Dobre perspektywy dla rynku mieszkaniowego. W kolejnych miesiącach sprzedaż utrzyma się na stabilnym poziomie, ale wzrost cen wyhamuje

Dobre perspektywy dla rynku mieszkaniowego. W kolejnych miesiącach sprzedaż utrzyma się na stabilnym poziomie, ale wzrost cen wyhamuje 1

Polski rynek mieszkaniowy stymuluje deficyt, który sięga nawet 3 mln lokali – ocenia Łukasz Borkowski z firmy Atal. Sprzedaż utrzyma się w tym roku na stabilnym poziomie, spowolnić powinna za to dynamika wzrostu cen, która w ostatnich latach była rekordowa. Wzrosty cen sięgną maksymalnie 100–200 zł/kw. Nie należy się spodziewać spadków z względu na wysokie ceny zakupu gruntów, koszty wykonawstwa i materiałów budowlanych.

– Ten rok będzie bardzo dobry dla rynku mieszkaniowego, podobnie jak poprzedni. Koniunktura na rynku jest niezmienna. Trzeba pamiętać, że rynek mieszkaniowy w Polsce nie porusza się od hossy do bessy, jest stymulowany raczej utrzymującym się brakiem mieszkań. Dlatego liczymy, że sprzedaż pozostanie na stabilnym, wysokim poziomie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Borkowski, PR manager w Atal SA.

Jak podkreśla, deficyt mieszkań w Polsce szacowany jest nawet na 3 mln lokali.

– Głód nowych mieszkań jest bardzo duży, więc lokale nadal będą znajdowały swoich nabywców. Zwłaszcza że rynek jest dodatkowo stymulowany przez zakupy inwestycyjne mieszkań pod wynajem, jak również coraz większą liczbę cudzoziemców, którzy osiedlają się w Polsce – mówi Łukasz Borkowski.

Jak ocenia, wbrew opinii części ekspertów na rynku nie widać na razie żadnych symptomów spowolnienia i w perspektywie najbliższych 5 lat powinna utrzymywać się stabilna sytuacja. Wyjątkiem są ceny lokali, które rosną obecnie najszybciej od 2007 roku i jest tego kilka powodów: dobra sytuacja gospodarcza i wzrost wynagrodzeń Polaków, hossa na rynku mieszkaniowym, niskie stopy procentowe, rosnące koszty pracy i materiałów budowlanych. Jednak, jak ocenia Borkowski, po dużych wzrostach na przestrzeni ostatnich kilku lat w 2019 roku dynamika powinna spowolnić.

– Największy wzrost cen mamy już za sobą, w związku z tym możliwe są pewne korekty wzwyż o 100–200 zł na 1 mkw. Nie są to już takie podwyżki, z jakimi mieliśmy do czynienia na przestrzeni ostatnich lat – mówi Łukasz Borkowski. – Średnie ceny mieszkań w Warszawie oscylują wokół 7,5–8 tys. zł za mkw. Przewidujemy, że one będą poruszały się w trendzie wzrostowym, ale pozostaną dość stabilne. Na większą korektę cen mieszkań nie wskazują na razie ani kwoty zakupu gruntów, ani ceny wykonawstwa i materiałów budowlanych.

Według danych GUS w ostatnim kwartale 2018 roku ceny mieszkań wzrosły o 7,7 proc. w stosunku do analogicznego okresu rok wcześniej (o 6,3 proc. na rynku pierwotnym i o 8,7 proc. na rynku wtórnym). W ujęciu kwartalnym wzrost wyniósł natomiast 2,4 proc. Z kolei sprzedaż mieszkań na sześciu największych rynkach regionalnych – według danych JLL Reas – spadła w ubiegłym roku o 11 proc. Łączna wartość transakcji nabycia mieszkań była zaś niższa o 4 proc. Nie oznacza to jednak spowolnienia ani słabszego roku, bo liczba mieszkań wprowadzonych do oferty i sprzedaż w sztukach były wyższe niż w 2016 roku i drugie najlepsze w historii po rekordowym 2017 roku.

W ubiegłym roku Atal zakontraktował w sumie 2 420 lokali. Najwięcej umów deweloperskich podpisano we Wrocławiu, Łodzi i Warszawie. Spółka zakłada, że w 2019 roku sprzedaż pozostanie na wysokim poziomie – analogicznym do wyniku z 2018 roku.

Atal skupia się na dywersyfikacji biznesu, stąd obecność we wszystkich największych aglomeracjach w Polsce, co uniezależnia go od koniunktury panującej na rynkach regionalnych. Rosnąca liczba wydań sprawia też, że deweloper notuje historycznie najwyższe przychody i zysk netto, a w nadchodzących latach nie zamierza zwalniać tempa – w 2018 roku spółka wydała na zakup gruntów pod nowe inwestycje rekordową jak dotąd kwotę 232,2 mln zł.

Produkty superfood wciąż niszą na rynku. Ich sprzedaż może wzrosnąć dzięki edukacji konsumentów i przystępnym cenom

Produkty superfood wciąż niszą na rynku. Ich sprzedaż może wzrosnąć dzięki edukacji konsumentów i przystępnym cenom 2

Choć produkty typu superfood są coraz bardziej widoczne na półkach polskich sklepów, wciąż stanowią rynkową niszę. Z badań firmy Purella Superfoods wynika, że większość konsumentów omija ekosklepy i półki ze zdrową żywnością, bo nie wie, jak i do czego używać tego typu produktów. Obawia się ich smaku, a dodatkowym elementem odstraszającym jest wysoka cena jednostkowych opakowań. Prezes firmy Michał Czerwiński podkreśla, że sprzedaż superfoods można zwiększać dzięki edukacji konsumentów i niższym cenom.

– Superfoody na świecie rozwijają się w tej chwili w tempie około 20 proc. rocznie, a ich całkowitą wartość na świecie szacuje się na 250 mld dol. Jest to gigantyczny rynek, który bardzo szybko rośnie, a największe rynki to Stany Zjednoczone, Niemcy i Chiny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Czerwiński, prezes zarządu Purella Superfoods.

W Polsce sytuacja na tym rynku nie jest tak dobra jak u zachodnich sąsiadów.

– Rynek superfoodów w Polsce jest trochę taki jak rynek smoothies w Wielkiej Brytanii. To jest bardzo ciekawa kategoria, ludzie, którzy zajmują się zdrowym żywieniem, kochają smoothie, natomiast ten segment w Wielkiej Brytanii się rozwijał, ale nigdy się nie rozwinął. Jako producenci superfoodów w Polsce zrobiliśmy bardzo wiele, żeby one się rozwinęły, natomiast nigdy nie przemyśleliśmy, jakie one mają ograniczenia w rozwoju – mówi Michał Czerwiński.

Z przeprowadzonych w ubiegłym roku badań firmy wynika, że podstawową barierą jest wysoka cena tych produktów. Tym bardziej że konsumenci nie do końca znają ich właściwości i prozdrowotne zalety.

– Polacy jeszcze boją się półek zdrowej żywności, nie chcą tam wchodzić, ponieważ tam jest albo bardzo drogo, albo nie wiedzą, co tam jest ­– wyjaśnia prezes Purella Superfoods.

Tłumaczy, że choć konsumenci oswoili się już z jagodami goji lub acai czy nasionami chia, to wciąż mają problem z zastosowaniem baobabu, camu camu czy moringi, a już na pewno nie kupią na próbę produktu w dużym opakowaniu, którego cena sięga kilkudziesięciu złotych.

– One rzeczywiście są kierowane do bardzo wyedukowanych klientów, których tak naprawdę w Polsce jest mało –  podkreśla Michał Czerwiński.

Dodaje jednak, że na krajowym rynku jest potencjał do sprzedaży tego typu produktów, ale pod pewnymi warunkami.

– Polacy są otwarci na nowości, jeżeli dobrze się ich przeprowadzi przez te nowości. Konsumenci są też otwarci na produkty funkcjonalne. Polska jest jednym z największych w Europie rynków suplementów diety – mniej istotne jest, co to jest za produkt, ale bardzo istotne jest, jaką on ma funkcję. Więc jeżeli superfoods będą dobrze komunikowane i podane, to zdecydowanie możemy powiedzieć, że Polacy są otwarci na tego typu nowości – mówi Czerwiński.

Firma zamierza zmienić strategię sprzedażową. Już od tego kwartału będzie wprowadzać do sklepów asortyment w mniejszych gramaturach i niższej cenie jednostkowej. Mają one trafiać nie tylko na regały ze zdrową żywnością, na które wielu konsumentów w ogóle nie zagląda, lecz także na półki z dodatkami do potraw, tak by konsumenci zaczęli traktować superfoody jak niezbędne nośniki wartości odżywczych, podobnie jak traktują przyprawy jako nośniki smaku.

Większość opakowań nowej linii dostępna będzie w opakowaniach zawierających po 21–45 g produktu, a ich cena jednostkowa zaczynać się będzie od niespełna 3 zł, a kończyć na 7 zł za sztukę. Tylko popularniejsze produkty, takie jak sól himalajska czy mąka kokosowa dostępne będą w porcjach 100-gramowych, a nawet 200-gramowych. Linia będzie sukcesywnie rozbudowywana, zarówno o całkowicie nowe produkty, pozycje już obecne w portfolio Purelli, jak i mieszanki.

– Masowy odbiorca, który chciałby dodać troszkę zdrowia do swojej diety, nie wie, w jaki sposób tych produktów używać, stąd też nasza kampania, która ruszy jesienią. Będziemy uczyli Polaków gotować z superfoodami, będziemy mówili, jakich produktów używać, jak je łączyć ze sobą w prosty sposób – zapowiada Michał Czerwiński. – Nie chcemy żadnej rewolucji w polskiej diecie, Polacy są bardzo tradycyjni, jeżeli chodzi o kuchnię i dietę, i my to bardzo szanujemy. Natomiast z drugiej strony chcą odżywiać się zdrowo, więc nasza strategia dodania łyżeczki wartości odżywczych na co dzień, to jest właśnie odpowiedź na te oczekiwania.

Sztuczna inteligencja rozpozna nawet najmniejsze zmiany w mózgu. Przyspieszy diagnozę i wyeliminuje ryzyko błędu w tomografii komputerowej

Sztuczna inteligencja rozpozna nawet najmniejsze zmiany w mózgu. Przyspieszy diagnozę i wyeliminuje ryzyko błędu w tomografii komputerowej 3

W Stanach Zjednoczonych wykonuje się 23 mln, a w Europie 13 mln tomografii komputerowych głowy rocznie. Nawet co dziesiąta interpretacja obrazu jest błędna – ludzkie oko nie jest w stanie wykryć wszystkich zmian. Dzięki sztucznej inteligencji diagnozę można znacznie przyspieszyć. Maszyna wychwyci szczegóły niewidoczne dla ludzkiego oka i zasugeruje klasyfikację badania mózgu. Jednocześnie czas interpretacji badania może być nawet o 1/3 krótszy.

– Celem projektu BrainScan jest stworzenie systemu wspomagającego interpretację obrazów tomografii komputerowej głowy. Bazujemy na funkcjach uczenia maszynowego. Naszym celem jest skrócenie czasu interpretacji badań tomografii komputerowej głowy i zwiększenie precyzji tej interpretacji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Robert Kitłowski, prezes i współzałożyciel spółki BrainScan.

Sztuczna inteligencja, system komputerowy mający naśladować ludzką inteligencję, zyskuje coraz większe zainteresowanie i jest włączana do wielu dziedzin, w tym medycyny. Poprawia dokładność diagnozy i jakości opieki nad pacjentem. Jest już niemal niezbędna zwłaszcza tam, gdzie ze względu na ogromną liczbę danych i konieczność szybkiego podjęcia decyzji, człowiek bywa zawodny. Wykorzystanie uczenia maszynowego zaś sprawia, że nowa technologia sama zdiagnozuje obraz i podpowie rozwiązanie.

Rozwiązanie proponowane przez polski start-up eliminuje problem błędnych interpretacji i rosnących kolejek do medycznej interpretacji tomografii. Oprogramowanie wykorzystuje uczenie maszynowe do analizy obrazów tomografii komputerowej głowy w celu wykrywania i oceny zmian w mózgu

– Bazujemy na trójwymiarowych sieciach neuronowych. To konwolucyjne sieci, jest to głębokie uczenie, najwyższy poziom technologii światowej. Bazujemy na najnowszych osiągnięciach w tej dziedzinie – przekonuje Robert Kitłowski.

BrainScan automatycznie wyszukuje podobne skany tomografii komputerowej lub rezonansu magnetycznego w dużych zestawach danych. Wyszukuje przypadki medyczne podobne do danego skanowania lub obszaru zainteresowania. Lekarze mogą łatwo znaleźć historyczne przypadki i badania, które wykazały podobne zmiany lub nieprawidłowe zmiany w porównaniu z badanymi pacjentami, co może być niezwykle przydatne w procesie diagnozy. Lekarz może też załadować skany do systemu i wybrać obszar zainteresowania zmiany.

System przeszukuje całe archiwum skanów w poszukiwaniu podobnych zdarzeń. W ciągu kilku sekund pobrane skany są przedstawiane lekarzowi wraz z lokalizacją zmian podobnych do danego przypadku, pokazuje też szczegóły dotyczące diagnozy, leczenia i wyników. Projekt bazuje na najbardziej wydajnych technikach głębokiego uczenia maszynowego, w tym trójwymiarowych sieci neuronowych. Zapewniają one dużą dokładność w podsumowywaniu treści 3D i szybkie porównywanie próbek danych. Są również wydajnymi obliczeniowo metodami szybkiego przetwarzania dużych zbiorów danych.

– Docelowo chcemy skrócić czas interpretacji badania co najmniej o 1/3. Uczenie maszynowe jest też w stanie interpretować obrazy z precyzją co najmniej taką, jak doświadczony radiolog – wskazuje współzałożyciel BrainScan.

Z danych BrainScan wynika, że obecnie na jednego pacjenta przypada ok. 70 zdjęć tomografii komputerowej. To zaś zwiększa ryzyko popełnienia pomyłki przez lekarza. Szacuje się, że ok. 9 proc. diagnoz tomografii jest błędnych, właśnie ze względu na przeciążenie pracą, ale i niekiedy niewielkie zmiany, niewidoczne ludzkim okiem. BrainScan automatycznie oznacza dany obraz jako normalny, lub ze zmianami patologicznymi, m.in. guzem, krwawieniem, zwapnieniem, udarem niedokrwiennym. Rozpoznaje także zmiany po udarze.

– W Stanach Zjednoczonych wykonuje się 23 mln badań tomografii komputerowej głowy rocznie, w Europie jest to 13 mln badań. W skali tych dwóch rynków zapotrzebowanie jest ogromne. Jesteśmy w stanie poczynić ogromne oszczędności czasowe i finansowe wśród wszystkich podmiotów, które wykonują tego typu badania – przekonuje Robert Kitłowski.

Start-up niedawno otrzymał milion dolarów finansowania na badania i rozwój od Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Finansowanie ma umożliwić dalszy rozwój najnowocześniejszego silnika analitycznego do obrazowania 3D.

Blockchain zrewolucjonizuje energetykę. Pozwoli na obniżenie kosztów dostarczania energii, zarządzanie nią w warunkach domowych i odsprzedaż jej nadmiaru

Blockchain zrewolucjonizuje energetykę. Pozwoli na obniżenie kosztów dostarczania energii, zarządzanie nią w warunkach domowych i odsprzedaż jej nadmiaru 4

Najnowsze technologie pomagają zarządzać energią elektryczną. Blockchain pozwala już na błyskawiczne transakcje na rynku energetycznym bez żadnych pośredników, co znacznie obniża koszty dostarczenia energii. Technologia umożliwi także prowadzenie  i zarządzanie domową elektrownią – produkowanie energii ze źródeł odnawialnych, jej magazynowanie i odsprzedaż, gdy energii będzie zbyt dużo. Sztuczna inteligencja z kolei pomoże zarządzać sieciami energetycznymi w skali całego miasta czy kraju.

– Blockchain jest tą technologią, która w niedalekiej przyszłości pomoże nam efektywnie zarządzać konsumpcją energii. Dzisiaj mamy bardzo duży problem w zarządzaniu profilami energetycznymi odbiorców końcowych. Odbiorcy nie do końca wiedzą w ogóle, jak konsumują energię. Największym problemem jest zrozumienie procesu. Jeżeli zrozumiemy proces, to łatwo będzie nim zarządzać, optymalizować, oszczędzać – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Artur Pollak, prezes zarządu APA Group.

Technologia blockchain ułatwi pozyskanie prądu z sieci rozproszonych dostawców. Pierwsze wdrożenia łańcucha bloków w europejskiej energetyce są już za nami. Niemiecki operator sieci energetycznej E.ON oraz włoski Enel jako pierwsze przeprowadziły na europejskim rynku energetycznym transakcje blockchainowe, które wykonywane są w czasie rzeczywistym i nie wykorzystują pomocy pośredników. Dzięki temu udało się zredukować koszty dystrybucyjne dla klienta końcowego, zaś sama energia w tym modelu dystrybucji jest dostarczana od producenta do klienta za pośrednictwem transakcji peer-to-peer.

– Blockchain być może wspomoże nas w procesach wytwórczych, jeżeli chodzi o energię elektryczną, być może każdy z nas będzie mógł być producentem energii. Na balkonie postawimy sobie panele fotowoltaiczne albo wiatrak, będziemy produkować energię, sami ją będziemy konsumować, część będziemy sprzedawać. Będziemy mogli tym zarządzać – twierdzi ekspert.

Blockchain pozwoli zredukować koszty energii także po stronie klienta końcowego. Inżynierowie Boscha wykorzystali tę technologię w projekcie inteligentnej lodówki, która dzięki podłączeniu do internetu pozwoli w pełni zarządzać procesem zużycia prądu w ramach oferty od austriackiego dystrybutora Wien Energie. Po sparowaniu z aplikacją mobilną, klient będzie mógł zadecydować, z jakiego źródła pochodzi energia, która jest dostarczana do jego domu. Oprogramowanie pozwoli także w czasie rzeczywistym śledzić zużycie prądu, kontrolować temperaturę wewnątrz lodówki oraz monitorować jej stan techniczny.

Aby rozwiązać problem nieefektywnej dystrybucji energii, należy jednak sięgnąć po rozwiązania funkcjonujące w skali globalnej, usprawniając procesy magazynowania i pozyskiwania prądu. Projekt iDistributedPV, powołany do życia w ramach unijnego Programu Ramowego Unii Europejskiej Horyzont 2020, ma upowszechnić systemy pozyskiwania prądu ze źródeł odnawialnych oraz przystosować sieci do współpracy z rozproszonymi systemami wytwarzania energii takimi jak panele fotowoltaiczne umieszczone na prywatnych posesjach.

W przyszłości projekt decentralizacji sieci energetycznych może pójść jeszcze dalej. Firma Moixa postanowiła powołać do życia eksperymentalną elektrownie wirtualną. Będzie ona przetwarzać i magazynować prąd za pośrednictwem m.in. paneli fotowoltaicznych, systemów szybkiego ładowania pojazdów elektrycznych, magazynów energii czy systemów ciepłowniczych. Integralnym elementem systemu będzie platforma GridShare, która wykorzysta moc obliczeniową sztucznej inteligencji do efektywnego zarządzania wydajnością energetyczną całej sieci.

– Już spotyka się obiekty zeroenergetyczne, czyli takie obiekty, gdzie wytwórstwo z konsumpcją się bilansują. Czyli nie dokupujemy energii na rynku, tylko wytwarzamy ją. Powstają np. dachy zeroenergetyczne w budownictwie pasywnym. Przyszłość już powoli do nas wkracza. Polska jest bardzo nowoczesnym krajem, nowinki technologiczne bardzo szybko adaptują się do potrzeb. Energetyka odnawialna do tej pory nie miała zbyt dobrej prasy, ale w tej chwili wiatraki, panele fotowoltaiczne to jest to, co rozwiąże prawdopodobnie w najbliższej przyszłości niedobory energetyczne, które w tej chwili mamy – przewiduje Artur Pollak.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku inteligentnych systemów energetycznych w 2018 roku wyniosła niemal 24 mld dol. Przewiduje się, że do 2023 roku wzrośnie ona do przeszło 61 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 21 proc.

Małe i średnie firmy liczą na sezonowy wzrost sprzedaży, ale sen z powiek spędza im brak pracowników

40 proc. firm z sektora MŚP prognozuje wzrost sprzedaży swoich produktów i usług w II kwartale 2019 roku – wynika z Barometru EFL. Jest to jeden z trzech najwyższych wyników w historii badania (od początku 2015 roku). W opinii ponad połowy przedsiębiorców na lepszą kondycję ich firm wpłynie sezonowy wzrost sprzedaży (55 proc.), a zdaniem co trzeciego wprowadzenie na rynek nowego produktu lub usługi (36 proc.). Z drugiej strony, tylko niecałe 15 proc. zapytanych liczy się ze spadkiem zamówień kw./kw. Winna temu jest sytuacja na polskim rynku pracy. Aż 6 na 10 podmiotów zgłasza problemy ze znalezieniem pracowników, a ponad połowa obawia się rosnących oczekiwań płacowych.

– Wysoki odsetek przedsiębiorców spodziewających się wzrostu sprzedaży zdecydował o wzroście poziomu głównego indeksu Barometru EFL w II kwartale. Sprzedażowych optymistów jest niemal dwa razy więcej niż w I kwartale br. (23 proc.), ale jeszcze o 4,2 pkt. proc. mniej niż w rekordowym II kwartale 2018 roku. Optymizm w kontekście sprzedaży deklarują wszystkie firmy z sektora MŚP, przy czym największy wykazują firmy średnie. Blisko 50 proc. z nich przewiduje wzrost sprzedaży. Nie jest jednak aż tak kolorowo, bo sen z powiek przedsiębiorców spędza nasz rynek pracy. Już od kilku kwartałów jak mantra powtarzają, że najpoważniejszym czynnikiem, który może zahamować ich rozwój, jest mała dostępność pracowników. Dlatego obok korzystania z już coraz mniejszej puli bezrobotnych, zatrudniania pracowników z Ukrainy, warto sięgać po jeszcze dwa „lekarstwa”. Pierwszym jest automatyzacja pracy, której celem nie jest odebranie zatrudnienia Polakom, lecz zadziałanie tam, gdzie ich brakuje. Drugim jest sięganie po seniorów, którzy coraz chętniej chcą aktywnie spędzać czas swojej emerytury – mówi Radosław Kuczyński, Prezes EFL.

Po pierwsze, gorący sezon dla mikro firm i HoReCa

Szukając możliwych czynników, które wpłyną na poprawę sytuacji przedsiębiorstw, najczęściej mikro, mali i średni przedsiębiorcy w pierwszej kolejności wskazywali na sezonowy wzrost sprzedaży. Tak uważa 54,5 proc. zapytanych. Co ciekawe, to najmniejsze firmy najbardziej liczą na ten czynnik wzrostu ich biznesu – aż 2 na 3 mikro firmy udzieliły takiej odpowiedzi (68 proc.). W przypadku małych ten odsetek wynosi 59 proc., a zatrudniających od 50 do 249 pracowników – niecałe 54 proc. Na tle sześciu badanych branż gorącego sezonu najbardziej oczekują hotelarze i restauratorzy (74 proc. wskazań), budownictwo (67 proc.) oraz handel (63 proc.).

Po drugie, handel przyciągnie klientów nową ofertą

W rozkręceniu biznesu w II kwartale br. w opinii 36 proc. przedstawicieli sektora MŚP pomoże wprowadzenie nowego produktu lub usługi. I tutaj, odwrotnie niż w przypadku sezonowej dynamiki sprzedaży, na ten czynnik najbardziej liczą średnie firmy (43 proc. wskazań), następnie małe (40 proc.) i mikro (39 proc.). Optymizm związany z uruchomieniem nowego produktu dotyczy w największym stopniu firm handlowych (51 proc.), produkcyjnej (45 proc.) oraz transportowej (39 proc.).

Po trzecie, bez obcokrajowców MŚP daleko nie pojedzie

W związku z ograniczoną dostępnością polskich pracowników, 1 na 4 przedsiębiorców liczy na wsparcie ze strony zagranicznej kadry. W szczególności dotyczy to małych firm, wśród których taką odpowiedź udzieliło 36 proc. zapytanych. W przypadku średnich firm ten odsetek wyniósł 30 proc., a w przypadku mikro – 19 proc. Możliwość zatrudnienia pracowników z zagranicy najbardziej może wpłynąć na kondycję branży budowlanej oraz produkcyjnej (odpowiednie 40 proc. i 36 proc.).

Trudności w skompletowaniu kadry

Wśród czynników mogących wpłynąć negatywnie na sytuację przedsiębiorstwa w I kwartale 2019 roku, zapytani w pierwszej kolejności wskazali na trudności w znalezieniu pracowników (61 proc.) oraz rosnące oczekiwania płacowe (52 proc.). Te problemy wskazywane są przez firmy ze wszystkich trzech segmentów (mikro, małe, średnie) jako najważniejsza przyczyna potencjalnego pogorszenia się sytuacji. Podobnie sytuacja wygląda w przypadku branż – każda boryka się z brakiem rąk do pracy. Najbardziej dotyczy ten czynnik budownictwa i produkcji (po 75 proc.) oraz HoReCa (74 proc.).

