Komentarz walutowy z 26.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Intermarché będzie rozwijać sieć. Testuje nowy koncept placówek i odbiór towarów bez wysiadania z auta

Intermarché kontynuuje ofensywę na polskim rynku. Sieć zamierza umocnić swoją pozycję w Polsce, inwestując w jakość oraz zwiększając dostępność oferty. Podtrzymuje też swoje zapowiedzi dotyczące intensywnego rozwoju sklepów do 2020 roku.
Większość sklepów w Polsce narzeka na panującą w kraju deflację. Jak podał główny Urząd Statystyczny, średnie ceny w lutym były o 1,6 proc. niższe niż rok wcześniej. Odbija się to głównie na sklepach sprzedających produkty codziennego użytku. Żywność w lutym była tańsza o 2,6 proc., zaś odzież i obuwie o 5,3 proc. To oznaczało, że rosły koszty właścicieli sklepów, bowiem utrzymanie poziomu obrotów wymagało sprzedaży znacznie większej ilości towarów. W rezultacie wiele sieci miało niższe zyski.
– Cały czas przyglądamy się sytuacji na rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Krzysztof Waligórski, prezes Dyrekcji Handlowej Intermarché. – Radzimy sobie na nim lepiej niż przyzwoicie i nie planujemy żadnej weryfikacji planu realizacji strategii Polska CAP 2020, czyli planu rozwoju sieci Intermarché do 2020 roku. W dalszym ciągu zakłada on uruchomienie kolejnych 300 sklepów, co oznacza, że w 2020 roku pod szyldem Intermarché będzie w Polsce działać 500 placówek.
Zamiast korygować plany rozwoju, Intermarché szykuje zmiany w istniejących oraz nowo powstających sklepach. Sieć stawia na podnoszenie jakości zarówno asortymentu, jak i obsługi klientów.
– Mamy trzy nowe elementy w funkcjonowaniu sieci spożywczej w Polsce – informuje Krzysztof Waligórski. – Nowy koncept ma być odpowiedzią na oczekiwania klientów i trudną sytuację, w której polski handel się w tej chwili znajduje. To jest też element, który pozwoli nam zrealizować plan Polska CAP 2020. Nie możemy też jako sieć przejść obojętnie obok oczekiwań konsumenta i jego nastawienia do zakupów przez internet. Dla nas ważnym elementem jest także bezpośrednia komunikacja z klientem.
To zaś oznacza inwestycje w marketing i promocje. Sieć nadal zamierza wykorzystywać swoje atuty: własne wędzarnie, piekarnie i cukiernie. W marcu Intermarché uruchomiło sklep testowy, na którym wzorować mają się z czasem wszystkie placówki firmy.
– Zmiana jest gruntowna – deklaruje prezes Dyrekcji Handlowej Intermarché. – Chcieliśmy zaakcentować nasze wyróżniki – własną wędzarnię, czyli produkcję wyrobów wędliniarskich na miejscu, oraz szeroki asortyment produktów lokalnych i regionalnych. Bardzo dużą wagę przywiązujemy do jakości i świeżości produktów oraz sposobu ich wyeksponowania, zarówno w dziale warzyw i owoców, jak i w piekarni.
Nowe sklepy uzupełniać będą nowe możliwości dokonywania w nich zakupów. Towary będzie można wybrać zdalnie, zaś na miejscu tylko odebrać.
– Będziemy testować zarówno odbiór przy sklepie, z samochodu, czyli drive light, jak i odbiór w sklepie, w punkcie wskazanym przez nas – podkreśla prezes Krzysztof Waligórski z Intermarché. – Zamierzamy równomiernie rozwijać obydwie formy. Po teście będziemy mogli określić, w którym kierunku pójdziemy bardziej zdecydowanie. Dzisiaj wydaje się, że zarówno pierwsze, jak i drugie rozwiązanie będzie w Polsce wdrażane.
Introl, producent systemów automatyki przemysłowej, liczy na duże zamówienia w 2016 roku

Dopiero w przyszłym roku rozpoczną się inwestycje, które przyniosą ożywienie na rynku automatyki przemysłowej. Specjalizująca się w tej branży spółka Introl dostrzega większe zainteresowania swoimi systemami, ale wzrostu zamówień oczekuje dopiero wtedy, gdy ustabilizuje się polskie prawo i ruszą wielkie inwestycje, zwłaszcza w energetyce.
Przedstawiciele spółki podkreślają, że na razie nie widzą wysypu zamówień, otrzymują jednak dużo zapytań. Inwestorzy chcą się zorientować w możliwościach, ofertach i cenach.
– Spodziewam się, że w przyszłym roku rozpoczną się realizacje – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Wiesław Kapral, przewodniczący rady nadzorczej Introlu. – My szczególnie liczymy na energetykę, która realizuje duże projekty, więc tej pracy będzie dużo. Wprawdzie ciągle brakuje odpowiedniej ustawy, która zaktywizowałaby pewne działania, szczególnie, jeżeli chodzi o czystą energię.
Dzięki unijnemu wparciu polska energetyka będzie się szybko zmieniać. Z jednej strony emisja dwutlenku węgla w państwach Unii Europejskiej ma do roku 2030 zostać ograniczona o co najmniej 40 proc. Z drugiej Polska znalazła się wśród państw, które otrzymają wsparcie na sfinansowanie tych zmian. Tylko na przebudowę polskiej energetyki Bruksela da ok. 7,5 mld euro. Obok udziału w wielkich projektach energetycznych Introl liczy też na inne inwestycje związane z ochroną środowiska.
– To jest dość trudny i niedoinwestowany rynek, na pewno jest tam mnóstwo roboty i z tego względu jest bardzo ciekawy – ocenia Wiesław Kapral. – To tam są głównie kierowane pieniądze na wsparcie. Aczkolwiek te realizacje nie są łatwe. Myślę jednak, że to się musi rozwijać, bo rzeczywiście tam wiele trzeba jeszcze zrobić.
Z ponad 27 mld euro, jakie Unia przeznacza na realizacje w Polsce programu Infrastruktura i Środowisko, część na pewno trafi na inwestycje związane ochroną środowiska. Nadal jednak trwają prace nad ustawami, od których zależą konkretne projekty.
– Sektor przemysłowy rozwija się cały czas, aczkolwiek mógłby szybciej – ubolewa przewodniczący rady nadzorczej Introlu. – Widzimy wiele innych możliwości, które nie są wykorzystywane. Myślę, że prawo nie jest najlepiej skonstruowane, otoczenie działalności nie jest najlepsze. Powszechnie znane są historie toczących się spraw i problemów z fiskusem itd. Zmiany na pewno przyspieszyłyby rozwoju. Niemniej jednak nie ma tragedii, kraj się rozwija i to widać, przemysł też.
Jedynie z górnictwem, niegdyś potężnym odbiorcą wyrobów automatyki przemysłowej, Introl nie wiąże już specjalnych nadziei na współpracę.
– Górnictwo jest w beznadziejnej sytuacji – podkreśla Wiesław Kapral z Introlu. – Zresztą nigdy nie było w dobrej. My pracujemy dla górnictwa, aczkolwiek w niedużym zakresie, staramy się brać bezpieczne projekty, nieduże. Kondycja tych firm jest straszna, więc nie wiem, jak to się wszystko potoczy. To również zależy od tego, czy Unia zaakceptuje plan pomocy dla górnictwa, czy nie, bo też tak się może zdarzyć. Czarno widzę górnictwo, dlatego w tej chwili niechętnie wchodzimy w ogóle w tego rodzaju projekty.
Pracownik z umiejętnościami pilnie poszukiwany
Pracodawcy poszukują osób sumiennych i komunikatywnych, ale duży nacisk kładą także na ich chęci do pracy i ambicje. Coraz mniejsze znaczenie mają wiek oraz wydajność kandydata.
Z ofert pracy wynika, że od przyszłych pracowników oczekuje się przede wszystkim elastyczności, kreatywności, zdolności interpersonalnych i nastawienia na sukces. Dopiero w dalszej kolejności wymieniane są kwalifikacje. Podstawową umiejętnością wymaganą na rynku jest znajomość języków obcych. „Jest to częsty problem dla osób starszych, ponieważ za ich czasów w edukacji nie kładziono nacisku na umiejętność posługiwania się językami obcymi. Zarówno seniorzy, jak i przede wszystkim osoby młode muszą mieć na uwadze swoją karierę i kształcić się w tym zakresie” – mówi serwisowi infoWire.pl Krzysztof Inglot z Work Service. Co ważne, w niedalekiej przyszłości szczególnie warto będzie znać nie tylko język angielski, lecz także rosyjski i chiński.
„Na rynku pracy wciąż poszukuje się absolwentów kierunków ścisłych i technicznych: informatyki, matematyki, motoryzacji oraz mechatroniki i budowy maszyn. Tworzone są ponadto całkiem nowe stanowiska, np. związane z energetyką atomową. To branża, która w przyszłości będzie się rozwijała i generowała liczne miejsca pracy” – zaznacza rozmówca.
Widać również zapotrzebowanie na wykwalifikowanych pracowników opieki, tak nad osobami starszymi, jak i nad dziećmi. Pracy na pewno nie zabraknie też prawnikom. W perspektywie 5–10 lat wzrośnie także popularność takich zawodów, jak kosmetolog oraz fryzjer. „Sektor usług dla ludności będzie się rozwijał. Osoby, które nie mają ambicji pójść na studia wyższe, ale chcą znaleźć dobrą pracę, powinny kształcić się w tym kierunku” – podkreśla ekspert.
Pracodawcy proponują zmiany w prawie zamówień publicznych
Rada Zamówień Publicznych Konfederacji Lewiatan przygotowała rekomendacje, których celem jest zapewnienie równowagi między zamawiającymi i wykonawcami w zamówieniach publicznych. Mają one w pełni zabezpieczyć interesy wszystkich uczestników rynku.
Urząd Zamówień Publicznych rozpoczął prace nad nową ustawą o zamówieniach publicznych, która ma zwiększyć efektywność i jakość przetargów publicznych oraz realizowanych w ramach ustawy projektów. Rada Zamówień Publicznych Konfederacji Lewiatan aktywnie zaangażowała się w konsultacje i skierowała do UZP rekomendacje dotyczące zapewnienia równowagi stron w zamówieniach publicznych. Propozycja zapisu art. 139 Pzp ma na celu uzdrowienie sytuacji w obszarze kształtowania treści SIWZ. Dotychczasowa praktyka wskazuje, że zamawiający – korzystając z uprzywilejowanej pozycji – niejednokrotnie nadmiernie obarczał ryzykiem wykonawcę.
Pełne uwzględnienie zgodności SIWZ z zasadami współżycia społecznego – na mocy art. 353 Kodeksu Cywilnego – pozwoli w pełni zabezpieczyć interes publiczny oraz wszystkich uczestników rynku zamówień publicznych.
Postulowane przez Konfederację Lewiatan zapisy nowej ustawy Prawo zamówień publicznych gwarantują przede wszystkim uzyskanie świadczeń o najwyższej jakości, a jednocześnie zabezpieczają wykonawcę przed nierealnymi oraz nierynkowymi wymogami zawartymi w wadliwie skonstruowanych SIWZ. Przy kształtowaniu ram postępowania przetargowego nie można zapominać bowiem o rzeczywistych możliwościach wykonania przedmiotu zamówienia i w związku z tym należy uwzględniać jedynie realne do osiągnięcia rezultaty. W przeciwnym razie usługa wykonawcy będzie niemożliwa do spełnienia i tym samym warunki przetargowe – na mocy których zawarty zostanie kontrakt – będą naruszać art. 353 Kodeksu cywilnego. W takiej sytuacji – zgodnie z art. 58 § 1 KC – zamawiający musi liczyć się z sankcją w postaci nieważności podpisanej umowy. Autorami propozycji zapisu są mec. Mirella Lechna z Kancelarii Wardyński i wspólnicy SP. k. i mec. Jarosław Sroka partner w Kancelarii BSJP Brockhuis Jurczak Prusak SP. k.
– Postulowane zapisy art. 139 Pzp mają przede wszystkim uzdrowić sytuację na rynku zamówień publicznych oraz wyeliminować szkodliwe zjawisko zachwiania równowagi między stronami umowy. Właściwe i zgodne z prawem Pzp i Kodeksem Cywilnym kształtowanie SIWZ w postępowaniach przetargowych pozwala odpowiednio zabezpieczyć interes publiczny. Niedopuszczalne są sytuację, takie jak w przypadku budowy dróg szybkiego ruchu i autostrad, gdy przez sektor budowlany przeszła fala bankructw spowodowana wadliwymi zapisami umownymi. W konsekwencji destabilizacji uległa cała branża, co negatywnie wpłynęło nie tylko na czas budowy tras komunikacyjnych, ale przede wszystkim na poziom zatrudnienia. Uwzględnienie w SIWZ zasad współżycia społecznego jest niezbędnym krokiem w celu dalszej profesjonalizacji rynku zamówień publicznych. W związku z tym Konfederacja Lewiatan opracowała wraz z kancelarią Wardyński i Wspólnicy oraz BSJP Brockhuis Jurczak Prusak zestaw proponowanych zapisów do nowej ustawy Pzp, który przekazała UZP. Ponadto Urząd Zamówień Publicznych otrzymał katalog dobrych praktyk naszego autorstwa, który ma ułatwić zamawiającym pełną i zgodną z intencją ustawodawcy realizację zapisów prawnych obecnie obowiązującej ustawy. Dokument jest swoistym vademecum umożliwiającym właściwe konstruowanie przetargów, który będzie stale rozszerzany o nowe zagadnienia – mówi Marek Kowalski, przewodniczący Rady Zamówień Publicznych Konfederacji Lewiatan.
Kwestia wadliwie konstruowanych SIWZ jest również istotna ze względu na orzecznictwo Krajowej Izby Odwoławczej, która stoi na stanowisku, że zamawiający w sposób dowolny kształtuje postępowanie o udzielenie zamówienia publicznego – decydując o jego przedmiocie, rodzaju, parametrach, zakresie oraz warunkach realizacji czy innych obowiązkach umownych. Jednocześnie – zgodnie z tym podejściem – zamawiający w żaden sposób nie ogranicza swobody kontraktowania, gdyż wykonawca, któremu postanowienia SIWZ nie odpowiadają może po prostu nie składać oferty.
Krajowa Izba Odwoławcza wyraziła pogląd, że interes publiczny, jaki reprezentuje zamawiający, przeważa nad prywatnym interesem wykonawcy. Taka praktyka – związana z wprowadzeniem nadmiernej odpowiedzialności wykonawcy i przerzucaniem na niego większości ryzyk – spowodowała nowe zjawisko o charakterze patologii na rynku zamówień publicznych. Brak reguł rozsądku, racjonalności gospodarczej oraz równowagi stron umowy w konsekwencji bowiem wiąże się z niesolidnym i nieterminowym realizowaniem zobowiązań przez wykonawców, co tym samym jest sprzeczne z intencją Krajowej Izby Odwoławczej oraz uniemożliwia osiągnięcie zakładanych korzyści dla interesu publicznego.
