Sieć hipermarketów Tesco uruchamia sklep online

​Tesco wkracza do Internetu – mieszkańcy Warszawy i okolic mogą już robić zakupy w jednej z największych sieci handlowych nie wychodząc z domu. Wkrótce zakupy on-line zrobimy także we Wrocławiu, a do końca roku w kolejnych 6 – 8 miastach.

Serwis dostępny jest pod adresem tesco.pl/ezakupy. Złożenie zamówienia trwa kilka minut, zaś dostawy realizowane są w ramach dwugodzinnych przedziałów czasowych.

Siłą nowej usługi Tesco jest przede wszystkim szeroki asortyment. Dostawy realizowane są z hipermarketów, co oznacza ok. 17 tysięcy produktów do wyboru. Również ceny produktów on-line są takie same, jak w hipermarkecie. Klienci mogą korzystać z wielu promocji na produkty dostępne on-line i zbierać punkty CLUBCARD.

„Teraz to nie my idziemy na zakupy – to sklep przychodzi do nas” – mówi Mariusz Nowak, menedżer działu sprzedaży internetowej Tesco. „Chcemy dać Klientom gwarancję, że produkty dostarczone do domu będą zawsze świeże i wysokiej jakości – jak bezpośrednio w sklepie”. Obietnicę świeżości spełniać mają specjalne samochody dostawcze, wyposażone w chłodnie i mroźnie. Innymi słowy – dostaniemy na próg domu i zimny jogurt, i lody o właściwej temperaturze -18 st. C.

Dostawy trafiają do klienta następnego dnia po złożeniu zamówienia, w wybranych przez klienta dwugodzinnych „okienkach”. Możemy również zamówić zakupy dziś i zarezerwować dostawę później – choćby po to, by szybko uzupełnić braki w lodówce po tygodniowym urlopie. Dostawy realizowane są przez 7 dni w tygodniu, w godzinach 10 – 22. „Klienci szybko dostrzegli plusy wcześniejszego planowania zakupów. Dotychczas najwięcej zamówień otrzymywaliśmy na te dni, gdy w Warszawie rozgrywane były mecze Euro 2012” – dodaje Mariusz Nowak.

Za zakupy dokonane w e-sklepie Tesco zapłacić można kartą przy okazji składania zamówienia lub przy dostawie. Specjalna cena dostawy to 98 groszy. Tesco zapewnia, iż do końca roku usługa będzie dostępna w kolejnych 6 – 8 miastach. Jeszcze w lipcu zakupy on-line z Tesco zrobią m.in. mieszkańcy Wrocławia.

Zawirowania wokół ustawy o zielonej energii

Strategia Enei zakłada pozyskanie do 2020 roku od 250 do 350 MW mocy zainstalowanej w wietrze oraz ok. 60 MW z biogazu. Wiele wskazuje na to, że Enea będzie musiała skorygować te plany. Choć sam prezes zachowuje zimną krew i ze spokojem przygląda się pracom nad ustawą o odnawialnych źródłach energii.

– Musimy wziąć pod uwagę zmieniające się ustawodawstwo w Polsce. Najprawdopodobniej w najbliższym czasie będziemy przyglądali się strategii, zwłaszcza w odległej perspektywie. Rok obecny i kolejny to w zasadzie są już określone i sprecyzowane działania. Natomiast, jeśli chodzi o lata od 2016 w górę, na pewno to nie są plany, o których można powiedzieć, że są pewne i konkretne – przyznaje Maciej Owczarek, prezes Enei.

Planów inwestycyjnych Enei, podobnie jak innych firm z branży, nie ułatwiają przedłużające się prace nad ustawą o odnawialnych źródłach energii. Dodatkowo do laski marszałkowskiej niedawno trafił poselski projekt zmian w ustawie Prawo energetyczne.

Propozycje zakładają przeniesienie wprost zapisów z projektu ustawy o odnawialnych źródłach energii, z wyjątkiem tych, które miały zmienić system dotowania energetyki. To stawia pod znakiem zapytania powstanie ustawy o OZE.

Jednak prezes Owczarek, jak zapewniał w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria, ze spokojem przygląda się tym zawirowaniom.

Choć już dziś dochodzi do korekty inwestycyjnych planów. We wsi Gorzesław położonej w powiecie oleśnickim, we wschodniej części woj. dolnośląskiego miała powstać biogazownia o mocy 1,6 MW.

– Inwestycja w Gorzesławiu ma mieć zdecydowanie mniejszą moc, około 1 MW. Prace toczą się zgodnie z harmonogramem i powinny się zakończyć zgodnie z planem – zapewnia Maciej Owczarek.

To jednak stawia pod znakiem zapytania cele Enei dotyczące produkcji energii z biogazu. Na 2012 rok spółka zaplanowała nabycie elektrowni biogazowych o łącznej mocy 5,6 MW.

Oprocentowanie kredytu dla zadłużonych może sięgnąć 40 proc

Firma KRUK wychodzi z ofertą dla wykluczonych z rynku finansowego. Udzieli pożyczki dłużnikom, którzy w całości spłacili swoje zobowiązania, ale ze względu na „złą” historię kredytową mają problem z pożyczeniem pieniędzy w bankach. Oprocentowanie takiej pożyczki sięgnąć może 40 proc.

– Mamy taką sytuacje, że ktoś miał dług w banku, my kupiliśmy ten dług i rozłożyliśmy go na raty i ta osoba spłaciła co do grosza swój dług. Teraz ona dalej ma potrzeby krótkoterminowych pożyczek, ale z rynku jest niemalże wykluczona. My bardzo chętnie pożyczymy takim osobom pieniądze – mówi Piotr Krupa, prezes firmy KRUK.

Osoba, która spłaciła dług w KRUK-u może pożyczyć do 2 tysięcy złotych na rok lub półtora roku, w zależności od jej zdolności kredytowej.

Jak podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Piotr Krupa, oferta spółki, chociaż nie jest konkurencyjna wobec ofert bankowych, jest alternatywą dla tzw. szybkich pożyczek z firm parabankowych. Oprocentowanie w kredytach oferowanych przez KRUK-a kształtuje się na poziomie ponad 40 proc.

– Oprocentowanie jest trochę wyższe niż oprocentowanie w bankach, które dzisiaj się waha na poziomie dwudziestu paru procent. Natomiast jest niższe niż w firmach, które specjalizują się w szybkich pożyczkach, gdzie procedury są bardzo ułatwione, ale ten kredyt jest relatywnie drogi – wyjaśnia Piotr Krupa.

Na ofertę może znaleźć wielu chętnych. Z dłużnikami KRUK-a związanych jest blisko 2 mln osób. Jak podkreśla prezes spółki, jest duża szansa, że część z nich po spłacie terminowej pożyczki w KRUK-u powróci na rynek bankowy z pozytywną opinią.

– Po spłacie u nas kredytu, my poinformujemy o tym Biuro Informacji Gospodarczej i taka osoba będzie mogła wrócić za rok, za dwa na rynek bankowy i powiedzieć: miałam kiedyś kłopoty, byłam na czarnych listach, ale zobaczcie, ostatnio brałam kredyt i spłaciłam, tu jest zaświadczenie z Biura Informacji Gospodarczej – tłumaczy prezes Krupa.

KRUK zamierza wciąż inwestować w rynki zagraniczne. Po zdobyciu rynku polskiego, czeskiego i rumuńskiego, KRUK rozważa wejście na inne rynki regionu.

– Nasi klienci, czyli główne bankowe grupy operują nie tylko w Polsce, Czechach i Rumunii, ale także w innych krajach Europy Środkowej. Ambicją firmy KRUK jest bycie liderem na rynku w Europie Środkowej – zapowiada Piotr Krupa. – Rozważamy, przyglądamy się innym rynkom, ale jeszcze nie podjęliśmy ostatecznie żadnej decyzji.

Prezes spółki zapewnia, że mają w tym pomóc dwie kluczowe linie produktowe. Po pierwsze rozwój informacji gospodarczej. W Polsce to jest Biuro Informacji Gospodarczej, rejestr dłużników ERIF, który ma blisko 1 mln 200 tys. rekordów w swojej bazie.

– Bardzo wierzymy w tę linię – podkreśla Piotr Krupa. – Przez ostatni rok rejestr urósł nawet trzykrotnie. Sądzimy, że w przyszłości to będzie ewoluowało w bardzo dobry biznes. Na całym świecie biznesy informacji gospodarczej są bardzo potrzebne rynkowi i szybko się rozwijają. Szczególnie, teraz, kiedy zarządzanie ryzykiem gospodarczym jest kluczowe.

Rynek wierzytelności w Polsce z roku na rok staje się coraz większy. Tak zwane „złe” kredyty w bankach to prawie 80 mld złotych. Niemal połowa tej kwoty to zobowiązania gospodarstw domowych i osób fizycznych. Według szacunków KRUK-a w tym roku banki sprzedadzą na polskim rynku wierzytelności o wartości nawet 7 mld zł. Jeszcze dwa lata temu wartość rynku wierzytelności była dwa razy mniejsza.

Kulczyk buduje morskie farmy wiatrowe

– Zielona energia jest bardzo ważna. Nie wszystko, co tanie jest dobre, czasami rzeczy drogie są niezbędne. Tak jest, jeżeli się myśli się w kategoriach większych ram czasowych, a przede wszystkim myśli się o przyszłości – tak Jan Kulczyk komentuje dla Agencji Informacyjnej Newseria, dlaczego zdecydował się na inwestycję w farmę wiatrową na morzu.

Jego projekt może ruszyć jako pierwszy tego typu w Polsce i to już niebawem. Trwa dopełnianie formalności związanych z inwestycją. Wykonawca farmy wiatrowej wybrany zostanie na drodze przetargu. Nieznany jest jednak termin jego ogłoszenia.

– Myślę, że po wszystkich tych formalnych zgodach, które ja mam nadzieję w najbliższych tygodniach będziemy już posiadali – przewiduje Jan Kulczyk, przewodniczący Rady Nadzorczej Kulczyk Holding.

Jeszcze trudno określić, kiedy popłynie prąd do naszych gniazdek. Jan Kulczyk nie ma jednak wątpliwości, że inwestycja będzie udana.

– Myślę, że tak, jak w przypadku autostrady – oddaliśmy ją pół roku przed czasem – i tę inwestycję skończymy nie tylko przed czasem, ale w standardzie najlepszym na świecie – zapewnia Jan Kulczyk.

Morska farma wiatrowa ma mieć 1200 MW. To pozwoliłoby dostarczyć energię do 700 tys. domów.

Rośnie sprzedaż nowych aut w Polsce

Rynek motoryzacyjny w Polsce wymaga dalszego ożywienia. – Za dużo nowych samochodów wyjeżdża zagranicę – ocenia Prezes Polskiej Izby Motoryzacji, Roman Kantorski. Liczba noworejestrowanych aut w Polsce, po ubiegłorocznych spadkach, w tym półroczu wzrosła o ok. 10 proc. Szef PIM zauważa, że ten wynik powinien być dużo lepszy, zwłaszcza biorąc pod uwagę wielkość produkcji samochodów w Polsce.

Sytuacja na polskim rynku motoryzacyjnym jest zgoła odmienna od europejskich tendencji. W krajach unijnych wciąż maleje zainteresowanie nowymi samochodami. W Polsce od początku roku liczba nowych zarejestrowanych pojazdów przekroczyła 125 tysięcy, czyli o 10,4 proc. więcej niż przed rokiem. Zdaniem ekspertów trudno mówić o boomie, tym bardziej, że z miesiąca na miesiąc dynamika wzrostu spada, a czerwiec okazał się dużo słabszy niż w 2011 roku.

Według Romana Kantorskiego na niską sprzedaż nowych aut wpływają m.in. niekorzystne przepisy dla przedsiębiorców.

– Słaba sprzedaż samochodów to w tej chwili przede wszystkim wina braku możliwości odpisania VAT-u od samochodu osobowego przez przedsiębiorcę – mówi prezes PIM, Roman Kantorski. – Dziwnie się utarło, że przedsiębiorca nie potrzebuje samochodu albo musi kupić od razu samochód dostawczy.

Prezes Izby zwraca uwagę w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria, że nie w każdym przedsiębiorstwie jest potrzeba budowy floty pojazdów ciężarowych czy dostawczych. Wręcz przeciwnie. Często konieczny jest zakup samochodu kombi lub sedan, który przez pięć dni jest użytkowany w firmie, dwa dni służy prywatnym potrzebom przedsiębiorcy.

– Można go nawet obciążyć podatkiem dochodowym w tym momencie z tego tytułu używania – mówi Kantorski.

Zmiana przepisów mogłaby ożywić rynek, stając się impulsem do dalszego, dynamicznego rozwoju. Dziś trudno oceniać długoterminowe perspektywy, zarówno dla płaszczyzny sprzedaży, jak i produkcji.

– Trzeba być bardzo ostrożnym przy prognozowaniu produkcji samochodów w Polsce dlatego, że za dużo ich wyjeżdża z Polski – ocenia szef PIM. – Aż 97 proc. produkcji samochodów z Polski wyjeżdża za granicę, a przyjmuje się, że w kraju produkującym powinno zostać do sprzedaży co najmniej 20 proc.

Polska cały czas pozostaje jednym z wiodących podwykonawców części i podzespołów do produkcji samochodów. Produkujemy części praktycznie dla wszystkich europejskich marek. Trudno jednak oczekiwać przełomu, jakim byłaby, na przykład produkcja samochodu elektrycznego.

– Wątpię, żebyśmy byli w stanie produkować samochód elektryczny od A do Z, bo to są koszty rzędu 3-5 mld euro, więc uruchomienie takiej produkcji jest chyba nierealne – ocenia Roman Kantorski.

W jego ocenie, Polska może, a nawet powinna sprzedawać myśl techniczną, inżynieryjną czy gotowe już komponenty. Wymaga to wkładu finansowego w innowacyjność naszej gospodarki, ale są to pieniądze, które zwrócą się z zyskiem. Tym bardziej, że – jak podkreślają eksperci – rynek kiedyś będzie musiał musi wyjść z zapaści, a Europa jest i pozostanie liderem pod kątem produkcji nowych pojazdów. Bo mimo że droga, to najnowocześniejsza.

– Większość nowinek światowych pochodzi z Europy – zauważa Kantorski.

I dodaje, że producentom z Indii czy Chin trudno będzie zawojować europejskie rynki.

– Nie mówię o jakości, bo tego nawet nie próbuje oceniać, ale ich wyposażenie, zabezpieczenia, bezpieczeństwo w standardowym samochodzie, produkowanym masowo, ma się bardzo daleko do Europy – mówi prezes PIM.

Dlatego samochody te musiałyby być specjalnie dostosowywane do norm europejskiej homologacji.

– Chodzi chociażby o poduszki powietrzne, poduszki na kolana, o to, że paliwo się nie może się wylewać z samochodu po przewróceniu się auta – wymienia szef Polskiej Izby Motoryzacji.

Kolejne częstotliwości dla telekomów

W tym roku operatorzy telekomunikacyjni powalczą o częstotliwości z pasma 1800 MHz, w przyszłym – o 800 MHz. A to nie koniec. Jak podkreśla prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej, trwają prace nad uwolnieniem częstotliwości z pasma 400 MHz. – Widzę dużą wolę współpracy ze strony wojska – ocenia Magdalena Gaj.

Częstotliwości, które wychodzą spod kontroli wojska, mają być przeznaczane na potrzeby rozwoju rynku telekomunikacyjnego, w szczególności na usługi głosowe i przesył danych.

Jak zapewnia szefowa UKE, współpraca Urzędu z wojskiem układa się pomyślnie i nie ma żadnych zaburzeń w przekazywaniu częstotliwości. W tym roku wojsko przekazało częstotliwości z pasma 1800 MHz. Przetarg na zakup tych wyjątkowo cennych, szczególnie dla rozwoju szybkiego internetu, częstotliwości zostanie, według zapowiedzi UKE, ogłoszony w II połowie lipca.

– Dostaliśmy również częstotliwości 800 MHz, które będą uwolnione od 1 stycznia 2013 roku – dodaje Magdalena Gaj. I zapowiada: – W przyszłym roku może być duży przetarg, duża aukcja na te częstotliwości.

Obie strony pracują teraz nad uwolnieniem kolejnych zakresów częstotliwości, tym razem z pasma 400 MHz. Trwają m.in. prace nad wprowadzeniem do Prawa telekomunikacyjnego możliwości sprzedaży pasm na drodze aukcji.

– Wojsko ma swoje funkcjonujące systemy, to się dla nich wiąże z finansami i nawet kiedy jest ich zrozumienie dla naszych potrzeb, to mają jakieś ograniczenia finansowe – tłumaczy szefowa UKE w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria. – Nie mogą tego sprzętu przestroić i przenieść w inne zakresy. To jest trudne.

Prezes Budimeksu: kilkadziesiąt tys. osób z branży budowlanej straci pracę

W budowlance i drogownictwie pracuje ponad 700 tys. ludzi, a cała branża odpowiada za 6 – 7 proc. PKB. To może się wkrótce zmienić – ostrzegają przedstawiciele firm budowlanych. Drogie materiały i zatory płatnicze spowodowały, że firmy borykają się z coraz większymi problemami. – W tym roku upadłość ogłosiło już 110 firm z sektora, ta liczba niestety rośnie – mówi Dariusz Blocher, prezes Budimeksu.

W budownictwie pracuje ok. 600 tys. osób, w drogownictwie – 160 tysięcy. Wiele z nich może się obawiać o swoje miejsca pracy.

– Spodziewamy się zwolnień w całej branży rzędu, niestety, kilkudziesięciu tysięcy pracowników, łącznie z podwykonawcami – podkreśla Dariusz Blocher, prezes Budimeksu w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria. – Bardzo nad tym ubolewamy, bo jednak powinniśmy budować siłę tych firm po to, żeby sprawniej móc realizować kontrakty w przyszłym roku.

Jak podkreśla prezes spółki, zwolnienia dotkną prawdopodobnie zarówno małe, jak i duże firmy budowlane.

– Odpowiadamy za 6 – 7 proc. PKB, więc spadek inwestycji i prawdopodobne zwolnienia, które już się zaczęły, doprowadzą tylko i wyłącznie do pogorszenia sytuacji w gospodarce całego kraju – prognozuje Dariusz Blocher.

Dlatego – w jego opinii – najpoważniejszym wyzwaniem jest teraz rozwiązanie problemu płynności finansowej firm budowlanych i rekompensat ze strony inwestorów publicznych strat poniesionych przez firmy na nierentownych kontraktach.

– Kontrakty, które teraz realizujemy, są bardzo nierentowne, ze względu na to, że były podpisywane w niekorzystnych warunkach ze wszystkimi ryzykami po stronie generalnych wykonawców. To jest problem krótkoterminowy – podkreśla prezes Budimeksu. – Rozwiążmy go i wyciągnijmy z tego wnioski.

Wnioski, które miałyby polegać na zmianach w prawie.

– Wprowadźmy pewne standardy umów, które rozkładają po równo ryzyko pomiędzy inwestorem a wykonawcą, pewne indeksacje cen i większą elastyczność w tych umowach – proponuje Blocher.

Jego zdaniem potrzebne jest również lepsze planowanie inwestycji budowlanych i infrastrukturalnych w czasie. Fakt, że Polska dostała po raz pierwszy tak dużo środków z funduszy unijnych i że Polska została organizatorem Euro 2012, spowodował kumulację inwestycji w ostatnich kilku latach.

– Ponieważ wiele lat nie były przygotowywane inwestycje tak, jak byśmy chcieli, to nagle, w bardzo krótkim czasie musieliśmy wykorzystać wszystkie środki – mówi prezes Budimeksu. – Jedynym pomysłem jest to, żeby nie kumulować wydatków w taki sposób, że w jednym roku jest miliard złotych, a w drugim dziesięć miliardów złotych.

Jak podkreśla Dariusz Blocher, trzeba rozkładać środki na całą perspektywę, planować długoterminowo, nie koncentrować tych inwestycji w jednym czasie, po to, żeby logistycznie można było lepiej pracować.

– Żeby w PKP pasażerowie tak bardzo nie narzekali, że cała trasa z Warszawy do Gdańska jest zamknięta, tylko żeby można to było jakoś sensownie zorganizować – podaje przykład. – Czyli tak planujmy te inwestycje, ale nie tylko w centralnym budżecie, ale także miejskim, żeby rozłożyć to na większą ilość lat.

Z powagi sytuacji w branży budowlanej zdają sobie również sprawę rządzący. Wicepremier Waldemar Pawlak zaproponował ostatnio, by rząd mógł przejmować upadające firmy budowlane. Zgodnie z pomysłem wicepremiera, przejmującym byłaby Agencja Rozwoju Przemysłu, która po procesie restrukturyzacji w spółce i dokończeniu jej kontraktów, sprzedawałaby ją prywatnym inwestorom giełdowym.

