Fundusze Private Equity skupione na zarządzaniu portfelami i gromadzeniu funduszy na przyszłe transakcje

Prawie 70 proc. przedstawicieli funduszy private equity z Europy Środkowej ocenia, że w najbliższym półroczu warunki ekonomiczne nie ulegną znaczącej zmianie. Jednocześnie ich wskaźnik optymizmu, mierzony tzw. Confidence Index istotnie wzrósł, osiągając 101 pkt. (zmiana o 30 pkt. w ciągu pół roku). Zdecydowana większość funduszy private equity (55 proc.) chce w najbliższej przyszłości skoncentrować się na zarządzaniu portfelem już posiadanych inwestycji, w nadziei na wyższe zwroty w momencie poprawy koniunktury. Jednocześnie jak wynika z najnowszej edycji badania „Deloitte Central Europe Private Equity Confidence Survey”, co trzeci fundusz private equity będzie w najbliższym czasie szukać szans na nowe inwestycje, co dziesiąty skoncentruje się na pozyskiwaniu finansowania na nowe transakcje.

Wcześniejsze edycje badania udowodniły, że opinie inwestorów związanych z funduszami private equity doskonale odzwierciedlają nastroje dominujące na rynku. Tym bardziej powinien cieszyć istotny wzrost wskaźnika ich optymizmu, który wynosi obecnie 101. Warto zaznaczyć, że jeszcze pół roku temu wskazywał on poziom 71 i był to wówczas trzeci najgorszy wynik w dziesięcioletniej historii badania.

„Jest to oczywiście pozytywna wiadomość, choć inwestorom bardzo daleko od optymizmu z lat sprzed kryzysu. Sytuacja makroekonomiczna w strefie euro nadal nie poprawia się w sposób znaczący, a do tego spowolnienie gospodarcze dotknęło również kraje regionu. Wskaźnik ten jednak udowadnia, że przedstawiciele funduszy private equity nie spodziewają się już pogorszenia nastrojów na rynkach Europy Centralnej, a raczej pewnej stabilizacji” – tłumaczy Mark Jung, Partner w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

To poczucie stabilizacji potwierdzają inne części badania. Siedmiu na dziesięciu ankietowanych oczekuje, że warunki gospodarcze w ciągu najbliższych sześciu miesięcy nie zmienią się. W porównaniu z poprzednią falą badania znacznie zmniejszył się odsetek tych, którzy uważają, że warunki się pogorszą. W tej chwili jest to 21 proc., a jeszcze jesienią ub. roku pesymistów było aż trzy razy więcej. Co więcej, w poprzedniej edycji badania wzrost dostępności finansowania dłużnego nie był odczuwalny. Obecnie taki pogląd wyraża już 14 proc. Może to być znak, że kredytodawcy są coraz bardziej przychylni planom inwestorów.

Nie oznacza to jednak, że jeśli chodzi o aktywność private equity zapanuje duże ożywienie. Choć, co prawda, ponad jedna trzecia badanych zamierza skupić się na nowych inwestycjach, to jednocześnie aż 55 proc. pozostanie przy swoim obecnym portfelu. W porównaniu z jesienną edycją ich odsetek wzrósł o 10 pp. „W sytuacji spowolnienia gospodarczego niektórym spółkom portfelowym private equity czas potrzebny do osiągnięcia satysfakcjonujących wyników może być dłuższy niż prognozowany na początku inwestycji. Dlatego fundusze nie śpieszą się ze sprzedażą spółek, koncentrując się na działaniach zwiększających wartość firm i realizując wyższy zwrot z inwestycji w późniejszym okresie” – wyjaśnia Mark Jung. Jednocześnie ekspert Deloitte zwraca uwagę, że fundusze, które posiadają w portfelu spółki średnio 4-6 lat, są coraz częściej gotowe na wyjście z inwestycji, a to może oznaczać wzrost liczby transakcji sprzedaży w perspektywie średniookresowej.

Spory odsetek przedstawicieli środkowoeuropejskich funduszy private equity uważa, że aktualna sytuacja już dziś sprzyja inwestycjom. Równocześnie rekordowo duży odsetek badanych, aż 28 proc. (począwszy od 2003 roku) deklaruje, że będzie więcej sprzedawać niż kupować. Nieco ponad jedna trzecia badanych spodziewa się, że w ich inwestycyjnym portfelu poziomy sprzedaży i kupna będą się równoważyć.

Warto zaznaczyć, że fundusze private equity niezmiennie zainteresowane są inwestycjami w przemysł wytwórczy i spożywczy. Nowych możliwości inwestycyjnych będzie poszukiwać w tych sektorach odpowiednio 31 proc. oraz 17 proc. respondentów. Mniej popularnymi sektorami są sektory telekomunikacyjny i technologiczny oraz handel, energetyka i surowce. Zaskakującym wynikiem badania jest brak zainteresowania sektorem finansowym. Dwie trzecie badanych ocenia, że rozmiar transakcji, jakie będą mieć miejsce na rynku w najbliższym czasie nie zmieni się, przy dalszej dominacji transakcji dotyczących firm średniej wielkości.

„Region Europy Środkowej i Wschodniej pozostaje obszarem z wielkim potencjałem wzrostu dla inwestorów związanych z private equity. Dlatego w najbliższych miesiącach możemy spodziewać się wzrostu aktywności. Aczkolwiek niepewna sytuacja gospodarcza zarówno w strefie euro, jak i w całym regionie, powoduje, że pozyskiwanie nowych funduszy jest trudniejsze, ale nie niemożliwe” – podsumowuje Katarzyna Sermanowicz-Giza, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

Polskie klastry liczą na lepsze finansowanie ze środków rządowych i unijnych

Polskie klastry, czyli organizacje zrzeszające przedsiębiorców, współpracujących ze sobą w celu realizacji wspólnych projektów, mają często zbyt mało środków, by właściwie funkcjonować. Zdaniem prezesa Związku Pracodawców „Klastry Polskie”, działalność tych organizacji powinna być wspierana ze środków publicznych, ponieważ bardziej niż instytucje publiczne przyczyniają się do rozwoju regionalnego.

– W dużej mierze są to organizacje, które powstały niedawno. Większość przedsiębiorców, którzy uczestniczą w inicjatywach, to są małe i średnie przedsiębiorstwa, które borykają się z podstawowymi problemami natury finansowej – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Krzysztof Krystowski, prezes Związku Pracodawców „Klastry Polskie”. – Dla funkcjonowania klastrów potrzebne jest choćby zorganizowanie sali konferencyjnej czy sekretariatu. Tymczasem ze składek firm, które do klastra należą, często nie da się opłacić nawet jednego etatu.

Jak podkreśla, nie chodzi o duże sumy. Dla klastrów ważniejsze jest to, by choć w minimalnym stopniu mogły liczyć na wsparcie z budżetu i były to środki łatwo dostępne.

– Jako oddolna inicjatywa takie połączenia przedsiębiorstw, nauki i samorządu przejmują funkcje w rozwoju regionalnym całego kraju. Należy ich wesprzeć, bo nawet jeśli to będzie niewiele pieniędzy, to i tak wsparcie będzie nieporównywalnie bardziej efektywne niż wydawanie tych samych pieniędzy na instytucje publiczne – zapewnia Krzysztof Krystowski.

Są jednak klastry, które funkcjonują sprawnie, również dzięki dotacjom unijnym. To m.in. Śląski Klaster Lotniczy, którego prezesem jest Krystowski.

Zmienić model wsparcia

W obecnej perspektywie unijnej klastry były wspierane m.in. w ramach działania 5.1 Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka. Jednak zdaniem Krystowskiego dostęp do środków z UE utrudniały wysokie kryteria dla beneficjentów.

– Dawano zbyt dużo pieniędzy na jeden projekt, ale jednocześnie zawierał on takie obwarowania, że był bardzo trudny do realizacji. W sumie przez 5 lat tylko kilka klastrów otrzymało pieniądze – zauważa Krzysztof Krystowski. – Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości po latach niepowodzenia zmieniła zasady. Dzisiaj wiem, że więcej klastrów może otrzymać te środki, nie są takie duże, ale są bardziej dostępne. I to jest dobry kierunek.

Zdaniem prezesa Związku Pracodawców „Klastry Polskie”, lepszy efekt przyniesie mniejsze wsparcie dla wielu incjatyw klastrowych, niż przeznaczenie tych samych pieniędzy na jeden projekt jednej firmy.

– Mamy w Polsce 50 działających rzeczywiście inicjatyw klastrowych, które chcą wspierać przedsiębiorców – mówi Krystowski. – Gdyby każda z nich otrzymała milion złotych rocznie, to kwota ta wystarczyłaby na biuro, obsługę administracyjną i pomoc we współpracy dla tych firm. Tymczasem niekiedy 50 mln zł otrzymuje jedna firma na pojedynczy projekt. Mówimy zatem o 50 mln złotych dla dwóch tysięcy firm kontra 50 mln złotych dla jednej firmy. Zupełnie inne oddziaływania, a te same pieniądze – przekonuje.

Dodaje, że przedstawiciele klastrów będą zabiegać o większe wsparcie przy podziale środków z nowej perspektywy budżetowej na lata 2014-2020.

– Chcemy powiedzieć decydentom, którzy dziś planują, jak te pieniądze będą wydawane: wiemy, co trzeba zrobić, jesteśmy chyba najtańszym sposobem wspierania przedsiębiorców i jesteśmy efektywni. Tworzymy miejsca pracy i to te stabilne, bo one głównie dotyczą małych i średnich przedsiębiorstw w innowacyjnych obszarach – podkreśla prezes.

Parlament Europejski chce uelastycznienia budżetu na lata 2014-2020

Jest mało realne, aby jeszcze w czerwcu Parlament Europejski i Rada Europejska doszły do porozumienia w sprawie budżetu na lata 2014-2020 – uważa Jerzy Kwieciński, wiceprezes Europejskiego Centrum Przedsiębiorczości. I prognozuje, że powinno nastąpić to w przyszłym miesiącu. Prace opóźniają się, bo Parlament Europejski chce likwidacji deficytu w wydatkach budżetowych UE oraz uelastycznienia budżetu. Jeśli porozumienie nastąpi zbyt późno, będzie obowiązywał budżet prowizoryczny, a to ograniczy możliwości realizowania wieloletnich programów finansowanych z unijnych pieniędzy.

– Byłoby dobrze, gdyby pod koniec czerwca tego roku Parlament Europejski i Rada Europejska doszły do porozumienia co do kształtu nowej perspektywy finansowej, choć szanse na to są raczej niewielkie. Jeżeli to porozumienie będzie, możliwe stanie się przygotowanie nowej perspektywy finansowej, a przede wszystkim programów operacyjnych, z których Polska, polscy przedsiębiorcy i samorządowcy będą mogli korzystać. Myślę, że porozumienie uda się osiągnąć w lipcu – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Jerzy Kwieciński, wiceprezes Europejskiego Centrum Przedsiębiorczości, były wiceminister rozwoju regionalnego.

Parlament Europejski chce między innymi uelastycznienia nowego budżetu, tak aby niewykorzystane pieniądze w danym roku mogły być przesuwane między poszczególnymi latami i działami budżetu. Chodzi o to, aby pieniądze nie były kierowane z powrotem do państw członkowskich, ale aby były wykorzystywane na projekty ogólnounijne.

– Parlament Europejski chce przede wszystkim zlikwidować deficyt w wydatkach budżetowych UE w tym roku. Domaga się, by dodatkowe środki zostały przeznaczone na wydatki budżetowe w tym roku. Druga kwestia dotyczy elastyczności unijnego budżetu w przyszłych latach. Chodzi nie tylko o to, aby niewykorzystane pieniądze w danym roku nie wracały do budżetów państw członkowskich, ale aby można było przesuwać pomiędzy rożnymi obszarami wsparcia – podkreśla Jerzy Kwieciński.

Polska ma szansę stać się największym beneficjentem środków z budżetu UE. Nasz kraj na lata 2014-2020 ma otrzymać 105,8 mld euro unijnych funduszy, w tym na politykę spójności 72,9 mld euro, a na politykę rolną 28,5 mld euro.

– Jeżeli przeliczymy pieniądze dla Polski na jednego mieszkańca, to tu nie będziemy liderami, będziemy mniej więcej na 5-6 miejscu wśród krajów członkowskich UE. Ale niewątpliwie będą to duże pieniądze dla nas. W samej polityce spójności otrzymamy więcej niż w obecnej perspektywie finansowej – mówi wiceprezes Europejskiego Centrum Przedsiębiorczości.

Środki te zostaną przeznaczone na innowacje, w nowej perspektywie finansowej będzie mniej pieniędzy na infrastrukturę.

Jeżeli nie uda się dojść do porozumienia w sprawie nowej perspektywy finansowej na przełomie czerwca i lipca, będzie obowiązywał budżet prowizoryczny.

– Budżet prowizoryczny nie daje krajom członkowskim pewności kontynuowania rozpoczętych projektów, które są rozłożone zwykle na lata. Dlatego też w naszym interesie jest, żeby Parlament Europejski i Rada Europejska się dogadały, abyśmy mogli rozpocząć działania w ramach nowej perspektywy finansowej w normalnym trybie – podsumowuje Jerzy Kwieciński.

Polkomtel opóźnia przyznanie częstotliwości z pasma 1800 MHz

Urząd Komunikacji Elektronicznej jest gotowy do wydania decyzji rezerwacyjnej dla częstotliwości z pasma 1800 MHz. Pomimo że przetarg rozstrzygnięto już w lutym, Polkomtel, który nie otrzymał częstotliwości, cały czas składa wnioski formalne, które opóźniają proces. Cenne częstotliwości umożliwiają świadczenie usług dostępu do szybkiego internetu w technologii LTE.

– Merytorycznie decyzja jest przygotowana, opracowana, dodajemy do niej tylko ciągle kwestie formalne, które są wywoływane przed podmioty, które nie uzyskały częstotliwości w ramach tego przetargu, które są bardzo „płodne” w pomysłach i korzystają z różnych możliwości formalnych, aby opóźnić proces przydziału rezerwacji konkurentom – tłumaczy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Magdalena Gaj, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej.

Gaj podkreśla, że decyzja miała być wydana w miniony wtorek lub środę, ale wniosek formalny złożony przez Polkomtel ponownie opóźnił proces. Prezes UKE podkreśla, że ostateczna decyzja musi być dopracowana w stu procentach.

– Nasza decyzja musi być dobra, żeby nie spowodować, że zostanie uchylona w sądzie, więc wszystkie formalne kwestie muszą być dopilnowane – podkreśla Magdalena Gaj.

Po poniedziałkowym wniosku formalnym Polkomtela (ta firma jako jedyna je składa) konieczne stało się uzupełnienie dokumentacji. Gaj przewiduje, że decyzję rezerwacyjną uda się wydać w przyszłym tygodniu. O ile nie wpłyną kolejne wnioski.

Dziś technologia LTE jest oferowana przez jeden podmiot na rynku, przez Polkomtel. Magdalena Gaj podkreśla, że dzięki umożliwieniu firmom, które wygrały przetarg (P4 i PTC), uruchomienia usług na częstotliwości 1800 MHz, zyskają klienci.

– Dla konsumentów ważne jest, by mieli różnorodność wyboru, również spośród ofert podmiotów, które po uzyskaniu tych rezerwacji będą mogły świadczyć usługi szybkiego internetu i przede wszystkim budować coraz więcej stacji, dzięki czemu te usługi dotrą do coraz większej liczby konsumentów – mówi Gaj.

W rozstrzygniętym w lutym przetargu na częstotliwości z pasma 1800 MHz UKE wybrał łącznie pięć ofert: trzy złożone przez P4 (operatora sieci Play) oraz dwie przez PTC (sieć T-Mobile). Po otrzymaniu decyzji rezerwacyjnej operatorzy będą mieli 12 miesięcy na wniesienie opłaty i rozpoczęcie wykorzystywania częstotliwości. Z tytułu opłat za dokonanie rezerwacji budżet państwa zyska ok. 950 mln zł.

Powstanie portal, gdzie Polacy będą mogli głosować za obywatelskimi projektami ustaw

Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji (MAC) pracuje nad projektem portalu, który umożliwi zbieranie głosów internautów pod obywatelskimi projektami ustaw. Obecnie trwają analizy dotyczące m.in. rozwiązań technicznych. Jak zapewnia minister Michał Boni, portal obywatelski powinien wystartować już w drugiej połowie tego roku.

– Jesteśmy w końcowej fazie analiz, a potem przygotowania technicznego. Myślę, że w drugiej połowie roku to już będzie funkcjonowało – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Michał Boni, minister administracji i cyfryzacji.

Jego zdaniem wdrożenie portalu jest ważne i użyteczne ze względu na wiedzę i pomysły obywateli. Twierdzi, że opinie zgłaszane za pośrednictwem portalu mogą sprzyjać wdrażaniu przez państwo lepszych regulacji.

– Taka platforma wymiany informacji, zgłaszania pomysłów, ich wspólnego szlifowania jest – moim zdaniem – bardzo twórcza i będzie sprzyjała lepszym rozwiązaniom. Ważne jest, by w świecie otwartości, demokracji, poczucia wolności – a internet to wspiera – wykorzystywać wiedzę obywateli. Tym bardziej, że są oni nie tylko klientami różnych usług, które państwo świadczy, ale w różnych sprawach mogą mieć swoje pomysły, a do tej pory konsultacje wykorzystywały raczej wiedzę organizacji zbiorowych – tłumaczy Michał Boni.