– Wprowadzenie tej zmiany do prawa zamówień publicznych umożliwi wykonawcom egzekwowanie przed Krajową Izbą Odwoławczą – jeszcze na etapie przygotowywania projektów umów – postanowień kontraktowych zapewniających bardziej zrównoważony bilans wzajemnych ryzyk i świadczeń. Obecnie to zamawiający dyktują treść umów, często w sposób jednostronnie korzystny tylko dla nich, których wykonawcy zasadniczo nie mają możliwości zakwestionować. W konsekwencji zmiana ta może przyczynić się do ukształtowania dobrej praktyki zawierania umów bardziej ‘zbilansowanych’, co z pewnością będzie służyć realizacji interesu publicznego – mówi Jarosław Sroka, radca prawny, Wspólnik Kancelarii BSJP Brockhuis Jurczak Prusak.
– Propozycja stanowi reakcję sektora prywatnego przeciwko takiemu kształtowaniu warunków przetargu, w wyniku którego nadmierna odpowiedzialność odszkodowawcza oraz ryzyko lokowane są po stronie wykonawcy, bowiem jest to sprzeczne z uczciwością i rzetelnością kupiecką oraz wbrew zasadom współżycia społecznego. Dostępne środki prawne nie ułatwiają wykonawcom zmiany wadliwych – z punktu widzenia prawa cywilnego – postanowień SIWZ. Proponowany zapis ma skłonić tak zamawiających, jak i Krajową Izbę Odwoławczą do szerszego zastosowania zasad kształtowania umów wzajemnych, które wywodzą się z prawa cywilnego – dodaje Mirella Lechna, radca prawny, wspólnik Kancelarii Wardyński i Wspólnicy.
Wyłącznie skuteczna realizacja zamówienia pozwala na osiągnięcie planowanych korzyści dla interesu publicznego i prawidłowe wydatkowanie środków publicznych – cel taki nie zostanie osiągnięty, jeśli zamawiający na skutek nieprawidłowego skonstruowania SIWZ i braku ofert byliby zmuszeni do ponownego ogłaszania postępowań przetargowych. Rekomendowany zapis art. 139 ustawy Prawo zamówień publicznych jest krokiem w kierunku uzdrowienia sytuacji w sektorze i wyjściem do prac nad nową.
Konfederacja Lewiatan
Quercus TFI stawia w tym roku na budowlankę i pozabankowy sektor finansowy. Towarzystwo liczy na dwucyfrową stopę zwrotu z inwestycji
W tym roku najbardziej opłacić powinny się inwestycje giełdowe – prognozuje Quercus TFI. Towarzystwo stawia na akcje firm budowlanych oraz sektor finansowy, ale poza bankami, i liczy na dwucyfrową stopę zwrotu ze swoich funduszy agresywnych.
– Wydaje mi się, że w 2015 roku w przypadku produktów zawierających akcje są możliwe dwucyfrowe stopy zwrotu w zależności od liczby akcji w portfelu i tego, czy są to akcje średnich, małych czy dużych firm – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Sebastian Buczek, prezes Quercus TFI. – W przypadku instrumentów dłużnych czy funduszy dłużnych zakładamy, że w tym roku stopy zwrotu nie będą oszałamiające, w przypadku funduszy obligacji już nie ma co liczyć na stopy zwrotu rzędu 5-10 proc., natomiast w przypadku funduszy gotówkowych wydaje nam się, że powtórzymy mniej więcej wynik z 2014 roku, czyli zysk na poziomie około 3 proc.
Sporym zainteresowaniem polskich inwestorów nadal cieszą się obligacje i różnego typu papiery dłużne. To one przynosiły bowiem w ostatnich latach wysokie, przekraczające niekiedy 10 proc. stopy zwrotu. Znawcy rynku jednak zgodnie twierdzą, że szanse na powtórkę z podobnej hossy są nikłe. Obligacje powiązane są bowiem ze stopami procentowymi NBP, a te ostatnio zostały mocno obniżone i dziś są najniższe w historii. Dlatego inwestorzy powinni pomyśleć o innych sposobach pomnażania swoich pieniędzy.
W tym roku Quercus TFI stawia raczej na spółki giełdowe. Polska gospodarka wyraźnie przyspiesza i można mieć nadzieję na poprawę wyników wielu firm.
– Głównie są to średnie i mniejsze firmy z różnych sektorów – ocenia Sebastian Buczek. – Bardzo lubimy szeroko rozumiany sektor budowlany i okołobudowlany. Lubimy też sektor finansowy, ale poza bankami, które w naszej ocenie są dość drogie. W zasadzie w każdym sektorze można znaleźć cały czas spółki, których wyceny są atrakcyjne i których potencjał do osiągnięcia dobrych stóp zwrotu jest całkiem spory.
Polska budowlanka ma trudny czas za sobą. Zastój na rynku nieruchomości oraz obliczone na jak najniższą cenę kontrakty drogowe zaszkodziły wielu firmom. Z drugiej strony wiele z nich przeszło pomyślną restrukturyzację, a obecnie oczekuje się sporego ożywienia na rynku. Fundusze europejskie pozwolą w najbliższych latach wybudować sporo nowych dróg, zmodernizować energetykę i infrastrukturę, a coraz zamożniejsi Polacy ponownie myślą o kupnie nieruchomości.
– Tak, kondycja tych firm wyraźnie się poprawiła. Poza dwiema firmami można powiedzieć, że większość wyszła już z tych trudności i powinna notować wyraźną poprawę wyników – uważa prezes Quercus TFI. – Zresztą większość firm już opublikowała wyniki za 2014 rok i ta poprawa już w ubiegłorocznych wynikach jest widoczna. Oczekujemy dalszej poprawy w 2015 roku i wszyscy sobie ostrzymy zęby, że lata 2016-2017 też powinny być niezłe i ze względu na środki unijne, i ze względu na niskie stopy procentowe, to powinno temu sektorowi też pomagać.
Sebastian Buczek ocenia, że w każdym sektorze można znaleźć spółki, które cały czas są nisko wycenione i gdzie potencjał wzrostu jest ciągle wyraźny. Jego firma zamierza m.in. inwestować w sektor finansowy, jednak z wyłączeniem akcji banków.
– Wszystkie spółki, które korzystają z niskich stóp procentowych, jak chociażby KRUK, czyli spółki wierzytelnościowe, takie jak TFI czy spółki odszkodowawcze, są to te firmy, które w tym roku bardzo dobrze sobie radzą na naszej warszawskiej giełdzie. Banki są raczej w defensywie, na kilkuprocentowych minusach. Ze względu na to, co stało się z frankiem szwajcarskim i dość restrykcyjne podejście naszego regulatora nie oczekujemy ze strony banków poprawy wyników finansowych – prognozuje prezes Quercus TFI.
Orange inwestuje w innowacje. Na badania i rozwój chce wydać w tym roku ponad 50 mln złotych
Innowacyjność w branży telekomunikacyjnej jest już nie tylko wyborem, lecz także staje się obowiązującym standardem. Orange, który rocznie przeznacza na badania i rozwój 50-60 mln zł, traktuje tę działalność oraz współpracę ze start-upami jako ważny element biznesu. Dzięki innowacyjności operator może wyróżnić się na rynku i zaproponować klientom nowe produkty i usługi.
‒ Dziś tempo zmian jest bardzo duże, szczególnie w firmach technologicznych, w związku z tym innowacje stają się kluczowym elementem funkcjonowania – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Muszyński, wiceprezes Orange Polska.
Orange wyróżnia się na tle polskich telekomów pod względem zaangażowania w badania i rozwój. Zatrudnia w swoich laboratoriach nie tylko doświadczonych inżynierów, lecz także studentów i absolwentów uczelni technicznych. Blisko współpracuje także z polskimi start-upami. Firma cały czas jest nastawiona na poszukiwanie nowych rozwiązań.
Orange Polska stosuje model Open Innovation. Dzięki temu swój wpływ społeczny zaznacza nie tylko poprzez bezpośrednie oddziaływanie innowacji na życie ludzi czy społeczności, lecz także poprzez transfer wiedzy w tym zakresie do podmiotów, z którymi współpracuje. Pozwala im to wprowadzać na rynek własne innowacyjne projekty i rozwiązania.
Piotr Muszyński zwraca uwagę na to, że taka działalność nie powinna być traktowana jako coś wyjątkowego. Innowacyjność firmy to istotny element strategii. Coraz częściej polega ona nie tylko na tworzeniu zupełnie nowych rozwiązań, lecz także na łączeniu, adaptowaniu i przekształcaniu istniejących produktów, usług i technologii.
‒ To jest kluczowa dla nas rzecz, ponieważ nasze działanie jako przedsiębiorcy zależy od tego, jak bardzo jesteśmy w stanie przekonać do siebie użytkowników. Rynek jest bardzo konkurencyjny i przy standardowym podejściu do produktu oraz usługi możemy na rynku konkurować tylko ceną. Element innowacyjności zwiększa naszą atrakcyjność ‒ podkreśla Muszyński.
Dzięki zaangażowaniu Orange w badania i rozwój skorzystać mogą także młodzi polscy naukowcy. Pracując dla polskiego oddziału Orange Lab, mogą przyczynić się do wdrożenia rozwiązań i nowych usług nie tylko w Polsce, lecz także np. we Francji. Ta wymiana technologiczna działa również w przeciwnym kierunku ‒ Orange Polska ma dostęp do innowacji opracowanych za granicą. Polscy klienci dzięki temu mogą mieć w ofercie atrakcyjniejsze produkty i usługi.
Orange współpracuje również z początkującymi przedsiębiorcami. Spółka organizuje m.in. akcelerator dla start-upów Orange Fab. W każdej edycji programu uczestniczy ponad 100 projektów. Najlepsi mają szansę na rozwój swojego produktu, nawiązanie nowych kontaktów biznesowych, wsparcie finansowe do 40 tys. zł i współpracę z Orange.
‒ Kultura start-upów jest elementem naszego ekosystemu. W momencie, kiedy start-upy zaczęły się definiować jako nowa dziedzina gospodarki, jako formuła funkcjonowania młodych przedsiębiorców, zrodziła się wokół tego cała sztuka zarządzania innowacyjnymi projektami. Dla nas nie było to żadnym zaskoczeniem, ponieważ jest to element naszego stylu działania. Pozwala na jeszcze szersze otwarcie się na ludzi myślących z inną dynamiką biznesową – podkreśla Muszyński.
Orange stara się poprzez działania innowacyjne wpływać nie tylko na ofertę firmy, lecz także na społeczności lokalne. Na przykład program Business Intelligence Hackathon API (BIHAPI) promuje tworzenie innowacyjnych rozwiązań informatycznych na bazie otwartych danych dostarczanych przez miasta i samorządy. Uczestnicy konkursu tworzą usługi na potrzeby lokalnej społeczności. Natomiast dzięki programowi Imagine with Orange każdy może podzielić się swoimi pomysłami i otrzymać pomoc w ich realizacji. Zgłoszone poprzez platformę internetową http://imagine.orange.pl są komentowane i wzbogacane przez ludzi z całego świata. Społeczność wybiera najbardziej trafne i pomysłowe propozycje.
M. Zuber: za korzystne dla kredytobiorców rozwiązania zaproponowane przez ZBP płaciliby pozostali klienci banków
Spośród propozycji uregulowania sytuacji osób zadłużonych rozwiązania przedstawione niedawno przez Związek Banków Polskich są najbardziej konkretne i możliwe do realizacji – ocenia Marek Zuber, ekonomista. ZBP zaproponowało utworzenie dwóch funduszy wsparcia dla osób, które mają problemy ze spłatą kredytu. Zdaniem eksperta za wprowadzenie ich w życie w ostatecznym rachunku zapłaciliby jednak pozostali klienci banków. Nie pomogą one także osobom, które zaciągnęły denominowane we franku kredyty w latach 2006-2007.
– Propozycja Związku Banków Polskich jest najbardziej konkretna – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marek Zuber, ekonomista. – Mamy oczywiście także propozycję przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego, ale moim zdaniem jest ona mało realna w realizacji.
W ramach prac nad nowymi zasadami funkcjonowania rynku kredytów hipotecznych Związek Banków Polskich w pierwszych dniach marca zaproponował utworzenie dwóch funduszy. Ze wspierającego kredytobiorców Funduszu Wsparcia Restrukturyzacji Kredytów Hipotecznych mogliby korzystać zadłużeni, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji życiowej, niezależnie od waluty w jakiej zaciągali pożyczkę. Natomiast zadaniem Sektorowego Funduszu Stabilizacyjnego byłaby pomoc wyłącznie w rozwiązaniu problemu kredytów we frankach szwajcarskich. Związek zaproponował również tzw. uwolnienie zabezpieczeń hipotecznych, czyli ewentualną możliwość zmiany zabezpieczenia na wpis do księgi wieczystej innej nieruchomości.
– To z pewnością byłby element pomagający w przyszłości stabilizować sytuacje kredytobiorców – uważa Zuber. – Ale raczej nie będzie panaceum dla tych, którzy – mówiąc kolokwialnie – wkopali się w pożyczki we frankach szwajcarskich, biorąc je na przykład w 2006 czy 2007 roku. W ich przypadku taki system nie za bardzo może pomóc. Mam jednak wątpliwości, czy wsparcie jest im w ogóle obecnie potrzebne.
W połowie stycznia br. Narodowy Bank Szwajcarii (SNB) zdecydował, że przestaje bronić kursu swojej narodowej waluty wobec euro. Od 2011 r. dbał o to, by frank szwajcarski nie umacniał się ponad poziom 1,20 do euro, wprowadzając na rynek franki i skupując waluty. Dla równowagi SNB po raz kolejny obniżył stopy procentowe (o 0,5 proc.). W wyniku tych decyzji znacznie umocnił się kurs szwajcarskiej waluty, w której blisko 600 tys. Polaków spłaca zaciągnięte kredyty (najczęściej hipoteczne). Zaraz potem jednak notowania szwajcarskiej waluty zaczęły spadać.
– Jeżeli mówimy o funduszach czy zabezpieczeniach od utraty pracy i innych zdarzeń tego rodzaju, to trzeba pamiętać, że to wszystko nie jest darmowe – podkreśla Marek Zuber. – Zatem albo banki będą musiały jakieś pieniądze na ten system wyłożyć, co będzie oznaczało, że z pewnością przerzucą te środki na osoby korzystające z ich usług, albo sami klienci będą musieli współfinansować tego typu pomysły. Oznaczałoby to wzrost marż i opłat. Nic nie jest za darmo.
Na ożywioną akcję kredytową dziś wpływają rekordowo niskie stopy procentowe. Na marcowym posiedzeniu Rada Polityki Pieniężnej obniżyła je o 50 punktów bazowych. Stopa referencyjna spadła do poziomu 1,5 proc. To powoduje, że również koszty kredytów znacząco spadają.
