Polacy się starzeją, a opieki medycznej w dalszym ciągu brakuje

Pacjenci w podeszłym wieku wędrują od lekarza do lekarza. Jest za mało placówek geriatrycznych i wyspecjalizowanej kadry, które gwarantowałyby kompleksową opiekę. Nie tylko odbija się to w sposób negatywny na zdrowiu ludzi starszych, lecz także znacząco uszczupla budżet Narodowego Funduszu Zdrowia (NFZ).

Najwyższa Izba Kontroli (NIK) przeanalizowała stan opieki medycznej nad osobami w podeszłym wieku. Z raportu wynika, że największym problemem jest niedobór oddziałów i poradni geriatrycznych oraz wyspecjalizowanej kadry (najgorzej sytuacja wygląda w województwie warmińsko-mazurskim). Przyczyną takiego stanu rzeczy jest minimalne finansowanie, które utrudnia utrzymywanie się istniejących oddziałów geriatrycznych, nie wspominając już o otwieraniu nowych. Brak miejsc pracy przekłada się na niedobór geriatrów. W Polsce obecnie jest ich 321, a ponad 100 kolejnych dopiero się specjalizuje. W porównaniu do innych krajów Unii Europejskiej to bardzo mało.

Kolejnym ważnym problemem jest finansowanie świadczeń zdrowotnych dla osób starszych. NFZ opłaca leczenie jednej choroby, z którą pacjent zgłasza się do szpitala. Człowiek w podeszłym wieku zazwyczaj ma ich więcej. „Potrzeba takiego systemu, który będzie uwzględniać »wielochorobowość« osób starszych i pokryje koszta więcej niż jednej choroby” – mówi serwisowi infoWire.pl Maria Smereczyńska, doradca techniczny w Departamencie Zdrowia NIK. Pozwoli to zaoszczędzić, ponieważ – jak wynika z raportu – pacjent korzystający z kompleksowej opieki geriatrycznej kosztuje NFZ o 1380 zł mniej niż osoba leczona w oddziale chorób wewnętrznych. Trafia ona bowiem do wielu specjalistów, przez to przyjmuje dużo więcej leków, a w konsekwencji jej leczenie trwa dłużej i jest droższe.

Osoby w podeszłym wieku wymagają szczególnej opieki. Dlatego w skład zespołu geriatrycznego oprócz lekarza i pielęgniarki wchodzą fizjoterapeuta, psycholog oraz osoba z pomocy społecznej. „Taka grupa powinna czuwać nad pacjentem nie tylko, kiedy przebywa on na oddziale geriatrycznym, lecz także po jego opuszczeniu” – podkreśla ekspertka.

Fabryka Nestlé w Namysłowie rozpoczyna produkcję lodów koszernych

Informacje o firmie

Marketing mobilny – nowe możliwości, nowe wyzwania

Marketing mobilny jest gałęzią marketingu w coraz większym stopniu podlegającą silnemu rozwojowi. W praktyce w Polsce obszar kreacji odbiorcy zawęża się do użytkowników smartfonów i tabletów.

Gorsza jakość, większa skuteczność
Eksperci są zdania, że jakość kampanii mobilnych pozostawia wiele do czynienia. Głównie spowodowane jest to przede wszystkim próbą „przenoszenia” reklam dostępnych na komputerach, na urządzenia mobilne, jakimi niewątpliwie są smartfony czy tablety. Jak wiadomo, w obu podanych przykładach zarówno wielkość ekranu, rozdzielczość, czy miejsce zlokalizowania reklamy jest różne. Tak więc skopiowanie reklamy z komputera na tablet czy smartfon wydaje się pomyłką i niezrozumieniem. Poważnym błędem może być zbyt duża wielkość reklam na urządzenia mobilne…

Przykładowo zajęcie ekranu dwoma banerami przy tej samej odsłonie, wówczas zamiast klienta zainteresować możemy wywołać reakcję obronną spowodowaną przytłoczeniem. Pomimo jeszcze znacznego pola do poprawy nie możemy jednoznacznie stwierdzić, że reklamy na naszym rodzimym rynku są nieatrakcyjne czy też mało kreatywne. Odnosząc się do marketingu mobilnego nie sposób zapomnieć o kampaniach sms adresowanych do w dalszym ciągu nie małej grupy tradycyjnych telefonów. W sytuacji odpowiedniej segmentacji oferty i dopasowania jej do klienta wykazują one wysoką skuteczność.

Liczba urządzeń mobilnych w trendzie wzrostowym
Ukierunkowanie kampanii właśnie na użytkowników mobilnych jest poparte stale rosnącą liczbą użytkowników tychże urządzeń. Według szacunków już w 2018 roku tabletem będzie się posługiwał co trzeci Polak. Nie gorzej jest w przypadku smartfonów, gdzie w analogicznym okresie ich liczba ma wynieść blisko 44 miliony, co oznacza że na przeciętnego Kowalskiego będzie przypadać średnio 1,5 smartfona.

Będzie na co spożytkować środki
Wraz z rosnącą liczbą urządzeń mobilnych, spadających cenach internetu mobilnego możemy spodziewać się rosnących budżetów na działania marketingowe w obszarze marketingu mobilnego. Według prognozowanych danych w tym roku budżet ma wynieść ok. 45 mln złotych, jednakże rok 2016 może przynieść skokowy wzrost do nawet 100 mln zł. Podsumowując, jest zatem na co wydawać, i z czego później zbierać.

 

Kamil Ewiak
Agencja PR Future Advert

NIK o rozwoju obszarów rybackich

Lokalne Strategie Rozwoju Obszarów Rybackich w Polsce zostały opracowane i wdrożone stosownie do obowiązujących uregulowań. Liczba utworzonych lub utrzymanych miejsc pracy dzięki środkom z UE była jednak mniejsza od zakładanej. Przy procedowaniu rozdzielania funduszy nie ustrzeżono się też zagrożeń o charakterze korupcyjnym.

Rola Grup Rybackich sprowadzała się przede wszystkim do wyboru wniosków, a następnie sporządzania list rankingowych. Nie miały one w związku z tym wpływu na rozliczenie zobowiązań zawartych we wnioskach, a tym samym na efektywne wykorzystanie środków przeznaczonych na cele określone w Strategiach. Przyznawanie i rozliczanie pomocy należało bowiem do kompetencji samorządów województw. Brak uregulowań dotyczących przepływu informacji pomiędzy samorządami a Grupami w zakresie realizacji projektów wybranych do dofinansowania skutkował ograniczoną wiedzą o stanie realizacji wniosków, a tym samym o stopniu wykonania Strategii.

Jednym z istotnych problemów społecznych i gospodarczych na obszarach zależnych od istnienia i rozwoju rybactwa było i jest nadal bardzo wysokie bezrobocie, związane z zanikiem sektora rybackiego. Jednym z 4 wskaźników mierzących wykonanie osi priorytetowej 4 było „utworzenie nowych lub utrzymanie dotychczasowych miejsc pracy”. Na koniec 2013 r. wskaźnik ten miał osiągnąć poziom 2.500 miejsc pracy. W rzeczywistości osiągnięto poziom 1.880 takich miejsc.

Przyjęte w Strategiach kryteria często były niemierzalne oraz niejednoznacznie określone. Brak było też informacji, czy kryteria te mają charakter akumulacyjny, gradacyjny czy mieszany. NIK stwierdziła ponadto znaczne rozbieżności przy dokonywaniu oceny wniosków przez poszczególnych członków Komitetu. Rozbieżności te dotyczyły nie tylko kryteriów subiektywnych, ale także punktowych. W działalności Komitetów Grup Rybackich dotyczącej rozpatrywania zgłoszonych odwołań, występowały również przypadki polegające na zaniechaniu ich rozpatrzenia, niezasadnym uznaniu operacji za niezgodną z Lokalną Strategią oraz niewyłączeniu się członków w związku z konfliktem interesu.

NIK przy wyborze operacji do dofinansowania zidentyfikowała następujące mechanizmy korupcjogenne :

  • konflikt interesów polegający na niegwarantowaniu bezstronności. Dotyczy to sytuacji, w której członkowie Komitetu Grup Rybackich wzajemnie oceniali swoje wnioski, a także ponownie dokonywali, w ramach procedury odwoławczej, oceny wydanych przez siebie decyzji,
  • dowolność postępowania oraz brak odpowiedzialności osobistej, tj. dokonywanie wyboru operacji przez członków Komitetu poprzez kryteria, które zostały zdefiniowane w sposób niemierzalny i nieprecyzyjny. Mimo prawnie dopuszczalnej uznaniowości rozstrzygnięcia, sytuacja ta w sprzyjających ku temu warunkach może przeradzać się w niedopuszczalną dowolność.

W. Juroszek (AgioFunds TFI): Skup obligacji przez EBC spowoduje powstawanie baniek spekulacyjnych zamiast realnej poprawy w gospodarce

Ceny na rynku zarówno akcji, jak i obligacji w Europie są już wysokie. Zdaniem Wojciecha Juroszka z AgioFunds TFI rozpoczęty w marcu przez Europejski Bank Centralny skup obligacji nie spowoduje ożywienia w gospodarce, sprzyjać natomiast będzie powstawaniu baniek spekulacyjnych, jakie swego czasu były na rynku nieruchomości w Stanach Zjednoczonych.

Drukowanie pieniędzy nic nie daje, prócz pompowania baniek spekulacyjnych – uważa Wojciech Juroszek, zarządzający w AgioFunds TFI. – Jest to już widoczne na największych indeksach, w szczególności w Europie, czyli na niemieckim indeksie DAX. Tamtejsze spółki są już bardzo drogie. Tam bardzo wyraźnie widać bańkę, która wciąż rośnie.

Marzec był pierwszym miesiącem ogłoszonego w połowie stycznia br. przez prezesa Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghiego programu luzowania ilościowego (QE, z ang. Quantitative Easing). Ma on potrwać co najmniej do września 2016 roku. W razie gdyby wyznaczony cel inflacyjny nie został osiągnięty, może jednak trwać dłużej. W tym czasie EBC będzie skupować obligacje o ratingu inwestycyjnym, kierując się udziałem poszczególnych państw w kapitale banku. Jak poinformował Draghi, miesięcznie tą drogą ma wpływać do systemu finansowego eurostrefy około 60 mld euro, docelowo – nawet bilion.

Główny indeks niemieckiej giełdy we Frankfurcie, czyli DAX, zyskał już od początku roku ponad 20 proc.

W większości krajów europejskich, jak przekonuje Wojciech Juroszek, zbyt drogie są także obligacje skarbowe. Rentowności papierów włoskich i innych krajów południa Europy, czyli gospodarek przeżywających trudności strukturalne, są niższe niż cieszące się znacznie większym prestiżem obligacje amerykańskie. Oprocentowanie włoskich obligacji 10-letnich wynosi 1,4 proc., podobnie jak hiszpańskich. Tymczasem amerykańskie 10-latki dają 1,9 proc. i są tym samym niewiele droższe od papierów portugalskich (2,04 proc.) Zdaniem zarządzającego AgioFunds TFI to absurd i namacalny dowód powstawania kolejnej bańki spekulacyjnej.

To samo jest w Polsce – zauważa Juroszek. – Rekordowo niskie stopy procentowe nic nam nie dają. Nie ma znaczenia, czy to jest 1-1,5 proc., 0 proc. czy nawet minus. Na rynku panuje powszechna awersja do ryzyka. Nie pobudza to żadnej akcji kredytowej (nisko oprocentowane kredyty powinny skłaniać firmy do inwestowania, a w rezultacie pobudzać wzrost gospodarczy – red.). QE nie wpływa zatem na gospodarkę, powoduje tylko pompowanie baniek spekulacyjnych na indeksach największych spółek oraz obligacjach.

Mimo że QE dotyczy strefy euro, mogłoby mieć także pozytywny wpływ na polską gospodarkę. W wyniku niskich stóp procentowych krajowe obligacje korporacyjne (emitowane przez przedsiębiorstwa i obarczone większym ryzykiem niż skarbowe, ale potencjalnie dające bardziej pokaźne zyski) już od dłuższego czasu nie przynoszą inwestorom poważnych dochodów.

Większość odsetek oparta jest bowiem na stawce WIBOR: im jest ona niższa, tym trudniej zarobić – przypomina Juroszek. – Nasze fundusze obligacji korporacyjnych, czyli AGIO Kapitał i AGIO Kapitał Plus, zarobiły w ubiegłym roku około 4 proc. przy stopach rynkowych, wolnych od ryzyka, na poziomie między 1,5 a 2 proc. Można zatem stwierdzić, że ryzyko sektora przedsiębiorstw rynek wycenia zaledwie na dwa punkty procentowe. To bardzo niewiele.

W Stanach Zjednoczonych, które mają już za sobą taką operację, Rezerwa Federalna szykuje się do cyklu podwyżek stóp procentowych.

To, co się dzieje w Stanach, nie ma jednak zbyt dużego wpływu, jeżeli chodzi o politykę monetarną, na to, co ma miejsce u nas – twierdzi Juroszek. – Rada Polityki Pieniężnej kieruje się kwestiami związanymi z inflacją, a przypominam, że obecnie mamy deflację. Inflacja bazowa jest natomiast w dalszym ciągu powyżej zera. RPP zwraca uwagę na to, że czynniki, które wpływają na spadek cen, są zewnętrzne i zmienne, związane z deflacją cen surowców. To jest głównym wyznacznikiem decyzji RPP, ale nie tylko, również kwestie związane z potencjalnym wzrostem gospodarczym oraz kursem walutowym.

To, że obecne stopy procentowe są w Polsce bardzo niskie, nie powoduje – zdaniem Wojciecha Juroszka – że krajowa polityka monetarna w przyszłości powinna podążać szlakiem Eurolandu.

Jeżeli mamy robić to, co inne kraje, stosując argumentację, że musimy obniżać, bo inni to robią, to po co nam w ogóle autonomiczny bank centralny? – pyta Wojciech Juroszek. – Od razu powinniśmy przyjąć euro. Po to mamy niezależność, by we własnym zakresie podejmować odpowiednie decyzje.

Do końca maja na platformie ePUAP2 dostępnych będzie 20 nowych e-usług

CEO Magazyn Polska

Zgłoszenie utraty dowodu osobistego i złożenie wniosku o nowy będzie możliwe online. To jedna z 20 nowych usług, które do końca maja pojawią się na testowanej platformie dla administracji publicznej ePUAP2.

W tej chwili mamy katalog 29 usług. Około 20 nowych będzie wprowadzonych do końca maja na nowej, przetestowanej platformie ePUAP2 dla administracji publicznej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Halicki, minister administracji i cyfryzacji.

ePUAP to platforma internetowa, za pomocą której przedsiębiorcy i obywatele mogą załatwiać sprawy urzędowe. To także portal, na którym urzędy mogą udostępniać usługi bez konieczności ponoszenia części lub nawet całości kosztów wymaganych do ich świadczenia. Obecnie Centrum Projektów Informatycznych realizuje projekt ePUAP2 mający na celu rozbudowę funkcjonalności platformy ePUAP oraz zwiększenie wachlarza usług świadczonych elektronicznie.

Nie wychodząc z domu, poprzez platformę ePUAP2 będzie można zgłaszać np. utratę dowodu osobistego, składać wniosek o wydanie nowego czy wniosek o dowód rejestracyjny samochodu lub prawo jazdy – dodaje Andrzej Halicki.

Docelowo do września 2015 roku platforma ePUAP ma obejmować 140 usług, dzięki czemu znacznie rzadziej trzeba będzie odwiedzać urzędy. Z programu Polska Cyfrowa na rozbudowę e-usług trafi ok. 1 mld euro. Żeby ePUAP był skutecznie i powszechnie wykorzystywany, musi poprawić się również zasięg internetu w Polsce. Z danych Eurostatu wynika, że w 2014 r. tylko 71 proc. polskich gospodarstw domowych miało dostęp do internetu szerokopasmowego. Unijna średnia to 78 proc., a gorzej niż w Polsce jest tylko w Bułgarii, Rumunii, Portugalii, Grecji, na Litwie, w Chorwacji i na Cyprze.

Czas na negocjacje międzyrządowe w sprawie rakiet manewrujących

CEO Magazyn Polska

System obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej Wisła zostanie pozyskany w drodze negocjacji z rządem amerykańskim, celem jest zakup rakiet Patriot. Z kolei w przetargu na śmigłowce do etapu testów dopuszczono maszynę Airbus Helicopters. To dwie ostatnie decyzje polskiego rządu ws. modernizacji polskiej armii. Kolejne powinny wzmocnić zdolności ofensywne naszego wojska. Sytuacja geopolityczna zmusza Polskę do przyspieszenia prac nad budową systemu odstraszania. Tak jak w przypadku rakiet Patriot zakup wiąże się z negocjacjami międzyrządowymi.

Zmieniające się otoczenie naszego kraju powoduje, że musimy zaangażować się mocniej w modernizację sił zbrojnych. To dotyczy wszystkich elementów bezpieczeństwa państwa, choć w odniesieniu do konfliktu, który toczy się na Wschodzie, kluczowym elementem są działania zmierzające do wzmocnienia polskich sił zbrojnych – podkreśla dr Łukasz Kister, ekspert ds. bezpieczeństwa w Instytucie Jagiellońskim.

Rząd podjął decyzję o tym, że obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa będą oparte o amerykański system Patriot. Z kolei w postępowaniu na wybór śmigłowców dla polskiej armii do etapu testów wybrano maszyny Caracal produkowane przez Airbus Helicopters. Jak podkreślił prezydent Bronisław Komorowski, decyzja o pogłębieniu procesów modernizacji technicznej sił zbrojnych spowodowana jest sytuacją geopolityczną, szczególnie na Wschodzie.

