Roszkowski: Wybory to nie koniec partyjnych kampanii w tym roku

W niedzielę odbyły się wybory parlamentarne. Nie jest to jednak koniec kampanijnych starań partii z różnych stron politycznego spektrum. Możemy spodziewać się trwającej kampanii politycznej, przygotowującej grunt pod przyszłoroczne wybory prezydenckie. Ta bowiem partia, która zdobędzie większość parlamentarną, będzie chciała postarać się również o swojego prezydenta. Jednolitość tych dwóch instancji rządzących bardzo ułatwia wprowadzanie reform i nowych ustaw, zaś opozycyjny prezydent będzie na rękę parlamentarnej mniejszości. Możemy się więc spodziewać wzmożonej pracy kampanijnej, niezależnie od wyniku wyborów. Jednak to, co będzie dziać się w sejmie, bardzo zależy od programu wygranej partii.

– W przypadku swojej wygranej, Prawo i Sprawiedliwość będzie z pewnością kontynuowało politykę społeczną – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. – W przeciwieństwie do opozycji, którą po wygranych wyborach czeka trudna praca w stworzeniu działającej koalicji, PiS najpewniej od razu weźmie się do wprowadzania kolejnych reform. Spodziewamy się nowych rozwiązań dla przedsiębiorców i kolejnych projektów społecznych. Mamy również nadzieję, że obok reform energetycznych i cybernetycznych, pojawi się projekt reformy systemu podatkowego – przewiduje Roszkowski.

Ministerstwo Energii obniża akcyzę i opłaty przejściowe. Eksperci: Ceny i tak pójdą w górę

Akcyza i opłata przejściowa wkrótce będą niższe, co przyniesie Polakom oszczędności. Jednak eksperci zwracają uwagę na wzrost kursów na Towarowej Giełdzie Energii. Wiele wskazuje na to, że prąd podrożeje, pomimo ww. działań. Z kolei resort energii stwierdza, że dopiero pod koniec grudnia przyjdzie czas na wiarygodne prognozy. Dodaje też, że niedawne zamrożenie stawek dotyczyło ponad 17 milionów nabywców i trzeba było znaleźć na to wiele miliardów złotych. Obecnie trwa identyfikowane potencjalnych rozwiązań możliwych do zastosowania w przyszłym roku. Wtedy również okaże się, czy ceny spadną lub pójdą w górę.

W dół czy w górę?

W 2020 roku pozostanie obniżona akcyza z 20 zł/MWh na 5 zł/MWh oraz opłata przejściowa o 95%, o czym informuje Ministerstwo Energii. Już same te dwie zmiany powodują, że w kieszeniach odbiorców w przyszłym roku zostanie ponad 4 mld zł.

– Rząd nakładał bardzo dużo rozmaitych opłat na energię elektryczną. To, czy ceny dla konsumenta zostaną obniżone lub utrzymane na obecnym poziomie, zależy od sytuacji w budżecie państwa. Jeżeli będzie ona dobra, np. dzięki dużej ściągalności VAT-u, to rządzący mogą sobie pozwolić na zmniejszenie różnych opłat, które są parapodatkami – mówi prof. Krystyna Bobińska, ekspert Instytutu Sobieskiego w dziedzinie gospodarki, transportu i energetyki.

Z kolei dr Aleksandra Gawlikowska-Fyk, która kieruje projektem Elektroenergetyka w Forum Energii, zwraca uwagę na sytuację na Towarowej Giełdzie Energii. Na początku października megawatogodzina kosztuje ok. 230 zł. To o kilkadziesiąt złotych więcej w porównaniu z czerwcem 2018 roku, kiedy ceny zostały zamrożone. Natomiast w kontraktach na przyszły rok ceny hurtowe kształtują się na poziomie powyżej 260 zł. Jak podkreśla ekspertka, zastopowanie cen nie oznacza, że realnie uda się odwrócić tendencje wzrostowe.

– Nie widzę trwałego sposobu ograniczenia cen energii. Proces odwlekania podwyżek odbije się dużą czkawką, jak nie za rok, to za 2 lata. Kiedyś to będzie musiało odreagować. Dziś jeszcze trudno mówić o konkretnych liczbach i procentach, bo zbyt wiele różnych czynników o tym decyduje. Bardziej mam na myśli pokazanie nieuniknionej tendencji – przekonuje Szymon Liszka, prezes zarządu Fundacji na rzecz Efektywnego Wykorzystania Energii.

Jak zaznacza dr Gawlikowska-Fyk, wiele wskazuje na to, że ceny energii elektrycznej będą wzrastać. Na ich wysokość wpływają coraz droższe surowce, zwłaszcza węgiel, a także rosnące koszty uprawnień do emisji dwutlenku węgla. Natomiast prof. Bobińska podkreśla, że inne są stawki dla producentów, a inne – dla konsumentów. Dla tych ostatnich pozostają ustalane przez Urząd Regulacji i Energii i mogą wzrosnąć niewiele.

– Największa kontraktacja energii elektrycznej na giełdzie na rok 2020 nastąpi w czwartym kwartale br. Pod koniec tego okresu będzie można wiarygodnie prognozować ewentualne wzrosty cen energii elektrycznej dla odbiorców końcowych – informuje Ministerstwo Energii.

Pod napięciem

Kilka miesięcy temu została podpisana nowela zamrażającą ceny prądu przez cały 2019 rok. To rozwiązanie m.in. dla  gospodarstw domowych, mikroprzedsiębiorstw i małych firm, szpitali, jednostek sektora finansów publicznych, w tym samorządów. Jak wskazuje resort, zatrzymanie wzrostów cen było bardzo dużym przedsięwzięciem legislacyjnym, które dotyczyło 17,5 mln odbiorców. I dodaje, że na jego realizację dodatkowo należało znaleźć kwoty liczone w miliardach złotych. W 2019 r. rekompensaty finansowane są ze sprzedaży wcześniej niewykorzystanych uprawnień do emisji dwutlenku węgla.

– Utrzymywanie poziomu cen w jakimś stopniu polega również na zamknięciu rynku krajowego. Dookoła prąd jest tańszy, a my go utrzymujemy na trochę wyższym poziomie, tylko dlatego, że mamy ograniczenia w stosunku do rynku europejskiego. Jeżeli otworzymy się na niego, a presja z zewnątrz jest duża, to takie działanie może wywołać impuls obniżający ceny. Jednak rząd deklaruje potrzebę wzrostu bezpieczeństwa poprzez zapewnienie trwałości dostaw z własnych źródeł – komentuje prezes Fundacji na rzecz Efektywnego Wykorzystania Energii.

Obecnie w Ministerstwie Energii trwa identyfikowanie potencjalnych rozwiązań możliwych do zastosowania na rynku w 2020 roku. Uwzględniają one kwestię rozwoju gospodarki, oczekiwań i uwarunkowań społecznych oraz obowiązujących regulacji w UE. Konkluzje z przeprowadzanych analiz będą możliwe do sformułowania po spełnieniu dwóch warunków. Pierwszy to zakończenie kontraktacji na rynku energii głównej części wolumenu na przyszły rok. Drugim jest rozpoczęcie przez prezesa URE procesu zatwierdzania taryf dla gospodarstw domowych na przyszły rok.

– Żeby ocenić wpływ na ceny dla gospodarstw domowych, czy też zgodność z prawem unijnym, musimy poczekać na konkretne propozycje – przyznaje dr Gawlikowska-Fyk.

Z kolei ekspert z Instytutu Sobieskiego zwraca uwagę na specyfikę rynku. Wszystkie przedsiębiorstwa produkujące energię elektryczną mają tego samego właściciela, tj. państwo. W pewnym sensie mamy do czynienia z monopolem. Prof. Bobińska dodaje, że jakakolwiek konkurencja praktycznie nie istnieje. A jeżeli wzrasta wydajność pracy w tym sektorze, to firmy odprowadzają większe podatki do budżetu.

– Patrząc na doświadczenia z transformacji energetyki, to największym obciążeniem dla przemysłu i dla indywidualnych konsumentów było urealnianie cen. Ten proces był bardzo boleśnie przeprowadzony przez gospodarkę. Teraz ponownie wchodzimy na ścieżkę sztucznego utrzymywania poziomu tych wartości. Przy podejmowaniu takich działań, wiele zależy od wydolności budżetu i od ogólnej sytuacji ekonomicznej. Jeśli pojawi się jakiś kryzys, to zdolność do utrzymywania niskich cen będzie mniejsza – podsumowuje prezes Liszka.

Miliard dolarów rocznie – na tyle okradają nas cyberprzestępcy dzięki ransomware

Cyberprzestępczość niestety to nadal dochodowy biznes. Z badań przeprowadzonych przez Bromium wynika, że oprogramowanie typu ransomware generuje przestępcom nielegalne zyski w wysokości 1 miliarda dolarów rocznie. To potężne kwota, która nie obejmuje dodatkowych, często bardzo wysokich kosztów po stronie poszkodowanych firm i osób. Wpływy z cyberprzestępczości są dziś wyższe, niż te uzyskiwane z handlu narkotykami. Nic dziwnego zatem, że ransomware nazywane jest już oficjalnie nowym modelem biznesowym hakerów. Warto o tym przypomnieć podczas Europejskiego Miesiąca Cyberbezpieczeństwa, który obchodzimy w październiku.

Andrzej_Niziolek_Veeam
Andrzej Niziołek, starszy menedżer regionalny Veeam Software w północnej i południowej części Europy Wschodniej

Nie istnieje złoty środek, jeśli chodzi o zapewnienie ochrony przed cyberzagrożeniami takimi jak ransomware. Niestety w ostatnich latach przedsiębiorstwa przekonały się o tym z całą mocą. Cyberprzestępcy znakomicie wykorzystują luki zabezpieczeń korporacyjnych systemów informatycznych. Podobnie jak wystarczy jedna dziura, by zatopić statek, tak jeden słaby punkt zabezpieczeń może narazić przedsiębiorstwo na fatalne w skutkach cyberataki – komentuje Andrzej Niziołek, Dyrektor Regionalny w Veeam, firmie zajmującej się zawansowanymi rozwiązaniami z zakresu bezpieczeństwa i backupu.

Skutki ataków bywają często bardzo poważne. Z badań przeprowadzonych przez Malwarebytes wynika, że aż 22 proc. firm z sektora małych przedsiębiorstw było zmuszonych zakończyć swoją działalność natychmiast po ich zaatakowaniu. Pomimo, że wiele działów IT wdraża nierzadko zaawansowane systemy zabezpiecze , to właśnie przedsiębiorstwa są najczęstszym celem hakerów. Według Symantec zaledwie 19 proc. ataków dotyczy osób prywatnych, a aż 81 proc. z nich skierowanych jest przeciwko firmom i organizacjom publicznym.

– Oprogramowanie ransomware może wyrządzić przedsiębiorstwu bardzo poważne szkody. Firmy, które uważają, że nie mają innego wyboru, jak tylko zapłacić cyberprzestępcom, by odblokować swoje dane, nie tylko ryzykują swoje pieniądze, ponieważ nie ma żadnej gwarancji, że dane zostaną zwrócone, lecz także narażają na szwank swoją reputację dając do zrozumienia innym hakerom, że są łatwym celem– komentuje Andrzej Niziołek z Veeam.

Niestety, wciąż wiele firm decyduje się zapłacić okup. Stosują tutaj kalkulację, że zapłacenie za odblokowanie systemu i dostęp do danych będzie tańsze, niż straty, które powstaną w wyniku paraliżu działania firmy. Jak łatwo się domyślić, nie dysponują one najczęściej bezpiecznymi kopiami zapasowymi danych, które mogą w łatwy, szybki i zautomatyzowany przywrócić. Nawet jeśli kopia zapasowa została utworzona w chmurze, to nie oznacza, że jest tam bezpieczna. Ochrona danych w organizacjach jest wielowymiarowe i wymaga dywersyfikacji działań.

– Lepiej zapobiegać niż leczyć. Kopie zapasowe tworzone offline i poza środowiskiem lokalnym nie tylko łagodzą skutki ataków ransomware, lecz także, w połączeniu z odpowiednim pakietem zabezpieczeń i szkoleniem pracowników, mogą zapobiec wystąpieniu problemu. Jeśli chodzi o bezpieczeństwo i kopie zapasowe danych, rozdźwięk pomiędzy tym, co być powinno, a tym, co jest naprawdę, jest ogromny. Istnieje wiele różnych sposobów zewnętrznego tworzenia kopii zapasowej, od dysków systemowych i wymiennych dysków twardych po urządzenia taśmowe działające offline i kopie zapasowe w chmurze. Niezależnie od tego, którą opcję wybierze dane przedsiębiorstwo, repozytorium kopii zapasowych musi być chronione przed atakiem – dodaje Andrzej Niziołek z Veeam.

Pocieszeniem jest fakt, że liczba zaawansowanych rozwiązań do zabezpieczania danych stale rośnie, a rozsądne zarządzanie kopiami zapasowymi pozwala przedsiębiorcom działać płynnie, nawet w sytuacji poważnego ataku cyberprzestępców. Najlepsze rozwiązania tego typu samodzielnie, na bieżąco wykonują kopie zapasowe oraz automatycznie przywracają utracone dane w zaledwie kilka minut.  Podczas Europejskiego Miesiąca Cyberbezpieczeństwa warto przypomnieć sobie metodach tworzenia backupu i zadać sobie pytanie, czy oferuje wystarczający poziom bezpieczeństwa. Utrata zdjęć z wakacji, narodzin dziecka czy pracy magisterskiej jest bolesna i przykra, jednak utrata danych firmowych może mieć daleko głębsze konsekwencje, a skutki mogą sięgać milionów złotych.

Czego polskie firmy mogą nauczyć się od Amazona?

W zeszłym roku Amazon pochwalił się obrotami rzędu 277 mld dolarów brutto. eBay to „tylko” 89,83 mld dolarów. Skoro popełniono już błędy, wyciągnięto wnioski, wydano bajońskie sumy na rozwój, to warto z tych doświadczeń skorzystać. W czym należy naśladować amerykańskiego króla sprzedaży internetowej, doradza Sascha Stockem, założyciel i prezes firmy Nethansa, która zajmuje się wprowadzaniem polskich przedsiębiorstw na Amazona oraz kompleksowym wsparciem sprzedaży.

„Naśladownictwo to najszczersza forma pochlebstwa” – pisze Jeaniene Frost w książce W pół drogi do grobu. Postawmy sprawę jasno: jedną nogą w grobie są sklepy internetowe, które spoczęły na laurach i nie robią już nic poza odcinaniem kuponów. Bez nieustannego rozwoju utrzymanie się na rynku na dłuższą metę graniczy z cudem. Jeśli Twój e-commerce zaczyna przypominać zombie, to jego czas jest już policzony. Na szczęście, żeby go uratować, nie musisz wymyślać koła na nowo. Wystarczy podpatrzeć, jak rozwijają się najlepsi. W tym gronie prym nieprzerwanie wiedzie Amazon.

Firma Jeffa Bezosa najwięcej zawdzięcza kompleksowemu podejściu do sprzedaży. Klient może czuć się zaopiekowany od momentu pojawienia się potrzeby zakupu do odebrania zakupionego produktu, sprawdzenia go, a nawet zwrotu czy reklamacji. Amazon ułatwia kupującemu przejście przez każdy etap tego procesu. Jest prosto, szybko, bezpiecznie. Tych procedur i tego typu myślenia – maksymalnie skupionego na zadowoleniu – z pewnością mogą nauczyć się sklepy internetowe w Polsce. U nas pod tym względem nie jest źle, ale zawsze może być lepiej. Fakt, że Amazon nie posiada jeszcze platformy dedykowanej polskiemu rynkowi, może być zaletą. Rodzime e-sklepy mają czas, aby przygotować się na ekspansję hegemona sprzedaży internetowej, wprowadzając rozwiązania, które pomogą im zachować konkurencyjność.

Każdy klient jest ważny

Amazon nie tylko pracuje nad dotarciem do nowych klientów poprzez przemyślaną strategię marketingową, lecz również robi wszystko, aby zatrzymać bieżących użytkowników. Amazon stawia na lojalność. Zatrzymuje klientów na dłużej, nie pozwala im odejść, a dokładniej – sprawia, że nie chcą. Klient ma dostać to, czego potrzebuje. Stąd ciągłe prace nad poszerzaniem asortymentu, systemem podpowiedzi i funkcjonowaniem samej wyszukiwarki. Jeśli użytkownik poczuje się zmęczony poszukiwaniami, wprowadzony w błąd lub zdezorientowany, to już raczej nie wróci. Dlatego Amazon stawia na przejrzystość i szybkość użytkowania serwisu. Strona nie jest „przesadzona”. Korzystanie z niej ma być po prostu szybkie i intuicyjne. I to jest najważniejsze. Na Amazonie nie znajdziemy zbędnych ozdobników i innych elementów, które mogłyby przeszkadzać, zwodzić lub powodować, że użytkowanie platformy byłoby trudniejsze czy zajmowało więcej czasu. Kupujący ma wykonać tylko tyle pracy, ile potrzeba – nie więcej. A najlepiej mniej. Odpowiedni design jest tu na wagę złota. Potwierdza to badanie McKinsey Design Index, z którego wynika, że firmy, które do perfekcji opanowały projektowanie swoich usług i produktów, cieszą się średnio o 32 proc. szybszym wzrostem przychodów niż konkurencja.

Projektowanie takiego serwisu jak Amazon wymaga wyjątkowej wrażliwości na potrzeby użytkownika końcowego. Trzeba wejść w jego buty i spróbować zrozumieć, dlaczego np. nie finalizuje rozpoczętych zakupów. Z badania przeprowadzonego przez Izbę Gospodarki Elektronicznej na grupie 1130 polskich internautów wynika, że co trzeci Polak przerywa swoje zakupy w Internecie. Za granicą nie jest lepiej. Z raportu SaleCycle wynika, że na świecie porzucanych jest aż 75,6% koszyków zakupów. Główną przyczyną takiego stanu rzeczy są koszty wysyłki. Amazon doskonale to rozumie i dokłada wszelkich starań, żeby były one jak najniższe. Podobnie jest z trudnym lub drogim procesem zwrotu i reklamacji. Tu Amazon jest dla swoich partnerów – sprzedawców – bezlitosny. Najmniejsze złamanie regulaminu w tym obszarze może skutkować zawieszeniem konta. Ten rygor jest kolejnym przejawem konsekwentnej klientocentryczności. Konsument na Amazonie może czuć się bezpiecznie jak u siebie w domu i to działa na niego jak magnes.

Bezpieczeństwo sprzedaży jest w Amazonie najważniejsze. Ten aspekt jest istotny zwłaszcza w sklepie, który sprzedaje produkty używane – w tym przypadku kupujący boją się zakupu najbardziej. Dlatego trzeba zminimalizować możliwość zwrotów, doskonale opisać produkt i jego ewentualne wady lub zużycie, aby dać klientowi poczucie, że nie kupuje kota w worku.

Nie znajdziesz tu kota w worku

W internetowym sklepie Jeffa Bezosa panuje jedna prosta zasada: produkt musi być świetnie opisany, aby kupujący miał jak najmniej wątpliwości. Na Amazonie internauta znajdzie wszystkie informacje o produkcie, nawet najdrobniejsze szczegóły. Tu także warto wspomnieć o nowościach ze świata sztucznej inteligencji, czyli np. o Amazon Echo Look, Alexie w roli stylistki i narzędziu Style Check. Są one nie tylko skarbnicą wiedzy o poszczególnych elementach asortymentu, lecz również dopasowują je do klienta i podpowiadają, co powinien kupić. Znów – łatwo, szybko i przyjemnie. Lepiej dopasowany produkt to również mniej zwrotów i związanych z tym kosztów.

Informacje o produkcie nie kończą się na tych przygotowanych przez producentów czy resellerów. Należą do nich również opinie konsumentów. Amazon umożliwia pozostawienie opinii w różnych formatach – także przez dodanie zdjęć czy video. Z badania przeprowadzonego w Stanach Zjednoczonych wynika, że ponad 60 proc. konsumentów chciałoby poznać opinię o produkcie w formie video, a tylko 15 proc. w postaci tekstowej.

Siła podpowiedzi

Warto zastosować na swojej stronie system publikacji rankingów bestsellerów – wyniki sprzedaży ogólnej lub różnych działów. Takie rankingi w Amazonie są aktualizowane co godzinę, ale myślę, że ranking raz na dzień lub – w przypadku mniejszych sklepów – raz na tydzień i tak będzie dużą zaletą. Klienci czują się poinformowani, sprzedawcy czują się docenieni, a sprzedaż wzrasta, ponieważ ludzie chcą być na bieżąco i, jak dowodzą badania socjologiczne, chętnie wzorują się na innych.

Podobnie jak rankingi bestsellerów działają podpowiedzi. Wiele sklepów internetowych stosuje tę funkcję – są to podpowiedzi typu: „ktoś inny do zakupionego produktu dokupił także…” – i tu link do kolejnej pozycji ze sklepowego asortymentu.

Taki zabieg zwalnia nas od myślenia, skracając czas spędzony na poszukiwaniu produktów. W przypadku zakupów online to duży plus. Sklepy internetowe powinny zrozumieć, że łatwość, szybkość, społeczne potwierdzenie odpowiedniego zakupu (kupujemy to, co wybrali inni) to podstawa funkcjonowania dobrego biznesu.

Warto uczyć się od Amazona. Wiele lat doświadczeń, setki milionów klientów, wiele analiz – to są rzeczy, o których większość sklepów może tylko pomarzyć. Dobra wiadomość jest taka, że nie trzeba wyważać otwartych drzwi. Wystarczy wziąć pod lupę działania Amazona i wyciągnąć wnioski. Warto rozważyć również wejście za jego pośrednictwem na zagraniczne rynki. Taki krok, podobnie jak nauka na błędach i sukcesach firmy Jeffa Bezosa, może przynieść spore zyski.

O autorze

Sascha Stockem, prezes zarządu Nethansa
Sascha Stockem, prezes zarządu Nethansa

Sascha Stockem to założyciel i CEO firmy Nethansa (dawniej Webbiz), świadczącej usługi zwiększające sprzedaż na Amazonie. Ma ponad sześć lat doświadczenia w profesjonalnej sprzedaży na Amazonie. Wraz ze swoim zespołem w sumie wygenerował ponad 100 mln zł obrotu w sprzedaży na tej platformie. Przedsiębiorca, ekspert branży e-commerce, pomysłodawca systemu Clipperon, stworzonego na własne potrzeby. Wcześniej przez blisko osiem lat rozwijał własną sieć detaliczną. Ma także dużą praktykę w handlu hurtowym z takimi sieciami, jak: TK Maxx, ObiI, Kik, Tedi, Orlen, Jawoll & Woolworth. Obecnie wprowadza polskie firmy na nowe, perspektywiczne rynki. Prelegent na wielu europejskich konferencjach, ekspert branżowy.

Polska wspiera firmy w ekspansji zagranicznej. Oprócz finansów największym hamulcem jest nieznajomość rynków

Polska wspiera firmy w ekspansji zagranicznej. Oprócz finansów największym hamulcem jest nieznajomość rynków 1

Polskich przedsiębiorców, którzy planują wejść na zagraniczne rynki ze swoimi produktami i usługami, wspiera Polska Agencja Inwestycji i Handlu, m.in. poprzez sieć Zagranicznych Biur Handlu (ZBH). Powstało już 70 biur, przede wszystkim w krajach o największym potencjale. Polskie firmy mogą też liczyć na pomoc z Funduszu Ekspansji Zagranicznej. Polega ona na współinwestowaniu razem z polskim przedsiębiorcą.

Firmy potrzebują wsparcia na wielu poziomach, można ukłuć taki akronim 3 razy K, tzn. kapitał, kontakty i kompleksowa wiedza. Wiadomo, że kapitał jest dopiero ostatnim elementem układanki, istotna jest kompleksowa wiedza, czyli na co te firmy mogą liczyć, do których krajów należy skierować swoje inwestycje zagraniczne i kontakt z podwykonawcami, z poddostawcami, ze wszystkimi partnerami na miejscu – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paweł Oleszczuk, manager w zespole ds. sektora publicznego i infrastruktury w PwC Advisory.

Polskie przedsiębiorstwa chętnie decydują się na zagraniczną ekspansję i bezpośrednie inwestycje. Istotny jest jednak system zachęt dla firm, które nie planują wyjścia na zagraniczne rynki. Takie firmy stanowią niewykorzystany potencjał, który mógłby wpłynąć na wzrost polskiego PKB.

Podstawową barierą bezpośrednich inwestycji zagranicznych realizowanych przez polskie przedsiębiorstwa jest oczywiście bariera kapitału. Żeby móc ekspandować za granicą, trzeba zdobyć czy zbudować odpowiedni kapitał, żeby danego przedsiębiorcę było stać na przejęcie zagranicznego konkurenta czy na zbudowanie od zera nowej fabryki – przekonuje Piotr Kuba, członek zarządu PFR TFI.

Dla firm barierą w wejściu na zagraniczne rynki są biurokracja i skomplikowane regulacje. Firmy obawiają się też niepokojów politycznych, konkurencji na obcych rynkach, barier kulturowych i braku kontaktu. Kwestie finansowe są nieco mniej istotne (badanie Grant Thornton „Bariery przedsiębiorstw w ekspansji na rynki zagraniczne”).

Rządy poszczególnych gospodarek już dawno zdały sobie sprawę z tego, że powinny wspierać ekspansję zagraniczną lokalnych przedsiębiorców, czy to poprzez instrumenty dedykowane na miejscu, czy to przez instrumenty, które pomagają przedsiębiorcom inwestować za granicą – tłumaczy Paweł Oleszczuk.

Raport przygotowany przez PwC Advisory we współpracy z PFR TFI „Polskie inwestycje zagraniczne. Skala, kierunki i specyfika branży e-commerce” wskazuje, że w wielu krajach działają wyspecjalizowane instytucje finansowe, których zadaniem jest wsparcie rozwoju przedsiębiorstw. W Europie są one zrzeszone w ramach Związku Europejskich Instytucji Finansowania Rozwoju (EDFI). Łączne inwestycje firm zrzeszonych w EDFI na koniec 2018 roku wyniosły 41,2 mld euro.

Przedsiębiorcy mogą przede wszystkim liczyć na wsparcie kapitałowe czy inwestowanie equity, jeżeli chodzi o wchodzenie na rynki zagraniczne. Ale też oczywiście w przypadku chociażby tych polskich instytucji, mogą liczyć na rozeznanie rynku, chociażby przez agencje biura handlu, które są tutaj koordynowane przez PAIH – wymienia Oleszczuk.

Wsparcie polskim przedsiębiorcom w finansowaniu eksportu i inwestycji zapewniają instytucje z Grupy PFR – Bank Gospodarstwa Krajowego, Polska Agencja Inwestycji i Handlu, Korporacja Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych, Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości czy Agencja Rozwoju Przemysłu.

Polskie firmy planujące realizacje bezpośrednich inwestycji zagranicznych mogą liczyć na pomoc realizowaną przez Fundusz Ekspansji Zagranicznej polegającą na współinwestowaniu razem z polskim przedsiębiorcą. Do każdego euro wyasygnowanego przez polskiego przedsiębiorcę na przejęcia zagraniczne Fundusz Ekspansji Zagranicznej dokłada drugie euro tak, żeby zwiększyć siłę finansowania i żeby możliwości nabycia czy sfinansowania zakupu zagranicznego przedsiębiorstwa były większe – tłumaczy Piotr Kuba.

W wejściu na zagraniczne rynki pomocne są Zagraniczne Biura Handlowe. Polska Agencja Inwestycji i Handlu (PAIH) ma placówki w 70 krajach, gdzie można znaleźć pomoc dotyczącą konkretnego rynku w zakresie budowy kontaktów, wprowadzaniu towarów na rynek czy tworzeniu odpowiedniej kampanii uwzględniającej specyfikę danego rynku. Polskie firmy mogą liczyć na podobną pomoc, co przedsiębiorstwa zachodnie. Dlatego inwestują coraz chętniej, także na egzotycznych rynkach. Potrzeba jednak czasu, zanim osiągną poziom firm z krajów zachodnich.

Podmioty w gospodarkach rozwijających się zaczęły inwestycje zagraniczne odpowiednio później niż podmioty z gospodarek już rozwiniętych. My doganiamy te europejskie kraje, aczkolwiek polskie BIZ są wciąż na relatywnie niskim poziomie – mówi Paweł Oleszczuk.

