Najnowsze badania: 67% młodych Polaków chce mieć własną firmę

To mentalna rewolucja. Raport przygotowany przez Akademię Liderów Innowacji i Przedsiębiorczości Fundację dr. Bogusława Federa  pokazuje, że większość Polaków urodzonych po 1990 roku myśli o własnej działalności. Dlaczego? Chcą lepiej zarabiać i być niezależni. Czy pokolenie Z weźmie sprawy w swoje ręce?

Już w szkołach średnich można dziś spotkać początkujących przedsiębiorców. Tworzą strony internetowe, zarabiają na tematycznych blogach czy projektują i sprzedają ubrania (oczywiście w internecie). Z raportu przygotowanego przez Fundację Akademia Liderów, organizację non-profit wspierającą rozwój przedsiębiorczość w Polsce, wynika, że o pracy na własny rachunek myśli większość osób z generacji Z (urodzeni po 1990 roku).

 – Zdecydowana większość z nich jest przekonana, że wiele zależy od nich samych. Na dodatek prawie połowa uważa, że przedsiębiorczość to postawa, którą można wypracować. Ta tendencja nasila się z roku na rok. W porównaniu do starszych pokoleń można ją porównać do mentalnej rewolucji – mówi dr Bogusław Feder, założyciel Fundacji Akademia Liderów, ekspert w zakresie przywództwa, zarządzania i rozwoju przedsiębiorczości.

Dlaczego młodzi Polacy coraz częściej myślą o własnej firmie? Wpływ na to ma kilka czynników, ale najważniejsza jest sytuacja na rynku pracy. Z danych Eurostatu wynika,
że bezrobocie wśród osób w wieku 20-29 lat sięga w naszym kraju prawie 20%. Nawet jeśli młodzi Polacy są w lepszej sytuacji niż ich rówieśnicy z Włoch czy Hiszpanii, gdziebezrobocie w tej grupie wynosi 30-40%, to i tak spotykają się z barierami. Oferowane im zwykle umowy o dzieło lub zlecenie nie dają perspektyw na usamodzielnienie się. Poza tym często znajdują pracę poniżej swoich kwalifikacji i ambicji.

Na te problemy nakłada się jednak faktyczny trend – rosnąca przedsiębiorczość młodych ludzi. W coraz większym stopniu chcą być na swoim. Kariera korporacyjna nie jest już szczytem marzeń, z kolei rola przedsiębiorcy jest coraz bardziej atrakcyjna. W Nowym Jorku najbardziej atrakcyjnym zajęciem dla mężczyzny, według badań jednego z portali randkowych, jest właśnie bycie przedsiębiorcą. Coraz częściej dzieje się tak i u nas – mówi prof. Dariusz Jemielniak z Akademii Leona Koźmińskiego.

Czym jeszcze własna działalność kusi młodych z pokolenia Z? Raport Akademii Liderów pokazuje, że prawie połowę przede wszystkim perspektywą wyższych zarobków. Niezależność zawodowa jest istotna dla prawie 40%, a 35% podkreśla możliwość podejmowania nowych wyzwań.– Co dla mnie oznacza własna firma? Przede wszystkim szansę na samodzielność. Sam ustalam cele i tworzę reguły. Ja kształtuję organizację, a nie dostosowuję się do skostniałych struktur. To oczywiście wyzwanie, ale też możliwość realizacji własnych ambicji – mówi młody przedsiębiorca z Wrocławia Bartłomiej Postek, prezesi założyciel firmy Funmedia, która stworzyła m.in. platformę dla internetowych kursów językowych, a swoje produkty sprzedaje w 31 krajach.

Badania Fundacji Akademia Liderów dotyczyły także przeszkód, jakie młodzi ludzie zauważają w założeniu i rozwoju własnej firmy. Dla co trzeciej osoby barierą jest brak środków finansowych, a co czwarta wskazuje brak wiedzy o prowadzeniu firmy. Z drugiej strony, generacja Z ma istotny atut.– Osoby z tego pokolenia właściwie nie znają już świata bez rozwiązań IT i są lepiej przygotowane do działalności w gospodarce opartej na wiedzy niż ich starsi koledzy. Potrzebna im jest pomoc przede wszystkim w prowadzeniu własnej działalności, dotycząca zwłaszcza aspektów prawnych i organizacyjnych – podkreśla Bogusław Feder.

Z raportu Fundacji Akademia Liderów wynika także, że co trzeci młody człowiek uważa, że osoba przedsiębiorcza powinna pomagać i wspierać innych. Wszystko wskazuje na to, że generacja Z dokona w Polsce przełomu w myśleniu o przedsiębiorczości.

Ruszył nabór wniosków o pozyskanie pieniędzy z UE

0

82,5 mld euro – tyle pieniędzy przyznanych z Unii Europejskiej ma prawo wydać Polska do 2020 r. O dotacje będzie można ubiegać się w ramach pięciu programów ogólnopolskich i jednego dla województw wschodnich. Wnioski można składać już w ramach „Polski Cyfrowej”.

„50% całej alokacji zostanie przeznaczone na rozwój badań, innowacyjności, komercjalizację prac badawczo-rozwojowych w gospodarce, podnoszenie konkurencyjności małych i średnich przedsiębiorstw, ulepszanie technologii informatyczno-komunikacyjnych oraz wsparcie gospodarki niskoemisyjnej. Największy wzrost środków nastąpi w obszarze małych i średnich przedsiębiorstw. Szacuje się, że będzie to ok. 15 mld euro” – mówi serwisowi infoWire.pl Iwona Wendel, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju. 8,6 mld euro ma być wydane na rozwój obszarów wiejskich.

W nowym programowaniu województwa będą zarządzać niemal 40% wszystkich pieniędzy przyznanych z Unii. W latach 2007–2013 miały do dyspozycji 25%. Część samorządów doskonale wie, na co chce pozyskać środki. Są jednak pewne ograniczenia. Jak wyjaśniał podczas konferencji prasowej wiceprezydent Warszawy Michał Olszewski: „Komisja Europejska jest bardziej wymagająca – już nie da się »wcisnąć« jakiegokolwiek projektu, który jest innowacyjny i ładny. Komisja oczekuje planów gospodarki niskoemisyjnej, w których trzeba dokładnie wykazać związek realizacji określonych przedsięwzięć z poprawą jakości powietrza. Bez tego nie ma co liczyć na dotację”.

To już ostatnie lata, w których Polska może liczyć na pieniądze z Unii i dzięki nim – rozwijać się w wielu obszarach, dlatego warto wykorzystać te środki finansowe odpowiednio.

Prof. Marian Noga: Waluty państw w dobrej kondycji gospodarczej pozostaną mocne.

CEO Magazyn Polska

Euro pozostanie słabą walutą tak długo, jak długo słaby będzie rozwój gospodarczy państw Unii Europejskiej – uważa prof. Marian Noga, były członek Rady Polityki Pieniężnej. Jego zdaniem dziś w notowaniach najważniejszych walut świata mniej liczy się spekulacja, a bardziej czynniki fundamentalne, czyli kondycja gospodarki.

Wbrew różnym spekulacjom na walutowym rynku nie doszło do spektakularnych przetasowań. Choć wielu analityków oczekiwało, że amerykańska waluta zacznie słabnąć, bo tamtejszy Zarząd Rezerwy Federalnej nie zapowiedział podwyżki stóp procentowych, to dziś za euro trzeba zapłacić o 10 centów mniej niż na początku roku i jest to poziom najniższy od dekady.

– Jesteśmy w bardzo interesującej sytuacji, bo rzeczywiście umacnia się dolar, euro się osłabia, frank był i jest mocny mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor prof. Marian Noga, były członek Rady Polityki Pieniężnej. – Sytuacja taka zaistniała z prostych powodów – działają czynniki fundamentalne. Tutaj nic się nie zmieniło. Wszyscy mówią, że to popyt, podaż, moda, trendy, a tu się okazuje, że działają fundamenty.

Krótko mówiąc, tam, gdzie gospodarka ma się dobrze, waluta staje się mocniejsza, bo kraj ten przyciąga inwestorów, a tam, gdzie gospodarka ma kłopoty, waluta słabnie.

– W Stanach Zjednoczonych PKB powyżej 3 proc. i silny dolar zwraca uwagę prof. Marian Noga. W Europie PKB poniżej 1 proc., a właściwie 0,5 proc., i słabe euro. Szwajcarska gospodarka rośnie w tempie 2-3 proc., prawie jak w Stanach Zjednoczonych, i frank szwajcarski jest mocny.

W dłuższym terminie tendencje się odwrócą, ponieważ amerykańska gospodarka potrzebuje osłabienia dolara, by zwiększyć eksport, a bez tego jej wyniki zaczną wreszcie rozczarowywać. Europejska zaś dzięki słabemu euro wreszcie zacznie się rozwijać, co spowoduje, że euro zacznie nabierać wartości.

Dolar się osłabi na pewno prognozuje były członek Rady Polityki Pieniężnej. Tylko tak, jak to mówią uczeni w piśmie, nie wiadomo kiedy i w jakiej skali, ale na 100 proc. się osłabi. Euro się wzmocni, ale wiadomo kiedy. Wtedy, kiedy wzrosną fundamenty gospodarki europejskiej, strefy euro, kiedy ten PKB będzie miał przynajmniej 2-proc. wzrost roczny, a nie taki, jak w tej chwili, rachityczny. Ale te zmiany nie nastąpią szybko, więc euro będzie moim zdaniem słabe jeszcze przez rok. Dolar może się osłabić już za rok i wtedy nastąpią pewne przetasowania.

Te reguły działają jednak tylko w krajach o wysokiej gospodarczej reputacji. Na rynkach państw, które dopiero nad taką reputacją pracują, poza czynnikami fundamentalnymi liczą się też inne kwestie, głównie ta, że inwestorzy na światowych rynkach finansowych waluty takich państw traktują wspólnie, bez rozróżniania ich. Gdy któreś państwo z rynków wschodzących ma problemy, waluty wszystkich trafiają na sprzedaż, gdy jedno odnosi wyraźny sukces, wszystkie waluty się wzmacniają.

– A my jesteśmy ciągle krajem wschodzącym, krajem o gospodarce reformującej się, transformującej się, a w związku z tym jesteśmy „na jednym guziku” u maklerów na rynku Forex, razem z takimi krajami, jak Brazylia, jak Turcja, jak Rumunia, jak Bułgaria itd. podkreśla prof. Marian Noga.

Indykpol zainwestuje w produkcję nawet 200 mln zł w ciągu czterech lat. Celem jest wzrost obrotów i zdobycie nowych rynków zbytu

0

CEO Magazyn Polska

Nawet 200 mln zł zamierza zainwestować w rozwój produkcji polski potentat na rynku drobiarskim spółka Indykpol. Firma szuka nowych rynków zbytu i sposobów na zwiększenie eksportu. Liczy, że jej obroty będą rosły w tempie sięgającym 10 proc. rocznie.

Producent jako firma zintegrowana, czyli posiadająca własne zaplecze hodowlane, własne pasze i produkująca potem ubój, czyli mięso i przetwory drobiowe, mająca wpływ na cały łańcuch produkcyjny, może zapewnić klienta, że rzeczywiście jego produkty są bezpieczne, zdrowe i że kontrolujemy to, co robimy, jesteśmy w tym specjalistami mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Ryszard Waśniewski, dyrektor zarządzający ds. operacyjnych Grupy Indykpol.

Indykpol realizuje strategię rozwoju drogą integracji pionowej. To oznacza, że zamiast polegać na podwykonawcach czy poddostawcach, spółka zamierza samodzielnie kontrolować wszystkie etapy produkcji. Jak tłumaczy Ryszard Waśniewski, atutem spółki jest polskie mięso tanie i dobrej jakości. Dlatego planowane inwestycje dotyczyć będą polskich zakładów i nie przewidują budowy fabryk poza Polską. Firma ma w kraju trzy zakłady produkcyjne: Olsztyn, Lublin i Świebodzin, w które zainwestuje w ciągu najbliższych czterech lat dziesiątki milionów złotych.

Są to inwestycje w majątek produkcyjny, mówię tu o maszynach i urządzeniach, i w formy pakowania. Nadążanie za rynkiem w dziedzinie nowoczesnych form pakowania, głównie małych, również w związku z terminem ważności, czyli takich, które wydłużają termin ważności, to aspekty, w które będziemy inwestować. To są inwestycje nawet do 100-200 mln zł w najbliższych latach.

Jak podaje dyrektor operacyjny, udział Indykpolu w polskim rynku drobiarskim wynosi ok. 10 proc. Jeżeli zaś chodzi o produkcję samego indyka, to sięga 30 proc. Drogę rozwoju spółka dostrzega w eksporcie, dlatego zwiększa produkcję drobiarską, by dotrzeć na rynki nie tylko Unii Europejskiej, lecz także do Azji oraz Afryki.

Polski drób jest dużo tańszy niż drób produkowany na Zachodzie i śmiem twierdzić, że dużo zdrowszy podkreśla dyrektor zarządzający ds. operacyjnych Grupy Indykpol. Obroty rosną w granicach 8-10 proc., tak jak rośnie rynek, tutaj podążamy za rynkiem.

Obecnie spółka eksportuje niemal 1/3 swojej produkcji. By ten wynik poprawić, szuka nowych rynków i stara się sprostać lokalnym oczekiwaniom. W pierwszej kolejności jak zaznacza Ryszard Waśniewski z Indykpolu trzeba spełniać wszystkie kryteria jakościowe.

– Na rynku europejskim większość zakładów spełnia kryteria jakościowe, ale by zacząć działalność na rynku azjatyckim, choćby chińskim, trzeba uzyskać pozwolenia i certyfikacje wydane przez misje lekarzy weterynarii, którzy do nas przyjeżdżają. Firma Indykpol spełnia te wszystkie wysokie wymagania, otrzymaliśmy certyfikacje. Nie wszystkie firmy je jednak spełniają, a tutaj jakość to podstawowa rzecz, potem dopiero nawiązuje się kontakty handlowe.

System rowerów miejskich powstanie w Łodzi z opóźnieniem. Firma, która wygrała przetarg, podejrzana o sfałszowanie dokumentów

 

System rowerów miejskich w Łodzi nie ruszy – jak wcześniej zapowiadano – 1 maja br. W przetargu na system rowerów miejskich wystartowały dwie firmy – oferta Nextbike została jednak zakwestionowano jako zbyt tania, a BikeU z kolei jest podejrzewane o przedstawienie sfałszowanej opinii bankowej. Prokuratura prowadzi w tej sprawie śledztwo. Mimo to miasto nie wyklucza współpracy z tą firmą, choć już przed wyborem oferty wiedziało, że opinia przedstawiona przez nią może być sfałszowana. Tymczasem na jaw wychodzą kolejne wątpliwości dotyczące dokumentów złożonych przez BikeU.

– Zdajemy sobie sprawę z wyzwania, jakim jest realizacja projektu Łódzki Rower Miejski. Jako operator i dostawca 10 systemów w Polsce mamy odpowiednie doświadczenie, wiedzę i potencjał, a są to niezwykle istotne elementy, które wpływają na sukces tego typu projektów – deklaruje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Wojtkiewicz, prezes Nextbike Polska.

Rozpisany jeszcze w zeszłym roku przetarg na system rowerów miejskich to już drugie podejście Łodzi do wprowadzenia na ulice miasta jednośladów. Do przetargu stanęły dwie firmy – Nextbike (operator i dostawca systemów m.in. w Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu, Krakowie i Sopocie) oraz BikeU (operator systemów w Bielsku-Białej i Bydgoszczy). Ta druga firma posiada znacznie skromniejsze dokonania na polskim rynku bezobsługowych wypożyczalni, ale agresywnie stara się wejść na rynek.

– System rowerów miejskich to projekt zgłoszony w budżecie obywatelskim jeszcze w poprzedniej edycji. System zakładał, że to będzie 100 stacji na terenie ścisłego Śródmieścia, w których będzie docelowo 1000 rowerów, natomiast został tak zaprojektowany, że każdy podmiot prywatny, firmy czy np. centra handlowe mogą do niego dołączać poprzez dostawianie swoich stacji, jednocześnie uzupełniając ofertę i wzbogacając ten system – wyjaśnia Bartosz Zimny z Zarządu Dróg i Transportu w Łodzi.

Rozstrzygnięcie przetargu przedłużyło się jednak ze względu na zbyt niską cenę, jaką zdaniem Krajowej Izby Odwoławczej zaproponowała firma Nextbike. Firma oczekiwała za kontrakt z Łodzią niecałych 9 mln zł – o prawie 4 mln zł mniej niż BikeU.

