Rynek e-commerce 2019

Biznes w Internecie przeżywa rozkwit – coraz więcej Polaków docenia robienie zakupów bez wychodzenia z domu. Korzystanie z oferty e-sklepów jest proste i wygodne, a czas oczekiwania na zamówiony produkt z roku na rok staje się coraz krótszy. W którą stronę rozwija się polski e-commerce? Analizujemy zmiany i wskazujemy najważniejsze trendy na rynku.

Polacy na zakupach online

Na przestrzeni ostatnich lat jesteśmy świadkami dynamicznych zmian na rynku e-commerce. Gwałtownej modyfikacji ulegają nasze zwyczaje i zachowania zakupowe. Jak wskazuje raport Gemius, obecnie aż 62% internautów deklaruje, że chociaż raz zrobiło zakupy online – to ponad 170 milionów ludzi! Liczba ta powiększa się każdego roku. W porównaniu do 2018 roku zanotowano wzrost statystyki o 6 punktów procentowych. 60% użytkowników kupuje w polskich sklepach, ale na uwagę zasługuje rosnący odsetek klientów (już 26%), którzy korzystają z usług zagranicznych e-marketów. Zakupy online nie są już domeną młodych. Wśród kupujących znacznie przybyło osób starszych (powyżej 50 roku życia), którzy stanowią dziś dziś drugą co do wielkości grupę klientów w polskim Internecie.

Zmienia się również sposób, w który dokonujemy zakupów online. Do głosu coraz częściej dochodzą urządzenia mobile, smartphony i tablety, które zaczynają odgrywać istotną rolę w pośrednictwie sprzedaży. W 2019 roku z komórek jako kanału sprzedaży korzystało 61% internautów. To ważny trend, który musi przełożyć się na responsywne dopasowanie witryn sklepów do medium, którego używa klient.

Firmy kurierskie na rynku e-commerce

Wzrost rynku e-commerce pociągnął za sobą wzrost wolumenu wysyłanych paczek i poziomu eksploatowania usług kurierskich, a dalej – konieczność zadbania o najwyższe standardy dostawy przesyłek. Wbrew pozorom, to, w jaki sposób i jak szybko zostanie dostarczona paczka ma ogromny wpływ na zadowolenie klientów z zakupów w naszym sklepie. Wydaje się, że wiele firm wciąż minimalizuje rolę tego czynnika w całościowym doświadczeniu konsumentów. To błędna droga – wybór firmy kurierskiej, który notorycznie gubi lub dostarcza uszkodzone paczki może przełożyć się na obniżenie poziomu satysfakcji z usług sklepu, a dalszej perspektywie wybór innego producenta. Według raportu Gemius, nawet tak niepozorna kwestia jak dostępność preferowanej opcji wysyłki wpływa na motywację do zakupów i ostateczną decyzję zakupową klientów.

Wysoka jakość obsługi jest równoznaczna z wysokim standardem, jeśli chodzi o nadawanie paczek kurierskich. W trosce o zadowolenie obu stron – klientów i właścicieli przedsiębiorstw e-commerce – przeprowadzono analizę rynku kurierskiego i wyłoniono najlepsze firmy kurierskie 2019.

Firmy kurierskie – ranking 2019

W badaniach opinii klientów przeprowadzonych przez PBIJA wzięto pod uwagę osiem największych firm kurierskich w Polsce: DHL, DPD, FedEx, Geis, GLS, InPost, Pocztex i UPS. Wśród najwyżej ocenionych korporacji znalazły się kolejno InPost, FedEx i DPD.

InPost zdeklasował konkurencję i został uznany za najlepszą firmę kurierską w 2019 roku. Konsumenci wyróżnili ją szczególnie za:

  • Krótki czas oczekiwania na przesyłkę
  • Nienaganność (dostarczenie przesyłek pod poprawny adres)
  • Uprzejmość kurierów
  • Konkurencją cenę
  • Brak uszkodzeń paczek i ich zawartości
  • Wysoką jakość obsługi klienta
  • Innowacyjne rozwiązania

InPost uzyskał najwyższe noty także w kategorii „akceptowalność kosztów nadania przesyłki”, a tym samym został wyróżniony na tle innych firm kurierskich pod względem stosunku jakości do ceny oferowanych usług.

Dobra opinia o firmie przekłada się na popularność i wzrost zainteresowania ofertą InPost wśród konsumentów. W porównaniu do ubiegłego roku w 2019 więcej internautów skorzystało z usług kurierskich InPost (wzrost o 5 punktów procentowych), co dało firmie trzecie miejsce (tuż za DPD i DHL) wśród najchętniej wybieranych firm, jeśli chodzi o dostawę produktów bezpośrednio do miejsca zamieszkania.

Paczkomaty rewolucjonizują polski rynek

Nadawanie przesyłek kurierskich bezpośrednio do domu lub pracy jest wciąż w czołówce najpopularniejszych form dostawy zakupów wybieranych przez polskich internautów. Raport Gemius podaje, że w 2019 roku na tę opcję zdecydowało się 58% ludzi. Większe zainteresowanie branży e-commerce budzi jednak pozycja Paczkomatów, które z roku na rok zagarniają coraz większy procent udziałów w rynku. Już 52% klientów deklaruje, że odbiór w Paczkomatach jest ich ulubioną formą dostawy, a możliwość jej wyboru w sklepie online motywuje do zakupów aż 61% internautów!

W tym zakresie wciąż najlepiej radzi sobie firma InPost. Z Paczkomatów InPost korzysta 74% użytkowników polskiego Internetu (wg raportu Kantar TS 2019). Usługa jest chętnie wybierana bez względu na wiek klientów czy wielkość miejsca zamieszkania – jej popularność jest widoczna w dużych, średnich i małych miastach. Popyt na Paczkomaty zwiększa się każdego roku, zwłaszcza na terenie wiosek i niewielkich miejscowości, gdzie na bieżąco powstają nowe urządzenia.

Przewiduje się, że rola Paczkomatów będzie wciąż zyskiwać na znaczeniu. Ich popularność jest wynikiem zmiany stylu życia i potrzeb kupujących, którzy coraz bardziej cenią sobie wygodę w użyciu i całodobową dostępność urządzenia. Doskonale wiedzą o tym firmy kurierskie, które wychodzą naprzeciw galopującym trendom i dynamicznie rozbudowują sieci maszyn w całej Polsce.

W nowym unijnym budżecie więcej pieniędzy trafi na badania naukowe i innowację. Ze zmianami w finansowaniu muszą liczyć się rolnicy

0

W nowym unijnym budżecie więcej pieniędzy trafi na badania naukowe i innowację. Ze zmianami w finansowaniu muszą liczyć się rolnicy 1

Negocjacje dotyczące unijnego budżetu na lata 2021-2027 przebiegają w wyjątkowo trudnych warunkach. Wynika to m.in. z faktu zbliżającego się brexitu, który oznacza dla unijnej kasy ubytek rzędu 12 mld euro, a także konieczności finansowania nowych wyzwań, jak integracja uchodźców, ochrona granic czy wspieranie cyfrowej gospodarki. Znaczące miejsce w nowej siedmiolatce musi też znaleźć przeciwdziałanie zmianom klimatycznym. – Unia Europejska przywiązuje do nich ogromną wagę, w tym kierunku powinno też zmierzać wsparcie dla rolnictwa – ocenia były europoseł  Czesław Siekierski.

– Unijny budżet powstaje w wyjątkowo trudnych warunkach. Mamy brexit, co oznacza istotny ubytek budżetu o 12 mld euro rocznie, więc gdzieś musimy zabrać. Do tego dochodzą nowe wydatki, czyli tzw. finansowanie nowych wyzwań, problemy związane z uchodźcami, walka ze zmianami klimatycznymi, nowe miejsca pracy dla młodzieży, kwestie innowacji. To powiększa potrzeby budżetowe, z kolei państwa członkowskie nie są chętne zwiększenia swojego wkładu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Czesław Siekierski.

Obecnie państwa członkowskie UE oddają do wspólnej kasy 1 proc. swojego PKB. Wielka Brytania jest drugim największym (po Niemczech) płatnikiem, odprowadzając rocznie do unijnego budżetu 12–14 mld euro. Aby pokryć deficyt, jaki powstanie po brexicie i sfinansować nowe wyzwania, związane chociażby z integracją uchodźców czy ochroną granic, składka musiałaby wzrosnąć do 1,3 proc. PKB. Oznacza to, że państwa członkowskie płaciłyby więcej o 30 proc., na co nie ma zgody. Dlatego Komisja Europejska zaproponowała poziom budżetu finansowany przez składkę członkowską na poziomie 1,114 – w więc zwiększony o 11,5 proc. w stosunku do obecnego. Jednak na razie i to rozwiązanie spotyka się ze sprzeciwem m.in. Danii, Holandii, Szwecji i Austrii.

– Jest pewien problem w kwestii decyzji dotyczącej tego, co ująć, a gdzie dołożyć i gdzie zachować. Dokładamy na Erasmus, a więc wymianę młodzieży, na badania naukowe, na Horyzont Europa, a więc finansowanie innowacji i nowoczesnego rozwoju. Za to ujmujemy trochę w polityce spójności – około 7 proc., ale Polska w tej propozycji budżetowej ma na politykę spójności odjęte prawie 25 proc. – mówi Czesław Siekierski.

Negocjacje dotyczące unijnego budżetu na lata 2021-2027 rozpoczęły się wiosną ubiegłego roku. W maju Komisja Europejska przedstawiła swój projekt nowej siedmiolatki na łączną kwotę 1 135 mld euro – wyższej od poprzedniej o 5 proc. Projekt zakłada ponad 330 mld euro na politykę spójności, z czego do Polski ma trafić ponad 64,4 mld euro – czyli ok. 20 proc. mniej, niż w poprzedniej perspektywie. KE chce zwiększyć wydatki m.in. na gospodarkę cyfrową, za to o 15 proc. mniejsze mają być środki na Wspólną Politykę Rolną. Polska dostanie z tej puli nieco mniej na dopłaty bezpośrednie dla rolników i ok. 25 proc. mniej na fundusz rozwoju obszarów wiejskich (II filar WPR).

– W Polsce ograniczenia wydatków dotyczyłyby II filaru,  przypadku którego istnieje możliwość dopłaty z budżetów krajowych – mówi Czesław Siekierski – Myślę, że w tym zakresie są możliwe pewne korekty, ale nie będzie istotnego zwiększenia budżetu na ten cel. Pamiętajmy, że propozycja zakłada zmniejszenie dopłat państwom typu Francja czy Niemcy, z kolei podwyższamy tym, które miały najniższe dopłaty, jak kraje bałtyckie, Rumunia czy Portugalia.

Były europoseł podkreśla, że Unia Europejska przywiązuje ogromną wagę do ograniczenia zmian klimatycznych, a więc w tym kierunku musi też zmierzać wsparcie dla rolnictwa.

– Rolnictwo z jednej strony powoduje zmiany klimatu, ale z drugiej – poprzez swoją działalność i wpływ na środowisko może je ograniczać. Bardzo wiele mówi się o takim rolnictwie przyjaznym dla środowiska, biologizacji rolnictwa. Mniej środków chemicznych, za to precyzyjnie stosowanych – mówi Czesław Siekierski – Zaburzenia klimatyczne są efektem niekorzystnych zmian, stąd mamy susze, powodzie i huragany. Środowisko i klimat wymagają pewnej stabilizacji, ale na to potrzeba ogromnych nakładów finansowych i zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych. To z kolei podraża nam ceny energii, opartej w Polsce głównie o węgiel. Ale także ta emisja, której źródłem jest rolnictwo, wymaga innego podejścia.

Na konieczność reformy kształtu Wspólnej Polityki Rolnej i ukierunkowania jej na wsparcie produkcji ekologicznej i mniejszych gospodarstw, które przykładają wagę do ekologii i kwestii środowiskowych zwracają uwagę także eksperci Fundacji  im. Heinricha Bölla i Instytutu na rzecz Ekorozwoju. Z opublikowanego przez nie w czerwcu raportu „Atlas rolny” wynika, że w Unii Europejskiej 82 proc. dopłat bezpośrednich trafia raptem do 20 proc. największych rolników. Efektem tego jest m.in. postępująca koncentracja i uprzemysłowienie rolnictwa. W Polsce ten sektor emituje około 400 ton ekwiwalentu CO2 rocznie i jest drugim największym emitentem metanu (dane KOBiZE).

Komisja Europejska liczy, że kształt nowego budżetu na lata 2021-2027 uda się wynegocjować i zamknąć jeszcze przed końcem tego roku. W lutym minister Jerzy Kwieciński ocenił jednak, że bardziej prawdopodobnym terminem jest II połowa 2020 roku. Jednocześnie podkreślił, że Polsce udało się już przeforsować kilka ważnych elementów, m.in. finansowanie z unijnych środków budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego, Via Catrpatia i inwestycji w infrastrukturę gazową.

Ze względu na rozbieżność interesów 27. państw członkowskich UE, negocjacje tzw. WPR, czyli Wieloletnich Ram Finansowych są uważane za najtrudniejsze i najbardziej wymagające. Prawdopodobny wpływ będą mieć na nie również zakończone niedawno wybory i zmiana sił w Parlamencie Europejskim oraz kompletowanie nowego składu Komisji Europejskiej przez nową przewodniczącą, Niemkę Ursulę von der Leyen.

– Trzeba w jakiś sposób te rozbieżne interesy połączyć. Piłka jest wciąż w grze i na pewno Rada Europejska, a więc przywódcy państw, będą na ten temat rozmawiać, bo główne decyzje budżetowe są podejmowane właśnie  na szczeblu Rady Europejskiej, a więc na spotkaniu premierów i prezydentów państw członkowskich – mówi były europoseł Czesław Siekierski.

Według informacji Ministerstwa Finansów, w ubiegłym roku Polska wpłaciła do unijnej kasy 4,5 mld euro, wypłacając ponad 15 mld euro (co oznacza ponad 11 mld euro „na czysto”). Od początku członkostwa w Unii Europejskiej Polska otrzymała ze wspólnego budżetu 107,5 mld euro, czyli już blisko 0,5 bln zł. Polska pozostaje jednym z największych beneficjentów środków z UE. Jak podaje Instytut Badań Strukturalnych – od momentu wejścia do Unii co roku wydatki unijne w ramach funduszy strukturalnych w Polsce 2–4-krotnie przewyższają naszą składkę.

Branża kurierska stawia na pojazdy elektryczne. Coraz częściej wymagają tego jej klienci

Branża kurierska stawia na pojazdy elektryczne. Coraz częściej wymagają tego jej klienci 2

Czynnik ekonomiczny, wymogi klientów – zarówno instytucjonalnych, jak i indywidualnych – oraz przede wszystkim rosnąca świadomość firm logistycznych w kwestii ich wpływu na środowisko sprawiają, że branża w coraz większym stopniu stawia na ekologię i elektromobilność – mówią eksperci DHL Parcel Polska. Elektryczne pojazdy pozwalają zarówno zminimalizować emisję CO2, jak i zredukować koszty transportu oraz uniezależnić się od wahań cen na rynku paliw. W I kwartale tego roku zarejestrowano w Polsce o 60 proc. więcej takich pojazdów, przy czym zdecydowaną większość stanowią samochody flotowe.

– Samochody elektryczne to przyszłość logistyki – nie tylko miejskiej, ale od miast warto zacząć, bo dziś ponad połowa ludności świata żyje właśnie w miastach, cierpiąc z powodu czynników takich jak nadmierny hałas czy emisja dwutlenku węgla. Na to nakłada się duże zagęszczenie pojazdów na kilometr kwadratowy. Dlatego zmiany warto zacząć właśnie od miast – szczególnie jeśli chodzi o auta kompaktowe, żeby później te same rozwiązania implementować na terenach pozamiejskich – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartłomiej Wnęk, dyrektor ds. operacyjnych DHL Parcel Polska.

Według ONZ w miastach zamieszkuje dziś 3,5 mld ludzi, czyli połowa globalnej populacji. Ta do 2050 roku wzrośnie już do 9,6 mld, a w miastach będzie zamieszkiwać już 6 na 10 osób. Miasta, które stanowią zaledwie 3 proc. powierzchni planety, odpowiadają za 60–80 proc. całkowitego zużycia energii i 75 proc. emisji dwutlenku węgla. ONZ podaje też, że obecnie połowa światowej populacji oddycha powietrzem, które jest 2,5 razy bardziej zanieczyszczone niż normy dopuszczalne przez Światową Organizację Zdrowia.

Samochody elektryczne – zwłaszcza w kompaktowym wydawaniu – wymienia się jako jedną z odpowiedzi na szybką urbanizację i związane z nią wyzwania, takie jak korki i zbyt duża liczba pojazdów, hałas, zanieczyszczenie powietrza i smog. Rozwój elektromobilności jest trendem, na który stawia większość koncernów motoryzacyjnych i rządy państw, w tym również Polska. W stronę elektromobilności zwracają się również firmy logistyczne.

– Branża logistyczna będzie częściej inwestować w tego typu rozwiązania. Poza korzyściami środowiskowymi, mają one również duże znaczenie z punktu widzenia ekonomicznego. Dzięki zastosowaniu pojazdów o napędzie elektrycznym jesteśmy w stanie znacząco redukować koszty związane z transportem oraz uniezależnić się od wahań cen na rynku paliw kopalnych – podkreśla Bartłomiej Wnęk. – W porównaniu z silnikami spalinowymi, napędy elektryczne mają trzykrotnie lepszą wydajność, co oznacza, że produkowana energia jest wykorzystywana o wiele skuteczniej. Wreszcie, wolniej się zużywają i nie wymagają tak częstej konserwacji.

– Statystyki pokazują, że rośnie liczba samochodów elektrycznych rejestrowanych w Polsce. W pierwszym kwartale tego roku zarejestrowano ich o 60 proc. więcej niż w ubiegłym, przy czym ok. 98 proc. z nich stanowią pojazdy flotowe. To wskazuje na wyraźny ekotrend w logistyce, który będzie decydował o przyszłości tego biznesu.

Jak podkreśla, przewagą samochodów o napędzie elektrycznym jest również to, że są one w zasadzie bezgłośne, więc ich upowszechnienie może w znacznym stopniu zredukować miejski hałas i zwiększyć komfort pracy kurierów, istotny podczas długotrwałego prowadzenia pojazdu. Ponadto, elektryki mogą korzystać z buspasów, upłynniając ruch i pozwalając docierać w miejsca na co dzień niedostępne dla samochodów z tradycyjnym napędem, jak choćby warszawskie Stare Miasto.

– Coraz częściej nasi klienci oczekują, że będziemy posiadali w swojej ofercie usługi przyjazne środowisku. Wynika to z faktu, że rośnie świadomość społeczeństwa dotycząca ochrony środowiska, klientom zależy, aby produkty, z których korzystają, były ekologiczne – mówi dyrektor ds. operacyjnych DHL Parcel Polska.

DHL Parcel testuje samochody elektryczne. Firma przeprowadziła już testy z markami Volkswagen, Mercedes-Benz i Nissan. Obecnie sprawdza możliwości kompaktowych minipojazdów.

– Testujemy różnego rodzaju środki transportu, począwszy od rowerów i samochodów elektrycznych po specjalne wózki akumulatorowe – mówi Bartłomiej Wnęk. – Spółka Streetscooter, należąca do Deutsche Post DHL, produkuje również własne pojazdy elektryczne. W tej chwili już 9000 takich samochodów jeździ w Niemczech.

DHL Parcel – jako część grupy DPDHL, realizuje globalny program ochrony środowiska GoGreen i strategię „Misja 2050: Zero Emisji”. Przewiduje ona, że do 2050 roku firma ograniczy emisję CO2 w swoich procesach logistycznych do zera.

– Strategię przewidzianą do 2050 roku realizujemy poprzez szereg działań, m.in. odpowiedni sposób załadunku, dzięki któremu wypuszczamy na drogi mniej transportów. Poza tym korzystamy z zaawansowanych narzędzi planistycznych – zarówno jeśli chodzi o kształt sieci, jak i trasy kurierskie. Dzięki temu redukujemy liczbę kilometrów przejeżdżanych codziennie przez naszych kurierów. W tym roku kończymy też wymianę floty wózków widłowych. Będziemy korzystać już wyłącznie z wózków o napędzie elektrycznym – mówi Bartłomiej Wnęk.

Obok wymiany floty, DHL Parcel angażuje się też w akcję ratowania pszczół i na terenie głównej siedziby prowadzi miejską pasiekę, złożoną z 5 uli. W ramach działań proekologicznych, firma co roku sadzi również drzewa ze swoim pracownikami

Firmom brakuje rąk do pracy. Coraz chętniej sięgają po młodych pracowników z Ochotniczych Hufców Pracy

Firmom brakuje rąk do pracy. Coraz chętniej sięgają po młodych pracowników z Ochotniczych Hufców Pracy 3

Ochotnicze Hufce Pracy – które zajmują się aktywizacją zawodową i pośredniczeniem w znalezieniu zatrudnienia dla młodych pracowników – będą mieć w tym roku nawet 70 tys. ofert pracy z całego kraju. Zapotrzebowanie jest dwukrotnie większe niż w poprzednich latach. Największe zgłaszają regiony atrakcyjne turystycznie, jak Pomorze, Małopolska i województwo śląskie. Pracodawcy poszukują głównie budowlańców, stolarzy, mechaników czy ślusarzy. Oprócz chęci do przyuczenia zawodu, często nie są wymagane nawet kwalifikacje. OHP pomagają młodym również w znalezieniu zatrudnienia za granicą, w krajach takich jak Niemcy, Francja, Szwecja czy Norwegia.

– Młode osoby znajdują pracę sezonową za pośrednictwem Ochotniczych Hufców Pracy głównie w takich sektorach jak gastronomia, czyli jako kelner, barman, pomoc kuchenna. Aby móc wykonywać taką pracę wymagana jest książeczka sanepidu. Ale mówimy również o roznoszeniu ulotek, pracy handlowca, wsparciu rolników przy zbieraniu owoców i warzyw albo pracy w przetwórstwie spożywczym, która obejmuje zbieranie produktów rolno-spożywczych na hali produkcyjnej i przygotowywaniu ich dla sieci zewnętrznych. Te i pozostałe, lżejsze prace, związane np. ze sprzedażą czy handlem, to są te najważniejsze gałęzie, które w okresie wakacyjnym cieszą się największym zainteresowaniem wśród młodych osób – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Modzelewski, zastępca Komendanta Głównego Ochotniczych Hufców Pracy w Warszawie.

Jak podkreśla, w tym roku liczba ofert pracy dla młodych osób, które są zainteresowane pracą sezonową w okresie letnim, będzie nawet dwukrotnie wyższa niż w latach poprzednich i sięgnie ok. 70 tys.

– Natomiast liczba osób, które mogą z nich skorzystać, będzie oscylować w okolicach 30-40 tys. w skali kraju. Te liczby pokazują, że młode osoby są coraz bardziej zainteresowane znajdowaniem zatrudnienia w okresie wakacyjnym, zarabiania pierwszych pieniędzy, a później spędzania wolnego czasu w sposób aktywny – mówi Piotr Modzelewski.

Ochotnicze Hufce Pracy to państwowa jednostka budżetowa nadzorowana przez MRPiPS. Ich adresatami są młodzi w wieku 15-25 lat, w tym m.in. osoby, które poszukują pracy bądź chcą się przekwalifikować, bezrobotni, absolwenci szkół i studenci. Dla młodzieży w wieku 15 – 18 lat OHP organizują naukę umożliwiającą jednocześnie zdobywanie doświadczenia zawodowego. Uczestnicy kształcą się w 64 zawodach, a oferta OHP jest przygotowywana we współpracy z lokalnymi pracodawcami – przedsiębiorstwami i rzemiosłem. Zatrudnienie i przygotowanie zawodowe uczestników OHP odbywa się na podstawie indywidualnych umów o pracę, na zasadach dotyczących pracowników młodocianych.

– Stawiamy przede wszystkim na praktyczną naukę zawodu, bo teoria jest w szkole, natomiast praktyka odbywa się w większości u pracodawców lokalnych. Ci zgłaszają nam zapotrzebowanie na młode osoby, które chcieliby przyuczyć i wykształcić po to, żeby później być może również samemu ich zatrudnić – mówi Piotr Modzelewski.

Zawody, w których pracodawcy zgłaszają największe zapotrzebowanie na młodych pracowników, to m.in. budowlaniec, stolarz, mechanik czy ślusarz. Profesje te są jednocześnie tymi, które najczęściej są wybierane przez młode osoby.

– Są to również są piekarze, cukiernicy, ale i właśnie stolarze,ślusarze – czyli wszelkiego rodzaju prace często też fizyczne, które na dzisiejszym, lokalnym rynku pracy cieszą się bardzo dużym zainteresowaniem – mówi Piotr Modzelewski – Pracodawcy szukają najczęściej młodych osób i niekoniecznie posiadających kwalifikacje. Często są otwarci, żeby móc pozyskać takie młode osoby do przyuczenia, bo dzisiaj mamy rynek pracownika, a nie pracodawcy. I dlatego wymogi pracodawców trochę się obniżyły.

Jak podkreśla, OHP dokonują indywidualnej, wstępnej kwalifikacji kandydata na pracownika, dokonują oceny jego predyspozycji pod kątem wykonywania danego zawodu i zapotrzebowania lokalnego rynku pracy. Regiony, które wykazują największe zapotrzebowanie na pracowników, to przede wszystkim okolice dużych aglomeracji i województwa atrakcyjne turystycznie, m.in. Pomorze, gdzie pracodawcy już zgłosili do OHP około 10 tys. ofert pracy, Małopolska, mazowieckie i śląskie.

– W roku szkolnym są dość mocne ograniczenia związane z zatrudnieniem osób niepełnoletnich w wieku 15-18 lat. Chyba że są to uczestnicy Ochotniczych Hufców Pracy – wówczas możliwości mamy trochę większe ze względu na to, że 2-3 razy w tygodniu nauka odbywa się w szkole, a w pozostał dni taka młoda osoba zdobywa doświadczenie zawodowe już bezpośrednio u danego pracodawcy – mówi Piotr Modzelewski.

Ochotnicze Hufce Pracy pomagają młodym w znalezieniu zatrudnienia zarówno w kraju, jak i za granicą, korzystając z międzynarodowej sieci pośrednictwa pracy EURES.

