W sierpniu bezrobocie poniżej 10 proc.

Stopa bezrobocia w marca wyniosła 11,7 proc., w lutym wynosiła 12 proc. – poinformował Główny Urząd Statystyczny

Komentarz dr Grzegorza Baczewskiego, dyrektora departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan

Główny Urząd Statystyczny potwierdził wcześniejsze szacunki Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, że stopa bezrobocia w marcu wyniosła 11.7 proc. i spadła o 0,3 pkt. proc. w stosunku do lutego. Liczba bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy wyniosła 1,8606 mln i była wyższa niż przed miesiącem o 58,1 tys., ale w ujęciu rocznym spadła aż o 321,6 tys. osób (czyli niemal 15 proc.). Zwykle na polskim rynku pracy doświadczamy w tym okresie wzrostu lub stabilizacji wysokiego poziomu bezrobocia, co wiąże się z tzw. sezonowością rynku pracy. W zimie część firm ogranicza aktywność, równocześnie redukując zatrudnienie, a następnie utrzymuje ten niski poziom zatrudnienia do kwietnia. W tym roku mamy jednak do czynienia ze szczególnie łagodnym przebiegiem zimy w Polsce, więc wpływ czynników związanych z klimatem np. w branży budowlanej nie jest już tak istotny. Kolejnym czynnikiem, który powoduje, że bezrobocie w marcu spadło już drugi rok z rzędu jest szybsze i sprawniejsze przekazywanie środków Funduszu Pracy przeznaczonych na aktywizację zawodową do powiatowych urzędów pracy.

Należy jednak podkreślić zasadnicze znaczenie wpływu koniunktury gospodarczej na zatrudnienie. Pozytywne sygnały płyną z sektora przemysłowego, gdzie wskaźnik PMI w marcu utrzymał się na poziomie bliskim tego z lutego (55,1) i wciąż pozostaje wysoki wskazując na możliwą dalszą poprawę. W ramach tego wskaźnika już trzeci miesiąc z rzędu rósł subwskaźnik dotyczący zatrudnienia, co wskazuje, że w sektorze przemysłowym możemy spodziewać się dalszego wzrostu popytu na pracę. Dzięki oddziaływaniu tych czynników stopa bezrobocia jest w marcu 2015 r. niższa o 1,8 pkt. proc. w stosunku do poprzedniego roku, a urzędy pracy dysponują o ponad 10 tys. większą liczbą ofert pracy niż przed rokiem.

Możemy zatem powiedzieć, że dobra sytuacja gospodarcza wreszcie zaczyna wyraźnie i pozytywnie przekładać się na rynek pracy. W kolejnych miesiącach możemy spodziewać się przyspieszenia tych pozytywnych zmian. Jeżeli nie nastąpi nic nieprzewidywalnego, w sierpniu stopa bezrobocia najprawdopodobniej spadnie poniżej poziomu 10 proc..

Konfederacja Lewiatan

Mocny złoty zagraża eksportowi

Słabsze od prognozowanych dane napływające ze strefy euro – gdzie w ostatnim miesiącu przemysłowy indeks PMI spadł z 52.2 pkt do 51.9 pkt, a usługowy indeks PMI z 54.2 pkt do 53.7 pkt – w znaczący sposób przyczyniły się do osłabienia polskiej waluty. W efekcie, podczas wczorajszej sesji kurs EUR/PLN wzrósł o 0.29%, sięgając poziomu 4.0179.

Czynnikiem dodatkowo sprzyjającym przecenie krajowej waluty okazała się także publikacja protokołu z ostatniego posiedzenia RPP, z którego wynika, że część ekonomistów spodziewa się negatywnego wpływu silnego złotego na konkurencyjność polskiego eksportu.

Koniec tygodnia zostanie zdominowany przez wiadomości napływające z Rygi, gdzie odbędzie się spotkanie ministrów finansów państw strefy euro, podczas którego zostanie podjęta decyzja w sprawie przedłużenia programu pomocy finansowej dla Grecji. W ciągu dnia uwagę inwestorów po obu stronach Oceanu przyciągną także informacje o dynamice zamówień na dobra trwałego użytku (prognoza 0.8% m/m) w Stanach Zjednoczonych.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

Warszawskie mieszkanko w klasie ekonomicznej

Dwa pokoje kupisz za 200 tys. zł,  a trzy za 300 tys. zł

Mieszkania w nowych, warszawskich inwestycjach nieźle się sprzedają. Zwykle spora część lokali znajduje swoich właścicieli zanim jeszcze budynki wyjdą z ziemi. Rotacja stołecznej oferty deweloperskiej jest duża. W dobrze zaprojektowanych i zlokalizowanych osiedlach, sprzedaż praktycznie kończy się wraz z budową.  Na ogół pozostają jeszcze pojedyncze lokale, ale nie ma już w czym wybierać.

Na początku roku deweloperzy oferowali w Warszawie niespełna 18 tys. mieszkań. A jak informuje redNet Property Group, jesienią 2014 roku oferta była jeszcze większa. Mieszkań ubyło, bo zainteresowanie zakupem jest duże, a zimą niedużo inwestycji wprowadzanych jest do sprzedaży. Jak szacują analitycy, w minionym roku na warszawski rynek wchodziło średnio ok. 1500-2000 nowych mieszkań miesięcznie.

80 proc. oferty to mieszkania do 50 mkw.

Najwięcej lokali czeka na klientów w osiedlach powstających w Białołęce, Woli i Mokotowie. W nowych inwestycjach dominują mieszkania o niedużej powierzchni. Z analiz Emmerson Realty wynika, że lokale o metrażu do 50 mkw. obejmują aż 80 proc. oferty w nowych projektach. Są wśród nich także mieszkania trzypokojowe.

Nieduże lokale w inwestycjach z segmentu popularnego, które przeważają na rynku deweloperskim, szybko znajdują nabywców ze względu na bardziej ekonomiczne ceny. I to właśnie zapewnia deweloperom sukces sprzedaży. Firmy budujące nowe osiedla w Warszawie znajdują nabywców na ok. 1200-1300 lokali miesięcznie. Rozwojowi rynku deweloperskiego sprzyja rekordowo niskie oprocentowanie kredytów hipotecznych i cieszący się coraz większą popularnością program Mieszkanie dla młodych, dzięki któremu młodzi ludzie kupujący nieruchomości mogą skorzystać z rządowej dopłaty do kredytu.

W Warszawie średnio 7,8 tys. zł za metr

Aby poszerzyć grono odbiorców deweloperzy starają się lokować nowe projekty w tych rejonach miasta, gdzie ceny gruntów są niższe. Daje to możliwość skalkulowania stawki na takim poziomie, żeby lokale mogły być objęte programem dopłat. Aby skorzystać z państwowej dotacji, cena za metr mieszkania w Warszawie nie może być wyższa niż 6 588 zł/mkw. Trzeba zaznaczyć, że w takiej kwocie deweloperzy mogą zaproponować lokale tylko w dzielnicach oddalonych od centrum miasta. W Śródmieściu stawki są czasem nawet dwa razy wyższe, a średnia cena ofertowa na warszawskim rynku deweloperskim, według analiz firmy Reas, wynosi 7,8 tys. zł/ mkw.

Pod względem cen w Warszawie Białołęka nie ma sobie równych. To dzielnica, w której znajdziemy jedne z najtańszych lokali w mieście. Tu także jest najwięcej mieszkań kwalifikujących się do dopłat w programie Mieszkanie dla młodych. Jest w czym wybierać. Białołęka jest jedną z trzech stołecznych dzielnic z największą ofertą nowych mieszkań. Na jej terenie buduje ponad 40 firm deweloperskich. Jesienią ubiegłego roku w Białołęce było do kupienia aż 1,8 tys. nowych mieszkań, podaje Reas.

Liczy się niska cena, ale i jakość

Dzielnica rozwija się w tak szybkim tempie, że od 2002 roku liczba osób zameldowanych na jej terenie podwoiła się. Pod koniec 2014 roku Białołęka miała już 100 tys. mieszkańców. To oficjalne dane, ale według szacunków urzędu dzielnicy mieszka w niej już ponad 130 tys. ludzi. Należy także zaznaczyć, że  w ostatnich latach bardzo poprawiła się jej infrastruktura komunikacyjna i społeczno-oświatowa.

Białołękę wybierają młodzi ludzie, których przyciągają niskie, jak na Warszawę, ceny mieszkań. Na terenie dzielnicy osiedlają się osoby, kupujące zwykle swoje pierwsze mieszkanie, które mają ściśle określony budżet i poszukują ekonomicznych ofert. Jak przyznaje Wojciech Stisz z firmy Barc Warszawa SA., budującej osiedle Tarasy Dionizosa przy ul. Winorośli w Białołęce, najbardziej poszukiwane są mieszkania dwupokojowe – do 45 kw. i mieszkania trzypokojowe do 55-57 mkw. – Na trzy pokoje młodzi ludzie zwykle mogą przeznaczyć ok. 300 tys. zł, a na lokal dwupokojowy  ok. 200 tys. zł – informuje Wojciech Stisz.

Wojciech Stisz zauważa, że klienci są obecnie bardzo dobrze zorientowani, jeśli chodzi o ofertę warszawskiego rynku. Poszukują mieszkań o dobrym stosunku ceny do jakości. Zanim podejmą decyzję o zakupie zwracają uwagę na zagospodarowanie części wspólnych w budynkach oraz terenu w ich bezpośrednim otoczeniu. Dla rodzin z dziećmi ważne jest też sąsiedztwo terenów leśnych – wymienia Wojciech Stisz.

Gdzie szukać cen do 6 tys. zł/mkw.

Tylko w Białołęce znajdziemy wybór mieszkań w cenach poniżej 6 tys. zł za metr. W innych warszawskich dzielnicach trafiają się też tak wycenione mieszkania, ale nie jest ich zbyt wiele. Jedne z najniższych cen nowych mieszkań w Warszawie oferuje jeszcze Wesoła i Wawer, ale w tych dzielnicach powstaje mało inwestycji.

Nieco więcej trzeba wyłożyć za metr na Targówku, gdzie lokale deweloperskie kosztują średnio ok. 6,6 tys. zł/mkw., czyli mniej więcej tyle ile wynosi limit cenowy w programie dopłat. W tej dzielnicy mamy więc także szansę znaleźć mieszkanie, przy zakupie którego można skorzystać z państwowej dopłaty do kredytu. Pojedyncze oferty, które kwalifikują się do programu MdM mają także deweloperzy w inwestycjach znajdujących się na terenie Bemowa, Ursusa, czy Wilanowa.

Żeby kupić mieszkanie w cenie ok. 4,5 – 5 tys. zł/mkw. musimy już rozpocząć poszukiwania w inwestycjach usytuowanych poza granicami Warszawy. Takie stawki ofertowe znajdziemy w nowych osiedlach w Kobyłce, czy Radzyminie. W tych miejscowościach nie ma jednak zbyt dużego wyboru nowych mieszkań. Za to sporo inwestycji deweloperzy realizują w podwarszawskich Ząbkach, w których większość mieszkań można kupić z dopłatą w ramach rządowego programu. W Markach, które także graniczą z Warszawą, ceny są podobne, ale nie ma już tak dużej oferty jak w Ząbkach.

Czy polskie smartfony podbiją świat?

Ponad milion trzysta tysięcy egzemplarzy sprzedanych w 24 krajach, w tym w Polsce. Telefony wyposażone w ośmiordzeniowe procesory i wyświetlacze z powłoką Gorilla Glass 3. Prezentacja na jednym z największych stoisk na targach CeBIT w Hanowerze. I zaskoczenie, bo mowa nie o gigancie, ale  polskim producencie smartfonów, który właśnie zaczyna podbój świata.

Styczeń 2015 r., największe na świecie targi elektroniki oraz nowej technologii CES 2015. Przy jednym ze stoisk właśnie prezentowany jest smartfon z ośmiordzeniowym procesorem. Model ten pokryty jest dwiema taflami szkła Gorilla Glass 3 – jedną chroniącą wyświetlacz, a drugą zabezpieczającą panel tylny telefonu. Co to oznacza? Niezawodność i płynność działania gier, aplikacji oraz stron internetowych, a także ochronę ekranu przed zarysowaniami, i to na takim samym poziomie, jak w przypadku iPhone’ów czy innych topowych smartfonów, np. marki Samsung.

Mało kto wie, ale nad przygotowaniem smartfona Infinity – bo o nim mowa – przez ostatnie miesiące pracował polski zespół inżynierów i techników z wrocławskiej firmy myPhone. Zdziwieni?

Polscy inżynierowie i wychodzą za granicę

Okazuje się, że polska firma potrafi zaoferować produkt na światowym poziomie i jak równy z równym prezentować się na tych samych targach pomiędzy Samsungiem a Apple.

To właśnie myPhone, polski producent urządzeń mobilnych, postanowił powiedzieć „dość” przesadzonym cenom smartfonów i udowodnić, że można proponować modele o takim samym poziomie jakościowym i technologicznym, ale w zdecydowanie niższych cenach. Jak ta strategia wychodzi w praktyce? Całkiem nieźle, sądząc po poziomie sprzedaży, która na tę chwilę osiągnęła poziom miliona trzystu tysięcy egzemplarzy i z roku na rok rośnie o kolejne kilkadziesiąt procent. Jest się czym chwalić, bo wiele wskazuje na to, że w 2015 roku myPhone znowu pobije rekord sprzedaży dynamicznie wchodząc z dystrybucją na rynki kolejnych krajów: Niemiec, Czech, Słowacji, Austrii i innych.

Jakość nie wystarczy, liczy się też pochodzenie

Nad wydajnym smartfonem w rozsądnej cenie pracowaliśmy miesiącami, dbając zarówno o moc obliczeniową zaszytą w ośmiordzeniowym procesorze, jak i szczegóły wykończenia, takie jak np. elegancki pilot w zestawie słuchawkowym. Nasi inżynierowie mieli trudne zadanie dążąc do stworzenia modelu o wysokich parametrach przy zachowaniu pułapu cenowego akceptowalnego przez przeciętnego Polaka – tłumaczy Mateusz Pośpieszny, dyrektor marketingu z myPhone. Czy to mogło się udać? Jak pokazują liczby – nie tylko mogło, ale się udało.

Co ciekawe, aż 56% klientów, którzy dokonali zakupu smartfona firmy myPhone zadeklarowało, że polskie pochodzenie produktu miało dla nich duże znaczenie przy podjęciu decyzji zakupowej. – To bardzo pozytywny wynik, po którym widać, że obok jakości i ceny coraz większą uwagę przywiązuje się także do pochodzenia produktu – dodaje Mateusz Pośpieszny.

 Co nam daje polskość?

Pozostaje pytanie, ile osób nie wiedziało, że wybiera polski produkt, a do zakupu zachęcił dobry stosunek jakości do ceny? Niestety takich danych brakuje. Tymczasem liczba nowych smartfonów będących wynikiem prac polskich inżynierów systematycznie rośnie. I dobrze, bo kto lepiej zadba o pełne spolszczenie menu smartfona i dostosowanie go do polskich warunków niż lokalni programiści? Rodzimy producent to także polski dział wsparcia technicznego, co przyspiesza czas reakcji i ułatwia kontakt w przypadku niespodziewanych zdarzeń. Mimo że mało kto zwraca uwagę na takie szczegóły przy zakupie, wybór polskiego producenta może mieć realny wpływ na to, jak przyjemnie będzie się nam korzystało ze smartfona.

Lokalny patriotyzm może mieć wymiar nie tylko symboliczny, ale bardzo namacalny. Jeśli dołożymy do tego fakt, że rodzima firma płaci podatki w Polsce, a nie w jakimś raju podatkowym, wybór polskiego smartfona tym bardziej może być całkiem rozsądnym wyjściem.

Coraz więcej branż odchodzi od gotówki

Dziś coraz częściej jesteśmy świadkami sytuacji, w których dochodzi do rezygnacji z płatności gotówkowych. Największa skala tego zjawiska występuje przeze wszystkim w firmach, dla których jedynym akceptowalnym standardem stają się płatności online.

Szybkość i wygoda sprawiły, że systemy płatności online zajęły pierwsze miejsce wśród najchętniej wybieranych form płatności w polskich sklepach internetowych. Wskazywane jako najczęstszy wybór klienta, w sposób zdecydowany zdeklasowały przelewy bankowe czy gotówkę. Takie wyniki ujawniło badanie „e-Commerce w Polsce 2014” zrealizowane przez Gemius dla e-Commerce Polska.

W których branżach płatności online stały się standardem?

Popularność systemów płatności online zrodziła się z coraz częściej realizowanych zakupów, ale nie w tradycyjnych sklepach, ale internetowej rzeczywistości. Sklepy online dały klientom nowy standard wygodniejszej i szybszej obsługi, łączonej często z niższymi cenami. Same płatności online przyspieszyły proces transakcji, m.in. skracając terminy wysyłki zamówionego towaru, co w oczywisty sposób przełożyło się na rosnącą popularność e-zakupów.

Zgodnie z opinią socjologa, dr Eweliny Jurczak, płatności online stają się standardem w wielu branżach, takich jak m.in.: kosmetyki, produkty farmaceutyczne, meble i wyposażenie wnętrz, odzież oraz dodatki i akcesoria. Z szybkich płatności korzystają także firmy oferujące ubezpieczenia i usługi finansowe, transportowe oraz branża turystyczna. Oczywiście systemy te bardzo popularne są również w swoim naturalnym środowisku, czyli przy usługach online i w internetowych pasażach handlowych. – W rzeczywistości płatności online stają się standardem dla niemal każdej branży. Ta forma cieszy się coraz większą popularnością, co widzimy nie tyle z roku na rok, co praktycznie z miesiąca na miesiąc – mówi Bernadetta Madej, dyrektor działu handlowego firmy Dotpay.

Jakie kwoty wydajemy online?

Z raportu „e-Commerce w Polsce 2014” wynika, że osoby kupujące online wydały średnio 500,84 zł w skali jednego miesiąca, co dało kwotę ok. 3 000 zł w ciągu półrocza. Co ciekawe, znaczna część tej sumy została opłacona właśnie za pomocą systemów płatności online. Co więcej, ok. 25% osób zadeklarowało zwiększenie wydatków online w ciągu najbliższego roku, co także wpłynie na wzrost popularności przelewów internetowych. Okazał się również, że im klient lepiej postrzega swoją sytuację finansową i im wyższe ma wykształcenie, tym częściej wskazuje przelewy online jako najwygodniejszą formę zapłaty za zakupy w sklepach czy serwisach internetowych. Raport pokazał też, że najwięcej przez Internet wydają osoby w wieku powyżej 50 lat, w niektórych kategoriach nawet czterokrotnie więcej niż osoby znajdujące się w kategorii wiekowej 25-34 lat!

Sklepy stają się „showroomami”

 Warto zwrócić również uwagę na zjawisko uciekania od sklepów tradycyjnych na rzecz sklepów online. Czołowe miejsce zajmuje tu branża RTV/AGD, której 68% e-klientów najpierw odwiedza sklep stacjonarny, by finalnie zakupu dokonać w internecie, płacąc za towar systemem online (57% osób zadeklarowało, że robi tak często lub zawsze!). – Kiedy chcę kupić nowy sprzęt elektroniczny, idę obejrzeć ekran czy posłuchać dźwięku w sklepie, ale kupuję online tam, gdzie jest najtaniej, a forma zapłaty najdogodniejsza. Dziwię się sklepom, że jeszcze utrzymują magazyny w centrach miast, skoro mogłyby sprzedawać online, a punkty stacjonarne traktować wyłącznie jako „showroomy” – mówi 29-letni Marcin, internauta z Wrocławia.

Jak twierdzi prezes Dotpay, Andrzej Budzik: – Rosnące zainteresowanie płatnościami online nie powinno nikogo dziwić, ponieważ współczesny człowiek ceni sobie narzędzia wpływające na optymalizację czasu i redukcję kosztów. Konsumenci wybierając płatności online kształtują rynek i sprawiają, że tego typu systemy stają się standardem już nie tylko w przypadku e-sklepów. Coraz częściej wykorzystywane są bowiem również w serwisach skierowanych do graczy, czy przy rezerwacji i sprzedaży biletów w kinach, środkach komunikacji miejskiej, czy też biurach turystycznych. A to oczywiście tylko kilka przykładów wykorzystania e-płatności do usprawniania procesów zakupowych.

Poznaj produkt w sklepie, kup przez Internet

W  coraz większej liczbie branż sklepy tradycyjne będą stawały się tylko źródłem wiedzy o produkcie, bo faktyczna sprzedaż przeniesie się do internetu. Doskonałym przykładem jest branża kosmetyczna, drogerie i perfumerie. 17% osób uczestniczących w badaniu Gemius wskazało sklep tradycyjny jako pierwsze źródło, z którego dowiedziało się o produkcie kupionym online. Aż 71% klientów kupujących kosmetyki online w trakcie procesu zakupowego poszło do sklepu tradycyjnego, ale tylko po to by wypróbować czy sprawdzić interesujący produkt. Sam zakup odbył się online. To osoby, które płacąc najczęściej skorzystały z płatności online, zamiast płacenia zwykłym przelewem czy kartą. Takie zachowania powoli stają się normą w wielu innych branżach, w których dotknięcie, powąchanie, posmakowanie lub zobaczenie produktu jest istotne, ale sam proces zakupowy może odbyć się w internecie.

