Pracownicy szpitali potrzebni od zaraz

Już nie tylko maseczki, gogle ochronne, rękawiczki i respiratory są w polskich szpitalach najpotrzebniejsze. W obecnej sytuacji przy rosnącej liczbie osób chorych na COVID-19, koniecznej kwarantannie dla zakażonych pracowników placówek służby zdrowia, w szpitalach zaczyna również brakować personelu medycznego.  

Wsparcie społeczne dla szpitali na całym świecie jest ogromne. Znane osoby przekazują spore sumy pieniędzy, firmy przestawiają linie produkcyjne, żeby dostarczać respiratory, lub organizują pomoc na wiele innych sposobów – szyją maseczki, kombinezony, produkują przyłbice. Restauratorzy dowożą posiłki dla ratowników, lekarzy i pielęgniarek. Każdy, kto ma taką możliwość, chce pomóc w walce z koronawirsuem.

A tych, którzy walczą na pierwszej linii frontu, nie przybywa. Dopiero pod koniec zeszłego tygodnia Główny Inspektorat Sanitarny przedstawił dane o pracownikach służby zdrowia zakażonych koronawirusem. W Polsce jest to 461 lekarzy, pielęgniarek i ratowników medycznych. Z kolei na kwarantannie przebywa 4500 pracowników medycznych. Na ten moment zakażonych może być już znacznie więcej. Oznacza to, że w służbie zdrowia, która na co dzień zmaga się z lukami kadrowymi, w najbliższych tygodniach będzie jeszcze mniej osób do pracy.

Pomoc w poszukiwaniu personelu

Jak wynika z ubiegłorocznego raportu Manpower „Niedobór talentów w branży medycznej” 72 proc. szpitali ma zbyt mało pielęgniarek wszystkich specjalizacji, a ponadto 68 proc. szpitali zgłasza niedobór lekarzy. Wśród stanowisk niemedycznych szpitale najbardziej potrzebują:

  • salowych, pomocy kuchennych, sprzątaczek, sanitariuszy (38 proc.),
  • pracowników administracyjnych (38 proc.),
  • personelu technicznego – kierowcy, konserwatorzy, specjaliści IT (29 proc.).

Mając na uwadze obecną sytuację oraz braki kadrowe w służbie zdrowia, znany w Polsce serwis z ogłoszeniami OLX uruchomił możliwość dodawania bezpłatnych ogłoszeń w kategorii Praca w podkategorii „Zdrowie i opieka”. Każdy zarejestrowany użytkownik może całkowicie bezpłatnie dodać 100 ofert pracy dotyczących właśnie tego sektora. A z darmowego dodawania ogłoszeń można korzystać do końca czerwca 2020 r.

Wprowadzając możliwość bezpłatnej publikacji ogłoszeń o pracę w podkategorii „Zdrowie i opieka”, chcemy pomóc wszystkim jednostkom służby zdrowia w zaspokojeniu rosnących potrzeb kadrowych. Dodatkowo zespół sprzedaży OLX Praca pomaga w wyborze ogłoszeń, wspiera proces tworzenia treści ogłoszenia, a jeśli jest taka potrzeba, również z tego procesu wyręcza, przygotowując kompletną ofertę pracy za pracowników szpitali czy przychodni. Ten proces wsparcia nie jest standardowy, ale uznaliśmy, że w obecnej sytuacji będzie to forma naszej skromnej pomocy w zapewnieniu ciągłości zatrudnienia w służbie zdrowia – mówi Paweł Świderski, Head of Operations w OLX.

Każda placówka to inne potrzeby

Akcja rozpoczęła się w zeszłym tygodniu. Dział sprzedaży OLX Praca dzwoni do placówek medycznych i oferuje wsparcie w formie wystawiania ogłoszenia, przygotowania treści, a nawet opublikowania oferty. W niektórych szpitalach na chwilę obecną nie ma dodatkowych potrzeb kadrowych.

Pierwszy odzew jest bardzo pozytywny. Na ten moment mamy ponad 100 opublikowanych ogłoszeń. Wiadomo, że nie we wszystkich placówkach medycznych brakuje lekarzy, ratowników czy pielęgniarek. Nierzadko potrzebne są osoby wydające posiłki czy z obsługi sprzątającej – tłumaczy Grzegorz Sawicki, Sales Manager w OLX.

Obecnie najwięcej nowo opublikowanych ogłoszeń dotyczy Warszawy. W województwie mazowieckim jest też najwięcej osób zakażonych koronawirusem. A z prognoz wynika, że niestety szczyt zachorowań cały czas przed nami.

Pieniądze z UE wzmocnią tarczę. Pożyczki na płynność pod koniec kwietnia

Właściciele mikro-, małych i średnich firm będą mogli skorzystać z preferencyjnych pożyczek płynnościowych. Rozwiązanie stanowi element rządowej tarczy antykryzysowej. Pożyczek w regionach będą udzielać instytucje finansujące, współpracujące z Bankiem Gospodarstwa Krajowego. Ich lista pod koniec kwietnia zostanie opublikowana na stronie bgk.pl. Wtedy ruszy nabór wniosków.

Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej wraz z Bankiem Gospodarstwa Krajowego podpisały umowę na uruchomienie preferencyjnej pożyczki płynnościowej dla firm z sektora MŚP. O pieniądze będą mogli ubiegać się przedsiębiorcy, którzy z powodu koronawirusa znaleźli się w trudnej sytuacji. Pożyczek będą udzielać pośrednicy finansowi, których wybierze BGK. Początkowo do firm trafi ok. 400 mln zł, ale Ministerstwo nie wyklucza zwiększenia tego budżetu.
– Wspólnie z Bankiem Gospodarstwa Krajowego przygotowaliśmy ofertę pożyczki, która pomoże wielu firmom z sektora MŚP przezwyciężyć skutki COVID19. Utrzymanie płynności to obecnie jedno z największych wyzwań dla wielu firm. Pożyczki będą połączone z dotacją, co oznacza, że przedsiębiorca będzie musiał zwrócić jedynie pożyczony kapitał, bez odsetek ani żadnych dodatkowych kosztów. Dzięki takim korzystnym warunkom, firmom łatwiej będzie przetrwać trudny okres tąpnięcia gospodarczego, wywołanego epidemią koronawirusa – mówi Małgorzata Jarosińska-Jedynak, minister funduszy i polityki regionalnej.

Rozwiązanie na trudne czasy

Unijna pożyczka płynnościowa to zupełnie nowy produkt, który ma wesprzeć przedsiębiorców dotkniętych kryzysem. – Z perspektywy naszej misji wspierania rozwoju społeczno-gospodarczego, najważniejsze jest obecnie wdrażanie rozwiązań, które pomogą ratować firmy przed bankructwem i koniecznością redukcji etatów. Z pożyczki płynnościowej będzie można sfinansować pensje pracowników, opłacić czynsz za wynajem lokalu, uregulować zaległe należności wobec kontrahentów. To są najpilniejsze potrzeby małych i średnich biznesów, które decydują o ich przetrwaniu, a zatem i o kondycji polskiej gospodarki – mówi Beata Daszyńska-Muzyczka, prezes zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego.
Najważniejsze cechy pożyczki płynnościowej:
  • Żadnych dodatkowych kosztów – gdy przedsiębiorca podpisze umowę na pożyczkę, jednocześnie otrzyma dotację na spłatę oprocentowania. Będzie to automatyczne – przedsiębiorca nie będzie musiał składać żadnych dodatkowych wniosków.
  • Brak ściśle określonego katalogu wydatków – przedsiębiorca zdecyduje na jakie potrzeby związane z utrzymaniem firmy przeznaczy środki pożyczki; pożyczką będą mogły być sfinansowane wydatki poniesione już 1 lutego 2020 r. – ważne żeby nie były opłacone.
  • Półroczna karencja w spłacie – przedsiębiorca będzie mógł zapłacić pierwszą ratę dopiero po pół roku od zaciągnięcia zobowiązania.
  • Wakacje kredytowe – raz w roku przez dwa pierwsze lata spłaty pożyczki przedsiębiorca będzie mógł skorzystać z dwumiesięcznych wakacji kredytowych.
  • Pożyczka do 15 mln zł – to maksymalna kwota pożyczki dla jednego przedsiębiorcy. Co ważne, jedna firma będzie mogła wziąć więcej niż jedną pożyczkę płynnościową, ale pod warunkiem, że ich łączna kwota nie przekracza 15 mln zł.
  • Proste zabezpieczenie pożyczki – w przypadku jednostkowej pożyczki w wysokości do 100 tys. zł jedynym wymaganym zabezpieczeniem będzie wystawiony przez przedsiębiorcę weksel in blanco.
  • Brak wymogu wkładu własnego
  • Okres spłaty do 6 lat
  • Pożyczka skierowana do wszystkich branż
Pożyczki płynnościowe finansowane będą z Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój.

Giełdowy Indeks Produkcji (GIP60) spadł w marcu o 17,38%

Analitycy z DSR podsumowali Giełdowy Indeks Produkcji (GIP) za miesiąc marzec. W poniższym komunikacie dr Maciej Zaręba – analityk i współtwórca GIP, z DSR S.A. pisze:

Pierwszy miesiąc walki z pandemią odcisnął swoje piętno na warszawskiej GPW. Przed negatywnymi skutkami panicznej wyprzedaży akcji nie uchronił się także Giełdowy Indeks Produkcji (GIP60), który spadł w marcu o 17,38% do poziomu 552,43 pkt. a w całym pierwszym kwartale stracił już 30,27% swojej wartości.

W pierwszej połowie marca ceny akcji kontynuowały wędrówkę na południe, potwierdzając najczarniejsze wizje wpływu pandemii koronawirusa na gospodarkę. Sytuacja na rynkach poprawiła się po interwencji Narodowego Banku Polskiego, który zainicjował po raz pierwszy w historii własne QE. Nie wchodząc w szczegóły techniczne samej interwencji należy przyznać, że działania NBP zatrzymały falę spadków cen akcji doprowadzając nawet do odrobienia części strat w drugiej połowie marca, ale jednocześnie doprowadziły do silnego osłabienia złotówki.

Ostatecznie indeks szerokiego rynku WIG spadł w marcu o 15,5%, a w całym pierwszym kwartale skurczył się o 28%. Niewiele lepiej wypadł indeks największych spółek, po spadku o 14,5% w marcu, zamknął on cały pierwszy kwartał 29,6% niżej od poziomu z początku roku. Lepiej sytuacja wygląda wśród małych spółek skupionych w indeksie SWIG80, który po marcowym spadku o 11,8%, ostatecznie stracił od początku roku „jedynie” 14,8%.

Producenci odzieży i motoryzacyjni pod największą presją

Giełdowy Indeks Produkcji również zaliczył w pierwszej połowie miesiąca rekordowy spadek do historycznych minimów, by następnie odrabiać mozolnie część strat w drugiej części miesiąca. W marcu wśród 60 największych polskich spółek produkcyjnych obecnych na WGPW zanotowano aż 45 spadków cen akcji przy 12 wzrostach i 3 przypadkach utrzymania wartości rynkowej na niezmienionym poziomie.

W przekroju branżowym przecena wartości rynkowej najbardziej dotknęła tzw. projektantów, czyli spółki z branży odzieżowej, które zajmują się głównie projektowaniem i dystrybucją, posiadając swoje zakłady produkcyjne najczęściej w Azji. Średni miesięczny spadek cen akcji w tej grupie wyniósł 41,93%. Inną branżą, która szczególnie mocno ucierpiała na skutek ucieczki kapitału inwestorów była motoryzacja (-29,54%).

Jest to zbieżne z sytuacją całej GPW w minionym miesiącu gdzie na wartości straciły wszystkie indeksy sektorowe, bez wyjątku. Największa przecena na WIG-ODZIEŻ, który w marcu spadł o 30,9%, a w dalszej kolejności były indeksy WIG-BANKI (-29,5% mdm), WIG-MEDIA (-27,9%), WIG-MOTO (-23,3%) i WIG-NIERUCHOMOŚCI (-21,3%).

Farmacja w odsieczy

Jednak co piąta spółka z portfela GIP60 oparła się fali przecen. Z oczywistych względów wśród nich największą reprezentację mają spółki z branż chemicznej oraz farmaceutycznej. Skokowy wzrost popytu na farmaceutyki sprawił, że spółki z tej grupy jakie jedne z nielicznych zanotowały wzrost cen akcji w marcu średnio o 9%. Jednakże największy miesięczny wzrost wartości rynkowej, a tym samym zwycięstwo marcowego rankingu GIP60 przypadło firmie Libet, czyli… producentowi materiałów budowlanych. Wzrost ceny akcji z 0,522 zł do 1,03 zł oznacza miesięczny wzrost o 97,32%, a był on efektem oferty na zakup spółki ze wszystkimi jej zakładami za cenę 4-krotnie wyższą niż wartość rynkowa z początku miesiąca. Drugie miejsce dla firmy Biomed-Lublin w. surowic i szczepionek – wzrost z 1,335 zł do 2,06 zł (54,31%), a najniższy stopień podium dla spółki Bioton za 29,39% wzrost ceny akcji z 2,535 zł do 3,28 zł.

 Przemysłowcy pod presją

Pandemia koronawirusa objęła swoim zasięgiem już praktycznie wszystkie największe gospodarki przemysłowe świata, destabilizując sytuację firm, rozrywając łańcuchy dostaw w przeciągu zaledwie kilku tygodni. Wartości produkcyjnego PMI® spadły w marcu niemal w każdym kraju na świecie gdzie prowadzi się takie badania, wyjątkiem były jedynie Chiny (50,1) i Tajwan (50,4), gdzie sytuacja wydaje się względnie opanowana. Szczególnym optymizmem napawa imponujący wzrost wartości tego wskaźnika w Chinach, gdzie w lutym PMI® zanurkował do 40,3 p. a w marcu odbił ponad neutralny poziom notując 50,1 p. Ciągle otwarte pozostają pytania o to czy nie nastąpi nawrót epidemii w tym kraju, oraz czy rozwinięte kraje poradzą sobie z problemem równie skutecznie. Niestety sytuacja we Włoszech czy w Hiszpanii oddala nas od twierdzącej odpowiedzi na drugie z tych pytań.

W porównaniu z innymi krajami, Polska jest dopiero na początku swojej walki z koronawirusem, ale ankietowani kierownicy firm produkcyjnych spodziewają się najgorszego. PMI® w naszym kraju wyniósł w marcu 42,4 notując piąty najgorszy wynik na świecie.

Własne badania w ramach projektu BAROMETR 4FACTORY przeprowadziła firma DSR S.A. Jako dostawca oprogramowania dla firm produkcyjnych DSR S.A. utrzymuje bliski kontakt z ponad setką dużych firm produkcyjnych z różnych branż, posiadających swoje zakłady w Polsce, co wykorzystano do przeprowadzenia własnych badań, które będą kontynuowane w kolejnych miesiącach. Wśród firm zapytanych o stan produkcji w marcu, było aż 43,6% takich, które nie zmieniły poziomu swojej produkcji, a co piątej udało się nawet ją zwiększyć. Zaledwie 1/3 zapytanych firm odpowiedziała, że poziom produkcji zmniejszył się. Jako główną przyczynę spadku produkcji firmy wskazały zmiany w zamówieniach od klientów (6 na 10 firm podało taką przyczynę), rzadziej firmy wskazywały na problem z dostępnością pracowników (5%) i współpracę z partnerami w łańcuchu dostaw (5%). Badanie to, skoncentrowane na branży produkcyjnej, ma szansę stać się wiarygodnym wskaźnikiem. Pozbawione jest elementu emocji, jak w przypadku badania PMI, oraz oparte na porównaniu liczbowych wartości produkcji. Już pierwsza edycja pokazuje silny różnice w branżach. Producenci żywności mają problem ze sprostaniem popytowi, a motoryzacyjni z wykorzystaniem wolnych mocy produkcyjnych. Wpływ na zmianę produkcji żywności mają zmiennie, w tym przypadku rosnące, zamówienia od odbiorców detalicznych kompensujące spadki w unieruchomionym sektorze HoReCa. W motoryzacji drugą przyczyną zmian są trudności w dostawach na czas.

Niepewna przyszłość

Pandemia koronawirusa zatacza coraz większe kręgi zwiększając poziom niepewności wśród inwestorów na całym świecie. Reakcje banków centralnych próbujących wszelkimi dostępnymi środkami utrzymać płynność w gospodarce chwilowo ustabilizowała sytuację, ale samo zwiększenie ilości pieniądza nie wystarczy jeśli aktywność gospodarcza utrzyma się na obecnym poziomie w kolejnych tygodniach lub nawet miesiącach.

Czy zatem czeka nas zapaść w globalnej branży produkcyjnej i fala bankructw? Jest to ciągle scenariusz bardzo prawdopodobny, jednakże w porównaniu np. z sektorem usług perspektywy dla przemysłu są ciągle nienajgorsze. We Włoszech w marcu, a więc najprawdopodobniej w samym szczycie epidemii, PMI® dla przemysłu wyniósł 40,3 pkt. i jest to oczywiście wynik fatalny, ale w porównaniu z usługowym PMI® na poziomie 17 pkt (gorszego odczytu nie zanotowano nigdy i nigdzie indziej), wypada całkiem przyzwoicie. Udział sektora produkcyjnego w PKB Hiszpanii i Włoch to odpowiednio 11% i 14%.

Podczas wspomnianego badania w ramach projektu BAROMETR 4FACTORY poproszono ankietowanych o prognozę sytuacji w kwietniu. Przez odpowiedzi przewija się wysoki niepokój związany z załamaniem zamówień od klientów (głównie eksportowych) oraz przerwaniem łańcuchów dostaw, ale prawie jedna trzecia ankietowanych ciągle wierzy, że uda się przejść przez obecny kryzys w dobrej kondycji. Tragedii jeszcze nie ma, ale wiele będzie zależało od sposobu walki z pandemią w kolejnych tygodniach i miesiącach.

Jak światowe gospodarki radzą sobie ze zwalczaniem skutków ekonomicznych koronawirusa

Walka z Covid-19 jest wojną w pełnym tego słowa znaczeniu. Wydaje się, że Chiny wygrały pierwszą bitwę. Hongkong, Tajwan, Singapur i Japonia również odniosły pewne sukcesy w łagodzeniu epidemii, bez wątpienia dzięki swoim doświadczeniom w radzeniu sobie z epidemią Sars w 2003 roku. Z drugiej strony Europa i Stany Zjednoczone długo budziły się ze złudzeń poczucia swojej nietykalności wobec tego wirusa. W rezultacie epidemia szaleje teraz na Zachodzie. Coraz bardziej oczywistym staje się fakt, że zwalczanie skutków ekonomicznych koronawirusa będzie wymagało czegoś więcej, niż obniżek stóp procentowych.

Do tej pory zachodnim krajem najbardziej dotkniętym epidemią są Włochy, które mają szczególnie silne powiązania gospodarcze z Chinami. Północne Włochy, to nowy Wuhan (chińskie mega-miasto, w którym pojawił się koronawirus). Przytłoczony epidemią rząd włoski hamuje gospodarkę, zamykając gospodarkę detaliczną i poddając kwarantannie cały kraj. Wszystkie sklepy z wyjątkiem aptek i sklepów spożywczych są zamknięte. Ludzie zostali poinstruowani, aby pozostać w domu i mogą wchodzić do miejsc publicznych tylko w celu zakupów lub dojazdu do pracy.

W Niemczech do tej pory stosunkowo niewiele osób zmarło na koronawirusa, jednak liczba infekcji gwałtownie rośnie, tak samo szybko, jak w innych krajach. Wydarzenia publiczne w całym kraju zostały odwołane, a uczniom i studentom zapowiedziano, aby pozostali w domu.

Z kolei Austria już dawno zamknęła granicę z Włochami. Austriackie szkoły, uniwersytety i większość sklepów również zostały zamknięte. Początkowo Francja stosowała bardziej swobodne podejście, ale teraz także zamknęła swoje szkoły, restauracje i sklepy, podobnie jak Hiszpania. Dania, Polska i Czechy zamknęły swoje granice z sąsiadami, w tym z Niemcami i wprowadziły podobne restrykcje na swoich terytoriach. W Stanach Zjednoczonych liczba osób zarażonych przekroczyła 800 tys., a zmarło ponad 100 osób (stan na dzień 01.04.2020 r.). Prezydent USA Donald Trump ogłosił stan wyjątkowy. O rozwoju epidemii w naszym kraju jesteśmy informowani na bieżąco.

W zaistniałej sytuacji wydaje się, że najważniejszym jest, aby w zwalczaniu epidemii wszystkie rządy podążały za przykładem Chin, podejmując bezpośrednie działania przeciwko Covid-19. Brak funduszy nie powinien ograniczać nikogo na pierwszej linii frontu. Szpitalne oddziały intensywnej terapii muszą zostać rozbudowane; zbudowane muszą zostać szpitale tymczasowe; na masową skalę muszą być produkowane lub kupowane i udostępniane wszystkim potrzebującym: respiratory, sprzęt ochronny i maski. Poza tym resorty zdrowia publicznego muszą otrzymać zasoby i fundusze niezbędne do dezynfekcji fabryk i innych przestrzeni publicznych. Obowiązywać muszą zasady powszechnej higieny. Szczególnie ważne jest badanie populacji na dużą skalę, na obecność koronawirusa. Identyfikacja każdego przypadku może uratować wiele istnień ludzkich. Poddanie się pandemii po prostu nie wchodzi w grę.

Skutki ekonomiczne koronawirusa

Szkody, jakie pandemia koronawirusa Covid-19, spowodowała i jeszcze spowoduje w gospodarce światowej, są na obecnym etapie nie do oszacowania. Posłużmy się przykładami kilku państw.

Amerykanie w ubiegłym roku wydali 2,1 bln dolarów na usługi (transportowe, gastronomiczne, hotelarskie i rekreacyjne). Przychody z tych sektorów trafiają do wielu miejsc. To z nich bezpośrednio płaci się pracownikom za ich pracę. To z nich finansuje się dostawców. Ci płacą podatki, z których finansowana jest policja i nauczyciele, płacone są czynsze, które stanowią wynagrodzenie właścicieli nieruchomości, i zyski przypadające inwestorom. W zaistniałej sytuacji wszystkie przepływy pieniężne są zagrożone, ponieważ wydatki konsumpcyjne spadają. Pięć sektorów doświadczających najbardziej bezpośredniego i natychmiastowego załamania popytu lub stojących w obliczu mandatów rządowych z powodu koronawirusa, to:

  • transport lotniczy;
  • sztuki sceniczne i sport;
  • hazard i rekreacja;
  • hotele i inne zakwaterowanie;
  • oraz restauracje i bary.

Z kolei w Wielkiej Brytanii, według brytyjskiej firmy badawczej Capital Economics, spadek brytyjskiej gospodarki w związku z recesją wywołaną koronawirusem, może osiągnąć nawet poziom 20% w ciągu najbliższych trzech miesięcy. Jest to spowodowane wprowadzeniem nowych decyzji rządowych, mających na celu ograniczenie rozprzestrzeniania się epidemii, takich jak zamykanie pubów, restauracji i teatrów, które „znacznie ograniczą działalność gospodarczą”, a gospodarstwa domowe będą mniej środków przeznaczać na „nieistotne” wydatki. Firma Capital Oeconomicus jeszcze przed wybuchem epidemii koronawirusa przewidywała recesję w brytyjskiej gospodarce i spadek PKB o 2,5% w stosunku kw/kw, w drugim kwartale. Teraz, wraz z zatrzymaniem się części gospodarki, w tym decyzji dot. zatrudnienia i inwestycji, uważa, że PKB może spaść o 10–20%.

W Polsce, z najświeższych badań Organizacji Pracodawców Lewiatan, opracowanych przez prof. Jacka Męcinę z UW, wynika, że aż 94% ankietowanych przedsiębiorstw wyraźnie odczuwa uderzenie pandemii, a tylko 5% w niewielkim stopniu. Im mniejsza firma, tym boleśniej została przez wirusa uderzona. Dlatego prawie 68% przedsiębiorstw mówi wprost – brak pomocy państwa może stać się powodem decyzji o zlikwidowaniu działalności. Z wyciągniętą po pomoc ręką 53% firm może czekać do miesiąca, niecałe 19% – do trzech tygodni, a kolejne 28% – już tylko dwa tygodnie. I kolejna zła wiadomość: nawet pomoc nie spowoduje zmiany decyzji o redukcji zatrudnienia (dane na podstawie: polityka.pl).

Przeciwdziałanie skutkom Covid-19 w gospodarce

„Wszystkim osobom, które są obecnie bezrobotne z powodu ważnych i koniecznych środków ograniczających, na przykład w związku z koniecznością zamykania hoteli, barów i restauracji: wkrótce dostaną pieniądze. Chiński atak wirusowy nie jest twoją winą! Będziemy silniejsi niż kiedykolwiek!” – Powiedział w ubiegłym tygodniu prezydent USA Donald Trump, przemawiając do narodu za pośrednictwem sieci społecznościowych. Jak później określił amerykański minister finansów Stephen Mnuchin, początkowo 250 mld dolarów zostanie przeznaczonych na wsparcie ludności w formie bezpośredniej pomocy ukierunkowanej. Sugeruje to, że na każdego dorosłego Amerykanina o dochodach mniejszych niż 75 tys. dolarów rocznie będzie około tysiąca dolarów.

Pakiet stymulacyjny zatwierdzony przez Kongres, to największa pomoc finansowa dla gospodarki w historii Stanów Zjednoczonych. Dwa biliony dolarów to – zgodnie z danymi Banku Światowego – kwota przewyższająca PKB takich państw, jak Kanada, Rosja czy Brazylia. Media w USA piszą, że pakiet jest bezprecedensowy i historyczny. Licząca ponad 800 stron ustawa przewiduje między innymi fundusz o wartości 500 mld dolarów na pomoc dla branż znajdujących się w trudnej sytuacji. Ponadto pakiet przeznacza 350 mld dolarów na pożyczki dla małych firm, 250 mld na zwiększoną pomoc dla bezrobotnych i 100 mld dolarów dla szpitali, na bezpośrednią walkę z wirusem.

Dodatkowo, w poniedziałek 23 marca 2020 r. amerykańska Rezerwa Federalna (tj. Bank Centralny USA) podjęła bezprecedensowe środki w celu wsparcia rynków finansowych: ogłoszono, że od teraz wykup z rynku obligacji skarbowych będzie następował bez żadnych ograniczeń, w takich ilościach, jakie będą „niezbędne”. We wtorek zaobserwowano opóźniony, ale potężny efekt tej decyzji na rynkach finansowych. Ceny na instrumenty finansowe, jak i surowce rosły na całym świecie. Dotyczyło to przede wszystkim akcji spółek, ale także walut, w tym walut krajów rozwijających się, a także złota i ropy naftowej. Trudno przecenić także psychologiczny efekt, jaki osiągnęły amerykańskie władze dzięki swojej decyzji i można założyć, że będzie on dłuższy, niż jej bezpośredni wpływ na ceny określonych aktywów. Na rynkach finansowych od dawna funkcjonuje termin „Bazooka[1] Fed”, używany w przypadkach, w których amerykański bank centralny stosuje pewne pilne, nietypowe i być może nawet niezwykle niebezpieczne środki oddziaływania finansowego na rynki i całą gospodarkę. Jako przykład emocjonalnej reakcji na to, co wydarzyło się 23 marca, można zacytować ocenę zawartą w artykule w Australian Financial Review, wiodącej gazety finansowej na półkuli południowej, która zaczyna się od tezy: „Zapomnijcie o Bazooce. Rezerwa Federalna użyła broni nuklearnej. Decyzja o nieograniczonym wykupie obligacji rządowych USA z rynku, podjęta przez największy na świecie bank centralny jest decydującym momentem nie tylko w tym kryzysie, ale także w całej historii działalności banków centralnych, co świadczy o powadze zjawiska spadku aktywności gospodarczej, który negatywnie wpływa na globalną gospodarkę i wspierający ją system finansowy”.

Działania amerykańskich władz poparł sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres, który oświadczył, że w celu walki z koronawirusem, biorąc przykład z USA należy dodrukować pieniędzy w ilości odpowiadającej 10% światowego GDP. Zaproponował, aby środki te skierować na pomoc krajom rozwijającym się.

