Wyniki Grupy Kapitałowej MCI Management S.A po I półroczu 2012 r.

Operująca w Europie Centralnej i Wschodniej Grupa MCI pomimo spowolnienia gospodarczego odnotowała bardzo dobre wyniki finansowe. W I półroczu osiągnęła 30 mln zł zysku netto przy rekordowym poziomie wyjść z inwestycji w wysokość 160 mln zł. Firma dysponuje 250 mln zł wolnej gotówki. Na rozwój obiecujących projektów technologicznych może wydać w latach 2012 – 2013 od 300 do 500 mln zł.

– Mimo niestabilnej sytuacji rynkowej, mamy za sobą udane półrocze. To pokazuje, że nasza strategia, opierająca się na inwestowaniu w obiecujące spółki technologiczne, głównie zagraniczne jest bardzo efektywna. Wartość aktywów wzrosła do 751,5 mln PLN, zaś aktywów netto do 555,8 mln PLN. – powiedział Tomasz Czechowicz, prezes zarządu MCI Management SA.

Rekordowe wyjście z inwestycji – sprzedaż udziałów w największym sklepie internetowym Mall.cz (inwestycja przez spółkę celową funduszu MCI.TechVentures Netretail Holding BV) oraz udane działania pozyskania finansowania sprawiły, że Grupa dysponuje obecnie znaczącą ilością gotówki, która zostanie przeznaczona na nowe inwestycje. Płynne środki finansowe oraz promesy kredytowe stanowią ok. 257 mln PLN, a kolejne 50 mln PLN stanowią środki KFK, które mogą być udostępnione na żądanie. Bardzo dynamiczny rozwój branży internetowej daje szerokie możliwości inwestycyjne.

– MCI zamierza elastycznie reagować na pojawiające się okazje – dlatego priorytetem dla Zarządu było zbudowanie bufora płynności, aby wykorzystać ten potencjał inwestycyjny w latach 2012- 2013. Do końca 2012 r. MCI planuje przeprowadzić nowe inwestycje na co najmniej 100 mln PLN. – zapowiada Tomasz Czechowicz.

Z tego też powodu Zarząd i Rada Nadzorcza zaproponowała NWZA, które ma się odbyć we wrześniu 2012 r., przegłosowanie nowej emisji obligacji zamiennych na akcje (minimalna cena konwersji – 9 zł) o maksymalnej wartości do 50 mln PLN. Obligacje miałyby być emitowane w transzach w miarę potrzeb inwestycyjnych oraz posłużyć refinansowaniu zapadalnych we wrześniu obligacji serii B (wykup w kwocie 22 mln PLN).
Czynniki, które miały główny wpływ na wynik MCI w pierwszej połowie 2012 roku to głównie wzrost wartości certyfikatów funduszu MCI.TechVentures osiągnięty w wyniku: przeszacowania inwestycji w Mall.cz do ceny z sprzedaży oraz wzrosty wartości inwestycji w Invia, Geewa, Morele (za sprawą bardzo dobrych wyników operacyjnych tych spółek).

Zyskowne transakcje wyjścia

W kwietniu br. GK MCI dokonała rekordowego w swej historii wyjścia z inwestycji. MCI.TechVentures podpisał umowę sprzedaży udziałów w Mall.cz – największym sklepie internetowym w regionie Europy Centralnej i Wschodniej. Spółka została sprzedana Grupie Naspers (w Polsce właściciel Allegro). Przewidywane całkowite wpływy z tytułu sprzedaży w wyniku zamknięcia inwestycji w Mall.cz to ok. 164 mln PLN (38,5 mln EUR). W czerwcu 2012 r. MCI otrzymał 90% kwoty, pozostała część jest oczekiwana do października br. Dzięki wsparciu ze strony Intel Capital oraz MCI, Netretail zrealizował znaczący wzrost w okresie ostatnich dwóch lat i wzmocnił pozycję lidera w kilku kluczowych segmentach rynku e-commerce w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. W czasie zaangażowania MCI.TechVentures jako inwestora, spółka zrealizowała z sukcesem plan ekspansji regionalnej poprzez akwizycje w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. MCI osiągną na tej transakcji IRR w wysokości ok. 175 % oraz całkowity zwrot z zainwestowanego kapitału rzędu 4,1 razy. Taki wynik pokazuje, że przyjęta przez Grupę strategia, przewidująca inwestycje we wzrostowe branże nowych technologii i internetu i rozwijanie spółek portfelowych w regionalnych i globalnych liderów w swoich sektorach, jest słuszna i przynosi wymierne korzyści. Uzyskane środki finansowe Grupa zamierza przeznaczyć na nowe inwestycje. W lipcu 2012 r. dokonano także sprzedaży inwestycji w spółce Nexto sp. z o.o sprzedając ją do Grupy Ruch S.A.

Coraz lepsze wyniki ABC DATA

Istotnym zdarzeniem odnotowanym w portfelu MCI są doskonałe wyniki ABC Data, czołowego dystrybutora IT w Polsce i w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Skonsolidowana sprzedaż ABC Daty w H1 2012 wzrosła o 23% (r/r). Natomiast wynik na poziomie zysku brutto na sprzedaży w H1 2012 wzrósł o 13,1% do 66 mln zł w ujęciu r/r. Oczyszczona wartość EBITDA w H1 2012 wyniosła 22,4 mln PLN, co oznacza wzrost o 24,9% r/r. Dynamicznie rozwija się ekspansja spółki w krajach nadbałtyckich – od rozpoczęcia działalności na Łotwie i w Estonii w grudniu 2011 r. – ponad dwukrotnie wzrosła sprzedaż kwartał do kwartału. ABC Data prowadzi również przygotowania do startu działalności operacyjnej na Węgrzech – planowany start Q4 br.

ABC Data wypłaci akcjonariuszom łącznie 20 mln PLN dywidendy za rok 2011. Termin wypłaty dywidendy 28/09/12.
Giełdowa cena akcji ABC Data SA nie odzwierciedla obecnie jej dobrej sytuacji ekonomicznej i dynamicznego rozwoju pozostając na poziomie najniższym od czasu debiutu na GPW.

Pogłębia się kryzys na rynku motoryzacyjnym

Ten rok będzie bardzo trudny dla branży motoryzacyjnej w Polsce – przewidują uczestnicy rynku. I to nie tylko dla producentów samochodów. Mniejsza liczba zamówień z zagranicy na nowe auta powoduje, że problemy nie omijają również dystrybutorów i producentów części motoryzacyjnych. – Polska wciąż jest atrakcyjna dla inwestorów z tej branży, mimo że sprzedaż jest zdecydowanie gorsza – mówi Alfred Janke, prezydent Stowarzyszenia Dystrybutorów i Producentów Części Motoryzacyjnych.

Rynek motoryzacyjny boleśnie odczuwa skutki kryzysu gospodarczego. Wyniki sprzedaży pojazdów oraz części i podzespołów, które są znacznie gorsze niż w poprzednich miesiącach, mówią same za siebie.

– Wszystko zależy tak naprawdę od zasobności portfeli – tłumaczy Agencji Informacyjnej Newseria Alfred Franke, prezydent Stowarzyszenia Dystrybutorów i Producentów Części Motoryzacyjnych. – Dzisiaj Polaków nie stać nawet na używane samochody.

Import używanych aut spada z roku na rok. W ubiegłym roku do Polski sprowadzono 655 tysięcy samochodów. W tym półroczu – 323 tysiące – i jest to wynik o 5 proc. niższy niż w I połowie 2012.

Spadki notuje też sprzedaż nowych aut, a co za tym idzie, słabnie sektor produkcji i dystrybucji części motoryzacyjnych oraz usług. Mimo że do tej pory rynek ten radził sobie bardzo dobrze.

– Dane za 2011 pokazują, że był on rekordowy, a wartość produkcji części motoryzacyjnych w kraju sięgnęła ponad 51 mld zł – mówi Alfred Franke. – Wartość samego rynku części motoryzacyjnych i rynku usług w Polsce to jest aż 31 mld zł. Niestety ten ostatni rok jest bardzo trudny, jeden z najtrudniejszych od dłuższego czasu

Przyczyn, które złożyły się na taki stan rzeczy, jest co najmniej kilka. Główną jest coraz mniejsza zasobności naszych portfeli, a problem potęgują jeszcze rosnące koszty.

– Bardzo duży koszt paliw, koszt eksploatacji samochodu. Polaków po prostu na to nie stać. W związku z tym rzadziej serwisują samochody. Oszczędzają na eksploatacji aut i odkładają każdy przegląd najdłużej, jak to jest tylko możliwe – mówi Alfred Franke.

Jednak na branżę wpływ mają zachowania nie tylko polskich konsumentów. Ze względu na dość wysoki udział (27 mld zł) eksportu w sprzedaży części, sytuacja producentów części samochodowych uzależniona jest mocno od rozwoju wydarzeń na rynkach europejskich.

– Wierzymy, że eksport będzie się nadal rozwijał – wyjaśnia Alfred Franke. – Polska Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych prowadzi obecnie ponad 30 projektów związanych z nowymi inwestycjami w Polsce, o wartości 2 mld euro.

Projekty mają przysłużyć się stworzeniu ponad 12 tysięcy dodatkowych miejsc pracy w Polsce, co – zdaniem analityków rynku – pokazuje, że Polska jest atrakcyjna dla producentów części, którzy chcą tutaj inwestować.

– Kluczowe firmy z pierwszej dziesiątki działają na całym świecie, mówię o pierwszej dziesiątce. W Polsce mają około 7 proc. zatrudnienia w stosunku do tego, co mają na całym świecie – mówi ekspert.

Jak zapewnia Alfred Franke, zapotrzebowanie na części motoryzacyjne nie będzie spadać wraz z unowocześnianiem kolejnych modeli aut.

– Rzeczywiście samochody są coraz bardziej nowoczesne, bardziej zaawansowane technicznie, mniej awaryjne. Natomiast części do nich są zdecydowanie droższe i coraz bardziej zaawansowane technicznie, w związku z tym jest ich znacznie więcej. Dawniej nie było czegoś takiego, jak sondy lambda w samochodzie – zauważa prezydent stowarzyszenia.

Rozwój technologii oznacza, że potrzebne są kolejne nakłady.

– Jeżeli państwo kupujecie nowy samochód, to on w 80 proc. składa się z części, które pochodzą od niezależnych producentów części motoryzacyjnych. To oni produkują te części, oni tworzą know-how w motoryzacji, oni inwestują olbrzymie pieniądze w badania, w rozwój. W skali kraju jest to około 4,5 mld złotych. To jest kwota, którą niezależni producenci inwestują w badania projektowo-badawcze – wyjaśnia prezydent SDCM.

Program „Akcjonariat Obywatelski. Inwestuj świadomie” – bo wiedza to najlepsza broń inwestorów

Dom Maklerski BDM SA już po raz drugi uczestniczy w kampanii „Akcjonariat Obywatelski. Inwestuj świadomie” organizowany przez Ministerstwo Skarbu Państwa. W ramach działań prowadzić będzie bezpłatne spotkania giełdowe, podczas których uczestnicy nauczą się świadomie zarządzać swymi oszczędnościami, poznają organizację rynku kapitałowego i dowiedzą się jak korzystać ze swoich praw jako akcjonariusza spółki giełdowej.

Program „Akcjonariat Obywatelski. Inwestuj świadomie” ma na celu budowanie zaufania społecznego do rynku kapitałowego oraz zwiększenie zaangażowania inwestorów indywidualnych na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie.
W ramach kampanii eksperci Domu Maklerskiego BDM SA będą prowadzić bezpłatne spotkania warsztatowe w Katowicach, Bielsku Białej i Lubinie.

Od wielu lat kładziemy nacisk na edukowanie w zakresie inwestycji giełdowych. Do tej pory koncentrowaliśmy się jednak na młodych, na ogół jeszcze studiujących, inwestorach dla których cyklicznie organizujemy konkurs „Żak Inwestuje” – mówi Józef Pabin z DM BDM – Idea kampanii Ministerstwa Skarbu Państwa „Akcjonariat Obywatelski. Inwestuj świadomie” wzbudziła nasz entuzjazm ze względu na otwartą formułę i zakres tematyczny. Podczas spotkań nasi eksperci duży nacisk położą na możliwości stosowania narzędzi inwestycyjnych, przeprowadzenie analiz i wybór najlepszej strategii. Jestem przekonany, że będzie to bardzo cenne doświadczenie dla inwestorów planujących pierwsze kroki na giełdzie – podkreśla Józef Pabin.

Kampania wspomagana jest przez 33 partnerów – spółek giełdowych, instytucji rynku kapitałowego i domów maklerskich.
Zapisy na spotkania odbywają się poprzez stronę www.AkcjonariatObywatelski.pl., gdzie znajduje się również kalendarz spotkań.

Wzrasta liczba faktur niezapłaconych na czas

Dziś 26,6 proc. faktur jest płaconych z opóźnieniem, a średni czas spłaty to 4,5 miesiąca. Eksperci alarmują, że poziom zatorów płatniczych wzrasta z miesiąca na miesiąc. – Pogłębia się ta niekorzystna sytuacja – przyznaje w rozmowie Agencją Informacyjną Newseria Adam Łącki, prezes zarządu Krajowego Rejestru Długów.

– To są te faktury, które są nie zostały zapłacone na czas w wyznaczonym terminie płatności, a kiedy tak naprawdę zostaną zapłacone, tego nie wiemy. Jeszcze rok temu ten odsetek wynosił 25 proc., więc to zjawisko narasta. Jeszcze rok temu prawie 1/5 przedsiębiorców deklarowała, że nie ma żadnych problemów z otrzymaniem zapłaty na czas. W tej chwili deklaruje to tylko 11,3 proc. – wyjaśnia prezes Łącki.

Do poziomu 34,5 proc. wzrosła również ilość przedsiębiorstw dotkniętych zatorami płatniczymi. Twierdzą oni, że nie są w stanie uregulować należności, bo ich dłużnicy spóźniają się z uregulowaniem rachunków. Analitycy twierdzą, że może to doprowadzić do ograniczenia działalności firm, a w radykalnych wypadkach – redukcji zatrudnienia.

– Największą barierą w prowadzeniu działalności gospodarczej wywołaną zatorami płatniczymi jest w tej chwili niemożność inwestowania. 37,3 proc. przedsiębiorców wskazuje właśnie na to zjawisko, a jako przyczynę podaje brak pieniędzy od kontrahentów na swoim koncie na czas. Ponad 11 proc. przedsiębiorców ogranicza bądź redukuje zatrudnienie z powodu zatorów płatniczych – mówi prezes KRD.

Z tego powodu najczęściej cierpią małe i średnie firmy, a to one stanowią o sile polskiej gospodarki, bo –zgodnie z danymi Krajowej Izby Gospodarczej – odpowiadają za 75 proc. miejsc pracy w kraju i 67 proc. PKB Polski.

Jak wskazuje sondaż Business Centre Club, zatory płatnicze i opóźnienia w opłacaniu faktur spowodowane są głównie przez duże przedsiębiorstwa wymuszające na mniejszych firmach wydłużenia kredytu kupieckiego (24 proc.) oraz kredytowanie własnej działalności kosztem innych (21 proc.).

Według prezesa KRD, rośnie również liczba branż, które mogą mieć problemy z zatorami płatniczymi.

– Są pewne branże, które mają większe problemy z regulowaniem należności. Taką branżą już od kilku lat jest branża budowlana i deweloperska. Również producenci i dystrybutorzy sprzętu AGD, a także branża meblowa – wymienia Adam Łącki.

Ale nie tylko firmy mają problem z terminowym regulowaniem należności. Polacy dość swobodnie podchodzą do płacenia za takie usługi jak telewizja satelitarna, rachunki telefoniczne czy dostęp do szerokopasmowego internetu. Długi konsumenckie wciąż stanowią większość w rejestrach dłużników.

W Krajowym Rejestrze Długów widnieje obecnie około 1,8 mln dłużników.

Wyniki Grupy Kapitałowej Asseco za II kw. 2012 roku

Wyniki finansowe Grupy Kapitałowej Asseco wypracowane w pierwszym półroczu 2012 roku są wyższe niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Przychody ze sprzedaży wynoszą 2,68 mld zł, co stanowi wzrost o 14 proc. w stosunku do wyniku wypracowanego w analogicznym okresie 2011 r. Przychody ze sprzedaży oprogramowania i usług własnych wzrosły o 20 proc. w porównaniu do pierwszego półrocza 2011 r. i wynoszą 2,04 mld zł. Zysk operacyjny jest wyższy o 6% od osiągniętego rok wcześniej i wynosi prawie 372 mln zł. Grupa wypracowała zysk netto na poziomie 204 mln zł, czyli o 11 proc. więcej niż rok wcześniej.

Coraz większa część przychodów pochodzi z zagranicznych operacji Asseco. W pierwszych sześciu miesiącach 2012 r. sprzedaż spoza Polski stanowiła ponad 70 proc. przychodów ogółem przy 49 proc. udziale w wypracowanym zysku operacyjnym. Największy wzrost przychodów odnotowały spółki działające na rynku izraelskim (wzrost o 32 proc. w porównaniu do 1H 2011) oraz bałkańskim (wzrost o 11 proc.).

Grupa Asseco konsekwentnie buduje i rozszerza zakres swoich kompetencji oraz zwiększa portfolio produktowe. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2012 r. Asseco wzmocniło swoją obecność na rynku amerykańskim poprzez nabycie udziałów kontrolnych w spółce Exzac (oprogramowanie fraud management) oraz izraelskim dzięki spółce Netwise Aplications (tworzenie stron internetowych). W Polsce do grupy dołączyły CK Zeto (bezpieczeństwo danych, zarządzanie dokumentami i archiwizacja) oraz SKG (oprogramowanie z zakresu podatków, cła, audytu danych). W Czechach grupa nabyła NZ Servis, specjalizującą się w oprogramowaniu typu ERP dla agencji celnych.

W pierwsze półroczu 2012 r. Grupa Asseco łącznie podpisała ponad 1100 kontraktów, natomiast 500 projektów zostało pomyślnie zakończonych. Terminowo ukończono budowę nowego centrum IT Asseco Poland w warszawskim Wilanowie – w tej chwili to jedyne warszawskie biuro Asseco, w którym pracuje około 1 tys. pracowników.

,,Wyprawka szkolna” – rządowy program pomocy dla uczniów z ubogich rodzin

128 milionów złotych na dofinansowanie zakupu podręczników i 2,5 miliona złotych na zasiłki losowe na cele edukacyjne to działania rządu dla uczniów w nowym roku szkolnym 2012/2013.

Dofinansowanie w ramach programu „Wyprawka szkolna” wzrosło o ponad 11 proc. w porównaniu z zeszłym rokiem. Wsparcie jest przeznaczone głównie dla uczniów rozpoczynających edukację szkolną w klasach I-IV szkoły podstawowej oraz I klasie szkoły ponadgimnazjalnej.

Z danych Ministerstwa Edukacji Narodowej wynika, że z pomocy w ramach programu w zeszłym roku skorzystało łącznie 267 605 uczniów, w tym 35 810 uczniów niepełnosprawnych.

Dodatkowo rząd przewidział wsparcie dla dzieci z rodzin poszkodowanych na skutek nawałnic i innych zdarzeń atmosferycznych, w szczególności gradobicia oraz powodzi. Otrzymają one zasiłek losowy na cele edukacyjne w wysokości 1 000 złotych na każde uczące się dziecko.

Polacy nadal wolą konsumować niż oszczędzać

Polacy oszczędzają, ale krótkoterminowo i na określony czas – wynika z badań European Financial Group. Wciąż niewielu z nas odkłada na emeryturę czy na studia dzieci. – To, żeby pokazać sąsiadowi, że jeździmy lepszym samochodem niż on, jest zdecydowanie istotniejsze niż wolność i bezpieczeństwo finansowe – mówi Marcin Kuźniar, prezes EFG. Społeczeństwa zachodnioeuropejskie uczyły się nawyku długofalowego oszczędzania przez kilkanaście lat.

– Społeczeństwo jest spragnione, żeby konsumować dziś, a nie zastanawiać się nad tym, co będzie kiedyś. Jest taki stereotyp: „ja mam 30-40 lat, co ja będę myślał o emeryturze”. Żyjemy z dnia na dzień – podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Marcin Kuźniar, prezes zarządu European Financial Group.

Według badań TNS OBOP, prawie połowa Polaków nie ma żadnych oszczędności. Całe nasze pensje pochłaniają bieżące wydatki. Eksperci EFG twierdzą nawet, że typowy Polak wciąż więcej wydaje niż odkłada, a to oznacza często życie na kredyt. Z danych TNS OBOP wynika, że w 2011 roku zadłużonych było ponad 55 proc. Polaków.