Auxilia S.A. kontynuuje realizację transakcji z PHI Wierzytelności

Auxilia S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od stycznia 2016 r., działająca na rynku odszkodowawczym, przeprowadziła kolejną transakcję z PHI Wierzytelności S.A. o łącznej szacunkowej wartości w kwocie 1,00 mln zł. Oba podmioty zgodnie z podpisaną umową ramową współpracują już od ubiegłego roku.

Emitent w kwietniu br. podpisał z PHI Wierzytelności S.A. umowę cesji wierzytelności odszkodowawczych o całkowitej szacunkowej wartości sięgającej ok. 1,00 mln zł. Zawarcie tej umowy stanowi wykonanie założeń podpisanej w marcu tego roku pomiędzy spółkami umowy przedwstępnej. Aktywa stanowiące przedmiot powyższej umowy to wybrane wierzytelności przyszłe będące wynagrodzeniem Auxilia S.A. ze spraw odszkodowawczych pozyskanych w ramach prowadzonej działalności gospodarczej. Spółka przeprowadziła już kilka tego typu transakcji z PHI Wierzytelności S.A., co stanowi realizację postanowień umowy ramowej podpisanej pomiędzy podmiotami. Zarząd Auxilia S.A. uważa, że dokonywanie transakcji z PHI Wierzytelności wpłynie pozytywnie na wyniki finansowe Grupy Kapitałowej.

Kamila Barszczewska – Wiceprezes Zarządu AUXILIA S.A.
Kamila Barszczewska – Wiceprezes Zarządu AUXILIA S.A.

„Spółka bardzo dobrze ocenia dotychczasową współpracę z PHI Wierzytelności S.A. i zakłada jej kontynuację w dłuższej perspektywie czasowej. Zawarta w kwietniu umowa cesji wierzytelności jest już trzecią transakcją tego typu w 2019 r. Dalsze kontynuowanie współpracy w zakresie zawierania umów cesji wierzytelności niewątpliwie wpłynie pozytywnie na wynik finansowy zarówno samej Spółki, jak i Grupy Kapitałowej.” – omawia dotychczasową współpracę pomiędzy spółkami Kamila Barszczewska, V-ce Prezes Zarządu Spółki AUXILIA S.A. – „Auxilia S.A. szacuje, że planowane przychody z tytułu realizacji postanowień tej umowy powinny wynieść ok. 9,24 mln zł w ujęciu rocznym.” – dodaje Kamila Barszczewska.

W marcu 2019 r. Zarząd Spółki przyjął politykę dywidendową, której głównym założeniem w zakresie rekomendowania WZA wypłaty dywidendy jest realizowanie przez Auxilia S.A. wypłat stosownie do wielkości wypracowanego zysku i możliwości finansowych. Zgodnie z przyjętą polityką, jeśli Spółka osiągnie wystarczające wyniki finansowe, to Zarząd będzie corocznie przedkładał WZA propozycję podziału zysku z uwzględnieniem przeznaczenia części lub całości zysku na wypłatę dywidendy. Przy zgłoszeniu propozycji Zarząd Auxilia S.A. będzie brał pod uwagę takie czynniki, do których można zaliczyć m.in. wynik netto, ogólną sytuację finansową i płynność Grupy Kapitałowej Emitenta, istniejące i przyszłe zobowiązania, ocenę perspektyw Grupy w określonych uwarunkowaniach rynkowych i makroekonomicznych, ewentualną konieczność wydatkowania środków w związku z rozwojem Grupy, czynniki o charakterze jednorazowym, a także obowiązujące przepisy prawa.

Emitent przeprowadził także aktualizację strategii rozwoju i będzie koncentrować się na aktywności w segmentach rynku, w których zidentyfikowano istnienie wysokowartościowych należności wymagających: innowacyjnego rozwiązania prawnego lub ekonomicznego, specjalistycznej wiedzy lub zapotrzebowania na kapitał przy opracowaniu strategii, metodologii działań czy też przy wdrożeniu dochodzenia należności. Strategia Grupy Kapitałowej Auxilia S.A. zakłada dalszy rozwój dotychczas prowadzonej działalności w kilku najważniejszych obszarach, do których można zaliczyć: obszar sprzedaży, obszar oferty produktowej, obszar finansów, obszar obsługi prawnej oraz obszar procesów wewnętrznych.

W całym 2018 r. Spółka wypracowała 1.380 tys. zł zysku netto na poziomie skonsolidowanym przy przychodach netto w wysokości 10.989 tys. zł wobec 8.711 tys. zł rok wcześniej. Emitent przeprowadził pod koniec 2018 r. emisję zabezpieczonych obligacji serii B, z której pozyskał 1,32 mln zł. Termin ich wykupu został wyznaczony na dzień 18.06.2020 r. Natomiast na początku stycznia 2019 r. Auxilia S.A. dokonała terminowego wykupu obligacji serii A o łącznej wartości nominalnej wynoszącej 2.773 tys. zł.

Spółka w grudniu 2018 r. podpisała z PHI Wierzytelności S.A. umowę ramową o współpracy, która określa ogólne zasady i warunki zawierania transakcji pomiędzy podmiotami w zakresie nabywania wierzytelności Spółki przez kontrahenta. Auxilia S.A. szacuje, że planowane przychody z tytułu realizacji postanowień tej umowy wyniosą ok. 9,24 mln zł w ujęciu rocznym, co powinno mieć pozytywny wpływ na jej przychody ze sprzedaży oraz wynik netto.

Podnoszenie kompetencji cyfrowych – już czas na działanie w tym zakresie

Beata Jarosz, prezes i współzałożycielka CodersTrust Polska
Beata Jarosz, prezes i współzałożycielka CodersTrust Polska

Rynek pracy na całym świecie przechodzi ogromne zmiany. Przyspieszające tempo cyfryzacji i digitalizacji, coraz większa rola sztucznej inteligencji, zastępowanie pracy ludzi przez maszyny – to wszystko powoduje, że pracownicy, ale również całe firmy, powinny dostosować się do zmieniającej się rzeczywistości. Widzę tutaj dużą rolę pracodawców, którzy jako organizacje mają większe możliwości, aby zapewnić swoim kadrom umiejętności niezbędne na dzisiejszym rynku pracy. Takie umiejętności można zyskać dzięki szytym na miarę programom reskillingu i upskillingu, wykorzystującym na przykład naukę programowania, dzięki którym pracownicy podnoszą swoje kompetencje cyfrowe. Pytanie, czy firmy zdają sobie sprawę z ciążącej na nich odpowiedzialności.

Częściową odpowiedź na to pytanie przynosi świeżo opublikowany raport firmy ManpowerGroup. Wynika z niego, że aż 90% organizacji w Polsce przewiduje podnoszenie kwalifikacji swoich pracowników w perspektywie do 2020 roku. Według autorów opracowania, wynika to z największego od 12 lat niedoboru talentów. Badane firmy są świadome, że znalezienie odpowiedniego kandydata może stanowić wyzwanie.

Dużą rolę reskillingu i upskillingu podkreśla również gigant branży doradztwa strategicznego – McKinsey – który szacuje, że do 2030 roku nawet 375 mln pracowników (14% globalnej siły roboczej) na całym świecie musi się przebranżowić i zdobyć nowe umiejętności, aby nie wypaść z rynku pracy. Niektóre firmy już dziś działają w tym kierunku, m.in. Starbucks, Google, GE czy Amazon, które tworzą obowiązkowe programy szkoleniowe z rozumienia podstaw języków programowania. Z kolei Francja przeznaczyła 15 miliardów euro na program mający wzmocnić kompetencje swoich obywateli.

Warto również zwrócić uwagę na jeszcze jedną statystykę z raportu ManpowerGroup. Jedna trzecia badanych firm uważa, że trudno jest szkolić pracowników w zakresie umiejętności technicznych. 36% pracodawców przyznaje, że jeszcze trudniejsze jest wyszkolenie w zakresie kompetencji miękkich, takich jak myślenie analityczne i komunikacja.

Z naszych obserwacji wynika, że firmy dotychczas inwestowały właśnie głównie w rozwój kompetencji miękkich. Ich poziom wśród pracowników – szczególnie w sektorze finansowym – jest już satysfakcjonujący. O wiele ważniejsze jest dziś szkolenie w zakresie kompetencji technicznych, rozumianych jako umiejętności cyfrowe, pozwalających na pracę przy nowych projektach, najczęściej związanych z nowoczesnych technologiami. Pozyskanie tych kompetencji wymaga wysiłku, zaangażowania i pracy własnej – bez wsparcia pracodawcy trudno będzie to osiągnąć.

Z podnoszeniem umiejętności ciągle nie jest w naszym społeczeństwie zbyt dobrze. Badanie Aktywni+. Przyszłość rynku pracy przynosi w tym kontekście kilka niepokojących statystyk. Tylko 29% pracujących Polaków ogólnikowo deklaruje, że poszerza swoje kompetencje w zakresie wykonywanej pracy. Jedynie 13% uczęszcza na kursy i szkolenia podnoszące kompetencje, które mają zwiększyć ich szanse na rynku pracy. Również 13% badanych zadeklarowało, że poszerza swoją wiedzę w zakresie nowych technologii. Pokazuje to, jak ważna jest edukacja i działania komunikacyjne w tym zakresie. Bez kompetencji w dziedzinie nowych technologii, nie będzie zawodów przyszłości, coraz częściej obecnych w firmach – specjalistów od chmur, uczenia maszynowego, analityków danych i programistów. Nie dziwi fakt, że Polska jest obecnie w ogonie krajów OECD, jeśli chodzi o kompetencje cyfrowe, a także w gronie państw o największym ryzyku zastępowania istniejących zawodów przez automatyzację i robotyzację – według wspomnianego wyżej raportu Aktywni+, w Polsce zagrożonych jest aż 40% obecnych miejsc pracy.

Spotykając się z firmami zainteresowanym włączaniem nauki programowania w programy upskillingu i reskillingu często słyszymy, że ich pracownicy doskonale rozumieją potrzeby klienta. Są kreatywni, potrafią świetnie zarządzać, budować długotrwałe relacje i rozwiązywać pojawiające się problemy. Pod tym względem nie mamy się czego wstydzić. Czego im brakuje, to umiejętność budowy systemów i narzędzi technologicznych, wspierających działalność całej organizacji. Ta luka kompetencyjna będzie się zwiększać, jeśli firmy nie podejmą stanowczych działań. Rozwój digitalizacji zwiększy nacisk na rozwój kompetencji technologicznych u praktycznie wszystkich grup pracowników. Będą oni musieli posiadać umiejętności komunikowania się z nowymi systemami, a także wiedzieć, jak je skutecznie wykorzystać.

Warto w tym miejscu podkreślić, że zarówno kompetencje techniczne, jak i miękkie, wpływają na efektywność pracy. Ich połączenie z dużym prawdopodobieństwem gwarantuje pracownikom odnalezienie się na przyszłym rynku pracy. To ważne w kontekście pojedynczego pracownika, który będzie musiał szukać sobie nowego miejsca w związku z reorganizacją i redukcją etatów. W tym miejscu warto raz jeszcze zaapelować do polskich pracodawców. Kasujesz stanowisko? Nie kasuj człowieka. Dzięki programom upskillingu i reskillingu możesz przygotować go do nowej roli, wynikającej ze zmian w firmie.

Digitalizacja, automatyzacja i robotyzacja – to trio, które wymaga dziś nieustannego podnoszenia kompetencji. Pozwolą one z odwagą wkroczyć w świat cyfrowy. Wiele osób ma już predyspozycje i zdolności, aby tego dokonać. Teraz potrzeba im konkretnej wiedzy i umiejętności technicznych – takich, jak chociażby znajomość języków programowania. Już najwyższy czas na działanie w tym zakresie.

Jak sztuczna inteligencja i głębokie uczenie zmieniają e-commerce

Przez kolejne dwa lub trzy lata tempo rozwoju sztucznej inteligencji nabierze wprost niewyobrażalnego tempa. Zdaniem Devina Weniga, dyrektora generalnego i prezesa eBay, to właśnie w handlu w pierwszej kolejności będzie nam dane obserwować najbardziej obiecujące praktyczne zastosowania sztucznej inteligencji. Już teraz zespół eBay stosuje algorytmy głębokiego uczenia maszynowego, które rozpoznają podróbki. Udostępnia także rozwiązanie dla osób z ograniczoną sprawnością, za pomocą którego można sterować kursorem na ekranie bez użycia rąk.

Żyjemy w rzeczywistości, w której samochód może sam poprowadzić nas do celu podróży, komputery mogą już diagnozować choroby i tworzyć teorie naukowe, a termostat zaczyna chłodzić dom, bo wie, że za 15 minut przekręcimy klucz w zamku. W historii rozwoju sztucznej inteligencji pojawiło się wiele szumu i mnóstwo obietnic. W ostatnich latach poczyniono znaczne postępy i sztuczna inteligencja znajduje coraz więcej praktycznych zastosowań – między innymi w e-commerce.

Odkrycie prawdziwych intencji zakupowych

Niezależnie od platformy, którą posługuje się użytkownik, zrozumienie czego chcą klienci to klucz do dostarczenia prawdziwie osobistego, kontekstowego doświadczenia zakupowego. Oczywiście personalizacja to nic nowego – to stały element strategii każdej firmy zajmującej się handlem.  Niemniej jednak, do tej pory skupiano się głównie na grupowaniu towarów lub analizie zachowania użytkowników. Na czym to polega? Upraszczając: platforma sprzedażowa wie, że klienci kupujący mydło zazwyczaj kupują też szczoteczki do zębów, więc rekomenduje im zakup odpowiednich produktów.

Sztuczna inteligencja z pewnością przyspieszy proces odejścia od zwykłego grupowania towarów na korzyść przetwarzania zgromadzonej wiedzy o osobach, zachowaniu, trendach i kontekstach. Konsumenci będą mogli poczuć się, jakby tuż obok stał ich osobisty doradca – do tego za każdym razem będzie mądrzejszy i coraz lepiej dostosowany do ich potrzeb. Wyobraź sobie, że chcesz kupić szalik. Korzystając ze sztucznej inteligencji, platformy i narzędzia handlowe będą w stanie przewidzieć, czy interesuje cię zakup szalika za 30 czy za 300 zł. Będą wiedzieć, jaki kolor ci odpowiada, czy wolisz włókna naturalne, czy może sztuczne oraz jaką kolejną rzecz zamierzasz kupić. Wraz z dostępem online do towarów ze wszystkich stron świata, sztuczna inteligencja pomoże konsumentom odnaleźć te odpowiednie wśród wszechogarniającego chaosu – mówi Devin Wenig, dyrektor generalny i prezes eBay.

Głęboka analiza danych na potrzeby handlu

Podejście eBay do sztucznej inteligencji to efekt prowadzonych badań oraz wszechstronnej wiedzy o zachowaniu konsumentów, gromadzonej przez dziesięciolecia. Platforma używa algorytmów uczenia maszynowego do rozpoznawania przedmiotów wystawionych na sprzedaż, znajdowania podobnych produktów i szeregowania rekomendacji. Wdraża również sztuczną inteligencję w różnych obszarach – od analizy uporządkowanych danych, po tłumaczenie maszynowe, zarządzanie ryzykiem i ochronę przed oszustwami.

Niedawno przejęliśmy Expertmaker, firmę, która stworzyła zaawansowaną platformę AI umożliwiającą optymalizację i automatyzację. Obecnie pracujemy nad wdrożeniem ich technologii na naszej platformie, aby skrócić czas wysyłki i dostawy, zwiększyć zaufanie, obniżyć ceny i osiągnąć wiele innych korzyści – mówi Devin Wenig, dyrektor generalny i prezes eBay.

Sztuczna inteligencja znajduje swoje zastosowanie w projektowaniu innowacyjnych rozwiązań, które nie tylko usprawniają procesy zakupowe, ale także w ogóle umożliwiają je osobom z ograniczoną sprawnością. W ubiegłym roku grupa pracowników eBay stworzyła technologię HeadGaze, dzięki której osoby z niedowładem górnych kończyn mogą samodzielnie dokonać zakupów na platformie. Technologia wykorzystuje Apple ARKit i aparat iPhone X do śledzenia ruchu głowy, co pozwala na łatwe poruszanie się po interfejsie platformy bez używania rąk. Zespół zbudował model wirtualnego piórka, które podąża za ruchem głowy (w górę, w dół, z boku na bok), zbierając z ARKit informacje 3D o ruchu głowy i stosując mapowanie geometrii 3D, aby uzyskać lokalizację „kursora” na ekranie. Jednocześnie zespół zaprojektował i wdrożył także nowe widgety interfejsu użytkownika, które wyczuwają i reagują na interakcję „kursora”. Podobnie jak mysz przemieszcza kursor po ekranie pulpitu, projekt HeadGaze pozwala wskazać głową dowolne miejsce na ekranie i aktywować wyznaczone „przyciski”. Technologia ta została udostępniona w ramach otwartych zasobów, a w kwietniu br. została wybrana finalistą konkursu Fast Company’s World Changing Ideas Awards w kategorii AI + Data. https://vimeo.com/289180466

Głęboka analiza danych to także sposób na walkę z podróbkami zalewającymi rynek online. Dzięki wykorzystaniu techniki rozpoznawania obrazów, eBay uczy sztuczną inteligencję, w jaki sposób powinna rozpoznawać oryginalne produkty – weryfikacja komputerowa powinna być jak najbardziej zbliżona do mechaniki rozpoznawania przedmiotów przez mózg człowieka. W momencie, kiedy konsument ocenia buty czy torbę, pobiera i przetwarza różnego rodzaju informacje – od stylu po wzór na tkaninie. Klient podejmuje decyzję, który przedmiot jest oryginalny, zgodnie z najlepszą hipotezą opartą na wielu czynnikach i zdobytych spostrzeżeniach. Algorytmy eBay działają na analogicznej zasadzie stale ucząc się, by jeszcze lepiej rozpoznawać podróbki od oryginalnych produktów. https://vimeo.com/298637345

Trendy e-commerce w 2019 roku

Obecnie branża handlu online stoi u progu nowej rewolucji. W ciągu najbliższych kilku lat będziemy świadkami bezprecedensowej konwergencji, zbliżania się technologii oraz oczekiwań sprzedawców i konsumentów. Coraz większe znaczenie będą zyskiwały technologie oparte na sztucznej inteligencji, algorytmach głębokiego uczenia maszynowego i wyszukiwania wizualnego. Maszyny staną się jeszcze lepsze w dekodowaniu języka naturalnego, więc handel w coraz większym stopniu będzie opierać się na komunikacji głosowej, a w efekcie pole wyszukiwania straci na znaczeniu. Dzięki technologii i skupieniu się na potrzebach konsumenta, proces robienia zakupów stanie się bardziej intuicyjny, dostępny i po prostu łatwiejszy.

Milion samochodów elektrycznych w Polsce na razie nie do zrealizowania

Rozwój elektromobilności jest nieunikniony. Silniki elektryczne będą podstawą napędu samochodów osobowych i ciężarowych. Pierwsze elektryczne ciężarówki są już dostępne, chociaż nie można jeszcze mówić o produkcji masowej. Auta osobowe tego rodzaju powstają seryjnie, a oferowana gama modelowa jest coraz szersza. Dotychczas nie przeprowadzono jednak badań, które udowodniłyby, że elektromobilność jest czystszym rozwiązaniem w stosunku do tradycyjnej motoryzacji. Z drugiej strony brak jednoznacznych stwierdzeń, że jest na odwrót. Na elektromobilność i jej zalety należy więc patrzeć w szerszym kontekście. W przypadku polskiego rynku ślad węglowy, jeśli chodzi o produkcję samej energii, jest dość duży. Elektrownie pracują w oparciu o ten surowiec, więc zanieczyszczenia i tak są produkowane. Obecnie mówi się raczej o przeniesieniu ich punktu – z centrów miast na zewnątrz, gdzie ulokowane są elektrownie. Wiele zależy także od sposobów produkcji samochodów. Firmy w swojej działalności starają się uwzględniać kwestię ekologii. Przykładem jest niemiecki zakład BMW. Niemal w całości zasila go czysta energia, pochodząca z odnawialnych źródeł. W taki właśnie sposób ślad węglowy powinien być ograniczany – zarówno na etapie produkcji, jak i wykorzystania auta.

– Na rynku polskim postęp elektromobilności nie będzie jednak aż tak silny, jak zapowiadają politycy. Milion samochodów elektrycznych zarejestrowanych do 2025 roku, to póki co nierealne do spełnienia marzenie – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Drzewiecki, prezes IBRM Samar  Według jego prognoz w 2023 roku odnotowanych zostanie ok. 5-6 tysięcy tego typu pojazdów. Wpływ na to mają dwa czynniki – infrastruktura i oferta. Sami producenci nie są jeszcze w stanie dostarczyć zapowiadanej liczby samochodów, a Polska – przynajmniej na razie – nie jest rynkiem priorytetowym. Taka sytuacja nie zmieni się – dopóki nie ma rozwiązań, które w jakikolwiek sposób zachęcałyby firmy do produkowania tych aut, a kierowców – do ich kupowania. Obecna ustawa o eletromobilności wymusza na instytucjach państwowych nabywanie takich pojazdów, ale nie wpływa na zainteresowanie klientów indywidualnych. Samochody elektryczne nadal pozostają drogie, nawet biorąc pod uwagę dopłaty. Nadal są one atrakcyjniejsze dla firm niż osób prywatnych, które najczęściej – ze względów finansowych – szukają ofert na rynku samochodów używanych – ocenił Drzewiecki.

Chcesz zarządzać zmianą – zapomnij o zarządzaniu

prof. Jakub Brdulak, wykładowca na kierunku zarządzanie i przywództwo na Uniwersytecie SWPS
prof. Jakub Brdulak, wykładowca na kierunku zarządzanie i przywództwo na Uniwersytecie SWPS

Badający innowacje i rozwój Clayton Christensen sformułował tezę, którą można sprowadzić do przewrotnej myśli: „żeby zarządzać zmianą, należy zapomnieć o zarządzaniu”. To proces, który wymaga usunięcia się w cień, pokory, nieustannej refleksji i otaczania się ludźmi lepszymi od nas, co dla wielu osób jest bardzo trudne – komentuje prof. Jakub Brdulak, wykładowca na kierunku zarządzanie i przywództwo na Uniwersytecie SWPS.

Zarządzanie zmianą to ciągłe wyzwanie dlatego, że jest pasmem nieustannych porażek. Od menedżerów wymaga pokory i uznania większej wiedzy i doświadczenia innych. Umiejętne wprowadzenie zmian jest szczególnie trudne w przypadku rynków technologicznych. Na takie problemy natrafiła firma Kodak. Wszystko zaczęło się wraz ze wzrostem popularności aparatów cyfrowych. Czy Kodak nie potrafił odpowiedzieć na ten trend? Nie, ponieważ nie zmienił modelu biznesowego opartego na kliszach fotograficznych. Czy Kodak nie znał technologii fotografii cyfrowej? Oczywiście, że znał. Co więcej – sam ją wymyślił. Dlaczego więc upadł? Firma stała się ofiarą swojego historycznego sukcesu. Główne źródło przychodów stanowiła marża ze sprzedaży klisz fotograficznych. I choć rynek zaczął się kurczyć, organizacja nie była w stanie podjąć decyzji o zbudowaniu świeżego modelu dla nowego rynku fotografii cyfrowej.

Nie musisz się ze mną zgadzać

Jeżeli zarządzanie zmianą wymaga od nas porzucenia idei zarządzania – w jaki sposób poradzić sobie z tym problemem? Należy oprzeć się na zaufaniu i uznaniu w drugiej osobie (w tym także w pracowniku) partnera. Ważne, żeby na pewien czas zrezygnować ze sztywnego liczenia kosztów. Na taki komfort mogą sobie jednak pozwolić tylko dojrzałe organizacje z wyraźnie określonymi długookresowymi celami. Dojrzałość firm będzie się także wyrażała w ich wewnętrznej różnorodności, podmiotowym traktowaniu pracowników i zaakceptowaniu faktu, że znajdą się wśród nich osoby nie w pełni zgadzające się z zarządem.

Nie słuchaj specjalistów, licz się ze stratą

Dlaczego zarządzanie zmianą jest tak trudną sztuką? Ponieważ wymaga od menedżerów odrzucenia wszystkiego, co wiedzieli dotychczas na temat kierowania organizacją – szczególnie w procesach prowadzących do przekształceń w obszarach biznesowych. Zrozumienie, że nie warto otaczać się gronem specjalistów danego zagadnienia, którzy już na wstępie mogą zawęzić horyzont potencjalnych zmian, wymaga dużej pokory. Podobnie w kwestii badań marketingowych, które nie dadzą rzetelnych wyników, ponieważ w przypadku nowo powstałych rynków brakuje ku temu danych. Nie można też liczyć na opinie klientów, których jeszcze nie ma. Z pewnością należy się natomiast przygotować na straty – takie przedsięwzięcia są na początku mało rentowne. Tu właśnie przydaje się długoterminowa strategia i odporność dojrzałych organizacji.