Resort gospodarki walczy o dłuższe życie Specjalnych Stref Ekonomicznych

14 Specjalnych Stref Ekonomicznych – zgodnie z obowiązującym prawem – będzie funkcjonować tylko do 2020 roku. Resort gospodarki chce wydłużenia czasu ich działania przynajmniej do 2026 roku. Już jesienią rząd ma zająć się przygotowaną przez ministerstwo ustawą, która wydłużyć miałaby możliwość funkcjonowania stref.

– Mamy z jednej strony bardzo ważne zadanie, tzn. przedłużenie stref, a drugie zadanie – to zmiana ich ukierunkowania – mówi wiceminister gospodarki, Ilona Antoniszyn-Klik.

Chodzi o ich dostosowywanie do zmieniających się warunków gospodarczo – ekonomicznych.

– To znaczy rozszerzenie pakietu działań, którymi mają się zająć, żeby przyciągać więcej inwestorów, żeby tworzyć lepszy klimat inwestycyjny – mówi Agencji Informacyjnej Newseria wiceminister gospodarki. – Rozmawiamy z inwestorami, szukamy także ich wsparcia.

Nowa ustawa ma trafić na posiedzenie rządu jesienią, najprawdopodobniej pod koniec września lub na początku października. Później zajmie się nią Sejm.

Zanim to nastąpi resort gospodarki chce, za pomocą rozporządzeń, przedłużyć funkcjonowanie stref do 2026 roku. Eksperci alarmują, że bez tego inwestycje przestaną napływać do Polski już za 2 lata.

– Przedłużenie działania stref jest przykładem utrzymywania stabilności sytemu inwestowania w Polsce, bo jak wiemy, specjalne strefy ekonomiczne były jednym z głównych czynników, które powodowały duże zainteresowanie inwestowaniem – zauważa Antoniszyn-Klik.

W Polsce zlokalizowanych jest dziś 14 specjalnych stref ekonomicznych. Podmioty, skupione na ich obszarze mogą liczyć na preferencyjne warunki prowadzenia działalności gospodarczej. M.in. na ulgi podatkowe.

Według ocen resortu gospodarki, dzięki funkcjonowaniu specjalnych stref ekonomicznych powstało ponad 250 tysięcy miejsc pracy, a inwestycje sięgnęły około 80 miliardów złotych.

Szef resortu, Waldemar Pawlak zaproponował niedawno, by SSE funkcjonowały bezterminowo, na terenie każdej gminy, a ich formuła funkcjonowania rozszerzona była o inicjatywy klastrowe i technologiczne. M.in. takie propozycje mają się znaleźć w projektowanej ustawie.

PGE chce zmian w podatkach, które pomogą ruszyć z atomową inwestycją

Polska Grupa Energetyczna apeluje o zmiany w prawodawstwie, zwłaszcza dotyczące przepisów podatkowych. Chce m.in., by nakłady na wstępną fazę projektu budowy elektrowni jądrowej mogłyby być zaliczone jako koszty uzyskania przychodów. W przeciwnym razie cały projekt może okazać się jeszcze droższy. Obecne regulacje są niewystarczające do realizacji tak długotrwałej i skomplikowanej inwestycji.

Bogusława Matuszewska


– Inwestycja w elektrownię jądrową jest bardzo złożonym projektem, długotrwającym i niezwykle intensywnym z punktu widzenia zaangażowania kapitałowego. Dlatego też wymaga szczególnych uwarunkowań formalno-prawnych – informuje Bogusława Matuszewska, wiceprezes Polskiej Grupy Energetycznej.

Aby uregulować te kwestie, w minionym roku, po zaledwie miesiącu prac, zostało znowelizowane Prawo atomowe. Określa zasady pracy elektrowni jądrowej i dozoru nad nią.

– Czekamy też na następne ruchy, czyli pewne zmiany w prawodawstwie. Zarówno pod kątem możliwości realizacji procesu zakupowego, który jest niezwykle krytycznym procesem, jak też zmiany w prawie podatkowym, które umożliwią zrealizowanie tej inwestycji w sposób absolutnie profesjonalny. Czyli będą dopasowane do jej skali i złożoności – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Bogusława Matuszewska.

Wiceprezes PGE zwraca uwagę, że obecnie nie mamy do czynienia z tak długo trwającymi projektami, jak budowa i eksploatacja elektrowni jądrowej. Sam proces inwestycyjny, czyli od momentu rozpoczęcia przetargów do świadczenia usług, trwa nawet do 15 lat. Zaś okres użytkowania takiej elektrowni wynosi 60 lat.

– W tej sytuacji cały proces inwestycyjny, wymaga dużego zaangażowania kapitałowego. Jakiekolwiek opóźnienia mogą więc skutkować różnymi finansowymi konsekwencjami. Dlatego prawo podatkowe dające możliwość realizacji fazy wstępnej projektu i zaliczania tego w koszty uzyskania przychodów jest istotne – tłumaczy Bogusława Matuszewska.

Budowa elektrowni jądrowej może pochłonąć nawet 55 mld zł. Pierwszy z dwóch reaktorów o mocy do 3 tys. MW ma zostać postawiony do 2023 r. Za tę inwestycję odpowiada spółka energetyczna PGE.

Upadek Sky Club to kolejne, ale nie ostatnie bankructwo w branży turystycznej

W maju tego roku aż 439 polskich biur podróży znalazło się na liście firm niewypłacalnych. W czerwcu przybyło w Krajowym Rejestrze Długów kolejnych 7 podmiotów prowadzących działalność turystyczną i jest już ich łącznie 446. To prawie jedna piąta wszystkich działających w Polsce.

W bierzącym roku upadła Triada, Excalibur Tours, a bankructwo Sky Club to najprawdopodobniej nie ostatnie w branży turystycznej w tym sezonie. W czerwcu przybyło w Krajowym Rejestrze Długów kolejnych 7 podmiotów prowadzących działalność turystyczną i jest już ich łącznie 446. To prawie jedna piąta wszystkich działających w Polsce.

W ciągu ostatnich 2 lat liczba zadłużonych biur podróży i agencji turystycznych notowanych w Krajowym Rejestrze Długów gwałtownie wzrasta. O ile w lutym 2011 roku było ich 150, to w lipcu ubiegłego roku już 204. Ale gwałtowny wzrost wpisów nastąpił po poprzednim sezonie. W lutym tego roku notowanych w KRD było już 426, a na koniec czerwca 446. W Polsce działa ok. 3,2 tys. licencjonowanych organizatorów turystyki.

– Branża turystyczna od 2 lat przeżywa kryzys i to uwidacznia się w naszym rejestrze. Rosnące kursy walut, zamieszki w Afryce Północnej i w Grecji, kryzys ekonomiczny na południu Europy i obawy przed kryzysem w Polsce sprawiają, że z roku na rok maleje liczba osób korzystających z usług biur podróży, a to przekłada się na mniejsze zyski. Kłopoty mają już nie tylko mali i średni organizatorzy turystyki, ale także ci najwięksi. W KRD jest notowanych kilka biur z pierwszej 10 – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

W 2010 roku z usług branży turystycznej skorzystało 6,6 mln turystów, rok temu już 5,5 mln. Wszystko wskazuje na to, że w tym roku będzie ich jeszcze mniej. Biura muszą dzielić się coraz mniejszym tortem, pracują więc na coraz niższych marżach. Niestety 3 bankructwa od maja oraz rosnąca liczba zadłużonych biur i agencji turystycznych pokazuje, że zyski są za małe, aby pokryć koszty działalności.

Niepokojące jest to, że z bankructwami mamy do czynienia na początku sezonu, kiedy do touroperatorów napływa strumień gotówki od klientów wpłacających na wczasy, z których dopiero skorzystają, a więc za które biuro nie musi jeszcze w pełni zapłacić swoim kontrahentom.

Każdy turysta może sprawdzić Serwisie Ochrony Konsumenta Krajowego Rejestru Długów, czy biuro, z którym wybiera się na wakacje nie jest zadłużone. Jeśli będzie notowane jako dłużnik, w raporcie znajdzie się informacja o tym, kto jest wierzycielem, jak jest kwota długu, od kiedy istnieje i czy dłużnik go nie kwestionuje. To ważne, bo dla oceny kondycji finansowej biura nie jest istotna kwota zadłużenia, a wierzyciel. Jeśli jest to np. firma ubezpieczeniowa, w której każdy organizator musi wykupić obowiązkową polisę na wypadek bankructwa, to lepiej już z takim biurem nigdzie nie jechać.

Rządy państw szukając oszczędności decydują się na sprzedaż swoich majątków

W Grecji, z tego powodu sprzedano w tym roku aktywa o wartości 80 milionów EUR. Kolejne państwa uważnie przyglądają się posiadanym nieruchomościom i rozważają podobne kroki, a także weryfikują obecne umowy dzierżawy i wynajmu. W Wielkiej Brytanii pozyskano w ten sposób 190 mln funtów. Według raportu Deloitte, zarządzanie nieruchomościami przyniesie pożądane oszczędności, jeżeli strategia będzie opierać się m.in. na zintegrowanym działaniu wszystkich jednostek oraz współpracy z sektorem prywatnym.

Zgodnie z globalnym raportem Deloitte pt. „Polityka zarządzania powierzchnią biurową. Jak poprawić proces zarządzania nieruchomościami w sektorze publicznym” coraz więcej rządów, które są jednymi z największych użytkowników nieruchomości na świecie, w celu uzyskania oszczędności dokonuje rewizji posiadanych dóbr oraz podejmuje kroki w celu bardziej efektywnego ich wykorzystania. Niektóre z nich, w ramach szukania dodatkowych funduszy rozważają nawet sprzedaż posiadanych aktywów. Przykładem jest rząd australijski, który rozważa odsprzedaż wybranych portów. O krok dalej poszedł rząd grecki, który od lutego bieżącego roku wystawił na sprzedaż majątek o wartości 50 miliardów EUR, jednakże do tej pory udało mu się pozyskać tylko 180 milionów EUR.

Po kryzysie finansowym w 2008 r. rząd Wielkiej Brytanii wprowadził oszczędności we wszystkich obszarach administracji. Jak wynika z danych Urzędu Rady Ministrów Wielkiej Brytanii dzięki poprawie kontroli odnawianych umów najmu i dzierżawy, w ciągu ostatnich dwóch lat państwo zaoszczędziło 190 mln GBP. Nie tylko administracja publiczna na Wyspach rozumie wartość strategicznego zarządzania aktywami. Obecnie przed podobnym wyzwaniem stoi czeski rząd. W jego posiadaniu jest 1,9 miliona metrów kwadratowych powierzchni, którą zajmują pracownicy administracji publicznej. Oznacza to, że średnio na jedną osobę przypada 27 metrów kwadratowych, co jest znacznie powyżej standardów efektywnego wykorzystania powierzchni w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej. W tej chwili obsługa i utrzymanie majątku kosztuje ponad 2 miliardy EUR.

Zmiana strategii zarządzania aktywami należącymi do administracji publicznej wymaga odpowiedniego przygotowania i zaplanowanej strategii. Eksperci Deloitte przedstawiają w raporcie kilka kluczowych czynników sukcesu w zakresie zarządzania nieruchomościami w kontekście ograniczeń budżetowych i zmieniających się potrzeb. Przede wszystkim obszar ten musi być traktowany jako jeden z istotnych koordynowany przez specjalnie wydzielone osoby, które będą dysponowały odpowiednimi uprawnieniami. Ponadto ważna jest właściwa koordynacja poszczególnych aspektów związanych z zarządzaniem majątkiem i stworzenie zintegrowanej strategii we wszystkich jednostkach administracji. Niezbędne jest także zintensyfikowanie wysiłków mających na celu bardziej efektywne gromadzenie i wykorzystywania danych na temat nieruchomości, a także ściślejszą współpracę z sektorem prywatnym.

Władze na całym świecie prowadzą działania mające na celu łączenie jednostek administracji w jednej lokalizacji oraz uzyskanie korzystniejszych warunków umów z właścicielami wynajmowanych nieruchomości z tytułu skali zawieranych transakcji. Jednak prawdziwe obniżenie kosztów będzie wymagało zastosowania bardziej radykalnego podejścia, współpracy między departamentami i agencjami, lepszego wykorzystania powierzchni, zasadniczej zmiany dystrybucji aktywów sektora publicznego oraz istotnych przemian kulturowych.

„W Polsce mamy blisko dwa i pół tysiąca gmin, kilkaset powiatów (w tym 65 miast na prawach powiatu) oraz dodatkowo 16 województw, kilkanaście ministerstw, a oprócz tego znaczną liczbę agencji i przedsiębiorstw publicznych. To wszystko oznacza co najmniej setki miliardów złotych w postaci gruntów, budynków i nieruchomości przemysłowych. W 2010 r. wartość księgowa nieruchomości, gruntów i obiektów inżynieryjnych w bilansie M. St. Warszawy to łącznie ponad 70 mld PLN. W przypadku Krakowa analogiczne kwota to ok. 50 mld, a w przypadku np. znacznie mniej zamożnego, ale prężnie się rozwijającego i modernizującego Lublina mówimy o wartości wskazywanego mienia wynoszącej ok. 2 mld PLN. Optymalizacja zarządzania tym majątkiem przełoży się na istotne zwiększenie przychodów instytucji publicznych w Polsce, tym samym oznaczać będzie m.in. przyspieszenie procesów modernizacyjnych miast” – mówi Radosław Kubaś, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte.

Polska wśród krajów o najniższym poziomie stabilności podatkowej

Podatki w Polsce, na Węgrzech, w Rumunii i Rosji są najmniej stabilne w Europie. Najwyżej równowagę swojego otoczenia prawnego oceniają podatnicy w Szwajcarii, Danii, Luksemburgu i Szwecji. 50% respondentów uznaje, że niestabilność systemów podatkowych i częste zmiany prawa niekorzystnie wpływają na ich działalność biznesową. Polska, Rosja i Portugalia to kraje, w których przedsiębiorcy wytoczyli organom podatkowym najwięcej spraw sądowych – to główne wnioski z badania stabilności otoczenia podatkowego przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte w 24 krajach regionu EMEA.

Z badania Deloitte wynika, że większość firm w regionie EMEA ma dobre relacje z władzami podatkowymi, aż 65% badanych określa je jako dobre a 27% nawet jako bardzo dobre. Niemniej jednak, aż 15% respondentów w Austrii, Włoszech, Polsce, Rumunii oraz Rosji ocenia te relacje jako złe lub bardzo złe. Podatnicy europejscy podkreślają, że jakość relacji zależna jest od konkretnego działu w urzędzie skarbowym, 21% badanych zgłaszało problemy we współpracy z działem CIT, a prawie 20% z działem VAT. Ponad połowa respondentów międzynarodowego badania uznała, że niepewność podatkowa to istotny czynnik wpływający niekorzystnie na bieżące działania operacyjne firmy. Szczególnie mocno odczuwają to podatnicy na Węgrzech, w Kenii, Polsce, Portugalii oraz Rumunii. Ponad 1/3 badanych przedsiębiorców uważa, że tę niestabilność powodują przede wszystkim częste zmiany regulacji podatkowych, ale także zbyt długi czas trwania postępowań podatkowych (12,4%), a następnie zmienność praktyki orzeczniczej i publicznie dostępnych wytycznych urzędów (12.1%).

„Warto zauważyć, że ponad 70% polskich uczestników badania wskazało na niestabilność systemu podatkowego, jako na czynnik, który ma negatywny wpływ na prowadzoną przez nich działalność. Odzwierciedleniem tej niepewności jest częste korzystanie z zabezpieczenia pozycji podatkowej jaką daję uzyskanie indywidualnej interpretacji podatkowej. 67% polskich respondentów potwierdziło, że w ciągu ostatniego roku kilkakrotnie występowało z wnioskiem o wydanie takiej interpretacji (w Niemczech tylko 13%). Niewątpliwie główną przyczyną takiej sytuacji jest częsta zmiana przepisów podatkowych. Niestety, wydaje się, że w tym obszarze nie możemy liczyć na stabilizację, Ministerstwo Finansów zapowiedziało kolejne zmiany ustaw podatkowych, które mają wejść w życie w ciągu najbliższego roku.” – uważa Tomasz Siek, Menedżer w Zespole Podatków Pośrednich Deloitte.

Krajem o najbardziej stabilnym systemie podatkowym według badanych jest Szwajcaria. Ponad 80% podatników szwajcarskich uważa, że żadne inne europejskie państwo nie może poszczycić się podobnie wysokim poziomem pewności podatkowej.

Zdaniem respondentów, na poziom niepewności podatkowej duży wpływ mają także zasady wydawania interpretacji przepisów. Podatnicy coraz częściej korzystają z możliwości potwierdzenia stanowisk w organach podatkowych drogą interpretacji kierując zapytania bezpośrednio do swoich organów podatkowych. Pomijają w ten sposób jednostek wyspecjalizowanych w wydawaniu tego typu wyjaśnień.

Z różnych dróg uzyskania interpretacji władz podatkowych korzysta ponad ¼ podatników. Prawie 36% respondentów badania Deloitte, szczególnie w Rumunii i Rosji uważa, że praktyka uzyskiwania interpretacji jest zbyt wolna. Ponad 32% respondentów uważa, że procedury ich uzyskiwania powinny ulec poprawie.

Jedna piąta respondentów europejskich zauważa wzmożone działania kontrolne. W trakcie ostatnich 3 lat prawie 1/3 badanych doświadczyła kontroli w zakresie podatku VAT oraz CIT. U około 10% podatników organy skontrolowały ceny transferowe, opodatkowanie międzynarodowych transakcji oraz podatek dochodowy od osób fizycznych. Niecałe 6% wyjaśniało inspektorom skarbowym swoje rozliczenia celne, akcyzowe oraz opodatkowanie majątku (property tax). Większa ilość kontroli podatkowych najbardziej widoczna jest w Rosji, gdzie ponad połowa ankietowanych obserwuje to zjawisko.

Większość respondentów deklaruje gotowość odwołania się do sądu od niekorzystnej decyzji władz podatkowych, choć jedynie co czwarty skierował tam sprawę w ciągu ostatnich 3 lat. Spory z władzami są najczęściej wyjaśniane na poziomie postępowania administracyjnego. W Szwajcarii, Holandii oraz Szwecji ponad 70% respondentów uważa, że tą drogą są w stanie osiągnąć satysfakcjonujące ich rozwiązanie. Z kolei w Norwegii, Rosji oraz krajach Europy Środkowej, w tym w Polsce, optymizm przedsiębiorców z północy Europy podziela jedynie mała część badanych. Około 78% badanych przez Deloitte potwierdza gotowość ewentualnego dochodzenia swoich spraw na drodze sądowej w razie uzyskania negatywnego rozstrzygnięcia postępowania administracyjnego, a we Francji, Portugalii, Rosji czy Szwecji nawet 90%. Mimo deklarowania wysokiego prawdopodobieństwa wstąpienia na drogę sądową, jedynie 26% respondentów rzeczywiście rozpoczęło takie działanie w ciągu ostatnich 3 lat.

Większość respondentów (83%) jest przekonana, że ich firma zostanie potraktowana rzetelnie przez władze podatkowe, podczas gdy 17% z nich wyklucza szanse na sprawiedliwe traktowanie. Liczba ta jest szczególnie wysoka w Rumunii, gdzie 43% podatników uważa, że ich firma nie otrzymałaby gwarancji uczciwego postępowania ze strony Rumuńskiego Urzędu Skarbowego. 12% respondentów, głównie z Rosji i Rumunii, potwierdziło złożenie w przeszłości skargi na nieuczciwe lub nieprofesjonalne rozpatrzenie spraw w lokalnych organach podatkowych.

Zdecydowana większość badanych firm w regionie EMEA (83%) wskazała na możliwość dostarczenia informacji do lokalnego urzędu skarbowego za pośrednictwem cyfrowych kanałów komunikacji. Według ponad połowy respondentów, lokalne organy podatkowe zapewniają możliwość zweryfikowania stanowiska podatkowego poprzez ogólnodostępną stronę internetową. Duńskie i szwedzkie strony postrzegane są jako najlepiej przygotowane w tym zakresie, wyróżnia je dostępność zagadnień podatkowych oraz bardzo dobre przygotowanie techniczne.

„Polska administracja podatkowa tylko częściowo dotrzymuje kroku rozwiązaniom stosowanym w krajach starej Unii Europejskiej. Z każdym rokiem, polscy podatnicy mają coraz większe możliwości składania e-deklaracji. Natomiast w obszarze bezpośredniego kontaktu z organami podatkowymi, w dalszym ciągu korzystamy z metod klasycznych (tj. kontakt telefoniczny, korespondencja). Portale internetowe i poczta elektroniczna nie są wykorzystywane przez urzędy skarbowe jako aktywny kanał komunikacji z podatnikami.” – podsumowuje Daniel Zagrodzki, Menedżer w zespole Tax Management Consulting Deloitte.

Strabag szuka kontraktów na rynkach wschodnich

– Zaczynamy przenosić tam część naszego potencjału – przyznaje prezes firmy, Paweł Antonik. To odpowiedź na pogarszającą się sytuację rynku inwestycji budowlanych w Polsce. Szef firmy Strabag przewiduje, że rynek w Polsce może znaleźć się w kryzysie.

