Popołudniowy komentarz walutowy z 29.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 29.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Komentarz walutowy z 29 04 2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz pl

Wyczekiwanie na dane z USA oraz posiedzenie Rezerwy Federalnej. Odczyty zza oceanu – nastawienie Fedu ważne również dla złotego.

 

Od 4 lat Polacy wybierają niemiecki rynek pracy

1 maja 2015 r. miną cztery lata od otwarcia niemieckiego rynku pracy dla Polaków. Obecnie w Niemczech mieszka już ponad 670 tys. naszych rodaków i tylko w 2014 roku wybrało ten rynek ponad 64 tys. osób. Liczba polskich emigrantów będzie prawdopodobnie rosła w ciągu kolejnych lat – na niemieckim rynku są wysokie deficyty pracownicze, a Polacy deklarują, że jest to nadal najbardziej preferowany kierunek emigracji.

Rynek niemiecki od kilku lat cierpi na brak pracowników w wybranych grupach zawodowych. Pomimo zdecydowanego otwarcia na imigrantów i promowania zatrudnienia wśród wykwalifikowanych pracowników zza granicy, niedobory kadrowe będą z roku na rok coraz bardziej dotkliwe dla tamtejszych pracodawców. Pojawiają się głosy analityków rynku pracy, którzy twierdzą, że otwarcie niemieckiego rynku pracy dla imigrantów ze Wschodu nastąpiło zbyt późno – chętni pracować za granicą już dawno wyemigrowali z kraju pochodzenia, a pozostali nie są w stanie wypełnić tak dużej luki pracowniczej. Według prognoz Boston Consulting Group w 2020 roku niemieckiej gospodarce będzie potrzeba 2,4 mln pracowników, a w 2030 – już 10 mln. Jest to z jednej strony efekt niskiego przyrostu naturalnego, z drugiej zaś – wynik braku zainteresowania podejmowaniem pracy wśród wykształconych zawodowo Niemców.

Niemcy są przykładem rynku obrazującego przepowiednie, którymi od lat straszyli nas demografowie – podaż pracy kurczy się, a popyt na pracowników rośnie. Jest to jeden z najbardziej rozwiniętych gospodarczo krajów świata, więc zapotrzebowanie na pracowników będzie coraz wyższe. Problem niemiecki powoli zaczyna dotyczyć także innych krajów europejskich, w tym m.in. Polski. Im więcej naszych pracowników wyjedzie pracować za wyższe wynagrodzenie za zachodnią granicę, tym bardziej będziemy potrzebować uzupełnienia luki pracowniczej imigrantami ze Wschodu – komentuje Tomasz Hanczarek, Prezes Zarządu Work Service S.A.

Polacy stanowią w Niemczech drugą najliczniej reprezentowaną cudzoziemską społeczność. Wedle danych niemieckiego Centrum Rejestracji Cudzoziemców (AZR) w 2014 roku liczba polskich imigrantów w Niemczech wynosiła 674,2 tys. osób. Jak podaje Główny Urząd Statystyczny przed otwarciem niemieckiego rynku pracy w 2010 r. liczba Polaków, którzy wyemigrowali do Niemiec wynosiła zaledwie 440 tys. osób.

Z naszych badań wynika, że 26% Polaków planujących emigrację zarobkową wybiera kierunek niemiecki. Najniższy od dwóch dekad 6,5-procentowy poziom bezrobocia, bliskość geograficzna oraz możliwość regularnych przyjazdów do kraju zachęcają do wyboru naszych zachodnich sąsiadów, jako miejsca na realizowanie swojej ścieżki kariery – mówi Krzysztof Inglot, Pełnomocnik Zarządu Work Service S.A. Warto podkreślić, że z uwagi na sąsiedztwo, dobrą komunikację i otwarte granice Polacy zamieszkujący zachodnie tereny Polski nie muszą na stałe emigrować z kraju, żeby pracować w Niemczech – dodaje Krzysztof Inglot.

Najczęściej polscy pracownicy uzupełniają deficyty kadrowe w grupach zawodowych takich jak: lekarze, opiekunowie osób starszych i dzieci, pracownicy budowlani, pracownicy produkcyjni, ślusarze, czy hydraulicy. Dziś niemieckie firmy szukają w Polsce przedstawicieli niemal wszystkich zawodów, oferując im nie tylko atrakcyjne wynagrodzenie, ale także zakwaterowanie, czy sfinansowanie dojazdów do miejsca pracy.

Wśród ofert pracy można znaleźć zarówno profesje nie wymagające znajomości języka niemieckiego czy doświadczenia (np. pracownicy magazynowi, produkcyjni, pakowacze, spawacze, lakiernicy, ślusarze), jak i prace specjalistyczne (np.  inżynierowie, inżynierowie mechatroniki, specjaliści IT, pielęgniarki, opiekunowie osób starszych, pracownicy branży hotelarskiej, gastronomicznej, logistycznej, spawacze MIG MAG). Średnia miesięczna pensja w Niemczech jest niemal czterokrotnie wyższa niż w Polsce i wynosi ponad 3400 euro brutto, a minimalna stawka wynagrodzenia za godzinę pracy wynosi 8,5 euro brutto.

O ile z zadowoleniem obserwujemy chęć i ambicje Polaków do szukania możliwości rozwoju zawodowego za granicą, o tyle w wybranych grupach zawodowych takie plany mogą być niepokojące. Nadal chętnie wyjeżdżają polskie pielęgniarki, lekarze, czy wykwalifikowani pracownicy budowlani, którzy są równie potrzebni na polskim rynku pracy – podsumowuje Krzysztof Inglot.

Rząd przyjął Wieloletni Plan Finansowy Państwa

Wzrost gospodarczy w 2015 r. wyniesie 3,4% i będzie przyspieszać w kolejnych latach. W 2018 r. osiągnie 4%, a podstawowym czynnikiem wzrostu pozostanie prywatny popyt krajowy. Poprawi się też sytuacja na rynku pracy i w sektorze finansów publicznych – deficyt spadnie z 2,7% w 2015 r. do 1,2 % PKB w 2018 r. To najważniejsze założenia Wieloletniego Planu Finansowego Państwa (WPFP) na lata 2015-2018, przyjętego przez Radę Ministrów 28 kwietnia br.

WPFP, zgodnie z wymogami ustawy o finansach publicznych, składa się  z dwóch części: Programu konwergencji oraz określenia celów głównych funkcji państwa wraz z miernikami stopnia ich realizacji.

Program konwergencji. Aktualizacja 2015 zawiera prognozę kształtowania się podstawowych zmiennych makroekonomicznych i fiskalnych do 2018 r., prezentuje główne cele polityki gospodarczej rządu i działania służące ich realizacji. Dokument przedstawia też działania dla zlikwidowania nadmiernego deficytu zgodnie z rekomendacjami Rady Ecofin z 10 grudnia 2013 r. W Programie założono, że wzrost gospodarczy w 2015 r. wyniesie 3,4%. Podstawowym czynnikiem wzrostu pozostanie prywatny popyt krajowy. Prognozuje się, że w kolejnych latach realne tempo wzrostu PKB będzie stopniowo przyspieszać i wyniesie 3,8% w 2016 r., 3,9% w 2017 r. i 4,0% w 2018 r.

Inflacja i bezrobocie

Po wyraźnym spadku inflacji w końcu 2014 r., również w roku bieżącym presja inflacyjna będzie bardzo ograniczona. W związku z tym oczekuje się, że ceny towarów i usług konsumpcyjnych spadną w 2015  r. średnio o 0,2%, a w latach kolejnych inflacja będzie stopniowo przyspieszać i wskaźnik CPI ukształtuje się na poziomie 1,7% w 2016 r., 1,8% w 2017 r. i 2,5% w 2018 r.

Poprawa sytuacji gospodarczej, w tym wyraźne przyspieszenie tempa wzrostu inwestycji, przełożyła się na poprawę sytuacji na rynku pracy. W związku z tym szacuje się, że w 2015 r. stopa bezrobocia spadnie do 8,2%. W 2016 r. ukształtuje się ona na poziomie 7,6%, by w okresie do 2018 r. zmniejszyć się do 6,5%.

Wyjście z procedury nadmiernego deficytu

W 2014 r., w efekcie wprowadzonych działań konsolidacyjnych oraz dzięki korzystnej dla finansów publicznych strukturze wzrostu gospodarczego, deficyt nominalny sektora instytucji rządowych i samorządowych został ograniczony o 0,8 pkt. proc. i ukształtował się na poziomie 3,2% PKB. To dużo poniżej rekomendowanego przez Radę Ecofin celu 3,9% PKB. Przy uwzględnieniu wciąż ponoszonych w I poł. 2014 r. kosztów systemowej reformy emerytalnej (wprowadzonej w 1999 r.) w wysokości 0,4% PKB, deficyt skorygowany w ten sposób (tj. porównywalny z krajami, które nie wdrożyły emerytalnego systemu kapitałowego) wyniósł 2,8% PKB. Tym samym został zredukowany do poziomu, który pozwala Polsce na oczekiwane zakończenie procedury nadmiernego deficytu.

„Tylko trzy razy w ciągu minionych 20 lat Polska miała niższy deficyt sektora finansów publicznych. Warto podkreślić, że osiągnięcie tak niskiego deficytu w 2014 r. zostało dokonane dzięki realizacji strategii konsolidacji przyjaznej wzrostowi gospodarczemu. Liczymy na to, że podjęte przez Polskę działania zostaną pozytywnie ocenione przez Komisję Europejską i że już tej wiosny Komisja Europejska uzna, że Polska trwale zredukowała nadmierny deficyt” – powiedział minister finansów Mateusz Szczurek.

W latach 2015-2018 przewiduje się dalszą konsolidację finansów publicznych. Prognozuje się, że deficyt sektora spadnie odpowiednio do poziomu 2,7% PKB, 2,3% PKB, 1,8% PKB i 1,2% PKB. Po zakończeniu procedury nadmiernego deficytu Polska zacznie podlegać przepisom części prewencyjnej Paktu Stabilności i Wzrostu, zgodnie z którymi celem polityki fiskalnej będzie dążenie do średniookresowego celu budżetowego (MTO), czyli deficytu strukturalnego na poziomie 1% PKB. Osiągnięcie MTO i utrzymanie długu sektora instytucji rządowych i samorządowych znacznie poniżej wartości referencyjnej 60% PKB zostanie zapewnione w szczególności przez przestrzeganie stabilizującej reguły wydatkowej.

Koordynacja polityki gospodarczej i budżetowej w UE

Przygotowanie Programu konwergencji i jego coroczna aktualizacja są elementem procesu nadzoru budżetowego w UE i obowiązkiem wszystkich państw członkowskich Unii Europejskiej spoza strefy euro.Program konwergencji. Aktualizacja 2015 został przygotowany zgodnie z wytycznymi dotyczącymi programów stabilności i konwergencji państw członkowskich UE.

Obecna aktualizacja Programu powstawała równolegle z tegoroczną edycją Krajowego Programu Reform, również przyjętego 28 kwietnia br. przez Radę Ministrów. Program konwergencji. Aktualizacja 2015 oraz Krajowy Program Reform na rzecz realizacji strategii „Europa 2020″ – Aktualizacja 2015/2016zostaną w kwietniu przekazane Komisji Europejskiej oraz Radzie Ecofin w ramach semestru europejskiego (tj. procesu koordynacji polityki gospodarczej i budżetowej w UE). Zalecenia Rady Ecofin wydane na podstawie oceny obu programów powinny zostać uwzględnione przed podjęciem kluczowych decyzji w sprawie budżetu na przyszły rok.

Projekt ustawy o zdrowiu publicznym

W projekcie ustawy o zdrowiu publicznym zabrakło wskazania, kto będzie odpowiedzialny za jej realizację. Rola pełnomocnika ds. Zdrowia Publicznego została de facto ograniczona do funkcji monitorowania, a nie koordynowania różnych działań. Tymczasem zdrowie publiczne to nie tylko opieka zdrowotna, ale również edukacja czy pomoc socjalna – uważa Konfederacja Lewiatan.

– Zasadniczo projekt ustawy o zdrowiu publicznym oceniamy pozytywnie. Nasze obawy budzi jednak brak wskazania podmiotów odpowiedzialnych za realizację ustawy. Zabrakło przepisów wskazujących, że to pełnomocnik ds. Zdrowia Publicznego pełni rolę koordynatora wszystkich działań z zakresu zdrowia publicznego, a inne organy czy instytucje uzgadniają z nim swoje przedsięwzięcia – mówi dr Dobrawa Biadun, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Zdrowie publiczne to nie tylko opieka zdrowotna, ale również (a może przede wszystkim) edukacja czy pomoc socjalna. Stan zdrowia nie jest bowiem zależny wyłącznie od dostępu do usług medycznych, ale przede wszystkim od warunków socjoekonomicznych (POLA LALONDA: 50 proc. styl życia, 20 proc. środowisko, 20 proc. genetyka i 10 proc. opieka medyczna).

– Należałoby zatem w projekcie szerzej uwzględnić konieczność współpracy poszczególnych instytucji, aby podejmowane działania były skoordynowane, a środki publiczne wydatkowane jak najefektywniej – dodaje Dobrawa Biadun.

Wątpliwości Lewiatana budzi również proponowana liczba powoływanych ciał doradczych – Rada do Spraw Zdrowia, Komitet Sterujący Narodowego Programu Zdrowia oraz możliwość powoływania zespołów ad hoc do oceny bądź przygotowania poszczególnych zagadnień. Jedno ciało opiniodawczo-doradcze plus możliwość powoływania zespołów są całkowicie wystarczające.

Konfederacja Lewiatan postuluje także uwzględnienie organizacji pracodawców, którzy odkrywają ważną rolę, szczególnie w zakresie medycyny pracy.

– Niepokoi zupełne pominięcie farmaceutów i ich roli, którą mogą spełniać w zakresie profilaktyki czy edukacji prozdrowotnej. Apteki mogłyby odciążyć w pewnych aspektach pracę podstawowej opieki zdrowotnej. Wiele obaw budzi bowiem potencjalne nadmierne obciążanie podmiotów leczniczych realizujących świadczenia poprzez nałożenie przez Narodowy Fundusz Zdrowia ewentualnych dalszych obowiązków związanych z profilaktyką zdrowia – mówi Dobrawa Biadun.

Konfederacja Lewiatan

 

Stabilność polskiego rynku pracy powodem do optymizmu

Wystarczy się trochę rozejrzeć, by znaleźć zatrudnienie – wynika z najnowszego badania „Monitor Rynku Pracy”. Liczba Polaków aktywnie poszukujących pracy spadła do 9%. Jeszcze rok temu było ich 17%. Mimo panującego optymizmu jest grono pracowników, którzy obawiają się zwolnienia.

Statystyki pokazują, że bezrobocie w Polsce spada. Wybór ofert pracy jest coraz większy. 22% osób biorących udział w badaniu zmieniło w ostatnim kwartale pracodawcę. Dla 45% respondentów głównym powodem zmiany pracy jest chęć poprawy pozycji zawodowej i warunków życia. Z kolei 72% z nas twierdzi, że byłoby w stanie znaleźć zatrudnienie w okresie maksymalnie sześciu miesięcy.

„Polacy są otwarci na zmianę miejsca pracy. Akceptują fakt, że być może będą musieli poszukać jej gdzie indziej, że trzeba będzie wyjechać” – mówi serwisowi infoWire.pl Agnieszka Bulik z agencji pracy tymczasowej i doradztwa personalnego Randstad. Indeks mobilności dla Polski wynosi 108 punktów i jest jednym z najwyższych w Unii Europejskiej.

Polscy pracownicy są optymistami, ale nie wszyscy. Powiększa się grupa osób, która nie wie, czy uda się jej utrzymać obecną posadę (36%). „Najczęściej obawy zgłaszają ludzie młodzi i osoby powyżej 55. roku życia, choć niepokój odczuwa też 30% pracowników w wieku 35–44 lat” – zaznacza ekspertka. Ich lęk dotyczy jednak bardziej trudności ze znalezieniem pracy, która daje im satysfakcję i odpowiednie zarobki.

Nowe zachodnie połączenie Dachser

Dachser uruchomił kolejne codzienne połączenie do Niemiec, do Dortmundu i Neuss niedaleko Dusseldorfu. Dzięki zwiększeniu liczby połączeń na zachód, operator zwiększa  możliwości eksportowe nie tylko do Niemiec, ale także do Francji, krajów Beneluxu, Wielkiej Brytanii, Irlandii, Hiszpanii i Portugalii.

Połączenie do Dortmundu i Neuss jest już kolejnym codziennym połączeniem realizowanym przez Dachser z Polski do Niemiec. Uruchamianie nowych regularnych linii transportowych wiąże się z rosnącym wolumenem przesyłek, które obsługujemy. To z kolei wynik naszego rozwoju, czyli pozyskania nowych kontraktów, ale także ekspansji naszych klientów, którzy z miesiąca na miesiąc zwiększają liczbę swoich eksportowych przesyłek – mówi Grzegorz Lichocik, prezes Dachser w Polsce. Dynamiczny wzrost liczby przesyłek na rynek niemiecki i do innych krajów Europy Zachodniej niejako wymusza na nas inwestycje w infrastrukturę, a także zobowiązuje do utrzymywania wysokiej jakości usług, z której Dachser jest znany – podkreśla Grzegorz Lichocik.