– Pożyczka ma tylko dwie wady: zawsze trzeba ją oddać w całości i zapłacić za jej udzielenie – mówi ekonomista. – Jeżeli bierzemy kredyty hipoteczne, długoterminowe, inwestycyjne na kilkanaście lat, pamiętajmy, że w ciągu 5-7 lat stopy procentowe prawie na pewno wyraźnie pójdą w górę. Dzisiaj bowiem są najniższe w historii, a kredyty jeszcze tak tanie były. Może to oznaczać, że miesięczna płatność związana z obsługą pożyczki wzrośnie o 25-30 proc. Jeżeli dzisiaj płacimy tylko 1000 zł raty, za pięć lat może ona wzrosnąć do 1300 zł. Zaciągając dzisiaj pożyczkę, warto o tym pamiętać.
Tylko częściowa refundacja i długie kolejki ograniczają dostęp do terapii polem magnetycznym. Rozwiązaniem domowa magnetoterapia
Terapia polem magnetycznym, czyli magnetoterapia, działa przeciwbólowo, przeciwzapalnie, obniża ciśnienie krwi, wzmacnia układ odpornościowy, zwiększa dotlenienie tkanek i przyspiesza proces regeneracji organizmu. Jest coraz częstszym elementem rehabilitacji po urazach lub zabiegach operacyjnych. Na terapię w ramach NFZ trzeba jednak czekać nawet kilka miesięcy, a refundowana jest tylko jej niewielka część. Alternatywą są poręczne aparaty do magnetoterapii w warunkach domowych. Można je dostać w sprzedaży bezpośredniej – niekwestionowanym liderem w tym sektorze jest firma Vigget.
Magnetoterapia polega na stosowaniu zmiennego pola magnetycznego o niskiej częstotliwości, które przenika równomiernie przez wszystkie części ciała. Pod jego wpływem jony znajdujące się w komórkach zaczynają się przemieszczać, prowadząc do hiperpolaryzacji błony komórkowej. W wyniku działania pola magnetycznego poprawia się przemiana materii, poziom ukrwienia i dotlenienia części ciała poddawanej działaniu pola magnetycznego. Terapia ta wykorzystywana jest obecnie w kilku działach medycyny, m.in. w ortopedii i reumatologii. Sprawdza się także w leczeniu wielu chorób wewnętrznych. W odróżnieniu od tradycyjnych metod fizykoterapii magnetoterapia pozwala na bardzo głębokie oddziaływanie na organizm ludzki.
– W zasadzie pole magnetyczne mamy na co dzień. Istniejemy w obszarze pola magnetycznego. Kiedyś wartość pola magnetycznego Ziemi wynosiła 2 gausy, obecnie jest to 1 gaus. Pole magnetyczne jest dla ludzi czymś dobrym, ponieważ jest katalizatorem poprawiającym jakość zabiegów fizykalnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Mariusz Posłuszny, prof. dr hab. nauk medycznych w zakresie rehabilitacji.
Podkreśla, że magnetoterapia jest bezpieczna i nie powoduje skutków ubocznych. Może być stosowana jako samodzielna terapia lub uzupełnienie innych zabiegów medycznych czy rehabilitacyjnych. Wskazania do jej zastosowania to przede wszystkim urazy, np. złamania lub zwichnięcia, choroby reumatyczne, osteoporoza, choroby dróg oddechowych, bezsenność, migreny, zmęczenie oraz stany pooperacyjne. Terapia polem magnetycznym zmniejsza odczuwanie bólu, działa przeciwzapalnie, przyspiesza regenerację tkanek i gojenie ran oraz usprawnia krążenie obwodowe. Można się jej poddawać bez względu na wiek.
– Osoby starsze mogą używać jej w celach terapeutycznych, natomiast nic nie stoi na przeszkodzie, by korzystali z tej terapii również sportowcy do regeneracji oraz osoby, które pragną skorzystać ze SPA w ramach regeneracji ogólnej albo odnowy biologicznej. Osoby mające jakieś schorzenia mogą również tego sprzętu używać, ale według zaleceń – mówi prof. Mariusz Posłuszny.
Magnetoterapia w przypadku stwierdzenia konieczności rehabilitacji przez lekarza specjalistę jest refundowana przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Finansuje on jednak maksymalnie 20 zabiegów, podczas gdy do odzyskania pełnej sprawności lub całkowitego powrotu do zdrowia koniecznych jest około 200 zabiegów. Dlatego coraz większą popularność zyskują specjalistyczne aparaty, przeznaczone do terapii i rehabilitacji w warunkach domowych, oferowane m.in. przez polską firmę Vigget. Mają one niewielkie rozmiary, ważą ok. 1 kilograma, dzięki czemu są poręczne i łatwe można je przewozić. Z ich obsługą nie mają problemu nawet osoby cierpiące z powodu ograniczeń ruchowych.
– Urządzenie to kosztuje kilka tysięcy złotych. Cena nie jest wysoka, biorąc pod uwagę to, że sprzęt profesjonalny, kliniczny kosztuje kilkadziesiąt tysięcy złotych. Zyskujemy dużo, bo nie musimy jechać do przychodni i czekać w kolejce, tylko możemy sami sobie wykonać dany zabieg. Jeżeli zabieg dotyczy jakiegoś schorzenia, warto wcześniej zasięgnąć porady specjalisty, lekarza rehabilitacji – mówi prof. Mariusz Posłuszny, odnosząc się do sprzętu sprzedawanego przez Vigget.
Przeciwwskazania do wykonywania zabiegów magnetoterapii to ciąża, choroby nowotworowe, ostra niewydolność wieńcowa i wszczepiony rozrusznik serca.
Duża konkurencja na rynku okien dachowych wymusiła na producentach niskie ceny i duże inwestycje
Polska należy do najbardziej konkurencyjnych rynków w Europie w segmencie okien dachowych. Korzystają na tym klienci, bo ceny są niskie i stabilne. Konkurencja napędza też inwestycje firm, które z kolei przekładają się na korzyści dla całej gospodarki. Duński Velux w ciągu trzech lat zainwestował w naszym kraju już ok. 350 mln zł.
‒ Polski rynek jest w mojej ocenie najbardziej konkurencyjnym rynkiem w Europie, a może i na świecie. Są tutaj obecni wszyscy czołowi producenci, zarówno zagraniczni, jaki i polscy, z których jeden dominuje na rynku i to on właśnie wyznacza poziomy cen w głównych segmentach tego rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Jacek Siwiński, dyrektor generalny Velux Polska. ‒ Polski rynek charakteryzuje się wysoką elastycznością cenową popytu, dlatego zarówno my, jak i inni producenci musimy oferować produkty w cenach rynkowych.
Siwiński podkreśla, że ceny obydwu producentów są zbliżone, a z uwagi na dużą konkurencyjność rynku jest to sytuacja zrozumiała. Siwiński podkreśla, że konkurencja wpływa także na stabilizację cen. Te zmieniają się tylko nieznacznie w związku ze wzrostem kosztów energii, produkcji i transportu.
Spółka Fakro, największy krajowy konkurent firmy Velux, oskarżyła duńską spółkę o nadużywanie dominującej pozycji w Europie i złożyła w tej sprawie już drugą skargę w Komisji Europejskiej. W pierwszym przypadku Komisja po kontrolach przeprowadzonych w spółkach Velux nie znalazła potwierdzenia zarzutów i zamknęła sprawę. Druga jest nadal w toku.
Na tej konkurencji korzystają zarówno konsumenci, jak i cała gospodarka. Rywalizacja dużych firm skłania je do innowacji, które poprawiają stosunek jakości produktów do ich ceny. Firma Velux w ubiegłym roku wprowadził na rynek okna nowej generacji, dzięki którym chce wyróżnić się wśród konkurencji. To wymaga jednak inwestycji.
‒ Producenci realizując inwestycje, zatrudniają i w ten sposób jeszcze bardziej zwiększają swój wkład w gospodarkę. Przez to zyskuje również cała sieć lokalnych dostawców. Velux zainwestował w ostatnich trzech latach około 350 mln zł w rozwój w Polsce, stworzyliśmy dzięki temu kilkaset nowych miejsc pracy, daliśmy też dużo więcej zleceń całej sieci polskich dostawców – przekonuje Siwiński.
Prezes Fakro Ryszard Florek zarzuca firmie Velux również to, że przez zaniżanie cen produktów oraz czarny PR wobec polskiego producenta uniemożliwia spółce zwiększenia zatrudnienia w kraju. Jednak Velux i spółki siostrzane również mają w Polsce fabryki (w Gnieźnie, Namysłowie i Wędkowach), w których obecnie zatrudniają bezpośrednio 3,3 tys. osób. Ta liczba nie obejmuje lokalnych dostawców.
Jeszcze w tym roku Velux planuje zwiększenie zatrudnienia do blisko 3,5 tys. osób.
‒ Biorąc pod uwagę nasz całkowity potencjał produkcyjny, Velux oraz spółki siostrzane są największym producentem okien i stolarki na polskim rynku. Wartość produkcji, którą wygenerowaliśmy w 2014 roku, przekroczyła 1,4 mld zł i to właśnie plasuje nas na takiej pozycji – podkreśla Siwiński.
Ceramika Paradyż chce zwiększyć sprzedaż na rynkach zagranicznych. Firmę interesuje m.in. Syberia
Pomimo obecnych problemów politycznych i gospodarczych Ceramika Paradyż nie rezygnuje z ekspansji na Wschód. Zamiast dużych rosyjskich miast, chce jednak zaistnieć w regionie Syberii, gdzie trwa duży boom budowlany. Na początku spółka planuje współpracować z dystrybutorami lokalnymi.
– Cały czas pracujemy nad wzmocnieniem naszej konkurencyjności na rynkach zachodnich. Poszukujemy nowych partnerów z tamtych rynków po to, żeby zdobyć wiedzę na ich temat, na temat tego w jaki sposób one funkcjonują i jak można budować wspólną politykę handlową. Te rynki nie zawsze są do siebie zbliżone. Inna jest także oferta produktowa i inaczej wygląda dystrybucja – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Anna Tępińska-Marcinek, współwłaściciel i członek rady nadzorczej Ceramiki Paradyż.
Ceramika Paradyż sprzedaje obecnie swoje produkty na 39 rynków zagranicznych, głównie w Europie, ale również w Stanach Zjednoczonych i Azji Środkowej.
Jak podkreśla Tępińska-Marcinek, polski rynek wciąż jeszcze rośnie, ale powoli staje się już nasycony, co wymusza ekspansję zagraniczną. Dlatego Ceramika Paradyż stawia na rozwój sieci dystrybucyjnej oraz poznawanie i zdobywanie nowych rynków.
Pomimo obecnej sytuacji politycznej i gospodarczej na Wschodzie spółka nie zamierza wycofywać się z Ukrainy i Rosji. Planuje jednak zmianę strategii.
– Do tej pory skupialiśmy się głównie na eksporcie do tych miejsc w Rosji, które były stosunkowo blisko, to była głównie Moskwa, Petersburg itd. Postanowiliśmy jednak inaczej podejść do tematu i sięgnąć trochę głębiej – wyjaśnia Tępińska-Marcinek. – Okazało się, że bardzo mocno rozwija się Syberia. W zasadzie nie różni się niczym od tego, co widzimy w Polsce. Budowane są drogi, autostrady i duże osiedla. Myślę, że to bardzo niedoceniany obszar.
Poza poszukiwaniem nowych rynków, takich jak syberyjskie obszary Rosji, spółka nadal będzie koncentrowała się na krajach Europy Zachodniej, Francji, Niemczech i Wielkiej Brytanii. Ceramika Paradyż chce jednak jeszcze lepiej poznać te obszary i dostosować zarówno strukturę dystrybucji, jak i ofertę produktową do poszczególnych krajów.
– Inwestujemy w kanały dystrybucyjne, żeby szybciej i bardziej wydajnie dostarczać nasz towar do ostatecznego klienta, co jest dla nas dosyć dużym wyzwaniem – mówi Tępińska-Marcinek.
Na początku spółka zamierza kontynuować rozwój poprzez współpracę z lokalnymi dystrybutorami na rynkach zagranicznych. Tępińska-Marcinek nie wyklucza jednak, że z czasem na najbardziej obiecujących rynkach spółka zdecyduje się na zwiększenie zaangażowania, co może oznaczać budowę własnych struktur sprzedaży.
Niemieckie samochody najpopularniejsze wśród aut używanych. Polacy szukają coraz wyższego standardu
Volkswagen Golf to najczęściej poszukiwany samochód na rynku wtórnym. Serwis otoMoto.pl odnotował w ubiegłym roku blisko 15,5 mln zapytań o ten model. W czołówce rankingu znalazły się przede wszystkim niemieckie marki. Polacy stają się coraz bardziej wymagający – szukają dobrze wyposażonych aut, o wyższym standardzie.
– Polacy niezmiennie od lat cenią sobie samochody marek niemieckich i produkcji niemieckiej. W tym roku również Volkswagen Golf został zwycięzcą w kategorii osobowych samochodów używanych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Szturma z działu handlowego serwisu otoMoto.pl.
Serwis odnotował blisko 15,5 mln zapytań dotyczących Volkswagena Golfa. Klienci najczęściej poszukują piątej lub szóstej generacji tego modelu. 71 proc. zapytań dotyczyło samochodów wyprodukowanych po 2003 roku. Blisko połowa szuka egzemplarzy z silnikami diesla.
W pierwszej trójce najczęściej poszukiwanych aut na rynku wtórnym znalazły się również Audi A4 oraz Volkswagen Passat. Dalsze miejsca należą do modelów Opel Astra, Audi A6 oraz Skoda Octavii.
– Ciekawostką jest, że wśród TOP10 wyszukań znalazły się inne modele – Ford Focus i Ford Mondeo, które zajęły odpowiednio 7 i 9 miejsce – mówi Szturma.
otoMoto.pl jako jeden z największych w sieci polskich serwisów umożliwiający handel używanymi samochodami systematycznie zbiera informacje o motoryzacyjnych preferencjach Polaków. Ranking powstał na podstawie ponad miliarda zapytań, które wpisano w wyszukiwarkę, i 10 milionów ogłoszeń, które pojawiły się w serwisie.
– Klienci poszukują samochodów, które są dostępne cenowo, ale widać też, że szukają samochodów coraz lepiej wyposażonych, coraz bardziej zbliżonych do segmentu premium. Poszukiwane są samochody nowsze i nieco droższe – podkreśla Michał Roszkowski, szef działu badań w TNS Polska, odpowiedzialny za zespół badań rynku motoryzacyjnego.
Jeszcze trzy lata temu najczęściej poszukiwane były samochody w cenie poniżej 5 tys. zł. W ubiegłym roku takich modeli szukało tylko 9 proc. klientów. Blisko jedna trzecia zapytań dotyczyła samochodów w przedziale cenowym 15-25 tys. zł.
Zdaniem Roszkowskiego może wynikać to z ogólnej poprawy nastrojów konsumenckich. Podobny trend widać na rynku samochodów nowych, na którym najszybciej rośnie właśnie segment premium.
Koszty przesyłki przestały być najważniejsze dla kupujących w e-sklepach. Liczy się też wygoda i jakość obsługi
Coraz większą wagę e-konsumenci przywiązują do wygody zakupów i jakość obsługi. Rośnie więc liczba e-sklepów oferujących dłuższy niż przewiduje prawo termin ewentualnego zwrotu towaru czy więcej możliwości odbioru lub dostarczenia towaru. Swoją ofertę rozbudowują więc firmy kurierskie.