– Za pośrednictwem EURES osoby pełnoletnie, które chciałyby popracować za granicą, najczęściej wybierają kierunki takie jak Niemcy, Francja, Szwecja, Norwegia, Islandia. Tymi miejscami są zainteresowani najbardziej. Wynika to oczywiście z dobrych warunków finansowych, jakie gwarantują te państwa, ale decydują też o tym kwestie socjalne i pobytowe. W skali roku mamy około kilku tysięcy takich ofert, z których młodzi Polacy mogą skorzystać, żeby móc się odnaleźć na szerszym rynku międzynarodowym w ramach Unii Europejskiej – mówi Piotr Modzelewski.

Ze wsparcia OHP skorzystać mogą także Polacy, którzy już przebywają za granicą, ale chcieliby wrócić do kraju i na nowo odnaleźć się na tutejszym rynku pracy.

– Ochotnicze Hufce Pracy są pewnym ewenementem w skali Unii Europejskiej, dlatego że na dziś nie ma w UE żadnego innego kraju – poza Polską – który posiada jednostkę administracji państwowej zajmującą się młodymi osobami w celu ich aktywizacji, zwiększenia ich aktywności na lokalnym rynku pracy i pomocy w edukacji. Możemy się pochwalić, że jesteśmy rodzynkiem – mówi Piotr Modzelewski, zastępca Komendanta Głównego Ochotniczych Hufców Pracy w Warszawie.

Wakacje nad Bałtykiem jak na Tureckiej Riwierze. Różnica w cenie może sięgnąć jedynie 200 zł

Wakacje nad Bałtykiem jak na Tureckiej Riwierze. Różnica w cenie może sięgnąć jedynie 200 zł 4

W tym sezonie za tygodniowe wakacje nad polskim morzem trzeba zapłacić średnio około 2 tys. za osobę. Stosunkowo najtaniej jest w Kołobrzegu, z najwyższym kosztem – od 2,5 tys. zł wzwyż – trzeba liczyć się w Międzyzdrojach. Co istotne, różnica cenowa między wypoczynkiem nad Bałtykiem, a w jednym z popularnych kurortów za granicą może sięgnąć zaledwie  200 zł – wynika z analizy serwisu Rankomat.pl.

– Koszt wakacji nad Bałtykiem jest zależny od wielu czynników, jak miejsce, do którego jedziemy, standard wyżywienia i noclegu oraz sposobu spędzania wolnego czasu. Według naszych analiz kosztowych, cena takiego tygodniowego pobytu dla jednej osoby może wynosić od 1,7 tys. zł do nawet 6,3 tys. zł, a i tak nie jest to górny limit cenowy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Kuciński, marketing manager Rankomat.pl.

Eksperci portalu Rankomat.pl – popularnej w sieci porównywarki m.in. cen ubezpieczeń, mieszkań i kosztów podróży – porównali koszty samodzielnie zorganizowanego, tygodniowego urlopu nad Bałtykiem i w popularnych, zagranicznych kurortach. Średnie ceny wakacji – zaplanowanych z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem (w sezonie wakacyjnym ceny rosną wielokrotnie) dla jednej osoby zostały wyliczone dla 7 noclegów w ramach Airbnb, dojazdu w obie strony (samochodem lub samolotem) oraz tygodniowego wyżywienia. Pod lupę wzięto najpopularniejsze nadbałtyckie miasta, Kołobrzeg, Sopot i Międzyzdroje – w tych kurortach Polacy najchętniej wypoczywali w ubiegłym roku (według danych Kayak.pl).

– Dla części osób wakacje nad Bałtykiem to po prostu tradycja, pewien sentyment i przywiązanie do naszego, polskiego morza. Dla innych utrudnieniem jest na pewno bariera językowa. Myślę też, że cześć osób zostaje w kraju ze względu na obawy o bezpieczeństwo – ale te obawy można zniwelować, wybierając ubezpieczenie turystyczne – mówi Michał Kuciński.

Z analizy wynika, że w tegorocznym sezonie najtaniej można wypocząć w Kołobrzegu (od około 1,7 tys. zł za osobę) i Sopocie (od 1,8 tys. zł). Najdrożej jest natomiast w w Międzyzdrojach, gdzie koszt takiego tygodniowego pobytu zaczyna się od 2,5 tys. zł za osobę.

Turystom najbardziej opłaca się samodzielnie wynająć prywatną kwaterę, za pośrednictwem jednego z serwisów noclegowych. W przypadku droższego wariantu – noclegu w 3-gwiazdkowym hotelu z pełnym wyżywieniem – cena tygodniowych wakacji w Kołobrzegu wzrośnie już do 3,3 – 5,2 tys. zł za osobę. Co istotne, różnice cenowa pomiędzy wypoczynkiem nad polskim morzem, a w jednym z kurortów za granicą może sięgnąć raptem 200 zł.

– Jeśli trafimy na ofertę last minute, to praktycznie wszędzie możemy pojechać taniej, niż nad Bałtyk. Także jeżeli sami potrafimy zorganizować sobie wycieczkę, upolować dobrą ofertę lotniczą i zdecydować się na taki samodzielny wyjazd – możemy wyraźnie obniżyć koszty. Według naszych szacunków, w takim scenariuszu tygodniowy pobyt w Turcji czy w Bułgarii może kosztować tyle samo, co podobny wyjazd nad Bałtyk. Są też takie miejsca jak Egipt czy Chorwacja, gdzie za tygodniowy wyjazd dla jednej osoby trzeba zapłacić więcej nawet o połowę, czyli ponad 3 tys. zł – mówi Michał Kuciński.

Tygodniowe wakacje nad Bałtykiem eksperci zestawili z kosztami urlopu w jednym z sześciu najczęściej wybieranych przez Polaków zagranicznych kurortów w Bułgarii, Turcji, Chorwacji, Włoszech, Grecji i Egipcie. Porównanie pokazuje, że wakacje nad polskim morzem to koszt porównywalny z pobytem na Riwierze Tureckiej, gdzie za samodzielnie zorganizowane z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem 7-dniowe wakacje w tym sezonie trzeba zapłacić od około 2 tys. zł za osobę wzwyż. Nieco drożej jest w Bułgarii na Słonecznym Brzegu (od około 2,1 tys. zł) i we Włoszech, na Sycylii (od około 2,3 zł). Najdroższe są z kolei Chorwacja i Egipt, gdzie trzeba liczyć się z wydatkami od około 3,2 tys. zł w górę. Eksperci przypominają jednak, że bardzo duży wpływ na koszty pobytu ma zakup biletów lotniczych – lepiej kupić je znacznie wcześniej, poza sezonem, kiedy ceny są wciąż stosunkowo niskie.

Analiza Rankomat.pl bierze pod uwagę – obok noclegu, dojazdu i wyżywienia, również ceny usług plażowych, dodatkowych atrakcji oraz ubezpieczenia turystycznego. Nie uwzględnia natomiast dodatkowych atrakcji, jak zakup lodów, piwa, zwiedzanie bądź wypożyczenie sprzętu, które mogą znacznie zwiększyć koszty.

Eksperci podkreślają też, że, obliczając koszt wakacji, warto wliczyć do niego zakup polisy turystycznej. Popularna karta EKUZ za granicą może okazać się niewystarczająca, ponieważ nie pokrywa kosztów transportu medycznego do Polski, ratownictwa, zakupu niektórych leków czy leczenia w prywatnych placówkach. EKUZ nie działa również w Turcji czy Egipcie. Pełną ochronę na wakacjach zapewnia jedynie ubezpieczenie turystyczne. Dane Rankomat.pl pokazują, że w ubiegłym roku Polacy, którzy spędzali urlop za granicą, płacili najtaniej za ubezpieczenie turystyczne do Chorwacji (3,84 zł za dzień). Z najdroższymi polisami musieli z kolei liczyć się polscy turyści wypoczywający w Turcji (5,08 zł) oraz Egipcie (6,61 zł).

Żywienie niemowląt nie może być kwestią przypadku. Kaszki bez dodatku cukru to produkty dopasowane do wyjątkowych potrzeb najmłodszych

0

Produkty zbożowe dostarczają młodemu organizmowi energię i składniki odżywcze niezbędne do intensywnego rozwoju, wzrostu, a także do codziennego odkrywania świata. Te w postaci kaszek stanowią ważny element jadłospisu, który powinien pojawić się w diecie dziecka zaraz po pierwszych warzywach i owocach. Wybór kaszki, która nie zawiera dodatku cukru, a zgodnie z przepisami prawa również konserwantów, barwników i wzmacniaczy smaku to dla rodziców prawdziwe wsparcie w żywieniu najmłodszych.

Wczesne dzieciństwo to kluczowy okres w życiu każdego człowieka. W tym czasie młody organizm intensywnie się rozwija, potrzebuje więc energii i składników odżywczych, które będą wspierać ten proces. Rozszerzanie diety powinno nastąpić nie wcześniej niż po ukończeniu 17. tygodnia i nie później niż w 26. tygodniu życia niemowlęcia1. W tym okresie większość dzieci jest już gotowa na przyjmowanie pokarmów innych niż mleko mamy – na początek wystarczą niewielkie ilości nowego produktu (1-2 łyżeczki). Jako pierwsze do jadłospisu wprowadza się warzywa, owoce, a następnie produkty zbożowe. Zboża zawarte w kaszkach przeznaczonych specjalnie dla najmłodszych odpowiadają na szczególne potrzeby żywieniowe niemowląt i małych dzieci.

– Rodzice są coraz bardziej świadomi faktu, że 1000 pierwszych dni w życiu dziecka ma fundamentalne znaczenie dla rozwoju malucha, jak również jego zdrowia w przyszłości. Stąd bardzo skrupulatnie sprawdzają, jak dobrać produkt, aby był bezpieczny, wartościowy i smaczny. Dotyczy to również kaszek – mówi agencji informacyjnej Newseria dla BoboVita Joanna Neuhoff-Murawska.

Kaszki dedykowane najmłodszym komponowane są tak, by zaspokajały szczególne wymagania intensywnie rozwijającego się organizmu. Zawierają starannie wyselekcjonowane różnorodne zboża, takie jak pszenica, owies, ryż, proso, kukurydza, jęczmień i żyto, które są dla malucha doskonałym źródłem węglowodanów, składników mineralnych i witamin. Poza tym, że są wartościowe, spełniają wyjątkowo restrykcyjne normy jakości – w trosce o delikatne i wrażliwe organizmy niemowląt i małych dzieci.

– Kaszki dedykowane najmłodszym dzieciom muszą spełniać bardzo rygorystyczne normy, jakie nałożone są na żywność właśnie dedykowaną maluchom. Są skomponowane z bardzo różnorodnych, pełnowartościowych zbóż, które są przebadane i bezpieczne –  mówi Joanna Neuhoff-Murawska.

Producenci żywności dedykowanej niemowlętom i małym dzieciom oferują szeroki asortyment kaszek, również takich, które nie zawierają dodatku cukru, a zgodnie z przepisami prawa także konserwantów, barwników czy wzmacniaczy smaku. O tym, że są dopasowane do wyjątkowych potrzeb młodego organizmu oraz w pełni dla niego bezpieczne świadczy widoczne na opakowaniu wskazanie wieku (np. po 6., 8. czy 12. miesiącu życia). Ich delikatnie słodki smak pochodzący wyłącznie ze zbóż, owoców i mleka modyfikowanego jest lubiany i chętnie akceptowany przez najmłodszych.

– Wybierając kaszkę dla niemowlęcia, warto kierować się dwoma drogowskazami. Pierwszy z nich – na opakowaniu ma być tak zwane wskazanie do wieku. A drugi drogowskaz – brak dodatku cukru – świadomy rodzic wybierze taką właśnie kaszkę – mówi Joanna Neuhoff-Murawska.

1 Szajewska H. et al., Zasady żywienia zdrowych niemowląt. Zalecenia Polskiego Towarzystwa Gastroenterologii, Hepatologii i Żywienia Dzieci, Pediatria 11.3 (2014): 321-338.

Niebawem dzięki e-urzędowi skarbowemu niemal wszystkie kwestie związane z podatkami załatwimy bez wychodzenia z domu

Niebawem dzięki e-urzędowi skarbowemu niemal wszystkie kwestie związane z podatkami załatwimy bez wychodzenia z domu 5

Już niedługo każdą sprawę podatkową będzie można załatwić w elektronicznym urzędzie skarbowym. Docelowo portal e-Urząd Skarbowy ma działać na podobnej zasadzie, co bankowość elektroniczna. Po zalogowaniu będzie można sprawdzić stan swoich rozliczeń, a urząd SMS-em przypomni o przelewie. Dodatkowo przez internet będzie można załatwić sprawy związane z PIT, CIT i VAT. Polacy coraz chętniej korzystają z nowych możliwości. W 2019 roku ponad 70 proc. podatników rozliczyło się z fiskusem w formie elektronicznej.

– Portal e-Urząd Skarbowy to rozwiązanie, które będzie obsługiwało kompleksowo klientów drogą cyfrową od momentu złożenia deklaracji, przez możliwość jej zweryfikowania, aż po sprawdzenie, na jakim etapie jest moja sprawa. Usługa dostępna będzie zarówno dla firm, jak i osób indywidualnych – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Dariusz Śpiewak, wiceprezes Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji.

Elektroniczny urząd skarbowy ma przede wszystkim ułatwić życie, zarówno zwykłym podatnikom, jak i przedsiębiorcom. Pierwsze udogodnienia mają zostać wdrożone jeszcze w tym roku, a kolejne będą oferowane stopniowo. Z danych resortu finansów wynika, że na pierwszym etapie dane mają być aktualizowane, a wdrożenie nowej technologii ułatwi składanie deklaracji podatkowych, w tym umożliwi podpisywanie deklaracji profilem zaufanym. Docelowo podatnik będzie mógł sprawdzić w jednym miejscu, jakie dokumenty złożył do urzędu, jakie informacje urząd do niego przesłał oraz jaki jest stan rozliczeń. Dodatkowo jeśli dana osoba występuje jako podatnik, płatnik czy pełnomocnik, to w swoich rolach znajdzie komplet informacji.

Docelowo e-urząd ma działać na podobnych zasadach co bankowość elektroniczna. Na swoim koncie będzie można znaleźć wszystkie informacje, w tym choćby związane z e-PIT.

– To, co jest w tej chwili opisywane jako Twój e-PIT, czyli możliwość sprawdzenia, jak został złożony dokument, na jakim etapie jest jego obsługa czy jest zwrot, to będzie dotyczyło wszystkich innych podatków, nie tylko podatku PIT, lecz także CIT, VAT i pozostałych – zapowiada Dariusz Śpiewak.

Z części udogodnień można już skorzystać. Na Portalu Podatkowym można od tego roku m.in. rozliczyć podatek od czynności cywilnoprawnych, spadków i darowizn czy kartę podatkową. Po zmianach udogodnień będzie znacznie więcej, a przez internet będzie można załatwić sprawy związane z PIT, CIT i VAT.

Elektroniczne konta podatników, nad którymi trwają jeszcze prace, mają z kolei umożliwić wgląd we wszystkie informacje, jakie gromadzi o nas urząd. O ile przez Platformę Usług Elektronicznych można sprawdzić, czy pracodawca odprowadza za nas składki w odpowiedniej wysokości, tak przez e-Urząd Skarbowy będzie można kontrolować, czy pracodawca odprowadza zaliczki na podatek.

Nowe rozwiązania są szeroko konsultowane tak, by korzystanie z udogodnień faktycznie ułatwiło życie.

– Członkowie PIIT czynnie biorą udział w tym przedsięwzięciu. Jako Izba chcielibyśmy zarówno uczestniczyć w procesie definiowania wymagań, jak i opisywania tego, co jest do zrobienia. Często Ministerstwo Finansów czy Ministerstwo Cyfryzacji konsultuje z nami to, co jest do wykonania. Pomagamy zweryfikować, czy efekty zostały osiągnięte, opiniując dokumenty, przedstawiając nasze stanowiska – tłumaczy Dariusz Śpiewak.

Nowy e-urząd ma być dla Polaków dużym ułatwieniem. Zwłaszcza że niemal co czwarty z nas przyznaje, że urzędu skarbowego po prostu się boi (badanie „Polacy o podatkach” przeprowadzone na zlecenie Centrum im. Adama Smitha). Dzięki wprowadzanym zmianom dużo czynności udało się znacznie uprościć. Rozwiązanie Twój e-PIT pozwala automatycznie rozliczyć się z US, a deklaracje PIT-37 i PIT-38 wypełnia za nas Krajowa Administracja Skarbowa.

Z danych resortu finansów wynika, że w tym roku ponad 70 proc. podatników rozliczyło się z fiskusem w formie elektronicznej.

Technologie AR i VR wkraczają do edukacji. Innowacyjne aplikacje pozwalają postawić nogę na Księżycu czy obejrzeć start rakiety kosmicznej w swoim ogródku

Technologie AR i VR wkraczają do edukacji. Innowacyjne aplikacje pozwalają postawić nogę na Księżycu czy obejrzeć start rakiety kosmicznej w swoim ogródku 6

Rosnąca popularność rozwiązań z zakresu wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości może doprowadzić do stworzenia nowych narzędzi edukacyjnych. Gogle VR mogą zostać wykorzystane do przeprowadzania eksperymentów oraz pokazów, których nie da się zrealizować w klasycznej sali lekcyjnej. W wirtualnej rzeczywistości można śledzić start rakiety kosmicznej, przejść się po powierzchni Księżyca czy przestudiować anatomię dinozaurów.

– Bardzo ciekawą rzeczą w technologiach VR i AR jest zabawa skalą, czyli to, że na przykład możemy przedstawiać modele zarówno w skali rzeczywistej, jak i pomniejszonej. Tak jak w przypadku aplikacji Apollo’s Moon Shot AR możemy postawić rakietę Saturn V na swoim biurku i zobaczyć, jak leci do sufitu. Ale również możemy postawić ją w ogródku w skali 1:1 i zobaczyć z bliska, w jaki sposób startowała – mówi agencji Newseria Innowacje Bartosz Rosłoński wiceprezes zarządu Immersion VR.

Technologie VR oraz AR otwierają nowy rozdział w historii edukacji. Dzięki nim uczniowie mogą przeprowadzać doświadczenia na własną rękę metodą prób i błędów, a także poznawać świat z nowej, wirtualnej perspektywy. Wystarczy założyć specjalny hełm albo odpalić aplikację AR, aby przenieść się do cyfrowego świata i np. cofnąć w czasie, aby z nowej perspektywy poznawać historię świata.

Technologia rzeczywistości rozszerzonej to najprostszy sposób na przeprowadzenie wysoce immersyjnych eksperymentów edukacyjnych. Nie wymaga zakupu specjalistycznych gogli czy wydajnego komputera, który poradzi sobie z przetwarzaniem treści VR. Wystarczy się wyposażyć w urządzenie mobilne i ściągnąć aplikację, aby nałożyć wirtualne obiekty na obraz przechwycony przez obiektyw aparatu.

– Tego typu naukowe aplikacje dopiero zaczynają zyskiwać swoją popularność. Myślę, że niewiele ludzi jeszcze zdaje sobie sprawę z istnienia technologii rozszerzonej rzeczywistość i z tego, że właściwie wszystkie najnowsze smartfony są w stanie odpalać tego typu doświadczenia. W momencie, kiedy ta wiedza będzie popularna, powstanie więcej różnego rodzaju aplikacji edukacyjnych. Wykorzystanie tego typu technologii, zarówno wirtualnej, jak i rozszerzonej rzeczywistości, jest świetną rzeczą i będzie pomagało w procesach nauczania w bardzo różnych dziedzinach – twierdzi ekspert.

Z badań przeprowadzonych przez naukowców z Uniwersytetu Maryland wynika, że korzystanie z gogli VR pozwala przyswoić aż 90 proc. informacji, zaś uczenie się za pośrednictwem komputera – tylko 78 proc. Aplikacja Apollo’s Moon Shot AR to dobry przykład kreatywnego wykorzystania technologii w procesie edukacji.

Oprogramowanie opracowane z okazji 50. rocznicy lądowania misji Apollo na Księżycu pozwala w immersyjny sposób zapoznać się z historią misji Apollo. Obok biblioteki archiwalnych filmów, nagrań oraz zdjęć znajdziemy w niej także doświadczenie w rozszerzonej rzeczywistości, które pozwoli nam przejść się po powierzchni Księżyca, przyjrzeć się 11 eksperymentom naukowym oraz odpalić rakietę Saturn V.

– Zachęcamy użytkownika do tego, aby sam zwiedzał powierzchnię Księżyca, którą odwzorowaliśmy. Użytkownik fizycznie, z telefonem w ręku może chodzić po powierzchni Księżyca i oglądać różnego rodzaju ciekawe doświadczenia, które były tam przeprowadzane – mówi Bartosz Rosłoński.

Ciekawie prezentuje się także aplikacja CrashCourse stworzona przez amerykańską firmę TechAids po to, by uświadomić graczom futbolu amerykańskiego, jakie są objawy wstrząsu mózgu. Doświadczenie przenosi gracza na wirtualne boisko, na którym może sprawdzić na własnej, choć wirtualnej, skórze symptomy urazu. Aplikacja wyjaśnia zagrożenia związane ze wstrząsem oraz konsekwencje, z którymi może zmagać się gracz, jeśli w porę nie zejdzie z boiska i nie przerwie gry.

Polska firma Immersion VR ma nadzieję na kolejne projekty edukacyjne związane z agencją NASA.

– Liczymy na to, że pojawią się kolejne projekty we współpracy z NASA i Smithsonian. Teraz Muzeum NASA ma być rozbudowywane i myślę, że to mogłoby być częścią też nowej formy digitalizacji ich bardzo szerokiego kontentu – mówi ekspert.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku wirtualnej rzeczywistości w 2018 roku wyniosła 7,9 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie ona do 55,7 dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 33,5 proc.

Transakcja z podmiotem nieaktywnym a prawo do odliczenia podatku VAT

Podstawową zasadą podatku od towarów i usług jest jego neutralność dla podatników – podmiotów prowadzących działalność gospodarczą opodatkowaną VAT. Oznacza to, że przedsiębiorca, który nabywa towary i usługi wykorzystywane do prowadzenia swojej działalności, nie powinien ponosić ekonomicznego ciężaru tego podatku. Nie powinien, gdyż w praktyce powstaje mnóstwo problemów, które nierzadko całkowicie podważają tę fundamentalną zasadę. Problematyczne są m.in. transakcje z podmiotami, które organy skarbowe uznały za nieaktywne i w konsekwencji wykreśliły z rejestru VAT.

Neutralność podatku VAT tylko w teorii?

Zgodnie z art. 86 ust. 1 ustawy o podatku od towarów i usług w zakresie, w jakim towary i usługi są wykorzystywane do wykonywania czynności opodatkowanych, podatnikowi tego podatku przysługuje prawo do obniżenia kwoty podatku należnego o kwotę podatku naliczonego. Art. 87 ust. 1 przewiduje natomiast, że w przypadku, gdy kwota podatku naliczonego jest w okresie rozliczeniowym wyższa, podatnik ma prawo do obniżenia o tę różnicę kwoty podatku należnego za następne okresy lub do zwrotu różnicy na rachunek bankowy.

Ustawa przewiduje jednak wyjątki, kiedy takie odliczenie lub zwrot nie są możliwe. Zgodnie z art. 88 ustawy o VAT nie stanowią podstawy do obniżenia podatku lub jego zwrotu m.in. faktury wystawione przez podmiot nieistniejący. Podobnie traktowane są faktury stwierdzające czynności, które nie zostały dokonane. Regulacje w tym zakresie zdają się być zrozumiałe – podatnicy mogą korzystać z odliczenia lub zwrotu podatku jedynie wówczas, gdy dana transakcja faktycznie miała miejsce i świadczył ją podmiot wskazany na fakturze. Problemem jest jednak – jak często ma to miejsce zwłaszcza w przypadku podatku VAT – interpretacja przepisów. Dla organów podatkowych podmiot uznany za nieaktywny i wykreślony z rejestru równa się podmiotowi nieistniejącemu, choć przepisy ustawy w żadnej mierze nie dają podstaw do takiego twierdzenia.

Podmiot nieistniejący a podmiot nieaktywny

Dość jednolite stanowisko organów podatkowych wskazuje, że podmiot nieznajdujący się w rejestrze VAT, a więc także podmiot uznany za nieaktywny i wykreślony z tego rejestru, jest dla organów podmiotem nieistniejącym. Nieistotne jest przy tym nawet to, że faktycznie prowadzi on działalność. Tym sposobem organy podatkowe stawiają przedsiębiorców dokonujących transakcji z podmiotami nieznajdującymi się w rejestrze na równi z oszustami podatkowymi dążącymi do wyłudzenia VAT. Co więcej, prawa do odliczenia lub zwrotu podatku odmawia się także wówczas, gdy kontrahent nieznajdujący się w rejestrze wpłacił podatek VAT do urzędu oraz złożył stosowne deklaracje, a więc o oszustwie nie mogło być mowy. Dla organów rozstrzygająca jest bowiem kwestia czysto formalna związana ze znajdowaniem się przedsiębiorcy w rejestrze VAT. Co więcej, problemy tego rodzaju powstają często nie w związku z tym, że dany podmiot nie dopełnił swojego obowiązku i nie zarejestrował się na VAT, ale dlatego, że został z tego rejestru wykreślony.

Wykreślenie z rejestru VAT

Ustawa o VAT przewiduje, że w przypadku, gdy zarejestrowani podatnicy tego podatku złożą za trzy kolejne miesiące lub kwartał deklaracje, w których nie wykażą sprzedaży lub nabycia towarów z VAT, naczelnik urzędu skarbowego wykreśla ich z rejestru z urzędu. Oznacza to, że brak sprzedaży i zakupów w Polsce przez trzy miesiące wystarczy, aby stwierdzić, że dany podmiot jest nieaktywny.