Z zarządzaniem jak z dzieckiem

Skoro zarządzanie zmianą i wdrażanie innowacyjnych modeli biznesowych jest tak ryzykowne i nieopłacalne, dlaczego w ogóle podejmować takie wyzwanie? To sytuacja analogiczna do posiadania dziecka. Z punktu widzenia czystego rachunku ekonomicznego, jego wychowywanie jest inicjatywą nieopłacalną. Ludzie jednak inwestują w swoje (i nie tylko swoje) potomstwo. Dlaczego? Każdy zapewne odpowiada na to pytanie indywidualnie. Jeżeli jednak mamy trwać jako gatunek ludzki, musimy tak postępować. To inwestycja opłacalna w długim okresie, która warunkuje nasze ogólne trwanie.

prof. Jakub Brdulak, wykładowca na kierunku zarządzanie i przywództwo, Uniwersytet SWPS

Te same obawy, ale inne czasy

Po wstępnym wstrząsie w poniedziałek, w kolejnych godzinach rynek walutowy uspokoił się, a inwestorzy czekają na więcej szczegółów, w którą stronę pójdą negocjacje handlowe USA-Chiny. Waszyngton gra twardo i od piątku zamierza podnieść cła na chińskie towary. Ale dalsze rozmowy nie zostały zerwane i to daje nadzieje na załagodzenie napięć.

To delikatna sytuacja dla rynków, gdyż z obecnego położenia sprawy w łatwym sposób mogą przybrać pozytywny lub negatywny obrót. Chińska delegacja z wicepremierem Liu He na czele wciąż potwierdza przybycie do Waszyngtonu, by w czwartek i piątek kontynuować rozmowy. Obie strony zdają sobie sprawę, że przy braku porozumienia nikt nic nie zyska. Ale też sytuacja gospodarcza jest lepsza niż pół roku temu, więc zarówno USA i Chiny czują się na tyle silne, by starać się ugrać więcej dla siebie. Dla rynków oznacza to okres podwyższonej niepewności, ale bez wpadania w tryb paniki. Szybka reakcja Ludowego Banku Chin w poniedziałek w postaci obniżki stopy rezerw obowiązkowych dla małych banków pokazuje, że implikacje dla globalnej gospodarki i rynków będą tym razem inne. Chińska gospodarka ma już aktywne wsparcie fiskalne i monetarne i jest gotowa na potencjalny wzrost napięć z tytułu sporu handlowego. Z globalnej perspektywy przerwany został łańcuch strachu, który uwidaczniał się w ubiegłym roku: spór handlowy z USA uderzy mocno w chińskie ożywienie, co w fali wtórnej osłabiłoby perspektywy globalnego wzrostu, przynosząc recesyjny klimat na rynki finansowe. Teraz wiemy, że władze w Pekinie już zaadresowały rozterki chińskich firm, więc spirala strachu nie nakręca się. To pozwala zachować spokój wśród inwestorów na rynkach finansowych i umożliwia podtrzymać nadzieje, że ostatecznie dojdzie od porozumienia.

Bank Rezerwy Australii zdecydował o pozostawieniu głównej stopy procentowej na 1,50 proc. Taka była też nasza prognoza, choć większość rynkowa spodziewała się cięcia o 25 pb, stąd dzisiejszy skok AUD jest uzasadniony. Bank przyznał, że inflacja w pierwszym kwartale rozczarowała i w związku z tym zrewidował w dół prognozy CPI dla 2019 i 2020 r. Podtrzymał jednak prognozy PKB i podkreślił istotność rynku pracy, co stało za pozostawianiem dziś parametrów polityki bez zmian. W komunikacie stwierdzono, że w kolejnych miesiącach bank będzie się uważnie przyglądał rozwojowi sytuacji na rynku pracy. To sugeruje, że RBA będzie cierpliwy do czasu, aż nie zobaczy pogorszenia się sytuacji, ale w więcej niż jednym raporcie. W ten sposób można wykluczyć ryzyko obniżki w czerwcu, ale kolejne posiedzenia będą „żywe”, jeśli dane zaczną rozczarowywać. Rynek nie zrezygnuje z oczekiwań, że tak w istocie będzie, i podtrzymuje dyskonto co najmniej jednej obniżki do końca roku. W efekcie potencjał do dalszej aprecjacji AUD pozostaje ograniczony, a przy rosnących napięciach wokół sporu handlowego USA-Chiny zwyżki AUD mogą kusić do odnowienia sprzedaży.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Przybywa dowodów na mniejszą szkodliwość e-papierosów. Polscy i rosyjscy naukowcy będą prowadzić nad nimi wspólne badania

Przybywa dowodów na mniejszą szkodliwość e-papierosów. Polscy i rosyjscy naukowcy będą prowadzić nad nimi wspólne badania 5

Nie ma żadnych wątpliwości, że nowatorskie wyroby tytoniowe będą miały zdecydowanie mniejszy wpływ na powstanie chorób nowotworowych – ocenia prof. Andrzej Sobczak ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, ekspert w dziedzinie toksykologii, którego zespół od 10 lat prowadzi badania nad szkodliwością e-papierosów. Polscy naukowcy nawiązali właśnie współpracę z badaczami z Rosyjskiej Akademii Nauk, którzy doszli do zbliżonych wniosków. Na świecie przybywa badań potwierdzających koncepcję zmniejszonego ryzyka, zgodnie z którą konsumpcja e-papierosów i podgrzewaczy tytoniu – nawet jeśli nie są one całkowicie nieszkodliwe – nadal powoduje mniej szkód niż tradycyjne papierosy.

Bez wątpienia można powiedzieć, że e-papierosy są mniej szkodliwe niż konwencjonalne. Wiedza na ich temat jeszcze nie jest wystarczająca, ale już na tyle duża, że można wyciągać wnioski, które – moim zdaniem – potwierdzą się w przyszłości – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Andrzej Sobczak, kierownik Zakładu Chemii Ogólnej i Nieorganicznej Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach.

Według danych Ministerstwa Zdrowia papierosy pali prawie 1/4 dorosłych Polaków, co daje 8–9 mln osób. Z powodu chorób wywołanych dymem tytoniowym umiera co roku ok. 60 tys. osób. Wbrew obiegowej opinii ich bezpośrednią przyczyną nie jest nikotyna, ale substancje smoliste i toksyczne metale zawarte dymie tytoniowym, takie jak ołów czy kadm.

– Substancje smoliste będące wynikiem spalania stanowią główną przyczynę negatywnego oddziaływania dymu tytoniowego na zdrowie. Nikotyna też ma swoje negatywne strony, jest to związek toksyczny, uzależniający, jednak nie powoduje powstawania chorób nowotworowych – mówi prof. Andrzej Sobczak.

W tradycyjnych papierosach tytoń jest spalany, a powstały w wyniku tej reakcji dym zawiera 6–7 tys. związków chemicznych, substancji smolistych i toksycznych pierwiastków. W e-papierosach reakcja spalania w ogóle nie zachodzi – roztwór gliceryny lub propylenu glikolowego, który zawiera nikotynę i związki aromatyzujące, jest podgrzewany do temperatury 200–250°C. Dzięki temu ilość szkodliwych związków wdychanych przez e-palaczy jest kilkudziesięciokrotnie mniejsza.

W dymie tytoniowym znajduje się kilkadziesiąt związków o działaniu rakotwórczym, w tym dziewięć związków zaliczanych do grupy pierwszej w klasyfikacji Międzynarodowej Agencji Badań nad Rakiem. Tymczasem w aerozolu z elektronicznych papierosów znajdujemy tylko jeden taki związek, mianowicie formaldehyd. Już samo to porównanie świadczy o tym, że ryzyko rozwoju chorób nowotworowych jest zdecydowanie mniejsze niż w przypadku papierosów konwencjonalnych – mówi prof. Andrzej Sobczak.

Na świecie przybywa dowodów potwierdzających koncepcję zmniejszonego ryzyka, zgodnie z którą konsumpcja e-papierosów i wyrobów zawierających podgrzewany tytoń – nawet jeśli nie są one całkowicie nieszkodliwe – nadal powoduje mniej szkód niż tradycyjne papierosy. W ocenie części naukowców nowatorskie produkty nikotynowe mogą być potencjalnie rozważane jako nikotynowa terapia zastępcza u osób palących, które nie mogą lub nie chcą rzucić palenia.

– Niewątpliwie w tym momencie nie ma już absolutnie żadnych wątpliwości, że takie wyroby tytoniowe będą miały zdecydowanie mniejszy wpływ na powstanie chorób nowotworowych. Papierosy konwencjonalne to de facto pierwsza przyczyna powstawania nowotworów. Wiadomo również, że po przejściu całkowicie na elektroniczne papierosy zdecydowanie spada ryzyko zachorowania, co można wywnioskować chociażby z pomiaru biomarkerów substancji rakotwórczych – mówi prof. Andrzej Sobczak.

W Polsce badania nad zamiennikami papierosów od 10 lat prowadzi zespół naukowców ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, który – nie opowiadając się za żadną formą palenia wyrobów tytoniowych – sprawdził zawartość kadmu i ołowiu w dymie z tradycyjnych i elektronicznych papierosów oraz poziom ekspozycji palaczy na szkodliwe substancje. Wyniki opublikowane na łamach wydawanego przez Oxford University Press „Nicotine & Tobacco Research” pokazują, że całkowite przestawienie się z papierosów konwencjonalnych na elektroniczne prowadzi do poprawy stanu zdrowia palaczy.

Badania nad potencjalnym chemicznym i biomedycznym wpływem e-papierosów prowadzą też naukowcy z Rosyjskiej Akademii Nauk (IBCP RAS). Na początku marca rosyjscy badacze spotkali się z zespołem prof. Andrzeja Sobczaka z ŚUM, aby omówić wyniki badań i nawiązać współpracę w zakresie badania profilu ryzyka nowych produktów nikotynowych oraz stworzenia wiarygodnych modeli oceny wpływu takich produktów na zdrowie człowieka.

Aerozol z e-papierosa zawiera mniej substancji toksycznych w porównaniu do dymu papierosowego. Ogólnie rzecz biorąc, aerozole pochodzące z urządzeń elektronicznych różnią się dość znacznie od dymu papierosowego, mają również inne właściwości od aerozoli produkowanych przez ten sam typ urządzeń wcześniejszych generacji. Obecnie staramy się ustalić potencjalny wpływ aerozolu z e-papierosów na zdrowie użytkowników – mówi prof. Alexei Trofimov z Emanuel Institute of Biochemical Physics, Russian Academy of Science.

Jak podkreśla, badania naukowców z Rosyjskiej Akademii Nauk dotyczące szkodliwości e-papierosów pokrywają się z wiodącym nurtem badań w tej dziedzinie, choć temat nadal pozostaje przedmiotem sporów środowiska naukowego.

To dość nowa dziedzina badań i wiele jej aspektów wymaga gruntownego zbadania. Dym papierosowy nie był przedmiotem badań przez setki lat, przez co ludzie nie zdawali sobie sprawy z zagrożeń, jakie ze sobą niósł z racji swoich właściwości chemicznych i oddziaływania na zdrowie. Myślę, że przed naukowcami całe dekady badań nad właściwościami i działaniem e-papierosów i wytwarzanych przez nie aerozoli – mówi Alexei Trofimov.

Innowacje w sprzęcie medycznym poprawią diagnostykę i terapię. Urządzenia takie jak angiograf zyskują całkiem nowe funkcje

Innowacje w sprzęcie medycznym poprawią diagnostykę i terapię. Urządzenia takie jak angiograf zyskują całkiem nowe funkcje 6

Presja kosztowa ma obecnie ogromne znaczenie na rynku medycznym. Brakuje też kadr, ta branża musi borykać się z wieloma problemami – mówi Philip Stenner z Siemens Healthineers. Jak podkreśla, innowacyjne rozwiązania mogą załagodzić te problemy. Szybki rozwój technologii i sprzętu medycznego pozwala dokładniej diagnozować pacjentów, usprawnia proces leczenia i pracę lekarzy oraz optymalizuje koszty i zapewnia oszczędności. W ostatnich latach mówi się o rewolucyjnym wpływie sztucznej inteligencji, druku 3D czy robotów chirurgicznych, ale urządzenia wyposażone w najnowocześniejsze rozwiązania technologiczne już coraz powszechniej trafiają pod strzechy polskich szpitali.

W polskiej służbie zdrowia przybywa pieniędzy, ale i wyzwań. Rok temu parlament przyjął ustawę, zgodnie z którą nakłady na służbę zdrowia nie spadną poniżej 4,67 proc., a do 2024 roku mają zrównać się ze średnią krajów OECD i wzrosnąć do 6 proc. krajowego PKB. Jednak z drugiej strony społeczeństwo się starzeje, GUS szacuje, że w 2050 roku osób w wieku 65+ będzie już 13,7 mln, co będzie stanowić 40 proc. ogółu ludności. To oznacza więcej chorób przewlekłych i większe nakłady na opiekę długoterminową.

– Presja kosztowa ma obecnie ogromne znaczenie na rynku medycznym. Brakuje też kadr, więc branża boryka się z wieloma problemami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Philip Stenner, Dyrektor Marketingu Międzynarodowego Radiologii Interwencyjnej w Siemens Healthineers.

Służba zdrowia cierpi też na brak lekarzy i pielęgniarek – według statystyk OECD w Polsce na tysiąc mieszkańców przypada średnio 2,3 lekarza. To jeden z najgorszych wyników wśród państw europejskich, na dodatek wielu z nich jest już w wielu przedemerytalnym.

Eksperci są zgodni, że lekiem na bolączki służby zdrowia jest cyfryzacja i nowe technologie. Wśród innowacji, które zmienią rynek medyczny, wymienia się m.in. roboty chirurgiczne, egzoszkielety i druk 3D czy wirtualną rzeczywistość. Ich rozwój i upowszechnienie to dopiero perspektywa nadchodzących lat, ale nowinki technologiczne, np. sprzęt wykorzystujący algorytmy uczenia maszynowego i sztucznej inteligencji – już w tej chwili powszechnie trafiają do szpitali. Przyrost mocy obliczeniowej komputerów i miniaturyzacja spowodowały szybki rozwój sprzętu medycznego – urządzenia takie jak rentgen czy tomograf komputerowy zostały wyposażone w całkiem nowe funkcje.

– Zupełnie przebudowaliśmy system angiograficzny oraz od nowa zaprojektowaliśmy obrazowanie 2D i 3D, dzięki któremu możemy uzyskać obrazy w jakości tomografii komputerowej – mówi Philip Stenner. – System ARTIS icono został zbudowany praktycznie od zera. Stworzyliśmy kompletnie nową maszynę wyposażoną w specjalne silniki, które pozwalają na osiąganie bardzo precyzyjnych ruchów. W ten sposób dostajemy zupełnie nowe narzędzie do obrazowania mózgu. Nazwaliśmy je Sine Spin ze względu na sinusoidalne ruchy nałożone na zwykłą trajektorię ruchu w obrazowaniu 3D. Dodaliśmy też funkcję o nazwie Twin Spin, która pozwala na łatwe przełączenia pomiędzy obrazowaniem 2D i 3D oraz znacznie przyspiesza wykonywanie badania.

Urządzenie zaprojektowano z myślą m.in. o neuroradiologii zabiegowej i interwencjach neurochirurgicznych, gdzie ważne jest dokładne i wyraźne odwzorowanie nawet najmniejszego naczynia.

– Innym zastosowaniem obrazowania 3D w zabiegach endowaskularnych jest upewnienie się, czy dana interwencja przebiegła pomyślnie. W tym celu wykonuje się śródzabiegowe badanie tomografii komputerowej poprzez obrót ramienia angiografu. Dużym plusem jest to, że nie jest konieczne przenoszenie pacjenta do pracowni tomograficznej po operacji – mówi Philip Stenner.

System może mieć zastosowanie nie tylko w obrazowaniu mózgu, ale i np. w kardiologii pediatrycznej, w przypadku leczenia pacjentów z wrodzonymi chorobami serca.

– Mogą z niego równocześnie korzystać lekarze różnych specjalizacji z pożytkiem dla pacjenta. To wciąż system dla specjalistów: radiologów, specjalistów radiologii zabiegowej, kardiologów, ale jego obsługa jest dość intuicyjna. Dążymy do maksymalizacji jego wykorzystania, co w konsekwencji przyczyni się do osiągnięcia lepszych wyników końcowych. To oznacza też wiele korzyści dla pacjentów. Dzięki lepszej jakości obrazów wykonywanie zabiegów jest dużo bezpieczniejsze – mówi Philip Stenner.

Neuroradiologia jest obszarem, w którym szczególnie liczy się dokładne rozpoznanie i czas, w jakim zostanie podjęta interwencja. Ten powinien być jak najkrótszy – w czym szczególnie pomagają nowe technologie.

– Szybkość jest bardzo ważna z dwóch powodów. Po pierwsze, z technicznego punktu widzenia, im szybsza rotacja w obrazowaniu 3D, tym mniej artefaktów ruchowych na obrazach. Udało nam się skrócić czas akwizycji z 20 sekund do 8, co stanowi duży przełom w jakości obrazu – mówi Philip Stenner.

Jak podkreśla Philip Stenner, szybki rozwój sprzętu medycznego przyczynia się do poprawy diagnostyki, zwłaszcza nieinwazyjnej. Innowacje medyczne znacząco przekładają się też na jakość i efektywność – w tym również kosztową – opieki zdrowotnej.

Organizacja pierwszej komunii kosztuje rodziców średnio 1,1 tys. zł. Najwięcej pochłoną wydatki na przyjęcie i prezenty

Organizacja pierwszej komunii kosztuje rodziców średnio 1,1 tys. zł. Najwięcej pochłoną wydatki na przyjęcie i prezenty 7

Pierwsza komunia dziecka to dla rodziców i najbliższych spore wydatki. Organizacja przyjęcia i zakup prezentów mogą znacząco nadwyrężyć domowy budżet. Średnio na ten cel Polacy wydadzą około 1150 zł, nieznacznie więcej niż przed rokiem – wynika z Barometru Providenta. Dużo pieniędzy pochłoną prezenty. Rowery, zegarki czy medaliki tracą na popularności. W ramach prezentu komunijnego najczęściej wręczamy gotówkę i sprzęt elektroniczny.

– Badanie wskazuje, że zwykle na organizację przyjęcia, prezenty i wszystko, co jest z tym związane, wydamy średnio około 1 150 zł. Jest to kwota zaledwie o 45 zł wyższa niż w ubiegłym roku – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Karolina Łuczak, kierownik biura prasowego i komunikacji wewnętrznej w Provident Polska.

Jak wynika z badania Barometr Providenta, rodzinom z dziećmi przystępującymi do pierwszej komunii organizacja uroczystości może znacząco nadwyrężyć domowy budżet. Przyjęcie dla bliskich coraz częściej odbywa się poza domem, np. w restauracji czy hotelu, co generuje dodatkowe koszty.

– W tym roku będziemy stawiać przede wszystkim na wygodę, więc zwykle przyjęcia komunijne, które organizujemy sami, jak i te, w których bierzemy udział, odbywają się w restauracjach, lokalach, poza domem, gdzie w zasadzie nie interesuje nas cała organizacja i wszystko mamy zapewnione. 30 proc. badanych wskazuje właśnie na miejsca poza domem – mówi Karolina Łuczak.

Dużym kosztem, oprócz organizacji przyjęcia, są także prezenty dla dziecka. Jeszcze kilka lat temu obowiązkową pozycją na liście prezentów były książki, rowery i medaliki. Teraz decyduje się na nie niewielki odsetek gości – w 2018 roku łańcuszki i zegarki kupiło ok. 11 proc. osób, książki – zaledwie 2 proc.

– Najbardziej popularnym prezentem jest gotówka. Prawie 60 proc. respondentów mówi, że podaruje dzieciom właśnie pieniądze. Tuż za nimi w zestawieniu są sprzęty technologiczne – laptopy i smartfony. Około 40 proc. respondentów wskazuje właśnie na te dobra. Mniejszą popularnością z roku na rok cieszą się rowery. W tym roku 27 proc. badanych wskazuje, że podaruje właśnie rower, przy czym w ubiegłym roku było to prawie 40 proc. – wskazuje przedstawicielka Providenta.

Większość rodzin do organizacji pierwszej komunii przygotowuje się z dużym wyprzedzeniem czasowym i finansuje to z oszczędności (60 proc.) lub bieżących dochodów (44 proc.).

– Jedynie 3 proc. będzie się wspierało pomocą znajomych, przyjaciół, pomocą finansową, a 4 proc. będzie się ubiegać o pożyczkę w banku bądź w firmie pożyczkowej – zaznacza Karolina Łuczak.

Ekspertka radzi, by przy oprawie uroczystości zachować umiar. Zwłaszcza że maj to miesiąc sporych wydatków, choćby ze względu na majówkę, Dzień Matki czy przygotowania do Dnia Dziecka.

– Powoli zaczynamy też myśleć o wakacjach, więc wpłacamy pierwsze zaliczki związane z finansowaniem wakacji. Warto zaplanować te wydatki wcześniej, rozłożyć je sobie w czasie i zaciągać pożyczki tylko wtedy, kiedy musimy i kiedy jesteśmy pewni, że je spłacimy – radzi Karolina Łuczak.

Volvo Trucks przyspiesza rozwój proekologicznych ciężarówek. W pełni elektryczne pojazdy trafią do sprzedaży w przyszłym roku

Volvo Trucks przyspiesza rozwój proekologicznych ciężarówek. W pełni elektryczne pojazdy trafią do sprzedaży w przyszłym roku 8

Na transport drogowy przypada prawie 5 proc. ogólnej emisji gazów cieplarnianych na terytorium Unii Europejskiej. W lutym UE zadecydowała o uregulowaniu emisji dwutlenku węgla przez samochody ciężarowe, ale Volvo Trucks chce przyspieszyć rozwój w tym obszarze. Producent wprowadził na rynek pierwsze modele wyposażone w napęd elektryczny, które trafią do sprzedaży w 2020 roku, oraz rozwija segment pojazdów napędzanych gazem LNG i CNG. Po udanym dla firmy ubiegłym roku ten również zapowiada się dobrze, choć czynniki ryzyka pozostają brexit i europejski pakiet mobilności.

Volvo Trucks bardzo angażuje się w to, żeby produkty były coraz bardziej ekonomiczne i ekologiczne. Startujemy ze Step D [nową normą – red.] naszych tradycyjnych silników diesla. Są to silniki, które w znaczny sposób obniżą zużycie paliwa, a tym samym przyczynią się do zmniejszenia emisji dwutlenku węgla. Kolejnym udoskonaleniem na bazie silnika Step D będzie Turbo Compound, który doprowadzi do kolejnej obniżki zużycia paliwa o kilka procent, a tym samym również redukcji dwutlenku węgla – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Kulis, dyrektor zarządzająca Volvo Group Trucks Poland.

W lutym br. Unia Europejska zadecydowała o uregulowaniu emisji dwutlenku węgla przez samochody ciężarowe. Nowe regulacje mają zastosowanie do pojazdów wyprodukowanych i zarejestrowanych w tym roku lub później. Zakładają, że średnia emisja ma zostać ograniczona o 15 proc., począwszy od 2025 roku, oraz o 30 proc. od roku 2030 (w porównaniu do tegorocznego poziomu).

Volvo Trucks chce przyspieszyć rozwój w tym obszarze i inwestuje w kolejne rozwiązania przyjazne dla klimatu. Od początku lat 90. marka zmniejszyła o 1/5 zużycie paliwa w nowo produkowanych przez siebie samochodach ciężarowych. Kilka miesięcy temu producent dostarczył klientom pierwsze modele pojazdów wyposażonych w napęd elektryczny. Już w lutym pierwsze w pełni elektryczne samochody ciężarowe z pilotażowej partii – śmieciarka oraz pojazd dystrybucyjny – zostały dostarczone dwóm firmom w Szwecji. W tym roku rozpocznie się ich produkcja seryjna.

– Pojazdy elektryczne nie są jeszcze dostępne w Polsce, będziemy je oferować od 2020 roku. Jesteśmy na dobrej drodze do osiągnięcia celu, jakim jest 15-proc. redukcja dwutlenku węgla – mówi Małgorzata Kulis.

Obok elektryków Volvo Trucks wprowadza też pojazdy napędzane gazem LNG i CNG. Volvo FH LNG zasilane gazem ziemnym emituje o około 20 proc. mniej dwutlenku węgla w porównaniu z pojazdem napędzanym konwencjonalnym silnikiem wysokoprężnym. W przypadku zastosowania do tego celu biogazu emisja w ujęciu od zbiornika do koła może być mniejsza nawet o 100 proc.

Pojazdy LNG i CNG już zjeżdżają z linii produkcyjnej i trafiają do końcowych klientów. W Polsce sprzedaliśmy pierwsze 23 sztuki. Zwiększanie sprzedaży tych pojazdów jest mocno powiązane z infrastrukturą. W krótkim czasie powinno powstać więcej stacji, bo większość klientów zainteresowanych pojazdami LNG i CNG deklaruje również chęć otwarcia własnej stacji tego typu. Myślę też, że przepisy i zachęty podatkowe doprowadzą do prężnego rozwoju tej branży – mówi Małgorzata Kulis.

