20%, zaś w przypadku farmaceutyków i kosmetyków wydatki internetowe były mniejsze o ok 30%. Jeżeli jednak za poziom bazowy przyjmiemy sprzedaż internetową z lutego br., to okaże się, że jedyną kategorią sprzedaży detalicznej wyodrębnianą przez GUS, gdzie wartość internetowej sprzedaży nie wzrosła, były farmaceutyki i kosmetyki. Oznacza to, że w większości branż składających się na handel detaliczny pandemia spowodowała trwałą zmianę przyzwyczajeń konsumentów i przeniesienie części zakupów do Internetu, nawet w przypadku takich branż, w przypadku których e-commerce nie miało wcześniej znaczącego udziału, czego najlepszym przykładem jest sprzedaż produktów spożywczych.

Perspektywy na 2021 r.

Nie wiemy jeszcze jak dokładnie pandemia wpłynęła na finanse firm zajmujących się przede wszystkim detaliczną sprzedażą internetową. Bazując jednak na danych historycznych widzimy m. in. dwucyfrową dynamikę przychodów, co znacząco przekracza zarówno tempo rozwoju samej gospodarki (ok. 3-5% rdr w dobrych czasach) jak i handlu detalicznego ogółem. Obrazuje to skalę, w jakiej rozwija się handel internetowy. Jednocześnie, bazując na dostępnych danych, można z pewnością powiedzieć, że rok 2020 będzie dla polskiej branży e-commerce najlepszy w dotychczasowej historii – dodaje Maciej Nałęcz, analityk sektorowy Santander Bank Polska.

Wg danych za pierwszą połowę lipca poziom wydatków internetowych ustabilizował się na poziomie blisko 140% wydatków z analogicznego okresu ub. r. Oznacza to, że udział e-commerce w handlu detalicznym może się ustabilizować na poziomie ok. 8% vs 5,4% w 2021. Trwałe przesunięcie części wydatków konsumenckich do Internetu znacząco przyspieszy rozwój branży i będzie stanowiło paliwo do wzrostu w kolejnych latach.

Koronawirus, globalne pandemie i rola tłumaczy medycznych

W czasach globalnych pandemii usługi tłumaczeniowe powinny być jednym z głównych elementów skoordynowanej światowej współpracy. Jeśli obecna pandemia koronawirusa faktycznie w dużym stopniu rozprzestrzenia się między pracownikami służby zdrowia i ich pacjentami, takie informacje muszą zostać przetłumaczone i rozpowszechnione natychmiast po po uzyskaniu zgody na szczeblu światowym. Niestety niedobór tłumaczy medycznych i ustnych stworzył lukę w personelu walczącym ze  światowym kryzysem. Według amerykańskiej instytucji Department of Labor Statistics (DLS) „przewiduje się, że zatrudnienie tłumaczy pisemnych i ustnych wzrośnie o dziewiętnaście procent od 2018 do 2028 roku, znacznie szybciej w porównaniu ze średnią wzrostu zatrudnienia w innych zawodach”.

Jeśli w rzeczywistości koronawirus rozprzestrzenia się poprzez bliski kontakt, na przykład podczas leczenia metodami fizycznymi pokrewnych dolegliwości, konieczne jest, aby zatrudnić tłumaczy medycznych oraz tłumaczy innych dziedzin również na szczeblu lokalnym. Tłumacze ustni powinni być obecni praktycznie we wszystkich głównych ośrodkach medycznych na całym świecie, zwłaszcza w tych, które znajdują się obecnie pod presją globalnego kryzysu migracyjnego. To jedyne działające rozwiązanie, dzięki któremu rozprzestrzenianie się nowego koronawirusa i innych chorób zostanie ograniczone lub wyeliminowane.

Jednak takie warunki nie są typowe tylko dla globalnych pandemii lub zwykłych problemów zdrowotnych.

Pandemia grypy z 1918r.

Pandemia hiszpańskiego wirusa grypy z 1918r. rozprzestrzeniła się na całym świecie, zabijając  prawie 2% populacji świata (ok. 50 mln ludzi). Wirus ten dotknął w sumie ok. 500 mln ludzi, co stanowi jedną trzecią światowej populacji. Czy to możliwe, aby jedną z głównych przyczyn szybkiego rozprzestrzeniania się wirusa i związanego z nim chaosu był brak tłumaczy medycznych zajmujących się przekładem ustnym?

Według raportów Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) hiszpański wirus grypy z 1918r. opanował świat w przeciągu ok. „piętnastu miesięcy, licząc od początku do końca”, pomimo istniejących w tym czasie mniej zaawansowanych środków komunikacji i transportu. Wirus rozprzestrzenił się szybko, przynosząc druzgocące skutki, które przejawiały się nie tylko w życiu człowieka, ale także w problemach gospodarczych i społecznych. Jak wyglądałoby tak śmiertelny wybuch epidemii w dzisiejszych czasach? Czy istnieją sposoby, które pozwolą zapobiec dalszym globalnym pandemiom lub szybciej i skuteczniej z nimi walczyć? Czy  zaangażowanie w tę sytuację tłumaczy medycznych, zajmujących się zarówno przekładem pisemnym, jak i ustnym pomogło w jakimkolwiek wymiernym stopniu złagodzić ten lub inne globalne kryzysy?

Wnioskiem wyciągniętym ze śmiertelnych i katastrofalnych skutków pandemii hiszpańskiego wirusa w 1918r. jest fakt, że skłoniła ona rządy na całym świecie do ponownego zastanowienia się nad podejściem do problemu globalnych pandemii i wybuchu chorób zakaźnych. Utworzono instytucje oraz wprowadzono w życie polityki, które stały się podstawą światowych organizacji, takich jak Światowa Organizacja Zdrowia oraz innych, podobnych do niej ugrupowań na całym świecie.

Zadaniem tych organizacji było analizowanie, badanie oraz udostępnianie wszystkich istotnych danych ekspertom medycznym, badaczom i innym osobom na całym świecie. Poprzez współpracę eksperci ci mieli znacznie większe szanse, aby jak najszybciej pokonać pandemię. Szybka, ogólnoświatowa reakcja służb medycznych może znacznie obniżyć ekonomiczne i społeczne koszty pandemii, a także zmniejszyć liczbę ofiar śmiertelnych. Dane zostały szybko przesłane do uniwersytetów, szpitali i naukowców na całym świecie. Działanie to było jednak możliwe dopiero po pełnym przetworzeniu wszystkich istotnych informacji i dokładnym przetłumaczeniu wszystkich dokumentów przez tłumaczy medycznych zajmujących się przekładem ustnym i innych profesjonalnych tłumaczy wykonujących tłumaczenia dokumentów.

W związku z tym usługi tłumaczy przysięgłych i tłumaczy ustnych medycznych są kluczową i integralną częścią wszelkich wysiłków będących odpowiedzią na globalny kryzys, bez względu na ostateczną przyczynę.

Jakie jest prawdopodobieństwo pojawienia się pandemii?

Według WHO ryzyko pojawienia się śmiertelnej pandemii w niedalekiej przyszłości wciąż rośnie. Obecna pandemia koronawirusa uwydatnia konsekwencje takiego wybuchu epidemii we współczesnym świecie. W przeszłości proces rozprzestrzeniania się wirusa odpowiedzialnego za śmiertelną epidemię w różnych miejscach na całym świecie trwał kilka tygodni, a nawet kilka miesięcy. Możliwości związane z nowoczesnymi środkami transportu powodują, że proces rozprzestrzeniania się epidemii na całym świecie trwa tygodnie lub nawet dni, a według niektórych źródeł, takich jak wskaźnik GHS (Global Health Security Index), którego współautorami są lekarze z John Hopkins University, zarażenie się wirusem może objąć cały świat w mniej niż 36 godzin. Samoloty i inne nowoczesne udogodnienia sieją zatem ziarno zniszczenia w takim samym stopniu, w jakim działają dla dobra ludzkości.

Miejsce Nazwa państwa Wartość wskaźnika Region Liczba mieszkańców Dochód państwa
195 Gwinea Równikowa 16.2 Afryka 1-10 mln

 

Średnio-wysoki dochód
194 Somalia 16.6 Afryka 10-50 mln Niski dochód
193 Korea Północna 17.5 Azja Wschodnia 10-50 mln Niski dochód
192 Wyspy Świętego Tomasza i Książęcej 17.7 Afryka <1 mln Średnio-niski dochód
191 Wyspy Marshalla 18.2 Oceania <1 mln

 

Średnio-wysoki dochód
190 Jemen 18.5 Azja Zachodnia 10-50 mln Niski dochód
189 Kiribati 19.2 Oceania <1 mln Średnio-niski dochód
188 Syria 19.9 Azja Zachodnia 10-50 mln Niski dochód
187 Gwinea Bissau 20.0 Afryka 1-10 mln Niski dochód
186 Gabon 20.0 Afryka 1-10 mln Średnio-wysoki dochód

Źródło: Wskaźnik Global Health Security (GHS Index)

Wskaźnik GHS, jak pokazuje powyższa ilustracja, wskazuje, że wiele krajów, które mogą doświadczyć kryzysu wywołanego globalną pandemią w większym lub największym stopniu w porównaniu z innymi państwami, posiada cechę, różniącą ich od pozostałych. Cechą tą jest zróżnicowanie językowe, czyli obecność wielu języków ojczystych, a często także wielu lokalnych dialektów. Z tego powodu dostępność tłumaczy medycznych oraz innych profesjonalnych tłumaczy, wykonujących przekład dokumentów jest konieczna, w celu szybkiego i skutecznego tłumaczenia, a także rozpowszechniania ważnych informacji w jakiejkolwiek sytuacji kryzysowej.

Czym jest panujący obecnie koronawirus?

Termin „pandemia koronawirusa”, choć nie jest błędnym określeniem, nie jest do końca trafny. Koronawirusy to duża rodzina wirusów, które mogą być przyczyną wszystkich chorób, poczynając od przeziębienia aż po śmierć. Dla tych, którzy pamiętają epidemię wirusową zespołu ostrej niewydolności oddechowej (SARS) z 2002 r., ta konkretna pandemia wirusowa była również wynikiem działania wirusa z rodziny koronawirusów. Z tego powodu trafniejsze pytanie, jakie powinno się tutaj nasunąć to „jakim rodzajem wirusa jest obecny koronawirus pochodzący z Chin?”

Według Światowej Organizacji Zdrowia wirus odpowiedzialny za obecny globalny chaos to „nowy koronawirus”. Niestety, jak informuje WHO, niewiele wiadomo o tym konkretnym szczepie nowego koronawirusa (przynajmniej nie w momencie pisania tego artykułu). Okazuje się, że zarażenie się nowym koronawirusem może nastąpić poprzez bardzo bliski kontakt z człowiekiem, na przykład między lekarzem a pacjentem. Natomiast nie jest jeszcze wiadome, czy możliwe jest, aby zarażeni pracownicy służby zdrowia mogli przenieść wirusa na innych pacjentów znajdujących się pod ich opieką.

W jaki sposób następuje rozprzestrzenianie się koronawirusa?

Istnieje ryzyko, że nowy koronawirus z Chin może rozprzestrzeniać się innymi sposobami niż ten wspomniany powyżej, ale nie zostało to ostatecznie przetestowane ani potwierdzone. Okres inkubacji nowego koronawirusa również nie jest znany, dlatego zarażeni ludzie (lub „nosiciele wirusa”) mogą z łatwością przemieszczać się na świecie, rozprzestrzeniając potencjalne zagrożenie śmiercią i jednocześnie będąc całkowicie nieświadomi śmiertelnych skutków swoich działań. Lekarze i pacjenci, którzy zarazili się śmiertelną ebola, są rutynowo atakowani z powodu  obaw innych ludzi przed zarażeniem się, a także z powodu braku informacji w języku ojczystym i dialektach.

Zarówno skutki zdrowotne, jak i konsekwencje gospodarcze oraz społeczne możliwego rozprzestrzeniania się wirusa w ten sposób są niepokojące. Jakie będą ostateczne następstwa obecnego nowego koronawirusa? W tej chwili nikt nie jest tego pewien. Pewne jest jednak, że usługi tłumaczeniowe będą integralną częścią rozwiązania tego problemu. Naukowcy, lekarze i badacze, którzy mają obowiązek udostępniać informacje tak dokładnie, szybko i efektywnie, jak to tylko możliwe, skorzystają zapewne w tym celu z usług profesjonalnych tłumaczy.

Tłumaczenia medyczne

Tłumaczenia medyczne stały się kluczowymi narzędziami w badaniach akademickich, naukowych i medycznych, którymi poważnie zajęto się na całym świecie w 1918r. Było to w dużej mierze spowodowane powstaniem wielu organizacji pozarządowych, takich jak ONZ (Liga Narodów), Światowa Organizacja Zdrowia i inne. Dziedziny te wymagają specjalistycznych rodzajów tłumaczeń i od zawsze odgrywają decydującą rolę w tworzeniu oraz wdrażaniu polityki rządu w zakresie zdrowia, walki z kryzysami oraz łagodzenia ich skutków.

Tłumaczenie jest jedną z podstawowych funkcji wszystkich światowych organizacji  pozarządowych, które współpracują z ludźmi z całego świata. Wynika to z faktu, że celem zarówno tłumaczy symultanicznych, jak i pisemnych jest przekazywanie informacji osobom tworzącym i wdrażającym politykę, dotyczącą całego świata.

Żadna z tych organizacji nie zdołała jeszcze z powodzeniem zagłębić się w świat tłumaczeń maszynowych. Zamiast tego, polegają one głównie na umiejętnościach przeszkolonych i przysięgłych tłumaczy. Mimo tego, że tłumaczenie maszynowe może (w najlepszym przypadku) oddać dosłowne znaczenie tekstu źródłowego, nie jest ono w stanie wychwycić niuansów ani subtelnych znaczeń, które profesjonalny tłumacz przysięgły może wziąć pod uwagę. Ten subtelny niuans języka ma kluczowe znaczenie w wielu dziedzinach, co objawia się w niechęci międzynarodowych organów do korzystania z tłumaczenia maszynowego w sytuacji, gdy tekst zawiera pewne ukryte znaczenie.

Globalny kryzys migracyjny

Niemiecki kryzys migracyjny ukazuje, jak skądinąd proste problemy mogą zostać spotęgowane przez brak tłumaczy medycznych. Wielu uchodźców napływających do Niemiec nie mówi ani po angielsku, ani po niemiecku, dlatego komunikacja między nimi sama w sobie może być bardzo trudna. Natomiast w sytuacji, gdy panuje globalna pandemia, skutki braku komunikacji mogą być druzgocące nie tylko dla uchodźców, ale także dla przyjmującego ich kraju, który zostaje narażony na poważne ofiary śmiertelne, ruinę gospodarczą i niezgodę społeczną.

Nawet podstawowe usługi medyczne, opieka zdrowotna i leczenie mogą być utrudnione z powodu niezdolności pacjentów do właściwej komunikacji z lekarzami i odwrotnie. Problemy te są na porządku dziennym nie tylko w wyniku europejskiego kryzysu migracyjnego, ale także z powodu panującego również tego samego rodzaju kryzysu w Ameryce Środkowej. Globalny kryzys migracyjny jest w istocie problemem na szczeblu światowym, który można wyeliminować jedynie poprzez rozszerzenie i utrzymanie wysokiej jakości usług tłumaczeniowych na skalę globalną.

Jest mało prawdopodobne, aby ktokolwiek świadomie roznosił chorobę. Jednak w celu ograniczenia rozprzestrzeniania się choroby i zmniejszenia szkodliwych skutków jakiegokolwiek wybuchu epidemii, konieczne jest, aby pracownicy służby zdrowia i inni specjaliści byli w stanie komunikować się w sposób zrozumiały i bez żadnych barier wypowiadać się na temat leczenia i zapobiegania zakażenia wirusem. Ataki na pacjentów z wirusem Ebola i pracowników służby zdrowia same w sobie nie są złowrogimi manifestacjami, które mają na celu umożliwienie rozprzestrzeniania się choroby, ale jedynie reakcjami wynikającymi z braku zrozumienia.

Brak możliwości szybkiego lub skutecznego przekazywania ludziom faktów i informacji przez pracowników służby zdrowia oraz niezdolność ludzi do zrozumienia przyczyn, sposobów leczenia, a nawet podstawowych środków ostrożności skutkuje znacznie szybszym i bardziej śmiercionośnym wybuchem epidemii, który w innym przypadku mógłby być efektywniej powstrzymany. Na poziomie lokalnym jest to jeszcze trudniejsze, biorąc pod uwagę ograniczone i restrykcyjne dialekty nadal używane w wielu częściach świata. Niezależnie od tego, czy chodzi o globalne pandemie, czy o wrzenie społeczne skutkujące masową migracją, czy też jakikolwiek inny globalny kryzys tego typu, nigdy nie należy lekceważyć kluczowej roli tłumacza medycznego i profesjonalnych tłumaczy ustnych.

Rola wyspecjalizowanych tłumaczy w czasach globalnego kryzysu

Obecnie największym problemem związanym ze zdrowiem jest nowa pandemia koronawirusa, która rozpoczęła się w Chinach. Tylko wtedy, gdy wszystkie odpowiednie badania, analizy i inne rodzaje dokumentacji zostaną odpowiednio przetranskrybowane, przetłumaczone i rozesłane na całym świecie, naukowcy i specjaliści na całym świecie będą mogli rozpocząć dalsze badania w oparciu o twarde dowody. W przypadku bardziej śmiercionośne i destrukcyjne globalne epidemie wirusów, obydwa te problemy stają się jeszcze pilniejsze.

Zatrudnienie profesjonalnych tłumaczy i przysięgłych tłumaczy ustnych jest niezbędne w praktycznie każdym aspekcie reagowania i zarządzania kryzysowego. Bezpośredni wpływ problemów społecznych spowodowanych paniką można ograniczyć poprzez szybkie i precyzyjne rozpowszechnianie rzeczowych i pomocnych informacji. Natomiast problemy gospodarcze można złagodzić poprzez dystrybucję informacji dotyczących zapobiegania i rozprzestrzeniania się pandemii wirusa, co umożliwi także ludziom kontynuowanie pracy i funkcjonowania jako produktywni i wspierający członkowie społeczeństwa. Co ważniejsze, walka z każdą globalną pandemią jest możliwa, ponieważ badania, analizy i dane są tłumaczone i rozpowszechniane wśród społeczności medycznych, naukowych i akademickich na całym świecie.

Czy roboty zastąpią pracowników w sadach? Kiedy automatyzacja i cyfryzacja staną się powszechne?

Niedawny kryzys spowodowany COVID-19 pokazał, jak ważna jest dostępność pracowników sezonowych do wspierania europejskich producentów, m. in. w przygotowaniu sadów (np. w przycinaniu, przerzedzaniu), pracy w stacjach pakowania, zarządzaniu plonami oraz zbiorze owoców i warzyw. W obliczu trudności związanych z niedoborem zasobów ludzkich, sektor jest zainteresowany poszukiwaniem alternatywnych rozwiązań, takich jak większa automatyzacja i cyfryzacja różnych etapów procesu produkcyjnego. Dostęp do nowych technologii może znacznie zwiększyć globalną konkurencyjność plantatorów. Czy tak faktycznie będzie w niedalekiej przyszłości?

Na poziomie europejskim w ostatnim dziesięcioleciu miało miejsce wiele działań stymulujących modernizację procesu plantacyjnego w kierunku nowych technologii. Poniżej znajduje się krótki przegląd konkretnych europejskich inicjatyw podjętych w celu zwiększenia automatyzacji i cyfryzacji produkcji rolnej i sadowniczej:

  • Program badań i innowacji „Horyzont 2020” będzie kontynuowany w nadchodzących latach w ramach programu „Horyzont Europa”. Kilka linii budżetowych poświęcono robotyzacji i ulepszonej logistyce. Wspierano konkurencyjność i zrównoważone rolnictwo, a także łączono źródła finansowania na rzecz interaktywnych innowacji. Instrumenty finansowe są również dostępne w WPR i programie operacyjnym wspólnej organizacji rynku owoców i warzyw w ramach strategii krajowych.
  • Europejska Agenda Cyfrowa, mająca ambicje przesunięcia europejskiego rolnictwa w kierunku rolnictwa precyzyjnego.
  • EUFRIN (sieć badań owoców), EUVRIN (sieć badań warzyw), AREFLH (Stowarzyszenie Regionów Europy produkujących owoce i warzywa) i Freshfel Europe. Stworzone grupy zadaniowo-robocze opracowują strategiczny program badań i innowacji określający szczególne potrzeby w zakresie badań i innowacji w zakresie owoców i warzyw.
  • Projekt EUFRUIT koncentrujący się między innymi na poprawie przechowywania owoców, a także na zrównoważonej produkcji owoców wynikającej z jednego z priorytetów programu „Horyzont 2020”. Projekt oferuje sadownikom i rolnikom bazę wiedzy dostępną w Internecie odnośnie innowacji i technologii opartą na najnowszych badaniach.

Przez wiele lat rolnicy i sadownicy w całej UE wprowadzali i coraz częściej stosowali nowe technologie, takie jak automatyzacja rolnictwa, by pomóc sobie w procesach produkcyjnych. Podczas gdy dostępność i koszty pracy mogą być jednym z elementów wdrażania nowych technologii, inne decydujące czynniki to zwiększona wydajność, lepsza jakość, szybki proces i długoterminowa konkurencyjność. Zastosowanie nowych technologii i automatyzacji rolnictwa może obejmować różne aspekty: działania związane z zarządzaniem sadem poprzez rolnictwo precyzyjne (monitorowanie pogody, nawadnianie i obróbka przed lub po zbiorach), ale także automatyzacja prac sadowniczych (np. robot do napełniania pojemników po zerwaniu) do szybkiego transportu z sadu do magazynu oraz różnych operacji przeładunku, sortowania i przechowywania na stacji pakowania. Wprowadzono również utrzymanie i monitorowanie upraw, a także wydajność logistyki w celu wydajnego przeładunku i przechowywania. Znacznie poprawiono jakość, precyzję i szybkość operacji, jednocześnie zmniejszając zależność zasobów ludzkich. Istnieją jednak inne, bardziej złożone zadania w sadach obejmujące przycinanie, przerzedzanie i zbiór, które obecnie nie są jeszcze wyposażone w pełni zautomatyzowane rozwiązania.