Nieistotne są przy tym powody braku aktywności, które – zwłaszcza w przypadku podmiotów prowadzących działalność głównie za granicą – wcale nie muszą wiązać się z trwałym zaprzestaniem prowadzenia działalności w Polsce. Takie podmioty często dokonują sprzedaży lub zakupów w Polsce jedynie sporadycznie. Mimo to rejestracja na VAT w Polsce jest dla nich istotna, gdyż zamierzają kontynuować tu swoją działalność choćby w niewielkim zakresie. Takie podmioty, choć dokonują wszystkich obowiązków natury formalnej w związku z dokonaniem każdej transakcji, dla organów podatkowych po trzech miesiącach są podmiotami nieaktywnymi i zostają wykreślone. Ich kontrahenci, którzy ze względu na dłuższą współpracę nie sprawdzają przy każdej transakcji, czy taki podmiot znajduje się w rejestrze VAT, mogą mieć poważne problemy z odliczeniem tego podatku.

Co przy tym szczególnie istotne, wielu przedsiębiorców o wykreśleniu dowiaduje się dopiero po dokonaniu transakcji, w których został wykazany podatek VAT. Wówczas podatek ten trzeba zapłacić, jednak prawo do odliczenia tego podatku nabywcom towarów lub usług zdaniem organów podatkowych nie przysługuje.

TSUE po stronie podatników

Dla organów podatkowych bez znaczenia zdaje się być przy tym orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, z którym decyzje polskiego fiskusa są całkowicie sprzeczne.

Wielokrotnie wskazywana przez TSUE zasada jest jedna: prawo do odliczenia podatku VAT jest jego cechą konstrukcyjną, a ograniczenie tego prawa następuje przede wszystkim w razie niespełnienia przesłanek materialnych. Kwestie formalne, choć istotne, mają bowiem znaczenie drugorzędne.

Jako przykład można przywołać wyrok z 11 grudnia 2017 r., sygn. C-101/16, zgodnie z którym niedopuszczalne jest odmawianie prawa do odliczenia podatku VAT z tego względu, że podmiot, który świadczył usługę i wystawił z tego tytułu fakturę, na której wyraźnie zostały wskazane wydatki i podatek od wartości dodanej, został uznany przez organ podatkowy państwa członkowskiego za nieaktywny.

Co więcej, TSUE dokonuje podobnych rozstrzygnięć nawet wówczas, gdy podmiot faktycznie nie istnieje. Zgodnie z wyrokiem z dnia 22 października 2015 r. w sprawie C-277/14 przepisy Dyrektywy VAT sprzeciwiają się przepisom krajowym, które odmawiają podatnikowi prawa do odliczenia podatku z uwagi na to, iż faktura została wystawiona przez podmiot, który należy uważać za podmiot nieistniejący.

Trybunał w praktyce uznał więc, że ograniczenie prawa do odliczenia podatku jest możliwe wówczas, gdy transakcja ma związek z dokonaniem wyłudzenia podatku. O takim zaś nie może być mowy, gdy podatek do budżetu faktycznie zostanie wpłacony.

Podobne rozstrzygnięcia zapadały przed TSUE także w innych sprawach, m.in. C-80/11 i C-142/11 z 21 czerwca 2012 r. Co ważne, w tym sporze z organami podatkowymi także polskie sądy coraz częściej stają po stronie podatników, m.in. w wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego z 7 marca 2018 r.

Jak wygrać z fiskusem?

Mimo to organy podatkowe nie zmieniają stanowiska. Nie oznacza to jednak, że podatnicy są bezbronni w walce z fiskusem. Przedsiębiorcy często traktowani są przez organy podatkowe jak potencjalni przestępcy, co wyraża się m.in. w odmawianiu prawa do odliczenia podatku VAT. Organy zdają się jednak nie dostrzegać, że taka praktyka jest sprzeczna z jednolitym, unijnym systemem podatku VAT. Bogate orzecznictwo TSUE jasno wskazuje, że transakcje z podmiotami uznanymi za nieaktywne, o ile nie prowadziły do wyłudzenia podatku, nie odbierają prawa do odliczenia. Co więcej, nawet nieświadome uczestnictwo w transakcji nastawionej na dokonanie przestępstw skarbowych nie prowadzi do ograniczenia tego prawa, o ile podmiot dokonujący odliczenia nie wiedział i przy zachowaniu należytej staranności nie mógł się dowiedzieć o nieuczciwych intencjach kontrahenta.

To sprawia, że podatnicy nie powinni rezygnować z odliczenia podatku wynikającego z faktur wystawionych przez podmioty nieaktywne. Nawet bowiem w przypadku niekorzystnych rozstrzygnięć organów podatkowych można z nimi walczyć. Jednak, aby walka ta była skuteczna, warto skorzystać z profesjonalnego wsparcia.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Schöck AG z najlepszym pierwszym półroczem w historii firmy

Schöck, producent rozwiązań do termoizolacji balkonów oraz izolacji akustycznej klatek schodowych, przedstawił wyniki finansowe za rok 2018. Firma zwiększyła swoją sprzedaż do 191,3 mln euro. Wyniki finansowe zostały zaprezentowane przez Zarząd Schöck AG na dorocznym Walnym Zgromadzeniu Akcjonariuszy, które odbyło się 16 lipca w Baden-Baden.

Od lewej: Thomas Stürzl, dyrektor finansowy, Alfons Hörmann, prezes zarządu, dr Harald Braasch, dyrektor ds. technologii Fot. Schöck
Od lewej: Thomas Stürzl, dyrektor finansowy, Alfons Hörmann, prezes zarządu, dr Harald Braasch, dyrektor ds. technologii
Fot. Schöck

W ubiegłym roku firma zainicjowała szereg działań strategicznych związanych z największym programem inwestycyjnym w historii przedsiębiorstwa. Oprócz sfinalizowanego na początku 2019 roku przejęcia dwóch firm, do zeszłorocznych sukcesów Schöck zalicza m.in. wprowadzenie na rynek kotew do fasad wentylowanych Schöck Isolink TA-S. Wzrost wyników finansowych został jednakże odnotowany we wszystkich grupach produktowych firmy. Największa sprzedaż w zagranicznych spółkach zależnych została osiągnięta w przypadku rozwiązania Isokorb.

Pomimo silnej konkurencji rynkowej oraz zmieniających się warunków gospodarczych i politycznych w krajach, w których jesteśmy obecni, ostatecznie udało się nam osiągnąć założone cele zarówno w Niemczech, jak i w oddziałach za granicą. –  powiedział Alfons Hörmann, Prezes Zarządu Schöck.

Wyznaczenie strategicznego kursu na przyszłość

W 2018 roku na europejskim rynku budowlanym utrzymywała się tendencja wzrostowa, choć wzrost ten  nieco zwolnił w porównaniu do poprzednich lat. Przy całkowitym wolumenie realizowanych inwestycji budowlanych wynoszącym 1,563 mld euro, wzrost o wartości 2,8% był niższy niż w roku poprzednim (2017: 3,5%). Mimo to, Niemcy ponownie zajęły wyjątkową pozycję w europejskim sektorze budowlanym, odnotowując największą ilość realizowanych inwestycji. W tym przypadku motorem wzrostu jest nowe budownictwo mieszkaniowe, które odnotowało w Niemczech wzrost na poziomie 3,8%.

Oprócz korzystania z pozytywnych wyników wypracowanych w ubiegłym roku, w 2019 stawiamy również na ogromny potencjał, który wyróżnia rozwijające się budownictwa wielorodzinne. Nie wiadomo jednak jeszcze, w jakim stopniu wąskie gardła dotyczące planowania i budowy będą hamowały dalszy rozwój tego segmentu. Oczywiście, aby utrzymać aktualny poziom efektywności, firma Schöck skupia się nie tylko na wzmacnianiu pozycji rynkowej, ale również na wprowadzaniu innowacyjnych rozwiązań do oferty produktowej. Idealnym przykładem jest tutaj wzrost sprzedaży produktów posiadających ulepszoną izolację termiczną – takich jak Isokorb CXT lub nowo wprowadzony Isolink do fasad wentylowanych VHF. Co więcej, inwestycja Schöck w GIP GmbH w Braunschweig będącym jednym z wiodących europejskich dostawców wysokiej jakości podkonstrukcji fasadowych, ma znacząco wzmocnić naszą pozycję na rynku. – dodał Alfons Hörmann.

Rozbudowa zakładów produkcyjnych

W 2018 r. firma zainwestowała w rozbudowę mocy produkcyjnych na niemal wszystkich głównych rynkach – w tym w Polsce. Dnia 4 kwietnia w Tychach odbyło się oficjalne otwarcie nowego zakładu produkcyjnego firmy Schöck. Tyski zakład wytwarza rozwiązania, które trafiają m.in. na polski, niemiecki, austriacki i węgierski rynek. Produkty pochodzące z polskiej fabryki wykorzystywane są podczas budowy wielu prestiżowych obiektów w kraju i za granicą. W trakcie przemówienia otwierającego wydarzenie, Alfons Hörmann podkreślił, iż zakład produkcyjny w Tychach jest obecnie najlepszym ze wszystkich znajdujących się w posiadaniu grupy Schöck. Z kolei Janusz Kumor, Dyrektor Zarządzający i Członek Zarządu polskiego oddziału firmy Schöck podsumował otwarcie nowej hali produkcyjnej słowami: Niech ta hala będzie otwarciem nowej, bogatej w sukcesy kolejnej dekady w historii polskiego oddziału firmy Schöck.

W 2019 roku firma zrealizuje również rekordowe inwestycje za około 40 mln euro – będzie to rozbudowa zakładu produkcyjnego w Essen oraz nowego, pięciopiętrowego budynku siedziby firmy w Baden-Baden, który powstanie w standardzie domów pasywnych. W ramach tego projektu, powstanie kolejne 1000 m2 powierzchni produkcyjnej, biura dla 120 pracowników oraz centrum turystyczno-konferencyjne. Oprócz tego, w innych lokalizacjach Grupy Schöck powstaną nowe zakłady produkcyjne, a do oferty zostaną wdrożone nowe rozwiązania produktowe.

1 stycznia 2019 roku firma Schöck GmbH nabyła od szwajcarskiej firmy TEBETEC, wszystkie prawa do produkcji, patentów i marketingu dla produktu Alphadock. Dzięki temu wzbogaciła ofertę o nowe rozwiązania nośnych elementów izolacji cieplnej konstrukcji budynku.

Możemy śmiało powiedzieć, że pierwsze sześć miesięcy 2019 roku było bardzo efektywne dla całej grupy Schöck. Jesteśmy przekonani, że obecne inwestycje oraz współpraca z naszymi długoletnimi partnerami i klientami pozwolą na dalszy, stabilny rozwój firmy. Po raz pierwszy w historii przekroczyliśmy barierę 1000 zatrudnionych pracowników. Co więcej, jesteśmy zadowoleni z obecnych sukcesów rynkowych we wszystkich krajach – zwłaszcza z działalności na rynku niemieckim, gdzie mamy za sobą najlepsze pierwsze półrocze w historii firmy poparte wzrostem sprzedaży o około 10% w porównaniu z rokiem poprzednim. To wszystko sprawia, że bardzo optymistycznie patrzymy na drugą połowę 2019, jak i dalszą przyszłość firmy. – podsumowuje Alfons Hörmann, Prezes Zarządu firmy Schöck.

Czy polskie MŚP są gotowe na chmurę?

Tylko 11% polskich firm korzystało z usług w chmurze publicznej w 2018 roku. Średnia dla Unii Europejskiej była ponad dwa razy wyższa (26%), a Finlandia zanotowała rekordowy wynik 65%[1]. Dynamiczny wzrost ilości danych, zmiany wymagań klientów czy regulacje takie jak RODO przyspieszają proces cyfryzacji w przedsiębiorstwach każdej branży. Małym firmom często brakuje jednak wiedzy jak w pełni wykorzystać możliwości rozwiązań chmurowych. Ich wdrożenie planuje jedynie 23% MŚP[2].

Mobilność i oszczędności

W najbliższych latach ilość danych na świecie wzrośnie ponad pięciokrotnie, z 33 zettabajtów w 2018 roku do nawet 175 zettabajtów w 2025[3]. Szukanie informacji i dokumentów, przesyłanie ich mailem czy ręczne przepisywanie do arkuszy staje się coraz bardziej czasochłonne. W szybszej i wygodniejszej realizacji codziennych zadań pomagają aplikacje biznesowe do elektronicznego obiegu dokumentów. Mogą one być przechowywane poza siedzibą przedsiębiorstwa, na platformach takich jak np. Workplace Hub. Chmura zapewnia nie tylko cyfrową organizację danych, ale też mobilność, umożliwia pracę zdalną i łatwe wyszukiwanie oraz współtworzenie dokumentów, a także oszczędność na sprzęcie i oprogramowaniu. Minimalizuje również ryzyko utraty danych dzięki tworzeniu ich kopii zapasowych.

W pogoni za klientem

Do wdrożenia rozwiązań chmurowych przedsiębiorców coraz częściej skłania m.in. presja ze strony klientów i konkurencji. 35% firm wykorzystuje chmurę do wprowadzania na rynek nowych lub znacząco ulepszanych produktów i usług, 88% aby nawiązywać lepsze relacje z klientami, 71% w celu poprawy strategii marketingowych, a 50% – zwiększenia konkurencyjności.[4]

Dla dużych czy małych?

Rozwiązanie może przynosić korzyści zarówno dużym, jak i małym firmom. Nadal jednak z tego typu usług w swojej codziennej pracy korzysta zaledwie 25% małych przedsiębiorstw (w przypadku dużych – 56%)[5]. Dla wielu MŚP wyzwanie stanowi sama różnorodność dostępnych rozwiązań i aplikacji. Adaptacja chmury wymaga od pracowników nowych umiejętności, a od przedsiębiorców wiedzy, aby wybrać rzeczywiście potrzebne rozwiązania. Istotne jest więc wsparcie doradcze dostawcy usług i dopasowanie technologii do potrzeb firmy. Przedsiębiorcy zaczynają to dostrzegać – już prawie 19% swoich budżetów na rozwiązania chmurowe przeznaczają na usługi takie jak doradztwo, wdrażanie, migracja czy zarządzanie. Gartner spodziewa się, że wskaźnik ten osiągnie 28% do 2022 roku.[6]

Mateusz Macierzyński, menedżer ds. systemów ITS w firmie Konica Minolta
Mateusz Macierzyński, menedżer ds. systemów ITS w firmie Konica Minolta

Zasoby chmurowe można zintegrować z istniejącymi w firmie urządzeniami czy oprogramowaniem biznesowym. Takie platformy są dostępne jako usługa, więc niepotrzebne stają się dodatkowe inwestycje w sprzęt czy infrastrukturę. Nawet w sytuacji, gdy firma jest zobowiązana do przechowywania danych u siebie lub z innych przyczyn nie może korzystać z rozwiązań chmurowych, zawsze ma możliwość używania aplikacji i systemów biznesowych w ramach tzw. chmury prywatnej. Jest ona zlokalizowana w zasobach przedsiębiorstwa, a więc pozostaje pod jego pełną kontrolą – wskazuje Mateusz Macierzyński, menedżer ds. systemów ITS w firmie Konica Minolta.

[1] Według danych Eurostatu z 2018 roku. (https://ec.europa.eu/eurostat/statistics-explained/index.php?title=Cloud_computing_-_statistics_on_the_use_by_enterprises&oldid=416727&fbclid=IwAR2Soo5N5-2oEhUvC5qOsGXMiGfOWw8M2Fk9qBYs0Y7ZtrS39iW5u3H1iH0#Use_of_cloud_computing:_highlights)

[2] Według badania Konica Minolta „SMB IT pain-point 2018”, zrealizowanego we współpracy z Opinium.

[3] Według badania przeprowadzonego przez IDC w 2018 roku.

https://www.seagate.com/files/www-content/our-story/trends/files/idc-seagate-dataage-whitepaper.pdf

[4] https://ec.europa.eu/growth/tools-databases/dem/monitor/sites/default/files/Digital%20Transformation%20Scoreboard%202018_0.pdf

[5] Według badania Eurostatu z 2018 roku. (https://ec.europa.eu/eurostat/statistics-explained/index.php?title=Cloud_computing_-_statistics_on_the_use_by_enterprises&oldid=416727&fbclid=IwAR2Soo5N5-2oEhUvC5qOsGXMiGfOWw8M2Fk9qBYs0Y7ZtrS39iW5u3H1iH0#Use_of_cloud_computing:_highlights)

[6] https://www.gartner.com/en/newsroom/press-releases/2019-04-02-gartner-forecasts-worldwide-public-cloud-revenue-to-g

Funt nie wart funta kłaków

Wizja miękkiego brexitu topnieje w oczach a razem z nią wyparowuje wartość funta. To nie jest tak, że ryzyko bezumownego rozstania Wielkiej Brytanii z UE było nie było kompletnie brane pod uwagę, ale skala przeceny z ostatnich dni pokazuje, że uczestnicy rynku nie przypuszczali, że sprawy mogą przybrać tak zły obrót tak szybko. Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson chce iść na wojnę z Brukselą, która broni wyższych celów.

Boris Johnson rozpoczął swoje rządy od deklaracji, że niezależnie co w międzyczasie zostanie ustalone, 31 października Wielka Brytania opuścić UE. Oznacza to umownie lub bezumownie. Jednocześnie Johnson odmawia powrotu do stołu negocjacyjnego, dopóki „uparta” Unia nie porzuci toksycznego pomysłu irlandzkiego backstopu. Jednak przedstawiciele unijnych rządów wielokrotnie powtarzali, że warunki uzgodnione z premier May są jedynymi branymi pod uwagę i nic się tutaj nie zmieni. Mamy impas, gdzie jedna strona żąda niemożliwego od drugiej. Teoretycznie niemożliwego. Początkowa Bruksela chciała surowo karać Grecję i innych lekkomyślnych dłużników z południa kontynentu, ale z czasem udało się utworzyć kosztowne plany pomocowe. Wydaje się, że rząd w Londynie liczy teraz na podobne złagodzenie postawy UE. W końcu w obliczu spowolnienia gospodarczego w Europie szalenie ryzykownym jest dokładanie sobie dodatkowych problemów ekonomicznych z zamknięciem na brytyjski rynek zbytu. Jednak dla Brukseli gra toczy się o dużo wyższą stawkę, gdyż ulegając naciskom Wielkiej Brytanii stworzyłaby niewygodny precedens – można opuścić Unię bez ponoszenia wielkich kosztów ekonomicznych. Troska o stabilność UE w długim terminie może zwyciężyć nad ryzykiem przejściowej recesji. W takim przypadku Johnson może się przeliczyć, ale gdy zda sobie z tego sprawę, może być za późno, by wrócić do polubownych rozmów.

Polityka zawsze jest paskudnym czynnikiem do dyskontowania na rynkach i przyszłość funta staje się coraz trudniejsza do przewidzenia. Ostra konfrontacja pogłębia przekonanie, że bezumowny brexit będzie bardziej chaotyczny niż mógłby być, gdyby strony były gotowe na współpracę. Ktokolwiek liczyć na bardziej przyjazne rozwiązanie w długim terminie, teraz dokonuje rewizji swojej postawy, co kończy się ucieczką z długich pozycji w funcie. Ciosem dla waluty jest też silna rewaluacja oczekiwań wobec polityki Banku Anglii i nikt nie wierzy, że podwyżki stopy procentowej są możliwe, nawet dla ratowania wartości waluty. Z drugiej strony wystarczy jedno słowo ze strony UE o możliwym złagodzeniu swojego stanowiska, by rynek zaliczył ostry (i bolesny dla spekulantów) zwrot. Ale określenie w tym momencie, co i kiedy się stanie, wymaga wyjątkowej szklanej kuli.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Czas pracy kierowcy – dyżur, godziny nadliczbowe, przechowywanie ewidencji czasu pracy i kary

transport kierowcaPrzedsiębiorca, który zatrudnia kierowców, zobowiązany jest do rozliczania czasu ich pracy. Nie jest to łatwe zadanie, gdyż nadgodziny, praca nocna, dyżury czy ich rekompensata, mogą stwarzać wiele problemów. Jak prowadzić ewidencję czasu pracy, by nie narazić się na kary?

Dyżur i jego rekompensata

W zależności od rodzaju dyżuru, przepisy pozwalają na różne rodzaje rekompensaty. Jeżeli jest to dyżur w punkcie, to kierowcy przysługuje wynagrodzenie zgodne z zaszeregowaniem pracownika. Liczy się wtedy stawkę godzinową lub miesięczną. Pracodawca może udzielić czasu wolnego w zamian za dyżur. Jego długość musi być równa czasowi dyżuru. Jeżeli dyżur wynika z oczekiwania na prowadzenie pojazdu, a pracownik siedzi w tym czasie obok kierowcy lub spowodowany jest koniecznością przerwy w jeździe wynikającą z ustawy, wtedy Państwowa Inspekcja Pracy nie godzi się na ryczałt. Kodeks pracy nie przewiduje takiego sposobu wynagradzania za dyżur. Pracownikowi przysługuje rekompensata nie niższa niż 50% wynagrodzenia, wynikającego z osobistej stawki zaszeregowania kierowcy. Nie ma tu możliwości udzielenia dnia wolnego w zamian za dyżur. Jeżeli pracownik nie ma wypracowanego wymiaru czasu pracy, wtedy dyżur taki może zostać zaliczony do godzin przestoju. Dzięki temu pracodawca nie ponosi podwójnych kosztów. Więcej informacji na ten temat na stronie: Ewidencja czasu pracy kierowców, jako sposób na optymalizację kosztów pracowniczych.

Czas pracy kierowców a praca nocna i godziny nadliczbowe

Zgodnie z prawem, kierowca w ciągu dwóch tygodni, może prowadzić pojazd maksymalnie przez 90 godzin. W ciągu miesiąca jest to 180 godzin. Lecz oprócz samej czynności jazdy, dolicza się do czasu pracy czas spędzony przy załadunku, rozładunku czy przerwy śniadaniowe. Godziny nadliczbowe wynikają z pracy ponad 8 godzin dziennie oraz z przekroczenia tygodniowego czasu pracy. Na pisemny wniosek pracownika, zamiast dodatkowego wynagrodzenia, pracodawca może udzielić wolnego w zamian za godziny nadliczbowe w wymiarze o połowę większym od faktycznie przepracowanego. Ponieważ często dokładne rozliczenie nadgodzin nie jest możliwe, można zastąpić je ryczałtem. Jego wysokość powinna odpowiadać przewidywanemu wymiarowi pracy ponad normę. W problemach z rozliczaniem czasu pracy kierowców, pomogą specjaliści z OCRK.PL.

Przechowywanie ewidencji czasu pracy

Przechowywanie ewidencji czasu pracy

Ewidencja czasu pracy kierowców, może być prowadzona w formie zapisów na wykresówkach, wydruków z karty kierowcy i tachografu, plików z nich pobranych lub rejestru opracowanego na podstawie dokumentów potwierdzających czas i rodzaj wykonywanej pracy. Przedsiębiorca ma obowiązek przechowywania dokumentacji przez trzy lata, jeżeli kierowca zatrudniony jest na umowę o pracę. W przypadku umów cywilno-prawnych lub samozatrudnienia, dokumentację przechowuje się dwa lata. Kary za brak ewidencji lub jej nieprawidłowość mogą sięgać nawet 40000 zł dla przedsiębiorcy wykonującego inne czynności związane z przewozem drogowym. Dla firmy zatrudniającej do 10 kierowców, kara może wynieść 15 tys., do 50 pracowników – 20 tys., do 250 pracowników – 25 tys., a dla firm powyżej 250 pracowników – 30 tys.

Kary za brak ewidencji mogą być ogromne, dlatego należy ją prowadzić ze szczególną dokładnością. Osoby zajmujące się tą tematyką, zainteresuje więcej artykułów OCRK.

Ruszył e-sąd Ultima Ratio – pierwsze wyroki po 11 dniach od wniesienia pozwu

 

Pierwszy Elektroniczny Sąd Polubowny Ultima Ratio z siedzibą w Warszawie rozpoznał już pierwsze sprawy. Średnia wartość pozwów złożonych przez firmy wyniosła 18 tysięcy złotych. Arbitrzy, czyli notariusze ze Stowarzyszenia Notariuszy RP mieli zgodnie z regulaminem 3 tygodnie na wydanie wyroku. Pierwsze 8 spraw rozstrzygnęli jednak znacznie szybciej – ostateczne orzeczenia wydali średnio po 11 dniach. Po nadaniu im klauzul wykonalności, sprawy można będzie oddać do komornika. E-sąd rozmawia z kolejnymi firmami, które są zainteresowane rozstrzyganiem spornych spraw drogą on-line.

Pierwsze sprawy, którymi zajął się „Ultima Ratio” dotyczyły między innymi rozliczeń firm w zakresie najmu powierzchni handlowej. Wśród firm pozywających była znana firma działająca na rynku branży nieruchomości komercyjnych Rank Progress S.A.

W sądach tradycyjnych takie sprawy trwają z reguły latami. Tutaj mam gwarancję, że notariusz, czyli z założenia osoba reprezentująca obydwie strony sprawy, wyda sprawiedliwy wyrok najpóźniej po trzech tygodniach. Okazało się nawet, że sprawy mogą być rozpatrywane szybciej. Bez rozpraw, bez delegacji, bez jeżdżenia w różne strony Polski. Dowody, nasze oświadczenia i pozwy – wszystko nasi pełnomocnicy złożyli poprzez system informatyczny. Szybkość i łatwość złożenia pozwu i udowodnienia swojej racji- to największe zalety Ultima Ratio.”- komentuje Jan Mroczka, Prezes Rank Progress S.A.

Robert Szczepanek, współtwórca Ultima Ratio
Robert Szczepanek, współtwórca Ultima Ratio

Po wydaniu wyroku przez naszego arbitra strony powinny je niezwłocznie wykonać. Jeśli tak się nie stanie wyrok trafia do Sądu Apelacyjnego, który nadaje klauzulę wykonalności. To pierwsze sprawy, które trafiły do naszego e-sądu polubownego, ale widzimy ogromne zainteresowanie naszym rozwiązaniem ze strony firm, które funkcjonują w różnych branżach. Nie możemy zapominać, że jeśli firma prowadzi rocznie setki czy tysiące podobnych spraw w tradycyjnych sądach, to przekazanie ich do rozpoznania on-line przez naszych arbitrów oznacza tysiące a czasami miliony złotych oszczędności”- komentuje Robert Szczepanek, współtwórca ULTIMA RATIO.