– Codziennie zarabiamy pieniądze, ale codziennie też te pieniądze wydajemy. Polak jest na tyle sprytny, że zarabia 5 tys. zł, a wydaje 7 tys. zł, bo ma jeszcze na karcie kredytowej. Więc dobro konsumpcyjne dzisiejsze wygrywa z tym, jak powinna wyglądać forma bezpieczeństwa finansowego jutro, zabezpieczenia przyszłości dla siebie i dla swoich bliskich – wyjaśnia prezes Marcin Kuźniar.

Podkreśla jednocześnie, że Polacy potrafią oszczędzać. Aby wyjechać na wymarzone wakacje, mogą regularnie przez kilka miesięcy odkładać choćby niewielką sumę pieniędzy. Według ekspertów EFG, mobilizuje ich do tego wizja rychłego wypoczynku jako nagrody za czas oszczędzania.

Problemem nie powinien być również brak dostępu do odpowiednich instrumentów oszczędzania.

– Najbardziej popularne są programy inwestycyjno-oszczędnościowe, które łączą w sobie cechę systematycznego i konsekwentnego oszczędzania pieniędzy na przyszłość, które gwarantują bezpieczeństwo danej osoby i jej bliskich. Takich instrumentów jest mnóstwo. Bardziej martwiłbym się o świadomość, dostęp do wiedzy, informacji, które w jasny i przystępny sposób pozwoliłyby zebrać dane konieczne do podjęcia decyzji, czy tego typu produkty są potrzebne – wyjaśnia Marcin Kuźniar.

Jego zdaniem nasze społeczeństwo musi wiele nadrobić, by nabyć nawyki od lat posiadane przez Niemców czy Holendrów. W krajach Europy Zachodniej od pokoleń istnieją programy oszczędzania: te pierwsze zakładane są przez rodziców tuż po narodzeniu dziecka i mają pozwolić mu w przyszłości edukować się bez obaw, a te ostatnie – przez dojrzałych obywateli, którzy chcą zapewnić sobie spokojną starość.

– Jeżeli na Zachodzie rodzi się Hans, to nikt się nie zastanawia, czy założyć mu konto oszczędnościowe, ubezpieczyć jego edukację i przyszłość, czy założyć konto rezerw finansowych, czyli po prostu polisę, która pozwoli mu zabezpieczyć bieżące potrzeby związane z realizacją jego celów, kiedy dorośnie – tłumaczy prezes EFG. – W Holandii ustawowo jest wymóg dla rodziców, że muszą otworzyć 2-3 programy oszczędnościowe, jeden na studia, drugi na start w życiu. To się wiąże z tym, że jeżeli ktoś decyduje się na dziecko, to bierze za nie odpowiedzialność.

Z roku na rok stopniowo jednak przybywa Polaków, którzy oszczędzają długofalowo albo poważnie to rozważają. Zdaniem ekspertów EFG, w dalszym ciągu taki proces będziemy obserwować. Jak podkreślają, nieufność wobec odkładania pieniędzy wynika z zaszłości historycznych – wolny rynek istnieje w naszym kraju dopiero od 20 lat – i braku edukacji finansowej.

– To jest jedno, może dwa pokolenia, żeby ta kultura, ten nawyk i odpowiedzialność za nasze przyszłe pokolenia, które będą się rodzić, była naturalna, a nie była wynikiem nacisku sprzedawcy na sprzedaż produktu – prognozuje szef EFG.

W 2011 roku wyliczono, że Polacy dysponują oszczędnościami w wysokości ponad 967 mld złotych – to wzrost o 6 procent w porównaniu do roku poprzedniego. Połowa z tego zalega na kontach bankowych i tylko niewielka część jest inwestowana. Ekonomiści twierdzą, że należy zwiększyć świadomość finansową Polaków i zachęcić ich do większej dbałości o bezpieczeństwo finansowe dla siebie i najbliższych.

– W Polsce wciąż jest bardzo mylnie postrzegana średnia klasa społeczeństwa. To są osoby, które z reguły dobrze wyglądają, jednak nie są bezpieczne finansowo: bo kredyt na dom, samochód, studia, wakacje, karta kredytowa przewyższają ich dochody. Oni wznoszą się na wyżyny ryzyka finansowego i nie zabezpieczają swojej przyszłości. To się wiąże z pewnego rodzaju kulturą z zakresu edukacji finansów osobistych, potrzeb oszczędzania. Kulturą finansową, której nasze społeczeństwo będzie się uczyć jeszcze kilka lat – mówi Marcin Kuźniar.

Wyniki Netia S.A. za II kw. 2012 roku

Netia S.A. zaprezentowała wyniki finansowe za II kwartał i I półrocze 2012 roku. Skorygowany zysk EBITDA osiągnął rekordowy poziom 156,2 mln zł (wzrost o 17 proc. w porównaniu do I kw. 2012), a zysk netto wyniósł 21,0 mln zł. Zarząd przedstawił również aktualizację prognozy na 2012 rok.

– Nowa Netia prezentuje dzisiaj bardzo dobre wyniki finansowe za II kwartał 2012 roku. Pierwsze półrocze 2012 r. zamykamy z rekordowo wysokim skorygowanym zyskiem EBITDA na poziomie 156,2 mln zł i zyskiem netto 21,0 mln zł. Projekt integracji Dialogu i Crowley’a z Grupą Netia realizowany jest zgodnie z planem i przyniesie prognozowane 130 mln zł rocznych synergii na poziomie przepływów środków pieniężnych do 2014 roku. – powiedział Mirosław Godlewski, Prezes Zarządu Netia S.A.

– W II kwartale osiągnęliśmy dobre wyniki i wysoką rentowność w segmencie klientów korporacyjnych oraz małych i średnich przedsiębiorstw. Utrzymujący się trend spadku bazy klientów indywidualnych, związany z trudną sytuacją rynkową i agresywną konkurencją w niższych segmentach cenowych, skłonił nas do krótkoterminowej korekty celów operacyjnych; prognoza liczby usług (RGU) zostaje obniżona z 2,9 mln do 2,75 mln. Pomimo krótkoterminowej korekty, Netia znajduje się w doskonałej kondycji finansowej, odnotowując zadłużenie netto na poziomie zaledwie 0,76 x skorygowanego zysku EBITDA – dodał Mirosław Godlewski.

Dane finansowe

Przychody Netii w I półroczu 2012 r. wyniosły 1,081 mld zł, wykazując wzrost o 35 proc. w stosunku do I półrocza 2011 r. Skorygowany zysk EBITDA wyniósł w I półroczu 2012 roku 289,2 mln zł, co stanowi wzrost o 49 proc. w stosunku do I półrocza 2011 r. W II kwartale 2012 r. skorygowany zysk EBITDA wyniósł 156,2 mln zł, co stanowi wzrost o 17 proc. w porównaniu z II kwartałem 2011 r.

Zysk netto odnotowany w I półroczu wyniósł 11,2 mln zł w stosunku do straty netto w wysokości 10,1 mln zł w I półroczu 2011 r.. Zysk netto w II kwartale 2012 r. wyniósł 21,0 mln zł wobec straty netto w wysokości 9,8 mln zł w I kwartale 2012 r.

Spółka osiągnęła dodatnie przepływy wolnych środków pieniężnych na poziomie operacyjnym w I półroczu i II kwartale 2012 r., w wysokości odpowiednio 160,4 mln zł i 87,3 mln zł.

Aktualizacja prognozy na 2012 rok

Zarząd podtrzymuje prognozę skorygowanego zysku EBITDA na poziomie 600 mln zł na 2012 rok oraz podwyższa prognozę skorygowanych przepływów wolnych środków pieniężnych na poziomie operacyjnym z 300 do 330 mln zł. Jednocześnie Zarząd obniża prognozę liczby usług (RGU) z 2,9 mln na 2,75 mln.

Liczba usług

Liczba usług (RGU) na dzień 30 czerwca 2012 r. wyniosła 2785334 w porównaniu do 2 752 346 na dzień 30 czerwca 2011 r. oraz 2 793 068 na dzień 31 marca 2012 r.

Liczba usług telewizyjnych na dzień 30 czerwca 2012 r. wyniosła 71 274, co stanowi wzrost o 46% w porównaniu do 48 775 usług na dzień 31 marca 2012 r.

Liczba usług szerokopasmowych wzrosła do 903 947 na dzień 30 czerwca 2012 r., co stanowi wzrost o 3 proc. z poziomu 877 044 na dzień 30 czerwca 2011 r. oraz spadek o 1 proc. z poziomu 912 408 na dzień 31 marca 2012 r. Łączny udział Nowej Netii w rynku stacjonarnych usług szerokopasmowych wyniósł 14,1 proc. wobec 14,2 proc. na dzień 30 czerwca 2011 r.

Liczba stacjonarnych usług głosowych na dzień 30 czerwca 2012 r. wynosiła 1 714 136 w porównaniu do 1 766 998 na dzień 30 czerwca 2011 r. Łączny udział Nowej Netii w rynku stacjonarnych usług głosowych wyniósł około 20 proc. w II kwartale 2012 r. Liczba usług mobilnych szerokopasmowych na dzień 30 czerwca 2012 r. wyniosła 33 415, a usług mobilnych głosowych 62 562, wykazując wzrost w obu kategoriach odpowiednio z poziomu 16 627 i 42 902.

Rozwój sieci NGA

W II kwartale 2012 r. Netia rozszerzyła zasięg istniejącej sieci NGA, umożliwiającej świadczenie m.in. usług szerokopasmowych o wysokiej przepływności oraz usług 3play, obejmujących usługi telewizyjne w technologii IPTV oraz na bazie adaptywnego protokołu IP. Na dzień 30 czerwca 2012 r. sieć NGA Nowej Netii obejmowała zasięgiem 835 tys. lokali, w tym około 560 tys. lokali w zasięgu sieci miedzianej VDSL, około 129 tys. w zasięgu sieci optycznej (PON) oraz ponad 146 tys. w zasięgu szybkiej sieci ethernetowej oraz sieci FTTB.

Lider w LLU

Na dzień 30 czerwca 2012 r. Netia obsługiwała 182 353 klientów na bazie sieci LLU w porównaniu do 159 260 obsługiwanych na dzień 30 czerwca 2011 r. Netia zakończyła program uwalniania węzłów LLU, a ich liczba wyniosłą 712 na dzień 22 sierpnia 2012 r.

MCI Management sprzedał RUCH S.A. większościowy pakiet NetPress Digital

RUCH S.A., jeden z największych kolporterów prasy w Polsce, nabył większościowy pakiet udziałów w NetPress Digital Sp. z o.o. spółce będącej liderem polskiego rynku dystrybucji e-książek, audio-książek oraz prasy elektronicznej. W ramach transakcji fundusz MCI.TechVentures należący do Grupy MCI Management S.A. sprzedał wszystkie posiadane udziały w NetPress.

NetPress jest jednym z prekursorów oraz liderem polskiego rynku dystrybucji e-książek, audio-książek oraz prasy elektronicznej. Spółka jest właścicielem Nexto.pl, największej polskiej platformy udostępniającej cyfrowe książki i prasę, w której ofercie znajduje się ok. 20.000 tytułów.

Z dniem 6 sierpnia br. RUCH S.A. staje się większościowym udziałowcem NetPressu. Na mocy umowy nabywa pakiet 80% udziałów, a pozostałe 20% pozostaje w rękach założyciela spółki. Oznacza to, że NetPress żegna się z dotychczasowym inwestorem, Grupą MCI Management S.A. .

Fuzja Nexto z RUCH-em jest z naszej perspektywy znakomitą wiadomością. – mówi Bartłomiej Roszkowski, prezes NetPress Digital – Dzięki tej inwestycji nasza spółka będzie mogła rozwijać się wspólnie z jedną z największych firm na polskim rynku i będzie bardziej konkurencyjna dla innych sklepów z branży. Ta współpraca pozwoli nam stać się bardziej stabilnym podmiotem, a także korzystać z większego zakresu kanałów dystrybucyjnych i promocyjnych.

Sylwester Janik, członek zarządu MCI Management S.A. i zarządzający funduszem MCI.TechVentures, w którego portfelu znajdował się NetPress powiedział: „NetPress jest przykładem spółki, która z sukcesem zbudowała swoją pozycję w perspektywicznym segmencie dystrybucji audio-książek oraz książek i prasy elektronicznej. W czasie naszego zaangażowania, spółka znacząco rozwinęła platformę dystrybucji online, wprowadziła sprzedaż w kanale mobilnym i rozpoczęła dystrybucję e-czytników, współpracując z sukcesem z liderami rynku online i mobile w Polsce. Jesteśmy przekonani, że Zarząd spółki wykorzysta potencjał dalszego rozwoju w ramach RUCH S.A. dzięki komplementarności oferty NetPress i bazy klientów RUCH S.A.”

Paweł Szymański, Prezes Zarządu RUCH S.A. skomentował transakcję: „Przejęcie udziałów w NetPress jest krokiem milowym w naszej strategii wejścia na rynek e-commerce. Zakup spółki, która ma najwięcej tytułów prasowych jest kontynuacją przyjętej i ogłaszanej już przez nas strategii wejścia na rynek e-prasy. RUCH ma najszerszą ofertę wśród tradycyjnych kolporterów prasy, która teraz, dzięki temu, że uzyskamy dostęp do platformy oferującej zakup publikacji elektronicznych w formatach tekstowych i audio, będzie dostępna również przez Internet.”

27 października SKOK-i trafią pod nadzór KNF

Zapowiada się prawdziwa rewolucja w systemie Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych (SKOK), które są największą parabankową organizacją finansową w Polsce. Skupiają 2,5 mln członków, mają zgromadzone około 15 mld zł ich depozytów, dysponują siecią blisko 2 tys. placówek. Z końcem października wszystkie trafią pod państwowy nadzór, któremu podlegają już banki. KNF chce się upewnić, czy depozyty członków kas są bezpieczne.

Spółdzielcze kasy oszczędnościowo – kredytowe są ważnym elementem rynku finansowego. W ostatnich kilkunastu latach SKOK–i ugruntowały swoją pozycję na lokalnych rynkach. Pierwotnie kasy ograniczały się do usług świadczonych na rzecz osób tworzących wspólnotę, które łączy więź o charakterze zawodowym, terytorialnym lub organizacyjnym. Obecnie w
praktyce usługi SKOK–ów są powszechnie dostępne. Systemowe znaczenie SKOK–ów i potrzeba objęcia ich niezależnym, państwowym nadzorem finansowym wynika m. in. z liczby członków kas oraz wartości zgromadzonych w nich środków.

Podobnie jak w przypadku nadzoru nad bankami, nadzór KNF wobec SKOK–ów będzie nakierowany na bezpieczeństwo depozytów członków kas. W pierwszym okresie po objęciu SKOK–ów państwowym nadzorem, celem KNF będzie ocena sytuacji finansowej kas oraz identyfikacja rodzajów ryzyka występującego w ich działalności. Jednocześnie SKOK–i są obowiązane, w terminie 3 miesięcy od dnia wejścia w życie ustawy, do przeprowadzenia audytu zewnętrznego i przekazania jego wyników KNF, Kasie Krajowej, Ministrowi Finansów, Narodowemu Bankowi Polskiemu, Komitetowi Stabilności Finansowej
oraz Krajowej Radzie Spółdzielczej. Audyt będzie przeprowadzany przez niezależnego biegłego rewidenta.

Rosja od środy jest formalnie członkiem WTO (Światowej Organizacji Handlu)

Rosja w WTO nie będzie mogła już tak swobodnie nakładać embarga na produkty rolne z Polski, Gruzji czy Mołdawii. Zdaniem ekspertów to najpoważniejszy ruch w kierunku liberalizowania światowego handlu od dekady, kiedy szeregi organizacji zasiliły Chiny. Zmiany jednak będą stopniowe, a to dlatego, że Rosja w ciągu kilku lat negocjacji wywalczyła sobie długie okresy przejsciowe.

Negocjacje euroazjatyckiego imperium trwały rekordowo długo, bo 18 lat. W tym czasie Rosjanie dokonali wielu zmian w prawie i taryfach celnych, które ułatwiły im przystąpienie do Światowej Organizacji Handlu. Najpoważniejsza, czyli zmiana Kodeksu Celnego, została wprowadzona dwa lata temu – w lipcu 2010 roku.

– Niewątpliwie jest to krok w kierunku liberalizacji handlu z partnerami zagranicznymi. W związku z tym możemy się spodziewać wzrostu wymiany handlowej Rosji, a jednocześnie też wzrostu inwestycji do Rosji, bo członkostwo w WTO jest pewnym gwarantem spełniania standardów przez dane państwo – ocenia Iwona Wiśniewska ekspertka z Ośrodka Studiów Wschodnich w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.

Federacja Rosyjska będzie musiała zmniejszyć cła importowe na szereg towarów oraz ograniczyć wsparcie państwa, m.in. dla rolnictwa. Jednak w czasie negocjacji Rosjanie zapewnili sobie również długie okresy przejściowe. Przykładowo ich rynek motoryzacyjny będzie objęty specjalnymi obostrzeniami i stopniowo otwierany przez siedem lat.

– W 2011 roku, kiedy jeszcze było negocjowane członkostwo, średnia ważona stawka celna w Rosji to było 10 proc., do 2018 roku powinna ją obniżyć do około 7,5 proc. Ale to nie same stawki celne są barierą w dostępie do rosyjskiego rynku, ale też i procedury. To, ile się stoi na granicy, jakie dokumenty na granicy są wymagane. To było jedną z ważniejszych barier dla naszych eksporterów, a nie same stawki celne – twierdzi Iwona Wiśniewska.

Na stopniowym otwieraniu rosyjskiego rynku najbardziej skorzystają firmy z Unii Europejskiej. W 2011 roku na Wschód wyeksportowały produkty i towary warte 108,4 mld euro (głównie samochody, telefony i leki), a Rosjanie dostarczyli do Europy dobra warte 199,5 mld euro (w tym głównie gaz za 154 mld euro). Komisja Europejska szacuje, że z tytułu niższych ceł unijni eksporterzy zaoszczędzą rocznie około 2,5 mld euro.

– Unia Europejska i USA były bardzo zainteresowane obecnością Rosji w Światowej Organizacji Handlu. To daje pewne mechanizmy kontroli współpracy. W ramach WTO jest np. mechanizm rozstrzygania sporów. Wcześniej UE nie dysponowała takimi możliwościami. Teraz Rosja, która zobowiązała się do pewnych standardów, powinna ich przestrzegać. Jeśli nie będzie ich przestrzegać, to ewentualnie można domagać się od niej prawnych konsekwencji – wyjaśnia ekspertka ds. Rosji.

Te regulacje powodują, że Rosja nie będzie mogła już tak, jak wcześniej, swobodnie nakładać różnego rodzaju embarga na produkty rolne z Polski, Gruzji czy Mołdawii. Ponadto, jak wynika z rządowych szacunków, rosyjski budżet może stracić na obniżce ceł 10 mld dolarów, a przedsiębiorcy ok. 7,5 mld dolarów.

Zdaniem Iwony Wiśniewskiej, politycy rosyjscy nie do końca byli przekonani o słuszności decyzji o przystąpieniu do WTO. Świadczą o tym również bardzo długie negocjacje. Wyraźne spowolnienie w pracach nad wejściem w struktury organizacji widać było już od 2006 roku, a w 2009 roku Rosja stwierdziła, że priorytetowym kierunkiem współpracy jest dla niej Białoruś i Kazachstan. Negocjacje z WTO ograniczały wówczas możliwość prowadzenia polityki protekcjonistycznej, która była ważnym elementem ochrony rosyjskiego rynku w czasie kryzysu gospodarczego.

– Obecność w WTO daje jej członkom możliwość wpływania na procesy międzynarodowe. Rosja widzi siebie jako poważnego partnera międzynarodowego, ważnego gracza na arenie międzynarodowej, czemu nie sprzyjało pozostawanie poza taką strukturą. Szczególnie, że Rosja ubiega się też o członkostwo w OECD, a warunkiem koniecznym do tego jest członkostwo w WTO – wyjaśnia ekspertka Ośrodka Studiów Wschodnich. – Są pewne elementy, które powodowały, że Rosja powinna w tym gremium się znaleźć.

Kolejna pula akcji PZU SA może wkrótce trafić w ręce inwestorów

Sprzedaż kolejnego pakietu akcji PZU SA byłaby dla rynków dużym wydarzeniem. Według Sebastiana Buczka, analityka rynkowego i prezesa Quercus TFI, Skarb Państwa wstrzyma się z tą decyzją do czasu, kiedy największy polski ubezpieczyciel opublikuje wyniki finansowe za II kwartał (30 sierpnia).