– Przez lata mówiło się, że w handlu w sieci najważniejsza jest cena – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Sulich, dyrektor ds. marketingu firmy kurierskiej DHL Parcel Polska. – To prawda: Polacy wciąż poszukują dobrej ceny w e-commerce. Natomiast widzimy, że w coraz większym stopniu dochodzą także inne kwestie. Coraz ważniejszym kryterium staje się wygoda.
Jak podkreśla, już niekoniecznie najtańsza oferta pomoże wygrać walkę o e-klienta. Równie ważne są jakość obsługi, wygoda oraz pewność transakcji.
– Już w trakcie ubiegłego roku zaobserwowaliśmy, że przedsiębiorcy internetowi poszukują nowych metod wygrywania walki ze swoimi konkurentami w ramach tych samych segmentów. Niektóre wiodące sklepy internetowe proponowały takie rozwiązania, jak dostawa w tym samym dniu – mówi Sulich. – Te rozwiązania idą w kierunku zapewnienia odbiorcy jak największej wygody, bo to jest w tej chwili najbardziej wyczuwalny trend.
Ten trend powoduje zmiany nie tylko w ofercie e-sklepów, lecz także firm kurierskich, które je obsługują. DHL Parcel Polska w ubiegłym roku rozpoczął budowę sieci tzw. ParcelShopów, czyli punktów partnerskich, w których można odebrać oraz nadać przesyłkę. Ze względu na duże powodzenie, jakim cieszą się te punkty, spółka chce w tym roku skoncentrować się na rozbudowie sieci.
– W tej chwili mamy kilkaset punktów ParcelShop i planujemy w tym roku otwarcie co najmniej tysiąc nowych. Stosujemy również rozwiązania, które pomagają, kiedy odbiorcy nie ma w domu. Proponujemy usługę „dostawa do sąsiada”, czyli możliwość dostarczenia przesyłki do innej osoby, oczywiście wcześniej zgłoszonej, w momencie gdy odbiorcy nie ma w domu – wyjaśnia Robert Sulich.
Liczba sklepów prowadzących działalność w sieci cały czas rośnie. Według różnych szacunków jest to od kilkunastu do ponad 20 tys. podmiotów. Sulich zaznacza, że statystyki te nie uwzględniają firm i osób prowadzących sprzedaż tylko za pośrednictwem platform aukcyjnych.
– Widzimy, że dynamicznie zwiększa się liczba przesyłek będących efektem transakcji online – wskazuje Sulich. – Widać wyraźnie, że Polacy polubili internet, chętnie tam kupują, choć nadal pięcio-, a nawet sześciokrotnie mniej niż w Niemcy, Holendrzy czy Brytyjczycy.
Według Izby Gospodarki Elektronicznej krajowy rynek e-commerce wart już jest 27 mld zł i bardzo szybko rośnie. Wciąż jednak stanowi niewielki ułamek (ok. 3,5 proc.) całego handlu detalicznego, wycenianego na blisko bilion złotych.
– W sieci od lat najlepiej sprzedaje się elektronika użytkowa, ale wysoki udział tradycyjnie mają także książki i płyty z muzyką czy filmami – wskazuje Robert Sulich. – W coraz większym stopniu handluje się również produktami z kategorii fashion, czyli odzieżą i obuwiem. Znaczący wpływ na e-handel miało wejście w życie pod koniec grudnia ubiegłego roku rozwiązań legislacyjnych, które zdecydowanie poprawiają pozycje konsumenta w transakcjach internetowych.
Chodzi o ustawę z 30 maja 2014 roku o prawach konsumenta, która wprowadza m.in. szersze obowiązki informacyjne sprzedającego oraz wydłużenie o cztery dni minimalnego czasu, w jakim klient może zwrócić nabyty na odległość, czyli głównie za pośrednictwem sieci, produkt.
– Coraz więcej sklepów oferuje zwrot nawet w dłuższym okresie, na przykład do miesiąca – precyzuje Sulich. – Ale rośnie także liczba polskich przedsiębiorców, którzy sięgają po metodę zwrotu całkowicie bezpłatnego, co oznacza, że jeżeli konsument kupując buty czy koszulkę, uzna, że nie spełniły one jego oczekiwań, np. ze względu na zły rozmiar albo niewłaściwy kolor, to może taki produkt zwrócić w ciągu miesiąca i nie ponosi w związku z tym żadnych kosztów.
IMM: W lutym najczęściej cytowano „Gazetę Wyborczą”. W mediach dominowała tematy dotyczące polityki
Najbardziej opiniotwórczym medium w Polsce była w lutym „Gazeta Wyborcza” – wynika z najnowszego rankingu Instytutu Monitorowania Mediów. Na podium znalazły się jeszcze „Rzeczpospolita” i Radio RMF FM. W polskich mediach koncentrowano się w tym czasie na doniesieniach ze Wschodu, relacjach wyborczych oraz podsłuchach z MSW.
W lutym na „Gazetę Wyborczą” powoływano się 628 razy, na „Rzeczpospolitą” – 402 razy, zaś RMF FM cytowano 283 razy. Dalsze miejsca zajęły tygodnik „Wprost”, stacja TVN24, radio TOK FM i „Dziennik Gazeta Prawna”.
– Najczęściej poruszanymi tematami w lutym były tematy polityczne, m.in. afera podsłuchowa w MSW, stosunki polsko-rosyjskie, sytuacja na Ukrainie, kwestia obronności Polski, konwencje wyborcze i kandydaci na prezydenta Polski – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Monika Tomsia z Instytutu Monitorowania Mediów.
W mediach często pojawiał się również temat Kamila Durczoka i afery opisanej przez „Wprost”. Jednak nie było to na tyle często komentowane, by zapewnić tygodnikowi pierwsze miejsce w rankingu.
– „Wprost” uzyskał około 200 cytowań, natomiast „Gazeta Wyborcza”, która znalazła się na pierwszym miejscu, miała trzykrotnie wyższy wynik, bo około 600 cytowań – informuje Monika Tomsia. – „Wprost” natomiast uplasował się na pierwszym miejscu w rankingu najbardziej opiniotwórczych tygodników lutego. Na drugim znalazł się „Newsweek”.
Na „Newsweeka” powoływano się 105 razy, a na „Politykę” – 63. W rankingu miesięczników liderem był „Forbes”, który w lutym opublikował coroczny ranking najbogatszych Polaków. Miesięcznik cytowano 29 razy, kolejne tytuły w zestawieniu, czyli „Playboya” i „Twój Styl”, miały odpowiednio osiem i sześć cytowań.
– Spośród stacji radiowych pierwsze miejsca w rankingach utrzymała stacja RMF FM, która uzyskała niemal 300 cytowań. W rankingu telewizyjnym zwyciężył TVN24 – około 200 cytatów i TVN – około 100 cytatów – mówi przedstawicielka Instytutu Monitorowania Mediów. – Najbardziej opiniotwórczym portalem internetowym został Onet.pl, który wyprzedził SportoweFakty.pl i TVN24.pl. W zestawieniu mediów regionalnych najczęściej powoływano się na „Dziennik Polski” i Radio Merkury.
W rankingu stacji telewizyjnych obok dwóch kanałów TVN-u na podium znalazła się również cytowana 82 razy TVP Info. Wśród stacji radiowych kolejne za RMF FM miejsca zajęły TOK FM, na który powoływano się 175 razy, oraz Radio Zet, które cytowano 112 razy.
– W rankingu mediów ekonomicznych prym wiedzie „Dziennik Gazeta Prawna” – podkreśla Monika Tomsia. – Uzyskał on około 170 cytowań, wyprzedzając dwukrotnie „Puls Biznesu”, który uzyskał ich około 80. Natomiast w kategorii najbardziej opiniotwórczych mediów biznesowych spośród portali prowadzi Bankier.pl, który cytowany był około 50 razy.
Dopinanie formalności najbardziej stresującym etapem przy nabywaniu mieszkania. Problemem są też niesprecyzowane oczekiwania kupujących
stresującym etapem przy nabywaniu mieszkania. Problemem są też niesprecyzowane oczekiwania kupujących" title="Dopinanie formalności najbardziej stresującym etapem przy nabywaniu mieszkania. Problemem są też niesprecyzowane oczekiwania kupujących" />
Związane z zakupem mieszkania formalności są najbardziej stresującym etapem całego procesu – wynika z badania „Finansowy Barometr ING”. Na tym etapie najłatwiej o błędy, które mogą mieć negatywne skutki. Często też klienci nie mają sprecyzowanych oczekiwań co do mieszkania: jego metrażu, rozkładu czy lokalizacji, mają więc problem z dużą liczbą ofert.
– Z badań, które przeprowadziliśmy, wynika, że osoby, które chcą nabyć mieszkanie, spotykają się z tymi samymi problemami. Zwykle mieszkanie kupujemy raz w życiu, więc podchodzimy do tego procesu bez doświadczenia, nieprzygotowani. Badanie wskazuje na szereg przeszkód, które napotykamy przez cały proces zakupowy, od momentu, kiedy zaczynamy szukać mieszkania, aż do remontu czy wykończenia mieszkania, które nabyliśmy – mówi agencji Newseria Miłosz Gromski, menadżer ds. komunikacji w ING Bank Śląski.
Podstawowy błąd popełniany przez osoby poszukujące mieszkania to brak sprecyzowanych oczekiwań. Klienci nie są zdecydowani na metraż nieruchomości ani na lokalizację, w efekcie często podejmują decyzję pod wpływem chwili. Niekonkretne wymagania prowadzą także do frustracji już na etapie przeglądania ogłoszeń, jest ich bowiem bardzo dużo. Dlatego już na tak wstępnym etapie warto jasno określić cechy, którymi powinno odznaczać się idealne mieszkanie, aby zawęzić liczbę ofert.
– Określmy sobie dokładnie wymagania dotyczące naszego mieszkania: czy chcemy, żeby było ono słoneczne, żeby miało miejsce parkingowe, żeby było przyjazne dla dzieci czy żebyśmy mieli dobry dojazd do centrum – mówi Gromski.
To też wiąże się z dokładnym określeniem zdolności kredytowej.
– Jeżeli kupujemy mieszkanie na kredyt, najlepiej już na samym początku określić, jaką mamy zdolność kredytową, żeby wiedzieć, na co nas stać, na jakie raty kredytu możemy sobie pozwolić, żeby nasz budżet domowy wyglądał potem w miarę normalnie – mówi Miłosz Gromski.
Z ubiegłorocznego badania „Finansowy Barometr ING” wynika, że 38 proc. Polaków uważa, że odpowiedzialność za decyzję o odpowiedniej wysokości kredytu spoczywa na nich samych. Co czwarty podkreśla, że leży to po stronie banku.
Ponad 40 proc. Polaków spłacających kredyt deklaruje, że jest im trudno spłacać raty. Polska zajęła trzecie miejsce pod względem liczby osób, które mają z tym trudności, po Hiszpanii (46 proc.) i Rumunii (43 proc.).
Czasem klienci nie uwzględniają (lub nie doszacowują) w budżecie kosztów remontu lub wykończenia zakupionego lokum. Aby uniknąć dodatkowych kosztów, na odbiór techniczny mieszkania należy wybrać się z fachowcem, który nie przeoczy żadnej usterki.
– Kolejnym problemem, z którym spotykają się osoby, które planują zakup mieszkania, jest brak wiedzy na temat formalności, jakie muszą spełnić albo przy występowaniu o kredyt, albo w ogóle podpisywaniu umowy kupna mieszkania. Z naszego badania wynika, że jest to najbardziej stresujący etap procesu kupna mieszkania. Zwykle takich informacji trzeba szukać w sieci lub pytać znajomych – mówi Miłosz Gromski.
Dobrze jest więc od razu zapoznać się z czekającymi nas formalnościami i odpowiednio się do nich przygotować. Ułatwiają to takie serwisy, jak NAVIDOM, który m.in. gromadzi informacje o poszczególnych etapach tego skomplikowanego procesu.
– Ważna jest świadomość, że kupno mieszkania to jest bardzo czasochłonny proces, do którego musimy się odpowiednio przygotować. Znajdując te informacje w jednym miejscu, mamy sporą szansę, że mieszkanie nie ucieknie nam sprzed nosa, ponieważ zabraliśmy się za pewne rzeczy zbyt późno – mówi przedstawiciel ING Banku Śląskiego.
Bardzo istotną częścią formalności przed zakupem jest sprawdzenie własności gruntu, na którym stoi budynek, oraz stanu prawnego nieruchomości. Pominięcie tych kwestii może skutkować wyższymi opłatami za użytkowanie mieszkania, a w skrajnych przypadkach nawet jego utratą.
Popołudniowy komentarz walutowy z 25.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Popołudniowy komentarz walutowy z 25.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Komentarz walutowy z 25.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Komentarz walutowy z 25.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Ile wydamy na Święta Wielkanocne?
Jajka, żur, biała kiełbasa, a także inne produkty – lista zakupów wielkanocnych jest długa, ponieważ na świątecznym stole niczego nie powinno zabraknąć. Przed Wielkanocą wielu Polaków bacznie ogląda więc każdą złotówkę. A jeśli nie ma pieniędzy, to pożycza.
„Polacy na święta przeznaczą w tym roku średnio 360 zł. Poniżej 300 zł planuje wydać 30% społeczeństwa. Tylko co piąty Polak »zaszaleje« i kupi produkty za kwotę wyższą niż 500 zł” – mówi serwisowi infoWire.pl Przemysław Kasza z Provident Polska. Połowa respondentów zaznacza, że wyda tyle samo pieniędzy, ile w zeszłym roku. 12% sądzi, że uda im się trochę zaoszczędzić, a 13% na zakupy przeznaczy więcej środków pieniężnych niż poprzednio.
W czasie Wielkanocy wydamy trzykrotnie więcej pieniędzy niż w zwykły weekend, ale wiosenne święta to przy Bożym Narodzeniu i tak znacznie mniejsze obciążenie dla naszych kieszeni. Być może wynika to z tego, że większość osób w czasie Świąt Wielkanocnych nie obdarowuje się zakupionymi upominkami – tylko 33% ankietowanych zadeklarowało, że kupi prezenty dla bliskich. Przeznaczy na nie średnio 120 zł. Duża grupa osób spróbuje przygotować upominki ręcznie, tak aby nie ponieść kosztów.
Niestety nie każdy Polak jest w stanie sfinansować wydatki świąteczne samemu. „Jeśli decydujemy się na »kredyt 0 zł«, bądźmy ostrożni” – zaznacza rozmówca. Pamiętajmy, że „chwilówkę” musimy oddać w dość krótkim czasie, często niewystarczającym, by uzbierać odpowiednią kwotę. Dlatego zamiast wpadać w długi, lepiej przeznaczyć na święta skromniejszą sumę pieniędzy.
Lancerto uruchomi w tym roku sklep internetowy i 10 nowych salonów
Lancerto, polska marka odzieżowa specjalizująca się w modzie męskiej, jeszcze w tym roku uruchomi sklep internetowy. Spółka zamierza także zmodernizować i uruchomić 10 salonów, głównie w największych miastach. Nie planuje jednak na razie ekspansji zagranicznej ani uruchamiania sklepów franczyzowych.
– Chcemy do końca roku otworzyć lub zmodernizować 10 kolejnych salonów, przy czym w I połowie tego roku planujemy otwarcie lub modernizację 6 lokalizacji – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Michał Grochala, ekspert Lancerto. – W tej chwili trwają prace nad otwarcie sklepu internetowego, które nastąpi najprawdopodobniej w IV kw. tego roku. Budujemy też magazyn logistyczny, który będzie miał na celu obsłużenie m.in. tego sklepu internetowego, a także rosnącej sieci sprzedaży.
Lancerto co roku notuje ok. 20-proc. wzrost przychodów. W 2014 r. obroty spółki przekroczyły poziom 40 mln zł, podczas gdy w 2008 r., w pierwszym roku działalności, było to jedynie 8,5 mln zł. Spółka cały czas pracuje także nad zwiększeniem rentowności, chociaż nie ujawnia dokładnych danych dotyczących poziomu marż.
Obecnie spółka posiada 32 salony mody męskiej w 27 miastach. Jeszcze w marcu planowane jest otwarcie nowego sklepu w Elblągu – w tym mieście do tej pory Lancerto nie było obecne. Od początku roku ruszyły już nowe salony w Toruniu, a także w centrum outletowym Factory Ursus w Warszawie.
– Cały czas chcemy rozwijać się w tych najlepszych lokalizacjach, czyli w największych miasta, jak Warszawa, Katowice, i innych dużych aglomeracjach. Jeżeli chodzi zaś o mniejsze miasta, to tam również jesteśmy obecni, głównie interesują nas jednak lokalizacje o największej liczbie mieszkańców – informuje Grochala.
Wszystkie salony Lancerto należą do spółki. Firma nie planuje obecnie rozwoju w modelu franczyzowym. Również ekspansja zagraniczna nie mieści się w strategii spółki na najbliższe lata. Jak podkreśla Grochala, polski rynek wciąż oferuje duże możliwości rozwoju i zwiększenia sprzedaży.
Potencjał naszego kraju wiąże się z rosnącym zainteresowaniem elegancką modą męską. Jak tłumaczy ekspert, w tym sezonie szczególnie popularne są klasyczne, dwuczęściowe garnitury. Klienci spółki decydują się zwykle na jednorzędowe marynarki w tradycyjnych kolorach – granacie i szarości. Takie ubrania dają dużą możliwość doboru dodatków.
Lancerto wprowadziło jednak także nową ofertę dla klientów szukających nieco swobodniejszego stylu.
– Wprowadzamy kolekcję, która opiera się w dużej mierze na marynarkach mniej formalnych, na spodniach chino, czyli taka propozycja dla klienta, który ceni sobie nieco mniej formalny styl, tzw. smart casual. Nie tak bardzo elegancki, nie tak bardzo wizytowy, jak dwuczęściowy, jednorzędowy garnitur. I tę linię mamy zamiar promować, zresztą ona jest już w tej chwili wprowadzona – wyjaśnia Grochala.
Pomimo planów rozwoju spółka nie planuje na razie debiutu giełdowego. Jak podkreśla Grochala, Lancerto otrzymuje takie propozycje, jednak żadna z nich nie była do tej pory w pełni satysfakcjonująca.
Rozwój ma być zatem finansowany głównie ze środków własnych. Spółka nie ujawnia jednak kosztów inwestycji w nowe salony.
– Nasza działalność jest finansowana głównie z rotacji produktów i ze środków, które pozyskujemy dzięki sprzedaży – wyjaśnia ekspert Lancerto.
„Pracuj w IT 2015” – co warto wiedzieć o pracy w IT
Którzy specjaliści z branży IT mogą liczyć już na starcie kariery zawodowej na zarobki przekraczające średnią krajową? Na co, oprócz doświadczenia, zwracają uwagę rekruterzy poszukujący specjalistów w tej branży? Na te i inne pytania odpowiedzi udziela najnowsze wydawnictwo serwisu Pracuj.pl – „Pracuj w IT 2015”.
IT to jeden z tych obszarów, w których popyt na pracowników stale rośnie. W 2014 r. specjaliści IT znaleźli się na czwartym miejscu wśród najbardziej poszukiwanych pracowników; na portalu Pracuj.pl opublikowano dla nich 55 973 oferty pracy. Przez pierwsze dwa miesiące 2015 r. do specjalistów IT skierowano 9 922 ogłoszenia o pracę. Poszukiwano głównie programistów, testerów oraz administratorów systemów, wsparcia technicznego.
Specjaliście IT dobrze zapłacę
Z danych zawartych w publikacji „Pracuj w IT 2015” wynika, że bez względu na poziom doświadczenia programiści, analitycy biznesowi, architekci oprogramowania, testerzy i specjaliści ds. zarządzania projektami cieszą się najlepszymi zarobkami, w porównaniu do specjalistów o podobnym poziomie doświadczenia z innych branż. Wyprzedzają pracowników takich obszarów, jak doradztwo/konsulting, ubezpieczenia, marketing, energetyka, nieruchomości, bankowość czy zakupy.
Połowa pracowników zajmujących się rozwojem oprogramowania, bez nawet rocznego doświadczenia, zarabia więcej niż 2,8 tys. zł netto. Im dłuższy staż pracy, tym wyższe wynagrodzenie. Przeciętne wynagrodzenie osób z 1-3-letnim doświadczeniem wynosi 4 tys. zł netto (oznacza to, że 50 proc. z nich zarabia więcej niż 4 tys. zł, a 50 proc. mniej).
Bardzo dobrze zarabiają także specjaliści związani z administracją IT, m.in. administratorzy systemów i sieci, help desk. Wśród najlepiej opłacanych zawodów znajdują się również te, które są związane z Internetem i nowymi mediami, m.in. web design i web development – komentuje, dla „Pracuj w IT 2015”, Maciej Bąk, Ekspert ds. Raportów Wynagrodzeń w Grupie Pracuj.
Dobre zarobki na każdym poziomie zatrudnienia
Jak pokazują analizy zawarte w publikacji „Pracuj w IT 2015”, specyfiką tej branży jest to, że na każdym poziomie zatrudnienia zarobki oferowane specjalistom IT należą do najwyższych, w porównaniu z zarobkami osób o podobnym stażu pracy i zakresie odpowiedzialności. Specjalista IT w obszarze rozwoju oprogramowania otrzymuje przeciętnie 4 tys. zł netto, koordynator – 6,4 tys. zł netto, kierownik – 8,2 tys. zł netto, a dyrektor 12 tys. zł (mediana przeciętnego wynagrodzenia). Dla specjalistów ds. IT odpowiedzialnych za Internet i nowe media zarobki plasują się od 3 tys. zł netto na stanowisku specjalisty do 9 tys. zł netto na stanowisku dyrektorskim. Specjalista w obszarze IT administracja zarabia przeciętnie 3,1 tys. zł netto, koordynator 4,4 tys. zł, kierownik 7,5 tys. zł, a dyrektor ok. 11 tys. zł. Dyrektor ds. IT, będący członkiem zarządu zajmuje pierwsze miejsce w rankingu najlepiej opłacanych stanowisk dyrektorskich w różnych obszarach (mediana wynosi tutaj 13 tys. zł netto).
„Pracuj w IT 2015” – trendy w branży IT
„Pracuj w IT 2015”, to coroczne wydawnictwo Pracuj.pl skierowane do osób planujących karierę w IT. W tegorocznym wydaniu wiele miejsca poświęcono zarobkom oraz procesowi rekrutacji. Eksperci doradzają, jak przygotować się do rozmowy kwalifikacyjnej oraz na jakie kompetencje zwracają uwagę rekruterzy. O tym, jak zaplanować swoją indywidualną karierę, opowiadają dyrektorzy różnych obszarów w branży IT. „Pracuj w IT 2015” to także profile 24 pracodawców wraz z informacjami o tym, co oferują kandydatom do pracy. Publikacja w nakładzie 20 000 egzemplarzy dystrybuowana na 11 największych uczelniach technicznych oraz targach i wydarzeniach kierowanych do branży IT (m.in. Kariera IT, Infoshare, Confitura). Dostępna również online nahttp://www.pracuj.pl/pracuj-w-it/
Pro Progressio: Dobrą lokalizacją dla inwestora w centrum usług wspólnych jest duży ośrodek akademicki z niezbyt niskim bezrobociem
Dla inwestora w branży outsourcingu procesów biznesowych kluczowy jest dostęp do wykształconych kandydatów do pracy i lokalizacja. Liczy się przede wszystkim znajomość języków obcych i wysokie kompetencje branżowe, zaś zaletą lokalizacji jest rozwinięta infrastruktura i niezbyt niskie bezrobocie. Korzystanie z usług outsourcera może przynieść 20-30-proc. oszczędności, ale na zwrot z inwestycji trzeba czekać nawet kilka lat.
– Inwestorzy z sektora BPO, SSC, nowoczesnych usług dla biznesu czy centrów badawczo-rozwojowych wybierając lokalizację, kierują się przede wszystkim zasobami ludzkimi – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Wiktor Doktór, prezes zajmującej się rozwojem branży outsourcingowej w Polsce fundacji Pro Progressio. – Nie możemy brać pod uwagę miejsc, w których nie ma szkół wyższych, siły roboczej i gdzie jest zbyt niski poziom bezrobocia. Paradoksalnie nie wpływa to korzystnie na rozwój inwestycji z tego sektora. Interesujące dla nas są lokalizacje, gdzie są szkoły wyższe, które mają zróżnicowany profil nauczania. Co ciekawe, negatywnie nie działa jednak to, że dany rynek lokalny jest już nasycony tego typu inwestycjami.
Według eksperta istotnym elementem jest znajomość języków obcych. Podstawowe języki to oczywiście angielski, niemiecki, ale polskie centra outsourcingowe obsługują już klientów w 40 językach.
– Z reguły świadczą usługi w języku angielskim, niemieckim i dwóch, trzech innych językach – informuje Doktór. – Ale mamy kilka przykładów, gdzie tych języków jest kilkanaście, a bywa nawet 30. Jeżeli wchodzi do Polski centrum operacyjne, które ma być wsparciem dla jednej lokalizacji, np. Londynu, ale obsługiwać również spółkę bądź klientów, którzy są rozsiani po całym świecie, to pojawia się potrzeba dostępu do wielu języków.
Czasami kompetencje są naturalne, jak np. w zachodnich województwach, gdzie popularny jest niemiecki, czasem bywają wyuczone. Dlatego dużym zainteresowaniem inwestorów, jak wskazuje Wiktor Doktór, cieszą się ośrodki miejskie, gdzie działają wyższe uczelnie.
– Bardzo dynamicznie rozwija się region trójmiejski, nie tylko Gdańsk i Gdynia – zauważa Doktór. – Ma dobrą logistykę, dlatego działają tam zarówno centra typu BPO, jak i SSC. Poznań ze swoją strategią komunikacyjną, którą wyniósł z Euro 2012, jest miastem widocznym na arenie międzynarodowej, co zdecydowanie pomaga w rozwoju sektora outsourcingowego i w ogóle centrów usług wspólnych.
Według rankingu fDi Markets dziennika „Financial Times” Polska zajmuje już trzecie miejsce na świecie w branży, ustępując jedynie tradycyjnym liderom, czyli Indiom i Malezji. Region Europy Środkowo-Wschodniej, w którym wiodącą rolę odgrywa nasz kraj (ponad 40 proc. etatów), zajął natomiast pierwsze miejsce pod względem liczby zajmujących się rozwojem i utrzymaniem aplikacji placówek ADM (Application Development and Maintenance) oraz trzecie, po Ameryce Północnej i Europie Zachodniej, w zakresie świadczonych na rzecz dużych korporacji zleceń informatycznych. Jest także największym dostawcą usług inżynieryjnych oraz dostawcą bazującej na wiedzy obsługi prac badawczo-rozwojowych (Research & Development).
– Branża się trochę różni między miastami – zauważa Doktór. – We Wrocławiu jest przewaga centrów badawczo-rozwojowych bądź outsourcingu IT. Jeżeli popatrzymy na Kraków czy Poznań, to tam mamy głównie ośrodki finansowo-księgowe bądź zaawansowanych procesów opartych o wiedzę. W Radomiu lokują się ośrodki typu call i contact center.
Działające w kraju ośrodki to centra obsługujące klika branż: przemysłową, FMCG, spożywczą, finansową. Zatrudniają przeciętnie około 200 osób. Zdanie prezesa fundacji Pro Progressio odbiorcy usług wiedzą, że w ciągu roku trudno myśleć o zwrocie z inwestycji w powierzenie poszczególnych procesów.
– W ciągu pięciu lat jesteśmy w stanie zapoznać się z pełnym procesem dla danego klienta, wprowadzić usprawnienia, odpowiednią obsługę itd. – tłumaczy Doktór. – Tak naprawdę wahania procentowe, jeśli chodzi o zwrot z inwestycji bądź obniżenie kosztów, są bardzo różne. Ale gdy są niższe niż 20 proc. na procesie, to nie opłaca się tego na dłuższą metę zlecać na zewnątrz. Wtedy lepiej pomyśleć o optymalizacji procesów wewnątrz firmy i usprawnieniu własnej obsługi. Natomiast można dochodzić do zwrotów z inwestycji nawet rzędu 20-30 i więcej procent w zależności od tego, gdzie i jaki proces jest powierzany.
Poczta Polska do 2020 r. zarobi na paczkach, usługach kurierskich i logistyce 1,5 mld złotych

Poczta Polska zamierza w ciągu najbliższych czterech lat zainwestować w rozwój 1,5 mld zł. Celem jest podwojenie przychodów z usług kurierskich, które także mają wzrosnąć do 1,5 mld zł i wprowadzenie przedsiębiorstwa na warszawską giełdę w 2016 roku.
Wraz z rozwojem e-commerce rozkwita rynek usług transportowych. Przesyłanie paczek to dziś jedna z najpopularniejszych usług kurierskich. Poczta Polska chce być najważniejszym partnerem dla firm prowadzących handel internetowy. W strategii na lata 2015-2020 zaplanowano, że firma będzie świadczyć usługi zarówno dla klientów indywidualnych, jak i korporacyjnych.
– Chcemy się koncentrować na trzech zasadniczych sprawach – mówi agencji informacyjnej Newseria Jerzy Jóźkowiak, prezes zarządu Poczty Polskiej. – Numer jeden to paczki, dwa – kurierzy, a trzy – logistyka. Dzięki temu chcemy być firmą pierwszego wyboru dla klientów, którzy będą korzystali z e-commerce. Chcemy, aby ta oferta była atrakcyjna zarówno z racji ceny, jak i produktów dodanych, które pojawią się w ofertach e-sklepów.
Aby taką pozycję osiągnąć, Poczta musi być konkurencyjna cenowo. Stąd zawarte w nowej strategii spółki plany dotyczące oszczędności sięgających 1,5 mld zł.
– Przeglądamy naszą sieć i staramy się, aby jej efektywność wzrosła – zapowiada Jerzy Jóźkowiak. – Przykładem jest chociażby zmniejszanie placówek, które dotąd zajmowały 400-500 mkw. Dzisiaj nie ma takiej potrzeby. Drugi element to przegląd i automatyzacja procesów logistycznych. To jest również przyglądanie się wszystkim parametrom jakościowym naszej pracy, a w tym będzie na pewno pomagał nowy system motywacyjny.
Poczta Polska ogranicza się nie tylko do programu zwiększającego efektywność, lecz także ma duże plany inwestycyjne. Mają się one koncentrować na poprawie jakości usług kurierskich i obsłudze e-commerce. W planach jest m.in. stworzenie ok. tysiąca automatycznych urządzeń paczkowych oraz zwiększenie do 10 tys. liczby punktów odbioru paczek. Sprawne świadczenie usług kurierskich wymaga też posiadania floty samochodowej, w którą spółka zamierza zainwestować.
– To są bardzo konkretne rzeczy, które będą wspomagały strategię w tym wymiarze – zwraca uwagę prezes zarządu Poczty Polskiej. – Planujemy też dalsze inwestycje w ludzi. Będziemy kontynuować nasz program szkoleniowy. Zaoferujemy profilowane szkolenia dotyczące poprawy efektywności pracy oraz obsługi sprzedażowej klienta.
Poczta nie rezygnuje też z tradycyjnych usług listowych oraz działalności ubezpieczeniowej i bankowej, które mają stabilizujący wpływ na przychody. Prezes Poczty Polskiej Jerzy Jóźkowiak podkreśla, że jego firma ma dzisiaj najmocniejszą pozycję na polskim rynku, ale bez inwestycji jej nie utrzyma. Część niezbędnych środków chce pozyskać na giełdzie.
– Chcielibyśmy pozyskać z giełdy znaczącą kwotę, mówię tu o setkach milionów złotych – wyjaśnia Jóźkowiak.
Nowa strategia zakłada upublicznienie Poczty w 2016 roku z pozostawieniem większościowego udziału w gestii Skarbu Państwa. Do 2020 roku spółka chce być największym w kraju integratorem usług paczkowo-kurierskich, komunikacji tradycyjnej i elektronicznej, usług finansowych i e-government.
W ciągu dwóch tygodni projekt nowej Rady Dialogu Społecznego trafi do Rady Ministrów
Jeszcze w I połowie roku może zacząć działać Rada Dialogu Społecznego, która zastąpi Komisję Trójstronną jako forum negocjacji między pracodawcami, związkami zawodowymi i rządem. W ostatni weekend strony ustaliły wszystkie szczegóły. Resort pracy w ciągu najbliższych dwóch tygodni przedstawi ostateczny projekt Radzie Ministrów.
– Mechanizm dialogu społecznego jest potrzebny po to, by rozwiązywać problemy strategiczne i jednocześnie budować wokół nich kapitał społeczny – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes wiceminister pracy i polityki społecznej Jacek Męcina. – Dziś wyzwaniem jest poprawa jakości pracy i jej osiągnięcie bez psucia rynku pracy, czyli żeby jednocześnie rosło zatrudnienie i mogły poprawiać się jego warunki, o co chodzi związkowcom.
Jak podkreśla, te problemy mogą być ad hoc rozwiązywane przez rząd, ale wtedy budzą dużo kontrowersji. Lepszą metodą jest wypracowanie rozwiązania w drodze negocjacji, nawet jeśli są one trudne i długotrwałe.
Negocjacje między pracodawcami, związkami zawodowymi i rządem mają być łatwiejsze dzięki nowej Radzie Dialogu Społecznego, która zastąpi Komisję Trójstronną. Prace na forum Komisji zostały zarzucone blisko dwa lata temu przez stronę związkową.
– Partnerzy społeczni przygotowali autonomiczny projekt powołania nowej instytucji wykorzystującej doświadczenia Komisji Trójstronnej – informuje Męcina. – Jako przedstawiciel rządu prowadziłem negocjacje z przedstawicielami organizacji pracodawców i związków zawodowych, które miały na celu przygotowanie projektu w takiej formie, aby powoływana w nim instytucja mogła zostać jak najszybciej uruchomiona w sensie legislacyjnym.
Wszystkie szczegóły dotyczące nowej formuły współpracy zostały uzgodnione w ostatni weekend podczas spotkania stron w Dobieszkowie pod Łodzią. Ustawa o utworzeniu Rady Dialogu Społecznego w ciągu najbliższych dwóch tygodni ma trafić do Rady Ministrów. Strony liczą, że zostanie przyjęta jeszcze przed wakacjami.
– Mam nadzieję, że to będzie dobry „produkt”, w którym zdefiniowane zostanie większe zaangażowanie partnerów społecznych w proces negocjacji i konsultacji – uważa Jacek Męcina. – Będzie w nim więcej uprawnień związanych np. z możliwością przygotowywania własnych projektów aktów prawnych. Rząd z kolei zostanie zobowiązany do tego, by projekty mogły być rozpatrzone i ocenione pod kątem konieczności przyjęcia takich regulacji. Musi być też nieco więcej autonomii i postawienia także na dialog autonomiczny między pracodawcami i przedstawicielami związków zawodowych.
Rada ma być niezależna od rządu. Jej członków wskazywać będą organizacje związkowe, organizacje pracodawców oraz premier. Przewodnictwo w radzie obejmować będzie rotacyjnie każda ze stron, a kadencja przewodniczącego będzie trwać rok, również w wojewódzkich radach dialogu społecznego.
Zamach w Tunisie może przyczynić się do zaostrzenia przepisów dotyczących ściślejszego monitorowania internetu
Utrzymująca się napięta sytuacja międzynarodowa może doprowadzić do zaostrzenia przepisów dotyczących śledzenia aktywności internautów przez służby państwowe. Unia Europejska, między innymi w związku z negocjowaną ze Stanami Zjednoczonymi umową TTIP, chce ujednolicić przepisy w krajach członkowskich. Ich kształt zależy jednak od napięć poza granicami UE.
– Jeżeli sytuacja będzie dalej niekorzystna, czyli będzie tak niebezpiecznie, jak jest obecnie po zamachu w Tunisie, można domniemywać, że dojdzie do zaostrzenia przepisów w zakresie ściślejszego monitorowania przestrzeni internetowej. Jeżeli będzie względnie spokojnie, to podejrzewam, że Unia Europejska podejmie decyzje, które uśrednią tę sytuację, zapewniając bezpieczeństwo przy jednoczesnej swobodzie korzystania z sieci – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Karwas, ekspert ds. bezpieczeństwa w Wyższej Szkole Bankowej w Chorzowie.
Obecnie we wspólnocie nie ma jednolitych przepisów dotyczących śledzenia aktywności internautów oraz pozyskiwania tych informacji przez służby. Prawo w tym zakresie jest różne w poszczególnych krajach.
Unia Europejska podjęła pierwszą próbę regulacji tego aspektu w 2009 r. Przyjęta wtedy dyrektywa 136/2009 dotyczy głównie popularyzacji usług internetowych i zwiększenia dostępu do nich w całej UE, ale obejmuje również zagadnienia z zakresu śledzenia aktywności użytkowników, w tym np. obowiązek informowania o zbieraniu plików cookies. To niewielkie dokumenty tekstowe zapisywane i odczytywane przez strony internetowe, pozwalające na zbieranie informacji o danym użytkowniku.
Pierwszymi krajami, które wdrożyły dyrektywę i tym samym zaostrzyły przepisy, były Dania, Estonia i Wielka Brytania. W Polsce dyrektywa ta została zaimplementowana po nowelizacji ustawy Prawo telekomunikacyjne w 2013 r.
– Polska na tle innych krajów wypada całkiem nieźle. Po zmianie prawa państwo zwiększyło aktywność i kontrole służb państwowych w zakresie monitorowania osób i instytucji, które mogłyby działać sprzecznie z prawem, jednocześnie uwzględniając interes prawa obywateli do swobody i wolności komunikowania się w przestrzeni internetowej – tłumaczy Karwas.
Teraz UE chce jednak wprowadzić wspólne przepisy. Takich zmian domaga się Eurojust, czyli unijna agencja ds. współpracy wymiarów sprawiedliwości. Postulowane przez nią zmiany dotyczą m.in. monitorowania rozmów na Skypie oraz możliwości wykorzystywania wiadomości z Facebooka w sądach. Choć sama agencja Eurojust nie może zaproponować unijnego prawa, propozycja została podchwycona przez wielu polityków.
– Związane jest to m.in. z walką z terroryzmem i wydarzeniami sprzed kilku dni w Tunisie. Komisja Europejska chciałaby w szerszym stopniu monitorować przestrzeń internetową, ale nie po to, by zaspokoić własną ciekawość, lecz po to, by zwiększyć bezpieczeństwo obywateli w poszczególnych państwach. Kwestie terroryzmu czy cyberprzestępczości są bardzo istotne z punktu widzenia filaru bezpieczeństwa w Unii Europejskiej – przekonuje ekspert ds. bezpieczeństwa Wyższej Szkoły Bankowej w Chorzowie.
Ujednolicenie zasad panujących w sieci może być też przydatne podczas negocjacji umowy o wolnym handlu ze Stanami Zjednoczonymi, czyli umowy TTIP. Prawo w Stanach Zjednoczonych jest znacznie bardziej rygorystyczne. Narodowa Agencja Bezpieczeństwa może tam śledzić użytkowników bez uzyskania zgody sądu. To model prewencyjny, który polega na wyłapywaniu osób prowadzących nielegalną działalność w sieci. W ramach unijno-amerykańskiego porozumienia strony chcą też zapewnić takie same warunki dostępu do sieci, bo to w dzisiejszej gospodarce fundamentalny element prowadzenia działalności biznesowej.
Ekspert dodaje, że wojna na Ukrainie, z którą wiążą się również cyberzagrożenia, oraz rosnące ryzyko zamachów terrorystycznych w Europie lub krajach sąsiednich powodują, że prawdopodobieństwo przyjęcia wspólnych unijnych przepisów jest bardzo duże.
Przeszkodą może jednak okazać się podejście Niemców do tego zagadnienia. Obywatele i władze tego kraju są wśród największych oponentów zwiększonych uprawnień służb, co wynika z historycznych doświadczeń z inwigilacją najpierw nazistowską, a potem przez Stasi w NRD. Karwas ocenia jednak, że i tam może dojść do zmiany przepisów na takie, które znajdą równowagę między bezpieczeństwem a wolnością w sieci.
M. Mróz (Copernicus): Podwyżka stóp procentowych w USA w tym roku wcale nie jest pewna. Na ostrożności Fed zyska polska gospodarka
Oczekiwana przez ekonomistów podwyżka stóp procentowych we Stanach Zjednoczonych wcale nie jest w tym roku przesądzona. Inflacja w USA jest niska, a mocny dolar może zaszkodzić tamtejszym eksporterom. Jeżeli Fed wstrzyma się z zaciskaniem monetarnego pasa, co zasugerowała po ostatnim posiedzeniu szefowa tego gremium Janet Yellen, zyska też polska gospodarka.
– Sytuacja amerykańskiej gospodarki pokazuje jednak pewne oznaki spowolnienia. Rekordowo mocny dolar i inflacja poniżej pożądanych przez Fed poziomów sugerują, że być może wbrew oczekiwaniom konsensusu rynkowego w tym roku zobaczymy albo jedynie bardzo symboliczną podwyżkę stóp procentowych w USA, albo jej nie zobaczymy wcale – mówi agencji informacyjnej Newseria Marcin Mróz, główny ekonomista Grupy Copernicus.
Zaskakujący przebieg miało marcowe posiedzenie Zarządu Rezerwy Federalnej. Analitycy dość powszechnie oczekiwali sygnału dotyczącego terminu podwyżki stóp procentowych w USA. Większość obstawiała czerwiec, pozostali podzielili się na oczekujących szybszego lub nieco późniejszego terminu. Fed wprawdzie zgodnie z oczekiwaniami zrezygnował w komunikacie z zapisu o cierpliwym oczekiwaniu na właściwy moment do podniesienia stóp, jednak uznał, że amerykański wzrost gospodarczy będzie wolniejszy niż przewidywano wcześniej.
Według nowych prognoz Rezerwy Federalnej amerykańskie PKB w tym roku ma wzrosnąć o między 2,3 a 2,7 proc., a nie w przedziale 2,6-3,0 proc. jak podawano wcześniej. Podobnie ma być w 2016 roku, z tym że ta wcześniejsza prognoza zakładała dolną granicę wzrostu na 2,5 proc. Z kolei prognozę na 2017 rok obniżono na 2,0-2,4 proc. z 2,3-2,5 proc.
Natomiast inflacja bazowa w tym roku ma być na poziomie 1,3-1,4 proc., a nie 1,5-1,8 proc. jak prognozowano w grudniu. W 2016 roku ma wynieść 1,5-1,9 proc. zamiast wcześniej prognozowanych 1,7-2,0 proc. W lutym ceny, z pominięciem cen żywności i energii, wzrosły rok do roku o 1,7 proc., czyli nieznacznie więcej niż prognozowano (1,6 proc.). Ceny były porównywalne do tych z lutego 2014 r.
– Z punktu widzenia bieżącej inflacji nie ma żadnych przesłanek, by Fed zaczął podwyższać stopy procentowe – ocenia Marcin Mróz. – Również z punktu widzenia średniookresowej ścieżki inflacji, mocnego dolara i niskich ceny ropy, mamy wszystkie czynniki wskazujące na to, że ryzyko inflacji czy rosnących kwartałów jest bardziej po stronie niższych poziomów niż wyższych. Wszystko to sugeruje, że fundamentalne przesłanki do podwyżki stóp procentowych są w tym momencie bardzo słabe.
Mocny dolar zagraża też wynikom amerykańskiego eksportu. Komunikat po marcowym posiedzeniu Zarządu Rezerwy Federalnej sprawił, że rekordowo wysokie notowania amerykańskiej waluty zaczęły lekko spadać.
– Coraz częściej widać oznaki spowalniających zamówień, szczególnie po stronie zamówień eksportowych, co może sugerować, że w sytuacji dość słabego popytu poza granicami Stanów Zjednoczonych i mocnego dolara sytuacja przedsiębiorstw eksportujących nie wygląda najlepiej – zwraca uwagę główny ekonomista Grupy Copernicus. – To może w najbliższych kwartałach przyczynić się do tego, że wzrost PKB w amerykańskiej gospodarce w tym roku może uplasować się nieco poniżej 3 proc.
Z punktu widzenia polskiej gospodarki im dłużej trzeba będzie czekać na podwyżkę stóp procentowych w Stanach, tym lepiej. Dzięki prowadzonej od 2008 roku polityce taniego pieniądza, dolar ożywiał gospodarkę światową. Wyższe stopy w USA oznaczać mogą ucieczkę części inwestorów także z Polski.
– Część inwestorów zagranicznych chciałaby zamknąć pozycję i wycofać się z tego rynku – prognozuje Marcin Mróz. – Na pewno nie byłoby to działanie masowe, jednak takie krótkookresowe wahania na rynku obligacji i złotego mogłyby się zdarzyć. Im dłużej będziemy czekać na decyzję Fedu odnośnie do pierwszej podwyżki stóp procentowych, tym paradoksalnie lepiej dla naszych rynków finansowych.
Sieci handlowe mają coraz większy wpływ na kształt i funkcjonalność opakowań żywności
Sieci handlowe przejmują kompetencje dotychczas zarezerwowane dla wytwórców produktów w handlu detalicznym – uczestniczą w tworzeniu standardów i projektowaniu opakowań dla marek i poszczególnych artykułów. Muszą się one zmieniać, bo zmieniają się oczekiwania konsumentów. Producenci opakowań inwestują w rozwiązania zaawansowane technologicznie.
– Rośnie rola sieci handlowych w definiowaniu standardów i oczekiwań wobec produktów – mówi agencji informacyjnej Newseria Tomasz Żebrowski, prezes zarządu przedsiębiorstwa Stora Enso Poland. – Do tej pory ściśle współpracowaliśmy i projektowaliśmy opakowania z producentami. W tej chwili ten proces zaczyna wyglądać inaczej. To sieci handlowe zaczynają definiować opakowania, standardy i trendy.
Duży udział mają w tym coraz szarzej wprowadzane na rynek i coraz chętniej kupowane przez konsumentów marki własne sieci handlowych (ang. private labels), których wartość w ubiegłym roku szacowana była na około 90 mld zł i wciąż rośnie. Dla przykładu w ubiegłym roku co trzeci koszyk klienta sieci Tesco zawierał takie artykuł. Na innych rynkach UE marki własne stanowią ponad połowę zakupów.
– Stora Enso zajmuje się zarówno produkcją papierów do opakowań, jak i opakowań tekturowych. Wyzwań w tym zakresie jest rzeczywiście dużo. Najważniejsze stawiają przed nami klienci: szeroko rozumiana innowacyjność. Konsumenci coraz więcej oczekują od opakowania, a my musimy pozytywnie odpowiadać na te trendy, co nie jest łatwe przy dynamice rynku, jaką aktualnie obserwujemy – informuje Tomasz Żebrowski podczas Poland & CEE Retail Summit 2015.
Z raportu firmy wynika, że na zmiany w trendach wpływ będą mieć nowe nawyki konsumenckie millenialsów, czyli osób z pokolenia urodzonego między 1980 a 2000 rokiem. Czterech na pięciu konsumentów w tej grupie podkreśla, że opakowanie jest istotnym czynnikiem przy podejmowaniu decyzji zakupowych, a 85 proc. uważa je za ważny element wizerunku danej marki (przy 71 proc. wśród konsumentów z innych pokoleń). Blisko połowa millenialsów jest gotowa zapłacić więcej za dany produkt, jeśli będzie on w opakowaniu ekologicznym.
W 2014 r. Stora Enso miała globalnie sprzedaż na poziomie 10,2 mld euro, co stanowiło spadek o 3,3 proc. wobec 2013 r. Zysk operacyjny wzrósł do 810 mln euro z 578 mln, głównie z powodu ograniczenia kosztów. Zysk netto wyniósł 90 mln euro wobec straty 71 mln euro rok wcześniej.
– Zasoby, które inwestujemy w innowacyjne opakowania, są znaczące. Pracuje nad nimi w Polsce kilkadziesiąt osób – mówi Tomasz Żebrowski. – Głównym narzędziem jest miejsce, które nazywamy „design studio”. Wyposażyliśmy je w najnowsze osiągnięcia techniki, odpowiednie oprogramowanie pozwalające cyfrowo odtworzyć sklepy dyskontowe, projektować w systemie trójwymiarowym, a przed dostarczeniem do sieci handlowych sprawdzać, jak klient reaguje na opakowanie.
W związku z rosnącym zapotrzebowaniem na nowe, innowacyjne produkty Stora Enso Poland ma rozwijać moce produkcyjne. Przedsiębiorstwo skończyło właśnie proces inwestycji w jedną z największych maszyn papierniczych w Polsce.
– Było to jedno z najbardziej znaczących, pojedynczych przedsięwzięć w Polsce, kosztowało około 450 mln euro. W tej chwili zbieramy siły na kolejne kroki – ocenia prezes Tomasz Żebrowski. – Stora jest zainteresowana rozwojem swojego biznesu w tej części Europy. Polski rynek rośnie, a wraz z nim popyt na opakowania, któremu na pewno będziemy w stanie sprostać. Bardzo dużo inwestujemy w maszyny produkujące opakowania wysokiej jakości, z wielokolorowym nadrukiem, czego oczekują od nas także sieci handlowe.
Średnio 363 zł wyda polska rodzina na Święta Wielkanocne. Większy budżet planują mieszkańcy wsi
Na Wielkanoc wydamy mniej niż na grudniowe święta, ale aż trzy razy więcej niż w zwykły, nieświąteczny weekend. Średnio wielkanocne wydatki sięgną ok. 360 zł. W większych rodzinach kwota ta przekroczy 400 zł. Święta te są ważniejsze dla mieszkańców wsi – oni proporcjonalnie wydadzą więcej niż osoby z miast.
‒ Zadaliśmy Polakom pytanie, ile zamierzają wydać na święta. Średnio będzie to 363 zł. Kwota ta zmienia się w zależności od tego, ile osób wchodzi w skład gospodarstwa domowego. W przypadku dwuosobowych gospodarstw domowych jest to około 260 zł, w przypadku pięcioosobowych gospodarstw domowych ‒ ponad 400 zł – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Przemysław Kasza z działu badań Provident Polska.
Z badań Providenta wynika, że na święta Wielkiej Nocy wydamy znacznie mniej niż na Boże Narodzenie. W grudniu wydatki polskich gospodarstw domowych były nawet znacznie wyższe i przekraczały 500 zł. Jednak i tak Wielkanoc jest znacznie droższa niż zwykły, nieświąteczny weekend. Wtedy wydajemy tylko średnio 117 zł na gospodarstwo domowe, czyli ponad trzykrotnie mniej niż podczas kwietniowych świąt.
Polacy mniej wydają na Wielkanoc niż na Boże Narodzenie z tego powodu, że nie mają zwyczaju obdarowywania się prezentami, tak jak robią to co roku w grudniu. 56 proc. pytanych przez Providenta nie zamierza tego robić. Jedna trzecia Polaków o tym myśli, ale mniej niż połowa spośród nich deklaruje, że zrobi to na pewno. Średnio na prezent wielkanocny osoby, które chcą go kupić, wydadzą 127 zł, ale 13 proc. osób zamierza zrobić podarek bezkosztowo.
Wielkanocne wydatki nie ulegną w tym roku większej zmianie – 56 proc. Polaków zamierza wydać na nie tyle samo, ile przed rokiem. Pozostali w równej części zamierzają przeznaczyć na organizację świąt więcej lub mniej pieniędzy niż rok temu.
‒ Te osoby, które zarabiają najlepiej, wydają najwięcej. Gdy przyjrzymy się bliżej tym wynikom, okazuje się jednak, że największe zaangażowanie można zaobserwować wśród mieszkańców wsi. Oni wydają prawie czterokrotnie więcej niż w przypadku normalnego weekendu, natomiast mieszkańcy miast powyżej 250 tys. mieszkańców wydają tylko 2,5-krotnie więcej – mówi Kasza.
Dodaje, że w przypadku większych gospodarstw domowych średnie wielkanocne wydatki mogą przekroczyć 400 zł, bo każda dodatkowa osoba w rodzinie oznacza święta droższe o ok. 100 zł.
Badania pokazały także dużą rozbieżność pomiędzy rodzinnymi budżetami przeznaczonymi na święta. Jedna trzecia badanych deklaruje, że wyda na święta nawet mniej niż 300 zł. Równocześnie co piąty badany jest gotowy przeznaczyć na ten kwietniowy weekend ponad 500 zł.
Coraz więcej firm monitoruje publikacje na swój temat w internecie
Słabej jakości monitoring mediów może być dla firmy większym problemem niż korzyścią. Przez błędny system spółka może stracić dużo czasu, usuwając bezwartościowe wzmianki z rezultatów monitoringu. Dodatkowo brak częstej aktualizacji monitoringu uniemożliwia szybkie reagowanie na komunikaty pojawiające się w mediach społecznościowych. Instytut Monitoringu Mediów opracował listę najczęstszych problemów.
‒ Oferta rynkowa narzędzi monitorujących media jest coraz bogatsza. Każda firma czy osoba prywatna, która chce monitorować media, czy to tradycyjne – prasę, radio bądź telewizję, czy nowe media – internet, media społecznościowe wraz z wszystkimi nowymi serwisami, jak Facebook czy Instragram, ma bardzo bogaty wybór – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Jadaś, starszy specjalista ds. badań i produktów z Instytutu Monitoringu Mediów. ‒ Zauważyliśmy jednak, że jakość narzędzi, które pojawiają się na rynku, coraz bardziej odbiega od pożądanej normy.
Choć monitoring mediów jest coraz bardziej dostępny i popularny, usługa słabej jakości nie przyniesie firmom oczekiwanych korzyści. Monitoring będzie wtedy albo niekompletny, albo spóźniony, albo zbyt obszerny i uwzględniający nieistotne wyniki.
Jednym z najczęstszych problemów jest właśnie uwzględnianie spamu oraz nieistotnych wzmianek w monitoringu. Mogą to być np. bezwartościowe z punktu widzenia marketingu firmy komentarze na forach, które tylko pozornie zwiększają liczbę wzmianek. Konieczność ich usuwania jest czasochłonna i kosztowna.
‒ Jak wynika z naszych obserwacji, w przypadku wielu narzędzi, zwłaszcza tych darmowych, jak chociażby Google Alerts, użytkownik otrzyma w wynikach od 80 do 90 proc. materiałów spamowych, zupełnie niepotrzebnych i zbędnych z punktu widzenia działalności firmy czy prywatnych potrzeb – podkreśla Jadaś.
Tak samo niepotrzebne są wzmianki, które dotyczą innych firm o podobnej nazwie, często nawet z innych krajów. System powinien filtrować te dane, które tylko zaburzają wyniki.
Dobry monitoring mediów musi także wziąć pod uwagę kreatywność internautów i sposoby wyrażania się w internecie. Słowa kluczowe nie mogą być ograniczone, bo użytkownicy internetu często tworzą własne określenia. Trzeba wziąć pod uwagę także to, że internauci popełniają błędy gramatyczne i ortograficzne.
‒ Na przykład na Twitterze, mówiąc o prezydencie Bronisławie Komorowskim, często używa się skrótu PBK, o sklepie Biedronka pisze się Biedra. Takich przykładów pokazujących kreatywność słowotwórczą internautów jest wiele i warto, żeby monitoring social mediów umożliwił zbieranie danych na temat wszystkich tego typu zagadnień – podkreśla Jadaś.
Monitoring mediów musi także umożliwiać szybkie i odpowiednie reagowanie, szczególnie w mediach społecznościowych. Dlatego ważne jest, by klienci otrzymywali powiadomienia o wzmiankach jak najczęściej, nawet poprzez SMS-y czy e-maile, dzięki czemu będą mogli szybko zareagować.
Z tego samego powodu monitoring nie powinien ograniczać liczby wzmianek. Powinien również umożliwiać łatwy eksport danych, a także archiwizować publikacje, co jest zabezpieczeniem na wypadek usunięcia strony internetowej lub bloga.
Trwają dyskusje o ograniczeniu ruchu w centrum miast. Potrzebne jednak inwestycje w komunikację publiczną
Trwają dyskusje nad ograniczeniem ruchu samochodowego w centrach miast. Zdaniem ekspertów pomysł nie jest zły, jednak by zachęcić mieszkańców do rezygnacji z aut, potrzebne są duże inwestycji w komunikację publiczną. Te zaś będą dużo łatwiejsze dzięki środkom z Unii Europejskiej. To zapewne ostatnia perspektywa finansowa UE, w której przewidziane są tak duże kwoty na infrastrukturę.
– Trzeba przede wszystkim położyć nacisk na zachęcanie do korzystania z komunikacji publicznej, a to się stanie dzięki inwestycjom w torowiska, nowy tabor, dzięki temu, że tramwaj czy autobus będzie uprzywilejowany. I jeżeli będą też odpowiednie ceny biletów w stosunku do cen paliwa i stawek za parkowanie, to kierowcy będą się chętniej przesiadać do tej komunikacji – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adrian Furgalski, wiceprezes Zespół Doradców Gospodarczych TOR.
Tylko pod warunkiem poprawy jakości komunikacji w miastach – choć zdaniem eksperta już mamy do czynienia ze znaczącą poprawą – możliwe będą takie rozwiązania, jak proponowane przez posłów PO ograniczenie ruchu samochodowego w centrach miast.
– Na dalszą rozbudowę komunikacji publicznej w Warszawie pieniądze są i zostaną przeznaczone na rozbudowę II linii metra – mówi Adrian Furgalski.
W ramach tzw. kontraktu terytorialnego nowej perspektywy finansowej do 2019 roku przewidziano blisko 4 mld zł na budowę kolejnych trzech stacji drugiej linii metra w kierunku Targówka i Woli oraz nowe pociągi i rozbudowę bazy na Kabatach. Kolejne 3,84 mld zł do 2022 r. przeznaczono na tabor i wydłużenie tuneli o dwie stacje na Bemowie oraz trzy na Bródno. W ramach nowej perspektywy unijnej planowana jest w sumie budowa 11 przystanków drugiej linii podziemnej kolejki.
Rozbudowa i poprawa komunikacji publicznej będzie jednym z priorytetów w zakresie infrastruktury w ramach perspektywy finansowej UE 2014-2020. Zgodnie z Umową Partnerstwa, dokumentem określającym strategię wykorzystania pieniędzy z nowej perspektywy, z poszczególnych funduszy Polska ma otrzymać 82,5 mld euro w ramach polityki spójności. Największa część, bo blisko 24 mld euro, zostanie przeznaczona na poprawę infrastruktury i zrównoważony transport. Kolej ma otrzymać 10,2 mld euro (42,7 mld zł), ponad dwa razy więcej niż w latach 2007-2013. Ograniczono natomiast możliwość inwestowania środków w rozbudowę dróg lokalnych. Finansowane mają być przede wszystkim takie odcinki, które łączą się z transeuropejską siecią transportową (tzw. TEN-T).
– Plany dotyczące kolei nie zostały jeszcze zaakceptowane przez Komisję Europejską, dlatego że nie uwzględniają modelu ruchu – tłumaczy Furgalski. – Brakuje odpowiedzi na pytanie, w co warto inwestować w pierwszej kolejności, jeśli w ogóle. Chodzi o to, że jeśli będziemy budować nowe odcinki torów, to trzeba to robić tak, aby potem kursowały tam pociągi i woziły pasażerów i towary, a nie powietrze.
Dużą nowością dla samorządów w nowej perspektywie jest przekazanie im do dyspozycji większej ilości pieniędzy. W latach 2007-2013 ok. 25 proc. wszystkich środków było wdrażanych przez samorządy, obecnie będzie to niemal 40 proc.