– Rynek się kurczy i coraz mniej jest tych dużych kontraktów – mówi Paweł Antonik. – Nie wiadomo, kiedy będzie finansowanie, czy to będzie 2015, czy 2017 rok.

Taka sytuacja powoduje, że polskie firmy budowlane zaczynają rozglądać się za alternatywnymi rynkami. Jak podkreśla Antonik, firma nie może sobie pozwolić na lata niepewności, stąd decyzja o zaangażowaniu znacznej części potencjału na Wschodzie.

– To jest Rosja, Azerbejdżan i Turkmenistan – mówi Paweł Antonik, dodając, że są już pierwsze zawarte kontrakty.

– Udało nam się podpisać pierwsza umowę na sanację dróg w Rosji i stawiamy naszą pierwszą wytwórnie mas bitumicznych – mówi prezes Strabag.

Kontrakt obejmuje wytworzenie 80 tysięcy ton mas bitumicznych. Firma zamierza także startować w przetargach na przebudowę i remont już istniejących dróg.

– Tych dróg jest około 160 km – tłumaczy Paweł Antonik. – Jednak zajmiemy się tylko wybranymi odcinkami 100- 500 metrów, które są najgorsze i inwestor w Rosji chce, żeby właśnie te odcinki naprawić.

Jak podkreśla prezes w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria, z rynkiem rosyjskim firma wiąże dalekosiężne plany.

– Wchodzimy tam na dłuższy okres, to nie są tylko 1-2 inwestycje w pewnych przetargach, w których weźmiemy udział, tylko chcemy mieć swoją dyrekcję na terenie Rosji – dodaje Antonik.

Strabag od 15 lat ma w Rosji oddział. Poprzez spółkę – córkę prowadzi biznes w Rosji, ale dopiero od niedawna zaczął orientować się na inwestycje infrastrukturalne. Jak przyznaje Antosik, w tej chwili trwa badanie rynku.

– Nasi ludzie są tam od stycznia tego roku. Musimy ten rynek wyczuć, jakie ceny chodzą na rynku w przetargach, za jaką cenę można wygrać i czy nam to przyniesie zysk, czy jesteśmy po prostu za drodzy – mówi prezes firmy.

Rosja to nie jedyny kierunek, którym interesuje się Strabag. Z równie dużymi nadziejami spółka spogląda w kierunku Azerbejdżanu.

– Powstanie tam odrębny oddział, w Baku, który będzie odpowiedzialny za Azerbejdżan i Turkmenistan – zapewnia Paweł Antonik.

Pod koniec maja Strabag oddał do użytku w terminie odcinek D autostrady A2 łączącej Grodzisk Mazowiecki z Pruszkowem. Wartość kontraktu wyniosła ponad 640 mln zł. To jednak nie wystarczyło na pokrycie kosztów budowy 18 km autostrady. Firma dołożyła więc do realizacji tego kontraktu.

Przyszłość należy do smartfonów i tabletów

Z badań Agencji MEC Analytics and Insight wynika, że smartfony posiada już 80 procent polskich internautów, a co szósty korzysta za jego pomocą z sieci. – Czyli dużo więcej ludzi na świecie ma przy sobie telefon komórkowy lub tablet niż stacjonarny komputer czy laptopa. Te urządzenia mamy przy sobie cały czas i w każdych okolicznościach – mówi dyrektor Google Polska Artur Waliszewski.

Artur Waliszewski
Artur Waliszewski, dyrektor polskiego oddziału Google’a

Szef polskiego Googla twierdzi, że jesteśmy świadkami zmiany polegającej na rezygnacji przez indywidualnego konsumenta z klasycznych komputerów i laptopów na rzecz najnowocześniejszej technologii.

– Cały Internet, który dzisiaj znamy, który jest internetem w dużym stopniu ciągle „pecetowo-laptopowym”, bardzo szybko stanie się w dużym stopniu internetem mobilno-tabletowym – wyjaśnia Agencji Informacyjnej Newseria Artur Waliszewski.

Consumer Electronics Association (organizator targów CES w Las Vegas) na podstawie aktualnych badań konsumenckich prognozuje, że ten rok będzie należał do smartfonów i tabletów, które zamierza kupić kolejno 46 i 22 proc. badanych.

Zmiana przyzwyczajeń użytkowników stoi, zdaniem Waliszewskiego, za ciągle rosnącą popularnością nowoczesnych urządzeń mobilnych z dostępem do internetu.

– Korzystanie z internetu na tego typu urządzeniach będzie rosło, ponieważ można z nich korzystać w każdych okolicznościach, a nie tylko siedząc przy biurku – prognozuje dyrektor Google Polska.

Takie zmiany już teraz wymuszają na producentach sprzętu i aplikacji inne podejście. Waliszewski twierdzi, że ta technologia musi być uniwersalna i prosta w obsłudze.

– To oznacza, że tak zwana użyteczność, łatwość używania tych produktów, które są w internecie musi być jeszcze większa, bo mamy do czynienia z urządzeniem, które jest mniejsze, które nie ma ani myszki, ani klawiatury – podkreśla Waliszewski.

26 czerwca br. Google zaprezentował własny tablet Nexus 7. To odpowiedź potentata internetowego na produkty konkurencji, m.in. rynkowy hit iPad firmy Apple, czy produkty firmy Samsung z serii Galaxy Tab. Tablet Google’a ma pracować na systemie Android 4.1 Jelly Bean. Urządzenie wyposażono w takie opcje jak ułatwienia dla niewidomych użytkowników, czy sterowanie głosem (dostępne na razie tylko w języku angielskim).

– Mamy do czynienia z urządzeniem, z którego chcemy skorzystać na ulicy i potrzebujemy naprawdę natychmiast rozwiązać nasz problem. Jeżeli ja jestem na środku ulicy i chce zapytać mojego telefonu jak dojść do jakiegoś miejsca, to potrzebuje tu, teraz, natychmiast. Potrzebuje to zrobić szybko i sprawnie – wyjaśnia Artur Waliszewski.

KGHM inwestuje w fotowoltaikę

Eksperci prognozują złotą erę dla fotowoltaiki, czyli pozyskiwania prądu ze słońca. KGHM z naukowcami intensywnie pracuje nad nowatorskimi metodami produkcji ogniw fotowoltaicznych. Efektem tych prac możę być na przykład dachówka fotowoltaiczna, która mogłaby zastąpić popularne kolektory słoneczne.

– W 85-90% fotowoltaika jest oparta na krzemie, czy to krystalicznym, trudnym do osiągnięcia, czy amorficznym, bezpostaciowym. Koszty jego wyprodukowania są istotne, poza tym jest to kruchy pierwiastek. W związku z tym – puszczam tu wodze fantazji – chodziłoby o wyprodukowanie takiego ogniwa, które np. jest elastyczne – tłumaczy Herbert Wirth, prezes spółki KGHM Polska Miedź.

Herbert Wirth chciałby, by prace doprowadziły do stworzenia dachówki fotowoltaicznej: – Zamiast pokrywać dachy zwykłą, ceramiczną, możemy użyć kompozytu mineralnego, czyli fotowoltaicznego panelu i ceramiki. Dlaczego nie? To jest wyzwanie dla nauki.

To tylko jedno z wyzwań dla miedziowego giganta.

– To jest przede wszystkim szukanie nisz, w których pociągniemy przetwórstwo, bo miedź mamy, do indu się przymierzamy, tellur będziemy odzyskiwali, selen odzyskujemy. Pozostają nam jeszcze inne pierwiastki do wykorzystania – wyjaśnia Agencji Informacyjnej Newseria Herbert Wirth.

Kluczowy w kontekście produkcji prądu ze słońca jest tellur.

– To jest bardzo ważne w procesie inżynierii materiałowych, fotowoltaiki – mój ulubiony temat od pewnego czasu – podkreśla prezes.

Spółka koncentruje się na wypracowaniu technologii, która pozwoli na wydzielenie co najmniej kilkudziesięciu kilogramów telluru.

– Jako pierwiastek, w kilogramowych wielkościach jest naprawdę bardzo cenny. Znajduje się w szlamach anodowych, a więc w procesie, kiedy się rozpuszcza anodę w kwasie, w elektrolizie. Z tego szlamu uzyskujemy srebro i to było dla nas dominujące. Poświęcimy teraz temu zagadnieniu więcej uwagi i troski, po to, żeby te kilkadziesiąt kilogramów telluru wyekstrahować – zapowiada Wirth.

Naukowcy w Centrum Metali Krytycznych Akademii Górniczo-Hutniczej poszukują metali i niemetali w formie kompozytów. Sprawdzają, co daje najlepszy efekt w przypadku zamiany fotonów światła na strumień elektronów.

– W fotowoltaice ważne jest kumulowanie energii, czyli baterie umożliwiające przechowywanie jej nadmiaru w formie użytkowej. I ich stworzenia również podjęli się naukowcy z AGH – zdradza prezes KGHM.

Europejskie Stowarzyszenie Przemysłu Fotowoltaicznego w swoim najnowszym raporcie „Globalne perspektywy rynku fotowoltaiki do 2016 r.” dowodzi, że miniony rok był wyjątkowo udany dla Unii Europejskiej pod względem rozwoju fotowoltaiki. Z wynikiem ok. 75 proc. światowej mocy zainstalowanej po raz kolejny Europa została globalnym liderem w rozwoju fotowoltaiki.

Zdaniem autorów dokumentu ten rynek ma przed sobą ogromne szanse rozwoju, także w Polsce. Na koniec ub.r. mieliśmy zainstalowane ok. 2 MW paneli słonecznych, a do 2016 r. mamy mieć 500 MW (według umiarkowanego scenariusza) lub nawet 1,1 tys. MW. Wiele zależy od wsparcia, które zostanie ostateczne zagwarantowane w opracowywanej ustawie o odnawialnych źródłach energii.

MasterCard i Deutsche Telekom łączą siły na rzecz płatności mobilnych

MasterCard oraz Deutsche Telekom ogłosiły dziś europejskie partnerstwo, które ma umożliwić konsumentom wykorzystywanie telefonów komórkowych jako bezpiecznej i wygodnej metody płatności.

Podczas dzisiejszej konferencji prasowej w Berlinie Deutsche Telekom oraz MasterCard podkreśliły wagę swojego partnerstwa i wprowadzenia płatności mobilnych — jednej z najszybciej rozwijających się usług konsumenckich ostatnich pięciu lat. Celem partnerstwa jest udostępnienie płatności mobilnych dla 93 milionów klientów firmy Deutsche Telekom w całej Europie.

„To olbrzymi krok na naszej drodze do upowszechnienia płatności mobilnych. Firma MasterCard to znany i doświadczony partner, który rozwija ten istotny segment rynku. Chcemy stworzyć kompleksowe środowisko dla płatności mobilnych, które pomoże firmie Telekom zrealizować strategię bycia preferowanym przez klientów dostawcą usług łączności — w życiu osobistym i zawodowym” – komentuje Thomas Kiessling, Chief Product and Innovation Officer spółki Deutsche Telekom.

Pierwsze wdrożenie tej usługi wśród konsumentów odbędzie się w Polsce pod koniec tego roku. Również w tym roku płatności mobilne zostaną zaprezentowane konsumentom niemieckim, początkowo na etapie testowym wraz z telefonami komórkowymi i kartami. Kontynuacją tego procesu w pierwszej połowie przyszłego roku będzie usługa mobilnego portfela, która będzie również otwarta dla innych banków-wydawców oraz partnerów. Firma Deutsche Telekom będzie oferować produkty MasterCard za pośrednictwem spółki zależnej ClickandBuy, właściciela licencji e-money. Produkty te zostaną także wprowadzone na inne rynki europejskie.

„Segment płatności jest w dalszym ciągu otwarty na innowacje, zwłaszcza teraz, gdy pod wpływem technologii obserwujemy wzmożone tendencje do odsuwania się od płatności gotówką. Dziedzictwo firmy MasterCard jest silnie związane z opracowywaniem otwartych technologii, stworzonych dla wszystkich, którzy chcą korzystać z wygodnych i bezpiecznych rozwiązań w zakresie płatności. Usługa portfela mobilnego jest otwarta dla innych banków-wydawców i partnerów, a także pomoże naszym klientom dostosować się do nowych zachowań konsumenckich i zmieniającej się dynamiki rynku. Dzisiejsze, oficjalne ogłoszenie współpracy to symbol prawdziwego porozumienia umysłów, z którego zrodziło się prawdziwe partnerstwo” – mówi Ann Cairns, Prezes, International Markets MasterCard Worldwide.

Konsumenci zdecydowanie skorzystają na tym, że portfel mobilny będzie realizowany w środowisku kart SIM smartfonów: oprócz tego, że płatności będą bezpieczne, konsumenci będą mieli zapewnioną ciągłą i pełną przejrzystość oraz kontrolę. Dodatkowo usługa będzie otwarta dla innych banków-wydawców.

Polski rynek pracy przyciąga pracowników z Ukrainy

Rok 2011 okazał się rekordowy pod względem liczby wyjazdów zarobkowych z Ukrainy do Polski. Nasz kraj jest obecnie czołowym rynkiem pracy dla pracowników z Ukrainy wśród krajów Unii Europejskiej. W ostatnich latach wydano w Polsce obywatelom Ukrainy najwięcej wiz Schengen, co więcej wszystko wskazuje na to, że trend ten się utrzyma – informuje agencja EWL.

Planowane otwarcie nowego polskiego konsulatu w Doniecku i wzrost liczby punktów realizujących wnioski wizowe to nie tylko efekt odbywających się w czerwcu Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej Euro 2012, to także zwiększony ruch transgraniczny związany z rosnącym zapotrzebowaniem na pracowników na polskim rynku pracy. Zapotrzebowaniem, które według danych polskiego Ministerstwa Pracy wzrosło na przestrzeni ostatnich paru lat dwukrotnie.

Tak znaczący wzrost wyjazdów zarobkowych do Polski wynika między innymi z braków kadrowych na polskim rynku pracy, zwłaszcza w branżach takich jak budownictwo, czy przemysł ciężki i lekki. Wspólnie z rozbieżnościami w poziomie zarobków pomiędzy polskim a ukraińskim rynkiem pracy przyczyniają się do wzrostu liczby cudzoziemców, z których nawet 90% legalnie zatrudnionych stanowią obecnie pracownicy z Ukrainy. Różnice w poziomie wynagrodzeń w Polsce i na Ukrainie sięgają nawet kilkuset procent w zależności od zawodu – średnie miesięczne wynagrodzenie w Polsce wynosi w ujęciu realnym ok. 3200 PLN (czyli ok. 8200 ukraińskich hrywien), podczas gdy dla porównania na Ukrainie plasuje się ono w okolicach 2200 hrywien (ok. 920 PLN).

Tylko w 2011 roku Polska wydała obywatelom Ukrainy około 570 tys. wiz, w tym 200 tys. wiz narodowych. Polscy pracodawcy zarejestrowali z kolei prawie 240 tys. wniosków o zamiarze zatrudnienia obywateli Ukrainy (wzrost o 42% w porównaniu z rokiem 2010), umożliwiających legalny pobyt i pracę na terytorium Polski na okres do 6 miesięcy w ciągu roku. Według pierwszych informacji z 2012 roku, poziom zainteresowania zatrudnieniem tej grupy pracowników utrzymał się na podobnym poziomie co w roku ubiegłym. Ogółem w pierwszym kwartale tego roku zarejestrowano 85 891 wniosków o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcom, co oznacza spadek o prawie 1 tys. w porównaniu z rokiem poprzednim (86 820). Dla obywateli Ukrainy zgłoszono w tym okresie 80 974 oświadczenia (spadek o pół tysiąca w porównaniu do 81 472 w pierwszych 3 miesiącach 2011 roku), należy jednak uwzględnić zwiększone zapotrzebowanie na tę formę uzyskania zezwolenia na pracę w pierwszym kwartale 2011. Rozbieżności te mogły wiązać się z brakiem pod koniec 2010 roku odpowiednich procedur pomostowych dla pracodawców zatrudniających cudzoziemców w oparciu o oświadczenia i późnym wejściem w życie odpowiedniego rozporządzenia Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej w grudniu 2010.

Ze wspomnianej uproszczonej procedury zatrudnienia korzysta coraz więcej Ukraińców, czyniąc ich najliczniejszą aktywną zawodowo grupą cudzoziemców na polskim rynku pracy. Procedura legalizacyjna trwa w tym przypadku około 2 tygodni – po wypełnieniu przez polskiego pracodawcę odpowiedniego formularza rejestracyjnego i zarejestowaniu go w odpowiednim urzędzie, kandydat do pracy może (bazując na oświadczeniu pracodawcy) ubiegać się o wizę pracowniczą w polskich konsulatach na Ukrainie. Po otrzymaniu wizy pozostaje mu tylko przyjechać do Polski w celu podpisania umowy z pracodawcą. Dla pozostałych kandydatów do pracy w Polsce pozostaje dotychczasowa procedura ubiegania się o zezwolenie na pracę – w 2011 roku skorzystało z niej niecałe 19 tys. obywateli Ukrainy, również o 42% więcej w stosunku do roku 2010.

Najwięcej Ukraińców zatrudniają polskie gospodarstwa rolne (126 tys. zarejestrowanych wniosków w 2011 roku), drugie w kolejności są firmy budowlane (51 tys. oświadczeń). Duże zapotrzebowanie na pracowników z Ukrainy zgłaszają również polskie firmy produkcyjne z przemysłu lekkiego i ciężkiego, a także przedsiębiorstwa transportowe. Do Polski trafia też wielu specjalistów i menadżerów średniego i wyższego szczebla, zwłaszcza ekspertów ds. rynków wschodnich. Oprócz firm prowadzących działalność gospodarczą, należy również pamiętać o osobach fizycznych prowadzących gospodarstwa domowe, którzy chętnie zatrudniają obywateli Ukrainy, w charakterze opiekunek do dzieci i osób starszych, a także jako pomoce domowe. Ze względu na skomplikowane i długotrwałe procedury nostryfikacyjne, w mniejszym stopniu z usług Ukraińców korzysta natomiast polska opieka zdrowotna.

Inną istotną przyczyną wzrostu wyjazdów do Polski są zmiany w polskim prawie, ułatwiające podjęcie przez cudzoziemców pracy na terytorium RP. Na przestrzeni ostatnich kilku lat polska polityka wizowa uległa znaczącej liberalizacji. Od 2006 roku obowiązuje w Polsce wspomniana uproszczona procedura zatrudniania pracowników z 5 państw Europy Wschodniej, w tym Ukrainy, oparta o oświadczenia o zamiarze zatrudnienia cudzoziemca. Obniżono także opłatę administracyjną za wyrobienie zezwolenia na pracę z 936 do 100 PLN. Dalsze ocieplanie się stosunków ukraińsko-polskich może prowadzić do kolejnych zmian w polskiej polityce wizowej względem Ukrainy. Już na początku tego roku zapowiedziano zniesienie opłat wizowych za wizy narodowe dla obywateli Ukrainy.

– „Obserwujemy obecnie coraz bardziej sprzyjący klimat do zatrudniania cudzoziemców w Polsce. Planowana na ten rok nowa ustawa o cudzoziemcach ma wprowadzić między innymi jedną wspólną procedurę ubiegania się pobyt i pracę na terytorium Polski, co wspólnie z planowanym skróceniem terminów uzyskiwania zezwoleń na pobyt i rozwojem sieci kosulatów powinno zaowocować utrzymaniem tendencji zwyżkowej w napływie obywateli Ukrainy.” – mówi Andrzej Korkus, właściciel agencji EWL Ukraina, otwartego w Kijowie oddziału polskiej agencji zatrudnienia cudzoziemców EWL. – „Zmiany w polskich przepisach zakładają również ułatwienia w podjęciu pracy przez wysoko wykwalifkowanych pracowników, a to powinno wpłynąć korzystnie na jakość zatrudnienia. Co więcej, więzi między Polską i Ukrainą się stale umacniają, z roku na rok coraz łatwiej zaobserwować przenikanie się kultur w życiu codziennym – prywatnym i zawodowym. Klimat do rozwoju wspólnego rynku pracy wynika więc zarówno ze względów gospodarczych, prawnych, jak i czysto społecznych – ludzkich.”

Źródło: MPiPS, EWL

Więcej informacji o cudzoziemcach na stronie EWL www.ewl.com.pl

Trudny sezon dla branży turystycznej

Branża turystyczna przeżywa trudne czasy. Choć liczba sprzedawanych wycieczek zagranicznych rośnie w dość szybkim tempie, touroperatorzy nie odnotowują wyraźnego zwiększenia zysków. Wszystko przez słabnącego złotego, przed którym biura podróży na wszystkie sposoby chcą ustrzec klientów.

Zdaniem Marka Węgierka, prezesa Neckermann Polska, to będzie kolejny trudny rok dla branży turystycznej.

– Nie będzie tak dużych wzrostów jak w zeszłym roku. Natomiast nadal powinien być to wzrost ok. 5 proc. – mówi Marek Węgierek.

