Deweloperzy pod kontrolą

Rynek mieszkaniowy wyhamowuje. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, w czerwcu liczba wydanych pozwoleń na budowę domów mieszkalnych spadła o 3 proc. w porównaniu do maja, a liczba rozpoczętych budów – o ponad 14 procent. Dodatkowo deweloperzy mają problemy z ustawą deweloperską, która weszła w życie pod koniec kwietnia. – To może spowodować, że firmy będą zamykać swoją działalność – prognozuje Jacek Bielecki, prezes Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

Ustawa nałożyła na deweloperów m.in. obowiązek prowadzenia rachunków powierniczych, na których klient deponuje środki, przeznaczone na zakup nieruchomości. Prowadzone przez banki rachunki gwarantują klientom zwrot pieniędzy na daną inwestycję w przypadku upadłości dewelopera. W zależności od rodzaju rachunku, deweloper otrzymuje transze pieniędzy po ukończeniu kolejnych etapów budowy lub po jej zupełnym ukończeniu.

Firmy deweloperskie muszą również sporządzać prospekty informacyjne poszczególnych nieruchomości ze szczegółowymi danymi o samej inwestycji, ale i o spółce oraz jej sytuacji finansowej i prawnej.

Nowe obowiązki oznaczają przede wszystkim dodatkowe koszty dla firm.

– Ta ustawa kreuje kolejne ryzyka po stronie dewelopera i myślę, że wiele mniejszych firm będzie musiało zrezygnować z działalności albo przeniesie się w inne branże ze względu na zwiększone koszty i zwiększone ryzyko prowadzenia działalności deweloperskiej – zauważa Jacek Bielecki w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.

To spowoduje, że rynek deweloperski może się skurczyć.

– Spodziewam się ograniczenia liczby podmiotów działających na tym rynku. Podkreślam jednak, że w wyniku upadłości albo przejęć, bo takich procesów, na razie przynajmniej, nie widać w perspektywie najbliższych miesięcy – twierdzi prezes Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

Jego zdaniem, tylko największe podmioty będą w stanie poradzić sobie ze zobowiązaniami nałożonymi przez ustawodawcę. Z rynku mogą zniknąć małe i średnie firmy. W ten sposób ustawa, która miała chronić interesy klientów, kupujących mieszkania, może ograniczyć ich możliwości wyboru.

– To wcale nie jest dobre dla rynku – mówi Jacek Bielecki. – Niedoskonałość tej ustawy i kreowanie przez nią nowych obciążeń finansowych i ryzyka grozi tym małym i średnim deweloperom. Duzi sobie zawsze poradzą finansowo i z ryzykiem. Oni zatrudniają sztab prawników, którzy zawsze, z każdej sytuacji potrafią znaleźć cztery wyjścia.

Prezydent podpisał specustawę drogową

Prezydent Bronisław Komorowski podpisał ustawę, która umożliwi wypłacanie zaległych należności podwykonawcom za pracę zrealizowane m.in. przy budowie autostrad. Jednocześnie zapowiada, że niektóre przepisy skieruje do Trybunału Konstytucyjnego w trybie kontroli następczej.

– Prezydent nie kieruje ustawy w całości, ale tylko w tym zakresie, w jakim powoduje ona nierówność podmiotów wobec prawa, w szczególności eliminując możliwość dochodzenia roszczeń ze strony dużych wykonawców oraz dostawców materiałów budowlanych dla podwykonawców – mówi Olgierd Dziekoński, minister w Kancelarii Prezydenta.

Przepisy ustawy umożliwią wypłacenie pieniędzy podwykonawcom, którzy nie otrzymali zapłaty za swoje prace od generalnych wykonawców, działających na zlecenie Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad.

– Prezydent uznał, że ustawa, która rozwiązuje istotne problemy podwykonawców oraz dostawców materiałów budowlanych, pozwoli im wybrnąć z bardzo trudnej sytuacji, kiedy generalni wykonawcy nie przekazują im środków finansowych – informuje Olgierd Dziekoński w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.

Wątpliwości prezydenta budził przede wszystkim fakt, że przepisy ustawy dotyczą tylko mikro-, małych i średnich firm. O tym, że ustawa może dyskryminować duże podmioty, co godzi w konstytucyjną zasadę równości, mówili w czasie konsultacji społecznych również eksperci i przedsiębiorcy, również z branży budowlanej.

– Prezydent nie kieruje ustawy w całości, ale tylko w tym zakresie, w jakim powoduje ona nierówność podmiotów wobec prawa, w szczególności eliminując możliwość dochodzenia roszczeń ze strony dużych wykonawców oraz dostawców materiałów budowlanych dla podwykonawców – wyjaśnia Olgierd Dziekoński. – Selektywne skierowanie do TK pozwoli usunąć braki tej ustawy, które powstały w trakcie procesu legislacyjnego.

Prezydencki minister tłumaczy, że decyzja została podjęta po przeprowadzeniu licznych ocen nowych przepisów, również pod względem konstytucyjności ustawy.

– Jednocześnie prezydent kierując ustawę do Trybunału, wyraża przekonanie, że rząd powinien usprawnić procesy inwestycyjne w sferze realizacji infrastruktury publicznej w ramach istniejącego prawa. Ta praktyka zarządcza powinna być usprawniona – podkreśla Olgierd Dziekoński.
To może oznaczać np. konieczność zmiany ustawy Prawo zamówień publicznych czy też ustawy o dyscyplinie finansów publicznych.

Zgodnie z podpisaną ustawą, o należne im pieniądze będą mogły ubiegać się firmy, które nie dostały wynagrodzeń z powodu niewypłacalności czy upadłości wykonawców. Również w przypadku, gdy zaleganie z płatnościami lub ogłoszenie upadłości miało miejsce przed wejściem w życie ustawy.

– Roszczenia mogą być zrealizowane tylko do wysokości gwarancji dobrego wykonania budowy, zaproponowanych przez generalnych wykonawców budowy – z reguły to jest ok. 10 proc. wartości kontraktu. Dodatkowo zakłada również, że prawo do tych roszczeń mogą mieć ci podwykonawcy i dostawcy, którzy podsiadają prawomocny wyrok sądowy, określający ich roszczenia wobec generalnego wykonawcy oraz ci, którzy zostali uznani jako uprawnieni wierzyciele w procesie bankructwa firm – wyjaśnia prezydencki minister.

Oprócz wyroku sądowego, roszczeniobiorcy będą musieli udowodnić, że sami nie zalegają z płatnościami u swoich podwykonawców i dostawców.

– Pieniądze będą wypłacane przez GDDKiA po przeprowadzeniu publicznego wezwania do zgłoszenia się ze strony tych, którzy uważają, że takie roszczenia mają. Lista potencjalnych roszczeniobiorców będzie zweryfikowana z wielkością dostępnych środków, wynikającą z tej puli gwarancji – tłumaczy Olgierd Dziekoński.

Pieniądze na ten cel będą pochodziły z Krajowego Funduszu Drogowego, a następnie GDDKiA będzie występowała z roszczeniem wobec generalnego wykonawcy.

Projekt ustawy przygotował resort transportu w reakcji na złą sytuację podwykonawców budujących autostrady, którym generalni wykonawcy przestali płacić za wykonane roboty. Na początku lipca ustawa została przyjęta przez parlament.

Mark Jung w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte Polska

Pochodzący z Kanady, Mark Jung posiada prawie dwudziestoletnie doświadczenie, w tym dwanaście lat pracy w Polsce i dwa lata w Japonii dla jednej z firm z Wielkiej Czwórki. Podczas tego czasu zdobył bogate doświadczenie w świadczeniu usług z zakresu doradztwa transakcyjnego po stronie kupującego, jak i po stronie sprzedającego. Posiada szeroką wiedzę z zakresu analiz due diligence, umów kupna-sprzedaży oraz wsparcia negocjacyjnego dla funduszy private equity i strategicznych klientów z różnych sektorów. Ma również doświadczenie w zakresie audytu śledczego i zwalczaniu korupcji. Mark Jung posiada kanadyjski tytuł biegłego rewidenta i włada kilkoma językami, w tym językiem polskim.

„Polski rynek docenia Marka jako wybitnego specjalistę w dziedzinie transakcji, posiadającego bogate doświadczenie i cieszącego się doskonałą opinią. Jego energia, entuzjazm i bogate doświadczenie niezwykle wzbogaciły zespół Doradztwa Finansowego Deloitte” – powiedział Marek Metrycki, Partner Zarządzający Deloitte w Polsce.

Polacy mają zaufanie do banków… ale coraz mniejsze

Z drugiego Światowego Badania Klientów Banków Detalicznych wynika, że Polacy w wyniku trudnej sytuacji gospodarczej strefy Euro ufają bankom ostrożniej niż przed rokiem, ale i tak chętniej niż reszta Europejczyków. Zdaniem konsumentów w polskich bankach wciąż „kuleje” obsługa klienta.

39% klientów banków w Polsce przyznaje, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy spadło ich zaufanie do sektora bankowego. Jest to… drugi najniższy wskaźnik spadku zaufania w Unii Europejskiej (po Czechach, gdzie wyniósł on 36%). Dla porównania aż 59% Niemców, 65% Brytyjczyków i 72% Włochów ufa bankom mniej niż przed rokiem. Jednocześnie najwięcej w Europie, bo aż 11% klientów w Polsce przyznało, że ich zaufanie do banków wzrosło. Takiego samego zdania jest tylko 5% Niemców, 3% Holendrów i 2% Portugalczyków.

Wśród przyczyn spadku zaufania do banków Polacy najczęściej wymieniają powody makroekonomiczne (np. zmienność na rynkach finansowych, strach przed recesją) – tak twierdzi 58% badanych. Na drugim miejscu znalazło się niezadowolenie z jakości obsługi, doradztwa i oferowanych produktów, o którym wspomniało aż 47% ankietowanych – najwięcej w Europie (ex aequo z Hiszpanią). Wzrost poziomu niezadowolenia z polityki banków dotyczącej wynagradzania kadry zarządzającej w porównaniu z rokiem poprzednim można tłumaczyć docierającymi do polskich konsumentów informacjami o wypłatach wysokich premii w europejskich bankach mimo ich złych wyników finansowych oraz mimo dofinansowywania z budżetów państw. Kategorię tę, jako przyczynę spadku zaufania do banków, wskazało aż 80% Brytyjczyków i 77% Holendrów.

– Jak pokazują wyniki badania, trudna sytuacja, w której znalazła się strefa Euro, nie pozostała bez wpływu na polskiego konsumenta usług bankowych. Można jednak powiedzieć, że w porównaniu z innymi krajami europejskimi Polacy wprost „tryskają optymizmem”. To potwierdza, że polskie banki i regulator względnie dobrze radzą sobie z niepewnością na międzynarodowych rynkach finansowych. Warto też zauważyć, że w Europie średnio 55% klientów banków detalicznych przyznało, że ich zaufanie do sektora bankowego spadło. To aż o 16 pp. więcej niż w Polsce – komentuje wyniki badania Iwona Kozera, Partner Zarządzający Grupą Rynków Finansowych w Ernst & Young.

– Jednocześnie musi zastanawiać fakt, że prawie połowa ankietowanych Polaków jako przyczynę spadku zaufania do sektora bankowego podaje niską jakość obsługi klienta. Z naszego badania wyraźnie widać, że w czasie niepewności na rynkach opłaca się inwestować w jakość kontaktu z klientem i nie dotyczy to wyłącznie sektora finansowego – dodaje Iwona Kozera.

Wśród tych polskich klientów, którzy stwierdzili, że ich zaufanie do banków wzrosło, prawie 70% jako przyczynę takiego stanu rzeczy wskazało to, iż poprawił się sposób komunikacji banku z klientem i szeroko pojęta jakość obsługi.

Zmienić bank? Tak. Za namową znajomego

Badanie Ernst & Young pokazało także kto jest w stanie wywierać największy wpływ na decyzje zakupowe klientów banków detalicznych. Na pytanie o to, z jakich źródeł Polacy najchętniej skorzystaliby, gdyby mieli zasięgnąć informacji przed ewentualną zmianą głównego banku, aż 72% ankietowanych wskazało rodzinę i znajomych. Co ciekawe 70% skorzystałoby w tym celu z Internetu. Nieco ponad połowa zaufałaby doradcom finansowym, a tylko 39% podjęłoby decyzję o zmianie pod wpływem reklamy. Znajomi oraz Internet byli również najczęstszymi wskazaniami ankietowanych w odpowiedziach na pytania o źródła informacji dotyczące nowych produktów bankowych i produktów mogących konkurować z tymi, które klienci posiadają też w innych bankach.

– To, że znajomi i rodzina są dla klientów najważniejszymi źródłami informacji nie powinno dziwić i jednocześnie potwierdza tezę o tym, że bankom opłaci się praca nad poprawą obsługi klienta. Posiadanie miliona klientów przez bank oznacza milion źródeł informacji o nim samym – zauważa Piotr Frankowski, Menedżer w Grupie Rynków Finansowych Ernst & Young. – W deklaracjach klientów zwraca uwagę także niewielkie zaufanie do reklamy tradycyjnej. Z perspektywy banków warto zatem rozważyć nie tyle sens inwestowania w ten kanał komunikacji, co poziom jakości działań reklamowych.

Jak pokazało badanie, wielu klientów zamiast całkowicie zmieniać bank po prostu korzysta z kilku banków jednocześnie, wybierając produkty i usługi danego banku, które najlepiej odpowiadają ich potrzebom. Taka sytuacja dotyczy aż 70% klientów w Polsce i jest to wyższy wskaźnik niż w Europie, gdzie z usług więcej niż jednego banku korzysta 63% ankietowanych – komentuje Piotr Popowski, Dyrektor w Grupie Rynków Finansowych w Ernst & Young.

Polacy chętnie korzystają z programów lojalnościowych

Co ciekawe, Polacy są bardziej zaangażowanymi zwolennikami programów lojalnościowych niż inni Europejczycy. Ponad 40% klientów w Polsce zadeklarowało, że korzysta z programu lojalnościowego w jednym ze swoich banków. Do tego samego przyznał się tylko co dziesiąty Holender, co czwarty Francuz i co piąty Włoch.

– Jedną z najbardziej atrakcyjnych zachęt jest według polskich klientów tzw. cash back. To narzędzie okazuje się bardzo skuteczną nagrodą za lojalność – komentuje Anna Kowal, Ekspert w Grupie Rynków Finansowych Ernst & Young. W Polsce 31% badanych zadeklarowało, że ceni sobie usługę cash back w kartach debetowych i kredytowych. Nie jest to jednak wynik wyjątkowy na tle klientów z innych krajów Europy. Cash back jest bardziej popularny we Francji i Wielkiej Brytanii, gdzie pozytywnie o tego rodzaju usłudze wypowiedziało się odpowiednio 45% i 42% badanych. – Wynika to najprawdopodobniej z większej świadomości istnienia tego typu usług w krajach lepiej rozwiniętych – komentuje Anna Kowal.

Informacje o Światowym Badaniu Klientów Banków Detalicznych Ernst & Young

Firma doradcza Ernst & Young w marcu 2012 roku już po raz drugi przeprowadziła Światowe Badanie Klientów Banków Detalicznych. W tej edycji wzięło udział ponad 28 500 klientów z 35 krajów, w tym reprezentatywna grupa 500 klientów z Polski.

O Ernst & Young

Ernst & Young to jedna z wiodących międzynarodowych korporacji świadczących profesjonalne usługi doradcze. Ernst & Young w Polsce to ponad 1300 ekspertów pracujących w 6 biurach na terenie kraju: w Warszawie, Katowicach, Krakowie, Łodzi, Poznaniu i Wrocławiu.

Ernst & Young jest audytorem prawie 20% przedsiębiorstw znajdujących się na liście 1000 największych światowych firm magazynu Business Week. Jest też światowym liderem w dziedzinie doradztwa podatkowego. Firma świadczy usługi w zakresie: audytu, doradztwa biznesowego, księgowości, doradztwa podatkowego, doradztwa transakcyjnego, ulg i dotacji inwestycyjnych, doradztwa na rynku nieruchomości oraz szkoleń.

www.ey.com.pl

Instytucje parabankowe zagrażają bankom?

Indywidualna obsługa, personalizacja oferty oraz wysoka elastyczność wobec zdolności kredytowych klientów sprawiają, że instytucje finansowe niepodlegające prawu bankowemu (m.in. SKOK, Provident, Kokos.pl) coraz częściej wypierają banki z ich naturalnych obszarów funkcjonowania. Oferta tych firm, a także podmiotów umożliwiających płatności zbliżeniowe i internetowe sprawia, że banki w oczach klientów przestają być potrzebne. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte może to w przyszłości prowadzić do sytuacji, w której banki będą jedynie dostarczycielem gotówki.

„Z badania Deloitte wynika, że obsługa klienta i personalizacja oferty to dziś główne czynniki wpływające na satysfakcję klienta. Banki w tych obszarach wykazują znaczne braki. Instytucje parabankowe są tego świadome, dlatego bazując na tych dwóch atrybutach, mogą osiągnąć zadowalające rezultaty” – uważa Michał Dubno, Dyrektor w Sektorze Instytucji Finansowych Deloitte.

Do tej pory parabanki specjalizowały się przede wszystkim w udzielaniu kredytów i pożyczek, szczególnie tym osobom, które w opinii banków miały znikomą zdolność kredytową lub jej nie posiadały. I pomimo wysokiego oprocentowania wciąż znajdowały nowych klientów. Ich zaletą jest m.in. bezpośredni kontakt przedstawicieli tych firm z osobami chcącymi zaciągnąć pożyczkę, chociażby w ich domach, np. Provident. Natomiast SKOK-i wzmacniają swoją więź z klientami poprzez nadanie im statusu członka spółdzielni i koncentracji na klientach wspierających ideę kas oszczędnościowo-kredytowych. W rezultacie klient identyfikuje się z tą instytucją i wzmacnia się jego poczucie bezpieczeństwa. Wykorzystując te zalety instytucje parabankowe coraz częściej walczą o oszczędności klientów, co jest kolejnym zagrożeniem dla sektora bankowego. Na razie ich udział w rynku kredytów i depozytów jest znikomy, ale nie można go lekceważyć. Aktywa SKOK-ów to zaledwie 1,2% aktywów sektora bankowego w Polsce a Provident można porównać wielkością z bankiem z 4-tej dziesiątki największych banków w Polsce takim jak Polski Bank Przedsiębiorczości, który jest 126 razy mniejszy od największego banku w Polsce – PKO Bank Polski.

Bankom zagrażają również portale internetowe (m.in. Zopa, Prosper, czy polski Kokos.pl), które umożliwiają udzielanie i branie pożyczek od innych użytkowników portalu, z pominięciem sektora bankowego. Stały się one alternatywnym kanałem oferującym atrakcyjniejsze oprocentowanie przy niższych kosztach działania. Amerykański serwis Prosper ma już 1,4 mln użytkowników i umożliwił udzielenie kredytów na sumę 367 m dolarów. Serwis Zopa działający w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych i we Włoszech udzielił pożyczek na sumę 150 milionów funtów.

