Nowe technologie coraz szerzej wchodzą do teatru. Reżyserzy spektakli chętnie sięgają po rozszerzoną i wirtualną rzeczywistość

Teatr coraz częściej eksperymentuje z nowymi technologiami. W spektaklach wykorzystuje wirtualną i rozszerzoną rzeczywistość. Dzięki nowym technikom widzowie sami decydują, co oglądają i w jakiej kolejności. Wystarczy zmienić okulary, by zmienić perspektywę. Największe sceny stosują technologię przechwytywania ruchu do stworzenia obrazu następnie projektowanego na scenę. Także polskie teatry sięgają po wirtualną rzeczywistość. Biesy VR” w STUDIU teatrgalerii to spektakl-wystawa, który zaciera granicę między teatrem a sztukami wizualnymi.

– „Biesy VR” to próba znalezienia nowej formy spektaklu, reforma wieczoru w teatrze, która też odpowiadałaby rewolucji, jakiej dokonał Dostojewski w ramach powieści. Stworzył on powieść polifoniczną, gdzie jest wiele niezależnych głosów,  głos autorski jest tylko jednym z nich, a każdy ma prawo, żeby dochodzić do pełnej świadomości i być w niezgodzie z poglądami autora. Próbuję znaleźć w teatrze taką formę i dlatego w tym przedstawieniu widz jest współautorem – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Natalia Korczakowska, reżyser spektaklu „Biesy VR” i dyrektor artystyczna STUDIA teatrgalerii.

Teatr coraz chętniej wprowadza do spektakli elementy wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości. Już w 2016 roku londyński Teatr Narodowy uruchomił Immersive Storytelling Studio, aby zbadać, jak wirtualna i rozszerzona rzeczywistość może poprawić wrażenia odbiorców. Przykładem może być doświadczenie VR towarzyszące „All Kinds of Limbo”, gdzie  użytkownicy mogą oglądać głównego wykonawcę pod dowolnym kątem w 360 stopniach. Royal Shakespeare Company stworzył z kolei cyfrowego awatara, którym aktor steruje poprzez własny ruch w czasie rzeczywistym. Innym przykładem może być produkcja „Cosmos Within Us”, czyli eksperyment opowiadający historię, która zaciera granice między VR a rzeczywistością. Uczestnicy zostają wciągnięci w umysł 60-letniego mężczyzny z chorobą Alzheimera, który stara się zachować wspomnienia z dzieciństwa.

W ślady największych teatrów na świecie idzie też STUDIO teatrgaleria. „Biesy VR” łączą sztukę z elementami wirtualnej rzeczywistości, w której widz sam decyduje, w jaki sposób ogląda teatr.

– Dzięki wirtualnej rzeczywistości udało nam się przetłumaczyć spektakl na wystawę. To właśnie zabawa, czy to wystawa, czy to spektakl, jest głównym źródłem przyjemności. Całe przedstawienie opiera się na ruchu, tzn. można swobodnie chodzić po różnych instalacjach, które są w teatrze, jedną z nich jest świat wirtualny, ale poza tym jest też bardzo bogata przestrzeń wokół – mówi Natalia Korczakowska.

„Biesy VR” to sztuka-wystawa. Na wszystko widz patrzy z perspektywy jednej z postaci sztuki – Szygalewa, uznawanej przez krytyków za autora systemu totalitarnego i wcielenie zła. W izolatce można wziąć udział w jego przesłuchaniu (w sztuce Szygalew jest kobietą), a w świecie wirtualnym wybrać się w podróż po jego umyśle. Zmiana okularów wirtualnej rzeczywistości oznacza jednocześnie zmianę perspektywy.

–  Szygalew mówi, że potrzebowałaby 10 wieczorów, żeby przedstawić treść swojego wykładu, przekazać, dlaczego taka jest, dlaczego od całkowitej wolności wychodząc, skończyła na absolutnym despotyzmie. Te 10 wieczorów to 10 stanowisk z 10 Oculusami (okularami VR – przyp. red.) i 10 wejść w świat wirtualny. 10 punktów widzenia, z których każdy jest inny i w których zawarte są dialogi i rozmowy z „Biesów” Dostojewskiego, nagrane w technologii VR – mówi reżyserka.

„Biesy VR” to już kolejny eksperyment formalny w STUDIU teatrgaleria, którego celem jest zniesienie granicy między teatrem a sztukami wizualnymi. Sztuka miała swoją premierę 14 lutego, będzie można ją jeszcze zobaczyć 28 marca.

Sztuczna inteligencja poinformowała o rozprzestrzenianiu się koronawirusa przed władzami. Techniki przetwarzania tekstu pozwalają przewidzieć przyszłość

Rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji mogą przewidywać przyszłość. Analizując miliardy danych z całego świata, kanadyjska platforma monitorowania zdrowia powiadomiła o rozprzestrzenianiu się koronawirusa, jeszcze zanim zrobiły to światowe organizacje. Polacy opracowują z kolei opartą na SI aplikację, która na podstawie wyglądu dokumentu identyfikuje najważniejszy fragment tekstu i wychwytuje jego kontekst. Po metody przetwarzania i wychwytywania danych coraz chętniej sięga biznes.

Koronawirus 2019–nCoV pochłonął już blisko 1800 ofiar. W styczniu okazało się, że kanadyjski start-up, którego platforma monitorowania zdrowia oparta na sztucznej inteligencji analizowała miliardy punktów danych, powiadomił swoich klientów o początkach choroby 31 grudnia, na długo przed ostrzeżeniami Światowej Organizacji Zdrowia i amerykańskich Centrów Kontroli i Zapobiegania Chorobom. Algorytm BlueDot wykorzystuje techniki przetwarzania w języku naturalnym i techniki uczenia maszynowego do przeglądania globalnych wiadomości, danych linii lotniczych i raportów o epidemiach chorób zwierząt. Prawidłowo przewidział, gdzie po Wuhanie rozprzestrzeni się wirus – w  Bangkoku, Seulu, Tajpej i Tokio.

To tylko przykład sztucznej inteligencji, która skutecznie zastępuje setki tysięcy ludzi. Także firmy coraz częściej korzystają z technologii opartych na SI i uczeniu maszynowym, żeby usprawnić i przyspieszyć pracę oraz zminimalizować przy tym ryzyko pomyłki. Polska Applica opracowała Contextual Awareness, czyli technologię, która działa podobnie jak ludzki mózg, jest jednak znacznie szybsza i dokładniejsza.

– Tak jak człowiek, kiedy ma za zadanie przeanalizować dłuższy dokument, najpierw skanuje go wzrokiem, a następnie odnajduje właściwy fragment, tak technologia Contextual Awareness na podstawie wyglądu dokumentu i jego znaczenia identyfikuje fragment tekstu, który jest istotny z punktu widzenia wykonywanego zadania, i następnie ekstrahuje z niego znaczenie. To zaś jest używane do podejmowania decyzji czy też do automatyzacji całego procesu biznesowego – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Piotr Surma, współzałożyciel firmy Applica.

Polska aplikacja o 75 proc. zmniejsza wysiłek pracowników. Na jeden dokument przeznacza ok. jednej sekundy, a przy tym o ponad 90 proc. niweluje możliwość błędu. Przeskanowanie dokumentu w poszukiwaniu tego, co najważniejsze, trwa tylko chwilę.

– Nasza aplikacja ma zastosowanie w domenie bankowej, w dużej części procesów, które wymagają rozumienia dokumentów. Te procesy są związane z kredytami konsumenckimi, hipotecznymi czy pożyczkami korporacyjnymi. Mamy również kolejny duży obszar zastosowań, w których używamy naszej platformy Robotic Text Automation do automatyzacji procesów windykacji prawnej. Tam obsługujemy setki tysięcy dokumentów miesięcznie – wymienia Piotr Surma.

Szwajcarska firma Iprova wykorzystuje za to sztuczną inteligencję do poszukiwania w internecie wiadomości, aby móc opracować nowe rozwiązania. Z kolei jeden z większych detalistów na świecie korzysta z automatyzacji HR z ParseHub i Google Cloud Vision do analizy zdjęć. Wcześniej firma zlecała pracownikom badania HR w lokalizacji geograficznej wokół swoich sklepów, monitorując lokalne reklamy i oferty pracy, aby zobaczyć, jaka jest typowa płaca dla pracownika detalicznego w okolicy.

Takich firm i inteligentnych rozwiązań jest coraz więcej. Polska aplikacja sprawdza się przede wszystkim w bankowości, ale ułatwi pracę także w innych branżach.

– Koncentrujemy się na procesach biznesowych, które wymagają rozumienia tekstu. Mamy już w tej chwili klientów z różnych branż, np. mediowej i produkcyjnej. Właściwie każde zadanie, które wymaga przeczytania dokumentu, wyciągnięcia z niego  mówiąc kolokwialnie  jakiejś informacji, a następnie podjęcia decyzji, przynajmniej potencjalnie może podlegać automatyzacji – przekonuje Piotr Surma.

Według analityków Mordor Intelligence globalny rynek systemów przetwarzania ze świadomością kontekstową w 2019 roku był warty ponad 42,5 mld dol. W ciągu najbliższych lat ma rosnąć w tempie 30 proc. średniorocznie, by w 2025 roku osiągnąć wartość przeszło 205 mld dol.

Ochrona własności prywatnej – klucz do dobrobytu

Analizując historię gospodarki na świecie można wnioskować, że najważniejsze dla jej rozwoju jest prawo własności. W krajach, gdzie prawnie zabezpiecza się własność prywatną i odpowiednio ją chroni, nastąpił największy rozwój gospodarczy w dziejach świata. Własność prywatna okazała się kluczem do przyrostu dobrobytu i bogactwa. Tam, gdzie nie jest szanowana – a prawo nie zapewnia jej należytej ochrony – zauważyć można problemy gospodarcze i niższy poziom życia. Brak poszanowania własności prywatnej przez współobywateli oraz przez państwo sprawia, że nie możemy w pełni korzystać z owoców swojej pracy. Praca przestaje być wartościowa, co zahamowuje rozwój. Tę prawidłowość można zaobserwować przyglądając się współczesnym gospodarkom, w których nie szanuje się własności prywatnej.

– Wenezuela ma niebywałe zasoby surowcowe, które teoretycznie powinny uczynić ją jednym z  najbogatszych państw na świecie. W rzeczywistości jest jednak inaczej, a przyczyn można doszukiwać się właśnie w upaństwowieniu biznesu, który nie pozwala na rozwój finansowy obywateli. Za to tam, gdzie nie ma tylu surowców, ale jest ochrona własności prywatnej – mamy do czynienia z kwitnącymi oazami bogactwa – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha. – Dlatego warto o tym pamiętać, reformując gospodarki przyszłości. Wszystkie nowe pomysły na odrodzenie – jeżeli nie zakładają utrzymania i ochrony własności prywatnej, są skazane na porażkę. Dzieje naszej cywilizacji pokazują, że ci, którzy odchodzili od tych fundamentów, prędzej czy później budowali zamki na piasku, które się rozpadały – ostrzega Sadowski.

2019 był najlepszym rokiem dla małych firm usługowych

W 2019 r. najwyższą dynamikę wzrostu odnotowały w Polsce małe firmy usługowe, które zwiększyły zatrudnienie aż o 8,26 proc. w stosunku do 2018 r. Zdecydowane wyhamowanie nastąpiło natomiast w sektorze produkcyjnym, gdzie w IV kw. 2019 r. zatrudnienie zwiększyło się o zaledwie 2,94 proc. – jest to najniższy wynik w 8-letniej historii raportu „Zatrudnienie w Nowoczesnej Gospodarce” przygotowanego przez ADP Polska.   

W skali całego 2019 r. firmy Nowoczesnej Gospodarki, czyli przedsiębiorstwa stale wdrażające innowacyjne rozwiązania, odnotowały wyższą dynamikę zatrudnienia (+5,5 proc. vs 2018 r.) niż ogół rynku (+2,7 proc. vs 2018 r. wg Głównego Urzędu Statystycznego) – wynika z najnowszego raportu „Zatrudnienie w Nowoczesnej Gospodarce Q4 / FY 2019” opracowanego przez ADP Polska. Biorąc pod uwagę ostatni kwartał ubiegłego roku lepiej z wyzwaniami na rynku pracy radziły sobie również innowacyjne przedsiębiorstwa (+5,72 proc. NG vs +2,3 proc. wg GUS). W efekcie tego Wskaźnik Nowoczesnej Gospodarki wzrósł i wyniósł 111,29[1].nowoczesna gospodarka

– Największym wyzwaniem, z jakim w 2019 r. zmagali się polscy pracodawcy, jest niewątpliwie niedobór pracowników. Chociaż grudzień zakończył się z 5,2 proc. stopą bezrobocia, co oznaczało wzrost w stosunku do wcześniejszych miesięcy, to jednak nie można być pewnym, że tendencja ta utrzyma się również w 2020 r. Zestawiając ze sobą rezultaty firm Nowoczesnej Gospodarki i ogół rynku, widzimy, że to właśnie innowacyjne przedsiębiorstwa skuteczniej przyciągają do pracy nowych pracowników oraz lepiej radzą sobie z rosnącymi kosztami prowadzenia biznesu oraz zmianami na rynku pracy. A tych w 2019 r. było wiele, m.in. zmiany w prowadzeniu dokumentacji pracowniczej, uruchomienie PPK w największych przedsiębiorstwach czy wprowadzenie PIT 0 – wymienia Anna Barbachowska, szefowa pionu zarządzania zasobami ludzkimi w ADP Polska.  zmiany zatrudnienia

Zadyszka firm produkcyjnych

Przez cały 2019 r., z kwartału na kwartał firmy produkcyjne odnotowywały coraz niższą dynamikę wzrostu zatrudnienia. W I kw. 2019 r. innowacyjne przedsiębiorstwa produkcyjne zwiększyły zatrudnienie o 5,95 proc., w II kw. było to już 5 proc. (vs I i II kw. 2018 r.). W III kw., mimo wzrostu prac sezonowych w tym czasie, firmy produkcyjne zatrudniły tylko o 3,89 proc. więcej osób niż w III kw. 2018 r. Tendencja ta utrzymała się również w ostatnim kwartale 2019 r., kiedy sektor produkcyjny odnotował najniższy wzrost dynamiki zatrudnienia w historii raportu – 2,94 proc.(vs IV kw. 2018 r.). W rezultacie, w całym 2019 r. firmy produkcyjne zatrudniły o 4,45 proc. więcej osób niż w 2018 r.

– Chociaż firmy Nowoczesnej Gospodarki wciąż lepiej radzą sobie z wyzwaniami rynku, to jednak widoczne jest wyhamowanie dynamiki wzrostu zatrudnienia w sektorze produkcyjnym. Przedsiębiorstwa zajmujące się wytwarzaniem, podobnie jak ogół rynku, są bardziej wrażliwe na zmiany na rynku pracy, również trudniej jest im się do nich dostosować – jak choćby np. uatrakcyjniając metody rekrutacji, na co często decydują się przedsiębiorstwa usługowe. Firmy produkcyjne i ogół rynku silniej odczuwają także wyższe koszty produkcji, związane z np. droższym prądem, surowcami itp. Z drugiej strony wydaje się natomiast, że już doszliśmy do momentu, gdy poziom osób pozostających stale nieaktywnych zawodowo osiągnął najniższy możliwy pułap, dlatego konieczne będzie zwiększenie konkurencyjności firm na międzynarodowym rynku pracy. Z tego względu w 2020 r. kluczowe będą prace nad wydłużeniem możliwego czasu pracy cudzoziemców w ramach uroszczonej procedury zatrudniania. Obecne pół roku wydaje się za krótkie, ponieważ po tym okresie obcokrajowiec wraca do rodzimego państwa, aby po pół roku ponownie przyjechać do Polski – wymienia Anna Barbachowska, szefowa pionu zarządzania zasobami ludzkimi w ADP Polska.

Małe firmy usługowe siłą napędową Nowoczesnej Gospodarki

Drugi rok z rzędu usługowe firmy Nowoczesnej Gospodarki zakończyły rok z wyższą dynamiką wzrostu zatrudnienia (+6,02 proc. vs 2018 r.) niż przedsiębiorstwa produkcyjne (+4,45 proc. vs 2018 r.). W znacznym stopniu do sukcesu sektora usługowego przyczyniły się małe firmy, które w skali roku odnotowały aż 8,26 proc. wzrost zatrudnienia (vs 2018 r.). Jednak koniec 2019 r. przyniósł wyhamowanie dynamiki zatrudnienia w tych firmach i po raz pierwszy od II kw. 2018 r. przyjęły one do pracy mniej osób niż duże przedsiębiorstwa (+7,02 proc. vs +7,07 proc. w IV kw. br.). Tym samym dystans między małymi a dużymi firmami zmalał i wyniósł 0,05 p.p. Dla porównania w poprzednim kwartale było to rekordowe 5,13 p.p.

[1] Metodologia opracowywania Wskaźnika bazuje na analizie różnicy w poziomu zatrudnienia w firmach Nowoczesnej Gospodarki oraz ogółu rynku. Dane do obliczenia wskaźnika gromadzone są na podstawie analiz własnych ADP oraz ogólnodostępnych źródeł (np. raportów Głównego Urzędu Statystycznego). Wartość bazowa wskaźnika wynosząca 100 przypada na 1.01.2019 r. Dane aktualizowane są w ujęciu kwartalnym.

Czy branżę logistyczną czeka recesja w 2020 roku? – Indeks Logistyczny Rynków Wschodzących Agility

Menedżerowie i eksperci z branży logistycznej przygotowują się na spowolnienie i przewidują recesję w 2020 roku, na co ma wpływ presja na obniżenie obrotów handlowych, niepewna perspektywa wzrostu i tarcia na linii USA – Chiny. To jeden z najważniejszych wniosków Indeksu Logistycznego Rynków Wschodzących Agility na rok 2020, przygotowanego w oparciu o ankietę, w której uczestniczyło 780 respondentów z całego świata. Indeks po raz 11 został przygotowany przez Agility, globalnego dostawcę zintegrowanych rozwiązań logistycznych i spedycyjnych.

64 proc. spośród przebadanych ekspertów z branży logistycznej dostrzega wysokie prawdopodobieństwo wystąpienia recesji w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Tylko 12 proc. z nich uważa, że jest ono niewielkie. Jednocześnie, większość przebadanych menedżerów wierzy, że ich przedsiębiorstwa przetrwają turbulencje w relacjach handlowych między dwiema największymi światowymi gospodarkami. 70 proc. firm prowadzących działalność i inwestujących na rynku chińskim twierdzi, że tu pozostaną i nie zmienią planów, mimo trwającej wojny handlowej między Chinami a USA. Gdyby zostały zmuszone do zmiany miejsca zaopatrzenia lub przeniesienia produkcji z Chin, to, według respondentów, najprawdopodobniej wybrałyby Wietnam lub Indie. Uczestnicy ankiety uznali też, że najpoważniejsze ograniczenie dla dalszych wzrostów na rynkach wschodzących stanowić będą istniejące bariery handlowe.

„Obawy o możliwość wystąpienia recesji należy traktować poważnie, szczególnie ze względu na potencjalne konsekwencje epidemii koronawirusa” uważa Essa Al-Saleh, CEO Agility Global Logistics. „Pozytywnym sygnałem natomiast jest to, że większość gospodarek rynków wschodzących poradziła sobie z licznymi problemami, takimi jak niepokoje polityczne i społeczne, problemy strukturalne, a nawet międzynarodowe sankcje, jednocześnie unikając poważniejszych strat w ubiegłym roku.”

Indeks Rynków Wschodzących Agility na rok 2020 (Agility Emerging Markets Logistics Index 2020) ocenia 50 krajów pod względem czynników atrakcyjnych z perspektywy operatorów logistycznych, firm spedycyjnych, armatorów, linii lotniczych oraz dystrybutorów.

Indeks Logistyczny Rynków Wschodzących na rok 2020 – wyniki rankingu i ankiety

Wśród 10 najwyżej notowanych rynków wschodzących w 2020 roku znajdują się Chiny, Indie, Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA), Indonezja, Malezja, Arabia Saudyjska, Katar, Meksyk, Tajlandia i Turcja. W zakresie logistyki wewnętrznej najwyższe pozycje zajęły Chiny, Indie oraz Indonezja, w logistyce międzynarodowej Chiny, Indie i Meksyk, a rynkami o najlepszych fundamentach biznesowych są Zjednoczone Emiraty Arabskie, Malezja i Arabia Saudyjska.

Sklasyfikowane na czele rankingu Chiny i Indie, ze względu na wielkość i znaczenie jako międzynarodowe i krajowe rynki logistyczne, pozostają w tyle za mniejszymi konkurentami w obszarze podstaw działalności biznesowej – kategorii, która klasyfikuje kraje w oparciu o otoczenie regulacyjne, dynamikę kredytów i zadłużenia, egzekwowanie umów, zabezpieczenia antykorupcyjne, stabilność cen oraz dostęp do rynku. Tu Chiny zajęły 8, a Indie 18 miejsce. Najsilniejsze klastry rynków wschodzących znajdują się w Zatoce Perskiej i Azji Południowo-Wschodniej, dzięki sprzyjającym warunkom prowadzeniu biznesu oraz najważniejszym atutom – bogactwu energetycznemu krajów Zatoki i mocom produkcyjnym Azji Południowo-Wschodniej, co przyciąga firmy logistyczne. Spośród krajów rejonu Zatoki Perskiej – ZEA (3), Arabia Saudyjska (6), Katar (7), Oman (14), Bahrajn (15) i Kuwejt (19) znalazły się wśród najbardziej przyjaznych dla biznesu rynków wschodzących. Jeśli chodzi o rejon Azji Południowo-Wschodniej, najwyżej notowane są Indonezja (4), Malezja (5),Tajlandia (9) i Wietnam (11). Uczestnicy ankiety uznali Indie za kraj o największym potencjale, większym od Chin, które znalazły się na 2. miejscu. Kilka znaczących zmian dostrzeżono także w obszarze najlepszych warunków prowadzenia biznesu – Egipt poprawił wyniki o 10 pozycji, plasując się na 17 miejscu, podobnie jak Ukraina, która znalazła się na miejscu 27. Z kolei Ghana spadła o 13 pozycji na 32 miejsce, a Iran o 12 pozycji na miejsce 38. Zdaniem 42 proc. ankietowanych przedłużający się impas w relacjach handlowych USA – Chiny może być korzystny dla państw Azji Południowo-Wschodniej, stanowiących alternatywne dla Chin źródło zaopatrzenia i miejsce produkcji. To jednak spadek, w porównaniu z 56 proc. pytanych, którzy wyrazili podobną opinię w ubiegłym roku. Egipt, mimo niepokojów społecznych w 2019 roku, zanotował wzrosty wszystkich wskaźników. W ogólnym indeksie awansował o 6 pozycji (miejsce 20), o 10 pozycji w kategorii podstaw działalności biznesowej (17), o 6 w kategorii możliwości wewnętrznych (13) a 5  możliwości zewnętrznych (23). Za kraje o najniższym potencjale logistycznym w 2020 roku uznano Syrię, Iran, Wenezuelę, Irak oraz Libię. Pięć największych centrów logistycznych (“megacity”) na rynkach wschodzących to Szanghaj, New Delhi, Sao Paulo, Dżakarta i Mexico City. Aglomeracje miejskie o populacji przekraczającej 10 milionów, wymagają złożonych operacji logistycznych na dużą skalę, tak by zapewnić im odpowiednie funkcjonowanie i możliwości wymiany handlowej.

Bariery i perspektywy rozwoju rynków wschodzących

Zdaniem ankietowanych ekspertów z branży logistycznej, trzy najważniejsze czynniki utrudniające małym firmom dostęp do rynków światowych to biurokracja w handlu (17 proc.), niestabilność rządów/granic (14 proc.) i brak możliwości konkurowania z większymi przedsiębiorstwami (14 proc).

Mimo przekonania o nadchodzącej recesji, w 2019 rynki wschodzące odnotowały wzrost na poziomie 3,7 proc., zaś w 2020 roku, według przewidywań MFW, ma on wynieść nawet 4,4 proc. Jeśli chodzi o czynniki napędzające rozwój rynków wschodzących, to 23 proc. uczestników badania wskazała na modernizację systemów i procesów celnych, 18 proc. na większy dostęp do Internetu, 16 proc. na modernizację systemów logistycznych (WMS, TMS, itp.), zaś 15 proc. na coraz powszechniejsze wykorzystanie systemów płatności internetowych.

Zdaniem ankietowanych, najważniejszym czynnikiem, który pozwoli w przyszłości utrzymać i zwiększać wzrost w obszarze logistyki będzie obsługa handlu internetowego. Będzie ona miała znacznie większe znaczenie niż dostawy krajowe czy międzynarodowe przesyłki ekspresowe.

 

„W tym roku po raz pierwszy do udziału w ankiecie Indeksu Logistycznego dla Rynków Wschodzących Agility zaprosiliśmy menedżerów z Polski. Wielu z naszych klientów działa na tych rynkach, chcieliśmy więc, aby podzielili się swoim doświadczeniem i obserwacjami. Od wielu już lat śledzimy wyniki Indeksu, wskazujące kierunki, w jakich podąża światowa gospodarka. Jesteśmy globalnym operatorem logistycznym, więc dla nas są to ważne wskazówki, dzięki którym lepiej dostosować ofertę do zmieniających się warunków rynkowych i łańcuchów dostaw” mówi Karolina Gasińska-Byczkowska, country manager Agility Logistics w Polsce.

Indeks Logistyczny Agility dla Rynków Wschodzących na rok 2020 jest dorocznym przeglądem nastrojów panujących w branży, połączonym z rankingiem 50 czołowych rynków wschodzących na świecie. Indeks pozwala ocenić ich konkurencyjność w oparciu o krajowe i międzynarodowe znaczenie logistyczne oraz ogólne fundamenty biznesowe rynku.