– Nie wykluczyłbym, że na przełomie sierpnia i września będziemy mieli do czynienia z dużą transakcją sprzedaży kolejnego pakietu, około 10 proc. akcji – przewiduje Sebastian Buczek, prezes Towarzystw Funduszy Inwestycyjnych Quercus. Zarówno Skarb Państwa, jak i rynki czekają na publikację wyników finansowych spółki za pierwsze półrocze. Według analityków, mogą one pozytywnie zaskoczyć.

To nie pozostanie bez wpływu na ceny akcji, a co za tym idzie na łączną kwotę, jaką resortowi skarbu państwa uda się zebrać z kolejnego etapu prywatyzacji ubezpieczyciela.

– Skarb Państwa czeka także na dywidendę, która w najbliższych dniach będzie przydzielana do akcji PZU – przypomina prezes Quercus TFI. – Nie wykluczyłbym, że na przełomie sierpnia i września będziemy mieli do czynienia z dużą transakcją sprzedaży kolejnego pakietu, około 10 proc. akcji PZU przez Skarb Państwa.

Zdaniem Sebastiana Buczka, dotychczasowe dane płynące ze spółek w trwającym sezonie publikacji wyników finansowych są zgodne z oczekiwaniami inwestorów.

– W niektórych przypadkach mieliśmy do czynienia z pozytywnymi zaskoczeniami, np. w przypadku banków BRE i Handlowego – ocenia ekspert. – Natomiast niektóre przyniosły negatywne zaskoczenie. Rozczarowały przede wszystkim spółki sektora budowlanego, w którym sytuacja jest dość trudna, oraz wyniki finansowe Lotosu, co spowodowało spadek kursu akcji. W segmencie największych spółek różnice między wynikami a oczekiwaniami nie były drastyczne. Większe różnice były w przypadku szerokiego rynku średnich i mniejszych firm, gdzie niektóre firmy zaskakiwały in minus inwestorów, co pociągało za sobą spadek kursu. Według prezesa Quercus TFI, dalszy etap prywatyzacji PZU SA wydaje się być najciekawszym i najważniejszym wydarzeniem z polskiego rynku, które może czekać warszawską Giełdę Papierów Wartościowych w najbliższym czasie.

– Większe znaczenie dla naszego rynku ma zachowanie giełd na świecie, szczególnie giełdy amerykańskiej i niemieckiej, gdzie sytuacja w wakacje rozwinęła się nadzwyczaj dobrze – ocenia prezes analityk rynków. Od czerwca na rynkach w USA i w Niemczech mamy do czynienia z letnią hossą. Ceny niektórych akcji wzrosły od kilkunastu do nawet dwudziestu procent. Tendencja w najbliższych tygodniach będzie zależała od pozytywnych informacji z dwóch kierunków.

Chodzi przede wszystkim o amerykański rynek nieruchomości, który po głębokiej zapaści w latach 2007 – 2008 powoli odbija się od dna. Po drugie, równie ważne dla inwestorów są informacje, dotyczące dalszych planów ratowania Eurolandu.

– Czekamy na ruch szefa Europejskiego Banku Centralnego, Mario Draghiego w kierunku przezwyciężenia kryzysu. Czekamy też na ewentualne działania ze strony najważniejszych europejskich polityków – tłumaczy Sebastian Buczek. – Jeżeli te działania wreszcie przyjdą, to myślę, że mogą być pozytywnie odebrane przez rynki.

Zdaniem szefa Quercus TFI możliwym rozwiązaniem, które ustabilizowałoby sytuację na rynkach byłby wykup przez EBC obligacji państwowych, emitowanych przez rządy Włoch, Hiszpanii czy innych krajów, zmagających się dziś z poważnym kryzysem.

– Działania banku centralnego mogą mieć inną formę, np. taką, z jaką wcześniej mieliśmy do czynienia na rynku amerykańskim, czyli – upraszczając sprawę – z dodrukiem pieniędzy i wpuszczeniem ich w system finansowy, po to, żeby sytuacja w tym systemie ustabilizowała się przynajmniej w krótkim okresie – tłumaczy Sebastian Buczek.

Słabnie dynamika wynagrodzeń oraz zatrudnienia – wzrośnie bezrobocie

Zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw nie wzrosło w ujęciu rocznym w lipcu, zgodnie z naszą prognozą. – W ujęciu absolutnym ubyło 3tys. miejsc pracy, co jest spójne ze spadkową tendencją na rynku pracy. Biorąc pod uwagę fakt, że spowolnienie jeszcze de facto nie osiągnęło dna – spodziewamy się go dopiero na przełomie 2012 i 2013 roku – spadki zatrudnienia w kolejnych miesiącach będą bardziej widoczne.

Najnowsze dane publikowane przez Główny Urząd Statystyczny wskazują na spadek poziomu zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw. W stosunku do zeszłego miesiąca zatrudnienie zmniejszyło się o niemal 3 tys. osób i wynosi obecnie 5,528 mln osób.

Obecny brak poprawy na rynku pracy zapowiada jeszcze gorszą końcówkę tego roku. W ostatnich miesiącach obserwujemy minimalną dynamikę tworzenia nowych miejsc pracy, szczególnie tych, które uznawane są za pierwsze prace, co w największym stopniu przekłada się na wzrost bezrobocia wśród osób młodych. Firmy zamiast zwiększać zatrudnienie, starają się realizować obecne zamówienia podstawową załogą, co skutkuje wydłużaniem czasu pracy obecnych pracowników, kosztem tworzenia nowych etatów – komentuje Tomasz Hanczarek, Prezes Zarządu Work Service S.A.

– Nie możemy wykluczyć ujemnych zmian zatrudnienia w ujęciu rocznym, można spodziewać się także coraz szybszego wzrostu stopy bezrobocia. Trudno nam zgodzić się z prognozami wysnuwanymi na poziomie resortu pracy, że stopa bezrobocia nie przekroczy 13 proc. do końca roku – mówi Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista BRE Banku.

Pomimo wzrastającej niepewności gospodarczej i wyhamowywaniu zwiększania zatrudnienia w wielu firmach, obecnie można wyróżnić sektory, w których sytuacja jest relatywnie dobra. Najwięcej ofert pracy w ostatnim czasie można znaleźć w branży spożywczej, przetwórstwie spożywczym, produkcji sprzętu RTV i elektronicznego oraz w usługach – dodaje Tomasz Hanczarek.

Poziom wynagrodzeń na przestrzeni ostatniego roku uległ poprawie na poziomie 2,4% i wynosi obecnie 3700,01 zł.

Obserwowany wzrost wynagrodzeń w skali rok do roku jest niemal dwukrotnie niższy od obecnego poziomu inflacji. Oznacza to, że polscy pracownicy realnie zarabiają mniej niż jeszcze 12 miesięcy temu. Dzieje się tak ponieważ, odnotowywany w ostatnich miesiącach wzrost wynagrodzeń nie jest wynikiem podnoszenia wynagrodzeń pracownikom, lecz wyższym wypłatom z tytułu większej ilości godzin świadczonej pracy. Na zahamowanie podwyżek w największym stopniu wpłynęło podniesienie na początku roku stawki rentowej po stronie przedsiębiorców – podsumowuje Tomasz Hanczarek, Prezes Zarządu Work Service S.A.

Niższe ceny żywności i spadek inflacji w lipcu

W lipcu roczny wskaźnik inflacji obniżył się do 4,0 proc. z 4,3 proc. zanotowanych w czerwcu. W ujęciu miesięcznym ceny konsumenta obniżyły się – w zasadzie zgodnie ze wzorcem sezonowym – o 0,5 proc. – Zasadniczym powodem obniżenia się wskaźnika inflacji były niższe ceny żywności, które odnotowały spadek o 2,2 proc. w skali miesiąca. Spadły przede wszystkim ceny żywności sezonowej, czyli głównie warzyw, o prawie 20 proc., podobnie jak to miało miejsce w Czechach – mówi Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista BRE Banku.

Istotne wzrosty zanotowano natomiast w cenach wycieczek zorganizowanych (zagraniczne +9 proc. m/m), co związane było ze zmianami na rynku po serii bankructw biur podróży. – W znakomitej większości kategorii ceny pozostały stabilne. Inflacja bazowa utrzymała się na poziomie z poprzedniego miesiąca, czyli 2,3 proc. w skali roku – wyjaśnia Marcin Mazurek, analityk BRE Banku.

– W kolejnym miesiącu oczekujemy spadku rocznego wskaźnika inflacji do około 3,9 proc. Bardziej istotne spadki inflacji powinny nastąpić dopiero w październiku, kiedy realizować będzie się efekt wysokiej bazy. Obecnie zmiany inflacji powodowane są głównie przez czynniki sezonowe zaś skala spadku inflacji do końca roku ograniczana będzie przez globalnie rosnące ceny żywności – mówi Ernest Pytlarczyk. – Na koniec roku inflacja powinna obniżyć się w okolice 3,0 proc. – dodaje ekonomista.

Dzisiejsze dane przełożyły się na niewielki spadek rynkowych stóp procentowych (o 2 punkty bazowe). Komentarze członków RPP potwierdzają jednak, brak gotowości do natychmiastowego obniżenia stóp procentowych, pomimo dalszego spadku dynamiki PKB. Czynnik ten (kwestie reputacyjne w RPP), seria lepszych danych realnych za lipiec (kolejne publikacje produkcji przemysłowej i sprzedaży detaliczna) oraz realizująca się właśnie w skali globalnej realokacja w stronę bardziej ryzykownych aktywów) to czynniki, które mogą pogłębić wzrostową korektę na rentownościach polskich obligacji i stóp IRS.

Luksus pisany cyrylicą – Rosja w oparach luksusu

Jeszcze 30 lat temu Rosja kojarzyła się nam z zapachem taniego tureckiego tytoniu na bazarze, mięsa zawijanego w gazetę i kartkami na cukier. Obecnie, od momentu otwarcia pierwszych supermarketów, kraj ten oddycha pełną piersią. Moskwa zaś jest kojarzona z miastem, w którym towary luksusowe to chleb powszedni.

Na ten stan rzeczy wpłynął między innymi przełomowy moment, w którym potrzeby społeczne mogły zostać realizowane dzięki kredytom. To właśnie one obniżyły próg dostępności do rynku dóbr luksusowych, co za tym idzie – zaczął się on rozwijać jako odrębna ekonomiczna struktura.

Grupa społeczna nabywająca ekskluzywne towary w Rosji, wbrew pozorom, jest znacznie szersza. Chęć posiadania takiego towaru jest bardziej napędzana przez środowisko zewnętrzne, aniżeli osobiste potrzeby, bo możliwościami finansowymi dysponuje ogromna liczba Rosjan.

Według danych z 2007 r. dochód 2,8 mln mieszkańców Rosji przekracza 5000 $ na osobę w rodzinie miesięcznie. Takich pieniędzy całkowicie wystarczy nie tylko na kupno drogich, markowych ubrań, biżuterii, czy perfum, ale po zaciągnięciu kredytu można sobie pozwolić na kupno czegoś bardziej luksusowego, jak na przykład chociażby jacht lub najnowszej klasy Mercedes.

Na zbędne zakupy Rosjanie przeznaczają rocznie ponad 77$ mld, odpowiednia część przypada na towary luksusowe. Nabywców dóbr ekskluzywnych można podzielić na trzy grupy: tradycyjni, świąteczni i naśladujący. Do pierwszej grupy zaliczają się ludzie o już wyrobionym statusie społecznym, w starszym wieku, dla których najbardziej liczy jakość i tradycja. Ich dochody są bardzo wysokie, więc cena kompletnie się nie liczy w podejmowaniu decyzji o zakupie helikoptera czy jachtu.

„Świąteczni” nabywcy to z kolei dzieci, żony bądź przyjaciółki bogatych ludzi. Dla nich najważniejsze jest ukazanie swojego statusu poprzez markę. Podobnie jest z „naśladującymi”, którzy za cel obierają sobie „etykietkę”.

W odróżnieniu od konsumpcyjnych rynków Europy, USA czy Japonii, rynki krajów rozwijających się nie poddają się kryzysowi ekonomicznemu. Rosja, według ostatnich badań, zajmuje trzecie miejsce, tuż po USA i Niemczech, co do ilości miliarderów. Można ich naliczyć ponad 100 tys. Na ich rękach znajduje się 300$ mld w gotówce. Dziś Moskwa jest Mekką najdroższych towarów, to tam dwa razy do roku odbywają się targi Millionaire Fair. Można znaleźć tam najlepszą biżuterię, najnowsze samochody czy jachty.

Obecnie Rosja jest czwartym co do wielkości krajem dóbr luksusowych, a tempo jego wzrostu jest największe na całym świecie – ok. 30,5% i wciąż rośnie.

Takie tendencje w krajach rozwijających się są spowodowane przede wszystkim szybkim wzrostem ekonomicznym. Umocnienie gospodarcze wpłynęło również na rozszerzenie się klasy średniej, która coraz częściej wykazuje się zainteresowaniem rynkiem towarów luksusowych.

Sprzedaż nowych aut w Polsce na najniższym poziomie od 1,5 roku

Sprzedaż nowych samochodów wciąż spada, zarówno w Polsce, jak i w Europie. W lipcu dealerzy zanotowali najniższy popyt od półtora roku. Zdaniem prezesa Toyota Motor Poland, odpowiadają za to nastroje konsumentów. – Jeżeli będziemy się obawiać, że nastąpi kryzys i będziemy mniej konsumować, to sami ten kryzys wywołamy – przestrzega Jacek Pawlak.

– Sprzedaż samochodów jest bardzo ściśle związana ze współczynnikiem zaufania konsumentów. Jeżeli konsumenci nastawieni są pozytywnie, patrzą w przyszłość z optymizmem, to zazwyczaj kupują więcej aut. Samochody to drogie produkty, więc taka atmosfera zazwyczaj pomaga w podejmowaniu tego typu decyzji – mówi w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Jacek Pawlak.

W lipcu zarejestrowano zaledwie 23 759 nowych pojazdów do 3,5 tony – w tym 20 898 osobowych. To 10 proc. mniej niż w czerwcu lub w lipcu 2011 roku. To najniższa sprzedaż miesięczna od półtora roku.

Ale prognozy nie są najlepsze: prognozy mówiące o rosnącej inflacji, kłopotach firm i wzroście bezrobocia zniechęcają Polaków do podejmowania decyzji tego typu zakupach.

Lipiec był również kolejnym – dziewiątym z rzędu – miesiącem spadków w europejskiej branży motoryzacyjnej. Na zachodzie Europy nie pomagają również liczne akcje promocyjne, w ramach których obniżono ceny nowych modeli nawet o 20 proc. W niektórych krajach, np. we Włoszech czy Hiszpanii spadek sprzedaży wynosi ok. 20 proc.

Według raportu Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów to może być dla sprzedawców w UE najgorszy rok od 17 lat.

– Obawiamy się, że to, co dzieje się w Europie może dotknąć Polskę i potencjalnie wpłynąć na spowolnienie gospodarcze w Polsce – podkreśla prezes Toyota Motor Poland. – Jednak dochodzimy tutaj do kuriozalnej sytuacji, kiedy obawiając się kryzysu, sami możemy go wywołać. Duża część wzrostu dochodu narodowego Polski jest związana z konsumpcją i jeżeli będziemy się obawiać, że nastąpi kryzys i będziemy mniej konsumować, to sami ten kryzys wywołamy. Należy więc na to patrzeć racjonalnie.

Jacek Pawlak podkreśla, że gdyby nie kryzys w strefie euro, o polskich klientów i ich nastroje do nowych zakupów nie trzeba byłoby się martwić.

– Na tle gospodarki europejskiej, która jak wiemy w wielu krajach przechodzi różnego rodzaju turbulencje, polska gospodarka cały czas jest oazą spokoju i cały czas się rozwijamy – mówi Jacek Pawlak. – Zachęcałbym klientów, żeby spojrzeli na zakupy pozytywnie, nie tylko dlatego, że my byśmy chcieli sprzedawać jako producenci, ale dlatego przede wszystkim, że technologia bardzo szybko się rozwija, samochody są coraz nowocześniejsze.

Branża motoryzacyjna jest jedną z najlepiej i najszybciej rozwijających się. Dzisiejsze samochody są naszpikowane elektroniką i wyposażone w dziesiątki instrumentów gwarantujących przede wszystkim większe bezpieczeństwo w podróży.

– Z dużym zdziwieniem patrzę na to, jak bardzo różni się dzisiaj samochód 7-letni od samochodu nowego. Jest mnóstwo elementów gwarantujących bezpieczeństwo czy pomagających nam w sytuacjach ekstremalnych. Dzisiaj 6-9 poduszek to już jest standard. ABS, VSC, systemy stabilizujące, to jest coś, co jest praktycznie w każdym samochodzie – tłumaczy Jacek Pawlak.

Średni wiek samochodu jeżdżącego po polskich drogach to 17 lat.

Pracodawca przerywa nasz urlop. Ma do tego prawo w wyjątkowych okolicznościach

Nagły powrót z urlopu na wezwanie szefa? To możliwe i zgodne z prawem. – W wyjątkowych sytuacjach pracodawca ma takie uprawnienie – przyznaje mecenas Karolina Stawicka, ekspert prawa pracy w Kancelarii Bird & Bird. Musi nam jednak zwrócić pieniądze za koszty podróży lub niewykorzystane wczasy.

Zgodnie z Kodeksem Pracy, nagłe przerwanie urlopu pracownikowi jest możliwe tylko w wyjątkowych okolicznościach, których pracodawca wcześniej nie mógł przewidzieć.

– Może być tak, że pracownik, który wyjechał na urlop jest pracownikiem odpowiedzialnym za kluczowego klienta albo jest architektem odpowiedzialnym za budowę – tłumaczy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria mecenas Karolina Stawicka. – W związku z tym, jeśli się dzieje jakaś awaryjna sytuacja, prawo zezwala na to, żeby pracownik był zawezwany z urlopu.

W takim przypadku, pracownik jest zobowiązany skrócić swój urlop i w możliwie najkrótszym czasie stawić się w miejscu pracy. W przeciwnym razie może mu grozić nawet dyscyplinarne zwolnienie.

– Musi być wystarczające uprzedzenie, które pozwoli pracownikowi na powrót – zastrzega mec. Stawicka. – Niedopuszczalna jest sytuacja i pracownik nie może ponosić za nią odpowiedzialności, kiedy pracodawca wezwie go do pracy na określony dzień np. dając mu 24 godziny na powrót, wiedząc, że sama podróż pracownika do pracy zajmie mu dwa razy tyle.

Ewentualne wyciąganie konsekwencji za spóźnienie jest, w tym przypadku nieuzasadnione, co więcej – prawnie niedopuszczalne.

Pracodawca ponadto musi liczyć się z poniesieniem nakładów finansowych, związanych np. z pokryciem kosztów podróży powrotnej pracownika czy zwrotem pieniędzy za wykupioną wcześniej przez pracownika i niewykorzystaną wycieczkę zagraniczną.

– Pracownik powinien to udokumentować, bo to jest jednak koszt pracodawcy – zwraca uwagę ekspert prawa pracy w Kancelarii Bird & Bird. – W związku z tym niezbędne jest okazanie pracodawcy wszelkich faktur za zakupione bilety lotnicze, za transport, za wszelkie wydatki, jakie pracownik poniósł w związku z tym, żeby wcześniej wrócić z urlopu.

Uzasadnionym kosztem, który pracodawca powinien zwrócić będą również koszty powrotu z urlopu rodziny pracownika, np. dzieci, które pozostają pod jego opieką.

Pracownik, który na wyraźne żądanie szefa wrócił do pracy, skracając swój urlop ma prawo do jego pełnego wykorzystania w innym, dogodnym dla niego terminie.

– Jak tylko zajdą okoliczności, np. zostanie zakończona akcja bądź sytuacja kryzysowa w przedsiębiorstwie, pracodawca nie powinien mieć żadnych przeciwwskazań w udzieleniu uzupełniającego urlopu, który został przerwany przez pracownika – wyjaśnia mecenas Karolina Stawicka.

Zgodnie z przepisami prawa pracy pracownik powinien wykorzystać swój urlop bieżący do końca roku kalendarzowego, natomiast zaległy – do końca września następnego roku.

Dynamika wzrostu zatrudnienia cudzoziemców wyhamowuje

Aktualne dane resortu pracy pozwalają zakładać niższy wzrost zatrudnienia obcokrajowców niż to miało miejsce w latach 2010-2011. Jednocześnie eksperci szacują, że pomimo ogólnego spowolnienia gospodarczego i wysokiej stopy bezrobocia, pracujących cudzoziemców będzie przybywać, w dużym stopniu za sprawą rosnącej liczby zezwoleń na pracę. W 2012 roku wzrośnie ona o nawet 15 procent w porównaniu z rokiem poprzednim – informuje agencja EWL.