Instytucje zagrażające bankom to nie tylko SKOK-i czy firmy pożyczkowe. Banki przegrywają także na rynku płatności internetowych i mobilnych. Ten obszar został zdominowany przez niezależne platformy (PayPal, Przelewy24). Konkurencja na tym rynku jest niezwykle ostra, a nowi gracze proponują coraz to nowsze rozwiązania. W ostatnim czasie pojawiła się możliwość m.in. wykorzystania telefonu komórkowego w sposób podobny do zbliżeniowych kart płatniczych (Google Wallet, Isis) czy usługa szybkich przelewów międzybankowych (BlueCash). Wirtualną walutą zbliżeniową ma szansę stać się Facebook Credits. Żadna z tych usług nie jest firmowana przez banki. O skali zjawiska mogą świadczyć przychody firm, które zdominowały ten rynek. Globalny PayPal osiągną w 2011 r. przychody w wysokości 4,4 mld USD co stanowi ponad 26 proc. przychodu całego polskiego sektora bankowego.

Z drugiej strony nasze lokalne serwisy też radzą sobie dobrze. Serwis Przelewy 24 to firma osiągającą przychody w wysokości 11,5 mln PLN (w 2010 r.) a Blue Media (działające m.in. jako BlueCash) w ostatnich 4 latach urósł z małej formy do sporej instytucji finansowej, która wygenerowała prawie pół miliarda zł przychodu.

Co powinny zrobić banki, by wzbogacić swoją ofertę? „Niewątpliwie powinniśmy czerpać dobre wzorce z innych krajów, m.in. z USA, ale co ciekawe także z krajów afrykańskich, gdzie niezwykle rozwinął się w ostatnim czasie system bankowości mobilnej” – zauważa Michał Dubno. W niektórych krajach afrykańskich (m.in. w Somalii) banki są jednocześnie operatorami komórkowymi, a wszystkie płatności są wykonywane bezgotówkowo – za pomocą telefonów komórkowych. W związku z tym w wielu regionach systemy płatności telefonami komórkowymi wyparły pieniądz papierowy.

Amerykanie rozwijają zaś Square Up!, polegający na wyposażeniu klienta, np. właściciela małej firmy w zewnętrzny czytnik kart, a także oprogramowanie umożliwiające przekształcenie telefonu lub tabletu w kasę fiskalną. Wśród nowych serwisów działających w USA ciekawych jest kilka rozwiązań pomagających klientom spłacać długi (ReadyFor Zero, Savvy Money), a także poprawić krótkoterminową płynność (BillFloat). W USA działa również Cardlytics, który dzięki wykorzystaniu wiedzy posiadanej przez banki, pomaga spersonalizować ofertę, czyli oferuje to, czego nie robią dziś banki działające w Polsce.

Eksperci Deloitte nie mają wątpliwości, że banki działające na naszym rynku mają wiele do nadrobienia. „Konkurencja spoza sektora bankowego pojawia się we wszystkich kluczowych dla banków obszarach. Banki nie są w stanie konkurować na wszystkich polach jednocześnie, dlatego koncentrując się na wybranych aspektach np. dostarczeniu mobilnych usług finansowych muszą nawiązać współpracę z liderami rynku proponującymi najnowsze rozwiązania technologiczne” – podsumowuje Zbigniew Szczerbetka, lider Sektora Instytucji Finansowych w Polsce i Europie Środkowej w Deloitte – „Dziś w Polsce mobilne usługi finansowe są jeszcze słabo rozpowszechnione, ale mają ogromny potencjał, którego banki nie powinny lekceważyć”.

Według Intela branża IT będzie jedną z najłatwiejszych w 2013 r.

Sytuacja w gospodarce sprawia, że spada konsumpcja indywidualna. Jednak Tomasz Klekowski, dyrektor Intela na Europę Centralną i Wschodnią jest przekonany, że jego branży nie grozi zapaść. Jego zdaniem w najbliższym czasie rynek IT opierać się będzie głównie na budowie infrastruktury internetowej oraz zakupach dokonywanych przez małe i średnie firmy, które będą generowały dużo większe szanse na sprzedaż produktów firmy.

– Większość ekonomistów jest niestety zgodnych co do tego, że rok 2013 będzie wyjątkowo trudnym rokiem, szczególnie w Europie i być może w Polsce. Natomiast branża IT z pewnością będzie jedną z tych, które będą miały najłatwiej. My funkcjonujemy na rynku, który sam z siebie jest rosnący. Więc nawet jeśli będzie spowolnienie, to dla nas to będzie raczej spowolnienie wzrostu niż spadek obrotów czy sprzedaży – prognozuje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Tomasz Klekowski, dyrektor Intela na Europę Centralną i Wschodnią.

Ostatnio amerykański gigant komputerowy zmuszony był do skorygowania kursu. Zdaniem analityków firmy, na horyzoncie pojawiają się trudne czasy i światowe obroty producenta wzrosną o około 3 proc. Mimo że przychód ze sprzedaży w II kwartale roku wyniósł 13,5 mld dolarów i był większy o 5 proc. od poprzedniego kwartału.

– Na tle kilkudziesięciu firm z giełdy amerykańskiej wyniki Intela były jednymi z najlepszych i najbardziej solidnych – podkreśla dyrektor Intela na Europę Centralną i Wschodnią.

II kwartał roku był dla amerykańskiego koncernu bardzo udany. Intel zarobił 13,5 mld dolarów, czyli 5 proc. więcej niż w I kwartale. Dobra kondycja finansowa koncernu pozwoliła mu na wypłacenie w drugim kwartale 1,1 mld dolarów dywidendy.

– My mamy cały czas bardzo wysokie przychody, które rosną. Mamy cały czas wysoką dynamikę wzrostu zysku i generujemy bardzo wysokie zyski – w ostatnim kwartale było to niemal 4 mld dolarów – mówi Tomasz Klekowski.

Prognozy na III kwartał mówią o obrotach na poziomie 14,4 mld dolarów. Korekta prognozy dotyczy wzrostu obrotów z „wysokiego jednoprocentowego tempa” do 3-5 procent.

– Wynika to z sytuacji makroekonomicznej. Jeśli spojrzymy na to, co dzieje się w Europie Zachodniej, że rynek konsumencki nie kupuje tak dużo, jak kupował poprzednio, to będą to główne powody tej obniżki prognoz – wyjaśnia Klekowski.

Jak zapewnia Tomasz Klekowski, dla Intela najważniejszym wyzwaniem przyszłego roku jest upowszechnienie ultrabooków, czyli laptopów o bardzo małej masie, ale przyzwoitych osiągach technicznych. Firma chce również zaangażować się w projekt informatyzacji kraju, który prowadzi Ministerstwo Cyfryzacji i Administracji.

Rośnie zapotrzebowanie na specjalistów i menedżerów

Artur Skiba, dyrektor zarządzający Antal International
Artur Skiba, dyrektor zarządzający Antal International

Ponad połowa firm działających w Polsce zamierza w najbliższym czasie zatrudnić nowych pracowników na stanowiskach specjalistycznych i kierowniczych. W niektórych sektorach odsetek takich firm przekracza 70 proc. Jesteśmy pod tym względem w czołówce państw europejskich – wynika z badania Antal Global Snapshot.

Z kwartału na kwartał zapotrzebowanie na specjalistów i menedżerów w działających w Polsce firmach rośnie.

– Jeśli weźmiemy pod uwagę cały rynek pracy, to aż 58 proc. z 1,5 tys. badanych przez nas firm, deklaruje zatrudnienie na stanowiska specjalistyczne i kierownicze, a tylko 13 proc. deklaruje redukcję – informuje Artur Skiba, dyrektor zarządzający Antal International w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria. – Polski rynek pracy na razie pozostaje „zieloną wyspą” na tle rynków w innych krajach UE.

Podobnie przedstawia się sytuacja, jeśli chodzi o deklarowane rekrutacje lub zwolnienia w III kwartale roku. Pod względem udziału firm, które do końca września zamierzają zatrudnić specjalistów lub menedżerów, Polska jest mniej więcej pośrodku rankingu. Wyprzedzają nas takie kraje, jak Czechy i Szwecja.

– Jeśli chodzi o odsetek firm zwalniających, jesteśmy prymusem, bo u nas jest to 13 proc., a w zdecydowanej większości krajów ten odsetek przekracza 20-30 proc. – mówi Artur Skiba.

Największe zapotrzebowanie na specjalistów i menedżerów jest w centrach usług wspólnych (SSC/BPO). Rekrutację prowadzi blisko 80 proc. firm, natomiast tylko 2 proc. przeprowadza redukcję zatrudnienia. W najbliższym czasie żadna z firm z tego sektora nie zamierza zwalniać pracowników na tych stanowiskach.

– IT to kolejny taki sektor, w którym rekrutuje ponad 60 proc., a zwalnia – kilkanaście procent. Również w bankowości i kancelariach prawnych odsetek firm zatrudniających jest wysoki – wymienia dyrektor Antal International. – Chociaż w dwóch ostatnich przypadkach firmy jednocześnie redukują i zatrudniają. W branżach IT i SSC firmy tylko rekrutują, o zwolnieniach na razie nie ma mowy.

Jak dodaje, nie we wszystkich branżach sytuacja jest tak dobra, choćby w sektorze farmaceutycznym, gdzie zwolnienia w III kwartale deklaruje co piąta firma. Jednak nawet tu odsetek firm, które zamierzają zatrudniać, przekracza 50 proc.

Niezależnie od branży, procesy rekrutacyjne są coraz dłuższe, składają się z wielu różnych etapów i mogą trwać nawet kilka miesięcy.

– Pracodawcy coraz lepiej zdają sobie sprawę z tego, kogo poszukują. Szukają konkretnych kompetencji, konkretnego doświadczenia, np. centra usług wspólnych szukają pracowników ze znajomością konkretnego języka obcego – mówi Artur Skiba.

Jego zdaniem, choć może się wydawać, że pracodawcy stali się bardziej wybredni, z drugiej strony trzeba wziąć pod uwagę, że na polskim rynku pracy wciąż istnieje problem z kształceniem odpowiednich kadr.

– Jeśli chodzi o kandydatów na rynku pracy, ich jakość systematycznie rośnie. Z drugiej strony mamy problem związany z naszym systemem edukacji. Wciąż nasze uczelnie wypuszczają zbyt dużo humanistów, którzy często mają problem ze znalezieniem pracy. Natomiast wciąż jest duże ssanie z rynku na inżynierów i informatyków – przekonuje Skiba.

Z badania Antal Global Snapshot wynika, że na dobre wyniki polskiego rynku pracy wpływają nowe inwestycje zagraniczne, ale też rozwój firm już obecnych na naszym rynku. To zaś efekt kryzysu w Europie Zachodniej, którego w pewnym stopniu jesteśmy „beneficjentami”.

– Sytuacja wygląda nieco inaczej niż w 2008 roku, kiedy centrale firm zagranicznych w Polsce zamrażały procesy rekrutacyjne. Teraz na polski rynek pracy przedsiębiorcy patrzą inaczej. Przeważa pogląd: skoro mamy kryzys, to może warto rozważyć przeniesienie pewnych projektów, które mieliśmy realizować we Francji czy w Niemczech, do Polski. My wciąż jesteśmy trochę tańszym rynkiem pracy, choć ta różnica z roku na rok jest coraz mniejsza – podkreśla dyrektor zarządzający Antal International.

Na polski rynek inwestorów przyciąga również dobrze wykwalifikowana kadra.

– Ostatnie lata pokazały, że polscy specjaliści wcale nie są gorsi od specjalistów z krajów Europy Zachodniej, a często lepsi. Dlatego niemieckie firmy produkcyjne, również w branży motoryzacyjnej, chętnie zatrudniłyby polskich inżynierów i nie dlatego, że są tańsi. Polacy słyną z wysokiego etosu pracy – mówi Skiba.

Swój udział w takim postrzeganiu Polski miał również sukces organizacyjny Mistrzostw Europy w piłce nożnej.

– Dodatkowo Euro 2012 pokazało osobom, które myślały o inwestycjach w Polsce, że Polska jest normalnym krajem, jeśli się różnimy od innych krajów Europy Zachodniej, to na korzyść – przekonuje Artur Skiba.

Ustawa o odnawialnych źródłach energii a UE

Resort gospodarki przedstawił dziś długo oczekiwany projekt ustawy o odnawialnych źródłach energii. Nadal jednak nie jest pewne, kiedy ustawa zostanie przyjęta. A już dziś za opóźnienia we wdrożeniu unijnego prawa grożą Polsce kary finansowe, zaś w dalszej perspektywie – odcięcie od części dotacji na lata 2014-2020.

Zaprezentowany dziś projekt ustawy ma wdrożyć unijne przepisy dotyczące promocji stosowania odnawialnych źródeł energii. Czas na ich przyjęcie Polska miała do 5 grudnia 2010 roku. Pod koniec ubiegłego roku resort gospodarki przedstawił projekt, który po ostrej krytyce wrócił do dalszych prac ministerialnych.

– Jeśli zapowiemy, że będzie zmiana prawa, ale jej nie ma, w dodatku nie wiemy, w jakim kierunku zmierza i kiedy się o tym dowiemy, to jest najgorszy sygnał dla rynku – mówi w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Grzegorz Wiśniewski, prezes Związku Pracodawców „Forum Energetyki Odnawialnej”.

Zdaniem prezesa spowodowało to zamrożenie inwestycji w odnawialne źródła energii (OZE), a zgodnie z wytycznymi Komisji Europejskiej, kraje członkowskie powinny rozwijać ten sektor. Do 2020 roku każdy z nich ma określony wskaźnik udziału produkcji energii z odnawialnych źródeł. Dla Polski wynosi on 15 proc.

– Każde opóźnienie w tym przypadku przekłada się na ryzyko kary liczonej za każdy dzień [zwłoki w implementacji unijnej dyrektyw dotyczącej OZE – przyp. red.]. Ale też na koszty związane z niewykorzystaniem zasobów finansowych, ludzkich, instytucjonalnych – tłumaczy ekspert.

To zatem także wymierna strata finansowa w postaci utraconych dotacji.

Z raportu Instytutu Energetyki Odnawialnej „Energetyka odnawialna jako dźwignia społeczno-gospodarczego rozwoju województw do 2020 r.” wynika, że polskim samorządom w nowym okresie budżetowym UE przypadnie 10 mld zł na rozwój OZE. Jest to dziewięciokrotnie więcej niż w kończącym się okresie 2007-2013. Te i inne unijne pieniądze mogą jednak nie trafić do Polski.

– Jeżeli w danym obszarze kraj nie wdroży ustawodawstwa unijnego to znaczy, że nie będzie miał prawa do środków. Czyli przeznaczamy na energetykę odnawialną z Funduszu Spójności od 6 do 20 proc. puli w zależności od regionu. Ale jeżeli nie ma ustawodawstwa w danym obszarze, to znaczy, że o tyle albo maleje skala pomocy Unii Europejskiej dla danego kraju, albo opóźnia się do momentu aż prawo zostanie w pełni wdrożone – wyjaśnia Grzegorz Wiśniewski.

Dodaje, że „przetrzymywanie” projektu ustawy o OZE nie miało żadnego racjonalnego uzasadnienia.

– Trudno zrozumieć, dlaczego ta ustawa, która otwiera nowe rynki, buduje przyszłość, jest proinnowacyjna, ma być uwiązana w pakiecie z pozostałymi dwoma ustawami, które dotyczą energetyki konwencjonalnej. To jest nie fair, bo siły starego porządku opóźniają wdrożenie nowych rozwiązań – komentuje prezes.

W jego przekonaniu ten projekt powinien zostać wyłączony z trójpaku energetycznego, zawierającego również ustawy Prawo energetyczne i Prawo gazowe, które miały być procedowane razem z „zieloną ustawą”. Jak zaznacza to jedyny element trójpaku, który jest już gotowy.

– Nie widzę żadnego powodu by ten projekt opierał się na nieistniejącym prawie. Można go z powodzeniem przeprowadzić przez Sejm odwołując się do obowiązującego Prawa energetycznego i gazowego. A potem, jeżeli energetyka konwencjonalna w końcu się porozumie, wówczas można dokonać zmian w przepisach i związać ustawę o OZE z tymi dotyczącymi energetyki konwencjonalnej. W tym przypadku liczy się czas – mówi Grzegorz Wiśniewski.

Podkreśla, że ta ustawa musi zostać uchwalona do końca roku. Wtedy będzie znany ostateczny kształt Funduszu Spójności i Funduszy strukturalnych Unii Europejskiej na lata 2014-2020, gdzie znajdą się środki na energetykę odnawialną.

– Toczą się brutalne negocjacje dotyczące tych funduszy. Jeśli Polska w ciągu najbliższych miesięcy nie wdroży unijnej dyrektywy, niektóre państwa UE mogą zablokować przekazanie Polsce tych środków. Po co mają nam płacić, skoro nie mamy nawet rynku, możliwości wykorzystania tych pieniędzy – tłumaczy Grzegorz Wiśniewski.

Zdaniem prezesa należy więc natychmiast skierować kompletny projekt ustawy do Komitetu Stałego Rady Ministrów jako oddzielny dokument i przekazać w trybie pilnym do Sejmu, aby mógł zająć się nim bezpośrednio po przerwie wakacyjnej. Wiceminister Mieczysław Kasprzak zapowiedział, że projekt trafi do Komitetu jeszcze na przełomie sierpnia i września.

Emisja akcji Grupy o2 SA została odwołana

Oferta publiczna Grupy o2 SA została odwołana z powodu niesatysfakcjonującego popytu, przy akceptowalnej dla spółki cenie, wynikającego z niekorzystnej sytuacji na rynkach finansowych. Zarząd spółki nie wyklucza przeprowadzenia oferty publicznej w przyszłości.

Oferta publiczna Grupy o2 SA obejmowała sprzedaż do 450.000 akcji zwykłych na okaziciela serii A oraz emisję do 1.250.000 akcji zwykłych na okaziciela serii B, stanowiących około 19,3% wszystkich walorów. Pozostała część miała pozostać w rękach założycieli spółki.

Nasza Grupa Kapitałowa została dobrze odebrana przez inwestorów. Niestety, nagromadzenie negatywnych informacji makroekonomicznych w ostatnich dniach uczyniło uplasowanie oferty, przy akceptowalnej dla dotychczasowych akcjonariuszy cenie, niemożliwym. Niewykluczone, że w przypadku poprawy kondycji na rynkach finansowych podejmiemy kolejną próbę upublicznienia akcji spółki – powiedział Jacek Świderski, członek zarządu Grupy o2 SA.

Aneks do prospektu emisyjnego Grupy o2 SA, zatwierdzonego przez Komisję Nadzoru Finansowego w dniu 17 lipca 2012 roku, dotyczący decyzji zarządu Grupy o2 SA o odstąpieniu od oferty publicznej, został opublikowany na stronie internetowej spółki: www.grupao2.pl oraz oferującego: www.dibre.pl.

Grupa o2 SA jest piątym pod względem liczby użytkowników podmiotem internetowym w Polsce. W ramach oferty publicznej spółka zamierzała pozyskać ponad 40 mln zł, które miały być przeznaczone na akwizycje przedsiębiorstw z branży internetowej.