Tymczasem w sprawie oferty BikeU postępowanie prowadzą aż trzy prokuratury. Zawiadomienie o podejrzeniu sfałszowania opinii bankowych przez tę firmę w trakcie postępowania przetargowego złożył Łódzki ZDiT, Nextbike oraz jeden z banków.

– Wykonawca BikeU w ramach uzupełnienia dokumentów, do czego był  zobowiązany, złożył opinię bankową. To właśnie w sprawie tej opinii bank rzekomo ją wystawiający złożył zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa – wyjaśnia Marcin Radecki, adwokat z kancelarii prawnej PIERÓG i Partnerzy.

Mimo to ZDiT może podpisać umowę z BikeU. Jak podkreśla Zimny, zarzuty dopiero weryfikuje prokuratura. „W związku z zawiadomieniem, w dniu 16 marca 2015 r. prokuratura śródmiejska wszczęła dochodzenie w sprawie o przestępstwo dotyczące podrobienia opinii bankowej, a następnie użycia jej jako autentycznej” – napisała prokuratura w Łodzi w komunikacie przesłanym Newserii.

– Bardzo nas dziwi sytuacja, w której zamawiający, mimo że ma taką wiedzę, chce dalej podpisać umowę z wykonawcą, który dostarczył nieprawdziwe dokumenty w postępowaniu – mówi prezes Wojtkiewicz. – Mamy tutaj na myśli opinię bankową złożoną przez firmę BikeU w tym postępowaniu, która to jest opinią nieprawdziwą. Zostało to potwierdzone przez bank, który tę opinię wydał, zostało to stwierdzone również przez Zarząd Dróg i Transportu.

Przedstawiciel zamawiającego podkreśla natomiast, że samo wszczęcie postępowania prokuratorskiego nie jest przesłanką do unieważnienia przetargu.

– Postępujemy zgodnie z wyrokiem KIO, który nakazuje nam wybranie kolejnej najkorzystniejszej oferty, w tym wypadku była to jedna oferta, firmy BikeU – podkreśla Zimny. – To nie są przesłanki, które pozwalają nam unieważnić przetarg.

Mec. Radecki zwraca jednak uwagę na to, że miasto jeszcze przed rozstrzygnięciem przetargu wiedziało o podejrzeniach dotyczących sfałszowania opinii bankowej. Miało bowiem taką informację z banku, który rzekomo miał wystawić opinię i który złożył zawiadomienie do prokuratury. Podkreśla, że taka decyzja ZDiT budzi wątpliwości i niepokój prawników.

– Zamawiający miał wiedzę o istnieniu okoliczności, które spowodowały wszczęcie trzech postępowań karnych. Mimo to powziął decyzję o wyborze tejże oferty. Jakie motywy kierowały decyzją zamawiającego, tego nie wiemy, ale będziemy chcieli to ustalić – mówi Radecki.

Jak dodaje prezes Nextbike Tomasz Wojtkiewicz w ostatnich dniach zaistniała kolejna przesłanka przemawiająca przeciwko konkurencyjnej wobec jego firmy ofercie.

– To są nowe okoliczności, które pojawiły się kilka dni temu. Mianowicie firma grecka, której referencje i doświadczenie miały być użyczone podczas realizacji tego projektu firmie BikeU, oświadczyła w piśmie do Zarządu Dróg i Transportu, że nie współpracuje od pół roku z firmą BikeU i że wycofuje swoje wszelkie poświadczenia przekazania zdolności i pomocy przy realizacji tego projektu – informuje prezes Nextbike.

Prezes Wojtkiewicz zwraca również uwagę na to, że ani KIO, ani sąd nie zajmowały się i nie rozstrzygały kwestii fałszerstwa dokumentów w ofercie BikeU, trudno więc mówić, że ta sprawa została należycie wyjaśniona.

System łódzkich rowerów miejskich miał ruszyć jeszcze przed długim majowym weekendem, ale obecnie mało prawdopodobne jest, by tak się stało. Na uruchomienie miejskich wypożyczalni jednośladowych czekają mieszkańcy miasta, bo rowery mają stać się nową gałęzią transportu w Łodzi.

Firmom będzie łatwiej zarabiać na innowacjach. Mogą liczyć na wsparcie ARP i NCBR

CEO Magazyn Polska

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju oraz Agencja Rozwoju Przemysłu ułatwią firmom zarabianie na najlepszych innowacjach. Dzięki współpracy tych dwóch instytucji przedsiębiorcy będą mogli liczyć na wsparcie od wczesnego etapu prac badawczo-rozwojowych po komercjalizację swoich pomysłów. Z projektu już skorzystał krakowska firma GRC Technologie, kolejne projekty są w trakcie analiz.

Przede wszystkim chcemy w ten sposób uzupełnić ofertę partnerów, którzy już dziś działają na rynku w obszarze innowacyjności, czyli Narodowe Centrum Badań i Rozwoju jako kluczowa instytucja wspierająca pierwszy etap, czyli przekuwanie pomysłu na innowacyjność, prace badawczo-rozwojowe i wczesną ich komercjalizację, a później Agencja Rozwoju Przemysłu, która uzupełnia kapitał na komercjalizację tych pomysłów – wyjaśnia Patrycja Zielińska, wiceprezes zarządu Agencji Rozwoju Przemysłu.

Dzięki porozumieniu podpisanemu przez NCBiR i ARP polscy przedsiębiorcy otrzymają wsparcie na wszystkich etapach wprowadzania nowego produktu. NCBiR poprzez swoje programy zapewnia wsparcie na etapie prac badawczo-rozwojowych dla przedsiębiorstw i naukowców. Z kolei ARP, szczególnie poprzez fundusz ARP Venture, inwestuje środki, które pozwalają na komercjalizację pomysłu i uzyskanie przychodów z jego sprzedaży.

Pierwsza firma już skorzystała z tej współpracy. To krakowskie przedsiębiorstwo GRC Technologie. Rozwiązanie stosowane przez tę firmę, czyli produkcja m.in. cementu z popiołu powstającego ze spalania węgla, zostało opracowane przez naukowców z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie w ramach projektu finansowanego przez NCBiR. Dalszy kapitał na rozpoczęcie produkcji zapewniła ARP Venture.

Wartością dodaną jest to, że przedsiębiorca będzie miał pełną ofertę wsparcia: kiedy wyjdzie z fazy badawczo-rozwojowej, będzie miał komfort, że otrzyma kapitał na komercjalizację tych prac – podkreśla Zielińska.

NCBiR w ramach swojego budżetu nie może wspierać komercjalizacji efektów prac badawczo-rozwojowych. Z kolei ARP nie finansuje wczesnych faz prac nad innowacyjnymi technologiami. Nowe porozumienie wzmocni dostępną w ramach programów NCBiR z rodziny BRIdge ofertę finansowania innowacyjnych projektów przy udziale funduszy wysokiego ryzyka.

Chcielibyśmy wspólnie, bardziej kompleksowo niż do tej pory, wesprzeć wszystkich przedsiębiorców, którzy realizują ambitne przedsięwzięcia zaczynające się w fazie badawczo-rozwojowej – podkreśla prof. Krzysztof Kurzydłowski, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju

Finansowanie nie jest ograniczone pod względem branż lub typów produktów, choć prof. Kurzydłowski przyznaje, że zapewne większość funduszy trafi do naukowców i firm funkcjonujących w sektorze wysokich technologii oraz do opartej na tego typu technologiach części sektora przemysłowego.

Zielińska dodaje, że trwają już rozmowy nad wsparciem kolejnych projektów, jednak przed sfinalizowaniem tych negocjacji nie może ujawniać, jakich produktów i sektorów dotyczą.

Badamy kolejne inwestycje. Pewnie jako ARP Venture będziemy obejmować status obserwatora w tych inwestycjach w pierwszej fazie komercjalizacji, by przyglądać się, jak rokują, jak się rozwijają, żeby w fazie, w której się kończy finansowanie z NCBiR, uzupełnić kapitałem z Agencji Rozwoju Przemysłu – wyjaśnia Zielińska.

Powołany pod koniec ubiegłego roku fundusz venture capital ARP Venture dysponuje budżetem ponad 300 mln zł. Zgodnie z założeniami tego funduszu, firmy mogą liczyć na inwestycję w wysokości 5-15 mln zł na okres do 5 lat. ARP łącznie, również poprzez inne mechanizmy, chce do 2020 r. przeznaczyć na innowacyjność 1,3 mld zł.

Na emigrację decyduje się coraz więcej specjalistów. Młodzi Polacy wolą pracować za granicą poniżej swoich kwalifikacji, ale za lepsze pieniądze

CEO Magazyn Polska

Od czasu wejścia Polski do UE wciąż rośnie liczba Polaków wyjeżdżających do pracy za granicę. Emigruje też coraz więcej specjalistów. Zdecydowana większość wyjeżdżających jako powód wskazuje zbyt niskie zarobki w kraju. Rosnąca skala emigracji powoduje, że do Polski napływa coraz więcej pracowników ze Wschodu.

Według raportu CEED Institute w 2012 roku za granicą mieszkało prawie 1,7 mln Polaków, o ponad 1,2 mln więcej niż przed akcesją. Rok później poza krajem pracowało już blisko 1,9 mln obywateli Polski. Pod względem liczby emigrantów w grupie 10 państw nowej Unii Polska zajmuje drugie miejsce, zaraz po Rumunii. 74 proc. emigrantów wskazuje, że powodem wyjazdu nie jest brak pracy w Polsce, ale zbyt niskie zarobki.

Polacy poza granicami kraju, np. w Niemczech czy Wielkiej Brytanii, zarabiają średnio czterokrotnie więcej niż w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Agnieszka Springer, menedżer kierunku zarządzanie Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu. – Te dysproporcje różnią się w zależności od branży, stażu i kwalifikacji. Dla przykładu spawacz w Polsce może liczyć na zarobki rzędu 3 tys. zł, podczas gdy w Niemczech zarobi około 8 tys. zł. W przypadku pielęgniarki ta różnica jest większa, bo w Polsce początkująca pielęgniarka zarabia około 2 tys. zł, podczas gdy w Niemczech czy w Wielkiej Brytanii te zarobki sięgają 8-9 tys. zł.

Badania wskazują, że ponad 80 proc. pracujących na emigracji w UE jest zadowolonych ze swojej sytuacji zawodowej i nie zamierza wracać do kraju. Ponad 90 proc. z nich wskazuje na istotna poprawę swojej sytuacji finansowej.

Częściej wyjeżdżają osoby młodsze, do 35. roku życia, głównie posiadające wyższe wykształcenie, co na pewno jest związane z ich znajomością języka obcego. Czują się bezpiecznie, wyjeżdżając za granicę. Są to osoby, które zwykle jeszcze nie założyły rodziny, dopiero to planują. W związku z tym ich zobowiązania nie są na tyle silne, żeby ich zatrzymać w Polsce – podkreśla dr Agnieszka Springer.

Jak podkreśla, wciąż większość wyjeżdżających podejmuje pracę poniżej swoich kwalifikacji. Akceptują oni taką pracę z uwagi na wyższe zarobki lub w ogóle możliwość wykonywania jakiejkolwiek pracy, której nie mogły znaleźć w Polsce. Najpopularniejsze branże, w których Polacy znajdują zatrudnienie za granicą, to budownictwo i gastronomia. Bardzo wyraźnie widać jednak, że na emigrację decyduje się coraz więcej wysoko wykwalifikowanych specjalistów, m.in. inżynierowie, informatycy i lekarze.

Ze względu na rosnącą emigrację do Polski napływa coraz więcej pracowników ze Wschodu. 90 proc. z nich to Ukraińcy.

Mimo że ciągle w niektórych rejonach kraju mamy dwucyfrowe bezrobocie, to w przypadku prac sezonowych pojawiają się wyraźne problemy ze znalezieniem pracowników – zauważa dr Agnieszka Springer. – Problemy te dotyczą przede wszystkim budownictwa, rolnictwa i przetwórstwa. Zatrudnienie w Polsce w tym momencie znajdują mieszkańcy Ukrainy, którzy chętnie podejmują pracę zarobkową w Polsce z uwagi na lepsze zarobki i warunki pracy niż w ich kraju.

Zdaniem ekspertki rosnąca imigracja nie wiąże się z zagrożeniem dla polskich pracowników. Tym bardziej że pracownicy ze Wschodu często znajdują zatrudnienie przy pracach mniej atrakcyjnych ze względu na niskie zarobki, wypełniając lukę, która powstaje na rynku pracy. Pracodawca, zatrudniając pracownika legalnie, musi przestrzegać zapisów Kodeksu Pracy niezależnie od tego, czy zatrudnia Polaka czy Ukraińca.

Większym zagrożeniem jest emigracja polskich specjalistów. Jest to grupa, w której edukacje polskie społeczeństwo zainwestowało. Tej grupy pracowników tak łatwo nie zastąpimy pracownikami z Ukrainy czy Białorusi – mówi Springer.

Według rankingu atrakcyjności migracyjnej przygotowanego przez CEED Institute na podstawie porównania kryteriów socjalno-ekonomicznych spośród państw Europy Środkowo-Wschodniej Polska zajęła czwarte miejsce, za Czechami, Słowacją i Estonią.

Priorytetem UE jest rozwój przemysłu. Będzie on zależeć m.in. od stanu infrastruktury kolejowej

CEO Magazyn Polska

Sukces promowanego przez Komisję Europejską procesu reindustrializacji Europy zależy od inwestycji w infrastrukturę, zwłaszcza kolejową. To szczególnie ważne w Polsce, która jest mocniej uprzemysłowiona niż inne kraje. Dlatego PKP PLK zamierza skupić się w najbliższych latach na inwestycjach usprawniających transport towarowy.

Zgodnie z przyjętą w 2012 r. strategią Komisji Europejskiej do 2020 r. ok. 20 proc. europejskiego PKB ma pochodzić z przemysłu. Jak wynika z danych Eurostatu, w 2013 r. sektor ten odpowiadał za 19,1 proc. unijnej gospodarki. Znacznie mniej uprzemysłowione są stare kraje członkowskie – średnia dla strefy euro to 18,4 proc. PKB z przemysłu, a m.in. w Belgii, Francji i Wielkiej Brytanii wskaźnik ten jest poniżej 15 proc.

Reindustrializacja Europy zaczyna być priorytetem dla gospodarki europejskiej, a bez dobrej infrastruktury i logistyki możliwości rozwojowe będą bardzo ograniczone. Ta perspektywa dla Polskich Linii Kolejowych to przede wszystkim nacisk na poprawę jakości przewozów kolejowych cargo i przewozów intermodalnych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Arkadiusz Krężel, przewodniczący rady nadzorczej PKP PLK.

Uprzemysłowienie Polski na tle innych krajów Unii jest na wysokim poziomie – już w 2013 r. zgodnie z danymi Eurostatu niemal jedna czwarta (24,7 proc.) polskiego PKB pochodziła z przemysłu.

Polska ze swoimi tradycjami, przede wszystkim dzięki temu, że nie zlikwidowała swojego przemysłu w okresie, kiedy on był trochę passé i był traktowany jako mniej atrakcyjna część gospodarki, dzisiaj staje się atrakcyjna dla wszystkich inwestorów, zwłaszcza europejskich – podkreśla Krężel.

Atrakcyjność polski w oczach inwestorów zwiększa dodatkowo wycofywanie kapitału z rynków wschodnich, takich jak Chiny i Indie. Ich miejsce zajmują nowe, wschodzące rynki europejskie – poza Polską to także m.in. Czechy i Rumunia.

By jednak polski przemysł mógł dalej się rozwijać i być atrakcyjny dla kapitału zagranicznego, poprawie musi ulec infrastruktura transportowa, w szczególności dotyczy to kolei. Dlatego PKP PLK do końca 2022 r., czyli do momentu, kiedy upływa termin na rozliczenie środków unijnych z perspektywy 2014-2020, będzie inwestować przede wszystkim w infrastrukturę przewozów towarowych.

Właściwie zakończyliśmy w dużym stopniu część, która była poświęcona transportowi osobowemu. Myślę, że projekt Pendolino, czy inwestycje związane ze zwiększeniem prędkości pociągów osobowych, się udał i ostatnie trzy lata dużego przyspieszenia w inwestycjach poprawiły tę jakość. Teraz stawiamy na cargo – zapowiada Krężel.

Inwestycje będą obejmowały zarówno linie wykorzystywane w ruchu krajowym, jak i korytarze Wschód-Zachód. Krężel jest przekonany, że pomimo obecnych problemów politycznych i gospodarczych tranzyt pomiędzy Europą a Wschodem nie zniknie.