Zagraniczne firmy coraz chętniej wybierają Polskę

1

Od początku roku rynek pracy stabilnie rośnie, pojawia się także więcej ofert pracy. Polska staje się również coraz bardziej atrakcyjnym krajem na przenoszenie i otwieranie tzw. Centrów Usług Wspólnych (ang. Shared Service Center). Nadal powstają one głównie w Warszawie, Krakowie, Gdańsku oraz Wrocławiu, ale inwestorzy zaczynają zwracać uwagę na mniejsze miasta – w największych aglomeracjach rynek pracy powoli zmierza do nasycenia.

 –  Po pierwszym kwartale tego roku obserwujemy stały wzrost zatrudnienia, szczególnie w branży IT i usługach wokół niej skupionych. Regularnie prowadzimy stałe rekrutacje dla firm poszukujących specjalistów IT oraz do obsługi call center, service desk czy help desk dla największych korporacji. Jest ich 3 do 4 razy więcej niż w analogicznym okresie w ubiegłym roku, co oznacza, że oddech złapała nie tylko branża, ale i cała gospodarka – mówi Michał Lewandowski, Prezes Zarządu Diverse Consulting Group.

 Pierwszy kwartał 2015 r. potwierdził również trend, jaki na rynku pracy obserwowany jest od jakiegoś czasu – Polska jest atrakcyjnym krajem na przenoszenie i otwieranie tzw. Centrów Usług Wspólnych. W tego typu wyspecjalizowanych jednostkach, które zajmują się dostarczaniem konkretnych usług m.in. z zakresu finansów, IT czy call center dla międzynarodowych korporacji, pracę może znaleźć od kilkudziesięciu do kilku tysięcy pracowników. Dzięki swojej specjalizacji, dostarczają one wewnętrznym lub zewnętrznym klientom usługi na wysokim poziomie, po przystępnych kosztach. W ostatnich miesiącach nad Wisłą zostały otwarte jednostki największych światowych koncernów, przeniesione m.in. z Wielkiej Brytanii, Irlandii a nawet USA.

W tym sektorze Polska konkuruje przede wszystkim z Węgrami, gdzie ulokowanych jest wiele tego typu centrów. Coraz częściej wygrywamy jednak możliwością szybszego i płynniejszego porozumiewania się czy dużą dostępnością kandydatów ze znajomością języków obcych. Również korzystniejsze dla firm koszty zatrudnienia pracownika w naszym kraju i podobne – choć często nawet wyższe kwalifikacje osób zatrudnionych – sprawiają, że zagraniczne koncerny już teraz na swoje inwestycje chętniej wybierają miasta w Polsce – dodaje Michał Lewandowski.

Nasz kraj bardzo dobrze radzi sobie również na tle Indii, w przypadku których m.in. różnice czasowe i mniejsza dostępność pracowników ze znajomością języków europejskich, innych niż angielski, przesądziły o powolnym odwrocie inwestorów z tamtych regionów świata – na korzyść m.in. Europy Środkowo-Wschodniej.

Jak zaznaczają eksperci z Diverse Consulting Group, mimo że w ostatnich miesiącach najwięcej procesów rekrutacji oraz otwarć wspomnianych centrów odbywało się w największych polskich aglomeracjach, to firmy chętniej inwestują również w mniejszych miastach, takich jak np. Olsztyn czy Ostrołęka.

– W największych ośrodkach obserwujemy powolne nasycanie się rynku pracy. Zachęca to firmy do migracji lub relokacji swoich pracowników do mniejszych miast. Jest to dla nich korzystne rozwiązanie pod względem kosztów, ale także dostępu do nowych pracowników, których rekrutują z okolicznych firm lub uniwersytetów – podsumowuje Lewandowski.

Jak zaznaczają eksperci, rekrutacje prowadzone w mniejszych miastach dotyczą przede wszystkim kilku obszarów, m.in.: księgowości, finansów i call center.

Regulacja o schemacie elektronicznej identyfikacji konsultowana z rynkiem kredytowym

Komisja Europejska zamierza m.in. z przedstawcielami sektora finansowego skonsultować i ocenić nową Regulację o elektronicznej identyfikacji i usługach zaufania w odniesieniu do transakcji elektronicznych na rynku wewnętrznym. Przyjęty w lipcu ubiegłego roku przez Radę Europejską akt prawny, zastępuje obowiązującą od 1999 roku Dyrektywę o podpisie elektronicznym.

Regulacja przewiduje wykorzystanie takich narzędzi jak e-podpis, e-pieczątki, elektronicznie rejestrowane dostawy, certyfikaty dla uwierzytelniania stron internetowych. – EUROFINAS i KPF przyglądają się bacznie tej regulacji i analizują jej wpływ na sektor kredytu konsumenckiego. Temu będą również poświęcone Warsztaty organizowane przez Komisję Europejską. Już teraz można jednak powiedzieć, że Rozporządzenie uwzględnia w sposób prawidłowy tempo zmian technologicznych, a Unia Europejska jest otwarta na innowacje ­– uważa Marcin Czugan, Przewodniczący Komitetu Prawno – Politycznego EUROFINAS.

Do warsztatów organizowanych 23 kwietnia zaproszono również dostawców produktów kredytowych usług pocztowych i ubezpieczeniowych. Z jednej strony projektodawcy zaprezentują korzyści, jakich oczekują po wdrożeniu regulacji, która ma ułatwić transgraniczną aktywność, z drugiej – liczą, że praktycy rynku będą w stanie, na podstawie doświadczeń z prowadzonej przez siebie działalności biznesowej, ocenić wpływ Rozporządzenia na ich działalność.

Komisja Europejska na swojej witrynie internetowej przytacza przykłady problemów, wynikających z braku standardów elektronicznej identyfikacji.

estoński bank wysyła zawiadomienie do kredytobiorcy, zamieszkałemu w Niemczech; zamierza w tym celu użyć dokumentu w formie elektronicznej; musi sprawdzić, czy taka możliwość jest przewidziana przez systemy prawne obu krajów; w razie najmniejszych wątpliwości, prawdopodobnie prześle dokument tradycyjna pocztą

– Elisa, studentka z Belgii, chce zapisać się na uniwersytet we Włoszech. Loguje się na internetowej witrynie uczelni, ale nie jest uprawniona do użycia swej elektronicznej tożsamości, ponieważ nie jest ona uznawana i akceptowana przez system prawny Włoch. W tej sytuacji kupuje bilet na pociąg, by osobiście dostarczyć dokumenty w postaci „papierowej”

Nowe rozwiązania legislacyjne mają sprawić, że takie bariery zostaną wyeliminowane z praktyki rynkowej i usług publicznych.

Regulacja o schematach elektronicznej identyfikacji stanowi część prac Komisji Europejskiej nad Jednolitym Rynkiem Cyfrowym, którego strategia zostanie przedstawiona w maju tego roku. Proces ten również bacznie obserwuje i czynnie w nim uczestniczy Komitet Prawno – Polityczny EUROFINAS i KPF.

Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce

Coraz wyższe wynagrodzenia w polskich przedsiębiorstwach

Jak wynika z danych opublikowanych przez GUS, w ubiegłym roku PKB wzrosło o 3.4%. Lepsze od prognozowanych okazały się także wiadomości napływające z rynku pracy, gdzie w marcu dynamika wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw wzrosła o 4.9% r/r, natomiast zatrudnienia – o 1.1% r/r.

Wszystko wskazuje na to, że w najbliższych dniach istotny wpływ na sytuację panującą na rynku walutowym będzie miało ciążące nad europejską gospodarką widmo niewypłacalności Grecji. Obecnie „mamy do czynienia z ważnymi wyzwaniami, w tym chwiejnością kursów walutowych i przedłużającą się niską inflacją, utrzymującymi się zewnętrznymi i wewnętrznymi zakłóceniami równowagi, wysokim zadłużeniem publicznym i napięciami geopolitycznymi” – czytamy w komunikacie opublikowanym po zakończeniu dwudniowego posiedzenia szefów banków centralnych państw G20. Zdaniem Poula Thomsena, przedstawiciela MFW na Europę, rząd w Atenach może zapewnić sobie finansowanie nawet do czerwca, jednak ciężar zbliżających się terminów spłat zobowiązań jest na tyle duży, że porozumienie z kredytodawcami będzie nieuniknione.

Dzisiejsza sesja rozpoczęła się od publikacji danych obrazujących dynamikę inflacji PPI w Niemczech. W ciągu dnia poznamy natomiast informacje o tempie produkcji przemysłowej (prognoza 7.2% r/r) i sprzedaży detalicznej (prognoza 1.5% r/r) w Polsce.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

Steen Jakobsen – „Nowa nicość”

„Epoka zwłoki, półśrodków, łagodzenia i wyciszania, przekładania na później, zbliża się do końca. Rozpoczyna się epoka stawiania czoła konsekwencjom”. – Churchill

Ostatnio zauważyłem bardzo niepokojące zjawisko: bez względu na okoliczności zachowuję optymizm. Ma to znaczenie nie tylko dla mnie, ale i dla was, ponieważ jestem właśnie tym człowiekiem, który przewidział pięć z dwóch ostatnich kryzysów.

Piszę te słowa w samolocie zmierzającym do Kopenhagi. Wracam ze Słowenii i Chorwacji, gdzie wszyscy stracili już nadzieję na lepszą przyszłość. Takie samo wrażenie odniosłem podczas mojej ostatniej wizyty w Hongkongu i Australii, a jeszcze wcześniej – w Turcji.

Mamy zerowy wzrost, zerową inflację i zerową nadzieję. Połączenie tych czynników sprawiło, że państwa, których one dotyczą, tkwią w apatii, ponieważ zerowe stopy w powszechnej opinii oznaczają, że nie są konieczne jakiekolwiek reformy. Brak inflacji oznacza również brak nowych marży i brak nowych negocjacji dotyczących wynagrodzeń, natomiast zerowa nadzieja oznacza, że polityka i wybory mogą zmienić przynależność partyjną przywódców państw, ale nie realizowaną przez nich politykę, a już na pewno nie ich wizję przyszłości.

Oto jedna z nieprzewidzianych konsekwencji ekonomii i polityki opartej na sprowadzaniu wszystkiego do zera. Apatia ta sięgnęła jednak obecnie zenitu i wymaga to komentarza. Media i politycy nadal wyliczają, czego nie możemy zrobić, nie poświęcają za to czasu rozważaniom na temat tego, co jest możliwe; marzenia określane są mianem czystej fantazji, którą najlepiej pozostawić dzieciom.

Ta nowa nicość kształtuje młodzież, ustrój polityczny i prognozy ekonomiczne w większym stopniu w oparciu na tym, co jest w głowach i sercach ludzi, niż na realiach.

W każdym z odwiedzanych przez mnie krajów polityka w skali makro była fatalnie realizowana, a klasa polityczna była zainteresowana przede wszystkim utrzymaniem status quo (przy równocześnie dynamicznej gospodarce w skali mikro). Przedsiębiorcy i studenci, którzy chcą robić więcej i lepiej, podążać wyżej, dłużej i dalej, znajdą się wszędzie, jednak toną w „realiach nicości”.

Oto zatem moje rozwiązanie, które powinno zadziałać – i zadziała:

Po pierwsze, wszyscy musimy uszanować przyczynę, dla której Bóg dał nam dwoje uszu i jedne usta: uczynił to po to, byśmy mówili dwukrotnie mniej, niż słuchali. Jesteśmy stworzeni do tego, by więcej słuchać, niż mówić!

Po drugie, musimy stać się bardziej ambitni. Bez względu na to, czy chcemy pomóc sobie samym, swojemu krajowi, swojej firmie – mówmy o tym, co możemy zrobić, a nie o tym, czego nie możemy zrobić.

Oto mój program polityczno-gospodarczy (a raczej mój antyprogram, zważywszy, że nie kandyduję na żadne stanowisko) – jest prosty, a jego wdrożenie niemal nic nie kosztuje:

Obietnica nr 1: obiecuję, że jako prezydent nie będę podejmował żadnych działań poza wspieraniem naszego kraju we wszystkich przedsięwzięciach.

Gospodarka makro zabija produktywność, innowacyjność, wolności osobiste i marzenia poprzez złe lokowanie kapitału i zasobów oraz ograniczanie pomysłów i środków. Zamożne społeczeństwo buduje się od podstaw, nie od góry.

Obietnica nr 2: rozrost sektora publicznego w ciągu najbliższych dziesięciu lat będzie zakazany.

Nie będzie redukcji etatów, jednak sektor prywatny musi mieć szansę na prześcignięcie sektora publicznego, a ten z kolei powinien stać się bardziej ambitny. Sektor publiczny powinien wykonywać swoje zadania jak najlepiej – ni mniej, ni więcej. Sektor publiczny odgrywa kluczową rolę w każdym społeczeństwie; rola ta polega na realizacji zadań, które tylko ten sektor jest w stanie zrealizować.

Obietnica nr 3: przyjęcie wszelkich nowych przepisów oznacza uchylenie innych przepisów. W regulacjach dotyczących przedsiębiorców, podatków i zachęt biznesowych powinny znaleźć się zapisy definiujące okres obowiązywania tych regulacji. Z każdym tygodniem stopień złożoności przepisów administracyjnych jest coraz wyższy, a związane z tym „kontrole kosztów” są nieprzydatne i mało konstruktywne.

Obietnica nr 4: cały kapitał kredytowy i polityczny powinien trafić do MŚP – małych i średnich przedsiębiorstw.

Badania przeprowadzone w Unii Europejskiej wykazały, że 85% wszystkich nowych miejsc pracy tworzonych jest w MŚP. Co więcej, MŚP oferują 100% produktywności i innowacyjności. Znaczna część wkładu tego sektora pochodzi ze start-upów, a zatem należy skupić się na tworzeniu systemów zachęt do podejmowania działalności gospodarczej.

Sugeruję amnestię podatkową przez pierwsze trzy lata (większość firm zaczyna zarabiać na siebie dopiero w piątym roku działalności) i odliczanie inwestycji w start-upy od głównych podatków i składek emerytalnych.

Taki jest mój program. Stanowi odwrotność mojej teorii Ekonomicznego Trójkąta Bermudzkiego, która tłumaczy, dlaczego obecnie, przy zerowych stopach, 20% przedsiębiorstw (spółek notowanych na giełdzie, banków i spółek skarbu państwa) uzyskuje 100% kredytów i kapitału politycznego. Oznacza to współczynnik finansowania niższy o 300-400 punktów bazowych w porównaniu ze zwykłym cyklem biznesowym.

Tymczasem MŚP (pozostałe 80% przedsiębiorstw) ma zero kredytów i zerowy kapitał polityczny.

Akcje zyskują na wartości, ponieważ zdyskontowane przepływy pieniężne (300-400 punktów bazowych poniżej normy) wpływają na wyższe wyceny. Bezrobocie i nierówności rosną przy równoczesnym braku wzrostu gospodarczego – braku produktywności, braku zmian politycznych i braku nadziei.

Oto przyczyna zerowych nadziei. W efekcie systemowej niezdolności polityków do zrozumienia i odwrócenia najgorszego eksperymentu polityki pieniężnej wszech czasów, niezbędny jest głęboki kryzys, który pomógłby nam zrzucić jarzmo realiów nicości.

Jestem optymistą – technologia, a także inteligentni, zdolni, dobrze wykształceni ludzie są do naszej dyspozycji, o ile tylko uzyskają pole manewru. Te 80% może nam pomóc powrócić na dawne tory w perspektywie niecałych pięciu lat, o ile wzrost będzie wykładniczy i o ile nie będzie powolny.

Podróże uświadomiły mi, że problem całego świata obecnie polega na neutralności. W pewnym sensie każdy chce być „trochę w ciąży”, pocieszając się, że „mogło być gorzej”, zamiast zmierzyć się z rzeczywistością.

Konsekwencje dla rynków są liczne i zróżnicowane: spółki nie mogą generować coraz większych zysków, jeżeli ich klienci – 80% – mają mniej środków do wydatkowania. W tym momencie środowisko zerowych stóp oznacza, że „inżynieria finansowa” osiągnęła wewnętrzne maksimum, szczyt dokonań autora arkusza kalkulacyjnego (zdyskontowane przepływy pieniężne w okolicach zera = wycena do nieskończoności).

Co ponadto? Zero przewidywanych zysków na rynkach akcji, normalizacja stóp procentowych – nie w oparciu o wzrost, a o potrzebę „normalizacji” wartości zerowych – oraz tektoniczne przejście od lokowania środków w „papierowy pieniądz” do inwestowania w produktywność i zatrudnienie w wyżej omawianych 80%.

Można się spodziewać, że Rezerwa Federalna w czerwcu lub we wrześniu „wezwie do uzupełnienia depozytu” ze względu na inflację cen aktywów, Grecja opuści strefę euro, a dolar amerykański znacznie się umocni (kurs EUR/USD na poziomie 1,10) w ramach ostatniej próby, przy czym brak płynności i brak dostępu do finansowania w USD spowoduje „minikryzys”.

Świat zmienia zwykle swój kierunek dopiero po kryzysie, a wszystkie zmiany w skali makro są wynikiem błędów politycznych.  2015 to stracony rok. Myślę jednak, że już w 2016 r. realia nicości będą za nami i jestem wyjątkowo optymistycznie nastawiony.

Dlaczego?

Ponieważ jeszcze nigdy nie było tak źle!

Steen Jakobsen, Saxo Bank22

 

4 proc. wzrost sprzedaży bezpośredniej w 2014 roku

Sprzedaż netto całego sektora sprzedaży bezpośredniej w 2014 roku wyniosła 2 886 500 000 PLN, co stanowi czteroprocentowy wzrost w stosunku do 2013 roku. Sektor kolejny rok z rzędu wykazuje tendencję wzrostową. Liczba osób współpracujących z firmami sprzedaży bezpośredniej wzrosła o 10 tys. osób do poziomu 910 tys. Łączna liczba zamówień wyniosła ok. 35 mln, z czego 92% zostało zrealizowanych w sprzedaży indywidualnej, a tylko 8% w sprzedaży grupowej podczas prezentacji organizowanych na życzenie i w domach konsumentów.

2014 rok to kolejny pomyślny rok dla branży sprzedaży bezpośredniej. Wzrost sprzedaży netto o 4% rozłożył się na 9 kategorii produktowych. Tegoroczne dane statystyczne rozszerzyły się o 3 nowe kategorie. Niezmiennie od kilku już lat prym w sprzedaży bezpośredniej wiodą kosmetyki (67%), choć ich sprzedaż z roku na rok sukcesywnie spada. Na kolejnych pozycjach uplasowały się: suplementy diety (10%), AGD (8%), odzież i akcesoria (6%), usługi (5%). Chemia gospodarcza – jako nowa kategoria produktowa – w ubiegłym roku odnotowała jednoprocentowy udział w rynku. Spośród dziewięciu tegorocznych kategorii produktowych aż pięć odnotowało tendencję wzrostową.

4 proc. wzrost sprzedaży bezpośredniej w 2014 roku

 

W 2014 roku z przedsiębiorstwami sprzedaży bezpośredniej współpracowało 910 tys. osób. To o 10 tys. sprzedawców więcej niż rok wcześniej. Wraz ze wzrostem rynku sprzedaży bezpośredniej i liczby sprzedawców rośnie zapotrzebowanie na usługi w sektorze.

Dane statystyczne potwierdzają, że ożywienie gospodarcze widoczne jest w wielu sektorach polskiej gospodarki, w tym także w branży sprzedaży bezpośredniej. To bardzo pozytywny sygnał, że pomimo zawirowań politycznych wokół Polski i stagnacji w strefie euro, w minionym roku wzrósł optymizm Polaków, co przełożyło się na wzrost konsumpcji. Sprzedaż bezpośrednia jest z każdym rokiem coraz bardziej standaryzowana, a PSSB konsekwentnie walczy z nieuczciwymi firmami sektora. Dzięki temu firmy członkowskie Stowarzyszenia zyskują coraz większe grono zarówno klientów, jak i zainteresowanych współpracą mikroprzedsiębiorców. Szczerze liczę, że bieżący rok będzie równie pomyślny dla naszej branży zarówno pod względem obrotów, jak i rosnącej liczby osób zainteresowanych współpracą z przedsiębiorstwami sektora – mówi Mirosław Luboń, dyrektor generalny PSSB.

III EKMP: Komisarz UE ds. Zatrudnienia o delegowaniu pracowników

Trwa spór o objęcie płacą minimalną kierowców jedynie przejeżdżających przez teren Niemiec. Tysiące polskich firm transportowych czeka na decyzję Komisji Europejskiej, która ma zapaść w najbliższych dniach. Na chwilę przed rozstrzygnięciem głos w sprawie zabrała Marianne Thyssen – Komisarz UE  ds. Zatrudnienia, która była gościem III Europejskiego Kongresu Mobilności Pracy. 