Ultima Ratio rozpatruje sprawy gospodarcze, w których stronami są firmy i przedsiębiorstwa. E-sąd budowany przez ostatnie 2 lata swoją premierą miał w kwietniu tego roku. Żeby złożyć pozew, obydwie strony muszą zgodzić się na rozstrzygnięcie sporu właśnie przez Ultima Ratio. E-sąd rozpatruje sprawy wyłącznie przez internet – nie posiada budynku, w którym trzeba się stawić, nie organizuje rozpraw, na które trzeba dojechać. Pozew składa się w ciągu kilku minut, po zalogowaniu się do systemu informatycznego. Sąd korzysta z profilu zaufanego, podpisu kwalifikowanego oraz e-dowodów tożsamości. Ułatwia to identyfikacje tożsamości użytkowników, którzy będą występować przed sądem w charakterze stron. Arbitrami są notariusze przeszkoleni w Stowarzyszeniu Notariuszy RP.

Niezwykle wygodne jest prezentowanie materiału dowodowego – w przypadku na przykład roszczeń z rękojmi za wady rzeczy sprzedanej, strona będzie mogła wprost z aplikacji mobilnej Ultima Ratio nakręcić telefonem komórkowym film obrazujący wady oraz jednym kliknięciem umieścić go na profilu danej sprawy. W analogiczny sposób możliwa jest prezentacja zdjęć, skanów pism, linków, nagrań audio, zrzutów ekranu i innych tego typu materiałów. Arbiter zaś ma możliwość kontaktowania się ze stronami poprzez dedykowany każdej sprawie czat.

Zabezpieczenia systemu elektronicznego Ultima Ratio są analogiczne do zabezpieczeń systemów bankowości elektronicznej. System informatyczny Ultima Ratio został zbudowany przez polską spółkę ZETO Rzeszów.

W II kwartale br. Eesti Energia osiągnęła zysk w wysokości 9,4 mln euro

W II kwartale br. obrót Eesti Energia wyniósł 210,3 mln euro, a wypracowany zysk 9,4 mln euro. W porównaniu z ubiegłym rokiem obrót wzrósł o 24,5 mln euro (+ 13,2%). EBITDA zwiększyła się o 10 mln euro, do 63 mln euro (+ 18,9%).

Zysk netto Eesti Energia wyniósł 9,4 mln euro, czyli o 5,3 mln euro mniej (-35,9%), głównie ze względu na zwiększone odpisy amortyzacyjne. Według Andri Avila, dyrektora finansowego i członka zarządu Spółki, na ogólne warunki operacyjne wpłynęły przede wszystkim rosnące ceny uprawnień do emisji CO2, które w ujęciu kwartalnym wzrosły średnio do 25,6 euro za tonę (+ 76%).

Realizując naszą strategię w ostatnich latach poczyniliśmy znaczące inwestycje mające na celu zdywersyfikowanie portfela produktów i tą ścieżką będziemy podążać także w przyszłości. Wprawdzie ceny CO2 obecnie wywierają sporą presję na produkcję energii elektrycznej ze źródeł opalanych ropą łupkową, jednak należy zauważyć, że wzrosła również cena rynkowa energii elektrycznej. Zwiększyło to zyskowność innych obszarów działalności Spółki, w szczególności odnawialnych źródeł energiipowiedział Andri Avila.

Na przestrzeni roku produkcja energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych Eesti Energia wzrosła ponad trzykrotnie, do 250 GWh, z czego większość pochodziła z farm wiatrowych (194 GWh). Wysokość produkcji energii z biomasy uległa przez rok podwojeniu i sięgnęła 40 GWh w okresie rocznym, z czego 30 GWh wytworzono w elektrowniach Narva.

W portfelu Eesti Energia proporcja energii wyprodukowanej ze źródeł odnawialnych i alternatywnych wzrosła do średnio 33% w ujęciu kwartalnym. Całkowita ilość wyprodukowanej energii elektrycznej spadła do 1,2 TWh (-42,9%), przy czym utrzymał się trend, w którym ilość sprzedanej energii (1,8 TWh) przewyższa produkcję własną. Przychód ze sprzedaży energii elektrycznej wzrósł o 23,1%, do 109,7 mln euro.

Eesti Energia wyprodukowała 93,5 tys. ton (+ 3,7%) ropy łupkowej, przy sprzedaży sięgającej 113,1 tys. ton (+ 12%). Choć ceny ropy spadły w porównaniu z rokiem ubiegłym, ceny paliw ropopochodnych wzrosły. Średnia cena paliw ropopochodnych wzrosła do 281,4 euro za tonę (+ 6%).

W II kwartale br. Eesti Energia zainwestowała 45 mln euro (-5%). Wraz z zakupem parków fotowoltaicznych na polski rynek energii odnawialnej weszła Enefit Green, spółka zależna Eesti Energia produkująca energię ze źródeł odnawialnych. 20 mln euro ze środków przeznaczonych na rozwój działalności zainwestowano w sieć elektroenergetyczną Elektrilevi, spółki zależnej Eesti Energia.

Rynek biurowy w Warszawie przeżywa swój najlepszy czas

W pierwszej połowie roku popyt na warszawskie biura był pięć razy większy od nowej podaży.

Warszawski rynek biurowy kolejny rok z rzędu może się pochwalić wyjątkowo dobrymi wynikami, jeśli chodzi o popyt na powierzchnię. W pierwszym półroczu br. do najemców trafiło przeszło 400 tys. mkw. biur. Nieznacznie mniej niż rok wcześniej, kiedy chłonność rynku w pierwszych sześciu miesiącach osiągnęła poziom 440 tys. mkw. i była największa w historii rynku. Zdaniem analityków Walter Herz, uzyskane wyniki pozwalają sądzić, że także w tym roku wolumen transakcji w segmencie biurowym osiągnie rekordowo wysoki poziom.

Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz
Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz

– Rynek biurowy w Warszawie przeżywa swój najlepszy czas. Zgłaszane przez firmy zainteresowanie wynajmem dużych powierzchni przełożyło się na bardzo dobre wyniki pierwszego półrocza. Szczególnie dużą popularnością cieszą się biura zlokalizowane w ścisłym centrum miasta i jego sąsiedztwie, gdzie w ostatnich miesiącach wynajęte zostało najwięcej powierzchni. Co ciekawe, dostęp do wolnych biur w stołecznym śródmieściu jest najmniejszy w całej Warszawie. W centrum miasta współczynnik pustostanów przekracza zaledwie 5 proc. – mówi Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz. – Jednocześnie to obszar, który dziś najsilniej się rozbudowuje. Oferuje duży wybór najwyższej klasy powierzchni w budynkach pozostających w trakcie realizacji. Wysoka absorpcja notowana na warszawskim rynku sprawia, że w inwestycjach z terminem oddania do końca przyszłego roku połowa biur została już wynajęta – informuje Bartłomiej Zagrodnik.

Rekordowe transakcje najmu

Aż jedna czwarta powierzchni biurowej, która została zakontraktowana w Warszawie w pierwszej połowie br. znajduje się w obiektach, które są w budowie. Historycznie rekordowa umowa na 45,6 tys. mkw. powierzchni, jaka została niedawno zawarta na stołecznym ryku, także dotyczy biur usytuowanych w kompleksie Mennica Legacy Tower, którego oddanie planowane jest dopiero jesienią tego roku.

W pierwszym półroczu 2019 roku zasoby warszawskiego rynku biurowego wzrosły zaledwie o 80 tys. mkw. powierzchni. To niewiele, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę obecne zapotrzebowanie na biura w aglomeracji stołecznej. W pierwszej połowie roku do warszawskiej oferty wszedł m.in. budynek Spark B (niemal 16 tys. mkw.), Moje Miejsce B1 (prawie 19 tys. mkw.), Vector+ ( niespełna 14 tys. mkw.), czy The Park 6 (ponad 11 tys. mkw.).

Centrum Warszawy w budowie

W budowie, jak podają analitycy Walter Herz, jest w Warszawie około 840 tys. mkw. biur w ponad czterdziestu projektach. Większość tej powierzchni wejdzie na rynek, którego zasoby obliczane są na 5,65 mln mkw. biur, dopiero w 2021 roku.

Aktywność deweloperów ogniskuje się aktualnie przede wszystkim w rejonie ronda Daszyńskiego i okolicy Dworca Centralnego, gdzie możemy obserwować największe realizacje w mieście. Wśród biurowców w budowie, często spektakularnych obiektów, które wpłyną na nowy wizerunek warszawskiego centrum wymienić można Varso, SkySawa, Warsaw Unit, Warsaw Hub, Skyliner, Generation Park, czy Mennicę Legacy Tower.

Wolnej powierzchni biurowej w stolicy jest coraz mniej. Współczynnik pustostanów stale się obniża. Aktualnie jego wartość jest najniższa od siedmiu lat. Przekracza nieznacznie 8 procent., licząc średnio dla całej Warszawy. Z największym deficytem wolnych biur mamy do czynienia w centrum miasta, gdzie praktycznie nie ma dużych powierzchni gotowych do wynajęcia. Największa ilość biur oczekujących na najemców znajduje się natomiast w zagłębiu biurowym na Mokotowie, gdzie pustostanów jest ponad 18 proc.

Fiskus jak sęp oskubie nawet chcącego spłacić długi podatnika

Dłużnicy dążący do spłaty długów powstałych nie ze swojej winy, bo przejmujący długi w darowiźnie lub spadku, starający się zaspokoić wierzycieli w możliwie najwyższym stopniu, czynią zadość zasadom współżycia społecznego i za taką postawę nie powinni być karani. Sprzedaż obciążonej nieruchomości na wolnym rynku jest działaniem racjonalnym i korzystnym zarówno dla wierzyciela, jak i dłużnika. Pozwala bowiem w praktyce na uzyskanie ceny rynkowej, wyższej niż uzyskałby komornik w drodze licytacji, co zabezpiecza większą masę majątkową, z której wierzyciele będą mogli się zaspokoić. Pozwala również na zatrzymanie fali rosnących kosztów egzekucyjnych i odsetek za zwłokę w spłacie wierzytelności. Jednak gdy w grę wchodzą podatki, racjonalne i pod każdym względem słuszne działania podatnika nie mają żadnego znaczenia.

Robert Nogacki Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki -Kancelaria Prawna Skarbiec

„…brak możliwości zaliczania wydatków na spłatę przez spadkobierców kredytu hipotecznego zaciągniętego przez spadkodawcę, do kosztów uzyskania przychodów (…) w sposób niemożliwy do akceptacji różnicowałaby sytuację spadkobierców nabywających spadek w takiej postaci, od spadkobierców nabywających spadek w pieniądzu. Stanowiłoby to drastyczne naruszenie wskazanej powyżej, gwarantowanej przez ustawę zasadniczą, zasady równej ochrony prawnej dziedziczenia” (sygn. akt I SA/Gl 1490/16). Na to stwierdzenie Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach, sformułowane w wyroku z 22 lutego 2017 r., Dyrektor Krajowej Informacji Podatkowej odpowiedział w interpretacji indywidualnej z 7 maja 2019 r.: „…do kosztów uzyskania przychodu z tej sprzedaży Wnioskodawczyni może zaliczyć wyłącznie wydatki spełniające przesłanki wskazane w art. 22 ust. 6d ww. ustawy w związku z art. 22 ust. 6e tej ustawy. Kwota spłaconego przez Wnioskodawczynię kredytu hipotecznego oraz koszty komornicze nie spełniają przesłanek, o których mowa w art. 22 ust. 6d ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych” (sygn. 0113-KDIPT2-2.4011.143.2019.2.AKR).

Spłaciła wierzycieli i sama uniknęła długów

W 2013 r. rodzice podarowali córce obciążoną hipoteką nieruchomość. Córka przyjęła darowiznę i wkrótce stała się podmiotem prowadzonego postępowania egzekucyjnego. Komornik podjął licytację nieruchomości. Celem uniknięcia rosnących kosztów egzekucyjnych, obdarowana na własną rękę rozpoczęła poszukiwania nabywcy obciążonej nieruchomości. W grudniu 2018 r. doprowadziła do notarialnej sprzedaży nieruchomości za cenę 700 000 zł, na którą składały się: spłata kredytu – 566 455,70 zł, koszty komornicze – 35 154,27 zł, opłaty administracyjne/notariusz – 1 067,02 zł, kwota pozostała (gotówka) – 97 322,98 zł.

Była już właścicielka obciążonej nieruchomości wystąpiła do Dyrektora KIS o potwierdzenie, że spłata długu hipotecznego, jak i kosztów komorniczych, a także koszty opłaty notarialnej, stanowić dla niej będą koszty uzyskania przychodu ze sprzedaży otrzymanej w darowiźnie nieruchomości, jako zwiększające wartość nieruchomości, zgodnie z art. 22 ust. 6d ustawy o PIT. Na poparcie swego stanowiska przywołała wyrok WSA w Gliwicach z 22 lutego 2017 r.:

„W przedmiotowej sprawie mamy do czynienia z sytuacją niemożliwą do pogodzenia z Konstytucyjną zasadą równości, jaką ustanawia art. 32 ust. 1 Konstytucji RP, która nakazuje przeprowadzenie prokonstytucyjnej wykładni art. 22 ust. 6d ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych określającego jakiego rodzaju wydatki uznaje się za koszty uzyskania przychodu z tytułu odpłatnego zbycia nieruchomości nabytych w drodze spadku. (…) do kosztów (…) zalicza się spłacony przez spadkobiercę kredyt hipoteczny zaciągnięty przez zmarłego spadkodawcę. Można bowiem przyjąć, że był to nakład, który zwiększył wartość rzeczy, poczynione w czasie jego posiadania przez spadkobiercę” (sygn. akt I SA/Gl 1490/16).

Spłata wierzytelności nie zwiększa wartości rzeczy

Fiskus poinformował, że do kosztów uzyskania przychodu ze sprzedaży obciążonej nieruchomości podatniczka zaliczyć może tylko opłatę notarialną, bowiem pozostałe koszty nie zwiększają jej wartości, a więc nie spełniają przesłanek art. 22 ust. 6d ustawy o PIT.

„…spłata kredytu zabezpieczonego na będącej przedmiotem sprzedaży w 2018 r. nieruchomości oraz koszty komornicze poniesione w związku z prowadzonym postępowaniem egzekucyjnym dotyczącym ww. kredytu w żaden sposób nie mieszczą się w ustawowych kryteriach kosztu uzyskania przychodu z odpłatnego zbycia nieruchomości, nabytej w drodze darowizny, zawartych w art. 22 ust. 6d ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych” (interpretacja indywidualna Dyrektora KIS z 7 maja 2019 r., sygn. 0113-KDIPT2-2.4011.143.2019.2.AKR).

Naruszenie zasady równej dla wszystkich ochrony prawnej

W przywołanym przez podatniczkę wyroku gliwicki sąd pouczył organy podatkowe, że brak zezwolenia na zaliczenie do kosztów uzyskania przychodu wydatków poniesionych na spłatę zobowiązań ciążących na otrzymanym majątku narusza zawartą w art. 64 ust. 2 Konstytucji RP zasadę stanowiącą, że „Własność, inne prawa majątkowe oraz prawo dziedziczenia podlegają równej dla wszystkich ochronie prawnej” (Dz.U. 1997 nr 78, poz. 483).

Przychodem jest tylko to, co zostaje po odliczeniu ciężarów należnych wierzycielom

Nie sposób nie zgodzić się z tezą sądu, że w zgoła innej sytuacji byłby bowiem spadkobierca, czy też jak w niniejszej sprawie – obdarowana, gdyby otrzymała od darczyńców kwotę 700 000 zł w gotówce. Sprzedając zaś obciążoną nieruchomość, by otrzymać tę samą kwotę, musiała ponieść koszty długu hipotecznego oraz postępowania komorniczego przekraczające łącznie sumę aż 600 000 zł. Tak jak opłata dla notariusza, tak i wierzytelność wierzyciela hipotecznego oraz koszty komornika nie należały się sprzedającej nieruchomość, a tym właśnie podmiotom.

W wyroku z 26 listopada 2015 r. WSA w Warszawie orzekł: „Ustanowiona hipoteka oznacza dla właściciela rzeczy tylko i wyłącznie tyle, że do danej kwoty pieniężnej rzecz ta może utracić dla niego wartość. Dana rzecz jest o taką kwotę mniej warta” (sygn. akt VIII SA/Wa 116/15).

„Jeżeli zatem dochodzi do sprzedaży w trakcie postępowania egzekucyjnego nieruchomości obciążonej hipoteką, to pieniądze z tej sprzedaży nie są należne w rozumieniu przepisów u.p.d.o.p. właścicielowi rzeczy, ale należne są wierzycielowi, który w ten sposób zaspokaja się z rzeczy. (…) Przychód po stronie dłużnika rzeczowego (zbywcy nieruchomości) nastąpi jedynie wtedy, gdy suma uzyskana ze sprzedaży nieruchomości przekroczy wysokość hipoteki i kwota ta zostanie przekazana zbywcy (dłużnikowi rzeczowemu)” (wyrok WSA w Rzeszowie z 13 sierpnia 2015 r., sygn. akt I SA/Rz 557/15).

Ochrona majątku przed wierzycielami to jedno, a przed fiskusem drugie

Wyroki sądów nie mają jednak dla organów podatkowych większego znaczenia. Również w niniejszej sprawie organ powołał się na fakt, że wyroki sądów nie stanowią w Polsce źródeł powszechnie obowiązującego prawa. Trudno jednak nie dostrzec celowości w zachowaniu fiskusa. W sytuacji bowiem, w której mógł w oparciu chociażby o wskazane orzecznictwo sądów rozstrzygnąć wątpliwość interpretacyjną przepisu podatkowego na korzyść podatnika, zrobił przeciwnie.

Generalną zasadą zgodnie z art. 22 ust. 1 ustawy o PIT jest to, że kosztami uzyskania przychodów są koszty poniesione w celu osiągnięcia przychodów lub zachowania albo zabezpieczenia źródła przychodów. Czy gdyby podatniczka powołała się wprost na tę zasadę, fiskus również odmówiłby jej słuszności? Czy spłata długu hipotecznego, jak i „uwolnienie się” od komornika nie służyły zabezpieczeniu przychodu w kwocie 97 322,98 zł? Przecież bez tego koszty komornicze rosłyby, pomniejszając ewentualny przychód z licytacji nieruchomości, jaki pozostałby obwarowanej po spłaceniu wierzytelności hipotecznych, o ile jakikolwiek przychód by pozostał. Zgodnie bowiem z art. 965 Kodeksu postępowania cywilnego komornik już na pierwszej licytacji może sprzedać nieruchomość za 75% jej wartości.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Mikrofirmy w coraz słabszej kondycji

Subindeks „Barometru EFL” dla mikrofirm na III kwartał br. wyniósł tylko 49,8 pkt. i był niższy aż o 5,8 pkt. w porównaniu do II kwartału. Jest to już trzeci w ciągu 12 miesięcy pomiar, gdy wynik dla tej grupy przedsiębiorstw osiąga wartość poniżej progu OR[1], który oznacza niekorzystne warunki do rozwoju działalności. Eksperci EFL zwracają uwagę, że tak niskich wyników „maluchy” nie odnotowały od początku realizacji badania (od stycznia 2015 roku) i bardziej niż firmy małe i średnie obawiają się pogorszenia własnej sytuacji finansowej w przyszłości. Odczyty dla małych i średnich firm wyniosły odpowiednio 51,8 pkt. oraz 56,1 pkt.

Radosław Woźniak Wiceprezes Zarządu
Radosław Wożniak, wiceprezes zarządu EFL

– Nie dziwi nas fakt, że wynik najmniejszych przedsiębiorców zatrudniających do 9 osób jest najniższy w sektorze MŚP. Z taką sytuacją mieliśmy do czynienia już przy kilku pomiarach. Martwi nas jednak to, że na przestrzeni ostatnich czterech kwartałów, w aż trzech subindeksy dla „maluchów” nie osiągnęły wartości 50 punktów, czyli progu ograniczonego rozwoju. Takie zjawisko obserwujemy po raz pierwszy wśród wszystkich trzech grup. A jeżeli utrzymają się tendencje z lat ubiegłych, to w IV kwartale wskaźnik może być jeszcze niższy – mówi Radosław Woźniak, wiceprezes EFL. I dodaje: – Najmniejsze firmy obawiają się pogorszenia własnej sytuacji finansowej, jeśli widzą problemy u swoich „większych kolegów”, będących ich klientami. Docierają też do nich informacje z Niemiec, których gospodarka dostała lekkiej zadyszki.

Mały biznes spowalnia?

Po dobrym wyniku uzyskanym w II kwartale br., subindeks „Barometru EFL”, który informuje o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu, dla najmniejszych firm zatrudniających do 9 pracowników w III kwartale wyraźnie spadł. Wyniósł tylko 49,8 pkt. i jest to wynik o 5,8 pkt. niższy niż kwartał wcześniej i o 3,2 pkt. niższy niż w analogicznym okresie 2018 roku. Co więcej, jest to trzeci na przestrzeni ostatniego roku pomiar (IV kwartał 2018, I kwartał 2019), gdy wynik dla firm mikro osiąga wartość niższą niż granica 50 pkt. Takiej sytuacji nie było od początku realizacji badania.

Mniej inwestycji?

Na niski odczyt dla mikrofirm miały wpływ przede wszystkim słabsze prognozy w obszarze inwestycji. Tylko niecałe 18 proc. „maluchów” spodziewa się więcej inwestować, podczas gdy kwartał wcześniej wskaźnik ten wyniósł ponad 24 proc. Jest to też najniższy wynik w całej grupie MŚP – wśród małych firm wyniósł ponad 19 proc., wśród średnich niecałe 28 proc. Zdecydowanie więcej jest inwestycyjnych pesymistów – niemal co trzecia mikrofirma (31 proc.) uważa, że będzie mniej inwestować (dla porównania w II kwartale było to tylko 12 proc.).

Mikrofirmy obawiają się również mniejszej sprzedaży. Tylko 3 na 10 prognozuje jej wzrost, podczas gdy 45 proc. „obstawia” status quo, a 19 proc. jej spadek. Mniej „maluchów” niż 3 miesiące temu, spodziewa się też lepszej płynności finansowej – 30 proc. vs. 36 proc.

Im większa firma, tym lepsze nastroje

W III kwartale br. subindeks Barometru EFL spadł nie tylko w przypadku mikrofirm, ale również małych i średnich, choć tutaj spadki były zdecydowanie mniejsze. Małe firmy oceniają swoją sytuację jedynie o 0,3 pkt. gorzej niż kwartał wcześniej (51,8 pkt.), zaś średnie o 2,4 pkt. gorzej (56,1 pkt.). Uzyskane wyniki nadal pozostają niskie w odniesieniu do historii pomiaru. W przypadku firm mikro i średnich obserwuje się stosunkowo duże wahania nastrojów, zaś w firmach małych na przestrzeni pięciu ostatnich pomiarów różnice wynoszą niecałe 1,5 pkt proc.

***

Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm. Aktualna edycja badania odbyła się w czerwcu 2019 roku.

[1] Próg OR jest podstawową miarą analityczną zastosowaną do wyników badania, który stanowi algorytm stworzony na podstawie danych zgromadzonych w trakcie badania przedsiębiorców. Przyjmuje on wartości od 0 do 100, przy czym zagregowany wynik powyżej 50 pkt. oznacza, że występują sprzyjające warunki do rozwoju sektora MŚP, natomiast wynik niższy oznacza, że warunki te są niekorzystne. Zatem poziom 50 pkt. stanowi próg OR, czyli poziom ograniczonego rozwoju.

Liczba cudzoziemców w Polsce po I połowie 2019 roku

O nieco ponad 27 tys. osób wzrosła w I połowie roku liczba cudzoziemców posiadających ważne zezwolenia na pobyt w Polsce. Najliczniej zwiększyła się grupa obywateli Ukrainy, Białorusi i Gruzji. Imigracja do Polski ma głównie charakter uzupełniający względem potrzeb rynku pracy.

W połowie tego roku ważne zezwolenia na pobyt posiadało niespełna 400 tys. cudzoziemców. Według stanu na 1 stycznia 2019 r. i 2018 r. było to odpowiednio 372 tys. i 325 tys. osób. W I połowie tego roku największy wzrost dotyczył obywateli:

  • Ukrainy – o 19,4 tys. do 199 tys. osób
  • Białorusi – o 3 tys. do 23 tys. os.
  • Gruzji – o 1,3 tys. do 4,1 tys. os.
  • Indii – o 0,8 tys. do 9,6 tys. os.
  • Nepalu – o 0,5 tys. do 2 tys. os.

Cudzoziemcy chcący osiedlić się i zalegalizować swój pobyt w Polsce składają w urzędach wojewódzkich wnioski o zezwolenia na pobyt. Osoby spełniające warunki wydania zezwolenia otrzymują dokumenty potwierdzające ich prawo pobytu w kraju. W raportowanym okresie najwięcej przybyło zezwoleń na pobyt czasowy (maksymalnie do 3 lat) – o 21 tys. oraz stały – o 5 tys.

Rozproszenie cudzoziemców na terenie kraju pozostało nierównomierne i skupiło się w województwach z dużymi ośrodkami miejskimi. W I półroczu, 64 proc. wszystkich spraw z zakresu legalizacji pobytu trafiło do pięciu urzędów wojewódzkich: mazowieckiego (26 proc.), dolnośląskiego (11 proc.), wielkopolskiego (10 proc.) oraz małopolskiego i śląskiego (po 9 proc.). Najmniej z kolei do warmińsko-mazurskiego oraz świętokrzyskiego (po 1 proc.).

Powyższe dane nie uwzględniają osób przebywających w Polsce tymczasowo w ramach ruchu bezwizowego lub na podstawie wiz.

Kobiet w transporcie drogowym jest dwa razy więcej

Według danych Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK) 98 proc. zawodowych kierowców stanowią mężczyźni. Bardzo powoli w świat męskich ciężarówek wkraczają kobiety, które za kierownicą 40-tonowego pojazdu radzą sobie tak samo dobrze, jak panowie. Panie stanowią już ponad 19 proc. kadry pracowniczej w obrębie całego sektora TSL[1], w tym spedycji, kadry zarządzającej i administracji. Najnowszy raport International Road Transport Union (IRU) pokazuje, że jedynie 2 proc. z nich pracuje za kółkiem.