Z pomysłem stworzenia portalu obywatelskiego zwróciły się do resortu organizacje pozarządowe. MAC uznał, że jest on możliwy do zrealizowania.

Minister nie ukrywa, że pod względem organizacyjnym projekt jest złożony i wymaga szczegółowego przemyślenia wszystkich aspektów jego funkcjonowania, włącznie ze stworzeniem funkcji, które pozwolą na korzystanie z portalu osobom niepełnosprawnym.

– Projekt wymaga stworzenia warunków technicznych pełnej dostępności, a dla tych, którzy użytkują i przetwarzają to wszystko, co wpływa, odpowiedniego moderowania. Żeby wszystkie głosy obywatelskie nie wpadały do „czarnej dziury”, tylko żeby były wykorzystywane i aby każdy miał poczucie, że jego głos został dostrzeżony i jest jakaś odpowiedź. Myślimy o rozwiązaniach technicznych, które muszą być dopasowane i dostępne dla wszystkich, także dla niepełnosprawnych – tłumaczył Michał Boni w czasie Forum IAB 2013.

Komentarz dzienny, 6 czerwca 2013

Zgodnie z oczekiwaniami RPP obniżyła stopy o 25pb do rekordowo niskiego poziomu 2,75%. W opisowej części komunikatu RPP potwierdziła zarówno kontynuację spowolnienia (w tym mało optymistyczną strukturę wzrostu w Polsce), jak i spadków inflacji i oczekiwań inflacyjnych. Zagadkowa, bo całkiem inna niż w poprzednim miesiącu końcówka komunikatu „Rada uznaje, że rozpoczęty w listopadzie 2012 r. cykl obniżek stóp procentowych sprzyja ożywieniu gospodarki i ogranicza ryzyko kształtowania się inflacji poniżej celu inflacyjnego w średnim okresie” została już w czasie konferencji zinterpretowana nie jako koniec cyklu, ale jego trwanie. 

Tańsze kredyty – RPP obniża stopy procentowe o 25 punktów bazowych do poziomu 2,75 proc.

Na czerwcowym posiedzeniu Rada Polityki Pieniężnej zgodnie z oczekiwaniami obniżyła stopy procentowe do poziomu 2,75 procent. To najniższy poziom w historii, kredyt w Polsce jeszcze nigdy nie był tak tani. Dzięki obniżce przeciętny kredytobiorca zapłaci średnio o 15 zł niższą ratę na każde 100 tys. zł kredytu.

To już piąta obniżka stóp procentowych w tym roku – od stycznia realne obciążenia kredytobiorców spadły już o ok. 80 zł miesięcznie na każde 100 tys. zł kredytu. Niemniej czasy niskich stóp nie będą trwały wiecznie.

Niskie stopy to zagrożenie dla firm

Istnieje duże zagrożenie, że zbyt tani kredyt utrudni restrukturyzację przedsiębiorstw. Firmy, które mają kłopoty, zamiast dokonywać zmian w poszukiwaniu efektywniejszych rozwiązań, dalej będą finansować swoje działania rekordowo tanim kredytem. Po prostu zabraknie im impulsu do zmian.

Nawet przy stosunkowo niskich stopach, Polacy nie są chętni do zaciągania zobowiązań w bankach. Zdaniem niektórych analityków, czerwcowa obniżka była niepotrzebna, a wręcz szkodliwa, bo daje rządowi czas na odwlekanie niezbędnych reform. Niskie stopy, chociaż są zachętą do inwestycji, nie dają gwarancji, że koniunktura w gospodarce się poprawi.

Minister środowiska zapewnia pomoc gminom w zakończeniu wszystkich procedur związanych z ustawą „śmieciową” na czas, czyli do 1 lipca

Nie chodzi tylko o segregację, ale głównie o odzyskiwanie surowców – tak o tzw. ustawie śmieciowej mówi minister środowiska. Marcin Korolec jest przekonany, że nowe przepisy wprowadzają sprawny system segregacji odpadów, który ograniczy do minimum wyrzucanie śmieci na dzikie wysypiska. Gminom, które nie zdążą na czas (do 1 lipca) przygotować nowego systemu, obiecuje pomoc w szybkim zakończeniu wszystkich procedur.

Sama ustawa wprowadzi w kraju systemową zmianę polegającą na segregowaniu śmieci, ale nie to jest celem. Celem jest możliwość odzyskania produktów takich jak papier, szkło, plastik, metal – po to, żeby ponownie je użyć – mówi minister środowiska Marcin Korolec.

Według niego ta zmiana systemowa „o skali, jakiej jeszcze nie było” sprawi, że Polska osiągnie zakładane normy segregowania odpadów. Jak dodaje – jeśli surowców wtórnych będzie dużo – pojawią się firmy, które będą chciały je odbierać i zagospodarowywać do ponownego przetworzenia bądź użycia.

 – W 2020 roku co najmniej 50 proc.  papieru, szkła, plastiku musimy odbierać – takie mamy zobowiązanie wynikające z prawa europejskiego – tłumaczy minister.

Według Korolca, polskie przepisy mają należeć do najbardziej liberalnych w Europie. Jego zdaniem, nie było bowiem powodu do odgórnego wprowadzenia restrykcyjnych regulacji dotyczących segregacji.

 – Gminy dostały do zarządzania pewien obszar rzeczywistości i to ich decyzje będą wskazywać na to, czy mamy dwa pojemniki, czy więcej – na papier, na szkło, na metal czy na plastik. O tym nie powinno się decydować w sposób odgórny, bo byłby to rodzaj przeregulowania systemu – przestrzega Marcin Korolec.

Nowy system gospodarowania odpadami niektóre gminy, w tym m.in. podwarszawski Izabelin, wdrożyły jeszcze przed terminem. Nadal jednak jest wiele miast, w tym m.in. Warszawa, które nie rozstrzygnęły jeszcze nawet przetargów na odbiór odpadów. W stolicy oferty przetargowe zostaną otwarte dopiero w połowie czerwca. Minister środowiska zapewnia, że resort pomoże gminom zdążyć na czas, a także zminimalizować ewentualne spóźnienia.

 – Jeżeli miałby nastąpić ewentualnie jakiś poślizg, będziemy pomagać na poziomie eksperckim władzom samorządowym, żeby ten proces maksymalnie skracać, i żeby on był maksymalnie dostosowany do wymogów ustawowych – wyjaśnia.

Poza odzyskiwaniem surowców nowe prawo ma uszczelnić system gospodarowania odpadami i ograniczyć nielegalne wyrzucanie śmieci – m.in. do lasów czy na dzikie wysypiska.

Za kilka dni wybory prezydenckie w Iranie. Czy można się spodziewać zmian związanych z programem nuklearnym?

Wynik zaplanowanych na 14 czerwca wyborów prezydenckich w Iranie będzie oznaczać kontynuację polityki tego kraju na arenie międzynarodowej – uważają eksperci. Wszyscy kandydaci to osoby zaaprobowane przez Radę Strażników Konstytucji, ciało składające się islamskich prawników. Duchowo-polityczny przywódca Iranu, ajatollah Ali Chamenei, wezwał wszystkich kandydatów, by nie szli na żadne ustępstwa wobec Zachodu. Może to oznaczać dalszy brak współpracy władz w Teheranie z Międzynarodową Agencją Energii Atomowej.

Międzynarodowa Agencją Energii Atomowej nie zamierza upominać władz w Teheranie w związku z programem nuklearnym Iranu do czasu rozstrzygnięcia wyborów prezydenckich w tym kraju. Eksperci nie spodziewają się również zmian w stanowisku samego Teheranu.

Przełomu w tej kwestii nie możemy się spodziewać, z tego względu, że w wyborach prezydenckich w Iranie startuje ośmiu kandydatów doskonale znanych władzom. Przeszli oni przez sito Strażników Konstytucji, więc nie reprezentują żadnego odmiennego od obecnego poglądu np. na sprawy energii atomowej – tłumaczy iranistka, Urszula Pytkowska.

Jednym z negocjatorów, który reprezentuje Iran w rozmowach z MAEA jest Said Dżalili, kandydujący na stanowisko prezydenta. Zdaniem Pytkowskiej, z tego względu nie ma co liczyć na jakikolwiek postęp w negocjacjach.

– Dżalili, który jest jednocześnie negocjatorem i kandydatem, będzie chciał pokazać się Irańczykom – wyborcom jako silny kandydat, jako twardy negocjator, więc z jego
ust nie usłyszymy żadnych ustępstw na rzecz Zachodu – podkreśla Urszula Pytkowska. – Natomiast inni kandydaci zarzucają Dżaliliemu to, że negocjacje prowadzone są nieudolnie, że nie doszło do żadnego konsensusu na korzyść Iranu – to sprawia, że mamy w tym momencie impas.

Z ośmiu kandydatów na stanowisko prezydenta żaden nie zapowiada gruntownych reform. Drobnych zmian można spodziewać się w polityce wewnętrznej. Stanowisko wobec partnerów międzynarodowych jeszcze przed wyborami zasygnalizował duchowo-polityczny przywódca Iranu, ajatollah Ali Chamenei, który wezwał kandydatów do zachowania kursu politycznego.

Przedwyborcze wstrzymanie ponagleń MAEA w sprawie atomu pod adresem Teheranu może, zdaniem Urszuli Pytkowskiej, mieć także cel polityczny.

– To jest taki krok w kierunku Iranu. Pokazanie, że międzynarodowa opinia publiczna nie chce głośno zarzucać z góry, że wybory w Iranie będą niewiarygodne, że wyniki będą sfałszowane, że tak naprawdę nie ma po co iść do tych wyborów – mówi Urszula Pytkowska.

Jak podkreśla, mimo że nazwiska kandydatów nie budzą większych nadziei na zmianę polityki zagranicznej Iranu, to może się zmienić sposób prowadzenia negocjacji z Zachodem na łagodniejszy.

MAEA podczas trwającego posiedzenia zapowiedziała, że inspekcja w irańskim ośrodku atomowym w Parczin, do którego dostępu żądała, nie odbędzie się. Z danych agencji wynika, ze Iran usuwa wszelkie ślady programu atomowego – zdjęcia satelitarne wskazują na przemieszczanie w tym miejscu mas ziemi, powlekanie pewnych miejsc smołą i rozbieranie infrastruktury.

Prezes BRE Banku: nowa odsłona mBanku pomoże pozyskać około 100 tys. nowych klientów rocznie

Dzięki nowej odsłonie mBank chce zwiększyć liczbę klientów w Polsce do 5 mln do 2015 roku. Obecnie bank ma 4,3 mln rachunków, ale liczba ta uwzględnia klientów w Czechach oraz markę Multibank. Prezes BRE Banku, właściciela marki mBank, liczy na pozyskanie rocznie nawet ponad 100 tys. nowych, szczególnie młodych klientów, którzy dopiero wchodzą w życie dorosłe.

 – Kierujemy nowy mBank do dwóch grup: jedną są aktualni klienci mBanku, w przyszłości również Multibanku, którym poprawiamy jakość tego serwisu i dodajemy nowe funkcjonalności. Z drugiej strony kierujemy to do nowej klienteli, przede wszystkim młodszych ludzi. Liczymy, że przy pomocy tak nowoczesnego rozwiązania będziemy w stanie ich przyciągnąć do banku i bankowości – mówi  Cezary Stypułkowski, prezes BRE Banku.

Nowy interfejs mBanku to pierwszy krok do połączenia marek mBank, Multibank oraz BRE Bank. Na razie dostęp do interfejsu otrzymali tylko ci użytkownicy, którzy wcześniej zgłosili się poprzez specjalną stronę internetową. Odświeżony system ma pomóc w przyciągnięciu wielu nowych klientów.

Stypułkowski podkreśla, że w bankowości w Polsce sytuacja nie jest zła. Osiągnięcie progu 5 mln klientów do 2015 roku jest, według niego, wykonalne, bo w samym I kwartale tego roku bank zyskał 90 tys. nowych rachunków. Część z nich przechodzi do mBanku od konkurencji, ale szansą są też młodzi ludzie, którzy wybierają swój pierwszy bank po wejściu w dorosłość.

 – W Polsce na rynek przychodzi średnio około 350 tys. klientów rocznie. Miedzy 350 a 400 tysięcy osób rocznie wchodzi w dorosłe życie. Jakby nam się udało jedną trzecią z nich pozyskać dla nowego mBanku rocznie, to byłoby bardzo dobrze – zapowiada Stypułkowski.

Nowy mBank po raz pierwszy przygotował ofertę dla klientów zamożnych. Do tej pory dla nich przeznaczona była przede wszystkim oferta Multibanku. Stypułkowski podkreśla jednak, że również w mBanku jest spora grupa klientów dysponujących dużymi środkami. Mając w perspektywie połączenie obydwu marek bank zdecydował się rozszerzyć ofertę dla tego segmentu.

 – W tle połączenia banku, uznania jednej nazwy, doprowadzenia do tego, że klienci mBankowi mają też dostęp do struktury oddziałowej, antycypujemy przejście Multibanku na nową platformę transakcyjną przez fakt wyodrębnienia kategorii klientów bardziej zamożnych w grupie klientów mBankowych. Dla nich będziemy się starali zbudować taką ofertę, która będzie łączyła funkcjonalności i zachęty materialne, które są dostępne dla klientów Multibanku – wyjaśnia Stypułkowski.

Klienci mBanku, który do tej pory był bankiem wyłącznie internetowym, zyskają w ramach połączenia marek dostęp do placówek Multibanku. Na rynku pozostanie jedynie marka mBank w pięciu wariantach kolorystycznych logotypu. Znikną marki Multibanku oraz BRE Banku. Połączenie powinno zakończyć się jesienią tego roku, jednak bank nie wyznacza ostatecznego terminu migracji wszystkich klientów do nowego systemu. Cały proces rebrandingu ma kosztować ok. 100 mln zł. Do tej pory bank wydał mniej więcej połowę z tej kwoty.

Jak Kraków walczy ze wzmożonym ruchem w centrum miasta?

Chociaż strefy ograniczonego wjazdu, m.in. do centrum miast są w Europie czymś powszechnym, to w Polsce tego typu pomysły napotykają na przeszkody natury prawnej. Znowelizowana 14 listopada 2003 r. ustawa o drogach publicznych nie daje podstawy prawnej do wprowadzania opłat za wjazd do centrów miast. Pozostają więc rozwiązania takie jak choćby planowane w Krakowie poszerzenie stref płatnego parkowania, uprzywilejowanie komunikacji miejskiej czy rozbudowa obwodnic.

Wprowadzenie tzw. opłaty kongestyjnej, czyli za wjazd do centrum, mogłoby – zdaniem jej przeciwników – doprowadzić do ograniczenia swobody poruszania się – szczególnie mniej zamożnych kierowców. Zwolennicy wprowadzenia takiej opłaty mówią o konieczności walki z zanieczyszczeniem powietrza w centrach miast. Powołują się także na przykład europejskich metropolii, w których strefy ograniczonego wjazdu są ważnym elementem inteligentnych, zintegrowanych systemów transportu. W Europie tego typu rozwiązania istnieją m.in. w Sztokholmie, Oslo, Mediolanie czy – od 10 lat – w Londynie.

Chociaż Polska zaczyna wdrażać inteligentne systemy transportowe, to stref ograniczonego wjazdu u nas na razie nie ma.

 – Polskie uregulowania prawne w tej kwestii są inne niż na całym świecie – mówi Ewa Wolniewicz-Warska, członek Rady Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji oraz przedstawicielka Kapsch Telematic Services. – Nowelizacja ustawy o drogach publicznych z roku 2003 zniosła możliwość wprowadzania odpłatności za wjazd do strefy śródmiejskiej, czyli regulacji na życzenie samorządu i na życzenie mieszkańców.

Według ekspertki władze państwowe powinny dążyć do zmiany obecnego stanu prawnego. Tym bardziej, że ze strony miast nie brakuje zainteresowania takimi rozwiązaniami.

 – O ile mi wiadomo, w Krakowie jest przygotowywana koncepcja strefy spokojnego ruchu, natomiast jej realizacja napotyka ogromne przeszkody, właśnie natury prawnej – dodaje Wolniewicz-Warska.

Przy budowie systemów zarządzania ruchem często wykorzystuje się już istniejącą infrastrukturę.

 – W ten sposób można wykorzystać wysiłek kapitałowy, który już wykonano – zauważa Ewa Wolniewicz-Warska. – Systemy buduje się przy założeniu, że muszą mieć otwarte interfejsy umożliwiające połączenia z kolejnymi elementami, które miasto, samorząd czy kraj mogą chcieć doinstalować w przyszłości. Wobec tego wymóg interoperacyjności, otwartości, jest zasadniczy.

Kraków wdraża inteligentny transport

 – Nie rozważamy wprowadzenia opłat za wjazd do centrum, bo to jest prawnie niemożliwe – mówi Filip Szatanik, zastępca dyrektora ds. informacji Urzędu Miasta Krakowa.

Przyznaje, że na uspokojenie ruchu w centrum miasto ma kilka pomysłów.

 – To m.in. projekt reorganizacji ruchu wokół Plant. Chodzi o to głównie, by uniemożliwić kierowcom przejazd przez Śródmieście, oddać więcej przestrzeni miejskiej dla komunikacji zbiorowej, rowerzystów i pieszych – wyjaśnia przedstawiciel krakowskiego ratusza.

Miasto zamierza także dążyć do uprzywilejowania transportu publicznego, np. poprzez rozbudowę buspasów (obecnie 24 km) czy rozwój sieci tramwajowej wraz z poszerzeniem strefy sterowania ruchem, oraz objąć kolejnych ciągów drogowych tzw. zieloną falą.

 – Polega to na montowaniu na skrzyżowaniach specjalnych sterowników dostosowujących dynamikę zmiany świateł do panujących warunków drogowych. Rozwiązanie to okazało się bardzo skuteczne na Alejach Trzech Wieszczów. Korków wprawdzie nie zlikwidowano całkiem, ale zwiększono szybkość przejazdu przez ten rejon o 30 proc. – wyjaśnia Filip Szatanik.

Rozwiązaniem byłoby też rozbudowanie istniejącego układu obwodnic Krakowa. Miasto czeka na dokończenie przez rząd wschodniej obwodnicy.

Nawet 90% dofinansowania do kosztów ochrony patentu oferuje Narodowe Centrum Badań i Rozwoju

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju chce zmotywować przedsiębiorców i jednostki naukowe do zarabiania na swoich wynalazkach na globalnych rynkach. Już za dwa tygodnie będą mogli oni składać wnioski w NCBiR o sfinansowanie części kosztów ochrony patentowej za granicą. Wnioskujący będą musieli wnieść wkład własny w wysokości 10 proc. wszystkich kosztów.

  Koszty ochrony patentowej będą mogły być pokrywane tylko w zakresie ochrony patentowej za granicą, np. w Europejskim Urzędzie Patentowym, amerykańskim, japońskim lub w trybie PCT [innych państwach międzynarodowego porozumienia ponad 140 krajów o ochronie patentowej – red.] – mówi Leszek Grabarczyk, zastępca Dyrektora Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Ograniczenie to ma swoje uzasadnienie, bo dzięki ochronie patentowej za granicą beneficjent będzie mógł uzyskać wyższy zwrot z inwestycji, niż gdyby wynalazek były chroniony tylko w Polsce.

  Ochrona patentowa tylko w Polsce, bez wyjścia z ochroną patentową poza terytorium naszego kraju, z punktu widzenia biznesowego nie ma sensu. Rynek zbytu na dany produkt powinien być jak największy, aby można było zarobić na inwestycji. Dlatego motywujemy do tego, aby przedsiębiorcy szukali ochrony patentowej za granicą – podkreśla Leszek Grabarczyk.

Wsparcie obejmie nie tylko firmy, ale także jednostki naukowe.

 – Będziemy oferowali współfinansowanie, czyli my dokładamy 90 proc. do tych kosztów. Wymagamy minimalnego wkładu własnego po to, żeby strona wnioskująca do nas o wsparcie sama dokonała analizy, czy jest sens wydać własne pieniądze, czyli minimum 10 proc. na ochronę patentową i oceniła, czy istnieje perspektywa zarobienia na chronionym wynalazku – tłumaczy Grabarczyk.

Wnioski składane w konkursie będą oceniane przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju przy zachowaniu kilku kryteriów.

  Będziemy oceniali je pod kątem dojrzałości strategii biznesowej, zwłaszcza biznesowej ochrony własności intelektualnej i realności uzyskania ochrony na tych rynkach, które sobie zaplanuje wnioskodawca i w czasie, który sobie zaplanuje. Chodzi o to, że reguły ochrony patentowej są dosyć rygorystyczne. Są określone terminy, które muszą upłynąć, zanim rozpocznie się kolejny etap, albo których nie można przekroczyć dbając o to, żeby własne prawa zostały zachowane – wyjaśnia zastępca dyrektora NCBiR.

Zainteresowani będą mogli aplikować o przyznanie pomocy finansowej za 2 tygodnie, a nabór wniosków potrwa 30 dni.

 – Następnie poddamy wnioski ocenie merytorycznej. Mając na uwadze tak podwyższone przez nas standardy i wymagania dotyczące tego, co ma być przedmiotem ochrony i na jakich rynkach, już widzimy, że tylko około 1/3 wniosków przechodzi ocenę merytoryczną. Przypuszczam, że po mniej więcej 2-3 miesiącach będziemy mogli upublicznić wyniki. Prawdopodobnie pod koniec trzeciego kwartału ogłosimy kolejny konkurs. Na każdy konkurs możemy przeznaczyć 2-3 mln zł – podsumowuje Leszek Grabarczyk.

Polska będzie gospodarzem Globalnego Sympozjum Regulatorów rynku telekomunikacyjnego

Za miesiąc Warszawa będzie gościć Globalne Sympozjum Regulatorów rynku telekomunikacyjnego. Dopiero po raz drugi Międzynarodowy Związek Telekomunikacyjny (ITU) zdecydował o organizacji spotkania w Europie. Polska jest gospodarzem dzięki dużemu potencjałowi wzrostu oraz innowacyjności naszego rynku telekomunikacyjnego.

 – Jest to konferencja, która skupia około 600 uczestników z całego świata. Są to zarówno szefowie organów regulacyjnych, jak również ministrowie, bo nie w każdym kraju na świecie jest odrębny organ, który zajmuje się stricte regulacją rynku. Będą też przedstawiciele dużych światowych koncernów z branży nowoczesnych technologii – wyjaśnia Magdalena Gaj, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej. – Polska została wybrana, ponieważ jest bardzo innowacyjnym, nowoczesnym krajem i mamy dobre praktyki, dobre rozwiązania w zakresie rynku telekomunikacyjnego.

W tej chwili branża telekomunikacyjna generuje ok. 20 mld euro dla polskiej gospodarki. To więcej niż górnictwo. Stanowi to ok. 4  proc. PKB naszego kraju. W ciągu ostatniej dekady wartość polskiego rynku telekomunikacyjnego podwoiła się. Ale prezes UKE podkreśla, że w ciągu najbliższych lat branża tele-informatyczna może mieć udział nawet 13-15 proc. w PKB Polski.

 – Żeby tak się stało, musimy pokazywać Polskę na świecie, musimy pokazać, że tutaj są dobre warunki, mądrzy włodarze, którzy stwarzają warunki dla przedsiębiorców. Oraz że inwestycje takich globalnych firm, jak chociażby Cisco, czy Intel, Motorola, którzy tutaj w Polsce lokują swoje centra badań i rozwoju, pokazują, że nasi ludzie, nasi inżynierowie są bardzo kompetentni i te globalne duże firmy chcą tutaj inwestować – przewiduje Gaj.

Szansą na promocję Polski jest właśnie spotkanie GSR 2013. Sympozjum po raz pierwszy jest organizowane w Unii Europejskiej, a dopiero drugi raz w Europie – pierwszym gospodarzem z naszego kontynentu była szwajcarska Genewa. Sympozjum jest nazywane „telekomunikacyjnym Davos”. Tematem przewodnim tegorocznej konferencji są regulacje czwartej generacji, czyli dotyczące rozwoju komunikacji cyfrowej.

Magdalena Gaj podkreśla, że Polska może być przykładem dla wielu krajów w zakresie rozwiązań telekomunikacyjnych. Pod względem internetu stacjonarnego musimy gonić kraje starej UE, ale ITU zrzesza większość państw świata, łącznie 193 kraje. Nawet na tle Europy Polska staje się coraz bardziej zaawansowana.

 – Jeśli chodzi o internet mobilny to jesteśmy w czołówce europejskiej. Mamy bardzo dobre narzędzie pomagające w inwestycjach, jest to mapping infrastruktury, dane, które zbiera Urząd Komunikacji Elektronicznej o istniejących i planowanych inwestycjach. Jest to narzędzie, które bardzo pomaga przedsiębiorcom w procesie inwestycyjnym. Zostaliśmy zauważeni przez to, że mamy coraz lepsze praktyki – wylicza Magdalena Gaj.

Organizacja powstała już w 1865 r., a Polska jest jednym z 48 członków Rady ITU od 2010 r. GSR odbędzie się w Warszawie w dniach od 3 do 5 lipca. Honorowym patronatem wydarzenie objął prezydent Polski Bronisław Komorowski. Wśród gości jest między innymi dr Hamadoun Touré, sekretarz generalny ITU oraz Neelie Kroes, wiceprzeodnicząca Komisji Europejskiej odpowiedzialna za agendę cyfrową.

Komentarz dzienny, 5 czerwca 2013

Decyzja RPP zostanie ogłoszona we wczesnych godzinach popołudniowych. Negatywne zaskoczenia majowymi publikacjami ze sfery realnej (PKB, produkcja) już odcisnęły swoje piętno na nastrojach w RPP. Myślimy, że Rada obniży stopy na swoim czerwcowym posiedzeniu. Obniżka o 25pb jest bardziej prawdopodobna niż o 50pb, jednak w Radzie rośnie poczucie konieczności przyspieszenia poluzowania w związku z nietrafioną diagnozą koniunktury i trendów inflacyjnych na początku roku. Ostatnie, choć dynamiczne, osłabienie złotego nie powinno na tym etapie wpłynąć na decyzję RPP. Ton komunikatu powinien pozostać gołębi (inflacja dalej będzie spadać, nie widać ożywienia gospodarczego). W końcowej jego części pojawi się warunkowanie kolejnej decyzji wynikami lipcowej projekcji inflacyjnej. Kolejnej obniżki spodziewamy się właśnie w lipcu, kiedy poza projekcją inflacyjną potrzebę poluzowania monetarnego wzmacniać będzie seria publikowanych słabych danych (aż pięć minusów przed rocznymi wskaźnikami).

Hiszpański – tłumaczenia przysięgłe Kraków

0

tłumaczenia przysięgłe hiszpański Kraków W ofercie Biura Tłumaczeń 123 Sp. z o.o. znajdziemy profesjonalne usługi tłumaczeń przysięgłych dokumentów na język hiszpański, jak i z hiszpańskiego na polski. Takiego uwierzytelnienia z pewnością wymagają dokumenty, które chcą Państwo użyć w celach urzędowych. Zaliczają się do nich:

  • akty urodzenia, ślubu, zgonu
  • świadectwa, dyplomy, suplementy do dyplomu
  • dokumenty samochodowe, medyczne
  • umowy, upoważnienia, zaświadczenia o zameldowaniu i niekaralności
  • wyciągi bankowe, historie kredytowe
  • dokumenty firmowe i odpisy KRS, NIP, REGON

Każdy z tego typu dokumentów tłumaczony jest bardzo skrupulatnie i szczegółowo (łącznie z pieczątkami, opisami, odnośnikami, itp.). Zajmujemy się również przekładami ustnymi przysięgłymi, do których zaliczają się procesy sądowe, spotkania w kancelariach, biurach adwokackich czy śluby. Zapraszamy do współpracy osoby prywatne, jak i małe firmy i duże korporacje. Przekłady wykonujemy zawsze w ustalnym terminie, z zachowaniem poufności i profesjonalizmu.

Zapraszamy do zapoznania się ze szczegółową ofertą tłumaczeń ustnych i pisemnych z języka hiszpańskiego i na język hiszpański wykonywanych przez Biuro Tłumaczeń 123 Sp. z o.o. Kraków na stronie: www.123tlumacz.com

W obliczu kryzysu gospodarczego do łask wraca budowanie długotrwałej relacji z klientem

Jak wynika z najnowszego badania Rzetelnej Firmy, 85 proc. przedsiębiorców uważa, że w czasie spowolnienia firmy powinny skupić się na budowaniu relacji. Aż 62 proc. badanych przyznaje, że inwestuje więcej czasu i zasobów na zdobycie zaufania konsumentów. Na takim podejściu klienci mogą tylko zyskać, oby więc nie przeminęło wraz z kryzysem.

Jak pokazuje najnowsze badanie przeprowadzone przez Rzetelną Firmę, dla 65 proc. polskich przedsiębiorców pozyskiwanie nowych klientów i zatrzymanie dotychczasowych stało się zdecydowanie trudniejsze niż jeszcze przed kilkoma laty. Ciężkie warunki rynkowe i zaostrzona konkurencja zmusiły firmy do pochylenia się nad relacją z klientem, przestawienia się na zindywidualizowane podejście do potrzeb i polepszenia jakości obsługi. Zdecydowana większość badanych przyznaje, że w czasie spowolnienia gospodarczego firmy muszą przywiązywać szczególną wagę do budowania długofalowej relacji opartej na zaufaniu. Aż 85 proc. badanych ma świadomość, że firmy powinny bardziej zabiegać o klienta, a 62 proc. przyznaje, że inwestuje więcej czasu i zasobów w budowanie poprawnych relacji z klientami. Co budujące, 33 proc. badanych przyznało, że koncentruje się na swoich klientach w takim samym stopniu jak dotychczas.

– Zastanawiający jest fakt, że dopiero w czasie kryzysu firmy zauważyły potrzebę budowania długotrwałych relacji z klientami – zauważa Waldemar Sokołowski, prezes Rzetelnej Firmy. – Jednak to duża korzyść dla całego rynku, że przedsiębiorcy odkryli ogromny potencjał, jaki leży w budowaniu zaufania klientów. Wyższe standardy oznaczają korzyści dla konsumentów i kontrahentów, czyli lepszą obsługę i lepsze dopasowanie produktu do potrzeb. Zyskają na tym również sami przedsiębiorcy, którzy zaczynają przywiązywać większą wagę do swojej reputacji i marki – symbolu unikatowych wartości i jakości, która przyciąga klientów. Polecenie produktów czy usług ma o wiele większą wartość niż reklama, a poprawne relacje mogą uchronić przedsiębiorcę w momencie błędu – tłumaczy Waldemar Sokołowski.

Otworzenie się na dialog z klientem, na jego nie zawsze pochlebne oceny, na nieustanne udoskonalanie oferty w odpowiedzi na potrzeby i oczekiwania to niezbędne kroki, jakie musi podjąć przedsiębiorca, aby w zostać obecnej sytuacji dostrzeżonym na rynku. Dla 32 proc. przepytanych przez Rzetelną Firmę przedsiębiorców budowanie relacji z klientami to przede wszystkim indywidualne, dopasowane do potrzeb klienta oferty, a dla 26 proc. dbałość o jakość obsługi. 18 proc. firm stara się także rozbudowywać programy lojalnościowe i systemy rabatowe, a 9 proc. zbiera opinie klientów na temat produktów oraz usług i stara się na ich podstawie ulepszać ofertę.

Badanie przeprowadzone zostało w dniach 8-10 maja metodą wywiadu telefonicznego na reprezentatywnej próbce 1007 polskich przedsiębiorców zrzeszonych w programie Rzetelna Firma.

Akcjonariusze Fabryki Farb i Lakierów Śnieżka zdecydowali o wypłacie 31,5 mln zł dywidendy

Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy FFiL Śnieżka SA ustaliło wypłatę dywidendy z zysku za 2012 rok w wysokości 2,50 zł na jedną akcję. Jest to kwota wyższa o 0,50zł od zadeklarowanej w marcu br. przez Zarząd Śnieżki. Aktualna dywidenda jest jednocześnie najwyższą w historii Spółki.

Łącznie Śnieżka przeznacza na dywidendę 31,5 mln zł. Ustalenie dnia dywidendy przypadnie na 17 czerwca, a jej wypłata nastąpi 1 lipca 2013 r.

Wysokość wypłacanej dywidendy ma związek z bardzo dobrymi wynikami Grupy Kapitałowej Śnieżka za 2012 rok, kiedy to sprzedaż wyniosła 576,5 mln zł, a zysk netto 47,5 mln zł.

Kradzież dopiero od 800 zł? Handlowcy protestują

Straty będące wynikiem drobnych kradzieży w sklepach sięgają 3 proc. obrotu. Zdaniem organizacji handlowych – podniesienie z 250 zł na 800 zł limitu uznania kradzieży za przestępstwo doprowadzi do jeszcze większych strat. Wskutek proponowanych zmian najbardziej ucierpią właściciele małych przedsiębiorstw, którzy nie mają środków na ochronę czy monitoring.

– Jest to pomysł bardzo niekorzystny i niebezpieczny, zarówno dla właścicieli biznesu, jak również dla klientów i dla naszego społeczeństwa, szczególnie dla młodzieży – mówi Marcin Kraszewski, dyrektor Fundacji Polskiego Handlu. – Wysyłanie takiej informacji, że kradzież w pewnym momencie przestaje być przestępstwem, jest wielce szkodliwa i bardzo dwuznaczna.

Podwyższenie górnej granicy wykroczenia to pomysł Komendy Głównej Policji. Zdaniem jej przedstawicieli ustalona w 1998 roku kwota 250 zł jest zbyt niska i powinna być podniesiona do poziomu 1000 zł. Jak mówią zwolennicy tej zmiany, wykroczenia jest łatwiej ścigać niż przestępstwa, bo nie trzeba do tego angażować tylu policjantów. Krótszy jest też czas dochodzenia. Policjanci a także prokuratorzy i sędziowie nie byliby obciążeni taką ilością spraw, a to przełożyłoby się na oszczędności.

Jednak – jak alarmuje Polska Izba Handlu – już przy dzisiejszych przepisach drobne kradzieże są plagą handlowców. Na rynku działają gangi wyspecjalizowane w kradzieżach przedmiotów o wartości do 250 zł. Taka kradzież jest traktowana jako wykroczenie i nie skutkuje wpisem do Krajowego Rejestru Karnego i dotkliwymi konsekwencjami.

W toku prac sejmowych nad nowelizacją prawa karnego limit ten obniżono do 800 zł. Ale to i tak za wysoko – mówią handlowcy.

– Planowana modyfikacja prawa to ukłon w stronę takich gangów, ponieważ będą mogli praktycznie bezkarnie przywłaszczać towar lub okradać obywateli do kwoty 800zł, natomiast statystyki będą pokazywały spadek przestępczości w Polsce (przecież ich działania będą tylko błahymi wykroczeniami) – czytamy w komunikacje Polskiej Izby Handlu.

– Rozmawiałem z właścicielem kilku franczyzowych stacji benzynowych, który mówił mi, że średnio miesięcznie jedna stacja traci 2-3 tys. złotych wyłącznie na kradzieżach paliwa do 250 zł – podaje przykład dyrektor Fundacji Polskiego Handlu.

Na proponowanych zmianach stracą przede wszystkim drobni przedsiębiorcy, właściciele niewielkich sklepów czy straganów. Nie stać ich zwykle na instalację monitoringu czy zatrudnianie ochrony.

– Jeżeli wyobrazimy sobie sklep o powierzchni do 80m2, który jest obsługiwany maksymalnie przez trzy osoby, to trudniej jest im upilnować złodzieja, który jest w tym momencie w stanie z tego skorzystać – tłumaczy Kraszewski i podaje konkretne straty, jakie co miesiąc odnotowują placówki handlowe ponoszone z tytułu kradzieży. – W przypadku obiektów wielkopowierzchniowych taka norma jest ustalona na poziomie 0,5 proc obrotu, natomiast w sklepach małych to jest nawet 2-3 proc.

Fundacja Polskiego Handlu chce rozmawiać z posłami i przekonywać ich do rezygnacji z tego pomysłu. Przeciwna zmianom jest również Polska Izba Handlu, która skierowała w tej sprawie pisma, zarówno do prezydenta, Bronisława Komorowskiego, jak i premiera Donalda Tuska oraz marszałek Sejmu, Ewy Kopacz.

Zainteresowanie Chińczyków inwestycjami w Polsce rośnie

Sprzedaż chińskim inwestorom części maszynowej Huty Stalowa Wola i Fabryki Łożysk Tocznych w Kraśniku to pierwsze poważne chińskie inwestycje na polskim rynku. Zainteresowanie inwestorów z Państwa Środka rośnie, brakuje jednak zdecydowanych działań polskiego rządu, które wspierałyby napływ chińskiego kapitału. Te pieniądze mogą więc trafić do Czech czy Węgier – ostrzega Jarosław Dąbrowski, ekspert ds. bankowości międzynarodowej.

– Jesteśmy w sytuacji, w której Polska potrzebuje kapitału zagranicznego, ponieważ nie jesteśmy w stanie wytworzyć go w takiej ilości w kraju. Chiny, Rosja i Turcja to nowi gracze, którzy będą wchodzić do Polski. Chodzi o to, żebyśmy wprzęgli ten kapitał na tyle, na ile możemy, także do realizacji projektów istotnych z punktu widzenia państwa polskiego – tłumaczy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Jarosław Dąbrowski.

– Niedawno zamknięta została transakcja wejścia do Fabryki Łożysk Tocznych dosyć dużej, znanej firmy chińskiej Tri Ring Group. To drugi po sprzedaży przez Agencję Rozwoju Przemysłu części maszynowej Huty Stalowa Wola korporacji Liu Gong, wyraźny sygnał, że chiński kapitał do Polski będzie napływał – podkreśla Dąbrowski.

Trzeba się spieszyć

Podczas ubiegłorocznej wizyty w Polsce premier Chin Wen Jiabao deklarował, że chińskie firmy są zainteresowane w szczególności inwestycjami w przemysł motoryzacyjny, infrastrukturę, energetykę i telekomunikację. Przedstawił też propozycje utworzenia preferencyjnej linii kredytowej dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej, którą dysponowałby China Exim Bank. Kredyty byłyby dostępne dla firm z 16 państw europejskich zainteresowanych inwestycjami realizowanymi wspólnie z chińskimi partnerami.

– Chińczycy, którzy strategicznie podjęli decyzję, że chcą być bardziej aktywni i rozwijać inwestowanie w Polsce, powinni być pozytywnie przyjmowani i na dobrych, zdrowych, komercyjnych warunkach wprzęgani w proces unowocześnienia Polski. Istnieje ryzyko, że sąsiedzi faktycznie mogą nas wyprzedzić. Węgrzy już kilkanaście miesięcy temu jasno zaakcentowali, że przyjmą każdą chińską inwestycję – mówi Dąbrowski.

Węgierski rząd nie poprzestaje na deklaracjach – gromadzi własny wkład do funduszu i zapowiada, że jest już gotowy na uruchomienie procesu inwestycyjnego.

– Obawiam się, że dalsze przeciąganie po polskiej stronie tych terminów może nie wyłączy nas zupełnie z tego obiegu inwestycyjnego, bo Polska jest dużym krajem i cennym rynkiem, ale być może centrum dowodzenia tym funduszem nie będzie w Warszawie, ale w Budapeszcie albo w Pradze – ostrzega ekspert.

Jego zdaniem brakuje w Polsce spójnego i usystematyzowanego planu otwarcia się na Chiny. A skutki tego już są widoczne. Polska nie wypada korzystnie, jeśli porównamy skalę chińskich inwestycji w państwach Europy Centralnej z wielkością ich gospodarek.

– Ostatnio dowiedziałem się, że Chin już nie ma w rankingu najwyższych priorytetów państwa polskiego. Są kraje takie jak Indie, Turcja, ale Chiny, a także Ukraina z tego rankingu wyleciały. Myślę, że to jest niekonsekwencja. W Chinach nic łatwo się nie realizuje i nic nie staje się szybko, ale to jest 1,3 mld ludzi i bardzo duży rynek, druga największa gospodarka na świecie, eksporter numer jeden. Wydaje mi się, że nadal bezwzględnie powinien być na liście naszych priorytetów – twierdzi prezes Dąbrowski Finance.

Ekspert podkreśla, że strategia państwa powinna również uwzględniać to, że nie możemy już liczyć na kapitał z miejsc, z których płynął do tej pory, czyli państw Unii Europejskiej, borykających się z problemami gospodarczymi.

– Musimy się otworzyć na tych, którzy są gotowi tutaj inwestować i być może traktują Polskę jako pewną autostradę do UE, ale w końcu nam wszystkim o to chodziło. Dlatego musimy stawiać na Chińczyków, Turków czy Rosjan. Jeśli będziemy zwlekać, nie będziemy dynamiczni w tym procesie i bardzo profesjonalni, to będziemy tracić, bo inni będą nas wyprzedzać. A Polska nadal potrzebuje i będzie w najbliższych 10 latach potrzebować bezpiecznych inwestycji zagranicznych. Sami Polski nie rozwiniemy w takim tempie, który zapewni miejsce w czołowej piątce krajów UE – dodaje Jarosław Dąbrowski.

Komentarz dzienny, 4 czerwca 2013

Wzrost polskiego indeksu PMI w maju do 48 pkt (z 46,9 odnotowanych w kwietniu) był zgodny z naszą prognozą (48) i przewidywaniami rynku (47,7-47,8) i zbliżony do odnotowanego w Niemczech i w strefie euro (na czym bazowały zapewne wszystkie prognozy analityków). Jest to więc czternasty z kolei miesiąc, w którym ankietowani przedsiębiorcy sygnalizowali kontrakcję aktywności ekonomicznej. Od ostatniego szczytu (styczeń 2011 r.) upłynęło więc jeszcze więcej czasu – 29 miesięcy.

Strategia LW Bogdanka S.A. na lata 2013 – 2020 wraz z polityką dywidendową

W dniu 03.06.2013 r. spółka ogłosiła Strategię rozwoju na lata 2013 – 2020. Najważniejsze elementy strategii to finalizacja, do 2015 roku, programu inwestycyjnego mającego na celu podwojenie wydobycia oraz dwukrotne zwiększenie zasobów operatywnych Spółki w Lubelskim Zagłębiu Węglowym, i tym samym przedłużenie żywotności kopalni do około 2050 roku. W efekcie zwiększenia wydobycia LW BOGDANKA S.A. zamierza do 2015 roku osiągnąć 20% udziału w rynku sprzedaży węgla energetycznego w kraju.
LW BOGDANKA zamierza także pozostać liderem efektywności w górnictwie, między innymi poprzez budowę „inteligentnej kopalni”. Będzie to możliwe dzięki dalszemu rozwojowi systemu zarządzania gospodarką złoża oraz dalszej informatyzacji i automatyzacji ciągu produkcyjnego w Spółce. W połączeniu z ciągłym usprawnianiem organizacji pracy i rozwojem outsourcingu, ma to zaowocować zmniejszeniem jednostkowego gotówkowego kosztu wydobycia (Unit Mining Cash Cost) o 15% do 2017 roku (w ujęciu realnym).
Spółka zamierza także wykorzystać potencjalne synergie z producentami energii i analizuje dwa projekty: modernizację i rozbudowę Łęczyńskiej Energetyki oraz współpracę z Grupą GDF SUEZ Polska Energia w ramach projektu budowy elektrowni o mocy 500 MWe w bliskim sąsiedztwie LW BOGDANKA.
Spółka ogłosiła także politykę dywidendową na najbliższe lata – zakłada ona rekomendację przeznaczenia na wypłatę dywidendy 60% skonsolidowanego zysku netto za lata 2013 -2015.
ZAKOŃCZENIE PROCESU INWESTYCYJNEGO W CELU PODWOJENIA PRODUKCJI
Spółka zamierza, do 2015 roku, sfinalizować program inwestycyjny, mający na celu podwojenie wydobycia, w porównaniu do osiągniętego w 2011 roku. W efekcie zwiększenia wydobycia Spółka zamierza do 2015 roku osiągnąć 20% udziału w rynku sprzedaży węgla energetycznego w kraju (wobec 10% na koniec 2011 roku i 14% na koniec 2012 roku).
Dodatkowo, dzięki modernizacji szybu 1.5 w Nadrybiu, LW BOGDANKA zamierza zwiększyć swoje zdolności produkcyjne do ok. 12 mln ton w 2018 roku.
PODWOJENIE ZASOBÓW I ZWIĘKSZENIE ŻYWOTNOŚCI KOPALNI DO 2050 ROKU
LW BOGDANKA zamierza blisko dwukrotne zwiększyć swoje zasoby operatywne w Lubelskim Zagłębiu Węglowym Spółka ubiega się o pozyskanie nowych koncesji w Lubelskim Zagłębiu Węglowym, w celu zwiększenia zasobów operatywnych do ok. 450 mln ton, z ok. 237 mln ton obecnie.
Tym samym, przy średnim rocznym poziomie produkcji netto sięgającym ok. 12 mln ton węgla, oznacza to przedłużenie żywotności kopalni do ok. 2050 r. (obecnie posiadane zasoby pozwalają na żywotność kopalni do 2034 r.).
DALSZE ZWIĘKSZANIE EFEKTYWNOŚCI I INTELIGENTNA KOPALNIA
LW BOGDANKA zamierza pozostać liderem efektywności i innowacyjnych rozwiązań w górnictwie, między innymi dzięki budowie „inteligentnej kopalni”.
Będzie to możliwe dzięki dalszemu rozwojowi systemu zarządzania gospodarką złoża oraz dalszej informatyzacji i automatyzacji ciągu produkcyjnego w Spółce.
LW BOGDANKA już dziś dysponuje unikalnymi w polskim górnictwie podziemnym rozwiązaniami jeśli chodzi o wspomaganie decyzji w procesie przygotowywania złoża do inwestycji, uwzględniającymi najnowsze rozwiązania techniczne w górnictwie światowym.
Spółka zamierza nadal rozwijać posiadany system zarządzania gospodarką złoża (opracowany wspólnie z Polską Akademią Nauk), w skład którego wchodzi m.in. cyfrowy model złoża (dotychczas jedyny w polskim górnictwie węgla kamiennego), cyfrowa mapa wyrobisk górniczych i cyfrowy harmonogram robót udostępniających, przygotowawczych oraz eksploatacyjnych.
Dodatkowo, w ramach budowy „Inteligentnej Kopalni” LW BOGDANKA jest także w trakcie budowy mapy obiektowej infrastruktury dołowej. Następnym krokiem będzie wdrożenie aktywnych tagów pozwalających na śledzenie stanu infrastruktury dołowej na mapie wyrobisk górniczych.
W efekcie powyższych działań, jak również dzięki ciągłemu usprawnianiu organizacji pracy i wykorzystaniu outsourcingu, Spółka zamierza zmniejszyć jednostkowy gotówkowy koszt wydobycia (tzw. Unit Mining Cash Cost) o 15% do 2017 roku (w ujęciu realnym) w stosunku do roku 2012.
POTENCJALNE SYNERGIE Z PRODUCENTAMI ENERGII
Spółka zamierza także wykorzystać potencjalne synergie z producentami energii i analizuje dwa projekty:
  • realizację programu inwestycyjnego spółki zależnej – Łęczyńskiej Energetyki Sp. z o.o. – zakładającego wykonanie bloku energetycznego o mocy 69 MWt i 77 MWe wraz z niezbędnymi instalacjami pomocniczymi,
  • współpracę z Grupą GDF SUEZ Polska Energia w ramach projektu budowy elektrowni o mocy 500 MWe w bliskim sąsiedztwie LW BOGDANKA – Spółka byłaby kluczowym dostawcą paliwa w postaci węgla kamiennego oraz mułów węglowych i ich mieszanek.
Ostateczna decyzja dotycząca wyboru wariantu inwestycji zależeć będzie od wyników prowadzonych analiz.
FINANSOWANIE I POLITYKA DYWIDENDOWA
Spółka określiła niezbędny poziom środków pieniężnych dla zabezpieczenia ryzyk działalności operacyjnej Spółki w latach 2013 – 2015 na poziomie miesięcznych przychodów ze sprzedaży lub ok. 200 – 250 mln PLN. Spółka zamierza utrzymywać dług (dług oprocentowany plus zobowiązania pracownicze) na poziomie nie wyższym niż EBITDA x 1,50.
Jednocześnie Spółka opracowała politykę dywidendową, zakładającą przeznaczenie 60% skonsolidowanego zysku netto za lata 2013-2015 na wypłatę dywidendy. W ocenie Spółki taka polityka dywidendowa pozwoli na dalszą długoterminową budowę wartości Spółki, przy jednoczesnym zapewnieniu wypłat zysku dla akcjonariuszy na poziomie zgodnym z dobrymi praktykami światowych spółek surowcowych.

Czy proponowane wprowadzenie samoobsługi na stacjach z autogazem obniży ceny tego paliwa?

Przepisy umożliwiające samoobsługę na stacjach autogazu mają wejść w życie najpóźniej jesienią. Nie będzie to obowiązkowe rozwiązanie, więc kierowcy wciąż będą mogli korzystać z pomocy pracownika stacji. Wprowadzenie samoobsługi z pewnością skróci czas oczekiwania w kolejce na tankowanie. Cena autogazu jednak prawdopodobnie zostanie taka sama.

Zdaniem Andrzeja Olechowskiego, dyrektora Polskiej Organizacji Gazu Płynnego, zmiana przepisów pozwalająca na samoobsługę dla osób tankujących autogaz może wejść w życie w trzecim kwartale 2013 r. Ministerstwo Gospodarki czeka jeszcze na zatwierdzenie nowych przepisów przez Komisję Europejską.

 – W przypadku paliw tradycyjnych mamy wybór: możemy jechać na stację obsługową lub bezobsługową i tam sami zatankować. Podobnie będzie wkrótce z autogazem. Klient będzie mógł zadecydować, czy odpowiada mu, że musi sam tankować autogaz, czy woli poczekać na obsługę stacji – mówi Andrzej Olechowski.

Korzyść dla klienta będzie polegała na tym, że skróci się czas obsługi, w przypadku gdy wybierze on stację samoobsługę. Koszt dla konsumenta prawdopodobnie pozostanie niezmieniony.

 – Szczerze mówiąc, wątpię, czy przełoży się to na cenę. Moim zdaniem umożliwienie samoobsługi nie będzie mieć wpływu na cenę detaliczną – twierdzi dyrektor POGP.

Z kolei koszt umożliwienia samoobsługi zależeć będzie, zdaniem Olechowskiego, od sytuacji na konkretnych stacjach. Na ogół jednak nie powinien on być znaczący. Opracowane przez Ministerstwo Gospodarki nowe przepisy w kwestii samoobsługi wymagają od właścicieli stacji zainstalowanie wyłącznika tankowania, zaworów odcinających, umieszczenie odpowiedniego oznakowania, a także piktogramów.

  – Na wielu stacjach to praktycznie już jest, może oprócz piktogramów – podkreśla dyrektor Polskiej Organizacji Gazu Płynnego. – Jest jeszcze jedna rzecz, która może się wiązać z kosztami, to jest konieczność wymiany pistoletów na pistolety o nowych, bezpieczniejszych dla użytkownika parametrach. To koszt kilkuset złotych za jeden pistolet – dodaje.

Obecne prawodawstwo nie umożliwia samoobsługi w zakresie tankowania autogazem. Zmiana tego stanu rzeczy wymaga korekty bądź anulowania rozporządzenia ministra gospodarki z 2.11.2005 r. „w sprawie warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać bazy i stacje paliw płynnych, rurociągi przesyłowe dalekosiężne służące do transportu ropy naftowej i produktów naftowych i ich usytuowania” oraz rozporządzenia ministra transportu z 20.10.2006 r. „w sprawie warunków dozoru technicznego w zakresie projektowania, wytwarzania, eksploatacji, naprawy i modernizacji specjalistycznych urządzeń ciśnieniowych”.

Brak spodziewanego odszkodowania od ubezpieczyciela to najczęściej wynik niedopełnienia obowiązków przez poszkodowanego

Niedopełnienie obowiązków przez poszkodowanego – to najczęstszy powód odmowy wypłaty odszkodowań przez zakłady ubezpieczeń. Często są to na przykład braki w dokumentacji czy niewezwanie policji na miejsce zdarzenia. O wysokości możliwego odszkodowania decydują zapisy w umowie, ale też kwota płaconej składki.

Zaniżanie wartości ubezpieczanego majątku w celu obniżenia składki to częsty błąd, który powoduje problemy z uzyskaniem odpowiedniego odszkodowania.

Jeżeli samochód jest wart 50-60 tys. według Infoexperta, to trzeba na taką sumę ubezpieczyć, a nie szukać pozornych oszczędności poprzez zaniżanie sum ubezpieczenia. Dotyczy to w podobny sposób ubezpieczenia domu i mieszkania – przekonuje Jacek Wrzosek, prezes kancelarii prawno-brokerskiej Adversum. – Trzeba więc patrzeć na to, żeby w tej grupie majątkowej ubezpieczenia były pełne i odpowiadały wartościom ubezpieczanego mienia.

Są dwa sposoby określania wysokości wypłacanego odszkodowania. Jeden to tzw. wartość odtworzeniowa, czyli kwota, jaka według ubezpieczyciela umożliwia przywrócenie np. nieruchomości do stanu sprzed szkody. Drugi sposób polega na wpisaniu konkretnej sumy maksymalnego odszkodowania.

Wartość odtworzeniowa nie zawsze jest równoznaczna z tym, co wpiszemy w polisę – zastrzega szef Adversum radząc, by raczej wybierać ofertę z konkretną kwotą.

Zdaniem Wrzoska, warto też zapłacić więcej, aby polisa zawierała ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej. Dzięki temu obowiązek wypłaty odszkodowania w razie szkody zawinionej przez klienta spada na towarzystwo ubezpieczeniowe.

Im więcej dokumentów tym lepiej

Problemy przy wypłacie odszkodowania są najczęściej wynikiem niedopełnienia obowiązków przez poszkodowanego.

Przy szkodzie osobowej musi być wezwana policja, która musi określić okoliczności zdarzenia. To jest niezwykle ważne przy odpowiedzialności cywilnej, bo jeżeli to ma być naprawione z czyjejś polisy, to obecność policji w miejscu zdarzenia jest nieodzowna. W szkodach majątkowych, w których jest odpowiedzialność cywilna przy szkodzie znaczącej, w wysokości kilku czy kilkunastu tysięcy złotych, także warto policję wezwać, by móc później dokumentować w sposób pewny, kto ponosi odpowiedzialność za to zdarzenie, za zaniechanie czy za zaniedbanie – dodaje prezes kancelarii Adversum.

Ubiegając się o odszkodowanie trzeba pamiętać o gromadzeniu wszelkich dowodów, dotyczących poniesionych kosztów, np. recept, rachunków za szpital czy za leki. Ubezpieczyciel nie wypłaci odszkodowania, jeśli poniesione wydatki nie będą udokumentowane.

Przy zadośćuczynieniu nieliczalnym, które jest naprawieniem szkody niematerialnej, czyli krzywdy, bólu, bardzo istotne jest, żeby wykazać, jak dana choroba wpłynęła na nasze życie, czy to zdarzenie nie wyeliminowało z naszego życia czegoś, czy nie ograniczyło naszych możliwości poruszania się. Te wszystkie elementy, które wskazują na to, że ponieśliśmy krzywdę, że to życie zupełnie inaczej wygląda po wypadku niż wyglądało przed wypadkiem – tłumaczy Wrzosek.

Niezależnie od rodzaju polisy, przed podpisaniem umowy należy szczegółowo zapoznać się z ogólnymi warunkami ubezpieczenia oraz z treścią samej umowy. Tym bardziej, że są one niemodyfikowalne, to znaczy nie można zmieniać ich treści, nie można ich negocjować. W przypadku braku zgody na któryś z warunków pozostaje tylko wybór innego ubezpieczyciela.

Albo emerytura albo zdrowie

Ekspert radzi, by w przypadku ubezpieczeń na życie oddzielić element inwestycyjny, czyli zabezpieczenie życia na emeryturze od ubezpieczenia od nieszczęśliwych wypadków czy choroby

Tu powinny być zawierane dwie odrębne polisy lub powinien być przygotowany cały program ubezpieczeniowy, który przewiduje różne aspekty. Przy zabezpieczeniu zbyt długiego życia, czyli zabezpieczenia emerytalnego, trzeba dobrać takie polisy, które mają charakter inwestycyjny, bezpieczny. W zależności od tego, ile czasu nam zostało do tej emerytury, polityka inwestycyjna w ramach tej polisy, powinna być odpowiednio dobrana – podkreśla Jacek Wrzosek.

Władze Krakowa przeciwne są nowym inwestycjom. Według przedsiębiorców nowe plany mogłyby ożywić rynek pracy

Małopolscy przedsiębiorcy i inwestorzy liczą na więcej inicjatywy ze strony władz miasta. Przez brak porozumienia na linii biznes-miasto kilka dużych inwestycji, które mogłyby dać nowe miejsca pracy, nie może ruszyć z miejsca. Problemem są także wdrażane plany zagospodarowania przestrzennego, które ograniczą część inwestycji.

Cały region i Kraków potrzebują inwestycji, które ożywiłyby lokalny rynek pracy. Inwestorzy jednak podkreślają, że Kraków jest trudnym miejscem do inwestowania. Przykładem są problemy przedsiębiorców z branży budowlano-deweloperskiej i inwestycje blokowane od lat przez miasto. Oficjalnie na przeszkodzie stoi brak planów zagospodarowania przestrzennego. Dziś pokryta jest nimi niecała połowa miasta. Władze planują ich wprowadzenie na większym obszarze, ale – według inwestorów – robią to bez właściwych konsultacji z zainteresowanymi.

 – Sporządzanie planów, które na wstępie mają nikłe szanse albo wręcz wiadomo, że nie będą realizowane – nie ma sensu. Sporządzając plan powinno się mieć w perspektywie to, jak on będzie realizowany – przez kogo i na jakich warunkach. Jeżeli sygnalizujemy, że w obecnych zapisach jest to niemożliwe, to znaczy, że coś jest na rzeczy i że inaczej należałoby ten plan sporządzić – mówi Dariusz Anisiewicz, architekt, przedstawiciel Echo Investment.

Do firmy należy działka z Hotelem Cracovia. Inwestor chce tam postawić wielofunkcyjny kompleks usługowo-handlowo-rozrywkowy, z zespołem kin, restauracji, galerii handlowej i fitness. Jednak propozycje planu miejscowego dla tej części miasta nie uwzględniają tej koncepcji. Władze chcą, by w tym miejscu funkcjonował hotel. Rozmowy między miastem a Echo Investment trwają.

 – Liczymy na to, że dojdzie do bezpośredniej rozmowy z planistami, nie tylko tej, którą ustawa przewiduje, ale również partnerskiej, bo bez inwestora plan nie zostanie zrealizowany. Plan to jest tylko narzędzie kierunkujące i ograniczające. Natomiast nie można planem zmusić inwestora do budowania czegoś, czego nie zamierza realizować – podkreśla Dariusz Anisiewicz.

Zdarzają się sytuację, w których przygotowanie planów powierza się osobom, które nie mają wystarczających kompetencji. Poznań przez błędy urzędników przy przygotowaniu planów zagospodarowania przestrzennego musi wypłacić jednemu tylko inwestorowi wielomilionowe odszkodowanie. Do sądów trafiają kolejne wnioski.

Potwierdza to również Szymon Duda z GD&K Group, mniejszościowego właściciela słynnego krakowskiego „Szkieletora”: – Powstawanie planów zagospodarowania jest często delegowane w ręce osób, które mają niewielką wiedzę w specyficznych zakresach. Przykład – próba projektowania budynków biurowych, które nie są możliwe do zbudowania – mówi.

Zdaniem Szymona Dudy, problem takich budynków jak „Szkieletor” czy Hotel Cracovia, które od wielu lat stoją niewykorzystane, polega na tym, że brakuje dialogu między miastem a właścicielami działek. A krakowscy inwestorzy zgodnie powtarzają, że bez konsultacji i kompromisów żadnych inwestycji nie będzie.

 – Wyobrażam sobie sytuację, w której deweloperzy mogliby bardziej aktywnie uczestniczyć w rozmowach o rozwoju miasta. Oczywiście, to mogą być rozmowy otwarte, ale dziś deweloperzy raczej nie są dopuszczani do spotkań – mówi Szymon Duda.

A to może powodować wzajemną niechęć.

By Kraków się rozwijał, potrzebuje odważnej wizji i czytelnych zasad inwestowania – tylko wtedy stanie się miastem przyjaznym oraz otwartym na nowe i tak potrzebne inwestycje.

 – Mam nadzieję, że będziemy tym inwestorem, który przełamie taką złą passę, którą mają inwestorzy w Krakowie. I że będziemy mogli powiedzieć: w Krakowie bardzo dobrze się inwestuje – mówi Dariusz Anisiewicz z Echo Investment.

Bywa, że miasto wystawia na sprzedaż atrakcyjne działki z określonymi warunkami zabudowy, a gdy tylko znajduje się zainteresowany inwestor, próbuje objąć teren planem miejscowym lub zapisami konserwatorskimi, uniemożliwiając prowadzenie inwestycji. Co więcej, miasto w takich przypadkach nie przyjmuje na siebie kosztów utrzymania „zabytkowych” obiektów ani  nie jest zainteresowane  odkupieniem cennych dla siebie działek czy budynków. Nie wykazuje też zainteresowania, by zrealizować projekt wspólnie z inwestorem.

Podobnie jest z pasem startowym dawnego lotniska w Czyżynach. Budująca tam nowoczesne osiedle spółka Budimex-Nieruchomości natrafia na wiele trudności z zagospodarowaniem tej atrakcyjnej przestrzeni, pomimo wcześniejszych kompleksowych uzgodnień z miejskimi agendami. Obecnie miasto próbuje promować swoją wizję dla tego obszaru, wprowadzając pospiesznie niedopracowany plan zagospodarowania przestrzennego.

 – Plan ten – oparty na starym studium wykonalności – może zniweczyć wydane wcześniej decyzje o warunkach zabudowy. Taka sytuacja naraża krakowską gminę na wypłatę wielomilionowego odszkodowania – uważa projektant osiedla architekt Józef Białasik, współwłaściciel Biura Architektonicznego B-2 Studio, cytowany przez „Dziennik Polski”.

Autorzy planu w swojej prognozie skutków finansowych nie biorą pod uwagę takiej ewentualności, a w wypowiedziach urzędników słychać przekonanie, że niezawisły i kierujący się interesem społeczno-gospodarczym sąd wcale nie musi wydać werdyktu po myśli inwestora. Władze Poznania myślały podobnie, a ich decyzje naraziły miasto na wielomilionowe straty.

Eksperci UOKiK: uchybienia parabanków w reklamach pożyczek.

Wprowadzanie klientów w błąd w kwestii oferowanych pożyczek i ich kosztów oraz nagminne sugerowanie wyjątkowości ofert na tle konkurencji, które nie mają pokrycia w rzeczywistości – to największe stwierdzone przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów uchybienia instytucji parabankowych w reklamach pożyczek. Eksperci wskazują, że obecnie przepisy umożliwiają co prawda UOKiK kontrolę tych firm, ale nie można zakazać emitowania nieuczciwych reklam do czasu zakończenia postępowania.

  Postępowanie przed UOKiK w tego rodzaju sprawach może trwać nawet do roku. Później mamy postępowanie odwoławcze przed Sądem Ochrony Konkurencji i Konsumentów, które może potrwać około 1,5 roku. W ślad za tym może dojść do postępowania apelacyjnego, które również może potrwać od 6 miesięcy do roku. W związku z tym ten okres wydłuża się nam do około 3-4 lat. W tym czasie nie ma skutecznego środka, który umożliwiałby prezesowi UOKiK wstrzymanie emitowania tego rodzaju reklam w trakcie toczącego się postępowania – mówi Paweł Zouner z Kancelarii Chałas i Wspólnicy.

To oznacza, że zarówno na etapie postępowania przed urzędem antymonopolowym, jak i postępowania odwoławczego i apelacyjnego takie reklamy mogą być w dalszym ciągu emitowane. Aż do prawomocnego zakończenia się postępowania przed sądami powszechnymi.

 – Wniosek co do tego, że takich środków tymczasowych jeszcze w obrocie prawnym nie ma, wynika wprost z analizy i raportu przedstawionego przez Komitet Stabilności Finansowej pracujący przy Ministerstwie Finansów [„Analiza działań organów i instytucji państwowych w odniesieniu do Amber Gold sp. z o.o.” – red.]. Obecnie prace legislacyjne jeszcze nie trwają, natomiast dyskusja co do tych środków została już podjęta wyjaśnia Zouner.

Przeprowadzona przez prezes UOKiK kontrola reklam parabanków wykazała szereg nieprawidłowości. Wykryte uchybienia polegały na naruszeniu obowiązków podawania w reklamie wymaganych danych dotyczących kosztów pożyczki, stosowaniu nieuczciwych praktyk rynkowych oraz czynów nieuczciwej konkurencji. UOKIK sprawdził 37 firm. Ogółem zakwestionowano 32 reklamy stosowane przez 23 firmy poddane badaniu, a prezes UOKiK wszczęła 23 postępowania w sprawie praktyk naruszających interesy konsumentów.

  Raport UOKiK pokazuje niezbyt ciekawy obraz parabanków. Na 37 skontrolowanych przedsiębiorców ponad 2/3 stosowało nieuczciwe reklamy. Raport UOKiK został sporządzony na skutek wydarzeń ubiegłego roku związanych z działalnością tego typu instytucji – mówi Paweł Zouner.

Wśród zakwestionowanych przez UOKiK reklam największą grupę stanowiły te, które zawierały sformułowania „bez BIK”, ewentualnie „bez weryfikacji w BIK”. Hasło „bez BIK” może być przez przeciętnego konsumenta rozumiane jako niebadanie zdolności kredytowej w ogóle. Tymczasem kredytodawcy mają obowiązek oceny ryzyka kredytowego w związku z każdym udzielanym kredytem.

Inne uchybienia polegają na używaniu sformułowań sugerujących wyjątkowość oferty parabanku na tle konkurencji. Chodzi tu o sformułowania typu „jedyna taka oferta na rynku”, „najtańsi na rynku”. Kontrola UOKiK takich reklam i ofert skontrolowanych firm wykazała, że tego rodzaju zwroty w większości nie mają pokrycia w rzeczywistości.

Parabanki wprowadzają także klientów w błąd co do kosztów pożyczki. Np. używany przez jedną ze skontrolowanych firm zwrot w reklamie „Bez prowizji i bez opłat wstępnych” dotyczył jedynie niepobierania od konsumentów opłat i prowizji na etapie wnioskowania i oceny ryzyka kredytowego, co oznacza, że tylko w sytuacji niezawarcia umowy pożyczki konsument nie ponosi żadnych kosztów. UOKiK podkreśla, że dane dotyczące kosztu pożyczki muszą być podane w sposób jednoznaczny, zrozumiały i widoczny.

Wprowadzaniem w błąd i nieuczciwą praktyką jest też podawanie informacji, że klient może odstąpić od umowy w ciągu 14 dni od jej podpisania. Tymczasem takie uprawnienie jest normą, a nie cechą wyjątkową oferty.

Jeżeli konsument – na skutek nieuczciwej reklamy – podpisał niekorzystną umowę z parabankiem, ma prawo powoływać się przed sądem na stosowanie przez przedsiębiorcę praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów albo nieuczciwych praktyk rynkowych.

Nieścisłości w projekcie ustawy o zakazie handlu w niedziele. Co na to małe, prywatne sklepy?

0

Proponowany  przez posłów zakaz handlu w niedzielę budzi wątpliwości Fundacji Polskiego Handlu, organizacji zrzeszającej małe i średnie sklepy. Zdaniem dyrektora fundacji, przepis jest nieprecyzyjny, bo zakazuje pracy w placówkach handlowych, a nie w handlu. Sam pomysł ograniczenia handlu w niedziele Fundacji Polskiego Handlu popiera, o ile bez zmian pozostaną przepisy pozwalające właścicielom małych sklepów na prowadzenie sprzedaży.

 – W projekcie jest wyłącznie mowa o zakazie pracy w punktach handlowych, więc właściwie trudno jest to zinterpretować. Myślę że należałoby ten akt na pewno dopracować – podkreśla Marcin Kraszewski,  dyrektor Fundacji Polskiego Handlu.

Według niego, niejasności budzi, kogo miałby ten zakaz dotyczyć.

 – Jeżeli mówimy o zakazie pracy to znaczy że wszelkie osoby zatrudnione w punktach handlowych nie mogą podejmować pracy w tych punktach w niedzielę. Również pracownicy ochrony i firm sprzątających. Wydaje mi się to lekkim nieporozumieniem, wątpię aby taka była intencja ustawodawcy – dodaje dyrektor Fundacji Polskiego Handlu.

Przyznaje, że popiera ograniczenie handlu, tym bardziej, że został on wprowadzony w innych krajach Europy, np. w Niemczech i gospodarki sobie z tym radzą. Kraszewski uważa, że skorzystaliby na tym wszyscy, przede wszystkim z socjologicznego punktu widzenia, bo niedziela jest dniem, który spędza się z rodziną i na aktywności społecznej, a niekoniecznie na zakupach. To samo dotyczy pracowników handlu.

Jednak – jak podkreśla dyrektor fundacji – pomysł jest dobry, o ile zachowane zostaną przy nim takie rozwiązania jak przy handlu w święta.

 – Tak długo jak ten zapis będzie dopuszczał prowadzenie działalności np. przez właścicieli sklepów, tak jak to ma miejsce w święta państwowe obecnie w Polsce – to jesteśmy za. Natomiast, jeżeli miałoby to dotykać absolutnie wszystkich, to nie wyobrażam sobie, żebym nie mógł w niedzielę na Krupówkach nabyć np. napoju – podkreśla Kraszewski.

Jak dodaje, zamknięte hipermarkety to szansa na zwiększoną sprzedaż dla małych sklepów czy innych jednostek drobnego handlu.

Projekt zmian w Kodeksie pracy jest w przeważającej mierze inicjatywą posłów PiS (65 z 86 podpisów) a także części posłów PO, SP i PSL. Argumentują oni, że niedziela w polskiej tradycji jest dniem świętym i rodzinnym. Zakaz handlu w niedziele to również niezmienny od wielu lat postulat „Solidarności”. Pomysł ten krytykuje natomiast Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji, argumentując to możliwymi konsekwencjami, jak  m.in. spadkiem zatrudnienia w handlu (o 5-10 proc.), obrotów (o 3-7 proc.), a co za tym idzie spadek rentowności sieci handlowych oraz bankructwa sklepów.

Ministerstwo Finansów wprowadza nowy, przyjazny system podatkowy dla przedsiębiorstw szukających gazu łupkowego

W ciągu najbliższych dni powinny zostać ukończone prace nad projektem ustawy regulującej opodatkowanie wydobycia węglowodorów – zapewnia Maciej Grabowski, wiceminister finansów. Trwają ostatnie uzgodnienia międzyresortowe dotyczące np. formy prawnej przedsiębiorstw szukających gazu łupkowego. Jak zapewnia wiceminister, system podatkowy ma być przyjazny inwestorom, a jednocześnie zapewnić wystarczające wpływy do budżetu państwa.

 – Ten projekt jest wyważony i domknięty na 95 proc.. W najbliższych dniach zakończymy ostatnie etapy pracy legislacyjnej – zapowiada  Maciej Grabowski, wiceminister finansów. – Przedstawiliśmy ponad dwa miesiące temu projekt ustawy, odbyliśmy konferencję uzgodnieniową z zainteresowanymi ministerstwami, które zgłosiły wiele uwag. Część z nich wyjaśniliśmy. Wydaje mi się, że jesteśmy już blisko tego, żeby przedstawić ostateczny projekt ustawy.

Wiceminister wyjaśnia, że po przełożeniu tych uzgodnień na język prawny dokument trafi do Komitetu Stałego Rady Ministrów, a następnie do Rady Ministrów. Ostateczna wersja projektu powinna być gotowa w ciągu najbliższych kilku dni.

 – Są jeszcze spory z kolegami w rządzie – przyznaje Grabowski. – Na przykład uważamy, że forma prawna przedsiębiorcy, który miałby wydobywać gaz, powinna być spółką akcyjną albo spółką z ograniczoną odpowiedzialnością. Ale w stosunku do tych rozbieżności, które już nam się udało uzgodnić, myślę, że te, które jeszcze nas czekają, są marginalne.

Wiceminister wyjaśnia, które uwagi ministerstwa zostaną uwzględnione w nowej wersji projektu.

 – Najistotniejsza część mówi o tym, żeby obciążenia fiskalne, które poniosą inwestorzy faktycznie zaczęły obowiązywać od 2020 roku. Uwzględniamy problem związany z tzw. gazem towarzyszącym, to jest taki gaz, który się ulatnia najczęściej przy pozyskiwaniem ropy. To są ilości śladowe i nie chcemy tego paliwa opodatkowywać – wymienia Grabowski. – Uwzględniamy specyfikę i w związku z tym wyższe koszty, związane z wydobywaniem gazu z dna morskiego.

Wiceminister zapewnia, że ten nowy system podatkowy ma być przyjazny dla inwestorów, a z drugiej strony zapewnić godziwe pożytki dla Skarbu Państwa, będącego właścicielem tych zasobów: gazu i ropy, które w naszej ziemi pozostają.

 – Przyjęliśmy stosunkowo prosty system, który funkcjonuje i w Wielkiej Brytanii, i w Australii. Z jednej strony opiera się o  podatek oparty o dodatnie przepływy finansowe, czyli kiedy jest zwrot z kapitału, to wówczas przedsiębiorca dzieli się tym zyskiem ze Skarbem Państwa. Z drugiej strony – o stosunkowo niewielką opłatę związaną wyłącznie z samym wydobywaniem. Czyli są dwa źródła, które mają zapewnić godziwe dochody również dla Skarbu Państwa – informuje Maciej Grabowski.

Przypomina, że rząd założył, że obciążenie całkowite powinno wynosić około 40 proc. zysków brutto na przestrzeni życia całego projektu (czyli nawet 50 lat).

 – Zysk brutto na przestrzeni tych lat powinien być dzielony w proporcji 60 do 40, czyli 40 proc. zysku brutto powinno zostać w naszym państwie, w naszym budżecie, a 60 proc. zysku mógłby przejmować inwestor – dodaje wiceminister.

Resort środowiska informuje, że do połowy maja wykonano w Polsce łącznie 44 odwierty za tzw. gazem łupkowym. Na 2013 rok zaplanowanych jest 41 wierceń, w tym 9 „opcjonalnych”, czyli nieobjętych ścisłym zobowiązaniem koncesyjnym. Z szacunków wynika, że inwestorzy będę wydobywać gaz na skalę przemysłową najwcześniej w 2015 roku.

Komentarz dzienny, 3 czerwca 2013

Dochody osobiste Amerykanów utrzymały się w kwietniu na niezmienionym poziomie; dochód rozporządzalny nieznacznie spadł (-0,1% m/m) zaś ta sama kategoria w ujęciu realnym odnotowała nieznaczny wzrost o 0,1%. Wydatki konsumpcyjne spadły o 0,2% m/m, na czym przeważyły wydatki na dobra nietrwałego użytku (1,1%); kompozycja nie jest zatem najgorsza i mogła wynikać z czynników pogodowych. Obie wielkości (i dochód i wydatki) uplasowały się poniżej konsensusu prognoz. Stopa oszczędności nieznacznie wzrosła do 2,5%.

Polish Weekly Review, 31 maja 2013

New week, the same story. Selloff on bonds continued, as investors realised that without QE those bonds look expensive. Yields on 10 year bonds went up another 30bp and now with weakening currency there is a pressure even on the short end of the curve.

Czy pracujący rodzic to gorszy rodzic? Niekoniecznie!

Promowany w mediach model rodzicielstwa wpędza rodziców w poczucie winy, jeśli nie poświęcają swoim dzieciom 100 procent swojej uwagi – podkreślają psychologowie. Tymczasem praca zawodowa rodziców to jeden z elementów wprowadzania dziecka w dorosłe życie i uczenia go pozytywnych wartości, które niesie ze sobą praca. Zadowolona z pracy mama i zaangażowany w zawodowy rozwój tata to zazwyczaj lepsi rodzice.

Współczesny model rodzicielstwa zakłada, że wychowanie dziecka powinno być priorytetem rodziców. Psychologowie podkreślają jednak, że jest nim jak najlepsze przygotowanie dziecka do wejścia w świat i stopniowe usamodzielnienie się.

 – Nasza praca zawodowa jest ważnym elementem edukacyjnym. Pokazuje, że to jest coś istotnego, że ludzie, którzy czerpią przyjemność ze swojej pracy w ogóle są zadowoleni. Zadowolony rodzic to bardzo często dobry rodzic – mówi dr Magdalena Śniegulska, psycholog dziecięca ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej.

Poza wysokimi wymaganiami, jakie stawiane są współczesnym rodzicom, dodatkowym czynnikiem stresującym jest kryzys finansowy, który oznacza redukcje w wielu firmach.

 – Posiadanie pracy w w tej sytuacji ekonomicznej jest naprawdę powodem do radości i zadowolenia, więc warto o tę pracę zadbać – dodaje Magdalena Śniegulska.  Uspokoiłabym tych rodziców, którzy mają poczucie, że przez swoją pracę zabierają ważne elementy z dzieciństwa swoich synów i córek.

Jak podkreśla, zapracowani rodzice, skoro mają mniej czasu dla swoich pociech, to powinni zastanowić się, w jaki sposób go wspólnie efektywnie spędzić. Dziecko musi czuć wsparcie i bliskość rodzica, a to oznacza, że czas z dzieckiem nie zawsze należy wypełniać ambitnymi zadaniami.

 – Chciałabym trochę umniejszyć to przekonanie, że jak już mamy ten wspólny czas, to musi być zadanie, np. wyjście do galerii – musimy oglądać obrazy czy program edukacyjny – musimy poznać nowe słowa. Może mamy takie dziecko, które tego potrzebuje, ale czasami to może być po prostu poleżenie w łóżku w piżamie i pogadanie o tym, co się dzieje, poprzytulanie, zrobienie razem obiadu – podkreśla psycholog.

Jej zdaniem, rodzic musi być otwarty na potrzeby i pomysły dziecka i być gotowy do poświęcania swojego wolnego czasu na rzeczy, które będą robić wspólnie.

 – Ten balans między życiem zawodowym a prywatnym polega właśnie na zadbaniu o to, żeby w przestrzeni wolnego czasu nasze dziecko w ogóle zaistniało, żeby miało świadomość, że jest dla nas istotne. Ale nie może być też tak, że z tego powodu, że jesteśmy rodzicami, to mamy poczucie krzywdy, że idziemy do pracy. Praca naprawdę może być bardzo fajna – dodaje Magdalena Śniegulska.

Sytuacja gospodarcza się poprawia, kwota niespłaconych przez Polaków długów powinna przestać rosnąć, może nawet zacząć spadać

Możliwości zadłużania się Polaków osiągają szczyt, a to oznacza, że jeszcze w tym roku kwota niespłacanych terminowo długów powinna przestać rosnąć. Według przedstawicieli firm windykacyjnych, może nawet zacząć spadać, bo sytuacja w gospodarce – zgodnie z prognozami – za kilka miesięcy powinna się poprawić.

 – Od paru lat kwota nieregularnie obsługiwanych wierzytelności rośnie i ta krzywa wzrostu nie jest tak bardzo płaska, więc myślę, że i ona będzie wciąż rosła. Niemniej spodziewam się, że ona w tym roku osiągnie swój szczyt i się zatrzyma. Być może będzie spadać prognozuje Jacek Daroszewski, prezes zarządu Fast Finance, firmy zajmującej się skupowaniem i odzyskiwaniem wierzytelności osób fizycznych.  Sytuacja gospodarcza się poprawia. Poza tym gdzieś jest kres zadłużania się.

Z danych Narodowego Banku Polskiego wynika, że Polacy znacznie chętniej zadłużają się niż oszczędzają na planowane wydatki. Zobowiązania gospodarstw domowych o 24 miliardy przekraczają zgromadzone przez nie oszczędności. Na różnych listach nierzetelnych dłużników znajduje się 2,2 mln osób.

 – Banki mają zasięg ogólnopolski. Nie ma regionalnych instytucji tego typu, więc zadłużenie raczej jest równomiernie. Na pewno więcej długu niespłacanego jest tam, gdzie jest też więcej uzyskiwanego, czyli przeważają duże aglomeracje i rejony o gęstym zaludnieniu – mówi Jacek Daroszewski, prezes zarządu Fast Finance, firmy zajmującej się skupowaniem i odzyskiwaniem wierzytelności osób fizycznych.

Z danych firmy wynika, że statystyczny dłużnik ma 30-40 lat i mieszka w większym mieście. W sumie Polacy zalegają ze spłatą ponad 38 mld złotych. Zaległe raty 60 procent dłużników nie przekraczają sumy 5 tysięcy złotych.

  Wszystkie długi teoretycznie są trudne do odzyskania, ale wszystkie są możliwe do odzyskania – tłumaczy Jacek Daroszewski.

Banki i inne instytucje finansowe sięgają po usługi firm windykacyjnych po wyczerpaniu się innych sposobów odzyskania długu. Zdaniem prezesa Fast Finance, zmieniło się postrzeganie takich usług na rynku, również przez samych dłużników.

 – Te firmy właśnie nie „wydzierają” pieniędzy, a zdecydowanie pomagają. Zawsze jesteśmy nastawieni na to, żeby zawrzeć ugodę z dłużnikiem. Zawsze jesteśmy gotowi na wszelkie ustępstwa, byle wierzytelność dostała spłacona – wyjaśnia Jacek Daroszewski.

Zagraniczni inwestorzy lokują swe magazyny w Polsce. Mamy coraz lepsze autostrady i lotniska

Na  koniec I kwartału 2013 r. łączne zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowej i logistycznej wynosiły w Polsce 7,4 mln m. kw., a odsetek powierzchni niewynajętych wynosił 10 proc. – wynika z danych firmy doradczej CBRE. Zagranicznych najemców powierzchni magazynowych przyciąga do Polski coraz lepsza infrastruktura, w tym nowe autostrady, drogi ekspresowe oraz lotniska. Nowym zjawiskiem jest też rozwój rynków lokalnych na wschodzie kraju – głównie w regionie Rzeszowa i Lublina.

Poszukujący magazynów do wynajęcia zwracają uwagę przede wszystkim na lokalizację.

 – Inwestorów zagranicznych interesują lokalizacje jak najbliższe autostrady. Każdy z nich chciałby mieć autostradę tuż przy swoim magazynie. To najważniejszy czynnik. Zwykle zagraniczne firmy mają już jakąś lokalizacje na Zachodzie, np. w Niemczech i chciałyby, żeby ich nowa lokalizacja w Polsce była położona o jeden dzień drogi tirem od ich obecnej lokalizacji. Dlatego też bezpośrednia dostępność drogowa jest bardzo ważna – mówi Aleksander Kuźniewski, starszy negocjator w dziale powierzchni magazynowych i przemysłowych CBRE – firmy doraczej w sekorze nieruchomości.

Dlatego inwestorzy najbardziej poszukują powierzchni w zachodnich regionach Polski oraz na Śląsku.

 – Chodzi o Poznań, Wrocław, Śląsk, obszar wzdłuż całej autostrady A4 i A2. Nowe lokalizacje pojawiające się z nowymi drogami, wszystkie korytarze główne transportowe są tak naprawdę w kręgu zainteresowań potencjalnych inwestorów – podkreśla ekspert.

Łączna wartość inwestycji na polskim rynku nieruchomości komercyjnych w 2012 roku wyniosła 2,7 mld euro, z czego inwestycje w sektorze logistycznym wyniosły 460 mln euro, czyli 17 proc. – znacznie więcej w porównaniu z latami wcześniejszymi.

Rośnie rynek powierzchni magazynowych na Wschodzie

Nowym zjawiskiem jest rozwój nowych regionalnych rynków logistycznych. Rośnie zainteresowanie Polską Wschodnią, w tym przede wszystkim regionem Rzeszowa i Lublina. To miasta bliskie granicy kraju, z tanimi gruntami w regionie oraz korzystające z zalet specjalnych stref ekonomicznych, a także obecności polskich i zagranicznych firm z sektora produkcji. Łączne zasoby powierzchni logistycznej w tym regionie wynoszą tylko 128 tys. m. kw., ale w budowie lub planach są już następne projekty.

Kolejnym wschodzącym rynkiem logistycznym jest region kujawsko-pomorski, z Bydgoszczą i Toruniem, którego atuty to centralna lokalizacja i dostęp do autostrady A1 łączącej północ i południe kraju. Na razie dostępnych jest tu jedynie 80 tys. m.kw. powierzchni logistycznej, ale w planach jest dwukrotne jej zwiększenie.

Wśród najemców z zagranicy dominują logistycy i sektor motoryzacyjny. Coraz większy wpływ na rynek powierzchni magazynowych ma też rozwój branży e-commerce.

 – Powoli będzie następowała taka tendencja, że odejdziemy od dużych centrów handlowych w stronę małych sklepików, gdzie będzie można zobaczyć produkt,  dotknąć go, a potem wrócimy do domu i będziemy kupować w internecie. Sklep internetowy działający w Poznaniu może być obsługiwany z magazynu w Piotrkowie Trybunalskim, w dzisiejszych czasach nie jest to żadną przeszkodą – stwierdza ekspert.

Nie jest tak dobrze jak w 2008 roku

Zmianie ulega także sposób inwestowania w powierzchnie magazynowe.

 – Jeszcze w 2008-2009 roku budowało się nawet bez klienta. Budowało się, bo wiadomo było, że klient się znajdzie. Teraz, żeby budować magazyn, trzeba mieć klienta przynajmniej na dużą część magazynu. Można ewentualnie zbudować o 20-40 proc. większy magazyn i czekać na następnych klientów, którzy przyjdą. Jednak do budowy magazynu deweloperzy potrzebują pierwszego najemcy, który jest zabezpieczeniem dla banku na sfinansowanie inwestycji – podsumowuje Aleksander Kuźniewski.

Z danych CBRE wynika, że w 2012 r. popyt na nowoczesne powierzchnie logistyczne wyniósł 1,8 mln m.kw. Około 70 proc. tej powierzchni wynajęto poza Warszawą i regionem stołecznym, z czego około 230 tys. m.kw. na Górnym Śląsku i ponad 105 tys. m.kw. w regionie Poznania.

Stawki wyjściowe czynszów w regionie warszawskim wynoszą 2,50-3,60 euro/mkw./miesiąc, a stawki efektywne to 1,90 – 3,00 euro/mkw./miesiąc.

Kompania Piwowarska odnotowuje spadek, ratunkiem może być długie i ciepłe lato

Kompania Piwowarska liczy się z pesymistycznym scenariuszem rozwoju sytuacji na rynku w tym roku. – Możemy obserwować nieznaczne spadki – twierdzi jej prezes Robert Priday. Wszystko przez długą zimę i kiepskie nastroje konsumentów. Branża ma nadzieję na długie i gorące lato, które dla browarów jest okresem żniw.

W ubiegłym roku sprzedaż na całym rynku wzrosła o 4,2 proc. (do 38 mln hl).

 – Myślę, że będzie trudno o wzrost na rynku piwa. Jedyna szansa, jeśli będziemy mieć długie lato i piękną pogodę, która rozciągnie się na sierpień, wrzesień, może październik – mówi Robert Priday, prezes Kompanii Piwowarskiej (KP). – W innym przypadku będziemy obserwować lekki spadek.

Spadek ten może wynieść 1-2 proc., przy negatywnych założeniach dotyczących pogody w dalszej części roku – zwłaszcza w sezonie letnim. Szacuje się, że ponad 50 proc. rocznej sprzedaży piwa przypada na okres od maja do września. Tegoroczna ostra i długa zima była wyjątkowo ciężka dla piwowarskich przedsiębiorstw. Nie pomagają im nastroje na rynku – w efekcie pogarszającej się sytuacji gospodarczej w drugiej połowie 2012 r. spadła konsumpcja piwa.

 – Potrzebujemy więc długiego i pięknego lata – podkreśla Priday.

Jego zdaniem, polski rynek i tak nie wygląda źle na tle innych europejskich państw. Sytuacja na piwnych rynkach odzwierciedla kondycję gospodarek poszczególnych krajów, czyli spadki na południu kontynentu i stabilna sytuacja na północy. Sprzedaż złotego trunku zależy od tego, jak bardzo konsumenci muszą oszczędzać.

 – Jeśli ludzie mają pieniądze, to kupują piwo, ale kiedy pieniędzy ubywa, nie decydują się na taki zakup. Niestety, europejski rynek nieco się skurczył i jest to skutkiem tego, co się dzieje w krajach południa. Kraje północne, również Polska, były w stanie utrzymać naszą sprzedaż na dobrym poziomie – tłumaczy prezes Kompanii Piwowarskiej.

Kondycji browarów nie polepszają obciążenia fiskalne ze strony państwa. Ale zdaniem Roberta Pridaya, branża nie powinna liczyć na obniżenie podatków. Tym bardziej uwzględniając trudną sytuację budżetową.

 – Jedyna rzecz, o jaką prosimy rząd, to nienakładanie na nas dodatkowych podatków. Zapłacimy to, co musimy, ale jeśli opodatkujecie pieniądze, jakie możemy zainwestować, by pobudzić rynek, zwiększyć zatrudnienie, ożywić gospodarkę, to będzie dla nas bardzo trudne – podkreśla.

W roku finansowym 2012/2013, który zakończył się 31 marca b.r., sprzedaż Kompanii Piwowarskiej wzrosła o 8 proc., do 14,5 mln hl. Zarząd tłumaczy to m.in wprowadzeniem nowych produktów. W tym roku finansowym firma chce utrzymać wzrost sprzedaży, ale nie zdradza, jakiej spodziewa się dynamiki. Zapowiada też wprowadzanie kolejnych nowości. Ostatnio jej oferta poszerzyła się m.in. o takie piwa jak Książęce Jasne Ryżowe, Wojak Radler czy nowa odmiana Lecha Shandy.

Nawet 200 tys. złotych dofinansowania dla firm, które chcą zaistnieć za granicą

0

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju czeka na wnioski aplikacyjne polskich firm z sektora nowoczesnych technologii, które ze swoim innowacyjnym produktem lub wynalazkiem chcą zaistnieć w kraju lub zagranicą. Środki na wsparcie dla nich będą pochodzić z drugiej edycji programu „Go Global”. Termin składania wniosków upływa 25 czerwca.

Program „Go Global” adresowany jest do przedsiębiorców, którzy mają już gotowe wyniki prac badawczo-naukowych. Jednak w zaistnieniu przeszkadza im specyfika rodzimego rynku, który czasem okazuje się zbyt płytki lub mało innowacyjny.

 – Oferujemy im 200 tys. zł maksymalnego wsparcia na dopasowanie strategii do rynku docelowego, światowego, gdzie chcą zaistnieć – mówi Daniel Maksym, szef działu rozwoju infrastruktury szkolnictwa wyższego Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. – Te pieniądze mogą wykorzystać ponadto na dostosowanie swoich umiejętności, prezentacji oferty, na zakup usług doradczych i – przede wszystkim – na kontakt z potencjalnym inwestorem i zaprezentowanie mu oferty.

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju oczekuje od przyszłego beneficjenta programu, że ten zainteresuje swoim projektem jak największą liczbę potencjalnych kontrahentów z zagranicy. Jak podkreśla Daniel Maksym, o dofinansowanie mogą starać się firmy z branży nowych technologii, ale nie muszą to być start-upy.

 – Zależy nam na firmach, które mają dobry produkt, przetestowany w warunkach rzeczywistych, na rynku krajowym, ktoś się tym produktem zainteresował, ktoś chciałby dać mu dofinansowanie, czyli innymi słowy nie jest to idea, jest to coś, co rzeczywiście funkcjonuje na rynku i daje się wycenić – wyjaśnia przedstawiciel NCBiR. – Ważne, żeby była to technologia, produkt czy usługa wytworzona w wyniku prac badawczo-rozwojowych, żeby była z sektora wysokich technologii i by miała przewagę konkurencyjną.

Dodaje, że takich firm – wbrew pozorom – nie jest dużo. W pierwszej edycji do konkursu zgłosiło się 26 firm, a ze względu na wysoko postawioną poprzeczkę wybrano jedynie pięć projektów.

 – Są to projekty wysokich technologii z branży informatycznej, a także z branży chemicznej i produkcji przemysłowej – wymienia Maksym.

Przedsiębiorca zainteresowany udziałem w programie musi złożyć prosty wniosek aplikacyjny przez internet. Ma na to czas do 25 czerwca. Nie musi do niego dołączać żadnych załączników w formie pisemnej.

 – Jest to wniosek, który może wypełnić sam, bez pomocy firm doradczych – ocenia szef działu rozwoju infrastruktury szkolnictwa wyższego NCBiR. – Zainteresowany musi w nim podać opis swojego projektu, poinformować nas, kto chciałby się tym projektem zainteresować, jakie są jego rynki docelowe oraz jaki jest jego plan na wykorzystanie tych 200 tys. zł.  

Przedsiębiorcy, dostrzegający w sobie i swoim przedsięwzięciu potencjał, pozwalający myśleć o podboju zagranicy, widzą siebie przede wszystkim na rynku amerykańskim, europejskim i azjatyckim.

 – Co ciekawe, żaden z przedsiębiorców, którzy zadeklarowali chęć udziału w konkursie nie chciał wejść na rynek afrykański – mówi Maksym. – A to jest, moim zdaniem bardzo perspektywiczny rynek, ogromny kontynent, niezagospodarowany przez polskie firmy.

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju finansuje wszelkie koszty wyjazdów przedsiębiorcy do potencjalnego inwestora, i to w formie ryczałtowej. Nie trzeba więc gromadzić faktur, co nie stwarza dodatkowych trudności z późniejszym rozliczeniem projektu. Co ważne, przyszły beneficjent otrzymuje 80 proc. przyznanych mu środków w zaliczce, w związku z czym może finansować przedsięwzięcie z pieniędzy z NCBiR. Szanse na zainteresowanie kogoś, z zagranicy wcale nie są małe.

 – Pojawiają się firmy, które są reprezentowane przez fundusze kapitałowe, bo przyjęta zasadą na świecie jest inwestowanie za pomocą pośredników – tłumaczy  Daniel Maksym. – Mamy nowych partnerów w naszym przedsięwzięciu, chociażby Plug and Play Tech Center z Kalifornii, czy USPTC, czyli US-Polish Trade Council też z Doliny Krzemowej czy Mittel- und Osteuropa Zentrum z Lipska, czyli jeden z instytutów Fraunhofera.

Jego zdaniem ważne jest, by przedsiębiorca, lecąc na spotkanie z potencjalnym inwestorem do Ameryki czy Azji miał pomysł na siebie i wiedział komu i jak chce się sprzedać.

 – Pamiętajmy, że ma się kilkanaście minut na zaprezentowanie się inwestorowi, ale plusem jest to, że tych inwestorów może jednego dnia przyjść kilkudziesięciu – tłumaczy przedstawiciel Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Zygmunt Solorz-Żak: w Polkomtelu potrzebne są zmiany sposobu zarządzania i mentalności pracowników

0

Zygmunt Solorz-Żak skupia swoją uwagę na Polkomtelu. W należącej do niego od 2011 r. spółce telekomunikacyjnej największym wyzwaniem jest zmiana mentalności pracowników i sposobu zarządzania. W związku z tymi zadaniami biznesmen nie planuje na razie nowych przedsięwzięć.

Polkomtel S.A. został utworzony pod koniec 1995 r. Kiedy Zygmunt Solorz-Żak przejmował spółkę, jej udziałowcami były  m.in. KGHM Polska Miedź i PKN Orlen (po 24,39 proc.) oraz PGE (21,85 proc.).

 – Teraz jest tam inne zarządzanie, inna odpowiedzialność. Dotychczas zarząd miał bardzo dużo do powiedzenia, bo udziałowcami były firmy państwowe, a teraz trudno to szybko zmienić – opisuje sytuację w Polkomtelu Zygmunt Solorz-Żak.

Zygmunt Solorz-Żak podkreśla, że największym wyzwaniem związanym z quasi-państwową przeszłością Polkomtela jest mentalność pracowników.

 – Tam naprawdę jest co robić, trzeba inaczej to zorganizować, a to jest bardzo trudne. Ta firma funkcjonowała w ten sposób ponad 15 lat. Aby wprowadzić zmiany trzeba odmienić mentalność ludzi, a to nie jest takie proste albo wręcz jest niemożliwe – mówi Solorz-Żak.

Dodaje, że zmiany w Polkomtelu wymagają tak dużo pracy, że nowe przedsięwzięcia muszą poczekać. Jednym z wyzwań jest wprowadzenie nowych procedur.

 – Żeby cokolwiek przepchnąć trzeba pięciu podpisów. Ja chciałem zrobić dwa podpisy, a okazało się, że jest ich siedem. Trudno jest te regulacje wewnętrzne wszystkie pozmieniać, ponieważ od dawna to funkcjonowało tak, a nie inaczej – komentuje Solorz-Żak.

Polkomtel to operator sieci telefonii komórkowej Plus, 36,6 oraz Sami Swoi. Solorz-Żak zakupił spółkę za rekordowe 18,1 mld zł. Umowa między udziałowcami Polkomtela a spółką należącą do biznesmena została podpisana w czerwcu 2011 roku, a sfinalizowano ją kilka miesięcy później, w listopadzie, po uzyskaniu zgody urzędu antymonopolowego. Właścicielem 100 proc. udziałów stał się Spartan Capital Holdings. W lutym br. nastąpiło połączenie spółek poprzez przeniesienie całego majątku Spartan Capital Holdings na spółkę Polkomtel.

Farmy wiatrowe na Bałtyku dadzą około 32 tysięce nowych miejsc pracy

Blisko 74 mld zł i 32 tysiące nowych miejsc pracy – to potencjalne korzyści dla gospodarki z morskiej energetyki wiatrowej. Eksperci Ernst & Young wyliczyli, że jest to możliwe, jeśli do 2025 roku na Bałtyku zostanie zainstalowane 6 GW mocy z farm wiatrowych. Już dziś, mimo że żadnej farmy jeszcze na morzu nie posiadamy, Polska czerpie korzyści z rozwoju tej technologii. Głównie dzięki zagranicznym zamówieniom dla firm z przemysłu stoczniowego.

Opublikowany dziś raport Ernst & Young na zlecenie Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej analizuje wpływ rozwoju farm wiatrowych na Bałtyku na polską gospodarkę. Eksperci wskazują, że przyniesie to przede wszystkim oszczędności związane z ograniczeniem emisji dwutlenku węgla. Emisja mniejsza o ok. 40 mln ton oznacza dodatkowe 1,6 mld zł oszczędności. Poza tym rozwój morskiej energetyki wiatrowej (offshore) to również wiele nowych miejsc pracy – do 2025 roku będzie zapotrzebowanie na 31,8 tys. nowych pracowników w tej branży.

  Te miejsca pracy będą powstawać przede wszystkim w przemyśle stoczniowym, tak jak to ma już miejsce obecnie, a także generalnie w rejonach nadmorskich związanych z przemysłem portowym i maszynowym – mówi Wojciech Cetnarski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Energii Wiatrowej.

Najwięcej miejsc pracy – ok. 5,1 tys. może powstać w przemyśle elektromaszynowym. Drugie tyle powstanie – według prognoz – w transporcie morskim, przemyśle stoczniowym i portowym.

 – Chodzi głównie o produkcję komponentów i elementów niezbędnych do budowy farm wiatrowych na morzu, czyli przy tworzeniu wież, fundamentów, ale również przy budowie specjalistycznych statków i wyposażenia dla nich i dla samych morskich farm wiatrowych. Krąg beneficjentów rozwoju tej branży energetyki odnawialnej jest więc dość szeroki – dodaje Cetnarski.

Pierwsze zamówienia już są

Mimo że branża offshore w Polsce dopiero raczkuje, to polski przemysł stoczniowy, maszynowy i stalowy mają już pierwsze zamówienia. Pochodzą głównie od inwestorów zagranicznych, którzy instalują farmy wiatrowe na Morzu Północnym. Sukcesy na światowych rynkach odnoszą m.in. takie polskie firmy jak stocznia CRIST, zajmująca się budową specjalistycznych jednostek montażowych i obsługą farm wiatrowych, czy GSG Towers produkująca wieże dla takich farm. Konstrukcje dla zagranicznych inwestorów tworzy też Polimex-Mostostal.

Inwestycje w farmy wiatrowe na Bałtyku doprowadzi do zwiększenia zmówień. Zdaniem Cetnarskiego, wybudowanie do 2025 r. ok. 6 GW mocy z energii wiatrowej jest realistyczne.

 – Są to realne liczby pod warunkiem, że będziemy korzystać z dobrego systemu wsparcia i regulacji pozwalających na inwestowanie w branżę – mówi Cetnarski.

Choć koszt wybudowania farmy na morzu jest dwukrotnie wyższy niż na lądzie, to – zgodnie z oczekiwaniami ekspertów – z czasem będzie on coraz niższy.

  – Symulacje dotyczące kosztów bazują na danych z Morza Północnego, gdzie warunki do budowy morskich farm wiatrowych są mniej korzystne niż na Bałtyku – mówi Cetnarski. – Dla rozwoju polskiej morskiej energetyki wiatrowej koszty inwestycyjne powinny dość istotnie spaść, nawet o 30 proc. do 2020 r. Spadek ten może być nawet większy, jeśli weźmiemy pod uwagę rozwój technologiczny.

Do zwiększenia stopy zwrotu z inwestycji w farmy offshorowe, przyczyni się ustawa o OZE, jeśli ostatecznie wejdzie w życie. Zgodnie z jej ostatnią wersją (z października 2012 roku) dla tego typu energetyki tzw. współczynnik korekcyjny ma wynieść 1,8. Oznacza to, że wsparcie wyniesie 1,8 razy cena zielonego certyfikatu, który potwierdza produkcję energii ze źródeł odnawialnych (w 2012 r. wynosił niecałe 300 zł za megawatogodzinę). Dla porównania, współczynnik korekcyjny dla instalacji wykorzystujących energię wiatru o mocy zainstalowanej powyżej 100 kW do 500 kW – 1,20, a te o mocy zainstalowanej powyżej 500 kW – 0,90. Wartość współczynnika będzie obowiązywać przez 15 lat, ale nie dłużej niż do końca 2035 roku.

 – Jeśli parlament uchwali ustawę odpowiednio szybko, nic nie będzie stało na przeszkodzie, byśmy w 2020 r. zobaczyli pierwsze polskie farmy wiatrowe – twierdzi prezes PSEW.

Wzrost inwestycji w odnawialne źródła energii wynika także ze zobowiązań Polski wobec UE. W 2020 r. udział energii z OZE w zużyciu finalnym brutto ma wynieść min. 15 proc.