Zdaniem Kistera najważniejsze przy wyborze sprzętu i planowaniu dalszej modernizacji jest zbudowanie systemu odstraszania w powietrzu, na lądzie i na morzu. W planach MON ma też zakup trzech okrętów podwodnych.

Nasza armia nigdy nie będzie potęgą militarną w sensie liczebności czy ilości uzbrojenia. Musimy mieć takie siły i środki, które mimo to będą jednak odstraszały naszych wrogów, które będą skuteczne, nowoczesne, dostosowane do współczesnego pola walki – mówi ekspert. – Kluczem są rakiety manewrujące, pociski, które będą zdolne do rażenia celów daleko poza naszymi granicami, które będą uderzały w punkt najbardziej newralgiczny dla naszego przeciwnika.

Ekspert podkreśla, że właśnie z tego powodu zakup okrętów podwodnych z pociskami manewrującymi powinien być priorytetem dla naszych sił zbrojnych. Zdaniem Kistera bardziej realny jest wybór francuskiej oferty pocisków niż amerykańskich Tomahawków. Wyjaśnia, że te drugie nie będą kompatybilne z odstraszaniem, bo decyzja o ich użyciu zapadać będzie w Stanach Zjednoczonych, a nie w Polsce.

Zdolność do samodzielnego ich wykorzystania przez naszych żołnierzy jest iluzoryczna – mówi dr Łukasz Kister. – Tomahawki mają pewną szczególną technologię, specyfikę zarządzania, która jest w posiadaniu wyłącznie armii amerykańskiej. Nikt, kto otrzymał zgodę na zakup pocisków, nie może nimi samodzielnie i swobodnie kierować. Wszystkie kluczowe decyzje pozostają w rękach żołnierzy armii Stanów Zjednoczonych, którzy mogą zawsze uniemożliwić start takiego pocisku, zmienić jego trajektorię lotu czy wręcz zniszczyć go w powietrzu.

Zdaniem Kistera przewaga francuskiej oferty polega przede wszystkim na możliwości połączenia zakupu z możliwościami samodzielnego sterowania bronią.

Dzisiaj najbardziej realny jest zakup okrętów podwodnych od francuskiego oferenta, który wraz ze sprzedażą okrętu podwodnego i całej technologii budowy tych okrętów, chce, byśmy w pakiecie otrzymali dostosowane do nich pociski manewrujące. Francuzi chcą nam dać zdolność do dowodzenia w tym obszarze, zdolność do kierowania i samodzielności w realizacji naszych celów obronnych – wyjaśnia Kister.

Jak podkreśla, nawiązaniu współpracy z Francuzami sprzyja też podejście obecnych władz Francji do polityki obronnej w UE i budowania wspólnych sił zbrojnych. Po przyszłorocznych wyborach taka szansa może zmaleć. Jeśli MON rzeczywiście chce zakupić rakiety manewrujące, powinien rozpocząć negocjacje w tej sprawie z rządem Francji.

Niewykorzystana dzisiaj sytuacja może być dla nas ciężarem w następnych latach i może spowodować, że modernizacja Marynarki Wojennej i zbudowanie komplementarnego systemu odstraszania będzie niemożliwe. Tu nie chodzi o faworyzowanie jednego czy drugiego dostawcy, ale o racjonalne i szybkie przygotowanie Polski na zagrożenia – mówi Kister. – Te decyzje już dziś są nieco spóźnione, więc nie możemy ich jeszcze odkładać w czasie, bo może się okazać, że po zmianie sytuacji geopolitycznej nie będziemy mogli zrealizować tej modernizacji, bo nie będzie już od kogo kupić najnowocześniejszego uzbrojenia.

Ulgi podatkowe nie przekonały Polaków do oszczędzania na emeryturę

CEO Magazyn Polska

Wielu Polaków składa zeznania podatkowe często w ostatniej chwili, tuż przed 30 kwietnia. Zdaniem ekspertów to doskonały moment na informowanie o zachętach podatkowych do instrumentów oszczędzania na emeryturę. IKE i IKZE wciąż nie są popularne – otwartych jest odpowiednio 800 tys. i 500 tys. kont, ale pieniądze wpływają zaledwie na co czwarte i co szóste z nich.

– Liczę, że klientów IKE i IKZE będzie więcej, szczególnie jeśli będą nagłaśniane informacje o zachętach fiskalnych, szczególnie w przypadku IKZE. Dobrym momentem na to są miesiące, kiedy składamy roczne zeznania podatkowe – mówi agencji Newseria Krzysztof Nowak, członek zarządu firmy konsultingowej Mercer Polska.

W jego ocenie w tym kontekście niewiele mówi się o IKZE, a potencjał indywidualnych kont zabezpieczenia emerytalnego jest stosunkowo duży. Mimo to, ekspert zaznacza, nie należy liczyć na gwałtowny rozwój tych produktów, a kolejne lata raczej nie przyniosą przełomu. Choć zdaniem Nowaka liczba zakładanych, aktywnych i opłacanych kont IKZE będzie rosła i to być może nawet szybciej niż liczba indywidualnych kont emerytalnych.

– Patrząc na statystyki, wydawałoby się, że IKE są dużo bardziej popularne, mamy dzisiaj ponad 800 tys. kont, z czego opłacanych jest również stosunkowo dużo, bo kilkaset tysięcy. Ostatnie dane KNF wskazywały na 200 tys. opłacanych kont – mówi Krzysztof Nowak.

Według KNF na koniec 2014 roku prowadzono 824,49 tys. indywidualnych kont emerytalnych (znajdowało się na nich 5,03 mld zł), z czego na 264,21 tys. rachunków wpłacono pieniądze (909,03 mln zł). W ubiegłym roku otwarto 55,75 tys. nowych kont.

Ekspert wskazuje, że zgromadzona kwota jest raczej niewielka w perspektywie przyszłych potrzeb emerytalnych, ale dużo wyższa w porównaniu do środków zgromadzonych na IKZE. W ubiegłym roku otwarto 63,49 tys. IKZE. Liczba otwartych kont wzrosła więc do 528,14 tys. (znajdowało się na nich 295,35 mln zł), ale na zaledwie 86,52 tys. dokonano wpłat.

– Podstawową zachętą dla inwestorów, aby korzystać z IKE i IKZE, są ulgi podatkowe. W obu przypadkach mamy zwolnienie z podatku Belki, jest to dziś właściwie jedyny produkt korzystający z tego typu zwolnienia – tłumaczy członek zarządu Mercer Polska. – W IKZE w odróżnieniu od IKE mamy dodatkową zachętę w postaci odpisu zainwestowanej kwoty w zeznaniu rocznym od przychodu, czyli w efekcie od tej kwoty nie zapłacimy podatku dochodowego, tego, który płacimy według stawek progresywnych 18 lub 32 proc.

Ekspert uzupełnia, że taki podatek jest odraczany i w IKZE, wypłacając pieniądze po dożyciu 65. roku życia, zapłacimy 10-proc. ryczałtową daninę podatkową.

– Dzisiaj możemy odpisać 18 proc. lub 32 po to, żeby zapłacić w przyszłości 10 proc. Czyli różnica między tymi stawkami jest dodatkową korzyścią – dodaje Nowak.

Nowa ustawa emerytalna, zmieniająca zasady działania OFE, wprowadziła także ryczałtowy 10-proc. podatek. Wcześniej miało miejsce klasyczne odroczenie podatku, czyli korzystając z 18-proc. ulgi, oszczędzający w przyszłości zapłaciłby 18-proc. podatek. W ocenie Krzysztofa Nowaka nie należy spodziewać się dalszych udogodnień w konstrukcji tych produktów.

– Pewien przełom, choć nie gigantyczny, może przynieść zaangażowanie pracodawców w oba te produkty. Zarówno IKE, jak i IKZE są produktami indywidualnymi, czyli korzystamy z nich jako indywidualni inwestorzy – zwraca uwagę Krzysztof Nowak. – W ostatnich kilku miesiącach pojawiły się na rynku rozwiązania, w których pracodawcy angażują się w zakładanie programów oszczędnościowych czy programów emerytalnych dla swoich pracowników, wykorzystując obie te formuły.

Klientów czeka skokowy wzrost cen ubezpieczeń komunikacyjnych

CEO Magazyn Polska

Ceny polis komunikacyjnych będą rosnąć, bo utrzymujące się niskie stawki w długiej perspektywie mogą obniżyć jakość obsługi klienta – ocenia prezes Compensy. Prognozuje, że klienci muszą przygotować się na skokowy przyrost cen, a nie stopniowe podwyżki. Rynek przygotowuje się do wdrożenia nowych rygorystycznych wymogów, które wiążą się z dostosowaniem do dyrektywy Solvency II.

Spodziewamy się, że pewnego dnia, może będzie to w tym roku, może na początku przyszłego, nastąpi bardzo znacząca, skokowa podwyżka cen, szczególnie ubezpieczeń komunikacyjnych – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Artur Borowiński, prezes zarządu Compensa TU SA i TU na Życie Vienna Insurance Group. – Dzisiaj klienci mogą być zadowoleni, bo mają niższe ceny. Natomiast na dłuższą metę nie jest to dobra sytuacja, bo cierpi na tym jakość serwisu. Firmy ubezpieczeniowe patrzą na każdą złotówkę kilkukrotnie. W dłuższej perspektywie należy więc oczekiwać gwałtownych podwyżek.

Na rynku ubezpieczeń komunikacyjnych zachodzi wiele zmian. Jedną z nich jest stopniowe upowszechnianie się bezpośredniej likwidacji szkód, czyli możliwość likwidacji szkody we własnym zakładzie ubezpieczeń, a nie u ubezpieczyciela sprawcy kolizji. Badania firm pokazują, że klienci są gotowi zapłacić więcej za polisę, jeśli będą mogli z tej opcji skorzystać. Widać również, że ubezpieczyciele przestają konkurować już tylko ceną, stawiają za to na jakość i szybkość obsługi.

Od 1 kwietnia wprowadziliśmy unikalne rozwiązanie na rynku, zaopatrzyliśmy wszystkich naszych rzeczoznawców w mobilny sprzęt komputerowy, dzięki czemu już na miejscu wyceniamy szkodę, jesteśmy gotowi od razu uzgodnić wartość szkody. Klient właściwie w ciągu 2-3 dni uzyskuje odszkodowanie na swoje konto. Jest to totalna rewolucja na rynku i myślę, że nasi klienci będą z tego bardzo zadowoleni – mówi Artur Borowiński.

Compensa zapowiada rozwój również w biznesie korporacyjnym, czyli ubezpieczanie dużych zakładów przemysłowych czy usługowych. Chce też w dalszym ciągu walczyć o klientów z sektora małych i średnich firm. To obiecujący dla ubezpieczycieli rynek, bo co czwarte przedsiębiorstwo nie jest dostatecznie ubezpieczone. Składki Compensy w tym segmencie wzrosły w ubiegłym roku o ok. 35 proc.

W Compensie majątkowej mamy bardzo dobry produkt dla małych i średnich firm. Pracujemy oczywiście cały czas nad serwisem dla klientów i nad produktami dla klientów indywidualnych, np. w obszarze ubezpieczenia mieszkania – mówi Borowiński.

Towarzystwa ubezpieczeniowe przygotowują się również do wdrożenia przepisów z dyrektywy Solvency II (Wypłacalność). Firmy od przyszłego roku będą podlegać nowemu systemowi oceny wypłacalności – wymogi kapitałowe będą powiązane z rzeczywistym podejmowanym ryzykiem. Ta zmiana to duże wyzwanie zarówno dla ubezpieczycieli, jak i dla nadzoru.

Jesteśmy przygotowani, wypłacalność spółek zarówno w spółce życiowej, jak i w spółce majątkowej będzie na pewno powyżej 100 proc., czyli tego poziomu wymaganego przez dyrektywę. Trwają ustalenia z Komisją Nadzoru Finansowego co do naszego modelu wewnętrznego w spółce majątkowej – mówi prezes Compensy.

Jak podkreśla, nowe regulacje bardzo mocno wpłyną na biznes prowadzony przez ubezpieczycieli.

Będzie on na pewno droższy, będzie również wymagał dużo więcej biurokracji niż dzisiaj. Będzie wymagał większego zaangażowania risk managerów, czyli menadżerów od ryzyka, w działalność ubezpieczeniową – wyjaśnia Borowiński.

Wprowadzenie przez hipermarkety sprzedaży przez internet podnosi sprzedaż w ich tradycyjnych sklepach

CEO Magazyn Polska

Rynek handlowy wszedł w fazę konsolidacji. Sieci starają się zwiększyć efektywność już wybudowanych obiektów zamiast otwierać nowe. Jedną z szans rozwoju jest gwałtownie rosnący sektor e-commerce. Jak wynika z badań Tesco, uruchomienie sprzedaży w internecie zwiększa lojalność klienta i jego wydatki w tradycyjnych sklepach.

Wydarzenia na rynku handlowym cały czas związane są z konsolidacją. Mamy kilka przypadków konsolidacji. Dużym wydarzeniem było także ograniczenie ekspansji. Widzimy, że skończył się wyścig na nowe obiekty i raczej branża skupia się na wyciąganiu efektywności z istniejącej powierzchni sprzedażowej – tłumaczy Adam Manikowski, dyrektor zarządzający Tesco Polska.

W 2014 r. najważniejszym wydarzeniem konsolidacyjnym w branży handlowej było przejęcie sieci Real przez Auchan. Mimo tej konsolidacji sektor hipermarketów traci nieznacznie udział w rynku. Zyskują za to cały czas, choć już wolniej, dyskonty oraz dynamicznie rosnące sieci typu convenience.

Dla dużych sklepów szansą na odwrócenie tego trendu może być e-commerce. Coraz więcej Polaków kupuje produkty spożywcze i inne w sieci. Tesco, które jest liderem tego segmentu, zamierza dalej w niego inwestować. Jak podkreśla Manikowski, zakupy w sieci to szansa nie tylko na odzyskanie udziału w rynku, ale nawet na skłonienie klientów do odwiedzin w tradycyjnych marketach.

Co ciekawe, klient z tego kanału, który robi zakupy online, charakteryzuje się wyższą lojalnością offline oraz wydaje więcej łącznie offline i online. Jest duża wartość dodana wynikająca ze zwiększonych wydatków danego klienta – tłumaczy Manikowski.

Tesco rozwija kanał sprzedaży online od 3 lat i ma obecnie pozycję lidera z ponad 40-proc. udziałem w tym segmencie. Manikowski mówi, że już teraz w ten sposób zakupy mogą robić mieszkańcy 200 miejscowości, a ich liczba będzie rosła w miarę rozwoju tego kanału.

Manikowski przypomina, że już od kilku lat prognozowano szybki wzrost sprzedaży internetowej, ale trudno było ocenić dokładne perspektywy. Okazało się, że wzrosty tego segmentu są co roku dwucyfrowe, a klienci coraz bardziej lubią tego typu zakupy.

Ten rynek będzie bardzo dynamicznie rósł. On cały czas nie jest tak rozwinięty, jak rynek np. w Wielkiej Brytanii, ale dynamika wzrostu pozwala wyciągnąć wnioski, że tego kanału nie możemy ignorować, jeśli myślimy o kliencie, który ma być w centrum naszej uwagi – tłumaczy Manikowski.

W internecie najczęściej Polacy kupują produkty cięższe lub większe – takie, które można kupić raz i przechowywać przez długi czas, a równocześnie trudno je samemu przetransportować z hipermarketu do domu.

Jednak rośnie też wolumen sprzedawanych owoców świeżych. Manikowski podkreśla, że internetowa sprzedaż owoców jest dużym wyzwaniem logistycznym, bo nie każda spółka może zadbać o jak najszybszą dostawę. Dlatego dla Tesco to szansa na budowanie przewagi konkurencyjnej i utrzymanie wiodącej pozycji na rynku e-commerce w branży FMCG.

Polskie firmy inwestują w programy lojalnościowe

0

CEO Magazyn Polska

Polskie firmy coraz bardziej doceniają znaczenie programów lojalnościowych. Chociaż wciąż jesteśmy pod tym względem daleko za krajami Europy Zachodniej, to rynek rośnie dynamicznie. Firmy prowadzące programy lojalnościowe muszą jednak działać w sposób dostosowany do naszego kraju, cechującego się m.in. ostrożnym podejściem firm do inwestowania.

Sklepy i sieci już wiedzą, że muszą mocno walczyć o lojalność klienta, muszą go w jakiś sposób przywiązać do siebie. Po 2007 roku rozpoczęły się lekkie ruchy lojalnościowe. W tej chwili są one bardzo intensywne. Sieci prześcigają się w pomysłach na podejście lojalnościowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Mikołajczak, dyrektor i członek zarządu M&AD Polska, części grupy PPI Worldwide, dostawcy programów lojalnościowych.

Jak podkreśla Mikołajczak, polski rynek programów lojalnościowych przez długi czas pozostawał stosunkowo mało rozwinięty. Dopiero po upowszechnieniu się tego trendu na Zachodzie polskie firmy zaczęły się do tego przekonywać.

W ostatnich latach odległość dzieląca krajowy rynek programów lojalnościowych od zagranicznych stopniowo jednak się zmniejsza. Polskie firmy doceniły znaczenie tego typu działań dla zwiększania sprzedaży i utrzymywania klientów. Problemem wciąż jednak pozostaje stosunkowo niewielka skłonność firm w naszym kraju do podejmowania ryzyka.

Polska się charakteryzuje tym, że nie do końca chce zaryzykować. Ale kto nie ryzykuje, ten nie ma – przekonuje Mikołajczak. – Teraz przy dużej świadomości społecznej akcja nie może być skazana na niepowodzenie, jeżeli tylko jest mądrze przeprowadzona, a od mądrego przeprowadzenia akcji są takie firmy jak my.

