Laur Konsumenta dla ubezpieczenia Twój DOM Plus

  • Ubezpieczenie domów i mieszkań Twój DOM Plus „Odkryciem Roku 2014”
  • Produkt UNIQA rynkowym unikatem

UNIQA otrzymała nagrodę „Laur Konsumenta – Odkrycie Roku 2014” za ubezpieczenie domów i mieszkań Twój DOM Plus. Produkt został uznany za innowacyjny, elastyczny i i wyróżniający się dynamicznym wzrostem popularności.

Nowe ubezpieczenie Twój DOM Plus, które w ofercie UNIQA dostępne jest od lutego tego roku, zapewnia ochronę domu lub mieszkania…plus dużo więcej!

Doskonale wiemy, że nasi klienci oczekują od nas elastycznych ubezpieczeń. Chcą sami decydować o zakresie polisy i wyznaczać cenę, którą są gotowi zapłacić za ochronę. My im to umożliwiliśmy. Nagroda potwierdza tylko, że nasz kierunek myślenia jest słuszny – mówi Andrzej Jarczyk, prezes zarządu UNIQA.

Twój DOM Plus to trzy gotowe warianty do wyboru klienta. Poza tym może on skomponować własny pakiet ubezpieczeniowy w zależności od potrzeb i zasobności portfela. Ubezpieczenie oparte jest na formule „all risk”, czyli ochronie od wszystkich możliwych ryzyk.

To kolejne odznaczenie, które zostało przyznane UNIQA w ostatnim czasie. W maju certyfikat „Dobra Polisa” został nam przyznany za ubezpieczenie mienia za składką płatną miesięcznie, które dedykowane jest spółdzielniom i wspólnotom mieszkaniowym oraz ich lokatorom. Mamy powód do zadowolenia – podkreśla Andrzej Jarczyk.

W czerwcu dynamika sprzedaży ubezpieczenia wyniosła 119,4 – proc.

Laur Konsumenta to ogólnopolski projekt konsumencki, którego efektem jest wyłanianie każdego roku najpopularniejszych produktów i marek w swoich kategoriach. Kategoria „Odkrycie Roku” stworzona została z myślą o produktach i usługach nowych, innowacyjnych i funkcjonujących na rynku od stosunkowo niedługiego czasu, ale już zdobywających klientów. Dotyczy ona również produktów i usług, które objęła ciekawa i skuteczna kampania reklamowa; przeszły lifting marketingowy (nowe opakowanie, etc.), bądź zostały po raz pierwszy wskazane przez konsumentów w ogólnopolskim projekcie Laur Konsumenta. Wyróżnienie otrzymują tylko nieliczne firmy czy producenci.

Jaki jest TwÓj DOM Plus?

  1. Innowacyjny

Oprócz podstawowego zakresu ochrony, czyli ubezpieczenia na wypadek zdarzeń losowych, OC, kradzieży z włamaniem, NNW, usług assistance i ochrony prawnej, w ramach pakietu Twój Dom Plus można ubezpieczyć m.in. dom letniskowy, mienie w budowie, sprzęt elektroniczny, podróż, szyby i przedmioty szklane lu nagrobek.

Zakres ubezpieczenia Twój DOM Plus jest niespotykany na rynku. Obejmuje np.: kradzież z konta bankowego, rażące niedbalstwo w ubezpieczeniu mienia, ubezpieczenie przedłużonej gwarancji, szkody w środowisku naturalnym (OC), koszty wynajęcia pośrednika nieruchomości, koszty powrotu z przerwanego wyjazdu zagranicznego, ochronę mienia poza miejscem ubezpieczenia lub w nowym miejscu zamieszkania, ochronę dla przedmiotów służących działalności gospodarczej w ramach ubezpieczenia ruchomości domowych, a także bezpieczenie dzieł sztuki bez wyceny i w wartości rynkowej.

Najbardziej przezorni, mogą rozszerzać swój pakiet o dodatkowe ryzyka, związane ze zdarzeniami losowymi, takie jak np. pękanie mrozowe zewnętrznych instalacji budynku lublokalu mieszkalnego. Ubezpieczenie może również obejmować pozostawienie włączonych do sieci elektrycznej: żelazka, prostownicy do włosów, urządzenia grzewczego typu farelka, niewygaszonego kominka, czajnika, pozostawieniu garnka na tzw. ”wolnym ogniu” lub na rozgrzanym palniku czy płycie indukcyjnej.

  1. Elastyczny

Twój DOM Plus dostępny jest w 4 wariantach: MINI, MAXI, MEGA, TWÓJ (wg własnej kompozycji), dostosowanych do potrzeb klienta, który płaci wyłacznie za to, czego potrzebuje. Sam wybiera zakres zdarzeń losowych, którymi jest zainteresowany. Udogodnieniami są

możliwość zniesienia zasady konsumpcji sumy ubezpieczenia, ubezpieczenie lokali mieszkalnych w wartości rynkowej, co więcej nawet tych starszych – do 50 lat. Powyżej tej granicy budynki mieszkalne również mogą być ubezpieczone od wartości nowej, pod warunkiem że przejdą generalny remont. W rozszerzonym wariancie MEGA – polisa chroni od wszystkich ryzyk ujętych w Ogólnych Warunkach Ubezpieczenia (OWU).

  1. Szybki w zakupie

Zakup ubezpieczenia trwa krótko. Elektroniczny system kalkuluje składkę ubezpieczenia we wszystkich wariantach w kilka minut, dzięki czemu klient nie traci cennego czasu. Obowiązyują tu ścieżki ekspresowe – zasada 6 pytań dla domu oraz zasada 5 pytań – dla mieszkania.

  1. Przjazny dla klienta

Twój DOM Plus to ubezpieczenie dla wsztystkich. Również dla osób przedsiębiorczych, ponieważ stawarza możliwości do prowadzenia działalności gospodarczej w miejscu zamieszkania – bez zwyżki składki i braku konieczności deklarowania odrębnej sumy dla przedmiotów wykorzystywanych w działalności gospodarczej.

Specjalnie dla lojalnych klientów UNIQA przygotowane zostały zniżki. Objęte nimi zostają osoby kontynuujące ubezpieczenie lub ubezpieczające kolejną nieruchomość. Na tych, którzy wykupią trzyletnie umowy, czekają wysokie rabaty. Z kolei nowi klienci, wstępujący do grona uczestników programu lojalnościowego UNIQA BonusClub mogą również liczyć na preferncyjne warunki, m.in. honorowane są ich zniżki za bezszkodowość w innym towarzystwie ubezpieczeniowym.

Pośrednicy finansowi pod lupą unijnych przepisów

Kryzys gospodarczy na dobre zmienił sytuację na rynku kredytów. Kolejne regulacje zaostrzają wymogi stawiane kredytobiorcom. Niedawno pod lupą regulatorów europejskich znalazły się firmy pośredniczące w sprzedaży produktów finansowych. Sytuacja małych pośredników w ciągu kolejnych dwóch lat diametralnie się zmieni. Branżę czeka większa profesjonalizacja i nieunikniona konsolidacja.

Pod koniec ubiegłego roku Parlament Europejski przyjął tzw. Dyrektywę Kredytową (Mortgage Credit Directive). Zgodnie z jej wytycznymi wszyscy pośrednicy oferujący kredyty hipoteczne będą musieli być zarejestrowani i posiadać licencję. By ją otrzymać powinni zdać odpowiednie testy, mieć ubezpieczenie OC oraz cieszyć się „dobrą reputacją”. Mając takie uprawienia, będą mogli za to świadczyć usługi na terenie całej UE.

Najwięcej jest najmniejszych

Wprowadzenie do Polski Dyrektywy Kredytowej (planowo w 2016 roku) może zaowocować ożywieniem rynku nieruchomości, a tym samym rynku kredytowego. Dla klientów oznacza ona większe bezpieczeństwo i pewność w relacji z bankami w procesie uzyskiwania kredytu hipotecznego. Dla banków i samych pośredników może okazać się to szansą na zwiększenie sprzedaży dzięki rosnącemu zaufaniu klientów. Jednocześnie można się spodziewać, że najmniejszym podmiotom działającym na tym rynku trudno będzie sprostać tak wyśrubowanym wymaganiom. Tym bardziej, że dotąd dostęp do zawodu pośrednika finansowego w Polsce nie był regulowany żadnymi przepisami.

W powszechnej opinii na rynku pośrednictwa finansowego rządzą wielcy gracze – których marki znamy chociażby z reklam telewizyjnych (np. Idea Expert czy Open Finance). Jednak jeśli przyjrzeć się danym GUS, działalność w tym obszarze prowadzi ponad 5 tys. firm. Ponad 86 proc. spośród wszystkich podmiotów pośrednictwa finansowego to małe, często jednoosobowe lub rodzinne firmy, w których pracuje nie więcej niż dziewięć osób[i]. I to dla nich implementacja unijnego prawa może być najtrudniejsza, a koszty najbardziej dotkliwe. Część z nich może się po prostu pogubić w gąszczu nowych regulacji i bez zewnętrznej pomocy nie dać rady spełnić nowych wymagań.

Profesjonalne partnerstwo

Czy można już teraz przygotować się tak, aby być gotowym na moment wprowadzenia w Polsce nowych przepisów? Zdaniem ekspertów system pośrednictwa finansowego musi się zmienić, profesjonalizować, a także konsolidować. Krokiem w dobrą stronę jest zrzeszanie się mikropośredników w programach partnerskich. Takie projekty prowadzi większość banków oraz największe sieci pośrednictwa finansowego (w tym Idea Expert). Dzięki nim mogą oni do większej rzeszy potencjalnych klientów. To niezastąpiony kanał sprzedaży zwłaszcza na obszarach poza największymi aglomeracjami, gdzie budowa własnej sieci jest nieopłacalna.

Dla mikropośredników partnerstwo ze znaną siecią działającą na terenie całej Polski to również wiele korzyści. Oprócz know-how, którym dzielą się eksperci danej firmy, możliwości szkoleń e-learningowych, dostępu do materiałów edukacyjnych i marketingowych, mikropośrednicy zyskują potencjał marketingowy. Przykładowo w ramach platformy dla partnerów udostępnianej przez Idea Expert (www.partnerzy.ideaexpert.pl) mają możliwość bezpłatnego założenia własnej strony internetowej. Serwis Idea Expert dostępny jest na wszystkich rodzajach urządzeń mobilnych, dając pośrednikom możliwość korzystania z przydatnych narzędzi wspierających sprzedaż zdalnie, np. podczas spotkań z klientami w terenie. W ciągu zaledwie półtora miesiąca działania platformy zarejestrowało się w niej ponad 500 mikropośredników.

Klient nasz pan

Poprawiające się nastroje gospodarcze sprawiają, że coraz więcej Polaków sięga po kredyty gotówkowe czy hipoteczne. Również firmy, które po latach zaciskania pasa odczuwają pierwsze skutki ożywienia rozglądają się za źródłami finansowania dla nowych inwestycji i rozwoju. O tym, że ożywienie na rynku pośrednictwa finansowego nabrało już realnych barw najlepiej świadczy fakt, że podmioty zrzeszone w Związku Firm Doradztwa Finansowego (ZFDF) odnotowały w pierwszym kwartale tego roku sprzedaż kredytów gotówkowych na łączną kwotę 324 mln zł (o 11 proc. więcej niż w IV kw. 2013). Wartość sprzedanych kredytów hipotecznych wyniosła zaś 3,4 mld zł.

Jednak nastawienie klientów bardzo się zmieniło. Chcąc uniknąć podjęcia złej decyzji, której konsekwencje będą odczuwać często przez całe życie, oczekują oni od pośredników profesjonalizmu i obiektywizmu. Rozwój mikropośredników w szybko zmieniającej się rzeczywistości nie będzie możliwy bez nieustannego podnoszenia ich kompetencji, a także wzrostu zaufania do całej branży, w której najważniejsza jest reputacja. Z naszych doświadczeń wynika, że pomaga także znany na rynku szyld i marka.

To wciąż obiecujący biznes

Czy jednak na pośrednictwie finansowym można dziś zarobić? Jak pokazało badanie wykonane przez Idea Expert, w którym wzięli udział mikropośrednicy finansowi z całej Polski – jak najbardziej jest to możliwe. Ponad połowa badanych firm (53 proc) generuje przychody między 10 a 50 tysięcy złotych miesięcznie. Do uzyskiwania takich wyników potrzeba jednak nie tylko umiejętności sprzedażowych czy odpowiedniego doświadczenia, ale i fachowej, aktualnej wiedzy o produktach finansowych. Dzięki programom afiliacyjnym poziom tych przychodów można znacznie zwiększyć.

Zarząd też trzeba motywować

Wiele pisze się o właściwym zarządzaniu i motywowaniu pracowników. Ale równie ważne jest wspieranie działań i decyzji zarządzających. Kto może to robić, gdy nad w niewielkim zespole prezes jest ostatnim ogniwem? We współpracy funduszu ze spółką, narzędzie takiego wsparcia posiada właśnie fundusz.

Przedstawiciele kadry managerskiej, prezesi czy kierownicy w każdym przedsiębiorstwie powinni rozwijać w sobie techniki automotywacji. Wzmacnianie poczucia pewności siebie, umiejętności wyciągania wniosków z błędów, trzeźwej oceny i tzw. odnajdywania się w skomplikowanych i stresujących sytuacjach, asertywność czy jasność wyrażania podglądów, to tylko niektóre cechy, które powinien posiadać zespół zarządzający. Wpływa to bowiem nie tylko na jakość ich pracy, ale też sposób zarządzania i motywowania podległego zespołu.

Menager czy prezes to tez człowiek, który czasem potrzebuje wsparcia, dopingu czy dodatkowej inspiracji do działania. We współpracy z naszymi spółkami portfelowymi upatrujemy naszą rolę również w motywowaniu szczebla zarządzającego danej firmy. I widzimy, że wsparcie w tym kontekście ma dobre przełożenie na pracę, która z kolei przekłada się na wyniki – tłumaczy Krzysztof Wiśniewski, Partner Zarządzający WSI Capital.

Na linii fundusz-spółka możliwe są różne systemy motywacyjne, jak szkolenia, opcje managerskie, okresowe sprawozdania, cykliczne narady, na których można omówić wszelkie niejasności. Ważnym elementem jest również samo budowanie autorytetu na bazie kontaktu z partnerami funduszu.

– Zarządzający spółkami doceniają poczucie swobody działania połączone ze świadomością, że fundusz trzyma całość w ryzach i w razie konieczności wesprze spółkę we właściwy sposób. To daje poczucie pewności siebie i dodatkowo pobudza do działania. Widzimy, że spółki doceniają też możliwość cyklicznych spotkań, a dzięki przedstawianym sprawozdaniom również same dodatkowo kontrolują postęp w realizowanych celach – dodaje Krzysztof Wiśniewski.

E- sprzedawco wykorzystaj swój potencjał!

Internet dzięki swoim zaletom umożliwia zagraniczną ekspansję nawet mniejszym przedsiębiorcom z kategorii e – commerce. Co jest największą barierą? Niska świadomość korzyści, które mogą przynieść wysiłki związane z uruchomieniem sprzedaży transgranicznej.

Jak donoszą wyniki najnowszych badań, rośnie udział międzynarodowych transakcji w e- sklepach w całości prowadzonej przez nie sprzedaży. Co więcej, przewiduje się dalszy, znaczący rozwój tego trendu. Dzieje się tak pomimo, iż w opinii wielu właścicieli internetowych sklepów, sprzedaż zagraniczna nadal to tylko ogrom głównie prawnych komplikacji. Tymczasem zakupom tego rodzaju sprzyja wiele czynników, a posiadane zasoby naprawdę warto wykorzystać.

Elastyczność

Pierwszym, koniecznym do uruchomienia tego rodzaju sprzedaży krokiem jest oczywiście internacjonalizacja sklepu internetowego. Dostępność anglojęzycznej wersji platformy to minimum. Im większa zaś różnorodność językowa dostępnych wersji, tym automatycznie szersza staje się grupa docelowa, a więc też uatrakcyjnia się cel działań promocyjnych. Naturalnie, w ofercie musi być uwzględniona możliwość wysyłki za granicę, najlepiej darmowej, choć pod tym względem sytuacja w polskich e- sklepach wygląda jeszcze kiepsko, nawet w odniesieniu wyłącznie do terytorium kraju. Transgranicznym zakupom sprzyja ogromny w ostatnim czasie rozwój systemów elektronicznej płatności. Warto też jednak pomyśleć o stworzeniu w swoim sklepie możliwości zapłaty w rodzimej walucie klientów. Taka opcja to jeden z tych czynników, które sprzyjają budowie zaufania u klientów z zagranicy. Niezwykle istotna jest też w końcu wspomniana już promocja – przyciągnięcie zagranicznych konsumentów. Ekspansji na obce rynki jak nigdy dotąd sprzyja dziś internet, szeroka oferta dostępnych dzięki niemu narzędzi, pozwala na dobór tych, których wykorzystanie w poszczególnych, zindywidualizowanych przypadkach może być najskuteczniejsze.

Być może to najwyższa pora by ci, którzy sprzedaż poza granicami kraju traktują tylko jako możliwość generowania zysku dodatkowego lub co gorsza w ogóle rezygnują z tej szansy zagrzebując swój potencjał, zerwali z tą postawą i przekonaniem. Polskie e- sklepy mogą być bowiem dla obcokrajowców bardzo atrakcyjne, właściwie w każdej kategorii handlowej – przekonuje Katarzyna Kołodziejczyk, Key Account Manager GRUPA 365 NET – Internet to zaś najlepsze, wszechdostępne medium transgranicznej promocji, na którą wydatki naprawdę mogą wygenerować nieosiągalne dotąd zyski. Zdobycie zagranicznego klienta nie jest oczywiście proste – inna mentalność, znacznie zwielokrotniona konkurencja, a także inne bariery ludzkie, proceduralne czy infrastrukturalne niektórym wydają się nie do przejścia. Szeroka wiedza i doświadczenie umożliwia jednak realizację tego celu – dodaje.

Zamiast zysku ponad 5 mld zł straty. Możejki ciągną Orlen w dół

PKN Orlen, czyli jedna z największych polskich firm dokonała odpisu aktualizującego wartość swojej litewskiej oraz czeskiej inwestycji. W rezultacie petrochemiczny gigant w drugim kwartale zanotował 5,39 mld zł straty netto. Analitycy spodziewali się ponad 300 mln zł zysku. Czy za błędy polityczne zapłacimy przy dystrybutorach?

Orlen utworzył odpis zmniejszający wartość Orlen Lietuva o 4,2 mld złotych. Ponadto obniżył wartość czeskiego Unipetrolu o 0,7 mld zł. Po uwzględnieniu powyższych odpisów wartość księgowa Grupy Orlen Lietuva wynosi 0,5 mld zł, a Grupy Unipetrol 0,1 mld zł.

– Istnieje spora szansa, że za błędy polityczne zapłacą klienci. Straty trzeba wyrównać, a pieniądze na inwestycje nie biorą się znikąd. Możliwe, że ceny na stacjach wzrosną o kilka groszy, ale nie będą to wielkie wzrosty. Konkurencja na rynku wbrew pozorom jest spora a ceny paliw bardziej zależą od sytuacji na rynkach światowych. Kierowcy są bardzo wrażliwi na manipulowanie marżą, bardziej spodziewałbym się podwyżek w ofercie poza-paliwowej – mówi Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Spółka podała, że w latach 2014-2017 na rozwój koncern przeznaczy 10,8 mld zł, w tym 6,4 mld zł na segment downstream (rafineria, petrochemia, energetyka), 3,2 mld zł na wydobycie oraz 1,2 mld zł na segment detaliczny. Prace modernizacyjne związane z utrzymaniem sprawności instalacji i wypełnianiem wymogów regulacyjnych pochłoną 5,5 mld zł.

– Gdy w 2006 roku Orlen kupował Możejki, nikt nie miał wątpliwości, że inwestycja giełdowej firmy wpisuje się w „jagiellońską” politykę ówczesnych władz. Chodziło o to, aby należąca do Skarbu Państwa spółka stała się jednym z największych odbiorców rosyjskiej ropy, poprawiając swoją pozycję negocjacyjną i tworząc środkowoeuropejskiego giganta paliwowego. Niezależnie od oceny tej polityki, zakup litewskiej rafinerii okazał się dla Orlenu strzałem w stopę. Już w momencie zakupu analitycy twierdzili, że cena jest stanowczo za wysoka, zwłaszcza w kontekście ogromnych potrzeb inwestycyjnych w przestarzałej rafinerii – komentuje Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.

Orlen spisał Możejki na straty

„Pogorszenie obecnej sytuacji oraz perspektyw poprawy parametrów makro” to obok „aktualizacji strategii” i niskiej wyceny akcji na bazie wartości księgowej główne przyczyny, dla których zarząd Orlenu zdecydował się drastycznie obniżyć wartość swoich zagranicznych aktywów. Wycena Orlen Lietuva (czyli Możejek) została obniżona z 4,7 do 0,5 mld złotych, a Unipetrolu z 0,8 do zaledwie 0,1 mld zł. W praktyce oznacza to spisanie na straty dwóch z trzech największych inwestycji Orlenu z ostatnich lat.

– Polski gigant petrochemiczny raczej jest niezagrożony. Zmiana wartości księgowych ma wymiar formalny, ale nie wpłynie na pozycje spółki. Niemniej obecna sytuacja geopolityczna, a zwłaszcza sytuacja za wschodnią granicą sprawia, że ważne z punktu widzenia strategii i interesów Polski państwowe spółki powinny być pod stałą kontrolą i ochroną – dodaje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Więcej na ten temat w artykule: http://www.bankier.pl/wiadomosc/Orlen-spisal-Mozejki-na-straty-7216823.html

Raport: Strategie marketingowe 2014

Ponad 50 % polskich przedsiębiorstw posiada sformułowaną strategię marketingową. W prawie 35% funkcjonuje ona w formie spisanej, a w 22% firm znajduje się „w głowie” osób zarządzających – wynika z raportu „Strategie marketingowe 2014”, pierwszego badania o takiej skali w Polsce, przygotowanego przez Mind Progress Group we współpracy z Instytutem Badawczym IPC. Wśród ekspertów komentujących wyniki znaleźli się między innymi: Jacek Kotarbiński, Maciej Tesławski czy Marcin Kalkhoff.

Badanie przeprowadzono w maju 2014 roku. Wzięło w nim udział 200 firm i osób, kwalifikowanych do małych, średnich i dużych przedsiębiorstw na podstawie definicji GUS. Już szereg pytań związanych z posiadaniem podstawowych elementów strategii pokazuje jak bardzo polskie firmy różnią się między sobą w zależności od swojej wielkości. Wynika to chociażby z tego, że duże i średnie przedsiębiorstwa znacznie częściej operują na rynkach międzynarodowych i mają przynajmniej częściowo zagraniczny kapitał. – Wśród badanych firm 3/4 z nich deklaruje posiadanie misji i wizji. Nieco ponad połowa przebadanych przedsiębiorstw ma zdefiniowane grupy docelowe. 41% zapytanych przedsiębiorstw w ogóle nie określa, do kogo kieruje swoją ofertę i działania komunikacyjne. – mówi Michał Pawlik, Head of Strategy w Mind Progress Group, pomysłodawca i koordynator badania. – Wyniki po raz pierwszy w skróconej formule przedstawiliśmy w czerwcu podczas konferencji Marketing Progress: skuteczne strategie marketingowe. Obecnie ujawniamy pełną analizę wyników.

Polskie firmy dzielą się na dwie niemal równe grupy – przedsiębiorstwa mające strategię marketingową i takie, które jej nie posiadają. Co jest tego przyczyną? Koszty opracowania strategii stanowią średnio około 11% budżetu marketingowego. Wśród firm, które dotychczas nie miały strategii marketingowej, aż 55,2% nie planuje jej tworzyć w najbliższej przyszłości. – Firmy opracowują strategię głównie samodzielnie (57,5%), a jedynie 20% firm deklaruje współpracę w tym zakresie z partnerami zewnętrznymi – mówi Jacek Kotarbiński, autor „Sztuki Rynkologii”. – Do czynników ograniczających można zaliczyć obawę przed wysokimi kosztami jej opracowywania (70,5%) i realizacji (48,5%). Wysoki wskaźnik notowany jest w przypadku teoretyzacji działań strategicznych, bez uwzględnienia rynkowych realiów (33,5%). Zrealizowane badania wskazują na konieczność racjonalizacji i urealniania efektów działań marketingowych w polskich firmach. Poprzez ocenę efektywności strategii i jej zbieżność z realiami rynkowymi oraz celami i wynikami, będzie można traktować te działania w wymiarze inwestycyjnym, a nie tylko kosztowym.

Celem badania było przyjrzenie się strategii marketingowej, ocenie jej przydatności oraz postrzeganiu tego narzędzia przez samych klientów. Pierwsza część raportu poświęcona jest analizie zgromadzonych danych, przedstawieniu statystyk związanych z różnymi zagadnieniami skupionymi wokół strategii marketingowej oraz komentarzami ekspertów. Drugą część materiału stanowi uzupełnienie raportu o opracowania merytoryczne zaproszonych gości. Wśród autorów tekstów poświęconym różnym obliczom strategii znaleźli się m.in. Paweł Tkaczyk (Midea), Jan Hartman (Uniwersytet Jagielloński), Bartłomiej Rak (Socjomania), czy ks. Jacek Stryczek (Szlachetna Paczka).

Raport „Strategie marketingowe 2014” jest pierwszą odsłoną szerszego projektu. Badanie będzie regularnie powtarzane – głównie po to, aby zaobserwować zmiany zachodzące na rynku z upływem czasu.

Rynek nieruchomości magazynowych w Polsce

Według najnowszego raportu DTZ – Property Times – Rynek Magazynowy w Polsce, łączne zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowej w Polsce osiągnęły poziom ponad 8,07 milionów m kw., a w budowie znajduje się rekordowa wielkość ok. 850 000 m kw. Na tak dużą liczbę rozpoczętych projektów wpływ mają pozytywne wyniki gospodarcze, utrzymujący się wzrost produkcji przemysłowej, a także rozwój sieci dystrybucji, w szczególności z sektorów e-commerce i FMCG. Dostępność wykwalifikowanej siły roboczej, bliskość rynków zbytu oraz szereg inwestycji w obszarze infrastruktury drogowej to główne atuty, które przyciągają zagranicznych inwestorów na rynki magazynowe w Polsce.

Obecnie ponad 90% rynku powierzchni magazynowej skupione jest w 5 wyraźnie rozwiniętych rejonach (Region Warszawy, Centralna Polska, Górny Śląsk, Dolny Śląsk i Region Poznania). Jednakże, przedmiotem coraz większego zainteresowania wielu deweloperów i najemców stają się lokalizacje rozwijające się, wśród których należy wymienić w szczególności regiony wokół Trójmiasta, Szczecina, Krakowa czy Lublina.

Ze względu na dużą aktywność deweloperów, nowa podaż w I poł. 2014 roku była prawie 50% wyższa niż w analogicznym okresie roku 2013 i wyniosła około 340 000 m kw.

Obecnie ponad 90% powierzchni w budowie zostało już wynajęte na podstawie umów przedwstępnych. Tak wysoki stopień wynajęcia jest związany z dostarczaniem przed deweloperów przede wszystkim projektów BTS. Jednakże, projekty spekulacyjne będą stawały się coraz bardziej popularne w regionach charakteryzujących się niższą stopa pustostanów.

Ze względu na dużą liczbę nowych projektów przewidzianych do oddania do użytkowania w II poł. 2014 roku, łączna podaż w całym 2014 osiągnie ok. 1,0 – 1,2 miliona m kw., co stanowić będzie największą wielkość odnotowaną od 2008 roku.

Dalszy rozwój sieci dystrybucji przez najemców, w szczególności z sektorów e-commerce i FMCG, jak również coraz większa liczba firm logistycznych wchodzących na rynek magazynowy w Polsce, przełożyły się na wysoki wolumen najmu (włączając nowe umowy, ekspansje i renegocjacje), który w I poł. 2014 osiągnął poziom 1,22 mln m kw. (o 30% więcej niż w I poł. 2013). W rezultacie stopa pustostanów spadła do 9,1%, o 2,0 pkt. procentowe w porównaniu do 11,1% w IV kw. 2014 roku.

Popyt w całym 2014 roku może osiągnąć zbliżony poziom do rekordowego wolumenu najmu zarejestrowanego w 2013 roku (ok. 1,9-2,2 milionów m kw.). Jednak jego wielkość zależeć będzie w dużym stopniu od sytuacji makroekonomicznej. Biorąc pod uwagę przewidywane szybsze tempo wzrostu PKB w 2014 i 2015 roku, jak również przewidywany dynamiczny rozwój sektorów e-commerce i FMCG, można się spodziewać, że popyt na powierzchnie magazynowe w najbliższych kilkunastu miesiącach znajdować się będzie nadal na wysokim poziomie – mówi Bożena Kowalska, Konsultant w Zespole Doradztwa i Analiz Rynkowych, DTZ.

W I poł. 2014 wzrosła liczba najemców, którzy decydowali się na ekspansję w obecnej lokalizacji bądź przenoszenie swojej działalności w inne miejsce, w celu wynajęcia większej powierzchni. Na rynkach rozwijających się, dystrybutorzy z sektora farmaceutycznego i spożywczego coraz chętniej przenoszą swoją działalność do budynków o wyższym standardzie technicznym, dopasowanych do rodzaju działalności firmy i wymogów prawnych. Głównymi czynnikami, które wpływają na zachowania najemców powierzchni magazynowych, to przede wszystkim potrzeba rozszerzenia działalności oraz rosnące znaczenie firm zajmujących się outsourcingiem usług logistycznych. DTZ przewiduje, że trend ten będzie umacniał się w ciągu najbliższych kilku lat. Ponadto, coraz bardziej popularne wśród najemców powierzchni magazynowych stają się umowy krótkoterminowe, a także wynajem modułów o mniejszej powierzchni magazynowej oferujących do 600 m kw. (SBU – Small business Units) – dodaje Bożena Kowalska.

Spada liczba postępowań o udzielenie zamówienia publicznego, przeprowadzanych w rygorach Prawa zamówień publicznych

Do Biuletynu Zamówień Publicznych trafia coraz mniej ogłoszeń o wszczęciu postępowań przetargowych. Czy to załamanie w publicznych kontraktach? Nie, to tylko efekt wejścia w życie nowelizacji PZP, zwiększającej minimalną wartość zamówienia od której istnieje obowiązek stosowania procedur PZP oraz upraszczającej procedurę zamówień z zakresu prac badawczo-naukowych oraz działalności kulturalnej.

Według danych opracowanych przez serwis www.Przetargi.eGospodarka.pl, w czerwcu 2014 roku w Biuletynie Zamówień Publicznych opublikowano 13 tys. 132 ogłoszenia o wszczęciu postępowania o udzielenie zamówienia publicznego. Tegoroczny czerwcowy wynik jest niższy o 22,5 procent od zanotowanego rok temu, w czerwcu 2013 roku. Wtedy bowiem w Biuletynie Zamówień Publicznych pojawiło się 16 tys. 945 ogłoszeń.

Tak znaczny spadek nie ma jednak żadnych niepokojących źródeł. Po pierwsze wynika bowiem z efektu wysokiej bazy (szczególnie w segmencie dostawy usług). W czerwcu ubiegłego roku rejestrowano znaczną liczbę przetargów związanych z gospodarką odpadami, co było jednorazowym zjawiskiem związanym z wchodzącą w życie ustawą „śmieciową”. Po wtóre zaś – i jest to najistotniejsza przyczyna spadków – do zmniejszenia liczby ogłaszanych w BZP postępowań przyczyniło się wejście w życie nowelizacji Prawa zamówień publicznych. Akt ten z jednej strony znacząco podniósł próg wartości zamówień, przy których obowiązkowo stosuje się rygory PZP, z równowartości 14 tys. euro do 30 tys. euro. Z drugiej strony zaś, nowelizacja ta wykluczyła spod standardowych rygorów PZP niektóre zamówienia z zakresu prac badawczych, eksperymentalnych, naukowych lub rozwojowych oraz z zakresu działalności kulturalnej.

Wspomniane efekty skutkują brakiem możliwości oszacowania tendencji występujących w zamówieniach publicznych w zestawieniach miesięcznych. Wpływ czynników zakłócających jest bowiem zbyt duży, by – nawet w sposób przybliżony – oszacować trendy.

Można ograniczyć wpływ tych jednorazowych efektów poprzez porównanie wyników kwartalnych. Przyjęcie dłuższego okna czasowego do porównania danych częściowo redukuje wpływ wspomnianych czynników.

W II kwartale 2014 roku, w BZP pojawiło się 40 tys. 365 ogłoszeń o wszczęciu postępowania o udzielenie zamówienia publicznego. Rok wcześniej, w II kwartale 2013 roku ogłoszeń było 48.300.

Pomimo zmian w prawie, zestawienie kwartalne wskazuje na wzrost liczby przetargów na prace budowlane. Roczna dynamika liczby zamówień na prace remontowo-budowlane wyniosła bowiem niemal 5 procent. Dane te korespondują z innymi, wskazującymi na ożywienie w tym sektorze i utrzymującą się dobrą koniunkturę w budownictwie.

Ujemna dynamika w segmentach dostaw towarów oraz dostaw usług to zmiany które można przypisać podwyższeniu progu obowiązkowego stosowania PZP oraz liberalizacji zasad realizacji niektórych typów zamówień. Obecnie mniejsza liczba zamówień musi być obsługiwana z pełnymi rygorami przewidzianymi prawem, co znalazło swe odbicie w statystykach. Oczywiście nie wszystkie zamówienia o wartości poniżej ustawowego progu zniknęły z BZP, bowiem pełna procedura przetargowa uchodzi za bardzo bezpieczną dla zamawiającego formę czynienia zakupów usług czy towarów. Jednak wpływ podwyższenia minimalnego progu stosowania PZP jest zauważalny.

Wojna na wschodzie. Gospodarka zaczyna spowalniać?

Jak podał Główny Urząd Statystyczny, produkcja przemysłowa wzrosła w czerwcu 2014 roku o 1,7 proc. w relacji rocznej (względem czerwca 2013 roku). Dane te świadczą o zadyszce przemysłu, bowiem jeszcze miesiąc wcześniej, w maju, dynamika wynosiła 4,4 procent. Przemysł zaczyna więc spowalniać. Spowalnia nawet budownictwo, które w czerwcu mogło pochwalić się 8 procentowym wzrostem produkcji, podczas gdy miesiąc wcześniej było to 10 proc.

W czerwcu 2014 roku, wzrost produkcji wykazało zaledwie 20 działów przemysłu, spośród 34 analizowanych przez GUS. Wzrost ten jednak był zauważalnie słabszy niż w poprzednich miesiącach. Spadki produkcji zanotowano w 14 działach, w tym tych związanych ściśle z produkcją eksportową.

Spada za to bezrobocie. Według danych GUS, w czerwcu 2014 roku bezrobocie spadło zarówno w relacji miesięcznej jak i rocznej. Zmniejszyła się zarówno stopa bezrobocia, jak i liczba osób bez pracy. W czerwcu pracy nie miało 12 procent Polaków, o 0,5 pkt proc. mniej niż miesiąc wcześniej. W czerwcu liczba zarejestrowanych bezrobotnych spadła w ciągu miesiąca (względem maja) o 74,1 tys. osób do poziomu 1 mln 912,6 tys. W ciągu roku liczba osób pozostających bez zatrudnienia spadła o 196,6 tys.

W czerwcu zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw wyniosło 5,526 mln osób i względem maja wzrosło o 0,7 procent. To dobry sygnał z gospodarki, ponieważ od marca do maja zatrudnienie praktycznie stało w miejscu.

W szóstym miesiącu roku inflacja utrzymywała się nadal na bardzo niskim. Według GUS, w czerwcu inflacja wyniosła 0,3 procent w relacji rocznej. W ciągu miesiąca poziom cen zaś nie zmienił się. Niska inflacja to głównie zasługa spadających cen żywności.

Spada niestety sprzedaż detaliczna. Polacy z jakiegoś względu powstrzymują się od zakupów. Jak wskazują dane GUS, w czerwcu sprzedaż detaliczna wzrosła tylko o 1,2 procent w relacji rocznej, podczas gdy jeszcze miesiąc wcześniej, w maju 2014 roku wzrost rdr wyniósł 3,8 procent. W relacji miesięcznej (względem maja 2014) zmalała sprzedaż niemal wszystkich analizowanych przez GUS grup towarów, a sprzedaż ogółem spadła o 1,1 proc.

– Z gospodarki docierają niepokojące sygnały. Z jednej strony bardzo niska inflacja, ocierająca się o deflację, z drugiej zaś dane o spadku sprzedaży detalicznej. Należy pamiętać, że konsumpcja, mierzona dynamiką sprzedaży detalicznej, jest w Polsce jednym z głównych czynników napędzających wzrost gospodarczy. Niska dynamika zakupów robionych przez Polaków może ograniczyć dynamikę PKB. Jest już niemal pewne, że w drugim kwartale bieżącego roku nie uda się nam powtórzyć wyniku wzrostu gospodarczego zanotowanego w kwartale pierwszym, kiedy to wyniósł on 3,4 procent w relacji rocznej – mówi Beata Szkodzin, wydawca serwisu eGospodarka.pl. – Niestety pogarsza się również dynamika produkcji przemysłowej. Spada produkcja w branżach tradycyjnie produkujących na eksport. Maleje również dynamika produkcji budowlanej. Dane za czerwiec niestety nie budzą optymizmu, wskazują jednoznacznie na wyhamowywanie gospodarki. Obawiam się, że przyczyną zarówno spadku sprzedaży detalicznej, jak i spadku produkcji, jest trwająca na Ukrainie wojna. Zaostrzenia konfliktu obawiają się zarówno Polacy, jak i nasi kontrahenci handlowi – dodaje Beata Szkodzin.

Przetargi pod wpływem nowelizacji

Struktura zamówień publicznych ogłaszanych zarówno w czerwcu 2014 roku, jak i w całym II kwartale bieżącego roku pozostaje pod istotnym wpływem wspomnianej nowelizacji Prawa zamówień publicznych. Z ogłoszeń przetargowych publikowanych w Biuletynie Zamówień Publicznych „wypadła” spora grupa przetargów o wartościach pomiędzy „starym” a „nowym” progiem (czyli pomiędzy równowartością 14 i 30 tysięcy euro). Z BZP „zniknęła” również część przetargów dla nauki, instytucji badawczych czy zajmujących się kulturą. Zmiana prawa w strukturze ogłaszanych postępowań przetargowych mocno więc namieszała. Można jednak zauważyć, że nadal rośnie liczba zamówień na różnego rodzaju prace remontowo-budowlane. Dział ten nie został mocno dotknięty zmianami w prawie, bowiem prace budowlane z jednej strony bardzo często mają wartość powyżej ustawowego limitu wymuszającego stosowanie procedur PZP, z drugiej zaś strony, nawet jeśli wartość nie przekracza wspomnianego limitu, to zamawiający i tak stosują pełne procedury (choć nie mają takiego obowiązku).

Zestawienie II kw. 2014 roku z analogicznym kwartałem roku ubiegłego wskazuje właśnie na przyrost zamówień na różnego rodzaju prace budowlane: roboty w zakresie kształtowania placów zabaw, roboty w zakresie kształtowania terenów zielonych, roboty w zakresie różnych nawierzchni, roboty budowlane w zakresie układania chodników i asfaltowania, roboty w zakresie konstruowania, fundamentowania oraz wykonywania nawierzchni autostrad, dróg, roboty w zakresie przygotowania terenu pod budowę i roboty ziemne, przygotowanie terenu pod budowę, roboty w zakresie zagospodarowania terenu, roboty w zakresie budowy dróg, roboty w zakresie nawierzchni dróg czy roboty budowlane w zakresie wznoszenia kompletnych obiektów budowlanych lub ich części oraz roboty w zakresie inżynierii lądowej i wodnej.

W Polsce na tysiąc mieszkańców przypada o 25 proc. mniej mieszkań niż średnio w całej UE

Metr kwadratowy mieszkania w Warszawie kosztuje około tysiąca siedmiuset euro. W Polsce od trzech lat ceny tego typu nieruchomości podlegają nieznacznym wahaniom na rynkach lokalnych, utrzymując w miarę stały poziom w skali rynku krajowego. Spośród największych unijnych metropolii taniej jest tylko w Budapeszcie i Lizbonie. Tymczasem średni koszt metra kwadratowego blisko centrum Londynu wynosi ponad 10 tys. euro, w Paryżu – 8,1 tys. euro. Polska nadal boryka się z niedoborami mieszkaniowymi, czyli z najniższą w Europie liczbą mieszkań przypadających na 1000 mieszkańców – to najważniejsze wnioski z tegorocznej trzeciej edycji raportu „Property Index. Overview of European Residential Markets – European Housing 2013”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte. Raport podsumowuje rynek nieruchomości największych miast w czternastu krajach Unii Europejskiej, Rosji oraz Izraelu.

Wśród najdroższych metropolii europejskich, tuż za Londynem i Paryżem, znalazło się Monachium z ceną około 5,6 tys. euro za metr kwadratowy. Stolica Bawarii jest najdroższym miastem w Niemczech. Najtańsze mieszkania można znaleźć w Budapeszcie (1,1 tys. euro za m2) i w Warszawie (1,7 tys. euro za m2). Raport pokazuje również relacje cen dla Krakowa (ok. 1,5 tys. euro za m2), który tylko nieznacznie ustępuje Warszawie. Dla porównania w Pradze koszt ten wzrasta już do ok. 2,4 tys. euro za m2. Spośród krajów starej Unii, najtaniej jest w Lizbonie (1,6 tys. euro za m2), co związane jest z notowanymi w ostatnich latach dużymi spadkami cen na półwyspie Iberyjskim. Tylko w dwóch miastach zanotowano ceny trzykrotnie przekraczające wartość średniej dla całego kraju. Była to Moskwa, co można tłumaczyć ogólnym zjawiskiem dysproporcji zamożności społeczeństwa rosyjskiego oraz Monachium. W tym drugim przypadku badanie opierało się tylko na danych ofertowych, więc faktyczny efekt dysproporcji może być nieco niższy.

Wśród analizowanych państw w 2013 roku największy spadek cen w stosunku rocznym odnotowano w Madrycie (-23 proc.), w Rzymie oraz w Budapeszcie (w obu miastach -5 proc.). Z kolei największy wzrost cen miał miejsce w Wiedniu (9 proc.), w Kopenhadze (8 proc.) oraz w Berlinie (7 proc.). Warszawa w tym zestawieniu dynamiki zmiany cen wyprzedziła Londyn i Moskwę z raportowanym ok. 3 proc. przyrostem.

Średnia cena metra kwadratowego dla całej Polski wynosiła w ubiegłym roku nieco ponad tysiąc euro. Taniej jest tylko na Węgrzech oraz w Portugalii. Najdrożej jest za to we Francji, Izraelu i Wielkiej Brytanii, gdzie za metr kwadratowy trzeba zapłacić średnio cztery razy więcej. W 2013 r. ceny polskich mieszkań w porównaniu z rokiem 2012 właściwie się nie zmieniły.

„Powodem kontynuacji stagnacji cenowej w Polsce, przynajmniej w segmencie mieszkań popularnych, może być odpowiedzialny częściowo program MdM, który to ustalając limity cenowe dla określonego typu mieszkań na rynkach lokalnych, narzuca deweloperom szycie ofert na miarę. Z drugiej strony, stagnacja jest wynikiem prostej zależności wynikającej z równowagi rynkowej. Istniejący zasób mieszkań w Polsce mógłby zostać sprzedany w ciągu nieco ponad roku, co jednak nie wynika z ograniczonego popytu potencjalnego, ale zdecydowanie efektywnego związanego z ciągle niską siłą nabywczą Polaków” – wyjaśnia Marta Kamionowska, Wicedyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego, zespół doradztwa dla rynku nieruchomości, Deloitte.

W roku 2013 średnie zasoby mieszkaniowe w Unii nieznacznie wzrosły do niemal 476 mieszkań w przeliczeniu na tysiąc obywateli. Hiszpania może się pochwalić największymi zasobami mieszkaniowymi w zestawieniu (ponad 18 proc. powyżej średniej unijnej), ale warto zwrócić uwagę, że jest to częściowo efekt statystyczny, wynikający z wysokiej liczby mieszkań wakacyjnych, tzw. drugich rezydencji. W styczniu 2012 Hiszpańskie Ministerstwo Budownictwa podało, że nieruchomości wakacyjne stanowią aż 33 proc. wszystkich zasobów mieszkaniowych. Na tym tle, wynik Polski z 357 mieszkaniami na 1000 mieszkańców vs. realne zasoby mieszkaniowe Hiszpanii (skorygowany o rezydencje wakacyjne), czyli ok. 370 / 1000 obywateli już nie wygląda tak źle. Dodatkowo, w Hiszpanii występuje znaczący zasób mieszkań niesprzedanych 1. Spośród wszystkich analizowanych krajów najmniej mieszkań na 1000 mieszkańców jest w Izraelu. Jednak warto zauważyć, że w tym regionie na ogromną skalę podejmowane są inwestycje w zakresie budownictwa mieszkaniowego. W 2013 roku liczba mieszkań oddanych do użytku na tysiąc mieszkańców przekroczyła ponad dwukrotnie średnią UE. Jednak miejscem, gdzie nastąpiła największa intensyfikacja prac budowlanych w 2013 roku jest Rosja (6,5 mieszkań oddanych do użytku w przeliczeniu na 1000 mieszkańców).

Liczba ukończonych mieszkań przypadających na tysiąc mieszkańców zmniejszyła się we wszystkich analizowanych krajach z 3,3 mieszkań w 2012 roku do 2,5 w 2013 roku. Wśród krajów unijnych, liderem w tej kategorii jest Francja (5 mieszkań oddanych do użytku w przeliczeniu na 1000 obywateli), tuż za nią uplasowała się Austria (4,7 mieszkań oddanych do użytku w przeliczeniu na 1000 mieszkańców). Pod tym względem Polska ze wskaźnikiem 3,3 jest także powyżej nowej średniej europejskiej.

Biorąc pod uwagę wysokość średniej rocznej pensji brutto w danym kraju, najszybciej na własne mieszkanie mogą sobie pozwolić Duńczycy, których już po 25 miesiącach pracy byłoby stać na 70-metrowe lokum. Mieszkańcy Izraela muszą swoją pensję brutto odkładać w całości aż przez dwanaście lat. Polska znalazła się w grupie krajów (wraz z Czechami, Węgrami i Włochami), w której mieszkańców stać na własne lokum po 7,2-7,4 latach nieprzerwanej pracy. Należy pamiętać, że faktyczna siła nabywcza w zależności od obciążeń pensji brutto w różnych krajach może się różnić, jednak dla potrzeb tego badania przejęto założenie, które umożliwia porównanie.

Najmniejsze mieszkania można znaleźć w Rosji i krajach Europy Środkowej. Historycznie dominuje tu bowiem budownictwo dwu- i trzypokojowe. Ta sama sytuacja dotyczy Izraela. Jednak w całej Europie przeważają większe apartamenty. Największymi mieszkaniami cieszą się Hiszpanie, Irlandczycy i Belgowie. W tych krajach mieszkania pięciopokojowe i większe stanowią około 70 proc. ogólnej ich liczby. „Na tym tle Polska plasuje się w grupie krajów o równomiernej podaży mieszkań 3 i 4-pokojowych i tylko nieco mniejszej ofercie mieszkań 5-pokojowych i większych” – ocenia Marta Kamionowska.