W portfolio Grupy Kapitałowej znajduje się około 70 serwisów informacyjno-rozrywkowych. Do najbardziej popularnych należą o2.pl, Pudelek.pl, Wrzuta.pl, Kafeteria.pl. Wiodącym produktem w portfelu Grupy o2 SA jest bezpłatna poczta elektroniczna Poczta o2. Usługa posiadająca blisko 5 milionów aktywnych użytkowników, każdego dnia rozrasta się o kolejnych kilkanaście tysięcy nowych kont.

Prezydent Poznania: Około 20 mln zł debetu po Euro 2012

Prezydent Miasta Poznania Ryszard Grobelny
Prezydent Miasta Poznania Ryszard Grobelny

Dla Poznania Euro 2012 okazało się bardzo kosztowną imprezą. Prezydent miasta szacuje, że wydatki na organizację mistrzostw sięgnęły 30 milionów złotych, a do miasta wróci maksymalnie 8 mln zł. – Budżet na tej imprezie nie zarobił – podkreśla Ryszard Grobelny.

Prezydent Poznania przyznaje, że miasto ma istotne trudności z domknięciem budżetu, dla którego dodatkowym obciążeniem były Mistrzostwa Europy w piłce nożnej.

– Szacuję, że koszty, które były poniesione na organizacje imprezy, są rzędu 25-30 mln złotych. Pewnie wpływy z tego tytułu będą około 5–8 mln złotych, więc cała reszta to debet na tej imprezie – przyznaje szczerze w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria prezydent miasta i dodaje, że z profitów mogą się dziś cieszyć jedynie restauratorzy, hotelarze czy sklepikarze, którym w okresie turnieju wzrosły obroty.

Władze miasta policzyły, że kibice i turyści wydali w czasie Euro ok. 150 mln zł. Najwięcej – bo ok. 100 mln zł – zostawili Irlandczycy. Przyjechało ich do Poznania 70 tysięcy. Wielkim sukcesem, podobnie jak w innych miastach, okazała się strefa kibica w centrum miasta. Władze Poznania zapewniają, że po zakończeniu turnieju widać w mieście wzmożony ruch turystów.

Dlatego też, mimo większej dziury w budżecie, Ryszard Grobelny uważa, że impreza sportowa przysłużyła się miastu i będzie procentować w przyszłości.

– 94 proc. mieszkańców miasta uważa, że to był bardzo dobry projekt, że pieniądze zostały dobrze wydane i bardzo się cieszą, że tyle zostało w mieście zrobione – mówi Ryszard Grobelny.

Chodzi przede wszystkim o szereg projektów infrastrukturalnych, widocznych dziś gołym okiem. Oprócz nowego stadionu, Poznaniacy mają odnowiony dworzec kolejowy i lotnisko Ławica.

– Ludzie się cieszą, że jest nowa droga, ludzie chcą wyremontowanego chodnika, ludzie chcą nowego boiska, nowego domu kultury – dodaje prezydent Poznania.

I podkreśla, że spośród 600 tys. mieszkańców miasta, tylko ok. tysiąc protestowało przeciw zbyt dużym nakładom na organizację mistrzostw.

Efekt EURO 2012 nie pomógł rynkowi pracy

Za nami Euro 2012, które w tym roku, wraz z pracami sezonowymi, miało w największym stopniu pozytywnie stymulować rynek pracy w Polsce. Niestety najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego wskazują na brak znaczącej poprawy, którą powstrzymuje panująca na rynku duża niepewność gospodarcza.

Skutkiem tego jest rosnąca wewnętrzna efektywność przedsiębiorstw, która z jednej strony wstrzymuje nowe rekrutacje, a z drugiej strony przyczynia się do wzrostu wynagrodzeń zatrudnionych osób.

Najnowsze dane publikowane przez Główny Urząd Statystyczny wskazują na brak istotnej zmiany poziomu zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw. W stosunku do zeszłego miesiąca zatrudnienie wzrosło o niewiele ponad 1,5 tys. osób i wynosi obecnie 5,531 mln osób.

Pomimo wcześniejszego niż w zeszłym roku popytu na pracowników sezonowych, który wystąpił już z końcem maja w wyniku zatrudnień w trakcie EURO 2012, nie odnotowaliśmy poprawy na rynku pracy. Jeżeli w miesiącach wakacyjnych nie dojdzie do drastycznego zwiększenia dynamiki zatrudnienia, to w ostatnim kwartale tego roku dojdzie do znacznego wzrostu bezrobocia w Polsce – komentuje Tomasz Hanczarek, Prezes Zarządu Work Service S.A.

Wyhamowanie wzrostu zatrudnienia w ostatnich miesiącach jest wynikiem panującej niepewności w światowej gospodarce. W trudnych czasach polscy przedsiębiorcy stawiają na zwiększanie efektywności swoich firm i starają się realizować zamówienia podstawową załogą, co zastopowało dodatkowe rekrutacje – dodaje Tomasz Hanczarek.

Poziom wynagrodzeń na przestrzeni ostatniego roku uległ poprawie na poziomie 4,3% i wynosi obecnie 3754,48 zł.

Wzrost efektywności przedsiębiorstw przekłada się również na wzrost wynagrodzeń. Następuje on jednak dość powoli i wystarcza on tylko na wyrównanie obecnego poziomu inflacji. Z pewnością płace w Polsce rosłyby w tym roku szybciej, gdyby po stronie pracodawców nie wzrosła z początkiem roku składka rentowa – podsumowuje Tomasz Hanczarek, Prezes Zarządu Work Service S.A.

Do 2020 r. dzięki szerokopasmowemu internetowi gospodarka Polski mogłaby zyskać łącznie blisko 40 mld zł

W 2010 r. dostęp do Internetu miało prawie 9 mln Polaków, a udział Internetu w całym PKB Polski wyniósł zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte 4,8 proc., czyli 68 mld zł. W najbardziej optymistycznym scenariuszu, w 2020 r. może być to już 13,1 proc. PKB, czyli aż 345 mld zł. Dostęp do szybkiego Internetu będzie miało wtedy 28 mln Polaków. Szybkie wdrożenie innowacyjnej technologii mobilnego dostępu do Internetu (spełniającej wymagania Agendy Cyfrowej co do przepustowości powyżej 30 Mb/s) w ciągu najbliższych 8 lat może powiększyć nasze PKB łącznie o 106 mld zł.

Internet jest w tej chwili na początku drugiego etapu swojego rozwoju, który zaczął się wraz z pojawieniem się szerokopasmowej i mobilnej technologii dostępu oraz bardzo szybkim rozwojem urządzeń, które ją wykorzystują (laptopy, smartfony czy tablety).

Eksperci Deloitte, w swoim raporcie przygotowanym na zlecenie Polskiej Telefonii Cyfrowej przedstawili wpływ szerokopasmowego Internetu na gospodarkę polską, biorąc pod uwagę trzy możliwe scenariusze:

  • bazowy, zakładający utrzymanie dotychczasowych trendów w rozwoju Internetu i osiągnięcie zasięgu mobilnego Internetu na poziomie 80 proc. od 2018 r.,
  • dynamiczny, zakładający przyspieszone wdrożenie innowacyjnej technologii szybkiego mobilnego dostępu do Internetu oraz osiągnięcie 85 proc. zasięgu od 2014 r.
  • oraz skoku cyfrowego, zakładający bardzo szybkie wdrożenie innowacyjnej technologii szybkiego mobilnego dostępu do Internetu praktycznie na terenie całego kraju i osiągnięcie 95 proc. zasięgu od 2016 r. (dodatkowe 10 proc. zasięgu w porównaniu ze scenariuszem dynamicznym)

Według ekspertów Deloitte, w scenariuszu bazowym udział Internetu wrośnie do 7,1 proc. PKB w 2015 r. i 9,5 proc. PKB pięć lat później. W wyrażeniu nominalnym przez dekadę 2010-2020 wartość dodana całej gospodarki wzrośnie 1,8-razy, czyli o 1056 mld zł, ale wartość związana z samym Internetem zanotuje wzrost aż 3,7-krotny, czyli o 159 mld zł.

W scenariuszu dynamicznym, w którym następuje niewielki dodatkowy wzrost udziału Internetu w PKB do 7,7 proc. w 2015 r. i 10,2 proc. w 2020 r., w wyrażeniu nominalnym przez dekadę wartość dodana ogółem wzrośnie nieco ponad 1,8-razy, czyli o 1062 mld zł, podczas gdy wartość dodana związana
z Internetem wzrośnie o 176 mld zł (4 razy).

Z dużo szybszym wzrostem udziału Internetu mamy do czynienia w scenariuszu skoku cyfrowego – do 9,1 proc. PKB w 2015 r. i 13,1 proc. PKB w 2020 r. W ciągu dekady 2010-2020 wartość dodana dla całej gospodarki w wyrażeniu nominalnym wzrośnie w tym scenariuszu 1,9-krotnie, tj. o 1083 mld zł. Natomiast wzrost PKB związany z Internetem wyniesie aż 5,1-raza, czyli 246 mld zł. W porównaniu ze scenariuszem bazowym będzie to więc o 86 mld zł więcej.

Powszechniejszy dostęp do Internetu

Podobnie dynamicznie będzie rosnąć liczba osób mających dostęp do Internetu. W 2010 roku dostęp ten miało prawie 9 milionów Polaków, na koniec 2011 r. było ich niecałe 10 mln – „Nasze obliczenia pokazują, że w scenariuszu bazowym łączna liczba użytkowników Internetu może w 2020 r. przekroczyć 18 mln. W scenariuszu dynamicznym może wzrosnąć do blisko 20 mln w 2020 r., natomiast w scenariuszu skoku cyfrowego, z uwagi na tzw. efekt kuli śnieżnej, łączna liczba użytkowników Internetu sięgnie prawie 28 mln w 2020 r.” – wyjaśnia Maciej Klimek, Starszy Menedżer w grupie Technologie, Media i Telekomunikacja w dziale konsultingu Deloitte.

We wszystkich trzech scenariuszach widać wyraźny wzrost liczby użytkowników korzystających z mobilnego Internetu. W 2020 r. w scenariuszu bazowym jest ich 3,5 raza więcej, w dynamicznym – 4 razy a w scenariuszu skoku cyfrowego – aż 7 razy więcej niż w roku 2010. Co to oznacza dla zwykłego użytkownika? Oszczędność czasu, dostęp do większej liczby informacji, a dzięki sprzedaży on-line szerszą ofertę produktów i w rezultacie tańsze zakupy.

Szerokopasmowy Internet w firmach

Na rozwoju szerokopasmowego Internetu w istotny sposób skorzystają także przedsiębiorcy. Według danych GUS większość firm w Polsce posiada dziś dostęp do Internetu. Nie oznacza to jednak, że w jednakowym stopniu wpływa on na strukturę ich przychodów. Raport Deloitte wyznacza 82 kategorie działalności gospodarczej, których funkcjonowanie, a w związku z tym i obroty firm, związane są w znacznym stopniu z Internetem. Są wśród nich m.in. przedsiębiorstwa wytwórcze, transportowe i turystyczne, telekomunikacyjne, ubezpieczeniowe oraz media. Autorzy przedstawiają przykłady konkretnych firm, na których rozwój w sposób znaczący wpłynął Internet. Są wśród nich giganci tacy jak mBank, PKP Intercity czy Leroy Merlin, ale także niewielki sklep internetowy z zabawkami drewniaczek.pl, portal Inwestycje.pl czy firma informatyczna Ericpol Telecom. Łącznie wszystkie zidentyfikowane w raporcie kategorie firm w 2010 r. wytworzyły 31 proc. wartości dodanej polskiej gospodarki. Zdaniem ekspertów Deloitte w 2020 r. ten wskaźnik wyniesie blisko 33 proc. – „Zastosowaliśmy konserwatywną metodologię obliczania udziału Internetu w całym PKB, ze względu na dużą zmienność i nieprzewidywalność niektórych czynników. Dlatego też nasz szacunek udziału Internetu w polskiej gospodarce należałoby uznać za dość ostrożny” – ocenia Maciej Klimek.

Przeprowadzone analizy jednoznacznie wskazują na korelację rozwoju Internetu ze wzrostem PKB. W przypadku scenariusza dynamicznego szacuje się, że do 2020 r. gospodarka Polski mogłaby zyskać łącznie blisko 40 mld zł w stosunku do scenariusza bazowego. Dla scenariusza skoku cyfrowego wartość ta jest jeszcze większa – jego realizacja mogłaby oznaczać korzyść w postaci około 106 mld zł dodatkowego skumulowanego PKB wytworzonego do 2020 r. – „Rozwój Internetu możemy porównać z rozwojem elektryczności, bez której nikt z nas nie jest w stanie funkcjonować. Prawdziwą rewolucję przyniosło jednak nie samo wynalezienie prądu, ale doprowadzenie go nawet do najmniejszego gospodarstwa domowego” – podsumowuje Rafał Antczak, Członek Zarządu Deloitte. – „Tak dzieje się również z Internetem, którego rozwój zależy w podobnym stopniu od sektora prywatnego, jak
i publicznego” – dodaje.

Pełen raport „Wpływ przyspieszonego rozwoju szerokopasmowego dostępu do Internetu na gospodarkę polską” dostępny jest na stronie www.deloitte.com/pl/tmt.

Rynek maszyn budowlanych w Polsce 2012

Dynamicznie zmieniająca się sytuacja na rynku budowlanym bezpośrednio wpływa na strukturę i zyskowność komplementarnego dla budownictwa rynku maszyn. W najbliższych latach analitycy PMR oczekują wysokiego udziału rynkowego koparek i ładowarek, stabilizacji na niskim poziomie w kategorii żurawi wieżowych, a także skurczenia się rynku walców drogowych.

Jak pokazuje opracowany firmę badawczą PMR raport zatytułowany „Rynek maszyn budowlanych w Polsce 2012 – Prognozy rozwoju na lata 2012-2014”, chłonność polskiego rynku maszyn w zaledwie 20% zaspokajana jest poprzez produkcję krajową. W związku z tym sektor budowlany w dużej mierze opierać się musi o urządzenia sprowadzane zza granicy.

Analiza struktury importu netto maszyn budowlanych pokazuje, że głównym obszarem zainteresowań polskich budowlańców od lat pozostają urządzenia uniwersalne, których wykorzystanie możliwe jest przy wielu typach robót budowlanych. Niekwestionowanym liderem pozostają różnego rodzaju koparki i ładowarki, stanowiące od wielu lat solidny trzon floty i odpowiadające za ponad 80% wartości sprowadzanych rok-rocznie urządzeń. Dominują zwłaszcza urządzenia obrotowe, stanowiące w 2011 r. blisko 40% wartości importu.

Na przestrzeni lat 2007-2011 miały miejsce istotne zmiany w zakresie podstawowych urządzeń mających zastosowanie w budownictwie drogowym i kolejowym, które odnotowały wyraźny wzrost. Z dużym prawdopodobieństwem można jednak stwierdzić, że baza sprzętowa w zakresie urządzeń stricte drogowych w kolejnych latach będzie się zmniejszać. Duże obniżenie wydatków inwestycyjnych GDDKiA od 2013 r. spowoduje wstrzymanie inwestycji w kolejne jednostki sprzętowe i korektę struktury parków maszynowych. Dodatkowo, wiele firm zapowiada przeniesienie części swojego potencjału sprzętowego poza granice Polski w kierunku nakreślonym przez wzmożone plany inwestycyjne, np. na teren przygotowującej się do wielu przedsięwzięć sportowych Rosji.

Największe zmiany na przestrzeni ostatnich lat obserwować można było na rynku żurawi wieżowych. Podczas gdy w rewelacyjnym pod względem wartości sprzedanego sprzętu roku 2007 udział żurawi kształtował się na poziomie ok. 8%, w kolejnych latach miały miejsce znaczne spadki. Już w 2010 roku ich udział zmniejszył się czterokrotnie, a w 2011 roku odpowiadały one już tylko za pół procenta wartości sprowadzonych maszyn. Bezpośrednich przyczyn takiego stanu rzeczy upatrywać należy w dużych zmianach, jakie w tym czasie nastąpiły w segmencie budownictwa kubaturowego. Notowane od 2008 r. spowolnienie w budownictwie deweloperskim znacznie ograniczyło popyt na dodatkowe żurawie na rynku. Pomimo obecnego ożywienia w budownictwie deweloperskim, najbliższe lata także nie przyniosą gwałtownych zmian na rynku żurawi. W ocenie analityków PMR, rynek ten jest już na tyle nasycony, że obecna oferta jest wystarczająca w stosunku do potrzeb zgłaszanych przez firmy budowlane.

Jednakże w dłuższej perspektywie podmioty działające na rynku maszyn budowlanych w Polsce nie powinny mieć powodów do obaw, m.in. dzięki oczekiwanemu napływowi środków unijnych w latach 2014-2020, a także z uwagi na konieczność okresowego odnawiania parku maszynowego. Dodatkowo, przeprowadzona analiza sytuacji finansowej największych 35 firm zajmujących się produkcją, dystrybucją lub wynajmem sprzętu budowlanego wskazuje, że po gwałtownym spadku poziomu marż jaki miał miejsce w 2008 roku, od 2009 r. nieprzerwanie następuje powolna poprawa. Ostatnie dostępne dane wskazują, że średnia marża generowana przez segment oscylowała wokół 3% przy odsetku firm wykazujących straty wynoszącym 20% wobec 26% w 2008 r.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek maszyn budowlanych w Polsce 2012 – Prognozy rozwoju na lata 2012-2014”.

Komisja Europejska chce wprowadzić Wspólne Europejskie Prawo Sprzedaży

Zarówno kupujących, jak i sprzedawców do handlu na unijnym rynku zniechęcają wątpliwości co do tego, jaki system prawny ma być stosowany w przypadku ewentualnych sporów czy reklamacji. Komisja Europejska proponuje więc, by wprowadzić neutralne Wspólne Europejskie Prawo Sprzedaży jako alternatywę dla stosowania porządków prawnych poszczególnych krajów. Mogłoby to ożywić handel na unijnym rynku.

Propozycja jest prosta. Jeśli obie strony – kupujący i sprzedający – umawiają się, że korzystają z przepisów Wspólnego Europejskiego Prawa Sprzedaży, cała transakcja powinna być regulowana przez to prawo, zamiast prawa krajowego. Jak przewiduje Komisja Europejska, dzięki temu i konsument, i przedsiębiorca zaoszczędzą czas i pieniądze.

– Przedsiębiorca nie będzie musiał ponosić kosztów związanych z dostosowaniem się do 27 różnych systemów prawnych. Będzie mógł stosować jeden zestaw przepisów, raz dostosować swoją stronę internetową, ogólne warunki swoich umów i swoje sposoby postępowania – tłumaczy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Mikołaj Zaleski, przedstawiciel Dyrekcji Generalnej ds. Sprawiedliwości Komisji Europejskiej.