Mimo to, że niezbyt mocna polska waluta znacznie to zadanie utrudnia.

– Na pewno jest to jeden z naszych kosztów. Wielu touroperatorów, tak jak Neckermann, stara się niwelować te koszty obniżając ceny, negocjując z hotelarzami, negocjując ceny przelotów – wyjaśnia Neckermanna. – Jeżeli popatrzymy na naszą ofertę, to nasza cena nie zmieniła się dla klienta w stosunku do zeszłego roku.

Prezes Neckermann Polska zapewnia w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria, że zabiegi polegające na niwelowaniu kosztów nie wpłyną na komfort czy bezpieczeństwo turysty.

– Zmieniliśmy między innymi linię lotniczą, z którą współpracujemy. Zaczęliśmy współpracę ze Small Planet. Zmieniliśmy także podejście do kontraktowania, bardziej agresywnie kontraktujemy. Zatrudniliśmy osobę na stanowisko contract manager, który uzyskuje dla nas lepsze kontrakty niż w zeszłym roku. Te elementy zniwelowały różnice kursowe – zapewnia prezes Neckermann Polska.

Kierunki wybierane przez klientów wskazują na to, że cena wyjazdu odgrywa decydującą rolę. W czołówce najchętniej odwiedzanych krajów wciąż znajdują się Egipt, Tunezja i Grecja, gdzie oferty wyjazdowe są najatrakcyjniejsze.

Zwiększa się udział niemieckich inwestycji w Polsce

Nasi zachodni sąsiedzi wrócili na drugie miejsce z czwartego, jeśli chodzi o liderów inwestycji zagranicznych w naszym kraju – mówi prezes Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych, Sławomir Majman. A może być jeszcze lepiej. 95 proc. niemieckich przedsiębiorców działających w Polsce chciałoby ponownie tu zainwestować.

Niemieccy inwestorzy zainteresowani są przede wszystkim przemysłem motoryzacyjnym, maszynowym i chemicznym. Coraz większą uwagę koncentrują także na branży farmaceutycznej.

– Bliskość naszych gospodarek, kultur i doświadczeń jest istotna, ale głównymi powodami, dla których Niemcy inwestowali, inwestują i będą inwestować w Polsce są, po pierwsze, siła robocza, czyli polscy pracownicy – mówi Sławomir Majman. – Firmy niemieckie uważają ich za efektywnych, dobrze przygotowanych i zaangażowanych.

Po drugie, dla partnerów zza zachodniej granicy liczy się stabilność polityczna. Europa 2012 roku zwraca na ten czynnik szczególną uwagę.

– Jeśli chodzi o stabilność polityczną bijemy na głowę wszystkich naszych rywali, ubiegających się o inwestycje niemieckie – zauważa w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria szef PAIiIZ.

Zwłaszcza wśród innych krajów naszego regionu.

Inwestorzy, których uwaga skupiona jest na Polsce podkreślają, że ta zdążyła już okrzepnąć w Unii Europejskiej, której członkiem jest od ponad ośmiu lat. Warszawa potrafi skutecznie walczyć o swoje interesy, jak również efektywnie wydawać przyznane jej środki unijne.

– Kolejnym argumentem za Polską jest to, że jesteśmy liczącym się rynkiem wewnętrznym – ocenia Sławomir Majman. – Coraz więcej niemieckich firm przenosi produkcję do Polski nie dlatego, że chce stąd eksportować do krajów trzecich, bo tutaj jest tania siła robocza, ale dlatego, że chce produkować dla bogacącego się rynku wewnętrznego w Polsce.

Równie ważne, co dynamika wzrostu, są perspektywy na przyszłość. I w tym przypadku docierają do nas pozytywne informacje.

– Najlepszą jest to, że 95 proc. niemieckich firm chce ponownie inwestować w Polsce, a 40 proc. niemieckich firm działających tutaj zapowiedziała na ten rok zwiększenie miejsc pracy – mówi Majman.

Niestety, wzrost niemieckiego zaangażowania w polską gospodarkę może zostać zahamowany wskutek trudności, jakie napotykają na swej drodze tamtejsi inwestorzy.

– To, co jest negatywnie odczuwane przez firmy niemieckie to niestabilność prawa – tłumaczy szef PAIiIZ. – Po drugie, cały kompleks praw związany z systemem zamówień publicznych, wreszcie kwestie korupcji.

Jak podkreśla Sławomir Majman, pod tym względem i tak jesteśmy oceniani wyżej od naszych środkowoeuropejskich sąsiadów.

– Bardziej nam zależy na tym, żeby się nie równać z naszymi przyjaciółmi z Czech, Słowacji, Węgier czy Bułgarii, ale na tym, by grać o inwestycje w lidze europejskiej, czyli w lidze, w której są największe i najbogatsze kraje Europy – przekonuje prezes Agencji.

To wiąże się z koniecznymi zmianami w prawie. Zresztą te zmiany systematycznie są wdrażane.

– Ostatnie badania Transparency International, jakimi dysponujemy od roku, wskazują na bardzo wyraźny spadek korupcji w Polsce – mówi Sławomir Majman. – Procedury dotyczące zamówień publicznych są trudne dla prawników i przedsiębiorców, ale one są właśnie dlatego trudne, żeby były bezpieczne i szczelne.

Kierujący Polską Agencją Informacji i Inwestycji Zagranicznych, Sławomir Majmam zwraca też uwagę na fakt, że Ministerstwo Gospodarki wystąpiło niedawno z kolejnym pakietem ułatwień dla przedsiębiorców, które zdeformalizują niektóre procedury.

MNI S.A. zamierza kontynuować buy-back oraz inwestycje rozwojowe

Akcjonariusze giełdowej spółki holdingowej MNI S.A., kontrolującej kilkanaście firm działających w branżach: telekomunikacyjnej, zaawansowanych usług dodanych, medialnej, turystycznej oraz e-commerce poparli plany zarządu dotyczące kontynuacji rozwoju poprzez akwizycje. Realizacji tej strategii sprzyjać będzie pozostawienie zysków za 2011 rok w spółce.

26 czerwca br. odbyło się Zwyczajne Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy notowanej na warszawskiej giełdzie holdingowej spółki MNI S.A. (indeksy: sWIG80, WIG-TELKOM), podsumowujące 2011 r. Stawili się akcjonariusze posiadający łącznie …. mln akcji MNI S.A., stanowiących …% kapitału zakładowego spółki i odpowiadających …% głosów na walnym zgromadzeniu. – 2011 rok uznajemy za korzystny za spółki. Kolejny rok z rzędu udało się nam zwiększyć skalę prowadzonej działalności, i to w dwucyfrowym tempie. Uzyskany wzrost to efekt zrealizowanych akwizycji w poprzednim roku, jak i w 2011 r. W tym roku nie zamierzamy zwalniać tempa, chcemy inwestować i rozwijać się w atrakcyjnych segmentach – mówi Andrzej Piechocki, prezes MNI S.A. – MNI S.A. działa jak fundusz inwestycyjny – wyszukujemy ciekawe aktywa, zwiększamy ich wartość w wyniku restrukturyzacji. aby następnie sprzedać je po korzystnej cenie, np. inwestorowi branżowemu. W ubiegłym roku w ten sposób postąpiliśmy ze Stream Communications Sp. z o.o., siódmym operatorem telewizji kablowej, który przejęliśmy pod koniec 2010 r. Zamierzamy kontynuować strategię dezyinwestycji, bo w naszym portfolio znajduje się jeszcze sporo atrakcyjnych aktywów – dodaje prezes Andrzej Piechocki.

Akcjonariusze MNI S.A. zdecydowaną większością głosów zarejestrowanych na walnym zgromadzeniu zatwierdzili sprawozdania zarządu z działalności spółki i grupy kapitałowej oraz sprawozdania finansowe (jednostkowe i skonsolidowane) oraz udzielili skwitowania wszystkim członkom zarządu i rady nadzorcze za 2011 r. MNI S.A., która jest spółką holdingową, kontrolującą liczne firmy działające w branży telekomunikacyjnej, zaawansowanych usług dodanych dla telefonii komórkowej, medialnej oraz turystycznej, wypracowała 8,96 mln zł jednostkowego zysku netto, przy 0,27 mln zł jednostkowych przychodów ze sprzedaży netto (spółka nie prowadzi właściwie działalności operacyjnej – zarządza posiadanymi przez grupę aktywami).

W 2011 r. Grupa Kapitałowa MNI miała skonsolidowane przychody ze sprzedaży netto wysokości 357,62 mln zł, wobec 289,39 mln zł rok wcześniej (co oznacza wzrost o 23,6%). Wskaźnik EBITDA dla Grupy MNI osiągnął 107,7 mln zł i był wyższy o 10,25% w porównaniu do 2010 r. Grupa wypracowała 33,91 mln zł skonsolidowanego zysku netto, z kolei skonsolidowany zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 31,39 mln zł. – W 2011 r. otoczenie rynkowe, z powodu kryzysu fiskalnego, i wynikających z tego zawirowań na rynkach finansowych było bardzo trudne. Dlatego myślę, że akcjonariusze spółki mogą być usatysfakcjonowani osiągniętymi wynikami. Przeprowadzone akwizycje stanowią mocną dla dalszego rozwoju w tym roku i kolejnych latach, co jest kluczowe w kontekście trwającego kryzysu – mówi Andrzej Piechocki, prezes MNI S.A.

Zarząd MNI S.A. zgłosił wniosek o pozostawienie całego zysku netto za 2011 r. w spółce i przeznaczenie go na kapitał zapasowy. Za uchwałą opowiedziało się …% udziałowców obecnych na walnym zgromadzeniu. – Cieszę się, że akcjonariusze poparli nasz wniosek. Zdajemy sobie sprawę, że bieżący kurs akcji, nie odzwierciedla prawdziwej wartości aktywów zgromadzonych w spółce MNI S.A., a dywidenda byłaby wynagrodzeniem dla akcjonariuszy długoterminowych. Zapewniam jednak, że pieniądze przeznaczymy na inwestycje, które przełożą się na dalszy wzrost fundamentalnej wartości grupy – mówi Andrzej Piechocki, prezes MNI S.A.

MNI S.A. od lat inwestuje w spółki z branży telekomunikacyjnej, medialnej, zaawansowanych usług dodanych oraz turystycznej. Dzięki dokonanym akwizycjom m.in. Lark Europe Sp. z o.o., największego polskiego producenta i dystrybutora urządzeń do nawigacji GPS i multimedialnych tabletów PC (pod marką LARK FreeMe) oraz NetShops.pl Sp. z o.o., firmy z rynku e-commerce, aktywa grupy MNI na koniec ub.r. wynosiły już 794 mln zł.
MNI S.A. oraz podmioty przez nią kontrolowane nadal uczestniczą – jako przejmujący – w konsolidacji branż, w których działają. W maju br. MNI S.A. zawarła umowę zakupu 31,13% akcji giełdowej spółki PC Guard S.A., która jest m.in. właścicielem Imagis S.A., producenta map cyfrowych i oprogramowania do nawigacji GPS oraz Smart Elektronik Sp. z o.o., producenta nawigacji samochodowych, odbiorników GPS, lokalizatorów fotoradarów. Wartość tej transakcji wyniosła 17 mln zł. – Obie spółki wzmocnią nasz segment nawigacji GPS, map cyfrowych i zaawansowanych technologii teleinformatycznych (GIS). Dotychczas Smart Elektronik i nasz Lark Europe Sp. z o.o. oraz Imagis S.A. i nasze Navigo Sp. z o.o. konkurowały ze sobą, teraz rozpoczęły współpracę, a za chwilę połączą swoje siły, dzięki czemu powstanie niekwestionowany rynkowy lider w segmencie nawigacji GPS i map cyfrowych w Polsce – mówi Andrzej Piechocki, prezes MNI S.A. – Grupa MNI działając podobnie jak fundusz inwestycyjny, staramy się elastycznie reagować na sytuację na rynku – sprzedając lub kupując aktywa, zawsze na atrakcyjnych warunkach. W planach mamy kolejne transakcje, które będą maksymalizować wartość aktywów posiadanych przez grupę MNI – dodaje prezes Andrzej Piechocki.

Spada liczba udzielanych kredytów hipotecznych

Spowalniającemu rynkowi kredytów hipotecznych mogłoby pomóc poluzowanie regulacji nadzoru finansowego. Rekomendacje S i T sprawiły, że zarówno wartość, jak i liczba udzielanych kredytów spada, a kredyty walutowe praktycznie zniknęły z rynku. – Czas na weryfikację rekomendacji KNF – mówi dr Jacek Furga ze Związku Banków Polskich. Sytuację na rynku mogłaby poprawić również odpowiednia polityka rządu, zachęcająca do efektywnego oszczędzania.

Związek Banków Polskich proponuje, by na polskim rynku zaczęły funkcjonować kasy oszczędnościowo-budowlane, które z powodzeniem działają w innych krajach naszego regionu.

– Polega to na tym, że klienci podpisują umowę ze specjalistycznym bankiem, taką kasą oszczędnościowo-budowlaną. Określają wartość swojego zobowiązania finansowego, którego będą chcieli dokonać w przyszłości, np. na zakup mieszkania, zamianę mieszkania czy remont i połowę tego zobowiązania oszczędzają systematycznie w tym systemie – wyjaśnia Jacek Furga, przewodniczący Komitetu ds. Finansowania Nieruchomości Związku Banków Polskich.

Efektywność oszczędzania w tym systemie polega na tym, że państwo co roku do zgromadzonych środków dopłaca określoną kwotę, tzw. premię budowlaną lub mieszkaniową. W ten sposób odkładane środki rosną w szybszym tempie i co ważne, zdaniem eksperta ZBP, nie są „zjadane” przez inflację.

Jacek Furga uważa, że odpowiednia zachęta ze strony rządzących mogłaby ożywić rynek kredytowy w Polsce. W pierwszych miesiącach tego roku akcja kredytowa banków wyraźnie zahamowała. W ocenie eksperta, to przede wszystkim efekt rekomendacji wprowadzanych systematycznie przez Komisję Nadzoru Finansowego.

– Część rekomendacji się powtarza w swoich zapisach, zwłaszcza tych dotyczących kredytowania hipotecznego, mówię o rekomendacji S i trzech jej nowelizacjach. Jest rekomendacja T. Teraz dochodzi nowelizacja rekomendacji J, która też określa pewne możliwości finansowania nieruchomości. Myślę, że to czas, aby te rekomendacje rzeczywiście zweryfikować – mówi Jacek Furga Agencji Informacyjnej Newseria.

Zarówno liczba kredytów, jak i ich wolumen, okazał się być dużo mniejszy niż w poprzednich kwartałach. O kredyt na mieszkanie jest trudniej niż w przeszłości, a zapożyczenie się we franku lub w euro jest dziś praktycznie niemożliwe, bo warunki, jakie musi spełniać kredytobiorca są poza zasięgiem większości Polaków.

– Banki mają problem z refinansowaniem kredytów w walucie obcej, zwłaszcza we franku, bo go na rynku międzybankowym nie ma. Stąd też kredyt we franku praktycznie zniknął z oferty. Formalnie dwa banki go oferują, ale przy takich drastycznych warunkach dochodowych kredytobiorcy, że w zasadzie przeciętny zjadacz chleba tego kredytu nie otrzyma – zauważa ekspert.

Podobne problemy będą mieć wkrótce również ci, którzy zechcą zaciągnąć dług w walucie europejskiej.

– Co mnie dziwi, bo akurat euro jako ta nasza docelowa waluta, powinna być łatwiejsza w dostępie i cena nie powinna być aż tak wysoka, bo w tej chwili jest to rzędu 300-400 punktów bazowych. Jest to wysoka cena – dodaje Furga.

Zdaniem eksperta nic nie wskazuje na to, by sytuacja w kredytach walutowych w najbliższym czasie się zmieniła. Jednak warto pomyśleć o tym, by kredyt w złotych stał się bardziej atrakcyjny.

– Coraz częściej mówi się o nowym sposobie naliczenia tego podstawowego parametru, jakim jest stopa WIBOR, czyli cena międzybankowa pieniądza. To miałoby sens, bo przekładałoby się na niższą podstawę, do której dolicza się marżę banku – przekonuje Jacek Furga.

Przewodniczący Komitetu ds. Finansowania Nieruchomości jest zdania, że trudniej na rynku kredytowym być już nie powinno. O ile Rada Polityki Pieniężnej nie podniesie kolejny raz stóp procentowych. Jednak powołując się na opinie analityków, w najbliższym czasie do takiej podwyżki raczej nie powinno dojść.

Pewnym pocieszeniem dla potencjalnych kredytobiorców może być też fakt, że na rynku budowlanym wciąż systematycznie spadają ceny. Może nie są to duże spadki, ale regularnie ta cena się obniża, dla wszystkich typów nieruchomości na rynku pierwotnym i na rynku wtórnym.

– Kredyt nie jest łatwy do otrzymania, ale jest w miarę jeszcze w rozsądnej cenie, więc jeśli pojawiłyby się jeszcze dodatkowe elementy budujące oszczędności, które by się przekładały na tańszy pieniądz w długim terminie, to rynek powinien kontynuować dotychczasowy trend – mówi Furga.

Gaz i kolektory najczęściej wybieranymi rozwiązaniami podczas wymiany systemów grzewczych w Polsce

W ostatnich latach obserwuje się w Polsce dynamiczny rozwój nowoczesnych systemów grzewczych, które zaczynają odgrywać znaczącą rolę na rynku. Jednocześnie, przy widocznym dużym zainteresowaniu nowościami rynkowymi, nadal mocna jest pozycja dotychczas stosowanych systemów – węgla i ciepła sieciowego.

Położenie geograficzne oraz towarzyszący mu klimat predestynują Polskę do obowiązkowego instalowania stałej infrastruktury grzewczej we wszystkich obiektach wykorzystywanych przez ludzi. Jak pokazuje zrealizowane przez firmę badawczą PMR badanie przeprowadzone na próbie 300 firm instalacyjnych na potrzeby raportu „Rynek HVAC w Polsce 2012 – Prognozy rozwoju na lata 2012-2014”, coraz większe uznanie wśród inwestorów zyskują nowe typy systemów grzewczych. Rosnące ceny ogrzewania oraz potrzeba modernizacji przestarzałych systemów wymuszają na użytkownikach konieczność wymiany i modernizacji urządzeń stanowiących źródło ciepła.

Wyniki badań przeprowadzonych wśród firm zajmujących się instalacją m.in. systemów ogrzewania wskazują na zmiany trendów stosowanych rozwiązań. Ankietowani odpowiadali m.in. na pytania dotyczące najczęściej wymienianych na inne systemów grzewczych oraz tych, które stanowią nowy wybór podczas wymiany.

Z zestawienia udzielonych odpowiedzi wynika, że najbardziej popularnym rozwiązaniem podczas wymiany systemu grzewczego jest ogrzewanie gazowe. W pięciostopniowej skali częstości (gdzie 1 oznacza bardzo rzadko, zaś 5 bardzo często) uzyskało ono odpowiednio wyniki ponad 4 dla częstości wyboru oraz jedynie 1,78, jeśli chodzi o rezygnację.

Bezpośrednimi przyczynami takich wyborów inwestorów są wygoda użytkowania, dostęp do sieci, a także fakt, że pomimo wahań cenowych gaz nadal uchodzi za relatywnie tani surowiec. Bardzo dobrze przedstawia się także sytuacja odnawialnych źródeł ciepła. Stosowane najczęściej do podgrzewania c.w.u. kolektory słoneczne oraz pompy ciepła są opcjami, które stosunkowo często są wybierane jako nowe rozwiązania grzewcze. Prawie 70% ankietowanych firm, udzielając odpowiedzi na pytania, wskazywało na rosnącą popularność kolektorów. Pompy ciepła, które nie doczekały się dotychczas dedykowanego programu rządowego wspierającego ich rozwój, także cieszą się coraz większym zainteresowaniem – na wzrost popularności tego rozwiązania wskazywało niemal 60% instalatorów.

Po przeciwnej stronie, z najsłabszymi wynikami, uplasowały się ogrzewanie elektryczne oraz olejowe. Badani instalatorzy wskazywali, że są to systemy, w przypadku których rezygnacje są częste, natomiast ich wybór na nowe źródło ciepła − sporadyczny. Przyczyną takiego trendu są wysokie koszty eksploatacji.