Na nowoczesne tabory, dworce i nowe połączenia trafią dziesiątki miliardów złotych. Kolej 4.0 ma spełnić oczekiwania pasażerów

Na nowoczesne tabory, dworce i nowe połączenia trafią dziesiątki miliardów złotych. Kolej 4.0 ma spełnić oczekiwania pasażerów 2

Polska kolej staje się coraz bardziej nowoczesna. Inwestycje w infrastrukturę, system połączeń i nowych technologii przemysłu 4.0 sprawiają, że kolej ma spełnić oczekiwania wszystkich pasażerów. Tabory mają być nowoczesne, do 2023 roku modernizację przejdzie niemal 200 dworców. Przywracane mają być połączenia lokalne, a dzięki Wspólnemu Biletowi można w jednym miejscu kupić bilet na całą podróż. Na unowocześnienie taborów i dworców trafią dziesiątki miliardów złotych.

– Kolej 4.0 spełnia wszystkie wymagania klienta pasażerskiego i towarowego. To kolej, która ma nowoczesną infrastrukturę, nowoczesne dworce kolejowe, znakomity tabor pasażerski i towarowy, która jest obsługiwana w sposób zdigitalizowany, zarówno pod względem bezpieczeństwa, jak i dostępności – w kontekstach kupowania biletu czy zamawiania przewozu. To kolej, która współpracuje z innymi środkami transportu zbiorowego, a w aspekcie cargo czy przewozów towarowych świadczy usługę logistyczną od drzwi do drzwi – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Bittel, wiceminister infrastruktury.

Przyjęta w 2018 roku Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju zakłada utworzenie Polskiej Platformy Przemysłu 4.0, która będzie koncentrować na dostosowaniu polskiej gospodarki do wyzwań wynikających z czwartej rewolucji przemysłowej. Nowe rozwiązania wprowadzane są także na kolei. Z Krajowego Programu Kolejowego do 2023 roku na inwestycje na kolei trafi 76 mld zł. Łącznie w tym roku realizowanych jest 220 inwestycji. Program utrzymaniowy, na którego realizację do 2023 roku trafi 24 mld zł, ma zwiększyć prędkość pociągów, zwłaszcza towarowych (z 30 do 45 km/h). Do 2023 roku modernizację przejdzie blisko 189 dworców – na ten cel trafi 1,6 mld zł.

– Inny element to modernizacja taboru, która też się toczy, program taborowy w PKP Intercity – 7 mld zł. W produkcje zaangażowane jest już 4 mld zł, niedawno była podpisana umowa na 10 griffinów. To jest tabor, który w przyszłym roku trafi na polskie tory. To także inwestycje w dworce – wymienia Bittel.

PKP Intercity przeznaczy 7 mld zł na modernizację taboru. Docelowo 80 proc. mają stanowić nowe pojazdy, a w blisko 80 proc. pociągów ma być dostępny internet. Program Kolej Plus ma z kolei na celu reaktywację połączeń kolejowych, przede wszystkim tych lokalnych. Przewoźnicy regionalni będą mieć obowiązek, aby doprowadzić połączenie do stacji przesiadkowej w sąsiednim województwie, zamiast – jak obecnie – do najbliższej stacji.

– Program Kolej+ lada moment wejdzie w fazę faktów. Po przyjęciu przez rząd ustawy mamy zabezpieczenie finansowania i będziemy do dyskusji z partnerami przedstawiali rozwiązania, które pozwolą nam wspólnie z organizatorami transportu zbiorowego, z samorządem odtwarzać te linie kolejowe, które nie działają, zostały zlikwidowane albo ich nigdy nie było, a są potrzebne – przekonuje wiceminister infrastruktury.

Dzięki Europejskiemu Systemowi Zarządzania Transportem kolej ma być zsynchronizowana. ETCS pomoże w automatyzacji procesu prowadzenia pociągów. GSM-R, czyli kolejowa odmiana cyfrowej łączności komórkowej GSM, ma być wykorzystywana m.in. w lokalizacji i telemetyce. Także dzięki ECTS możliwe jest wprowadzenie Wspólnego Biletu. Już teraz pasażerowie mogą w jednym miejscu kupić bilet na całą podróż. Obecnie w systemie działa ośmiu przewoźników, wkrótce dołączą kolejni.

– Dzięki pieniądzom w ramach Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko, z programu CEF, dzięki pieniądzom zaangażowanym w Programie Operacyjnym Polska Wschodnia możemy realizować takie przedsięwzięcia. Choć udział pieniędzy krajowych jest oczywiście też ogromny, to warto podkreślać, że infrastruktura kolejowa zmienia się również dzięki temu, że potrafimy pozyskiwać i wykorzystywać fundusze europejskie. Jesteśmy liderem w CEF-ie i niech tak pozostanie – podkreśla Andrzej Bittel.

Polskiemu rynkowi pracy doskwiera zbyt niski stopień robotyzacji i wskaźnik zatrudnienia. Jedno i drugie będzie się jednak musiało zmienić

Polskiemu rynkowi pracy doskwiera zbyt niski stopień robotyzacji i wskaźnik zatrudnienia. Jedno i drugie będzie się jednak musiało zmienić 3

Choć gospodarka i wynagrodzenia rosną w szybkim tempie, inflacja ciągle pozostaje w okolicach celu inflacyjnego. To efekt mnogości dóbr w sklepach i problemów z ich sprzedaniem. Natomiast płace będą wzrastać ze względu na zbyt małą liczbę rąk do pracy. Według prof. Elżbiety Mączyńskiej, szefowej Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, konieczna jest aktywizacja osób biernych zawodowo i większe wykorzystanie sztucznej inteligencji w firmach.

– Niektórzy ekonomiści prognozowali, że inflacja będzie oscylowała wokół 3 proc., w budżecie jest zapisane 2,5 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. – Jeżeli będzie wyższa, to w gruncie rzeczy będzie to korzystne dla budżetu, chociażby dlatego, że podatek VAT jest wyższy, jeżeli cena jest wyższa. Ale inflacja ma trochę wybite zęby w obecnych warunkach ze względu na to, że w krajach wysoko rozwiniętych mamy do czynienia z gospodarką nadmiaru, tzn. półki się uginają, a najpoważniejszym problemem jest znalezienie nabywców. Producenci mają do czynienia ze wzrostem kosztów, bo rosną płace, ale nie mogą ich tak łatwo przerzucić na ceny, bo jest konkurencja, a przy wysokich cenach mogą nie znaleźć nabywców. Czyli inflacja nie jest czymś takim groźnym, jak to bywało w przeszłości.

We wrześniu według wstępnego szacunku GUS tempo wzrostu cen spadło z 2,9 proc. w lipcu i sierpniu do 2,6 proc. Mimo wzrostu wynagrodzeń, dochodów i napędzającej gospodarkę konsumpcji to wciąż poziom mieszczący się w paśmie wahań celu inflacyjnego. Choć niektóre produkty, takie jak warzywa (+34 proc. rdr. w sierpniu), mięso wieprzowe (12,8 proc.) czy pieczywo (9,4 proc.) mocno podrożały ze względu na zmiany klimatyczne czy afrykański pomór świń w Chinach, to jednocześnie potaniały inne towary i usługi: odzież i obuwie, sprzęt AGD czy gaz ciekły i inne paliwa do środków transportu. Poza tym nawet na droższą żywność wciąż stać konsumentów zaopatrzonych w 500+ i rosnące płace.

– Płace na pewno będą rosły ze względu na sytuację na rynku pracy, czyli na niedobór pracowników. Ale też to tempo wzrostu płac będzie zależało od tempa wzrostu nakładów przedsiębiorstw na robotyzację i na sztuczną inteligencję. Już to się dzieje, specjaliści od spraw programowania sygnalizują, że jest coraz większe zainteresowanie przedsiębiorstw sztuczną inteligencją i rozwiązaniami, które umożliwiają nam technologie cyfrowe – informuje prof. Elżbieta Mączyńska. – Polska słabo wykorzystuje te możliwości, jesteśmy w ogonie krajów europejskich pod względem robotyzacji, ale to się poprawia.

Przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w gospodarce narodowej w I półroczu 2019 roku wyniosło według GUS 4 895,58 zł brutto i było o 7,1 proc. wyższe niż w takim samym okresie przed rokiem. W sektorze publicznym było wyższe – 5 415,05 zł (wzrost do analogicznego okresu ubiegłego roku o 7,4 proc.), a w sektorze prywatnym – 4 698,84 zł (wzrost o 7,1 proc.). Na wyższą dynamikę wynagrodzeń ogółem wpłynął wysoki wzrost płac w sferze budżetowej, który wyniósł 5,9 proc. wobec wzrostu o 4,7 proc. w analogicznym okresie 2018 roku oraz w sektorze przedsiębiorstw, który wyniósł 6,8 proc.

Siła nabywcza przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia brutto w gospodarce narodowej była o 5,2 proc. większa niż przed rokiem, kiedy to wzrosła z kolei o 5,1 proc. rok do roku. Jednocześnie pracodawcy maja problemy ze znalezieniem pracowników nawet na stanowiska niewymagające szczególnych umiejętności, jak kasjerów w sklepach. Stąd widoczny wzrost liczby kas samoobsługowych w sklepach takich jak np. Rossmann czy Decathlon, ale też rosnąca – i to w skali światowej – liczba sklepów w ogóle pozbawionych obsługi kasjerów.

– Do niedawna jeszcze było niewiarygodne, że jest największe na świecie przedsiębiorstwo handlu detalicznego, Alibaba, które nie ma ani własnych sklepów, ani własnych zasobów, nie mówiąc o Uberze i innych przedsiębiorstwach – mówi prezes PTE. – Więc to się zmienia pod wpływem cyfryzacji i ta radość z tego, że sytuacja na rynku pracy poprawia się na korzyść pracowników, powinna być traktowana jako radość przejściowa, bo generalnie my mamy problem z rynkiem pracy. Na razie rzeczywiście brakuje fachowców, ale przede wszystkim mamy niski stopień zatrudnienia, o kilkanaście punktów procentowych niższy niż inne kraje, np. kraje skandynawskie.

Mimo że bezrobocie jest obecnie rekordowo niskie i praktycznie co miesiąc bije kolejne rekordy (w lipcu i sierpniu stopa bezrobocia była na poziomie 5,2 proc., najniższym od września 1990 roku), a imigranci częściowo wypełniają lukę na rynku pracy, wciąż zbyt wielu Polaków nie pracuje i zatrudnienia nie szuka. W połowie 2019 roku czynnych zawodowo było niecałe 16,5 mln osób. To co prawda o ponad milion więcej niż przed dekadą, ale w I kwartale br. populacja osób biernych zawodowo w wieku powyżej 15 lat wzrosła do prawie 13,4 mln osób. Oznacza to, że na każdy tysiąc pracujących przypadały 862 osoby bezrobotne lub bierne zawodowo.

– Na rynku pracy jest wiele do zrobienia, wyzwania zarówno dla pracodawców, jak i dla państwa, żeby zaktywizować tych ludzi, którzy nie pracują – mówi prof. Elżbieta Mączyńska. – Niewątpliwie, jeżeli by nas dotknęło znaczne spowolnienie gospodarcze, to przełożyłoby się to na rynek, bo oznaczałoby to, że np. pracodawcy mniej osób zatrudniają albo też nie poszukują nowych osób do pracy, i tu też jest rola państwa, żeby nie dopuszczać do niezagospodarowania najcenniejszego potencjału, jakim jest potencjał ludzki poprzez zwiększanie nakładów na różnego rodzaju usługi publiczne. Niestety, my mamy tutaj zaniedbania i zaniechania, mamy duży stopień analfabetyzmu cyfrowego wśród niektórych grup społecznych, np. wśród seniorów. I to jest wyzwanie dla państwa, żeby promować zdobycze rewolucji cyfrowej poprzez odpowiedni system edukacyjny, odpowiednie wzorce postępowania, np. pokazywania rozwiązań, które mogą zachęcić przedsiębiorców do działań inwestycyjnych.

Utrata danych może dla firm oznaczać bankructwo. Obecnie coraz częściej rozwiązania backupowe trafiają do chmury

Nawet 2/3 firm z sektora średnich i małych przedsiębiorstw, które nie miały żadnych rozwiązań do backupu, po utracie danych zbankrutowało. Według ostatnich badań przeprowadzonych przez Google średnio 8,6 proc. twardych dysków ulega awarii w przeciągu trzech lat. Bez stworzenia kopii zapasowej firma praktycznie przestaje działać. Polacy stają się jednak bardziej świadomi. Coraz więcej istotnych infrastruktur przenosimy do chmur. Zabezpieczenie wszystkich infrastruktur krytycznych w chmurze to przyszłość backupu.

– Statystyki mówią, że około 2/3 firm z sektora średnich i małych przedsiębiorstw, które nie miały żadnych rozwiązań do backupu, po utracie danych po prostu zbankrutowało, nie byli w stanie kontynuować swojej działalności. Musimy też pamiętać o tym, żeby objąć backupem nie tylko wszystkie krytyczne systemy, lecz także te pomocnicze – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Grzegorz Bąk z firmy Xopero Software.

Małe firmy, podobnie jak wielkie przedsiębiorstwa, są uzależnione od przechowywanych danych. Dane, w tym te niezbędne do funkcjonowania, często są przechowywane na serwerach plików. W przypadku awarii systemu czy cyberataku może to oznaczać całkowity paraliż. Backup, czyli kopia zapasowa danych przechowywanych na twardym dysku, która służy do ich przywracania, może takiej awarii zapobiec.

Jak jednak podkreśla ekspert, istotne by stworzyć kopie wszystkich systemów. Przykładem może być lotnisko w Bristolu, gdzie atak szyfrujący zablokował systemy kontrolujące elektroniczne tablice informacyjne. W efekcie personel musiał ręcznie aktualizować wszystkie godziny przylotów i odlotów.

– Na przestrzeni 8 lat, kiedy mam możliwość obserwowania tego rynku do backupu, mogę stwierdzić, że stajemy się coraz bardziej świadomi. Coraz więcej użytkowników ma świadomość zarówno istoty danych, które przechowują, jak i tego, że tak naprawdę mogą utracić je praktycznie w każdej chwili. Rośnie również świadomość użytkowników co do chmury, zatem coraz mniej ludzi obawia się przechowywania danych w chmurach publicznych czy prywatnych – ocenia Grzegorz Bąk.

Z badań przeprowadzonych przez Google wynika, że 1,7 proc. twardych dysków ulega awarii w ciągu roku, a w ciągu trzech lat – blisko 9 proc. Do utraty danych dochodzi też z powodu ataków hakerskich. Tymczasem backup to gwarancja ciągłości działania systemów firmy, jest też antidotum na większość ataków szyfrujących.

– Ostatnie trendy pokazują, że tak naprawdę wszystko idzie w kierunku chmury, czyli coraz więcej danych, ale też coraz więcej istotnych infrastruktur przenosimy w kierunku chmur. To również kierunek wyznaczany backupowi, czyli zabezpieczenie tych wszystkich infrastruktur krytycznych w chmurze, ale jednocześnie też budowanie rozwiązań odtwarzania awaryjnego w chmurze – wskazuje ekspert.

Z danych Eurostatu wynika, że w Unii Europejskiej z usług chmurowych korzysta ponad 26 proc. przedsiębiorstw zatrudniających co najmniej 10 osób. W Polsce to 11,5 proc., z czego jedną trzecią stanowią duże firmy. Backup w chmurze pozwala pracować nawet wówczas, gdy w firmie dojdzie do poważnej awarii.

– Mamy coraz to większe ilości danych, nie zawsze te dane są aż tak krytyczne, więc również ten rynek backupu lokalnego przechowywanego w infrastrukturze klienta się znacząco się rozrasta i idzie w kierunku takiego mocno świadomego klienta. Coraz częściej spotykamy się z profesjonalnie przygotowanymi pomieszczeniami pod serwery związane z backupem i to też jest kolejny z trendów, którym podążają rozwiązania do backupu – mówi Grzegorz Bąk.

Eksperci: Nagrodę Nobla dla Grety Thunberg trudno byłoby uzasadnić rzeczywistymi osiągnięciami na polu zaprowadzania pokoju

0

Eksperci: Nagrodę Nobla dla Grety Thunberg trudno byłoby uzasadnić rzeczywistymi osiągnięciami na polu zaprowadzania pokoju 4

Decyzją Norweskiego Komitetu Noblowskiego tegorocznym laureatem Pokojowej Nagrody Nobla został premier Etiopii Abiy Ahmed. Do tej pory spośród ponad 300 nominowanych za najmocniejszą kandydatkę uważana była sławna, 16-letnia szwedzka aktywistka klimatyczna Greta Thunberg. – Komitet Noblowski przekonał się już, że przyznanie pokojowego Nobla za budzenie świadomości, a nie za rzeczywiste osiągnięcia nie jest wystarczające. Poza tym nagroda, którą trudno uzasadnić rzeczywistymi osiągnięciami na polu zaprowadzania pokoju, niekoniecznie przysłużyłaby się sprawie klimatu. Skutek mógłby być odwrotny do pożądanego – komentuje prof. Szymon Malinowski z Uniwersytetu Warszawskiego, ekspert od zmian klimatycznych.

Spodziewaliśmy się trochę innego kalibru tej nagrody, to znaczy bardziej związanej z kwestiami klimatycznymi i ochroną środowiska. Ale pokojowy Nobel ma być nagrodą dla kogoś, kto rzeczywiście przyczynił się do pokoju. Więc byliśmy zaskoczeni, choć nie powinniśmy – mówi prof. Paweł Łuków z Zakładu Etyki Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego.

Premier Etiopii Abiy Ahmed został wyróżniony za doprowadzenie do zakończenia trwającej od blisko dwóch dekad wojny z sąsiednią Erytreą oraz wprowadzanie demokratycznych zmian w swoim kraju. „Odkąd Abiy Ahmed objął polityczne przywództwo w kwietniu 2018 roku, z pokoju, wybaczania i pojednania uczynił kluczowe elementy polityki realizowanej przez swój rząd” – uzasadnił swoją decyzję Norweski Komitet Noblowski. 

– Myślę, że przesłanie wiąże się zarówno z pochodzeniem premiera Etiopii – urodził się w rodzinie muzułmańsko-chrześcijańskiej – jak i z tym, że był w stanie doprowadzić do porozumienia pomiędzy zwaśnionymi narodami. Nie chodzi o proces pokojowy, który ma się obywać wyłącznie za pomocą instrumentów politycznych, ale dotyczyć też zmiany mentalnościmówi prof. Paweł Łuków.

43-letni Abiy Ahmed jest najmłodszym premierem w Afryce, urząd objął w kwietniu ubiegłego roku. Bywa porównywany do byłego prezydenta USA Baracka Obamy. Wywodzi się z najliczebniejszej w kraju grupy plemion Oromo, z rodziny muzłumańsko-chrześcijańskiej. Sam jest gorliwym zielonoświątkowcem, ma żonę i czworo dzieci.

Komitet Noblowski podkreślił, że premier Etiopii m.in. uwolnił z więzień dziesiątki tysięcy więźniów politycznych, ogłosił amnestię dla mediów i partii politycznych, aby mogły pokojowo włączyć się w życie publiczne kraju, przyczynił się do pojednania między rywalizującymi grupami wyznaniowymi, zapowiedział przeprowadzenie w przyszłym roku wolnych wyborów i zapoczątkował w Etiopii proces głębokich reform na rzecz praw człowieka.

Jego największym osiągnięciem jest jednak podpisanie w połowie ubiegłego roku porozumienia pokojowego z Erytreą, po blisko 20 latach zbrojnego konfliktu. Dzięki temu oba kraje m.in. wznowiły połączenia lotnicze oraz zapoczątkowały współpracę gospodarczą i polityczną, co przełożyło się na większą stabilność i bezpieczeństwo w tym regionie Afryki.

Gratulacje premierowi Etiopii złożyli m.in. Szef NATO Jens Stoltenberg, sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres oraz sekretarz generalny Amnesty International Kumi Naidoo, który podkreślił że „praca Abiya Ahmeda jest daleka od ukończenia” i Pokojowa Nagroda Nobla powinna zmotywować go do dalszych działań na rzecz zaprowadzania pokoju.

Pokojowa Nagroda Nobla jest ważna właśnie dlatego, że ona wykracza w przyszłość, tzn. wskazuje, że powinniśmy myśleć nie tylko o tym, co już zostało osiągnięte, lecz także o tym, jak wiele jeszcze zostało do zrobienia – mówi prof. Paweł Łuków.

100. Pokojowa Nagroda Nobla dla premiera Etiopii zostanie oficjalnie wręczona podczas ceremonii w Oslo 10 grudnia. Wraz z wyróżnieniem Abiy Ahmed otrzyma także 9 mln koron szwedzkich.

Do tegorocznej nagrody nominowanych było w sumie ponad 300 kandydatów. Zarówno w ocenie komentatorów, jak i zakładów bukmacherskich najmocniejszą kandydatką była 16-letnia szwedzka aktywistka Greta Thunberg przestrzegająca przed zmianami klimatycznymi.

Mnóstwo osób spodziewało się, że będzie to Greta Thunberg. Bardzo się cieszę, że Nagrodę Nobla dostała osoba, która ma rzeczywiste osiągnięcia na polu rozwiązywania krwawego konfliktu i proponuje prawdziwe, lokalne rozwiązania. To jest idea Pokojowej Nagrody Nobla – komentuje Szymon Malinowski, fizyk atmosfery z Uniwersytetu Warszawskiego – Komitet Noblowski przekonał się już, że przyznanie pokojowego Nobla za budzenie świadomości, a nie za rzeczywiste osiągnięcia nie jest wystarczające.

Według eksperta nagroda ta mogłaby się spotkać z dużymi kontrowersjami, co nie pomogłoby dalszym działaniom na rzecz poprawy klimatu.

– Nagroda, którą trudno uzasadnić rzeczywistymi osiągnięciami na polu zaprowadzania pokoju, niekoniecznie przysłużyłaby się sprawie klimatu. Zamiast próbować rozwiązywać ten problem klimatyczny, ludzie zaczęliby dyskutować, czy została przyznana słusznie czy niesłusznie. Skutek mógłby być odwrotny do pożądanego – komentuje Szymon Malinowski. – Już poprzednia Nagroda Nobla dla IPCC i wiceprezydenta USA Ala Gore’a prawdopodobnie przyczyniła się do tego, że nie podpisaliśmy porozumienia klimatycznego w Kopenhadze w 2009 roku właśnie ze względu na to odwrócenie uwagi. Natomiast poparcie dla premiera Etiopii pozwoli mu, jako przywódcy, jeszcze silniej wpływać na ten proces pokojowy i myślę, że to był dobry wybór.

Sztuczna inteligencja rewolucjonizuje obrazowanie medyczne. Dzięki polskim naukowcom ocena urazu ścięgna Achillesa będzie bardzo dokładna i szybko dostępna

Sztuczna inteligencja rewolucjonizuje obrazowanie medyczne. Dzięki polskim naukowcom ocena urazu ścięgna Achillesa będzie bardzo dokładna i szybko dostępna 5

Sztuczna inteligencja może zrewolucjonizować przemysł obrazowania medycznego. Zdiagnozuje choroby oczu z niemal 100 proc. dokładnością, rozpozna raka w początkowym stadium, poprawi diagnostykę serca. Zaawansowana technika obliczeniowa przyspiesza i poprawia jakość obrazowania biomedycznego. Polscy naukowcy opracowali zaś metodę oceny badań obrazowych rezonansu magnetycznego w oparciu o głębokie sieci neuronowe. Umożliwia w pełni automatyczną ocenę obrazów, a dokładność oceny stopnia uszkodzenia lub wygojenia ścięgna Achillesa jest porównywalna z ekspertami radiologii ortopedycznej.

– Nasz projekt polega na tym, żeby zautomatyzować pracę radiologa, a przynajmniej bardzo ją usprawnić i przyśpieszyć. Chodzi o diagnostykę uszkodzeń ścięgna Achillesa, które są jednymi z najczęstszych urazów ortopedycznych, szczególnie w sporcie i medycynie sportowej. Polega na stworzeniu rozwiązania opartego na sztucznej inteligencji, na sieciach neuronowych, które pozwala na podstawie obrazów rezonansu magnetycznego w sposób automatyczny postawić diagnozę odnośnie stopnia uszkodzenia lub też stopnia wygojenia ścięgna Achillesa – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Bartosz Borucki, kierownik Zespołu Sztucznej Inteligencji i Analizy Obrazowej w Diagnostyce Medycznej na UW.

Urazy ścięgna Achillesa należą do najczęstszych urazów ortopedycznych. Ocena schorzeń, zwłaszcza w medycynie sportowej, jest niezwykle istotna. Dzięki start-upowi Smarter Diagnostics, założonemu przez naukowców Uniwersytetu Warszawskiego, ocena badań obrazowych rezonansu magnetycznego w oparciu o głębokie sieci neuronowe pozwala dokładnie ocenić obraz i ustalić stan ścięgna Achillesa. Metoda automatycznej oceny ścięgna Achillesa to jeden z efektów projektu „START: Nowatorskie metody inżynierii tkankowej wspomagające gojenie i regenerację ścięgien i więzadeł”. Algorytm otrzymuje obrazy z MRI i generuje raport z ocenianymi parametrami.

– Na tym rozwiązaniu najbardziej mogą skorzystać pacjenci. Dostaną lepszą diagnostykę, lepsze możliwości wczesnego wykrycia problemów, ale też później monitorowania procesu leczenia, co pozwoli na sprawniejszą rehabilitację, dostosowanie procesu leczenia do konkretnego pacjenta. A dzięki temu, szczególnie w medycynie sportowej, umożliwi to szybszy powrót do zdrowia. Skorzystają też na tym sami radiolodzy – ocenia Bartosz Borucki.

Ocena bazująca na obrazowaniu medycznym zajmuje dużo czasu, jest kosztowna, a przy tym w dużej mierze zależy od lekarza i jego doświadczenia. Dodatkowo sprawia, że radiolodzy są obciążeni pracą. Ocena w oparciu o sztuczną inteligencję pozwala oszczędzić czas lekarzy, a przy tym zwiększa skuteczność oceny.

– Wyniki rezonansu już dzisiaj można oceniać automatycznie, w przyszłości na pewno będzie tego jeszcze więcej. Szczególnie sztuczna inteligencja i konwolucyjne sieci neuronowe powodują tę rewolucję. Wszystko zależy od danych, ich dostępności, od tego, jak szybko jesteśmy w stanie dojść od rozwiązania, które powstaje w środowisku naukowym, do rozwiązania, które jest już certyfikowanym produktem – tłumaczy ekspert.

Sztuczna inteligencja rewolucjonizuje przemysł obrazowania medycznego, udostępnia informacje o chorobach i urazach, które mogą być trudne do wykrycia bez dodatkowej technologii. Przykładem może być technologia SI od DeepMind należącego do Google, która odczytuje skany optycznej koherentnej tomografii (OCT) siatkówki w 3D i diagnozuje 50 różnych stanów okulistycznych z niemal 100 proc. skutecznością.

iCAD opracował z kolei oparte na sztucznej inteligencji rozwiązanie do cyfrowej tomosyntezy piersi, które ogląda każdą warstwę tkanki, a tym samym pozwala wykryć raka w bardzo wczesnym stadium. Z kolei technologia natychmiastowej segmentacji Siemensa i Intela umożliwia specjalistom bezpieczne oglądanie większej liczby wyników rezonansu magnetycznego serca.

– Rozwiązania automatyzujące, szczególnie takie, które bardzo przyśpieszają procesy, są dużo tańsze. Pozwalają zmniejszyć czas wykorzystania urządzeń obrazujących, w naszym przypadku rezonansu magnetycznego, pozwalają zmniejszyć wymogi co do czasu zaangażowania, którego radiolog ma bardzo mało – mówi ekspert. – Już dzisiaj wiemy, że wiele z tych rozwiązań ma lepszą skuteczność niż lekarz, a tak naprawdę najwyższą skuteczność ma tandem lekarz plus sztuczna inteligencja – przekonuje Bartosz Borucki.

Według analityków Research and Markets rynek sztucznej inteligencji w opiece zdrowotnej osiągnie do 2025 r. wartość 27,6 mld dol. W najbliższych latach będzie się rozwijać w tempie 43,5 proc. średniorocznie.

Coraz więcej robotów w fabrykach samochodów. Przyszłością są inteligentne maszyny współpracujące i dostosowujące się do otoczenia

Coraz więcej robotów w fabrykach samochodów. Przyszłością są inteligentne maszyny współpracujące i dostosowujące się do otoczenia 6

Rynek robotów współpracujących z człowiekiem dynamicznie rośnie. Jedną z głównych branż, w których są one wykorzystywane, jest przemysł motoryzacyjny. W fabrykach samochodów funkcjonują m.in. roboty dźwigające ciężkie elementy czy transportujące gotowe samochody. Przyszłością branży są podłączone do chmury roboty inteligentne, które będą się uczyć wykonywanych prac, co pozwoli optymalizować procesy produkcyjne.