Wspólne Europejskie Prawo Sprzedaży – zgodnie z założeniami KE – ma istnieć równolegle do prawa krajowego i będzie dobrowolnie stosowane przez zainteresowane strony umowy. Pomysłodawcy oceniają, że to rozwiązanie ma ożywić europejski handel i zwiększyć obroty. Dziś – zdaniem KE – hamują go, między innymi, niejednolite przepisy prawne.

– Polski przedsiębiorca, który oferuje swoje towary konsumentom, np. w Niemczech, musi wziąć pod uwagę, że jeżeli coś będzie z tym towarem nie tak, będzie musiał stosować niemieckie prawo ochrony konsumenta. A co za tym idzie, jeśli będzie chciał oferować swoje towary na rynkach 27 państw-członków UE, będzie się musiał dostosować do 27 różnych reżimów prawnych – tłumaczy Mikołaj Zaleski.

Z ubiegłorocznego badania Eurobarometru wynika, że blisko połowa Europejczyków nie robi zakupów za granicą, ponieważ ma wątpliwości co do przysługujących im praw. Aż 55 proc. przedsiębiorców, którzy zajmują się bądź chcieliby się zajmować handlem transgranicznym, twierdzi, że powstrzymuje ich od tego szereg barier prawnych, głównie różnice w przepisach dotyczących ochrony konsumenta i rozstrzygania ewentualnych sporów.

Polski przedsiębiorca oferujący przez internet buty, wyprodukowane w Czechach konsumentom z Hiszpanii, musi zapoznać się i stosować hiszpańskie prawo ochrony konsumenta. Taka sytuacja jest kosztowna i rodzi wiele obaw przedsiębiorców.

Jak podkreśla Mikołaj Zaleski, w przypadku profesjonalnych transakcji międzynarodowych pomiędzy niewielkimi przedsiębiorcami każdej ze stron zależy na tym, by odbywało się to na podstawie prawa dla nich bardziej korzystnego, co często rodzi konflikty i kosztowne negocjacje. Przyjęcie jednego systemu, z jednolitym prawem sprzedaży, dla całej UE pozwoliłoby – zdaniem przedstawiciela KE – przedsiębiorcom na wymierne oszczędności.

Krytycy tego pomysłu twierdzą, że równoległe funkcjonowanie dwóch porządków prawnych może prowadzić do nieporozumień na rynku i możliwej dezorientacji konsumentów.

– Strony umowy będą wolne, żeby sobie wybrać to prawo, ale nie będą miały takiego obowiązku. Będą to robić tylko, jeśli przepisy będą im odpowiadać, jeśli będą odpowiadać ich potrzebom rynkowym. Tak samo konsument. Będzie miał wolność, nie będzie musiał kupować towarów w oparciu o ten system prawny. Nie chcemy ingerować w system prawny państw członkowskich, celem nie jest ujednolicenie praw krajowych – przypomina przedstawiciel Dyrekcji Generalnej ds. Sprawiedliwości KE.

Projekt Wspólnego Europejskiego Prawa Sprzedaży był jednym z priorytetów ubiegłorocznej polskiej prezydencji w Radzie Unii Europejskiej. Obecnie toczą się negocjacje pomiędzy państwami członkowskimi i w Parlamencie Europejskim.

– Komisja stara się propagować nową propozycję, stara się wysłuchiwać uwag wszystkich zainteresowanych podmiotów. Projekt jest dość obszerny, wymaga analizy i zastanowienia. Myślę, że przed nami intensywne negocjacje – mówi Mikołaj Zaleski.

W ubiegłym roku wynagrodzenia menedżerów wzrosły o 11 proc

Najbardziej poszukiwani na rynku pracy są technicy, ale humaniści mają większy wybór ofert
Kazimierz Sedlak, prezes firmy doradczej Sedlak & Sedlak

Prezesi polskich spółek giełdowych zarabiali w ubiegłym roku średnio 40 tys. zł miesięcznie – wynika z raportu przygotowanego przez firmę Sedlak & Sedlak. Wynagrodzenia wiceprezesów były tylko nieznacznie niższe. Najwyższe zarobki oferowały banki i ubezpieczyciele notowani na GPW, szczególnie w indeksie WIG20. Co ciekawe, na ich wysokość nie wpływały wyniki finansowe spółki, a tylko jej wielkość.

W porównaniu do 2010 roku w ubiegłym roku wynagrodzenia menedżerów wzrosły o 11 proc.

– Średnie wynagrodzenie roczne menedżera w spółce giełdowej wynosi 550 tys. zł. W przypadku najlepiej opłacanych branż, takich jak ubezpieczenia i bankowość, te wynagrodzenia roczne wynoszą ponad 1,7 mln złotych, czyli są zdecydowanie większe – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Kazimierz Sedlak, prezes firmy doradczej Sedlak & Sedlak.

Na blisko 1,4 tys. menedżerów, uwzględnionych w raporcie, 253 zarobiło w ubiegłym roku ponad milion złotych, a 70 z nich – ponad 2 miliony złotych.

Banki przeznaczyły na wypłatę wynagrodzeń średnio prawie 13 mln zł, najwięcej Bank BPH – 22,5 mln zł. Na kolejnych miejscach pod tym względem znalazły się spółki paliwowe – 4 mln zł oraz energetyczne – 2,8 mln zł.

Rosnące zarobki menedżerów wcale nie świadczą o poprawie sytuacji finansowej w spółkach notowanych na GPW. Jak wskazuje raport firmy Sedlak & Sedlak, wielkość wynagrodzenia nie jest zwykle powiązana z wynikami spółki.

– Wynagrodzenia w polskich spółkach giełdowych są wyraźnie powiązane z wielkością spółki, natomiast w zdecydowanie mniejszym stopniu zależą od zysku netto wypracowanego przez spółki – podkreśla Kazimierz Sedlak.

Potwierdza to analiza danych z głównych indeksów na warszawskiej giełdzie. Zdecydowanie najlepiej wynagradzani są prezesi, wiceprezesi i członkowie zarządów 20 największych spółek z WIG20, które przeznaczają na ten cel po 9,8 mln zł rocznie.

– Średnie roczne wynagrodzenie takiego menedżera wynosi 2,1 mln zł. W przypadku drugiego indeksu, już znacznie mniejszego, czyli WIG40, wynagrodzenie średnie roczne wynosi 1,2 mln złotych. Natomiast w spółkach z indeksu WIG80, czyli jeszcze mniejszych, jest to niewiele ponad milion złotych rocznie – wymienia prezes Sedlak & Sedlak.

Wśród spółek WIG40 i WIG80 na fundusz wynagrodzeń w ubiegłym roku przeznaczano odpowiednio po 4 mln zł i 2,7 mln zł.

Giełdową spółką, która w ubiegłym roku najlepiej wynagrodziła swoich menedżerów, był TVN S.A. Każda z trzech osób z zarządu zarobiła prawie 5 mln zł. Na kolejnych pozycjach znalazły się zarządu TU Europa S.A. (3,8 mln zł), Getin Noble Bank (3,1 mln zł), Cyfrowy Polsat (3,1 mln zł) i BRE Bank (2,7 mln zł).

Rekordzistą ubiegłorocznego zestawienia jest prezes Comarch i główny akcjonariusz tej firmy, Janusz Filipiak, który zarobił blisko 12 mln zł.

– Jest to osoba, która rzeczywiście, jeśli popatrzymy na historię polskiej giełdy, która otrzymała jedno z najwyższych wynagrodzeń przez okres funkcjonowania GPW i okres funkcjonowania spółki na giełdzie – mówi Kazimierz Sedlak.

Tegoroczny raport firmy Sedlak & Sedlak „Wynagrodzenia członków zarządów spółek notowanych na GPW w 2011 roku” to już ósma edycja. Zostały w niej uwzględnione wynagrodzenia blisko 1,4 menedżerów z 333 spółek giełdowych.

Spadki ceny mieszkań w I kwartale 2012 roku

Główny Urząd Statystyczny podaje, że w I. kwartale 2012 roku do użytku oddano o 31, 9% więcej mieszkań niż w tym samym okresie 2 lata temu. Według analityków otoDom.pl w pierwszym półroczu ceny mieszkań na rynkach wtórnym i pierwotnym ustawicznie spadały nawet na przestrzeni zaledwie kilku miesięcy.

Patrząc na dane rynkowe serwisu otoDom.pl z I poł. 2012 roku dla 5 miast Polski – Warszawy, Gdańska, Krakowa, Wrocławia i Poznania, ceny mieszkań na rynkach wtórnym i pierwotnym ustawicznie spadały nawet na przestrzeni zaledwie kilku miesięcy. Średnia cena ofertowa metra kwadratowego w okresie styczeń-czerwiec spadła o 350 zł w Warszawie, 150 zł w Poznaniu, 200 zł we Wrocławiu oraz 250 zł w Krakowie i Gdańsku, czyli średnio o 4-5%. We wszystkich branych od uwagę przez analityków otoDom.pl miastach w czerwcu trzeba było zapłacić za metr kwadratowy o średnio kilka procent mniej niż w analogicznym okresie minionego roku.

Półrocze spadków

W pierwszych miesiącach tego roku średnie ceny ofertowe mieszkań 2-pok. w Warszawie plasowały się na poziomie 8400 zł, w Poznaniu taki metraż był dostępny na poziomie 5800 zł, a we Wrocławiu w średniej cenie 6200 zł. Stosunkowo dużym zainteresowaniem ze strony potencjalnych kupujących w tym samym czasie cieszyły się mieszkania z rynku pierwotnego. W styczniu liczba ofert sprzedaży nowych mieszkań była o kilkanaście tysięcy większa r/r. Aktualne ceny są natomiast średnio o 5-10% niższe od ubiegłorocznych.

– Deweloperzy oferowali nowe inwestycje, starając się dopasowywać je do zróżnicowanych wymogów odbiorców. Pojawiły się oferty o niższych cenach, nieco lepiej dopasowane do aktualnych oczekiwań kupujących w zakresie liczby pokoi, metrażu i lokalizacji. Jednocześnie rosło zainteresowanie tańszymi mieszkaniami pochodzącymi z rynku wtórnego. Na rynku warszawskim cały czas sporo było mieszkań, urządzonych w wysokim standardzie, których ceny znacznie przekraczały ceny mieszkań z rynku pierwotnego – mówi Przemysław Kotwicki, Dyrektor serwisu ogłoszeń sprzedaży i wynajmu nieruchomości otoDom.pl.

Spokojniej na rynku wynajmu

Jeżeli chodzi o wynajem nieruchomości na przestrzeni ostatnich 6 miesięcy w największych miastach Polski spadki nie były tak ewidentne. W I. kw. ceny wynajmu mieszkań 2-pok. w Warszawie utrzymywały się na stałym, niemal identycznym do poprzedniego roku poziomie, i wynosiły średnio 2520 zł za miesiąc. Od stycznia ceny wynajmu kawalerek w Warszawie stopniowo malały, utrzymując się obecnie na średnim poziomie 1800 zł. W Gdańsku ceny wynajmu mieszkań 2-pokojowych spadły w przeciągu roku średnio o 120-150 zł, oraz 100 zł w okresie od stycznia do czerwca, czyli ok. 9-10%. Koszt wynajmu kawalerki spadł od stycznia o średnio 200 zł, czyli ok. 16-17%.

W porównaniu do tego samego okresu w 2011 roku, ceny również spadły średnio o 200 zł. W Poznaniu ceny wynajmu mieszkań 2-pok. i kawalerek były niemal identycznie zarówno r/r, jak i w okresie styczeń-czerwiec. We Wrocławiu 2-pok. lokum wynajmiemy dziś średnio o 5% taniej niż w styczniu. Wynajem kawalerki natomiast to dziś średnio o 10% mniejszy koszt niż rok temu. Na rynku nieruchomości krakowskich można było zaobserwować najbardziej stabilną sytuację cenową. Zarówno mieszkania 2-pok., jak i kawalerki wynajmiemy za prawie takie same pieniądze jak w styczniu i marcu tego roku, oraz w analogicznym okresie rok temu.

Prognozy na drugie półrocze

Eksperci otoDom.pl w następnych sześciu miesiącach nie przewidują gwałtownych zmian cen. Jak jednak podkreślają, trudno jest jednoznacznie prognozować jak będzie wyglądała sytuacja na rynku w kolejnych miesiącach. – Biorąc pod uwagę takie czynniki ekonomiczne jak inflacja, wzrost cen paliw oraz towarów i usług, a także już obniżone ceny mieszkań i wynajmu, nie spodziewamy się gwałtownych spadków cen w najbliższej przyszłości. Z drugiej strony zmniejszająca się liczba transakcji na rynku, mniejsza liczba udzielanych kredytów oraz cały czas duża podaż mieszkań zaostrza konkurencję pomiędzy sprzedającymi co przekłada się na obniżki cen transakcyjnych. Taki trend może się utrzymać w drugiej połowie roku – dodaje Przemysław Kotwicki.

Patrząc natomiast na liczbę aktywnych ofert, serwis otoDom.pl odnotował na przestrzeni ostatniego półrocza wyraźny wzrost zamieszczanych ogłoszeń wynajmu w Poznaniu (28%) oraz Krakowie (24%). Liczba Ofert sprzedaży utrzymywała się we wszystkich miastach na tym samym poziomie.

Rząd przekaże urzędom pracy dodatkowe 500 mln zł na pomoc bezrobotnym

Minister finansów zaakceptował pomysł resortu pracy, by zwiększyć tegoroczne wydatki na Fundusz Pracy o 500 mln zł. Pieniądze będą przeznaczone na aktywizację grup bezrobotnych, które wymagają większego wsparcia. – Warto uruchomić te środki na walkę z bezrobociem. Możliwości mamy bardzo dużo – mówi Władysław Kosiniak–Kamysz, szef resortu pracy.

Jak zapowiada minister pracy, 500 mln zł trafi do urzędów pracy, które będą je rozdysponowywać na działania mające aktywizować bezrobotnych, przeciwdziałać bezrobociu i łagodzić jego skutki.

– To są staże, dofinansowanie otwarcia działalności gospodarczej, wyposażenie stanowisk pracy, roboty publiczne, prace interwencyjne. Tych elementów mamy bardzo dużo – przekonuje Władysław Kosiniak-Kamysz w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria. – Warto z nich skorzystać, warto mówić o efektywności. Mam nadzieję, że uda nam się to w tym roku zrealizować.

Złożony na początku lipca wniosek o zwiększenie środków w Funduszu Pracy to efekt niepokojących sygnałów z polskiego rynku pracy. Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej szacuje, że w czerwcu bezrobocie spadło o 0,2 pkt. proc. w porównaniu do maja, do poziomu 12,4 proc.

– Czerwiec niewątpliwie był miesiącem, w którym spadek stopy bezrobocia był poniżej naszych oczekiwań. Liczyliśmy, że to będzie bardziej dynamiczny spadek. Stąd ten wniosek i potrzeba interwencji. Chcemy reagować na to, co się dzieje na bieżąco na rynku pracy – zapewnia Władysław Kosiniak-Kamysz.

W ocenie Moniki Kurtek, głównej ekonomistki Banku Pocztowego, dzięki uruchomionym środkom stopa bezrobocia na koniec roku może być w granicach 12,8 proc.

– Wydaje się jednak, że te pieniądze to i tak są środki doraźne. Nie spodziewam się, żeby one w dłuższej perspektywie przyniosły oczekiwany rezultat w postaci trwałego spadku stopy bezrobocia. Jesteśmy wprost uzależnieni od koniunktury. Jeżeli tempo wzrostu gospodarczego w Polsce będzie przyśpieszać, wówczas przedsiębiorcy będą tworzyć nowe miejsca pracy i to bezrobocie trwale nam się będzie obniżać – ocenia Monika Kurtek.

Przychody Funduszu Pracy w tym roku zaplanowano na poziomie 10 mld zł, z czego na zasiłki dla bezrobotnych trafić mają 3 mld zł, a na przeciwdziałanie bezrobociu prawie 3,5 mld zł.

Ministrowie pracy i finansów podczas środowego spotkania uzgodnili również, że podejmą działania, by od 2013 roku do Funduszu Pracy trafiały unijne środki na aktywizację bezrobotnych. W ich opinii pozwoli to na bardziej skuteczne wykorzystanie tych pieniędzy. W tym celu wymagana będzie nowelizacja odpowiednich rozporządzeń.

Mobilne płatności smartfonami Visa payWave

Organizacja Visa Europe poinformowała o udostępnieniu aplikacji mobilnych płatności zbliżeniowych Visa payWave w polskiej wersji językowej.

Smartfonami z mobilną aplikacją zbliżeniową Visa można płacić w tych samych terminalach, które obsługują płatności zbliżeniowymi kartami Visa których jest w Polsce już w ponad 70 tys. Płacić zbliżeniowo można też w transporcie miejskim m.in. we Wrocławiu oraz w Warszawie, gdzie mobilne biletomaty umożliwiają m.in. szybką i wygodną płatność za przejazd za pomocą zbliżeniowej karty Visa oraz smartfonów z aplikacją Visa payWave. Aplikacja umożliwia także śledzenie historii wszystkich transakcji dokonanych telefonem.

„Po ogromnym sukcesie zbliżeniowych kart Visa w Polsce jesteśmy dobrze przygotowani na kolejny, znaczący krok w postaci płatności mobilnych, dokonywanych za pomocą smartfonów” – stwierdził Jakub Kiwior, dyrektor Visa Europe w Polsce.

Upowszechnienie płatności zbliżeniowych i mobilnych jest częścią realizowanej przez organizację Visa Europe wizji przyszłości płatności (Visa Future of Payments), która ma na celu tworzenie konsumentom jak najlepszych warunków dla płatności elektronicznych z użyciem dowolnego urządzenia. Visa Europe przewiduje, że w 2020 r. ponad połowa wszystkich transakcji Visa będzie dokonywana z wykorzystaniem urządzeń mobilnych.

Partnerem Visa w tym przedsięwzięciu, obok jednego z polskich banków członkowskich, jest Orange Polska. Operator, który ma duże doświadczenie we wdrożeniach płatności zbliżeniowych za pośrednictwem telefonów komórkowych, dostarczył usługi telekomunikacyjne oraz karty SIM NFC z preinstalowaną kartą płatniczą banku.

Rynek reklamy online w II kwartale 2012 roku

Reklamodawcy nadal stawiają na tradycyjne formaty reklamowe. Systematycznie na sile zyskują jednak bardziej interaktywne rozwiązania. Największy udział w emisji reklam niezmiennie odnotowują firmy z branży telekomunikacyjnej – wynika z raportu gemiusAdMonitor za II kwartał 2012 roku.

Raport gemiusAdMonitor przygotowano na podstawie danych zgromadzonych w badaniu gemiusDirectEffect. Zrealizowane w II kwartale 2012 roku kampanie online przeanalizowano pod kątem wykorzystywanych form kreacji, osiąganych przez nie wskaźników oraz branż, które były reklamowane.

W II kwartale 2012 roku największy udział, w całkowitej liczbie emisji badanych kampanii, odnotowano w branżach: telekomunikacja (24,1%), finanse, ubezpieczenia, maklerstwo (13%) oraz motoryzacja (9,2%). To znaczące zmiany względem I kwartału bieżącego roku. W okresie od stycznia do marca najaktywniej reklamowali się przedstawiciele następujących branż: telekomunikacja (30,7%), motoryzacja (17,9%) oraz sprzęty domowe, meble i dekoracje (12,4%).

Największym zainteresowaniem internautów w II kwartale 2012 cieszyły się kreacje firm działających w sektorach: żywność (CTR: 1,10%), czas wolny (CTR: 1,06%) oraz podróże, turystyka, hotele i restauracje (CTR: 0,92%).

Mimo że Rich Media mają większy niż tradycyjne formaty potencjał oddziaływania na odbiorców, reklamodawcy nadal stawiają na klasyczne formy reklamy. W II kwartale 2012 roku najczęściej stosowanymi formatami kreacji – we wszystkich zrealizowanych w tym czasie kampaniach – były: Double Billboard (25,8%), Preroll (16,4 %) oraz Toplayer (12,4%). Jak pokazują prowadzone przez Gemius analizy – firmy coraz chętniej sięgają jednak po nowe, bardziej efektywne rozwiązania. Udział formatu Preroll wzrósł o 3%, a Toplayer o 4% względem pierwszych miesięcy 2012 roku.

Wśród najpopularniejszych formatów reklamowych pod względem średniego CTR w II kwartale 2012 roku znalazły się: Toplayer (2,43%), Wideboard 1024×300 (2,03%) oraz Preroll (2,02%). Z kolei najwyższy uCTR – wskaźnik określający jak wielu użytkowników spośród tych, którzy widzieli daną kreację, kliknęło w nią – odnotowano dla formatów: Wideboard 1024×300 (3,85%), Toplayer (3,14%) oraz Wallpaper (2,71%).

W II kwartale 2012 roku wskaźnik CTR liczony dla otwartych maili wyniósł 18,50%, co oznacza spadek o 3,57% względem pierwszych trzech miesięcy bieżącego roku. Odsetek kampanii wykorzystujących tę formę reklamy wyniósł 22,44%.

100 mld euro z funduszu ratunkowego na wsparcie Hiszpanii

Niemiecki Bundestag zgodził się wczoraj na przekazanie Hiszpanii do 100 mld euro z funduszu ratunkowego. Dzięki temu zostanie dokapitalizowany sektor bankowy. – To jedyny pomysł, który pojawił się w ramach Unii Europejskiej, na wyjście z kryzysu – mówi Rafał Antczak, wiceprezes Deloitte Polska.

Europejski Instrument Stabilności Finansowej (EFSF) udziela wsparcia państwom strefy euro. Dotychczas skorzystały z niego kraje znajdujące się w złej kondycji finansowej: Irlandia, Portugalia i Grecja. W przypadku pomocy dla Hiszpanii pojawiły się w Niemczech kontrowersje, że przekazywanie kolejnych funduszy obciąża kraj odpowiedzialnością za długi innych państw.

– Najważniejsze z punktu widzenia funkcjonowania mechanizmu pomocowego jest to, że Niemcy postępują w porządku prawnym, który z ich punktu widzenia nie tylko, jako największego donora całej operacji ratowania krajów grupy PIIGS [Portugalia, Irlandia, Włochy, Grecja i Hiszpania – przyp. red.], ale w ogóle funkcjonowania Unii Europejskiej, ma fundamentalne znaczenie – tłumaczy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Rafał Antczak.

Ostatecznie Niemcy podjęły decyzję o przyznaniu pomocy Hiszpanii. Kryzys w tamtejszym sektorze bankowym zagrażałby stabilności całej strefy euro i niemieckiej gospodarce.

– W strefie euro i w całej UE nie ma innego planu wychodzenia z kryzysu niż plan, który został przygotowany przez rząd Niemiec we współpracy z Europejskim Bankiem Centralnym. Jeżeli byłyby w Unii jakikolwiek pomysł, jak tę sprawę uregulować, to takie plany można by dyskutować. Na razie takich pomysłów i takich planów nie ma – komentuje Rafał Antczak.

Zdaniem ekonomisty, są szanse na to, że pieniądze nie zostaną zmarnotrawione. W dużej mierze dzięki wprowadzeniu pod koniec minionego roku tzw. sześciopaku, zwiększającego dyscyplinę finansów publicznych w krajach UE. Zobowiązuje on państwa członkowskie do tego, by nie dopuściły do sytuacji, w której deficyt sektora finansów publicznych danego kraju przekroczyłby 3 proc. PKB, a dług publiczny 60 proc. PKB.

– Inne kraje nie miały, jak Polska, wpisanego w konstytucję limitu długu. Teraz zaczynają wprowadzać takie regulacje. To jest wszystko, co można zrobić w kraju demokratycznym, żeby spełnić pewne warunki do tego, żeby zasady były przestrzegane. Do tego dochodzi element karania krajów, które nie będą ich przestrzegać – wskazuje przedstawiciel Deloitte Polska.

Ważne będzie zatem egzekwowanie tej finansowej dyscypliny. Jeśli dany kraj dopuści się złamania zasad, wówczas zostanie otwarta tzw. procedura nadmiernego deficytu, mogąca skutkować sankcjami finansowymi. Dotyczą one członków strefy euro, choć pozostałe państwa UE również mogą ponieść konsekwencje.

– Jak wiemy z historii, taką dyscyplinę kryteriów z Maastricht złamały największe kraje strefy euro z Niemcami i Francją na czele. Od tego się zaczął cały problem – przypomina Antczak. – Teraz miejmy nadzieję, że jest to po prostu nauczka, według przysłowia „Mądry Polak po szkodzie”.

Polska gospodarka hamuje a to dopiero początek

– Hamowanie wzrostu gospodarczego w Polsce jest coraz ostrzejsze – mówi Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego, oceniając najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego. Niepokojąca jest przede wszystkim sytuacja w przemyśle i budownictwie. W czerwcu spadek produkcji przemysłowej odnotowano w 16 działach gospodarki.

Według Głównego Urzędu Statystycznego spada produkcja m.in. mebli i wyrobów farmaceutycznych. Wyraźne spowolnienie widać również w motoryzacji i przemyśle wydobywczym. Również branża budowlana odnotowuje hamowanie. W ciągu miesiąca liczba rozpoczętych budów mieszkań spadła o blisko 15 proc.

– Dane GUS-u są dosyć pesymistyczne – ocenia Monika Kurtek, główna ekonomista Banku Pocztowego. – Dużo gorsze niż spodziewał się rynek.

Jej zdaniem, to pierwsze, tak wyraźne symptomy spowolnienia, z którym mamy do czynienia od początku roku. Utrzymanie tempa spadków w kolejnych miesiącach sprawiłoby, że wzrost PKB w II półroczu zatrzymałby się na granicy 2 procent albo i niżej.

– To z kolei wskazywałoby, że osiągnięcie tempa wzrostu gospodarczego w okolicach 3 proc. w całym roku będzie praktycznie niemożliwe – tonuje dobre do tej pory nastroje główna ekonomistka Banku Pocztowego. – Raczej należałoby rewidować prognozy w dół, w okolicy 2,5–3 proc.

W tegorocznej ustawie budżetowe rząd zakładał, że polska gospodarka będzie rozwijać się w tempie 2,5 proc. Jednak wielu ekonomistów podkreślało, że są to założenia zbyt pesymistyczne.

Zdaniem Moniki Kurtek, spadek produkcji w przemyśle to efekt spowolnienia gospodarczego u naszych zagranicznych partnerów. Przede wszystkim w Niemczech.

– Zamówienia z zagranicy są mniejsze i nasi producenci dostosowują swoją produkcję do tych zamówień – tłumaczy ekonomistka.

Na ich decyzję wpływają również sygnały świadczące o tym, że i popyt w kraju maleje.

Znaczną przewagę podaży nad popytem widać również w branży budowlanej. W czerwcu oddano do użytku ponad 11,5 tys. nowych mieszkań, czyli o 1/3 więcej niż przed rokiem i o 15 proc. niż w maju. Coraz mniej wydawanych pozwoleń na budowę oraz rozpoczynanych budów świadczą o tym, że deweloperzy na razie wstrzymują się z inwestycjami.

Według Moniki Kurtek, branża budowlana zaczyna powoli odczuwać efekt Euro 2012. Stopniowo są kończone wszelkie projekty infrastrukturalne, związane z organizacją Mistrzostw Europy w piłce nożnej.

– To był czynnik, który inwestycje w Polsce przez ostatnie lata bardzo wspierał – tłumaczy ekonomistka. – Brak tych inwestycji powoduje, że w tej chwili budownictwo znajduje się praktycznie na minusie. Takie konsekwencje gaśnięcia pozytywnego impulsu na pewno będziemy jeszcze obserwować w kolejnych miesiącach.

Częstochowa dofinansuje in vitro swoim mieszkańcom

W Częstochowie po 3 tys. zł mogą dostać małżeństwa na zabieg in vitro. – Częstochowa jest przodującym miastem, podpisano tam uchwałę i 110 tys. zł z budżetu miasta zostało przeznaczone dla mieszkańców – mówi Marzena Smolińska ze Stowarzyszenia Nasz Bocian i kliniki InviMed. To pierwszy samorząd wspierający w ten sposób bezpłodne pary.

Stowarzyszenie Nasz Bocian brało udział w pracach przygotowawczych uchwały Rady Miasta precyzującej, jakim parom może być przyznana pomoc. Zdecydowano, że dofinansowanie otrzymają wyłącznie małżeństwa. Zostaną zakwalifikowane do leczenia metodą zapłodnienia pozaustrojowego zgodnie z wytycznymi Polskiego Towarzystwa Medycyny Rozrodu. Małżonkowie muszą przynajmniej przez rok być zameldowani na stałe na terenie Częstochowy. Wówczas mają szansę na jednorazowe wsparcie w wysokości 3 tys. zł.

– To pokryje koszty leków. Myślę, że to znaczne odciążenie dla par – informuje Marzena Smolińska. –Chętnie byśmy widzieli [w ustawie o in vitro – przyp. red.] chociaż częściową refundację, np. leków.

Przedstawicielka InviMed zaznacza, że pary nie będą kierowane do konkretnej kliniki. Same zdecydują, do której placówki się udadzą.

Uchwała Częstochowy to odpowiedź na kolejne nieudane próby uchwalenie ustawy o in vitro.

– Liczymy na to, że uregulowania będą odgórne i wkrótce pojawi się ustawa refundacyjna, co bardzo pomoże pacjentom. Nie zapominajmy, że w Polsce 1,5 mln par boryka się z niepłodnością. Ten odsetek jest duży i cały czas rośnie. Do niedawna co piąta para miała problem z płodnością, już teraz dotyka on co czwartą. Tak jest w Polsce i na świecie – komentuje Marzena Smolińska.

Światowa Organizacja Zdrowia ocenia, że problem bezpłodności dotyczy 60-80 mln par na świecie. W społeczeństwach krajów wysoko rozwiniętych częstość niepłodności jest szacowana na 10–12 proc. populacji.

Na podstawie wielkości populacji Częstochowy mającej 238 tys. mieszkańców, oszacowano liczbę niepłodnych par na ok. 8 tys. Zgodnie z danymi statystycznymi do leczenia metodą in vitro kwalifikuje się 2 proc. niepłodnych par. Wsparcie w tym roku może więc otrzymać ok. 160 z nich.

Zmiany w składzie Zarządu Drewex S.A.

Drewex S.A. – producent mebli i akcesoriów dziecięcych – poinformował o zmianach w Zarządzie, w związku z realizacją umowy inwestycyjnej z inwestorem strategicznym z dnia 11 maja 2012 r. W dniu 17 lipca 2012 roku Andrzej Krakówka złożył rezygnację z funkcji Prezesa Zarządu ze skutkiem na dzień 17 lipca 2012 roku, jednocześnie na ww. stanowisko został powołany Adam Bandach.

Złożenie rezygnacji przez Pana Andrzeja Krakówkę związane było z zakończeniem pierwszego etapu restrukturyzacji Drewex S.A., którego celem była zmiana postępowania upadłościowego-likwidacyjnego na upadłość z możliwością zawarcia układu oraz pozyskanie inwestora strategicznego, który dofinansuje Drewex S.A.

Zgodnie z zwartym porozumieniem z P.P.H.U. AS-GOLD Sp. z o.o. z dnia 11 maja 2012 r. Inwestor zobowiązał się do dokapitalizowania Drewex S.A. w formie gotówkowej, w kwocie niezbędnej do realizacji układu z wierzycielami Spółki.

W chwili obecnej realizowane są kolejne etapy umowy inwestycyjnej P.P.H.U. AS-GOLD Sp. z o.o., dlatego też do Zarządu została powołana osoba powiązana z ww. podmiotem, która zajmie się finalizacją działań układowych oraz rozszerzy i zoptymalizuje dotychczasową działalność operacyjną Spółki.

Rynek odzieży i obuwia w 2011 i 2012 roku

Rok 2011 był dość dobrym dla branży odzieżowo-obuwniczej. Sytuacja makroekonomiczna uległa poprawie, na rynku panowały lepsze nastroje, a skutki kryzysu nie były już tak widoczne. Duży wpływ na sprzedaż miały jednak niesprzyjające warunki pogodowe – w 2011 roku nie było ani upalnego lata, ani mroźnej zimy, wskutek czego nastąpiło ograniczenie popytu na typowo sezonowe artykuły.

W rezultacie, jak wynika z szacunków zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Handel detaliczny odzieżą i obuwiem w Polsce 2012. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2012-2014”, w 2011 roku sprzedaż odzieży i obuwia wzrosła o 1%, a wartość rynku przekroczyła 27 mld zł.

„Największy wpływ na wartość omawianego rynku ma sytuacja w sieciach odzieżowych i obuwniczych, które odpowiadają już za połowę jego obrotów. Wyniki badania sklepów sieciowych wskazują na pierwszy, od czasu rozpoczęcia badań, spadek liczby placówek w sieciach w 2011 roku, o ok. 200 sklepów. Dotyczyło to zwłaszcza sklepów mniej znanych marek lub znajdujących się w mniejszych miejscowościach. Dodatkowo, duzi gracze również rewidowali swoje sieci zamykając najmniej rentowne salony. Świadczy to o mocnej konkurencji na rynku, wskutek której słabsze marki oraz sklepy nie radzą sobie w sytuacji rosnących ostatnio kosztów i niewzrastających obrotów”, komentuje Patrycja Nalepa, Starszy analityk handlu detalicznego w PMR.

W 2012 rynek wzrośnie bardziej

Na rok 2012 PMR prognozuje wyższy wzrost rynku – na poziomie 2,5%. Z badania przeprowadzonego w maju br. wśród przedstawicieli sieci odzieżowych i obuwniczych wyłania się dwojaki obraz rynku. Więcej firm ocenia obecną sytuacją rynkową jako raczej niekorzystną (38% wobec 21%), natomiast większość dużych firm jest przeciwnego zdania. „Można z tego wyciągnąć wniosek, iż w sytuacji ograniczonych zasobów finansowych klienci wybierają znane marki, które gwarantują im ubrania zgodne z aktualnymi trendami w modzie oraz dobry stosunek jakości do ceny. Są to również firmy, których sklepy obecne są w najlepszych centrach handlowych cieszących się większym zainteresowaniem klientów niż te mniej prestiżowe”, dodaje Patrycja Nalepa.

Duże firmy są również bardziej optymistyczne w przewidywaniach na drugą połowę roku – oczekują poprawy sytuacji lub nie przewidują większych zmian. Biorąc pod uwagę fakt, iż to najwięksi gracze generują zdecydowaną większość obrotów w segmencie sieci, ich dobre wyniki będą odgrywały kluczową rolę we wzroście segmentu, a tym samym całego rynku. Ogółem większość firm (54%) przewiduje, iż ich przychody wzrosną w 2012 roku, a 30% ocenia, że ich wartość się nie zmieni.

Dyskonty rosną najszybciej

W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy najdynamiczniejszy rozwój liczby sklepów widoczny był szczególnie w segmencie dyskontów. Ich liczba w skali rocznej wzrosła o 20%, do czego przyczyniły się sieci Pepco i Textilmarket, które w skali roku otworzyły łącznie 115 placówek. O niecałe 8% wzrósł także segment z odzieżą i obuwiem dziecięcym. Pozytywne wzrosty odnotowały także takie segmenty jak casual (5%) czy elegancka odzież damska (3%).
Wielki spadek rzędu 19-20% odnotowały dwa segmenty – młodzieżowy i odzieży eleganckiej męskiej. W przypadku sieci oferujących odzież młodzieżową, mieliśmy do czynienia z pogarszającą się sytuacją w całym segmencie. Jeśli chodzi o elegancką odzież męską, największy wpływ na liczbę całkowitą sklepów miała marka Sunset Suits, która zniknęła z rynku.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Handel detaliczny odzieżą i obuwiem w Polsce 2012. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2012-2014”.

Euro i telewizja cyfrowa napędzają rynek RTV i AGD

Wyłączenie sygnału analogowego i przejście na sygnał cyfrowy, mistrzostwa Euro 2012 w piłce nożnej oraz rozwój i wymiana technologii są głównymi czynnikami wpływającymi na znaczny wzrost sprzedaży telewizorów w Polsce. Dzięki temu, według szacunków PMR zawartych w raporcie „Handel detaliczny artykułami RTV, AGD i sprzętem elektronicznym w Polsce 2012. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2012-2014”, wartość segmentu RTV (liczonego razem ze sprzętem fotograficznym) wzrośnie w tym roku o 8,8%, a cały rynek RTV, AGD i sprzętu elektronicznego o ponad 4%.

Niepewność co do zakończenia kryzysu i docierające złe wiadomości gospodarcze ze świata mają nadal wpływ na klientów, którzy w większym stopniu starają się oszczędzać i powstrzymują się od zakupów. Dodatkowo, zaostrzenie kryteriów przyznawania kredytów konsumenckich i hipotecznych w ostatnich latach ograniczyło możliwości zakupowe konsumentów. Z drugiej jednak strony, sprzęt RTV, AGD i elektroniczny nabywany jest często w formie rekompensaty za brak możliwości dokonania innych większych zakupów, czy wyjazdów urlopowych. Rok 2011 przyniósł też pierwsze odbicie na rynku, które było związane przede wszystkim z niską bazą oraz polepszającymi się nastrojami konsumenckimi.

Impulsem pozytywnym dla branży jest między innymi wygasanie analogowego sygnału telewizyjnego, który wpływa na zakup nowoczesnych telewizorów czy dekoderów. W roku bieżącym nastąpi nasilenie tego trendu, ponieważ według planów całkowita rezygnacja z nadawania antenowego sygnału analogowego ma nastąpić do 31 lipca 2013 roku, a już w tym roku ma to mieć miejsce w kilku województwach. Dodatkowo, na zakup dekoderów miało wpływ zakończenie nadawania satelitarnego przekazu analogowego, które nastąpiło z końcem kwietnia tego roku. Powoduje to wzrost udziału segmentu RTV (liczonego przez nas razem ze sprzętem fotograficznym) w wartości rynku, który według naszych prognoz osiągnie swoje maksimum (ponad 36%) w roku 2012.