Mniej więcej w połowie stawki plasują się tradycyjne dla Polski systemy grzewcze. Szeroki dostęp do scentralizowanych systemów cieplnych pracujących w oparciu o lokalne ciepłownie i elektrownie oraz stosunkowo niskie koszty sprawiają, że jest to opcja, która nadal cieszy się dużą popularnością i z której rezygnuje się raczej rzadko. Szacuje się, że sieciowe ogrzewanie pokrywa obecnie ok. 53% zapotrzebowania na ciepło, natomiast spośród nowych lokali mieszkalnych oddawanych do użytku średnio jeden na trzy ma ogrzewanie miejskie. Tradycyjnymi źródłami ogrzewania indywidualnych lokali bez dostępu do sieci ciepłowniczych były dotychczas piece węglowe i nadal można mówić o pewnej stabilizacji w tym segmencie. Mimo że wielu użytkowników rezygnuje z tej niezbyt wygodnej formy ogrzewania, to jednocześnie, dzięki niskiej cenie surowca, spora jest rzesza ludzi, którzy instalują nowoczesne piece węglowe w modernizowanych lokalach.
Jak się okazuje, głównymi czynnikami decydującymi o wyborze danego rozwiązania, według ankietowanych instalatorów, są jakość i renoma producenta urządzenia, a także jego cena oraz koszty obsługi. Znajduje to odzwierciedlenie w strukturze rozwiązań, z których najczęściej się rezygnuje i tych, które wybierane są jako nowy system grzewczy.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek HVAC w Polsce 2012 – Prognozy rozwoju na lata 2012-2014”.

60% MŚP w Polsce korzysta z usług IT

Około 60% firm z sektora MŚP w Polsce korzysta z usług IT. 30% zatrudnia własnych pracowników odpowiedzialnych za informatykę. Rośnie liczba wykorzystywanych komputerów przenośnych. Przeciętnie w sektorze MŚP na firmę przypada pięć tego typu urządzeń. W ostatnich dwóch latach spadł odsetek przedsiębiorstw sięgających po fundusze UE na rozwój ICT.

Z najnowszych badań firmy PMR wynika, że prawie 60% firm z sektora MŚP w Polsce korzysta z zewnętrznych firm świadczących usługi z zakresu IT. Znacznie częściej w usługi IT inwestują firmy średnie (69%), o wysokim poziomie przychodów (praktycznie wszystkie o przychodzie powyżej 50 mln zł i niewiele ponad połowa o przychodzie do 2 mln zł). Co ciekawe, w ciągu dwóch lat, jakie minęły od poprzedniej edycji analogicznego badania realizowanego przez PMR, wykorzystywanie zewnętrznych firm do realizacji usług z obszaru IT spadło (przy jednoczesnym wzroście firm, które korzystają tylko z usług własnych pracowników działu IT). Podobnie jak dwa lata temu, obecnie firmy najczęściej korzystają z usług instalacji, wsparcia technicznego oraz serwisu sprzętu i oprogramowania. Co czwarta firma wdrażała oprogramowanie korzystając z usług dostawcy zewnętrznego.

Zatrudnianie informatyków nie jest popularną praktyką w sektorze MŚP w Polsce, jednak odsetek firm deklarujących posiadania choćby jednoosobowego działu IT rośnie. W I kw. 2012 r. przeciętnie co trzecia firma (31%) w przedziale zatrudnienia 10-249 pracowników, posiadała pracownika odpowiedzialnego za IT. Dla całego sektora średnia liczba pracowników wyniosła 1, jednak firmy nie są pod tym względem jednorodne. O zatrudnieniu informatyka decyduje bardziej liczba pracowników ogółem w przedsiębiorstwie i branża, w której firma działa, niż jej możliwości finansowe czy poziom przychodów. „Firmy średnie dwukrotnie częściej zatrudniają pracownika działu IT i blisko trzykrotnie częściej posiadają co najmniej dwóch pracowników tego działu. W firmach z branży finansowej wskaźnik ten jest ponad dwukrotnie wyższy niż średnia dla sektora MŚP, bez względu na poziom zatrudnienia” – dodaje Paweł Olszynka, analityk PMR i autor raportu, który powstał w oparciu o wyniki badania.

Nasycenie komputerami w małych i średnich przedsiębiorstwach w Polsce jest na względnie wysokim poziomie. Praktycznie wszystkie przedsiębiorstwa w sektorze MŚP posiadają komputer stacjonarny (jeśli nie, wyposażone są w komputer przenośny), coraz częściej deklarują też korzystanie z laptopów, netbooków, jak również tabletów. Dzięki stale zwiększającej się mocy obliczeniowej, będącej obecnie na poziomie umożliwiającym komfortową pracę na aplikacjach biurowych przy wykorzystaniu budżetowych rozwiązań IT, przenośne komputery stają się realną alternatywą dla tradycyjnych desktopów. Z drugiej strony stopień substytucji jest ograniczony, między innymi z uwagi na komfort pracy na komputerach biurkowych o wyższej przekątnej.

Średnia liczba komputerów przypadająca na firmę działającą w sektorze MŚP w ciągu ostatnich dwóch lat pozostała praktycznie na tym samym poziomie. Zmieniły się natomiast proporcje na korzyść rozwiązań mobilnych. W 2010 r. udział urządzeń mobilnych wyniósł 27%, podczas gdy w 2012 r. wzrósł do 30%. Przeciętne przedsiębiorstwo w sektorze MŚP w Polsce posiada obecnie 10 komputerów stacjonarnych i 5 komputerów przenośnych. Warto podkreślić, że jest to wartość średnia, a ilość posiadanych urządzeń zależy od wielkości przedsiębiorstwa, wielkości przychodów, posiadania zagranicznego inwestora i oddziałów firmy. Jest to prosta konsekwencja zwiększania skali działalności, która bez odpowiedniego poziomu informatyzacji nie jest już możliwa.

Nie ma zasadniczych różnic między przedsiębiorstwami w kwestii czasu, po jakim wymienia się komputery na nowe: stacjonarne służą średnio pięć lat, przenośne cztery lata, niezależnie od rodzaju przedsiębiorstwa. W porównaniu z sytuacją sprzed dwóch lat widać dalsze wydłużanie cyklu wymian i czasu użytkowania komputerów, choć różnice nie są znaczące. Dłuższy cykl wymian sprzętu nie jest zaskoczeniem. Pomijając nawet aspekt kosztowy i oszczędności w firmach, używany obecnie kilkuletni sprzęt komputerowy bez problemu radzi sobie z większością powszechnie dostępnych i używanych aplikacji biurowych. Najnowsza wersja oprogramowania Microsoft Windows 7 reklamowana była jako software, który można uruchomić na komputerach z systemem operacyjnym Microsoft Windows XP (który datę premiery miał jeszcze w 2001 r.). Nie powinien zatem dziwić zaobserwowany po raz kolejny delikatny wzrost średniego czasu wymiany komputera biurkowego na nowy.

Fundusze unijne

Pomimo prowadzonych kampanii w mediach i często podkreślanym pozytywnym wpływie na rozwój działalności i innowacyjność firm, korzystanie z funduszy unijnych w celu finansowania inwestycji związanych z ICT jest niezwykle rzadko spotykaną praktyką w sektorze MŚP. Znacznie częściej z tej możliwości korzystają średnie przedsiębiorstwa, dysponujące większymi środkami finansowymi, prowadzące działalność na większą skalę i posiadające oprócz głównej siedziby dodatkowe oddziały. Mimo wszystko, przeciętnie tylko co dwudziesta firma w Polsce zatrudniająca 50-249 pracowników zadeklarowała korzystanie z funduszy UE w obszarze ICT. Odsetek ten jest niższy do wyniku uzyskanego w badaniu przeprowadzonym dwa lata temu – wówczas wyniósł on 9%.

Informacje na temat badania

Zaprezentowane powyżej dane pochodzą z raportu „Oprogramowanie, usługi i infrastruktura ICT w małych i średnich firmach w Polsce 2012”, który powstał w oparciu o badanie przeprowadzone w I kw. 2012 r. przez firmę PMR. W badaniu wykorzystano losową, warstwową próbę firm zatrudniających 10-49 oraz 50-249 osób. W badaniu nie uwzględniono podmiotów gospodarczych działających w branżach m.in. administracji publicznej, edukacji, służb mundurowych, ochrony zdrowia oraz stowarzyszeń. W sumie zrealizowano 789 pełnowartościowych wywiadów. Wyniki badania mogą być uogólnione na zbiorowość polskich przedsiębiorstw zatrudniających 10-249 osób, działających w następujących branżach:
• handel hurtowy i detaliczny
• produkcja procesowa – produkcja ciągła, produkcja w masie (produkcja napojów, żywności, surowców chemicznych, itp.)
• produkcja dyskretna – produkcja w sztukach (produkcja maszyn, urządzeń, gotowych wyrobów metalowych, mebli, itp.)
• transport
• HoReCa – sektor hoteli, restauracji, barów, kawiarni i firm cateringowych
• przedsiębiorstwa użyteczności publicznej (elektrociepłownie, oczyszczalnie ścieków, wodociągi, itp.)
• finanse
• inne usługi (m.in. budownictwo, obrót nieruchomościami, telekomunikacja i informatyka).
Wyniki mogą być także uogólnione z osobna dla firm małych (10-49 pracowników) i średnich (50-249 pracowników). Według naszych szacunków, cała badana zbiorowość – zarejestrowane i jednocześnie aktywne w Polsce firmy, zatrudniające 10-249 osób, działające w wymienionych branżach – składa się z około 94 100 podmiotów; około 79 250 to podmioty zatrudniające 10-49 osób, natomiast firm zatrudniających 50-249 osób jest w Polsce (w branżach uwzględnionych w tym badaniu) w przybliżeniu 14 900. Na taką liczbę firm można uogólniać wyniki badania – innymi słowy, wyniki uzyskane od firm zatrudniających 10-49 osób dotyczą około 79 250 podmiotów, a rezultaty uzyskane od firm z przedziału zatrudnienia 50-249 osób są reprezentatywne dla około 14 900 podmiotów.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie informacji zawartych w raporcie firmy PMR „Oprogramowanie, usługi i infrastruktura ICT w małych i średnich firmach w Polsce 2012”.

Rynek badań klinicznych w Polsce rośnie, ale wolno

Według najnowszego raportu PMR „Rynek badań klinicznych w Polsce 2012. Prognozy rozwoju na lata 2012-2014” rynek badań klinicznych w Polsce będzie w najbliższych trzech latach rósł umiarkowanie, o około 5% rocznie, do wartości 860 mln zł w 2014. Polska pozostanie jednym z najbardziej atrakcyjnych krajów regionu ze względu na wielkość populacji, dużą chęć pacjentów do uczestnictwa w badaniach ze względu na słaby dostęp do innowacji oraz wysoką jakość infrastruktury związanej z przeprowadzaniem badań klinicznych.

Ustawa refundacyjna również nie bez wpływu na badania kliniczne

W latach 2009-2010 na rynku badań klinicznych zaobserwowana została stagnacja, co wyraziło się w niewielkich wzrostach jego wartości – na poziomie 1-2%. Wpływ na tak niską dynamikę rynku miał z pewnością kryzys ekonomiczny, który spowodował ograniczenie wydatków firm na badania i rozwój, a co za tym idzie, na badania kliniczne.

Według naszych szacunków, w 2011 r. rynek badań klinicznych, na którym operują firmy przeprowadzające badania kliniczne leków I-IV fazy oraz badania biorównoważności, osiągnął wartość 746 mln zł, co stanowiło 7% wzrost względem 2010 r. Polski rynek badań klinicznych jest już stosunkowo nasycony i nie spodziewamy się na nim spektakularnych wzrostów, przewidujemy, że w latach 2012-2013 r. będzie to dynamika około 3-4% rocznie. Średnioroczne tempo wzrostu (CAGR) dla polskiego rynku badań klinicznych wyniesie w latach 2012-2014 około 5%. „Niska dynamika będzie również wynikiem zmian jakie nastąpiły na polskim rynku w wyniku wprowadzenia ustawy refundacyjnej, co sprawiło, że funkcjonowanie na rynku stało się niezmiernie trudne, w szczególności dla firm innowacyjnych. Spodziewamy się, że w najbliższym czasie będą one skupione raczej na dostosowywaniu się do nowych warunków rynkowych np. opracowywaniu nowych strategii marketingowych dla już istniejących leków niż na działalności badawczo-rozwojowej. W latach 2013-2014 sytuacja nieco poprawi się – firmy zdążą dostosować się do nowych warunków, wejdzie w życie również ustawa o badaniach klinicznych, która uporządkuje nieco rynek” wyjaśnia Monika Stefańczyk, autorka raportu i główny analityk rynku farmaceutycznego w PMR.

Prawodawstwo wciąż do uporządkowania

Pomimo faktu, iż polskie firmy farmaceutyczne nie przeznaczają zbyt wiele środków na badania i rozwój, według Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, krajowy sektor farmaceutyczny jest liderem przemysłu krajowego, jeśli chodzi o względną liczbę przedsiębiorstw innowacyjnych. W latach 2007-2009 aż 56% przedsiębiorstw farmaceutycznych wprowadziło innowacje – albo inwestując w rozwój wytwarzanych leków, albo w unowocześnianie zakładów. Zdaniem przedstawicieli firm prowadzących badania kliniczne w Polsce, które PMR przebadał specjalnie na potrzeby tego raportu, czynnikiem, który może wpłynąć najbardziej na rozwój rynku w ciągu najbliższych lat, jest uporządkowanie prawodawstwa. Jest to najbardziej istotny czynnik już w drugiej z kolei edycji badania. Respondenci wskazywali tutaj na takie działania jak konieczność uchwalenia ustawy o badaniach klinicznych, a w niej m.in. wprowadzenie ubezpieczenia pacjenta, nie tylko badacza, czy też zwiększenie przejrzystości w procedurze rejestracji badań.

Podobnie jak w poprzednich latach, także w 2012 r. istotnym czynnikiem, który mógłby wpłynąć na rozwój rynku, jest dalsze uproszczenie rejestracji badania w CEBK (czynnik ten miał jednak znacznie mniej wskazań niż w 2006 r. i 2008 r., co wskazuje na pewna poprawę w jakości współpracy z ta instytucją).

Znacznie więcej respondentów niż w poprzednich edycjach badania wskazuje na wyjaśnienie kwestii związanych z zawieraniem umów jako na istotny czynnik rozwoju rynku badań klinicznych w Polsce. Wyrażać by się to miało przede wszystkim w uregulowaniu kwestii dotyczących umów między sponsorem, badaczem a ośrodkiem (Ministerstwo Zdrowia planuje wprowadzenie takich zmian w przygotowywanej obecnie ustawie Prawo badań klinicznych).

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek badań klinicznych w Polsce 2012. Prognozy rozwoju na lata 2012-2014”.

Sprzedaż oprogramowania w modelu cloud computing w Polsce w 2011 r. wzrosła o ok. 40%

Korzystna sytuacja na rynku będzie się utrzymywała również w kolejnych latach. Zdaniem największych polskich dostawców IT, na rozwój rynku cloud, oprócz poszukiwania oszczędności przez klientów końcowych, wpływa między innymi wzrost popularności mobilnego internetu i aplikacji mobilnych.

W swoim najnowszym raporcie zatytułowanym „Rynek przetwarzania danych w chmurze w Polsce 2012. Prognozy rozwoju na lata 2012-2016” firma badawcza PMR szacuje wzrost polskiego rynku SaaS, wykorzystującego model przetwarzania danych w chmurze, w 2011 r. na 41%. W najbliższych pięciu latach skumulowana roczna stopa wzrostu rynku cloud computing w Polsce ukształtuje się na poziomie powyżej 47%. W efekcie, w 2013 r. rynek po raz pierwszy przekroczy granicę 200 mln zł.

Według raportu PMR, wysoka stopa wzrostowa rynku jest efektem z jednej strony początkowej fazy jego rozwoju, z drugiej – istnienia sprzyjających warunków dla rozwoju tego modelu w Polsce. Uwarunkowania te dotyczą trzech obszarów: technologicznego (kwestie związane z bezpieczeństwem danych, penetracja technologii wirtualizacji w kraju, rozwinięta oferta centrów danych, rozwój infrastruktury telekomunikacyjnej, rosnąca liczba danych w obiegu), finansowego (obniżanie kosztów, wpływ kryzysu finansowego, zwrot z już dokonanych inwestycji w infrastrukturę teleinformatyczną, cechy samego modelu cloud computing) oraz regulacji prawnych. Według wstępnych wyników badania przeprowadzonego przez PMR na przełomie kwietnia i maja 2012 r. wśród największych polskich firm działających w branży IT, najczęściej wymienianym przez respondentów czynnikiem posiadającym największy wpływ na rozwój rynku przetwarzania danych w chmurze w Polsce są potencjalne oszczędności uzyskiwane w związku z korzystaniem z tego modelu. Prawie co trzeci uczestnik badania wymieniał właśnie ten czynnik jako najważniejszy.

Istotne znaczenie, według respondentów, ma również rozwój mobilnej transmisji danych i, co za tym idzie, aplikacji mobilnych. Blisko co piąty badany wymieniał z kolei względy bezpieczeństwa. Jest to najważniejszy czynnik, który w sposób negatywny oddziałuje na rozwój rynku przetwarzania danych w chmurze w Polsce. Na kolejnym miejscu uplasowała się coraz większa ilość danych przetwarzanych w polskich firmach i związana z tym konieczność ich składowania. Czynnikami w najmniejszym stopniu oddziałującymi na rozwój rynku są istniejące regulacje prawne oraz stan sieci internetowych w kraju.
„Na tle innych krajów regionu, potencjał rozwoju polskiego rynku przetwarzania danych w chmurze prezentuje się optymistycznie. Przed 2012 r. ukształtowały się podstawowe warunki pozwalające na rozwój rynku – doszło do istotnych zmian w sposobie postrzegania usługi przez klientów końcowych, rozwoju samej technologii oraz stanu infrastruktury teleinformatycznej w kraju. Nie bez znaczenia dla rozwoju rynku były również czynniki zewnętrzne, takie jak światowe spowolnienie gospodarcze, stan regulacji prawnych w kraju czy rozwój rynku centrów danych”, stwierdza Zoran Vuckovic, autor raportu.

Rozwój usług cloud computing w Polsce nie przebiega w taki sam sposób w segmencie firm dużych oraz małych i średnich przedsiębiorstw (MŚP).

Firmy duże w głównej mierze korzystają z rozwiązań dostępnych w chmurze prywatnej w celu optymalizacji własnych zasobów. Innym powodem korzystania z takich rozwiązań jest również specyfika działania danej firmy zakładająca określoną sezonowość w wykorzystywaniu zasobów IT. Dzięki zastosowaniu rozwiązań cloud computing, możliwe jest elastyczne sterowanie infrastrukturą IT i przez to, obniżenie kosztów na nią ponoszonych. Z kolei do korzystania z cloud computingu w modelu chmury publicznej duże firmy oddają głównie procesy miękkie (np. procesy HR związane z systemem szkolenia, motywacji czy urlopów) oraz peryferyjne (procesy niezwiązane z działalnością podstawową danego podmiotu).

Segment MŚP jest naturalnym odbiorcą rozwiązań w chmurze publicznej. Korzystając z tego modelu, firmy MŚP zyskują większą kontrolę nad wydatkami oraz możliwość ich rozłożenia w czasie. Część przedsiębiorstw z tego sektora zwraca się w stronę cloud computing także z powodu uzyskiwanych korzyści biznesowych i dostępnych rozwiązań informatycznych, których wdrożenie w modelu tradycyjnym byłoby, z powodu wysokich kosztów, dla danej firmy nieosiągalne. Wykorzystywanie bowiem tych samych rozwiązań w modelu aplikacji eliminuje znaczne wydatki na inwestycje w infrastrukturę, ale też ogranicza czas niezbędny do ich wdrożenia. W segmencie MŚP wyższe zainteresowanie rozwiązaniami cloud computing przejawiają podmioty dopiero wchodzące na rynek, a co istotne, inwestycje w rozwiązania w chmurze nierzadko są pierwszymi inwestycjami IT w tych firmach. Jeśli natomiast chodzi o rozwiązania chmury prywatnej, to firmy z tego sektora korzystają z nich w ograniczony sposób. Jest to spowodowane nie tylko koniecznością ponoszenia znacznych wydatków na rozwój systemów niezbędnych dla funkcjonowania takich rozwiązań, ale także trudną do uzyskania przez takie przedsiębiorstwa ekonomią skali.

Jako że usługi cloud computing na polskim rynku dopiero się rozwijają, dostawcy kładący w swojej ofercie równy nacisk na ich rozwój w modelu chmury prywatnej i publicznej nadal są rzadkością. Podział rynku przetwarzania danych w chmurze w Polsce na dwa wyraźne segmenty spowodował również większe skupienie się poszczególnych dostawców na jednym z nich. Pierwsza grupa dostawców postawiła na oferowanie usług chmury prywatnej lub jej budowę, podczas gdy druga grupa zaczęła oferować usługi chmury publicznej, najczęściej w modelu IaaS oraz SaaS.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek przetwarzania danych w chmurze w Polsce 2012. Prognozy rozwoju na lata 2012-2016”.

Wyższa dynamika sprzedaży detalicznej

Sprzedaż detaliczna wzrosła w maju o 7,7 proc. w ujęciu rocznym, po 5,5 proc. w poprzednim miesiącu. W ujęciu bazowym po wyłączeniu sprzedaży żywności, paliw i samochodów wzrost wyniósł 6,9 proc. w skali roku wobec 4,5 proc. w kwietniu.

Największe kontrybucje do wzrostu zanotowały paliwa (3,2 proc. m/m), żywność (5,8 proc. r/r, z czego ok. 2 punkty procentowe. dołożył efekt niskiej bazy z 2011) i kategoria meble, RTV i AGD (6,2 proc. m/m). – Dodatkowo, kategoria pozostałe stanowiąca ponad 20 proc. całej wartości sprzedaży wzrosła aż o 6,8 proc. m/m. Było to największą, choć niestety trudną do przewidzenia, niespodzianką – mówi Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista BRE Banku.

Największe spadki w ujęciu miesięcznym odnotowały kategorie odzież i obuwie (-5,1 proc. m/m) oraz pozostała sprzedaż w niewyspecjalizowanych sklepach (-3,1 proc. m/m). – Rozkład wzrostów i spadków wskazuje na efekt EURO2012 działający na zachowania konsumentów już w maju – zakupy sprzętu RTV kosztem spadków sprzedaży odzieży i obuwia – wyjaśnia Ernest Pytlarczyk. – Media już wcześniej wskazywały na mniejsze zainteresowanie zakupami w galeriach handlowych, co potwierdzają wcześniejsze niż zazwyczaj wyprzedaże letnich kolekcji. To także ma związek z turniejem piłkarskim – dodaje ekonomista. Jego zdaniem w czerwcu należy spodziewać się dalszych odstępstw od wzorców sezonowych zaburzających trendy wskazujące na faktyczny stan realnej gospodarki. – Nie zmienia to jednak naszego bazowego scenariusza dotyczącego osłabienia konsumpcji w 2012 roku bazującego na silnych fundamentalnych przesłankach, m.in. spowalniającego rynku pracy – dodaje Marcin Mazurek, analityk BRE Banku.

Dane nie wpłynęły znacząco na rynek. Dla RPP dane neutralne, choć bardziej istotny wydaje się trend spadkowy na dynamice sprzedaży. – Już w III i IV kw. będziemy świadkami wyraźnego pogorszenia dynamiki PKB. Spadek tego wskaźnika poniżej 2 proc. r/r oraz wyraźny spadek inflacji od października powinny otworzyć drogę do obniżek stóp – przewiduje Marcin Mazurek. Pamiętajmy, że Rada nie jest dogmatycznie jastrzębia, jak tylko ryzyko niewypełnienia mandatu inflacyjnego wyraźnie się zmniejszy Rada … obniży stopy. Można się tego spodziewać już na przełomie roku.

Nowy Członek Zarządu Banku Pocztowego S.A.

W dniu 25 czerwca 2012 r. Rada Nadzorcza Banku Pocztowego powołała z dniem 1 lipca 2012 r. pana Radosława Sałatę na Członka Zarządu Banku.

Pan Radosław Sałata jako Członek Zarządu Banku Pocztowego od 1 lipca 2012 r. odpowiedzialny będzie za Obszar Bankowości Rozliczeniowej i Instytucjonalnej.

Wcześniej Radosław Sałata pracował jako ekspert w firmie doradztwa strategicznego AT Kearney, gdzie realizował projekty w sektorze finansowym związane m.in. z restrukturyzacją sieci detalicznej sprzedaży usług finansowych, opracowaniem wdrożenia produktów bankowych dla klientów korporacyjnych oraz przygotowaniem feasibility study wprowadzenia na rynek nowoczesnej instytucji finansowej z istotną rolą zdalnych kanałów dostępu.

W latach 2007-2008, jako współzałożyciel i Wiceprezes Zarządu spółki Finamo S.A., odpowiadał za zbudowanie ogólnopolskiej, niezależnej firmy doradztwa finansowego dla klientów indywidualnych oraz MSP. Wcześniej, w latach 2005-2007 wprowadzał na polski rynek Eurobank EFG, pod nazwą handlową Polbank EFG, gdzie jako Dyrektor ds. Sieci Partnerskich oraz Wiceprezes Zarządu Polbank Dystrybucja sp. z o.o. był odpowiedzialny za stworzenie i zarządzanie siecią oddziałów franczyzowych, sprzedażą mobilną i brokerską. Przed podjęciem pracy w sektorze bankowym Pan Radosław Sałata odpowiadał za kształtowanie polityki taryfowej operatora telefonii komórkowej Polkomtel S.A.

Radosław Sałata jest absolwentem Rachunkowości i Zarządzania Finansami (Wydział Zarządzania) oraz Międzynarodowych Stosunków Gospodarczych i Politycznych (Wydział Ekonomiczno-Socjologiczny) Uniwersytetu Łódzkiego.

Z dniem 1 czerwca 2012 r. decyzję o rezygnacji z funkcji Członka Zarządu Banku Pocztowego, przyjętą przez Radę Nadzorczą, podjął Piotr Gawron.

Polacy najczęściej wybierają tradycyjną polską kuchnię, ale to McDonald’s, Da Grasso i KFC są największymi sieciami restauracji

Spędzanie czasu poza domem w pracy czy szkole są najczęstszymi powodami do jedzenia poza domem dla Polaków, według najnowszego badania przeprowadzonego dla raportu „Rynek HoReCa w Polsce 2012. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2012-2014”. Jako najbardziej ulubioną respondenci wybierali polską kuchnię, jednak to sieci barów szybkiej obsługi oraz pizzerii rozwijają się najszybciej, wpływając na zmianę przyzwyczajeń konsumentów.

Stosunkowo duży udział odpowiedzi wskazuje na specjalne okazje. Aż 34% osób je poza domem z powodów towarzyskich, 22% czyni to podczas spotkań ze znajomymi, a 12% przy wyjątkowych okazjach (urodziny, imieniny, rocznice itd.). Osoby, które tylko przy takich okazjach wybierają usługi gastronomiczne zamiast przygotowania posiłku w domu, stołują się poza domem rzadziej niż te, które codziennie w pracy lub szkole jedzą posiłki. Podobnie, 10% badanych deklaruje, że je „bez specjalnej okazji, dla odmiany od posiłków jedzonych w domu”. Wybierają się zatem do restauracji lub barów po to, aby spróbować czegoś nowego. Pozostałe odpowiedzi wskazywały na jedzenie w lokalach gastronomicznych z przyczyn pragmatycznych – 8% z powodu przebywania w podróży, zaś 7% badanych wymieniło zakupy jako sytuację, przy której decydują się skorzystać z usług gastronomicznych.

Zgodnie z badaniem, największą popularnością wśród respondentów cieszą się dania tradycyjne, polskiej kuchni – 27% badanych zamawia je bardzo często, 24% często, tylko 8% nie zamawia ich wcale. Jednakże, obok tego głównego trendu rośnie także grupa osób, które chętnie próbują innych kuchni narodowych, w tym nieco bardziej egzotycznych. Na rozwój świadomości w tym zakresie i zmianę upodobań Polaków mają wpływ dwa główne czynniki: coraz częstsze podróże zagraniczne oraz wzrost zasobności. Warto zauważyć, że na drugim miejscu, konsumenci wybierają Pizze jako najczęściej wybierane danie – jest ona bardzo często i często zamawiana przez 47% Polaków. Pizza została wydzielona z kuchni włoskiej, jako oddzielna kategoria w badaniu.

Następną popularną kategorią jest fast food (orientalny, np. kebab, oraz tradycyjny, np. hamburgery), jak również kuchnia chińska i włoska. Deklaracje co do bardzo częstego zamawiania dań z tych kategorii zgłasza tylko 5-6%, ale na stosunkowo częsty ich wybór wskazuje od 15 do 25% osób. Z drugiej strony. największy udział osób w ogóle niezamawiających dań w tej grupie ma kuchnia chińska – deklaruje to 45% badanych.

Wielu konsumentów od czasu do czasu próbuje także innych typów kuchni. Wszystkie pozostałe kuchnie cieszą się jednak zdecydowanie mniejszą popularnością i we wszystkich najsilniejsza jest grupa, która deklaruje, że nie je w ogóle potraw danej kuchni.

Przy analizie tych wyników należy pamiętać, że częstość zamawiania dań z różnych kuchni uzależniona jest także od tego, jak dużo lokali gastronomicznych oferuje konkretna kuchnia. Najbardziej popularne są lokale (zwłaszcza oferujące niższe ceny, jak bary czy jadłodajnie) z kuchnią polską.

Mimo wszystko jednak liderem rynku restauracyjnego jest w Polsce sieć McDonald’s. zarówno pod względem wartości sprzedaży jak i liczby placówek. Na koniec 2011 r. sieć posiadała 279 placówek, w tym 143 franczyzowych. Druga największa pod względem liczebności sieć – Da Grasso ze wszystkimi formatami – swą wysoką pozycję również zawdzięcza rozwojowi na zasadzie franczyzy. Trzecią z kolei jest niezwykle dynamicznie rozwijana sieć KFC ze 150 lokalami.

Szybko rosnąca liczba placówek sieci barów szybkiej obsługi (pierwsze i trzecie miejsce w pierwszej piątce sieci pod względem liczby placówek) i pizzerii (drugie i czwarte miejsce) pokazuje zmianę przyzwyczajeń żywieniowych konsumentów, która jest również widoczna w wynikach ankiety – pizza jako drugi najczęściej zamawiany posiłek. Choć tradycyjny fast food został wybrany jako szósty w badaniu, w przyszłości najprawdopodobniej będzie wybierany częściej w związku z tym, że zarówno McDonald’s jak i AmRest, właściciel marek KFC i Burger King, zmieniają swoją ofertę w celu przyciągnięcia większej liczby klientów. Menu składające się tylko z hamburgerów i frytek odeszło do historii. Aby przełamać negatywny stereotyp niezdrowego jedzenia, z którym te firmy są kojarzone, klientom serwowane są śniadania, sałatki, warzywa czy produkty mleczne.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek HoReCa w Polsce 2012. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2012-2014”.

PwC prognozuje zmiany w układzie sił światowych gospodarek do 2032 r.

Udział gospodarek rozwiniętych w światowym PKB może spaść do 37% w 2032 roku – wynika z szacunków firmy doradczej PwC. W 1992 roku kraje rozwinięte wytwarzały około 64% światowego PKB, podczas gdy obecnie ich udział w globalnym PKB kształtuje się na poziomie 50%.

Oznacza to, że do 2o32 roku gospodarki wschodzące i rozwijające się mogą wytwarzać aż 63% światowego PKB, co będzie się wiązało z ich rosnącą rolą i coraz większym zapotrzebowaniem na energię i zasoby naturalne.

Obserwowany trend wzrostowy generują w ogromnej mierze Chiny, Indie oraz pozostałe szybko rozwijające się państwa azjatyckie, których udział w światowym PKB wzrósł z 11% w 1992 r. do 26% dziś, a do roku 2032 może osiągnąć około 37%. Brazylia, Rosja i inne gospodarki wschodzące spoza Azji również powinny w ciągu następnych dwóch dekad rosnąć zdecydowanie szybciej niż G7.

Obecnie całkowite światowe PKB przekracza nieco 80 bln USD czyli realnie dwukrotnie więcej niż dwadzieścia lat temu, i około połowy wartości PKB za kolejne dwadzieścia lat. Produkcja gospodarek rozwiniętych może być w 2032 roku tylko około 2,4 razy wyższa niż w 1992 r.

„Choć najbardziej rozwinięte kraje powinny nadal odgrywać wiodącą rolę w dążeniu do osiągnięcia zrównoważonego rozwoju, to jednak długoterminowe rozwiązania dla światowych problemów, takich jak zmiany klimatyczne czy zapewnienie bioróżnorodności, przyniosą jedynie wspólne działania gospodarek wschodzących i rozwijających się, w tym krajów BRIC” – podkreśla Irena Pichola, lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju i odpowiedzialnego biznesu PwC. „Światowe zagrożenia stają się obecnie coraz częściej przedmiotem obserwacji ze strony międzynarodowych spółek. Przewiduje się, że tania energia, niedostatki zasobów naturalnych, braki wody i zmiany klimatyczne będą się stawać coraz poważniejszymi problemami dla wielu firm w nadchodzących latach.”

Jak wynika z badania PwC „Świat w 2050 roku”, prezesi spółek uznali tanią energię, równość i integrację społeczną, zrównoważoną konsumpcję i niedostatki zasobów naturalnych za trzy najważniejsze problemy związane z rozwojem w 2012 roku.

  • 87% respondentów twierdzi, że tania energia jest ważna dla ich działalności, a do 2022 r. ta proporcja wzrośnie do 89%. Znacznie wzrośnie też liczba respondentów, dla których kwestia ta jest bardzo ważna, z 39% w 2012 r. do 60% w 2022 r.
  • 83% ankietowanych firm wskazało równość i integrację społeczną jako ważny element swojej działalności, do 2022 r. ma to już być 86% z nich. Istotny wzrost będziemy obserwować też w liczbie respondentów, dla których kwestia ta jest bardzo ważna, z 26% w 2012 r. do 43% w 2022 r.
  • 80% firm oceniło, że zrównoważona konsumpcja i niedostatki zasobów naturalnych będą miały istotny wpływ na ich działalność, a do 2022 r. ten odsetek wzrośnie do 84%.
  • Rosną obawy o to, jaką rolę będą odgrywały w działalności sprawy niedoborów wody (z 65% do 78% do roku 2022) oraz zmian klimatycznych (z 68% do 78% do roku 2022).

„Zgodnie z globalnymi trendami znaczenie polskiej gospodarki w Europie będzie również rosło, dlatego też szczególne znaczenie w najbliższych latach będą miały wyzwania związane z czystą energią. W tej chwili tylko 7% energii wytwarzanej w naszym kraju pochodzi ze źródeł odnawialnych, a do roku 2020 powinno to być 15%” – wskazuje Mateusz Walewski, Starszy Ekonomista PwC.

„Podczas pierwszej konferencji w Rio w 1992 r. najbardziej rozwinięta część świata wytwarzała 64% światowego PKB i oczywistym wydawało się, że kraje te powinny odgrywać wiodącą rolę w rozwiązywaniu globalnych problemów związanych ze zrównoważonym rozwojem. Dominował wówczas pogląd, że światowe problemy wynikają w dużej mierze z rozwoju gospodarek dojrzałych i w tym kierunku zmierzały inicjatywy podejmowane po konferencji w Rio, jak np. protokół z Kioto, który koncentrował się na ograniczeniu emisji dwutlenku węgla przez gospodarki rozwinięte” – podkreśla Irena Pichola. ”Jednakże po znacznym osłabieniu światowym kryzysem finansowym, a obecnie kryzysem w strefie euro, rozwinięte gospodarki nie mogą dalej same przewodzić postępowi w tym zakresie – zarówno podczas konferencji Rio+20 jak również w przyszłości. Chiny, Indie, Brazylia, Rosja i inne gospodarki wschodzące nieco spowolniły, ale wydaje się, że jest to jedynie przejściowa cykliczna korekta. Długoterminowy model PwC sugeruje, że w ciągu następnych dwóch dekad prawdopodobnie nadal to one będą dominującymi graczami w generowaniu wzrostu gospodarczego.”

616 mln PLN dotacji unijnych dla mikro, małych i średnich firm

Ponad 616 milionów złotych dotacji unijnych może trafić do mikro, małych i średnich przedsiębiorstw w ramach Priorytetu 4 „Inwestycje w innowacyjne przedsiębiorstwa” PO IG. W okresie 27 sierpnia – 14 września br. można składać wnioski do Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości o dofinansowanie projektów dotyczących programu „Wsparcie na pierwsze wdrożenie wynalazku”. W ocenie ekspertów Deloitte program ten to doskonała okazja do otrzymania wsparcia finansowego projektów inwestycyjnych, które polegać będą na wdrożeniu wynalazku wcześniej objętego ochroną patentową lub zgłoszonego w Urzędzie Patentowym, a na który zostało już sporządzone sprawozdanie o stanie techniki (bądź równoważny dokument w procedurze międzynarodowej).

Nabór wniosków do pilotażowego konkursu w ramach Priorytetu 4 Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka „Wsparcie na pierwsze wdrożenie wynalazku” rozpocznie się 27 sierpnia 2012 r. Przyjmowanie zgłoszeń potrwa do 14 września br. Beneficjentami konkursu mogą być mikro, mali i średni przedsiębiorcy, którzy posiadają wyłączne prawo do korzystania z wdrażanego wynalazku.

„Dofinansowanie udzielane będzie po raz pierwszy i ma ułatwić przedsiębiorcom wdrożenie wynalazku, który został opatentowany lub zgłoszony do opatentowania, pod warunkiem, że są w stanie potwierdzić jego innowacyjność. Priorytetowo traktowane będą przy tym projekty dotyczące wynalazku, który powstał w wyniku działalności B+R prowadzonej na obszarze Polski. To doskonała okazja dla mniejszych przedsiębiorstw, dla których dotacja na pierwsze wdrożenie wynalazku może być przełomowym momentem w działalności.” – zauważa Magdalena Burnat-Mikosz, Partner Deloitte, Lider zespołu R&D and Government Incentives w Europie Środkowej.

Wsparcie może być udzielone wyłącznie na pierwsze wdrożenie wynalazku. Oznacza to, że nie będzie można go uzyskać, jeżeli na terytorium Unii Europejskiej produkt lub metoda będące przedmiotem wynalazku były wytwarzane lub używane w sposób zarobkowy bądź zawodowy.

„Choć o wsparcie na pierwsze wdrożenie wynalazku może ubiegać się każdy przedsiębiorca spełniający określone przez PARP warunki, to jednak większe szanse na dofinansowanie mogą mieć projekty, które zostały zawarte w dokumencie opracowanym przez Ministerstwo Gospodarki „Forsight technologiczny przemysłu – InSight 2030″. W opracowaniu zostały wskazane przyszłe kierunki rozwoju technologicznego przemysłu oraz badań naukowych, które mogą mieć istotny wpływ na rozwój naszej gospodarki” – zauważa Ewa Rutczyńska-Jamróz, Menedżer w zespole R&D and Government Incentives Deloitte.
Intensywność wsparcia dla wydatków inwestycyjnych nie może przekroczyć 50% kosztów kwalifikujących się do objęcia wsparciem. Co do zasady wymagana minimalna wartość wydatków kwalifikowanych to 4 mln PLN, przy czym całkowita wartość projektu nie może przekroczyć 50 mln EUR. Maksymalna kwota wsparcia na jeden projekt wynosi zaś 20 mln PLN.

Zdaniem ekspertów Deloitte można spodziewać się wzmożonej aktywności przedsiębiorców w ogłoszonym właśnie pilotażowym konkursie. Zainteresowanie będzie tym większe, ze względu na to, iż fundusze europejskie na realizację inwestycji w innowacyjnych przedsięwzięciach w perspektywie 2007-2013 zostały już praktycznie wyczerpane i jest to jedna z ostatnich możliwości otrzymania dotacji.

Wysoki budżet konkursu, jak również szeroki zakres przyjmowanych zgłoszeń, daje realną możliwość dofinansowania projektu, którą na pewno warto wykorzystać. „Spodziewamy się dużej konkurencji i zainteresowania tym pilotażowym konkursem, szczególnie, że jest on efektem dostosowania zasad uczestnictwa w programie do aktualnych potrzeb i wyjścia naprzeciw oczekiwaniom potencjalnych beneficjentów. Dlatego tak wielu z nich może upatrywać w nim szansę na uzyskanie znaczących środków na projekty wdrożeniowe, które dotychczas były zamrożone.” – dodaje Magdalena Burnat-Mikosz z Deloitte.

Polskie instytucje finansowe czekają duże wydatki

Polskie instytucje finansowe będą musiały dostosować się do realizacji amerykańskiej Ustawy o ujawnianiu informacji o rachunkach zagranicznych dla celów podatkowych (FATCA). Dla największych polskich banków koszt przygotowań może wynieść nawet 60 milionów złotych, co istotnie wpłynie na ich wyniki finansowe – szacują eksperci firmy doradczej Deloitte. Pomóc w obniżeniu tych wydatków mogą polskie władze, poprzez podpisanie umowy dwustronnej z USA dotyczącej FATCA i eliminację niektórych wymogów regulacyjnych.

Wymogi amerykańskiej regulacji FATCA (Foreign Account Tax Compliance Act) będą miały wpływ na większość instytucji finansowych na świecie, które mają powiązania z globalnym, a w szczególności z amerykańskim, rynkiem finansowym. Przepisy, które zostały uchwalone w 2010 r. dotyczą ściągalności podatków z aktywów ulokowanych poza granicami USA. Finalna regulacja spodziewana jest w lecie tego roku, a przepisy wykonawcze, będące obecnie w końcowej fazie konsultacji, wejdą w życie z dniem 1 stycznia 2013 r.

-„Jeżeli zagraniczna instytucja finansowa nie podpisze porozumienia z amerykańskimi służbami podatkowymi, musi liczyć się z nałożeniem 30 procentowej sankcji na wszystkie kwalifikujące się transfery z USA i to nie tylko od obywateli tego kraju” – mówi Marcin Olecki, Starszy Menedżer w Sektorze Instytucji Finansowych Deloitte. – „Dlatego już niedługo klienci, którzy dokonują transferów środków z USA powinni dokładnie sprawdzać, czy ich bank, albo biuro maklerskie ma podpisane stosowne porozumienia w tej sprawie, inaczej narażają się na spore koszty.” – dodaje.

Eksperci Deloitte zwracają uwagę na fakt, że polskie instytucje finansowe nie powinny odwlekać przygotowań, w oczekiwaniu na ostateczne wymogi regulacyjne. Wdrażanie wymogów w ostatniej chwili może być nie tylko bardziej kosztowne, ale także po prostu niewykonalne. FATCA wymaga bowiem m.in. zmian w obszarze technologii, które są zwykle czasochłonne w instytucjach finansowych. Dodatkowym ryzykiem jest to, że „partycypujące” zagraniczne instytucje finansowe, aby uniknąć konieczności odprowadzania podatku, ograniczą współpracę z instytucjami finansowymi „niepartycypującymi”, czyli takimi, które nie przyjmą FATCA. To może oznaczać dla części polskich instytucji finansowych izolację od globalnych rynków finansowych.

Przepisy FATCA będą dotyczyć w Polsce przede wszystkim banków detalicznych, korporacyjnych i inwestycyjnych, a także biur maklerskich, firm zarządzających aktywami i ubezpieczycieli (głównie życiowych).

Wdrożenie FATCA będzie wymagać szerokiej współpracy wewnątrz danej organizacji. Ważne jest zatem, aby od samego początku w prace planistyczne i dostosowawcze włączyć wszystkie niezbędne działy firmy. – „Wiele instytucji finansowych postrzega wciąż FATCA jako problem podatkowy, a tymczasem jest to złożona zmiana procesowo-informatyczna w oparciu o interpretację regulacji podatkowej” – mówi Marcin Olecki. – „Funkcje Zapewnienia Zgodności, IT, Operacje oraz Biznes muszą uczestniczyć w przygotowaniach do wdrożenia FATCA już od pierwszych kroków.” – dodaje.

Jak zaznaczają eksperci Deloitte, niezbędne będzie przeprowadzenie zmian w procesach otwierania nowych rachunków bankowych, identyfikacji i klasyfikacji klientów oraz zbierania dokumentacji. Dodatkowo konieczne będzie wdrożenie nowych narzędzi, jak np. stały monitoring statusu klientów czy odpowiednia komunikacja z nimi. Niezbędne będzie także raportowanie i uwzględnienie potencjalnego potrącania 30 procentowego podatku FATCA. Zatem dostosowanie systemów informatycznych do nowych wymogów informacyjnych związanych z FATCA będzie jednym z kluczowych elementów wdrożenia.

Instytucje finansowe, które zdecydują się na partycypację w FATCA, muszą liczyć się ze znacznymi kosztami wdrożenia. Z informacji uzyskanych przez ekspertów Deloitte wynika, że największe międzynarodowe instytucje finansowe wydadzą na to nawet 200 milionów euro. Jednostkowo, największe polskie banki mogą liczyć się z kosztami wdrożeniowymi sięgającymi ponad 15 milionów euro, czyli blisko 60 milionów złotych. Warto dodać, że instytucje, które będą mogły przyjąć status „Deemed Compliant” (wariant zgodności, w którym instytucja finansowa świadomie zrzeka się obsługi klientów powiązanych z USA) zredukują koszty nawet poniżej miliona złotych.

Do częściowego ograniczenia kosztów wdrożenia na polskim rynku regulacji FATCA może przyczynić się rząd, zawierając dwustronną umowę z USA w tej sprawie. – „Polski rząd posiada wskazówki jak wesprzeć instytucje finansowe we wdrożeniu FATCA, w postaci wspólnego stanowiska USA i 5 największych krajów europejskich” – mówi Jakub Bojanowski, Partner w Dziale Zarządzania Ryzykiem Deloitte. – „Dzięki podpisaniu umowy z USA w sprawie FATCA możliwa będzie likwidacja istniejących konfliktów prawnych oraz odciążenie kosztowo i operacyjnie polskich instytucji finansowych.” – dodaje.

Przedstawiciele Deloitte zwracają także uwagę, że wymogami FATCA dotknięta będzie większość klientów instytucjonalnych i część klientów indywidualnych polskich instytucji finansowych.

W przypadku klientów indywidualnych, główne konsekwencje będą dotyczyć tzw. „US Person” – obywateli USA, którzy posiadają podwójne obywatelstwo lub zieloną kartę. Będą oni musieli, między innymi, zapoznać się z nowymi regulaminami produktowymi i podpisać aneksy do umów. Tym samym będą musieli wyrazić zgodę na raportowanie danych osobowych i finansowych oraz zgodę na przetwarzanie informacji w celu identyfikacji podatkowej przez IRS.

Klienci instytucjonalni będą zobowiązani do przekazywania dodatkowej dokumentacji, potwierdzającej amerykański status podatkowy, w tym dodatkowych danych personalnych i firmowych.

Jak zaznaczają eksperci Deloitte, polskie instytucje finansowe, które nie dostosują się do wymogów FATCA, muszą liczyć się z tym, że wybrani klienci zmienią dostawców usług finansowych, aby uniknąć obciążenia 30 procentowymi sankcjami.

– „Czasu na wdrożenie wymogów FATCA jest już wbrew pozorom bardzo mało. Im później dana instytucja rozpocznie przygotowania, tym większe koszty będzie musiała ponieść” – mówi Jakub Bojanowski z Deloitte. – „Nie chodzi tu wyłącznie o koszty związane z wdrożeniem, ale także te wynikające z ryzyka utraty kluczowych klientów” – podsumowuje.

Andrzej Lachowski został Partnerem w Deloitte

Deloitte powiększa grono Partnerów, którzy wzmocnią pozycję firmy na rynku. Od 1 czerwca br. na stanowisko Partnera został awansowany Andrzej Lachowski, który zarządza w Dziale Konsultingu Grupą Technologiczną oraz Grupą Doradztwa Biznesowego dla Sektora Bankowego.

Andrzej Lachowski w swojej 14-letniej karierze konsultingowej uczestniczył w ponad 100 projektach doradczych dla klientów z różnych branż. Realizował programy dla największych międzynarodowych instytucji finansowych w Polsce i za granicą, w zakresie m.in. projektowania i integracji biznesu przy okazji fuzji i przejęć, optymalizacji procesów biznesowych ze szczególnym uwzględnieniem funkcji zarządzania ryzykiem kredytowym, opracowania modeli zarządzania siecią sprzedaży produktów bankowych, a także zarządzania wdrożeniami systemów informatycznych wspierających krytyczne procesy operacyjne w obszarze bankowości.

Jego promocja na stanowisko Partnera jest uznaniem wkładu w rozwój firmy oraz pomoże w realizacji długofalowej strategii Deloitte, której celem jest uzyskanie pozycji lidera wśród firm doradczych świadczących usługi dla instytucji finansowych w regionie Europy Środkowej.

Co siódma firma jest dłużnikiem

Ponad 1/5 polskich przedsiębiorców z sektora MSP spotkała się w ostatnim roku często z nierzetelnością ze strony kontrahentów, a blisko 64% sporadycznie. Tylko 15% firm twierdzi, że nie miała do czynienia z takim zjawiskiem. 78% z grona tych przedsiębiorstw, które trafiły na nieuczciwych klientów, straciło na tym od kilku do kilkuset tysięcy złotych – wynika z najnowszych badań Krajowego Rejestru Długów.

Na szczęście w 45% te straty nie były duże, sięgały bowiem kilku tysięcy złotych, ale w 33% nierzetelność klientów kosztowała ankietowane firmy kilkadziesiąt lub nawet kilkaset tysięcy złotych. Oczywiście nominał nie mówi wszystkiego o znaczeniu takiej straty dla kondycji finansowej firmy w oderwaniu od wielkości jej obrotów i zysków, bo dla mikroprzedsiębiorstwa kilka tysięcy złotych, które nie wpłynęły na konto może przesądzić o jego upadłości.

Czy te straty mają wpływ na zmianę postaw polskich przedsiębiorców? Najlepszą odpowiedzią na to pytanie będzie kompilacja dwóch przysłów: Polak, choć nadal mądry po szkodzie, coraz częściej zaczyna jednak dmuchać na zimne. Okazuje się bowiem, że co 4 (a dokładnie 26%) firma nigdy nie weryfikuje wiarygodności swoich kontrahentów. Na drugim biegunie mamy 16% przedsiębiorców, którzy takiej weryfikacji dokonują zawsze. Po środku jest największa grupa – 58% – tych, którzy zasięgają informacji o kontrahencie, ale z pominięciem drobnych transakcji (22%), bądź wręcz rezerwują sprawdzanie tylko dla kluczowych dla firmy transakcji (36%).

– Powodów takiej ryzykownej postawy wśród przedsiębiorców może być kilka. Wielu biznesmenów reaguje nieracjonalnie uważając, że nawet jeśli nie zachowają ostrożności, to i tak ich nic złego nie spotka. To trochę, jak ze zbyt szybką jazdą na drodze, kiedy wiele osób nie dopuszcza do siebie myśli, że ich ryzykowna jazda może skończyć się wypadkiem. Inny powód, to wzorowanie się na otoczeniu. Skoro nikt wokół nie sprawdza uczciwości kontrahentów, to dlaczego „mamy się wychylać”. To nie jest rozsądne i jak pokazują nasze badania kończy się stratami, często dotkliwymi – mówi Adam Łącki, prezes zarządu Krajowego Rejestru Długów.

W I kwartale 2012 roku wydłużył się także średni czas oczekiwania na zapłatę i wynosi on teraz 4 miesiące i 12 dni, a 25,8% wszystkich faktur jest płaconych po terminie. W 15% z tych przeterminowanych, termin płatności minął 12 miesięcy temu – takie płatności są uznawane już za stracone. Prawie 36% firm nie płaci w terminie swoim kontrahentom, bo same nie otrzymały zapłaty, 35% ogranicza inwestycje. Rosną też średnie koszty ponoszone przez firmy w związku z nieterminowymi płatnościami i sięgają już 8% wszystkich kosztów działalności.

– Chcemy przekonać przedsiębiorców, że warto jednak starannie dopierać partnerów biznesowych. Dlatego wspólnie z Krajowym Rejestrem Długów uruchamiamy bezpłatną akcję – sprawdz7firm.pl, w ramach której można bezpłatnie sprawdzić 7 dowolnych przedsiębiorstw – nowych lub dotychczasowych kontrahentów. Dlaczego 7? Z naszych doświadczeń wynika, że przy 7 sprawdzeniach zawsze trafia się na 1 nieuczciwego kontrahenta – wyjaśnia Waldemar Sokołowski, prezes zarządu Rzetelnej Firmy.

Aby w niej wziąć w niej udział wystarczy do końca czerwca wypełnić formularz zgłoszeniowy na stronie www.sprawdz7firm.pl.

Pracownicy w leasingu coraz popularniejsi

Coraz częściej spotykany na rynku pracy leasing pracowniczy budzi coraz więcej wątpliwości prawnych. Jak podkreślają przedstawiciele pracodawców, ta nowa forma zatrudnienia nie jest w żaden sposób regulowana w polskich przepisach. Zmiana ustawy o zatrudnieniu pracowników tymczasowych pomogłaby ten problem rozwiązać.

Chociaż polskie prawo pracy nie zna pojęcia leasingu pracowniczego, w praktyce jest on powszechnie stosowany.

– Polega to na tym, że jeden podmiot zatrudnia pracowników i kieruje ich do pracy do swojego klienta, który zgłasza zapotrzebowanie na pewną grupę pracowników – wyjaśnia Grażyna Spytek-Bandurska, ekspert Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan.

Jak dodaje, ta instytucja nie jest w żaden sposób regulowana prawnie, więc korzystanie z niej budzi wątpliwości wśród pracodawców co do jej legalności.

Z uwagi na pewne podobieństwa, leasing pracowniczy mógłby podlegać pod przepisy regulujący działanie agencji pracy tymczasowej. Jednak w opinii eksperta Lewiatana, potrzebna byłaby zmiana pewnych przepisów.

– Zmiany w ustawie o zatrudnianiu pracowników tymczasowych z pewnością byłyby pomocne, by ten podmiot zewnętrzny mógł być taką agencją, która musi spełnić pewne wymogi, mieć certyfikat zezwalający na funkcjonowanie jej na rynku – przekonuje Grażyna Spytek-Bandurska.

Zgodnie z ustawą, na podstawie której działają agencje, pracownik powinien być zatrudniony na podstawie umowy o pracę, głównie na czas określony. Tylko w sporadycznych przypadkach, kiedy charakter pracy na to pozwala, dopuszczona jest możliwość zawarcia umowy cywilnoprawnej: o dzieło lub zlecenia.

Przepisy określają również, że pracownik tymczasowy nie może pracować dłużej niż przez 18 miesięcy w ciągu kolejnych 36 miesięcy. I właśnie te limity czasu pracy pracodawcy chcieliby zmienić.

– Jednym z naszych postulatów jest to, żeby agencja pracy tymczasowej mogła kierować do pracodawcy, który jest jej klientem, swojego pracownika tymczasowego na czas nieokreślony, jeżeli są takie potrzeby rynku – proponuje Grażyna Spytek-Bandurska. – Oczywiście, wtedy to już nie byłaby praca tymczasowa, dorywcza. Jednak powinno istnieć i takie rozwiązanie dla zainteresowanych stron.

Według eksperta PKPP Lewiatan, korzyści z możliwości zatrudnienia pracownika na czas nieokreślony przez agencję wyniosą wszyscy zainteresowani.

– Pracownik tymczasowy ma zapewnioną pracę. Pracodawca-użytkownik korzysta na czas nieokreślony z takiego pracownika, jeżeli ma takie zapotrzebowanie biznesowe, a agencja ma podstawę do tego aby funkcjonować i właśnie w taki sposób kojarzyć tego pracownika tymczasowego z pracodawcą-użytkownikiem, który nie chce być bezpośrednim podmiotem zatrudniającym – mówi Spytek-Bandurska.

PKPP Lewiatan rozmawia o swoich pomysłach z przedstawicielami resortu pracy i związkowcami.

– Chcemy przekonać ich, że jest taka potrzeba rynkowa, żeby tworzyć nowe przepisy prawne i aby usankcjonować prawnie pewną praktykę – wyjaśnia Grażyna Spytek-Bandurska. – Rozmawiamy też z parlamentarzystami, aby można było te rozwiązania wprowadzić, tak, by zabezpieczały interesy pracowników i dawały gwarancję, że jest to legalne zatrudnienie, nie budzące żadnych wątpliwości.

Jej zdaniem opory przed nowym rozwiązaniem mogą mieć związkowcy, wśród których nie zawsze akceptowane są nowe, nietypowe formy zatrudnienia.

– W świadomości społecznej wciąż spotykamy się ze stwierdzeniem, że najlepszą formą zatrudnienia jest umowa na czas nieokreślony, w pełnym wymiarze czasu pracy i bezpośrednio tym podmiotem zatrudniającym jest pracodawca. Nowe formy mogą budzić bardziej niepokój niż rzeczywiście uzasadnione wątpliwości, zwłaszcza, że chcemy to bezpieczeństwo prawne zachować – zapewnia przedstawicielka PKPP Lewiatan.

Obecnie rząd pracuje nad zmianami przepisów dotyczących pracy tymczasowej. Jak podkreśla Grażyna Spytek-Bandurska, to dobra okazja, by zamieścić w ustawie zapisy o leasingu pracowniczym. W jej opinii to drobna zmiana, która może poprawić sytuację na rynku pracy.

– Być może wpłynie to na wzrost zatrudniania, zmniejszenie szarej strefy, a więc przyniesie to konkretne korzyści z tytułu m.in. wplywów do budżetu z tytułu podatków, ubezpieczeń społecznych – ocenia ekspertka.

Co roku wyłudzone miliardy podatku VAT. Kara za to często po stronie uczciwych przedsiębiorców

Na firmanctwie, czyli sposobie na wyłudzanie podatków, budżet państwa i uczciwi przedsiębiorcy tracą rocznie miliardy złotych. Z szacunków Izby Gospodarczej Metali Nieżelaznych i Recyklingu (IGMNiR) wynika, że w 2011 roku fikcyjne faktury opiewały na kwotę 5,8 mld zł. Tyle że odpowiedzialność za nieprawidłowości spada często na uczciwych przedsiebiorców i to oni muszą zapłacić za oszustwa innych. To bywa, że kończy się dla tych firm bankructwem.

Firmanctwo polega na tym, że podstawione spółki działają we współpracy z innymi podmiotami i reprezentują ich interesy w sposób, który ma na celu wyłudzenie podatku VAT. Jak podkreśla Kazimierz Poznański, z takim zjawiskiem borykają się nie tylko polscy przedsiębiorcy. Natomiast, według polskich przepisów, odpowiedzialność w takim przypadku spada na uczciwych podatników, którzy np. od podstawionej spółki kupili towar na fakturę, która nie odzwierciedlała rzeczywistej transakcji.

– Firmy, które w sposób uczciwy kupują towar czy usługi są obarczane przez administrację skarbową zobowiązaniem wynikającym z tytułu zwrotu VAT, gdyż kwestionowane jest jego rozliczenie. Twierdzą, że skoro się kupiło towary niewiadomego pochodzenia, być może to były transakcje sztuczne, obrót pustymi fakturami. Wobec tego odbiorca końcowy nie miał prawa odliczyć VAT-u i dzisiaj go musi zwracać z odsetkami – mówi Kazimierz Poznański, prezes Izby Gospodarczej Metali Nieżelaznych i Recyklingu

Tak było w przypadku Alumetal Kęty. Spółka kupiła towar, po czym podczas kontroli po 5 latach okazało się, że dostawca nie był jego właścicielem. Był nim inny podmiot, a dostawca tylko wystawiał fakturę. Chociaż urząd kontroli skarbowej orzekł, że Alumetal dochował należytej staranności przy transakcji, to i tak będzie musiał zapłacić podatek, wraz z odsetkami w wysokości 50 proc. za 5 lat. Jak podkreśla prezes spółki, jest to kilka milionów złotych.

– Boję się, że inni moi dostawcy też okażą się firmantami i ponownie będę musiał ponosić negatywne konsekwencje w związku z tą sytuacją – mówi Grzegorz Stulgis, prezes Alumetal S.A. – Nie mamy wyjścia. Musimy zapłacić podatek i potem dochodzić na drodze sądowej o zwrot podatku.

Taka kara dla niejednej firmy będzie oznaczać utratę pozycji na rynku lub nawet bankructwo. Traci również rynek pracy, bo przedsiębiorcy z problemami muszą zwalniać pracowników.

Zdaniem prezesa Alumetal, niezwykle ciężko jest się ustrzec przed nieuczciwymi sprzedawcami.

– Weryfikujemy dostawcę poprzez prawdzenie dokumentów rejestrowych, czy jest czynnym płatnikiem podatku VAT. Ale to jest trudne. To organy państwa powinny zapewniać bezpieczeństwo obrotu – dodaje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Grzegorz Stulgis.

– Łatwiej znaleźć tego, który pracuje od lat, rozlicza się z fiskusem tak, jak prawo nakazuje, bo ci nieuczciwi nie wiadomo gdzie są. I skuteczność dla budżetu państwa jest o wiele większa, kiedy urzędnicy mówią: nie wiemy, kto dokładnie to zrobił, ale wyście kupili ten towar, wobec tego wy w pewnym sensie zapłacicie za niego karę – uważa Kazimierz Poznański.

Zdaniem przedstawicieli Izby nie może być tak, że uczciwy przedsiębiorca po latach może być oskarżany za tego, który pewne nadużycie popełnił. Tym bardziej, że w ostatnich dniach Europejski Trybunał Sprawiedliwości orzekł na przykładzie węgierskiego przedsiębiorcy, że podatnik, który podczas transakcji dochował należytej staranności i działał w dobrej wierze, nie może w takiej sytuacji ponosić odpowiedzialności podatkowej.

Jak szacują eksperci IGMNiR na podstawie danych z Reutersa, w samym przemyśle spożywczym mogło dojść do wyłudzenia podatków na kwotę 4 mld euro.

– Jeszcze rok temu Ministerstwo Finansów twierdziło, że nadużycie na VAT w branży metali było rzędu 300-400 mln zł. My twierdziliśmy, że może być tego nawet więcej – podkreśla Poznański. – Jeżeli mówimy o całej gospodarce, to są na pewno szalone pieniądze. Bijemy w dzwon mówiąc, że coś z tym trzeba zrobić.

W tym celu Izba apeluje do premiera, ministra finansów i ministra gospodarki. Przedsiębiorcy chcą przede wszystkim doprecyzowania przepisów o dochowaniu należytej staranności.

– Być może powinno być enumeratywnie napisane, co przedsiębiorca ma jeszcze zrobić, żeby nie zastanawiał się, żeby miał pewność, że dochował należytej staranności, żeby nie był dzisiaj czy za kilka lat oskarżany, że czegoś nie dochował – mówi prezes IGMNiR.

Po drugie, przedsiębiorcy domagają się uwzględnienia w polskim prawie pojęcia działania w dobrej wierze określonego w wyroku ETS.

– Często jest tak, że aparat skarbowy próbuje wmawiać, że ktoś miał zmowę, że to nagminnie było i powszechnie wiadomo, że takie rzeczy się działy. Nie można robić kalki na wszystkie przedsiębiorstwa i wszystkich przedsiębiorców. Trzeba każdy przypadek indywidulanie traktować. Potrzebny jest również element zaufania pomiędzy administracją fiskalną a przedsiębiorcą – przekonuje Kazimierz Poznański.

Poza tym Izba proponuje, by zmienić mechanizm samonaliczania VAT.

– Polega to na tym, że nie sprzedający odprowadza podatek VAT, a kupujący. Żeby nie było tak, że firma A sprzedaje towar i nie odprowadza VAT, a firma B, która ma prawo upomnieć się o zwrot VAT, nie dostanie go, skoro tamci nie wpłacili – wyjaśnia prezes IGMNiR.

Przedsiębiorcy podkreślają, że istnieją pewne rozwiązania, które łagodniej traktują nieuczciwe podmioty.

– Przyznanie się do firmanctwa pozwala danej firmie poddać się dobrowolnie karze. Wtedy kara jest na ogół w zawieszeniu i jest nieadekwatna do przestępstwa, które te podmioty popełniły. Dla tych firmantów to jest wygodne. To niestety powoduje, że na nas spadają wszelkie konsekwencje takich decyzji, bo ogany kontroli skarbowej uznają, że te faktury nie odzwierciedlają rzeczywistej transakcji – dodaje Grzegorz Stulgis, prezes Alumetal S.A.

Izba już skierowała do Komisji Europejskiej skargę i chce, by to urzędnicy w Brukseli rozstrzygnęli spór między administracją fiskalną a przedsiębiorcami.

– Mechanizm samonaliczania został wprowadzony kilkanaście lat temu we Włoszech, we Francji i w Hiszpanii, bo tam też zaczęły się takie problemy. My 3 lata upominaliśmy się o tę zmianę, uznając, że dla dobra budżetu państwa i dla dobra przedsiębiorców potrzebna jest ta nowa regulacja – dodaje Kazimierz Poznański.

Z szacunków IGMNiR wynika, że w 2011 roku fikcyjne faktury opiewały na kwotę 5,8 mld zł, co oznacza wzrost o ponad 50 proc. w stosunku do 2010 roku.

Produkcja mebli na kursie spadkowym

Dane statystyczne o popycie w Polsce jak i na rynkach europejskich mówią o hamowaniu sprzedaży dóbr trwałego użytku, wśród nich wyrobów dwóch sztandarowych polskich branż eksportowych – samochodów oraz mebli. Czy odbije się to na wynikach (a może już na nie wpłynęło) polskich producentów mebli?

Jak od lat się ocenia około 85% produkcji polskich firm meblowych trafia na eksport, z czego w podobnej proporcji, bo blisko 90% na rynki unijne. Tak wynika z danych Ogólnopolskiej Izby Producentów Mebli, szacującej także łączną wartość eksportu polskich firm w 2011 roku na 6,5 mld euro. Czy spadek popytu konsumenckiego w Europie uderza także w polskich producentów mebli?

Jak mówi Tomasz Starus, główny analityk i dyrektor Biura Oceny Ryzyka w Euler Hermes: Chwilowo zapewne tak, dopóki producenci aktywnie nie poszukają nowych kanałów zbytu spadek może być odczuwalny. Chwilowo, ponieważ po pierwsze znaczna część produkcji eksportowej polskich mebli to wcale nie wyroby najtańsze, ale należące do kategorii Premium – a ten segment, jak wiadomo cechuje się odpornością na kryzys. Po drugie – nawet producenci bardziej ekonomicznych, masowych mebli nie stoją na straconej pozycji, ponieważ pomimo stosunkowo drogiego surowca drzewnego są konkurencyjni cenowo i w dobie oszczędności zastępować mogą (tak jak producenci części motoryzacyjnych) dotychczasowych, lokalnych ale droższych dostawców. Konkurencyjności cenowej polskiego eksportu sprzyja także osłabienie naszej waluty.

Krajowa dynamika sprzedaży detalicznej towarów w kwietniu wykazywała wzrost o blisko 16% kategorii meble-rtv-agd, ale zapewne większość z tego generuje sprzęt RTV w związku ze zmianą sposobu nadawania, jak i z mistrzostwami w piłce nożnej, a także kilkuprocentowe wzrosty cen, zarówno sprzętu elektronicznego jak i samych mebli.

Z analiz Euler Hermes wynika, że sprzedaż mebli na rynku krajowym raczej nie wzrosła, o czym świadczy m.in. wzrost upadłości wśród dystrybutorów mebli. W maju wśród ogłoszonych upadłości znalazło się 6 firm hurtowo dystrybuujących towary w kategorii meble, oświetlenie, dywany (zatrudniających łącznie ok. 200 osób – nie były to więc zawsze najmniejsze sklepy, ale także liczące się w regionie podmioty). Co jednak bardziej znaczące – w maju upadło czterech liczących się producentów mebli, o łącznych obrotach rzędu 120 mln złotych, zatrudniających łącznie ponad 1100 osób. Po zsumowaniu liczby dystrybutorów jak i producentów, którzy zbankrutowali daje to razem około 10% upadłości ogłoszonych w maju – kiedy mieliśmy z taką ich skalą do czynienia? W poprzednich czterech miesiącach upadło tylko dwóch producentów mebli mających łączny obrót na poziomie 30 mln złotych.

– Mamy niewątpliwie do czynienia z pewnym problemem w branży meblarskiej. Może nie dotyczy on wszystkich – ogranicza się głównie (ale nie wyłącznie) do produkujących i sprzedających na rynek krajowy, ponieważ spadek zatrudnienia w branży wyniósł w kwietniu 6,2%, a nakłady inwestycyjne – jak podał GUS spadły w branży meblowej w I kw. br. aż o blisko 9% (podczas gdy w tym samym okresie przed rokiem wzrosły one o 28,6%). Nie mniej wymowny jest spadek produkcji sprzedanej mebli, który w okresie I-IV zmniejszył się do poziomu 95% w stosunku do tego samego okresu roku ubiegłego. Biorąc pod uwagę sam kwiecień spadek ten był jeszcze większy, bo 10% w stosunku do roku ubiegłego, czyli tak jak upadłości – spadek produkcji sprzedanej wydaje się nabierać tempa – uważa główny analityk i dyrektor Biura Oceny Ryzyka w Euler Hermes.

Czy to może efekt spowalniającego eksportu, spadku sprzedaży mieszkań w kraju a może ograniczania zakupów konsumenckich do dóbr codziennego użytku lub końca popytu związanego z wyposażaniem nowych obiektów na piłkarskie mistrzostwa – a może wszystkie te fakty łącznie mają wpływ na wspomniane wcześniej pogorszenie się wyników statystycznych branży meblowej. Potwierdzają je analizy płatności za wykorzystywane w produkcji komponenty meblowe w prowadzonym przez Euler Hermes programie Analiz Należności. Zwiększa się zarówno średnie opóźnienie, z jakim producenci mebli regulują swoje zobowiązania za komponenty, jak i wartość tych należności znacznie, bo ponad 4 miesiące przeterminowanych. W efekcie spadł wyraźnie średni wskaźnik moralności płatniczej producentów mebli, będący pochodną zarówno ich zachowań płatniczych jak i towarzyszących im zdarzeń prawnych, takich jak windykacja czy upadłości.

Jak zaznacza Grzegorz Hylewicz, dyrektor windykacji w Euler Hermes: Ostatnio częściej spotykamy się z problemami płatniczymi producentów mebli, są to jednak zazwyczaj sprawy dobrze rokujące i rozwiązywane głównie na drodze polubownej. Dużo częściej odzyskujemy należności nie od producentów mebli, ale na ich rzecz – przede wszystkim od odbiorców z zagranicy, co nie dziwi zważywszy na skalę eksportu. Sprawy są różne, zależnie od rynku: m.in. na rynku francuskim mamy do czynienia z wieloma zleceniami na stosunkowo nieduże kwoty, zazwyczaj do 50 tys. euro, które udaje się rozwiązać na drodze przedsądowej. Na rynkach niemieckim czy holenderskim problemy opóźnionych płatności za dostawy polskich mebli są rzadsze, jeśli już jednak do nich dojdzie to dotyczą z reguły wyższych kwot, trudniejszych także do odzyskania – tutaj mamy już do czynienia zazwyczaj z dochodzeniem należności na drodze sądowej.

Niezależnie od rynku, na jaki eksportują polscy producenci, coraz częściej ostatnio padają oni ofiarą wyłudzeń – odbioru towaru przez podstawione osoby, niezatrudnione w firmach, które rzekomo nabywają towar. Czy jest to efekt kryzysu na rynkach zachodnioeuropejskich? Zapewne tak, ponieważ jest to zjawisko niemalże masowe, dotykające wszystkich branż – apeluję więc do polskich eksporterów o zwiększoną ostrożność.

Roman Durka pokieruje giełdowymi funduszami private equity

Stanowisko prezesa zarządu notowanych na NewConnect funduszy Runicom i Futuris objął dr Roman Durka, jeden z założycieli giełdowego MCI Management i wieloletni szef polskiego oddziału Dell.

Roman Durka jest jednym z najbardziej doświadczonych managerów polskiej branży IT. Przez 25 lat był związany z największymi firmami informatycznymi świata, kierując m.in. polskimi oddziałami IBM, Dell czy Sun Microsystems. W ostatnich latach związany z Fujitsu Technology Solutions gdzie odpowiadał za rozwój biznesu w Polsce, Grecji, na Cyprze i w Izraelu.

W nowej roli Roman Durka będzie odpowiadał za rozwój strategii inwestycyjnych funduszy z Grupy Runicom w sektorze teleinformatycznym. Obie spółki – Runicom S.A. i Futuris S.A. – to notowane na alternatywnym parkiecie firmy inwestycyjne o zbliżonych profilach. Koncentrują się na inwestycjach kapitałowych w małe i średnie spółki z szeroko pojętego sektora nowych technologii – zarówno notowanych na GPW oraz NewConnect, jak i niepublicznych. W portfelach funduszy znajdują się pakiety akcji spółek wielokrotnie wyróżnianych przez Deloitte Technology Fast 50 np. giełdowe eo Networks i Tequila Mobile.

Małgorzata Usakowska-Bilska, pełniąca do tej pory funkcję Prezesa Zarządu obu funduszy, złożyła rezygnacje w dniu 20 czerwca br.

Nianie pilnie poszukiwane

Koniec roku szkolnego, a tym samym wielkimi krokami nadchodzące wakacje to między innymi dylemat dla rodziców, co zrobić z dzieckiem w czasie, gdy przedszkola są zamknięte, a szkoły nie funkcjonują. Z pomocą przychodzą wykwalifikowane nianie, które w czasie wakacji nie narzekają na brak zatrudnienia. Według danych firmy Baby&Care w czerwcu i lipcu o ok. 25% wzrasta zapotrzebowanie na opiekę wakacyjną.

Współcześni rodzice są coraz bardziej mobilni – pracują, wychowują dzieci, spełniają swoje pasje, wciąż się kształcą, dlatego muszą nauczyć się po pierwsze, jak skutecznie zarządzać swoim czasem, po drugie, jak korzystać z zewnętrznych źródeł pomocy. W przypadku, gdy rodzic nie chce rezygnować ze swoich aktywności, wysoko wyspecjalizowana niania, która może zająć się dzieckiem, to dobro unikatowe.

W okresie letnim największy wzrost zainteresowania, sięgający aż 40%, obserwujemy w obszarze usług wieczornego babysittingu dla dzieci w każdym wieku. Takie rozwiązanie daje korzyść zarówno rodzicom, którzy mogą się zrelaksować, jak i dzieciom, które pod opieką wykwalifikowanej niani dobrze się bawią i co najważniejsze są bezpieczne – komentuje Natalia Godlewska, kierownik ds. medycznych Baby&Care.

Idealna niania na wakacje to studentka pedagogiki, psychologii, filozofii czy kierunków artystycznych, w wieku od 20 do 25 lat. Powinna posiadać wiedzę teoretyczną m.in. dotyczącą rozwoju dziecka, najlepiej popartą praktyką studencką. Ważny jest ukończony kurs pierwszej pomocy, zdolności językowe, muzyczne czy plastyczne. Do tego zwykła serdeczność, sympatia do dzieci oraz kreatywność, by dziecko nie nudziło się spędzając czas z nianią.

Z danych Baby&Care wynika, że w czerwcu i lipcu o ok. 25% wzrasta zapotrzebowanie na opiekę wakacyjną, najczęściej dla dzieci w wieku od 4 do 9 lat. Rodzice w tym właśnie okresie poszukują niani, która nie tylko zajmie się dzieckiem, ale również zapewni dni pełne wrażeń, przy maksimum bezpieczeństwa i opieki. Ponieważ lato to również naturalny czas wyjazdów wzrasta znacznie zapotrzebowanie na nianie, które wyjadą razem z rodziną na wakacje i zapewnią opiekę dzieciom w czasie, gdy rodzice będą w spokoju oddawać się relaksowi.

Istnieje jeszcze jedna kategoria rodziców – zapobiegawczy, którzy już w czerwcu rezerwują nianię na wrzesień do popołudniowej opieki nad dziećmi w wieku od 5 do 10 lat. Z takiego zabezpieczenia korzysta co trzeci rodzic korzystający z naszych usług – dodaje Natalia Godlewska z Baby&Care.

Ustawa refundacyjna bije po kieszeni firmy farmaceutyczne

Wprowadzenie 1 stycznia tego roku ustawy refundacyjnej boleśnie odczuwa większość graczy na rynku farmaceutycznym. Straty w pierwszym kwartale wynoszą około kilkunastu procent. – Przewidywania są takie, że w skali całego roku może być to spadek 5-6 proc. dla całego rynku – prognozuje Jerzy Toczyski, prezes GlaxoSmithKline Commercial.

– Pierwszy kwartał to jest kilkanaście procent poniżej zeszłego roku – mówi Jerzy Toczyski. – Myślę, że większość firm, zwłaszcza dużych, jak Glaxo, które są reprezentatywne dla dynamiki całego rynku, odczuwa ten efekt.

Analitycy rynku, wspólnie z producentami medykamentów podkreślają, że ten rok, do tej pory, nie jest najlepszy dla przemysłu farmaceutycznego. I to nie tylko dla innowacyjnych firm, ale również dla firm generycznych, produkujących zamienniki. Prognozy też nie wskazują, że sytuacja się poprawi.

– Większość firm nie będzie w stanie zarejestrować wzrostu. Przewidywania są takie, że w skali całego roku może być to spadek 5-6 proc. dla całego rynku – prognozuje szef polskiego oddziału GSK.

Trudno przewidywać natomiast, jak na tym „skurczonym” rynku radzić sobie będą poszczególne podmioty.

– Pewnie każdy inaczej – mówi Jerzy Toczyski. – My nie spodziewamy się w tym roku zwiększonej sprzedaży, natomiast mamy nadzieję, że po tym okresie przełomu, powstanie jakaś baza wzrostu.

Analitycy branży farmaceutycznej podkreślają, że tegoroczna zmiana kształtu ustawy refundacyjnej była rewolucyjna dla całego rynku. Dlatego trwa pogłębiona analiza, na temat tego, jak ten na nią zareagował i jakie są perspektywy jego rozwoju.

– Proces podejmowania decyzji co do refundowania leków w ustawie jest bardziej przejrzysty niż w przeszłości – przekonuje Jerzy Toczyski, prezes GlaxoSmithKline. – Natomiast jeszcze nie do końca wszystkie zapisy tej ustawy są wprowadzone i nie funkcjonują tak, jak powinny zgodnie z założeniami.

Jerzy Toczyski zwraca uwagę, że po raz pierwszy w polskim prawie znalazły się zapisy, które nie tyle promują, co w określonym stopniu doceniają firmy, prowadzące inwestycje na polskim rynku.

– Ten wątek w naszych negocjacjach z Komisją Ekonomiczną się przewijał – mówi prezes GSK. – Fakt, że GlaxoSmithKline jest tak silnym inwestorem, posiadającym tak mocną obecność i kontrybuującą do ekonomii Polski, miał jakieś znaczenie, czasem psychologiczne, czasem finansowe przy negocjacjach dotyczących cen i refundacji naszych produktów.

Po wejściu w życie z dniem 1 stycznia 2012 roku nowej ustawy refundacyjnej, duża część leków podrożała, szczególnie tych starszych. Za to nowe poprawiły swoją pozycję na liście.

– To oznacza, że jest szansa dla pacjentów z przechodzenia ze starszych terapii na nowsze – podkreśla szef polskiego oddziału koncernu GSK.

Intencją wprowadzających nową ustawę refundacyjną było ograniczenie wydatków na leki tanie, które utraciły patent. Zaoszczędzone w ten sposób pieniądze miały być przeznaczane na te nowoczesne, wprowadzane właśnie na rynek, po to, by innowacje były dostępne pacjentom.

– Jeżeli ten cel ustawy będzie realizowany, to my mamy bardzo ciekawe, obiecujące leki w naszym portfelu – zauważa prezes GlaxoSmithKline, nieco zdradzając jednocześnie tajniki negocjacji z Ministerstwem Zdrowia na temat listy leków refundowanych. – Na lekach starszych trochę odpuściliśmy z ceną, pokazaliśmy dobrą wolę płatnikowi i negocjowaliśmy w dół, po to, żeby nasze nowsze leki mogły uzyskać korzystną refundację.

GlaxoSmithKline to wiodąca marka na polskim rynku farmaceutycznym. To również największy inwestor zagraniczny w tym sektorze. Jej udział w łącznej sprzedaży leków wynosi około 6 procent.

Strefa euro znalazła się na ścieżce do rozpadu

– Dokapitalizowanie banków i masowy skup obligacji – te rozwiązania przynajmniej na chwilę powinny dać strefie euro odetchnąć – uważa Ignacy Morawski, główny ekonomista Polskiego Banku Przedsiębiorczości. Jednak politycy wciąż nie potrafią porozumieć się co do sposobów ratowania unijnej gospodarki. – Jeśli tak będzie dalej, strefa euro się rozpadnie – prognozuje ekonomista.

Fundamentalne zmiany, których potrzebuje gospodarka eurolandu, blokowane są przez głębokie podziały polityczne.

– To, co się dzieje na scenie politycznej, powoduje, że strefa euro znalazła się na ścieżce do rozpadu. Stanie się tak, jeżeli wszystko będzie dalej wyglądało tak, jak w poprzednich dwóch latach – uważa Ignacy Morawski z Polskiego Banku Przedsiębiorczości. – To będzie wydarzenie na skalę Lehman Brothers razy trzy.

Przez brak działań polityków mamy dziś w eurolandzie efekt domina. Po niewielkiej Grecji, odpowiadającej za 3 proc. unijnego PKB, w poważnych tarapatach znalazły się Włochy i Hiszpania.

– Problemy na południu Europy mogą się pogłębiać – prognozuje ekonomista. – Hiszpania teraz jest na czołówkach gazet. Tam te problemy są najbardziej widoczne. W kolejce stoją Włochy. We Włoszech reformy, które miały uratować ten kraj przed recesją i pozwolić mu na osiągnięcie szybszego wzrostu gospodarczego idą bardzo powoli. Premier Mario Monti okazał się rycerzem na koniu bez lancy.

Politycy w całej Europie albo nie mają pomysłu, jak sobie z problemami poszczególnych krajów radzić, albo nie potrafią dojść między sobą do porozumienia. Jak radzi Ignacy Morawski, powinni wziąć przykład ze Stanów Zjednoczonych.

– Jeżeli ktoś się pyta, co powinna zrobić Europa, to niech otworzy gazety z jesieni 2008 roku i zobaczy, co zrobiły wówczas Stany Zjednoczone. Chodzi o dwie podstawowe rzeczy: dokapitalizowanie i restrukturyzacja banków oraz masowy skup obligacji przez bank centralny. Jeżeli te działania byłyby wprowadzone w krótkim okresie, wówczas strefa euro uzyskałaby dużą swobodę w prowadzeniu dalszych działań naprawczych – ocenia główny ekonomista Polskiego Banku Przedsiębiorczości.

O ile rzeczywiście te działania zostaną podjęte. Nawet jeśli, to i tak na efekty trzeba będzie poczekać kilka kwartałów, a nawet lat.

– W tym czasie cały budynek będzie trzeszczał w posadach, co będzie ograniczało wzrost gospodarczy ze względu na niepewność na rynkach. Czyli najpierw ten proces będzie dusił gospodarkę w umiarkowanym stopniu. Gdyby doszło do wyjścia dużych krajów ze strefy euro, albo krajów Południa, czyli Hiszpanii i Włoch, albo Niemiec, to mamy w Europie poważną recesję – prognozuje Ignacy Morawski.