Z kolei w Wielkiej Brytanii Robert Chote, szef Biura Odpowiedzialności Budżetowej (OBR), zaproponował inne rozwiązanie i zaczął namawiać rząd do pożyczania i wydawania jak największych kwot, aby pomóc zrównoważyć skutki pandemii. Chote stwierdził, że podczas drugiej wojny światowej deficyty budżetowe „przez 5 lat przekraczały 20% PKB”, nazywając to „właściwą rzeczą do i osób. Rząd musi i będzie działać z głębokim poczuciem pilności ”. Stanowisko Johnsona poparł minister finansów Rishi Sunak, który powiedział na konferencji prasowej, że „nigdy wcześniej nie podejmowaliśmy takiej walki ekonomicznej”. Ogłosił, że skarb królestwa odłożył „bezprecedensowe” 330 mld funtów na gwarantowane przez rząd pożyczki przedsiębiorstw – stanowiące równowartość 15% PKB. Rząd sfinansuje dotacje dla małych firm w wysokości od 10 do 25 tys. funtów, kredytodawcy zaoferują trzymiesięczną przerwę w spłacaniu kredytów hipotecznych tym, którzy mają trudności finansowe. Wg Sunaka „oznacza to, że każda firma, która potrzebuje dostępu do gotówki, aby opłacić czynsz, wynagrodzenie, dostawców lub zakup akcji, będzie mogła uzyskać dostęp do pożyczki lub kredytu wspieranego przez rząd na atrakcyjnych warunkach”.

Podobne do brytyjskich działania podjęto w Hiszpanii, która planuje na wsparcie gospodarki przeznaczyć 200 mld euro i wspierać gospodarkę m.in. przez: niskooprocentowane kredyty dla przedsiębiorstw poszkodowanych przez epidemię, zawieszanie obowiązku spłaty kredytów hipotecznych, wsparcie dla rodzin najbardziej dotkniętych kryzysem, rekompensatę za korzyści utracone w czasie pandemii.

We Francji rząd uruchomił 45 mld euro, w ramach środków kryzysowych dla krajowych firm. Duża część tej kwoty przeznaczona będzie na: odroczenie wszystkich płatności podatkowych i kosztów wynagrodzeń i anulowanie takich płatności dla firm zagrożonych upadłością. Rząd francuski zagwarantuje również pożyczki o wartości 300 mld euro, aby pomóc firmom przetrwać kryzys.

Federalny rząd Niemiec na walkę z gospodarczymi skutkami pandemii koronawirusa, przeznaczył 500 mld euro. Środki zostaną przeznaczone na zapewnienie płynności finansowej firmom dotkniętym pandemią. Łatwiejszy ma być dostęp do pożyczek udzielanych przez państwowy bank rozwoju. Firmy, które będą miały trudności z płynnością finansową, mogą liczyć na odroczenie płatności podatków i składek. Niemiecki rząd wprowadził również zasiłek za pracę krótkoterminową, a wiele zobowiązań z tytułu długu publicznego i prywatnego (takich jak czynsze mieszkaniowe i płatności odsetek) zostało zawieszonych.

W Polsce podjęto również działania antykryzysowe ze strony rządu. Tzw. tarcza antykryzysowa deklaruje środki na wsparcie gospodarki w wysokości 10% PKB. W ramach tarczy tzw. mikro-przedsiębiorcy mogą liczyć na 5 tys. złotych pożyczki, przewiduje między innymi zwolnienie ze składek ZUS na trzy miesiące, z czego mogą skorzystać osoby prowadzące jednoosobową działalność gospodarczą, a także mikro-firmy, zgłaszające do ZUS maksymalnie do dziewięciu osób. Krytycy tarczy twierdzą, że ewentualna pomoc cierpiącym firmom obwarowana jest wieloma warunkami, co czyni możliwość skorzystania z niej bardzo niepewną.

W niektórych innych krajach Unii Europejskiej zawieszono spłatę pożyczek, w tym hipotek, a największe banki w Gruzji również ogłosiły możliwość odłożenia obowiązkowych płatności. Rząd rosyjski ogłosił odroczenie wpłat ubezpieczeń dla małych i średnich przedsiębiorstw, zawieszenie planowych kontroli i inne środki wsparcia. Jak widać z powyższego, rozdawnictwo pieniędzy nie jest jedynym rozwiązaniem antykryzysowym ogłoszonym przez rządy w ostatnich dniach.

Konsekwencje działań i/lub zaniechań w gospodarce objętej koronawirusem

Zrozumieć, dlaczego gospodarka światowa jest w poważnym niebezpieczeństwie z powodu rozprzestrzeniania się koronawirusa, pomaga jedno z podstawowych praw ekonomii, które brzmi: „wydatki jednej osoby, stanowią dochód innej osoby”. Wyrażona w jednym zdaniu teza wiąże się faktycznie z 87 bln dolarów, globalnej gospodarki.

Ten związek między wydatkami a dochodami, konsumpcją i produkcją leży u podstaw funkcjonowania gospodarki kapitalistycznej. Jest to podstawa swego rodzaju perpetuum mobile, jakim jest ta gospodarka. Kupujemy rzeczy, które chcemy i potrzebujemy i w zamian dajemy pieniądze tym, którzy te rzeczy wyprodukowali, którzy z kolei używają tych pieniędzy, aby kupować rzeczy, których oni chcą i potrzebują, i tak dalej. To, co jest tak bardzo niepokojące w związku z potencjalnymi falowymi efektami ekonomicznymi wirusa, polega na tym, że ta maszyna, swoiste perpetuum mobile może się niemal całkowicie zatrzymać, na czas nieokreślony, w wielu sektorach gospodarki. Żadna współczesna gospodarka nie doświadczyła jeszcze czegoś takiego. Po prostu nie wiemy, jak ta maszyna ekonomiczna zareaguje na pojawiające się przeszkody, ani jak trudne lub łatwe będzie jej ponowne włączenie.

Stany Zjednoczone i znaczna część świata są na skraju ogromnego ograniczenia wydatków konsumpcyjnych, co z kolei będzie oznaczać mniejszą wydajność gospodarczą i niższe dochody wśród osób świadczących te usługi. Oczywiście zarówno władze USA, jak i innych krajów (na co wskazano wcześniej) podejmują różne działania w walce z kryzysem gospodarczym wywołanym przez koronawirusa.

W USA podjęto środki zaradcze m.in. pod ogólnym hasłem „tysiąc dolarów do rąk każdego obywatela”, nazywane tu również „rozdawaniem pieniędzy z helikoptera”. Czy jednak przepis wsparcia gospodarki za pomocą dodrukowywania pieniędzy naprawdę pomoże Amerykanom i całej gospodarce światowej? Część ekspertów w USA uważa, że „w rzeczywistości reakcja Stanów Zjednoczonych w postaci drukowania pieniędzy stała się nieuniknionym trendem”.

Jednak nie da się ukryć, że tego typu działania odbywają się kosztem globalnej gospodarki. Dolar amerykański jest światową walutą rezerwową i główną walutą światowego handlu. I, niestety, to właśnie z powodu finansowej hegemonii dolara, światowa gospodarka będzie musiała ponieść konsekwencje luzowania ilościowego na dużą skalę tej waluty (tj. wykupu amerykańskich obligacji przez USA, za amerykańskie dolary, drukowane „z powietrza”).

Takie działania muszą spowodować poważną, globalną inflację. Rosnące ceny towarów wkrótce rozprzestrzenią się na wszystkie produkty na całym świecie, co doprowadzi do wyższych cen aktywów finansowych, a skutki tego wzrostu będą odczuwalne w realnej gospodarce. Zauważają to Chińczycy. Anglojęzyczny Global Times napisał, że: „jako jeden z największych kredytorów amerykańskiego długu, Chiny muszą uwzględnić wpływ drukowania pieniędzy w Stanach Zjednoczonych i zachować odpowiednie środki ostrożności w odniesieniu do struktury chińskich rezerw walutowych”. Tłumacząc to ostatnie zdanie z dyplomatycznego angielskiego, na potoczny polski, można zrozumieć, że: Chiny poważnie rozważają scenariusz, w którym dolary i amerykańskie obligacje z chińskich rezerw walutowych trzeba będzie natychmiast wyprzedawać, ponieważ działania Waszyngtonu doprowadzą do globalnej inflacji i katastrofalnej dewaluacji samej amerykańskiej waluty. Możemy założyć, że Pekin tym samym, wysłał publiczne ostrzeżenie do Waszyngtonu.

Również wielu amerykańskich ekonomistów wystąpiło z krytyką idei rozdawnictwa pieniędzy. Uważają oni, że jest to bezsensowne działanie, ponieważ problemem, z jakim obecnie musi zmierzyć się Ameryka, nie polega na braku pieniędzy, a rozerwaniu łańcuchów dostaw, w wyniku paniki konsumenckiej, co prowadzi dalej do rozerwania więzi kooperacyjnych w gospodarce. Eksperci dodają, że: „zwiększanie masy pieniężnej w rękach obywateli za pomocą środków nadzwyczajnych nie jest rozwiązaniem systemowym, a tylko takie mogłoby doprowadzić do uruchomienia inwestycji w gospodarce. Dla normalnego funkcjonowania gospodarki pracujący ludzie muszą otrzymywać normalne pensje, a nie „pieniądze zrzucane z helikoptera””.

Trzeba jednak przyznać, że również tradycyjne metody stymulowania biznesu w obecnej sytuacji raczej się nie sprawdzą. Zdaniem ekspertów kluczowym problemem w zaistniałej sytuacji jest dzisiaj to, że globalny system finansowy i jego polityka pieniężna już przed epidemią koronawirusa zbliżyły się do niebezpiecznej granicy, na co wyraźnie wskazuje polityka zerowych stóp procentowych wielu banków centralnych. Natomiast koronawirus tylko pogorszył istniejące wcześniej, niepokojące trendy w gospodarce. Przykładem mogą być wcześniejsze działania Europejskiego Banku Centralnego, który obniżył stopy procentowe do zera na długo przed pojawieniem się epidemii w Europie.

Finansiści intuicyjnie rozumieją, że w obecnej sytuacji stary sposób (dalsze obniżanie stóp procentowych) nie zadziała, a nowe narzędzia i metody rozwiązywania bieżących problemów ekonomicznych nie zostały jeszcze opracowane. Dlatego rządy próbują tak „egzotycznych” środków, jak dystrybucja gotówki bezpośrednio do konsumentów i wydawać by się mogło, że znaleziono prosty, niezawodny i skuteczny sposób na stymulowanie popytu. Zachodzi jednak pytanie podstawowe: jeśli problem można tak łatwo systemowo rozwiązać, to dlaczego trzeba płacić podatki? Dlaczego obywatele w ogóle pracują, jeżeli można żyć z dodrukowywanych pieniędzy?

W zasadzie wśród ekspertów panuje zgodna opinia, że w obecnej trudnej sytuacji, pozostaje polegać na potencjale mobilizacyjnym państwa w gospodarce: bez dużych projektów państwowych nie ma wyjścia z obecnego kryzysu – ani w Stanach Zjednoczonych, ani w innych krajach. Tak było w czasie Wielkiej Depresji, tak jest i teraz, kiedy wymagane są decyzje na wielką skalę.

Jednak, jako właściwy przykład działań, można podać nie rozdawnictwo pieniędzy, a stosowane już lub planowane do zastosowania, takie celowane rozwiązania, jak: wakacje podatkowe na uproszczonych formalnie warunkach, wakacje kredytowe (związane z tym przejściowe zamrożenie depozytów), okresowe przejęcie przez państwo wypłaty pensji w biznesach, które nie mogą normalnie działać i/lub inna forma partycypacji w kosztach przedsiębiorców, dotacje z budżetu na ratowanie biznesów itp. Przy czym, ważnym jest, aby skala tych działań była proporcjonalna do faktycznego zapotrzebowania, znajdującej się w kryzysie gospodarki. Może się, bowiem okazać, że znajdziemy się w sytuacji „podobnej, jak przed kryzysem w 2008 r., kiedy władze nie zdawały sobie sprawy z powagi sytuacji i próbowały stymulować gospodarkę za pomocą narzędzi punktowych”, aż w końcu okazało się, że ożywienie jest możliwe tylko przy pomocy bezprecedensowych środków. W 2008 r. do systemu finansowego trzeba było przelać kilka bilionów dolarów. Teraz skala interwencji państwa może być znacznie większa.

Autorzy: radca prawny Robert Nogacki, płk rez. dr inż. Krzysztof Surdyk

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

[1] Bazooka– amerykańska ręczna wyrzutnia niekierowanych przeciwpancernych pocisków rakietowych z głowicą kumulacyjną. Granatnik przeciwpancerny stosowany przez wojska amerykańskie i na uzbrojeniu armii amerykańskiej do lat sześćdziesiątych XX wieku.

UNICEF Polska alarmuje: W czasie izolacji rośnie skala przemocy domowej wobec dzieci

Wraz z ograniczeniami i zaostrzeniami wynikającymi z pandemii koronawirusa, zarówno w Polsce, jak i w innych krajach zmagających się z COVID-19, znacząco nasila się zjawisko przemocy domowej. W szczególnie trudnej sytuacji znalazły się dzieci.

16 marca w Polsce zostały zamknięte szkoły, przedszkola i inne placówki sprawujące opiekę nad dziećmi. Wprowadzono edukację na odległość. Tym samym dzieci straciły bezpośredni kontakt z nauczycielami, pedagogami i rówieśnikami oraz z dziadkami i dalszą rodziną, która jest dla nich często jedynym wsparciem w trudnych chwilach. Od 1 kwietnia wprowadzono dodatkowe obostrzenia, na mocy których, dzieci nie mogą poruszać się w przestrzeni publicznej bez opieki osoby dorosłej.

Problemy związane z izolacją i naruszeniem rutyny dnia codziennego odbijają się negatywnie na psychice najmłodszych. Ciężar wsparcia edukacyjnego i psychologicznego dziecka spoczął przede wszystkim na rodzicu, który niejednokrotnie nie jest w stanie temu sprostać.

Izolacja i brak kontaktów z innymi osobami sprzyjają nasilaniu się aktów przemocy domowej. Pracownicy UNICEF ze wszystkich krajów, gdzie występuje koronawirus, alarmują, że sytuacja dzieci staje się coraz trudniejsza. W Polsce organizacje prowadzące telefony zaufania informują o coraz większej liczbie zgłoszeń ze strony najmłodszych.

Sytuacja dzieci w rodzinach dotkniętych przemocą

Walka z pandemią spowodowała, że instytucje, które w normalnych warunkach udzielały dzieciom wsparcia, teraz funkcjonują w trybie zdalnym. Zaangażowanie policji w szereg działań związanych z koronawirusem powoduje ograniczenie możliwości monitorowania rodzin objętych procedurą „Niebieskie Karty”. Dzieci mają obecnie znikomy kontakt z osobami, które mogłyby im pomóc (wychowawcy, nauczyciele, pedagodzy itd.) oraz ograniczony dostęp np. do prowadzenia swobodnej rozmowy telefonicznej. Najmłodsi niejednokrotnie nie są w stanie uzyskać wsparcia lub nie wiedzą, gdzie i w jaki sposób mogą się po nie zwrócić.

Warto zauważyć, że w rodzinach dotkniętych przemocą, niejednokrotnie zaniedbywane są potrzeby żywieniowe dzieci czy potrzeby związane z zapewnieniem dostępu do materiałów i sprzętów niezbędnych do edukacji na odległość. W sytuacji epidemii realizacja tych potrzeb może być przeoczona lub niedostrzeżona przez instytucje pomocowe.

Dyrektor Generalny UNICEF Polska, Marek Krupiński apeluje o wzmocnienie wszystkich możliwych działań, które mogą wesprzeć bezpieczeństwo dzieci. Należy monitorować te rodziny, w których już dochodziło do przemocy. Dzieci muszą wiedzieć, gdzie mogą się zgłosić z prośbą o pomoc i że ta pomoc do nich dotrze. Ponadto, każdy z nas powinien w tym trudnym czasie być bardziej wyczulony na sygnały świadczące o przemocy domowej. Nie bójmy się ich zgłaszać do odpowiednich służb, mówi Marek Krupiński.

Nie rezygnować z ostrożności

Ryzykowne aktywa kontynuują rajd ulgi na optymizmie, że epidemia koronawirusa może słabnąć w niektórych epicentrach. To przynosi słabość USD, który dotychczas służył jako bezpieczna przystań na przeczekanie. Teraz w skróconym tygodniu ważne będzie na ile uda się wytrwać z nadziejami na poprawę, a na ile ryzykiem będzie chęć szybkiej realizacji zysków. Bo sceptycznie podchodzę do tezy, że całe zło jest już w cenach.

Nie chcę demonizować, ale nie brakuje wyzwań dla aktualnego optymizmu. Sam spadek liczby zachorowań odnotowywanych na świecie każdego dnia to jeszcze nie dowód, że pandemia została opanowana. Wciąż nie ma uniwersalnego i skutecznego środka medycznego do walki z koronawirusem, stąd podtrzymywane będą obawy władz i obywateli odnośnie tego, kiedy i w jaki sposób będzie można przywrócić aktywność gospodarczą. Niepewność będzie ciążyć na wynikach spółek i w takim otoczeniu trudno zakładać, aby wczorajsze silne wzrosty na giełdach brały się z fundamentalnego dyskonta przepływów pieniężnych. Nie chcę nawet przypominać jak dramatycznie będą dopiero wybrzmiewać dane z rynku pracy w USA, ale też Europie. Obszary ryzyka wciąż są duże i będą jeszcze nie raz straszyć. Na razie widzimy risk-on, rajd na giełdach, a na FX przesiadkę z USD w kierunku ryzykownych: AUD, NZD, NOK. EUR/PLN na 4,53 jest najniżej do tygodnia, ale wątpię, czy starczy entuzjazmu ogólnorynkowego, by doprowadzić kurs do 4,50. Dziś uwaga na Wall Street, czy znajdzie się tam chęć na podtrzymanie rajdu, czy jednak będzie rządzić klątwa Wtorku Odwrotu.

EUR/USD odbija w kierunku 1,09, co dowodzi, że obawy związane z rozprzestrzenianiem się COVID-19 w Europie i USA w większym stopniu negatywnie odbijają się na EUR, nawet jeśli to Nowy Jork rozpatrujemy jako bieżące epicentrum. Z tego powodu tym bardziej istotne jest, co Eurogrupa planuje dziś zaprezentować jako fiskalne wsparcie dla gospodarki. Ministrowie finansów państw strefy euro mają dyskutować, jakie rozwiązanie będzie najlepsze, by bezpiecznie rozprowadzić obciążenia finansowe. Z docierających informacji wynika, że rozpatrywane są wspólne euroobligacje („corona bonds”) lub linie pożyczkowe z Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego. Pierwsze rozwiązanie oferuje więcej możliwości (gdyż arsenał ESM jest ograniczony do 410 mld EUR), ale pomysł corona bonds spotyka się z silnym sprzeciwem m.in. Niemiec. Jest bardziej prawdopodobne, że Eurogrupa pójdzie utartym już śladem programów pożyczkowych dla małych i średnich firm w celu ochrony miejsc pracy, podczas gdy ESM pozostanie pierwszą dostępną opcją na wypadek, gdyby rynek długu kwestionował wypłacalność członków Eurolandu (Włochy przychodzą tu pierwsze na myśl). To nie wystarczy, by zbudować dodatkowy entuzjazm uczestników rynku i dać świeże paliwo dla umocnienia EUR. Jednak jakiekolwiek sygnały, że Eurogrupa nie zamyka się całkowicie na pomysł koronaobligacji mogą się dobrze wpasować w pozytywne nastroje, jaki dziś panują na rynku.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Koronawirus nie pozostanie bez wpływu na rynek powierzchni elastycznych

Znajdujemy się właśnie w bardzo specyficznej sytuacji, którą ciężko nam wszystkim zrozumieć. Gro ekspertów na całym świecie próbuje przewidzieć skutki pandemii, skupiając się przede wszystkim na nadchodzącym kryzysie gospodarczym.

Trudno nie wrócić więc myślami do 2008, kiedy to mierzyliśmy się z poprzednim kryzysem. To właśnie wówczas zaczął dynamicznie rozwijać się rynek powierzchni elastycznych, który wykorzystał rosnący wskaźnik pustostanów. W opustoszałych biurowcach zaczęły otwierać się kreatywne przestrzenie projektowane pod wchodzących na rynek pracy Millenialsów.

To, że COVID-19 odciśnie swoje piętno w poszczególnych sektorach rynku nieruchomości komercyjnych nie pozostawia już dziś wątpliwości. Wciąż niewiadomą pozostaje, jak duży i długotrwały będzie to wpływ. Obecna atmosfera niepewności i lockdown gospodarki odbije się również na rynku biur elastycznych. Patrząc jednak teraz na ten sektor z perspektywy poprzedniego kryzysu, który pozwolił mu znacząco się rozwinąć, powinniśmy rozważać nie tylko zagrożenia, ale i szanse.

Oczywiście, w krótkiej perspektywie powierzchnie flex mogą ucierpieć tracąc część najemców. Bądźmy jednak świadomi, że to właśnie na elastycznym modelu najmu zbudowany jest ich model biznesowy. Największa zaleta tego produktu, czyli możliwość stosunkowo szybkiego wejścia i wyjścia z powierzchni, w obecnej sytuacji spowoduje redukcję przychodów w portfelach operatorów. W zależności od długości okresu, w jakim będziemy zmuszeni do pracy zdalnej, możemy spodziewać się, że  mniejsi najemcy,  którzy są bardziej podatni na kryzysowe sytuacje i gospodarcze zawirowania (np.  freelancerzy oraz MŚP), będą rezygnować z przedłużenia umów lub je wypowiadać. Również część korporacji, która wynajmuje powierzchnie flex na potrzeby realizowanych projektów, może się wycofać lub przynajmniej wstrzymać z nowymi najmami.

Długofalowo flexy zyskają

Długoterminowo operatorzy powierzchni flex mogą jednak zyskać. Do tej pory większość firm w ramach zabezpieczenia kontynuacji biznesu pod kątem nieruchomości ograniczała się tylko do swoich tradycyjnych biur. Natomiast to, co się dzieje teraz, otwiera nam oczy na wiele różnych, potencjalnych przypadków – co gdy nie będziemy mieli do naszego biura dostępu lub zostanie odcięte od prądu czy sieci? Albo w sytuacji, gdy w krótkim czasie będziemy musieli ograniczyć zasoby ludzkie? W takich momentach potrzebujemy alternatywnego miejsca pracy. Powierzchnie flex gwarantują nam to, że w szybki sposób można mieć do nich dostęp, nawet wtedy, gdy firmowe biuro jest już zamknięte czy wręcz zablokowane.

Epidemia COVID-19 przyśpieszy procesy, jakie zaczęliśmy obserwować już wcześniej, czyli przechodzenia z tradycyjnego modelu biura na bardziej elastyczny. Coraz więcej najemców będzie myślało o włączeniu powierzchni flex do swojej strategii utrzymania biznesu tak, aby odpowiednio zarządzać ryzykiem i kosztami, np. planując jedynie 70% powierzchni w tradycyjnym układzie, a pozostałe 30% w biurach elastycznych, które dopasują się do bieżących potrzeb. Taki kierunek obierają już od dawna rynki zachodnie, przez co rynek powierzchni elastycznych rósł tam o wiele szybciej niż w Polsce. Obecnie w Londynie flexy stanowią ponad 5% wszystkich powierzchni biurowych, na Manhattanie jest to aż 15%, a w Warszawie jedynie 2,5%.

Powierzchnie elastyczne mogą też zyskać na ewentualnych perturbacjach na rynku biurowym. Część firm w obecnej niepewnej sytuacji gospodarczej może odsunąć swoje plany relokacji czy ekspansji biura i zdecydować się na mniej wiążące rozwiązania. Tu z pomocą przyjdą im operatorzy przestrzeni flex, którzy zaoferują większą elastyczność i bezpieczeństwo w sytuacji zapotrzebowania na szybkie zwiększenie bądź zmniejszenie powierzchni. Jest to atut, który najemcy szczególnie doceniają w kryzysowych sytuacjach, kiedy długofalowe planowanie jest utrudnione.

Krótkoterminowo sojusznikiem powierzchni elastycznych może się też okazać sytuacja na budowach. Ewentualne opóźnienia przy realizacji, wykończeniach i odbiorach biurowców, spowodowane przerwanymi łańcuchami dostaw i ograniczeniami wynikającymi z kwarantanny pracowników, mogą czasowo zwiększyć popyt na flexy, wypełniając w ten sposób lukę podażową.

Flexy wciąż będą w cenie

Nie można zapominać o unikalnej wartości flexów, czyli zróżnicowanej społeczności, która może się wymieniać pomysłami i inicjatywami, być rynkiem talentów i inspiracji. Nadal będzie to duży atut powierzchni coworkingowych i serwisowanych, które choć na początku mogą stracić nieco na zaufaniu, to długofalowo będą nadal przyciągać.

Wśród licznych zalet powierzchni elastycznych warto również odnotować obserwację, z której wynika, że ich użytkownicy łatwiej i szybciej byli w stanie przestawić się na pracę zdalną, której na masową skalę doświadczamy w Polsce od marca. To nowe doświadczenie pozwala przypuszczać, że po epidemii będziemy obserwować zmianę nawyków w naszej pracy – zarówno po stronie pracowników, jak i pracodawców. Więcej osób i firm przekona się home office’ów, co będzie sprzyjać rozwojowi rynku powierzchni elastycznych.

Renata Hartle, manager ds. strategii flex office i rozwiązań technologicznych w Colliers International

Hakerzy wykorzystują COVID-19 do wyłudzania danych

Hakerzy tworzą fałszywe strony internetowe oraz masowo rozsyłają wiadomości elektroniczne mające na celu zwabić nieświadomych użytkowników i wyłudzić ich dane uwierzytelniające, czy zainfekować komputery złośliwym oprogramowaniem. Wiele zorganizowanych grup przestępczych zmieniło swoje taktyki działania, coraz częściej wykorzystując w przeprowadzanych atakach materiały związane z koronawirusem – m.in. są to wiadomości medyczne, informacje o fałszywych lekarstwach, dodatkowych świadczeniach w sytuacjach kryzysowych i brakach w zaopatrzeniu.

Zorganizowane grupy cyberprzestępcze na dużą skalę wykorzystują niepewność i obawy związane z pandemią koronawirusa do atakowania osób prywatnych i przedsiębiorstw na przeróżne sposoby. Od połowy lutego br. można zaobserwować błyskawiczny rozrost infrastruktury wykorzystywanej przez cyberprzestępców do prowadzenia ukierunkowanych kampanii phisingowych związanych tematycznie z COVID-19. Kampanie te mają na celu zwabienie nieświadomych użytkowników na fałszywe strony internetowe i wyłudzenie ich danych uwierzytelniających.

Hakerzy tworzą fałszywe strony internetowe oraz masowo rozsyłają wiadomości elektroniczne mające na celu zwabić nieświadomych użytkowników i wyłudzić ich dane uwierzytelniające, czy zainfekować komputery złośliwym oprogramowaniem. Wiele zorganizowanych grup przestępczych zmieniło swoje taktyki działania, coraz częściej wykorzystując w przeprowadzanych atakach materiały związane z koronawirusem – m.in. są to wiadomości medyczne, informacje o fałszywych lekarstwach, dodatkowych świadczeniach w sytuacjach kryzysowych i brakach w zaopatrzeniu.

Najsłabszym ogniwem zabezpieczeń systemów informatycznych jest człowiek. Obawy pojawiające się w związku z pandemią koronawirusa wykorzystywane są przez hakerów. Stosowana przez nich socjotechnika bazująca na strachu ma większą skuteczność. Jeśli działamy pod wpływem emocji, często tracimy zdrowy rozsądek i czujność, zapominając o podstawowych zasadach bezpiecznego korzystania z Internetu. Firmy powinny dziś w szczególny sposób zadbać o świadomość pracowników w zakresie cyberzagrożeń, jak również przygotować się na sprawną reakcję w przypadku cyberataku – mówi Michał Kurek, partner w dziale doradztwa biznesowego, szef zespołu ds. cyberbezpieczeństwa w KPMG w Polsce.