Wśród planowanych i realizowanych przez PKP PLK inwestycji jest m.in. poprawa przepustowości linii kolejowych prowadzących do portów morskich oraz modernizacja magistrali węglowej, czyli linii łączącej Śląsk z Gdynią.

Ochrona przeciwpożarowa w Polsce na bardzo niskim poziomie. Straty wynikające z pożarów to nawet 1,5 mld zł rocznie

 

Polska ma jeden z najwyższych na świecie wskaźników śmiertelności w pożarach wynoszący 1,53 ofiar na 100 tys. osób. Rocznie odnotowywanych jest 150-180 tys. zdarzeń, a poniesione w nich straty sięgają ok. 1,5 mld zł. Zdaniem Stowarzyszenia „Nie igraj z ogniem” w Polsce zbyt długo czekamy na nowelizację odpowiednich przepisów o bezpieczeństwie pożarowym, wprowadzenie rozwiązań o charakterze prewencyjnym, a użytkownicy nie zdają sobie sprawy ze skali zagrożenia.

W latach 80., w czasach jeszcze sprzed wielkiej rewolucji technologicznej, mieliśmy do czynienia z 20 tys. pożarów rocznie. Dziś jest ich od 150 do 180 tys., nastąpił więc prawie dziewięciokrotny wzrost. To bardzo dużo – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maria Dreger, prezes zarządu Stowarzyszenia na rzecz bezpieczeństwa pożarowego „Nie igraj z ogniem”.

W wyniku takich zdarzeń ginie około 500 osób rocznie, a poszkodowanych i rannych jest kilka tysięcy. Straty materialne z tytułu pożarów szacowane są na 1,5 mld zł.

Jest to tendencje wzrostowa – informuje Dreger. – Przy czym mowa tu tylko o bezpośrednich szkodach. Statystyka nie uwzględniają tego, że za stratą materialną mogą też iść bardzo duże szkody gospodarcze, środowiskowe, a także ludzkie życie. Jeżeli ktoś traci dorobek swojego życia, to nie ważne, czy był on wart 10 czy 50 tys. zł, ponieważ ten człowiek staje przed koniecznością odbudowania wszystkiego.

Jej zdaniem jednym z istotniejszych powodów rosnącego zagrożenia pożarem jest rewolucja technologiczna w budownictwie. Poprzedni, centralnie zarządzany system narzucał firmom stosowanie materiałów niepalnych, technologie były znane strażakom. Od roku 1990 na rynku pojawiło się wiele nowoczesnych rozwiązań, za którymi nie nadążały system prawny, rozwiązania prewencyjne oraz świadomość użytkowników nieruchomości.

W dużym stopniu jest to związane z przeobrażeniami, jakie nastąpiły w Polsce – mówi prezes Stowarzyszenia „Nie igraj z ogniem”. – Choć w ogólnym bilansie były korzystne, to nie zawsze jednak wszystko nadążało za tymi zmianami. O ile od czasów powojennych do lat 70. liczba pożarów i skala strat systematycznie malały, o tyle po 1990 roku trend się odwrócił.

W Polsce obecnie jest około 5 mln budynków. Rosnące ceny energii w ostatnich latach sprawiły, że właściciele oraz zarządcy nieruchomości zaczęli bardziej dbać o izolację termiczną. Do ocieplania używane są zarówno palne, jak i niepalne materiały izolacyjne.

To odróżnia obecne budynki od tych sprzed dziesięcioleci – zauważa Maria Dreger. – Kiedyś izolacji nie było w ogóle, a fasady budynków były niepalne i dobrze znane strażakom. Mieszkańcy również doskonale wiedzieli, jakie są ich właściwości. Obecnie izolacja jest często palna i mamy jej coraz więcej, czego skutkiem może być pożar, który szybko rozprzestrzeni się po elewacji.

Nawet najlepiej zorganizowana służba ratowniczo-gaśnicza nie wystarczy, by zmniejszyć liczbę ofiar i ograniczyć straty. Jak podkreśla Dreger, problemem jest brak świadomość oraz brak zmian w przepisach prawnych.

– Przepisy w podstawowej konstrukcji nie zmieniły się od lat 90., bardzo rzadko są nowelizowane i w żaden sposób nie obejmują już wszystkich rozwiązań – twierdzi Maria Dreger. – Dlatego poziom bezpieczeństwa pożarowego zamiast się zwiększać, ulega raczej obniżeniu.

Każdy kraj ma specyficzne wymagania związane z bezpieczeństwem pożarowym. Polska jest jednym z niewielu krajów, gdzie wraz z rozwojem rynku ociepleń i wzrostem grubości izolacji, nie wprowadzono rozwiązań mających zapobiec obniżaniu poziomu bezpieczeństwa. Tymczasem pod koniec ubiegłego roku w Niemczech wprowadzono kolejne już regulacje, które wymagają wykonania w palnych ociepleniach pasów zabezpieczających z niepalnej wełny ograniczających rozprzestrzenianie się ognia po zewnętrznej stronie budynku.

Polacy mieszkają mniej bezpiecznie niż na przykład Niemcy czy Czesi, a stosują te same materiały i rozwiązania budowlane – wskazuje Dreger. – Problemem okazują się zaniechania i nienadążanie naszych krajowych regulacji za rozwojem technologii.

Według zajmującej się problemami cywilizacyjnymi międzynarodowej organizacji The Geneva Association Polska ze wskaźnikiem 1,53 ofiary śmiertelnej na 100 tys. mieszkańców jest jednym z krajów o najwyższym poziomie śmiertelności w pożarach na świecie.

Hipermarkety szukają nowych strategii. Kierunek zmian wyznaczają rosnące wymagania klientów

0

 

Stagnacja na rynku hipermarketów powoduje, że duzi gracze na rynku szukają nowych strategii rozwoju. Zmiany będą przechodzić również dominujące na rynku dyskonty oraz sieci franczyzowe. Nowe kierunki wyznaczają rosnące oczekiwania klientów i coraz większa konkurencja.

Już pierwsze jaskółki pokazują, że w branży dyskontów mogą nastąpić pewne zmiany w samym podejściu do klienta. Będą się zmieniać z typowego hard dyskontu – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Renata Juszkiewicz, prezes Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji (POHiD). – Sieci hipermarketów przeżywają stagnację, dlatego muszą przebudować swoje praktyki i strategie.

W przypadku sieci dyskontowych wyraźnie widać, że ich oferta jest coraz bardziej rozbudowana. Sięgają również po produkty premium. Przekształcanie się z typowych sieci dyskontowych jest spowodowane tym, że dla klientów coraz ważniejsza – obok ceny – staje się jakość kupowanych produktów.

Jak szacuje analizująca ten rynek firma PMR, w 2014 r. udział największych sieci hipermarketów w detalicznym handlu spożywczym zmalał o 2 proc. Juszkiewicz podkreśla, że sieci hipermarketów intensywnie pracują nad nowymi kierunkami rozwoju. Szukają możliwości optymalizacji kosztów i sposobów na przyciągniecie nowych i zatrzymanie dotychczasowych klientów. Rosnące oczekiwania konsumentów są jednym z najważniejszych impulsów do zmian na rynku.

Widzimy zmiany w nastawieniu klientów, w ich oczekiwaniach. Pojawiają się nowinki technologiczne. Firmy istniejące na rynku już od dłuższego czasu muszą dostosowywać i zmieniać swoje koncepty, tak by klient otrzymała to, czego oczekuje – mówi Renata Juszkiewicz. – Ważne jest utrzymanie pozycji, żeby klient do nas wracał. Musimy udowodnić, że mimo zmieniających się warunków rynkowych i ekonomicznych handel reaguje najszybciej jak można, by klienta zatrzymać oraz nie stracić jego zaufania i lojalności.

Zmiany dotyczą także mniejszych sieci handlowych działających w oparciu o model franczyzowy.

Także pozostałe sieci, w tym polskie, które muszą znaleźć dla siebie drogę poprzez franczyzę i grupy zakupowe, będą pokazywać najlepiej, w jaki sposób można obronić swoją pozycję – ocenia prezes POHiD.

Według GUS w lutym br. odnotowano spadek sprzedaży detalicznej w cenach bieżących o 1,3 proc. w skali roku. W porównaniu ze styczniem nastąpił spadek o 2 proc.

Poduszki powietrzne i napinacze pasów to za mało. Koncerny motoryzacyjne inwestują w najnowsze systemy bezpieczeństwa

CEO Magazyn Polska

Producenci aut starają się nie tylko zabezpieczyć kierowcę i pasażerów w razie wypadku, lecz także pomóc im w unikaniu niebezpiecznych zdarzeń na drodze. Temu służą nowoczesne systemy antykolizyjne, m.in. kamera stereoskopowa czy aktywny tempomat, które same zareagują w sytuacji zagrożenia.

Producenci samochodów dbają nie tylko o bezpieczeństwo pasywne, któremu służą poduszki powietrzne, kurtyny czy napinacze pasów. Coraz częściej zaczynają dbać również o to, żeby zapobiec kolizjom – mówi agencji Newseria Paweł Latała, specjalista ds. sprzedaży Subaru.

Temu z kolei służyć mają systemy antykolizyjne. Jednym z najnowocześniejszych jest system kamer stereoskopowych zamieszczanych przed przednią szybą samochodu. Specjaliści określają je mianem cyfrowej drugiej pary oczu kierowcy – działają bowiem na dwa sposoby: są asystą kierowcy wzmagającą jego uwagę podczas jazdy, a także zapobiegają kolizjom, interweniując w momentach zagrożenia.

Kiedy kierowca jedzie monotonną trasą albo jest korek, zaczyna tracić czujność, a to zwiększa zagrożenie. Kiedy ktoś przed nim nagle bardzo mocno wytraci prędkość, system przejmuje kontrolę nad hamulcami. Nie tylko może wyhamować, lecz także wspomoże nas w hamowaniu, jeżeli sami nie robimy tego dostatecznie mocno – wyjaśnia Latała.

Kamery cały czas obserwują drogę, wykrywając różnorakie obiekty, m.in. inne samochody, pieszych, motocyklistów i rowerzystów. System uwzględnia prędkość ich poruszania się i odległość od samochodu. Gdy wykrywa potencjalne niebezpieczeństwo, ostrzega kierowcę, a w sytuacji krytycznej zatrzymuje samochód. Systemem steruje komputer, angażujący przepustnicę i układ hamulcowy. Bardzo często jest on wyposażony w funkcję asystenta pasa ruchu, która ostrzega roztargnionego lub zmęczonego kierowcę, że wyjeżdża poza krawędź własnego pasa ruchu. System daje także znać prowadzącemu samochód, że pojazd stojący przed nim, np. na światłach, właśnie ruszył i możliwa jest kontynuacja jazdy.

Również aktywny tempomat coraz częściej pojawia się seryjnie w samochodach. Ten sam system, który odpowiada za ostrzeganie przed potencjalnym zagrożeniem i wyhamowuje, potrafi również monitorować prędkość z jaką się poruszamy i dostosować ją do prędkość samochodu poprzedzającego – mówi Paweł Latała. – Poprawia to komfort, bo kierujący skupia się jedynie na tym, aby trzymać kierownicę i utrzymać tor jazdy, a samochód sam dopasowuje prędkość do ruchu, w którym się porusza.

System antykolizyjny w niczym nie przeszkadza kierowcy. Ma tylko wesprzeć kierowcę i sprawić, że podróż będzie bezpieczna i komfortowa. Nie zwalnia on jednak kierowcy z obowiązku uważnego i bezpiecznego prowadzenia samochodu, w pewnych przypadkach, np. pod wpływem wyjątkowo niekorzystnych warunków pogodowych, może nie zadziałać optymalnie.

Benedyktyńskie nalewki trafią na europejskie rynki. Rośnie zainteresowanie produktami z segmentu premium

CEO Magazyn Polska

Benedictus Memes, właściciel marki Produkty Benedyktyńskie, chce sprzedawać tradycyjne nalewki za granicą. Trwają rozmowy z partnerami z Europy Zachodniej i krajów bałtyckich. Produkowane z naturalnych składników i świeżych owoców trunki od kilku miesięcy zdobywają popularność na krajowym rynku. Przedstawiciele spółki podkreślają, że cały segment premium w branży spożywczej rośnie, dając producentom możliwość osiągnięcia wyższych marż.

Rozmawiamy głównie na temat dystrybucji i eksportu naszych nalewek. Prowadzimy kilka rozmów z interesującymi partnerami z Europy Zachodniej i krajów nadbałtyckich w zakresie możliwości sprzedaży naszych produktów na tamtejszym rynku – mówi agencji Newseria Adam Jaroszewicz, członek rady nadzorczej spółki Benedictus Memes, właściciela marki Produkty Benedyktyńskie.

Jest jednak zbyt wcześnie, by mówić o szczegółach. Nalewki pojawiły się w ofercie firmy pod koniec ubiegłego roku. Ich duża popularność na krajowym rynku zachęca producenta do rozwoju eksportu.

Są to nalewki przygotowywane w tradycyjny sposób, zawsze wykorzystywane są świeże owoce, które są wymagane w technologii. To np. zielone orzechy włoskie, naturalne wiśnie czy kwiat czarnego bzu. Na bazie tych naturalnych produktów tworzone są nalewki, które żeby nabrać walorów smakowych, leżakują 1-2 miesiące, w zależności od rodzaju nalewki, którą oferujemy. Widzimy wzrost sprzedaży w tym segmencie – wyjaśnia Jaroszewicz.

Spółka pracuje również nad nową gamą produktów pod marką Apteczka Benedyktyńska. Będą to produkty prozdrowotne, jak syropy, kremy czy balsamy. W skład gamy wchodzić będą także artykuły oparte na poszukiwanych przez konsumentów kwasach tłuszczowych omega-3.

Jedna z naszych spółek powiązanych kapitałowo, spółka FLC Pharma, jest cenionym na świecie producentem kwasu omega-3 pochodzącego z oleju lnianego. Zamierzamy wraz z tą spółką wytwarzać różnego rodzaju produkty oparte o tę unikalną technologię uzyskiwania najczystszej formy estrów kwasów tłuszczowych – mówi przedstawiciel Benedictus Memes.

Produkty premium, czyli np. produkowane z naturalnych, a więc i znacznie droższych, składników są dla wytwórców atrakcyjnym segmentem, ponieważ pozwalają na uzyskiwanie wyższych marż.

W artykułach klasy premium marże muszą być wyższe od średniej. Mamy nadzieję docelowo jeszcze je zwiększać. Nie chcemy jednak podnosić ceny produktu. Bardziej zależy nam na optymalizacji kosztów wytwarzania oraz logistyki związanej z dostarczeniem towaru do ostatecznego odbiorcy – podkreśla Jaroszewicz.

Nie bez znaczenia jest także, jak twierdzi Jaroszewicz, struktura dostawców. Tego rodzaju artykuły powstają zazwyczaj w małych, rodzinnych manufakturach, przykładających większą wagę do zachowania tradycyjnej receptury oraz wytwarzających stosunkowo niewielkie ilości tego rodzaju artykułów.

Nasza spółka współpracuje z kilkudziesięcioma dostawcami, głównie są to mali, bardzo lokalni, producenci krajowi, niewielkie firmy rodzinne, które produkują czasem większą, czasem trochę mniejszą ilość, ale zawsze nasza pozycja w ich biznesie jest znacząca – tłumaczy Jaroszewicz. – Staramy się, by ta współpraca była prowadzona z jak największym pożytkiem dla wszystkich. Chcemy rozszerzać ofertę zarówno pod względem ilości, jak i jakości, dlatego starannie dobieramy producentów, którzy muszą spełniać wysokie normy, tak by sprostać coraz wyższym oczekiwaniom klientów.

Firmy muszą zmienić podejście do komunikacji online. Internauci chcą natychmiastowej reakcji i więcej treści wideo

CEO Magazyn Polska

Interakcja za pomocą mediów społecznościowych i forów, najlepiej w czasie rzeczywistym bez tego nie może się obejść nowoczesna komunikacja z klientem. Marketerzy muszą również uwzględniać fakt, że konsumenci coraz mniej czytają, a bardziej nastawiają się na treści wideo. Zmiana podejścia do komunikacji z klientami może przynieść wymierne efekty.

Użytkownicy serwisów społecznościowych coraz mniej uwagi przywiązują do długich treści umieszczanych na portalach czy blogach i wykazują mniejsze zaangażowanie jeżeli chodzi o odpowiadanie na post kolejnym wpisem. Preferują raczej wideo, lecz nie tylko wizytówki, przedstawienia przedsiębiorstw i prowadzonych przez nich działalności. Użytkownicy chcą, aby firma naprawdę zabiegała o ich względy, zainteresowała czymś, bawiła czy w inny sposób poszukiwała skutecznej interakcji – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Sulima, dyrektor zarządzający agencji kreatywnej Elchupacabra.pl.