Dachser posiada obecnie jedną z najbardziej rozbudowanych i wydajnych sieci transportowych w Europie. W Polsce firma ma 8 oddziałów (2 w Warszawie oraz po jednym w Strykowie, Szczecinie, Wrocławiu, Gądkach k. Poznania, Sosnowcu k. Katowic i Gdańsku). Terminal w Strykowie, dzięki swojemu centralnemu położeniu na mapie Polski, jest głównym punktem przeładunkowym między zachodem i wschodem Europy. Dachser w Polsce realizuje codzienne linie drobnicowe w eksporcie i imporcie do i z większością krajów europejskich, obecnie jest to już ponad 20 połączeń.

Umowa o dzieło – kto i na jakich warunkach może od niej odstąpić?

Umowa o dzieło jest stosunkiem cywilnoprawnym, w którym przyjmujący zamówienie zobowiązuje się do wykonania oznaczonego dzieła, a zamawiający do zapłaty ustalonego wynagrodzenia. Jej celem jest więc uzyskanie konkretnego efektu działań, a do jego osiągnięcia zobowiązuje się przyjmujący zamówienie. Właśnie ze względu na ów wynik, odstąpienie od tego typu umowy w praktyce wygląda inaczej niż choćby w przypadku umowy zlecenia. Jak? – wyjaśnia Bartosz Jaśkowiak, adwokat w kancelarii JKP Adwokaci we Wrocławiu.

Przed ukończeniem dzieła

W sytuacjach określonych w Kodeksie cywilnym lub wynikających z umowy o dzieło, może dojść do wcześniejszego ustania tego stosunku, w szczególności w wyniku zrealizowania prawa odstąpienia przewidzianego w art. 644 k.c. Zgodnie ze wskazaną normą prawną, dopóki dzieło nie zostało ukończone, zamawiający może w każdej chwili od umowy odstąpić, płacąc umówione wynagrodzenie. W takim wypadku zamawiający może odliczyć to, co przyjmujący zamówienie oszczędził z powodu niewykonania dzieła.

Prawo do odstąpienia na podstawie art. 644 k.c., przysługuje zamawiającemu aż do momentu ukończenia dzieła. Aby to zrobić, musi on złożyć jednostronne oświadczenie woli. Warto pamiętać, że za nieukończone należy traktować dzieło, które nie nadaje się do wydania i odbioru. Z tego względu uprawnienie zamawiającego do odstąpienia od umowy wygasa w chwili, gdy przyjmujący zamówienie umożliwi mu odbiór ukończonego dzieła.

Co z wynagrodzeniem?

W przypadku odstąpienia od umowy o dzieło na podstawie art. 644 k.c., zamawiający jest jednocześnie zobligowany do zapłaty wynagrodzenia określonego w tej umowie. Co ważne, obowiązek ten odróżnia odstąpienie na podstawie art. 644 k.c. od klasycznego odstąpienia, gdyż jest szczególnego rodzaju konstrukcją prawną, która zakłada konieczność zapłaty „umówionego wynagrodzenia” za nieukończone dzieło jako świadczenia należnego.

W tej sytuacji, od wskazanego w umowie wynagrodzenia zamawiający może jednak odliczyć to, co przyjmujący zamówienie zaoszczędził z powodu niewykonania dzieła. Oszczędnością może być w tym wypadku na przykład wartość materiałów, jakimi przyjmujący zamówienie posłużyłby się do wykonania dzieła, a co w wyniku zaniechania wykonywania dzieła może wykorzystać zarobkowo w inny sposób.

Odstąpienie nie jedno ma imię

Poza regulacją zawartą w art. 644 k.c. istnieją też inne – bardziej klasyczne możliwości odstąpienia od umowy o dzieło. Przybierają one postać jednostronnych czynności prawnych. Pierwsza z nich jest przewidziana w art. 631 k.c., który stanowi, że gdyby zaszła konieczność podwyższenia wynagrodzenia w związku z przeprowadzeniem prac, które nie były przewidziane w umowie, to w takim wypadku można odstąpić od umowy o dzieło.

Jeszcze inną ścieżkę wskazuje art. 635 k.c., zgodnie z którym, jeżeli przyjmujący zamówienie opóźnia się z rozpoczęciem lub wykończeniem dzieła tak dalece, że nie jest prawdopodobne, żeby zdołał je ukończyć w czasie umówionym, zamawiający może bez wyznaczenia terminu dodatkowego od umowy odstąpić jeszcze przed upływem terminu do wykonania dzieła.

W sytuacji, gdy przyjmujący zamówienie wykonał dzieło w sposób wadliwy albo sprzeczny z umową, zamawiający może wezwać go do zmiany sposobu wykonania i wyznaczyć mu w tym celu odpowiedni termin (art. 636 k.c.). Po jego bezskutecznym upływie zamawiający może od umowy odstąpić albo powierzyć poprawienie lub dalsze wykonanie dzieła innej osobie, oczywiście na koszt i odpowiedzialność przyjmującego zamówienie.

Chroniony nie tylko zamawiający

Również przyjmujący zamówienie ma możliwość odstąpienia od umowy o dzieło, jednak aby do tego doszło, spełnione muszą zostać odpowiednie przesłanki. Podstawą w tym przypadku będzie art. 640 k.c., który stanowi, że gdy do wykonania dzieła potrzebne jest współdziałanie zamawiającego, a tego współdziałania brak (art. 640 k.c.), przyjmujący zamówienie może wyznaczyć zamawiającemu odpowiedni termin z zastrzeżeniem, iż po jego bezskutecznym upływie, wykonawca będzie uprawniony do odstąpienia od umowy.

Zamówienia na usługi muszą uwzględniać ozusowane umowy zlecenia

Mimo, że umowy zlecenia – zgodnie z postulatami związków zawodowych i przedstawicieli przedsiębiorców – zostaną objęte obowiązkową składką ZUS od 1 stycznia 2016 roku, czasu na odpowiednie przygotowanie się do nowych warunków pozostało niewiele. Absolutną koniecznością, zarówno w przypadku sektora prywatnego, jak i rynku zamówień publicznych, staje się uwzględnienie w budżetach dodatkowych kosztów pracy – uważa Konfederacja Lewiatan.

Zmiany w sposobie zatrudnienia są oczywiście pozytywne – potwierdzają to zarówno przedstawiciele przedsiębiorstw, jak i związków zawodowych. Ważne jednak, aby intencja ustawodawcy obowiązywała bez wyjątków od 1 stycznia 2016 roku – zwłaszcza w kontekście zamówień na usługi, gdzie koszty wynagrodzeń stanowią większość budżetu.

Usługi stanowią istotny element zamówień zarówno w sferze publicznej, jak i na rzecz sektora prywatnego. Wojsko Polskie, policja czy samorządy korzystają w swoich obiektach z usług zewnętrznych, i certyfikowanym firm. Wieloletnie kontrakty pozwalają m.in. na właściwe zabezpieczenie ruchomości należących do armii przed niepożądanym dostępem niepowołanych osób czy służb wywiadowczych. Na outsourcing usług zapewniających czystość, a tym samym także bezpieczeństwo obiektów, bardzo często decydują się z kolei szpitale czy galerie handlowe i supermarkety.

– Ewentualne niedoszacowanie budżetów przeznaczonych na usługi w takich podmiotach jak: szpitale, lotniska czy obiekty wojskowe, może nieść ze sobą ogromne zagrożenie. Nawet najlepiej wyposażone jednostki, posiadające wykwalifikowany personel i opierające swoją działalność na najnowszych technologiach, nie będą funkcjonowały prawidłowo bez bazy, jaką stanowią pracownicy odpowiedzialni za bezpieczeństwo i czystość obiektów. Co warte podkreślenia – problem jak najszybszego dostosowania się do nowych warunków rynkowych – renegocjacji umów będących w toku i waloryzacji kontraktów, dotyczy nie tylko usług realizowanych w ramach zamówień publicznych. Odpowiednie kalkulacje budżetowe powinny być przedmiotem działań także w sektorze prywatnym. Jestem przekonany, że tak kompleksowe podejście zmniejszy ryzyko występowania negatywnych skutków – jeżeli partnerzy biznesowi będą współpracować, to osiągniemy długo oczekiwany efekt: systematyczne, lecz istotne uzdrowienie rynku pracy – mówi Marek Kowalski, przewodniczący Rady Zamówień Publicznych przy Konfederacji Lewiatan.

Zasadnicze zagrożenie dla podmiotów z branży usługowej stanowi systematyczny spadek stawek za godzinę, które obecnie kształtują się w granicach 8-12 złotych brutto . Za taką kwotę nie ma już możliwości zatrudnienia na umowę o pracę certyfikowanego pracownika nawet na poziomie minimalnego wynagrodzenia. W momencie wejścia w życia ustawy o zmianie ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych warunki dotychczas realizowanych kontraktów ulegną zasadniczemu przewartościowaniu. Istotnie wzrosną obciążenia firm, a w obliczu utrzymania dotychczasowych ustaleń kontraktowych, wykonawcy i pracownicy znajdą się w trudnym położeniu.

Uwzględnienie kosztów ozusowania umów zleceń w budżetach i kalkulacjach zamawiających jest więc niezbędnym krokiem, na którym skorzystają wszyscy uczestnicy rynku pracy. Istotne w tym zakresie będzie doprowadzenie do pełnej waloryzacji – Zamawiający muszą dokonywać waloryzacji w oparciu o stawki brutto. Koszt wynagrodzenia obejmuje bowiem nie tylko kwotę wypłacaną pracownikowi, ale także odprowadzane podatki i składki na ubezpieczenia społeczne. Ma to szczególne znaczenie w zamówieniach, w których większość kosztów stanowią wynagrodzenia pracowników – czyli w branżach usługowych. Nie można bowiem dopuścić do sytuacji, gdy wzrost obciążeń fiskalnych obniży pensję, jaką pracownik otrzymuje do ręki. Zamawiający zawsze powinien wkalkulować w budżecie wynagrodzenia pracowników z uwzględnieniem podatków, składek na ubezpieczenia – także w tej części, którą obowiązkowo odprowadza pracownik.

Dzięki temu możliwe będzie odejście od patologii na rynku zamówień publicznych, gdzie instytucje państwowe wybierały oferty ze stawkami w granicach 5-7 zł za godzinę brutto – czyli nawet połowę niższymi niż minimalne krajowe wynagrodzenie.

– Koszt zatrudnienia pracownika znacząco się zwiększy, dlatego waloryzacja umów, powinna stanowić pierwszy krok. Rozmowy należy rozpocząć już teraz, bo z całą pewnością nie zabraknie kwestii, które będą wymagały dokładniejszej analizy. Dotyczy to także nowych budżetów – muszą one uwzględniać koszty ozusowania umów zleceń. Tylko w taki sposób zagwarantowane zostanie bezpieczeństwo na rynku pracy – dodaje Marek Kowalski.
Ozusowanie umów zleceń w istotny sposób wpływa na bilansowanie kontraktów dotyczących usług – ich obecna zyskowność oscyluje na poziomie 5%, po 1 stycznia 2016 roku spadnie ona o 10 punktów procentowych i de facto kontrakt będzie generować straty.

Źródło: Raport WISE (Warszawskiego Instytutu Studiów Ekonomicznych w oparciu o dane LEWIATAN)
Podstawową intencją ustawodawcy, który wprowadził obowiązek opłacania składki ZUS w umowach zleceniach z ponad rocznym vacatio legis, było zagwarantowanie przedsiębiorcom oraz ich klientom odpowiedniego czasu właśnie na zmianę kalkulacji budżetów – w przypadku nowych kontraktów (na rynku ZP oraz w sektorze prywatnym) – i renegocjację umów będących w toku.
Zdaniem ekspertów rynku pracy, a także ustawodawcy, taka strategia wpłynie pozytywnie na warunki zatrudnienia – zwłaszcza dla osób najniżej zarabiających, a docelowo ma szansę doprowadzić do spadku poziomu bezrobocia i zmniejszenia się szarej strefy.

 

Konfederacja Lewiatan

 

Spotkanie ministrów finansów Polski i Niemiec

Ministrowie finansów Mateusz Szczurek oraz Wolfgang Schäuble rozmawiali w Warszawie o intensyfikacji polsko-niemieckiej współpracy dwustronnej oraz na forum Unii Europejskiej. Spotkanie odbyło się  w ramach Polsko-Niemieckich Konsultacji Międzyrządowych, które odbyły się 27 kwietnia w Warszawie.

Rozmowa dotyczyła sytuacji gospodarczej w UE i perspektyw wzrostu gospodarczego dla Polski i Niemiec jak również zmian, jakie czekają architekturę Unii Gospodarczej i Walutowej w kontekście prac prowadzonych aktualnie na forum UE. Minister Szczurek przedstawił także polskie działania na rzecz wspierania reform na Ukrainie, w tym przede wszystkim prowadzone przez pełnomocnika rządu ds. wspierania reform na Ukrainie Artura Radziwiłła. Strony zbadają możliwości współpracy polsko-niemieckiej w odpowiedzi na potrzeby zgłoszone już przez stronę ukraińską.

Ministrowie dyskutowali także na temat znaczenia inwestycji w Europie i w swoich krajach oraz wymienili się doświadczeniami w zakresie realizacji Planu Inwestycyjnego dla Europy. Oba kraje zapowiedziały gotowość przeznaczenia, poprzez krajowe banki rozwoju i podobne instytucje (w przypadku Polski poprzez BGK oraz PIR S.A), do 8 mld euro na realizację krajowych inwestycji, które potencjalnie będą mogły uzyskać wsparcie z nowotworzonego Europejskiego Funduszu Inwestycji Strategicznych. Zadeklarowali też, że Polska i Niemcy podejmą próbę wypracowania wspólnych projektów.

Oba ministerstwa pogłębią również współpracę na szczeblu eksperckim, obejmującą m.in. obszar podatkowy oraz budżetowy, w tym przegląd wydatków. Ministrowie wyrazili także wolę zacieśnienia współpracy w szerszym (wraz z Francją) formacie Trójkąta Weimarskiego w obszarze ekonomiczno-finansowym. Prowadzone są obecnie przygotowania do spotkania ministrów Trójkąta w najbliższym czasie w Warszawie.

Komisja Europejska zezwala na dalsze prace nad ustawą ograniczającą wywóz leków z Polski

Komisja Europejska poinformowała o zakończeniu okresu zawieszenia (standstill) poselskiego projektu nowelizacji ustawy – Prawo farmaceutyczne. Decyzja KE umożliwia powrót do prac parlamentarnych nad regulacjami mającymi ograniczyć nadmierny wywóz leków i wejście w życie ustawy. Możliwość pilnych prac nad ustawą jest efektem przychylenia się Komisji do wniosku Polski o pilny tryb notyfikacji.

Komisja Europejska dała „zielone światło” dalszym pilnym pracom nad regulacjami dotyczącymi ograniczenia wywozu leków z Polski. Oznacza to, że ustawa o zmianie ustawy – Prawo farmaceutyczne oraz zmianie niektórych innych ustaw może wejść w życie w obecnym kształcie, bez naruszenia procedur europejskich. Jednocześnie ewentualne późniejsze uwagi do ustawy mogą być uwzględnione przez Polskę już w trybie nowelizacji obowiązującego prawa. Decyzja Komisji umożliwia kontynuowanie pilnych prac nad ustawą bez naruszenia przepisów UE.

Decyzja Komisji Europejskiej i tryb rozpatrzenia wniosku stanowią potwierdzenie skali problemu, jakim jest nadmierny wywóz leków z Polski. Koniec zawieszenia prac nad nowelizacją ustawy – Prawo farmaceutyczne to dobra wiadomość dla pacjentów, lekarzy i aptekarzy. Jesteśmy zdecydowanie bliżej zagwarantowania chorym pełnego dostępu do leków ratujących życie i zdrowie” – stwierdził Paweł Sztwiertnia, dyrektor generalny Związku Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA.

Wniosek Projektodawców o zastosowanie trybu pilnego procedury notyfikacyjnej złożony pod koniec marca został rozpatrzony pozytywnie przez Komisję Europejską. W uzasadnieniu notyfikacji Projektodawcy podkreślili, iż nadmierny wywóz leków i wynikające z niego braki stanowią bezpośrednie zagrożenie dla życia i zdrowia pacjentów w Polsce. Szybka i pozytywna decyzja Komisji wskazuje, że również z perspektywy Brukseli problem, jakim stał się masowy legalny i nielegalny eksport leków wymaga szybkiej regulacji.

BZ WBK chce w tym roku zwiększyć liczbę klientów korzystających z bankowości mobilnej do miliona

CEO Magazyn Polska

Przeszło pół miliona klientów Banku Zachodniego WBK korzysta już z mobilnej aplikacji tej instytucji. W tym roku bank chce zwiększyć liczbę swoich klientów korzystających z bankowości mobilnej do miliona. Co dziesiąty z nich ma aktywnie używać polskiego standardu płatności mobilnych BLIK.

W zakresie bankowości mobilnej oczekujemy, że utrzymamy bardzo dużą dynamikę przyrostu klientów – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Tomasz Niewiedział, dyrektor Obszaru Bankowości Mobilnej i Internetowej BZ WBK. – W ubiegłym roku podwoiliśmy liczbę klientów w tym segmencie, mamy ich w tej chwili blisko 550 tys. W br. chcielibyśmy dojść do miliona aktywnych użytkowników.