– Najciekawsze wdrożenia w przemyśle motoryzacyjnym dotyczą zastosowania nowych technologii, takich jak roboty kooperujące czy roboty mobilne, które coraz bardziej wpisują się w przestrzenie produkcyjne. Mamy też do czynienia z trendem upraszczania programowania i obsługi robotów. Coraz częściej są to tzw. roboty easy-to-use, łatwe w obsłudze, łatwe w programowaniu – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Tomasz Nowak, dyrektor polskiego oddziału firmy KUKA.

Roboty kooperujące pracują na liniach montażowych razem z pracownikami fizycznymi. Wykorzystywane są m.in. przez Audi w fabryce w Ingolstadt. Mają za zadanie dostarczać człowiekowi ciężkie elementy do zamontowania. Władze niemieckiej fabryki chcą także wykorzystać robota Ray, by transportował zjeżdżające z taśmy produkcyjnej auta do miejsca magazynowania. Roboty lepiej niż ludzie radzą sobie z parkowaniem, co wpływa na optymalizację wykorzystania miejsc parkingowych.

Robot LBR iiwa opracowany przez KUKA jest natomiast pierwszym seryjnym robotem cechującym się wysokim stopniem czułości, dzięki czemu możliwa jest jego ścisła współpraca z człowiekiem i wykonywanie prac wymagających bardzo dużej precyzji.

– Najnowszy trend to podłączenie robotów do chmury, połączenie ich z internetem rzeczy, wymiana informacji zebranych z takich robotów. Następstwem tego będzie popularyzacja tzw. robotów inteligentnych. Na podstawie zebranych informacji roboty będą potrafiły za pomocą algorytmów uczyć się, adoptować, zmieniać może swoją trajektorię, ścieżkę czy sposób działania w zależności od otoczenia – przewiduje ekspert.

Choć roboty przyszłości będą potrafiły wykonywać bardzo zaawansowane prace, a ich proces uczenia się będzie jeszcze bardziej doprecyzowany, maszyny najprawdopodobniej nieprędko zastąpią ludzi. Dowodem na to może być fabryka Tesli. Zakłady montażowe we Freemont są w znacznym stopniu zautonomizowane, ale pracują tam również ludzie. Elon Musk musiał się bowiem zmierzyć z problemem spowolnienia produkcji właśnie przez źle zaprojektowane zautomatyzowane przenośniki taśmowe. Wpłynęło to na opóźnienia w wytwarzaniu Modelu 3. Tygodniowa produkcja sięgnęła wówczas zaledwie 40 proc. zakładanej wielkości.

Mimo to robotów w fabrykach samochodów będzie coraz więcej.

– Rynek pracy też w jakiś sposób wymusił te trendy. Wszyscy znamy aktualne uwarunkowania. Mała liczba pracowników na rynku i zwiększające się koszty pracownicze pomagają nam zwiększać udział robotyzacji, również w branży automotive – mówi Tomasz Nowak.

Według analityków z MarketsandMarkets światowy rynek robotów kooperujących zostanie w 2025 roku wyceniony na 12,3 mld dol. Dla porównania w 2018 roku był on wyceniany na 710 mln dol. Oznacza to, że w badanym okresie rynek wzrośnie aż osiemnastokrotnie. Średnioroczne tempo wzrostu utrzyma się na poziomie powyżej 50 proc.

Darowizna samochodu – jak zrobić to dobrze?

Masz samochód i chcesz go przekazać w formie darowizny? Pamiętaj o dopełnieniu kilku formalności – także tych związanych z ubezpieczeniem komunikacyjnym. Poznaj więc wskazówki, dzięki którym proces darowizny przebiegnie sprawnie i poprawnie.

Darowizna to umowa, która pozwala na przekazanie prawa własności innej osobie. Oznacza nieodpłatne zrzeknięcie się części swojego majątku, np. samochodu. Nie można jednak ot tak sobie podarować auta – wszystko musi odbyć się zgodnie z wymaganymi formalnościami.

Darowizna samochodu – rodzaje

Darowizna samochodu może występować w kilku wariantach, co pozwoli na wybór opcji najbardziej dopasowanej do potrzeb i oczekiwań.

  • Darowizna udziału we współwłasności

Umowę można sporządzić bez obecności notariusza. Osoba obdarowana zobowiązuje się do złożenia zeznania w urzędzie skarbowym oraz uregulowanie podatku (o ile trzeba go zapłacić).

  • Darowizna z poleceniem

W tym przypadku darczyńca może zastrzec sobie prawo do sporadycznego korzystania z pojazdu, np. w formie przewożenia przez obdarowanego w miejsca wskazane przez darczyńcę.

  • Darowizna na rzecz małżonka

Umowa darowizny może obejmować przekazanie konkretnej rzeczy jednemu lub obojgu małżonkom.

  • Darowizna z zastrzeżeniem warunku

Istotą jest przekazanie auta pod pewnym warunkiem. Przykładem może być np. zdanie prawa jazdy przez dziecko w konkretnym terminie itp.

Jak sporządzić umowę darowizny samochodu?

Podstawą do przepisowego przekazania prawa własności jest umowa darowizny. Musi mieć formę pisemną, w której zostaną zawarte m.in. takie aspekty jak:

  • data i miejsce zawarcia umowy,
  • dane stron zawierających umowę,
  • dane samochodu,
  • oświadczenie darczyńcy o dotychczasowych prawach do samochodu,
  • oświadczenie darczyńcy o przekazaniu auta w formie darowizny,
  • wartość samochodu,
  • termin przekazania przedmiotu umowy darowizny.

Warto także umieścić zapis Kodeksu cywilnego regulujący te aspekty. Koniecznością jest złożenie podpisów na każdym egzemplarzu umowy.

Co z ubezpieczeniem OC?

Przekazując samochód w darowiznę, pozostaje jeszcze kwestia obowiązkowego ubezpieczenia komunikacyjnego. Tutaj jest podobnie jak w przypadku sprzedaży pojazdu. Fakt przekazania auta osobie trzeciej należy zgłosić w towarzystwie ubezpieczeniowym. Ubezpieczyciel ma prawo do przeprowadzenia rekalkulacji składki. Osoba obdarowana wcale nie musi godzić się na nową stawkę – może wykupić polisę u innego ubezpieczyciela, np. korzystając z kalkulatora dostępnego na https://rankomat.pl/tanie-oc. Koniecznością jest jednak wypowiedzenie umowy w formie pisemnej. Można tego dokonać w dowolnym momencie.

Amerykański wywiad na rozdrożu

Gina Haspel, pierwsza w historii kobieta-dyrektor CIA, w publicznych wystąpieniach po objęciu funkcji w maju 2018 r. zaakcentowała potrzebę zmiany dotychczasowych priorytetów Agencji. Zasugerowała powrót do źródeł, a więc do zasadniczej misji, jaką zarysowano przed CIA w 1947 r. – gromadzenia informacji wywiadowczych dla wsparcia decyzji politycznych. Główny wysiłek wywiadowczy ma się koncentrować na państwach, a nie, jak obecnie, na aktorach niepaństwowych. Nie jest tajemnicą, iż od kilku dekad, a po 11 września 2001 r. w szczególności, CIA skupiła znaczną część swoich zasobów na globalnych działaniach antyterrorystycznych oraz na wsparciu operacji wojskowych w Iraku, Afganistanie i Syrii. Militaryzacja CIA to część szerszego problemu, który można określić mianem uwojskowienia polityki zagranicznej supermocarstwa.

Departament Obrony zdominował politykę zagraniczną

O macoszym traktowaniu amerykańskiej dyplomacji przez D. Trumpa zaświadczają kolejne cięcia wydatków w Departamencie Stanu i Agencji Międzynarodowego Rozwoju USA. Jednocześnie we wniosku budżetowym na 2020 r. o 5% zwiększono wydatki Departamentu Obrony. Jeśli Kongres przyjmie proponowany budżet, będzie to trzeci rok wzrostu wydatków na wojsko. Budżet obrony to ok. 700 miliardów dolarów , zaś wydatki na dyplomację i rozwój to rząd kilkudziesięciu miliardów dolarów.

W marcu 2019 r. w wywiadzie w publicznym radiu (NPR) były dowódca wojskowy NATO, emerytowany admirał James Stavridis zauważył, iż nadmierne wydatki na obronę pokazują problematyczne podejście Ameryki do polityki zagranicznej. Jego zdaniem dyplomacja to medycyna zapobiegawcza, która pomoże uniknąć kosztownych zabiegów chirurgicznych tj. operacji wojskowych. Robert Gates, były sekretarz obrony, zauważył, iż USA ma więcej ludzi na lotniskowcach (których jest 12) niż w całej służbie zagranicznej. Już w 2008 r. Gates ostrzegał przed „pełzającą militaryzacją” polityki zagranicznej USA. Wyraził wówczas opinię, iż receptą USA na zwycięstwo nie może być zabijanie, a wojsko powinno pełnić rolę wspierającą dyplomatów w „stosunkach Ameryki z resztą świata”, a nie odwrotnie.

W tym samym tonie wypowiadał się Michael Mullen, były przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabu. W przemówieniu na stanowym Uniwersytecie Kansas w 2010 r. wyraził zaniepokojenie rosnącą rolą Departamentu Obrony w polityce zagranicznej. Wyraził to wprost: Polityka zagraniczna USA jest nadal zbyt zdominowana przez wojsko, zbyt zależna od generałów i admirałów, którzy kierują naszymi dowództwami za granicą. Jedna rzecz to móc i służyć jako pogotowie ratunkowe, inna zaś zawsze być szefem straży pożarnej”. Błędne koło jego zdaniem polega na tym, że politycy mają większe zaufanie do wojska niż do innych agencji i zwiększają finanse Departamentu Obrony, a to sprawia, iż wojsko ma jeszcze większe zdolności niż inne instytucje bezpieczeństwa, przez co te ostatnie cieszą się coraz mniejszym zaufaniem. Zamiast dbać o równowagę w sferze bezpieczeństwa, politycy traktują armię jako lidera w polityce zagranicznej.

Co ciekawe, jeszcze niedawny sekretarz obrony, nominat D. Trumpa, Jim Mattis stwierdził, że jeśli nie zamierza się wydawać pieniędzy na dyplomację i rozwój, to należy kupić więcej amunicji, ale operacja będzie droższa i bardziej bolesna.

Chociaż od ponad dekady zarówno politycy, jak i eksperci bezpieczeństwa narodowego ostrzegają przed militaryzacją amerykańskiej polityki zagranicznej, w której Stany Zjednoczone odniosły niewiele sukcesów, to niedawna propozycja budżetu administracji Trumpa budzi obawy, że sytuacja może się tylko pogorszyć. Względny wpływ Departamentu Obrony na inne instytucje bezpieczeństwa narodowego wciąż rośnie. Administracja po raz kolejny zwraca się do wojska, aby rozwiązywało problemy polityki zagranicznej.

CIA rusza na wojnę

Pozornie dwie odrębne kwestie, czyli permanentne wykorzystywanie wojska jako narzędzia polityki zagranicznej oraz militaryzacja działań CIA, są w istocie odsłonami tego samego problemu. Nadmierne poleganie na Departamencie Obrony i jego dominacja wśród instytucji bezpieczeństwa narodowego doprowadziły do quasi-podporządkowania wywiadu operacjom wojskowym. Wpływ Pentagonu na CIA i wywiad narodowy ujawnił się jednak wiele lat przed 11 września 2001 r.

Prawie ćwierć wieku temu ówczesny prezydent Bill Clinton podpisał dyrektywę decyzyjną PDD-35, nadając wsparciu wywiadowczemu operacji wojskowych rangę misji o najwyższym priorytecie w czasach wojny. Dokument ten był wynikiem wieloletniej debaty w kołach polityczno-wojskowo-wywiadowczych, ale przede wszystkim konsekwencją wojny w Zatoce Perskiej z 1991 r. Gen. Norman Schwarzkopf, naczelny dowódca operacji, skrytykował wsparcie, jakie otrzymał od wywiadu w ogóle, a od CIA w szczególności. Chociaż twierdzenia Schwarzkopfa nie były wsparte przez innych przedstawicieli armii, to jednak autorytet zwycięskiego dowódcy zapewnił mu głos, którego nie można było zignorować.

Społeczność wywiadowcza uwzględniła jego wezwanie i zwiększyła wsparcie operacji wojskowych jeszcze przed wydaniem PDD-35. Na początku lat 90. XX w. przyszły sekretarz obrony, ówczesny dyrektor CIA Robert Gates powołał zastępcę dyrektora CIA do spraw wojskowych i Biuro Spraw Wojskowych, które miało ułatwić wsparcie CIA w planowaniu, ćwiczeniach i operacjach wojskowych. Koncentracja CIA na wspieraniu wojska była kontynuowana przez administrację Clintona, a ówczesny dyrektor John Deutch utworzył dyrekcję ds. Wsparcia wojskowego, którą bezpośrednio sobie podporządkował.

Pod koniec lat 90. XX w. niektórzy decydenci i eksperci ds. bezpieczeństwa narodowego wyrażali opinie podobne do stanowiska dyrektor Giny Haspel, że CIA zaniedbała klasyczne rzemiosło wywiadowcze (gromadzenie informacji i ich strategiczną analizę) z powodu zbytniej koncentracji na wspieraniu armii. Jednak po atakach z 11 września nikt już nie podzielał tych obaw, bowiem Stany Zjednoczone ruszyły na globalną wojnę z terroryzmem. Decydenci coraz bardziej koncentrowali się na działaniach taktycznych i operacyjnych. Zamiast zajmować się Rosją, Chinami czy innymi nieprzyjaznymi państwami, amerykańscy politycy mieli obsesję na punkcie niepaństwowego aktora i taktyki, którą zastosował ten aktor.

Agent CIA w transporterze z glockiem przy biodrze

Koniec zimnej wojny sprawił, że agencja zawisła w próżni. Wypełniła się jej najważniejsza misja, zabrakło dobrze zdefiniowanego wroga. Tim Weiner w „Dziedzictwie popiołów” przytoczył symptomatyczną wypowiedź byłego dyrektora agencji Richarda Helmsa: „W drugiej wojnie światowe wiedzieliśmy, co było naszą motywacją: pokonać cholernych nazistów. W zimnej wojnie wiedzieliśmy, co było naszą motywacją: pokonać cholernych Rosjan. Nagle zimna wojna się skończyła i jaka jest motywacja?”. Doświadczeni oficerowie ruszyli do drzwi wyjściowych. Według Weinera w 1996 r. w centrum szkolenia do tajnych operacji CIA było tylko 25 rekrutów, a do końca 1998 r. agencja straciła około 1000 doświadczonych, doskonale wyszkolonych w wywiadowczej robocie oficerów.

Ataki z 11 września dały agencji wyraźny impuls, nową misję, ale taką, która odciągnęła agentów od tradycyjnego rzemiosła. Nowy wróg działał inaczej, terroryści nie chodzili na przyjęcia, a więc dla potrzeb wojny z terroryzmem szefowie w Langley porzucili konwencjonalne szpiegostwo i analizy na rzecz dronów i operacji paramilitarnych, które podobały się Białemu Domowi, zwłaszcza gdy mieszkał tam George W. Bush. CIA poważnie zaangażowała się w zabijanie, zacieśniając współpracę z NSA i Dowództwem Połączonych Operacji Specjalnych. Cel był jeden – ściganie i niszczenie terrorystów na całym świecie.

Skutki ataków z 11 września były dla CIA przepotężne. Agencja została publicznie obwiniona za niepowstrzymanie uderzeń na World Trade Center; następnie oskarżano ją o wspieranie błędnego przekonania, jakoby w Iraku była broń masowego rażenia. Krytyka w dużej mierze była niesprawiedliwa, ale zrobiła swoje – agencja przystąpiła do reorganizacji.

Umiejętności szpiegowskie nabyte w czasach zimnej wojny w nowej rzeczywistości okazały się mało przydatne. Brylowanie na przyjęciach i „przepytywanie” międzynarodowych VIP-ów nie było dobrym sposobem na terrorystów, którzy ukrywali się na wzgórzach i w jaskiniach na wrogich zazwyczaj terytoriach. Nowy sposób szpiegowania narzucali oficerowie wywiadu wojskowego DIA, którzy ruszyli w teren z glockiem na biodrze, w opancerzonych transporterach, strzeżonych przez uzbrojonych żołnierzy armii amerykańskiej.

W ciągu ostatnich 18 lat ten sposób myślenia o globalnej wojnie z terrorem i metody działania stały się w CIA obowiązujące. Agencja zrzucała systematycznie „zimnowojenny gorset”, a poczęła się specjalizować w zakupach sprzętu wojskowego. Zgodnie z dyrektywą prezydenta George’a W. Busha z 2004 r. o 50% powiększyła swoje szeregi pod kątem zwalczania terroru, angażując głównie operatorów ze znajomością „krytycznych” języków, jak np. arabski. Nabyła zdolności śledzenia i unicestwiania rozproszonego wroga prowadzącego asymetryczną wojnę. Gwoli historycznej prawdy należy zaznaczyć, iż „dziewictwo”, jeśli chodzi o fizyczną likwidację wroga, na większą skalę CIA straciła dużo wcześniej, bo na przełomie lat 50. i 60. XX w.: w Laosie, Wietnamie i wielu innych miejscach konfliktów. Współcześnie jednak dramatycznie zmieniły się proporcje pomiędzy działalnością militarną i paramilitarną a klasycznym, „wyrafinowanym” szpiegostwem.

Bardzo szybko wzrosło znaczenie Centrum Przeciwdziałania Terroryzmowi CIA (CTC). Wcześniej było postrzegane jako niewielka, niemal osobliwa komórka, z którą jeszcze w 2001 r. nie wiązano wielkiej przyszłości. Potem to nastawienie szybko się zmieniło. CIA wprawdzie nie podaje danych dotyczących liczby pracowników zwalczających terroryzm, ale w opinii ludzi z wewnątrz każdy nowo rekrutowany był gotów dołączyć do CTC. Z biegiem lat, wraz z eskalacją zagrożenia terrorystycznego, rosło zapotrzebowanie na oficerów agencji nie tylko w Afganistanie i Iraku, ale także w Syrii, Jemenie, Libii, Mali i innych krajach, gdzie sięgały macki ISIS i różnych odgałęzień Al-Kaidy. Można było odnieść wrażenie, iż cała agencja zmaga się z terroryzmem. Chociaż awans nie zależał wprost od służby w strefie zagrożonej terrorem, to – jak utrzymuje Alex Finley (How the CIA Forgot the Art of Spying, Politico Marzec/ Kwiecień 2017) – CV z zaznaczoną tam służbą wyglądało dużo lepiej.

Zauważalna stała się także zmiana kultury pracy. Szpiegostwo jest tradycyjnie praktyką tajną, która kwitnie w mglistym, mało przejrzystym środowisku. Szpiedzy lubią pracować w cieniu. Natomiast od kilkunastu lat w strefach wojennych oficerowie CIA współpracowali z personelem wojskowym, siłą rzeczy ujawniali się, coraz więcej czasu spędzali ze swoimi wojskowymi odpowiednikami, przejmowali wojskowe nawyki. Do agencji powoli zaczęła wkradać się militarna mentalność. Jak zauważa Finley: „po powrocie do siedziby głównej w Langley zaczęli pojawiać się oficerowie CIA ubrani w spodnie cargo i koszule under armour”.

Wraz ze zmianą misji i kultury Agencji zmieniali się także ludzie. Wojna z terrorem wykreowała prężnie rozwijający się prywatny wywiad, firmy bezpieczeństwa wewnętrznego i przemysł obronny. Wielu starszych i bardziej doświadczonych oficerów dołączyło do sektora prywatnego. Inni odchodzili na emerytury, nie wytrzymując biurokratycznych zmian, które ograniczały elastyczność, niegdyś tak mocno cenioną przez Agencję. Według T. Weinera w 2005 r. połowa personelu CIA – zarówno operatorzy, jak i analitycy – miała pięć lat doświadczenia w służbie lub mniej. Generacja młodych oficerów wywiadu była pod dużym wpływem nowej kultury, a teraz po 14 latach ci sami oficerowie z pewnością obejmują stanowiska kierownicze i szkolą młodszych agentów. Wojna z terrorem to wszystko, co znają.

Czy CIA jest zdolna powrócić do źródeł?

Paradoks tej transformacji polega na tym, iż amerykańscy przeciwnicy z okresu zimnej wojny pozostali na stanowiskach. Podczas gdy Amerykanie zwrócili uwagę na inne części świata, rosyjscy wywiadowcy doskonalili się w tradycyjnym szpiegowskim rzemiośle. Rosja przez ostatnie kilkanaście lat odbudowywała swoje imperium i dyskretnie podmywała fundamenty zachodniej demokracji. Zaatakowała w cyberprzestrzeni, wpływała na kampanię prezydencką. CIA i inne służby będą musiały zmierzyć się z tego rodzaju zagrożeniem. Jednak ustalenie, kto i dlaczego zamawia takie ataki, i kto je finansuje, wymaga wywiadu opartego na źródłach osobowych.

Istnieje obawa, że CIA zapomniała, jak się pozyskuje i prowadzi cenne źródła, w czasach, gdy dobrze finansowany i bezwzględny aparat bezpieczeństwa Rosji stanowi coraz większe zagrożenie. Aby odnieść sukces w konfrontacji ze starym wrogiem, agencja będzie musiała „odkurzyć” niektóre z porzuconych metod i technik. Jednak, czy po latach zmagań z terroryzmem będzie ją na to stać?

CIA wygląda dziś zupełnie inaczej niż w okresie zimnej wojny. Transformacja była konieczna, biorąc pod uwagę naturę zagrożenia terrorystycznego. Jednak globalne zagrożenia zmieniają się i istnieje obawa, że znaczna część wiedzy instytucjonalnej na temat prowadzenia tradycyjnych operacji szpiegowskich, która będzie konieczna w nowym środowisku, zniknęła.

Reformy CIA nie ułatwia sam prezydent D. Trump, który wysyła wciąż sprzeczne sygnały w sprawie Rosji. Społeczność wywiadowcza USA ma jednak świadomość, że Rosja nadal będzie potężnym przeciwnikiem, którego plany i zamiary będą musiały być rozpracowywane, nawet jeśli obecny prezydent nie jest nimi zainteresowany. Znalezienie odpowiedzi na pytanie, co robi i dokąd zmierza Putin oraz jego towarzysze, będzie wymagało użycia wielu narzędzi wywiadowczych, a źródła osobowe jawią się tu wręcz jako niezbędne.

CIA z pewnością dysponuje źródłami osobowymi, ale pozyskiwanie nowych staje się prawdziwym problemem. Nie jest łatwo przekonać ludzi, aby zaryzykowali swoją reputację, rodzinę, pracę, a czasem życie i podzielili się tajnymi informacjami z zagranicznym rządem. Przy obecnej administracji Trumpa zadanie to jest wyjątkowo trudne. Wynika to z faktu, że najlepsze źródła nie są motywowane pieniędzmi, ale słuszną ideą. Może to być pogarda dla systemów autorytarnych i pragnienie liberalnej demokracji. Podczas zimnej wojny różnica między amerykańskim a sowieckim systemem politycznym była oczywista – imperium zła było jedno. Dziś trudno sobie wyobrazić pozyskanych agentów ryzykujących życie dla amerykańskiego prezydenta, który stanął w obliczu poważnych, powtarzających się pytań o jego niejasne związki z Rosją. Dla prezydenta, który Władimirem Putinem jest wręcz zafascynowany.

CIA, rzecz jasna, nie działa w próżni, ma sojuszników. Problem jednak w tym, iż sojusznicy ci coraz mniej entuzjastycznie dzielą się informacjami z krajem, którego prezydent budzi nieufność. Brytyjski oficer wywiadu na kilka dni przed zaprzysiężeniem Trumpa powiedział „Sunday Times” , że dopóki MI6 nie ustali, czy Trumpowi i członkom jego zespołu można ufać, będzie się powstrzymywał od takiej wymiany. Mówiąc wprost, chodziło o ryzyko ujawnienia źródeł. Mniej więcej w tym samym czasie izraelska gazeta „Yediot Ahronot” donosiła, że przedstawiciele wywiadu Izraela obawiają się, iż ściśle tajne informacje, które zostały ujawnione Stanom Zjednoczonym, będą wyciekały do Rosji, a w następstwie do jej bliskiego sojusznika – Iranu.

Paranoja? Przesada? Być może, ale jeśli D. Trump będzie nadal chwalił i schlebiał Putinowi i innym dyktatorom oraz podkopywał instytucje europejskie, takie jak NATO czy Unia Europejska, musi liczyć się z nieufnością ze strony sojuszników, co w najgorszym wypadku może skutkować zamrożeniem współpracy wywiadowczej.

Więcej Jamesa Bonda, a mniej Jasona Bourne`a

CIA znalazła się obecnie w bardzo trudnym położeniu. Jej funkcjonariusze z pewnością mają świadomość, że istnieje potrzeba zmian, a dalsze bieganie z pistoletem w garści za terrorystami trzeba zostawić innym. Rozumie to dyrektor CIA Gina Haspel, która w Agencji przesłużyła 35 lat, a więc pamięta i lata zimnej wojny, i ostatnie dwie dekady zmagań z terrorem. Z pewnością więc dobrze wyczuwa sytuację, w jakiej znalazła się podległa jej instytucja.

Potwierdziła powrót do źródeł, do głównej misji CIA – gromadzenia aktualnych i wiarygodnych danych wywiadowczych wspierających polityków w ich decyzjach. Akcentuje przede wszystkim potrzebę większej dywersyfikacji działań. Dostrzega rosnące zagrożenie ze strony aktorów państwowych, jak Rosja, Chiny, Iran i niepokoi ją luka w podstawowym rzemiośle, a więc w gromadzeniu informacji. Konsekwencją odwrócenia proporcji i nacisku na zasypywanie luk informacyjnych ma być stałe zwiększanie liczby oficerów stacjonujących za granicą. Na tym polega misja zagranicznego wywiadu – większa obecność na świecie warunkuje dopływ informacji. Dyrektor CIA zapowiedziała też większe inwestycje w doskonalenie języków obcych jako podstawowego atrybutu agentów CIA. Winni oni być lepiej przygotowani do pracy w odmiennych kulturowo środowiskach. Haspel chce odwrócić kadrowe proporcje. Upraszczając, dzisiaj CIA musi stawiać przede wszystkim na agentów, którzy potrafią bywać na przyjęciach i wykorzystywać je dla swoich celów. Innymi słowy, potrzebuje w większym stopniu Jamesa Bonda, a w mniejszym stopniu Jasona Bourne`a.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Marek Ciecierski, Profesjonalny Wywiad Gospodarczy „Skarbiec” Sp. z o.o.

Łukasz Wejchert i Maciej Żak – szefowie Dirlango o sukcesie ich funduszu

IZFiA opublikowała najnowszy raport, prezentujący stopy zwrotu wybranych niepublicznych funduszy inwestycyjnych zamkniętych. Na czele zestawienia znalazły się fundusze, które wypracowały od początku roku od 12-32 proc. Listę otwiera Dirlango Tech FIZAN, należący do Łukasza Wejcherta i Maciej Żaka, którzy inwestując w Polsce i za granicą wypracowali ponad 32 proc. zysku.

Izba Zarządzających Funduszami i Aktywami publikuje wyniki i stopy zwrotu funduszy FIZ
Źródło: https://www.izfa.pl/raporty#stopy-zwrotu-fiz-niepublicznych

IZFiA, we współpracy z grupą kilku TFI, zrealizowała kolejny ciekawy projekt zwiększający transparentność rynku funduszy inwestycyjnych, w postaci „porównywarki” stóp zwrotu niepublicznych funduszy inwestycyjnych zamkniętych. Jest nam niezmiernie miło, że w ramach udostępnionych pierwszych statystyk otwierających to, jakże potrzebne przedsięwzięcie, fundusz Dirlango Tech FIZAN, którego portfelem inwestycyjnym zarządzamy, zajął czołowe miejsce w większości zestawień – podkreśla Łukasz Wejchert.

Rozmowa Z Łukaszem Wejchertem i Maciejem Żakiem:

Jak działa Grupa Dirlango?

Ł.W: Nasza strategia jest ewolucją tego, co robiliśmy przez ostatnie 20 lat. Przez wiele lat byłem prezesem i współwłaścicielem Onetu. Wówczas inspirowaliśmy się zdobywającymi popularność zagranicznymi portalami i latami tworzyliśmy na polskim rynku najciekawsze modele biznesowe.  W portfelu Grupy Dirlango znajdują się firmy wpisujące się w dzisiejsze trendy, jak mobilność, ochrona środowiska, cybersecurity. Z polskiego rynku przykładem może być iTaxi (aplikacja do zamawiania taxi). Z kolei z zagranicznych m.in. Beyond Meat, czyli firma produkująca proteiny przypominające mięso.  

Gdzie Grupa Dirlango koncentruje swoje inwestycje?