Ważnym wskaźnikiem na rynku nieruchomości jest zadłużenie związane z zaciąganiem kredytów hipotecznych i porównaniem ich wolumenu do PKB. W 2013 roku średnia dla Unii Europejskiej w tym zakresie wynosiła 52 proc., jednak wartości tego wskaźnika w poszczególnych krajach znacznie od siebie odbiegały. Państwem o najniższym poziomie zadłużenia była Rosja (3 proc.), następnie w zestawieniu znalazły się Czechy, Polska i Węgry – odpowiednio poziomy zadłużenia wyniosły dla nich w 2013 roku 14, 20 i 21 proc. Najwyższe zadłużenie – ponad 100 proc. – zaobserwowano na stabilnych i nasyconych rynkach mieszkaniowych Holandii i Danii, gdzie funkcjonują sprawne systemy hipoteczne.

Jednocześnie zbadano umiejętności negocjacyjne nabywców w wybranych krajach i okazuje się, że w Polsce możemy liczyć na zaledwie 7 proc. upust od ceny nowych mieszkań. Dla porównania Hiszpanie mogą liczyć na nawet 30 proc. rabaty.

Zidentyfikowane różnice w cenach nowych i starych mieszkań w badanych krajach sięgają od blisko 50 do 7 proc. na korzyść mieszkań nowych. Dla Polski ta różnica wynosi ok. 19 proc.. Ciekawe jest natomiast zjawisko odwrotne zanotowane w Portugalii oraz Wielkiej Brytanii, gdzie ceny mieszkań starych przekraczają ceny mieszkań nowych.

O raporcie:
Raport „Property Index. Overview of European Residential Markets – European Housing 2013” został przygotowany przez Deloitte Czechy i został opublikowany w czerwcu br. Raport analizuje rynek w 2013 r. Eksperci Deloitte przeanalizowali rynek mieszkań w czternastu krajach UE (Austria, Belgia, Czechy, Dania, Francja, Holandia, Irlandia, Niemcy, Węgry, Włochy, Polska, Portugalia, Hiszpania, Wielkiej Brytania) oraz Rosji i Izraelu.

Bardzo dobre wyniki kwartalne LG Electronics – wzrost zysków netto o 165%

Firma LG Electronics (LG) zanotowała w drugim kwartale wzrost zysków netto o 165% w porównaniu do drugiego kwartału poprzedniego roku. Tendencja wzrostowa wynika głównie z zysków operacyjnych dywizji TV i urządzeń mobilnych.

Firma LG informuje, że zysk netto z drugiego kwartału 2014 r. wynosi 399,8 miliona dolarów, zaś zysk operacyjny osiągnął wartość 588,5 miliona dolarów, co oznacza wzrost o 26,5% rok do roku.

Skonsolidowane przychody za II kwartał wyniosły 14,93 miliarda dolarów, czyli o 7,7% więcej niż w poprzednim kwartale (przychody przed badaniem audytorskim).

Przychody ze sprzedaży grupy Home Entertainment (TV oraz AV) wzrastały w drugim kwartale i wynosiły 4,94 miliarda dolarów, co stanowiło 3-procentowy wzrost względem I kwartału oraz niemal bez zmian w porównaniu z tym samym kwartałem w roku 2013.

Zysk operacyjny wynoszący 150 milionów dolarów stanowił przyrost na poziomie 64,9% w porównaniu z analogicznym kwartałem w 2013 r. Było to spowodowane efektywniejszym portfolio produktów i niższymi kosztami stałymi.

Duży popyt na telewizory Ultra HD na kluczowych rynkach będzie nadal przyczyniał się do wzrostu sprzedaży LCD TV. Spodziewane jest także zwiększenie zysków LG w segmencie monitorów i digital signage (monitory komercyjne) stanowiącym kluczową część rynku B2B.

Dział LG Mobile Communications zanotował w drugim kwartale rekordową liczbę zamówionych smartfonów – 14,5 miliona, co stanowi 20-procentowy wzrost rok do roku. Smartfony wspierające technologię LTE stanowią już ponad jedną trzecia wszystkich smartfonów LG sprzedanych w tym roku. Skutkiem tego jest aż 16-procentowy wzrost sprzedaży w porównaniu z analogicznym okresem w ubiegłym roku do 3,51 miliarda dolarów. Jest to najwyższa wartość, jaką zanotowano od pierwszego kwartału 2010 r. Zysk operacyjny działu urządzeń mobilnych w II kwartale wyniósł 83,4 miliony dolarów i zakończył serię trzech kwartałów, które pod rząd przyniosły straty. Firma zawdzięcza ten sukces w dużej mierze początkowej popularności LG G3 na rynku koreańskim, a także znaczącym wynikom sprzedaży smartfonów L SeriesIII

LG planuje nadal promować flagowca LG G3 na skalę globalną. Ponadto na drugą połowę roku przewidziano wprowadzenie kolejnych produktów przeznaczonych do masowej sprzedaży, w tym niedawno zaprezentowanego G3 Beat, wprowadzanego w Europie pod nazwą G3 s, a także dodatkowych modeli L Series.

LG Home Appliance Company (dział AGD) zanotowała znaczny wzrost sprzedaży na rynku koreańskim o 9% więcej niż w analogicznym kwartale ubiegłego roku. Przychody w drugim kwartale wynoszące 2,94 miliarda dolarów były o 5% niższe w porównaniu z poprzednim rokiem z powodu niesprzyjającego kursu wymiany walut (szczególnie w obrębie nowo rozwijających się rynków). Jednak poprawa sytuacji w zakresie struktury kosztów pozwoliła LG Home Appliance Company zanotować zysk operacyjny wynoszący 95 milionów dolarów z marżą 3,2%. LG spodziewa się zwiększenia rentowności w zakresie sprzedaży sprzętów gospodarstwa domowego w drugim półroczu w wyniku redukcji kosztów oraz za sprawą wprowadzenia nowych pralek i lodówek wiodącej serii.

LG Air Conditioning & Energy Solution Company odnotowuje stabilną sprzedaż systemów klimatyzacyjnych oraz nowych produktów, takich jak odwilżacze. Przychody w drugim kwartale wyniosły 1,59 miliarda dolarów, zaś zysk operacyjny osiągnął wartość 159,4 miliona dolarów. Pomimo nieznacznie zmniejszonych przychodów w porównaniu z analogicznym okresem w ubiegłym roku efektywniejsze grupowanie produktów zapewniło w drugim kwartale marżę na poziomie 10%.

Drugie półrocze zapowiada się pozytywnie – źródłem dodatkowych zysków mają być zwiększony popyt w krajach Bliskiego Wschodu, rozpoczęcie produkcji dodatkowych klimatyzatorów opartych na systemie zmiennego przepływu czynnika chłodzącego (VRF – variable refrigerant flow) oraz bardziej przystępne ceny urządzeń klimatyzacyjnych.

Objaśnienie kursów walutowych – II kwartał 2014 r.

Kwartalny przychód LG Electronics nieobjęty audytem jest zgodny z Międzynarodowymi Standardami Sprawozdawczości Finansowej (IFRS) w odniesieniu do okresu trzymiesięcznego zakończonego 30 czerwca 2014 r. Wartości podane w wonach koreańskich (KRW) zostają przewalutowane po kursie średnim na dolary amerykańskie (USD) po kursie średnim z okresu trzech miesięcy (odpowiedniego kwartału) – KRW 1,030 / USD (II kw. 2014).

Baltic Ceramics Investments: akcje serii M wprowadzone do obrotu

24 lipca 2014 roku Zarząd Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie podjął uchwałę o wprowadzeniu do obrotu na rynku NewConnect 1,6 mln akcji serii M Baltic Ceramics Investments S.A., które objęli inwestorzy w ostatniej ofercie publicznej. Z przeprowadzonej emisji jedyny w Unii Europejskiej producent proppantów ceramicznych, materiału wykorzystywanego m.in. do poszukiwania i wydobycia gazu i ropy naftowej, pozyskał 4,5 mln zł.

Środki z emisji zostaną przeznaczone na budowę zakładu produkującego proppanty ceramiczne, zakup maszyn i urządzeń oraz kapitał obrotowy. Powstająca w Lubsku (woj. lubuskie) inwestycja jest finansowana także z dotacji w wysokości 33,1 mln zł, przyznanej w ramach działania 4.4. Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka. Spółka dysponuje także dotacją w wysokości 13 mln zł, której celem jest zakup maszyn i urządzeń do powstającej fabryki. Budowa zakładu rozpoczęła się w kwietniu 2014 roku.

– Rozpoczęliśmy już prace budowlane. Rozstrzygnęliśmy też szereg przetargów na dostawę maszyn i urządzeń do linii produkcyjnej. Finalizujemy wyposażanie centrum badawczego, które powinno zacząć działać najpóźniej do końca tego roku. Jego uruchomienie pozwoli nam istotnie skrócić czas i obniżyć koszty przygotowywania krótkich partii proppantów, które dostarczamy do testów do naszych przyszłych potencjalnych klientów. – powiedział Dariusz Janus, Prezes Zarządu Baltic Ceramics Investments S.A. – Chciałbym jeszcze raz podziękować inwestorom za zaufanie, którym nas obdarzyli. Po uzyskaniu decyzji Giełdy o wprowadzeniu do notowań niezwłocznie, jeszcze dzisiaj, złożyliśmy wniosek o wyznaczenie pierwszego dnia notowań. Mam nadzieję, że akcje znajdą się w obrocie w możliwie krótkim terminie. Chciałbym też zadeklarować, że dbając o relacje z inwestorami będziemy regularnie informowali ich o postępach w realizacji naszej inwestycji. – dodaje Dariusz Janus.

W ramach oferty publicznej akcji serii M 514 inwestorów objęło łącznie 1.594.203 akcje po cenie emisyjnej 2,80 zł za akcję. W dniu podjęcia przez Zarząd GPW uchwały o dopuszczeniu nowych akcji do notowań na rynku NewConnect kurs akcji spółki wyniósł 2,98 zł, czyli 6,4% powyżej ceny emisyjnej. Udział nowych inwestorów w akcjonariacie spółki wyniesie ok. 3,5%.

Komentarz prezesa Zarządu Budimex SA do danych finansowych za I półrocze 2014

Dariusz Blocher - prezes Zarządu, dyrektor generalny Budimeksu SA
Dariusz Blocher – prezes Zarządu, dyrektor generalny Budimeksu SA

Rok 2014 to pierwszy rok obowiązywania nowego budżetu unijnego na lata 2014-2020. Budowanie portfela zamówień na lata przyszłe poprzez pozyskanie jak największej liczby kontraktów drogowych oraz wejście w nowe segmenty działalności to obecnie główne zadania Grupy Budimex.

Wartość portfela zamówień Grupy Budimex wyniosła na koniec czerwca 2014 roku 3,93 miliarda złotych i jest niższa od jego wartości na koniec roku 2013 o 9,4%. Wartość kontraktów podpisanych w pierwszym półroczu 2014 roku wyniosła 1,41 miliarda złotych, to jest o 746 milionów złotych mniej niż w analogicznym okresie poprzedniego roku.

Relatywnie niska wartość portfela zamówień i podpisanych kontraktów w pierwszym półroczu 2014 ma charakter przejściowy i wynika z wolniejszego od spodziewanego tempa podpisywania kontraktów z nowej perspektywy. Łączna wartość kontraktów oczekujących obecnie na podpisanie przez Grupę Budimex lub podpisanych po dniu 30 czerwca 2014 wynosi 2,8 miliarda złotych.

Zasadniczą część tej kwoty stanowią przetargi drogowe ogłaszane przez GDDKiA, w tym projekty finansowane z nowej perspektywy unijnej. Do tej pory rozstrzygnięto 25 przetargów, z czego w siedmiu z nich Budimex SA złożył najkorzystniejszą cenowo ofertę. Łączna ich wartość – przypadająca na Budimex SA – to 1,7 miliarda złotych.

Ponadto 10 lipca 2014 roku podpisano umowę na budowę nowego bloku energetycznego Elektrowni w Turowie, w której udział Budimeksu SA w konsorcjum wynosi 22,31% (725 milionów złotych). Jest to pierwszy tego typu kontrakt w historii Grupy Budimex. Budimex jest zainteresowany realizacją kolejnych kontraktów energetycznych. Uważnie analizuje planowane inwestycje (między innymi w bloki gazowo-parowe w Elektrociepłowni Żerań czy Elektrowni Łagisza) oraz uczestniczy w kilku postępowaniach przetargowych w obszarze energetyki (na budowę bloku gazowo-parowego w Elektrowni Grudziądz, na budowę instalacji odsiarczania w Elektrociepłowni Ostrołęka). W związku z tym Grupa Budimex planuje zwiększenie zatrudnienia specjalistów z branży energetycznej.

W pierwszym półroczu 2014 Grupa poprawiła sprzedaż oraz rentowność na każdym poziomie. Utrzymała wysoki poziom gotówki, pomimo wypłaty w maju dywidendy o historycznie najwyższej wartości 303 milionów złotych oraz uzyskała najwyższy od lat poziom przedsprzedaży mieszkań.

W analizowanym półroczu 2014 Grupa Budimex osiągnęła sprzedaż wyższą o 13,4% w stosunku do analogicznego okresu 2013 roku – biorąc pod uwagę dane porównywalne, to jest bez uwzględniania przychodów spółki Budimex Danwood sprzedanej w grudniu 2013. W tym samym okresie produkcja budowlano – montażowa wzrosła o 9,8% rok do roku.

Zysk operacyjny Grupy Budimex wypracowany w pierwszym półroczu wzrósł o 42,4% w stosunku do roku ubiegłego, w porównaniu do danych nie zawierających wyników Budimex Danwood. Rentowność na wszystkich pozostałych poziomach wyniku była również znacząco wyższa.

Poprawa rentowności Grupy jest konsekwencją wzrostu marż w segmencie budowlanym na skutek spadku cen materiałów budowlanych oraz usług podwykonawców.

Grupa Budimex utrzymała w pierwszym półroczu bardzo wysoki poziom pozycji gotówkowej netto, która na koniec czerwca wyniosła blisko 913 milionów złotych. Oznacza to wzrost o 43% w stosunku do czerwca 2013 roku. Dobrą pozycję gotówkową Grupa zawdzięcza głównie działalności deweloperskiej.

Poprawiająca się koniunktura na rynku mieszkaniowym przyczyniła się do osiągnięcia w pierwszym półroczu 2014 roku najwyższego poziomu przedsprzedaży mieszkań od kilku lat. W okresie tym Budimex Nieruchomości przedsprzedał 553 mieszkania, to jest blisko dwukrotnie więcej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego.

W pierwszym półroczu 2014 roku Budimex Nieruchomości wprowadził do oferty blisko 900 mieszkań na sześciu nowych projektach. W drugim półroczu 2014 roku planuje wprowadzić do oferty następne 1600 mieszkań, w tym ponad 1000 w kolejnych, czterech etapach projektu Nowe Czyżyny w Krakowie. Projekt ten jest odpowiedzią naszej firmy na zapotrzebowanie krakowskiego rynku. Spełnia kryteria programu Mieszkanie dla Młodych, z którego w tym mieście jak dotąd można było skorzystać jedynie w niewielkim stopniu. Dzięki przygotowaniu atrakcyjnej oferty Budimex Nieruchomości może przedsprzedać około 1500 mieszkań w całym 2014 roku.

W skład pozostałej działalności Grupy Budimex wchodzą spółki Elektromontaż Poznań oraz Budimex Parking Wrocław. Przyjęty na początku roku plan sprzedaży spółki Elektromontaż Poznań nie uległ zmianie.

Spółka Budimex Parking Wrocław, założona w celu realizacji projektu wybudowania, a następnie zarządzania parkingiem we Wrocławiu w formule partnerstwa publiczno – prywatnego, zakończyła w pierwszym półroczu prace budowlane zgodnie z przyjętym harmonogramem.

Planując rozwój tego typu działalności, obecnie Grupa Budimex przygląda się kilku projektom
o wartości 30-50 milionów złotych każdy.

Rainbow Tours – wzrost przychodów w czerwcu

W raporcie bieżącym nr. 23/2014 z dnia 25 lipca, Zarząd Rainbow Tours S.A. poinformował, że wartość jednostkowych przychodów ze sprzedaży z tytułu organizacji imprez turystycznych w czerwcu 2014 r. wyniosła 112,1 mln zł, co w porównaniu z analogicznym okresem 2013 r., w którym przychody wyniosły 90,8 mln zł, stanowi wzrost sprzedaży o 23,5 %.

Przychody ze sprzedaży od 1 stycznia do 30 czerwca 2014 roku wyniosły 353,2 mln zł i są wyższe o 29,3 %, od przychodów za okres od 1 stycznia do 30 czerwca 2013 roku, które wyniosły 273,1 mln zł.

Skonsolidowane przychody Grupy Kapitałowej wyniosły w czerwcu 120,9 mln zł, co w porównaniu z analogicznym okresem 2013 r., w którym przychody wyniosły 101,5 mln zł, stanowi wzrost sprzedaży o 19,1 %. Także w rachunku narastającym za okres od 01 stycznia do 30 czerwca 201 Grupa osiągnęła wzrost przychodów w stosunku do ubiegłego roku z 297,6 mln zł na 380,0 mln zł, czyli o 27,7%.

Komisja Nadzoru Finansowego kontra FM Bank PBP SA

Komisja Nadzoru Finansowego wycofała się z wydanej w kwietniu decyzji nakazującej zbycie wszystkich akcji FM Banku będących w posiadaniu spółki celowej Abris Capital Partners. KNF odpowiedziała na pytania Bankier.pl, co było motywem tej decyzji.

8 kwietnia KNF nakazała zbycie przed końcem 2014 roku wszystkich akcji FM Bank PBP posiadanych przez PL Holdings S.a.r.l., spółkę celową Abris Capital Partners. Dodatkowo KNF zakazała wykonywania prawa głosu z akcji banku.

– Uchylenie decyzji dotyczącej nakazu zbycia akcji banku jest związane wyłącznie z kwestiami formalnoprawnymi. Ponowna analiza prawna wykazała, że podjęcie w jednym postępowaniu decyzji o zakazie wykonywania prawa głosu z akcji oraz nakazie ich zbycia wywołuje niepotrzebne ryzyko procesowe – specjalnie dla Bankier.pl tłumaczy Łukasz Dajnowicz, rzecznik prasowy KNF.

Swoją decyzję KNF argumentowała niewypełnianiem przez wskazane podmioty zobowiązań inwestorskich, co „w ocenie Komisji miało negatywny wpływ na ostrożną i stabilną działalność banku”. KNF wskazała m.in. na dokonywanie zmian w składzie zarządu banku, które generowało ryzyko prawne i operacyjne.

KNF zapewnia, że nie boi się procesu

– Nie ma żadnego procesu, to jest decyzja drugiej instancji, od której, tak jak zawsze, stronie służy skarga do sądu administracyjnego – najpierw do wojewódzkiego sądu administracyjnego, a później ewentualnie do Naczelnego Sądu Administracyjnego – dodaje Dajnowicz.

KNF podkreśla, że dzisiejsze uchylenie decyzji pierwszej instancji nie zmienia faktu niedochowania przez PL Holdings S.a.r.l. oraz Abris–EMP Capital Partners Limited zobowiązań inwestorskich złożonych wobec KNF, co w ocenie Komisji ma negatywny wpływ na ostrożną i stabilną działalność banku.

Na razie sytuacja funduszu Abris Capital jest patowa

Z jednej strony jest on właścicielem akcji banku, z drugiej nie może wykonywać swoich uprawnień właścicielskich. Jakie jest rozwiązanie takiej sytuacji? – Jeśli ktoś nie może wykonywać prawa głosu z akcji, to logiczna jest sprzedaż akcji – odpowiada Dajnowicz.

FM Bank PBP SA rozpoczął działalność rok temu, w lipcu 2013 r. Bank powstał z połączenia FM Banku z Polskim Bankiem Przedsiębiorczości. Poprzez spółkę celową PL Holdinhs S.a.r.l. Abris Capital Partners posiada 99,6% udziału w kapitale banku. W ubiegłym roku kierownictwo banku zapowiadało, że w ciągu 3 lat planuje wejść na warszawską giełdę.

– Procesy są długie, a wynik postępowania niekoniecznie musiałby być korzystny dla Komisji. KNF zapewne będzie używać innych metod dla rozwiązania tej sytuacji. Rolą KNF jest dbanie o przejrzystość i kontrola instytucji finansowych w taki sposób, by nie zagrażały one stabilności systemu oraz były bezpieczne dla klientów. Czasami wymaga to zdecydowanych i niekoniecznie standardowych działań – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Więcej na ten temat: http://www.bankier.pl/wiadomosc/KNF-przestraszyla-sie-procesu-Wywlaszczenia-nie-bedzie-3170316.html

Kraje Unii Europejskiej i USA redukują wydatki na wojsko

W 2013 roku 50. światowych liderów w dziedzinie obronności wydało na zbrojenia 1,6 bln dolarów.

Największe mocarstwa na świecie pod wpływem czynników ekonomicznych oraz ewolucji zagrożeń zmieniają swoje podejście do obronności. Najbogatsze państwa, takie jak USA czy kraje europejskie wciąż redukują swoje budżety wojskowe. Z kolei Rosja, Arabia Saudyjska, Chiny czy Brazylia zwiększają je. W 2015 roku łączne wydatki na wojsko Rosji i Chin będą wyższe niż wszystkich krajów UE razem wziętych. Jak wynika z kolejnej edycji globalnego raportu „Global Defense Outlook 2014 Adapt, collaborate and invest” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, w którym przeanalizowano wydatki na obronność 50 państw, w tym Polski, dla największych armii na świecie coraz ważniejsza staje się walka z cyberprzestępczością. Według raportu wydatki pięćdziesięciu światowych liderów w dziedzinie obronności, wyniosły w 2013 roku 1,6 bln dolarów, co stanowiło 92 proc. całkowitych wydatków zbrojeniowych na świecie. Rok wcześniej było to 1,7 bln dolarów.

W latach 2008-2013 wydatki na obronność omawianej grupy państw wzrosły o 3 proc. „Ten wzrost zwalniał jednak o 5-8 proc. rocznie. Tendencja ta wynika m.in. z redukcji obecności wojsk państw UE oraz USA w Iraku oraz Afganistanie i zakończenia operacji sił międzynarodowych w tychże krajach. Tylko same Stany Zjednoczone w ciągu ostatnich pięciu lat zredukowały swój budżet wojskowy o 53 mld dolarów” – wyjaśnia Piotr Świętochowski, Dyrektor w Dziale Audytu Deloitte.

Z kolei w tym samym czasie Chiny zwiększyły swoje wydatki na obronność o 60 mld dolarów, Rosja o 21 mld dolarów, a Arabia Saudyjska o 16 mld dolarów. Kraje te należą do grupy szesnastu krajów spośród TOP 50, które wydają na wojsko więcej niż 3 proc. swojego PKB.

Już ubiegłoroczna edycja raportu Deloitte wskazywała na coraz wyraźniejszy trend zwiększania budżetów wojskowych w krajach z niższym poziomem PKB, a ich redukcji w najbogatszych krajach, w których opinia publiczna kwestionuje konieczność utrzymywania licznej armii. Nie zmienia to jednak faktu, że to wciąż USA są niekwestionowanym liderem pod względem wydatków na obronę. Ich udział w światowym budżecie wojskowym wyniósł w ubiegłym roku 35 proc. To więcej niż osiem kolejnych krajów łącznie, choć trzeba jednocześnie przyznać, że w ciągu tylko jednego roku ten udział spadł o 5 pp. Polska została zakwalifikowana do grupy państw, których wydatki na obronę stanowią 8 proc. globalnego budżetu obronnego. Wraz z Polską znajdują się w tej grupie także m.in. Izrael, Hiszpania, Holandia, Pakistan, Meksyk czy Norwegia. Nasz kraj wraz 33 innymi z TOP 50 zyskał miano „oszczędzającego”, czyli przeznaczającego na obronność mniej niż 2 proc. swojego PKB. W Polsce od lat roczne wydatki na obronność oscylują wokół 1,9 proc. PKB, choć konflikt na Ukrainie spowodował, że pojawiły się zapowiedzi o możliwym jego zwiększeniu.

Tymczasem krajom o niższym poziomie PKB rosnący wzrost gospodarczy pozwala na zwiększenie swoich budżetów na obronność. Dotyczy to m.in. Brazylii, Chin, Indii oraz Rosji. Jak prognozują eksperci Deloitte przyszłoroczny budżet wojskowy Chin będzie wyższy niż łącznie niemiecki, francuski oraz brytyjski. Z kolei łączne wydatki Chin i Rosji będą wyższe niż wszystkich krajów unijnych. Nawet biorąc pod uwagę wszystkie kraje Azji i Pacyfiku (bez Chin), w ciągu kolejnych dwóch lat, region ten przeznaczy na wojsko więcej niż cała Europa Zachodnia.

Rok 2014 w wojskowości zdominowały dwa wydarzenia: wygasanie operacji wojskowej w Afganistanie i konflikt na Ukrainie. „Konflikt ukraiński pokazał wyraźnie, jak bardzo zmieniły się metody walki dwóch zwaśnionych stron. Struktury obronności oparte na jednostkach ogólnego przeznaczenia i broni konwencjonalnej mają coraz mniejsze znaczenie i nie spełniają wszystkich potrzeb nowoczesnego pola walki”– tłumaczy Piotr Świętochowski.

Dlatego jak wskazuje raport Deloitte jednym z priorytetów armii na całym świecie staje się walka z cyberprzestępczością. Jest to tym bardziej konieczne, że więcej niż 60 proc. ataków cybernetycznych skierowanych jest w stronę krajów z grupy pięćdziesięciu państw przeznaczającej na obronność najwięcej pieniędzy. W krajach o wyższym poziomie PKB celem ataków jest przede wszystkim przemysł, z kolei w biedniejszych krajach cyberprzestępcy atakują głównie instytucje rządowe. Dlatego takie organizacje jak NATO od kilku lat prowadzą programy mające służyć w walce z cyberprzestępczością.

Raport Deloitte wskazuje także, że w wojskowości zmienia się podejście do walki z terroryzmem. Co prawda porównując rok 2006 i 2012 to liczba ataków terrorystycznych wzrosła aż trzykrotnie, ale ten wzrost dotyczył przede wszystkim krajów o mniejszych dochodach. Aż 44 proc. z tychże ataków nastąpiło w krajach poza TOP 50. Raport wymienia w tym kontekście Afganistan, Nigerię, Somalię oraz Jemen.

Eksperci Deloitte wyróżniają trzy główne kierunki, które w najbliższym czasie będą dominować w kształtowaniu polityki obronnej większości państw na świecie. Są to:

Adaptacja – kraje kształtując swoje budżety wojskowe, muszą brać pod uwagę czynniki ekonomiczne i zmieniające się zagrożenia. Środki przeznaczane dotąd na konwencjonalne siły wojskowe są teraz przesuwane, m.in. na walkę z cyberprzestępczością,
Współpraca – utrzymanie nowoczesnych zdolności wojskowych zwykle przekracza możliwości budżetowe jednego państwa. Szczególnie walka z cyberprzestępczością lub terroryzmem wymaga współpracy i koordynacji kilku państw.
Inwestycje – mimo tendencji do ograniczania budżetów wojskowych armie na całym świecie dążą do utrzymania inwestycji w sprzęt oraz nowoczesne technologie, bez których wojsko nie ma szans na walkę z zagrożeniami nowego typu.

Supermarkety i hipermarkety to połowa rynku artykułów spożywczych w Polsce

Z roku na rok rośnie liczba nowoczesnych supermarketów, hipermarketów oraz przede wszystkim dyskontów. W 2014 roku według naszych prognoz to sklepy wielkopowierzchniowe wygenerują ponad 50% wartości sprzedaży osiągniętej na rynku artykułów spożywczych, co zostało zaprezentowane w raporcie „Handel detaliczny artykułami spożywczymi w Polsce 2014. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2014–2019”.

Od kilku lat trwa transformacja rynku z małych sklepów ogólnospożywczych w stronę nowoczesnych formatów typu supermarket czy dyskont. Skutkiem tych zmian oraz ekspansji sieci (zwłaszcza dyskontów, w tym lidera rynku Biedronki) jest postępujący od kilku lat trend spadku liczby sklepów ogólnospożywczych w Polsce.
Znikają przede wszystkim małe niezależne sklepy, nieradzące sobie z rosnącą konkurencją ze strony sieci wielkoformatowych, a zwłaszcza pojawiających się w ich sąsiedztwie dyskontów i supermarketów.

Dzieje się to pomimo problemów największych sklepów – hipermarketów – które tracą klientów przez znacznie zwiększoną konkurencję, a także większą odległość od miejsca zamieszkania w porównaniu do sklepów innych formatów. Konsumenci chętnie wybierają sklepy albo blisko domów (dla zakupów niezaplanowanych lub z wygody) albo wybierają sklepy w dużych centrach handlowych (połączenie zakupów oraz możliwości relaksu lub skorzystania z usług).
Z drugiej strony, małe sklepy to dla wielu konsumentów podstawowe miejsce zakupów, często wynikające z braku alternatyw. W najbliższych latach w związku ze zmieniającymi się przyzwyczajeniami konsumentów prognozujemy polepszenie sytuacji mniejszych sklepów, dzięki formatowi convenience oraz sklepom specjalistycznym. Warto także wspomnieć o zmianach w wyglądzie także małych sklepów, które coraz częściej są nowoczesne i przez to także atrakcyjniejsze dla klientów.

Jednak intensywna ekspansja największych sieci oraz głównie sieci wielkoformatowych będzie postępować w najbliższych latach. To sklepy formatu hipermarket, supermarket czy dyskont będą stanowić coraz większy udział w całej sprzedaży.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Handel detaliczny artykułami spożywczymi w Polsce 2014. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2014–2019”.

NIK ocenia negatywnie proces powstawania lądowych farm wiatrowych w Polsce

Władze gmin decydowały o lokalizacji farm wiatrowych ignorując społeczne sprzeciwy. Budową wielu elektrowni wiatrowych zainteresowane były pełniące funkcje lub zatrudnione w gminach osoby, na których ziemi farmy powstały. Zgody lokalnych władz na lokalizację elektrowni wiatrowych zostały w większości przypadków uzależnione od przekazania na rzecz gminy darowizn przez firmy budujące elektrownie lub sfinansowania przez nie dokumentacji planistycznej.

NIK uważa, że proces powstawania farm przebiegał często w warunkach zagrożenia konfliktem interesów, brakiem przejrzystości i korupcją. Niedookreślone dla tego rodzaju działalności gospodarczej prawodawstwo, a także niejednolita doktryna i orzecznictwo, nie gwarantowały w dostatecznym stopniu lokalizowania i budowy elektrowni wiatrowych w sposób bezpieczny dla środowiska i zarazem ograniczający uciążliwość farm dla osób zamieszkałych w ich sąsiedztwie.

Żadna ze skontrolowanych gmin, nawet w sytuacji licznych protestów dotyczących lokalizacji farm wiatrowych, nie zdecydowała się na zorganizowanie referendum w tej sprawie, mimo że taką formę rozstrzygnięcia dopuszczały przepisy ustawy z dnia 8 marca 1990 r. o samorządzie gminnym. Decyzje w imieniu społeczności lokalnych w tym zakresie, podejmowane były wyłącznie na sesjach rad gmin przez radnych. Skontrolowane gminy umożliwiły wprawdzie mieszkańcom wyrażenie opinii i stanowisk na każdym etapie procedowania zagadnień związanych z lokalizacją elektrowni wiatrowych, niemniej argumenty i obawy przeciwników ich budowy z reguły nie były podzielane i uwzględniane w trakcie podejmowania decyzji.

W części gmin (ok. 30%) elektrownie wiatrowe lokalizowane były na gruntach należących do osób pełniących funkcję organów gminy bądź zatrudnionych w gminnych jednostkach organizacyjnych m.in. do radnych, burmistrzów, wójtów, czy też pracowników urzędów gmin, tj. osób, które jednocześnie w imieniu gminy uczestniczyły w podejmowaniu bądź podejmowały decyzje, co do miejsca inwestycji. Sytuacje takie noszące znamiona konfliktu interesów – w ocenie NIK – stwarzały zagrożenie wystąpienia zjawisk o charakterze korupcyjnym, a także noszącym znamiona niedopuszczalnego lobbingu.

Natomiast z punktu widzenia obowiązującego prawa działania takie uchybiały przepisom ustawy o samorządzie gminnym, a w szczególności obowiązkom radnych. Stały także w sprzeczności z normami ustawy z dnia 14 czerwca 1960 r. – Kodeks postępowania administracyjnego. W przypadku radnych, którzy nie wyłączyli się z głosowania w trybie art. 25a ustawy o samorządzie gminnym, w sprawie dotyczącej bezpośrednio ich interesu prawnego, ustawodawca nie przewidział jakichkolwiek sankcji o charakterze dyscyplinującym lub karnym z tytułu naruszenia tej normy prawnej, co – zdaniem NIK – wymaga zmiany prawa w tym zakresie.

W zdecydowanej większości skontrolowanych gmin (ok. 80%), zgoda organów gmin na lokalizację elektrowni wiatrowych była uzależniona od sfinansowania przez inwestorów dokumentacji planistycznej lub przekazania na rzecz gminy darowizny. Przepisy prawa stanowią, że tego rodzaju wydatek powinien być pokryty z budżetu gminy. Finansowanie w ten sposób zadań własnych gminy mogło być źródłem wystąpienia konfliktu interesów między preferencjami inwestorów a obiektywnymi – z punktu widzenia gminy i lokalnych społeczności – rozwiązaniami planistycznymi. Tak ukształtowane relacje na styku interesu publicznego i prywatnego stanowiły zdaniem NIK mechanizm korupcjogenny.

Przepisy prawa w Polsce nie określały w jednostkach długości bezpiecznego usytuowania elektrowni wiatrowych w środowisku naturalnym. Rozwiązania przyjęte w tym zakresie w innych państwach Unii Europejskiej były zróżnicowane. Usytuowanie turbin wiatrowych w stosunku do siedzib ludzkich określano najczęściej odległością wyrażoną w metrach, a niekiedy również poziomem dopuszczalnego hałasu. W Polsce odległość elektrowni wiatrowej od zabudowań, w szczególności tych zamieszkałych przez ludzi, warunkowana jest przede wszystkim dopuszczalnym poziomem hałasu, emitowanym przez elektrownie wiatrowe. Jednak przepisy regulujące metodologię pomiaru emisji hałasu nie gwarantowały miarodajnej oceny uciążliwości tego typu urządzeń. Wykonywanie pomiarów mogło odbywać się bowiem – zgodnie z obowiązującymi wymogami – tylko w warunkach niskiej wietrzności (<5 m/s). Tymczasem elektrownie wiatrowe generują największe natężenie hałasu dopiero przy optymalnej dla nich prędkości wiatru, wynoszącej 10-12 m/s, ale w takich warunkach pomiary nie były już dokonywane. Przepisy prawa nie definiowały również dopuszczalnych norm dotyczących innych potencjalnych zagrożeń, takich jak chociażby infradźwięków oraz efektów stroboskopowych. Z tego powodu uprawnione instytucje państwa nie wykonywały we wskazanym zakresie badań oddziaływania farm wiatrowych na środowisko. Służby dozoru technicznego nie interesowały się bezpieczeństwem funkcjonowania urządzeń technicznych elektrowni wiatrowych. Powiatowi inspektorzy nadzoru budowlanego kontrolowali jedynie zagadnienia związane z konstrukcją budowlaną farm (fundament, maszt, infrastruktura towarzysząca). Obowiązujące przepisy o dozorze technicznym nie definiowały bowiem, jakie elementy mechaniczne (generatory, rotory z gondolą, wirniki, skrzynie biegów, transformatory czy łopaty śmigła) miałyby podlegać kontroli właściwych służb. W konsekwencji kwestia zapewnienia bezpiecznego użytkowania zasadniczej, technicznej części elektrowni wiatrowych pozostawała i pozostaje poza zainteresowaniem jakichkolwiek organów inspekcyjnych państwa. W przepisach z zakresu prawa budowlanego, elektrownie wiatrowe nie zostały przypisane do żadnej kategorii obiektów budowlanych. W wydawanych przez kontrolowanych starostów decyzjach o pozwoleniu na budowę, kategoryzowano je bądź jako „wolno stojące kominy i maszty”, bądź „sieci elektroenergetyczne”, a w ostateczności jako „inne budowle”. Takie niedostosowanie prawa nie pozostawało bez konsekwencji, gdyż w sposób rozbieżny i niejednolity organy nadzoru budowlanego warunkowały inwestorom dopuszczenie do użytkowania. W efekcie, dla takich samych obiektów, raz wymagano uzyskania pozwolenia na użytkowanie, a innym razem dopuszczano do ich eksploatacji wyłącznie po dokonaniu zgłoszenia zakończenia budowy. W ocenie NIK wzniesienie elektrowni wiatrowej powinno zawsze wiązać się z wydaniem pozwolenia na użytkowanie. Brak jednoznaczności przepisów, jednolitości orzecznictwa oraz doktryny, powodował rozbieżności w interpretacji i stosowaniu przepisów prawnych dotyczących lokalizacji elektrowni wiatrowych na obszarach i gruntach podlegających ochronie, co konsekwencji prowadziło np. do lokalizacji elektrowni wiatrowych na obszarach o istotnych walorach krajobrazowych i przyrodniczych. Przepisy zezwalały inwestorom na lokalizowanie elektrowni wiatrowych w takich miejscach (np. na obszarze chronionego krajobrazu), pomimo że wzbudzało to wiele kontrowersji i protestów. W efekcie turbiny wiatrowe na wiele lat staną się elementem krajobrazu m.in. pojezierza suwalskiego (w tym Doliny Rospudy) czy też Goplańsko-Kujawskiego Obszaru Chronionego Krajobrazu (Babiak).

Rygorystyczne wymogi techniczne napędzają wzrost cen mieszkań

CEO Magazyn Polska

Rosnące wymagania techniczne powodują wzrost cen nowych mieszkań. Nawet 5 tysięcy złotych może kosztować doprowadzenie do każdego mieszkania sieci internetowej, telewizyjnej kablowej i satelitarnej. Wymogi związane z energooszczędnością mogą z kolei spowodować wzrost o połowę kosztów zakupu samych okien. Deweloperzy przerzucają te obciążenia na klientów.

Wpadliśmy w pewien pęd regulacji technicznych dla nowych budynków. Powoduje to niesamowity wzrost kosztów. Z jednej strony dążymy do tego, by powstawały budynki zeroenergetycznych, z drugiej strony wprowadzamy mnóstwo dodatkowych przepisów, które mają spowodować, że w tych budynkach będzie mieszkało się lepiej, niestety, one są bardzo drogie – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Konrad Płochocki, dyrektor generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

Płochocki wylicza, że jedną z drogich regulacji jest obowiązek doprowadzenia do każdego mieszkania niezależnych światłowodów, a także instalacji umożliwiających odbiór naziemnej oraz satelitarnej telewizji. Takie wymogi wprowadziło obowiązujące od lutego ubiegłego roku rozporządzenie ówczesnego ministra transportu, budownictwa i gospodarki morskiej. Doprowadzenie trzech niezależnych instalacji do mieszkania może kosztować nawet 5 tys. zł, choć zwykle koszt ten zamyka się w przedziale 1-2 tys. zł.

Choć deweloperzy przerzucają te koszty na klientów, to Płochocki zauważa, że wiele osób wcale nie potrzebuje takich sieci. Rośnie bowiem liczba osób korzystających z własnych urządzeń dostępowych, w tym z szybkiej sieć LTE.

Deweloperzy niekoniecznie chcą ponosić koszty tego, że telewizje satelitarne i dostawcy internetu będą mogli łatwiej przyłączyć się do naszego lokalu, a te pieniądze musimy wydawać – mówi Płochocki.

Wzrost kosztów powodują też coraz ostrzejsze wymogi związane z energooszczędnością budynków. Okna budowane w standardzie z tego roku są o połowę droższe od wcześniejszych, a za trzy lata w życie wejdą jeszcze bardziej rygorystyczne przepisy.

Drogie w realizacji wymogi techniczne powodują, że choć ceny mieszkań rosną, deweloperzy wciąż narzekają na niskie marże. Deweloperzy giełdowi na swoich projektach mają mniej niż 15 proc. marży, a ich kapitał rośnie bardzo wolno. Nie poprawiają się również ich notowania – choć w ciągu ostatnich dwóch lat indeks sektorowy WIG-Deweloperzy zyskał niemal 20 proc., to od roku jego kurs oscyluje w granicach 1400-1600 punktów.

Płochocki ocenia, że za rosnącymi kosztami technicznymi budowy mieszkań może stać lobbing producentów niektórych materiałów budowlanych. Dla deweloperów oznacza to jednak nieunikniony wzrost kosztów.

Od nowego roku akademickiego zmiany na uczelniach. Mają wpłynąć na lepsze przygotowanie studentów do wymagań rynku pracy

CEO Magazyn Polska

Możliwość studiowania przez całe życie, zniesienie opłat za drugi kierunek, uwłaszczenie naukowców i nowe zasady tworzenia związku uczelni – to najważniejsze zmiany, jakie niesie ze sobą nowa ustawa o szkolnictwie wyższym, która ma obowiązywać już od nowego roku akademickiego. Wprowadzone zmiany mają poprawić sytuację absolwentów na rynku pracy oraz ułatwić uczelniom przetrwanie niżu demograficznego.

Studenci będą mieli większe możliwości, elastyczność studiowania, drugi kierunek, możliwość korzystania z zajęć międzydyscyplinarnych. Jest dużo propozycji dotyczących praktyk, dualnego systemu studiów, czyli jednocześnie uczenia się i pracowania. Ta ustawa rozszczelnia system, dzięki czemu będzie on bardziej elastyczny – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Lena Kolarska-Bobińska, minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Jedną z ważniejszych zmian jest możliwość uczenia się przez całe życie. Ustawa zakłada, że uczelnie będą mogły zaliczyć umiejętności nabyte podczas szkoleń i kursów na poczet studiów, a to z kolei pomoże osobom już pracującym przekwalifikować się lub uzupełnić wykształcenie.

Uczelnie otwierają się na dojrzałych studentów, osoby, które ukończyły różne kursy, uczyły się, a teraz chcą kontynuować studia. Wiele osób też przekwalifikowuje się i musi mieć możliwość studiowania. W Unii Europejskiej studiuje około 10 proc. dojrzałych osób, w Polsce tylko 4 proc. – to zdecydowanie za mało – mówi prof. Kolarska-Bobińska.

Rozwiązania ze znowelizowanej ustawy mają pomóc studentom dostosować się do wymagań na rynku pracy. Wprowadzenie dualnego systemu nauki i obowiązkowe trzymiesięczne praktyki na studiach o profilu praktycznym mają zwiększyć szanse studentów na znalezienie odpowiedniej pracy. Monitoring losów absolwentów studiów pomoże też maturzystom w wyborze kierunku studiów.

Ustawa ułatwia zderzenie dwóch światów – pracodawców i absolwentów. Praktyczne zajęcia, praktyki, specjalizacja badawcza na uczelni sprawią, że naukowe uczelnie zawodowe będą bardziej nakierowane na rynek – ocenia minister nauki.

Przywrócona została też możliwość bezpłatnego studiowania drugiego kierunku dziennego, która obowiązywała do października 2013 roku.

Domagali się tego humaniści i studenci, którzy chcą poszerzać wiedzę. Nie sądzimy co prawda, że teraz studenci masowo zaczną studiować drugi kierunek, ale dla tych, którzy będą tego chcieli, stanie się to możliwe – podkreśla prof. Kolarska-Bobińska.

Zmienią się też zasady tworzenia związku uczelni. Wedle danych ministerstwa nauki, w Polsce funkcjonuje obecnie 467 uczelni (z czego 326 niepublicznych). Ze względu na niż demograficzny coraz mniej jest chętnych do studiowania. Szkoły wyższe będą mogły na korzystniejszych zasadach wspólnie sięgać po unijne pieniądze, na przykład poprzez stworzenie międzywydziałowych, a nawet międzyuniwersyteckich zajęć dla studentów.

Ustawa ułatwia uczelniom tworzenie spółek, różnych form prawnych, które pozwolą na bardzo ścisłą współpracę, współdziałanie, a w przyszłości na konsolidację szkół – tłumaczy Lena Kolarska-Bobińska.

Nowelizacja wprowadza również uwłaszczenie naukowców. Badacze i uczelnia będą mogli przyjąć elastyczną formę komercjalizacji wynalazku lub też innego efektu badań naukowych. Jest to zmiana korzystna przede wszystkim dla naukowców. Uczelnia będzie miała trzy miesiące na podjęcie decyzji o komercjalizacji wynalazku, jeśli nie zdecyduje się na to w przyjętym terminie, naukowiec przejmuje wszystkie prawa i nabywa je za nie więcej niż 10 proc. minimalnego wynagrodzenia za pracę. Sam wybiera sposób komercjalizacji i instytucję, z którą nawiąże współpracę.

Znowelizowana ustawa została już przyjęta przez Sejm i Senat, teraz czeka tylko na podpis prezydenta.

Stowarzyszenie Emitentów Giełdowych: nowy prezes GPW to nadzieja na zmiany

CEO Magazyn Polska

Paweł Tamborski już na czele Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. Nowy prezes jest dobrze oceniany przez uczestników rynku. Będzie musiał zmierzyć się z potrzebą zmian w regulacjach. Miałyby one ułatwić pozyskiwanie nowych spółek przez GPW, a także uczynić cały obrót gospodarczy bardziej przejrzystym i bezpieczniejszym.

 To jest osoba doświadczona na rynku. Paweł Tamborski widział ten rynek z wielu perspektyw i mam nadzieję, że będzie dobrze potrafił sprostać wyzwaniom, które stoją przed nim jako prezesem giełdy – tak Tamborskiego ocenia dr Mirosław Kachniewski, prezes zarządu Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych.

Wyzwań jest wiele, bo jak podkreśla Kachniewski, prezes GPW pełni aż trzy funkcje jednocześnie. Po pierwsze, jako szef warszawskiego parkietu musi dbać o rozwój całego rynku kapitałowego.

– Chodzi o to, aby na rynku było jak najwięcej inwestorów i spółek. Nie jest to łatwe, jest wiele prac analitycznych, które są podjęte – mówi Kachniewski. – Bardzo ważne byłoby przeprowadzenie pewnych zmian, głównie regulacyjnych, tak, aby rynek kapitałowy stał się bardziej atrakcyjny dla poszczególnych podmiotów.

Te zmiany to między innymi ułatwienia w raportowaniu przez spółki notowane na giełdzie. Dzisiaj muszą one przekazywać inwestorom wiele wzajemnie pokrywających się raportów. Trwają prace nad tym, by liczbę obowiązków informacyjnych ograniczyć, bez szkody dla bezpieczeństwa obrotu giełdowego.

– Tu nie chodzi o to, aby spółki były mniej przejrzyste informacyjnie, one muszą być przejrzyste, bo inaczej inwestorzy nie będą chcieli kupić ich akcji. Ale chodzi o to, żeby nie było konieczności przesyłania wielu raportów do wielu instytucji, w wielu formatach, różnych terminach, ale żeby można było to robić jednorazowo. Nazywam to zasadą jednorazowego raportowania – tłumaczy prezes Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych.

Drugie zadanie, jakie stoi przed Tamborskim, wiąże się z tym, że będzie on kierować spółką, która powinna być dla innych przykładem.

Giełda musi być spółką, która najlepiej komunikuje się z rynkiem, najlepiej organizuje walne i ma wzorowy przebieg WZA, dobrze wypełnia wymogi dobrych praktyk notowanych spółek, które to przecież sama określa – wymienia Kachniewski.

Po trzecie, Paweł Tamborski musi dbać o wyniki GPW, która jako spółki ma generować zyski dla swoich akcjonariuszy. Jak podkreśla prezes SEG, to może być szczególnie trudne zadanie, bo warszawski parkiet ma coraz silniejszą konkurencję ze strony giełd zagranicznych i alternatywnych platform obrotu.

– Należy zastanawiać się na tym, czy są jeszcze możliwości zwiększania przychodów i realizacji korzyści skali dzięki notowaniu większej liczby instrumentów – uważa Mirosław Kachniewski. – To jest kwestia tego, czy jest możliwość zwiększenia przychodów z innych źródeł, które dotychczas nie były właściwie eksplorowane, a na innych giełdach są istotnym źródłem przychodów, jak na przykład ze strumienia sprzedawanych danych finansowych. To też kwestia ograniczania kosztów: należy się zastanowić nad tym, które można wyeliminować, a które tylko zminimalizować.

Paweł Tamborski zastąpi na stanowisku prezesa GPW Adama Maciejewskiego, który pełnił tę funkcję od początku 2013 roku.

Większość internautów deklaruje wybór OFE. Co trzeci stawia na ZUS

CEO Magazyn Polska

Do końca lipca można wybrać, gdzie ma trafiać część pieniędzy ze składki emerytalnej. 72 procent internautów deklaruje wybór OFE – wynika z raportu Instytut Monitorowania Mediów. Im bliżej końca terminu składania deklaracji, tym więcej dyskusji nad słusznością wyboru jednej z opcji. Najczęściej deklaracje wyboru padały na portalach społecznościowych – Twitterze i Facebooku.

– Wśród wszystkich internautów, którzy w swoich internetowych deklaracjach stwierdzili, że pozostają w OFE bądź wybierają ZUS, aż 72 proc. osób zadeklarowało zdecydowanie, że wybierają OFE. Takie deklaracje padały na Facebooku, Twitterze, forach ekonomicznych bądź na ogólnoinformacyjnych – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Jadaś z Instytutu Monitorowania Mediów.

Niecałe 30 procent osób wskazało, że nie składa deklaracji i wybiera tylko emeryturę państwową z ZUS-u. Od listopada, kiedy pojawiły się reklamy otwartych funduszy emerytalnych, w sieci średnio kilka razy dziennie pojawiały się wpisy o słuszności każdego wyboru. Najwięcej można było ich znaleźć na portalach społecznościowych (Twitter i Facebook) oraz portalach branżowych, dużo wpisów pojawiało się też na forum „Gazety Wyborczej”. Część wpisów była bardzo emocjonalna, niepoparta żadnymi danymi. Tam, gdzie rządziły emocje, pojawiało się też dużo wulgarnych komentarzy.

– W przypadku wielu użytkowników internetu deklaracja: zostaję w OFE lub wybieram ZUS, wiązała się z przytoczeniem cytatu bądź linku do wypowiedzi publicystów, ekspertów ekonomicznych, którzy popierali jedną z opcji i w jakiś sposób ją deklarowali – podkreśla Jadaś.

Temperatura dyskusji w internecie rośnie wraz z końcem terminu, w jakim można składać deklaracje o pozostaniu w OFE. Część internautów podkreślała, że pozostawienie pieniędzy w OFE to duże ryzyko, a im mniej ludzi wybiera fundusze, tym mniejsza szansa na zarobek. Ci, którzy zdecydowali część składek dalej przekazywać do otwartych funduszy, deklarowali, że emerytura z ZUS będzie niewystarczająca, ponadto pieniądze ze składek będą tam tylko wirtualne jako zapis na subkoncie. Nawet osoby, które jasno zadeklarowały wybór, często wyrażały wątpliwości związane z przyszłością składek – zwolennicy OFE przewidywali, że fundusze upadną, a ci których składki będą trafiały wyłącznie do ZUS, że system ubezpieczeń w obecnej formie nie ma szansy przetrwać.

W sieci nie brakuje też przejawów kreatywności internautów – satyrycznych wpisów i rysunków. „ASZ Dziennik”, który parodiuje poważne gazety, doniósł, że w maturalnym zadaniu o wyliczeniu składki do OFE, najwięcej punktów dostawało się za odpowiedź „zostaję w ZUS”.

– To humorystyczny felieton, który w internecie był często udostępniany, przede wszystkim na Facebooku, tak jak inne kreacje związane z OFE i ZUS.  Rysunki satyryków, bardziej lub mniej zabawne komentarze, memy  to taki internetowy folklor, który także w przypadku decyzji ekonomicznych jest bardzo popularny – wyjaśnia Jadaś.

Zainteresowanie użytkowników sieci wyborem między OFE a ZUS nie przekłada się na faktycznie złożone deklaracje. Dane ZUS mówią, że do 23 lipca wpłynęło nieco ponad 850 tys. wniosków o wyborze OFE, eksperci szacują, że ich liczba może wzrosnąć do miliona (z 16,7 mln uprawnionych Polaków). Dyskusje w sieci trwały też mimo braku reklam otwartych funduszy.

– Zgodnie z przepisami prawa bezpośrednia reklama funduszy była zabroniona od 15 stycznia. Natomiast przed tą datą, od listopada fundusze wystartowały ze wspólną kampanią pod hasłem Zostaję z OFE”– zaznacza Łukasz Jadaś.

Jak wynika z danych dostępnych w monitorującej reklamy w mediach aplikacji admonit, kampania promocyjna funduszy kosztowała ponad 15 mln zł. Najwięcej, bo aż 13 mln zł pochłonęły reklamy telewizyjne, przede wszystkim w stacjach prywatnych (TVN i Polsat) oraz w TVP1. Często spoty reklamowe pojawiały się również w stacji TVP Info (950 razy), były jednak znacznie tańsze – kosztowały 760 tys. zł (przy 3,7 mln zł w TVN i 1,7 mln w Polsacie).

Na reklamy radiowe OFE wydały ponad 1,5 mln zł (najwięcej trafiło do RMF FM), najmniej kosztowały reklamy w prasie (niecałe 900 tys. zł).

– Mimo że kampania trwała od listopada, a w styczniu było jej tak naprawdę tylko 15 dni, to właśnie styczeń był najbardziej intensywnym okresem promocji. Wówczas przez dwa tygodnie wydano niemal tyle samo, ile w listopadzie i grudniu – podkreśla Jadaś.

Od sierpnia łatwiejszy dostęp do zawodu księgowego i doradcy podatkowego. Może to doprowadzić do nasilenia skali oszustw podatkowych

0

CEO Magazyn Polska

10 sierpnia wejdzie w życie II transza deregulacji, która ułatwi dostęp do ponad 90 zawodów, w tym dziewięciu dotyczących rynku finansowego. Zniesiony zostanie obowiązek posiadania certyfikatu księgowego, co oznacza, że księgowym będzie mógł zostać niemal każdy. Zderegulowane zostaną też usługi związane z udzielaniem porad i wyjaśnień w zakresie obowiązków podatkowych. Kancelarie podatkowe alarmują, że zmiany w zawodzie doradcy są ryzykowne i mogą spowodować nasilenie skali oszustw podatkowych.

Księgowi i doradcy podatkowi to dwa najważniejsze zawody finansowe w tej deregulacji. W przypadku księgowych uprawnionych do usługowego prowadzenia ksiąg, deregulacja idzie bardzo daleko. Ustawodawca postanowił, że nie będą już wydawane dotychczasowe uprawnienia, certyfikaty Ministerstwa Finansów. To oznacza, że uprawnienia do prowadzenia ksiąg rachunkowych będzie miał praktycznie każdy – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Michalik, doradca podatkowy, partner w kancelarii Michalik Dłuska Dziedzic i Partnerzy.

Obecnie absolwenci studiów mogą prowadzić księgi po odbyciu trzyletniego stażu w księgowości lub uzyskaniu certyfikatu. Po wejściu w życie deregulacji zostać księgowym będzie mogła niemal każda pełnoletnia osoba, niekarana za przestępstwa przeciwko wiarygodności dokumentów. Każdy, kto wykonuje usługową działalność księgową, będzie też musiał wykupić odpowiednie ubezpieczenie.

Te przepisy wprowadzone w odniesieniu do księgowych będzie niezmiernie trudno egzekwować. Trudno powiedzieć, czy rzeczywiście osoby wykonujące te czynności będą faktycznie zobligowane do tego, żeby się ubezpieczyć – zaznacza ekspert.

W przypadku doradcy podatkowego zmiany nie ingerują tak mocno w strukturę samego zawodu, ułatwiają natomiast dostęp do wykonywania czynności doradztwa podatkowego.

Niektóre czynności do tej pory zastrzeżone dla doradców podatkowych będą mogły być wykonywane również przez inne osoby. To pochodna głębokiej deregulacji zawodu księgowego, bo niemal każdy będzie mógł prowadzić księgi rachunkowe, podatkowe, ewidencję czy składać deklaracje podatkowe. Natomiast reprezentowanie klientów przed organami podatkowymi czy sądami administracyjnym ma przysługiwać doradcom podatkowym – podkreśla Michalik.

Nie zmieniają się warunki, które należy spełnić, aby zostać doradcą podatkowym – obowiązkowe jest wykształcenie wyższe i zdanie państwowego egzaminu. Pewna zmiana dotyczy tylko długości praktyk, jakie należy odbyć. Zostaną one skrócone z dwóch lat do pół roku, ale jak zaznacza ekspert, będą one znacznie bardziej intensywne.

Choć wprowadzone zmiany mają nie tylko ułatwić dostęp do zawodu, lecz także zmniejszyć koszty usług, co ma sprawić, że będą korzystne one dla klientów, to zdaniem ekspertów część z nich może okazać się ryzykowna. Doradca podatkowy w przypadku naruszenia etyki zawodowej może stracić pracę, natomiast osoby, które po deregulacji będą mogły wykonywać czynności doradcze, nie będą związane żadnymi zasadami.

Mogą się więc nasilić wszystkie próby wyłudzenia podatków. Pojawi się rynek drobnych cwaniaczków, którzy nie będąc związani żadnymi regułami z państwem, będą zachęcali do działań, jakich doradca nie mógłby polecić – przewiduje Tomasz Michalik.

Deregulacja może też spowodować wzrost konkurencji na rynku usług finansowych. Możliwe, że pojawi się więcej firm oferujących mniej skomplikowane usługi (np. prowadzenie ksiąg rachunkowych), nie powinno być to jednak odczuwalne w skali makro.

Obecnie na rynku jest ok. 9 tys. doradców podatkowych i blisko 100 tys. księgowych. Ilu więcej może się ich pojawić? W skali mikro, w małym miasteczku, gdzie obok dwóch działających firm pojawią się dwa nowe podmioty oferujące usługi księgowe, poziom konkurencji może się zmienić. Ale na dłuższą metę przetrwają ci, którzy będą w stanie zaoferować klientom jakość, a to nie zawsze będzie udziałem osób, które nie mają żadnych kwalifikacji – ocenia Michalik.

Zmiany wprowadzone przez deregulację oparte są w dużej mierze na modelu niemieckim, austriackim i czeskim. To państwa, gdzie regulacja idzie najdalej, a doradca podatkowy jest zawodem zaufania publicznego. W części państw europejskich regulacje dotykają wyłącznie niektórych obszarów.

Chroniony jest na przykład tytuł doradcy podatkowego, ale w gruncie rzeczy czynności doradcy podatkowego mogą być wykonywane przez wiele podmiotów. Tak jest na Węgrzech i Wielkiej Brytanii. We Francji natomiast doradca podatkowy musi mieć wykształcenie prawnicze, które u nas nie jest wymagane. Są też kraje, gdzie zawód doradcy nie jest w żaden sposób regulowany – mówi Michalik.

Zmiany, które wejdą w życie w sierpniu, dotkną również architektów, urbanistów i inżynierów budowlanych. Ministerstwo Sprawiedliwości przygotowało trzy transze, które mają ułatwić wykonywanie ponad 240 zawodów. Obecnie trwają konsultacje społeczne dotyczące kolejnych zawodów.

Za pół roku system ochrony zdrowia będzie całkowicie zinformatyzowany. To największy projekt w Europie

CEO Magazyn Polska

Elektroniczne recepty, skierowania i wgląd w historię choroby online – to część udogodnień, które mają stać się standardem w polskiej służbie zdrowia, począwszy od 2015 r. Trwają prace nad Projektem P1, który jest największym tego typu przedsięwzięciem w Europie. Dzięki niemu zniknie uciążliwa, papierowa dokumentacja medyczna, a lekarze będą mogli skuteczniej i szybciej decydować o sposobie leczenia. Projekt ma ograniczyć także marnotrawstwo w służbie zdrowia, które sięga nawet 6 mld zł rocznie.

W ramach Projektu P1 dostarczymy w przyszłym roku szereg różnych systemów informatycznych, które będą świadczyły usługi elektroniczne dla obywateli, personelu medycznego i wszystkich świadczeniodawców. Głównymi funkcjonalnościami będą: recepta elektroniczna, możliwość wystawiania i realizacji elektronicznych skierowań i zleceń. Oczywiście głównym produktem będzie Internetowe Konto Pacjenta – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Kędzierski, dyrektor Centrum Systemów Informatycznych Ochrony Zdrowia.

Na Internetowym Koncie Pacjenta będą gromadzone wszystkie informacje dotyczące kontaktów pacjenta ze służbą zdrowia, niezależnie od tego, czy leczy się w placówkach publicznych, czy prywatnych. Zastąpienie papierowej dokumentacji komunikacją elektroniczną wyeliminuje wiele problemów, jakie wiążą się np. z błędnymi lub nieczytelnymi receptami, ryzykiem zgubienia bądź zniszczenia wyników badań lekarskich itp.

W przypadku recepty elektronicznej eliminujemy na pewno problem nieczytelnych recept, który dzisiaj jest dosyć powszechny. Dajemy możliwość realizacji częściowej recepty. Dzisiaj, jeżeli mamy receptę, to musimy ją w całości zrealizować w jednej aptece. W przypadku recepty elektronicznej możemy kupować poszczególne lekarstwa w różnych aptekach – wskazuje Marcin Kędzierski.

Obecnie pacjent w systemie ochrony zdrowia wciąż jest pośrednikiem w obiegu dokumentów między poszczególnymi placówkami i specjalistami, co zmniejsza skuteczność leczenia i zwiększa koszty po obu stronach. Elektronizacja obiegu dokumentacji i możliwość bieżącej kontroli historii choroby pozwoli pacjentom szybciej podjąć decyzję o pójściu do specjalisty, a ci będą mogli szybciej postawić diagnozę. Wzrośnie również trafność wyboru sposobu leczenia, bo lekarze zyskają dostęp zarówno do historii choroby danego pacjenta, jak i szerszych statystyk, które będzie gromadził system.

Poprzez swoją unikalność i zakres zbierania danych, projekt i narzędzia, które dostarczamy, na pewno będą wspierać proces planowania opieki zdrowotnej w kraju. To będą rzeczywiste i wiarygodne dane o tym, co się dzieje w systemie ochrony zdrowia na całym obszarze kraju – mówi dyrektor CSIOZ.

Projektu P1 będzie kosztował 712 mln zł. To jednak znikoma wielkość w porównaniu z aktualnym budżetem NFZ, czyli 60 mld zł (1,2 proc.). Co więcej, niewielki zakres informatyzacji systemu ochrony zdrowia przyczynia się do jego niskiej efektywności. Niepotrzebne koszty, wynikające ze złego zarządzania i wykorzystania majątku, sięgają od 3 do nawet 6 mld zł rocznie.

Nieszczelności w systemie można określać nawet na poziomie od 5 do 10 proc. wartości budżetu płatnika publicznego. Przypomnę, że płatnik publiczny ma w tej chwili plan finansowy w wysokości 60 mld zł, więc wydaje się, że ten projekt zwróci się już nawet po roku – mówi Kędzierski.

W jego ocenie wdrożenie kompleksowego projektu informatyzacji służby zdrowia może napotkać na pewne bariery, choć nie te natury prawnej. Elektroniczny system daje możliwość poprawy zarządzania systemem i jego poszczególnymi elementami, w tym konkretnymi placówkami publicznymi. Większe możliwość kontroli kosztów i efektywności wykonywanych świadczeń mogą jednak napotkać na opór pewnych grup interesu.

Procedowane są przez Ministerstwo Zdrowia odpowiednie regulacje prawne. Wydaje się, że potrzebna będzie na pewno zmiana filozofii myślenia i mentalności personelu medycznego i w ogóle społeczeństwa. Bo rzeczywiście jest to całkowita zmiana filozofii funkcjonowania systemu ochrony zdrowia – uważa dyrektor CSIOZ.

Wiele jednostek ochrony zdrowia korzysta już z pewnych usług dostarczanych przez systemy informatyczne i np. wystawia recepty elektroniczne. Według Marcina Kędzierskiego dość powszechnie wykorzystuje się już Elektroniczną Dokumentację Medyczną, ale wciąż są placówki, które muszą dopiero wprowadzić takie rozwiązanie.

Nie znam szpitala, w którym nie funkcjonowałby jakiś system informatyczny wspierający któryś obszar działania tego szpitala: począwszy od kadr i płac, poprzez apteki szpitalne, skończywszy właśnie na module, który nas najbardziej interesuje, czyli Elektronicznej Dokumentacji Medycznej. Szacujemy, że połowa placówek w kraju korzysta z takich systemów – mówi dyrektor CSIOZ.

Dla porównania w krajach będących liderami pod względem informatyzacji służby zdrowia poziom wykorzystania Elektronicznej Dokumentacji Medycznej sięga 90 proc. Tak jest np. w Holandii i krajach skandynawskich.

Jednostki, którym nie uda się w przyszłym roku wdrożyć wszystkich wymaganych rozwiązań, będą mogły skorzystać z trzyletniego okresu przejściowego. Wtedy świadczenia zdrowotne byłyby realizowane na tych samych zasadach, co obecnie. Po upływie tego okresu nie będzie już możliwości pracy w oparciu o papierową dokumentację medyczną. Kędzierski uspokaja, że dla tych, którzy nie będą chcieli inwestować, alternatywa również będzie.

Dla tych świadczeniodawców, głównie małych, którzy z różnych względów, szczególnie ekonomicznych, nie będą zainteresowani kupnem oprogramowania, my dostarczymy darmowe narzędzie www, które będzie się nazywało Aplikacją Usługodawców i Aptek – wyjaśnia Marcin Kędzierski.

Po przejściu procesu weryfikacji takiego świadczeniodawcy darmowa aplikacja będzie mogła służyć do wystawania e-recept, skierowań itp. Będzie również zasilać danymi system P1.

Polska daleko za światową czołówką w rozwoju e-administracji

CEO Magazyn Polska

Polska zajęła dopiero 42. miejsce na świecie pod względem rozwoju e-administracji w 2014 r.  wynika z raportu ONZ. Przedsiębiorcy i mieszkańcy wciąż tracą dużo czasu i pieniędzy na załatwianie urzędowych spraw, a w administracji istnieje jałowy obieg dokumentów. Te same problemy dotyczą samorządów, dlatego powinny one stworzyć platformy, na których mieszkańcy znajdą wszystkie potrzebne e-usługi.

Świat idzie do przodu, technologie się zmieniają, a procesy i procedury komunikacji mieszkańców dużego miasta pozostają ciągle takie same. To rodzi komplikacje, ponieważ przyzwyczajamy się do coraz szybszej wymiany danych. Przyzwyczaja nas do tego m.in. Google, gdzie szybko znajdujemy informacje. Chcielibyśmy, żeby to przekładało się na nasze życie codzienne – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bartosz Palewski z Premium Consulting, współtwórcy Platformy Komunikacji Społecznej Miasto21, która dzięki interaktywnym modułom pozwala przekazywać aktualne informacje, na bieżąco prowadzić dialog z mieszkańcami i zapoznawać lokalną społeczność z planowanymi inwestycjami i projektami.

Jak wynika z danych GUS blisko 61 proc. ludności Polski mieszka obecnie w miastach. Oficjalne dane w przypadku niektórych miast mogą jednak znacznie różnić się od rzeczywistej liczby mieszkańców, gdyż wiele z migrujących osób nie zmienia miejsca zameldowania. W lepszym oszacowaniu ich rzeczywistej liczby, a co za tym idzie – popytu na usługi publiczne i kosztów ich dostarczenia – mogą pomóc technologie informatyczne. Przeniesienie komunikacji między mieszkańcami a urzędami do internetu to z jednej strony sposób na poprawę zarządzania miastem, a z drugiej – oszczędność czasu i pieniędzy po stronie sektora publicznego i prywatnego.

Te procedury są czasem bardzo skomplikowane, czasochłonne, zawiłe i nie do końca jasne dla zwykłego Kowalskiego, więc warto byłoby je poprawić. Warto byłoby to wszystko uprościć i zakomunikować, że jest to bliżej ludzi. Wtedy nie będą się bać i dostawać gorączki na samą myśl o podróży do urzędu miasta – uważa Palewski.

Upowszechnianie tzw. e-administracji ma duże poparcie społeczne – wynika z badań Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji. W 2013 r. chęć skorzystania z elektronicznych usług wyraziło 35 proc. użytkowników sieci, co oznacza wzrost o 4 punkty proc. w porównaniu z 2012 r. 62 proc. internautów zadeklarowało, że chciałoby korzystać z takich usług w przyszłości, a jedynie 4 proc. odpowiedziało, że na pewno nie będzie załatwiać spraw w urzędach przez internet.

53 proc. respondentów korzystających z usług e-administracji pozytywnie oceniło ich jakość, z kolei 19 proc. wyraziło negatywną opinię. Według MAC negatywne odpowiedzi były uzasadnione niewielkim zakresem dostępnych usług przez internet oraz koniecznością stawienia się osobiście w urzędzie w niektórych przypadkach.

Często pracownicy urzędów miast w Polsce starają się wyjść naprzeciw potrzebom mieszkańców. Powstały jedne okienka, gdzie można załatwić wiele spraw, procedury uległy uproszczeniu, ale nadal jest to proces długotrwały. Jeżeli chcemy coś załatwić albo mamy problem dotyczący miejsca, w którym żyjemy, to czasem bardzo kłopotliwe bywa zgłoszenie takiego tematu, żeby został on wysłuchany. Pojawiają się też problemy z otrzymaniem odpowiedzi zwrotnej – uważa właściciel Premium Consulting.

Pod względem rozwoju e-administracji Polska jest jednak daleko od światowej czołówki – Korei Płd., Australii, Singapuru, Francji i Holandii. W 2014 r. w indeksie rozwoju e-administracji obliczanego przez ONZ nasz kraj zajął 42. miejsce na 194 badane państwa. Dużo słabiej oceniono tu możliwość elektronicznej partycypacji w działaniach administracji – Polska zajęła 65. miejsce. Relatywnie słabo rozwinięta e-administracja na poziomie centralnym ogranicza jej możliwości rozwoju na poziomie samorządowym, czyli lokalnym. Problemem są wciąż niektóre przepisy prawne, które nakłada obowiązek komunikacji w formie papierowej lub poprzez tradycyjną pocztę. Według Palewskiego kluczową kwestią jest integracja często odrębnych procesów w administracji centralnej i lokalnej oraz stworzenie jednego, kompleksowego kanału komunikacji z obywatelami.

Może to być platforma, może to być inny kanał komunikacji, ale ważne, żeby był on jednolity. Kiedyś było prościej  mieliśmy odbiornik telewizyjny i całe rodziny siadały przed telewizorem i pobierały informację. Wtedy było wiadomo, że urzędnicy czy politycy, wysyłając komunikat przez prasę czy telewizję, z dużym prawdopodobieństwem docierali do mieszkańców czy grupy, do której chcieli dotrzeć – mówi Palewski.

Obecnie internauci korzystają z sieci poprzez różne urządzenia, dlatego taka zintegrowana platforma musi być w pełni dostosowana do smartfonów i tabletów. Eksperci zwracają uwagę na to, że stworzenie takiego jednolitego kanału (wraz z wprowadzeniem do niego danych) jest drogie, ale szybko pozwala generować oszczędności. Co więcej, dobrze funkcjonująca platforma będzie zachęcała mieszkańców do aktywności, wyrażania opinii, uwag czy prezentowania pomysłów, które mogą poprawić jakość usług publicznych.

Często miasto ma przynajmniej kilka portali związanych z turystyką, ochroną środowiska czy ze sportem i ludzie są już tym zmęczeni, bo szukając informacji, trudno jest im ją znaleźć. Dlatego bardzo ważne jest to, by wszystkie informacje można było znaleźć w jednym miejscu, pod jednym adresem – uważa Bartosz Palewski.

Konkurencyjność polskich sadowników bierze się w dużej mierze z zatrudniania pracowników z Ukrainy

CEO Magazyn Polska

Nawet 200 tysięcy Ukraińców rocznie podejmuje prace sezonowe w Polsce – mówi prezes Związku Sadowników RP. To w dużej mierze dzięki nim polscy sadownicy i ogrodnicy są konkurencyjni na rynkach międzynarodowych, bo Polacy niechętnie pracują przy zbiorach owoców.

Od kilku lat obserwujemy napływ pracowników ze Wschodu z dominacją jednej nacji – obywateli Ukrainy. Oni najczęściej wybierają pracę w Polsce, nierzadko jest to 150, nawet 200 tys. ludzi rocznie podejmujących tu pracę. Znakomita większość zatrudnia się do pracy w ogrodnictwie i rolnictwie – wyjaśnia Mirosław Maliszewski, prezes Związku Sadowników RP.

Letnie miesiące to okres zwiększonego zapotrzebowania na pracowników w sadach i na polach. Jak wyjaśnia Maliszewski, Polacy niechętnie podejmują tego typu prace – wolą stałe zatrudnienie i wynagrodzenie. Dlatego sadownicy szukają pracowników za wschodnią granicą.

Dopóki mamy możliwość zatrudnienia obywateli Ukrainy do pracy w naszych gospodarstwach i oni chcą tę pracę podejmować, dopóty będziemy konkurencyjni na rynkach międzynarodowych. Dzisiaj wielokrotnie konkurencję wygrywamy ceną, a gwarantują ją nam niskie koszty, zwłaszcza koszty pracy – mówi Mirosław Maliszewski. – Pracownicy z Ukrainy i innych państw bloku wschodniego nie powodują, że Polacy przez nich tracą miejsca pracy. Myślę, że oni będą decydowali o konkurencyjności tak ważnego sektora polskiej gospodarki, jakim jest ogrodnictwo.

Zarówno pracownicy, jak i pracodawcy najczęściej korzystają z umowy-zlecenia i umowy o dzieło. Pracownicy sezonowi mogą zarobić w sadownictwie i ogrodnictwie 7-8 zł za godzinę. Czasami umawiają się z pracodawcą na wynagrodzenie za pracę na akord, czyli uzależnione od ilości wykonanej pracy (np. ilości zebranych owoców).

Z różnych powodów Ukraina jest dla nas atrakcyjnym miejscem pozyskiwania pracowników. Przede wszystkim wynika to z dobrych relacji, bliskości, braku bariery językowej i niewątpliwie trudnej sytuacji ekonomicznej na Ukrainie, która powoduje, że ludzie szukając pieniędzy, wyjeżdżają do pracy i podejmują ją m.in. w Polsce – wyjaśnia prezes Związku Sadowników RP.

Najczęściej Ukraińcy przyjeżdżają do pracy przy zbiorach truskawek, borówek i jabłek.

One muszą być delikatnie, dokładnie ułożone w skrzyniach i opakowaniach zbiorczych po to, żeby podać je konsumentowi w dobrym stanie – wyjaśnia Maliszewski. – Zbiór niektórych gatunków roślin sadowniczych udało się zmechanizować, na przykład w przypadku porzeczki prawie cały zbiór odbywa się za pomocą specjalnych kombajnów. Mechanizacja zaczyna również wchodzić do zbiorów malin, wiśni i innych gatunków owoców miękkich.

Dodaje, że produkcja sadownicza w Polsce jest skoncentrowana w kilku zagłębiach – w regionach grójeckim na Mazowszu, lubelskim, łódzkim, w województwie świętokrzyskim i  części Małopolski. Tam jest najwięcej sadów i plantacji, ale brakuje lokalnej siły roboczej.

Wszyscy, którzy chcieliby podjąć taką pracę i widzieliby sens jej wykonywania, powinni orientować się w Powiatowych Urzędach Pracy właśnie w tych regionach – podpowiada prezes Związku  Sadowników RP. – Urzędy pracy pomogą w znalezieniu dobrego sadownika czy plantatora, którzy będą uczciwie płacić.

Z danych Urzędu ds. Cudzoziemców wynika, że obywatele Ukrainy stanowią jedną trzecią populacji cudzoziemców w Polsce – kartę pobytu posiada 38 tysięcy osób, z czego w przypadku 17 tys. osób jest to zezwolenie na pobyt czasowy. W tym roku (od stycznia do czerwca) takie zezwolenie otrzymało ponad 5,3 tys. osób. Z tego 2,1 tys. ubiegało się o nie ze względu na pracę.

W wakacje Polacy nadrabiają zaległości książkowe. W tym roku sprzedaż mogą napędzić publikacje historyczne

CEO Magazyn Polska

Bestseller z obszaru literatury pięknej oraz przewodnik – z takimi dwiema książkami najczęściej podróżują turyści. Przed sezonem wakacyjnym rośnie liczba sprzedawanych wydawnictw. Choć nie jest to tak duży wzrost jak przed świętami Bożego Narodzenia, to wyniki sprzedaży ‒ zwłaszcza lżejszej literatury ‒ się poprawiają. W tym roku popularne mogą być książki historyczne związane z rocznicami powstania warszawskiego i I wojny światowej.

Ludzie, jadąc na wakacje, bardzo często specjalnie w tym celu kupują książki. Kupują po to, żeby nadrobić zaległości albo przeczytać coś, co jest modne. Nie jest to najczęściej literatura najtrudniejsza, najbardziej ambitna, chociaż takie książki też się sprzedają. Na podstawie obserwacji poczynionych wśród podróżników po Europie mogę powiedzieć, że szanujący się turysta ma ze sobą dwie książki. Jedna to jest bestsellerowa książka z literatury pięknej, a druga to przewodnik po regionie – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Dobrołęcki z wydawnictwa Biblioteka Analiz.

Dobrołęcki podkreśla, że zdecydowanie największy szczyt sprzedaży książek przypada na końcówkę roku, czyli okres przedświąteczny. W ciągu roku występują mniejsze szczyty – związany z Warszawskimi Targami Książki w maju oraz właśnie wakacyjny.

Popularnością przed wyjazdami wakacyjnymi cieszy się raczej lekka literatura, choć to nie oznacza, że zła. Jak podkreśla Dobrołęcki, wydawany przez Bibliotekę Analiz „Magazyn Literacki Książki” co roku stara się wybierać pozycje szczególnie godne polecenia. Niezależnie od gatunku są to wydawnictwa na wysokim poziomie, które są chętnie czytane przez Polaków. Rośnie także popularność literatury faktu, która dawniej była czytana głównie przez mężczyzn, teraz interesują się nią także kobiety.

Kobiety, jak ocenia Dobrołęcki, są zresztą lepszymi czytelnikami niż mężczyźni.

Myślę, że kobiety więcej czytają, a mężczyźni bardziej przeglądają prasę sportową czy sensacyjną – ocenia Dobrołęcki.

W tym roku brakuje wprawdzie tytułów z obszaru literatury pięknej, które mogłyby okazać się hitami sprzedaży, popularne mogą być jednak wydawnictwa historyczne, związane z wypadającymi w tym roku rocznicami.

Różne rocznice wypadają w tym roku, na przykład setna rocznica wybuchu I wojny światowej, 70. rocznica wybuchu powstania warszawskiego. Z tego powodu wiele wydawnictw przygotowało książki rocznicowe. To jest albo historia, albo literatura faktu, one też może być bestsellerem wakacyjnym – prognozuje Dobrołęcki.

Dodaje, że większość książek wciąż sprzedaje się w formacie tradycyjnym. E-booki są szczególnie popularne w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Za Atlantykiem wartość rynku wydawnictw elektronicznych jest już niemal równa rynkowi książek drukowanych – ocenia Dobrołęcki. W Polsce udział e-booków jest wciąż niewielki, ale będzie dynamicznie rósł. Zwłaszcza młodsi czytelnicy chętnie zwracają się ku wydawnictwom w formacie elektronicznym. Doceniają wygodę tego rozwiązania, chociażby na wakacjach, dzięki czemu nie trzeba brać wielu ciężkich książek, a jedynie niewielkie urządzenie elektroniczne, na które można wgrać bardzo dużą liczbę publikacji.

Kto został Pracodawcą Jutra? Konkurs rozstrzygnięty!

Dobiegła końca II edycja konkursu Pracodawca Jutra organizowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości (PARP) we współpracy z Polskim Stowarzyszeniem Zarządzania Kadrami (PSZK). Laureatami konkursu zostały przedsiębiorstwa realizujące przemyślane działania na rzecz przygotowania młodych osób do wejścia na rynek pracy.

Konkurs Pracodawca Jutra ma na celu upowszechnianie dobrych praktyk przedsiębiorstw w zakresie współpracy z edukacją poprzez wyłonienie i wyróżnienie odpowiedzialnych społecznie firm, które dbają o edukację praktyczną uczniów i studentów. Wśród nagrodzonych znalazły się zarówno duże, jak i małe i średnie firmy, co pokazuje skalę rozwoju działań biznesu na rzecz edukacji. Animex Food, ArcelorMittal Poland, Famot Pleszew, Fluor, JCommerce, JWP Rzecznicy Patentowi Dorota Rzążewska, KGHM Polska Miedź, Krajowy Rejestr Długów, Sabre – to tegoroczni Pracodawcy Jutra. Oprócz 9 nagród w konkursie przyznano trzy wyróżnienia: dla firm: Sitech, Techland oraz WIKA Polska.– Inicjatywy laureatów docenione przez kapitułę konkursu pokazują, że pracodawcy są coraz bardziej świadomi konieczności współpracy z placówkami edukacyjnymi. Wiele zgłoszeń wpłynęło od przedsiębiorców z sektora MŚP, co potwierdza tezę, że inwestycja w kształcenie praktyczne młodego pokolenia jest możliwa niezależnie od wielkości organizacji – komentuje Bożena Lublińska-Kasprzak, Prezes PARP.

Organizatorzy konkursu podkreślają, że do II edycji zgłosiło się ponad 100 firm, co potwierdza rosnące zainteresowanie przedsiębiorstw działaniami employer brandingowymi skierowanymi od uczniów, studentów i absolwentów. To również dowód na to, że coraz więcej pracodawców dostrzega problem niedopasowania kompetencyjnego i aktywnie działa na rzecz jego ograniczenia.

Negatywne skutki zaległych urlopów

Z różnych danych wynika, że biorąc pod uwagę liczbę godzin spędzanych w pracy, Polacynależą do najbardziej zapracowanych narodów, choć nie przekłada się to wprost na naszą produktywność. Mimo, że spośród krajów UE mamy najwyższą liczbę dni wolnych od pracy, nie zawsze z nich w pełni korzystamy. Brak wypoczynku niesie jednak za sobą wiele negatywnych konsekwencji, które tłumaczą Agnieszka Janowska, radca prawny, dyrektor Departamentu Prawa Pracy w TGC Corporate Lawyers oraz Dorota Strzelec, psycholog pracy, dyrektor firmy doradczej StaffPoland Sp. z o.o.

Polak nie wypoczywa

Według danych Państwowej Inspekcji Pracy, ilość niewykorzystanych dni urlopów wypoczynkowych na przestrzeni ostatnich lat jest nadal znacząca, mimo przesunięcia terminu ostatecznego wykorzystania rocznego wymiaru urlopu z końca I kwartału na koniec III kwartału (30 września) roku następnego. Bywają rekordziści, którzy mają nawet po kilkadziesiąt dni zaległego urlopu, co oznacza, że nie wykorzystują go regularnie przez lata. Skutki prawne i psychologiczne

Jak wypoczywamy?

Szybkie tempo życia sprawia, że obecnie wypoczywamy inaczej niż jeszcze kilkanaście lat temu. Polacy bardzo polubili tzw. „długie weekendy”, „pomosty” i „przerwy świąteczne”, które dają możliwość kilkudniowego wypoczynku przy wykorzystaniu niewielu dni urlopu wypoczynkowego. Popularne też stały się 2-3 dniowe wyjazdy weekendowe.  Coraz rzadziej spotyka się minimum 3-tygodniowe urlopy
w okresie letnim.

Takie rozłożenie wypoczynku wynika nie tylko z „zapracowania” Polaków (choć dla niektórych jest to realny problem), ale też
z trudności w zaplanowaniu terminu dłuższego wypoczynku przez samego pracownika. Rzadko przecież ktoś z nas wyjeżdża na urlop sam, a zgranie terminu wyjazdu z parterem, rodziną czy znajomymi coraz częściej stanowi ogromne wyzwanie. Łatwiej jest więc zorganizować krótsze wyjazdy, które pozwalają na regularną regenerację sił.

Co nas męczy i stresuje?

Dzisiejsze zmęczenie różni się od tego, które odczuwali pracownicy w XIX i XX wieku. Dawniej zmęczenie kojarzyło się głównie z wysiłkiem fizycznym, a  do regeneracji  wystarczała odpowiednia ilość snu i jedzenia. Współczesny rodzaj zmęczenia ma zdecydowanie bardziej charakter psychiczny
i charakteryzuje je m.in.:

  • zmniejszenie koncentracji
  • spowolnienie i osłabienie postrzegania
  • zaburzenia emocjonalne (apatia lub rozdrażnienie)
  • spadek wydajności pracy (wzrost czasu reakcji, liczby błędów)
  • spadek motywacji
  • spadek formy fizycznej
  • wzrost zachorowań, urazów i wypadków.

Coraz większym problemem współczesnego środowiska pracy staje się tzw. przeciążenie informacyjne, czyli dopływ zbyt dużej ilości bodźców (wrażeń zmysłowych, komunikatów werbalnych i pozawerbalnych) w stosunku do naszych możliwości ich przetworzenia. Paradoksalnie większa ilość danych nie zapewnia nam lepszej informacji. Spada nasza koncentracja, co zwiększa skłonność do pomijania kluczowych danych, pojawia się deficyt uwagi, brakuje nam czasu na spokojne przemyślenie zadań, a w końcu rośnie poziom stresu. Co za tym idzie, jedną z konsekwencji przeciążenia informacyjnego jest spadek trafności podejmowanych decyzji.

Innym problemem związanym z nadmiarem informacji jest dążenie do stałego „bycia na bieżąco” oraz lęk, że coś nas omija, przegapiamy fakty, które powinniśmy znać. Zaburzenie tego typu, określone przez psychologów jako FOMO(fear of missing out), przejawia się w przymusie ciągłego upewniania się, że jesteśmy na bieżąco ze wszystkimi wiadomościami, kompulsywnego zerkania do komputera, smartfonu czy komórki bez wyraźnej potrzeby.

Jak odpoczywać aby wypocząć?

Pytaniem jakie każdy powinien sobie zdać jest następujące: jaki sposób wypoczynku jest zatem najlepszy dla mnie– leniuchowanie czy aktywność? Odpowiedź zależy to od tego, jaki rodzaj pracy wykonujemy oraz co nam sprawia przyjemność, jakie mamy hobby itp. Powinniśmy wybrać taki sposób spędzania urlopu, który nie będzie powodował uczucia bycia zobligowanym do robienia czegokolwiek.

Oczywiście, jeśli pracujemy na co dzień przy biurku, w czasie urlopu przyda nam się trochę aktywności fizycznej. Co więc dla tych bardziej aktywnych? Im też więcej ruchu nie zaszkodzi, gdyż uprawianie popularnych sportów (np. bieganie, pływanie, jazda na rowerze) wymaga uruchomienia zupełnie innych mięśni niż tych, które są aktywne w codziennej aktywności zawodowej. Ponadto badania wskazują, że aktywność fizyczna skutecznie redukuje zmęczenie i poprawia nastrój.

Dla części pracowników, a szczególnie menedżerów, sposób spędzania wolnego czasu jest także wizytówką – wyznacznikiem statusu i stylu życia. Choć na pewno miło jest pochwalić się znajomym zdjęciami z niebanalnych miejsc i wzbudzić zazdrość kolegów z pracy, pamiętajmy, że urlop to przede wszystkim czas na wypoczynek i regenerację sił. Spędźmy go więc tak, aby wrócić z dużym zapasem energii i wspomnieniami na całe życie.3xzdrowie Centrum Medyczne

Marcin Warszewski Dyrektorem Generalnym Liberty Direct

Należąca do amerykańskiej grupy Liberty Mutual Insurance firma ubezpieczeniowa Liberty Direct nominowała nowego Dyrektora Generalnego. Został nim Marcin Warszewski – dotychczasowy Dyrektor ds. Techniki Ubezpieczeniowej ubezpieczyciela. Będzie on odpowiadał za całość działalności i dalszy rozwój Liberty Direct w Polsce.

Zmiana na stanowisku nastąpiła w wyniku awansu dotychczasowego Dyrektora Generalnego Liberty Direct, Michała Kwiecińskiego, który objął stanowisko wiceprezesa Liberty International oraz Dyrektora Operacyjnego Regionu Emerging Europe.

„Nowe stanowisko stawia przede mną dużo wyzwań, wśród których najważniejszym jest utrzymanie szybkiego wzrostu Liberty. Naszą ambicją jest wejście do grupy największych firm ubezpieczeniowych w Polsce. Chcemy to osiągnąć dzięki rozwojowi nowych linii biznesowych oraz nowoczesnemu podejściu do sprzedaży. Szczególną wagę będziemy przywiązywać do współpracy z agentami. Dobre perspektywy rozwoju biznesu ubezpieczeniowego w Polsce powodują, że dla Grupy Liberty Mutual Insurance jesteśmy jednym z najważniejszych rynków” – powiedział Marcin Warszewski, Dyrektor Generalny Liberty Direct.

„Marcin Warszewski to menedżer o wysokich kompetencjach zarządczych, który wielokrotnie udowodnił swoją skuteczność. Stawiamy na dalszy rozwój biznesu w Polsce i jestem przekonany, że Marcin będzie odnosił liczne sukcesy pełniąc nową funkcję” – powiedział Michał Kwieciński, wiceprezes Liberty International.

Marcin Warszewski jest związany z Liberty Direct od 2009 roku. W 2011 r. objął stanowisko Dyrektora ds. Techniki Ubezpieczeniowej  i odpowiadał m.in. za rozwój produktów, aktuariat, underwriting i likwidację szkód. Wcześniej pracował w McKinsey & Company, ostatnio jako Młodszy Partner, gdzie doradzał klientom sektora finansowego – bankom i towarzystwom ubezpieczeniowym. Zrealizował szereg projektów w Europie Środkowo-Wschodniej, USA i na Bliskim Wschodzie, dotyczących strategii biznesu i zarządzania działalnością operacyjną. Jest absolwentem Politechniki Warszawskiej.

Liberty Direct jest jedną z najszybciej rozwijających się firm ubezpieczeniowych. Działa na polskim rynku od 2007 roku. Początkowo oferowała polisy w systemie bezpośrednim, by następnie objąć siecią dystrybucji również agentów ubezpieczeniowych i partnerów bankowych. Obecnie jej oferta obejmuje szeroki zakres ubezpieczeń komunikacyjnych, mieszkaniowych oraz turystycznych. Dzięki dynamicznemu rozwojowi w 2013 roku firma zebrała 298,1 mln PLN składki brutto.

Jak nie wpaść w pułapkę nieefektywnej nadpłynności?

Adam Lipka – ekspert w Departamencie ds. Klientów Instytucjonalnych Union Investment TFI

Utrzymanie prawidłowego wskaźnika bieżącej płynności firmy, a tym samym relacji pomiędzy zobowiązaniami a posiadanymi środkami obrotowymi, to klucz do sprawnego zarządzania finansami firmy. Często zdarza się jednak, że dążąc do utrzymania płynności przedsiębiorstwo popada w okresową nadpłynność. To zaś nieuchronnie prowadzi do pułapki obniżenia efektywności środków obrotowych. Czy można wzmocnić efektywność zarządzania tymi środkami?

Zadecydowanie tak, o ile uświadomimy sobie, czym jest pułapka okresowej nadpłynności. W dużym uproszczeniu, jest to rezultat nieoptymalnych, nadmiernie asekuracyjnych praktyk w zakresie zarządzania firmowymi pieniędzmi. Choć skala zjawiska jest zależna od cykli rynkowych, w jakich funkcjonuje przedsiębiorstwo w danej branży, sam schemat wygląda podobnie. Firma, chcąc zachować płynność i swobodę w bieżącym dysponowaniu kapitałem – wpływającym na firmowe konto nieregularnie i w różnych kwotach – pozostawia  większość albo wręcz całość tych środków na rachunku bankowym, często sprzężonym z lokatą overnight. Decyzją prezesa, dyrektora finansowego lub księgowego środki te są przetrzymywane dotąd, aż uzbiera się wystarczająca  kwota, by zawiązać terminową lokatę bankową lub firma zrealizuje zaplanowaną na dany termin płatność do kontrahenta. Po ostatecznym podliczeniu okazuje się, że znaczna część pieniędzy leży na rachunku z obniżoną efektywnością przychodową. Wynika to bezpośrednio z niskiego oprocentowania depozytów overnight. Zwykle jest to formuła zmienna oparta o wskaźnik WIBID.

Średnie oprocentowanie lokaty „nocnej” w relacji do poziomu inflacji nie zwiększa zanadto zysków w ujęciu realnym. Z tego względu coraz więcej firm, idąc za trendem wyraźnym na Zachodzie, zleca zarządzanie posiadanymi nadwyżkami wyspecjalizowanym w tym obszarze instytucjom finansowym.

Overnight vs. fundusz

Firma ma do dyspozycji kilka możliwości, m.in. skorzystanie z funduszy inwestycyjnych lub usługi asset management. Rozwiązaniem najprostszym do wykorzystania, a jednocześnie pozwalającym na osiągnięcie większego dodatkowego przychodu jest fundusz inwestycyjny pieniężny, najlepiej taki, którego strategia inwestycyjna akcentuje kwestię istotną z punktu widzenia firmy – bezpieczeństwo. Ile można zyskać? Dla uproszczenia załóżmy, że dysponujemy kwotą rzędu miliona złotych, którą planujemy ulokować na miesiąc. Ponadto przyjmijmy, że średnie oprocentowanie depozytu overnight to 1,5 proc., a funduszu pieniężnego to 3,5 proc. w skali roku. Przy takich parametrach na lokacie overnight firma mogłaby zarobić miesięcznie ok. 1250 zł. W tym samym czasie fundusz pieniężny zarobiłby ponad 2900 zł. Jeśli pomnożymy uzyskane wyniki przez 12 miesięcy, zysk z bardziej rentownego narzędzia wzrośnie już do 35 tys. zł.

Biorąc pod uwagę, że w celu wypracowania tego dodatkowego zysku stanowiącego przychód finansowy, firma nie musi podejmować żadnego wysiłku ani wyrzeczeń, a co więcej – z punktu widzenia operacyjnego, w przeciwieństwie do lokaty terminowej w banku, z funduszu pieniężnego środki mogą być wypłacane niemal z dnia na dzień bez utraty odsetek – dylemat „mieć czy nie mieć” wydaje się czysto akademicki.

Czas życia pieniądza

Co jeszcze może pomóc firmie w bardziej efektywnym zarządzaniu kapitałem? Uświadomienie sobie prostego, ale jakże ważnego faktu, że środki wpływające na firmowe konto są przeznaczane na realizację różnych potrzeb i zobowiązań (płatności dla kontrahentów, opłaty stałe, pensje dla pracowników, inwestycje etc.), a ich cykl jest różny. Dlatego warto w pierwszej kolejności oszacować spodziewane miesięczne wypływy środków pieniężnych do firmy. Następnie należy oszacować wartość faktur obciążających w danym miesiącu i zostawić minimalny bufor płynnościowy na wypadek nieprzewidzianych wydatków. Na koniec firma powinna przeanalizować terminy płatności faktur dla kontrahentów i innych zobowiązań. Po przygotowaniu takiego zestawienia otrzymamy jasną odpowiedź, jaka część środków będzie potrzebna na bieżące płatności, a jaka dopiero za jakiś czas. To proste zasady, które jednak w ostatecznym rozrachunku pozwolą uniknąć firmie pułapki nieefektywnej nadpłynności, a dzięki temu zwiększyć przychody finansowe firmy

Więcej klientów w salonach samochodowych

Zgodnie z najnowszymi danymi ACEA, od stycznia do czerwca br. w Unii Europejskiej zostało zarejestrowanych 6,6 mln nowych samochodów osobowych, czyli o 6,5% więcej niż rok temu.Czerwiec był dziesiątym miesiącem z rzędu, w którym wzrosła europejska sprzedaż osobówek. Na plusie pierwsze półrocze zakończyła także Polska – z naszych salonów wyjechało o 19% więcej aut niż rok temu. Przedstawiciele Exact Systems podkreślają, że dobry rezultat utrzymał się w dużej mierze dzięki „kratce” i lepszym wynikom wypracowanym w pierwszym kwartale.

Półroczny wynik rejestracji nowych osobówek osiągnięty przez polski rynek cieszy, ale wpływ na to miał przede wszystkim pierwszy kwartał. Podczas gdy pierwsze trzy miesiące rynek sprzedaży zamknął w okolicach „30%”, tak od kwietnia do czerwca dynamika r/r konsekwentnie spowalniała. Kluczowym powodem takiej sytuacji była zmiana przepisów związana
z odliczaniem VAT, która po zakończeniu pierwszego kwartału zmniejszyła ruch w salonach samochodowych – mówi Paweł Gos, prezes Exact Systems i ekspert Polskiej Izby Motoryzacji

W czerwcu br. w Centralnej Ewidencji Pojazdów pojawiło się 25 750 nowych samochodów osobowych, czyli o 2,2% więcej niż w tym samym miesiącu 2013 r. Od początku roku z polskich salonów wyjechało 175 910 osobówek, co oznacza 19,3% dynamikę rok do roku. W strukturze nabywców firmy przeważają nad klientami indywidualnymi (60:40).

W europejskich salonach ożywienie, wyzwanie dla Wielkiej Brytanii

Czerwiec to dziesiąty miesiąc z rzędu, w którym sprzedaż samochodów osobowych w UE odnotowała wzrost. Europejczycy w czerwcu kupili prawie 1,2 mln nowych osobówek, czyli o 4,5% r/r więcej niż w analogicznym miesiącu ubiegłego roku. W sumie w pierwszej części br. z salonów wyjechało 6,6 mln aut (+6,5% r/r).Od stycznia słupki rejestracji nowych aut konsekwentnie rosną, choć wciąż bardzo powoli. Nie zachwyca także wolumen, którego obecny poziom jest najniższy od kilku lat. Jednak ożywienie jest zauważalne, szczególnie w takich krajach jak Hiszpania czy Włochy, i mamy nadzieję, że w kolejnych miesiącach będzie już stałym trendem – mówi Jacek Opala, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w Exact Systems.

Osobówki najwięcej właścicieli w pierwszym półroczu znalazły w Niemczech (1,5 mln), choć tutaj w czerwcu sprzedaż lekko spadła (-2% r/r). Na drugim miejscu znalazła się fenomenalna Wielka Brytania z 1,3 mln zarejestrowanych osobówek, która od ponad dwóch lat odnotowuje comiesięczne wzrosty. Według Opali dobre wyniki na Wyspach Brytyjskich to zasługa bardzo dobrych warunków ekonomicznych, które napędzają tamtejszą sprzedaż nowych samochodów. Rekordowo niskie stopy procentowe i wzrost zatrudnienia zbudowały wśród konsumentów zaufanie do zakupu drogich towarów. Wyzwaniem natomiast może okazać się trend odwrotny, kiedy stopy procentowe zaczną rosnąć z obecnego poziomu 0,5%, zdrożeją kredyty, a dynamika wzrostu płac zahamuje. A to może wydarzyć się już wkrótce – twierdzi Opala.

W Polsce liderem Skoda, w UE Volkswagen

W czerwcu najchętniej kupowaną marką samochodową w segmencie osobówek w Polsce była Skoda, za nią uplasowali się Opel i Ford. Skoda jest także liderem rankingu marek po pierwszej połowie tego roku, a jej Oktavia pozostaje numerem jeden wśród modeli. W Europie nadal najlepiej radzi sobie marka Volkswagen z ponad 800 tys. sprzedanych aut
w pierwszej części roku.

Wzrost w całym 2014 r.?

W opinii przedstawicieli Exact Systems, półroczny wzrost sprzedaży samochodów osobowych w Polsce może oznaczać powrót na ścieżkę długotrwałego wzrostu. Z jednej strony, będzie to zależne od popytu inwestycyjnego ze strony polskich przedsiębiorców, dla których obowiązujące od 1 kwietnia br. przepisy podatkowe nie są może takie, jakich wszyscy sobie życzyliśmy, jednak i tak stanowią pozytywny bodziec do zakupów. Z drugiej, liczymy, że coraz więcej klientów indywidualnych będzie odwiedzać salony samochodowe. Sprzyjać temu powinny nie tylko organizowane cały czas promocje dealerów samochodowych, ale także korzystne otoczenie gospodarcze – mówi Paweł Gos. Stąd liczba 310–320 tys. nowych rejestracji w całym 2014 r., czyli ok. 5-10% wzrost r/r, jest się moim zdaniem bardzo realna – ocenia przedstawiciel Exact Systems.

Nowa wiceprezes ds. marketingu w Kompanii Piwowarskiej i polskie akcenty w SABMiller Latin America

Do zarządu Kompanii Piwowarskiej dołączyła Iwona Doktorowicz-Dudek. Zastąpiła na stanowisku wiceprezesa ds. marketingu Piotra Jurjewicza, który z kolei podejmie nowe wyzwania w Grupie SABMiller jako Consumer Integrated Marketing Director na region Ameryki Łacińskiej.

Iwona Doktorowicz-Dudek to obecnie druga kobieta w zarządzie Kompanii Piwowarskiej – obok Marzeny Piórko, wiceprezes ds. sprzedaży – oraz kolejna na stanowisku wiceprezesa ds. marketingu, bowiem przed Piotrem Jurjewiczem funkcję tę pełniła Jessica Spence. Ma wieloletnie doświadczenie marketingowe, które zdobyła w wiodących firmach z sektora FMCG. Przez ostatnie 10 lat pracowała w Grupie Danone na stanowiskach marketingowych w kraju i za granicą w obszarze produktów mlecznych oraz ciastek. W latach 2012-2014 pełniła funkcję dyrektora marketingu Danone Polska, rozwijając z sukcesem silne polskie i międzynarodowe marki, takie jak Activia, Actimel, Danonki, Danio, jogurt Danone, Fantasia czy Gratka.

Zanim dołączyła do Grupy Danone, zdobywała doświadczenie zawodowe na stanowiskach managerskich w firmach Reckitt Benckiser oraz Tchibo.Iwona Doktorowicz-Dudek ukończyła filologię angielską na Uniwersytecie Śląskim, a następnie MBA na Uniwersytecie Warszawskim i Illinois.

Dotychczasowy wiceprezes ds. marketingu Piotr Jurjewicz pełnił tę funkcję od lutego 2012 roku. Wkrótce zmierzy się z nowymi wyzwaniami w oddziale SABMiller w Miami, gdzie rozpocznie pracę na stanowisku Consumer Integrated Marketing Director. To kolejny etap jego kariery w Grupie – przez wiele lat osiągał liczne sukcesy w wielu spółkach SABMiller na świecie. Piastował stanowisko wiceprezesa ds. marketingu w Kolumbii (2009-2012), Peru (2006-2009) oraz Rumunii (2004-2006), a wcześniej regionalnego managera marketingu w SABMiller Europa w Budapeszcie (2002-2004).

Od 1996 roku pracował w Lech Browary Wielkopolski, kolejno jako brand manager, public affairs manager oraz dyrektor ds. innowacji marketingowych. W 1998 roku został mianowany dyrektorem ds. marketingu w Browarach Tyskich Górny Śląsk, od 1999 roku piastował stanowisko najpierw group brand managera, a następnie, już w Kompanii Piwowarskiej – dyrektora grupy marek, które zajmował do 2002 roku. Piotr Jurjewicz jest absolwentem filologii hiszpańskiej na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, ponadto ukończył MBA na Nottingham Trent University we współpracy z Wielkopolską Szkołą Biznesu w Poznaniu.

Marka Kazar została nominowana do prestiżowego finału World Retail Awards w kategorii Growth Market Retailer of the Year

Marka Kazar została nominowana do prestiżowego finału World Retail Awards w kategorii Growth Market Retailer of the Year. Spośród wszystkich światowych firm wyróżniono łącznie siedem przedsiębiorstw.

Nagrodzono najszybciej rozwijające się firmy prowadzące sprzedaż detaliczną na rynkach rozwijających się i wysoko rozwiniętych, których sukces finansowy przekłada się na przychody i rentowność. Tegoroczni finaliści z Europy to oprócz Kazar Footwear, także dwa przedsiębiorstwa z Turcji oraz po jednym z Arabii Saudyjskiej, Emiratów Arabskich oraz Chin i Brazylii. Gala finałowa, na której zostaną ogłoszone wyniki, odbędzie się 30 września w Paryżu.

Światowa kapituła fachowców docenia przedsiębiorczość, konsekwencję i skuteczność w realizacji biznesowych celów oraz innowacyjnych działań.

Kazar to oryginalna i prestiżowa marka, która kreuje trendy. Prezentuje awangardowe i luksusowe kolekcje butów, torebek i pasków, łącząc dobry styl z bezwarunkowym oddaniem jakości. Firma wykorzystuje potencjał lokalnego rynku i pomimo planów zagranicznej ekspansji, rozbudowuje sieć salonów w Polsce, których liczba z pięćdziesięciu ma docelowo wzrosnąć do osiemdziesięciu. Nowe inwestycje planowane są również w obszarze Europy Środkowo-Wschodniej i Bliskiego Wschodu.

Ponad 36 mln PLN na prace badawczo – rozwojowe i 160 mln na wdrożenia dla dużych i małych przedsiębiorstw

W ramach programu GEKON firma może uzyskać od 0,5 mln do 10 mln PLN bezzwrotnej dotacji na planowane prace badawczo-rozwojowe. GEKON czyli Generator Koncepcji Ekologicznych powstał z inicjatywy Narodowego Centrum Badań i Rozwoju oraz Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w celu wspierania projektów badawczych i wdrożeniowych dotyczących innowacyjnych technologii proekologicznych.  Nabór wniosków na prace badawczo – rozwojowe rozpocznie się 9 sierpnia i potrwa do 8 września 2014 r.

W ramach rozpoczynającej się właśnie drugiej edycji programu pula środków dostępnych na potrzeby prac badawczo – rozwojowych wynosi 36 mln PLN, a dodatkowe 160 mln PLN bezzwrotnej dotacji przewidziano na wdrożenia nowych rozwiązań. Program przeznaczony jest zarówno dla dużych przedsiębiorców, jak i firm z sektora MSP.

„Atrakcyjność programu GEKON polega na tym, że wspiera on nie tylko prace badawcze, ale pomaga również wdrożyć opracowane rozwiązania – mówi Beata Tylman, dyrektor Zespołu Pomocy Publicznej w PwC. – Co ciekawe, w ramach GEKONa szanse na dotacje mają nie tylko firmy działające w branży ochrony środowiska, ale również np. firmy produkcyjne, które mają pomysł na wdrożenie innowacji pozwalającej na osiągnięcie wymiernego efektu ekologicznego”.  

W pierwszej edycji konkursu wpłynęło 366 wniosków, a dofinansowanie na łączną kwotę 77 mln PLN otrzymały 24 projekty. Wśród wybranych inicjatyw znalazły się m. in. projekt inteligentnego systemu sterowania oświetleniem ulicznym, czy inteligentne gniazdo energetyczne, wykorzystujące innowacyjne technologie pozyskiwania i przetwarzania energii ze źródeł odnawialnych.

Podobnie jak w pierwszej edycji, także i teraz konkurs został podzielony na dwa etapy: (1) badawczo-rozwojowy oraz (2) wdrożeniowy. W pierwszej fazie przedsiębiorcy mogą składać wnioski o dofinansowanie planowanych prac badawczo-rozwojowych w jednym z pięciu obszarów m.in. efektywność energetyczna i magazynowanie energii czy nowatorskie metody otrzymywania paliw, energii i materiałów z odpadów oraz recyklingu odpadów.

Następnie, po ukończeniu prac badawczo-rozwojowych można ubiegać się o dofinansowanie wdrożenia opracowanego rozwiązania i uzyskać nawet do 20 mln PLN bezzwrotnej dotacji z puli 160 mln PLN (kwota ta przeznaczona jest na dwie rundy: pierwszą z poprzedniego roku i obecną). W części dotyczącej wdrożeń decyduje kolejność zgłoszeń następujących sukcesywnie po skończeniu badań, gdy wyniki są gotowe do wdrożenia.

Beata Tylman, dyrektor Zespołu Pomocy Publicznej w PwC
Beata Tylman, dyrektor Zespołu Pomocy Publicznej w PwC

W porównaniu do pierwszej edycji konkursu uproszczono proces składania wniosków. Po pierwsze, zlikwidowano etap wniosków wstępnych, który stanowił formę preselekcji przed fazą badawczą i wymagał przygotowania odrębnej dokumentacji. W efekcie w obecnym konkursie można ubiegać się już bezpośrednio o dofinansowanie fazy B+R. Po drugie, zrezygnowano ze znanego z pierwszej edycji panelu ekspertów, a to oznacza że teraz decydująca jest ocena wniosku dokonana przez 3 niezależnych ekspertów. Bez większych zmian pozostały jednak kryteria oceny, które podobnie jak wcześniej dotyczą m.in. innowacyjności rozwiązania, związanego z nim efektu ekologicznego czy też dorobku i zasobów wnioskodawcy” – podkreśla Beata Tylman.

W konkursie mogą brać udział zarówno firmy startujące samodzielnie, jak i grupy przedsiębiorstw oraz konsorcja składające się z przedsiębiorstw oraz jednostek naukowych. W takim przypadku jednak, wymagane jest aby to firma pełniła rolę lidera konsorcjum.

„Konkurs zapewne będzie cieszył się dużym zainteresowaniem zarówno ze względu na atrakcyjne warunki, jak i szerokie spektrum potencjalnych beneficjentów. Pamiętajmy także, że jesteśmy obecnie w okresie przejściowym pomiędzy starą a nową perspektywą finansową, a tym samym GEKON to jedna z niewielu szans na pozyskanie bezzwrotnej dotacji na przedsięwzięcia w 2014 roku – dodaje Beata Tylman.

Już niedługo będziemy wiedzieć jak oceniać 2014 rok

O ostatnich wydarzeniach w gospodarce i na rynkach obligacji rozmawiamy z Dariuszem Laskiem, Dyrektorem Inwestycyjnym ds. Papierów Dłużnych Union Investment TFI

Zbliża się koniec lipca i można już chyba powiedzieć, że myliły się te osoby, które spodziewały się słabego roku dla obligacji.

Wydaje się, że tak, choć powstrzymałbym się od ostatecznych deklaracji. Do końca roku pozostało jeszcze ponad 5 miesięcy, które mogą przynieść nieoczekiwane scenariusze. Jednak jeśli na rynkach nie wydarzy się nic nieprzewidzianego, to 2014 rok będzie można nazwać rokiem obligacji.

Jak powinniśmy oceniać ostatnie gorsze dane dotyczące produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej w kraju?

Produkcja przemysłowa w Polsce r/r wzrosła tylko o 1,7%, a sprzedaż detaliczna tylko o 1,2% i rzeczywiście są to wyniki zaskakująco niskie, jednak z wyciąganiem dalekosiężnych wniosków należy się wstrzymać przynajmniej do potwierdzenia tych danych w kolejnych miesiącach. Dopiero wówczas będziemy mogli mówić o ewentualnym trendzie. Tym bardziej że podobna sytuacja występuje w wielu innych krajach Europy Zachodniej.

A czy w obliczu takich danych możemy się spodziewać zmiany stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej?

Takie wyniki na pewno dały do myślenia członkom RPP, którzy uświadomili sobie, że być może należałoby obniżyć stopy procentowe. Rynek wycenia obniżki stóp procentowych, a wspomniane dane o produkcji przemysłowej mogą je jeszcze wzmocnić.

Czy lepszego momentu na obniżkę stóp nie było kilka kwartałów temu?

Lepiej byłoby, gdyby już wcześniej RPP decydowała o głębszych obniżkach stóp procentowych. Teraz jest trochę za późno, a napływające słabe dane z gospodarki mogą stanowić problem. Wczoraj Węgry obniżyły stopy procentowe o 0,2% (do poziomu 2,10%) ze wskazaniem, że jest to koniec bieżącego cyklu obniżek stóp.

Swoje wnioski wyciągnął również odpowiednik RPP w Turcji (TCMB), gdzie stopy znów spadły – trzeci raz w roku.

Dokładnie tak, choć akurat w wypadku Turcji wszyscy spodziewali się takiego ruchu. Pytanie nie brzmiało, czy i kiedy stopy spadną, ale o ile. Ostatecznie zostały obniżone o 50 punktów bazowych i zostało to odebrane jako ustabilizowanie sytuacji. Nie powinno to mieć większego wpływu na kurs liry, która i tak jest na dosyć niskich poziomach, ale już funduszom tam inwestującym powinno dać pozytywny impuls.

Czy podobne pozytywne impulsy na światowych rynkach łatwo dostrzec obecnie?

Obecnie rynek znajduje się w zawieszeniu pomiędzy ciągle spadającymi rentownościami a oczekiwaniami na wzrost rentowności papierów skarbowych. W Stanach Zjednoczonych, przynajmniej jeśli wierzyć temu, co mówią przedstawiciele Rezerwy Federalnej, program skupowania aktywów zostanie niedługo zakończony. Według tamtejszych banków inwestycyjnych podwyżek stóp procentowych możemy się spodziewać prawdopodobnie w 2015 r. W momencie, w którym rynek uwierzy, że stopy procentowe będą podnoszone, obudzimy się w całkowicie nowej rzeczywistości, a rynek może powrócić na ścieżkę rentowności. W Europie natomiast EBC jest gotowy do podjęcia działań w ramach luzowania polityki pieniężnej. Dopiero kolejne dane makro wskażą konkretny kierunek na 2014 i 2015 r. Obecną sytuację można więc porównać do rzeki, płynącej spokojnie, ale zbliżającej się do zakrętu, który nie pozwala zobaczyć, co będzie dalej. Na klarowniejsze oceny przyjdzie nam więc jeszcze chwilę poczekać.

Jak postrzegamy inwestowanie?

Co czwartemu Polakowi korzystającemu z Internetu, inwestowanie kojarzy się z funduszami inwestycyjnymi,  27 procentom z oszczędzaniem, a 38 procentom z możliwością dużego zysku, ale obarczonego ryzykiem. Tylko co dwudziestej osobie obracanie kapitałem kojarzy się z „dreszczykiem emocji” – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Domu Maklerskiego BOŚ i Union Investment TFI1.

Jakie emocje towarzyszą nam podczas inwestowania, jak postrzegamy ryzyko z nim związane oraz co popycha Polaków do funduszy inwestycyjnych lub co ich przed nimi hamuje – te kwestie sprawdził Interaktywny Instytut Badań Rynkowych. Jednym z pozytywnych przekazów, jaki płynie z badania jest fakt, że respondenci są często świadomi ryzyka, jakie towarzyszy inwestowaniu, a jednocześnie wiedzą, jak można je ograniczyć.

Aż połowa respondentów zdaje sobie sprawę z faktu, że dywersyfikacja produktów finansowych jest czynnikiem obniżającym poziom ryzyka przy inwestowaniu – podkreśla Piotr Minkina, Dyrektor ds. Produktów Inwestycyjnych Union Investment TFI. – To relatywnie dużo, choć wśród osób podzielających ten pogląd przeważają badani z wyższym wykształceniem i lepszymi zarobkami. Te osoby raczej nie zostaną wprowadzone w błąd. Bardziej obawiałbym się stanu wiedzy osób, które są gorzej wyedukowane i zarabiają mniej, a kuszone są „niepowtarzalnymi” ofertami inwestycyjnymi – komentuje Piotr Minkina

Właśnie brak wiedzy zarówno dotyczącej sytuacji na rynkach i jak w kwestii tego, na czym polega inwestowanie jest główną przeszkodą przed podjęciem decyzji o rozpoczęciu inwestowania. Co ciekawe Ci, którzy mają już doświadczenie (kupowali fundusze), twierdzą (33%), że inwestowanie w fundusze jest łatwiejsze niż bezpośrednio w akcje na giełdzie.

Świadomość Polaków na temat inwestowania rośnie. Wiedzą, że większy zysk wiąże się z ryzykiem. Zdają sobie sprawę z konieczności posiadania wiedzy. Brakuje im jeszcze rozeznania, jakie instrumenty i jaki styl inwestowaniajest odpowiedni dla nich. Wskazuje na to wrzucenie wszystkich rodzajów funduszy do worka „ryzyko” albo podawanie jako głównej bariery
braku wiedzy nt. sytuacji na rynkach – komentuje Michał Wojciechowski, z-ca Dyrektora Domu Maklerskiego BOŚ. Oznacza to, że Polacy nie mają świadomości, że wśród funduszy jest grupa o niskim ryzyku, porównywalnym z lokatami bankowymi oraz że istnieją style inwestycyjne, które nie wymagają codziennego kontrolowania sytuacji na rynkach np. strategie uśredniania DCA.
W swoich działaniach edukacyjnych, staramy się kłaść nacisk właśnie na praktyczny aspekt, pokazując, jak efektywnie inwestować w fundusze, nie będąc specjalistą rynku i nie przeznaczając na to wielu godzin tygodniowo – dodaje Wojciechowski.