W celu ochrony przed wyłudzeniami haseł dostępowych, warto rozważyć stosowanie dwuskładnikowego uwierzytelniania. W przypadku organizacji zdalnego dostępu do wrażliwych danych firmowych jest to niezwykle istotne. Należy szczególnie zadbać o to, by systemy i urządzenia posiadały najnowsze aktualizacje i poprawki bezpieczeństwa, włączając w to urządzenia używane do pracy zdalnej. Warto być przygotowanym na wzmożone zainteresowanie cyberprzestępców próbami wykorzystania luk w zabezpieczeniach systemów IT podczas trwania pandemii.

Należy pamiętać, że system antywirusowy dawno przestał być skutecznym sposobem na walkę ze złośliwym oprogramowaniem. W ostatnich latach obserwujemy wzmożone kampanie malware mające na celu uzyskanie nieautoryzowanego dostępu do danych firmowych, przejęcie kontroli nad pocztą korporacyjną użytkownika, m.in. w celu wyłudzeń przelewów wysokokwotowych, czy paraliż firmy poprzez zaszyfrowanie danych w celu uzyskania okupu – mówi Marcin Strzałek, menedżer w zespole ds. cyberbezpieczeństwa w KPMG w Polsce.

Firmy powinny upewnić się, że wszelkie niestandardowe, wysokokwotowe przelewy podlegają dodatkowej weryfikacji, najlepiej telefonicznie lub przez wiadomość SMS, co pomoże ochronić organizację przed zwiększonym ryzykiem podszywania się cyberprzestępców pod kadrę zarządzającą. Ponadto, w celu ochrony przed atakami typu ransomware – czyli nakierowanymi na paraliż firmy poprzez szyfrowanie danych i żądanie okupu – istotne dane powinny być zabezpieczane poprzez regularne tworzenie kopii zapasowych i ich przechowywanie poza siecią korporacyjną.

Pandemia COVID-19, z uwagi na całe spektrum nowych, trudnych do przewidzenia wyzwań, z pewnością wprowadzi znaczące zmiany w sposobie, w jaki firmy na całym świecie funkcjonują i podchodzą do ochrony przed cyberzagrożeniami.

Giełdy a koronawirus

Jedną z konsekwencji pandemii jest załamanie się światowych giełd. Panikę na giełdzie łatwo zauważyć, gdy ceny akcji spółek gwałtownie spadają. Właściciele akcji wyprzedają je jak najszybciej – co sprawia, że w kolejnych dniach ich ceny są jeszcze niższe. Ilustrują to wykresy cen akcji, które lecą dramatycznie w dół – bez korekty następnego dnia. Trudniej jednak przewidzieć lub zauważyć poprawę sytuacji na giełdzie. Ekonomiści lubią przewidywać trendy, a politycy szukają symptomów stabilizacji, by uspokoić opinię publiczną. Tym przewidywaniom nie można jednak do końca wierzyć.

– Przedstawiciele naszego rządu już parę tygodni temu przedstawiali analizy, ukazujące stabilizację na giełdach. Wtedy sytuacja miała zacząć się poprawiać, ale od tego czasu  giełdy na całym świecie straciły od 25 do 30% wartości – powiedział serwisowi eNewsroom profesor Witold Orłowski, ekonomista. – Ten przykład pokazuje, że nie należy opierać się na krótkookresowych, technicznych wskaźnikach. Przede wszystkim trzeba śledzić informacje epidemiologiczne. Jeśli epidemia zacznie wygasać – czyli widać będzie wypłaszczenie liczby zachorowań i ich późniejszy spadek – rynki finansowe zareagują na to szybką odbudową. Oczywiście zależną od tego, na ile głęboka będzie wcześniejsza zapaść. Natomiast jeśli cały czas będziemy mieli do czynienia ze złymi wiadomościami z realnej gospodarki, to nawet jeśli na rynkach finansowych nastąpi pewna stabilizacja, to będzie ona tylko czasowa – ostrzega Orłowski.

Wyniki sprzedaży Ronson Development za I kw. 2020 r.

W pierwszym kwartale 2020 r. Ronson Development zakontraktował sprzedaż 278 lokali wobec 174 w analogicznym okresie 2019 r.

Liczba lokali przekazanych klientom w pierwszych trzech miesiącach tego roku, które zostaną rozpoznane w rachunku wyników za ten okres, wyniosła 387, z czego 234 lokali przekazano w wysokomarżowym projekcie City Link III.

– Wyniki sprzedaży mieszkań w marcu i w całym pierwszym kwartale tego roku były jednymi z najlepszych w historii Ronson Development. Głównie przyczynił się do tego nasz warszawski projekt Ursus Centralny. Na początku marca uzyskaliśmy pozwolenie na budowę drugiego etapu tej inwestycji, co umożliwiło nam zawieranie umów deweloperskich z klientami. Projekt ten od samego początku cieszy się ogromnym zainteresowaniem. Jeszcze przed uzyskaniem pozwolenia na budowę, 100 mieszkań w drugim etapie objętych było umowami rezerwacyjnymi. Ponad 80% z nich zostało już skonwertowanych na umowy deweloperskie – powiedział Andrzej Gutowski, wiceprezes i dyrektor ds. sprzedaży w Ronson Development.

Dobre tempo sprzedaży Ronson Development zanotował w pierwszym kwartale również w pozostałych swoich inwestycjach. Poza wspomnianym Ursusem Centralnym, gdzie sprzedano 99 lokali łącznie w dwóch pierwszych etapach, największą popularnością cieszyły się projekty: Miasto Moje w Warszawie (65 sprzedanych lokali) i Panoramika w Szczecinie (32 sprzedane mieszkania).

– W związku z rozprzestrzeniającą się epidemią koronawirusa i wprowadzonymi ostatnio przez władze ograniczeniami, zmieniliśmy organizację naszych sił sprzedażowych. Ze względów bezpieczeństwa, nie organizujemy klasycznych dni otwartych ani nie zapraszamy klientów i potencjalnych klientów do naszych salonów sprzedaży. Większość kontaktów odbywa się zdalnie – telefonicznie, mailowo czy poprzez czat online. W tym tygodniu zorganizujemy również pierwszy dzień otwarty online w jednej z naszych warszawskich inwestycji. Współpracujące z nami kancelarie notarialne wdrożyły natomiast szczególne środki ostrożności, umożliwiając bezpieczne zawarcie umowy – wskazał Andrzej Gutowski.

– Obserwujemy niezmiennie dużą aktywność na naszej stronie internetowej. Niemniej jednak, w związku z ograniczeniami w przemieszczaniu się, po bardzo dobrym pierwszym kwartale, spodziewamy się wyhamowania tempa sprzedaży w najbliższych dwóch miesiącach. Ten okres zamierzamy wykorzystać do zbudowania bazy klientów i utrzymania z nimi dobrego kontaktu, tak aby odbudować naszą sprzedaż, gdy sytuacja zacznie się normalizować – dodał wiceprezes.

Pierwszy kwartał 2020 r. był również jednym z najlepszych w historii Ronson Development pod względem wypracowanych wyników finansowych. W tym okresie deweloper przekazał bowiem swoim klientom rekordową liczbę 387 lokali, z czego 234 to lokale przekazane w projekcie City Link III, gdzie marża brutto na sprzedaży sięgnęła 39%. Ponadto, 84 lokale zostały przekazane w projekcie Panoramika IV w Szczecinie, a 59 w projekcie Miasto Marina we Wrocławiu. Dla porównania, w analogicznym okresie 2019 r. spółka przekazała klientom łącznie 145 lokali.

Sprawozdanie finansowe Ronson Development za pierwszy kwartał 2020 r. zostanie opublikowane 14 maja.

– W okres zawirowań wywołanych przez epidemię COVID-19 weszliśmy będąc w bardzo dobrej sytuacji finansowej. Szybko dostosowaliśmy nasze działania sprzedażowe do nowej rzeczywistości. Na bieżąco monitorujemy również postęp prac na budowach i na ten moment nie obserwujemy żadnych opóźnień. Współpracujemy przeważnie z dużymi generalnymi wykonawcami, którzy dobrze sobie radzą w obecnej sytuacji. Nie rezygnujemy również z naszych planów, zakładających uruchomienie w tym roku siedmiu projektów obejmujących łącznie ponad 900 lokali. Przygotowania do tych inwestycji idą zgodnie z planem. Terminy uruchamiania nowych etapów będziemy oczywiście dostosowywać do bieżących warunków rynkowych – podsumował Boaz Haim, prezes Ronson Development.

Ronson Development – sprzedaż i przekazania lokali

Liczba lokali 1Q 2020 1Q 2019 Zmiana r/r
Sprzedaż 278 174 +60%
Przekazania 387 145 +167%

 

Uchodźcy szczególnie zagrożeni koronawirusem. Zła sytuacja w obozach w Grecji

Ponad 80 proc. uchodźców na świecie mieszka w krajach o niskim i średnim dochodzie, często w państwach, gdzie toczą się konflikty oraz brakuje podstawowych środków czystości czy wody. Koronawirus to dla nich znacznie większe zagrożenie niż dla pozostałych osób. W przeludnionych obozach dla uchodźców nie ma warunków do izolacji, nie jest możliwa kwarantanna czy zachowanie odpowiedniego dystansu i higieny. W akcję zapobiegania pandemii w obozach dla uchodźców włączyła się Polska Akcja Humanitarna.

– Mieszkańcy krajów, w których toczą się konflikty, są w podwójnie trudnej sytuacji. Wiele ośrodków zdrowia i przychodni zostało zniszczonych, nie są więc w stanie uzyskać pomocy medycznej. Tak jest chociażby w ogarniętym wojną Jemenie. Dla tych ludzi, i tak już osłabionych przez konflikt zbrojny, niedożywienie, wszelkiego rodzaju choroby, zakażenie koronawirusem byłoby śmiertelne w skutkach – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Rafał Grzelewski z Polskiej Akcji Humanitarnej.

Z danych ONZ wynika, że ponad 80 proc. uchodźców na świecie mieszka w krajach o niskim i średnim dochodzie. Często niedożywieni, bez dostępu do lekarzy czy podstawowych środków czystości, są szczególnie narażeni na zagrożenie.

Trudna sytuacja panuje przede wszystkim w obozach dla uchodźców. Tymczasem koronawirusa wykryto w krajach o największej populacji uchodźców – w Niemczech, Sudanie, Pakistanie, Ugandzie i Turcji.

– W obozie dla uchodźców na greckiej wyspie Lesbos jest wyjątkowo duże zaludnienie. W obozie projektowanym na 3 tys. osób w tej chwili już mieszka 20 tys. osób. Na 3 mkw. mieszka wspólnie sześć osób – wskazuje Rafał Grzelewski. – Na jeden kran przypada tam aż 1,3 tys. osób, brakuje też środków czystości. Gdyby ktoś zachorował, nie ma możliwości zastosowania kwarantanny.

Dwa najskuteczniejsze środki ostrożności przeciwko koronawirusowi – dystans społeczny i mycie rąk – są trudne do wdrożenia w obozach i osadach, w których zazwyczaj brakuje miejsca, czystej wody i środków czystości. Takie warunki życia często katalizują przenoszenie chorób, zagrażając nie tylko uchodźcom, ale także mieszkańcom przyjmujących ich społeczności.

– W obozie na Lesbos jest tylko sześcioro lekarzy. Nie są w stanie zaopiekować się wszystkimi ludźmi, którzy zachorowaliby na chorobę wywołaną koronawirusem – zaznacza przedstawiciel PAH.

W niektórych obozach dla uchodźców rozpoznano już pierwsze przypadki koronawirusa, np. w greckim Ritsona kilka dni temu poinformowano o 20 przypadkach SARS-CoV-2. Ciężka sytuacja panuje choćby w Bangladeszu, gdzie potwierdzono przypadki koronawirusa, m.in. na terenach położonych blisko obozów dla uchodźców, w których żyją setki tysięcy uchodźców z ludu Rohingya.

Aby zapobiegać pandemii koronawirusa w obozach dla uchodźców, przede wszystkim trzeba dostarczać bardzo dużo wody, środków czystości, żeli antybakteryjnych, trzeba montować punkty mycia rąk. Istotne, by stworzyć tym ludziom warunki, by mogli być izolowani, gdy ktoś z nich zachoruje – wymienia Grzelewski.

Polska Akcja Humanitarna pomaga imigrantom w greckich obozach. Według różnych szacunków łącznie w Grecji przebywa 50 tys. uchodźców.

– Pomagamy w obozie dla uchodźców na Lesbos – poprawiamy tam infrastrukturę wodną, czyli zwiększamy dostęp do wody, ale także przeprowadzamy szkolenia z higieny. Montujemy dozowniki na płyn antybakteryjny w wielu punktach obozu tak, żeby można było w łatwy sposób zdezynfekować ręce. Dostarczamy też mydło i przede wszystkim szkolimy – mówi Rafał Grzelewski.

W branży deweloperskiej nie widać jeszcze symptomów kryzysu. Utrudniony dostęp do finansowania może jednak uderzyć w kondycję deweloperów

Prace na budowach są w większości kontynuowane przy zachowaniu procedur bezpieczeństwa. Eksperci jednak oceniają, że z czasem także branża deweloperska odczuje skutki pandemii, m.in. wskutek załamania na rynku pracy i zmniejszonego popytu, problemów z dostawami materiałów budowlanych czy utrudnionego dostępu do finansowania. To może zastopować prowadzone inwestycje. W takim scenariuszu, jeżeli termin realizacji inwestycji się opóźni, odpowiedzialność będzie spoczywać na deweloperze, a nabywca lokalu będzie uprawniony do zerwania z nim umowy.

 Kryzys związany z pandemią na pewno bezpośrednio dotknie również rynku deweloperskiego. Wynika to zarówno z ograniczeń, nakazów i zakazów wprowadzonych przez rząd, jak również z ich konsekwencji ekonomicznych i braku możliwości prowadzenia działalności. Prawdopodobnie będzie się to wiązało z opóźnieniami – zarówno w prowadzonych pracach budowlanych, jak również z brakiem płynności po stronie deweloperów czy też nabywców lokali – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Cieśliński, adwokat i wspólnik w Kancelarii BCLA Bisiorek Cieśliński i Wspólnicy.

Polski Związek Firm Deweloperskich podaje, że na bieżąco współpracuje z resortem rozwoju w celu wypracowania takich rozwiązań, które mają chronić branżę przed długotrwałymi konsekwencjami pandemii i spowolnienia gospodarczego. Jednym z uwzględnionych w tarczy antykryzysowej postulatów branży było przedłużenie zezwoleń na pracę cudzoziemców. Okres ważności zezwoleń został wydłużony na cały czas obowiązywania stanu epidemii lub zagrożenia epidemicznego. Pod koniec marca Urząd Dozoru Technicznego po chwilowym przestoju wznowił też kontrole budowlane, konieczne dla ciągłości procesu inwestycyjno-budowlanego. Warunkują one m.in. zwalnianie kolejnych transz finansowania przez banki. Brak tych środków może uniemożliwić opłacenie wykonawców i zapłatę pensji pracownikom.

Jak na razie wielu deweloperów zapewnia, że ich projekty nie mają przestojów w związku z pandemią koronawirusa i wprowadzonymi przez rząd ograniczeniami. Większość biur sprzedaży jest co prawda zamknięta, ale z drugiej strony w czasie domowej kwarantanny klienci mają dużo czasu na zapoznanie się z ogłoszeniami o sprzedaży mieszkań i ofertą deweloperów.

Eksperci są jednak zdania, że z czasem i branża deweloperska dotkliwie odczuje skutki pandemii, m.in. wskutek załamania na rynku pracy i zmniejszonego popytu, zerwania łańcuchów dostaw i problemów z dostawami materiałów budowlanych czy utrudnionego dostępu do finansowania. Klienci zaczną też odkładać decyzję o zakupie mieszkania na lepsze czasy.

Jak podkreśla adwokat Marcin Cieśliński, jeżeli termin realizacji inwestycji się opóźni, a deweloper nie dostarczy lokalu w terminie przewidzianym umową, wówczas odpowiedzialność prawna leży po jego stronie.

– Umowa przewiduje konkretny termin, który deweloper gwarantuje nabywcy. W przypadku opóźnień nabywca może wezwać dewelopera do dostarczenia mu lokalu z dodatkowym, 120-dniowym terminem na wykonanie tego zobowiązania. Po tym czasie jest uprawniony do odstąpienia od umowy, mając jednocześnie zagwarantowany zwrot środków, które wpłacił – mówi.

Z drugiej strony, w przypadku opóźnień po stronie klientów, np. w płatnościach czy stawiennictwie na akt końcowy do zawarcia umowy przyrzeczonej, znajdują się oni w korzystniejszej sytuacji niż deweloperzy. Mogą bowiem powołać się na przewidzianą w polskim prawie tzw. klauzulę siły wyższej. Przykładowo, klient może wykazać, że nie mógł się stawić w terminie z uwagi na kwarantannę albo nie miał funduszy wskutek utraty dochodów spowodowanej bieżącym kryzysem. W takim scenariuszu deweloper nie może skorzystać ze swojego prawa do odstąpienia od umowy, co części nabywców może zapewnić dodatkowy czas i ułatwić wywiązanie się ze swoich zobowiązań.

 Z kolei środki, które wpłacili klienci, są zabezpieczone na wiele sposobów. Po pierwsze, mamy rachunki powiernicze, na których znajdują się pieniądze niewypłacone jeszcze deweloperom. W takim scenariuszu są one zwracane przez bank bezpośrednio do klienta. Deweloperzy ustanawiają również gwarancje bankowe lub ubezpieczeniowe, które pozwolą na zwrot tych środków nabywcom. W przypadku ewentualnej upadłości dewelopera w polskim prawie są przewidziane specjalne tryby, które pozwalają uchronić nabywców przed jej skutkami – mówi ekspert Kancelarii BCLA Bisiorek Cieśliński i Wspólnicy.

Mikroprzedsiębiorcy i samozatrudnieni masowo wnioskują o zwolnienie ze składek na ubezpieczenia społeczne. Dziennie do ZUS wpływają dziesiątki tysięcy wniosków

Ponad pół miliona mikrofirm i milion samozatrudnionych może skorzystać z ulgi w opłacaniu składek na ubezpieczenia społeczne. Łącznie do 6 kwietnia złożono ponad 264 tys. wniosków o wsparcie w ramach rozwiązań przewidzianych w tarczy antykryzysowej. Zdecydowana większość – ok. 212 tys. – dotyczyła zwolnienia z obowiązku opłacania składek na ubezpieczenia społeczne. – Wnioski można przesyłać pocztą i składać do skrzynek w placówkach, ale zachęcamy do przesłania ich przez Platformę Usług Elektronicznych – mówi prof. Gertruda Uścińska, prezes ZUS.

– Mamy kilka rodzajów wniosków dotyczących rozwiązań, które składają się na wsparcie firm w ramach tarczy antykryzysowej. Głównym jest zwolnienie z obowiązku opłacania składek, drugi dotyczy prawa do świadczeń postojowych, kolejny – ulgi w odroczeniu terminu płatności składek czy rozłożenia zadłużenia na raty – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Gertruda Uścińska, prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

ZUS poinformował, że od wejścia w życie przepisów tarczy antykryzysowej do 6 kwietnia przedsiębiorcy złożyli nieco ponad 264 tys. wniosków o wsparcie. Zdecydowana większość (212 tys.) dotyczyła zwolnienia z opłacania składek na ubezpieczenia społeczne za trzy miesiące, od marca do maja. Z rozwiązania mogą skorzystać mikrofirmy, które zatrudniają do dziewięciu osób, o ile działały przed 1 lutego 2020 roku.

Zwolnienie z opłacania należności z tytułu składek stanowi pomoc publiczną. Tym samym z takiego rozwiązania mogą skorzystać przedsiębiorcy, którzy na dzień 31 grudnia 2019 roku nie znajdowali się w trudnej sytuacji, ale którzy później, z powodu pandemii SARS-CoV-2, napotkali trudności.

– Szacujemy, że liczba mikroprzedsiębiorstw, która skorzysta z tego rozwiązania, może wynieść prawie 700 tys., a liczba zatrudnionych w tych mikrofirmach może sięgać 2,4 mln osób ubezpieczonych. Jest to specjalna ulga o dużym zasięgu – podkreśla prezes ZUS.

Ze zwolnienia w opłacaniu składek na ubezpieczenia społeczne mogą też skorzystać samozatrudnieni. W ich wypadku warunkiem skorzystania z ulgi jest limit przychodu wynoszący 300 proc. prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia na 2020 rok (15 681 zł) w pierwszym miesiącu, za który jest składany wniosek.

Może to dotyczyć ponad miliona samozatrudnionych. Skutki finansowe zwolnienia z obowiązku opłacania składek przez te trzy miesiące szacujemy na 13–14 mld zł – wylicza prof. Gertruda Uścińska. – Jeżeli samozatrudniony dzisiaj przekroczył przychód, np. osiągając 20 tys. zł, to nie spełnia warunku podstawowego. Ale jeżeli jego sytuacja się pogorszy w kolejnych dwóch miesiącach, to będzie mógł złożyć taki wniosek.

Przedsiębiorcy mogą też złożyć wnioski o odroczenie składek lub rozłożenie należności na raty. Osoby samozatrudnione oraz zleceniobiorcy mają też prawo do świadczenia postojowego.

Jak wskazuje prezes ZUS, praktycznie wszystkie wnioski trafiają do Zakładu przez Platformę Usług Elektronicznych. Znacznie rzadziej wnioski przesyłane są pocztą lub wrzucane do specjalnych skrzynek w placówkach.

Na podstawie składanych wniosków widać, że jest bardzo duże zainteresowanie nowymi rozwiązaniami. Wnioski w większości wpływają w formie elektronicznej przez Platformę Usług Elektronicznych. Wnioski o zwolnienie ze składek można składać do końca czerwca tego roku, natomiast w innych sprawach będzie można to robić także później – mówi prof. Gertruda Uścińska.

Innowacyjność w bankowości jest niezbędna w utrzymaniu się na rynku. Największe instytucje muszą otworzyć się na zmiany

Dyrektywa bankowa PSD2 otwiera drogę do współpracy banków i zewnętrznych dostawców usług na ogromną skalę z korzyścią dla konsumentów. Nie obędzie się bez zmian w największych organizacjach. Banki będą musiały stać się o wiele szybsze w działaniu. Instytucje zbyt wolno adaptujące się do zmian będą musiały liczyć się z utratą klientów, którzy wybiorą bardziej intuicyjne i wygodniejsze rozwiązania. 

– To jest bardzo dobry ruch, żeby organizacje, które są powolne i nie są w stanie zaadaptować się do nowych oczekiwań użytkowników, np. banki, współpracowały z organizacjami, które są o wiele szybsze, zwinniejsze, są w stanie wziąć więcej ryzyka na siebie i skorzystają z otwartej bankowości – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje podczas Digital Finance Summit 2020 Mateusz Chrobok, wiceprezes ds. biometryki behawioralnej w firmie Buguroo.

Jak oceniają eksperci, wdrożenie dyrektywy to dopiero początek zmian na rynku cyfrowych finansów. Istotne będą wdrożenia banków oraz usługodawców zewnętrznych, którzy dzięki niej mają szansę na zdobycie nowych klientów wśród instytucji finansowych. Rosnąca popularność cyfrowej bankowości może mieć również pozytywny wpływ na dalszą cyfryzację innych obszarów życia. Dla większych instytucji to jednak przede wszystkim wyzwanie.

– Albo ten proces będzie dyfuzją w pewnym czasie, gdzie będą to współprace typu partnerstwa, albo zbyt powolne organizacje, które nie będą w stanie integrować się z nowymi rozwiązaniami, będą po prostu umierać, ponieważ użytkownicy zaczną się od nich odsuwać i będą woleli wykorzystać to, co jest dla nich przyjemniejsze – wskazuje Mateusz Chrobok.

Bankowa dyrektywa PSD2 umożliwi m.in. stworzenie jednolitego rynku płatności w krajach Unii Europejskiej oraz zapewni bezpieczeństwo transakcji i finansów użytkowników. Umożliwi także zewnętrznym usługodawcom oferowanie dodatkowych usług dla klientów oraz zwiększy bezpieczeństwo transakcji bankowych. Niektóre operacje wymagają tzw. silnego uwierzytelnienia, czyli dwuetapowego procesu weryfikacji tożsamości, np. przez logowanie i wiadomość SMS. Ponadto czas odpowiedzi w sprawie reklamacji zostanie skrócony z 30 dni kalendarzowych do 15 dni roboczych.

– Im więcej transparentności w tym, w jaki sposób przeprowadzamy transakcje i uwierzytelnianie, tym lepiej jesteśmy w stanie ocenić, jak serwisy i dostawcy usług funkcjonują. PSD2 wprowadziło otwarte płatności i otwarte API. To właśnie API jest obwarowane wymaganiami. Nie jest łatwo je spełnić, żeby dostać się do tych danych. Ma to swoje plusy, ale i minusy, bo wymaga kreatywnego i innowacyjnego podejścia ze strony firm – mówi ekspert.

API (Application Programming Interface) to oprogramowanie, które pozwala na komunikację między dwiema aplikacjami.

– Na chwilę obecną nie widzę skokowego wzrostu popularności wykorzystania API. Zainteresowanie jest, ale nie jest skokowe. Część serwisów dalej korzysta ze starych screen scrapingów (zautomatyzowanego pozyskiwania i gromadzenia danych wizualnych – przyp. red.) zamiast nowego API – mówi Mateusz Chrobok.

Nauka parzenia kawy – warsztaty dla baristów

Warsztaty kawowe to świetny sposób na urozmaicenie firmowej imprezy czy branżowego eventu. Każdy zna różnicę w smaku pomiędzy rozpuszczalną kawą z automatu a prawdziwą aromatyczną kawą przyrządzoną z ziaren. Dlaczego by nie nauczyć się tego na własne potrzeby?

Aromatyczny zapach roznoszący się w powietrzu, a przy zbliżeniu aromat wypełniający nozdrza. To zapach prawdziwej kawy. Świeżo palona kawa z kawiarni to rozkosz dla podniebienia, ale czy rzeczywiście stać nas na codzienne chodzenie do kawiarni? Kochasz prawdziwą kawę i nie wyobrażasz sobie poranka bez latte czy mocnego espresso? A co, gdyby nauczyć się samodzielnego parzenia prawdziwej kawy na szybkim kursie? Poznaj szkolenia baristyczne i ich możliwości.

Warsztaty kawowe, czyli urządź kawiarnię w swojej kuchni

Czym są szkolenia oraz warsztaty kawowe? To szybki, ale intensywny kurs parzenia kawy. Brzmi banalnie? Wcale taki nie jest. Praktyczne umiejętności są oczywiście podstawą, ale warsztaty dla baristów to także odpowiednia dawka wiedzy teoretycznej, dzięki której uczestnicy mogą przyswoić szerszą wiedzę na temat brązowego napoju.

Sztuka parzenia kawy nie bez powodu tak jest nazywana. Każda osoba potrafi rozpoznać różnicę pomiędzy rozpuszczalnym napojem z automatu a prawdziwą aromatyczną kawą zaparzoną ze świeżo zmielonych ziaren. Świadomość tego, co spożywamy i co pijemy jest wśród Polaków coraz większa. Wielu z nas woli posiłki i napoje przyrządzone z naturalnych i wysokogatunkowych składników. A zwłaszcza, kiedy sami przyrządzamy je od A do Z.

Komu mogą przydać się warsztaty i szkolenia baristyczne? W zasadzie każdemu. Pierwsza grupa to  amatorzy, którzy chcą nauczyć się jak przyrządzać kawę tak jak w kawiarni. Powody mogą być różne. Zamiłowanie do tego aromatycznego napoju czy chęć wyczerpania możliwości nowo zakupionego ekspresu ciśnieniowego. Drugą grupą uczestników szkoleń są początkujący bariści. Przeważnie chcą nauczyć się podstaw, poznać najpopularniejsze metody parzenia kawy i sprawdzone przepisy na espresso, latte czy macchiato.

Warsztaty baristyczne na imprezie firmowej? Tak, poproszę!

Trzecią grupą są natomiast uczestnicy firmowych imprez integracyjnych. Nowocześni pracodawcy coraz chętniej urozmaicają spotkanie pracownicze poprzez pokazy kulinarne czy właśnie warsztaty z parzenia kawy. Ich rosnąca popularność dowodzi, iż jest to dobry pomysł na wzbogacenie programu konferencji, imprez branżowych i innych eventów. Uczestnicy doceniają starania pracodawców i organizatorów, a przede wszystkim wynoszą praktyczną wiedzę, która przyda się im na co dzień. Wszak wiadomo, że nie ma biura, w którym nie byłoby silnej reprezentacji kawoszy.

Dlaczego jeszcze warto zorganizować warsztaty baristyczne podczas imprez firmowych i branżowych eventów? Tego typu atrakcję może połączyć np. z pokazem baristycznym oraz cateringiem kawowym. Zatrudnienie na wieczór profesjonalnych baristów to nie tylko okazja to kosztowania różnych rodzajów aromatycznych kaw. To również sposobność, aby dowiedzieć się więcej o tym popularnym napoju.

Ale szkolenie kawowe przynosi więcej korzyści niż sądzimy. Przede wszystkim wpływa bardzo dobrze na wizerunek marki jako nowoczesnej i dbającej o uczestników wydarzeń. Każdy organizator chce, aby ich wydarzenie zostało w pamięci gości na dłużej. Warsztaty z przygotowywania kawy z pewnością zaskoczą i oczarują uczestników.

Jak zorganizować szkolenie kawowe? Pomoże Mobilny Barista

Teraz zostaje pytanie: jak zorganizować warsztaty kawowe? Wszak potrzebny jest do tego profesjonalny sprzęt, spory zapas składników oraz oczywiście dobry instruktor. Istnieją firmy, które specjalizują się w przeprowadzaniu tego typu imprez. Jedną z nich jest firma mobilnybarista.pl. Jak sama nazwa wskazuje przedstawiciele ów firmy organizują pokazy i warsztaty w dowolnym miejscu. Posiadają specjalnie przystosowane stanowiska, które można rozstawić na imprezach typu konferencja, pokaz, event czy szkolenie biznesowe.

Mobilny Barista to firma, której warsztaty nie ograniczają się tylko do nauki parzenia kawy. Program może zostać wzbogacony o szkolenie z wiedzy na temat kawy czy szkolenie latte art. Ponadto uczestnicy warsztatów mogą zgłębić wiedzę praktyczną na temat tak zwanej sensoryki w kawie. Polega ona na rozwijaniu umiejętności wyczuwania smaków i aromatów. Taką umiejętność łatwo jest później przełożyć na umiejętność wyczuwania różnicy w jakości różnych ziaren. Do tego firma zapewnia np. warsztat przygotowywania poprawnego espresso, warsztat Home Barista szkolący jak zaparzyć dobrą kawę w domu przy użyciu różnych metod oraz warsztat latte art, czyli naukę malowanie mlekiem.

Nowoczesny branding z kawą w tle

Wspomniana firma organizuje także warsztaty herbaciane. To świetny pomysł na to, aby ożywić nieco nudną konferencję lub poluzować atmosferę sztywnego spotkania branży. Mobilny Barista jest elastyczny jeśli chodzi o dopasowanie do wymagań marketingowych danego organizatora. Nie ma najmniejszego problemu, aby umieścić logo danej firmy na froncie baru, na papierowych kubkach czy fartuchu baristy. A jako bonus? Logo firmy w formie piankowego wzoru na powierzchni kawy.

InPost uruchomił Urząd24

InPost oddał na potrzeby Urzędu Miasta Gorzowa Wielkopolskiego dwa nowe, specjalistyczne Paczkomaty®. Pozwolą one mieszkańcom załatwiać sprawy urzędowe bez bezpośredniego kontaktu z urzędnikami – dokumenty można będzie nadać i odebrać za pośrednictwem urządzenia InPost. Błyskawicznie przygotowana oferta współpracy InPost z polskimi samorządami to odpowiedź na gwałtownie rosnącą potrzebę szybkich, ale też – z uwagi na trwającą pandemię – bezkontaktowych usług. To pierwsza z szeregu planowanych instalacji na potrzeby miast w całej Polsce.

„Już wcześniej widzieliśmy możliwość stworzenia takiej usługi i nasz zespół R&D pracował nad koncepcją. Jednak dopiero na początku pandemii powołaliśmy dedykowany zespół naszych specjalistów z zadaniem przygotowania komercjalizacji koncepcji. Pracował on w zasadzie 24h na dobę i w ekspresowym tempie przygotował projekt, konieczną infrastrukturę sprzętową oraz architekturę IT. Natomiast prezydent Gorzowa Wielkopolskiego, jako pierwszy stwierdził, że to jest świetny pomysł i rozwiązanie obecnych bolączek. Szybko stworzyliśmy maszyny skonfigurowane pod potrzeby miast i przygotowaliśmy usługę InPost Urząd24, która znacznie ułatwi obieg dokumentów między urzędem a mieszkańcami. Pierwsze dedykowane Paczkomaty® oznaczone herbem miasta właśnie zostały postawione w Gorzowie Wielkopolskim. Dodatkowo, aby maksymalnie ułatwić załatwianie spraw urzędowych, umożliwiliśmy mieszkańcom Gorzowa nadanie dokumentów z każdego innego Paczkomatu® na terenie miasta do Paczkomatu „urzędowego”. Takie rozwiązanie w okresie pandemii jest o wiele bezpieczniejsze zarówno dla mieszkańców, jak i dla samych urzędników” – powiedział Rafał Brzoska, założyciel i prezes InPost – „Do teraz już kilka miast także zwróciło się do nas z podobną prośbą o pomoc w odblokowaniu urzędów” – dodał.

„Szukaliśmy rozwiązań, które ułatwią życie gorzowianom. Zwróciliśmy się do InPost, czy pomogą nam w rozwiązaniu problemu obsługi mieszkańców. Odpowiedź była błyskawiczna i już po tygodniu zostały uruchomione dwa Paczkomaty, które powinny zdecydowanie usprawnić pracę urzędu” – powiedział Jacek Wójcicki, Prezydent Miasta Gorzowa Wielkopolskiego.

Mieszkańcy mogą załatwić wybrane sprawy urzędowe przy pomocy Paczkomatów® InPost – wystarczy wypełnić prosty formularz na stronie urzad24.inpost.pl/Gorzow i zanieść wymagane dokumenty do dowolnego, wybranego przez siebie Paczkomatu® na terenie miasta. Koszt nadania wynosi 5,99 zł. Odbieranie dokumentów nadanych przez urzędników do mieszkańców będzie możliwe w Paczkomatch® InPost przy ulicy Sikorskiego 3-4 oraz przy ulicy Myśliborskiej 34, zlokalizowanych obok budynków Urzędu Miasta. InPost w trakcie pandemii rekomenduje wygodny i bezpieczny odbiór dokumentów zdalnie przy pomocy darmowej aplikacji InPost Mobile z poziomu smartfona (aplikacja do pobrania w sklepach App Store i Google Play), zamiast standardowego użycia panelu dotykowego.

Urząd Miasta w Gorzowie Wielkopolskim przyjmuje przez Paczkomaty® głównie sprawy do Wydziału Komunikacji – mieszkańcy mogą m.in.: zarejestrować pojazd, zawnioskować o wydanie dowodów rejestracyjnych, kart pojazdu, pozwoleń czasowych oraz tablic rejestracyjnych, zgłosić zbycie pojazdu, zmianę stanu faktycznego lub demontaż pojazdu,
zawnioskować o wymianę dokumentów komunikacyjnych i ich weryfikację, co do zgodności z posiadaną ewidencją. Przyjmowanych będzie również szereg innych wniosków, których wykaz znajdzie się na stronie Urzędu.

Systematycznie rośnie zapotrzebowanie na usługi InPost – liczba Paczkomatów® (6000 urządzeń w Polsce) przekroczyła skalę placówek własnych Poczty Polskiej (46001).

Aż 63% kupujących w Internecie deklaruje, że najczęściej korzystają z usług oferowanych przez InPost2 – to najwyższy wynik wśród wszystkich firm logistycznych działających w Polsce.

InPost z uwagi na rosnące zapotrzebowanie na usługi paczkomatowe® w związku pandemią przyspieszył start nowej usługi „Paczka w Weekend” umożliwiającej dostawy do Paczkomatów® także w soboty i niedziele – koszt usługi to 4,99 zł brutto. W ramach „Paczki w weekend” przesyłki zostaną dostarczone do klientów w weekend, jeśli nadanie (czyli przekazanie paczki do Paczkomatu® lub POP albo złożenie zlecenia na odbiór przez kuriera), nastąpi w sobotę do godziny 13:00.

InPost udostępnił nowatorskie rozwiązanie pozwalające na zarządzanie Paczkomatem® i swoją paczką z poziomu aplikacji3. Od kilku miesięcy przy jednym Paczkomacie® przesyłki będzie mogło odbierać wiele osób na raz. Strategia GO MOBILE! to znaczący krok w reorientacji branży logistycznej w kierunku mobilności. InPost umożliwi też niedługo nadawanie przesyłek za pomocą aplikacji zainstalowanej w smartfonie. Z InPost można skontaktować się teraz także za pomocą Google Asystenta. Rozmowę zaczyna się od wywołania bota o nazwie ChatBot Mat frazą „Porozmawiaj z InPost”. Klienci mogą zapytać m.in. o status przesyłki, najbliższy Paczkomat®, a także nowość – numer do kuriera. Ten sam Bot jest dostępny także na Messengerze, wraz ze wszystkimi swoimi funkcjonalnościami.

InPost to największy w Polsce operator logistyczny, w którego zainwestowały amerykańskie fundusze inwestycyjne Advent International i KKR. Firma oferuje usługi kurierskie oraz dostawy za pośrednictwem ogólnopolskiej sieci Paczkomatów® InPost dla klientów indywidualnych oraz instytucjonalnych, w tym kompleksowe usługi dedykowane branży e-commerce.

1 Źródło: https://biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/1401760,zarzad-poczty-o-podwyzkach-dla-listonoszy.html

2 Badanie CAWI na reprezentatywnej grupie internautów N=1000, wszyscy dokonali zakupu w internecie w ciągu ostatnich trzech miesięcy, kwiecień 2019

3 Rozwiązanie jest dostępne w 95% maszyn. Pozostałe starsze urządzenia są sukcesywnie modernizowane do najnowszego standardu

Sklepy redukują godziny pracy. Kupujemy więcej, ale coraz rzadziej

W wyniku ograniczeń spowodowanych epidemią koronawirusa, w małych sklepach zaobserwowano wzrost obrotów oraz wartości średniego paragonu. Niestety, równolegle wiele z nich zaczęło borykać się z problemami, które zmusiły właścicieli do skrócenia godzin pracy lub czasowego zawieszenia działalności. Najnowsze dane dostarczone przez system M/platform pokazują, że ponad 15% sklepów detalicznych musiało wstrzymać sprzedaż przez co najmniej jeden dzień lub skrócić godziny pracy o co najmniej 25% przez dłuższy okres niż jeden dzień.

Po uwzględnieniu naturalnego tempa zamykania sklepów, które obserwowaliśmy przez cały luty, marzec okazuje się wyjątkowo trudnym miesiącem. Już pierwszego dnia roboczego trwale zamknięto kilkakrotnie więcej placówek. W pierwszym tygodniu mogliśmy zauważyć zwiększone tempo zamknięć – o średnio niemal dwa sklepy dziennie więcej niż w lutym. Problemy na naprawdę dużą skalę rozpoczęły się 12 marca. Od tego dnia codziennie średnio zamykano dwa z każdych 500 sklepów. Ta niekorzystna tendencja utrzymuje się nadal. Z szacunków wynika, że rozwój epidemii w Polsce przyczynił się do zamknięcia co czterdziestego sklepu spośród objętych badaniem. Poza placówkami zamkniętymi, odnotowano niemal 4% sklepów, które zostały zamknięte na co najmniej jeden dzień, ale przed 28 marca zostały ponownie otwarte. Średnio sklepy te zostały zamknięte na niemal trzy dni robocze.Comp_Mat. prasowy

Skrócenie godzin pracy

Znacznie większą liczbę sklepów dotknęły problemy, które spowodowały skrócenie godzin pracy. Po przyjęciu progu minimum 25% (w stosunku do typowych godzin pracy w lutym dla danego sklepu) oraz minimum dwóch dni skrócenia godzin w marcu, negatywna tendencja kształtuje się na poziomie aż 11%. Wśród tych sklepów problemy z utrzymaniem godzin pracy na poziomie co najmniej 75% typowych godzin dotyczyły średnio ponad pięciu dni roboczych, a średni skrócony dzień pracy był krótszy niż 60% czasu trwania typowego dnia pracy danego punktu handlowego.

Pomimo wzrostu średnich obrotów w małych sklepach sąsiedzkich, ich sytuacja nie jest stabilna. Nowe, ostrzejsze restrykcje w walce z epidemią wprawdzie skłaniają do robienia zakupów bliżej domu, więc małym sklepom nie powinno zabraknąć klientów, ale nie oznacza to wcale, że te najmniejsze z nich mają w obecnej sytuacji lekko. Gdy nasze dane analityczne z M/platform wykazały narastające zaburzenia w pracy sklepów, skonsultowaliśmy przyczyny tych zmian z samymi detalistami. Powodów zamknięcia sklepu lub ograniczenia godzin pracy jest wiele. Najbardziej ucierpiały te, które mają specyficzną lokalizację, np. blisko dużych szkół lub w obszarach biurowych – tam faktycznie drastycznie spadła liczba klientów. W wielu innych ograniczeniem jest brak personelu lub konieczność opieki nad rodziną przez samego właściciela, który dotychczas pracował za ladą osobiście. Jest też czynnik strachu przed wirusem – zarówno ze strony detalisty, jak i samych klientów. Coraz więcej tych sklepów „za rogiem” poszukuje nowych rozwiązań, które umożliwią skrócenie klientom czasu przebywania w sklepie, na przykład w modelu „zamów i odbierz”. Nie wszystkie mają możliwość zapewnienia dostaw do domu, ale wiele próbuje już pakować siatki z listą zakupową klienta jeszcze zanim przyjdzie on do sklepumówi Tomasz Jasinkiewicz, wiceprezes Comp Platforma Usług S.A.

Średnie wartości obrotów oraz koszyka zakupowego utrzymywały się na stałym poziomie przez cały luty. Był to poziom charakterystyczny również dla stycznia. Nieznaczne sygnały dotyczące zmian w tendencjach zakupowych odnotowano w pierwszym tygodniu marca. 5% wzrost obrotów można uznać za sygnał, że przezorni zaczęli robić zakupowe zapasy jeszcze przed ogłoszeniem pierwszego potwierdzonego przypadku koronawirusa w Zielonej Górze. W krytycznym tygodniu, w którym ogłoszono zamknięcie szkół, wszystkie kluczowe wartości dynamicznie poszybowały w górę. Na przestrzeni całego tygodnia liczba paragonów wzrosła o 11% (przychodziliśmy do sklepu częściej), średnia wartość koszyka wzrosła o 26% (przy każdej wizycie, nasz zakup był większy), co finalnie przełożyło się na wzrost obrotów sklepów detalicznych o 40%.Comp_Mat. prasowy (2)

Kolejny tydzień to z kolei gwałtowny spadek obrotów, który był do przewidzenia po szturmie na sklepy z tygodnia poprzedniego. Po zrobieniu tak dużych zakupów, kupowano mniej ze względu na już przygotowane zapasy. Podobne zjawisko występuje w normalnych warunkach po intensywnej wyprzedaży promocyjnej (zwany właśnie „efektem zapasów”). Niemniej jednak pomimo ogólnego spadku, obroty nadal są podwyższone o 10% względem lutego i stycznia, co sugeruje, że wciąż kupowaliśmy na zapas lub zwiększyliśmy konsumpcję w domu, kompensując zamknięcie innych kanałów sprzedaży i usług lub prawdopodobnie nastąpiło już częściowe przekierowanie ruchu z handlu wielkoformatowego do tradycyjnego. Równocześnie widać również efekty akcji „zostań w domu”, ponieważ liczba koszyków (paragonów) spadła do poziomu o 10% niższego niż w lutym. Większe obroty i rzadsze wizyty w sklepach przełożyły się na utrzymanie koszyka na poziomie podwyższonym o 21%.

Nowy trend

Ostatni tydzień marca przyniósł z kolei zupełnie nowy trend. Liczba transakcji w stosunku do lutego spadła o 16%, natomiast wizyta w sklepie wiąże się z większymi zakupami. Świadczy o tym ogromny skok wartości koszyka zakupowego o 31%. Zaskoczeniem jest, że łączne obroty nadal utrzymują się na poziomie o 10% powyżej średniej z lutego.

Pod koniec marca konsumenci wzięli na poważnie rekomendacje pozostania w domu i odwiedzali sklepy o 16% rzadziej, a średni koszyk był o 31% większy. Kupując więcej na raz, wydłużamy czas przed kolejną wizytą i redukujemy ryzyko rozprzestrzeniania się koronawirusa.  Nowe ograniczenia na pewno ten trend umocnią, choć trudno przypuszczać, żeby koszyk rósł w nieskończoność. Limitem zaczyna być sam ciężar siatki. Z dużą uwagą będziemy obserwować sprzedaż w godz. 10:00-12:00 podczas „okienka” dla seniorów. W typowy dzień roboczy to właśnie godz. 10:00-12:00 oraz godz. 15:00-16:00 są okresami największych obrotów, a w soboty nacisk na godz. 10:00-12:00 jest jeszcze większy, więc możemy spodziewać się zmian w dziennych cyklach sprzedaży – komentuje Tomasz Jasinkiewicz.

Ogólny wniosek z badania jest taki, że kupujemy nadal o 1/10 więcej, ale o ponad 1/6 zmniejszyliśmy częstotliwość wizyt w sklepie, zaś wartość jednorazowych zakupów zwiększyliśmy o 1/3. Przy nowych obostrzeniach ten trend zapewne się utrzyma, a nawet może się pogłębić.

Badaniami objęto próbkę n = 4634 reprezentatywnych sklepów z segmentu handlu tradycyjnego, wybranych spośród sklepów, które przystąpiły do programu Promo+. Analizę opracował dział analityki Comp Centrum Innowacji, dostawcy systemu M/platform, na zlecenie Comp Platforma Usług S.A., operatora usługi Promo+.

Znakomite nastroje na Wall Street. JPMorgan o Economic Restart

Zmniejszająca się liczba nowych przypadków zakażenia COVID-19 wraz ze spadkiem ofiar koronawirusa powoduje poprawę nastrojów na rynku akcji. Niesie to również nadzieje na to, że wprowadzone ograniczenia zostaną być może już w maju poluzowane. To z kolei może zmniejszyć wpływ epidemii na gospodarkę i wyniki spółek. Inwestorzy ze zniecierpliwieniem mogą już oczekiwać wyników za pierwszy kwartał i przedstawionych oczekiwań na dalszą część roku.

Na początku nowego tygodnia indeksy w Stanach Zjednoczonych rosną o około 5 proc. Taki wynik notuje zarówno przemysłowy Dow Jones, jak i indeks S&P 500. Z kolei Nasdaq rośnie o 4,5 proc. W indeksie DJIA największą zwyżkę odnotowuje American Express, drożejąc o ponad 11 proc. United Technologies zyskuje ponad 9 proc., podobnie jak Boeing, a z kolei Visa rośnie o prawie 8 proc. Dziś nawet prezydent Donald Trump napisał na swoim profilu na Twitterze, że widzi światełko w tunelu, a We Włoszech i Hiszpanii następuje spowolnienie liczby zgonów z powodu koronawirusa, podczas gdy w Niemczech liczba nowych zakażeń spadła czwarty dzień z rzędu. Ponadto we Francji odnotowano mniej zgonów w szpitalach.

Dla sektora finansowego w Stanach Zjednoczonych, jak podaje Wall Street Journal, pozytywną informacją powinno być to, że inwestorzy prawdopodobnie dostaną swoje dywidendy. Prawdopodobnie Fed nie powinien ograniczać gotowości banków amerykańskich do wypłaty dywidendy, w przeciwieństwie do Europy. Informacje pochodzą z wiarygodnych źródeł cytowanych przez Wall Street Journal. To dobra wiadomość dla inwestorów długoterminowych i dywidendowych. Dodatkowo inwestorzy międzynarodowi, którzy nie dostaną dywidend z europejskich banków, mogą zmienić obszar swojego zainteresowania w kierunku USA.

Ciekawa rekomendacja pojawiła się dziś ze strony JPMorgan. Bank rekomenduje zakup tanich opcji kupna celem zyskania, jak to nazwali na “Economic Restart”. Restart gospodarki może przynieść znaczące odbicie przecenionych akcji, a żeby mieć na nie ekspozycję z ograniczonym ryzykiem, JPMorgan rekomenduje kupno tanich opcji. Niemniej jednak istotne jest to, żeby ceny instrumentu bazowego, czyli akcji, wzrosły. Rekomendacja pojawiła się już teraz, jakby JPM sugerowało, że najgorsze jest za nami. Jednak dla bardziej cierpliwych inwestorów kluczowy powinien być sezon wyników i guidance spółek na przyszłość.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Dolar znów pokazał siłę, podczas gdy rynki akcji bladły

Miniony tydzień przyniósł wyraźne umocnienie amerykańskiej waluty, ale i rosyjskiego rubla. Na które informacje w najbliższych dniach warto zwrócić uwagę?

Wysiłki Rezerwy Federalnej, która zalała rynki płynnością chcąc zaspokoić światowe zapotrzebowanie na dolara amerykańskiego do tej pory były udane jedynie częściowo. O ile skala napięć na rynku pożyczek międzybankowych zmalała do mniej niepokojących rozmiarów, to jednak działania Fed nie powstrzymały dalszej aprecjacji amerykańskiej waluty. Status waluty bezpiecznej pomógł sprawić, że dolar w zeszłym tygodniu był najlepiej radzącą sobie główną walutą umacniając się w relacji do wszystkich popularnych walut – za wyjątkiem rosyjskiego rubla. Ten ostatni doświadczył aprecjacji w związku z silnym odbiciem cen ropy naftowej z poziomów najniższych od dekad, co miało związek z doniesieniami, że producenci ropy naftowej mogą być bliscy porozumienia dotyczącego redukcji skali wydobycia surowca.

Marcowe dane ekonomiczne ze świata były albo złe albo druzgocące, w zależności od tego, na jakim etapie zostały one zebrane. Najświeższe dane dotyczące liczby wniosków o zasiłek, złożonych przez nowych bezrobotnych w USA, jak i te dotyczące aktywności biznesowej PMI w strefie euro pokazały najgorsze poziomy w historii, wyraźnie pokonując poprzednie rekordy. Rynek w znacznej mierze oczekiwał jednak zdecydowanie negatywnych odczytów.

Większość danych ekonomicznych, które poznamy w tym tygodniu będzie dość przestarzała. Wyjątkiem ponownie będą cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych wstępnych bezrobotnych w USA, które również mają być fatalne. Dane z tego tygodnia w połączeniu z tymi z dwóch poprzednich pozwolą nam na ocenę skali uderzenia w amerykański rynek pracy. We wtorek odbędzie się natomiast spotkanie Eurogrupy (ministrów finansów państw strefy euro), które przykuje uwagę inwestorów. W ostatnich tygodniach kluczowym elementem mającym wpływ na rynki były bowiem decyzje władz odpowiadające na sytuację w kontekście koronawirusa.

PLN

Miniony tydzień przyniósł osłabienie polskiego złotego, które nastąpiło w kontekście pogorszenia globalnego sentymentu i umocnienia dolara amerykańskiego. Opublikowany w poprzednim tygodniu odczyt PMI dla polskiego sektora przemysłowego w marcu pokazał głęboki spadek do najniższego poziomu od 2009 r. Nie jest to zaskoczenie – podobne spadki obserwowaliśmy niemal we wszystkich krajach, gdzie tego typu odczyty były publikowane. Dane i tak były zawyżone przez to, że w ostatnim czasie doszło do znacznego wydłużenia dostaw w związku z koronawirusem. Ogólnie rysuje to więc dość pesymistyczny obraz spowolnienia w polskim przemyśle. W kolejnych dniach złoty powinien reagować głównie na informacje zewnętrzne, aczkolwiek będziemy obserwować środową decyzję RPP ws. stóp. Nie sądzimy, że w najbliższym czasie dojdzie do kolejnej obniżki stóp procentowych w Polsce, jednak będziemy czekać na jakiekolwiek sugestie dotyczące nastawienia decydentów do obecnej sytuacji.

GBP

Ostatnie, zrewidowane odczyty indeksów PMI dla Wielkiej Brytanii były bardzo złe, jednak nie aż tak fatalne jak odczyty z innych części Europy. Nie jest to jednak zbyt pocieszające, biorąc pod uwagę, że Wielka Brytania wprowadziła obostrzenia związane z koronawirusem później niż inne duże kraje w Europie. Stąd spodziewamy się, że kolejne odczyty dla Wielkiej Brytanii będą gorsze. Dane ekonomiczne, które poznamy w tym tygodniu będą miały ograniczone znaczenie. Bardziej istotne będą doniesienia o wdrażaniu programów pomocowych dla małych i średnich przedsiębiorstw uruchomionych przez brytyjski rząd i Bank Anglii.

EUR

Najnowsze odczyty indeksów PMI opisujących aktywność biznesową w krajach strefy euro były wyjątkowo ponure. Można się było tego spodziewać, biorąc pod uwagę wczesne uruchomienie środków prewencyjnych w większości krajów strefy euro. Wskaźnik PMI dla sektora usług Włoch w marcu znalazł się na poziomie 17,4 pkt., co było chyba najniższym wynikiem jaki odnotowano w jakimkolwiek kraju w historii odczytów.

W obliczu tych niepokojących danych widzimy jednak powody aby zachować ostrożny optymizm. Skala rozwiązań antykryzysowych wprowadzanych zarówno przez poszczególne kraje jak i przez całą strefę euro jest olbrzymia, dopasowując się do rozmiaru obecnego kryzysu. Co więcej, dane o nowych zakażeniach w Hiszpanii i we Włoszech zdają się sugerować, że najgorszy etap kryzysu zdrowotnego w tych krajach prawdopodobnie jest już za nami.

USD

Kolejny odczyt danych o liczbie zadeklarowanych wstępnych bezrobotnych w Stanach Zjednoczonych wzmocnił obraz rzezi na amerykańskim rynku pracy. Raport o zatrudnieniu w sektorach pozarolniczych w marcu nie był tak słaby, jednak znaczenie tych danych było mniejsze, w związku z tym, że badania przeprowadzono w okolicy połowy marca, czyli zanim większość stanów w USA zadecydowała o wprowadzeniu lockdownów o różnym poziomie restrykcyjności.

Olbrzymia skala destrukcji miejsc pracy wskazuje na poważną słabość amerykańskiej gospodarki w czasie jej tymczasowego zamknięcia: brak aparatu ochrony miejsc pracy oraz mechanizmów regulujących i spowalniających proces zwalniania pracowników oznacza, że cios w amerykańskie zatrudnienie prawdopodobnie będzie większy. Spodziewamy się, że w którymś momencie na przestrzeni najbliższych kilku tygodni rynki zdadzą sobie z tego sprawę, co przełoży się na umocnienie euro w relacji do dolara amerykańskiego.

Autor: Enrique Díaz-Alvarez, Ebury

PZWLP wybrał nowe władze. Robert Antczak objął funkcję Prezesa Zarządu organizacji

Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP), jedyna organizacja skupiająca w Polsce firmy wynajmu długoterminowego samochodów oraz Rent a Car (wypożyczalnie aut), wybrał nowe władze. Na czele PZWLP, obejmując stanowisko Prezesa Zarządu organizacji, stanął Robert Antczak, na co dzień szef największej w kraju firmy wynajmu długoterminowego aut – Arval Polska. Nowe władze zostały wybrane na 2-letnią kadencję. PZWLP skupia obecnie największe i najważniejsze w Polsce firmy wynajmu długoterminowego, reprezentując ponad 80% tego rynku w kraju oraz duże sieciowe, polskie i międzynarodowe, wypożyczalnie samochodów.

Robert Antczak zastąpił na stanowisku Prezesa Zarządu PZWLP Grzegorza Szymańskiego, Regional Managera Europy Centralnej w firmie Arval. Od 1 grudnia 2019 r. pełni funkcję Dyrektora Generalnego największej w Polsce firmy wynajmu długoterminowego samochodów, Arval Polska.

Z Grupą BNP Paribas, do której należy firma Arval, Robert Antczak jest związany od 2017 roku.  Pełnił w niej funkcję Dyrektora Zarządzającego Pionu Rozwoju Biznesu i Organizacji w obszarze MŚP i Bankowości Korporacyjnej. Swoją karierę w bankowości rozpoczął w 2002 r. w Banku Handlowym w Warszawie S.A. (Citigroup). Od 2004 do 2009 r. pracował tam jako Dyrektor Departamentu Leasingu. W latach 2009-2013 był Dyrektorem Zarządzającym w Departamencie Bankowości Przedsiębiorstw w Kredyt Banku S.A., a w latach 2013-2017 Dyrektorem Departamentu Sprzedaży Produktów w Pionie Biznesowo-Korporacyjnym w Santander Bank Polska S.A. i odpowiadał za Sprzedaż Produktów Bankowości Transakcyjnej, Finansowania Handlu oraz wsparcie polskich firm w wyjściu na rynki zagraniczne.

Objęcie swoich funkcji i możliwość pokierowania pracami Polskiego Związku Wynajmu
i Leasingu Pojazdów traktujemy wraz z innymi Członkami Zarządu jako wyraz zaufania,
a także jako zobowiązanie do dbania o dalszy rozwój branży, wdrażania najlepszych standardów oraz rozwiązań, które odpowiadają na wyzwania, jakie stoją przed tym segmentem rynku. W tym momencie jest to także poważne wyzwanie związane
z COVID-19
– mówi Robert Antczak, Prezes Zarządu PZWLP, Dyrektor Generalny
Arval Polska. – PZWLP to obecnie silna i dobrze rozpoznawana na polskim rynku motoryzacyjnym organizacja, reprezentująca branże wynajmu długoterminowego aut
i firmy Rent a Car. Skala wyzwania stojącego przed nowym Zarządem jest tym większa, że już na początku naszej pracy musimy stawić czoła pandemii koronawirusa, która z całą pewnością będzie miała wpływ także na branże reprezentowane w naszej organizacji. Już dziś obserwujemy wyzwania z tym związane i jako Zarząd i Związek podejmujemy działania wspierające rozwiązywanie najważniejszych problemów, z którymi będzie musiała zmierzyć się cała branża. Aktualnie PZWLP aktywnie uczestniczy w dyskusjach na temat programów pomocowych, czy też możliwości wsparcia dla naszych Członków i ich klientów.

Priorytetem, przynajmniej w początkowej fazie nowej kadencji władz PZWLP, bez wątpienia będzie więc szeroko pojęta walka ze skutkami COVID-19 w wynajmie długoterminowym aut oraz w branży Rent a Car. Równolegle jednak, naszym celem będzie wdrożenie nieco odmiennej od dotychczasowej formuły funkcjonowania całej organizacji, która opierać się będzie na maksymalnym możliwym wykorzystaniu wewnętrznego potencjału firm i ekspertów PZWLP we wspólnej pracy na rzecz branży wynajmu aut w naszym kraju. Zamierzamy położyć duży nacisk i rozwinąć działalność organizacji m.in. w takich istotnych dla branży obszarach, jak digitalizacja kluczowych procesów, rozwój i wdrożenie nowych technologii, czy szeroko pojęte działania z zakresu odpowiedzialności społecznej i biznesowej. Ponadto, będziemy starali się poszerzyć
i wzmocnić działalność PZWLP w nowym obszarze rynku wynajmu pojazdów, jakim jest car sharing.        

Władze PZWLP w kolejnej dwuletniej kadencji zostały wybrane podczas Walnego Zebrania organizacji. Zarząd Związku, podobnie jak do tej pory, składa się z 5 osób. Obok Roberta Antczaka, który objął stanowisko Prezesa Zarządu, w jego skład wchodzą ponadto: Rafał Merk, Członek Zarządu PZWLP, Dyrektor Zarządzający Athlon Polska; Jacek Studziński, Członek Zarządu PZWLP, Dyrektor Finansowy i Członek Zarządu LeasePlan Polska; Maciej Tórz, Członek Zarządu PZWLP, Prezes Rentis SA oraz Paweł Piórkowski, Członek Zarządu PZWLP i Prezes Hertz (Motorent Sp. z o.o.).

Poza Zarządem, firmy członkowskie PZWLP wybrały również Komisję Rewizyjną Związku, która będzie funkcjonować w nowej kadencji. W jej skład ponownie weszli Hubert Laszczyk, Prezes firmy Express, Dariusz Tucharz, Dyrektor Departamentu CFM w mLeasing oraz Marcin Nivette, Prezes NFM.

Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów to jedyna w Polsce organizacja branżowa firm wynajmu długoterminowego aut (CFM) oraz wypożyczalni samochodów (Rent a Car). Do PZWLP należy obecnie 19 firm. W PZWLP funkcjonuje odrębna struktura organizacyjna – Grupa Firm Rent a Car, która skupia 7 dużych sieciowych, zarówno polskich, jak i międzynarodowych, wypożyczalni samochodów.

Organizacja ma znaczący i wciąż rosnący wpływ na rozwój oraz obecny i przyszły kształt rynku flotowego w Polsce. W październiku 2017 r. we współpracy PZWLP i SKFS (Stowarzyszenie Kierowników Flot Samochodowych) na Wydziale Transportu Politechniki Warszawskiej uruchomione zostały pierwsze w kraju, rozbudowane programowo, podyplomowe studia flotowe „Zarządzanie flotą samochodową i mobilnością”. Program studiów był współtworzony przez organizację, a znaczną część wykładowców stanowią eksperci z firm należących do Związku. PZWLP angażuje się w działania podnoszące bezpieczeństwo i promujące ekologię
w polskich flotach, a także wpływające na jakość usług oferowanych na rynku flotowym. Od 12 lat Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów przyznaje swoje prestiżowe w branży Nagrody PZWLP. Organizacja jest członkiem Związku Polskiego Leasingu oraz Partnerstwa dla Bezpieczeństwa Drogowego.

Dane z Ameryki nie odstraszają inwestorów

Pomimo tego, że odczyt zwiększający bezrobocie o 0,9% nie może cieszyć, nie jest tak zły, jak część inwestorów sądziła. W rezultacie mimo kurczącego się rynku pracy dolar zyskuje na wartości.

Co z bezrobociem w USA

W piątek poznaliśmy dane z amerykańskiego rynku pracy. Bezrobocie w ciągu miesiąca wzrosło o 0,9% (z 3,5% do 4,4%). Brzmi to fatalnie, ale pamiętajmy, że za moment wyjścia z kryzysu 2008 roku uważano spadek bezrobocia poniżej 5%. Nie zmienia to faktu, że tendencja budzi przerażenie. Zmiany zatrudnienia w sektorze zarówno pozarolniczym, jak i prywatnym potwierdzają to, co się dzieje. Jeszcze miesiąc temu przybywało po około ćwierć miliona miejsc pracy. W marcu ubyło ponad 700 tysięcy. Nie widać natomiast wpływu na stawki płac godzinowe. Nasuwa się pytanie, skoro ubyło 700 tysięcy miejsc pracy netto (czyli po uwzględnieniu tych, co przybyło) to skąd te liczby w zasiłkach dla bezrobotnych, których w dwa tygodnie złożono około 10 milionów? Pakiet pomocowy rozszerzał uprawnienia do zasiłku. W rezultacie nastąpiło silne zaburzenie w tych danych, które nie pozwala nam bez oczyszczenia tych liczb określić prawdziwej skali problemu.

Niespodziewany optymizm w USA

Pomimo fatalnych informacji z rynku pracy branża usługowa w USA podchodzi do problemu znacznie bardziej optymistycznie niż w Europie. Indeks ISM dla usług wyniósł 48 punktów, co jest wynikiem odpowiadającym drobnej niepewności, a nie panice jak w Europie. Raport PMI w USA wyniósł z kolei 39,8 punktów. Wynik ten jest wyraźnie gorszy, ale 10 punktów poniżej poziomu równowagi odpowiedzi dobrych i złych to dużo lepszy wynik od tego w strefie euro, gdzie uzyskano zaledwie 26,4 punktów. O tym, że dane z USA nie budzą paniki, najlepiej świadczy rynek walutowy. Dolar, pomimo publikacji słabych wskaźników, czy wzrostu bezrobocia, zyskuje na wartości.

Dobre otwarcie dla złotego

Na otwarciu rynków było widać wyraźne umocnienie się złotego. Do 10:00 złotówka umocniła się o 4 grosze względem euro. Podobnie wyglądały inne waluty od rana. Powodem tego ruchu był w miarę spokojny weekend. Inwestorzy bali się, co się wydarzy podczas zawieszonych notowań. Po tak silnej zmianie przyszło jednak odbicie i znów euro jest powyżej 4,55 zł.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Masowe kontrole, prowokacje i kary, czyli co może grozić przedsiębiorcom po epidemii

Departament Zwalczania Przestępczości Ekonomicznej Ministerstwa Finansów zlecił dyrektorom podległych jednostek przedstawienie propozycji do wdrożenia nowej formy przeprowadzania kontroli skarbowych w formie zakupu kontrolowanego. Tzw. nabycie sprawdzające miałoby wziąć na celownik ponad 66 tys. przedsiębiorców z branży gastronomicznej. To nie jedyne skutki uboczne koronawirusowego kryzysu, jakich przedsiębiorcy mogą obawiać się ze strony fiskusa.

Do informacji o pomyśle departamentu dotarł serwis informacyjny „WP.pl”. W czwartek 2 kwietnia 2020 r. ujawnił, że skarbówka planuje przeprowadzenie ok. 170 tys. kontroli małych firm. Uzasadnieniem projektu ustanowienia regulacji pozwalających kontrolującym urzędnikom do stosowania tzw. nabycia sprawdzającego, mają być zebrane przez skarbówkę dane na temat branży gastronomicznej, według których szara strefa w małej gastronomii wynosi 50%. Dlatego też skontrolowanie przy użyciu podstępu ponad 66 tys. samych tylko punktów gastronomicznych, takich jak: bary, pizzerie, czy budki z kebabami, mogłoby przynieść budżetowi państwa ok. 22 mln zł wpływu w 2021 roku.

Nabycie sprawdzające

Na czym polegać miałoby to nabycie sprawdzające? Urzędnik mógłby zakupić w barze zapiekankę, zapłacić i poczekać. Jeśli sprzedawca nie wyda paragonu, wówczas urzędnik się ujawni i ukarze przedsiębiorcę mandatem. Inwestycja w zapiekankę miałaby się fiskusowi bardzo opłacić, bo z informacji, do których dotarła „WP.pl”, na jeden zakup sprawdzający urzędnicy mieliby przeznaczać 50 zł. Zatem przy 170 tys. kontroli rocznie, daje to koszt 8,5 mln zł, ale zysk ponad 2,5 razy większy.

Zakup kontrolowany

Omawiany projekt nadania urzędnikom podatkowym nowego narzędzia kontroli pochodzi z marca 2020 r. Nie doczekał się jeszcze swojego miejsca w ustawie o Krajowej Administracji Skarbowej. Nie jest pierwsza próba uzbrojenia fiskusa w prawo do zastosowania wobec kontrolowanego przedsiębiorcy prowokacji. To forma znanego już organom ścigania zakupu kontrolowanego, czyli zakupu inicjowanego przez funkcjonariusza, celem ujęcia nierzetelnego sprzedawcy na gorącym uczynku. Ta metoda podstępu jest niedostępna dla administracji podatkowej. Funkcjonariusze skarbówki nie mogą sami nabywać towaru, czy usługi, a następnie karać sprzedawców za niedopełnienie obowiązków ewidencji tej sprzedaży. Jak na razie mogą tylko towarzyszyć, przyglądać się transakcjom zawieranym przez przedsiębiorcę, i wkroczyć w momencie, gdy ten nie wyda paragonu, czy nie wystawi faktury.

Dlaczego fiskus dotąd nie dostał takich uprawnień?

Pomysł nadania fiskusowi uprawnień do nabycia sprawdzającego znalazł się np. w Projekcie ustawy o Krajowej Administracji Skarbowej z dnia 17 lutego 2016 r. Jego pomysłodawcy chcieli wówczas nadać funkcjonariuszom skarbowym szczególne uprawnienie do „dokonywania transakcji celowej, która będzie umożliwiać funkcjonariuszom nabycie towarów i usług do kwoty 500 zł w celu skontrolowania wywiązania się z obowiązku rejestrowania sprzedaży i ujawniania transakcji” (Uzasadnienie do projektu ustawy, www.sluzbacywilna.info.pl).

Dlaczego więc dotąd fiskusowi takich uprawnień nie nadano? Zwłaszcza gdy prowokację zakupu kontrolowanego od lat z powodzeniem stosują organy ścigania? Na to pytanie musi sobie odpowiedzieć sam fiskus, dlaczego takim zaufaniem nie obdarza go ustawodawca. Być może przemawia za tym charakter tego organu państwa, którego zadaniem jest przecież nie tyle ściganie przestępców i oszustów podatkowych, co zapewnienie jak największych wpływów do budżetu państwa. A być może potwierdza to sama praktyka.

W 2011 roku „Rzeczpospolita” komentowała dane nt. przeprowadzonej w tamtym roku letniej akcji „Weź paragon”, podczas której inspektorzy skarbowi wystawili ponad 16 tys. mandatów na kwotę przekraczającą 3,8 mln zł. Gazeta przytoczyła wówczas przebieg dokonywanej w ramach akcji kontroli: „…do sklepu wchodzą dwie osoby, pierwsza kupuje jakiś drobiazg, kładzie odliczone pieniądze na ladzie i „ucieka” ze sklepu, nie biorąc paragonu z kasy fiskalnej, a niejednokrotnie nawet nie czekając na jego wydrukowanie. Na to tylko czeka druga osoba, która natychmiast wyciąga legitymację i… żadne tłumaczenia sprzedawcy już nie pomogą. Takie postępowanie to nie jest już nawet zakup kontrolowany czy prowokacja. To prawdziwa produkcja winnych” („Akcja Weź paragon: Skarbówka pracuje na wynik”, www.rp.pl).

„Do sklepu przyszła kobieta (…) poprosiła o zestaw długopisów za 2,50 zł. Nabiłem sprzedaż na kasie i wydałem paragon. Klientka jednak zabrała długopisy, a paragon zostawiła na ladzie. Często się zdarza, że kupujący nie zabierają paragonów. Wyrzuciłem więc wydruk z kasy do kosza (…) po chwili kobieta wróciła, tym razem z dwoma panami. Przedstawili się jako inspektorzy urzędu kontroli skarbowej, pokazali legitymację i zarzucili mu, że nie wydaje paragonów fiskalnych” – relacjonuje Gazeta Prawna.pl w artykule „Za niewydanie paragonu mandat” z 17 września 2007 r.

Przedsiębiorcy się boją i płacą

Oczywiście przed takimi działaniami urzędników podatkowych przedsiębiorcy mogą się bronić. Istnieją ku temu odpowiednie instrumenty prawne. Niemniej ustawodawca nie udzielając funkcjonariuszom skarbowym uprawnienia do przeprowadzania takich prowokacyjnych kontroli potwierdza swój brak zaufania do nich. Niedawno trzeba było tworzyć Konstytucję Biznesu, by przypomnieć organom o obowiązujących zasadach pogłębiania zaufania przedsiębiorców do władzy publicznej, proporcjonalności, bezstronności i równego traktowania, jak i domniemania uczciwości przedsiębiorcy. A w praktyce wygląda to tak, że ukarany mandatem przedsiębiorca woli zapłacić te kilkaset złotych i mieć spokój, niż narażać się na otwartą wojnę z urzędem skarbowym.

Ktoś te 212 mld zł musi zwrócić

Powracające co jakiś czas doniesienia o kolejnych próbach uzbrojenia funkcjonariuszy administracji skarbowej w narzędzie zakupu kontrolowanego, czy też nabycia sprawdzającego, przedsiębiorcy muszą jednak brać na poważnie, zwłaszcza teraz. Trudno bowiem przewidzieć, jaki będzie stan gospodarki i finansów państwa po zakończeniu kryzysu epidemicznego. Nie wiadomo, jak reagować będą władze, gdy stan epidemii będzie się przedłużał o kolejne miesiące. Już teraz, na mocy uchwalonych na przełomie marca i kwietnia 2020 r. specustaw, wprowadzono znaczne obostrzenia i grożące za ich naruszenie wysokie, sięgające kilkudziesięciu tysięcy złotych, kary, jak np. za brak dostosowania miejsc pracy w przedsiębiorstwie do wymogów ochrony przed rozprzestrzenianiem się koronawirusa, czy za naruszenie zakazu obrotu określonymi towarami, czy zakazu wykonywania określonego rodzaju usług.

Bowiem to właśnie przedsiębiorcy są największą grupą ryzyka epidemicznego, antykryzysowego efektu jo-jo. To im Ministerstwo Finansów udziela teraz wsparcia, także pośrednio, poprzez udzielenie pomocy pracownikom, w wysokości aż 212 mld zł. To samo ministerstwo, które od ponad 9 lat nie ma środków na obniżenie o 1% podwyższonych od 1 stycznia 2011 r. stawek VAT. Dlatego przedsiębiorcy już dziś, zwłaszcza w świetle takich doniesień, jak powyższe, o wzmożonych kontrolach przeprowadzanych przez skarbówkę, powinni zadbać o zapewnienie ochrony majątku firmy. Nie tylko „na teraz”, poprzez audyt realizacji nałożonych antykryzysowymi specustawami obowiązków, ale i na przyszłość. Bo ktoś te 212 mld będzie musiał do budżetu zwrócić.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Aż 93 proc. mikrofirm uważa, że koronawirus sparaliżuje ich działalność. Najmocniej infekcja dotknie hotele i restauracje

Koronawirus będzie najbardziej dotkliwy dla najmniejszych firm zatrudniających do 9 pracowników. Tylko po miesiącu epidemii w Polsce, aż 71 proc. z nich uważa, że COVID-19 będzie miał zdecydowanie niekorzystny wpływ na prowadzony biznes, podczas gdy wśród małych firm ten odsetek wynosi 56 proc., a średnich 54 proc. Wśród branż epidemia może najbardziej zainfekować HoReCa (82 proc. przedstawicieli uważa wpływ COVID-19 za zdecydowanie niekorzystny), usługi (75 proc.) oraz handel (56 proc.). Takie są wyniki najnowszego Barometru EFL na II kwartał 2020 roku przeprowadzonego w ostatnich dniach marca br.

– Rozprzestrzeniająca się epidemia koronawirusa ma już bardzo negatywny wpływ na światową i polską gospodarkę. Nie mamy złudzeń, sytuacja będzie się jeszcze pogarszać. A w przypadku dekoniunktury, najszybciej negatywne skutki odczuwają najmniejsi przedsiębiorcy, co potwierdza również nasz najnowszy odczyt Barometru. To oni również stanowią największą część portfela firm leasingowych. Dlatego, choć trudno w tym momencie prognozować wynik dla naszej branży na cały 2020 rok, to już dziś wiemy, że aktywność gospodarcza mocno osłabnie. Zarówno w Polsce, w Niemczech, czyli u naszego głównego partnera handlowego, czy Unii Europejskiej. Jako firma działająca głównie w sektorze finasowania małego i średniego biznesu również możemy potwierdzić pogarszającą się sytuację finansową swoich klientów. Od kilku tygodni docierają do nas wnioski od firm, które w obliczu zaistniałej sytuacji, przewidują czasowy problem z terminowym regulowaniem należności. W szczególności dotyczy to gastronomii, turystyki, transportu i usług. Przewidywany na początku tego roku wzrost branży na poziomie 6 proc. rok do roku na pewno będzie musiał zostać zweryfikowany – uważa Radosław Woźniak, prezes zarządu EFL.

Pragnę zaznaczyć, że branża leasingu i wynajmu udowodniły kilkukrotnie w swej historii, a ostatnio w trakcie kryzysu 2008-2010, że są przygotowane, by z sukcesem mierzyć się ze skutkami spowolnienia gospodarczego. W bieżącej sytuacji gospodarczej podejmujemy działania, których celem jest umożliwienie naszym klientom prowadzenia działalności po ustaniu zagrożenia epidemicznego – dodaje –  Radosław Woźniak.

EFL w najnowszym Barometrze na II kwartał br. pod koniec marca zapytał przedsiębiorców o nastroje w obliczu pandemii koronawirusa. Z badania wynika, że aż 9 na 10 przedstawicieli polskich firm uważa, że COVID-19 będzie miał negatywny wpływ na prowadzony przez nich biznes. Z czego 60,2 proc. – zdecydowanie niekorzystny, a prawie 29,2 proc. – raczej niekorzystny. Tylko 9 proc. firm jest zdania, że koronawirus pozostanie bez wpływu na ich biznes.

Najmniejszy biznes z największymi powikłaniami

Biorąc pod uwagę wielkość przedsiębiorstwa, epidemia może okazać się najgorsza w skutkach dla mikrofirm. Czyli tych podmiotów, które zgodnie z zapisami ustaw składających się na tzw. tarczę antykryzysową, mogą liczyć na największe wsparcie ze strony państwa. Prawie 71 proc. z nich uważa COVID-19 za zdecydowanie wysokie zagrożenie dla prowadzonego biznesu. Odpowiedzi „raczej niekorzystny wpływ” udzieliło 22 proc. zapytanych. Mniej negatywnie na przyszłość patrzą małe i średnie firmy. Wśród nich odpowiednio 56 proc. i 54 proc. zapytanych uważa panującą epidemię za zdecydowanie niekorzystną dla prowadzonego biznesu. Biorąc jednak pod uwagę łącznie odpowiedzi „zdecydowanie niekorzystny wpływ” i „raczej niekorzystny wpływ” zarówno mikro, jak i małe i średnie podmioty w większości obawiają się skutków pandemii (odpowiednio 93 proc., 90 proc., 82 proc.).

Hotele i restauracje najbardziej sparaliżowane

Z Barometru EFL wynika, że spadek obrotów może najdotkliwiej dotknąć sektor HoReCa. Ponad 82 proc. hotelarzy, restauratorów i właścicieli firm cateringowych obawia się zdecydowanie negatywnego wpływu rozprzestrzeniania się koronawirusa na swój biznes. Odpowiedzi „raczej niekorzystny” udzieliło 13,5 proc. przedstawicieli HoReCa. Drugim sektorem z największymi obawami o przyszłość są usługi. 3 na 4 przedstawicieli firm usługowych uważa, że panująca epidemia będzie miała zdecydowanie negatywny wpływ na prowadzoną przez nich działalność (odpowiedzi „raczej negatywny” udzieliło 21 proc. zapytanych). Trzecim sektorem „drżącym” o kolejne dni i miesiące jest handel – 56 proc. przedsiębiorstw obawia się zdecydowanie negatywnego przełożenia koronawirusa na ich biznes (33 proc. – raczej niekorzystny). W transporcie odsetek firm, które zdecydowanie boją się spadku obrotów w efekcie rozprzestrzeniania się COVID-19, wynosi 54 proc., w budownictwie – 46 proc., a w przemyśle/produkcji – 43 proc.

Mniej klientów, mniejsze obroty

Mikro, mali i średni przedsiębiorcy zostali również zapytani o to, co może najbardziej przyczynić się do spadku obrotów w ich firmach. W pierwszej kolejności wskazali na spadek zainteresowania ich usługami lub produktami (44 proc. odpowiedzi). Po drugie, 36 proc. zapytanych obawia się pogorszenia ogólnej sytuacji gospodarczej. Prawie 1 na 5 przedstawicieli sektora MŚP zdaje sobie sprawę, że jego kondycja pogorszy się wskutek ograniczenia możliwości transportu towarów (18,5 proc.), tyle samo zapytanych wskazało na ograniczenia w przemieszczaniu się pracowników. Prawie 17 proc. „misiów” widzi trudności w realizacji zamówień, co w efekcie z pewnością przełoży się negatywnie na obrotyfirm.

***

Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa ponad  500 mikro, małych i średnich firm. Aktualna edycja badania odbyła się w dniach 17.03 – 1.04.2020 roku.

Przed nami tydzień zmienności nastrojów

Tydzień zaczyna się w pozytywnym klimacie w oparciu o doniesienia o niższej dziennej liczbie śmiertelnych ofiar koronawirusa w niektórych częściach Europy i USA. Wszyscy chcą „wypłaszczenia krzywej” przyrostu zachorowań, co by pomogło przerzucić ciężar dyskusji na plany poluzowania ograniczeń dotyczących poruszania się. Jednak, jak dane makro udowadniają, niepewność wokół oceny ekonomicznych szkód pandemii jest wysoka i za wcześnie na niepohamowany optymizm.

Impulsem dla odreagowania są niedzielne raporty o rozwoju pandemii na świecie. Liczba przypadków śmiertelnych w stanie Nowy Jork pierwszy raz była niższa niż dzień wcześniej. We Włoszech odnotowano najmniejszą liczbę zgonów w ciągu ponad dwóch tygodni, podczas gdy Francja odnotowała najniższą liczbę od pięciu dni, a w Hiszpanii liczba ofiar spadała przez trzy dni z rzędu. Cześć Europy kontynentalnej oraz niektóre rejony USA mogą na dniach przekroczyć punkt kulminacyjny ekspansji liczby zachorowań. Mimo to Wielka Brytania ma przed sobą co najmniej tydzień agresywnego rozwoju choroby, a nierówne tempo reakcji władz stanowych na koronawirusa w USA podtrzyma negatywne doniesienia. Azja także jest pod lupą w analizie ryzyka drugiej fali zachorowań, podczas gdy rozwój choroby w gospodarkach rozwijających się odbywa się z opóźnieniem względem krajów rozwiniętych. Wciąż jest sporo znaków zapytania wokół tego jak szybko i jakimi środkami uda się zahamować rozprzestrzeniane się wirusa, kiedy będzie można cofnąć paraliż gospodarczy i jak szybko będzie się odbywać odbudowa ożywienia. Bez odpowiedzi na te pytania nie można oczekiwać, aby rynki finansowe wiarygodnie dyskontowały przyszłość. Jakikolwiek rajd ulgi przyjdzie w kolejnych dniach, bardzo szybko może się ulotnić przy pierwszych doniesieniach nasilenia zachorowań. Bardziej realne, że inwestorzy będą rozgrywać informacje aktualne tu i teraz bez większego zastanowienia nad tym, co może przynieść kolejny dzień. Zbliżamy się też do długiego weekendu świątecznego, co będzie skłaniać do redukcji pozycji, które mogą nabudowywać się w pierwszej części tygodnia. Przed nami potencjalnie zmienny tydzień w obu kierunkach.

Podtrzymujemy ostrożne nastawienie do ryzyka, biorąc pod uwagę wysoką niepewność wokół perspektyw gospodarczych. Jakkolwiek reakcja rynków na okropne dane makro jest umiarkowana (jeśli w ogóle wystąpi), silne załamanie wskaźników koniunktury (PMI/ISM) czy szok na rynku pracy USA (NFP) sugerują, że będzie jeszcze gorzej zanim zacznie być lepiej.

Na FX tydzień może zacząć się od słabości USD i JPY, ale obie waluty pozostaną jako preferowany kierunek dla odpływu kapitału przy powrocie awersji do ryzyka niezależnie do tego, czy złe wieści będą pochodzić z USA/Japonii czy nie. EUR wydaje się najsłabszą bezpieczną przystanią z tej trójki z uwagi na dużą wrażliwość na kondycję globalnego handlu. We wtorek Eurogrupa ma decydować o pakiecie fiskalnym wartym 200-300 mld EUR, ale nie ma konsensusu dla wprowadzenia euroobligacji. Jeśli pakiet wyda się niewystarczający, EUR na tym ucierpi. Sądzimy, że funt jest za silny w obliczu skali rozwoju epidemii COVID-19 w Wielkiej Brytanii. W kolejnych dniach ryzyka przeważają na korzyść powrotu przeceny. W przypadku złotego nie widzimy obecnie warunków dla wyraźnego oddalenia się od 4,60 za euro.

Nadzwyczajne posiedzenie OPEC + zostało przesunięte z 6 na 9 kwietnia a pojawiające się przez weekend doniesienia rodzą wśród części uczestników rynku wątpliwości czy porozumienie jest możliwe. W najbliższych dniach należy oczekiwać wysokiej zmienności i licznie pojawiających się przecieków (często kontrolowanych), plotek, spekulacji i pogłosek. Mamy poważne wątpliwości, czy możliwe będzie ustalenie takiej skali redukcji wydobycia, która sprosta wysoko postawionej poprzeczce oczekiwań a przede wszystkim będzie w stanie zrównoważyć gigantyczną zapaść zapotrzebowania na surowiec wywołaną przez pandemię COVID-19. Po zeszłotygodniowym skoku cen ryzyka napiętrzają się po negatywnej stronie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Hakerzy i samochody

Przemysł motoryzacyjny prawdopodobnie stanie w niedalekiej przyszłości przed wieloma zagrożeniami cybernetycznymi i złośliwymi działaniami, ponieważ ogromna liczba danych gromadzonych przez pojazdy połączone z Internetem i pojazdy autonomiczne staje się bardzo wartościowym celem podmiotów państwowych i motywowanych finansowo. Celem ataku są nie tylko samochody prywatne, ale również auta rządowe.

W 2018 roku dwóch hakerów: Charlie Miller i Chris Valasek włamało się do prywatnego samochodu należącego do dziennikarza Wired, Andy’ego Greenberga. Włamanie odbywało się w warunkach kontrolowanych przez właściciela, jednak specjaliści udowodnili, iż można przejąć pełną kontrolę nad autem. Eksperyment został zakończony w momencie, kiedy za pomocą pada od konsoli do gier hakerzy sterowali samochodem dziennikarza. W tym przypadku był to Jeep Cherokee, który mimo zaawansowania technologicznego, pozostaje dość archaiczny w porównaniu do systemów wykorzystywanych w nowych samochodach, zwłaszcza klasy premium.

Sami zapraszamy do ataku

Systemy bezpieczeństwa w samochodach postrzegane były dotychczas przez pryzmat systemów wspomagających hamowanie czy układu kontroli jazdy, strefy kontrolowanego zgniotu, przez dużą liczbę poduszek powietrznych czy kurtyn. Tymczasem postęp technologiczny sprawił, że przemysł motoryzacyjny – zwłaszcza klasy wyższej i premium (użytkownikami są VIP-y) – działa w oparciu o cyfrowe systemy m.in. wspomagania układu hamulcowego, układu kierowniczego etc. W ocenie analityków KPMG, tylko w samochodach klasy premium stosuje się 150 milionów różnego rodzaju linijek kodów oprogramowania cyfrowego – o 12 razy więcej niż w przypadku konstrukcji samolotu bojowego F-35 czy pasażerskiego Boeinga 787. Tym samym włamywacze mają znacznie więcej możliwości ataku.

Produkowane dzisiaj samochody opierają swoje systemy o powszechnie dostępne oprogramowanie znane z telefonów, jak np. Android, który sam w sobie stanowi łatwy cel. Nieświadomym pomocnikiem hakera jest sam użytkownik samochodu, który często paruje swój smartfon z autem, a tym samym otwiera kolejną furtkę dla atakujących.

Nasze społeczeństwo jest nieświadome wielu występujących zagrożeń. Trudno zrozumieć, że tak dużo osób nie dba o zachowanie swojej prywatności. Tymczasem hakerzy, którzy infekują np. urządzenia mobilne do wykradania danych osobowych (haseł, pieniędzy, danych z telefonów), będą ulepszać złośliwe oprogramowania. Aplikacje zabezpieczające urządzenia są tylko jednym z elementów układanki prawidłowo funkcjonujących zasad i reguł bezpieczeństwa. To człowiek powinien być tarczą ochronną danych własnych i firmowych. Jeśli zawiedzie najsłabsza linia obrony, czyli człowiek, zawiedzie cały system. Dostawcy oprogramowania antywirusowego mają więc ciężki orzech do zgryzienia – podkreśla Wojciech Głażewski z Check Point Polska – Zewnętrzna łączność jest również odzwierciedlona w systemach sterowania samochodami. Nawet podstawowe pojazdy używają teraz wielu elektronicznych jednostek sterujących, zawierających miliony linii kodu, kontrolujących wszystkie aspekty samochodu, od zarządzania silnikiem po układy hamulcowe, kierownicze i rozrywki. Jednak – mimo przyspieszonego rozwoju technologicznego – bezpieczeństwo pozostało w tyle.

Systemy bezpieczeństwa? Nie wiem

Producenci stosują wiele systemów bezpieczeństwa i przeciwkradzieżowych. O ile nadążają w swoistym wyścigu zbrojeń, zmniejszając emisję spalin, zwiększając moc, zmniejszając spalanie – przegrywają z kretesem w zakresie bezpieczeństwa sieciowego. Producenci zaś stosują podstawowe zabezpieczenia sieciowe, które dla osób chcących dokonać ataku są co najwyżej miernej jakości przeszkodą. Pytania dotyczące systemów bezpieczeństwa implementowanych w markach premium pozostają bez odpowiedzi.

Tymczasem globalni liderzy zajmujący się bezpieczeństwem sieciowym zwracają uwagę na istotę narastającego problemu: – Samochody są coraz bardziej powiązane ze światem zewnętrznym. Funkcje, które kiedyś były dostępne tylko w luksusowych markach premium, są teraz dostępne we wszystkich modelach producentów, w podstawowych samochodach miejskich. Funkcje te obejmują łączność Bluetooth do parowania telefonów komórkowych, nawigację GPS, hotspoty Wi-Fi, systemy unikania kolizji, zdalną diagnostykę i wiele innych. Dzięki tym możliwościom samochody szybko stają się sieciami danych na kołach – zaznacza przedstawiciel Check Point Software Technologies, Wojciech Głażewski.

Gdy łączność w pojazdach stale się rozwija, a nowe technologie stają się dostępne, musimy zająć się zagrożeniami w zakresie cyberbezpieczeństwa. Skuteczne zabezpieczenie samochodu przed atakami hakerów nie jest jedynie opcją. Jest gwarantem bezpieczeństwa dla kierowców, innych użytkowników dróg i pieszych.

VIP pod kontrolą

Limuzyny, którymi poruszają się członkowie rządu czy VIP, mają cały szereg zabezpieczeń, głównie przed fizycznym atakiem. Kuloodporne szyby, wzmocnione podwozie, cały szereg rozwiązań mających zapewnić bezpieczeństwo osób wewnątrz auta. – Niektóre instytucje zgodnie z ustawą mogą wykorzystywać „urządzenia uniemożliwiające telekomunikację na określonym obszarze”. Odnośnie do systemów bezpieczeństwa montowanych w samochodach fabrycznie, to zgodnie ze specyfikacją zamówienia takowe są montowane w dedykowanych pojazdach. Natomiast należy stanowczo podkreślić, iż największym zagrożeniem dla systemu bezpieczeństwa jest „nieświadomy użytkownik” – podkreśla generał Andrzej Pawlikowski, szef Biura Ochrony Rządu (obecnie SOP). – Zagrożenia spowodowane podłączeniem urządzenia mobilnego do systemu multimedialnego stanowią poważne zagrożenie, biorąc pod uwagę fakt, iż w dzisiejszych czasach jest coraz większe zaufanie do urządzeń mobilnych, przez co więcej danych jest na nich gromadzonych. Dlatego przede wszystkim trzeba zwracać uwagę na prewencję, profilaktykę i świadomość użytkowników – dodaje.

Samochody stały się łatwym łupem do ataku z dwóch, jak się okazuje, błahych powodów. Przede wszystkim z powodu braku zrozumienia problemu przez samych producentów, którzy – owszem – skupiają się na bezpieczeństwie użytkowników auta i minimalizują utratę zdrowia i życia poprzez cały szereg rozwiązań technicznych. Pozostawiają jednak przestrzeń, która może być wykorzystana do tragicznych w skutkach celów.

Kolejnym ogniwem są sami użytkownicy, którzy nieświadomie udostępniają za pośrednictwem smartfona pełny dostęp do kierowanych przez siebie pojazdów. Dają możliwość kontroli nie tylko systemu multimedialnego czy klimatyzacji, ale przede wszystkim układu kierowniczego czy hamulcowego. A to w ruchu drogowym może doprowadzić do niewyobrażalnej w skutkach katastrofy.

Specjaliści jednogłośnie podkreślają, że wiele zależy od nas samych, a błędy producentów możemy niwelować poprzez świadomość tych zagrożeń. – Nadal stoję na stanowisku, iż instytucje państwowe oraz podmioty prywatne powinny mieć w swoich strukturach osoby / specjalistów odpowiadających za bezpieczeństwo, tj. inspektora ochrony danych osobowych, inspektora BTI, audytora czy osobę odpowiedzialną za cyberbezpieczeństwo. Systemy bezpieczeństwa są montowane fabrycznie tylko w dedykowanych samochodach. Natomiast największym zagrożeniem dla systemu bezpieczeństwa jest „nieświadomy użytkownik”– mówi generał Andrzej Pawlikowski.

Anna Jarczewska obejmuje funkcję dyrektora ds. HR w globalnym centrum usług Standard Chartered w Warszawie

Anna Jarczewska została powołana na stanowisko dyrektora ds. HR w globalnym centrum usług biznesowych banku Standard Chartered w Warszawie. Będzie odpowiedzialna za strategię zarządzania zasobami ludzkimi we wszystkich liniach biznesowych polskiej spółki. Obok Chin, Indii i Malezji jest to czwarte na świecie i pierwsze na zachodniej półkuli centrum usług jednego z wiodących międzynarodowych banków.

 Anna Jarczewska posiada 15-letnie doświadczenie w obszarze zarządzania zasobami ludzkimi, które zdobywała w międzynarodowych firmach z różnych sektorów – zarówno w kraju, jak i za granicą. Zanim dołączyła do Standard Chartered, pełniła funkcję dyrektora ds. HR na Polskę i Szwajcarię w Diageo oraz członka zarządu w polskim oddziale tego koncernu. W firmie odpowiadała za kształtowanie i wdrażanie strategii organizacyjnej oraz zarządzania zasobami ludzkimi. Ponadto, dbając o odpowiednią strukturę, zasoby i kompetencje umożliwiła jej rozwój w kolejnych latach.

Wcześniej, przez 4 lata, pracowała na różnych stanowiskach z obszaru HR w firmie konsultingowej Deloitte w Polsce, gdzie uczestniczyła w budowaniu jej wizerunku pod kątem silnej marki jako pracodawcy i tworzeniu skutecznej strategii przyciągania kandydatów. Anna Jarczewska była również członkiem zespołu HR w irlandzkiej filii firmy Ericsson oraz zarządzała procesami rekrutacyjnymi w renomowanych sieciach hoteli w USA.

Nowa dyrektor ds. HR w Standard Chartered w Polsce jest absolwentką studiów magisterskich z zakresu psychologii w biznesie oraz studiów inżynierskich związanych z ochroną środowiska. Ukończyła również studia podyplomowe z zakresu prawa pracy na Uniwersytecie Warszawskim. Posiada także certyfikat CIPD, który uzyskała w International College of Ireland.

„Standard Chartered sukcesywnie rozwija swoją działalność w Polsce pod kątem zatrudnienia i świadczonych usług. Specjalistyczna wiedza i bogate doświadczenie Anny Jarczewskiej będą kluczowe w kształtowaniu naszej strategii zarządzania zasobami ludzkimi. Funkcjonowanie naszej spółki i całego sektora usług biznesowych opiera się bowiem na ludziach. Rekrutacja kandydatów i utrzymanie wykwalifikowanych pracowników to dla nas kluczowe kwestie. Obszar zarządzania zasobami ludzkimi jest więc niezwykle istotny w naszej strategii rozwoju”, powiedziała Rowena Everson, dyrektor zarządzająca globalnym centrum usług biznesowych Standard Chartered w Warszawie.

Globalne centrum usług Standard Chartered w Warszawie rozpoczęło działalność w 2018 roku z zadaniem wspierania rozwoju biznesu banku – głównie w regionie Europy i Ameryk, ale także w innych częściach świata. Spółka zatrudnia ponad 550 doświadczonych specjalistów odpowiadających za zarządzanie złożonymi międzynarodowymi procesami. Polskie biuro banku świadczy usługi z zakresu przeciwdziałania przestępczości finansowej, cyberbezpieczeństwa, zarządzania ryzykiem płynności finansowej, zarządzania międzynarodowymi projektami w obszarze HR oraz negocjowania umów dot. instrumentów pochodnych z klientami korporacyjnymi i instytucjonalnymi.

Technologie wodorowe mogą obniżyć globalne emisje CO2 o jedną trzecią

Z nowego raportu serwisu analitycznego Bloomberg New Energy Finance (BNEF) wynika, że szerokie zastosowanie technologii wodorowych oraz zielonego wodoru (opartego na odnawialnych źródłach energii) może obniżyć światową emisję CO2 o jedną trzecią do 2050 roku. Pierwszym państwem, które opracowało narodowy program wodorowy, traktując ten gaz jako strategiczny nośnik energii, była Japonia. Władze tego wyspiarskiego kraju szybko rozpoczęły strategiczną współpracę z japońskimi koncernami, takimi jak JXTG Nippon Oil & Energy czy Toyota Motor Corporation, która 20 lat temu jako pierwszy producent samochodów zaczęła rozwijać technologię wodorowych ogniw paliwowych.

Wodór szansą dla sektorów najbardziej uzależnionych od paliw kopalnych

Z podsumowania nowego raportu „Hydrogen Economy Outlook”, opracowanego przez ośrodek analityczny Bloomberg NEF (BNEF) możemy się dowiedzieć, że jeśli w najbliższych dekadach duża część gospodarki zostanie oparta na czystym wodorze (produkowanym bezemisyjnie), pozwoli to ograniczyć światową emisję gazów cieplarnianych nawet o 34%. Co więcej, wodór pozwoli zdekarbonizować branże, które są bardzo zależne od paliw kopalnych jak hutnictwo, ciężki transport drogowy i morski czy produkcja cementu. Malejące koszty produkcji wodoru przy użyciu energii wiatrowej i słonecznej powodują, że wodór staje się obiecującą ścieżką cięcia emisji gazów cieplarnianych w tych sektorach.

Kobad Bhavnagri, dyrektor do spraw dekarbonizacji przemysłu BNEF i główny autor raportu zauważył: „Wodór ma potencjał, by stać się paliwem, które będzie zasilać czystą gospodarkę. W nadchodzących latach będzie można go tanio produkować z energii słonecznej i wiatrowej i przez długie miesiące magazynować pod ziemią, a następnie przesyłać na żądanie rurociągami do odbiorców. Takim paliwem będą mogły się posługiwać bardzo różne branże, w tym statki morskie czy huty”.

Jak najlepiej produkować wodór?

Wodór nie powoduje emisji dwutlenku węgla ani żadnych szkodliwych substancji, a jednocześnie może zastąpić węgiel, ropę i gaz w wielu różnych zastosowaniach. Na świecie korzysta się z kilku metod jego produkcji. Największe korzyści dla środowiska i klimatu przynosi zielony wodór, czyli produkowany z czystych źródeł przy pomocy bezemisyjnej energii odnawialnej. Pozyskiwanie wodoru z paliw kopalnych, które obecnie dominuje w przemysłowej produkcji tego gazu, jest dużo mniej sensowne z punktu widzenia redukcji CO2.

Zrównoważoną, bezemisyjną metodą produkcji wodoru jest elektroliza wody, w której wodór jest oddzielany od tlenu przy pomocy taniej elektryczności generowanej ze źródeł odnawialnych. W ciągu ostatnich 5 lat koszty technologii elektrolizy spadły o 40% i nadal będą maleć w związku z dalszym rozwojem technicznym i efektem skali. Toyota testuje takie rozwiązania zarówno w Japonii, jak i w Stanach Zjednoczonych. Na zamówienie japońskiego Ministerstwa Środowiska koncern uruchomił w Jokohamie i Kawasaki oparty na technologii wodorowej łańcuch dostaw, obejmujący wózki widłowe zasilane wodorowymi ogniwami paliwowymi oraz infrastrukturę wytwarzania wodoru w elektrowniach wiatrowych lub na miejscu w przy użyciu prądu z fotowoltaiki. Z kolei w kalifornijskich portach Toyota testuje wodorowe ciężarówki, do których paliwo jest produkowane w zbudowanej przez japoński koncern 2,35-megawatowej elektrowni, wytwarzającej 1,2 tony zielonego wodoru dziennie.

Jak zauważa Kobad Bhavnagri, można sobie wyobrazić również bezemisyjną produkcję wodoru z paliw kopalnych, ale to wymagałoby wychwytywania i magazynowania dwutlenku węgla, co jest dużo droższe i niepewne co do skuteczności – na przykład dwutlenek węgla magazynowany pod ziemią może się w dowolnym momencie uwolnić do atmosfery.

Wodór wymaga inwestycji, ale mniejszych niż paliwa kopalne

Infrastruktura magazynowania i przesyłania wodoru wymaga sporych nakładów. Aby wodór mógł się stać tak powszechny jak obecnie gaz ziemny, potrzebne są szeroko zakrojone, skoordynowane inwestycje. Na przykład potrzebna jest 3-4 razy większa infrastruktura magazynowania wodoru, by mógł on zapewnić ten sam poziom bezpieczeństwa energetycznego co obecnie gaz ziemny; jej budowa kosztowałaby około 637 miliardów dolarów do 2050 roku. Bhavnagri podkreśla, że „jeśli wprowadzi się czysty wodór do masowego wykorzystania w przemyśle, będzie można przy zaskakująco niskich kosztach zdekarbonizować wiele sektorów przemysłu, które w tej chwili są bardzo uzależnione od paliw kopalnych”. Do 2031 roku wodorowy transport towarów dużymi ciężarówkami może być tańszy od opartego na silnikach Diesla.

Czy 637 miliardów do 2050 roku to dużo? To nieco ponad 21 miliardów rocznie w skali świata. Dla porównania, tylko Stany Zjednoczone wydają na dotowanie węgla, ropy i gazu 20 miliardów dolarów rocznie, zaś Unia Europejska wspiera ten wysokoemisyjny przemysł kwotą 55 miliardów euro każdego roku. Poleganie na niszczących środowisko, klimat i nasze zdrowie paliwach kopalnych kosztuje podatników znacznie więcej niż zielone inwestycje, co potwierdzają analitycy Bloomberg New Energy Finance.

„Branża wodorowa jest obecnie niewielka, dlatego koszty jej funkcjonowania są relatywnie wysokie. Ale potencjał ich radykalnego obniżenia jest bardzo duży, jeśli władze publiczne włączą się w budowę łańcucha dostaw” – podkreślił Kobad Bhavnagri. – „Potrzebna jest koordynacja na poziomie polityki rządowej, stworzenie odpowiednich warunków dla prywatnych inwestycji i dotacji na poziomie około 150 miliardów w ciągu następnej dekady. Kwota ta tak naprawdę nie jest duża – rządy na całym świecie przeznaczają każdego roku ponad dwa razy więcej na dotacje do paliw kopalnych”.

Bhavnagri dodał także: „Wodór jest bardzo obiecujący, bo może być stosowany w wielu różnych gałęziach gospodarki. Energia odnawialna stworzyła podwaliny dla bezemisyjnej energetyki. Ale żeby świat mógł osiągnąć cel bezemisyjności netto do 2050 roku, inwestycje nie mogą się ograniczać do elektryczności. Potrzebujemy także bezemisyjnych paliw, a tę rolę może pełnić wodór”.

Bezemisyjna gospodarka wymaga rządowych strategii

Przestawienie dużych gałęzi gospodarki na wodór będzie możliwe tylko jeśli państwa i regiony, w tym Unia Europejska, zaczną na serio realizować strategie eliminacji emisji netto do 2050 roku. Jako pierwsza przykład dała Japonia, która chce jak najszybciej zastąpić paliwa kopalne i elektrownie atomowe bezemisyjnymi źródłami energii. W 2014 roku Ministerstwo Gospodarki, Handlu i Przemysłu Japonii ogłosiło „Strategic Road Map for Hydrogen and Fuel Cells”, a następnie zaktualizowało ją w 2016 i 2019 roku. W realizację strategii bardzo szybko włączyły się japońskie przedsiębiorstwa. Wśród nich pierwsze skrzypce gra Toyota, która rozpoczęła swój program rozwoju technologii wodorowych już w latach 90. W 2014 roku wprowadziła na rynek wodorowego sedana Toyota Mirai, a następnie włączyła się w projekty rozbudowy infrastruktury wodorowej w Japonii, Europie i Stanach Zjednoczonych. Obecnie japoński koncern produkuje także wodorowe autobusy, ciężarówki i auta dostawcze oraz wózki widłowe, a jednocześnie włączyła się w projekty naukowe wykorzystania ogniw paliwowych w statkach morskich oraz w programie eksploracji Księżyca Japońskiej Agencji Kosmicznej.

Japonia zamierza włączyć wodór do użytku nie tylko w motoryzacji i przemyśle, ale także w energetyce jako metodę magazynowania nadwyżek energii i zwracania jej do systemu w czasie większego zapotrzebowania za pomocą stacjonarnych ogniw paliwowych. Co równie ważne dla tego często nawiedzanego przez katastrofy naturalne kraju, autobusy i inne pojazdy zatankowane wodorem mają służyć jako źródło zasilania centrów zarządzania kryzysowego i szpitali w razie klęski żywiołowej.

Dynamika pandemii w Polsce. Mariusz Gromada analizuje dane o COVID-19

Dynamika pandemii w Polsce niestety przyspieszyła. Ostatnie cztery dni przyniosły istotne wzrosty nowych zachorowań (z 250 do ponad 400 dziennie). Nagła zmiana przyrostów o około 60-70% świadczy o tym, że w Polsce pojawiły się nowe źródła transmisji wirusa. Mimo tego, na tle Europy nadal utrzymujemy się w zdecydowanej czołówce, jeśli chodzi o hamowanie tempa rozwoju epidemii. W Stanach Zjednoczonych jest już ponad 25% wszystkich zakażonych na świecie.

Polska na tle Europy

5 kwietnia 2020 roku w Polsce był 12 dniem pandemii COVID-19, przy założeniu, że jej pierwszy dzień przypadł na 1000 potwierdzonych zachorowań. Stosując tę samą definicję do innych krajów Europy, można zdecydowanie stwierdzić, że Polska nadal utrzymuje się w zdecydowanej czołówce, jeśli chodzi o hamowanie tempa rozwoju epidemii. To z pewnością nasza wspólna zasługa. Święta Wielkiej Nocy mogą to zmienić – pamiętając o tym, zachowujmy się odpowiedzialnie. Spotkania z rodziną, podróże do innych miast to ogromne ryzyko epidemiczne. Ja zostaję w Warszawie, wyłącznie z najbliższymi domownikami.

Na tle Europy Polska wypadła nieco gorzej niż Czechy, kraje skandynawskie oraz Dania. Minister Zdrowia rozważa obecnie rekomendację noszenia maseczek podczas poruszania się w przestrzeni publicznej czyli  działanie analogiczne do zastosowanego w Czechach.covid-cykl-04-europa-dzien-12-po-1000-20200405

Stabilizacja dynamiki pandemii w Portugali

Jako pracownik Banku Millennium mam wielu przyjaciół pochodzących z Portugali. Portugalia o dwa dni wcześniej niż Polska potwierdziła pierwsze zachorowania na własnym terenie. Portugalia to znacznie mniejszy kraj, jednak tempo rozwoju epidemii było i nadal jest tam istotnie wyższe niż to obserwowane w Polsce. Po kilku dniach bardzo wyraźnych wzrostów, dzienne zmiany są obecnie na stabilnym poziomie (od początku kwietnia około 700 – 800 nowych zachorowań dziennie). To dobra informacja! Portugalia wdrożyła szereg restrykcji, bardzo podobnych do tych w naszym kraju, jednak kilka dni później.covid-cykl-04-pl-pt-20200405

Liczba chorych na milion mieszkańców

W początkowym etapie rozwoju epidemii, porównywanie krajów pod względem liczby chorych na milion mieszkańców, nie ma większego sensu. Obecnie dochodzimy do takiego punktu, gdzie tego typu zestawienia będą pokazywały pewne prawdziwe zależności. Na dzień 5 kwietnia 2020 roku na COVID zachorowało średnio 161 osób na milion mieszkańców globu (zachorowanie potwierdzone). W Polsce wskaźnik ten wyniósł 100.covid-cykl-04-mapa-gestosc-europa-20200405

Porównując Polskę do innych krajów Europy i świata, możemy obiektywnie stwierdzić, że liczba chorych na milion mieszkańców naszego kraju jest niska. Oznacza to jedynie, że epidemia w naszym kraju rozwija się wolniej.covid-cykl-04-mapa-gestosc-swiat-20200405

Stany Zjednoczone to ponad 25% wszystkich zakażonych na świecie

W dniu 5 kwietnia 2020 w Stanach Zjednoczonych potwierdzono ponad 335 tys. zachorowań na COVID, co stanowi 26% całości chorych na świecie. Populacja USA to 331 milionów mieszkańców, co stanowi 4% populacji światowej. Liczba chorych w USA nadal znacząco rośnie.covid-cykl-04-US-20200405

Źródło: Mariusz Gromada, matematyk, statystyk, dyrektor Departamentu Customer Intelligence w Banku Millennium, opracowanie własne z dnia 01.04.2020 na podstawie danych udostępnianych przez The Johns Hopkins University https://github.com/CSSEGISandData/COVID-19;  Kinsa – US Health Weather Map: https://healthweather.us/?mode=Atypical

Obniżki wynagrodzeń w połowie firm i zwolnienia w co czwartej – to strategie przedsiębiorstw na pandemię

Niemal co piąte przedsiębiorstwo w Polsce nie posiada rezerw finansowych, a 30 proc. posiada zapasy finansowe tylko na miesiąc lub dwa. Jednocześnie tylko 4 proc. przebadanych firm spodziewa się, że kryzys gospodarczy wywołany pandemią koronawirusa uda się zażegnać w zaledwie kilka tygodni. To wyniki najnowszych badań Polskiego Instytutu Ekonomicznego przeprowadzonych w pierwszych dniach kwietnia 2020 r. Główne strategie przetrwania pracodawców to obniżki wynagrodzeń, redukcje etatów i skorzystanie ze świadczenia postojowego.

39 proc. przebadanych przedsiębiorstw spodziewa się, że kryzys potrwa do wakacji, a 32 proc. respondentów uważa, że stan ten utrzyma się aż do końca roku. Przeszło ¼ firm (26 proc.) przewiduje, że posiada zapasy finansowe pozwalające przetrwać okres powyżej 3 miesięcy, przede wszystkim dotyczy to firm średnich (33 proc.). 22 proc. badanych przedsiębiorstw ma środki finansowe na maksymalnie kwartał, są to głównie reprezentanci sektora handlowego. Wśród firm niemających zapasów finansowych przeważają mikroprzedsiębiorstwa (26 proc.).Obniżki wynagrodzeń w połowie firm i zwolnienia w co czwartej

Na koniec marca 2020 r. ponad połowa (57 proc.) przebadanych przedsiębiorstw odnotowała spadek przychodów w stosunku do poprzedniego miesiąca. Największy udział w tej grupie odnotował sektor usługowy (63 proc.), zaś w najmniejszym stopniu ucierpiała produkcja (49 proc.) – tłumaczy Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego. W najgorszej sytuacji znalazły się mikrofirmy, pośród których aż 7 na 10 podmiotów wykazało spadek dochodów. Ponadto 62 proc. firm deklaruje zmniejszenie popytu na ich usługi lub produkty. Tutaj podobnie największe spadki nastąpiły w sektorze usługowym i wśród relatywnie mniejszych podmiotów. Wyniki naszych badań pokazują, że obecny kryzys gospodarczy polega na ograniczeniu popytu jak i podaży, dlatego tak ważny będzie okres przejściowy w którym będą stopniowo zdejmowane ograniczenia w kontaktach międzyludzkich by zrestartować gospodarkę – dodaje Piotr Arak.

Aby przetrwać tę niełatwą sytuację, firmy decydują się na dwie strategie: oprócz obniżki wynagrodzeń dla swoich pracowników (46 proc. respondentów) nieuniknione będą także zwolnienia (28 proc. przedsiębiorstw), w większości sięgające do 50 proc. obecnego zatrudnienia (takie plany zgłosiło 72 proc. respondentów, przeważnie średnie i duże firmy). 36 proc. pracodawców planuje utrzymać dotychczasowe stawki płac, a zaledwie 4 proc. respondentów zamierza zredukować wynagrodzenia wyłącznie dla kadry zarządzającej i managerskiej.zmiana wynagrodzenzmiany w zatrudnieniu

Ponad 2/3 firm (68 proc.) oceniło, że liczba dostępnych pracowników firmie nie uległa większym zmianom wywołanym pandemią koronawirusa. Taka sytuacja najczęściej występowała wśród mikro- i dużych firm – wyjaśnia Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Natomiast niemal 1/5 przedsiębiorstw (19 proc.) odczuła ubytek kadr wskutek zwolnienia na opiekę nad dziećmi, a w następnej kolejności ze względu na obawy z przychodzeniem do zakładu pracy. W niemal połowie (48 proc.) firm w kraju nie występuje praca zdalna. To oznacza, że w ramach kryzysowego rynku pracy nie tylko utrzymanie zatrudnienia staje się wyzwaniem, ale stała się nim również podaż pracy. Ograniczenia powodujące brak dostępności załogi może przekładać się na trudności z zachowaniem ciągłości funkcjonowania części firm, które nie podlegają obecnie wyłączeniom.

***

Metodyka badania:

W dniach 1-2 kwietnia 2020 r. Polski Instytut Ekonomiczny przeprowadził badanie wśród właścicieli firm lub osób decyzyjnych w przedsiębiorstwach na temat ich sytuacji i planów po nastaniu w Polsce epidemii koronawirusa. Badanie przeprowadzono za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych (CATI) na próbie losowo-kwotowej obejmującej 400 firm, w 4 kategoriach wielkości i 3 sektorach branżowych. Na podstawie tej próby możemy przeprowadzić wnioskowanie o populacji polskich przedsiębiorstw przy poziomie ufności 0,95, a błąd szacunku wskaźników struktury wyniesie 5 proc.

Warto dodać, że ponad połowa (56 proc.) ankietowanych przedsiębiorstw planuje skorzystać z dofinansowania do utrzymania pracowników w zatrudnieniu, przewidzianego w ramach „tarczy antykryzysowej”. Najbardziej zainteresowane tym rozwiązaniem są duże firmy (90 proc. wskazań), a także sektor handlowy (63 proc.) – dodaje Piotr Arak.

e-Kancelaria notuje 800% wzrost wniosków windykacyjnych

  • Mocny wzrost zleceń windykacji długów w marcu w stosunku do lutego – o 800%.
  • Mikroprzedsiębiorcy, którzy do niedawna w obawie o pogorszenie relacji biznesowych nie egzekwowali kategorycznie starych długów, teraz wyciągają z dna szuflady zapomniane faktury.
  • Są jednak branże, które pozytywnie reagują na propozycje polubownego porozumienia w sprawie długu.

Wg danych e-Kancelaria Grupa Prawno – Finansowa sp. z o.o. w marcu o 800% wzrosła w stosunku do lutego liczba zleceń i zapytań, jakie przedsiębiorcy złożyli do tej instytucji. Dotyczyły one windykacji lub zakupu długu.

Faktury wyciągane z dna szuflady

Powodem jest oczywiście epidemia koronawirusa i załamanie gospodarcze, jakie wywołała. Branże, które w pierwszej kolejności odczuwają skutki kryzysu, starają się odzyskać swoje pieniądze zamrożone wcześniej w fakturach, jeszcze przed wybuchem epidemii. Nie bez znaczenia jest dominujący przekaz medialny, zapowiadający problemy ekonomiczne. To wzmaga niepokój wielu firm, nawet tych, które jeszcze nie odczuwają tak mocno problemów finansowych. Skłania je też do podejmowania działań prewencyjnych. Wśród firm, które obecnie częściej pojawiają się w zleceniach windykacyjnych, dominują małe podmioty, m.in. z transportowej, budowlanej, instalacyjnej czy mechaniki samochodowej. Zastój rujnuje im płynność finansową.

– Restaurator, producent czy budowlaniec, który stracił teraz znaczną część zleceń, ma problem z opłaceniem rachunków za media, czynsz czy leasing sprzętu. Czasem chodzi tu także po prostu o środki na codzienne funkcjonowanie właścicieli takich miejsc i ich rodzin. Są teraz w trudnej sytuacji, więc sprawdzają swoje dokumenty finansowe i „z dna szuflady” wyciągają czasem dawno wystawione, niezapłacone im faktury. Na niektóre z tych zobowiązań machnęli już ręką, zakładając, że nigdy ich nie odzyskają, ale teraz sytuacja się zmienia. Przeterminowane faktury za dostawę cateringu czy zrealizowane zlecenia transportowe czy remontowe oznaczają szansę na pieniądze, które pomogą przetrwać trudny okres biznesowi, ale i ich rodzinom. Mikroprzedsiębiorcy miewają jednak problemy z konsekwentnym domaganiem się od swoich partnerów biznesowych tego, co im się należy, bojąc się np. pogorszenia relacji. Nie są też tak skuteczni w polubownych negocjacjach. To oczywiste, że mechanik samochodowy nie zna się na kwestiach prawnych, tak jak ja nie umiem naprawić np. skrzyni biegów. Jeśli pieniądze w imieniu takiego przedsiębiorcy próbuje odzyskać niezależna instytucja finansowa, obaw o popsucie relacji już nie ma – mówi Joanna Wrana-Szyszka Dyrektor Operacyjny w e-Kancelaria.

Przeterminowane faktury nie są bezwartościowe

Zastój, jaki w gospodarce wywołuje epidemia, powoduje, że odzyskanie środków ze starych należności może być problematyczne. Ważne też jest, kto zalega z płatnością faktury.

– Sytuacja oczywiście jest szczególna, wiele branż ma problemy. Dlatego w obecnej sytuacji model działania windykacji polubownej opartej na profesjonalnych negocjacjach i ugodach jeszcze bardziej zyskuje na znaczeniu w gospodarce. Szukamy rozwiązań uwzględniających poszanowanie interesów dwóch stron, dłużnika i wierzyciela. W sprawach windykacyjnych i postępowaniach ugodowych czy mediacjach nie bez znaczenia jest fakt, kto zalega z płatnością – często niestety zdarza się, że stabilne podmioty, nie dotknięte kryzysem próbują w nieuczciwy sposób „kredytować się” na swoich partnerach biznesowych – dodaje Piotr Maciągowski Prezes Zarządu e-Kancelaria.

Na znaczeniu również zyskuje usługa sprzedaży faktur – szczególnie popularna u przedsiębiorców, którzy nie mogą czekać na zakończenie procesu mediacji czy ugody z dłużnikiem.

Ekspert zauważa też inny trend. Kryzys spowodował, że prowadzący własną działalność gospodarczą z większą uwagą śledzą, co się dzieje z wystawianymi przez nich fakturami, lepiej to kontrolują i do windykacji kierowane są coraz „młodsze” dokumenty. To pozytywny trend, bo po pierwsze szanse na odzyskanie zaległości maleją wraz z czasem upływającym od powstania zaległości. Po drugie sytuacja zmusiła małe firmy do lepszego panowania nad swoimi finansami. Dawniej niezapłacona faktura była „przykrywana” przez inne, na bieżąco spływające przychody. Mimo wszystko pogarszała jednak bilans przedsiębiorcy. Teraz, kiedy bieżących wpływów brakuje, niezapłaconych faktur lepiej nie chować na dnie szuflady.

Agencja Badań Medycznych przeznaczy 50 milionów złotych na walkę z koronawirusem

Agencja Badań Medycznych i Ministerstwo Zdrowia podjęły decyzję o przeznaczeniu nawet 50 milionów złotych na wsparcie niekomercyjnych badań klinicznych, ukierunkowanych na przeciwdziałanie COVID-19.

Utworzony na mocy specustawy fundusz znacząco usprawni m.in. proces finansowania projektów badawczych, co ma doprowadzić do szybszego opracowania skutecznych metod diagnostyki i leczenia koronawirusa.

Dzięki tym rozwiązaniom możemy działać szybko i sprawnie, a czas gra tutaj niebagatelną rolę! Im szybciej naukowcy otrzymają dofinasowanie i rozpoczną pracę, tym prędzej owoce tych działań trafią do pacjentów. To obecnie nasz kluczowy priorytet – tłumaczy dr n. med. Radosław Sierpiński, prezes Agencji Badań Medycznych.

Szybka ścieżka finansowania dla najlepszych projektów

Jak podkreśla prezes ABM, dofinansowanie w wysokości nawet 5 mln zł otrzyma każdy projekt o dużym potencjale naukowym, który może przyczynić się do opracowania szybkiego testu diagnostycznego, szczepionki lub skutecznych metod terapii koronawirusa.

Szczególnie istotny jest krótki czas oczekiwania na wstępną decyzję o finansowaniu, wynoszący zaledwie 72 godziny. Projekty przyjmowane są w trybie ciągłym. Jak podkreśla Agencja Badań Medycznych: w zależności od potrzeb dostępna pula środków może być zwiększona.

Agencja umożliwi sfinansowanie 100% kosztów prac badawczo–rozwojowych.
O dofinansowanie mogą ubiegać się m.in.: uczelnie medyczne, federacje podmiotów systemu szkolnictwa wyższego i nauki, Polska Akademia Nauk, instytuty naukowe PAN, instytuty badawcze, przedsiębiorcy mający status centrum badawczo-rozwojowego międzynarodowe instytuty naukowe oraz inne podmioty prowadzące głównie działalność naukową w sposób samodzielny i ciągły.

 Badanie własne Agencji Badań Medycznych

Jednocześnie Agencja Badań Medycznych rozpoczęła badanie własne pn. „Badania
nad szczepionką przeciwko wirusowi SARS-CoV-2 oraz wsparciu prac badawczych
nad poszukiwaniem skutecznej terapii”
.

Projekt realizowany jest w partnerstwie z polskimi i międzynarodowymi ośrodkami –  Siecią Badawczą Łukasiewicz, Instytutem Biotechnologii i Antybiotyków wraz z zespołem
prof. Marcina Drąga z Politechniki Wrocławskiej, Narodowym Instytutem Onkologii
w konsorcjum z Instytutem Biochemii i Biofizyki PAN i Warszawskim Uniwersytetem Medycznym oraz Uniwersytetem Medycznym we Wrocławiu.

– Włączamy się w międzynarodowe działania w walce z koronawirusem, realizaując w naszym kraju projekty na światowym poziomie. Jestem przekonany, że polskie koncepty okażą się sukcesem i wkrótce będziemy mogli skorzystać z efektów ich pracy – podsumowuje Radosław Sierpiński, prezes ABM.

Czeka nas parę miesięcy taniego tankowania

Cena benzyny na polskich stacjach powinna niedługo znacznie spaść. Nie będzie to jednak bezpośrednia konsekwencja epidemii koronawirusa – zmniejszającej popyt. Cena ropy obniżała się przez cały poprzedni rok, spadając z 80 dolarów za baryłkę w styczniu do 50 dolarów w grudniu. Wynikało to ze spowolnienia gospodarczego, które dotknęło w największe światowe gospodarki – Stany Zjednoczone, Chiny i Niemcy. Dlatego w 2019 roku tempo wzrostu zapotrzebowania na ropę konsekwentnie zwalniało. W 2020 roku czeka nas zaś, po raz pierwszy od kilkunastu lat, spadek tego zapotrzebowania. Do tego dokłada się porażka na froncie przedłużenia porozumienia naftowego, o którym dyskutowali najwięksi producenci ropy – między innymi Rosja i Arabia Saudyjska. Porozumienie miało sprawić, że wydobycie ropy zostanie strategicznie zmniejszone, by zwiększyć popyt. Po upadku rozmów cena za baryłkę drastycznie spadła i utrzymuje się teraz na poziomie 25-35 dolarów. 

– Bardzo niska cena ropy musi być widoczna na polskich stacjach. Widać to już na licznikach PKN Orlen, który jest państwowym dostawcą paliwa. Zawczasu postanowił on zaproponować swoim klientom znaczną obniżkę, sprzedając litr benzyny za około 4 złote – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny BiznesAlert.pl. – To część strategii politycznej ekipy rządzącej. Jednak niezależnie od działań politycznych, ceny paliwa powinny zacząć spadać na wszystkich stacjach benzynowych. Kryzys cen ropy potrwa przynajmniej do końca epidemii. Jeśli zaś przed wakacjami strony porozumienia naftowego nie podejmą przerwanych rozmów, możemy się spodziewać taniej benzyny przez następne pół roku. Ta cena może nawet spaść, gdyż producenci będą maksymalizować sprzedaż tańszego produktu. Baryłka zacznie drożeć dopiero, gdy spadek rentowności odczują wydobywcy – przez co spadnie ilość wydobycia. Ale niezależnie od wszystkiego, czeka nas parę miesięcy taniej benzyny – przewiduje Jakóbik.

Laptop do codziennej pracy – nowy czy używany?

Laptop to dziś narzędzie pracy wielu ludzi, między innymi studentów, freelancerów i przedsiębiorców. Ten przenośny komputer zabierasz ze sobą w podróż, do kawiarni i na spotkania biznesowe. Każdy ma inne wymagania co do funkcjonalności i wyglądu swojego laptopa. Półki sklepów z elektroniką uginają się od coraz to nowszych modeli. Czy jednak zawsze opłaca się sięgać po najnowszą wersję popularnej marki? Jakie są zalety laptopów używanych? Czym charakteryzują się laptopy poleasingowe? Sprawdźmy.

Prosto z salonu

Nowy laptop możesz kupić przez Internet lub podczas wizyty w sklepie z elektroniką. Do wybranego modelu dostaniesz dwuletnią gwarancję, komplet dokumentacji i płytkę ze sterownikami. Poza tym otrzymasz oryginalne opakowanie, żywotną baterię, wszystkie niezbędne akcesoria i pachnący świeżością sprzęt. Wiele marketów w promocji dorzuca od razu torbę na laptopa lub podkładkę, która zapobiega przegrzaniu komputera podczas jego długiej pracy. Największym minusem nowych laptopów jest oczywiście ich cena (wyższa od tego samego używanego modelu). Poza tym laptop prosto z salonu nie jest pozbawiony innych wad. Zawsze należy czytać warunki gwarancji, gdyż może się okazać, że są w nich ukryte dodatkowe koszty (na przykład związane z rozbudową o większą pojemność pamięci lub wymianą dysku). Poza tym dzisiejsze technologie zmieniają się tak szybko, że po paru miesiącach od zakupu nowego sprzętu możesz mieć ochotę na kolejny. Należy więc odpowiedzieć sobie na pytanie: czy warto inwestować (i niejednokrotnie przepłacać), czy może trzeba rozejrzeć się za dobrej jakości sprzętem używanym?

Używany nie znaczy gorszy

Na portalach aukcyjnych znajdziesz obecnie praktycznie każdy model laptopa w wersji używanej. Podczas zakupów takiego sprzętu warto zwracać uwagę w szczególności na te elementy, które trudno wymienić. Może okazać się, że zakup nowych elementów będzie po prostu nieopłacalny. Obudowa laptopa i ogólny wygląd komputera powie Ci dużo o jego wcześniejszym użytkowniku. Zwracaj uwagę na stan monitora, klawiatury i touchpada. Jeśli do końca nie ufasz prywatnym sprzedawcom, warto zainteresować się ofertą profesjonalnych firm sprzedających laptopy poleasingowe. Takie firmy często dysponują całkiem nowymi komputerami osobistymi, w atrakcyjnych cenach i z dwuletnim okresem gwarancji. Laptopy poleasingowe to świetny kompromis między nowym, drogim modelem z salonu a używanym komputerem od niepewnego sprzedawcy.

Koronawirus całkowicie zatrzymał świat sportu. Część klubów i federacji może czekać bankructwo, a niektórzy sportowcy będą rezygnować z kariery

Pandemia koronawirusa sprawiła, że świat sportu stanął. Już wiadomo, że na 2021 rok zostały przełożone igrzyska olimpijskie w Tokio i Euro 2020. Wstrzymane są rozgrywki, wyścigi i turnieje we wszystkich dyscyplinach. Oszacowanie strat jest praktycznie niemożliwe, bo nie wiadomo, jak długo potrwa pandemia. Dla części klubów zawieszenie rozgrywek na dłuższy czas może oznaczać  praktycznie likwidację, także sponsorzy będą renegocjować kontrakty. – Dopóki nie zobaczymy, jak rynek sportu przetrwa pierwszą falę tsunami ekonomicznego, nie jesteśmy w stanie określić, co będzie dalej – ocenia Grzegorz Kita, prezes Sport Management Polska.

– Pandemia koronawirusa dokonała w pewnym sensie anihilacji świata sportu. Rzadko zdarza się w gospodarce czy w jakiejkolwiek działalności, żeby przychody i aktywności spadły nagle dosłownie do zera, a branża sportowa zetknęła się właśnie z tego typu zjawiskiem. Rozgrywki i imprezy sportowe zostały masowo zawieszone dosłownie z dnia na dzień – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Grzegorz Kita, prezes Sport Management Polska.

Koronawirus już na początku stycznia storpedował kwalifikacje olimpijskie kobiet w piłce nożnej i tenisowe Fed Cup z udziałem Chin, Tajwanu, Indonezji, Korei Południowej i Uzbekistanu. Luty i marzec przyniosły kolejne, początkowo przesuwane, a następnie odwoływane imprezy. Na początek UEFA zdecydowała, że mistrzostwa Europy w piłce nożnej odbędą się rok później, w 2021 roku. Podobną decyzję dotyczącą igrzysk olimpijskich Tokio 2020 podjął MKOl. Do tego należy dodać całkowicie wstrzymane rozgrywki piłki nożnej, tenisa, NBA czy wyścigi Formuły 1.

– Straty będą na pewno ogromne, liczone w miliardach dolarów lub euro. Jednak w tej chwili trudno dokładnie je obliczyć, ponieważ ta sytuacja jest zbyt nowa i dynamiczna. W przypadku igrzysk olimpijskich mówi się o tym, że ich przełożenie na 2021 rok to w tej chwili strata dla Japonii rzędu 5,5–6 mld dol. – wskazuje Grzegorz Kita.

Według wyliczeń SMBC Nikko Securities Inc., gdyby natomiast igrzyska olimpijskie zostały całkowicie odwołane, gospodarka Japonii mogłaby zanotować stratę aż na poziomie 1,4 proc. PKB, czyli ok. 68–73 mld dol. Straci jednak nie tylko Japonia – na przykład amerykański koncern mediowy NBC Universal zebrał zamówienia na reklamy za 1,25 mld dol.

 Zawieszenie od połowy marca rozgrywek NBA na około dwa miesiące to strata dla samej ligi na poziomie 1,2 mld dol. Zatrzymanie rozgrywek MLB, czyli amerykańskiego baseballu, to koszt już 2 mld dol., ale to jest wszystko liczone z wiarą w to, że za półtora–dwa miesiące te rozgrywki ruszą. Jeżeli nie uda się doprowadzić do zakończenia sezonu w wielu rozgrywkach, te straty będą jeszcze większe – mówi prezes Sport Management Polska.

W zasadzie problemy dotknęły wszystkie dyscypliny, jednak w części z nich straty będą ogromne. Te, które generowały największe przychody, stracą najwięcej. Zwłaszcza że część imprez została odwołana w ostatniej chwili, tak jak np. wyścig Formuły 1 w Australii, odwołany w przeddzień startu, czy tenisowy Indian Wells odwołany już po rozlosowaniu drabinek, kiedy wszyscy tenisiści byli już na miejscu. Tuż przed startem organizatorzy podjęli też decyzję o odwołaniu półmaratonu w Paryżu.

– Drugi rodzaj strat to problemy, które wynikają z zawieszenia działalności bieżącej w przypadku klubów sportowych, zarówno piłkarskich, jak i koszykarskich czy siatkarskich. To są przede wszystkim wpływy pochodzące z dnia meczowego. Nie ma wtedy kibiców, nie sprzedaje się biletów, nie ma wpływów z gastronomii i merchandisingu okołomeczowego. Kluby nie zarabiają i są w bardzo trudnej sytuacji, ponieważ dalej ponoszą koszty stałe, zwłaszcza dotyczące wynagrodzeń. Sponsorzy też nie mogą korzystać z kontaktu z fanami – tłumaczy Grzegorz Kita.

Straty klubów odczuli już sami zawodnicy. Większość z nich podjęła decyzje o obniżkach wynagrodzeń, a niektórzy sami zdecydowali się zrezygnować z części honorarium. Przykładowo słowacki klub MSK Żylina przeszedł w stan likwidacji – początkowo zwolnił z kontraktów najlepiej zarabiających, a od kwietnia przestał funkcjonować.

 Trzecia grupa strat to wszelkiego rodzaju renegocjacje i obniżki kontraktów. Jeżeli nie odbywają się mecze, nie ma rywalizacji sportowej, to telewizje też nie będą płaciły pieniędzy za te mecze lub kolejki ligowe, które nie zostały rozegrane. Ale co więcej, każdy podmiot sportowy i każda federacja stają przed takim problemem, że również sponsorzy będą mieli prawdopodobnie prawo do tego, żeby renegocjować kontrakty i obniżać wpłaty – mówi ekspert.

W trudnej sytuacji są też przedstawiciele sportów indywidualnych. Jeden z tenisistów, czołowy deblista, próbował dorabiać, dając lekcje gry w tenisa. O ile dla najlepszych kilka miesięcy przerwy od tego sportu będzie czasem na wypoczynek i treningi, dla tych nieco słabszych może to oznaczać po prostu brak środków na życie.

– Mogą zdarzyć się bankructwa, ograniczenia liczby zatrudnianych zawodników czy pracowników. Nie wiemy, jak będzie wyglądała najbliższa przyszłość rynku sportowego. Możliwe, że spora grupa sportowców w ogóle przestanie uprawiać sport. Co do zasady trudno w tej chwili diagnozować, jak może się zachowywać branża sportowa, jeżeli nie wiemy, jak będą wyglądały pierwsze miesiące, kiedy część podmiotów może zniknąć – podkreśla Grzegorz Kita.

Najlepszy notebook dla biznesu

Prawdziwy sprawdzian dla laptopa biznesowego rozpoczyna się, kiedy przestaje udawać komputer stacjonarny. Z daleka od biura i biurka sprzęt, na którym pracujemy, wreszcie może udowodnić swoją wartość – tak jak notebook Prestige 15 firmy MSI, który z powodzeniem przeszedł ponad 30 testów jakości.

To, że na laptopach się pracuje, to oczywistość. Ale to, że nie każdy laptop nadaje się do pracy, może niektórych zaskoczyć. Sukces w biznesie nie przychodzi łatwo – to samo dotyczy komputerów. Sprzęt zaprojektowany z myślą o szczególnie wymagających użytkownikach, jakimi są profesjonaliści i przedsiębiorcy z różnych branż, powinien wyróżniać się szeregiem cech, których brakuje domowemu laptopowi. Komputer biznesowy musi być włączony przez większość dnia, służyć swojemu właścicielowi w nietypowych miejscach i stanowić dla niego swoistą „wizytówkę”. Wybierając notebooka do pracy, warto kierować się zatem kryteriami wydajności, mobilności, wygody i stylu.

W poszukiwaniu świętego Graala wśród laptopów biznesowych, odkryliśmy notebook Prestige 15 – nowy produkt od tajwańskiego giganta MSI, znanego z produkcji gamingowych „potworów”. Zastanawiacie się, co marka specjalizująca się w branży rozrywkowej ma do zaoferowania klientom, którzy komputera używają do pracy, a nie zabawy? Odpowiedź brzmi – wszystko!notebook Prestige 15 – MSI

Po pierwsze – wydajność

W odniesieniu do notebooka Prestige 15 słowo „laptop” wydaje się niewystarczające. Bardziej na miejscu byłaby „maszyna”, bo smukła i lekka obudowa tego laptopa skrywa wnętrze obdarzone imponującą mocą. Komputery z serii Prestige wyposażone zostały w najnowsze procesory Intel® Core™ i7 dziesiątej generacji. Sześć rdzeni procesora sprawia, że oprogramowanie funkcjonuje bez zarzutu nawet przy zadaniach wymagających dużej mocy obliczeniowej albo… wielu aplikacjach działających w tym samym czasie, co przecież doskonale charakteryzuje specyfikę pracy w biznesie.

Gwarancję produktywności notebooka Prestige 15 podbija dodatkowo potężny procesor graficzny z serii GeForce® oraz sterowniki NVIDIA Creator.

Przy takim ładunku mocy ważny jest system chłodzenia – autorska technologia Cooler Boost 3 z dwoma dedykowanymi wentylatorami i trzema ciepłowodami sprawnie odprowadza ciepło z laptopa nawet przy intensywnym użytkowaniu.notebook MSI Prestige 15

Po drugie – mobilność

Długa podróż służbowa, zdalna praca spoza biura albo ważne wielogodzinne spotkanie – w biznesie komputer musi zawsze pozostawać do naszej dyspozycji, niezależnie od bliskiej obecności gniazdka z prądem. Przy piórkowej wadze smukłej obudowy o ciężarze zaledwie 1,6 kilograma, notebook Prestige 15 zapewnia nawet 16 godzin nieprzerwanej pracy dzięki wyjątkowo pojemnej baterii. A kiedy przychodzi pora ładowania, wielofunkcyjne porty Thunderbolt 3 pozwalają na szybkie uzupełnienie mocy.

Również dzięki ich obecności użytkownik może płynnie poszerzyć swoją przestrzeń roboczą, podłączając notebooka do zewnętrznych wyświetlaczy – funkcjonalność, jaką docenią szczególnie ci z nas, którzy często prezentują szerszemu gronu owoce swojej pracy. Dzielenie się plikami ułatwiają także porty USB-C oraz czytnik kart pamięci microSD.

Bolączką „mobilnych” pracowników bywa łączność z Internetem, która lubi zawodzić w najmniej odpowiednim momencie. Najnowsze rozwiązania techniczne, w jakie został wyposażony notebook Prestige 15, zapewniają niezmąconą prędkość pracy w sieci nawet przy transferze dużych plików, jak również w trakcie połączeń wideokonferencyjnych – co ma nadzwyczajne znaczenie dla płynności pracy „w biegu”.Prestige 15 – notebook MSI

Po trzecie – wygoda

Nasza produktywność rośnie, kiedy możemy pracować w przyjaznych warunkach. Miarą osiągnięć zawodowych nie jest przecież poziom naszego zmęczenia, tylko to, ile zadań – i w jakim czasie – udało nam się wykonać.

Notebook Prestige 15 ma kilka bardzo przydatnych funkcji, które czynią dzień roboczy prostszym i przyjemniejszym. Na przykład odchylany o 180° ekran w cienkiej ramce, który można położyć płasko na blacie, aby wygodnie i profesjonalnie podzielić się treściami ze współpracownikiem, zamiast odwracać w jego stronę cały komputer.

Z kolei ergonomiczna podświetlana klawiatura ze zoptymalizowanym dystansem do aktywacji klawiszy pozwala na bezwysiłkowe pisanie od świtu do zmierzchu – oczywiście w razie potrzeby, której nikomu nie życzymy!

Notebook Prestige 15 został także wyposażony w o 35% większy touchpad, który obsługuje szereg gestów wykonywanych wieloma palcami. Jego czułość na dotyk wzrosła o 30%, czemu towarzyszy poczucie jedwabistej gładkości pod opuszkami palców.

Z myślą o zarówno prywatnym, jak i biznesowym bezpieczeństwie danych, w touchpada wbudowano czujnik linii papilarnych. Bezhasłowe logowanie przy użyciu najnowocześniejszej technologii uwierzytelniania nie tylko dba o spokój naszego ducha, lecz także znacznie przyspiesza surfowanie po Internecie w poszukiwaniu przydatnych informacji.

Tych, którzy lubią pracować w ciszy, a jednostajny szum włączonego komputera przeszkadza im skupić myśli, ucieszy fakt, że notebook Prestige 15 legitymuje się certyfikatem Professional Quiet Mark.

Prestige-15-nowy-notebook-od-tajwańskiego-giganta-MSILast but not least – styl

Nie musimy się do tego przyznawać, ale prawda jest taka, że lubimy wyjmować z torby komputer, który przyciąga pełne podziwu spojrzenia. Pierwsze wrażenie jest najważniejsze – szczególnie w biznesie. Notebook Prestige 15 nie bez powodu ma taką właśnie nazwę. Aluminiowa obudowa o piaskowanej teksturze z krawędziami o charakterystycznym diamentowym szlifie czyni z niego przedmiot nie tylko funkcjonalny, ale też piękny. Wysokiej jakości materiały zastosowane przy jego produkcji sprawiają, że elegancja, którą sobą prezentuje, jest zarazem dyskretna i wyrafinowana.