Przepisy płacy minimalnej dla pracowników wykonujących pracę w Niemczech weszły w życie na początku tego roku. Zgodnie z nimi płaca w tym kraju musi wynieść minimum 8,50 euro brutto za godzinę. Kontrowersje wzbudza ich niemiecka interpretacja, która mówi, że obejmują one osoby wykonujące pracę dla zagranicznych pracodawców na terenie Niemiec, np. kierowców.

Komisarz Thyssen zapowiedziała w Krakowie otworzenie dyskusji na temat dyrektywy o delegowaniu, podkreślając, że stojące u jej podstaw wartości są nienaruszalne. Chwilę później poruszyła temat niemieckiej płacy minimalnej dla branży transportowej, o którym rozmawiała ostatnio w Rydze z ministrami pracy państw członkowskich:

Jeżeli poprawka dyrektywy może wnieść większą pewność prawną w interesie biznesu i pracowników powinniśmy się nad nią zastanowić – zapowiedziała Marianne Thyssen , Komisarz UE ds. Zatrudnienia, Spraw Społecznych, Umiejętności i Mobilności Pracowników.

Do tematu transportu odniósł się również Minister Pracy i Polityki Społecznej dr Władysław Kosiniak-Kamysz,  który podkreślił, że nie możemy się zgodzić z ilością administracyjnych obciążeń towarzyszących wprowadzaniu minimalnego wynagrodzenia dla kierowców w Niemczech. – Nie pozwolimy na budowanie nowych murów w Europie – powiedział Minister.

Cieszy nas, że Komisarz Thyssen mogła usłyszeć opinie polskich przedsiębiorców, polityków i naukowców na temat delegowania pracowników – komentuje Stefan Schwarz, Prezes Inicjatywy Mobilności Pracy. – Niestety nie usłyszeliśmy żadnych zapewnień, które mogłyby uspokoić przedsiębiorców z branży transportowej, czekających na decyzję w ich sprawie.

Organizowany przez Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie oraz Stowarzyszenie Inicjatywa Mobilności Pracy Europejski Kongres Mobilności Pracy  (www.koordynacja.org) jest największym, cyklicznym wydarzeniem w Europie poświęconym eksportowi usług na rynek wewnętrzny Wspólnoty. Polska jest europejskim liderem w świadczeniu usług transgranicznych. Polskie firmy zatrudniają jedną trzecią wszystkich pracowników delegowanych w UE – czyli ok. 400 tys.

NIK o eksploatacji kopalin w Wielkopolsce

Wielkopolska ma trudności z obsadą stanowisk geologicznych w samorządach oraz w nadzorze górniczym. W efekcie nadzór nad gospodarowaniem zasobami kopalin nie funkcjonuje tam prawidłowo: zadania wymagające specjalistycznej wiedzy i doświadczenia wykonują często osoby bez wymaganych uprawnień, a służby geologiczne nieskutecznie przeciwdziałają nielegalnemu wydobywaniu piasku i żwiru.

Województwo wielkopolskie jest jednym z głównych regionów w Polsce, gdzie na masową skalę wydobywa się piaski i żwiry. Jednakże miejscowe  samorządowe organy nadzoru geologicznego oraz nadzoru górniczego niewłaściwie monitorowały gospodarkę zasobami złóż kopalin. Jest to o tyle ważne, że w skali kraju ok. 80 proc. nielegalnej eksploatacji kopalin dotyczy właśnie wydobycia piasków i żwirów. Ponadto brak skutecznego nadzoru ze strony służb geologicznych sprzyja niekontrolowanemu użytkowaniu i degradacji gruntów oraz stwarza warunki do nielegalnego składowania odpadów, co w sumie może prowadzić do nieodwracalnych zmian w środowisku.

Poza negatywnymi skutkami dla środowiska, nielegalne wydobywanie kopalin ma także swoje skutki finansowe. Przedsiębiorca, który uzyskał koncesję na wydobywanie kopaliny ze złoża, wnosi opłatę eksploatacyjną(część kwoty trafia do gminy, a część do funduszu ochrony środowiska). W przypadku nielegalnej eksploatacji takiej opłaty oczywiście nie ma. Możemy więc mówić również o uszczupleniu dochodów publicznych.

Stwierdzone nieprawidłowości

Starostowie, w przeciwieństwie do Marszałka Województwa Wielkopolskiego, nie byli przygotowani organizacyjnie do wykonywania obowiązków organu administracji geologicznej.Jedynie w dwóch spośród siedmiu  skontrolowanych starostw zatrudniano geologów powiatowych. W pozostałych pięciu powiatach zadania związane z nadzorem geologicznym wykonywali przeważnie pracownicy, którzy nie posiadali odpowiednich kwalifikacji w tej dziedzinie. A chodzi o tak ważne zadania jak: prowadzenie spraw związanych z przygotowaniem koncesji na wydobywanie kopalin, wydawanie decyzji dla przedsiębiorców, naliczanie podwyższonych opłat eksploatacyjnych, przeprowadzanie kontroli przedsiębiorców w zakresie wywiązywania się z warunków koncesji oraz zadania dot. ochrony złóż przed nielegalną eksploatacją. Główną przyczyną trudności z obsadą stanowisk geologów powiatowych były wysokie wymagania kwalifikacyjne, co jednak nie szło w parze z odpowiednim wynagrodzeniem.

Wspomniany brak profesjonalizmu kadr przyczynił się do stosowania złych praktyk administracyjnych. Na przykład w niejednolity sposób interpretowano i błędnie stosowano przepis dotyczący procedury zmiany koncesji na wydobywanie kopalin. Od części przedsiębiorców organy koncesyjne żądały kompletu wymaganych przepisami dokumentów, bez ustalenia czy dokumentacja złożona przy ubieganiu się o koncesję zachowała aktualność. Od innych z kolei nie żądano żadnych dokumentów. W konsekwencjidochodziło  do nierównego traktowania przedsiębiorców.

Również Okręgowy Urząd Górniczy w Poznaniu miał problemy  kadrowe. W latach 2013 -2014 na jednego pracownika Urzędu przypadał nadzór nad 163 zakładami górniczymi, co oznacza, że systematyczna kontrola wszystkich zakładów była praktycznie niemożliwa. Jak pokazują wyniki kontroli NIK specjalistów ciężko było znaleźć, przede wszystkim z powodu zbyt niskich płac, niekonkurencyjnych w stosunku do wynagrodzeń oferowanych w branży górniczej.

Brak współpracy gmin z Okręgowym Urzędem Górniczym, powiatowymi inspektorami nadzoru budowlanego, Agencją Nieruchomości Rolnych (zarządzającą nieruchomościami rolnymi Skarbu Państwa) powodował, że nie udało się skutecznie przeciwdziałać nielegalnemu wydobywaniu piasku lub żwiru przez firmy, które nie posiadały wymaganej koncesji. Innym istotnym  utrudnieniem w skutecznym zwalczaniu nielegalnej eksploatacji kopalin było niewystarczające wyposażenie urzędu górniczego.

NIK zwraca też uwagę, że niektóre przepisy ustawy Prawo geologiczne i górnicze(obowiązuje od 1 stycznia 2012 r.) w praktyce nie spełniają swej funkcji. Dotyczy to zwłaszcza przepisów określających sankcje za nielegalne wydobycie żwiru i piasku(m.in. możliwość wydania nakazu wstrzymania takiej działalności). Problem przede wszystkim w tym, że do ujawnienia  eksploatacji kopalin bez wymaganej koncesji dochodzi z reguły dopiero po zakończeniu wydobycia (w żadnym ze skontrolowanych przez NIK przypadków nie stwierdzono zgłoszenia nielegalnego „aktywnego” wydobycia). Dlatego też najczęściej ustalenie sprawców jest niemożliwe, a ze względu na upływ czasu organy nadzoru geologicznego nie są w stanie określić także skutków finansowych nielegalnej eksploatacji. Potwierdzają to zgromadzone przez NIK dane. W okresie objętym kontrolą w woj. wielkopolskim zarejestrowano 84 sprawy dotyczące nielegalnej eksploatacji. Po ich rozpatrzeniu wydano 42 decyzje w sprawie wstrzymania nielegalnego wydobycia. W niemal wszystkich zakończonych postępowaniach (21) nastąpiło umorzenie sprawy ze względu na niewykrycie sprawcy. Do czasu zakończenia kontroli NIK pozostałych dwadzieścia spraw było w toku.

Marszałek Województwa Wielkopolskiego w latach 2012-2013 skontrolował zaledwie 6 proc. koncesjonowanych złóż, choć prowadził nadzór nad realizacją  327 koncesji. W efekcie nie wiedział, jak przedsiębiorcy wypełniają warunki określone w pozwoleniach na eksploatację kopalin. Planowe kontrole przedsiębiorców prowadzono tylko w jednym spośród siedmiu skontrolowanych starostw (w Starostwie Krotoszyńskim), choć skontrolowani przez NIK starostowie w sumie sprawowali nadzór nad 144 koncesjami. Tymczasem w swojej kontroli NIK ujawniła w trzech starostwach – w Ostrowie Wielkopolskim, w Turku oraz w Koninie – zaniedbania i uchybienia przedsiębiorców w realizacji przyznanych koncesji m.in. przerwanie eksploatacji, brak ogrodzenia i oznakowania terenów zakładów górniczych.

Choć Marszałek Województwa Wielkopolskiego już od początku 2006 r. wydawał koncesje na eksploatację kopalin, to do czasu zakończenia kontroli nie ustalił ile wcześniej wydano takich pozwoleń. Przyczyną tego było nieuporządkowanie dokumentacji po przejęciu nadzoru geologicznego od Wojewody Wielkopolskiego. Ponieważ  Marszałek nie posiadał niezbędnej wiedzy o koncesjach wydanych przed 2006 r., tym samym nie mógł zapewnić właściwego nadzoru nad ich wykorzystaniem.

J. K. Bielecki: wzrost stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych spowodowałby odpływ kapitału z takich krajów jak Polska

0

CEO Magazyn Polska

Prognozowana seria podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych spowodowałaby odpływ kapitału z rynków wschodzących, takich jak m.in. Polska. Jak zauważa Jan Krzysztof Bielecki, były premier, banki centralne w Europie odkładają decyzję o podwyżce, spodziewając się wzrostu cen, który jednak wciąż nie następuje.

Myślę, że banki centralne teraz się bardzo szybko uczą nowej ekonomii i ciągle odkładają swoją decyzję o podnoszeniu stóp procentowych – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jan Krzysztof Bielecki, były premier, obecnie przewodniczący Rady Partnerów firmy doradczej EY. – Nieustająco spodziewają się, że w niedługiej perspektywie inflacja jest gwarantowana i ciągle się okazuje, że ta perspektywa się odsuwa, np. o rok. Wydaje mi się, że żyjemy w  świecie uczenia się nowych zjawisk, a także dużego długu, który jest bardzo trudno spłacalny. I trzeba umieć sobie z tym radzić.

Marzec był pierwszym miesiącem ogłoszonego w połowie stycznia br. przez prezesa Europejskiego Banku Centralnego programu luzowania ilościowego polityki monetarnej (QE), w ramach którego bank skupuje z rynków obligacje 60 mld euro miesięcznie. Jego efektem na razie jest osłabienie euro, natomiast na ewentualne skutki w postaci inflacji trzeba będzie jeszcze poczekać. Zdaniem prezesa EBC Mario Draghiego średnia inflacja w 2015 roku w strefie euro wyniesie 0 proc., a w 2016 roku – 1,5 proc.

W Stanach Zjednoczonych, które mają już za sobą taką operację, Rezerwa Federalna przygotowuje się do serii podwyżek stóp procentowych, jednak i tam termin pierwszej podwyżki odsuwa się w czasie, a prognozy inflacji spadają. W marcu 2015 roku ceny konsumenckie były o 0,1 proc. niższe niż rok wcześniej, choć ekonomiści nie przewidywali deflacji. Zdaniem Jana Krzysztofa Bieleckiego wstrzymywanie się Fedu z podwyżkami stóp jest dla Polski korzystne.

 Gdyby stopy procentowe ruszyły do góry w Stanach, jak się tego niektórzy spodziewali już ileś miesięcy temu, toby nastąpił odpływ kapitału z krajów wschodzących, również trochę z takiego kraju jak Polska – uważa Bielecki. – Pieniądz poszedłby bowiem tam, gdzie jest bezpiecznie i w dodatku jeszcze dają dobry procent.

QE w Europie odbywa się poprzez skup aktywów i ma potrwać co najmniej do września 2016 roku. W razie gdyby wyznaczony cel inflacyjny nie został osiągnięty, może jednak trwać dłużej. W tym czasie EBC będzie skupować obligacje o ratingu inwestycyjnym, kierując się udziałem poszczególnych państw w kapitale banku.

Jeszcze tylko kilka dni na przekazanie 1% podatku

Podatnikom pozostało jeszcze tylko kilka dni na złożenie deklaracji podatkowej i przekazanie 1% podatku dochodowego dla wybranej Organizacji Pożytku Publicznego. W 2014 roku 12 mln podatników przekazało OPP ponad pół miliarda złotych.

– Pamiętajmy, że 1% podatku przekazać mogą wyłącznie podatnicy PIT. Zrobić to można zarówno z tytułu umowy o pracę, dzieło, zlecenie oraz  innych, np. dochodów z giełdy, rozliczanych na druku PIT-38, czy też ze zbycia nieruchomości (PIT-39). Możliwości tej nie posiadają natomiast przedsiębiorcy z tytułu działalności gospodarczej prowadzonej w formie spółek kapitałowych (np. spółki z o.o.). Kolejnym warunkiem przekazania 1% jest złożenie deklaracji w ustawowym terminie. Dopełnienie tego obowiązku po 30 kwietnia nie pozwoli na wybór organizacji, która otrzyma 1% podatku – wyjaśnia Piotr Szulczewski, analityk Bankier.pl.

GUS podał, że w 2014 roku 12 mln podatników przekazało aż 509 mln zł OPP w ramach 1%. Średnio jedna Organizacja Pożytku Publicznego otrzymała 68,1 tys. zł, ale połowa z nich uzyskała nie więcej niż 5,2 tys. zł. Z danych GUS wynika, że przeciętny podatnik przekazał OPP ok. 40 zł.

Z danych GUS wynika, że Polacy coraz chętniej przekazują część swojego podatku dochodowego wybranym Organizacjom Pożytku Publicznego. Od 2004 roku liczba OPP wzrosła blisko 4-krotnie z 2,2 tys. do 8,7 tys. Za jeden z powodów tak dużego wzrostu liczby tych organizacji podaje się właśnie możliwość przekazywania im 1%. Dochody z PIT stanowią już 10% ich ogólnych przychodów.

Dokonaj świadomego wyboru

Eksperci apelują o bardziej świadome wybieranie organizacji, którym chcemy przekazać 1%. Nie róbmy tego mechanicznie. W wielu programach podatkowych do rozliczeń rocznych mamy możliwość wybrania tylko kilku OPP, które zazwyczaj sponsorują ich twórców. Ponadto, wybierając OPP, warto zwrócić uwagę na ich sprawozdania finansowe, gdzie napisane jest, ile faktycznie przekazują na realną pomoc, ile wynoszą koszty reklamy a także wynagrodzenia członków zarządu.

– Aby uzyskać kilka milionów złotych w ramach 1%, OPP często inwestuje potężne pieniądze w reklamę. Dlatego zastanówmy się, czy chcemy realnie wspierać branżę marketingową, czy może czasem warto rozejrzeć się po okolicy i przekazać część podatku małej regionalnej OPP prowadzonej przez społeczników – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Trzeba uzdrowić pakiet onkologiczny

Osoby, u których wykryto nowotwór, potrzebują szybkiego i specjalistycznego leczenia. Miał je zapewnić pakiet onkologiczny (wszedł w życie 1 stycznia bieżącego roku). Problem w tym, że pakiet również jest „chory”, i to od „urodzenia”. Aby mógł właściwie służyć poprawie zdrowia pacjentów, sam wymaga „leczenia”.

Jakie są główne mankamenty pakietu onkologicznego? Po pierwsze przyczynia się on do nadmiernej biurokratyzacji, utrudniającej lekarzom pracę. „Jest za dużo kruczków i dokumentów, które trzeba wypełniać, a elementy systemu informacyjnego są nieskoordynowane” – zauważa podczas rozmowy z serwisem infoWire.pl dr n. med. Janusz Meder, prezes Polskiej Unii Onkologii.

Bardzo chybionym założeniem pakietu jest to, że jeśli istnieje podejrzenie nowotworu, tzw. zielonej karty – dokumentu ułatwiającego pacjentom onkologicznym dostęp do leczenia – nie mogą wystawiać specjaliści, tylko lekarze pierwszego kontaktu. Jeszcze innym problemem jest dostęp do radioterapii, którego pakiet nie ułatwia.

Środowiska onkologiczne oczekują zmian. „Jeżeli mamy dobrze wydawać pieniądze, musi przede wszystkim istnieć system jakościowy oraz należy respektować wypracowane i znane standardy. Potem mówmy o tym, że trzeba podnieść środki finansowe, ponieważ za te pieniądze, które mamy obecnie, niestety nie osiągniemy wyników porównywalnych z Europą Zachodnią” – radzi Janusz Meder.

Pewne zmiany faktycznie mają nastąpić. Minister Zdrowia Bartosz Arłukowicz zapowiedział między innymi objęcie pakietem onkologicznym kolejnych rodzajów nowotworów, usprawnienie działania konsyliów lekarskich decydujących o sposobie leczenia pacjentów, stworzenie nowych pakietów diagnostycznych, rozszerzenie listy świadczeń szpitalnych rozliczanych bez limitu i poprawę systemu informatycznego.

Nowoczesne technologie zmieniają pacjentów w świadomych konsumentów

W ciągu najbliższych kilku lat sektor ochrony zdrowia i branżę farmaceutyczną czekają duże zmiany. Ewolucji ulegną przede wszystkim oczekiwania pacjentów, którzy dzięki rozwojowi Internetu i mediów społecznościowych stają się coraz bardziej wymagający i świadomi swoich praw. Nowoczesne technologie spowodują, że w perspektywie następnych pięciu lat medycyna przejdzie rewolucję cyfrową. Jak wynika z raportu„Healthcare and Life Sciences Predictions 2020: A bold future?” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, rozwój służby zdrowia i przyszłość firm farmaceutycznych skoncentruje się głównie wokół rynków wschodzących, które w 2020 roku pochłoną 32 proc. globalnych wydatków na ochronę zdrowia.

Eksperci Deloitte przewidują, że w roku 2020 ludzie będą wiedzieć znacznie więcej niż dziś na temat swojego profilu genetycznego, chorób jakie przechodzili lub na jakie mogą zapaść czy też odnośnie dostępności opieki medycznej. „Pacjenci staną się świadomymi konsumentami w pełnym znaczeniu tego słowa. Zrozumieją, że mają możliwość wyboru i będą wykorzystywać informacje i dane na swój temat oraz na temat usługodawców medycznych w taki sposób, aby uzyskać najlepsze leczenie za cenę, w czasie i miejscu najbardziej dla siebie dogodnym. Największy wpływ na zmianę ich postaw ma rozwój Internetu oraz mediów społecznościowych, które nie tylko umożliwiają pogłębianie wiedzy, ale także wymianę doświadczeń” – wyjaśnia Oliver Murphy, Partner w Dziale Doradztwa Finansowego, ekspert ds. Sektora Farmaceutycznego i Opieki Zdrowotnej, Deloitte. Ta aktywizacja będzie skutkowała także rosnącą popularnością i coraz większym oddziaływaniem ruchów społecznych na rzecz praw pacjentów.

Deloitte wskazuje, że nowoczesne technologie będą miały ogromny wpływ na sposób leczenia.W 2020 roku przeważająca część opieki zdrowotnej będzie miała miejsce w domach.Relacje między lekarzem a pacjentem nie będą już ograniczone wyłącznie do wizyt w przychodniach czy szpitalach. W dużej mierze zostaną one przeniesione do świata wirtualnego, a opieka nad pacjentem będzie odbywać się w domu. Dotyczy to szczególnie chorób przewlekłych. Leczenie szpitalne skoncentruje się na pacjentach urazowych oraz wymagających interwencji chirurgicznych.

Nowoczesne technologie, takie jak np. druk 3D, będą miały ogromny wpływ na rozwój transplantologii czy chirurgii. Szacuje się, że sprzedaż technologii medycznych w 2020 roku wyniesie 513,5 mld dolarów. Dla porównania w 2013 roku było to 363,8 mld dolarów. W ciągu pięciu lat (2008-2013) odsetek amerykańskich pacjentów, którzy korzystali z elektronicznych kart zdrowia wzrósł z 8 do 16 proc.