Indeks Logistyczny Agility dla Rynków Wschodzących na rok 2020 dostępny jest na: www.agility.com/2020index

Jak blockchain i sztuczna inteligencja zrewolucjonizują podróże

Czasy, gdy podróż za ocean była niebywałym wyczynem, minęły dawno temu. Dziś wyjeżdżamy coraz dalej, częściej i szybciej. Biura turystyczne konkurują o klienta, oferując coraz ciekawsze kierunki i wygodniejsze metody rezerwacji. Dawniej nikt nie pomyślałby, że rezerwacji wyjazdu można będzie dokonać w czasie rzeczywistym bez wychodzenia z domu. Niebawem czeka nas przełom – wszystko dzięki technologii blockchain, sztucznej inteligencji, wirtualnej rzeczywistości i coraz bardziej wymyślnym apartamentom. Jak technologie zrewolucjonizują nasze wyjazdy w ciągu najbliższych 10 lat?podrozowanie

Robot jako drugi pilot

Amerykanie skonstruowali już robota, zdolnego do samodzielnego sterowania samolotem. Nowa technologia ma już za sobą testy, polegające na sterowaniu lotem o długości dwóch godzin samolotem typu Cessna . Robot używając kamer monitorujących, będzie w stanie samodzielnie pilotować samolot pasażerski. Minie jednak sporo czasu i długie godziny testów, zanim będzie kierować samolotami z prawdziwymi pasażerami.

Virtual Reality

Dzięki technologii VR będziemy mogli podróżować również…z własnej kanapy. Nie straszne będą nam przygody jak zwiedzanie wnętrza wulkanu. Nie będziemy też potrzebować dużych zasobów finansowych, by odbyć taką podróż w dowolnym miejscu i czasie. Oczywiście nie zastąpi to podróży w rzeczywistości, ale z pewnością stanowi ciekawą alternatywę produktywnego spędzania czasu i poznawania najdalszych zakątków świata z dowolnego miejsca na świecie przeznaczając na to dokładnie tyle czasu, ile chcemy.

Podwodne hotele

Wszyscy kochamy pokoje z pięknymi widokami. Na rynku pojawiły się apartamenty, które przenoszą termin ,,pokój z widokiem’’ na zupełnie nowy poziom. Podwodne hotele są w stanie zaoferować nam obserwację morskiej fauny i flory w najbardziej luksusowych warunkach. Takie hotele są już dostępne, jednak cena może powalać. Przykładowo, za luksusowy apartament The Muraka na Malediwach, zanurzony na ponad 16 stóp pod wodą zapłacimy od 22 000 dolarów za noc . W cenę wliczone są takie dodatki jak basen bez krawędzi czy kamerdyner, a miejsca do spania wystarczy aż dla 9 osób. Innymi hotelami oferującymi podwodne noclegi są m.in. Manta Resort w Tanzanii, Huvafen Fushi na Malediwach czy hotel Resort World Sentosa w Singapurze.

Blockchain

Technologia blockchain znalazła zastosowanie również w turystyce. Dzięki niej za jakiś czas wyjeżdżając na wakacje, będziemy mogli zapomnieć o dokumentach. Jak to możliwe? Technologia umożliwi nam stworzenie systemu, który będzie przechowywał nasze dane biometryczne. Blockchain zapewnia nam trwałość zapisu i bezpieczeństwo danych, dzięki czemu tożsamość wyjezdnych będzie wykrywana automatycznie, a ich dane zostaną odpowiednio zabezpieczone.

Automatyzacja

Postępy technologiczne zapewniają nam coraz bardziej innowacyjne narzędzia do zarządzania i planowania podróży. Już dziś mamy już możliwość rezerwowania wszystkich składowych wyjazdu takich jak przelot, hotel, transfer z hotelu czy ubezpieczenie w jednym miejscu dobierając każdy z tych komponentów dokładnie pod siebie. Dzieje się to zupełnie tak, jak gdybyśmy rezerwowali wszystko samodzielnie, ale mamy możliwość uiszczenia jednej opłaty za cały wyjazd nie rezygnując ze standardów, jakie daje rezerwacja przez biuro podróży. Dzięki temu możemy dopasować oferty dokładnie pod swoje potrzeby. Wszystko dzieje się w czasie rzeczywistym, dzięki dynamicznemu pakietowaniu, czyli systemowi, na jakim buduje swoją ofertę już kilku touroperatorów w Polsce i na świecie.

Dynamiczne pakietowanie to świetny produkt dla osób ceniących sobie niezależność i jednocześnie lubiących komfort i wygodę – cały proces rezerwacji odbywa się na jednej stronie, dokonujemy jednej płatności. Dzięki tej technologii Click&Go umożliwia zaplanowanie wakacji na kilkunastu europejskich kierunkach bez wychodzenia z domu. Warto pamiętać że możliwości budżetowego podróżowania stale wzrastają ze względu na prężnie rozwijającą się siatkę połączeń tanich linii lotniczych! – komentuje Michał Głowa, Country Manager w Click&Go Polska.

Chatboty i cyfrowi agenci

Cyfrowi agenci nieustannie rozwijają się w zakresie funkcjonalności, podobnie chatboty, oparte na technologiach konwersacyjnych. Niektóre z nich na tym etapie rozwoju potrafią już dopilnować rezerwacji, zmian terminu, odwołania lotu, podają informacje dotyczące rezerwacji czy sugerują atrakcje w miejscu pobytu. Umożliwiają klientom niezwykle szybkie uzyskanie informacji, z drugiej strony odciążając całe zespoły pracowników firm turystycznych.

Turystyka kosmiczna

Loty w kosmos na ten moment są zarezerwowane dla astronautów, sponsorowanych przez najbogatszych ludzi na świecie. Ta prawidłowość ma ulec zmianie już w niedalekiej przyszłości. Technologia pozwoli nam pozostać w kosmosie wystarczająco długo, by nacieszyć się stanem nieważkości i pozaziemskimi widokami, jednak według futurologa, Daniela Burrusa najbardziej przystępne cenowo mają być wyloty na niską orbitę okołoziemską i będą trwały zaledwie kilka minut.

Jak jest teraz?

Na ten moment Polacy wybierają raczej standardowe kierunki. Z najnowszego raportu fly.pl wynika, że aż ⅓ rezerwacji dokonanych na rok 2020 przypada na Turcję (30,5 proc.). Bardzo popularna jest również Grecja, gdzie wybierze się 20,27 proc. wyjezdnych. W czołówce znajduje się również Egipt (10,8 proc.). Coraz popularniejsza jest również daleka turystyka – według Polskiej Izby Turystyki takie rezerwacje na okres ferii zimowych 2020 stanowiły aż 17 proc. Najpopularniejszymi kierunkami w tej kategorii były: Tajlandia, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Malediwy, Chiny oraz Kuba.

Rynek Turystyczny nieustannie się rozwija, w czym bez wątpienia pomagają mu nowe technologie. W przyszłości czeka nas kilka innowacji, na które z pewnością już oczekują fani nowych technologii oraz touroperatorzy. Pewne jest jedno-będziemy sięgać po coraz bardziej wymyślne wyjazdy, przy czym mają się one stać coraz bardziej przystępne dla zwykłych zjadaczy chleba.

Koronawirus budzi mniejsze obawy rynków finansowych

W ostatnich dniach aktywa uznawane za bardziej ryzykowne, w tym waluty gospodarek wschodzących, doświadczały ożywienia. Rynki finansowe przyjęły bowiem, że zagrożenie, jakie mogło wynikać z epidemii koronawirusa, powinno pozostać pod kontrolą.

Zmiana w metodologii, która spowodowała gwałtowny wzrost liczby zarażonych, nie wpłynęła na zmianę tego poglądu. Nie zdołało to jednak wesprzeć euro, którego kurs w parze z dolarem amerykańskim w ostatnim tygodniu spadł do najniższego poziomu od 2017 roku. Dane napływające ze strefy euro rysują obraz bliski stagnacji w bloku walutowym. Inwestorzy wykorzystują waluty krajów z niskimi stopami w celu inwestowania w waluty bardziej ryzykowne. W zeszłym tygodniu najlepiej radzącą sobie walutą w grupie G10 okazał się funt brytyjski. Szterlinga wspierały sygnały docierające z rządu Borisa Johnsona, który po rezygnacji kanclerza skarbu, Sajida Javida, wydaje się być skłonny do przyjęcia bardziej ekspansywnej polityki fiskalnej.

Najbliższe dni będą kluczowe dla strefy euro. W piątek poznamy wstępne odczyty indeksów aktywności biznesowej PMI w lutym oraz zrewidowane dane o styczniowej inflacji w bloku walutowym. Indeksy PMI ze strefy euro będą pierwszymi istotnymi odczytami makroekonomicznymi spoza Chin, które pokażą, jak firmy zareagowały na wybuch epidemii koronawirusa. W tym kontekście piątkowy poranek może przynieść większą zmienność na rynku walutowym.

PLN

Polski złoty w minionym tygodniu radził sobie dobrze, umacniając się w parze z euro. Złotemu pomogła wspomniana poprawa sentymentu, która wspierała też inne waluty rynków wschodzących. Informacje z Polski były istotne, jednak reakcja złotego na nie była ograniczona. Dane o PKB w końcówce roku okazały się lepsze od oczekiwań, natomiast inflacja w styczniu – podobnie jak w kilku innych krajach regionu – wystrzeliła. W tym kontekście, z jeszcze większą uwagą będziemy obserwować zachowanie polskiego banku centralnego. Dotychczasowa retoryka decydentów nie sugeruje, żeby w kontekście stóp procentowych coś miało ulec zmianie w najbliższym czasie.

W tym tygodniu również nie zabraknie odczytów istotnych danych z Polski, jednak ich ranga jest niższa niż tych opublikowanych w zeszłym tygodniu. Pojawią się też „minutki” z ostatniego spotkania RPP. Mimo to, rynek prawdopodobnie skupi się głównie na informacjach zewnętrznych.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Wypłaszczenie krzywej i wzrost spreadów Polskich obligacji względem USA i Niemiec

W pierwszej połowie lutego 2020 r. rentowności obligacji naszego kraju pozostawały w czołówce pod kątem ratingu i bezpieczeństwa w relacji do rentowności, która wzrosła do poziomu 2,2 proc. dla obligacji 10-letnich. Nieznaczny wzrost oprocentowania jest zauważalny od momentu, gdy oprocentowanie polskiego długu osiągnęło minimum na poziomie 1,693 proc. w sierpniu 2019 r.

Prowadzona bardzo luźna polityka monetarna na świecie wraz z obawami o wzrost gospodarczy związanymi z wybuchem epidemii koronawirusa spowodował, że inwestorzy od początku roku byli zainteresowani długiem emitowanym przez największe gospodarki świata. Rentowność obligacji 10-letnich Stanów Zjednoczonych spadła z 1,95 proc. na początku roku do 1,50 proc. Z kolei rentowność niemieckiego długu spadła z -0,16 do -0,4 proc. Jest to również poniekąd podyktowane tym, że rynki coraz bardziej oczekują kolejnych działań banków centralnych i tego, że podejmą się, zwłaszcza w Europie, kolejnego luzowania polityki pieniężnej.

Tymczasem Rada Polityki Pieniężnej na tę chwilę wypowiada się w sposób stonowany zarówno o możliwych obniżkach, jak i podwyżkach stóp procentowych, również może wpływać na stabilizację oprocentowania polskich obligacji. W rezultacie spread do obligacji Niemiec wzrósł do najwyższego poziomu od drugiej połowy września 2019 r., wynosząc 260,6 pkt bazowego. Z kolei spread wobec 10-letnich obligacji Stanów Zjednoczonych podskoczył z okolic zera (obligacje Polski i USA były w pewnym momencie prawie tak samo oprocentowane) do najwyższego poziomu od lutego 2018 r., wynosząc nieco powyżej 60 pb.

Oprócz najkrótszego końca krzywej, cała jej reszta uległa nieznacznemu wypłaszczeniu w relacji do tego, co obserwowaliśmy miesiąc temu. Różnica w spadku oprocentowania od 3 do 10-letnich obligacji jest podobna na całej długości krzywej i wyniosła około 0,14 pb. Wypłaszczenie krzywej może mieć także związek z ostatnim wstępnym odczytem PKB naszego kraju. W czwartym kwartale 2019 r. PKB Polski wzrósł o 3,1 procent rok do roku. Była to najniższa roczna stopa wzrostu od czwartego kwartału 2016 r. W ujęciu kwartalnym skorygowanym sezonowo gospodarka wypracowała o 0,2 procent więcej niż w poprzednim kwartale, dzięki czemu udało się uniknąć przewidywanego spadku PKB o -0,1 proc., choć było to wyraźne spowolnienie z 1,2 procentowego wzrostu w trzecim kwartale. W całym 2019 roku polski produkt krajowy brutto wzrósł o 4 proc. wobec 5,1 proc. w 2018 r.

Z kolei inflacja w styczniu wystrzeliła do poziomu 4,4 proc. z 3,4 w poprzednim miesiącu, co oznacza najwyższą stopę inflacji od grudnia 2011 r. Jak wynika z danych wzrost cen żywności, napojów i wyrobów tytoniowych wyniósł aż 6,7 proc. Koszty związane z mieszkaniem wzrosły o 4,9 proc., co ma związek również z podwyżkami cen energii oraz wywozu odpadów. Jednak mimo tak silnego wzrostu cen, RPP na razie nie ma zamiaru zmieniać stóp procentowych, ponieważ czynniki te są poza kontrolą polityki monetarnej. Tak samo wycenia to rynek, ponieważ kontrakt FRA 9×12 znajduje się tuż nad obecnym poziomem WIBORu 3M.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Nadzór udziałowca nie jest przychodem z nieodpłatnego świadczenia

W praktyce gospodarczej występują sytuacje, gdy w ramach grupy kapitałowej spółka matka deleguje do zarządu lub rady nadzorczej spółki córki swoich pracowników. Takie działania mają na celu zapewnienie większej kontroli spółek zależnych oraz dostęp spółki matki do szerszego zakresu informacji dotyczących funkcjonowania spółek córek. Aby nie generować dodatkowych kosztów, pracownicy spółki matki często pełnią swoje funkcje w spółkach córkach nieodpłatnie, nie pobierając za swoją pracę wynagrodzenia od spółki, którą zarządzają. Czy w takiej sytuacji powstaje przychód z tytułu nieodpłatnych świadczeń pracowników? Z pewnością jest to sytuacja, która każdorazowo wymaga odrębnej analizy.

Pojęcie „nieodpłatnych świadczeń”

Na wstępie warto zaznaczyć, że pojęcie „nieodpłatnych świadczeń” nie zostało zdefiniowane w ustawach o podatku dochodowym PIT/CIT. W związku z tym należy bazować na orzecznictwie, które w tym przypadku jest bardzo bogate. Warto zwrócić uwagę w szczególności na uchwałę Składu 7 Sędziów NSA z 18 listopada 2002 r., sygn. FPS 9/02, w której NSA wskazał, że nieodpłatne świadczenia na gruncie prawa podatkowego powinny być rozumiane szerzej niż na gruncie kodeksu cywilnego. Jak orzekł Sąd, pojęcie „nieodpłatnych świadczeń” „obejmuje bowiem wszystkie zjawiska gospodarcze i zdarzenia prawne, których następstwem jest uzyskanie korzyści kosztem innego podmiotu lub te wszystkie zdarzenia prawne i zdarzenia gospodarcze, których skutkiem jest nieodpłatne, to jest niezwiązane z kosztami lub inną formą ekwiwalentu, przysporzenie majątkowe, mające konkretny wymiar finansowy”. Warto zauważyć, że NSA słusznie wskazał, iż przy ocenie nieodpłatności świadczenia bardzo istotne jest istnienie ekwiwalentu w postaci np. wynagrodzenia za świadczone usługi.

Uchwała Składu 7 Sędziów NSA stała się podstawą innych wyroków sądów administracyjnych. Przykładowo WSA we Wrocławiu w wyroku z 22 stycznia 2014 r., I SA/WR 2061/13, wskazał, że nieodpłatnym świadczeniem jest uzyskana przez podatnika „wymierna korzyść majątkowa niezwiązana z poniesieniem wydatków, powstaniem kosztów, z obowiązkiem uiszczenia wynagrodzenia lub inną formą ekwiwalentu, w związku z czym ustalenie, czy określone świadczenie uzyskane przez podatnika stanowi dla niego przychód, o którym mowa w art. 12 ust. 1 pkt 2 u.p.d.o.p., wymaga oceny charakteru dokonanego rodzaju czynności, w szczególności zbadania, czy należy ona do czynności przysparzających, w przypadku których strona dokonująca przysporzenia otrzymuje w zamian korzyść majątkową”. WSA zwrócił uwagę, że każdorazowo w przypadku nieodpłatnego świadczenia konieczna jest indywidualna analiza przypadku w celu weryfikacji, czy określone świadczenie rzeczywiście jest nieodpłatne i nie występuje żaden ekwiwalent.

Sądy o nieodpłatnym oddelegowaniu pracownika

W wyroku z dnia 23 lipca 2019 r., sygn. akt II FSK 2881/17, NSA stwierdził, że nieodpłatne delegowanie przez akcjonariusza swoich pracowników do spółki zależnej celem przeprowadzenia w niej czynności kontrolnych nie powoduje powstania przychodu z nieodpłatnego świadczenia. Tym samym NSA nie dopatrzył się nieodpłatnego świadczenia, ponieważ praca pracownika spółki matki była wykonywana w ramach uprawnień nadzorczych oraz kontrolnych.

Podobne stanowisko zajął Wojewódzki Sąd Administracyjny w wyroku z 2 marca 2016 r., sygn. akt., III SA/Wa 981/15), wskazując, że reprezentujących spółkę członków zarządu, będących pracownikami udziałowca, należy traktować jako samego udziałowca. W związku z tym czynności wykonywane przez członków zarządu nieodpłatnie nie powinny być uznawane za nieodpłatne świadczenia, chyba, że w sytuacji powiązania członka zarządu z udziałowcem. Innymi słowy, w innych przypadkach, gdzie członek zarządu nie byłby pracownikiem udziałowca, może powstawać przychód z nieodpłatnych świadczeń.

Stanowisko organów podatkowych

W ostatnim czasie nastąpiła zmiana linii interpretacyjnej organów podatkowych, w ramach której organy podatkowe potwierdzają powyżej zaprezentowaną wykładnię nieodpłatnego świadczenia dokonywaną przez sądy administracyjne. W interpretacji podatkowej z dnia 20 listopada 2019 r. nr 0111-KDIB1-1.4010.395.2019.1.ŚS Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej wskazał, że w przypadku zrzeczenia się wynagrodzenia z tytułu pełnienia funkcji członka rady nadzorczej oraz komitetu audytu przez jej członków, spółka zależna nie powinna rozpoznać przychodu z tytułu nieodpłatnego świadczenia. Dyrektor KIS podkreślił, że „z uwagi na pełnienie funkcji w radzie nadzorczej przez pracownika akcjonariusza, po stronie spółki córki nie powstaną dodatkowe świadczenia, ponieważ w takich okolicznościach tak naprawdę to akcjonariusz (spółka powiązana) deleguje swojego pracownika, aby objął on funkcję członka zarządu w celu efektywnego zarządzania daną spółką”. Słusznie wskazał Dyrektor KIS, że poprzez pełnienie przez swojego pracownika funkcji w radzie nadzorczej, akcjonariusz liczy na korzyści ekonomiczne w postaci dywidendy.

Podobne stanowisko zajmują organy podatkowe w stosunku do członków zarządu. Przykładowo w interpretacji nr 1462-IPPB6.4510.574.2016.3.AG z dnia 14 lutego 2017 r. organ wskazał, że pełnienie funkcji w zarządzie spółki zależnej daje wymierne korzyści w postaci chociażby dywidendy, dlatego nie można mówić o nieodpłatnym świadczeniu usług.

Podsumowując, stanowisko organów w zakresie nieodpłatnych świadczeń zarządczych/kontrolnych wykonywanych przez pracowników udziałowca/akcjonariusza na skutek orzecznictwa sądów zaczyna się liberalizować. Warto jednak podkreślić, że takie świadczenia każdorazowo wymagają odrębnej analizy.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Czy ujemne stopy procentowe pomagają gospodarkom?

We współczesnej gospodarce podstawową rolą banków centralnych jest kontrolowanie ilości pieniądza w obiegu. Właściwa polityka w tym zakresie zapewnia zaufanie do pieniądza oraz stabilność cen. Podstawowym narzędziem dla banku centralnego jest krótkoterminowa stopa procentowa. Konsekwencją jej obniżenia jest zwiększenie ilości pieniądza w obiegu dzięki temu, że banki komercyjne mogąc pożyczać taniej, pożyczają więcej. Odwrotnie jest w przypadku podwyższenia stopy procentowej. Taki krok pomaga bankom centralnym walczyć z inflacją.

Powszechnie uważa się, że obniżenie stóp procentowych i zwiększenie ilości pieniądza, powinno doprowadzić do większej aktywności gospodarczej. Wiedząc o tym, władze różnych krajów chętnie próbują w ten sposób stymulować gospodarkę, tym bardziej, że koszt takiej operacji jest niewielki.

Efekt jest łatwy do przewidzenia. Stopy procentowe w większości krajów rozwiniętych są bliskie zera. Dalsze ich obniżanie nie ma sensu, tym bardziej, że efekt jest mizerny. Podwyższanie również, bo może doprowadzić do recesji.

Dziesięć lat temu bank centralny Szwecji – Riksbank, jako pierwszy na świecie wprowadził ujemną krótkoterminową stopę procentową. Banki komercyjne musiały płacić za możliwość utrzymywania depozytów w banku centralnym. Miało to skłonić banki do tego, aby pożyczały pieniądze przedsiębiorcom i konsumentom, zamiast deponować je w banku centralnym. Tak też się stało. Banki rozszerzyły akcję kredytową do tego stopnia, że zaczęło to zagrażać ich wynikom finansowym. Rentowność całego sektora znacznie spadła. Pod koniec 2019 roku Riksbank zdecydował się na podniesienie swojej najważniejszej stopy procentowej do zera.

Obecnie ujemne stopy procentowe są stosowane w Japonii i Szwajcarii. Szczególnie w tym ostatnim kraju wydaje się to niebezpieczne. SNB – bank centralny Szwajcarii emituje ogromne ilości swojej waluty i kupuje za nie zagraniczne instrumenty finansowe. Ilość franków szwajcarskich w obiegu w stosunku do wielkości produktu krajowego brutto jest około dwa razy większa, niż w przypadku Stanów Zjednoczonych i Strefy Euro. Szwajcaria ma stosunkowo niewielką gospodarkę, mniej więcej wielkości polskiej, co powoduje, że w razie kryzysu może być podatna na manipulacje. Krach franka szwajcarskiego może nastąpić w każdej chwili, a Szwajcaria powita go z radością, gdyż zwiększy on opłacalność eksportu dóbr i usług oraz zaawansowanej technologii.

Czy ujemne stopy procentowe są tylko wymysłem ekonomistów z banków centralnych? Niekoniecznie. Aktualna rentowność niemieckich 10-letnich obligacji kształtuje się na poziomie -0,212%. I nie ustala jej ani niemiecki rząd, ani bank centralny. Ustala ją rynek. Okazuje się, że w rozwiniętym świecie jest dziś tyle pieniędzy, że instytucje finansowe są gotowe zapłacić, żeby choć na chwilę pozbyć się odpowiedzialności za nie. Najwyraźniej nie widzą bardziej rentownych alternatyw, a koszty i tak poniosą ich klienci.

Ponieważ obniżanie stóp procentowych przestało działać na gospodarkę, ekonomiści wymyślają coraz nowsze metody jej ożywienia. Luzowanie ilościowe, kredytowe, czy tak zwane pieniądze z helikoptera (to koncepcja zakładająca płatności z banku centralnego bezpośrednio dla obywateli). Jednak władze, oprócz emisji pieniądza, mają też do dyspozycji inny instrument mogący ożywić gospodarkę – obniżenie podatków. Korzystają z niego niechętnie, bo w przeciwieństwie do dodruku pieniądza jest kosztowny dla budżetów państw. Jednak, jeżeli cały wysoko rozwinięty świat wpadnie w pułapkę zerowego wzrostu, zerowych stóp procentowych i zerowej inflacji, nie będzie wyjścia.

Analiza EY Polska – szara strefa w Polsce stanowiła 10,8% PKB w 2018 roku

Według badań przeprowadzonych przez EY Polska, w 2018 r. całkowita wartość szarej strefy w Polsce wyniosła 10,8% PKB, czyli 229 mld PLN. Gotówkowa szara strefa stanowiła 9,9% PKB, a resztę (0,9% PKB) stanowiła niemonetarna szara strefa (związana przede wszystkim z produkcją gospodarstw domowych na własny użytek). Straty dla finansów publicznych z tytułu gotówkowej szarej strefy szacowane, w postaci utraconych dochodów z VAT oraz z podatków dochodowych od działalności gospodarczej, szacowane są na 38,4 – 48,8 mld PLN (1,82% – 2,31% PKB w 2018 r.).

Szara strefa to wartość dodana (≈PKB) generowana w różnych rodzajach nierejestrowanej działalności. Jest ona odpowiedzialna za istotną część luki podatkowej w Polsce, która stanowi różnicę pomiędzy wartością wpływów podatkowych, które teoretycznie powinny zostać uzyskane (przy założeniu pełnej zgodności ze wszystkimi obowiązującymi przepisami) a rzeczywistą wartością uzyskanych dochodów podatkowych. Choć sama szara strefa ma wiele różnych „odcieni”, to wspólnym elementem dla zdecydowanej większości nierejestrowanych transakcji jest to, że są one realizowane w formie gotówkowej. W rezultacie badanie EY koncentruje się na nierejestrowanej wartości dodanej brutto powiązanej z płatnościami gotówkowymi, którą definiujemy jako gotówkową szarą strefą.

Ze względu na rolę, jaką odgrywa pieniądz gotówkowy, gotówkową szarą strefę można podzielić na jej część aktywną i pasywną. W przypadku usługi budowlanej czy naprawy samochodu po obniżonej cenie pod warunkiem braku wystawienia faktury, mamy do czynienia z aktywną szarą strefą. W tej sytuacji obie strony świadomie korzystają z dodatkowego zysku i dążą do ukrycia transakcji poprzez płatność gotówkową. Z kolei w pasywnej szarej strefie tylko jedna ze stron – sprzedawca, osiąga korzyść z tytułu niezarejestrowania transakcji. Przykładem może być płatność za usługę w restauracji gotówką przy równoczesnym braku wydania paragonu. Brak paragonu nie wpływa na cenę zapłaconą przez klienta, ale umożliwia usługodawcy ukrycie transakcji i osiągnięcie dodatkowych korzyści z tytułu niezapłacenia podatku. W aktywnej szarej strefie gotówka jest skutkiem, konsekwencją występowania szarej strefy i w tym przypadku promowanie płatności elektronicznych nie rozwiąże problemu, gdyż obie strony transakcji konsekwentnie będą korzystać z gotówki. Inna sytuacja ma miejsce w pasywnej szarej strefie, gdzie płatność gotówkowa jest źródłem, czynnikiem sprzyjającym niezarejestrowaniu transakcji. Wówczas wprowadzenie zachęt czy innych mechanizmów promujących płatności elektroniczne mogłoby istotnie ograniczyć możliwości ukrycia transakcji, a tym samym sprzyjać obniżeniu pasywnej szarej strefy.

Z naszych szacunków wynika, że w 2018 r. gotówkowa szara strefa w Polsce wyniosła 9,9% PKB (228,7 mld PLN) i objęła prawie całą wartość dodaną wytworzoną w następujących obszarach: ukryta działalność, działalność nieformalna oraz działalność nielegalna – wyjaśnia Marek Rozkrut, Partner, Główny Ekonomista EY.

Do jej wyliczenia EY zastosował zmodyfikowaną i rozszerzoną analizę popytu na gotówkę (Currency Demand Analysis).

Według naszych wyliczeń, pasywna część gotówkowej szarej strefy stanowiła 7,9% PKB (168,0 mld PLN), natomiast aktywna szara strefa odpowiadała za 2,0% PKB (41,4 mld PLN) w 2018 roku. Niemonetarna szara strefa wyniosła natomiast 0,9% PKB (19,3 mld PLN) – dodaje Marek Rozkrut.

Szara strefa odpowiada za znaczną część luki podatkowej. W przypadku podatku VAT luka jest generowana nie tylko przez szarą strefę, ale także wyłudzenia podatku VAT, bankructwa firm, błędy czy spory dotyczące rozliczeń. Według wyliczeń EY, w 2018 r. z powodu gotówkowej szarej strefy utracone dochody z VAT w Polsce wyniosły 1,24% PKB (26,3 mld PLN), z czego 1% PKB (21,1 mld zł) wynikało z pasywnej szarej strefy. Był to równocześnie pierwszy rok, w którym oszacowany przez EY ubytek dochodów z VAT z tytułu szarej strefy był wyższy (choć nieznacznie) niż wstępnie szacowany przez Ministerstwo Finansów poziom całej luki VAT w 2018 r. (24,6 mld PLN). Możliwe są następujące wyjaśnienia tej różnicy: (1) faktyczna luka VAT jest większa niż szacunek MF, (2) faktyczna gotówkowa szara strefa jest mniejsza niż szacunek EY i/lub (3) utracone dochody z VAT z powodu szarej strefy są mniejsze niż szacunek EY (np. gdyby się okazało, że szara strefa jest skoncentrowana w sektorach o relatywnie niskiej efektywnej stawce VAT).
szara strefa w PolsceDekompozycja poziomu i zmian luki VAT pokazuje, że od wielu lat systematyczny spadek gotówkowej szarej strefy, m.in. w wyniku wzrostu popularności płatności elektronicznych, przyczyniał się do stopniowego obniżania luki VAT w Polsce. Najsilniejszy spadek luki odnotowano w latach 2016 i 2017 (i – w nieco mniejszym stopniu – w 2018 r.), który jednak wynikał przede wszystkim z ograniczenia wyłudzeń podatkowych, a nie z obniżenia szarej strefy. Struktura luki VAT sugeruje jednocześnie, że możliwości dalszego ograniczania wyłudzeń podatkowych wydają się być (niemal) wyczerpane, natomiast dalsza redukcja luki wymaga przede wszystkim działań ukierunkowanych na obniżanie szarej strefy – tłumaczy Marek Rozkrut.

szara strefa w Polsce 2018W opracowaniu EY oszacowano także utracone wpływy z podatków dochodowych od działalności gospodarczej, wynikające z występowania gotówkowej szarej strefy w Polsce w 2018 r. Związane z tym koszty dla finansów publicznych – w zależności od rozpatrywanego wariantu – wyniosły 0,57%-1,06% PKB (12,1-22,5 mld PLN), z czego 0,46%-0,86% PKB (9,7-18,1 mld PLN) wynikało z pasywnej szarej strefy.

W rezultacie łączne straty dla finansów publicznych z tytułu gotówkowej szarej strefy, w postaci utraconych dochodów z VAT oraz z podatków dochodowych od działalności gospodarczej, zostały oszacowane w 2018 r. między 1,82% PKB (38,4 mld PLN) i 2,31% PKB (48,8 mld PLN), z czego pasywna szara strefa odpowiadała za ubytek dochodów w wysokości 1,46%-1,85% PKB (30,8-39,8 mld PLN).

szara strefa w Polsce 2018 EY O badaniu:

Analiza jest kontynuacją realizowanych od wielu lat badań nad szarą strefą, które Zespół Analiz Ekonomicznych EY prowadzi zarówno na poziomie całej gospodarki, jak i wybranych sektorów. W tym celu Zespół opracował szereg metodyk, udoskonalających dotychczas stosowane w literaturze podejścia. Zastosowane przez Zespół rozwiązania są często przedmiotem dyskusji w środowisku naukowym, a następnie publikowane w renomowanych czasopismach naukowych.

Polacy i niedzielny zakaz handlu

Od stycznia 2020 roku obowiązuje kolejne zaostrzenie zakazu handlu w niedziele. Od początku roku zakaz dotyczy większości niedziel – zakupy zrobimy tylko w 7 niedziel objętych wyjątkiem. Jakie podejście do zakazu handlu mają Polacy w trzecim roku obowiązywania regulacji? Na to i inne pytania spróbował odpowiedzieć zespół badawczy Havas Media Group – Intelligence Team w badaniu zrealizowanym w lutym 2020 r.

Kolejne zaostrzenie handlu na ogół nie jest przyjmowane przez Polaków z entuzjazmem. Niemal połowa dorosłych Polaków wskazuje, że kolejne zaostrzenie handlu ocenia negatywnie. Szczególnie niezadowoleni z tego faktu są mieszkańcy największych miast – blisko 64% mieszkańców miast powyżej 500 tys. mieszkańców ocenia zaostrzenie zakazu handlu negatywnie. W ocenie zaostrzenia zakazu handlu najbardziej podzieleni są mieszkańcy wsi – około 40% z nich ocenia zaostrzenie zakazu negatywnie, a 43,5% pozytywnie.

zakaz handlu

Kolejne zaostrzenie zakazu handlu nie wpłynęło pozytywnie na ogólne nastawienie Polaków do funkcjonowania tego zakazu – podobnie jak w ubiegłym roku – blisko połowa dorosłych Polaków uważa, że zakaz handlu powinien zostać zniesiony. Największymi zwolennikami zniesienia zakazu handlu są mieszkańcy największych miast (pow.500 tys. mieszkańców) – w tej grupie ponad 60% osób chciałoby, by w niedziele sklepy były otwarte.zakaz handlu zniesienie

Mimo że Polacy na ogół nie są zwolennikami niedzielnego zakazu handlu, wydaje się, że przyzwyczailiśmy się już do jego istnienia i jesteśmy odpowiednio przygotowani do braku możliwości zrobienia zakupów w niedzielę. Blisko połowa badanych Polaków robi zakupy z odpowiednim wyprzedzeniem. Tylko 11% badanych poszukuje sklepów otwartych w niedziele.HMG_zakaz handlu_3

Do braku możliwości zrobienia zakupów w niedzielę trochę lepiej przygotowane są kobiety oraz starsi Polacy – to te grupy częściej deklarują robienie zakupów klika dni wcześniej. Z kolei sklepów otwartych w niedziele częściej poszukują mężczyźni oraz młodsi respondenci – osoby do 34. roku życia.

Zakaz handlu w niedziele nie ograniczył też naszej konsumpcji. Tylko 1/5 badanych Polaków zadeklarowała, że wprowadzenie niedzielnego zakazu handlu sprawiło, że kupuje znacznie mniej. Ograniczenie konsumpcji szczególnie widocznie jest wśród najmłodszych badanych – do 24. roku życia – w tej grupie blisko 30% badanych deklaruje, że przez zakaz handlu kupują mniej.HMG_zakaz handlu_4

Dla części Polaków zakaz handlu wiąże się z szeregiem utrudnień. Ponad 35% badanych Polaków deklaruje, że odczuwa negatywne skutki obowiązywania zakazu handlu. Znaczące utrudnienia spowodowane zakazem handlu deklarują głównie mężczyźni, młodzi Polacy (do 24. r.ż.) oraz mieszkańcy największych miast (pow. 500 tys. mieszkańców) – w tej grupie na negatywne skutki obowiązywania zakazu handlu w niedziele wskazuje ponad 50% osób.HMG_zakaz handlu_5

­– Zakaz handlu obowiązuje od 2018 r., w tym roku poza kilkoma wyjątkami, obejmie już wszystkie niedziele w miesiącu. Nasze badania pokazują, że nastawienie Polaków do zakazu handlu w niedziele nie zmienia się znacząco. Polacy wciąż deklarują, że chcieliby zniesienia zakazu handlu, a nowe zaostrzanie przepisów oceniają negatywnie. Mimo że stopniowo przyzwyczailiśmy się do braku możliwości zakupów w niedziele i planujemy zakupy wcześniej, to dla 1/3 Polaków stanowi on w dalszym ciągu duże utrudnienie – komentuje Anna Ostrowska, Insight Specialist w Havas Media Group.

O badaniu: Badanie zostało przeprowadzone przez Havas Media Group w lutym 2020 r. na ogólnopolskim panelu badawczym wśród 1122 dorosłych Polaków.

Metodologia: CAWI

Wielkość próby: n=1122

Fieldwork: luty 2020

W których branżach pracownicy są naprawdę szczęśliwi?

Nie odczuwają stresu i nie cierpią na bezsenność, bo jako jedni z nielicznych nie muszą bać się automatyzacji. W dodatku zarabiają wystarczająco dużo, by nie martwić się o finanse, a gdy chcą zmienić pracodawcę, poszukiwanie nowego zwykle zajmuje im nie więcej niż kilka tygodni. Czy są branże, w których pracownikom wiedzie się aż tak dobrze? Sprawdź wyniki najnowszego badania!

Obraz przedstawicieli najszczęśliwszych zawodów w Polsce wyłania się z raportu firmy Devire, udostępnionego na zlecenie szkoły programowania online Kodilla.com. Skąd biorą się tak pozytywne deklaracje i czy statystyki są zgodne z realną sytuacją na rynku pracy?

Arbejdsglaede, czyli pracoszczęście

Okazuje się, że dla 50% Polaków najważniejszym aspektem, którym powinien legitymować się idealny pracodawca, jest stabilność finansowa jego firmy. Poza tym powinien dawać możliwość swobodnego działania (48% twierdzących odpowiedzi) oraz być otwartym na inicjatywy i feedback (40%).wykres1

Czy istnieją branże i zawody, w których można to wszystko znaleźć? Tak, i to aż trzy, bo IT, marketing i reklama oraz inżynieria – dowiadujemy się z raportu Devire. To tu pracownicy doświadczają tzw. arbejdsglaede, czyli pracoszczęścia.

Arbejdsglaede to słowo pochodzenia duńskiego, które w 2014 roku zapoczątkowało nowy trend na rynku pracy. Idea z powodzeniem przyjęła się na zachodzie i znajduje coraz więcej sympatyków w Polsce – tłumaczy Michalina Jabłońska-Sprawnik, chief happiness officer w Devire. Jak dodaje, pracownicy ponad połowę swojego czasu spędzają w pracy i to, czy są w niej szczęśliwi znacząco wpływa nie tylko na komfort ich życia, ale i na sytuację firmy, dla której świadczą usługi.

Im większą satysfakcję praca sprawia, tym jej jakość jest po prostu wyższa. Poza tym szczęśliwy pracownik jest bardziej zaangażowany i częściej wychodzi z inicjatywami. Taka osoba jest lojalna i rzadziej myśli o zmianie pracodawcy. W branżach, jak np. IT, w których trudno o specjalistów i które nie tolerują błędów podczas pracy, wymagając precyzji i dokładności, to niezwykle ważne, aby pracownicy byli doceniani, a co za tym idzie i szczęśliwi –  uzupełnia Magdalena Rogóż, ekspertka ds. rynku IT ze szkoły programowania Kodilla.com.wykres2

Szczęście w pracy to dobra kasa? Zależy dla kogo

Arbejd…co? Nigdy nie słyszałam takiego słowa, nawet nie wiem, jak je wymówić – śmieje się Marta, która od 2 lat pracuje w firmie projektującej strony internetowe. Wcześniej studiowała, co nie przyniosło jej większej satysfakcji zawodowej. Najpierw miała być akademia muzyczna, ale się nie dostała. Potem był licencjat na politechnice, z zarządzania. Tam poznała chłopaka, programistę i to on pchnął ją w stronę IT.

Szczęście w pracy to podstawa. O ile zgadza się kasa. Mam 35 lat. Byłam kelnerką, barmanką, sprzedawczynią w sklepie z ciuchami, a potem nawet asystentką prezesa w firmie produkującej betoniarki. Perspektywy słabe, miesięcznie 2800 zł na rękę i straszliwa nuda. A teraz w końcu robię coś, co mnie kręci i co zaczyna przynosić konkretne pieniądze. Jestem po pierwszej podwyżce, ale wiem, że to dopiero początek, bo za rok-dwa będę zarabiać 2 razy tyle, ile wyciągam obecnie.

Marta zajmuje się tworzeniem front-endu w języku JavaScript, a wieczorami uczy się testowania oprogramowania, chcąc podwyższyć swoje kwalifikacje i zyskać wyższą pensję. Dla jej pokolenia (urodzonego w latach 80.-90. XX wieku) , to właśnie wysokość wynagrodzenia jest najważniejsza (aż 72% wskazań w badaniu Devire). Zupełnie odwrotnie jest w przypadku pokolenia Z (18-25 lat). Dla nich stabilność finansowa jest na dalszym planie, a najważniejsza jest możliwość rozwoju zawodowego (70%).

Programiści śpią spokojnie, trochę stresu w marketingu

Bez względu na to, gdzie są zatrudnieni, czy pracują dla korporacji, w małej lub średniej firmie, start-upie czy jako freelancerzy, aż 76% programistów oraz po 74% przedstawicieli pozostałych dwóch branż przyznaje, że obecna praca sprawia im radość. Nieco inaczej wyglądają jednak deklaracje związane z pytaniem: “Czy odczuwasz stres i bezsenność spowodowane pracą?”, na które twierdząco odpowiedziało 27% pracowników IT, 36% inżynierów i aż 47% przedstawicieli marketingu i reklamy.

Tym, co stresuje programistów, z pewnością nie jest lęk związany z utratą posady. Choć niemal połowa z nich (49%) nie szuka aktywnie nowego zajęcia, to aż 93% otrzymało zaproszenie do rekrutacji w ciągu ostatnich 6 miesięcy. Ci, którzy nowej posady szukali, nie poświęcili temu zbyt dużo czasu – aż 36% programistów potrzebowało na to mniej niż miesiąc, a kolejne 35% – mniej niż 3 miesiące.

Chętni do zmiany pracy są za to marketingowcy i inżynierowie – aż 48% przedstawicieli tych branż dziś aktywnie szuka nowego zatrudnienia. Popyt na osoby o ich kompetencjach jest jednak niemały, o czym świadczy choćby fakt, że w ciągu ostatniego pół roku do udziału w procesie rekrutacyjnym zaproszono aż 83% specjalistów od marketingu i reklamy oraz 80% inżynierów. Ze znalezieniem nowej pracy w czasie krótszym niż 3 miesiące nie miało problemu 65% przedstawicieli marketingu i reklamy oraz 51% inżynierów.

Szczęśliwi pracownicy robotyzacji się nie boją

Z prognoz Kodilla.com wynika, że w ciągu najbliższych 5 lat zapotrzebowanie na przedstawicieli niektórych zawodów znacząco zmniejszy się lub zupełnie wygaśnie. Pracę księgowych, kasjerów, telemarketerów, recepcjonistów i pracowników biurowych mają zastąpić maszyny. Postępującej automatyzacji i robotyzacji nie muszą bać się z kolei specjaliści od IT, marketingu, reklamy i inżynierowie, co bez wątpienia ma ogromny wpływ na stopień zadowolenia z wykonywanej pracy.

– Przedstawiciele branży IT, marketingu i reklamy oraz inżynierowie mają bardzo komfortową sytuację na rynku pracy. Mogą liczyć na stabilne zarobki oraz systematyczne podwyżki. Nie grozi im utrata pracy. Co więcej, to oni mogą przebierać w ofertach od rekruterów. Badania to potwierdzają – obaw, że robot może odebrać pracę nie ma 89% programistów, 84% specjalistów od marketingu i reklamy oraz 81% inżynierów – podsumowuje Magdalena Rogóż.

Źródło: Kodilla.com

Czy skacząca inflacja ma znaczenie dla RPP? Podatkiem w gospodarkę

Japonia w objęciach recesji, tydzień pełen protokołów oraz konsternacja po piątkowym odczycie inflacji.

Podatkiem w gospodarkę

Dzisiejszy kalendarz makroekonomiczny prezentuje się wyjątkowo ubogo. Amerykanie (jak i Kanadyjczycy) mają wolne i do handlu wrócą dopiero jutro, reszta rynku widocznie postanowiła to uszanować i nie szarżować ze zmiennością. W tych warunkach na kluczowe wydarzenie dnia wyrósł niespodziewanie odczyt dotyczący japońskiej gospodarki. Ta w ostatnim kwartale 2019 roku skurczyła się o 1,6%. Jest to efekt podwyższenia podatku od sprzedaży, co bezpośrednio uderzyło w konsumpcję, a pośrednio w praktycznie każdy element składowy PKB, z wyjątkiem rządowych wydatków. Annualizowany wynik na poziomie -6,3% można już nazywać małą katastrofą i rosną obawy, czy zapowiedziany w grudniu potężny pakiet stymulacyjny, będzie w stanie zniwelować tę dziurę. Na domiar złego późniejszy odczyt dotyczący produkcji przemysłowej również był grubo pod kreską. Co ciekawe, jen faktycznie traci, jednak nieznacznie, co może mieć związek z amerykańskim świętem.

Co tam w bankach piszczy?

Jak już wszyscy wrócą do handlu, to bieżący tydzień może być co najmniej interesujący. Przede wszystkim poznamy protokoły z posiedzeń najważniejszych banków centralnych. Już w środę swoje minutki opublikuje FED, choć tu akurat powinno obyć się bez większych sensacji. Po ostatnich wypowiedziach oficjeli Rezerwy dało się wyczuć, że czeka nas okres względnej stabilizacji stóp procentowych. Ciekawy może być jedynie fragment dotyczący programu płynnościowego i terminu jego zakończenia. Więcej emocji może wzbudzić protokół z posiedzenia EBC, który zostanie opublikowany w czwartek. Zresztą pod koniec tygodnia odczytów makroekonomicznych będzie na rynku pod dostatkiem.

Sztuka zamykania oczu

Nie milkną echa piątkowego odczytu dotyczącego inflacji w Polsce. Ta po raz kolejny skokowo przyspieszyła, drastycznie wybijając się ponad próg tolerancji NBP. Tyle teoria, bo w praktyce wcale nie zanosi się na zmianę nastawienia RPP. Według prezesa Glapińskiego to przyspieszenie jest oczekiwane i przejściowe, a jego powody są poza domeną działań Rady. Dlatego jej członkowie wierzą, że już niebawem zacznie ona spadać. Ta wiara to marne pocieszenie dla Polaków, którym coraz trudniej bronić oszczędności przed inflacją. Przejadany w coraz większym stopniu jest też wzrost wynagrodzeń.

Złoty dzisiaj wyraźnie traci. Euro z łatwością przebiło poziom 4,25 zł. Dolar sięga nowych maksimów tegorocznych i kosztuje obecnie 3,93 zł. Frank szwajcarski testuje pułap okrągłych 4 zł i wiele wskazuje na to, że uda mu się go sforsować. Drożeje także funt, za który obecnie należy zapłacić 5,11 zł.

Krzysztof Adamczak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Ruszyła nowa odsłona strony skierowanej do pacjentów w badaniach klinicznych

Polacy nadal ze sporą rezerwą przystępują do badań klinicznych, co w dużym stopniu wiąże się z brakiem dostatecznej wiedzy dotyczącej korzyści i ryzyka. Coraz więcej osób poszukuje informacji na ten temat. Odpowiedzią na to zapotrzebowanie jest realizacja  projektu Pacjent w badaniach klinicznych i stworzenie strony internetowej  https://pacjentwbadaniach.abm.gov.pl/, na której można znaleźć wiele materiałów na temat badań klinicznych i odszukać interesujące nas badania w międzynarodowych bazach.

Strona powstała dzięki pomysłowi Urszuli Jaworskiej (Prezes Fundacji Urszuli Jaworskiej) oraz współpracy organizacji pozarządowych, sektora nauki, administracji publicznej oraz branży biotechnologicznej i farmaceutycznej. Strona  stanowi wiarygodne źródło informacji
o badaniach klinicznych oraz wszystkich związanych z nim procedurach. Pacjenci, lekarze oraz organizacje pozarządowe działające na rzecz ochrony zdrowia znajdą tam szczegółowe informacje na temat standardów, procedur i wymagań dotyczących procesu prowadzenia  badań klinicznych, szczegółowe informacje dla pacjenta dotyczące udziału w badaniu klinicznym, historie pacjentów, jak również odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania zaprezentowane w przystępny sposób. Portal powstał po to, by pacjenci, po uzyskaniu wiarygodnych informacji na temat badań klinicznych, w pełni świadomie mogli podejmować decyzje związane z uczestnictwem w badaniu. Rzetelna i pełna informacja o badaniach klinicznych jest dla pacjentów niezmiernie ważna. Pacjenci powinni móc ją otrzymać już na początku diagnozy, tak by mogli świadomie podejmować decyzje jak ma przebiegać ich ścieżka leczenia. Obecnie często badania kliniczne traktowane są jako leczenie ostatniej szansy, może to powodować u pacjentów trudności w ocenie korzyści i ryzyka związanego z badaniami klinicznymi.  Powinniśmy to zmienić – podkreśla Pan Mariusz Błaszczyk – przedstawiciel Fundacji Urszuli Jaworskiej.

Pacjenci bardzo często nie wiedzą, gdzie szukać informacji o prowadzonych badaniach klinicznych. Strona, udostępniona użytkownikom ma za zadnie ułatwić im dostęp do baz informujących o aktualnie prowadzonych badaniach klinicznych. Na stronie można znaleźć informacje na temat serwisów zawierających oficjalne bazy badań klinicznych w różnych fazach realizacji. W przypadku zagranicznych baz badań klinicznych zniknie również problem bariery językowej, ponieważ instrukcje korzystania z nich zostały opisane w języku polskim. Mamy nadzieję, że dzięki zmianom zaproponowanym w projekcie ustawy o badaniach klinicznych, który złożyliśmy w styczniu br. do Ministra Zdrowia, już w przyszłym roku możliwe będzie uruchomienie powszechnie dostępnej bazy badań klinicznych, z której pacjenci będą mogli czerpać informacje o prowadzonych badaniach. Dzięki niej pacjenci z określoną chorobą będą mogli stosunkowo łatwo znaleźć badanie, które ich interesuje i odpowiada ich potrzebom – podsumowuje dr n. med. Radosław Sierpiński – p.o. Prezesa Agencji Badań Medycznych.

Badania w Polsce w ciągu roku rozpoczyna około 30 tys. pacjentów, dla porównania w Wielkiej Brytanii około 300 tys. Niski odsetek udziału pacjentów wynika między innymi z braku wiedzy o prowadzonych badaniach lub obawach związanych z  przystąpieniem do nich. Strona https://pacjentwbadaniach.abm.gov.pl/ ma za zadanie wspierać pacjentów w przypadku wątpliwości i stanowić odpowiedź na pojawiające się pytania dotyczące badań klinicznych.

Chorzy i ich rodziny stale czekają na nowe, coraz skuteczniejsze i bezpieczniejsze terapie. Dzięki badaniom dokonuje się postęp w medycynie, a pacjenci mogą być leczeni innowacyjnymi lekami. Jednak, aby chorzy mieli szansę na skorzystanie z badań klinicznych, muszą rozumieć wszystkie „za i przeciw” – podkreśla Bogna Cichowska-Duma, Dyrektor Generalny Związku Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA

W projekt zaangażowały się wspólnie instytucje publiczne i prywatne: Ministerstwo Zdrowia, Agencja Badań Medycznych, Fundacja Urszuli Jaworskiej, Związek Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA, Stowarzyszenie Na Rzecz Dobrej Praktyki Badań Klinicznych w Polsce GCPpl, Polski Związek Pracodawców Firm Prowadzących Badania Kliniczne na Zlecenie POLCRO, Polska Unia Organizacji Pacjentów „Obywatele dla Zdrowia”, Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych, Polski Związek Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego PZPPF oraz Instytut „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka”.

Mamy nadzieję, że strona https://pacjentwbadaniach.abm.gov.pl/ ułatwi pacjentom poruszanie się w obszarze tematyki  badań klinicznych, jak również  umożliwi dostęp do aktualnej wiedzy na ten temat.

Zapowiada się spokojny dzień

Rynki spokojnie podchodzą do kolejnych doniesień dotyczących ekspansji epidemii koronawirusa, a nowe działania płynnościowe chińskiego banku centralnego pomagają tonować obawy. Indeksy w Europie zaczynają od umiarkowanych wzrostów, rynek walutowy pozostaje stabilny. Z powodu święta w USA zapowiada się spokojny dzień.

Pusty kalendarz makro na dziś dodatkowo sugeruje senny przebieg handlu w kolejnych godzinach. Jedyny istotny odczyt dnia jest już za nami, który jednak pozostawił po sobie ślad. W czwartym kwartale PKB Japonii skurczyło się aż o 6,3 proc. w ujęciu zannualizowanym. Spadek był spodziewany, ale dużo mniejszy, bo o 3,8 proc. Podwyżka podatku konsumpcyjnego w październiku okazała się mieć dużo większy negatywny efekt na prywatną konsumpcję, inwestycje mieszkaniowe i inwestycje w aktywa trwałe. Dodatkowo słabość gospodarki przejawiła się jeszcze przed nałożeniem podatku – dane za III kw. zrewidowano w dół do 0,5 proc. z 1,8 proc. Biorąc pod uwagę, że na początku 2020 r. gospodarka odczuje negatywne efekty epidemii koronawirusa, Japonia prawdopodobnie wejdzie w techniczną recesję. Inwestorzy zareagowali na ponure informacje wyprzedażą na tokijskiej giełdzie (Nikkei225 spadł o 0,69 proc.), ale po jenie nie widać przeceny. A to dlatego, że mało kto zakłada, aby Bank Japonii miał w swoim arsenale cokolwiek więcej do wykorzystania. BoJ już jest najbardziej ekspansywnym bankiem centralnym z ujemnymi stopami procentowymi, skupem obligacji skarbowych i pompowaniem pieniędzy w krajowy rynek akcji. Zadanie wsparcia gospodarki leży po stronie rządu, który już planuje obszerny pakiet gospodarczy. Ale to nie coś, co aktualnie pokieruje jenem. Wciąż dominujące jest znaczenie JPY jako bezpiecznie przystani. Jeśli nastroje rynkowe ponownie ulegną pogorszeniu, jen będzie mocny.

Doniesienia o spowalniającym tempie przyrostu nowych przypadków zachorowań w Chinach pomaga złagodzić obawy, ale ukazanie ekonomicznych skutków epidemii może przyczynić się do powrotu nerwowości. W kolejnych dniach uważnie obserwowane będą indeksy koniunktury. W USA odczyty indeksów PMI (pt) będą pierwszą wskazówką, czy epidemia zachwiała obraz solidnego ożywienia. Większy test dotyczyć będzie strefy euro, biorąc pod uwagę jak silnie traci ostatnio EUR w związku z porzucaniem nadziei na odbicie gospodarki. We wtorek poznamy niemiecki ZEW, a w piątek – PMI. W Wielkiej Brytanii raport z rynku pracy (wt) jeszcze nie w pełni uwzględni powyborczą euforię, tak w indeksach PMI (pt) będzie poszukiwane podtrzymanie optymizmu przedsiębiorców. Po rajdzie GBP w reakcji na zmianę kanclerza skarbu sądzimy, że teraz waluta jest bardziej wrażliwa na cofnięcie. Sporo danych z Polski (najważniejsza produkcja przemysłowa w czwartek), ale nie spodziewamy się wyraźnego wpływu odczytów na złotego. Na EUR/PLN od strony taktycznej widzimy wzrost ryzyka na powrót osłabienia złotego.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Polaków najbardziej frustrują rosnące ceny, hejt i mowa nienawiści w mediach

Co najbardziej frustruje Polaków? Podwyżki frustrują połowę rodaków, a na drugą pozycję najbardziej irytujących spraw przesunęły się niskie zarobki, które w zeszłym roku denerwowały najbardziej – wynika z badania zleconego przez Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor. Na kolejnych miejscach listy frustracji znalazła się też perspektywa niskiej emerytury, dalej negatywne informacje w mediach, które nieznacznie wyprzedziły nawet nienajlepszy stan zdrowia. Powodów do narzekań nie widzi jedynie co dwudziesty badany.

Jeszcze rok temu jako przyczynę największej frustracji 40 proc. badanych wskazywało zbyt niskie zarobki. Dziś niezadowalające płace wciąż denerwują, ale już mniejszą część osób, bo 35 proc. Na pierwszy plan wysunął się wzrost cen produktów i usług, który drażni co drugą osobę – wynika z badania przeprowadzonego przez Quality Watch dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Według wstępnych danych GUS, przy celu na poziomie 2,5 proc., inflacja wzrosła w styczniu 2020 w ujęciu rocznym o 4,4 proc. Głównie za sprawą cen żywności, która zdrożała w ciągu dwunastu miesięcy o 6,7 proc. To utrzymująca się tendencja, jeszcze w ubiegłym roku w niektórych przypadkach jak np. mięsa wieprzowego czy cukru wzrosły to ponad 20 proc. Jeśli mogłoby to być dla kogokolwiek pocieszające to według Eurostatu w UE, bardziej niż w Polsce inflacja w ostatnim czasie wzrosła na Węgrzech, w Rumunii, w Czechach na Słowacji i w Bułgarii, ale już w pozostałych krajach UE zmiany były mniej zauważalne.

Inflacja zagrożeniem dla budżetu

Niestety, w najbliższych miesiącach można spodziewać się kolejnych podwyżek. Nadal mogą drożeć nie tylko produkty spożywcze czy używki, ale także opłaty za prąd czy wywóz śmieci.[1] Ceny podniesie m.in. wzrost akcyzy na tytoń, a także podatek cukrowy oraz wyższy koszt energii elektrycznej. – Kumulacja w czasie różnego rodzaju podwyżek stała się tematem licznych medialnych doniesień, a także rozmów towarzyskich i rodzinnych. Stąd zapewne pierwsze miejsce na liście denerwujących spraw. Szczególnie, że wzrost kosztów życia to nienajlepsza prognoza dla domowych budżetów. Zamiast planować ekstra wydatki, trzeba będzie rozważniej dysponować pieniędzmi na bieżące niezbędne potrzeby. Osobom, którym już dzisiaj kilka razy w miesiącu brakuje pieniędzy na opłacanie bieżących rachunków czy rat kredytów – co 12. badany – z czasem może przybyć kłopotów – mówi Sławomir Grzelczak, Prezes BIG InfoMonitor. – O tym, że nawet w sprzyjających gospodarczo warunkach unikanie problemów finansowych nie jest łatwe, najlepiej widać to po Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor. W ostatnich 12 miesiącach liczba niesolidnych dłużników przyrastała miesięcznie średnio o ok. 5 tys. osób. Obecnie w BIG InfoMonitor widnieje ponad 2,2 mln osób z zaległościami przekraczającymi 42 mld zł – dodaje.

Płace wciąż solą w oku 35 proc. badanych, ale denerwują też media

Mimo podwyżki płac w przedsiębiorstwach zatrudniających co najmniej 9 osób, przekraczającej w 2019 r. nominalnie 6 proc. – z 5 275 zł na 5604 zł, a także wzrostów płac w wielu innych miejscach zatrudnienia (dane o wysokości płac w gospodarce narodowej, czyli dla osób zatrudnionych na etatach GUS poda w połowie lutego) niskie wynagrodzenia nadal frustrują co trzeciego Polaka. Niezadowolonych z zarobków w porównaniu z wypowiedziami sprzed roku ubyło, ale wciąż jest to duża grupa osób. Odsetek rozczarowanych jest dokładnie taki sam jak udział respondentów mówiących, że mają problemy z regulowaniem rat kredytów i bieżących rachunków: co najmniej kilka razy w miesiącu, raz w miesiąc oraz raz na kilka miesięcy. Osoby te w wyższych wynagrodzeniach najwyraźniej upatrują rozwiązania swoich kłopotów finansowych.

Jaki temat potrafi jeszcze zepsuć nastrój? Perspektywa niskiej emerytury – martwi się nią blisko co trzeci badany. Powody są, ZUS wskazuje, że o ile dzisiaj stopa zastąpienia wypłacana na emeryturze wynosi około 56 proc., w 2040 r. może spaść poniżej 40 proc, a w 2060 r. poniżej 30 proc.[2]

Tuż za podium frustrujących spraw, za trzema poważnymi kwestiami finansowymi znalazły się… negatywne informacje przekazywane w mediach. Ma ich dość aż jedna czwarta badanych. Przygnębiające newsy nieznacznie wyprzedziły nawet słabe zdrowie i wydatki na leczenie.

co budzi frustracje
Źródło: Quality Watch dla BIG InfoMonitor

Stresująca kradzież tożsamości

W wynikach badania uwagę zwraca całkiem spory odsetek osób obawiających się kradzieży danych osobowych. Przykładów wycieków danych jest coraz więcej, a konsekwencją co już każdy niejednokrotnie wśród negatywnych informacji medialnych zdążył zobaczyć, jest później zaciąganie pożyczki, kredytu, czy też zakup telefonu przez złodzieja cudzej tożsamości. Raty czy rachunki obciążają jednak konto osoby, której dane zostały wykorzystane. Myśl o takiej ewentualności potrafi frustrować już co dziewiątego badanego. Ale o ile zahamować inflację czy też załatwić podwyżkę nie jest łatwo, to na tę akurat frustrację istnieje stosunkowo łatwy sposób. Informacje o próbie uzyskania kredytu można dostawać SMSem. Podobnie jak o sprawdzeniach w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor, gdzie potencjalnych klientów, zanim zaoferują im usługi czy produkt weryfikują firmy pożyczkowe, telekomy i wiele innych firm. SMS o sprawdzeniu przez firmę w której nie byliśmy to czerwona lampka, alert o próbie wyłudzenia. Informacja w czasie rzeczywistym, że coś dzieje się poza nami pozwala szybko interweniować i ustrzec się długotrwałych kłopotów. Usługę pod nazwą Alerty BIK za 24 zł rocznie oferuje Biuro Informacji Kredytowej.

Problemy zmieniają się z wiekiem, myślenie o urodzie zastępują problemy ze zdrowiem

Ciekawie prezentują się różnice odpowiedzi w zależności od wieku badanych. O ile w grupie osób do 35 lat również na pierwszej pozycji jest wzrost cen, a następnie zbyt niskie zarobki, to dalej pojawia się brak wolnego czasu. Tuż za nim, obok perspektywy niskiej emerytury irytuje niezadowalający wygląd.

frustracje polaków
Źródło: Quality Watch dla BIG InfoMonitor

Tymczasem u respondentów w wieku co najmniej 35 lat, w pierwszej piątce spraw psujących nastrój, w miejsce niezadowalającego wyglądu i braku wolnego czasu dla najbliższych, weszły negatywne doniesienia medialne i słabe zdrowie. Rzadziej też martwią niskie zarobki, bo te wraz ze stażem już nieco zyskały. Wizja świadczeń, po zakończeniu aktywności zawodowej przygnębia jednak prawie czterech na 10 badanych podczas gdy przed 35 rokiem życia jedynie dwóch.

co irytuje polaków
Źródło: Quality Watch dla BIG InfoMonitor
Badanie zrealizowane na zlecenie BIG InfoMonitor przez Quality Watch, techniką wywiadów internetowych (CAWI) wspomaganych komputerowo na reprezentatywnej próbie 1017 dorosłych mieszkańców Polski, grudzień 2019
[1] https://biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/1449597,wzrost-cen-a-spowolnienie-gospodarcze.html
[2] https://businessinsider.com.pl/twoje-pieniadze/emerytury/emerytury-w-polsce-w-przyszlych-latach-prezes-zus-kresli-czarny-scenariusz/5fwl2z1

Do 5 marca trwa nabór wniosków w konkursie PowerUp! Challenge

Innowacyjne firmy mogą zdobyć finansowanie i rozwinąć skrzydła w konkursie PowerUp! Challenge. Chętni wciąż mają czas na złożenie wniosku. Organizator konkursu, fundusz InnoEnergy, poszukuje najlepszych startupów, scaleupów oraz małych i średnich przedsiębiorstw z Europy Środkowo-Wschodniej.

  • InnoEnergy, fundusz wspierany przez Europejski Instytut Innowacji i Technologii (EIT), zapewnia innowacyjnym firmom finansowanie, know-how i dostęp do sieci renomowanych partnerów biznesowych.
  • Startupy, które wezmą udział w PowerUp! Chellanege walczyć będą o tytuł Startupu Roku, a także o dostęp do finansowania i atrakcyjne nagrody ufundowane przez partnerów branżowych.
  • Nabór wniosków trwa do 5 marca i odbywa się poprzez stronę powerup.innoenergy.com

Z inicjatywy mogą skorzystać przedsiębiorstwa na dowolnym etapie rozwoju. Uczestnicy mają szansę zyskać dostęp do unikatowej oferty europejskiego funduszu InnoEnergy. Firma pomaga przedsiębiorcom realizować ich innowacyjne pomysły wspierając podczas wejścia na rynek, rozszerzania skali działalności czy ekspansji na rynki globalne. Przedsiębiorstwa zainteresowane dołączeniem do ekskluzywnego ekosystemu InnoEnergy powinny złożyć wniosek online na stronie https://powerup.innoenergy.com do 5 marca 2020.

– Uczestnicy mają szansę otrzymać pomoc naszego profesjonalnego zespołu w zamienianiu swoich pomysłów w dochodowy biznes. Mogą liczyć także na wsparcie w ekspansji zagranicznej. Główne obszary tematyczne konkursu to energetyka, mobilność, czyste technologie i inteligentne miasta, ale wielomilionowe dofinansowanie i atrakcyjne nagrody ufundowane przez partnerów branżowych mają szansę uzyskać wszelkie niekonwencjonalne pomysły. – mówi Jakub Miler, dyrektor generalny InnoEnergy Central Europe.

W ciągu ostatnich 5 lat trwania programu InnoEnergy wsparło około 200 przedsięwzięć, z których 121 już skomercjalizowało swoje rozwiązania, a 42 złożyło wnioski patentowe. Przykładem polskiego startupu, który w 2019 otrzymał wsparcie InnoEnergy jest firma Wheelme, oferująca aplikację zestawiającą oferty firm z obszaru shared mobility na jednej mapie.

Startupy, które zgłoszą się do PowerUp! Challenge wezmą także udział w rywalizacji o tytuł polskiego Startupu Roku. Zwycięzcy konkursów krajowych będą konkurować ze sobą w Wielkim Finale podczas impact’20 – największej konferencji ekonomicznej w Europie Środkowo-Wschodniej. Najlepsze startupy otrzymają nagrody pieniężne (pierwsze miejsce: 50 tys. euro), zaś wszyscy finaliści będą mieli możliwość zaprezentować swoje pomysły przed przedstawicielami największych firm przemysłowych i funduszy venture capital. Najlepsze projekty mogą liczyć również na nagrody ufundowane przez partnerów konkursu, wśród których jest m.in. firma Amazon Web Services. Dla wybranych uczestników globalna marka przekazała dostęp do usług AWS Activate w wysokości 100 000 euro.

Wnioski o uczestnictwo w PowerUp! Challenge należy składać do 5 marca 2020 za pośrednictwem strony: https://powerup.innoenergy.com 

W Europie brakuje miodu. Skala fałszowania tego produktu jest coraz większa

Europejscy konsumenci odczuwają niedobór miodu na rynku, ale pszczelarze nie są w stanie dostarczyć wystarczającej ilości tego produktu. Podobnie jest w Polsce, gdzie jest mało pasiek profesjonalnych, a liczba rodzin pszczelich rośnie zbyt wolno. Problemy i uwarunkowania branży sprawiają, że na sklepowe półki trafia miód importowany m.in. z Ukrainy i Chin. Rośnie też skala zjawiska fałszowania tego produktu.

Produkcja miodu w Europie nie zaspokaja potrzeb konsumentów. Największymi dostawcami na rynki unijne są Polska, Niemcy i Szwecja, ale zaczyna na nich przeważać miód z importu, głównie z Ukrainy i Chin.

Obecnie 60 proc. miodu używanego w Unii Europejskiej pochodzi spoza Unii – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Janek z Honey Revolution. – Mimo że nie chcielibyśmy go importować, to nie mamy wyjścia, bo kraje unijne nie produkują wystarczającej ilości miodu, a powodem jest wymieranie pszczół. Przyczyn jest wiele – pestycydy, ograniczenie naturalnego habitatu oraz monokultura rolnicza.

Habitat – określany często jako adres ekologiczny – to zestaw specyficznych warunków siedliska właściwych dla określonych gatunków. W przypadku pszczół naturalny habitat jest ograniczany przez działalność człowieka, w tym stosowanie monokultur w uprawach rolniczych.

Jeśli na określonym obszarze rośnie wyłącznie rzepak, to w momencie jego kwitnienia pszczoły mają bardzo dużo pokarmu, a po przekwitnięciu tracą źródło pożywienia, co prowadzi do osłabienia kolonii i śmierci pszczół – tłumaczy Wojciech Janek. – Jest wiele powodów cywilizacyjnych, które tworzą nieprzyjazne warunki dla pszczół.

Instytut Ogrodnictwa Zakład Pszczelnictwa w Puławach w opracowaniu z 2018 roku podaje, że w Polsce jest około 1,63 mln rodzin pszczelich, o ok. 5,2 proc. więcej niż rok wcześniej. Najwięcej rodzin znajduje się na terenie województwa lubelskiego (12 proc.). Przeciętnie na 1 km2 powierzchni kraju przypada 5,2 rodzin pszczelich. Ich największe zagęszczenie występuje w województwie małopolskim, a najmniejsze w województwie podlaskim.

– Pszczelarze są bardzo rozproszeni. Średnia wielkość pasieki w Polsce to 22 ule, w Niemczech jest nawet gorzej, bo tylko siedem uli. To są małe przychody, taki side business, jak mówią Amerykanie. Przez to nie jest to gałąź rolnictwa, w którą się inwestuje, jest to raczej branża hobbystyczna i skrajnie nieefektywna – mówi Wojciech Janek.

W Polsce działa ponad 76 tys. pszczelarzy. Przeciętna obsada pasieki to 22 rodziny pszczele. Największe gospodarstwa pszczelarskie funkcjonują na Warmii i Mazurach (około 39 rodzin), a najmniejsze (poniżej 13 rodzin) na Śląsku. Dominują pasieki liczące od 11 do 20 pni (28,9 proc.), a najliczniej reprezentowane są pasieki liczące od 21 do 50 rodzin (38,1 proc.). Pasieki powyżej 80 rodzin stanowią tylko 2 proc ogółu (12,3 proc. wszystkich rodzin pszczelich).

Tylko ok. 470 pasiek w Polsce posiada obsadę powyżej 150 rodzin pszczelich i uznawanych jest za zawodowe, ok. 120 z nich ma ponad 300 rodzin pszczelich. Najwięcej znajduje się w województwie warmińsko-mazurskim, a najmniej w województwie podlaskim.

– Te wszystkie czynniki powodują, że mamy do czynienia ze zjawiskiem fałszowania miodu na ogromną skalę. Można zaryzykować stwierdzenie, że fałszowanie miodu jest obecnie większym biznesem niż handel kokainą. W dodatku jest to również biznes w niewielkim stopniu penalizowany w porównaniu z narkotykami. Nawet jeśli mówi się w mediach o tym, że złapano fałszerzy miodu, to policja nie wyprowadza ich w kajdankach. Dlatego ten problem jest ogromny, bo na stoły trafia miód importowany, który nie spełnia żadnych norm, a ponadto spożywamy produkt, który tak naprawdę nie jest miodem – zaznacza przedstawiciel Honey Revolution, firmy, która opracowała system optymalizujący produkcję miodu i dający konsumentowi pewność jego pochodzenia.

Fałszowanie miodu może dotyczyć m.in. sposobu jego produkcji, np. kiedy pszczoły są dokarmiane sacharozą, a do gotowego wyrobu dodawane są syropy glukozowo-fruktozowe. Producenci czasem podają również nieprawdziwe informacje na etykietach, np. dotyczące pochodzenia miodu. Jednak, jak podkreśla Wojciech Janek, rośnie świadomość konsumentów w tym zakresie. Miód staje się produktem luksusowym, za który konsumenci będą skłonni zapłacić więcej, aby mieć pewność, że nabywają produkt wysokiej jakości.

Obecnie miód, który trafia na półki sklepowe, jest opisywany jako mieszanka miodów z krajów Unii Europejskiej i spoza Unii, ale nie ma nawet udziału procentowego – dodaje Wojciech Janek. – To powinno się zmienić, bo nieznajomość pochodzenia powoduje u konsumentów pewien niepokój dotyczący jakości produktu.

Eksperci Głównego Inspektoratu Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych podkreślają, że miody są importowane na dużą skalę z Azji i Ameryki Łacińskiej lub innych regionów Europy. Są one zwykle tańsze od wyrobów krajowych, ale też ich walory jakościowe są gorsze.

Allegro zainwestuje w tym roku 1 mld zł w rozwój platformy. 200 mln ofert i 20 proc. więcej sprzedawców do końca roku

– Przygotowaliśmy na ten rok długą listę innowacji – zapowiada François Nuyts, prezes Allegro. W tym roku ulubiony serwis e-zakupów Polaków​ zainwestuje w rozwój swojej platformy e-commerce’owej 1 mld zł. Skupi się głównie na ulepszeniach w obszarze dostaw i rozwoju usługi Allegro Smart!. Zaproponuje także lepszą wyszukiwarkę opartą na sztucznej inteligencji, uczeniu maszynowym i bardziej spersonalizowanych ofertach. Dla sprzedawców pojawią się nowe narzędzia, które ułatwią im rozpoczęcie biznesu i obniżenie jego kosztów. Dzięki temu liczba profesjonalnych sprzedawców w tym roku ma się zwiększyć o 20 proc., a liczba ofert wzrosnąć do 200 mln na koniec roku.

 W tym roku czeka nas jeszcze większe przyspieszenie na rynku e-commerce. Świetnie odnajdujemy się w obecnej sytuacji gospodarczej, co zawdzięczamy dużej aktywności zarówno konsumentów, jak i sprzedających – mówi agencji Newseria Biznes François Nuyts, prezes zarządu Allegro. – W ubiegłym roku zainwestowaliśmy 700 mln zł w cały ekosystem Allegro. W tym zamierzamy zainwestować 1 mld zł, żeby uczynić platformę jeszcze lepszym miejscem dla konsumentów i sprzedających. Przygotowaliśmy na ten rok długą listę innowacji. 

Polska jest jednym z najszybciej rosnących rynków internetowego handlu. Według danych Gemiusa w ubiegłym roku jego dynamika wyniosła 18 proc. wobec 15 proc. rok wcześniej. Zakupy w sieci robi już 62 proc. Polaków. Potencjał do rozwoju wciąż jest duży, bo udział e-commerce w branży handlu detalicznego wynosi w Polsce 6,7 proc., podczas gdy na bardziej rozwiniętych rynkach Europy Zachodniej sięga 9,9 proc., a w Wielkiej Brytanii – 17 proc.

Jednym z gigantów polskiego rynku jest Allegro, odwiedzane co miesiąc średnio przez 18 mln klientów. Do najbardziej popularnych i najszybciej rosnących kategorii na platformie należą Supermarket (wzrost o 50 proc. r/r), Dom i Ogród oraz Zdrowie i Uroda (obie wzrosły o 32 proc.). Wyszukiwarka Allegro przetwarza 1,6 tys. zapytań na sekundę, a według badań IRCenter z ubiegłego roku („Ścieżki zakupowe on-line w Polsce”) większość internautów od niej właśnie zaczyna wyszukiwanie produktów i zakupy w sieci.

– Liczba klientów rośnie z każdym rokiem, a przepis na to jest względnie prosty. Po pierwsze, trzeba dawać im coraz większe możliwości wyboru, a my będziemy mieć niedługo 200 tys. ofert dziennie. Po drugie, trzeba też dbać o to, żeby ceny zawsze były konkurencyjne, nie tylko podczas promocyjnych tygodni, ale i na co dzień. Niezależnie od dnia klient powinien znaleźć na Allegro najlepszą cenę. Po trzecie, cały proces zakupu musi być przewidywalny, a kupione produkty powinny jak najszybciej trafiać do klientów. Udaje nam się realizować te założenia, dlatego mamy coraz więcej klientów – mówi François Nuyts.

Mocny akcent Allegro postawi na rozwój usługi Smart! Umożliwia ona bezpłatną dostawę do ponad 20 tys. punktów odbioru w całej Polsce, a od zeszłego roku również dostawę kurierem. Jest dostępna w ponad 70 mln ofert, a dzięki jej wprowadzeniu – według wyliczeń Allegro – klienci zaoszczędzili już ok. 500 mln zł na kosztach dostawy. Rekordzista wydał na ten cel o 90 tys. zł mniej.

 Chcemy, żeby ta usługa była jeszcze prostsza w obsłudze, szybsza, przystępniejsza cenowo i bardziej niezawodna, co z kolei przełoży się na satysfakcję klientów. A zadowolony klient wraca – podkreśla François Nuyts.

Z wyliczeń Allegro wynika, że sprzedawcy, którzy udostępnili w swoich ofertach Allegro Smart!, odnotowali z kolei wzrost liczby transakcji średnio o 37 proc. W tym roku platforma wprowadzi dla nich nowe narzędzia ułatwiające zarządzanie dostawami. Będą oni mogli również skorzystać z umów z operatorami logistycznymi i obniżyć koszty wysyłki.

Allegro skupi się w tym roku także na innych ulepszeniach w obszarze dostaw: rozbuduje sieć punktów odbioru, umożliwi klientom śledzenie zakupów na każdym etapie dostawy i wprowadzi zautomatyzowany proces zwrotu zakupionych towarów.

– Polacy, podobnie zresztą jak klienci z innych państw, są bardzo wrażliwi na cenę. Każdy chce mieć pewność, że zarobione pieniądze wydaje właściwie i nie przepłaca. Dlatego Allegro bardzo dba o konkurencyjność cen, ale też stara się pomagać konsumentom w zakupie droższych produktów dzięki rozwiązaniom umożliwiającym późniejszą zapłatę czy rozłożenie na raty – mówi François Nuyts.

Na platformie jest zarejestrowanych ponad 140 tys. profesjonalnych sprzedawców i ta liczba stale rośnie – w ubiegłym roku blisko 20 tys. nowych sprzedawców zdecydowało się otworzyć konta firmowe. Z kolei liczba opublikowanych ofert wzrosła aż o 40 proc. – do 130 mln, co oznacza niemal 100 tys. nowych ofert dziennie. Cele, które Allegro chce osiągnąć w tym roku, to wzrost liczby sprzedających o 20 proc. i 200 tys. nowych ofert na platformie dziennie, co przełoży się na ok. 200 mln ofert na koniec roku. Ma się do tego przyczynić wprowadzenie nowych narzędzi sprzedażowych, jak i rozwój ekosystemu, który pozwala łatwo dołączyć do platformy i wystawiać przedmioty za darmo w niemal wszystkich kategoriach.

W ubiegłym roku najbardziej aktywni na Allegro sprzedawcy zwiększyli sprzedaż o 118 proc., a 80 nowym firmom udało się osiągnąć wartość sprzedaży na poziomie 1 mln zł w niecałe 12 miesięcy.

– Nie oglądamy się na konkurencję, skupiamy się na polskich konsumentach i sprzedających. W tym celu ciągle zatrudniamy nowe osoby – pracuje dla nas już 2 tys. osób, z których 500 dołączyło w ostatnim czasie. Każdego dnia wsłuchują się w uwagi od klientów i sprzedających, żeby usprawniać platformę. Jeśli nam się to udaje, klienci i sprzedawcy są zadowoleni, a my rozwijamy się dalej – mówi prezes Allegro.

Do zespołu technologii Allegro dołączy w tym roku 250 nowych inżynierów, wielu z doświadczeniem w obszarze sztucznej inteligencji i machine learning. Będą m.in. rozwijać wyszukiwarkę na platformie, opierając się na wyszukiwanych hasłach i metodach wyszukiwania (np. czy klient szuka określonego produktu, czy po prostu przegląda Allegro w poszukiwaniu inspiracji), oraz dostarczać dane o interakcjach klientów dokonujących zakupów. Dzięki temu będą oni otrzymywać trafniejsze wyniki wyszukiwania, spersonalizowane rekomendacje czy dodatkowe sugestie.

2019 kolejnym rekordowym rokiem pod względem wolumenu transakcji inwestycyjnych na krajowym rynku nieruchomości

Miniony rok był rekordowy pod względem wolumenu transakcji inwestycyjnych na krajowym rynku nieruchomości – wynika z raportu BNP Paribas Real Estate Poland. Osiągnięta wartość 7,65 mld euro jest o 6% wyższa niż rok wcześniej. Intensywne wzrosty to efekt dobrej dostępności różnych klas aktywów, co w połączeniu z wysokim popytem inwestorów oraz atrakcyjnymi stopami zwrotu stymulowało rynek do dalszego rozwoju.

Obszar Europy Środkowo-Wschodniej charakteryzował się w zeszłym roku dużą dostępnością kapitału. Jak przekonują eksperci z BNP Paribas Real Estate Poland, inwestorzy wykazywali zainteresowanie szerokim spektrum aktywów we wszystkich sektorach – od najwyższej klasy nieruchomości po starsze budynki klasy średniej, o znaczącym potencjale wzrostu. W efekcie, w minionym roku w Polsce zrealizowano łącznie około 170 transakcji (pojedynczych i portfelowych) – o ponad 50% więcej niż w 2018 roku. Większość kapitału pochodziła z krajów europejskich, głównie z Wielkiej Brytanii i Niemiec. Systematycznie rośnie znaczenie inwestorów z Azji, którzy w zeszłym roku wygenerowali blisko 20% całego, wypracowanego wolumenu transakcyjnego. Zazwyczaj poszukiwali oni bezpiecznych aktywów z długoterminowymi umowami najmu, które zapewniają stabilny zwrot z inwestycji.

Biura najbardziej pożądane, Warszawa dominuje

W raportowanym okresie połowa całkowitego wolumenu inwestycji – ponad 3,8 mld euro – pochodziła z segmentu aktywów biurowych, gdzie zrealizowano blisko 70 transakcji – zarówno pojedynczych, jak i portfelowych, obejmujących prawie 100 budynków o łącznej powierzchni ponad 1,4 mln m kw. Warszawa odpowiadała za około 60% całego wolumenu, co dało ponad 2,4 miliarda euro. Do największych transakcji w stolicy zalicza się nabycie: Warsaw Spire A przez Immofinanz za 386 mln euro, Warsaw Financial Center przez CPI PG za 275 ml euro oraz Eurocentrum Office Complex również przez CPI PG – za 255 mln euro. Inwestorzy spoglądali także w kierunku rynków regionalnych.

Inwestorzy spoglądali także w kierunku rynków regionalnych. – Liderami pod względem wielkości aktywów są Kraków i Wrocław, ale również inne lokalizacje stały się obiektem zainteresowania inwestorów. Na rynkach regionalnych największe wolumeny generowały transakcje nabycia biurowców: Argon w Gdańsku przez ISOC Holding, Nowego Rynku w Poznaniu przez Franklin Templeton Investments, Business Garden we Wrocławiu przez ISOC Holding czy obsługiwana przez nas transakcja zakupu przez Globalworth kompleksu Podium Park w Krakowie – dr Piotr Goździewicz, Dyrektor, Dział Rynki Kapitałowe w BNP Paribas Real Estate Poland

Zainteresowanie sektorem handlowym mniejsze, ale nadal są chętni

W 2019 roku sektor nieruchomości handlowych wygenerował ponad ¼ wartości wszystkich transakcji (26%) – 1,9 mld euro. Wynik ten jest co prawda niższy niż w rekordowym 2018 roku, ale zdecydowanie lepszy od prognoz ekspertów, którzy biorąc pod uwagę globalne trendy przewidywali wstrzymanie się inwestorów od zakupów aktywów handlowych. W kręgu zainteresowań inwestorów znajdowały się obiekty handlowe różnych klas, o solidnych podstawach, gwarantujące stabilny zwrot z inwestycji. Popyt dotyczył również aktywów w regionie.

Znaczący udział w całym wolumenie transakcji w tym segmencie dotyczył nieruchomości handlowych będących przedmiotem repozycjonowania. Odświeżenie oferty czy poszerzenie zestawu najemców o nowe marki handlowe, operatorów usług czy element rozrywkowy pozwala zwiększyć wartość danego obiektu. Jedną z ważniejszych transakcji ubiegłego roku w tym sektorze było przejęcie przez Cromwell Property Group wszystkich udziałów inwestorów zewnętrznych w Cromwell Polish Retail Fund, obejmującym siedem centrów handlowych. – Mateusz Skubiszewski, Dyrektor zarządzający działem Rynki Kapitałowe w BNP Paribas Real Estate Poland

Duży popyt na aktywa przemysłowe

Apetyt inwestorów na nieruchomości przemysłowe i logistyczne w 2019 r. utrzymał się na wysokim poziomie. Dostępność aktywów w tym segmencie była jednak mniejsza niż w latach poprzednich, co przełożyło się na niższy wolumen transakcji, wynoszący około 1,45 mld euro. Największe zainteresowanie wzbudzały obiekty przeznaczone do obsługi operatorów e-commerce, gdzie ceny aktywów dochodziły do rekordowych, nieobserwowanych wcześniej poziomów.

Wschodzące gwiazdy na rynku inwestycyjnym

Warto wspomnieć, że w wolumenie transakcji inwestycyjnych jakie miały miejsce w 2019 udział odnotowały nowe segmenty nieruchomości. Pierwszy z nich to projekty mieszkań na wynajem i platformy najmu instytucjonalnego jakie są obecnie tworzone. Drugi to platformy prywatnych domów studenckich. Projekty mieszkań na wynajem obecnie realizują między innymi takie firmy jak Echo Investment (platforma Resi4Rent) czy Golub GetHouse, który w 2019 roku stworzył markę Inspirentals. W 2019 zawarto zaledwie kilka transakcji w segmencie najmu instytucjonalnego. Jedną z nich była transakcja funduszu Catella European Residential Fund, który w Krakowie kupił od firmy Hines za 20 mln EUR projekt złożony z mieszkań na wynajem i domu studenckiego. Rynek prywatnych domów studenckich mierzy się obecnie z ograniczoną liczbą tego typu produktów inwestycyjnych. Dlatego też liczba transakcji pomimo dużego zainteresowania inwestorów jest niewielka.

W 2019 r. Kajima Student Housing i Griffin RE zakupiły za około 60 milionów EUR od Oaktree Capital Management platformę prywatnych domów studenckich Student Depot. Należy oczekiwać, iż kolejne transakcje zarówno w segmencie mieszkań na wynajem jak i domów studenckich pojawią się niebawem na horyzoncie – Anna Baran, Dyrektor, Dział Rynki Kapitałowe w BNP Paribas Real Estate Poland

Stopy kapitalizacji na stałym poziomie

W czwartym kwartale zeszłego roku stopy kapitalizacji w sektorze biurowym i handlowym utrzymywały się na stałym poziomie. – W przypadku najlepszej klasy aktywów biurowych, w Warszawie wskaźnik ten oscylował wokół 4,50%, podczas gdy na głównych rynkach regionalnych wynosił od 5,50% do 6,00%. Stopa kapitalizacji w przypadku najwyższej klasy aktywów handlowych może oscylować od 4,25% w Warszawie do ok. 5,00% na innych, głównych rynkach – Patrycja Dzikowska, Dyrektor Działu Analiz i Badań Rynkowych z BNP Paribas Real Estate Poland

Silny popyt inwestorów na aktywa w segmencie logistyczno-przemysłowym, zwłaszcza ze strony kapitału pochodzenia azjatyckiego, przyniósł dalszą kompresję stopy kapitalizacji o ok. 25 punktów bazowych. Na koniec 2019 r. dla tradycyjnych nieruchomości z tego sektora utrzymywała się ona w zależności od regionu w przedziale 5,75% – 6,50%. Spektakularny wzrost cen nastąpił w wyróżniającej się klasie obiektów dostarczonych na wyłączne potrzeby międzynarodowych graczy rynku e-commerce. Pod koniec ubiegłego roku chiński inwestor kupił dwie lokalizacje firmy Amazon – w Bolesławcu i Pabianicach, z rekordowo niską stopą kapitalizacji wynoszącą 4,25%, co oznacza kompresję o ok. 90 punktów bazowych w ciągu ostatnich miesięcy.

W 2020 r. zainteresowanie inwestorów lokowaniem kapitału w sektorze nieruchomości komercyjnych w Polsce nie powinno ulec spadkowi, chociaż zauważalna jest kurcząca się dostępność produktu. Wzrost konkurencji pomiędzy inwestorami może przynieść dalszą, niewielką kompresję stóp kapitalizacji dla najlepszej klasy aktywów w segmencie biurowym oraz przemysłowym i logistycznym. Natomiast w sektorze handlowym stopy kapitalizacji powinny zostać na niezmienionym poziomie.

Samorządy walczą ze zmianami klimatycznymi. Zmuszają biznes do działań proekologicznych

Gdyby wszyscy Polacy zdecydowali się korzystać wyłącznie z zielonej energii, emisję CO2 można byłoby ograniczyć o 57 mln ton, czyli 17 proc. rocznej emisji Polski. Jak przekonują eksperci DNB Bank Polska i firmy PwC w raporcie „Kierunki 2020”, styl życia pojedynczych osób nie zmieni w znaczący sposób wpływu na środowisko. Ogromna rola spoczywa na biznesie, jednak to polityka, w tym samorządy, jest w głównej mierze odpowiedzialna za wprowadzanie proekologicznych inicjatyw. Polskie samorządy podpisały deklarację o współpracy na rzecz ochrony klimatu, a powołana koalicja klimatyczna pozwoli do 2050 roku osiągnąć im neutralność klimatyczną.

– Walka ze zmianami klimatycznymi to obowiązek nas wszystkich, zarówno samorządu, jak i biznesu – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania. – Jako władze Poznania staramy się wykorzystać dostępne narzędzia do tego, by poprawiać warunki  środowiskowe w naszym mieście, ale też by motywować do proekologicznych inwestycji przedsiębiorców. Wprowadzamy m.in. dodatkowe kryteria do specyfikacji przetargowych, premiując rozwiązania przyjazne środowisku. W przypadku usług transportowych np. absolutnym minimum określonym w warunkach przetargu jest norma Euro 5, dodatkowe punkty przyznajemy firmom, których samochody spełniają normę Euro 6, mają napęd elektryczny lub CNG. W zakresie usług kateringowych z kolei warunkiem jest wykorzystanie naczyń wielokrotnego użytku. Jako urząd staramy się ograniczać zużycie plastiku, nie kupujemy wody butelkowanej, propagujemy picie wody z kranu.

Jak wynika z raportu DNB Bank Polska i PwC „Kierunki 2020. Zielona odpowiedzialność biznesu. Czy biznes przyjazny środowisku się opłaca?”, 73,5 proc. firm wskazuje, że to politycy przede wszystkim mogą walczyć ze zmianami środowiskowymi. Dlatego też 7 listopada 2019 roku przedstawiciele największych samorządów w Polsce podpisali deklarację o współpracy na rzecz ochrony klimatu. Powołano także Klimatyczną Koalicję Polskich Miast i Gmin, której celem jest osiągnięcie neutralności klimatycznej polskich miast do 2050 roku.

Tylko nieco mniejszy odsetek firm (70 proc.) podkreśla dużą rolę biznesu w obszarze walki ze zmianami klimatu. Ponad połowa dużych przedsiębiorstw wprowadziła już proekologiczne zmiany w swojej ofercie, a 67 proc. wdrożyło inicjatywy wewnętrzne, kierując się właśnie dobrem środowiska. W dużej mierze to wynik polityki prowadzonej przez samorządy i większej presji społecznej. Co trzeci konsument twierdzi, że biznes obecnie sprzyja życiu w zgodzie ze środowiskiem. 88 proc. oczekuje, że przedsiębiorcy będą wspierać taką postawę.

– Dzięki współpracy z Veolią udało nam się zredukować liczbę gospodarstw opalanych węglem z 55 proc. do kilkunastu. Inwestujemy w transport publiczny. W ciągu ostatnich sześciu lat zakupiliśmy 80 nowych tramwajów, w znacznej większości niskopodłogowych. Mamy autobusy, które spełniają normy Euro 6, kupiliśmy 21 autobusów elektrycznych, a zamierzamy kupić jeszcze 37. Przeprowadzamy termomodernizację szkół. Obszarów współpracy i działań, które możemy podejmować, jest bardzo dużo – wymienia Jacek Jaśkowiak.

Kolejnym przykładem może być sieć czujników smogu umieszczanych na szkołach i związana z nimi akcja edukacyjna dla dzieci i dorosłych. Innym może być rezygnacja z opalania węglem i wspieranie zielonych źródeł energii. Coraz więcej autobusów wykorzystywanych w transporcie miejskim jest niskoemisyjnych. Przykładowo władze Krakowa planują, że w 2025 roku już co trzeci autobus MPK będzie elektryczny, a pozostałe będą spełniały normę Euro 6.

– W najbliższym czasie rozstrzygać będziemy przetarg na obsługę GOAP-u, czyli związku międzygminnego, który zajmuje się odbiorem odpadów. Bardzo mocno dążyłem do tego, by używane do tego celu samochody spełniały przynajmniej normy Euro 5. W Poznaniu jeździ około 100 takich aut w ciągu dnia i to też emituje zanieczyszczenia – mówi prezydent Poznania. – W szkołach podstawowych zainstalowaliśmy 211 czujników smogu. Będziemy pierwszą metropolią, która będzie miała dokładną, całoroczną mapę zanieczyszczeń.

Innym przykładem współpracy samorządu i firmy prywatnej w celu zwiększenia interaktywności i wydajności infrastruktury miejskiej może być Piaseczno, które nawiązało współpracę z firmą Emitel przy tworzeniu systemów inteligentnego miasta przyjaznego środowisku. Jego elementami są m.in. czujniki mierzące poziom wody w kanałach melioracyjnych czy ultradźwiękowe czujniki wypełnienia koszy na śmieci.

– Wielkim wyzwaniem dla wszystkich: mediów, polityków, samorządu, polityków szczebla krajowego jest to, byśmy nie podejmowali decyzji pod publikę, tylko skupiali się na działaniach systemowych, a nie tylko pozornych i wizerunkowych. Do tego potrzebna jest przede wszystkim wiedza, rzetelna informacja i diagnoza. Jeżeli nie wiemy, jakie są źródła emisji zanieczyszczeń, to nie jesteśmy w stanie skutecznie ich likwidować. Tutaj trzeba działać nie intuicyjnie, ale  profesjonalnie, na podstawie dokładnych danych – przekonuje Jacek Jaśkowiak.

Tylko od lat 70. do 2012 roku emisja gazów cieplarnianych wzrosła o 94 proc., a ilość energii wykorzystywanej przeciętnie przez jedną osobę w latach 1971–2014 zwiększyła się o 44 proc. Według szacunków Komisji Europejskiej zeroemisyjna polityka UE skutkowałaby zmniejszeniem globalnej emisji CO2 o 9,1 proc.

Sześć na dziesięć mikro-, małych i średnich firm ma duży problem z pozyskaniem kredytu. Szansą dla nich są gwarancje BGK

Sześć na dziesięć mikro-, małych i średnich firm w Polsce miałoby utrudniony dostęp do kredytu bankowego, gdyby nie realizowany przez BGK program gwarancji de minimis. Co czwarta firma w ogóle nie miałaby szans na kredyt, a co trzecia – uzyskałaby go na gorszych warunkach. Program, z którego skorzystało już ok. 160 tys. firm, jak dotąd przyczynił się do utworzenia bądź utrzymania ponad 200 tys. miejsc pracy, a całkowita wartość kredytu objętego gwarancjami to blisko 120 mld zł. Zdecydowana większość przedsiębiorstw deklaruje też, że jego efektami były: stabilizacja sytuacji finansowej firmy, poprawa jej sytuacji rynkowej i wzrost obrotów.

Blisko 160 tys. mikro-, małych i średnich przedsiębiorców skorzystało już z programu gwarancji de minimis. BGK udzielił w tym programie gwarancji na ponad 70 mld zł. To jest ogromny zastrzyk pieniędzy, który napędza gospodarkę – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Włodzimierz Kocon, wiceprezes zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego.

Gwarancje de minimis to instrument wsparcia dla przedsiębiorców z sektora MŚP, który ułatwia im dostęp do finansowania. Program jest realizowany z rządowego programu „Wspieranie przedsiębiorczości z wykorzystaniem poręczeń i gwarancji Banku Gospodarstwa Krajowego”, a gwarancje udzielane są w ramach pomocy de minimis. BGK udziela mikro-, małemu lub średniemu przedsiębiorcy gwarancji na zabezpieczenie spłaty kredytu obrotowego lub inwestycyjnego. Dla firm, które nie mają długiej historii kredytowej albo wystarczającego majątku na zabezpieczenie spłaty kredytu, gwarancje BGK są często jedyną drogą do jego uzyskania. Dodatkowo objęcie kredytu gwarancjami BGK pozwala firmie uzyskać korzystniejsze warunki kredytowania, np. dłuższy okres finansowania, niższą marżę lub prowizję.

W grudniu 2019 r. wartość kredytu objętego gwarancjami była bliska 120 mld zł, a od początku realizacji programu w gospodarce pojawiło się 32,7 mld zł dodatkowego kredytu, który nie powstałby bez gwarancji de minimis (2,2 mld zł inwestycyjnego i 30,5 mld zł kredytu obrotowego).

– Gwarancje są skutecznym instrumentem finansowania małych i średnich firm, ponieważ to zwłaszcza one cierpią na brak kapitału i zabezpieczenia, którego mogą użyć jako gwarancji spłaty swoich kredytów. Mikrofirmy, które często są biznesem rodzinnym, mogą uzyskać kredyt dzięki temu, że jego spłata jest zabezpieczona, przynajmniej częściowo, przez gwarancje de minimis – mówi Mateusz Walewski, główny ekonomista Banku Gospodarstwa Krajowego.

Gdyby nie uczestnictwo w programie gwarancji de minimis, sześć na dziesięć polskich przedsiębiorstw miałoby ograniczony dostęp do finansowania.

Jedna czwarta firm bez tej gwarancji w ogóle nie dostałaby żadnego finansowania. Kolejne 36 proc. uzyskałoby finansowanie na gorszych warunkach: droższe, mniejsze albo na krótszy czas. Dla pozostałych gwarancja stanowi po prostu zabezpieczenie, możliwość oddechu, że w przypadku niepowodzenia ktoś przejmie za nich część zobowiązań – mówi Mateusz Walewski.

Z gwarancji de minimis najczęściej korzystają mikrofirmy (76 proc.) i małe przedsiębiorstwa (18 proc.).

Gwarancje de minimis pokrywają w tej chwili około 10 proc. całkowitej kwoty gwarancji dla MŚP na rynku. Można więc powiedzieć, że co dziesiąta złotówka kredytu bankowego w firmach jest pokryta z gwarancji de minimis. To pokazuje, że są one na rynku bardzo popularne – mówi Mateusz Walewski.

Jak pokazują badania BGK, program gwarancji de minimis ma ważne znaczenie dla finansowania rozwoju MŚP w Polsce i jest widoczny również w skali makro. Przyczynił się też do utworzenia lub utrzymania ponad 200 tys. miejsc pracy.

– Jeżeli spojrzymy na wszystkie gwarancje, którymi administruje i które oferuje BGK, to jest ok. 170 mld zł, więc są to już poważne środki. Kwota kredytu,  który wygenerowaliśmy dzięki gwarancjom, to w sumie ok. 1 proc. PKB – podkreśla główny ekonomista BGK.

Z badań banku wynika również, że program gwarancji de minimis znacząco przyczynia się do stabilizacji finansowej (tak deklaruje 83 proc. przedsiębiorstw) i zwiększenia obrotów firmy (68 proc.), które bez nich nie mogłyby liczyć na kredyt obrotowy. Prawie wszystkie przedsiębiorstwa deklarują też, że efektem kredytu obrotowego lub inwestycyjnego objętego gwarancjami była poprawa sytuacji rynkowej firmy, a co piąta (22 proc.) utworzyła dzięki temu dodatkowe miejsca pracy.

– Misją BGK jest wspieranie rozwoju gospodarczego Polski, a jednym z jego wymiarów jest rozwój tych podstawowych jednostek biznesowych, jakimi są małe, średnie i mikroprzedsiębiorstwa. Jest on możliwy dzięki istnieniu systemu, który wspiera finansowanie ich działalności. Dzięki współpracy sektora bankowego, reprezentowanego przez banki komercyjne i spółdzielcze, z Bankiem Gospodarstwa Krajowego przyczyniamy się do tego, że przedsiębiorstwa w Polsce się rozwijają – podkreśla Włodzimierz Kocon.

Skuteczne leczenie raka prostaty jest dostępne dopiero na etapie z przerzutami. Pacjentów z wcześniejszym stadium nowotworu nie obejmuje program lekowy

Rak prostaty jest już najczęściej występującym nowotworem u mężczyzn. Co roku diagnozuje się więcej zachorowań i w coraz młodszym wieku, nawet przed 50. rokiem życia. Ubiegły rok przyniósł pewną poprawę w leczeniu pacjentów z tym nowotworem, ale jest ono dostępne wyłącznie dla chorych z przerzutami. Pacjenci, u których rak prostaty jest oporny na kastrację, ale jeszcze nie dał przerzutów, nie mają dostępu do nowych leków. – Muszą więc czekać, aż ich stan się pogorszy – podkreślają lekarze i oceniają, że jest to nieetyczne. Polska w dalszym ciągu znacząco odbiega od państw Europy Zachodniej w leczeniu tego nowotworu.

– Patrząc na odsetek pięcioletnich przeżyć pacjentów z rakiem prostaty w Polsce i innych krajach, widzimy, że u nas ten wskaźnik się skraca. Pacjenci, którzy są leczeni poza Polską, żyją dłużej – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Leszek Borkowski, farmakolog kliniczny w Szpitalu Wolskim.

Przez lata rak prostaty był w Polsce drugim po raku płuca pod względem częstotliwości występowania nowotworem wśród mężczyzn. Ta kolejność się jednak odwróciła. Liczba zachorowań na raka prostaty zwiększyła się już kilkukrotnie na przestrzeni ostatnich dekad. Każdego roku diagnozuje się go u około 15 tys. mężczyzn i stwierdza 5–6 tys. zgonów z tego powodu.

– Pod względem skali zachorowań dogoniliśmy resztę świata. Coraz więcej zachorowań obserwujemy na szczęście również na wczesnym etapie. Mężczyźni szukają u siebie raka prostaty, jeszcze zanim on daje objawy i wtedy często jest on całkowicie uleczalny – mówi dr Iwona Skoneczna, onkolog ze Szpitala św. Elżbiety – Mokotowskie Centrum Medyczne.

Rak prostaty dotyka najczęściej mężczyzn po 60. roku życia, ale w grupie ryzyka znajdują się również dużo młodsi. W ostatnich latach lekarze obserwują szybki wzrost liczby zachorowań w grupie pacjentów przed 50. rokiem życia.

– Należałoby zacząć interesować się prostatą i badać ją już w wieku 50 lat, a jeśli w rodzinie ktoś chorował na ten typ nowotworu, to nawet przed 40. rokiem życia. Już wtedy można sprawdzić, czy poziom PSA jest podwyższony. To pierwszy wskaźnik w podstawowym badaniu krwi, które może zlecić każdy lekarz rodzinny. Zachęcamy też do tego, żeby 50-letni mężczyźni zaczęli się spotykać z urologiem, który pomoże im przejść ścieżkę diagnostyczną – ocenić, czy poziom PSA jest w normie i czy konieczna jest dalsza diagnostyka – mówi dr Iwona Skoneczna.

Leczenie raka prostaty opiera się na dwóch metodach: radioterapii, która niszczy komórki rakowe, albo chirurgicznym wycięciu nowotworu. W tym drugim przypadku coraz powszechniejsza staje się prostatektomia laparoskopowa, a od niedawna również zabiegi z wykorzystaniem robotów chirurgicznych.

– Osoby, u których w momencie diagnozy rozpoznajemy raka prostaty z przerzutami, powinny jak najszybciej trafić do onkologów. Możemy zastosować klasyczną chemioterapię, która polega na sześciu kroplówkach raz na trzy tygodnie, czyli właściwie po czterech i pół miesiącach mamy leczenie z głowy. Podanie chemioterapii jak najwcześniej daje dobre wyniki w przypadku choroby, która ma już przerzuty – mówi dr Iwona Skoneczna.

Lekarze podkreślają, że ubiegły rok przyniósł poprawę w leczeniu polskich pacjentów z rakiem prostaty. Po wielu miesiącach starań doczekali się oni zmian w programie lekowym i uzupełnienia opcji terapeutycznych dla pacjentów przed chemioterapią o enzalutamid. Nowoczesne leki hormonalne blokują syntezę androgenów (np. testosteronu) w organizmie pacjenta, dzięki czemu nowotwór się nie rozwija. Podany przed chemioterapią wydłuża życie pacjentów, nie osłabia organizmu i nie wywołuje długiej listy skutków ubocznych.

Wciąż jednak obowiązują pewne ograniczenia w jego dostępności, bo nowoczesnym leczeniem zostali objęci pacjenci z przerzutami. Z drugiej strony grupa chorych, u których nowotwór jest oporny na kastrację, ale jeszcze nie dał przerzutów, nie ma do niego dostępu.

– Tacy pacjenci de facto nie są w Polsce leczeni. Problem polega na tym, że u nas refundacja leków stosowanych w leczeniu raka prostaty pominęła etap, kiedy pacjent już nie reaguje na hormonoterapię, ale jeszcze nie ma przerzutów. Dochodzimy do paradoksalnej sytuacji, w której urolog czy uroonkolog musi siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż stan pacjenta się pogorszy – mówi dr Leszek Borkowski.

Jak podkreśla, taka sytuacja jest nieetyczna, podczas gdy jest już zarejestrowany skuteczny lek. Zwłaszcza w przypadku nowotworów, w których liczy się jak najszybszy czas wdrożenia leczenia.

– Na samym początku rozwoju choroby mamy większą szansę, żeby ta terapia przyniosła dobre efekty – twierdzi dr Leszek Borkowski. – Rak prostaty odżywia się testosteronem, więc odcięcie go od jedzenia, czyli tzw. kastracja chemiczna, powoduje jego zamieranie. Po pewnym czasie rak sam zaczyna produkować testosteron. Wtedy sytuacja robi się już trudniejsza i przydałby się drugi etap leczenia. Ale tutaj musimy czekać, aż u pacjenta pojawią się przerzuty. Blokowanie tego późniejszego etapu z przerzutami jest jednak bardzo istotne dla osiągania wysokich parametrów pięcioletnich przeżyć.

Jak ocenia, pod względem dostępności i skuteczności leczenia raka prostaty Polska w dalszym ciągu znacząco odbiega od państw Europy Zachodniej i krajów rozwiniętych.

– Polska nie może być zapóźnionym, zdyszanym chłopcem goniącym odjeżdżający tramwaj, bo nigdy go nie dogoni, a żniwo zgonów na nowotwór prostaty będzie rosło. Poza tym jeżeli mówimy ludziom, żeby się badali, by nowotwór można było wcześniej wykryć, a potem przerywamy leczenie i każemy czekać, aż on się rozwinie, to jest to sytuacja zła terapeutycznie dla pacjenta, ale też wizerunkowo dla naszej służby zdrowia – podkreśla dr Leszek Borkowski.

Ministerstwo Finansów: Wprowadzenie paragonów elektronicznych pozwoli na „uberyzację” płatności

Polacy lubią i chętnie korzystają z nowinek technologicznych. Także w płatnościach nie boimy się nowych rozwiązań. Dynamicznie rośnie liczba użytkowników Apple Pay czy Revoluta. Przyszłością są nie tylko rozwiązania, które pozwalają w pełni cyfrowo przeprowadzić proces włączania klienta do instytucji finansowej. Niedługo standardem może być też płatność twarzą, skanem tęczówki, za pomocą głosu, a nawet DNA. – Płatność bez płatności to jest coś takiego jak „uberyzacja” płatności. Zamawiam, wsiadam, wysiadam, wszystko dzieje się w tle – podkreśla Paweł Bułgaryn z Ministerstwa Finansów.

– Patrząc na polski sektor finansowy, mamy wiele ciekawych, innowacyjnych inicjatyw w tym obszarze. Przede wszystkim polską specjalizacją są płatności elektroniczne, jest to bardzo rozwinięty sektor. Wszystkie wiodące technologie, które są na świecie w zakresie płatności elektronicznych, w Polsce są wdrożone i są już pewnym standardem – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Paweł Bułgaryn, kierownik zespołu systemu płatniczego w Departamencie Rozwoju Rynku Finansowego w Ministerstwie Finansów.

Polskie finanse stają się coraz bardziej cyfrowe. Na popularności zyskują płatności zbliżeniowe. Raport NBP wskazuje, że Polska należy do grona krajów o najwyższym użyciu kart zbliżeniowych na świecie. Na koniec I półrocza 2019 roku liczba kart płatniczych z funkcją zbliżeniową sięgnęła 36,1 mln, a karty zbliżeniowe stanowią blisko 85,7 proc. wszystkich kart płatniczych w Polsce. Z systemu BLIK korzysta już np. 10,6 mln użytkowników. W pierwszych trzech kwartałach 2019 roku dokonano 146 mln transakcji – dla porównania w pierwszych czterech latach funkcjonowania BLIKA było ich łącznie 135 mln.

– Technologie, takie jak blockchain, uczenie maszynowe czy sztuczna inteligencja, są coraz mocniej wykorzystywane przez różnych uczestników sektora finansowego, co przekłada się na szybszą i bardziej intuicyjną obsługę klientów. Testowane są np. rozwiązania, które pozwalają w pełni cyfrowo przeprowadzić proces włączania klienta do danej instytucji finansowej, czyli po prostu całkowicie cyfrowy proces obsługi klientów – wskazuje Paweł Bułgaryn.

Z raportu CFA Society Poland i SpotData „Przyszłość sektora finansowego. Ewolucje i rewolucje” wynika, że jednym z kluczowych trendów w sektorze finansowym, są nowe technologie. Na znaczeniu zyskuje więc chmura, która umożliwia rozwój technologii obliczeniowych, blockchain czy uczenie maszynowe. Rozwija się też system bezpiecznych i szybkich płatności opartych m.in. na fali dźwiękowej zawierającej zaszyfrowane dane.

–  To z jednej strony takie rozwiązania back office’owe, które ogólnie usprawniają działalność instytucji finansowych, a z drugiej strony też np. narzędzia do inwestowania na rynku finansowym czy też kolejne nowości płatnicze, portfele cyfrowe, rozwiązania á la Revolut – ocenia Paweł Bułgaryn.

Rozwój fintechów sprawia, że banki muszą wprowadzać nowe rozwiązania, by nie stracić klientów. Ci zaś stawiają na wygodę, stąd choćby popularność systemu Revolut. Polska jest trzecim największym rynkiem, na którym oferuje on swoje usługi.

Coraz popularniejsze staje się też zdalne uwierzytelnianie płatności – bezpieczne podpisy elektroniczne dla firm i indywidualnych użytkowników. To jednak dopiero początek. Przyszłością będzie biometryczne potwierdzenie płatności – skanem twarzy, tęczówki czy linii papilarnych.

– Klient wchodzi do danego miejsca, zabiera towary z półek i wychodzi. W tle przeprowadzane są identyfikacja tego klienta, powiązanie identyfikacji z płatnością i wystawienie dowodu sprzedaży, czyli np. paragonu elektronicznego, nad którym również w Ministerstwie Finansów pracujemy. Płatność bez płatności to jest coś takiego jak uberyzacja płatności. Zamawiam, wsiadam, wysiadam, wszystko dzieje się w tle, żeby klient miał jeszcze więcej swobody – tłumaczy ekspert.

Pierwsze tego typu sklepy powstały już w Polsce. Liderem w takich systemach są Chiny, gdzie skan twarzy wystarczy, by dostać się do biura, metra czy zrobić zakupy. W części punktów usługowych nie ma już terminali – zastąpiły je liczne kamery skanujące twarze klientów. Płatność zatwierdza się przez mrugnięcie.

– W sytuacji, w której wszystkie procesy dzieją się w świecie cyfrowym, to jest bardzo ważne, żeby mieć też zabezpieczenia cyfrowe. Mamy bardzo nowoczesną architekturę IT polskiego sektora finansowego i rozwiązania, które wdrażamy w obszarze cyberbezpieczeństwa również są bardzo bezpieczne – przekonuje Paweł Bułgaryn.

Produkcja wodoru w Polsce pozwoliłaby zasilić blisko 5 mln aut wyposażonych w odpowiednie ogniwa. Brak rozwiązań prawnych wstrzyma rozwój technologii i inwestycje zagraniczne

Polska odpowiada za 14 proc. europejskiej produkcji wodoru. To ogromna szansa na to, by nasz kraj stał się zagłębiem produkcji i rozwoju ogniw wodorowych, wykorzystywanych do napędzania zeroemisyjnych aut. Docelowo doliną elektromobilności ma się stać Dolny Śląsk. Już dziś w tej części kraju kluczowe dla tej gałęzi transportu inwestycje ulokowały m.in. Mercedes i Toyota.

– Chcielibyśmy stworzyć warunki, aby w Polsce zainwestował duży podmiot gospodarczy, żeby mogły być u nas produkowane ogniwa wodorowe. Będziemy również rozwijać odnawialne źródła energii w kontekście produkcji wodoru ze źródeł odnawialnych. Już dzisiaj Polska jest ogromnym producentem wodoru, tylko że jeszcze z technologii węglowych. Chcielibyśmy rozwinąć technologię z odnawialnych źródeł tak, żeby ten wodór był po prostu zielony – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Ireneusz Zyska, wiceminister klimatu i pełnomocnik rządu ds. odnawialnych źródeł energii.

Z danych zawartych w raporcie „wodorowa Alternatywa” opracowanym przez nową platformę debaty gospodarczej 300Gospodarka wynika, że łączna roczna produkcja wodoru w Polsce wynosi ok. miliona ton. Stanowi to 14 proc. europejskiej produkcji tego pierwiastka. Ta ilość jest w stanie zasilić niemal 5 mln samochodów.

– Polską interesują się globalni gracze. Musimy stworzyć dobre warunki prawne do zlokalizowania tego biznesu. Wierzę w to, że to się uda, na pewno zarówno premier, jak też minister klimatu uczynią wszystko, aby zmaterializował się ten wielki projekt gospodarczy, można nawet powiedzieć – cywilizacyjny – podkreśla Ireneusz Zyska.

Tymczasem inne kraje już zadeklarowały mocne wsparcie dla energetyki wodorowej. W czerwcu 2018 roku ówczesny francuski minister odpowiadający za transformację energetyczną przedstawił plan inwestycyjny zakładający inwestycję 100 mln euro w technologie energetyki wodorowej. Jesienią minionego roku region Owernia-Rodan-Alpy przeznaczył 200 mln euro na zakup tysiąca pojazdów napędzanych wodorem i 15 elektrolizerów.

W Polsce doliną elektromobilności ma się stać Dolny Śląsk. Kluczową rolę ma w tym odegrać właśnie wodór.

– Będą się tam skupiali producenci napędów zero- bądź niskoemisyjnych. Będzie tam rozwijana elektromobilność oparta na bateriach litowo-jonowych, lecz także napędy hybrydowe, w tym wodorowe. Dolny Śląsk już dzisiaj stwarza doskonałe warunki w zakresie infrastrukturalnym, a za chwilę będziemy świadkami budowy nowych dróg ekspresowych, przebudowy autostrady A4, powstawania drogi ekspresowej S8 i S5. Ten układ komunikacyjny w połączeniu z linią transportową kolejową, która będzie elementem Centralnego Portu Komunikacyjnego, pozwala na to, aby właśnie tam lokalizować te inwestycje – przekonuje wiceminister.

Na terenie Dolnego Śląska już dziś inwestują ważni gracze w dziedzinie elektromobilności. LG Chem wybudował pod Wrocławiem największą na świecie fabrykę baterii litowo-jonowych. W Jaworze Mercedes buduje fabrykę baterii elektrycznych, a Toyota postawiła na realizację w fabrykach w Wałbrzychu i Jelczu-Laskowicach sześciu projektów związanych z elektromobilnością. W Wałbrzychu w przyszłym roku mają ruszyć dwie linie elektrycznej przekładni hybrydowej (e-CVT). W 2022 roku rozpocznie się tam natomiast produkcja silnika o pojemności 1,5 litra. Oba mechanizmy stworzą elektryczny zespół hybrydowy.

– Stwarzając warunki do powstania łańcucha dostaw, zarówno w obszarze technologii, ale również podzespołów i części, jesteśmy w stanie zaprojektować i w perspektywie 15–20 lat stworzyć taką dolinę, która będzie przez cały świat identyfikowana jako dolina elektromobilności. To właśnie tutaj, w Europie, w Polsce, na Dolnym Śląsku będzie biło serce transportu – przekonuje minister Zyska.

Aby elektromobilność mogła się rozwijać w zakładany sposób, inwestycje bezpośrednio w nią muszą jednak zostać poprzedzone wsparciem odnawialnych źródeł energii. Najbardziej optymalny model konwersji transportu na elektryczny, zarówno w obszarze napędu z baterii litowo-jonowych, jak i ogniw wodorowych, opiera się na produkcji energii elektrycznej z OZE lub zasilania elektrolizerów czystą energią. Jednym z najbardziej obiecujących sposobów na pozyskiwanie zielonej energii jest morska energetyka wiatrowa.

– Jest już projekt ustawy o wspieraniu morskiej energetyki wiatrowej na Bałtyku. To wielkie zadanie, które chcemy zrealizować. Mamy szansę, aby w polskiej strefie ekonomicznej na Bałtyku powstały farmy offshore’owe o potencjale 10 GW, może nawet 12 GW. Będzie to istotny element na całej mapie elektroenergetycznej Polski – przewiduje Ireneusz Zyska.

Według analityków z KBV Research światowy rynek elektromobilności osiągnie do 2025 roku wartość niemal 497 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu utrzyma się na poziomie niemal 25 proc.

Outsourcing IT czy zatrudnienie swojego informatyka – co sprawdzi się lepiej?

Przedsiębiorcy, którzy chcą zadbać o prawidłowe działanie obszaru IT, mogą zatrudnić informatyka, ale mogą zlecić także outsourcing w tym zakresie.

Małe i średnie przedsiębiorstwa także wymagają fachowej obsługi informatycznej. Nie zawsze jednak dysponują odpowiednimi kwotami na to, aby zatrudnić informatyka. Właśnie dlatego coraz większym zainteresowaniem cieszy się outsourcing IT.

Czy lepszym wyborem będzie zatrudnienie informatyka, a może opieka informatyczna w ramach outsourcingu? Zobacz najważniejsze zalety i wady każdego z tych rozwiązań i sprawdź, które będzie najlepsze dla Twojej firmy!

 

Własny dział IT

Stworzenie własnego działu IT nie jest tanie. Głównym kosztem jest zatrudnienie jednego lub kilku informatyków, którzy posiadają odpowiednie przygotowanie oraz doświadczenie. Niestety, firma musi liczyć się wtedy z naprawdę dużymi wydatkami, które będą rosły wraz z potrzebą zatrudnienia bardziej wyspecjalizowanych pracowników.

Głównym atutem jest jednak fakt, że opieka informatyczna jest w tym przypadku dostępna na wyciągnięcie ręki. Zatrudniony w firmie informatyk może od razu przystąpić do wykonania określonych prac, na przykład może on zaktualizować oprogramowanie, przeprowadzić serwis sprzętu czy też przeszkolić pracownika w ramach obsługi danego programu.

Dodatkowo, w przypadku własnego działu IT usługi te nie są limitowane – zatem informatyk może wykonywać je przez cały dzień pracy. To duży atut, ponieważ outsourcing IT limituje liczbę godzin obsługi informatycznej.

 

Outsourcing IT

Druga propozycja dla firm to outsourcing IT. Dzisiaj taka właśnie forma obsługi cieszy się rosnącym zainteresowaniem. Stanowi ona popularną propozycję dla firm w sektorze MŚP, które najczęściej posiadają trudności z wyłożeniem odpowiednich środków na założenie własnego działu IT.

Aktualnie takie właśnie usługi są oferowane w wielu różnych miastach, w tym między innymi w mieście Warszawa. Tutaj dostarcza je firma ITCenter, która od lat zajmuje się świadczeniem obsługi informatycznej dla firm.

Opieka informatyczna w tym własne przypadku przebiega jednak nieco inaczej niż wtedy, gdy firma zatrudnia własnego specjalistę w dziedzinie IT. Współpraca polega na dostarczaniu wybranych usług przez internet – czat, przez telefon, a w ostateczności osobiście, gdy konieczna będzie wykonanie prac na miejscu.

Umowa outsourcingu IT reguluje w tym przypadku zakres pomocy, a także czas reakcji na zgłoszenia oraz liczbę godzin obsługi, które obejmuje umowa. W przypadku ich przekroczenia konieczna będzie dopłata.

Warto zaznaczyć, że usługi dostępne są najczęściej 24 godziny na dobę – firma musi tylko skontaktować się z dostawcą usług i od razu może zlecić wykonanie konkretnych prac.

 

Przykładowy zakres usług w ramach outsourcingu IT:

  • zakładanie sieci informatycznych
  • administracja sieciami komputerowymi
  • instalacja – wdrażanie oprogramowania
  • aktualizacja oprogramowania
  • naprawa usterek oprogramowania
  • serwis sprzętu komputerowego
  • tworzenie polityki bezpieczeństwa IT
  • backup – kopia zapasowa danych
  • ochrona przeciwwirusowa
  • tworzenie stron internetowych
  • zakładanie skrzynek pocztowych e-mail
  • przeszkolenie pracowników
  • doradztwo IT
  • zamawianie sprzętu

 

Wobec tego opieka informatyczna obejmuje szeroką gamę różnych usług, które związane są w informatyką w firmie.

 

Co wybrać – własny informatyk czy outsourcing IT?

Podsumowując, zarówno opieka informatyczna świadczona przez własnego informatyka, jak również kompleksowy outsourcing IT świadczony przez zewnętrzną firmę posiadają swoje wady i zalety.

Gdy głównym celem jest zmniejszenie kosztów bez jednoczesnego obniżania jakości obsługi IT, zdecydowanie najlepszą propozycją będzie outsourcing IT. W tym przypadku opłaty za pełną pomoc będą znacznie niższe niż przy tworzeniu własnego działu IT. Z kolei własny informatyk jest zawsze dostępny na miejscu i od razu może przystąpić do wykonania konkretnych prac. Najlepiej zatem dobrać odpowiednią opcję do indywidualnych potrzeb firmy.

Mieszkania lokatorskiego się nie dziedziczy. Kiedy mieszkanie spółdzielcze może przejąć krewny?

Wiele osób zastanawia się, czy można zająć spółdzielcze mieszkanie po krewnym. Wyjaśniamy, w jakich okolicznościach jest to możliwe.

Spółdzielnie mieszkaniowe stopniowo tracą swoje znaczenie. Wynika to między innymi z kurczącego się zasobu lokali, które wspomniane instytucje posiadają na własność. W tym kontekście warto przypomnieć, że na początku bieżącego stulecia polskie spółdzielnie mieszkaniowe posiadały około 3,50 miliona mieszkań. Analogiczny wynik z końca 2018 roku oscylował na poziomie 2,03 miliona. Tym niemniej, nie można lekceważyć ponad dwumilionowej liczby lokali, które wciąż posiadają spółdzielnie. Praktyka pokazuje, że spółdzielcze własnościowe prawo do lokalu cieszy się dużym zainteresowaniem. Niektóre osoby są zainteresowane również spółdzielczym lokatorskim prawem do mieszkania. W odpowiedzi na pytania internautów wyjaśniamy, czy można zająć spółdzielcze mieszkanie po krewnym i otrzymać spółdzielcze lokatorskie prawo do tego „M”.

Mieszkanie lokatorskie może przejąć krewny …

Pomimo wieloletniej popularności spółdzielni mieszkaniowych i dużej liczby lokali posiadanych przez te instytucje, spora część naszych rodaków nadal nie odróżnia dwóch wariantów użytkowania spółdzielczych „M”. Warto zatem przypomnieć, że członkowie spółdzielni nie będący właścicielami mieszkań, mogą użytkować lokale na podstawie prawa własnościowego oraz lokatorskiego. Pierwsze prawo (spółdzielcze własnościowe) jest bardziej zbliżone do prawa własności lokalu, choć znacząco różni się od niego w pewnych aspektach. Jeżeli natomiast chodzi o spółdzielcze lokatorskie prawo do lokalu, to trzeba stwierdzić, że ze względu na swoją specyfikę jest ono podobne do najmu.  Ustawa z dnia 15 grudnia 2000 r. o spółdzielniach mieszkaniowych (Dz.U. 2001 nr 4 poz. 27) jednoznacznie wskazuje, że prawo lokatorskie jest niezbywalne. Oznacza to m.in. brak możliwości sprzedania go albo dziedziczenia. „Obowiązujące przepisy nie wykluczają jednak tego, że lokatorskie, spółdzielcze mieszkanie po krewnym będą mogły zająć osoby bliskie” –  dodaje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Spółdzielcze lokatorskie prawo do mieszkania wygasa wraz ze śmiercią jego posiadacza albo na wskutek orzeczenia sądu. Sąd na wniosek spółdzielni mieszkaniowej może orzec o wygaśnięciu wspomnianego prawa, jeżeli jego obecny posiadacz zalega z opłatami eksploatacyjnymi za co najmniej przez 6 miesięcy lub utrudnia życie swoim sąsiadom (zobacz art. 11 ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych). „Warto wiedzieć, że w sytuacji skutkującej wygaśnięciem spółdzielczego lokatorskiego prawa do lokalu, krewni zmarłego albo osoby usuniętej ze spółdzielni mogą wysuwać pewne roszczenia” – wyjaśnia Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Wspomniane roszczenia dotyczą ustanowienia spółdzielczego lokatorskiego prawa do mieszkania, które wcześniej zajmował krewny. „Chęć przejęcia wspomnianego lokalu i jego użytkowania na dotychczasowych zasadach, trzeba pisemnie zgłosić w ciągu roku od wygaśnięcia spółdzielczego lokatorskiego prawa, które dotyczyło bliskiej osoby” – komentuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Małżonkowie często mogą uniknąć formalności

Warto dodać, że spółdzielcze mieszkanie po krewnym bez dodatkowych wniosków i formalności przejmie małżonek (wdowiec lub wdowa), który również posiadał spółdzielcze lokatorskie prawo. Trzeba również podkreślić, że według orzeczenia sądu spółdzielcze lokatorskie prawo do „M” (na wskutek złego zachowania lub zaległości) może wygasnąć tylko wobec jednego z małżonków. W takiej sytuacji, drugi małżonek nadal może użytkować zajmowane lokum na podstawie spółdzielczego lokatorskiego prawa (bez dodatkowych formalności). „W tym kontekście kluczowa będzie decyzja sądu, który może uznać, że drugi małżonek nie jest odpowiedzialny za przewinienia wobec spółdzielni lub sąsiadów” – mówi Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Nowego lokatora wybiera sąd lub spółdzielnia

Warto nadmienić, że osobą bliską dla byłego spółdzielcy w rozumieniu ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych, czyli uprawnioną do przejęcia lokatorskiego mieszkania jest:  zstępny (syn, wnuk, prawnuk), wstępny (ojciec, dziadek, pradziadek), brat lub siostra, dziecko rodzeństwa, mąż, żona, osoba przysposabiająca, osoba przysposobiona lub osoba, która pozostawała faktycznie we wspólnym pożyciu z byłym członkiem spółdzielni. Jeżeli mieszkaniem lokatorskim będzie zainteresowanych kilka osób, to wyboru lokatora wśród bliskich dokona sąd w postępowaniu nieprocesowym albo sama spółdzielnia. „Ten drugi wariant jest możliwy jeśli żadna z osób wysuwających roszczenia nie wystąpiła do sądu w terminie przewidzianym przez spółdzielnię” – zaznacza Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Ważnym argumentem na korzyść osoby chcącej przejąć mieszkanie i otrzymać do niego spółdzielcze lokatorskie prawo, będzie wcześniejsze zamieszkiwanie z byłym spółdzielcą. Leszek Markiewicz podkreśla, że do momentu powzięcia przez spółdzielnię informacji o tym, komu przypadnie spółdzielcze mieszkanie po krewnym, wszystkie osoby zgłaszające roszczenia będą solidarnie ponosić odpowiedzialność za koszty utrzymania „M”.

W ramach podsumowania warto podkreślić, że mimo niezbywalności samego spółdzielczego lokatorskiego prawa do mieszkania, dziedziczeniu na zasadach ogólnych podlega wkład mieszkaniowy. Dziedziczenie wspomnianego wkładu należy odróżnić od uprawnienia do przejęcia lokatorskiego mieszkania. Bliski przejmujący spółdzielcze mieszkanie po krewnym, niekoniecznie musi również mieć prawo do otrzymania wkładu mieszkaniowego w ramach spadku. „Właśnie dlatego osoba przejmująca lokatorskie „M”, czasem będzie musiała spłacić krewnych, którzy odziedziczyli wkład mieszkaniowy albo uzupełnić wspomniany wkład” –   podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Źródło: Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Od 15 lutego można rozliczać ulgę IP BOX. Kto skorzysta z 5% stawki podatku?

Niektórzy podatnicy, rozliczając podatek dochodowy za 2019 rok, po raz pierwszy będą mogli skorzystać z preferencyjnego opodatkowania dochodów z praw własności intelektualnej – IP BOX (Intellectual Property Box). Ulga dotyczy m.in. programistów. Jakie warunki należy spełnić, aby z niej skorzystać?

Ulga podatkowa IP BOX (Intellectual Property Box) obowiązuje od 2019 roku. Polega na obłożeniu podatkiem dochodowym według stawki w wysokości 5% kwalifikowanych dochodów uzyskanych przez podatnika z kwalifikowanych praw własności intelektualnej, w tym dochodów ze sprzedaży towarów i usług związanych z tymi prawami w części, w jakiej te prawa zostały wypracowane, rozwinięte lub ulepszone przez polskiego podatnika. Ulga dotyczy tylko osób prowadzących działalność gospodarczą.

Zgodnie z objaśnieniem podatkowym z dnia 15 lipca 2019 r. ulga może być zastosowana dopiero w rozliczeniu rocznym. Jednak w interpretacji 0115-KDIT3.4011.445.2019.2.AD Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej zgodził się z podatnikiem, że stawkę 5% będzie mógł on zastosować już do zaliczek za 2020 r. Jest to jednak odosobnione stanowisko i niezgodne z objaśnieniem podatkowym. Przypomnijmy, że zgodnie z wprowadzonymi zmianami, zeznania podatkowe za 2019 r. można składać od 15 lutego, a jeśli podatnik złoży je wcześniej, to i tak uznane będzie, że zostało złożone 15 lutego.

Prawa własności intelektualnej, do których można zastosować ulgę IP BOX, zostały szczegółowo wymienione przez ustawodawcę. Do tych praw, określanych w przepisach jako kwalifikowane prawa własności intelektualnej, jest zaliczane m.in. autorskie prawo do programu komputerowego. – Programy komputerowe nie są wynalazkami, więc w Polsce nie udziela się na nie patentów. Jednak nie oznacza to, że są pozbawione jakiejkolwiek ochrony – są one traktowane na mocy prawa autorskiego jako utwory – wyjaśnia Piotr Juszczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt.

Możliwość zastosowania IP BOX na programy komputerowe budzi najwięcej kontrowersji. Przepisy są niejasne, a ich interpretacje niespójne. Minister Finansów zalecił programistom, aby przed zastosowaniem ulgi występowali do fiskusa z wnioskiem o wydanie indywidualnej interpretacji podatkowej.

Kiedy programista może więc skorzystać z ulgi? Co wynika z przepisów i wydanych interpretacji? Oto trzy najważniejsze warunki:

  • podatnik jest zobowiązany od momentu rozpoczęcia uzyskiwania dochodów z praw własności intelektualnych prowadzić osobną ewidencję spełniającą wymogi określone w przepisach;
  • podatnik tworzy oprogramowanie, ulepsza i/lub rozwija, a w wyniku tego powstaje utwór podlegający ochronie prawnej z art. 74 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, a nadto przenosi całość autorskich praw majątkowych do wytworzonych przez siebie programów komputerowych na zleceniobiorcę, za co otrzymuje wynagrodzenie;
  • autorskie oprogramowanie przez podatnika tworzone jest w ramach działalności badawczo-rozwojowej.

Zdaniem eksperta inFakt największym wyzwaniem dla podatników jest prowadzenie odrębnej ewidencji IP BOX. Powinna ona zapewniać wyodrębnienie każdego kwalifikowanego prawa własności intelektualnej oraz ustalenie przychodów, kosztów uzyskania przychodów i dochodu (lub straty) przypadających na każde kwalifikowane prawo własności intelektualnej.

Jak wynika z objaśnienia, taka ewidencja może być prowadzona np. za pośrednictwem arkusza kalkulacyjnego. Ustalając wartość dochodu, jaki będzie podlegał preferencyjnemu opodatkowaniu, podatnik musi oprzeć go na tzw. wskaźniku nexus. Do jego wyliczania nie można zaliczać wydatków pośrednich takich np. jak opłaty za energię, telefon czy usługi księgowe. Ponadto należy wskazać, że nexus koncentruje się na wykazaniu związku między:

–    wydatkami poniesionymi przez podatnika w związku z wytworzeniem / rozwojem / ulepszeniem kwalifikowanych IP (ang. Intellectual Property – własność intelektualna) w ramach prowadzonej przez podatnika działalności badawczo-rozwojowej;

–    kwalifikowanymi IP;

–    dochodami uzyskanymi z kwalifikowanych IP.

Resumując, już od 15 lutego 2020 r. podatnicy staną przed nie lada wyzwaniem, które może być przez nich samych niewykonalne. Może okazać się, że ponownie będą musieli zatrudnić specjalistę takiego jak doradca podatkowy. Ponownie, gdyż wielu programistów skorzystało już z profesjonalisty na etapie przygotowywania wniosku o wydanie indywidualnej interpretacji. Jednak na etapie rozliczenia z fiskusem może okazać się, że to dopiero początek – przewiduje Piotr Juszczyk. – Nowa ulga miała być zachętą do prowadzenia działalności innowacyjnej, ale wdrożenie IP BOX przez podatnika może okazać się bardzo złożone i czasochłonne.

Przedsiębiorcy chcą wiedzieć więcej o IP BOX

Według przeprowadzonego przez inFakt badania przedsiębiorcy w większości deklarują, że wiedzą, na czym polega ulga IP BOX, za to nie wiedzą, czy można ją zastosować w ich przypadku. 55% badanych zapowiedziało, że zadecyduje, czy skorzystać z ulgi w rozliczeniu rocznym, gdy tylko dowie się o niej więcej.

Nvidia przy historycznych szczytach. Gaming i data center motorami wzrostu przychodów

Otwarcia piątkowej sesji na Wall Street nie przyniosło większych zmian względem wczorajszego zamknięcia. Na początku notowań Nasdaq Composite i S&P 500 zwyżkował o zaledwie 0,1 proc., a Dow Jones Industrial Average tylko o 6 punktów. Jednak bardzo pozytywnie na wyniki zareagowałą opisywana ostatnio spółka Nvidia, dla której podnoszono poziomy cely docelowej.

Po sesji 13 lutego Nvidia pochwaliła się wynikami za ostatni kwartał. Spółka, którą wszyscy możemy kojarzyć z kart graficznych, poinformowała, że sprzedaż w czwartym kwartale wzrosła aż o 41 proc. do 3,11 mld USD. Anality na Wall Street oczekiwali wzrostu sprzedaży o 2,96 mld USD. Co więcej, Nvidia pozytywnie wypowiedziała się o prognozach na bieżący kwartał, mimo że wybuch epidemii jest trudny do oszacowania. Jednym z ciekawszych biznesów, na którym Nvidia zyskała, było rosnące zainteresowanie sztuczną inteligencją. Wielcy gracze na tym rynku, jak Amazon czy Microsoft, korzystają z układów Nvidii, a zapotrzebowanie na moc obliczeniową wśród klientów tylko wzrasta. Głównym źródłem dochodów dla spółki pozostaje jednak gaming. Podzespoły firmy są używane m.in., w konsolach Nintendo Switch, których w ostatnim kwartale sprzedano prawie 11 mln sztuk. Przychody z gier Nvidii wzrosły do 1,49 mld USD, czyli o 56 proc. Cena akcji, zaraz po otwarciu, zbliżyłą się do historycznego szczytu na poziomie 292,76 USD, ustanowionego w październiku 2018 r.

Potencjał do dalszego wzrostu wartości ceny akcji spółki wyraził dziś Bank of America Global Research, podnosząc poziom docelowy z 300 do 350 USD. Jest to cena znajdująca się przy górnej granicy poziomów docelowych na Wall Street i znajdująca się o ponad 20 proc. od obecnej ceny. Na Wall Street Nvidia ma łącznie 32 rekomendacje kupna, 9 trzymaj i 3 sprzedaj.

Dziś również poznaliśmy, w jakiej cenie Tesla chce zaoferować nowy pakiet akcji. Wcześniej Elon Musk zaznaczał, że spółka nie potrzebuje nowego kapitału. Teraz jednak chce zebrać dzięki emisji około 2 mld USD. Jedna akcja w nowej ofercie ma kosztować 767 USD. Zatem jest niższa od ceny z czwartkowego zamknięcia, co nie przekłada się obecnie na notowania spółki, której akcje od początku roku zyskały ponad 90 proc. Sam Elon Musk ma objąć akcje z nowej emisji na kwotę 10 mln dolarów.

Departament Zarządzania Aktywami Copernicus Capital TFI S.A.

Ares Management i Griffin Real Estate nabywają pakiet większościowy w spółce Murapol

Spółka joint venture utworzona przez fundusz zarządzany przez Real Estate Group Ares Management Corporation (NYSE: ARES) oraz Griffin Real Estate podały do wiadomości informację o zakupie 98.04% akcji wiodącego polskiego dewelopera, spółki Murapol S.A. Wartości transakcji nie ujawniono.

Murapol jest jednym z najbardziej aktywnych polskich deweloperów w sektorze budownictwa mieszkaniowego, który tylko w 2019 roku podpisał blisko 3,7 tys. umów dot. sprzedaży mieszkań. Dzięki doskonale zintegrowanemu łańcuchowi dostaw, Murapol koncentruje się na budowie przystępnych cenowo lokali w największych polskich miastach. Obecnie portfel projektów spółki Murapol, w różnych fazach realizacji, to około 17,700 lokali.

John Ruane, Partner i Prezes działu European Real Estate Equity w funduszu Ares
John Ruane, Partner
i Prezes działu European Real Estate Equity w funduszu Ares

– Cieszymy się, że wraz z Griffin Real Estate, który jest naszym partnerem w tej transakcji, możemy nabyć jednego z najbardziej rozpoznawalnych  deweloperów mieszkaniowych
w Polsce. Murapol może się pochwalić imponującymi osiągnięciami związanymi
z dostarczaniem na rynek produktu dobrej jakości oraz dużą liczbą  projektów
w przygotowaniu, co  gwarantuje dalszy wzrost spółki – powiedział John Ruane, Partner
i Prezes działu European Real Estate Equity w funduszu Ares. – Polska jest rynkiem, gdzie wciąż występuje deficyt mieszkań, co zapewnia utrzymywanie się silnego popytu. 

Piotr Fijołek, Senior Partner w Griffin Real Estate
Piotr Fijołek, Senior Partner w Griffin Real Estate

– Murapol to spółka o ugruntowanej pozycji, z dobrymi perspektywami na dalszy wzrost na jednym z najbardziej aktywnych rynków mieszkaniowych w Europie – powiedział Piotr Fijołek, Senior Partner w Griffin Real Estate. – Ponadto, nabycie Murapolu oznacza dodanie do naszych platform kolejnego, ważnego partnera biznesowego. 

– Przez ostatnie dwa lata skupialiśmy się na naszej podstawowej działalności deweloperskiej i wierzymy, że nowe partnerstwo z Aresem i Griffinem pozwoli na jeszcze szybszy rozwój – powiedział Nikodem Iskra, Prezes Zarządu spółki Murapol.  

Walentynkowe trendy. Czego Polacy szukają w Google na Dzień Zakochanych?

Dzień świętego Walentego, który obchodzimy 14 lutego, jest znany na całym świecie jako święto miłości i zakochanych. Chociaż wiąże się z szeregiem różnych zwyczajów: od składania i odnawiania przysiąg małżeńskich po wysyłanie listów miłosnych do ukochanych osób, pary w Polsce często wybierają wspólne wyjście lub obdarowanie się prezentami. Co jest na szczycie popularności w 2020 roku? Sprawdzamy walentynkowe trendy według wyszukiwarki Google.

Analiza trendów w wyszukiwarce Google wskazuje, że liczba zapytań dotyczących Dnia Zakochanych czy podarunków z tej okazji, w 2020 roku zwiększyła się o 23,16% w porównaniu do poprzedniego roku. Polacy z roku na rok coraz więcej walentynkowych inspiracji czerpią właśnie z internetu. Dlatego poniższe dane mogą okazać się przydatne, jeżeli prowadzicie biznes związany z prezentami na Dzień Zakochanych lub aktywnościami, które bardzo często wybierają pary i chcecie dostosować swoją ofertę do wymagań klientów.

W listopadzie lub na dzień przed

Prezentów dla ukochanych zaczynamy szukać już od listopada. Wtedy pojawiają się pierwsze zapytania internautów w Polsce dotyczące Walentynek. Dla porównania: jeszcze 5 lat temu pierwsze takie wyszukiwania pojawiały się dopiero na początku stycznia. Na ten miesiąc przypada jednak prawdziwy szał dotyczący Święta Zakochanych, a w styczniu 2020 wzrost wyszukiwań w tej kategorii wyniósł aż 506,11%. Prezentów szukamy także zazwyczaj dzień przed Walentynkami: w 2019 roku 13 lutego było 195% więcej wyszukiwań niż 12 lutego.

Dla niej i dla niego

Co roku, w okolicach Walentynek na całym świecie zauważalny jest pik wyszukiwań związanych z prezentami “dla niej” lub “dla niego”. W tym roku prezenty dla mężczyzn (frazy “dla niego”, “dla chłopaka” itp.) była zdecydowanie częściej wyszukiwane niż prezenty dla kobiet (frazy “dla niej”, “dla dziewczyny”, “dla żony” itp.). We wcześniejszych latach pomiędzy kategoriami także zaznaczała się wyraźna różnica (np. w 2018 roku 65,9% wyszukiwań w kategorii dla mężczyzn w porównaniu do 34,1% w kategorii dla kobiet), która w tym roku jeszcze się pogłębiła (73% dla mężczyzn w porównaniu do 27% dla kobiet).

Prezenty od serca

Zazwyczaj nie szukamy konkretnego prezentu, jedynie 5% zapytań zawiera nazwę konkretnej marki. Wyszukiwarka Google staje się więc dla nas źródłem inspiracji i katalogiem możliwych prezentów. Pokazują to dane, według których w większości wpisujemy ogólne frazy: “prezent na walentynki”, “upominki na walentynki”, “prezent na walentynki dla niej” (23% wyszukiwań). Lubimy inspirować się także w temacie życzeń (22,5%) oraz kartek walentynkowych (4,5%).

Przed Walentynkami większą popularnością w wyszukiwarce niż w jakimkolwiek innym okresie cieszą się zapytania o “bieliznę” (wzrost kategorii o 53,31%). Okazuje się, że spośród konkretnych prezentów modne jest także “SPA” (wzrost o 52,35%). Listę prezentów, o które pytania rosną najszybciej zamykają “kwiaty” (wzrost o 41,89%). Co ciekawe, bardzo popularne w zeszłym roku “słoiki DIY z karteczkami z życzeniami” w tym roku zanotowały spadek o 36,86%.

Kolacja przy świecach

O porady w poszukiwaniu romantycznego nastroju także zwracamy się do Google. W planowaniu walentynkowego wieczoru dla dwojga najczęściej bierzemy pod uwagę kolację. To hasło w różnych wersjach: “kolacja walentynkowa”, “kolacja dla dwojga”, “romantyczna kolacja dla niej” zdecydowanie króluje we wpisywanych frazach. Jednak dla Polaków romantyczna może być nie tylko kolacja, ale również walentynkowy obiad. To hasło (“romantyczny obiad dla dwojga”, “obiad dla ukochanego”) zanotowało w okresie przed Świętem Zakochanych wzrost o ponad 50%. Podobnie popularne są “słodycze” (44,8%).

Poznanie walentynkowych zwyczajów Polaków może okazać się niezwykle przydatne podczas prowadzenia biznesu, który łączy się ze Dniem Zakochanych, np. kwiaciarni, restauracji, SPA czy sklepu z bielizną. W kolejnych latach może to wpłynąć na rozpoczęcie promocji czy kampanii w odpowiednim momencie, aby dotrzeć do klientów przed konkurencją lub właśnie podczas zakupów na ostatnią chwilę. Korzystając z AdWords, warto pamiętać, aby uwzględnić wymienione frazy, jako słowa kluczowe.

Ceny małpek praktycznie nie drgnęły. Analitycy twierdzą, że do czerwca nic się nie zmieni

Przez ostatnie dwa lata średnie ceny promocyjne tzw. małpek wzrosły tylko o 0,7%. Najbardziej zdrożały spirytusy – o 3,8%. Wódki czyste podskoczyły o 1,9%, a smakowe prawie stanęły w miejscu. Najmocniej potaniały butelki 50 ml – o 5,5%. Te o pojemności 100 ml miały spadek o 2,3%. Opakowania 200 ml poszły w górę o 1,4%. Ale ten stan wkrótce może się zmienić, bo rząd poszedł na starcie z branżą, chcąc wprowadzić tzw. podatek cukrowy. Jednak niektórzy analitycy uspokajają. Sklepy będą chciały jak najdłużej utrzymać wrażanie, że cen w promocji to nie dotknęło, a tym samym – kieszeni ich klientów. I co najmniej do czerwca tak powinno pozostać.

Analizę przeprowadzili eksperci z międzynarodowej firmy Hiper-Com Poland oraz platformy analityczno-badawczej UCE RESEARCH. Porównano średnie ceny promocyjne z lat 2018-2019. W tym celu sprawdzono wszystkie gazetki wydawane przez dyskonty, hipermarkety, supermarkety, sieci convenience, cash&carry i hurtownie. Łącznie przeanalizowano blisko 19 tys. publikacji.

– Z ogólnych danych wynika, że od początku 2018 r. do 2019 r. średnie ceny promocyjne tzw. małpek wzrosły zaledwie o 0,71%. Najbardziej podrożały spirytusy – o 3,85%. Wódki czyste podskoczyły o 1,97%, a smakowe – o 0,01%. Zatem można stwierdzić, że wskazane różnice są kompletnie niezauważalne dla konsumentów – mówi Krzysztof Zych z międzynarodowej firmy analityczno-doradczej UCE GROUP LTD.

Natomiast Katarzyna Grochowska z Hiper-Com Poland tłumaczy, że niewielkie wzrosty są nieuniknione prawie w każdym segmencie rynku ze względu na rosnące koszty produkcji i transportu. Wynikają one m.in. z coraz wyższych opłat za energię i cen paliw. Planowane podwyżki akcyz na wyroby alkoholowe podniosą ich ceny w sposób zauważalny. Najbardziej zdrożeją spirytusy, następnie – wódki czyste, a na końcu – smakowe.

– Ale to dalej może nie być powodem do tego, żeby sieci drastycznie podniosły ceny. Co istotne, wódki smakowe, które są przecież coraz częściej kupowane przez konsumentów, najmniej zdrożały. W mojej ocenie, dzięki temu zabiegowi sieci chciały pokazać, że tego typu alkohole, sprzedawane w małych butelkach, wciąż są w dobrych cenach, mimo widocznych podwyżek wielu innych towarów – komentuje ekspert z UCE GROUP LTD.

Biorąc pod uwagę poszczególne opakowania, widać, że najbardziej potniały butelki 50 ml, bo o 5,48%. Jednak w tym formacie to dość marginalny produkt. W tej kategorii wódki czyste odnotowały spadek o 7,91%, a smakowe – o 4,33%. Julita Pryzmont z Hiper-Com Poland stwierdza, że najmniejsze małpki mogą być uznawane przez konsumentów za porcję gotową do degustacji. Łatwiej więc ulec impulsowi zakupu niż w przypadku większych pojemności. Do tego niska cena i promocja sprawiają, iż klienci odruchowo i często decydują się na kupno.

– Spadek zaliczyły też opakowania 100 ml – o 2,30%. Jednak w tej kategorii najbardziej poszły w dół wódki smakowe – o 3,25%, a mniej potaniały czyste – o 2,38%. Wzrost o zaledwie 0,91% odnotowały spirytusy, które właśnie w tej wielkości butelkach najczęściej służą do wzmacniania słabszych trunków, kaw czy deserów. Sieciom mniej zależy na ich promocji niż pięćdziesiątek, częściej kupowanych w celu szybkiego, samotnego spożycia – zaznacza dr Maria Andrzej Faliński, ekspert rynku detalicznego.

Z kolei opakowania 200 ml poszły w górę o 1,37%. Wśród nich wódki smakowe zdrożały o 1%, spirytusy – o 0,51%, a wódki czyste – o 0,14%. Beata Büttner-Clauss z platformy analityczno-badawczej UCE RESEARCH uważa, że sieci handlowe po raz kolejny sprytnie rozegrały sprawę. Zwyczajnie kuszą towarem w większym opakowaniu. To nic innego, jak tylko taktyka sprzedażowa. I oczywiście nie ma w tym nic złego.

– Po ostatnich ruchach rządu w kwestii obłożenia nowym podatkiem, konsumenci nie powinni martwić się na zapas i ulegać medialnym doniesieniom. Po pierwsze, sieci z pewnością mają spore zapasy, zrobione jeszcze niższym kosztem. Po drugie, średnie ceny promocyjne jeżeli już pójdą w górę, to dość minimalnie. Sklepy będą jak najdłużej chciały utrzymać wrażanie, że ich to w żaden sposób nie dotknęło, a przede wszystkim – klientów. I co najmniej do czerwca nic nie powinno się zmienić w tej kwestii – podsumowuje analityk z UCE GROUP LTD.

Nie samym wirusem rynki żyją

Zakażonych wirusem przybywa, ale ostatnie liczby po zmianie metodologii są już mniej niepokojące. Wiarygodność danych z Chin zaczyna być coraz bardziej kwestionowana, ale nie jest to temat, który wpływ na rynki. Na koniec tygodnia UER/USD zmierzy się z odczytami danych po obu stronach Atlantyku, funt znajduje wsparcie w politycznej burzy, a rynek złotego zdaje się nie obawiać danych z Polski.

EUR/USD jest coraz bliżej zahaczenia 1,08 i na horyzoncie nie widać powodu do odmiany tego stanu rzeczy. Problem leży głównie po stronie euro i obaw o to, że zakładane jeszcze pod koniec ubiegłego roku odbicie aktywności gospodarczej nie nastąpi. Opublikowane dziś rano dane o PKB z Niemiec w IV kw. pokazały brak zerową dynamikę, na co jednak zdołały inwestorów przygotować rozczarowujące odczyty z przemysłu w ostatnich dniach. To nie wróży dobrze zaplanowanemu na przedpołudnie odczytowi PKB dla całej strefy euro i rynek podtrzyma spekulacje o kolejnej obniżce stopy procentowej EBC – niezależnie czy takie spekulacje mają sens, czy nie (pisałem o tym wczoraj). Jednak przy porównaniu z sytuacją w USA, gdzie według najnowszych danych inflacja zaskakuje pozytywnie (2,5 proc. r/r), trudno argumentować odbicie EUR/USD. Kondycja gospodarki nie stanowi żadnego tematu do rozterek dla decydentów z Fed. Dziś po południu dane o sprzedaży detalicznej powinny odzwierciedlić USA utrzymujące się pozytywne nastroje konsumentów. Tylko chęć realizacji zysków z krótkich pozycji przed weekendem może przynieść odbicie. Tylko skoro żaden czynniki ryzyka nie są w stanie pociągnąć EUR/USD w górę, to po co zamykać pozycję?

W nieco zaskakujący sposób funt zareagował pozytywnie na roszady w brytyjskim rządzie, w tym na niespodziewaną rezygnację kanclerza skarbu Sajida Javida. Według doniesień prasowych powodem odejścia był sprzeciw wobec ultimatum postawionego przez premiera Johnsona, aby Javid odwołał swoich doradców. Javid i jego ekipa dbali o zrównoważone założenia budżetu i sprzeciwiali się ambitnym planom wydatkowym premiera i jego obozu. Po rezygnacji Javida jest bardziej prawdopodobne, że Johnson pójdzie w ślady Trumpa, przedstawiając bardziej szczodry pakiet fiskalny. Dla rynku perspektywa wzrostu PKB wspartego wydatkami rządowymi jest interpretowana jako zdjęcie z Banku Anglii presji na obniżkę stopy procentowej. Sądzę jednak, że to dość nietrwały impuls dla umocnienia funta. Fiskalne rozdawnictwo nie oferuje długofalowego rozwiązania na wyzwania stawiane przez brexit. A temat brexitu wciąż ciąży na funcie. Dla GBP/USD widzę solidniejsze podstawy, aby przed weekendem doszło do korekty wczorajszego rajdu.

W Polsce styczniowy CPI powinien pokazać dalszy wzrost do 4 proc. r/r, co będzie mieć związek z regulacyjną podwyżką cen energii. Wstępny szacunek PKB za IV kw. może wypaść poniżej 3 proc. r/r, co nie zdarzyło się od IV kw. 2016 r. Z konferencji prasowej po posiedzeniu RPP w mijającym tygodniu wiem, że Rada jest świadoma przejściowego przestrzelenie celu inflacyjnego, a także spowolnienia gospodarczego, ale nie zamierza zmieniać swojego nastawienia. To osłabia wpływ publikacji na złotego i skazuje walutę na wyłączne podleganie pod czynniki zewnętrzne. Złoty korzysta na postępującej bagatelizacji ryzyk związanych z wirusem, ale znów EUR/PLN jest blisko podłogi wielomiesięcznej konsolacji, która jeszcze niedawno potwierdziła swoje znaczenie jako solidna zapora. O ile nie przeniesiemy się do alternatywnej rzeczywiści globalnego prosperity, gdzie nikt nie słyszał o koronawirusie, spodziewałbym się, że okolice 4,23 będą kusić do spekulacyjnego grania pod odbicie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Szczepienia na choroby zakaźne powinny być standardem wśród seniorów. Na grypę szczepi się tylko 14 proc. z nich

Osoby w wieku 65+ z uwagi na choroby przewlekłe i towarzyszącą temu osłabioną odporność mogą być bardziej narażone na infekcje. W związku z tym szczepienia przeciw chorobom zakaźnym są ważnym, jeśli nie najważniejszym, elementem profilaktyki zdrowotnej. Zalecane są szczególnie regularne szczepienia przeciw grypie oraz pneumokokom. – Szczepienia pozwalają uniknąć choroby albo powodują, że ma ona łagodniejszy przebieg. Korzyści zdrowotne są ewidentne, a powikłania notuje się bardzo rzadko – przekonują lekarze.

– W przypadku seniorów, podobnie jak właściwie w przypadku całej populacji, szczepienia przeciwko chorobom zakaźnym są najistotniejszym elementem profilaktyki zdrowotnej – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. n. med. Andrzej Fal, kierownik Kliniki Alergologii, Chorób Płuc i Chorób Wewnętrznych Centralnego Szpitala Klinicznego MSWiA w Warszawie.

Jak podkreśla specjalista, seniorzy z uwagi na przewlekłe schorzenia związane z układem krążenia, oddechowym czy pokarmowym mają zaburzoną odporność, więc podatność na zarażenie jest u nich dużo wyższa.

W związku z tym wśród osób w wieku 65+ szczepienia powinny być równie powszechne jak w przypadku małych dzieci. Dotyczy to szczególnie patogenów, które występują masowo. Do tych najpowszechniej występujących należą pneumokoki, które są przyczyną większości infekcji osób w wieku 65+ – dodaje Andrzej Fal. – Senior powinien szczepić się przeciw pneumokokom według kalendarza szczepień. Oznacza to, że konieczne są co najmniej dwa szczepienia, choć Amerykanie zalecają trzy dawki w odstępach pięciu–siedmiu lat jako pełne zabezpieczenie, w szczególności u osób z istotnymi chorobami przewlekłymi.

W katalogu szczepień dla seniora powinno znaleźć się także szczepienie przeciwko grypie. Osoby starsze, które cieszą się średnim zdrowiem, czyli nie mają poważnych problemów zdrowotnych, ale statystycznie cierpią na przynajmniej jedną chorobę przewlekłą, powinny szczepić się przeciwko tej chorobie co roku.

Problem seniora, który nie zaszczepi się przeciwko grypie czy pneumokokom, a zachoruje, jest dwojaki. Po pierwsze, najprawdopodobniej przebieg infekcji będzie cięższy. Zdecydowanie większy odsetek nieszczepionych seniorów po zachorowaniu na grypę czy infekcję pneumokokową trafia do szpitala, co samo w sobie jest już niebezpieczne dla zdrowia, a tym bardziej dla seniora podczas infekcji. Po drugie, sam fakt pojawienia się infekcji – o łagodnym czy ciężkim przebiegu – jest związany bezpośrednio ze stopniem wyszczepialności populacji seniorów, czyli z odsetkiem osób w populacji, który się zaszczepił – przekonuje specjalista.

Wśród Polaków zainteresowanie szczepieniami przeciw grypie jest wciąż niewielkie. Pod tym względem jesteśmy na jednym z ostatnich miejsc w Europie. Jak podaje Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego, w sezonie 2018/2019 przeciw grypie zaszczepiło się zaledwie 3,9 proc. Polaków, a w poprzednim – 3,64 proc. Najwyższy wskaźnik zaszczepienia odnotowano w Polsce w sezonie 2001/2002, kiedy szczepionkę otrzymało 10,57 proc. populacji. W kolejnych sezonach było już gorzej. W ostatnim sezonie epidemicznym najwyższy stan zaszczepienia – na poziomie 14,2 proc. – odnotowano właśnie wśród seniorów.

 Szczepienia są jednymi z bezpieczniejszych interwencji medycznych. Średnio w Polsce rejestruje się jedno powikłanie na 10 tys. podanych szczepionek. Wśród nich są najczęściej miejscowy obrzęk, dwutrzydniowa bolesność, zaczerwienienie. Z kolei poważne powikłanie notuje się średnio raz na pół miliona podanych szczepionek – dodaje Andrzej Fal. – Jeżeli ktoś używa penicyliny jako antybiotyku bądź aspiryny jako leku przeciwgorączkowego, też może doświadczyć bardzo ciężkich powikłań, ale to nie znaczy, że należy odradzić wszystkim używanie aspiryny.

Ryzyko powikłań poszczepiennych nie powinno być argumentem przeciw powszechnemu korzystaniu z profilaktycznych szczepień. Znacznie bardziej niepokojące są dane dotyczące zgonów w wyniku powikłań po grypie. Wprawdzie z danych epidemiologicznych NIZP – PZH wynika, że w sezonie 2018/2019 liczba zachorowań na grypę i zachorowania grypopodobne była niższa w porównaniu do lat poprzednich, ale odnotowano wyższą liczbę zgonów z powodu grypy i jej powikłań. W sezonie 2018/2019 było to 150 przypadków, czyli zmarło o ponad 100 osób więcej w porównaniu do sezonu 2017/2018. Zgony dotyczyły głównie osób po 65. roku życia.

Konopie włókniste mają 50 tys. zastosowań w przemyśle. Mogą zastąpić plastik, są też bardziej ekologicznym źródłem papieru

Do 1883 roku nawet 90 proc. papieru na świecie było produkowane z konopi. Na papierze konopnym spisano m.in. Biblię Gutenberga i dwa pierwsze projekty amerykańskiej Deklaracji niepodległości. To tylko jeden z przykładów przemysłowego wykorzystania konopi, a jest ich nawet 50 tys. Mają one najsilniejsze włókno roślinne na świecie i mogą niemal całkowicie zastąpić plastik. Konopie włókniste można uprawiać niemal na każdej glebie, dlatego areał ich upraw rośnie, także w Polsce.

– Konopie przemysłowe wykorzystuje się przede wszystkim jako materiał włókienniczy, czyli w pozyskiwaniu i produkcji włókna. Pozyskuje się z niego papier – są fabryki, przede wszystkim we Francji, które produkują papier konopny. Jego wytwarzanie jest zdecydowanie lepsze pod względem ochrony środowiska. Wykorzystuje się w nim mniej środków do pozyskania lignocelulozy – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dariusz Jan Nowak, prezes zarządu Polskiego Stowarzyszenia Producentów i Przetwórców Konopi, członek zarządu w Orbis Cannabis.

W przeszłości konopie były już powszechnie stosowane. Szacuje się, że do 1883 roku blisko 90 proc. papieru na świecie było wyprodukowanych właśnie z włókna konopnego.

– Ciekawostką jest, że Deklaracja niepodległości Stanów Zjednoczonych była stworzona na papierze konopnym – dodaje Dariusz Jan Nowak.

Szacuje się, że konopie włókniste mają około 50 tys. zastosowań w różnych dziedzinach przemysłu. Jak podaje portal National Hemp Association, konopie to plony o wysokiej wydajności. Z jednego akra produkuje się dwa razy więcej oleju niż z jednego akra orzeszków ziemnych i prawie czterokrotnie więcej miazgi włóknistej na papier niż z akra drzew. Ze względu na swoją wytrzymałość włókno konopne może być stosowane do materiałów kompozytowych, które mogą być użyte do wykonania np. samochodów czy myśliwców.

Czyli w pewien sposób zastępuje plastik – przekonuje Dariusz Jan Nowak.

Tworzywa sztuczne wykonane z połączenia konopi i innych roślin są już stosowane. Dzięki swojej wysokiej wytrzymałości i sztywności wykorzystuje się je w budowie samochodów, łodzi czy instrumentów muzycznych. Henry Ford już w 1941 roku stworzył plastikowy samochód napędzany konopiami i innymi paliwami roślinnymi, którego błotniki były wykonane z konopi. Planował „wyhodować” samochody tak, aby wszystkie jego materiały były pochodzenia roślinnego.

Na Zachodzie bardzo mocny jest trend budownictwa naturalnego, w którym wykorzystuje się konopie i tworzy się z nich beton konopny. Taki budynek jest zaś zdrowszy i bezpieczniejszy dla ludzi – mówi prezes zarządu Polskiego Stowarzyszenia Producentów i Przetwórców Konopi.

Eksperci podkreślają, że beton konopny jest niepalny, ma dobrą termoizolacyjność, dobrze reguluje temperaturę i wilgotność wewnątrz domu. Zapewnia także trwałość elementów drewnianych, chroni je przed pasożytami oraz jest odporny na pleśnie i grzyby.

Konopie wykorzystuje się we włókiennictwie, ponieważ ich włókno jest bardzo trwałe. Ubrania z lnu i konopi były trwałe, odporne na przetarcia, więc były często stosowane do ubrań roboczych. W USA było zalecenie, żeby dla żołnierzy produkować mundury z konopi ze względu na ich trwałość – wskazuje Dariusz Jan Nowak.

Konopie mogą szerzej wejść do przemysłu tekstylnego – tkanina konopna chroni przed promieniowaniem UV, ma też właściwości termodynamiczne i hipoalergiczne. W przyszłości z plastiku pochodzenia konopnego mogłyby być produkowane opakowania żywności czy zabawki. Największe koncerny spożywcze już eksperymentowały z plastikowymi butelkami z roślin.

Według raportu Grand View Research globalny rynek konopi przemysłowych do 2025 roku osiągnie wartość 10,6 mld dol. Dlatego też rośnie areał upraw konopi włóknistych. Instytut Gospodarki Rolnej podaje, że w 2017 roku w całej Unii Europejskiej zajmowały one ok. 35 tys. ha, z czego najwięcej we Francji (ok. 10 tys. ha). GUS podaje, że w 2018 roku łączna powierzchnia upraw przemysłowych konopi i lnu wynosiła ponad 5,3 tys. ha. Jak wynika z uchwały Rady Ministrów z 2017 roku wprowadzającej program „Odbudowa i zrównoważony rozwój produkcji oraz przetwórstwa naturalnych surowców włóknistych dla potrzeb rolnictwa i gospodarki na lata 2017–2020″, konopie włókniste wykorzystywane są głównie na cele papiernicze – 73 proc., w budownictwie – 11 proc., w produkcji kompozytów – 10 proc., tekstyliów – 3 proc. oraz 3 proc. do innych zastosowań. W latach 70. Polska była znaczącym producentem włókien naturalnych, m.in. konopi włóknistych. Powierzchnia upraw wynosiła wówczas ok. 15 tys. ha.

Nawet małe i średnie polskie firmy mogą konkurować na niemieckim rynku. Ich przewagą jest elastyczność i szybkość działania

0

Nawet małe i średnie polskie firmy mogą konkurować na niemieckim rynku. Ich przewagą jest elastyczność i szybkość działania 1

Niemcy to wciąż największy polski partner handlowy, odpowiadający za więcej niż jedną czwartą wartości naszego eksportu. Polska jest dla tego kraju szóstym największym kontrahentem, w ubiegłym roku przegoniła Wielką Brytanię. Niemieccy konsumenci mają coraz lepszą opinię o polskich towarach i usługach, które często wygrywają nie tylko ceną, ale też jakością i szybkością wykonania. Firmy, które chciałyby podjąć działalność w Niemczech, muszą jednak pamiętać o gruntownym zapoznaniu się z lokalnymi regulacjami.

– Niemieccy konsumenci bardzo sobie cenią polską innowacyjność, podejście do realizacji projektów, jesteśmy też znani z wysokiej jakości usług i produktów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Kasiubowski, prezes i założyciel serwisu Polando.de, współpracującego z polskimi firmami w Niemczech. – Niemieccy klienci cenią sobie elastyczność polskich przedsiębiorców, którzy są bardziej skoncentrowani na efekcie w przeciwieństwie do niemieckich, którzy są głównie skoncentrowani na procedurach.

Polskie firmy chwalone są również za kreatywność. Jak podkreśla Kasiubowski, tam, gdzie niemiecka firma widzi regulaminy i biurokrację, polska widzi po prostu pracę do wykonania.

– Polskie firmy nauczone są realizacji projektów na wczoraj, jesteśmy w stanie o wiele szybciej zrealizować pewne zadania i zlecenia, co jest pozytywnym zaskoczeniem dla niemieckich kontrahentów. Te elementy oczywiście przekładają się też na cenę – podkreśla prezes Polando.de.

W 2019 roku do Niemiec trafiło 27,6 proc. wartości polskiego eksportu, co oznacza sprzedaż na poziomie 279,6 mld zł, o 4,2 proc. wyższą niż rok wcześniej. Dodatnie jest też nasze saldo wymiany z zachodnim sąsiadem – w ubiegłym roku nadwyżka wyniosła 60,8 mld złotych.

– Polska jest zdecydowanym liderem w branży stolarki okiennej i budowlanej, również firmy budowlane cieszą się renomą. Polska coraz bardziej i coraz silniej jest postrzegana również na rynku szeroko rozumianej turystyki medycznej, czyli od zabiegów kosmetycznych, przez stomatologię, po bardziej zaawansowane operacje – mówi Artur Kasiubowski.

Polsko-Niemiecka Izba Przemysłowo-Handlowa szacuje, że nad Renem i Menem działa nawet 1,5 tys. polskich spółek, a jednoosobową działalność gospodarczą prowadzą dziesiątki tysięcy polskich przedsiębiorców. Z ankiety przeprowadzonej przez nią w październiku 2019 roku wśród polskich firm w Niemczech wynika, że mimo spowolnienia gospodarczego 93 proc. z nich powtórzyłoby swoją decyzję o podjęciu działalności na sąsiednim rynku.

– Rynek niemiecki jest atrakcyjny z perspektywy każdej firmy, zarówno wielkich graczy, jak i drobnych przedsiębiorców czy firm jednoosobowych – mówi Artur Kasiubowski. – Ważne jest, żeby to zrobić od samego początku dobrze i profesjonalnie.

Ekspert radzi, żeby osoby zainteresowane dotarciem do niemieckiego rynku gruntownie zapoznały się z lokalnymi przepisami i zwyczajami. Te pierwsze mogą się różnić nawet w zależności od kraju związkowego, a ich naruszenie grozi poważnymi konsekwencjami finansowymi. Szczególną ostrożność powinni zachować przedsiębiorcy działający w branży e-commerce. Nieznajomość mentalności i potrzeb lokalnych klientów może przyczynić się do biznesowej porażki.

– Kolejna kwestia to różnice kulturowe. Często błędnie oceniamy nasze szanse na rynku niemieckim, opierając się na naszych polskich realiach, nie zdając sobie sprawy z tego, że niemiecki klient kieruje się zupełnie innymi wartościami przy decyzji zakupowej – mówi Artur Kasiubowski. – Dostosowanie oferty do niemieckiej mentalności i oczekiwań jest kluczowe.

W Niemczech doskonale sprawdza się poczta pantoflowa. Często lepsza niż droga reklama jest dobrze wykonana usługa, dzięki czemu zleceniodawca poleci ją swojemu sąsiadowi.

Polando.de to działający od 2016 roku portal, który ma pokazać Niemcom zalety polskich przedsiębiorców. Zajmuje się kompleksową obsługą marketingową krajowych firm. W 2019 roku strona odnotowała 5 mln odsłon.

Na polskie domy przypada 87 proc. węgla spalanego w gospodarstwach domowych w Unii Europejskiej. W ciągu 10 lat możliwe jest odejście od tego surowca

W Polsce sektor ciepłownictwa zużywa ok. 26 mln ton węgla. Połowa z tego przypada na gospodarstwa domowe. Co więcej, spalamy w nich 87 proc. węgla wykorzystywanego w gospodarstwach domowych w całej Unii Europejskiej. Z tego powodu proces odchodzenia od tego surowca będzie długi i kosztowny. Polski Instytut Ekonomiczny i Forum Energii szacują, że dekarbonizacja całego sektora ciepłownictwa pochłonie ponad 550 mld zł do 2030 roku. Eksperci podkreślają, że niezbędna jest kompleksowa strategia dla rozwoju branży – bez niej Polska nie da rady wypełnić zobowiązań, jakie narzuca polityka klimatyczna UE.

Polskie ciepłownictwo bazuje na węglu. Zużywa go ok. 24–26 mln ton rocznie. Same gospodarstwa domowe spalają aż 12 ton węgla. Jeśli spojrzymy z perspektywy całej UE, okazuje się, że Polacy spalają w domach ponad 80 proc. węgla, który jest wykorzystywany we wszystkich gospodarstwach domowych w całej Unii Europejskiej. Czyli Polska jest całkowitym ekstremum pod względem spalania węgla w indywidualnych budynkach – mówi agencji Newseria Biznes dr Joanna Maćkowiak-Pandera, prezes Forum Energii.

Jak wynika z raportu Forum Energii i PIE, w Polsce 47 proc. gospodarstw domowych ogrzewa swoje domy paliwami stałymi, a w indywidualnych instalacjach grzewczych powstaje 76 proc. ciepła. Pozostałe 24 proc. jest wytwarzane w systemach ciepłowniczych, z których 80 proc. jest nieefektywnych. Rokrocznie ciepłownictwo emituje 68 mln ton CO2 (czyli 1/4 krajowej emisji).

Niska emisja (ze źródeł o wysokości poniżej 40 m), pochodząca z indywidualnych źródeł wytwarzania ciepła w ok. 5 mln budynków w Polsce, jest jedną z głównych przyczyn złej jakości powietrza. Około 3,5 mln budynków jest zaopatrywanych w ciepło z niskosprawnych źródeł opalanych węglem. Stare i nieefektywne energetycznie kotły i piece to natomiast główne źródło smogu, z którym borykają się polskie miasta i samorządy. Choroby będące jego skutkiem kosztują budżet państwa rokrocznie ok. 30 mld euro („Ciepłownictwo w Polsce 2019”).

– W okresie zimowym właśnie to, co spalamy w domach, we własnych piecach, jest największym problemem, szczególnie na południu Polski. Na to nakładają się również transport, przemysł i energetyka – mówi Joanna Maćkowiak-Pandera.

W Polsce dużym problemem jest niska efektywność energetyczna budownictwa mieszkalnego. Z ubiegłorocznego „Barometru zdrowych domów” przygotowanego na zlecenie Velux wynika, że 58 proc. polskich zasobów budowlanych to budynki starsze niż 40 lat, a jedynie 10 proc. ma świadectwa energetyczne klasy A lub B. To oznacza, że przeważająca większość polskich domów jednorodzinnych ma niski bądź bardzo niski standard energetyczny, a tym samym wysokie zapotrzebowanie na ciepło.

Największym problemem są budynki jednorodzinne na terenach wiejskich. Jak podkreśla prezes Forum Energii, to wymaga uwzględnienia w rządowym programie Czyste Powietrze oraz wypracowania kompleksowej strategii poprawy efektywności energetycznej budownictwa mieszkaniowego.

Powinniśmy mieć konkretne cele, które chcemy osiągnąć. W tej chwili dzięki programowi Czyste Powietrze jesteśmy w stanie poprawić efektywność energetyczną o ok. 15 proc., natomiast to może być za mało, to powinno być co najmniej 30 proc. – podkreśla Joanna Maćkowiak-Pandera. – Biorąc pod uwagę długofalową perspektywę i fakt, że dyskutujemy o neutralności klimatycznej, chcemy, aby gospodarstwa domowe nie płaciły więcej za ciepło i odchodziły od węgla, to jedynie dobra efektywność energetyczna może nam w tym pomóc.

Niska efektywność to również problem ciepłownictwa systemowego. Polska ma jedną z najlepiej rozwiniętych sieci ciepłowniczych w Europie, która liczy blisko 21,5 tys. km. Jednak 80 proc. z nich jest nieefektywne energetycznie (w rozumieniu unijnej dyrektywy o efektywności energetycznej). To, że nie spełniają unijnych kryteriów, de facto eliminuje je ze wsparcia finansowego.

Koszty uprawnień do emisji CO2 wzrosły w ostatnim czasie o 250 proc. Zakład ciepłowniczy musi je ponieść samodzielnie, co oznacza, że trudno będzie im w tej sytuacji odchodzić od węgla. W Polsce systemy ciepłownicze w dalszym ciągu produkują z niego 75 proc. energii. Polskie ciepłownictwo systemowe, mimo że jest jednym z największych w Unii Europejskiej, jest na zakręcie – podkreśla Joanna Maćkowiak-Pandera.

Forum Energii zaznacza, że Polska nie ma ani spójnej strategii rozwoju ciepłownictwa, ani jasnych deklaracji dotyczących ograniczania korzystania z węgla. To utrudnia systemowe działania. Tymczasem niekorzystny bilans paliwowy i wadliwy system taryfowania negatywnie odbijają się na konkurencyjności sektora, a Polska jest zobowiązana do uczestnictwa w osiąganiu wspólnych celów UE i redukcji emisji gazów cieplarnianych w ciepłownictwie i energetyce o 43 proc. do 2030 roku (w stosunku do poziomu z 2005 roku). Bez reformy w obszarze ciepłownictwa nie będzie to możliwe.

Potrzebujemy strategii czystego ciepła, musimy postawić sobie cele odejścia od węgla na rzecz czystych źródeł energii. Uważamy, że 2030 rok dla gospodarstw indywidualnych i 2035 rok dla systemów ciepłowniczych to realne daty. Do tego oczywiście są potrzebne środki finansowe i plan wdrażania konkretnych mechanizmów. O tym powinniśmy w kolejnych miesiącach intensywnie rozmawiać z Brukselą, bo trudno nam będzie poradzić sobie z tą skalą wyzwań i kosztami – podkreśla Joanna Maćkowiak-Pandera.

Z szacunków Forum Energii wynika, że na transformację ciepłownictwa w ciągu najbliższej dekady potrzeba ok. 558 mld zł, ale utrzymywanie status quo będzie równie kosztowne – pochłonie ok. 200 mld zł, nie przynosząc przy tym żadnych wymiernych korzyści ekonomicznych i zdrowotnych (raport „Czas na ciepłownictwo” Polskiego Instytutu Ekonomicznego i Forum Energii).

– Koszty transformacji ciepłownictwa są duże, bo obejmują nie tylko koszt modernizacji i wymiany źródeł ciepła. Fundamentem tej transformacji jest też poprawa efektywności energetycznej. Najpierw trzeba w to zainwestować, a dopiero później wymieniać źródło ciepła. Te środki nie mogą pochodzić tylko z zewnątrz. Sami też musimy opracować odpowiednie mechanizmy finansowania – mówi Joanna Maćkowiak-Pandera.

Urzędnicy boją się rozwiązywać spory publiczno-prywatne w drodze mediacji. Według nich bezpieczniej zdać się na wyrok sądu

Wzrosła liczba sporów publiczno-prywatnych rozwiązywanych w drodze mediacji, która kończy się ugodą. W ubiegłym roku zawarto ich  84, podczas gdy w 2018 roku – jedynie 22. Wciąż jednak przeważająca większość z ok. 3 tys. takich spraw rocznie trafia na długie lata do sądów. Konsekwencją jest strata czasu i pieniędzy – zarówno po stronie inwestora publicznego, jak i wykonawcy. Najczęściej wynika to z faktu, że urzędnicy boją się odpowiedzialności i są przekonani, że bezpieczniej jednak iść do sądu. Tymczasem prawo sprzyja mediacyjnemu rozstrzyganiu sporów, a odrzucenie racjonalnej propozycji ugody może wręcz być rozpatrywane przez NIK jako niegospodarność w zakresie wydatkowania środków publicznych.

Zaletą mediacji jest czas. Tą drogą można szybko rozwiązywać spory i to jest plus zarówno dla wykonawców, jak i dla zamawiających, bo nie marnujemy czasu na sprawy sądowe, które nierzadko trwają pięć–sześć lat. Czas to także pieniądze, które w trakcie spraw sądowych wykonawcy mają zamrożone. Oczywiście mediacje mają też ujemne strony, bo jest to forma porozumienia: zarówno wykonawca, jak i inwestor muszą pozbyć się swoich części roszczeń i rozwiązać spór za pomocą kompromisu – mówi agencji Newseria Biznes Robert Proczko, dyrektor biura eksperckiego w Warbud.

Spory publiczno-prywatne najczęściej pojawiają się przy inwestycjach infrastrukturalnych i drogowych. Zwykle są wynikiem opóźnień w realizacji kontraktu albo różnic w interpretacji postanowień zawartych w umowie. Co roku do Prokuratorii Generalnej RP, która reprezentuje Skarb Państwa przed sądami powszechnymi i polubownymi, trafia około 3 tys. takich spraw o łącznej wartości roszczeń sięgającej ok. 15 mld. W ostatnich latach częściej dochodzi do rozwiązania ich na drodze mediacji, która kończy się ugodą. Mimo to przeważająca większość spraw nadal trafia na długie lata do sądu.

Niestety z punktu widzenia generalnych wykonawców rozwiązywanie sporów poprzez mediacje nie jest w Polsce często stosowane. Nad czym ubolewamy, bo jesteśmy na to rozwiązanie bardzo otwarci – mówi Robert Proczko.

Strona publiczna, samorządowa stosunkowo rzadko sięga po mediacje. Podstawową przeszkodą jest po prostu decyzyjność. Na etapie mediacyjnym, przy ustalaniu warunków ugody, trzeba podjąć decyzję dotyczącą jej zawarcia, zejść trochę ze swoich roszczeń, wyjść naprzeciw drugiej stronie. Urzędnicy, których obowiązuje dyscyplina finansów publicznych i są odpowiedzialni za wydatkowanie środków publicznych, częściej wolą przesunąć tę odpowiedzialność na sąd – dodaje Ewelina Stobiecka, mediator, koordynator Międzynarodowego Centrum Mediacji.

To jednak oznacza stratę pieniędzy i czasu, bo spory sądowe w takich sprawach trwają długie lata.

W postępowaniach sądowych zawsze mamy do czynienia z długim czasem rozpatrywania, szczególnie przy sporach złożonych, wielowątkowych, o dużej wartości przedmiotu sporu. W mediacjach strony mogą dużo szybciej dojść do porozumienia. Dzięki temu sektor prywatny jest lepiej wypłacalny, a publiczny – nie wydaje pieniędzy podatników na przeciągający się konflikt w sądzie – podkreśla ekspertka.

Prawo sprzyja w tej chwili ugodom i mediacyjnemu rozstrzyganiu sporów pomiędzy sektorem publicznym a prywatnym. Rozwiązania legislacyjne wprowadzone w ostatnich kilku latach usprawniły prowadzenie mediacji pomiędzy sektorem prywatnym a publicznym, a artykuł 54a ustawy o finansach publicznych z 2017 roku stwarza duże możliwości zawierania ugód, jeżeli te okazują się korzystniejsze niż przewidywany wynik postępowania sądowego. Jednak problemem pozostaje nieumiejętność zastosowania istniejących rozwiązań prawnych.

Przepisy są wystarczające do tego, aby osiągać porozumienie metodą mediacji. Nie widzę w nich jakichkolwiek trudnych kwestii, które przeszkadzałyby w takich rozstrzygnięciach – dodaje Robert Proczko.

W przypadku sektora publicznego i urzędników bezzasadne odrzucenie racjonalnej propozycji ugodowej, które będzie prowadzić do przegrania procesu i wydatkowania jeszcze większych kwot ze środków publicznych, może wręcz budzić wątpliwości w zakresie gospodarności.

Kontrolerzy NIK doskonale znają te przepisy i z pewnością będą oceniać postępowanie kontrolowanych jednostek pod kątem art. 54a. Wcześniej, kiedy tego przepisu jeszcze nie było, zawieranie ugód wydawało się takim jednostkom problematyczne. Jednak teraz mamy wyraźną podstawę prawną. To stwarza możliwość kontroli w drugą stronę – czy rezygnacja z tej formy rozwiązania sporu mieści się w granicach legalności, celowości, rzetelności i gospodarności – mówi Zbigniew Wrona, radca prezesa Najwyższej Izby Kontroli.

Potrzeba uregulowania jakości usług pralniczych dla placówek medycznych

Zdarza się, że podczas pobytu w szpitalu zarażamy się chorobą zakaźną. Najczęściej winimy za to narzędzia, używane bezpośrednio przy czynnościach zabiegowych lub przy leczeniu. Badania wskazują jednak, że za przenoszenie wirusów i bakterii w szpitalach często odpowiedzialna jest bielizna. Prześcieradła, pościel i poduszki – a także ubrania operacyjne lekarzy i chusty chirurgiczne – mogą być powodem zakażenia, gdy nie są odpowiednio prane i czyszczone. To poważny problem, gdyż nie ma w Polsce jednolitych regulacji dotyczących prania bielizny i asortymentu szpitalnego. Firmy świadczące takie usługi dla placówek medycznych nie są związane żadnymi obostrzeniami, wyznaczającymi standardy prania.

– Od 2008 roku w Polsce nie obowiązują żadne jednolite, powszechnie obowiązujące normy w wykonywaniu usług pralniczych dla szpitali – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Lang, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Ponieważ bielizna szpitalna jest częstą przyczyną zarażenia chorobami, sposób jej prania powinien spełniać konkretne standardy. Wychodząc naprzeciw oczekiwaniu, że ta luka prawna zostanie usunięta, Federacja Przedsiębiorców Polskich opracowuje rekomendacje uregulowania jakości usług pralniczych dla placówek medycznych. Dzięki temu wszystkie usługi pralnicze wykonywane w szpitalnictwie zapewniałyby należytą jakość prania i czystość bielizny, która trafia do szpitala – zapowiada Lang.