– To będzie też duży popis dla rozwiązań związanych z inteligentnymi systemami transportu. Mimo opóźnień mam nadzieję, że Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad wdroży system sterowania ruchem, który będzie informował kierowców, gdzie są zatory na sieciach krajowych, gdzie są wypadki, objazdy, jakie są czasy przejazdu – mówi Furgalski.
Jak podkreśla, w najbliższych latach nowością będzie też program rewitalizacji polskich miast, głównie tej przestrzeni, która była zniszczona, np. przez przemysł zlokalizowany w centralnych dzielnicach.
Polskie dzieci tyją najszybciej w Europie. Przyczyną jest brak ruchu i nieodpowiednia dieta
Polskie dzieci są coraz mniej aktywne i tyją szybciej niż ich rówieśnicy w Europie. 40 proc. dzieci spędza prawie trzy godziny dziennie przed komputerem, a prawie co czwarty gimnazjalista nie ćwiczy na lekcjach wychowania fizycznego. Młodzież nie przestrzega też zasad zdrowego odżywania, przedkładając żywność typu fast food nad zdrowe przekąski.
Według zaleceń Światowej Organizacji Zdrowia dzieci powinny spędzać co najmniej 60 minut dziennie na aktywności fizycznej. Tymczasem polskie dzieci ruszają się coraz mniej: 40 proc. z nich spędza nawet trzy godziny dziennie przed komputerem i telewizorem. Z danych NIK wynika, że 19 proc. uczniów szkół podstawowych i 24 proc. gimnazjalistów nie ćwiczy na lekcjach WF. W efekcie polskie dzieci tyją najszybciej spośród dzieci w Europie, a 17 proc. chłopców i 11 proc. dziewczynek w wieku 7-18 lat zmaga się z otyłością.
– Rozwiązaniem jest ruch i prawidłowe odżywianie się. Musi to być zapoczątkowane w rodzinie, bo przykład powinien iść z góry, czyli od rodziców. W szkołach natomiast powinny być ciekawe lekcje WF lub zajęcia pozalekcyjne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Iwona Fluder, młodszy kierownik ds. komunikacji korporacyjnej Nestlé Polska.
Równie ważne jest budowanie świadomości żywieniowej wśród rodziców i dzieci. Zdaniem ekspertów dobrym rozwiązaniem są lekcje w szkole, podczas których dzieci uczyłyby się zasad zdrowego odżywiania. W jadłospisie większości uczniów przeważają bowiem słodkie, gazowane napoje, słodycze czy niezdrowe, wysokokaloryczne przekąski, jak np. frytki, brakuje natomiast warzyw i owoców. Ponadto dużym problemem są nieregularne posiłki, 20 proc. polskich dzieci jada najważniejszy posiłek w ciągu dnia, czyli śniadanie, zaledwie 1-3 razy w tygodniu.
– Ponieważ polskie dzieci tyją najszybciej w Europie i coraz mniej się ruszają, bardzo ważne jest nie tylko to, by ćwiczyły nie tylko na zajęciach w szkole, na zajęciach WF, lecz także to, by miały prawidłowo zbilansowaną dietę. Żeby rodzice zdawali sobie sprawę z tego, jak ważnym elementem zdrowia każdego dziecka jest różnorodna dieta bogata w warzywa i owoce. Niestety, polskie dzieci jedzą dziennie tylko jeden posiłek złożony z warzyw i owoców lub o nie uzupełniony, a powinny jeść pięć – mówi Iwona Fluder.
Aby zachęcić dzieci i młodzież do zdrowszego trybu życia, firma Nestlé wraz z Polskim Związkiem Lekkiej Atletyki przygotowała program „Lekkoatletyka dla każdego”. Jego celem jest propagowanie aktywności fizycznej i prawidłowo zbilansowanej diety. Program skierowany jest do uczniów szkół podstawowych: klas I-III i IV-VI oraz gimnazjalistów. W sumie weźmie w nim udział 85 tys. dzieci z całej Polski. Wiedza przekazywana podczas zajęć dostosowana będzie do wieku dzieci: treningi i zawody lekkoatletyczne dla starszych dzieci, zabawy sportowe dla młodszych, a także lekcje żywieniowe o różnym stopniu zaawansowania.
– W ramach programu organizujemy eventy lekkoatletyczne, na których dzieci mogą w grupach rywalizować ze sobą, bawić się tą lekkoatletyką. Jako firma Nestlé będziemy podczas tych zajęć oferować też stoiska żywieniowe dla rodziców, żeby mogli skorzystać z porad żywieniowych i nauczyć się budować prawidłowo zbilansowaną dietę dzieci. Oprócz tego będziemy dystrybuować materiały edukacyjne w szkołach oraz będziemy szkolić trenerów, jak prowadzić lekcje z prawidłowego żywienia – mówi Iwona Fluder.
Program realizowany będzie w sumie przez 16 Ośrodków Lekkiej Atletyki oraz 51 Ośrodków Kid&HASH39;s Athletic. Partnerem akcji jest Ministerstwo Sportu i Turystyki, samorządy lokalne w całej Polsce oraz szkoły podstawowe i gimnazja.
Popołudniowy komentarz walutowy z 24.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Popołudniowy komentarz walutowy z 24.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Bezrobocie bez zmian, ale będzie spadać
Stopa bezrobocia na koniec lutego wyniosła 12 proc. czyli tyle samo ile w styczniu – poinformował Główny Urząd Statystyczny.

GUS potwierdził dane Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej dotyczące poziomu bezrobocia w lutym. Liczba bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy pozostała na niemal niezmienionym poziomie (1918,7 tys. osób w stosunku do 1918,6 w styczniu). Zwykle na polskim rynku pracy doświadczamy w tym okresie wzrostu bezrobocia, co wiąże się z tzw. sezonowością rynku pracy. W zimie część firm ogranicza aktywność, równocześnie redukując zatrudnienie. W tym roku mamy jednak do czynienia ze szczególnie łagodnym przebiegiem zimy, więc wpływ czynników związanych z klimatem np. w branży budowlanej nie jest już tak istotny. Kolejnym czynnikiem, który powoduje, że bezrobocie w lutym nie rośnie już drugi rok z rzędu jest szybsze i sprawniejsze przekazywanie środków Funduszu Pracy przeznaczonych na aktywizację zawodową do powiatowych urzędów pracy. Nie należy jednak pomijać także pozytywnego wpływu koniunktury gospodarczej.
Dobre sygnały płyną z sektora przemysłowego, gdzie wskaźnik PMI w lutym utrzymał się na poziomie bliskim tego ze stycznia (55,1) i wciąż pozostaje wysoki wskazując na możliwą dalszą poprawę. W ramach tego wskaźnika już trzeci miesiąc z rzędu rósł subwskaźnik dotyczący zatrudnienia, co wskazuje, że w sektorze przemysłowym możemy spodziewać się dalszego wzrostu popytu na pracę. Dzięki oddziaływaniu tych czynników stopa bezrobocia jest w lutym 2015 r. niższa o niemal 2 pkt. proc. w stosunku do poprzedniego roku, a liczba bezrobotnych spadła o ok. 336 tys. osób. W kolejnych miesiącach możemy spodziewać się przyspieszenia tych pozytywnych zmian. Już teraz zgłoszono do urzędów pracy 95,1 tys. miejsc pracy i aktywizacji zawodowej o ok. 23 tys. więcej niż w styczniu.
Konfederacja Lewiatan
Imigranci ze wschodu zagrożeniem dla polskiego rynku pracy
Do tej pory Polskę odwiedzało stosunkowo niewielu uchodźców. Często traktowali nasz kraj jedynie jako przystanek w dalszej wędrówce na zachód. Jeśli jednak rozpad Ukrainy będzie postępował, Polska może spodziewać się masowej imigracji.
W 2013 r. Ukraińcy złożyli w Polsce 46 wniosków o nadanie statusu uchodźcy. W ubiegłym – prawie 2,5 tys. W tym – już ponad 500. „Polska nie jest gotowa na przyjęcie takiej liczby imigrantów, dlatego większość wniosków spotyka się z odmową” – mówi serwisowi infoWire.pl dr hab. Rafał Chwedoruk, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. Na karty pobytu tymczasowego mogą liczyć głównie dzieci.
„Akceptacja i tolerancja uciekinierów z innych państw oraz integracja z nimi to duże wyzwanie dla społeczeństwa” – zaznacza rozmówca. Wszystkie kraje reagują alergicznie na „dumping socjalny”, uderzający w rynek pracy, a nie – tylko wypełniający na nim luki. Niechętnie patrzy się na osoby z zagranicy zdecydowane wykonywać pracę za niższe wynagrodzenie i bez świadczeń socjalnych.
Przyjęcie uchodźców ze wschodu może prowadzić do wzrostu bezrobocia wśród Polaków. Politycy powinni potraktować ten problem priorytetowo i ustalić, jak pomóc Ukrainie bez narażania przy tym obywateli własnego państwa.
Wciąż uczymy się segregowania odpadów
Polacy stawiają na ekologię. Mniej zużywamy wody, oszczędzamy energię. A co z selektywnym zbieraniem odpadów? Jest coraz lepiej – w 2014 r. już 68% z nas deklarowało, że śmieci segreguje regularnie.
Z naszej postawy ekologicznej możemy być umiarkowanie zadowoleni, jednak nadal wiele jest do zrobienia. Ciągle za dużo osób wyrzuca wszystko do jednego kosza albo spala odpady. Jak wynika z badań Ministerstwa Ochrony Środowiska – dane z 2011 r. – śmieci regularnie segreują przede wszystkim mieszkańcy wsi (50%). W miastach odsetek ten wynosi 41%. „Ludzie nie segregują śmieci, bo głównie brakuje im chęci i nie widzą sensu segregacji. Nie wierzą, że odpady trafią do recyklingu” – wyjaśnia w rozmowie z serwisem infoWire.pl Katarzyna Pliszczyńska, rzecznik prasowy Ministerstwa Środowiska.
Selektywne zbieranie odpadów jest trudne w mieszkaniach z małymi kuchniami, gdzie umieszczenie kilku pojemników stanowi problem. Ponadto często same spółdzielnie mieszkaniowe, wspólnoty mieszkaniowe i gminy nie zapewniają odpowiednich koszów i kontenerów.
A czy Polacy umieją segregować śmieci? „Większość tak” – zaznacza rozmówczyni. Gminy informują mieszkańców za pomocą broszur i plakatów, jaki odpad należy do danej frakcji i w jakim pojemniku należy go umieścić. Warto mieć to na uwadze, bo w różnych miejscach mogą obowiązywać różne zasady.
Zapewne trzeba kilku lat intensywnej edukacji, by selektywna zbiórka odpadów stała się dla Polaków czymś naturalnym. Warto jednak dodać, że w 2011 r. 84% z nas opowiadało się za tym, żeby segregacja była obowiązkowa. Z kolei 94% twierdziło, że wywożenie śmieci w niedozwolone miejsca powinno być karane bardzo surowo.
Komentarz walutowy z 24.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Komentarz walutowy z 24.03.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl
Lubawa chce skorzystać na rozbudowie ukraińskiej armii. Pierwszy kwartał kończy obiecująco

Po dobrym 2014 roku Lubawa będzie się koncentrować na rozwijaniu sprzedaży zagranicznej między innymi na Ukrainę, gdzie spółka sprzedawała już kamizelki kuloodporne oraz hełmy. Rozbudowa ukraińskiej armii daje szanse na kolejne kontrakty, obecnie negocjowane. Jak mówi prezes Lubawy, sprzedaż grupy w kończącym się pierwszym kwartale wygląda obiecująco.
– Jest kilka rynków, które – jak wszystko na to wskazuje – będą się rozwijały – precyzuje Kubica. – W przypadku dominującej grupy, czyli Lubawy, poza aktywnością spółek zależnych na terenie Stanów Zjednoczonych i za Kaukazem, oczywiście mam na myśli Armenię, są także bliższe rynki, jak na przykład Ukraina. Już w zeszłym roku dostarczaliśmy sprzęt dla tamtejszej armii: kamizelki kuloodporne oraz hełmy.
W br. przedsiębiorstwo planuje dalszą intensyfikację współpracy z ukraińskim przemysłem obronnym, czyli koncernem Ukroboronprom, głównym graczem na rynku zbrojeniowym za południowo-wschodnią granicą.
– Rozmawiamy cały czas z Ministerstwem Obrony Ukrainy na temat ich potrzeb, a są one bardzo duże – precyzuje Marcin Kubica. – Tamtejsza armia w zasadzie zwielokrotniła swój skład i chce się modernizować. Dlatego w aspektach, które dotyczą bezpośrednio naszej oferty produktowej, niewątpliwie możemy liczyć na zamówienia. Natomiast nie chciałbym się na razie wypowiadać na temat wielkości zamówienia. Trwa faza końcowych, ale jednak konsultacji. W mojej ocenie pod koniec miesiąca będziemy mogli podać konkretne liczby i towarzyszące im kwoty.
Grupa chce także kontynuować ekspansję w innych krajach europejskich i pozostałych segmentach prowadzonej działalności, nie tylko branży zbrojeniowej.
– Plany są ambitne, mam nadzieję, że uda nam się je zrealizować – uważa Marcin Kubica. – Informacje, które spływają po zbliżającym się do końca pierwszym kwartale br., wskazują, że realizacja naszych zamierzeń przebiega w sposób właściwy.
Grupa Lubawa, jak informuje prezes Marcin Kubica, bardzo mocno dywersyfikuje swoją ofertę. Przedsiębiorstwo działa w trzech podstawowych segmentach: specjalistycznym (Lubawa), branży reklamowej (Litex Promo) oraz tkanin (po części Lubawa, ale przede wszystkim spółka zależna Miranda). Produkty grupy są obecne w ponad 40 krajach świata. W br. firma planuje dalszą intensyfikację eksportu.
– Cały 2014 rok był dla nas bardzo dobry, zarówno pod względem poziomu przychodów, jak i wyniku finansowego – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Kubica, prezes zarządu Grupy Lubawa. – Założenia naszej strategii zrealizowaliśmy w całości. Pomimo kilku, a w zasadzie jednego, zasadniczego wydarzenia, które grupę trochę wewnętrznie dotknęło, czyli pożaru w spółce zależnej Miranda. Bardzo szybko udało nam się jednak otworzyć moce produkcyjne i w żaden sposób nie odbiło się to na wynikach finansowych ani nie wpłynęło na utratę żadnego rynku zbytu.
W ubiegłym roku Grupa Kapitałowa Lubawa miała niemal 242 mln zł przychodów wobec 210,8 mln zł rok wcześniej. Zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł prawie 11 mln zł, cztery razy więcej niż w 2013 roku. Jednostkowo przychody samej spółki Lubawa wzrosły w tym czasie o jedną trzecią do 41 mln zł. Wypracowała też 2,6 mln zł zysku netto wobec straty 3,8 mln zł przed rokiem.
Komentarz indeksowy Bossafx 24 marca 2015 r.
Komentarz indeksowy Bossafx 24 marca 2015 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca









