Epidemia koronawirusa zagraża światowej gospodarce

  • Opublikowane już oficjalne wartości indeksów PMI za styczeń nie odzwierciedlają jeszcze skali obaw gospodarczych związanych z trwającą w Chinach epidemią koronawirusa 2019-nCoV. Uważamy jednak, że jej wpływ na chińską gospodarkę i resztę świata będzie dość znaczący.
  • Osłabienie wzrostu chińskiego PKB może wynieść około 1 punktu procentowego r/r i wystąpić głównie w 1. kwartale 2020 roku. W okresie późniejszym możliwa będzie poprawa sytuacji, wynikająca z obecnego spowolnienia produkcji i wsparcia w postaci polityk wdrażanych przez władze.
  • Przedłużająca się przerwa w aktywności Chin może skutkować zakłóceniami w zakresie niektórych łańcuchów dostaw, takich jak łańcuchy w branżach wyrobów chemicznych, sprzętu transportowego, tekstyliów i elektroniki.
  • Pięć największych gospodarek, które potencjalnie mogą ucierpieć z powodu takich zakłóceń, to Tajwan, Korea Południowa, Holandia, Węgry i Indonezja.

Opublikowane wartości indeksów PMI za styczeń nie odzwierciedlają jeszcze skali obaw gospodarczych związanych z trwającą w Chinach epidemią. Indeks PMI dla przemysłu obniżył się do poziomu 50 (z 50,2 odnotowanego w grudniu), natomiast nieprodukcyjny wskaźnik PMI wzrósł do 54,1 (z 53,5). Tak niewielka zmiana wynika z faktu, że badanie zakończono 20 stycznia, czyli wtedy, gdy epidemia dopiero zaczęła przyciągać uwagę opinii publicznej. Oczekujemy, że badania przeprowadzone w lutym lepiej uchwycą gospodarcze skutki epidemii. Otwarcie chińskiego rynku kontynentalnego w poniedziałek 3 lutego będzie źródłem informacji na temat lokalnych nastrojów. Uważamy, że wpływ epidemii na gospodarkę Chin i reszty świata będzie dość istotny.

Według WHO, epidemia koronawirusa 2019-nCoV jest zagrożeniem dla zdrowia publicznego o zasięgu międzynarodowym. Pierwsze doniesienia dotyczące wybuchu epidemii pojawiły się w Chinach w grudniu 2019 r., a od połowy stycznia 2020 r. wirus jest przedmiotem wzmożonej uwagi opinii publicznej. Ostatnie (na koniec stycznia) doniesienia mówią o wystąpieniu około 9 800 potwierdzonych przypadków i 210 zgonów. Wprowadzone dotąd przez władze Chin istotne środki mające zapobiegać rozprzestrzenianiu się epidemii pozwoliły ograniczyć jej zasięg głównie do poziomu krajowego (około 98,5% potwierdzonych przypadków występuje w Chinach kontynentalnych). W dniu 30 stycznia, po szeregu debat, Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ogłosiła, że epidemia stanowi zagrożenie dla zdrowia publicznego o znaczeniu międzynarodowym.

Rynki wyraźnie zareagowały na epidemię. W odróżnieniu od sytuacji związanych z ryzykiem politycznym, spokojna postawa banków centralnych nie okazała się wystarczająca dla uspokojenia reakcji rynku. Na rynkach akcji widoczna była korekta w stosunku do wcześniejszych, wyśrubowanych poziomów, zaś indeksy MSCI World, APAC [regionu Azji i Pacyfiku] oraz China spadły odpowiednio o 1,8%, 4,7% i 8,5% w porównaniu z wartościami odnotowanymi 20 stycznia. W największym stopniu ciężar spadków ponoszą branże, które najprawdopodobniej bezpośrednio odczują wpływ epidemii – branżowe składniki indeksu MSCI World dla linii lotniczych, branży odzieżowej i dóbr luksusowych oraz hoteli, restauracji i rekreacji spadły od 20 stycznia odpowiednio o 6,9%, 6,4% i 4,7%. Tymczasem bezpieczne aktywa osiągnęły w tym okresie dobre wyniki: JPY umocnił się o 1,1% w stosunku do USD, a stopa zwrotu z 10-letnich amerykańskich obligacji skarbowych zmniejszyła się o 25 punktów bazowych. Waluta CNH zdewaluowała się o 1,7% w stosunku do USD, co sugeruje, że na rynki zaczynają przewidywać niższy wzrost w Chinach. Tak zachowawcze nastawienie zniknie być może dopiero po zakończeniu tendencji wzrostowej w zakresie rozprzestrzeniania się epidemii.

Rys. 1 – Indeksy MSCI World dla wybranych sektorów (01/01/2020 = 100)

Indeksy MSCI World dla wybranych sektorówIndeks MSCI World – (ang. Morgan Stanley Capital International Index) indeks giełdowy ważony kapitalizacją rynkową akcji 1 655 spółek notowanych w 23 wiodących krajach rozwiniętych

Źródło: Bloomberg, Euler Hermes, Allianz Research

Osłabienie wzrostu chińskiego PKB może wynieść około 1 punktu procentowego r/r i wystąpić głównie w 1. kwartale 2020 roku. W okresie późniejszym możliwa będzie poprawa sytuacji, wynikająca z obecnego spowolnienia produkcji i wsparcia w postaci polityk wdrażanych przez władze. Ostateczny wpływ na gospodarkę będzie zależał od stopnia nasilenia i czasu trwania epidemii, co na obecnym etapie jest trudne do przewidzenia. Oprócz bezpośredniego wpływu samej epidemii, fakt podjęcia przez władze chińskie bezprecedensowych środków mających zahamować rozwój epidemii oznacza, że jej wpływ na działalność gospodarczą może być większy niż początkowo zakładaliśmy. Zarówno strona popytowa, jak i podażowa znalazły się pod presją: epidemia i związany z nią „czynnik strachu” wpłyną na wydatki konsumpcyjne, a wydłużone chińskie święta noworoczne opóźnią produkcję. W 2. kwartale 2003 roku, epidemia SARS spowodowała spadek chińskiego PKB o 2 punkty procentowe (do +9,1% r/r z +11,1% w 1. kwartale). Przy założeniu identycznych pozostałych uwarunkowań, wpływ trwającej epidemii może okazać się jeszcze większy, ponieważ gospodarka chińska jest obecnie bardziej zależna od konsumpcji prywatnej (50% wzrostu PKB w 2019 r. wobec 28% w 2003 r.). Mimo to trzeba podkreślić, że reakcja władz była natychmiastowa. Wnioskując na podstawie epidemii SARS, nadal uważamy, że spowolnienie wzrostu gospodarczego można będzie nadrobić w ciągu jednego do dwóch kwartałów.

Rozszerzenie zakresu wsparcia poprzez wdrażanie odpowiednich polityk. Wdrożono już szereg środków: Ludowy Bank Chin (LBCh) zwiększa zastrzyki środków finansowych, duże banki państwowe oferują firmom dotkniętym skutkami epidemii korzystniejsze warunki kredytowe, itp. W przyszłości prawdopodobne jest dalsze łagodzenie polityki pieniężnej. Nasze dotychczasowe prognozy dotyczące obniżek wskaźników rezerw obowiązkowych o 150 punktów bazowych oraz podstawowych stóp oprocentowania kredytów o 30 punktów bazowych 2020 r., które wcześniej wydawały się ambitne, mogą teraz okazać się bardzo prawdopodobne. W zakresie podatków, władze mogą zwiększyć wydatki publiczne ponad 2,7 % PKB, które obecnie prognozujemy na rok 2020. Taka polityka może przyczynić się do złagodzenia skutków gospodarczych epidemii (w szczególności do zapobiegania przypadkom upadłości przedsiębiorstw), ale jest mało prawdopodobne, by całkowicie je wyeliminowała.

Przedłużająca się przerwa w aktywności Chin może skutkować zakłóceniami w zakresie niektórych łańcuchów dostaw, takich jak łańcuchy w branżach wyrobów chemicznych, sprzętu transportowego, tekstyliów i elektroniki. W prowincji Hubei najważniejszymi gałęziami przemysłu są chemiczne i niemetaliczne wyroby mineralne (22% produkcji przemysłowej brutto w prowincji) oraz sprzęt transportowy (18%). Warto zauważyć, że prowincja Hubei odpowiada za 9% całkowitej produkcji pojazdów silnikowych w Chinach. Biorąc pod uwagę bardzo wysoki stopień wzajemnych powiązań między przemysłem samochodowym a resztą gospodarki, epidemia będzie prawdopodobnie miała znaczący wpływ na większość rodzajów działalności przemysłowej.

Wysoki stopień integracji chińskiej gospodarki z globalnymi łańcuchami dostaw oznacza, że epidemia ta prawdopodobnie będzie miała szersze skutki poza granicami kraju. Sektory włókienniczy, komputerowy i elektroniczny są szczególnie narażone na zakłócenia występujące w Chinach, ponieważ wartość dodana w tych sektorach chińskiej gospodarki stanowi odpowiednio 19% i 17% produkcji światowej. Biorąc pod uwagę stosunkowo niski poziom stanów magazynowych w sektorze elektronicznym, możliwe jest wystąpienie niedoborów. Pierwszą piątkę gospodarek najbardziej uzależnionych od Chin stanowią Tajwan (5% lokalnej produkcji wykorzystuje chińskie środki produkcji), Korea Południowa (4%), Holandia (3%), Węgry (3%) i Indonezja (3%).

Rys. 2 – Udział chińskiej wartości dodanej w światowym popycie ostatecznym w rozbiciu na sektory (%) a stany magazynowe w porównaniu do średniej długoterminowej w rozbiciu na sektory (wg liczby dni)

Udział chińskiej wartości dodanej w światowym popycie ostatecznym w rozbiciu na sektoryŹródło: OECD, Bloomberg, Euler Hermes, Allianz Research

Rys. 3 – Kontekst ekonomiczny i wpływ epidemii SARS oraz 2019-nCoV

  SARS 2019-nCoV
Reakcja władz chińskich na epidemię Kryzys okazał się trudny do opanowania

·      Opóźnione przekazywanie informacji:

pierwszy przypadek miał miejsce w listopadzie 2002 r., ale został zidentyfikowany znacznie później, a WHO powiadomiono dopiero w lutym 2003 r.

·      Panika wśród ludności.

Według stanu na 20 stycznia 2020 r., reakcja wydaje się skuteczna

·      Epidemię szybko zidentyfikowano, nie tuszując jej

·      Przekazywanie informacji medycznych instytucjom zagranicznym i międzynarodowym (WHO)

·      Bezprecedensowe środki mające hamować rozprzestrzenianie się epidemii.

Wpływ na gospodarkę Chin Pewien wpływ jest zauważalny na poziomie regionalnym/globalnym

·       Globalny wpływ makroekonomiczny epidemii SARS oszacowano na 30-100 mld USD (ok. 3-10 mln USD w każdym przypadku)

·       W samych Chinach, wpływ oszacowano na 12,3-28,4 mld USD (ok. 1% PKB).

W obecnej sytuacji, przewidujemy ok. 1% PKB w ciągu mniej więcej jednego kwartału roku:

·      Wpływ będzie zależny od tego, jak długo i jak daleko epidemia się rozprzestrzeni

·      „Czynnik strachu” oraz wydłużone chińskie święta noworoczne prawdopodobnie odbiją się na prywatnej konsumpcji i produkcji.

Pozycja Chin w cyklu Wzrost PKB przyspieszał (10% w 2003 r.) po przystąpieniu Chin do Światowej Organizacji Handlu (WTO) w 2001 roku. Chińska gospodarka spowalnia: wzrost PKB spadł do +6,1% w 2019 r.; dla porównania, w 2018 roku wyniósł +6,6%. Na 2020 r. prognozujemy +5,9%.
Zależność Chin od konsumpcji prywatnej W 2003 r. konsumpcja prywatna odpowiadała za 28% wzrostu PKB. Szacujemy, że w 2019 roku konsumpcja prywatna odpowiadała za około 50% wzrostu PKB.
Zależność Chin od eksportu W 2003 r. eksport brutto odpowiadał za 68% wzrostu PKB. Przewidujemy, że w 2019 eksport brutto przyczyni się do około 5% wzrostu PKB.
Reakcja USA i społeczności międzynarodowej ·      W kwietniu 2003 r. rząd Stanów Zjednoczonych odwołał mniej istotny personel ze swoich konsulatów w Hongkongu i Kantonie.

·      Rząd USA rekomendował obywatelom, aby nie podróżowali do tego regionu.

·      Import mięsa z Chin do Stanów Zjednoczonych spadł w 2003 r. o 24,2%.

·      WHO również udzieliła przyjezdnym rekomendacji, aby unikali Hongkongu i prowincji Guangdong.

·      Na lotniskach wzmocniono kontrolę stanu zdrowia pasażerów przybywających z Chin.

·      Obywatelom amerykańskim odradza się podróżowanie do Chin.

·      Mongolia, Korea Północna i Rosja zamknęły swoje granice z Chinami kontynentalnymi.

·      Kazachstan, Malezja, Singapur, Sri Lanka, Filipiny i Wietnam zawiesiły wydawanie wiz obywatelom Chin i przyjezdnym powiązanym z Hubei.

·      W dniu 30 stycznia 2020 r. WHO podjęła decyzję o ogłoszeniu „Kryzysu w zakresie zdrowia publicznego o zasięgu międzynarodowym”.

 

Źródło: “The Impacts on Health, Society, and Economy of SARS and H7N9 Outbreaks in China: A Case Comparison Study” [Wpływ wybuchu epidemii SARS i H7N9 w Chinach na zdrowie, społeczeństwo i gospodarkę: porównanie przypadków] (Qiu, Chu, Mao, Wu, 2018), Komunikaty oficjalne, WHO, Euler Hermes, Allianz Research.

AUTORZY ANALIZY

FRANÇOISE HUANG                                             LUDOVIC SUBRAN

Starsza Ekonomistka Euler Hermes                        Główny Ekonomista Allianz i Euler

Co to jest deklaracja CIT-ST i kiedy ją składać?

Jeśli przedsiębiorca-podatnik posiada zakłady lub oddziały położone na obszarze jednostki samorządu terytorialnego innej niż właściwa według swojej siedziby to wtedy jest zobowiązany do składania deklaracji CIT-ST.

Odpowiadając na pierwszą część tytułowego pytania, deklaracja CIT-ST służy do rozliczenia wpłacanej zaliczki na podatek dochodowy pomiędzy te jednostki samorządu terytorialnego na terytorium których prowadzona jest działalność gospodarcza podatnika poprzez zakład lub oddział. Wspomniana deklaracja pełni zatem funkcję informacyjną w zakresie podziału wpływów z tytułu podatku dochodowego od osób prawnych pomiędzy jednostkami samorządu terytorialnego.

Dla przypomnienia warto dodać, że deklaracja CIT-ST w myśl § 4 ust. 2 rozporządzenia Ministra Finansów z 4.12.2007 r. w sprawie rozliczeń dochodów z tytułu udziału jednostek samorządu terytorialnego we wpływach z podatku dochodowego od osób prawnych składana jest:

  • w terminie wpłaty zaliczki na podatek – za pierwszy miesiąc roku podatkowego;
  • każdorazowo w terminie wpłaty zaliczki na podatek, jeżeli w trakcie roku podatkowego wystąpią zmiany stanu zatrudnienia, wpływające na zmianę procentowego udziału liczby zatrudnionych w zakładach, położonych na terenie danej jednostki samorządu terytorialnego;
  • łącznie z rocznym zeznaniem podatkowym – za ostatni miesiąc roku podatkowego.

A kiedy CIT-ST/A jest obowiązkowy?

Załącznik CIT-ST/A, czyli informacja o zakładach jest wymagana w sytuacji, w której spełnione są dwie przesłanki:

  • podatnik posiada wyodrębnione organizacyjnie zakłady;
  • zakłady te znajdują się poza gminą, w której mieści się siedziba podatnika.

Co należy rozumieć pod pojęciem „wyodrębnienia organizacyjnego”? Otóż w praktyce organów podatkowych „wyodrębnienie organizacyjne” oznacza oddział, którego adres jest ujawniony w KRS, jak również jest to posiadanie zdolności niezależnego i  samodzielnego funkcjonowania.

Podsumowując, jeżeli jednostka posiada oddział, który jest nie tylko wyodrębniony organizacyjnie, ale również  jest zdolny do samodzielnego działania jak niezależne przedsiębiorstwa należy w odniesieniu do niego złożyć załącznika CIT-ST/A.

Autor: Agnieszka Piętak, ekspert ds. podatków MDDP Outsourcing

W Polsce minimalne wynagrodzenie prawie trzykrotnie niższe niż w Irlandii

W Polsce poziom minimalnego wynagrodzenia jest wyższy niż m.in. na Litwie, Słowacji, w Estonii czy Czechach. Nadal jednak daleko nam do takich krajów jak Irlandia, gdzie pensja minimalna jest niemal trzykrotnie wyższa niż w Polsce (1656 euro vs. 611 euro miesięcznie) – wynika z najnowszych danych Eurostatu. Eksperci Personnel Service wskazują, że niski, w porównaniu do wielu krajów Unii Europejskiej, poziom pensji minimalnej to nie jedyny problem. O wysokość pensji minimalnej różnią się również zarobki kobiet i mężczyzn w niektórych zawodach.

21 z 27 państw UE ma ustawowo wyznaczony poziom płacy minimalnej. Nie zaliczają się do nich Dania, Włochy, Cypr, Austria, Finlandia i Szwecja. Zgodnie z najnowszymi danymi Eurostatu, podniesiony od 2020 roku poziom minimalnego wynagrodzenia w naszym kraju (do kwoty odpowiadającej 611 euro) plasuje Polskę daleko od europejskiej czołówki. Irlandia (1656 euro), Holandia (1635 euro), Belgia (1593 euro), Niemcy (1584 euro) czy Francja (1539 euro) mają ponad dwukrotnie wyższy poziom płacy minimalnej, a w Luksemburgu ta wartość jest wyższa o ponad trzy razy (2141 euro).

Te dane wyraźnie pokazują, że pod względem zarobków Polskę od czołówki państw Unii Europejskiej ciągle dzieli przepaść. Co więcej, przed naszym krajem w zestawieniu są także państwa, które w ocenie Polaków dysponują porównywalnym potencjałem gospodarczym, takie jak Słowenia, czy państwa, w których od lat trwa kryzys gospodarczy – Hiszpania i Grecja. Niemniej, warto podkreślić, że ustawowe podwyższenie płacy minimalnej pozwoliło wyprzedzić w zestawieniu Litwę i Estonię. Dzięki temu Polska jest na czele nieformalnej „grupy pościgowej” za europejską czołówką, złożonej głównie z krajów Europy Wschodniej – mówi Krzysztof Inglot, prezes Personnel Service i ekspert ds. rynku pracy.

Nawet wysokość płacy minimalnej dzieli zarobki Polek i Polaków

Jak podkreśla ekspert Personnel Service, Polaków interesują nie tylko dysproporcje w zarobkach w skali europejskiej, ale także – lokalnej. A te potrafią być znaczące m.in. ze względu na płeć. Zgodnie z przeprowadzanym cyklicznie co dwa lata badaniem Głównego Urzędu Statystycznego „Struktura wynagrodzeń według zawodów”, przeciętne wynagrodzenia kobiet są niższe niż mężczyzn na tym samym stanowisku. Czasem o kilkaset złotych, a czasem nawet o kwotę większą niż ustawowa płaca minimalna. Badanie GUS skupia się na tzw. wielkich grupach zawodów. To m.in. specjaliści, pracownicy usług i sprzedawcy czy robotnicy przemysłowi oraz rzemieślnicy. W 8 z 9 wielkich grup zawodów wyższe przeciętne wynagrodzenie przypada mężczyznom.

Przeciętne miesięczne wynagrodzenie ogółem brutto w październiku 2018 roku wyniosło 5003,78 zł. Mężczyźni zarabiali o 8,9% więcej od średniej (tj. o 443,46 zł), a kobiety ‒ mniej o 9,2% (czyli o 460,42 zł). Oznacza to, że przeciętne wynagrodzenie mężczyzn było o aż 19,9% (o 903,88 zł) wyższe od tego, które otrzymują kobiety na podobnych stanowiskach. Najwyższa różnica w przeciętnym wynagrodzeniu dotyczyła grupy władz publicznych, wyższych urzędników i kierowników, wynosząc 2851 zł brutto, czyli więcej niż aktualna ustawowa płaca minimalna. Z danych GUS wynika, że również w przypadku prostych prac różnica ta jest znacząca. Przeciętne wynagrodzenie w tej grupie wynosi 3002 zł brutto, a różnica w uposażeniu kobiet i mężczyzn to aż… 579 zł na niekorzyść kobiet. Eksperci Personnel Service wskazują, że niwelowaniu luki w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn mogą sprzyjać odpowiednie regulacje prawne.

Dysproporcje zarobków kobiet i mężczyzn to problem w całej Unii Europejskiej. I choć dane za lata 2018-2020 dopiero poznamy, już teraz warto zastanowić się nad przyczynami takiego stanu rzeczy. Niestety na przestrzeni lat sytuacja poprawia się tylko nieznacznie. Dlatego niektóre kraje postanowiły rozwiązać ten problem na poziomie regulacji prawnych. Islandia już w 2018 roku wprowadziła prawo, które nierówne wynagradzanie kobiet i mężczyzn za analogiczną pracę traktuje jako przestępstwo. Islandzkie firmy, które stosują dyskryminację płacową narażają się na karę wynoszącą nawet do 500 dolarów dziennie – zauważa Krzysztof Inglot.

Jedyną grupą zawodów, w której kobiety odnotowały wyższe przeciętne zarobki, byli rolnicy, ogrodnicy i rybacy. W tych zawodach płeć piękna zarabia więcej, ale przeciętnie tylko o 11,28 zł brutto miesięcznie.

Większość Polaków opowiada się za przeszczepem narządów po śmierci. W praktyce na milion osób znajduje się jedynie 13 dawców

Polakom wciąż brakuje wiedzy na temat medycyny transplantacyjnej i możliwości, jakie daje leczenie za pomocą przeszczepów. W efekcie na każdy milion osób przypada raptem 13 zmarłych dawców narządów, podczas gdy europejska średnia przekracza 21. Spada również liczba przeszczepów narządów pobieranych od żywych dawców. Na transplantację nerki pacjenci czekają od 300 do 600 dni. Część z nich mogłaby otrzymać ją wcześniej od bliskiej osoby, bo polskie prawo dopuszcza taką możliwość. W poprawie tych statystyk dużą rolę mają odgrywać  koordynatorzy transplantacyjni.

Medycyna transplantacyjna wymaga zrozumienia i pełnego poparcia ze strony społeczeństwa, akceptacji dla faktu, że każdy może podjąć taką decyzję i po śmierci stać się dawcą organów, o ile jego stan zdrowia będzie na to pozwalał – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. dr hab. n. med. Roman Danielewicz, prezes Polskiego Towarzystwa Transplantacyjnego. – Potrzebna jest szersza akceptacja społeczeństwa dla oddawania swoich narządów po śmierci, ale również za życia.

Niedostateczna liczba narządów do przeszczepienia to główna bariera w rozwoju polskiej transplantologii. W Polsce na każdy milion osób przypada ok. 13 zmarłych dawców (od jednego można pobrać do ośmiu narządów), podczas gdy w Hiszpanii ten wskaźnik przekracza 40, a średnia europejska to 21,5. W Polsce liczba dawców z każdym rokiem spada, podobnie jak liczba zabiegów transplantacyjnych. Wydłuża się za to kolejka pacjentów oczekujących na przeszczep – w tej chwili liczy ok. 2 tys. pacjentów. Najwięcej – około tysiąca osób rocznie – czeka na transplantację nerki.

Wiele osób jest negatywnie nastawionych do transplantologii, chociaż w społeczeństwie jest ona akceptowalna. Nie zmienimy tego bez edukacji, uświadamiania młodzieży w szkołach, spotkań w szpitalach z rodzinami i pacjentami. To już się dzieje. Wielu pacjentów próbuje edukować swoich znajomych, są organizowane spotkania informacyjne. Ministerstwo Zdrowia powinno także kłaść większy nacisk na propagowanie transplantologii. Takie akcje są, ale prawie ich nie widać – mówi Tomasz Samborski, pacjent po transplantacji nerki, założyciel ruchu „My przed/po transplantacji”.

W Polsce obowiązuje domniemana zgoda na pobranie narządów do transplantacji po śmierci. Oznacza to, że należy zgłosić sprzeciw w Centralnym Rejestrze Sprzeciwów, jeśli nie chce się być potencjalnym dawcą narządów po śmierci. Wśród społeczeństwa jest natomiast bardzo wysoka aprobata dla wykonywania przeszczepów.

Sondaż „Wpływ religijności na zachowania prospołeczne mierzone akceptacją dla dawstwa narządów/tkanek do celów transplantacyjnych” wykonany pod koniec 2019 roku na zlecenie Polskiego Towarzystwa Transplantacyjnego pokazuje, że 75 proc. Polaków zgodziłaby się zostać żywym dawcą narządów dla bliskiej osoby. Jednocześnie 73 proc. zgodziłoby się na pobranie narządów po swojej śmierci.

– W Polsce problemem jest również mała liczba narządów przeszczepianych od żywych dawców, takich jak nerka czy fragment wątroby. Takich transplantacji nerki wykonujemy tylko ok. 5 proc., tymczasem są kraje, gdzie ten odsetek przeszczepów narządów pobranych od żywych dawców sięga 40–50 proc. – wskazuje prof. Roman Danielewicz.

Z danych kampanii „Solidarnie dla transplantacji” Ministerstwa Zdrowia wynika, że na przeszczep nerki pacjenci czekają średnio ok. 330 dni (jeśli narząd jest przeszczepiany po raz pierwszy) lub ok. 670 dni (przy kolejnym przeszczepieniu nerki). W 95 proc. przypadków przeszczepiany narząd pochodzi od dawcy zmarłego. Część osób mogłaby otrzymać narząd znacznie szybciej od bliskiej osoby. Polskie prawo dopuszcza możliwość transplantacji nerki lub fragmentu wątroby od żywego dawcy. Jednak stacje dializ i nefrolodzy dość rzadko informują pacjentów o możliwości przeszczepów rodzinnych.

Jednak jak wynika ze statystyk Centrum Poltransplant w 2018 roku tylko w 63 przypadkach pacjentom przeszczepiono narząd pobrany od żywego dawcy. Liczba takich zabiegów spada – jeszcze rok wcześniej było ich 80. Dla porównania w 2018 roku wykonano w Polsce 1390 transplantacji narządów pobranych od 498 zmarłych dawców. Zadanie propagowania przeszczepów od żyjących dawców należy do koordynatorów transplantacyjnych.

– Ważny jest stały kontakt koordynatora transplantacyjnego z dializoterapeutami, nefrologami, stacją dializ i pacjentami, informowanie i edukowanie ich na temat tego, że nerkę można przeszczepić również od dawcy żywego, nie tylko od zmarłego. Pacjent nie musi dializować się rok, dwa czy trzy, żeby mógł być przeszczepiony – mówi dr n. o zdr. Aleksandra Tomaszek, koordynator transplantacyjny w Szpitalu Dzieciątka Jezus w Warszawie.

Jak podkreśla, problem stanowi fakt, że w Polsce nie ma wystarczającej liczby koordynatorów transplantacyjnych od żywych dawców.