M.Ż: Nasze modele działania w kraju oraz za granicą różnią się. W Polsce tworzymy bądź kupujemy udziały w spółkach, następnie kiedy zaczynają generować zyski, obejmujemy nad nimi kontrolę i wspieramy aktywnie zarząd w skalowaniu firmy. Celem jest stworzenie lokalnych liderów w Europie Środkowo-Wschodniej. Przykładem może być iTaxi, w które zainwestowaliśmy około 7 lat temu, a która rośnie o 50% rok do roku od początku istnienia i zaczyna właśnie generować zyski… Z kolei za granicą szukamy spółek, które są tuż przed IPO i mają potencjał do wielokrotnego wzrostu obrotów, jak wspomniany Beyond Meat, czy też Wish (e-commerce). Obecnie mocno analizujemy spółki z branży bezpieczeństwa cyfrowego, które będzie bardzo ważne w związku z rozwojem technologii dronów, automatycznych pojazdów itd.

Czy grupa osób zainteresowanych inwestycjami w nowe technologie rośnie?

M.Ż: Według danych KPMG, w ostatnim czasie znacząco zwiększyła się̨ liczba zamożnych osób mieszkających w Polsce – szacuje się, że w 2018 roku było to ponad 1,3 miliona osób. Rośnie liczba osób bogatych i bardzo bogatych. Osoby te poszukują ciekawych inwestycji w spółki technologiczne. Poszukują doświadczonego partnera, z odpowiednią wiedzą, zapleczem analitycznym i dostęp do zagranicznych rynków.

5 tys. zł/m-c na start – tak zarabia tester bez doświadczenia. Po awansie? Minimum 2x więcej

Kilkadziesiąt ofert pracy w serwisach rekrutacyjnych miesięcznie, zarobki zbliżone do pensji programistów, szybkie awanse okraszone sporymi podwyżkami, a do tego wszystkiego – znacznie niższy próg wejścia do branży. Popyt na testerów automatyzujących jest tak duży, że firmy zatrudniają nawet osoby bez doświadczenia.

Branża IT słynie nie tylko z wysokich zarobków, ale również z szybkiego tempa awansów. Jeszcze 10 lat temu droga od “juniora” do “seniora” zajmowała programistom średnio 11 lat. Dziś czas ten skrócił się o ponad połowę – do 5 lat, jak podają eksperci ze szkoły programowania online Kodilla.com.

Co ważne, trendy te obejmują nie tylko programistów. Równie imponujące wyniki osiągają bowiem testerzy oprogramowania – automatyzujący. Jak podaje serwis Wynagrodzenia.pl, mediana pensji całkowitych młodszych testerów automatyzujących (tzw. “juniorów”) wynosi 5 tys. zł brutto/m-c (przy umowie o pracę). To nieźle, zakładając, że mowa o osobach zajmujących najniższe stanowiska w tym zawodzie, nierzadko bez doświadczenia i dopiero startujących w branży, a także uwzględniając, że wraz z awansem na doświadczonego testera automatyzującego (tzw. “mid”) przychodzi ponad 50% podwyżka – średnio do 7,8 tys. zł brutto. Z kolei starszy tester automatyzujący (tzw. “senior”), czyli osoba o najwyższych kwalifikacjach zawodzie, zarabia już 10,4 tys. zł brutto miesięcznie, co daje ponad 100% więcej w stosunku do pensji startowej.

wykresMediana wynagrodzenia całkowitego testerów oprogramowania – automatycznych, zatrudnionych na umowę o pracę

Jeszcze bardziej optymistyczne dane podaje Michał Warda, senior IT recruitment specialist w firmie rekrutacyjnej i outsourcingowej Devire. – W ciągu ostatnich dwóch lat średnie wynagrodzenie testerów automatycznych wzrosło od 11 tys. zł do 13 tys. zł brutto przy pełnym etacie (UoP). W przypadku outsourcingu i pracowników zatrudnianych na kontraktach B2B te stawki osiągają nawet 20 tys. zł netto. Taki wzrost wynagrodzeń można tłumaczyć mocno postępującą automatyzacją w branży IT – tłumaczy ekspert.

Poza tym w branży popularnym sposobem na podniesienie zarobków jest tzw. IT Contracting. W tym modelu tester podpisuje umowę z  firmą rekrutacyjną, zyskując dostęp do portfolio jej klientów. Może współpracować z kilkoma firmami jednocześnie, nabywając w szybkim tempie doświadczenie w zespołach projektowych i zarabiając więcej niż pracując dla jednej firmy.

3-5 ofert pracy miesięcznie, a testerów wciąż brakuje

Tester automatyzujący to nadal jedno z nowszych stanowisk w branży IT. Co ciekawe, w tym zawodzie pracuje prawie trzy razy więcej kobiet niż w całym sektorze IT. Według Wynagrodzenia.pl, panie stanowią już 35% wszystkich specjalistów od testowania, podczas gdy wśród programistów to zaledwie 12% (według innych źródeł ok. 15%).

Poza tym, zgodnie z danymi Devire, popyt na testerów automatyzujących stale rośnie. Każdego miesiąca na portalach rekrutacyjnych pojawia się ok. 60-70 ofert pracy dla osób wykonujących ten zawód, a sami kandydaci otrzymują średnio 3-5 ofert pracy miesięcznie. Liczba ofert zależy oczywiście od poziomu doświadczenia oraz posiadanych kompetencji. Z czego wynika ten trend?

Do tej pory większość testów oprogramowania odbywała się manualnie. Tester ręcznie wyszukiwał błędy w kodzie napisanym przez programistów. Jednak firmy dążą do przyśpieszenia procesu powstawania aplikacji, stąd też rosnący popyt na testerów specjalizujących się w automatyzacji – tłumaczy Marcin Kosedowski, ekspert ds. rynku szkoleniowego z Kodilla.com.

Tester to zawód, którego można wyuczyć się od podstaw

Praca testera automatyzującego polega na pisaniu skryptów i programów, które samoczynnie sprawdzają oprogramowanie pod kątem błędów i usterek. Choć może to brzmieć skomplikowanie, Marek Wierucki ze SpyroSoft, tester oprogramowania z 8-letnim stażem, który obecnie zajmuje się także rekrutowaniem specjalistów z tej dziedziny, uważa, że testerem może zostać każdy: – Testerem może zostać nawet osoba początkująca, nie posiadająca żadnego doświadczenia, a dobrą okazją do uzupełnienia wiedzy i przyuczenia się do zawodu jest udział w bootcampie programistycznym. Po prostu w tej pracy, jeżeli ma się predyspozycje, odpowiedni tok myślenia i dryg, można szybko zdobyć wymagane umiejętności. Bardzo ważna jest skrupulatność, rzetelność, a także wewnętrzna potrzeba szukania dziury w całym, jak i notowania, choćby w głowie, znalezisk i spostrzeżeń. Dodajmy do tego umiejętność zgodnej pracy i konstruktywnego komunikowania znalezionych błędów i mamy pełen obraz testera oprogramowania, który odnajdzie się w branży i będzie szybko piąć się po szczeblach kariery.

Jak tłumaczy ekspert, nawet początkujący w branży nie powinni bać się aplikować na stanowiska związane z testowaniem. Wiele firm jest skłonnych do zatrudniania osób bez doświadczenia, które posiadają potencjał i predyspozycje. Taki kandydat dostanie szansę, choć żeby ją wykorzystać, będzie musiał wnieść pewien nakład własnej pracy i wysiłku.

A jednak… lepiej się doszkolić

Marek Wierucki radzi, aby wykorzystywać każdą okazję do nauki zawodu testera. Nawet korzystając z przedmiotów codziennego użytku, warto myśleć, czy dany sprzęt jest intuicyjny, co można byłoby poprawić, aby ułatwić jego wykorzystywanie. – Dobrze jest na bieżąco poznawać różne rozwiązania i aplikacje, aby lepiej je rozumieć i oceniać. Koniecznie trzeba też szkolić język angielski. Nawet polskie firmy zajmujące się testowaniem oprogramowania współpracują z zagranicznymi klientami. Znajomość języka obcego jest więc warunkiem koniecznym w tej pracy – tłumaczy.

Kompetencje kandydatów do pracy na stanowisku testera ocenia też Michał Warda z Devire. Zwraca on uwagę na to, że wiele osób stara się przygotować do rozpoczęcia takiej kariery samodzielnie i w efekcie często brakuje im odpowiednich umiejętności. Wszyscy testerzy podczas rozmów rekrutacyjnych o ambicjach i celach na przyszłość powiedzą, że chcą dążyć do automatyzacji. Jednocześnie wielu testerom brakuje podstawowych umiejętności testowania manualnego. Z kolei managerowie z większym stażem podkreślają, że dobry tester automatyzujący musi przede wszystkim opanować testy manualne – mówi ekspert.

Przygotować się do pracy w zawodzie testera automatyzującego można kończąc bootcamp, czyli szybkie i intensywne szkolenie online. Co ciekawe, z takiego kursu najczęściej korzystają osoby, które chciały pracować w IT, ale zawód programisty okazał się być poza zasięgiem. Jak zauważa Marcin Kosedowski: – Zgłasza się do nas wiele osób, dla których nauka programowania okazała się być zbyt trudna i czasochłonna. Nie oznacza to jednak, że praca w branży IT jest poza ich zasięgiem. Najczęściej osoby te próbują swoich sił w zawodzie testerów automatyzujących (zwanych też automatycznymi), co najważniejsze – z powodzeniem i satysfakcją, zarówno z wykonywanej pracy, jak i osiąganych zarobków.

Test na bezbłędne życie

Dlaczego praca testerów jest aż tak istotna? Przykłady przynosi samo życie. Są np. testy, które sprawdzają wydajność serwisów i aplikacji, mogąc symulować akcje wielu użytkowników na raz. W ten sposób portal, który sprzedaje bilety na wydarzenia kulturalne czy sportowe, może poznać scenariusze, które zadzieją się, gdy nagle 200 tys. osób będzie chciało w tym samym momencie kupić bilet na koncert lub mecz. Ale, jak dodaje Marcin Kosedowski, testowane są już nie tylko aplikacje czy oprogramowanie komputerowe. – W nowoczesnym domu, żeby włączyć odkurzacz, trzeba dziś znać hasło do WIFI, a bojler do podgrzewania wody każdego dnia uczy się jak ją zużywamy i na tej podstawie ustawia odpowiednią temperaturę o wybranych porach. Żeby to wszystko dobrze działało, ktoś to musi zaprojektować, zaprogramować i… przetestować. Tak, aby konsument mógł cieszyć się udogodnieniami bez żadnych nieprzewidzianych problemów – podsumowuje Marcin Kosedowski.

Naruszenia praw autorskich w praktyce

Orzecznictwo, w szczególności unijne, i ustawodawstwo bardzo konsekwentnie od paru lat idą w kierunku zwiększania ochrony podmiotów uprawnionych z tytułu praw autorskich. Jest to oczywisty trend, w który wpisuje się m.in. wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE z dnia 7 sierpnia 2018 r. w sprawie o sygn. akt C-161/17, jak też dyrektywa nr 2019/790 w sprawie prawa autorskiego i praw pokrewnych na jednolitym rynku cyfrowym oraz zmiany dyrektyw 96/9/WE i 2001/29/WE (zwana potocznie ACTA 2).

Fotografia na stronie internetowej

W stanie faktycznym sprawy, jaka zawisła przed Trybunałem Sprawiedliwości UE, uczennica niemieckiego gimnazjum zamieściła w szkolnym referacie zdjęcie miasta Kordoby, który to referat został następnie opublikowany na stronie internetowej szkoły. Autor zdjęcia wystąpił ze stosownymi roszczeniami, wskazując, iż doszło do naruszenia jego praw autorskich do zdjęcia. Uczennica znalazła zdjęcie na ogólnodostępnym portalu podróżniczym, na którym zostało ono opublikowane po raz pierwszy i za zgodą autora. Na tym tle niemiecki sąd rozpoznający sprawę powziął wątpliwość, czy w analizowanym stanie faktycznym można mówić, iż doszło do publicznego udostępnienia utworu, które to działanie wymagałoby zgody autora zdjęcia, a brak zgody skutkowałby przyjęciem, iż doszło do naruszenia praw autorskich.

Publiczne udostępnienie utworu

Publiczne udostępnienie utworu to słowa klucz odmieniane przez wszystkie przypadki w orzecznictwie TSUE w sprawach związanych z ochroną praw autorskich w Internecie. Pojęcie to odnosi się do art. 3 ust. 1 dyrektywy 2001/29/WE Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 22 maja 2001 r. w sprawie harmonizacji niektórych aspektów praw autorskich i pokrewnych w społeczeństwie informacyjnym, w myśl którego „Państwa Członkowskie powinny zapewnić autorom wyłączne prawo do zezwalania lub zabraniania na jakiekolwiek publiczne udostępnianie ich utworów, drogą przewodową lub bezprzewodową, włączając podawanie do publicznej wiadomości ich utworów w taki sposób, że osoby postronne mają do nich dostęp w wybranym przez siebie miejscu i czasie”. Pojęcie to ma kluczowe znaczenie dla oceny legalności udostępniania określonych treści w Internecie. W zasadzie każde takie udostępnianie powinno w pierwszej kolejności być zbadane przez pryzmat pojęcia „publicznego udostępniania”.

O tym, jak istotne znaczenie ma przedmiotowe pojęcie oraz jakie trudności wiążą się z jego interpretacją, niech świadczy liczba orzeczeń Trybunału Sprawiedliwości UE, które dotykały tego zagadnienia, a m.in. ważkie orzeczenia w tym zakresie zapadły w sprawach: Stichting Brein C-610/15 i C-527/15, Svensson i inni C‑466/12, BestWater International C‑348/13, GS Media C‑160/15. Co ciekawe, w analizowanej sprawie dotyczącej zdjęcia zamieszczonego przez uczennicę w referacie szkolnym opinia rzecznika generalnego, która zawsze poprzedza orzeczenie TSUE, była pozytywna dla szkoły i uczennicy. Wywód rzecznika generalnego w zasadzie szedł w kierunku uznania, iż działanie, jakie zaistniało w stanie faktycznym sprawy, nie stanowi publicznego udostępnienia. Tymczasem z takim zapatrywaniem zupełnie nie zgodził się Trybunał Sprawiedliwości UE. Jest to rzadka sytuacja, kiedy opinia rzecznika generalnego i wyrok TSUE idą w dwóch różnych kierunkach. Zazwyczaj opinia rzecznika generalnego stanowi tak naprawdę „mały wyrok” w sprawie.

„Nowa” publiczność

Jak wskazał TSUE w jednym ze swoich orzeczeń, z art. 3 ust. 1 dyrektywy 2001/29 wynika, że pojęcie „publicznego udostępniania” zakłada spełnienie dwóch kumulatywnych warunków. Mianowicie musi mieć miejsce „czynność udostępniania” utworu, a utwór musi zostać udostępniony „publiczności”. Trybunał wyjaśniał już parokrotnie, że pojęcie „publiczności” dotyczy nieokreślonej liczby potencjalnych odbiorców i dodatkowo zakłada dość szeroki krąg osób, zaś uznanie, iż doszło do „publicznego udostępniania”, wymaga, aby utwór chroniony został udostępniony w oparciu o szczególną technologię, inną niż dotychczas używane, lub – w wypadku niespełnienia powyższej przesłanki – wśród „nowej publiczności”, czyli publiczności, której podmiot praw autorskich dotychczas nie brał pod uwagę, zezwalając na pierwotne publiczne udostępnienie utworu.

Rzecznik generalny w swojej opinii wskazał, iż trudno mówić o „nowej” publiczności w sytuacji, kiedy wcześniej już sporne zdjęcie było udostępnione na innej stronie internetowej, do której każdy mógł mieć swobodny dostęp. Rzecznik wskazał m.in., iż „Jeżeli chodzi o działanie uczennicy i jej nauczyciela, trudno jest wyobrazić sobie, żeby ci, którzy korzystali z dostępu do portalu internetowego szkoły, nie mogli w ten sam sposób (i bez większych trudności) skierować się na stronę internetową magazynu podróżniczego, gdzie fotografię Kordoby opublikowano po raz pierwszy. Ogólna publiczność internautów jest więc taka sama, gdy odwiedza stroną internetową magazynu podróżniczego i gdy interesuje się portalem szkoły. Ponieważ ilustracja była łatwo i legalnie (tzn. za zgodą podmiotu praw autorskich) dostępna dla wszystkich internautów, nie wydaje się, aby działanie uczennicy i jej nauczyciela mogło być decydujące w ułatwieniu dostępu do niego większej liczbie osób”.

Innego zdania był TSUE, który wywiódł m.in., iż „Zważywszy na te elementy, w świetle orzecznictwa przypomnianego w pkt 24 niniejszego wyroku należy uznać, że zamieszczenie utworu chronionego prawem autorskim na stronie internetowej innej niż strona, na której dokonano pierwotnego udostępnienia za zgodą podmiotu praw autorskich, powinno w okolicznościach takich jak te rozpatrywane w postępowaniu głównym zostać uznane za podanie takiego utworu do wiadomości nowej publiczności. W takich okolicznościach publiczność, która została wzięta pod uwagę przez podmiot praw autorskich, gdy wyraził on zgodę na udostępnianie swego utworu na stronie internetowej, na której utwór ten został pierwotnie opublikowany, obejmuje bowiem jedynie użytkowników wspomnianej strony, a nie użytkowników strony internetowej, na której utwór został później zamieszczony bez zgody tego podmiotu, lub innych internautów”.

Dalsze kroki kierunku ochrony praw autorów

Poza orzecznictwem TSUE, który od paru lat wydaje orzeczenia obejmujące „proautorską” wykładnię przepisów, również same przepisy będą się zmieniać w kierunku większej ochrony praw autorskich w Internecie. W tym zakresie spore novum wprowadzić ma implementacja dyrektywy nr 2019/790 w sprawie prawa autorskiego i praw pokrewnych na jednolitym rynku cyfrowym oraz zmiany dyrektyw 96/9/WE i 2001/29/WE (zwana potocznie ACTA 2). W olbrzymim uproszczeniu regulacja art. 17 omawianej dyrektywy wprowadza wymóg uzyskiwania przez dostawcę usług udostępniania sieci online stosownego zezwolenia od podmiotu uprawnionego w sytuacji, w której użytkownik serwisu internetowego zamieszcza w nim treści objęte ochroną prawnoautorską, co do których nie ma uprawnień. Innymi słowy, jeśli w ramach danego portalu użytkownicy zamieszczają treści chronione prawem autorskim, to właściciel tego portalu powinien zadbać o to, aby uzyskać zezwolenie od podmiotu uprawnionego. Jest to jednak tematyka na zupełnie odrębną publikację.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Pokazy fajerwerków na wesele – ile kosztuje taka atrakcja?

Współczesne śluby i wesela już dawno wyrwały się z ram tradycji i poniekąd rządzą się własnymi prawami. Oczywiście nie oznacza to, że nikt nie organizuje ich w znanej wszystkim formie. Jednak coraz częściej ślub i wesele przypomina elegancką, ale jednak imprezę, aniżeli klasyczną formę tradycyjnego wesela. Z tym wiąże się również sposób celebrowania zawarcia związku małżeńskiego.

Pokazy fajerwerków na wesele zamiast baloników i konfetti?

Typowe atrakcje weselne ograniczają się zwykle do fotobudki, zabawnych masek i akcesoriów, a także klasycznych zabaw. Czasem imprezę prowadzi wodzirej, niekiedy jego rolę przejmuje lider zespołu muzycznego.

Zmienia się wszystko i dziś coraz częściej zamiast zespołu – gra DJ. Panna Młoda nie zawsze ma na sobie białą suknię (a często nawet zamiast sukni ma kombinezon!), Pan Młody nie zawsze ma garnitur. Weselnikom towarzyszą niejednokrotnie także dzieci nowożeńców. Jednym słowem – wszystko staje się coraz bardziej nowoczesne i z tradycyjną formą ma niewiele wspólnego.

Dlaczego więc nie pójść o jeszcze jeden krok dalej i nie zrewolucjonizować atrakcji dla gości jeszcze bardziej? Takim zaskoczeniem bez wątpienia będą fajerwerki na wesele! Jak zorganizować prywatny pokaz i z jakim kosztem takiego przedsięwzięcia trzeba się liczyć?

Ile kosztują pokazy fajerwerków na wesele?

pokazy fajerwerkow na weselu - koszt - PyroTechFajerwerki na wesele muszą być zorganizowane przez osoby do tego uprawnione. Wynika to z konieczności uzyskania niezbędnych pozwoleń na przeprowadzenie pokazu, z uwzględnieniem możliwości technicznych terenu. Dlatego zdecydowanie warto zlecić takie przedsięwzięcie profesjonalnej firmie zajmującej się pokazami pirotechnicznymi.

Możliwości organizacji są dwie:

  • obsługa pokazu od początku do końca przez specjalistę z firmy
  • samodzielne odpalenie ładunków przygotowanych wcześniej przez fachowców.

Nie sposób jednak podać konkretnej ceny za taką atrakcję, ani nawet widełek – wszystko zależy bowiem od tego, kiedy pokaz ma się odbyć, od trudności terenu, długości trwania pokazu czy stopnia złożoności scenariusza pokazu.

Im prostszy i krótszy pokaz, tym cena naturalnie niższa. Zdecydowanie jednak warto zrezygnować z innych, typowo weselnych atrakcji, z których skorzystać można w zasadzie na każdej tego typu imprezie, na rzecz wyjątkowego show! Te Pary Młode, które zdecydowały się na uatrakcyjnienie swojego wesela pokazem fajerwerków jednogłośnie mówią, że była to jedna z najlepszych decyzji i gdyby miała możliwość zdecydować raz jeszcze – wybór byłby dokładnie taki sam!

Źródło: pyro-tech.pl

Columbus Energy z nowym inwestorem

Nowym inwestorem Columbus Energy S.A. jest Piotr Kurczewski, który zyska 20% udziału w kapitale Spółki do końca 2020 roku, inwestując m.in. w budowę projektów farm fotowoltaicznych o łącznej mocy 357 MW.

Columbus Energy S.A. działa na polskim rynku PV od 2014 roku. Od tego czasu firma pozyskała już ponad 6200 klientów, co przełożyło się na skonsolidowany przychód w wysokości około 57 mln złotych oraz 100 tys. paneli fotowoltaicznych zamontowanych na dachach budynków jednorodzinnych i firmach o łącznej mocy 32,50 MWp.

Zarząd Spółki w Liście otwartym do Akcjonariuszy podkreśla, że: “Spółka rozwija się zgodnie z przyjętą przez nas strategią i tempo jej rozwoju oceniamy jako bardzo dobre. Najbliższe raporty: za trzeci kwartał 2019 r. oraz późniejszy za cały 2019 r. powinny pokazać, że ilość pracy, jaką codziennie realizuje nasz Zespół, jest spektakularna i daje mierzalne efekty.” Zmiana akcjonariatu jest więc częścią dynamicznego rozwoju firmy i jej skalowania się do potrzeb rynkowych.

Wiarygodność Columbus Energy S.A. w ostatnim czasie potwierdził terminowy wykup obligacji serii D o wartości nominalnej przekraczającej 4,5 mln złotych. W planach Spółki jest realizacja projektów farm fotowoltaicznych w całej Polsce o łącznej mocy 357 MW i wartości rynkowej na poziomie 1,3 mld złotych. Budowa pierwszych inwestycji o mocy 12,5 MW rozpocznie się już w tym roku.

Zarząd Columbus Energy S.A. podkreśla, że przed firmą kolejne wyzwania. Spółka koncentruje się na ciągłym doskonaleniu jakości swoich usług i dostarczaniu klientom instalacji fotowoltaicznych w pełni spełniających ich potrzeby. “Columbus Energy S.A. jest liderem mikroinstalacji w branży klienta indywidualnego. Montujemy ponad 50 instalacji dziennie, rozwijając się w setkach procent rocznie. Dostrzegamy wiele szans w niewątpliwej transformacji energetycznej, polegającej na zmianie efektywności zużycia energii, ochronie klimatu i środowiska. Ten megatrend światowy, który przyspieszył w ostatniej dekadzie, dziś dotarł już do Polski.”, możemy przeczytać w Liście otwartym do Akcjonariuszy.

Ambicją Spółki jest nie tylko dynamiczny rozwój sektora fotowoltaiki w Polsce, ale także wejście w branżę e-mobility w ramach budowy i udostępniania publicznej sieci do ładowania samochodów elektrycznych.

Jak banki zareagowały na wyrok TSUE dotyczący frankowiczów

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał wyrok w tak zwanej „polskiej sprawie frankowej”. TSUE orzekł, że umowy kredytowe we frankach szwajcarskich są nieważne, ze względu na nieuczciwe i niezgodne z prawem zapisy. Wyrok ten dotyczy zarówno umów indeksowanych, jak i denominowanych. Banki nie spodziewały się aż tak surowego wyroku trybunału. Liczyły na to, że TSUE zawyrokuje kredyt w złotówkach na LIBORZE.  Jednak wyrok jednoznacznie przyznaje rację polskim sądom, które orzekały o nieważności umów we frankach. Jest to wyrok wiążący, ponieważ według założeń Unii Europejskiej wszystkie kraje członkowskie powinny mieć jednakową ochronę konsumenta – również w przypadku umów kredytowych. Taki obrót spraw jest bankom bardzo nie na rękę.

Barbara Garlacz, radczyni prawna
Barbara Garlacz, radczyni prawna

– Co poniektóre banki twierdzą, że orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej ich nie dotyczy. Jest to oczywiście nieprawda – powiedziała serwisowi eNewsroom Barbara Garlacz, radczyni prawna. – Banki powinny oszacować,  jaki procent ich klientów pójdzie do sądu i zacząć obliczać finansowe skutki procesów. Mówienie o tym, że ten wyrok ich nie dotyczy, jest zaprzeczaniem rzeczywistości. Nie wszyscy kredytobiorcy pójdą do sądu, jednak już w tej chwili notujemy wzrastające zainteresowanie opieką prawną nad takimi sprawami. Co ciekawe, trafiają do nas co raz częściej klienci, którzy wcześniej wahali się z pójściem do sądu. Te osoby uwierzyły w to, że TSUE stanął po stronie kredytobiorców. Widzimy więc, że sytuacja banków diametralnie się zmieniła. Pięć lat temu nie wierzyły w to, że kredytobiorcom uda się cokolwiek ugrać. Dzisiaj jesteśmy już o krok dalej i mamy realną szansę na unieważnianie umów. Pytanie, czy banki zmienią swoje stanowisko i będą chciały pójść na ugodę, czy też będą dalej walczyć. To jednak może skończyć się tym, że nie otrzymają od kredytobiorców nawet zwrotu kapitału – wyjaśnia Garlacz.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia 14.10 – 18.10

W najbliższych kilkudziesięciu godzinach przed inwestorami szereg rozstrzygnięć, które mocno wpłyną na nastroje. M.in. mowa o finale 13. rundy negocjacji handlowych, które trwają od czwartku w Waszyngtonie. Wydarzenia przyszłego tygodnia są na dalekim planie. By nie być jak przysłowiowy indyk co „myślał o niedzieli a w sobotę…” dla porządku przypomnijmy czym rynek żyć będzie w kolejnych kilkudziesięciu godzinach wydarzenia te odcisną mocne piętno na sentymencie także w przyszłym tygodniu, więc nie jest to działanie bezpodstawne.

Do wywołania optymizmu w kwestii wojen handlowych wystarcza, że Trump pierwszy dzień rozmów określił jako owocny. Dziś spotkanie na szczycie. Trump będzie negocjował bezpośrednio z wicepremierem Chin. Uważamy, że bardzo prawdopodobne jest fasadowe, częściowe porozumienie. Na tapecie znajdzie się przede wszystkim kwestia polityki kursowej Chin. Inne ważne obszary, w których stanowisko obu stron jest bardzo odległe, pozostaną prawdopodobnie nierozwiązane. Ot, kolejne zamiecenie problemu pod dywan. Jak bardzo szczątkowym porozumienie by nie było, to w krótkim terminie zostanie odebrane pozytywnie. Noe dopuści ono do podniesienia ceł, do którego miało dojść w przyszłym tygodniu i generalnie eskalacji konfliktu handlowego w kolejnych tygodniach. Warto jednak pamiętać, że globalna gospodarka już teraz mocno hamuje i takie częściowe porozumienie niewiele w tej kwestii odmieni… Dlatego też rozpędzający się rajd ryzykownych aktywów i walut, zwłaszcza AUD i NZD powinien okazać się mało trwały. Widzimy też wysokie prawdopodobieństwo schodzenia USD/JPY na niższe pułapy.