Jak zwraca uwagę Mikołajczak, polskie firmy muszą zrozumieć, że skuteczny program lojalnościowy wymaga inwestycji. Początkowa strata pozwoli jednak na korzyści w późniejszym okresie.

Dodaje, że polskie firmy bardziej niż na samą cenę programu zwracają uwagę na kontakt z oferującą go firmą, sam produkt oraz jego skuteczność.

Już w 2013 roku klienci badani przez ARC Rynek i Opinia przyznali, że w programach lojalnościowych najbardziej zależy im na gotówce, czy to w postaci zniżki, czy bonu na zakupy. Ponad połowa konsumentów uczestniczy przynajmniej w jednym programie.

Mikołajczak nie chce szacować dokładnego wzrostu rynku i wyników M&AD w Polsce w kolejnych latach, ale jest pewna, że rozwój będzie dynamiczny. Pojawiać się będzie coraz więcej programów skierowanych zarówno do osób dorosłych, jak i do dzieci.

Od lipca zacznie obowiązywać nowelizacja ustawy o podatku VAT

1

CEO Magazyn Polska

Podatek VAT za telefony, tablety i inne urządzenia elektroniczne już wkrótce rozliczą nabywcy, a nie sprzedawcy. Podobnie będzie w obrocie złotem i biżuterią. Po poprawkach Senatu do Sejmu wrócił projekt nowelizacji ustawy o podatku VAT. Zmiany rozszerzające tzw. odwrócone obciążenie VAT mają zgodnie z planem wejść w życie 1 lipca br. Ich główne cele to eliminacja nadużyć i nieuprawnionych odliczeń podatku VAT.

Lista towarów objętych tzw. odwrotnym obciążeniem VAT zostanie rozszerzona. Zostaną nim objęte dodatkowe grupy towarów, w szczególności telefony komórkowe, gry, konsole do gier, laptopy, wszelkiego typu podobne instrumenty i urządzenia elektroniczne. Dodatkowo odwróconym obciążeniem objęte będą także niektóre wyroby stalowe oraz złoto i biżuteria – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Andrzejak, partner w Zespole Podatkowym Kancelarii Sołtysiński Kawecki & Szlęzak.

Rządowy projekt nowelizacji ustawy o podatku od towarów i usług (VAT) został przyjęty przez Sejm 9 kwietnia br. i czeka na podpis prezydenta.

Podstawowym celem jest ukrócenie nadużyć podatkowych, np. karuzeli podatkowych. Te zmiany mają dać organom skarbowym instrumenty do ścigania tego typu przypadków i przede wszystkim uniemożliwienia wykorzystania mechanizmu naliczania i odliczania podatku VAT w różnych okresach rozliczeniowych jako mechanizmu wyłudzania opodatkowania – wyjaśnia mec. Andrzejak.

Jak podkreśla ekspert, najważniejszą zmianą proponowaną w nowelizacji jest właśnie rozszerzenie katalogu towarów objętych tzw. odwróconym VAT-em. Zgodnie z tym mechanizmem to nie sprzedawcy, ale kupujący muszą rozliczyć VAT. Sprzedawca otrzyma zatem kwotę netto za sprzedawane towary.

W odniesieniu do wyrobów elektronicznych mechanizm ten będzie obowiązywał jedynie przy obrotach przekraczających 20 tys. zł netto rocznie oraz wtedy, gdy nabywca jest czynnym płatnikiem VAT.

Po stronie przedsiębiorców pojawi się obowiązek sporządzania tzw. krajowych informacji podsumowujących, czyli zestawień, które będą składane okresowo do urzędów skarbowych z wykazaniem nabywców i obrotów towarami objętymi odwróconym obciążeniem – wyjaśnia mec. Andrzejak.

Kolejną zmianą jest tzw. odpowiedzialność solidarna nabywców określonych grup towarów, obejmująca m.in. obowiązek wpłaty kaucji gwarancyjnej przez sprzedawców określonych towarów na wypadek, gdyby nabywca nie zapłacił odpowiedniego podatku VAT. Lista towarów objętych odpowiedzialnością solidarną zostanie rozszerzona m.in. o złoto, srebro i platynę, a kwota kaucji (stosowanych także dotychczas) podwyższona w odniesieniu do wyrobów paliwowych.

Resort finansów tłumaczy, że z uwagi na wielkość tego obrotów na rynku paliw występuje duże ryzyko nadużyć finansowych polegających na bezpodstawnym zwrocie podatku lub nienaliczaniu podatku.

Zmiany wysokości kaucji dotyczą wyłącznie rynku paliwowego, nie dotyczą innych towarów objętych odpowiedzialnością solidarną. Kaucje zostały podniesione odpowiednio z poziomu 200 tys. zł do 1 mln zł jako kaucja minimalna i z poziomu 3 mln zł do 10 mln zł jako kaucja maksymalna w zakresie obrotu paliwami – tłumaczy mec. Andrzejak.

Nowelizacja wprowadza także zupełnie nowe w Polsce rozwiązanie, czyli prewspółczynnik odliczenia podatku naliczonego.

W skrócie oznacza to obowiązek ustalania przez podatnika dokonującego zakupu towarów lub usług kwoty i podatku naliczonego od zakupów, który jest związany z czynnościami opodatkowanymi i równocześnie z czynnościami zwolnionymi lub znajdującymi się poza zakresem ustawy VAT. Kluczowe z perspektywy tej zmiany jest przede wszystkim wprowadzenie zasady, która nie daje podatnikom prawa do odliczenia podatku naliczonego związanego z czynnościami, które są poza zakresem ustawy już na etapie pierwotnego ustalania kwoty podatku naliczonego do odliczenia – objaśnia mec. Andrzejak.

Wyjaśnia, że w praktyce spowoduje to, że podatnicy już na etapie składania bieżących deklaracji podatkowych będą musieli wskazać, jaką część podatku stanowi podatek naliczony od działalności zwolnionej, opodatkowanej i znajdującej się poza zakresem podatku VAT. Odliczyć można będzie jedynie tę część związaną z czynnościami objętymi podatkiem.

Ustawodawca proponuje w nowelizacji, by podatnicy kierowali się kryterium wielkości obrotu pochodzącego z czynności opodatkowanych i nieopodatkowanych. Innym możliwym kryterium jest liczba roboczogodzin lub liczba etatów związanych z działalnością opodatkowana lub nieopodatkowaną.

Podatnicy mają swobodę wyboru kryterium, do którego się będą stosować i w oparciu o który dokonywać będą ustalenia prewspółczynnika. Natomiast organy samorządu terytorialnego zobligowane są do stosowania w pierwszej kolejności kryterium obrotowego – wyjaśnia Andrzejak.

Jak podkreśla mec. Andrzejak, wprowadzenie do prawa prewspółczynnika będzie istotne przede wszystkim właśnie dla samorządów, bo dla nich działalność gospodarcza ma wyłącznie charakter działalności uzupełniającej. Dla przedsiębiorców znaczenie tej zmiany będzie mniejsze, choć muszą oni zwrócić uwagę na to, że od lipca sprzedaż niepodlegająca podatkowi VAT nie będzie mogła być klasyfikowana jako sprzedaż uprawniająca do odliczenia naliczonego podatku VAT.

Polscy eksporterzy tracą na spadających cenach produktów mleczarskich

CEO Magazyn Polska

Ceny na światowym rynku produktów mleczarskich spadają. Polscy eksporterzy w pierwszych miesiącach tego roku zarobili na sprzedaży za granicę o 15-20 proc. mniej niż przed rokiem. Niestety, perspektyw szybkiego odbicia cen nie ma, choć druga połowa roku zwykle jest na rynku nieco lepsza. Mimo niskich cen producenci eksportują coraz więcej, bo rynek krajowy jest zbyt mały.

Polscy producenci mleka za pierwsze miesiące tego roku uzyskali dochody o około 20 proc. niższe niż w roku ubiegłym. Jeśli ta sytuacja się nie poprawi, jeśli nie będziemy więcej sprzedawać, nie będziemy bardziej spieniężać produkcji, to nic nie wróży, że producenci mogą otrzymać więcej, a wręcz odwrotnie – przestrzega w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Waldemar Broś, prezes Krajowego Związku Spółdzielni Mleczarskich.

Polscy producenci produktów mleczarskich w ostatnich latach znacznie zwiększyli eksport. Z danych KZSM wynika, że w zeszłym roku wartość eksportu wyniosła 1,8 mld euro. Oznacza to wzrost o 15 proc. w stosunku do 2013 r. Broś przypomina, że od wejścia Polski do UE eksport w tej branży wzrósł 4,5-krotnie. Dynamiki eksportu nie zatrzymało rosyjskie embargo, mimo że do tego kraju jeszcze na początku 2014 r. trafiało ok. 20 proc. sprzedaży zagranicznej polskich produktów mleczarskich.

Pierwsze miesiące tego roku wskazują na niewielkie spowolnienie dynamiki wzrostu eksportu, ale nie na jej wstrzymanie. Wzrost wynosi 6-7 proc. w stosunku do początku 2014 r.

Broś wyjaśnia, że polscy producenci muszą sprzedawać za granicę, bo rynek krajowy jest zdecydowanie za mały. Spadające obecnie ceny na rynkach światowych jednak nie zniechęcają eksporterów, a nawet wręcz przeciwnie, żeby utrzymać poziom przychodów, zwiększają oni sprzedaż na zagraniczne rynki.

Wchodzimy w kryzys i to myślę, że większy kryzys niż po roku 2008, kiedy również nastąpił znaczny spadek cen na rynkach światowych na produkty mleczarskie. Trzeba zwiększać eksport, żeby móc się rozwijać i móc zagospodarować mleko, którego w Polsce będzie w tym roku na pewno znacznie więcej niż w roku ubiegłym – podkreśla Broś.

Po zniesieniu unijnych kwot mlecznych od 1 kwietnia polscy rolnicy mogą już bez kar ze strony UE zwiększyć produkcję, co dodatkowo zwiększy presję na eksport.

Broś ocenia, że kryzys może potrwać nawet do końca roku. Do połowy roku ceny mogą jeszcze spaść, ale w drugiej połowie możliwe jest niewielkie odbicie. Jak zwraca uwagę prezes KZSM, trzeci, a szczególnie czwarty kwartał zwykle przynoszą wzrost cen w branży mleczarskiej. Mimo to tegoroczny średni poziom cen może być nawet 20 proc. niższy niż rok temu.

Niektórych producentów tak niskie ceny mogą zniechęcić do działalności w sektorze mleczarskim. Broś ocenia, że zapobiec temu mogłoby wsparcie ze strony Komisji Europejskiej, bo bez niego liczba producentów, szczególnie mleka, może znacznie zmaleć.

Komisja Europejska ma pewne instrumenty, które powinna wprowadzać. Branża o to apeluje i pisze do ministra rolnictwa – mówi Broś. – Są to zakupy interwencyjne mleka w proszku, masła, dopłaty eksportowe. Europa, żeby była bardziej konkurencyjna wobec największych krajów, zwłaszcza tych eksportujących, jak Stany Zjednoczone, Australia, Nowa Zelandia czy Brazylia, powinna jednak w tym roku wprowadzić dopłaty eksportowe do głównych artykułów eksportowanych na rynki zewnętrzne.

Jak wylicza Broś, unijni producenci sprzedają poza wspólnotę głównie mleko w proszku, masło, a także sery.

W strukturze polskiego eksportu tej branży sery stanowią ok. 40 proc. Największą dynamikę w zeszłym roku wykazało jednak mleko w proszku. Jak wynika z danych firmy Kompass, eksport tego produktu wzrósł rok temu o 70 proc. Mleka świeżego za granicę sprzedano o 25 proc. więcej niż w 2013 r.

Dwie trzecie pracowników nie angażuje się w pracę

CEO Magazyn Polska

Niskie zaangażowanie pracowników staje się poważnym problemem. W USA 64 proc. z nich wykonuje swoje obowiązki bez zaangażowania. Pracowników zmotywować mają szkolenia, które są uważane za coraz istotniejsze świadczenie pozapłacowe w firmach. Eksperci podkreślają, że rozpoczynający pracę młodzi ludzie rzadziej oczekują od przełożonych natychmiastowych awansów, częściej – możliwości zdobywania doświadczeń i rozwijania wiedzy.

Świat się zmienia, a wraz z nim potrzeby firm w zakresie szkoleń – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Patryk Góralowski, partner zarządzający w Knowledge Brasserie – edukacyjne delikatesy. – Przede wszystkim do przedsiębiorstw przychodzą młodzi ludzie, którzy mówią: „kariery to my od razu nie chcemy, ale chcemy zdobyć doświadczenie”. Oczekują czegoś, co będą mogli zaraz po zapoznaniu się z tym zastosować w swojej aktywności zawodowej.

Jak podkreśla, oczekiwanie gotowych rozwiązań, które będą możliwe do natychmiastowego zastosowania, to cecha charakterystyczna młodego pokolenia na rynku pracy. Na znaczeniu zyskują też narzędzia z różnych obszarów działalności organizacji pozwalające szybko i skutecznie osiągać założone cele.

– Młodzi chcą wiedzieć, jak przygotować zadania do realizacji zarówno w indywidualnym, jak i zespołowym zakresie. Chcą także znać sposoby operacjonalizacji [przekształcenia celu głównego na szereg mniejszych działań operacyjnych – red.], podzielenia zadania na kilka zadań, przypisania priorytetów i wykonania tego wszystkiego – precyzuje Góralowski. – Potrzebują konkretnych narzędzi, które ktoś im pokaże, tak by już kwadrans później mogli je zastosować. Bardzo dużo z nich dotyczy zarządzania czasem oraz bycia efektywnym i produktywnym.

Same szkolenia coraz częściej są traktowane przez młodych pracowników jako cenny benefit pracowniczy. Zajmuje on jedno z najwyższych miejsc na liście najbardziej oczekiwanych świadczeń.

– Często jest to zysk dla pracownika oraz element lojalizujący, który działa na korzyść pracodawcy – tłumaczy Góralowski. – Mogą to być zarówno krótkie szkolenia, które wspierają pewien obszar kompetencji, lub dłuższe programy rozwojowe. Większość zatrudnionych uważa, że jest to dla nich bardzo ważne.

Doskonalenie kompetencji kadr jest konieczne, bo coraz ważniejsza jest tzw. sprawczość, czyli konieczność wykonywania większej liczby zadań w krótszym czasie.

Musimy więc nauczyć się robić więcej w coraz krótszym czasie bez szkody dla innych zatrudnionych, organizacji i samego siebie – mówi Góralowski.

Drugi, bardzo istotny obecnie, obszar kompetencyjny to umiejętności inspiracji i motywowania pracowników. Jak wynika z ubiegłorocznego badania Instytutu Gallupa, 64 proc. zatrudnionych w skali całego globu nie jest zaangażowanych w wykonywanie swoich obowiązków profesjonalnych.

W Stanach Zjednoczonych tylko jedna trzecia zatrudnionych jest oddana pracy. W związku z tym obszar motywacji, zaangażowania, inspiracji i kompetencji menadżerów i przełożonych również zyskuje na znaczeniu – wskazuje Góralowski.

Jak wynika z raportu Instytutu Gallupa firmy, które inwestują w rozwój swoich pracowników, otrzymują w zamian ich wyższe zaangażowanie, a w rezultacie – nawet trzy razy większe zyski niż przedsiębiorstwa zatrudniające osoby mało oddane swoim obowiązkom.

Stosunek Polaków do wprowadzenia euro – kwiecień 2015

W kwietniu 77 proc. Polaków było przeciwnych wprowadzeniu euro w Polsce.

W stosunku do poprzedniego miesiąca odsetek przeciwników spadł o 1 punkt procentowy. Obecnie 46 proc. Polaków jest zdecydowanie przeciwnych przyjęciu przez Polskę euro, a raczej przeciwnych jest 31 proc.
Odsetek zwolenników przyjęcia euro spadł w porównaniu do pomiaru marcowego także o 1 punkt procentowy. Obecnie jest ich łącznie 16 proc. Zdecydowanych zwolenników jest 3 proc., 13 proc. respondentów raczej poparłoby wprowadzenie euro. Jedynie 7 proc. badanych nie ma w tej kwestii zdania.

Żadna z podstawowych zmiennych społeczno-demograficznych nie wpływa istotnie na opinie dotyczące przyjęcia wspólnej waluty euro. W większości grup wiekowych, wykształcenia, pozycji zawodowej, klasy wielkości miejscowości, dominuje odsetek przeciwników przyjęcia euro i wynosi od 70 do ponad 80 proc.
Preferencje polityczne respondentów także nie wpływają na polaryzację opinii na temat wprowadzenia euro. Wysokie odsetki przeciwników przyjęcia euro występują wśród elektoratów dwóch największych ugrupowań, liczniej występują oni wśród wyborców Prawa i Sprawiedliwości (80 proc.) niż wśród wyborców Platformy Obywatelskiej (71 proc.).
Informacje o badaniu
Kwietniowa fala badania została przeprowadzona w dniach 9–13 kwietnia 2015 r. na podstawie reprezentatywnej imiennej próby Polaków w wieku 15+, wylosowanej z bazy PESEL. Osoby celowe zostały wybrane w oparciu o dwustopniowy stratyfikowany schemat losowania z całkowitą liczbą realizowanych wywiadów n=1020. Wywiady zostały zrealizowane metodą wywiadów bezpośrednich w domach respondentów CAPI.

GfK

GfK to jedna z największych firm badawczych na świecie, zatrudniająca ponad 11 000 ekspertów, którzy codziennie starają się odkryć nowy sposób patrzenia na to, jak żyją, myślą i kupują ludzie na ponad 100 rynkach.

 

Stosunek Polaków do integracji europejskiej w kwietniu 2015

W kwietniu 84 proc. Polaków popierało członkostwo Polski w Unii Europejskiej.