Według danych zebranych przez Powiatowe Urzędy Pracy w ciągu pierwszego półrocza 2012 roku, zainteresowanie zatrudnieniem cudzoziemców przełożyło się na zarejestrowanie przez podmioty 160 276 oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcom, umożliwiające zatrudnienie obywateli pięciu państw (Ukrainy, Białorusi, Mołdowy, Rosji i Gruzji) na okres do 6 miesięcy w ciągu roku. To o prawie 4 tysiące mniej niż w podobnym okresie poprzedniego roku, kiedy polskie firmy zgłosiły zapotrzebowanie na 163 984 cudzoziemców.
Największym zainteresowaniem w pierwszej połowie 2012 roku cieszyli się, podobnie jak wcześniej, obywatele Ukrainy. Do końca czerwca zarejestrowano prawie 150 tysięcy wniosków o zamiarze zatrudnienia pracownika z Ukrainy, co jednak stanowi spadek o niecałe 4 tysiące w porównaniu z pierwszą połową 2011. Ostatecznie oświadczeń dla Ukraińców zostało zarejestrowanych 149 947.

Na spadek dynamiki może mieć wpływ kilka czynników. Jedną z głównych przyczyn może być bardzo wysoka dynamika zatrudnienia w 1 kwartale 2011, wynikająca z braku odpowiednich procedur pomostowych, ograniczających rejestrowanie oświadczeń pod koniec 2010 roku. W efekcie wielu pracodawców zwlekało do końca roku ze złożeniem wniosku do odpowiedniego urzędu i największy skok dynamiki zatrudnienia miał miejsce w pierwszym kwartale 2011 roku. Innym powodem może być aktualna koniunktura gospodarcza, która w pierwszym kwartale tego roku odnotowała najgorsze wyniki od prawie dwóch lat. Jednocześnie kluczową gałęzią gospodarki, która w tym okresie rozwijała się najdynamiczniej, było budownictwo. Widać to również w wysokości zapotrzebowania na pracę cudzoziemców w tej branży – podmioty z sektora rolnego i budownictwa generują najwięcej wniosków o zamiarze zatrudnienia cudzoziemca – odpowiednio 88 423 i 33 404. O ile zapotrzebowanie na obcokrajowców w rolnictwie spadło o 10 procent, w budownictwie wzrosło o 16 punktów procentowych.

Wyższa efektywność zatrudnienia

Jednocześnie należy zauważyć, że mniejsza liczba zarejestrowanych oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcom nie musi przekładać się całkowicie na spadek zainteresowania zatrudnieniem obywateli państw trzecich. Pomimo spadku dynamiki w obszarze zapotrzebowania na cudzoziemców w oparciu o procedurę uproszczoną (oświadczenia), zauważalny jest stabilny wzrost innego kluczowego wskaźnika – liczby rejestrowanych zezwoleń na pracę dla cudzoziemców. W tym przypadku pierwsze półrocze 2012 przyniosło wzrost liczby wniosków o wydanie zezwolenia na pracę w wysokości 13 procent w porównaniu z tym samym okresem 2011 roku. W ciągu pierwszych 6 miesięcy bieżącego roku zarejestrowano w Polsce 21 524 wniosków o zezwolenie, z czego ponad 11 tysięcy przypadało na obywateli Ukrainy. W przypadu tej ostatniej grupy jest to bardzo znaczący wzrost, wynoszący 66 procent w porównaniu do pierwszej połowy 2011, kiedy liczba wniosków o zezwolenie dla Ukraińców wyniosła 6862. Negatywnym aspektem tego wzrostu jest jednak wzrost liczby odmów wydania zezwolenia na pracę, z 218 w pierwszej połowie 2011 do 441 w tym samym okresie 2012 roku.

– „Spadek liczby zarejestrowanych oświadczeń nie jest tożsamy ze spadkiem zainteresowania rekrutacją obcokrajowców.” – wyjaśnia Andrzej Korkus, prezes agencji EWL East West Link. – „Trzeba uwzględnić inne uwarunkowania, w tym ogólną sytuację ekonomiczną, w jakiej Polska się aktualnie znajduje. O stabilności przyrostu zatrudnienia cudzoziemców świadczy w większym stopniu miarodajny wskaźnik liczby zezwoleń na pracę. Zakładając tradycyjnie wyższą dynamikę rejestracji zezwoleń w drugiej połowie roku, można śmiało przyjąć, że w 2012 wzrośnie on o co najmniej 15 procent w porównaniu z rokiem ubiegłym.”

Oznacza to pośrednio wzrost dynamiki zapotrzebowania na pracę obcokrajowców i wzrost efektywności zatrudnienia cudzoziemców z państw objętych uproszczoną procedurą zatrudnienia, gdzie wskaźnik efektywności zatrudnienia oznacza stosunek liczby realnie zatrudnionych cudzoziemców z tych 5 państw do ogólnej liczby zarejestrowanych w danym okresie oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcom bez konieczności uzyskania zezwolenia na pracę. Utrzymanie dynamiki wzrostu liczby zezwoleń na pracę i mniejsza liczba oświadczeń mogą również stanowić oznakę zwiększonego zapotrzebowania na wysoko wykwalifikowanych specjalistów z państw trzecich, kosztem zagranicznych pracowników sezonowych.

Wzrost liczby zezwoleń na pracę oznacza także wzrost zadowolenia z pracy wykonywanej przez cudzoziemców objętych procedurą uproszczoną – po upłynięciu przepisowych 6 miesięcy w ciągu roku, coraz więcej pracodawców decyduje się na przedłużenie swoim pracownikom wizy pracowniczej w oparciu o pełne zezwolenie na pracę. Według danych Ministerstwa Pracy za pierwsze półrocze liczba przedłużeń zezwoleń dla obywateli Ukrainy wzrosła o 25% w porównaniu z rokiem poprzednim (o 21% w przypadku wszystkich grup cudzoziemców). Pracownicy z zagranicy mniej rotują, a pracodawcy są skłonni do podtrzymania stosunku pracy z nimi.

Źródło: MPiPS, EWL

Resort finansów chce wprowadzić VAT na dotacje unijne

Mniej pieniędzy w kieszeni podatników, więcej w państwowej kasie. Wszystko za sprawą zmian w ustawie o podatku VAT. Znowelizowane przepisy o podstawie opodatkowania z pozoru powinny zmienić niewiele. Problem w tym, że Ministerstwo Finansów chce rozszerzyć zakres opodatkowania na wszystkie dotacje, subwencje i pomoc unijną – ostrzegają eksperci podatkowi firmy KPMG.

Nowelizacja ustawy o podatku VAT ma wejść w życie 1 stycznia przyszłego roku. Z pozoru zmienia niewiele.

– Jest to niewielka zmiana brzmienia regulacji, które w ten sposób zostaną w sposób pełniejszy dostosowane do przepisów dyrektywy unijnej. Z samego projektu nie wynika jednak, aby mogła ona stanowić podstawę do zmiany obecnie obowiązujących zasad w zakresie ustalania podstawy opodatkowania w związku z otrzymaniem dopłat, subwencji czy dotacji, również tych o charakterze ogólnym – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Andrzej Bernatek, partner w Dziale Podatków firmy doradczej KPMG.

Jak wyjaśnia Ministerstwo Finansów w komunikacie przesłanym Newserii, chodzi o zastąpienie jednego z obowiązujących przepisów o sposobie ustalania podstawy opodatkowania tak, by ściśle odwzorowywał art. 73 unijnej dyrektywy w sprawie wspólnego systemu podatku od wartości dodanej oraz by zmniejszyć wątpliwości podatników w zakresie określania podstawy opodatkowania.

Jednak eksperci wątpliwości mają.

– Niepokoi nas stanowisko ministra finansów wyrażone w uzasadnieniu do tego projektu. Wydaje się, że Ministerstwo Finansów w ten sposób chciałoby istotnie rozszerzyć zakres opodatkowania – tłumaczy Andrzej Bernatek.

Zdaniem eksperta, wydaje się, że Ministerstwu chodzi o objęcie VAT-em wszystkich dotacji, subwencji, funduszy unijnych i innych dopłat, w tym również takich, które mają charakter pomocy ogólnej dla działalności podatników.

– W przepisach obecnie obowiązujących kwoty otrzymanych dotacji mają wpływ na wysokość podstawy opodatkowania wówczas, gdy mają bezpośredni wpływ na cenę (kwotę należną) towarów dostarczanych lub usług świadczonych przez podatnika. W projekcie proponuje się wprowadzenie zamiast sformułowania „bezpośredni wpływ na cenę” sformułowania: „związane bezpośrednio z ceną” – czytamy w uzasadnieniu Ministerstwa Finansów do projektu nowelizacji ustawy.

– Będzie to miało znaczenie np. w przypadku projektów realizowanych ze środków pochodzących z programów pomocowych UE. Obecnie otrzymane kwoty przez beneficjentów w znaczącej większości były traktowane jako „dotacje o charakterze ogólnym”, a zatem nie były uwzględniane w podstawie opodatkowania. Z dniem wejścia w życie proponowanych przepisów, jeżeli finansowanie z tych środków związane jest bezpośrednio z ceną, finansowane w ten sposób czynności będą podlegały opodatkowaniu i powstanie obowiązek rozliczenia podatku od otrzymanych kwot – wyjaśnia ministerstwo.

– Podatnicy skonfrontowani z taką interpretacją tego przepisu, wsparci przez doradców, odwołają się do sądów, a te powinny przychylić się do ich stanowiska w zakresie braku podstaw do opodatkowania VAT dotacji ogólnych – uważa ekspert KPMG.

Tym bardziej, że kwestia ta została już pozytywnie rozstrzygnięta na korzyść podatników przez Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu.

Ministerstwo Finansów zapowiada, że Rada Ministrów ma się zająć projektem zmian w ustawie o podatku VAT jeszcze w tym kwartale.

– Niezależnie od dyskusji na temat podstawy opodatkowania w zakresie dopłat, dotacji czy subwencji, innym zupełnie tematem jest sposób wyliczenia wydatków kwalifikowanych, jako podstawy ubiegania się o pomoc publiczną. Od lat toczy się bowiem dyskusja, czy wydatki takie powinny być kalkulowane jako kwoty brutto czy też netto – mówi Andrzej Bernatek.

Zdaniem ekspertów, jeśli Komisja Europejska zdecyduje, że – inaczej niż jest dziś – podatek VAT nie może być zaliczany do kosztów kwalifikowanych, czyli takich, które dotacją pokrywa Unia Europejską, będzie to oznaczało, że niektórzy beneficjenci, jak samorządy i organizacje pożytku publicznego, będą musieli płacić podatek z własnej kieszeni.

W tym roku upadnie o 60 proc. więcej małych firm niż rok temu

878 firm zakończy działalność w tym roku – prognozuje Korporacja Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych. W porównaniu z ubiegłym rokiem to 1/5 więcej. Są to głównie duże spółki prawa handlowego, ale coraz częściej na ogłoszenie upadłości decydują się małe, jednoosobowe firmy. Tylko w lipcu upadło 70 przedsiębiorstw.

Korporacja Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych szacuje, że tempo wzrostu gospodarczego w tym roku obniży się do 2,7 proc., a wskaźnik rentowności obrotu netto firm spadnie do 3,8 proc. Przy takich założeniach, ekonomiści spodziewają się, że w tym roku upadnie więcej przedsiębiorstw niż w 2011.

– Przyrost liczby upadłości firm – w stosunku do tego, co notowaliśmy przed rokiem – nie będzie już tak duży, jak w pierwszej połowie roku. Natomiast mimo wszystko oczekujemy, że firm średnich i dużych upadnie w tym roku 13 proc. więcej niż rok temu, czyli ok. 675 przedsiębiorstw. Tych najmniejszych upadnie około 200 i to będzie około 60-procentowy wzrost – informuje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Piotr Soroczyński, główny ekonomista KUKE.

Analitycy twierdzą, że firmy borykają się głównie z problemami finansowymi. Przeterminowane faktury i zatory płatnicze zmuszają do zamknięcia biznesu coraz większą grupę przedsiębiorców. Kłopoty w mniejszym lub większym stopniu dotykają każdej branży: od budownictwa, poligrafii, poprzez hotele, firmy transportowe aż po branżę spożywczą. Wyjątkiem jest tylko sektor farmaceutyczny, w którym od sierpnia 2011 do lipca 2012 roku nie upadła żadna firma.

– Powodów takich problemów może być wiele. Po pierwsze, ktoś mógł nie trafić w biznesplan. Myślał, że interes dopnie, okazało się, że koszty były wyższe, a sprzedaż niższa niż zakładał. Być może ktoś chciał uplasować towar czy usługę do klienta, do którego nie był w stanie dotrzeć. Ale przede wszystkim podstawowym problemem jest to, że mamy zatory płatnicze i firma sama nie otrzymując środków na czas, nie może swoich zobowiązań uregulować – wyjaśnia Piotr Soroczyński.

Z danych KUKE wynika, że w lipcu upadło 70 firm – to wzrost o 2,9 proc. w odniesieniu do poprzedniego miesiąca (68 upadłości) i wzrost o 1,4 proc. w porównaniu do lipca 2011 roku, kiedy upadłość ogłosiło 69 firm.

– Postępowania upadłościowe dotyczą głównie firm dużych i średnich, czyli takich, które prowadzone są jako spółki prawa handlowego. Jednak w tym roku notujemy coraz więcej upadłości firm najmniejszych, tak jakby one coraz chętniej korzystały z tej formy likwidacji działalności. Tutaj przyrosty są bardzo duże w stosunku do roku ubiegłego, ale nadal stanowią one 20-25 proc. wszystkich upadłych firm – tłumaczy przedstawiciel KUKE.

W ostatnim miesiącu najgorzej radziła sobie branża budowlana. Ekonomiści KUKE zwracają uwagę, że w tym przypadku problemem często było niedopasowanie biznes-planu do rzeczywistości oraz zaniżanie cen usług, poniżej kosztów, po to, by zdobyć zamówienie. Prognozy dla budowlanki nie są najlepsze. Z raportu Korporacji wynika, że fala upadłości jeszcze przed nami.

Podobnie jak w turystyce. Zdaniem Piotra Soroczyńskiego kilka przypadków bankructw w lipcu to dopiero początek problemów w branży.

– Myślę, że fala formalnych upadłości w turystyce dopiero nadchodzi. W tej chwili słyszymy o kolejnych składanych wnioskach o upadłość firm, natomiast faktycznie będziemy je widzieli w statystykach za kilka miesięcy, To będzie bardzo poważny problem. Myślę, że w zakresie turystyki w przyszłym sezonie obsługiwać nas będzie znacznie mniej podmiotów niż teraz – prognozuje ekonomista.

Z dużymi problemami mierzy się również branża poligraficzna, gdzie natężenie upadłości w ciągu ostatniego roku wyniosło 3,7 proc., szczególnie w wydawnictwach marketingowych. Zdaniem przedstawiciela KUKE, chociaż wyniki finansowe przedsiębiorstw z tej branży są dobre, duża liczba upadłości to wina małego zróżnicowania świadczonych usług.

– Stosunkowo duża liczba upadłości firm dotyczy najdrobniejszych podmiotów. W momencie, kiedy koniunktura gospodarcza pogarsza się, zmniejsza się liczba zamówień i nie są w stanie zarobić na swój byt. Dzieje się tak, ponieważ firmy te nie są w stanie tego ryzyka rozproszyć przez różne rodzaje działalności – mówi Piotr Soroczyński.

W tym trudnym czasie – według danych KUKE – najlepiej radzą sobie firmy z branży farmaceutycznej, a także producenci samochodów i części do nich (natężenie upadłości wynosi 0,23 proc.), komputerów i wyrobów elektronicznych (0,63 proc.), wyrobów z papierów (0,48 proc.), metali (0,79 proc.) oraz maszyn i urządzeń (0,53 proc.).

Rentowność na rynku wtórnym obligacji 5-letnich najniższa w historii

W piątek (3.08.2012) o godz. 15.30 rentowność obligacji 5-letnich emitowanych w złotych wyniosła 4,25% i osiągnęła najniższy poziom w historii na rynku wtórnym. Poprzednio najniższy poziom miał miejsce 21 września 2005 r. i 28 lutego 2006 r., gdy wynosił 4,28%.

W środę (1.08.2012) rentowność obligacji 5-letnich na rynku pierwotnym osiągnęła najniższy poziom w historii. Natomiast w połowie lipca najniższe rentowności w historii osiągnęły obligacje denominowane w euro, a rentowność obligacji 10-letnich emitowanych w złotych spadła poniżej 5%, osiągając najniższy poziom od marca 2006 r. (w piątek – 4,73%).

Komentarz Ministra Finansów Jacka Rostowskiego:

Inwestorzy doceniają politykę fiskalną prowadzoną przez rząd oraz zdają sobie sprawę, że w kryzysie Polska doznała jednego z najniższych wzrostów zadłużenia w relacji do PKB w całej Unii Europejskiej. Nie dziwię się, że to właśnie rentowność obligacji 5-letnich osiągnęła najniższy poziom. Do końca kadencji parlamentarnej zostały jeszcze ponad 3 lata, a nawet gdyby w 2015 r. do władzy doszła któraś z obecnych partii opozycyjnych i wcieliła w życie swoje nieodpowiedzialne pomysły to i tak w półtora roku nie zdążyłaby popsuć tego, co czego rząd konsekwentnie osiągnął w ciągu dwóch kadencji – stabilnych finansów publicznych.

Kluby Ekstraklasy zarabiają coraz więcej

Kluby Ekstraklasy osiągnęły w ostatnim roku przychody na poziomie ponad 360 mln złotych. Na czele plasuje się Legia Warszawa – z ponad 64 mln zł przychodów. Klub ze stolicy zastąpił Lecha Poznań, który po trzech latach dominacji spadł na trzecie miejsce. Ekstraklasa generuje coraz większe wpływy, ale wciąż daleko jej do europejskich gigantów – wynika z raportu „Piłkarska Liga Finansowa” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte.

– Na samej górze rankingu są trzy kluby, które mają największe przychody. To jest Legia Warszawa, Wisła Kraków i Lech Poznań – wymienia w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Marcin Diakonowicz, partner w Deloitte.

Wpływy Legii Warszawa osiągnęły w ubiegłym roku poziom 64,3 mln zł. W porównaniu z 2010 rokiem to ponad dwukrotny wzrost, który wynika przede wszystkim z udanych występów w europejskich pucharach. Podobnie było w przypadku drugiej w rankingu Wisły Kraków, która poprzedni rok zamknęła przychodami na poziomie ponad 55 mln zł.

Lech Poznań, który nie grał w pucharach UEFA, stracił pozycję lidera rankingu, spadając na trzecie miejsce z przychodami na poziomie 38,7 mln zł. W porównaniu z rokiem 2010 spadły aż o 22 mln zł. Jest to kwota wyższa niż całkowite przychody 10 z 16 klubów piłkarskich Ekstraklasy.

Jak wynika z raportu Deloitte, przychody wszystkich drużyn zwiększyły się w ubiegłym roku w sumie o rekordowe 60 mln zł (do 360 mln zł), czyli o 20 proc. w porównaniu z 2010 rokiem. Wzrosty odnotowano w każdej z trzech kategorii wpływów.

– Po pierwsze, przychody klubów są generowane z tzw. dnia meczu, czyli ze sprzedaży biletów, z cateringu. Drugą kategorią przychodów są te z transmisji telewizyjnych, gdzie wliczamy także pieniądze otrzymane z UEFA z pucharów. Trzecia kategoria to przychody komercyjne, czyli np. umowy sponsoringowe. W przypadku polskich klubów to największa, bo stanowiąca 46 proc., pula przychodów – mówi Marcin Diakonowicz.

W ubiegłym roku przychody z drugiej kategorii wzrosły o 20 mln zł, a z dnia meczu – o 10 mln zł.

Zdaniem Marcina Diakonowicza, partnera w Deloitte, polskie drużyny mają szansę, by podtrzymać w najbliższym czasie rosnący trend. Poprawa wyników sportowych jest podstawowym wyzwaniem, ale nie jedynym.

– To są elementy, które razem powinny zaistnieć. Z jednej strony wynik sportowy, z drugiej niezbędna infrastruktura, ale myślę, że najważniejsze oprócz wyniku, to jest to, żeby kluby zaczęły traktować sport, jako biznes – mówi ekspert Deloitte.

Nowe stadiony i obiekty sportowe, a także sukces organizacyjny czerwcowego Euro 2012 mogą przyczynić się do jeszcze większej popularyzacji piłki nożnej w kraju.

– Do tej pory chodzenie na mecze nie było popularne. Teraz to wszystko się zmienia. W związku z tym, że mamy nową infrastrukturę, na mecze przychodzą rodziny z dziećmi i jest coraz większa frekwencja. To oczywiście dokładnie wpływa na przychody z transmisji czy z dnia meczu – zauważa Marcin Diakonowicz.

W ubiegłym sezonie frekwencja na meczach wzrosła o 4 proc. i sięgnęła 8,8 tys. osób.

Jak podkreśla ekspert, rodzima Ekstraklasa, ani pod względem frekwencji, ani pod względem przychodów, nie może się jeszcze porównywać z ligami europejskimi, nawet z tymi mniejszymi, jak z austriacką, szkocką czy belgijską. Holenderska Eredivisie osiągnęła wpływy pięciokrotnie wyższe niż najwyższa klasa rozgrywek w Polsce.

– Na razie w porównaniu do krajów, gdzie ligi są bardzo rozwinięte, jak Niemcy, Anglia, Włochy, Hiszpania, przychody naszej Ekstraklasy są bardzo niskie. Stanowią mniej niż 10 proc., ok. jednej dwunastej przychodów klubów z największych krajów – mówi partner w Deloitte.

W polskiej Ekstraklasie poprawił się stosunek wydatków na wynagrodzenia i osiąganych przychodów. Jest to średnio 68 proc., czyli poniżej poziomu ostrzegawczego. To głównie efekt wyższych wzrostów przychodów niż podwyżek płac.

– W tym roku po raz pierwszy osiągnięto taki pułap, który się określa „zdrowymi” finansami, czyli poniżej 70 proc. W latach poprzednich wskaźnik ten wynosił 85-90 proc. To była sytuacja niezdrowa, kiedy praktycznie wszystkie pieniądze przeznaczano na wynagrodzenia – podkreśla Marcin Diakonowicz.

Z raportu Deloitte wynika, że najmniej „zdrowa” sytuacja jest w zespołach Korony Kielce i Cracovii, gdzie wskaźnik ten przekracza 100 proc. – odpowiednio 106 proc. i 130 proc.

Według eksperta firmy doradczej, polskie kluby piłkarskie muszą zacząć myśleć o sobie jako o przedsiębiorstwach. To oznacza potrzebę maksymalizacji przychodów i szukania nowych wpływów.

– Tendencją idealną byłoby, gdyby przychody z dnia meczu i z transmisji były jak największe, a w ramach przychodów komercyjnych, żeby umowy nie były podpisywane tylko z jednym sponsorem, żeby klub szukał innych przychodów, np. w postaci sklepów z gadżetami rozsianych po całym kraju, w postaci własnej telewizji, w postaci szkółek futbolowych – mówi Marcin Diakonowicz. – Jest już kilka klubów, które zaczęły taką strategię realizować.

Tegoroczny raport „Piłkarska Liga Finansowa” firmy Deloitte to już szósta edycja. W rankingu wzięły udział wszystkie kluby, które grały w Ekstraklasie w sezonie 2011/2012.

Polacy oddają państwu 1/4 pensji

25 proc. naszej comiesięcznej pensji oddajemy państwu. Głównym obciążeniem naszych dochodów są podatek PIT oraz składka na ubezpieczenie społeczne – wynika z raportu PwC „Opodatkowanie osób fizycznych w Unii Europejskiej”. Nie odbiegamy w tym zakresie od europejskiej średniej. Najwięcej pieniędzy zostaje w kieszeni m.in. Cypryjczyków, Maltańczyków i Słowaków, gdzie podatki są najniższe.

Autorzy raportu przeanalizowali obciążenia podatkowe podatników we wszystkich krajach Unii Europejskiej.

W Polsce średnia pensja po odliczeniu obciążeń podatkowych i składek ubezpieczeniowych wynosi dziś około 75 procent i jest niemal zbieżna z unijną średnią (76 proc.). Lwią część naszych pensji wciąż pochłaniają składki na ubezpieczenie społeczne – 13 procent. Więcej od nas oddają na ten cel Francuzi, Estończycy i Czesi. Najniższe składki w Europie są w Danii.

Na podatek dochodowy od osób fizycznych (PIT) idzie z naszych pensji ok. 11 proc.

– Kraje, które pozwalają swoim obywatelom na zachowanie największej kwoty pensji netto, czyli tego, co otrzymujemy na rękę, to są Cypr i Malta – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Joanna Narkiewicz–Tarłowska, starszy menadżer w dziale prawno-podatkowym PwC. – To są także kraje z podatkiem liniowym, czyli Słowacja, Czechy, Bułgaria, Rumunia, Litwa, Łotwa i Estonia.

W portfelu podatników z tych krajów zostaje około 80 proc. ich comiesięcznego wynagrodzenia. Co warto zaznaczyć, przeciętne wynagrodzenie netto osób zarabiających średnią krajową w krajach, które wprowadziły podatek liniowy jest wyższe – o 5 procent – od średniej, notowanej w krajach z tradycyjną skalą podatkową. W pierwszym przypadku jest to 79 proc., w drugim – 74 proc..

– Podatek liniowy jest z pewnością bardziej korzystny dla podatników, bo wraz ze wzrostem wynagrodzenia wzrasta stawka podatkowa i osoby o wyższych dochodach, które inwestują, prowadzą działalność gospodarczą mogą korzystać z tych niższych stawek – tłumaczy ekspertka PwC.

Z drugiej strony, podatek liniowy może zmniejszyć wpływy do budżetu państwa.

– Wiemy, że np. kraje takie jak Rumunia i Słowacja przymierzają się do zmiany tego modelu na system progresywny w związku z obecną trudną sytuacją gospodarczą – zaznacza Joanna Narkiewicz–Tarłowska.

Wyniki tegorocznego badania zbliżone są do ubiegłorocznych rezultatów. Zmiany w systemach podatkowych wprowadziło kilka państw.

– Węgry na przykład wprowadziły 16-procentowy podatek liniowy i ulgi prorodzinne. Dzięki temu osoby posiadające rodziny, korzystając ze wspólnych rozliczeń z małżonkiem, osiągają wyższe pensje netto. W podobnym kierunku poszła Szwecja, gdzie również daje się zauważyć nieznaczny wzrost wynagrodzeń – wymienia ekspertka.

Można się jednak spodziewać, że dalsza dekoniunktura i idące w ślad za nią problemy budżetowe zmuszą niektóre europejskie rządy do zwiększenia obciążeń podatkowych. Zapowiadają to m.in. Czesi, Portugalczycy i Włosi. Wyjątkiem pod tym względem jest Łotwa, która zamierza obniżyć podatki w najbliższym czasie o 5 pkt procentowych.

W kierunku zwiększania obciążeń poszła już balansująca na granicy bankructwa Grecja. Wprowadziła tzw. podatek solidarnościowy, płacony przez najlepiej zarabiających, co spowodowało, że pensja netto w ujęciu procentowym do pensji brutto spadła.

– W pewnym stopniu kryzys oddziałuje na wynagrodzenia w sensie nominalnym, czyli zarabiamy kwotowo mniej – przyznaje Joanna Narkiewicz–Tarłowska z PwC.

Podobne zjawisko udało się zauważyć w Luksemburgu, który w związku z problemami budżetowymi wprowadził tzw. podatek kryzysowy. Ten jednak w pewnym stopniu został zrekompensowany ulgami prorodzinnymi.

Nie tylko Luksemburg traktuje rodziny w sposób uprzywilejowany. Ulgi rodzinne, możliwość wspólnego rozliczania się z małżonkiem albo z dzieckiem oraz całe prorodzinne systemy odliczeń stosowane są w całej Unii Europejskiej.

– Kraj, który w najbardziej korzystny sposób traktuje rodziny to Francja, która ma specjalny system podziału dochodów przez wszystkich członków rodziny, nie tylko przez małżonków. Podobnie Republika Czeska – wymienia Joanna Narkiewicz–Tarłowska.

Z analiz, przeprowadzonych przez specjalistów PwC wynika, że na zastosowaniu ulg rodzinnych podatnik zyskuje średnio 15 proc. średnich zarobków.

Najczęstszymi sprawcami kradzieży danych są pracownicy

Jak wynika z najnowszego badania firmy doradczej KPMG, 84% przedsiębiorstw postrzega kradzież danych jako istotne zagrożenie dla ich działalności, a 51% spodziewa się, że ryzyko kradzieży danych wzrośnie w ciągu najbliższych trzech lat. Jako sprawców kradzieży danych najczęściej wskazuje się pracowników firmy (64%), a zwłaszcza menedżerów średniego szczebla. Badanie KPMG pokazuje, że pomimo świadomości dużego zagrożenia, środki bezpieczeństwa stosowane w firmach nie są zadowalające, a kwestii ochrony danych wciąż nie poświęca się należytej uwagi.

W celu sprawdzenia, jak postrzegane jest przez przedsiębiorstwa ryzyko kradzieży danych i jakie działania są podejmowane, aby wyeliminować to zagrożenie, Zespół doradczy ds. zarządzania ryzykiem nadużyć w KPMG przeprowadził badanie wśród firm działających na rynku dóbr konsumpcyjnych i w handlu w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Okazuje się, że znaczna większość respondentów badania (84%) uważa kradzież danych za istotne zagrożenie dla własnej działalności, a 39% uważa, że ryzyko kradzieży danych wzrosło w ciągu ostatnich trzech lat. Stosunkowo niewielka liczba przedsiębiorstw przyznała, że padła ofiarą kradzieży danych: tylko 9% z nich wskazało, że posiadali informacje na temat potwierdzonych przypadków kradzieży danych, a 18% wiedziało o przypadkach podejrzenia kradzieży w ciągu ostatnich trzech lat. 52% respondentów prognozuje zaś, że ryzyko kradzieży danych wzrośnie w ciągu najbliższych trzech lat.

Niewielka liczba zgłoszonych przypadków naruszenia bezpieczeństwa danych może oznaczać, że respondenci faktycznie nie zostali dotknięci tym problem, ale również, co jest prawdopodobne, że nie byli skłonni do ujawniania takich przypadków albo, że badane firmy padły ofiarą kradzieży danych, które nie zostały wykryte. Niezależnie od rzeczywistej liczby przypadków kradzieży, z badania jasno wynika, że respondenci postrzegają to zagrożenie jako bardzo istotne – mówi Krzysztof Radziwon, Partner w dziale usług doradczych KPMG.

Chociaż większość relacji dotyczących kradzieży danych koncentruje się na zagrożeniu stwarzanym przez intruzów zewnętrznych, to 64% respondentów badania uznaje, że to pracownicy mogą być najczęstszymi sprawcami kradzieży. W szczególności wymienia się tu menedżerów średniego szczebla, którzy mają szerszy dostęp do kluczowych danych niż pracownicy na niższych stanowiskach.

Jak wynika z badania KPMG, drugim najbardziej prawdopodobnym sprawcą kradzieży danych są konkurencyjne firmy (45%), które mogą odczuwać pokusę uzyskania poufnych danych od pracowników swoich rywali dla uzyskania przewagi rynkowej. Informacje mogą dotyczyć produktów, planów marketingowych, cen i kampanii promocyjnych, specyfikacji produkcyjnych, danych na temat dostawców i klientów, a także planów i strategii biznesowych. Tego typu informacje są zazwyczaj dostępne dla pracowników w czasie wykonywania przez nich normalnych czynności służbowych, przez co mogą stanowić cel szpiegostwa korporacyjnego, prowadzonego przez firmę będącą w zmowie z pracownikami i menedżerami konkurenta.

Zapobieganie ryzyku kradzieży danych przez pracowników firmy wymaga bardziej złożonego podejścia niż w przypadku zagrożeń z innych potencjalnych źródeł. Występują tu bowiem przeciwstawne tendencje, związane z jednej strony z koniecznością udostępniania pracownikom informacji, których potrzebują do wykonywania swej pracy, a z drugiej z ochroną informacji przed ich nieprawidłowym wykorzystaniem
– zauważa Krzysztof Radziwon, Partner w dziale usług doradczych KPMG.

Używanie przenośnych pamięci USB największym ryzykiem
Jak wynika z badania KPMG, jako najbardziej prawdopodobny sposób kradzieży respondenci postrzegają wynoszenie danych na przenośnych nośnikach informacji (61%). Pomimo to, zaledwie 45% badanych podmiotów stosuje oprogramowanie ochronne stacji roboczych w celu zminimalizowania stosowania nośników przenośnych, a zaledwie 16% monitoruje stosowanie takich nośników. Przeważająca większość respondentów wskazuje, że ich firmy stosują zabezpieczenia przed zagrożeniem z zewnątrz – powszechnie używane są programy antywirusowe, zapory ogniowe oraz zabezpieczenia przed złośliwym oprogramowaniem. Z drugiej jednak strony brakuje stosownych środków ochronnych przed zagrożeniami z wewnątrz.

Jedną z branż, która podejmuje udane wysiłki na rzecz zmniejszenia zagrożeń wynikających ze stosowania przenośnych nośników danych jest sektor usług finansowych, a zwłaszcza banki. Takie metody, jak szyfrowanie nośników danych, odłączanie napędów CD/DVD w stacjach roboczych oraz laptopach czy ograniczenie dostępu do sieci dla smartfonów są wciąż rozwijane i stanowią skuteczne zabezpieczenie zapobiegające kradzieży danych
– komentuje Marcin Izbicki, Executive Consultant w Zespole ds. zarządzania ryzykiem nadużyć KPMG.

Dane dotyczące strategii firmy oraz planowania najbardziej narażone na kradzież
Dane dotyczące strategii firmy oraz planowania zostały uznane za najbardziej narażone na kradzież spośród różnych typów informacji. Dodatkowo, firmy działające na rynkach dóbr konsumpcyjnych, poza sprzedawcami detalicznymi, uznały, że zagrożone są również informacje o procesach biznesowych.

Można wyróżnić dwie przyczyny, które powodują, że takie właśnie dane uznawane są za narażone na najwyższe ryzyko: po pierwsze informacje tego typu są postrzegane jako niezwykle cenne dla konkurentów lub partnerów danej firmy, a po drugie dane te nie podlegają tak ścisłej kontroli, jak informacje przechowywane w bardziej ustrukturyzowanych formach, na przykład w systemach ERP
– mówi Krzysztof Radziwon, Partner w dziale usług doradczych KPMG.

Jak wykazało badanie KPMG, producenci działający na rynku dóbr konsumpcyjnych oraz firmy spożywcze są bardziej zaniepokojone działaniami po stronie klientów, natomiast sprzedawcy detaliczni zwracają większą uwagę na działania po stronie dostawców. Jest to spójne ze zwiększonym zaangażowaniem władz antymonopolowych w badanie restrykcyjnych praktyk handlowych oraz z licznymi postępowaniami w związku z nadużywaniem dominującej pozycji na rynku.

Zarządzanie ryzykiem w firmach
Chociaż większość respondentów badania wskazała, że dokonuje oceny ryzyka kradzieży danych w swoich firmach, to wydaje się, iż możliwe są dalsze ulepszenia w tym zakresie. Większość badanych (59%) dokonuje oceny ryzyka nieformalnie i poza procedurami, a połowa z nich czyni to sporadycznie. Jedynie 11% badanych wskazało na korzystanie z usług doradców zewnętrznych, zaś większa liczba respondentów korzysta z usług niezależnych doradców w celu przeprowadzenia testów penetracyjnych (36%) czy w celu dokonania regularnych audytów środków bezpieczeństwa i ochrony danych (43%).

Wyniki badania KPMG odzwierciedlają ogólną tendencję niedoceniania kwestii kradzieży danych. Z jednej strony zjawisko to jest traktowane jako duże zagrożenie, z drugiej zaś nie poświęca się temu należytej uwagi. Ocena ryzyka zgodnie z procedurami i przeprowadzana regularnie lub w sposób ciągły może przynieść firmom znaczące korzyści i pozwolić szybko zidentyfikować zagrożenia
– mówi Marcin Izbicki, Executive Consultant w Zespole ds. zarządzania ryzykiem nadużyć KPMG.

Ministrowie walczą między sobą o pieniądze z handlu emisjami CO2

W rządzie trwa spór o to, na co przeznaczyć pieniądze, które Polska otrzyma ze sprzedaży uprawnień do emisji dwutlenku węgla. Stawka toczy się o ok. 27 mld zł. Minister finansów chce załatać nimi dziurę budżetową, natomiast szef resortu gospodarki chciałby przeznaczyć je na modernizację sektora energetycznego.

– Nie dziwimy się, że minister finansów, który ma swoje problemy, zadania konstytucyjne, jeśli widzi pokaźną pulę pieniędzy, chciałby z niej skorzystać. To jest naturalny sposób znalezienia źródła finansowania swoich zadań. Myślę, że to nie jest spór, to są negocjacje. I z nich wyjdzie coś dobrego, zarówno dla energetyki, jak i dla budżetu państwa – przekonuje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Andrzej Czerwiński, wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Gospodarki.

Od 2013 do 2020 roku polski budżet ma zasilić ponad 27 mld zł. A może i więcej.

– Wiele będzie zależało od tego, ile ostatecznie będą kosztowały pozwolenia na emisję dwutlenku węgla. Dziś mówimy o 6-7 euro za tonę CO2, ale wkrótce stawki mogą wzrosnąć nawet do dwudziestu kilku euro – mówi Andrzej Czerwiński.

Zgodnie z unijną dyrektywą dotyczącą wspólnotowego systemu handlu uprawnieniami do emisji gazów cieplarnianych, od przyszłego roku cześć z tych uprawnień będzie można sprzedawać na aukcji. Do tego czasu każde państwo Unii Europejskiej musi wprowadzić przepisy dyrektywy do swojego prawodawstwa. Decyzja w sprawie podziału środków musi zapaść w tym terminie.

Jak przekonuje poseł Andrzej Czerwiński, nie ma przeszkód, by tak się stało w przypadku Polski. Prace dotyczące trójpaku energetycznego – ustaw regulujących rynek energetyczny – są już na ukończeniu. Tu znajdą się zapisy o tym, na co zostaną przeznaczone fundusze z handlu emisjami. Jeszcze nie zapadła decyzja, jak zostaną rozdysponowane.

– Pieniądze powinny być zachowane w sferze energetycznej. Poddając ten sektor modernizacji uzyskujemy pewien efekt, również środowiskowy, podnosi się sprawność spalania, zmniejsza się emisje. Jeśli porównujemy naszą energetykę z tą europejską, to jest ona trochę zacofana pod względem inwestycyjnym. Aby więc nie obciążać obywateli, odbiorców energii, dodatkowym kosztem modernizacji, te pieniądze powinny być w dużej części skierowane na ten cel – uważa Andrzej Czerwiński.

Zgodnie z unijnymi wytycznymi, co najmniej 50 proc. dochodów ze sprzedaży uprawnień na aukcji ma być przeznaczane na unowocześnienie energetyki, m.in. na rozwój odnawialnych źródeł energii, zapobieganie wylesianiu czy finansowanie badań dotyczących redukcji emisji.

Polskie firmy płacą faktury z coraz większym opóźnieniem

Spowolnienie gospodarcze, spadek konsumpcji i co za tym idzie również zahamowanie produkcji, przekłada się na kondycję polskich firm. Liczba bankructw rośnie z kwartału na kwartał, a przedsiębiorcy mają coraz większe problemy z terminowym regulowaniem swoich płatności. Teraz trwa to średnio tydzień dłużej niż jeszcze przed kilkoma miesiącami.

Z danych Euler Hermes wynika, że w I półroczu tego roku liczba bankructw wśród polskich firm wzrosła o 20 proc. – w tym najwięcej w budownictwie (wzrost o 45 proc.; głównie w woj. mazowieckim). Prognozy dotyczące II połowy roku nie napawają optymizmem. Polska gospodarka wchodzi w etap stagnacji, co w ocenie analityków, może oznaczać kłopoty dla kolejnych firm.

– Żeby przełamać trend słabnącej kondycji niektórych sektorów przedsiębiorstw, gospodarka powinna notować przynajmniej 5-6 proc. wzrost PKB w skali roku. Wtedy liczba upadłości spada, co jest pochodną kondycji gospodarki. Gdy rozwija się w tempie około 3 proc., cała gospodarka ma się jeszcze w miarę nieźle, natomiast są już te sygnały alarmowe z niektórych branż, w których przepływy pieniężne są zbyt niskie – ocenia w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria analityk Euler Hermes Grzegorz Błachnio.

Niepokojące dane dobiegają również z takich gałęzi gospodarki jak produkcja czy handel. Wiele firm odnotowuje spadki popytu. A to przekłada się na spłatę zaciągniętych zobowiązań pod inwestycje. Zdaniem analityków niebezpiecznie wydłuża się okres spłaty zobowiązań.

– Polska wypada lepiej pod kątem płatności między przedsiębiorstwami niż kraje Europy Zachodniej. Ale lepiej było trzy lata temu. Teraz termin płatności wydłużył się o tydzień, czyli jednak widać, że dopływ gotówki na rynek jest mniejszy. Instytucje finansujące są bardziej restrykcyjne, a firmy świadomie mniej inwestują – twierdzi Błachnio.

Prognozy dotyczące 2013 roku również nie dają wielkich nadziei na poprawę sytuacji. Zdaniem analityków globalna gospodarka będzie w stanie stagnacji, a w niektórych krajach należy spodziewać się recesji. Eksperci Euler Hermes twierdzą, że w Polsce problemy budownictwa przełożą się na całą gospodarkę i termin płatności firm może wydłużyć się o kolejnych kilka dni.

– O tym nie decyduje tylko budownictwo, ale także pewne zmiany, np. większa koncentracja w dystrybucji artykułów konsumpcyjnych, czyli żywności czy chemikaliów, a w związku z tym wypadanie z rynku niezależnych hurtowni i sklepów. To w pewnym stopniu wpłynie na powstające zaległości płatnicze tych firm, które upadły i może nałożyć się na to jeszcze minimalne wydłużenie terminu płatności – prognozuje analityk Euler Hermes.

Dłuższe terminy płatności niż polskie firmy mają przedsiębiorcy np. z Francji i Beneluksu. Jak wyjaśnia Grzegorz Błachnio, wiąże się to z modelem funkcjonowania naszych przedsiębiorstw. Wiele polskich firm opiera działalność i rozwój o środki własne, a to właśnie ogromne kredyty są dziś balastem ciągnącym firmy na dno.

Problemy na rynkach zachodnioeuropejskich mogą odbić się również na kondycji polskich firm. Główny wpływ dotyczy spadku eksportu. A to w połączeniu ze słabnącym popytem wewnętrznym – bo konsumenci w obawie przed trudnymi czasami liczą każdy grosz – i spadającą produkcją może zahamować wzrost PKB w najbliższych kwartałach.

Deweloperzy pod kontrolą

Rynek mieszkaniowy wyhamowuje. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, w czerwcu liczba wydanych pozwoleń na budowę domów mieszkalnych spadła o 3 proc. w porównaniu do maja, a liczba rozpoczętych budów – o ponad 14 procent. Dodatkowo deweloperzy mają problemy z ustawą deweloperską, która weszła w życie pod koniec kwietnia. – To może spowodować, że firmy będą zamykać swoją działalność – prognozuje Jacek Bielecki, prezes Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

Ustawa nałożyła na deweloperów m.in. obowiązek prowadzenia rachunków powierniczych, na których klient deponuje środki, przeznaczone na zakup nieruchomości. Prowadzone przez banki rachunki gwarantują klientom zwrot pieniędzy na daną inwestycję w przypadku upadłości dewelopera. W zależności od rodzaju rachunku, deweloper otrzymuje transze pieniędzy po ukończeniu kolejnych etapów budowy lub po jej zupełnym ukończeniu.

Firmy deweloperskie muszą również sporządzać prospekty informacyjne poszczególnych nieruchomości ze szczegółowymi danymi o samej inwestycji, ale i o spółce oraz jej sytuacji finansowej i prawnej.

Nowe obowiązki oznaczają przede wszystkim dodatkowe koszty dla firm.

– Ta ustawa kreuje kolejne ryzyka po stronie dewelopera i myślę, że wiele mniejszych firm będzie musiało zrezygnować z działalności albo przeniesie się w inne branże ze względu na zwiększone koszty i zwiększone ryzyko prowadzenia działalności deweloperskiej – zauważa Jacek Bielecki w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.

To spowoduje, że rynek deweloperski może się skurczyć.

– Spodziewam się ograniczenia liczby podmiotów działających na tym rynku. Podkreślam jednak, że w wyniku upadłości albo przejęć, bo takich procesów, na razie przynajmniej, nie widać w perspektywie najbliższych miesięcy – twierdzi prezes Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

Jego zdaniem, tylko największe podmioty będą w stanie poradzić sobie ze zobowiązaniami nałożonymi przez ustawodawcę. Z rynku mogą zniknąć małe i średnie firmy. W ten sposób ustawa, która miała chronić interesy klientów, kupujących mieszkania, może ograniczyć ich możliwości wyboru.

– To wcale nie jest dobre dla rynku – mówi Jacek Bielecki. – Niedoskonałość tej ustawy i kreowanie przez nią nowych obciążeń finansowych i ryzyka grozi tym małym i średnim deweloperom. Duzi sobie zawsze poradzą finansowo i z ryzykiem. Oni zatrudniają sztab prawników, którzy zawsze, z każdej sytuacji potrafią znaleźć cztery wyjścia.

Prezydent podpisał specustawę drogową

Prezydent Bronisław Komorowski podpisał ustawę, która umożliwi wypłacanie zaległych należności podwykonawcom za pracę zrealizowane m.in. przy budowie autostrad. Jednocześnie zapowiada, że niektóre przepisy skieruje do Trybunału Konstytucyjnego w trybie kontroli następczej.

– Prezydent nie kieruje ustawy w całości, ale tylko w tym zakresie, w jakim powoduje ona nierówność podmiotów wobec prawa, w szczególności eliminując możliwość dochodzenia roszczeń ze strony dużych wykonawców oraz dostawców materiałów budowlanych dla podwykonawców – mówi Olgierd Dziekoński, minister w Kancelarii Prezydenta.

Przepisy ustawy umożliwią wypłacenie pieniędzy podwykonawcom, którzy nie otrzymali zapłaty za swoje prace od generalnych wykonawców, działających na zlecenie Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad.

– Prezydent uznał, że ustawa, która rozwiązuje istotne problemy podwykonawców oraz dostawców materiałów budowlanych, pozwoli im wybrnąć z bardzo trudnej sytuacji, kiedy generalni wykonawcy nie przekazują im środków finansowych – informuje Olgierd Dziekoński w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.

Wątpliwości prezydenta budził przede wszystkim fakt, że przepisy ustawy dotyczą tylko mikro-, małych i średnich firm. O tym, że ustawa może dyskryminować duże podmioty, co godzi w konstytucyjną zasadę równości, mówili w czasie konsultacji społecznych również eksperci i przedsiębiorcy, również z branży budowlanej.

– Prezydent nie kieruje ustawy w całości, ale tylko w tym zakresie, w jakim powoduje ona nierówność podmiotów wobec prawa, w szczególności eliminując możliwość dochodzenia roszczeń ze strony dużych wykonawców oraz dostawców materiałów budowlanych dla podwykonawców – wyjaśnia Olgierd Dziekoński. – Selektywne skierowanie do TK pozwoli usunąć braki tej ustawy, które powstały w trakcie procesu legislacyjnego.

Prezydencki minister tłumaczy, że decyzja została podjęta po przeprowadzeniu licznych ocen nowych przepisów, również pod względem konstytucyjności ustawy.

– Jednocześnie prezydent kierując ustawę do Trybunału, wyraża przekonanie, że rząd powinien usprawnić procesy inwestycyjne w sferze realizacji infrastruktury publicznej w ramach istniejącego prawa. Ta praktyka zarządcza powinna być usprawniona – podkreśla Olgierd Dziekoński.
To może oznaczać np. konieczność zmiany ustawy Prawo zamówień publicznych czy też ustawy o dyscyplinie finansów publicznych.

Zgodnie z podpisaną ustawą, o należne im pieniądze będą mogły ubiegać się firmy, które nie dostały wynagrodzeń z powodu niewypłacalności czy upadłości wykonawców. Również w przypadku, gdy zaleganie z płatnościami lub ogłoszenie upadłości miało miejsce przed wejściem w życie ustawy.

– Roszczenia mogą być zrealizowane tylko do wysokości gwarancji dobrego wykonania budowy, zaproponowanych przez generalnych wykonawców budowy – z reguły to jest ok. 10 proc. wartości kontraktu. Dodatkowo zakłada również, że prawo do tych roszczeń mogą mieć ci podwykonawcy i dostawcy, którzy podsiadają prawomocny wyrok sądowy, określający ich roszczenia wobec generalnego wykonawcy oraz ci, którzy zostali uznani jako uprawnieni wierzyciele w procesie bankructwa firm – wyjaśnia prezydencki minister.

Oprócz wyroku sądowego, roszczeniobiorcy będą musieli udowodnić, że sami nie zalegają z płatnościami u swoich podwykonawców i dostawców.

– Pieniądze będą wypłacane przez GDDKiA po przeprowadzeniu publicznego wezwania do zgłoszenia się ze strony tych, którzy uważają, że takie roszczenia mają. Lista potencjalnych roszczeniobiorców będzie zweryfikowana z wielkością dostępnych środków, wynikającą z tej puli gwarancji – tłumaczy Olgierd Dziekoński.

Pieniądze na ten cel będą pochodziły z Krajowego Funduszu Drogowego, a następnie GDDKiA będzie występowała z roszczeniem wobec generalnego wykonawcy.

Projekt ustawy przygotował resort transportu w reakcji na złą sytuację podwykonawców budujących autostrady, którym generalni wykonawcy przestali płacić za wykonane roboty. Na początku lipca ustawa została przyjęta przez parlament.

Mark Jung w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte Polska

Pochodzący z Kanady, Mark Jung posiada prawie dwudziestoletnie doświadczenie, w tym dwanaście lat pracy w Polsce i dwa lata w Japonii dla jednej z firm z Wielkiej Czwórki. Podczas tego czasu zdobył bogate doświadczenie w świadczeniu usług z zakresu doradztwa transakcyjnego po stronie kupującego, jak i po stronie sprzedającego. Posiada szeroką wiedzę z zakresu analiz due diligence, umów kupna-sprzedaży oraz wsparcia negocjacyjnego dla funduszy private equity i strategicznych klientów z różnych sektorów. Ma również doświadczenie w zakresie audytu śledczego i zwalczaniu korupcji. Mark Jung posiada kanadyjski tytuł biegłego rewidenta i włada kilkoma językami, w tym językiem polskim.

„Polski rynek docenia Marka jako wybitnego specjalistę w dziedzinie transakcji, posiadającego bogate doświadczenie i cieszącego się doskonałą opinią. Jego energia, entuzjazm i bogate doświadczenie niezwykle wzbogaciły zespół Doradztwa Finansowego Deloitte” – powiedział Marek Metrycki, Partner Zarządzający Deloitte w Polsce.

Polacy mają zaufanie do banków… ale coraz mniejsze

Z drugiego Światowego Badania Klientów Banków Detalicznych wynika, że Polacy w wyniku trudnej sytuacji gospodarczej strefy Euro ufają bankom ostrożniej niż przed rokiem, ale i tak chętniej niż reszta Europejczyków. Zdaniem konsumentów w polskich bankach wciąż „kuleje” obsługa klienta.

39% klientów banków w Polsce przyznaje, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy spadło ich zaufanie do sektora bankowego. Jest to… drugi najniższy wskaźnik spadku zaufania w Unii Europejskiej (po Czechach, gdzie wyniósł on 36%). Dla porównania aż 59% Niemców, 65% Brytyjczyków i 72% Włochów ufa bankom mniej niż przed rokiem. Jednocześnie najwięcej w Europie, bo aż 11% klientów w Polsce przyznało, że ich zaufanie do banków wzrosło. Takiego samego zdania jest tylko 5% Niemców, 3% Holendrów i 2% Portugalczyków.

Wśród przyczyn spadku zaufania do banków Polacy najczęściej wymieniają powody makroekonomiczne (np. zmienność na rynkach finansowych, strach przed recesją) – tak twierdzi 58% badanych. Na drugim miejscu znalazło się niezadowolenie z jakości obsługi, doradztwa i oferowanych produktów, o którym wspomniało aż 47% ankietowanych – najwięcej w Europie (ex aequo z Hiszpanią). Wzrost poziomu niezadowolenia z polityki banków dotyczącej wynagradzania kadry zarządzającej w porównaniu z rokiem poprzednim można tłumaczyć docierającymi do polskich konsumentów informacjami o wypłatach wysokich premii w europejskich bankach mimo ich złych wyników finansowych oraz mimo dofinansowywania z budżetów państw. Kategorię tę, jako przyczynę spadku zaufania do banków, wskazało aż 80% Brytyjczyków i 77% Holendrów.

– Jak pokazują wyniki badania, trudna sytuacja, w której znalazła się strefa Euro, nie pozostała bez wpływu na polskiego konsumenta usług bankowych. Można jednak powiedzieć, że w porównaniu z innymi krajami europejskimi Polacy wprost „tryskają optymizmem”. To potwierdza, że polskie banki i regulator względnie dobrze radzą sobie z niepewnością na międzynarodowych rynkach finansowych. Warto też zauważyć, że w Europie średnio 55% klientów banków detalicznych przyznało, że ich zaufanie do sektora bankowego spadło. To aż o 16 pp. więcej niż w Polsce – komentuje wyniki badania Iwona Kozera, Partner Zarządzający Grupą Rynków Finansowych w Ernst & Young.

– Jednocześnie musi zastanawiać fakt, że prawie połowa ankietowanych Polaków jako przyczynę spadku zaufania do sektora bankowego podaje niską jakość obsługi klienta. Z naszego badania wyraźnie widać, że w czasie niepewności na rynkach opłaca się inwestować w jakość kontaktu z klientem i nie dotyczy to wyłącznie sektora finansowego – dodaje Iwona Kozera.

Wśród tych polskich klientów, którzy stwierdzili, że ich zaufanie do banków wzrosło, prawie 70% jako przyczynę takiego stanu rzeczy wskazało to, iż poprawił się sposób komunikacji banku z klientem i szeroko pojęta jakość obsługi.

Zmienić bank? Tak. Za namową znajomego

Badanie Ernst & Young pokazało także kto jest w stanie wywierać największy wpływ na decyzje zakupowe klientów banków detalicznych. Na pytanie o to, z jakich źródeł Polacy najchętniej skorzystaliby, gdyby mieli zasięgnąć informacji przed ewentualną zmianą głównego banku, aż 72% ankietowanych wskazało rodzinę i znajomych. Co ciekawe 70% skorzystałoby w tym celu z Internetu. Nieco ponad połowa zaufałaby doradcom finansowym, a tylko 39% podjęłoby decyzję o zmianie pod wpływem reklamy. Znajomi oraz Internet byli również najczęstszymi wskazaniami ankietowanych w odpowiedziach na pytania o źródła informacji dotyczące nowych produktów bankowych i produktów mogących konkurować z tymi, które klienci posiadają też w innych bankach.

– To, że znajomi i rodzina są dla klientów najważniejszymi źródłami informacji nie powinno dziwić i jednocześnie potwierdza tezę o tym, że bankom opłaci się praca nad poprawą obsługi klienta. Posiadanie miliona klientów przez bank oznacza milion źródeł informacji o nim samym – zauważa Piotr Frankowski, Menedżer w Grupie Rynków Finansowych Ernst & Young. – W deklaracjach klientów zwraca uwagę także niewielkie zaufanie do reklamy tradycyjnej. Z perspektywy banków warto zatem rozważyć nie tyle sens inwestowania w ten kanał komunikacji, co poziom jakości działań reklamowych.

Jak pokazało badanie, wielu klientów zamiast całkowicie zmieniać bank po prostu korzysta z kilku banków jednocześnie, wybierając produkty i usługi danego banku, które najlepiej odpowiadają ich potrzebom. Taka sytuacja dotyczy aż 70% klientów w Polsce i jest to wyższy wskaźnik niż w Europie, gdzie z usług więcej niż jednego banku korzysta 63% ankietowanych – komentuje Piotr Popowski, Dyrektor w Grupie Rynków Finansowych w Ernst & Young.

Polacy chętnie korzystają z programów lojalnościowych

Co ciekawe, Polacy są bardziej zaangażowanymi zwolennikami programów lojalnościowych niż inni Europejczycy. Ponad 40% klientów w Polsce zadeklarowało, że korzysta z programu lojalnościowego w jednym ze swoich banków. Do tego samego przyznał się tylko co dziesiąty Holender, co czwarty Francuz i co piąty Włoch.

– Jedną z najbardziej atrakcyjnych zachęt jest według polskich klientów tzw. cash back. To narzędzie okazuje się bardzo skuteczną nagrodą za lojalność – komentuje Anna Kowal, Ekspert w Grupie Rynków Finansowych Ernst & Young. W Polsce 31% badanych zadeklarowało, że ceni sobie usługę cash back w kartach debetowych i kredytowych. Nie jest to jednak wynik wyjątkowy na tle klientów z innych krajów Europy. Cash back jest bardziej popularny we Francji i Wielkiej Brytanii, gdzie pozytywnie o tego rodzaju usłudze wypowiedziało się odpowiednio 45% i 42% badanych. – Wynika to najprawdopodobniej z większej świadomości istnienia tego typu usług w krajach lepiej rozwiniętych – komentuje Anna Kowal.

Informacje o Światowym Badaniu Klientów Banków Detalicznych Ernst & Young

Firma doradcza Ernst & Young w marcu 2012 roku już po raz drugi przeprowadziła Światowe Badanie Klientów Banków Detalicznych. W tej edycji wzięło udział ponad 28 500 klientów z 35 krajów, w tym reprezentatywna grupa 500 klientów z Polski.

O Ernst & Young

Ernst & Young to jedna z wiodących międzynarodowych korporacji świadczących profesjonalne usługi doradcze. Ernst & Young w Polsce to ponad 1300 ekspertów pracujących w 6 biurach na terenie kraju: w Warszawie, Katowicach, Krakowie, Łodzi, Poznaniu i Wrocławiu.

Ernst & Young jest audytorem prawie 20% przedsiębiorstw znajdujących się na liście 1000 największych światowych firm magazynu Business Week. Jest też światowym liderem w dziedzinie doradztwa podatkowego. Firma świadczy usługi w zakresie: audytu, doradztwa biznesowego, księgowości, doradztwa podatkowego, doradztwa transakcyjnego, ulg i dotacji inwestycyjnych, doradztwa na rynku nieruchomości oraz szkoleń.

www.ey.com.pl

Instytucje parabankowe zagrażają bankom?

Indywidualna obsługa, personalizacja oferty oraz wysoka elastyczność wobec zdolności kredytowych klientów sprawiają, że instytucje finansowe niepodlegające prawu bankowemu (m.in. SKOK, Provident, Kokos.pl) coraz częściej wypierają banki z ich naturalnych obszarów funkcjonowania. Oferta tych firm, a także podmiotów umożliwiających płatności zbliżeniowe i internetowe sprawia, że banki w oczach klientów przestają być potrzebne. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte może to w przyszłości prowadzić do sytuacji, w której banki będą jedynie dostarczycielem gotówki.

„Z badania Deloitte wynika, że obsługa klienta i personalizacja oferty to dziś główne czynniki wpływające na satysfakcję klienta. Banki w tych obszarach wykazują znaczne braki. Instytucje parabankowe są tego świadome, dlatego bazując na tych dwóch atrybutach, mogą osiągnąć zadowalające rezultaty” – uważa Michał Dubno, Dyrektor w Sektorze Instytucji Finansowych Deloitte.

Do tej pory parabanki specjalizowały się przede wszystkim w udzielaniu kredytów i pożyczek, szczególnie tym osobom, które w opinii banków miały znikomą zdolność kredytową lub jej nie posiadały. I pomimo wysokiego oprocentowania wciąż znajdowały nowych klientów. Ich zaletą jest m.in. bezpośredni kontakt przedstawicieli tych firm z osobami chcącymi zaciągnąć pożyczkę, chociażby w ich domach, np. Provident. Natomiast SKOK-i wzmacniają swoją więź z klientami poprzez nadanie im statusu członka spółdzielni i koncentracji na klientach wspierających ideę kas oszczędnościowo-kredytowych. W rezultacie klient identyfikuje się z tą instytucją i wzmacnia się jego poczucie bezpieczeństwa. Wykorzystując te zalety instytucje parabankowe coraz częściej walczą o oszczędności klientów, co jest kolejnym zagrożeniem dla sektora bankowego. Na razie ich udział w rynku kredytów i depozytów jest znikomy, ale nie można go lekceważyć. Aktywa SKOK-ów to zaledwie 1,2% aktywów sektora bankowego w Polsce a Provident można porównać wielkością z bankiem z 4-tej dziesiątki największych banków w Polsce takim jak Polski Bank Przedsiębiorczości, który jest 126 razy mniejszy od największego banku w Polsce – PKO Bank Polski.

Bankom zagrażają również portale internetowe (m.in. Zopa, Prosper, czy polski Kokos.pl), które umożliwiają udzielanie i branie pożyczek od innych użytkowników portalu, z pominięciem sektora bankowego. Stały się one alternatywnym kanałem oferującym atrakcyjniejsze oprocentowanie przy niższych kosztach działania. Amerykański serwis Prosper ma już 1,4 mln użytkowników i umożliwił udzielenie kredytów na sumę 367 m dolarów. Serwis Zopa działający w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych i we Włoszech udzielił pożyczek na sumę 150 milionów funtów.

Instytucje zagrażające bankom to nie tylko SKOK-i czy firmy pożyczkowe. Banki przegrywają także na rynku płatności internetowych i mobilnych. Ten obszar został zdominowany przez niezależne platformy (PayPal, Przelewy24). Konkurencja na tym rynku jest niezwykle ostra, a nowi gracze proponują coraz to nowsze rozwiązania. W ostatnim czasie pojawiła się możliwość m.in. wykorzystania telefonu komórkowego w sposób podobny do zbliżeniowych kart płatniczych (Google Wallet, Isis) czy usługa szybkich przelewów międzybankowych (BlueCash). Wirtualną walutą zbliżeniową ma szansę stać się Facebook Credits. Żadna z tych usług nie jest firmowana przez banki. O skali zjawiska mogą świadczyć przychody firm, które zdominowały ten rynek. Globalny PayPal osiągną w 2011 r. przychody w wysokości 4,4 mld USD co stanowi ponad 26 proc. przychodu całego polskiego sektora bankowego.

Z drugiej strony nasze lokalne serwisy też radzą sobie dobrze. Serwis Przelewy 24 to firma osiągającą przychody w wysokości 11,5 mln PLN (w 2010 r.) a Blue Media (działające m.in. jako BlueCash) w ostatnich 4 latach urósł z małej formy do sporej instytucji finansowej, która wygenerowała prawie pół miliarda zł przychodu.

Co powinny zrobić banki, by wzbogacić swoją ofertę? „Niewątpliwie powinniśmy czerpać dobre wzorce z innych krajów, m.in. z USA, ale co ciekawe także z krajów afrykańskich, gdzie niezwykle rozwinął się w ostatnim czasie system bankowości mobilnej” – zauważa Michał Dubno. W niektórych krajach afrykańskich (m.in. w Somalii) banki są jednocześnie operatorami komórkowymi, a wszystkie płatności są wykonywane bezgotówkowo – za pomocą telefonów komórkowych. W związku z tym w wielu regionach systemy płatności telefonami komórkowymi wyparły pieniądz papierowy.

Amerykanie rozwijają zaś Square Up!, polegający na wyposażeniu klienta, np. właściciela małej firmy w zewnętrzny czytnik kart, a także oprogramowanie umożliwiające przekształcenie telefonu lub tabletu w kasę fiskalną. Wśród nowych serwisów działających w USA ciekawych jest kilka rozwiązań pomagających klientom spłacać długi (ReadyFor Zero, Savvy Money), a także poprawić krótkoterminową płynność (BillFloat). W USA działa również Cardlytics, który dzięki wykorzystaniu wiedzy posiadanej przez banki, pomaga spersonalizować ofertę, czyli oferuje to, czego nie robią dziś banki działające w Polsce.

Eksperci Deloitte nie mają wątpliwości, że banki działające na naszym rynku mają wiele do nadrobienia. „Konkurencja spoza sektora bankowego pojawia się we wszystkich kluczowych dla banków obszarach. Banki nie są w stanie konkurować na wszystkich polach jednocześnie, dlatego koncentrując się na wybranych aspektach np. dostarczeniu mobilnych usług finansowych muszą nawiązać współpracę z liderami rynku proponującymi najnowsze rozwiązania technologiczne” – podsumowuje Zbigniew Szczerbetka, lider Sektora Instytucji Finansowych w Polsce i Europie Środkowej w Deloitte – „Dziś w Polsce mobilne usługi finansowe są jeszcze słabo rozpowszechnione, ale mają ogromny potencjał, którego banki nie powinny lekceważyć”.

Według Intela branża IT będzie jedną z najłatwiejszych w 2013 r.

Sytuacja w gospodarce sprawia, że spada konsumpcja indywidualna. Jednak Tomasz Klekowski, dyrektor Intela na Europę Centralną i Wschodnią jest przekonany, że jego branży nie grozi zapaść. Jego zdaniem w najbliższym czasie rynek IT opierać się będzie głównie na budowie infrastruktury internetowej oraz zakupach dokonywanych przez małe i średnie firmy, które będą generowały dużo większe szanse na sprzedaż produktów firmy.

– Większość ekonomistów jest niestety zgodnych co do tego, że rok 2013 będzie wyjątkowo trudnym rokiem, szczególnie w Europie i być może w Polsce. Natomiast branża IT z pewnością będzie jedną z tych, które będą miały najłatwiej. My funkcjonujemy na rynku, który sam z siebie jest rosnący. Więc nawet jeśli będzie spowolnienie, to dla nas to będzie raczej spowolnienie wzrostu niż spadek obrotów czy sprzedaży – prognozuje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Tomasz Klekowski, dyrektor Intela na Europę Centralną i Wschodnią.

Ostatnio amerykański gigant komputerowy zmuszony był do skorygowania kursu. Zdaniem analityków firmy, na horyzoncie pojawiają się trudne czasy i światowe obroty producenta wzrosną o około 3 proc. Mimo że przychód ze sprzedaży w II kwartale roku wyniósł 13,5 mld dolarów i był większy o 5 proc. od poprzedniego kwartału.

– Na tle kilkudziesięciu firm z giełdy amerykańskiej wyniki Intela były jednymi z najlepszych i najbardziej solidnych – podkreśla dyrektor Intela na Europę Centralną i Wschodnią.

II kwartał roku był dla amerykańskiego koncernu bardzo udany. Intel zarobił 13,5 mld dolarów, czyli 5 proc. więcej niż w I kwartale. Dobra kondycja finansowa koncernu pozwoliła mu na wypłacenie w drugim kwartale 1,1 mld dolarów dywidendy.

– My mamy cały czas bardzo wysokie przychody, które rosną. Mamy cały czas wysoką dynamikę wzrostu zysku i generujemy bardzo wysokie zyski – w ostatnim kwartale było to niemal 4 mld dolarów – mówi Tomasz Klekowski.

Prognozy na III kwartał mówią o obrotach na poziomie 14,4 mld dolarów. Korekta prognozy dotyczy wzrostu obrotów z „wysokiego jednoprocentowego tempa” do 3-5 procent.

– Wynika to z sytuacji makroekonomicznej. Jeśli spojrzymy na to, co dzieje się w Europie Zachodniej, że rynek konsumencki nie kupuje tak dużo, jak kupował poprzednio, to będą to główne powody tej obniżki prognoz – wyjaśnia Klekowski.

Jak zapewnia Tomasz Klekowski, dla Intela najważniejszym wyzwaniem przyszłego roku jest upowszechnienie ultrabooków, czyli laptopów o bardzo małej masie, ale przyzwoitych osiągach technicznych. Firma chce również zaangażować się w projekt informatyzacji kraju, który prowadzi Ministerstwo Cyfryzacji i Administracji.

Rośnie zapotrzebowanie na specjalistów i menedżerów

Artur Skiba, dyrektor zarządzający Antal International
Artur Skiba, dyrektor zarządzający Antal International

Ponad połowa firm działających w Polsce zamierza w najbliższym czasie zatrudnić nowych pracowników na stanowiskach specjalistycznych i kierowniczych. W niektórych sektorach odsetek takich firm przekracza 70 proc. Jesteśmy pod tym względem w czołówce państw europejskich – wynika z badania Antal Global Snapshot.

Z kwartału na kwartał zapotrzebowanie na specjalistów i menedżerów w działających w Polsce firmach rośnie.

– Jeśli weźmiemy pod uwagę cały rynek pracy, to aż 58 proc. z 1,5 tys. badanych przez nas firm, deklaruje zatrudnienie na stanowiska specjalistyczne i kierownicze, a tylko 13 proc. deklaruje redukcję – informuje Artur Skiba, dyrektor zarządzający Antal International w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria. – Polski rynek pracy na razie pozostaje „zieloną wyspą” na tle rynków w innych krajach UE.

Podobnie przedstawia się sytuacja, jeśli chodzi o deklarowane rekrutacje lub zwolnienia w III kwartale roku. Pod względem udziału firm, które do końca września zamierzają zatrudnić specjalistów lub menedżerów, Polska jest mniej więcej pośrodku rankingu. Wyprzedzają nas takie kraje, jak Czechy i Szwecja.

– Jeśli chodzi o odsetek firm zwalniających, jesteśmy prymusem, bo u nas jest to 13 proc., a w zdecydowanej większości krajów ten odsetek przekracza 20-30 proc. – mówi Artur Skiba.

Największe zapotrzebowanie na specjalistów i menedżerów jest w centrach usług wspólnych (SSC/BPO). Rekrutację prowadzi blisko 80 proc. firm, natomiast tylko 2 proc. przeprowadza redukcję zatrudnienia. W najbliższym czasie żadna z firm z tego sektora nie zamierza zwalniać pracowników na tych stanowiskach.

– IT to kolejny taki sektor, w którym rekrutuje ponad 60 proc., a zwalnia – kilkanaście procent. Również w bankowości i kancelariach prawnych odsetek firm zatrudniających jest wysoki – wymienia dyrektor Antal International. – Chociaż w dwóch ostatnich przypadkach firmy jednocześnie redukują i zatrudniają. W branżach IT i SSC firmy tylko rekrutują, o zwolnieniach na razie nie ma mowy.

Jak dodaje, nie we wszystkich branżach sytuacja jest tak dobra, choćby w sektorze farmaceutycznym, gdzie zwolnienia w III kwartale deklaruje co piąta firma. Jednak nawet tu odsetek firm, które zamierzają zatrudniać, przekracza 50 proc.

Niezależnie od branży, procesy rekrutacyjne są coraz dłuższe, składają się z wielu różnych etapów i mogą trwać nawet kilka miesięcy.

– Pracodawcy coraz lepiej zdają sobie sprawę z tego, kogo poszukują. Szukają konkretnych kompetencji, konkretnego doświadczenia, np. centra usług wspólnych szukają pracowników ze znajomością konkretnego języka obcego – mówi Artur Skiba.

Jego zdaniem, choć może się wydawać, że pracodawcy stali się bardziej wybredni, z drugiej strony trzeba wziąć pod uwagę, że na polskim rynku pracy wciąż istnieje problem z kształceniem odpowiednich kadr.

– Jeśli chodzi o kandydatów na rynku pracy, ich jakość systematycznie rośnie. Z drugiej strony mamy problem związany z naszym systemem edukacji. Wciąż nasze uczelnie wypuszczają zbyt dużo humanistów, którzy często mają problem ze znalezieniem pracy. Natomiast wciąż jest duże ssanie z rynku na inżynierów i informatyków – przekonuje Skiba.

Z badania Antal Global Snapshot wynika, że na dobre wyniki polskiego rynku pracy wpływają nowe inwestycje zagraniczne, ale też rozwój firm już obecnych na naszym rynku. To zaś efekt kryzysu w Europie Zachodniej, którego w pewnym stopniu jesteśmy „beneficjentami”.

– Sytuacja wygląda nieco inaczej niż w 2008 roku, kiedy centrale firm zagranicznych w Polsce zamrażały procesy rekrutacyjne. Teraz na polski rynek pracy przedsiębiorcy patrzą inaczej. Przeważa pogląd: skoro mamy kryzys, to może warto rozważyć przeniesienie pewnych projektów, które mieliśmy realizować we Francji czy w Niemczech, do Polski. My wciąż jesteśmy trochę tańszym rynkiem pracy, choć ta różnica z roku na rok jest coraz mniejsza – podkreśla dyrektor zarządzający Antal International.

Na polski rynek inwestorów przyciąga również dobrze wykwalifikowana kadra.

– Ostatnie lata pokazały, że polscy specjaliści wcale nie są gorsi od specjalistów z krajów Europy Zachodniej, a często lepsi. Dlatego niemieckie firmy produkcyjne, również w branży motoryzacyjnej, chętnie zatrudniłyby polskich inżynierów i nie dlatego, że są tańsi. Polacy słyną z wysokiego etosu pracy – mówi Skiba.

Swój udział w takim postrzeganiu Polski miał również sukces organizacyjny Mistrzostw Europy w piłce nożnej.

– Dodatkowo Euro 2012 pokazało osobom, które myślały o inwestycjach w Polsce, że Polska jest normalnym krajem, jeśli się różnimy od innych krajów Europy Zachodniej, to na korzyść – przekonuje Artur Skiba.

Ustawa o odnawialnych źródłach energii a UE

Resort gospodarki przedstawił dziś długo oczekiwany projekt ustawy o odnawialnych źródłach energii. Nadal jednak nie jest pewne, kiedy ustawa zostanie przyjęta. A już dziś za opóźnienia we wdrożeniu unijnego prawa grożą Polsce kary finansowe, zaś w dalszej perspektywie – odcięcie od części dotacji na lata 2014-2020.

Zaprezentowany dziś projekt ustawy ma wdrożyć unijne przepisy dotyczące promocji stosowania odnawialnych źródeł energii. Czas na ich przyjęcie Polska miała do 5 grudnia 2010 roku. Pod koniec ubiegłego roku resort gospodarki przedstawił projekt, który po ostrej krytyce wrócił do dalszych prac ministerialnych.

– Jeśli zapowiemy, że będzie zmiana prawa, ale jej nie ma, w dodatku nie wiemy, w jakim kierunku zmierza i kiedy się o tym dowiemy, to jest najgorszy sygnał dla rynku – mówi w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Grzegorz Wiśniewski, prezes Związku Pracodawców „Forum Energetyki Odnawialnej”.

Zdaniem prezesa spowodowało to zamrożenie inwestycji w odnawialne źródła energii (OZE), a zgodnie z wytycznymi Komisji Europejskiej, kraje członkowskie powinny rozwijać ten sektor. Do 2020 roku każdy z nich ma określony wskaźnik udziału produkcji energii z odnawialnych źródeł. Dla Polski wynosi on 15 proc.

– Każde opóźnienie w tym przypadku przekłada się na ryzyko kary liczonej za każdy dzień [zwłoki w implementacji unijnej dyrektyw dotyczącej OZE – przyp. red.]. Ale też na koszty związane z niewykorzystaniem zasobów finansowych, ludzkich, instytucjonalnych – tłumaczy ekspert.

To zatem także wymierna strata finansowa w postaci utraconych dotacji.

Z raportu Instytutu Energetyki Odnawialnej „Energetyka odnawialna jako dźwignia społeczno-gospodarczego rozwoju województw do 2020 r.” wynika, że polskim samorządom w nowym okresie budżetowym UE przypadnie 10 mld zł na rozwój OZE. Jest to dziewięciokrotnie więcej niż w kończącym się okresie 2007-2013. Te i inne unijne pieniądze mogą jednak nie trafić do Polski.

– Jeżeli w danym obszarze kraj nie wdroży ustawodawstwa unijnego to znaczy, że nie będzie miał prawa do środków. Czyli przeznaczamy na energetykę odnawialną z Funduszu Spójności od 6 do 20 proc. puli w zależności od regionu. Ale jeżeli nie ma ustawodawstwa w danym obszarze, to znaczy, że o tyle albo maleje skala pomocy Unii Europejskiej dla danego kraju, albo opóźnia się do momentu aż prawo zostanie w pełni wdrożone – wyjaśnia Grzegorz Wiśniewski.

Dodaje, że „przetrzymywanie” projektu ustawy o OZE nie miało żadnego racjonalnego uzasadnienia.

– Trudno zrozumieć, dlaczego ta ustawa, która otwiera nowe rynki, buduje przyszłość, jest proinnowacyjna, ma być uwiązana w pakiecie z pozostałymi dwoma ustawami, które dotyczą energetyki konwencjonalnej. To jest nie fair, bo siły starego porządku opóźniają wdrożenie nowych rozwiązań – komentuje prezes.

W jego przekonaniu ten projekt powinien zostać wyłączony z trójpaku energetycznego, zawierającego również ustawy Prawo energetyczne i Prawo gazowe, które miały być procedowane razem z „zieloną ustawą”. Jak zaznacza to jedyny element trójpaku, który jest już gotowy.

– Nie widzę żadnego powodu by ten projekt opierał się na nieistniejącym prawie. Można go z powodzeniem przeprowadzić przez Sejm odwołując się do obowiązującego Prawa energetycznego i gazowego. A potem, jeżeli energetyka konwencjonalna w końcu się porozumie, wówczas można dokonać zmian w przepisach i związać ustawę o OZE z tymi dotyczącymi energetyki konwencjonalnej. W tym przypadku liczy się czas – mówi Grzegorz Wiśniewski.

Podkreśla, że ta ustawa musi zostać uchwalona do końca roku. Wtedy będzie znany ostateczny kształt Funduszu Spójności i Funduszy strukturalnych Unii Europejskiej na lata 2014-2020, gdzie znajdą się środki na energetykę odnawialną.

– Toczą się brutalne negocjacje dotyczące tych funduszy. Jeśli Polska w ciągu najbliższych miesięcy nie wdroży unijnej dyrektywy, niektóre państwa UE mogą zablokować przekazanie Polsce tych środków. Po co mają nam płacić, skoro nie mamy nawet rynku, możliwości wykorzystania tych pieniędzy – tłumaczy Grzegorz Wiśniewski.

Zdaniem prezesa należy więc natychmiast skierować kompletny projekt ustawy do Komitetu Stałego Rady Ministrów jako oddzielny dokument i przekazać w trybie pilnym do Sejmu, aby mógł zająć się nim bezpośrednio po przerwie wakacyjnej. Wiceminister Mieczysław Kasprzak zapowiedział, że projekt trafi do Komitetu jeszcze na przełomie sierpnia i września.

Emisja akcji Grupy o2 SA została odwołana

Oferta publiczna Grupy o2 SA została odwołana z powodu niesatysfakcjonującego popytu, przy akceptowalnej dla spółki cenie, wynikającego z niekorzystnej sytuacji na rynkach finansowych. Zarząd spółki nie wyklucza przeprowadzenia oferty publicznej w przyszłości.

Oferta publiczna Grupy o2 SA obejmowała sprzedaż do 450.000 akcji zwykłych na okaziciela serii A oraz emisję do 1.250.000 akcji zwykłych na okaziciela serii B, stanowiących około 19,3% wszystkich walorów. Pozostała część miała pozostać w rękach założycieli spółki.

Nasza Grupa Kapitałowa została dobrze odebrana przez inwestorów. Niestety, nagromadzenie negatywnych informacji makroekonomicznych w ostatnich dniach uczyniło uplasowanie oferty, przy akceptowalnej dla dotychczasowych akcjonariuszy cenie, niemożliwym. Niewykluczone, że w przypadku poprawy kondycji na rynkach finansowych podejmiemy kolejną próbę upublicznienia akcji spółki – powiedział Jacek Świderski, członek zarządu Grupy o2 SA.

Aneks do prospektu emisyjnego Grupy o2 SA, zatwierdzonego przez Komisję Nadzoru Finansowego w dniu 17 lipca 2012 roku, dotyczący decyzji zarządu Grupy o2 SA o odstąpieniu od oferty publicznej, został opublikowany na stronie internetowej spółki: www.grupao2.pl oraz oferującego: www.dibre.pl.

Grupa o2 SA jest piątym pod względem liczby użytkowników podmiotem internetowym w Polsce. W ramach oferty publicznej spółka zamierzała pozyskać ponad 40 mln zł, które miały być przeznaczone na akwizycje przedsiębiorstw z branży internetowej.

W portfolio Grupy Kapitałowej znajduje się około 70 serwisów informacyjno-rozrywkowych. Do najbardziej popularnych należą o2.pl, Pudelek.pl, Wrzuta.pl, Kafeteria.pl. Wiodącym produktem w portfelu Grupy o2 SA jest bezpłatna poczta elektroniczna Poczta o2. Usługa posiadająca blisko 5 milionów aktywnych użytkowników, każdego dnia rozrasta się o kolejnych kilkanaście tysięcy nowych kont.

Prezydent Poznania: Około 20 mln zł debetu po Euro 2012

Prezydent Miasta Poznania Ryszard Grobelny
Prezydent Miasta Poznania Ryszard Grobelny

Dla Poznania Euro 2012 okazało się bardzo kosztowną imprezą. Prezydent miasta szacuje, że wydatki na organizację mistrzostw sięgnęły 30 milionów złotych, a do miasta wróci maksymalnie 8 mln zł. – Budżet na tej imprezie nie zarobił – podkreśla Ryszard Grobelny.

Prezydent Poznania przyznaje, że miasto ma istotne trudności z domknięciem budżetu, dla którego dodatkowym obciążeniem były Mistrzostwa Europy w piłce nożnej.

– Szacuję, że koszty, które były poniesione na organizacje imprezy, są rzędu 25-30 mln złotych. Pewnie wpływy z tego tytułu będą około 5–8 mln złotych, więc cała reszta to debet na tej imprezie – przyznaje szczerze w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria prezydent miasta i dodaje, że z profitów mogą się dziś cieszyć jedynie restauratorzy, hotelarze czy sklepikarze, którym w okresie turnieju wzrosły obroty.

Władze miasta policzyły, że kibice i turyści wydali w czasie Euro ok. 150 mln zł. Najwięcej – bo ok. 100 mln zł – zostawili Irlandczycy. Przyjechało ich do Poznania 70 tysięcy. Wielkim sukcesem, podobnie jak w innych miastach, okazała się strefa kibica w centrum miasta. Władze Poznania zapewniają, że po zakończeniu turnieju widać w mieście wzmożony ruch turystów.

Dlatego też, mimo większej dziury w budżecie, Ryszard Grobelny uważa, że impreza sportowa przysłużyła się miastu i będzie procentować w przyszłości.

– 94 proc. mieszkańców miasta uważa, że to był bardzo dobry projekt, że pieniądze zostały dobrze wydane i bardzo się cieszą, że tyle zostało w mieście zrobione – mówi Ryszard Grobelny.

Chodzi przede wszystkim o szereg projektów infrastrukturalnych, widocznych dziś gołym okiem. Oprócz nowego stadionu, Poznaniacy mają odnowiony dworzec kolejowy i lotnisko Ławica.

– Ludzie się cieszą, że jest nowa droga, ludzie chcą wyremontowanego chodnika, ludzie chcą nowego boiska, nowego domu kultury – dodaje prezydent Poznania.

I podkreśla, że spośród 600 tys. mieszkańców miasta, tylko ok. tysiąc protestowało przeciw zbyt dużym nakładom na organizację mistrzostw.

Efekt EURO 2012 nie pomógł rynkowi pracy

Za nami Euro 2012, które w tym roku, wraz z pracami sezonowymi, miało w największym stopniu pozytywnie stymulować rynek pracy w Polsce. Niestety najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego wskazują na brak znaczącej poprawy, którą powstrzymuje panująca na rynku duża niepewność gospodarcza.

Skutkiem tego jest rosnąca wewnętrzna efektywność przedsiębiorstw, która z jednej strony wstrzymuje nowe rekrutacje, a z drugiej strony przyczynia się do wzrostu wynagrodzeń zatrudnionych osób.

Najnowsze dane publikowane przez Główny Urząd Statystyczny wskazują na brak istotnej zmiany poziomu zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw. W stosunku do zeszłego miesiąca zatrudnienie wzrosło o niewiele ponad 1,5 tys. osób i wynosi obecnie 5,531 mln osób.

Pomimo wcześniejszego niż w zeszłym roku popytu na pracowników sezonowych, który wystąpił już z końcem maja w wyniku zatrudnień w trakcie EURO 2012, nie odnotowaliśmy poprawy na rynku pracy. Jeżeli w miesiącach wakacyjnych nie dojdzie do drastycznego zwiększenia dynamiki zatrudnienia, to w ostatnim kwartale tego roku dojdzie do znacznego wzrostu bezrobocia w Polsce – komentuje Tomasz Hanczarek, Prezes Zarządu Work Service S.A.

Wyhamowanie wzrostu zatrudnienia w ostatnich miesiącach jest wynikiem panującej niepewności w światowej gospodarce. W trudnych czasach polscy przedsiębiorcy stawiają na zwiększanie efektywności swoich firm i starają się realizować zamówienia podstawową załogą, co zastopowało dodatkowe rekrutacje – dodaje Tomasz Hanczarek.

Poziom wynagrodzeń na przestrzeni ostatniego roku uległ poprawie na poziomie 4,3% i wynosi obecnie 3754,48 zł.

Wzrost efektywności przedsiębiorstw przekłada się również na wzrost wynagrodzeń. Następuje on jednak dość powoli i wystarcza on tylko na wyrównanie obecnego poziomu inflacji. Z pewnością płace w Polsce rosłyby w tym roku szybciej, gdyby po stronie pracodawców nie wzrosła z początkiem roku składka rentowa – podsumowuje Tomasz Hanczarek, Prezes Zarządu Work Service S.A.

Do 2020 r. dzięki szerokopasmowemu internetowi gospodarka Polski mogłaby zyskać łącznie blisko 40 mld zł

W 2010 r. dostęp do Internetu miało prawie 9 mln Polaków, a udział Internetu w całym PKB Polski wyniósł zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte 4,8 proc., czyli 68 mld zł. W najbardziej optymistycznym scenariuszu, w 2020 r. może być to już 13,1 proc. PKB, czyli aż 345 mld zł. Dostęp do szybkiego Internetu będzie miało wtedy 28 mln Polaków. Szybkie wdrożenie innowacyjnej technologii mobilnego dostępu do Internetu (spełniającej wymagania Agendy Cyfrowej co do przepustowości powyżej 30 Mb/s) w ciągu najbliższych 8 lat może powiększyć nasze PKB łącznie o 106 mld zł.

Internet jest w tej chwili na początku drugiego etapu swojego rozwoju, który zaczął się wraz z pojawieniem się szerokopasmowej i mobilnej technologii dostępu oraz bardzo szybkim rozwojem urządzeń, które ją wykorzystują (laptopy, smartfony czy tablety).

Eksperci Deloitte, w swoim raporcie przygotowanym na zlecenie Polskiej Telefonii Cyfrowej przedstawili wpływ szerokopasmowego Internetu na gospodarkę polską, biorąc pod uwagę trzy możliwe scenariusze:

  • bazowy, zakładający utrzymanie dotychczasowych trendów w rozwoju Internetu i osiągnięcie zasięgu mobilnego Internetu na poziomie 80 proc. od 2018 r.,
  • dynamiczny, zakładający przyspieszone wdrożenie innowacyjnej technologii szybkiego mobilnego dostępu do Internetu oraz osiągnięcie 85 proc. zasięgu od 2014 r.
  • oraz skoku cyfrowego, zakładający bardzo szybkie wdrożenie innowacyjnej technologii szybkiego mobilnego dostępu do Internetu praktycznie na terenie całego kraju i osiągnięcie 95 proc. zasięgu od 2016 r. (dodatkowe 10 proc. zasięgu w porównaniu ze scenariuszem dynamicznym)

Według ekspertów Deloitte, w scenariuszu bazowym udział Internetu wrośnie do 7,1 proc. PKB w 2015 r. i 9,5 proc. PKB pięć lat później. W wyrażeniu nominalnym przez dekadę 2010-2020 wartość dodana całej gospodarki wzrośnie 1,8-razy, czyli o 1056 mld zł, ale wartość związana z samym Internetem zanotuje wzrost aż 3,7-krotny, czyli o 159 mld zł.

W scenariuszu dynamicznym, w którym następuje niewielki dodatkowy wzrost udziału Internetu w PKB do 7,7 proc. w 2015 r. i 10,2 proc. w 2020 r., w wyrażeniu nominalnym przez dekadę wartość dodana ogółem wzrośnie nieco ponad 1,8-razy, czyli o 1062 mld zł, podczas gdy wartość dodana związana
z Internetem wzrośnie o 176 mld zł (4 razy).

Z dużo szybszym wzrostem udziału Internetu mamy do czynienia w scenariuszu skoku cyfrowego – do 9,1 proc. PKB w 2015 r. i 13,1 proc. PKB w 2020 r. W ciągu dekady 2010-2020 wartość dodana dla całej gospodarki w wyrażeniu nominalnym wzrośnie w tym scenariuszu 1,9-krotnie, tj. o 1083 mld zł. Natomiast wzrost PKB związany z Internetem wyniesie aż 5,1-raza, czyli 246 mld zł. W porównaniu ze scenariuszem bazowym będzie to więc o 86 mld zł więcej.

Powszechniejszy dostęp do Internetu

Podobnie dynamicznie będzie rosnąć liczba osób mających dostęp do Internetu. W 2010 roku dostęp ten miało prawie 9 milionów Polaków, na koniec 2011 r. było ich niecałe 10 mln – „Nasze obliczenia pokazują, że w scenariuszu bazowym łączna liczba użytkowników Internetu może w 2020 r. przekroczyć 18 mln. W scenariuszu dynamicznym może wzrosnąć do blisko 20 mln w 2020 r., natomiast w scenariuszu skoku cyfrowego, z uwagi na tzw. efekt kuli śnieżnej, łączna liczba użytkowników Internetu sięgnie prawie 28 mln w 2020 r.” – wyjaśnia Maciej Klimek, Starszy Menedżer w grupie Technologie, Media i Telekomunikacja w dziale konsultingu Deloitte.

We wszystkich trzech scenariuszach widać wyraźny wzrost liczby użytkowników korzystających z mobilnego Internetu. W 2020 r. w scenariuszu bazowym jest ich 3,5 raza więcej, w dynamicznym – 4 razy a w scenariuszu skoku cyfrowego – aż 7 razy więcej niż w roku 2010. Co to oznacza dla zwykłego użytkownika? Oszczędność czasu, dostęp do większej liczby informacji, a dzięki sprzedaży on-line szerszą ofertę produktów i w rezultacie tańsze zakupy.

Szerokopasmowy Internet w firmach

Na rozwoju szerokopasmowego Internetu w istotny sposób skorzystają także przedsiębiorcy. Według danych GUS większość firm w Polsce posiada dziś dostęp do Internetu. Nie oznacza to jednak, że w jednakowym stopniu wpływa on na strukturę ich przychodów. Raport Deloitte wyznacza 82 kategorie działalności gospodarczej, których funkcjonowanie, a w związku z tym i obroty firm, związane są w znacznym stopniu z Internetem. Są wśród nich m.in. przedsiębiorstwa wytwórcze, transportowe i turystyczne, telekomunikacyjne, ubezpieczeniowe oraz media. Autorzy przedstawiają przykłady konkretnych firm, na których rozwój w sposób znaczący wpłynął Internet. Są wśród nich giganci tacy jak mBank, PKP Intercity czy Leroy Merlin, ale także niewielki sklep internetowy z zabawkami drewniaczek.pl, portal Inwestycje.pl czy firma informatyczna Ericpol Telecom. Łącznie wszystkie zidentyfikowane w raporcie kategorie firm w 2010 r. wytworzyły 31 proc. wartości dodanej polskiej gospodarki. Zdaniem ekspertów Deloitte w 2020 r. ten wskaźnik wyniesie blisko 33 proc. – „Zastosowaliśmy konserwatywną metodologię obliczania udziału Internetu w całym PKB, ze względu na dużą zmienność i nieprzewidywalność niektórych czynników. Dlatego też nasz szacunek udziału Internetu w polskiej gospodarce należałoby uznać za dość ostrożny” – ocenia Maciej Klimek.

Przeprowadzone analizy jednoznacznie wskazują na korelację rozwoju Internetu ze wzrostem PKB. W przypadku scenariusza dynamicznego szacuje się, że do 2020 r. gospodarka Polski mogłaby zyskać łącznie blisko 40 mld zł w stosunku do scenariusza bazowego. Dla scenariusza skoku cyfrowego wartość ta jest jeszcze większa – jego realizacja mogłaby oznaczać korzyść w postaci około 106 mld zł dodatkowego skumulowanego PKB wytworzonego do 2020 r. – „Rozwój Internetu możemy porównać z rozwojem elektryczności, bez której nikt z nas nie jest w stanie funkcjonować. Prawdziwą rewolucję przyniosło jednak nie samo wynalezienie prądu, ale doprowadzenie go nawet do najmniejszego gospodarstwa domowego” – podsumowuje Rafał Antczak, Członek Zarządu Deloitte. – „Tak dzieje się również z Internetem, którego rozwój zależy w podobnym stopniu od sektora prywatnego, jak
i publicznego” – dodaje.

Pełen raport „Wpływ przyspieszonego rozwoju szerokopasmowego dostępu do Internetu na gospodarkę polską” dostępny jest na stronie www.deloitte.com/pl/tmt.

Rynek maszyn budowlanych w Polsce 2012

Dynamicznie zmieniająca się sytuacja na rynku budowlanym bezpośrednio wpływa na strukturę i zyskowność komplementarnego dla budownictwa rynku maszyn. W najbliższych latach analitycy PMR oczekują wysokiego udziału rynkowego koparek i ładowarek, stabilizacji na niskim poziomie w kategorii żurawi wieżowych, a także skurczenia się rynku walców drogowych.

Jak pokazuje opracowany firmę badawczą PMR raport zatytułowany „Rynek maszyn budowlanych w Polsce 2012 – Prognozy rozwoju na lata 2012-2014”, chłonność polskiego rynku maszyn w zaledwie 20% zaspokajana jest poprzez produkcję krajową. W związku z tym sektor budowlany w dużej mierze opierać się musi o urządzenia sprowadzane zza granicy.

Analiza struktury importu netto maszyn budowlanych pokazuje, że głównym obszarem zainteresowań polskich budowlańców od lat pozostają urządzenia uniwersalne, których wykorzystanie możliwe jest przy wielu typach robót budowlanych. Niekwestionowanym liderem pozostają różnego rodzaju koparki i ładowarki, stanowiące od wielu lat solidny trzon floty i odpowiadające za ponad 80% wartości sprowadzanych rok-rocznie urządzeń. Dominują zwłaszcza urządzenia obrotowe, stanowiące w 2011 r. blisko 40% wartości importu.

Na przestrzeni lat 2007-2011 miały miejsce istotne zmiany w zakresie podstawowych urządzeń mających zastosowanie w budownictwie drogowym i kolejowym, które odnotowały wyraźny wzrost. Z dużym prawdopodobieństwem można jednak stwierdzić, że baza sprzętowa w zakresie urządzeń stricte drogowych w kolejnych latach będzie się zmniejszać. Duże obniżenie wydatków inwestycyjnych GDDKiA od 2013 r. spowoduje wstrzymanie inwestycji w kolejne jednostki sprzętowe i korektę struktury parków maszynowych. Dodatkowo, wiele firm zapowiada przeniesienie części swojego potencjału sprzętowego poza granice Polski w kierunku nakreślonym przez wzmożone plany inwestycyjne, np. na teren przygotowującej się do wielu przedsięwzięć sportowych Rosji.

Największe zmiany na przestrzeni ostatnich lat obserwować można było na rynku żurawi wieżowych. Podczas gdy w rewelacyjnym pod względem wartości sprzedanego sprzętu roku 2007 udział żurawi kształtował się na poziomie ok. 8%, w kolejnych latach miały miejsce znaczne spadki. Już w 2010 roku ich udział zmniejszył się czterokrotnie, a w 2011 roku odpowiadały one już tylko za pół procenta wartości sprowadzonych maszyn. Bezpośrednich przyczyn takiego stanu rzeczy upatrywać należy w dużych zmianach, jakie w tym czasie nastąpiły w segmencie budownictwa kubaturowego. Notowane od 2008 r. spowolnienie w budownictwie deweloperskim znacznie ograniczyło popyt na dodatkowe żurawie na rynku. Pomimo obecnego ożywienia w budownictwie deweloperskim, najbliższe lata także nie przyniosą gwałtownych zmian na rynku żurawi. W ocenie analityków PMR, rynek ten jest już na tyle nasycony, że obecna oferta jest wystarczająca w stosunku do potrzeb zgłaszanych przez firmy budowlane.

Jednakże w dłuższej perspektywie podmioty działające na rynku maszyn budowlanych w Polsce nie powinny mieć powodów do obaw, m.in. dzięki oczekiwanemu napływowi środków unijnych w latach 2014-2020, a także z uwagi na konieczność okresowego odnawiania parku maszynowego. Dodatkowo, przeprowadzona analiza sytuacji finansowej największych 35 firm zajmujących się produkcją, dystrybucją lub wynajmem sprzętu budowlanego wskazuje, że po gwałtownym spadku poziomu marż jaki miał miejsce w 2008 roku, od 2009 r. nieprzerwanie następuje powolna poprawa. Ostatnie dostępne dane wskazują, że średnia marża generowana przez segment oscylowała wokół 3% przy odsetku firm wykazujących straty wynoszącym 20% wobec 26% w 2008 r.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek maszyn budowlanych w Polsce 2012 – Prognozy rozwoju na lata 2012-2014”.

Komisja Europejska chce wprowadzić Wspólne Europejskie Prawo Sprzedaży

Zarówno kupujących, jak i sprzedawców do handlu na unijnym rynku zniechęcają wątpliwości co do tego, jaki system prawny ma być stosowany w przypadku ewentualnych sporów czy reklamacji. Komisja Europejska proponuje więc, by wprowadzić neutralne Wspólne Europejskie Prawo Sprzedaży jako alternatywę dla stosowania porządków prawnych poszczególnych krajów. Mogłoby to ożywić handel na unijnym rynku.

Propozycja jest prosta. Jeśli obie strony – kupujący i sprzedający – umawiają się, że korzystają z przepisów Wspólnego Europejskiego Prawa Sprzedaży, cała transakcja powinna być regulowana przez to prawo, zamiast prawa krajowego. Jak przewiduje Komisja Europejska, dzięki temu i konsument, i przedsiębiorca zaoszczędzą czas i pieniądze.

– Przedsiębiorca nie będzie musiał ponosić kosztów związanych z dostosowaniem się do 27 różnych systemów prawnych. Będzie mógł stosować jeden zestaw przepisów, raz dostosować swoją stronę internetową, ogólne warunki swoich umów i swoje sposoby postępowania – tłumaczy w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Mikołaj Zaleski, przedstawiciel Dyrekcji Generalnej ds. Sprawiedliwości Komisji Europejskiej.

Wspólne Europejskie Prawo Sprzedaży – zgodnie z założeniami KE – ma istnieć równolegle do prawa krajowego i będzie dobrowolnie stosowane przez zainteresowane strony umowy. Pomysłodawcy oceniają, że to rozwiązanie ma ożywić europejski handel i zwiększyć obroty. Dziś – zdaniem KE – hamują go, między innymi, niejednolite przepisy prawne.

– Polski przedsiębiorca, który oferuje swoje towary konsumentom, np. w Niemczech, musi wziąć pod uwagę, że jeżeli coś będzie z tym towarem nie tak, będzie musiał stosować niemieckie prawo ochrony konsumenta. A co za tym idzie, jeśli będzie chciał oferować swoje towary na rynkach 27 państw-członków UE, będzie się musiał dostosować do 27 różnych reżimów prawnych – tłumaczy Mikołaj Zaleski.

Z ubiegłorocznego badania Eurobarometru wynika, że blisko połowa Europejczyków nie robi zakupów za granicą, ponieważ ma wątpliwości co do przysługujących im praw. Aż 55 proc. przedsiębiorców, którzy zajmują się bądź chcieliby się zajmować handlem transgranicznym, twierdzi, że powstrzymuje ich od tego szereg barier prawnych, głównie różnice w przepisach dotyczących ochrony konsumenta i rozstrzygania ewentualnych sporów.

Polski przedsiębiorca oferujący przez internet buty, wyprodukowane w Czechach konsumentom z Hiszpanii, musi zapoznać się i stosować hiszpańskie prawo ochrony konsumenta. Taka sytuacja jest kosztowna i rodzi wiele obaw przedsiębiorców.

Jak podkreśla Mikołaj Zaleski, w przypadku profesjonalnych transakcji międzynarodowych pomiędzy niewielkimi przedsiębiorcami każdej ze stron zależy na tym, by odbywało się to na podstawie prawa dla nich bardziej korzystnego, co często rodzi konflikty i kosztowne negocjacje. Przyjęcie jednego systemu, z jednolitym prawem sprzedaży, dla całej UE pozwoliłoby – zdaniem przedstawiciela KE – przedsiębiorcom na wymierne oszczędności.

Krytycy tego pomysłu twierdzą, że równoległe funkcjonowanie dwóch porządków prawnych może prowadzić do nieporozumień na rynku i możliwej dezorientacji konsumentów.

– Strony umowy będą wolne, żeby sobie wybrać to prawo, ale nie będą miały takiego obowiązku. Będą to robić tylko, jeśli przepisy będą im odpowiadać, jeśli będą odpowiadać ich potrzebom rynkowym. Tak samo konsument. Będzie miał wolność, nie będzie musiał kupować towarów w oparciu o ten system prawny. Nie chcemy ingerować w system prawny państw członkowskich, celem nie jest ujednolicenie praw krajowych – przypomina przedstawiciel Dyrekcji Generalnej ds. Sprawiedliwości KE.

Projekt Wspólnego Europejskiego Prawa Sprzedaży był jednym z priorytetów ubiegłorocznej polskiej prezydencji w Radzie Unii Europejskiej. Obecnie toczą się negocjacje pomiędzy państwami członkowskimi i w Parlamencie Europejskim.

– Komisja stara się propagować nową propozycję, stara się wysłuchiwać uwag wszystkich zainteresowanych podmiotów. Projekt jest dość obszerny, wymaga analizy i zastanowienia. Myślę, że przed nami intensywne negocjacje – mówi Mikołaj Zaleski.