W kwestii brexitu pojawiło się światełko w tunelu i jest zgoda strony unijnej by tunelem tym podążać Czwartkowe spotkanie premierów Irlandii i Wielkiej Brytanii zostało zwieńczone wspólnym stanowiskiem, w którym podkreślane jest, że jeszcze w październiku możliwe jest osiągnięcie porozumienia w sprawie irlandzkiego bezpiecznika. Nie znamy jednak żadnych szczegółów. Można przypuszczać jedynie, że strony zmierzają w kierunku jakiejś formy umowy o wolnym handlu. Do wystrzału funta podchodzimy jednak z dużą dozą ostrożności. GBP/USD eksplodował z 1,22 do 1,2650. W mniej niż dobę kurs podbił 4 proc. Boris Johnson dysponuje bardzo kruchą większością w brytyjskim parlamencie a czas bardzo szybko ucieka.

Należy też wspomnieć o niedzielnych wyborach parlamentarnych w Polsce. W mniemaniu inwestorów najbardziej prawdopodobnym rozstrzygnięciem są samodzielne rządy Prawa i Sprawiedliwości. Będą one gwarantować utrzymanie bieżącej linii polityki i między innymi jedynie kosmetyczne zmiany w projekcie budżetu na 2020 rok. Oczywiście w szerszym horyzoncie planowane zintensyfikowanie transferów socjalnych i podniesienie obciążeń fiskalnych na przedsiębiorstwa (podnoszenie płacy minimalnej) mogą skutkować pogorszeniem się kondycji finansów publicznych i obniżeniem konkurencyjności polskiej gospodarki. Tyle tylko, że kroki te są od dawna wycenione a po błędach z początków kadencji PiS, agencje ratingowe nie będą reagować z wyprzedzeniem. W najkrótszym terminie zdecydowana przewaga PiS byłaby dla złotego i polskich aktywów neutralna. Możliwość samodzielnego rządzenia byłaby lepsza niż koalicja z mniejszym ugrupowaniem. EUR/PLN na fali poprawy globalnych nastrojów już teraz zbliża się natomiast do 4,30 i nie widzimy z tych poziomów znacznego pola do kontynuacji umocnienia. W naszej ocenie te poziomy korespondują ze średnioterminową wartością godziwą.

Przechodząc do kolejnego tygodnia: pierwszoplanowym odczytem będzie dynamika PKB Chin, która została wypracowana w III kwartale. Publikacja będzie miała miejsce w piątek. Dotychczas dane o wzrośnie nie straszyły jego drastycznym spowolnieniem. Spodziewane jest wyhamowanie dynamiki PKB z 6,2 do 6,1 proc. rok do roku. Słabość jest niezaprzeczalna i lepiej obrazowana przez szereg innych wskaźników. Spodziewamy się prób intensyfikacji wysiłków na rzecz poprawy koniunktury w Państwie Środka, ale po dokonanych w tym roku cięciach podatków i luzowaniu monetarnym przy inflacji u celu pewnie nie padnie na środki kompleksowe. W takim układzie presja na dalsze wzrosty USD/CNY będzie zachowana a to woda na młyn eskalacji konfliktu handlowego.

W przypadku Wielkiej Brytanii i funta na świeczniku pozostanie brexit a nawet tak istotne dane jak informacje z rynku pracy (wtorek), wskaźniki inflacyjne (środa), czy sprzedaż detaliczna (czwartek) pozostaną na drugim planie. Warto natomiast zwrócić uwagę na wystąpienia władz monetarnych, ponieważ ryzyko cięć stóp zostało wymazane z rynkowej wyceny podczas ostatniego wystrzału kursu.

EUR/USD wzrósł ponad 1,10 i teraz stanie w obliczu kolejnych, potencjalnie fatalnych danych. Dotyczy to przede wszystkim produkcji przemysłowej, ale rynek zwróci uwagę w pierwszym rzędzie na publikację ZEW. Bez ugruntowanej wiary, że europejska gospodarka najgorsze ma za sobą, wspólna waluta będzie mieć problem ze zbudowaniem trwałego trendu. Naszym scenariuszem bazowym jest rwana, szarpana aprecjacja i wzrost kursu do 1,13 w IV kwartale. W USA na świeczniku znajdą się ostatni wystąpienia członków Fed przed okresem ciszy medialnej oraz dane o sprzedaży detalicznej (środa) i produkcji przemysłowej (czwartek). W tym drugim przypadku dane będą pod silnym negatywnym wpływem strajku w General Motors. Po fatalnych odczytach wskaźników ISM za wrzesień, warto też śledzić pierwsze odczyty barometrów koniunktury za październik. Oczywiście będą to NY Empire State (wtorek) oraz Philly Fed (czwartek). Pierwszy z tych odczytów tradycyjnie przypada na poniedziałek, ale został przesunięty ze względu na Dzień Kolumba.

Sporządził: Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers

Dziś wygrywa optymizm

Rynki łakną dobrych informacji. Jakakolwiek zapowiedź rozwiązania któregoś z ryzyk jest przez inwestorów brana za dobrą monetę. Wiadomości ze Stanów i z Wysp doprowadziły do zapanowania bardzo dobrych nastrojów, które najbardziej wspomagają funta. Jednak na prawdziwy i fundamentalny przełom będziemy chyba musieli jeszcze trochę poczekać.

Niewiele potrzeba

Na rynku czuć silny powiew optymizmu. Uwaga inwestorów jest skupiona na Waszyngtonie, gdzie odbywają się negocjacje na wysokim szczeblu między USA a Chinami. Rynki doceniają mocno sam fakt dalszego trwania rozmów, ponieważ na początku tygodnia nie było to wcale takie pewne. Pozytywny nastrój podsycił dodatkowo prezydent Donald Trump, który określił pierwszy dzień obrad jako “owocny” i jeszcze dziś zamierza osobiście spotkać się z wicepremierem Liu He. Wcześniej amerykański przywódca zapowiedział, że interesuje go tylko duża i kompleksowa umowa. Jednak rynek po cichu liczy, że uda się podpisać choćby cząstkowe porozumienie, które pozwoli uniknąć wprowadzenia kolejnych, wyższych ceł. W szybkie podpisanie wszechstronnego układu kończącego konflikt handlowy przynajmniej na razie nikt nie wierzy.

Coraz bliżej brexitu?

Funt z wielkim entuzjazmem przyjął wynik wczorajszego spotkania premierów Wielkiej Brytanii oraz Irlandii. Zakończyło się ono wspólnym oświadczeniem, że prawdopodobnie jeszcze w październiku możliwe będzie porozumienie w sprawie irlandzkiego backstopu. Już sama zapowiedź osiągnięcia kompromisu wystarczyła do umocnienia GBP wobec USD o 2%. Była to największą dzienna zmiana  od 7 miesięcy. Zdaje się, że rynek na fali optymizmu zapomniał, że ewentualna umowa nie dotyczy tylko tych dwóch państw i musi być jeszcze zatwierdzona przez Brukselę, a to wcale nie jest takie oczywiste. Pozostało jeszcze 20 dni do wyznaczonej daty brexitu i wydawać by się mogło, że już najwyższa pora na konkretne rozwiązania, a nie kolejne mgliste obietnice.

Po co te ratingi?

Lokalnie warto zwrócić uwagę na ratingi dla Polski, które prawdopodobnie pojawią się jeszcze dziś. Swoje oceny mogą (choć nie muszą) ogłosić S&P i Moody’s. W tym miejscu warto zadać pytanie o sens takich publikacji w takim terminie, czyli na dwa dni przed wyborami parlamentarnymi. Jest to jeden z elementów, które sprawiają, że najbardziej prawdopodobny scenariusz zakłada zachowanie obecnych ocen (A2 w Moody’s oraz A- w S&P). Co prawda agencje mogą pokusić się o bilans obietnic wyborczych, ale przynajmniej w przypadku Polski raczej rzadko się to zdarza. Na razie trudno też oczekiwać wielkiego przełomu, który miałby wywołać głośny wyrok TSUE, między innymi dlatego, że mocno problematyczne jest wysnucie wniosków o jego ostatecznych konsekwencjach. Co do samych wyborów, rynek podchodzi do nich (przynajmniej na razie) ze stoickim spokojem, dyskontując sondażowe przewidywania. Te zakładają ponowne zwycięstwo rządzącej partii. Złoty pozostaje dziś względnie stabilny. Wycena euro, jak i dolara, względem wczorajszego zamknięcia się nie zmieniła. EUR jest w okolicach 4,30 zł, a USD 3,90 zł. Drożeje GBP, który pozostaje dziś jedną z najsilniejszych walut. Ok. godz. 14 dochodzi do 4,93 zł. Tanieje za to frank, który ma chęć do przełamania poziomu 3,90 zł.,

Krzysztof Adamczak, analityk walutowy Internetowykantor

Na rynku niepodzielnie rządzi optymizm

Na rynku niepodzielnie rządzi optymizm. Zarówno w kwestii brexitu, jak i wojen handlowych. W rezultacie funt zaliczył potężny wystrzał ( ponad 2 proc.), podniosły się globalne indeksy giełdowe, zyskują ryzykowne waluty a tracą bezpieczne przystanie jak jen czy funt. Zwycięża typowa skłonność do postrzegania rzeczywistości przez różowe okulary.

W kwestii brexitu pojawiło się światełko w tunelu. Spotkanie premierów Irlandii i Wielkiej Brytanii zostało zwieńczone wspólnym stanowiskiem, w którym podkreślane jest, że jeszcze w październiku możliwe jest osiągnięcie porozumienia w sprawie irlandzkiego bezpiecznika . Nie znamy jednak żadnych szczegółów. Można przypuszczać jedynie, że strony zmierzają w kierunku jakiejś formy umowy o wolnym handlu. Do wystrzału funta podchodzimy jednak z dużą dozą ostrożności. Czas ucieka a Boris Johnson dysponuję bardzo kruchą większością w brytyjskim parlamencie. Stanowisko Irlandii – choć ważne – to nie może być ekstrapolowane na podejście całej Unii Europejskiej. Kilkadziesiąt godzin wcześniej Johnson został ostro zrugany przez kanclerz Merkel. Sporo możemy dowiedzieć się po dzisiejszym spotkaniu negocjatorów. Przypomnijmy, że pierwotnie miało być ono ostatecznym terminem na ustalenie warunków umowy brexitowej a ta miała być zatwierdzona na przyszłotygodniowym szczycie…

W przypadku wojen handlowych do wywołania optymizmu wystarcza że nadal Trump pierwszy dzień rozmów określił jako owocny. Być może inwestorom wystarcza, że żadna ze stron nie wstała od stołu… Dziś spotkanie na szczycie. Trump będzie negocjował bezpośrednio z wicepremierem Chin. Uważamy, że bardzo prawdopodobne jest fasadowe, częściowe porozumienie. Na tapecie znajdzie się przede wszystkim kwestia polityki kursowej Chin. Inne ważne obszary, w których stanowisko obu stron jest bardzo odległe, pozostaną prawdopodobnie nierozwiązane. Ot, kolejne zamiecenie problemu pod dywan. Jak bardzo szczątkowym porozumienie by nie było, to w krótkim terminie zostanie odebrane pozytywnie. Noe dopuści ono do podniesienia ceł, do którego miało dojść w przyszłym tygodniu i generalnie eskalacji konfliktu handlowego w kolejnych tygodniach. Warto jednak pamiętać, że globalna gospodarka już teraz mocno hamuje i takie częściowe porozumienie niewiele w tej kwestii odmieni…

Na koniec pochylny się nad niedzielnymi wyborami parlamentarnymi w Polsce. W mniemaniu inwestorów najbardziej prawdopodobnym rozstrzygnięciem są samodzielne rządy Prawa i Sprawiedliwości. Będą one gwarantować utrzymanie bieżącej linii polityki i między innymi jedynie kosmetyczne zmiany w projekcie budżetu na 2020 rok. Oczywiście w szerszym horyzoncie planowane zintensyfikowanie transferów socjalnych i podniesienie obciążeń fiskalnych na przedsiębiorstwa (podnoszenie płacy minimalnej) mogą skutkować pogorszeniem się kondycji finansów publicznych i obniżeniem konkurencyjności polskiej gospodarki. Tyle tylko, że kroki te są od dawna wycenione a po błędach z początków kadencji PiS, agencje ratingowe nie będą reagować z wyprzedzeniem. W najkrótszym terminie zdecydowana przewaga PiS byłaby dla złotego i polskich aktywów neutralna. Możliwość samodzielnego rządzenia byłaby lepsza niż koalicja z mniejszym ugrupowaniem. EUR/PLN na fali poprawy globalnych nastrojów już teraz zbliża się natomiast do 4,30 i nie widzimy z tych poziomów znacznego pola do kontynuacji umocnienia. W naszej ocenie te poziomy korespondują ze średnioterminową wartością godziwą. Z kolei EUR/USD wyszedł nad 1,10 i tak długo jak pozostaje nad tym poziomem, perspektywy tej pary walutowej należy postrzegać lekko pozytywnie. Większe pole do odreagowania pojawi się dopiero po wyjściu nad 1,11. Naszym scenariuszem bazowym są rwane, chimeryczne wzrosty EUR/USD.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
TMS Brokers S.A.

Nowy profil pracownika z Ukrainy: wyższe kwalifikacje i rosnąca świadomość praw pracowniczych

Niemal pięć milionów migrantów zarobkowych przyjęły kraje Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), z czego ponad milion jako miejsce pracy wybrało Polskę. I chociaż według Eurostatu w ubiegłym roku liczba migrantów spoza UE na naszym rynku nieznacznie spadła, to pracownicy z Ukrainy wciąż stanowią ich większość. Jak w ciągu ostatnich pięciu lat zmienił się profil pracownika tymczasowego z Ukrainy – zarówno pod względem jego oczekiwań, jak i wymagań stawianych przez pracodawców?

Jak wynika z raportu OECD, opublikowanego we wrześniu tego roku, w 2017 roku nad Wisłę wyemigrowało blisko 600 tysięcy obywateli Ukrainy i stanowili oni niemal 86% wszystkich migrantów. Pod tym względem jesteśmy liderem wśród państw OECD i znacznie wyprzedzamy np. Stany Zjednoczone.

Niewątpliwie wpływ na rosnącą popularność Polski jako kierunku migracji zarobkowej miała aneksja Krymu w 2014 roku i wybuch wojny na Wschodzie, której naturalną konsekwencją była pogarszająca się sytuacja ekonomiczna na Ukrainie. W pierwszych latach po aneksji polscy pracodawcy obawiali się zatrudniania cudzoziemców, co spowodowane było niewielkim doświadczeniem, nieznajomością przepisów i procedur administracyjnych oraz barierą językową. Dzisiaj sytuacja wygląda zupełnie inaczej.

Elastyczne podejście do pracownika

W ciągu ostatnich pięciu lat wzrosła świadomość pracodawców na temat zatrudniania ukraińskich pracowników. Z doświadczeń agencji IPF, zdobytych w trakcie wieloletniej współpracy z polskimi pracodawcami, wynika, że nastąpiła stopniowa zmiana oczekiwań względem kompetencji pracowników ze Wschodu. Dzisiaj pracodawcy poszukują nie tylko osób chętnych do pracy, ze znajomością języka polskiego, ale także osób gotowych do podnoszenia swoich kwalifikacji, chcących zdobywać nowe umiejętności, aby zostać w pracy jak najdłużej.

– W przypadku wysoko zautomatyzowanych firm produkcyjnych, gdzie pracownicy dedykowani są do prostych prac takich jak: pakowanie, przeładunek czy ocena wizualna wyprodukowanego komponentu, pracodawcy oczekują od pracowników frekwencji, rzetelności, utrzymywania odpowiedniego tempa pracy oraz zdolności manualnych. W branżach specjalistycznych, np. w branży farmaceutycznej, bardzo ważna jest umiejętność czytania w języku polskim, szczególne dbanie o higienę pracy oraz staranność w wykonywaniu powierzonych zadań – mówi Mariusz Dolata, prezes IPF Group.

W przypadku pracodawców, którzy zatrudniają pracowników z technicznym wykształceniem, m.in. monterów, ślusarzy, spawaczy czy tokarzy, wyróżnić można dwa typy poszukiwanych pracowników: fachowców z długoletnim doświadczeniem, którzy posiadają odpowiednie certyfikaty i mogą potwierdzić swój staż pracy, oraz osoby młode, które ukończyły szkoły zawodowe w wyżej wymienionych zawodach i mogą objąć stanowisko po uprzednim szkoleniu stanowiskowym. Z kolei przy zatrudnianiu do prac sezonowych lub lekkich i niewymagających kwalifikacji, pracodawcy decydują się na zatrudnianie osób w każdym wieku, a jedynym wymogiem jest zdolność kandydata do pracy fizycznej.

– Największym problemem pracodawców jest nadal duża rotacja pracowników, która często wpływa na terminowość realizacji zleceń – komentuje Mariusz Dolata. – Aby uniknąć takich sytuacji, pracodawcy coraz częściej podejmują szereg działań, by zatrzymać przy sobie cennego pracownika, oferując mu np. darmową kwaterę, dodatki świąteczne, zaplanowaną ścieżkę kariery czy możliwość relokacji i zatrudnienia rodziny w Polsce. Dobrym rozwiązaniem jest także zatrudnianie par w jednym zakładzie pracy.

Większa świadomość Ukraińców w temacie praw pracowniczych

Wzrost stawki minimalnej, pozytywne doświadczenia z pracy w Polsce, a także nowe przepisy ułatwiające uzyskanie karty pobytu, sprawiły, że praca w Polsce stała się dla Ukraińców regularnym źródłem uzyskiwania dochodów. Nie bez znaczenia jest także wzrost świadomości Ukraińców w kwestii ich praw pracowniczych. Pracownicy ze Wschodu doskonale znają różnice wynikające z zatrudniania ich na podstawie różnych form prawnych, wiedzą, jak długo mogą tu przebywać, a także na jakie wynagrodzenie mogą liczyć.

– Naszą standardową praktyką jest informowanie kandydatów o przysługujących im prawach jeszcze przed wyjazdem z Ukrainy. Obserwujemy, że ukraińscy pracownicy coraz częściej jednoczą się w specjalnych zrzeszeniach i organizacjach, które na bieżąco informują o przysługujących im prawach, zmianach w przepisach czy udzielają porad prawnych. Jednocześnie dopytują też pracodawców o możliwość pracy na stałe, ubiegania się o polską emeryturę czy zasady przyznawania 500+ – dodaje Mariusz Dolata.

Niedawno powołany został do życia pierwszy Związek Zawodowy Ukraińców w Polsce, który jest wspólną inicjatywą OPZZ i Ukraińców, a jego celem jest ochrona cudzoziemców zatrudnianych w naszym kraju. Jednocześnie rośnie aktywność na tym polu w mediach społecznościowych takich jak Facebook. Pojawiło się wiele stron oraz wideoblogów, które informują i wspierają ukraińskich pracowników w walce o swoje prawa. Wśród obywateli Ukrainy najbardziej popularną aplikacją jest Viber, za pomocą którego zdobywają pracę i uzyskują opinie na temat polskich pracodawców. Aktywnie korzystają z nich nie tylko młode osoby, których z roku na rok przybywa w Polsce, ale także pracownicy w wieku 50+.

Firmy wstrzymują inwestycje z obawy o koniunkturę w przyszłości

  • Firmy wstrzymują inwestycje. Wg ankiet NBP zaledwie co piąty przedsiębiorca planuje inwestycje w tym roku.
  • Wynika to m.in. z niepewności gospodarczej związanej z wyborami, a także z trudności w pozyskiwaniu funduszy na inwestycje.
  • Może być jeszcze gorzej, bo Wskaźnik Wyprzedzający Koniunktury we wrześniu spadł o niemal 2 punkty w stosunku do notowań sprzed miesiąca.

Inwestycje firm utrzymują się na niskim poziomie od 2015 r. Początek tego roku był lepszy, ale głównie dzięki firmom zagranicznym. Polscy przedsiębiorcy są ciągle ostrożni i wstrzymują nakłady na nowe inwestycje. W dodatku w ocenie NBP nie można się spodziewać ani silniejszego dopływu inwestycji, ani zwiększenia nakładów na projekty już realizowane. Wg ankiet NBP zaledwie co piąty przedsiębiorca planuje inwestycje – zainteresowanie nowymi wykazało jedynie 21 proc. badanych (wyniki badania koniunktury Szybki Monitoring). Zainteresowanie nowymi inwestycjami jest najniższe od 2013 r.

Problemy są na bank

Przyczyn niskiego poziomu inwestycji firm jest kilka. Jednym z nich jest okres wyborczy i obawy o nowe obciążenia nakładane na przedsiębiorców zgłaszane w kampanii wyborczej.

Inną przyczyną jest powściągliwość banków w kredytowaniu inwestycji firm. Dostępność kredytów dla przedsiębiorców w Polsce spada, coraz więcej ubiegających się o kredyt, nie dostaje środków na inwestycje. Banki są oporne w udzielaniu kredytów, rośnie za to udział faktoringu.

– Przedsiębiorca potrzebuje kapitału do inwestowania i rozwoju firmy. Pomimo dobrej koniunktury gospodarczej firmy nie skracają terminów regulowania należności, a w badaniach co piąty przedsiębiorca odpowiada, że opóźnienia w płatnościach rosną, więc tym większe jest zapotrzebowanie na zewnętrzne środki, które można przeznaczyć na rozwój i inwestycje.

Z roku na rok coraz większe znaczenie w pozyskiwaniu kapitału ma faktoring, którego koszty systematycznie spadają – mówi Anna Konecka-Pająk – Dyrektor Makroregionu Mazowieckiego w eFaktor.

Środki uzyskane poprzez faktoring można przeznaczyć na nowe inwestycje, ale można nimi także uregulować bieżące zobowiązania podatkowe, należne ZUS, a także raty kredytów, leasingu, czy nawet należności wobec pracowników związane z wynagrodzeniem.

Obawy o koniunkturę w przyszłości

Wskaźnik Wyprzedzający Koniunktury (WWK), informujący z wyprzedzeniem o przyszłych tendencjach w gospodarce, we wrześniu 2019 roku spadł o niemal 2 punkty w relacji miesiąc do miesiąca. Był to największy jednorazowy spadek od blisko czterech lat (dane Biuro Inwestycji i Cykli Ekonomicznych – BIEC). Powodem może być osłabienie koniunktury w niektórych krajach europejskich, szczególnie w Niemczech, które są najważniejszym partnerem gospodarczym naszego kraju.

Aktualnie na 22 główne branże aż 14 sygnalizuje ograniczenie popytu zagranicznego i obawy o wielkość zamówień w najbliższych miesiącach.

– Spadek koniunktury uderzy przede wszystkim w small biznes, który często opiera się na jednym -dwóch kontraktach. Jeśli zostaną zakończone lub ograniczone, stworzy to duży problem dla takich przedsiębiorstw. Małych firm jest w Polsce prawie 2 mln, a luka w finansowaniu przez banki małych i dużych jest wyraźna, ponieważ banki wysoko szacują realne ryzyko udzielenia kredytów małym i średnim firmom. Inaczej jest w przypadku faktoringu, gdzie możliwe jest finansowanie wybranych faktur, a nie całych pakietów, a gwarancją jest sama faktura – mówi Anna Konecka – Pająk – z  eFaktor.

Rekordowa liczba elektronicznych wniosków o dopisanie do rejestru bądź spisu wyborców. To duże wyzwanie dla samorządów

Rekordowa liczba elektronicznych wniosków o dopisanie do rejestru bądź spisu wyborców. To duże wyzwanie dla samorządów 7

Osoby, które 13 października chcą wziąć udział w wyborach poza swoim miejscem zamieszkania i dopisać się do spisu bądź rejestru wyborców, mogły to zrobić do 8 października osobiście lub online. Liczba elektronicznych wniosków okazała się bardzo wysoka – w sumie wpłynęło ich ponad 265 tys. Minister cyfryzacji Marek Zagórki podkreśla, że złożenie wniosku nie oznacza jednak automatycznie dopisania do rejestru bądź spisu wyborców. Dlatego przed pójściem na wybory trzeba się upewnić, czy został on obsłużony przez urząd gminy.

Zakończyliśmy przyjmowanie elektronicznych wniosków składanych online o dopisanie się do spisu bądź rejestru wyborców. Ta usługa spotkała się z bardzo dużym zainteresowaniem, już na etapie wyborów samorządowych skorzystało z niej około 45 tys. osób. Natomiast to, co stało się w ciągu ostatniego miesiąca, przerosło nasze oczekiwania. Łączna liczba wniosków złożonych online przekroczyła 265 tys., przy czym blisko 220 tys. to wnioski o dopisanie do spisu wyborców, a 45 tys. do rejestru wyborców – mówi Marek Zagórski, minister cyfryzacji.

W najbliższą niedzielę odbędą się wybory do Sejmu i Senatu. Zgodnie z kalendarzem wyborczym do 8 października trzeba było się dopisać do spisu bądź rejestru wyborców, aby wziąć w nich udział.

Do spisu wyborców można dopisać się tylko na najbliższe wybory – muszą to zrobić osoby, które chcą głosować poza swoim miejscem zameldowania (np. przebywają w tym czasie w innym mieście). Natomiast chcąc zmienić miejsce głosowania na stałe – trzeba dopisać się do rejestru wyborców. Do wtorku można było zrobić to osobiście, we właściwym urzędzie, albo elektronicznie – za pomocą Profilu Zaufanego lub e-dowodu.

Jak podkreśla minister Zagórski, złożenie takiego wniosku nie oznacza jednak automatycznie dopisania do rejestru bądź spisu wyborców. Wniosek online trafia najpierw do urzędu gminy, gdzie musi zostać odebrany i rozpatrzony przez urzędnika. Dlatego wszystkie osoby, które wysłały elektroniczne wnioski – zwłaszcza ostatniego dnia, po godzinach pracy urzędu – powinny się upewnić, czy na pewno zostały rozpatrzone. Można to zrobić, kontaktując się z urzędem telefonicznie.

Podkreślam kolejny raz, że są to tylko wnioski. Dlatego apelujemy do obywateli, żeby sprawdzali, czy ich wniosek został obsłużony przez gminę. Zwłaszcza w przypadku dopisywania się do rejestru wyborców, bo tutaj procedura jest trochę bardziej skomplikowana – samorządy mają obowiązek zweryfikowania, czy rzeczywiście zamieszkujemy w miejscu, które deklarujemy. Co prawda uprościliśmy ten proces, ale mimo wszystko jest to decyzja administracyjna, którą musi wydać samorząd – podkreśla minister marek Zagórski.

Status swojego wniosku powinny sprawdzić zwłaszcza te osoby, które wnioskowały elektronicznie o dopisanie do rejestru wyborców. W tym przypadku urzędnik ma bowiem na rozpatrzenie 5 dni i powinien sprawdzić, czy dana osoba faktycznie mieszka we wskazanym miejscu. To oznacza, że wnioski wysłane po 6 października br. mogą nie zostać rozpatrzone przed najbliższymi wyborami.

Z uwagi na tak wielką liczbę wniosków warto się skontaktować telefonicznie z urzędem, czy rzeczywiście nasz wniosek został obsłużony. My także będziemy różnymi kanałami – zarówno mailowo, jak i SMS-owo – przypominać samorządom i osobom składającym te wnioski, żeby sprawdzać, weryfikować, czy one zostały obsłużone. Tym niemniej jeszcze raz apelujemy, żeby przed pójściem do wyborów skontaktować się z urzędem i to sprawdzić, o ile nie dostaliśmy wcześniej informacji potwierdzającej – mówi minister Marek Zagórski.

Jak podkreśla, liczba złożonych online wniosków o dopisanie do rejestru bądź spisu wyborców mogła zwyczajnie okazać się zaskoczeniem dla samorządów.

Dla przykładu, w samej Warszawie jest ponad 52 tys. wniosków o dopisanie się do spisu wyborców i ponad 12 tys. wniosków o dopisanie się do rejestru wyborców. To oznacza, że przed urzędami dużo pracy, żeby zdążyć te wnioski obsłużyć – mówi minister Zagórski – Tym samym apelujemy do samorządów, żeby zwrócić na to uwagę i wziąć sobie do serca fakt, że tych wniosków jest po prostu bardzo, bardzo dużo.

Osobom, które nie zdążyły złożyć wniosku, a 13 października chcą głosować poza miejscem swojego zameldowania, pozostaje osobiste pobranie z urzędu zaświadczenia o prawie do głosowania.

Unijne limity dwutlenku węgla dotyczą także segmentu samochodów sportowych. Elektryki i hybrydy zapewnią niższą emisję, a przy tym coraz lepsze osiągi

Unijne limity dwutlenku węgla dotyczą także segmentu samochodów sportowych. Elektryki i hybrydy zapewnią niższą emisję, a przy tym coraz lepsze osiągi 8

Samochody sportowe, które kiedyś miały wielkie silniki, ogromne turbodoładowanie i mogły palić 30–40 litrów benzyny, dziś stają się bardziej ekologiczne. Coraz częściej dołącza się do nich komponent elektryczny – mówi Stanisław Dojs, PR manager Volvo Car Poland. Elektryfikację wymuszają planowane od 2020 roku w całej Unii Europejskiej limity emisji dwutlenku węgla dla samochodów osobowych. Cały rynek motoryzacyjny przygotowuje się już do nowych restrykcji, modyfikując gamę modelową. Volvo zaprezentowało właśnie w Polsce swoją najnowszą, sportową limuzynę, która wpisuje się w ten trend.