Media społecznościowe są coraz chętniej wybieranym nośnikiem reklamy. Wiele firm zaczyna dostrzegać potencjał YouTube. Jak wynika z ubiegłorocznego badania przeprowadzonego przez firmę Chimney na próbie 500 największych polskich przedsiębiorstw, 38 proc. z nich ma własny kanał w serwisie YouTube, a w przypadku blisko jednej trzeciej jest on aktywny (zamieszczony został na nim co najmniej jeden film w ciągu ostatniego roku). Co więcej, komunikacja w social media powinna odbywać się w formule „tu i teraz”.

– Tak jak w mediach tradycyjnych, tak i w nowoczesnych, każdy kanał komunikacji ma swoją własną specyfikę. W przypadku, gdy pada pytanie na portalu Twitter, ważna jest nie tylko sama odpowiedź, lecz także szybkość jej udzielenia – wskazuje Piotr Sulima. – Gdy komunikujemy się z odbiorcą przy użyciu serwisu Facebook, niezwykle istotne jest, aby umieszczane przez nas treści zawierały zarówno tekst czy zdjęcia, jak i materiał wideo. Chodzi głównie o to, by przekaz był autentyczny, żeby prezes zdjął krawat i powiedział wprost, jak się sprawy mają. Kolejną kwestią jest to, by organizacja rzeczywiście utożsamiała się z wartościami, które przekazuje w swojej komunikacji. Próby fałszowania czy zaklinania rzeczywistości są błyskawicznie wychwytywane przez społeczność sieci.

Coraz częściej firmy zgłaszają się do specjalistów, by pomogli im wzmocnić wizerunek w sieci. Czasem potrzebne jest tylko odświeżenie graficzne, czasem – zbudowanie całej strategii obecności online na nowo.

Klienci zazwyczaj pragną, abyśmy zaproponowali kompleksową strategię komunikacji, a przy okazji zbadali, jak są postrzegani przez rynek, jego segment czy określone grupy klientów. Te wszystkie działania wykonujemy, wykorzystując media społecznościowe i narzędzia oparte na technologii Big Data. Narzędzia te pokazują nam w czasie rzeczywistym, co i gdzie się o danej firmie czy marce mówi. Dla przykładu, jeżeli ktoś w Lublinie opowie w sieci o tym, że kupił paczkę chipsów i ich smak go zwyczajnie nie usatysfakcjonował, to my o tym wiemy i potrafimy nawiązać z klientem interakcję, i to na wielu poziomach, a zagregowane dane są regularnie analizowane – wyjaśnia Sulima.

Przekonuje, że kompleksowe zajęcie się wszystkimi kanałami komunikacji przynosi firmie wymierne efekty. Co więcej, pojawia się już coraz więcej zaawansowanych narzędzi, by mierzyć skuteczność takiej komunikacji.

W każdym przypadku omawiamy z naszym klientem szczegóły dotyczące jego oczekiwań, co w połączeniu z naszymi możliwościami pozwala umówić się na konkretne rezultaty – twierdzi dyrektor zarządzający Elchupacabra.pl. – Przedstawiamy swoisty bilans otwarcia i mówimy: drogi kliencie, to są twoje obecne wskaźniki. Gdy wdrożymy strategię, uruchomimy nowe kanały bądź zaopiekujemy się już istniejącymi przy zastosowaniu takiego budżetu, to osiągniemy następujące wskaźniki np: zasięgu, świadomości marki czy po prostu like’ów. Coraz częściej nowe technologie i nasze kompetencje umożliwiają także wiązanie się konkretnymi wskaźnikami sprzedażowymi.

Obecność w najważniejszych serwisach społecznościowych daje możliwość niestandardowych, ale skutecznych kampanii reklamowych. W ubiegłym roku wydatki na reklamę online wzrosły o 6,4 proc. (o 95,8 mln zł) – wynika z danych domu mediowego Starlink. Dominujący był trend związany z reklamą wideo, która wzrosła o 21 proc. Jednym z ważniejszych staje się również content marketing, czyli marketing treści, strategia polegająca na docieraniu do klientów poprzez publikowanie interesujących dana grupę odbiorców treści.

Popołudniowy komentarz walutowy z 09.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 09.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Na jakie ogłoszenia o pracę nie aplikują kandydaci?

Z badania przeprowadzonego przez Pracuj.pl wynika, że elementem, który najbardziej zniechęca kandydatów do aplikowania, jest brak nazwy firmy w ogłoszeniu (62% wskazań). Ponad połowa rekrutowanych nie­chętnie odpowiada na oferty pracy, w których nie jest jasno określone stanowisko pracy (53%), lub gdy brakuje szczegółowych informacji na temat tego, co firma oferuje pracownikowi (51%). Eksperci platformy rekrutacyjnej eRecruiter podkreślają, że decyzję o tym, czy aplikować na dane stanowisko pracy, kandydat podejmuje najczęściej w ciągu kilku sekund. W pierwszej kolejności ma na to wpływ właśnie ogłoszenie o pracę.

– Zadaniem rekrutera powinno być takie przygotowanie ogłoszenia, aby zachęcić kandydatów do aplikowania i wyróżnić ofertę spośród innych. Warto wiedzieć, jakie błędy najczęściej popełniamy, bo w codziennym natłoku obowiązków rekrutacyjnych zazwyczaj brakuje czasu na chwilę refleksji nad treścią ogłoszenia. Korzystamy z utartych szablonów, zmieniając tylko nazwę stanowiska i oczekiwania. A nawet w tych obszarach zdarzają się wpadki np. nieadekwatna nazwa stanowiska, zbyt rozbudowany lub odwrotnie, zbyt lakoniczny, opis wymagań wobec kandydatów – mówi Izabela Bartnicka, Sales Team Leader w eRecruiter.

Największe wątpliwości kandydatów pojawiają się wówczas, gdy widzą oni ogłoszenie, w którym nie ma podanej nazwy firmy. Tak odpowiedziało aż 62% respondentów badania „Specjaliści na rynku pracy” zleconego przez Pracuj.pl. Kolejnymi elementami, które zniechęcają kandydatów do aplikowania, są: brak jasno sformułowanego opisu stanowiska (53% wskazań), lakoniczne informacje na temat tego, co oferuje pracodawca (51%) i wygórowane wymagania (40%). Co ciekawe, aż 30% kandydatów chciałoby, aby w ogłoszeniu podana była wysokość wyna­grodzenia.

Firmy, które tworzą i publikują ogłoszenia, powinny przywiązywać do nich szcze­gólną uwagę, gdyż brak istotnego elementu może przyczynić się do zebrania mniejszej liczby lub mniej wartościowych aplikacji. W niektórych firmach odsetek nowozatrudnionych, którzy rezygnują z pracy w ciągu pierwszego roku, sięga nawet 25%. Taki wynik może wskazywać na to, że proces rekrutacji i selekcji pracowników był przeprowadzony niewłaściwie. A bardzo często ma to swój początek w nieodpowiednim przygotowaniu oferty pracy. Aby tego uniknąć, warto na bieżąco badać efektywność publikowanych ogłoszeń oraz całych procesów rekrutacji, na przykład przy pomocy platform do zarządzania procesami rekrutacji. To z pewnością wpłynie na podejmowanie lepszych decyzji o wyborze odpowiednich kandydatów – mówi Marcin Sieńczyk, Business Development Director w eRecruiter.

Ogłoszenie o pracę jest pierwszym i podstawowym elementem procesu rekrutacyjnego. Celem stawianym przed rekruterami przygotowującymi oferty jest znalezienie najbardziej wartościowych i pasujących do DNA firmy kandydatów na dane stanowisko. Żeby wyznaczony cel osiągnąć, ogłoszenie o pracę musi wybić się ponad inne i zostać zauważone przez kandydatów. Tak się stanie, jeśli błędy, o których mowa wyżej, nie będą przez autorów ofert powielane.

Metodologia badania

Opinie kandydatów na temat ogłoszenia o pracę zostały zebrane podczas realizacji badania „Specjaliści na rynku pracy”, przeprowadzonego przez portal Pracuj.pl metodą ankiety dostępnej online na grupie 4656 osób z min. 2-letnim doświadczeniem na rynku pracy, pracujących na stanowiskach specjalistycznych, menadżerskich i wyższych. Badanie zostało przeprowadzone w październiku 2014 r.

Pełne wyniki badania „Candidate Experience” są dostępne w raporcie „Źle potraktowany kandydat to utracony klient” dostępnym na stronie: http://raport-cx.erecruiter.pl/.

Duże wzrosty na giełdowym debiucie Private Equity Managers S.A.

Na otwarciu debiutanckiej sesji kurs akcji Private Equity Managers S.A. (“PEManagers”, “Spółka”) wzrósł o 12,34% do 124,7 zł. PEManagers jest pierwszą spółką notowaną na głównym rynku GPW zarządzającą aktywami alternatywnymi typu private equity i czwartym debiutem na tym rynku w bieżącym roku. Oferta publiczna przeprowadzona w marcu br. obejmowała wyłącznie sprzedaż istniejących akcji PEManagers. Akcjonariusz Spółki sprzedał wszystkie oferowane akcje po maksymalnej cenie wynoszącej 111 zł.

Dzisiejsze pierwsze notowanie akcji Spółki rozpoczęło się od dużego wzrostu. Na otwarciu kurs akcji wynosił 124,7 zł, czyli o 12,34% wyżej niż cena sprzedaży akcji w ofercie publicznej. Po południu akcje PEManagers rosły o ponad 16%.

Oferta publiczna akcji Spółki zakładała sprzedaż do 411 863 akcji stanowiących 12,35 proc. udziału w jej kapitale zakładowym. Sprzedającym akcje był subfundusz MCI.EuroVentures 1.0. wydzielony w MCI.PrivateVentures FIZ. W ramach oferty sprzedano wszystkie oferowane akcje, a popyt na nie zgłaszany przez inwestorów w czasie zapisów kilkukrotnie przekroczył wielkość oferty. W trakcie subskrypcji w transzy otwartej oraz transzy dużych inwestorów indywidualnych złożono zapisy na 460 953 akcje, co przełożyło się na stopę redukcji na poziomie 90,23 proc. Inwestorzy instytucjonalni nabyli łącznie 305 473 akcji. Oferującym akcje był Noble Securities S.A.

Ostatecznie inwestorom indywidualnym przydzielono 45 045 akcji (10,9 proc. wszystkich oferowanych akcji), dużym inwestorom indywidualnym 61 345 akcji (14,9 proc.) a instytucjom finansowym 305 473 akcji Spółki (74,2 proc.). W ramach przeprowadzonej oferty akcje sprzedawane trafiły do 1 769 inwestorów, w tym 1 713 inwestorów indywidualnych. Cena sprzedaży wyniosła 111 zł, co implikuje wartość całej oferty publicznej na poziomie 45,7 mln zł. W ciągu ostatnich dwóch lat na głównym rynku GPW tylko w przypadku czterech spółek zanotowano uplasowanie oferty po cenie maksymalnej akcji.

O Private Equity Managers S.A.:

Private Equity Managers S.A. to spółka dominująca w grupie kapitałowej wyspecjalizowanej w zarządzaniu różnymi klasami aktywów w funduszach alternatywnych private equity, w tym w funduszach venture capital („Grupa”).

Fundusze inwestycyjne, których portfelami inwestycyjnymi zarządzają podmioty z grupy Private Equity Managers S.A., inwestują przede wszystkim w szybko rosnące spółki z sektora technologicznego z regionu CEE. Charakteryzuje je bardzo niskie ryzyko odpływu kapitału pod zarządzaniem, związane z długoterminową specyfiką działania funduszy private equity oraz gotówkowym charakterem przychodów. Polityka dywidendowa Spółki zakłada rekomendowanie przez Zarząd Spółki wypłaty dywidendy w wysokości od 50% do 100% skonsolidowanego zysku netto za dany rok (nie więcej jednak niż jednostkowy zysk netto Spółki). Na koniec czwartego kwartału 2014 r. aktywa pod zarządzaniem grupy wyniosły 1,67 mld zł (wzrost o 82% r/r i 125% względem 2012 r.).

http://www.privateequitymanagers.pl

KNF psuje plany Ministerstwu Finansów

W ustawie budżetowej za 2015 rok Ministerstwo Finansów zakładało, że z dywidend od spółek zgarnie 6,3 mld zł. Jak pisze portal Money.pl, zamieszanie wokół franka szwajcarskiego może te plany pokrzyżować. Pod znakiem zapytania stoi kilkaset milionów złotych dywidendy z PKO BP i miliony podatku dochodowego, którego banki – jeśli KNF zablokuje im wypłaty dywidendy – nie wpłacą do budżetu.

Powodem rekomendacji Komisji Nadzoru Finansowego jest błyskawiczny wzrost kursu franka szwajcarskiego względem złotego, po styczniowej deklaracji Narodowego Banku Szwajcarii, że przestaje bronić ustalonego maksymalnego kursu 1,20 franka za euro. Zagrożenie wypłacalności dużej grupy klientów banków ze zrozumiałych względów wywołało zainteresowanie KNF. Komisja zaleciła, by zabezpieczeniem powstałego ryzyka niespłacalności kredytów było niewypłacenie dywidendy z zysku za 2014 rok.

Zalecenie KNF działa wbrew oczekiwaniom Skarbu Państwa, który szykuje się do wyjścia z unijnej procedury nadmiernego deficytu. Korekty w systemie Otwartych Funduszy Emerytalnych już sprawiły, że deficyt się obniżył, ale do zejścia poniżej progu 3 proc. PKB jeszcze brakuje 2-3 pkt proc. Brak wpływów z dywidend ten plan utrudni.

Jak podliczył Money.pl w ostatnich pięciu latach do budżetu wpływało z dywidend średnio 6,1 mld zł, czyli 2,2 proc. wszystkich wpływów. Rok 2014 był pod tym względem akurat słabszy, bo państwo zebrało od swoich spółek tylko 4,2 mld zł. Co nie przeszkodziło ministerstwu, by na 2015 rok założyć wpływy o 2 mld zł wyższe.

Dochody budżetu z dywidend
  Dywidendy ze spółek Skarbu Państwa
wpłacone do budżetu (mld zł)
dochody budżetowe
ogółem (mld zł)
dywidendy jako procent
dochodów państwa
2015 6,25 297,20 2,10
2014 4,16 283,54 1,47
2013 7,05 279,15 2,53
2012 8,21 287,60 2,85
2011 6,12 277,56 2,21
2010 4,98 250,30 1,99

Źródło: Money.pl na podstawie danych Ministerstwa Finansów, wartości za 2015 r. z ustawy budżetowej, za 2010-2014 z wykonania budżetu

Na słabsze dochody złożyła się między innymi dużo niższa wypłata z zysku od największego banku w kraju, czyli PKO BP. Skarb Państwa ma w banku ponad 31 proc. akcji, a PKO BP przez ostatnich pięć lat zasilał budżet wypłatą średnio 600 mln zł. W zeszłym roku – było to niecałe 300 milionów.

W raporcie rocznym za 2014 roku bank wykazał 3,1 mld zł zysku netto, czyli poziom podobny jak rok wcześniej. Gdyby KNF zablokowała wypłatę dywidendy, Skarb Państwa będzie uboższy przynajmniej o 300 mln zł.

Zyski i dywidendy płacone przez PKO BP
  Zysk netto dywidenda wypłacona łącznie (mln zł) część przypadająca skarbowi państwa (mln zł)
2014 3 079,47 937,50 294
2013 3 233,76 2 250,00 706
2012 3 582,64 1 587,50 498
2011 3 953,62 2 475,00 777
2010 3 311,21 2 375,00 746

Źródło: Money.pl na podstawie danych PKO BP

Dywidenda to jedno. Drugą kwestią jest jeszcze podatek od dywidendy. Wypłacając w ubiegłym roku akcjonariuszom 937,5 mln zł brutto, oprócz przypadającej państwu, jako akcjonariuszowi, 31 proc. tej kwoty (294 mln zł), PKO BP musiał przekazać do budżetu 19 proc. całości dywidendy jako podatek dochodowy (178 mln zł). Jak wylicza Money.pl, Skarb Państwa zarobił więc na całej operacji łącznie 472 mln zł, z czego 178 mln zł podatku od dywidend zaksięgowano jako dochody z PIT lub CIT.

Jeśli rekomendacja KNF przełoży się na zmniejszone kwoty wypłat z zysków banków, to spadną też i przychody z podatków dochodowych. Nie tylko deklarowane w ustawie budżetowej 6,3 mld zł wpływów z dywidend, ale też i 44,4 mld zł dochodu z PIT oraz 24,5 mld zł z CIT mogą wymagać korekty.

Biuro Tłumaczeń 123Tlumacz.pl uzyskało certyfikat ISO 9001:2009

Biuro Tłumaczeń 123Tlumacz.pl certyfikat ISO 9001:2009

Biuro Tłumaczeń 123 Sp. z o.o. (123tlumacz.pl) działające na rynku usług tłumaczeniowych przeszło kontrolę i uzyskało pozytywny wynik auditu przeprowadzonego przez zewnętrzną  i niezależną jednostkę certyfikującą,  otrzymując w dniu dzisiejszym Certyfikat ISO 9001:2009 w zakresie tłumaczeń i obsługi tłumaczeniowej firm.

Biuro Tłumaczeń 123 Sp. z o.o. od lat zajmuje się tłumaczeniami w ponad 40 językach, zapewniając swoim klientom zarówno tłumaczenia pisemne, jak i ustne  (symultaniczne i  konsekutywne). Główna siedziba firmy mieści się w Krakowie, przy ul. Łobzowskiej 48/8, jednak działa ona na terenie całego kraju oraz poza jego granicami. Certyfikat uzyskany przez Biuro Tłumaczeń 123 Sp. z o.o. (ang.  EN ISO 9001:2009 Quality management systems – Requirements) to międzynarodowa norma, która określa wymagania konieczne do spełnienia w systemie zarządzania jakością w organizacji. Model zarządzania ISO 9001 opiera się na czterech zasadach, które wzajemnie wiążą się ze sobą, a są nimi: realizacja wyrobu i pomiary, odpowiedzialność kierownictwa, zarządzanie zasobami oraz analizy i udoskonalenia.

„Wprowadzenie normy ISO 9001:2009 to kolejny krok na drodze do doskonalenia i ulepszania jakości naszych usług. Dzięki stosownemu szkoleniu i późniejszemu uzyskaniu pozytywnego wyniku auditu, dajemy gwarancję naszym klientom, że każdy pracownik doskonale zna zakres swoich obowiązków, a produkty, którymi w naszym przypadku są usługi tłumaczeniowe, są zgodne z międzynarodowymi wymaganiami. Będziemy stale monitorować postępy oraz dążyć do tego, aby wszyscy nasi zleceniodawcy byli pewni co do jakości  naszych usług.”

Uzyskanie certyfikatu ISO 9001 to znaczący krok w działalności Biura Tłumaczeń 123 Sp. z o.o. Daje on gwarancję wszystkim zleceniodawcom, szczególnie klientom biznesowym, którzy sami doskonale wiedzą jak wiele pracy i wysiłku należy włożyć, aby pracować zgodnie z zaleceniami normy ISO 9001, że wszystkie usługi tłumaczeniowe wykonane przez to Biuro 123Tłumacz.pl, spełnią ich wymagania i oczekiwania.

 

Portfel zamówień Selvity wynosi prawie 32 mln zł. Strategia spółki zakłada wzrost przychodów z usług rzędu 30 proc. rocznie

0

CEO Magazyn Polska

Wartość podpisanych kontraktów biotechnologicznej spółki Selvita na 2015 r. wynosi obecnie prawie 32 mln zł. Spółka zapowiada dynamiczny wzrost zarówno segmentu innowacyjnego, jak i usługowego. Firma nie planuje nowej emisji akcji, obligacji ani wypłaty dywidendy i skupia się na budowaniu wartości.

Część innowacyjna naszych przychodów będzie mocno szła do góry – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Paweł Przewięźlikowski, prezes zarządu spółki Selvita. – Po pierwsze kontynuujemy kontrakty ze spółkami Merck Serono, H3 Biomedicine i Felicitex Therapeutics. To umowy podpisane jeszcze w 2013 i 2014 roku. One stanowią twardą część przychodów z segmentu innowacyjnego. Kontrakty z H3 i Merck kończą się w trzecim i czwartym kwartale br., ale oczywiście liczymy na to, że uda nam się je przedłużyć.

Spółka jest jedną z największych w Europie Środkowo-Wschodniej firm biotechnologicznych. Jej działalność dzieli się na dwa segmenty: innowacyjny oraz usługowy. W ramach pierwszego z nich firma poszukuje nowych, oryginalnych leków, przede wszystkim onkologicznych. W tym zakresie współpracuje z koncernami farmaceutycznymi z Europy Zachodniej oraz Stanów Zjednoczonych, oferując między innymi wynalezione przez siebie cząsteczki SEL24 i SEL120, stanowiące potencjalnie podstawę tego rodzaju leków. Segment usługowy dostarcza natomiast rozwiązania z zakresu chemii, biotechnologii oraz bioinformatyki, które umożliwiają obniżenie kosztów wprowadzania innowacyjnych produktów na rynek.

Selvita nie podaje prognoz, natomiast mamy dwa główne cele na ten rok – wskazuje Przewięźlikowski. – Po pierwsze zakładamy dynamiczny wzrost przychodów segmentu usługowego rzędu 30 proc., po drugie – podpisanie kolejnych kontraktów z partnerami. Wtedy dynamika znacząco by się zwiększyła.

Wartość kontraktów spółki w 2015 roku wynosi obecnie prawie 32 mln zł. Od klientów usługowych ma pochodzić 8 mln zł. Jak informuje prezes Paweł Przewięźlikowski, są to umowy, które mają różne cykle realizacji: miesiąc, dwa, sześć, a czasem rok. Portfel tego rodzaju zamówień do końca roku będzie się jeszcze mocno wypełniał.

Oprócz umów na SEL24 i SEL120 chcielibyśmy również podpisać kontrakty na projekty Selvity we wcześniejszej fazie typu SEL303 czy Eptheron – tłumaczy Paweł Przewięźlikowski. – To projekty bardziej zbliżone do kontaktów z Merckiem oraz H3, gdzie partner finansuje część badań już od samego początku, a w zamian za to Selvita oddaje mu część praw do cząsteczki.

Spółka chciałaby otworzyć w br. również co najmniej jeszcze jeden oddział zagraniczny w Wielkiej Brytanii. Obecnie firma jest właścicielem przedsiębiorstwa Selvita Incorporated w Bostonie (Stany Zjednoczone). Jak tłumaczy prezes Przewięźlikowski jest to biuro sprzedaży Selvity na rynek amerykański. Jego głównym zadaniem jest pozyskiwanie klientów usługowych, ale również merytoryczne wsparcie realizacji innowacyjnych projektów.

Z czasem być może oprócz handlowców będziemy wysyłać tam naukowców z zadaniem bezpośredniej obsługi klientów amerykańskich – prognozuje Przewięźlikowski. – Bylibyśmy wtedy swego rodzaju interfejsem pomiędzy amerykańskimi a polskimi naukowcami.

Ubiegłoroczne przychody ze sprzedaży spółki wyniosły 28,9 mln zł (uwzględniając dotacje 41,3 mln zł) i były ponad dwa razy wyższe niż w 2013 roku. Selvita zarobiła na czysto 5,85 mln zł wobec 2,45 mln zł straty rok wcześniej.

Nie planujemy nowej emisji akcji ani obligacji– podkreśla prezes zarządu spółki Selvita. – Zgodnie z polityką dywidendową, nie podzielimy też zysku pomiędzy akcjonariuszy. Mamy bogaty budżet i plany inwestycyjne, więc koncentrujemy się raczej na budowie wartości spółki niż na odcinaniu kuponów od dotychczasowych sukcesów.

Co zmieni nowe prawo łowieckie?

0

Szkody wyrządzone w ubiegłym roku przez dziki oszacowano na 6,3 mln zł. Straty wystąpiły w 1284 gospodarstwach i objęły ponad 4 tys. ha upraw. Protesty poszkodowanych rolników były sygnałem do wprowadzenia zmian w prawie łowieckim. Czy będą one korzystne?

„Nowelizacja zwiększy poszanowanie praw właścicieli nieruchomości podczas wyznaczania obszarów łowieckich” – mówi serwisowi infoWire.pl Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych. Gospodarze będą mieli duży wpływ na ustalanie obszaru polowań oraz możliwość zgłaszania własnych sugestii i uwag, które będą rozpatrywane w ciągu 30 dni. Obowiązki właścicieli i dzierżawców terenu zostaną szczegółowo określone.

Nowa ustawa ureguluje też kwestię odszkodowań łowieckich – będą one szacowane przez niezależnego eksperta, adekwatne do poniesionych strat i wypłacane szybciej. „Ważne dla rolników byłoby również określenie, jakie powinny być stany populacji poszczególnych gatunków, także chronionych” – zaznacza ekspert. Wyrządzane szkody to często efekt zwielokrotnienia liczebności zwierząt z powodu niezrealizowania planu odstrzału.

Projekt ustawy wciąż wymaga poprawek. Na razie budzi wiele dyskusji i nie jest do końca satysfakcjonujący dla rolników.

Masz wątpliwość przy rozliczaniu PIT? Zadzwoń do MF

Pracownicy Ministerstwa Finansów pomogą Ci w rozliczeniu zeznania podatkowego. Wystarczy zadzwonić w czwartek 9 kwietnia w godzinach 10.00 – 13.00 i zapytać naszych ekspertów o radę.

Nasi specjaliści odpowiedzą na pytania z kilku zakresów:

  • ulgi, rozliczenie małżonków i osób samotnie wychowujących dzieci tel. 22 694 34 34
  • działalność gospodarcza, najem, sprzedaż nieruchomości tel. 22 694 33 33
  • opodatkowanie dochodów z kapitałów pieniężnych tel. 22 694 55 88
  • opodatkowanie dochodów uzyskanych za granicą tel. 22 694 37 37

Kolejny dyżur telefoniczny już 16 kwietnia.

Złoty będzie zyskiwał na wartości. Jesienią polska waluta będzie interesowała inwestorów bardziej niż euro

CEO Magazyn Polska

Do połowy roku złoty będzie lekko zyskiwał na wartości w stosunku do najważniejszych walut świata. Później zacznie tracić względem niektórych z nich. Do końca roku i dolar, i euro mogą kosztować po ok. 4 zł, a dla inwestorów polska waluta powinna być atrakcyjniejsza od europejskiej.

– W czerwcu względem dolara powinniśmy osiągnąć poziom 3,55-3,60, co oznaczałoby kilkuprocentowe umocnienie wobec obecnego poziomu mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Andrzej Kiedrowicz, dyrektor polskiego oddziału Easy Forex.  Względem franka szwajcarskiego złoty również może się nieznacznie umocnić – do 2 proc., gdyż wydaje mi się, że poziom 3,8 zł za franka nie zostanie przekroczony.

Najpoważniejsze z zapowiadanych zmian dotyczyć będą amerykańskiej waluty, ponieważ inwestorów zaskoczyła ostrożność, z jaką Fed podchodzi do zmiany swojej polityki monetarnej. Wcześniej, w oczekiwaniu na rychłą podwyżkę stóp procentowych, dolar na świecie mocno drożał. Teraz, gdy zarząd Rezerwy Federalnej dał do zrozumienia, że obawia się o tempo wzrostu amerykańskiej gospodarki, na rychłą podwyżkę nikt już nie czeka.

– W połowie roku złoty powinien zyskać do dolara amerykańskiego ze względu na przesunięcie rozpoczęcia cyklu podwyżek stóp procentowych oraz do funta brytyjskiego z tych samych powodów, gdyż tam też rozpoczęcie cyklu zaczyna przesuwać się w czasie uważa Andrzej Kiedrowicz. Do tych dwóch walut aprecjacja złotego powinna być najmocniejsza również z tego powodu, że wcześniej złoty tracił do nich najmocniej, w zawiązku z tym odreagowanie powinno być tu najsilniejsze.

Większych zmian na rynku walutowym oczekiwać można w II połowie roku, o ile amerykański bank centralny zdecyduje się na podwyżkę tamtejszych stóp procentowych.

– Jesienią złoty powinien nieznacznie zyskiwać do euro ze względu na klimat inwestycyjny w Polsce ocenia dyrektor polskiego oddziału Easy Forex. Środowisko niskich stóp procentowych oraz niska wycena polskiej giełdy powinny przyciągać kapitał zagraniczny i z tego też powodu właśnie złoty powinien zyskiwać do euro. Jesienią spodziewamy się aprecjacji dolara związanej z rozpoczęciem cyklu podwyżek stóp procentowych, dlatego złoty powinien na jesieni być już słabszy do dolara. Możemy nawet osiągnąć poziom 4 zł za dolara.

Na koniec roku dolar nadal może kosztować powyżej 4 zł, o ile cykl podwyżek stóp procentowych w USA będzie szedł pełną parą, jak oczekuje część analityków. Złoty powinien być jednocześnie nieco mocniejszy względem franka szwajcarskiego, a najmocniej powinien zyskiwać względem euro.

– Z powodu programu pomocowego Europejskiego Banku Centralnego powinien następować odwrót kapitału od euro właśnie do walut, które są wyżej oprocentowane, czyli np. do polskiego złotego – prognozuje Kiedrowicz.

Skutki działań EBC już są widoczne. W ciągu zaledwie miesiąca od rozpoczęcia skupu obligacji euro osłabiło się do złotego o przeszło 2 proc. i jest najsłabsze do polskiej waluty od połowy 2011 roku.

J. Niedzielewski (Investors TFI): W 2015 roku inwestorzy zarobią na akcjach, szczególnie spółek eksportowych z Europy Zachodniej

CEO Magazyn Polska

W tym roku, podobnie jak w minionych latach, inwestycje na rynkach wschodzących nie przyniosą większych zysków. Niezmiennie inwestorzy lokują środki na rynkach rozwiniętych, głównie amerykańskich, choć w najbliższych miesiącach bardziej atrakcyjna może okazać się Europa Zachodnia, a szczególnie akcje spółek o dużym udziale eksportu w przychodach.

– Niestety, nie jest to dekada rynków wschodzących, taką dekadą była lata po 2000 roku, kiedy wszystkie rynki wschodzące wypadały zdecydowanie lepiej niż rynki rozwinięte. Najbliższe lata również nie będą należały do rynków wschodzących. Ten rok nie będzie inny – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Inwestor Jarosław Niedzielewski, dyrektor departamentu inwestycji Investors TFI.

Indeks MSCI BRIC (skupiający główne indeksy Brazylii, Chin, Rosji i Indii) od końca 2007 roku spadł o 39 proc. Dla porównaniu amerykański indeks S&P 500 w tym samym okresie wzrósł o 41 proc.

Jak dodaje Niedzielewski, do inwestowania w krajach emerging markets należy podchodzić z większym dystansem i selektywnie poszukiwać okazji. Nieco lepsze perspektywy rysują się przed tymi krajami rozwijającymi, które importują surowce, np. ropę naftową.

– Tutaj można wymienić jednym tchem Indie, Turcję, Indonezję, mniejsze kraje azjatyckie, ale również z Europy – Polskę, która też powinna na tym zyskiwać  prognozuje Niedzielewski.

Obecna dekada zdecydowanie należy do rynków rozwiniętych, w szczególności do rynku amerykańskiego. Zdaniem eksperta, ponieważ hossa na Wall Street trwa już wiele lat, w tym roku widać szansę na zmianę liderów światowej hossy na rynkach rozwiniętych. W najbliższych miesiącach inwestorzy więcej powinni zarobić na rynkach Europy Zachodniej  (Niemcy, Hiszpania, Francja, a nawet Włochy).

– Spółki eksportowe najwięcej zyskają na ożywieniu gospodarki europejskiej, na tanim pieniądzu, na tanich surowcach, ale w szczególności na tanim i słabnącym od dłuższego czasu euro – mówi dyrektor departamentu inwestycji Investors TFI.

Jarosław Niedzielewski tłumaczy, że w np. w niemieckich, francuskich czy włoskich indeksach jest notowanych wiele firm, których duży udział przychodów pochodzi z eksportu (szczególnie do USA), co powoduje, że te spółki powinny najbardziej zyskiwać, a już w ciągu ostatnich 2-3 miesięcy takie spółki okazały się liderami wzrostów.

– Na rynku obligacji ten rok nie wydaje się już tak dobry, z tak dobrymi perspektywami, jak to miało miejsce w 2014 roku. W Polsce wtedy możliwe były zyski rzędu 5-8 proc. – przypomina ekspert. –  W tym roku nie oczekiwałbym takich wyników z funduszy obligacyjnych, ale nie spodziewam się również strat.

Według Niedzielewskiego w 2015 roku możliwe jeszcze będą niewielkie wzrosty na rynku obligacji, ale w porównaniu z perspektywą zysków na rynku akcji inwestowanie w obligacje staje się mało atrakcyjne.

– Na rynku surowców to jeszcze nie moment na inwestycje. Dopiero, kiedy zacznie się napędzać ożywienie i wzrośnie inflacja, będzie czas na wchodzenie w surowce. To zapewne jeszcze nie jest ten rok, być może dopiero kolejny. Dlatego zostają tak naprawdę akcje i instrumenty związane z akcjami oraz np. rynek nieruchomości, który istnieje pomiędzy obligacjami a rynkiem akcji – podsumowuje Jarosław Niedzielewski.

Franczyzobiorcy Chaty Polskiej mogą liczyć na tańsze towary dzięki centralnym zakupom Grupy Mar-Ol

0

CEO Magazyn Polska

Nawet połowa towarów na półkach sklepów Chaty Polskiej będzie pochodziła ze scentralizowanych zakupów właściciela sieci ‒ Grupy Kapitałowej Mar-Ol. Obecnie w ten sposób zapewniane jest ok. 30 proc. towarów w sklepach tej marki. Dzięki tej zmianie asortyment we wszystkich sklepach będzie zbliżony. Nowości pojawią się w kategorii słodyczy oraz alkoholi.

Dotychczas zapewnialiśmy 30 proc. potrzeb naszych sklepów, a po uwspólnieniu tej polityki będziemy mogli zapewnić tych potrzeb aż 50 proc. Oznacza to, że wprowadzamy nowych producentów, ale także to, że przechodzimy z tym asortymentem do tych miast, w których już jesteśmy jako dystrybutor, i że będziemy mogli zapewnić ten asortyment również w pozostałych oddziałach – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Joanna Bytner, dyrektor marketingu Chaty Polskiej.

Hurtownia Mar-Ol to obecnie główny dostawca sieci sklepów Chaty Polskiej. Nową politykę zakupową grupy kapitałowej odczują przede wszystkim franczyzobiorcy sklepów pod tą marką. Będą mieli teraz dostęp do większej liczby towarów w korzystniejszych cenach. Zmianę zauważą również klienci, bo asortyment wszystkich Chat Polskich będzie teraz bardziej ujednolicony.

Dzięki nowej polityce zakupowej w Chatach Polskich pojawią się nowe produkty przede wszystkim w kategorii słodyczy. Po raz pierwszy do sklepów Chaty Polskiej z hurtowni Mar-Ol trafią też piwa i mocniejsze alkohole.

Chata Polska planuje też uruchomienie we wrześniu rozbudowanego magazynu centralnego spółki w Kostrzynie pod Poznaniem. Obecne centrum o powierzchni 7,2 tys. mkw. staje się już zbyt małe.

Tam znajdą się ci wszyscy producenci, z którymi nawiążemy kontakt, i ci, z którymi już pracujemy – tłumaczy Bytner podczas konferencji Poland & CEE Retail Summit 2015.

Zmiany w polityce zakupowej oraz rozbudowa magazynu mają umożliwić spółce dalszy rozwój. Po niedawnych otwarciach sklepów m.in. w Głogowie, Gowarzewie (woj. wielkopolskie) i Kikole (woj. kujawsko-pomorskie) sieć zbliża się już do poziomu 200 franczyz w całym kraju.

Wzrost wielkości sieci to odpowiedź na zmiany na rynku, który podlega obecnie silnej konsolidacji. Zmieniają się także zachowania konsumentów – sklepy muszą coraz mocniej o nich zabiegać i przyciągać atrakcyjną ofertą, bo klienci są bardziej wymagający. Właśnie dlatego nie wszystkie sieci sklepów są w stanie utrzymać się na rynku.

PGNiG przygotowuje się do modernizacji sieci gazowej. Inwestycje zapobiegną problemom za kilka lat

CEO Magazyn Polska

Przygotowane z odpowiednim wyprzedzeniem inwestycje w sieć gazową pozwolą uniknąć należącej do PGNiG Polskiej Spółce Gazownictwa problemów w przyszłości. By zdobyć środki na sfinansowanie drogiej modernizacji, zwłaszcza w obliczu rosnącej konkurencji na rynku gazu, potrzebna jest jednak restrukturyzacja spółki.

Według opinii tych, którzy odpowiadają za nadzór nad infrastrukturą dystrybucyjną do odbiorcy końcowego, wymaga ona nakładów – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Filip Elżanowski, radca prawny, ekspert ds. energetyki w kancelarii Elżanowski Cherka & Wąsowski. – Zarząd PGNiG zdaje sobie sprawę z tego, jakie inwestycje są przed nim, więc robi wszystko, żeby spółkę do tego przygotować. Potrzebne są środki, żeby te inwestycje w najważniejszych sektorach ponieść.

W ramach przygotowań do inwestycji w sieć dystrybucji gazu PSG szykuje dużą restrukturyzację wewnętrzną. Ma ona objąć m.in. lepsze dostosowanie systemu pracy, optymalizację jednostek terenowych oraz dokończenie konsolidacji spółki po połączeniu sześciu regionalnych spółek gazownictwa. Cięcie kosztów jest istotne, bo spółka stoi przed dużym wyzwaniem inwestycyjnym. Ponad połowa spośród 173 tys. km zarządzanych przez PSG gazociągów ma ponad 20 lat.

Tylko w tym roku na segment dystrybucji spółka przeznaczy 30 proc., czyli ok. 1,6 mld zł,  planowanych nakładów inwestycyjnych PGNiG w wysokości 5,3 mld zł.

Cały proces, o którym mówi spółka, związany z restrukturyzacją, wszystkie rozmowy, które się toczą, zmierzają właśnie w tym kierunku, żeby nie zostać zaskoczonym tym, że mamy w danych latach do wykonania określone inwestycje długoterminowe. Trzeba pozyskać finansowanie i zrealizować konkretne projekty, a kasa spółki choć może nie świeci pustkami, to są w niej pieniądze przeznaczone na inne cele – tłumaczy Elżanowski.

Jak podkreśla, problemem nie jest samo pozyskanie środków finansowych, ale takie zaplanowanie inwestycji, by zostały one wydane w optymalnym czasie i w najlepszy sposób.

Modernizacja sieci ma doprowadzić m.in. do likwidacji strat gazu podczas dystrybucji, co dodatkowo podniesie bezpieczeństwo. Wymiana starych, stalowych rur na polietylenowe pozwoli również zmniejszyć wydatki na bieżące utrzymanie systemu. Jak zauważa Elżanowski, m.in. dzięki temu modernizacja sieci dystrybucyjnej może się również przyczynić do zwiększania przychodów spółki.

Już teraz dystrybucja jest drugim co do wielkości segmentem PGNiG pod względem przychodów. W 2014 r. spółka uzyskała z tej działalności ponad 2 mld zł, co stanowiło 31 proc. całości przychodów. Wyniki te są pod dużą presją w wyniku liberalizacji rynku gazu i rosnącej konkurencji.

– Rynek gazu zmienia się bardzo dynamicznie, zmieniają się strumienie przychodów w PGNiG. Jednocześnie spółka jest zobowiązana do wielu inwestycji, czy to w wydobycie, czy to w dystrybucję, więc musi mieć odpowiednią ilość pieniędzy na zrealizowanie tych potrzeb – mówi ekspert ds. energetyki.

Dlatego, jak podkreśla ekspert, restrukturyzacje PGNiG i spółki córki PSG należy rozumieć jako proces zmian w dwóch obszarach. Z jednej strony spółka musi dostosować się do otoczenia rynkowego poprzez optymalizację zatrudnienia i procesów oraz redukcję kosztów, a z drugiej – cały czas inwestować w infrastrukturę.

– Infrastruktura ma dwa aspekty. Pierwszy to walor bezpieczeństwa, czyli nie możemy przekroczyć progów, kiedy pojawi się zagrożenie dla bezpieczeństwa odbiorcy końcowego. A drugi to wymiar ekonomiczny. Spółka musi być przygotowana na poniesienie kosztów. Restrukturyzacja i organizacja mają doprowadzić do tego, że spółka będzie gotowa na to, by w najbardziej optymalnym momencie dokonać tych wydatków – podkreśla Elżanowski.

Dyrektorzy finansowi pozytywnie oceniają sytuację gospodarczą. Ponad 70 proc. z nich planuje inwestycje w firmach

CEO Magazyn Polska

Ponad połowa dyrektorów finansowych w Polsce spodziewa się w tym roku poprawy koniunktury gospodarczej. Dwie trzecie oczekuje wzrostu obrotów swoich firm, a po ponad 70 proc. planuje inwestycje i wejście na nowe rynki zagraniczne. Mimo to finansiści pozostają ostrożni i planują optymalizację kosztową oraz mrożenie wynagrodzeń.

Kluczowym wnioskiem z raportu Euler Hermes i Grant Thornton jest optymizm, który w tym roku pojawia się u ponad połowy badanych dyrektorów finansowych. Tylko 6 proc. z nich zakłada, że ten rok będzie istotnie gorszy dla naszej gospodarki. Coraz częściej mówimy o rozwoju rynku krajowego, wchodzeniu na nowe rynki, a w mniejszym stopniu o recesji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Rafał Hiszpański, prezes zarządu Euler Hermes Polska.

Badanie Euler Hermes i Grant Thornton pokazało, że aż 51,7 proc. dyrektorów finansowych w Polsce oczekuje poprawy koniunktury gospodarczej w tym roku. Optymistycznie oceniana jest też gospodarka światowa – według 33,8 proc. badanych jej odbicie już nastąpiło, a kolejnych 41,2 proc. zakłada, że nastąpi to w tym roku.

Optymizm przekłada się na ambitne plany. 73 proc. dyrektorów finansowych planuje w tym roku nowe inwestycje, 72 proc. wchodzenie na nowe rynki zbytu, a 65 proc. liczy na ogólny wzrost eksportu. Spośród tych, którzy nadzieje wiążą z rynkami zagranicznymi, niemal 60 proc. będzie szukało szans w Unii Europejskiej, a aż 20,9 proc. liczy na zwiększenie eksportu do Azji.

Z jednej strony cały czas rozwijamy współpracę handlową z tradycyjnymi partnerami, jak Wielka Brytania, Niemcy czy Włochy. Z drugiej strony zdobywamy zupełnie nowe rynki, które parę lat temu były jeszcze egzotyczne, jak bliższy i dalszy Wschód, łącznie z krajami azjatyckimi – dodaje Hiszpański.

Dwie trzecie finansistów oczekuje wzrostu przychodów zarówno na rynku krajowym (67,1 proc.), jak i zagranicznym (64,6 proc.). To jednak nie przekłada się na równie optymistyczne prognozy dotyczące rentowności i cen. Na wyższą rentowność liczy 42,3 proc. dyrektorów finansistów, a na wzrost cen – ok. 23 proc. z nich.

Z większą ostrożnością dyrektorzy finansowi podchodzą do zwiększania zatrudnienia. Przyjęcie nowych pracowników planuje 38,6 proc. z nich, ale równocześnie aż 15 proc. chce zmniejszyć zatrudnienie. Większe zatrudnienie nie oznacza jednak wyższych płac, bo aż 72 proc. pytanych chce zamrozić wynagrodzenia.

W zakresie wzrostu płac optymizm jest nieco mniejszy. Natomiast obserwujemy, że rynek pracy staje się coraz bardziej atrakcyjny dla pracowników, co przekłada się na wzrost ich pensji – zaznacza Hiszpański.

Optymizm nieco zaburza niepewność dotycząca sytuacji ekonomicznej w Europie. Przedsiębiorcy pozytywnie oceniają jednak poluzowanie polityki monetarnej przez Europejski Bank Centralny. Dzięki temu firmy mają ułatwiony dostęp do finansowania. Zapowiadane przez Komisję Europejską programy inwestycyjne są dużym wsparciem dla sektora przedsiębiorstw. Według szacunków Euler Hermesa te działania w tym i kolejnym roku pozwolą zwiększyć marże o średnio 1 pkt proc. Sytuacja ekonomiczna wciąż nie jest jednak stabilna w niektórych krajach wspólnoty, a prognozy pogarsza trwający konflikt ukraińsko-rosyjski.

Wartość rynku systemów IT dla przedsiębiorstw rośnie. Najszybciej usługi w chmurze

CEO Magazyn Polska

Wartość projektów IT w obszarze zarządzania wydajnością przedsiębiorstw w Polsce to dziś ponad sto milionów złotych rocznie i nadal rośnie. Spośród wszystkich rodzajów oprogramowania najszybciej rosną usługi chmurowe – o kilkanaście procent rocznie. Na rynku wyróżniają się ci dostawcy, którzy oferują kompleksowe platformy.

Rynek tego typu rozwiązań jest bardzo nasycony. Biorąc pod uwagę licencje oraz usługi, na świecie jest on wart prawie 13 mld dolarów według ostatnich analiz Gartnera – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Stalewski, country manager Tagetik Polska. – To, czy będzie dalej rosnąć, zależy od tego, jak organizacje będą reagować na nowoczesne trendy w tym obszarze, czyli m.in. na chmurę i dostępność tych rozwiązań w ramach modelu software as a service.

Stalewski podkreśla, że wartość rynku systemów (licencje i usługi) corporate performance management, czyli systemów zarządzania wydajnością przedsiębiorstw, to prawie 150 mln zł.

Aplikacje performance management pozwalają kluczowym osobom w organizacji – zarządom – podejmować decyzje o kierunkach rozwoju firm na podstawie danych rzeczywistych oraz przygotowywanych wariantów  prognoz finansowych i operacyjnych – wyjaśnia ekspert Tagetik.

Chętnych na walkę o ten duży i wciąż rosnący rynek jest wielu. Jak podkreśla Stalewski, pod względem liczby firm segment ten jest już nasycony, ale dostawcy wciąż mogą wyróżnić się ofertą. Jedną z możliwości jest oferowanie kompleksowych rozwiązań IT umożliwiających przedsiębiorstwom stopniowy rozwój i dodawania kolejnych usług. Taką właśnie strategię przyjęła firma Tagetik, oferująca oprogramowanie klasy CPM (corporate performance management).

Platforma biznesowa Tagetik pozwala organizacjom optymalizować swoje procesy związane z zarządzaniem efektywnością w organizacji. Są to procesy, które dotyczą budżetowania, konsolidacji finansowej, sprawozdawczości regulacyjnej, zewnętrznej i wewnętrznej – mówi Stalewski. – Podstawową zaletą oprogramowania jest centralizacja i ujęcie wszystkich procesów w ramach jednego modelu metadanych, opisującego procesy w organizacji, co wiąże się z tym, że organizacje mogą szybciej i taniej tego typu wdrożenia realizować.

Taki model to dla firmy, która się rozwija, duża korzyść. Jak wyjaśnia Stalewski, tradycyjne rozwiązania oparte są na kilku aplikacjach. Do każdego procesu przeznaczone jest inne oprogramowanie, korzystające z różnych modeli danych przechowywanych w różnych bazach danych. O ile dla małych firm nie jest to problem z uwagi na to, że zazwyczaj optymalizują one jeden, dwa procesy, realizując podejście taktyczne, o tyle w większych organizacjach i grupach kapitałowych chętniej spogląda się na rozwiązania, dzięki którym można zmierzyć się z wyzwaniem strategicznie.

Konieczność integracji różnych aplikacji pochłania czas, pieniądze i stwarza dodatkowe ryzyko. W przypadku platform kompleksowych, które opierają się tylko na jednej aplikacji, firma nie musi marnować zasobów na działania integracyjne i skomplikowane utrzymanie. Dzięki kompleksowym platformom zarządy spółek mogą także elastyczniej wybierać usługi, których akurat potrzebują. Potem mogą łatwo dodać kolejne funkcje lub z nich zrezygnować.

Na rynku pojawia się coraz więcej rozwiązań opartych o technologię cloud computing.

Implementacja w chmurze tych procesów jest szybsza i tańsza niż w klasycznym podejściu, więc więcej firm na nie stać – podkreśla Stalewski. – Chmura jako segment rynku rozwija się w tempie do kilkudziesięciu procent rok do roku, przy czym w przypadku rozwiązań CPM dynamika jest odrobinę niższa, ponieważ mamy tu do czynienia z krytycznymi danymi. Jest pewna bariera psychologiczna wśród dyrektorów i zarządów, żeby takie dane przechowywać poza firmą. Tego trendu jednak raczej nic już nie zastopuje.

Szacuje się, że w ciągu kolejnych pięciu lat rozwiązania w chmurze będą stanowiły jedną czwartą rynku.

Dodatkową korzyść przedsiębiorstwa, zwłaszcza te mniejsze, mogą osiągnąć dzięki połączeniu zalet kompleksowej platformy do zarządzania firmą z usługami w chmurze. Dzięki chmurze wszystkie nakłady związane z utrzymaniem infrastruktury informatycznej oraz dostępności samej aplikacji i aktualizacji do nowych wersji są po stronie dostawcy. W skali całej inwestycji jest to zazwyczaj kilka do kilkunastu procent jej wartości. W związku z tym organizacje mogą się skoncentrować na samym wdrożeniu przy współpracy ze specjalistyczną firmą lub nawet w oparciu o własne zasoby po odbyciu odpowiednich szkoleń. Szacuje się, że już po trzech latach optymalizacja TCO (ang. total cost of ownership) może wynieść nawet do 20 proc. w porównaniu z modelem tradycyjnym.

Rolnicy uważają zniesienie kwot mlecznych za koniec mleczarstwa w Polsce. Ich obawy są jednak nieuzasadnione

CEO Magazyn Polska

Polscy rolnicy mogą skorzystać na zniesieniu kwot mlecznych. Eksperci podkreślają, że w porównaniu z innymi krajami unijnymi Polska ma mniej liczne stada, także mleczność krów jest niższa niż w Europie. Zniesienie kwot może wpłynąć na zwiększenie mocy produkcyjnej, która wciąż nie jest w pełni wykorzystywana. 

Z początkiem kwietnia w Unii Europejskiej przestały obowiązywać limity produkcji mleka, co dla producentów oznacza spore zmiany.

Jestem przekonany, że w dłuższym okresie zniesienie kwot będzie korzystne dla polskich rolników. Mamy jeden z najnowocześniejszych przemysłów spożywczych, w tym mleczarnie, które w 20-30 proc. nie wykorzystują mocy przerobowych. Mamy też bardzo duże rezerwy wśród producentów mleka z powodu tańszej siły roboczej – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Kowalski, dyrektor Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej.

Polski przemysł mleczarski ma duży potencjał. Wskaźnik mleczności krów, choć od kilku lat stopniowo rośnie, jest wciąż niższy niż w krajach zachodnich. Z informacji Polskiej Federacji Hodowców Bydła i Producentów Mleka wynika, że w 2014 roku wydajność wyniosła ponad 7,5 tys. kg mleka (wzrost o 141 kg względem 2013 roku). Dla porównania w Danii wskaźnik ten wynosi 8,5 tys., a w USA – 10 tys.

Część rolników boi się, że zniesienie kwot oznacza koniec polskiego mleczarstwa. Na pewno będzie to okres trudny, ale tak samo przed wejściem do UE straszono nas, że zaleje nas tania żywność, a nasi producenci świetnie dali sobie radę. Po ustabilizowaniu sytuacji będziemy mogli mówić, że zniesienie kwot nie było tak groźne, jak mogło się niektórym wydawać – mówi Kowalski.

Dotychczas można było produkować mleko do ustalonego wcześniej limitu. Dla Polski na rok rozliczeniowy 2014-2015 było to ponad 10 mln ton. Nadprodukcja wyniosła 7 proc., co w konsekwencji oznacza 700 mln zł kary. Dlatego zniesienie limitów może być dla naszego kraju dobrą wiadomością. Analizy U.S. Dairy Export Council wskazują, że produkcja mleka w Unii skoncentruje się w sześciu krajach. Eksperci oceniają, że najbardziej na zniesieniu kwot zyska Irlandia (wzrost produkcji nawet o 50 proc.), ale wśród beneficjentów ma znaleźć się również Polska.

Zniesienie kwot mlecznych może znacząco wpłynąć na poziom eksportu.

W tej chwili nadchodzi czas próby, który pokaże, kto się najlepiej przygotował do tych wyzwań. Natomiast rozwój sytuacji na rynku światowym będzie zależał od kilku czynników. Pierwszy i najważniejszy to poziom wzrostu gospodarczego – zaznacza dyrektor IERiGŻ. – Zniesienie kwot będzie miało również istotne znaczenie, jeżeli Unia przystąpi do porozumienia o współpracy z USA. Trzecim czynnikiem jest rosyjskie embargo.

Wprowadzony w sierpniu 2014 roku przez Rosjan zakaz importu żywności m.in. z Polski – wbrew prognozom – nie wpłynął negatywnie na sytuację przemysłu spożywczego. Zdaniem prof. Kowalskiego w niektórych sektorach można nawet mówić o pozytywnym wpływie. Podobnie było w mleczarstwie. Większa dywersyfikacja eksportu sprawiła, że Polska w 2014 roku wyeksportowała o ponad 15 proc. więcej produktów niż w 2013 roku o łącznej wartości 2 mld euro (dane Krajowego Związku Spółdzielni Mleczarskich). Do czasu wprowadzenia zakazu przez Rosję tempo wzrostu utrzymywało się na poziomie 23 proc. W całej Unii eksport nabiału wzrósł w ciągu ostatnich pięciu lat o 45 proc. pod względem wielkości i o 95 proc. pod względem wartości.

Embargo nie okazało się jednak tak groźne dla Europy, jak się wydawało. Sam byłem pesymistą, myślałem, że część rynków się załamie – przyznaje Andrzej Kowalski i wskazuje, że na embargo najbardziej traci Rosja. – Pytanie, czy zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami embargo zostanie zniesione po roku. Na tamtejszy rynek nie wpływa 40-50 proc. potrzebnej żywności i nie zostało to zastąpione importem z innych stron – mówi.

Rozwój dyskontów i marek własnych ogranicza wzrost firm logistycznych

CEO Magazyn Polska

Rosnący udział dyskontów i coraz większa popularność marek własnych ogranicza wzrost firm logistycznych, które obsługują klientów brandowych, tracących na nowych trendach. Rozwiązaniem dla przedsiębiorców jest rozszerzanie zakresu usług oraz wyjście poza ofertę klasycznego transportu i składowania towarów.

– Pracując w dużej mierze z klientami brandowymi, dostrzegamy, że mają oni trudności z utrzymaniem sprzedaży i pozycji rynkowej. To efekt zachodzących w ostatnich latach zmian na rynku retailowym: wzrastającej roli i skali działania sieci dyskontowych oraz wzrostu udziału marki własnej – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Pawlak, dyrektor handlowy operatora logistycznego FM Logistic w Polsce. – Sytuacja już od kilku lat jest trudna i ogranicza wzrost firm logistycznych.

Jak dodaje, mimo trudnego otoczenia FM Logistic udawało się w ostatnich latach osiągać wzrost trzykrotnie wyższy niż konkurencji. Kluczem do sukcesu – w obliczu panującej na rynku presji cenowej i jakościowej – jest dopasowanie oferty do potrzeb klientów. Walka o rynek wymusza na firmach logistycznych dodatkowe działania, które pozwolą im wyróżnić się spośród konkurencji.

Dzięki nowym usługom udaje nam się zachować wzrost obrotów. Budujemy wartość dodaną nie tylko poprzez sam transport i składowanie towarów, lecz także przez usługi dodane, czyli co-packing, manufacturing – przekonuje dyrektor handlowy z FM Logistic. – Powstaje sporo różnego rodzaju zestawów promocyjnych, np. trzy plus jeden gratis bądź dwa różne produkty połączone.

Oprócz tego firmy logistyczne starają się zagwarantować klientom obniżkę kosztów.

– Z kosztami składowania jest nieco trudniej, bo koszt wynajmu powierzchni magazynowej i oświetlenia jest raczej stały, bardziej indeksowany inflacją – tłumaczy Pawlak.

Z drugiej strony – według dyrektora FM Logistic – są sposoby na to, by ciąć koszty procesów magazynowych, np. w kwestii przygotowywania palet do wysyłki. Jest to możliwe dzięki wykorzystaniu nowych technologii, np. systemu voice pickingu, czyli używania głosu do pobierania przesyłek. To podnosi produktywność firmy, co z kolei pozwala na obniżkę cen podstawowych usług logistycznych.

FM Logistic działa we wszystkich obszarach branży transportu, spedycji i logistyki chociaż core biznes firmy to logistyka magazynowa. Zgodnie z przyjętą strategią do końca 2018 roku firma zakłada 12-15-proc. wzrost rocznie.

– To duże wyzwanie, biorąc uwagę to, że branża raczej oscyluje wokół maksymalnie kilkuprocentowego wzrostu – podkreśla Pawlak. – Nasze wyższe wzrosty wiążemy m.in. z oferowaniem usług dla sektora fresh, czyli świeżej żywności.

We wrześniu 2014 r. firma rozszerzyła obsługę sieci sklepów Carrefour. Prowadzi dla francuskiej sieci magazyn centralny w dystrybucji non-food dla sklepów z całej Polski. Operator wdrożył też dla Carrefour centrum konsolidacyjne dla kilku istotnych dostawców pozwalające im samodzielnie zarządzać poziomem zapasów.

Pierwsza połowa roku nie sprzyja polskim bankom. Sektor czekają słabsze wyniki i konsolidacja

CEO Magazyn Polska

Polskie banki czeka słabszy rok. Na ich gorsze wyniki finansowe wpływ mają spadające stopy procentowe NBP, mocny frank i zmiany w przepisach zapewniające klientom banków lepszą ochronę.

– Wyniki banków w 2015 roku będą raczej słabe mówi agencji informacyjnej Newseria Iza Rokicka, analityk Ipopema Securities. Wyniki będą pod presją, szczególnie pod względem przychodów, bo odbiją się na nich kolejne obniżki stóp procentowych, nie tylko te z października, lecz także te marcowe, a na wynik prowizyjny będzie mieć wpływ dalsza redukcja interchange.

Niskie prowizje i stopy procentowe, które zniechęcają Polaków do oszczędzania pieniędzy na bankowych lokatach oraz ograniczają zyski z udzielania kredytów, to nie jedyne problemy, z jakimi przyjdzie zmierzyć się polskim bankom.

Zobaczymy, jak Rekomendacja U wpłynie na przychody z tytułu sprzedaży ubezpieczeń mówi Iza Rokicka. – W kwestii kosztów pamiętajmy, że banki będą płacić wyższą składkę do BFG i to też będzie miało negatywny wpływ na wyniki. Przede wszystkim pierwsze półrocze będzie niezbyt dobre, potem sytuacja może zacząć się stabilizować i – miejmy nadzieję – poprawiać pod koniec roku.

Konieczność ograniczania kosztów i szukania synergii może przyspieszyć zmiany własnościowe, których oczekują analitycy. Pojawiają się kolejne banki, które są czy będą wystawione na sprzedaż. Mowa m.in. o BPH, Raiffeisenie czy Aliorze.

To bardzo dużo transakcji jak na nasz rynek ocenia analityk Ipopema Securities. Nie jest do końca pewne i oczywiste, kto byłby nabywcą, nowym właścicielem tych aktywów. Możliwe, że przyjdzie ktoś z zewnątrz, podmiot, którego w Polsce nie ma, ale na pewno część podmiotów polskich też by ostrzyła sobie na nie zęby. Chciałabym je przejąć, skonsolidować i ewentualnie dostarczyć synergię w postaci niższych kosztów. Z najbardziej zainteresowanych przejęciami na pewno trzeba wymienić Pekao SA, swego czasu BZ WBK też był wymieniany w tym towarzystwie.

Zainteresowane polskim sektorem bankowym mogą być też fundusze inwestycyjne. Mimo iż nie są one zbyt mile widziane na tym rynku, nie można ich wykluczyć jako potencjalnych inwestorów.

Wydaje się, że nasz regulator, który musi zaakceptować i zgodzić się na nowego właściciela, nie jest, mówiąc kolokwialnie, fanem funduszy inwestycyjnych, wolałby branżowych, długoterminowych inwestorów strategicznych wyjaśnia Iza Rokicka. W niektórych sytuacjach może ostatecznie się zgodzić czy być zmuszonym, żeby zaakceptować również fundusz.

Rośnie popularność plastikowych pojemników wielokrotnego użytku w przemyśle spożywczym

CEO Magazyn Polska

Sklepy i sieci handlowe coraz częściej decydują się na wynajęcie plastikowych pojemników wielokrotnego użytku (PPWU) do transportu m.in. owoców i warzyw. Lider rynku, globalny koncern IFCO Systems, już teraz odnotował obrót na poziomie 200 mln rocznie, ale chce co najmniej podwoić tę liczbę.

Mamy ponad 200 mln opakowań  w obrocie, współpracujemy z ponad 200-300 dostawcami i sieciami. Jesteśmy przygotowani na inwestycje w Polsce, dopóki nie zbudujemy tutaj pozycji lidera, niezależnie od tego, czy nasza inwestycja będzie teraz przynosiła nam zysk, czy za pięć lat, czy za dziesięć – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Daniel Oware z IFCO Systems Polska.

Jak podkreśla Oware, polski rynek PPWU jest wciąż bardzo mały. Firmy z branży spożywczej dopiero zaczynają wykorzystywać tego typu pojemniki do transportu owoców i warzyw, czyli produktów, w których specjalizuje się IFCO Systems.

Tego typu skrzynki umożliwiają bezpieczny i prosty w obsłudze przewóz owoców i warzyw pomiędzy producentami, dostawcami i sprzedawcami, także w ruchu transgranicznym. Pojemniki te krążą pomiędzy firmami, więc najczęściej nie są kupowane, a jedynie wynajmowane od firm takich, jak IFCO Systems.

Rozwój tego rynku nieco spowolniło rosyjskie embargo, które negatywnie wpłynęło na sytuację polskich producentów owoców i warzyw. Oware przyznaje, że wiązało się to z obniżeniem marż i kosztów. Choć spowolnienie jest odczuwalne, Oware podkreśla, że nie zahamuje ono rozwoju tego rynku.

Widzimy światło w tunelu, więc nie jest tak źle – zapewnia Oware. – IFCO Systems jest światowym liderem w systemie zarządzania skrzynkami PPWU i ich wynajmu. Zależy nam na osiągnięciu tej pozycji w Polsce.

Spółka ma ambitny plan inwestycyjny w Polsce. Oware nie chce zdradzić ani planowanych kwot inwestycji, ani harmonogramu osiągania celów.

Potencjał wzrostu tego rynku jest bardzo duży nie tylko w Polsce. Jak szacuje IFCO, spośród rocznego obrotu opakowań owoców i warzyw w Europie na poziomie ok. 7,5 mld, ok. 4,4 mld operacji mogłoby być wykonywanych w PPWU. Jednak rynek tego typu opakowań to obecnie jedynie niecałe 900 mln rocznie w Europie.

– Mamy bardzo ambitne plany co do naszej pozycji, bo mamy świetną organizację, która tak zarządza skrzynkami, by były one wielokrotnie używane, by minimalizować ilość odpadów, co z kolei wpływa na ochronę środowiska – zapowiada Oware.

IFCO Systems liczy na osiągnięcie wolumenu 400-500 mln opakowań PPWU, czyli ponaddwukrotnie więcej niż obecnie.

Dodaje, że IFCO Systems weszło na polski rynek wcześniej niż inni międzynarodowi gracze, co daje spółce przewagę konkurencyjną. Spółka jest teraz przygotowana na inwestycje aż do momentu osiągnięcia pozycji lidera.

Sukces mediów w internecie możliwy tylko dzięki ich obecności również w wersji mobilnej

CEO Magazyn Polska

Mimo wciąż dużej popularności telewizji to media internetowe w najbliższych latach będą wyznaczać trendy w branży reklamowej. Kluczem do sukcesu jest wieloplatformowe budowanie mediów, czyli tworzenie równolegle wielu wersji, m.in. na urządzenia mobilne. Ze względu na rosnącą popularność smartfonów ten segment reklamy będzie coraz ważniejszy. Jak dotąd największe pieniądze reklamodawcy zarabiają jednak na wersjach przeglądanych na komputerach.

– Media internetowe mają ogromną przyszłość. Okażą się ważniejsze niż telewizja i będą jednym z najważniejszych driverów ekonomii internetu jeszcze przez wiele lat – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Wujec, dyrektor segmentu Internet w Agora SA. – Pytanie o ich przyszłość, to tak jakby ktoś na początku XX wieku zapytał: „Czy samochód ma przyszłość? Przecież koń ma wiele zalet”.

Media internetowe będą dopasowywać się do potrzeb odbiorców. Największe zapotrzebowanie jest na treści rozrywkowe, lifestyle’owe, informacje oraz bardziej specjalistyczne dziedziny, jak biznes.

Jest taka teza, że na światowym rynku będzie kilka globalnych platform mediowych: Facebook, Google, YouTube i nic innego. Ja w to jednak nie wierzę. Każda z tych platform tworzy wokół siebie ekosystemy, w których jest miejsce dla wielu różnych graczy, i lokalnych, i międzynarodowych – mówi ekspert.

Do korzystania z sieci nikogo dziś zachęcać nie trzeba. Wielu użytkowników od tego zaczyna i na tym kończy dzień.

Zwłaszcza dla ludzi młodych internet to naturalne medium pierwszego wyboru. Pojedyncze medium oczywiście musi przyciągać uwagę widza, użytkownika, czytelnika różnymi metodami. To jest walka o czytelnika – mówi Wujec.

Kluczem do sukcesu jest budowanie medium na wielu platformach, ponieważ dziś wielu użytkowników przenosi się na urządzenia mobilne. O rosnącym znaczeniu tego segmentu decyduje coraz większa popularność smartfonów.

Smartfonów już nikt dzisiaj nie używa tylko do dzwonienia – podkreśla Wujec. – To malutki komputer, który jest spersonalizowany i który mamy zawsze ze sobą, co tworzy mnóstwo nowych możliwości. Tablety chwilowo nie mają najlepszej passy, choć wydawało się, że mogą zastąpić desktop.

Znaczenie segmentu mobile rośnie również dla reklamodawców, chociaż pozycja internetu jest na razie niezagrożona.

– O ile uwaga użytkownika skupia się na komórce, o tyle pieniądze reklamowe z kilkoma wyjątkami, takimi jak Facebook, jednak głównie zarabia się na komputerze – podsumowuje Paweł Wujec.

Zarabia i wydaje. Według domu mediowego Starlink wydatki na reklamę internetową w 2014 r. przekroczyły 1,6 mld zł. W ciągu roku wzrosły o 6,4 proc. i stanowią już 22 proc. ogółu wydatków reklamowych w Polsce. Najpopularniejsza jest reklama wideo, która w ubiegłym roku wzrosła o 21 proc. Display wzrósł o 3 proc., ale w kanale mobilnym zanotował ponad 60-proc. wzrost.

Sezon wymiany opon na letnie. Dobrze dobrane zwiększają bezpieczeństwo i dają oszczędności

CEO Magazyn Polska

Tylko dwie trzecie kierowców zmienia opony w swoich pojazdach na letnie, mimo że deklaruje to dziewięciu na 10 kierowców. Ci, którzy tego nie robią, narażają się nie tylko na dodatkowe koszty, lecz także na niebezpieczeństwo. Opony letnie muszą być dobrze dobrane. Pozwoli to zarówno poprawić przyczepność i skrócić drogę hamowania, jak i wyciszyć pojazd i zmniejszyć spalanie paliwa.

Zgodnie z deklaracjami kierowców opony wymienia dziewięciu na dziesięciu z nich, natomiast z obserwacji warsztatowych wynika, że tylko około 60-70 proc., więc tu jest spora różnica – mówi agencji informacyjnej Newseria Piotr Sarnecki, dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego.

W Polsce nie ma obowiązku zmiany opon na zimowe. Nie istnieje zatem również przymus wymiany opon z powrotem na letnie. Jak jednak zwraca uwagę Sarnecki, kierowcy powinni o tym pamiętać, bo w grę wchodzi zarówno bezpieczeństwo, jak i oszczędności.

Żeby w pełni skorzystać na wymianie opon nie wystarczy jednak wybrać nowych opon. Ogumienie musi zostać przede wszystkim dobrane do danego samochodu oraz stylu jazdy kierowcy. Pomóc mogą w tym doradcy serwisowi w dobrych warsztatach.

Na pewno opona musi być nieużywana. Musimy dobrze dobrać rozmiar, nie tylko wymiary opony, lecz także indeksy prędkości i nośności. Od tego zależy, czy opona będzie się dobrze trzymać drogi, czy nie będzie stwarzała zagrożenia – wyjaśnia Sarnecki.

Informacje o tym, jakich opon powinniśmy używać, znajdziemy w instrukcji obsługi samochodu. Sarnecki podkreśla, żeby nie przejmować się samym wiekiem opony. Nawet kilkuletnia opona, jeśli była nieużywana i przechowywana w odpowiednich warunkach, nadal będzie miała takie same parametry, jak nowo wyprodukowana.

Sarnecki dodaje, że kierowcy powinni zwracać uwagę również na europejską certyfikację opony. Ogumienie posiadające znak ECE łatwo porównać nie tylko pod względem rozmiaru, lecz także właściwości. Zgodnie z unijnym prawem takie opony muszą być wyraźnie oznaczone.

Opony mają etykiety, na których są trzy podstawowe parametry, czyli efektywność paliwowa, hamowanie na mokrej nawierzchni oraz głośność zewnętrzna – od A do G. To nie są jedyne z ważnych parametrów, ale te Komisja Europejska wybrała we współpracy z przemysłem oponiarskim i organizacjami konsumenckimi. Warto na to zwracać uwagę, dlatego że różnice pomiędzy chociażby kategorią A i B w przypadku drogi hamowania to są aż 4 metry – podkreśla Sarnecki.

Wybór opon równie mocno wpływa na koszty użytkowania samochodu. Opony bardziej efektywne paliwowo mogą pozwolić na oszczędności nawet rzędu kilkuset złotych rocznie dla kierowcy, który dużo jeździ.

Należy poradzić się doradcy serwisowego, żeby dobrać oponę do pojazdu, do tras, jakie pokonujemy, i do naszego stylu jazdy. To są ludzie, którzy mają za sobą wiele szkoleń, a więc i dużą wiedzę o oponach. Warto z tego skorzystać– przekonuje Sarnecki.

Dyrektor generalny PZPO dodaje, że zeszłoroczna zmiana unijnych przepisów, zgodnie z którymi nowe samochody muszą mieć obecnie fabrycznie zamontowane czujniki ciśnienia w oponach, dodatkowo zwiększa wagę prawidłowego serwisu. Nie każdy warsztat poradzi sobie z montażem takich opon, dlatego Sarnecki zachęca do wyboru dobrych punktów obsługi.

Popołudniowy komentarz walutowy z 08.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 08.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Touroperatorzy są zmuszeni mocniej bronić swoich zysków

Radosław Jarema
Radosław Jarema

Choć wg styczniowego badania CBOS odsetek osób planujących w 2015 r. wyjazd zagraniczny wzrósł w porównaniu do 2014 r. o 6 punktów procentowych i wynosi aż 58 proc., to ze względu na okoliczności zewnętrzne rok 2015 r. może być bardzo trudny dla polskich touroperatorów. Muszą oni szukać nowych sposobów obniżenia kosztów swoich ofert.

Pomimo pozytywnych danych, które wskazują na większą chęć Polaków do wyjazdów, niedawne tragiczne wydarzenia mogą zniechęcić wiele osób do kupowania wakacji w biurach. Coraz większa aktywność terrorystyczna, w tym zamach w Muzeum Narodowym Bardo w Tunezji, w którym zginęli polscy turyści, katastrofy samolotowe (Air Asia, Germanwings) oraz konflikt na Wschodzie odbiją się na koniunkturze na rynku turystycznym.

Tanie linie – mocna konkurencja

Zmartwieniem polskich touroperatorów jest również konkurencja z tanimi liniami lotniczymi, bo te w swojej ofercie mają nie tylko loty do europejskich stolic, ale też do miast i regionów typowo turystycznych jak m.in. Wyspy Kanaryjskie, Majorka czy wyspy greckie. – Polscy touroperatorzy powinni wytoczyć ciężkie działa jeśli chcą zatrzymać i pozyskiwać nowych klientów. Jednym z rozwiązań może być zwiększenie oferty do dalekich krajów, bo nadal istnieje w tym obszarze nisza. Jednak aby na dalsze i egzotyczne wycieczki w biurach turystycznych znaleźli się chętni musi być taniej. A to oznacza, że aby nie ucierpiały zyski touroperatorzy muszą szukać oszczędności. Można je wygenerować m.in. w zakresie obsługi transakcji walutowych – twierdzi Radosław Jarema, dyrektor zarządzający AKCENTY, instytucji płatniczej obsługującej transakcje walutowe dla firm. Oszczędności i możliwości minimalizowania kosztów polscy touroperatorzy powinni szukać zarówno na zewnątrz firmy (np. tańszego transportu czy nowych partnerów), jak i wewnątrz – czyli w zakresie obsługi własnej działalności.

Drożejący dolar obniża opłacalność tourbiznesu

Touroperatorzy muszą przezwyciężyć jeszcze jedną trudność, która wpływa na ich zyski w tym roku. Rosnący kurs dolara, w którym rozliczana jest większość transakcji z krajami spoza UE, powoduje, że rośnie także koszt organizacji wycieczek. Jednak istnieje sposób aby uniknąć ryzyka niekorzystnych zmian kursu dolara a także euro czy innych walut – transakcje terminowe. Najprostszym tego typu narzędziem są forwardy, dzięki którym touroperatorzy zabezpieczają kurs, po którym wymieniana będzie waluta w danym okresie w przyszłości. To wygodne i bezpieczne rozwiązanie, które minimalizuje straty związane z nieprzewidywalnymi zmianami kursów walut i do tego jest dostępne na polskim rynku nawet za darmo. – Polskim touroperatorom może nie być łatwo wypracować zyski w tak trudnym sezonie, dlatego tak ważne jest aby minimalizować ryzyko ich stopnienia w wyniku niekorzystnego stosunku wymiany danej waluty – mówi Jarema.

Waluty – gdzie jeszcze można szukać oszczędności?

– Polscy touroperatorzy, ci więksi i ci mniejsi, powinni szukać dobrych kursów i możliwość ich negocjacji, dostępu do szerokiego wachlarza walut, niskich kosztów przelewów międzynarodowych oraz jak najniższego – a najlepiej zerowego – kosztu założenia i obsługi rachunku. Biorąc pod uwagę skalę i wielkość obrotów touroperatorów w zagranicznych walutach oszczędności mogą być bardzo duże – wskazuje Przedstawiciel AKCENTY.

Jak podaje Światowa Organizacja Turystyki (UNWTO) w 2014 r. międzynarodowy ruch turystyczny wzrósł o 4,7 proc., poza granice swojego państwa wyjechało aż 1,138 mld turystów (o 51 mln więcej niż w 2013 r.). Również Polacy coraz chętniej wybierają zagraniczne wakacje. W ubiegłym roku na urlop zagranicą zdecydowało się 18 proc. badanych, w tym wśród osób, które zadeklarowały, że wyjechały na wypoczynek, 1/3 wybrała zagraniczny kierunek – wynika z badania CBOS „Wyjazdy wypoczynkowe Polaków w 2014 roku i plany na rok 2015”.

 

Polskie firmy z grantami z Instrumentu dla MŚP w ramach Horyzontu 2020

Dziewięć firm z Polski uzyskało dofinansowanie w grudniowym rozdaniu Instrumentu dla MŚP. To jak dotąd najbardziej udana dla polskich przedsiębiorstw edycja programu. Ale do liderów rankingu wciąż nam daleko. Świetne wyniki osiągnęły Hiszpania, Wielka Brytania i Niemcy.

Czołówka rankingu od kilku rozdań pozostaje niezmienna – w obu fazach programu najwięcej grantów zdobyły firmy z Hiszpanii, Włoch, Wielkiej Brytanii i Niemiec. Dofinansowania z fazy 2 po raz pierwszy otrzymały Norwegia, Austria, Grecja i Portugalia. Z dziewięciu polskich firm, które uzyskaly dotacje,  siedem otrzyma dofinansowanie w fazie 1 Instrumentu MŚP, a dwie – w fazie 2.

“Polskie firmy wyciągają wnioski z poprzednich, mniej udanych dla siebie edycji, i osiągają coraz lepsze wyniki w Instrumencie” – mówi Alicja Grzegorzek, ekspert od programów brukselskich z międzynarodowej grupy doradczej Ateknea Solutions. – W porównaniu z liderami rankingu, liczba grantów uzyskanych przez polskie przedsiębiorstwa nie jest jeszcze imponująca, jednak kierunek rozwoju jest jak najbardziej słuszny. Sfinansowane projekty z Polski są innowacjami na skalę europejską”.

Faza 1: Rozdano 13 mln euro na studium wykonalności

W grudniowym rozdaniu  fazy 1  małe i średnie przedsiębiorstwa zgłosiły 2363 wnioski o dofinansowanie, z czego zaledwie 320 uzyskało minimalną liczbę punktów wymaganą do zakwalifikowania się na listę rankingową. 259 projektów z najwyższymi wynikami otrzymało  dofinansowanie w wysokości 50 tys. euro każdy, co łącznie daje kwotę 13 mln euro przekazanych dotacji.

W tej edycji Fazy 1 Instrumentu wzięło udział 131 polskich firm –  7 z nich otrzymało dotację, ale tylko 4 występują jako koordynatorzy projektu. Pozostałe 3 uczestniczą w konsorcjach jako partner. Jednym z koordynatorów jest firma Jakusz Sp.zo.o. z Kościerzyny, która zgłosiła projekt w temacie „Kosmos”.

“Jesteśmy bardzo zadowoleni, że Komisja Europejska doceniła nasz projekt. Pracujemy nad bezpieczną i mobilną produkcją  wysoko stężonego nadtlenku wodoru, który może być używany jako ekologiczny materiał pędny do silników rakiet kosmicznych.” – mówi Bartosz Jakusz Dyrektor Działu Kosmicznego z firmy Jakusz z Kościerzyny– “Jeszcze kilka lat temu myśl, że polskie MŚP może z sukcesem rywalizować z międzynarodowymi firmami w tematyce kosmicznej wydawała się abstrakcyjna, dzisiaj jest rzeczywistością. Innym firmom mogę doradzić, że równie ważny jak innowacyjny pomysł jest starannie przygotowany wniosek”.

Faza 2: Ponad 117 milionów euro na innowacyjne projekty

W grudniowym rozdaniu fazy 2 Komisja Europejska otrzymała 629 wniosków. Do listy rankingowej zakwalifikowano 180 projektów, z czego 74 z największą liczbą punktów otrzymało dofinansowanie. Aż 106 innowacyjnych projektów również kwalifikowało się do dofinansowania, jednak, ze względu na ograniczony budżet, grantu nie otrzymało.

Największe sukcesy w tej fazie osiągnęły firmy z Wielkiej Brytanii (14,5 mln euro, 15 firm), Niemiec (13,4 mln euro, 11 firm), Holandii (13,7 mln euro, 7 firm),  Hiszpanii (12,9 mln euro, 13 firm) i Francji (10,7 mln euro, 6 firm). Łącznie w fazie 2 Komisja Europejska przekazała ponad 117 milionów euro dotacji.

Z Polski wnioski zgłosiło 31 przedsiębiorstw. Dofinansowanie otrzymały dwa przedsiębiorstwa. Firma Neel z Warszawy jest jedynym polskim koordynatorem w fazie 2. Projekt SafeTrain, który pozyskał dofinansowanie w temacie „Transport”, jest realizowany przez Neel we współpracy z partnerem z Norwegii, firmą Wavetrain.

“Jesteśmy bardzo dumni i zadowoleni, że udało nam się znaleźć w gronie firm z dofinansowaniem z fazy 2. Projekt, nad którym pracujemy, wykorzystuje innowacyjną technologię do odstraszania zwierząt z torów kolejowych, przyczyniając się do zwiększenia bezpieczeństwa i ochrony zwierząt na kolei.” – mówi Marek Stolarski, prezes firmy NEEL , która pozyskała na projekt prawie 1.4 mln euro grantu. – “Pracując  nad przygotowaniem wniosku dużym wsparciem była pomoc doświadczonych ekspertów, co pozwoliło sprawnie i w profesjonalny sposób przejść cały proces, skoordynować współpracę z naszym zagranicznym partnerem oraz zminimalizować ryzyka związane z popełnieniem błędów wpływających na powodzenie projektu.”

Firmy, którym nie powiodło się w rozdaniach w 2014 roku, mogą ponownie zgłaszać swój wniosek w kolejnych edycjach – w tej samej lub poprawionej formie. O pomoc w ocenie wniosku można zwrócić się do Krajowego Punktu Kontaktowego odpowiedzialnego za program Horyzont 2020 lub do firm doradczych, wyspecjalizowanych w pozyskiwaniu tego typu dofinansowań.

 

 

 

 

Opracowano na podstawie materiałów Komisji Europejskiej:

https://ec.europa.eu/easme/en/news/sme-instrument-13-million-feasibility-studies-phase-1
https://ec.europa.eu/easme/en/news/sme-instrument-1176-million-innovation-activities-and-business-plans-phase-2