W polskich firmach transportowych kierowcy w ruchu międzynarodowym mogą zarobić od 5000 do 8500 złotych netto, to nawet o 3300 zł więcej niż wynosi średnia krajowa. Mimo takich warunków finansowych przewoźnicy już od dłuższego czasu borykają się z brakiem kandydatów do pracy. Według badań przeprowadzonych przez IRU od października 2018 do stycznia b.r. niedobór kierowców w przedsiębiorcach specjalizujących się w przewozach towarów osiągnął poziom 21 proc. Problem nieustannie się pogłębia – według badania przeprowadzonego przez OCRK już ponad połowa polskich przewoźników ma problem z zapełnieniem wakatów, a popyt na usługi transportowe stale rośnie.

Już od kilku lat Unia Europejska oraz organy ustawodawcze i wykonawcze poszczególnych państw członkowskich poszukują rozwiązania problemu braku rąk do pracy w charakterze kierowcy zawodowego. Jednym z rozwiązań może być zwiększenie zatrudnienia pań w tej branży, co obok dopuszczenia do zawodowej jazdy osób z całkowitym lub częściowym ubytkiem słuchu i przywrócenia kierunków kształcących przyszłych kierowców w szkołach, by zachęcać młodych do pracy w branży transportowej, jest dobrym kierunkiem zmian – mówi ekspert OCRK, Kamil Wolański.

Jest szansa?

Tendencje są spadkowe. W Polsce w sektorze transportu i magazynowania zatrudnionych jest 19,31 proc. osób płci żeńskiej, a jeszcze w 2015 r. odsetek ten był wyższy i wynosił 20,36 proc.[2]. Jak wskazują dane Komisji Europejskiej najwięcej kobiet zatrudnionych w transporcie obecnie znajduje się na Cyprze (28,74 proc.) oraz u naszych sąsiadów – na Słowacji (26,96 proc.) i w Czechach (26,64 proc.).[3] W 2016 r. największy związek zawodowy w Wielkiej Brytanii Freight Transport Association (FTA) opublikował dane ankiety, z których wynika, że aż 79 proc. kobiet chciałoby zasiąść za kierownicą ciężarówki.[4] Organizacja doszukuje się powodów, dla których większość z pań nie decyduje się na wstąpienie do zawodu. Okazuje się, że są to głównie zbyt wysokie koszty uzyskania prawa jazdy kat. C i E.

Jeszcze trzy lata temu kobiety stanowiły 1 proc. kierowców zawodowych. Obecnie IRU podaje, że możemy mówić o podwojeniu tej liczby. Oczywiście, specyfika pracy truckera jest dla wielu osób trudna do zaakceptowania. Mówimy tutaj o wielodniowych trasach. To nawet 244 dni w roku poza domem. Kierowca przejeżdża rocznie średnio 87 tys. km, czyli mógłby ponad dwukrotnie okrążyć ciężarówką Ziemię, a rekordziści robią to nawet pięciokrotnie. Trudne warunki socjalne, groźba kradzieży i napadów mogą zniechęcać do tej profesji. Jednak warto zwrócić uwagę, że jest to także ciekawy sposób na życie. Aktualnie coraz częściej możemy obserwować przykłady par, które jeżdżą w podwójnej obsadzie – zauważa ekspert OCRK. – Nie da się ukryć, że kobiety mierzą się ze znacznie wyższymi barierami wejścia do zawodu – m.in. ze względu na stereotypy. Panie zauważają ten problem – aż 63 proc. z nich przyznaje, że zły wizerunek zawodowych kierowców zniechęca je do podjęcia pracy w tym zawodzie. Zdanie to podzielają także mężczyźni – tak samo odpowiedziało niespełna 60 proc. zbadanych panów.

Dla odważnych

Mimo złej reputacji zawodowcy lubią swoją pracę. Tak przyznało 78,9 proc. kierowców, argumentując, że zawód ten pozwala na poznawanie nowych miejsc (47,9 proc.) i nowych ludzi (29,6 proc.). Badania pokazują, że kierowcy także wysoko cenią sobie w tej profesji kwoty wynagrodzeń (39,6 proc.) oraz duże możliwości zmiany pracy związane z deficytem na rynku wykwalifikowanej kadry (15,9 proc.).[5] Kamil Wolański, ekspert z OCRK ocenia, że – Brak kierowców jest jednym z najpoważniejszych problemów, z którymi mierzy się obecnie branża transportowa w Europie. Działania, które zostały podjęte w celu zwiększenia zainteresowania zawodem, są słuszne. Warto jeszcze popracować nad poprawą postrzegania tego zawodu przez społeczeństwo, a także modelem wsparcia kobiet na rynku pracy.

[1] https://ec.europa.eu/transport/facts-fundings/scoreboard/compare/people/women-public-transport_en#2017

[2] https://ec.europa.eu/transport/facts-fundings/scoreboard/compare/people/women-public-transport_en#2015

[3] https://ec.europa.eu/transport/facts-fundings/scoreboard/compare/people/women-public-transport_en#2017

[4] https://fta.co.uk/press-releases/20160830-ladies-wanting-to-take-up-truck-driving-on-the-rise

[5] Transjobs.eu, Zarobki kierowców zawodowych w Polsce, 2018r.

Bańka mieszkaniowa wkrótce pęknie? Korekta cen nieruchomości

Ostatnie 4 kwartały to okres najbardziej dynamicznych podwyżek stawek cen nowych mieszkań od połowy 2013 r., czyli początku sprzedażowego boomu. Z największych rynków kraju tylko Łódź i Poznań zanotowały wyniki jednocyfrowe licząc r/r.

Natomiast wzrost cen w Warszawie to 15 proc., we Wrocławiu 12 proc., a w Krakowie rekordowe 16,5 proc.

– Mieszkaniowy rynek pierwotny dotarł nominalnie, a więc bez uwzględnienia inflacji, do okolic poziomów cen szczytu hossy sprzed dekady, to bardzo silna bariera, zarówno w znaczeniu technicznym jak i psychologicznym, ewentualne dalsze wzrosty byłyby więc uznane przez rynek za pompowanie bańki spekulacyjnej, co powinno skutecznie powstrzymać dalszą aprecjację cen – mówi w rozmowie z MarketNews24 Jarosław Jędrzyński, analityk rynku nieruchomości w RynekPierwotny.pl.

Wzrost stawek oferowanych od kwietnia do czerwca istotnie wyhamował, osiągając średnio na głównych rynkach kraju poziom ok. 2 proc. Co więcej, ceny w Poznaniu już nie uległy zmianie, a w Krakowie nawet spadły o niespełna 1 proc.

Jeżeli ta tendencja się utrzyma, to jeszcze w tym roku zwyżka cen mieszkań nie tylko powinna zostać definitywnie zatrzymana, ale być może zobaczymy już pierwsze symptomy nieuniknionej cenowej korekty.

Rynek nieruchomości jest zjawiskiem cyklicznym, a w swej krótkiej historii zdążył już w Polsce wypracować konkretne przedziały cenowe dla poszczególnych faz koniunktury, a na tej podstawie można oceniać, że od około roku znajduje się on już w początkowej fazie spowolnienia, które materializuje się w spadkowych parametrach sprzedaży lokali z pierwszej ręki. Z kolei tendencje cenowe czy statystyki nowych inwestycji reagują na koniunkturalne przesilenie zawsze z pewnym, często znacznym poślizgiem, stąd też wciąż rosnące stawki i wciąż wysoki, choć także z symptomami słabnięcia optymizm inwestycyjny deweloperów.

Jak głęboka może być korekta cenowa?

– Skoro mieszkania deweloperskie podrożały w kraju od początku ożywienia w 2013 r. Średnio o 25 proc., z czego gros wzrostów przypadło na rok ubiegły, to korekta takiej zwyżki powinna zamknąć się w zakresie od kilku do kilkunastu procent w perspektywie 3-4 letniej, czyli najbardziej prawdopodobnego momentu kolejnego rynkowego przesilenia – ocenia Jarosław Jędrzyński, analityk portalu RynekPierwotny.pl.

Szybki wzrost wynagrodzeń zagrożeniem dla polskiej gospodarki

Dynamika wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw zatrudniających powyżej 9 osób w czerwcu wyniosła 5,3% r/r wobec 7,7% w maju, Była znacznie niższa od prognoz analityków, konsensus rynkowy wynosił 7,0.

Jednak do silnego obniżenia rocznej dynamiki płac w czerwcu w porównaniu z majem przyczynił się efekt statystyczny w postaci niekorzystnej różnicy w liczbie dni roboczych (w maju liczba dni roboczych była o 1 większa niż w 2018 r., podczas gdy w czerwcu br. była ona o 2 mniejsza niż przed rokiem), to obniżyło dynamikę płac pracowników zatrudnionych na akord.

– Dynamika wzrostu wynagrodzeń nadal będzie wysoka, co stanie się zagrożeniem dla gospodarki, jeżeli za tym nie będzie podążał wzrost wydajności produkcji – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Regionie Europy Centralnej.

Jeżeli nie osiągniemy wzrostu wydajności, to konkurencyjność polskiej gospodarki będzie słabnąć, a w pierwszej kolejności negatywne skutki odczują eksporterzy.

Zielona ekonomia – nowy model konsumpcji i ochrona planety

Kluczowym wyzwaniem, które stoi dziś przed światem jest zmiana modelu konsumpcji, czyli doktryny ekonomicznej związanej z globalizacją. Koncepcja zielonej ekonomii (ang. green economy) pokazuje, że możliwe jest odejście od modelu konsumpcji, jaki obecnie przyczynia się do dewastacji planety. Podejście to ma na celu zredukowanie zagrożeń środowiskowych i niedoborów ekologicznych. Zakłada zrównoważony rozwój bez degradacji środowiska. Zagadnieniem tym zajmuje się już i opisuje wielu teoretyków.

– Globalna konsumpcja prowadzi prosto do globalnego kryzysu. Przykładem jest przeławianie łowisk – powiedział serwisowi eNewsroom Kamil Wyszkowski, reprezentant i prezes rady Global Compact Network Poland. – Za 30 lat z oceanu wyłowiona zostanie ostatnia ryba. Tym samym rybołówstwo i wszystkie powiązane z nim sektory padną. Należy zacząć lepiej zarządzać światowym zasobem ryb tak, aby temu zapobiec. To uzasadnia wprowadzenie zrównoważonego podejścia do połowów w całej branży rybołówczej na świecie. To argument wykorzystywany w rozmowach z biznesem. Przedsiębiorcy sami muszą zacząć myśleć o swoich interesach w dalszej perspektywie i o długofalowym rozwoju. Takie podejście przynosi efekty. Biznes zaczyna reagować na dane, które pokazują upadek profilu jego działań w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat – dodał Wyszkowski.

ACCIONA podnosi cenę w wezwaniu na akcje Mostostal Warszawa

ACCIONA podnosi cenę w wezwaniu na akcje Mostostal Warszawa, pierwszy etap przyjmowania zapisów wydłużony do 5-go sierpnia.

ACCIONA Construcción S.A. („ACCIONA”, „Wzywający”) poinformowała o podniesieniu ceny w wezwaniu na 100% akcji Mostostalu Warszawa. Obecnie oferowana cena to 4,5 zł za akcję. Wydłużony został także pierwszy etap przyjmowania zapisów pozwalający na szybkie rozliczenie transakcji, który potrwa do 5-go sierpnia, zamiast do 1-go sierpnia.

Pierwotna cena ogłoszona w wezwaniu na akcje Mostostalu Warszawa wynosiła 3,45 zł za akcję, obecna cena jest wyższa od niej o 30,4%. Pierwszy etap przyjmowania zapisów przewiduje rozliczenie transakcji 12 sierpnia. Przewidywany dzień transakcji na GPW to 8 sierpnia.

Oferowana cena na poziomie 4,5 zł za akcję oznacza:

  • 47,1% premii w stosunku do ceny zamknięcia na dzień poprzedzający ogłoszenie wezwania
  • 48,5% premii w stosunku do trzymiesięcznej ważonej wolumenem średniej ceny akcji
  • 67,9% premii w stosunku do sześciomiesięcznej ważonej wolumenem średniej ceny akcji

Okres przyjmowania zapisów w wezwaniu składa się z dwóch etapów, zgodnie z poniższym harmonogramem. Inwestorzy zainteresowani szybkim wyjściem z inwestycji mogą otrzymać środki znacznie szybciej niż w przypadku wezwania przewidującego jeden etap przyjmowania zapisów.

I etap przyjmowania zapisów – zgodnie z nowym harmonogramem:  
Rozpoczęcie I etapu przyjmowania zapisów: 23 lipca 2019 r.
Zakończenie I etapu przyjmowania zapisów: 5 sierpnia 2019 r.
Przewidywany dzień transakcji nabycia akcji na GPW po zakończeniu I etapu przyjmowania zapisów: 8 sierpnia 2019 r.
Przewidywany dzień rozliczenia transakcji nabycia akcji na GPW zawartych po zakończeniu I etapu przyjmowania zapisów: 12 sierpnia 2019 r.
II etap przyjmowania zapisów:  
Rozpoczęcie II etapu przyjmowania zapisów: 6 sierpnia 2019 r.
Zakończenie II etapu przyjmowania zapisów: 21 sierpnia 2019 r.
Przewidywany dzień transakcji nabycia akcji na GPW po zakończeniu II etapu przyjmowania zapisów: 26 sierpnia 2019 r.
Przewidywany dzień rozliczenia transakcji nabycia akcji na GPW zawartych po zakończeniu II etapu przyjmowania zapisów: 29 sierpnia 2019 r.

 

2-go lipca ACCIONA Construcción S.A. ogłosiła wezwanie na wszystkie akcje spółki Mostostal Warszawa S.A. („Spółka”) nienależące do Wzywającego, tj. na 9.981.267 akcji stanowiących 49,91% łącznej liczby akcji Spółki i głosów na walnym zgromadzeniu Spółki („Wezwanie”). Zapisy w wezwaniu przyjmuje Santander Bank Polska S.A. – Santander Biuro Maklerskie. Ponadto, zapisy przyjmowane są przez Millennium Dom Maklerski S.A., Dom Maklerski mBank i Dom Maklerski BOŚ S.A.

ACCIONA, jako inwestor strategiczny, wspiera rozwój i działalność Mostostalu Warszawa od 1999 r., zarówno w dobrych jak i gorszych okresach na rynku. Swoje zaangażowanie potwierdziła zapewniając Spółce finansowanie w wysokości ok. 457 mln zł (stan na koniec 2018 r.). Od wielu lat, branża przechodzi przez trudny okres, przy rosnących kosztach siły roboczej i materiałów, oraz niskiej elastyczności kontraktów budowlanych. Wiele firm budowlanych w Polsce zbankrutowało. Mostostal Warszawa nie podzielił ich losu dzięki zaangażowaniu ACCIONA i wsparciu finansowemu ACCIONA. Pełna integracja Mostostalu w ramach międzynarodowej grupy jest kluczowa na lokalnym rynku, który wymaga dywersyfikacji, wiedzy technicznej i siły finansowej dającej dostęp do gwarancji.

Intencją ACCIONA jest wycofanie Mostostalu z obrotu giełdowego aby uprościć strukturę grupy, w szczególności w obliczu znaczących potrzeb w zakresie dostępu do finansowania i gwarancji, a także wsparcia technicznego niezbędnego do dalszego rozwoju Spółki. Transakcja umożliwia inwestorom wyjście z inwestycji w relatywnie niepłynną Spółkę, która ponadto nie wypłaca akcjonariuszom dywidendy.

Warto zaznaczyć, że bez ok. 200 mln zł wewnątrzgrupowych pożyczek od ACCIONA, zaklasyfikowanych w 2013 r. jako kapitały własne Mostostalu Warszawa, wartość księgowa Spółki byłaby ujemna. Dlatego, biorąc pod uwagę obecną sytuacje Spółki, jak i całej branży w Polsce, Wzywający ocenia, iż zaproponowana oferta jest atrakcyjną opcją dla inwestorów.

Jeżeli po przeprowadzeniu Wezwania Wzywający będzie posiadał akcje Spółki reprezentujące liczbę głosów na walnym zgromadzeniu Spółki umożliwiającą przeprowadzenie procedury przymusowego wykupu zgodnie z właściwymi przepisami prawa, Wzywający zamierza przeprowadzić procedurę przymusowego wykupu akcji akcjonariuszy mniejszościowych Spółki, po którym nastąpi przywrócenie akcjom Spółki formy materialnej oraz wycofanie ich z obrotu na rynku regulowanym GPW.

Podmiotem pośredniczącym w Wezwaniu jest Santander Bank Polska – Santander Biuro Maklerskie, który pełni także rolę doradcy finansowego. Ponadto, zapisy przyjmowane są przez Millennium Dom Maklerski S.A., Dom Maklerski mBank i Dom Maklerski BOŚ S.A..

Unijna dyrektywa będzie dotyczyć nie tylko słomek. Zmiany obejmą też plastikowe nakrętki

Unijna dyrektywa będzie dotyczyć nie tylko słomek. Zmiany obejmą też plastikowe nakrętki 7

Coraz ostrzejsze wymogi legislacyjne – w tym m.in. unijna strategia na rzecz gospodarki o obiegu zamkniętym i dyrektywa plastikowa – oraz oczekiwania samych konsumentów motywują branżę opakowaniową do kontynuowania proekologicznej polityki. W jej zakres wchodzą m.in. odejście od stosowania plastikowych słomek i ciągła praca nad rozbudową infrastruktury recyklingowej. W ten trend wpisuje się Tetra Pak – firma chce na te cele przeznaczyć w sumie 100 mln euro.

– Przed branżą opakowaniową stoi wiele wyzwań. W ciągu ostatnich lat ta branża bardzo się zmieniła pod wpływem tego, co dzieje się w legislacji i świadomości konsumentów. W tej chwili musimy sprostać celom, które określa dyrektywa plastikowa, czyli single use plastic. Na jej podstawie wkrótce znikną z obrotu jednorazowe słomki, plastikowe talerze czy sztućce. Ta dyrektywa przed całą branżą spożywczą stawia wiele wyzwań. Opakowania kartonowe są do tego bardzo dobrze przygotowane – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Kinga Sieradzon, dyrektor generalna Tetra Pak na rynek polski, czeski, słowacki i węgierski.

Parlament Europejski zatwierdził wprowadzenie zakazu sprzedaży wyrobów jednorazowego użytku z tworzyw sztucznych od roku 2021. Obejmie on między innymi sztućce, talerze, kubki i mieszadła do napojów, pojemniki na żywność, patyczki higieniczne, uchwyty do balonów i plastikowe słomki. Od 2025 roku nakrętki do butelek i kartonów na napoje będą musiały być do nich na stałe przytwierdzone, co ułatwi recycling. Niesie to ze sobą bardzo duże zmiany dla całego przemysłu napojowego.

Jak podkreśla dyrektor generalna Tetra Pak, firmy z branży opakowaniowej mają bardzo duży wpływ na aspekt ochrony środowiska. Przykładowo opakowania kartonowe Tetra Pak są średnio w 70 proc. wyprodukowane z celulozy, czyli drewna, a więc z materiału odnawialnego. Dzięki lekkości i ergonomicznemu kształtowi wpływają też na redukcję śladu węglowego w trakcie transportu.

Cieniutka warstwa plastiku, która jest obecna w tym opakowaniu i która chroni żywność przed negatywnymi wpływami czynników zewnętrznych, jest przez nas sukcesywnie zastępowana plastikiem ze źródeł odnawialnych. W tym wypadku jest to trzcina cukrowa. To bardzo dobrze wpływa na redukcję śladu węglowego. Są to tak naprawdę opakowania o najmniejszym śladzie węglowym wśród opakowań w przemyśle spożywczym – mówi Kinga Sieradzon.

Karton Tetra Pak o pojemności 200 ml zawiera średnio sześć razy mniej plastiku niż butelka tej samej pojemności. Z kolei przeprowadzona w ubiegłym roku w Europie niezależna ocena cyklu życia opakowań (LCA) wykazała, że kartony mają prawie trzykrotnie mniejszy wpływ na emisję dwutlenku węgla niż tworzywa sztuczne.

Na poziomie legislacyjnym UE podejmuje coraz więcej działań, które mają podnieść ten wskaźnik (czego przykładem jest m.in. Strategia dla Tworzyw w Gospodarce o Obiegu Zamkniętym, zgodnie z którą do 2030 roku wszystkie opakowania z tworzyw sztucznych na rynku UE mają się już nadawać do recyklingu), a w proekologiczną politykę coraz aktywniej włącza się też biznes.

 Cele firmy w kwestii zrównoważonego rozwoju są bardzo jasne i transparentne. Opierają się na 17 Celach Zrównoważonego Rozwoju ONZ, które przełożyliśmy na trzy obszary: ochronę planety, ludzi i żywności. Każdy z tych celów jest dla nas bardzo istotny, a najważniejsze jest budowanie niskoemisyjnej gospodarki o obiegu zamkniętego. Naszym zdaniem to jest właśnie gospodarka przyszłości i to, co robimy w Tetra Pak – zarówno, jeżeli chodzi o nasze portfolio, jak i partnerstwo z różnymi firmami w ramach łańcucha dostaw – jest tego dowodem – podkreśla Kinga Sieradzon.

Już w tej chwili 50 proc. energii zużywanej przez Tetra Pak pochodzi ze źródeł odnawialnych. Do 2020 roku firma chce podnieść ten wskaźnik do 80 proc., natomiast z końcem przyszłej dekady będzie czerpać energię już w 100 proc. z odnawialnych źródeł. Drugim elementem strategii grupy jest stopniowa redukcja śladu węglowego – w latach 2010–2020 w całym łańcuchu produkcyjnym firma planuje zaoszczędzić w sumie 10 mln ton ekwiwalentu dwutlenku węgla. Jak podkreśla dyrektor generalna grupy, kluczowe dla strategii zrównoważonego rozwoju są jednak cele dotyczące portfolio produktowego.

 W latach 2019–2021 przeznaczymy ponad 80 mln euro na prace związane z rozwojem technologii i produkcji słomek papierowych. Będą doskonałą alternatywą dla obecnie używanych słomek plastikowych, których podstawą jest plastik otrzymany ze źródeł kopalnianych. Poza tym pracujemy nad zamknięciami na stałe przymocowanymi do kartonów oraz innymi rozwiązaniami, które mogą być alternatywą dla plastikowych słomek w opakowaniach „on the go” – mówi Kinga Sieradzon.

Kartonowe opakowania Tetra Pak są niemal w pełni odnawialne. Według statystyk przytaczanych przez firmę w 2017 roku poziom recyklingu opakowań kartonowych w Europie osiągnął poziom 47 proc., a w tej chwili jest jeszcze wyższy. W nachodzących latach Tetra Pak planuje zainwestować kwotę ponad 20 mln euro w dalszy rozwój infrastruktury recyklingowej dla opakowań kartonowych. Obecnie za odzyskiwanie surowców ze zużytych kartonów Tetra Pak odpowiadają cztery papiernie, a w ciągu ostatnich 10 lat poziom recyclingu opakowań tego typu zwiększył się dwudziestokrotnie.

– Nie osiadamy na laurach i rokrocznie podwyższamy stopę recyklingu opakowań kartonowych – podkreśla Kinga Sieradzon.

Z okazji Światowego Dnia Środowiska Tetra Pak opublikowała Raport Zrównoważonego Rozwoju na 2019 rok, który prezentuje kompleksowe informacje dotyczące działań, inwestycji i planów firmy związanych z kwestiami zrównoważonego rozwoju i polityki proekologicznej.

Warszawski Dworzec Centralny przejdzie modernizację. PKP zapowiada przywrócenie oryginalnego wystroju z lat 70.

Warszawski Dworzec Centralny przejdzie modernizację. PKP zapowiada przywrócenie oryginalnego wystroju z lat 70. 8

Warszawski Dworzec Centralny – jeden z głównych symboli stolicy – trafił oficjalnie do rejestru zabytków. Pozwoli to zachować jego bryłę i układ przestrzenny w niezmienionym kształcie. Spółka PKP S.A. zapowiada też modernizację obiektu, która ma przywrócić większy ład architektoniczny wewnątrz kompleksu i wprowadzić oryginalny wystrój z lat 70. Uporządkowana zostanie m.in. przestrzeń reklamowa, a w ramach rządowego programu Dostępność Plus pojawi się szereg udogodnień dla osób z niepełnosprawnościami.

– Wpisanie Dworca Centralnego do rejestru zabytków wiąże się z ochroną zabytkowych, historycznych i artystycznych wartości tego zespołu architektonicznego. W praktyce oznacza to, że wszystkie ewentualne przekształcenia i zmiany w obrębie dworca będą wymagały akceptacji konserwatora zabytków – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Jakub Lewicki, Mazowiecki Wojewódzki Konserwator Zabytków.

Oddany do użytku w grudniu 1975 roku Dworzec Centralny im. Stanisława Moniuszki w Warszawie trafił do rejestru zabytków na mocy decyzji prof. Jakuba Lewickiego, Mazowieckiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków.

– Negocjacje w tej sprawie trwały długo i były bardzo burzliwe, ale zakończyły się pełnym sukcesem. Dziękuję za to ministrowi infrastruktury, szefowi PKP i wszystkim spółkom, użytkownikom dworca – mówi prof. Jakub Lewicki.

– Z naszej strony były wątpliwości, czy ten wpis nie utrudni eksploatacji dworca. Uznaliśmy, że jednak nie i że należy chronić tę perełkę polskiej architektury dworcowej – dodaje Krzysztof Mamiński, prezes PKP SA.

Znajdujący się u zbiegu Al. Jerozolimskich i al. Jana Pawła II, w ścisłym centrum Warszawy – dworzec został zaprojektowany przez architektów Arseniusza Romanowicza i Piotra Szymaniaka w stylu późnego modernizmu i szybko stał się jednym z symboli stolicy.

Kompleks, na który składają się m.in. hala główna, podziemne perony, przejścia oraz galerie, był jedną ze sztandarowych inwestycji lat 70. i bardzo nowoczesną jak na tamte czasy, dzięki rozwiązaniom takim jak ruchome schody czy automatycznie otwierane drzwi. Dziewięć lat temu – przed Euro 2012 – dworzec przeszedł generalny remont, w ramach którego m.in. gruntownie wyczyszczono elementy dachu i elewacji, wymieniono najbardziej zużyte elementy wystroju i część instalacji technicznych.

Jak podkreśla prezes PKP SA, objęcie Dworca Centralnego ochroną konserwatorską pozwoli zachować jego modernistyczną bryłę i układ przestrzenny w obecnej, niezmienionej formie.

– Ta decyzja oznacza, że nowoczesny i największy w Polsce dworzec kolejowy pozostanie w swojej bryle i formie architektonicznej niezmieniony. Warszawa się zmienia, rosną piękne i duże wieżowce, niech więc Dworzec Centralny zostanie takim, jakim jest – mówi Krzysztof Mamiński.

Jak zapowiada, grupa PKP planuje modernizację Dworca Centralnego, która obejmie głównie wnętrze obiektu i ma przywrócić modernistyczny wygląd z drugiej połowy lat 70. Ta rozpocznie się najprawdopodobniej przy okazji remontu linii średnicowej na dworcu Warszawa Śródmieście, zaplanowanego na lata 2019–2022.

– Nie planujemy przebudowy, bo dworzec musi przecież pozostać właśnie taki, jak obecnie. Ale za jakiś czas będziemy go modernizować wewnątrz, przywracać jednolity styl modernistyczny przy zachowaniu wszystkich nowoczesnych rozwiązań i ułatwień dla pasażerów. Można je wkomponować w tę strefę zabytkową. Dziś każdy z korytarzy i każda z mniejszych hal tego dworca jest w innym stylu, więc odwrócimy pewną dowolność, która miała miejsce przez ostatnich kilkanaście lat – mówi Krzysztof Mamiński.

Przy okazji planowanej modernizacji warszawski dworzec – w ramach rządowego programu Dostępność Plus – zostanie też wyposażony w szereg rozwiązań wspierających osoby z niepełnosprawnościami.

– Będą pętle indukcyjne dla osób niedosłyszących, ścieżki specjalne dla osób niedowidzących, nowa formuła schodów ruchomych, język migowy, który mamy już w tej chwili. Te udogodnienia obejmą też z pewnością wykorzystanie Wi-Fi i przestrzeni informacyjnych. Zachowamy jednak również powierzchnie dla reklam, choć będzie to już miał swój styl. Reklama nie zniknie z dworca, ale nie będzie to swobodnie wykorzystywany słup ogłoszeniowy – zapowiada Krzysztof Mamiński, prezes PKP SA.

Dane Urzędu Transportu Kolejowego, przytaczane przez Grupę PKP, pokazują, że z dworca Warszawa Centralna każdego roku korzysta ponad 15 mln pasażerów.

Od piątku wrocławianie będą mogli łapać deszczówkę z miejskim dofinansowaniem. Miasto uruchamia specjalne dopłaty

Od piątku wrocławianie będą mogli łapać deszczówkę z miejskim dofinansowaniem. Miasto uruchamia specjalne dopłaty 9

Od 2 sierpnia wrocławianie mogą składać wnioski o dofinansowanie w ramach pilotażowego programu „Złap deszcz”. Każdy, kto na swojej posesji zainstaluje zbiornik do zbierania deszczówki lub gdy już ma taki zbiornik i chciałby go zmodernizować, może liczyć na zwrot kosztów inwestycji. Program jest finansowany w całości z budżetu miasta. – Chcemy, aby mieszkańcy wypinali się z rynien i w jak najmniejszym stopniu odprowadzali wodę deszczową do miejskiego systemu kanalizacji deszczowej, a w jak największym zagospodarowywali ją na własnym terenie – wyjaśniają przedstawiciele Urzędu Miejskiego Wrocławia.

– Miasta są szczególnie wrażliwe na zmiany klimatyczne. Ich specyfiką jest tendencja do rozbudowywania się, powstaje coraz więcej nawierzchni utwardzonych, nieprzepuszczalnych, takich jak drogi, place, powstaje wiele budynków, czyli zwiększa nam się powierzchnia dachów. To generuje problem nadmiernego nagrzewania się, mamy coraz mniej wody i roślin, coraz mniej wody wsiąka w glebę. Dlatego warto zagospodarowywać deszczówkę, łapać ją tam, gdzie można i albo opóźniać jej spływ do kanalizacji deszczowej, albo magazynować i wykorzystywać w okresach suszy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Brykarz, dyrektor Biura Wody i Energii Urzędu Miejskiego Wrocławia.

Główny cel wrocławskiego magistratu to zachęcić mieszkańców, by zatrzymywali wodę deszczową na swoim terenie i wykorzystywali ją do podlewania ogródków, roślin balkonowych czy też do innych celów gospodarczych. Zbieranie i wykorzystanie deszczówki poprawi mikroklimat i pozytywnie wpłynie na środowisko – wylicza miasto. Dzięki małej przydomowej retencji poziom wód gruntowych będzie utrzymywał się na odpowiednim poziomie, a zużycie wody pitnej zmaleje, bo mieszkańcy nie będą jej wykorzystywali do podlewania czy do innych celów gospodarczych. Sami też zapłacą niższe rachunki za wodę. Miasto szacuje, że wykorzystanie deszczówki mogłoby prawie o połowę zmniejszyć codzienne zużycie wody miejskiej.

– To również odpowiedź na oczekiwania mieszkańców, które bardzo mocno zostały wyartykułowane podczas naszych ostatnich konsultacji związanych z Miejskim Planem Adaptacji do Zmian Klimatu. Mieszkańcy wskazywali, że chcą mieszkać na terenach, gdzie jest woda i dużo zieleni, stąd też wyszliśmy do mieszkańców z takim programem, aby ich zachęcić i premiować ich zachowania – mówi dyrektor Biura Wody i Energii Urzędu Miejskiego Wrocławia.

Dotację można uzyskać na instalację, zakup materiałów bądź montaż elementów związanych z systemem gospodarowania wodami opadowymi, a także na pokrycie kosztów związanych z remontem istniejącego systemu. Program skierowany jest do właścicieli, współwłaścicieli lub najemców mających tytuł prawny do dysponowania nieruchomością. Można założyć np. ogród deszczowy w pojemniku albo w gruncie, wybudować muldę lub studnię chłonną, podziemny zbiornik na wodę opadową czy postawić naziemny, wolnostojący zbiornik na wodę opadową z dachu.

Wykonawca, aby móc skorzystać z programu „Złap deszcz”, musi najpierw z własnych środków pokryć wszystkie koszty związane z zainstalowaniem czy modernizacją systemu deszczowego na swojej nieruchomości. Dopiero wtedy może się starać o dopłaty do inwestycji. Wnioski należy składać w Biurze Wody i Energii UM Wrocławia. We wniosku konieczne będzie przedstawienie kosztów inwestycji oraz udokumentowanie wydatków związanych z przedmiotem dotacji i jej realizację. Dotacja wyniesie 80 proc. poniesionych kosztów kwalifikowanych, ale nie więcej niż 5 tys. zł na jeden lokal mieszkalny lub nieruchomość. Miasto zastrzega sobie prawo do kontroli inwestycji.

– Dotowany będzie musiał przedstawić nam udokumentowany fotograficznie proces realizacji zadania, a my, jako miasto, będziemy mieć prawo skontrolowania takiej inwestycji na miejscu. Taka kontrola może się odbyć w trakcie realizacji zadania i na jej zakończenie – mówi Małgorzata Brykarz.

Wrocław jest kolejnym miastem na mapie Polski, które uruchamia dopłaty do inwestycji związanych z gospodarowaniem wody deszczowej. Podobne programy działają m.in. w Sopocie i Krakowie.

Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna przyciąga coraz więcej małych i średnich firm. W I półroczu 2019 r. powstało tam 800 nowych miejsc pracy

Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna przyciąga coraz więcej małych i średnich firm. W I półroczu 2019 r. powstało tam 800 nowych miejsc pracy 10

Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna zamknęła pierwsze półrocze tego roku 20 nowymi inwestycjami o łącznej wartości 2,2 mld zł i blisko 800 nowymi miejscami pracy. To, co istotne, to większe zainteresowanie małych i średnich firm oraz wzrost inwestycji polskich przedsiębiorstw, które zrealizują 70 proc. projektów. – Włączamy się we wszystkie inicjatywy, które mają pomóc inwestorom w stworzeniu nowych miejsc pracy i przyciągnięciu wykwalifikowanych pracowników – podkreśla prezes KSSE.

W 2018 roku KSSE pozyskała łącznie 51 projektów o wartości 2,5 mld zł, w tym 11 projektów inwestycyjnych na kwotę ponad 930 mln zł w oparciu o nowe przepisy w ramach Polskiej Strefy Inwestycji.

– Rok 2018 był rekordowy w naszej dwudziestokilkuletniej historii, ale pierwsze miesiące 2019 roku są równie udane. Już za pierwsze półrocze mamy ponad 2,2 mld inwestycji bezpośrednich, 790 nowych, wysoko płatnych, specjalistycznych miejsc pracy i utrzymanie już istniejących – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Janusz Michałek, prezes Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.

W pierwszym półroczu w KSSE dominowały firmy z branży metalowej (25 proc.), motoryzacyjnej (20 proc.) i maszynowej (10 proc.). Pozostałe branże, m.in. elektryczna, elektroniczna, IT, meblarska czy chemiczna odpowiadają za kilka procent inwestycji.

– KSSE jest znana z branży automotive. 90 proc. części na świecie jest produkowane właśnie u nas. Zdajemy sobie sprawę z tego, jak bardzo ważna jest dywersyfikacja, dlatego poszukujemy nowoczesnych technologii. Ostatnie inwestycje koreańskich firm, jak Foosung czy SK Innovation, to elektromobilność, ale mamy przemysł maszynowy. Schodzimy już poniżej 60 proc. udziału branży automotive – zaznacza prezes KSSE.

Koreańska firma SK Innovation zainwestuje ponad 1 mld zł w budowę zakładu produkcji separatorów baterii litowo-jonowych. To pierwsza inwestycja tego przedsiębiorstwa w Europie.

– Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna jest uznawana za najlepszą strefę, nie tylko w Polsce, lecz także w Europie. W swojej 22-letniej historii stworzyła 80 tys. miejsc pracy, a jedno miejsce pracy w strefie tworzy nawet kilka miejsc pracy poza nią. 390 bardzo dobrych firm zainwestowało już prawie 35 mld zł – wymienia dr Janusz Michałek.

Z danych KSSE wynika, że polskie firmy zainwestują łącznie ponad 310 mln zł i zrealizują 70 proc. projektów pozyskanych przez strefę w ciągu I półrocza 2019 roku, o 30 proc. więcej niż dotychczas. Wzrosła też liczba inwestycji realizowanych przez najmniejsze i średnie firmy, które przeprowadzą 55 proc. projektów.

– Specjalna strefa ekonomiczna to szansa na zrobienie biznesu profesjonalnie, prestiżowo. Obserwujemy historie naszych klientów, którzy zaczynali z przysłowiowego garażu, a dzisiaj są globalnymi graczami – wskazuje prezes KSSE. – Mamy dynamiczny wzrost małych inwestorów. Specjalne strefy ekonomiczne kojarzyły się zawsze z dużymi i oni wciąż są, ale teraz mocno zauważamy zainteresowanie małego biznesu.

Katowicka strefa realizuje różne inicjatywy dla małych i średnich przedsiębiorstw, to m.in. projekt Booster MŚP, czyli cykl spotkań B2B. To właśnie wsparcie dla tego segmentu firm jest jednym z większych wyzwań dla KSSE. Jednym z kluczowym obszarów, w które angażuje się strefa, jest zapewnienie inwestorom dostępności kadr.

– Mamy Śląskie Centrum Kompetencji Przemysłu 4.0, które pomoże naszym przedsiębiorcom w tej transformacji ze zwykłego przemysłu do 4.0. Mamy utworzone wspólnie z Politechniką Śląską Polsko-Niemieckie Centrum Hybrydowych Konstrukcji Lekkich. Tworzymy klasy branżowe z naszymi klientami, np. z Oplem, studia dualne – wymienia dr Janusz Michałek. – Zdajemy sobie sprawę z tego, jak ważny jest dzisiaj rynek pracownika, wykwalifikowanego pracownika, i dlatego stwarzamy taki makrosystem dla tych przedsiębiorców, którzy mają pomysły i nie wiedzą, co zrobić.

Na początku lipca została podpisana umowa dotycząca uruchomienia projektu „Śląskie. Zawodowcy”, który ma wspierać szkolnictwo wyższe w regionie i zwiększać szanse młodzieży na rynku pracy. Zgodnie z planem ruszy od września br. i potrwa do końca 2022 roku.

– Nasza strategia na najbliższe lata jest taka, żeby młodym ludziom pokazać, że to jest dobre miejsce do mieszkania i pracowania. Zdajemy sobie sprawę z problemu Śląska, jakim jest demografia i ubytek mieszkańców, dlatego też mamy swój własny autorski program Pracownik + Mieszkanie +, dedykowany ludziom z Kartą Polaka, którzy chcieliby tu przyjechać i zamieszkać – mówi prezes KSSE.

Strefa razem z inwestorami będzie budować mieszkania zakładowe, które będą udostępnione pracownikom na preferencyjnych warunkach najmu (dopłaty mieszkaniowe). Po 10–15 latach pracy będą oni mieli możliwość zakupu tych lokali na własność. Istotna jest również oferta szkoleniowa dla zainteresowanych osób.

Polakom brakuje umiejętności pływania. Dorośli niechętnie zapisują się na lekcje

0

Polakom brakuje umiejętności pływania. Dorośli niechętnie zapisują się na lekcje 11

Od 19 czerwca do 25 lipca utonęło 105 osób – wynika z wstępnych danych Policji. Najczęściej do utonięć dochodzi po spożyciu alkoholu i podczas kąpieli w niestrzeżonym miejscu. Ofiarami są zazwyczaj te osoby, które przeceniły swoje umiejętności, bo utrzymywanie się na powierzchni często mylimy z umiejętnością pływania. Nawet jeśli taką posiadamy, nie daje ona 100-proc. gwarancji, że sobie poradzimy w sytuacji zagrożenia. Jak wynika z obserwacji Polskiej Akademii Aktywnego Rozwoju, dorośli niechętnie uczą się pływać.

– Skala utonięć w Polsce jest bardzo wysoka. Świadomość społeczeństwa jest jeszcze dosyć niska odnośnie do samej umiejętności pływania. W grę wchodzi też brawura i alkohol – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Aneta Zuchowicz, menadżer Polskiej Akademii Aktywnego Rozwoju.

Z policyjnych statystyk wynika, że od początku czerwca utonęło już 165 osób, a od początku wakacji – ponad 100. Najczęstszą przyczyną jest alkohol – w 2018 roku zawinił w 126 przypadkach na 545 utonięć. Kąpiel w niestrzeżonym miejscu skończyła się tragicznie dla 80 osób, a czasem te dwa czynniki idą w parze.

Nie zawsze jest tak, że osoba, która utonęła, nie potrafiła pływać. Sama umiejętność pływania nie daje nam stuprocentowej gwarancji. Może nas złapać skurcz, może nam się zrobić słabo, możemy stracić siły. Dlatego należy pamiętać o zasadach bezpieczeństwa, jak zabranie ze sobą drugiej osoby, która w razie czego będzie w stanie pomóc, czy nawet bojki, która również może uratować życie – przekonuje Aneta Zuchowicz.

Większość Polaków deklaruje, że potrafi pływać. Często jednak mylimy samo utrzymywanie się na powierzchni z faktycznymi umiejętnościami.

Na lekcje pływania rodzice chętnie zapisują dzieci. Już nawet 3–4-latki uczą się tej umiejętności. Dorośli na lekcje pływania zapisują się nieco rzadziej. Wiele jest osób, które tłumaczą to złymi doświadczeniami z wodą z dzieciństwa. Opory mogą wynikać też ze wstydu albo po prostu braku chęci do aktywności fizycznej. Większość Polaków wolny czas spędza raczej leniwie.

 Dorośli wstydzą się przychodzić na zajęcia. Mogły też mieć jakieś nieprzyjemne przygody, np. podtopienie i ten lęk w nich narósł – wyjaśnia Mateusz Pawlak, instruktor nauki pływania w Polskiej Akademii Aktywnego Rozwoju. – Osobę, która nie potrafi pływać, zaprosiłbym na zajęcia do naszej akademii czy innych firm, by pokazać, jak fajne może być pływanie. Nie jest to schematyczne podejście, wejścia do wody i ćwiczenia, tylko budowanie relacji z uczestnikiem.

Jeśli chcemy nauczyć się pływać, lepiej skorzystać z porad profesjonalnego instruktora. Lekcje, których udzieli nam znajomy, są zazwyczaj niewystarczające.

– Profesjonalny instruktor na kursach nauczył się zasad funkcjonowania w wodzie, jak z taką osobą zachowywać się na początku i w każdym kolejnym stadium zaawansowania. Na specjalnym kursie są materiały z anatomii, funkcjonowania organizmu, biomechaniki ruchu i fizjologii. Znajomy może mieć taką wiedzę, ale nie każdy – podkreśla Mateusz Pawlak.

Największe chińskie firmy technologiczne notują spadki sprzedaży. Zarzuty szpiegostwa i sankcje mogą odbić się na wszystkich chińskich markach

Największe chińskie firmy technologiczne notują spadki sprzedaży. Zarzuty szpiegostwa i sankcje mogą odbić się na wszystkich chińskich markach 12

Kiedy na czarną listę amerykańskich służb trafił Huawei, a na ZTE nałożono sankcję za współpracę z Iranem, nie było wątpliwości, że odbije się to na kondycji chińskich firm, a ich produkty nie znajdą już nabywców na światowych rynkach. Niedługo potem potwierdziły to wyniki finansowe i spadki na giełdach. Pentagon zakazał sprzedaży telefonów Huawei i ZTE w amerykańskich bazach wojskowych. Jednak mimo że Huawei pozostaje na czarnej liście Departamentu Handlu, to amerykańskim firmom udaje się obchodzić zakaz sprzedaży. 

Już w lutym 2018 roku dyrektor FBI Chris Wray ostrzegł przed kupowaniem telefonów Huawei i ZTE, wskazując niepokojące powiązania tych marek z chińskim rządem. Zdaniem Wraya istniało poważne ryzyko modyfikacji oprogramowania i kradzieży zgromadzonych na urządzeniach informacji. Chwilę później Pentagon zakazał sprzedaży telefonów Huawei i ZTE w amerykańskich bazach wojskowych. W czerwcu 2019 roku Donald Trump stwierdził jednak, że w ramach umowy o wznowieniu rozmów handlowych z Chinami pozwoli na sprzedaż sprzętu, który nie wiąże się z ryzykiem bezpieczeństwa. Choć część restrykcji została cofnięta, pytania o dalszy los chińskich firm technologicznych są wciąż aktualne.

ZTE w pełni stosuje się do wymogów. Działamy na rynku od wielu lat, ale dotąd nie odnotowaliśmy większych problemów z bezpieczeństwem. Działamy na zasadzie pełnej przejrzystości, korzystamy zarówno z zestawu układów scalonych Qualcomm, jak i oprogramowania Google. Spełniamy wszelkie wymogi, podejmujemy współpracę z operatorami i przeprowadzamy niezbędne testy, również w Stanach Zjednoczonych –  przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Wei Luo, wiceprezes ZTE Corporation.

Koncern ZTE stopniowo podnosi się po amerykańskich sankcjach nałożonych w 2018 roku. Amerykański Departament Sprawiedliwości zarzucił firmie łamanie sankcji nałożonych na Iran. W efekcie produkcja została znacznie ograniczona, a koncern notował ogromne straty, które w I półroczu 2018 roku sięgnęły 7,8 mld juanów. Po tym, jak sankcje zostały zniesione (ZTE zapłaciło 1,4 mld dol. kary), chińska firma zamknęła 2018 rok z 7 mld juanów straty netto. Obie strony ostatecznie zawarły umowę, która pozwoli ZTE stanąć na nogi.

Departament Handlu wpisał też Huawei wraz z kilkudziesięcioma związanymi z nim firmami na czarną listę. Muszą więc mieć zgodę na zakup amerykańskich komponentów i technologii, to zaś oznaczało m.in. utratę aktualizacji systemu operacyjnego Android. Huawei początkowo informował, że stworzy własny system operacyjny Harmony. Ostatnie informacje wskazują jednak, że alternatywy dla Androida na razie nie ma, a opracowywany system operacyjny chińskiego giganta ma mieć zastosowanie raczej przemysłowe. Jeśli blokada zostanie utrzymana, firma na pewno będzie pracować nad nowym systemem, ale nie pojawi się on szybciej niż w ciągu kilku miesięcy.

W 2017 r. nasza sprzedaż rynkowa osiągnęła pułap 20 milionów urządzeń i nikt nie zgłosił żadnych problemów związanych z bezpieczeństwem. Myślę, że również przyszłe rozwiązania będą w pełni zgodne z wymogami – ocenia Wei Luo. – Nie mogę wypowiadać się na temat Huawei czy innych firm, ale wystarczy spojrzeć na operatorów – to oni generują największe przychody dzięki ZTE i nie zgłaszają żadnych problemów dotyczących naszych produktów. Nie odnotowaliśmy również spadku sprzedaży – twierdzi ekspert.

ZTE, podobnie jak Huawei, należy do gigantów telekomunikacyjnych na świecie. Coraz częściej jednak największe kraje ze względu na bezpieczeństwo, ograniczają współpracę, pozbawiają firmy dostępu do podzespołów czy rekomendują swoim obywatelom zakup innych urządzeń. Stany Zjednoczone np. obawiają się, że systemy zbudowane przez Huawei, lidera w dziedzinie sprzętu telekomunikacyjnego i dostawcy smartfonów numer dwa na świecie, mogą być wykorzystane przez chiński rząd do szpiegostwa za pośrednictwem wbudowanych tajnych zabezpieczeń.

Na początku czerwca tego roku dyrektor generalny Huawei Ren Zhengfei przyznał, że ​​sprzedaż smartfonów za granicą spadła nawet o 40 proc. w wyniku zakazu sprzedaży sprzętu przez amerykańskie firmy. O ile jednak Huawei i ZTE wciąż mogą na rynku odgrywać kluczową rolę, o tyle inne chińskie firmy technologiczne może czekać znacznie gorszy los. Amerykańscy publicyści nie mają wątpliwości, brak zaufania odczują te nieco mniejsze chińskie firmy, jak Oppo czy Xiaomi, które nie mają jeszcze tak mocnej pozycji na świecie.

Spotkanie podczas ostatniego szczytu G20 prezydenta Donalda Trumpa i sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Chin Xi Jinpinga przyniosło na trzy miesiące zawieszenie broni w trwającej wojnie handlowej pomiędzy USA a Chinami. Obie strony wracają do stołu, aby negocjować przyszłe warunki współpracy oraz wymiany technologii między państwami.

Rynek hulajnóg elektrycznych wymaga uregulowania. Ministerstwo Infrastruktury pracuje nad zasadami korzystania z tego środka transportu

Rynek hulajnóg elektrycznych wymaga uregulowania. Ministerstwo Infrastruktury pracuje nad zasadami korzystania z tego środka transportu 13

Dynamiczny rozwój branży małych pojazdów elektrycznych na wynajem stawia przed władzami miast nowe wyzwania związane z bezpieczeństwem publicznym. Rynek hulajnóg elektrycznych nie jest w żaden sposób uregulowany prawnie, a na ulicach pojawia się coraz więcej usługodawców wynajmujących pojazdy tego typu. Ministerstwo Infrastruktury pracuje nad ustawą o elektrycznych urządzeniach transportu osobistego, która ma być odpowiedzią na wyzwania stawiane przez tę branżę.

– Hulajnogi elektryczne są środkiem transportu, który od niedawno pojawił się na polskich drogach, w związku z tym stanowią pewien problem. Przede wszystkim hulajnogi elektryczne poruszają się znacznie szybciej od zwykłych hulajnóg. Chwilowo nie ma przepisów opisujących, gdzie mogą się poruszać hulajnogi elektryczne. Także konieczne by było uregulowanie prawne, gdzie człowiek poruszający się hulajnogą elektryczną może się znajdować. Hulajnogi elektryczne stanowią dużo większe zagrożenie dla pieszych i to jest przede wszystkim duży problem – mówi agencji Newseria Innowacje Anna Zielińska z Instytutu Transportu Samochodowego.

Rozwiązania z zakresu sharing economy rozwijają się w Polsce bardzo dynamicznie. Po upowszechnieniu się rowerów miejskich na ulicach zaczęły pojawiać się elektryczne hulajnogi na wynajem. Lime był pierwszym start-upem oferującym wynajem małych pojazdów elektrycznych, który rozpoczął funkcjonowanie na dużą skalę. W ślad za tą firmą poszły kolejne, a wraz z nimi polskie miasta zalała fala elektrycznych hulajnóg, których status prawny nadal nie został uregulowany.

Pojawienie i upowszechnienie się pojazdów z branży współdzielonego transportu spowodowało pojawienie się problemów, z którymi jeszcze do niedawna miasta nie miały do czynienia. Nieprawidłowo zaparkowane hulajnogi stwarzają zagrożenie, podobnie jak użytkownicy, którzy poruszają się na nich w nieostrożny sposób. Stowarzyszenie Mobilne Miasto zaangażowało się w walkę o usystematyzowanie funkcjonowania tej gałęzi transportu, promując ideę współpracy sektora publiczno-prywatnego. Postuluje opracowanie wspólnych rozwiązań, które pozwolą bezkolizyjnie wkomponować rozwiązania z branży współdzielonej mobilności w tkankę miejską.

– Pracuje się nad rozwiązaniami prawnymi, żeby ustalić, jak traktować hulajnogi elektryczne. W wielu krajach zasady poruszania się hulajnóg zależą od takich parametrów, jak moc silnika czy prędkość, z którą mogą się poruszać. Natomiast nie pracuje się nad rozwiązaniami infrastrukturalnymi, ponieważ nie ma możliwości, żeby dla hulajnóg elektrycznych stworzyć jakąś dodatkową przestrzeń w pasie drogowym, ponieważ już po drodze poruszają się piesi, rowery, samochody, komunikacja miejska – zauważa ekspert.

Według zapewnień Ministerstwa Infrastruktury wszystkie problemy związane z funkcjonowaniem hulajnóg elektrycznych rozwiąże ustawa o urządzeniach transportu publicznego (UTO). Nowa kategoria pojazdów obejmie urządzenia elektryczne rozpędzające się do 25 km/h, których masa jest mniejsza niż 20 kg, ich szerokość jest mniejsza niż 90 cm, a długość mniejsza niż 125 cm.

Wdrożenie UTO zrówna hulajnogi elektryczne z rowerami i wymusi na ich użytkownikach korzystanie ze stosownej infrastruktury. Ustawa umożliwi także przeniesienie ruchu małych urządzeń elektrycznych na jezdnie, na których ustalono ograniczenie prędkości do 30 km/h. Najważniejszą zmianą z punktu widzenia bezpieczeństwa będzie jednak usunięcie takich hulajnóg z chodników w miejscach, w których istnieje infrastruktura rowerowa, a ograniczenie prędkości na drodze przekracza 30 km/h. Ponadto z użytkowania hulajnóg elektrycznych wykluczeni zostaną użytkownicy poniżej 10 roku życia, którzy nie będą mogli korzystać z nich nawet pod opieką osób dorosłych.

Choć przepisy regulujące funkcjonowanie małych urządzeń elektrycznych nie weszły jeszcze w życie, miasta próbują na własną rękę walczyć z patologiami na tym rynku. Dobrym przykładem takich działań są czystki prowadzone przez warszawski Zarząd Dróg Miejskich. Urzędnicy ZDM tylko w pierwszym półroczu tego roku zarekwirowali kilkaset nieprawidłowo pozostawionych hulajnóg na mocy uchwały Rady Warszawy o zajęciu pasa drogowego.

– W Wiedniu czy w Londynie w centralnych częściach miasta, gdzie jest bardzo duży ruch pieszy, jest zakaz poruszania się hulajnóg elektrycznych. Dobrym rozwiązaniem służącym bezpieczeństwu byłoby wprowadzenie zakazu poruszania się hulajnóg elektrycznych po chodnikach, ponieważ zawsze, przy każdej prędkości, stwarzają zagrożenie pieszych – mówi Anna Zielińska.

Według analityków z firmy Brookings Institution India Center wartość globalnego rynku rozwiązań z branży sharing economy do 2025 roku wzrośnie do 335 mld dol.

Wyniki finansowe Grupy Budimex po I półroczu 2019

Produkcja budowlano-montażowa wzrosła w 1 poł. 2019 roku o 10% osiągając poziom 43,1 mld złotych. Miesięczny odczyt dynamiki rynku w czerwcu był jednak znacznie niższy, co jest negatywnym sygnałem i może oznaczać spowolnienie w zamówieniach i kumulację prac w kolejnych okresachWyniki finansowe Grupy Budimex po I półroczu 2019

  • Trudna sytuacja rynkowa przekłada się na istotne pogorszenie kondycji finansowej dużych podmiotów, które realizują największe zlecenia, w dużej mierze bazując na usługach podwykonawczych
  • Część generalnych wykonawców zaczyna sygnalizować problemy z płynnością finansową, pojawiają się pierwsze wnioski o ogłoszenie upadłości dużych podmiotów
  • W ostatnich miesiącach rozwiązane zostały liczne kontrakty infrastrukturalne, m.in. na odcinki dróg ekspresowych S5, S61, S7, S3 czy na odcinek autostrady A1

Wyniki Grupy Budimex:Wyniki finansowe Grupy Budimex po I półroczu 2019 4

  • Sprzedaż Grupy w 1 poł. 2019 roku była zbliżona do poziomu z 1 poł. 2018 roku i osiągnęła poziom 3,25 mld złotych
  • Rentowność zysku brutto Grupy Budimex wyniosła 3,3%
  • Segment budowlany pozostaje pod presją inflacji kosztowej, rentowność zysku brutto spadła do 1,7% (w porównaniu do 3,6% w 1 poł. 2018 roku)
  • Segment deweloperski osiągnął bardzo dobrą rentowność zysku brutto na poziomie 17,6% poprawiając tym samym wynik z 1 poł. 2018 roku kiedy rentowność wyniosła 14,3%

Sytuacja gotówkowa Grupy Budimex:Wyniki finansowe Grupy Budimex po I półroczu 2019 2

  • W pierwszym półroczu 2019 roku odnotowaliśmy typowy dla tego okresu spadek salda gotówki netto do poziomu 264 mln złotych
  • Saldo gotówki netto spadło m.in. w wyniku wypłaty dywidendy w wysokości 161 mln złotych oraz sezonowego wzrostu zaangażowania kapitału obrotowego w części budowlanej
  • Ciągle obserwujemy opóźnienia po stronie inwestorów w procesie akceptacji i fakturowania wykonanych robót
  • Jednocześnie coraz trudniejsza sytuacja płynnościowa w branży wymaga utrzymania polityki finansowania podwykonawców poprzez wcześniejsze płatności oraz akceptację częstszego fakturowania zrealizowanych prac

Wyniki segmentu budowlanego Grupy Budimex:Wyniki finansowe Grupy Budimex po I półroczu 2019 3

  • Sprzedaż segmentu budowlanego wzrosła o 3% osiągając dynamikę nieco niższą niż branża – koncentrujemy się na budowie rentownego portfela zamówień
  • Rentowność zysku brutto części budowlanejspadła do poziomu 1,7% w porównaniu do 3,6% w 1 poł. 2018 roku
  • Z uwagi na czynniki zewnętrzne niezależne od Spółki przewidujemy wydłużony okres realizacji spalarni odpadów w Wilnie oraz pogorszenie wyniku finansowego na tym kontrakcie. Prowadzimy rozmowy z Zamawiającym i Konsorcjantem odnośnie dalszej realizacji kontraktu
  • Portfel zamówień Grupy Budimex osiągnął rekordowy poziom 11,1 mld złotych, głównie dzięki nowym zleceniom w segmencie kolejowym
  • W lipcu podpisaliśmy umowę na kontynuację prac na odcinku autostrady A1 oraz budowę gazociągu dla Gaz-System. W ostatnim czasie pozyskaliśmy również nowych strategicznych klientów jak JSW, Tauron i PGNiG

Wyniki segmentu deweloperskiego Grupy Budimex:

  • Klienci Budimex Nieruchomości w 1 poł. 2019 roku podpisali 947 aktów notarialnych
  • Rozszerzenie oferty w ostatnich miesiącach pozwoliło na osiągnięcie przedsprzedaży na poziomie 731 mieszkań
  • Przychody segmentu deweloperskiego spadły o 5% i wyniosły 313 milionów złotych a zysk brutto 55 milionów złotych przy wysokiej rentowności 17,6%
  • Aktualna oferta Budimex Nieruchomości to prawie 2 tysiące mieszkań w 5 lokalizacjach

Najbliższe kwartały okiem Grupy Budimex…

  • Sytuacja Grupy Budimex jest stabilna a rekordowy poziom portfela zamówień pozwala na w pełni efektywne wykorzystanie zasobów i zabezpiecza front prac na najbliższe kilka kwartałów
  • Średnia rentowność portfela jest relatywnie dobra jednak ciągle odczuwamy efekty kończenia trudnych kontraktów podpisanych 2-3 lata temu. Waloryzacja kontraktów w ograniczonym zakresie wdrożona została w nowych projektach GDDKiA oraz PKP PLK brak jest natomiast tego typu rozwiązań w zamówieniach samorządowych. Na dzisiaj nie możemy ocenić jak nowe mechanizmy indeksacji będą działać w praktyce
  • Otoczenie rynkowe pozostaje trudne, w szczególności w zakresie dostępności i utrzymania kadry oraz cen materiałów i podwykonawców. Widoczne jest również pogorszenie sytuacji płynnościowej w branży
  • Zakończyliśmy negocjacje nabycia 51% udziałów w FBSerwis. Na początku lipca transakcja została sfinalizowana i począwszy od tej daty Grupa Budimex rozpocznie konsolidację wyników Grupy FBSerwis. Jest to strategiczna i długoterminowa inwestycja, która dywersyfikuje biznes Grupy Budimex

Nowelizacja ustawy śmieciowej. Za brak segregacji zapłacisz czterokrotnie

Od pierwszego września wejdzie w życie kolejna nowelizacja tzw. ustawy śmieciowej. Wedle jej zapisów, osoby, które nie będą stosowały się do zasad o segregacji odpadów, za ich odbiór zapłacą od dwóch do czterech razy więcej. Zmiany zakładają też ulgi dla tych gospodarstw domowych, które same zagospodarują część produkowanych odpadów.

Mariusz Łubiński, Prezes Zarządu Admus Sp. z o.o.
Mariusz Łubiński, Prezes Zarządu Admus Sp. z o.o.

Nowe rozwiązania mają być motywacją do właściwej i rzetelnej segregacji odpadów komunalnych. Wizja czterokrotnie wyższych opłat na pewno przekona wiele osób do stosowania się do przyjętych wcześniej przepisów. Ja dostrzegam jednak pewne wady. O ile w przypadku domów jednorodzinnych sprawa jest oczywista, bo widzimy kto odpowiada za ewentualnie źle posegregowane odpady, to w przypadku budynków wielorodzinnych, gdzie kontenery są wspólne, winowajcę będzie ustalić bardzo trudno. Problem ten w branży był już wielokrotnie podnoszony i pojawiają się liczne pomysły, w jaki sposób rozwiązać ten problem. Najpopularniejszym rozwiązaniem jest montaż kamer przy wiatach śmietnikowych. Oczywiście wymaga to sporych nakładów finansowych, jednak dzięki temu wszyscy mieszkańcy nie będą musieli płacić więcej tylko dlatego, że jeden z nich nie przestrzega zasad segregacji.

Ciekawym rozwiązaniem jest wprowadzony w Ciechanowie Pilotaż Systemu Indywidualnej Segregacji Odpadów. Jest to pierwsze w Polsce i prawdopodobnie jedyne na świecie rozwiązanie tego typu.  O ile kody już od dawna istnieją w przypadku domów jednorodzinnych, nie były wcześniej wykorzystywane w budynkach wielorodzinnych. Mieszkańcy otwierają kontenery przy pomocy otrzymanych naklejek z indywidualnymi kodami. Pojemniki również ważą wrzucane, właściwie posegregowane odpady. Indywidualnym kodom przypisanym każdemu gospodarstwu możliwe jest rozliczanie mieszkańców z zadeklarowanej segregacji śmieci.

Nowelizacja ustawy reguluje kwestie odbioru śmieci z nieruchomości niezamieszkałych, czyli galerii handlowych, sklepów i punktów usługowych. Właściciele takich nieruchomości będą dobrowolnie przystępować do organizowanego przez gminę systemu odbioru odpadów komunalnych. W tej kwestii swoje niezadowolenie zgłaszały samorządy, według których takie rozwiązanie może być miejscem do nadużyć i rozszczelnienia się systemu. Argument w postaci możliwości wybierania tańszej oferty przedstawiają natomiast przedsiębiorcy. W przypadku punktów gastronomicznych właściwy odbiór odpadów jest szczególnie ważny. Restauracje produkują bardzo duże ilości resztek jedzenia, jeżeli nie zostaną szybko zabrane i będą zalegały w kubłach, istnieje zagrożenie, że zalęgną się w takich miejscach gryzonie. Biorąc to pod uwagę, wątpliwości samorządów co do samodzielnego wyboru przez przedsiębiorców firmy odbierającej śmieci jest zrozumiałe.

Ustawa stanowi również, że opłaty śmieciowe będą niższe dla tych mieszkańców, którzy mają przydomowe kompostowniki, czyli zagospodarowują sami część produkowanych przez siebie odpadów. Samorządy będą mogły jednak skontrolować właścicieli. Jeżeli okaże się, że mimo deklaracji nie kompostują odpadów, stracą upust w opłacie śmieciowej.

30-go lipca Ultimate Games zadebiutuje na GPW

30 lipca na Giełdzie Papierów Wartościowych zadebiutuje Ultimate Games S.A., producent i wydawca gier, specjalizujący się w popularnych symulatorach wędkarstwa. Do obrotu na rynku regulowanym trafiają wszystkie akcje Spółki będące dotychczas przedmiotem obrotu w alternatywnym systemie na NewConnect. Właścicielem blisko 46 proc. akcji jest Playway S.A.

Zarząd Spółki planuje rok do roku wykazywać stałe wzrosty w wynikach finansowych. Porównując 2018 rok z rokiem 2017, Ultimate Games udało się osiągnąć 500% wzrost zysku netto. Według wstępnych szacunków, w I połowie 2019 roku Spółka zarobiła 1,85 mln zł netto przy przychodach rzędu 3,38 mln zł, czyli właściwie już tyle ile w całym 2018 roku. Zarząd liczy na znaczące zwiększenie wyników w II półroczu br. z uwagi na zbliżające się premiery gier. W drugim półroczu Ultimate Games planuje kilkadziesiąt premier. Giełdowa kapitalizacja zbliża się do 120 mln zł.

Na rynku NewConnect byliśmy notowani od czerwca 2018 roku. Wejście na GPW to naturalny krok w realizacji strategii szybkiego rozwoju. To także wywiązanie się          z obietnicy, jaką złożyliśmy inwestorom kilkanaście miesięcy temu. Warszawska giełda to miejsce, gdzie szybko rosnące Spółki mogą efektywnie budować wartość dla swoich akcjonariuszy. Przeniesienie się na parkiet główny traktuję więc jako realizację kolejnego ważnego etapu rozwoju – ocenia Mateusz Zawadzki, CEO Ultimate Games.

W 2019 roku Ultimate Games zamierza wydać kilkadziesiąt gier, wśród których znajdą się zarówno nowe produkcje, jak i porty wydanych już tytułów na nowe platformy. Wśród nich znajdują się między innymi Unlucky 7 (PC), Ultimate Fishing Simulator na urządzenia VR, Bakery Simulator (PC), Woodzone (PC) czy Deadliest Catch: The Game (PC), tworzone w ścisłej współpracy z Discovery Channel. Zapowiada się więc rekordowy rok dla spółki, zarówno pod kątem liczby tytułów, jak   i związanych z ich wydaniem przychodów oraz zysków.

Niższy podatek zmotywuje pracowników? 3 aspekty zmian

Ponad 60% Polaków skorzysta w pełni na niższym PIT. Zgodnie z zapowiedziami[1] zmiany mają obowiązywać już od 1 października 2019 r. Czy korzyści rzeczywiście będą wyższe od kosztów, które poniosą m.in. samorządy lokalne? Jak nowe przepisy wpłyną na motywację pracowników zatrudnionych w korporacjach, małych i średnich przedsiębiorstwach, czy na uczelniach wyższych?

Niższa, czyli 17% (zamiast 18%) stawka podatkowa obejmie podatników rozliczających się w ramach pierwszej skali podatkowej. Pozytywny, choć relatywnie słabszy wpływ powinni odczuć też zamożniejsi Polacy. Osoby zatrudnione w ramach działalności wykonywanej osobiście (kontrakty menedżerskie, powołania do rad nadzorczych, skład zarządu) skorzystają również na podwyższeniu kosztów uzyskania przychodów. Opinie ekspertów na temat zmian i prognozy na przyszłość bywają jednak różne.

 Pozorna motywacja

Agnieszka Biegała-Dudek, Starszy Konsultant Działu Wsparcia Kadry i Płace w firmie Kalasoft Sp. z o.o.
Agnieszka Biegała-Dudek, Starszy Konsultant Działu Wsparcia Kadry i Płace w firmie Kalasoft Sp. z o.o.

– Gdybyśmy potraktowali korzyść z obniżenia stawki podatkowej, jako rzeczywiste „podwyższenie” zarobków to będzie ono cieszyć pracownika podobnie, jak każda podwyżka. Radość będzie trwała jednak krótko. Faktyczna kwota, o którą wzrośnie wynagrodzenie netto może okazać się niezauważalna. W większości przypadków podwyżka „zginie” pośród comiesięcznych wydatków – mówi Agnieszka Biegała-Dudek z  Kalasoft Sp. z o.o.

Dodaje ona również: – Ważniejszą kwestią jest szersza analiza skutków obniżenia stawki podatkowej. W efekcie ograniczone zostaną np. dochody samorządowe, a tym samym wydatki w naszym najbliższym otoczeniu. Z uwagi na źródło zmiany nie będą też formą dodatkowej motywacji dla pracowników. Każdą zatrudnioną osobę znacznie bardziej mobilizuje sytuacja, gdy zostaje ona indywidualnie doceniona za swoje zasługi lub wyróżniona na tle innych pracowników. Zmiany wprowadzane przez Ustawodawcę po prostu „nam się należą” – prognozuje Agnieszka Biegała-Dudek z Kalasoft.

Próg do przeskoczenia

Patrząc na zarobki w niektórych branżach (np. w szkolnictwie wyższym[2]), można zastanawiać się, czy zmiany podatkowe dadzą pozytywne konsekwencje w edukacji? A może z uwagi na niższe dochody samorządowe będzie odwrotnie? Na chwilę obecną ciężko przewidzieć wszystkie skutki.

– Grupa pracowników uczelni wyższych jest złożona. Oprócz pracowników akademickich, dla których praca naukowa jest często jednym z kilku źródeł dochodu, zatrudnione są tam także osoby do obsługi administracji, czy na stanowiskach technicznych. Myślę, że zmiany polegające na obniżeniu stawki podatkowej będą dotyczyć przede wszystkim tych pracowników – mówi Agnieszka Biegała-Dudek.

Ekspertka dodaje również: – Warto zwrócić uwagę na fakt, iż II próg podatkowy obowiązuje w Polsce od 2009r. Nie zmienia się on pomimo sukcesywnego wzrostu zarobków w naszym kraju. Należy spodziewać się więc, że coraz mniejszy odsetek podatników będzie odczuwać pozytywne skutki zmian – podkreśla Agnieszka Biegała-Dudek.

Ile zmian, tyle pytań

Zmiany w zakresie prawa podatkowego mają wysoki priorytet wdrożenia. Zwłaszcza, gdy w grę wchodzi wynagrodzenie pracowników: – Co ciekawe, pytań odnośnie np. terminów udostępniania zmian jest zdecydowanie więcej niż wątpliwości odnośnie rzeczywistego zarysu i sugerowanego kierunku nowych przepisów związanych z obniżonym podatkiem, „zerowym PIT”, czy wyższymi kosztami uzyskania przychodów. Krótkie terminy wprowadzenia nowych uregulowań podatkowych i potrzeba dostosowania się do nich w obszarze tak wrażliwym, jak płace, wzbudzają jednak ogromne zainteresowanie pracodawców i pracowników. Jest ono naturalne. W końcu mówimy o części pieniędzy, która przynajmniej teoretycznie pozostanie w naszych kieszeniach – podsumowuje Agnieszka Biegała-Dudek.

Pierwsze efekty nowych przepisów będzie można zaobserwować jeszcze w tym roku. Dopiero po dłuższym czasie okaże się, jakie będą ich dalsze skutki. Zbyt duża ilość informacji i opinii może zniechęcać do poszukiwania odpowiedzi na nowe pytania. Im wcześniej każdy pracodawca czy pracownik zapozna się jednak ze szczegółami nowych regulacji, tym lepiej.

[1] Zgodnie z informacją Ministerstwa Finansów. Nie jest to jeszcze jednoznaczne z faktyczną datą obowiązywania przepisów. https://www.gov.pl/web/finanse/nizszy-pit-dla-25-milionow-polakow, stan na 25.07.2019r.

[2] Wyniki badań przeprowadzonych przez European Network of Postdoctoral Associations w 2017r. i opublikowane w 2019 r. (https://www.biorxiv.org/content/10.1101/523621v2 wykazały dużo niższe wynagrodzenie post-doktorantów w Europie Wschodniej niż w pozostałych regionach Europy. Wyniosło ono nieco ponad 60 tys. zł rocznie.

Sytuacja na polskim rynku biurowym po I półroczu 2019 r.

Aktywność najemców z sektora usług dla biznesu napędza popyt poza Warszawą. Coraz większym zainteresowaniem cieszą się także elastyczne powierzchnie do pracy. Dobre nastroje inwestycyjne widać również po stronie rosnącej podaży – to najważniejsze wnioski po I połowie tego roku na polskim rynku biurowym.

Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na polskim rynku biurowym w I półroczu 2019 r.

Popyt – sektor usług ponownie na pierwszym miejscu podium

W I półroczu 2019 w Polsce podpisano umowy najmu na ponad 710 000 mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Blisko 306 000 mkw. przypadło na główne rynki poza Warszawą, z czego 44% stanowiły kontrakty w Krakowie, 15% we Wrocławiu, a 11% w Trójmieście. Do największych transakcji zawartych w I poł. 2019 r. na głównych rynkach regionalnych należą: umowa przednajmu Sabre na blisko 16 000 mkw. w Tischnera Office w Krakowie, odnowienie umowy na 11 200 mkw. przez Akamai w Vinci Office w Krakowie oraz odnowienie umowy i ekspansja firmy Nordea w Olivia Star w Gdańsku na 10 800 mkw.

Karol Patynowski, Dyrektor ds. Rynków Regionalnych, JLL
Karol Patynowski, Dyrektor ds. Rynków Regionalnych, JLL

Dobry klimat gospodarczy w Polsce przekłada się na ambitne plany inwestycyjne firm, co z kolei znajduje odzwierciedlenie w dynamice rozwoju rynku biurowego. Bardzo dobry wynik po stronie popytu jest po raz kolejny zasługą sektora nowoczesnych usług biznesowych, który w I połowie 2019 roku odpowiadał za 43% wynajętej powierzchni biurowej poza Warszawą. Warto podkreślić również zmiany w strukturze popytu na rynkach regionalnych. W pierwszych sześciu miesiącach roku blisko 40% całkowitego wolumenu transakcji, czyli 116 500 mkw., stanowiły przednajmy, co jest zbliżone do wyniku z całego 2018 roku. – Karol Patynowski, Dyrektor ds. Rynków Regionalnych, JLL

The Warsaw HUB night
The Warsaw Hub

Największą umową najmu w I półroczu w całej Polsce zawarł Getin Bank. Firma wynajęła 18 500 mkw. w stołecznym biurowcu The Warsaw Hub. W analizowanym okresie w stolicy dominowali najemcy z sektora finansowego i ubezpieczeniowego.

Regiony polubiły flexy

Rośnie segment elastycznych powierzchni do pracy i nie dotyczy to tylko Warszawy. W I połowie 2019 roku blisko 20 900 mkw. (z czego aż 12 900 mkw. w samym Krakowie) na rynkach poza Warszawą wynajęły tzw. „flexy” – wynik ten stanowi 87% całkowitego wolumenu z ubiegłego roku. W tym czasie największą aktywnością wykazały się takie firmy, jak Rise (9 200 mkw. w czterech umowach) oraz New Work (6 900 mkw. w dwóch transakcjach).

Podaż – zasoby biurowe rosną

Deweloperzy są bardzo aktywni na terenie całego kraju, co znajduje swoje odzwierciedlenie po stronie wciąż rosnącej podaży nie tylko w Warszawie, ale również na rynkach regionalnych, na których w ciągu I półrocza pozwolenie na użytkowanie uzyskały 32 budynki o łącznej powierzchni ponad 240 000 mkw.

Na koniec I półrocza 2019 całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej przekroczyły 10,8 mln mkw., stosunkowo równomiernie rozkładając się pomiędzy Warszawę a główne rynki poza nią – odpowiednio 5,5 i 5,3 mln mkw. Kolejne 1,6 mln mkw. biur jest obecnie w budowie, z czego ok. 780 000 mkw. przypada na Warszawę, a 800 000 mkw. poza nią. – Łukasz Dziedzic, Starszy Konsultant, Dział Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Największe ukończone inwestycje w I połowie roku to pięć budynków Business Garden (Vastint, Poznań) oraz Nowy Rynek B (Skanska Property Poland, Poznań), Brama Miasta B (Skanska Property Poland, Łódź), a także V.Offices (AFI Europe, Kraków), Moje Miejsce B1 (Echo Investment, Warszawa) oraz Spark B (Skanska Property Poland, Warszawa).

Powierzchnie niewynajęte i czynsze

Średni poziom pustostanów w Polsce to 9,0%, co oznacza nieznaczny spadek w porównaniu do I kwartału tego roku. W Warszawie 8,5% istniejących zasobów biurowych pozostaje do wynajęcia, a w głównych miastach regionalnych – 9,4%. Na pięciu głównych rynkach w Polsce odnotowano spadki współczynnika niewynajętej powierzchni rok do roku. Największe z nich dotyczyły: Lublina (-9,1 p.p.), Katowic (-3,4 p.p.) i Szczecina (-1,6 p.p). Największy wzrost wskaźnika miał miejsce w Poznaniu (4,4 p.p.) oraz Łodzi (3,5 p.p.).
W związku z rosnącymi kosztami budowy (zarówno materiałów jak i pracy) odnotowano wzrosty czynszów na niektórych rynkach biurowych w Polsce. W pierwszej połowie 2019 r. zmiany stawek zauważono w: Krakowie (stawki na poziomie 13,5-15,5 euro / mkw. / miesiąc), Katowicach (13,6-14,5 euro / mkw. / miesiąc), Poznaniu (13,6-15 euro / mkw. / miesiąc), Łodzi (12- 14 euro / mkw. / miesiąc) i Wrocławiu (13,5-14,8 euro / mkw. / miesiąc). Obecnie najwyższe czynsze transakcyjne charakteryzują Kraków (13,5 – 15,5 euro / mkw. / miesiąc).

Z kolei w szerokim centrum Warszawy czynsze dla najlepszych nieruchomości wynoszą od 17 do 24 euro za mkw. miesięcznie, a poza nim od 11 do 15 euro za mkw. miesięcznie.

Wbrew rynkowym barierom prywatne firmy liczą na zyski

Zmieniająca się rzeczywistość rynkowa, kształtowana przez cyberataki, niepewność geopolityczna i napięte stosunki handlowe, wymagają od szefów prywatnych firm ostrożności, przemyślanych decyzji i długoterminowego myślenia. Z raportu firmy doradczej Deloitte „Globalne perspektywy firm prywatnych” wynika, że mimo tych trudności, liderzy takich przedsiębiorstw są pewni swojej pozycji na rynku, a 50 proc. z nich przewiduje nawet, że w ciągu najbliższego roku przychody ich organizacji zwiększą się o jedną czwartą. Choć respondenci są świadomi potencjalnych zagrożeń, nie tracą pewności siebie. W kontekście zmian rynkowych słowo, które najlepiej opisuje prywatne firmy to „elastyczność”.