– Unia Europejska wprowadza nowe regulacje dotyczące emisji dwutlenku węgla w branży samochodów osobowych. Volvo do tej zmiany przygotowuje się od dawna. W tej chwili już na całym rynku widzimy wysyp samochodów elektrycznych, hybrydowych i hybryd typu plug-in. Naturalną konsekwencją tego jest fakt, że elektryfikacja dotyka nie tylko samochodów masowych, które służą do przemieszczania się z punktu A do punktu B, lecz także aut sportowych –mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Stanisław Dojs, PR Manager Volvo Car Poland.

Od 2020 roku w Unii Europejskiej zaczną obowiązywać nowe normy emisji dwutlenku węgla dla samochodów osobowych – limit będzie wynosić 95 gramów dwutlenku węgla na przejechany kilometr. Większość producentów przygotowuje się do nowych restrykcji, dołączając do gamy modelowej samochody hybrydowe i elektryczne. Wśród samochodów osobowych są także samochody sportowe, których restrykcje także będą dotyczyć.

Najnowsza premiera Volvo – sportowa limuzyna Volvo S60 T8 Polestar Engineered, która zadebiutowała właśnie na rynku polskim, wpisuje się w nowy trend.

– Ten model ma być odpowiedzią na pytanie, jak skonstruować samochód, który będzie szybki, dynamiczny, a jednocześnie zmieści się w coraz surowszych normach ekologicznych. S60 T8 powstała na bazie zwykłej S60, która jest pierwszym samochodem Volvo produkowanym bez wersji diesla – mówi Stanisław Dojs.

– Volvo S60 Polestar Engineered to usportowiona wersja naszego najnowszego sedana. Samochód z jednej strony ma sportowy charakter, a wiele detali jest w nim podporządkowanych sportowej jeździe i osiągom. Natomiast z drugiej strony jest to hybryda, która idealnie wpisuje się w trend elektryfikacji samochodów. Linia Polestar Engineered pokazuje, jak będzie wyglądał świat motoryzacji według Volvo. Cała motoryzacja zmierza w kierunku elektryfikacji i jesteśmy tego przykładem – dodaje Kamil Sokołowski z Volvo Car Poland.

Volvo S60 T8 Polestar Engineered przyspiesza do setki w 4,4 sekundy – co oznacza, że jest to najbardziej dynamiczny samochód, jaki Volvo wyprodukowało seryjnie. W trybie bezemisyjnym na jednym ładowaniu baterii może przejechać około 40 kilometrów, nie emitując przy tym żadnych spalin. Taki zasięg zdaniem producenta w pełni wystarczy, aby na co dzień móc się poruszać nim po zatłoczonym mieście.

– Jednocześnie ten samochód może być też hybrydą – w tym trybie będzie odzyskiwał energię z hamowania i przełączał się pomiędzy napędem elektrycznym i hybrydowym. Jego łączna moc to ponad 400 KM, zatem można powiedzieć, że jest to ekologia bez żadnych wyrzeczeń, jeśli chodzi o osiągi – mówi Stanisław Dojs.

Na przestrzeni kolejnej dekady wszystkie sportowe samochody zyskają komponent elektryczny lub hybrydowy, co wymusi unijna legislacja – planowane na 2020 roku normy emisji dwutlenku węgla dla samochodów osobowych pięć lat później mają zostać zaostrzone o kolejne 15 proc.

– Samochody sportowe, które kiedyś miały wielkie silniki, ogromne turbodoładowanie i mogły palić 30–40 litrów na sto kilometrów, dzisiaj się zmieniają. Coraz częściej dołącza się do nich komponent elektryczny. Wpływa to nie tylko na niższą emisję dwutlenku węgla i niższe zużycie paliwa. Silnik elektryczny ma również genialną charakterystykę, gdy chodzi o to, jak poprawiać osiągi. Generuje moment obrotowy bardzo liniowo, generuje przyspieszenie od pierwszego obrotu koła. Ten silnik nie ma zadyszki, można powiedzieć, że jest wymarzony do poprawy osiągów – mówi Stanisław Dojs.

Poza napędem T8 Twin Engine (połączenie czterocylindrowego silnika benzynowego 2-litrowego z silnikiem elektrycznym) nowy model Volvo ma wyróżniać m.in. także sportowy, dynamiczny design i intuicyjna technologia.

– Do tej pory było niemożliwe, aby samochód o mocy 400 KM w sprzyjających warunkach palił 4–5 litrów na setkę, a tak się dzieje w przypadku hybryd typu plug-in. Nawet cisza, kiedy używamy trybu Pure, w którym jeździmy tylko na silniku elektrycznym, także jest uzależniająca – dodaje PR manager marki Stanisław Dojs.

Jak podkreśla, producent stopniowo od kilku lat wycofuje z oferty silniki większe niż 2-litrowe i diesle. Od tego roku wszystkie nowo prezentowane modele Volvo są już hybrydami, z kolei za miesiąc swoją premierę będzie mieć pierwszy w pełni elektryczny samochód marki.

– Naszym zdaniem pomostem pomiędzy pełną elektryfikacją całej branży a samochodami spalinowymi, które mamy dziś, będą hybrydy. W naszym przypadku postawiliśmy na hybrydy typu plug-in, które można z jednej strony ładować z gniazdka, a jednocześnie mogą się poruszać bezemisyjnie przez 30–40 kilometrów. I to te samochody już zyskują na popularności, bo stanowią obecnie ok. 2,5 proc. sprzedaży w Polsce. W Europie plug-iny już osiągnęły poziom 10 proc. naszej sprzedaży, więc jest to zauważalny fragment rynku – mówi Stanisław Dojs.

Przyszłością systemów antyplagiatowych będzie stworzenie profilu językowego studenta. To pozwoli wychwycić prace kupowane na zamówienie

0

Przyszłością systemów antyplagiatowych będzie stworzenie profilu językowego studenta. To pozwoli wychwycić prace kupowane na zamówienie 9

Na 300 tys. prac dyplomowych przebadanych w tym roku w 8 proc. z nich zostały przekroczone poziomy ostrzegawcze. To oznacza, że przynajmniej 40 proc. treści może potencjalnie pochodzić z innego źródła. Algorytm Jednolitego Systemu Antyplagiatowego analizuje ok. miliarda dokumentów, weryfikuje autentyczność pracy także w porównaniu z obcojęzycznymi. Problemem są też prace kupowane na zamówienie. W przyszłości pomoże z nimi walczyć stworzenie językowego i stylistycznego profilu autora.

– Studenci często nie są zmotywowani do tego, żeby rzetelnie napisać swoje prace. Nie są nawet zainteresowani tematem, o którym piszą – mówi agencji Newseria Biznes Gabriela Górska, psycholożka społeczna UW z OPI PIB. – Może nie są w stanie rzetelnie napisać pracy przez dużą ilość codziennych obowiązków. Jedno z badań przeprowadzonych na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu pokazuje, że częściej plagiatują osoby, które są zatrudnione i jednocześnie studiują.

Problem nadużyć może w pewnej mierze mieć swoje źródło w szkołach wyższych, które nie zawsze przygotowują do napisania pracy dyplomowej czy bibliografii we właściwy sposób. Zdecydowana większość studentów ocenia plagiat jako naganny, z drugiej jednak strony duża grupa próbuje oszukać system. Nie zawsze też mają świadomość, co tak naprawdę jest plagiatem.

– Niektóre z badań pokazują, że studenci myślą, że plagiatem jest wyłącznie nieoznaczony cytat, a nie wiedzą o tym, że ubranie czegoś we własne słowa czy właśnie przetłumaczenie z jednego języka na drugi też jest plagiatowaniem. Popełniają więc coś, o czym teoretycznie wiedzą, że jest złe, nie wiedząc jednocześnie, że w praktyce to czynią – tłumaczy Gabriela Górska.

Część studentów przy pisaniu prac jest kreatywna: nie tylko korzysta z wielu źródeł, lecz także sięga po prace obcojęzyczne. Jeszcze inni decydują się na mechaniczne zmiany i techniczne ingerencje w tekst.

– Są różne rodzaje nadużyć autorskich, m.in. tworzenie kopii z innych prac. Mając dużą bazę referencyjną, jesteśmy w stanie znaleźć te podejrzane dokumenty i zaznaczyć wspólne fragmenty między dokumentem źródłowym a badanym – mówi dr inż. Marek Kozłowski, kierownik Laboratorium Inżynierii Lingwistycznej Ośrodka Przetwarzania Informacji – Państwowego Instytutu Badawczego.

Z danych OPI PIB wynika, że algorytmy Jednolitego Systemu Antyplagiatowego przebadały już ponad 300 tys. prac dyplomowych. Statystyki wskazują, że w przypadku 8 proc. z nich został przekroczony poziom ostrzegawczy, co oznacza, że przynajmniej 40 proc. treści pracy może potencjalnie pochodzić z innego źródła. Próg alarmowy, w którym podobieństwo szacuje się na ok. 70 proc., przekroczyło 2,5 proc. prac.

– Takie podstawowe techniki to są techniki znakowej manipulacji tekstem, czyli wprowadzanie białych znaków albo mikrospacji. Biały znak jest niewidoczny dla osoby czytającej, ale system widzi ten znak jak każdy inny. Mikrospacje, czyli spacje o rozmiarze czcionki 1, również są niewidzialne dla użytkownika. Dla systemu to ciąg liter oddzielonych od siebie spacjami – tłumaczy dr inż. Marek Kozłowski.

Jeszcze kilka lat temu takie manipulacje były częstsze, bo mniejsze było też ryzyko ich znalezienia. Jednolity System Antyplagiatowy takie nadużycia rozpoznaje jednak od razu.

– Rysujemy rozkład długości słów. Jeżeli jest bardzo dużo słów o długości jednej–dwóch liter lub występuje bardzo dużo słów o znacznej długości, po kilkadziesiąt znaków, to istnieje podejrzenie, że ktoś wykonał tego rodzaju nadużycie – wskazuje ekspert.

JSA wyłapuje nie tylko manipulacje tekstem czy lustrzane zapożyczenia, fragmenty zbliżone semantycznie i tzw. mozaiki, czyli wykorzystanie fragmentów kilku różnych prac do stworzenia jednej, lecz także fragmenty podobne semantycznie. JSA porównuje długie fragmenty tekstu i w ten sposób zauważy np. zmiany w kolejności zdań czy szyku wyrazów, a jako zapożyczenie oceni też przeplatanie własnymi słowami oryginalnego tekstu.

– Kolejne nadużycie studentów to tłumaczenie innych prac. Czyli wtedy, gdy student bierze pracę napisaną w innym języku i tłumaczy ją automatycznie albo samodzielnie. Jeżeli tłumaczy sam, jest to pewien wkład własny, co jest trudne do wykrycia. Natomiast można też tłumaczyć pracę automatycznie narzędziami informatycznymi, np. translatorami – zaznacza Kozłowski.

Jednolity System Antyplagiatowy jest w stanie znaleźć większość nadużyć, jest jednak bezradny w przypadku zjawiska tzw. ghostwritingu, czyli kupowania gotowych prac napisanych przez inną osobę. Nie zawsze jest też w stanie znaleźć kopie kilku prac z różnych języków. JSA weryfikuje oryginalność tekstów m.in. w zestawieniu z tekstami zawartymi w internecie czy Ogólnopolskim Repozytorium Pisemnych Prac Dyplomowych, gdzie wśród kilku milionów prac znajdują się także prace obcojęzyczne. Te bazy muszą być jednak ciągle rozwijane, podobnie jak metody walki z ghostwritingiem.

– Kolejne kroki, które należy wykonać w rozwoju walki z plagiatami to, po pierwsze, profilowanie behawioralne, czyli gromadzenie dokumentów napisanych przez daną osobę w celu stworzenia profilu autora i weryfikowania każdej pracy z tym profilem. Będzie można wtedy stwierdzić, czy praca jest z nim zgodna, czy odbiega stylem od innych prac danej osoby. A druga kwestia to weryfikowanie, czy praca nie jest przetłumaczona z innego języka – ocenia dr inż. Marek Kozłowski.

Literacki Nobel dla Olgi Tokarczuk. Literaci: „już dawno powinna trafić do kanonu lektur”

0

Literacki Nobel dla Olgi Tokarczuk. Literaci: "już dawno powinna trafić do kanonu lektur" 10

Olga Tokarczuk została laureatką Literackiej Nagrody Nobla za rok 2018 – poinformowała wczoraj szwedzka Akademia. Tokarczuk jest 15. kobietą w dotychczasowej historii uhonorowaną tą nagrodą oraz oraz piątą jej laureatką z Polski. Wyróżnienie przyznano „za wyobraźnię narracyjną, która z encyklopedyczną pasją prezentuje przekraczanie granic jako formę życia”. Literaci oceniają, że powieściopisarka została doceniona m.in. za uniwersalizm i już dawno powinna trafić do kanonu lektur.

Olga Tokarczuk powinna znaleźć się w kanonie lektur już dawno, powinny do niego trafić choćby jej opowiadania. Musimy pamiętać, że ona już znalazła się w kanonie literatury europejskiej – i to nie tylko za sprawą Nagrody Bookera za „Biegunów”, ale i jako autorka jednej z książek w międzynarodowej serii „Anna In w grobowcach świata”, obok najwybitniejszych pisarzy europejskich. Tak więc, jeśli jej ciągle nie ma w kanonie, to jest straszne zaniedbanie. Nie popełnijmy kolejnego błędu, likwidując swoich bohaterów albo nie doceniając dość swoich pisarzy, tak jak na to zasługują – mówi prof. dr hab. Ewa Paczoska z Instytutu Literatury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego.

Informacja o Noblu dotarła do pisarki na autostradzie w Niemczech, w drodze na konferencję z okazji Dni Literatury w mieście Bielefeld. „Wiedziałam, że potrafię pisać bardzo dobrze, ale nie sądziłam, że to wystarczy, by otrzymać taką nagrodę. Gdzieś między Berlinem a Bielefeldem zobaczyłam połączenie ze szwedzkim numerem na wyświetlaczu i serce zaczęło mi szybciej bić” – zacytował jej komentarz lokalny portal „Neue Westfalische”. Pisarka poinformowała, że cieszy się, że nagroda trafiła do Europy Środkowej, zadedykowała literackiego Nobla Polakom i zaapelowała, żeby głosować za demokracją w nadchodzących wyborach parlamentarnych.

Można było podejrzewać, że Literacka Nagroda Nobla za rok 2018 powędruje do kobiety. W marcu tego roku nowy sekretarz, Anders Olsson w internetowym wywiadzie wspominał, że Komitet Noblowski ma świadomość, że do tej pory ta nagroda była przyznawana przede wszystkim białym mężczyznom z Europy czy po prostu z Zachodu co wskazywało, że tym razem nagrodę dostanie twórca płci żeńskiej i być może spoza świata zachodniego. Dostała Olga Tokarczuk, co jest wielkim świętem dla polskiej literatury – mówi Łukasz Wróbel z Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego.

Tokarczuk jest 15. kobietą w dotychczasowej historii uhonorowaną tą nagrodą oraz oraz piątą jej laureatką z Polski (obok Wisławy Szymborskiej, Czesława Miłosza, Władysław Reymonta i Henryka Sienkiewicza).

Jest to 5. Nagroda Nobla w dziedzinie literatury przyznana polskiemu twórcy czy też twórczyni. Ostatnia w 1996 roku była dla Wisławy Szymborskiej, więc czekaliśmy 23 lata. Warto zwrócić uwagę, że Akademia Szwedzka była wielokrotnie krytykowana za – jak to różnie ujmowano – europocentryzm, zachodniocentryzm. Zdecydowana większość laureatów literackiej Nagrody Nobla tworzy bądź tworzyła w językach europejskich. Polska sytuuje się w dotychczasowym rankingu na 8 pozycji z dotychczasowymi czterema nagrodami, ta kolejna siłą rzeczy przesuwa nas wyżej – mówi Łukasz Wróbel.

Tokarczuk w ubiegłym roku została jjuż uhonorowana międzynarodową, prestiżową nagrodą The Man Booker International Prize za powieść „Bieguni”. Autorka m.in. powieści „Prowadź swój pług przez kości umarłych” i „Ksiąg Jakubowych” była też dwukrotnie nominowana do National Book Award i wielokrotnie doceniana w kraju (m.in. Paszportem „Polityki” i Nagrodą Literacką „Nike”).

Studenci czytają ją chętnie, chętnie poddają analizie. To jest też taka literatura, która jest rajem dla literaturoznawcy, ponieważ jest pełna różnych kontekstów, odwołań, odniesień, do mitologii, do innych utworów literackich, więc poloniści od lat są bardzo zadowoleni jako odbiorcy powieści Tokarczuk – mówi prof. Ewa Paczoska.

Nagroda Nobla dla Olgi Tokarczuk to nie tylko najwyższe, najbardziej prestiżowe wyróżnienie w dziedzinie literatury, ale i nagroda finansowa w wysokości 9 mln koron szwedzkich, co w przeliczeniu na polską walutę oznacza ponad 3,5 mln zł. Jak podano w uzasadnieniu, powieściopisarka została doceniona „za wyobraźnię narracyjną, która z encyklopedyczną pasją prezentuje przekraczanie granic jako formę życia”.

W uzasadnieniu Akademii Szwedzkiej jest mowa o bogatej, encyklopedycznej wyobraźni, w której każdy może się odnaleźć. I wydaje się, że to rzeczywiście jest jeden z możliwych czynników, które wpłynęły na ten wybór. Olga Tokarczuk pisze językiem, który jest łatwo przetłumaczalny na inne mentalności, wrażliwości innych kultur. Jakkolwiek szereg jej utworów jest utrzymanych w naszym kontekście kulturowo-geograficznym, to – bez względu na specyfiki światów przedstawionych – dylematy, które ona problematyzuje i kwestie, które podnosi, są na tyle uniwersalne że może się w tym świecie odnaleźć zarówno czytelnik ze świata anglojęzycznego jak i spoza świata anglojęzycznego. Myślę, że została doceniona przede wszystkim za ten uniwersalizm – mówi Łukasz Wróbel.

Ja myślę, że ona się stawała coraz bardziej oryginalna, świadoma i stawała się literaturą światową w tym sensie, że traktowała coraz intensywniej o sprawach, które stanowią dla nas dzisiaj zagrożenie, problem, pytanie o współczesność. Zaczynała od „Podróży ludzi księgi”, która jest opowieścią trochę mityczną, a w kolejnych idzie z nami poprzez takie przestrzenie bardzo sobie bliskie, które można nawet ulokować geograficznie, ale które się otwierają właśnie na te problemy naszego świata, takie np. jak globalizacja, szalony ruch, który wymaga od nas nieustannej zmiany, wiecznych metamorfoz. Olga Tokarczuk też coraz bardziej podkreśla, że ona idzie szlakiem różnych polskich pisarzy w swoich poszukiwaniach. Ta Nagroda Nobla dla Tokarczuk jest także nagrodą dla całej polskiej literatury, dla całej polskiej powieści – podkreśla prof. dr hab. Ewa Paczoska z Instytutu Literatury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego.

Po smartfon sięgamy coraz częściej, nawet w intymnych sytuacjach. Na silny lęk przed odstawieniem cyfrowych urządzeń cierpi 14 proc. Polaków

Po smartfon sięgamy coraz częściej, nawet w intymnych sytuacjach. Na silny lęk przed odstawieniem cyfrowych urządzeń cierpi 14 proc. Polaków 11

Przeciętny internauta korzysta w ciągu dnia z social mediów  średnio 2 godziny i 16 minut, a na jednego użytkownika internetu przypada 8,9 kont w mediach społecznościowych. Z internetu korzystamy coraz częściej, w każdym miejscu, niemal w każdej, nawet intymnej sytuacji. W efekcie już 14 proc. Polaków cierpi na najwyższe FOMO, czyli strach przed odłączeniem. Uzależnienie od smartfonów może negatywnie wpływać na relacje międzyludzkie, a nawet prowadzić do depresji. Z FOMO nie tylko można, ale i trzeba walczyć. Pomocny może okazać się cyfrowy detoks.

– FOMO to akronim od wyrażenia fear of missing out, który rozumiemy jako strach przed odłączeniem od informacji, mediów społecznościowych, technologii – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr hab. Anna Jupowicz-Ginalska z Wydziału Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii, Uniwersytetu Warszawskiego.

Z raportu „FOMO 2019 – Polacy, a lęk przed odłączeniem” wynika, że 14 proc. internautów w Polsce cierpi na najwyższy stopień FOMO. To nieco mniej, niż rok wcześniej (16 proc.), ale w najmłodszej grupie (15-19 lat) najwyższy wskaźnik FOMO dotyczy niemal co czwartego internauty. Osoby cierpiące na FOMO to nie tylko aktywni użytkownicy social mediów, ale też i ich bierni obserwatorzy, którzy podpatrują to, co robią inni.

– Objawy FOMO to np. nieustanne sprawdzanie mediów społecznościowych, włączanie telefonu w momentach, kiedy tego nie powinniśmy robić. To budzenie się i zasypianie ze smartfonem w ręku, sięganie po smartfon w sytuacjach niesłychanie intymnych albo bardzo prywatnych. W naszych badaniach pojawiły się pytania nawet o  sytuacje intymne z partnerem. Jedno z nich brzmiało: „Jak często wybierasz ekscytowanie się Internetem zamiast bliskości ze swoim partnerem/swoją partnerką?”. Często, bardzo często i zawsze robi tak łącznie niemal 57 proc. fomersów, w porównaniu do 20 proc. respondentów z grupy ogólnej – mówi Anna Jupowicz-Ginalska.

Odcięcie od telefonu większości internautów utrudniłoby kontakt z bliskimi, a takie utrudnienie w utrzymywaniu stałych relacji z najbliższymi wzbudziłoby niepokój respondentów, podobnie jak przeświadczenie, że brak smartfona wpłynąłby na zerwanie kontaktów z otoczeniem. Niemożność odbierania telefonów, sprawdzania maili, mediów społecznościowych sprawia, że sama myśl o odłączeniu od urządzenia denerwuje.

– To sytuacje, kiedy odczuwamy halucynacje dźwiękowe, gdy np. nie mamy ze sobą smartfona, ale czujemy, że dzwoni nam kieszeń. Kiedy brak telefonu powoduje w nas strach, obawę przed tym, że nie będę wiedział, kto do mnie dzwoni, nie będę wiedział, co się teraz dzieje na świecie czy u moich bliskich, nie będę wiedział, co ze sobą zrobić – mówi ekspertka.

Z mediów społecznościowych korzystamy nie tylko podczas jazdy komunikacją miejską (27 proc.z grupy ogólnej, a z wysokiego FOMO na poziomie 67 proc.), ale także w teatrze (7 proc. z grupy ogólnej, a wśród fomersów – 36 proc.), podczas spotkań z bliskimi (10 proc. z grupy wszystkich badanych, 44 proc. w grupie wysokiego FOMO), w trakcie mszy świętej (6 proc. grupy ogólnej i 30 proc. fomersów), a także przechodząc przez ulicę (8 proc. vs 37 proc.) czy podczas prowadzenia samochodu (po 8 proc. z grupy ogólnej i 38 proc. z grupy wysokiego FOMO).

– Wszystko to, o co kiedyś oskarżało się media tradycyjne, ale również i internet, czyli atomizacja społeczeństwa, rozbicie go na mniejsze komórki, w przypadku fear of missing out faktycznie może nabierać realnych kształtów. Przenosimy nasze życie, relacje międzyludzkie, potrzebę komunikacji do sieci, zapominając o tym, co dzieje się dookoła – wskazuje współautorka raportu „FOMO 2019. Polacy a lęk przed odłączeniem”.

Walka z FOMO jest możliwa, np. poprzez cyfrowy detoks. To istotne, bo jak pokazuje badanie „Digital 2019”, z serwisów social media na świecie korzysta 3,48 mld użytkowników, w Europie jest to 462,5 mln osób. Na korzystaniu  z mediów społecznościowych w ciągu dnia spędzamy 2 godziny i 16 minut. Jak ocenia ekspertka, jeśli decydujemy się na detoks, należy stawiać przed sobą realne cele.

– Sukcesy nas motywują. Możemy faktycznie dążyć do tego, żeby zachować równowagę między byciem offline, a między byciem online, czyli byciem inline. Bycie inline to znaczy, że cały czas jesteśmy podpięci do mediów społecznościowych, świata cyfrowego i niejako z nimi na stałe zrośnięci. Od tego nie da się uciec, chodzi tylko o to, żeby znaleźć złoty środek i równowagę, aby przebywanie w świecie cyfrowym nie wyrządzało krzywdy zarówno nam, naszym najbliższym, jak i otoczeniu – podkreśla dr hab. Anna Jupowicz-Ginalska.

Nowa, polska platforma ze sztuczną inteligencją może wykrywać nowotwory już na wczesnym etapie. W przyszłości może znacznie skrócić kolejki do lekarzy specjalistów

Nowa, polska platforma ze sztuczną inteligencją może wykrywać nowotwory już na wczesnym etapie. W przyszłości może znacznie skrócić kolejki do lekarzy specjalistów 12

Diagnozowanie na bardzo wczesnym etapie nowotworów kości czy choroby Gauchera stanie się łatwiejsze dzięki platformie wykorzystującej pracę algorytmów sztucznej inteligencji do przetwarzania danych bioinformatycznych. Sztuczna inteligencja już dziś ułatwia pracę lekarzy dzięki rozwiązaniom analizującym również zdigitalizowane wyniki badań obrazowych. Dzięki temu zwiększają się szanse pacjentów na całkowite wyleczenie, a systemy opieki zdrowotnej mogą skutecznie walczyć z problemem kolejek do specjalistów.

– Skupiamy się na rozwiązaniach bioinformatycznych z zakresu nowych technologii wspomagania decyzji lekarskich w oparciu o dane, które są wprowadzane do systemów informatycznych szpitali. Chodzi o to, by automatycznie wysyłać powiadomienia, przypomnienia, sugestie prowadzącemu lekarzowi, tak żeby umożliwić jak największą czułość wychwytywania określonych przypadków, w tym wczesnego wykrywania nowotworów i przez to poprawę jakości leczenia chorych – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje prof. dr hab. n. med. Grzegorz Basak ze startupu Saventic Health.

Sztuczna inteligencja może być, zdaniem onkologów, szansą na ogromną poprawę procesu diagnozowania chorób nowotworowych. Amerykańska firma Proscia opracowała oprogramowanie Concentriq, wykorzystujące głębokie uczenie oparte na pracy sieci splotów neuronowych do analizowania zdigitalizowanych wyników badań, również obrazowych. Moduł DermAI sprawdza i klasyfikuje biopsje raka skóry przed lub po przeglądzie patologa w oparciu o 300 modeli diagnozowania. Pozwala to znacznie zmniejszyć ryzyko postawienia błędnej diagnozy.

– Nowotwór rozwija się często wiele lat, czasami krócej. Natomiast bardzo często ludzie są chorzy i chodzą po lekarzach, od specjalisty do specjalisty, zanim nowotwór zostanie ostatecznie odkryty. Systemy oparte na sztucznej inteligencji będą w stanie wychwycić ten nowotwór na wczesnych stadiach, wtedy, kiedy widoczne są tylko niewielkie odchylenia w morfologii krwi, wychwytywalne właśnie przez sztuczną inteligencję, niekoniecznie oczami lekarza, często będącymi jeszcze oficjalnie w granicach normy, ale już ulegające zmianie w czasie – tłumaczy prof. Grzegorz Basak.

Stworzona przez Saventic Health platforma SARAH jest rozwiązaniem, które bazuje na ogromnym zasobie danych historycznych, które gromadziły polskie szpitale. Po opracowaniu ich przez sztuczną inteligencję udało się stworzyć algorytmy zdolne do wykrywania już na wczesnym etapie nowotworów i chorób, które są bardzo trudne do zdiagnozowania, takie jak choroba Gauchera czy rak kości. Taki postęp w automatyzacji procesu diagnozowania nowotworów nie oznacza jednak ograniczenia kompetencji lekarzy.

– Sztuczna inteligencja będzie systemem tylko wspierającym pracę lekarza, ale nie zastępującym lekarza. To lekarz podejmuje decyzję w oparciu o swoją wiedzę i doświadczenie. Może uzyskiwać jedynie sugestie, podpowiedzi, które pozwolą mu zwiększyć swoją skuteczność. Lekarz ma prawo być zmęczony, może mieć za dużo pacjentów, zbyt mało czasu na pacjenta, a jeżeli system podpowie mu pewne rozwiązania w danej sytuacji, może zwiększyć swoją skuteczność i bezpieczeństwo swojego działania – wskazuje ekspert.

Wykorzystanie algorytmów sztucznej inteligencji w diagnostyce medycznej może być też szansą na uzdrowienie służby zdrowia. Dzięki platformom wspieranym przez sztuczną inteligencję pacjenci nie będą zmuszeni do odbywania wizyt u wielu różnych specjalistów, tylko zostaną skierowani do tego, który potwierdzi lub wykluczy wstępną diagnozę. To może wpłynąć na znaczną redukcję liczby wizyt odbywanych przez jednego pacjenta, a w rezultacie – skrócić kolejki do specjalistów. To również szansa na szybsze wdrożenie odpowiedniego modelu leczenia.

– Nasze rozwiązania mogą także dostarczyć możliwości celowanej terapii, szytej niejako na miarę pacjenta na podstawie indywidualnych cech chorego, jego choroby i proponowanego leczenia – dodaje prof. Grzegorz Basak.

Obecnie rozwiązanie proponowane przez polski spin off Uniwersytetu Warszawskiego jest testowane w sieci prywatnych przychodni podstawowej opieki zdrowotnej. Celem firmy jest wdrożenie go do szpitalnych systemów informatycznych, by mogły one dostarczać dane niezbędne do udoskonalenia systemu.

Według analityków z MarketsandMarkets rynek rozwiązań bioinformatycznych będzie w 2023 roku wyceniany na 13,5 mld dol. Dla porównania, w 2018 roku wycena opiewała na kwotę około 7 mld dol.

Aplikacje mobilne rewolucjonizują bankowość. Integrują wiele funkcji, a sztuczna inteligencja zapewni bezpieczeństwo

Aplikacje mobilne rewolucjonizują bankowość. Integrują wiele funkcji, a sztuczna inteligencja zapewni bezpieczeństwo 13

Bankowość w Polsce rozwija się w kierunku coraz większej integracji z aplikacjami mobilnymi – przekonuje Karol Sadaj, country manager Revolut w Polsce. Już ponad połowa klientów aktywnie korzystających z bankowości elektronicznej robi to za pomocą smartfona lub tabletu. Finansowe aplikacje przyszłości połączą kilka funkcji. Usługi staja się coraz mniej lokalne – aplikację pozwalają wykonywać transakcje w dowolnej walucie, także kryptowalutach. Bezpieczeństwo użytkownikom zapewni sztuczna inteligencja.

– Bankowość w Polsce rozwija się w kierunku coraz większej integracji z aplikacjami mobilnymi. Ta aplikacja, która kiedyś była dodatkiem do usługi bankowej, dzisiaj jest jej integralną częścią i w zasadzie wszystko już można załatwić w aplikacji, nie wybierając się do placówki – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Karol Sadaj, country manager Revolut w Polsce.

Z danych Związku Banków Polskich wynika, że w I kw. 2019 roku liczba aktywnych użytkowników bankowości mobilnej przekroczył 9 mln klientów. To o 43 proc. więcej niż w I kw. 2018 roku. W ciągu 12 miesięcy liczba osób aktywnie korzystających z bankowości w komórce zwiększyła się o 2,72 mln klientów.

– Zmieniają się też usługi i one są mniej lokalne, odwzorowują to, jak użytkownicy kupują online i podróżują po świecie. Dzięki temu powstaje coraz więcej rozwiązań związanych z walutami – wskazuje Karol Sadaj.

Banki i fintechy wprowadzają rozwiązania, które umożliwiają płatności w różnych walutach, także krytowalutach. Revolut np. pozwala z poziomu aplikacji wymienić środki na jedną kilkudziesięciu dostępnych walut, bez kosztów przewalutowania i prowizji.

– Kluczowe w 10–20 najbliższych latach w rozwoju bankowości będzie bezpieczeństwo – ocenia Sadaj. – To m.in. sztuczna inteligencja i rozwiązania, które będą bardzo dobrze przewidywać możliwe zachowania użytkowników. Zgłoszą anomalie, zarówno związane z bezpieczeństwem, jak i kwestie związane z praniem pieniędzy albo finansowaniem terroryzmu, pojawią się też pragmatyczne rozwiązania typu wirtualne karty do bezpiecznych zakupów w sieci, które zmieniają numer po każdej transakcji.

Deutsche Bank Research w raporcie „Artificial intelligence in banking” wskazuje, że sztuczna inteligencja pomoże zapobiec oszustwom bankowym – algorytmy sztucznej inteligencji sprawdzą wiarygodność transakcji kart kredytowych w czasie rzeczywistym czy zweryfikują tożsamość klientów.

– Kluczowy jest dostęp do usług finansowych. To, żeby one nie były skomplikowane i były coraz bardziej przyjazne i dostępne dla użytkowników, by w kilka kliknięć można było np. kupić sobie akcje zagranicznych spółek typu Apple albo Google. Dzisiaj millenialsi tak myślą o inwestowaniu, dostępność i łatwość będzie na pewno czymś, co będzie trendem w najbliższych latach – podkreśla ekspert.

Klienci e-bankowości oczekują wygody i bezpieczeństwa. Dlatego istotna jest łatwość obsługi, szybkość działania i gwarancja bezpieczeństwa. Konsumenci oczekują także usług szytych na miarę i szerokiej personalizacji, przy niewielkich kosztach.

Badanie HASHfinanseprzyszłości, przeprowadzone przez IBRIS dla Banku Millennium wskazuje, że w ciągu najbliższych lat bankowe aplikacje mobilne staną się centrum usług, nie tylko bankowych. Według 90 proc. Polaków, aplikacja mobilna będzie najważniejszym narzędziem do zarządzania finansami osobistymi.

Zmiany w bankowości, m.in. wdrożenie otwartej bankowości, elementu dyrektywy PSD2, to szansa na rozwój polskich instytucji finansowych.

– Konkurencja w finansach też się mocno zglobalizuje, co na pewno będzie dodatkowym wyzwaniem dla polskich banków. To, co na pewno jest istotną zmienną, to że bigtechy też zaczynają wchodzić nas rynek usług finansowych i konkurencja z ich strony z ich skalą, know-how i finansowaniem, które jest możliwe, może być dużym wyzwaniem dla polskich banków, fintechów i branży finansowej – przekonuje Karol Sadaj.

Podsumowanie III kwartału 2019 r. na GPW w Warszawie

Wartość pierwotnych ofert publicznych (Initial Public Offering, IPO) przeprowadzonych na europejskich giełdach w trzecim kwartale 2019 r. wyniosła 3,8 mld euro – to wzrost o 2,7% w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku. To efekt dwóch megaofert, które miały miejsce na giełdzie w Niemczech i w Szwecji. Na głównym rynku GPW w Warszawie po raz kolejny nie odnotowano żadnego debiutu, co oznacza, że w ciągu trzech kwartałów 2019 roku na głównym parkiecie warszawskiej giełdy zadebiutowała tylko jedna spółka – wynika z najnowszego raportu „IPO Watch Europe” przygotowanego przez PwC.

Podsumowanie III kwartału 2019 r. na GPW w Warszawie

W trzecim kwartale 2019 roku na giełdzie w Warszawie odnotowano 4 IPO, czyli dokładnie tyle, ile w analogicznym okresie ubiegłego roku. Jednak od lipca do września bieżącego roku żadna spółka nie zadebiutowała na rynku głównym – jedynym takim debiutantem w 2019 roku pozostaje spółka BoomBit S.A., która przeprowadziła ofertę w drugim kwartale.

Spośród IPO przeprowadzonych na alternatywnym rynku NewConnect w minionym kwartale, największą wartość osiągnęła oferta DB Energy S.A. Firma przeprowadziła IPO o wartości 3,3 mln zł. Drugim pod względem wartości IPO był debiut producenta gier Red Dev Studio S.A., w ramach którego spółka pozyskała 1,1 mln zł. Pozostałymi debiutantami na rynku NewConnect w trzecim kwartale 2019 r. były Carpathia Capital S.A. (oferta o wartości blisko 0,8 mln zł) oraz e-XIM IT S.A. (poniżej 0,1 mln zł).

Brak aktywności na rynku głównym nie jest niespodzianką w sytuacji, gdy cały czas mamy więcej pytań niż odpowiedzi na zasadnicze kwestie: jak istotny kapitał napłynie na rynek z PPK?; co dalej z OFE?; kiedy na rynek powrócą inwestorzy instytucjonalni?; kiedy poprawią się wyceny notowanych na GPW spółek? Z najbardziej bieżących tematów można też zadać pytania, jak na rynek kapitałowy wpłynie przyjęta właśnie Strategia Rozwoju Rynku Kapitałowego oraz co dla polskich banków oznaczać będzie wyrok TSUE. Pewną nadzieję na poprawę sytuacji na warszawskiej giełdzie daje aktywność spółek z sektora gier, który wyrósł na jej znak firmowy – jak dotychczas każdy kwartał bieżącego roku przynosił nowych emitentów z tej branży na rynku głównym lub NewConnect, a statystki postępowań toczących się w UKNF wskazują, że wśród ewentualnych debiutantów pojawią się producenci gier. – Bartosz Margol, dyrektor w zespole ds. rynków kapitałowych PwC.

Podsumowanie europejskiego rynku ofert pierwotnych w III kwartale 2019 r.

Zgodnie z danymi uzyskanymi przez PwC, w trzecim kwartale 2019 roku łączna wartość IPO w Europie wyniosła 3,8 mld euro i nieznacznie wzrosła w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku (o 0,1 mld euro). Odnotowano natomiast jedynie 16 debiutów (wobec 33 w III kwartale 2018 r.), wśród których dwie stanowiły megaoferty (ich wartość przekroczyła próg 1 mld euro), odpowiadające za ponad 80% wartości wszystkich IPO.

W minionym kwartale największą wartość osiągnęła oferta TeamViewer AG, którą przeprowadzono na niemieckiej giełdzie. W ramach debiutu na Deutche Börse spółka pozyskała ponad 1,9 mld euro. Był to jedyny debiut na niemieckim parkiecie, ale wystarczył do osiągnięcia największej wartości IPO spośród wszystkich europejskich giełd. Kolejną megaofertą był debiut EQT Partners AB na giełdzie w Szwecji. Przeprowadzone IPO o wartości blisko 1,2 mld dało Nasdaq Stockholm drugie miejsce w Europie pod względem wielkości przeprowadzonych ofert pierwotnych. Trzecią największą ofertą było IPO JPMorgan Global Core Real Assets Ltd, której wartość wyniosła 0,2 mld euro. Ofertę przeprowadzono na London Stock Exchange i tym samym londyński rynek uplasował się na najniższym stopniu podium najbardziej aktywnych rynków w minionym kwartale (tracąc palmę pierwszeństwa po raz pierwszy w tym roku).

Trzeci kwartał charakteryzuje się zwykle spadkiem aktywności na rynkach IPO ze względu na okres wakacji. Nie inaczej było w tym roku – znacznie spadła liczba odnotowanych debiutów, a trzecia pod względem wartości oferta wyniosła zaledwie 169 mln euro, co odzwierciedla utrzymującą się na poziomie globalnym niepewność polityczną i obawy spowolnienia gospodarczego. Widać to szczególnie analizując dane narastające za trzy kwartały 2019 r., które wskazują znaczący spadek zarówno liczby (ze 154 do 69), jak i wartości (z 26,5 mld euro do 15,9 mld euro) europejskich IPO w porównaniu do danych za ten sam okres w 2018 r. W tej sytuacji spółki planujące IPO (zwłaszcza duże i o międzynarodowym zasięgu), wybrały strategię przeczekania okresu znaczącej niepewności. – Tomasz Konieczny, partner w PwC, lider zespołu ds. rynków kapitałowych

Rośnie wartość polskich bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Według szacunków w 2024 roku mogą osiągnąć poziom 21 mld zł

0

Rośnie wartość polskich bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Według szacunków w 2024 roku mogą osiągnąć poziom 21 mld zł 14

Polskie bezpośrednie inwestycje zagraniczne w 2017 r. wyniosły nieco ponad 10 mld zł. Zdecydowana większość zainwestowanych środków była przeznaczona na nowe inwestycje. Co czwarta firma inwestycje lokuje w krajach, z którymi Polska sąsiaduje. Podobnie jak w przypadku eksportu przedsiębiorstwa szukają możliwości zwiększenia sprzedaży i dotarcia do nowych odbiorców. Ale bezpośrednie inwestycje to także dostęp do zasobów i szansa na poprawę efektywności funkcjonowania firmy – przekonuje Dionizy Smoleń z PwC Advisory.

– Ekspansja dla polskich przedsiębiorców jest czymś naturalnym. Na początku chodzi przede wszystkim o ekspansję eksportową, czyli przedsiębiorstwa zdobywszy już rynek krajowy, chcą zdobywać klientów za granicą, natomiast na pewnym etapie rozwoju firmy mamy już do czynienia z ekspansją kapitałową, czyli z bezpośrednimi inwestycjami zagranicznymi. Polegają one na tym, że polska firma przejmuje konkurenta zagranicznego albo nabywając dystrybutora lokalnego, wzmacnia swoją obecność dystrybucyjną – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Kuba, członek zarządu PFR TFI.

Z raportu „Polskie inwestycje zagraniczne. Skala, kierunki i specyfika branży e-commerce” przygotowanego przez PwC Advisory we współpracy z PFR TFI wynika, że polscy przedsiębiorcy zazwyczaj ograniczają swoją działalność gospodarczą do rynku krajowego. Relacja ich zagranicznych inwestycji do polskiego PKB jest dużo poniżej średniej unijnej (5,4 proc.), tymczasem skumulowana wartość inwestycji wychodzących członków Unii Europejskiej wyniosła w 2017 roku 68 proc. łącznego PKB.

– Jest taki moment w rozwoju każdego przedsiębiorstwa, że po przekroczeniu pewnej bariery, po zrealizowaniu dużej ekspansji zagranicznej rozumianej jako ekspansja eksportowa pojawia się apetyt na bezpośrednie inwestycje zagraniczne i ekspansję kapitałową – mówi Piotr Kuba.

Część polskich firm już podbija zagraniczne rynki. Przykładem może być choćby stworzona przez Polaków platforma do umawiania wizyt lekarskich w internecie DocPlanner, której witryny co miesiąc odwiedza 30 mln osób. Firma e-Obuwie.pl ma ambicje stać się liderem internetowej sprzedaży butów w regionie, LPP z kolei należy do najdynamiczniej rozwijających się producentów i dystrybutorów odzieży.

– Inwestycje dla jednych firm determinuje poszukiwanie nowego rynku zbytu, a więc szansa na zwiększenie sprzedaży i liczby odbiorców. Są też firmy, które decydują się na ekspansję zagraniczną w formie inwestycji zagranicznych po to, żeby szukać zasobów. To mogą być zarówno tańsze zasoby ludzkie, jak i dostęp do wysoko wyspecjalizowanych ekspertów – dodaje Dionizy Smoleń, dyrektor w zespole ds. sektora publicznego i infrastruktury w PwC Advisory.

Stopniowo rośnie skala bezpośrednich inwestycji zagranicznych. W 2017 roku polskie BIZ wyniosły 10,4 mld zł. Blisko 90 proc. zainwestowanych środków przeznaczono na nowe inwestycje. Skumulowana wartość inwestycji przekracza już 104 mld zł. (dane na koniec 2017 r.).

– Bezpośrednie inwestycje zagraniczne pozwalają na pozyskanie zasobów, pozyskanie licencji, możliwość pozyskania surowców, być może pozyskania know-how potrzebnego do tego, żeby przedsiębiorstwo polskie mogło się dalej dynamicznie rozwijać – przekonuje ekspert PFR TFI.

Pod względem wartości skumulowanej inwestycji, dziesięć najważniejszych kierunków odpowiada za 80 proc. wszystkich bezpośrednich inwestycji zagranicznych Polski. Na koniec 2017 roku 26 proc. polskich bezpośrednich inwestycji zagranicznych było ulokowane w krajach najbliższych geograficznie (najwięcej w Luksemburgu, Czechach, Niderlandach, Cyprze i Szwajcarii).

– Kierunkiem inwestycji jest obszar Unii Europejskiej, naturalny z punktu widzenia naszej przynależności. Akceleracja bezpośrednich inwestycji zagranicznych miała miejsce przede wszystkim po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej. Natomiast z punktu widzenia polskich przedsiębiorców obszarem zainteresowania jest praktycznie cały świat. Mamy przykłady inwestycji zagranicznych realizowanych przez polskie przedsiębiorstwa w tak dalekich krajach jak Chile, Wietnam czy kraje Afryki – wymienia Piotr Kuba.

Z analiz wynika, że polskie bezpośrednie inwestycje zagraniczne będą szybko rosnąć. W ciągu najbliższych siedmiu lat mają zwiększać się w średnim tempie 10,5 proc. rocznie (CAGR) i na koniec 2024 roku osiągną wartość 21 mld zł. Ostrożne prognozy wskazują, że ich skumulowana wartość sięgnie ok. 209 mld zł.

– W przypadku bezpośrednich inwestycji zagranicznych, podobnie jak w przypadku eksportu, przedsiębiorstwa szukają możliwości zwiększenia sprzedaży i dotarcia do nowych odbiorców. Ale pojawia się jeszcze coś więcej, czego nie ma w przypadku eksportu. Dostęp do zasobów to szansa na poprawę efektywności funkcjonowania firmy, to także dostęp do know-how czy poszukiwanie wysoko wyspecjalizowanych kompetencji – wskazuje Dionizy Smoleń.

PGE przekształca odpady w ciepło i energię dla mieszkańców Rzeszowa. Grupa dwukrotnie zwiększy wydajność działającej już spalarni

PGE przekształca odpady w ciepło i energię dla mieszkańców Rzeszowa. Grupa dwukrotnie zwiększy wydajność działającej już spalarni 15

Grupa PGE rozbuduje rzeszowską Instalację Termicznego Przetwarzania z Odzyskiem Energii (ITPOE). W ten sposób dwukrotnie zwiększy wydajność zakładu. Będą w nim spalane wysokokaloryczne odpady RDF, co pozwoli samorządowi walczyć również z zalewem śmieci. Działająca w Rzeszowie od roku spalarnia śmieci umożliwia przekształcanie ich w ciepło i energię elektryczną, z której korzystają mieszkańcy miasta. Tzw. kogeneracja jest bardzo korzystna z punktu widzenia samorządów, ponieważ pozwala ograniczyć emisję dwutlenku węgla i przyczynia się do poprawy jakości powietrza. 

Zdecydowaliśmy się na budowę drugiej nitki ITPOE w województwie podkarpackim, ponieważ deklarowana przez samorząd ilość odpadów jest na tyle duża, że pierwsza nitka – która działa już od kilku miesięcy – przestaje wystarczać. Stąd nasza decyzja, aby powstała również druga. Będziemy tam spalali nieco innego typu odpady, tzw. RDF, ponieważ te są dominujące i mają wyższą kaloryczność. Z naszego punktu widzenia jest to korzystne przedsięwzięcie, ponieważ ta kaloryczność pozwoli nam również zaspokajać potrzeby dotyczące produkcji ciepła, do czego elektrociepłownia w Rzeszowie jest przystosowana – mówi Ryszard Wasiłek, wiceprezes PGE Polskiej Grupy Energetycznej ds. operacyjnych.

Instalacja Termicznego Przetwarzania z Odzyskiem Energii (ITPOE) w Rzeszowie działa już od października ubiegłego roku. Nowoczesny i ekologiczny obiekt służy unieszkodliwianiu odpadów komunalnych i pozwala odzyskiwać zawartą w nich energię w procesie termicznego przekształcania – co umożliwia produkcję energii elektrycznej i ciepła w procesie wysokosprawnej kogeneracji. Korzystają z nich jednostki samorządowe i mieszkańcy miasta.

Co istotne, kogeneracja, czyli proces technologiczny, który polega na jednoczesnym wytwarzaniu w elektrociepłowni energii elektrycznej i ciepła użytkowego, to jedna z najbardziej wydajnych metod przetwarzania energii pierwotnej, zapewniająca ponad 30-proc. oszczędności w porównaniu z wytwarzaniem energii i ciepła w systemie rozdzielonym. Dodatkowo jest bardziej ekologiczna, przyczynia się do ograniczania emisji dwutlenku węgla i poprawy jakości powietrza, dlatego jest korzystna z punktu widzenia samorządów.

PGE Polska Grupa Energetyczna i PGE Energia Ciepła podpisały w tym tygodniu z Marszałkiem Województwa Podkarpackiego list intencyjny, dotyczący rozbudowy ITPOE w Rzeszowie. Obiekt ma zostać rozbudowany o drugą nitkę technologiczną, co docelowo podwoi jego wydajność.

Ta spalarnia działa już od kilku miesięcy i dotychczas funkcjonowała tylko jedna nitka, ponieważ obiekt został zaprojektowany kubaturowo. Podpisany właśnie list intencyjny służy temu, aby uruchomić drugą nitkę i wyposażyć ją w technologię spalania. Mamy nadzieję, że w najbliższym czasie będziemy już ogłaszać przetarg na jej wykonanie. Liczymy na to, że ilość odpadów, deklarowana przez samorząd, będzie odpowiadała naszym potrzebom. Druga nitka będzie zaprojektowana do spalania odpadów typu RDF, mających dużo wyższą kaloryczność niż te, które spalamy obecnie mówi Ryszard Wasiłek.

Planowana rozbudowa ITPOE w Rzeszowie o drugą nitkę zwiększy wydajność zakładu ze 100 tys. do 180 tys. ton odpadów rocznie. Zanim PGE przystąpi do realizacji projektu – niezbędne jest wykonanie analiz technicznych i ekonomicznych, które będą uwzględniać sytuację na rynku odpadów możliwych do termicznego przetworzenia w ITPOE.

Celem tej inwestycji jest przede wszystkim poprawa jakości życia mieszkańców Podkarpacia, utylizacja odpadów, które nas zalewają. Tą inwestycją wpisujemy się w likwidację niskiej emisji, tego typu inwestycje pozwalają nam żyć w czystym środowisku – mówi Wojciech Dąbrowski, PGE Energia Ciepła.

Druga linia oznacza poprawę ochrony środowiska, ponieważ odzysk energii, który następuje w trakcie spalania odpadów jest wykorzystywany do produkcji ciepła i energii elektrycznej. Jest to energia tania, która będzie też wpływała na kształtowanie cen na rynku – dodaje Władysław Ortyl, Marszałek Województwa Podkarpackiego.

Aktualnie zakład w Rzeszowie utylizuje ok. 100 tys. ton odpadów, jego rozbudowa ma natomiast tę liczbę podwoić. Inwestycja ma się zakończyć w ciągu około dwóch lat od zakończenia formalności, które są niezbędne na tym etapie projektu.

Jesteśmy na początkowym etapie, potrzebujemy uzyskać zgodę naszego właściciela, aby móc ją rozpocząć. Jednak najpierw musimy mieć zapewnione dostawy paliwa w odpowiednim wolumenie i odpowiedniej jakości. Stąd to porozumienie zawarte z samorządem województwa podkarpackiego, który zobowiązał się, że pomoże nam odebrać od sąsiednich gmin taką ilość odpadów, które zapewni nam paliwo do tej instalacji – mówi Wojciech Dąbrowski.

Na pewno zarówno obecnie działająca inwestycja, jak i ta planowana, poprawią jakość życia mieszkańców, pozwolą lepiej zagospodarować odpady i przyczynią się do poprawy jakości środowiska – podsumowuje marszałek Władysław Ortyl.

Prawo podatkowe coraz bardziej skomplikowane. Choć zmiany pomagają zapobiegać nadużyciom, to część utrudnia działalność przedsiębiorców

Prawo podatkowe coraz bardziej skomplikowane. Choć zmiany pomagają zapobiegać nadużyciom, to część utrudnia działalność przedsiębiorców 16

Przyspiesza legislacja podatkowa. Tylko w 2018 roku przyjęte przez Sejm projekty ustaw składały się z 362 stron, co jest najwyższym wynikiem od 2004 roku. Choć zmiany uszczelniają system podatkowy, oznaczają też dodatkowe obowiązki i utrudniania dla przedsiębiorców. Spółka komandytowa czy jawna może być teraz postrzegana jako schemat podatkowy, który trzeba zaraportować Krajowej Administracji Skarbowej. Za tym zaś może pójść kontrola, czy aby nie doszło do osiągnięcia niedozwolonej korzyści podatkowej – tłumaczy Grzegorz Maślanko, partner w Kancelarii Grant Thornton.

Takiej zmienności prawa podatkowego jeszcze nie było. To z jednej strony jest uzasadnione potrzebą uszczelnienia systemu podatkowego i tu trzeba odnotować znaczące sukcesy w tym zakresie. Sankcje powodują, że owszem, część tych, którzy próbowali osiągnąć korzyści kosztem budżetu, zrezygnowało ze swoich działań, ale zrezygnowało też ze swoich racjonalnych ekonomicznie działań mnóstwo przedsiębiorców, którzy po prostu żyją w niepewności, czy coś, co dotychczas było legalnym działaniem, nie będzie postrzegane jako niedozwolona optymalizacja podatkowa – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Grzegorz Maślanko, radca prawny, partner w Kancelarii Grant Thornton.

Z raportu „Barometr Prawa 2019” przygotowanego przez Grant Thornton wynika, że o ile ogólna produkcja prawa w Polsce w ostatnim roku zmalała, o tyle w przypadku prawa podatkowego tak wielu zmian nie było od 2004 roku. Łącznie uchwalone przez Sejm przepisy dotyczące podatków wyniosły 362 strony, choć nie została uchwalona żadna nowa ustawa podatkowa, a wprowadzane były jedynie nowelizacje.

Od 2019 roku wprowadzono m.in. obowiązek przekazywania organom podatkowym informacji o schematach podatkowych, co wynika z unijnych przepisów. W ten sposób administracja podatkowa ma zyskać  informacje o potencjalnych nadużyciach związanych z planowaniem podatkowym, może jednak zniechęcić przedsiębiorców. Jak wskazuje ekspert, problemowe może być np. przekształcenie działalności osoby fizycznej w formułę spółki handlowej, zamiast kapitałowej, gdzie osiągane zyski są podwójnie opodatkowane.

Dojście formuły spółki komandytowej czy jawnej, może być teraz postrzegane jako schemat podatkowy, który trzeba zaraportować szefowi Krajowej Administracji Skarbowe. Można też spodziewać się, że być może za tym pójdzie kontrola podatkowa czy kontrola skarbowa, która sprawdzi, czy nie doszło do osiągnięcia niedozwolonej korzyści podatkowej polegającej na tym, że będę płacił 19 proc. podatku dochodowego, ale może powinienem płacić 34,4 przy podwójnym opodatkowaniu – wskazuje Maślanko.

Jak przekonuje ekspert, nie brakuje też pozytywnych zmian przepisów podatkowych. W 2018 roku została np. wprowadzona Polska Strefa Inwestycji, ustawa o wspieraniu nowych inwestycji, która poszerza obszar, na którym możliwe jest uzyskanie wsparcia państwa na nowe inwestycje. Nie trzeba już przenosić firmy do Specjalnych Stref Inwestycyjnych – ulga jest dostępna w całym kraju, dla mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw. To także split payment, czyli mechanizm podzielonej płatności.

Jeśli jednak ważymy te działania restrykcyjne i te ułatwiające, to bilans nie wypada na razie dobrze. Pamiętam taką wypowiedź wiceministra Bruzy sprzed dwóch lat, wiceministra finansów, który mówił, że 2 lat resort poświęca na zaciskania tego kagańca, a kolejne 2 lata będą poświęcone właśnie tym ułatwieniom. No i to było mniej więcej 2 lata temu i bym powiedział, że wciąż czekamy, kiedy te dobre 2 lata nastąpią – przekonuje Maślanko.

Dla przedsiębiorców stabilne i jasne przepisy są kluczowe w prowadzeniu działalności gospodarczej, jednak – jak mówi ekspert – dalszych zmian legislacyjnych nie można wykluczyć.

Myślę, że po okresie wyborczym fiskus znów nabierze wiatru w skrzydła i znowu usłyszymy o jakichś nowych pomysłach. Ordynacja podatkowa cały czas oczekuje na generalne uporządkowanie – ocenia Grzegorz Maślanko.

Firmy coraz częściej inwestują w sponsoring sportowy. 74 proc. z nich chce w ten sposób budować świadomość marki

Firmy coraz częściej inwestują w sponsoring sportowy. 74 proc. z nich chce w ten sposób budować świadomość marki 17

Sponsoring sportowy to już nie tylko forma reklamy, lecz także integralna część strategii komunikacji marketingowej. Firmy coraz częściej zdają sobie sprawę z tego, że sponsoring pomaga angażować konsumentów, promuje markę i zwiększa sprzedaż. Obecnie w Polsce największy wpływ na wartość rynku sponsoringowego mają spółki z udziałem Skarbu Państwa, a zaangażowane są zwłaszcza branża energetyczna i paliwowa. Za blisko 1/3 łącznej wartości praw sponsoringowych w Polsce odpowiada piłka nożna, ale dużym zainteresowaniem sponsorów cieszą się też siatkówka i sporty motorowe.