Jak mówi Niewiedział, BZ WBK jako pierwszy bank w Polsce zapewnił swoim klientom dostęp przez aplikację mobilną do doradcy online, czyli połączenia wideo z contact center. Obecnie prowadzone są prace nad dalszym rozwojem aplikacji mobilnej, która ma obsługiwać np. płatności HCE (Host Card Emulation) w chmurze. To technologia pozwalająca na mobilne płatności zbliżeniowe bez użycia internetu.

Cały czas przede wszystkim pracujemy nad nowymi rozwiązaniami – zapewnia Tomasz Niewiedział. – Wprowadziliśmy bardzo duży pakiet takich założeń pod koniec ubiegłego roku. To rozwiązania, które umożliwiają jeszcze łatwiejszy dostęp do danych o rachunku. Informacja o saldzie i ostatniej transakcji jest obecnie pod kciukiem.

W wariancie tego rozwiązania przyjętym przez BZ WBK klient nie musi wiązać się także z konkretnym operatorem komórkowym. Dane jego karty przechowywane będą na serwerach banku z pominięciem SIM operatora. Bank przygotowuje także możliwość założenia Konta Godnego Polecenia z poziomu tabletu lub smartfonu.

Są banki, które podobne rozwiązania już oferują – przyznaje Niewiedział. – Natomiast, co jest istotne, nasza funkcjonalność od początku do końca będzie umożliwiała założenie rachunku w aplikacji mobilnej.

BZ WBK wiąże także duże nadzieje z polskim systemem płatności BLIK, którego – obok Alior Banku, Millennium, ING Banku Śląskiego, mBanku, Orange Finanse oraz PKO Banku Polskiego i Inteligo – jest jednym z założycieli. Do końca br. z tego rozwiązania korzystać powinno 100 tys. klientów banku. Aplikacja jest już dostępna na trzy najbardziej popularne systemy operacyjne, czyli iOS, Android i Windows Phone.

Wierzymy, że bankowość mobilna to przyszłość, więc klienci coraz bardziej będą się przyzwyczajać do płatności z wykorzystaniem systemu BLIK – prognozuje Niewiedział. – Już obecnie w naszej ofercie znajduje się wypłata gotówki w bankomacie, płatności w sklepie i internecie z kodem BLIK. W przyszłości wprowadzimy także możliwość przelewu na numer telefonu do banków, które w tym systemie będą uczestniczyły.

Polski system płatności mobilnych BLIK umożliwia płatność telefonem w sklepach, punktach usługowych i gastronomicznych, a także wypłatę za jego pomocą gotówki z bankomatu czy dokonywanie przelewów.

152 mld zł wpływów z prywatyzacji w ciągu 25 lat

CEO Magazyn Polska

W ciągu 25 lat do budżetu państwa z prywatyzacji wpłynęło ponad 152 mld zł. Z 8,5 tys. państwowych przedsiębiorstw na sprzedaż czeka już tylko 3 proc. Mimo prywatyzacji na szeroką skalę państwo zachowało kontrolę nad takimi sektorami, jak energetyka czy chemia. Pozostające częściowo w rękach MSP spółki – dzięki konsolidacji i realizacji wspólnych projektów – dziś napędzają krajową gospodarkę.

Z jednej strony kończymy procesy prywatyzacyjne, a z drugiej strony wchodzimy w rolę efektywnego zarządcy, który ma pomnażać wartości spółek Skarbu Państwa i wpływać na ich strategie, które mają zapewnić m.in. bezpieczeństwo energetyczne czy bezpieczeństwo finansowe wszystkim obywatelom – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Włodzimierz Karpiński, minister Skarbu Państwa.

To dlatego z 8,5 tys. państwowych przedsiębiorstw przeznaczonych do prywatyzacji Skarb Państwa zachował kontrolę nad kluczowymi z punktu widzenia gospodarki, m.in. w branży energetycznej, chemicznej czy surowcowej. W ramach tego aktywnego zarządu stworzono „Program koordynacji projektów strategicznych”, który ma służyć inicjowaniu współpracy między państwowymi spółkami oraz ma zapewniać wymianę wiedzy i doświadczeń między nimi. Program zakłada również nadzór nad inwestycjami 16 kluczowych spółek Skarbu Państwa w perspektywie do 2027 roku. MSP identyfikuje 132 takie projekty prowadzone lub planowane w całym kraju, których wartość przekracza 177 mld zł.

Z jednej strony to jest potężny zastrzyk inwestycyjny dla naszej gospodarki – mówi Karpiński. – Z drugiej strony bardzo mocny nacisk kładziemy na wprowadzanie nowych technologii, innowacyjną organizację pracy i realizację projektów innowacyjnych. Liczymy na bardzo aktywne wykorzystanie środków unijnych, co powinno utrzymać najwyższą konkurencyjność naszej gospodarki i wzrost gospodarczy na poziomie ponad 4 proc., a to dałoby nam na koniec tego dziesięciolecia pozycję wśród najbogatszych krajów Unii Europejskiej.

Spółki pozostające w rękach państwa stają się narodowymi czempionami. Pomogły w tym procesy konsolidacyjne – takim firmom, jak Grupa Azoty, KGHM, Orlen czy PGNiG dały pozycję, dzięki której coraz śmielej wchodzą na rynki zagraniczne, inwestują w Ameryce Południowej i Północnej, Azji oraz Afryce.

– Ta polityka konsolidacji – dająca większą siłę inwestycyjną i akwizycyjną polskich podmiotom  pomnaża wartość tych spółek – ocenia Włodzimierz Karpiński. – Z drugiej strony poprzez aktywa gospodarcze buduje Polsce markę. Najlepszą reklamą Polski jest siła jej gospodarki, która przekracza nasze granice. Oczekuję pogłębienia tych procesów, bo Polska zasługuje na to, żeby być dumna z pracowitości swoich obywateli, mądrości swoich naukowców i dobrej organizacji pracy, co służy rozwojowi gospodarczemu.

Kolejnym sektorem poddawanym obecnie konsolidacji jest zbrojeniówka. Minister skarbu państwa liczy tu na podobny efekt jak w innych branżach, którym połączenie różnych spółek w grupy dało impuls do rozwoju.

Konsolidacja, która się dokonała formalnie, operacyjnie trwa cały czas. Polska Grupa Zbrojeniowa skupia ponad 30 kluczowych spółek z sektora obronnego, stoczniowego, off-shore i nowych technologii, które zatrudniają przeszło 19 tys. pracowników i wypracowują rocznie ponad 5 mld zł obrotów. Na całym świecie to jest sektor, który najefektywniej wchłania najnowocześniejsze rozwiązania, które następnie można stosować w segmencie obronnym, wojskowym i cywilnym, są to tzw. technologie podwójnego zastosowania. To z kolei może przyczynić się do rozwoju małych i średnich przedsiębiorstw, które będą się specjalizowały właśnie we wdrażaniu tych nowych technologii – podkreśla minister Skarbu Państwa.

W najbliższych miesiącach nastąpić powinny kolejne debiuty spółek Skarbu Państwa. Akcjonariusze Banku Pocztowego, czyli Poczta Polska i PKO BP, zadeklarowali, że dołożą wszelkich starań, by jeszcze w tym roku akcje banku trafiły do publicznego obrotu. Resort skarbu popiera także plan upublicznienia akcji Poczty Polskiej.

Minister zwraca uwagę na to, że 25 lat przemian w Polsce pokazało, że na prywatyzacji zyskali wszyscy. Firmy pozyskały know-how i kapitał niezbędny do rozwoju, giełda nowe spółki, a Polacy stali się właścicielami akcji.

24 lata temu miało miejsce pierwsze notowanie na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie – w tamtym roku kapitalizacja notowanych spółek była na poziomie 160 mln zł. Dzisiaj kapitalizacja wszystkich spółek na Giełdzie Papierów Wartościowych to jest 1,3 bln zł, z czego tylko spółki krajowe to 630 mld zł. To najlepiej pokazuje, z jakim rozmachem dokonywaliśmy tej transpozycji z gospodarki centralnie sterowanej do gospodarki rynkowej – dodaje Włodzimierz Karpiński.

Polski przemysł kosmiczny jeszcze zbyt słaby na samodzielne projekty

Polskie firmy są coraz bardziej aktywne na rynku kosmicznym. Do konkursów organizowanych przez Europejską Agencję Kosmiczną złożono 143 propozycje, a do wdrożenia zarekomendowano 62 projekty o wartości blisko 11 mln euro. Firmy wciąż jednak nie są gotowe na samodzielne realizowanie międzynarodowych projektów kosmicznych. Konieczne jest do tego albo pozyskanie zagranicznych partnerów, albo współpraca między rodzimymi firmami. W integracji rynku może pomóc powstała w lutym Polska Agencja Kosmiczna.

Branża w Polsce dopiero wystartowała. W Europejskiej Agencji Kosmicznej jesteśmy dopiero od dwóch lat i od tego momentu tak szeroko możemy brać udział w pracach związanych z przemysłem kosmicznym. Wcześniej w Polsce firm, które zajmowałyby się przemysłem kosmicznym, było jak na lekarstwo – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Brona, prezes zarządu Creotech Instruments.

Przystąpienie Polski do Europejskiej Agencji Kosmicznej dało szanse na rozwój branży. W ciągu dwóch lat w konkursach organizowanych dla polskiego przemysłu rodzime firmy złożyły 143 propozycje. Do realizacji wybrano 62 o wartości 11 mln euro, z czego do przemysłu trafiło ponad 8 mln. Znacznie wzrosła także liczba podmiotów, które zarejestrowały się na portalu ESA dla kontraktorów z sektora przemysłowego. Obecnie jest ich ok. 200. Dla porównania pod koniec 2012 roku było ich niecałe 50.

Jak jednak zaznacza Brona, polskie firmy skupiają się przede wszystkim na IT, np. na przetwarzaniu danych.

Niewiele firm startuje w obszarze hardware’u, czyli sprzętu wysyłanego w kosmos. Aby wystartować w tym obszarze, należy podjąć najpierw duże nakłady finansowe, wybudować odpowiednie laboratoria, zainwestować w kadrę, przejść szkolenia w ośrodkach zagranicznych, a w końcu – kupić drogi sprzęt – wyjaśnia ekspert.

Dlatego wydaje się, że w najbliższym czasie polskie firmy nie będą w stanie samodzielnie prowadzić dużych międzynarodowych projektów kosmicznych. Szansą może być nawiązanie współpracy z dużymi zagranicznymi partnerami, którzy zapewnią transfer technologii. Inną możliwością jest szersza integracja branży w Polsce. Może w tym pomóc Polska Agencja Kosmiczna, która rozpoczęła działalność kilka tygodni temu.

To zarówno integrator, jak i animator rynku. Ma ona przede wszystkim wyznaczać cele dla polskiego przemysłu kosmicznego, które będą osiągalne nie w perspektywie roku, ale w perspektywie 5 czy 10 lat – przekonuje Brona.

Creotech Instruments jest jedną z nielicznych polskich firm, która skupia się na budowie sprzętu kosmicznego i jest w stanie tworzyć konkretne systemy. Dzięki wsparciu Mazowieckiej Jednostki Wdrażania Programów Unijnych w wysokości 750 tys. zł udało się stworzyć cleanroom, czyli dwa sterylne pomieszczenia, w których można montować i testować elementy elektroniczne, które zostaną wysłane w kosmos, czy elementy optyczne na potrzeby projektów kosmicznych.

Obecnie montujemy pierwsze układy, które w przyszłym roku trafią na Międzynarodową Stację Kosmiczną. To układy eksperymentu ASIM, który będzie obserwować górne warstwy atmosfery w poszukiwaniu wyładowań. Będziemy tam integrować układy satelitarne tak, żeby w przeciągu 3-5 lat móc zintegrować całe średniej wielkości satelity o wadze do 150 kg – wyjaśnia Brona.

Chińscy inwestorzy zaczynają się interesować Europą Środkowo-Wschodnią

CEO Magazyn Polska

Chińskie firmy nadal nie postrzegają Polski jako samodzielnego rynku w Europie, ale zaczynają doceniać cały region Europy Środkowo-Wschodniej. Dostrzegają, że to dobre miejsce do inwestowania. Warszawski oddział Industrial and Commercial Bank of China pomaga im nawet szukać okazji do przejęć w Polsce. Oferuje też wsparcie polskim podmiotom, które chcą wejść na rynek Państwa Środka. 

W zeszłym roku Polska zaimportowała z Chin towaru o wartości ponad 17,4 mld euro, czyli o 19 proc. więcej niż w 2013 roku. Państwo Środka stało się więc drugim najważniejszym krajem w polskim imporcie (10,5 proc.). Polski eksport do Chin jednak praktycznie się nie liczy. Nie znalazły się on nawet w pierwszej dziesiątce zestawienia krajów, do których sprzedajemy towary.

Trzeba popatrzeć na współpracę z dwóch perspektyw: z perspektywy eksportu Chin do Polski i eksportu polskich produktów do Chin – mówi agencji informacyjnej Newseria Jakub Szymański, manager departamentu bankowości korporacyjnej i inwestycyjnej w warszawskim oddziale Industrial and Commercial Bank of China (Europe). – Chińskie produkty mają przewagę cenową i coraz bardziej odpowiedni stosunek ceny do jakości. Polskie produkty mają przewagę jakościową, ale niestety nie są rozpoznawalne w Chinach, co trzeba zmienić. Nie jest to jednak takie łatwe.

Jak podkreśla, wymiana handlowa między Polską a Chinami nie dorównuje dziś potencjałowi ich gospodarek. Priorytetem strony polskiej jest zmniejszanie dysproporcji między importem a eksportem. Coraz więcej firm interesuje się rynkiem Państwa Środka. Tym bardziej że zdaniem Szymańskiego finansowanie ekspansji nie jest już dzisiaj problemem.

Nasz bank jest największym bankiem w Chinach, mamy ponad 4,5 mln klientów korporacyjnych. Gdyby jakaś polska firma chciała eksportować do Chin, to możemy sprawdzić kontrahenta albo nawet pomóc w znalezieniu zaufanego partnera, dobrze usytuowanego na danym rynku – mówi Jakub Szymański.

Jak podkreśla, dla chińskiego inwestora rynkiem pierwszego wyboru są Stany Zjednoczone i Europa Zachodnia, a w dalszej kolejności Australia, Nowa Zelandia i kraje azjatyckie, które są zbliżone do rynku chińskiego.

W ubiegłym roku wartość chińskich inwestycji na Starym Kontynencie sięgnęła rekordowego poziomu 18 mld euro – wynika z danych Baker & McKenzie. Najpopularniejsze branże to rolnictwo, sektor spożywczy i energetyka, ale coraz chętniej Chińczycy wybierają nieruchomości i finanse. Chociaż rośnie zainteresowanie inwestorów Polską, to wciąż ich udział jest niewielki.

Patrząc na potencjał Polski i kampanię otwierania się Chin na świat, widzimy, że tych inwestycji w Polsce na razie jest mało – ocenia Jakub Szymański. – Parę lat temu największa inwestycja flagowa to była Huta Stalowa Wola, która została przejęta przez LiuGong, jedną z największych firm sprzętu ciężkiego w Chinach. Dwa lata temu Fabryka Łożysk Tocznych w Kraśniku, która została przejęta przez Tri-Ring. To są przykłady udanych inwestycji i chcielibyśmy dążyć do ich zwiększenia w Polsce.

Ekspert zaznacza jednak, że Polska wciąż jest traktowana jako część całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej.

Chodzi o 16 państw od Bałtyku po granicę Grecji. Chiny traktują ten cały region jako jeden. Widać, że cieszy się on coraz większym zainteresowaniem. W tym Polska stanowi 40 proc. rynku, więc jest dużo do zrobienia – mówi Szymański.

W praktyce oznacza to, jak ocenia przedstawiciel polskiego oddziału największego chińskiego banku, że przedsiębiorcy z tego kraju zaczynają przynajmniej rozważać ten nowy kierunek ekspansji.

Mamy często zapytania od naszych klientów korporacyjnych w Chinach, regularnie dostajemy listy, jaki klient szuka jakiego targetu, jakiej firmy na zakup – podkreśla Jakub Szymański. – Zazwyczaj chińskie inwestycje działają tak: Chińczycy nie chcą zaczynać na nowym rynku od zera, tylko wolą kupić firmę już dobrze usytuowaną, z know-how, dystrybucją i technologią, która mogłaby też stanowić dobrą synergię dla tej firmy w Chinach i tak właśnie wkraczać na nowe rynki.

Sieć odzieżowa Diverse chce zwiększyć swoją powierzchnię handlową 2,5 razy do końca 2019 roku

0

CEO Magazyn Polska

Spółka ETOS, właściciel sieci salonów odzieżowych Diverse, planuje dalszy wzrost, pomóc ma w tym rozwój sieci sprzedaży w Polsce i za granicą. W ciągu niespełna 6 lat powierzchnia sprzedaży ma wzrosnąć o 150 proc. Rozpoczęła się właśnie oferta publiczna akcji spółki. Jej debiut na warszawskiej giełdzie planowany jest na maj.

Na koniec 2014 roku marka Diverse miała w całym kraju sieć 241 salonów odzieżowych o powierzchni niemal 34 tys. mkw. Mniej więcej połowa z nich to sklepy własne firmy, druga połowa to placówki franczyzowe. W tym roku ETOS chce otworzyć kolejne sklepy, o łącznej powierzchni 14 tys. mkw. To jednak nie koniec planów rozwoju.

Marka Diverse rozwija się bardzo szybko, planujemy otworzyć do 2019 roku około 80 tys. mkw. nowej powierzchni handlowej w Polsce i za granicą –mówi agencji informacyjnej Newseria Marcin Bielski, prezes zarządu ETOS SA.

Spółka zarządza siecią sprzedaży salonów z odzieżą sprzedawaną pod markami Diverse i Diverse Extreme Team. Tylko w pierwszym kwartale tego roku powstało 3,4 tys. mkw. nowej powierzchni, czyli o jedną trzecią więcej niż przed rokiem. ETOS chce też systematycznie zwiększać metraż sklepów – dziś jest to ok. 140 mkw. W pierwszym etapie metraż ma wzrosnąć do min. 250 mkw., w drugim etapie – do około 400 mkw. To wiąże się też z powiększeniem kolekcji. Ambitne plany rozwoju to efekt optymistycznych prognoz dla rynku odzieżowego.

Widzę tu ogromny potencjał, szczególnie w przypadku marek wyrazistych i spójnych, a takim brandem jest właśnie Diverse. W Polsce wydatki na odzież wzrastają z roku na rok, dlatego do sukcesu naszej marki w kolejnych latach  na pewno przyczyni się wzrost konsumpcji w Polsce i Europie – mówi Bielski.

Jak szacuje firma PMR, w kolejnych czterech latach rynek odzieży i obuwia w Polsce będzie się stabilnie rozwijał i wzrośnie z 30 mld zł do 37,8 mld zł w 2019 roku.

Początkowo ETOS zamierza finansować rozwój ze środków własnych. W 2014 roku dynamika wzrostu sprzedaży spółki wyniosła prawie 30 proc. Zeszłoroczny zysk netto wyniósł zaś 18,7 mln zł i był o ponad 40 proc. wyższy niż w roku 2013.

ETOS zamierza rozwijać sieć sklepów z marką Diverse za granicą. W ubiegłym roku eksport, głównie na Wschód, stanowił około 1,5 proc. przychodów spółki.

W tym roku planujemy otworzyć sklepy franczyzowe w Czechach i na Słowacji – zaznacza Marcin Bielski.

Spółka ETOS rozpoczęła publiczną ofertę akcji, która obejmuję sprzedaż do 13 513 000 akcji spółki po cenie maksymalnej 17,5 zł. Inwestorzy indywidualni będą mogli zapisać się na akcje spółki ETOS w dniach od 29 kwietnia do 6 maja, m.in. w punktach obsługi klientów Domu Maklerskiego BZ WBK. 8 maja zostanie podana ostateczna cena sprzedaży oraz ostateczna liczba akcji oferowanych.

Inwestorzy instytucjonalni będą zapisywać się na akcje w dniach od 8 do 12 maja. Przydział akcji dla inwestorów indywidualnych jest planowany do 14 maja. Debiut i pierwszy dzień notowań akcji spółki ETOS jest planowany na 22 maja.

Spółka ETOS i marka Diverse mają bardzo długą historię działalności na polskim rynku. Jest rozpoznawalna i bardzo dobrze postrzegana przez naszych klientów, dlatego ma ogromny potencjał – ocenia prezes zarządu ETOS SA.

Sukces spółki ETOS opiera się na sile marki Diverse obecnej na polskim rynku od 1993 roku. W rankingu najmocniejszych marek „Rzeczpospolitej” z 2014 roku, Diverse znalazł się w gronie najbardziej rozpoznawalnych polskich marek w sektorze odzież i obuwie.

– Wyróżniamy się na tle konkurencji tym, że dostarczamy naszym klientom produkty wysokiej jakości, które kojarzą się z aktywnym stylem życia i otwarciem na nowe wyzwania. Najważniejszym narzędziem w naszej komunikacji marketingowej jest wspieranie imprez związanych ze sportami wyczynowymi i ekstremalnymi. Promocja marki Diverse podczas rowerowych mistrzostw Polski i Europy – Diverse Downhill Contest czy Mistrzostw Świata we Freestyle Motocrossie – Diverse Night of the Jumps zdecydowanie wyróżnia nasz przekaz od konkurencji i naszym zdaniem umożliwia dotarcie do szerszej grupy klientów – mówi prezes Bielski.

W Warszawie powstał pierwszy w Polsce i drugi w Europie interaktywny salon Orange

0

CEO Magazyn Polska

Orange zmienia podejście do obsługi klienta. W Warszawie otworzono pierwszy interaktywny salon, w którym klienci mogą swobodnie przetestować produkty i zapoznać się z ofertami telekomu dostosowanymi do ich potrzeb.  Warszawski Smart Store to drugi taki salon w Europie. W planach na kolejne miesiące jest 10 tego typu placówek w największych miastach w Polsce.

Chcielibyśmy jak najszybciej iść do przodu. W pierwszym kroku – w ciągu kilkunastu miesięcy – planujemy mieć po jednym takim salonie w największych miastach Polski, czyli ok. 10 placówek. Obserwując reakcję klientów na nowy salon, będziemy podejmowali decyzje o dalszym rozwoju – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bożena Leśniewska, dyrektor wykonawczy ds. sprzedaży w Orange Polska.

Smart Store w centrum Warszawy jest do dyspozycji klientów od 28 kwietnia. Jak podkreślają przedstawiciele firmy, to interaktywny salon przyszłości, który jest elementem nowego podejścia Orange do obsługi klienta.

– Koncepcja tego miejsca zakłada stworzenie przestrzeni, która jest przyjazna, ciepła i domowa, a jednocześnie przenosi klienta w świat nowych technologii i rozwiązań – podkreśla Leśniewska.

Salon został podzielony na trzy główne strefy, czyli Dom, Rozrywka i Firma, wskazane przez klientów jako najważniejsze. W każdej z nich jest możliwość zapoznania się ze szczegółami oferty. W strefie mobilnej klienci mogą przetestować nowości, w tym telefony, tablety oraz gadżety, np. okulary do wirtualnej rzeczywistości, smartwatche czy drukarkę 3D. Klienci oczekujący na obsługę otrzymują tablet, pełniący rolę wirtualnego przewodnika po salonie. Przykładowo, skanując nim dowolny produkt, otrzymają na ekranie jego pełną specyfikację.

W Smart Store nie ma klasycznych stanowisk obsługi i przypisanych do nich sprzedawców. Nasz konsultant podąża za klientem do strefy, którą ten sobie wybrał, i przedstawia mu ofertę dostosowaną do jego potrzeb. W każdej strefie możliwe jest dokończenie transakcji i bezgotówkowa płatność – wyjaśnia Bożena Leśniewska.

Nowością jest możliwość załatwienia wielu prostszych spraw od ręki, w recepcji salonu. Pracownicy pomogą zaktualizować dane, sprawdzić wysokość rachunku czy usunąć drobne problemy z telefonem lub kartą SIM. Podobne stanowiska zostaną uruchomione w 60 klasycznych salonach Orange. Nieskomplikowane sprawy klienci załatwią również na stanowiskach samoobsługowych, poprzez serwis internetowy.

Osoby, których sprawa wymaga dłuższego pobytu w salonie, mogą skorzystać z inteligentnego systemu zarządzania ruchem i umówić się na wizytę w dogodnym terminie lub wpisać się w kolejkę oczekujących. O pozycji w kolejce i zaproszeniu do obsługi zostaną powiadomieni SMS-em, a w tym czasie załatwią sobie inne sprawy.

– Pracujemy nad unowocześnieniem platformy informatycznej i przemianą w operatora w większej mierze cyfrowego. Z tym związane są spore nakłady inwestycyjne w wymianę platform zarówno tych, na których obsługujemy klientów, czyli CRM, jak i narzędzi sprzedażowych oraz obsługowych – wymienia Leśniewska.

W ubiegłym tygodniu Orange uruchomił nowy portal samoobsługowy, który z założenia ma być bardziej przyjazny klientowi. Zmiany nastąpiły również na głównej stronie operatora. Unowocześnianie sieci salonów i stron internetowych to wymóg czasów i nowego trendu w obsłudze, czyli tzw. omnikanałowości. Chodzi o takie dostosowanie i zintegrowanie różnych sposobów sprzedaży, aby wzajemnie się uzupełniały, a klient mógł kupować usługi szybko i wygodnie.

Już dziś telekom oferuje m.in. odbiór w salonie rzeczy zakupionej w e-sklepie czy tzw. wirtualną półkę, pomocną przy wyborze telefonu. Zdaniem Leśniewskiej, dziś internet nie zagraża tradycyjnym salonom, wymusił jedynie zmianę ich funkcji.

– W dobie omnikanałowości, widząc, że klienci są niecierpliwi, pracujemy nad tym, jak sprawić, by w wybranym przez nich momencie i miejscu dostępny był wybrany przez nich telefon. Dziś nie każdy chce czekać 2-3 dni na przyjście kuriera do domu. Woli po drodze z pracy czy podczas zakupów wstąpić do salonu i odebrać zamówiony w internecie produkt – mówi dyrektor wykonawczy ds. sprzedaży w Orange Polska. – Są takie miejsca na świecie, np. Francja, gdzie dla klienta jest bardzo istotne, by dostawa była np. w ciągu dwóch godzin. Nie zauważyliśmy jeszcze tej niecierpliwości u Polaków, ale myślę, że prędzej czy później to nastąpi.

Warszawski Smart Store Orange jest drugi w Europie. Pierwszy otworzono w Rumunii w marcu br. Dwa kolejne powstaną we Francji i w Hiszpanii.

Maj obciążeniem dla domowych budżetów

CEO Magazyn Polska

Maj to jeden z tych miesięcy, kiedy Polacy wydają znacznie więcej niż przeciętnie. Wyzwaniem dla domowego budżetu jest nie tylko majówka, która w tym roku i tak jest wyjątkowo krótka, lecz także inne wydarzenia, m.in. komunie, Dzień Matki oraz Dzień Dziecka. Planując majowy budżet, warto jednak pamiętać o tym, że zbliżają się miesiące jeszcze większych wydatków związanych z wyjazdami wakacyjnymi. 

– 1 maja w tym roku wypada w piątek, w związku z czym będzie to krótszy długi weekend. Średnio wydamy na ten cel ok. 190 zł, co jest dwukrotnością tego, co wydajemy na przeciętny weekend – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Kasza z działu badań Provident Polska.

Pewnym zaskoczeniem może być to, że mieszkańcy wsi deklarują, że wydadzą na organizacje długiego weekendu więcej niż mieszkańcy dużych miast, liczących powyżej 200 tysięcy osób. W badaniu Barometr Providenta ci pierwsi przeznaczą na ten cel średnio 207 zł, ci drudzy 195 zł.

Największe wydatki w maju czekają osoby, które będą organizować uroczystość Pierwszej Komunii Świętej dzieci.

Muszą one liczyć się z wydatkiem ok. 1,5 tys. zł podkreśla Przemysław Kasza. Jeśli jesteśmy gościem takiego wydarzenia, musimy liczyć się z wydatkiem ok. 300 zł.

Wydatki zaplanowane przez gości uroczystości pierwszokomunijnych zazwyczaj są związane z ich dochodami. Większość zamierza wydać na ten cel ok. 10 proc. miesięcznych dochodów netto gospodarstwa domowego. Ci, którzy mają dochody do 2 tys. zł, planują więc przeznaczyć na prezent ok. 213 zł, przy dochodach powyżej 5 tys. zł suma ta wynosi 594 zł. Biorąc pod uwagę wielkość miejscowości, najwięcej wydadzą mieszkańcy małych miast (do 50 tysięcy mieszkańców). Tam średnia wydatków sięga 360 zł. Mieszkańcy większych miast planują, że będzie to nieco ponad 300 zł.

To jednak nie koniec majowych okazji do zwiększonych wydatków.

– Na Dzień Matki planujemy wydać ok. 80 zł informuje przedstawiciel Providenta. Więcej wydadzą mężczyźni, bo 86 zł, kobiety średnio 75 zł. Z kolei wydatek na Dzień Dziecka to ok. 150 zł.

Na prezenty dla mam mieszkańcy małych miast (do 50 tysięcy) chcą przeznaczyć 94 zł, zaś mieszkańcy metropolii 75,5 zł. 1 czerwca najdroższych prezentów dzieci mogą oczekiwać od babć i dziadków. Osoby w wieku 59+ chcą wydać z okazji Dnia Dziecka 185,8 zł. Dla porównania osoby w przedziale wiekowym 25-39 lat przeznaczą na ten cel 143,7 zł. Droższe prezenty dla dzieci szykują też mieszkańcy małych miast, którzy chcą przeznaczyć na ten cel 162 zł, podczas gdy mieszkańcy z większych ośrodków wydać chcą średnio 141 zł.

Mimo że w maju pojawia się sporo nadzwyczajnych okazji do wydawania pieniędzy, eksperci radzą, by robić to z rozsądkiem.

Pamiętajmy o tym, że maj to czas poprzedzający okres jeszcze większych wydatków wakacyjnych. Starajmy się oszczędzać i ograniczać majowe wydatki – mówi Przemysław Kasza.

Rośnie rola transportu drogowego, kolej traci konkurencyjność

CEO Magazyn Polska

Zwiększone przewozy, wynikające z rosnącego PKB, w przeważającej części trafiają na drogi, a nie na szyny. Konkurencyjność transportu kolejowego nie rośnie, m.in. przez wysokie koszty finansowania infrastruktury. Przewoźnicy starają się rozwiązać również inny problem – związany z interoperacyjnością w przewozach międzynarodowych, czyli dostosowywaniem systemów istniejących w poszczególnych krajach.

Kolej jako środek transportu nie zyskuje na znaczeniu. To widać od kilku lat – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Staszek, prezes zarządu DB Schenker Rail Polska. – Cały wzrost gospodarczy w Polsce przejmowany jest dzisiaj przez system transportu drogowego. Deklaracje polityków co do promowania kolei nie znajdują, niestety, pokrycia w faktach.

Dostęp do dróg i autostrad wciąż jest w Polsce o wiele tańszy niż do szlaków kolejowych. Firmy działające na tym rynku ponoszą wysokie koszty finansowania infrastruktury i przenoszą je na klientów. Według Urzędu Transportu Kolejowego (UTK) w wyniku między innymi remontów linii kolejowych i sieci trakcyjnych w ubiegłym roku po raz kolejny zmniejszyła się w Polsce średnia prędkość kolei, która obecnie nie przekracza 25 km/h i jest jedną z najniższych w Europie. Na skutek tego zarówno przewozy, jak i masa ładunków spadły o prawie 2 proc.

Innym problemem, z którym muszą sobie radzić przewoźnicy międzynarodowi, jest interoperacyjność, czyli zgodność systemów w poszczególnych krajach. Jak podkreśla Staszek, transport szynowy jest pod tym względem znacznie bardziej wrażliwy.

Ciężarówką można bez problemu przejechać przez granicę. W przypadku kolei różnica w systemach technicznych powoduje, że konieczna jest zmiana lokomotywy albo przynajmniej maszynisty. Pracujemy nad tym, aby to zmienić – dodaje Marek Staszek.

Podkreśla, że dziś flota wagonów europejskich w większości jest już interoperacyjna. Wykorzystywane są na przykład lokomotywy wielosystemowe. Coraz więcej lokomotyw przejeżdża więc przez granice polsko-niemiecką czy polsko-czeską granicę tak daleko, jak pozwalają na to systemy wysokiego napięcia sieci trakcyjnej.

Poza tym jest jeszcze inny, istotny aspekt interoperacyjności, czyli obsługa informatyczna systemu kolejowego – zauważa Marek Staszek. – Transport kolejowy w większości odbywa się wciąż w oparciu o dokumentację papierową. DB Schenker Rail wdraża unikalne w skali Europy rozwiązanie, w którym cały ruch pociągów sterowany jest z wykorzystaniem wspólnego systemu IT. Chcemy udostępniać go naszym klientom tak, by mogli sami wprowadzać w nim dane przewozowe oraz śledzić przesyłki.

Tego typu rozwiązania ograniczyłyby konieczność wypełniania papierowych dokumentów.

W ostatnich latach DB Schenker Rail zainwestował ponad 10 mln zł w budowę zakładu naprawy taboru kolejowego. W Rybniku działa system oparty o tzw. linię potokową w odróżnieniu od powszechnie stosowanego systemu gniazdowego. Obecnie naprawa jednego wagonu trwa w zakładzie między 2,5-4 godziny.

Jest to rozwiązanie dużo bardziej efektywne – ocenia prezes DB Schenker Rail Polska. – Dzisiaj w Rybniku pracujemy na dwóch takich liniach, co oznacza, że w ciągu zmiany roboczej opuszcza nasz zakład od czterech do sześciu wagonów. Udało nam się w ten sposób ściągnąć do Polski naprawy wagonów z całej europejskiej sieci DB. Zdolności produkcyjne wykorzystujemy również, oferując usługi napraw kontrahentom zewnętrznym. Nie wykorzystujemy jeszcze w pełni zdolności produkcyjnych zakładu, ale stworzyliśmy już kilkadziesiąt nowych miejsc pracy.

W Polsce brakuje kompleksowej opieki zdrowotnej nad seniorami

CEO Magazyn Polska

Brak wykwalifikowanego personelu i systemowej opieki medycznej – to podstawowe problemy polskiej ochrony zdrowia seniorów. Brakuje zwłaszcza pielęgniarek, rehabilitantów i specjalistów od profilaktyki. Bez inwestycji w kadry sytuacja będzie się pogarszać, ponieważ w kolejnych latach odsetek osób starszych w społeczeństwie będzie wzrastać. Obecnie przewlekłe choroby i obniżona sprawność fizyczna to najczęstsze przyczyny wykluczenia społecznego seniorów.

W Polsce stale zwiększa się liczba osób starszych – osoby po 60. roku życia stanowią już 20 proc. społeczeństwa. Z danych Eurostatu wynika, że za sześć lat odsetek ten wzrośnie do 25 proc. W 2014 roku rząd zainaugurował program mający na celu aktywizację seniorów i zapobieganie ich wykluczanie społecznemu. Eksperci zwracają jednak uwagę na specyficzne potrzeby tej grupy osób w zakresie opieki zdrowotnej. Osoby po 60. roku życia wymagają kompleksowej profilaktyki, reagowania na problemy zdrowotne, diagnostyki i terapii z uwzględnieniem rehabilitacji i fizjoterapii, a często także usług opiekuńczych. Z tego względu priorytetami polityki senioralnej w obszarze zdrowotnym powinny być zmiany systemowe, profilaktyka zdrowotna oraz rozwój usług opiekuńczych i społecznych.

Jeżeli dzisiaj nie zbudujemy dobrych relacji wewnątrzspołecznych w tej sprawie i nie zbudujemy polityki prozdrowotnej, to będziemy mieli w Polsce autentyczną katastrofę  nie tylko demograficzną, lecz także ekonomiczną. Spodziewamy się, że w perspektywie 30-40 lat na jednego pracującego będziemy mieli jedną osobę, która nie pracuje. Ktoś będzie musiał to społeczeństwo utrzymać. Poza tym społeczeństwo osób w wieku starszym będzie zasysało z rynku pracy tych, którzy mogą być produktywni – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. dr hab. n. med. Bolesław Samoliński, przewodniczący Rady ds. Polityki Senioralnej MPiPS.

Współczesna medycyna jest w stanie zapewnić seniorom wysokiej klasy profilaktykę zdrowia, a w przypadku zachorowania możliwość sprawnego funkcjonowania w społeczeństwie. Zdaniem ekspertów w Polsce rozwojowi medycyny nie dotrzymują jednak kroku kadry medyczne, które zmniejszają się z roku na rok. Poziom kształcenia personelu medycznego na polskich uczelniach jest bardzo wysoki, jednak liczba absolwentów jest zdecydowanie zbyt mała.

Musimy stworzyć nowe zawody w systemie ochrony zdrowia, które wypełnią nam pewne luki, które się pojawiają, bo mamy za mało lekarzy i pielęgniarek i pewnie szybko nie będziemy mieli więcej, a potrzeby społeczne będą rosły, więc będzie potrzeba nowych zawodów – mówi prof. dr hab. n. med. Bolesław Samoliński. – W przypadku osób w wieku starszym rozważa się bardzo istotną rolę wolontariatu. Ale wolontariusz też musi być przysposobiony do tego, jak komunikować się z osobą starszą, jak się nią opiekować. System ochrony zdrowia ma przed sobą bardzo wiele wyzwań w tym zakresie.

W Polsce na 1000 pacjentów przypada pięć pielęgniarek, podczas gdy w Szwajcarii aż 17. Z danych Naczelnej Izby Pielęgniarek i Położnych wynika, że w wielu szpitalach pielęgniarka podczas jednego dyżuru ma pod opieką nawet kilkudziesięciu chorych. Średnia wieku personelu pielęgniarskiego wynosi 46-56 lat. Niska atrakcyjność studiów pielęgniarskich wynika przede wszystkim z niezadowalających zarobków w porównaniu z wysiłkiem, jaki trzeba włożyć w opiekę nad chorymi.

Eksperci negatywnie oceniają też system karier specjalistów od profilaktyki i promocji zdrowia, dla których nie stworzono miejsc pracy.

 Musimy w systemie ochrony zdrowia bardzo dobrze spozycjonować dietetyków i rehabilitantów, bo oni przywracają zdrowie wielu osobom, a trochę się o nich zapomina. Atrakcyjność komunikacji między człowiekiem, który niesie pomoc, a tym, który tej pomocy potrzebuje, jest olbrzymia i cieszy się na całym świecie wielkim zainteresowaniem. Są to zawody zaufania społecznego o dużym autorytecie społecznym. Tak samo jest i w Polsce. Jeżeli wesprzemy to jeszcze organizacyjnie i finansowo, to będziemy niezwykle zadowoleni z kadr, które mamy i będziemy mieli w perspektywie krótko- i długoterminowej – mówi prof. Bolesław Samoliński.

Eksperci zwracają też uwagę na potrzebę stworzenia systemowej opieki zdrowotnej dla ludzi starszych. Leczenie jednej choroby mija się z celem, niezbędna jest kompleksowa opieka geriatryczna. Wiąże się to z koniecznością m.in. wykształcenia lekarzy o tej specjalizacji oraz zwiększeniem liczby oddziałów geriatrycznych w szpitalach. Zdaniem ekspertów wsparcie ze strony sprawnego systemu ochrony zdrowia to kluczowy element zapobiegania wykluczeniu społecznemu seniorów.

Polska w czołówce producentów i eksporterów jaj w Europie

CEO Magazyn Polska

Na unijnym rynku Polska jest w czołówce producentów i eksporterów jaj. Spożycie w kraju jest jednak niewielkie. W ubiegłym roku wprawdzie nieznacznie wzrosło – do ok. 150 sztuk na osobę rocznie, jednak do krajów zachodnich sporo nam jeszcze brakuje. W Meksyku spożywa się ponad 320 jaj, a we Francji blisko 250. Eksperci spodziewają się, że do 2020 roku krajowa konsumpcja znacznie wzrośnie. Podczas zakupów kierujemy się nie tylko wielkością, lecz także ceną. Blisko 85 proc. kupowanych jajek pochodzi od kur z chowu klatkowego.

Od kilku lat mieliśmy spadek spożycia jaj w Polsce, ale w 2014 roku został on wyhamowany. Natomiast różnica w stosunku do krajów Europy Zachodniej jest duża i wynosi ok. 30 proc. Dlatego mamy wiele do zrobienia pod względem uświadamiania konsumentów, jakie są walory jajek – mówi agencji Newseria Biznes Artur Węgłowski, wiceprezes zarządu i dyrektor zarządzający w Farmio.

Jeszcze w 2011 roku Polacy jedli ok. 200 jaj rocznie. W 2013 roku było to już tylko 142. Z prognoz Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej wynika jednak, że powoli ta niekorzystna tendencja się odwraca. W ubiegłym roku przeciętny Polak spożył 150 jajek. Do światowych potęg sporo nam jednak brakuje. Według Międzynarodowej Komisji ds. Jaj w Meksyku roczne spożycie na osobę przekracza 320 sztuk, a we Francji to blisko 250. Zdaniem eksperta mniejsze zainteresowanie polskich konsumentów jajami może być efektem czarnego PR-u.

To kreowanie wizerunku, jakoby miały one ogromny wpływ na zbyt wysoki poziom cholesterolu, co nie jest prawdą. Badania kliniczne udowadniają, że spożycie jaj nie ma na to wielkiego wpływu. To też kwestia warunków chowu kur przy produkcji jaj – w telewizji były przedstawiane ekstremalne i incydentalne zjawiska, choć nie ma to pokrycia w obecnej sytuacji – przekonuje Węgłowski.

Polacy przy wyborze jaj kierują się rodzajem chowu. Chów ściółkowy, wolno wybiegowy i ekologiczny stają się coraz popularniejsze, jednak zdecydowana większość konsumentów wybiera te najtańsze – czyli z chowu klatkowego i o średnim rozmiarze (M i L). Jajka najczęściej kupujemy w dyskontach i sklepach wielkopowierzchniowych, często jednak także zakupy robimy na rynkach i bazarach.

Dynamika zmiany preferencji konsumenckich idzie w kierunku typowego zachowania w branży produktów spożywczych, czyli hiper- i supermarkety oraz dyskonty zyskują, a bazary tracą – zaznacza dyrektor Farmio.

Polska jest jednym z największych producentów i eksporterów jajek w Unii Europejskiej. Produkujemy ok. 9 mld jaj rocznie, z czego na eksport trafia blisko połowa (43 proc.). Z danych FAMMU/FAPA wynika, że eksport jaj i przetworów jajecznych z Polski spadł o 7 proc. do 226 tys. ton. Największym odbiorcą są kraje unijne, przede wszystkim Niemcy, Holandia, Włochy i Czechy (68 proc. udziału w wartości eksportu).

Polscy eksporterzy specjalizują się w dostawach jaj do przemysłu. Są to głównie jajka o białych skorupkach. Największym rynkiem eksportowym jest Europa, a także Afryka, Bliski Wschód, więc można mówić o dużej różnorodności eksportu – mówi Artur Węgłowski.

Popołudniowy komentarz walutowy z 28.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 28.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 27 04 2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz pl

Stosunkowo spokojnie na głównych parach walutowych. Złoty odzyskuje siły wraz z walutami regionu oraz dzięki komentarzom profesora Hausnera dla „WSJ”.

Nowa strategia PKO Banku Polskiego wobec Banku Pocztowego oraz rozwój współpracy z Pocztą Polską

0

Biorąc pod uwagę aktualne priorytety biznesowe PKO Bank Polski wyraził zgodę na realizację pierwszej oferty publicznej (IPO) tego banku oraz podjął decyzję o możliwości obniżenia zaangażowania w Banku Pocztowym.

Tym samym zakończył się proces analiz oraz rozmów między akcjonariuszami Banku Pocztowego dotyczących przyszłego modelu współpracy oraz rozwoju tej instytucji. PKO Bank Polski oraz Poczta Polska potwierdziły jednocześnie intencję poszerzenia zakresu współpracy w obszarze usług finansowych oraz logistyki.

Aktualne podejście PKO Banku Polskiego do inwestycji w Bank Pocztowy opiera się na nowej strategii rozwoju tego banku, która koncentruje swoją działalność biznesową na ściśle określonym segmencie rynku, komplementarnym wobec działalności PKO Banku Polskiego.

Biorąc pod uwagę model bankowości oraz różnicę w skali działalności, oba banki nie są zatem w istotnym zakresie bezpośrednimi konkurentami na polskim rynku bankowym.

Nowa strategia wobec Banku Pocztowego uzyskała wsparcie zarówno Ministerstwa Skarbu Państwa jak i Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji. Była ponadto konsultowana z Komisją Nadzoru Finansowego, która została powiadomiona o możliwości sprzedaży akcji Banku Pocztowego przez PKO oraz zgodzie na realizację pierwszej oferty publicznej. Oferta ta będzie w pierwszej kolejności służyła pozyskaniu przez Bank Pocztowy kapitału na rozwój. PKO zakłada, że oferta może objąć także około 1/3 posiadanego przez PKO pakietu akcji Banku Pocztowego.

– Cieszymy się, że zakończyliśmy nasze rozmowy na temat modelu współpracy PKO i Poczty Polskiej, oraz osiągnęliśmy satysfakcjonujące obie strony porozumienie, które umożliwia realizację pierwszej oferty publicznej i pozyskanie kapitału na rozwój Banku Pocztowego. Liczmy, że ten projekt zakończy się sukcesem, z korzyścią dla akcjonariuszy tej instytucji. – mówi Paweł Borys, dyrektor Pionu Analiz i Strategii PKO Banku Polskiego.

Porozumienie zakłada także intencje pogłębienia współpracy z Pocztą Polską w różnych obszarach działalności, w tym w obszarze usług logistycznych oraz dystrybucji produktów PKO komplementarnych do oferty Banku Pocztowego w sieci Poczty Polskiej.

Porozumienie zostało potwierdzone podjęciem na Nadzwyczajnym Walnym Zgromadzeniu Banku Pocztowego w dniu 24 kwietnia 2015 roku, wspólnie przez akcjonariuszy, uchwał o podwyższeniu kapitału banku oraz wprowadzeniu akcji do obrotu na rynku regulowanym. PKO wierzy, że proces IPO zostanie sprawnie przeprowadzony przez Bank Pocztowy jeszcze w tym roku.

PKO Bank Polski, jako długoterminowy akcjonariusz, od lat był zainteresowany stabilnym rozwojem Banku Pocztowego. W 2012 roku złożył Poczcie Polskiej propozycję zawarcia długoterminowego aliansu strategicznego w obszarze sprzedaży usług finansowych. Dwukrotnie w ostatnich latach proponował także dokapitalizowanie Banku Pocztowego.  Dzisiejsza decyzja dotycząca nowej strategii wobec Banku Pocztowego kończy proces ustaleń prowadzonych od dłuższego czasu pomiędzy akcjonariuszami.

Aktualny udział PKO Banku Polskiego w kapitale zakładowym Banku Pocztowego wynosi 25,0001 proc. Większościowym akcjonariuszem Banku Pocztowego jest Poczta Polska.

Po obniżkach stóp procentowych kawalerka za 550 zł miesięcznie

Kupując dziś mieszkanie, trzeba się liczyć z miesięczną ratą na poziomie o ponad 20% niższym niż dwa lata temu. Wszystko za sprawą decyzji Rady Polityki Pieniężnej, która obniżyła do historycznego minimum stopy procentowe. W efekcie rata kredytu zaciągniętego na zakup przeciętnej kawalerki w dużym mieście wynosi 547 zł – wynika z szacunków Lions Bank i portalu nieruchomości Morizon.pl.Wartość indeksu kosztu kredytu (IKK) w marcu br. osiągnęła poziom 77 pkt, co jest prawie najniższym wynikiem zanotowanym w historii badania. Czym jest wskaźnik stworzony przez Lions Bank i portal nieruchomości Morizon.pl? Ma on za zadanie w prosty sposób prezentować, jak zmienia się miesięczna rata kredytu zaciąganego na zakup mieszkania w dużym polskim mieście. Co miesiąc badamy więc, biorąc pod uwagę ceny nieruchomości i warunki kredytowe, z jaką ratą musiałby liczyć się potencjalny nabywca mieszkania.
C:\Users\bturek\Desktop\2015 04 27 Raza za dwa pokoje spadła poniżej 1000 zł miesięcznie\2015 04 27 Infografika.jpgAktualna wartość sugeruje, że chcąc kupić mieszkanie na kredyt w jednym z 10 największych polskich miast, trzeba się co prawda liczyć z kosztem o 0,2% wyższym niż w przed miesiącem, ale już o 10,7% niższym niż rok temu (indeks był wtedy na poziomie 86,2 pkt.). Nie można też zapomnieć o fakcie, że w styczniu 2013 roku, a więc w momencie, w którym badanie rozpoczęto, zakup na kredyt był aż o 30% droższy niż dziś (indeks był wtedy na poziomie 100 pkt.).Metodologia badania:

Aby obliczyć ratę kredytu zaciągniętego na zakup mieszkania w dużym mieście wzięto pod uwagę trzy główne czynniki:

  1. Szacunkową wartość mieszkania 1, 2 i 3-pokojowego w jednym z 10 badanych miast. Obliczono ją poprzez przemnożenie mediany ceny ofertowej z poprzedniego miesiąca (Morizon.pl) oraz powierzchni charakterystycznej dla danej nieruchomości – 30 m kw. dla kawalerki, 50 m kw. dla mieszkania 2-pok. i 75 m kw. dla mieszkania 3-pok.,
  2. Wysokość przeciętnej marży kredytowej dla danego okresu – średnia z wyników ankiety przeprowadzonej wśród banków przez Tax Care,
  3. Wysokość stawki WIBOR 3M – notowanie z 15 dnia miesiąca publikacji (do lutego 2015 roku do obliczeń przyjmowano notowania z pierwszego dnia miesiąca, po zmianie metodologii powtórnie przeliczono wyniki; zmiana ma za zadanie jak najszybsze uchwycenie ewentualnych zmian stóp procentowych, o których Rada Polityki Pieniężnej przeważnie decyduje na początku miesiąca).

Na tej podstawie oszacowano wysokość miesięcznej raty kredytowej dla następujących założeń:

  1. Kredyt udzielany na 30 lat
  2. System rat równych,
  3. Wkład własny na poziomie 20%.

Na podstawie danych obliczonych w wyżej opisany sposób stworzono też indeks kosztu kredytu (IKK). Uśrednia on wyniki dla 10 badanych miast na temat kosztu kredytu zaciągniętego na zakup mieszkania dwupokojowego i odnosi do wyniku ze stycznia 2013 roku. Wyniki prezentowane są jako indeks o podstawie 100. W efekcie wynik na poziomie 120 pkt. sugeruje, że w danym miesiącu miesięczna rata na zakup przeciętnego mieszkania dwupokojowego w jednym z 10 największych polskich miast jest o 20% wyższa niż była w styczniu 2013 roku. Może to mieć związek ze wzrostem kosztu kredytu lub wzrostem wartości nieruchomości. Z odwrotną sytuacją mielibyśmy do czynienia, gdyby odczyt w danym miesiącu był na poziomie 80 pkt.

Tańszy jest kredyt, a nie metr

Koszt związany z zakupem mieszkania na kredyt jest oczywiście tym niższy, im tańsze są nieruchomości w danym mieście. Fakt, że w ostatnim czasie indeks kosztu kredytu znajduje się na niskich poziomach nie wynika jednak z faktu, że mieszkania tanieją. Jak bowiem sugerują dane portalu Morizon.pl średnia wyciągnięta z cen dla badanych miast niemal się nie zmieniła (wzrost o 0,3% r/r).

Dla poszczególnych miast mediana cen ofertowych (cena, od której połowa ofert jest tańsza, a połowa droższa) zawiera się w przedziale od 3,7 do 7,9 tys. zł za m kw. Najwyższe ceny są oczywiście w Warszawie. Kolejne miejsca zajmuje Kraków (6,5 tys. zł), Wrocław (5,7) i Poznań (5,4). Na drugim biegunie są Łódź i Katowice z wynikami na poziomie 3,7 tys. zł za m kw. Relatywnie niskie są też ceny w Bydgoszczy (3,8 tys. zł) i Szczecinie (4,1 tys. zł). Ceny transakcyjne są oczywiście niższe od przytoczonych stawek ofertowych – przeważnie o od kilku do kilkunastu procent.

Ceny ofertowe znacznie przewyższają transakcyjne

Warto zauważyć, że przedstawione mediany cen ofertowych są wyraźnie wyższe od przeciętnych transakcyjnych, które za pierwszy kwartał opublikował NBP. Różnice wynoszą od 5% w Szczecinie czy Łodzi do 13% w Warszawie. Przeciętnie o 9% mediana cen ofertowych przewyższa średnią cenę transakcyjną. Faktycznie nabywane nieruchomości na rynku są więc przeważnie wyraźnie tańsze niż te, które właściciele oferują do sprzedaży. Przyjęcie cen ofertowych do dalszych obliczeń jest jednak o tyle uzasadnione, że kupując nieruchomość na własność trzeba się liczyć z koniecznością poniesienia kosztów transakcyjnych, co zawyża budżet, którym należy dysponować. Upraszczając całą sprawę postanowiliśmy więc oszacować wysokość rat kredytowych w oparciu o przeciętne ceny ofertowe. Założyliśmy, że nabywca posiada 20-proc. wkład własny, co mniej więcej odpowiada średniej rynkowej. Dług zaciągany jest na 30 lat, w rodzimej walucie, w systemie rat równych.

Kawalerka za 547 zł miesięcznie

Z danych firmy Tax Care wynika natomiast, że marże kredytowe wzrosły w ciągu 12 miesięcy o 0,11 pkt. proc. Obecnie średnia marża kredytowa wynosi 1,78% (wynik dla 18 banków). Przy notowanym w połowie marca WIBOR-ze 3M na poziomie 1,65% średnie oprocentowanie kredytu hipotecznego można oszacować na zaledwie 3,43%. Jest to najniższy wynik w historii.

Jak te liczby wpływają na wysokość rat? Gdyby dziś zadłużyć się na 30 lat z 20-proc. wkładem własnym na popularne dwupokojowe mieszkanie w jednym z 10 największych polskich miast trzeba się liczyć z ratą na poziomie 912 zł (średnia dla badanych miast). W przypadku kawalerek byłoby to 547 zł, a trzypokojowych lokali 1368 zł miesięcznie.

W poszczególnych miastach wyniki te byłyby oczywiście bardzo zróżnicowane. Najwyższe byłyby w Warszawie, gdzie zadłużając się na trzy pokoje trzeba oddawać do banku przeciętnie 2121 zł miesięcznie. Przy wyborze dwóch pokoi ratę oszacować można na 1414 zł miesięcznie, a w przypadku kawalerki 848 zł miesięcznie. Na drugim biegunie są takie miasta jak Bydgoszcz, Łódź i Katowice. Tam kupując kawalerkę na kredyt trzeba się liczyć z miesięczną ratą na poziomie 390 – 410 zł miesięcznie. W przypadku dwóch pokoi byłoby to 650 – 680 zł, a trzech około 980 – 1010 zł.

Na horyzoncie głównie podwyżki

Nie powinno ulegać wątpliwości, że kluczowym czynnikiem, który w ostatnim czasie decyduje o tym ile kosztuje kredyt mieszkaniowy, jest stawka WIBOR. Ta jest nierozerwalnie związana z poziomem stóp procentowych w Polsce, a więc to od decyzji Rady Polityki Pieniężnej w dużej mierze zależy ile kosztować będzie kredyt. Przypomnijmy, że na początku listopada 2012 roku główna stopa procentowa była na poziomie 4,75%. W marcu br. Rada Polityki Pieniężnej zdecydowała o obniżeniu tego poziomu do 1,5%, a więc o ponad dwie trzecie względem poziomu sprzed serii obniżek, co miało kilkukrotnie większe znaczenie dla potencjalnych nabywców mieszkań niż działania banków komercyjnych podwyższających marże.

Warto jednak podkreślić, że w kolejnych miesiącach trudno się spodziewać dalszych obniżek stóp procentowych. Ta z początku marca br. była bowiem dwukrotnie większa niż prognozowali ekonomiści, a więc wyczerpała oczekiwania dotyczące łagodzenia polityki monetarnej formułowane względem całego 2015 roku.

Co więc przyniosą kolejne miesiące? Wiedzę na ten temat niosą ze sobą notowania kontraktów terminowych na stopę procentową (FRA). 23 kwietnia 2015 r. zarówno kontrakty za 6 jak i za 9 miesięcy wyceniały WIBOR 3M na 1,61%, a więc jedynie odrobinę niżej niż wartość tego wskaźnika ze wspomnianego dnia (1,65%). Co nie mniej ważne w znacznie dłuższym horyzoncie czasowym (21-miesięcznym) kontrakty na WIBOR 3M notowane są na poziomie 1,84%, czyli wyżej niż 23 kwietnia. Z tych notowań wnioskować można, że przez cały 2015 rok kredytobiorcy cieszyć się będą rekordowo niskim poziomem stóp procentowych, a więc rekordowo niskimi ratami kredytów. Raczej nie ma co liczyć na dalsze obniżanie stóp procentowych przez RPP, a pierwsze podwyżki prawdopodobne są pod koniec 2016 roku. Tak przynajmniej sugerują dzisiejsze notowania.

Bartosz Turek, Lion’s Bank
Marcin Drogomirecki, Morizon.pl

Tsipras traci poparcie

Ze względu ubogi kalendarz makroekonomiczny, początek tygodnia na rynku walutowym upłynął dosyć spokojnie. Uwagę inwestorów przyciągnęły jedynie wiadomości napływające z Grecji, gdzie z dnia na dzień sytuacja robi się coraz bardziej napięta. Brak porozumienia z unijnymi wierzycielami, a także zbliżający się termin spłaty kolejnej raty kredytu udzielonego Atenom przez MFW, sprawiają, że działania rządu Aleksisa Tsiprasa są coraz częściej krytykowane.

Zdaniem ministra ds. gospodarki i konkurencyjności Hiszpanii, Luisa de Guindosa, negocjacje prowadzone są przez Grecję „w sposób, który jest niedopuszczalny zarówno pod względem treści, jak i formy”. Na działania szefa Syrizy krytycznie zaczynają patrzeć także sami Grecy – jak wynika z sondażu opublikowanego przez gazetę “Proto Thema”, obecnie 52 proc. ankietowanych wyraża się o nich w sposób sceptyczny, a połowa respondentów uważa, że w przypadku odrzucenia propozycji reform przygotowanej przez Greków, rząd powinien kontynuować negocjacje, starając się osiągnąć kompromis z kredytodawcami.

Podczas dzisiejszej sesji w Wielkiej Brytanii zostaną opublikowane dane na temat PKB w I kwartale (prognoza 0.5% k/k i 2.6% r/r). Popołudniu poznamy natomiast informacje o wysokości indeksu S&P Case-Shiller obrazującego zmianę cen nieruchomości w 20 amerykańskich metropoliach (prognoza 4.7% r/r) oraz indeksu zaufania konsumentów Conference Board (prognoza 102.5 pkt).

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

 

Posiedzenie FOMC najważniejszym wydarzeniem w tym tygodniu

Dolar amerykański w ubiegłym tygodniu odnotował słabe zamknięcie. Waluta nie była w stanie umocnić się nawet względem euro, które wykazywało oznaki walki po doniesieniach ze szczytu Eurogrupy w Rydze, według których negocjacje na linii Grecja-wierzyciele nie przebiegały zgodnie z planem. Wydaje się, że ten problem jeszcze przez pewien czas będzie negatywnie wpływać na euro.

W tym tygodniu, naturalnie, najważniejszym wydarzeniem będzie posiedzenie amerykańskiego Federalnego Komitetu Otwartego Rynku i odpowiedź na pytanie, czy Fed spełni umiarkowane oczekiwania rynku dotyczące tego posiedzenia. Oczekiwania dotyczące przyszłej podwyżki stopy Fed są najniższe w bieżącym cyklu – przewidywana wysokość podwyżki w ciągu najbliższych 12 miesięcy to ok. 0,50%. Oznacza to, oczywiście, że Fed byłoby wyjątkowo łatwo zaskoczyć rynek agresywną retoryką, która w tym przypadku byłaby równoznaczna z „brakiem umiarkowania‟. Innym ważnym wydarzeniem w tym tygodniu będzie opublikowany w środę wstępny raport w sprawie amerykańskiego PKB w I kwartale; przewiduje się, że okaże się wyjątkowo słaby, a wzrost w ujęciu zanualizowanym będzie rzędu 1,0%.

Szczególną dziką kartą będzie w tym tygodniu para USD/JPY, która znajduje się zbyt blisko wsparcia przedziału, ponieważ premier Japonii, Abe, w tym tygodniu jest z wizytą w Stanach Zjednoczonych (w środę odbędzie się jego wystąpienie w amerykańskim Kongresie). Nie należy się zatem spodziewać, że Bank of Japan przekaże w czwartek jakiekolwiek interesujące informacje. Można ewentualnie przyjąć, że Abe będzie się starał zapewnić wszystkich, że osłabienie JPY nie jest oficjalnym kierunkiem polityki rządu (mimo iż w ujęciu perspektywicznym przypomina to amerykański recykling nic nieznaczącej „polityki mocnego USD” w latach 2009-2011.)

Wykres: GBP/USD

Dla pary GBP/USD ten tydzień może okazać się zwrotny: jutro poznamy PKB Wielkiej Brytanii, natomiast w środę odbędzie się posiedzenie FOMC. Para ta osiągnęła kluczowy poziom techniczny na wysokości zniesienia Fibonacciego o 61,8% z linii wyprzedaży od maksimów z lutego do minimów z kwietnia, zbiegającej się również ze 100-dniową średnią ruchomą. W przypadku, gdyby zwrot nie nastąpił, ryzykujemy pełny test maksimów w rejonach 1,5500+, natomiast zwrot w dół po posiedzeniu FOMC może wymagać potwierdzenia trendu spadkowego, biorąc pod uwagę, że para ta odnotowała gwałtowny rajd z poziomu minimów z kwietnia.

Podsumowanie w koszyku G-10:

USD: wszystko zależy od posiedzenia FOMC i od tego, czy zgodnie z przewidywaniami wypowiedzi na temat ożywienia gospodarczego będą na tyle ostrożne, by uzasadnić te poziomu kursu USD (a nawet nieco niższe), czy też Fed będzie wolała zachować wszystkie opcje na wypadek, gdyby dane w ramach następnych kilku cykli odczytów znacząco się poprawiły. Osobiście skłaniam się ku tej ostatniej wersji, zwłaszcza teraz, gdy rajd USD wyhamował w porównaniu z ostatnim posiedzeniem.

EUR: waluta stara się utrzymać stabilny kurs pomimo doniesień na temat greckich negocjacji, które nie wpłynęły również na wzrost rentowności greckich obligacji ani na spready peryferyjne z poziomu maksimów odnotowanych w ubiegłym tygodniu. W parze EUR/USD główny nacisk może być położony na opór na poziomie 1,1000 zarówno przed posiedzeniem FOMC w najbliższą środę, jak i po tym posiedzeniu, jednak zasadniczo pozostaję sceptyczny wobec potencjału umocnienia euro.

JPY: ten tydzień będzie interesujący dla JPY ze względu na posiedzenie Bank of Japan i wizytę premiera Abe w Stanach Zjednoczonych. Nadal zastanawiam się, czy kurs JPY odnotuje jakiekolwiek ruchy poza zachowywaniem się niczym niska beta USD.

GBP: funt szterling odnotowuje zdecydowanie zbyt mocne wyniki, biorąc pod uwagę niepewność związaną z wyborami w Wielkiej Brytanii 7 maja. Uwaga na jutrzejszy raport w sprawie brytyjskiego PKB w I kwartale, który wykaże, czy para GBP/USD osiągnęła już wierzchołek cyklu.

CHF: para EUR/CHF odnotowuje nienajgorsze wyniki pomimo różnych pogłosek, a krytyczne wsparcie w parze USD/CHF znajduje się niewiele niżej, w okolicach poziomu 0,9500. W przypadku wsparcia ze strony FOMC i powrotu powyżej 0,9650/0,9700 po posiedzeniu korzystne będą długie pozycje w parze USD/CHF.

AUD: w parze AUD/USD utrzymuje się lokalne maksimum w okolicach poziomu 0,7850, jednak do odnotowania lokalnych maksimów konieczne jest umocnienie USD, natomiast trend spadkowy wymagałby zejścia poniżej minimum z ubiegłego tygodnia na poziomie 0,7683.

CAD: zastanawiam się nad potencjałem dalszego spadku w parze USD/CAD i szukam rozwiązań na wypadek trendu rosnącego w perspektywie średnioterminowej w przypadku, gdyby posiedzenie FOMC spowodowało, że USD w tym tygodniu ponownie się umocni.

NZD: waluta stara się ponownie umocnić się względem AUD po dużej wyprzedaży w ubiegłym tygodniu. NZD/USD to być może jedyna para z USD, która zachowa strukturę spadkową w przypadku utrzymania się poniżej ok. 0,7650, przy czym potwierdzenie uzyskamy w przypadku szerokiego umocnienia się USD i spadku poniżej poziomu 0,7540.

SEK: wszystko zależy od posiedzenia Riksbank w najbliższy czwartek po tym, jak retoryka banku na posiedzeniu w marcu okazała się wyjątkowo umiarkowana, być może w odpowiedzi na nieoczekiwane umocnienie się SEK względem EUR. W efekcie waluta pozostawała w granicach przedziału, jednak teraz Riksbank będzie uważał, by komunikat nie okazał się zanadto łagodny.

NOK: ceny ropy wsparły ostatni rajd NOK, jednak potencjał wzrostu w znacznej części mógł już zostać zrealizowany. Uwaga na obszar 8,50/55 w parze EUR/NOK, który może być strefą zwrotną i rozpocząć kolejną deprecjację.

Główne nadchodzące wydarzenia ekonomiczne (wszystkie godziny według czasu Greenwich)

  • Wielka Brytania: wskaźnik trendów w zleceniach ogółem i cenach sprzedaży (CBI) w kwietniu (10:00)
  • Strefa euro: wystąpienie Constancio z EBC (12:00)
  • Stany Zjednoczone: wstępny odczyt PMI w sektorze usługowym (Markit) w kwietniu (13:45)
  • Strefa euro: EBC ogłasza skup aktywów (13:45)
  • Australia: wystąpienie prezesa Stevensa z RBA (22:40)
  • Japonia: handel detaliczny w marcu (23:50)

John J Hardy, Saxo Bank

 

Linie Emirates wprowadzą najnowocześniejszego Boeinga 777-300ER na trasie do Warszawy

B777-300ER w trzyklasowej konfiguracji będzie wyposażony w osiem prywatnych kabin w klasie pierwszej, 42 rozkładane do pozycji leżącej fotele w klasie biznes oraz 310 komfortowych siedzeń w klasie ekonomicznej. Samolot ten cieszy się dużą sympatią pasażerów Emirates i stanowi trzon floty przewoźnika. Obecnie linie dysponują 104 Boeingami 777-300ER i zamówiły 48 kolejnych. Zmiana przyniesie wzrost oferowania na trasie do/z Warszawy o 1722 miejsca tygodniowo.

W lutym minął drugi rok działalności linii Emirates w Polsce. W ciągu tego czasu obsłużyliśmy 330 tysięcy pasażerów podróżujących z i do Warszawy, a zapotrzebowanie na te loty wciąż rośnie. Sukces ten sprawił, że postanowiliśmy zwiększyć zdolność przewozową na tej trasie – powiedział Maciej Pyrka, Country Manager Emirates na Polskę. Dzięki wprowadzeniu tego niezwykle nowoczesnego samolotu do obsługi połączenia z Warszawą, pasażerowie z Polski będą mogli spodziewać się jeszcze większego komfortu podróży liniami Emirates do Dubaju i innych miast z naszej siatki – dodał Pyrka.Boeing 777-300ER - Emirates

Klientów Emirates obsługuje wielonarodowy personel pokładowy, w skład którego wchodzi ponad 500 Polaków. Posiłki pokładowe przyrządzane są przez najlepszych szefów kuchni. Ponadto pasażerowie mają do dyspozycji system rozrywki pokładowej ice, oferujący dostęp do ponad 2 tysięcy kanałów z filmami, programami telewizyjnymi, grami, audiobookami i muzyką z całego świata, który od 11 lat nagradzany jest tytułem najlepszego systemu rozrywki pokładowej w rankingu Skytrax. Wszystkim klientom Emirates przysługują bardzo wysokie limity bagażu – do 50 kg w klasie pierwszej, 40 kg w klasie biznes i 30 kg w klasie ekonomicznej.

Wprowadzenie Boeinga 777-300ER pozytywnie wpłynie również na polski import i eksport dzięki usługom Emirates SkyCargo. Na trasie z/do Warszawy samolot ten będzie w stanie przewieźć w luku bagażowym do 23 ton cargo w każdą stronę, zwiększając tym samym zdolność przewozową o 84 tony tygodniowo. Linie Emirates SkyCargo to jedyny przewoźnik na polskim rynku oferujący codzienne połączenia obsługiwane przez samolot szerokokadłubowy.

Komentarz walutowy DM BZ WBK – 28.04.2015

Obejrzyj nasz materiał wideo pt. „Komentarz walutowy”. Znajdziesz w nim komentarz Marcina Działka dotyczący bieżącej sytuacji na rynkach walutowych.

Inteligentny dom na każdą kieszeń. Na jakie rozwiązania automatyki warto zwrócić uwagę?

Powrót do domu po ciężkim dniu: brama wjazdowa uchyla się gościnnie, w ogrodzie włączają się światła, drzwi garażowe otwierają się same, w oknach podnoszą się rolety… nie, nie trzeba nazywać się Carrington, by tak wyglądała codzienność. Nowoczesne systemy automatyki budynku to niesłabnąca moda wśród inwestorów, ale i rozwiązania coraz bardziej dostępne pod względem ekonomicznym i funkcjonalnym.

Komfort i bezpieczeństwo – za to kochamy swoje domy i ich najbliższe otoczenie. Osoby poszukujące sposobów na zwiększenie dwóch największych atutów domowego zacisza, coraz chętniej sięgają po rozmaite urządzenia automatyki budynku, które mogą działać samodzielnie lub w sposób zintegrowany. I choć hasło „inteligentny dom” wielu ludziom wciąż kojarzy się z nieosiągalnym budżetem, prawda jest taka, że dziś możemy korzystać z wielu systemów, które w elastyczny sposób wpisują się w nasze potrzeby i możliwości.

Piękny i… inteligentny. Dom na miarę potrzeb

Coś, co do niedawna traktowane było jako kosztowny kaprys, dziś staje się powszechne. Coraz więcej właścicieli posesji nie wyobraża sobie na przykład wysiadania z samochodu w celu otworzenia bramy wjazdowej lub garażowej. – Upowszechnienie automatyki domowej to z jednej strony skutek większej dostępności ekonomicznej, z drugiej zaś bardzo łatwego montażu i dużych możliwości adaptacji poszczególnych systemów do już istniejących urządzeń. By stać się właścicielem automatycznej bramy nie musimy wymieniać wyposażenia – wystarczy zaopatrzyć się w napęd, który będzie najbardziej odpowiedni dla naszych potrzeb. Jednocześnie inwestorom towarzyszy świadomość, że w każdej chwili mogą rozszerzyć zakres funkcji automatyki domowej i korzystając na przykład z popularnego czterokanałowego pilota obsługiwać jednocześnie napędy bram, zraszacze ogrodowe, rolety czy oświetlenie wokół domu – mówi Sławomir Baran z firmy FAAC, pioniera na rynku automatyki.

Sercem każdego systemu automatyki budynku jest centrala. Znajdujące się w niej odbiorniki radiowe pozwalają na dobranie rozmaitych częstotliwości, na których pilot będzie współpracował z napędem – w ten sposób nowoczesne urządzenia pozwalają na idealne dopasowanie funkcjonalności do określonych potrzeb. Dzięki tzw. kodowaniu zmiennemu, niemożliwie jest skopiowanie sygnału lub użycie go dla innego urządzenia. Całkowite bezpieczeństwo tego rozwiązania i komfort, jakie zapewnia ono w codziennym życiu, to zalety, którym trudno się oprzeć.

Łatwiejsze, niż można przypuszczać

Inteligentna instalacja, integrująca pracę wielu urządzeń, to ogromne ułatwienie skracające czas wykonywania codziennych czynności. Co więcej, obsługa domowej automatyki jest kwestią kilku kliknięć, pozwalających programować i kontrolować pracę urządzeń za pomocą domowego komputera, pilota, a nawet smartfona.

Bezpieczną obsługę urządzeń gwarantuje droga radiowa, jeśli zaś chodzi o samą ich pracę – w dbaniu o ten aspekt po raz kolejny wyręcza nas technologia. – Listwy optyczne i fotokomórki, w które wyposażamy bramy, sprawiają, że możemy być spokojni o ich bezkolizyjne działanie. Wysoka czułość i szeroki kąt pracy fotokomórek pozwalają mieć pewność, że praca napędu zostanie zatrzymania w momencie, w którym w świetle bramy pojawi się przeszkoda. Nieuważne dziecko, beztroski czworonóg, nadjeżdżające auto – brama wyposażona w odpowiednie urządzenia nie będzie stanowiła dla nich zagrożenia i poradzi sobie sama ze zbliżającą się przeszkodą – wyjaśnia Sławomir Baran.

Selektywny wybór urządzeń, intuicyjne interfejsy, bezpieczeństwo pracy i kodowania systemów, proste programowanie – inteligentny dom to zjawisko coraz bliższe doświadczeniu wielu inwestorów. Właściciele domów coraz częściej zdają sobie sprawę, że możliwe jest znalezienie optymalnych pod względem funkcjonalnym i ekonomicznym rozwiązań podnoszących jakość codziennego życia.

Pijany kierowca może słono zapłacić za wypadek

Przed nami długi weekend majowy a wraz z nim fala wyjazdów samochodowych i smutnych doniesień z polskich dróg. Ze statystyk policji wynika, że w ubiegłym roku w tym czasie doszło do 369 wypadków na polskich drogach, a najczęstszymi przyczynami były nadmierna prędkość i jazda pod wpływem alkoholu. Piłeś, nie jedź – tak eksperci towarzystwa ubezpieczeniowego Gothaer apelują do każdego kierowcy, który po spożyciu nawet najmniejszej ilości alkoholu zamierza kierować pojazdem. Pijana osoba za kierownicą to poważne zagrożenie dla samego siebie, najbliższych i otoczenia.

Bezmyślna jazda za kółkiem może wiązać się z pozbawieniem zdrowia lub życia nie tylko kierowcy, ale również jego pasażerów i innych uczestników ruchu drogowego, oraz poważnymi konsekwencjami finansowymi. – Kiedy dojdzie do stłuczki lub wypadku, dzięki obowiązkowemu ubezpieczeniu OC, kierowca nie musi martwić się finansowymi skutkami zdarzenia, które spowodował. Chyba że wyrządził szkodę w stanie po użyciu alkoholu, nietrzeźwości, po użyciu środków odurzają­cych, substancji psychotropowych czy też zbiegł z miejsca zdarzenia. Wówczas musi liczyć się z tym, że ubezpieczyciel obciąży go poniesionymi kosztami – mówi Marek Dmytryk, Zastępca Dyrektora Biura Ubezpieczeń Detalicznych w Gothaer TU S.A.

Zgodnie ustawą o ubezpieczeniach obowiązkowych, każdy właściciel pojazdu jest zobowiązany do posiadania polisy OC, aby po spowodowaniu wypadku czy stłuczki rekompensatę poszkodowanym osobom trzecim wypłaciło jego towarzystwo ubezpieczeń. Jeśli jednak sprawca zdarzenia był np. w stanie po użyciu alkoholu lub nietrzeźwy, to zgodnie z art. 43 tej ustawy, jego ubezpieczyciel wypłaca odszkodowanie poszkodowanym, a następnie występuje do sprawcy o zwrot wypłaconego odszkodowania. – W całym 2014 r. w naszym towarzystwie mieliśmy do czynienia z 387 takimi przypadkami, czyli więcej niż jednym pijanym kierowcą każdego dnia – podkreśla Marek Dmytryk.

Wysoki rachunek do spłacenia

W 2014 r. średnie wypłacone odszkodowanie i świadczenie z OC komunikacyjnego (wg danych KNF) wyniosło ok. 4700 zł. Wartość wypłacanych odszkodowań z tytułu spowodowanego wypadku drogowego zaczyna się od kilkuset złotych, ale może osiągnąć poziom nawet kilkuset tysięcy złotych. I wcale nie tylko z uwagi na wysoką cenę zniszczonego pojazdu. Na całkowitą sumę roszczenia wobec pijanego sprawcy wypadku składa się kilka elementów. Poza odszkodowaniem za uszkodzone mienie sprawca zdarzenia musi liczyć się także ze zwrotem kosztów szkód osobowych, zadośćuczynieniem za doznany ból i cierpienie, zwrotem kosztów leczenia czy rent przyznanych poszkodowanym i ich rodzinom w związku z wypadkiem.

Rachunek za bezmyślną jazdę może okazać się naprawdę wysoki. I mam tutaj na myśli nie tylko materialne konsekwencje, ale przede wszystkim narażenie siebie i innych osób – pasażerów, poszkodowanych na utratę zdrowia lub nawet życia. Nie wolno siadać za kółko pod wpływem alkoholu, to podstawowa zasada – radzi Marek Dmytryk z Gothaer.

Nowa ustawa o obligacjach szansą na rozwój dla jednostek samorządu terytorialnego, banków oraz przedsiębiorców

0

1 lipca tego roku w życie wchodzi nowa ustawa o obligacjach, która ma wesprzeć rozwój rynku długoterminowych nieskarbowych papierów dłużnych, emitowanych przez jednostki samorządu terytorialnego, przedsiębiorstwa oraz banki. Zdaniem prawników Kancelarii Deloitte Legal nowe, bardziej przejrzyste oraz dokładniejsze przepisy sprawią, że obligacje mają szansę stać się istotnym i komplementarnym do kredytów bankowych źródłem pozyskiwania kapitału. Zmiany w prawie wymagają jednak innego podejścia do organizacji emisji obligacji oraz świadomości skutków wprowadzenia nowych rozwiązań.

Ustawa o obligacjach została uchwalona w styczniu 2015 roku. Najważniejsze zmiany, które wprowadza nowe prawo, to:

  • rozszerzenie katalogu emitentów,
  • wprowadzenie nowych rodzajów obligacji,
  • uregulowanie zasad dokonywania zmian w warunkach emisji m.in. poprzez wprowadzenie instytucji zgromadzenia obligatariuszy; a także
  • rozstrzygnięcie wątpliwości towarzyszących obowiązującym regulacjom.

Największymi beneficjentami nowej ustawy mogą okazać się jednostki samorządu terytorialnego. Do tej pory mogły one co prawda emitować obligacje przychodowe, czyli uprawniające obligatariusza do zaspokojenia roszczeń z pierwszeństwem przed innymi wierzycielami emitenta, ale nie korzystały z tego przywileju zbyt często, m.in. z uwagi na wąski krąg podmiotów, które mogły przeprowadzać tego typu emisje. Pod rządami starej ustawy doszło w Polsce jedynie do sześciu takich emisji i to mimo że rozwiązanie to cechowało kilka zalet. „Przede wszystkim chodzi o brak konieczności stosowania prawa zamówień publicznych do zamówień, których przedmiotem były usługi finansowe związane z emisją, sprzedażą i kupnem obligacji. Poza tym zobowiązań wynikających z tych obligacji nie uwzględniało się przy ustalaniu ograniczeń zadłużenia jednostek samorządu terytorialnego. Nowa ustawa utrzymuje te zalety” – wyjaśnia Tomasz Rutkowski, radca prawny, managing associate w Kancelarii Deloitte Legal. Nowa ustawa rozszerza krąg podmiotów, które będą mogły wyemitować tego typu obligacje, m.in. o spółki utworzone przez kilka sąsiadujących ze sobą jednostek samorządu terytorialnego w celu sfinansowania wspólnej inwestycji. Poza tym nowe przepisy usuwają wątpliwości, co do zakresu odpowiedzialności emitenta, wskazując, że mogą istnieć obligacje przychodowe, za które emitent przyjął odpowiedzialność całym swoim majątkiem. Wart odnotowania jest także fakt pojawienia się możliwości nadania obligatariuszom pierwszeństwa do zaspokojenia roszczeń z przychodów i majątku przedsięwzięć, sfinansowanych tylko w części ze środków uzyskanych z emisji obligacji.

Zdaniem ekspertów Deloitte wśród zalet obligacji przychodowych należy wymienić: ich przejrzystą konstrukcję,  mechanizm gromadzenia przychodów, a także to, że emisja obligacji przychodowych nie zwiększa długu jednostek samorządu terytorialnego. A wady? „Największą barierą w rozpowszechnieniu emisji obligacji przychodowych może być nieumiejętność stosowania regulacji (zarówno dotychczasowych, jak i nowych) przez jednostki samorządu terytorialnego, dla których proces ten może okazać się zbyt skomplikowany.” – mówi Tomasz Rutkowski.

Ustawa o obligacjach zmienia także sytuację przedsiębiorców, którzy otrzymają do dyspozycji narzędzia, pozwalające dokonywać im zmian w warunkach emisji.  W obecnym stanie prawnym najkorzystniej uzyskać zgodę wszystkich obligatariuszy albo  wykupić obligacje i wyemitować w ich miejsce nowe, albo też zawrzeć w pierwotnych warunkach emisji zapisy o ewentualnych późniejszych zmianach. Od lipca, aby zmienić warunki emisji obligacji, potrzebna będzie zgoda zgromadzenia obligatariuszy lub jednobrzmiące porozumienia zawarte przez emitenta z każdym z obligatariuszy. „W obecnym stanie prawnym jakakolwiek zmiana warunków emisji obarczona jest ryzykiem prawnym, a to z uwagi na brak właściwych regulacji ustawowych w tym zakresie. Trudno jednak powiedzieć czy zgromadzenie obligatariuszy stanie się instytucją stosowaną często w praktyce przez emitentów, skoro niektóre z dotyczących go zapisów budzą dosyć znaczące wątpliwości prawne” – mówi Agata Jankowska-Galińska, radca prawny, managing associate w Kancelarii Deloitte Legal. Te wątpliwości dotyczą, m.in. obowiązku pokrycia kosztów związanych ze zwołaniem oraz przeprowadzeniem zgromadzenia obligatariuszy. Zdaniem prawników Deloitte Legal nowa ustawa o obligacjach w przypadku przedsiębiorców oznaczać może też mniejszą elastyczność co do zasad emisji obligacji korporacyjnych.

Z kolei bankom ustawa o obligacjach daje wprost możliwość emitowania dwóch nowych rodzajów obligacji: wieczystych i podporządkowanych. W przypadku obligacji podporządkowanych wierzytelności z nich wynikające, w razie upadłości lub likwidacji, będą regulowane po zaspokojeniu wszystkich innych wierzytelności przysługujących wierzycielom wobec emitenta. Z kolei obligacje wieczyste są to takie papiery dłużne, dla których nie określono daty wykupu, a świadczenie emitenta względem obligatariuszy polega przede wszystkim na spłacie odsetek. Zdaniem prawników Deloitte Legal ustanowienie dwóch nowych rodzajów obligacji może posłużyć jako instrument umożliwiający bankom spełnienie wymogów dotyczących płynności i kapitałów własnych.

Wchodzące w życie przepisy nowej ustawy umożliwiają także emisję obligacji przez podmiot nowoutworzony. Dotyczy to także obligacji projektowych. Ich idea opiera się na tym, że podmiot publiczny wnosi do spółki celowej środki publiczne jako dług podporządkowany, co podnosi wiarygodność emitowanych obligacji. Ich celem jest sfinansowanie kluczowych projektów, np. z zakresu energetyki, transportu, technologii informatycznych czy komunikacyjnych. Obligacje projektowe pojawiły się w projekcie pilotażowym Strategia Europa 2020[1].

„Nowa ustawa niewątpliwie wychodzi naprzeciw potrzebom rynku i wpłynie na zwiększenie liczby emisji obligacji, dzięki którym będzie można sfinansować wiele znaczących projektów. Naszym zdaniem obligacje mają szansę stać się uzupełniającym w stosunku do kredytów bankowych źródłem finansowania. Wchodzące w życie w lipcu br. przepisy pozostawiają jednak także kilka wątpliwości, które wymagają doprecyzowania i uściślenia, jak choćby w obszarze ingerencji zgromadzenia obligatariuszy w warunki emisji obligacji” – podsumowuje Agata Jankowska-Galińska.

[1] http://ec.europa.eu/europe2020/index_pl.htm

Co dziesiąte polskie mieszkanie wymaga remontu

Brak ubikacji w 914 tys. mieszkań, a centralnego ogrzewania w 2,6 mln nieruchomości oraz przeludnienie dotykające niemal co drugiego obywatela. Taki jest obraz polskiego mieszkalnictwa płynący ze statystyk zarówno rodzimego jak i europejskiego urzędu statystycznego. Lion’s Bank zebrał dostępne na ten temat informacje, aby odpowiedzieć na pytanie: „jakie jest statystyczne mieszkanie w Polsce?”

Na tle europejskim warunki mieszkaniowe „nad Wisłą” wypadają blado. Na obywatela przypada nad Wisłą 26,3 m kw. Dwukrotnie więcej metrów ma do dyspozycji statystyczny Austriak czy Duńczyk (ponad 50 m kw. per capita), a o dwie trzecie więcej Niemiec (ponad 43 m kw.). Eurostat szacuje ponadto, że statystyczny Polak ma do dyspozycji jeden pokój (dokładnie 1,1), podczas gdy europejska średnia to 1,6 pokoi. Aby osiągnąć taką średnią Polacy musieliby zbudować 7,6 mln mieszkań. Na ile jest to realne? Średnia liczba mieszkań oddawanych do użytkowania w ostatniej dekadzie wynosi niespełna 140 tys. lokali rocznie. Dojście do europejskiego standardu mieszkaniowego zajęłoby w tym tempie 54 lata.

Dla porządku warto powiedzieć, że w statystykach urzędów powszechnie pod nazwą „mieszkanie” rozumiane są wszystkie nieruchomości mieszkalne, a więc zarówno lokale w blokach jak i domy jednorodzinne.

Im dalej w las tym więcej drzew

Zagłębienie się w temat budownictwa mieszkaniowego w Polsce nie napawa wcale większym optymizmem. Niby bowiem przeciętne mieszkanie w Polsce ma 73,1 m kw. (stan na 2013 rok), nowe nieruchomości budowane przez deweloperów w 2014 roku miały 60 m kw., a przeciętny dom wybudowany przez osobę fizyczną w 2014 r. miało średnio 140 m kw., czyli nieruchomości tych nie można nazwać klaustrofobicznymi. Niemniej zgodnie z szacunkami Eurostatu aż 45% obywateli mieszka w za małych mieszkaniach, podczas gdy średnia europejska to 17%. Pod tym względem gorzej niż w Polsce jest tylko w Rumunii i na Węgrzech. Szoku można doznać natomiast porównując warunki mieszkaniowe europejskich najemców. Ci w Polsce aż w 73% przypadków (trzy na cztery) mieszkają w za małych lokalach. W tym wypadku żadnym pocieszeniem jest fakt, że gorzej jest w Chorwacji i Rumunii.

Oczywiście można powiedzieć, że w Polsce działania wojenne doprowadziły do zniszczenia sporej części zasobów mieszkaniowych (około 2 mln), a budynków tworzonych po wojnie było co prawda dużo, ale w dużej mierze nie spełniały one zachodnich standardów. Te stosowane obecnie przez europejski urząd zakładają bowiem, że każda kawalerka – o ile jest zamieszkana – jest za mała. Eurostat uważa, że nawet singiel powinien mieć oddzielny pokój dzienny i sypialnię, a rodzina z trójką dzieci może wymagać nawet 5 oddzielnych pokoi. W Polskich realiach trudno będzie do takiego standardu szybko dojść, bo przeciętna miesięczna pensja netto mieszkańca dużego miasta starcza na zakup około 0,5 m kw. mieszkania. Statystyki te potwierdzają, że próżne są nadzieje na zniknięcie z wielkomiejskiego krajobrazu wielkopłytowych blokowisk. Te wciąż stanowią trzon zasobów mieszkaniowych nad Wisłą. Dane GUS sugerują bowiem, że nawet prawie co trzecie mieszkanie w Polsce może znajdować się właśnie w betonowym bloku.

1,4 mln mieszkań wymaga remontu

Kolejny szkopuł w tym, że niedostateczna liczba pokoi nie jest jedynym problemem, z jakim zderzają się Polacy. Poważnym problemem dotykającym rodzime nieruchomości jest zły stan techniczny. Przeciekający dach, zawilgocone lub zaatakowane grzybem ściany i podłogi to problem, z którym boryka się 3,9 mln Polaków (10,1% obywateli) zamieszkujących około 1,4 mln mieszkań. Oznacza to, że remontu wymaga co 10 mieszkanie lub dom „nad Wisłą”. Wbrew pozorom dane Eurostatu sugerują, że nie jest to wcale zły wynik. W grupie 28 krajów unijnych problem ze stanem technicznym nieruchomości dotyka prawie 16% obywateli. Niechlubny prym wiedzie tu Portugalia z wynikiem na poziomie 31,9% (dane za 2013 r.).

W wielu mieszkaniach wciąż brakuje podstawowych instalacji

Budując obraz przeciętnego „M” warto zobaczyć jeszcze jakich instalacji brakuje w rodzimych mieszkaniach. W tej kwestii pomocny okazuje się GUS. Za rok 2013 publikuje on informacje, z których wynika, że w Polsce bez centralnego ogrzewania jest aż 2,6 mln nieruchomości mieszkalnych (19% wszystkich). Do tego bieżącej wody nie ma w 462 tys. mieszkań (3%), a 1,2 mln lokali nie ma łazienki (9%), a w 914 tys. (7%) mieszkań nie ma ubikacji czy raczej spłukiwanego ustępu.

Bartosz Turek, Lion’s Bank

Prof. Fornalczyk: Przejęcie Energi przez PGE nie przyczyni się do stworzenia europejskiej silnej grupy energetycznej, a w Polsce może spowodować podwyżki cen dla konsumentów

Konkurencyjność polskiego sektora energetycznego wymaga istnienia wielu grup energetycznych – twierdzi prof. Anna Fornalczyk. Daje to konsumentom prawo wyboru i uniemożliwia poszczególnym dostawcą narzucanie cen. Dlatego koncepcja przejęcia gdańskiej Energi przez Polską Grupę Energetyczną (a także połączenia Tauronu i Enei) może doprowadzić do wywindowania stawek, a z drugiej strony nie przyczyni się do znaczącego wzmocnienia PGE na rynku europejskim.

– W kwestii połączenia PGE i Energi trzeba po prostu przeprowadzić zimny rachunek ekonomiczny i trudno zgodzić się z medialnym argumentem, że musimy doprowadzić do przejęcia Energi przez PGE, ponieważ to wzmocni PGE na rynku europejskim – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor prof. Anna Fornalczyk, była prezes Urzędu Antymonopolowego, współwłaścicielka Comper Fornalczyk i Wspólnicy.

Profesor dodaje, że udział PGE w rynku energetycznym wynosi obecnie 2 proc., a po połączeniu z Energą mógłby oscylować wokół poziomu 2,15 proc., co nie uczyni z PGE potęgi na rynku energetycznym w Europie.

– Ze względu na to, że mamy istotne bariery wejścia na polski rynek, a jednocześnie nie mamy dostatecznej mocy importowo-eksportowej, może to doprowadzić do windowania cen w górę, bo oczywiście istnieją słuszne cele inwestycyjne, jak modernizacje czy budowy nowych bloków energetycznych –uzupełnia prof. Anna Fornalczyk.

Prof. Fornalczyk tłumaczy, że będąc prezesem Urzędu Antymonopolowego, często spotykała się z argumentem monopolistów, że podwyżki cen wynikają z braku pieniędzy na inwestycje.

– Nie będziemy konkurencyjni na rynku międzynarodowym, zwłaszcza europejskim, kiedy mamy najwyższą cenę gazu, jaką płacimy Gazpromowi, a nasza cena energii elektrycznej jest najwyższa wśród innych krajów członkowskich Unii Europejskiej – mówi współwłaścicielka Comper Fornalczyk i Wspólnicy.

Jej zdaniem Polska musi robić wszystko, co jest możliwe, aby poprawiać tę konkurencyjność. Chodzi o ograniczanie różnych nieefektywności w kraju, tak aby ceny podstawowych nośników energii były takie same, jak w innych krajach członkowskich UE.

– Niekiedy słyszę argument: „Dlaczego nie możemy, podobnie jak Czesi, mieć jednego koncernu energetycznego, tak jak ČEZ produkujący i handlujący energią elektryczną?”. Odpowiadam wtedy prosto: „Bo zdolność importowa czeskiej gospodarki w zakresie energii elektrycznej wynosi 27 proc.” – wyjaśnia prof. Fornalczyk. –  Oni są w stanie 27 proc. w tych różnych godzinach szczytowych zaimportować do gospodarki, a my mamy zdolność na poziomie 3 proc.

Jak uzupełnia była prezes Urzędu Antymonopolowego, Polska w wielu raportach (w tym także z Davos) i dokumentach KE nazywana jest wyspą energetyczną, co sprawia, że ewentualny monopolista w Polsce mógłby narzucać ceny i sterować samodzielnie rynkiem.

– Konkurencja polega na tym, że odbiorcy mają prawo wyboru. Już to widzimy, że zmienia się dostawcę energii czy gazu, ale jeśli będzie jeden dostawca, to nie będziemy mieli prawa wyboru – ostrzega prof. Anna Fornalczyk.

Polscy politycy nie potrafią liczyć

Ryszard Petru, szef Towarzystwa Ekonomistów Polskich powołuje stowarzyszenie Nowoczesna.PL. To jego odpowiedź na „nieudolność rządu” i „ciepłą wodę w kranie”. – Niektóre argumenty polityków, które u nas dominują, w każdym lepiej rozwiniętym kraju po prostu by nie przeszły – mówi w rozmowie z Money.pl. 

Jak zapowiada Petru, Nowoczesna.PL nie tylko będzie mówić o gospodarce, ale również brać czynny udział w polityce. Chce zbierać na przykład podpisy pod ustawami, które trafią do Sejmu.

– Planujemy na przykład zgłoszenie ustawy o zniesieniu przywilejów emerytalnych dla niektórych grup – zapowiada Ryszard Petru w rozmowie z Money.pl.  – Nie proponujemy, by zabrać przywileje górnikom, którzy już pracują w kopalniach. Projekt zakłada, że nowe osoby, które dopiero będą pracować na tych stanowiskach, nie będą już tak faworyzowane przez ustawodawcę.

Petru zapewnia, że jego stowarzyszenie nie przekształci się w partię polityczną, choć nie wyklucza, że część osób będzie miała ambicje polityczne. Spekulacje o wspólnej, politycznej drodze z Leszkiem Balcerowiczem i Władysławem Frasyniukiem na razie ucina: – Z prof. Balcerowiczem często i na bieżąco rozmawiamy o sprawach Polski. Ale ja właśnie powołałem stowarzyszenie, nie partię polityczną. Co będzie dalej? Zobaczymy.

Fakt, że projekt rozwijany będzie mocno dopiero po wyborach prezydenckich, szef Towarzystwa Ekonomistów Polskich tłumaczy tym, że to obietnice przyszłych posłów są dla polskiej gospodarki znacznie bardziej niebezpieczne.

– Podczas kampanii prezydenckiej kandydaci z reguły rzucają pomysłami, ale to przecież partia rządząca będzie realizować swoje postulaty. I to jest dużo poważniejsze – wyjaśnia Ryszard Petru. – Przykład Węgier pokazał, czym grozi realizacja obietnic z kampanii. To był przecież początek pogrążania się kraju i utraty przewagi w stosunku do innych krajów. Jestem przekonany, że czekają nas niebawem kolejne szalone absurdy i to tworzy przestrzeń do dyskusji, do punktowania i do wyjaśniania. Obawiam się, że to działalność na długie lata. W kraju na poziomie europejskim tego typu inicjatywy byłyby po prostu niepotrzebne.

O kosztach politycznych obietnic przedwyborczych, które w samych tylko wyborach prezydenckich szacowane są na blisko 100 miliardów złotych Ryszard Petru mówi ostro: – Problem polega na tym, że przedstawiciele polskiej klasy politycznej po prostu nie potrafią liczyć. Ciężko mi się odnosić do samej kwoty, ale obawiam się, że w Polsce… to nie jest po prostu ważne. Nie jestem jedyną osobą, która uważa, że takie działanie jest poniżej pewnego standardu.

Założyciel Nowoczesna.PL uważa też, że kwestia wejścia Polski do strefy euro nie powinna być obiektem sporu przed wyborami.

– Poziom absurdu, który jest oferowany w tej debacie przekracza wszystkie granice. Nieprawdziwe argumenty, granie na emocjach i podsycanie niewiedzy. Kandydat Andrzej Duda o poważnym problemie debatuje chodząc na zakupy. W dyskoncie w Niemczech też jestem w stanie kupić koszyk towarów o cenie niższej niż w Polsce. Nie jest prawdą, że wejście do strefy euro oznacza wyższe ceny w sklepach. Granie na tak niskich emocjach sprawa, że poziom debaty politycznej jest u nas bardzo prymitywny – irytuje się Petru. – Tak długo jak wchodzimy na tak niski pułap, nie ma sensu na poważną debatę. Poczekajmy z nią na czas po kampanii. To jest zarzut do wszystkich ekip rządzących przez lata, które unikały tematu – nie pokazywały jak wygrać rozwój na wprowadzeniu euro, jak przyśpieszyć polską gospodarkę. Możemy przegrać wielką szansę, jeżeli do tematu podejdziemy źle.

Polski rynek używanych samochodów ma wielki potencjał. AAA Auto liczy, że będzie co roku podwajać obroty

CEO Magazyn Polska

AAA Auto, debiutujący na polskim rynku holenderski sprzedawca używanych samochodów, liczy na to, że powtórzy w Polsce sukces z Czech, Słowacji i Węgier, gdzie w zeszłym roku sprzedał 63 tys wozów. Zakłada też, że co roku jest w stanie podwajać osiągane w Polsce obroty.

AAA Auto zamierza zdobyć polski rynek jakością. Handel używanymi samochodami kwitnie tu od 25 lat, ale jak zwraca uwagę szef firmy, nad poprawą oferty czy obsługi klienta pracuje niewielu.

– Przede wszystkim chcemy mieć zupełnie inną jakość, inną ofertę dla naszych klientów mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Przemysław Vonau, dyrektor generalny w Polsce AAA Auto. – Będziemy ich obsługiwać w oddziałach, które się tak naprawdę niczym nie różnią od salonów z nowymi samochodami. Klient może u nas w pełni sfinansować zakup swojego samochodu. Najważniejsze jest jednak to, że sami skupujemy samochody, które sprzedajemy.

W salonach firmy polski klient ma zyskać to, z czym problem mają działający na rynku konkurenci, czyli poczucie bezpieczeństwa.

Kupując od nas, kupuje się od firmy, która nie zniknie podkreśla Przemysław Vonau. Jednocześnie gwarantujemy legalne pochodzenie tych samochodów, więc nie ma obaw, że samochód jest przedmiotem zastawu, był kradziony lub w jakiś inny sposób przywłaszczony. I wreszcie dajemy też taką gwarancję na najważniejsze podzespoły, nazywa się to care life. Oznacz to, że w ciągu 12 miesięcy, jeśli coś poważnego dzieje się z samochodem, zawsze można do nas wrócić i po prostu ten problem rozwiązać.

W zeszłym roku w Polsce sprzedano ok. 327 tys nowych samochodów. Jednocześnie używanych samochodów, licząc krajowe i zagraniczne, kupiono 2,4 mln. To pokazuje potencjał rynku.

 W Czechach, na Słowacji i Węgrzech jesteśmy w stanie sprzedawać 63 tys. samochodów, a Polska jest rynkiem, który jest większy od tych trzech krajów razem wziętych zwraca uwagę dyrektor generalny w Polsce AAA Auto. Jednocześnie nie ma na rynku polskim żadnego gracza, który by odgrywał jakąś istotną rolę na rynku samochodów używanych, dlatego wejście na rynek polski było naturalną decyzją. Mamy już w tej chwili wiedzę, kompetencje i know-how potrzebne do prowadzenia takiego biznesu.

Obroty, jakie osiągnęła w 2013 roku holenderska spółka, sięgały 379 mln euro. Sfinasowanie polskiej inwestycji nie było więc dla niej problemem, ocenia Przemysław Vonau. Firma ma też własny kapitał, własne środki na to, żeby ten rozwój finansować. Jeśli chodzi o rynek polski, to jak ocenia Vonau, spółka zamierza podwajać swoje obroty co roku.

Natomiast, gdyby się okazało, na co po cichu trochę liczymy, że wyniki są fenomenalne, to zawsze możemy zwrócić się do obecnego właściciela o dokapitalizowanie czy inny sposób wsparcia finansowego, żeby ten rozwój był jeszcze bardziej dynamiczny. Dla nas główną barierą rozwoju jest jednak tempo, w jakim jesteśmy stanie przeszkolić ludzi, żeby mieć pewność, że oni będą oferować tę samą jakość, która przyjęliśmy w naszych 35 oddziałach. I to nas chyba bardziej będzie spowalniało rozwój niż część finansowa.

W ubiegłym roku większościowy pakiet AAA Auto został kupiony przez brytyjsko-polski fundusz inwestycyjny Abris Capital Partners.

Hałaśliwe remonty u sąsiada – znosić czy interweniować?

Każdy od czasu do czasu musi przeprowadzić małą renowację w domu. Tymczasowe niedogodności trzeba przeczekać. Co jednak w sytuacji, gdy sąsiad robi remont za remontem i bez przerwy uprzykrza nam życie hałasem?

„Dobrze znać swoje prawa. Warto przeczytać regulamin wspólnoty mieszkaniowej zawierający przepisy dotyczące zasad przeprowadzania remontów i zachowywania ciszy nocnej” – mówi serwisowi infoWire.pl Mariusz Łubiński z firmy Admus. Dozwolony poziom hałasu w obszarze miejskim to 60 dB w dzień i 50 dB nocą.

Co robić, jeżeli te normy są naruszane? „Na początek najlepiej porozmawiać z ekipą remontową oraz właścicielem lokalu i wyjaśnić, że ich działania nam przeszkadzają i uniemożliwiają odpoczynek” – radzi ekspert. Warto wspólnie omówić problem i wypracować rozwiązanie satysfakcjonujące obie strony.

Jeśli sąsiad nie zastosuje się do naszych uwag, problem należy zgłosić administracji budynku, która wystosuje oficjalne pismo do uciążliwego lokatora. W przypadku nocnych hałasów o interwencję możemy prosić też straż miejską oraz policję. Gdyby i to nie poskutkowało, pozostaje nam wkroczenie na drogę sądową – możemy wystąpić z roszczeniem o sprzedaż mieszkania lokatora łamiącego przepisy i uprzykrzającego życie całej wspólnocie.