To drugie globalne badanie firm prywatnych przeprowadzone przez firmę doradczą Deloitte. Wzięło w nim udział ponad 2 500 prezesów i członków zarządów firm, których roczny przychód mieści się w przedziale od 10 mln do miliarda dolarów.

Bez obaw o przyszłość

Jak wynika z globalnej ankiety Deloitte, gospodarcze spowolnienie w poszczególnych regionach, znaczące osłabienie rynków finansowych i niepewna polityka handlowa nie osłabiły pewności szefów prywatnych firm. Uważają oni, że nawet w tak trudnej rzeczywistości są zdolni zarządzać firmami i zapewniać im dalszy rozwój. 49 proc. liderów planuje w ciągu najbliższych 12 miesięcy zwiększenie liczby pracowników pełnoetatowych, a aż 65 proc. respondentów spodziewa się wzrostu przychodów, z czego ponad jedna czwarta uważa, że wzrosną one co najmniej o połowę w porównaniu z 2017 rokiem, natomiast połowa spodziewa się przychodów firmy większych o co najmniej 26 proc.

To nie tak, że respondenci nie mają żadnych obaw i nie zauważają ryzyk. Są ich świadomi, ale mimo  tego, że widzą ryzyka i mają obawy, optymizm poprawił się rok do roku. Tylko 38 proc. uważa, że poziom niepewności w ich ojczystym kraju jest wyższy niż rok wcześniej. W 2017 roku takiego zdania była ponad połowa naszych respondentów. Niektórzy wyrażają nawet przekonanie, że będzie to najlepszy lub prawie najlepszy rok w historii ich firmy. Za tą pewnością stoi fakt, że firmy prywatne, z uwagi na strukturę właścicielską, mają łatwiejszy i szybszy proces decyzyjny – mówi Seweryn Dąbrowski, Partner w dziale doradztwa podatkowego Deloitte.

Niespełna jedna czwarta zapytanych przez Deloitte (24 proc.) obawia się barier handlowych, tyle samo potencjalnych cyberataków, a 23 proc. szefów prywatnych firm przyznaje, że problemem mogą być dla nich rosnące koszty surowców i produkcji.

Inwestycje w bezpieczeństwo

Pytani przez Deloitte liderzy przyznają, że mają się na baczności przed cyberprzestępcami, tym bardziej, że ci wciąż zmieniają i rozwijają swoje metody. Dlatego też to cyberbezpieczeństwo jest na szczycie listy inwestycji planowanych przez prywatne przedsiębiorstwa. Największe zaniepokojenie wzrostem liczby ataków wykazują respondenci z regionu Azji i Pacyfiku.

Wiele z firm prywatnych w czasie dynamicznego rozwoju, często pomijało inwestycje w cyberbezpieczeństwo. W ocenie właścicieli profil ryzyka organizacji wynikający z prowadzonej działalności biznesowej nie wymagał budowania struktur cyberbezpieczeństwa lub firmy te nie działały w wymagającym takich inwestycji reżimie prawnym lub regulacyjnym. Obecnie właściciele firm prywatnych coraz bardziej rozumieją, że skutki cyberataków mogą mieć realny wpływ na funkcjonowanie procesów biznesowych w ich organizacjach i nie trzeba do tego przetwarzać wrażliwych danych – mówi Marcin Ludwiszewski, Dyrektor, Lider ds. cyberbezpieczeństwa w Deloitte.

Ekspert dodaje, że skutki zakłócenia produkcji, dystrybucji towarów, niedostępności systemów ERP i CRM mogą mieć nie tylko negatywny wpływ na klientów, ale również na wizerunek firmy czy jej przychody. Właściciele firm zaczynają podchodzić do tego tematu strategicznie, łącząc cyberbezpieczeństwo długoterminowo z celami biznesowymi . Do większego zainteresowania cyberbezpieczeństwem przyczyniają się również cyfrowe transformacje biznesowe, w tym korzystanie z tzw. chmury, ekspansja poza rynki krajowe i wymogi partnerów zagranicznych wprowadzanie nowych produktów oraz przejęcia. Inwestycje w cyberbezpieczeństwo w ciągu najbliższego roku planuje 34 proc. szefów prywatnych firm z obu Ameryk i 30 proc. z Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki.

Konkurencyjność przede wszystkim

Zapytani przez Deloitte respondenci jako dwa główne źródła przewagi konkurencyjnej wskazywali opracowywanie nowych produktów i usług (14 proc.) oraz zwiększenie wydajności (13 proc.). W ujęciu regionalnym prywatni przedsiębiorcy z obszaru Azji i Pacyfiku niemal dwa razy częściej wskazywali nowe produkty i usługi niż reprezentujący obie Ameryki, którzy stawiają przede wszystkim na wzrost wydajności. Z kolei uczestnicy badania z Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki wyżej niż pozostali ocenili możliwość wejścia na nowe rynki zagraniczne. Respondenci, którzy najlepszy sposób zachowania przewagi konkurencyjnej lub zdobycia nowych pozycji na rynku widzą w najnowszych technologiach, jako obszar, który będzie najważniejszy w nadchodzącym roku wskazywali przede wszystkim opracowywanie nowych produktów (43 proc.) . Ten cel przewyższał popularność kwestii operacyjnych (38 proc.), marketingu i sprzedaży (36 proc.).

– Konkurencja to jedno z większych zmartwień szefów prywatnych firm. Połowa naszych respondentów uważa działania rywali za ryzyko co najmniej średnie, a niemal jedna piąta – za wysokie. Także w tym przypadku szczególnie wyczuleni są szefowie prywatnych firm z regionu Azji i Pacyfiku, ale we wszystkich badanych przez nas regionach liderzy zapewniali, że nie są bierni i przygotowują firmę na działania konkurencji. Najwięcej, bo 40 proc. naszych ankietowanych zabezpiecza się zmieniając model biznesowy – mówi Seweryn Dąbrowski. Ekspert dodaje, że aż ponad jedna piąta szefów firm odpowiedziała, że ich organizacja nie skupia się przesadnie na tego typu rozwiązaniach lub nie podejmuje żadnych działań, by je wykorzystać.

Wśród ambitnych planów na nadchodzący rok firmy wymieniają też fuzje i przejęcia. Odpowiedziało tak aż 40 proc. ankietowanych.

Stałe wartości

To, co wyróżnia firmy prywatne na globalnym rynku to dbałość o kulturę organizacyjną, która jest jednym z podstawowych aspektów zarządzania tego rodzaju firmą i która nie powinna zmieniać się w zależności od warunków rynkowych. W ankiecie Deloitte aż 77 proc. szefów prywatnych firm określiło kulturę organizacyjną jako istotny element strategii.

Tylko 14 proc. z nich odpowiedziało, że przewiduje w najbliższych miesiącach redukcję etatów. Ponad jedna trzecia (36 proc.) nie przewiduje zmian w zatrudnieniu, a aż 49 proc. planuje zatrudnienie dodatkowych pracowników pełnoetatowych.

To typowe dla prywatnych przedsiębiorstw. Inwestują w pracowników, zarówno w okresach prosperity, jak i w cięższych czasach. Weźmy na przykład Stany Zjednoczone, gdzie ponad 80 proc. średniej wielkości firm, głównie prywatnych, w wyjątkowo chudych latach 2007-2010 stworzyło ponad 2 mln nowych miejsc pracy. To jednak nie koniec. Rynek pracy w większości rozwiniętych krajów świata nadal jest trudny, dlatego firmy prywatne inwestują więc w szkolenia i rozwój, zapewniając pracownikom dostęp do niezbędnych kwalifikacji – mówi Tadeusz Dulian, doradca firm rodzinnych w Deloitte.

W badaniu firmy doradczej Deloitte liderzy prywatnych firm twierdzili, że w nadchodzącym roku będą inwestować w pracowników na różne sposoby. Najczęstszą odpowiedzią (43 proc.) były szkolenia, ale także wspomniane już zatrudnienie w pełnym wymiarze czasu pracy oraz kształcenie kadry kierowniczej

i rekrutacja. Ankietowani planują też opracowanie nowych strategii pozyskania talentów (41 proc), również po to, by zbudować i utrzymać wśród pracowników poczucie przynależności.

Charakterystyczna dla firm prywatnych odpowiedzialność społeczna nabiera jeszcze większej wagi. Ta koncepcja znalazła oddźwięk w większości firm we wszystkich trzech regionach. Według 18 proc. liderów prywatnych firm to na niej opiera się strategia firmy, a dla aż 47 proc. jest ona wysoko na liście priorytetów. 29 proc. przyznało natomiast, że co prawda posiadają programy społeczne, ale nie są one ani dobrze rozwinięte ani odpowiednio wspierane.

Ponad 60 proc. pracowników największych firm słyszało o PPK jako nowym systemie oszczędzania

Wdrożenie PPK w największych przedsiębiorstwach w Polsce nabrało rozpędu. Potwierdza to blisko połowa pracowników, którzy wzięli udział w drugiej odsłonie badania „PPK oczami Polaków” przygotowanego na zlecenie Nationale-Nederlanden. Wzrasta również ich świadomość na temat nowego systemu oszczędzania. W lipcu o programie słyszało sześciu na dziesięciu pracowników, czyli o 20 p.p. więcej niż na przełomie marca i kwietnia.

1 lipca firmy zatrudniające powyżej 250 osób zostały objęte obowiązkiem utworzenia Pracowniczych Planów Kapitałowych. Według drugiej edycji raportu ”PPK oczami Polaków”, wiedza pracowników na temat nowego systemu oszczędzania znacząco wzrosła. W lipcu br. o PPK słyszało już 62 proc. osób zatrudnionych w dużych firmach, czyli o 20 p.p. więcej niż na przełomie marca i kwietnia. Najbardziej zorientowaną w tym temacie grupę nadal stanowią osoby z wykształceniem wyższym (74 proc.). Jednak, odsetek respondentów, którzy słyszeli o PPK najbardziej wzrósł wśród mieszkańców wsi (z 37 proc. do 62 proc.).

Czy firmy są gotowe na PPK?

Grzegorz Chłopek, Prezes Zarządu Nationale-Nederlanden PTE
Grzegorz Chłopek, Prezes Zarządu Nationale-Nederlanden PTE

Prawie połowa osób, które słyszały o Pracowniczych Planach Kapitałowych, potwierdza, że ich firmy przygotowują się do wprowadzenia programu. Wcześniej taką deklarację złożyło 34 proc. respondentów, czyli o 14 p.p. mniej niż obecnie. – Większa świadomość wśród pracowników nie jest zaskakująca. W ostatnich miesiącach dużą rolę odegrały kampanie informacyjne. Dzięki nim pracownicy nie tylko mogli usłyszeć o nowym rozwiązaniu, ale przede wszystkim poznać jego zasady – mówi Grzegorz Chłopek, prezes Nationale-Nederlanden PTE. – Pomimo że część pracy edukacyjnej zostało już wykonanej, nadal konieczne jest wyjaśnienie Polakom, jakie korzyści w perspektywie długoterminowej może przynieść im program – dodaje.

Zachęty i bariery

Jak wynika z badania, jedna trzecia pracowników dużych firm potwierdza, że chce oszczędzać w PPK. Co czwarty jeszcze nie podjął decyzji, z kolei 42 proc. badanych nie zdecyduje się na udział w programie. Do partycypacji w nim najbardziej zachęca dobrowolność. Fakt, że w każdej chwili można zrezygnować z oszczędzania, jest szczególnie ważny dla osób przed 30 rokiem życia (64 proc. wskazań). Zdaniem blisko 40 proc. ankietowanych dużym walorem programu jest prywatność zgromadzonego kapitału. Podobna grupa docenia to, że w ramach PPK otrzyma dopłaty nie tylko od pracodawcy, ale i państwa. Co piątego uczestnika do systemu przekonuje fakt, że plany kapitałowe w całości będą obsługiwane przez pracodawcę.

Raport „PPK oczami Polaków” skupia się również na obawach, które towarzyszą pracownikom. Do udziału w programie w największym stopniu zniechęca ryzyko zabrania pieniędzy przez państwo, tak jak było w przypadku OFE. Na taką wątpliwość wskazało aż 61 proc. ankietowanych, czyli o 5 p.p. więcej w stosunku do pierwszej fali badania. Wśród innych barier uczestnicy wymienili ryzyko inwestycyjne (39 proc.) oraz ograniczony dostęp do gromadzonych oszczędności przed 60 rokiem życia (26 proc.).

– Wydaje się, że zachodzące w ostatnim czasie zmiany w systemie emerytalnym, czyli przekształcenie OFE w IKE, w znaczący sposób wpływają na odczucia Polaków względem nowego systemu długoterminowego oszczędzania. Należy jednak z całą stanowczością podkreślić, że środki skumulowane w OFE mają charakter funduszy publicznych, podczas gdy pieniądze odłożone w PPK są prywatną własnością uczestników programu – zaznacza Grzegorz Chłopek. – Warto także na każdym kroku przypominać, że pracownicy będą mogli wypłacić swoje oszczędności w dowolnym momencie. Jeśli zrobią to przed ukończeniem 60 lat i nie jest to wypłata na cele mieszkaniowe lub związane z chorobą – świadomie rezygnują ze zwolnień podatkowych oraz dopłat z Funduszu Pracy. Żaden dotychczasowy program okołoemerytalny tego nie gwarantował  – podsumowuje.

Bezpieczeństwo wciąż kluczowym kryterium

Opinia Polaków co do cech, które musi posiadać instytucja finansowa nie uległa zmianie. Dla niemal połowy najważniejszy czynnik stanowi bezpieczeństwo gromadzonych środków. Innymi istotnymi cechami jest długoletnie doświadczenie firmy (40 proc.), jej wizerunek oraz stabilna pozycja rynkowa (35 proc.). W mniejszym stopniu respondenci  zwracają uwagę na specjalizację danej firmy w rozwiązaniach emerytalnych (21 proc.) oraz ich osobiste doświadczenie jako klientów (23 proc.).

Badanie zrealizowane zostało na zlecenie Nationale-Nederlanden przez Kantar Polska w dniach 03-09.07.2019 r. W ramach badania ilościowego przeprowadzono wywiady przy użyciu techniki CATI, na reprezentatywnej grupie dorosłych Polaków (n=500).

Amerykanie oszaleli na punkcie design thinking. Prawie 3/4 największych firm korzysta już z tej metody

Analitycy z Forrester Consulting sprawdzili, co duże, amerykańskie firmy myślą o design thinking. Metoda kreatywnego rozwiązywania problemów i tworzenia innowacji zdaje się być u szczytu popularności. 72 proc. przepytanych firm na własnej skórze sprawdziło jej możliwości, a aż 28 proc. zmieniło pod jej kątem kulturę organizacyjną.

Firma konsultingowa Forrester wzięła pod lupę 60 dużych, amerykańskich przedsiębiorstw, mocno zróżnicowanych pod kątem reprezentowanej branży, aby poznać ich postrzeganie metody design thinking. To opracowany w latach 90. sposób tworzenia innowacji i kreatywnego rozwiązywania problemów, który z roku na rok cieszy się coraz większą popularnością. Bierze się ona przede wszystkim z imponujących wyników – na rozwiązaniach opracowanych tą metodą firmy zarobiły miliardy dolarów.

Design thinking stawia użytkownika końcowego w centrum procesu projektowego, a rozwiązania powstają pod realne potrzeby odbiorców. To sposób myślenia i zbiór narzędzi, które właściwie wykorzystane pozwalają osiągać ponadprzeciętne rezultaty. W efekcie powstają rozwiązania maksymalnie użyteczne i zapewniające użytkownikowi unikalne doświadczenia – tłumaczy Alicja Bartkiewicz z firmy DT Makers, realizującej projekty design thinking dla banku Santander, Orange czy Roche.

Proces Design Thinking składa się z sześciu głównych etapów: empatia (spojrzenie z punktu widzenia użytkownika końcowego), diagnoza potrzeb (spojrzenie z wielu perspektyw), generowanie pomysłów, stworzenie prototypów i na koniec – testowanie oraz wdrożenie.

Badanie przeprowadzone przez Forrester Consulting potwierdziło popularność metody w dużych organizacjach. Aż 72 proc. respondentów przyznało, że ich zespoły – w większości lub wszystkie – miały styczność z design thinking. Co ciekawe, w przypadku 28 proc. przerodziła się ona w budowanie trwałej kultury firmy w oparciu o nowy styl pracy. Kolejne 25 proc. korzysta z metody, jednak nie zmieniła ona sposobu funkcjonowania ich organizacji. Tymczasem 22 proc. respondentów używa design thinking w ograniczony sposób w wybranych projektach.

Otwierasz lodówkę, a tam design thinking

Z raportu wynika, że spopularyzowana przez amerykańską firmę konsultingową IDEO filozofia kreatywnego rozwiązywania problemów przeżywa obecnie swój złoty wiek. 78 proc. uczestników badania przyznało, że w ciągu ostatnich dwóch lat penetracja design thinking w ich firmach uległa zwiększeniu. Prawie 30 proc. zanotowało znaczący progres w implementacji metody, podczas gdy zaledwie 7 proc. dostrzegła malejącą tendencję w jej wykorzystaniu.

Czemu firmy wdrażają myślenie projektowe? Forrester Consulting spytała o to objęte badaniem organizacje, identyfikując towarzyszące im cele biznesowe. Na pierwszym miejscu znalazła się satysfakcja klienta. Dążenie do jej zwiększenia jest powodem do korzystania z metody dla prawie 40 proc. respondentów. Tymczasem aż 32 proc. sięga po design thinking, aby lepiej identyfikować strategiczne możliwości biznesowe i nadawać im priorytety. Tyle samo wdraża tę filozofię działania, aby zredukować czas potrzebny do wypuszczenia produktów na rynek. 30 proc. natomiast, aby zwiększyć produktywność, a ponad 20 proc., aby zwiększyć sprzedaż i poprawić pracę zespołową. Pozostałe przyczyny to identyfikacja i eliminacja odpadów, zmniejszenie kosztów ogólnych i poprawa satysfakcji pracowników. Za każdą z nich opowiedziało się prawie 20 proc. respondentów.

Nie zawsze odbiorcą rozwiązań tworzonych przy pomocy design thinking jest klient. Gdy zespół projektowy pracuje np. nad usprawnieniem procesów wewnętrzne, będzie nim pracownik określonego działu. Z raportu dowiadujemy się również, w jakich obszarach swojej działalności firmy najchętniej używają z tej metody. Najwięcej, bo aż 58 proc., korzysta z myślenia projektowego do tworzenia strategii biznesowych. Do usprawniania procesów w działalności operacyjnej korzysta z niej 35 proc., a do wprowadzania zmian w organizacji i restrukturyzacji – 33 proc. Po 25 proc. korzysta z design thinking do tworzenia oprogramowania, produktów oraz do marketingu, a po około 20 proc. do optymalizacji doświadczenia użytkownika, sprzedaży i integracji z partnerami.

Według Alicji Bartkiewicz z DT Makers, myślenia projektowe cieszy się tak dużą popularnością z jednego, prostego powodu: posługiwanie się nim przynosi wymierne korzyści. – Postawienie człowieka w centrum uwagi na pierwszy rzut oka może wydawać się czymś mało opłacalnym. Łatwiej skupiać się na potrzebach firmy, które dają o sobie znać nieustannie. Dziki kapitalizm nauczył nas egoizmu, skupienia na własnych interesach. Tymczasem okazuje się, że empatia i wytrwałe dążenie do zaspokojenia potrzeb użytkownika końcowego, pozwala firmom zwiększyć konkurencyjność, poprawić wyniki finansowe i lepiej realizować cele organizacji. Ten rodzaj biznesowego altruizmu po prostu się opłaca – przekonuje Bartkiewicz.

Wewnętrzny ruch oporu

Wdrażanie nowych praktyk, a tym bardziej – zmiana myślenia, nie przychodzą łatwo. To prawda nie tylko w przypadku zespołów projektowych, lecz przede wszystkim, w przypadku organizacji dążących do zmiany wewnętrznej kultury. Dla ponad 30 proc. przebadanych firm największym problemem okazał się opór ze strony pracowników, przyzwyczajonych do własnych sposobów działania. Ponad 25 proc. narzeka na problemy ze współpracą w zespołach projektowych, a dla 21 proc. problemem okazały się wątpliwości pracowników co do skuteczności design thinking. Tyle samo wskazało na opór przywództwa firmy na proponowane zmiany. Po 20 proc. za problem uznało rozproszenie zespołów. Dla prawie 10 proc. respondentów przeszkodą stanowi postawa osób obsadzających wysokie stanowiska w organizacji, które kwestionują wartość inwestycji w implementację design thinking. – Nie da się wdrażać nowych metod zarządzania projektami od najniższych szczebli w organizacji. To CEO i osoby na najwyższych stanowiskach muszą nie tylko podjąć odpowiednie decyzje, lecz także przekazać pozostałym pracownikom nowy sposób myślenia. Zarazić ich nim i zmotywować – podkreśla Alicja Bartkiewicz. Jej zdaniem sporym problemem bywa również brak zaangażowania zespołów. – Gdy wszyscy czekają, aż wybije 16:00, aby jak najszybciej wydostać się z biura, to sygnał, że potrzebne są radykalne zmiany. Przy takim nastawieniu pracowników trudno wprowadzić jakąkolwiek nowość – podsumowuje ekspertka.

Co trzeci przedsiębiorca ma dość swojej branży – szczególnie transportu i handlu

Co byś chciał robić w przyszłości? Na pewno nie to co teraz, odpowiada co trzeci przedsiębiorca. Najbardziej zniechęceni są przedstawiciele firm transportowych. 6 na 10 nie podjęłoby się ponownie uruchomienia firmy w tej branży. Kolejne miejsca w zestawieniu „drugi raz nie wszedłbym do tej samej rzeki”, zajęły handel i przemysł. Dość ma tu 3 na 10 przedsiębiorców. Najlepiej jest w usługach i budownictwie, ale i tu kolejny raz nie podjęłoby się działalności 2 na 10 – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor przez Instytut Keralla Research wśród mikro, małych i średnich firm.

Nie jest łatwo prowadzić biznes w Polsce. Na pytanie czy ponownie otworzyłbyś działalność gospodarczą w tej samej branży, jeden na trzech przedsiębiorców odpowiada, że nie. Co branża to inne powody większych czy mniejszych kłopotów. Biorąc pod uwagę całą gospodarkę, listę barier otwiera brak wykwalifikowanych pracowników. Nie ma właściwie branży, której problem ten by nie dotyczył i to na dużą skalę. Dalej jest sezonowość działania, a następnie opóźnienia w regulowaniu należności przez kontrahentów oraz kapitałochłonność, niskie marże i przeregulowanie przepisami – wynika z badania przeprowadzonego przez Instytut Keralla Research wśród mikro, małych i średnich firm, na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor.Co trzeci przedsiębiorca ma dość swojej branży – szczególnie transportu i handlu

Charakterystyczne jest, że transportowi, gdzie zniechęcenie do dotychczasowej działalności jest rekordowe, najbardziej dokuczają opóźnienia płatności od odbiorców usług. Mówi o nich 59 proc. przedsiębiorstw transportowych. – To poważne ostrzeżenie dla innych firm, uświadamiające jak niesolidni kontrahenci potrafią dać się we znaki. Jednocześnie najlepszy przykład na to, że samo zdobycie kontraktu nie przesądza o sukcesie. Konieczny jest jeszcze wpływ na konto za dostarczone usługi czy towary – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. W połączeniu z niskimi marżami, na które transport wraz z handlem skarżą się najczęściej oraz przeregulowaniem przepisami, który również dokucza transportowi, a jeszcze bardziej budownictwu, powstaje splot wyjątkowo trudnych warunków działania. Inne powody kłopotów firm transportowych to brak profesjonalnych pracowników i kapitałochłonność, czyli podobne jak w pozostałych branżach: handlu, przemyśle, usługach i budownictwie, którym dodatkowo mocno dokucza też sezonowość. Dla przemysłu i usług charakterystyczne jest też obciążenie wymogiem nieustannych innowacji.

– Jest wiele obszarów, na które nie mamy wpływu, dlatego tym bardziej tam, gdzie możemy, powinniśmy zrobić wszystko, aby obniżyć ryzyko działania. Np. dobierając partnerów biznesowych pod kątem wiarygodności finansowej i uczciwości. Narzędziem, do oceny ich solidności płatniczej jest Raport o Kontrahencie z Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. W minionym półroczu firmy o innych firmach pobrały ok. 1,3 mln tego typu raportów. Za zgodą weryfikowanego podmiotu można dowiedzieć się też, jak radzi sobie ze spłatą kredytów. Jeśli na koncie sprawdzanego przedsiębiorstwa znajdują się wpisy o zaległościach, to jest to znak ostrzegawczy, którego nie należy ignorować. Obecnie w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor zgłoszonych jest ponad 243,5 tys. firm posiadających 372 tys. różnego rodzaju zaległości na łączną kwotę niemal 6,5 mld zł.

Co trzeci przedsiębiorca ma dość swojej branży – szczególnie transportu i handlu 2
*Badanie „Skaner MSP, wśród mikro, małych i średnich firm”, przeprowadzone przez Instytut Badań i Rozwiązań B2B Keralla Research, na próbie 500 firm sprzedających z odroczonym terminem płatności, techniką wywiadów telefonicznych, kwiecień 2019 r.

– Nie można też przechodzić do porządku dziennego, gdy pojawią się opóźnienia w płatnościach od kontrahentów, z którymi współpracujemy – radzi Sławomir Grzelczak. Zamiast biernie czekać trzeba upominać się o pieniądze. Praktyka pokazuje bowiem, że przeciąganie płatności przez kontrahenta do ponad 30 dni w 9 na 10 przypadków wydłuża się do ponad 60 dni i kończy się dla wierzycieli stratą. Ostatecznie całości pieniędzy nie dostają aż dwa na trzy przedsiębiorstwa. Co robić? Jednym ze sposobów zabiegania o zapłatę jest np. wysłanie pisma informującego o zamiarze wpisu na listę dłużników Biura Informacji Gospodarczej, w imieniu wierzyciela może to również zrobić BIG. W wielu przypadkach nie dochodzi do zgłoszenia dłużnika do rejestru, bo w trosce o swoją reputację, decyduje się on wcześniej uregulować zobowiązanie.