Sponsoring jest taką formą promocji, która jest nastawiona na długofalowy czas projektu. Reklamę w każdym momencie można przerwać, jeśli kampania nie spełnia celów, to można ją w dowolnym momencie uciąć, nikt tego nie zauważy. W przypadku sponsoringu to wyjście jest bardzo trudne, ale i efekty przychodzą też później – mówi agencji Newseria Biznes Seweryn Plotan, dyrektor zarządzający Sponsoring Insight.

Sponsoring sportowy cieszą się coraz większą popularnością. Jak wynika z raportu „Rynek sponsoringu sportowego” przygotowanego przez Sponsoring Insight, w Europie wartość sponsoringu sportowego przekroczyła w 2018 roku 22,6 mld dol. W Polsce wartość rynku (nakłady spółek prawa handlowego) przekroczyła 916 mln zł. Firmy są świadome, że sponsoring stanowi część strategii komunikacji, pozwala przyciągnąć klientów, przekłada się na wymierne korzyści. Większość firm ma długofalową strategię sponsoringową (blisko połowa na okres do trzech lat i blisko 22 proc. na okres 3 lat).

Sponsoring nie służy raczej wdrażaniu nowego produktu na rynek, temu służy reklama i reklama powinna iść tak naprawdę w parze ze sponsoringiem. Ważna tutaj jest też aktywacja praw sponsoringowych, czyli oprócz zakupu samych praw, wykorzystanie później tych praw w swoich własnych kampaniach reklamowych, czyli chociażby twarze sportowców, którzy będą występować w spotach reklamowych w telewizji – przekonuje Plotan.

Ponad 95 proc. firm, które inwestują w sportowy sponsoring, przyznaje, że głównym celem jest budowanie świadomości marki, kreowanie wizerunku (74 proc.) i odpowiedzialność społeczna (ok. 40 proc.). Przy ocenie oferty istotna jest spójność wizerunku (60 proc.), potencjalna efektywność projektu (54 proc.) i spójność grupy docelowej (ponad 47 proc.).

– Wzrost wydatków na sponsoring sportowy zależy tak naprawdę od efektów, jakie przynoszą dotychczasowe projekty sponsoringowe. Jeśli widać, że ten sponsoring przynosi efekty, to pewnie warto się zastanowić, czy tych nakładów nie zwiększyć, być może w dany projekt, być może w inną dyscyplinę. Ale są też takie koszty obok zakupu samych praw sponsoringowych, które tworzą rzeczywiście wydatki wokół tego sponsoringu i tu mówimy m.in. o aktywacji, czyli wykorzystywaniu wizerunku sponsorowanych do swoich własnych działań promocyjnych – tłumaczy ekspert.

Na zwrot kosztów można liczyć zwłaszcza w przypadku bardzo popularnych sportów, w których odnosimy największe sukcesy. Dlatego, choć najczęściej działalność sponsoringowa skupia się na piłce nożnej (niemal 70 proc.), to duże nakłady trafiają na koszykówkę (56,5 proc.), siatkówkę (43,5 proc.), piłkę ręczną (blisko 40 proc.) i lekkoatletykę (ok. 30 proc.).

Dwie największe branże pod względem wydatków na zakup praw sponsoringowych to branża energetyczna i paliwowa, czyli przede wszystkim spółki z udziałem Skarbu Państwa. Niemniej jednak wśród 20 firm, które wydały najwięcej pieniędzy w 2018 roku, aż 8 to są spółki prywatne – przyznaje Seweryn Plotan.

Transakcje Grupy Lotos i PKN Orlen sprawiają, że to firmy paliwowe należą do grona największych wydatkodawców (ok. 17 proc., podobnie jak firmy energetyczne). Coraz mocniej na rynku widoczne są też branża finansowa (blisko 7 proc.) – przede wszystkim dzięki zaangażowaniu PKO BP w sponsoring piłkarskiej Ekstraklasy oraz zakłady wzajemne i gry losowe (6,8 proc.).

Podjęcie decyzji o sponsoringu powinno być zdeterminowane budżetem marketingowym firmy. Tak naprawdę każda firma jest w stanie znaleźć pieniądze w budżecie na sponsoring, pytanie, czy to jest droga, którą faktycznie chcą promować markę, czy to jest ten element marketingu miks, który jest tym brakującym elementem układanki, czy jednak woli postawić na reklamę. Najmniejsze projekty sponsoringowe potrafią kosztować kilka tysięcy złotych, natomiast są firmy, duże spółki Skarbu Państwa, które wydają po kilkadziesiąt milionów złotych – mówi Plotan.

Raport przygotowany przez Sponsoring Insight wskazuje, że ubiegły rok był dla sponsoringu sportowego bardzo intensywny. Firmy w zdecydowanej większości inwestują w sport zawodowy (blisko 87 proc.). W zestawieniu najważniejszych transakcji na polskim rynku praw sponsoringowych przeważają kontrakty zawarte z organizacjami piłkarskimi: PKO BP – Lotto Ekstraklasa, Coca-Cola – PZPN i Fortuna – 1. Liga. Choć dominuje piłka nożna, to zdaniem ekspertów wygranym inwestycji w sport w 2018 roku może być Energa, która za sprawą pierwszego po 52 latach występu reprezentacji koszykarzy w Mistrzostwach Świata w Chinach, może zyskać istotną promocję. W 2018 roku głośno było też o powrocie Roberta Kubicy do Formuły 1, a sponsor – PKN Orlen – zyskał na tym wizerunkowo już na starcie.

Wciąż pewnym wyzwaniem rozwoju rynku jest zrozumienie funkcjonowania zasad sponsoringu, tego, w jaki sposób obchodzić się z prawami, jak nabywać je w sposób opłacalny. Wybór praw tutaj ma istotne znaczenie, przypisane ich do grupy docelowej, ale też zaufanie temu, że sponsoring faktycznie może przynieść efekty – podkreśla Seweryn Plotan.

Internet rzeczy i cyfryzacja obniżą koszty życia. Najnowsze technologie wciąż jednak są droższe niż analogowe odpowiedniki

Internet rzeczy i cyfryzacja obniżą koszty życia. Najnowsze technologie wciąż jednak są droższe niż analogowe odpowiedniki 18

W przyszłości lodówki same będą zamawiać jedzenie, a żelazka automatycznie dostosują temperaturę do rodzaju prasowanej tkaniny. To będzie możliwe dzięki rozwojowi internetu rzeczy, czyli podłączeniu urządzeń codziennego użytku do sieci. Cyfryzacja przyspieszy w Polsce dzięki wprowadzeniu chmury krajowej oraz budowie infrastruktury sieci 5G. – To może obniżyć koszty życia – uważa Józef Orzeł, przewodniczący Rady Cyfryzacji przy ministrze cyfryzacji. Jednocześnie najnowsze rozwiązania technologiczne wciąż są droższe od ich analogowych odpowiedników. 

Internet rzeczy pozwoli podłączyć do sieci wszelkiego rodzaju urządzenia. Według analityków z firmy MarketsandMarkets globalny rynek IoT będzie się rozwijał w najbliższych latach w tempie na poziomie 26 proc. średniorocznie.

– Przyszłością jest internet rzeczy, do którego podłączone są nie tylko komputery, lecz także wszystkie rzeczy codziennego użytku. Od dużych maszyn, samolotów, pociągów, samochodów po lodówkę czy żelazko. Sens tego połączenia polega na tym, że te przedmioty wysyłają sygnały cyfrowe, które są gdzieś odbierane i przetwarzane. Chodzi o to, żeby żelazko dostosowało temperaturę do konkretnego materiału, żeby lodówka informowała, że mleko się kończy i dobrze byłoby je kupić, a jak już będzie lodówką następnej generacji, to sama je zamówi – mówi agencji Newseria Innowacje Józef Orzeł, przewodniczący Rady Cyfryzacji przy ministrze cyfryzacji.

Dynamiczny rozwój wymusza na władzach podjęcie stosownych kroków, dlatego Ministerstwo Cyfryzacji powołało do życia Grupę Roboczą ds. Internetu Rzeczy. Jej pierwszym zadaniem było ustalenie kluczowych inwestycji, jakie należy poczynić, aby wspomóc rozwój tej innowacyjnej branży w Polsce. Z ustaleń ekspertów wynika, że do przeprowadzenia skutecznego procesu cyfryzacji społeczeństwa potrzeba szeregu zmian. W pierwszej kolejności należy znieść bariery edukacyjne, infrastrukturalne oraz prawne, które hamują wdrażanie inwestycji z tego sektora gospodarki.

Podczas konferencji „Perspektywy dla rozwoju Internetu Rzeczy w Polsce” Ministerstwo Cyfryzacji zarysowało także ramowy plan inwestycji w branżę IoT. Aby wesprzeć ten sektor gospodarki od strony inwestycyjnej, Ministerstwo planuje stworzyć platformę ułatwiającą wyszukiwanie źródeł finansowania dla projektów wykorzystujących zagadnienia związane z internetem rzeczy. Prowadzone są także prace nad interaktywną mapą innowacji, która skataloguje rozwiązania z branży IoT i sztucznej inteligencji. Docelowo mapa ma ułatwić samorządom nawiązywanie współpracy ze start-upami wyspecjalizowanymi w tworzeniu sieci urządzeń połączonych funkcjonujących w sektorze publicznym.

– Cyfryzacja powoduje, że po pierwsze koszty życia będą trochę niższe, ale wchodzenie na ten wyższy poziom technologiczny kosztuje więcej. Cyfrowa lodówka zamawiająca jedzenie jest droższa niż lodówka analogowa, choć są dziedziny, w których pewne produkty stają się dzięki cyfryzacji dużo, dużo tańsze. Są też dziedziny, w których ludzie nie są zadowoleni z tej cyfryzacji, np. windy europejskie jeżdżą wolniej niż windy mechaniczne. Z drugiej strony są dużo bardziej bezpieczne i niezawodne – wskazuje Józef Orzeł.

Polski Fundusz Rozwoju uruchomił w tym roku Operatora Chmury Krajowej. Firma ma zapewnić polskim przedsiębiorcom oraz administracji publicznej wsparcie związane ze świadczeniem usług chmurowych. W celu zapewnienia wysokiego potencjału obliczeniowego oraz właściwego zabezpieczenia danych przedstawiciele OChK podpisali porozumienie z Google, na mocy którego amerykańska korporacja otworzy w naszym kraju centrum technologiczne Google Cloud wyspecjalizowane we wdrażaniu bezpiecznych, wysoce zaawansowanych centrów przetwarzana big data. To stworzy pole do rozwoju internetu rzeczy.

– Cyfryzacja jest nieodwołalna i jednokierunkowa, nie da się z tej drogi zawrócić. Tymczasem kłopoty już się zaczynają pojawiać, ponieważ gdzieś te ogromne liczby danych, tzw. big data, muszą być przetwarzane. Nie zawsze wiemy, gdzie i kto ma nad tym kontrolę, i nie wiemy, komu to służy – przestrzega Józef Orzeł.

Kluczowym krokiem na drodze do upowszechnienia technologii IoT ma być również wdrożenie infrastruktury 5G, niezbędnej zarówno do zwiększenia przepustowości sieci telekomunikacyjnych, jak i umożliwienia błyskawicznego przesyłania informacji w ramach sieci urządzeń połączonych. Na jej wdrożenie naciska także Komisja Europejska, która zobligowała każdy kraj członkowski do uruchomienia przynajmniej jednym mieście komercyjnej sieci 5G do końca 2020 roku.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku internetu rzeczy wzrośnie z 170 mld dol. w 2017 roku do 561 mld dol. w 2022 roku.

Biodrukowanie 3D ludzkich tkanek i narządów. W ciągu najbliższych lat w szpitalach mogą się pojawić drukarki pozwalające tworzyć funkcjonalne organy

Biodrukowanie 3D ludzkich tkanek i narządów. W ciągu najbliższych lat w szpitalach mogą się pojawić drukarki pozwalające tworzyć funkcjonalne organy 19

Z druku 3D coraz częściej korzysta medycyna. Naukowcy testują obecnie biotusz jako materiał umożliwiający drukowanie narządów, kości czy tkanek. Prowadzone są próby na rzecz uzyskania rogówki, skóry, zastawek serca, a nawet samego serca. Obecnie funkcjonujące urządzenia do druku przyrostowego pozwalają tworzyć przymiary medyczne, elementy do zastosowania w stomatologii, jak również biokompatybilne rusztowania do uzupełniania ubytków kostnych lub chrzęstnych. Biodruk 3D może być przyszłością transplantologii i w najbliższych latach nieść ze sobą możliwość tworzenia funkcjonalnych narządów o budowie, kształcie i składzie tworzonym indywidualnie dla danego pacjenta.

– Biodruk to jednoczesne umieszczenie biomateriału oraz komórek warstwa po warstwie po to, aby uzyskać trójwymiarową strukturę, którą następnie będziemy mogli rozwijać w kierunku funkcjonalnych organów. Obecnie nie jest to jeszcze możliwe, ale badania, które są prowadzone w tym zakresie, zmierzają właśnie w tym kierunku – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Dorota Bociąga, adiunkt w Zakładzie Inżynierii Biomedycznej i Materiałów Funkcjonalnych Instytutu Inżynierii Materiałowej Politechniki Łódzkiej.

Drukowanie trójwymiarowych konstrukcji tkanek z różnych typów komórek i próby ich unaczynienia (waskularyzacji) są coraz częstsze. Naukowcy testują obecnie różnorodne biotusze jako materiał bazowy pozwalający na drukowanie różnych struktur, o różnym kształcie, odpowiedniej wytrzymałości, przepuszczalności i potwierdzonej biozgodności. Biodrukarki 3D osadzają warstwy materiału, aby budować złożone kształty odzwierciedlające części ciała takie jak skóra, kości, zastawki serca czy rogówki. Komórki stosowane do biodruku bezpośredniego, w tym również komórki macierzyste, mogą pochodzić z banków komórek. Mogą być również pobierane od pacjenta i wyhodowywane, aby następnie umieszczone w biotuszu i wydrukowane na organicznym obiekcie.

– W biodruku bezpośrednim od razu drukujemy z materiału, który zawiera komórki. Musimy więc zadbać, aby był on biokompatybilny nie tylko powierzchniowo, lecz także w całej swej objętości. To warunkuje dobrą przeżywalność komórek i ich zdolność do późniejszego namnażania. Materiał musi zarówno odżywiać komórki, jak i pozwalać na odprowadzanie ich produktów przemiany materii. Istotną rolę w tym odgrywa również kształt wydrukowanego elementu – tłumaczy dr Bociąga.

Możliwość wydruku części ciała techniką biodruku 3D może być ważnym krokiem w transplantologii. Pobranie komórek od biorcy przeszczepu i wykorzystanie ich w biotuszu do wydrukowania organu zastępczego, może pomóc ominąć komplikacje związane z przeszczepem, czyli np. długie oczekiwanie na odpowiedniego dawcę lub odrzucenie immunologiczne nowego narządu.

Grupa naukowców z American Friends of Tel Aviv University wydrukowała w 3D w pełni unaczynione serce przy użyciu komórek tkanki tłuszczowej. Druk 3D pomoże też osobom, które wymagają przeszczepów skóry. Profesor Tal Dvir z Uniwersytetu w Tel Awiwie ocenia, że już nawet w ciągu dekady w najlepszych szpitalach na świecie pojawią się drukarki narządów, a sam druk 3D stanie się rutynową czynnością.

– Badania prowadzone są w kierunku różnych działów medycyny. Na rzecz kardiochirurgii są już próby wydruku sztucznych zastawek serca czy samego sztucznego serca. Również w zakresie ortopedii biodruk będzie wykorzystywany do tworzenia różnego rodzaju struktur pozwalających na odbudowywanie ubytków kostnych czy chrzęstnych. Ale nie zapominajmy również o próbach ze sztuczną skórą czy druku soczewek – wymienia Dorota Bociąga.

W farmacji i medycynie nie brakuje już innowacyjnych rozwiązań biodruku. Zespół z Uniwersytetu Swansea w Wielkiej Brytanii opracował np. proces drukowania biologicznego, dzięki któremu przy użyciu regeneracyjnego biomateriału można stworzyć sztuczną matrycę kostną. Naukowcy z australijskiego centrum biofabrykacji BioFAB3D zbudowali z kolei ręczne urządzenie do drukowania chrząstek. BioPen jest wypełniony komórkami macierzystymi, które mogą tworzyć i wszczepiać rusztowania z żywego materiału w uszkodzone stawy.

Naukowcy z Korei Południowej opracowali wydrukowane w 3D sztuczne rogówki, które naśladują wzór sieci włókien kolagenowych w naturalnych rogówkach. Trwają także prace nad drukowaną w 3D tabletką, która zastąpi kilka innych, a każdy lek będzie miał inny czas uwalniania.

IZFiA: Jedynie co trzeci młody Polak podejmuje kroki związane z zabezpieczeniem swojej finansowej przyszłości

  • 57% młodych przyznaje, że rzadko myśli o emeryturze
  • Tylko 15% beneficjentów ulgi „PIT 0” inwestuje pieniądze z myślą o przyszłości

Jedynie 30% potencjalnych beneficjentów „PIT 0” podejmuje kroki by zabezpieczyć swoją przyszłość finansową. Najczęściej odkładają w tym celu pieniądze na lokacie, rachunku oszczędnościowym, bądź w przysłowiowej „skarpecie”. Jedynie 15% inwestuje w tym celu w instrumenty długoterminowe. Co niepokojące, co drugi młody Polak przyznawał, że rzadko myśli o oszczędzaniu na przyszłość. To wyniki badania zrealizowanego na zlecenie Izby Zarządzania Funduszami i Aktywami przez ARC Rynek i Opinia.

Jak wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami przez ARC Rynek i Opinia, jedynie 31% młodych Polaków, beneficjentów ulgi podatkowej „PIT 0”,  podejmuje kroki by zabezpieczyć swoją przyszłość finansową. Zdecydowana większość oszczędza w tym celu pieniądze – w przysłowiowej „skarpecie” (36%), na kontach oszczędnościowych (33%), czy gromadząc środki na lokacie (7%). Tylko 15% pomnaża kapitał inwestując.

Na pytanie o to jak często zdarza ci się myśleć o emeryturze, aż 11% badanych przyznawało, że w ogóle o niej nie myśli, a 46% deklarowało, że jest to temat, który rzadko zaprząta im głowę. Respondenci jako przyczynę takiego stanu rzeczy najczęściej wskazywali brak wystarczającej ilości środków, by odkładać (34%) oraz to, że emerytura to dla nich zbyt odległy temat (23%).

–  Niepokojące, że młodzi Polacy nie myślą o emeryturze i oszczędzaniu na starość – są przekonani, że to jeszcze daleko a to, co teraz, czyli bieżące wydatki, wydają im się ważniejsze. Jedynie niewielu inwestuje pieniądze w instrumenty finansowe takie jak fundusze inwestycyjne, które są idealne do długoterminowego oszczędzania, a przecież takim jest oszczędzanie na emeryturę. W dłuższej perspektywie pozwalają one na osiągnięcie potencjalnie wyższej stopy zwrotu, niż lokata czy rachunek oszczędnościowy, to jest rozwiązania, które – jak pokazują liczne badania – są nadal jednymi z popularniejszych form oszczędzania w Polsce. Sytuację powinno zmienić wprowadzenie Pracowniczych Planów Kapitałowych, a także kampania edukacyjna związana z ich startem. Oszczędzanie na emeryturę to niesamowicie istotna rzecz – nigdy nie jest na to za wcześnie i warto to robić w sposób efektywny – komentuje prof. Marcin Dyl z Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami.   

Wyniki badania przeprowadzonego na zlecenie Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami pokazują również, że o uldze podatkowej „PIT 0” słyszało dwóch na trzech jej potencjalnych beneficjentów. Młodzi Polacy wiedzą także na czym polega to rozwiązanie. Dla 54% badanych „0% PIT” to nieodprowadzanie podatku dochodowego przez osoby poniżej 26 roku życia, z kolei 16% wskazywało, że jest to brak zaliczek na podatek dochodowy.

Według zdecydowanej większości potencjalnych beneficjentów, ulga to dobre rozwiązanie – aż 73% badanych wskazywało, że ma więcej zalet niż wad. Respondenci podkreślali często, że dzięki „PIT 0” zostanie im więcej pieniędzy w portfelach, które będą mogli przeznaczyć na oszczędzanie na przyszłość (34%) bieżące wydatki (23%), czy odkładanie na konkretny cel (21%).

– Młodzi ludzie w większości pozytywnie oceniają wprowadzenie ulgi „PIT 0”, podkreślając, że rozwiązanie ma zdecydowanie więcej zalet niż wad. Nie powinno to nikogo dziwić, w końcu osobie poniżej 26 roku życia zarabiającej pensję minimalną zostanie w portfelu o 133 złotych więcej miesięcznie. Jednak „PIT 0” to dla młodych również egzamin z gospodarności. Po 26. urodzinach ta sama osoba będzie musiała zacząć co miesiąc odprowadzać 18% podatku, a więc jej pensja uszczupli się o te same 133 złotych. Dlatego tak ważne, by wraz z „PIT 0” edukować młodych Polaków na temat oszczędzania i dbania o swoją finansową przyszłość – komentuje prof. Marcin Dyl z Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami. 

Badanie zostało przeprowadzone przez ARC Rynek i Opinia metodą CAWI (Computer-Assisted Web Interview) na reprezentatywnej próbie Polaków, będących beneficjentami ulgi podatkowej „PIT 0”. Zebrana próba była reprezentatywna dla populacji Polski ze względu na płeć, wiek, poziom wykształcenia oraz wielkość miejscowości zamieszkania.

Kurs złotego po wyborach – czeka nas niespodzianka?

Wybory, ale nie w Polsce – tak można byłoby podsumować wydarzenia, które wywoływały największe wahania na polskiej walucie. Czy po niedzieli czeka nas w tym zakresie niespodzianka?

Wydaje się, że…nie. Prawo i Sprawiedliwość prowadzi w sondażach i wygrana tej partii wydaje się być przesądzona. Taki scenariusz jest już obecnie w cenach. Nie oznacza to oczywiście, że perspektywa dla polskiej waluty jest stabilna – kurs złotego będzie odzwierciedlał zawirowania związane z nadchodzącym brexitem, rozmowami handlowymi na linii USA-Chiny, które będą toczyły się w tym tygodniu oraz danymi napływającymi z największych gospodarek. Tutaj w centrum uwagi są Stany Zjednoczone i posiedzenie tamtejszego banku centralnego (FED) 30 października – rynek spodziewa się, że zostanie wtedy podjęta decyzja o obniżce stóp procentowych.

„Duży może więcej” – to widać także w reakcji rynków na wynik wyborów

Informacje z państw uznanych za światowych liderów gospodarczych mają duży wpływ na notowania złotego. Podobnie jest z wynikami wyborów – zarówno parlamentarnych, jak i prezydenckich. Co ciekawe, wahania, jakie wywołują informacje z kraju, są mniejsze niż te w reakcji na doniesienia zza granicy – nawet jeśli w grę wchodzi element zaskoczenia, związany np. ze skalą wygranej. Tak było w przypadku wyborów parlamentarnych w Polsce w 2015 roku, w których zwyciężyło Prawo i Sprawiedliwość. Ta partia prowadziła co prawda już w sondażach, jednak skala przewagi nad koalicją PO-PSL była wtedy miażdżąca – 37 proc. W poniedziałek 26 października 2015 złoty umocnił się do dolara zaledwie o 1,5 grosza, jednak pod koniec dnia amerykańska waluta zdołała odrobić straty.

Wybory prezydenckie w Polsce mocniej odcisnęły się na złotym

Większe przełożenie na kurs złotego miały wybory prezydenckie w Polsce. Po pierwszej turze w 2015 roku, kiedy wśród kandydatów na fotel prezydenta zostali Andrzej Duda i Bronisław Komorowski, zmienność na USD/PLN wyniosła aż 4 grosze (11 maja 2019). Po drugiej turze, która odbyła się 24 maja 2015 roku, i wygranej Andrzeja Dudy, złoty umocnił się w stosunku do euro o 2,7 gr.

Po których wyborach złoty stracił aż 11 groszy?

Francuskie gazety określały wynik tego głosowania jako „trzęsienie ziemi” i „wielki wybuch”. Mowa o pierwszej turze wyborów prezydenckich we Francji, kiedy po raz pierwszy w historii V Republiki do II tury nie weszli reprezentanci partii większościowych – centroprawicy i socjalistów. W szranki stanęli za to Marie Le Pen i Manuel Macron, których poglądy polityczne różniły się od siebie jak ogień i woda. Le Pen, nazywana też „Madame Frexit”, budziła w inwestorach blady strach z wielu powodów. Jednym z nich był postulat wyjścia Francji ze strefy euro i wprowadzenie sztywnego kursu francuskiej waluty do euro. Centrolewicowy Macron, choć postrzegany negatywnie ze względu na stosunkowo małe doświadczenie polityczne, był zdecydowanie bardziej akceptowalnym kandydatem. Tylko dwuprocentowa różnica poparcia dla tych polityków wywołała panikę na rynku, a złoty umocnił się w stosunku do wszystkich walut. Najbardziej spektakularne wahania obserwowaliśmy wtedy (24.04.2017 r.) na parze GBP/PLN – 11 groszy; w stosunku do dolara złoty umocnił się o 9 gr.

Wykres 1. Kurs GBP/PLN  w kwietniu 2017 roku.

wykres_1_GBPPLN_2017Źródło: x-Station.

Wybory parlamentarne, które wstrząsnęły polską walutą to…

…na przykład głosowanie w Wielkiej Brytanii, które odbyło się 7 maja 2015 roku. Jego wynik był dla rynku dużym zaskoczeniem, bo Partia Konserwatywna, na czele której stał David Cameron, po raz pierwszy od 1992 roku zdobyła wtedy samodzielną większość w brytyjskim parlamencie. Zmienność na parze GBP/PLN wyniosła wtedy 7 groszy:

Wykres 2. Kurs GBP/PLN  w maju 2015 roku.

wykres2_GBPPLN_maj2015Źródło: x-Station.

Wybory prezydenckie w USA nadają ton na rynku

Najbardziej było to widać po historycznym zwycięstwie Baracka Obamy. W dniu wyborów, 4 listopada 2008 roku, zmienność na parze USD/PLN wyniosła 5 groszy, a po ogłoszeniu ich wyników 12 groszy. Warto jednak zaznaczyć, że w tamtym okresie zmienność na rynku walutowym od października 2008 była bardzo duża i wynik 5 groszy nie należał do najbardziej spektakularnych. Przypomnijmy, że 15 września 2008 roku upadł Bank Lehman Brothers, co zapoczątkowało światowy kryzys. Natomiast zmienność po wyborze Donalda Trumpa, który dla wielu inwestorów był jak koszmarny sen, należała już do znaczących – złoty stracił wtedy 7 gr w stosunku do dolara.

Znaczące „wahnięcia” na walutach z tego samego koszyka

Złoty mocno odczuł też zmienność po prawyborach prezydenckich w Argentynie 12 sierpnia 2019. Argentyńskie peso po ogłoszeniu przewagi opozycyjnego kandydata, Alberto Fernandeza, osłabiło się o 20 proc. w stosunku do złotego. Był to szok dla inwestorów, którzy obawiali się interwencjonistycznych deklaracji Fernandeza w odniesieniu do gospodarki. Ta historia jeszcze się nie kończy – 27 października tego roku odbędą się „właściwe” wybory.

Wykres 3. Kurs ARS/PLN od lipca do października 2019 roku.

wykres 3 kurs ARSPLNŹródło: Investing.com

Wybory a złoty – podsumowanie

Wybory Zmienność na złotym
parlamentarne w Polsce 2015 1,5 gr (USD/PLN)
prezydenckie w Polsce 2015 – I tura 4 gr (USD/PLN)
prezydenckie w Polsce 2015 – II tura 2,7 gr (EUR/PLN)
prezydenckie we Francji 2017 – I tura 11 gr (GBP/PLN)
parlamentarne w Wielkiej Brytanii 2015 7 gr (GBP/PLN)
prawybory prezydenckie w Argentynie 2019 20 proc. (ARS/PLN)

Warto pamiętać, że o ile w dniu po wyborach zmienność może być zależna od wyników wyborów, to na kursy walutowe ma wpływ wiele innych czynników. Przykładem może być wspomniana zwiększona zmienność w 2008 roku, kiedy rozpoczynał się największy w XXI wieku kryzys finansowy.

Anna Korzec, Rkantor.com