Testy robotów do zbiorów są już prowadzone w Stanach Zjednoczonych, lecz by można było użyć takiej maszyny, trzeba najpierw odpowiednio przygotować sad. Musi on być bardzo wąski, by robot mógł dostrzec każde jabłko. Zbiory nie są jedynym obszarem gdzie następuje automatyzacja. To polscy sadownicy stworzyli system zdalnego sterowania ciągnikiem. System automatycznej jazdy ciągnika GOTRACK pozwala na oszczędzanie czasu koniecznego na wykonanie niezbędnych zabiegów pielęgnacyjnych – komentuje Maciej Majewski, prezes Stowarzyszenia Sady Grójeckie.

Należy dokonać wyraźnego podziału działań w odniesieniu do postępu tych technologii w codziennym życiu działalności hodowcy. Rolnicy od wielu lat korzystają z usprawnień związanych w nowymi technologiami. Standardem są wszelkiego rodzaju pojemniki do zbioru i skrzyniopalety jeżdżące na specjalnych wózkach, by łatwo było do nich włożyć zebrane ręcznie jabłka. Jak podkreśla Maciej Majewski, najbardziej zaawansowane gospodarstwa korzystają z tak zwanych „kombajnów do zbioru”. W przypadku takiego urządzenia rola osoby zbierającej ogranicza się do zerwania jabłka z drzewa i położenia go na wysięgniku z taśmociągiem. Dalej takie jabłko jest już automatycznie transportowane do skrzyni. Wprowadzono również utrzymanie i monitorowanie upraw, a także wydajność logistyki w celu przeładunku i przechowywania. Znacznie poprawiono jakość, precyzję i szybkość operacji, jednocześnie zmniejszając zależność zasobów ludzkich.

Przy kwitnieniu np. gruszek zaczyna się także stosować zautomatyzowaną technologię, aby ułatwić przerzedzanie. Z kolei techniki takie jak system wstrząsania drzewem, przyspieszają proces zbioru i są stosowane np. do produktów takich jak wiśnie. Również w produkcji szklarniowej trwają  wczesne testy w przypadku niektórych urządzeń pod kątem zbierania truskawek za pomocą robotów. Zaawansowane zaangażowanie w automatyzację zbiorów oznaczałoby wybitne rozwiązania w zakresie przetwarzania obrazu w celu weryfikacji i podjęcia decyzji o zbieraniu plonów. Póki co, to zasoby ludzkie, posiadające odpowiednie kwalifikacje, pozostaną kluczowym zasobem dla jakości zbiorów i procesu decyzyjnego w celu zebrania owoców w odpowiednim momencie.

W przypadku upraw owocowych, zastąpienie pracy człowieka nowymi technologiami prawdopodobnie zajmie jeszcze trochę czasu, zanim odpowiednia technologia będzie w pełni zabezpieczać jakość owoców i poradzi sobie ze środowiskiem sadu. W przypadku zastosowania, przed przejściem do automatycznych rozwiązań, najprawdopodobniej oznaczałoby to również badania i przeprojektowanie architektury sadówzaznacza Paulina Kopeć, sekretarz generalna Unii Owocowej.

Technologie automatyzowanego zbioru zostały już bardzo skutecznie wdrożone w Europie w przypadku niektórych warzyw, m. in. ziemniaków, cebuli, czosnku, a także w wielu uprawach przeznaczonych do przetwarzania, takich jak pomidory, czy fasola. Proces ten jest ułatwiony dzięki wyborowi odmian, które dojrzewają w tym samym czasie, umożliwiając zbiór z całych zbiorów w te same dni.

Każda automatyzacja jest rozwiązaniem poprawiającym efektywność zbioru, lecz nie można zapominać o tym, że to wszystko musi się jeszcze opłacać. Automatyzacja zbiorów powinna być procesem wieloetapowym. Niemożliwym jest, by od razu przejść na zbiór robotyczny – do tego potrzebne są odpowiednie sady. Należy jednak uwzględniać ten wariant w nowych nasadzeniach. Nawet jeśli przez kolejne 10 lat nie będziemy mieli robota do zbioru, to i tak będzie to działanie korzystne dzięki lepszej wydajności pracy ludzkiej. Mimo wszystko pamiętajmy, że w pracach rolniczych zawsze niezbędny będzie człowiek – podkreśla Paulina Kopeć.

Dlatego zależność wykwalifikowanej siły roboczej w sadzie przy zbiorze owoców jest nadal potrzebna ze względu na wydajność i jakość. Technologie rozwijają się, ale nadal nie są w pełni skuteczne z punktu widzenia większości upraw, z wyjątkiem niektórych określonych upraw przeznaczonych głównie dla przemysłu przetwórczego.

– Wprowadzenie nowych technologii i modernizacja narzędzi w celu poprawy wydajności wiąże się ze znacznymi kosztami ze względu na potrzebną technologię i infrastrukturę. Inwestycje te należy rozważyć, zastępując istniejącą siłę robocząkomentuje Arkadiusz Gaik, Prezes Zarządu Stowarzyszenia Unia Owocowa.

Jak podkreśla ekspert, przejście z człowieka na maszynę zapewniło hodowcom zasięg w postaci lepszej ochrony plonów w odpowiednim czasie, przygotowania sadów, logistyki w sadach po zebraniu produktów i logistyki w kierunku stanowiska pakowania dzięki technologiom sortowania, pomiaru wielkości, zabarwienia, dojrzewania i pakowania. Przyczyniło się to do poprawy jakości, wydajności procesu i lepszego reagowania na oczekiwania klientów.

Dolar najtańszy od 22 miesięcy

0

Dolar amerykański dzisiaj rano osiągnął 3,70 zł i jest to jeden z najniższych poziomów od października 2018 roku! USD to ostatnimi czasy najciekawsza z głównych walut. Jeszcze kilka miesięcy temu wydawać by się mogło, że nadchodzący wielkimi krokami Brexit przyzna to miano funtowi brytyjskiemu. Okazuje się jednak, że Amerykanie są w stanie niemal sami stworzyć problemy, które spowodują 10-procentową przecenę względem euro. Czy niski dolar im rzeczywiście przeszkadza? 

Źródło wykresu internetowyKantor.pl
Źródło wykresu: InternetowyKantor.pl

Co się wydarzyło w USA?

O tym, że mamy na świecie pandemię koronawirusa nie trzeba nikogo informować. Warto natomiast zwrócić uwagę na różnicę, w tym kontekście, pomiędzy USA a Europą. Po pierwsze wirus dotarł za ocean później niż do Europy. To spowodowało, że negatywny wpływ był przesunięty w czasie. Po drugie, i ważniejsze, system ekonomiczny, a przede wszystkim rynek pracy, działają tam inaczej. W USA jest on znacznie bardziej elastyczny, co dało o sobie znać w pierwszych tygodniach pandemii. W poprzednim kryzysie z 2008 roku to Stany Zjednoczone radziły sobie lepiej niż Europa, m. in. z tego powodu, w początkowej fazie obecnej pandemii to dolar zyskiwał. Później jednak okazało się, że początkowe założenia się nie sprawdzają. Podczas gdy bezrobocie w Europie rosło o ułamki procenta, w USA mieliśmy momentalnie wystrzał w górę, od razu z 4,4% na 14,7%. Początkowo wierzono, że gospodarka USA tak samo szybko jak złapie zadyszkę, tak samo szybko z niej wyjdzie. Tak się jednak nie stało. W rezultacie inwestorzy zaczęli dostrzegać, że trzymanie swoich środków w USA może nie być najlepszym pomysłem. W rezultacie od maja rozpoczął się ruch, który przesunął cenę jednego euro z dolara i 8 centów na dolara i 19 centów.

Od czego jeszcze zależy kurs dolara?

Amerykanie pod koniec pierwszego kwartału obniżyli stopy procentowe o 1,5% do przedziału 0-0,25%. W tym samym czasie stopy procentowe w Unii Europejskiej pozostały na niezmienionym poziomie. Nie miało to odbicia w kursach walut od razu, ale rynki znacznie chętniej patrzą na walutę, która proporcjonalnie zyskuje na oprocentowaniu w takiej sytuacji. Nie jest to jednak jedyny ważny element wpływający na kurs dolara. Amerykanie pod koniec roku będą wybierać prezydenta. Często zdarzało się, że reelekcja prezydenta jest niemal formalnością, tym razem jednak tak nie będzie. Amerykanie przeważnie wybierają prezydenta na drugą kadencję jeśli gospodarka ma się dobrze, a bezrobocie jest niskie. Ta sytuacja jednak nie ma obecnie miejsca. Również sondaże wskazują na coraz mniejsze szanse Donalda Trumpa na reelekcję. W rezultacie rozpoczął się proces podejmowania dość odważnych decyzji, mających na celu odwrócić obecną tendencję w sondażach. Powrócił konflikt z Chinami – dodatkowo osłabiając dolara. Inwestorzy nie lubią niepewności, a mało przewidywalny prezydent walczący o reelekcję nie daje im poczucia bezpieczeństwa.

Słaby dolar sprzyja USA

Warto zwrócić uwagę, że w trudnych czasach słabsza waluta wcale nie jest dużym problemem, szczególnie dla państw, takich jak USA, które nie zadłużają się zbytnio w obcych walutach. Odpada wówczas zwiększony koszt obsługi długu zagranicznego. Z drugiej strony, państwo w trudnych czasach mocno zyskuje na słabszej walucie. Eksport staje się bardziej konkurencyjny cenowo za granicą. Przy tej samej ilości dolarów, które otrzyma amerykański producent, ktoś zapłaci mniej swojej waluty. Odwrotna sytuacja ma miejsce w przypadku importu. Towary przy tej samej cenie za granicą są droższe w USA. W rezultacie produkcja krajowa staje się bardziej opłacalna. Oba te zjawiska powodują, że generalnie w perspektywie wychodzenia ze spowolnienia gospodarczego, w jakim niewątpliwie się obecnie kraj znajduje, słaby dolar może być ważnym wsparciem. Z tego powodu wiele osób zwraca uwagę, że Amerykanie mogą celowo podejmować działania powodujące, że dolar traci na wartości. Ostatni kryzys Amerykanie przeszli dokładnie tą samą metodą. Słaby dolar może być zatem ważnym elementem układanki.

Co może czekać nas w przyszłości?

W ciągu kilku miesięcy wyjaśni się kwestia wyborów prezydenckich. Ostatnie sondaże dały znów nadzieje ekipie Donalda Trumpa na wygraną, chociaż przewaga demokratów jest wyraźna. Jest to z pewnością istotny czynnik jeżeli mówimy o stabilizacji. To wcale nie znaczy, że zwycięstwo oponenta jest lepsze dla dolara. Rynki zdecydowanie wolą nawet potencjalnie mniej korzystnego kandydata niż niepewność. W rezultacie możemy być ponownie świadkami sytuacji, w której kolejne tygodnie dolar będzie się osłabiał, po czym pomimo realizacji dominującego scenariusza nagle się odbije. Warto również zwrócić uwagę na kwestie pandemii. Liczba zachorowań jest wciąż bardzo wysoka, a patrząc na publiczne wystąpienia administracji prezydenckiej mało prawdopodobne są dodatkowe ograniczenia. W rezultacie, gdyby nadchodziła druga fala zachorowań, o której dość często się mówi, wątpliwe jest to, by USA zareagowało na wczesnym etapie. W końcowym rozrachunku może spowodować to, że efekty będą większe niż w przypadku wcześniejszej reakcji. To również nie powinno wpływać korzystnie na dolara.

Skoro wszystko ma osłabiać dolara to czy warto inwestować przeciwko amerykańskiej walucie? Być może tak, ale należy pamiętać, że słabszy dolar to tańsze inwestycje w USA, które dodatkowo zyskają jeżeli waluta odzyska wartość. Może się zatem okazać, że słaby dolar spowoduje, że wielu inwestorów będzie chciało go kupić i powstrzyma obecny trend, o ile go wręcz nie odwróci.

Maciej Przygórzewski, główny ekspert walutowy Currency One, operatora serwisów InternetowyKantor.pl i Walutomat

Optymizm rośnie – raport walutowy

Indeksy koniunktury w Europie pokazują coraz to wyższe wyniki. Inwestorzy wyraźnie mają nadzieję na wygaszanie się problemu i ponowne wzrosty.

Dobre perspektywy Polski

Pomimo ostatniego nawrotu zwiększonej liczby nowych przypadków koronawirusa w Polsce biznes patrzy optymistycznie w przyszłość. Indeks PMI dla przemysłu, czyli badanie sprawdzające optymizm menedżerów odpowiedzialnych za zamówienia w branży przemysłowej, wyniósł 52,8 pkt. To wyraźnie powyżej oczekiwanego poziomu 50 punktów. Poziom ten jest zresztą rozdzieleniem pomiędzy równą ilością odpowiedzi pozytywnych i negatywnych. Dane te nie miały większego wpływu na polskiego złotego.

Lepsza koniunktura strefy euro

Również indeks PMI dla przemysłu w strefie euro wypadł lepiej od oczekiwań. Tutaj jednak analitycy byli znacznie bliżej prawidłowej wartości. 51,8 pkt to nie tylko 0,7 pkt powyżej oczekiwań, ale po prostu dobry wynik. Dla porównania Amerykanie pokazali 50,9 pkt i 0,4 pkt poniżej oczekiwań. To właśnie dysproporcja pomiędzy lepszymi danymi z Europy a słabszymi z USA jest jednym z motorów napędowych osłabiania się dolara względem euro w ostatnim czasie.

Australia nie zmienia stóp

Nad ranem poznaliśmy decyzję Królewskiego Banku Australii w sprawie stóp procentowych. Pozostały one na niezmienionym poziomie 0,25%. Ruch ten był spodziewany przez analityków i inwestorów. Po samej decyzji dolar australijski lekko umacniał się względem głównych walut, co świadczy o tym, że część inwestorów jednak miała nadzieję na obniżkę.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

16:00 – USA – zamówienia na dobra. 

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Rośnie segment sprzedaży pojazdów z napędami alternatywnymi

Jedynym segmentem samochodów osobowych, który z liczbą ponad 26,8 tys. sprzedanych nowych aut, zanotował 12,7% wzrost w pierwszym półroczu 2020 roku jest segment pojazdów z napędami alternatywnymi. Wśród aut tego typu największy, ponad trzykrotny wzrost r/r odnotowały hybrydy plug-in. W I półroczu 2020 roku fabryki motoryzacyjne w Polsce wyprodukowały ponad 201 tys. pojazdów – o 44,1% mniej niż w I połowie 2019 roku.

W pierwszej połowie roku w Polsce zarejestrowano 179,8 tys. nowych samochodów osobowych, 24,6 tys. pojazdów dostawczych, 8,1 tys. ciężarowych, ponad 6,9 tys. przyczep i naczep oraz blisko 700 autobusów. Do końca czerwca br. Polacy kupili również 10,4 tys. motocykli oraz 7,4 tys. motorowerów. Pandemia COVID-19 spowodowała, że liczba rejestracji nowych pojazdów jest znacznie niższa niż w analogicznym okresie 2019 roku. Jedynym segmentem samochodów osobowych, który z liczbą ponad 26,8 tys. sprzedanych nowych aut, zanotował 12,7% wzrost w pierwszym półroczu 2020 roku jest segment pojazdów z napędami alternatywnymi. Wśród aut tego typu największy, ponad trzykrotny wzrost r/r odnotowały hybrydy plug-in. W I półroczu 2020 roku fabryki motoryzacyjne w Polsce wyprodukowały ponad 201 tys. pojazdów – o 44,1% mniej niż w I połowie 2019 roku.

W pierwszej połowie 2020 roku zarejestrowano w Polsce 179,8 tys. samochodów osobowych, co oznacza spadek o 35,4% w stosunku do analogicznego okresu 2019 roku. Spadki dotyczą zarówno klientów instytucjonalnych, którzy zarejestrowali 123,4 tys. pojazdów (spadek o 35,3%) oraz klientów indywidulanych, którzy nabyli 56,4 tys. nowych samochodów, o 35,6% mniej niż w I połowie 2019 roku. Producenci marek popularnych sprzedali w pierwszym półroczu 146,5 tys. pojazdów, co oznacza spadek sprzedaży o 38,9% w stosunku do analogicznego okresu 2019 roku. Segment marek premium+ poradził sobie z kryzysem lepiej. Producenci sprzedali przez pierwsze 6 miesięcy 33,3 tys. pojazdów tej klasy – o 13,6% mniej niż w I połowie 2019 roku. Klienci indywidualni w I połowie roku kupili 4 tys. aut z  segmentu premium+, o 14,5% więcej niż w analogicznym okresie 2019 roku. Nieco gorzej w  pierwszym półroczu wyglądają rejestracje marek premium+ wśród klientów instytucjonalnych – zakupili oni 29,2 tys. pojazdów, co oznacza mniejszą sprzedaż o 16,4% r/r.

Biorąc pod uwagę szacunki z początku pandemii, wyniki pierwszego półrocza nie okazały się aż tak złe jak się spodziewano, choć oczywiście we wszystkich kategoriach pojazdów odnotowano spadki rejestracji. Najlepiej poradził sobie segment premium i stosunkowo nieźle segment pojazdów dostawczych. To bardzo cieszy, bo samochody dostawcze służące firmom do przewozu towarów są swoistym barometrem stanu gospodarki. O ile segment samochodów dostawczych odnotował stosunkowo małe straty, o tyle pojazdy ciężarowe zostały dotknięte chyba największym spadkiem. Można w związku z tym wysunąć wniosek, że nie słabnie zapotrzebowanie na pojazdy realizujące transport miejski – np. firmy kurierskie – natomiast popyt na pojazdy długodystansowe jest bardzo niski. W tej sytuacji nie bez znaczenia pozostaje przegłosowany właśnie pakiet mobilności, który – jak się przewiduje – uderzy w polskich przewoźników. Ponadto, tak wysoki spadek sprzedaży pojazdów ciężarowych może oznaczać, że menedżerowie zarządzający firmami transportowymi w Polsce spodziewają się spadku zamówień – mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Rośnie segment pojazdów na paliwa alternatywne

W I połowie roku liczba rejestracji samochodów z napędami alternatywnymi była wyższa o 12,7% niż w tym samym okresie 2019 roku i wyniosła blisko 26,9 tys. pojazdów. Niezmiennie zdecydowanie więcej pojazdów z napędami alternatywnymi kupują klienci instytucjonalni (20,6 tys. aut) co przekłada się na 14,5% wzrost w porównaniu z analogicznym okresem 2019 roku. Klienci indywidualni z kolei do końca czerwca 2020 roku kupili ponad 6,2 tys. aut z napędem alternatywnym – o 7,1% więcej niż w pierwszym półroczu ubiegłego roku. Natomiast samochody z napędem gazowym, osiągnęły w pierwszej połowie roku rezultaty dużo gorsze, niż te osiągane w tym samym okresie przed rokiem. Spadek rejestracji tego segmentu pojazdów wyniósł 63,7% r/r.

Segment pojazdów z napędami alternatywnymi jest jedynym, który rośnie w 2020 roku w Polsce. Chociaż dynamika wzrostu całego segmentu zaczyna zwalniać, na uwagę zasługują hybrydy, hybrydy typu plug-in oraz samochody w pełni elektryczne. W I półroczu 2020 r. Polacy zarejestrowali blisko 22,6 tys. pojazdów z napędem hybrydowym. Oznacza to wzrost o 28,7%. Bardzo dużą dynamikę wzrostu w omawianym okresie odnotowały hybrydy typu plug-in. Polacy kupili 1 370 aut tego typu, co oznacza wzrost o 210,7% r/r. Nad Wisłą rośnie również sprzedaż aut w pełni elektrycznych, do końca czerwca br. Polacy kupili ponad 1,1 tys. samochodów napędzanych wyłącznie silnikiem elektrycznym, o 19,6% więcej niż w pierwszej połowie 2019 roku  mówi Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.

Rejestracje samochodów ciężarowych o połowę mniejsze

W I połowie 2020 roku w Polsce zarejestrowano 8,1 tys. samochodów ciężarowych, co oznacza spadek o 51,5% w porównaniu z pierwszą połową 2019 roku. Podobnej wielkości spadki (-50,9% r/r) dotyczą rejestracji przyczep i naczep – do końca czerwca br. zarejestrowano ich 6,9 tys.

rejestracje nowych pokjazdów

Rozwój rynku jednośladów wyhamował

W I połowie 2020 roku liczba zarejestrowanych nowych motocykli wyniosła 10 429 sztuk, czyli 9,6% mniej niż w I połowie 2019 roku. Jedynie motocykle typu sport (wzrost o 50%), supersport (wzrost o 7%) oraz ON/OFF (wzrost o 3%) zakończyły I półrocze br. ze wzrostami. Pandemia koronawirusa w Polsce wyhamowała jednak obserwowany wcześniej w 2019 roku i jeszcze na początku bieżącego, rozwój rynku motocykli w Polsce. Mimo tego rezultaty dwóch ostatnich miesięcy (w maju wzrost rejestracji o 9,9% r/r, a w czerwcu o 22,8%) są już na znacznie wyższym poziomie niż przed rokiem. Wskazuje to na szybką odbudowę rynku w tej grupie pojazdów. Natomiast znaczący spadek rejestracji odnotowano wśród motorowerów, których w I połowie 2020 roku zarejestrowano 7 386 sztuk i był to poziom niższy aż o 29,6% w porównaniu z takim samym okresem w 2019 roku.

Gwałtowny spadek produkcji pojazdów samochodowych w Polsce

W I półroczu 2020 roku wyprodukowano w Polsce 201,1 tys. pojazdów samochodowych, aż o 44,1% mniej niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. Najgłębszy spadek (48,5%) zanotowała produkcja samochodów osobowych. W grupie samochodów użytkowych i ciężarowych rezultaty były niższe o 35,9% r/r, natomiast produkcja autobusów w pierwszym półroczu 2020 roku przyhamowała najmniej, o 23% w porównaniu z I półroczem 2019 roku.

Szansa na cyfrową rewolucję? Przedstawiciele polskich firm technologicznych komentują nowe inwestycje Google i Microsoft w Polsce

0

Dwaj najwięksi globalni gracze na rynku IT – Microsoft i Google już niedługo zrewolucjonizują polski rynek cyfryzacji. Założona przez Billa Gatesa firma ogłosiła partnerstwo z Operatorem Chmury Krajowej. Na mocy współpracy amerykański gigant zainwestuje miliard złotych w rozwój chmury obliczeniowej i cyfryzację polskiego biznesu. Google chce natomiast przeznaczyć nawet 2 miliardy dolarów (ok. 8 mld złotych) na stworzenie w Polsce najnowocześniejszego centrum danych.

Giganci IT stawiają na Polskę

Chmura Krajowa, z którą Microsoft nawiązał współpracę, jest dostawcą chmury obliczeniowej dla polskich przedsiębiorstw. Wspiera firmy w cyfrowej transformacji oraz implementacji nowoczesnych rozwiązań IT optymalizujących biznes. Dzięki tej inwestycji Microsoft stworzy pierwszy region przetwarzania danych w Europie Środkowo-Wschodniej, który dołączy do ogólnoświatowej sieci Microsoft składającą się z 59 regionów chmurowych. W ramach inwestycji Operator Chmury Krajowej będzie dostarczał całe spectrum usług Microsoft Azure – platformy chmurowej Microsoft.

Google z kolei w 2021 roku otworzy w Polsce pierwsze centrum danych, które dołączy do 8 już funkcjonujących obiektów na świecie. Na tę inwestycję składać się będą trzy strefy dostępowe, które stanowią niezależną infrastrukturę techniczną. Inwestycja Google w Polsce dołączy do grona tego samego typu infrastruktury, który funkcjonuje już m.in. w Tokio, Londynie czy Los Angeles.

Czy polski biznes potrzebuje zredefiniowania modelów zarządzania informacją? Pandemia pokazała, że tak. Według analiz Iron Mountain Polska COVID-19 udowodnił biznesowi, iż rozwiązania chmurowe, czy praca na cyfrowych zasobach danych są niezbędne w celu zachowania optymalnego poziomu realizowania działań. Przeprowadzone badania potwierdzają, iż dla 55% pracowników największym wyzwaniem w pracy zdalnej były aspekty technologiczne[1].

Również polska legislacja otwiera nowe możliwości firmom w przejściu na cyfrowy model zarządzania biznesem. W tym kontekście wyróżnić można chociażby możliwość rozliczania z Urzędem Skarbowym podatków na podstawie faktur elektronicznych. Cały czas rozwijają się możliwości wykorzystania podpisów kwalifikowanych czy załatwiania spraw urzędowych za pomocą platform lub aplikacji.

Czy możemy spodziewać się cyfrowej rewolucji?

Inwestycje Microsoftu i Google potwierdzają pozycję naszego kraju jako strategicznego partnera w regionie Europy Środkowo-Wschodniej w aspekcie szeroko rozumianej cyfryzacji. Równocześnie jednoznacznie dowodzą, że digitalizacja biznesu jest naturalnym krokiem w jego rozwoju. Jak wpłyną one na nasz rynek cyfryzacji, komentują przedstawiciele polskich firm technologicznych.

Tak ogromne inwestycje z pewnością wpłyną na obraz polskich firm. Co oznaczają dla polskiego biznesu? Czy mogą one przyspieszyć zmianę mentalności polskich przedsiębiorców, którzy chętniej będą korzystać z rozwiązań cyfrowych?

  • Sylwia Pyśkiewicz, CEO Iron Mountain Polska:

Google i Microsoft to giganci globalnej sceny IT. Niemal 36% firm pytanych o kluczowe czynniki skłaniające je do implementacji zewnętrznych narzędzi do zarządzania danymi wskazało technologię i określony know-how jej dostawcy. Iron Mountain, jako firma oferująca usługi związane z zarządzaniem m.in. informacjami cyfrowymi, już od wielu lat współpracuje z Google, czy Amazonem w aspekcie wykorzystania rozwiązań IT – algorytmów, czy sztucznej inteligencji, które implementuje w specjalistyczne oprogramowania dedykowane dla Klienta. Firmy generują coraz większą ilość danych, a od ich optymalnego przetwarzania zależy skuteczność działań biznesowych. Przewiduje się, że do 2025 roku w sieci przechowywanych będzie 463EB danych. W związku z tym konieczne jest wprowadzenie rozwiązań technologicznych, które pomogą w zarządzaniu tak ogromnymi zasobami informacji. Inwestycje Microsoft i Google mogą stanowić dla polskiego biznesu silny bodziec do zmiany środowiska swojego funkcjonowania na model cyfrowy. Tymczasem dzisiaj rynek działa jeszcze w modelu hybrydowym. Siłą naszej firmy jest fakt, że dla naszych klientów optymalizujemy oraz realizujemy procesy oparte o dane na nośnikach papierowych, taśmach, czy dyskach, ale także  danych cyfrowych. Przechowujemy informacje w postaci papierowej, a także elektronicznej. Korzystanie z obu zasobów w optymalny sposób wydaje się jeszcze większym wyzwaniem niż czyste rozwiązania cyfrowe.

Czy Polska tworzy odpowiednie środowisko biznesowe dla innowacji informatycznych? Jak w praktyce wygląda współpraca firm z gigantami informatycznymi? Bonair, jako pierwsza firma z Europy Środkowo-Wschodniej dołączyła do grona oficjalnych partnerów Microsoft.

  • Andrzej Wach, prezes Bonair:

Polska jest jedną z najdynamiczniej rozwijających się gospodarek w Europie. Jesteśmy otwarci na zagranicznych inwestorów, a głównym atutem naszego kraju jest bogate zaplecze osób z odpowiednim wykształceniem. Cyfrowy rozwój kraju to wielka szansa dla wszystkich przedsiębiorstw, a dla wielu to po prostu konieczność, żeby funkcjonować w globalnych łańcuchach dostaw.  Inwestycje w Polsce pokazują, że jesteśmy nie tylko istotnym rynkiem do lokowania kapitału, ale również kluczową lokalizacją dla zagranicznych partnerów w Europie Środkowo-Wschodniej. Pamiętajmy jednak, że jesteśmy ciągle w roli goniącego bardzo szybki rozwój technologii. Na przykład, firmy w Polsce coraz częściej decydują się na wdrożenia związane z big data, jednak nadal najmniejszą popularnością cieszą się one w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw – jak pokazują dostępne na rynku badania, jest to zaledwie 7% wobec 12% dla całej Unii Europejskiej. O wiele lepiej sytuacja wygląda wśród dużych firm, gdzie ten współczynnik wynosi 26% w Polsce na tle 33% w Europie. Z naszego doświadczenia wiemy, że w ostatnich latach rośnie nie tylko zaufanie do technologii, ale także realna potrzeba wsparcia działania biznesu najnowszymi rozwiązaniami.

Wiele firm w Polsce nadal preferuje pracę na tradycyjnych zasobach informacji. Inwestycje Microsoft i Google z pewnością skłonią wiele przedsiębiorstw do implementowania nowych narzędzi IT. Jest to kluczowe z punktu widzenia konkurencyjności rynkowej. Czy zredefiniowanie modelu zarządzania informacją będzie stanowiło dla nich duże wyzwanie?

  • Piotr Siarkiewicz, South Branch Director w Avenga:

Pandemia COVID-19 pokazała, że firmy operujące w środowisku chmurowym są w stanie szybciej adaptować się do nowych realiów. Są także dużo bardziej skuteczne w realizowaniu bieżących zadań. Wiele przedsiębiorstw w Polsce wstrzymuje się jednak od implementacji tego typu rozwiązań w obawie przed zbyt dużymi zmianami organizacyjnymi. To duży błąd, który może prowadzić do zmniejszenia się ich rynkowej konkurencyjności. W pierwszej kolejności firmy muszą określić swoje potrzeby i być świadome efektów, jakie dadzą poszczególne narzędzia. Jeśli chodzi o samą reorganizację, kluczowym elementem jest wybór partnera, który wspomoże firmę w tym procesie. Samo wprowadzenie rozwiązań chmurowych można zorganizować tak, aby nie zakłócało bieżącej pracy. Migracja danych również może zostać przeprowadzona automatycznie dzięki różnego typu platformom lub aplikacjom, dostępnym m.in. w tzw. modelu PaaS, który tworzy wirtualne środowisko pracy w postaci platformy udostępnianej Klientowi. Kluczowe w redefinicji modelu zarządzania są know-how i doświadczenie. Dlatego, aby zwiększyć skuteczność i efektywność wdrażania narzędzi funkcjonujących w środowiskach chmurowych, warto takie procesy outsourcować. Dla przykładu w Avenga dysponujemy szerokimi kompetencjami związanymi z implementacją m.in. rozwiązań dostępnych w ramach chmury Microsoft Azure.

Praca w środowisku chmurowym optymalizuje procesy związane z zarządzaniem informacją. Jakich wymiernych korzyści mogą spodziewać się firmy wykorzystujące różnego rodzaju platformy do zarządzania danymi online?

  • Przemysław Kędzior, Menadżer Generalny TCG Process Polska:

Aż 40% outsourcowanych procesów IT w Polsce dotyczy przetwarzania danych. Dowodzi to, iż digitalizacja procesów zarządzania informacją jest dla polskich firm coraz bardziej popularnym elementem rozwoju ich biznesu. Ma to związek także z coraz większymi wolumenami danych, jakie są w poszczególnych przedsiębiorstwach przetwarzane. Wykorzystywanie platform input management czy workflow pozwala także na pełną kontrolę nad procesami przeprowadzanymi w ramach funkcjonowania biznesu. Bardzo dużą popularnością cieszą się obecnie elektroniczne kancelarie czy działy księgowe. Funkcjonując w środowisku online, pracownicy mają dostęp do określonych zasobów z dowolnego miejsca na świecie. Wykorzystywane w tego typu narzędziach algorytmy, sztuczna inteligencja czy uczenie maszynowe, odciążają ich także od konieczności ręcznej selekcji informacji, a co za tym idzie, znacząco zmniejszają ryzyko pojawienia się błędów i nawet kilkudziesięciokrotnie przyspieszają procesy przetwarzania informacji.

[1] https://emtemp.gcom.cloud/ngw/globalassets/en/risk-audit/documents/risk-audit-actions-in-response-to-covid-april-6.pdf

Praca sezonowa w 2020 roku.  W Polsce czy za granicą? Ile można zarobić?

0
Według GUS liczba ogłoszeń o pracę sezonową skurczyła się  w porównaniu do zeszłego roku o 30 proc. Jak to wygląda w poszczególnych miastach? Z danych OLX wynika, że w Warszawie spadki wyniosły 39 proc, we Wrocławiu 42 proc. a w Poznaniu 28 proc. Są jednak miejsca, w których widać odwrotną tendencję – w Rzeszowie jest w tym roku o 16 proc. więcej ofert.
W tej sytuacji szukający zajęcia na wakacje skierowali się ku zagranicznym pracodawcom. Agencje pośrednictwa pracy notują w tym roku 10-30 proc. wzrost zainteresowanych podjęciem pracy za granicą względem 2019. To trzykrotnie więcej niż w 2017 roku. Iwona Szmitkowska, prezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia, w wypowiedzi dla Rzeczpospolitej tłumaczy, że w tym roku pozyskanie kandydatów do prostych prac fizycznych, np. przy zbiorach jest dużo łatwiejsze niż w latach ubiegłych, a rekrutacja trwa krócej.
Mimo że rośnie liczba zainteresowanych wyjazdem na saksy, wciąż stanowią oni tylko małą część wszystkich osób podejmujących prace sezonowe.  W tegorocznym  badaniu OLX 72 proc. sezonowych pracowników zadeklarowało brak gotowości  na podjęcie pracy krótkoterminowej za granicą. 77 proc. szukających zajęcia tymczasowego podejmie pracę  w promieniu maksymalnie 20 km od miejsca zamieszkania, z czego 28 proc. zdecyduje się dojeżdżać do pracy oddalonej jedynie o 5 km.  Chęć wyjazdu za granicę deklaruje 17 proc. ankietowanych.
– Wyjazd za granicę wydaje się obecnie ryzykowny. W marcu z dnia na dzień przewoźnicy i linie lotnicze zgodnie z wytycznymi wstrzymali swoje połączenia. Większość z nich do tej pory nie wróciła do rozkładów sprzed epidemii. Mimo to, od lipca widzimy wzmożone zainteresowanie połączeniami międzynarodowymi, zwłaszcza między Polską a Niemcami, Holandią i Wielką Brytanią. Pokrywają się one z miejscami, do których najchętniej wyjeżdżamy do pracy sezonowej – komentuje Petr Susen, ekspert wyszukiwarki połączeń Busradar.pl

Ile można zarobić w pracy sezonowej w Polsce?

Z danych Personnel Service wynika, że na największą stawkę godzinową wśród pracowników sezonowych mogą liczyć instruktorzy surfingu i kitesurfingu – ok. 25 zł netto/h. Na kolejnym miejscu są kelnerzy ze stawką ok. 20 zł netto/h, wliczając w to napiwki. Nianie i opiekunowie osób starszych zarobią ok. 18 zł netto/h, a ok. 15 zł netto/h to wynagrodzenie pomocnika kucharza. Najmniej – ok. 13-14 zł netto/h zarobią uliczni sprzedawcy, osoby pomagające przy zbiorach, pokojówki, ratownicy i opiekunowie kolonijni.

W Europie zarobki dwa razy większe

Według Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia najpopularniejsze branże oferujące pracę sezonową za zachodnią granicą mają znacznie wyższe stawki godzinowe od krajowych standardów. Osoby pracujące przy zbiorach dostaną 7-12 euro netto/h, w branży budowlanej ok. 12 euro netto/h, pracownicy fizyczni 10-11 euro netto/h, a opiekunowie osób starszych 1300 euro netto miesięcznie. Oczywiście trzeba zwrócić uwagę na koszty dojazdu i utrzymania, chociaż zdarza się, że oferta pracy zawiera także zakwaterowanie i wyżywienie. W przypadku opieki nad dziećmi i osobami starszymi to praktycznie standard, w przypadku zbiorów, zdarza się bardzo często.

Więcej chętnych, mniej pracy

W ostatnich miesiącach wiele branż zredukowała działalność i tym samym liczbę zatrudnionych osób. Dotyczy to m.in. branży eventowej. Wielu młodych ludzi, którzy do tej pory pracowali przy festiwalach, koncertach i innych imprezach masowych, zostało zmuszonych do zrewidowania swoich planów. Jednocześnie wiele miejsc pracy, które do tej pory wykonywali pracownicy ze wschodu, głównie Ukraińcy, po ich licznym wyjeździe z Polski w marcu, zostało bez pracowników. Oznacza to, że wiele osób, chętnych podjąć pracę sezonową, musi się przekwalifikować, a w przypadku prac niewymagających rozległych kwalifikacji, zatrudnić się w branży innej niż dotychczas.
Z raportu Work Force Polska wynika, że 45 proc. osób zatrudnionych do pracy sezonowej, zostało zwolnionych z poprzedniej pracy w następstwie obostrzeń związanych z pandemią koronawirusa. Nowi pracownicy sezonowi zostali zatrudnieni w branży kurierskiej – 47 proc, logistyce – 25 proc, produkcji – 23 proc, w branży spożywczej – 5 proc.

Polscy pracownicy podsumowują półrocze na rynku pracy

0

Z badania „Confidence Index” przygotowanego przez Michael Page w II kwartale 2020 r. wynika, że 58 proc. polskich pracowników dobrze ocenia swoją obecną sytuację zawodową i warunki zatrudnienia. Mimo to, co drugi badany (50 proc.) martwi się o stabilność stanowiska, a ponad połowa (53 proc.) respondentów narzeka także na wysokość swojej pensji. Jak polscy pracownicy oceniają I półrocze 2020 r. i jakie są ich oczekiwania względem rynku pracy?

Obawy i perspektywy

Niecałe 60 proc. badanych pozytywnie ocenia swoją obecną sytuację zawodową. Stanowi to nieznaczny spadek względem analogicznego okresu w 2019 r., gdzie ogólne warunki zatrudnienia pozytywnie oceniło niemal 63 proc. respondentów. Co ciekawe, wśród polskich pracowników rośnie zadowolenie z poziomu wynagrodzenia. Obecnie, 47,2 proc. badanych jest usatysfakcjonowanych wysokością pensji, w porównaniu do 46,3 proc. zadowolonych ankietowanych w II kwartale 2019 r. Stabilność swojego zatrudnienia pozytywnie ocenia co drugi polski pracownik, co stanowi poprawę względem badania przeprowadzonego rok temu o 3,7 p.p., ale spadek względem badania z IV kwartału 2019 r. Wówczas 54,6 proc. z nas nie martwiło się utratą pracy. Na ten moment, największe obawy pracowników związane są z perspektywą awansu w obecnym miejscu zatrudnienia. Na otrzymanie wyższego stanowiska w najbliższym czasie liczy jedynie 18,2 proc. Polaków.

Ostatnie kilka miesięcy zmieniły nie tylko sposób i tryb pracy, ale wpłynęły także na nastroje i obawy pracowników. W momencie, gdy część pracodawców decyduje się na ponowne otwarcie swoich biur, zadbanie o komfort psychiczny i bezpieczeństwo w miejscu pracy staje się ważniejsze niż kiedykolwiek. Z badania przeprowadzonego przez Gensler Research Institute wynika, że 70 proc. badanych chce wrócić do pracy w biurze, a dla co drugiego ankietowanego (55 proc.) zdalna współpraca jest bardziej wymagająca i trudniejsza niż bezpośredni kontakt ze współpracownikami – mówi Piotr Dziedzic, senior dyrektor w firmie Michael Page.

Praca zdalna standardem

57,5 proc. ankietowanych twierdzi, że szukając nowego miejsca zatrudnienia zwraca uwagę na możliwość pracy z domu, co stanowi spadek o 5 p.p. względem analogicznego okresu zeszłego roku. Taka zmiana podejścia do „home office” może wynikać z tego, że dla wielu firm praca poza biurem stała się standardem, przez co również wielu pracowników przestało traktować to jako benefit.

Ostatnie tygodnie spędzone na tzw. home office, zmusiły wielu z nas do przeorganizowania trybu życia i pracy oraz były sprawdzianem z umiejętności godzenia życia prywatnego i zawodowego, które łączyły się ze sobą w domu. Wielu pracowników miało okazję wreszcie również sprawdzić, czy tryb pracy na odległość jest dla nich. Część zapewne przekonała się, że woli przyjść do biura, stąd możliwość kontynuowania obowiązków „na odległość” nie jest dla nich już tak istotna. Dla innych natomiast równie trudnym zadaniem może okazać się ponowna mobilizacja do pracy stacjonarnej i powrót do biura po dłuższej przerwie, dlatego złotym środkiem wydaje się zaoferowanie pracownikom możliwości wyboru, tak aby każdy z nich mógł dostosować tryb pracy do swoich preferencji – dodaje Piotr Dziedzic.

REDD ANALYTICS – Rynek Biurowy: podsumowanie lipca – rynek wraca do pracy

0

Warszawa jest w czołówce miast pod względem nowych umów najmu. W lipcu w bazie REDD zarejestrowano rekordową liczbę nowych umów najmu, aż 262 na łączną powierzchnię 104,531 m kw. Zielonym punktem na biurowej mapie jest także Łódź. W lipcu w tym mieście wynajęło się więcej biur, niż opustoszało. 

Dane REDD wskazują, że na polskim rynku dostępnych jest 4490 modułów biurowych o łącznej powierzchni 2,48 mln m kw. W lipcu 2020 rynek zasiliło 78 modułów biurowych, które nie zostały zaabsorbowane przez nowe umowy najmu. Tym samym, zasoby wolnej powierzchni zwiększyły się o 72,000 m kw.

Spośród ponad 25 rynków regionalnych monitorowanych przez REDD, największy negatywny bilans wynajętych i zwolnionych biur zanotowały Warszawa (-19,066 m kw.), Kraków (-9,409 m kw.) i Poznań (-4,443 m kw.). Na tym tle wyróżnia się Łódź (2,646 m kw.), która jako jedyne miasto wojewódzkie zakończyła miesiąc bilansem na korzyść popytu.

REDD01

Najwięcej nowych umów najmu w Warszawie

–  Mimo negatywnego bilansu w Warszawie, stolica jest w czołówce miast pod względem nowych umów najmu. W lipcu w bazie REDD zarejestrowano rekordową liczbę nowych umów najmu (262) na łączną powierzchnię 104,531 m kw. Stołeczne transakcje stanowiły 68 proc. wszystkich umów najmu zawartych na 27 rynkach regionalnych w Polsce – mówi Judyta Bartnicka, analityczka REDD.

REDD2 (002)

Na uwagę zasługuje również spadek współczynnika Months of supply (MoS), który opisuje aktualną dynamikę relacji popytu do podaży. Współczynnik MoS dla Warszawy zanotował dwukrotny spadek i na koniec lipca wyniósł 7.5 miesiąca (w porównaniu do 14.3 miesiąca).

Months of supply to znany na świecie wskaźnik. Jest to jeden ze współczynników absorpcji i relacji popytu do podaży. – Months of supply prognozuje, ile miesięcy trwałoby wynajęcie wszystkich obecnie dostępnych modułów biurowych, biorąc pod uwagę aktualne tempo wynajmu. Niski współczynnik może oznaczać, że podaż nie nadąża za popytem, za chwile może zabraknąć wolnych biur. Wysoki wynik to natomiast sygnał możliwej nadpodaży i dowód, że biur jest więcej niż chętnych najemców – mówi Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD.

REDD03

REDD04

Tygodniowe dane REDD

  • W zeszłym tygodniu wynajęto 121 modułów biurowych
  • Na rynek wprowadzono 137 nowe biura do wynajęcia
  • Właściciele dodali aktualne informacje o dostępności 1874 modułów

Czy organ ma prawo odmówić stronie dostępu do akt sprawy podatkowej?

0

Prawo wglądu do akt sprawy podatkowej jest dla strony kontroli/postępowania prawem fundamentalnym, urzeczywistniającym prawo do czynnego udziału w tej sprawie. Prawo to nie jest jednak absolutne i podlega pewnym ograniczeniom. Ograniczeniom, których organy nadużywają.

Kto ma prawo do wglądu w akta sprawy podatkowej?

Postępowanie podatkowe, kontrola podatkowa, a także kontrola celno-skarbowa są jawne tylko częściowo. Przepisy Ordynacji podatkowej wprost wskazują, iż to Strona ma prawo wglądu w akta sprawy, a także sporządzania z nich notatek, odpisów oraz kopii. Oznacza to, że osoba niezwiązana z danym postępowaniem, a więc osoba niebędąca jego stroną, nie ma takiego prawa. Prawo wglądu w akta sprawy podatkowej jest fundamentalnym prawem Strony i wyrazem naczelnej zasady postępowania – zasady czynnego udziału strony w postępowaniu. Taki właśnie czynny udział organ ma obowiązek stronie zapewnić.

Istnieją jednak pewne ograniczenia wglądu w akta sprawy podatkowej. Ordynacja podatkowa przewiduje bowiem, że organ może odmówić stronie wglądu do dokumentów zawierających informacje niejawne, a także do innych dokumentów, które organ podatkowy wyłączy z akt sprawy ze względu na interes publiczny. Jakkolwiek w gestii organu prowadzącego sprawę nie leży decydowanie o tym, czy dana informacja jest informacją niejawną, czy też nie, to już w przypadku wyłączenia dokumentów z akt sprawy z uwagi na przesłankę interesu publicznego organ ma pełne pole manewru i właściwie rzec można, iż w dzisiejszych czasach jest to jego kwestia uznaniowa. Organy bowiem często wykorzystują prawo do wyłączenia dokumentu z akt sprawy, gdyż uniemożliwia to później stronie postępowania wgląd do tych dokumentów.

Pojęcie „interesu publicznego”

Przepisy Ordynacji podatkowej stanowią, że organ może wyłączyć dokument z akt sprawy z uwagi na interes publiczny. Pojęcie „interesu publicznego” nie zostało w ustawie zdefiniowane. Jest to więc pojęcie szerokie, tzw. niedookreślone. Żeby je zrozumieć, należy odwołać się do poglądów doktryny oraz orzecznictwa. Zgodnie z utrwalonym już poglądem przez „interes publiczny” należy rozumieć „korzyść służącą ogółowi, dyrektywę postępowania, nakazującą respektowanie takich wartości wspólnych dla całego społeczeństwa jak: sprawiedliwość, bezpieczeństwo, zaufanie obywateli do organów władzy publicznej. Pod pojęciem „interesu publicznego” mieści się także dobro osób trzecich, niebędących stroną w toczącym się postępowaniu, których dotyczą informacje zawarte we włączonych do akt sprawy dokumentach, bowiem zawierają istotne dane o tych podmiotach”.

I tak, organy w zdecydowanej większości stosują przesłankę „dobra osób trzecich”, a że lenistwo bierze górę nad prawami strony postępowania, zamiast animizować dokument wolą go wyłączyć z akt w całości. Tymczasem jak wynika z niedawno wydanego wyroku TSUE: „w administracyjnym postępowaniu podatkowym takim jak toczące się w postępowaniu głównym podatnik powinien mieć możliwość dostępu do wszystkich dowodów znajdujących się w aktach sprawy, na których organ podatkowy zamierza oprzeć swoją decyzję. W związku z tym, jeżeli organ podatkowy zamierza oprzeć swoją decyzję na dowodach uzyskanych, tak jak w postępowaniu głównym, w ramach powiązanych postępowań karnych i powiązanych postępowań administracyjnych, podatnik ten powinien mieć możliwość uzyskania dostępu do tych dowodów. (…) Wymogu tego nie spełnia praktyka organu podatkowego polegająca na nieudzieleniu danemu podatnikowi żadnego dostępu do tych dowodów, a w szczególności do dowodów, na których opierają się ustalenia dokonane w protokołach sporządzonych i decyzjach wydanych w wyniku powiązanych postępowań administracyjnych, oraz na jedynie pośrednim zapoznaniu go w formie streszczenia tylko z częścią tych dowodów, które organ ten wybrał według przyjętych przez siebie kryteriów, nad którymi podatnik nie może sprawować żadnej kontroli” (wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z dnia 16 października 2019 r. w sprawie o sygn. akt C‑189/18).

Na postanowienie o wyłączeniu danego dokumentu z akt sprawy zażalenie nie przysługuje. Jednakże na postanowienie o odmowie udostępnienia stronie takiego wyłączonego dokumentu już tak. Warto więc korzystać z możliwości, jakie daje instytucja zażalenia i następnie złożenia skargi do WSA. Organy bowiem zdecydowanie nadużywają swych uprawnień, wyłączając z akt sprawy dokumenty, do których strona powinna mieć dostęp, gdyż to właśnie na nich oparta jest później decyzja wymiarowa. W jaki bowiem sposób strona ma odwołać się od niekorzystnej dla siebie decyzji albo skorzystać z prawa wypowiedzenia się w sprawie zebranego materiału dowodowego, skoro nie ma wglądu w istotne dokumenty z akt sprawy?

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Połowa wakacji za nami. Jak wyglądały zakupy Polaków w tym okresie? 

0

 Wraz z końcem lipca, zakończyła się również pierwsza połowa wakacji. To dobry czas na podsumowanie okresu letnich urlopów, które w tym roku są nieco inne, bo upływają pod znakiem pandemii koronawirusa. O tym, jak wyglądały zakupy Polaków w ostatnim miesiącu informuje Polska Rada Centrów Handlowych (PRCH) w kampanii społecznej „Bezpieczeństwo-Kupuję to!” i jednocześnie zachęca do odpowiedzialnego zachowania w galeriach handlowych. 

Pierwsze cztery tygodnie wakacji pokazały, że galerie znów zaczynają tętnić życiem. Odwiedzalność obiektów handlowych w tym okresie, w dni handlowe, w zależności od dnia, była jedynie o 13-22% niższa od wyników sprzed roku. Zaraz po szerszym otwarciu galerii wyniki odwiedzalności były dużo gorsze, dane PRCH wskazywały 53-68% wartości ubiegłorocznych w analogicznym okresie 2019 roku.

Wzrost liczby klientów pokazuje, że dostrzegają oni działania centrów handlowych na rzecz poprawy bezpieczeństwa w obiektach. Polska Rada Centrów Handlowych przeprowadziła ankietę wśród zarządców i właścicieli 161 centrów i parków handlowych, której wyniki pokazują, że wszystkie obiekty dostosowano do nowych wymogów sanitarnych. Co więcej, ponad połowa badanych (55%) zadeklarowała, że w obiektach wprowadzono dodatkowe środki bezpieczeństwa.

W galeriach stanęły płyny do dezynfekcji rąk, pojawiły się oznakowania, które przypominają o zachowaniu odległości od innych klientów i pracowników, w każdym obiekcie można kupić maseczki do zasłaniania ust i nosa, wszystkie powierzchnie wspólne, takie jak klamki, poręcze i przyciski są regularnie dezynfekowane. Dodatkowo, część z galerii zdecydowała się na ozonowanie i zmianę klimatyzacji, tak aby powietrze w galerii było świeże, a nie pochodziło z obiegu zamkniętego.

Ochrona obiektów zwraca uwagę osobom, którzy nie stosują się do nowych zasad, a w części galerii nawet rozdaje maski klientom, którzy ich nie posiadają. W centrach prowadzone są liczne kampanie informacyjne dla klientów i najemców, a cała branża zjednoczyła się w akcji „Bezpieczeństwo-Kupuję to!”. Na profilach społecznościowych kampanii eksperci pokazują jak należy zachować się podczas zakupów oraz przekonują, że tylko od nas samych zależy, czy komfortowo i bez obaw o zdrowie będziemy mogli zrobić zakupy.

– Wakacje to okres urlopów, beztroski i relaksu, jednak nie jest to czas odpoczynku od przestrzegania zasad bezpieczeństwa. W tym czasie podróżujemy więcej i spotykamy się z większą liczbą osób, dlatego powinniśmy również jeszcze bardziej zadbać o zdrowie swoje i innych. Zakupy w maskach na pewno nie są tak naturalne, ale są dużo bezpieczniejsze i pozwalają na zminimalizowanie ryzyka zakażenia – mówi Radosław Knap, jeden z inicjatorów kampanii i dyrektor generalny PRCH.

Rząd zapowiedział, że w związku ze wzrostem zachorowań na COVID-19, w ostatnich dniach w sklepach i galeriach prowadzone będą wzmożone wizyty policji, która może nakładać na osoby nie stosujące się do przepisów bezpieczeństwa kary. Za naruszenie nakazu zakrywania nosa i ust grozi mandat do 5 000 zł. Warto zatem pamiętać o zakładaniu maseczek lub przyłbic. Minister Zdrowia przypomina, że przyłbica jest to najlepsze rozwiązanie alternatywne  w przypadku, gdy ktoś nie czuje się komfortowo w masce lub ma np. astmę.

72 mln argumentów za ubezpieczeniem własności intelektualnej

0
  • Na świecie obowiązują ok. 72 mln praw własności intelektualnej – łatwo zatem o naruszenie.
  • Szczególnie narażony jest sektor MŚP, który za cel obrały sobie organizacje wyspecjalizowane w sporach patentowych, tzw. trolle patentowe.
  • Ubezpieczenie własności intelektualnej pozwala pokryć zarówno koszty postępowań sądowych, jak i odszkodowań.

Z początkiem lipca weszła w życie nowelizacja kodeksu postępowania cywilnego, która zakłada m.in. utworzenie sądów wyspecjalizowanych w ochronie własności intelektualnej. To dobry krok, zwłaszcza że liczba sporów na tym tle rośnie. Skalę zagadnienia dobrze obrazują dane gromadzone przez Światową Organizację Własności Intelektualnej (WIPO, agencja ONZ). Przykładowo, od początku roku agencja zaangażowała się już w 2014 spraw o polubowne ustalenie praw do nazwy domeny internetowej. W zeszłym roku pośredniczyła w rozwiązaniu 3693 tego typu sporów[1]. To jednak tylko czubek góry lodowej.

Definicja własności intelektualnej jest niezwykle pojemna. Z jednej strony prawa autorskie i pokrewne, z drugiej prawa własności przemysłowej. Mówiąc prościej, mieści się w niej zarówno działalność artystyczna, twórcza i wynikające z niej prawa, jak i wszelkie wynalazki, znaki towarowe lub wzory przemysłowe. Przy obecnym poziomie globalizacji oraz liczbie funkcjonujących na rynku marek i dzieł, naruszenie, nawet nieświadome, czyichś praw jest wysoce prawdopodobne. Nawet najdokładniejsze sprawdzenie wszelkich baz i rejestrów patentowych oraz skorzystanie z fachowego doradztwa, może nie uchronić od błędu skutkującego naruszeniem czyichś praw – stwierdza Mateusz Bartoszcze Radca Prawny w EIB SA. 

Warto pamiętać, że liczba zastrzeżonych znaków czy wzorów zmienia się dynamicznie. Rośnie o kilka milionów rocznie, a od 2010 r. wzrosła prawie dwukrotnie. Według ostatnich danych WIPO (na koniec 2018 r.) w mocy pozostają prawie 72 mln tytułów praw własności intelektualnej[2]:

  • wzornictwo przemysłowe – 3,99 mln
  • patenty – 13,95 mln
  • znaki towarowe – 49,25 mln
  • wzory użytkowe – 4,70 mln

Jak uniknąć skutków błędu?

Przed konsekwencjami finansowymi nieumyślnego złamania prawa własności intelektualnej można się jednak uchronić. Rynek ubezpieczeń oferuje stosowne rozwiązania.

Zainteresowani ochroną przedsiębiorcy, powinni pamiętać, że granica między naruszeniem, a jego brakiem bywa niejednoznaczna. Dodatkowo mało osób zdaje sobie sprawę z działalności tzw. trolli patentowych. Są to organizacje masowo rejestrujące różne prawa własności, wyłącznie po to, aby występować z roszczeniami wobec firm. Szczególnie upodobały sobie sektor MŚP, który ma mniejsze możliwości finansowe obrony niż duże korporacje. Dlatego warto zastanowić się nad dodatkową ochroną. Zwłaszcza jeżeli firma działa w niszowej branży lub oferuje unikatowy produkt czy usługę – dodaje Aleksander Chmiel z EIB SA. 

Kompleksowe zabezpieczenie przed roszczeniami

Umowa ubezpieczenia przewiduje pomoc w razie nieświadomego plagiatu, zapewniając wszechstronne wsparcie finansowe w razie konfliktu o prawa własności intelektualnej. Zakłada przede wszystkim wypłatę środków na obsługę sporów sądowych, a także pokrycie wszelkich odszkodowań i rekompensat wynikających z rozstrzygnięcia sprawy. Jednak w niektórych przypadkach spory nie trafiają na salę sądową. Również wtedy polisa zadziała i zapewni sfinansowanie wszelkich kosztów związanych z polubownym rozwiązaniem problemu. Podstawową ochronę można też często rozszerzyć. Dodatkowe umowy mogą zapewnić pokrycie utraconych w wyniku sporu zysków czy zwrot kosztów niesłusznie zarejestrowanych praw, jeżeli zostaną one unieważnione w efekcie procesu sądowego.

Kiedy nie można liczyć na ubezpieczenie?

Jak każde ubezpieczenie, także ochrona praw własności intelektualnej ma jednak swoje ograniczenia. Podstawowym jest celowe złamanie prawa. Wtedy ubezpieczyciel nie udzieli firmie żadnej pomocy. Warto też pamiętać, że towarzystwo ubezpieczeń może odmówić ochrony z racji na zbyt duże ryzyko sporu. Dotyczy to zwłaszcza branż, w których istnieje wiele powszechnych standardów i duża konkurencja, a także pojawia się wiele nowinek. Z taką postawą mogą się spotkać zatem przedsiębiorcy produkujący części komputerowe, urządzenia mobilne czy inne sprzęty elektroniczne codziennego użytku. Także firmy z bogatą historią konfliktów na tle praw własności nie mogą raczej liczyć na ochronę.

Jak widać, ubezpieczenie własności intelektualnej jest zagadnieniem wielowątkowym. Trzeba też zaznaczyć, że tematyka ta stanowi wyzwanie, zarówno pod względem konstrukcji umowy ubezpieczenia, jak i konkurencyjności wśród ubezpieczycieli. Dlatego dostępność tego typu rozwiązań ubezpieczeniowych nie jest powszechna. Mimo to, w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych świadomość przedsiębiorców oraz potrzeba ochrony wzrasta. Zapewne trend dotrze także niedługo i do nas  – mówi Aleksander Chmiel z EIB SA.

 

Źródło: EIB SA.

[1]     https://www.wipo.int/amc/en/domains/statistics/cases.jsp

[2]     Statystyki WIPO: https://www.wipo.int/ipstats/en/

4 trendy na polskim rynku biurowym po I połowie 2020 r.

0

Nastroje na polskim rynku nieruchomości biurowych po I połowie 2020 roku pomimo pandemii COVID-19 wydają się być bardzo optymistycznie. Całkowite zasoby sektora wynoszą obecnie nieco ponad 11,3 mln mkw., w którym zdecydowanym liderem pozostaje Warszawa, natomiast wśród miast regionalnych Kraków. W analizowanym okresie aktywność najemców wyniosła ok. 667 800 mkw. z czego najwięcej podpisywano nowych umów. Pomimo ograniczonej przez COVID-19 nowej podaży (275 700 mkw.) na koniec czerwca br. zaobserwowano tendencję wzrostową w stopach pustostanów, które obecnie wynoszą 7,9% (+0,4 pp. kw./kw.) dla Warszawy i 10,2% (+0,7 pp. kw./kw.) dla rynków regionalnych. Firma doradcza AXI IMMO podsumowuje I poł. 2020 r. na polskim rynku biurowym.

W ciągu pierwszej połowy 2020 roku na polskim rynku nieruchomości biurowych mogliśmy zaobserwować rozwój czterech trendów, które będą nam towarzyszyć najprawdopodobniej przez kilka najbliższych miesięcy. Pierwszym z nich jest przyspieszony rozwój pracy zdalnej, który w wielu firmach w modelu hybrydowym powinien pozostać na stałe. Nowa sytuacja na rynku powoduje, że część najemców nie wypełniając w 100% zarezerwowanej powierzchni rozważa jej podnajem dla innych podmiotów. To rozwiązanie mogłoby pomóc najemcom w ograniczeniu części kosztów. Według naszych szacunków, oferta podnajmu tylko dla samej Warszawy może obecnie być wielkości około jednego procenta jej całkowitych zasobów. Dla wielu firm będzie to sygnał, aby na nowo przemyśleć swoją strategię rozwoju i zadecydować czy chcą wynająć jedno duże biuro czy skorzystać z kilku mniejszych. W drugiej części roku spodziewamy się ograniczenia nowej podaży, a obecna na rynku duża oferta powierzchni w ramach podnajmu zwiastuje wzrost stopy pustostanów. Możliwą konsekwencją tej sytuacji będzie presja ze strony najemców na redukcję wyjściowych stawek czynszu,” mówi Martin Lipinski, Dyrektor Działu Powierzchni Biurowych i Reprezentacji Najemcy, Axi Immo.

Całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w Warszawie na zakończenie czerwca 2020 r. powiększyły się o ok. 100 100 mkw. i wynoszą obecnie ok. 5 687 800 m kw. Największym z czterech oddanych obiektów w okresie od kwietnia do czerwca br. był Varso II (HB Reavis) oferujący 40 000 mkw. Wśród pozostałych zrealizowanych inwestycji znalazły się Chmielna 89 (Cavatina Holding, 25 200 m kw.) Biura przy Willi (Echo Investment, 15 000 m kw.) i DSV HQ (Capital Park, 20 000 m kw.). Natomiast na analizowanych ośmiu regionalnych rynkach biurowych całkowite zasoby biurowe wynoszą ok. 5 679 600 mkw. Tradycyjnie największym lokalnym rynkiem pozostaje Kraków (1 483 300 m kw.) przed Wrocławiem (1 186 100 m kw.) i Trójmiastem (868 400 m kw.). W strukturze nowej podaży (176 600 mkw.) najwięcej powierzchni dostarczono w Krakowie 39% (ok. 69 100 m kw.), Katowicach 18% (31 100 mkw.) oraz Trójmieście 17% (29 900 mkw.). Największymi z oddanych lokalnie 15 projektów były gdańska Olivia Prime B (Olivia Business Center, 25 000 m kw.), krakowski High 5ive (Skanska, 23 500 m kw.) i katowicki Face 2 Face A (Echo Investment, 19 600 m kw.).

Pomimo trwającej pandemii COVID-19 na rynku obserwowana jest duża aktywność najemców. Łącznie w Warszawie (334 800 m kw.) i na rynkach regionalnych (333 000 m kw.) wynajęto ok. 667 800 m kw. powierzchni biurowej. Na uwagę zasługuje również Kraków, w którym podpisano umowy na 114 700 m kw. Za popyt w analizowanym okresie w największym stopniu odpowiadały nowe umowy (62% Warszawa, 54% regiony), następnie renegocjacje (30% Warszawa, 32% regiony), a na trzecim miejscu ekspansje (8% Warszawa, 14% regiony). Największą zrealizowaną do końca czerwca br. transakcją była rekordowa umowa przed najmu PZU w Generation Park Y w Warszawie na 46 500 m kw. Natomiast na pozostałych miejscach znalazły się: nowa umowa najmu DSV na 20 000 mkw. w budynku DSV HQ (Warszawa), odnowienie umowy ABB w biurowcu Axis w Krakowie (20 000 m kw.), renegocjacja i ekspansja Poczty Polskiej (19 800 mkw.) w Domaniewska Office Hub w Warszawie i umowa przed najmu Fujitsu Technology Solutions w budynku Fuzja w Łodzi (16 300 m kw.). Co ciekawe 7 z 12 transakcji przekraczających 10 000 m kw. zrealizowano na rynkach regionalnych, a najaktywniejszym sektorem były „Usługi i produkty IT”.

Tonując nieco optymistyczne wyniki popytu za I poł. 2020 r. musimy pamiętać, że są to negocjacje, które rozpoczęły się przed pandemią COVID-19. Fakt tak dużej aktywności najemców to efekt zaplanowanych działań. Firmy najczęściej robią badanie rynku pod względem dostępnej powierzchni i opcji na około półtora do dwóch lat przed wygaśnięciem ich umowy. Obecnie ze względu na jeszcze trwającą pandemię najemcy ostrożniej decydują o ewentualnej zmianie biura. Coraz większe znaczenie ma również kwestia związana z cyrkulacją powietrza, a także bezpieczeństwem i higieną pracy. Przed nami czas dużej ostrożności, jednak nowa sytuacja, a przede wszystkim otwarcie rynku na niespotykaną dotychczas ofertę podnajmu może wpłynąć na decyzję części najemców o tym, aby w dotychczas niedostępnej lokalizacji poszukać dla siebie miejsca do rozwoju. Dodatkowo spodziewamy się, że część firm, zamiast tradycyjnego biura będzie wybierać wariant typu flex ze względu na większą elastyczność i możliwość szybszej rezygnacji z umowy,” dodaje Martin Lipinski.

Na zakończenie I poł. 2020 roku na polskim rynku nieruchomości dostępnych od ręki jest ponad milion m kw. powierzchni biurowej. W przypadku Warszawy jest to ok. 448 000 m kw. (7,9% + 0,4 pp. kw./kw.) natomiast dla regionów 571 600 m kw. (10,2% + 0,7 pp. kw./kw.), wśród, których najwięcej wolnej powierzchni znajduje się w Krakowie 164 400 mkw. i Wrocławiu 132 700 m kw. Natomiast przyjmując procentowe wartości pustostanów najwyższy współczynnik odnotowano w Poznaniu – 14,5 %, a najniższy w Trójmieście i Katowicach – 6,1%. Ponadto, w analizowanym okresie na większości rynków nie zaobserwowano zmian w średniej stawce czynszów bazowych.

* Dane na podstawie Axi Immo Group i PINK.

Praca sezonowa za granicą ratunkiem dla Polaków – jak koronakryzys zmienia oblicze rynku pracy?