Jak przewidują autorzy raportu, w 2020 roku „inteligentne urządzenia do noszenia na ciele”, tzw. wearables, będą determinować jakość życia ludzi poprzez śledzenie stanu zdrowia i kondycji osób z nich korzystających. Zarówno konsumenci jak i podmioty świadczące usługi medyczne będą mogły zestawić ze sobą informacje pochodzące z różnych urządzeń tak, aby dzięki nim otrzymać obraz funkcjonowania i stanu zdrowia danej osoby. „Zakładając popularyzację urządzeń noszonych na ciele wśród wszystkich ludzi, a nie tylko wśród osób dbających o zdrowy styl życia, oraz przystępność cenową i jakość wyspecjalizowanych medycznych i bio-sensorycznych urządzeń, możemy spodziewać się, że technologie sieciowe zrewolucjonizują systemy opieki zdrowotnej na świecie” – wyjaśnia Jakub Wróbel, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu, ekspert Technology, Media and Telecommunications Group, Deloitte. W 2017 roku rynek m-zdrowia ma być wart 26 mld dolarów, podczas gdy w 2013 roku było to jedynie 2,4 mld dolarów. Tylko na koniec pierwszego kwartału 2014 roku liczba aplikacji mobilnych związanych ze zdrowiem, dostępnych w systemach Android i iOS wyniosła ponad 100 tys. i był to ponad dwukrotny wzrost w ciągu dwóch i pół roku.

Raport Deloitte przewiduje również, że do roku 2020 globalny przemysł farmaceutyczny poczyni postępy w kwestii naprawy złej reputacji, która obciążała ten sektor przez kilka ostatnich dziesięcioleci. Sprawy związane z reputacją i wizerunkiem znalazły się na liście priorytetów dla firm farmaceutycznych na świecie, choć większość z nich, aby odzyskać dobre imię potrzebuje jeszcze kilku lat.

Według autorów raportu w ciągu kilku następnych lat siłą napędową opieki medycznej i branży farmaceutycznej będą rynki wschodzące w Afryce, Ameryce Łacińskiej i Azji.Posłużą one jako inkubatory dla nowych modeli biznesowych i wysuną się na prowadzenie w dziedzinie opracowywania nowych leków. Ze względu na swój zasięg geograficzny, wiele niezaspokojonych potrzeb związanych ze służbą zdrowia oraz powszechne występowanie chorób zakaźnych i ubóstwa, w orbicie zainteresowania firm medycznych i farmaceutycznych znajdą się szczególnie Indonezja i Nigeria. W tej chwili kraje rozwijające się pochłaniają 23 proc. globalnych wydatków na służbę zdrowia. Za pięć lat będzie to już 32 proc.

„Globalna służba zdrowia stoi w obliczu wielu wyzwań, które mogą zmienić wzajemne stosunki pomiędzy pacjentami, lekarzami, firmami farmaceutycznymi oraz pozostałymi interesariuszami. Podstawowym problemem pozostaje kwestia zaufania i bezpieczeństwa danych na temat stanu zdrowia pacjentów. Rewolucja cyfrowa powoduje, że danych tych jest coraz więcej i zataczają one coraz większe kręgi. Stąd rosnąca rola regulatorów. Przy poszanowaniu suwerenności poszczególnych państw istnieje potrzeba stworzenia ponadnarodowych wytycznych i standardów, których zapewnią pacjentom bezpieczeństwo i odpowiednią jakość leczenia” – mówi Oliver Murphy.

Starzejące się społeczeństwo i rosnące wydatki na opiekę zdrowotną otwierają nowe źródła przychodów, ale jednocześnie wywierają presję na innowacyjność i rodzą konieczność inwestycji w badania i rozwój. I chociaż jak wynika z danych Komisji Europejskiej (raport „EU R&D Scoreboard”), europejskie nakłady na rozwój w tym sektorze w stosunku do przychodów są kilkukrotnie wyższe niż średnia dla 15 najbardziej innowacyjnych sektorów, w Polsce ciągle jeszcze firmy wydają kwoty proporcjonalnie dużo mniejsze. „W Polsce to wciąż niewielkie kwoty w porównaniu ze światowymi liderami. W 2010 r. dziesiąta największa firma farmaceutyczna na świecie przeznaczyła na badania i rozwój ponad 3,5 mld dolarów, podczas gdy wydatki na ten cel w całym polskim przemyśle farmaceutycznym wyniosły wtedy ok. 56 mln dolarów. W najbliższych latach sektor farmaceutyczny i ochrony zdrowia w Polsce może uzyskać kilkanaście miliardów złotych dofinansowania na nowe technologie i prace badawczo-rozwojowe zwiększające konkurencyjność polskich firm” – mówi Michał Turczyk, Dyrektor w dziale R&D and Government Incentives, Deloitte.

Firmy farmaceutyczne zaczynają zdawać sobie sprawę, że w celu zwiększenia wydajności procesów badawczo-rozwojowych, muszą wykorzystywać wiedzę i zdolności pochodzące zarówno z wewnątrz jak i spoza ich organizacji. Otwarte innowacje – integracja wiedzy wewnętrznej i zewnętrznej, daje nowe i wcześniej niewykorzystane, źródła innowacji i pomysłów. Według danych Informa Plc, dwie trzecie leków wypuszczonych na rynek amerykański między 2000 a 2013 rokiem (433) powstało w wyniku partnerstw między firmami, a tylko jedna trzecia (268) jako rezultat badań jednej firmy. „Otwarte innowacje mogą okazać się dla firm farmaceutycznych dobrym sposobem na obniżenie kosztów, ryzyka i zwiększenie zasięgu badań. Współpraca z innymi przedsiębiorstwami w zakresie współfinansowania badań przedklinicznych i klinicznych, budowanie wspólnych zespołów z jednostkami naukowymi, budowanie konsorcjów razem z instytucjami publicznymi to przyszłość także dla polskich firm” –mówi Tomasz Gondek, Lider R&D Networks w Innovation Consulting, Deloitte.

Dziesięć najważniejszych globalnych prognoz dla sektora ochrony zdrowia i branży farmaceutycznej na rok 2020:

  • Prognozy kształtowane przez czynniki zewnętrzne

1. Pacjent roku 2020 r. – Zorientowany i wymagający; już nie petent a partner (który posiada wiedzę o stanie swojego zdrowia) i klient, o którego należy dbać (zna ofertę i cennik).

2. Sposoby realizacji usług medycznych w 2020 r. – Era cyfryzacji medycyny wpływa na powstanie nowych modeli biznesowych sprzyjającym nowym pomysłom, np. kanał internetowy, wizyty domowe on-line etc.

3. Wearables i aplikacje mHealth w 2020 r. – Mierzenie „jakości życia” i zdrowia, a nie tylko bieżących wskaźników medycznych. Powszechność stosowania nie jest ograniczona tylko do fanatyków zdrowego trybu życia.

4. Big Data w 2020 r. – ogromne ilości informacji (dokumentacje medyczne pacjentów, historie chorób etc.) i skomplikowane zbiory danych wymagają nowych narzędzi i modeli biznesowych; właściwe przetwarzanie tych danych może posłużyć do rozwoju medycyny i wzrostu efektywności leczenia.

5. Regulacje i obszar compliance w 2020 r. – zapewnienie zgodności działalności z normami i prawem, w tym ochrona danych osobowych; regulacje powinny odzwierciedlać zbieżność technologii i nauki. Nowe technologie będą pozwalały na ocenę jakości leczenia, bezpieczeństwa stosowanych środków medycznych oraz efektywność procedur leczenia.

  • Prognozy kształtowane przez czynniki wewnątrz branży

6. Badania i rozwój w 2020 r.: Sieć powiązań; B+R łączy różne instytucje – partnerstwo oraz współpraca wielu zainteresowanych stron (przedstawiciele ochrony zdrowia, firmy farmaceutyczne, uczelnie wyższe, ośrodki badawcze etc.), gdzie centrum koordynującym i integrującym są firmy farmaceutyczne.

7. Firmy farmaceutyczne zmieniają swój model sprzedaży

–    ukierunkowanie na potrzeby klienta,

–    wykorzystanie marketingu wielokanałowego,

–    rezygnacja z komunikacji face-to-face,

–    stworzenie kanału edukacyjnego dla klientów (firmy farmaceutyczne odgrywają ważną rolę w dostarczaniu wiedzy na temat leków i metod leczenia)

–    CRM oraz BIG DATA kształtuje politykę cenową usług i produktów

8. Funkcja back office firm farmaceutycznych w 2020 r. – Jedna globalna jednostka usług wspólnych świadczy i zarządza wszystkimi funkcjami back office (administracja, dostawy, księgowość etc.) firmy farmaceutycznej, wraz z jej wszystkimi oddziałami zagranicznymi na całym świecie. Dzięki czemu (oszczędność czasu, ludzi i pieniędzy) firmy farmaceutyczne mogą stać się prawdziwymi centrami wiedzy.

9.    Nowe modele biznesowe na rynkach wschodzących w 2020 r. – Innowacyjna rola krajów rozwijających się.

10. Poprawa reputacji firm farmaceutycznych

Branża farmaceutyczna się zmienia. Za zmianami podąża również zmiana negatywnego wizerunku branży na rynku, co jest najważniejszym priorytetem dla firm. Pełna rehabilitacja będzie wymagała jeszcze kilku lat. Najlepsze efekty osiągnęły te firmy, którym udało się włączyć w zmiany całe środowisko i realizować potrzeby różnych interesariuszy. Kampanie manifestujące większą transparentność w obszarze tworzenia nowych leków oraz polityki cenowej zyskały najbardziej.

Tylko edukacja finansowa może zachęcić Polaków do systematycznego oszczędzania

Bank Światowy sygnalizuje, że Polacy muszą więcej oszczędzać i to nie tylko po to, żeby zapewnić sobie odpowiednie emerytury, ale też po to, by Polska mogła utrzymać wysokie tempo wzrostu gospodarczego. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte ważniejsze od stworzenia odpowiednich instrumentów finansowych zachęcających do oszczędzania jest edukacja społeczeństwa. O sposobach na zwiększenie poziomu oszczędności Polaków rozmawiano podczas jednego z wczorajszych paneli VII Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach, którego Deloitte jest partnerem.

Choć 75 proc. Polaków popiera oszczędzanie to tylko niespełna 41 proc. gospodarstw domowych posiada jakiekolwiek oszczędności. Tymczasem oszczędzanie nie tylko pozwoli utrzymać Polsce wysokie tempo wzrostu gospodarczego, ale może także uchronić przed katastrofą demograficzną. Z danych ZUS wynika, że w 2013 roku budżet państwa dofinansowywał system emerytalno-rentowy kwotą 80 mld zł (wliczając w to dotacje do KRUS i emerytur mundurowych). Szacuje się, że w 2060 roku środki zgromadzone w ZUS mogą nie wystarczyć na świadczenie w wysokości minimalnej emerytury dla 25-50 proc. osób przechodzących na emeryturę.

O tym jak zachęcić Polaków do oszczędzania rozmawiano wczoraj w Katowicach. Zdaniem uczestników panelu „Finanse, oszczędności, kapitał” należy od najmłodszych lat  uczyć Polaków oszczędzania. Instytucje finansowe dysponują co prawda odpowiednimi produktami, wspomagającymi oszczędzanie, ale ważniejsze i bardziej wartościowe niż ich tworzenie jest edukacja. „Oszczędzać możemy w różny sposób, ale podstawowe trzy pytania, na które należy znaleźć odpowiedź, to z czego oszczędzać, na co oszczędzać i w co inwestować, skoro rynki finansowe straciły wiarygodność” – mówi Dariusz Szkaradek, Partner, Lider Sektora Instytucji Finansowych, Audyt, Zarządzanie Ryzykiem w Deloitte, uczestnik panelu „Finanse, oszczędności, kapitał”.

Dlatego jego zdaniem celem instytucji finansowych powinna być odbudowa zaufania i budowa wiarygodnych i uczciwych form oszczędzania, ale takich, które nie obiecują nadmiernych stóp zwrotu. W czasie dyskusji pojawiła się również opinia, że należy w Polakach budować świadomość, że nie ma inwestycji całkowicie wolnych od ryzyka. Klient wyedukowany być może wydaje się być z punktu widzenia instytucji finansowych trudniejszy, ale tylko w krótkiej perspektywie. W długim okresie czasu wszyscy uczestnicy rynku finansowego mogą na tym tylko skorzystać.

W Katowicach tradycyjnie rozmawiano także o innowacji. Uczestnicy panelu Finansowanie Innowacji skierowali swoją uwagę na to jak należy zmienić sposób jej finansowania, aby była bliżej przemysłu oraz w jaki sposób wykorzystać fundusze europejskie z nowej perspektywy, by w sposób efektywny realizować ten cel. „Badania i rozwój powinny być ściśle powiązane z przemysłem, ponieważ to on właśnie kierunkuje część działań związanych z innowacyjnością. Zasadniczą rolę w tym procesie odgrywa Narodowe Centrum Badania i Rozwoju, które promuje inteligentne specjalizacje i inteligentny rozwój” – uważa Tomasz Gondek, Lider R&D Networks w Europie Środkowej w Deloitte, Moderator katowickiego panelu. Zdaniem uczestników dyskusji baczna uwaga powinna być zwrócona także na fakt, że aż połowa z funduszy z nowej perspektywy europejskiej będzie przeznaczona na projekty regionalne i związane z sektorem MŚP.

Wiele czasu poświęcono również na rozmowy o przyszłości energetyki. Paweł Smoleń, Partner, Energy & Resources Consulting Leader w Deloitte oraz moderator panelu „Wizja europejskiej energetyki w roku 2030” pytał uczestników dyskusji jak postrzegana jest Unia Europejska w tym obszarze i czy istnieje możliwość stworzenia jednorodnej wizji energetyki przyszłości dla całej Unii – pod hasłem „one fits all”.

W kontekście energetyki nie można zapomnieć o jej finansowaniu i kredytowaniu. Z danych Europejskiego Banku Inwestycyjnego wynika, że do tej pory bank ten pożyczył 1,7 mld euro na inwestycje spółkom energetycznym w Polsce. „Firmy z sektora energetycznego mają bardzo dobre ratingi kredytowe w porównaniu ze swoimi odpowiednikami w Europie, i poziomem dorównują firmom z Niemiec. Pytaniem otwartym pozostaje czego dziś brakuje w ofercie instytucji finansowych i czy rząd powinien bardziej aktywnie włączyć się w pomoc spółkom energetycznym w sprostaniu wyzwaniom, które przed nimi stoją” – mówi Wojciech Hann, Partner, Lider Zespołu Środkowo-Europejskiego Energetyki i Zasobów Naturalnych, Moderator panelu „Inwestycje w energetyce – finansowanie”. Zdaniem uczestników dyskusji rolą rządu jest przede wszystkim wpływanie na przewidywalność rynku, co pomoże firmom utrzymać ich dobrą sytuację kredytową.

ATM Grupa rozważa wprowadzenie na GPW swojej spółki Aidem Media

Koncern medialny ATM Grupa rozważa upublicznienie swojej spółki Aidem Media, produkującej aplikacje mobilne, jednak nie wcześniej niż w 2016 roku. Grupa nie planuje w najbliższym czasie akwizycji, dlatego chce przeznaczyć na dywidendę 70 proc. ubiegłorocznego zysku, który wzrósł w stosunku do 2013 roku blisko trzykrotnie. ATM Grupa w 2015 roku będzie prowadzić projekty głównie dla Telewizji Polskiej, Telewizji Polsat oraz Telewizji Puls.

– Strategicznie zastanawiamy się nad wprowadzeniem jednej z naszych spółek – Aidem Media – na giełdę. Produkuje ona aplikacje na urządzenia mobilne, które sprzedaje na całym świecie. Musimy ten proces dobrze przygotować, więc na pewno nie nastąpi jeszcze w tym roku – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Maciej Grzywaczewski, wiceprezes zarządu ATM Grupa SA, producenta programów telewizyjnych.

Jak dodaje, koncern medialny w chwili obecnej nie ma skonkretyzowanych planów inwestycyjnych i akwizycyjnych. W ocenie Grzywaczewskiego aktualna struktura 10 spółek w ATM Grupie dobrze funkcjonuje.

– W ramach najbliższych produkcji ATM Grupy dla Telewizji Puls uruchamiamy reality „Dom Wróżek” z udziałem wróżbitów i wróżek. To zupełnie nowa produkcja, a zarazem nowe otwarcie w kontaktach z Telewizją Puls – tłumaczy wiceprezes zarządu ATM Grupa. – Na jesieni przygotowujemy dla Telewizji Polsat serial komediowo-obyczajowy „Powiedz tak” o dziewczynie, która zakłada agencję organizacji przyjęć weselnych.

Maciej Grzywaczewski uzupełnia, że ATM Grupa współpracuje także z Telewizją Polską. Dla TVP2 firma przygotowuje serial „Prokurator”, napisany przez braci Wojciecha i Zygmunta Miłoszewskich, autorów kryminałów.

– W najbliższym czasie w Telewizji Polskiej na antenie pojawi się teleturniej, czyli powrót do naszej dobrej tradycji robienia teleturniejów. To są cztery najświeższe rzeczy, które są już w produkcji, mamy podpisane umowy i działamy – zwraca uwagę Grzywaczewski.

Strategia ATM Grupy opiera się zarówno na umowach długoterminowych, jak i zawieranych na bieżąco, np. w cyklach półrocznych. Tak jest w przypadku spółki Profilm, która jest producentem serialu „Ojciec Mateusz”.

W raporcie bieżącym z 27 marca zarząd ATM Grupy zarekomendował przeznaczenie 12,76 mln zysku na dywidendę (z 17,98 mln zł zysku netto za 2014 rok), co daje 0,15 groszy na jedną akcję i oznacza (zgodnie z kursem zamknięcia tego dnia) stopę dywidendy w wysokości 3,9 proc.

– To jest sugestia zarządu. Proszę pamiętać, że ostateczną decyzję podejmuje Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy i tak już bywało w poprzednich latach, że ono zmieniało decyzję – podkreśla Grzywaczewski. – Trudno w tej chwili powiedzieć, na co będzie przeznaczona pozostała 1/3 część zysku. Musimy poczekać na walne zgromadzenie, a to nastąpi prawdopodobnie w czerwcu.

ATM Grupa w 2014 roku osiągnęła 153,09 mln zł przychodów (w porównaniu do 121,27 mln zł w 2013 roku) oraz zysk netto w wysokości 17,98 mln zł (wobec 6,27 mln zł rok wcześniej). W stosunku do analogicznego okresu sprzed roku daje to odpowiednio dynamikę w wysokości 26 i 186 proc.

– W tym roku może nie zachowamy takiej dynamiki jak w 2014 roku, ale zamierzamy zwiększyć zarówno przychody, jak i dochody – deklaruje wiceprezes zarządu ATM Grupa SA.

Niskie oprocentowanie lokat skłania Polaków do bardziej ryzykownych inwestycji

CEO Magazyn Polska

Sektor bankowy obawia się, że z powodu niskich stóp procentowych klienci zaczną wycofywać pieniądze z lokat. BZ WBK liczy na to, że utrzyma tych najzamożniejszych, oferując im doradztwo inwestycyjne i fundusze zarabiające na akcjach i obligacjach. W ten sposób bank chce dać klientom możliwość oczekiwanego zarobku na poziomie minimum 5-6 proc.

Realne oprocentowanie bankowych lokat spadło dziś do poziomu nieco ponad 2 proc. rocznie. To nie daje klientom zysku, który skłaniałby ich do oszczędzania.

– Tak naprawdę sektor bankowy w świetle obniżek stóp procentowych musiał zmienić swoją strategię działania mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marcin Pawłowski, odpowiedzialny w BZ WBK za obszar klienta zamożnego. – My w Banku Zachodnim WBK podjęliśmy decyzję o tym, by jak najwięcej innowacji skierować nie tylko w kierunku rozwiązań mobilnych, które zwiększają transakcyjność, lecz także po to, by zaspokoić potrzeby klientów z perspektywy ich pieniędzy czy depozytów.

Przy spadających stopach zyskuje gospodarka, bo łatwiej o kredyt na inwestycje czy konsumpcję, a to napędza zatrudnienie czy sprzedaż. Produkcja sprzedana przemysłu wzrosła w marcu o 8,8 proc., porównując z sytuacją z przed roku. Tak szybkiego tempa wzrostu nie było od 38 miesięcy. To oznacza, że kondycja polskich firm jest bardzo dobra i może to spowodować, że ich akcje na giełdzie będą rosły. A wraz z nimi – zyski inwestorów.

– Nowością z perspektywy tego roku dostarczoną do klientów bardziej zamożnych jest doradztwo inwestycyjne, które chcemy, żeby było flagowym produktem dla klientów VIP oraz dla klientów, którzy poszukują tego rodzaju rozwiązań na rynku i szukają ponadprzeciętnych zysków na dłuższy okres niż standardowe depozyty podkreśla Marcin Pawłowski. – Chcemy również, by nasze produkty strukturyzowane czy fundusze inwestycyjne oferowane w banku były tymi produktami, które dadzą klientom szansę na szerszą dywersyfikację swojego portfela.