 Wielu koordynatorów wskazuje na brak wsparcia ze strony dyrekcji swojego szpitala czy ordynatora oddziału intensywnej terapii. Koordynator ma być w szpitalu kluczową osobą, od której zależą: identyfikacja, opieka nad zmarłym dawcą i zgłoszenie go do Poltransplantu. Jeżeli on na tym polu zostaje sam, nie czuje za sobą wsparcia, nierzadko prowadzi to do wypalenia zawodowego i utraty motywacji – mówi prof. Roman Danielewicz. – Często są to osoby, dla których praca koordynatora jest dodatkowym zajęciem oprócz pracy pielęgniarki czy lekarza. Muszą swój czas dzielić i nie zawsze mogą się temu w pełni poświęcić. Nierzadko bywa tak, że rolę koordynatora w danym szpitalu pełni tylko jedna osoba, a w momencie wyjazdu czy urlopu nikt nie może jej zastąpić.

– W 2019 roku podwoiliśmy wynagrodzenia dla koordynatorów za przeszczepy i chcielibyśmy je utrzymać w tym roku. Sami koordynatorzy zgłaszają pewne aspekty, które w ich pracy można poprawić, umocować, żeby dyrektorzy szpitali inaczej ich traktowali. Działania Ministerstwa Zdrowia będą szły w tę stronę, żeby koordynatorzy byli motorem napędowym transplantologii – zapowiadał wiceminister zdrowia Sławomir Gadomski podczas ubiegłotygodniowej debaty „Dar życia. Transplantologia potrzebuje zmian”.

W Polsce tylko 1/3 szpitali identyfikuje i zgłasza potencjalnych dawców narządów. Reszta placówek pozostaje bierna, bo wiąże się to dla nich z kosztami i problemami organizacyjnymi, np. koniecznością przeprowadzenia badań i pobierania wielonarządowego zamiast planowanych zabiegów.

Na Dworcu Centralnym stanęła wystawa upamiętniająca ofiary niemieckich mordów na ludności Warszawy. Przez dwa miesiące mogą ją oglądać tysiące podróżnych

Na Dworcu Centralnym stanęła wystawa upamiętniająca ofiary niemieckich mordów na ludności Warszawy. Przez dwa miesiące mogą ją oglądać tysiące podróżnych 1

Na warszawskim Dworcu Centralnym, który odwiedza rocznie 15,5 mln ludzi, stanęła wystawa upamiętniająca ofiary niemieckiej okupacji wśród cywilnej ludności stolicy. To część projektu Tablice Pamięci realizowanego przez spółkę PGE Energia Ciepła wspólnie z Instytutem Pamięci Narodowej. Jego cel to umieszczenie przy każdej ze 167 słynnych tablic autorstwa Karola Tchorka informacji w języku polskim i angielskim o zbrodniach dokonywanych przez Niemców podczas II wojny światowej. Dzięki temu możemy trafić z przekazem historycznym również do zagranicznych turystów.

Wystawa upamiętnia największe zbrodnie niemieckie w latach 1939–1945, w tym m.in. egzekucje w Wawrze, Lesie Sękocińskim i we wsi Palmiry, aż do masowych mordów Powstania Warszawskiego.

– Wystawa jest elementem szerszego projektu pod nazwą Tablice Pamięci, który zapoczątkowaliśmy w 2018 roku wspólnie z Instytutem Pamięci Narodowej. Ten projekt ma przywrócić pamięć ofiarom mordów Niemców na cywilnej ludności Warszawy – podkreśla Wojciech Dąbrowski, prezes PGE Energia Ciepła.

Projekt Tablice Pamięc” spółka zainaugurowała w 80. rocznicę wybuchu II wojny światowej. Jego cel to umieszczenie przy każdej ze słynnych tablic Karola Tchorka w Warszawie informacji w języku angielskim i polskim o zbrodniach dokonywanych przez Niemców. Dzięki temu przekaz ma dotrzeć również do zagranicznych turystów.

– Wystawa przybliża mieszkańcom i podróżnym czekającym na pociąg elementy historii związane z II wojną światową – mówi agencji informacyjnej Newseria współautor wystawy Wiktor Cygan, członek Instytutu Józefa Piłsudskiego w Warszawie. – Te tablice pokazują nie tylko liczbę ofiar liczonych w tysiącach, lecz także przybliżają  ich sylwetki. Mamy tutaj przedstawicieli polskiego parlamentu, naukowców, nauczycieli i młodych ludzi. Tam, gdzie są ofiary, są też sprawcy, dlatego na tej wystawie pokazujemy stworzony przez niemieckiego okupanta system terroru.

Tablice Tchorka (stworzone na podstawie projektu Karola Tchorka z 1949 roku) upamiętniają znajdujące się w Warszawie miejsca walk i egzekucji na ludności cywilnej z czasów II wojny światowej. W Warszawie zostało ich już dziś dokładnie 167.

– Można trafić na nie co chwilę, chodząc po ulicach Warszawy. Pokazują, jak istotną dla Polaków sprawą jest wciąż II wojna światowa. Od 1945 roku, kiedy rozpoczęto upamiętnianie miejsc egzekucji i ogłoszono konkurs, który wygrał Karol Tchorek, ponad 300 tablic uległo zniszczeniu z różnych powodów: budowano nowe obiekty, nie przywiązywano do tego wagi, niszczono je. To jest również zbrodnia na pamięci polskiego społeczeństwa – podkreśla Wiktor Cygan.

– Zinwentaryzowaliśmy pozostałe tablice, przeprowadziliśmy kwerendę i wspólnie z historykami przygotowaliśmy teksty w języku polskim i angielskim, które zamieszczamy pod oryginalnymi tablicami – dodaje Wojciech Dąbrowski.

Wystawa na Dworcu Centralnym będzie prezentowana w hali głównej do 31 marca br. Towarzyszy jej dwumetrowa kostka z kodem QR, za pomocą którego można pobrać aplikację z lokalizacjami wszystkich 167 tablic Tchorka i historią miejsc upamiętniających niemieckie zbrodnie.

– Dzięki aplikacji możemy odnaleźć wszystkie istniejące tablice, poznać historię tych miejsc, zapoznać się ze starymi zdjęciami – mówi Wojciech Dąbrowski. – Podjęliśmy też decyzję, że zaznaczymy w aplikacji także te tablice, które zniknęły już z ulic Warszawy, ale są dostępne informacje o nich.

Otwarciu wystawy towarzyszyło uroczyste rozdanie nagród w konkursie edukacyjnym Miasto Pamięci. Wzięło w nim udział ok. 3 tys. uczniów z 60 mazowieckich szkół. W ramach projektu w placówkach odbywały się historyczne lekcje multimedialne, a każda szkoła została też zaopatrzona w dedykowane projektowi materiały dydaktyczne, m.in. książkę historyczną, film oraz wystawę wielkoformatową.

– Projekt Miasto Pamięci spotkał się z dużym zainteresowaniem wśród młodzieży. Okazało się jednak, że wydarzenia II wojny światowej, męczeństwo Warszawy i bohaterskie postawy Polaków, a szczególnie młodych ludzi z tamtego okresu, znajdują się w kręgu zainteresowań młodzieży – mówi Krzysztof Wiśniewski, mazowiecki wicekurator oświaty.

Inwestycje w złoto są w Polsce coraz popularniejsze. Tym bardziej że jest miejsce na dalsze wzrosty cen

0

Polacy coraz chętniej inwestują w złoto. Od 2000 roku zgromadzili nawet 100 ton tego kruszcu, a w 2020 roku popyt wśród inwestorów indywidualnych może wynieść 13–14 ton – wynika z analizy portalu RynekZłota24.pl przytaczanych przez Mysaver. Obecnie złoto jest najdroższe od siedmiu lat i kosztuje ok. 1,6 tys. dol. za uncję. – Widzimy trend wzrostowy dla złota na najbliższych kilka lat, a pułap 5–10 tys. dol. jest spokojnie do osiągnięcia – ocenia Łukasz Chojnacki, prezes zarządu Chojnacki & Kwiecień.

 Złoto to wbrew pozorom nie jest inwestycja alternatywna, ale fundamentalna. Oznacza to, że ten kruszec od tysiącleci jest z nami, drożeje i zatrzymuje siłę nabywczą. Siła nabywcza i wzrost ceny złota są po prostu gwarantowane przez system ekonomiczny, stąd warto rzeczywiście w nie inwestować, jeśli ktoś chce zabezpieczyć swój kapitał – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Łukasz Chojnacki, prezes zarządu Chojnacki & Kwiecień.

Z badania „Poziom wiedzy finansowej Polaków 2019” przeprowadzonego na zlecenie Warszawskiego Instytutu Bankowości i Fundacji Giełdy Papierów Wartościowych wynika, że 34 proc. Polaków słabo ocenia swoją wiedzę w zakresie oszczędzania, a 26 proc. – inwestowania. Co piąty obawia się ryzyka związanego z inwestowaniem. Dlatego też zwykle szukamy bezpieczniejszych instrumentów.

 Polacy dopiero zaczynają inwestować w złoto. Według moich analiz i badań rynek inwestycyjny w Polsce na dobre zaczął się rozwijać mniej więcej 10–12 lat temu. W naszej świadomości złoto nie istniało od lat 50., kiedy zabroniono jego posiadania. Na kilka dekad zapomnieliśmy o tym surowcu, stąd dopiero teraz zaczynamy w niego inwestować – ocenia Łukasz Chojnacki. – Statystyczny Niemiec posiada 2 uncje złota. Oni są daleko przed nami, jeśli chodzi o kulturę inwestowania w złoto. Polacy kupują pół na pół: trochę sztabek, kupują monety, zdecydowanie więcej złota niż srebra.

Obecnie za uncję złota trzeba zapłacić ok. 1,6 tys. dol. To najwyższa cena od siedmiu lat. Rekordowe ceny, ten kruszec osiągnął w 2011 roku, kiedy za uncję trzeba było zapłacić ok. 1,9 tys. dol. W 2013 roku nastąpił spadek z 1,6 do 1,3 tys. Jednak w przeliczeniu na złotego cena złota nigdy jeszcze nie była tak wysoka – podkreślają eksperci HRE Investments.

 Wydaje nam się, że przed nami wciąż trend wzrostowy. Jak daleko złoto dojdzie, oszacowania są różne. Naszym zdaniem pułap 5, a nawet 10 tys. dol. jest spokojnie do osiągnięcia – przekonuje Łukasz Chojnacki.

Na popularność złota jako inwestycji wpływają m.in. takie aspekty jak środowisko niskich stóp procentowych i niespokojna sytuacja ekonomiczna (obawy o wysoką inflację) czy geopolityczna, m.in. niedawne wydarzenia w Iranie czy ostatnio także atak koronawirusa w Chinach (obawy o duże spowolnienie gospodarcze w związku z wybuchem epidemii).

Z analiz portalu RynekZłota24.pl wynika, że polski rynek złota rośnie w tempie 1–1,5 tony rocznie. W tym roku może wynieść 13–14 ton. Jak podkreśla Chojnacki, sposób inwestycji w złoto zależy przede wszystkim od zasobności portfela.

– Jeżeli dysponujemy dużym portfelem i chcemy kupić złoto w jak najniższej cenie, jesteśmy skazani na sztabki od 100 gramów wzwyż. Jeżeli ktoś chce optymalnie zaangażować kapitał rzędu 5–10 tys., może kupować produkty o wadze jednej uncji – radzi ekspert.

Inwestując w złoto, trzeba uwzględniać nie tylko ryzyko związane ze zmianą notowań, lecz również ze zmianą kursu walutowego. Inwestor musi także pamiętać o odpowiednim zabezpieczeniu przed kradzieżą.

– Dostajemy feedback od klientów, że minusem inwestycji w złoto jest to, że trzeba je w jakiś sposób przechowywać w domu. Dla wielu osób jest to problematyczne w mieszkaniu w bloku, gdyż nie czują się na tyle bezpieczni w swoich 40 czy 50 mkw., aby móc tam dobrze ulokować kawałek złotego przedmiotu – podkreśla Łukasz Chojnacki.

Rozwija się współpraca gospodarcza między Polską a Włochami. Kluczowymi sektorami mogą być lotnictwo i kosmonautyka

Włochy to trzeci największy partner handlowy Polski pod względem wielkości obrotów towarowych w skali świata, a wymiana handlowa między dwoma państwami rośnie. W 2018 roku przekroczyła 21 mld euro, w 2019 roku tylko do listopada obroty wyniosły ponad 20,6 mld euro. Szybko rozwija się zwłaszcza współpraca w sektorze lotniczym i kosmicznym. 80 proc. najważniejszych włoskich firm posiada w Polsce swoje zakłady produkcyjne. – Można powiedzieć, że przenieśliśmy do Polski nasze kompetencje technologiczne – ocenia Piero Cannas, prezes Włoskiej Izby Handlowo-Przemysłowej w Polsce.

– Wyznacznikiem współpracy jest łączna wartość wymiany handlowej między Polską a Włochami, która wynosi 22 mld euro. Główne obszary wymiany to sektor maszyn i urządzeń mechanicznych, przemysł motoryzacyjny, maszyny przemysłowe, materiały budowlane oraz sektor rolno-spożywczy – mówi agencji Newseria Biznes Antonio Mafodda, dyrektor ICE – Agencji Promocji i Internacjonalizacji Przedsiębiorstw Włoskich w Sekcji Promocji Handlu Ambasady Włoskiej.

Z danych GUS wynika, że od stycznia do końca listopada 2019 roku do Włoch wyeksportowaliśmy towary o wartości 9,9 mld euro, a import wyniósł 10,7 mld euro. W całym 2018 roku wymiana handlowa sięgnęła 21,5 mld euro (z czego 11,3 mld stanowił import). Do Włoch sprzedajemy przede wszystkim pojazdy, samoloty, statki, maszyny, urządzenia mechaniczne i elektryczne oraz tworzywa sztuczne.

 Prognozy na 2020 rok są optymistyczne. Wymiana handlowa jeszcze trochę wzrośnie. Trend wzrostowy utrzymuje się od 20 lat i sytuacja ta się nie zmieni. Polska jest czwartym rynkiem eksportowym Włoch oraz trzecim co do wielkości dostawcą. Ogólnie rzecz biorąc, Polska jest ósmym najważniejszym partnerem handlowym Włoch, przegrywając tylko z takimi potęgami gospodarczymi jak USA, Niemcy czy Szwajcaria – ocenia Antonio Mafodda.

Duże możliwości rozwoju i zwiększenia skali współpracy dają sektor lotniczy i kosmiczny. Obecnie we Włoszech działalność w sektorze lotniczym i kosmonautycznym prowadzi ok. 800  firm, w których pracuje ponad 60 tys. osób. Obrót tych sektorów szacuje się na ok. 15 mld euro, z czego 8 mld euro generowane jest na rynkach międzynarodowych.

Do najważniejszych sektorów technologicznych dla Włoch zaliczają się z pewnością przemysł lotniczy i kosmiczny oraz robotyka. Włochy należą do najważniejszych przedstawicieli sektora produkcyjnego na świecie. Zawdzięczamy to znanym na całym świecie rozwiązaniom w zakresie robotyki oraz zaawansowanych technologii produkcyjnych – przekonuje Piero Cannas, prezes Włoskiej Izby Handlowo-Przemysłowej w Polsce. – Zacieśnianie współpracy może przynieść naszym krajom tylko dalsze korzyści.

Kluczową rolę w zakresie współpracy w przemyśle kosmicznym i lotniczym odgrywa koncern Leonardo. Właściciel zakładów PZL-Świdnik oferuje polskiej armii m.in. śmigłowce AW101.

– Włoska spółka Leonardo dysponuje unikatowymi na skalę światową możliwościami technologicznymi w sektorze lotniczym i kosmicznym – podkreśla Piero Cannas.

To także ponad tysiąc małych i średnich przedsiębiorstw wyspecjalizowanych w sektorze lotniczym.

 Już ok. 80 proc. najważniejszych włoskich firm posiada w Polsce swoje zakłady produkcyjne. Można powiedzieć, że przenieśliśmy do Polski nasze kompetencje technologiczne – podkreśla Piero Cannas. – Musimy śledzić i kontrolować rozwój technologiczny sektora lotniczego i kosmicznego, ponieważ są one przyszłością przemysłu. Nie tylko największe przedsiębiorstwa, ale również średnie i małe firmy muszą być przygotowane na wprowadzanie nowych rozwiązań technologicznych.

2019 rok należał do SUV-ów. W najbliższych latach na rynku będą rządzić hybrydy

Upodobanie polskich i europejskich klientów do SUV-ów nie słabnie. W 2019 roku marka Volvo sprzedała globalnie ponad 700 tys. samochodów, w tym prawie 11 tys. na rynku polskim. Niezmiennie najchętniej kupowanym modelem pozostaje XC60. Strategia marki na nadchodzący rok to sprzedaż na poziomie 800 tys. aut i pierwsze kroki w kierunku elektryfikacji. Volvo zamierza podwoić sprzedaż hybryd typu plug-in, a od tego roku w sprostaniu unijnym limitom emisji CO2 pomoże marce również pierwszy elektryk, którego najpierw będzie można kupić na rynkach zachodnioeuropejskich. 

W zeszłym roku Volvo globalnie pobiło swój rekord, sprzedając ponad 700 tys. samochodów, i ten pułap naszej marce udało się przebić po raz pierwszy. Z kolei w Polsce zabrakło dosłownie kilkunastu samochodów do poziomu 11 tys. sztuk, co również  jest rekordowym wynikiem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Stanisław Dojs, PR manager Volvo Car Poland.

W Polsce Volvo rośnie nieco szybciej niż cały rynek motoryzacyjny. W ubiegłym roku ta dynamika wyniosła 5 proc. przy 4,5-proc. wzroście rynku.

Globalnie Volvo umocniło w zeszłym roku swoją pozycję na kluczowych rynkach, głównie w Europie, gdzie marka sprzedała ok. 300 tys. samochodów, oraz w Stanach Zjednoczonych, gdzie sprzedaż wzrosła o ponad 10 proc. do poziomu ok. 108 tys. sztuk.

W Chinach również zanotowaliśmy dwucyfrowy wzrost i tam poziom sprzedaży po raz pierwszy przekroczył 150 tys. samochodów. To oznacza, że Chiny ponaddwukrotnie przeskoczyły rynek macierzysty, który jeszcze kilka lat temu był dla Volvo jednym z największych. Dzisiaj to właśnie Chiny i Europa ze sprzedażą na poziomie 300 tys. aut są dla nas najważniejszymi rynkami – wskazuje Stanisław Dojs.

W Polsce już od lat najlepiej sprzedającym się samochodem – nie tylko z portfolio Volvo, lecz w całym segmencie premium – pozostaje model XC60. W 2019 roku marka sprzedała ich prawie 4,5 tys. Polski rynek nie odbiega pod tym względem od światowego, na którym ten model SUV-a również notuje największą sprzedaż.

Numerem dwa do tej pory, zarówno na świecie, jak i w Polsce, był model XC90, a w tym roku wyprzedził go XC40 [sprzedaż tych modeli w Polsce wyniosła odpowiednio 1,76 tys. i 1,27 tys. – red.]. To oznacza, że wśród najlepiej sprzedających się samochodów mamy trzy SUV-y, kolejno: średni, mały i największy – wymienia Stanisław Dojs.

Segment SUV-ów jest jednym z najszybciej rosnących na rynku motoryzacyjnym. Już od kilku lat SUV-y są najchętniej wybieranymi samochodami w Europie, a preferencje polskich klientów nie odbiegają pod tym względem od światowych trendów. W Polsce SUV-y odpowiadają za ok. 70 proc. całkowitej sprzedaży Volvo.

Ludzie kochają SUV-y i to jest trend cywilizacyjny. W tej chwili wszystkie samochody, które kiedyś były kompaktowe czy kombi, dzisiaj są podnoszone, zamieniają się w małe SUV-y czy crossovery. Z badań, które przeprowadziliśmy, wprowadzając na rynek model XC40, wynikało, że ludzie siedzący wyżej czują się bezpieczniej i mają lepszą widoczność. Jest więc wiele psychologicznych aspektów, które przemawiają za tym, że takie samochody bardziej odpowiadają klientom. Spodziewamy się, że w najbliższych latach SUV-y nadal będą bardzo modne – mówi ekspert.

Cel Volvo na 2020 rok zakłada globalną sprzedaż na poziomie 800 tys. sztuk, czyli o 100 tys. więcej niż w roku ubiegłym. W Polsce marka także spodziewa się kolejnego rekordu.

Nie deklarujemy dokładnych liczb, ale sprzedamy na pewno ponad 11 tys. samochodów w ciągu roku. Mamy też określone modele, za pomocą których chcemy tę sprzedaż zrealizować. Jesteśmy dobrze przygotowani na nadejście elektryfikacji, która bardzo wiele zmieni na rynku – zaznacza Stanisław Dojs.

Jak podkreśla, elektryfikacja na rynku motoryzacyjnym jest już nieunikniona, co wynika chociażby z prawodawstwa Unii Europejskiej. Od 2020 roku w UE zaczęły obowiązywać nowe normy emisji CO2 dla samochodów – limit będzie wynosić 95 g dwutlenku węgla na przejechany kilometr. Producenci samochodów nieco cięższych i z segmentu premium mają minimalnie wyższe limity (107 g CO2/km). Od 2025 roku UE planuje wprowadzić ich kolejną redukcję o 15 proc. Większość producentów przygotowuje się do ostrzejszych unijnych norm, wprowadzając do gamy modelowej hybrydy i elektryki, które mają pozwolić im zmieścić się w narzuconych limitach.

Nie wystarczy już zmniejszać pojemności silnika, aby sprostać nakładanym limitom. Trzeba też dołożyć niezbędny komponent elektryczny, czyli bezemisyjny. Miks tych trzech rodzajów samochodów: elektrycznych, hybrydowych oraz hybryd typu plug-in spowoduje obniżenie średniej emisji CO2 dla całej branży. Nasza strategia koncentruje się przede wszystkim na hybrydach typu plug-in, a od końcówki tego roku w ograniczaniu emisji pomogą nam też samochody w pełni elektryczne – zapowiada Stanisław Dojs.

Już od kilku lat marka stopniowo wycofuje z oferty silniki większe niż 2 l i diesle. Od ubiegłego roku wszystkie nowo prezentowane modele Volvo są już hybrydami. Lada moment ruszy również sprzedaż pierwszego w pełni elektrycznego samochodu tej marki, ale na razie nie w Polsce.

Jego sprzedaż rozpocznie się od Europy Zachodniej, gdzie zapotrzebowanie na te samochody jest dużo większe. Planujemy też podwoić udział hybryd typu plug-in z nieco ponad 2 proc. do 5 proc. Spodziewamy się również, że podwoi się sprzedaż hybryd typu mild z ubiegłorocznego poziomu ok. 1 tys. sztuk – mówi Stanisław Dojs.

Jak ocenia, w perspektywie kilku nadchodzących lat rynek będzie należeć właśnie do samochodów hybrydowych, w tym hybryd typu plug-in, natomiast później stopniowo coraz bardziej będą upowszechniać się na nim elektryki.

W ubiegłym roku sprzedaliśmy około 250 hybryd ładowanych z gniazdka. To jest jeden z lepszych wyników w Polsce, mało kto sprzedał tych samochodów więcej od nas. Volvo należy do pierwszej trójki marek najliczniej reprezentowanych wśród 10 tys. elektryków i hybryd typu plug-in zarejestrowanych w Polsce. Jesteśmy pewni, że w 2020 roku nasze rynkowe udziały będą nadal zauważalnie rosnąć – mówi PR manager Volvo Car Poland.

Wirtualna rzeczywistość pomoże walczyć z autyzmem. Opracowywane przez polski start-up narzędzie pozwoli lepiej zrozumieć dzieci z tą chorobą

Technologia VR zyskuje na popularności wśród terapeutów oraz opiekunów osób autystycznych. Wirtualne środowisko sprawdza się w roli bezpiecznego narzędzia do przełamywania barier, nauki oraz rozwijania umiejętności personalnych i społecznych. Wykorzystywane jest zarówno w roli narzędzia terapeutycznego dla pacjentów, jak i opiekunów, którzy dzięki wirtualnej rzeczywistości mogą lepiej zrozumieć sposób funkcjonowania swoich podopiecznych.

– Nasz projekt to aplikacja VR-owa przeznaczona dla dzieci autystycznych, które borykają się z problemami natury nadwrażliwości sensorycznej. Chcemy stworzyć im w wirtualnej rzeczywistości bezpieczną przestrzeń, bez tych wszystkich dystraktorów, bez ostrych świateł, bez dźwięków, w której będą one mogły spokojnie się rozwijać, przechodzić zadania terapeutyczne i rozwijać swoje umiejętności personalne i społeczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jakub Kreft z Unicorn VR World.

W skład narzędzia terapeutycznego Unicorn VR World wchodzą dwie niezależne aplikacje przeznaczone dla dziecka oraz jego opiekuna i terapeuty. Aplikacja VR pozwala dziecku przenieść się do wirtualnego świata, w którym w rolę terapeuty wciela się jednorożec Niki pomagający w realizacji kolejnych ćwiczeń. Z kolei opiekunowie i terapeuci mogą za pośrednictwem zewnętrznej aplikacji śledzić postępy podopiecznego i w razie konieczności wesprzeć go w wykonywaniu zadań.

Nie jest to odosobniony przypadek wykorzystania VR jako narzędzia terapeutycznego przeznaczonego dla osób autystycznych. Na podobnej zasadzie działa projekt Floreo. Program powstał we współpracy specjalistów z Center for Autism Research at Children’s Hospital of Philadelphia oraz National Institutes of Health i ma zapewnić tym osobom immersyjne narzędzie do nauki umiejętności komunikacyjnych. Dzieci autystyczne mogą wykorzystać Floreo, aby w wirtualnym środowisku nauczyć się poruszania się po mieście, korzystania z gestów czy nawiązywania więzi społecznych.

Po technologię VR sięgnęli też nauczyciele z brytyjskiej szkoły Prior’s Court w Berkshire. Aby pomóc autystycznym dzieciom, pedagodzy wykorzystują gogle ClassVR w roli narzędzia do aklimatyzowania się w nowym środowisku. Wirtualna rzeczywistość pozwala podopiecznym zwiedzić nieznane miejsca w kontrolowany sposób, co pozwala przygotować je np. na wizytę w centrum handlowym czy na lotnisku pełnym ludzi. Gogle pozwalają także na chwilę odciąć się od klasowego zgiełku i wyciszyć się w bezpiecznej wirtualnej przestrzeni.

– Dzieci autystyczne uczęszczają do szkół specjalistycznych, które pomagają im się uczyć i doskonalić umiejętności, a po zajęciach często chodzą do terapeutów, co dla rodziców wiąże się z czasem i kosztami podróżowania oraz kosztami samej terapii. Unicorn VR World pozwala przeprowadzić terapię częściowo w domu, pod okiem terapeuty, który nadzoruje wszystko u siebie w gabinecie – tłumaczy ekspert.

Warto zauważyć, że gogle ClassVR sprawdzą się nie tylko w rękach osób autystycznych, mogą posłużyć także w roli narzędzia edukacyjnego dla rodziców i terapeutów. Sprzęt pozwala uruchomić doświadczenie symulujące odczucia, jakie towarzyszą osobie autystycznej np. podczas wybuchu gniewu bądź w starciu z nieznaną przestrzenią. Dzięki temu opiekunowie mają szansę zrozumieć, w jaki sposób osoby autystyczne postrzegają świat.

– Dla terapeutów dzieci autystyczne są często trudne w pracy z powodu ataków paniki i agresji. Chcemy ułatwić im pracę i uczynić ją trochę prostszą technicznie. I im wcześniej zaczniemy pomagać dziecku z objawami autyzmu, tym lepsze rezultaty możemy osiągnąć. Można im pomóc, by pełniły bardziej znaczącą rolę w społeczeństwie i stały się jego częścią. Z dorosłymi jest trochę trudniej, aczkolwiek często borykają się oni z podobnymi problemami natury sensorycznej, dlatego planujemy na dalszym etapie rozwoju pomagać również im – wyjaśnia Jakub Kreft.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku wirtualnej rzeczywistości w 2018 roku wyniosła 7,9 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie ona do 55,7 dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 33,5 proc.

Sztuczna inteligencja wkracza na rynek kamer sportowych. Coraz istotniejsze dla użytkowników staje się oprogramowanie do edycji wideo

Producenci kamer sportowych inwestują w innowacyjne rozwiązania, które mają ułatwić nagrywanie filmów w najbardziej ekstremalnych warunkach. Akcesoria dodatkowe pozwolą przystosować je do pracy w specyficznych warunkach. Sprzęt to jednak nie wszystko, dlatego producenci równie mocno pracują nad oprogramowaniem. Mobilne aplikacje do obróbki nagranych filmów już teraz wykorzystują potencjał sztucznej inteligencji.

– Zawsze stawiamy na innowacyjność i patrzymy w przyszłość, aby zapewniać klientom jak najlepsze wrażenia. Jeśli firma stworzy dobrej jakości kamerę, to dobry początek, ale musi do tego powstać cały ekosystem. Dlatego też do kamery GoPro oferujemy pełny zestaw akcesoriów do montażu. Można ją przymocować właściwie do wszystkiego, dzięki czemu może ona towarzyszyć praktycznie każdej aktywności – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Christopher Prado z firmy GoPro.

Podczas projektowania Hero8 firma GoPro postanowiła uprościć konstrukcję kamery sportowej, aby umożliwić zamocowanie sprzętu na niemal dowolnej powierzchni: zrezygnowano z ramki mocującej na rzecz bardziej wszechstronnych, składanych zaczepów. Korporacja wypuściła także nową linię ramek Media Mods przeznaczonych do współpracy z kamerami Hero8 Black. Ramki wyposażono m.in. w mikrofon kierunkowy, port micro HDMI do podpięcia monitora podglądowego, złącze mini jack oraz dwa mocowania zimnej stopki, które umożliwią podpięcie oświetlenia o mocy do 200 lumenów oraz 10-diodowego rozpraszacza.

Na tym jednak nie kończą się innowacje w portfolio GoPro. W odpowiedzi na zapotrzebowanie ze strony vlogerów oraz osób poszukujących rejestratora obrazu ze stabilizatorem klasy premium firma zaprojektowała kamerę sferyczną Hero8. Wyposażono ją w dwie soczewki rejestrujące obraz dookolny, które w trybie Hero mogą automatycznie wykadrować materiał, aby idealnie ustabilizować nagranie.

– Nawet najlepszej jakości sprzęt potrzebuje dobrego oprogramowania. Aplikacja GoPro pozwala sterować kamerą, sprawdzać ustawienia i przeglądać nagrania, a oprócz tego można w pełni wykorzystać możliwości inteligentnych opcji automatycznej edycji, poddając całą nagraną treść obróbce za pomocą szybkiego silnika aplikacji. Wykorzystuje ona wszystkie metadane zebrane na kamerze, zwracając uwagę na twarze, uśmiechy i grymasy, a także najciekawsze momenty, aby stworzyć film wideo specjalnie dla nas – tłumaczy ekspert.

Innowacyjne podejście do kamer sportowych zaprezentowała także firma Insta360, która opracowała modułową kamerę One R. Sprzęt składa się z trzech elementów – układu optycznego, jednostki centralnej z szeregiem złącz i przycisków oraz baterii zewnętrznej. Dzięki takiej konstrukcji użytkownik może sam zadecydować, z jakich podzespołów będzie składać się jego kamera – w dniu premiery na rynku dostępne będą dwa wymienne moduły optyczne: 4K oraz sferyczny, który umożliwi rejestrowanie materiałów dookolnych.

Na rozwój w branży kamer sportowych postawiła też firma DJI znana z produkcji dronów dla profesjonalistów. Kamerę DJI Osmo Action przystosowano do pracy w ekstremalnych warunkach – przetrwa upadek z 1,5 m, zanurzenie do 11 m oraz 10-stopniowe mrozy. Producent postanowił również wykorzystać algorytmy sztucznej inteligencji do usprawnienia działania systemu elektronicznej stabilizacji obrazu.

W najbliższych latach systemy inteligentne prawdopodobnie będą odgrywały coraz większą rolę w branży kamer sportowych. Po sztuczną inteligencję sięgnęli także inżynierowie z Insta360, którzy zaimplementowali algorytm podpowiadający, który element nagrania sferycznego zarejestrowany kamerą One R wygląda najlepiej. Podobny mechanizm zastosowano w Hero8.

– W wielu aspektach kamery są już wyposażone w sztuczną inteligencję. Model Hero8 Black umożliwia zaawansowane rozpoznawanie sceny, czyli odróżnia różne sceny, twarze i uśmiechy. Materiał wideo powstaje dzięki licznym metadanym i układom wbudowanym w kamerę. Zna ona prędkość, wysokość, położenie i wszystkie punkty danych w materiale wideo, rozpoznając wśród nich dobre i gorsze. Dzięki temu nie musimy edytować materiału. Kiedy chcemy stworzyć film z nagranych materiałów, szybki silnik aplikacji GoPro przeanalizuje wszystkie informacje i wskaże najlepsze punkty, przygotowując na ich podstawie wideo, które następnie można dowolnie udoskonalać – twierdzi Christopher Prado.

Według firmy badawczej Research and Markets wartość globalnego rynku kamer sportowych do 2025 roku wzrośnie do 8,9 mld dol. W najbliższych latach ma  się rozwijać w tempie 18,3 proc. w skali roku.

Jaki faktoring wybrać?

Faktoring to jeden ze sposobów finansowania działalności oparty na cesji wierzytelności wynikających z faktur. Dostępnych jest kilka wariantów i modeli rozliczeń, dzięki czemu przedsiębiorca może wybrać najodpowiedniejszy dla siebie. Usługa skierowana jest zarówno do małych, jak i dużych firm, z uwzględnieniem freelancerów i dużych korporacji. Czym różnią się poszczególne rodzaje?

1. Faktoring pełny czy niepełny?

2. Faktoring pojedynczy czy globalny?

3. Faktoring z cesją cichą czy jawną?

Podstawowe rozróżnienie dzieli faktoring na wierzytelnościowy (właściwy), o którym więcej poniżej, oraz faktoring odwrócony, nazywany także dłużnym.

Faktoring pełny czy niepełny?

Jak czytamy na faktoria.pl, faktoring pozwala na sfinansowanie sprzedaży lub zakupów. Dostępne są tutaj dwie opcje: pełna lub niepełna. W pierwszym przypadku faktorant przyjmuje na siebie ryzyko niewypłacalności, jeśli więc klient nie ureguluje należności, będzie on samodzielnie odzyskiwał dług. W tym przypadku koszt faktoringu jest dość wysoki, dlatego decydują się na niego raczej średnie i duże przedsiębiorstwa. W przypadku faktoringu niepełnego, gdy klient nie zapłaci w określonym terminie, istnieje konieczność zwrotu zaliczki.

Faktoring pojedynczy czy globalny?

W tym przypadku rozróżnienie dokonywane jest ze względu na liczbę faktur przekazanych do sfinansowania. W przypadku faktoringu pojedynczego są to dokumenty wybrane, z czego korzystają zwłaszcza przedsiębiorcy potrzebujący szybkiej gotówki lub mający zbyt wiele środków zamrożonych w fakturach. O faktoringu globalnym mówi się wówczas, kiedy firma przekazuje wszystkie faktury wystawione klientom, o których wspomina umowa faktoringu. Z tej opcji korzystają najczęściej poszukujący płynności finansowej poprzez finansowanie faktur lub wystawiający wiele faktur z długimi terminami płatności. To także metoda umożliwiająca egzekwowanie należności, jeśli klient ma problem z dyscypliną.

Faktoring z cesją cichą czy jawną?

W tym przypadku decyzję należy podjąć uwzględniając możliwe reakcje klienta. Jeśli przedsiębiorcy zależy na tym, aby kontrahent nie miał świadomości, że reguluje należności przelewem na konto faktora, powinien wybrać wariant cesji cichej. Pozwala ona zachować dobre relacje biznesowe, a jednocześnie usprawnić proces otrzymywania pieniędzy za wykonywane usługi. W przypadku cesji jawnej klient informowany jest o fakcie cesji wierzytelności i zmianie podmiotu oczekującego na uregulowanie należności. Ta metoda wpływa na lepszą dyscyplinę kontrahenta, jednak może negatywnie odbić się na wzajemnych kontaktach.

Rzecznik MŚP proponuje korzystne dla przedsiębiorców z sektora MŚP zmiany w przepisach dotyczących ochrony środowiska

Rzecznik MŚP proponuje korzystne dla przedsiębiorców z sektora MŚP zmiany w przepisach dotyczących ochrony środowiska. Zgodnie z wnioskiem legislacyjnym skierowanym do Ministra Klimatu, przedsiębiorcy ci powinni zostać zwolnieni z obowiązku sprawozdawczego dotyczącego korzystania ze środowiska.

 

Zgodnie z art. 286 ust. 1 ustawy z dnia 27 kwietnia 2001 r. – Prawo ochrony środowiska (Dz. U. z 2019 r. poz. 1396, ze zm.; dalej: „POŚ”) na podmiotach korzystających ze środowiska ciąży, pod rygorem kary grzywny, obowiązek sprawozdawczy związany z systemem wnoszenia opłat za korzystanie ze środowiska. Jednakże zgodnie z art. 289 ust. 1 POŚ, w przypadku kiedy wyliczona roczna wysokość opłaty mieści się w przedziale między 100 zł a 800 zł, to na podmiotach korzystających ze środowiska pomimo braku obowiązku uiszczenia tej opłaty ciąży ww. obowiązek sprawozdawczy. Jedynie w przypadku, gdy roczna wysokość opłaty nie przekracza 100 zł, nie ma również związanego z tym obowiązku sprawozdawczego. W ocenie Rzecznika MŚP w każdym przypadku, gdy nie ma obowiązku wnoszenia tej opłaty, nie powinno być również obowiązku sprawozdawczego.

Rzecznik MŚP zwrócił uwagę na powyższą nadmierną, nieproporcjonalną regulację w ramach procesu opiniowania projektu ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu ograniczenia obciążeń regulacyjnych (tzw. „ustawa deregulacyjna”). Wówczas jednak nie udało się jej zmienić.

W związku z powyższym, pismem z dnia 31 stycznia 2020 r. Rzecznik MŚP skierował do Ministra Klimatu wniosek legislacyjny o wyłączenie z obowiązku sprawozdawczego wynikającego z art. 286 ust. 1 POŚ przedsiębiorców z sektora MŚP w sytuacji, gdy przedmiotowy obowiązek sprawozdawczy nie wiąże się z koniecznością wnoszenia opłat  z tytułu korzystania ze środowiska. Ponadto, Rzecznik MŚP zwrócił się o rozważenie dalej idącego ułatwienia polegającego na całkowitym wyłączeniu firm z sektora MŚP z powyższego obowiązku sprawozdawczego, wskazując, że dane przekazywane w ramach tego obowiązku są już objęte obowiązkiem informacyjnym na podstawie odrębnych przepisów.

Jak w zgodzie rozstać się z pracownikiem i uniknąć czarnego PRu?

Jednym z najbardziej niebezpiecznych momentów dla firmy jest czas zwolnień
i okres następujący bezpośrednio po nim. Właśnie wtedy są popełniane najpoważniejsze błędy w komunikacji między pracodawcą a byłymi
już pracownikami.

– Niezadowoleni i byli pracownicy są głównym źródłem informacji o firmie dostępnych w Internecie. Często przyczyną takich zachowań jest sposób w jaki przekazano
im informacje o utracie pracy, a nie sytuacja, która doprowadziła do zwolnienia.
To właśnie brak właściwej komunikacji pomiędzy pracownikiem a pracodawcą psuje opinię o firmie. – mówi Katarzyna Richter, międzynarodowy specjalista w zakresie HR i psychologii międzykulturowej.

Zasady komunikowania zmian w firmie

Właściwe  komunikowanie zamian w strukturze firmy, jak np. restrukturyzacja, zwolnienia grupowe, czy zakończenie współpracy z poszczególnymi pracownikami jest niezwykle istotne dla zachowania poprawnego wizerunku firmy oraz pozytywnych relacji z podwładnymi. Według Katarzyny Richter jest kilka działań, które w takich sytuacjach warto podjąć, aby uniknąć negatywnych publikacji o organizacji w sieci.

– Pamiętajmy że niezwykle ważne jest przekazanie wiadomości pracownikom najszybciej, jak to jest możliwe. Złym rozwiązaniem jest także informowanie
o trudnych sytuacjach za pośrednictwem służbowego maila, czy w komunikacie prasowym wystosowanym za pośrednictwem mediów. – mówi Katarzyna Richter, międzynarodowy specjalista w zakresie HR i psychologii międzykulturowej.

A oto jak powinna przebiegać komunikacja pomiędzy pracodawcą a pracownikami
w przypadku wprowadzania zmian, czy zwolnień w firmie:

  • Przygotuj plan spotkania i trzymaj się harmonogramu.
  • Porozmawiaj osobiście z pracownikami i przedstaw zmiany.
  • Podczas spotkania przypomnij pracownikom, że przekazywane informacje
    są poufne i udostępnione wyłącznie w celu umożliwienia otwartej
    i konstruktywnej dyskusji.
  • Przekaż pracownikom szczegółowe informacje o tym, co dzieje się w firmie zachowując przy tym transparentność i uczciwość. Podaj niezbędne informacje finansowe, jeśli są przyczyną zmiany.
  • Wysłuchaj pracowników. To nie oznacza, że musisz postępować zgodnie z ich sugestiami, ale może to spowodować, że do rozmowy zostaną dołączone inne pomysły. To sprawdza się szczególnie w dużych organizacjach, w których kadra zarządzająca może nie znać opinii pracowników.
  • Zapewnij wewnętrzne forum do dyskusji oraz przestrzeń do rozładowania gniewu i frustracji.
  • Przedstaw harmonogram działań, które zostaną podjęte przez zarząd firmy jak i pracowników.
  • Traktuj pracowników z szacunkiem, nawet jeśli wiesz, że niebawem zostaną zwolnieni.

Wyniki sektora leasingowego w 2019 r. i prognoza na 2020 r.

  • Łączne finansowanie udzielone przez polską branżę leasingową w 2019 r. wyniosło 77,8 mld zł.
  • Leasing pozostaje najbardziej istotnym instrumentem finansującym inwestycje firm z sektora MŚP.
  • Polscy leasingodawcy w 2019r. zarejestrowali połowę wszystkich nowych aut elektrycznych, nabytych przez firmy w naszym kraju.

Związek Polskiego Leasingu, reprezentujący polski sektor leasingowy podał, że w 2019r. firmy leasingowe udzieliły łącznego finansowania na poziomie 77,8 mld zł. W większości były to środki wydane na inwestycje firm. Przedsiębiorstwa stanowią bowiem 99,4% proc. wszystkich klientów polskiej branży leasingowej. Najwięcej jest wśród nich firm mikro i małych (71,5%), a przedsiębiorstwa o obrotach powyżej 20 mln zł mają 27,9 proc. udział wśród klientów branży leasingowej – dowodzą najnowsze dane Związku Polskiego Leasingu.

W ostatnim roku dynamicznie rozwijał się portfel aktywnych umów sektora leasingowego. Wartość aktualnie trwających kontraktów branży wynosi 160,4 mld zł, czyli jest o +9,4 proc. wyższa niż przed rokiem (r/r). Dynamika nowych kontraktów podpisanych przez firmy leasingowe w ostatnim roku była jednak ujemna (-5,8 proc. r/r).

„W 2019 roku Polska odnotowała łagodne hamowanie tempa rozwoju gospodarki, co w naturalny sposób odczuła także branża leasingowa. Po  6 latach intensywnych wzrostów, w 2019 roku rynek leasingu wyhamował i odnotował kilkuprocentowy spadek w zakresie wartości nowych kontraktów. Dobra wiadomość jest taka, że w 2020r. powrócimy na ścieżkę wzrostów, co należy wiązać z wysokim popytem krajowym, wciąż wysokimi wydatkami konsumpcyjnymi i dużym zaufaniem, jakim leasing cieszy się wśród klientów. Badania Komisji Europejskiej pokazują, że leasing pozostaje najbardziej istotnym źródłem finansowania dla 63% małych i średnich firm działających w Polsce. I co równie ważne w ciągu ostatnich sześciu lat odsetek tak deklarujących firm zwiększył się o 9 punktów procentowych. Dla porównania w ocenie małych i średnich firm, w tym samym czasie, istotność kredytu bankowego zmalała o 14 pp.” – powiedział Andrzej Krzemiński, Przewodniczący Komitetu Wykonawczego Związku Polskiego Leasingu.  

Struktura rynku finansowania przedmiotów w 2019 r.

Firmy leasingowe udzielają finansowania w postaci leasingu i pożyczki inwestycyjnej, jednak to leasing stanowi główny instrument finansowy oferowany przez branżę. Klienci firm leasingowych, w ostatnim roku, najczęściej finansowali pojazdy osobowe i dostawcze do 3,5 tony (45,3 proc. udział w strukturze rynku). Na drugim miejscu znalazły się maszyny i inne urządzenia w tym IT (29 proc. udział), a na trzecim – środki transportu ciężkiego (23,9 proc. udział). Pozostałe transakcje dotyczyły nieruchomości (1,1%) i finasowania innych aktywów (0,7%).

Pojazdy osobowe na minusie, dostawcze na plusie

Końcówka 2019r. upłynęła pod znakiem spadków w zakresie finansowania pojazdów lekkich. Branża leasingowa w 2019r. sfinansowała w tym segmencie pojazdy o łącznej wartości 35,3 mld zł, co stanowiło wynik niższy niż przed rokiem (-11,7 proc. r/r). Za ujemną dynamikę segmentu pojazdów lekkich odpowiada niższe niż rok temu finansowanie samochodów osobowych, co należy łączyć z bardzo wysoką bazą z 2018r. Zmiany fiskalne w rozliczaniu umów leasingu na samochody osobowe, które obowiązują od 1 stycznia 2019 roku, przesunęły zakupy przedsiębiorców z 2019 roku na ostatni kwartał 2018 roku. Inaczej było w przypadku finansowania pojazdów dostawczych (do 3,5 t.) w 2019r. – poprawiły one swój wynik z 2018r.  osiągając +5,1 proc. dynamikę r/r.

Elektryki jeżdżą w leasingu

Głównym odbiorcą nowych samochodów na polskim rynku są przedsiębiorcy – także tych z napędem elektrycznym. W 2019 roku zarejestrowali oni 6 930 elektrycznych samochodów osobowych, z czego 50% pojazdów zarejestrowały firmy leasingowe, 17% firmy CFM, 10% dealerzy, 4% importerzy/producenci, 1% firmy rent a car, 18% pozostali. Jak interpretować te dane w kontekście zapowiadanego wyłączenia leasingu z programu umożliwiającego przedsiębiorcom ubieganie się o wsparcie z Funduszu Niskoemisyjnego Transportu na zakup aut z napędem elektrycznym?

„Z dopłat została wyłączona najpopularniejsza aktualnie forma finansowania zakupów pojazdów elektrycznych czyli leasing. Nie znamy oficjalnego uzasadnienia takiej decyzji, ale z dyskusji jaka odbyła się z przedstawicielami administracji publicznej, wynika że objęcie leasingodawców dopłatami tworzyłoby konflikt prawny z ustawami podatkowymi w części dotyczącej definicji umowy leasingu. Wychodząc naprzeciw tym zastrzeżeniom Związek Polskiego Leasingu wspólnie z PSPA wystąpił z postulatem, aby w przypadku transakcji leasingowych dopłatami objąć nie firmy leasingowe, ale ich klientów. Mamy nadzieję, że temat dopłat dla klientów zainteresowanych leasingiem samochodów elektrycznych będzie w najbliższych miesiącach przedmiotem konsultacji publicznych” – stwierdził Andrzej Sugajski, Dyrektor Generalny Związku Polskiego Leasingu.

Finansowanie pojazdów ciężarowych pod presją zmian prawnych

Sektor finansowania pojazdów ciężarowych wciąż pozostaje pod presją zmian prawnych wdrażanych przez Unię Europejską (przepisy o Pakiecie Mobilności oraz o pracownikach delegowanych). Niekorzystne dla polskich firm transportowych zmiany przełożyły się na istotne obniżenie nastrojów firm transportowych i ograniczenie ich inwestycji w III i IV kw. 2019. Skutkiem czego 2019 rok zakończył się ujemną dynamiką (- 4,6 proc. r/r) w zakresie finansowania środków transportu ciężkiego. Klienci firm leasingowych przy pomocy leasingu i pożyczki inwestycyjnej sfinansowali takie aktywa jak ciągniki siodłowe, pojazdy ciężarowe powyżej 3,5 tony, naczepy/przyczepy, autobusy, samoloty, statki i środki transportu kolejowego o łącznej wartości 18,6 mld zł.

Finansowanie maszyn rozwija się

W 2019r. na plusie pozostawał natomiast sektor finansowania maszyn i IT. W ubiegłym roku przedsiębiorcy przy pomocy leasingodawców sfinansowali swoje inwestycje w maszyny i urządzenia oraz IT o łącznej wartości 22,6 mld zł, co skutkowało +4 proc. wzrostem r/r. Dane polskiej branży leasingowej odzwierciedlają bardzo dobre wyniki produkcji przemysłowej, solidny wzrost gospodarczy oparty o popyt krajowy oraz wysokie wykorzystanie zdolności produkcyjnych w polskich firmach.

„W 2019r. minęliśmy „górkę” w finansowaniu inwestycji środkami unijnymi. W 2019 roku wykorzystanie funduszy unijnych wyniosło 52,4 mld PLN vs 48,6 mld PLN za 2018. Jednak wolniej niż w poprzedniej perspektywie finansowej przygotowujemy projekty unijne. Na koniec 2019 roku mieliśmy zaakceptowane projekty stanowiące 78,5% łącznej puli spójności. Na tym etapie (6. rok trwania perspektywy) jesteśmy poniżej tempa z perspektywy finansowej z lat 2007-2013. Do końca 2019 wypłacono środki stanowiące 42,5% całości perspektywy finansowej 2014-2020. Mamy więc przed sobą jeszcze trzy lata z wysokimi poziomami wypłat unijnych” – zauważył podczas konferencji prasowej ZPL Marcin Nieplowicz, Dyrektor ds. Statystyki i Monitorowania Rynku Związku Polskiego Leasingu.

Finansowanie istotne dla MŚP

Dostęp do zewnętrznego finansowania nie jest głównym zmartwieniem ani polskich ani europejskich przedsiębiorców z sektora MŚP. Według najnowszych wyników badania[1], zrealizowanego pod koniec ubiegłego roku przez Komisję Europejską (KE) we wszystkich krajach Unii Europejskiej (SAFE 2019) leasing pozostaje najbardziej istotnym źródłem finansowania dla 63% małych i średnich firm działających w Polsce. W ciągu ostatnich sześciu lat leasing znacząco poprawiły swoje wyniki. Jeszcze w 2014 r. był istotny dla 54% polskich MŚP, a w 2019r. odsetek ten wzrósł o 9 punktów procentowych. Komisja Europejska podaje w swoim raporcie, że znaczenie linii kredytowej lub kredytu w rachunku bieżącym, kredytu kupieckiego i kredytu bankowego zmalało od 2015 r. Dla przykładu ostatni wymieniony instrument, w latach 2014-2019, zanotował 14 proc. spadek istotności.

Wyniki badania koniunktury branży leasingowej

Według kwartalnego odczytu badania koniunktury branży leasingowej, realizowanego wśród osób odpowiedzialnych za sprzedaż w firmach leasingowych zrzeszonych w ZPL, w I kwartale 2020r. ankietowani oczekują stabilizacji zatrudnienia. Widzą również nieznaczne pogorszenie jakości portfela. Jednocześnie z początkiem 2020 roku eksperci spodziewają się istotnego przyspieszenia aktywności sprzedażowej.

Leasingodawcy spodziewają wyższego poziomu finansowania dla większości badanych grup środków trwałych. Wyraźne wzrosty finansowania oczekiwane są dla pojazdów lekkich oraz dla sektora nieruchomości. Trochę słabsze, ale wciąż wyraźnie pozytywne perspektywy rysują się dla finansowania maszyn i IT. Natomiast negatywne perspektywy dla dalszego rozwoju są prognozowane w przypadku finansowania transportu ciężkiego.

Prognoza na 2020 r.

Prognoza wyników branży leasingowej pokazuje umiarkowane odbicie na rynku leasingu w 2020r. Dynamika branży leasingowej w 2020 r. na poziomie 6,3% będzie zgodna z prognozowanym wzrostem inwestycji prywatnych i scenariuszem rozwoju gospodarczego w Polsce. W bieżącym roku branża leasingowa możne udzielić łącznego finansowania o wartości przekraczającej 82,7 mld zł. Tym samym może nieznacznie przekroczyć rekordową wartość rynku leasingu z 2018 roku.

Dalszy rozwój gospodarczy będzie wspierał zakupy aut osobowych przez osoby fizyczne i firmy, jednak sektor motoryzacyjny rozpoczyna proces głębokiej transformacji, co raczej ograniczy popyt na nowe auta osobowe w Polsce w 2020 roku. Wynik sektora TRK w 2020 roku pozostanie pod presją niekorzystnych zmian prawnych wdrażanych przez EU oraz wciąż niskiego wzrostu gospodarczego w strefie euro. W 2020 roku oczekujemy stabilizacji finansowania pojazdów ciężkich.

Oczekiwany scenariusz gospodarczy (z silnym popytem krajowym) będzie wspierał dalszy wzrost produkcji przemysłowej oraz wzrost  finansowania maszyn.

Problemy demograficzne (i przez to stopniowy spadek liczby pracujących w gospodarce) przełożą się na nasilenie procesów automatyzacji i robotyzacji. Finansowanie maszyn budowlanych pozostanie pod presją niższych inwestycji publicznych. Jednak mamy przed sobą jeszcze 3 lata z relatywnie wysokim poziomem wykorzystania środków unijnych.

[1] Źródło: Komisja Europejska, Survey on the access to finance of enterprises (SAFE). 2019

Giełda w Szanghaju odbija, a dziś rano Europa podąża tą samą drogą

Rynki zdają się znajdować ukojenie w gwarancjach chińskich władz, że panują zarówno nad wirusem, jak i sytuacją na rynkach finansowych. Giełda w Szanghaju odbija (z pomocą zablokowania transakcji krótkiej sprzedaży), a dziś rano Europa podąża tą samą drogą. Na FX załączony został tryb risk-on w wersji ostrożnej.

Dochodzi do zwrotu w nastrojach, choć nie obyło się bez pomocy dobrych danych z USA w poniedziałek (silny ISM dla przemysłu) oraz dalszych interwencji Ludowego Banku Chin (dodatkowe 400 mld CNY płynności). Pierwsze przypomina, że obawy o wpływ wirusa na globalną gospodarkę mierzą się z w miarę solidnymi fundamentami (przynajmniej w USA). Drugie – usuwa ryzyko panicznej spirali wyprzedaży na rynku chińskim, który mógłby przynieść efekt kuli śnieżnej na resztę globu. To daje podstawy do uspokojenia i poczekania na oszacowanie faktycznych szkód epidemii i czy oraz jak szybko uda się odbudować ubytki we wzroście gospodarczym. Strach pozostaje, ale w tym tygodniu już zaczyna się szukanie dołka w korekcie. Jednocześnie jednak wciąż brakuje oficjalnych zapewnień, że najgorsza faza epidemii jest już za nami. Stąd zaszyta ostrożność w apetycie na ryzyko.

Na rynku walutowym AUD jest liderem wzrostów walut ryzykownych, znajdując dodatkowe wsparcie w decyzji RBA. Bank zgodnie z oczekiwaniami utrzymał stopę kasową na 0,75 proc., a w komunikacie zaskoczyły dość optymistyczne stwierdzenia. Bank usunął frazę, że „globalne ryzyka przeważają po negatywnej stronie”, choć dodano niepewność o ekonomiczne skutki epidemii koronawirusa i pożarów buszu (ale uznano jest za tymczasowe). Taki wydźwięk zaskoczył posiadaczy krótkich pozycji, które gromadzono na fali obaw o zagrożenia dla Chin z tytułu koronawirusa. Mimo tego nie popadajmy w nadmierny zachwyt. RBA wciąż ma powody, aby nie porzucać gotowości do luzowania polityki. Dzisiejszy komunikat jedynie sugeruje, że bank daje sobie czas na ocenę szybko zmieniających się warunków. Pod tym kątem uważać należy na przemówienie prezesa RBA Lowe’a dziś w nocy. Tytuł wystąpienia „Nadchodzący rok” bez wątpienia daje prezesowi możliwość zarysowania nastawienia banku centralnego, w tym także zbudowania zaplecza dla ewentualnej obniżki stopy procentowej, gdyby zaszła taka konieczność. Niewykluczone, że Lowe mocniej nakreśli negatywne ryzyka dla gospodarki, niż wynika to z dzisiejszego komunikatu. Wówczas cały entuzjazm wpompowany w ostatnich godzinach w AUD szybko wyparuje.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Zasada nieograniczonego i ograniczonego obowiązku podatkowego w podatku dochodowym od osób fizycznych

Ustawa o podatku dochodowym od osób fizycznych zawiera definicje ograniczonego i nieograniczonego obowiązku podatkowego. Prawidłowe określenie obowiązku podatkowego ma duże znaczenie, zwłaszcza w czasach swobodnego przepływu osób pomiędzy krajami. Jest ono szczególnie ważne dla cudzoziemców przebywających w Polsce, jak i Polaków wyjeżdżających za granicę w celach zarobkowych.

Definicja nieograniczonego i ograniczonego obowiązku

Zgodnie z treścią art. 3 ust. 1 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych osoby fizyczne mające miejsce zamieszkania na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej podlegają nieograniczonemu obowiązkowi podatkowemu. Takie osoby nazywa się też rezydentami podatkowymi.

W myśl art. 3 ust. 2a ww. ustawy, jeżeli osoby fizyczne nie mają miejsca zamieszkania na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, to podlegają opodatkowaniu tylko od dochodów (przychodów) osiąganych na terytorium RP (ograniczony obowiązek podatkowy).

Z powyższych definicji wynika, że bardzo istotnym elementem określenia, w którym państwie powinny zostać opodatkowane dochody (przychody) podatnika i w jaki sposób, jest określenie miejsca jego zamieszkania.

Miejsce zamieszkania

W art. 3 ust. 1a ustawy o PIT znalazły się kryteria, jakie powinny być spełnione w celu uznania, że osoba fizyczna posiada na terytorium Polski miejsce zamieszkania. Podobne kryteria występują także w uregulowaniach dotyczących podatku dochodowego od osób fizycznych w innych krajach oraz w umowach o unikaniu podwójnego opodatkowania. Celem ustalenia tych kryteriów było ułatwienie podatnikom określenia miejsca zamieszkania na potrzebę rozliczeń podatku dochodowego.

Z uwagi na wykorzystanie przez ustawodawcę spójnika „lub” pomiędzy warunkami, należy je analizować rozłącznie. Potwierdza to m.in. interpretacja Dyrektora Izby Skarbowej w Łodzi z dnia 7 grudnia 2012 r. (sygn. IPTPB2/415-650/11-4/MP).

Jako pierwszy warunek została wskazana przesłanka posiadania centrum interesów osobistych lub gospodarczych (ośrodek interesów życiowych). Jak zostało już wspomniane, istotne jest w tym przypadku zwrócenie uwagi na spójnik „lub”, który wskazuje, że obie przesłanki należy analizować rozłącznie, choć można spotkać się z odmiennym podejściem – por. wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Olsztynie z dnia 29 marca 2012 r. (sygn. I SA/OI 47/12), gdzie WSA wskazał: „Oceniając, w którym z państw znajduje się centrum życiowych i zawodowych interesów osoby fizycznej, należy wziąć pod uwagę przede wszystkim związki osobiste i ekonomiczne osoby fizycznej z danym państwem, wśród których w pierwszej kolejności wymienić należy więzi rodzinne, towarzyskie, zatrudnienie, działalność polityczną, kulturalną i wszelką inną działalność, miejsce wykonywania działalności gospodarczej i miejsce, z którego zarządza ona swoim mieniem”. W tym aspekcie wypowiedział się także Naczelny Sąd Administracyjny, który w wyroku z dnia 20 grudnia 2018 r. (sygn. II FSK 3626/16) potwierdził stanowisko WSA, a także zdefiniował, w jaki sposób należy rozumieć posiadanie stałego ogniska domowego: „oznacza, iż osoba fizyczna urządziła je i zastrzegła do swojego trwałego użytkowania, w przeciwieństwie do przebywania w konkretnym miejscu, ale w takich warunkach, z których wynika, że dany pobyt jest zamierzony na krótki czas. Istotnym czynnikiem jest trwałość zamieszkania, dbałość o ognisko domowe, przez co należy rozumieć, że osoba zainteresowana czyni wszystko, co jest niezbędne, aby mieć to mieszkanie do własnej dyspozycji w każdym czasie, w sposób ciągły, a nie od czasu do czasu, na pobyt, który z różnych względów może mieć charakter krótkotrwały”.

Drugi warunek wydaje się prostszy do zweryfikowania i dotyczy okresu przebywania w danym roku podatkowym na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej (dłużej niż 183 dni). Jednak interpretacja 183 dni nie jest do końca jasna, dlatego wykładni często dokonują sądy administracyjne. Przykładowo WSA w Lublinie w wyroku z dnia 7 lutego 2018 r. (sygn. I SA/Lu 1035/17) wskazał, że „Zgodnie z Komentarzem warunek przebywania na terytorium danego kraju dłużej niż 183 dni należy interpretować w ten sposób, że przy obliczaniu tego okresu stosuje się metodę określającą „dni fizycznej obecności”. W ramach tej metody każda część dnia, nawet bardzo krótka, spędzona przez podatnika w danym państwie, liczy się jako dzień obecności w tym państwie przy obliczaniu okresu 183 dni”. Zatem do kalkulacji 183 dni powinny zostać uwzględnione także dzień przyjazdu i wyjazdu, a także dni czasowej obecności w kraju.

Zasady działania instytucji

Nieograniczony obowiązek podatkowy łączy się z koniecznością opodatkowania swoich dochodów (przychodów) na terytorium kraju, bez względu na miejsce położenia źródła przychodów. W uproszczeniu można więc przyjąć, że jeżeli osoba fizyczna podlega nieograniczonemu obowiązkowi podatkowemu w Polsce, to wszystkie „światowe” dochody (przychody) powinny być opodatkowane w Polsce.

W przypadku ograniczonego obowiązku podatkowego osoby fizyczne podlegają obowiązkowi podatkowemu tylko od dochodów osiągniętych na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, czyli nie ma tu miejsca opodatkowanie wszystkich „światowych” dochodów podatnika. Przykładowy katalog dochodów (przychodów) osiąganych na terytorium kraju został określony w art. 3 ust. 2b ustawy o PIT. Są to w szczególności dochody z pracy, z działalności wykonywanej osobiście, z działalności gospodarczej, z nieruchomości, z papierów wartościowych, z niezrealizowanych zysków.

Warto dodać, że powyższe zasady nie dotyczą członków personelu przedstawicielstw dyplomatycznych i urzędów konsularnych, a także innych osób, które korzystają z przywilejów i immunitetów dyplomatycznych na podstawie umów lub zwyczajów międzynarodowych, jak również członków ich rodzin, o ile nie są oni obywatelami Polski.

Podsumowanie

Rezydencja podatkowa ma bardzo duże znaczenie w polskich i międzynarodowych przepisach podatkowych. Prawidłowe określenie tego, czy podatnik będzie podlegał nieograniczonemu czy ograniczonemu obowiązkowi podatkowemu, wyznacza granice jurysdykcji podatkowej. Jeżeli więc osoba fizyczna jest niepewna co do prawidłowości kwalifikacji podatkowej w tym zakresie, powinna wystąpić o wydanie indywidualnej interpretacji podatkowej albo przynajmniej kompleksowej opinii prawnej doradców podatkowych. Takie działania ograniczą negatywne skutki realizacji ryzyka podatkowego w tym zakresie.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Brak śniegu może doprowadzić do suszy wiosną. Kolejny rok z rzędu rolnicy muszą liczyć się z problemami

Od co najmniej siedmiu lat zimą występują znikome opady śniegu, co pogłębia problem suszy. Obecna zima jest trzecią z rzędu, w której śniegu nie ma prawie w ogóle, a prognozy synoptyków pokazują, że nie należy się go spodziewać również w najbliższych tygodniach. Długotrwały brak opadów oznacza gorszy bilans wodny i słabe nawodnienie gleby, które w tej chwili wynosi poniżej 40 proc., a w niektórych regionach Polski nawet poniżej 35 proc. – Jeżeli opadów nie będzie, to wiosną wystąpi susza – prognozuje Sergiusz Kieruzel z PGW Wody Polskie. To może oznaczać kolejny rok problemów dla rolników.

– Do pierwszej klasy szkoły podstawowej pójdzie w tym roku pokolenie dzieci, które, jeżeli mieszkają w centralnej lub północnej Polsce i nie wyjeżdżały w góry, nie umieją ulepić bałwana. To pokazuje skalę zjawiska, jakim są ciepłe i bezśnieżne zimy. One się wcześniej zdarzały w Polsce, to nie jest żadna nowość, ale rzeczywiście ostatnio to zjawisko jest zintensyfikowane. Długoterminowe prognozy pokazują, że śniegu nie należy się spodziewać – mówi agencji Newseria Biznes Sergiusz Kieruzel, dyrektor Biura Prezesa Państwowego Gospodarstwa Wodnego Wody Polskie.

Przynajmniej połowa Polski o tej porze roku powinna być już pokryta śniegiem. Zimowe opady zasilają glebę oraz potoki i rzeki, jednak zarówno w ubiegłym, jak i w tym roku są one bardzo skąpe.

– Ciepłe zimy to przede wszystkim bezśnieżne zimy. I to jest podstawowy problem dla zapewnienia dobrego bilansu wodnego dla gleby i poziomu wody w rzekach – mówi Sergiusz Kieruzel. – Trzeci rok z rzędu zima jest właściwie całkiem bezśnieżna, natomiast od co najmniej siedmiu lat mamy zimą bardzo niewielkie opady śniegu, co pogłębia problem suszy.

Susza występuje w kilku typach: atmosferyczna, rolnicza, hydrologiczna (dotyczy wód powierzchniowych) i hydrogeologiczna (dotyczy wód podziemnych). W ubiegłym roku w Polsce szczególnie dotkliwa była susza rolnicza, która dotknęła ponad 200 tys. gospodarstw rolnych i przełożyła się na spadek plonów. Także najnowsze dane PGW Wody Polskie za styczeń br. wskazują na niską wilgotność gleby – poniżej 40 proc., a miejscami nawet poniżej 35 proc.

Obecnie na obszarze Kujaw, województwa zachodniopomorskiego – poprzez województwo pomorskie, wielkopolskie oraz na połowie obszaru regionu łódzkiego, jak również warmińsko-mazurskiego – dane wskazują na bardzo intensywną suszę atmosferyczną i rolniczą. To oznacza, że rolnicy mogą mieć problemy również nadchodzącej wiosny.

– W glebie jest po prostu za mało wilgoci i występuje problem z wegetacją roślin. I to nam niestety grozi w tym roku – mówi Sergiusz Kieruzel. – Ciepłe zimy mogą się przekładać również na to, że wcześniej rozpocznie się wegetacja roślin i gdy wtedy przyjdzie nawet niewielki przymrozek, to będzie problem z rozpoczęciem dobrej wegetacji.

Jak podkreśla, najgorzej sytuacja wygląda w paśmie województw Polski centralnej. Nieco lepiej jest w regionach nadmorskich, a najlepiej w górach, gdzie średnia roczna opadów prawie zawsze jest niemal dwukrotnie wyższa niż w innych regionach kraju.

– Z wodą nie ma żartów i trzeba przygotowywać się na różne scenariusze. Synoptycy przewidują, że w ciągu najbliższych tygodni niestety nie należy spodziewać się opadów śniegu, które zapewniłyby dobry bilans wodny. W ubiegłym roku mieliśmy bardzo długi okres bez śniegu, a później to, co powinno napadać przez dwa miesiące, spadło przez dwa dni i w efekcie na przełomie maja i czerwca mieliśmy podtopienia. Deszcze nawalne spowodowały, że woda bardzo szybko spłynęła do rzek, później do Wisły i uciekła do Bałtyku, zamiast zostać w glebie i nawilżać rośliny – mówi dyrektor w PGW Wody Polskie.

Zmiany w podatkach tegoroczną zmorą dla firm. Przedsiębiorcy obawiają się kolejnych podatkowych propozycji rządu

– Uszczelnianie systemu podatkowego to słuszna koncepcja, ale ciągłe nowelizacje prawa odbijają się na tych, którzy działają uczciwie – podkreśla Konfederacja Lewiatan. Ten rok wyjątkowo obfituje w zmiany podatkowe. Poza tymi, które weszły w życie w styczniu, w ciągu roku firmy czeka jeszcze zmiana matrycy stawek VAT-owskich, przejście na JPK i obowiązek wdrożenia kas fiskalnych online dla kolejnych branż. Przedstawiciele przedsiębiorstw apelują o ograniczenie zmian podatkowych, które generują koszty i zmuszają przedsiębiorców do kolejnych reorganizacji w firmach. Tym bardziej że problemem dla firm będzie także spowolnienie w gospodarce.

Ten rok zaczął się od wielu ważnych zmian podatkowych.

Już od stycznia obowiązuje sankcja w podatku dochodowym za zapłacenie kontrahentowi faktury z pominięciem obowiązkowej podzielonej płatności w podatku VAT, która weszła w życie w zeszłym roku. Jeśli przedsiębiorca zrobi przelew na rachunek bankowy, który nie znajduje się w wykazie podatników VAT, nie będzie mógł zaliczyć wydatku do kosztów uzyskania przychodu – mówi agencji Newseria Biznes Przemysław Pruszyński, doradca podatkowy, sekretarz Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan.

Przedsiębiorcy będą musieli dołożyć należytej staranności do tego, żeby dobrze zweryfikować płatność i kontrolować numery kont bankowych.

– Dodatkową uciążliwością jest na pewno konieczność umieszczania NIP-u na paragonie, czyli możliwość wystawienia faktury w momencie zakupu albo wcale – dodaje ekspert Konfederacji Lewiatan.

W przypadku naruszenia nowych przepisów dotyczących NIP-u grozi sankcja w wysokości 100 proc. kwoty podatku wykazanego na fakturze. Kolejna zmiana obowiązująca od stycznia 2020 roku to wdrożenie kas fiskalnych online. Dotyczy to m.in. firm z branży motoryzacyjnej (naprawa samochodów, wulkanizacja czy sprzedaż paliw). Takie kasy mają stałe połączenie z systemami informatycznymi Ministerstwa Finansów i na bieżąco przesyłają dane o wystawianych paragonach. Następne branże będą objęte tym systemem od 1 lipca 2020 roku (m.in. branża turystyczna, hotele, pensjonaty, gastronomia i firmy zajmujące się sprzedażą różnego rodzaju opału).

Od 1 kwietnia tego roku na przedsiębiorców czeka nowa matryca stawek VAT – przypomina Przemysław Pruszyński. – Co do zasady uprości ona sposób określania stawki VAT. Problem w tym, że na początku będą rodziły się pytania o prawidłową interpretację nowej klasyfikacji.

Ekspert podkreśla, że ta nowelizacja w zakresie podatku VAT zbiegnie się z kolejną zmianą polegająca na tym, że deklaracje VAT mają zostać zastąpione przez rozbudowane Jednolite Pliki Kontrolne. Od kwietnia będzie to dotyczyć dużych firm, a od lipca – również mikro-, małych i średnich.

– Przy czym JPK_VAT składane comiesięcznie do urzędu będą bardzo obszerne, co spowoduje ogrom pracy dla księgowych i informatyków, żeby na czas wdrożyć odpowiedni system w przedsiębiorstwie – przypomina Pruszyński.

W lipcu minie również okres, na jaki zawieszono stosowanie podatku od sprzedaży detalicznej, który – według eksperta Konfederacji Lewiatan – wywróci do góry nogami całą branżę handlu detalicznego.

Przedsiębiorcy są już zmęczeni tymi ciągłymi zmianami. Uszczelnianie systemu podatkowego to słuszna koncepcja, ale odbija się na tych, którzy nigdy nie oszukiwali i nigdy nie wyłudzali pieniędzy z budżetu państwa – podkreśla Przemysław Pruszyński. – Przedsiębiorcy czasami zamawiają nowe oprogramowanie i systemy księgowe i jeszcze nie zdążą ich odebrać, a już muszą zamawiać kolejną aktualizację, ponieważ wchodzą kolejne zmiany. To jest męczące, generuje koszty, pracę, napięcie w firmie i dlatego tych zmian powinno być mniej.

Ekspert podkreśla, że dodatkową trudnością jest fakt, że część zmian ma podłoże polityczne, pojawia się nagle i jest procedowana w ekspresowym trybie, na co przedsiębiorcy nie są w stanie się przygotować. Przykładem może być planowany podatek cukrowy.

Apelujemy do rządu, żeby nie wprowadzał już żadnych nowych rozwiązań w podatkach – mówi Przemysław Pruszyński. – Jesteśmy  także przeciwni podatkom sektorowym, które uderzają w konkretne branże. Takie działanie zaburza spójność systemu podatkowego, konkurencję na rynku, a poza tym sprawia kłopoty we właściwym wywiązywaniu się z obowiązków podatkowych.

Zdaniem Konfederacji Lewiatan 2020 rok nie będzie łatwy dla przedsiębiorców także z uwagi na spowolnienie gospodarcze, które będzie bardziej dotkliwe, niż mogło się wydawać. Wzrost gospodarczy w tym roku wyniesie 3,1 proc. (wobec 4 proc. w 2019 roku), zaś inflacja średnioroczna sięgnie 3,5 proc. Konsumpcja prywatna wzrośnie o 3,2 proc., a inwestycje – o 2,8 proc. Pracodawcy będą też borykać się z coraz większym niedoborem pracowników i niedopasowaniem ich kompetencji do potrzeb firm.

Już ponad połowa Polaków co najmniej raz w roku robi badania profilaktyczne. Coraz częściej chodzimy też do lekarza

Co drugi Polak przynajmniej raz w roku wykonuje badania profilaktyczne – wynika z badania IBRiS przygotowanego na zlecenie Nationale-Nederlanden. Według wskazań ponad połowa respondentów w pierwszej kolejności boi się zachorowania na nowotwór. Z dużo większym dystansem podchodzą do chorób serca i układu krążenia oraz ich następstw. Co więcej, wciąż za mała jest świadomość profilaktyki cukrzycy. Tymczasem według danych NFZ w Polsce choruje na nią ok. 2,8 mln osób, a co trzeci chory nie wie, że na nią cierpi. 4 lutego z okazji Światowego Dnia Walki z Rakiem w warszawskiej Hali Koszyki będzie można przeprowadzić bezpłatne badania diagnostyczne.

 Pozytywny trend, jaki zauważyliśmy w naszym badaniu, przeprowadzonym w tym roku z okazji Światowego Dnia Walki z Rakiem, jest taki, że Polacy coraz częściej się badają. Już 55 proc. Polaków wykonuje badania profilaktyczne przynajmniej raz w roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marta Pokutycka-Mądrala, rzecznik prasowy Nationale-Nederlanden. – Najczęściej badają się kobiety i to one bardzo często pełnią rolę edukatorek i zachęcają mężczyzn do wykonywania badań profilaktycznych.

Drugą grupą dominującą, która co najmniej raz w roku sprawdza swój stan zdrowia, są osoby starsze – po 60. (72 proc.) i 70. roku życia (74 proc.). Wciąż jednak co piąty respondent wykonuje badania tylko raz na kilka lat. Coraz częściej korzystamy też z wizyt lekarskich. Dwie trzecie ankietowanych w ciągu ostatniego roku odwiedziło lekarza pierwszego kontaktu, a prawie 60 proc. zdecydowało się na wizytę u specjalisty. Trzy czwarte respondentów to pacjenci publicznej służby zdrowia. 46 proc. decyduje się na opłacenie pojedynczych wizyt prywatnych, a zakup dodatkowego, dobrowolnego ubezpieczenia zdrowotnego (wykupionego indywidualnie lub przez pracodawcę) deklaruje 17 proc. Polaków.

– Badania profilaktyczne to przede wszystkim badania przesiewowe, również onkologiczne, czyli wszelkiego rodzaju badania USG. Kobiety przede wszystkim są wyczulone na badanie USG piersi – wskazuje Marta Pokutycka-Mądrala. – Pozytywnym trendem jest to, że m.in. dzięki takim akcjom jak kampania Movember, która aktywizuje mężczyzn w kierunku profilaktyki, również oni częściej wykonują takie badania jak USG jąder czy też badania w kierunku raka prostaty.

Firma Nationale-Nederlanden postanowiła również sprawdzić, która z chorób cywilizacyjnych i związanych z nią konsekwencji wzbudza w Polakach największe obawy. Wedle wskazań ponad połowa ankietowanych w pierwszej kolejności boi się zachorowania na nowotwór. Tylko 14 proc. myśli o chorobach serca i układu krążenia, obawiając się zawału, udaru czy miażdżycy, a 10 proc. – o depresji i chorobach psychicznych. Jedynie 4 proc. dorosłych Polaków myśli o ryzyku wystąpienia cukrzycy. Tymczasem według danych NFZ w Polsce choruje na nią ok. 2,8 mln osób, a co trzecia jest tego nieświadoma.

– W ogóle nie myślimy o zagrożeniu cukrzycowym jako o potężnej chorobie cywilizacyjnej naszych czasów – podkreśla Marta Pokutycka-Mądrala.

Mimo to – jak wynika z badania IBRiS przygotowanego na zlecenie Nationale-Nederlanden – coraz częściej ankietowani starają się prowadzić zdrowy tryb życia. Co drugi uczestnik badania zapewnia, że stara się być aktywny – chodzić na spacery lub uprawiać sport. Dla jednej trzeciej respondentów ważnym działaniem jest zdrowe i regularne odżywianie, natomiast dla jednej piątej – wysypianie się. Co czwarty badany wskazał także odpowiedź „nie piję alkoholu lub piję sporadycznie”.

– We wskazaniach dotyczących pozytywnych nawyków zdrowotnych zaczyna się pojawiać temat ubezpieczenia, czyli ważne jest również to, jak podchodzimy do zabezpieczenia finansowego na wypadek poważnego zachorowania – mówi Marta Pokutycka-Mądrala.

Ubezpieczenie na wypadek poważnego zachorowania (w ramach ubezpieczenia na życie) wybiera 14 proc. Polaków. Jak podkreśla rzeczniczka Nationale-Nederlanden, umacnianie się tych pozytywnych nawyków prozdrowotnych świadczy o tym, że działania edukacyjne w tym zakresie przynoszą efekty.

– 4 lutego wspólnie z Amazonkami organizujemy w Hali Koszyki wydarzenie, gdzie od 12.00 do 20.00 będzie można bezpłatnie się przebadać. Będą otwarte gabinety z bezpłatnymi badaniami, takimi jak USG piersi, USG tarczycy, porady dermatologiczne, USG jąder plus dodatkowo porady dietetyka­ ­– wymienia Marta Pokutycka-Mądrala. – Trochę odczarowujemy temat nowotworu, nie straszymy nim, tylko oswajamy i zachęcamy, żeby proaktywnie się badać, robić przegląd swojego zdrowia cyklicznie i korzystać z różnego rodzaju porad  czy to w zakresie badań profilaktycznych, czy diety, która jest również bardzo istotna.

Ministerstwo Finansów chce zachęcić zagranicznych inwestorów do polskiego rynku kapitałowego. Pomoże w tym nowa forma funduszy inwestycyjnych

Do 2023 roku potrwa implementacja Strategii Rozwoju Rynku Kapitałowego, przyjętej trzy miesiące temu przez rząd. Ma ona przyspieszyć wzrost kapitalizacji rynku giełdowego i przyciągnąć zarówno inwestorów indywidualnych, m.in. poprzez PPK, jak i instytucjonalnych, zwłaszcza z rynków rozwiniętych. Ponieważ formuła TFI jest rzadko spotykana na Zachodzie i dla tamtejszych rynków niejasna, powstanie nowa forma funduszy.

– Strategia Rozwoju Rynku Kapitałowego zakłada wprowadzenie 90 głównych zmian regulacyjnych, instytucjonalnych i podatkowych do prawa, ale też dokonanie innych zmian mających na celu rozwój rynku kapitałowego. Będziemy go teraz implementować do 2023 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Obroniecki, zastępca dyrektora Departamentu Rozwoju Rynku Finansowego w Ministerstwie Finansów. – Chcielibyśmy, żeby kapitalizacja rynku giełdowego wzrosła z obecnych 35 proc. do 50 proc. w perspektywie kilku lat. Chcemy również zwiększyć oszczędności prywatne. Mówimy o PPK, żeby zachęcić inwestorów indywidualnych, ale też o zachęcaniu inwestorów instytucjonalnych, w szczególności zagranicznych funduszy inwestycyjnych, które w dalszym ciągu są na naszym rynku nieobecne.

Według danych Eurostatu za lata 2012–2016 średnia stopa oszczędności brutto gospodarstw domowych w Unii Europejskiej wyniosła 11 proc., tymczasem w Polsce zaledwie 2,6 proc. Z kolei w 2016 roku stopa oszczędności brutto gospodarstw domowych w Polsce wyniosła 4,36 proc. W tym czasie Czesi oszczędzali 11,60 proc., Słowacy 8,71 proc., Francja 13,57 proc., a Niemcy 17,17 proc. Najwyższą stopą oszczędności gospodarstw domowych brutto charakteryzowała się w tym czasie Szwajcaria, osiągając poziom 22,85 proc., oraz Luksemburg (19,44). Właśnie na tym ostatnim kraju polski rynek ma się wzorować, jeśli chce przyciągnąć zagraniczne instytucje.

Jedną ze zmian, które planujemy wprowadzić w najbliższym czasie, będzie nowa forma funduszy inwestycyjnych. Za granicą jest bardzo popularna forma prawna tzw. SICAV-ów, czyli funduszy inwestycyjnych o zmiennym kapitale. Różni się to trochę od tego, co mamy w Polsce, ponieważ inwestor posiada nie tyle jednostki uczestnictwa, co jest akcjonariuszem takiego funduszu – tłumaczy Marcin Obroniecki. – Za granicą, w szczególności w takich krajach jak Francja czy Luksemburg, fundusze inwestycyjne są głównie budowane w modelu prawnym SICAV-ów. Jeżeli chcemy zachęcić zagraniczne fundusze inwestycyjne do tego, żeby inwestowały u nas, musimy przedstawić im możliwość wejścia na nasz rynek na takich warunkach, które one będą dobrze rozumiały.

W większości europejskich krajów fundusze tworzone są albo na podstawie prawa zobowiązań – jako wspólne fundusze zarządzane przez spółki zarządzające, albo jako fundusze powiernicze (to rozwiązanie popularne zwłaszcza na Wyspach Brytyjskich), albo na podstawie statutu – jako fundusze czy spółki inwestycyjne. Ten ostatni model ma być dopuszczony w Polsce.

Fundusze SICAV są instytucjami prawa handlowego o zmiennym kapitale równym wartości aktywów netto wpłaconych przez uczestników, a uczestnicy są zarówno inwestorami, jak i akcjonariuszami. Mają oni prawo do nieograniczonego umarzania własnych udziałów, a akcje uprawniają do prawa głosu.

Mamy bardzo prężnie rozwijającą się gospodarkę, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Jeżeli porównamy stopy wzrostu gospodarczego w Polsce ze stopami wzrostu chociażby w krajach sąsiadujących, to wydaje mi się, że mamy bardzo wiele do zaoferowania – mówi przedstawiciel Ministerstwa Finansów.

Zdaniem autorów strategii nie jest to jedyna zaleta inwestowania w Polsce. Kolejną jest wysoko wykwalifikowana kadra i spółki z potencjałem na wzrosty. To powinno przynieść efekt w postaci zainteresowania warszawską giełdą.

Na naszej giełdzie musi się pojawić więcej emitentów. Mamy niesamowicie ciekawe spółki, które pozostają poza rynkiem giełdowym. Jeżeli uda się je skłonić, żeby stały się emitentami na polskim rynku, to jeżeli zespolimy to ze wzrostem gospodarczym, dobrze wyedukowanym społeczeństwem oraz naszymi inżynierami i informatykami, którzy wygrywają międzynarodowe konkursy, to nie mam wątpliwości, że nie będziemy musieli tych funduszy inwestycyjnych bardzo skłaniać do tego, żeby inwestowały u nas w kraju – zapewnia Marcin Obroniecki.

Rośnie zadłużenie samorządów. Miasta są zmuszone zmieniać swoją politykę rozwoju

Pogarsza się sytuacja finansowa samorządów, co jest pokłosiem m.in. zmian wprowadzonych w podatku PIT oraz wzrostu wydatków bieżących. Jak podkreśla ekspert Związku Miast Polskich dr Jarosław Górski, miasta będą w pierwszej kolejności starały się ciąć wydatki na rozrywkę i rekreację, które nie odbiją się na rozwoju gospodarczym, a mieszkańcy nie odczują ich zbyt dotkliwie. W dalszej kolejności cięcia dotkną jednak inwestycje transportowe i prośrodowiskowe, związane z poprawą jakości powietrza. W Senacie toczą się już prace nad nowelizacją ustawy o finansach publicznych, która ma poluzować kryteria zadłużenia samorządów.

Sytuacja finansowa miast znacznie się pogorszyła, co zmusza je do zredefiniowania swojej polityki rozwoju. Cięte są w szczególności te inwestycje, które były rozplanowane na wiele lat. Jest obawa, że w związku z wydatkami na wdrożenie reformy oświaty oraz obniżką dochodów wynikającą ze zmian podatkowych trzeba będzie wstrzymać kluczowe inwestycje, od których samorządy uzależniały poprawę jakości życia – mówi agencji Newseria Biznes dr Jarosław Górski, adiunkt na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego, doradca miast w Związku Miast Polskich.

Jak podkreśla, sytuacja samorządów jest o tyle niekorzystna, że konieczność cięcia wydatków pojawiła się w momencie, kiedy wiele z nich szykuje się do wdrożenia dużych programów rewitalizacji i inwestycji mających na celu poprawę jakości powietrza i stanu infrastruktury komunalnej.

– Niektóre z tych inwestycji prawdopodobnie zostaną wstrzymane albo spowolnione i w praktyce najbliższy rok zweryfikuje sytuację finansową samorządów – mówi dr Jarosław Górski.

Trudności finansowe miast, gmin i powiatów oraz kłopoty z domknięciem budżetów to efekty m.in. wprowadzonych przez rząd zmian w podatku PIT. Obniżka stawki z 18 do 17 proc. oraz zerowy PIT dla młodych ograniczają dochody samorządów, a na to nakładają się problemy związane również z niedoszacowaniem subwencji oświatowej, wzrostem płacy minimalnej czy cen energii. Te dwa ostatnie czynniki odzwierciedla prognozowany przez samorządy wyraźny wzrost wydatków bieżących, który w tym roku ma sięgnąć ok. 15 proc. r/r.

– Z tego, co widzimy w uchwałach budżetowych, wynika, że samorządy starały się użyć wszelkich możliwych środków, żeby nie doprowadzać do nadmiernego zadłużenia się. Prawdopodobnie będą ratowały się sprzedażą majątku, pozyskiwały dochody np. z tytułu sprzedaży nieruchomości. Paradoksalnie może to stanowić zachętę, aby szukać inwestorów i sprzedawać im grunty na cele prowadzenia działalności gospodarczej – mówi dr Jarosław Górski.

Jak ocenia, pogarszająca się sytuacja finansowa miast i gmin może także negatywnie odbić się na lokalnym rynku pracy.

– Wiąże się to z cięciami kosztów. Niektóre miasta, np. na Śląsku, już zdecydowały się ograniczyć zatrudnienie w administracji samorządowej nawet o 10 proc. Być może będziemy obserwowali strajki pracowników samorządowych – mówi dr Jarosław Górski.

Przede wszystkim ucierpią jednak inwestycje. Jak podkreśla doradca miast w Związku Miast Polskich, miasta i samorządy będą w pierwszej kolejności starały się ciąć wydatki na rozrywkę i rekreację, które nie odbiją się na rozwoju gospodarczym, a mieszkańcy nie odczują ich zbyt dotkliwie. W dalszej kolejności cięcia dotkną jednak inwestycje transportowe i projekty prośrodowiskowe.

– Kiedy są poszukiwane cięcia budżetowe, w pierwszej kolejności rezygnuje się właśnie z wydatków na rozrywkę i rekreację, z różnych atrakcji dla mieszkańców, które nie wpływają znacząco na ich sytuację, na jakość życia i nie przekładają się wprost na sytuację społeczną i ekonomiczną, nie tworzą podwalin rozwoju gospodarczego w długim okresie – mówi dr Jarosław Górski.

Analitycy Credit Agricole prognozują, że ten rok ma być dla samorządów bardzo trudny: szacowany deficyt w ich budżetach ma wynieść od 6 do aż 18 mld zł w negatywnym scenariuszu. Ważniejsze od salda budżetowego będą jednak właśnie wydatki na inwestycje, które mogą istotnie przekładać się na tempo wzrostu gospodarczego. Eksperci szacują, że w ubiegłym roku wydatki majątkowe samorządów spadły o 1 proc. r/r w porównaniu do ponad 50-proc. wzrostu w 2018 roku. To jednak efekt ustąpienia tzw. górki inwestycyjnej związanej z wyborami samorządowymi. Z kolei w tym roku powinny utrzymać się na stabilnym poziomie.

Dane Ministerstwa Finansów pokazują, że po trzech kwartałach 2019 roku zadłużenie jednostek samorządu terytorialnego wyniosło 77,3 mld zł i było o 1,1 proc. wyższe w ujęciu kwartalnym. Resort ocenia, że jest to w dużej mierze spowodowane wzrostem inwestycji w gminach w poprzednim okresie. W Senacie toczą się już prace nad nowelizacją ustawy o finansach publicznych, która ma poluzować kryteria zadłużenia samorządów i zmniejszyć (z 60 do 40 proc.) wskaźnik dofinansowania unijnego do projektu, od którego całość nie wlicza się do zadłużenia samorządu.

Interfejsy mózg–komputer pozwolą kontrolować maszyny za pomocą myśli. Wykorzystają je medycyna i rynek gier wideo

Wkrótce ludzie mogą stać się maszynami. Powstają pierwsze komercyjne urządzenia do obustronnej wymiany informacji pomiędzy układem nerwowym człowieka a maszyną. Pionierskie interfejsy mózg–komputer kładą podwaliny pod zaawansowane rozwiązania z zakresu cybertechnologii. Pozwolą kontrolować mechaniczne kończyny za pomocą myśli, przywrócą sprawność sparaliżowanym, poprawią wydajność u sportowców i umożliwią wdrożenie nowatorskich doświadczeń w wirtualnej rzeczywistości.

Choć brytyjski inżynier Kevin Warwick w ramach eksperymentu Project Cyborg rozpoczął eksperymenty z interfejsem mózg–komputer (BCI) już na przełomie XX i XXI wieku, dopiero teraz powstają rozwiązania, które dają szansę na skomercjalizowanie tej technologii. Pierwsze urządzenia BCI trafiają już na rynek.

– Nasze urządzenia ubieralne mogą być wykorzystywane do ćwiczenia zdolności poznawczych i uwagi, a także rozwijania kompetencji społecznych i emocjonalnych. Współpracujemy z amerykańskimi drużynami ciężarowców, którzy używają naszych rozwiązań i algorytmów do ćwiczenia zdolności poznawczych. Dzięki temu mogą osiągać optymalne wyniki podczas zawodów oraz skuteczniej regenerować siły przed kolejnymi występami – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Joshua Varela z firmy BrainCo. – Nasza aplikacja Focus Now pomaga ludziom znaleźć optymalną metodę uczenia się, usprawnić trening metodą neurofeedbacku, poprawić funkcje poznawcze oraz odstresować się lub zrelaksować. Jest skierowana głównie do uczniów i studentów, aby mogli lepiej sobie radzić w życiu codziennym oraz znaleźć optymalną metodę uczenia się.

Firma BrainCo planuje wykorzystać autorski interfejs mózg–komputer w parze z aplikacjami mobilnymi do poprawy koncentracji. Specjalna opaska wyposażona w moduł do badania elektroencefalograficznego (EEG) będzie analizować aktywność mózgu, a na podstawie zebranych w ten sposób danych oprogramowanie będzie wyświetlać ćwiczenia poprawiające skupienie użytkownika.

Firma NextMind podczas targów CES w Las Vegas ujawniła z kolei niedrogi zestaw deweloperski dla przedsiębiorców zainteresowanych tworzeniem urządzeń wykorzystujących BCI. Start-up opracował opaskę, która w nieinwazyjny sposób analizuje aktywność mózgu użytkownika przy wykorzystaniu elektroencefalografu. Choć sprzęt nie zapewnia takiej dokładności pomiaru jak metody inwazyjnej analizy fal mózgowych, ze względu na swoją konstrukcję może sprawdzić się np. w aplikacjach VR do precyzyjnego odczytywania intencji użytkownika.

Pierwsze kroki w kierunku usprawnienia branży gier za pomocą BCI uczyniła także firma Neurable, która we współpracy ze studiem graficznym eStudiofuture zaprojektowała doświadczenie The Awakening wykorzystujące w roli sterowania hełm VR ze zintegrowanym interfejsem do analizy fal mózgowych. Jednak rozwiązaniami z zakresu BCI interesuje się także szereg naukowców z branży medycznej. Zespołowi badaczy z Uniwersytetu Zhejiang w Chinach udało się wszczepić sparaliżowanemu pacjentowi implant z interfejsem mózg–komputer. Wszczep umożliwił mężczyźnie przejęcie kontroli nad zewnętrzną mechaniczną ręką, którą obsługuje za pośrednictwem myśli.

– Potencjał tej technologii jest ogromny. Ludzie ciągle przychodzą do nas z pomysłami i pytają, czy dałoby się je zrealizować. Jesteśmy na takim etapie, że właściwie wszystko jest możliwe, a problem stanowi jedynie czas i wysiłek potrzebny do realizacji projektu. Chcemy pracować nad nowymi rozwiązaniami – podkreśla Joshua Varela.

BrainCo pracuje m.in. nad aplikacją, która może pomóc osobom cierpiącym na zespół nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi.

– Pracujemy nad rozwiązaniem przeznaczonym dla ludzi cierpiących na ADHD, którzy obecnie są praktycznie faszerowani lekami. Jak pokazują badania, czasem, aby im pomóc, wystarczy informacja, że tracą koncentrację. Czasem wystarczy mieć ich na oku i powiedzieć w odpowiednim momencie, że nie są skupieni. Przeprowadziliśmy już wstępne badania w tym kierunku, ale chcemy nawiązać współpracę z instytucjami medycznymi z prawdziwego zdarzenia – mówi ekspert.

Według firmy badawczej GlobeNewswire wartość globalnego rynku interfejsów mózg–komputer do 2024 roku wzrośnie do 2,56 mld dol. W najbliższych latach ma  się rozwijać w tempie 15,1 proc. w skali roku.

Polacy pracują nad tańszymi w produkcji i instalacji panelami słonecznymi. W przyszłości ogniwa fotowoltaiczne będą wytwarzać energię w nocy

W dobie narastających problemów związanych z kryzysem klimatycznym rośnie zapotrzebowanie na zieloną energię. Zgodnie z założeniami unijnych celów klimatyczno-energetycznych do końca 2020 roku udział OZE w produkcji energii elektrycznej w Unii Europejskiej powinien wynieść 20 proc., a do 2030 roku odsetek ten powinien wzrosnąć do 32 proc. W realizacji tych celów może pomóc wdrożenie paneli fotowoltaicznych nowej generacji o zwiększonej wydajności.

– Stoimy przed katastrofą związaną z dużym skażeniem środowiska, z globalnym ociepleniem, grozi to m.in. dużymi zmianami klimatycznymi. W dalszym ciągu w zdecydowanej mierze korzystamy z nieodnawialnych źródeł energii, a one są jednak skończone. W związku z tym, że posiadamy dostęp do źródła nieograniczonego, jakim jest słońce, w dużej mierze koncentrujemy się na tym, aby skonstruować ogniwo fotowoltaiczne, które będzie przystępne cenowo i umożliwi nam zbieranie tego światła wydajniej – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Monika Ożga z firmy Green House.

Potencjał energii elektrycznej pozyskiwanej za pośrednictwem paneli słonecznych doceniła firma Tesla, która opracowała pokrycie dachowe ze zintegrowaną powłoką fotowoltaiczną. Hybrydowe dachówki Tesli pozwalają znacząco zminimalizować ilość energii elektrycznej pozyskiwanej z sieci, a co za tym idzie – zmniejszyć ślad węglowy gospodarstwa domowego. W upowszechnieniu tej technologii pomaga program subskrypcyjny umożliwiający wynajęcie instalacji fotowoltaicznej w ramach niskiego miesięcznego abonamentu, co zauważalnie redukuje koszt przejścia z energii nieodnawialnej na odnawialną.

Z kolei inżynierowie Green House postanowili upowszechnić panele fotowoltaiczne poprzez zredukowanie kosztu ich wytworzenia oraz wpływu procesu produkcyjnego na środowisko. W tym celu sięgnięto po technologię osadzania warstw atomowych oraz metodę hydrotermalną, które umożliwiły skonstruowanie plenarnie płaskich paneli składających się z nanosłupków tlenku cynku. Firma nie wykorzystuje w procesie wytwarzania nanostruktur szkodliwych substancji, a sam proces produkcji paneli fotowoltaicznych jest szybszy, tańszy i prostszy niż proces wytwarzania paneli krzemowych.

– Największy udział na rynku fotowoltaicznym mają ogniwa krzemowe, które osiągają zdecydowanie wyższe wydajności. Nasze wydajności są trochę niższe, aczkolwiek dużo bardziej opłacalne pod kątem produkcji. Dzięki zastosowaniu nanosłupków jesteśmy w stanie lepiej zbierać promieniowanie pod różnymi kątami, więc to już nie musi być powierzchnia centralnie skierowana ku słońcu – tłumaczy ekspertka.

Szeroko zakrojone eksperymenty z usprawnieniem paneli słonecznych prowadzą także specjaliści od procesów uczenia maszynowego. Naukowcy z University of Central Florida wykorzystali algorytmy sztucznej inteligencji aby zidentyfikować najbardziej obiecujące pierwiastki oraz związki chemiczne, które mogłyby zostać użyte do stworzenia paneli o wyższej wydajności. Z technologii tej skorzystały również zespoły badaczy z Chongqing University, North China University of Science and Technology oraz Chinese Academy of Sciences, które pracują nad wykorzystaniem polimerów organicznych do wytworzenia paneli. Sztuczna inteligencja ma przyspieszyć prace nad przeanalizowaniem efektywności ponad 1700 materiałów, które mogłyby zostać wykorzystane do ich produkcji.

Obiecujące badania prowadzą także badacze z University of California, którzy opisali innowacyjne panele zdolne do wytwarzania energii elektrycznej w trakcie nocy. System zwany Anti-solar cell bazowałby na technologii paneli termoradiacyjnych wykorzystujących materiał zdolny do pochłaniania ekstremalnie długich fal świetlnych. Teoretyczna wydajność tej technologii powinna być równa 25 proc. wydajności klasycznych paneli krzemowych.

Spore nadzieje pokłada się także w panelach wykonanych z perowskitu. Inżynierom Panasonica udało się wykorzystać ten materiał do stworzenia ultracienkich paneli słonecznych o efektywności 16,09 proc., które można wykorzystać tam, gdzie nie sprawdzą się klasyczne instalacje fotowoltaiczne ze względu na swój ciężar. Powłoka opracowana przez Panasonica ma zaledwie 2 mm grubości i wykonano ją metodą powlekania.

– Ogniwa fotowoltaiczne mogą być stosowane na dowolnej powierzchni, mogą to być dachy, mogą to być ściany budynków. Nasze rozwiązanie pokazało, że górna elektroda rozbudowana poprzez zastosowanie nanosłupków tlenku cynku może być również stosowana w diodach czy w pokryciach okien, dzięki czemu będą one bardziej energooszczędne, wyeliminują problem uciekania ciepła i pozwolą zaoszczędzić na energii używanej do ogrzewania bądź chłodzenia – wyjaśnia Monika Ożga.

Według analityków Allied Market Research wartość rynku paneli fotowoltaicznych w 2026 roku wyniesie 223,3 mld dol. i wykaże średnioroczny wskaźnik wzrostu na poziomie 20,5 proc.

Wiele wyzwań i zmian w sektorze nowoczesnego handlu

W 2019 roku powierzchnia najmu na rynku nowoczesnego handlu w Polsce przyrosła o 410 tys. m kw. przekraczając na koniec grudnia pułap 15 mln m kw. Wielkość nowej podaży z roku na rok jest coraz bardziej ograniczona, a rozwój sektora jest stymulowany przez zmiany zachodzące w istniejących obiektach, zwłaszcza tych starszej generacji. Przebudowy i rozbudowy, wprowadzanie nowych najemców, poszerzanie oferty o elementy gastronomiczne i rozrywkowe to trendy, które będą dominowały w segmencie handlu stacjonarnego w ciągu najbliższych lat – podkreślają eksperci z BNP Paribas Real Estate Poland.

Najmniejszy od ponad dwóch dekad wolumen nowej podaży oddany do użytkowania w 2019 r. po raz kolejny potwierdza wejście polskiego rynku w fazę dojrzałości. Deweloperom coraz trudniej jest znaleźć „białe plamy” na handlowej mapie kraju. Możliwości rozwoju, choć również coraz bardziej ograniczone, można jeszcze zidentyfikować w największych aglomeracjach, gdzie siła nabywcza społeczeństwa przyrasta najbardziej dynamicznie, a powstające nowe skupiska mieszkalne kreują lokalizacje dla handlu i usług. Również małe miasta, w których dotychczasowa nowoczesna oferta handlowa była bardzo ograniczona, postrzegane są przez inwestorów jako szansa na rozwój. Stąd też duża popularność projektów deweloperskich w segmencie małych centrów i parków handlowych o charakterze „convenience”, których w ub. roku otwarto 13. Dodatkowo, coraz częściej właściciele małych, lokalnych obiektów o wielkości nieprzekraczającej 5 tys. m kw., widząc potencjał rozwoju, decydują się na ich rozbudowę. Temu trendowi sprzyja szybki rozwój sieci dyskontowych nie tylko spożywczych, ale także tych z asortymentem wielobranżowym i modowym.

Sklepy dyskontowe wygrywają nie tylko ceną oferowanych produktów, ale również przekrojową ofertą skierowaną dla całej rodziny. Ich niesłabnąca popularność jasno wskazuje, że klienci oczekują coraz łatwiejszej dostępności towarów dyskontowych, nie tylko w obrębie parków handlowych czy ulic miast, ale również w centrach handlowych. Wychodząc naprzeciw tym oczekiwaniom, sieci dyskontowe dostosowują się do wymagań galerii, co z kolei często wpływa na podnoszenie standardu samych sklepów – Anna Pływacz, Associate Director, Retail Leasing, BNP Paribas Real Estate Poland

W ubiegłym roku segment centrów handlowych powiększył się o ok. 170 tys. m kw., z czego niemal połowę stanowiła Galeria Młociny (76 tys. m kw. GLA) w Warszawie. Warto podkreślić, że to ostatni tak duży obiekt otwarty w perspektywie kilku najbliższych lat. Drugie pod względem wielkości centrum handlowe otwarte w ubiegłym roku w Polsce to obiekt Stara Ujeżdżalnia (28,5 tys. m kw. GLA ) zlokalizowany tuż przy rynku w Jarosławiu. Jeszcze na przełomie zimy i wiosny 2019 r. rynek konurbacji katowickiej, drugi pod względem wielkości po Warszawie, wzbogacił się o drugie centrum wyprzedażowe – Silesia Outlet, które zostało otwarte w Gliwicach w sąsiedztwie istniejącego od lat kompleksu handlowego Auchan. Obiekt usytuowany jest w dogodnej komunikacyjnie lokalizacji przy jednym z ważnych węzłów drogowych autostrady A4.

Wraz ze wzrostem zasobności polskich konsumentów prężnie rozwija się segment wolnostojących magazynów handlowych z branży wyposażenia domu i ogrodu. W 2019 r. stanowiły one prawie 35% nowej podaży. Otwarto 12 nowych lokalizacji tego typu i dwie rozbudowy wcześniej istniejących sklepów, a deweloperzy doceniają potencjał coraz mniejszych rynków, jak np. Pabianice, Nowy Targ czy Ciechanów.

Na koniec grudnia 2019 r. w budowie było ok. 430 000 m kw. powierzchni najmu we wszystkich nowoczesnych formatach handlowych. Wg ekspertów BNP Paribas Real Estate Poland, powierzchnia przewidywana do otwarcia w 2020 r. może nieznacznie przekroczyć pułap 300 000 m kw. Wielkość największych z obecnie powstających projektów nie przekracza 30 tys. m kw. powierzchni najmu, a zdecydowana większość to centra i parki handlowe o wielkości oscylującej pomiędzy 5 a 10 tys. m kw., powstające w miastach o liczbie mieszkańców poniżej 100 tys., jak np. Premium Park w Strzelcach Opolskich, Pasaż Warmiński w Lidzbarku Warmińskim, Vendo Park w Jaworze czy Galeria Odyseja w Brzesku. Natomiast największym z obecnie budowanych projektów jest centrum handlowo – rozrywkowe Color Park w Nowym Targu.

Ponad 60% obecnie budowanej powierzchni zostanie dostarczone w miastach o liczbie mieszkańców nieprzekraczającej 100 tys. Wysokie wskaźniki nasycenia nowoczesną powierzchnią handlową w większych miastach motywują deweloperów do poszukiwania nowych możliwości rozwoju i realizacji swoich projektów w małych miastach. Sprzyja temu popyt najemców, którzy widzą rosnącą siłę nabywczą polskich konsumentów i decydują się zaistnieć na coraz mniejszych rynkach. Trend ten wyznaczy kierunki rozwoju handlu w Polsce przez co najmniej kilka kolejnych lat – Patrycja Dzikowska, Dyrektor Działu Analiz i Badań Rynkowych, BNP Paribas Real Estate Poland

W ciągu 2019 r. w Polsce zadebiutowało ponad 20 nowych marek i konceptów handlowychi rozrywkowych, jak np. Fabiana Filippi, WeekDay, Monki, Carrefour w koncepcie Bio, Corneliani, Gagliardi, La’Mona, Mayoral, Teilor, Columbia Sportswear, My Shoes, Sloggi, TEPFactor, Under Armour, LG Brand Store, Lloyd i oczywiście Hermes, który na swój pierwszy butik w Polsce wybrał prestiżową przestrzeń w Hotelu Europejskim na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Najważniejszym debiutem 2020 roku będzie długo oczekiwane otwarcie Primark w Galerii Młociny w Warszawie. Natomiast kolejne luksusowe marki mają dołączyć do Hermesa.

Pomimo zakazu handlu w niedziele, dobra kondycja sektora nowoczesnego handlu w Polsce i pozytywne perspektywy dla krajowego rynku sprzyjają rozwojowi wielu sieci handlowych, zwłaszcza tych, które nauczyły się wykorzystywać możliwości wsparcia biznesu przez nowoczesne technologie i różnorodne kanały sprzedaży. Przepisy ograniczające handel
w niedziele wraz z rosnącą popularnością e-commerce wyraźnie wpłynęły jednak na pogłębienie różnic w kondycji obiektów handlowych. O ile centra handlowe najbardziej nowoczesne, wiodące na swoich rynkach zyskują coraz więcej odwiedzających i odnotowują wzrost obrotów, o tyle obiekty niższej klasy, często działające w regionach o bardzo silnej konkurencji, borykają się ze słabnącym zainteresowaniem zarówno odwiedzających, jak i najemców. Stąd też stawki czynszu w wiodących centrach handlowych są stabilne bądź nawet nieznacznie rosną, natomiast w lokalizacjach niższej klasy podlegają wyraźnej presji ze strony najemców. Obecnie stawki typu „prime” w Warszawie osiągają poziom 120-140 € / m kw. / m-c, a w pozostałych głównych aglomeracjach wahają się pomiędzy 40€ a 60€ m kw. / m-c w.

Wkrótce nie tylko płatności gotówkowe, ale nawet kartowe mogą być przeszłością

Jak wynika z ankiety przeprowadzonej przez EY wśród uczestniczących w konferencji Sibos liderów instytucji finansowych, regulatorów i dostawców technologii z całego świata, za dziesięć lat urządzenia mobilne zdominują rynek płatności. Wśród najbardziej popularnych form płatności w 2030 roku nie wskazano gotówki, a karty płatnicze znalazły się na ostatnim miejscu.

59% ankietowanych przez EY podczas Sibos (coroczna międzynarodowa konferencja poświęcona tematyce usług płatniczych) przewiduje, że urządzenia mobilne oraz ubieralne (zegarki, bransoletki czy okulary) w ciągu najbliższych 10 lat zdominują rynek płatności. Niespełna jedna trzecia badanych oczekuje, że w 2030 roku płatności będą wykonywane przy wykorzystaniu narzędzi biometrycznych, a tylko 4% ankietowanych wskazuje, że w użyciu wciąż będą karty płatnicze. Ankietowani zapytani o najbardziej popularne metody płatności, nie wymienili natomiast gotówki.

– Postępujący w szybkim tempie rozwój technologiczny zmienia handel i usługi. To z kolei w naturalny sposób wymusza zmiany na rynku płatności. Czy można jednak mówić o końcu gotówki? To bardzo złożone zagadnienie, bo rezygnacja z obrotu gotówkowego niesie za sobą korzyści, ale i ryzyka. Trzeba bowiem pamiętać, że mimo szybkiego postępu technologicznego, część konsumentów jest przywiązana do gotówki ze względów kulturowych. Przykładem mogą być Stany Zjednoczone, które – choć są rynkiem, z którego wywodzą się jedne z najbardziej innowacyjnych technologii – to jedna na trzy płatności dokonywana jest tu gotówką, a czeków używa się niemal tak często, jak płatności cyfrowych. Nawet w Szwecji – uznawanej za najbardziej bezgotówkowy kraj, wycofywanie banknotów i monet z obiegu wzbudziło dyskusję o wykluczeniu społecznym osób starszych, czy z niepełnosprawnościami – mówi Paweł Preuss, Partner EY, Financial Services Industry Leader.

Wśród oczywistych korzyści płynących z rozwoju transakcji bezgotówkowych, ankietowani przez EY wskazali wygodę (40%), zredukowanie liczby przestępstw finansowych i działalności w szarej strefie, co rocznie kosztuje światową gospodarkę nawet 3,5 biliona dolarów (34%). Wśród ryzyk, 36% badanych wymieniono natomiast wykluczenie społeczne. Szczególnie niepokoi ono ankietowanych z Azji, Bliskiego Wschodu, Afryki, Ameryki Łacińskiej i Australazji. Niepokój ten podziela również 38% Europejczyków i 33% przedstawicieli branży z Ameryki Północnej.

Dla nieco ponad jednej piątej ankietowanych ryzykiem jest również odpowiednia ochrona danych. Taki sam odsetek badanych (21%) wskazał na ryzyka związane z wrażliwością scentralizowanej cyfrowej gospodarki. Niespełna jedna szósta ankietowanych przez EY dostrzega ryzyko w zwiększonej kontroli rządów nad indywidualnymi decyzjami, a 8% wskazuje na dodatkowe koszty, które płatności bezgotówkowe generują dla biznesu.

Jak pokazują wyniki przeprowadzonej podczas Sibos ankiety EY, głównym czynnikiem napędzającym rozwój płatności bezgotówkowych będą zmieniające się potrzeby klientów. Na ten aspekt wskazało 36% badanych. Istotne będą również zachęty płynące z branży i od rządów (na ten element wskazuje 25% badanych), a także rozwój rozwiązań przygotowywanych przez FinTechy (24%) oraz odpowiednie regulacje (16%).

– Obowiązująca od września ubiegłego roku dyrektywa PSD2 oprócz usprawnienia płatności i ich lepszego zabezpieczenia wprowadza również możliwość, by były one realizowane przez dostawców zewnętrznych – tzw. Third Party Provider. Mogą być nimi między innymi właśnie FinTechy specjalizujące się w nowoczesnych rozwiązaniach dla rynku płatności. Wciąż jednak zaufanie jest jednym z głównych warunków umożliwiających rozwój niebankowych usług finansowych. Jak pokazało inne badanie EY przeprowadzone w ubiegłym roku (FinTech Adoption Index 2019), powodem niekorzystania z rozwiązań FinTechów jest brak wiedzy o nich, bądź brak zaufania do świadczonych przez nie usług. Wciąż więc przed nami pozostaje w tej kwestii jeszcze wiele do zrobienia – dodaje Paweł Preuss.

Ankieta EY została przeprowadzona wśród uczestników ubiegłorocznej konferencji usług płatniczych Sibos w Londynie. W badaniu wzięło udział 129 osób reprezentujących instytucje finansowe, regulatorów, dostawców technologii i ekspertów z całego świata.

Koniec z niezapowiedzianymi kontrolami. Od lipca duże firmy będą umawiać się na kontrolę z Szefem KAS

Pomimo tego, że rządowi nie udało się uchwalić projektu nowej Ordynacji podatkowej przed wyborami, Rada Ministrów wprowadziła całkiem nową formę współpracy z fiskusem przeznaczoną dla wybranej grupy podatników. Już od 1 lipca 2020 r. około 2700 największych firm działających w kraju będzie mogło zawierać z Szefem KAS tzw. umowę o współdziałanie. Co kryje się pod tą nazwą?

Umowa o współdziałanie receptą na przestrzeganie przepisów podatkowych?

Istota umowy o współdziałanie polega na zawieraniu pomiędzy podatnikiem a Szefem KAS porozumienia w celu zapewnienia przestrzegania przez podatnika przepisów prawa podatkowego w warunkach przejrzystości podejmowanych działań oraz wzajemnego zaufania pomiędzy stronami umowy – organem podatkowym i podatnikiem.

W praktyce oznacza to dla podatnika możliwość uzgadniania z Szefem KAS różnych kwestii związanych z jego rozliczeniami podatkowymi, w tym uzgadnianie:

  • interpretacji przepisów podatkowych – podatnik będzie mógł zawierać porozumienia w sprawach stosowania niejasnych przepisów podatkowych, zamiast występować o ich interpretacje;
  • zasad ustalania cen transferowych;
  • braku zasadności stosowania ogólnej klauzuli obejścia prawa podatkowego lub wysokości zaliczek na podatek dochodowy.

Podatnik, który zdecyduje się podpisać umowę o współdziałanie, może liczyć na obniżenie (nawet o połowę) opłat za wniosek o zawarcie uprzedniego porozumienia cenowego oraz za wniosek o wydanie opinii zabezpieczającej. W niektórych przypadkach ciążące na nim odsetki od należności podatkowych mogą zostać zmniejszone lub anulowane.

Co z kontrolami podatkowymi?

Umowa o współdziałanie ma na celu skierowanie wzajemnych stosunków podatnika i fiskusa na bardziej partnerskie tory. Podatnik zobowiązuje się przestrzegać przepisów podatkowych, wdrażać w firmie wewnętrzne procedury zapewniające prawidłowość rozliczeń oraz zgłaszać sporne zagadnienia ze swojej praktyki biznesowej i informować o potencjalnych korzyściach podatkowych.

W zamian za to fiskus zobowiązuje się do ograniczenia kontroli podatkowych, które będzie przeprowadzał Szef KAS. Do tej pory ten obowiązek spoczywał na naczelniku urzędu skarbowego. Od 1 lipca będzie on mógł przeprowadzić w przedsiębiorstwie podatnika kontrole krzyżowe lub czynności sprawdzające jedynie za zgodą Szefa KAS.

Umowa o współdziałanie nie dla wszystkich podatników

Pomimo tego, że wprowadzona forma współpracy pomiędzy fiskusem a podatnikami wydaje się zupełnie nowym otwarciem na linii ich wzajemnych stosunków, skarbówka wyciąga rękę tylko do ograniczonej grupy podatników.

Partnerstwo na podstawie umowy o współpracy jest dostępne jedynie dla największych firm, które generują roczny dochód na poziomie 50 mln euro (214 mln zł) lub więcej. Zgodnie ze statystyką przedstawioną przez Ministerstwo Finansów w skali kraju funkcjonuje około 2700 takich podmiotów gospodarczych.

Kryterium dochodowe nie jest jedynym warunkiem przystąpienia do umowy o współpracy. Oprócz tego podatnik będzie musiał pozytywnie przejść przez dwa audyty weryfikujące jego uczciwość podatkową oraz potwierdzające wprowadzenie w firmie wewnętrznych ram nadzoru podatkowego.

W pierwszej fazie projektu Ministerstwo Finansów planuje podpisać tylko 20 umów w ramach programu pilotażowego.

Z roli fiskalnej do usługodawczej – nowe oblicze administracji skarbowej?

Zastępca Szefa KAS oraz wiceszef resortu finansów Paweł Cybulski przekonuje, że umowa o współdziałaniu jest jedynie częścią większego projektu skierowanego na zmianę roli fiskusa w stosunkach z podatnikiem.

Administracja skarbowa, do tej pory występująca w restrykcyjnej i fiskalnej roli, ma stać się instytucją usługodawczą dla obywateli, a ograniczenie kontroli ma być sztandarowym punktem tej zmiany. Cybulski podkreśla jednak, że oferowane ustępstwo przysługuje jedynie rzetelnym i uczciwym podatnikom. Ci, którzy pozostaną oporni wobec podatkowych obowiązków, wciąż będą szczegółowo kontrolowani przez fiskusa.

Zmniejszenie represyjnego działania administracji skarbowej względem podatnika jest szansą dla Krajowej Administracji Skarbowej na poprawę negatywnego wizerunku. Same deklaracje jednak nie wystarczą.

Projekt umowy o współdziałaniu prezentuje się optymistycznie na papierze. Z jego oceną należy jednak poczekać do czasu pojawienia się rezultatów programu pilotażowego. Przeszkodą w efektywnym wdrażaniu przychylnych podatnikom zmian może okazać się sam personel pracowniczy administracji skarbowej, przyzwyczajony do starego, restrykcyjnego charakteru postępowania wobec podatników.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Większe bezpieczeństwo dla polskich pracowników w Holandii

Na początku 2020 r. rząd Holandii wdrożył nową ustawę o zrównoważonym rynku pracy tzw. WAB (Wet Arbeidsmarkt in Balans), która gwarantuje lepsze warunki dla 150 tys. polskich pracowników tymczasowych. Nowe prawo zapewnia pracownikom tymczasowym większe bezpieczeństwo pracy i wynagrodzenia niż dotychczas. Oprócz wymogów prawnych, największy pracodawca Polaków, OTTO Work Force, idzie jeszcze dalej zapewniając gwarantowany dochód w okresie obowiązywania umowy, krótszą drogę do umowy na czas nieokreślony oraz zakwaterowanie i szkolenia dla swoich pracowników.

Zmiany w prawie korzystne dla polskich pracowników

Głównym celem nowych regulacji w prawie pracy jest zmniejszenie różnic między umowami tymczasowymi a umowami stałymi. Nowe rozporządzenie poprawia sytuację pracowników posiadających elastyczne umowy, w tym około 150 tys. Polaków. Dla nich zmiana oznacza większe bezpieczeństwo pracy i pewność wysokości wynagrodzenia.

Dla polskich migrantów zarobkowych szczególnie ważne są dwie zmiany. Po pierwsze pracownicy po 12 miesiącach pracy otrzymają od pracodawcy umowę z gwarantowaną liczbą godzin. Do tej pory pracodawcy mogli przedłużyć elastyczne zatrudnienie bez ograniczeń. Po drugie pracownicy zatrudnieni na podstawie umowy dyżurnej będą musieli zostać poinformowani o grafiku pracy na minimum 4 dni przed wyznaczonym terminem. Kolejną istotną zmianą jest zapewnienie pracownikom wynagrodzenia zgodnie z zaplanowanym grafikiem dziennym, jeśli ich dyżur zostanie odwołany w ostatniej chwili.
250 tys. Polaków Holenderski rynek pracy wyróżniał się bardzo dużą elastycznością, która niosła wiele korzyści dla pracodawców, a niewiele gwarancji dla pracowników. Do tej pory pracownicy tymczasowi w Holandii nie mieli określonej stałej liczby godzin pracy, a pracodawca mógł w każdej chwili zrezygnować ze współpracy. Mimo tego, Holandia od lat jest jednym z najczęściej wybieranych kierunków wyjazdu ze względu na atrakcyjne warunki zarobkowe. Obecnie mieszka tam ponad ćwierć miliona Polaków. Około 150 tys. z nich pracuje za pośrednictwem agencji pośrednictwa pracy, a dzięki nowej ustawie zdecydowanie poprawia się bezpieczeństwo pracy i dochodów.

Według badania zleconego przez OTTO Work Force pod koniec 2019 r. Warunki ekonomiczne są główną motywacją dla Polaków planujących pracę w Holandii. Prawie 60% respondentów odpowiedziało, że motywują je znacznie wyższe zarobki w Holandii niż w ich ojczyźnie.

W ciągu 2 lat nastanie świat bez ciasteczek

Popularne ciasteczka, które umożliwiają śledzenie i profilowanie użytkowników w internecie, odchodzą do przeszłości. Staje się tak za sprawą największych przeglądarek internetowych, które zaczęły blokować funkcję śledzenia użytkowników za pomocą zewnętrznych plików cookies – ustawiając ją jako domyślną. Najpierw, jeszcze w 2017 roku, na taki krok zdecydowała się przeglądarka Safari. W połowie 2019 roku podobną funkcje wprowadził Firefox, a klika dni temu również nowy Edge. Jedynym wyjątkiem jest na razie lider rynku – Chrome, który jest używany przez ok. 64 proc. internautów. Jednak i ta przeglądarka zapowiedziała pozbycie się zewnętrznych cookies w ciągu 2 lat.

W walce o zapewnienie prywatności swoim użytkownikom przodują Safari i Mozilla, co jest dość zrozumiałe. Obie te przeglądarki – prowadzone przez odpowiednio Apple i Fundację Mozilla – nie mają żadnego interesu w tym, żeby działać na rzecz zachowania śledzących nas ciasteczek i chętnie dostosowały swoje oprogramowanie do ducha przepisów, których celem jest ochrona prywatności użytkowników w Internecie. Co innego Google oraz Microsoft, które czerpią pokaźne zyski z reklamy w internecie. Jednak i one zmieniają swoją politykę odnośnie plików cookies.Edge-domyslnie-blokuje-zewnetrzne-cookies

„Klika dni temu została udostępniona nowa wersja przeglądarki Edge od Microsoft, która wprowadziła funkcję domyślnego blokowania zewnętrznych plików cookies. Według zapowiedzi, podobny ruch na początku lutego br. miał także wykonać Google, którego nowa wersja przeglądarki Chrome 80 również miała zawierać domyślnie włączoną funkcję blokowania plików cookies. Google zapowiedział jednak, że zdecydował się odwlec te zmiany o 2 lata, tak aby branża reklamy internetowej oraz wydawcy stron www mieli więcej czasu na przygotowanie się do nich” – mówi Elżbieta Kornaś, Brand Manager w serwisie Domeny.pl.

Do serwisów będziesz musiał się logować

Jak wyjaśnia przedstawicielka Domeny.pl, po wprowadzonych zmianach znaczenie będą miały jedynie wewnętrzne pliki cookies. To za ich sprawą jest możliwe rozpoznawanie użytkowników na witrynie, dzięki czemu nie muszą oni wpisywać tych samych informacji przy jej ponownych odwiedzinach lub gdy przejdą z jednej strony na inną w obrębie serwisu.

„Jednak rola wewnętrznych plików cookies także będzie ulegać stopniowemu ograniczeniu, co zapowiada niedawny ruch przeglądarki Safari, która ograniczyła przechowywanie takich plików na urządzeniach użytkowników tylko do jednego dnia. Również inne przeglądarki będą zmierzać w tym kierunku, choć zapewne nie od razu w aż tak drastyczny sposób jak Safari” – przewiduje Elżbieta Kornaś.

Według przedstawicielki Domeny.pl, sposobem dla właścicieli stron www na ograniczenie negatywnych skutków nowej polityki przeglądarek jest implementacja na szerszą skalę funkcji logowania się do serwisu. Dzięki temu mogą oni zyskać pełny dostęp do danych na temat zachowania użytkownika, bez konieczności korzystania z plików cookies.

Dobre czasy dla rozwiązań „shared ID” i reklamy kontekstowej

Do ułatwienia logowania użytkowników na stronę można także wykorzystać rozwiązania typu „shared ID”. Idea jednego wspólnego loginu do wszystkich serwisów internetowych jest obecna w przestrzeni publicznej od lat, ale do tej pory żaden z twórców takiego rozwiązania nie był w stanie przekonać do siebie większego grona wydawców stron. Teraz to się może zmienić, bo jest to potencjalny substytut dla zewnętrznych plików cookies.

„Tego typu pomysł na zastąpienie plików cookies mają np. DigiTrust – należący do IAB Tech Lab, czy Advertising ID Consortium. Ich celem jest wypromowanie akceptowanego przez użytkowników i wydawców tokena, który będzie wykorzystywany do logowania się do serwisów oraz zapewnienia personalizacji doświadczeń, w zgodzie z obowiązującymi przepisami prawnymi” – mówi Artur Pajkert, ekspert z serwisu Linuxpl.com.

Zdaniem przedstawiciela Linuxpl, potencjalnie najwięcej na wprowadzanych zmianach mogą skorzystać te serwisy, które już teraz są w stanie śledzić użytkowników bazując na tym, że są oni zalogowani do ich usług. Chodzi oczywiście o takich gigantów, jak Google czy Facebook. Wynika to z faktu, że kiedy śledzenie użytkownika przez zewnętrzne pliki cookies przestanie być możliwe, wzrośnie rola reklam kierowanych na człowieka, a nie na „ciastko”.  A kierowanie reklam do odbiorcy – bez względu na urządzenie, z którego korzysta, i bez względu na odwiedzane przez niego serwisy – może mieć „w ofercie” np. portal społecznościowy, jak Facebook, lub Google, do którego dana osoba jest nieustannie zalogowana na różnych urządzeniach.

Swój drugi złoty okres powinny także mieć sieci reklamowe oferujące reklamę kontekstową, a także specjalistyczne serwisy internetowe, które ów kontekst do wyświetlanie reklam będą dostarczać. Content marketing stanie się więc bardziej istotny nie tylko jako element działań „typowego” SEO, rozumianego wąsko, jako pozycjonowanie w wynikach organicznych, ale także – stanie się ważny jako miejsce umieszczania przekazów reklamowych.

Ludzie chcą personalizacji, ale też zależy im na tym, żeby mieć wybór

Eksperci z Domeny.pl i Linuxpl.com zgadzają się, że ograniczenie cookies nie oznacza końca śledzenia naszego zachowania w internecie.

„Cookies to technologia, która ma już ok. 20 lat. Pora na to, żeby zastąpiło ją coś innego, co zagwarantuje większą równowagę między zapewnieniem użytkownikom prawa do prywatności, a spersonalizowanym doświadczeniem w korzystaniu z usług i treści w internecie” – uważa Elżbieta Kornaś.

„Drastycznych zmian nie chcą nawet sami użytkownicy. Według niedawnych badań firmy Harris Poll, 63 proc. internautów oczekuje personalizacji usług w internecie. Jednocześnie jednak chcą oni mieć prawo decydowania o tym, czy chcą być śledzeni w sieci, czy też nie. Producenci przeglądarek ten fakt zrozumieli, a wprowadzane zmiany to odzwierciedlają. Teraz pora na dostosowanie się do tego przez resztę świata internetu” – podsumowuje Artur Pajkert.

Propozycja Rzecznika MŚP ws. stosowania preferencyjnej stawki Tax Free przez przedsiębiorców

Rzecznik MŚP proponuje korzystne dla drobnych przedsiębiorców zmiany w przepisach dotyczących podatku VAT. Zgodnie z wnioskiem legislacyjnym do Ministra Finansów, zastosowanie preferencyjnej stawki Tax Free powinno być możliwe niezależnie od wielkości obrotów przedsiębiorcy.

Obecnie obowiązujące przepisy ustawy z dnia 11 marca 2004 r. o podatku od towarów i usług (Dz. U. z 2020 r. poz. 106; dalej: „ustawa VAT”) przewidują  możliwość zastosowania przez przedsiębiorców preferencyjnej stawki VAT do eksportu towarów przewożonych w bagażu osobistym podróżnych (tzw. Tax Free). Jednakże, zgodnie z art. 127 ust. 6 ustawy VAT, ustawodawca uzależnił możliwość jej zastosowania od osiągnięcia przez podatnika obrotów za poprzedni rok podatkowy w wysokości powyżej 400 000 zł.

Do Rzecznika MŚP dotarły sygnały o istotnych utrudnieniach w prowadzeniu działalności gospodarczej dla przedsiębiorców ze wschodniej Polski, którzy podnieśli, że są pozbawiani prawa do zwracania podróżnym zapłaconego podatku VAT przy zakupie towarów, które w bagażu osobistym są wywożone za granicę. W konsekwencji, wśród podróżnych malało zainteresowanie zakupami dokonywanymi w małych sklepach po polskiej stronie granicy. Co istotne powyższy limit obrotów rocznych powyżej 400 000 zł został zakwestionowany przez Trybunał Sprawiedliwości UE w wyroku z dnia 28 lutego 2018 r., w sprawie C-307/16, a w ślad za nim przez Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z dnia 10 maja 2018 r., sygn. akt I FSK 1398/14, który wskazał, że „warunek ten, co wynika z ww. orzeczenia TSUE jest niezgodny z prawem unijnym, a w konsekwencji organy podatkowe zobowiązane są do pominięcia (odmowy zastosowania) sprzecznej z prawem unijnym normy prawa krajowego”.

W związku z powyższym, pismem z dnia 15 listopada 2019 r. Rzecznik MŚP zawnioskował do Ministra Finansów o podjęcie działań legislacyjnych mających na celu wykreślenie z ustawy o VAT progu 400.000 zł obrotu za rok ubiegły jako warunku uprawniającego sprzedawcę do zwrotu podróżnym naliczonego podatku od towarów i usług. W odpowiedzi z dnia 13 stycznia 2020 r. Minister Finansów przychylił się do argumentów Rzecznika MŚP i zadeklarował uwzględnienie wnioskowanej zmiany w ramach procedowanego aktualnie projektu ustawy  o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, ustawy o podatku od towarów  i usług oraz niektórych innych ustaw (numer z wykazu UC 11).

Tym niemniej, Rzecznik MŚP pismem z dnia 24 stycznia 2020 r. wystąpił do Ministra Finansów z dodatkowym wnioskiem o potwierdzenie, że również w obecnym stanie prawnym interpretowanym zgodnie z ww. wyrokami TSUE i NSA, osiągnięcie przez przedsiębiorcę obrotu powyżej kwoty 400.000 zł w roku ubiegłym nie jest konieczne, by móc dokonać zwrotu podatku VAT na rzecz podróżnego za dokonane u niego zakupy.

Firmy budowlane w orbicie zainteresowania funduszy private equity

W ubiegłym roku wartość transakcji M&A na rynku budowlanym w Europie wyniosła ponad 53 mld dolarów. Według autorów pierwszej edycji raportu firmy doradczej Deloitte „Global construction M&A monitor 2018-2019” w 2018 r. więcej transakcji dotyczyło rynków lokalnych niż przejęć na poziomie międzynarodowym. Jednym z kluczowych trendów pozostaje także dywersyfikacja działalności budowlanej. Prawie jedna trzecia transakcji dotyczyła przejęcia przez firmę budowlaną podmiotu z innej branży.

W latach 2013-2016 liczba transakcji M&A na europejskim rynku budowlanym była stabilna i oscylowała w granicach 140 transakcji rocznie. Znaczny wzrost nastąpił dopiero w 2017 r., gdy w Europie w sektorze budowlanym dokonano 203 transakcji akwizycji innych firm. Rok później rynek utrzymał się na zbliżonym poziomie 197 transakcji o łącznej wartości 53,8 mld dolarów. Odpowiadał tym samym za 40 proc. światowej aktywności M&A w sektorze. W 2018 r. globalny rynek osiągnął wartość 98 mld dolarów, realizując 484 transakcje.

W Europie, podobnie jak na świecie, trendem M&A w sektorze budowlanym jest stabilizacja nastrojów po okresie wzrostów i skupienie się na transakcjach na rynkach lokalnych. W minionych latach transgraniczne przejęcia odpowiadały średnio za 40 proc. wartości rynku fuzji i przejęć, podczas gdy w 2018 r. było to już tylko 30 proc. Warto podkreślić, że w ostatnim roku tylko 11 proc. akwizycji dokonywanych przez firmy europejskie miało miejsce w krajach spoza naszego kontynentu – mówi Maciej Krasoń, Partner, Lider sektora nieruchomości i budownictwa Deloitte w Polsce i Europie Środkowej.

Średnia wartość jednej transakcji w 2018 r. w Europie wyniosła 271,8 mln dolarów przy 203 mln dolarów na świecie. Wartość europejska została jednak jednorazowo zawyżona, ze względu na przejęcie za 19 mld dolarów hiszpańskiej firmy Abertis przez Grupę Atlantia oraz Grupę ACS. Dla porównania w 2017 r. wartość pojedynczej transakcji opiewała średnio na 55,7 mln dolarów.

Fundusze private equity szukają okazji

Po latach stabilnej aktywności, w 2018 r. nastąpił widoczny wzrost zaangażowania funduszy private equity w fuzje i przejęcia europejskich firm budowlanych.

Do 2017 r. fundusze PE odpowiadały średnio za 22 proc. transakcji na rynku europejskim. W 2018 r. było to już 29 proc. udziału przy 58 zrealizowanych transakcjach. Na taki stan rzeczy wpłynęły przede wszystkim lepsze wyniki finansowe spółek budowlanych i chęć inwestorów do zwiększenia ekspozycji na aktywa generujące wyższe stopy zwrotu
– mówi Mark Jung, Partner w dziale Doradztwa Finansowego Deloitte i Lider zespołu Private Equity w Europie Środkowej.

Przed europejską branżą budowlaną wyzwania

Eksperci Deloitte szacują, że w najbliższym czasie największym wyzwaniem dla europejskiego rynku budowlanego będzie dalsza presja na spadek marż. Dzieje się tak przede wszystkim na skutek rosnących kosztów materiałów budowlanych i wzrostu wynagrodzeń. Kolejnym czynnikiem jest niedobór wykwalifikowanej kadry pracowniczej, a swoje piętno odciska także rosnąca konkurencja wśród europejskich firm, które walcząc o klienta, oferują niskie ceny.

Z tego powodu wzrasta odwaga, by dywersyfikować biznes i chęć, by poszerzać portfolio usług. Firmy budowlane przejmują coraz więcej podmiotów z innych branż. W ostatnich latach liczba transakcji dywersyfikujących kształtowała się na poziomie 25 proc. rynku, ale już w 2017 i 2018 r. tendencja była wzrostowa i ten udział osiągnął 29 proc. Wynik światowy to obecnie 35 proc. Biorąc pod uwagę rosnącą presję kosztową, trend ten będzie się rozwijał – mówi Łukasz Michorowski – Partner Associate w dziale Audytu Deloitte, ekspert usług doradczych dla sektora nieruchomości i budownictwa.

W Europie liczba transakcji strategicznych (przejmowanie firm z tej samej branży) spadła w 2018 r. do 83, ze 110 w 2017 r. Wzrosła natomiast liczba transakcji dywersyfikujących. W 2018 r. miało miejsce 57 takich transakcji, podczas gdy w 2014 r. zaledwie 30.

Wzrostowy rynek budowlany w Polsce

Autorzy raportu Deloitte – analizując sytuację w poszczególnych krajach – zauważają, że po słabym okresie 2015-2016 rynek budowlany w Polsce odnotował odbicie w latach 2017-2018. Z powodu znacznego wzrostu cen materiałów i kosztów pracy w 2018 r., wiele firm zanotowało gorsze wyniki finansowe na poziomie zysku netto i EBITDA (zysk operacyjny przed amortyzacją).

Są dwie przyczyny obecnego ożywienia. Pierwsza to realizacja dużej liczby publicznych inwestycji unijnych. Druga to korzystna sytuacja ekonomiczna w kraju, stymulująca segment inwestycji komercyjnych i mieszkaniowych. Wartość naszego rynku budowlanego w ubiegłym roku wzrosła r/r o 13,3 proc. Patrząc m. in. na znaczną liczbę aktualnych inwestycji infrastrukturalnych czy planowaną budowę Centralnego Portu Komunikacyjnego, oczekujemy utrzymania tendencji wzrostowej w branży – mówi Paweł Sadowski, Partner Associate w dziale Doradztwa Finansowego Deloitte

Nadganianie

Załamanie chińskiego rynku, który wznowił notowania po ponadtygodniowej przerwie, miało dramatyczny przebieg, ale połączone działania rządu i banku centralnego pomogły uspokoić nastroje. Epidemia koronawirusa nie spowalnia w rozroście, co w dalszym ciągu ciąży na rynkach. Wrażliwość inwestorów pozostaje wysoka, zarówno na złe, jak i dobre informacje.

Indeksy w Chinach tąpnęły na starcie o 9 proc. a juan osłabił się do dolara o ponad 10 figur. Wracający z obchodów Chińskiego Roku Księżycowego inwestorzy jak najszybciej chcieli odzyskać pieniądze, obawiając się większej spirali przeceny. Na ratunek przyszły chińskie władze: rząd ogłosił cały szereg środków stymulujących, a Ludowy Bank Chin wstrzyknął w rynek 1,2 bln CNY poprzez obniżenie o 10 pb stawek pożyczkowych. To raczej okaże się niewystarczające, by zapobiec silnemu spowolnieniu ożywienia w I kw. i władze będą musiały zrobić więcej, ale na razie pokazuje, że rynki nie będą pozostawione same sobie.

Tymczasem liczba zakażonych wzrosła do ponad 17 tys. z przypadkami chorych odnotowanych w ponad 20 krajach. Jeszcze nie przekroczyliśmy szczytu rozprzestrzeniania się wirusa, więc niewykluczone są kolejne szokujące informacje. Dalej łatwo jest o rozpalenie awersji do ryzyka, ale też inwestorzy chcą wierzyć, że znajdzie się „lekarstwo”, które uratuje perspektywy wzrostu gospodarczego, a razem z nim hossę. W piątek takiego remedium szukano w Fed, gdyż rynek podbił oczekiwania na cięcia stóp proc. do 50 pb do końca tego roku. Potwierdza to ryzyko, jakie przypisywaliśmy USD – ponieważ Fed ma przestrzeń do luzowania polityki, w obliczu silnej awersji do ryzyka będzie to osłabiać status dolara jako bezpiecznej przystani. JPY i CHF nie mają tego problemu.

Wracamy z brexitem! Wielka Brytania w nocy z piątku na sobotę ostatecznie wystąpiła z UE, ale to dopiero początek nowego rozdziału w relacjach między stronami. Przynajmniej 11 miesięcy potrwają negocjacje nowej umowy handlowej. Oczywistym jest, że rozmowy nie będą łatwe, a z politycznych powodów nie mogą na takie wyglądać przynajmniej na samym początku. Z tym ryzykiem mierzy się dziś GBP, który nerwowo czeka na wystąpienie premiera Wielkiej Brytanii Borisa Johnsona. Johnson ma potwierdzić, że jest gotowy przyjąć umowę na wzór porozumienia UE z Kanadą i nic gorszego od tego. BoJo zamierza też żądać, by po 2020 r. ETS nie miał żadnej jurysdykcji nad Wielką Brytanią. Stanowcze żądania krótkoterminowo odnowią premię za ryzyko na GBP, nawet jeśli nie mówią nic o końcowym rezultacie negocjacji. Pozostajemy pozytywnie nastawieni do funta, oczekując przedłużenia okresu przejściowego, co nie zmienia faktu, że po zeszłotygodniowym rajdzie funt jest teraz narażony na nerwowe domykanie długich pozycji.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rynek finansowania społecznościowego bardzo dynamicznie rośnie. W tym roku padnie rekord

Liczba kampanii equity crowdfundingowych znacząco wzrosła. Tylko na platformie Beesfund w emisjach otwartych i zamkniętych firmy zebrały w ubiegłym roku ponad 21 mln zł – dwukrotnie więcej niż w ciągu minionych siedmiu lat. W tym roku rynek może urosnąć nawet o 100 proc. Polsce wciąż jednak daleko np. do Wielkiej Brytanii, gdzie tylko dwie największe platformy przeprowadzają rocznie po ok. 140 emisji. Do jeszcze szybszego wzrostu mogą przyczynić się jednak projektowane przez Komisję Europejską przepisy, które mają sprzyjać rozwojowi crowdfundingu.

– Miniony rok był ewidentnie przełomowy dla rynku crowdfundingu w Polsce. Mieliśmy ponad 27 emisji na samej platformie Beesfund i kilka na konkurencyjnych platformach. Trzeba też pamiętać, że na NewConnect odbyło się 15 emisji. Myślę, że w sumie było ich około 35–40, więc cały rynek equity crowdfundingu w ubiegłym roku wręcz eksplodował. To coraz poważniejszy biznes, który został już dostrzeżony przez poważnych graczy na polskim rynku – mówi agencji Newseria Biznes Arkadiusz Regiec, prezes Beesfund.

Jak ocenia, do ubiegłorocznych wzrostów przyczyniła się głównie zmiana przepisów, która miała miejsce w kwietniu 2018 roku – podniesienie limitu emisji bez prospektu emisyjnego do 4 mln zł (1 mln euro) zamiast dotychczasowych 400 tys. zł.

– Dwóch emitentów pozyskało u nas rekordowe jak dotychczas kwoty 4 mln zł. Mieliśmy też dziewięciu emitentów, którzy zebrali ponad 1 mln zł. Myślę, że ten rynek będzie rosnąć i w tym roku będzie ich już kilkudziesięciu – mówi Arkadiusz Regiec.

W ubiegłym roku tylko na platformie Beesfund w emisjach otwartych i zamkniętych firmy zebrały ponad 21 mln zł, czyli ponad dwa razy więcej niż w ciągu poprzednich siedmiu lat, a inwestorzy dokonali w sumie blisko 23 tys. wpłat. Jedną z największych emisji była przeprowadzona w lutym 2019 roku akcja społecznościowego finansowania Wisły Kraków. Na platformie Beesfund klub, który borykał się z poważnymi problemami finansowymi, zaoferował 40 tys. akcji po 100 zł. Wszystkie zostały sprzedane w ciągu zaledwie 24 godzin, a sprzedaż akcji pozwoliła Wiśle uniknąć bankructwa i usunięcia z polskiej Ekstraklasy. W efekcie crowdfundingowej kampanii około 9 tys. kibiców-inwestorów przejęło ok. 5 proc. akcji klubu, który w ciągu doby pozyskał 4 mln zł.

Dotychczasowe statystyki pokazują, że 2020 rok zapowiada się równie dobrze, a liczba kampanii equity crowdfundingowych będzie dynamicznie rosnąć. Beesfund ma zakontraktowanych 50 emisji, z których większość jest już opłacona. Platforma szacuje, że w tym roku przeprowadzi ich łącznie około 60, co będzie stanowić 100-proc. wzrost r/r.

– W ubiegłym roku mieliśmy sześć podpisanych umów na emisję. W tym roku mamy ich już 50, czyli prawie dziesięciokrotnie więcej. Nie wiadomo, czy do wszystkich emisji dojdzie, bo to jest proces, nie każdy emitent zdąży się przygotować w ciągu roku. To jednak pokazuje, jak bardzo wzrosło zainteresowanie equity crowdfundingiem jako formą finansowania – mówi Arkadiusz Regiec.

Z finansowania społecznościowego, w którym w zamian za wsparcie inwestor otrzymuje określone prawa majątkowe czy własnościowe (akcje, udział w zyskach etc.), chętnie korzystają zwłaszcza małe spółki, start-upy i rozwijające się projekty. Eksperci wskazują, że w związku z ograniczeniami dla małych ofert obligacji i rosnącym popytem na finansowanie pozabankowe ten segment będzie się rozwijał. Potencjał dostrzegła w nim też warszawska GPW, która w październiku 2019 roku uruchomiła specjalny program crowdfundingowy przeznaczony dla domów maklerskich, które oferują usługi w zakresie finansowania i inwestowania społecznościowego.

Jak podkreśla prezes Beesfund, polski rynek equity crowdfundingu wciąż jest jednak na początkowym etapie rozwoju i nadal daleko nam do rozwiniętych rynków, takich jak Wielka Brytania.

– W Wielkiej Brytanii dwie największe platformy equity crowdfundingowe przeprowadzają po 120–140 projektów rocznie i rosną rok do roku. To pokazuje, jak duży dystans mamy jeszcze do nadrobienia. Jesteśmy wciąż dwa kroki za Zachodem, ale możemy zwiększać ten potencjał i ewidentnie widać trend wzrostowy – mówi Arkadiusz Regiec.

Do gwałtownego rozwoju tego rynku może dodatkowo przyczynić się jeszcze grudniowe porozumienie Parlamentu Europejskiego i Komisji Europejskiej w sprawie przepisów, które mają sprzyjać rozwojowi crowdfundingu. Najważniejsze projektowane zmiany to możliwość promowania emisji we wszystkich 27 krajach UE (wykluczając Wielką Brytanię), co oznacza, że rynek potencjalnych inwestorów urośnie do 446 mln. W tej chwili jest to mocno utrudnione: emisja polskiej spółki za granicą musiałaby zyskać akceptację lokalnych nadzorów finansowych, które zwykle mają różne wymogi i regulacje. Po wejściu w życie nowych przepisów zgoda na emisję wydana przez KNF będzie zgodą ogólnoeuropejską, a na poziomie UE pieczę będzie sprawować ESMA (Europejski Urząd Nadzoru Giełd i Papierów Wartościowych).

Wyjazdy do Azji coraz bardziej ryzykowne z powodu koronawirusa. Nie w każdym przypadku zadziała ubezpieczenie turystyczne

W Chinach potwierdzono już 2 tys. zakażeń koronawirusem 2019-nCoN, ale dociera on do coraz większej liczby krajów. W związku z rosnącą  liczbą przypadków choroby Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła stan globalnego zagrożenia dla zdrowia publicznego. Polskie MSZ odradza wszelkie podróże do prowincji Hubei w centralnej części Chin i apeluje o śledzenie doniesień przed podjęciem decyzji o wyjeździe do innych krajów Azji Południowo-Wschodniej. Podróżni muszą pamiętać, że w rejonie, gdzie została ogłoszona epidemia, nie mogą liczyć na pomoc ubezpieczyciela w razie nagłego zachorowania.

Dotychczas z powodu koronawirusa zmarło w Chinach 259 osób. Wirus dotarł również do 25 innych krajów, w tym USA, Niemiec, Włoch i Francji.

 Ubezpieczyciele z reguły nie odpowiadają za szkody powstałe w wyniku epidemii. Powinniśmy więc unikać podróżowania do miejsc objętych epidemią zgodnie z decyzjami WHO czy też lokalnych władz, ponieważ to może de facto narazić nas na brak ochrony ubezpieczeniowej – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Masajło, prezes Rankomat.pl.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych w oficjalnym komunikacie odradza wszelkie podróże do prowincji Hubei w centralnej części Chin, gdzie znajduje się miasto Wuhan, ale apeluje również o śledzenie bieżących doniesień dotyczących wirusa 2019-nCoV przed podjęciem decyzji o wyjeździe do Azji, w szczególności Azji Południowo-Wschodniej. Krajowy przewoźnik PLL LOT ogłosił, że do 9 lutego wstrzymuje wszystkie połączenia do Chin. Wycieczki do Państwa Środka anulują także biura podróży.

– Większość ubezpieczycieli w przypadku epidemii de facto wyłącza odpowiedzialność. Jednak nie każde towarzystwo to robi, więc warto najpierw przeczytać ogólne warunki ubezpieczenia, gdzie znajdziemy tego typu regulacje – mówi Tomasz Masajło. – Jeżeli mamy wątpliwości, zawsze możemy się skontaktować z ubezpieczycielem i zapytać. Powinniśmy również śledzić informacje, chociażby na stronie Ministerstwa Spraw Zagranicznych, które publikuje zalecenia dotyczące niepodróżowania w miejsca, które mogą być objęte epidemią.

Wyłączenie odpowiedzialności z powodu epidemii oznacza w praktyce, że jeżeli taki stan zostanie ogłoszony na danym obszarze, ubezpieczyciel nie ma obowiązku pokrywać kosztów związanych z leczeniem i skutkami zakażenia wirusem ani wypłacać żadnych odszkodowań z tego tytułu. Wśród towarzystw, których polisę można zakupić na Rankomat.pl, tylko Axa i Wiener nie posiadają zapisu o tym, że epidemia jest generalnym wyłączeniem odpowiedzialności.

Stan epidemii mogą ogłosić lokalne władze, a w przypadku międzynarodowego zagrożenia – Światowa Organizacja Zdrowia. Jak na razie WHO nie ogłosiła zagrożenia epidemiologicznego dla całego świata. Mimo to w chińskim mieście Wuhan, w którym wykryto pierwsze przypadki zarażenia koronawirusem, mamy już do czynienia z epidemią.

– Tam rzeczywiście nie będziemy mogli liczyć na pomoc. Natomiast na pozostałym terenie Republiki Chińskiej możemy liczyć na pomoc ubezpieczycieli. Będzie ona zarówno informacyjna, jak też obejmie pokrycie kosztów leczenia. Należy też pamiętać, że nie zawsze ubezpieczyciel ma swojego przedstawiciela na miejscu, ale zawsze zdalnie – przez telefon, infolinię – możemy próbować zorganizować pomoc polegającą na wizycie w szpitalu czy u lekarza i oczywiście liczyć również na pokrycie kosztów tej wizyty – mówi Tomasz Masajło.

Prezes Rankomat.pl podkreśla też, że wybierając polisę turystyczną do Azji, trzeba pamiętać, iż leczenie na miejscu wiąże się z poważnymi kosztami, podobnie jak transport medyczny między szpitalami czy do Polski. Dlatego też suma ubezpieczenia podczas podróży do bardziej egzotycznych krajów powinna opiewać przynajmniej na 30–40 tys. euro. W przypadku wybrania zbyt niskiej sumy ubezpieczenia różnice w kosztach turysta będzie musiał pokryć z własnej kieszeni.

 Ważne jest również to, aby sprawdzić dokładny zakres wyłączenia odpowiedzialności ubezpieczyciela, czyli właśnie w jakiej sytuacji otrzymamy pomoc, a w jakiej sytuacji nie. Warto także dostosować zakres polisy do tego, co mamy zamiar robić w danym miejscu, czy to jest zwykły wyjazd turystyczny, czy mamy zamiar uprawiać sporty ekstremalne albo brać udział w maratonie. To zawsze wymaga rozszerzenia działania polisy – mówi Tomasz Masajło.

W przypadku epidemii nie zadziała również ubezpieczenie od kosztów rezygnacji z podróży.

– Epidemia to ryzyko, za które ubezpieczyciele nie są skłonni odpowiadać. Jest ono bardzo trudne do przewidzenia, a jego skutki są bardzo poważne – podkreśla Tomasz Masajło.

Polacy przejęli wzorce spożywania alkoholu z Europy Zachodniej i Południowej. Rzadziej sięgamy po najmocniejsze trunki

Na przestrzeni ostatnich 30 lat w Polsce radykalnie zmienił się model spożywania alkoholu. Polacy coraz częściej sięgają po piwo, również bezalkoholowe, wino i wysokogatunkowe trunki, a udział alkoholi wysokoprocentowych w konsumpcji spadł z ponad 70 proc. do 36 proc. Model konsumpcji nie odbiega już od europejskiego. Pracodawcy RP podkreślają, że o tę dobrą sytuację trzeba jednak zadbać, bo ich zdaniem moda na ograniczone picie może zmienić się na niekorzyść np. pod wpływem nieprzemyślanej polityki podatkowej.

– Struktura spożycia alkoholu w Polsce wygląda dziś zdecydowanie lepiej niż przed transformacją ustrojową, kiedy mocne alkohole stały na stole jako obowiązkowy dodatek do posiłków, bez przerwy wznoszono toasty, co właściwie wymuszało picie. Dzisiaj ta sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Pod względem spożycia alkoholu znajdujemy się na 17. miejscu w Europie, zmieniła się też struktura tego spożycia – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP.

Jak wynika z nowego raportu „Alkohol w Polsce kontekst społeczny, rynkowy i legislacyjny” Pracodawców RP, jeszcze pod koniec lat 70. Polacy należeli do najwięcej pijących narodów świata, a ok. 5 mln osób upijało się regularnie kilka razy w tygodniu. Od tamtej pory zaszły pod tym względem ogromne zmiany dziś 80 proc. Polaków spożywa alkohol w sposób umiarkowany, bez większego ryzykowania szkód zdrowotnych.

Przemiany ustrojowe i uwolnienie rynku, otwarcie się Polski na świat oraz przejmowanie przez Polaków wzorców konsumpcji alkoholu z Europy Zachodniej i Południowej przyczyniły się nie tylko do zmian w wielkości, ale i w strukturze spożycia alkoholu. Udział trunków wysokoprocentowych w konsumpcji spadł z ponad 70 proc. do 36 proc. Obecnie przeważa w niej piwo (55–56 proc.), dalej są napoje spirytusowe (36 proc.) oraz wino (8-9 proc.). Szybko rośnie również kategoria piw bezalkoholowych – według szacunków w ciągu 10 lat już co dziesiąte piwo sprzedawane w Polsce będzie piwem bez alkoholu.

– Ważniejsza od tego, ile alkoholu wypijamy, jest jego struktura. W Polsce zaszły w niej istotne zmiany na rzecz piwa i wina przy jednoczesnym spadku spożycia mocniejszych alkoholi – podkreśla Andrzej Malinowski.

Eksperci oceniają, że istotną rolę w tych zmianach odegrała ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi.

– Ta ustawa zrobiła bardzo wiele dobrego. Po pierwsze, ściągnęła uwagę na problem i wywołała dyskusję, a po drugie, jej efekty widać właśnie po zmianie struktury spożycia alkoholu ze wskazaniem na alkohole słabsze. To wciąż nie jest prozdrowotne, ale wydaje się mieć zdecydowanie mniejsze negatywne skutki niż spożywanie dużej ilości alkoholi mocnych – mówi dr hab. n. med. Andrzej Fal z Kliniki Alergologii, Chorób Płuc i Chorób Wewnętrznych w szpitalu MSWiA.

Mimo pozytywnych zmian ograniczanie spożycia alkoholi wysokoprocentowych na rzecz niskoalkoholowych wciąż jest ważnym kierunkiem dla polityki alkoholowej państwa. Według danych Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych wciąż ok. 18,6 proc Polaków spożywa alkohol w sposób ryzykowny i szkodliwy. Łącznie wypijają oni 70 proc. dostępnego na rynku alkoholu. Ponadto w Polsce konsumpcja wódki oraz innych napojów spirytusowych niezmiennie oscyluje na poziomie 8,3–8,8 litrów per capita rocznie, co plasuje nas w pierwszej 10. krajów o największym spożyciu tych trunków.

– Wpływ alkoholu na zdrowie dobrze pokazuje tzw. wskaźnik utraconych lat życia. Okazuje się, że kraje, w których jest tendencja do spożywania alkoholi mocnych, mają ten wskaźnik o wiele wyższy od państw, gdzie kultura picia jest oparta na piwie czy winie – podkreśla Andrzej Malinowski. – Przede wszystkim to jest kwestia świadomości i edukowania społeczeństwa, ale jestem zdecydowanie przeciwny wykorzystywaniu przez państwo otoczki związanej z kulturą picia i zdrowiem dla celów fiskalnych.

Po piwo Polacy sięgają najczęściej, pijąc jednorazowo od dwóch do trzech piw o pojemności 0,5 litra. Taka liczba przekłada się na jednorazowe spożycie od 40 do 60 g czystego alkoholu, czyli od czterech do sześciu tzw. standardowych jednostek alkoholu (SJA). Natomiast pijąc wino, przeciętny konsument wypija jednorazowo cztery lampki po 100 ml, co oznacza spożycie ok. 40 g czystego alkoholu (4 SJA). Z kolei w przypadku wódki jej każdorazowe spożycie wiąże się z dużo większą ilością etanolu. Przeciętnie jest to 11 kieliszków po 30 g, które dostarczają od 94 do 110 g czystego alkoholu (od 9,4 do 11 SJA).

– Alkohol jest zawsze taki sam. Jednak zdecydowaną różnicę robi to, w jakiej postaci go spożywamy, ile i jak często. Zdecydowanie mniejsze skutki zdrowotne powodują trunki o niższej zawartości alkoholu, dlatego że sumarycznie spożywamy go mniej. Jeden mały kieliszek wódki zawiera prawie dwie jednostki przeliczeniowe alkoholu, tyle samo znajduje się w 0,5 litra piwa – mówi Andrzej Fal.

Jak wynika z raportu Pracodawców RP, polityka alkoholowa państwa powinna być ukierunkowana na eliminowanie zjawiska picia ryzykownego i szkodliwego, które jest bezpośrednią przyczyną szkód zdrowotnych i społecznych.

– Państwo jest istotnym regulatorem spożycia alkoholu, bo z jednej strony ma w swoim ręku regulację ekonomiczną, zarówno podatek akcyzowy, jak i inne elementy polityki cenowej, regulowania dostępności alkoholu bardziej czy mniej stężonego. Może też decydować, gdzie, czy i w jakich godzinach sklepy mogą ten alkohol sprzedawać. Państwo jest też odpowiedzialne za edukację i na tym powinny się skupić działania przeciwalkoholowe. Trzeba edukować najmłodsze dzieci i tych, którzy nie zaczęli pić, bo edukacja osób już pijących nie jest zbyt efektywna – mówi Andrzej Fal.

Pracodawcy RP podkreślają w raporcie, że ryzykownemu i szkodliwemu piciu sprzyja popularność małych i tanich formatów wódki, tzw. małpek, oferowanych w pojemnościach od 40 do 200 ml. Wódka w małych formatach stała się odrębną kategorią, dała możliwość picia cichego, w ukryciu, poza kontrolą pijącego i otoczenia. Szacuje się, że dziennie sprzedawanych jest ich od 1,3 mln do nawet 3 mln. Problem ten dostrzegło Ministerstwo Zdrowia, które w końcówce grudnia przedstawiło projekt ustawy w związku z promocją prozdrowotnych wyborów konsumentów. Zakłada on, że przedsiębiorcy prowadzący sprzedaż napojów alkoholowych przeznaczonych do spożycia poza miejscem sprzedaży na podstawie zezwolenia będą zobowiązani do wniesienia opłaty związanej ze sprzedażą napojów alkoholowych o objętości nieprzekraczającej 300 ml.

Europa coraz bliżej wspólnego rynku cyfrowego. Może to wzmocnić jej pozycję wobec gigantów technologicznych

– Jednolity rynek cyfrowy wymaga jeszcze bardzo wielu reguł ujednolicających prawo w Unii Europejskiej – mówi europosłanka Róża Thun. Jak podkreśla, ważnym krokiem w tym kierunku było zniesienie roamingu i geoblokowania na terenie UE, a rok temu została przyjęta nowa dyrektywa dotycząca praw autorskich, tzw. ACTA2. W tej chwili toczą się wstępne prace nad Kodeksem usług cyfrowych, który będzie jednym z fundamentów dla wspólnego rynku cyfrowego. Silna wspólna polityka cyfrowa ma pomóc Europie ograniczyć dominację tzw. bigtechów. 

– Kolosalnym wyzwaniem dla całej Unii Europejskiej jest w tej chwili to, co dzieje się z naszymi danymi i kto nimi zarządza, wspólna chmura europejska i jednoczenie wysiłków państw członkowskich na rzecz cyfrowej gospodarki i wspólnego rynku. Inaczej będziemy przegrywać z gigantami, którzy zarządzają naszymi danymi i przodują w rozwiązaniach technologicznych, oraz dużymi państwami, które wprowadzają właściwe regulacje. Dlatego jednolity rynek cyfrowy wymaga jeszcze bardzo wielu reguł ujednolicających prawo w Unii Europejskiej – mówi agencji Newseria Biznes europosłanka PO Róża Thun.

Jednolity rynek cyfrowy (JRC), który zagwarantuje swobodny przepływ towarów, osób, usług, kapitału i danych, wymaga przede wszystkim likwidacji barier legislacyjnych i uporządkowania różnych porządków prawnych, które obowiązują w państwach UE. W maju 2015 roku Komisja Europejska przedstawiła strategię jednolitego rynku cyfrowego dla Europy („A Digital Single Market Strategy for Europe”), która koncentruje się właśnie na zniesieniu ograniczeń regulacyjnych w kwestiach cyfrowych.

Europejskiej gospodarce JRC ma zapewnić szereg korzyści: pobudzić unijne PKB, usprawnić przepływ informacji, stworzyć nowe możliwości rozwoju dla biznesu i podnieść konkurencyjność europejskich firm. Co najważniejsze, swoboda przepływu danych pobudzi także rozwój innowacji i start-upów. W tej chwili – jak wynika z raportu „Silniejsza cyfrowa Europa” Digital Europe – tylko 11 proc. globalnych „jednorożców” pochodzi z Europy, przy czym 6 proc. z nich ma siedzibę w Wielkiej Brytanii. Zharmonizowanie europejskiego rynku cyfrowego pozwoli nadążyć za globalną konkurencją.

Jak zauważa Róża Thun, jednym z wyzwań dla JRC jest ograniczenie dominacji cyfrowych gigantów, tzw. bigtechów, którzy są monopolistami na cyfrowym rynku. Bigtechy zagrażają zarówno konkurencyjności, jak i konsumentom, którzy często nie mają kontroli nad tym, jak wykorzystywane są ich dane osobowe i informacje o ich aktywności w sieci. Stąd w USA i Europie nasiliły się w ostatnim roku działania urzędów monopolowych wymierzone w tzw. grupę GAFA (Google, Amazon, Facebook i Apple). Z kolei w ramach OECD i KE toczą się prace nad podatkiem cyfrowym dla bigtechów, który również przyczyniłby się do ograniczenia ich dominacji na cyfrowym rynku.

– Walczymy o to, żeby nie było innych reguł dla tego, co dzieje się w rzeczywistości wirtualnej i fizycznej. Dzisiaj wciąż w wielu aspektach łatwiej jest kupować i sprzedawać na rynku fizycznym niż cyfrowym. Znieśliśmy już geoblokowanie, które firmy praktykowały jeszcze do niedawna. Dzisiaj sklep nie może już odmówić sprzedaży czy przyjęcia płatności klientowi z innego kraju, ale właściwie wszystkie treści cyfrowe wciąż są geoblokowane. Muzyki, e-booków, gier, oprogramowania czy filmów nie można kupić transgranicznie, więc ten wspólny rynek cyfrowy de facto nie działa i potrzeba nad nim jeszcze ogromnie dużo pracy – mówi europosłanka.

Dużym krokiem w stronę cyfrowej integracji państw członkowskich było zniesienie roamingu w 2017 roku, a rok później – geoblokowania. Nowe przepisy ograniczyły blokowanie dostępu do serwisów internetowych, automatyczne przekierowywanie klientów na inną stronę internetową czy odmowę akceptacji zagranicznej karty płatniczej. Jak wynika z badań Polityki Insight, geoblokowania na stronach zagranicznych e-sklepów doświadczało nawet 74 proc. polskich internautów, a taką praktykę handlową stosowało 2/3 e-sklepów oferujących swoje towary i usługi mieszkańcom wspólnoty.

W ubiegłym roku Parlament Europejski przyjął z kolei dyrektywę w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym, dostosowującą prawa autorskie do obecnych realiów. Z badań KE wynika, że w 2016 roku 57 proc. internautów docierało do artykułów prasowych za pośrednictwem serwisów społecznościowych lub wyszukiwarek, a 47 proc. czytało skompilowane przez system fragmenty artykułów i nie klikało na link prowadzący do pełnej wersji. Od tego czasu ten odsetek tylko się zwiększa, a ten sam trend ma miejsce w przypadku muzyki i filmów. Nowa dyrektywa wzmacnia pozycję europejskich twórców i wykonawców w środowisku cyfrowym, ograniczając przy tym dominację platform internetowych.

W tej chwili Komisja Europejska pracuje nad kolejnym bardzo ważnym dla jednolitego rynku cyfrowego instrumentem legislacyjnym – rozporządzeniem, które ustanowi nowe ramy regulacyjne dla wszystkich usług cyfrowych w UE, w szczególności platform internetowych. Tak zwany Kodeks usług cyfrowych (DSA) ma m.in. stanowić odpowiedź na problemy takie jak mikrotargetowanie, fake newsy, ma wprowadzić nowe zasady dla reklamy online i większą odpowiedzialność platform internetowych za publikowane na nich treści. Projektowana regulacja ustandaryzuje też wiele zagadnień związanych z cyfryzacją, które teraz są rozproszone w różnych aktach prawnych. Jak na razie Kodeks usług cyfrowych znajduje się wciąż na wstępnym etapie prac koncepcyjnych. W połowie grudnia w Warszawie odbyło się w tej sprawie posiedzenie przedstawicieli KE i tzw. grupy D9+, czyli państw o zbliżonym podejściu do spraw cyfrowych.

– Dla wszystkich podmiotów politycznych i Komisji Europejskiej, która pełni rolę regulatora, jasne jest, że musimy grać razem, że musi być wspólna przestrzeń europejska. Dzisiaj w sieci funkcjonują wielkie podmioty i jeśli nie chcemy pozwolić skakać sobie po głowie tym wielkim firmom, które zbierają nasze dane, musimy mieć silną politykę europejską – mówi Róża Thun. – Pamiętajmy też, że aby funkcjonował wspólny rynek cyfrowy, musi też działać fizyczny rynek. Wciąż mamy takie utrudnienia jak różne rodzaje ładowarek dla urządzeń przenośnych.

30 stycznia br. Parlament Europejski przyjął rezolucję, w której wezwał KE do zaproponowania stosownych przepisów w celu ujednolicenia ładowarek do telefonów komórkowych, tabletów czy e-booków najpóźniej do lipca 2020 roku. Ma to zarówno ułatwić życie konsumentom, przyczynić się do ochrony środowiska (mniejsza ilość odpadów elektronicznych), jak i ustandaryzować europejski rynek.

Komisja Europejska wskazuje, że wciąż jest zbyt wcześnie, aby zmierzyć faktyczne korzyści ekonomiczne z wdrożenia strategii jednolitego rynku cyfrowego. Jednak samo wdrożenie przez PE środków ustawodawczych zmierzających do utworzenia JRC ma przynieść około 177 mld euro rocznych zysków gospodarczych.

Rewolucja w miejskiej mobilności. Jedna aplikacja pozwoli zamówić taksówkę, kupić bilet autobusowy czy wynająć samochód na minuty

Mobilność jako usługa zdobywa w polskich miastach rosnącą popularność. System wypożyczalni rowerów, hulajnóg czy samochodów na minuty w połączeniu z rozwiniętą komunikacją miejską i siecią taksówek eliminują dziś potrzebę posiadania samochodu na własność. To rozwiązanie ekologiczne, ograniczające smog w miastach. Jednak korzystanie z tych usług do tej pory oznaczało konieczność posiadania wielu aplikacji i systemów płatności. Polski start-up Vooom stworzył platformę, która integruje je wszystkie: pozwala zaplanować trasę, zarezerwować transport i zapłacić za niego z poziomu jednej aplikacji. W projekt zainwestowały już NCBiR i ING Bank Śląski, a twórcy aplikacji pracują nad jej rozszerzeniem, chcąc wykorzystać m.in. sztuczną inteligencję.

– Mobility as a Service dynamicznie rozwija się w krajach Europy Zachodniej czy w Ameryce Północnej. To po prostu mobilność jako usługa. Nie trzeba posiadać środków transportu, przede wszystkim samochodów, żeby poruszać się po mieście. O wiele efektywniej można wypożyczać samochody, skutery czy hulajnogi i łączyć je z komunikacją miejską. To jest wygodniejsze, a co najważniejsze – ekologiczne. Ten czynnik jest bardzo ważny z perspektywy polskich miast, które są pełne smogu – mówi agencji Newseria Biznes Włodzimierz Łoziński, prezes Vooom.

Miejskie wypożyczalnie pojazdów na minuty cieszą się w Polsce rosnącą popularnością. Według raportu „Mobility as a Service PL”, opracowanego przez Straal i fundację Digital Poland, korzystają z nich gównie młodzi, w przedziale wiekowym 18–29 lat. Wynika to z faktu, że mobilność jako usługa niesie ze sobą szereg korzyści: jest tańsza, ogranicza czas spędzany w korkach, eliminuje problem szukania parkingu, pozwala zwiększyć aktywność fizyczną, a na dodatek ogranicza problem spalin i smogu, przez co może być rozwiązaniem problemów, z którymi borykają się polskie miasta.

– W Warszawie mamy ponad 800 samochodów na 1 tys. mieszkańców, w Berlinie jest ich ok. 300. Mobility as a Service to efektywniejszy i tańszy sposób poruszania się po mieście. Posiadanie własnego samochodu wiąże się z olbrzymimi kosztami. Jeżeli ktoś ma samochód w mieście i pokonuje nim mniej niż 10 tys. km, jest to o wiele droższe niż podróżowanie współdzielonymi środkami transportu – podkreśla Włodzimierz Łoziński.

Popularność Mobility as a Service (MaaS) w Polsce cały czas rośnie, choć to wciąż młody rynek, który uczy się, jak najlepiej dopasować swoje usługi do potrzeb użytkowników. Klienci chcą przede wszystkim sprawnie i na czas dotrzeć do celu, mniejsze znaczenie ma dla nich typ pojazdu czy operator. Dlatego też potrzebna jest integracja wielu środków transportu w jednym miejscu, w tym komunikacji publicznej, i jest to zadanie również dla samorządu. Przykład Wrocławia pokazuje, że nawet wybrany w przetargu operator car-sharingowy, czyli dotowany przez miasto, musi być elementem większego systemu transportu, bo inaczej nie będzie rentowny.

– W przyszłości coraz mniej osób będzie posiadać prywatne samochody, bo przy szybko rosnącej populacji miast trudno sobie wyobrazić zmieszczenie ich wszystkich na ograniczonej przestrzeni. Dlatego coraz więcej ludzi będzie korzystać z komunikacji publicznej i środków transportu dostarczanych przez firmy prywatne, takich jak taksówki, hulajnogi czy samochody wynajmowane na minuty – mówi dr inż. Radosław Nielek, dyrektor ds. rozwoju Vooom.

Poruszanie się po mieście zdecydowanie ułatwiają też aplikacje, np. pokazujące w czasie rzeczywistym, gdzie znajduje się autobus, na który czekamy, albo gdzie jest najbliższa e-hulajnoga do wypożyczenia.

– Dzisiaj musimy wchodzić w kilka różnych systemów i przez nie płacić za te usługi. Kolejnym etapem będzie możliwość ułożenia sobie z poziomu jednej aplikacji drogi z punktu A do punktu B w sposób jak najszybszy i jak najtańszy oraz zapłacenia za przejazd jednym kliknięciem zamiast osobno za poszczególne środki transportu – mówi Adrian Furgalski, prezes zarządu Zespołu Doradców Gospodarczych TOR.

Takie rozwiązanie opracował polski start-up Vooom. Stworzona przez niego aplikacja zadebiutowała w kwietniu zeszłego roku i działa w 12 polskich miastach. Jest dedykowana mieszkańcom, którzy korzystają m.in. z pojazdów na minuty, miejskich rowerów i taksówek. Do tej pory każda z tych usług miała własną aplikację i własny system płatności. Vooom integruje je wszystkie – umożliwia zaplanowanie trasy, zarezerwowanie środka transportu i dokonanie płatności z poziomu jednej platformy. W efekcie znacznie ułatwia poruszanie się po mieście.

Aplikacja cały czas się rozwija. W tej chwili Vooom pracuje nad stworzeniem plannera wykorzystującego modele predykcyjne i uczenie maszynowe, który będzie zintegrowany z komunikacją miejską. Już dziś w Warszawie można nie tylko zamówić taksówkę czy wynająć elektryczną hulajnogę, lecz także sprawdzać w czasie rzeczywistym, gdzie znajduje się tramwaj czy autobus, i kupić bilet. Samochody, skutery i hulajnogi na minuty, rowery wybranych operatorów i transport publiczny są dostępne na jednej mapie. To tylko kwestia czasu, kiedy podobne udogodnienia pojawią się w innych polskich miastach.

– Różnorodność dostawców pojazdów i ich specyfika, np. to, że nie ma gwarancji ich dostępności czy że  mają ograniczony zasięg, powoduje, że fundamentalną sprawą jest zbudowanie plannera, który będzie łączył te wszystkie środki transportu, zapewniał ich wysoką dostępność i będzie w stanie przewidzieć możliwość przesiadki. Zbudowanie takiego multimodalnego plannera zrewolucjonizuje sposób, w jaki przemieszczamy się po mieście – mówi dr inż. Radosław Nielek.

W spółkę rozwijającą aplikację Vooom 1 mln zł zainwestował już ING Bank Śląski, a Narodowe Centrum Badań i Rozwoju przekazało na przygotowanie plannera prawie 3 mln zł. Vooom zamierza udostępnić go w swojej aplikacji pod koniec tego roku. Będzie to pierwsza w Polsce tak rozbudowana platforma ułatwiająca poruszanie się po mieście.

– Wszystko to ma na celu zwiększenie zainteresowania komunikacją publiczną i odciągnięcie nas od korzystania z własnego samochodu. Jeżeli zgrupujemy wszystkie środki transportu w jednym miejscu i jednym kliknięciem będzie można zaplanować i zapłacić za całą podróż, to na pewno będzie to strzał w dziesiątkę, z którego wiele osób będzie chciało korzystać – mówi Adrian Furgalski.

Twórcy aplikacji chcą, żeby docelowo była ona elementem pakietu benefitów pozapłacowych, które pracodawcy – zwłaszcza w dużych miastach – oferują swoim pracownikom.

– Pakiety mobilności mogą być dobrym benefitem, z którego każdy pracownik będzie korzystać prawie codziennie. Badania pokazują, że czas i koszt dojazdów do pracy to bardzo ważny czynnik, który może przesądzić o wyborze pracodawcy, już 35 proc. pracowników uznaje to za główne kryterium. Zatem finansowanie lub dofinansowanie dojazdów do pracy może stać się ważnym elementem pakietu benefitów – mówi prezes Vooom.

Polski wynalazek może zrewolucjonizować rolnictwo. Ograniczy użycie pestycydów i przyspieszy plony nawet w warunkach suszy

Polski start-up opracował inkubator do nasion, dzięki któremu o 30 proc. szybciej będzie można uzyskać plony. Urządzenie wykorzystuje naturalne właściwości roślin związane z ich reaktywnością na zmiany pola magnetycznego. Pochodzące z niego nasiona są bardziej odporne na suszę, co może mieć ogromne znaczenie przy ocieplaniu się klimatu. Inkubator pozwoli też zredukować o połowę opryski pestycydów. Tymczasem rolnictwo coraz szybciej adaptuje nowe technologie, zwłaszcza te związane z tzw. rolnictwem inteligentnym.

– GrainER to inkubator bądź mikrofalówka do nasion. Wewnątrz niego indukujemy specjalnie natężone pole elektromagnetyczne, które oddziałuje na nasiona. Nasiona wysiane po indukcji w naszym urządzeniu charakteryzują się szybszym wzrostem, większą odpornością na suszę, lecz także skróconym okresem wegetacyjnym – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Hubert Mrozek, założyciel GrainER.

Dzięki urządzeniu kukurydza, rzepak czy pszenica mogą wyrosnąć nawet o 30 proc. szybciej. GrainER wykorzystywany jest w czasie pomiędzy zakupem nasion a ich faktycznym wysiewem w polu. Rośliny wysadzone z nasion, na które oddziaływał inkubator, charakteryzują się zwiększoną odpornością na panujące warunki atmosferyczne, w tym suszę, i ograniczają do 50 proc. opryski z pestycydów.

– GrainER rozwiązuje problem wyjaławiania gleb i skażenia ich pestycydami. Boryka się z nim nie tylko Polska, ale cały świat. Wyjałowienie gleby, według raportu WHO, sprawi, że do 2050 roku zabraknie nam surowców mineralnych do nażyźniania gleby. Przede wszystkim więc celujemy w ekologiczny aspekt GrainERa i jego wpływu na środowisko, ale też dzięki niemu można naturalne skrócić cykl wegetacyjny, doprowadzić gatunki roślin do obszarów, w których obecnie nie mogą być uprawiane, i oczywiście zwiększyć plony – mówi Hubert Mrozek

Wynalazek został wyróżniony podczas styczniowej gali Szkoły Pionierów Polskiego Funduszu Rozwoju i Allegro. Zdaniem oceniających jest to jedna z technologii, które mogą zmienić obraz polskiego rolnictwa. Urządzenie wytwarza warunki korzystne dla szybszego kiełkowania.

– Pole indukowane wewnątrz GrainERa odzwierciedla naturalne warunki panujące na Ziemi sprzed kilku epok. Używamy wyłącznie naturalnych środków i naturalnych stymulantów. Zwiększamy elektromagnetykę, elektrostatykę i promieniowanie magnetyczne – wyjaśnia założyciel firmy GrainER.

Urządzenie wykorzystuje naturalną właściwość roślin, jaką jest magnetotropizm. Nasiona poddawane działaniu stałych i zmiennych pól elektrycznych szybciej kiełkują, ich siewki są większe, silniejsze, żywotniejsze. Co więcej, rośliny szybciej rosną, a po wzroście wydają więcej nasion. Krótkotrwałe oddziaływanie pola elektromagnetycznego o wysokiej częstotliwości sprawia, że lepiej rozbudowuje się system korzeniowy. Zmiany wywoływane takim oddziaływaniem utrzymują się przez kilka pokoleń.

– Potencjał technologiczny GrainERa i całej technologii jest ogromny. Jako pierwszy etap przyjęliśmy sobie rynek szklarni uprawnych, ponieważ są to zamknięte ekośrodowiska i bardzo łatwo jest nam w nich wdrożyć i kontrolować technologię. Następnie planujemy ekspansję na otwarty rynek rolniczy. W tym roku już mamy zapewniony pilotaż w jednej ze szklarni w Polsce. Naszym docelowym kolejnym krokiem będzie pilotaż europejski, pozyskaliśmy już partnerów z Hiszpanii. Naszym celem jest zostanie światowym pionierem rozwiązań elektrostymulacji elektromagnetycznej dla roślin – zapowiada Hubert Mrozek.

Tymczasem w rolnictwie coraz większe znaczenie zyskują nowe technologie. Szczególne nadzieje wiązane są z rolnictwem precyzyjnym, które polega na opracowywaniu szczegółowego profilu konkretnego pola lub jego fragmentu. Dzięki temu rolnicy mogą otrzymać mapę plonów i zyskują wiedzę na temat tego, jak nawozić konkretne części upraw. Samo zarządzanie gospodarstwem często odbywa się już zdalnie, poprzez aplikacje mobilne, takie jak 365FarmNet. To platforma optymalizująca pracę gospodarstwa poprzez monitoring upraw, nawożenia, a także działania urządzeń.

Analitycy MarketsandMarkets szacują, że do 2023 roku rynek technologii rolniczych osiągnie wartość 729,5 mld dol.

Siedem miliardów ludzi na świecie nie ma dostępu do badań rezonansu magnetycznego. Pierwsze mobilne urządzenie pomoże rozwiązać ten problem

Dzięki miniaturyzacji urządzenia wykorzystywane w diagnostyce lekarskiej stają się coraz bardziej dostępne. Rezonans magnetyczny czy tomografię komputerową będzie można wykonać na szpitalnej sali lub bezpośrednio w miejscu wypadku. Znacznie skróci to czas oczekiwania na badanie. W Polsce czeka się na nie nawet kilkadziesiąt dni. Na świecie jest wiele miejsc, gdzie dostępu do diagnostyki nie ma w ogóle. Pierwszy mobilny aparat do rezonansu magnetycznego może rozwiązać problem braku dostępu w Afryce, Meksyku czy Indiach.

– Mobilny rezonans magnetyczny to aparat do stosowania przy łóżku pacjenta. Tradycyjnie aparaty do tego badania znajdują się w podziemnych kondygnacjach szpitali. Chcemy umożliwić przemieszczanie sprzętu na kółkach i ulokowanie go przy łóżku, aby tam wykonywać badania – nie tylko w szpitalu, ale również poza nim – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Chris Ward, specjalista ds. marketingu w firmie Hyperfine.

Zminiaturyzowany, przenośny sprzęt do diagnostyki medycznej jest coraz łatwiej dostępny także dla zwykłych ludzi. Vision Check to przystawka do smartfona, dzięki której można samodzielnie wykonać badanie wzroku. Podstawową jej funkcją jest pomiar tzw. niemiarowości oka, dzięki czemu można uzyskać niezbędne dane, by dobrać szkła do okularów. Urządzenie pozwala określić wadę z dokładnością do 0,35 dioptrii. Na rynku medycznym dostępny jest już AIRO CT, czyli przenośny aparat do wykonywania tomografii komputerowej. Jest on przeznaczony do wykorzystywania zwłaszcza na oddziałach pediatrycznych.

Urządzenie Hyperfine Portable MRI to z kolei pierwszy mobilny rezonans magnetyczny. Jest gotowy do pracy po dwóch minutach po podłączeniu do zasilania. Może być obsługiwany za pomocą tabletu. Operator wybiera sekwencje i protokoły z prostej listy odtwarzania. Uzyskane w rezonansie obrazy można przeglądać na telefonie, a także wysłać do chmury. Dzięki temu wstępna diagnostyka może być wykonana znacznie szybciej niż przy użyciu stacjonarnego aparatu MRI.

– W największych szpitalach i klinikach na świecie dostęp do rezonansu nie jest jeszcze wystarczający. 48 lat po opracowaniu metody badań z wykorzystaniem rezonansu magnetycznego dostęp do tego rodzaju badań ma zaledwie 10 proc. światowej populacji. Pozostałe 90 proc. ludności, czyli 7 mld, takiego dostępu nie ma. Nasze urządzenia wykorzystują prostszy i tańszy system, który może działać w Afryce, w Meksyku czy w Indiach. Naszym zdaniem właśnie ten system rozwiąże problem dostępności – przekonuje Chris Ward.

Z danych Narodowego Funduszu Zdrowia wynika, że na badanie przy użyciu rezonansu magnetycznego w przypadkach stabilnych czeka się w Warszawie od siedmiu do nawet 45 dni. W mniejszych miastach wojewódzkich, takich jak Kielce, czeka się od 34 dni do nawet ośmiu miesięcy. W przypadkach nagłych, obsługiwanych na szpitalnych oddziałach ratunkowych, trzeba się liczyć nawet z kilkugodzinnym oczekiwaniem na badanie. W mniejszych szpitalach działa zwykle tylko jedna pracownia MRI. Dzieje się tak z uwagi na duże rozmiary aparatury, a także ograniczone możliwości finansowe placówek ochrony zdrowia.

– Aparaty MR to zazwyczaj bardzo silne magnesy nadprzewodzące, po uruchomieniu których przedmioty metalowe mogą poszybować w ich kierunku. Są więc instalowane w podziemnych kondygnacjach szpitali przy zastosowaniu odpowiednich osłon. Ich dostępność jest bardzo niska, nawet w dzisiejszym, dobrze rozwiniętym świecie – wskazuje ekspert.

Przenośne aparaty MRI są od tradycyjnych dziesięciokrotnie mniejsze, dwudziestokrotnie tańsze i zużywają 35-krotnie mniej energii. Waga zredukowana do 635 kg, w połączeniu z wyposażeniem urządzenia w napęd elektryczny i zasilanie bateryjne, sprawia, że można je dostarczyć do każdego pomieszczenia oraz przewieźć w większości współczesnych ambulansów.

– Aby móc przewieźć aparat przez szpitalny korytarz, należy utrzymywać siłę pola na niskim poziomie, żeby nie zakłócać pracy metalowych urządzeń, aparatury monitorującej czy wentylatorów. Poza tym musi on być niewielki, aby mógł wjechać przez drzwi na salę szpitalną. Po osiągnięciu tych celów otrzymujemy stosunkowo niedrogi system, który jest nieporównywalnie tańszy niż tradycyjne aparaty MR – twierdzi Chris Ward.

Aparat pracuje po podłączeniu do gniazda sieciowego z prądem o natężeniu 15 amperów. Maksymalny pobór energii to 900 watów, czyli mniej niż w przypadku czajnika elektrycznego. Producent informuje, że stara się o rejestrację w amerykańskim Urzędzie Żywności i Leków (FDA).

Według Research and Markets światowy rynek przenośnych urządzeń medycznych osiągnie do 2023 roku wartość 47 mld dol. W 2018 roku było to nieco ponad 30,5 mld dol.

Atrakcje warte odwiedzenia na Łazarzu

Łazarz to jedna z części Poznania, w pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że pokrywa się ona z granicami osiedla Św. Łazarz. Z reguły jest pomijana podczas wypadów do Poznania o charakterze turystycznym, ale zupełnie niesłusznie. Sam Łazarz jest bowiem bardzo ciekawym fragmentem tej dużej miejskiej aglomeracji, o wielu ciekawych obiektach i rozwiązaniach godnych bliższego poznania.

I właśnie w tym artykule zaprezentujemy Wam subiektywną listę najciekawszych miejsc na poznańskim Łazarzu! Zapraszamy zatem do poświęcenia kilku minut na lekturę.

Rynek Łazarski

Nie należy mylić tego miejsca ze Starym Rynkiem w Poznaniu. To zupełnie inne lokalizacje. Stary Rynek mieści się na Starym Mieście, natomiast Rynek Łazarski znajduje się najprościej rzecz mówiąc między ulicą Głogowską, a ulicą Antoniego Małeckiego. Jest to duży plac targowy o powierzchni około 5 800 metrów kwadratowych, otoczonych bardzo ładnymi, odremontowanymi kamienicami.

Obecnie pełni funkcję typowo targową, stoi na nim mnóstwo, bo około 300 stoisk handlowych. Warto wybrać się na niego na przykład w sobotni poranek, zamiast marnować czas na gry typu Mega Joker, bo wtedy najlepiej można zasmakować w dawnej atmosferze niewielkiego miasta targowego, którą na Rynku Łazarskim można naprawdę poczuć w pełnej krasie.

Budynki Międzynarodowych Targów Poznańskich

Znane na całym świecie Międzynarodowe Targi Poznańskie miały swoją lokalizację właśnie na Łazarzu. Co więcej, na przestrzeni lat liczba budynków wchodzących w skład architektury targowej znacząco rosła. Warto więc poświęcić trochę czasu i rozpocząć zwiedzanie od placu Świętego Marka. To właśnie w tym rejonie powstały pierwsze budynki oraz wieża wodna stanowiąca symbol targów, która po II wojnie światowej została zastąpiona sławną Iglicą.

Ogólnie rzecz biorąc najciekawsze obiekty Międzynarodowych Targów Poznańskich mieszczą się na obszarze ograniczonym ulicami Bukowską, Głogowską, Roosevelta i Śniadeckich. Warto szczególnie zwrócić uwagę na budynki takie jak Collegium Cjemicum, Collegium Anatomicum, Hala Reprezentacyjna, Czteropak, a przede wszystkim na Centrum Targowe ze słynną, wspomnianą powyżej Iglicą.

Hala Widowiskowo-sportowa Arena

Hala Arena to zapewne obok katowickiego Spodka jeden z najładniejszych i najciekawszych pod względem architektonicznym zadaszonych obiektów tego typu w naszym kraju. Budowę ukończono w 1974 i od tego momentu poznańska Arena stała się miejscem organizacji wielu mniej lub bardziej prestiżowych imprez.

W czasach współczesnych za najbardziej godne uwagi wydarzenia goszczące w Arenie należy uznać rozgrywki Ligi Światowej w siatkówce, mecze koszykówki w cyklu mistrzostw Europy, a także liczne koncerty. Łączna pojemność hali to około 7 000 – 7 500 miejsc, na które składa się 4 200 miejsc siedzących oraz około 3 000 – 3 300 miejsc stojących lub dostawnych w rejonie parkietu.

Park Wilsona

Park Wilsona jest jednym z najładniejszych i najciekawszych parków miejskich w Poznaniu. Jego powierzchnia wynosi ponad 7 hektarów, powstał w roku 1834. Oprócz niewątpliwych walorów botanicznych i spacerowych na uwagę zasługuje także Palmiarnia Poznańska znajdująca się na terenie samego Parku, a także ciekawe z punktu widzenia architektonicznego i historycznego budynki zlokalizowane na skraju parku, takie tak willa Paula Ueckera, kamienica Johow-Gelände, Hala Betonowa, czy też kamienica Magnolia.

Na terenie samego parku znaleźć można także sporo ciekawych pomników i rzeźb autorstwa czołowych polskich artystów, a także dwa pomniki przyrody – ogromny platan i jeszcze bardziej rozłożysta wierzba. Ponadto nie można przeoczyć bardzo klimatycznej muszli koncertowej oraz fontanny.

Pierwszy miesiąc 2020 r – od konfliktu na Bliskim Wschodzie po epidemię wirusa.

Od konfliktu na Bliskim Wschodzie po epidemię wirusa. Taki był pierwszy miesiąc 2020 r i strach pomyśleć, co przyniesie kolejne jedenaście. Światowa Organizacja Zdrowia podniosła zagrożenie koronawirusa do rangi globalnej, ale informacja nie zainicjowała świeżej eskalacji awersji do ryzyka. Na koniec tygodnia funt brytyjski jest najsilniejszą walutą G10, odzwierciedlając zadowolenie z opuszczania UE przez Wielką Brytanię.

To ostatnie stwierdzenie mogłoby być żartem w ustach konserwatywnych brexitowców, gdyż pochwały za mocny finisz GBP należą się Bankowi Anglii. Wczorajszy komunikat BoE i późniejsza konferencja prasowa prezesa Marka Carneya miały dość jastrzębi wydźwięk. W uzasadnieniu decyzji o utrzymaniu głównej stopy procentowej na 0,75 proc. bank podkreślił uzależnienie polityki od napływających danych przy oczekiwaniach stopniowej poprawy związanej z pozytywnym odbiorem przez konsumentów i firmy postępów w procesie brexitu. Biorąc pod uwagę, że efekt w twardych danych będzie od ocenienia dopiero po kilku miesiącach, przynajmniej przez taki okres BoE powinien utrzymać pasywne nastawienie. Za odłożeniem dyskusji o obniżkach na dłużej przemawia też zmiana na stanowisku prezesa banku. Od marca za Carneya przychodzi Adrew Bailey. Jeśli jego pierwszą decyzją miałoby być cięcie, byłoby to wyraźne zakwestionowanie wczorajszej decyzji. Zważając na to, że podział głosów za obniżką nie uległ zmianie od poprzedniego posiedzenia (2-7), poparcie dla utrzymania stopy procentowej bez zmian jest szersze i raczej nie ulegnie zmianie, o ile sytuacja ekonomiczna nie pogorszy się drastycznie.

Rynek stopy procentowej już nie wycenia pełnej obniżki w 2020 r., a z funta zdejmuje to premię za ryzyko, która blokowała go w ostatnich tygodniach. Pozostało jeszcze sporo do usunięcia z wyceny GBP z tytułu zeszłorocznej kulminacji strachu o bezumowny brexit i powrót siły funta powinien być długotrwały. Nie będzie to jednak prosta droga. Dane z gospodarki zyskają jeszcze bardziej na znaczeniu i każda słabość będzie potęgować oczekiwania na gołębi zwrot BoE.

Dziś jest ostatni dzień członkostwa Wielkiej Brytanii w UE, a od jutra startuje okres przejściowy przeznaczony na negocjacje warunków handlowych między stronami. Na razie wszystko pozostanie po staremu, ale brak porozumienia przed końcem roku oznacza techniczny bezumowny brexit od 1 stycznia 2021 r. Dogadanie wszystkich warunków handlowych w 11 miesięcy wydaje się zadaniem niemożliwym i przedłużenie okresu przejściowego wydaje się nieuniknione. Z politycznych powodów premier Boris Johnson będzie zwlekał z tą decyzją do ostatniego momentu (termin mija na początku lipca), co dostarczy funtowi dodatkowych wahań. Biorąc jednak pod uwagę, że gospodarka brytyjska nie wykaże zmartwienia ryzykiem braku umowy handlowej przed końcem II kw., do tego czasu powinny przeważać pozytywne czynniki dla funta.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.