Dla spotęgowania doznań wizualnych, notebook Prestige 15 oferuje opcjonalnie niesamowicie wierne i realistyczne odwzorowanie obrazu dzięki 15,6-calowemu wyświetlaczowi True Pixel o rozdzielczości 4K, ze stuprocentowym pokryciem przestrzeni barw AdobeRGB oraz technologią True Color.

Ultralekka i wysmukła konstrukcja notebooka Prestige 15 wyróżnia się przy tym iście wojskową niezniszczalnością. Laptop spełnia standardy określone przez amerykańską normę MIL-STD 810G, co oznacza, że pomyślnie przeszedł szereg militarnych testów na wytrzymałość w różnych warunkach pracy i transportu.

Profesjonalizm, efektywność, operatywność, niezawodność – standardy, które w biznesie wyznaczamy samym sobie, powinny służyć nam również do oceny i wyboru sprzętu będącego narzędziem naszej codziennej pracy. Notebook Prestige 15 to prawdziwy sukces producenta na konkurencyjnym rynku laptopów biznesowych. A sukces, jak wiadomo, rodzi sukces. Nasz sukces.

Pracownicy z Ukrainy w obawie przed utratą środków do życia wracają do kraju. Brakuje oficjalnych komunikatów polskich władz skierowanych do tej grupy

Zgodnie z nową ustawą cudzoziemcy mogą pozostać w Polsce nawet po wygaśnięciu wiz lub zezwoleń na pobyt. Mimo to wielu Ukraińców, stanowiących największą grupę mieszkających w Polsce obcokrajowców, wyjechało lub nosi się z zamiarem wyjazdu po otwarciu granicy polsko-ukraińskiej. Polskie władze, choć przez lata zasłaniały się przed relokacją uchodźców milionem przyjętych pracowników zza wschodniej granicy, zapomniały zadbać o skierowanie do nich rzetelnej informacji o koronawirusie.

Przedłużenie legalnego pobytu cudzoziemca przebywającego w Polsce na podstawie wizy krajowej i zezwolenia na pobyt czasowy będzie dotyczyło sytuacji, w których ostatni dzień legalnego pobytu przypadnie na czas obowiązywania stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii. Będzie to zatem okres od 14 marca 2020 roku, kiedy ogłoszono stan zagrożenia epidemicznego. Wówczas okres legalnego pobytu w Polsce będzie podlegał przedłużeniu z mocy prawa do upływu 30. dnia następującego po dniu odwołania tego stanu, który obowiązywał jako ostatni – wyjaśniają eksperci Urzędu do Spraw Cudzoziemców.

Przedłużenie legalności pobytu umożliwi realizację dotychczasowego celu pobytu w Polsce, czyli np. wykonywania pracy. Przedłużone zostaną bowiem zezwolenia na pracę, na pracę sezonową, a także okres pracy na podstawie oświadczenia o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcowi. Ustawa odsuwa w czasie także terminy składania wniosków o udzielenie zezwoleń pobytowych, przedłużenie wizy czy pobytu w ramach ruchu bezwizowego.

Według różnych źródeł w Polsce przebywa od kilkuset tysięcy do ponad miliona Ukraińców i są oni największą grupą obcokrajowców w Polsce. Tylko w 2019 roku, według danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, zezwolenia na pracę udzielono niemal 330,5 tys. obywateli Ukrainy. Jednak ze strachu przed pandemią koronawirusa wielu z nich wróciło do kraju. Dobitnie świadczyły o tym tłumy na granicach, gdy 27 marca ogłoszono ich zamknięcie, choć tylko na tydzień. Co piąty Ukrainiec przyjechał na podstawie paszportu biometrycznego, upoważniającego do pobytu bez wizy do trzech miesięcy w ciągu pół roku, a łącznie do sześciu miesięcy w ciągu roku, i to prawdopodobnie te osoby stanowiły gros wyjeżdżających.

Musimy pamiętać, że obecność Ukraińców w Polsce po kryzysie nadal będzie bardzo ważna. Pandemia jest testem na naszą solidarność z tymi, którzy obok nas mieszkają i pracują. Ważne, by nasze relacje pozostały dobre, by po kryzysie nie nastąpił drugi kryzys spowodowany nieobecnością Ukraińców, którzy wyjechali i nie chcą lub nie mogą już wrócić – piszą autorzy przeprowadzonego pod koniec marca przez IRCenter.com badania „Ukraińcy w Polsce w czasie epidemii koronawirusa”.

Z badania wynika, że 52 proc. pracowników zza wschodniej granicy ma pozwolenie na pracę lub wizę pracowniczą, 22 proc. ma kartę stałego pobytu, zaś 64 proc. – pozwolenie na przebywanie w Polsce powyżej pół roku, co nie powinno na razie wpływać na ich plany. W momencie przeprowadzania badania 83 proc. dalej też chciało wiązać swoją przyszłość z Polską, a 12 proc. rozważało wyjazd.

Niektóre osoby z dnia na dzień straciły pracę, gdy firmy zmuszone zostały do redukcji zatrudnienia lub obcięcia płac, inne straciły zlecenia (np. pracujące zazwyczaj w szarej strefie osoby zajmujące się sprzątaniem czy opieką w prywatnych domach), jeszcze inne – dach nad głową po zamknięciu miejsc noclegowych. Wprawdzie rząd złagodził swoje stanowisko i wprowadził zmiany w rozporządzeniu, pozwalając dokończyć planowany pobyt osobom w delegacji i tym, które korzystają z usług noclegowych w ramach wykonywania obowiązków służbowych (np. pracownikom budowlanym) oraz zakwaterowanym w obiekcie noclegowym przed 31 marca, jednak ze wspomnianego wyżej badania wynika, że pracownicy z Ukrainy są zdezorientowani, bo nie otrzymali od polskiego rządu żadnej oficjalnej informacji w języku ukraińskim, rosyjskim czy angielskim. Wiedzę czerpią głównie od swoich rodaków, z ukraińskich mediów i z mediów społecznościowych.

W sytuacji, gdy nawet Polakom trudno nadążyć za spływającymi lawiną informacjami, trudno oszacować, czy do pracowników ze Wschodu dotarła informacja o przedłużeniu pobytu w Polsce na podstawie wiz lub zezwoleń do 30 dni po zakończeniu stanu epidemii oraz ważność już wydanych zezwoleń na pracę, na pracę sezonową oraz oświadczeń o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcowi.

Co drugi Ukrainiec pozytywnie ocenia działania polskiego rządu skierowane do nich, podczas gdy ukraiński rząd jest tak oceniany przez co trzeciego badanego – to znowu badanie IRCenter.com. – Od tego, jak wspólnie przeżyjemy pandemię, zależą też nasze stosunki w przyszłości – konkludują jego autorzy.

Zmniejszony ruch na drogach spowodował spadek liczby wypadków. Serwisy samochodowe mimo to pracują pełną parą

Pandemia koronawirusa przyczyniła się do zmniejszenia ruchu drogowego i spadku liczby ofiar śmiertelnych. W lutym i marcu – po raz pierwszy od dwóch lat – na polskich drogach zginęło mniej osób. W obecnej sytuacji przemieszczanie się własnym samochodem jest bezpieczniejsze niż korzystanie z transportu publicznego, ale eksperci apelują o bezpieczną jazdę, ponieważ służba zdrowia koncentruje się na zakażonych SARS-CoV-2. Polacy dbają o bezpieczeństwo swoich aut, gdyż ruch w serwisach wciąż jest duży. W przeciwieństwie do salonów motoryzacyjnych, w których większość usług związanych ze sprzedażą samochodów i obsługą klienta działa online.

– Sytuacja związana z pandemią koronawirusa pokazuje, że liczy się nie tylko to, na co zwracamy uwagę na co dzień. Teraz najważniejsze jest, aby nasze samochody były czyste i sterylne, żeby uniknąć zakażenia, a jednocześnie woziły nas bezpiecznie i bezwypadkowo. Służba zdrowia jest w tej chwili dostatecznie mocno obciążona, a będzie jeszcze bardziej w najbliższych tygodniach. Dlatego w tej chwili jest to podwójna społeczna odpowiedzialność, aby nie powodować wypadków i trzymać się od szpitali jak najdalej – mówi agencji Newseria Biznes Stanisław Dojs, PR manager Volvo Car Poland.

Pandemia koronawirusa i rządowe ograniczenia w przemieszczaniu się sprawiły, że ruch na polskich drogach znacznie się zmniejszył. Jednocześnie po raz pierwszy od dwóch lat odwróciła się tendencja wzrostu ofiar śmiertelnych na polskich drogach. W 2018 i 2019 roku ich bilans rósł (w 2017 roku zginęło 2831 osób, w 2018 – 2862, a w ubiegłym roku – 2909). Z kolei w lutym i marcu zarówno liczba wypadków, jak i ofiar śmiertelnych była znacząco niższa w ujęciu rocznym.

– W tym roku nawet w styczniu liczba ofiar śmiertelnych była większa, natomiast w lutym i marcu widać już spadek. W I kwartale 2020 roku na drogach zginęło ponad 50 osób mniej – mówi Stanisław Dojs. – Ponieważ nasza marka koncentruje się na bezpieczeństwie, apelujemy do kierowców, żeby zwolnić i jeździć ostrożnie. Teraz jest fatalny moment, aby trafić do szpitala – jeżdżąc ostrożnie, odciążamy służbę zdrowia i mamy szansę ocalić nasze zdrowie i życie. Mam nadzieję, że ta postawa się utrwali i nie będzie to jedynie krótkotrwała poprawa związana z pandemią.

W związku z mniejszą liczbą kolizji spadek obrotów notuje segment blacharski, jednak w innych serwisach widać duży ruch.

– Kierowcy dosyć sumiennie stawiają się do serwisów, ponieważ utrzymanie mobilności własnego samochodu jest teraz kluczowe i oznacza bezpieczeństwo. Transport zbiorowy ma liczne ograniczenia, a ludzie niechętnie korzystają z niego czy taksówek. Własne auta są najbezpieczniejszą formą transportu i klienci chcą, żeby były sprawne – mówi PR manager Volvo Car Poland.

Jak podkreśla, podobnie jak większość branż również motoryzacyjna dotkliwie odczuwa skutki pandemii koronawirusa i znaczący spadek obrotów. Wynika to zarówno z przedłużających się przestojów w produkcji, jak i spadku popytu na nowe samochody – mniejsza jest zarówno sprzedaż, jak i wydania nowych samochodów. Klienci ograniczają kontakty i odkładają to na lepszy moment, po zakończeniu kwarantanny czy rządowych obostrzeń w przemieszczaniu się. Zresztą same marki motoryzacyjne zachęcają ich do załatwiania zdalnie większości spraw związanych zarówno z zakupem, jak i serwisem samochodu, rozwijając kanały kontaktu online i rozwiązania door-to-door.

– Z oczywistych powodów klienci wolą zachowywać dystans i ograniczają kontakt osobisty albo załatwiają sprawy zdalnie. Wprowadziliśmy udogodnienie w serwisie polegające na tym, że klient może podjechać na plac naszego salonu, ale nie wchodzić do środka, a serwis poprzez Wi-Fi połączy się z samochodem i dokona elektronicznej diagnostyki. Możemy też odebrać auto do serwisu i potem odstawić je do klienta. Podobnie rzecz ma się z wydaniem samochodu – jeżeli klient będzie chciał, aby podstawić mu go pod dom, to w tej chwili wielu dealerów świadczy taką usługę – mówi Stanisław Dojs.

Zaostrzono też rygory higieniczne obsługi aut. Przed opuszczeniem serwisu są one poddawane starannej dezynfekcji, która obejmuje nawet kluczyk do auta. Pracownicy serwisu są wyposażeni w jednorazowe rękawiczki, a wrażliwe elementy pojazdu są zabezpieczone jednorazowymi pokrowcami (fotel, dywaniki, kierownica, lewarek zmiany biegów).

W radiowych i internetowych kampaniach reklamowych marki motoryzacyjne zachęcają do pozostawania w domu oraz kontaktowania się i załatwiania większości spraw online bądź telefonicznie. Salony i dealerzy nadal funkcjonują i zbierają zamówienia, ale kontaktują się z klientami telefonicznie, mailowo lub poprzez wideoczaty. Zdalnie można zawrzeć albo wznowić polisę ubezpieczeniową.

– W samych salonach też wiele się zmieniło. Mamy wydzielone strefy, w których klienci mogą się poruszać tak, aby dystans pomiędzy nimi a na przykład recepcją pozostawał nienaruszony i wynosił przynajmniej 1,5–2 metry. W salonach pojawiły się też dostępne dla wszystkich rękawiczki jednorazowe i środki dezynfekcyjne. Serwis sprzątający dostał mocniejsze środki dezynfekujące powierzchnie, szczególnie te często dotykane. Klienci są umawiani na określoną godzinę, aby czas spędzany przez nich w salonie był jak najkrótszy – podkreśla PR manager Volvo Car Poland.

Systemy automatyczne zrewolucjonizują branżę nieruchomości. Sztuczna inteligencja pomoże w zakupie mieszkania oraz przyznaniu kredytu hipotecznego

Narzędzia do automatyzacji pracy wkraczają na rynek sprzedaży i wynajmu nieruchomości. Algorytmy wykorzystujące technologię uczenia maszynowego pomogą znaleźć mieszkanie spełniające indywidualne potrzeby konkretnego klienta, a inteligentni asystenci zautomatyzują proces przyznawania kredytów hipotecznych. Sztuczna inteligencja na rynku nieruchomości może okazać się nieoceniona i w warunkach pandemii pozwoli sprawnie kupić, sprzedać czy wynająć mieszkanie.

– Poszukiwanie mieszkania to proces, który trwa nawet pół roku i składa się z wielu faz. Naszym zadaniem jest zapewnić maksymalnie wygodne narzędzie dla klienta, stąd musimy wiedzieć, w którym momencie i czego od nas oczekuje. Każdy ma inne preferencje, jedni będą woleli kontaktować się z nami telefonicznie, inni wolą kanał SMS-owy, drogę mailową czy czat. Chcemy wiedzieć, z którym klientem, o której porze i w jaki sposób powinniśmy się kontaktować. Najciekawszym obszarem jest dopasowywanie ofert do potrzeb klientów: chcemy już na początku tej ścieżki wiedzieć, jakie finalnie za pół roku mieszkanie wybierze klient – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Paweł Gniadkowski, prezes zarządu obido.

Działania firmy obido w zakresie wykorzystania sztucznej inteligencji w branży nieruchomości zostały docenione przez ekspertów odpowiedzialnych za przyznawanie środków w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Małopolskiego. Pozyskała ona 1 mln zł na rozwój laboratorium sztucznej inteligencji wyspecjalizowanego w dostarczaniu narzędzi dla rynku nieruchomości. Pozwoli ono wykorzystywać zasoby Big Data oraz technologię uczenia maszynowego do tworzenia modeli predykcyjnych na potrzeby klientów z rynku nieruchomości. Oprogramowanie pomoże specjalistom lepiej zrozumieć potrzeby swoich klientów.

– Sztuczna inteligencja to nie jest magiczny byt, który bierze dane sam z siebie, tylko musieliśmy je dostarczyć. Przez pięć lat zbieraliśmy każdą informację na temat użytkowników, którzy poszukiwali mieszkania. Wszystko, co byliśmy w stanie zgromadzić, skrzętnie przechowywaliśmy, zbieraliśmy nawet takie dane, co do których nie wiedzieliśmy, czy kiedykolwiek się przydadzą. I teraz wiemy, że to była dobra decyzja, bo dzięki temu jesteśmy nimi w stanie zasilić  rozwiązania oparte na mechanizmach sztucznej inteligencji – tłumaczy ekspert.

Z modeli predykcyjnych korzysta także Biuro Informacji Kredytowej, które eksperymentuje ze sztuczną inteligencją wyspecjalizowaną w ocenie zdolności kredytowej klientów. Pierwsze eksperymenty dowodzą, że na rynku pożyczkowym szeroko zakrojone analizy Big Data pozwalają skutecznie prognozować ryzyko kredytowe. W przyszłości podobne narzędzia mogą zostać wykorzystane do zawierania umów hipotecznych.

System inteligentny dla rynku nieruchomości opracował również wrocławski start-up Ada. Ta inteligentna asystentka ma ułatwić sparowanie ze sobą najemcy oraz przyszłego mieszkańca. Ada filtruje ogłoszenia o wynajem i poddaje je dogłębnej analizie, podobnie jak zapytania kierowane do najemców. Dzięki temu może pokazać dokładną lokalizację nieruchomości, wskazać, jak koszt wynajmu kształtuje się na tle innych ofert w tej okolicy i ułatwić najemcy wybranie lokatorów, którzy w największym stopniu spełniają jego oczekiwania.

Z kolei warszawski start-up SonarHome postanowił wykorzystać sztuczną inteligencję do przyspieszenia procesu sprzedaży mieszkania z kilku miesięcy do kilku dni. Jego narzędzie funkcjonuje w modelu iBuying, tzn. firma odkupuje nieruchomość bezpośrednio od właścicieli na podstawie jej rynkowej wartości, a następnie we własnym zakresie odsprzedaje ją na wolnym rynku bądź kolejnym inwestorom. Sztuczna inteligencja wykorzystywana jest tu do oszacowania wartości nieruchomości – system analizuje szeroką bazę transakcji oraz ofert rynkowych składanych na przestrzeni kilku ostatnich lat, aby zaproponować sprzedającemu uczciwą cenę sprzedaży.

– Chcielibyśmy, żeby sztuczna inteligencja odgrywała dużo większą rolę w branży mieszkaniowej. Pierwsze testy pokazują, że udaje nam się dużo skuteczniej działać, natomiast trzeba pamiętać o jej ograniczeniach. W ciągu najbliższych czterech–pięciu miesięcy zakończymy pierwszą fazę, której efektem będą testy na prawdziwych użytkownikach. Możemy się spodziewać, że w czasie tegorocznych wakacji pierwsza pula klientów będzie w dużej mierze obsługiwana przez mechanizmy, którymi właśnie będą sterowały inteligentne rozwiązania – zapowiada Paweł Gniadkowski.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku sztucznej inteligencji do 2025 roku wzrośnie do przeszło 190 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 36,6 proc.

Przebieg nowej upadłości konsumenckiej

Upadłość konsumencka w dniu 24 marca 2020 r. przeszła istotne zmiany. Nowelizacja swoim zakresem objęła zarówno postępowania skierowane do konsumentów, jak i przedsiębiorców. Niemniej, to osoby fizyczne, które nie prowadzą działalności gospodarczej powinny spodziewać się najwięcej nowości. Jedno jest pewne – zmiany z pewnością przełożą się na zwiększenie ilości spraw upadłościowych.

Konsumencka zdolność upadłościowa

Podstawowym kryterium jest status konsumenta. Należy przez to rozumieć osobę fizyczną, która nie prowadzi działalności gospodarczej. Zdolność do ogłoszenia upadłości konsumenckiej posiadają też byli przedsiębiorcy, którzy wyrejestrowali wcześniej prowadzoną działalność gospodarczą. Podobnie zresztą jak byli wspólnicy spółek osobowych. Ogłoszenie upadłości konsumenckiej może być zatem postępowaniem „pomocniczym” dla upadłości przedsiębiorcy bez majątku, którego wniosek o ogłoszenie upadłości na zasadach ogólnych może zostać oddalony. W kontekście zdolności do ogłoszenia upadłości konsumenckiej ustawa nie wprowadza cenzusu obywatelstwa, czy narodowości.

Niewypłacalność

Przesłanką przedmiotową ogłoszenia upadłości konsumenckiej jest stan niewypłacalności. Nie ma zatem możliwości ogłoszenia upadłości względem dłużnika, który celowo nie reguluje swoich zobowiązań. Przez niewypłacalność należy rozumieć stan, w którym dłużnik utracił zdolność do spłaty wymagalnych zobowiązań pieniężnych. O ile do momentu zmiany regulacji przyczyny tegoż stanu miały kluczowe znaczenie dla sądu, który rozpoznawał wniosek, o tyle obecne przepisy nie wymagają weryfikacji powodów niewypłacalności na początkowym etapie.

Trzy modele procedowania sprawy

Wydanie postanowienia o ogłoszeniu upadłości konsumenckiej inicjuje kolejną fazę procedury. Zgodnie z przepisami prawa upadłościowego dalsze postępowanie będzie mogło toczyć się według trzech schematów.

Po pierwsze, postępowanie upadłościowe właściwe może być prowadzone na tzw. zasadach ogólnych. Czyli według tych przepisów, które obowiązują przedsiębiorców. Sąd będzie wszcząć ten rodzaj postępowania jeśli jest to uzasadnione:

  • majątkiem znacznego rozmiaru;
  • liczną grupą wierzycieli;
  • innymi okolicznościami wskazującymi na zwiększony stopień skomplikowania sprawy.

Szczególnie niejasny i budzący wątpliwości może być trzeci z ww. punktów. Ustawodawca nie sprecyzował jakie mogą być to okoliczności zostawiając sędziom większą swobodę w momencie orzekania. Ostatecznie, upadły będzie mógł złożyć wniosek o ustalenie planu spłaty wierzycieli lub o umorzenie zobowiązań bez planu spłaty.

Po drugie, sąd może zastosować przepisy uproszczone. Z założenia ma być to szybsze postępowanie niż wcześniej wymienione z uwagi na brak uczestnictwa sędziego-komisarza. Znaczna część pracy będzie zatem spoczywała na syndyku, a instytucją kontrolną jego poczynania będzie skarga – podobna jak w postępowaniu egzekucyjnym. Ten rodzaj upadłości będzie stosowany wtedy, gdy upadły np. nie posiada znacznego majątku lub ilość wierzycieli nie jest liczna.

Po trzecie, sąd będzie mógł skierować wniosek dłużnika do postępowania o zawarcie układu na zgromadzeniu wierzycieli. Postępowanie to nie będzie służyło ogłoszeniu upadłości, lecz dalszemu regulowaniu zobowiązań na nowych (korzystniejszych) warunkach. Postępowanie będzie zasadne w oparciu o odpowiednie możliwości zarobkowe dłużnika i jego sytuację zawodową, które to będą wskazywały np. na zdolność do wywiązania się z układu z wierzycielami.

Oddłużenie

Nowa upadłość konsumencka, mimo jej ogłoszenia, nie musi oznaczać uzyskania oddłużenia. Będzie to miało miejsce, jeśli upadły doprowadził do swojej niewypłacalności lub istotnie zwiększył jej stopień w sposób celowy, w szczególności przez trwonienie części składowych majątku oraz celowe nieregulowanie wymagalnych zobowiązań. Podobnie zakończy się procedura, jeśli w okresie dziesięciu lat przed dniem zgłoszenia wniosku o ogłoszenie upadłości w stosunku do upadłego prowadzono postępowanie upadłościowe, w którym umorzono całość lub część jego zobowiązań. Mimo wystąpienia jednej z dwóch ww. okoliczności, sąd może doprowadzić do umorzenia zobowiązań, pod warunkiem że przemawiają za tym względy słuszności lub humanitarne.

Z kolei umorzenie zobowiązań będzie możliwe na gruncie poniższych schematów:

  • poprzez ustanowienie planu spłaty wierzycieli na okres do 3 lat lub od 3 do 7 lat (w zależności od stopnia zawinienia upadłego). Po wykonaniu planu spłaty wierzycieli dochodzi do oddłużenia;
  • poprzez automatyczne oddłużenie. Mechanizm wykorzystywany jest wtedy, gdy dłużnik wykazuje trwałą niezdolność do dokonywania jakichkolwiek spłat w ramach planu spłaty;
  • poprzez warunkowe umorzenie bez ustalenia planu spłaty. Wiąże się z koniecznością wykazania chwilowej niezdolności do wykonywania spłat. Jeśli w ciągu kolejnych 5 lat sytuacja finansowa upadłego poprawie, to możliwe jest ustalenie planu spłaty wierzycieli.

Autorem tekstu jest doradca restrukturyzacyjny Filip Kozik z kancelarii KL Law Polska Sp. z o.o.

Koronawirus nie wpłynął na ceny ubezpieczeń komunikacyjnych OC

W I kwartale 2020 r. doszło  do nieznacznej (1,6%) obniżki cen OC w porównaniu do IV kwartału 2019 r. Tym samym średnia cena polisy wyniosła 687 zł. Kryzys wywołany epidemią koronawirusa nie wpłynął jeszcze na rynek obowiązkowego ubezpieczenia komunikacyjnego. 

I kwartał 2020 roku zakończył się wstrząsem na wielu rynkach. Spowodowała go epidemia COVID-19, która zagroziła naszemu zdrowiu i spowolniła gospodarkę. Jednak rynek obowiązkowych ubezpieczeń komunikacyjnymi pozostaje niewzruszony. Średnia składka OC w tym okresie wyniosła 687 zł i niewiele różniła się od tych z poprzednich 12 miesięcy. W raporcie RanKING – rynek i ceny ubezpieczeń komunikacyjnych eksperci porównywarki rankomat.pl podsumowują, jak kształtowały się średnie składki OC w minionym kwartale i sprawdzają, w których regionach Polski kierowcy mogli liczyć na najkorzystniejsze oferty ubezpieczycieli.Najniższe i najwyższe ceny OC w I kwartale 2020 r_v1

Jaka była średnia cena ubezpieczenia OC w I kwartale br.?

Średnia cena OC w I kwartale 2020 roku wyniosła 687 zł. Była przez to niższa o 11 zł (1,6%) w stosunku do poprzedniego kwartału. Biorąc jednak pod uwagę podobny okres w 2019 roku, obserwujemy zniżkę o 5 zł (0,7%).Średnia cena ubezpieczenia OC_2020_v1

– Od początku 2019 r. średnie ceny OC utrzymują się poniżej 700 zł. Podobnie było w I kwartale 2020 r., w którym wysokość składki była o 1,6% niższa niż w ostatnich miesiącach ubiegłego roku. Nic nie wskazuje na to, aby ceny obowiązkowego ubezpieczenia komunikacyjnego miały w najbliższym czasie wzrosnąć. To powinno być dobrą informacją dla wielu posiadaczy pojazdów, biorąc pod uwagę silny negatywny wpływ epidemii koronawirusa na finanse gospodarstw domowych – mówi Tomasz Masajło, Prezes Zarządu Rankomat.

Najdrożej na Pomorzu i Dolnym Śląsku

Najwięcej za ubezpieczenie OC płacili kierowcy z województw: pomorskiego (781 zł), dolnośląskiego (762 zł) i mazowieckiego (751 zł). Na najniższe składki mogli natomiast liczyć kierowcy z województw: podkarpackiego (566 zł), opolskiego (578 zł) i świętokrzyskiego (588 zł).

Ceny ubezpieczenia OC były niższe niż przed rokiem we wszystkich województwach oprócz podkarpackiego, kujawsko-pomorskiego i wielkopolskiego. Tam podwyżka wyniosła od 0,2% do 0,6%. Obniżki w pozostałych regionach wyniosły od -0,6% (woj. podlaskie) do -3,7% (woj. lubelskie).

Największe odchylenia od średniej ceny OC odnotowano w województwach: pomorskim (+13,7%), dolnośląskim (+10,9%) i mazowieckim (+9,3%) – wynika z danych rankomat.pl.Gdzie płaciliśmy najwięcej za OC w I kwartale 2020 roku_v1

Najtańsze i najdroższe miasta

Z analizy cen OC porównywarki rankomat.pl wynika, że w I kwartale 2020 r. najwięcej za obowiązkowe ubezpieczenie płacili kierowcy z Wrocławia, Gdańska i Warszawy. Towarzystwa ubezpieczeniowe proponowały najtańsze polisy OC mieszkańcom Rzeszowa, Opola i Kielc. Różnica cen OC pomiędzy najtańszym Rzeszowem a najdroższym Wrocławiem wyniosła aż 48,1%.

W pięciu miastach wojewódzkich ceny OC wzrosły w porównaniu do roku ubiegłego. Podwyżki wyniosły od 0,4% w Poznaniu do 5,4% w Białymstoku. W I kwartale 2020 r. największe obniżki dotyczyły mieszkańców Opola (-7%), Lublina (-5,2%) i Wrocławia (-3,8%). W Kielcach cena pozostała bez zmian.Odchylenia cen od Ĺ›redniej w miastach wojewĂłdzkich w I kwartale 2020 r_v1