Doradztwo inwestycyjne jest oferowane klientom Banku Zachodniego WBK od kilku miesięcy.

Mamy nowe fundusze Platinum, zostały wdrożone na jesieni zeszłego roku. Mamy nowe rozwiązania, co miesiąc wdrażamy trzy emisje lokat strukturyzowanych dla klientów naszego banku. Liczymy tak naprawdę na coraz większą grupę klientów, którzy będą inwestowali pieniądze na rynku akcyjnym czy giełdowym z perspektywy nadchodzących miesięcy.

Swe usługi doradcze bank oferuje od początku roku i już skorzystało z nich ponad pięciuset najzamożniejszych klientów.

– Klienci oczekują stóp zwrotu na poziomie 5-6 punktów procentowych. Takich depozytów już na rynku nie ma. Historia i doświadczenie pokazują, że w okresach niskich stóp procentowych klienci są skłonni akceptować pewnego rodzaju ryzyko i szerzej wychodzić na rynek, szukając alternatywy dla inwestowania, czy to na rachunku maklerskim, czy w funduszach inwestycyjnych.

W wakacje bezrobocie poniżej 10 procent

CEO Magazyn Polska

Obserwowany od pewnego czasu spadek bezrobocia będzie się utrzymywał również w kolejnych miesiącach. Resort pracy spodziewa się, że w wakacje stopa bezrobocia osiągnie wartość jednocyfrową. Wzrost gospodarczy i zastrzyk funduszy unijnych powinny przyczynić się do powstawania nowych miejsc pracy. Ze względu na tendencje demograficzne pracodawcy będą zmuszeni walczyć o pracowników.

Według Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej w marcu br. stopa bezrobocia w Polsce wyniosła 11,7 proc. Był to wynik lepszy nie tylko od lutego br., kiedy to podany przez GUS wskaźnik ukształtował się na poziomie 12 proc., lecz także w stosunku do marca ubiegłego roku (13,5 proc.).

Od kilkunastu miesięcy obserwujemy spadające bezrobocie, jest to więc tendencja stała – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria minister pracy i polityki społecznej Władysław Kosiniak-Kamysz. – Mamy więc dobrą informację dla wszystkich poszukujących zatrudnienia. Naszym zdaniem tendencja ta szybko nie zostanie odwrócona, ani w kwietniu, ani maju. Spadek jest wyraźny i przewidywany w najbliższych miesiącach.

Już w wakacje możliwe jest zejście tego kluczowego dla gospodarki i gospodarstw domowych wskaźnika poniżej 10 proc. Przyczynią się do tego prace sezonowe, np. w rolnictwie. Także firmy budowlane w miesiącach letnich zazwyczaj przyspieszają realizację wcześniej rozpoczętych inwestycji.

Warto powalczyć, żeby na koniec roku jednocyfrową wartość móc zaprezentować w całej Polsce – precyzuje Kosiniak-Kamysz. – To byłby niezwykły sukces polskich przedsiębiorców, krajowego rynku pracy i zatrudnionych, z którego wszyscy moglibyśmy się cieszyć.

Po raz ostatni miesięczny wskaźnik bezrobocia był poniżej 10 proc. w grudniu 2008 roku, gdy wynosił 9,5 proc. Najniżej w XXI wieku spadł w październiku tego samego roku, do poziomu 8,8 proc.

Dane dotyczące liczby pracujących są jeszcze korzystniejsze. Według GUS w czwartym kwartale ubiegłego roku ludność aktywna zawodowo stanowiła 56,3 proc. osób w wieku powyżej 15. roku życia, czyli 17,4 mln. Pracę w tej grupie miało 16 mln, a 1,4 mln było bezrobotnymi.

Liczba pracujących jest dzisiaj największa od 1989 roku, a może ich być jeszcze więcej – uważa Kosiniak-Kamysz. – Jeżeli dobrze wykorzystamy środki z Funduszu Pracy, środku unijne, a wzrost gospodarczy nie zostanie zachwiany zewnętrznymi czynnikami, to szanse polskiego rynku pracy na poprawę stabilności zatrudnienia w najbliższych latach, a więc większą liczbę miejsc pracy i poprawę ich jakości, są bardzo duże.

Jak podkreśla, punkt ciężkości krajowego rynku pracy przechodzi właśnie z dominującej pozycji pracodawcy na pracownika.

Wynika to z uwarunkowań gospodarczych, aktywności Polaków oraz istotnych zmian demograficznych – wyjaśnia Kosiniak-Kamysz. – Coraz mniejsza pula potencjalnych pracowników będzie dostępna na rynku, co oznacza, że firmy będą o nich konkurować. Jak można to robić? Przede wszystkim poprzez wzrost wynagrodzeń. Pozycja pracownika z miesiąca na miesiąc i z roku na rok będzie się umacniać.

Biorąc pod uwagę dane prezentowane przez Eurostat, który stosuje inną metodologię, bezrobocie w Polsce już od dawna znajduje się na poziomie jednocyfrowym.

Według nich mamy już obecnie tylko 7,8 proc. bezrobocia, a więc spadek jest jeszcze lepiej widoczny. Z kraju o najwyższym współczynniku osób niepracujących przeszliśmy w ciągu 10 lat dużo poniżej średniej i gonimy takie państwa, jak Niemcy czy Austria, które dzisiaj mają najniższą stopę bezrobocia – komentuje minister Kosiniak-Kamysz.

J. Steinhoff: Rozbudowa infrastruktury konieczna dla konkurencyjnego rynku energii i gazu w UE

CEO Magazyn Polska

Udział Gazpromu w dostawach gazu do UE jest mniejszy niż jeszcze kilka lat temu, dzięki czemu rynek zyskuje na konkurencyjności. To ułatwia budowanie wspólnego rynku gazu w UE – ocenia Janusz Steinhoff, były wicepremier i minister gospodarki. Proces ten przyspieszają regulacje, które uelastyczniają rynek, ale potrzebna jest jeszcze rozbudowa infrastruktury przesyłowej. Wspólnego europejskiego podejścia wymaga także kwestia magazynowania gazu i bezpieczeństwa dostaw.

Na razie jesteśmy na etapie tworzenia wspólnego, konkurencyjnego rynku energii elektrycznej i gazu. Mam nadzieję, że konsekwencji Europejczykom nie zabraknie. Polska jest tym zainteresowana, chociaż jest to wyjątkowo trudna materia – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Janusz Steinhoff, były wicepremier i minister gospodarki.

Pod koniec lutego br. Komisja Europejska przyjęła strategię budowy unii energetycznej, która ma wzmocnić bezpieczeństwo krajów UE. Przewiduje ona m.in. większą solidarność pomiędzy państwami, przejrzystość umów i bardziej zintegrowany rynek. Postulowanych przez Polskę wspólnych zakupów nośników jednak, jak wynika z dokumentu, na razie nie będzie.

Różny jest poziom wsparcia produkcji energii elektrycznej w poszczególnych krajach Unii Europejskiej. Trzeba to uwzględnić i dlatego też należy wprowadzić mechanizmy, które będą tworzyły racjonalną konkurencję – przypomina Steinhoff.

Podobnie jest na rynku gazu. Zdaniem byłego ministra gospodarki wszystkie regulacje rzutujące na upłynnienie tego rynku i zwiększenie jego konkurencyjności wymagają inwestycji, czyli między innymi budowy połączeń transgranicznych. Mówili o tym również przedstawiciele rządów Polski i Czech po podpisaniu porozumienia ws. budowy polsko-czeskiego połączenia gazowego. Eksperci podkreślają, że tylko rozbudowane możliwości przesyłu gazu zapewnią bezpieczeństwo dostaw.

Kwestia bezpieczeństwa dostaw czy magazynowania gazu powinna być traktowana bardziej w perspektywie europejskiej, w mniejszym stopniu jako interes poszczególnych krajów członkowskich – uważa Steinhoff. – To wymaga wielu etapów wdrożenia, ale myślę, że w konsekwencji pojawi się potężny efekt synergii. Już w tej chwili widzimy, szczególnie na rynku gazu, że ten efekt powoli się pojawia. Wprowadzenie regulacji, które zrywają z usztywnieniem tego sektora, dominującą pozycją dostawcy tego nośnika, ze szczególnym uwzględnieniem dostawcy rosyjskiego, daje bardzo pozytywne efekty.

W przyjętej przez KE strategii w bardzo okrojonej formie uwzględniona została forsowana przez Polskę koncepcja wspólnych zakupów gazu. Mowa jedynie o tym, że dobrowolne, wspólne zakupy tego nośnika przez grupy przedsiębiorców zostaną rozważone. Ich warunkiem musi być zależność od jednego dostawcy oraz wystąpienie kryzysu. KE podkreśla, że takie działanie musi być też w zgodzie z unijnym prawem antykartelowym oraz zasadami Światowej Organizacji Handlu.

Mam nadzieję, że unia energetyczna jednak zostanie zrealizowana, chociaż widzę wiele trudności – wskazuje Steinhoff. – Myślę tu szczególnie o wspólnych zakupach. Ze względów prawnych jest to operacja wyjątkowo trudna. Natomiast kolejne etapy przybliżania nas do uzyskania efektu synergii związanej z zakupami stanowi regulacja, czyli odejście np. od zasady zakazującej reeksport gazu, oddzielenie przesyłu od obrotu, swobodny dostęp do sieci przesyłowych itd.

To są – zdaniem byłego ministra gospodarki – elementy, które osłabiają bardzo silną, jak dotąd, pozycję Gazpromu.

Prócz tego konieczna jest dywersyfikacja – wskazuje Janusz Steinhoff. – Ma ona już miejsce w Unii Europejskiej. Udział w rynku gazu dostawcy wschodniego, czyli Gazpromu, zdecydowanie się obniżył. Ale wynika to przede wszystkim z utraty części wiarygodności przez rosyjskich dostawców.

W ostatnich dniach Komisja Europejska skierowała do Gazpromu pisemne zastrzeżenia w związku z domniemanym nadużyciem pozycji dominującej na rynkach dostaw gazu w Europie Środkowo-Wschodniej. Wątpliwości urzędników budzi m.in. ograniczenie odbiorcom możliwości odsprzedaży gazu do innego kraju czy dyktowanie nieuczciwych cen w niektórych państwach

Strategia KE zawiera konkretne działania, które zostaną podjęte w najbliższych latach. Mają one obejmować budowę połączeń energetycznych, dywersyfikację źródeł energii i szlaków przesyłowych, opracowanie planów europejskich i regionalnych na wypadek kryzysu energetycznego, zmianę zasad zawierania przez kraje UE umów z dostawcami energii, tak by KE mogła je kontrolować jeszcze przed podpisaniem, a także zwiększenie przejrzystości kontraktów komercyjnych.

Co roku spodziewany jest 5-procentowy wzrost polskiego eksportu

CEO Magazyn Polska

Produkty „made in Poland” są sprzedawane na 218 rynkach, a przychody z eksportu uzyskuje 60 tys. polskich firm – wynika z badania Grant Thornton. Rola sprzedaży zagranicznej w polskiej gospodarce będzie rosnąć. Eksperci szacują, że w kolejnych latach dynamika wzrostu wyniesie ponad 5 proc. Potrzebne jest jednak większe zróżnicowanie rynków zbytu, które pozwoli osiągać wyższe marże.

W Polsce działa obecnie 60 tys. firm uzyskujących przychody z eksportu, a według GUS polskie towary były sprzedawane w 2014 r. w 218 krajach świata, również w tak egzotycznych, jak Gwinea Równikowa, Wyspy Kokosowe czy Kiribati. Wciąż jednak 77 proc. polskiego eksportu trafia na rynki Unii Europejskiej.

Konkurujemy na nich przyzwoitą, akceptowalną jakością i niską ceną, opartą na niskich kosztach pracy. Ten komponent czy półwyrób wmontowany do gotowego urządzenia jest dalej sprzedawany poza Unię Europejską i tak naprawdę tę marżę przejmuje sprzedawca gotowego produktu. My natomiast musimy zadowolić się niską marżą – mówi prof. Waldemar Frąckowiak z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.

Jego zdaniem polscy eksporterzy powinni więc postawić na nowe rynki i nowych odbiorców w zależności od ich zapotrzebowania. Według prognoz Grant Thornton w najbliższych latach będzie postępować reorientacja geograficzna. W latach 2014-2020 udział Unii Europejskiej w strukturze polskiego eksportu spadnie o 4,4 pkt proc. – z 77,1 do 72,7 proc. Co jednak nie oznacza, że wzrost eksportu na te rynki zostanie zahamowany. Silniej jednak rosnąć będzie sprzedaży na nowe, mało eksploatowane rynku.

Dziś tylko 7 proc. naszego eksportu kierujemy do krajów, które w tej chwili napędzają globalny wzrost gospodarczy, czyli na Bliski Wschód, do Azji oraz Afryki – mówi prof. Frąckowiak. – Trzeba być obecnym tam, gdzie jakość naszych wyrobów będzie wyżej oceniana i gdzie możliwa do osiągnięcia marża będzie wyższa niż ta osiągana u dotychczasowych odbiorców. Reorientacja polskiego eksportu jest absolutnym priorytetem w okresie najbliższych 5 do 15 lat.

Mimo wyraźnych sygnałów, że polscy eksporterzy coraz chętniej wchodzą na dotąd nieznane rynki, zdaniem profesora promocja zagraniczna wciąż jest niewystarczająca. Ekspert widzi tu ważne zadanie dla rządu.

– To jest jak zwykle proces, który wymaga czasu i ogromnych środków – mówi profesor z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu. – Myślę, że rola polityki w tym względzie może być ogromna, uwzględniając spotkania bilateralne, rozmowy nieformalne, które mają ogromne znaczenie. Powodzenie często zależy od relacji biznesowych, czyli relacji międzyludzkich. Jeżeli one się dobrze kształtują, przekłada się to na współprace gospodarczą.

Grant Thornton prognozuje, że najmocniej wzrośnie znaczenie Ameryki Północnej i Południowej. Sprzedaż ma wzrosnąć o 45,3 proc. do 2020 roku, głównie dzięki intensywnej wymianie handlowej z USA (wzrost o 67,4 proc.). Ważne jest również poszukiwanie odbiorców w krajach europejskich spoza UE, np. w Norwegii, Serbii, Czarnogórze czy na Białorusi. Udział tych państw w strukturze ma zwiększyć się do 14,5 proc. Prognozy dla tego kierunku byłyby jeszcze lepsze, gdyby nie sytuacja na Ukrainie i w Rosji. Na razie jednak sytuacja geopolityczna na Wschodzie nie szkodzi znacząco polskiemu eksportowi.

Rynek wschodni ma marginalne znaczenie dla polskiej gospodarki. To jest gigantyczny rynek i bardzo rozwojowy, ale biorąc pod uwagę rozmiary naszego eksportu wolumenowo i wartościowo, to niezależnie od wszystkich perypetii politycznych bardzo istotnego wpływu na wyniki eksportu nie ma – ocenia prof. Waldemar Frąckowiak.

Eksperci Grant Thornton szacują, że do 2020 roku eksport wzrośnie o 35,6 proc., czyli dynamika wyniesie ok. 5,2 proc. rocznie.

Internet rzeczy za kilka lat zrewolucjonizuje większość branż

CEO Magazyn Polska

Internet rzeczy to szansa dla Europy na dogonienie najbardziej rozwiniętych technologicznie gospodarek świata. Jak ocenia Fujitsu, jeden z czołowych międzynarodowych koncernów specjalizujących się w nowych technologiach, połączenie w sieć działających na całym świecie urządzeń będzie przełomem o rewolucyjnym znaczeniu dla każdej branży. Działalność Fujitsu w dużej mierze oparta jest o badania i rozwój, na które trafia 4,5 proc. rocznego obrotu firmy. Prace nad innowacyjnością prowadzone są również w polskim oddziale.

Dzięki połączeniu działających na całym świecie urządzeń w sieć nie tylko konsumenci, lecz także firmy dostaną nowoczesne i zaawansowane narzędzia do komunikacji, obliczeń, przechowywania, analizowania danych, korzystania z komputerów przenośnych i w końcu przetwarzania danych w chmurze.

Wszystkie te technologie razem wzięte umożliwią nową falę innowacji w biznesie – powiedział agencji informacyjnej Newseria Biznes podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach Joseph Reger, główny dyrektor ds. technologii, Fujitsu EMEA. – Obecnie idee w biznesie, nawet jeśli są bardzo złożone i zmieniają całe modele biznesowe, metody pracy oraz łańcuchy wartości, mogą być wdrażane jako projekt IT w bardzo krótkim czasie. Dzięki nowoczesnym narzędziom możliwości technologiczne nadążają za innowacjami. Internet rzeczy, wraz z wszystkimi niezbędnymi technologiami, będzie przekształcał biznes w bardzo szybkim tempie.

Rozwój internetu rzeczy stwarza szansę Europie, która w światowym wyścigu technologicznym w ciągu ostatnich lat straciła pozycję lidera.

Internet rzeczy jako technologia i transformacja cyfrowa i jako aspekt biznesowy dają nam kolejną szansę, by wziąć w tym wyścigu udział. Możemy nowoczesne technologie zastosować we wszystkich branżach: w produkcji, motoryzacji czy rolnictwie – ocenia Joseph Reger. – Otrzymujemy drugą szansę i musimy ją wykorzystać. Z czasem doprowadzi to do całkowitej transformacji sposobu, w jaki odbywają się produkcja i dystrybucja. Każdy kraj, każdy region, a zwłaszcza Unia Europejska, muszą opracować strategie pozwalające wykorzystać te nowe możliwości.

Nowoczesne technologie coraz częściej są wykorzystywane również przez sektor publiczny – wspierają one inwestycje i oszczędności budżetowe. To na internecie rzeczy opiera się m.in. idea smart city, czyli zintegrowanych usług i rozwiązań dla społeczeństw lokalnych. Jest też podstawą dla opracowywania nowoczesnych systemów bezpieczeństwa.

Firmy i administracja publiczna muszą zarządzać coraz większą ilością danych osobowych. Jednocześnie rośnie ryzyko nieautoryzowanego dostępu do tych danych i ich kradzieży, co potem wiąże się ze stratami, chociażby pieniędzy. Dlatego też technologie, które umożliwiają rozpoznawanie i autoryzowanie dostępu, będą coraz bardziej istotne i muszą być coraz bardziej precyzyjne – podkreślał podczas katowickiego Kongresu Marcin Olszewski, prezes zarządu Fujitsu Polska, dyrektor zarządzający w regionie Europy Wschodniej.

Przykładem jest oferowana przez Fujitsu technologia rozpoznawania naczyń krwionośnych dłoni, która praktycznie eliminuje ryzyko błędu przy identyfikowaniu tożsamości.

Rolą takich firm jak Fujitsu, dostarczających przedsiębiorstwom i administracji nowe rozwiązania, jest przejęcie części usług związanych z obsługą sieci. Reger przekonuje, że nakłady inwestycyjne na takie wsparcie zwracają się bardzo szybko, zwykle w ciągu jednego roku.

Naszym celem jest taka rozbudowa sieci, żeby za 10 lat jej użyteczność była sto razy większa niż w tej chwili. Przed nami więc możliwości dostarczania danych różnego rodzaju, gromadzenia ich i przetwarzania, tak abyśmy mogli z nich uzyskać nowy rodzaj informacji i użyć ich do ulepszenia wszystkiego, czym dziś się zajmujemy – mówi Reger.

Fujitsu jest trzecią największą firmą na świecie świadczącą usługi informatyczne dla biznesu i sektora publicznego. Dostarczanie zaawansowanych technologicznie rozwiązań wymaga również od firmy intensywnych prac nad innowacyjnością.

Fujitsu inwestuje około 4,5 proc. rocznego obrotu firmy na świecie w innowacje i rozwój nowych technologii. Działy badawczo-rozwojowe znajdują się właściwie na wszystkich kontynentach. Taki dział istnieje również w Polsce i dynamicznie się rozwija – mówi Marcin Olszewski.

Nad badaniami i rozwojem w łódzkim centrum pracuje dziś ok. 150 inżynierów. Jak podkreśla Jerzy Wiśniewski, dyrektor R&D Fujitsu Global Delivery Center w Łodzi, placówka powstała w 2009 roku i początkowo funkcjonowała jako zaplecze usług technicznych i linii wsparcia dla klientów.

Po paru latach uzyskaliśmy taki stopień zaufania naszych klientów, że zaczęto nam powierzać coraz bardziej zaawansowane aktywności. Wzbogaciliśmy nasze centrum o trzecią linię wsparcia. Równolegle do tego pojawiła się potrzeba biznesowa, żeby w naszym centrum zaczął powstawać dział badawczo-rozwojowy – mówi Wiśniewski.

Polski dział jest włączony w strukturę globalnej działalności badawczo-rozwojowej Fujitsu, zlokalizowanej m.in. w Japonii, Niemczech czy Wielkiej Brytanii.