Więcej Polaków wyjedzie na wakacje w tym roku, ale prawie połowa z nich nie zamierza wykupić ubezpieczenia

W tym roku więcej Polaków planuje wakacyjny wyjazd – na urlop wybiera się ponad 16 milionów rodaków, niespełna 6 milionów z nas spędzi go zagranicą.. Główne kierunki wypoczynku to nadal Włochy, Grecja, Turcja, ale przede wszystkim Chorwacja, która zdeklasowała dotychczasowego lidera Hiszpanię. Planujemy przy tym wydać mniej pieniędzy niż w roku ubiegłym. Oszczędzamy m.in. na ubezpieczeniach, choć tu mamy coraz szerszą ofertę.

 – Zgodnie z naszymi badaniami wyjedzie nas o milion więcej niż w zeszłym roku. Po raz pierwszy od kilku lat więcej niż połowa rodaków zamierza spędzić wakacje na wyjeździe – mówi Tomasz Frączek, prezes Mondial Assistance.

Wyjazd podczas tegorocznych wakacji planuje 52 proc. przebadanych przez Nielsen Polska na zlecenie Mondial Assistance. To 16 milionów dorosłych Polaków. Wśród nich 37 proc. zamierza wyjechać za granicę, a 63 proc. spędzić wakacje w Polsce.

 – To i tak więcej niż w ubiegłym roku, kiedy urlop planowało niespełna 15 mln Polaków, z czego ponad 4,5 mln wyjeżdżało zagranicę – informuje Tomasz Frączek.

Na tegoroczne wakacje wyjadą przede wszystkim osoby młode (w wieku 18-29 lat), mieszkające w miastach, z wykształceniem średnim i wyższym, o dochodzie gospodarstwa domowego powyżej 4,5 tys. zł. Na zagraniczne wakacje wybierają się osoby, których dochód gospodarstwa domowego kształtuje się powyżej 6 tys. zł.

Najbardziej popularne miejsca wyjazdów zagranicznych w 2012 roku to Hiszpania, Chorwacja, Włochy, Grecja, Turcja. Wśród tegorocznych wakacyjnych planów Chorwacja wyprzedziła Hiszpanię, pozostała trójka pozostaje bez zmian.

 – Głównie wyjeżdżamy samochodem, mniej więcej 2/3, natomiast 1/3 udaje się na wypoczynek zorganizowany, samolotem lub autokarem czy pociągiem. Ale liczba ludzi deklarujących wyjazd samochodowy wzrasta i stąd pojawienie się nowego lidera, czyli Chorwacji – mówi prezes Mondial Assistance. – Warto powiedzieć o pewnym spadku Egiptu, jako interesującego miejsca na spędzanie urlopu. Mniej więcej dwa razy mniej ludzi deklaruje chęć pojechania do tego kraju niż w zeszłym roku, gdy było to 7 proc., a obecnie jest ponad 3 proc.

Z badania wynika, że mimo większej liczby chcących wyjechać na wakacje, spada liczba deklarujących wykupienie ubezpieczenia. Taki zamiar, wśród planujących wakacje za granicą w 2012 roku, deklarowało 62 proc. Polaków. W tym roku ten odsetek spadł do 58 proc.

 – Dla wielu ludzi ubezpieczenie jest zbędnym kosztem. Są to na przykład optymiści, którzy nigdy się nie ubezpieczają, jest ich mniej więcej 1/4. Są też tacy, którzy uważają, że jeśli do tej pory nic im się nie zdarzyło, to się nie zdarzy. Są tacy którzy mówią, że jest to zbędny koszt. A przecież koszt ubezpieczenia realnie nie powinien odgrywać roli przy budżetach wakacyjnych – uważa Tomasz Frączek.

Średni szacowany koszt wyjazdu zagranicznego przypadający na jedną osobę w 2012 roku wyniósł 2 613 zł, wyjazdu w Polsce – 1 188 zł. Natomiast w tym roku ten średni koszt wyjazdu zagranicznego nieco spada – do 2 315 zł, z kolei w Polsce nieznacznie rośnie – do 1 191 zł.

 – Średni koszt jednego dnia ubezpieczenia zamyka się w 8-9 zł, w związku z tym w kontekście 2 300 zł to naprawdę nie jest wysoka pozycja. Przy średniej długości wyjazdu około 8 dni mówimy o dodatkowych 60 zł za ubezpieczenie. A w pakietach rodzinnych te koszty są jeszcze niższe – dodaje Tomasz Frączek.

Blisko 2/3 Polaków wyjeżdżających za granicę ma jednak zamiar wykupić ubezpieczenie turystyczne.

 – To jest osoba w wieku 20-39 lat, czyli młody świadomy mieszkaniec dużego miasta, wyjeżdżający głównie z rodziną. Ci, którzy jadą we dwójkę bądź rodzinnie, deklarują, że oni właśnie kupią sobie ubezpieczenie – wyjaśnia prezes.

Aby przyciągnąć klientów, ubezpieczyciele oferują dodatkowe usługi.

 – Produkt się zmienia, ewoluuje od lat i coraz bardziej dopasowujemy go do potrzeb klientów. Dotyczy głównie problemów związanych z zachorowaniami bądź wypadkami – mówi Tomasz Frączek.

Są to dwa główne komponenty pakietu turystycznego, do których można dodać  usługi okołoubezpieczeniowe, pomocowe, jak zlecenie organizacji dowolnej usługi, skorzystanie z serwisu awaryjnego w razie awarii samochodu, uzyskanie potrzebnych informacji. Zależnie od pakietów ubezpieczenie obejmuje uprawianie sportów, ubezpieczenie utraty lub zniszczenia bagażu, a nawet możliwość zwrotu kosztów wycieczki w przypadku odwołania podróży spowodowanej np. chorobą lub innym wypadkiem losowym.

Po wprowadzeniu możliwości płatności smartfonem przyszła kolej na zintegrowany portfel elektroniczny

0

Polska będzie czwartym w Europie krajem, w którym Visa wprowadzi usługę V.me, czyli zintegrowanego portfela elektronicznego. Analitycy Visy prognozują szybki wzrost ilości kart zbliżeniowych używanych przez Polaków. Drugim segmentem rynku, który będzie dynamicznie się rozwijał będą płatności mobilne, które umożliwią zastąpienie karty własnym telefonem komórkowym. 

Visa Europe wprowadziła już nową usługę V.me w trzech europejskich krajach: Wielkiej Brytanii, Francji i Hiszpanii.

 – Polska jest czwartym rynkiem. Myślę, że uruchomimy usługę jeszcze w tym roku – deklaruje dyrektor Visa Europe w Polsce, Jakub Kiwior.

Polska jest ciekawym rynkiem dla operatorów kart płatniczych ze względu na młody system bankowy, na którym od ponad 20 lat wprowadzane są najnowsze rozwiązania. Polacy coraz chętniej płacą kartami, w tym zbliżeniowymi. Mają w portfelach już ponad 15 milionów takich kart, a liczba ta do końca roku ma wzrosnąć do 20 milionów. Przybędzie też punktów obsługujących taki typ transakcji. Z prognoz firmy Polasik Research wynika, że do końca roku powinno ich być ok. 170 tysięcy.

Kolejny krok to płatność smartfonem.

  Telefon z funkcją zbliżeniową będzie zachowywał się dokładnie tak samo w punkcie sprzedaży, jak karta zbliżeniowa. Przy czym klient będzie mógł zobaczyć od razu w swojej bankowości elektronicznej, jakiej płatności dokonał, gdzie jej dokonał, na jaką kwotę i jak zmieniło się jego saldo rachunku – tłumaczy Jakub Kiwior.

Płatności mobilne zostaną zintegrowane z płatnościami internetowymi i elektronicznym portfelem.

  Portfel V.me będzie polegał na tym, że klient tylko raz zarejestruje swoją kartę w swoim wirtualnym portfelu, a potem będzie mógł dokonywać płatności w sklepach internetowych wpisując tylko swoją nazwę i hasło, które sam sobie nada. Czyli nie będzie musiał za każdym razem wpisywać wszystkich danych karty, które w dużej mierze powodowały, że takie transakcje nie były do końca przyjazne dla klientów – wyjaśnia Jakub Kiwior.

Według przewidywań Visa Europe, do końca 2020 r. z portfela V.me by Visa będzie korzystać jedna trzecia konsumentów w Europie.

Władze firmy podkreślają, że płatności bezgotówkowe to nie tylko wygoda dla klientów, ale również niższe koszty transakcji niż przy obrocie gotówkowym. Poza klientami zyskują też sprzedawcy – transakcje są bezpieczne.

  Sklepy, jeśli akceptują karty zbliżeniowe, to mają pełną gwarancję otrzymania płatności oraz korzystają z szybkości dokonywania płatności i możliwości dotarcia do nowych klientów, zarówno takich, którzy płacą kartami debetowymi, jak i kartami kredytowymi i korzystają z kredytu w punkcie sprzedaży – dodaje dyrektor Visa Europe w Polsce.  Jest to korzystne także dla gospodarki, gdyż karty i płatności elektroniczne obniżają koszt obiegu pieniądza oraz ograniczają wielkość szarej strefy – podsumowuje.

Podział uczelni wyższych na akademickie i zawodowe już za 3 lata

Już za 3 lata uczelnie wyższe będą się dzielić na akademickie i zawodowe. Podział wprowadza przyjęty przez rząd projekt zmian w Prawie o szkolnictwie wyższym. Szkoły będą musiały w tym czasie dostosować swoje programy odpowiednio do profilu kształcenia. W tych opracowaniu programów oraz prowadzeniu zajęć, szczególnie zawodowych, aktywny udział mają wziąć pracodawcy.

Podział uczelni wyższych na ogólnoakademickie i zawodowe to jedno z głównych założeń przyjętych przez rząd propozycji zmian w Prawie o szkolnictwie wyższym.  Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego chce, aby zmiany weszły w życie pod koniec 2013 r. lub na początku przyszłego roku, ale to nie oznacza, że już wtedy pojawią się nowe programy studiów.

 – Uczelnie będą miały czas na dostosowanie się do nowych wymogów. Na wszystkich uczelniach – i ogólnoakademickich i w zawodowych – trzy lata, natomiast na kierunkach licencjackich – dwa lata na przygotowanie nowego programu – wylicza prof. Barbara Kudrycka.

Według rządowych propozycji, system szkolnictwa wyższego będzie się składał z dwóch podstawowych typów uczelni: kształcących praktycznie (uczelnie zawodowe) i uczelni akademickich. Szkoły, które nie mają prawa do nadawania stopnia doktora będą mogły uruchomić wyłącznie studia o profilu praktycznym, a kształcące własną kadrę i uprawnione do doktoryzowania będą mogły prowadzić zarówno studia ogólnoakademickie, jak i praktyczne.

 – Uczelnia powinna kształcić nie tylko teoretyczną wiedzę, ale również umiejętności praktyczne i kompetencje społeczne. W uczelniach zawodowych umiejętności praktyczne są jednym z najważniejszych celów, które powinny stawiać sobie uczelnie niepubliczne i publiczne, np. państwowe wyższe szkoły zawodowe, które chcą mieć dobrą „zatrudnialność” absolwentów – mówi minister nauki.

Obowiązkowe praktyki

Projekt nakłada też na uczelnie obowiązek organizowania co najmniej trzymiesięcznych praktyk zawodowych na kierunkach studiów o profilu praktycznym. Obecnie praktyki nie są obowiązkowe ani na profilu praktycznym, ani ogólnokształcącym. Większość uczelni prowadzi praktyki na profilu praktycznym, ale trwają one na ogół 3-4 tygodnie, na niektórych kierunkach dwa miesiące.

Według pracodawców, praktyki w takim wymiarze są zbyt krótkie i absolwenci nie uzyskują koniecznych umiejętności do podjęcia pracy. Teraz przedstawiciele biznesu będą mieli większy wpływ na kształcenie swoich przyszłych kadr. W składzie konwentu zawodowych uczelni publicznych zostanie zwiększona liczba pracodawców. Rozwiązanie to ma pomóc w dostosowywaniu kształcenia do potrzeb rynku pracy.

 – Pracodawcy potrzebują dobrze wykwalifikowanych pracowników, często na średnich stanowiskach w zakładach pracy. Tam jest wciąż duże zapotrzebowanie na konkretne umiejętności praktyczne. Jeśli uczelnie zawodowe będą zapraszać pracodawców do współpracy, do tego, żeby pomagali tworzyć programy studiów i wpływali na tę część programów, która ma kształtować praktyczne umiejętności i gdyby mogli również prowadzić zajęcia kształcące umiejętności, to osiągnęlibyśmy swój cel – uważa prof. Kudrycka.

W uczelniach ogólnoakademickich natomiast szczególny nacisk będzie położony na kształcenie z wykorzystaniem najnowszych badań naukowych.

 – Bardzo ważne jest, aby wykłady i inne zajęcia dydaktyczne w uczelniach badawczych bazowały na najnowszych badaniach światowych i badaniach prowadzonych w samej uczelni oraz aby studenci mogli również być włączeni w ich realizację – podkreśla minister.

Zgodnie z propozycjami, możliwe będzie prowadzenie wspólnych studiów interdyscyplinarnych nie tylko w ramach tej samej uczelni, ale też pomiędzy uczelniami. Studia takie będą mogły prowadzić jedynie instytucje, które mają prawo do nadawania stopnia doktora habilitowanego.

Ułatwieniu ma ulec dostęp do studiów wyższych osobom dojrzałym  uczelnie będą mogły potwierdzać efekty uczenia uzyskane poza systemem szkolnictwa wyższego np. w pracy, na kursach i szkoleniach, przez samodoskonalenie czy wolontariat.

Dyskusje na temat nowego modelu funkcjonowania służby zdrowia ciągle trwają

Ministerstwo Zdrowia mimo opóźnień we wdrożeniu zmian w Narodowym Funduszu Zdrowia, nie zmienia zdania co do konieczności likwidacji centrali NFZ. Konsultacje propozycji resortu trwają, a dodatkowe miesiące są potrzebne na dokładne przeanalizowanie i przedyskutowanie nowego modelu funkcjonowania służby zdrowia. Wśród propozycji MZ jest również przekazanie kompetencji wojewódzkim oddziałom funduszu oraz powołanie Urzędu Ubezpieczeń Zdrowotnych, który ma zajmować się wyceną świadczeń. 

Ministerstwo Zdrowia zapowiedziało, że projekt reformy NFZ będzie gotowy dopiero na początku przyszłego roku, a nie – jak wcześniej zakładano – jeszcze w tym. Póki co, swoich propozycji nie zmienia.

 – Na tę chwilę zostajemy przy swoim zdaniu, ponieważ propozycje, które do nas wysłano nie przekonały nas do tego, żeby radykalnie zmienić nasze założenia – mówi Sławomir Neumann.

Jak podkreśla, więcej czasu jest potrzebne, by spokojnie przygotować projekt zmian, zebrać i przeanalizować uwagi uczestników rynku do propozycji resortu. Ministerstwo deklaruje, że jest otwarte na dyskusje.

 – Sztuką jest to, żeby wprowadzać zmiany, które będą akceptowalne społecznie, a nie zmiany, które staną przed pewnym murem oporu czy niechęci. Wolimy poświęcić parę miesięcy, żeby to dobrze przedyskutować niż wprowadzać to i dopychać kolanem te zmiany, bo one potem generalnie rzadko kiedy się udają – uważa wiceminister.

Projekt ustawy o instytucjach systemu ubezpieczenia zdrowotnego zakłada likwidację centrali NFZ oraz utworzenie nowego organu – Urzędu Ubezpieczeń Zdrowotnych, który ma zatwierdzać plany finansowe oraz wyceniać świadczenia oferowane w szpitalach i przychodniach.

 – Sama kwestia likwidacji centrali NFZ ma kilku oponentów, co jest naturalne. Odnośnie innych zmian, to jest kilka koncepcji, które są dalej idące niż my proponujemy, dotyczące większej decentralizacji czy np. przekazania marszałkom nadzoru nad oddziałami funduszu – mówi Neumann. – Tych pomysłów jest sporo, one wszystkie wymagają analizy, nie chcemy odrzucać żadnego pomysłu, bo uważamy, że on jest zły, tylko staramy się go przeanalizować i pokazać wszystkie zalety i wady także tym, którzy te pomysły zgłaszają.

Ministerstwo Zdrowia uważa, że decentralizacja NFZ jest konieczna. W ocenie resortu, zarządzanie centralne Funduszem powoduje, że urzędnikom pracującym w Warszawie trudno jest ocenić, jakie są realne potrzeby udzielania świadczeń zdrowotnych w poszczególnych regionach kraju. Stąd niezbędne jest przekazanie podejmowania decyzji w tych sprawach do osób w regionach, które te potrzeby znają.

Powstać również mają mapy zapotrzebowania zdrowotnego, które na podstawie zebranych danych oraz wcześniej podpisanych kontraktów pokażą, jakie jest zapotrzebowanie na dane świadczenia w konkretnym regionie. Kolejny punkt zmian proponowanych przez resort zdrowia to premiowanie jednostek leczących najszybciej, najbezpieczniej i najefektywniej.

 – Powstają grupy eksperckie, np. przy Pracodawcach RP, które opracowują może nie tyle alternatywne rozwiązania, ale takie, które mogłyby wspomóc proponowaną przez nas reformę. Za kilka tygodni mamy otrzymać efekt tych prac – mówi wiceminister zdrowia.  Moim zdaniem zmiany w systemie są nieuniknione. Nie da się na dłuższą metę akceptować takiego systemu płatnika, jaki jest w Polsce, bo on ma wiele wad i chyba wszyscy, którzy biorą udział w tych konsultacjach, te wady dostrzegają.