Tak naprawdę do inwestowania w fundusze wcale nie potrzebna jest ekspercka wiedza po stronie klienta. Tę wiedzę posiadają zarządzający, którzy opiekują się naszym portfelem, znają nasz poziom dopuszczalnego ryzyka oraz inne preferencje. Biorąc je pod uwagę eksperci opracowują najlepszą strategię inwestycyjną, aby osiągnąć określony cel. Klient jedynie go wyznacza. Drogą do jego osiągnięcia zajmują się już profesjonaliści – podkreśla Piotr Minkina.  

Badanie pokazuje też, jak wygląda oswajanie ryzyka przez osoby już poruszające się na gruncie inwestycyjnym. Pytając respondentów, jakie ryzyko zaakceptowaliby dla całości swoich środków niemal wszyscy (90%) odpowiadają, że osiągnięcie zysku poniżej oczekiwań (47%), a w najgorszym przypadku, zysku na poziomie inflacji (43%). Jednak już dla części środków tolerancja dla ryzyka znacznie wzrasta – co piąty badany pogodzi się z utratą części początkowego kapitału, a 17% z zyskiem poniżej inflacji.

Co więc mówi nam generalnie badanie postaw związanych z oszczędzaniem i inwestowaniem? Że Polacy aktywni w Internecie racjonalnie podchodzą do pieniędzy, choć czasem brakuje im obiektywnego podejścia do instrumentów finansowych, takich jak fundusze inwestycyjne. Nasza wiedza i znajomość charakterystyki rozwiązań finansowych jednak rośnie i to jest na pewno pozytywna przesłanka przed kolejnymi badaniami.

1 Badanie w formie ankiety internetowej (CAWI) zostało przeprowadzone na zlecenie Domu Maklerskiego BOŚ i Union Investment TFI przez Interaktywny Instytut Badań Rynkowych w marcu 2014 r. Badanie zrealizowano wśród osób w wieku 20-65 lat o stabilnej sytuacji finansowej, aktywnie korzystający z internetu w zakresie operacji finansowych (obsługa konta, zakupy online), wielkość próby: N=600.

Ile czekamy na pieniądze i dlaczego tak długo?

O tym, że Polska wiedzie prym w rankingach związanych z nieterminowym regulowaniem należności przekonują systematycznie raporty wywiadowni gospodarczych. Ile średnio czekamy na pieniądze, a ile dochodzimy ich w sądzie oraz jakie są przyczyny opóźnień w płatnościach? Specjaliści od windykacji ujawniają powody, na które najczęściej powołują się dłużnicy.

Z raportu „Doing Business” Banku Światowego wynika, że od momentu złożenia pozwu do uzyskania płatności upływa w naszym kraju średnio 685 dni. To blisko dwa lata. Eksperci od windykacji podkreślają, że złożenie pozwu najczęściej poprzedzają długie tygodnie, a nawet miesiące, w których wierzyciele próbują polubownie dochodzić zwrotu długu.  Jaka jest skala problemu wynika z przeprowadzonych przez Bisnode B&D badania „Barometr płatności na świecie 2014”. Wyniki tego raportu pokazują, że wśród 15 krajów europejskich, poza Portugalią i Wielką Brytanią, w Polsce jest najgorzej pod względem terminowego regulowania płatności. Dlaczego tak się dzieje?

Powód nr 1: Nie płacę, bo mi nie zapłacili

Biznes to system naczyń połączonych. Jeżeli firma A nie zapłaci firmie B za dostawy towaru czy wykonanie usługi, ta druga również może mieć problem z uregulowaniem płatności wobec własnych dostawców. Większość przedsiębiorców przyznaje, że zatory finansowe stanowią barierę w rozwoju i są najczęstszą przyczyna nieregulowania zobowiązań, dlatego w sloganie branżowym zjawisko to określa się mianem „łańcuszków nieszczęścia”. Czyjś dłużnik jest jednocześnie czyimś wierzycielem. Przedsiębiorcy popadający w tarapaty finansowe najczęściej nie mają możliwości zaciągnięcia kredytu bakowego, dlatego w poczuciu bezsilności oczekują biernie na rozwój wydarzeń. W kontekście problemów finansowych traktują firmy z branży obrotu wierzytelnościami raczej jako zagrożenie. Tymczasem wiele firm windykacyjnych ma w swojej ofercie również finansowanie należności, nawet tych, których termin płatności już minął.

– Długi oznaczają problemy i tylko sprzedaż należności może być szybkim zastrzykiem gotówki, który pozwala obudować naruszoną płynność finansową. Dla przedsiębiorców, którzy mają przejściowe problemy finansowe przeznaczona jest usługa restrukturyzacji zobowiązań oraz faktoringu odwrotnego. Instytucja finansująca może dokonywać płatności w imieniu klienta u jego dostawców lub zapewnić finansowanie wraz z harmonogramem spłat wobec urzędów i kooperantów. Często spotykamy się z sytuacją, kiedy dłużnik, wobec którego prowadziliśmy działania windykacyjne staje się naszym klientem i korzysta na przykład z oferowanych przez Spółki z Grupy Pragma Inkaso usług finansowych. Oczywiście jest to możliwe, kiedy brak wpłaty wynika z trudności finansowych, a nie ze złej woli – podkreśla Michał Kolmasiak, W-ce prezes Zarządu Pragma Inkaso SA.

Powód nr 2: Nie zapłacę, bo szkoda mi pieniędzy

Zła wola to druga w kolejności przyczyna nieterminowego regulowania należności. Patologiczna odmiana oszczędności, czyli zwyczaj kredytowania własnej działalności pieniędzmi kooperantów, staje się powoli naszą rodzimą tradycją, choć w mniejszym lub większym stopniu dotyczy wszystkich gospodarek światowych. Niemniej w Polsce zaledwie 30,5 proc. faktur jest płaconych na czas. Przedsiębiorcy nie zawsze mogą uzyskać kredyt obrotowy. Zgodnie z danymi Eurostatu, ponad połowa małych i średnich przedsiębiorstw nie ma żadnych szans na uzyskanie pozytywnej oceny analityków bankowych. Dlatego z każdym rokiem zyskuje na popularności faktoring (w ubiegłym roku obroty firm zrzeszonych w Polskim Zawiązku Faktoringowym wyniosły blisko 100 miliardów złotych), wciąż jednak nie wszyscy przedsiębiorcy wiedzą co to takiego. Wspomniane rozwiązania, takie jak kredyt czy faktoring mają poniekąd tę wadę, że nie są tak tanie jak przetrzymywanie pieniędzy kooperanta.

Można spekulować, że na naszą moralność płatniczą deprawująco wpłynął długi okres spowolnienia gospodarczego, który usprawiedliwiał wszelkie opóźnienia w regulowaniu płatności. W tym samym czasie na popularności zyskał też kredyt kupiecki, który w poszczególnych branżach warunkuje utrzymanie współpracy. Możliwość zakupu z odroczonym terminem płatności firmy traktują jako wartość dodaną do oferowanych produktów i usług. Dla części przedsiębiorców konieczność wydłużania terminów płatności jest jednak ciężarem nie do udźwignięcia.

Powód nr 3: Wszystkie inne nieszczęścia

Trzecia grupa dłużników to przedsiębiorcy, którzy właściwie zaprzestali już działalności. W ich przypadku niewypłacalność jest najczęściej faktem potwierdzonym wyrokiem sądowym. Popularna definicja upadłości to właśnie utrata zdolności do regulowania zobowiązań. W zależności od branży jej przyczyny są różne. W Polsce zgodnie z danymi GUS rokrocznie rejestruje się ok. 300 000 nowych podmiotów. Niewiele mniej co roku zamyka swoją działalność, najwięcej z nich jeszcze w pierwszym roku. Analitycy zauważają tendencję spadkową jeżeli chodzi o liczbę ogłoszonych upadłości. W pierwszym półroczu br. odnotowano upadłości 402 podmiotów, co oznacza 11 proc. spadek wobec analogicznego okresu roku ubiegłego, ale to wciąż jest 100 proc. więcej niż odnotowywano przed kryzysem.*

Wielu firmom nie udaje się przetrwać ze względu na dużą konkurencję na rynku, złe oszacowanie ryzyka transakcji czy właśnie zatory płatnicze. W postępowaniu upadłościowym, jeżeli majątku wystarczy na zaspokojenie roszczeń publicznoprawnych, czyli wobec Urzędu Skarbowego i ZUS sytuację uważa się za całkiem dobrą, ale tylko dla Skarbu Państwa. Dla pozostałych wierzycieli oznacza to bowiem bezpowrotną utratę gotówki. Planowana nowelizacja ustawy ma zmienić uprzywilejowaną pozycję ZUS, US i innych instytucji państwowych nad wierzycielami prywatnymi w dochodzeniu roszczeń.

Windykatorom raczej nie grozi bezrobocie

Wniosek jest prosty: ten kto chce odzyskać swoje pieniądze powinien reagować natychmiast. – Sukces windykacji polubownej pozwala odzyskać pieniądze bez długotrwałego postępowania sądowego. Firmy windykacyjne oferują kompleksową usługę windykacji na każdym etapie, polubownym i sądowym, bo takie działania optymalizują efekt. Jeżeli dłużnik ma złą wolę, jest niewypłacalny, wówczas wystąpienie na drogę sądową może być konieczne. Zawsze jednak w pierwszej kolejności profesjonalni windykatorzy podejmują negocjacje. W branżowym sloganie mówimy, że sprawa zaczęła „się spłacać”. Żeby się jednak „spłacała”, wierzyciele powinni być aktywni w dochodzeniu roszczeń – ocenia Michał Kolmasiak.

Najwyraźniej takiego zdania jest również ustawodawca, który na mocy ustawy o terminach zapłaty w transakcjach handlowych obowiązującej od 27 kwietnia ubiegłego roku uprawnił wierzycieli do dochodzenia od dłużników zwrotu poniesionych kosztów windykacji. Eksperci prognozują, że poprawa przypływów gotówki nie wpłynie raptownie na poprawę naszych zwyczajów płatniczych. Prawdopodobnie, nawet gdyby przedsiębiorcy chcieli regulować swoje zobowiązania w terminie, oddziaływanie polepszających się warunków makroekonomicznych nie jest na tyle odczuwalne, ani też wystarczająco trwałe, żeby wyeliminować problemy zatorów płatniczych natychmiast. Informacje o wzroście gospodarczym powinny napawać optymizmem, ale warto mieć świadomość, że na odczuwalne zmiany przyjdzie nam poczekać dłużej.

Laureaci Konkursu Firma Szkoleniowa i Doradcza Roku 2014

22 lipca br. Centralne Biuro Certyfikacji Krajowej (CBCK) ogłosiło laureatów konkursów branżowych o tytuł: Firma Szkoleniowa Roku 2014, Firma Szkoleniowo-Doradcza Roku 2014 oraz Program Szkoleniowy Roku 2014.

Podczas uroczystej konferencji  w siedzibie PAP w Warszawie wręczono zwycięzcom  trzy rodzaje certyfikatów: złoty -instytucjom nagradzanym trzeci rok z rzędu, srebrny – podmiotom wyróżnionym po raz drugi oraz miedziany – firmom, które znalazły się w gronie laureatów po raz pierwszy.

Konkurs Firma Szkoleniowa i Doradcza Roku 2014 miał na celu wyłonienie instytucji oferujących usługi szkoleniowe i doradcze na najwyższym poziomie, realizowane w oparciu o autorskie programy przez wyspecjalizowaną kadrę trenerów. Nagrodziliśmy jednostki szkoleniowe, które wyróżniają się na tle konkurencji fachowością i bogatym doświadczeniem; stosują efektywne metody nauczania, przekładające się na budowanie wiedzy oraz kształtowanie praktycznych umiejętności kursantów i  klientów. – powiedział Marcin Andrzejewski, dyrektor programowy CBCK, przedstawiciel organizatora konkursu.

Laureatów w kategoriach Firma Szkoleniowa Roku 2014 oraz Firma Szkoleniowo-Doradcza Roku 2014 wyłoniła Kapituła Konkursu w kilku etapach, obejmujących między innymi ocenę przedłożonej dokumentacji oraz analizę wyników przeprowadzonych wywiadów środowiskowych. W przypadku kategorii Program Szkoleniowy Roku 2014 nagroda została przyznana ze szczególnym uwzględnieniem rekomendacji i opinii, wystawionych przez uczestników szkoleń i kursów.
Zwycięzcy odebrali certyfikaty wraz z rocznym pakietem promocji zapewnionym przez organizatora.

Więcej informacji na stronie www.certyfikacjakrajowa.org.pl

Niska dynamika wzrostu polskiego rynku spożywczego w 2013 roku i prognozowane odbicie

2013 był praktycznie rokiem stagnacji na rynku spożywczym w Polsce w związku z dynamiką wzrostu poniżej 2%. Z drugiej strony warto podkreślić odporność tego rynku na wydarzenia gospodarcze, ponieważ jest to jeden z nielicznych rynków, który nie odnotował spadku od 2008 roku, co zostało zaprezentowane w raporcie „Handel detaliczny artykułami spożywczymi w Polsce 2014. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2014–2019”.

Po niskiej dynamice wzrostu rynku artykułów spożywczych w Polsce do wartości prawie 234 mld zł w 2013 roku prognozujemy poprawę dynamiki w latach przyszłych. Należy jednak zwrócić uwagę, że nie ma obecnie przesłanek do tego, aby dynamika rynku znacząco wzrosła (powyżej 5%). Prognoza ta jest skorelowana z prognozą PKB dla Polski. Nasze prognozy pokazują, że rynek wzrośnie o około 20% w ciągu pięciu lat.

Rok 2013 był kolejnym rokiem, który nie przyniósł oczekiwanego polepszenia sytuacji gospodarczej w kraju. Jednak najprawdopodobniej to właśnie w 2013 roku nastąpiło odbicie i począwszy od tego momentu nastąpi powolna poprawa dynamiki wzrostu i całej kondycji gospodarki wraz z dochodami i wydatkami konsumentów.

Warto podkreślić, że wzrost rynku odbędzie się z jednej strony dzięki inwestycjom w nowe sklepy największych sieci operujących na rynku (większa konkurencja powinna wzmocnić walkę cenami o klienta, a także ekonomia skali powinna wpłynąć na tańsze zakupy sieci od producentów), a z drugiej powoli poprawiającej się kondycji budżetów domowych polskich gospodarstw.

Mimo to konsumenci nauczeni wydarzeniami od załamania w 2008 roku wciąż podchodzą do wydawania pieniędzy z dużą ostrożnością. Choć cena jest najważniejszym kryterium wyboru sklepu, to nie jest to cena pojedynczych towarów, ale odczucie, że kupione towary za daną kwotę są dobrym zakupem w dobrej cenie. Widać to porównując koszyki zakupowe poszczególnych sklepów oraz ich popularność. Najpopularniejsza Biedronka nie jest najtańszym sklepem wg. analiz portalu dlahandlu.pl, ale daje takie poczucie kupującym.

Coraz popularniejsze stają się sklepy blisko domów, co jest z jednej strony spowodowane chęcią oszczędzenia czasu, a z drugiej bliskością wielu dyskontów, supermarketów, sklepów convenience oraz hipermarketów kompaktowych. Należy także wspomnieć o tym, że konsumenci chętnie spędzają czas w dużych galeriach, gdzie mogą nie tylko dokonać zakupów, ale również zrelaksować się, skorzystać z oferty gastronomicznej, sportowej, czy nawet teatralnej.

Nasze badanie przeprowadzone na potrzeby raportu w porównaniu do badań z lat poprzednich pokazuje, że choć mniejszy odsetek konsumentów deklaruje wzrost wydatków na żywność, to jednak zmienia się ich sposób wyboru zarówno produktów jak i miejsca dokonywania zakupów.

Badanie zostało przeprowadzone w czerwcu 2014 roku na próbie 250 respondentów metodą wywiadów telefonicznych na reprezentatywnej próbie.

 

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Handel detaliczny artykułami spożywczymi w Polsce 2014. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2014–2019”.

Formalności mogą być inwestycją, czyli kto musi składać sprawozdanie finansowe do KRS?

Na wszystkich jednostkach podlegających obowiązkowi wpisu do Krajowego Rejestru Sądowego oraz prowadzących pełną księgowość zgodnie z artykułem 2 Ustawy o rachunkowości spoczywa obowiązek złożenia sprawozdania finansowego do KRS. Warto pamiętać o nim wcześniej i odpowiednio przygotować dokumentację firmy. Zasady realizacji tego obowiązku tłumaczy Monika Borczyńska, Junior Manager w Dziale Audytu w Baker Tilly Poland.

Kto  podlega obowiązkowi wpisu do KRS?

Obowiązek wpisu do rejestru przedsiębiorców KRS dotyczy miedzy innymi spółek jawnych, partnerskich, komandytowych, komandytowo-akcyjnych, z ograniczoną odpowiedzialnością, akcyjnych i europejskich. Co ważne, spółki jawne osób fizycznych oraz spółki partnerskie, których przychody netto ze sprzedaży towarów, produktów i operacji finansowych są niższe niż 1.200.000 Euro, są z tego obowiązku zwolnione na podstawie Ustawy o rachunkowości z obowiązku prowadzenia pełnej księgowości, a co za tym idzie również z obowiązku sporządzania i składania sprawozdań do KRS. Warto pamiętać, że wpisowi do KRS nie podlegają również osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą oraz spółki cywilne osób fizycznych.

Złożenie sprawozdania finansowego

Obowiązek złożenia sprawozdania finansowego do KRS spoczywa na kierowniku jednostki podlegającej wpisowi do KRS. We właściwym rejestrze sądowym wraz z rocznym sprawozdaniem finansowym musi on złożyć w ciągu 15 dni od dnia zatwierdzenia tego sprawozdania następujące dokumenty:

  • opinię biegłego rewidenta, jeżeli podlegało ono badaniu biegłego rewidenta,
  • odpis uchwały bądź postanowienia właściwego organu spółki o zatwierdzeniu rocznego sprawozdania finansowego i podziale zysku lub pokryciu straty,
  • sprawozdanie z działalności (obowiązek jego sporządzenia dotyczy spółek kapitałowych, spółek komandytowo-akcyjnych, spółdzielni, przedsiębiorstw państwowych).

Uproszczone sprawozdanie finansowe

Uproszczone sprawozdanie finansowe, czyli skrócona i mniej szczegółowa jego wersja może być sporządzone przez jednostki, które w danym roku obrotowym, oraz w roku poprzedzającym ten rok obrotowy nie osiągnęły dwóch z trzech wielkości określonych w art. 50 ust. 2 Ustawy o rachunkowości, czyli:

  • średnioroczne zatrudnienie w przeliczeniu na pełne etaty wyniosło nie więcej niż 50 osób,
  • suma aktywów bilansu na koniec roku w walucie polskiej nie przekroczyła równowartości 2.000.000 euro,
  • przychody netto ze sprzedaży produktów i towarów oraz operacji finansowych w walucie polskiej nie przekroczyły równowartości 4.000.000 euro.

Należy pamiętać, że kierownik jednostki sporządzającej uproszczone sprawozdanie finansowe w miejsce opinii biegłego rewidenta, składa do rejestru sądowego informację o rodzaju tej opinii wraz ze wskazaniem, czy zawiera ona dodatkowe objaśnienia. Natomiast kierownik oddziału przedsiębiorcy zagranicznego składa we właściwym rejestrze sądowym roczne sprawozdanie finansowe dotyczące jedynie oddziału działającego na terenie Polski.

Badanie finansów przez biegłego rewidenta

Sprawozdanie finansowe podlega obowiązkowemu badaniu przez biegłego rewidenta,
w określonych przez ustawodawcę (w art. 62 Ustawy o rachunkowości) przypadkach. Precyzuje on, że obowiązkowemu badaniu sprawozdań finansowych podlegają jednostki, które
w poprzedzającym roku obrotowym, za który sporządzono sprawozdania finansowe, spełniły przynajmniej dwa z trzech poniższych warunków:

  • średnioroczne zatrudnienie w przeliczeniu na pełne etaty wyniosło co najmniej 50 osób,
  • suma aktywów bilansu na koniec roku obrotowego stanowiła równowartość w walucie polskiej co najmniej 2 500 000 euro,
  • przychody netto ze sprzedaży towarów i produktów oraz operacji finansowych za rok obrotowy stanowiły równowartość w walucie polskiej co najmniej 5 000 000 euro.

Dodatkowo obowiązkowi temu podlegają wszystkie spółki akcyjne, banki, fundusze ubezpieczeniowe i reasekuracyjne, fundusze inwestycyjne, fundusze emerytalne oraz wszystkie jednostki działające w oparciu o przepisy o obrocie papierami wartościowymi.

Patrząc na zarządzanie finansami bardziej globalnie, przy kontroli finansów firmy, bez względu na zakres wymagań dotyczących badania, warto pamiętać o tym, by wnioski płynące z takiej kontroli, nie tylko dopełniały wymaganych formalności ale pomagały zabezpieczać biznes oraz dostarczały narzędzia zapewniające rozwój firmy.

Niezatwierdzone sprawozdanie finansowe

W sytuacji, gdy sprawozdanie finansowe nie zostało zatwierdzone przez właściwy organ w ustawowym terminie, czyli w ciągu 6 miesięcy po dniu bilansowym, kierownik jednostki musi złożyć je w rejestrze sądowym dwukrotnie: pierwszy raz w ciągu 15 dni po tym terminie oraz drugi raz– w ciągu 15 dni po jego zatwierdzeniu wraz z pozostałymi dokumentami. Ta samą zasada dotyczy jednostki dominującej sporządzającej roczne skonsolidowane sprawozdanie finansowe grupy kapitałowej.

Sytuacja jednostek niesporządzających skonsolidowanego sprawozdania

W przypadku jednostki dominującej (czyli spółki akcyjnej lub spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, która sprawuje kontrolę nad inną jednostką), niesporządzającej skonsolidowanego sprawozdania finansowego, jej kierownik, w ciągu 30 dni od dnia zatwierdzenia sprawozdania finansowego, zobowiązany jest złożyć we właściwym rejestrze sądowym przetłumaczone na język polski (obowiązkowo przez tłumacza przysięgłego), skonsolidowane sprawozdanie finansowe wraz ze skonsolidowanym sprawozdaniem z działalności jednostki dominującej wyższego szczebla oraz opinią biegłego rewidenta z omawianego wcześniej badania.

Jednostki podlegające badaniu, ale nie podlegające wpisowi KRS

Kierownicy jednostek podlegających badaniu finansów przez biegłych rewidentów, ale nie podlegających wpisowi KRS, są natomiast zobowiązani w ciągu 15 dni od dnia zatwierdzenia sprawozdania finansowego do złożenia do ogłoszenia:

  • wprowadzenie do sprawozdania finansowego stanowiące część informacji dodatkowej,
  • bilansu,
  • rachunku zysków i strat,
  • zestawienia zmian w kapitale własnym,
  • rachunku przepływów pieniężnych za rok obrotowy,
  • opinii biegłego rewidenta,
  • odpisu uchwały bądź postanowienia organu zatwierdzającego o zatwierdzeniu sprawozdania finansowego i podziale zysku lub pokryciu straty.

Ogłoszenie sprawozdań finansowych składanych do KRS następuje w ogólnokrajowym dzienniku urzędowym „Monitor Sądowy i Gospodarczy”, a w odniesieniu do spółdzielni – w „Monitorze Spółdzielczym”.

Trzeba pamiętać, że złożenie sprawozdania finansowego, szczególnie w przypadku obowiązku wykonania jego badania przez niezależnych specjalistów, może być dla firm nie tylko wymaganą formalnością, ale też okazją do osiągnięcia realnych korzyści, które pozwolą firmie na zmianę koniecznych wydatków w inwestycję w rozwój firmy.