Kompetencje naszych inżynierów się uzupełniają. Z naszymi kolegami z działów zlokalizowanych w różnych krajach współpracujemy nad wieloma produktami. To m.in. oprogramowanie do zarządzania serwerami w centach danych, wielkie urządzenia storage’owe czy aplikacje i rozwiązania typowo software’owe – wymienia dyrektor R&D Fujitsu Global Delivery Center w Łodzi.

W Polsce ubezpieczonych jest dwie trzecie nieruchomości

CEO Magazyn Polska

Coraz więcej Polaków decyduje się na ubezpieczenie mieszkania. Tylko towarzystwa ubezpieczeniowe direct sprzedały w ciągu trzech pierwszych kwartałów ubiegłego roku o blisko 15 proc. więcej takich polis. Obecnie ubezpieczonych jest dwie trzecie nieruchomości, na tle Europy to jednak wciąż niewiele. Eksperci wskazują, że dodatkowe ubezpieczenie warto wykupić, zwłaszcza że polisa w ramach kredytu bankowego ma wąski zakres, a ochroną nie jest objęte wyposażenie czy skutki włamania.

Ubezpieczenie, które wykupujemy w związku z zaciągniętym kredytem, bardzo często ma określony zakres. Oczekiwaniem banku jest zabezpieczenie samej nieruchomości, czyli ubezpieczenie murów od nieprzewidzianych zdarzeń, takich jak huragan, powódź i zalanie. A przecież obok murów jest też wyposażenie o określonej wartości, to już jednak nie interesuje banku – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Włodarczyk-Moczkowska, prezes zarządu w Gothaer Towarzystwie Ubezpieczeń.

Coraz więcej osób decyduje się na ochronę mieszkania i domu. Dane Komisji Nadzoru Finansowego wskazują, że objętych ubezpieczeniem jest ok. 67 proc. nieruchomości. Jeszcze w 2010 roku było to 50 proc. W dużej mierze wynik windują same banki, bo bez polisy nie można liczyć na kredyt hipoteczny. W ten sposób banki chronią nieruchomość, która stanowi zabezpieczenie kredytu.

Najczęściej nie jest ubezpieczane wyposażenie czy skutki takich zdarzeń, jak włamanie czy wandalizm. Nie jest też ubezpieczane ryzyko związane z samym ubezpieczającym, czyli ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej w życiu prywatnym, wypadkowe – przypomina Włodarczyk-Moczkowska.

Zdaniem ekspertki warto dlatego zdecydować się na dodatkowe ubezpieczenie. Polisa będzie się różniła w zależności od przeznaczenia lokalu – inna będzie przy wynajmie, inna przy prowadzeniu w niej działalności.

W Polsce rośnie świadomość o korzyściach, jakie niesie ze sobą ubezpieczenie. Dla przykładu towarzystwa direct, oferujące polisy przez internet, sprzedały w okresie od stycznia do września 2014 roku o 14,8 proc. więcej takich polis niż rok wcześniej – wzrost z 73 do blisko 84 tys. (dane Polskiej Izby Ubezpieczeń). Jak zaznacza prezes Gothaer wpływa na to również relatywnie niska cena ubezpieczenia.

Ubezpieczenia mieszkania zaczynają się już od ok. 100 zł. Wszystko zależy od indywidualnych potrzeb i wówczas cena jest pochodną zakresu ubezpieczenia i jego sumy – tłumaczy ekspertka. – Często do ubezpieczenia dołączany jest też pakiet assistance domowego.

Z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń wynika, że choć wzrosła liczba zawieranych umów direct, to znacznie niższa jest łączna składka (spadek z 11,5 do 8,5 mln zł). Może to oznaczać albo duże obniżki cenowe, albo to, że klienci wybierają tanie umowy, o węższym zakresie ubezpieczenia.

Za niespełna miesiąc rusza Shell Eco-Marathon Europe 2015

CEO Magazyn Polska

Cel to przejechać możliwie najdłuższy dystans 1 litrze paliwa lub 1 kWh. Za niespełna miesiąc, 21 maja, rusza w Rotterdamie Shell Eco-Marathon Europe 2015. Wystartuje 200 drużyn, w tym 11 z Polski.

Rajd, którego celem jest przejechanie jak najdłuższego dystansu na 1 litrze paliwa lub zużywając 1 kWh energii, organizowany jest przez koncern Shell od 30 lat. W kategorii Urban Concept, czyli w ruchu miejskim, zawodnicy pokonują krótsze dystanse. Ich pojazdy muszą być bowiem zdolne do poruszania się na drogach publicznych. Kierowca musi siedzieć, samochód musi mieć lusterka boczne, klakson i wycieraczki. To wpływa negatywnie na efektywność energetyczną. Prawdziwe imponujące rekordy padają jednak w kategorii Prototype, gdzie brak takich obostrzeń. Zeszłoroczny zwycięzca, zespół z Francji, zdołał przejechać na litrze paliwa 3314,9 km. Tak oszczędne samochody budują najbardziej innowacyjne uczelnie z całego świata. W sumie w ponad 200 drużynach startujących w maratonie pracuje 3 tys. studentów i naukowców.

– Uczestnicy zdobywają umiejętności techniczne mówi Agata Hinc, rzecznik prasowy Shell Polska. Te zawody im pomagają, dają szansę wypracowywania technologii, które któregoś dnia mogą rzeczywiście wejść do masowej produkcji. Dla nas jest to ważne, dlatego że my, jako Shell, patrzymy nie tylko na te rozwiązania, które dzisiaj możemy stosować, lecz także na te, które będziemy stosować za 10, 20 czy 30 lat. Staramy się wybiegać w przyszłość i staramy się zawsze pierwsi poszukiwać tych rozwiązań.

W zeszłym roku z polskich drużyn najlepszy okazał się zespół z Politechniki Warszawskiej. Do najnowszej edycji maratonu studenci zdołali jeszcze bardziej „odchudzić” swój pojazd z napędem hybrydowym. Ich celem jest przejechanie w ruchu miejskim dystansu 400 km.

– W osiągnięciu wysokiego wyniku liczy się zarówno konstrukcja pojazdu, jak i kierowca – podkreśla Krzysztof Banasik, menadżer zespołu SKARP 2 z Politechniki Warszawskiej. – Kierowca według niektórych opracowań dotyczących Shell Eco-Marathonu stanowi jakieś 30 proc. wyniku. Różnica między dobrym kierowcą a kiepskim kierowcą jest diametralna. Nasz kierowca jedzie według opracowanej przez nas strategii przejazdu, która pozwala nam zarówno przejechać trasę po optymalnym torze, jak i w odpowiednich warunkach używać silnika.

W kategorii Prototype startuje m.in. zespół z Wojskowej Akademii Technicznej. Drużyna liczy na znacznie lepszy wyniki niż w zeszłym roku, bo jej pojazd przeszedł ogromnie modyfikacje. Ma nowy silnik i jest o 40 kg lżejszy.

– Myślę, że takie projekty i starty w tego typu konkursach wspomagają i motywują polskich studentów oraz studentów międzynarodowych do poszerzania swoich horyzontów ocenia Paweł Leoniuk, przedstawiciel Eco Team z Wojskowej Akademii Technicznej. – Do przekuwania tej wiedzy, którą uzyskują na uczelniach czy w ramach własnego kształcenia, w rzeczywiste projekty. Jest to bardzo kreatywne zadanie i uważam, że bardzo poprawia wizerunek naszych inżynierów.

Rynek motoryzacyjny czekają rewolucyjne zmiany. W dalszej przyszłości tradycyjne paliwa, ropa i benzyna zostaną zastąpione przez bardziej ekologiczne, prawdopodobnie przez prąd elektryczny i wodór. Taka zmiana nie nastąpi jednak szybko i na razie prace nad tradycyjnymi, ale oszczędnymi pojazdami na paliwa kopalne mają rację bytu.

– Czas napełnienia zbiornika paliwa i zasięg to są te elementy, które są bardzo ważne – zwraca uwagę Paweł Odrzywołek, dyrektor sieci stacji paliw Shell Polska. – I myślę, że w tym kierunku wciąż będzie podążał rozwój przemysłu motoryzacyjnego. Czyli poprawienie efektywności silników zasilanych paliwami pochodnymi ropy naftowej i równocześnie rozwijanie technologii przyszłości. Myślę, że benzyna, olej napędowy i paliwa gazowe będą jeszcze przez długie lata elementem zasilającym pojazdy samochodowe.

Rafako czeka na układ PBG z wierzycielami

0

CEO Magazyn Polska

Rafako jest w dobrej kondycji finansowej, ale przyszłość spółki zależy od wyniku układu, jaki zawrzeć ma z wierzycielami jej główny udziałowiec, czyli PBG. Wierzyciele zażądali zastawu na akcjach Rafako jako gwarancji dla emisji obligacji, a zaplanowane na koniec kwietnia zgromadzenie wierzycieli ma zostać przesunięte o dwa miesiące. Dla producenta kotłów i instalacji ochrony środowiska od pomyślnego zakończenia tych rozmów zależą gwarancje niezbędne do realizacji kolejnych kontraktów. Tych zaś powinno przybywać.

– Cały czas pracujemy nad pozyskaniem nowych limitów gwarancyjnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Agnieszka Wasilewska-Semail, prezes zarządu, dyrektor generalny Rafako. – Część z nich udało się już pozyskać w tym roku, co jest dużym sukcesem firmy, bo rzeczywiście nie jest to łatwy moment ze względu na to, że nasza spółka matka będzie miała niedługo głosowanie nad układem.

Prezes Rafako podkreśla, że spółka nie ma problemu z finansowaniem bieżących kontraktów. Liczy jednak na kolejne zamówienia i będzie potrzebować nowych umów z bankami.

– Będziemy chcieli pozyskiwać większe kontrakty i będziemy musieli wypełnić obecny portfel zamówień przede wszystkim na 2016 i 2017 rok, to właśnie druga połowa roku będzie prawdopodobnie, tak samo jak do tej pory, skoncentrowana na pozyskiwaniu nowych limitów gwarancyjnych. Spodziewamy się tego, że rynek wreszcie odblokuje się na Rafako, bo pod względem jakości i historii dostaw od Rafako rynek nie powinien mieć wątpliwości – mówi Agnieszka Wasilewska-Semail.

Zgromadzenie wierzycieli PBG miało się odbyć w dniach 27-29 kwietnia, zostało jednak przełożone na wniosek spółki w porozumieniu z wierzycielami, a nowy termin prawdopodobnie zostanie wyznaczony na czerwiec. Grupa wyemituje w ramach układu obligacje, których zabezpieczeniem będzie zastaw na akcjach Rafako.

W zeszłym roku przychody ze sprzedaży Rafako przekraczały 1,1 mld zł i były o ponad 400 mln wyższe niż w 2013 roku. Zysk netto spółki przekraczał 23 mln zł, w porównaniu do 138 mln zł straty w poprzednim roku.

Rafako miało pewien trudny okres w swojej niedawnej historii, jednak wychodzi na prostą – ocenia Agnieszka Wasilewska-Semail. Wyniki na koniec 2014 roku były już dobre, pokazujące kwartał do kwartału poprawę sytuacji. Wracamy pod względem finansów na ścieżkę prawidłowego wzrostu. Mamy też bardzo ciekawy portfel zamówień na dziś. W kolejnych latach musimy się pozycjonować również jeśli chodzi o nasze badania i rozwój w tym, w czym będziemy się specjalizować.

Obecnie działalność Rafako opiera się na dwóch rzeczach. Pierwsza to technologie kotłowe, bloki parowo-gazowe dla energetyki, kotły tradycyjne w technologiach węglowych, spalające biopaliwa czy biomasę, wreszcie spalarnie do utylizacji odpadów komunalnych. Druga gałąź to technologie związane z ochroną środowiska, odpylania, odsiarczania i odazotowania spalin.

Zakładamy, że ten segment będzie się rozwijał – prognozuje prezes Rafako.Tutaj będą się rozwijały nie tylko te technologie, które już mamy i które są w naszym portfelu. Tematem, nad którym ostatnio intensywnie pracujemy, jest kwestia wychwytywania związków rtęci. To są bardzo niebezpieczne związki dla organizmów żywych, dlatego to jest temat zyskujący na znaczeniu. Stąd też inwestujemy w zupełnie nowe obszary. Poza tym normy środowiskowe się cały czas zaostrzają, a z naszego punktu widzenia każde zaostrzenie niesie ze sobą dodatkowe tematy prac badawczych.

Rynek rękawic medycznych w Polsce wart jest 250 mln złotych

CEO Magazyn Polska

Wartość światowego rynku rękawic medycznych szacowana jest nawet na 6,5 mld dolarów. Polski rynek wart jest 250 mln zł. Pod względem zużycia rękawic nasz rynek jest pośrodku stawki, ale w krajach Europy Zachodniej jest ono ponad dwa razy większe, a w USA – nawet dziesięciokrotnie.

Jest wiele rynków, gdzie zużywa się jeszcze mniej rękawic niż w Polsce. My jesteśmy w środku stawki, ale rynki Europy Zachodniej zużywają nadal jeszcze 2-2,5 razy więcej rękawic – powiedział agencji informacyjnej Newseria dr Wiesław Żyznowski, prezes zarządu Mercator Medical.

Rekordzistą są jednak USA, gdzie trafia połowa wszystkich rękawic medycznych świata. W Stanach Zjednoczonych zużywa się ich 10 razy więcej na głowę niż w Polsce.

Im bardziej sprocedurowane jest leczenie, im wyższy poziom opieki zdrowotnej, tym zużycie rękawic jest wyższe. Każdy, kto miał kontakt ze służbą zdrowia w Stanach Zjednoczonych, wie, że wszyscy zawsze używają rękawic medycznych, a na dodatek mają procedurę, żeby te rękawice zmieniać co chwilę. Pielęgniarka, mając kontakt z pacjentem przez 20-30 minut, zdąży zmienić kilka par rękawic, w Polsce jeszcze tak nie jest – mówi Żyznowski.

Jak podkreśla, do służby zdrowa – zarówno w Polsce, jak i za granicą – trafia ok. 50 proc. sprzedaży spółki.

Prezes Mercator Medical przyznaje, że rynek rękawic rośnie jak na drożdżach, ale też jest bardzo konkurencyjny. Na polski rynek trafia dziś 40 proc. sprzedaży. To oznacza, że by się rozwijać, spółka musi szukać zbytu za granicą.

Cała reszta jest sprzedawana w Europie Środkowo-Wschodniej i 40 innych krajach świata – mówi dr Wiesław Żyznowski. – Chcielibyśmy dojść do takiej zdrowej proporcji: od 10 do kilkunastu procent w Polsce, reszta – na rynki zagraniczne. To się bierze z tego, że jesteśmy graczem w dość wąskiej branży. Rękawice medyczne to jest biznes około 5-6 mld dol. rocznie, dlatego jeśli chcemy rozwijać sprzedaż, to musimy to robić za granicą.

Jedyny rejon, gdzie Mercator Medical nie jest silnie obecny, to Europa Zachodnia. Spółka ma własną infrastrukturę logistyczną, magazynową i sprzedażową w sześciu najważniejszych krajach Europy Środkowo-Wschodniej oraz fabrykę rękawic w Tajlandii, w której w marcu uruchomiła czwartą i ostatnią z planowanych linię produkcyjną. Jak podkreśla dr Wiesław Żyznowski, spółka sprzedaje swoje produkty do większości ważnych krajów na świecie, łącznie ze Stanami Zjednoczonymi.

Na razie szerokim łukiem omijamy Europę Zachodnią. Jesteśmy spółką giełdową, więc inwestorzy pytają nas o to, co z Europą Zachodnią, my ciągle odpowiadamy, że na razie jeszcze nie mamy strategii na Europę Zachodnią. Sprzedajemy w Azji, Afryce, krajach Bliskiego Wschodu, sprzedawaliśmy w Japonii, Australii, krajach Ameryki Południowej i USA, natomiast praktycznie nie sprzedajemy w Europie Zachodniej – mówi prezes Mercator Medical.

W zeszłym roku przychody spółki ze sprzedaży sięgnęły niemal 168,5 mln zł i były o ponad 20 mln wyższe niż rok wcześniej. Zysk netto spółki przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej przekraczał 10 mln zł i był o ponad 3 mln wyższy niż w 2013 roku. Największy udział w sprzedaży eksportowej miała w ubiegłym roku Arabia Saudyjska, która wyprzedziła Rosję i USA. Z krajów starej Europy odbiorcami produktów Mercator Medical były jedynie Hiszpania i Włochy, które zakupiły je za kwoty odpowiednio 5,5 mln zł i 271 tys. zł.

W tej chwili mamy około 1,5 proc. rynku globalnego, ale chcielibyśmy mieć więcej – zadeklarował podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach prezes zarządu Mercator Medical. – W pewnym momencie nie możemy omijać Europy Zachodniej i myślimy o niej cały czas, ale jeszcze nie mamy oficjalnej strategii.

W Polsce powstaje coraz więcej concept store

CEO Magazyn Polska

Autorskie kolekcje ubrań, niszowe kosmetyki i oryginalne przedmioty codziennego użytku  to najczęstszy asortyment concept store&HASH39;ów, które zyskują coraz większą popularność wśród Polaków. Są to sklepy skierowane przede wszystkim do ludzi ceniących indywidualizm, oryginalność i wysoką jakość.

Concept store to połączenie sklepu, butiku i galerii. Jest to sklep z oryginalnymi towarami stworzony według określonej myśli przewodniej lub idei. Tą myślą koncepcyjną może być gust właściciela sklepu, temat przewodni lub wąska specjalizacja, np. wyłącznie odrestaurowane meble. Najczęściej placówki typu concept store działają w branży modowej, kulinarnej, wnętrzarskiej lub związanej ze sztuką. Pierwsze sklepy koncepcyjne powstały we Francji i Włoszech – paryski Colette i Corso Como w Mediolanie do dziś przez miłośników tego typu sklepów są uważane za kultowe miejsca. W Polsce concept store&HASH39;y zaczynają zdobywać coraz większą popularność.

 Coraz więcej ludzi szuka przedmiotów, które ktoś dla nich wybrał z zalewu nowości. Nie wszyscy przychodzą do concept store&HASH39;ów po to, żeby się ubrać od stóp do głów. Są to osoby, których bardzo zaciekawi jakaś publikacja, nowy album czy np. wybiorą sobie perfumy, bo niekoniecznie lubią chodzić do perfumerii, dlatego że wybór tam jest ogromny i bardzo ich przytłacza. A w takim miejscu jak concept store selekcja wstępna została już dokonana – mówi Ewelina Kustra, współwłaścicielka She/s a Riot, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Lifestyle.

W She/s a Riot znajdują się starannie dobrane kolekcje ubrań, elegancka biżuteria, książki i magazyny, m.in. „Monitor” i „Vogue”, niszowe perfumy oraz kosmetyki do pielęgnacji ciała i włosów, artykuły papiernicze, np. notesy i pióra czy pachnące świece. Właściciele sklepu stawiają na rzeczy najlepszej jakości, ale także unikatowe i pięknie zaprojektowane. Dlatego wybrali takie marki, jak Balmain, Tom Pigeon, Henrik Vibskov, Ittar czy Kaweco. Wszystkie oferowane przez sklep produkty idealnie wpisują się w koncept placówki, czyli przyjemność codziennego życia. Ewelina Kustra, współwłaścicielka She/s a Riot Concept Store, postawiła sobie bowiem za cel ulepszanie codzienności poprzez otaczanie się pięknymi przedmiotami.

Chciałam tutaj zgromadzić rzeczy, które sprawiają, że nawet codzienne czynności stają się przyjemne. Jeżeli robimy listę zakupów w notatniku, który jest pięknie wykonany, np. ręcznie robiony, i na dodatek ma jeszcze coś w sobie ciekawego, np. pięknie zaprojektowaną okładkę, i używamy do tego pięknego pióra, to prozaiczna wycieczka do sklepu nabiera trochę innego wymiaru. To jest idea, która mi przyświeca. Staram się oczywiście wybierać polskie produkty, ale nie tylko – mówi Ewelina Kustra.

Placówki typu concept store znajdują się obecnie w większości dużych miast Polski. Często są to miejsca, które stają się ośrodkiem życia kulturalnego okolicy – urządzane są tam spotkania artystów, wystawy obrazów i fotografii, a nawet minipokazy mody.

Zdaniem Eweliny Kustry klienci concept store&HASH39;ów to osoby lubiące otaczać się pięknymi przedmiotami, doceniające drobne radości codziennego życia, gotowe zainwestować w rzeczy, które będą cieszyły swoim designem, a jednocześnie długo im służyły. Są to ludzie, którzy cenią indywidualność, dlatego chętnie kupują produkty marek niedostępnych w zwykłych sklepach. Kustra twierdzi, że Polacy są bardzo świadomi tego, czego szukają, ale też bardzo chętnie uczą się o nowych rzeczach.