Dyrektor zarządzająca Volvo Group Trucks Poland ocenia też, że w nadchodzących latach rynek transportowy czekają duże zmiany w związku z wprowadzeniem samochodów autonomicznych.

Samochody autonomiczne tak naprawdę są już gotowe. Są testowane w Australii i Szwecji, natomiast tutaj chodzi nie tyle o rozwój produktu, ile legislacji, a na to potrzeba jeszcze kilku lat – mówi Małgorzata Kulis. – Zmiana rynku nastąpi również na skutek połączeń connectivity i elektryfikacji jako takiej. Zmienią się odległości, na jakich będą przewożone ładunki oraz sposoby dostarczania tych ładunków, powstaną smart cities. Wszystko to sprawi, że rynek przewozu towarów się zmieni. Natomiast pojazdy autonomiczne odegrają w tym tylko część roli, bo tutaj dokona się cała rewolucja.

Jak podkreśla Małgorzata Kulis, ubiegły rok był bardzo udany dla firmy. Volvo Trucks Poland sprzedała 4 439 pojazdów ciężarowych o wadze pow. 16 ton, co zapewniło firmie 4. miejsce na rynku. Koncern odnotował prawie 30-proc. wzrost sprzedaży w segmencie podwozi.

Rok 2019 pozostaje pod znakiem zapytania. Pierwszy kwartał wskazuje, że wszystko toczy się bardzo dobrze i cały czas mamy wzrost. Drugi również wygląda na stabilny, nasz karnet zamówień jest wypełniony. Na rynku jest jednak dużo większa niepewność, m.in. przez pakiet mobilności, brexit, warunki geopolityczne czy stosunki między Stanami, Chinami i Rosją. Wszystkie te elementy w sposób mniej lub bardziej bezpośredni dotykają branży transportowej – mówi Małgorzata Kulis.

Zbiórki pieniędzy od społeczności internetowej stają się coraz popularniejszą formą pozyskiwania kapitału na rozwój spółek

Zbiórki pieniędzy od społeczności internetowej stają się coraz popularniejszą formą pozyskiwania kapitału na rozwój spółek 9

Crowdinvesting ułatwia spółkom pozyskanie środków na rozwój. Chętnie korzystają z niego przede wszystkim początkujące przedsięwzięcia, np. start-upy. Dla emitentów crowdinvesting to szansa na pozyskanie większego grona inwestorów, a dla nich z kolei oznacza to większą ofertę inwestycyjną. To również opcja dla niedoświadczonych inwestorów, którzy boją się angażować duże środki.

– Crowdinvesting polega, po pierwsze, na budowaniu wokół spółek społeczności akcjonariuszy, po drugie, na pozyskiwaniu przez interesujące spółki kapitału od szerokiego grona potencjalnych inwestorów, w tym np. od swoich klientów – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Sebastian Huczek z Domu Maklerskiego INC SA. – Oferty prowadzone crowdinvestingowo to nic innego jak oferty publiczne. Jest to forma przekazywania informacji o tych ofertach.

Dla inwestorów jest to rozszerzenie dostępnej na rynku oferty inwestycyjnej. Może także służyć jako środowisko testowe dla tych początkujących.

Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, czy akcje w ogóle są dobrym instrumentem dla początkujących inwestorów, w szczególności akcje małych i średnich spółek. Natomiast cechą crowdinvestingu jest to, że z założenia dopuszcza bardzo niewielkie kwoty inwestycji. Jeżeli inwestor jest niedoświadczony, może na początku nie ryzykować dużych kwot i spróbować dokonać inwestycji na bardzo niewielką kwotę – podkreśla Sebastian Huczek.

Jeszcze niedawno takie oferty wymagały skomplikowanych i czasochłonnych procedur. Platformy crowdinvestingowe oferują szereg ułatwień dla zainteresowanego inwestora. Nie musi on już składać wizyty w domu maklerskim i podpisywać licznych dokumentów. Wystarczy, że zapozna się z ofertą i profilem spółki na platformie i złoży zapis na stronie spółki.

Pierwszą platformą crowdinvestingową w Polsce prowadzoną przez dom maklerski jest Platforma Crowdconnect.pl. Publikowane są tu informacje dotyczące parametrów oferty, opis emitenta, opis czynników ryzyka i możliwość przejścia na właściwą stronę emitenta, na której zainteresowany inwestor może złożyć zapis. Emisje prowadzone są w trybie uproszczonej oferty publicznej o wartości do 1 mln euro.

– Na platformie Crowdconnect.pl prezentowane są oferty publiczne spółek, które docelowo zamierzają zadebiutować na rynku NewConnect. Są to oferty spółek małych i średnich – mówi przedstawiciel Domu Maklerskiego INC SA.

Spółki, które przeprowadzą swoją ofertę za pośrednictwem platformy, docelowo będą notowane na rynku zorganizowanym, aby móc zapewnić potencjalnym inwestorom możliwość wyjścia z inwestycji. Jak wyjaśniają eksperci Crowdconnect.pl, kupno akcji będzie miało więc charakter inwestowania tylko w sytuacji, gdy spółka ma wartościową historię, nie jest w trudnej sytuacji finansowej lub planuje upublicznienie. W innych przypadkach przekazanie środków będzie zwykłym wsparciem, a nie inwestycją.

 Podstawową różnicą pomiędzy platformą CrowdConnect.pl a innymi już funkcjonującymi platformami jest zakres informacji o spółce. Prezentujemy znacznie więcej informacji na różnych poziomach szczegółowości, czyli od ogólnych materiałów reklamowych aż po bardzo zaawansowany i obszerny dokument ofertowy, gdzie inwestorzy mogą znaleźć bardzo szczegółowe informacje o działalności firmy – przekonuje Sebastian Huczek.

Pierwszą emisją publiczną była ta przeprowadzona przez spółkę Plantwear SA. Dostępna jest na platformie od połowy marca i potrwa do 10 maja. Producent zajmuje się ręczną produkcją akcesoriów modowych z drewna – zegarków, okularów, etui do telefonów i biżuterii. W 2018 r. spółka sprzedała ponad 30 tysięcy produktów, a przychody ze sprzedaży przekroczyły 4,7 mln zł. Plantwear chce pozyskać łącznie 2,4 mln zł. Do 6 maja uzbierał niemal 550 tys. zł.

Jeszcze w II kwartale planowana jest emisja spółki genXone, implementującej innowacyjne rozwiązania genetyczne do codziennego życia, a przed końcem III kwartału trzech kolejnych przedsięwzięć: czarterującej katamarany w regionie Adriatyku i Karaibów spółki The Yachting Club, produkującej, sprzedającej i wynajmującej kontenery socjalne, biurowe i magazynowe spółki Polkon oraz dystrybutora części samochodowych z północnej Polski spółki ITD.

– Naszym założeniem jest to, że przynajmniej w pierwszym etapie rozwoju Crowdconnect.pl na platformie będą spółki, które już mają pewną historię, wyniki finansowe i rozsądne wyceny rynkowe. Na razie większość ofert crowdinvestingowych w Polsce to były oferty start-upów – mówi Sebastian Huczek. –Chcemy do możliwości zapisywania szerokiego grona akcjonariuszy dodać element inwestycyjny, czyli żeby parametry emisji były korzystne.

Brytyjskie portale crowdinvestingowe Seedrs i Crowdcube, które są światowymi liderami w tym obszarze, przeprowadziły oferty na łączną kwotę przekraczająca 1 mld funtów. Na Seedrs pierwsze środki na rozwój pozyskał fintech Revoult, którego wycena w niecały rok wzrosła pięciokrotnie do 1,7 mld dol.

Nowy materiał z grafenu jest 200 razy mocniejszy od stali, a przy tym znacznie lżejszy. Będzie stosowany w branży motoryzacyjnej, budowlanej i lotniczej

Nowy materiał z grafenu jest 200 razy mocniejszy od stali, a przy tym znacznie lżejszy. Będzie stosowany w branży motoryzacyjnej, budowlanej i lotniczej 10

O tym, że grafen może zrewolucjonizować elektronikę mówi się od dawna. Okazuje się jednak, że dodanie go do innych tworzyw zwiększa ich sztywność i pozwala obniżyć masę, nawet o połowę. Dzięki temu grafen może być z powodzeniem wykorzystywany również w przemyśle motoryzacyjnym i lotniczym, a także tekstylnym. Opracowano już nową grupę materiałów o nazwie polygrene, które stosowane będą już wkrótce w branży budowlanej. Są nawet 200 razy mocniejsze od stali. 

– Polygrene to szeroka gama polimerów z zawartością grafenu. Należy do nich np. Nanene, linia materiałów z grafenu wielowarstwowego. Wbudowujemy je w materiały termoplastyczne, aby udoskonalić ich właściwości mechaniczne, dzięki czemu uzyskujemy bardzo dobrą sztywność, możemy poprawić wydłużenie w zależności od układu polimerów, co pozwala nam na szeroki zakres zastosowań. Koncentrujemy się szczególnie na branży budowlanej oraz wszelkiego rodzaju wzmocnieniach mechanicznych w sektorze lotniczym i motoryzacyjnym – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Stephen Hodge z firmy Versarien.

Nanene to szczególny rodzaj grafenu. Świetnie przewodzi ciepło i energię elektryczną, jest zarówno elastyczny, jak i przezroczysty. Wyniki badań przeprowadzonych przez Uniwersytet w Manchesterze wskazują, że jest to materiał 200 razy mocniejszy od stali. Oznacza to, że jest on najsilniejszym znanym materiałem przewodzącym ciepło i energię elektryczną. Nanene można wykorzystać np. do poprawy wytrzymałości tworzyw sztucznych formowanych wtryskowo i w drukarkach 3D.

Z uwagi na swoje właściwości fizyczne, takie jak niezwykła wytrzymałość i elastyczność, grafen może zastąpić np. miedź stosowaną w produkcji przewodów elektrycznych. Materiał wykazuje ponadto zerową oporność na prąd, co czyni go superprzewodnikiem. Ogromnym rynkiem dla rozwoju tego materiału mogą być więc też technologie związane z ekranami dotykowymi czy szeroko pojęta elektronika.

– Grafen może nie tylko poprawić właściwości mechaniczne, lecz także właściwości opóźniające spalanie czy właściwości termiczne lub elektryczne. Możemy więc teraz naprawdę wykorzystać możliwości tych materiałów i znaleźć dla nich zastosowania komercyjne – mówi Stephen Hodge.

Zaprezentowany został już najlżejszy na świecie zegarek, powstały w wyniku współpracy firm Richard Mille i McLaren Applied Technologies. Kompozyt, z którego zbudowane jest urządzenie, zawiera 2 proc. grafenu. Dzięki jego obecności inżynierom udało się zmniejszyć masę przy zwiększeniu sztywności materiału. Ostatecznie cały zegarek wraz z paskiem waży zaledwie 40 gramów. To połowa masy przeciętnego zegarka na rękę. To jednak nie są jedyne korzyści ze stosowania grafenu.

– Dzięki zastosowaniu grafenu możemy podnieść wytrzymałość mechaniczną materiałów, mogą one być lżejsze i mniej się zużywać. Mamy nadzieję, że przyniesie to również ogromne korzyści dla środowiska. W branży towarów konsumpcyjnych główne zastosowanie naszych produktów ma związek z ograniczeniem ilości plastiku używanego w opakowaniach i w codziennym życiu – twierdzi ekspert.

Zastosowanie grafenu nie ogranicza się jednak tylko do wzmacniania materiałów sztywnych. Ogromny potencjał tego materiału tkwi także w branży tekstylnej. Pod koniec minionego roku zaprezentowane zostały buty z grafenu. Marka inov-8 wprowadziła na rynek dwa modele butów z gumowymi podeszwami wzmocnionymi grafenem. Zgodnie z zapewnieniami producenta buty są o połowę mocniejsze i twardsze w porównaniu do konkurencyjnych modeli, a zarazem bardziej elastyczne. Ich masa to od 335 do 345 gramów, czyli niewiele więcej niż lekkie buty do biegania, a innov-8 swoje grafenowe modele stworzył z myślą o turystyce.

Grafen zaczyna także stosować branża motoryzacyjna.

– Obecnie sprzedajemy nasze materiały firmom produkującym wyposażenie wnętrza samolotów, gdzie grafen wykazuje właściwości opóźniające spalanie. Dzięki temu można zastąpić materiały nieorganiczne, które przy spalaniu wydzielają dość toksyczne substancje. Przy spalaniu grafenu powstaje wyłącznie dwutlenek węgla, więc jest on mniej toksycznym materiałem o dużo lepszych właściwościach – przekonuje Stephen Hodge.

Według analityków z Grand View Research światowy rynek grafenu był w 2017 roku wyceniany na blisko 43 mld dol. Do 2025 roku średnioroczne tempo wzrostu ma się utrzymać na poziomie 38 proc.

Zmiany klimatyczne do 2100 r. mogą doprowadzić do zmiany koloru połowy światowych oceanów. Naukowcy znaleźli sposób na uniknięcie tej ekologicznej katastrofy

Zmiany klimatyczne do 2100 r. mogą doprowadzić do zmiany koloru połowy światowych oceanów. Naukowcy znaleźli sposób na uniknięcie tej ekologicznej katastrofy 11

Zmiany klimatyczne postępują i mają wpływ na niemal całe środowisko. Do 2100 roku ponad połowa powierzchni oceanów będzie miała inny kolor niż obecnie. Duży wpływ na barwę ma obecność różnych mikroorganizmów. Wraz ze wzrostem temperatur coraz więcej będzie w nich sinic i fitoplanktonu. Wyższa temperatura wody przyczyni się też do częstszych zakwitów glonów, co w efekcie może doprowadzić do masowej śmierci roślin i zwierząt. Aby móc na bieżąco monitorować stan oceanów i reagować na niepokojące zmiany, powstał komputerowy model oceanu. Za pomocą satelitów pogodowych naukowcy chcą szybciej reagować na zachodzące zmiany.

– Oceany zmieniają kolor pod wpływem różnych zawirowań prądów morskich, ale też zanieczyszczeń, fitoplanktonu. W ubiegłym roku musieliśmy np. określić, jak daleko sięgają sinice w Bałtyku. Za pomocą zdjęć satelitarnych są monitorowane zmiany w fitoplanktonie i zanieczyszczenia na polu mórz i oceanów. Najnowszy satelita z grupy Sentinel-3 z instrumentem OLCI (Ocean and Land Colour Instrument – przyp. red.) został specjalnie wyprodukowany do tego celu – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje prof. Katarzyna Dąbrowska-Zielińska, kierownik Centrum Teledetekcji Instytutu Geodezji i Kartografii w Warszawie.

Zmiany klimatu powodują znaczące zmiany w fitoplanktonie na oceanach świata. Badania naukowców z Massachusetts Institute of Technology w Cambridge wskazują, że w nadchodzących dziesięcioleciach zmiany te wpłyną na kolor oceanu, zintensyfikują niebieskie regiony i zielone. Satelity powinny wykrywać te zmiany odcienia, zapewniając wczesne ostrzeganie o szerokich zmianach w ekosystemach morskich.

Na łamach „Nature Communications” naukowcy MIT wskazują, że opracowali globalny model oceanów, który symuluje wzrost i interakcję różnych gatunków fitoplanktonu lub glonów oraz pokazuje, jak zmienia się mieszanka gatunków w różnych miejscach wraz ze wzrostem temperatury. Naukowcy symulowali również sposób, w jaki fitoplankton absorbuje i odbija światło.

To przełom, bo choć satelity niezmiennie od lat 90. prowadzą monitoring koloru wód oceanów, to dopiero teraz wiadomo, jak na kolor wpływa określona liczba mikroorganizmów. Dzięki temu będzie można dokładniej ocenić spływające z satelitów zdjęcia i na bieżąco reagować przy nadmiernym pojawianiu się glonów. W ten sposób możliwe stanie się uniknięcie katastrofy ekologicznej.

– Każdy kolor zmian odpowiada zawartości, np. zawiesiny w wodach, zanieczyszczeń czy podnoszonej temperatury wody. Gołym okiem nie zauważymy różnicy, ale za pomocą przetworzonego zdjęcia satelitarnego zmiany dostrzegamy choćby na Bałtyku. Obserwujemy, co dzieje się przy ujściu dużych rzek jak Odra i Wisła, jaka część tych zanieczyszczeń jest wpuszczana do wody – tłumaczy prof. Katarzyna Dąbrowska-Zielińska.

Kolor oceanu zależy w dużej mierze od tego, jak woda reaguje na światło słoneczne. Cząsteczki wody absorbują prawie całe światło słoneczne, z wyjątkiem niebieskiej części widma, która jest odbijana z powrotem. Dlatego stosunkowo jałowe regiony otwartego oceanu, ubogie w życie, z kosmosu wydają się ciemnoniebieskie. Jeśli w oceanie są jakieś organizmy, to wchłaniają i odbijają różne długości fal światła, np. fitoplankton zawiera chlorofil, który absorbuje głównie w niebieskich częściach światła słonecznego, a w rezultacie odbija się więcej zielonego światła. To dlatego regiony bogate w algi maja zielonkawy odcień.

Naukowcy z MIT na podstawie modelu oceanów oceniali, jak dużo w danych wodach może być w przyszłości fitoplanktonu. Według ich badań zmiany będą tak duże, że do 2100 roku przeszło połowa oceanów na świecie zmieni kolor w wyniku m.in. zmian klimatycznych.

– Przyczyną zmian są też spływające do rzek nawozy w postaci różnych biotopów, które przepływają do oceanów i do mórz, zanieczyszczając i pozwalając na rozwój właśnie fitoplanktonu wokół stref brzegowych. To także zanieczyszczenia, które są wydalane ze statków w różnej postaci. Zmiany, które następują, pociągają za sobą również zmiany temperatury wody, a za tym idą zmiany w rybołówstwie, zmiany niekorzystne dla życia w morzach – wskazuje ekspertka.

Zmiany nie muszą być widoczne gołym okiem. Na zdjęciach satelitarnych ocean będzie wyglądał niemal tak samo jak teraz, w subtropikach kolor będzie nieco bardziej niebieski, a w pobliżu równika i biegunów – zielony. To jednak wystarczy, żeby wpłynęło to na cały łańcuch sieci pokarmowej. Większe stężenie glonów może mieć katastrofalne skutki dla całej przyrody. Kiedy na wybrzeżu USA pojawiło się więcej fitoplanktonu, masowo umierały ptaki i ryby, które zatruły się wydzielanymi przez niego toksynami.

Takie sytuacje mogą być w przyszłości normą ze względu na ocieplający się klimat i coraz większe zanieczyszczenia.

Podatek u źródła na nowych zasadach.

Przepisy wprowadzające rewolucyjne zmiany w zakresie zasad poboru podatku u źródła weszły w życie 1 stycznia 2019 r., ale ich stosowanie zostało w istotnej części odroczone do 1 lipca 2019 r.

Owa rewolucja dotyczy wypłat, których suma na rzecz danego podatnika w trakcie jego roku obrachunkowego przekroczy 2 mln zł. Nowe regulacje mogą niestety powodować „zamrożenie” znacznych sum na kontach urzędu skarbowego.

Przypomnijmy, iż dotychczas, jeśli spełnione były warunki do zastosowania zwolnienia z podatku u źródła lub zastosowania obniżonej stawki podatkowej, płatnik mógł korzystać z takiej preferencji podatkowej automatycznie, tj. wypłacić należność kontrahentowi w pełnej wysokości (w przypadku zwolnienia podatkowego) albo w wysokości pomniejszonej o podatek u źródła pobrany według niższej stawki.

– W świetle nowych przepisów, nawet jeśli będą spełnione warunki do zastosowania preferencji podatkowych, to i tak pełną kwotę podatku u źródła będzie trzeba wpłacić do urzędu skarbowego – mówi w rozmowie z MarketNews24 Paweł Stańczyk, doradca podatkowy, lider Praktyki Planowania Podatkowego w Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – Po wpłaceniu podatku będzie można ubiegać się o jego zwrot po przedstawieniu pełnej dokumentacji poświadczającej spełnienie warunków uprawniających do korzystania ze zwolnienia podatkowego lub też obniżonej stawki podatku u źródła. Urząd będzie miał jednak aż 6 miesięcy na rozpatrzenie sprawy i ewentualny zwrot podatku.

Sposobem na uniknięcie konieczności wpłaty nadmiernego podatku do urzędu jest złożenie w momencie wypłaty należności oświadczenia przez zarządu spółki, iż podatnik posiada wszystkie dokumenty niezbędne do korzystania ze zwolnienia podatkowego lub obniżonej stawki podatku u źródła, a także że nie posiada wiedzy o istnieniu okoliczności wykluczających możliwość stosowania takich korzyści podatkowych. Należy jednak pamiętać, iż nowe przepisy wprowadzają warunki, które może być trudno zweryfikować płatnikowi (np. czy podmiot otrzymujący płatność prowadzi rzeczywistą działalność gospodarczą). W konsekwencji, złożenie takiego oświadczenia przez zarząd może być ryzykowne zarówno dla spółki, jak i dla samych członków zarządu.

W przypadku, gdy mamy do czynienia ze zwolnieniem z poboru podatku u źródła, alternatywnym rozwiązaniem jest wystąpienie z wnioskiem o wydanie tzw. opinii o stosowaniu zwolnienia. Podmiot ubiegający się uzyskanie opinii powinien przedstawić komplet dokumentów i informacji potwierdzających prawo do stosowania zwolnienia.

– Jeśli urząd pozytywnie zweryfikuje taki wniosek, wyda opinię o stosowaniu zwolnienia, która umożliwi płatnikowi automatyczne stosowanie zwolnienia podatkowego bez konieczności wpłaty podatku czy też składania oświadczeń przy wypłatach należności na rzecz konkretnego podatnika – wyjaśnia mec.Paweł Stańczyk. – Opinia taka jest ważna przez kolejne 36 miesięcy.

Transformacja energetyczna w Polsce – jaką strategię przyjmie rząd?

Transformacja energetyczna – tak samo jak kiedyś rewolucje przemysłowe – jest uwarunkowana technologicznie. Dotyczy energetyki odnawialnej, która działa w rozproszonej sieci i uniezależnia wytwórcę energii od wielkich spółek, które mają ją dostarczać. W założeniu to prosument – wytwarzający, a następnie sprzedający energię na rynek – jest jednocześnie niezależnym jej wytwórcą i odbiorcą w tym samym czasie. Zamysł ten jest realizowany w różnym stopniu w wielu miejscach na świecie. W Polsce także będzie zachodzić transformacja energetyczna. Już teraz zaobserwować można coraz więcej wiatraków czy paneli fotowoltaicznych. Tempo zmian w naszym kraju będzie zależało także od odpowiednich regulacji. Potrzebne są przemyślane i stopniowe zmiany. Warto spojrzeć na to, co obecnie mamy do dyspozycji. Prawie 80 proc. polskiej energii pochodzi z węgla. Reszta to nieznaczne ilości energetyki odnawialnej i innych źródeł.

– Rewolucyjna ścieżka jest w tym przypadku bardzo kosztowna. Ale brak jakichkolwiek działań będzie jeszcze droższy – powiedziałserwisowi eNewsroom Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny Biznes Alert – Kiedy rynek zagraniczny będzie się zmieniał, a energetyka poza Polską coraz tańsza, status quo w naszym kraju będzie warunkować wysokie ceny prądu. Już na początku tego roku Polacy dotkliwie je odczuli. Polska ma więc kilka możliwości. Pierwszą jest atom – co znacznie obniży emisję, ale będzie bardzo kosztowne w budowie – choć tańsze w użytkowaniu. Innym rozwiązaniem są farmy wiatrowe na lądzie i na morzu. Można je budować szybko i w dużej ilości niskimi nakładami inwestycyjnymi. Pozostaje także energetyka gazowa, która jest paliwem przejścia, ale może stabilizować energetykę konwencjonalną i odnawialną. Od wyboru strategii będzie zależała ścieżka polskiej transformacji energetycznej. Obecnie rząd stawia na energetykę jądrową oraz wiatrową morską. Takie rozwiązanie potwierdzi się, jeżeli Polska znajdzie metodę finansowania budowy atomu. W przeciwnym razie pozostanie opcja wykorzystania wiatru i gazuTransformacja musi być prowadzona z wykorzystaniem takich środków, jakie jesteśmy w stanie na to przeznaczyć – wskazał Jakóbik.

Polscy przedsiębiorcy długo czekają na pieniądze? W Europie bywa gorzej

Mistrzami Europy w czekaniu na przelew są Portugalczycy. Na opłacenie faktury oczekują średnio 65 dni. Najmniej cierpliwości potrzeba za to przedsiębiorcom z Łotwy i Estonii – należne im pieniądze dostają w niecałe trzy tygodnie. Na tle innych europejskich krajów Polska okazuje się miejscem przyjaznym przedsiębiorcom.