Ponadto, na zakup telewizorów mają wpływ mistrzostwa Europy w piłce nożnej, a także Igrzyska Olimpijskie w Londynie. Tego typu jednorazowe wydarzenia również stymulują szybszą wymianę odbiorników telewizyjnych przez gospodarstwa domowe, czy ich zakup przez małe placówki gastronomiczne.

Kolejnym bardzo ważnym czynnikiem decydującym o wymianie telewizorów jest przejście z technologii kineskopowej na odbiorniki plazmowe i LCD lub LED. Nie bez znaczenia pozostają nowinki typu 3D czy internet w odbiornikach, które dodatkowo wpływają na zwiększenie rotacji sprzętu. Warto zaznaczyć, że mimo bardzo dużej popularności odbiorników telewizyjnych w polskich domach (98,5% użytkowników według GUS), 43% gospodarstw posiada nowocześniejszy odbiornik plazmowy lub ciekłokrystaliczny, zaś w 70% gospodarstw występują wciąż odbiorniki kineskopowe. Badanie PMR Research przeprowadzone na potrzeby raportu pokazuje podobne wartości. 98,2% respondentów badania przeprowadzonego w maju 2011 roku posiadało telewizor w gospodarstwie domowym, z czego prawie 60% przyznało, że posiada telewizor z płaskim ekranem, a prawie 64%, że posiada telewizor kineskopowy. Co więcej, respondenci deklarowali, że w ostatnich latach najczęściej dokonywali zakupu płaskich telewizorów, a wśród planujących zakup telewizor był wymieniany na pierwszym miejscu i dotyczył ponad 60% planów zakupowych. Badanie TNS Pentor z końca 2011 roku pokazuje, że 10% gospodarstw domowych posiada najnowocześniejszy telewizor w technologii LED. Ponadto, szacunki KRRiT dowodzą, że wiele osób nie ma świadomości, czy ich odbiorniki będą odbierały sygnał cyfrowy.

Wymienione czynniki pokazują, że trend zakupu nowoczesnych odbiorników telewizyjnych i dekoderów będzie kontynuowany przynajmniej w najbliższych miesiącach. Będzie on także wzmocniony dzięki wymianie odbiorników na te o większej przekątnej, czy poprzez kupno kompleksowego rozwiązania w postaci mebli zawierających wszystkie elementy domowego kina, np. takich jak wprowadzone na początku tego roku przez IKEA.

Segment RTV i foto dzięki wyżej wymienionym czynnikom odnotuje największy wzrost w stosunku do pozostałych segmentów, czyli dużego i małego AGD oraz komputerów i telefonów. RTV i foto jest drugim co do wielkości segmentem odpowiadającym, według szacunków PMR, za niecałe 35% rynku. Nasze prognozy pokazują, że 2012 rok zakończy się 4,6% wzrostem całego rynku RTV, AGD i sprzętu elektronicznego w Polsce.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Handel detaliczny artykułami RTV, AGD i sprzętem elektronicznym w Polsce 2012. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2012-2014”.

Życie na kredyt jest lekkie i przyjemne, ale do czasu

Po 20 latach życia na sterydach, czyli na środkach emitowanych przez banki centralne i komercyjne, wchodzimy właśnie w okres kaca – przestrzega Robert Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha. – Pytanie, jak go zwalczymy. Jego zdaniem lekarstwem są wykształceni ludzie, którzy mogą przyciągnąć do kraju nowych inwestorów i nowe miejsca pracy.

– Są powody do niepokoju, że sytuacja, jaka trwała w ciągu ostatnich 20 lat, nie będzie trwać w nieskończoność – ocenia w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Robert Gwiazdowski.

Zdaniem prezydenta Centrum im. Adama Smitha, środki finansowe emitowane zarówno przez banki centralne, jak i komercyjne, psują gospodarkę i napędzają spiralę zadłużenia. Gospodarka nie ma pokrycia w rzeczywistości, tylko opiera się na środkach kredytowanych.

– Jak się żyje na sterydach, to jest przyjemnie, lżej, tak samo jak po alkoholu, ale potem przychodzi kac, a my właśnie wchodzimy w okres takiego kaca. Pytanie, co zrobimy? Czy zwalczymy tego kaca, żeby jutro już czuć się dobrze, czy też będziemy zwalczać kaca tzw. klinem, a jak się kończy zwalczanie kaca klinem, wszyscy wiemy – mówi Gwiazdowski.

Prezydent CAS twierdzi, że polska gospodarka i sektor publiczny powinny skorzystać z dwóch czynników, które mogą zdecydować o rozwoju naszego kraju: czyli z potencjału ludzkiego i położenia geopolitycznego. Jak podkreśla, również tereny inwestycyjne dostępne w Polsce, to jeden z największych atutów kraju.

– Leżymy w centrum Europy, na skrzyżowaniu szlaków komunikacyjnych. Mamy ten zasób w postaci młodych ludzi, którzy chcą pracować, więc damy sobie radę – mówi. Jego zdaniem to wielka ekonomiczna szansa. – Tu lokują się firmy logistyczne, dlatego właśnie, że jest to centrum Europy.

Gwiazdowski przypomina, że na rynku pracy mamy pokolenie wyżu demograficznego: dobrze wykształcone, ambitne i kreatywne, które może być siłą napędową gospodarki.

– To są ludzie nieźle wykształceni, którzy chcą pracować, więc należałoby wyeliminować przyczyny, dla których tej pracy dla nich nie ma. To nie jest przyczyna, że państwo czegoś nie robi. Przyczyną jest właśnie to, że państwo coś robi – sugeruje ekonomista. – Nadmiernie opodatkowuje pracę młodych ludzi.

Centrum im. Adama Smitha apeluje o zmniejszenie podatków od dochodów startujących na rynku młodych pracowników. Dziś wszystkie obciążenia nałożone na nie (PIT, składki ubezpieczeniowe, etc.) przekraczają 60 procent zarobionej sumy.

– Nie ma dobrych podatków, są tylko złe, ale wśród tych złych podatków, niektóre są gorsze od innych. Jednym z najgorszych, najgłupszych podatków, są podatki obciążające wynagrodzenia młodych ludzi, wkraczających w wiek produkcyjny i reprodukcyjny – mówi Gwiazdowski.

I przypomina, że to leży u podstaw problemu demograficznego, który przekłada się na kłopoty systemu emerytalnego i finansów publicznych. Prezydent Centrum im. Adama Smitha twierdzi, że państwo, jeżeli musi zwiększać obciążenie podatkowe, to powinno to robić przez zwiększanie podatków na konsumpcję, a nie pracę.

Wynagrodzenia członków zarządu w 2011

Swoich członków zarządu w 2011 r. najwyżej opłacało TVN S.A. z przeciętnym oferowanym uposażeniem na poziomie około 4,5 mln zł. Przeciętne wynagrodzenia w „TOP 10” najlepiej płacących spółek mieściły się w przedziale 1,7 -4,5 mln zł, przy średniej wynoszącej ok. 2,3 mln zł. Przedsiębiorstwa ze wszystkich trzech analizowanych indeksów znalazły się w „TOP 10”, choć analogicznie jak w roku ubiegłym najsilniejsza reprezentacja w tej grupie przypadła na WIG20 (4 spółki).

Struktura właścicielska spółki wciąż nie pozostaje bez wpływu na poziom wynagrodzeń, co obserwujemy po raz kolejny w tegorocznym badaniu. Najwyraźniej widać to na przykładzie spółek z dużym udziałem Skarbu Państwa, które oferują znacznie niższe wynagrodzenia niż pozostałe przedsiębiorstwa z właściwych indeksów (średnio o ok. 30% mniej niż spółki w WIG20 i 25% mniej niż mWIG40). Warto zauważyć, że w przypadku WIG20 różnica ta pogłębiła się w stosunku do roku 2010 o ok. 10 pkt. procentowych.

Jak kształtowane są i od czego zależą wynagrodzenia członków zarządu?

Płaca zasadnicza członków zarządów zależy przede wszystkim od wielkości organizacji i stopnia skomplikowania biznesu, co wyraża się najczęściej przyporządkowaniem spółki do danego indeksu giełdowego, kapitalizacją rynkową (największa korelacja), wielkością aktywów i poziomem przychodów. Niebagatelne znaczenie ma sam fakt notowania spółki na giełdzie i wiążące się z tym obowiązki – jak choćby wymóg prezentacji informacji o wypłaconym wynagrodzeniu – i ponoszona odpowiedzialność.

W 2011 r. ok. 55% wynagrodzenia prezesów i członków zarządów największych spółek z GPW stanowiło wynagrodzenie zasadnicze, podobnie jak miało to miejsce rok wcześniej. Na przestrzeni ostatniego roku wzrósł natomiast udział wynagrodzenia zmiennego (z 28% do 35%) kosztem pozostałych składników tj. dodatkowych świadczeń, takich jak prywatna opieka medyczna, dodatkowy urlop płatny itp. oraz wynagrodzenia z tytułu pełnienia funkcji w jednostkach zależnych i stowarzyszonych. Najpopularniejszymi miernikami, od których zależy płaca zmienna pozostają EPS i EBITDA.

„Pomimo wzrostu udziału płacy zmiennej w całości pakietu, polskie systemy premiowe nadal pozostają relatywnie mało agresywne w porównaniu z rozwiązaniami stosowanymi np. w USA, czy Wielkiej Brytanii, gdzie płaca zmienna zwykle przewyższa płacę zasadniczą i stanowi około 60% pakietu” – stwierdza Artur Kaźmierczak, dyrektor zespołu HR Consulting w PwC.

Zainteresowanie długookresowymi planami motywacyjnymi w Polsce kształtuje się na podobnym poziomie jak w roku poprzednim (ok. 42%). Najbardziej popularną formą nadal pozostają opcje menedżerskie (najczęściej na akcje nowej emisji), które są stosowane w ok. 80% tego typu zachęt. Na drugim miejscu pod względem popularności w Polsce znajdują się programy oparte na akcjach spółki lub podmiotu dominującego (ok.9%).

„Pod tym względem zdecydowanie jako Polska odbiegamy od trendu występującego na rozwiniętych rynkach finansowych, gdzie od pewnego czasu obserwuje się spadek zainteresowania opcjami. Przykładowo w Wielkiej Brytanii aż 90% programów długoterminowych jest opartych na akcjach za wyniki (tzw. performance shares), a jedynie niecałe 10% to programy opcyjne” – podkreśla Artur Kaźmierczak. „W tym kontekście warto zwrócić uwagę, że stosunkowo niewiele firm, które motywują kadrę menedżerską tego typu systemami (40%) wprowadziło nowe programy lub przyznało nowe nagrody długoterminowe w 2011 roku, podczas gdy większość raczej skoncentrowała się na realizacji kolejnych transzy na podstawie wcześniej przyjętych programów.”

Badanie PwC obejmuje wynagrodzenia kadry zarządzającej 140 spółek giełdowych w 2011 r. w ujęciu branżowym, z podziałem na poszczególne indeksy GPW: WIG20, mWIG40 i sWIG80 według składu indeksów na dzień 31 grudnia 2011 roku.

Szef GDDKiA na temat wykorzystania tegorocznego budżetu na budowę dróg

– Tempo prac na poszczególnych budowach rzeczywiście spada – mówi Lech Witecki, Generalny Dyrektor Dróg Krajowych i Autostrad. Problemy finansowe firm budowlanych i spowolnienie prac z tym związane może oznaczać, że z tegorocznego budżetu na budowę dróg nie wszystko zostanie wydane.

Jak przyznaje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria szef GDDKiA, nie na wszystkich inwestycjach, które zostały zakontraktowane, tempo prac idzie zgodnie z przyjętym haromonogramem. Przykładem mogą być dwa odcinki autostrady A1.

– Do momentu, kiedy nie wyjaśni się sprawa konsorcjum wszystkich firm i ich kondycji finansowej na tym kontrakcie, prace nie będą prowadzone w takim zakresie, w jakim potrzeba – podkreśla Lech Witecki.

Prace zahamowało ogłoszenie upadłości polskich spółek w konsorcjum budującym trzy odcinki A1, czyli PBG oraz Hydrobudowy. Na razie ustalono, że część prac od PBG przejmie irlandzka firma SRB.

Firmy czekają również na decyzje polityków. W środę minister skarbu Mikołaj Budzanowski zapowiedział, że rząd rozważa dwie opcje pomocy PBG: dofinansowanie od państwa w wysokości 385 milionów złotych lub wykupienie kilku spółek należących do grupy.

To może być zaledwie początek problemów w drogownictwie. Przedstawiciele branży alarmują, że w najbliższym czasie ze względu na zmniejszającą się liczbę inwestycji, drogie materiały i zatory płatnicze, firmy budowlane będą musiały ratować się przed bankructwem na różne sposoby. Najbardziej prawdopodobnym, bo przynoszącym najszybsze efekty, będą zwolnienia. Eksperci szacują, że prace może stracić nawet 150 tysięcy osób.

– Te problemy mogą mieć wpływ na poziom wydatkowania środków w naszym budżecie zaplanowanym na ok. 30 mld zł. Może być niższy – przyznaje Lech Witecki.

Dlatego Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad w ubiegłym tygodniu wprowadziła usprawnienie, które przyspieszy wypłatę środków dla wykonawców za część zrealizowanych prac.

– Udało nam się uzgodnić procedurę, dzięki której moglibyśmy przyśpieszyć proces składania przejściowych świadectw płatności przez generalnego wykonawcę. Czyli jak wykonawca złoży do nas ten dokument za faktycznie wykonane prace, równolegle moglibyśmy mu wypłacić część pieniędzy – wyjaśnia szef GDDKiA. – To jest reakcja na to, co dzieje się w sektorze bankowym. W niektórych przypadkach umowy kredytowe są wypowiadane generalnym wykonawcom.

Z szacunków GDDKiA wynika, że jeszcze w lipcu około 300 mln może wpłynąć na kontrakty i poprawić ich płynność finansową.

To już kolejne takie narzędzie, proponowane przez GDDKiA. Kilka miesięcy temu wprowadzono przyspieszone płatności.

– Mamy termin umowny do 48. dnia średnio w kontraktach. Udało nam się zmobilizować wykonawców, że jeśli złożyli komplet dokumentów w terminie, mogliśmy wypłacić te pieniądze wcześniej, niektórym nawet po jednym lub po dwóch dniach – przypomina Lech Witecki.

Jego zdaniem to usprawnienie pozytywnie wpłynęło, m.in. na budowę odcinka C autostrady A2. Zaproponowane wcześniej rozwiązanie uwzględnia też interesy podwykonawców. GDDKiA wymaga teraz oświadczeń i weryfikuje proces płacenia podwykonawcom przez generalnych wykonawców.

– Płacimy szybciej wszystkim tym, którzy też szybko regulują swoje zobowiązania wobec partnerów. Nawet w niektórych przypadkach jesteśmy w kontakcie z podwykonawcami. Można znaleźć wiele przykładów na to, że płacimy bezpośrednio podwykonawcom zatwierdzonym, a nie generalnemu wykonawcy, oczywiście za jego zgodą, żeby usprawnić cały proces – tłumaczy Witecki.

Wynagrodzenia prezesów spółek giełdowych w 2011 r.

Wynagrodzenia członków zarządu rosną szybciej niż pozostałych pracowników. Wzorem rynków zachodnich w płacach osób zarządzających stopniowo zwiększa się udział wynagrodzenia zmiennego.

Najwyższe średnie roczne wynagrodzenie dla osób zarządzających oferuje sektor mediów i rozrywki (ok. 2,8 mln zł) oraz sektor finansowy (w tym ubezpieczenia – ok. 2,82 mln zł, bankowość – ok. 1,88 mln zł oraz rynek kapitałowy – ok. 1,58 mln zł). Spółki z indeksu WIG20 przeciętnie płaciły swoim prezesom i członkom zarządu ok. 1,75 mln zł rocznie (w porównaniu z 1,4 mln zł rok temu) tj. prawie 1,5 raza więcej niż spółki z mWIG40 i prawie dwa razy więcej niż te z sWIG80 – wynika z najnowszego badania PwC „Wynagrodzenia zarządów największych spółek giełdowych w 2011 roku”. W sumie w porównaniu z rokiem ubiegłym, wynagrodzenia osób zarządzających wzrosły o ok. 18%. Co ciekawe, znacznie wyższy (25%) wzrost uposażeń można było zaobserwować w przypadku wynagrodzeń prezesów niż pozostałych członków zarządu (14%).

„Większość spółek objętych badaniem zanotowała w ostatnim roku poprawę wyników, co przełożyło się na wzrost premii wypłacanych w 2011 r. w porównaniu do lat ubiegłych. Wyższa premia w połączeniu z nawet umiarkowanym wzrostem części stałej wynagrodzenia spowodowała 18% wzrost całkowitego uposażenia widoczny w tegorocznych danych. Wyższe premie oznaczają jednak nie tylko wyższą wypłatę, ale także świadczą o pewnej zmianie zachodzącej w strukturze wynagrodzeń osób zarządzających” – podkreśla Barbara Mierzejewska, menedżer w zespole HR Consulting w PwC.

W porównaniu z rokiem ubiegłym, udział premii w stosunku do innych składników wynagrodzenia krótkoterminowego prezesów i członków zarządów wzrósł z 28% do 35% w roku 2011. Trend ten powinien cieszyć akcjonariuszy, gdyż w coraz większym stopniu wynagrodzenie staje się uzależnione od wyników spółki, co przybliża nas do bardziej zaawansowanych rynków finansowych. Udział części ruchomej wynagrodzenia zwiększył się w ostatnim roku głównie kosztem takich składników pakietu krótkoterminowego jak świadczenia dodatkowe i wynagrodzenia od jednostek zależnych i stowarzyszonych.

W której branży zarabia się najwięcej?

Porównując rok do roku w ujęciu branżowym, warto zauważyć, że w pierwszej dziesiątce najlepiej płacących branż znajdują się praktycznie te same sektory, co w roku ubiegłym. Wyjątek stanowi energetyka, która z 18 miejsca w 2010 r. weszła w 2011 r. na pozycję 9 zastępując firmy deweloperskie, które spadły z 9 na 17 miejsce w rankingu.

„Spółki z WIG20 – znacząco przewyższają spółki z indeksów mWIG40 oraz sWIG80 pod względem kapitalizacji rynkowej, aktywów i przychodów – w konsekwencji oferują zarządom znacznie wyższe przeciętne wynagrodzenia. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że o ile w przypadku bankowości wysokość wynagrodzeń jest ściśle skorelowana z wielkością spółki mierzoną wartością aktywów i kapitalizacją rynkową, o tyle spółki mediowe i rynku kapitałowego nie odbiegają pod względem wielkości od firm z innych branż a ich zarządy są relatywnie sowicie wynagradzane. W tym kontekście warto zwrócić uwagę na przedsiębiorstwa z sektora surowcowego, które pomimo swojej znacznej wielkości relatywnie skromnie wynagradzały osoby zarządzające” – komentuje Dominika Jędrzejewska, starszy konsultant w zespole HR Consulting w PwC.

Wśród dziesiątki najlepiej zarabiających prezesów zarządów roczne wynagrodzenie krótkoterminowe w 2011 r. mieściło się w przedziale od ok. 3,4 mln zł (pan Luigi Lovaglio– Prezes Zarządu Pekao S.A.) do ok. 11,9 mln zł (pan Janusz Filipiak – Prezes Zarządu COMARCH S.A.), przy średniej wynoszącej ok. 6,0 mln zł.

Badanie PwC obejmuje wynagrodzenia kadry zarządzającej 140 spółek giełdowych w 2011 r. w ujęciu branżowym, z podziałem na poszczególne indeksy GPW: WIG20, mWIG40 i sWIG80 według składu indeksów na dzień 31 grudnia 2011 roku.

Operator marketów Media Expert przejmuje Avans

Spółka Open Media (spółka celowa, powołana w celu zakupu sieci) złoży do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wniosek o zgodę na przejęcie ponad 100 elektromarketów – AVANS. To jedna z większych transakcji na rynku dystrybutorów sprzętu Multimedia, RTV i AGD w ostatnich latach. Open Media jest powiązana ze spółką Domex, która zarządza częścią marketów sieci Media Expert (ok. 70 sklepami na ponad 260).

– Liczymy, że decyzja Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów zostanie wydana w możliwie jak najszybszym terminie. Jest to dla nas, jako nowych właścicieli istotne, z uwagi na konieczność podjęcia planowanych działań biznesowych, związanych z odbudową siły marki AVANS – mówi Arkadiusz Tomala, Prezes Zarządu Open Media Sp. z o.o.

Nowy właściciel planuje budowę biznesu w oparciu o markę AVANS, która kilka lat temu posiadała wysoki udział w sprzedaży detalicznej i cieszy się wysoką rozpoznawalnością.

– Pozytywna decyzja UOKiK pozwoli nam na realizację założonych działań, m.in. rozwój sieci na terenie całego kraju. Planowane jest również dokładne przyjrzenie się ofercie sklepów i jeszcze lepsze dostosowanie jej do oczekiwań klientów z naciskiem na rozwój sprzedaży internetowej – dodaje Arkadiusz Tomala.

Przejęcie sieci AVANS jest niepowtarzalną okazją, a jednocześnie szansą na odtworzenie siły marki oraz na przywrócenie jej wiarygodności kupieckiej. AVANS, dzięki doświadczeniu nowych właścicieli, którzy z sukcesem wprowadzili na rynek markę Media Expert i której obecnie są współwłaścicielami, ma szansę odbudować swoją pozycję w branży, poprzez umocnienie brandu oraz dostosowanie się do dzisiejszych wymagań rynkowych, a poprzez to na odniesienie sukcesu.

W rankingu zrealizowanym przez dziennik Rzeczpospolita w 2011 roku marka AVANS została wyceniona na ponad 133 mln złotych.

Prezes Urzędu Zamówień Publicznych o rażąco niskich cenach w przetargach

– To nie cena jako jedyne kryterium w przetargach, jest dziś problemem. Jest nim składanie ofert z rażąco niskimi cenami – uważa Jacek Sadowy, prezes Urzędu Zamówień Publicznych. – Na tym chcemy się skoncentrować i to uważamy za element pilnych i szybkich zmian w systemie zamówień publicznych. Zdaniem prezesa, to pomogłoby zapobiegać w przyszłości takim sytuacjom, jakie występują teraz w drogownictwie.

Zamiana ustawy Prawo zamówień publicznych ma być lekarstwem na problemy, o których mówi się od dawna, a które były szczególnie widoczne w przypadku realizacji projektów infrastrukturalnych przed Euro 2012, głównie przy budowie autostrad. Chodzi przede wszystkim o ceny, oferowane przez firmy starające się o zamówienie.

– Chcemy, by instytucje zamawiające w sposób bardziej szczegółowy badały ceny, które są podawane przez wykonawców na etapie postępowania zamówień publicznych – mówi Jacek Sadowy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria. – To w celu ewentualnej weryfikacji, czy te ceny są realne, czy nie są przypadkiem cenami dumpingowymi, rażąco niskimi.

Szef Urzędu podkreśla, że jest to konieczne, by nie dochodziło w przyszłości do podobnych sytuacji, jakie mamy dziś, a więc realizowania kontraktów poniżej poziomu kosztów.

Proponowane przez Urząd Zamówień Publicznych zmiany w ustawie, nie poruszają kwestii wprowadzenia innych niż cenowych, obligatoryjnych kryteriów, decydujących o zwycięstwie w przetargu.

– Dzisiaj ustawa Prawo zamówień publicznych daje możliwość stosowania, obok ceny, również innych kryteriów oceny ofert – tłumaczy szef UZP. – Jest to dość elastyczny mechanizm i uważamy, że nie cena, jako jedyne kryterium jest tu problemem.

Branża budowlana musi dziś mierzyć się z problemami, jakich nie doświadczała od dawna. Głównym jest słabnąca koniunktura. Prezes Urzędu Zamówień Publicznych przekonuje, że przyczyn kryzysu w branży jest więcej.

– Pierwsza kwestia to jest wzrost konkurencyjności w systemie zamówień publicznych, co nas z jednej strony cieszy, ale z drugiej strony wywołuje dużą presję na wykonawców ze schodzeniem z cenami składanymi w trakcie postępowania – mówi Jacek Sadowy.

Realizacja kontraktów na granicy ryzyka wobec wzrostu cen materiałów czy kosztów podwykonania, powoduje, że kontrakty, które na początku zawierały pewien margines zysku, stają się nieopłacalne z punktu widzenia wykonawcy.

– Problemem są także kwestie konkurencji, braku efektywnej możliwości weryfikowania cen i jednocześnie wzrostu cen w okresie między zawarciem umowy a wykonaniem zamówienia publicznego – dodaje szef UZP.

Wysokość płacy minimalnej w 2013 r. – więcej znaczy lepiej?

Zarówno związki zawodowe, jak i pracodawcy krytykują rządową propozycję podwyżki do kwoty 1600 zł brutto, tyle że z zupełnie innych powodów. Porozumienie musi zostać osiągnięte przed 15 lipca.

Jeśli związkowcy i pracodawcy nie porozumieją się w ciągu kolejnych dwóch dni, wysokość płacy minimalnej ustali rząd. Będzie mieć na to czas do 15 września tego roku.

Dotychczasowa propozycja rządu zakłada podwyżkę o 100 zł brutto. To oznacza, że każdego miesiąca do kieszeni najmniej zarabiających pracowników trafiałoby 1 181 złotych.

Krytycznie do pomysłu podniesienia płacy minimalnej podchodzą pracodawcy. Ich zdaniem każda kolejna podwyżka kosztów pracy może zniechęcić przedsiębiorców do zatrudniania pracowników.

Prof. Jan Winiecki, członek Rady Polityki Pieniężnej, również krytykuje propozycję rządu. Według ekonomisty, podwyższanie płacy minimalnej w momencie, kiedy gospodarka spowalnia, uderza w konkurencyjność firm.

– Wszyscy się mierzą do tego podstawowego stopnia, jakim jest płaca minimalna. Jeżeli ten stopień się podniesie, to będzie generować presję na przywrócenie dawnych proporcji płacowych między fachowcami a tymi najsłabszymi zawodowo. To jest ten mechanizm nakręcający presję płacową w dosyć trudnych warunkach makroekonomicznych – tłumaczy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria ekonomista i członek Rady Polityki Pieniężnej.

Argumentacja ta nie przekonuje związkowców, którzy chcieliby, aby płaca minimalna równała się połowie średniego wynagrodzenia. Według NZZ „Solidarność” powinno to być 1626 zł, a OPZZ chce 1676 zł brutto.

Zdaniem prof. Winieckiego większą podwyżką płacy minimalnej rząd może bardziej zaszkodzić niż pomóc najsłabiej zarabiającym.

– Jeżeli rząd zatroszczy się o podniesienie płacy minimalnej, przedsiębiorcy wypłacą ją tylko tym, którzy są w stanie na nią zapracować. A tych, których wydajność pracy będzie niższa, będą zwalniać. Więc jednym się robi dobrze, a drugim – źle – tłumaczy ekonomista.

Tegoroczna płaca minimalna, która wynosi 1,5 tys. zł, to niewiele ponad 40 proc. średniego wynagrodzenia. Zgodnie z ustawą, każdego roku płaca minimalna powinna być podwyższana o planowany wskaźnik inflacji.

Polacy mają prawie 1 bln zł oszczędności

Oszczędności zgromadzonych przez polskie gospodarstwa domowe osiągnęły rekordowy poziom 960 mld zł, z czego aż 500 mld zł stanowią bezpieczne bankowe. Co prawda przez ostatnie 10 lat oszczędności wzrosły dwukrotnie, ale wciąż plasujemy się pod tym względem na jednym z ostatnich miejsc w Europie. Średnio depozyt na mieszkańca jest 2 razy niższy niż w Czechach i aż 9 razy niższy niż w Belgii – wynika z raportu przygotowanego przez ekspertów banku BGŻOptima.

Oszczędzamy coraz mniej. Stopa oszczędzania, rozumiana, jako procent dochodu do dyspozycji gospodarstwa domowego, jaki jest odkładany, spada w Polsce od 15 lat i stanowi obecnie około 5 proc.

– To jest dosyć mało porównując do innych krajów Zachodniej Europy. Niemcy czy Belgowie oszczędzają dwa razy więcej w porównaniu do swojego dochodu do dyspozycji – mówi dyrektor banku BGŻOptima Piotr Grzybczak.

Wniosek: Polacy zdecydowaną większość swoich dochodów przeznaczają na konsumpcję, a większe wydatki pokrywają nie z oszczędności, a z kredytów. Zdaniem Piotra Grzybczaka to efekt przyspieszonego tempa wzrostu gospodarczego w ostatnim czasie.

W Polsce średni depozyt na mieszkańca to około 12 tysięcy złotych.

– Dla porównania w Czechach ta liczba wynosi 2,5 razy więcej niż w Polsce, mimo że dochód na mieszkańca w Czechach jest zbliżony do polskiego. Rekordzistami w Europie są Belgowie. Mają prawie 26 tysięcy euro oszczędności na mieszkańca, co jest prawie dziesięć razy wyższą liczbą od polskiej – zauważa Piotr Grzybczak.

Jak podkreśla dyrektor BGŻOptima w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria, Polacy wciąż oszczędzają bardzo konserwatywnie. 10 proc. naszych oszczędności to gotówka, którą trzymamy w domu. Unikamy lokowania pieniędzy w bardziej ryzykownych aktywach, a najchętniej korzystamy z krótkoterminowych lokat, które systematycznie odnawiamy. Gotówka i depozyty, czyli najbezpieczniejsze formy gromadzenia pieniędzy, to łącznie ponad 60 proc. naszych oszczędności, podczas gdy w krajach Zachodniej Europy ta liczba waha się od 30 do 40 proc.

Z raportu banku wynika również, że po likwidacji popularnych lokat jednodniowych, które były zwolnione z podatku Belki, poziom depozytów przestał rosnąć. Zdaniem Piotra Grzybczaka to powinno wkrótce ulec zmianie, ponieważ – zgodnie z prognozami ekspertów banku – stopa oszczędzania również powinna wzrastać.

Może się to stać dzięki nowej ofercie banków, namawiającej klientów do długoterminowego oszczędzania. Nowe regulacje dla banków, jak Bazylea III, do której wdrożenia przygotowuje się polski sektor bankowy, powodują, że udział i znaczenie depozytów terminowych, przynajmniej takich na 6 miesięcy oraz dłuższych, będzie rósł.

– Mamy od tego roku indywidualne konta zabezpieczenia emerytalnego. Wciąż jest interpelacja, żeby te IKZE były jeszcze dla klientów korzystniejsze, na co mocno liczymy, bo to oszczędzanie na emeryturę jest ważne dla klientów. Jest ważne również dla gospodarki, ponieważ pozwala dać gospodarce długoterminowe finansowanie – mówi Grzybczak.

Inwestycje, które szczególnie pobudzają gospodarkę, potrzebują właśnie takiego finansowania, które zwykle pochodzi z importu kapitału zagranicznego bądź z długoterminowych depozytów. Zdaniem dyrektora BGŻOptima w sytuacji, z jaką mamy do czynienia, kiedy chęć eksportowania kapitału do Polski jest na Zachodzie nieco mniejsza, to oszczędności są niezbędne, żeby finansować gospodarkę.

– Warto również rozważyć stopniowy powrót na giełdę. Spodziewamy się, że inwestując w długim terminie, na 5 lat, już zaczyna się robić dobry moment, żeby wracać na giełdę, żeby stopniowo, miesiąc po miesiącu swoje zaangażowanie w rynek akcji zwiększać, szukając również tego przysłowiowego dołka, który w najbliższym czasie będzie można już na giełdzie znaleźć – radzi Piotr Grzybczak.

Jak twierdzą eksperci banku, w ciągu ostatnich kilkunastu lat najlepsze średnie stopy zwrotu przynosiły inwestycje w surowce, akcje oraz produkty finansowe o nie oparte. Nadal ciekawym pomysłem pozostaje inwestowanie w ziemię oraz wybrane obligacje korporacyjne dużych przedsiębiorstw, które posiadają stabilną sytuację finansową.

BGŻOptima to pierwszy w Polsce bank internetowy specjalizujący się wyłącznie w oszczędzaniu.

Grupa o2 S.A. planuje debiut na Giełdzie Papierów Wartościowych

Grupa o2 SA, jeden z największych graczy na rynku reklamy internetowej w Polsce, wydawca m.in. takich serwisów jak: o2.pl, Pudelek.pl, Kafeteria.pl i Wrzuta.pl, zamierza zadebiutować na GPW w Warszawie. Spółka planuje ekspansję w nowych segmentach rynku reklamy internetowej, w tym również poprzez akwizycje.

Pierwsza oferta publiczna akcji Grupy o2 SA – piątej co do liczby użytkowników grupy internetowej w kraju – może nastąpić już za kilka tygodni.

– Zależy nam, aby akcje Grupy o2 były plasowane w możliwie najlepszym momencie, dlatego głównym wyznacznikiem najbliższych działań będzie aktualna koniunktura na rynku. Środki od inwestorów przeznaczymy na rozwój posiadanych oraz tworzenie nowych serwisów poszerzających naszą aktualną ofertę reklamową. Ponadto, nie wykluczamy przejęć interesujących podmiotów z naszej branży – komentuje Jacek Świderski, współzałożyciel i członek zarządu Grupy o2.

Grupa o2 SA jest jednym z największych podmiotów na rynku reklamy internetowej w Polsce. Oferta Spółki obejmuje cztery główne segmenty: Display i Wideo, Mailing (m.in. do użytkowników kont pocztowych usługi Poczta o2) oraz Social Media. W tym roku Grupa o2 objęła 30% akcji notowanej na rynku NewConnect spółki Socializer SA, która specjalizuje się w działaniach reklamowych na Facebooku.

– Dzięki sprawdzonemu modelowi biznesowemu, nasza grupa kapitałowa osiąga wysoką rentowność w porównaniu z konkurentami notowanymi na giełdzie, a którzy uzyskują swoje przychody nie tylko z rynku reklamy internetowej. Po raz pierwszy w historii firmy skorzystamy ze środków zewnętrznych, a oferta publiczna pomoże w utrzymaniu wysokiego tempa rozwoju również w kolejnych latach – zauważa Świderski. – Posiadamy czternastoletnie doświadczenie w branży, umiejętność budowania silnych i rentownych marek oraz zdolność reagowania na pojawiające się trendy. Dużo energii poświęcamy na rozwój naszych serwisów, jednocześnie realizujemy kompletnie nowe, w tym również kapitałochłonne projekty. Dla skuteczniejszej realizacji naszej strategii rynkowej chcielibyśmy do naszych atutów dołożyć wsparcie ze strony rynku kapitałowego – dodaje.

W portfolio Grupy o2 SA znajduje się około 70 serwisów internetowych, wśród których najpopularniejsze są: o2.pl, Pudelek.pl, Wrzuta.pl, Kafeteria.pl. Łączna miesięczna liczba użytkowników tych serwisów to blisko 10 milionów (dane na podstawie badania Megapanel PBI/Gemius). Poczta o2 wchodząca również w skład tego portfolio jest obecnie użytkowana przez około 5 mln internautów.

Niniejszy materiał ma wyłącznie charakter promocyjny. Prospekt emisyjny spółki Grupa o2 S.A. („Spółka”), sporządzony w związku z ofertą publiczną i dopuszczeniem akcji Spółki do obrotu na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie S.A., zatwierdzony przez Komisję Nadzoru Finansowego, jest jedynym prawnie wiążącym dokumentem zawierającym informacje o Spółce i publicznej ofercie jej akcji w Polsce. Prospekt emisyjny Spółki zostanie opublikowany i będzie dostępny na stronie internetowej Spółki pod adresem www.grupao2.pl oraz na stronie internetowej oferującego – Domu Inwestycyjnego BRE Banku S.A. pod adresem www.dibre.pl.

Raport MEC: Kobiety, mężczyźni i ich smartfony

Z badań przeprowadzonych przez MEC Analytics and Insight wynika, że smartfona posiada więcej mężczyzn niż kobiet (68% vs 59%). Także dla mężczyzn posiadanie dostępu do Internetu przez telefon komórkowy jest ważniejsze niż dla kobiet (69% vs 57%.). Ale analizując zachowania Polaków w poszczególnych grupach wiekowych widać wyraźne różnice w sposobie korzystania ze smartfonów.

Kim są posiadacze smartfonów? Wśród osób w wieku 20-24 lata, to kobiety częściej niż mężczyźni są właścicielkami smartfonów, czyli telefonów z dostępem do Internetu (26% i 15%). Te proporcje się wyrównują mniej więcej między 30-34. rokiem życia, a wśród osób powyżej 35 lat dominują już mężczyźni jako posiadacze smartfonów. Biorąc pod uwagę wykonywany zawód właścicieli smartfonów, to studentki i uczennice częściej mają smartfony niż uczniowie i studenci, a mężczyźni posiadający stałą pracę są częściej właścicielami smartfonów niż pracujące na stałe kobiety.

Do czego służą smartfony? Analizując szczegółowe zachowania posiadaczy smartfonów trudno nie zauważyć wpływu płci i wieku na preferowane czynności w Internecie. Generalnie zarówno kobiety jak i mężczyźni równie często korzystają z portali informacyjnych, z poczty służbowej i prywatnej, gier oraz słuchają muzyki. Kobiety częściej niż mężczyźni korzystają z lokalnych portali społecznościowych, Facebooka, komunikatorów, z wyszukiwarek internetowych np. Google, sprawdzają rozkłady jazdy. Mężczyźni częściej niż kobiety wykorzystują smartfona do załatwiania spraw finansowych, lokalizują obiekty, oglądają telewizję internetową, strony o treści erotycznej.

Mężczyźni częściej niż kobiety deklarowali instalowanie dodatkowych aplikacji (73% vs 55%). Ponadto generalnie więcej aplikacji zainstalowanych na swoich smartfonach mają mężczyźni, zarówno jeśli chodzi o aplikacje bezpłatne jak i płatne. Kobiety częściej deklarowały sciąganie jedynie darmowych aplikacji. Spośród tych, którzy korzystają z płatnych aplikacji, to mężczyźni częściej niż kobiety wydają do 10 zł miesięcznie na płatne aplikacje (41% vs 37%).

Smartfon w abonamencie czy na kartę? Tak samo często mężczyźni jak i kobiety płacili za korzystanie ze smartfonów w formie abonamentu (58% vs 59%). Natomiast posiadanie smartfona na kartę, czyli prawdopodobnie na własny użytek deklarowało więcej kobiet. Mężczyźni częściej posiadają służbowy smartfon opłacany przez pracodawcę.

Zdecydowana większość kobiet i mężczyzn (71% kobiet i 62% mężczyzn) deklaruje, że średnie miesięczne wydatki nie przekraczają 25-99 zł. Wydatki powyżej 100 zł deklarowali częściej mężczyźni niż kobiety, zarazem mężczyźni częściej niż kobiety deklarowali wykupienie dodatkowego pakietu danych internetowych (45% vs 35%).

Badanie przeprowadzono metodą CAWI na próbie 3365 respondentów.

Inwestorzy nie wierzą w Hiszpanię

Brak ważnych publikacji makroekonomicznych łatwo uśpił inwestorów w poniedziałkowej sesji. Senna sesja nie zachęcała do aktywności handlujących. Jedynym punktem odniesienia była Hiszpania, gdzie uwagę przykuwała wysoka rentowność rządowych bonów skarbowych.

To właśnie niepokojąca sytuacja w Madrycie zmusiła inwestorów do pozbywania się akcji na giełdowych parkietach. Obawy wywołała rosnąca rentowność papierów dłużnych. Zysk z 10-letnich benchmarkowych obligacji Hiszpanii ponownie przekroczył psychologiczny poziom 7 proc. przy którym wcześniej inne państwa strefy euro zmuszone były wystąpić z prośbą o pomoc. W tej sprawie debatowali ministrowie finansów państw strefy euro, na czele z szefem Europejskiego Banku Centralnego (EBC) Mario Draghi. Zarówno on, jak i rzecznik Komisji Europejskiej podkreślali, że bezpośrednie dokapitalizowywanie banków ze środków Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego (EMS) będzie możliwe dopiero, gdy zacznie działać w strefie euro wspólny nadzór bankowy, sprawowany przez EBC. Do tego czasu pomoc dla hiszpańskich banków będzie obciążać dług Madrytu, czego premier Mariano Rajoy chciał uniknąć wymuszając na kanclerz Niemiec Angeli Merkel podczas ostatniego szczytu UE możliwość dokapitalizowywania banków z EMS bez pośrednictwa rządów. Tymczasem wspólny nadzór ma być gotowy przed drugą połową 2013 r., a nawet przed 2014 r. Odległy termin powołania tego urzędu świadczy o tym, że nie jest to łatwy proces, o czym inwestorzy wielokrotnie już się przekonali. Jednocześnie jest to sygnał dla handlujących, że temat Hiszpanii tak szybko nie zniknie z ust polityków, a to oznacza, że momenty niepewności i niepokoju z pewnością dalej będą osłabiać akcję popytową na ryzykowne aktywa.

Tymczasem sesja dla europejskiej waluty przebiegła w dość neutralnym stylu. Niewielkie impulsy wzrostowe przeplatały się z atakami podaży. W rezultacie obraz techniczny dla EUR/USD zmienił się niewiele. Jednakże, niedźwiedzie nadal posiadają przewagę, dlatego zahamowanie tej tendencji będzie niezwykle trudnym zadaniem. Kolejne godziny handlu znów mogą upłynąć w wyniku spadku notowań tej pary walutowej. Niemniej, zanim to nastąpi, rynek będzie musiał nieznacznie odreagować ten cios, dlatego lekkie odbicie(max. do 1,2360) jest realne i będzie naturalnym zachowaniem rynku.

Niewielkie odreagowanie obserwujemy również na rynku GBP/USD. Maksymalny zasięg ruchu na północ to 1,5580. W dłuższym horyzoncie czasowym, celem strony podażowej jest wsparcie 1,5480. Jeśli presja podaży będzie duża i kurs zanurkuje poniżej 1,5480 to droga w rejon 1,5280 zostanie otwarta.

Silna wyprzedaż euro zaszkodziła polskiemu złotemu, który także nie pozostał obojętny na ostatnie wydarzenia w Europie. Z technicznego punktu widzenia ważną rolę w tym procesie odegrało wsparcie na wysokości 3,31-3,32(dołek z 18 i 20 czerwca br.). Wcześniej ta strefa podziałała mobilizująco dla byków, dlatego tym razem sprawdził się czynnik prawdopodobieństwa. Skala odbicia była tak duża, że kurs przełamał opór 3,42, który był dodatkowo potwierdzony linią trendu spadkowego. W związku z tym, można oczekiwać kontynuacji wzrostu kursu do 3,49.

W tym tygodniu systematycznie na wartości tracił z kolei frank szwajcarski wobec dolara amerykańskiego. Każda sesja windowała kurs pary walutowej na nowe maksima. Taka tendencja może ulec przedłużeniu w czasie, jednak tempo wzrostu powinno ulec wyhamowaniu, bowiem obecnie znajdujemy się nad ważnym oporem 0,9750, co będzie pomagać rynkowi w wygenerowaniu korekty spadkowej do 0,9680.

Mimo, że od początku czerwca br. na rynku USD/JPY realizuje się trend wzrostowy, byki tracą siły. Przed ustaleniem nowych maksimów, skutecznie blokuje opór na wysokości 80,10. Kilkunastorazowe próby wyjścia nad ten poziom kończyły się niepowodzeniem ze strony byków, dlatego tą słabość może wykorzystać podaż. W konsekwencji kurs może osunąć się w rejon 79,30. Po przełamaniu tego wsparcia, droga dla niedźwiedzi w rejon 78,80 zostanie otwarta.

Wysokie ceny paliw są niebezpieczeństwem dla całej gospodarki

Statystycznego Polaka wciąż nie stać na tankowanie. Jego niemiecki kolega może za swoją pensję kupić cztery razy więcej benzyny. Polska Izba Paliw Płynnych sugeruje, by rząd zastanowił się nad rozwiązaniami urealniającymi ceny paliw. – Jeżeli w każdym z obszarów uda się poszukać oszczędności o kilka groszy, to będziemy mówili o sukcesie – mówi Halina Pupacz, prezes Polskiej Izby Paliw Płynnych (PIPP).

Średnie ceny paliw w Polsce wciąż należą do jednych z najniższych w Europie. Jednak siła nabywcza Polaków ogranicza ich dostęp do paliw. W krajach „starej piętnastki” UE wciąż zarabia się o wiele lepiej.

– Średnia płaca np. w Niemczech to jest 2600 euro, w Polsce – 800 euro, a ceny paliw są na bardzo zbliżonym poziomie, różnią się o kilkanaście groszy – tłumaczy Halina Pupacz, prezes Polskiej Izby Paliw Płynnych.

Dziś za litr popularnej 95-tki płacimy średnio 5,64 zł (dane z 6 lipca). Statystyczny Francuz czy Niemiec za litr tego samego paliwa musi zapłacić 6,74 zł, a Włoch – nawet 7,34 zł.

Ma to wpływ na konkurencyjność i dynamikę gospodarki. Im mniej za naszą pensję możemy kupić, tym wolniej rozwija się nasz rynek.

Dlatego PIPP apeluje do rządu, by podjął działania zmniejszające obciążenia podatkowe na paliwo.

– Jeżeli rząd nie będzie podejmował żadnych decyzji, to w długim terminie trudno jest nam dzisiaj przewidzieć skutki, jakie przyniesie ten wysoki poziom cen paliw dla całej gospodarki. My oceniamy, że będą negatywne – mówi Pupacz.

Szczególnie, że branża paliwowa zdecydowanie oddziałuje na inne sektory gospodarcze. Zdaniem prezes Izby, obserwowane spowolnienie gospodarcze, m.in. w branży budowlanej, może wynikać z wysokich cen na stacjach benzynowych.

Polska Izba Paliw Płynnych podpowiada, że w rozwoju gospodarki pomogłaby pomoc rządu.

– Chodzi o to, żeby o tych wszystkich aspektach podatkowo-prawnych i spekulacyjnych zacząć mówić i zastanawiać się nad wprowadzeniem innych rozwiązań, które pozwolą na urealnienie cen paliw w stosunku do możliwości gospodarek i możliwości nabywczych konsumentów – wyjaśnia Halina Pupacz, prezes Izby, w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.

Rząd oraz Ministerstwo Finansów wielokrotnie tłumaczyli, że ceny paliw w Polsce nie mogą być już niższe. Tym bardziej, że część z obciążeń regulowana jest na poziomie Brukseli. Według danych resortu finansów nasz kraj korzysta obecnie z najniższych możliwych stawek akcyzowych i opłat paliwowych w całej UE. A te od 1 stycznia 2012 roku wynoszą 359 euro za 1000 litrów benzyny i 330 euro za 1000 litrów oleju napędowego.

Inne rozwiązania dostrzega jednak PIPP.

– Spekulacja cenami i ropą naftową, wysokość podatków akcyzowych i podatku VAT – o tym należy rozmawiać. Jeżeli w każdym z tych obszarów uda się poszukać oszczędności nawet o kilka groszy, to będziemy mówili o sukcesie. Nie będziemy już wówczas mówić o stabilnym poziomie prawie 6 złotych za litr paliwa, tylko będziemy szukać poziomu niższego, który będzie dawał możliwości rozwoju gospodarczego – podpowiada Halina Pupacz.

W Europie nadchodzą czasy coraz droższego paliwa. UE promuje samochody zużywające minimalną ich ilość np. pojazdy hybrydowe czy elektryczne, dlatego chce zwiększać obciążenia na tradycyjne paliwo.

Komisja Europejska proponuje kolejne podwyżki podatku akcyzowego. Jeżeli to zrobi, od 2018 roku diesel i popularny u nas gaz będą jeszcze droższe – kolejno o 25 gr i 80 gr na litrze. Jedynym ratunkiem dla kierowców mogą być obniżki cen ropy naftowej na światowych rynkach i umacniający się złoty. A do tego potrzebna jest korzystna koniunktura i stabilizacja m.in. na Bliskim Wschodzie.

PZU kontynuuje restrukturyzację zatrudnienia

Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami Zarządy PZU SA i PZU Życie SA kontynuują restrukturyzację zatrudnienia i w dniu dzisiejszym poinformowały związki zawodowe o zamiarze przeprowadzenia kolejnych zwolnień grupowych. Decyzja jest konsekwencją realizacji planu restrukturyzacji przedsiębiorstwa przyjętego na lata 2010 – 2012. Wzorem poprzednich lat, w związku z przeprowadzaniem zwolnień grupowych PZU planuje uruchomienie specjalnego programu, który pomoże pracownikom objętym restrukturyzacją w poszukiwaniu nowego miejsca zatrudnienia.

Zgodnie z prawem, proces zwolnień poprzedzony będzie konsultacjami ze związkami zawodowymi działającymi w spółkach.

Kolejny etap restrukturyzacji zatrudnienia w zamierzeniu ma objąć ok. 950 pracowników PZU SA i PZU Życie SA zatrudnionych w jednostkach specjalistycznych, oddziałach regionalnych i w centrali spółek – przy czym blisko 600 osób otrzyma ofertę kontynuacji zatrudnienia w strukturach Grupy PZU, gdyż spółki zamierzają zmienić tym pracownikom warunki zatrudnienia w drodze porozumienia zmieniającego lub wypowiedzenia zmieniającego.

– Restrukturyzacja zatrudnienia jest konsekwencją realizacji wielu projektów polegających na upraszczaniu procesów pracy i ograniczaniu kosztów. Niebawem zaczniemy rozmowy ze związkami zawodowymi. Mamy nadzieję na konstruktywną dyskusję i szybkie zawarcie porozumienia. Naszym celem jest również zapewnienie pracownikom objętym zwolnieniami korzystniejszych warunków odejścia niż gwarantują to przepisy prawa – mówi Olga Zarachowicz, dyrektor zarządzający ds. HR w Grupie PZU.

Oprócz odpraw gwarantowanych przez tzw. ustawę o zwolnieniach grupowych, PZU chce wypłacić dodatkową odprawę zwalnianym pracownikom, którzy zawrą porozumienie o rozwiązaniu stosunku pracy. Zasady związane z procesem zwolnień grupowych oraz wysokość wypłacanych świadczeń będą przedmiotem konsultacji ze stroną społeczną.

7 na 10 Polaków nie ufa agentom biur podróży

68 proc. Polaków nie ma zaufania do agentów biur podróży – dowodzą tego wyniki tegorocznego badania European Trusted Brands. Podobne nastroje panują w innych krajach europejskich.

Agenci biur podróży reprezentują profesję, do której zaufanie ma jedynie 32 proc. polskich respondentów. Taka postawa została zadeklarowana w tegorocznej edycji badania European Trusted Brands, które po raz 12 przeprowadziło Reader’s Digest.

Nie jest to pierwszy raz, kiedy w Polsce odnotowany został tak niski poziom zaufania do reprezentantów biur prodróży. W 2011 roku brak zaufania do tej profesji deklarowało 69 proc. ankietowanych Polaków, w 2010 r. – 64 proc.

Średnio we wszystkich 15 krajach europejskich objętych badaniem, agentom biur podróży ufa 34 proc. ankietowanych. Najmniejszym zaufaniem darzą tę grupę zawodową mieszkańcy Chorwacji (9 proc.), Rosji (21 proc.), Portugalii (23 proc.), a także Niemiec (27 proc.) oraz Francji (28 proc.). Największym zaufaniem agenci biur podróży cieszą się w Finlandii (58 proc.) oraz w Belgii i Szwajcarii (50 proc).

***

European Trusted Brands to jedno z największych i najszerzej zakrojonych badań konsumenckich, przeprowadzane w Europie przez Reader’s Digest. Oprócz tematyki marketingowej coroczne badanie European Trusted Brands porusza również tematy społeczne. Pozwala na poznanie dominujących nastrojów mieszkańców Europy, postaw i wartości, które kształtują nasze opinie i decyzje, a także zaufanie do wielu innych aspektów życia.

Badanie European Trusted Brands po raz pierwszy przeprowadzono w 2001 roku. Co roku kontynuowane jest ono w kilkunastu krajach europejskich. Tegoroczna – dwunasta już edycja badania – została przeprowadzona w 15 krajach europejskich. Kraje, które zostały objęte tegorocznym badaniem to: Austria, Belgia, Chorwacja, Czechy, Finlandia, Francja, Holandia, Niemcy, Polska, Portugalia, Rosja, Rumunia, Słowenia, Szwecja oraz Szwajcaria. Wzięło w niej udział 27 467 respondentów.

Badanie realizowano metodą kwestionariusza on-line lub wywiadów pocztowych. Respondenci zostali wybrani spośród wielomilionowej bazy prenumeratorów miesięcznika Reader’s Digest. Jak co roku próba została dobrana tak, aby odzwierciedlała szeroki profil badanej populacji.

Minister środowiska broni polskiego węgla

– Mamy pomysł na politykę klimatyczną – zapewnia Marcin Korolec. Szef resortu środowiska tłumaczy, że chodzi o takie działania, które będą miały na celu, z jednej strony ochronę klimatu, a z drugiej, nie będą negatywnie wpływać na rozwój gospodarczy.

Minister środowiska twierdzi, że realizacja takiej polityki jest możliwa. Należy tylko wypracować odpowiednie mechanizmy działania.

– Chodzi o to, żeby modelować politykę klimatyczną dotyczącą redukcji emisji dwutlenku węgla w taki sposób, by zatrzymywać i rozwijać przemysł w Europie – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Marcin Korolec.

Żeby nie dopuścić do przeniesienia produkcji do krajów spoza Unii Europejskiej, czyli zapobiec tzw. ucieczce emisji, trzeba wziąć pod uwagę koszty tej polityki dla przedsiębiorców.

Minister Środowiska dodaje, że jego resort przygotował odpowiednie propozycje w tym zakresie, które będzie starał się forsować na forum UE. Mówią o tym, by nie preferowano żadnego ze sposobów wytwarzania energii.

– Precyzując, chodzi o promocję najlepszych technologii związanych z konkretnymi paliwami energetycznymi: ropą, gazem, węglem kamiennym czy brunatnym – wyjaśnia minister środowiska.

Komisja Europejska chce, by uprawnienia do emisji dwutlenku węgla musiały kupować tylko elektrownie wytwarzające więcej CO2, niż jest to konieczne przy produkcji energii z wykorzystaniem najlepszych dostępnych technologii. Unia nie różnicuje jednak tych technologii dla poszczególnych państw. W rezultacie przyjmuje, że najmniej emisyjne są bloki gazowe, stosowane w większości krajów UE.

Jednak gaz, nawet spalany w starych elektrowniach, zawsze emituje mniej CO2 niż najnowocześniejsze elektrownie węglowe. W efekcie niemal cała polska energetyka, oparta o węgiel właśnie, będzie zmuszona do kupowanie uprawnień do emisji.

Minister Środowiska chce natomiast, by Komisja wyznaczyła poziom najniższej możliwej emisyjności (tzw. benchmark) dla każdego kraju z osobna. To zachęciłoby polskie spółki energetyczne do stosowania najlepszych dostępnych technologii węglowych i nie zmuszało do przestawiania sie na drogi gaz importowany z Rosji.

– Karałoby się tylko tych, którzy nie stosują najlepszych możliwych technologii – minister Korolec tłumaczy pomysł Polski na nową politykę klimatyczno-energetyczną.

Minister środowiska zapewnia, że krajowy przemysł stara się nadążać za tempem zmian w dziedzinie ekologii, ale w tym zakresie dużo jest jeszcze do zrobienia.

– Nie ma dzisiaj alternatywy w stosunku do tzw. zielonej gospodarki – mówi Marcin Korolec. – Jeśli przedsiębiorca myśli o sukcesie swojej firmy w perspektywie nie jednego miesiąca czy roku, ale stu lat, musi koncentrować się na tym, żeby jego firma była jak najmniej energochłonna, zużywała jak najmniej materiałów. Żeby te elementy, które przyczyniają się do wzrostu konkurencyjność przedsiębiorstwa były jak najtańsze, ale też w jak najlepszym stopniu adaptowały się do środowiska.

Zmiany technologiczne wiążą się z wysokimi nakładami finansowymi, na które wielu polskich przedsiębiorców, szczególnie w dobie spowolnienia gospodarczego pozwolić sobie nie może.

Wyjściem są odpowiednie programy pomocowe.

– Tu mamy cały szereg instrumentów, czy w ramach Banku Gospodarstwa Krajowego, czy Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska, ale to są instrumenty już istniejące – mówi minister środowiska. – Nowych instrumentów prawdopodobnie nie będziemy już wprowadzać