0

Choć epidemia koronawirusa nie zwalnia tempa, a na polskim rynku pracy następuje stopniowe ożywienie, głównie w przypadku ofert dla pracowników fizycznych[1], ze statystyk wyraźnie wynika, że zainteresowanie Polaków wyjazdami zarobkowymi za granicę rośnie. W porównaniu z 2019 rokiem, liczba chętnych do pracy sezonowej i tymczasowej poza krajem wzrosła o 1/3[2]. Wśród niekwestionowanych liderów pozostają Niemcy – mimo że również walczą ze skutkami pandemii, to jej wpływ na tamtejszy rynek pracy jest znacznie mniejszy niż w Polsce. 

Praca w Polsce niepewna

Decyzja o wyjeździe i pracy za granicą to dla wielu osób konieczność. Jak pokazują szacunki resortu pracy, bezrobocie w Polsce notuje nieznaczny, ale jednak, wzrost – miesiąc do miesiąca to 0,1 proc.[3] Niepewna sytuacja finansowa, zwolnienia z dotychczasowych miejsc pracy lub redukcja etatów często zmuszają do poszukiwania zatrudnienia w branżach, w których dotychczas nie posiadaliśmy doświadczenia, a także do nabycia nowych kompetencji i szybkiego przekwalifikowania. Są w kraju sektory, w których pracodawcy w dalszym ciągu zatrudniają – zdecydowaną większość ofert stanowią te dedykowane dla pracowników sezonowych: sprzedawców spożywczych, budowlańców, magazynierów czy dostawców[4]. Jak się jednak okazuje, w przypadku wielu ofert zmniejsza się zakres oferowanych benefitów, a nawet wysokość wynagrodzenia. Taka sytuacja powoduje, że Polacy coraz częściej myślą o pracy za granicą, poszukując nie tylko stabilnego zatrudnienia, ale również atrakcyjniejszych niż w Polsce zarobków. 

Coraz częściej za granicę i do pracy sezonowej

Statystyki wyraźnie pokazują, że Polacy chętniej niż w ubiegłym roku chcą wyjeżdżać do pracy za granicę. Zainteresowanych wyjazdami zarobkowymi jest niemal o 30 proc. więcej niż w roku 2019[5]. Ponadto, jak wynika z ostatnio przeprowadzonych badań, spośród respondentów, którzy w ostatnim czasie wstępnie odpowiedzieli na ogłoszenia rekrutacyjne, aż 92% jest zdecydowanych na wyjazd do pracy poza Polskę[6]. Z racji tego, iż zatrudnienie w innym kraju, zazwyczaj najszybciej można znaleźć przy pracach sezonowych lub tymczasowych, nie dziwi fakt, że to właśnie taki rodzaj pracy często rozpatrują Polacy. Do Niemiec chętnie wyjeżdżamy w charakterze opiekuna osób starszych – według danych udostępnionych przez firmę Promedica24, lidera na rynku usług opiekuńczych, w porównaniu z ubiegłym rokiem, zainteresowanie pracą w tym zawodzie jest większe. Co przemawia za tym, że wakaty w branży opiekuńczej na terenie Niemiec są tak chętnie rozchwytywane przez pracowników?

Niemcy to ponad 80-milionowy kraj, który dysponuje nie tylko ogromnym, chłonnym rynkiem pracy, lecz także przy stawce minimalnej, wynoszącej 9,35 euro brutto za godzinę, czyli około 42,50 zł, oferuje godne zarobki. Praca w opiece senioralnej pozwala nabrać cennego doświadczenia. Ponadto wiąże się z nauką języka, co daje pracownikowi przewagę konkurencyjną na przyszłość – podkreśla Dariusz Siedlecki, Dyrektor ds. Rekrutacji w Promedica24. 

Polki chętnie ruszają za Odrę

Pracę w charakterze opiekuna osób starszych w dalszym ciągu chętniej podejmują kobiety, choć coraz częściej po zlecenie zgłaszają się również mężczyźni. Wyniki badania przeprowadzonego przez agencję badawczą IQS na zlecenie Promedica24 nie pozostawiają złudzeń: w wyniku pandemii koronawirusa pracę mogło stracić nawet 870 tys. Polek. Z tego powodu kobiety coraz chętniej biorą pod uwagę wyjazd do pracy za granicą. Jak wynika z badania, co trzecia, gdyby otrzymała atrakcyjną ofertę zatrudnienia, zgodziłaby się na podjęcie pracy sezonowej poza Polską. Podobny odsetek pań deklaruje chęć wyjazdu do pracy tymczasowej lub na okresowy kontrakt. Za pracą najchętniej wyjechałyby do Niemiec (43 proc.), Holandii (42 proc.) i Wielkiej Brytanii (41 proc.).

W Niemczech żyje około 17 mln seniorów, większość z nich wymaga stałej opieki, dlatego też szacuje się, że w branży opieki senioralnej potrzeba w tej chwili nawet 200 tys. pracowników. W związku z dużym zapotrzebowaniem na tego typu usługi w Niemczech, dzięki wsparciu firm funkcjonujących na rynku usług opiekuńczych, tysiące Polaków, którzy utracili dotychczasowe źródło zatrudnienia lub poszukują możliwości przekwalifikowania się, mogą liczyć na szybkie znalezienie dogodnego kontraktu.

[1] Grant Thornton „Rynek pracy w czasie COVID-19” – edycja maj 2020

[2] Raport OTTO Force Work lipiec 2020

[3] Dane GUS – maj i czerwiec 2020

[4] Grant Thornton „Rynek pracy w czasie COVID-19” – edycja maj 2020

[5] Raport OTTO Force Work lipiec 2020

[6] Tamże

Jak zadbać o równowagę między życiem prywatnym i zawodowym podczas pracy zdalnej?

0

55% badanych pracowników[1] wskazało, że w trakcie home office najbardziej rozprasza ich przeglądanie Internetu lub oglądanie telewizji. Wiele firm planuje przedłużyć pracę zdalną do jesieni, dlatego przed managerami stoi trudne zadanie. Zadbać o pracowników, aby byli oni tak samo efektywni
i zaangażowani w pracę, jak przed pandemią. Warto postawić na różne techniki, które nie tylko odstresują zespół, ale też zmobilizują do pracy.

Jednym z efektów pracy zdalnej jest wielozadaniowość, która od kilku miesięcy stała się nową rzeczywistością. Dotychczas skupieni na realizacji obowiązków zawodowych pracownicy musieli w tym samym czasie pilnować dzieci, sprzątać w domu, gotować, a przede wszystkim – efektywnie pracować. 61% osób, które pracują z domu w wyniku pandemii, przyznaje, że ich uwagę rozprasza surfowanie po Internecie, oglądanie tv, ale także wizyty u lekarza w godzinach pracy, czy zajmowanie się dziećmi. Łącząc obowiązki zawodowe z prywatnymi nie lada wyzwaniem może stać się zachowanie work-life balance, czyli równowagi między tymi obszarami. Pracownikom zdalnym, w przeciwieństwie do osób przychodzących do biura, jest o wiele trudniej postawić wyraźną granicę
i jej nie przekraczać.

– Często nie mamy w domu własnego gabinetu, dlatego w ostatnich miesiącach całe nasze życie 24/7 zaczęło toczyć się w jednej i tej samej przestrzeni. W drodze do domu wiele osób miało dla siebie chwilę, by się wyciszyć, odstresować. Teraz na nowo musimy kształtować swoje drobne rytuały, które pozwolą nam chociaż trochę oddzielić te dwa obszary i się zrelaksować. Jednym z nich może być schowanie laptopa do szuflady
po skończonej pracy
– mówi Katarzyna Richter, międzynarodowy specjalista z obszaru HR i  komunikacji międzykulturowej.

Po pierwsze: zadbaj o swoje dobre samopoczucie (wellbeing)

Pracownicy, którzy cieszą się dobrym samopoczuciem i ogólnym zadowoleniem z życia są bardziej zmotywowani i zaangażowani w wykonywane obowiązki. Jest to szczególnie ważne teraz, w czasach dużej niepewności i stresu. Warto pokazać pracownikowi, że jest on dla firmy ważny i wspólnie tworzy zgrany team. Pomocne w tym może być organizowanie wspólnych inicjatyw wspierających dbanie o dobrostan takich, jak wyzwania zawierające codzienne medytacje i zadania kształtujące uważność (mindfulness). Stworzenie przestrzeni na regularne grupowe spotkania, nawet online, podczas których uczestnicy wymieniają się wrażeniami i wzajemnie wspierają w wyzwaniach zaprocentuje silniejszymi więziami w zespole oraz ich zwiększoną odpornością psychiczną.

Po drugie: wyloguj się do życia – postaw na cyfrowy detox

Dla zachowania higieny pracy nie powinniśmy odbierać maili i telefonów służbowych po zakończeniu pracy. Jednak z tym nawykiem Polacy mieli problem jeszcze przed pandemią. Jak wynika z raportu TOP CDR – Digitally Responsible Company[2], 16% respondentów potwierdziło, że codziennie po godzinach pracy odbiera służbowe telefony, emaile oraz korzysta z firmowego komunikatora, a co czwarty badany zaznaczył, że zdarza mu się
to nawet kilka razy w tygodniu. Zaledwie 25% wskazało, że kończąc pracę nie zajmuje się kwestiami służbowymi. Na coraz większym znaczeniu zyskują wyjazdy, podczas których jesteśmy zupełnie offline.

Cyfrowy detox to zazwyczaj kilkudniowy wyjazd na łono natury, podczas którego uczestnicy nie korzystają
z żadnych urządzeń elektronicznych. Wyciszają się, regenerują, biorą udział w warsztatach usprawniających ich komunikację interpersonalną oraz kontakt z samym sobą. Na nowo uczą się siebie i obcowania z drugim człowiekiem. Niektórzy z uczestników moich wyjazdów mają nawyk zasypiania wpatrując się w ekran telefonu, lub spędzania nawet godziny na sprawdzaniu maili, powiadomień i wiadomości zaraz po przebudzeniu się. Sami dochodzą do wniosku, że przeszkadza im to w funkcjonowaniu, ale nie potrafią się od tego uwolnić
– wyjaśnia Katarzyna Richter, międzynarodowy specjalista z obszaru HR i komunikacji międzykulturowej. 

Po trzecie: zadbaj o spokój psychiczny

W ostatnich miesiącach szczególnie ważne stało się dbanie o nasze zdrowie psychiczne. Najnowsza technologia umożliwiła kontaktowanie się z profesjonalnymi doradcami za pośrednictwem wiadomości tekstowych lub wideokonferencji.  W trosce o swoich pracowników wiele firm zaczęło oferować konsultacje ze specjalistami,
w tym psychologami w formie spotkań online. Dzięki temu pracownicy mogą poczuć się bardziej docenieni, zrozumiani, a co najważniejsze – zmotywowani do działania.

– Wiele osób zaczęło inwestować w rozwój osobisty, starając się lepiej zrozumieć siebie i poprawić relacje międzyludzkie. Oprócz terapii coraz częściej decydują się na trening inteligencji emocjonalnej, dzięki któremu
są w stanie lepiej wyrażać, rozpoznawać, ale przede wszystkim rozumieć emocje, a także regulować
je w sytuacjach stresowych i konfliktowych
– zauważa Marzena Martyniak, psycholog, specjalista w dziedzinie rozwoju inteligencji emocjonalnej, założycielka Instytutu Rozwoju Emocji.

Po czwarte: zrelaksuj się przy dźwiękach gongów

Nie potrafimy prawdziwie odpoczywać – nawet podczas urlopu jesteśmy cały czas pod telefonem czy emailem. Dlatego szukamy coraz to lepszych rozwiązań, które pomogą nam się odstresować i zregenerować nasz organizm. Z pomocą przychodzi terapia dźwiękiem, która może mieć formę kontaktu z muzyką lub udział
w kąpielach w dźwiękach gongów, które zyskują na coraz większym znaczeniu w obszarze wellness i cieszą się zainteresowaniem międzynarodowych korporacji dbających o swoich najcenniejszych pracowników.

– Jest to metoda polegająca na pełnym wyciszeniu się w pozycji leżącej, z zamkniętymi oczami. W tle słychać tylko dźwięk gongów, który uspokaja i relaksuje. Niektórzy podczas sesji zasypiają, płaczą – dają upust wszystkim nagromadzonym w ciele emocjom – podkreśla Katarzyna Richter, międzynarodowy specjalista
z obszaru HR i komunikacji międzykulturowej.

Nie wiadomo, czy część firm nie pozostanie przy zmianowym systemie, dzieląc pracę w biurze na część zdalną
i stacjonarną, dlatego warto nauczyć się nie tyle rozdzielać życie prywatne od zawodowego, ale przede wszystkim zadbać o swoje dobre samopoczucie i mniej stresu.

[1] Badanie ARC Rynek i Opinia na zlecenie Gumtree.pl, przy współpracy z Randstad Polska, 2020.

[2] Raport Programu Cyfrowej Odpowiedzialności Biznesu , Czy sztuczna inteligencja wygra z człowiekiem?, 2019.

Dane z II kwartału 2020: Polacy wystraszyli się pandemii. Zarejestrowano dużo mniej pojazdów niż rok wcześniej

0

Ponad 328 tys. pojazdów zostało zarejestrowanych w Polsce w drugim kwartale 2020 roku. Jak wynika z danych przekazanych przez Ministerstwo Cyfryzacji, to o blisko 200 tys. mniej niż w analogicznym okresie ub.r. Analizując tegoroczne statystyki za kwiecień-czerwiec, co miesiąc następował wzrost liczby takich działań. Natomiast w 2019 roku sytuacja była odwrotna. Ostatnio zarejestrowano ponad 197 tysięcy pojazdów używanych i blisko 131 tysięcy nowych. W pierwszej grupie najwyższy wynik osiągnęło województwo wielkopolskie – przeszło 27 tysięcy, a w drugiej – mazowieckie – ponad 34 tysiące.

Jak informuje Ministerstwo Cyfryzacji, w drugim kwartale br. zarejestrowano 328 287 pojazdów. Zdecydowanie najmniej takich przypadków było w kwietniu – 67 159. Później już było coraz więcej, w maju – 111 529, a w czerwcu – 149 599. W porównaniu z analogicznym okresem 2019 roku, nastąpiły spore spadki. Wtedy łącznie zarejestrowano 524 057 pojazdów, a wyniki w kolejnych miesiącach wyniosły odpowiednio 185 272, 177 250 oraz 161 535.

– Oczywiście podstawową przyczyną spadków jest pandemia. Samochód nie należy do artykułów pierwszej potrzeby. Jeżeli na horyzoncie dostrzegamy ryzyko choroby lub utraty pracy, to zdecydowana większość z nas nie myśli o zakupie czy zmianie auta. Skupiamy się na tym, co się będzie działo dalej – komentuje Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

197 424 pojazdy używane zostały zarejestrowane od kwietnia do końca czerwca br. Natomiast w drugim kwartale ub.r. liczba ta wyniosła 306 402. Porównując dane z analizowanych okresów, widzimy, że najwyższy wynik tegoroczny (88 279 – czerwiec) jest niższy od najgorszego ubiegłorocznego (91 396 – czerwiec).

– W Polsce samochody używane, delikatnie mówiąc, na ogół nie są najnowsze. W związku z tym kosztują stosunkowo niedużo w porównaniu z nowymi, średnio 20 tysięcy złotych lub nieco więcej. I tu można powiedzieć, że klienci reagują na ten wydatek. Część osób zapewne kupiło auto tańsze niż pierwotnie zakładało – mówi prezes PZPM.

Biorąc pod uwagę tylko nowe pojazdy, w drugim kwartale br. zarejestrowano ich 130 863. To mniej niż od kwietnia do końca czerwca 2019 roku, kiedy do statystyk wpisano 217 655 nieużywanych aut. Analizując dane z tych okresów, dostrzegamy, że najwyższy tegoroczny wynik (61 320 – czerwiec) jest niższy od najgorszego ubiegłorocznego (70 139 – czerwiec).

– Pojawiają się informacje o możliwości wzrostu cen nowych pojazdów. Wciąż jednak dostępna jest oferta wyprzedażową i w tym przypadku wartości nie są zmieniane. Spadki sprzedaży wynikają głównie z powodu zamknięcia salonów, zastopowania produkcji czy ograniczenia ruchu ludzi. Kiedy wszyscy zostaliśmy zamknięci w domach, nikt nie szedł kupować aut. Dzisiaj sytuacja się powoli odwraca. Trend, który obserwujemy, można oceniać jako pozytywny – podkreśla Wojciech Drzewiecki, prezes Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego SAMAR.

Jak zaznacza Jakub Faryś, w przypadku nowych samochodów po prostu większość klientów indywidualnych odkłada decyzję o zakupie. Ekspert obawia się, że w ten sam sposób będą postępować firmy, a one stanowią zdecydowaną większość rynku w Polsce. A jeśli znacznie spadnie sprzedaż pojazdów do przedsiębiorstw, to sytuacja zrobi się naprawdę bardzo kiepska.

– Spadki są zdecydowanie mniejsze od tych pierwotnie prognozowanych. Rzeczywiście, niektórzy przedsiębiorcy zrezygnowali z nowych zamówień. Część firm w okresie lockdownu wydłużyła okresy finansowania, aby ograniczyć przyszłe koszty– zaznacza prezes Drzewiecki.

W drugim kwartale tego roku najwięcej pojazdów używanych zostało zarejestrowanych w województwie wielkopolskim – 27 376 (w analogicznym okresie 2019 roku – 38 742). Dalej było woj. mazowieckie – 25 272 (37 748), a za nim – śląskie – 17 427 (30 178). Natomiast najmniej ww. przypadków odnotowano w opolskim – 4 672 (7 433), warmińsko-mazurskim – 6 158 (10 156) i podlaskim – 6 439 (9 654).

– Wielkopolska, Mazowsze i Śląsk to największe i najbogatsze województwa w kraju. Siłą rzeczy to tu rejestruje się najwięcej samochodów zarówno sprowadzonych z zagranicy, jak i nowych. Liczba mieszkańców i ich kondycja finansowa to istotne czynniki wpływające na poziom rejestracji – wyjaśnia prezes SAMAR-u.

Natomiast w drugim kwartale br. najwięcej nowych pojazdów zarejestrowano w województwie mazowieckim – 34 180 (w analogicznym okresie 2019 roku – 63 193). Następne w zestawieniu jest śląskie – 13 819 (24 174), a za nim – wielkopolskie – 13 719 (23 514). Z kolei na drugim końcu znajduje się świętokrzyskie – 2 296 (3 475), opolskie – 2 451 (3 556) oraz lubuskie – 2 686 (4 163).

– Większość samochodów firmowych to auta wynajmowane albo leasingowane. Rejestrowane są tam, gdzie znajduje się centrala banku czy firmy leasingowej. Większość tych podmiotów ma siedziby w dużych miastach, w szczególności w Warszawie, we Wrocławiu, w Poznaniu, Krakowie. I tam też notuje się najwięcej rejestracji pojazdów. Województwo świętokrzyskie ma stosunkowo niewielu mieszkańców, jest tam niedużo przedsiębiorstw, a to przekłada się na analizowane statystyki – wyjaśnia Wojciech Drzewiecki.

Jak stwierdza prezes Faryś, generalnie sytuacja w Polsce nie wygląda tak źle w porównaniu z innymi państwami Europy. Przykładowo, w Wielkiej Brytanii czasowo były zamknięte salony samochodowe. Tam też skala zachorowań jest znacznie większa, a to przekłada się również na decyzje konsumenckie. Ekspert podkreśla, że pewne sektory naszej gospodarki zaczynają się odbijać. A po lockdownie Polacy za wszelką cenę, jak widać chcą jak najszybciej wrócić do normalności. I tym przejawem jest też chęć zakupu samochodu.

Rafał Albin nowym Dyrektorem Marketingu i Operacji w polskim oddziale Microsoft

0

Rafał Albin dołączył do Zarządu Microsoft w Polsce w roli Dyrektora odpowiedzialnego za Marketing i Operacje (Marketing & Operations Lead) w sierpniu 2020.

Przed objęciem tej funkcji, jako CEE Enterprise Channel Management Lead, wspierał proces transformacji cyfrowej klientów Microsoft w ramach kanału partnerskiego w tym regionie.

Od 2016 roku był odpowiedzialny za sprzedaż rozwiązań konsumenckich oraz produktów dla sektora SOHO/SMB na terenie Polski oraz Rumunii. Będąc Członkiem Zarządu polskiego oddziału Microsoft należał również do kierownictwa działu Consumer and Devices Sale w regionie CEE. Wcześniej od kwietnia 2013 roku kierował zespołem Nowych Technologii (Developer Experience) odpowiedzialnym za wprowadzanie na rynek najnowszych technologii Microsoft oraz transformację i rozwój współpracy ze środowiskami developerskimi i firmami ISV. Jest związany z polskim oddziałem Microsoft od 2009 roku, kiedy objął stanowisko kierownika grupy produktowej Windows.

Wcześniej przez wiele lat związany był z rynkiem dystrybucyjnym zajmując szereg stanowisk głównie w AB S.A., a po połączeniu z ATC – wiodącym dystrybutorem sprzętu komputerowego w Czechach i Słowacji – był członkiem rady nadzorczej holdingu odpowiedzialnym za proces łączenia obu firm. Prowadził także własną firmę dostarczającą i wdrażającą oprogramowanie oraz usługi IT przedsiębiorstwom z sektora MŚP. Jest absolwentem Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu oraz Politechniki Wrocławskiej.

Sezon letnich burz – sytuacja na rynku walutowym

Za nami półmetek sezonu wakacyjnego. Na lipiec często przeciągają się sprawy z poprzednich miesięcy (patrz: fundusz naprawczy UE) lub jest to okres gorący z uwagi na publikowane wyniki kwartalne. W tym roku miesiąc ten przyjdzie do historii głównie za sprawą, rekordowego, najsilniejszego od dekady osłabienia dolara.

Dopiero kalendarz na sierpień wydaje się na tyle niezagospodarowany w istotne wydarzenia, że pozwala zaplanować spokojny urlop. M.in. w stan uśpienia przechodzi europejska polityka. Rzeczywistość często bywa jednak, a zaskakujące wydarzenia sieją spustoszenie na rynkach w warunkach obniżonej płynności.

W zeszłym roku wstrząsy wywołało zaostrzenie wojny handlowej USA-Chiny, w tydzień wymazując dwumiesięczny rajd S&P500 (ponad 8 proc.). W 2018 r. kryzys walutowy w Turcji zrodził presję na aktywa rynków wschodzących i europejskie banki zaangażowane w regionie. W 2015 r. globalne perturbacje zapewniła decyzja Ludowego Banku Chin o dewaluacji juana o prawie 2 proc. Kilka dni później na sesji 24 sierpnia Dow Jones stracił 1100 pkt. w pierwszych pięciu minutach handlu. Z kolei w 2011 r. sierpień zapisał się w historii jako miesiąc, w którym USA utraciły rating AAA od agencji S&P. Przykłady takich letnich turbulencji na rynkach można mnożyć.

Oczywiście takie „niespodzianki” nie trafiają się w każdym roku. Czasami rynki są zbyt zmęczone wydarzeniami poprzednich miesięcy, jak choćby w 2016 r., kiedy sierpień był miesiącem oddechu po referendum brexitu. Gorzej, jeśli w miesiąc wchodzimy w relatywnie dobrych nastrojach rynkowych i mocno rozwiniętym rajdem aktywów. Od końca czerwca S&P500 notuje dwucyfrową stopę zwrotu, rynek technologiczny jest najwyżej w historii. Cena złota wzrosła w miesiąc o 200 USD, a srebro podrożało o 35 proc. Jak już pisaliśmy, dolar osłabił się o prawie 5 proc. i zaliczył najgorszy miesiąc do dekady. Ruchy są pokaźne i nie będzie niczym nienaturalnym, jeśli po nich przyjdzie korekta.

Gdzie mogą się czaić potencjalne ryzyka? Np. propozycja prezydenta Trumpa o przełożeniu terminu wyborów jest niebezpiecznym zwrotem w kampanii, który może podnieść głosy kwestionujące przyszłość demokracji w USA. Wydaje się to jednak mało realne ze względu na złożoność tego procesu. Jednocześnie nad krajem wisi ryzyko kolejnego wstrząsu ekonomicznego, jeśli szybko nie uruchomiony zostanie nowy pakiet fiskalny. I to wszystko na tle ożywionej dyskusji o bliźniaczym deficycie USA.

Co na powierzchni wygląda przede wszystkim jako problemy dolara, to istnieje cienka granica między słabością USD wynikającą ze złej kondycji USA na tle względnie silniejszej reszty świata, a kiedy problemy USA zaczynają zarażać globalne środowisko, temperując apetyt na ryzyko. Gdy ta druga narracja zacznie przeważać, relatywne dyskonto w wycenie USD zacznie się kurczyć, a wysoka premia walut ryzykownych i innych aktywów przestanie być uzasadniona.

Na starcie sierpnia widać próby umacniania dolara, ale na razie nie są one przekonujące. Wynika to z silnego rynku akcji: w ostatnim czasie losy dolara są ewidentnie powiązane z apetytem na ryzyko a ten znów się nasilił. Potwierdza to fakt, że słabo radzą sobie inne bezpieczne przystanie na rynku walutowym, czyli jen i frank szwajcarski. Zakładamy, że najwięcej pola do przeceny mają obecnie waluty Antypodów i emerging markets. Niski poziom realnych stóp procentowych będzie skutkował znaczną chimerycznością EUR/PLN, ale preferowanym przez nas wehikułem jest długa pozycja w EUR/HUF. EUR/USD powinien pozostawać pod ostatnimi szczytami, ale jednocześnie spadek pod 1,17 na dzisiejszej sesji jawi się jako mało prawdopodobny.

Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers S.A.

Aktywność inwestorów na rynkach Grupy GPW – lipiec 2020 r.

0
  • Wzrost wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń[1] na Głównym Rynku o 40,6% rdr do 23,4 mld zł
  • Wzrost wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect o 2471,6% do 2277,9 mln zł
  • Wzrost wolumenu obrotu instrumentami pochodnymi o 20,4% rdr do poziomu 618,6 tys. szt.
  • Wzrost łącznego obrotu produktami strukturyzowanymi o 98,7% rdr do 234,5 mln zł
  • Wzrost łącznego obrotu ETF-ami o 249,2% rdr do 40,4 mln zł
  • Wzrost wartości obrotu obligacjami nieskarbowych na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń o 14,8% do poziomu 272,3 mln zł
  • Wzrost łącznego wolumenu obrotu energią elektryczną o 9,9% do poziomu 19,0 TWh
  • Spadek łącznego wolumenu obrotu gazem ziemnym o 1,0% rdr do 12,7 TWh

W lipcu 2020 r. łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku GPW wyniosła 23,7 mld zł, czyli o 41,4% więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wzrosła o 40,6% rdr do poziomu 23,4 mld zł. Średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wyniosła 1,017 mld zł, o 40,6% więcej niż rok wcześniej. Wartość indeksu WIG na koniec lipca wyniosła 50 468,16 pkt i była o 15,4% niższa niż przed rokiem.

Na rynku NewConnect w lipcu odnotowano wzrost łącznej wartości obrotu akcjami o 2277,1% rdr do poziomu 2336,7 mln zł. Wartość obrotów akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect wzrosła o 2471,6% rdr i wyniosła 2277,9 mln zł.

Łączny wolumen obrotu instrumentami pochodnymi w lipcu wyniósł 618,6 tys. szt., czyli o 20,4% więcej niż rok wcześniej. Wolumen obrotu kontraktami na indeksy wzrósł o 21,3% rdr do poziomu 323,7 tys. szt., wolumen obrotu kontraktami na akcje wzrósł o 24,4% rdr do 155,2 tys. szt., wolumen obrotu kontraktami na waluty wzrósł o 12,5% rdr do 122,8 tys. szt., a wolumen obrotu opcjami wzrósł o 31,5% rdr do 16,9 tys. szt.

W lipcu zanotowano wzrost wartości obrotu produktami strukturyzowanymi o 98,7% rdr do poziomu 234,5 mln zł oraz wzrost obrotów ETF-ami o 249,2% rdr do 40,4 mln zł.

Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji nieskarbowych wyniosła na koniec lipca 94,3 mld zł wobec 88,9 mld zł w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wartość obrotu obligacjami nieskarbowymi na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń wzrosła o 14,8% rdr do poziomu 272,3 mln zł.

Łączna wartość obrotu obligacjami na TBSP wyniosła w lipcu 6,9 mld zł wobec 19,5 mld zł rok wcześniej, co oznacza spadek o 64,6% rdr.

Łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym wyniósł w lipcu 19,0 TWh, co oznacza wzrost o 9,9% rdr. Wolumen obrotu energią elektryczną na rynku spot wzrósł o 3,6% rdr do poziomu 2,9 TWh. Na rynku forward wolumen wzrósł o 11,1% rdr do poziomu 16,1 TWh.

Łączny wolumen obrotu gazem ziemnym spadł w lipcu o 1,0% rdr do 12,7 TWh. Na rynku spot wolumen obrotu wzrósł o 105,3% do poziomu 1,4 TWh. Na rynku terminowym odnotowano spadek o 6,9% rdr do poziomu 11,3 TWh.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia, z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)[2], na rynku spot wyniósł w lipcu 1,9 TWh, co oznacza spadek o 20,5% rdr.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) spadł w lipcu do poziomu 6,6 ktoe[3] wobec 67,8 ktoe rok wcześniej.

Obrót Gwarancjami Pochodzenia dla energii elektrycznej wytworzonej w OZE spadł o 1,3% rdr, do wolumenu 2,0 TWh.

Kapitalizacja 389 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku na koniec lipca wyniosła 481 mld zł (109,1 mld EUR).

Łączna kapitalizacja 437 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na Głównym Rynku sięgnęła 836,9 mld zł (189,9 mld EUR).

Na Głównym Rynku GPW w lipcu zadebiutowała spółka Gaming Factory, której wartość oferty wyniosła 21,3 mln zł.

Na rynku NewConnect w lipcu zadebiutowały akcje spółki Ovid Works.

W ubiegłym miesiącu na GPW odbyło się 23 sesji giełdowych, tyle samo, co rok wcześniej.

[1] transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych

[2] świadectwa pochodzenia związane z efektywnością energetyczną (tzw. białe certyfikaty) są wystawiane, notowane i rozliczane w innych jednostkach metrycznych niż pozostałe świadectwa na TGE (toe – tona oleju ekwiwalentnego; energetyczny równoważnik jednej metrycznej tony ropy naftowej o wartości opałowej równej 10.000 kcal/kg)

[3] ktoe = 1000 toe, Mtoe = 1000 000 toea

BIK: monitoring popytu i podaży kredytów dla mikroprzedsiębiorców po I półroczu 2020 r.

0

Według danych BIK, wartość portfela kredytów mikroprzedsiębiorców na 30 czerwca 2020 r. wyniosła 69,7 mld zł i była wyższa o 1,2 mld zł (1,8%) w porównaniu do analogicznego półrocza 2019 r. Jednak pierwsze sześć miesięcy 2020 r. pod wpływem infekcji wirusa COVID-19, zakończyło się ujemnym odczytem dynamiki sprzedaży wszystkich produktów kredytowych. Kredytów obrotowych banki udzieliły na kwotę niższą o 27,5% a inwestycyjnych o 42,6% w porównaniu do pierwszego półrocza 2019 r.

Ogólna charakterystyka rynku kredytów dla mikroprzedsiębiorców

Z powodu pandemii COVID-19 oraz jej bezpośrednich i pośrednich skutków oraz podjętych działań, załamało się wiele dziedzin gospodarki. Szczególnie lockdown wpłynął na branże usługowe, tradycyjny handel, turystykę, hotelarstwo i gastronomię oraz transport. Lepiej radził sobie sektor budowlany. Oczywistym jest więc, że wirus musiał odcisnąć swoje piętno także na rynku kredytów dla mikroprzedsiębiorców, zainfekował go gwałtownie po 15 marca 2020 r., dyktując nową rzeczywistość.

BIK jest instytucją gromadzącą informacje kredytowe, raportowane dwa razy w tygodniu przez banki komercyjne, banki spółdzielcze, które dotyczą finansowania klientów indywidualnych i firm. Baza BIK zawiera informacje o 147 mln rachunków należących do 25 mln klientów indywidualnych oraz o 1,4 mln firm, w tym o 841 tys. mikroprzedsiębiorców prowadzących działalność gospodarczą. Dzięki danym i analizom, dotyczącym wartości, jak i liczby klientów, na podstawie zapytań w procesie ubiegania się o kredyt we wszystkich obszarach finansowania, BIK na bieżąco mierzy zarówno poziom popytu na finansowanie zgłaszane przez mikroprzedsiębiorców (zapytania o kredyty), jak i wynikającą z niego akcję kredytową (wartość udzielanych kredytów).

Podejmując się oceny pierwszego półrocza 2020 r. w zakresie rynku kredytów dla mikroprzedsiębiorców, należy wziąć pod uwagę wyjątkowość i nieprzewidywalność sytuacji, z jaką mieliśmy w tym okresie do czynienia. Pandemia gwałtownie i symetrycznie wpłynęła na zamrożenie (lockdown) całej gospodarki, zarówno jej części popytowej, jak i podażowej. Okres odmrażania gospodarki (defrosting) jednak przyjął charakter fazowy, niesymetryczny zarówno geograficznie, jak i branżowo. Ta różnica w różnym tempie przekładała się na odbudowę popytu i podaży kredytów dla mikroprzedsiębiorców.

Analizując rynek kredytów dla mikroprzedsiębiorców w pierwszym półroczu br., wyróżnić należy cztery okresy: miesiące przedpandemiczne (styczeń – luty), częściowo pandemiczne (pierwsza połowa marca), pełne miesiące pandemiczne z symetrycznym lockdownem (druga połowa marca oraz kwiecień), miesiące częściowo postpandemiczne z symetrycznym odmrażaniem gospodarki (maj, czerwiec). BIK dokonał więc oddzielnej analizy trendów popytowych, opartych na zapytaniach o poszczególne rodzaje kredytów oraz trendów podażowych, kształtujących wartość udzielanych kredytów, oraz jakość kredytów dla mikroprzedsiębiorców w tych okresach. 

W handlu najmniejszy spadek popytu na kredyty

Liczba zapytań kredytowych z banków do BIK o mikroprzedsiębiorców wyniosła w I półroczu 2020 r. niecałe 156 tys. wobec 201 tys. w analogicznym okresie 2019 roku, co oznacza spadek o 23% r/r.

W podziale na branże, najmniejszy spadek zapytań wystąpił w przypadku mikroprzedsiębiorców działających w handlu (-22%). W budownictwie w I półroczu br. było 24% mniej niż rok temu, w sektorze produkcyjnym nastąpił spadek o 25%, a w usługach o 28%.

Spadki zapytań o mikroprzedsiębiorców miały miejsce od początku 2020 roku – w styczniu było ich mniej o 10% niż w styczniu 2019 roku, a w lutym i pierwszej połowie marca nastąpił spadek o 6% r/r. Po wybuchu pandemii dynamika zapytań uległa wyraźnemu pogorszeniu – w II połowie marca nastąpił spadek o 30% r/r, a w kwietniu i maju pogłębił się on do -40% r/r (w usługach nawet -48%). W czerwcu sytuacja się poprawiła i spadek zapytań zmniejszył się do -21% r/r, w tym handel -17%, budownictwo -18%, produkcja -26%, usługi -30%. 

Negatywne trendy sprzedaży kredytów dla mikroprzedsiębiorców

Sprzedaż wszystkich rodzajów produktów kredytowych w I półroczu 2020 r. odnotowała ujemne odczyty. Na negatywne wyniki wpływ miały zarówno część popytowa, jak i podażowa.

W aspekcie popytowym, z uwagi na dużą niepewność, bardzo osłabiła się chęć do inwestowania z uwzględnieniem lewarowania (długu) wśród mikroprzedsiębiorców. Praktyczny brak możliwości prowadzenia działalności gospodarczej ograniczył z jednej strony zapotrzebowanie na kredyt obrotowy, a z drugiej strony brak możliwości generowania środków pieniężnych spowodował problemy z płynnością finansową. Płynność finansowa została w dużej części utrzymana dzięki dziesiątkom miliardów złotych wypłaconych bezpośrednio z tarczy antykryzysowej zarówno w postaci pożyczek, jak i systemu gwarancji zarządzanego przez BGK. Z kolei wpływ na podaż – dostępność do kredytów, miały niepewność, zwiększona ostrożność instytucji finansowych w procesie przyznawania finansowania, szczególnie najbardziej dotkniętym branżom, oraz podniesienie wymogów wobec potencjalnych kredytobiorców – mówi prof. Waldemar Rogowski, główny analityk BIK.

W pierwszym półroczu 2020 r. banki udzieliły 65,3 tys. kredytów mikroprzedsiębiorcom na łączną kwotę 7,89 mld zł. Przy czym w samym tylko pierwszym kwartale banki udzieliły 43,9 tys. kredytów na łączną kwotę 4,91 mld zł, czyli 67% w ujęciu liczbowym i 62% wartościowym. Co pokazuje ogromny spadek akcji kredytowej w drugim kwartale. Najgorszy był pod tym względem maj, w którym banki udzieliły jedynie 6 562 kredytów na kwotę 885 mln zł. Dla porównania, w najlepszym miesiącu pierwszego półrocza br., czyli w lutym, udzielono 16 045 kredytów na łączną kwotę 1,74 mld zł. Prawie 40% wartości udzielonych kredytów mikroprzedsiębiorcom (3,12 mld zł) to kredyty przyznane mikroprzedsiębiorcom z sektora usług. Firmy handlowe zaciągnęły kredyty na kwotę 2,15 mld zł (27% łącznej sprzedaży). Należy jednak zaznaczyć, że to właśnie firmom z tych sektorów w drugim kwartale ograniczono dostępność kredytów. W przypadku firm usługowych wartość udzielonych kredytów w drugim kwartale stanowiła jedynie 35,8% łącznej wartości udzielonych kredytów w całym półroczu. W przypadku firm handlowych to 37,8%, w firmach produkcyjnych relacja ta wyniosła 41,2%, a budowlanych 38,2%.

W ujęciu produktowym banki udzieliły w pierwszym półroczu 2020 r. 3,35 mld zł kredytów obrotowych, spadek o 27,5% w relacji do pierwszego półrocza 2019 r., z tego 1,35 mld zł w drugim kwartale – mniej r/r o 57,5%. Kredytów inwestycyjnych przyznano na kwotę 1,19 mld zł , tj. o 42,6% mniej niż w analogicznym okresie zeszłego roku. Przy czym w drugim kwartale spadek sięgnął aż 57,4%.

Pierwsze sygnały pogorszenia jakości spłat kredytów

Widzimy już pierwsze symptomy pogorszenia jakości portfela kredytów dla mikroprzedsiębiorców. Szczególnie jest to widoczne w ujęciu 12-miesięcznym. Jakość portfela mierzona BIK Indeksem Jakości pogorszyła się o 0,6 p.p. w ujęciu liczbowym w relacji do wartości z grudnia 2019 r. i na koniec czerwca wynosiła 5,1%. Jeszcze wyższą wartość uzyskał Indeks w ujęciu wartościowym – 6,7%, co oznacza wzrost w stosunku do grudnia 2019 r. o 1,6 p.p. Indeksy jakości sygnalizują już więc pogorszenie jakości portfela. Warto jednak przyjrzeć się, jaka jest jakość portfela kredytów dla mikroprzedsiębiorców w ujęciu branżowym.

W przypadku handlu BIK Indeks Jakości wynosi 6,9% wartościowo oraz 5,3% liczbowo, dla usług 7,6% wartościowo oraz 5,5% liczbowo, a dla produkcji 4,9% liczbowo oraz 6% wartościowo. Na tym tle dobrze wypada budownictwo, w przypadku którego Indeks w ujęciu liczbowym wynosi 4,1%, a wartościowym 4,2%.

Analizując szkodowość kredytów dla mikroprzedsiębiorców według klasycznej miary NPL w ujęciu produktowym, wartościowo wynosi dla: kredytów obrotowych 22,9%, inwestycyjnych 15,5%, a w rachunku bieżącym 13,4%. I odpowiednio w ujęciu ilościowym: 20,8% dla kredytów obrotowych, 19,7% dla inwestycyjnych oraz 9,1% w rachunku bieżącym.

Pełny negatywny wpływ lockdownu na jakość kredytów dla mikroprzedsiębiorców będzie widoczny na koniec roku i w pierwszych miesiącach 2021 r. Należy bowiem pamiętać, że część kredytobiorców skorzystała z bankowej pomocy i zawiesiła spłatę rat kredytowych, a Indeks obejmuje opóźnienia powyżej 90 dni, które będą widoczne dopiero w przyszłości, gdy skończy się okres zawieszenia – tłumaczy główny analityk BIK.

Złoto kontynuuje wzrosty

0

tabela zloto

Łagodna polityka monetarna USA oraz możliwy scenariusz opóźnienia wyborów prezydenckich w USA wspierają „bezpiecznie przystanie”. Na spotkaniu w ostatnim tygodniu amerykańska Rezerwa Federalna utrzymała główną stopę procentową na dotychczasowym poziomie 0,00-0,25% i prawdopodobnie pozostanie na tym poziomie dopóki gospodarka nie otrząśnie się po pandemii koronawirusa. Według zapowiedzi Fed, program skupu aktywów na rynkach finansowych będzie kontynuowany przynajmniej w obecnym tempie. W komunikacie oraz podczas konferencji, Jeremy Powell stwierdził między innym, że odnotowano spowolnienie odbudowy gospodarki w ostatnim okresie, które wynika z nasilenia się pandemii w USA. Dodał ponadto, że pomimo radykalnego złagodzenia polityki pieniężnej, Fed posiada jeszcze inne narzędzia dla wsparcia gospodarki.

Dodatkowym zastrzykiem nerwowości okazały się komentarze Donalda Trumpa dotyczące możliwości opóźnienia wyborów prezydenckich w USA. To dodatkowo wzmocniło zainteresowanie „bezpiecznymi przystaniami” – jednak z wyłączeniem dolara. Powyższe okazało się wydajnym paliwem dla złota, które jest już bardzo blisko poprzeczki – 2000 USD za uncję.

Ze wzrostu cen żółtego metalu skorzystały fundusze Superfund SFIO GoldFund oraz Superfund SFIO GoldFuture, zyskując w ciągu tygodnia odpowiednio 2,75% oraz 1,97%.

Na koniec ubiegłego tygodnia GPW w Warszawie zanotowała osłabienie. Indeks szerokiego rynku WIG stracił na wartości w ciągu tygodnia 2,33%. Notowania największych spółek (tworzących indeks WIG20) zaliczyły spadek o 2,36%. Indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień następująco: sWIG80 osłabił się o 1,99%, z kolei mWIG40 zniżkował o 2,26%.

W nadchodzącym tygodniu uwaga inwestorów będzie skupiona na danych i wiadomościach z USA. We wtorek (04.08.2020) zostaną opublikowane dane o zamówieniach na dobra trwałego użytku. W środę (05.05.2020) poznamy raport ADP, bilans handlu zagranicznego, odczyty indeksów PMI oraz ISM dla usług, indeks zatrudnienia oraz indeks cen płaconych. W czwartek (06.08.2020) poznamy dane o liczbę nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. W piątek (17.07.2020) nadejdzie kolej na dane z rynku pracy w USA, w tym tak ważne odczyty jak zmiana zatrudnienia w sektorze pozarolniczym oraz stopę bezrobocia.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

UE musi uznać fotowoltaikę za sektor strategiczny. Inaczej nie ma szans, żeby dogonić w produkcji Chiny

Zdecydowana większość, bo aż 97 proc. światowej produkcji modułów fotowoltaicznych, odbywa się poza Europą, z czego za 2/3 odpowiadają Chiny. Mimo to Stary Kontynent wciąż ma potencjał, aby zbudować silny przemysł słoneczny. Wymaga to jednak większego wsparcia finansowego i regulacyjnego ze strony UE oraz uznania fotowoltaiki za sektor o znaczeniu strategicznym – wskazuje koalicja Solar Energy Now, w której uczestniczą również polskie instytucje i firmy z branży PV.

– Europejski Zielony Ład wspomaga rozwój fotowoltaiki. Patrząc na sztandarowe postulaty, które mu przyświecają – jak promocja odnawialnych źródeł energii, budowanie zeroemisyjnego przemysłu i biznesu, który ma w swojej istocie zrównoważone oddziaływanie na środowisko – to fotowoltaika idealnie wpisuje się w każdy z tych elementów i może się przyczynić się do realizacji tych postulatów – mówi agencji Newseria Biznes Michał Skorupa, prezes Foton Technik, spółki z Grupy innogy.

Roczne obroty branży fotowoltaicznej w Europie są w tej chwili szacowane na ok. 5 mld euro. W maju blisko setka firm i instytucji z 15 krajów zawiązała koalicję Solar Europe Now, której celem jest wsparcie i budowa europejskiego przemysłu PV. Koalicja zaapelowała do instytucji UE o większe wsparcie regulacyjne i finansowe dla fotowoltaiki m.in. w zakresie badań, innowacji i wdrażania nowych technologii, argumentując, że sektor PV wpisuje się w Zielony Ład i może istotnie przyczynić się do realizacji unijnej polityki klimatycznej.

– Rozwój i popularyzacja tej technologii – jak i każdej innej – są uzależnione od środków finansowych. Stąd każde środki, które Unia Europejska czy rządy przeznaczają na rozwój tego typu przedsięwzięć, są dobrą inicjatywą. Jednak budżety na promocję tej technologii nie mogą być oderwane od legislacji, która powinna równolegle je wspierać – mówi Michał Skorupa.

Wśród setki podmiotów uczestniczących w koailcji Solar Europe Now są też polscy producenci modułów fotowoltaicznych: Bruk-Bet Solar, ML System, Saule Technologies, Hanplast i X-Disc. W inicjatywę zaangażowały się również Politechnika Warszawska oraz Instytut Energetyki Odnawialnej.

– Inicjatywa spotyka się z pozytywnym oddźwiękiem, ponieważ promuje rozwój tego rynku bardziej w skali makro, czyli nie z perspektywy pojedynczych krajów członkowskich, ale całego rynku europejskiego. Cieszy to tym bardziej, że partycypują w niej również polskie podmioty – mówi prezes Foton Technik.

Jak wynika z opublikowanego w maju raportu Solar Europe Now fotowoltaika pokrywa w tej chwili ok. 3 proc. całkowitego zapotrzebowania na energię w UE przy szacowanym potencjale sięgającym 15 proc. przed 2030 rokiem. Tymczasem – choć jeszcze w 2007 roku Europa odpowiadała za 30 proc. globalnej produkcji modułów PV – w tej chwili jej udział spadł do 3 proc. Około 2/3 światowej produkcji przypada natomiast na Chiny.

Mimo przewag chińskich producentów wciąż jednak możliwa jest budowa w Europie prężnego przemysłu produkującego ogniwa i moduły fotowoltaiczne – podkreśla Solar Europe Now, wskazując, że w całym łańcuchu dostaw mogłoby to zapewnić ok. 100 tys. nowych miejsc pracy. Aby było to możliwe, UE musi jednak uznać fotowoltaikę za sektor strategiczny.

– Jeżeli rynek europejski faktycznie ma być dobrą przeciwwagą dla Chin, które są dzisiaj głównym producentem, to musimy myśleć przynajmniej o około 10 GW mocy zainstalowanych linii produkcyjnych rocznie, żeby osiągnąć ten cel i żeby rynek ten rzeczywiście był w stanie konkurować z azjatyckim – mówi Michał Skorupa.

Co istotne, Polska jest jednym z najszybciej rozwijających się rynków PV w Europie. Jak wynika z opublikowanego w czerwcu raportu IEO „Rynek fotowoltaiki w Polsce 2020”, ta branża rozwija się najszybciej spośród wszystkich sektorów OZE. Łączna moc zainstalowana w źródłach fotowoltaicznych na koniec ubiegłego roku wynosiła prawie 1500 MW, a już w maju br. przekroczyła 1950 MW. Według prognoz IEO Polska utrzyma się w tym roku na piątym miejscu w UE pod względem rocznego przyrostu mocy zainstalowanych, które sięgną ok. 2,5 GW. Obroty na rynku fotowoltaiki wzrosną w tym roku nawet o 25 proc. i przekroczą 5 mld zł.

Pandemia może negatywnie wpłynąć na realizację pracowniczych planów kapitałowych. W Polsce brakuje zaufania do systemu emerytalnego

W pierwszym etapie do pracowniczych planów kapitałowych przystąpiło w sumie 39 proc. pracowników firm zatrudniających co najmniej 250 osób.  – Wskaźnik partycypacji wśród osób do 50. roku życia wyniósł około 50 proc., a mógłby być jednak wyższy – mówi Małgorzata Rusewicz, prezes Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami oraz Izby Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych. Takiego zdania jest też zdecydowana większość przedstawicieli instytucji prowadzących PPK. Problemem jest brak zaufania pracowników do systemu emerytalnego i rynku kapitałowego. Sytuacja gospodarcza wywołana pandemią koronawirusa może negatywnie wpłynąć na realizację drugiego i trzeciego etapu wdrażania PPK.

– Liczyliśmy na to, że partycypacja w pierwszym etapie programu PPK będzie trochę wyższa, natomiast istnieje szansa, aby w kolejnych latach wzrosła. Możliwe, że Polacy oczekują również kampanii społecznej w tym zakresie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Małgorzata Rusewicz.

Z badań przeprowadzonych przez obie izby wynika, że według prawie 67 proc. przedstawicieli instytucji finansowych poziom partycypacji mógł być bardziej satysfakcjonujący. Na odpowiedź „raczej nie” wskazało tylko 13,3 proc. respondentów.

Dwie trzecie badanych wskazuje, że pomogłaby duża kampania informacyjna ze strony rządu, a ponad połowa – że to pracodawcy powinni się bardziej zaangażować w promowanie PPK. Kolejne rozwiązania, jakie zdaniem instytucji finansowych warto wdrożyć w kolejnych etapach, to zwiększenie ulg podatkowych dla uczestników PPK (53,3 proc.), dopracowanie legislacji i jasne wytyczne (46,7 proc.) oraz większe wsparcie rządu dla pracodawców (26,7 proc.).

– Kolejnym aspektem są szkolenia dla pracowników, które pokażą im potencjał związany z tym projektem i pomogą zrozumieć, w jaki sposób ten program działa. Czynnikiem długofalowym będzie natomiast zwiększenie poziomu edukacji finansowej dotyczącej również długoterminowych oszczędności – mówi  prezes IZFiA i IGTE.

Główne wyzwanie to jednak ustabilizowanie sytuacji w systemie emerytalnym i przywrócenie społeczeństwu zaufania do niego. Jak podkreśla ekspertka, w ostatnich 10 latach zachodziły w nim zmiany, które dotyczyły jego trwałości, stabilności i transparentności, więc Polacy obawiają się kolejnych.

– Jednym ze sposobów na odbudowanie tego zaufania miało być właśnie wprowadzenie pracowniczych planów kapitałowych, drugim – przekształcenie otwartych funduszy emerytalnych i udostępnienie w formule prywatnej tych aktywów. Jednak zbudowanie w świadomości ludzi potrzeby długoterminowego oszczędzania jest niezwykle ważne i powinno się wiązać nie tylko ze zmianami systemu emerytalnego, ale także z edukacją finansową – zaznacza Małgorzata Rusewicz.

Osoby, które oszczędzają w ramach pracowniczych planów kapitałowych, po pewnym czasie zaczną odczuwać pozytywne skutki tej decyzji. Już dzisiaj widać, że fundusze oferujące PPK przynoszą bardzo korzystne stopy zwrotu.

– Żyjemy w czasach niskich stóp procentowych i w związku z tym korzyści z PPK będą jeszcze bardziej zauważalne. Mam nadzieję, że będzie to na tyle wystarczające i zachęcające, aby nakłonić tych, którzy dotąd się nie zdecydowali, do uczestnictwa w tym programie – dodaje prezes.

Na razie obowiązek wprowadzenia PPK objął największe firmy, zatrudniające co najmniej 250 osób (od 1 lipca 2019 roku). Z uwagi na pandemię koronawirusa rząd przesunął wdrożenie kolejnego etapu o pół roku – tym razem dla firm średnich, zatrudniających co najmniej 50 osób. Przedsiębiorcy, którzy nie zdążyli zawrzeć umowy o zarządzanie PPK z wybraną instytucją finansową między styczniem a marcem br., mają na to czas do 27 października, a na zawarcie umowy o prowadzenie PPK – do 10 listopada. Są to terminy, które obowiązują też kolejną grupę przedsiębiorców – zatrudniających co najmniej 20 osób. Od stycznia przyszłego roku obowiązek ten będzie dotyczyć także pozostałych podmiotów i jednostek sektora finansów publicznych.

– Przesunięcie kolejnego etapu wdrażania PPK co do zasady nie ma wpływu na przebieg całego procesu. Jednak istotne są okoliczności, z którymi mamy obecnie do czynienia, czyli stan pandemii – ocenia Małgorzata Rusewicz. – Problemy poszczególnych firm, nie tylko tych dużych, ale i średnich, a przede wszystkim mikroprzedsiębiorców, mogą rzutować na przebieg drugiego i trzeciego etapu. Trudno jest to jednoznacznie oszacować, ponieważ nie znamy całego spektrum problemów związanych z płynnością finansową poszczególnych przedsiębiorstw.

Nowe obowiązki dla użytkowników dronów. Powstanie spis urządzeń i ich właścicieli

Obecnie nad polskim niebem może latać nawet 250 tys. dronów. Wraz z popularyzacją tego typu urządzeń, które w zdecydowanej większości wyposażone są w kamery do rejestrowania obrazu, coraz poważniejsza staje się kwestia ochrony danych osobowych i prywatności. Od 31 grudnia tego roku mają w Polsce wejść w życie przepisy unijne, które znacząco wpłyną na sposób korzystania z dronów. Zostanie utworzony m.in. spis osób i instytucji posiadających drony wyposażone w urządzenia do rejestracji danych.

Drony zwykle wyposażone są w kamerę, co pozwala za ich pomocą rejestrować obraz. Ich właściciele mogą więc nie tylko podziwiać piękne widoki, lecz też zaglądać na prywatne posesje, podglądać prywatne osoby czy nawet wnętrza mieszkań. Nowe przepisy unijne, które pierwotnie miały wejść w życie w lipcu br., a ostatecznie zaczną obowiązywać od 31 grudnia 2020 roku, wprowadzą znaczące ograniczenia w swobodzie użytkowania dronów zarówno przez instytucje, jak i osoby prywatne.

– Każdy zainteresowany kupnem drona w obecnej rzeczywistości prawnej i planujący dokonać takiego zakupu musi się liczyć z tym, że od 31 grudnia wejdą w życie nowe przepisy, które będą regulować kwestię ich użytkowania zarówno w przestrzeni publicznej, jak i w przestrzeni użytkowanej przez osoby prywatne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Dariusz Wasiak, wykładowca w Wyższej Szkole Bankowej we Wrocławiu.

Nowe regulacje zakładają utworzenie spisu osób i instytucji posiadających drony, które wyposażone są m.in. w urządzenia do rejestracji danych (czyli kamery). Taki spis (rejestr) będzie zawierał dane identyfikujące zarówno drona, jak i jego operatora. Dane te będą przechowywane przez co najmniej trzy lata, najprawdopodobniej przez Polską Agencję Żeglugi Powietrznej, która już obecnie prowadzi taki rejestr na kanwie tzw. ustawy covidowej. Prowadzenie spisu ma na celu możliwość identyfikacji użytkowników przestrzeni powietrznej i zapewnienie bezpieczeństwa oraz nadzoru nad nią. Podobny rejestr funkcjonuje już m.in. w USA.

– Jedynym wyłączeniem z rejestracji jest dron zakwalifikowany jako zabawka, który waży nie więcej niż 250 g, nie ma rejestratorów danych oraz będzie wykonywał operacje w zasięgu wzroku operatora na terenie prywatnym czy też otwartym, gdzie nie ma zbiegowisk ludzi, a jego prędkość nie będzie większa niż 19 m/s, a także nie będzie latał wyżej niż 120 metrów nad poziomem ziemi – tłumaczy dr Dariusz Wasiak.

Jedną z największych zmian w nowych przepisach będzie brak podziału na loty o charakterze sportowym lub rekreacyjnym oraz na loty pozostałe. Dotychczasowe komercyjne wykorzystanie dronów, możliwe jedynie dla posiadaczy świadectwa kwalifikacji operatora bezzałogowego statku powietrznego UAVO, w większości przypadków stanie się ogólnodostępne.

Ustawodawca unijny dokonał za to podziału wykonywanych lotów na trzy kategorie: otwarte, szczególne i certyfikowane. Klasyfikacja będzie zależeć od ciężaru dronów, wieku ich użytkowników i ich kwalifikacji w zakresie sterowania nimi, a także rozpiętości wirników dronów i rodzaju operacji, które mogą być realizowane z ich wykorzystaniem.

– Kategoria certyfikowana obejmuje najcięższe, najtrudniejsze i najbardziej ryzykowne operacje, np. związane z transportowaniem osób, zwierząt lub materiałów niebezpiecznych. W kategorii otwartej umieszczono osoby prywatne, które mogą wykorzystywać drony do celów prywatnych – zarówno rekreacyjnych, jak i sportowych. Z kolei kategoria szczególna łączy wszystko to, co nie jest zawarte w pozostałych kategoriach – tłumaczy wykładowca wrocławskiej WSB.

W kategorii otwartej każdy posiadacz drona o wadze ponad 250 gramów będzie musiał przejść szkolenie online oraz zaliczyć test online. Urząd Lotnictwa Cywilnego chce udostępnić takie szkolenia na swojej stronie internetowej. Dla wszystkich użytkowników dronów cięższych niż 250 gramów stworzony zostanie również internetowy system obowiązkowej rejestracji. Wewnątrz kategorii otwartej zostanie dokonany dodatkowy podział na podkategorie i klasy.

– Jedynym dronem, którego posiadanie i wykorzystywanie nie będzie wymuszać przeprowadzenia szkoleń ani zgłaszania do właściwego organu, jest dron zaliczony do klasy C0, czyli tzw. zabawka, która ma ciężar nieprzekraczający 250 gramów i nie może być wyposażona w żadne urządzenia rejestrujące – wskazuje dr Dariusz Wasiak.

Także na Straż Miejską oraz inne podmioty i instytucje korzystające z dronów zostaną nałożone nowe obowiązki. Wynika to z faktu, że każdy posiadacz drona (nawet zabawki, ale wyposażonej w urządzenia rejestrujące dane) może zostać uznany za administratora danych osobowych w rozumieniu RODO.

– Dane osobowe to są wszelkie informacje, na podstawie których identyfikujemy lub możemy zidentyfikować konkretną osobę fizyczną. Nasz wizerunek jest też daną osobową. Trzeba o tym pamiętać przy wykorzystywaniu drona – podkreśla ekspert.

Niepewna przyszłość teatrów. Coraz większą popularnością cieszą się spektakle plenerowe i online

0

Zgodnie z wytycznymi GIS i resortu zdrowia teatry mogą grać przy maksymalnie 50 proc. zajętych miejsc na widowni, a publiczność jest zobowiązana do noszenia maseczek i podawania swoich danych osobowych w celu identyfikacji, w razie gdyby doszło do zakażenia. Placówki – dla których wpływy z biletów to główne źródło przychodów – liczą na zniesienie tych obostrzeń, ale decyzja zapadnie dopiero po wakacjach. Na razie dużą popularnością cieszą się spektakle plenerowe i online, dzięki którym teatry dotarły do szerszego grona widzów. W Ministerstwie Kultury trwają też prace nad uruchomieniem dla nich programu wsparcia, który zrekompensowałby im część strat finansowych.

– Odmrażanie trwa już jakiś czas, więc teatry zdążyły przystosować się do nowej sytuacji. W tej chwili szykują się do nowego sezonu, mając nadzieję, że zostanie zniesiony 50-proc. limit i jesienią będzie można już grać dla pełnej publiczności – mówi agencji Newseria Biznes Elżbieta Wrotnowska-Gmyz, dyrektor Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego. – Ministerstwo Zdrowia i Główny Inspektorat Sanitarny analizują nasze propozycje, ale z rozmów wynika, że wszystko będzie uzależnione od sytuacji epidemiologicznej w kraju. Ta decyzja zostanie podjęta po szczegółowych analizach, kiedy Polacy wrócą z wakacji.

Rząd zamknął kina i teatry w połowie marca na czas narodowej kwarantanny i obostrzeń związanych z rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-CoV-2. Spektakle zostały odwołane, a premiery przełożone. Od 6 czerwca teatry mogły wznowić działalność, ale przy zachowaniu ścisłego reżimu sanitarnego.

– Teatry w salach mogą grać przy 50 proc. publiczności, a ta ma obowiązek zasłaniania ust i nosa oraz wypełniania ankiety dotyczącej swojego stanu zdrowia. Może zostać też nałożony obowiązek mierzenia temperatury, ale to zależy od decyzji dyrektora teatru. Zarówno w foyer, jak i w czasie spektakli publiczność musi przebywać w maseczkach przez cały czas – wskazuje Elżbieta Wrotnowska-Gmyz.

Pod koniec lipca poluzowane zostały za to obostrzenia dotyczące spektakli plenerowych. Zniesiono limit publiczności do 150 osób. Spektakle na świeżym powietrzu mogą odbywać się przy większej widowni, o ile zostanie zachowane ograniczenie minimum 1,5 metra odległości i 5 mkw. na osobę.

– Dużym zainteresowaniem publiczności cieszą się właśnie formy plenerowe, spektakle grane na rynku np. w Zielonej Górze czy Białymstoku, koncerty organizowane przez Operę i Filharmonię Podlaską. W wielu miejscach odbywają się bądź szykują się imprezy plenerowe – mają one wielu widzów i ta oferta cieszy się wielką popularnością – podkreśla dyrektor Instytutu Teatralnego.

Jak zauważa, wiele teatrów wróciło już do normalnej pracy, ale ich doświadczenia z ostatnich tygodni pokazują, że zmieniły się nawyki publiczności. Mniej jest rezerwacji dokonywanych z wyprzedzeniem, a większość widzów przychodzi na spektakle ad hoc, podejmując decyzje w ostatniej chwili.

– Część osób dzwoni, sprawdza w biurach obsługi, upewnia się, czy to jest na pewno bezpieczne. Niektórzy rezygnują, inni przychodzą, ale dyrektorzy teatrów zauważają, że więcej jest tych widzów, którzy decyzję o przyjściu do teatru podejmują w ostatniej chwili – mówi Elżbieta Wrotnowska-Gmyz.

W wyniku obostrzeń związanych z COVID-19 wiele teatrów przeniosło także działalność do internetu, a widzowie mogli oglądać wybrane spektakle online. Ta forma okazała się sukcesem i pozwoliła dotrzeć do szerszego grona widzów. Dlatego też dyrektor Instytutu Teatralnego ocenia, że – nawet po pandemii – część teatrów utrzyma tę możliwość i będzie działać w modelu hybrydowym.

– Na koniec sezonu teatry bardzo chwaliły się swoimi zasięgami internetowymi i rekordami oglądalności. Mamy też sygnały, że publiczność domaga się, aby nie porzucać działalności online, nawet kiedy teatry wrócą do tradycyjnego grania – mówi. – Nikt nie zrezygnuje z tego, co udało się osiągnąć w czasie pandemii – czyli zdobyć zupełnie nowego widza, często spoza wielkich ośrodków, który za sprawą internetu miał dostęp do wartościowej oferty teatralnej. Teatry będą starały się wrócić do tradycyjnego grania, ale ten hybrydowy, mieszany model zostanie utrzymany.

Większość placówek teatralnych – dla których wpływy z biletów są główną częścią budżetu – dotkliwie odczuła też ekonomiczne skutki pandemii. Obok utraty przychodów, konieczności pokrywania kosztów stałych i opłacania wynagrodzeń dodatkowym obciążeniem okazały się wydatki związane m.in. z zapewnieniem środków dezynfekujących dla obsady, pracowników i widzów. W Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego trwają aktualnie prace nad uruchomieniem programu wsparcia dla teatrów, który zrekompensowałby im część strat finansowych.

– Te rozmowy są zaawansowane, zespół antykryzysowy opracował już szczegółowy program i model wyliczania tych strat. Działamy pod presją czasu, zdając sobie sprawę, że sprawa jest paląca w obliczu rozpoczynającego się za miesiąc nowego sezonu teatralnego – mówi Elżbieta Wrotnowska-Gmyz.

Jak podkreśla, programy pomocowe dla branży są pilnie potrzebne, bo część samorządów – przez trudną sytuację finansową i spadek dochodów z podatków – obcięła dotacje. Granty straciło wiele teatrów prowadzonych przez NGO-sy. Wsparcia potrzebują też artyści, których możliwości zarobkowania zostały mocno ograniczone.

– Przygotowujemy programy adresowane do indywidualnych twórców, którzy często są zatrudniani na umowy cywilnoprawne, nie mają stałego zatrudnienia. Ta pomoc musi być kontynuowana. Wiemy, że Ministerstwo Kultury przyznało rekordową liczbę ok. 2 tys. zapomóg, na które przeznaczono ok. 6 mln zł, a fundusz zapomogowy został istotnie zwiększony. Z kolei w ramach programu Kultura w sieci instytucje teatralne wszystkich typów – w tym teatry samorządowe i NGO-sy – zostały wsparte kwotą blisko 8,5 mln zł. W związku z tym pomoc została już skierowana do środowiska, natomiast idzie jesień, kolejny sezon i te programy pomocowe muszą być kontynuowane – podkreśla dyrektor Instytutu Teatralnego.

Pandemia dotknęła branżę kosmiczną, zwłaszcza start-upy i mniejsze firmy. Nie wstrzymała jednak planów podboju Marsa

Pandemia dotknęła branżę kosmiczną w taki sam sposób jak większość innych branż. Wiele mniejszych firm i start-upów upadła lub została wykupiona przez większe podmioty. Kosmiczni giganci właśnie w czasach pandemii notują jednak rekordy popularności, a to za sprawą korzystnego okna startowego. W lipcu swoje misje na Marsa wysłały Chiny, ZEA i USA. Coraz głośniej mówi się o planach kolonizacyjnych Czerwonej Planety. Przed budową pierwszego marsjańskiego miasta ważne jest jednak, aby zrozumieć warunki atmosferyczne i geologiczne, jakie na niej panują. Badania kosmiczne mają też wpływ na życie każdego z nas. Przyspieszą odkrycia, które będziemy mogli stosować w życiu codziennym.

– Pandemia wpłynęła na badania kosmiczne oraz całą branżę kosmiczną w taki sam sposób jak na każdą inną branżę. Start-upy oraz mniejsze firmy, które funkcjonują w tym segmencie, niestety upadły, zbankrutowały bądź zostały wykupione. Giganci tacy jak SpaceX czy rosyjski Roskosmos trzymają się jednakże w ograniczony sposób ze względu na trochę inny budżet i inne podejście do tematu – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Bartosz Bałdyga, kierownik działu astronomicznego w Olsztyńskim Planetarium i Obserwatorium Astronomicznym.

Chociaż pandemia koronawirusa ma wpływ niemal na każdą branżę, to nie zatrzymała planów podboju kosmosu. W lipcu Agencja Kosmiczna Zjednoczonych Emiratów Arabskich wystrzeliła misję Hope na orbitę Marsa. Sonda dołączy do sześciu innych orbitujących wokół Czerwonej Planety. Głównym celem misji jest badanie rzadkiej atmosfery i dynamiki klimatu Marsa – sposobu, w jaki traci wodór i tlen ze swojej atmosfery. Najbardziej ambitnym celem jest stworzenie globalnej mapy jego atmosfery. Kilka dni później swoją marsjańską misję rozpoczęli także Chińczycy. Misja dziewiczego łazika na Marsa z Chin obejmuje sondę, łazik i lądownik. Głównym celem łazika jest wykrywanie podziemnych złóż wody i lodu za pomocą wbudowanego systemu radarowego.

Badania wielokrotnie wykazały, że jeśli w Układzie Słonecznym jest jakaś planeta, na której może istnieć życie poza Ziemią, jest nią Mars. Analizując możliwość przetrwania ludzi na Czerwonej Planecie, badacze przekonują, że do jej skolonizowania potrzeba zaledwie 110 osób. Ale przed kolonizacją ważne jest, aby zrozumieć warunki atmosferyczne i geologiczne na Marsie. W ciągu ostatnich lat odbyło się kilka misji badawczych, jednak pod tym względem 2020 rok jest rekordowy.

– Na szczęście pandemia SARS-CoV-2 aż tak bardzo nie pomieszała nam szyków. Trochę z wyścigu odpadła Rosja, było dosyć dużo przypadków zakażeń w Roskosmosie. Jednakże przyszłe lata przyniosą tylko zwyżkę – przekonuje Bartosz Bałdyga. – Amerykanie również nie próżnują, wysłali na Marsa swojego kolejnego robota – Perseverance (Wytrzymałość – przyp. red.). Łazik będzie wyposażony, co jest novum, w helikopter, który ma się unosić w rzadkiej atmosferze marsjańskiej i również ją badać.

NASA poprzez swoją misję planuje rozpocząć przygotowania do przyszłych eksploracji Marsa przez ludzi. Łazik Perseverance został specjalnie zaprojektowany do poszukiwania śladów życia drobnoustrojów w przeszłości, będzie również wiercił marsjańską glebę i pobierze próbki skał do dalszych badań naukowych.

Badania atmosfery Marsa mogą pomóc naukowcom w badaniach nad ziemską atmosferą. Zaplanowane misje mogą przybliżyć nas też do kolonizacji Marsa – Elon Musk jasno wskazywał, że jego marzeniem jest zbudowanie miasta na Czerwonej Planecie. Mogą też w znaczący sposób wpłynąć na nasze życie na Ziemi.

– Z perspektywy przeciętnego człowieka misje i badania kosmiczne w pewnym sensie mogą być nieodczuwalne, ale jest to pozorne. Każdy z nas ma w domu patelnię teflonową, a teflon powstał właśnie w wyniku badań, jak zabezpieczyć powierzchnię statków kosmicznych, które wracają przez ziemską atmosferę. W dalszej perspektywie pojawią się odkrycia i wynalazki, które będziemy mogli stosować w życiu codziennym, nawet nie podejrzewając, że wzięły się one z kosmosu – przekonuje ekspert.

Nvidia rusza na zakupy? Inteligentne domy od Google i ADT

Analitycy obserwujący spółkę Nvidia są głównie pozytywnie nastawienie do transakcji, którą podał Bloomberg. Mianowicie producent chipów prowadzi zaawansowane rozmowy na temat przejęcia spółki Arm Ltd. Firmy analityczne pokrywające NVDA stwierdziły, że umowa ma wyraźną wartość strategiczną, chociaż Morgan Stanley wypowiedział się w sposób ostrożny, pisząc, że pozytywne efekty synergii nie są aż tak oczywiste.

Firma Rosenblat Securities posiada rekomendację kupna Nvidii z ceną docelową na poziomie 500 USD i uważa, że przejęcie Arm byłoby strategicznie istotne ze względu na to, że spółka potrzebuje skalowalnego procesora CPU, który byłby zintegrowany z GPU. RBC Capital Markets ma poziom ceny docelowej równy 461 USD i uważa, że największą kwestią w przypadku potencjalnej transakcji jest jej charakter regulacyjny, a udział częściowy miałby sens strategiczny bez konieczności przeprowadzania kontroli. Z kolei Raymond James z ceną docelową na 370 USD mówi o tym, że biorąc pod uwagę obecny poziom rentowności Arm inwestycja strategiczna z umową partnerską, a nie pełny zakup, może być atrakcyjną opcją. Z kolei Morgan Stanley widzi poziom docelowy dla ceny spółki na 380 USD i uważa, że dla Nvidii własność konkurencyjnego licencjobiorcy nie pomaga i są przypadki, w których może ona zaszkodzić. Posiadanie wiodącego mikroprocesora ARM miałoby oczywiście wartość, ale NVDA może to osiągnąć bez kontrolowania firmy.

Firma Bernstein podniosła poziom ceny docelowej dla spółki Mastercard z 330 do 350 USD, pozostawiając rekomendację lepiej od rynku. Nowy poziom ceny docelowej daje możliwość wzrostu o 13 proc. od kursu zamknięcia z piątku. Średnia na Wall Street to 341,79 USD, a Street-High to 388 USD. Spółka Mastercard podała wyniki 30 lipca, które przebiły oczekiwania analityków.

Gigant Google ma zainwestować 450 mln USD w firmę ADT. ADT i Google nawiązują długoterminową współpracę, aby stworzyć nową generację ofert zabezpieczeń dla inteligentnych domów. Partnerstwo to połączy wielokrotnie nagradzany sprzęt i usługi Nest, napędzane technologią uczenia maszynowego Google, z instalacją, serwisem i profesjonalną siecią monitoringu ADT. Firmy dążą do stworzenia bardziej pomocnego inteligentnego domu i zintegrowanego systemu dla klientów w całych Stanach Zjednoczonych. Każda firma przeznaczy 150 milionów dolarów na wspólny marketing, rozwój produktów, technologię i szkolenia pracowników.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Dla dolara lipiec był najgorszym miesiącem od dekady

Ubiegły tydzień przyniósł kontynuację agresywnej wyprzedaży dolara amerykańskiego. W lipcu indeks USD doświadczył największego spadku w skali miesiąca od dziesięciu lat. Teraz kluczowe dla sytuacji dolara będą decyzje w sprawie kolejnego pakietu pomocowego dla gospodarki, a także najnowsze dane z amerykańskiego rynku pracy.

Za słabością dolara, którego indeks znalazł się na najniższym poziomie od maja 2018 roku, stały w znacznej mierze obawy związane z cały czas wysoką liczbą nowych zakażeń w USA i możliwość przedłużenia środków bezpieczeństwa w kraju. Niezdolność Kongresu do porozumienia się w kwestii dodatkowego programu pomocy dla bezrobotnych również nie pomogła amerykańskiej walucie, potęgując już i tak podwyższone obawy o stan ożywienia gospodarki USA.

Uwaga rynku w tym tygodniu będzie skoncentrowana na wieściach z amerykańskiego Kongresu – czekamy na informacje o porozumieniu się decydentów w kontekście dodatkowych środków wsparcia, które mają pomóc Amerykanom przetrwać trudną dla wielu z nich sytuację. Oprócz tego poznamy szereg danych z gospodarki, z których kluczowy będzie piątkowy raport o sytuacji na amerykańskim rynku pracy w lipcu.

PLN

Polski złoty zakończył ubiegły tydzień lekkim osłabieniem w parze z euro. W tym kontekście ciekawym jest, że nastąpiło to pomimo dalszego wzrostu pary EUR/USD, który wcześniej pomagał złotemu. Rozerwanie tej korelacji zdaje się potwierdzać, że za ostatnim wzrostem głównej pary nie stały zmiany sentymentu do ryzyka, który w ostatnich dniach trudno nazwać jednoznacznie pozytywnym.

 

Miniony tydzień nie przyniósł specjalnie przełomowych informacji z Polski. Wstępny odczyt inflacji konsumenckiej pokazał oczekiwany spadek w relacji do tego sprzed miesiąca. Pomimo, że dynamika cen nadal pozostaje powyżej środka celu inflacyjnego RPP (tj. 2,5%) trudno wyobrazić sobie, żeby w najbliższych miesiącach czy nawet kwartałach Rada miała zmienić swoją ultragołębią retorykę, nie mówiąc o podniesieniu stóp procentowych.

Jedyną istotną publikacją makro z Polski zaplanowaną na ten tydzień był dzisiejszy odczyt indeksu PMI dla przemysłu w lipcu, który pokazał silniejszy od oczekiwań wzrost do 52,8 pkt z 47,2 pkt w czerwcu. Tym samym indeks przekroczył granicę 50 pkt, oddzielającą kurczenie się sektora od jego ekspansji. Ostatni raz indeks powyżej tej granicy znajdował się w październiku 2018 roku.

EUR

Euro w parze z dolarem amerykańskim w ostatnim tygodniu osiągnęło najwyższy poziom od ponad dwóch i pół roku, kontynuując rajd w górę. Ostatnie wieści dot. zakażeń w Europie wywołały pewne obawy dotyczące możliwości wystąpienia drugiej fali w strefie euro, szczególnie w Hiszpanii, gdzie liczba raportowanych nowych infekcji osiągnęła najwyższy poziom od 11 maja. Negatywnie odbiło się to na europejskich indeksach giełdowych, jednak odporność EUR/USD pokazuje, jak mocno w ostatnim czasie inwestorzy odwrócili się od dolara.

Dane z tego tygodnia pozwolą nam uzyskać lepszy obraz tego, jak gospodarka strefy euro radzi sobie z kryzysem. W środę opublikowany zostanie zbiorczy indeks PMI i dane o sprzedaży detalicznej. Biorąc pod uwagę, że pierwszy ze wspomnianych odczytów to rewizja lipcowych danych inwestorzy mogą skupić się na drugim odczycie.

USD

Jak wspomnieliśmy na początku, lipiec był najgorszym miesiącem dla dolara od 2010 roku. Do masowego pozbywania się waluty skłoniły inwestorów pogarszające się dane dot. pandemii, brak politycznego konsensusu ws. dalszej stymulacji fiskalnej i spadające rentowności obligacji.

Nowe zakażenia koronawirusem w USA (marzec ‘20 – lipiec ‘20)

Nowe zakażenia koronawirusem w USAŹródło: Refinitiv Datastream Data: 03/08/2020

Ten tydzień może być dla dolara niezwykle istotny. Obok możliwych wieści z Kongresu poznamy serię odczytów makroekonomicznych, z których większość dotyczy okresu po ponownym wprowadzeniu środków bezpieczeństwa w niektórych stanach. Najwięcej uwagi skupimy na środowym odczycie PMI poza przemysłem, który opublikuje ISM (Institute for Supply Management) oraz piątkowym raporcie NFP (Non-farm Payrolls) z amerykańskiego rynku pracy w lipcu. Biorąc pod uwagę pogorszenie w cotygodniowych danych o zasiłkach dla bezrobotnych sądzimy, że raport z rynku pracy może zaskoczyć in minus.

GBP

Brak wieści okazał się pozytywny dla funta w ubiegłym tygodniu. Przy prawie pustym kalendarzu ekonomicznym i braku istotniejszych ogłoszeń politycznych, funt doświadczył szerokiego umocnienia, będąc najlepiej radzącą sobie walutą G10. Nawet piątkowe wieści o tym, że otwarcie części brytyjskiej gospodarki opóźni się, nie wystarczyły, żeby osłabić funta. W parze z dolarem amerykańskim brytyjska waluta wróciła do poziomu sprzed marcowej paniki na rynku.

 

Ciekawe, czy trend ten zdoła utrzymać się w tym tygodniu, biorąc pod uwagę, że obfituje on w znacznie więcej istotnych informacji z Wielkiej Brytanii. W środę poznamy rewizję zbiorczego indeksu PMI, zaś w czwartek będziemy czekać na wieści ze strony Banku Anglii, który ogłosi decyzję ws. stóp procentowych. Oczekujemy, że parametry polityki pieniężnej pozostaną niezmienione. W kontekście posiedzenia uwaga rynku prawdopodobnie skupi się na komentarzach dotyczących oczekiwanego tempa ożywienia gospodarki Zjednoczonego Królestwa.

CHF

Frank szwajcarski w ubiegłym tygodniu był jedną z najlepiej radzących sobie walut G10, jednak zakończył go osłabieniem w parze z euro.

Ostatnie dane ze Szwajcarii były mieszane. Kluczowy indeks KOF, opisujący sentyment ekonomiczny, w lipcu wyraźnie wzrósł w relacji do czerwca, znacznie przekraczając oczekiwania ekonomistów. Nadal jednak znajduje się on poniżej poziomów sprzed pandemii, sugerując, że poprawa aktywności gospodarczej zajmie trochę czasu. Patrząc na pozostałe dane z gospodarki, takie jak sprzedaż detaliczna i dane PMI, gospodarka Szwajcarii zdaje się jednak zmierzać w tym kierunku.

W dalszej części tygodnia nie poznamy specjalnie istotnych danych z gospodarki kraju, stąd sądzimy, że frank w znacznej mierze powinien reagować na informacje z zewnątrz.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Branża handlowa wróci do formy dopiero za 2 lata. Cała nadzieja w e-commerce

0

Szacuje się, że całkowita sprzedaż detaliczna na świecie osiągnie w 2020 r. wartość nieco ponad 23 bln dolarów. Oznacza to spadek o niemal 6% w porównaniu do 2019 r. To też prawie 12% poniżej szacunków sprzed pandemii koronawirusa. Takie wnioski płyną z najnowszego raportu eMarketera. Lockdown i restrykcje sanitarne zebrały swoje żniwo – detalistów czekają kłopoty większe niż te z czasów kryzysu finansowego w latach 2007-2009.  

Według World Trade Monitor już rok 2019 był niełatwym sprawdzianem dla globalnego rynku detalicznego. Słabszy globalny wzrost gospodarczy i recesja w przemyśle sprawiły, że ubiegłym roku wolumen sprzedaży w handlu spadł o 0,4%. To niewiele, ale to i tak pierwszy taki spadek od momentu wybuchu wielkiego kryzysu finansowego w latach 2007-2009. Według analityków eMarketera, wpływ pandemii COVID-19 na detalistów będzie jeszcze większy.

Trudne lata dla detalistów

Rynek to bowiem naczynia połączone. Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) szacuje, że światowy wzrost PKB skurczy się w tym roku o 3%. To bardzo dużo w porównaniu na przykład ze spadkiem o 0,1% w 2009 roku. W przypadku samego handlu detalicznego spadki również będą rekordowo wysokie, a powrót do normalności dłuższy i trudniejszy.

Po kryzysie finansowym 2007-2009 większość dotkniętych nim rynków potrzebowała około roku, aby sprzedaż detaliczna powróciła do poziomu sprzed recesji. Zdaniem eMarketera, obecnie detaliści będą potrzebowali co najmniej 2 lat, by powrócić do sytuacji sprzed pandemii – komentuje Marcin Pleszko, Chief Product Officer z Sagra Technology, firmy dostarczającej rozwiązania wspierające sprzedaż w branży handlowej. Ten powrót do rynkowej formy będzie wolniejszy, ponieważ bezpośrednie skutki pandemii to nie tylko zmiana stylu bycia konsumentów i zamykanie części sklepów, ale także zakłócenie łańcucha dostaw czy wolniejszy eksport. Handel i tak jest w dość szczęśliwej sytuacji, bo jest jedną z tych branż, które w ostatnich latach najwięcej inwestowały w technologie. To one pomogły przetrwać wielu firmom w czasie lockdownu, dostarczając precyzyjnych analiz sprzedażowych – dodaje.

Ten sam raport eMarketera, choć pozostawia detalistów z niemałym problemem do przeanalizowania, nie jest całkowicie pozbawiony informacji optymistycznych. Zdaniem analityków niektóre kraje Europy Północnej mogą powrócić do normalnego wzrostu pod koniec 2021 r.

Pomoc przychodzi z Sieci

Raport eMarketera wskazuje również kierunek, w jakim podążać musi szeroko rozumiana branża handlowa, jeśli chce przetrwać rynkową zawieruchę. Pokazuje on bowiem, że handel elektroniczny odnotuje bezprecedensowy wzrost o 18% i ma osiągnąć wartość ponad 709 mld dolarów w 2020 roku. Według Adobe Analytics w samym tylko czerwcu rynek e-commerce wzrósł o 76%.

Pandemia i kwarantanna przyspieszyły rozwój handlu elektronicznego, ponieważ nie kupujemy online już tylko elektroniki czy odzieży. Według eMarketer udział artykułów spożywczych i zdrowotnych w branży e-commerce wzrośnie o prawie 41% w 2020 r. – mówi Jarosław Łuczkiewicz z Atmana, lidera polskiego rynku data center.To wyraźnie pokazuje firmom handlowym, że muszą szybko migrować do świata online, pamiętając jednocześnie o tym, że stawia on znacznie większe wyzwania jeśli chodzi o bezpieczeństwo i zapewnienie ciągłości działania biznesu. Z naszych danych wynika, że ponad połowa firm nie ma planów antykryzysowych na wypadek awarii Internetu, sieci energetycznej czy np. ataku hackerów – dodaje.

10 lat w 2 miesiące

E-commerce to jednak szansa na coś więcej niż tylko przeczekanie złej koniunktury. Wiele firm wręcz korzysta z tej zmienionej sytuacji rynkowej.

Detaliści od dawna stąpali po cienkim lodzie, a pandemia tylko przyspieszyła proces nieuniknionego załamania. Wielu naszych klientów odnotowuje jednak rekordowe wskaźniki sprzedaży dzięki nowym inwestycjom w świat online – przekonuje Ryan Breslow, założyciel i prezes firmy Bolt. – Inwestorzy rozumieją, że handel zmienia się w bezprecedensowym tempie. Potrzeba było dziesięciu lat, aby rynek e-commerce urósł o 11%, i osiem tygodni podczas pandemii, aby uzyskać kolejne 11% wzrostu – dodaje.

Detalisto, zaprzyjaźnij się z technologiami

Obecna sytuacja pokazuje jednak, że nie wystarczy po prostu przenieść handlu do sieci, aby znaleźć klienta. Według raportu firmy technologicznej Red Points klienci wybierając sklep e-commerce, cenią sobie jakość oferowanych produktów (62,1%), a także szybkość dostawy (56,6%) i wiarygodność (51,8%).

Zaufanie klientów buduje się w dużej mierze poprzez dbanie o niezakłócony proces sprzedaży, a ten wynika wprost z jakości infrastruktury technologicznej, z której korzysta firma detaliczna czy e-commerce. Nikt z nas przecież nie lubi, gdy w trakcie zakupów online nie wczytują się zakładki z produktami, a płatność nie przechodzi tak, jak powinna. Systemy sprzedawcy muszą być w stanie obsłużyć również nieoczekiwanie zwiększony ruch już nie tylko w Black Friday, ale przez kilka miesięcy, a to pole do popisu dla rozwiązań chmurowych czy generalnie outsourcingu IT  – mówi Jarosław Łuczkiewicz, CMO Atman.

Przykład płynie od Polaków

Dobrym przykładem perspektywicznego myślenia w branży handlowej może być projekt zrealizowany przez firmę Komputronik, jedną z największych i najdłużej działających w Polsce sieci sklepów ze sprzętem elektronicznym oraz produktami RTV i AGD.

Aby sprostać dynamicznym wymaganiom rynku i na bieżąco reagować na zmienne potrzeby klientów omnichannel, wdrożyliśmy wiele nowych rozwiązań. Są to m.in. profesjonalne doradztwo techniczne i wsparcie serwisowe. Wprowadziliśmy również obsługę cyfrowych form płatności – Google Pay, Apple Pay oraz Visa Checkout. Cały czas silnie inwestujemy w najbardziej perspektywiczny kanał, czyli sprzedaż e-commerce – mówi Wojciech Buczkowski, prezes zarządu Komputronik S.A. Okazało się, że infrastruktura IT obsługująca do tej pory firmowe systemy nie była w stanie rosnąć wraz z tymi zmianami. Szukając nowego rozwiązania IT dla naszej firmy, potrzebowaliśmy więc infrastruktury, która pozwoli nam zapomnieć o możliwych przestojach systemu, a przy tym zapewni bardziej płynną obsługę pracowników i klientów – dodaje.

Komputronik po serii analiz postawił na infrastrukturę hiperkonwergentną od VMware i Dell. Stworzony ekosystem zwiększył elastyczność i skalowalność systemu, a przez to wydajność całej infrastruktury IT. Po wybuchu pandemii COVID-19 sklep internetowy Komputronik.pl poradził sobie z 47-procentowym wzrostem ruchu w kanale e-commerce.