60 dni na uregulowanie zobowiązań płatniczych to standard wprowadzony unijną dyrektywą (2011/7/EU) już dobrych kilka lat temu. W Polsce potwierdza go stosowna ustawa z 2013 r. Zgodnie z założeniami jednolitego rynku, realia prowadzenia biznesu w tej kwestii powinny już dziś wyglądać podobnie na całym kontynencie. Jednak poza prawnymi terminami płacenia faktur duże znaczenie ma też zwyczajowa praktyka w poszczególnych krajach. Pokazuje ona, że przedsiębiorcy w jednych miejscach mogą być bardziej skrupulatni niż w Polsce w regulowaniu zobowiązań płatniczych, za to w innych podchodzą do tych spraw z dużo większą beztroską.

Michał Pawlik, prezes SMEO
Michał Pawlik, prezes SMEO

Osobom, które zaczynają prowadzić biznes za granicą, wydaje się, że najgorsze już przeszli, rozwijając go w Polsce. W innych krajach powinni wreszcie zastać środowisko sprzyjające prowadzeniu firmy. Niemałym zaskoczeniem może być sytuacja, gdy na pieniądze od partnera z Francji lub Włoch przychodzi czekać dłużej niż kiedykolwiek na polskim rynku. Jasne, że u nas długie terminy płatności podcinają skrzydła zwłaszcza małym i średnim przedsiębiorcom. Nie należy jednak się spodziewać, że za granicą będzie pod tym względem łatwiej. Lepiej poszukać dobrego sposobu na zachowanie płynności finansowej – komentuje Michał Pawlik, CEO nowoczesnej firmy faktoringowej SMEO.

Regulacje i realia

Jednym z krajów, który wprowadził bardziej restrykcyjne terminy opłacania faktur od unijnych, są Niemcy. Zgodnie z tamtejszą ustawą przeciwko opóźnieniom w płatnościach, firmy mają tylko 30 dni kalendarzowych na przekazanie należności swoim kontrahentom. Podobnie jest w Wielkiej Brytanii, Francji, Włoszech, Belgii czy Szwecji. Z kolei przy 60-dniowym terminie pozostały m. in. Austria, Holandia i Polska.

Warto przy tym zauważyć, że w większości krajów przepisy zostawiają przedsiębiorcom furtkę, pozwalając wydłużyć ten termin, jeśli obie strony transakcji uzgodnią to w umowie. Na faktyczny czas oczekiwania na płatność w poszczególnych krajach wpływ mają też uwarunkowania gospodarcze i społeczne, a także technologiczne np. ogólny poziom cyfryzacji. W efekcie, jak wynika z badania z szwedzkiej Intrum Justitia opublikowanego a w analizie “European Payment Report 2018”, w Austrii mimo ustawowych dwóch miesięcy na dokonanie płatności, przedsiębiorca dostaje swoje pieniądze średnio w 24 dni. Z kolei hiszpańska firma musi na nie poczekać aż 56 dni, choć przepisy sugerują, że powinna mieć je na koncie prawie miesiąc wcześniej.

Oto jak wygląda deklarowany czas oczekiwania na płatność w relacji między dwiema firmami w europejskich krajach wg. ponad 9 tys. przedsiębiorców, którzy wzięli udział w powstaniu “European Payment Report 2018”.

Szybka Północ, niespieszne Południe

  • Raport pokazuje, że największą cierpliwością w oczekiwaniu na przelew muszą się wykazać firmy działające na rynkach południowoeuropejskich. Najsłabszy wynik osiągnęły Portugalia (65 dni) Włochy (56), Bośnia i Hercegowina (56), Chorwacja (43), Francja (42) i Grecja (40).
  • Dosłownie na przeciwnym biegunie Europy znalazły się kraje północy: Łotwa (18 dni), Estonia (19), Irlandia (20), Dania (24), Norwegia (25), Finlandia (25), choć należy zauważyć, że w czołówce zestawienia znajdziemy również Niemcy (24) i kilka krajów Europy Środkowej np. Słowację (23).
  • Polska ląduje w środku stawki. Z wynikiem 33 dni plasuje się odrobinę lepiej od europejskiej średniej, która wynosi 34 dni.

Poza interesującymi liczbami raport wskazuje, że przedsiębiorcy w krajach spoza czołówki zestawienia, min. z Polski, deklarują, że zatrudniliby więcej osób, gdyby nie musieli liczyć się utratą płynności finansowej przez opóźnione płatności. Nie czekając, aż Polska podskoczy w rankingu, mogą zrealizować ten cel korzystając z rozwiązań takich jak faktoring. Przykładowo we Włoszech, które w tym zestawieniu wypadają gorzej niż Polska, większość firm korzysta powszechnie z różnych form zabezpieczenia przed płatnościami realizowanymi z dużym opóźnieniem. – zauważa Michał Pawlik ze SMEO.

Artur Białkowski awansował na stanowisko Dyrektora Zarządzającego w Medicover Polska

Artur Białkowski – Medicover Polska
Artur Białkowski – Medicover Polska

Od kwietnia br. Artur Białkowski objął nowoutworzone stanowisko Dyrektora Zarządzającego w Medicover Polska. W nowej roli będzie on odpowiadać przede wszystkim za funkcjonowanie placówek Medicover Polska na terenie całego kraju, a także za rozwój biznesu ambulatoryjnego, usług niemedycznych, ofertę biznesową, obsługę klienta oraz sprzedaż i marketing.

Artur Białkowski swoją karierę zawodową w Medicover rozwija od 2012 roku. Na początku jako Dyrektor Sprzedaży, a od czerwca 2016 jako Wiceprezes Zarządu odpowiedzialny za pion commercial.

Od kwietnia bieżącego roku w swojej nowej roli będzie on odpowiedzialny za funkcjonowanie centrów medycznych, dostępność do opieki medycznej, obsługę klienta, rozwój cyfrowy oraz ofertę niemedyczną dla klientów korporacyjnych i indywidualnych.

Przez ostatnie lata Artur z sukcesami budował silną pozycję Medicover Polska na rynku świadczeń pozapłacowych. Dlatego jestem przekonany, że w swojej nowej roli przyczyni się do wzmocnienia synergii pomiędzy kluczowymi obszarami usług naszej firmy oraz do jej dynamicznego rozwoju -komentuje John Stubbington, COO Healthcare Services, Medicover.

Artur posiada ponad 20-letnie doświadczenie managerskie oraz wiedzę ekspercką w zakresie zarządzania i sprzedaży.

Przed rozpoczęcie pracy w Medicover, swoje doświadczenie zawodowe zdobywał w takich firmach jak Orange (Centertel), Siemens oraz DHL Express.

Jest absolwentem Uniwersytetu Warszawskiego. Ukończył także studia doktoranckie w Kolegium Zarządzania i Finansów warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej.

Wszyscy mają chrapkę na wieżowce

Warsaw Trade Tower, jeden z najstarszych wieżowców biurowych w Warszawie, zbudowany w latach 1997–1999, obchodzi w tym roku swoje 20-lecie. Natomiast zakończenie prac nad najwyższym budynkiem w Unii Europejskiej – Varso Tower planowane jest już na 2020 r. Prawdziwy boom na warszawskie drapacze chmur dopiero nadchodzi, ale od zawsze stanowiły one przedmiot zainteresowania inwestorów i najemców. Od ponad dwóch dekad horyzont w stolicy ulega ciągłym zmianom, coraz bardziej przypominając duże zachodnie miasta.

CBRE_Najwyższe budunki biurowe w WarszawieW tym momencie w Warszawie kilkanaście niebotyków znajduje się w budowie. Obecnie najwyższym, już istniejącym budynkiem biurowym w stolicy jest nowoczesny kompleks Warsaw Spire, który osiągnął wysokość 220 m z iglicami. Ten zlokalizowany na Woli wieżowiec został oddany do użytku w 2016 r., a już w 2018 r. Ghelamco sprzedało 50% udziałów wieży funduszowi Madison International Realty.

Zaszczytne drugie miejsce zajmuje 43-piętrowy drapacz chmur Warsaw Trade Tower, który wraz z iglicą wznosi się na wysokość 208 m. Wieża WTT została zbudowana przez koreański koncern Daewoo, a w 2006 r. kupił ją fundusz Akron Investment Central Eastern Europe II. Wieża pozostawała we władaniu Akron aż do tego roku, a niedawno przejął ją podmiot kontrolowany przez Globalworth Poland Real Estate. Przy sprzedaży budynku eksperci CBRE doradzali firmie Akron.

Nowoczesny wieżowiec biurowy Q22 o wysokości 195 m z iglicą też był przedmiotem transakcji w ostatnich latach. W 2016 r. budynek zaprojektowany przez renomowaną pracownię ‎Kuryłowicz & Associates kupiło Invesco Real Estate. W transakcji, której wolumen wyniósł 273 mln euro, CBRE doradzało właścicielowi, firmie Echo Investment.

-– Najemcy i inwestorzy cenią wieże biurowe przede wszystkim za doskonałe lokalizacje, w jakich powstają te obiekty. To wraz z wyróżniającą się architekturą nadaje inwestycji prestiżu, który gwarantuje wysoki poziom komercjalizacji i stabilny dochód właścicielom budynków. Co więcej, duże powierzchnie dające możliwość ekspansji lub konsolidacji wszystkich oddziałów przyciągają renomowane marki, które często podpisują umowę najmu na długie lata. Zdarza się nawet tak, że to właśnie z brandem stałego najemcy kojarzymy dany wieżowiec – jak np. w przypadku wieży WTT, która nieformalnie nazywana jest AXA Tower – mówi Przemysław Felicki, Dyrektor w Dziale Rynków Kapitałowych firmy CBRE.

W 2020 r. warszawski horyzont będzie wyglądał już kompletnie inaczej. Na ten właśnie rok planowane jest ukończenie m.in. wieżowca Varso Tower (HB Reavis), najwyższego budynku biurowego w Unii Europejskiej. Wtedy zostanie oddany także Skyliner (Karimpol Group), który osiągnie wysokość 195 m, czym zrówna się z Q22. W 2021 r. na mapie stolicy pojawią się kolejne niebotyki, m.in. Warsaw UNIT (Ghelamco) oraz Generation Park Y (Skanska). Natomiast już jesienią tego roku do użytku oddany zostanie wieżowiec Mennica Legacy Tower, którego budowa realizowana jest przez Golub GetHouse i Mennicę Polską S.A. Budynek ten został w pełni skomercjalizowany, a na swoją główną siedzibę wybrał go mBank. Co ciekawe nawet po zakończeniu prac nad nowymi prestiżowymi drapaczami chmur, Warsaw Trade Tower nadal nie da się zepchnąć z podium i wciąż będzie na liście trzech najwyższych wież biurowych – wraz z Varso Tower (310 m z iglicą) oraz wieżą kompleksu Warsaw Spire.

Eksperckie debaty o nowoczesnych technologiach na targach Electronics Show 2019

„DIGITAL FUTURE 2019 – Let’s talk about technology” – pod takim hasłem odbędzie się cykl konferencji podczas majowych międzynarodowych targów Electronics Show w podwarszawskim Nadarzynie. Eksperci, przedsiębiorcy oraz politycy będą rozmawiać m.in. o cyfrowej wizji przyszłości Polski i Europy, cyberbezpieczeństwie oraz rosnących zagrożeniach w sieci, a także o tym, w jakim kierunku będzie rozwijał się rynek urządzeń RTV i AGD w najbliższych latach.

Tegoroczne Międzynarodowe Targi Electronics Show odbędą się w dniach 10-12 maja w Ptak Warsaw Expo. Podczas pierwszego dnia towarzyszyć im będą konferencje organizowane przez Związek Cyfrowa Polska, największą organizację branży cyfrowej  – „DIGITAL FUTURE 2019 – Let’s talk about technology”,  pod patronatem Ministerstwa Cyfryzacji, Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii, UKE oraz NASK. – Wspólnie z ekspertami i politykami chcemy porozmawiać o tym, jak duże znaczenie ma rozwój nowoczesnych technologii, cyfryzacji w budowaniu polskich innowacji. Co przekłada się z kolei na rozwój całej naszej gospodarki – mówi prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik, organizator wydarzenia. I dodaje: – Jednak by polscy inżynierowie i przedsiębiorcy mogli w pełni wykorzystywać swój potencjał, trzeba im stworzyć przyjazne warunki – np. poprzez regulacje prawne – które nie tylko ułatwią im funkcjonowanie na rynku, ale dadzą im możliwość do konkurowania na rynkach światowych.

Przyszłość e-usług i cyberbezpieczeństwo

Podczas „DIGITAL FUTURE 2019” mowa też będzie o rozwijających się e-usługach, dzięki którym zmienia się administracja publiczna. – Budowa e-państwa to ważne wyzwanie zarówno dla polskiej administracji, jak i biznesu. Już dziś widzimy, jakim ułatwieniem i oszczędnością czasu jest załatwianie niektórych urzędowych spraw on-line. Mam nadzieję, że wkrótce takich e-usług będzie jeszcze więcej – podkreśla Michał Kanownik. W panelu, w którym udział weźmie  m.in. wiceminister cyfryzacji Wanda Buk znajdą się też m.in. tematy związane z rozwojem smart cities, wdrażaniem sieci 5G czy cyfryzacją radia.

Z kolei podczas debaty z udziałem wiceministra cyfryzacji Karola Okońskiego, eksperci rozmawiać będą o cyberbezpieczeństwie. Jak zauważa prezes Cyfrowej Polski, nie tylko tradycyjne komputery i laptopy są dziś narażone na cyberataki, co w konsekwencji może skutkować wykradzeniem naszych ważnych danych. – Często zapominamy, że hakerzy mogą włamać się nam też do smartfona, tabletu czy też drukarki. Dlatego tak ważna jest świadomość, co możemy zrobić, by być jak najbardziej bezpieczni. Podczas konferencji będziemy pokazywać, jak to nasze cyberbezpieczeństwo w codziennym życiu możemy podnosić – mówi Michał Kanownik.

Największe targi elektroniki w Polsce

Przez trzy dni targów Electronics Show, które już po raz drugi odbędą się w dniach 10 – 12 maja w halach Ptak Expo w Nadarzynie pod Warszawą zwiedzający będą mogli zapoznać się z najnowocześniejszymi technologiami autorstwa czołowych światowych producentów elektroniki użytkowej oraz związanymi z nią usługami. Będzie też specjalna strefa Związku Cyfrowa Polska, na której prezentowane będą najbardziej innowacyjne produkty i rozwiązania polskich inżynierów. ZIPSEE jest partnerem merytorycznym targów.

Szczegółowy harmonogram debat oraz informacje na temat targów dostępne są na stronie: https://electronics-show.com

Wypłaty dywidend a podatek u źródła (WHT) – nowe zasady i nowe problemy

Wypłaty dywidend przez polskie spółki na rzecz zagranicznych udziałowców często stwarzają pewne problemy. Wynika to z budzących wątpliwości regulacji dotyczących podatku u źródła. Rok 2019 przynosi kolejne zmiany w przepisach dotyczących tego mechanizmu, a wraz z nimi kolejne problemy dla podatników. Dotkną one przede wszystkim tych przedsiębiorców, którzy dokonują wypłat objętych WHT w wysokości przewyższającej 2 miliony złotych rocznie.

Podatek u źródła w pełnej wysokości

Od 2019 r. przy wypłacaniu należności na rzecz podmiotów zagranicznych objętych podatkiem u źródła kluczowego znaczenia nabiera wysokość tych wypłat realizowanych na rzecz poszczególnych podmiotów. Wypłaty do wysokości 2 milionów złotych rocznie będą odbywały się na podobnych zasadach jak dotychczas. Problem dotyczy wypłat przewyższających tę kwotę, gdyż niezależnie od tego, czy taka wypłata podlega opodatkowaniu w Polsce, czy nie oraz niezależnie od tego, jaka stawka jest właściwa, konieczna staje się zapłata podatku u źródła w wysokości podstawowej. Jeśli na etapie późniejszej weryfikacji okaże się, że podatek nie był należny lub powinien być niższy, będzie możliwe wystąpienie o jego zwrot. Z tym wiązać się będzie jednak długie oczekiwanie, a zapewne nierzadko także cały szereg wątpliwości.

Na czym polega problem?

W przypadku wypłat dywidend na rzecz podmiotów zagranicznych przepisy ustawowe nakazują pobranie od wypłacanej kwoty 19% podatku u źródła. Często jednak stawka, zgodnie z umowami o unikaniu podwójnego opodatkowania, jest niższa i wynosi zwykle 5 lub 15%.

W tym zakresie formalnie nic się nie zmieniło, a mimo to nowe regulacje oznaczają prawdziwą rewolucję. Konieczność zapłaty podatku, który formalnie należy się w niższej wysokości (lub nie należy się wcale), i dopiero późniejsze otrzymanie zwrotu prowadzić może do poważnych problemów związanych chociażby z płynnością finansową.

Limit 2 milionów złotych – dużo czy mało?

Ministerstwo Finansów przedstawia wprowadzane zmiany jako regulacje, które nie wpłyną istotnie na sytuację podatników. Ministerstwo podkreśla ponadto, że znaczenie zmian będzie ograniczone i dotknie jedynie największych podatników i tych, którzy wypłacają np. dywidendy (lub inne należności objęte WHT) o wartości przekraczającej 2 miliony złotych rocznie na rzecz danego podmiotu zagranicznego. Problem polega jednak na tym, że ma to niewiele wspólnego z rzeczywistością.

Przyjęty limit 2 milionów złotych rocznie jest w praktyce bardzo niski. W przypadku podmiotów wypłacających dywidendy za granicę często kwota ta jest wartością niemalże pomijalną. Nie chodzi tu przy tym jedynie o wielkie międzynarodowe korporacje zatrudniające w Polsce tysiące osób. Także dla wielu mniejszych podmiotów kwota ta wydaje się zdecydowanie za niska. Nowe regulacje dotkną nie tyle największych podatników – jak zapowiadało Ministerstwo, ile ominą jedynie tych najmniejszych.

Niezupełnie neutralnie

Nienależny a zapłacony podatek będzie zwracany podatnikowi lub płatnikowi podatku, który poniósł jego ekonomiczny ciężar, dopiero na jego wniosek. Nie ma tu jednak mowy o żadnym automatyzmie. Wniosek rozpoczyna jedynie procedurę weryfikacyjną, w toku której dopiero nastąpi stwierdzenie, czy zwrot się należy. Procedura ta w myśl przepisów wynosi aż 6 miesięcy. Dodatkowo nasuwają się pewne skojarzenia z procedurą zwrotu podatku VAT – tam organy podatkowe, mimo długich terminów, często procedurę wydłużają. Dodatkowo wnioski o zwrot zazwyczaj generują kontrole podatkowe, które zawsze wiążą się ze szczególnym zaangażowaniem podatnika, a często też utrudnieniem w prowadzeniu normalnej działalności oraz rodzą ryzyko wykrycia przez organy (bardziej lub mniej realnych) nieprawidłowości. Wszystko wskazuje na to, że w przypadku zwrotu podatku u źródła może być podobnie.

Dodatkowo trzeba zauważyć, że podatnicy na wiele miesięcy będą pozbawieni znacznych środków, co negatywnie wpłynie na ich płynność finansową. Praktyka wskazuje, że polskie spółki zależne w większości będą wypłacały zagranicznym udziałowcom dywidendy w pełnej wysokości (jedynie z potrąceniem podatku u źródła w stawce faktycznie należnej), a ponadto będą wpłacały do urzędów skarbowych 19% podatku – często wiele milionów złotych więcej niż wskazywałyby na to umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania. Do czasu otrzymania zwrotu środkami tymi będzie dysponował budżet państwa. Fiskus będzie miał więc nowy sposób na kredytowanie swoich potrzeb. Za zatrzymany nawet przez pół roku (i to w wersji dość optymistycznej) kapitał nie będzie musiał płacić żadnych odsetek. Skutki tego dla podatników mogą być natomiast bardzo bolesne.

Stare nowe zasady tylko dla nielicznych

Stosowania nowych zasad można uniknąć, jednak nie jest to łatwe. Podatnicy nie będą musieli wpłacać do urzędów podatku u źródła w wysokości podstawowej (a jedynie tej wynikającej z umów o unikaniu podwójnego opodatkowania) dopiero po złożeniu specjalnych oświadczeń oraz uzyskaniu opinii organu podatkowego o możliwości zastosowania zwolnienia lub stawek niższych. Na taką opinię trzeba będzie poczekać nawet pół roku, a jej ważność będzie ograniczona do 3 lat. Praktyka nie pokazała jeszcze, jakie problemy mogą się z tym wiązać, jednak należy spodziewać się, że organy podatkowe będą wydawały je bardzo niechętnie. Wszystko to znacznie ogranicza możliwość uniknięcia stosowania nowych regulacji.

Problemy dla podatników, korzyści dla fiskusa

Nowe regulacje w zakresie podatków stale zaskakują, jednak zauważyć można pewną prawidłowość – cierpią na nich podatnicy. Nie inaczej jest w tym przypadku. Co więcej, wprowadzone przepisy wykreowały nowy sposób na pobieranie nienależnych podatków, które pozwolą na bieżące łatanie dziur w budżecie. Nowe regulacje w wielu aspektach budzą poważne wątpliwości w zakresie zgodności z Konstytucją (np. ze względu na gorsze położenie podmiotów dokonujących wypłat dywidend za granicę), jednak póki co nie wpływa to na ich stosowanie. To zaś sprawia, że już teraz trzeba myśleć o tym, jak skutecznie walczyć o zwrot podatku i uniknąć dalszych problemów.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Pierwsza drukarka 3D dla wroga, druga dla firmy

Firmy na co dzień wdrażają technologię addytywną do swoich procesów produkcyjnych. Z druku 3D korzystają na wiele sposobów – głównie w działach R&D do pracy nad prototypami. Ale nie tylko. Coraz więcej przedsiębiorstw przy pomocy druku 3D dostosowuje swoje produkty do indywidualnych potrzeb odbiorców. To trend, który będzie się coraz szybciej rozwijał. Firmy to wiedzą i inwestują w swoje pierwsze drukarki 3D. Wiele z nich jednak, mając za sobą pierwsze trudne doświadczenia, zniechęca się do tej technologii. Przyczyną jest źle dobrany sprzęt, który nie jest w stanie spełnić oczekiwań pasujących do maszyn i urządzeń o charakterze produkcyjnym.

Pomimo iż druk 3D jest coraz popularniejszy w naszym kraju, jest również sporo przedsiębiorców, którzy nieufnie patrzą na możliwości wytwarzania addytywnego. Ta nieufność niejednokrotnie bierze się po prostu ze złych doświadczeń. Ileż jest w firmach drukarek 3D, zakupionych w czasach, gdy technologia ta była jeszcze raczej ciekawostką? Nieodpowiedni sprzęt często nie spełniał oczekiwań przedsiębiorców, którzy ostatecznie zrazili się do samej technologii. Dużym kłopotem był i nadal jest w wielu przypadkach słaby lub całkowity brak serwisu.

Zakupowe wpadki

Można przyjąć, że podobnie jak w przypadku budowy domu – pierwszy buduje się dla wroga, drugi dla przyjaciela, a trzeci dla siebie – identycznie jest z kupowaniem drukarki do firmy. Zazwyczaj ta pierwsza nie spełnia oczekiwań i budzi wiele frustracji. Dopiero druga lub kolejna staje się faktycznym wsparciem w prowadzonym biznesie.

Zakup drukarki 3D do firmy nie jest sprawą łatwą i tanią. Wiemy też, że często zdarzają się w tym temacie zakupowe wpadki – mówi Mateusz Sidorowicz z 3DGence. – Przedsiębiorcy kupują maszyny na podstawie specyfikacji, później okazuje się dopiero, że nie ma opcji uzyskania wydruku z konkretnego materiału, który producent wskazywał jako możliwy.

Największe problemy pojawiają się w momencie, kiedy ktoś kto drukarką 3D w firmie ma się zajmować, odkrywa, ile czasu zajmuje pełne wdrożenie urządzenia słabej jakości do pracy i jakie ma ograniczenia. Okazuje się bowiem, że obsługa jest skrajnie skomplikowana na przykład ze względu na brak autokalibracji, a głowica regularnie się zapycha, bo nie ma modułowego systemu, który ten problem rozwiązuje. Staje się wtedy zamiast firmowym powodem, kością niezgody – nie dość, że pieniądze zostały wyrzucone w błoto, to jeszcze nie udało się uzyskać planowanych innowacji. Często w takiej sytuacji firmy rezygnują z dalszych eksperymentów i pozostają przy standardowych metodach np. prototypowania czy kupowania części zamiennych.

Można wymienić na nową

Dla wszystkich, którzy mają złe doświadczenia w druku 3D lub chcą kupić nowy, lepszy sprzęt, pojawiła się właśnie ciekawa możliwość – każda firma, która odda starą drukarkę 3D – nieważne o jakiej wartości – będzie mogła wymienić ją na nową, otrzymując wysokie rabaty.

– Zależy nam na tym, żeby firmy się nie zniechęcały, dlatego prowadzimy akcję wymiany starych drukarek 3D. Firma oddaje nam swoją maszynę, w zamian dostaje upusty na nową – gwarantującą dobrą jakość druku z różnych materiałów oraz z działającym serwisem – mówi Mateusz Sidorowicz. – To akcja, którą prowadzimy, żeby przywrócić tym zniechęconym wiarę w technologię druku 3D i pomóc rozwijać się branży w Polsce.

Druga szansa

Czy akcja wymiany drukarek pozwoli zmienić podejście do druku 3D w polskich firmach? Tego nie wiadomo. Istotne jest, że otwarci na innowacje projektanci i inżynierowie polskich firm dostaną kolejną szansę, aby tym razem na dobrym sprzęcie do druku 3D realizować swoje pomysły, eliminując przestoje w produkcji, usprawniając prototypowanie i umożliwiając oferowanie klientom produktów dopasowanych dokładnie do ich potrzeb.

Znaczenie SEO w analizie inwestycyjnej biznesu

Dlaczego inwestorzy powinni korzystać z narzędzi SEO podczas podejmowania decyzji inwestycyjnej? Badania due diligence obejmują zwykle obszary finansowe i prawne, a dość rzadko obszar biznesowy. Niesłusznie, ponieważ spadek ruchu z SEO może kosztować nawet 200 milionów euro i być przyczyną upadku firmy.

Każdy biznes ma wiele wymiarów, a zespół inwestycyjny, niezależnie od tego ile osób liczy, nie jest w stanie zidentyfikować każdego ryzyka.  Jak zmierzyć się z zadaniem analizy biznesu internetowego pod kątem oceny jego kompetencji w zakresie pozyskiwania ruchu z wyszukiwarki?

Fundusze oraz inwestorzy branżowi mogą ocenić realne ryzyko związane z pozyskiwaniem ruchu z Internetu, ze szczególnym naciskiem na ruch z wyszukiwarki, korzystając z narzędzi takich jak Senuto czy Google Trends.

Taka analiza powinna zostać wykonana zwłaszcza w przypadku biznesów typu:

  • biznesy operujące na masowym rynku B2C (zwłaszcza oferujące produkt digitalowy)
  • e-commerce
  • market place
  • biznesy B2B opierające swoją strategię marketingową na content marketingu
  • portale z dużą ilością treści

Jakie aspekty SEO badać podczas analizy inwestycyjnej?

  • Rozmiar rynku

Na początku warto sprawdzić, jak duży jest rynek w kontekście produktu oferowanego przez dany biznes. W tym celu można sprawdzić frazy kluczowe związane z daną niszą i ich potencjał wyszukiwań (miesięczną liczbę wyszukiwania zapytań w ciągu miesiąca).

  • Podaż produktu

Niezależnie od tego, jak duży jest popyt na dany produkt, należy też odpowiedzieć sobie na inne pytanie – jak wysoka jest podaż?

Podaż danego produktu możemy określić poprzez liczbę dokumentów zaindeksowanych w Google dla danej frazy. Warto wykorzystać tę metodę na pierwszym etapie weryfikacji, natomiast w dalszym odnieść się do profesjonalnych analiz rynku opartych na danych finansowych.

  • Czy biznes urośnie?

Przeprowadzenie takiego badania umożliwia narzędzie Google Trends, które służy do analizy popularności zapytań w Google w czasie. Za jego pomocą sprawdzisz, czy zainteresowanie danym produktem lub usługą w ujęciu czasowym rośnie czy spada.

Jeśli chcesz natomiast porównać biznes do lidera branżowego, możesz przeprowadzić taką weryfikację w Senuto.

  • Sezonowość biznesu

Aby ocenić model finansowy danego biznesu, musisz wiedzieć czy oferowany przez niego produkt podlega jakiejś sezonowości. W większości przypadków jest to oczywiste, jednak istnieją również takie, w których sytuacja jest bardziej skomplikowana. Analizę sezonowości biznesu przeprowadzisz w Senuto.

  • Badanie otoczenia

Choć zapewne potrafisz wyznaczyć swoją najbliższą konkurencję, w wyszukiwarce konkurentem jest ten, kto sąsiaduje z daną domeną w wynikach wyszukiwania. Jak pokazuje praktyka, nie zawsze jest to realna konkurencja biznesowa. Zweryfikuj, czy o użytkownika rywalizujesz z kimś więcej niż mogłoby się wydawać.

  • Liczba linków przychodzących

Podczas tej analizy sprawdź, czy:

  • domena nie zdobyła zbyt dużej liczby linków w krótkim czasie,
  • czy odnośniki nie pochodzą ze źródeł o słabej jakości,
  • czy profil linków jest naturalny.

Do przeprowadzenia tego badania możesz skorzystać z narzędzia Ahrefs.

Podsumowując, istnieje wiele sposobów na weryfikację biznesu pod kątem SEO przed inwestycją. Wydaje się, że jest to niezbędny punkt w analizie inwestycyjnej, a doświadczenie pokazuje, że często jest on pomijany.

Autor: Damian Sałkowski, Senuto

Wystartowała zbiórka crowdfundingowa PINTA Barrel Brewing

Wprost z elitarnego festiwalu piwnego Toer de Gueze w Belgii założyciele browaru PINTA ogłosili start kampanii crowdfundingowej. Od 6 maja na platformie Crowdway.pl promują zbiórkę na budowę browaru PINTA Barrel Brewing. Powstawać w nim będą rzemieślnicze piwa premium, starzone w beczkach po mocnych alkoholach. Minimalna wartość inwestycji dla crowdinwestorów to już 333 zł. Zaplanowano też pakiety branżowe.

Najpierw odtworzyli praktycznie jedyny czysto polski styl piwny – Grodziskie, a później – w 2011 roku – uwarzyli mocno nachmieloną amerykańską odmianę India Pale Ale „Atak Chmielu”. Tak zaczęła się piwna rewolucja w Polsce, która dziś oznacza ponad 2 tys. nowych piw rzemieślniczych rocznie. Za tym ruchem stoi PINTA, marka stworzona przez Ziemowita Fałata, Grzegorza Zwierzynę i Marka Semlę.

Polski atak chmielu

Dziś miłośnicy piw rzemieślniczych jednym tchem wymieniają najpopularniejsze PINTY: Atak Chmielu (American IPA), A ja pale ale (American APA) i Pierwsza Pomoc (Polski Lekki Pils). Raz na miesiąc „PINTA Miesiąca”, czyli premierowe piwo w eksperymentalnym stylu, trafia do ponad 100 pubów w kraju i zagranicą. Polski chmiel trafił już do Włoch, Japonii, Brazylii i Nowej Zelandii.

W ciągu 8 lat PINTA uwarzyła piwa w ponad 150 stylach i odmianach, które można kupić w pubach, w sklepach, sieciach handlowych, na stacjach paliw i podczas piwnych festiwali. – Do tej pory nasze piwa warzyliśmy w wynajmowanych browarach, ale już w czerwcu w Wieprzu koło Żywca uruchomimy własny rzemieślniczy zakład, do którego w 2021 roku dołączy taproom – mówi Ziemowit Fałat, współwłaściciel PINTA sp. z o.o.

PINTA Barrel Brewing

Gdy piwa z browarów rzemieślniczych trafiają już do szerokiej dystrybucji, czas na piwną rewolucję vol. 2. – Na liście 10 najlepiej ocenianych piw PINTY królują odmiany Barrel Aged. To kategoria premium, a zarazem nisza, która w Polsce dopiero się kształtuje – wyjaśnia Grzegorz Zwierzyna, prezes PINTA Barrel Brewing SA.

PINTA Barrel Brewing jest nową spółką, która do 2021 roku wybuduje na Żywiecczyźnie swój browar rzemieślniczy. W nim powstawać będą limitowane edycje piw starzonych, dzikich i kwaśnych oraz piwne eksperymenty. Piwo warzone tradycyjnymi metodami będzie dodatkowo poddawane procesom starzenia w dębowych beczkach po winie, bourbonie, rumie czy whiskey. – Ten proces wzbogaci smak i aromat mocnych piw. Skupimy się na krótkich seriach, które mogą szczególnie spodobać się koneserom piwa, a także wina – dodaje Bartłomiej Ociesa, piwowar PINTA Barrel Brewing.

W poszukiwaniu crowdinwestorów

Na wybudowanie nowego browaru PINTA Barrel Brewing chce pozyskać środki od inwestorów. Emisję akcji wspiera kampania crowdfundingowa o wartości 4,15 mln zł, promowana na platformie Crowdway.pl. Akcja wystartowała 6 maja, a potrwa do 24 czerwca. O jej szczegółach można przeczytać na: akcja.pintabarrelbrewing.pl.

W ramach zbiórki o minimalnej wartości 333 zł inwestorzy oprócz akcji spółki PINTA Barrel Brewing i prawa do dywidendy, otrzymają też pakiety benefitów. W zależności od wartości wpłaty, mogą liczyć na zaproszenie na zjazd inwestorów, PINTA Party, zestawy piw, vouchery i gadżety. – Inwestorów, którzy wybiorą najwyższy pakiet crowdfundingowy, zaprosimy na finansowany przez spółkę wyjazd na PINTA Hop Tour. Dotychczas w ramach tej wyprawy odwiedziliśmy Argentynę, RPA i Tasmanię – dodaje Ziemowit Fałat.

Pakiet biznesowy

Dla właścicieli pubów, restauracji, sklepów i hurtowni, posiadającym koncesję na sprzedaż piwa, PINTA Barrel Brewing zaplanowała też pakiet branżowy. W ramach tego pakietu spółka oferuje uwarzenie do 18 hektolitrów piwa na wyłączność dla wskazanego lokalu.

Nowy koncept coworkingowy na polskim rynku w dawnej fabryce Norblina

Grupa Capital Park podpisała umowę najmu z rent24 – jednym z wiodących, światowych operatorów przestrzeni coworkingowej i colivingowej. Firma zajmie 4.000 mkw. powierzchni we flagowym projekcie Grupy – zrewitalizowanej dawnej fabryce Norblina na warszawskiej Woli. rent24 debiutuje na polskim rynku.

Rent24 to dostawca powierzchni coworkingowej i colivingowej działający w 55 lokalizacjach na trzech kontynentach. Firma została założona w 2015 roku w Berlinie przez Roberta Bukvić’a. Oferuje pojedyncze miejsca pracy w otwartych przestrzeniach, jak również prywatne pokoje, wynajem sal konferencyjnych czy networking podczas organizowanych eventów społecznych. Posiada w swojej ofercie także elastyczne miejsca do zamieszkania w wysokiej jakości pojedynczych lub współdzielonych mieszkaniach.

„Z niecierpliwością czekamy na wprowadzenie naszego konceptu do Polski, wschodzącego giganta Unii Europejskiej. Jako wiodące centrum technologiczne i silny ekosystem inwestycyjny, Warszawa zawsze znajdowała się na szczycie naszej listy ekspansji. Elastyczność, poczucie wspólnoty i innowacyjne podejście rent24 wzbogaci polski krajobraz coworkingu” – powiedział założyciel i dyrektor generalny rent24 Robert Bukvić.

„Z uwagą obserwujemy dynamiczny rozwój coworkingu na świecie i uważamy, że taka oferta idealnie wpisuje się w wielofunkcyjny charakter zrewitalizowanej dawnej fabryki Norblina. Doskonale odpowiada ona na potrzeby nowoczesnych, rozwijających się przedsiębiorców, daje także klientom korporacyjnym możliwość elastycznego podejścia do wynajmu biur w nieustannie zmieniającym się otoczeniu biznesowym. Z ogromną radością witamy światowego gracza na rynku coworkingowym w naszym flagowym projekcie w sercu Warszawy. Jesteśmy przekonani, że rent24 doskonale uzupełni swoją ofertą funkcje, które są zaplanowane w naszym kompleksie” – mówi Marcin Juszczyk, członek zarządu w Grupie Capital Park.

W procesie negocjacji umowy najmu pośredniczyła agencja Cushman & Wakefield.

Rewitalizacja dawnej fabryki Norblina to flagowy projekt Grupy Capital Park. Zabytkowemu, dwuhektarowemu terenowi po historycznych zakładach Norblin, Bracia Buch i T. Werner na warszawskiej Woli pomiędzy ulicami Prostą, Łucką i Żelazną zostaną nadane nowe funkcje. Powstanie tam mini-dzielnica, złożona z kilkunastu budynków i wewnętrznych uliczek. W ramach projektu powstanie ponad 66 tys. mkw. powierzchni użytkowej, w tym 40 tys. mkw. powierzchni biurowej i ponad 26 tys. mkw. poświęconych funkcji handlowej, usługowej, rozrywkowej, kulturalnej i gastronomicznej. Wśród najemców znajdą się między innymi – butikowe OH KINO (3.300 mkw.), które zostanie otwarte w niedostępnym dotychczas na polskim rynku formacie. Powróci także kultowy BioBazar (2.000 mkw.) – pierwszy w Polsce targ z ekologiczną, certyfikowaną żywnością. Budynki będą wyposażone w szereg ekologicznych rozwiązań w fazie projektowej otrzymały precertyfikację BREEAM na poziomie Very Good. Dla użytkowników kompleksu został przewidziany 4-poziomowy, podziemny parking na 750 miejsc parkingowych oraz 200 dedykowanych miejsc dla rowerzystów.

Jedną z głównych atrakcji projektu, bezpośrednio nawiązującą do historii miejsca, będzie Otwarte Muzeum Dawnej Fabryki Norblina, w którym znajdą się m.in. unikatowe kolekcje platerów, a także odrestaurowane, zabytkowe maszyny fabryczne. W trakcie rewitalizacji terenu odnowionych zostanie 9 zabytkowych budynków i 2 historyczne, a także 50 maszyn
i urządzeń z dawnej fabryki. Nowy kompleks będzie miejscem otwartym, dostępnym dla wszystkich – zarówno pracowników i użytkowników, warszawiaków, jak również turystów.

Inwestorem i pomysłodawcą rewitalizacji dawnej fabryki Norblina jest Grupa Capital Park. Za projekt architektoniczny odpowiada pracownia PRC Architekci. Głównym wykonawcą jest firma Warbud SA, z którą współpracują m.in. Soletanche Polska, Maat4 i TKT Engineering. Zakończenie procesu rewitalizacji jest planowane na przełom I i II kwartału 2021 roku.

Otwarcie nowego centrum usług wspólnych Whirlpool w Łodzi

Nowe Centrum Usług Wspólnych dla Łańcucha Dostaw kieruje wszystkimi działaniami związanymi z planowaniem produkcji i logistyką produktów dla regionu EMEA.

Firma Whirlpool oficjalnie zainaugurowała dzisiaj działalność swojego nowego Centrum Usług Wspólnych dla Łańcucha Dostaw w Łodzi. W uroczystości wziął udział Gilles Morel, prezes Whirlpool EMEA.

Powstanie nowej struktury zostało poprzedzone szczegółową analizą operacji planowania i logistyki w regionie EMEA (Europa, Bliski Wschód, Afryka). Głównym celem jest koncentracja na zapewnieniu standaryzacji i stabilności, w celu centralizacji procesu planowania i zarządzania popytem.

Polska jest jednym z najważniejszych krajów w regionie EMEA pod względem jakości i tempa rozwoju. Dlatego z punktu widzenia Whirlpool EMEA jest to optymalna, strategiczna lokalizacja dla Centrum Usług Wspólnych dla Łańcucha Dostaw. Ta decyzja biznesowa potwierdza znaczenie kraju dla naszej firmy i naszego zaufania do zespołu.- Luigi La Morgia, Wiceprezes ds. Zintegrowanego łańcucha dostaw Whirlpool EMEA

Nowa struktura firmy Whirlpool znajduje się w biurowcu Nowa Fabryczna, w którym znajduje się już otwarte w 2017 roku Centrum Usług Wspólnych dla Finansów Whirlpool EMEA. Centrum Usług Wspólnych dla Łańcucha Dostaw zatrudnia obecnie około 50 osób. Struktura, która obejmuje swym działaniem zróżnicowane kraje, stanowi grunt do budowania międzynarodowego zespołu i dalszego rozwoju w którym strategiczną rolę odgrywają specjaliści od uzupełniania zapasów oraz planiści materiałowi i rynkowi.

Możliwość pozyskania ambitnego i kreatywnego personelu, a także potencjał miasta oceniamy bardzo wysoko. Firma pragnie przyciągnąć najlepsze talenty lokalne i międzynarodowe, które umożliwią postępujący i zrównoważony rozwój łódzkiego Centrum Usług Wspólnych w przyszłości. Stawiamy również na partnerstwo z samorządem i uczelniami – zwłaszcza w zakresie praktyk studenckich. Zawsze szukamy osób o zróżnicowanym doświadczeniu zawodowym, podejściu ukierunkowanym na rynek, silnych umiejętnościach analitycznych, duchu wygranej i orientacji na cele. – Zygmunt Łopalewski, Dyrektor ds. Komunikacji Korporacyjnej Whirlpool Company Polska

Firma ma już 20 lat ciągłości biznesowej w regionie łódzkim. Obecnie prowadzi działalność produkcyjną w nowej, bo otwartej w grudniu 2018 roku, fabryce suszarek oraz w zakładach wytwarzających kuchenki oraz komponenty plastikowe. Wraz z Centrum Usług Wspólnych dla Finansów oraz Łańcucha Dostaw zatrudnia w Łodzi około 2000 osób, dzięki czemu Spółka jest jednym z największych inwestorów zagranicznych w regionie.

Zabezpieczenie roszczeń z tytułu odpadów magazynowanych w ramach zbierania lub przetwarzania odpadów

Euler Hermes wprowadza do oferty gwarancję ubezpieczeniową stanowiącą zabezpieczenie roszczeń z tytułu odpadów magazynowanych w ramach zbierania lub przetwarzania odpadów.

W ramach nowej oferty umowy gwarancyjnej Euler Hermes zapewni, że w przypadku nieprzestrzegania przez wykonawcę przepisów dotyczących gospodarowania odpadami gwarancja obejmuje koszt wykonania zastępczego, w tym:

  • decyzji nakazującej posiadaczowi odpadów usunięcie odpadów z miejsca nieprzeznaczonego do ich składowania lub magazynowania,
  • decyzji nakazującej usunięcie odpadów i ich zagospodarowania łącznie z odpadami stanowiącymi pozostałości z akcji gaśniczej lub usunięcia negatywnych skutków w środowisku lub szkód w środowisku i ich naprawie w ramach prowadzonej działalności .

Bardzo zależało nam na wprowadzeniu właśnie tego produktu – gwarancji środowiskowych. Nie jest to tylko proste uzupełnienie portfolio gwarancji kontraktowych i wadialnych, ale też nasz wkład w budowę lepszego, zintegrowanego systemu gospodarowania odpadami – mówi Andrzej Puta, Dyrektor Biura Gwarancji Ubezpieczeniowych w Euler Hermes.

Nowy produkt Euler Hermes jest konsekwencją Ustawy z dnia 20 lipca 2018 r. o zmianie ustawy o odpadach oraz niektórych innych ustaw (Dz. U. poz. 1592), która wprowadziła szereg zmian w ustawie z dnia 14 grudnia 2012 r. o odpadach, m.in. w zakresie danych, jakie należy uwzględnić we wniosku o uzyskanie zezwolenia na zbieranie lub przetwarzanie odpadów. Zmiany w przepisach weszły w życie 5 września 2018 r.

Celem zmian prawnych jest ograniczenie licznych nieprawidłowości, skutkujących m.in. serią pożarów magazynowanych odpadów. Obowiązek przedłożenia gwarancji ubezpieczeniowej zapewni fundusze na zagospodarowanie odpadów, gdy np. podmiot prowadzący taką działalność ogłosi upadłość.

Jak dodaje Andrzej Puta: Idąc krok dalej – nowe przepisy i w efekcie towarzyszące im gwarancje służyć mogą nie tylko ochronie środowiska. Promowanie w gospodarce odpadami jedynie firm dobrze zorganizowanych i zarządzanych pozwoli im zbudować skalę działalności i zasoby niezbędne do ekspansji także poza granice naszego kraju. Skoro już jako gwarant wspieramy ekspansję polskich firm realizujących ciągi technologiczne i inwestycje służące ochronie środowiska w innych krajach, to dlaczego w międzynarodowym biznesie przyszłości, jakim jest segregacja i gospodarowanie odpadami, nie miałyby uczestniczyć kolejne polskie firmy?

Euler Hermes należy do grupy ubezpieczeniowej Allianz, a jego wiarygodność potwierdzają ratingi niezależnych instytucji certyfikujących: AA przyznany przez Standard & Poor’s i AA3 przez Moody’s.

Gdańsk, Łódź i Wrocław z największym potencjałem wzrostu rynku hotelowego

W Polsce przybywać będzie hoteli butikowych, powstawać będą także hotele z ograniczoną liczbą usług, zaspokajające potrzeby osób przyjeżdżających na krótki pobyt, a dużych miastach realizowane będą kolejne inwestycje typu mixed-use – mówi Andrzej Szymczyk, Associate Director Hospitality Department w Walter Herz   

Andrzej Szymczyk, Associate Director – Hospitality Department w Walter Herz
Andrzej Szymczyk – Associate Director Hospitality Department w Walter Herz

Andrzej Szymczyk dołączył do zespołu Walter Herz w marcu tego roku. Odpowiada za wzmacnianie relacji i rozwój linii biznesowej firmy związanej z sektorem nieruchomości hotelowych w Polsce oraz nadzorowanie projektów i badań związanych z tym segmentem rynku. Specjalista może się pochwalić ponad 15 letnim doświadczeniem w pracy na rynku nieruchomości hotelowych, które zdobył w USA, na Wyspach Brytyjskich i w Polce, pracując m.in. dla największych sieci hotelowych oraz firm świadczących usługi dla tego sektora. Andrzej Szymczyk podzielił się swoimi spostrzeżeniami, dotyczącymi specyfiki i możliwości wzrostu rynku hotelowego w naszym kraju.

W których regionach jest największy potencjał dla rozwoju inwestycji hotelowych?

– Każdy region ma swoją specyfikę popytu na usługi hotelowe, zarówno pod względem turystycznym, jak i biznesowym. Wiele miast rozwija się bardzo dynamicznie, budując nową infrastrukturę. Spośród głównych aglomeracji w kraju największy potencjał rozwoju ma Gdańsk, Łódź i Wrocław. Gdańsk z terenami postoczniowymi, bliskością morza i doskonałymi połączeniami komunikacyjnymi jest atrakcyjny dla turystyki i biznesu przez cały rok.

Łódź wolno zrzuca odium brzydkiego i zapomnianego kaczątka, stając się perłą w potencjalnie najlepszej lokalizacji biznesowej w Polsce. Przecięcie najważniejszych szlaków komunikacyjnych, sąsiedztwo planowanego Centralnego Portu Komunikacyjnego i szeroki dostęp do terenów inwestycyjnych to czynniki składające się na dobry biznes hotelowy, szczególnie w kontekście kongresowo-konferencyjnym i wystawienniczym.

Wrocław, mimo sporej bazy hotelowej, wciąż ma potencjał na dalszy rozwój, który będzie zapewniał zwrot z inwestycji w obiekty noclegowe. Rozwój rynku biznesowego w mieście, nieduża odległość od rynków zagranicznych oraz atrakcyjność turystyczna stolicy Dolnego Śląska nadal będą czynnikami pomocnymi w uzyskaniu przez inwestorów satysfakcjonujących wyników.

Czy w Warszawie jest jeszcze miejsce na nowe hotele? Jakich obiektów brakuje?

– Uważam, że w Warszawie jest wciąż miejsce na nowe hotele, ale muszą to być przemyślane inwestycje. Wnikliwa, gruntowna analiza rynkowa i studium wykonalności wskazują najlepszy rodzaj obiektu i model jego funkcjonowania w danej lokalizacji i otoczeniu rynkowym. W jednej lokalizacji będzie brakowało hoteli ekonomicznych, które zapewniają podstawowe usługi. Kilka kilometrów dalej może być miejsce na ciekawy hotel lifestylowy, który przyciągnie określoną grupę podróżujących. W Warszawie wciąż brakuje luksusowego hotelu z prawdziwego zdarzenia i w każdym aspekcie jego funkcjonowania. Ceny nieruchomości w mieście są jednak często nieadekwatne do nakładów, jakie trzeba przeznaczyć na tego typu hotel, co sprawia że opłacalność takiej inwestycji może być niższa od oczekiwanej przez inwestorów.

Czy tempo rozwoju rynku hotelowego w naszym kraju jest adekwatne do potrzeb?

– Rynek hotelowy w Polsce rozwija się w sposób nierównomierny, często bez głębszej analizy lokalnych potrzeb. Baza noclegowa w takich miejscach, jak Warszawa, czy Kołobrzeg rośnie szybko i sprawnie, choć z pewnością podział na lokalizacje i kategorie hoteli mógłby być lepszy. W innych lokalizacjach miejskich, jak na przykład dawne miasta wojewódzkie widać powstające nowe inwestycje, ale wciąż jest miejsce na kolejne, które zaspokoją zarówno potrzeby rynku, jak i inwestorów. Problem stanowi najczęściej dostępność gruntów w dobrych lokalizacjach i cenie na tyle rozsądnej, by projekty hotelowe miały sensowną stopę zwrotu z inwestycji.

Jakie są zasadnicze różnice w sposobie działania rynków hotelowych w Wielkiej Brytanii czy USA i rynku hotelowego w Polsce?

– Polski rynek hotelowy jest relatywnie młodym rynkiem, ponieważ jego prawdziwe początki przypadają na lata 90. ubiegłego wieku. W porównaniu do rynku brytyjskiego, czy amerykańskiego wciąż uczymy się rzemiosła hotelowego, zarówno od strony inwestycyjnej, jak i operacyjnej. Widoczną różnicą jest to, że w krajach zachodnich normą jest korzystanie z usług doradczych, ponieważ branża jest na tyle specyficzna, że nie można nauczyć się jej z przysłowiowej książki. Znajomość i zrozumienie procesów zachodzących na rynku hotelowym jest gwarancją sukcesu przedsięwzięć w tym segmencie i ta wiedza potrzebna jest od początku realizacji inwestycji.

W Wielkiej Brytanii, czy USA duży nacisk kładzie się również na pracowników i rozwój zespołu, który traktowany jest jak inwestycja, a nie koszt. W Polsce niestety wciąż jest wiele przypadków, gdzie pracownik jest złem koniecznym, ponieważ właścicielowi wydaje się, że zbyt wiele kosztuje.

Co jest przysłowiową piętą achillesową naszego hotelarstwa? Jakie aspekty związane z funkcjonowaniem hoteli w Polsce należałoby poprawić?

– Niewiedza inwestorów, brak zrozumienia specyfiki branży i niechęć do zasięgania opinii osób z doświadczeniem na różnych rynkach hotelowych. Niewiedza przejawia się w tworzeniu koncepcji i prowadzeniu inwestycji w sposób oderwany od rzeczywistych potrzeb rynkowych. Skutkuje to często brakiem rentowności projektów, co prowadzi do frustracji, bo inwestycja nie przynosi spodziewanych wyników.

Obiekty hotelowe z kilkunastoma, czy kilkudziesięcioma pokojami mają szansę odnieść sukces jedynie w niektórych lokalizacjach i to pod warunkiem doskonałego przygotowania całego projektu biznesowego. Zarówno koszt inwestycji, jak i stałe koszty operacyjne sprawiają bowiem, że ważnym aspektem koncepcji jest wielkość hotelu. Duże hotele konferencyjne mogą osiągać ponadprzeciętne wyniki finansowe dzięki ekonomii skali, ale jest to także uwarunkowane wieloma różnymi czynnikami. Dlatego tak ważne jest zaufanie dobrym doradcom, którzy spojrzą na inwestycję od strony praktycznej, dostarczając niezbędnej wiedzy, by odpowiednio przygotować inwestycję pod każdym względem.

Jakie czynniki powinny być szczególnie wnikliwie rozpatrywane w trakcie przygotowań do realizacji projektów hotelowych?

– Lokalizacja, lokalizacja i jeszcze raz lokalizacja. Od niej zależy wszystko: popyt na usługi hotelowe, możliwość zapewnienia określonej liczby odpowiednio wyszkolonych pracowników, dostęp do niezbędnych rozwiązań technologicznych, różnorodna i ciekawa oferta hotelu, itp. Stworzenie hotelu z 500 pokojami pośrodku niczego, sprzedawanego w systemie condo z gwarantowaną stopą zwrotu, kiedy wsparciem inwestycji są tylko dobre chęci nie może przynieść dobrych rezultatów. Projekt musi być naprawdę drobiazgowo przemyślany.

Czym różni się proces doradztwa inwestycyjnego w segmencie hotelowym i biurowym?

– Segment biurowy wydaje się być mniej skomplikowany od hotelowego, jeśli chodzi o liczbę potencjalnie oferowanych produktów i usług, z których płynie strumień przychodów. Hotel nie jest budynkiem, w którym powierzchnia wynajęta jest kilku dużym firmom na kilka lat. „Najemców”, czyli gości hotelowych może być nawet kilka lub kilkaset tysięcy rocznie. Każdy zjawia się w innym terminie, z innymi potrzebami i trzeba mu zaoferować inne warunki. To sprawia, że organizacja związana z prowadzeniem takiego przedsiębiorstwa jest kompletnie różna niż w przypadku rynku biurowego. Zarządzanie w segmencie hotelowym wymaga zrozumienia większej ilości procesów zachodzących na terenie obiektu.

Jakie trendy daje się zauważyć na polskim rynku hotelowym? Co jest jeszcze przed nami, jeśli chodzi o tendencje światowe?

– W Polsce prawdopodobnie będzie przybywać hoteli butikowych, które pomimo mniejszej liczby pokoi będą generowały odpowiednie zwroty inwestycyjne z uwagi na profil gości. Będą również powstawać hotele z ograniczoną liczbą usług, zaspokajające potrzeby osób, które potrzebują jedynie krótkiego pobytu. W dużych miastach realizowane będą kolejne inwestycje typu mixed-use, łączące funkcje biurowe, hotelowe i handlowo-usługowe. Jest to pewien sposób dywersyfikacji inwestycji i ryzyka z nią związanego, umożliwiający elastyczne podejście do prowadzenia biznesu, pozwalające na przykład na zmianę liczby pokojów w zależności od przyszłych potrzeb.

Brytyjczycy szukają lekarzy rodzinnych w Europie. Brexit nie wpłynie na ich zatrudnienie

Brytyjczycy szukają lekarzy rodzinnych w Europie. Brexit nie wpłynie na ich zatrudnienie 12

Polska firma Paragona szuka obecnie kilkuset lekarzy rodzinnych z całej Europy, w tym z Polski, do pracy w placówkach brytyjskiego National Health Service (NHS). Ci, którzy zdecydują się na relokację, mogą liczyć na pomoc w załatwieniu wszystkich formalności związanych z rozpoczęciem życia w nowym miejscu. Przechodzą także intensywne bezpłatne szkolenia. Na mocy umów zawartych przez Paragonę z NHS, przebieg brexitu nie wpłynie na sytuację lekarzy, którzy podejmą pracę dla brytyjskiej służby zdrowia.

Polska firma specjalizująca się w rekrutacji dla sektora medycznego m.in. w Wielkiej Brytanii, Skandynawii i Francji wygrała niedawno przetarg na realizację 5-letniego kontraktu dla brytyjskiego NHS. Dotyczy on pozyskania do pracy na Wyspach kilku tysięcy lekarzy rodzinnych. To największy obecnie projekt rekrutacyjny realizowany dla brytyjskiej służby zdrowia, a tym samym największy projekt międzynarodowy w Europie.

– Możliwości rozwoju kariery zawodowej dla lekarzy rodzinnych w Wielkiej Brytanii są ogromne. Medycyna rodzinna w UK jest najbardziej rozwiniętą formą tej specjalizacji, co oznacza, że lekarze, którzy tam praktykują, mają maksymalnie szerokie kompetencje. Lekarz rodzinny na Wyspach jest częściowo ginekologiem (prowadzi ciąże), położnikiem czy chirurgiem (mała chirurgia), co jest szansą na ciekawą pracę oraz rozwój zawodowy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Kinga Łozińska, prezes zarządu Paragona Polska. – Lekarze z naszego projektu będą pracować w prywatnych praktykach, które wykonują usługi na rzecz NHS i z czasem, jeżeli będą chcieli, mogą zostać partnerami, czyli współwłaścicielami tych praktyk – dodaje Kinga Łozińska.

Rok temu Paragona zrealizowała już projekt pilotażowy, który polegał na rekrutacji 25 lekarzy rodzinnych do placówek NHS w Lincolnshire. Obecnie firma poszukuje kolejnych 100 lekarzy, którzy podejmą pracę w przychodniach zlokalizowanych w rejonie Central Midlands.

– Pracą w Wielkiej Brytanii są zainteresowani lekarze z całej Europy. Rekrutujemy głównie mieszkańców krajów członkowskich UE, których uprawnienia do zawodu są uznawane przez dyrektywy unijne. Jest to Rumunia, Bułgaria, Hiszpania, Grecja, Chorwacja, Litwa, Włochy, ostatnio także Czechy i oczywiście Polska – mówi Kinga Łozińska.

Pierwszy etap szkoleń przygotowujących do wyjazdu odbywa się w kampusie pod Warszawą, gdzie przyszli lekarze NHS doskonalą język, poznają procedury i zasady funkcjonowania brytyjskiego systemu ochrony zdrowia. Kolejny etap odbywa się już na miejscu, w Wielkiej Brytanii. Każdy specjalista przechodzi dodatkowe szkolenie pod okiem mentora, które ma pomóc mu w podjęciu całkowicie samodzielnej pracy w nowym kraju.

– Program, który realizujemy wspólnie z NHS, jest bardzo opiekuńczy – mówi Kinga Łozińska. – W trakcie kursu zapewniamy zakwaterowanie, wyżywienie, aktywności sportowe, a nawet przyznajemy stypendia dla rodzin, ponieważ lekarz nie pracuje zawodowo i poświęca czas tylko na naukę.

Rekrutacja specjalistów medycyny rodzinnej do pracy w Wielkiej Brytanii jest o tyle łatwiejsza, że duża część lekarzy z Europy zna już język angielski przynajmniej w podstawowym stopniu. Oferta skierowana jest do osób, które znają angielski, ale nie muszą być na poziomie biegłym.

– Lekarz, który chce podjąć pracę w UK, powinien zdać egzamin językowy IELTS na poziomie 7,5 oraz egzamin zawodowy dla obcokrajowców lub powracających do systemu I&R. Zrekrutowani przez nas lekarze zdają tylko nasz wewnętrzny egzamin językowy, uznawany przez NHS za wystarczający do podjęcia pracy. Po wyjeździe do UK lekarz zaczyna pracę oraz szkolenie, które przygotowuje do egzaminu zawodowego. To najlepsza ścieżka, jaka istnieje – mówi Kinga Łozińska.

Jak podkreśla, NHS to bardzo atrakcyjny pracodawca, zatrudniający ponad 1,7 mln pracowników, dlatego prawa pracownicze są tam mocno chronione. Jest to organizacja o ogromnym budżecie na szkolenia, rozwój i badania medyczne.

Szefowa Paragony podkreśla, że brexit nie będzie mieć wpływu na sytuację lekarzy, którzy podejmą pracę dla brytyjskiego NHS.

– Mamy pisemne zapewnienie działu rekrutacji międzynarodowej NHS, że wszyscy lekarze, którzy przejdą przez nasz proces rekrutacji i szkoleń, będą bezpieczni. Będą mogli pracować w strukturach NHS bez względu na to, jaką formę przybierze brexit – zapewnia Kinga Łozińska. – Sytuacja pełzającego brexitu na Wyspach oczywiście budzi zaniepokojenie wśród tych, którzy planują wyjazd i podjęcie tam pracy. Myślę, że Wielka Brytania jako kraj tradycyjnie wielokulturowy i wielonarodowy poradzi sobie z tym problemem. Niemniej nasz projekt ma szczególnie silne zabezpieczenia. 

Aktualnie prowadzona rekrutacja to kolejny projekt realizowany przez Paragonę dla National Health Service. Firma już wcześniej pomogła NHS uzupełnić niedobory kadrowe – kilka lat temu w ramach projektu rządowego przeszkoliła i zrekrutowała 300 lekarzy dentystów.

Lekarze rodzinni zainteresowani wyjazdem do pracy w placówkach NHS w Wielkiej Brytanii mogą znaleźć informacje o ofercie i wziąć udział w rekrutacji na stronie internetowej paragona.com.

Firmy coraz silniej odczuwają rosnące ceny energii. Inwestycje w energooszczędne rozwiązania stają się koniecznością

Firmy coraz silniej odczuwają rosnące ceny energii. Inwestycje w energooszczędne rozwiązania stają się koniecznością 13

Prognozy dotyczące podwyżek cen energii spędzają sen z powiek przedsiębiorcom. W kontekście ostatnich zawirowań na rynku energii szczególnego znaczenia nabierają inwestycje firm, które zmierzają do poprawy efektywności energetycznej. Ta może się okazać dobrym sposobem na zapowiadane podwyżki. Na taki krok zdecydował się już VELUX. Grupa zainwestuje łącznie ok. 14 mln zł w wymianę oświetlenia na LED-owe w swoich fabrykach w Gnieźnie i Namysłowie. Inwestycja, która ma się zwrócić najpóźniej po 5 latach, obniży roczne rachunki za energię o około 8 proc.

– Wymiana oświetlenia ma dwa podłoża. Pierwsze to ekonomia. Przy wzrastających cenach energii elektrycznej w Polsce ta inwestycja offsetuje nam zwiększone koszty pracy. Drugi ważny powód to poprawa warunków pracy i komfortu pracowników. Chcemy zastosować takie oprawy, które dostarczają oświetlenie o barwie bardzo zbliżonej do światła dziennego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Purol, dyrektor fabryk VELUX w Gnieźnie. 

Zgodnie z ustawą ceny energii w tym roku zostają ustalone na poziomie taryf i cenników obowiązujących 30 czerwca ubiegłego roku. Podmioty, które kupią energię drożej niż ustalona cena sprzedaży, mają dostać zwrot utraconego przychodu z Funduszu Wypłaty Różnicy Ceny. Powstrzymanie podwyżek cen prądu w 2019 roku ma kosztować łącznie 9 mld zł. Pomogą w tym trzy mechanizmy uwzględnione w nowelizacji ustawy: obniżenie podatku akcyzowego na energię elektryczną z 20 zł/MWh do 5 zł/MW, obniżenie opłaty przejściowej dla wszystkich odbiorców energii elektrycznej o 95 proc. oraz bezpośredni zwrot utraconego przychodu spółek obrotu.

Tymczasem do Urzędu Regulacji Energetyki docierają sygnały od odbiorców końcowych (innych niż gospodarstwa domowe) o poważnych problemach związanych z brakiem ofert sprzedaży energii elektrycznej i brakiem możliwości zawarcia umów na sprzedaż tej energii. Jak podaje URE, to bezprecedensowa sytuacja, która może się wiązać z koniecznością uruchomienia sprzedaży rezerwowej po cenach wyższych niż w standardowych umowach.

W kontekście zawirowań na rynku energii nabierają znaczenia inwestycje firm, które zmierzają do poprawy efektywności energetycznej. Na taki krok zdecydował się już VELUX. Grupa zainwestuje łącznie ok. 14 mln zł w wymianę oświetlenia na LED-owe w swoich fabrykach w Gnieźnie i Namysłowie, które są jednymi z największych w Polsce w sektorze stolarki budowlanej. Statystycznie prawie każde okno dachowe wyprodukowane pod marką VELUX ma w sobie jakiś element, który powstał właśnie w Gnieźnie, więc inwestycja zapewni grupie efekt skali i przyniesie spore oszczędności.

– Tylko w Gnieźnie mamy kilkanaście hal produkcyjnych, mówimy więc w sumie o kilkudziesięciu tysiącach opraw oświetleniowych do wymiany – mówi Robert Purol. – Program jest rozłożony na cały rok, jesteśmy mniej więcej w jego połowie. Cała inwestycja wyniesie łącznie około 7 mln zł. Natomiast postanowiliśmy wziąć udział w programie efektywnego oszczędzania energii rozpisanym na lata 2014–2020 roku, przystąpiliśmy do grantu i uzyskaliśmy na ten cel pomoc w postaci nieoprocentowanego kredytu.

Firmy, które chcą zainwestować w poprawę efektywności energetycznej, mogą skorzystać z funduszy unijnych w ramach Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko 2014–2020. VELUX pozyskał z niego nieoprocentowany kredyt pokrywający 50 proc. kosztów inwestycji. Co więcej, 15 proc. tego kredytu (w kwocie około 1,2 mln zł) może zostać umorzone, jeżeli grupa pozytywnie przejdzie końcową weryfikację.

Kompleksowa wymiana oświetlenia na LED-owe w fabrykach VELUX ma zakończyć się jeszcze w tym roku. Modernizacja obejmie m.in. wymianę oświetlenia na stanowiskach roboczych, w halach produkcyjnych, magazynach, biurach i korytarzach, oświetlenie terenu i opracowanie zintegrowanego systemu sterowania oświetleniem. Grupa oszacowała, że po zakończeniu tej inwestycji roczne rachunki za energię elektryczną spadną o około 8 proc.

– Wstępne obliczenia wskazują, że okres zwrotu z tej inwestycji wyniesie 4–5 lat, natomiast pierwsze pomiary zużycia po zainstalowaniu nowych opraw wskazują, że może on być nawet krótszy – mówi Robert Purol.

System sterowania dostosowuje oświetlenie LED do natężenia światła dziennego, które dociera do hal fabrycznych. To zmniejsza konieczność wytężania wzroku i ułatwia wykonywanie bardziej precyzyjnych czynności, co z kolei poprawia wygodę pracowników.

– Zainteresowaliśmy się też fotowoltaiką. Obecnie w fabryce VELUX w Namysłowie projekt ten jest w fazie analizy i myślę, że ma szanse być zrealizowany – mówi Robert Purol.

Poza innymi zaletami modernizacja oświetlenia wpisuje się też w strategię klimatyczną VELUX, która zakłada obniżenie własnej emisji o 50 proc. do 2020 roku. W fabrykach będzie funkcjonował system nadzoru nad oświetleniem, który co miesiąc będzie wykonywał odpowiednie testy. Firma ubiega się także o białe certyfikaty, czyli świadectwa efektywności energetycznej wydawane za oszczędność energii.

– VELUX określił sobie cel, jakim jest redukcja dwutlenku węgla o 50 proc. do końca tej dekady, i chcemy się w niego wpisać. Tylko dzięki tej jednej inwestycji redukujemy zużycie energii o 8 proc. Natomiast te cyfry wyglądają jeszcze lepiej, jeżeli weźmiemy pod uwagę samo oświetlenie, bo jego wymiana zredukuje zużycie energii na ten konkretny cel o połowę – mówi dyrektor fabryk VELUX w Gnieźnie.

Publiczny Jednolity System Antyplagiatowy z licznymi wadami. Eksperci alarmują, że może on rozszczelnić kontrolę antyplagiatową na uczelniach

Publiczny Jednolity System Antyplagiatowy z licznymi wadami. Eksperci alarmują, że może on rozszczelnić kontrolę antyplagiatową na uczelniach 14

Od roku akademickiego 2018/2019 uczelnie mają obowiązek sprawdzania prac dyplomowych z użyciem publicznego Jednolitego Systemu Antyplagiatowego. Ten, jako stosunkowo nowy system, podlega ciągłym zmianom, co przekłada się na brak jednolitego standardu oceny prac dyplomowych. Na dodatek do weryfikacji prac dyplomowych używa ograniczonych, zamkniętych zasobów. Dlatego w praktyce uczelnie wciąż korzystają z systemu Antyplagiat firmy Plagiat.pl.

Plagiatowanie prac dyplomowych, licencjackich, magisterskich, czyli naruszanie przez studentów zasad poszanowania autorstwa, wymaga kontroli antyplagiatowych. Program, który oferuje minister zgodnie z ustawą, nie załatwia sprawy, bo potrzebne są jeszcze działania konsultantów wspierających posługiwanie się tym oprogramowaniem. Nie mówiąc już o konieczności jego rozwoju, bo te rozwiązania trzeba uaktualniać, trzeba poszerzać bazę – mówi agencji Newseria Biznes prof. Jerzy Woźnicki, prezes Fundacji Rektorów Polskich.

Na mocy ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce od roku akademickiego 2018/2019 uczelnie mają obowiązek sprawdzania prac dyplomowych z użyciem publicznego Jednolitego Systemu Antyplagiatowego. Jest udostępniany bezpłatnie wszystkim uczelniom w Polsce, służy do sprawdzania prac dyplomowych pod kątem plagiatu i ma wspierać pracę promotorów. System wykrywa m.in. klony prac dyplomowych, zapożyczenia fragmentów i próby ich ukrycia, takie jak manipulacje czcionką czy mikrospacje. Do badania antyplagiatowego stosuje też metodę stylometryczną, która pozwala określić, czy praca została napisana samodzielnie.

 Trzeba zwrócić uwagę na fakt, że JSA miał z założenia oferować jednolity standard oceny prac dyplomowych. W praktyce administratorzy systemu mają całą gamę parametrów, dzięki którym mogą modyfikować sposób wyliczenia wyników, a wykładowcy w interfejsie mają możliwość przeliczenia wyników w ramach ich oceny. Trudno więc mówić o jednolitym standardzie  mówi Anna Słowińska, kierownik ds. kluczowych klientów Plagiat.pl.

Uruchomienie JSA wymagało wielu przygotowań na uczelniach. Te musiały m.in. przeszkolić wszystkich swoich pracowników w zakresie korzystania z nowego systemu i przede wszystkim zasilić go danymi, zmodyfikować funkcjonujące od lat systemy zarządzania pracami dyplomowymi oraz regulaminy i procedury antyplagiatowe.

Uczelnie są zobowiązane do korzystania z Jednolitego Systemu Antyplagiatowego, a jednocześnie większość z nich nadal korzysta z dotychczas stosowanego systemu Antyplagiat firmy Plagiat.pl, który część z nich wykorzystuje również do sprawdzenia prac zaliczeniowych, a także publikacji naukowych i prac doktorskich – mówi Anna Słowińska.

Jak podkreśla Jednolity System Antyplagiatowy oraz system Antyplagiat mają różne bazy porównawcze. JSA korzysta z ograniczonych zamkniętych zasobów, porównuje prace w oparciu o ORPPD, bazę aktów prawnych oraz zasoby Neksta, wyszukiwarki polskiego internetu. Z kolei system Antyplagiat wykorzystuje zasoby światowego internetu, bazę aktów prawnych Wolters Kluwer, Międzyuczelniany Program Wymiany Baz oraz bazy innych podmiotów, takich jak m.in. Paperity.org czy xArchive – łącznie ponad 3,5 mln tekstów i treści naukowych.

Studenci mogą bardzo szybko się zorientować, że – aby przechytrzyć Jednolity System Antyplagiatowy – wystarczy korzystać z treści w starych publikacjach, których nie wykorzystano w pracach z ostatnich 10 lat, znajdujących się w ORPPD bądź w nowych publikacjach. Dotyczy to również nowych stron internetowych, których Nekst nie zdążył jeszcze zaindeksować – mówi Anna Słowińska.

Jak ocenia, problemem jest również to, że JSA jako nowy system cały czas podlega zmianom.

Prace bronione w nadchodzącej sesji letniej będą weryfikowane w oparciu o inne funkcjonalności niż te, które były dostępne w ostatniej sesji zimowej. Zostaną przeanalizowane w odmienny sposób – mówi Anna Słowińska.

Co istotne, Jednolity System Antyplagiatowy ogranicza się głównie do weryfikacji prac dyplomowych z tzw. Ogólnopolskim Repozytorium Pisemnych Prac Dyplomowych (ORPPD) oraz z polskojęzycznymi stronami internetowymi.

Wystarczy, żeby studenci zaczęli chętniej pisać prace w językach obcych, dla których w chwili obecnej Jednolity System Antyplagiatowy nie ma dostatecznych baz porównawczych. Z doświadczenia wiemy, że studenci wykazują dużą kreatywność w próbach oszukania systemu, więc trzeba się liczyć z tymi ograniczeniami – mówi Anna Słowińska.

Ekspertka zwraca uwagę na to, że system do weryfikacji prac dyplomowych nie jest jedynym narzędziem w walce z problemem plagiatowania na uczelniach wyższych. Równie ważna jest edukacja, a także szkolenia dla wykładowców i studentów.

– Praca dyplomowa jest pewnym elementem spinającym edukację. Nauczanie prawidłowego korzystania ze źródeł odbywa się na jej wcześniejszym etapie, jeszcze przed rozpoczęciem nauki na wyższej uczelni. Warto korzystać z systemu antyplagiatowego do weryfikacji prac zaliczeniowych, żeby studenci mogli nauczyć się prawidłowo korzystać ze źródeł, prawidłowo oznaczać przypisy. Jest to narzędzie wspierające wykładowców. Z drugiej strony warto, żeby w przestrzeni publicznej znalazło się miejsce do rozmowy na temat problemu plagiatowania i próby jego zminimalizowania w naszym szkolnictwie – mówi Anna Słowińska.

Plagiatowanie prac wiąże się z bardzo dużym ryzykiem. Jeżeli oszustwo zostanie wykryte nawet po latach, grozi to utratą dyplomu.

– Następują kulturowe zmiany w środowisku akademickim, ludzie coraz lepiej uświadamiają sobie negatywne skutki plagiatowania, a wyczulenie na ten problem jest bardzo duże. Można zostać napiętnowanym na resztę życia. Co więcej, nawet po latach można stracić dyplom. To jest dramat, kiedy np. pełni się funkcję w jakiejś instytucji, gdzie w rozwoju zawodowym wymagane jest wyższe wykształcenie – mówi prof. Jerzy Woźnicki.

Polskie drogi jednymi z najniebezpieczniejszych w Europie. Sytuację mogłyby poprawić wyższe mandaty i obniżenie maksymalnej prędkości

Polskie drogi jednymi z najniebezpieczniejszych w Europie. Sytuację mogłyby poprawić wyższe mandaty i obniżenie maksymalnej prędkości 15

W ubiegłym roku w Polsce zginęło w wypadkach drogowych 76 osób na milion mieszkańców – o 2 proc. więcej niż przed rokiem. To czyni polskie drogi jednymi z najniebezpieczniejszych w Unii Europejskiej. Koszty wypadków sięgają nawet 52 mld zł rocznie. Konieczna jest nie tylko edukacja kierowców, lecz także skuteczne odstraszanie – mandaty w Polsce należą do najniższych w Europie – podkreśla Adam Sobieraj z Fundacji Drogi Mazowsza.

– Mazowsze traci 4,5 mld zł w wyniku tego, że dochodzi do wypadków drogowych. 52 mld zł to koszt wypadków w całym kraju. Dla porównania program 500+ kosztuje nas 25 mld zł, a piątka Kaczyńskiego będzie kosztowała 40 mld zł. Nikt nie protestuje, że 52 mld zł wydajemy na wypadki, natomiast większość osób krzyczy, że pakiet socjalny jest za drogi. Nie zauważamy wydatków, które sami generujemy jako uczestnicy ruchu drogowego. Ubezpieczyciele pokrywają z tego raptem 8 mld zł, reszta jest z naszej kieszeni – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Sobieraj z Fundacji Drogi Mazowsza.

Z danych Komendy Głównej Policji wynika, że w 2018 roku doszło w Polsce do 31,6 tys. wypadków drogowych, w których zginęło 2,8 tys. osób.

Polskie drogi należą do jednych z najniebezpieczniejszych w UE. Dane Komisji Europejskiej wskazują, że w ubiegłym roku w wypadkach drogowych ginęło w naszym kraju średnio 76 osób na milion mieszkańców. Pod tym względem wyprzedza nas tylko Rumunia (96 zabitych), Bułgaria (88), Łotwa (78) i Chorwacja (77). Poza Łotwą wszystkie te kraje zmniejszyły jednak liczbę ofiar śmiertelnych. Polska zanotowała jednak niewielki wzrost (o 2 proc.).

– Jeśli wzrośnie statystyka, to nie mówmy o tym, że to jest wahnięcie, tylko zróbmy wszystko, aby wizja zero, o której wszyscy mówią, była naprawdę realna. Dziś w Polsce na pewno nie jest ona realna – ocenia Adam Sobieraj.

Inicjatywa „Wizja zero” ma na celu sukcesywnie zmniejszanie liczby ofiar śmiertelnych w wypadkach drogowych. W realizacji założeń mogłoby pomóc np. wprowadzanie w miastach specjalnych stref z dopuszczalną maksymalną prędkością 30 km/h. Zdjęcie nogi z gazu znacznie poprawiłoby bezpieczeństwo. O ile zderzenie pieszego lub rowerzysty z pojazdem jadącym 30 km/h daje nawet 90 proc. szans na przeżycie, o tyle przy prędkości 70 km/h spada do zaledwie 5 proc. Problemem jest też nieprzestrzeganie przez kierowców ograniczeń prędkości.

– Musimy nauczyć kierowców jeździć z prędkością 50 km/h. Do tego jest nam potrzebna dobra infrastruktura, która wymusi tę prędkość, policja, która wymusi przestrzeganie tego, oraz edukacja. Te 50 km/h nie jest po to, żeby utrudnić życie kierowcy. Aby poprawić bezpieczeństwo w ruchu drogowym poprzez przepisy, tak naprawdę trzeba je kompleksowo przeanalizować i porównać z innymi krajami – mówi Sobieraj.

W Polsce brakuje też skutecznie odstraszających kar za przewinienia, bo mandaty opiewają na kilkaset złotych. W wielu krajach na Zachodzie wysokość mandatów jest uzależniona od stanu portfela. W państwach skandynawskich za niektóre wykroczenia nie ma górnej granicy grzywny dla kierowców, w Polsce można dostać maksymalnie 5 tys. zł.

– Perspektywa, że można dostać nie 100 zł, a 100 euro mandatu, nie 500 zł za potrącenie pieszego, a 5 tys. czy 50 tys. zł, na pewno zredukuje pewną liczbę wypadków z punktu widzenia ekonomicznego – przekonuje Adam Sobieraj. – Tak było w przypadku pijaństwa na drodze. Świadomość konsekwencji jazdy po alkoholu jest duża, w związku z tym wypadki z udziałem osób będących pod wpływem stanowią raptem kilka procent [8,8 proc. w 2018 roku – red.].

Zdaniem eksperta przykładem może być Słowacja, której udało się w ostatnich latach znacznie ograniczyć liczbę ofiar wypadków drogowych. Obniżono tam prędkość w miastach i przyjęto nowe przepisy ruchu drogowego. Podniesiono również kary za ich naruszenia. Wprowadzono podwyżki dla policjantów, aby zminimalizować ryzyko korupcji. Wprowadzono też wytyczne dla miast, jak skuteczniej zadbać o bezpieczeństwo. W Polsce problemem jest brak współpracy między instytucjami.

– Osobno policja, osobno Inspekcja Transportu Drogowego, osobno ministerstwa, osobno samorządy – większa współpraca na pewno przyniosłaby dużo lepszy efekt – przekonuje Sobieraj.

Kiedy w 2015 roku zlikwidowano możliwość kontroli drogowej przez samorządy, liczba wypadków wzrosła. Tylko faktycznie nakładane kary mogą spowodować, że kierowcy będą bardziej uważni.

– Przed wyborami w 2015 roku zlikwidowano możliwość kontroli drogowej przez samorządy i skutek jest taki, że po roku czy dwóch mamy wzrost wypadków, ponieważ kierowcy przestali na danych skrzyżowaniach przestrzegać prędkości – podkreśla ekspert Fundacji Drogi Mazowsza. – Weźmy przykład Poznania, gdzie w ciągu 3 miesięcy tego roku sfotografowano milion kierowców, którzy przekroczyli prędkość, ale nie można im wysłać mandatu, bo nie jest to w gestii władz samorządowych. Nie można bezpieczeństwa ruchu drogowego traktować jak wabik wyborczy.

Platformy VoD i gry komputerowe coraz popularniejsze. Informacje o końcu tradycyjnej telewizji są jednak przesadzone

Platformy VoD i gry komputerowe coraz popularniejsze. Informacje o końcu tradycyjnej telewizji są jednak przesadzone 16

Choć niemal połowa Polaków codziennie ogląda telewizję, to pod względem popularności szybko gonią ją płatne serwisy VoD, z których przynajmniej raz w miesiącu korzysta blisko 70 proc. osób – wynika z badania „Od Netflixa do Fortnite’a – jak Polacy spędzają czas przed ekranem” Ogólnopolskiego Panelu Badawczego Ariadna. Przy rosnącej popularności portali VoD, telewizję czekają zmiany. Telewizja przyszłości ma być oparta na spersonalizowanych informacjach.

– Telewizja trzyma się nadal dobrze i wszelkie zapowiedzi o jej śmierci są przedwczesne, ale niewątpliwie serwisy VoD bardzo mocno przyciągają uwagę konsumentów. Co więcej, coraz częściej płacimy za korzystanie z tych treści. Obecnie tylko mniej więcej połowa osób nie płaci za treści wideo – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Tomasz Baran z Ogólnopolskiego Panelu Badawczego Ariadna i Wydziału Psychologii UW.

Z badania „Od Netflixa do Fortnite’a – jak Polacy spędzają czas przed ekranem” przeprowadzonego na panelu Ariadna dla „Media & Marketing Polska” wynika, że w ramach rozrywki coraz częściej wybieramy serwisy VoD i gry, ale telewizja wciąż jeszcze trzyma się mocno. Codziennie telewizję ogląda 44 proc. osób, a przynajmniej raz w miesiącu niemal każdy (95 proc.).

– Jedna trzecia badanych internautów przyznaje, że gdyby musieli wybierać, to za wszelką cenę chcieliby znaleźć czas na oglądanie telewizji. Telewizja ma tę zaletę, że jest bezpłatna i można ją oglądać bez angażowania większych zasobów uwagowych – podkreśla dr Tomasz Baran.

Aby jednak w przyszłości móc skutecznie konkurować z platformami VoD, telewizja potrzebuje zmian.

– Postrzegałbym telewizję jako ekran informacji – i tak bym definiował telewizję przyszłości, składający się z wielu wątków informacyjnych, które są dobierane i personalizowane pod kątem zainteresowań danej osoby i danej grupy docelowej. Czyli profilowanie treści wideo i informacji zamiast – tak jak obecnie – układanego dziś programu, który być może nam będzie pasował, a być może nie – przekonuje dr Tomasz Baran.

Wśród bezpłatnych serwisów prym wiedzie YouTube, gdzie materiały wideo codziennie ogląda 23 proc. badanych. Spośród płatnych serwisów zdecydowanie wygrywa Netflix. Za oglądanie wideo w tym serwisie płaci 15 proc. badanych, dla porównania dostęp do Player.pl opłaca 7 proc., a Ipla.pl i HBO Go – po 6 proc. Respondenci najchętniej oglądają seriale i filmy fabularne (odpowiednio 61 proc. i 50 proc.). Wśród największych zalet serwisów VoD wymieniają brak reklam, duży wybór treści i możliwość oglądania na dowolnym urządzeniu.

– Okazuje się, że oglądanie treści VoD nie jest postrzegane jako marnowanie czasu w takim stopniu jak np. poświęcanie czasu na gry wideo. Serwisy VoD konkurują o uwagę i czas na rozrywkę bardziej z różnymi grami elektronicznymi niż między sobą – wskazuje ekspert.

Blisko 70 proc. Polaków korzysta z serwisów VoD przynajmniej raz w miesiącu, a 16 proc. codziennie lub prawie codziennie. Z kolei w gry elektroniczne, czy to na komputerze, konsoli, czy smartfonie lub tablecie, gra przynajmniej raz w miesiącu 57 proc., a codziennie 15 proc. badanych. Raport finansowy Netflixa wskazuje, dla platformy większym zagrożeniem niż HBO jest Fortnite, czyli komputerowa gra survivalowa z liczbą zarejestrowanych kont przekraczającą 200 mln.

Opracowane przez polski start-up elektrody pozwalają wykryć o 20 proc. więcej zawałów serca niż klasyczne EKG. Zamiast 10 elektrod wystarczy jedna naklejka

Opracowane przez polski start-up elektrody pozwalają wykryć o 20 proc. więcej zawałów serca niż klasyczne EKG. Zamiast 10 elektrod wystarczy jedna naklejka 17

Choroby kardiologiczne są przyczyną niemal połowy zgonów w Polsce, a co roku do szpitala trafia prawie 80 tys. Polaków z zawałem serca. Badanie EKG dostarcza informacji na temat tętna i rytmu serca, może też wskazywać na ryzyko zawału serca. Nie przewidzi jednak ryzyka przyszłego zawału serca. Opracowane przez polski start-up elektrody nowej generacji, wraz ze specjalną aplikacją na smartfony, są znacznie skuteczniejsze od zwykłego badania. Wykryją o 20 proc. zawałów serca więcej niż zwykłe EKG.

– Projekt SmartMedics jest innowacją na polskim rynku, koncentrującą się głównie w obszarze nowej elektrody do akwizycji sygnałów biometrycznych z ciała człowieka. W obecnej fazie projektu dotyczy to przede wszystkim sygnałów pochodzenia sercowego, a więc elektrokardiogramu powszechnie nazywanego EKG. Chcemy stworzyć rozwiązanie wygodne dla pacjenta, nową formę elektrody EKG, taki patch naklejany na ciało człowieka – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Łukasz Kołtowski, współzałożyciel SmartMedics.

Nowe technologie zmieniają oblicze medycyny. Dotyczy to także chorób kardiologicznych, pacjentów z chorobą wieńcową i narażonych na choroby niedokrwienne serca. Na rynku są już np. dostępne inteligentne koszulki do pomiaru EKG. Przeznaczone dla osób w trakcie rehabilitacji, mogą się łączyć z urządzeniami mobilnymi i tam w czasie rzeczywistym prezentować pomiary EKG i przesyłać je do lekarzy zdalnie monitorujących pacjentów. Nie brakuje też inteligentnych czujników, które na bieżąco monitorują puls, wykrywają anomalie i nieprawidłowy rytm serca. Specjalne opaski czy zegarki mierzą puls, sprawdzają się zwłaszcza przy arytmii – dzięki wbudowanemu sensorowi EKG działają z podobną dokładnością, co urządzenia medyczne.

Nowoczesne zegarki zaalarmują też o możliwym ataku serca. Po odczytach kilku różnych parametrów, jak np. zawartość tlenu, krążenie, sztuczna inteligencja ostrzeże pacjenta, dodatkowo poinformuje służby ratunkowe, a także wcześniej wskazane osoby. Dzięki wbudowanemu GPS działającemu także niezależnie od dostępu do sieci wskażą dokładną lokalizację.

Projekt polskiego start-upu idzie krok dalej, bo przede wszystkim jest znacznie dokładniejszy od obecnych na rynku urządzeń do EKG.

– To taki patch naklejany na ciało człowieka. Jest mało inwazyjny, pacjent może go długo nosić na ciele, a jednocześnie oferuje wysokiej jakości sygnał. Dotychczas EKG i elektrody EKG składały się z 12 odprowadzeń, my się koncentrujemy na odprowadzeniach z większą liczbą punktów sczytywania, jesteśmy w stanie sczytać więcej informacji o sercu pacjenta. Klasyczne elektrody nie mogą być długo noszone, pacjenta boli, gdy się je odkleja, a do tego mają kable. Nasza elektroda nie ma ani kabla, ani zewnętrznego urządzenia do podłączenia – przekonuje Łukasz Kołtowski.

SmartMedics jako pierwszy na rynku stworzył 18-odprowadzeniowy patch EKG ze specjalną aplikacją na smartfony. Algorytmy sztucznej inteligencji na bieżąco sprawdzają odczyty i w czasie rzeczywistym rozpoznają anomalie w rytmie serca. Dzięki nowym technologiom nowe elektrody pozwalają wykryć nawet o 20 proc. więcej zawałów serca. Co więcej, ponieważ elektroda nie ma oprzyrządowania w postaci kabla i zewnętrznego urządzenia do podłączenia, może być stosowana zarówno w szpitalach, jak i w domu.

– Kiedy pacjenci potrzebują przewlekłego monitorowania, wówczas elektroda jest podłączona do klasycznego EKG czy stacji monitorowania przy łóżku pacjenta. Jest też wersja mobilna, gdzie pacjent może chodzić po szpitalu i sygnał jest przesyłany zdalnie. Druga forma zastosowania tej elektrody to dom pacjenta. Myślimy o rehabilitacji kardiologicznej, próbach wysiłkowych, ale wykonywanych ambulatoryjnie, monitorowaniu arytmii, a więc zaburzeń rytmu, a także o pacjentach podwyższonego ryzyka – wymienia współzałożyciel SmartMedics.

Jak przekonuje Kołtowski, urządzenie jest rewolucyjne w skali świata. Przede wszystkim jest bezinwazyjne, bardzo dokładne, a elektrody w żaden sposób nie hamują ruchów.

– W tej elektrodzie przede wszystkim liczy się komfort. Mała grubość, to około 25 mikrometrów, to pewnego rodzaju tatuaż, komfort dla pacjenta. To także czas rzeczywisty monitorowania pacjenta i przesyłania tych danych do centrum telemonitoringu – wskazuje ekspert.

Nowo opracowana elektroda jest też niskokosztowa – rocznie w średniej wielkości szpitalu zużywa się kilkadziesiąt tysięcy kompletnych zestawów elektrod. Większość elektrod jest do siebie zbliżona, ma podobne właściwości. Ta opracowana przez polski start-up to jedna naklejka, co oznacza dla szpitala znaczne oszczędności.

– Patrząc na technologię, której używamy, masowa produkcja tego typu elektrod ma szansę być tańsza od klasycznych elektrod, zwłaszcza biorąc pod uwagę możliwość zamiany 10 klasycznych elektrod na jeden patch – podkreśla Łukasz Kołtowski.

Według Allied Market Research globalny rynek urządzeń EKG do 2023 r. osiągnie wartość 6,6 mld dol.

Latające i autonomiczne taksówki to przyszłość transportu. Wymagają jednak poważnych zmian w prawie, by mogły się upowszechnić

Latające i autonomiczne taksówki to przyszłość transportu. Wymagają jednak poważnych zmian w prawie, by mogły się upowszechnić 18

Najwięksi producenci pracują nad latającymi pojazdami, które łatwo ominą korki i szybko dotrą na miejsce. Obecnie rozwijanych jest nawet około 20 różnych typów pojazdów latających zarówno przez duże firmy, takie jak Airbus i Boeing, jak i mniejsze, takie jak niemiecki Volocopter. Eksperci podkreślają, że konieczne jest jednak uregulowanie dostępu do przestrzeni powietrznej. Nawet małe, kilogramowe drony, mogą doprowadzić do katastrofy trudnej do wyobrażenia. Przy latających taksówkach, bez wyznaczenia korytarzy, w których mogłyby się poruszać, wypadki mogłyby się stać codziennością.

– Nowe technologie w lotnictwie wywołują dreszcz emocji wśród normalnych obywateli. Jeżeli ktoś zaczyna mówić o bezzałogowych taksówkach, które miałyby wozić ludzi od punktu A do B, to zaraz rodzi się pytanie, czy to będzie bezpieczne dla innych użytkowników. Wystarczające problemy rodzi wolny dostęp do przestrzeni powietrznej, kiedy każdy może kupić sobie jakaś motolotnie czy paramotolotnię i próbować rozwijać swoje lotnicze hobby – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje płk dypl. pil. Cezary Wasser, szef Szefostwa Służby Ruchu Lotniczego Sił Zbrojnych RP.

Według  Gideona Lichfielda, redaktora naczelnego „MIT Technology Review”, nawet 20 różnych typów pojazdów latających jest obecnie rozwijanych różnymi metodami przez zarówno duże firmy, takie jak Airbus i Boeing, jak i mniejsze, takie jak niemiecki Volocopter. Niektóre mają działać podobnie do dronów napędzanych wirnikiem, inne to samoloty o stałych skrzydłach ze śmigłami skierowanymi w górę z możliwością pionowego startu i lądowania. Niektóre mają działać niczym autonomiczne taksówki – same odbiorą pasażerów, dostarczą na miejsce, a wszystko bez udziału pilota. Już w 2020 roku na ulice mają wyjechać robotaksówki Tesli, działające podobnie jak Uber, które – jeśli właściciel wyrazi zgodę – będą zarabiać działając w sieci pasażerskiej. W wersji latającej takie taksówki mogą się pojawić niewiele później.

Choć latające taksówki nie są jeszcze produkowane, to pierwsze testy już trwają. Jeszcze w tym roku pierwsze latające przewozy będą realizowane w Singapurze, są także zapowiedzi testowych lotów w Londynie i niemieckich miastach. Zanim jednak latające samochody wejdą do użytku, niezbędne są odpowiednie regulacje. Już choćby przykład dronów pokazuje, że stworzenie mapy powietrznej, przypominającej system świateł na ulicach, jest konieczne.

– O ile nad przestrzenią wyżej położoną, na pewnej wysokości, panuje Polska Agencja Żeglugi Powietrznej i jej systemy, a wojsko to widzi na swoich radarach, to koordynacja ruchu, który jest poddany takiej wolności, jest trudna. Doświadczamy właśnie kolejnego obszaru bardzo nowego technologicznie, czyli popularnych dronów – wskazuje płk Cezary Wasser.

Biała Księga Rynku Bezzałogowych Statków Powietrznych przygotowana przez Polski Instytut Ekonomiczny wskazuje, że obecnie w polskiej przestrzeni powietrznej znajduje się ok. 100 tys. dronów, a wartość polskiego rynku dronów konsumenckich w latach 2017–2026 sięgnie 1,08 mld zł. Liczba sprzedanych urządzeń przekroczy zaś 386 tys. Jak podkreśla ekspert, w kwestii legislacyjnego uregulowania rynku dronów, Polska jest jednym z europejskich liderów. Jako pierwsza wprowadza też rozwiązania, które pomagają kontrolować przestrzeń powietrzną.

– Jest takie rozwiązanie, tzw. DroneRadar na telefony komórkowe, w którym łatwo możemy uzyskać informację: czy na danym terenie można latać, czy też, jest czerwona plamka na ekranie, informująca, że latać nie wolno. To tak, jak czerwone światło na drodze. Każdy, kto ma poszanowanie dla prawa i zdaje sobie sprawę z konsekwencji, raczej się wstrzyma z wykonywaniem operacji – wskazuje płk Wasser.

Aplikacja była koniecznością, bo beztroscy operatorzy dronów nie są rzadkością. Choćby w 2015 roku samolot niemieckiej Lufthansy niemal nie zderzył się z dronem, który przeleciał zaledwie 100 metrów od samolotu. Z kolei w lutym 2018 roku w Południowej Karolinie rozbił się śmigłowiec, którego pilot próbował uniknąć kolizji z dronem.

– Zderzenie z dronem ważącym nawet około kilograma, którego najcięższym elementem jest bateria, przy prędkości zbliżenia chociażby 200–300 km na godzinę, może mieć konsekwencje prowadzące do katastrofy. Taka bateria czy dron może zniszczyć śmigło czy wpaść do wlotu silnika odrzutowego i zniszczyć konstrukcję w mgnieniu oka. Szczególnie na małej wysokości, gdzie nie ma czasu na reakcję – przekonuje ekspert.

DroneRadar bardzo łatwo pozwala się zorientować, czy w danym miejscu w danym momencie można bezpiecznie operować dronem. Aplikacja może też zaalarmować operatora drona o konieczności opuszczenia danej strefy, np. przy przelocie śmigłowca ratunkowego. Tylko w 2018 roku aplikację pobrano ok. 100 tys. razy.

– To jakieś kilkadziesiąt tysięcy operacji w ciągu roku. A w niektórych wojskowych strefach wokół lotnisk wojskowych aktywowano przykładowo 2 tys. razy taką aplikację. To świadczy o lawinowym wzroście zapotrzebowania na regulacje i  o tym, że potencjalne ryzyko zderzenia jest bardzo realnym zdarzeniem – podkreśla płk Cezary Wasser.

Wyniki finansowe MOL za I kw. 2019 r.

  • W pierwszym kwartale 2019 r. Grupa MOL osiągnęła 514 mln USD oczyszczonego wyniku CCS EBITDA
  • Wynik segmentu Upstream osiągnął poziom 283 mln USD, podobnie jak w pierwszym kwartale 2018 r.
  • Oczyszczony wynik CCS EBITDA segmentu Downstream okazał się słabszy niż przed rokiem i wyniósł 138 mln USD
  • Segment Usług konsumenckich kontynuował dwucyfrowy wzrost EBITDA osiągając w pierwszym kwartale rekordowy poziom
  • Zysk netto Grupy w pierwszym kwartale wyniósł 174 mln USD

Grupa MOL podała dziś wyniki finansowe za pierwszy kwartał 2019 r. Zgodnie z planem na rok bieżący, wynik EBITDA po pierwszym kwartale przekroczył poziom 500 mln USD.

Wynik EBITDA w segmencie Upstream pozostał bez zmian wobec wyniku sprzed roku, notując 283 mln USD, m.in. dzięki utrzymaniu wysokiego poziomu produkcji, co zniwelowało negatywny wpływ innych czynników. W pierwszym kwartale 2019 r. produkcja wzrosła do najwyższego od siedmiu lat poziomu 116 tys. baryłek ekwiwalentu ropy naftowej dziennie, głównie dzięki dobrym wynikom osiąganym na brytyjskich złożach.

Niższy niż przed rokiem wynik dostarczył z kolei segment Downstream, na co wpływ miały pogarszające się warunki w sektorze rafinacji, częściowo zrównoważone dzięki poprawie efektywności operacji. 138 mln USD oczyszczonego wyniku CCS EBITDA, to o 37% mniej niż w analogicznym okresie roku poprzedniego.

Segment Usług Konsumenckich kontynuował dwucyfrowy wzrost, notując wzrost wyniku EBITDA o 10% r/r, do poziomu 89 mln USD. Wpływ na to miały wyższe wolumeny sprzedaży paliw oraz wyższe wpływy z oferty pozapaliwowej. Sprzedaż paliw w Europie Środkowo-Wschodniej wzrosła w omawianym okresie o 3% (na Węgrzech i w Chorwacji o 5%), co stworzyło korzystne warunki dla całego segmentu.

Segment gazowy Midstream przynisół z kolei 66 mln USD EBITDA, co oznacza spadek o 23% r/r.

Zsolt Hernádi
Zsolt Hernádi

Prezes i CEO Grupy MOL, Zsolt Hernádi tak skomentował wyniki pierwszego kwartału: „Pierwszy kwartał przyniósł wynik EBITDA na poziomie ponad 500 mln USD oraz dodatnie przepływy gotówkowe, co wpisuje się w plan na cały rok 2019 i pozwala na realizację zaplanowanych inwestycji w ramach prowadzonej w firmie transformacji. Niższe niż przed rokiem zyski są efektem wysokiej bazy oraz słabszych niż przed rokiem marży na produktach rafinacji, co tylko częściowo udało się zrównoważyć dobrą efektywnością operacyjną we wszystkich segmentach. Segment Usług Konsumenckich kontynuował dwucyfrowy wzrost EBITDA, m.in. dzięki kolejnym otwarciom punktów Fresh Corner, których działa już 700. W tym czasie segment Upstream zanotował najwyższą produkcję od roku 2012”.