W stosunku do poprzedniego miesiąca odsetek zwolenników wzrósł o 1 punkt procentowy. Obecnie 32 proc. Polaków zdecydowanie popiera nasze członkostwo w UE, a raczej je popiera 52 proc.

Przeciwników integracji jest łącznie 12 proc. i w stosunku do marca ich odsetek spadł o 2 punkty procentowe. Obecnie zdecydowanych przeciwników jest 4 proc., a raczej przeciwnych integracji jest 8 proc. respondentów. 4 proc. badanych nie ma w tej kwestii zdania.

W kwietniu, analogicznie do pomiarów z poprzednich miesięcy, poparcie członkostwa Polski w Unii Europejskiej było bardzo wysokie we wszystkich grupach wiekowych i wynosiło 80-90 proc., z wyjątkiem respondentów najstarszych, w wieku powyżej 65 lat, wśród których idea integracji była nieco mniej popularna i popierało ją 69 proc. respondentów.

Analogiczna sytuacja ma miejsce w przypadku wykształcenia respondentów. Nie różnicuje ono i nie wpływa znacząco na poparcie idei integracji. Najwięcej jej zwolenników występuje wśród osób z wyższym wykształceniem (88 proc.), jednak w pozostałych grupach wykształcenia idea integracji również ma licznych zwolenników – popiera ją 84 proc. respondentów z wykształceniem średnim, 84 proc. z wykształceniem zawodowym i 81 proc. podstawowym.
Wysokie poparcie dla członkostwa Polski w UE występuje wśród elektoratów obydwu największych partii politycznych. W kwietniu 89 proc. wyborców Platformy Obywatelskiej oraz 81 proc. wyborców Prawa i Sprawiedliwości (wraz z Solidarną Polską i Polską Razem) było zwolennikami członkostwa.

Informacje o badaniu
Kwietniowa fala badania została przeprowadzona w dniach 9–13 kwietnia 2015 r. metodą wywiadów bezpośrednich w domach respondentów w ramach badania omnibus CAPI na podstawie reprezentatywnej imiennej próby Polaków w wieku 15+, wylosowanej z bazy PESEL. Osoby celowe zostały wybrane w oparciu o dwustopniowy stratyfikowany schemat losowania z całkowitą liczbą realizowanych wywiadów n=1020. Wywiady zostały zrealizowane metodą wywiadów bezpośrednich w domach respondentów CAPI.

GfK

GfK to jedna z największych firm badawczych na świecie, zatrudniająca ponad 11 000 ekspertów, którzy codziennie starają się odkryć nowy sposób patrzenia na to, jak żyją, myślą i kupują ludzie na ponad 100 rynkach.

Instytut GfK nieustannie wprowadza do swoich badań innowacje, stosuje zaawansowane technologie oraz precyzyjne metodologie, aby zapewnić swoim partnerom biznesowym jak najlepszą wiedzę o najważniejszych dla nich ludziach: ich klientach.

Więcej informacji znaleźć można na stronie www.gfk.com

Dalszy squeeze EUR, USD traci na wartości względem kolejnych walut

Wczoraj miał miejsce ogólny squeeze EUR: krótkie pozycje w EUR znalazły się pod presją we wszystkich parach, od EUR/USD do popularnej pary EUR/NZD (która wczoraj zyskała na wartości ponad 2% po umiarkowanym komunikacie RBNZ) przy braku jakiegokolwiek wyraźnego katalizatora poza słabym apetytem na ryzyko (związanym z transakcjami carry we wspólnej walucie). W ciągu dnia squeeze objął również parę EUR/USD w efekcie kolejnej serii słabych danych ze Stanów Zjednoczonych – zarówno liczba wniosków o zasiłki w danym tygodniu, jak i sprzedaż nowych domów okazały się zdecydowanie rozczarowujące.

Pierwszym testem, który wykaże, czy ten squeeze się utrzyma, będzie poranny niemiecki raport IFO, jak również potencjalne zmiany apetytu na ryzyko po wczorajszej wyjątkowo słabej akcji.

Innym ważnym wydarzeniem jest szczyt Eurogrupy w Rydze. Rozstrzygnięcie sytuacji w Grecji jest raczej mało prawdopodobne, mimo iż wczoraj zarówno premier Grecji, Tsipras, jak i minister finansów, Warufakis, wykazywali znacznie większy optymizm, niż w ostatnich tygodniach.

EUR/USD

Po wczorajszej akcji mamy klasyczną świecową formację objęcia hossy, która dziś rano uzyskała wstępne „potwierdzenie” – testujemy rejony powyżej wcześniejszej linii oporu na poziomie 1,0840, ustanowionej po poprzednim odbiciu (oraz zniesienia Fibo o 61,8%).

Byki liczą na test oporu przedziału na poziomie 1,10 przed przewidzianym na przyszły tydzień posiedzeniem Federalnego Komitetu Otwartego Rynku. Niedźwiedzie czekają na zdecydowane odrzucenie próby przełamania w górę, które mogłoby uzasadniać sprzedaż.

W przyszłym tygodniu uwaga inwestorów skupi się na posiedzeniach banków centralnych w środę i czwartek – zobaczymy, czy szwedzki Riksbank przekaże jakiekolwiek wytyczne, które zwiększyłyby zainteresowanie parą EUR/SEK.

Później tego samego dnia odbędzie się posiedzenie Federalnego Komitetu Otwartego Rynku, a zaledwie kilka godzin po nim – znacznie bardziej interesujące w tym momencie posiedzenie RBNZ (biorąc pod uwagę zdecydowane ruchy, które miały miejsce w tym tygodniu).

W czwartek przewidziano również posiedzenie Bank of Japan, jednak nie należy się po nim wiele spodziewać ze względu na wizytę premiera Abe w Stanach Zjednoczonych.

Po ostatnich odczytach i ze względu na niewielki napływ istotnych danych przed posiedzeniem FOMC w najbliższą środę, oczekiwania rynku wobec Fed będą bliskie zeru.

Podsumowanie w koszyku G-10:

USD: dolar jest osłabiony po wczorajszym squeezie par z EUR i znalazł się pod dodatkową presją we wszystkich parach ze względu na przewidywania inwestorów, że posiedzenie FOMC w najbliższą środę okaże się wyjątkowo bierne. Ostatni odczyt zamówień na dobra trwałe okazał się słaby, przez co ewentualne dzisiejsze pozytywne zaskoczenie może stanowić interesujący test dla niedźwiedzi dolarowych przed weekendem.

EUR: wszystko dziś zależy od tego, czy squeeze EUR rozszerzy się, czy też straci na sile; dzienne wsparcie w parze EUR/USD znajduje się obecnie na poziomie 1,0840 po porannej próbie umocnienia. 1,0915 to mniej istotny poziom Fibo, jednak w przypadku przeciwnego scenariusza należy uważać na maksima przedziału na poziomie 1,1000 i wyżej.

JPY: pod koniec sesji azjatyckiej doszły nas sprzeczne informacje z Japonii: według informatora z kręgów rządowych, zaplanowane na 30 kwietnia posiedzenie BoJ może przynieść zdecydowane zmiany, jednak Abe chce uniknąć wszelkich gwałtownych ruchów do zakończenia wizyty w Stanach Zjednoczonych. Z kolei źródła, do których dotarła agencja Bloomberg, ponoć na podstawie informacji z BoJ, twierdzą, że BoJ usiłuje przewidzieć, w jakim terminie może być konieczne omówienie dodatkowego ograniczenia skupu aktywów (znacznie, znacznie później). Skoncentrujmy się zatem raczej na wykresach: nie podejmujemy żadnych działań w parze USD/JPY co najmniej do czasu zejścia poniżej poziomu 118,50 lub powyżej poziomu 121,50. Para EUR/JPY może być interesująca, jeżeli EUR straci na wartości i nastąpi odwrócenie w dół z powrotem w granice przedziału – jednak zaczekajmy na konkretne potwierdzenie.

GBP: aprecjacja funta względem USD jest zaskakująca – nie dostrzegam potencjału dla dalszego rajdu w parze GBP/USD przed wyborami, chyba że w przyszłą środę FOMC zastosuje wyjątkowo umiarkowaną retorykę (mało prawdopodobne). Równocześnie wyprzedaż w parze EUR/GBP ma także niewielki potencjał, ponieważ trudno będzie przyciągnąć nowych sprzedających w dolnych rejonach przedziału w okresie przedwyborczym. Wczoraj nastąpiło również niewielkie odwrócenie w górę w parze EUR/GBP.

CHF: wyprzedaż CHF po informacji o rozszerzaniu zakresu zastosowania ujemnych stóp procentowych przez Szwajcarski Bank Narodowy okazała się krótkotrwała. Czy ta zapowiedź może wskazywać na wzrost aktywności? Dzisiejsze posiedzenie SBN może, choć nie musi, dostarczyć nowych wrażeń. Uwaga na obszar 0,9500 w parze USD/CHF.

AUD: waluta nadal znajduje się w granicach przedziału; zobaczymy, czy deprecjacja USD się utrzyma i czy para ta zdoła pokonać obszar 0,7850, a może i – po raz pierwszy od września – przetestować 100-dniową średnią ruchomą (obecnie tuż poniżej poziomu 0,7900).

CAD: para USD/CAD testuje niższe poziomy wsparcia w efekcie wzrostu cen ropy; osiągnięcie rejonów 1,20-1,21 potwierdzi, czy konsolidacja przeciwna do trendu zmierza ku końcowi.

NZD: para AUD/NZD umocniła się do kluczowego poziomu 1,0300; rynek zastanawia się, czy retoryka na posiedzeniu RBNZ w przyszłym tygodniu zostanie złagodzona. Wydaje się, że w parze NZD/USD mamy trend spadkowy, jednak argument na potwierdzenie tej tezy uzyskamy dopiero po umocnieniu się USD w pozostałych parach.

SEK: para EUR/SEK wczoraj znalazła się przy górnej granicy przedziału w związku z powszechnym squeezem par z EUR, jednak do posiedzenia Riksbank w przyszłym tygodniu ruch w tej parze może być ograniczony.

NOK: pierwszy test strefy zwrotnej w rejonach 8,50/55 okazał się udany; zobaczymy, czy oznacza to kontynuację wyprzedaży.

Główne nadchodzące wydarzenia ekonomiczne

  • Niemcy: wyniki ankiety IFO dotyczącej nastrojów przedsiębiorców w kwietniu (08:00 czasu Greenwich)
  • Szwajcaria: wystąpienie Jordana z SBN (08:00)
  • Stany Zjednoczone: zamówienia na dobra trwałe w marcu (12:30)
  • Kanada: wystąpienie Poloza z Bank of Canada (14:25)  

John J Hardy, Saxo Bank

 

Popołudniowy komentarz walutowy z 27.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 27.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Ulga na przewodnika, również tego na czterech łapach

0

Niepełnosprawni, którzy na co dzień poruszają się dzięki przewodnikom, mają prawo odliczyć od swoich dochodów wydatki związane z opłaceniem tych osób. Inna ulga obejmuje koszty utrzymania psa asystującego.

„Podatnik korzystający z pomocy przewodnika może odliczyć maksymalnie 2280 zł. Musi być w stanie wykazać, że dany wydatek faktycznie został poniesiony” – mówi serwisowi infoWire.pl Małgorzata Sator z Urzędu Skarbowego Warszawa-Wola.

Organy podatkowe mogą żądać przedstawienia umowy zawartej między niepełnosprawnym a przewodnikiem. Powinno jasno wynikać, że ma ona charakter odpłatny. W przypadku braku pisemnej umowy urząd wymaga podania danych pomagającej osoby. Umożliwia to sprawdzenie, czy rozliczyła się ona z otrzymanego dochodu z fiskusem. Warto wiedzieć, że przewodnik nie musi mieć dokumentów poświadczających jego kwalifikacje.

Inaczej wygląda sytuacja w przypadku psa asystującego. Aby móc skorzystać z odpowiedniej ulgi, wymagane jest zaświadczenie potwierdzające, że niepełnosprawny jest właścicielem psa, który został przeszkolony do pełnienia funkcji przewodnika osoby ociemniałej.

Pracodawcy proponują zmiany na rynku aptecznym

Wyłączenie spod zakazu reklamy aktywności aptek jako placówek ochrony zdrowia publicznego, transparentność cen, zwiększenie dostępności leków refundowanych poprzez zmianę wysokości i sposobu wyliczania urzędowej marży detalicznej, czy wykorzystanie potencjału aptek internetowych – proponują autorzy raportu „Wyższa dostępność, niższe ceny. Wskazówki i postulaty dotyczące eliminacji barier na rynku aptecznym”, który powstał na zlecenie Związku Pracodawców Aptecznych PharmaNET i Konfederacji Lewiatan.

W raporcie, którego autorem jest kancelaria prawna Tomasik Jaworski Spółka Partnerska, wskazuje się na liczne bariery, które utrudniają prowadzenie aptek i rozwój detalicznego rynku farmaceutycznego. Większość z nich można wyeliminować bez konieczności ponoszenia dodatkowych kosztów z budżetu państwa. Potrzebna jest jednak odrobina dobrej woli ze strony rządu i parlamentu.

Konieczna jest racjonalizacja wydatków publicznych i skrócenie kolejek w szpitalach poprzez uwzględnienie farmaceutów i aptek w strukturze systemu opieki zdrowotnej. Niezbędne jest finansowanie ze środków publicznych procedur profilaktycznych i zdrowotnych, których realizatorem byłyby apteki, szczególnie chodzi o opiekę farmaceutyczną. Farmaceuci powinni otrzymać uprawnienia do wystawiania recept na określone leki, dla pewnych grup pacjentów, np. przewlekle chorych.
Doprecyzowania wymaga także przepis o zakazie reklamy aptek. Miałby on dotyczyć wyłącznie działań prowadzonych poza lokalem apteki i odnoszących się do leków lub wyrobów medycznych. Wyraźnie trzeba określić jakie zachowania nie uważa się za reklamę. Obowiązujący zakaz reklamy aptek, w praktyce uniemożliwia też efektywne funkcjonowanie aptek internetowych.

Autorzy raportu proponują umożliwienie wymiany informacji pomiędzy lekarzami i aptekami na temat stosowanej przez pacjenta farmakoterapii. Do tego potrzebna jest zmiana przepisów dotyczących ochrony danych przetwarzanych w ramach świadczonych przez aptekę usług farmaceutycznych oraz zapewnienie gwarancji ich ochrony.

Konieczna jest również zmiana sposobu wyliczania i wysokości urzędowej marży detalicznej. Powinna ona uwzględniać rzeczywiste koszty funkcjonowania apteki w związku z zapewnieniem dostępności do leków refundowanych. Jednym z możliwych rozwiązań jest wprowadzenie jednolitej opłaty dyspensyjnej.

Zdaniem autorów raportu należy zrezygnować ze zbędnych wymogów lokalowych, takich jak prowadzenie apteki wyłącznie na parterze czy konieczności posiadania dwóch odrębnych wejść. A także dopuścić możliwość realizacji leków recepturowych poprzez współpracę z aptekami dysponującymi stosowną infrastrukturę lokalową lub certyfikowanymi laboratoriami.
Raport dostępny jest na stronie www.pharmanet.org.pl

Konfederacja Lewiatan

NIK o ściąganiu podatków lokalnych

Najwyższa Izba Kontroli ocenia pozytywnie, mimo stwierdzonych nieprawidłowości, działania objętych kontrolą gmin w zakresie prawidłowej i skutecznej realizacji dochodów z podatków lokalnych oraz dochodów z majątku. Niektóre z działań gminy prowadziły w sposób mogący podważać zaufanie obywateli do organów podatkowych. Nieprawidłowości wystąpiły przy wymiarze podatku, egzekwowaniu zaległości, stosowaniu ulg podatkowych oraz przy realizacji dochodów z majątku.

Nieprawidłowości dotyczyły przede wszystkim:

  • niewykorzystywania przez organ podatkowy w połowie skontrolowanych gmin możliwości kontroli u podatników;
  • opieszałości w prowadzeniu działań windykacyjnych, co skutkowało niską skutecznością egzekwowania zaległości podatkowych;
  • nierzetelności postępowań podatkowych w sprawach ulg,  polegającej na stosowaniu nieprzejrzystych lub niejednolitych kryteriów przy ocenie wniosków, dowolności w wydawaniu decyzji oraz nieprawidłowym dokumentowaniu i nieprzestrzeganiu terminów w prowadzonych postępowaniach, co zwiększa ryzyko wystąpienia korupcjogennego mechanizmu dowolności.

Negatywnymi skutkami stwierdzonych nieprawidłowości były uszczuplenia w dochodach gmin z tytułu badanych podatków, a także negatywny odbiór społeczny takich zjawisk jak: unieważnianie przez organy nadzoru uchwał z powodu promowania zwolnieniami podatkowymi określonych podmiotów, dowolne wydawanie decyzji w sprawach ulg podatkowych według niejasnych, niejednolitych zasad oraz opieszałość bądź odstępowanie od egzekucji podatkowej.

Załoga pokładowa Emirates liczy już ponad 20 tysięcy osób

W tym miesiącu liczba pracowników personelu pokładowego linii Emirates przekroczyła 20 tysięcy osób. To przełomowy moment w historii przewoźnika.  

Załoga pokładowa linii Emirates to mieszanka 135 narodowości, na którą składają się osoby mówiące łącznie w ponad 55 językach. Jej wielokulturowość oddaje kosmopolityczny charakter Dubaju i stanowi także wyróżnik przewoźnika.

Liczba pracowników personelu pokładowego Emirates wzrasta wraz z rozwojem floty i siatki połączeń przewoźnika. W tym roku linie planują zatrudnić kolejne 5 tysięcy nowych członków załogi.