To jest dla mnie bardzo inspirujące, kiedy patrzę, że ktoś jest zadowolony, bo znalazł jakiś produkt, którego nie znał. Bardzo ciekawe są też spotkania z obcokrajowcami, którzy do nas wpadają. Ostatnio miałam gości z Portugalii, którzy byli totalnie zaskoczeni, że mamy manufaktury z Porto, ręcznie robione mydła, ponieważ to jest produkt bardzo niszowy również w Portugalii. Byli pod wrażeniem, jak to jest w ogóle możliwe, że znaleźliśmy coś takiego. Każde z tych spotkań jest dla mnie bardzo inspirujące. Myślę, że to jest przyszłość – mówi Ewelina Kustra.

She/s a Riot mieści się w Warszawie przy ul. Mysiej 3.

Popołudniowy komentarz walutowy z 23.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 23.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Rynek Pracy Specjalistów HR w pierwszym kwartale 2015 r.

W pierwszym kwartale 2015 roku na Pracuj.pl opublikowano 4 058 ofert pracy dla osób odpowiedzialnych za obszar HR. To wzrost o 14,2%, porównując do analogicznego okresu w 2014 roku. Największe zapotrzebowanie na ekspertów HR zgłosiły branże bankowość, finanse, ubezpieczenia, handel i sprzedaż, przemysł oraz telekomunikacja i zaawansowane technologie. Tymczasem sami specjaliści zajmujący się zasobami ludzkimi niechętnie zmieniają pracę.

Analiza ofert pracy na Pracuj.pl w pierwszym kwartale 2015 roku potwierdza wyraźny już od 2013 r. wzrost zapotrzebowania na osoby odpowiedzialne za HR. Zmieniający się rynek pracy, wyraźne ożywienie i optymizm wśród pracodawców przekładają się na zdecydowane wzrosty w publikowanej liczbie ofert pracy dla specjalistów ds. rekrutacji i specjalistów od zarządzania zasobami ludzkimi. Rok 2014 zamknął się wzrostem zapotrzebowania na osoby odpowiedzialne za HR na poziomie 23,9% rok do roku. Pierwszy kwartał 2015 r. pokazuje, że tendencja ta się utrzymuje i zapotrzebowanie na ekspertów z tej specjalizacji nadal rośnie – o 13,2% w stosunku do IV kwartału 2014 r. i o 14,2% rok do roku.

W pierwszym kwartale tego roku najbardziej poszukiwani byli specjaliści zajmujący się rekrutacją i employer brandingiem, dla tych ekspertów opublikowano 2 279 ofert pracy, co przekłada się na wzrost rok do roku o 10%.  Osobom odpowiedzialnym za kadry/wynagrodzenia dedykowano 1 625 ogłoszeń, co oznacza 14,8% wzrostu w porównaniu z piwerwszym kwartałem ubiegłego roku. Widać też, w ogłoszeniach publikowanych przez pracodawców, zapotrzebowanie na specjalistów ds. zarządzania HR – liczba ogłoszeń dedykowanych tym ekspertom wzrosła o 8,3% rok do roku.

HR – barometrem trendów

Analiza tego, jakie branże najintensywniej powiększają działy HR, może być jednym z barometrów kondycji branży. W pierwszym kwartale bieżącego roku największe zapotrzebowanie na osoby odpowiedzialne za HR zgłosiła branża bankowość, finanse, ubezpieczenia – opublikowano 555 ofert pracy (14% wszystkich ogłoszeń dla HR-owców pochodziło z tej branży), dając 18% wzrost liczby ofert rok do roku. Drugą pod względem największej liczby ogłoszeń o pracę dla osób odpowiedzialnych za HR była branża handel i sprzedaż z 401 ofertami (10% wszystkich ogłoszeń dla HR-owców). Także w telekomunikacji i zaawansowanych technologiach, przemyśle oraz w branży produkcji dóbr szybkozbywalnych pojawiło się wiele ogłoszeń dla osób zajmujących się obszarem HR.

Gdzie najwięcej pracy dla osób odpowiedzialnych za HR?

Najwięcej ogłoszeń dla ekspertów HR opublikowały firmy z następujących województw: mazowieckiego – ponad jedna czwarta wszystkich ofert (28,4%), małopolskiego (13,5% wszystkich ofert), dolnośląskiego (10,9% udziału w całości) i wielkopolskiego (10,5% udziału w całości).

Niezależnie od swej wielkości, firmy zwiększały zapotrzebowanie na specjalistów HR w pierwszym kwartale 2015 r . Największy wzrost rok do roku, o 21%, zaobserwowano w przedsiebiorstwach największych (zatrudniających 250 i więcej pracowników). W firmach średnich (zatrudniających od 51 do 250 pracowników) wzrost rok do roku wyniósł 16,2%, natomiast w mikrofirmach (zatrudniających poniżej 10 pracowników) zapotrzebowanie w porównaniu z poprzednim rokiem wzrosło o 10,8%, a w firmach małych (zatrudniających od 11 do 50 pracowników) nastąpił wzrost o 8%, porównującz analogicznym okresem 2014 roku.

HR-owiec pożądany, ale niechętny do zmiany pracy

Jak wynika z raportu Pracuj.pl „HR-owca portret własny” (dane z 2014 r.), praca w HR jest stabilna i charakteryzuje się niskim poziomem fluktuacji. Aż 26% specjalistów pracuje w tej samej firmie dłużej niż 5 lat. Dla 13% badanych obecna praca jest nowa, rozpoczęli ją krócej niż rok temu. 31% badanych pracuje w tej samej organizacji od dwóch do pięciu lat. Specjaliści ds. zarządzania zasobami ludzkimi są zadowoleni ze swej pracy. Aż 44% badanych stwierdziło, że nie zamieniłoby zawodu, który wykonują, na żaden inny.

Firmy rodzinne wytwarzają ponad 18 proc. PKB

Największa część firm rodzinnych funkcjonuje na rynku już ponad 20 lat – przeszło 37 proc. (działających dłużej niż 20 lat firm nierodzinnych jest 25,5 proc.). A to oznacza, że część z nich powstała jeszcze przed 1989 r. i skutecznie dostosowała się do gospodarki rynkowej. Ale w grupie tych ponad 20 -latków jest także wiele firm założonych zaraz po transformacji – wynika z badania Konfederacji Lewiatan.

W polskiej gospodarce działa ok. 1,8 mln przedsiębiorstw. To dane GUS, który informuje także ile jest wśród nich mikro, małych, średnich i dużych firm, ile firm działa w poszczególnych sektorach gospodarki, ile co roku przybywa nam nowych firm, ile zamyka i wyrejestrowuje działalność, jaka jest przeżywalność firm, ile mamy firm z kapitałem zagranicznym i jak one radzą sobie na polskim rynku.

Nie mamy natomiast informacji z GUS o firmach rodzinnych – ile ich jest, jaka jest ich przeżywalność, jak sobie radzą. Wydaje się, że to efekt braku jednoznacznej definicji firmy rodzinnej. Może należałoby jednak zdecydować się na wybór jednej i spróbować je badać. A jest się czemu przyglądać, bowiem polskie firmy rodzinne powoli, ale systematycznie budują swoją pozycję na rynku, budują swoje marki, a Polacy coraz częściej to dostrzegają. Wiele z nich jest znana i rozpoznawalna w branży także w Europie i poza nią.

Konfederacja Lewiatan, badając w 2014 r. przedsiębiorstwa mikro, małe i średnie (12. edycja badań MMŚP; badane firmy, w których pracują co najmniej 2 osoby) zadała pytanie właścicielom i osobom zarządzającym firmami, czy ich przedsiębiorstwa są firmami rodzinnymi. Nie wprowadziliśmy definicji firmy rodzinnej pozostawiając decyzję respondentom. W efekcie otrzymaliśmy informację, że prawie 1/3 MMŚP to firmy rodzinne (32,3 proc.). Wśród firm rodzinnych prawie 40 proc. to mikroprzedsiębiorstwa , 46 proc. to firmy małe i ponad 14 proc. to firmy średnie.

– Wśród mikroprzedsiębiorstw w których pracują co najmniej 2 osoby prawie 1/3 to firmy rodzinne. Więcej, bo prawie 37 proc. jest ich w gronie firm małych, a wśród firm średnich jest ich ponad 27 proc. Są zatem dość silnie reprezentowane we wszystkich grupach, niezależnie od wielkości, w tym także w sektorze firm dużych, gdzie należy oceniać, że jest ich ok. 12-13 proc. A to wskazuje, że stereotyp myślenia o firmie rodzinnej jako mikroprzedsiębiorstwie, w którym pracują głównie członkowie rodziny,  dalece nie odpowiada rzeczywistości – mówi dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan.

Dane z badania MMŚP oraz szacunki dla dużych firm pozwoliły ocenić wkład firm rodzinnych w tworzenie PKB, w zatrudnienie, udział w nakładach inwestycyjnych.

Wytwarzają ponad 18 proc. PKB

Firmy rodzinne tworzą ponad 18 proc. całości PKB, a ¼ PKB wytwarzanego przez sektor przedsiębiorstw. Poza tym, że z reguły pracują w swoich firmach ich właściciele i członkowie ich rodzin, w firmach rodzinnych pracuje 24 proc. zatrudnionych w całym sektorze przedsiębiorstw. Ponad 21 proc. wszystkich wydatków na inwestycje, to nakłady firm rodzinnych. Kawał gospodarki!

Z badania MMŚP wynika, że największa część firm rodzinnych funkcjonuje na rynku już ponad 20 lat – ponad 37 proc. (działających ponad 20 lat firm nierodzinnych jest 25,5 proc.). A to oznacza, że część z nich powstała jeszcze przed 1989 r. i skutecznie dostosowała się do gospodarki rynkowej. Ale w grupie tych ponad 20 -latków jest także wiele firm założonych zaraz po transformacji. To Ci, którzy pierwsi zauważyli szanse i, jak widać, skutecznie z nich skorzystali.

Efektem „wieku” firm rodzinnych może być struktura wykształcenia ich właścicieli – relatywnie więcej niż wśród firm nierodzinnych jest tu osób z wykształceniem poniżej średniego. Jednocześnie jednak więcej jest tu osób z wykształceniem wyższym z tytułem naukowym (aczkolwiek jest to tylko 5,2 proc.).

Firmy rodzinne częściej niż firmy nierodzinne zarejestrowane są w mniejszych miastach, a także na obszarach wiejskich. Wskazuje to na powiązanie firm rodzinnych ze „miejscem urodzenia”, lokalną społecznością. Ale wcale nie oznacza lokalności działania, bowiem wiele firm rodzinnych działa nie tylko na całym rynku krajowym, ale także zagranicą. Przy dzisiejszych możliwościach, które dają nowe technologie informatyczne, a także przy poprawiającej się infrastrukturze drogowej, lokalność „miejsca zamieszkania” nie stanowi obciążenia, a często może stanowić atut – rozpoznawalności, niższych obciążeń podatkowych, dostępu do rynku pracy.

Najwięcej firm w handlu

Najwięcej firm rodzinnych działa w sektorze handlu hurtowego i detalicznego – 22,6 proc. To nie dziwi jeśli weźmie się pod uwagę, że firmy handlowe to prawie 30 proc. wszystkich firm działających w Polsce. Wiele firm rodzinnych (więcej niż nierodzinnych) działa także w przemyśle (18,6 proc.). Więcej jest ich także wśród restauratorów i hotelarzy. Ale mniej w działalności profesjonalnej, naukowej i technicznej. Dane te wskazują, że trzeba obalić kolejny stereotyp – firmy rodzinne działają nie tylko w usługach, ale także w przemyśle.

Ciekawą informacją jest to, że prawie 1/3 właścicieli firm rodzinnych to kobiety. Ale podobnie jest w grupie firm nierodzinnych.

Przedsiębiorstwa rodzinne prowadzą takie same biznesy jak firmy nierodzinne. Zatem ich modele biznesowe są, bo muszą być, podobne. Warto jednak zwrócić uwagę na jedną z różnic – firmy rodzinne w większym stopniu niż firmy nierodzinne budują swoją pozycję konkurencyjną na rynku na jakości produktów i usług, a w mniejszym stopniu niż firmy nierodzinne – na cenie. Model biznesowy oparty na jakości mówi wiele o przedsiębiorstwie. Wskazuje na dłuższą perspektywę działania, nie koncentrowanie się na minimalizowaniu kosztów, na skłonność (i zdolność) do inwestycji, w tym inwestycji w innowacje.

I takie firmy rodzinne są – ze względu na swój „rodzinny” status przedsiębiorstwa te nie patrzą na swoją działalność krótkookresowo, dla nich prawdziwą perspektywą jest perspektywa więcej niż jednego pokolenia. Z tego względu są stabilnymi płatnikami podatków dochodowych (i wszelkich innych), stabilnymi pracodawcami, stabilnymi partnerami w biznesie. Może są nieco bardziej konserwatywne w zarządzaniu, ale przed polskimi firmami rodzinnymi sukcesje. Wchodzi nowe, młode pokolenia, przygotowane do zarządzania rodzinnymi firmami, z profesjonalną wiedzą i chęcią ( a nawet wewnętrznym przymusem) pokazania jej w praktyce. Te firmy, w których młode pokolenie dołączyło do rodziców, mają szansę szybciej się rozwijać i z tego korzystają. Aczkolwiek nie we wszystkich firmach jest szansa na rodzinną sukcesję (młodzi ludzie miewają jednak inne pomysły na życie).

Firmy rodzinne wchodzą zatem w nowy etap swojego działania. Potrzebują wymiany wiedzy i doświadczeń miedzy sobą, potrzebują wsparcia w budowaniu wizerunku związanego z „rodzinnością”, który będzie pozytywnie oddziaływał na budowanie przez nich marki. Dlatego pojawiła się inicjatywa utworzenia Rady Firm Rodzinnych przy Lewiatanie. Ma ona nie tylko wskazywać Konfederacji obszary regulacyjne  istotne dla zachowania rodzinnego charakteru przez firmy, ale ma także integrować środowisko, pozwalać mu oddziaływać nie tylko lokalnie, ale także wspierać wiedzę o przedsiębiorczości (chociażby przez takie inicjatywy jak książka dla dzieci „Świat pieniądza”) i przedsiębiorczość młodych ludzi. I budować wizerunek, na który firmy rodzinne w pełni zasługują – przedsiębiorstw rozwijających się, rosnących, otwartych na nowe rozwiązania, stabilnych, odpowiedzialnych, patrzących długookresowo.

Przy Konfederacji Lewiatan ukonstytuowała się Rada Firm Rodzinnych. Wśród członków założycieli znalazło się 16 małych, średnich i dużych przedsiębiorstw.

Kontrowersyjne przepisy o reklamowaniu żywności przy programach dla dzieci

Konfederacja Lewiatan jest przeciwna wprowadzeniu ograniczeń dotyczących reklamowania żywności przy programach dla dzieci. Nowe przepisy objęłyby dzieci do 16 roku życia, a nie jak do tej pory do 12 lat.

Takie ograniczenia są zawarte w projektach ustaw o radiofonii i telewizji oraz o zdrowiu publicznym.
– W naszej opinii zmiany są bezprzedmiotowe. Od 1 stycznia 2015 r. obowiązuje bowiem porozumienie nadawców telewizyjnych mające na celu zapewnienie szczególnej ochrony dzieci przed szkodliwymi dla nich treściami – mówi Krzysztof Kajda, dyrektor departamentu prawnego Konfederacji Lewiatan.

Zgodnie z ich deklaracją od 1 stycznia br. audycjom dla dzieci w wieku do lat 12 nie towarzyszą reklamy wybranych artykułów spożywczych i napojów zawierających niezdrowe składniki (m.in. słodyczy, dżemów, chipsów). Porozumienie jest dobrowolne.

W związku z koniecznością przeciwdziałania promocji niezdrowego odżywiania nadawcy przyjęli opracowany przez Polską Federację Producentów Żywności – Związek Pracodawców dokument pn. „Kryteria żywieniowe do samoregulacji dotyczącej reklamy żywności skierowanej do dzieci poniżej 12. roku życia”. Dokument został pozytywnie zweryfikowany przez Instytut Żywności i Żywienia. Jest on również zgodny dyrektywą Parlamentu Europejskiego i Rady 2010/13/UE w sprawie koordynacji niektórych przepisów ustawowych, wykonawczych i administracyjnych państw członkowskich dotyczących świadczenia audiowizualnych usług medialnych.

W dokumencie pracodawcy zapewnili, że reklamy i wskazania sponsorskie przekazane nadawcom bez oświadczenia o ich zgodności z przyjętymi kryteriami nie zostaną wyemitowane przy audycjach dla dzieci w wieku od 4 do 12 lat i w godzinach 6:00 ‒ 20:00.
Przyjęta granica 12 roku życia jest powszechnie stosowana w oznaczaniu treści, które są nieodpowiednie dla dzieci, również w innych krajach UE, jak Francja czy Wielka Brytania.

Oczywiście dokonanie rzetelnej oceny efektywności przyjętych rozwiązań będzie możliwe po dłuższym okresie funkcjonowania porozumienia nadawców. Jednakże, wziąwszy pod uwagę jej powszechność (wszyscy nadawcy, wszystkie reklamy przy programach dla dzieci), należy się spodziewać dużej skuteczności.
Kryteria zaproponowane przez przemysł zmuszą wielu producentów do przeformułowania swoich produktów. W ten sposób produkty o pozytywnych walorach żywnościowych zyskują swoistą przewagę konkurencyjną, a samoregulacja prowadzi do innowacji i jednocześnie gwarantuje dalszy rozwój polskiego sektora rolno-spożywczego.

Tymczasem proponowane w projektach ustaw rozwiązania jednoznacznie przekreślają dorobek nadawców oraz wielu organizacji, które były zaangażowane w proces stworzenia i wdrożenia dokumentu „Kryteria żywieniowe do samoregulacji dotyczącej reklamy żywności skierowanej do dzieci poniżej 12. roku życia”.

W opinii członków zrzeszonych w Konfederacji Lewiatan podejmowanie działań, które mogą prowadzić do podziału na żywność „zdrową” i „niezdrową” może mieć negatywny wpływ nie tylko na obszarze polskim, ale również być dodatkowym argumentem dla zagranicznych przeciwników polskich produktów.

Już w trakcie prac nad poselskim projektem ustawy o zmianie ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia dotyczącym ograniczenia w sprzedaży w szkołach niektórych środków spożywczych przedsiębiorcy zwrócili uwagę na możliwe konsekwencje ustawowych regulacji, które mogą taki podział wprowadzić. Bardzo pozytywny odzew i zrozumienie ze strony posłów i rządu w pracach nad tym projektem rodzą nadzieję, że również w przypadku procedowanych projektów ustaw (projektu ustawy o zmianie ustawy o radiofonii i telewizji oraz projektu ustawy o zdrowiu publicznym) uda się znaleźć kompromis.

FSM w zarządzaniu pracą mobilnych pracowników

Rosnąca liczba zadań realizowanych w terenie to dodatkowa potrzeba optymalizacji kosztów związanych z koordynacją oraz kontrolą pracy wykonywanej przez zdalnych pracowników. W sprawnym zarządzaniu firmą mają pomóc aplikacje webowe i mobilne oparte na koncepcji Field Service Management.

Potrzeba strategicznego delegowania zadań oraz zarządzania pracą pracowników jest szczególnie silna w tych przedsiębiorstwach, w których realizacja codziennych obowiązków odbywa się w terenie. Mowa o firmach zatrudniających m.in. serwisantów, monterów, kurierów czy pracowników sprzedaży bezpośredniej. W przedsiębiorstwach o takim profilu działalności oparcie strategii biznesowej na koncepcji Field Service Management (FSM) to realne oszczędności czasowo-kosztowe. Znaczenia nabierają kompletne rozwiązania IT umożliwiające planowanie, organizowanie oraz wspieranie realizacji zadań w terenie. Mowa o narzędziach webowo-mobilnych, które działając w czasie rzeczywistym nie tylko zwiększają elastyczność biznesową firmy, ale przede wszystkim wpływają na wzrost produktywności oraz efektywności zatrudnionych pracowników.

Mobile wspiera pracę zdalnych pracowników

Kontrola oraz harmonizacja pracy pracownika działającego w terenie to zadanie szczególnie utrudnione. Prywatne eskapady w trakcie pracy, wybieranie nieoptymalnych tras przekładających się na wzrost kosztów eksploatacyjnych i czasowych, brak bieżących informacji o pozycji czy statusie realizacji zleconych prac, opóźniony dostęp do dokumentacji powykonawczej, która składana jest dopiero po powrocie do siedziby firmy. Rzeczywiście, to trudne bariery, których występowanie uniemożliwia przedsiębiorstwom osiąganie kolejnych etapów rozwoju. Właśnie z tego powodu coraz głośniej mówi się o wykorzystaniu nowoczesnych technologii webowych oraz mobilnych pozwalających na wsparcie planowania, realizowania i monitorowania mobilnych zadań. Szczególnie, że w dobie taniej transmisji danych, gdzie posiadanie służbowego smartfona czy tabletu jest praktycznie na porządku dziennym, wdrożenie rozwiązań mobilnych optymalizujących zarządzanie firmą nie jest żadną trudnością.

To właśnie te sektory, w których przedsiębiorstwa realizują usługi oparte na pracy zdalnej stają się naturalnym środowiskiem dla tworzenia oraz implementacji aplikacji biznesowych działających w czasie rzeczywistym. Dlaczego? Ponieważ w tych firmach niezwykle ważne jest optymalizowanie pracy personelu oraz skuteczne harmonizowanie realizowanych obowiązków. A właśnie taką szasnę dają nowoczesne systemy ERP instalowane w urządzeniach mobilnych, dzięki którym dział koordynujący ma kontrolę nad pozycją mobilnych pracowników, może wyznaczać plany dnia, trasy oraz śledzić postępy i efekty wykonywanych zadań – tłumaczy Michał Soloch z firmy QSG S.A. dostarczającej system e-Service.

Mobilne wyzwania w wielu branżach

Jakie firmy mogą wyrazić szczególne zainteresowanie aplikacjami dla mobilnych pracowników? Przykładowo podmioty działające w branży serwisowej. Z dedykowanych aplikacji mobilnych i webowych może korzystać centrala czy kierownictwo danego obiektu, którzy uruchamiając narzędzie w momencie wystąpienia awarii kierują zgłoszenie do firmy serwisowej. Stamtąd, poprzez aplikację webową, zlecenie wykonania prac naprawczych wędruje do serwisanta korzystającego z aplikacji mobilnej na smartfonie czy tablecie. Taki pracownik otrzymuje harmonogram prac oraz ich lokalizacje, łatwo też trafia do celu dzięki modułowi GSP. Z kolei koordynator oraz klient widzą nanoszone przez niego zmiany statusów prac oraz ich zakończenie pieczętowane protokołem powykonawczym podpisywanym na ekranie urządzenia mobilnego. – Dzięki takim rozwiązaniom dostawca usług może wydajnie planować i realizować prace zlecone przez klienta, posiada też stałą kontrolę nad mobilnymi pracownikami. Może monitorować koszty i ustalać planowane przychody. Pamiętajmy, że dzięki nowoczesnej technologii ma dostęp do wszystkich zgłoszeń, zleceń oraz postępów prac w czasie rzeczywistym – dodaje Michał Soloch.

Serwis techniczny urządzeń to oczywiście nie jedyna branża, w której można zastosować aplikacje biznesowe zgodne z FSM. Narzędzia IT oddawane zdalnym pracownikom idealnie sprawdzą się także w logistyce, przy koordynacji kontaktu na linii kierowca – operator logistyczny – fabryka. Wdrożenie może nastąpić także w firmach z branży infrastrukturalnej, w których operator telekomunikacyjny zleca wykonanie naprawy sieci światłowodowej firmie zewnętrznej zatrudniającej instalatorów oraz techników pracujących w terenie. Kontrolę nad pracą zdalnego personelu zyska także branża finansowa, która będzie znała kroki rzeczoznawców majątkowych wykonujących operaty szacunkowe kredytowanego majątku.

Prawie 4 tysiące oszczędności?

Bazując na obserwacjach rynku, firma QSG S.A. przeprowadziła ciekawą symulację pozwalającą oszacować poziom oszczędności, które może odnieść firma zatrudniająca trzech mobilnych pracowników oraz jednego koordynatora, realizująca przynajmniej  trzy zlecenia dziennie (na każdym z nich po dwa zadania). W wyliczeniu pod uwagę wzięto oszczędności kosztowe wynikające z eliminacji papierowego obiegu dokumentów (koszt tworzenia, druku i wysyłek) oraz mniejszej eksploatacji pojazdów dzięki planowaniu tras przez GPS (zużycie paliwa, łączenie zadań w bliskich lokalizacjach, odciążenie dyspozytorów). Symulacja uwzględniła także oszczędności czasowe będące rezultatem zdalnego kontaktu pomiędzy koordynatorem a mobilnym liderem. Po podliczeniu wszystkich wypadkowych okazało się, że firma korzystająca z aplikacji biznesowych dla mobilnych pracowników może oszczędzić nawet 3872,61 zł miesięcznie!

Jak widać, nowoczesne aplikacje ERP/FSM do zarządzania zadaniami mobilnymi mogą przynosić realne oszczędności czasowo-ekonomiczne. Zapewniają pracownikom stabilne, uporządkowane warunki pracy, a koordynatorom kompetencje do obsługi jeszcze większej liczby zleceń. To także korzyści dla klientów firm pracujących mobilnie, zyskujących dostęp do jeszcze szybszej i bardziej wydajnej obsługi zleceń. – Dziś takie rozwiązania dopiero pojawiają się na rynku, ale za kilka lat trudno będzie znaleźć przedsiębiorstwo niewykorzystujące tego typu technologii – podsumowuje Michał Soloch.

 

Pakiet onkologiczny w mediach – raport 2

Analitycy firmy NEWTON Media zbadali ponownie, jak często i w jaki sposób pakiet onkologiczny był omawiany w mediach. W okresie od 16 marca do 19 kwietnia na temat pakietu onkologicznego ukazały się w sumie 1872 informacje, w tym 248 w prasie, 306 w radiu bądź telewizji oraz 1318 na portalach internetowych. Raport powstał przy współpracy z Polską Koalicją Pacjentów Onkologicznych, Fundacją Wygrajmy Zdrowie oraz Obywatelskim Porozumienia na rzecz Onkologii.   

 W odniesieniu do poszczególnych mediów najwięcej, bo 84 artykuły pojawiły się na portalu rynekzdrowia.pl, jeśli chodzi o prasę, najczęściej na temat pakietu onkologicznego pisała Gazeta Wyborcza – 27 publikacji, w przypadku telewizji był to Polsat News – 28 audycji, a radia – Polskie Radio Program I oraz RMF Fmpo 20 audycji. Ekwiwalent reklamowy informacji z prasy wyniósł 3 203 733 zł. Dniem, w którym ukazało się najwięcej materiałów był czwartek, 16 kwietnia (149 publikacji). Najczęściej kwestie związane z pakietem onkologicznym poruszała prasa regionalna – 54%, dzienniki ogólnopolskie – 27%, a także prasa medyczna – 11%. W 1734 informacjach wymieniono hasło: pakiet onkologiczny, w 433 – karta DILO, w 214 – karta pacjentaa w 25 – szybka ścieżka diagnostyczna. Niemal 13% wszystkich publikacji prasowych ukazało się na pierwszych stronach gazet.

– To już nasz drugi raport dotyczący pakietu onkologicznego w mediach. Tym razem chcieliśmy sprawdzić, w jaki sposób odebrano propozycje zmian dotyczących pakietu i w jaki sposób zareagowało na nie środowisko medyczne, pacjenci, a także społeczeństwo – powiedział Szymon Chrostowski, Prezes Fundacji Wygrajmy Zdrowie. – Temat pakietu onkologicznego wciąż wzbudza kontrowersje. A to przekłada się bezpośrednio na poczucie bezpieczeństwa społeczeństwa – czyli pacjentów. Brak tego aspektu może w wielu wzbudzić niepotrzebny niepokój, brak zaufania do lekarza. – dodał Szymon Chrostowski.

W zakresie zmian w pakiecie onkologicznym wypowiadał się w mediach m.in. Minister Zdrowia, Bartosz Arłukowicz:

Objęcie pakietem onkologicznym kolejnych rodzajów nowotworów, uelastycznienie sposobu działania konsyliów lekarskich, które podejmują decyzje o sposobie leczenia – to niektóre zmiany, które zapowiedział w środę minister zdrowia Bartosz Arłukowicz po spotkaniu z premier Ewą Kopacz. Jak poinformował minister, pierwsze zmiany w pakiecie onkologicznym mogą zostać wprowadzone w ciągu kilku tygodni. (pap.pl, 15.04.2015, „Arłukowicz: będą zmiany w pakiecie onkologicznym”).

Tłumaczenia Ministra nie spotkały się jednak ze zrozumieniem ekspertów, m.in.: Adama Maciejczyka, dyrektora Dolnośląskiego Centrum Onkologii we Wrocławiu, który komentował:Reforma uderza w finansowanie szpitali onkologicznych. Przykład? Zmniejszono wycenę hospitalizacji pacjentów chemioterapii i radioterapii (to znaczy, że szpital na ich leczenie dostaje mniej pieniędzy – przyp. red.). Wszystkie uwagi zgłaszamy ministerstwu, ale ono niestety milczy. (Gazeta Wyborcza, 17.03.2015, str.1, „Lekarze punktują ministra”).

W podobnym tonie wypowiadał się także Romuald Krajewski, wiceprezes Naczelnej Izby Lekarskiej: Na dużych świadczeniodawców wywierany jest nacisk, by pakiet onkologiczny był sukcesem. Tymczasem system jest nieelastyczny. Pakiet zmienia sprawozdawczość i tylko sprawozdawczość. (Służba Zdrowia, 17.04.2015, str.6, „CYTATY MIESIĄCA”);

– Negatywne komentarze i sceptyczne opinie są nieuniknione przy wdrażaniu nowych rozwiązań i wprowadzaniu zmian przyznał Szymon Chrostowski, Prezes Fundacji Wygrajmy Zdrowie. – Najważniejsze jest jednak to, aby wszelkie planowane działania miały na celu dobro pacjenta, a także ochronę jego zdrowia i życia – dodał Szymon Chrostowski.

Pakiet onkologiczny został wprowadzony w życie z dniem 1 stycznia 2015 roku. Jego celem było skrócenie diagnozowania i leczenia nowotworów złośliwych przez wprowadzenie szybką terapię onkologiczną, która ma na celu szybkie poprowadzenie pacjenta przez poszczególne etapy diagnostyki i samego leczenia.

Taxminutes: ostatnie dni na zgłaszanie krótkich filmów o iluzjach podatkowych

0

Tylko do 30 kwietnia można przesyłać prace konkursowe przez stronę internetową www.taxminutes.pl (link otwiera nowe okno w serwisie zewnętrznym). Konkurs Taxminutes rozpoczął się 1 marca. Zadaniem uczestników jest zobrazowanie pojęć związanych z podatkami w prosty i przyjazny sposób w krótkich klipach – do 1,5 minuty. Organizatorami konkursu jest Szkoła Główna Handlowa i Uniwersytet Warszawski. Ministerstwo Finansów objęło nad nim patronat.

Konkurs kierowany jest do studentów z całej Polski, niezależnie od tego, co studiują i na jakiej uczelni. Klipy konkursowe mogą nawiązywać do określonych pojęć podatkowych np. celu opodatkowania, rodzajów podatków, konstrukcji podatkowych czy wpływu podatków na życie społeczne. Filmy mogą być kręcone dowolną techniką: telefonem, kamerą, aparatem. Mogą też przybrać dowolna formę: np. animacji, wywiadu, poklatkowych zdjęć, sondy, reklamówki czy pantomimy.

Autorów najlepszych filmów wyłoni jury, w którym są m.in. językoznawca Jerzy Bralczyk i reżyser Robert Gliński oraz przedstawiciele Ministerstwa Finansów. Dla zwycięzców przewiduje się nagrody rzeczowe oraz staże ufundowane przez Ministerstwo Finansów lub staże w mediach patronujących konkursowi: PR 1 Polskiego Radia i dzienniku Rzeczpospolita. Wyniki zostaną ogłoszone podczas uroczystej gali w połowie czerwca 2015 r. Zwycięskie filmy ma szansę zobaczyć cała Polska. Patronat medialny nad konkursem objęli także TVP Info, Przegląd Podatkowy, Wolters Kluwer, INN Poland, Forbes oraz Krajowa Izba Doradców Podatkowych.

Minister finansów na sesji MFW i Banku Światowego

O globalnych wyzwaniach stojących przed Międzynarodowym Funduszem Walutowym (MFW) i krajami członkowskimi dyskutowano podczas wiosennego spotkania gubernatorów MFW i Banku Światowego (BŚ), które odbyło się w Waszyngtonie w dniach 17-19 kwietnia br.

Minister finansów Mateusz Szczurek, jako gubernator Polski w MFW, uczestniczył w spotkaniach z udziałem ministrów finansów i prezesów banków centralnych krajów należących do MFW. Podczas dyskusji w trakcje sesji plenarnej dyrektor zarządzająca MFW Christine Lagarde wymieniła Polskę jako jeden z zaledwie kilku jasnych punktów na gospodarczej mapie świata. Polska znalazła się tam dzięki sukcesom w prowadzeniu odpowiedzialnej polityki fiskalnej i wdrażaniu reform strukturalnych.

Dodatkowo minister Szczurek odbył w Waszyngtonie wiele spotkań dwustronnych. Rozmawiał m.in. z zastępcą dyrektora zarządzającego MFW Davidem Liptonem, wiceprezesem Banku Światowego Laurą Tuck, z dyrektorem Departamentu Europejskiego MFW Paulem Thomsenem, odpowiedzialnym za programy pomocowe MFW m.in. dla krajów strefy euro i Ukrainy, sekretarzem generalnym OECD Angelem Gurrią, głównym ekonomistą MFW Olivierem Blanchardem oraz ministrem finansów Ukrainy Natalią Jaresko.

Przy okazji sesji odbyło się również spotkanie polskiej konstytuanty MFW/BŚ z udziałem przedstawicieli jej pozostałych członków: Szwajcarii, Serbii, Azerbejdżanu, Kazachstanu, Kirgistanu, Tadżykistanu, Turkmenistanu oraz Uzbekistanu. Wyzwania stojące przed konstytuantą były też tematem rozmów z prezesem banku centralnego Szwajcarii Thomasem Jordanem oraz ministrem finansów tego kraju Eveline Widmer-Schlumpf.

Mateusz Szczurek wygłosił ponadto na Uniwersytecie Georgetown wykład na temat bieżących ekonomicznych i politycznych wydarzeń w UE z perspektywy Polski.

Zniknie ulga podatkowa na zakup technologii, zostanie wprowadzona ulga na wydatki na badania i rozwój

Zniknie ulga podatkowa na zakup technologii, zostanie wprowadzona ulga na wydatki na badania i rozwój zapowiedział Jarosław Neneman z ministerstwa finansów podczas sesji „Ryzyko w innowacjach” w trakcie Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach (European Economic Congress – EEC).

Ministerstwo Finansów pracuje nad systemem ulg podatkowych na prace badawczo-rozwojowe – to dobra wiadomość. Zła – że nowe przepisy nie wejdą w życie wcześniej niż nie zostanie zniesiona procedura nadmiernego deficytu.

– Dopóki jesteśmy w procedurze nadmiernego deficytu można zapomnieć o wszelkich nowych ulgach – stwierdził Jarosław Neneman, podsekretarz stanu w Ministerstwie Finansów RP. – Wyjście z procedury widać już jednak na horyzoncie – dodał.

– Z jednej strony słyszymy, że chcemy prostych podatków, z drugiej pamiętajmy, że każda ulga komplikuje system podatkowy – podkreślał na Europejskim Kongresie Gospodarczym w Katowicach, dodając, że czasem też trudno jednoznacznie określić, co jest działalnością badawczo-rozwojową, a co nie. Mimo tych wątpliwości ministerstwo chce wprowadzić ulgę na tę działalność. Według wstępnych założeń ulgą nie będą objęte wydatki np. na budowę laboratorium.

Resort, pracując nad ulgami, oparł się na raporcie Komisji Europejskiej na temat mechanizmów wsparcia dla badań i rozwoju. Wnioski? Ulgi silniej oddziałują na małe i średnie firmy, mniej na duże, a najlepsze efekty przynoszą jeśli dotyczą kosztów osobowych. Kolejny wniosek, to, że lepiej wspomagać tworzenie, a nie komercjalizację. Na tych właśnie założeniach opiera się projekt resortu finansów, nad którym wciąż trwają prace.

Ministerstwo planuje, że część wydatków na badania i rozwój będzie można doliczyć do kosztów uzyskania przychodu według odpowiedniego przelicznika – decyzja w sprawie jego wysokości jeszcze nie zapadła, ale wiadomo, że będzie korzystniejszy dla mniejszych firm. Resort nie zamierza też zapomnieć o startupach.

– W ich przypadku ulga jest nieefektywna, bo firmy na początku działalności nie uzyskują przychodów, a to oznacza, że nie mogą skorzystać z ulgi. Dlatego chcemy zaproponować wprowadzenie zwrotu gotówkowego tej części ulgi, z której firma nie może skorzystać. Chcemy też promować zwiększanie wydatków na badania i rozwój – stwierdził Neneman.

Jego zdaniem, jeśli będzie wola polityczna stosowne przepisy mogą zostać uchwalone jeszcze w tej kadencji parlamentu. – Będą mogły jednak wejść w życie dopiero po zniesieniu procedury nadmiernego deficytu – przypomniał Neneman.

Temat innowacyjności przewijał się przez wszystkie dni obrad Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach. Już podczas otwarcia Kongresu prezydent RP Bronisław Komorowski mówił: – Złożyłem ambitny projekt Ustawy o wspieraniu innowacyjności zawierający m.in. możliwość odliczenia 150 proc. wartości wydatków na badania i rozwój od kosztów przedsiębiorstwa. Tę inicjatywę legislacyjną podjąłem z myślą o młodych Polkach i Polakach. Naszą ambicją jest bowiem eksport technologii, a nie technologów, patentów, a nie ich twórców. Musimy stawiać sobie ambitne cele. Takim zadaniem jest – o ile wspomniana ustawa wejdzie w życie – by Polska w ciągu 10 lat weszła do dziesiątki najbardziej innowacyjnych gospodarek Europy (obecnie jest w 3. dziesiątce).

–W Unii Europejskiej inwestujemy w badania i rozwój około 2 proc. PKB. W USA inwestycje są większe i wynoszą 2,7 proc. PKB. Przyczyną tej różnicy nie jest poziom inwestycji publicznych, a mniejsze w Unii Europejskiej inwestycje ze środków prywatnych – oceniał na Europejskim Kongresie Gospodarczym w Katowicach Carlos Moedas, komisarz UE ds. badań, nauki i innowacji.

Liderami innowacyjnej gospodarki, daleko przed Unią Europejską, są USA, Japonia i Korea Południowa. Jak daleko teraz od nich jesteśmy i czy Europie kiedykolwiek uda się dognić liderów?

– Z polską innowacyjnością nie jest tak źle, jak się wydaje – mówiła Bożena Lublińska-Kasprzak, prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości, podczas sesji „Liderzy innowacji”.

Prezes PARP zaprezentowała najnowszy report Agencji „Innowacyjna przedsiębiorczość firm”. Raport zawiera dane do 2012 roku a jego wymowa jest dwuznaczna. Złą wiadomością jest liczba firm uznawanych za innowacyjne. W porównaniu z poprzednim badaniem liczba innowacyjnych firm w Polsce spadła z 28 proc. do 23 proc. Będziemy analizować te wyniki, pewnym wytłumaczeniem może być fakt, że to tendencja ogólnoeuropejska – mówiła Lublińska-Kasprzak.

Są jednak i lepsze wiadomości. – Co ciekawe, te polskie firmy, które są już innowacyjne zwiększają nakłady na tę działalność. Średnio wydatki wzrosły z ok 750 tys. euro na firmę do 1 mln euro. To nas zbliża do średniej europejskiej – powiedziała prezes PARP.

Drugą dobrą wiadomością jest to, że firmy przekonują się do innowacji. – Ci przedsiębiorcy, którzy skorzystali z funduszy unijnych i zainwestowali w innowacje, inwestują nadal w tą działalność już na własną rękę. Przekonali się, że wydatki na innowacje sprawiły, że ich firmy stają się bardziej konkurencyjne, mają lepsze wyniki, zwiększają eksport, zwiększają zatrudnienie. Firmy widzą, że opłaca się być innowacyjnym – stwierdziła Bożena Lublinska-Kasprzak.

Kolejną miłą niespodzianką jest podejście do innowacyjnej działalności przez mikrofirmy. Według przeprowadzonych przez PARP badań 60 proc. mikroprzedsiębiorców zadeklarowało innowacyjną działalność w ostatnich trzech latach. – Mamy dobrą podstawę, by w najbliższych latach stać się bardziej innowacyjnym krajem – podsumowała Bożena Lublińska-Kasprzak.

***

Europejski Kongres Gospodarczy (European Economic Congress – EEC) w Katowicach to trzydniowy cykl debat, spotkań i wydarzeń towarzyszących z udziałem sześciu tysięcy gości z Polski, Europy, świata. W blisko 100 sesjach bierze co roku udział kilkuset panelistów, komisarze unijni, premierzy i przedstawiciele rządów państw europejskich, prezesi największych firm, naukowcy i praktycy, decydenci, mający realny wpływ na życie gospodarcze i społeczne. W opiniotwórczym gronie, w formie otwartej debaty publicznej, prowadzone są rozmowy o kwestiach najistotniejszych dla rozwoju Europy.

Europejski Kongres Gospodarczy został uznany za forum jednej z najbardziej reprezentatywnych dyskusji o przyszłości Europy. Tezy wystąpień najważniejszych uczestników są często cytowane i szeroko komentowane.