Członkowie personelu pokładowego to najlepsi ambasadorzy naszej marki. Każdego dnia obsługują klientów 10 tysięcy metrów nad ziemią, a także na ważnych wystawach i wydarzeniach na całym świecie, w których bierzemy udział. Dbając o bezpieczeństwo pasażerów na pokładzie, ich samopoczucie oraz dobre wrażenia z podróży, oddają oni wartości Emirates. Zwiększając liczbę członków załogi do 20 tysięcy dokonaliśmy ogromnego postępu w krótkim czasie i jesteśmy dumni, że możemy świętować ten sukces w tak utalentowanym i zaangażowanym zespole – powiedział Terry Daly, Divisional Senior Vice President – Service Delivery, Emirates.

Linie Emirates otwierają przed swoimi pracownikami szerokie perspektywy zawodowe w międzynarodowej firmie. Przewoźnik oferuje różnorodne możliwości rozwoju i awansu w hierarchii personelu pokładowego. Wielu pracowników zaczynając w klasie ekonomicznej zaledwie po 18 miesiącach pracuje już w klasie biznes, a niektórzy po około 5-6 latach zostają głównymi stewardami czy szefami personelu pokładowego.

Członkowie załogi Emirates często posiadają doświadczenie zawodowe w innych profesjach, w związku z czym mają także możliwość przeniesienia się do innego działu w ramach struktur firmy. Jako byli księgowi, ekonomiści, lekarze czy muzycy, pracownicy personelu pokładowego Emirates dzielą się rozmaitymi umiejętnościami i wizjami świata.

Ponadto personel pokładowy przewoźnika otrzymuje pełny pakiet pracowniczy, na który składa się wiele darmowych świadczeń, takich jak zakwaterowanie w hotelu o wysokim standardzie w Dubaju, dojazd do pracy, ubezpieczenie, opieka lekarska i stomatologiczna oraz zniżki w centrach handlowych i rekreacyjnych w Dubaju. Dla wielu pracowników załogi Emirates ogromną zaletą są atrakcyjne ulgi na bilety dla rodzin, przyjaciół i dla nich samych – tym bardziej, że wciąż powiększana siatka połączeń linii umożliwia podróż do ponad 140 miast na sześciu kontynentach.

 

W Chinach powstaje fundusz, którego zadaniem będzie inwestowanie w technologiczne start-upy z całego świata

CEO Magazyn Polska

6,5 mld dolarów ma mieć do dyspozycji państwowy fundusz, który właśnie powstaje w Chinach. Jego zadaniem będzie inwestowanie w technologiczne firmy z całego świata w początkowej fazie rozwoju (tzw. start-upy). Ale sukces na chińskim rynku, jak przekonuje Marcin Kozłowski z firmy Business Link, odniosą jedynie projekty uwzględniające specyfikę Państwa Środka nie tylko pod względem technologicznym, lecz także kulturowym.

W tej chwili w Chinach powstaje bardzo duży państwowy fundusz venture, który koncentruje się na tym, by inwestować w nowe spółki technologiczne, łatwo skalowalne, czyli takie, które swoje rozwiązanie mogą w bardzo szybkim tempie rozprzestrzenić na cały świat – mówi w rozmowie z agencją Newseria Inwestor Marcin Kozłowski, odpowiadający za rynki międzynarodowe w ogólnopolskiej sieci akceleratorów biznesu firmie Business Link. – Są to zazwyczaj rozwiązania dotyczące internetu, które wpisują się w takie trendy, jak smart city i cloud computing, czyli wszystkie rozwiązania funkcjonujące w chmurze internetowej.

Istotne jest, jak wskazuje Kozłowski, by start-upy starające się w ramach funduszu o finansowanie dotyczyły jak najszerszego kręgu odbiorców. Już sam rynek chiński jest ogromny. Wprowadzenie produktów lub usług do jednej, dużej prowincji, gdzie mieszka 100-130 mln osób, można porównać do zdobycia potężnego rynku w Europie, ale Chiny są na tyle ogromne, że spółki rozwijają się tam bardzo dynamicznie.

Fundusz będzie dysponował kapitałem w wysokości kilku miliardów dolarów (6,5 mld dolarów, 40 mld juanów) – zapowiada Kozłowski. – W tej chwili trudno powiedzieć, ile z tego wielkiego tortu chińskiego będą mogli uszczknąć krajowi inwestorzy. To będzie zależało przede wszystkim od tego, jak dobrze rozumieją Chiny nie tylko pod względem technologicznym, lecz także kulturowym.

W Państwie Środka interesy czy partnerstwa biznesowe są prowadzone w inny sposób niż w Europie czy Stanach Zjednoczonych.

W Chinach proces ten musi trwać, jest długofalowy, opiera się na zaufaniu, wzajemnym zrozumieniu i poznaniu – tłumaczy Kozłowski. – Stąd trudno powiedzieć, jaki kawałek chińskiego tortu można będzie uszczknąć w ramach funduszu. Natomiast sama perspektywa tak dużych możliwości, zwłaszcza że jest to instytucja państwowa, jest niezwykle intratna dla polskich start-upów.

Chiny zmieniają strukturę swojej gospodarki. Motorem wzrostu tego kraju w większym niż dotychczas stopniu ma być popyt wewnętrzny, którego źródłem są rosnące wydatki coraz liczniejszej klasy średniej. Jak wynika z analizy firmy Atradius, prócz nowych technologii bardzo dobrze prezentują się perspektywy współpracy z tamtejszymi firmami z sektora rolnego i usług finansowych, działającymi na rynku dóbr szybko zbywalnych (FMCG) oraz usług. Na wzroście popytu wewnętrznego mogą także skorzystać przedsiębiorstwa wytwarzające i handlujące dobrami konsumpcyjnymi oraz farmaceutykami.

Barierą, którą polskie start-upy muszą przezwyciężyć, są przede wszystkim kwestie finansowe – zauważa Kozłowski. – Chińczycy są bardzo zainteresowani inwestowaniem w polskie projekty, ale muszą one przynosić już zyski. Jeżeli firma nie ma, mówiąc językiem profesjonalistów, tzw. trakcji, czyli dowodu, że sprzedała już jakiś pakiet produktów czy usług na rynku europejskim, to będzie jej trudno. Rynek chiński podbijają więc raczej start-upy rozwinięte, czyli takie, które już sprawdziły swoje możliwości produktowe w Europie.

Chiny są największym partnerem handlowym Polski w Azji. Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, w 2014 polskie przedsiębiorstwa sprowadziły z Państwa Środka towary za ponad 23 mld dol., czyli o 19,8 proc. więcej niż rok wcześniej. Natomiast szacunkowy wzrost importu wyniósł ok. 30 proc., choć wciąż stanowi zaledwie około jednej piątej polsko-chińskiej wymiany handlowej.

USD odporny, NZD traci na wartości po wytycznych RBNZ

Słaby odczyt azjatyckiego PMI ubiegłej nocy wywołał zaskakująco niewielkie reakcje na rynkach walutowych. Para AUD/USD ustabilizowała się na nieco niższym poziomie pod koniec sesji, mimo iż mogło to wynikać z rajdu w parze AUD/NZD po umiarkowanym komunikacie Reserve Bank of New Zealand, który w nocy spowodował spadek kursu NZD w całej tabeli.

Powrót poniżej rejonów 0,7600 może być potwierdzeniem trendu spadkowego NZD, a spready stóp na linii NZ-Australia sugerują, że preferowane będą krótkie pozycje w nowozelandzkiej walucie. Na potencjał spadkowy NZD może również wpłynąć obecne pozycjonowanie.

Wyprzedaż NZD była bezpośrednim wynikiem wystąpienia wiceprezesa RBNZ, Johna McDermotta, w którym sugerował on, że bank nie przewiduje żadnych podwyżek stóp, a wręcz rozważa obniżenie stóp procentowych w przypadku „dowodów na osłabienie popytu i krajowej presji inflacyjnej”.

Wczoraj miała miejsce gwałtowna wyprzedaż CHF po informacji o rozszerzaniu zakresu zastosowania ujemnych stóp procentowych przez Szwajcarski Bank Narodowy (SBN). Oznacza to, że SBN zaczyna zachowywać się nieprzewidywalnie i że tendencja ta się utrzyma w przypadku ponownego zbliżenia się pary EUR/CHF do poziomu parytetu. Wpływ tej zapowiedzi na kurs CHF był istotny również ze względu na jej termin, który zbiegł się w czasie ze stosunkowo gwałtownym zmniejszeniem spreadów peryferyjnych EUR i ze spadkiem rentowności greckich obligacji.

W dzisiejszym kalendarzu ekonomicznym przewidziano m.in. odczyty flash PMI dla Europy, które raczej nie wywołają reakcji na rynkach. Jak już wspominaliśmy, wytyczne Europejskiego Banku Centralnego dotyczące programu luzowania ilościowego zostały już powszechnie przyjęte do wiadomości, przez co publikacje danych ekonomicznych w najbliższym czasie nie będą miały większego znaczenia, w szczególności te pozytywnie przekraczające powszechne oczekiwania. Wyjątkowo słabe odczyty to inna sprawa, ponieważ mogą wskazywać na próbę dalszych działań ze strony EBC.

Wykres: NZD/USD

Para NZD/USD powróciła poniżej poziomu 0,7600, a zatem zarówno próba umocnienia się powyżej maksimum poprzedniego przedziału w okolicach poziomu 0,7700, jak i pokonania lokalnego oporu w okolicach poziomu 0,7630, została odrzucona. Ta formacja wydaje się najkorzystniejsza dla niedźwiedzi, biorąc pod uwagę deprecjację NZD w pozostałych parach. Kolejny etap to obszar 0,7400/50, umożliwiający pełny test minimów z 2015 r. poniżej poziomu 0,7200.

Podsumowanie w koszyku G-10:

USD: waluta wydaje się w lepszej kondycji po akcji ubiegłej nocy, mimo iż zdecydowany nowy kierunek może obrać dopiero po komunikacie Federalnego Komitetu Otwartego Rynku w przyszłym tygodniu.

EUR: para EUR/USD pozostaje w połowie przedziału; obszar 1,0665/1,0700 może wskazywać na nowe osłabienie – preferowana jest sprzedaż, dopóki waluta pozostawać będzie poniżej dziennego poziomu zwrotnego 1,0750 i dopóki utrzyma się apetyt na ryzyko wspierający transakcje carry w EUR. Nie jest pewne, czy dzisiejsze odczyty PMI dla Europy wpłyną w znacznym stopniu na kurs EUR; pozytywne dane mogą zwiększyć apetyt na ryzyko, a tym samym osłabić walutę.

JPY: dotychczas waluta zachowywała się niczym wersja beta USD; para EUR/JPY najprawdopodobniej straci na wartości w przypadku, gdy straci na wartości para EUR/USD itd. W parze USD/JPY pierwszym interesującym poziomem będzie dopiero rejon znacznie powyżej poziomu 120,00 (chmury Ichimoku) i nawet wówczas konieczne będzie zdecydowane przekroczenie poziomu 121,00, aby poważnie brać pod uwagę przełamanie przedziału.

GBP: waluta jest imponująco mocna, jednak najprawdopodobniej również bardzo podatna na spadki, jeżeli dzisiejszy odczyt sprzedaży detalicznej nie okaże się mocny. Trudno przewidywać nowe, znaczące maksima względem USD przed wyborami w Wielkiej Brytanii i przed posiedzeniem FOMC w przyszłym tygodniu. Uwaga na rejony 1,5000/1,4975 w parze GBP/USD, które mogą potwierdzić ewentualne podtrzymanie rajdu.

CHF: waluta straciła na wartości po komunikacie SBN; zobaczymy, czy rajd w parach EUR/CHF i USD/CHF okaże się jednorazowym wydarzeniem, czy też ma większy potencjał. Opcje call w parze USD/CHF z terminem co najmniej miesięcznym mogą być rozwiązaniem zarówno na wypadek spadku w parze EUR/USD, jak i rozstrzygnięcia sytuacji w Grecji w ciągu najbliższych kilku tygodni.

AUD: waluta jest stosunkowo odporna pomimo słabego odczytu chińskiego PMI ubiegłej nocy, mimo iż może to wynikać z licznych transakcji kupna w parze AUD/NZD. Tymczasem para AUD/USD wydaje się podatna na wahania, o ile ponownie zejdziemy poniżej ostatniego poziomu wsparcia (0,7683).

CAD: waluta wzbudza obecnie niewielkie zainteresowanie, mimo iż brak jakiejkolwiek kontynuacji w dół może sugerować, że ryzyko zaczyna dotyczyć wzrostu.

NZD: Waluta gwałtownie straciła na wartości w efekcie wydarzeń, które mogą ukierunkować kurs NZD na dłuższy czas, zarówno względem USD, jak i pozostałych walut. Para NZD/USD zdecydowanie zeszła poniżej poziomu 0,7600, a w przypadku słabego zamknięcia można zakładać powrót w niższe rejony przedziału, w kierunku minimów poniżej poziomu 0,7200.

SEK: z jakimikolwiek działaniami zaczekajmy na posiedzenie Riksbank w przyszłym tygodniu, ponieważ para EUR/SEK już od ponad miesiąca waha się pomiędzy poziomem 9,40 a poziomem 9,23.

NOK: w przypadku wyprzedaży ropy, para EUR/NOK wydaje się podatna na powrót do wyższego przedziału powyżej poziomu 8,50/55, ponieważ już od dłuższego czasu po znaczącym przełamaniu tego poziomu nie następuje kontynuacja w dół.

Najważniejsze dane ekonomiczne

  • Nowa Zelandia: badanie zaufania konsumentów ANZ w kwietniu wyniosło 128,8 w porównaniu z odnotowanym w marcu 124,6
  • Australia: badanie zaufania przedsiębiorców NAB w I kw. wyniosło 0 w porównaniu z odnotowanym w IV kw. 2
  • Japonia: wstępny odczyt PMI w sektorze wytwórczym Markit/JMMA w kwietniu wyniósł 49,7 w porównaniu z przewidywanym 50,7 oraz z odnotowanym w marcu 50,3
  • Chiny: wstępny odczyt PMI w sektorze wytwórczym HSBC w kwietniu wyniósł 49,2 w porównaniu z przewidywanym 49,6 oraz z odnotowanym w marcu 49,6

Główne nadchodzące wydarzenia ekonomiczne (wszystkie godziny według czasu Greenwich)

  • Strefa euro: wystąpienie Praeta z EBC (07:45)
  • Strefa euro: wstępny odczyt PMI w sektorze wytwórczym i usługowym (Markit) w kwietniu (08:00)
  • Wielka Brytania: sprzedaż detaliczna w marcu (08:30)
  • Stany Zjednoczone: cotygodniowe dane o nowych wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych (12:30)
  • Stany Zjednoczone: wstępny odczyt PMI w sektorze wytwórczym (Markit) w kwietniu (13:45)
  • Stany Zjednoczone: sprzedaż nowych domów w marcu (14:00)
  • Stany Zjednoczone: wskaźnik aktywności przemysłu Rezerwy Federalnej w Kansas City w kwietniu (15:00)
  • Japonia: wystąpienie Nakaso z BoJ (03:00)

John J Hardy, Saxo Bank

 

EBC odetnie greckie banki od środków

Zbliżający się termin spłaty kolejnej raty pożyczki udzielonej Grecji przez MFW sprawia, że w centrum uwagi pozostają wiadomości napływające z południa Europy. Jak wynika z informacji opublikowanych w środę przez „New York Times”, w obliczu braku porozumienia między rządem w Atenach a unijnymi kredytodawcami, EBC może zmienić zasady, na jakich greckie banki komercyjne pozyskują środki od tamtejszego banku centralnego, co w znaczący sposób utrudniłoby ich funkcjonowanie. Już teraz większość instytucji finansowych pozostaje uzależnionych od pożyczek udzielanych Atenom w ramach tzw. awaryjnego wsparcia płynności. Groźba niewypłacalności Grecji w negatywny sposób wpływa także na sytuację panującą na tamtejszym rynku akcji, gdzie podczas wczoraj sesji główny indeks ateńskiej giełdy – Athex Composite spadł do najniższego poziomu od września 2012 roku.

Dzisiejsza sesja zostanie zdominowana przez publikację przemysłowych i usługowych indeksów PMI dla największych światowych gospodarek. Uwagę inwestorów znad Wisły przyciągną także informacje na temat treści protokołu z ostatniego posiedzenia RPP. Popołudniu zza Oceanu napłyną natomiast cotygodniowe dane obrazujące aktualną sytuację na amerykańskim rynku pracy – analitycy spodziewają się spadku liczby złożonych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych do 290K.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

 

Dariusz Rosati: Nie można wykluczyć kolejnych obniżek stóp procentowych RPP. Jest to jednak mało prawdopodobne

CEO Magazyn Polska

Mimo że Rada Polityki Pieniężnej zadeklarowała, że kończy z redukcją stóp procentowych NBP, nie można wykluczyć kolejnych obniżek. Umacnianie złotego oraz utrzymująca się deflacja mogą skłonić RPP do zmiany decyzji – uważa prof. Dariusz Rosati, dawny członek Rady.

– Więcej przestrzeni do obniżek stóp, szczerze powiedziawszy, nie widzę mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Dariusz Rosati, europoseł PO i były członek RPP. – Ale niczego nie można wykluczyć, musimy poczekać i zobaczyć, jak rozwinie się sytuacja w strefie euro na skutek luzowania ilościowego. Jeżeli będziemy mieli do czynienia z taką reakcją kursu złotego w stosunku do euro jak do tej pory, jeżeli ta tendencja będzie się bardzo długo utrzymywać, to niewykluczone, że silne umocnienie złotego może jeszcze zmusić Radę Polityki Pieniężnej do ponownego przeanalizowania tej sprawy.

Rada ma też problem z celem inflacyjnym NBP, którym jest roczny wzrost cen o 2,5 proc. Taki pozom inflacji nie zagrażałby finansom publicznym, stymulując jednocześnie rozwój gospodarczy. Tymczasem w Polsce od sierpnia ubiegłego roku ceny towarów i usług spadają. W marcu, jak podaje Główny Urząd Statystyczny, ceny były o 1,5 proc. niższe niż rok wcześniej i jest to tylko minimalnie niższa dynamika spadku niż w lutym (1,6 proc.).

Pamiętajmy, że Rada stara się trafić w cel inflacyjny przyznaje Dariusz Rosati. Ta inflacja obecnie jest dramatycznie poniżej tego celu, więc jeżeli nie pojawią się inflacyjne impulsy, to niewykluczone, że Rada będzie musiała szukać jakiegoś sposobu, żeby tę inflację jednak doprowadzić do celu.

Mimo wszystko – w ocenie prof. Rosatiego – o podwyżkach stóp procentowych NBP raczej nie ma mowy. Są historycznie niskie i takie powinny przez jakiś czas pozostać. Tym bardziej że inne cele, jakie gospodarka osiąga dzięki obniżaniu stóp, są realizowane.

 Rada Polityki Pieniężnej zapowiedziała, że właśnie kończy cykl obniżek. Myślę, że to była słuszna zapowiedź. Jak patrzymy na sektor realny, to wzrost w Polsce jest bardzo solidny, w zeszłym roku 3,5 proc. prawie, w tym roku będzie więcej. Spada nam bezrobocie, nie jest jeszcze bardzo niskie, ale wyraźnie spada. W związku z tym wygląda na to, że te wcześniejsze obniżki stóp po prostu się w tej chwili przekładają na przyspieszony wzrost.

Problem z przyspieszeniem wzrostu ma natomiast Europejski Bank Centralny. PKB strefy euro  w ocenie Komisji Europejskiej – wzrośnie w 2015 roku zaledwie o 1,3 proc. Stąd program luzowania ilościowego, czyli skupu obligacji. Przez 1,5 roku EBC zamierza wydawać na nie 60 mld euro miesięcznie. Celem tej operacji jest przede wszystkim osłabienie kursu euro w stosunku do dolara, a także w stosunku do innych walut i pobudzanie w ten sposób europejskiej gospodarki.

Luzowanie ilościowe samo z siebie po pierwsze nie przełoży się na obniżki stóp procentowych, bo one i tak już są na poziomie zerowym, i nie przełoży się, przynajmniej na początku na wzrost akcji kredytowej, bo w tej chwili banki w większości krajów i tak mają ogromne możliwości udzielania kredytu uważa europoseł PO.To, co będzie ważne, to odbudowa zaufania. Właśnie osłabienie euro, które spowoduje przyrost dochodów eksportowych, może być impulsem do podejmowania inwestycji.

Małe i średnie spółki będą mogły częściowo sfinansować debiut ze środków unijnych

CEO Magazyn Polska

Oferta publiczna akcji i wejście na giełdę (IPO, z ang. Initial Public Offering – pierwsza oferta publiczna) kosztują zazwyczaj od 2 do 12 proc. wartości emisji. Od teraz środki na sfinansowanie debiutu będą mogły pochodzić częściowo z nowej unijnej perspektywy finansowej. Zdaniem Mateusza Skoniecznego powinno to ożywić giełdę i pomóc spółkom, bo IPO oznacza nie tylko zastrzyk kapitału, lecz także znaczący wzrost wiarygodności, który procentuje w kontaktach z partnerami biznesowymi, klientami, rynkiem kapitałowym i bankami. 

Korzyści płynące z debiutu giełdowego są fundamentalne i zazwyczaj stanowią kamień milowy w rozwoju spółki – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Mateusz Skonieczny, niezależny doradca zajmujący się m.in. wsparciem małych i średnich przedsiębiorstw w drodze na giełdę. – Jest to kolosalny wzrost wiarygodności. Dzięki niemu spółki uzyskują dostęp do kapitału, który może być przeznaczony na sfinansowanie inwestycji rozwojowych.

Spółki notowane na giełdzie zupełnie inaczej, jak zauważa Skonieczny, postrzegane są przez sektor finansowy. Dostęp do środków zewnętrznego finansowania staje się dla nich znacznie łatwiejszy, bo banki i fundusze znacznie lepiej oceniają ryzyko finansowania podejmowanych przez takie podmioty projektów.

W związku z tym finansowanie zazwyczaj jest dla nich tańsze niż dla innych przedsiębiorstw – twierdzi Skonieczny. – Inną bardzo ważną korzyścią z wejścia na giełdę jest wzrost wiarygodności wśród partnerów stałych i pracowników. To bardzo istotne, bo buduje długotrwałe relacje oraz lojalność pomiędzy partnerami, pracownikami i danym podmiotem. Korzyści z wejścia na giełdę jest więc sporo.

Według firmy doradczej PwC od momentu podjęcia formalnej decyzji o debiucie giełdowym do pierwszego notowania najczęściej upływa co najmniej 6-9 miesięcy. Wiele zależy od sytuacji w firmie. Zdaniem Mateusza Skoniecznego czas przygotowania spółki do IPO to często nawet ok. dwóch lat.

Przez pierwszy rok trzeba koncentrować się przede wszystkim na stworzeniu odpowiedniej strategii rozwoju, przygotowaniu od strony technicznej do wdrożenia nowego sposobu raportowania, procesu selekcji właściwych partnerów w obszarze prawnym, finansowym oraz audytorów, którzy zbadają sprawozdania finansowe – wylicza Skonieczny. – Główne zagrożenia to niewłaściwy dobór partnerów do wsparcia, przygotowania konspektów, badania bilansów, procesu due diligence (badania sytuacji przedsiębiorstwa – red.). Można do nich również zaliczyć złą koniunkturę na rynku oraz nie do końca przygotowany kapitał organizacyjny, czyli kadrę kierowniczą oraz nieprzemyślane decyzje.

Cena przygotowania i realizacji IPO zależy od wartości emisji i jak szacuje Mateusz Skonieczny, zazwyczaj mieści się w przedziale od 2 do 12 proc. wartości emisji. Im mniejsza emisja, tym bardziej kosztowny debiut. Przy pozyskaniu środków poniżej 50 mln zł jego koszt to nawet około 10-11 proc., w okolicach 50 mln zł – 5 proc., a emisji wartej ponad 300 mln zł – poniżej 2 proc.

Przy czym jest to przede wszystkim cena usług doradczych, procedury due diligence polegającej na badaniu prawnym, organizacyjnym i finansowym podmiotu – precyzuje Skonieczny. – Wchodzą w to także koszty przygotowania konspektu informacyjnego, badania bilansu i przygotowania dokumentacji dla Komisji Nadzoru Finansowego, Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych oraz Giełdy Papierów Wartościowych.

Część tych kosztów będzie mogła być pokryta w ramach nowej unijnej perspektywy finansowej na lata 2014-2020 (program operacyjny Inteligentny Rozwój).

W tej chwili jesteśmy w trakcie procesów legislacyjnych, jeśli chodzi o akty normatywne – mówi Skonieczny. – Wiemy więc nie wszystko, aby wypowiadać się w sposób kompetentny i kompletny. Natomiast na pewno wsparcie powinno być uzależnione od tego, gdzie spółka ma siedzibę. I wydaje się, że ten poziom powinien oscylować pomiędzy 40 a 80 proc. wszystkich wydatków przygotowawczych.

PO Inteligentny Rozwój finansowany będzie z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego (8613,9 mln euro) oraz środków krajowych, których minimalne zaangażowanie wynosi 1575,9 mln euro. Jak ocenia Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju, ostateczny udział środków krajowych będzie znacznie wyższy. Wskazana kwota została bowiem wyliczona w oparciu o ogólne zasady, według których minimalny wkład środków krajowych w piętnastu słabiej rozwiniętych województwach wynosi 15 proc., a w mazowieckim – 20 proc. W wielu projektach występować będzie jednak pomoc publiczna, co zwiększy udział środków krajowych.

Przez 25 lat polski eksport wzrósł o ponad 2 tys. procent

CEO Magazyn Polska

2069 proc. – o tyle w ostatnich 25 latach wzrosła sprzedaż polskich firm za granicę. Mimo imponującej dynamiki w strukturze eksportu wciąż za mało jest dóbr finalnych, do tego innowacyjnych. Niewiele jest też silnych marek „made in Poland”. W kolejnych latach powinno się to jednak zmieniać, bo polskie firmy coraz lepiej radzą sobie za granicą. Śmielej również wchodzą na nowe rynki, także te egzotyczne. Jak wynika z raportu Grant Thornton, polskie produkty są już dostępne w 218 krajach świata.

Historię z wolną gospodarką zaczęliśmy dopiero 25 lat temu i tworzyliśmy wszystko od zera. Jeszcze ćwierć wieku temu właściwie naszym jedynym produktem eksportowym był węgiel. W tej chwili surowce mają znacznie mniejszy udział w strukturze eksportu, ale dominują komponenty i półprodukty, w których jesteśmy mocni, natomiast produktów finalnych jest mało – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Wróblewski, partner zarządzający Grant Thornton.

W ciągu ostatnich 25 lat eksport wzrósł 21-krotnie i stał się siłą napędową polskiej gospodarki. Mimo że jego struktura znacząco się zmieniła – udział surowców zmniejszył się do jednej czwartej poziomu – to problemem pozostaje niska innowacyjność polskich eksporterów.

To właśnie produkty innowacyjne mogłyby zbudować markę „made in Poland” – mówi Wróblewski. – Wymaga to jednak wsparcia dla przedsiębiorców i strategii na poziomie rządowym – znalezienia branż, wokół których można by zbudować centra kompetencyjne i siłę kapitałową, która pozwoliłaby tworzyć w Polsce produkt najlepszy na świecie.

Polscy przedsiębiorcy mogą liczyć dziś na programy rządowe, jak Go Africa czy Go China, które wspierają ich obecność na obcych rynkach. Eksperci podkreślają, że jest to szczególnie ważne w państwach, gdzie poparcie ze strony władz ułatwia nawiązywanie relacji biznesowych.

Każdy rynek ma swoją specyfikę, kulturę, inne jest także podejście do biznesu i mentalność ludzi. W krajach Europy Zachodniej podejście jest typowo biznesowe. Na Wschodzie mamy podejście bardziej relacyjne: masz dobre relacje, jesteś z kimś w dobrych stosunkach, to załatwiasz biznesy. Dla nich nie są ważne dokumenty, dla nich jest ważne słowo. Na Zachodzie słowo już jest znacznie mniej ważne, wszystko musi być potwierdzone umową – mówi Jan Kolański, prezes firmy Colian, właściciela marki Jutrzenka.

Słodycze Coliana trafiają do ponad 50 krajów na całym świecie. Dużym odbiorcą są państwa Unii Europejskiej, ale firma jest obecna także na rynkach afrykańskich, w Ameryce Południowej, Północnej i Środkowej, a także Australii.

Eksport jest również bardzo istotną częścią działalności Grupy Nowy Styl, producenta wyposażenia biurowców, centrów konferencyjnych i innych budynków użyteczności publicznej. 85 proc. z 1,2 mld zł przychodów firmy pochodzi z rynków zagranicznych. Wytwarzane w Polsce produkty w większości trafiają na eksport. Ponadto firma ma też zakłady produkcyjne zlokalizowane za granicą, m.in. w Niemczech. Jak podkreśla Jerzy Krzanowski, współwłaściciel Grupy, warunkiem udanej ekspansji zagranicznej jest ugruntowana pozycja na krajowym rynku.

Potem można próbować eksportować do krajów europejskich, bliższych lub dalszych. Mamy Unię Europejską, a więc potężny rynek. Jak to się uda, to możemy myśleć o przejęciu czegoś na miejscu. W niektórych przypadkach to mogą być kanały dystrybucyjne, w innych – jak w naszym – firmy produkcyjne. Wtedy możemy ewentualnie myśleć o przejęciach w Indiach czy Chinach, pod warunkiem że mamy wystarczającą ku temu siłę i zasób ludzi – mówi Jerzy Krzanowski.

Mimo że polscy przedsiębiorcy coraz chętniej otwierają się na rynki dotąd nieznane, w kolejnych latach konieczna będzie dalsza dywersyfikacja kierunków eksportu. Dziś 77 proc. sprzedaży zagranicznej trafia do Unii Europejskiej.

Cały czas nie wykorzystujemy potencjału eksportu, który rodzi się zarówno w Unii Europejskiej, jak i poza nią. To właśnie poza UE w najbliższym czasie, czy to będzie w tej dekadzie, czy to będzie w perspektywie roku 2050, są największe możliwości rozwoju polskiego eksportu – ocenia Dariusz Winek, główny ekonomista Banku BGŻ.

Eksperci Grant Thornton prognozują, że do 2020 roku dynamika eksportu na rynki unijne będzie wprawdzie rosła (o 33,6 proc.), jednak szybciej wzrastać będzie wymiana z innymi partnerami, np. Afryką, Ameryką Północną i Południową czy Azją. Na znaczeniu zyskiwać będą również państwa europejskie, ale te znajdujące się poza wspólnotą, np. Serbia, Czarnogóra czy Białoruś (eksport może wzrosnąć o ponad 42 proc. do 2020 roku.) W konsekwencji tych zmian udział UE w polskim eksporcie spadnie do nieco ponad 72 proc.

Rosnące wolumeny sprzedaży zagranicznej oraz zainteresowanie firm nowymi rynkami pozwalają myśleć z optymizmem o kolejnych latach. Grant Thornton szacuje, że do 2020 roku polski eksport wzrośnie o 35,6 proc., czyli roczna dynamika wzrostu wyniesie ok. 5,2 proc.

Ekspansja zagraniczna polskich firm była głównym tematem tegorocznego Forum Przedsiębiorców Grant Thornton, które odbyło się 23 kwietnia w Warszawie.

Jacek Socha (PwC): Polską giełdę czekają dalsze wzrosty

CEO Magazyn Polska

Polska giełda będzie w tym roku atrakcyjną alternatywą dla lokat bankowych  uważa wiceprezes PwC Jacek Socha, były minister skarbu państwa. Jego zdaniem można oczekiwać, że kolejne kwartały na warszawskim parkiecie mogą być równie dobre jak początek roku.

– I kwartał 2015 roku dla rynku w Warszawie był dobry ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Jacek Socha, wiceprezes PwC. – To jest sygnał, że na rynku coś się zmienia. Trzeba pamiętać, że rynek kapitałowy w Polsce cały czas jeszcze nie dostosował się do nowej ilości pieniądza, który trafia na rynek, po tym jak została zmieniona struktura finansowania naszych emerytur i część pieniędzy z OFE odpływała i będzie odpływać. Trochę czasu w Polsce potrzeba, aby tę lukę popytową wypełnić.

W pierwszych trzech miesiącach roku główne indeksy zanotowały umiarkowane wzrosty. Opisujący kondycję całej polskiej giełdy Warszawski Indeks Giełdowy zyskał ponad 5 proc. W tym czasie wzrost WIG20, odnoszącego się do największych spółek, zbliżył się do 3,5 proc, ale już indeksy obejmujące małe i średnie firmy odnotowały bardziej spektakularne wyniki. mWIG40 zyskał ponad 7 proc., zaś sWIG80 przeszło 11 proc. Kwiecień okazał się znakomitym miesiącem dla największych spółek, gdyż tempo wzrostu od początku roku przyspieszyło do niemal 9 proc., co podbiło wzrost WIG-u do prawie 10 proc. W dalszym ciągu zyskują też spółki małe i średnie.

Na ożywienie obserwowane na warszawskiej giełdzie wpływ mają coraz niższe stopy procentowe i związana z nimi deflacja. Jak podał Główny Urząd Statystyczny ceny w marcu były o 1,5 proc. niższe niż przed rokiem. To oznacza, że Rada Polityki Pieniężnej nie ma powodu, by walczyć z inflacją, stopy procentowe NBP pozostaną niskie, a lokaty bankowe przestały być dobrą alternatywą dla inwestycji kapitałowych.

Oszczędzanie na rachunkach oszczędnościowych w sektorze bankowym będzie najprawdopodobniej dużo słabsze prognozuje Jacek Socha. Więc ci, którzy mają pewne nadwyżki finansowe i mogą zaakceptować wyższe ryzyko, powinni się przesunąć częściowo do funduszy inwestycyjnych i zdywersyfikować swój portfel na bardziej zrównoważony, a jeżeli ktoś by chciał, to na małe i średnie spółki raczej nawet agresywnie. Moim zdaniem tegoroczne wzrosty będą ciekawe.

Na warszawskiej giełdzie można w tym roku liczyć nie tylko na krajowych inwestorów. Także ci zagraniczni, którzy ostatnio obawiali się polskiego rynku ze względu na ryzyko regionalne oraz problemy na Wschodzie, mogą tu wrócić. Europejski Bank Centralny zamierza ożywić gospodarkę strefy euro. Oznacza to, że m.in. poprzez skup obligacji wpuści na rynek więcej pieniędzy.

Będziemy mieli efekt wypychania uważa wiceprezes PwC. Skoro się pojawia luzowanie ilościowe, a wraz z nim nowe pieniądze w Europie Zachodniej, to siłą rzeczy większa ilość pieniądza w jakiś sposób będzie rozdysponowywana na inne rynki, w tym na rynek polski. Myślę, że inwestorzy europejscy zauważą, patrząc na wskaźniki, że jednak jest w Polsce potencjał wzrostu.

Ożywienie na warszawskiej giełdzie może sprawić, że będzie ona realizować swą najważniejszą funkcję, czyli umożliwi zdobywanie kapitału polskim firmom.

Po stronie podażowej widzimy wyraźnie, że prywatyzacje się skończyły – podkreśla Jacek Socha. Minister skarbu ma niewiele do sprzedania, trochę resztówek, trochę jakichś akcji. Natomiast dużych, spektakularnych prywatyzacji jak PZU, PKO BP czy w sektorze energetycznym, który jak na razie nie za dużo dał zarobić inwestorom, raczej już nie będzie. W związku z czym patrzyłbym na organiczny wzrost i ciężką pracę zachęcającą spółki sektora średniego i średnio dużego do wchodzenia na giełdę.

Wejście w życie ustawy o OZE ożywi rynek

CEO Magazyn Polska

Wejście w życie ustawy o OZE powinno przyspieszyć inwestycje w energetykę wiatrową. Proponowane przez resort gospodarki zasady kupowania zielonej energii na aukcjach sprzyjają szczególnie małym instalacjom, o mocy do 1 MW. To sprawia, że obszarem tym coraz mocniej interesują się prywatni inwestorzy. Przekonują ich wysokie i długoterminowe zyski.

Zgodnie z nowymi przepisami na początku przyszłego roku odbędzie się pierwsza aukcja na zakup zielonej energii. Trafi na nią ok. 50 TWh energii, która ma pochodzić ze źródeł odnawialnych, z czego około 31 TWh z mniejszych siłowni, o stopniu wykorzystania mocy poniżej 4 tys. MWh/MW/rok, czyli np. z wiatru.

Te 31 TWh to mniej więcej 700-800 MW nowych mocy wiatrowych, które z tego tytułu mogą powstać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Sztuba, partner zarządzający TPA Horwath Poland. – Mówię tylko o wiatrowych, ponieważ aukcje zaplanowano w taki sposób, że w tych pierwszych wygrywającą technologią będzie właśnie wiatr na lądzie. Inne technologie w koszyku poniżej 4 tys. godzin na rok, czyli np. fotowoltaika, mają ograniczone możliwości konkurowania na aukcjach, bo są po prostu droższe.

Z zapisanych w rozporządzeniu 700-800 MWh jedna czwarta ma pochodzić z źródeł o mocy do 1 MW.

– To może być 175-200 MW na pierwszej aukcji, być może więcej. Szczegóły w tym zakresie określi minister gospodarki w rozporządzeniu, którego spodziewamy się do końca listopada – mówi Sztuba.

Średnia cena energii z takich instalacji, określona kilka dni temu przez Ministerstwo Gospodarki, będzie wynosiła około 470 zł, czyli znacznie więcej niż w projektach o wyższej mocy. Dlatego dla inwestorów obszar ten staje się bardzo atrakcyjny.

Przygotowaliśmy kilka projektów, które będą mogły wystartować w pierwszej aukcji i prawdopodobnie wygrać ją po wysokiej cenie, co przełoży się na zwrot z inwestycji od około 12 do 15 procent średniorocznie. Nasi inwestorzy już zaczęli obejmować udziały w tych spółkach, niebawem zakończymy zapisy do pierwszej z nich – ocenia Maciej Korecki, przewodniczący rady nadzorczej Energy Invest Group SA.

Energy Invest Group SA to polska firma, która przełamała kapitałową barierę wejścia w inwestycje w OZE i realizuje budowę elektrowni wiatrowych z wkładów inwestorów indywidualnych. Dzięki temu, że EIG wypracowało sprawny system przystępowania do spółek celowych realizujących inwestycje, osoby posiadające już ok. 30 tysięcy zł mogą zarabiać w niedostępnej dotąd branży energetycznej. Obecnie spółka prowadzi osiem projektów zlokalizowanych w województwach łódzkim i lubelskim. Na bieżąco przygotowywane są nowe lokalizacje dla kolejnych inwestorów.

Korecki podkreśla, że na rynku rysuje się wyraźny trend odchodzenia od rynków finansowych na rzecz inwestycji alternatywnych, a oferta EIG cieszy się ogromnym zainteresowaniem. Zwroty z inwestycji są wysokie i długoterminowe, bo żywotność turbin to co najmniej ćwierć wieku, a inwestorzy są jej współwłaścicielami. Dodatkowo system aukcyjny gwarantuje cenę energii przez 15 lat.

– W związku z tym banki dużo chętniej podchodzą do finansowania takich inwestycji, a z kolei inwestorzy mogą być pewni tego, że przez cały okres wsparcia ta inwestycja jest niezależna od sytuacji na rynkach, od wahań ceny energii, bo mamy ją zagwarantowaną na cały okres kredytowania – podkreśla Maciej Korecki.

Wojciech Sztuba podkreśla, że w tym obszarze można spodziewać się dużej konkurencji. Żeby wystartować w aukcji, projekt musi przejść etap prekwalifikacji, czyli oceny formalnej dokonywanej przez prezesa URE. Wniosek o wydanie zaświadczenia uprawniającego do udziału w aukcji po takiej procedurze może złożyć producent, który ma już gotowy projekt z pozwoleniem na budowę samej farmy wiatrowej oraz przyłącza do sieci energetycznej.

Szacujemy, że do pierwszej aukcji w koszyku niestabilnych OZE do 4 tys. godzin staną duże projekty wiatrowe, czyli te powyżej 1 MW. Jednak również pula projektów małych, czyli tych do 1 MW, wydaje się obiecująca i stwarza ciekawe możliwości inwestycyjne, także dla źródeł wiatrowych takiej mocy, które już są oferowane na rynku. Przetarg na prawie 200 MW mocy zainstalowanej w projektach do 1 MW wydaje się bardzo pojemny. Niewykluczone, że pierwsza aukcja nie pozwoli w całości wyczerpać tej puli. Wówczas powinna zostać w krótkim czasie rozpisana aukcja uzupełniająca – mówi Wojciech Sztuba.

Branża cztery lata czekała na wejście w życie nowej ustawy o OZE. W ostatnich miesiącach w związku ze zbliżającym się końcem wsparcia w ramach systemu zielonych certyfikatów rynek inwestycyjny związany z projektami energetyki wiatrowej praktycznie zamarł.

Możemy założyć, że po pierwszej aukcji rynek inwestycyjny stanie ponownie na nogi – zwraca uwagę partner TPA Horwath. – Jeżeli w finalnych rozporządzeniach wykonawczych utrzymają się parametry zaproponowane w opublikowanym niedawno projekcie, to czeka nas powrót do sytuacji z lat, kiedy przyłączano powyżej 600 MW mocy wiatrowych rocznie.

Zrównoważona produkcja żywności zaczyna być doceniana przez wielkie firmy

CEO Magazyn Polska

Duże koncerny spożywcze zamawiając surowce, coraz częściej wybierają te pochodzące z certyfikowanej produkcji. Zaczynają doceniać żywność, której wytwarzanie nie niszczy środowiska naturalnego i daje rolnikom godziwe dochody. Dzięki temu, choć droższa, taka produkcja przynosi rosnące zyski. Rośnie też liczba rolników zainteresowanych zrównoważoną produkcją.

Źródłem rosnącej popularności produkcji rolnej, która nie niszczy środowiska, są konsumenci. To dzięki ich zaangażowaniu oraz wyborom dokonywanym podczas zakupów przybywa firm, które dostrzegają, że warto oferować wyroby tworzone z poszanowaniem ekologii oraz etyki.

Coraz więcej konsumentów zwraca uwagę na to, z czego zrobiony jest produkt. Patrzą na to, czy firma dba o środowisko, czy korzystając z zasobów naturalnych, nie niszczy środowiska – mówi agencji informacyjnej Newseria Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności. – To jest pewnego rodzaju system naczyń połączonych. Im bardziej my, jako przetwórcy, wymagamy surowców pochodzących ze zrównoważonych upraw, tym rolnicy chętniej je produkują.

Wyjaśnia, że zrównoważone rolnictwo zakłada m.in. niestosowanie określonych rodzajów nawozów i środków ochrony roślin, minimalizowanie strat surowców i ograniczony wpływ na środowisko naturalne. Taka produkcja jest droższa, ale rolnicy mogą liczyć m.in. na wsparcie UE. Jak podkreśla Gantner, mają też większe szanse na zamówienia od dużych koncernów.

Pytamy o to, jak będzie wyglądało nasze środowisko naturalne za kilkadziesiąt lat i czy przyszłe pokolenia będą miały co jeść, czy będą oddychały świeżym powietrzem i będą miały wodę do picia – mówi Andrzej Gantner. – Przemysł żywnościowy musi wykazać się bardzo dużą odpowiedzialnością za to, co dzieje się ze źródłami zaopatrzenia, żywnością i wodą. Największe firmy, chociażby takie jak Ferrero, wprowadzają specyficzne łańcuchy zrównoważonych dostaw, które powodują, że surowce używane w produkcji pozyskiwane są z gospodarstw, które stosują zrównoważone zasady produkcji.

Ferrero, jeden z największych na świecie producentów słodyczy, zdecydował, że swój biznes będzie opierał na społecznej odpowiedzialności. W swym dorocznym raporcie dotyczącym działalności CSR podkreśla, że od 2009 roku fabryki firmy ograniczyły emisję dwutlenku węgla o 32 proc. Zużycie wody spadło o jedną czwartą, a ponad 92 proc. odpadów jest segregowanych i wysłanych do odzysku. Firma dużą wagę przykłada też do pochodzenia zużywanych produktów, m.in. kakao oraz orzechów. Dba nie tylko o ich jakość, lecz także o to, by były one produkowane z poszanowaniem środowiska i praw człowieka.

Stworzyliśmy trójfilarowy system – podkreśla Robert Ignaczak, wieloletni kierownik produkcji, kierownik działu ciągłego doskonalenia w fabryce Ferrero w Polsce. – Pierwszy filar to są różne certyfikaty, audyty i cały system sprawdzania. Drugi to wzajemna współpraca z organizacjami międzynarodowymi. A trzeci to zaangażowanie wszystkich stron zainteresowanych, również rolników, którzy nam dostarczają surowce, dla nich robimy wszelkie akcje uświadamiające, polepszające zbiory i ich jakość.

Spółka podkreśla, że dziś 100 proc. wykorzystywanej w produktach kawy ma  certyfikat produkcji zrównoważonej, a w tym roku taki wynik osiągnie również olej palmowy i dostawy jaj. Do 2020 roku 100 proc. dostaw kakao i rafinowanego cukru trzcinowego będzie mieć certyfikat produkcji zrównoważonej. Wdrożono także plan identyfikowalności dla 100 proc. dostaw orzechów laskowych.

Orzechów jest coraz mniej na świecie i musimy dbać o to, żeby mieć ostateczną ilość do naszej produkcji i to o określonej jakości. Rozwijamy tę produkcję, przenosimy ją na półkulę południową, robimy całkowicie nowe rejony upraw leszczyny, gdzie tego się do tej pory nie uprawiało – wyjaśnia Ignaczak.

Obecnie, jak szacuje Andrzej Gantner, praktycznie 100 proc. największych firm stosuje już w mniejszym lub większym stopniu zasady społecznej odpowiedzialności biznesu. W rezultacie przynajmniej  20 proc. surowca jest produkowane w ten sposób i ta ilość cały czas się zwiększa.

Na polskiej giełdzie, podobnie jak na wielu innych giełdach światowych, istnieją już indeksy firm odpowiedzialnych, czyli tych, które faktycznie w swoich zasadach stosują zrównoważony rozwój i odpowiedzialność społeczną. To już jest konkretna korzyść dla firmy, ponieważ to są konkretne pieniądze – mówi Andrzej Gantner.

Eksperci przyznają, że wśród polskich konsumentów świadomość na temat zrównoważonej produkcji nie jest jeszcze powszechna. Niektórzy, nawet jeśli zdają sobie sprawę z tego, na czym to polega, to i tak nie kupują tego typu produktów.

Wciąż jeszcze dla wielu konsumentów cena jest podstawowym wyróżnikiem żywności. Dlatego nie zawsze wybieramy to, co powinniśmy wybierać ze względów racjonalnych i prozdrowotnych. Gdyby było inaczej, to nie mielibyśmy na pewno problemu z nadwagą i otyłością. Mamy jeszcze dużo do zrobienia w zakresie edukacji na temat świadomości żywieniowej. Najwięcej do zrobienia jest wśród dzieci i wśród młodzieży – podkreśla Krystyna Gutkowska, dziekan Wydziału Nauk o Żywieniu Człowieka i Konsumpcji w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie.

Wiedza Polaków o ubezpieczeniach społecznych wciąż niewielka

CEO Magazyn Polska

Wielu Polaków nie rozumie, w jaki sposób wyliczana jest emerytura i od czego zależy jej wysokość. Dlatego ZUS podejmuje działania, które mają zwiększyć tę świadomość. Zaczyna od młodzieży, która w najbliższych latach będzie wchodzić na rynek pracy. Programy edukacyjne kieruje do gimnazjalistów, uczniów szkół ponadgimnazjalnych oraz studentów.

Coraz lepiej rozumiemy system emerytalny. Wiemy, że są emerytury i że otrzymamy je po zakończeniu naszej kariery zawodowej – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Jaroszek, członek zarządu Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. – Nie do końca wiemy natomiast, że wysokość naszych przyszłych świadczeń zależy od odprowadzanych składek, czyli wyłącznie od nas. 

Polacy wciąż nie tylko niewiele wiedzą na temat systemu zabezpieczeń społecznych i emerytur, lecz także nie są tym specjalnie zainteresowani. W ubiegłym roku, kiedy można było zdecydować, czy składki mają być odprowadzone wyłącznie do ZUS-u, czy również do wybranego OFE, 2,5 mln Polaków (z 14 mln uprawnionych) wysłało deklaracje. W 2012 r., kiedy osoby wchodzące na rynek pracy musiały jeszcze wybrać otwarty fundusz emerytalny samodzielnie, bez przypominania przez ZUS, zrobiło to tylko ok. 1,5 proc. młodych. 20 procent zrobiło to po liście z ZUS-u. Pozostałych ZUS przydzielił do OFE w ramach losowania.

Żeby zwiększyć świadomość Polaków, ZUS zainicjował programy edukacyjne skierowane do młodzieży. W miniony piątek został rozstrzygnięty konkurs dla młodzieży szkół ponadgimnazjalnych „Warto wiedzieć więcej o ubezpieczeniach społecznych”. Było to swego rodzaju podsumowanie prowadzonego przez Zakład programu edukacyjnego „Lekcje z ZUS”, który rozpoczął się we wrześniu 2013 roku.

Jesteśmy bardzo zadowoleni z projektu, młodzież sama zachęcała nauczycieli do organizowania lekcji. Udział w nim wzięło 11 tysięcy osób. W finałach ogólnopolskich zmierzyło się 16 ekip, po jednej z każdego województwa. Poziom prezentowany przez uczestników był bardzo wysoki, śmiało mogę powiedzieć, że młodzi ludzie dorównywali ekspertom – ocenia Paweł Jaroszek.

Program ma być kontynuowany, bo – jak podkreśla Jaroszek – pomaga budować świadomość społeczną młodych Polaków i pokazuje im, jak poruszać się w systemie ubezpieczeń społecznych.

Taka wiedza przydaje się w życiu codziennym. Warto wiedzieć, jakie składki odprowadzają za nas pracodawcy przy umowie o pracę czy umowa-zlecenie i co wówczas nam się należy. Ważne by wiedzieć, jak się ubezpieczyć, prowadząc własną działalność. Dowiadujemy się również, jak będzie wyglądała nasza emerytura – podkreśla Aleksandra Walkiewicz, uczennica Zespołu Szkół Ekonomicznych w Radomiu, który okazał się najlepszy w konkursie.

Duże zainteresowanie projektem (328 szkół i ponad 11 tys. uczniów) zachęciło ZUS do kontynuowania edukacji młodzieży. Trwają prace nad przygotowaniem projektu skierowanego do uczniów gimnazjów. We współpracy ze Związkiem Banków Polskich w ramach projektu „Nowoczesne Zarządzanie Biznesem” ZUS prowadzi cykl wykładów na uczelniach wyższych w całym kraju.

Ma to na celu dostarczenie studentom wiedzy nie tylko stricte z zakresu ubezpieczeń społecznych, lecz także o tym, jak poruszać się w świecie finansów – tłumaczy Jaroszek.

Na polskim rynku pojawią się soczewki akcentujące

CEO Magazyn Polska

Oczy są najważniejszym kanałem komunikacji niewerbalnej. Zdrowe i pełne energii spojrzenie ułatwia kontakty zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym. Atrakcyjny wygląd oczu można podkreślić za pomocą soczewek kontaktowych akcentujących. Nadają one charakterystyczny błysk oczom, uwydatniają ich naturalną barwę oraz zaznaczają okolicę rąbką rogówki.

W przeciwieństwie do tradycyjnych soczewek kolorowych soczewki akcentujące pogłębiają naturalną barwę oczu, ale nie zmieniają ich zabarwienia. Tego typu soczewki powiększają optycznie tęczkówkę, a więc również źrenicę, niwelują oznaki zmęczenia, nadają charakterystyczny błysk oczom oraz podkreślają rąbek rogówki.

– Elementem takiej soczewki jest pierścień rąbkowy, który będzie w wyraźny sposób zaznaczał kontrast pomiędzy barwą tęczówki i białą częścią oka, czyli twardówką, i bardzo mocno go zaakcentuje – tłumaczy Sylwia Chrobot, optometrystka.

Uwydatnienie rąbka rogówki zapewnia bielszy wygląd twardówki oraz zdrowszy, jaśniejszy i młodszy wygląd oka. Z upływem lat granice tęczówki stają się coraz mniej kontrastowe – u osób dojrzałych pojawia się obwódka starcza, czyli białawy pierścień przy obrąbku rogówki. Soczewki akcentujące pomagają złagodzić ten efekt i wpływają pozytywnie na postrzegany wiek użytkownika. Są również polecane osobom cierpiącym na jaskrę.

– Emocje, nastawienie, nastrój i intencje. Wszystko to jesteśmy w stanie przekazać za pomocą spojrzenia. W komunikacji niewerbalnej najważniejszym kanałem przekazu są oczy. Pamiętajmy o tym, że nasz rozmówca w pierwszej kolejności zwraca uwagę właśnie na nasze spojrzenie. Ważniejsze od tego, co mówimy, jest to, jak mówimy – mówi agencji informacyjnej Newseria Maria Rotkiel, psycholog.

Spojrzenie odgrywa decydującą rolę w kontaktach interpersonalnych zarówno zawodowych, jak i prywatnych. Według badań osoby z rozszerzonymi źrenicami są postrzegane jako bardziej atrakcyjne. To na podstawie wyrazu oczu oceniana jest pewność siebie, śmiałość oraz usposobienie rozmówcy.

– Oczy są naszą wizytówką. Jeżeli chcemy być pozytywnie zapamiętani, dbajmy o to, by nasze spojrzenie było witalne, zdrowe i pełne energii. Dobrym sposobem na dodanie blasku oczom są również soczewki kontaktowe akcentujące – tłumaczy Maria Rotkiel.

Oprócz działania kosmetycznego i korekcyjnego, soczewki te nawilżają oczy i chronią je przed szkodliwym promieniowaniem UV. W Polsce będą dostępne w sprzedaży od połowy maja.

Sytuacja na warszawskim rynku powierzchni biurowych trudniejsza niż w regionach

CEO Magazyn Polska

Sytuacja deweloperów działających na rynku powierzchni biurowych jest coraz trudniejsza. W Warszawie na koniec 2014 roku blisko 15 proc. lokali pozostawało bez najemcy, w 2016 roku może być ich ponad 20 proc. Perspektywiczne pozostają rynki regionalne, które są coraz popularniejsze w sektorze centrów usług wspólnych. 

Warszawa jest innym rynkiem niż wszystkie główne rynki regionalne. O ile w stolicy wskaźnik pustostanu wynosi ok. 15 proc., o tyle w innych największych miastach wskaźnik dla nowoczesnej powierzchni biurowej jest mniejszy – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Artur Lebiedziński, prezes zarządu Polskiego Holdingu Nieruchomości.

Z raportu firmy CBRE „Warsaw Office MarketView Q4 2014” wynika, że z blisko 4,5 mln mkw. powierzchni biurowych w Warszawie bez najemców pozostawało ok. 570 tys. mkw. Ponad 30 proc. z nich stanowiły lokale w centrum. W najbliższych latach sytuacja dla deweloperów może stać się jeszcze trudniejsza, w 2016 roku liczba pustostanów może przekroczyć 20 proc.

To oznacza, że w perspektywie następnych dwóch lat wielu deweloperów będzie robiło wszystko, żeby znaleźć klienta dla projektów, które są już w budowie – przyznaje Lebiedziński.

Lepsza sytuacja panuje w pozostałych dużych miastach. W Krakowie, Poznaniu, Katowicach, Łodzi i Trójmieście w ubiegłym roku deweloperzy oddali do użytku ponad 320 tys. mkw. powierzchni. Coraz większym zainteresowaniem cieszą się także lokale w Szczecinie i Lublinie. W tych miastach, m.in. ze względu na duże zainteresowanie wynajmem przez sektor centrów usług zagranicznych, pustostanów jest mniej niż 10 proc.

Polski Holding Nieruchomości planuje budowę obiektów biurowych (m.in. w PHN Tower w Warszawie, Port Rybacki w Gdyni). Inwestuje również w inne nieruchomości komercyjne.

Zgodnie z naszymi założeniami strategicznymi w sektorze handlowym prowadzimy inwestycje dla wysokiej klasy najemców korporacyjnych. Obecnie realizujemy trzy tego typu projekty – zaznacza prezes spółki.

W ramach projektu Lewandów na warszawskiej Białołęce planowane jest wybudowanie na powierzchni ok. 25 ha obiektów handlowych i usługowych (60 tys. mkw.). Obecnie działa McDonald’s, jednak jak wskazuje Lebiedziński, trwa pozyskiwanie partnerów dla poszczególnych działek.

Drugi tego typu projekt mamy w Łodzi, na Retkini. Kończymy tam budowę pierwszego obiektu handlowego, rozmawiamy z kolejnymi partnerami, a dodatkowo będziemy ta lokale mieszkaniowe. Trzecim projektem handlowym realizowanym przez PHN jest nieruchomość przy ul.

Sytuacja deweloperów działających na rynku powierzchni biurowych jest coraz trudniejsza. W Warszawie na koniec 2014 roku blisko 15 proc. lokali pozostawało bez najemcy, w 2016 roku może być ich ponad 20 proc. Perspektywiczne pozostają rynki regionalne, które są coraz popularniejsze w sektorze centrów usług wspólnych. 

– Warszawa jest innym rynkiem niż wszystkie główne rynki regionalne. O ile w stolicy wskaźnik pustostanu wynosi ok. 15 proc., o tyle w innych największych miastach wskaźnik dla nowoczesnej powierzchni biurowej jest mniejszy – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Artur Lebiedziński, prezes zarządu Polskiego Holdingu Nieruchomości.

Z raportu firmy CBRE „Warsaw Office MarketView Q4 2014” wynika, że z blisko 4,5 mln mkw. powierzchni biurowych w Warszawie bez najemców pozostawało ok. 570 tys. mkw. Ponad 30 proc. z nich stanowiły lokale w centrum. W najbliższych latach sytuacja dla deweloperów może stać się jeszcze trudniejsza, w 2016 roku liczba pustostanów może przekroczyć 20 proc.

– To oznacza, że w perspektywie następnych dwóch lat wielu deweloperów będzie robiło wszystko, żeby znaleźć klienta dla projektów, które są już w budowie – przyznaje Lebiedziński.

Lepsza sytuacja panuje w pozostałych dużych miastach. W Krakowie, Poznaniu, Katowicach, Łodzi i Trójmieście w ubiegłym roku deweloperzy oddali do użytku ponad 320 tys. mkw. powierzchni. Coraz większym zainteresowaniem cieszą się także lokale w Szczecinie i Lublinie. W tych miastach, m.in. ze względu na duże zainteresowanie wynajmem przez sektor centrów usług zagranicznych, pustostanów jest mniej niż 10 proc.

Polski Holding Nieruchomości planuje budowę obiektów biurowych (m.in. w PHN Tower w Warszawie, Port Rybacki w Gdyni). Inwestuje również w inne nieruchomości komercyjne.

– Zgodnie z naszymi założeniami strategicznymi w sektorze handlowym prowadzimy inwestycje dla wysokiej klasy najemców korporacyjnych. Obecnie realizujemy trzy tego typu projekty – zaznacza prezes spółki.

W ramach projektu Lewandów na warszawskiej Białołęce planowane jest wybudowanie na powierzchni ok. 25 ha obiektów handlowych i usługowych (60 tys. mkw.). Obecnie działa McDonald’s, jednak jak wskazuje Lebiedziński, trwa pozyskiwanie partnerów dla poszczególnych działek.

– Drugi tego typu projekt mamy w Łodzi, na Retkini. Kończymy tam budowę pierwszego obiektu handlowego, rozmawiamy z kolejnymi partnerami, a dodatkowo będziemy ta lokale mieszkaniowe. Trzecim projektem handlowym realizowanym przez PHN jest nieruchomość przy ul. Bartyckiej w Warszawie – mówi prezes.

Zgodnie ze strategią spółka będzie też zwiększać swoją obecność w sektorze mieszkaniowym. Realizuje projekt w Parzniewie, a kolejne dwa projekty, które ma zamiar uruchomić w najbliższych kwartałach, znajdują się na al. Prymasa Tysiąclecia przy skrzyżowaniu z ul. Wolską oraz na warszawskim Wilanowie.

 

Na braku zaufania między przedsiębiorcami traci cała gospodarka

CEO Magazyn Polska

Poziom zaufania w polskim biznesie powoli rośnie, wciąż jednak jesteśmy jednym z bardziej nieufnych narodów. Blisko połowa przedsiębiorców z powodu braku zaufania do kontrahenta rezygnuje z części umów, a 35 proc. z nich uważa, że wiele transakcji nie dochodzi do skutku, ponieważ są postrzegani jako niewiarygodni. Wartość tych transakcji szacowana jest na ok. 281 mld zł, czyli równowartość 13 proc. polskiego PKB.

Poziom zaufania między polskimi przedsiębiorcami jest dość niski. Z badań wynika, że tylko kilkanaście procent absolutnie ufa swoim kontrahentom – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Waldemar Sokołowski, prezes Rzetelnej Firmy, jednego z inicjatorów raportu „Kapitał społeczny i zaufanie w polskim biznesie 2015”.

Raport przygotowany wspólnie z Krajowym Rejestrem Długów wskazuje, że relacje między przedsiębiorcami cechuje ograniczone zaufanie. 73,5 proc. badanych twierdzi, że przy prowadzeniu działalności należy uważać, by nie zostać oszukanym. Ponad połowa uważa, że trzeba gromadzić dowody swojej uczciwości. Panuje też przekonanie, że inni przedsiębiorcy mogą wykorzystać luki prawne w umowie, żeby kosztem drugiej strony zyskać dodatkowe korzyści.

Zdaniem eksperta wpływ na niski poziom zaufania mają uwarunkowania historyczne.

Ufamy rodzinie, całej reszcie społeczeństwa już nie. Być może wynika to z trudnej historii regionów, gdzie zmieniali się władcy i przynależność państwowa – twierdzi Sokołowski. – Teraz mamy już własne państwo, ale ludzie nadal nie ufają instytucjom publicznym i innym podmiotom gospodarczym, a to przynosi często określone szkody.

Cierpi na tym cała gospodarka. Blisko połowa przedsiębiorców (47,1 proc.) twierdzi, że z powodu braku zaufania do potencjalnych kontrahentów do skutku nie dochodzi część transakcji. Co czwarty współpracuje tylko ze sprawdzonymi partnerami. Z raportu wynika, że wartość wszystkich transakcji, do których nie doszło właśnie ze względu na brak zaufania, może wynieść nawet 281 mld zł, czyli równowartość 13 proc. polskiego PKB.

Pomóc może tzw. konstytucja dla przedsiębiorców [w maju br. ma trafić do Sejmu – red.]. Trzeba zmniejszyć opresyjność aparatu skarbowego, niedocenianą kwestią jest też poprawa funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości, tak aby sądy sprawnie działały – wskazuje Sokołowski.

Zwiększyć zaufanie między przedsiębiorcami mogą również publiczne instytucje. Krajowy Rejestr Długów zbiera informacje o firmach dłużnikach. Program Rzetelna Firma wystawia natomiast certyfikaty firmom, które spełniają wymogi w zakresie uczciwości i wiarygodności prowadzonego biznesu.

Miesięcznie zgłasza się do nas kilkaset firm, które chcą uzyskać nasz certyfikat. Obecnie w programie uczestniczy ok. 50 tys. firm i liczę, że ta liczba będzie dalej dynamicznie rosła – powiedział prezes Rzetelnej Firmy podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego.

Plagiaty w branży modowej stały się powszechne

CEO Magazyn Polska

Zarejestrowanie wzoru w Urzędzie Patentowym to najlepsza forma zabezpieczenia swoich praw do projektu. Wbrew powszechnym opiniom procedura ta nie jest ani skomplikowana, ani kosztowna. Na taki krok decyduje się coraz więcej polskich projektantów. Do chronionych wzorów należą m.in. spodnie marki Madox, biżuteria Krystyny Odolińskiej oraz kapturo-szalik Mnishkha.

Zgodnie z ustawą Prawo własności przemysłowej wzorem przemysłowym jest nowa i mająca indywidualny charakter postać wytworu lub jego części, nadana mu w szczególności przez kształt, materiał, strukturę, kolorystykę lub zdobienie. Aby chronić wzór, należy zarejestrować go w Urzędzie Patentowym, zyskując prawo wyłącznego korzystania z niego w sposób zarobkowy lub zawodowy na całym obszarze Polski lub Unii Europejskiej, w zależności od preferencji osoby zastrzegającej. Prawo to, nabywane na 25 lat, potwierdzane jest świadectwem z indywidualnym numerem rejestrowym. Numer ten można umieszczać na objętym ochroną produkcie. Eksperci radzą, aby zastrzegając wzór, decydować się na procedurą wspólnotową UE, daje to bowiem możliwość znacznie szybszej reakcji w momencie wykrycia plagiatu.

– Wysyłamy pismo ostrzegawcze, w którym wzywamy do zaprzestania rozprowadzania i dalszej produkcji. Pytanie, jak dana osoba zareaguje, czy rzeczywiście tego zaprzestanie i przeprosi, czy będzie to kontynuować. Wówczas kolejnym krokiem jest wniesienie o zablokowanie produkcji towaru danej, a kolejnym krokiem oczywiście jest sąd. To jednostka, która zajmuje się tylko tego typu wykroczeniami, dlatego sprawa jest szybciej rozpatrywana. Trwa około 3 miesięcy, a nie 3 lat – mówi agencji Newseria Anna Migacz Lesińska, projektantka.

Zastrzeżenie wzoru w Urzędzie Patentowym to dziś najlepszy sposób na zabezpieczenie swoich praw. Na taki krok decyduje się coraz więcej polskich projektantów. Należy do nich Damian Nowacki, twórca marki Madox, który zarejestrował patent na spodnie z zapinaną na guziki kangurzą kieszenią z przodu, a także projektantka Krystyna Odolińska. Pod szyldem KOD tworzy ona elegancką biżuterię opartą na charakterystycznym, autorskim splocie. Na objęcie ochroną patentową swojego produktu zdecydowała się także Anna Migacz-Lesińska, autorka kultowej już Mnishkhi, czyli wielofunkcyjnego kapturo-szala z kieszeniami. Można go nosić na różne sposoby: jako ponczo, komin z kapturem zawijany na dwa lub trzy razy lub po prostu komin.

– Uznaliśmy, że warto to zastrzec, ponieważ było to coś unikatowego, bo połączenie kilku oczywistych elementów dało nam coś, czego nie było do tej pory na rynku. Mamy zastrzeżony wzór przemysłowy wspólnotowy, który umożliwia nam bardzo szybką reakcję w przypadku, gdyby ktokolwiek w Unii Europejskiej nas kopiował – mówi Anna Migacz-Lesińska. – Konsekwencje dla firmy, która kopiuje wzór zastrzeżony, mogą być bardzo poważne. Jeżeli jesteśmy w stanie udowodnić, że zostało to wprowadzone masowo do produkcji, kary finansowe mogą być bardzo wysokie

Projektantka zauważa, że w ostatnich latach zaciera się granica między inspiracją czyimś pomysłem a jego skopiowaniem. Pojawia się coraz więcej firm, które kopiują co ciekawsze wzory, w większości przypadków nie ponosząc żadnych konsekwencji z tytułu kradzieży. Coraz więcej projektantów jest jednak świadomych swoich praw, a fakt, że i przepisy stoją po ich stronie sprawia, że bardziej stanowczo sprzeciwiają się plagiatom ich wzorów. Pomagają im w tym także klienci, którzy często informują o istniejącej na rynku podróbce.

– Kiedy już byliśmy obecni na rynku jakiś czas i Mnishkha podbiła już serca klientek, nie tylko Polek, to zaczęły do nas dochodzić głosy, że pojawiają się bardzo podobne rzeczy, głównie w Warszawie. Jak się okazało, to nie były produkty bardzo podobne, tylko identyczne, łącznie z drobnymi elementami. Wtedy okazało się, że zastrzeżenie wzoru, zrobione chwilę wcześniej, jest idealnym narzędziem, które pozwala pociągnąć do odpowiedzialności firm, które to robiły – mówi Anna Migacz Lesińska.

Projektantka twierdzi, że wbrew powszechnemu przekonaniu proces zastrzegania wzoru w Urzędzie Patentowym nie był ani skomplikowany, ani kosztowny. Od chwili skontaktowania się z rzecznikiem patentowym do momentu wydania decyzji o przyznaniu ochrony minęło kilka tygodni.

Grecja nadal bez środków

Koniec tygodnia upłynął pod znakiem spekulacji na temat przyszłości Grecji. Jak wynika z informacji opublikowanych po zakończeniu odbywającego się w Rydze spotkania ministrów finansów państw strefy euro, rządowi w Atenach w dalszym ciągu nie udało się dojść do porozumienia z europejskimi kredytodawcami.

Zdaniem przewodniczącego Eurogrupy, Jeroena Dijsselbloema, pomiędzy stronami nadal występują głębokie różnice, nie pozywające na wydłużenie programu pomocy finansowej. Zdecydowanie więcej optymizmu wykazuje w tej sytuacji grecki minister finansów, Janis Warufakis – jego zdaniem, „jeśli spojrzymy na ostatnie tygodnie, to zobaczymy, że nastąpiło zbliżenie stanowisk”. Tymczasem, zgodnie z ustaleniami z 20 lutego b.r., do końca kwietnia Grecja ma przedstawić pełną listę reform, będącą warunkiem otrzymania ostatniej transzy pożyczki w wysokości 7.2 mld euro, bez której wypłacalność Hellady może stanąć pod znakiem zapytania.

Podczas dzisiejszej sesji uwagę inwestorów po obu stronach Oceanu przyciągnie jedynie publikacja usługowego indeksu PMI w Stanach Zjednoczonych – analitycy spodziewają się jego wzrostu z 59.2 pkt w marcu do 59.5 pkt w kwietniu.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

 

Popołudniowy komentarz walutowy z 24.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 24.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl