Szczoteczka soniczna do zębów – 5 powodów, dla których warto się w nią zaopatrzyć

Szczoteczka soniczna to urządzenie przeznaczone do pielęgnacji jamy ustnej. Zalicza się ją do grupy szczoteczek elektrycznych, jednak różni się od innych tego typu przyrządów zastosowaną w niej technologią fal dźwiękowych. Przeczytaj poniższy artykuł, aby poznać 5 powodów, dla których warto zaopatrzyć się w szczoteczkę soniczną. Jeśli szukasz najlepszego urządzenia tego typu, sprawdź ofertę marki Smilesonic.

Podczas pracy szczoteczki sonicznej cząsteczki śliny, pasty do zębów i wody łączą się ze sobą, a powstałe w wyniku tego mikrobąbelki trafiają nawet do trudno dostępnych miejsc w jamie ustnej, oczyszczając je z różnych nieczystości: płytki nazębnej, osadów, bakterii i resztek pokarmowych. Oprócz tego drgania soniczne docierają na odległość kilku milimetrów od zakończenia włókien, dzięki czemu są całkowicie bezpieczne dla szkliwa zębowego i dziąseł. Maksymalna liczba ruchów wykonywanych na minutę pracy przez szczoteczkę soniczną to aż 96 000!

Nowoczesna technologia soniczna

Szczoteczki soniczne oferują pracę w kilku trybach (od jednego do pięciu), które różnią się od siebie prędkością pracy. Najczęściej występujące programy czyszczące w szczoteczkach sonicznych to: codzienne czyszczenie, delikatne czyszczenie, wybielanie zębów, masaż dziąseł oraz polerowanie szkliwa. Największą prędkość główka szczoteczki sonicznej osiąga w trybie wybielającym, a wynosi ona wówczas aż 96 000 ruchów na minutę pracy. Dzięki takiej możliwości wyboru każda osoba może korzystać z trybu odpowiedniego dla siebie.

Bardzo wydajna bateria

Szczoteczka soniczna świetnie sprawdzi się podczas podróży nie tylko dlatego, że jest urządzeniem bezprzewodowym, ale również dlatego, że posiada bardzo wydajną baterię litową, która pozwala na pracę nawet przez dwa lub trzy miesiące (w trybie standardowym) bez konieczności ładowania. Dzięki temu nie musisz ciągle pamiętać o podłączeniu szczoteczki sonicznej do ładowarki. Czas zasilania takiej baterii wynosi zazwyczaj od kilku do kilkunastu godzin. Szczoteczka soniczna do zębów

Przydatne funkcje szczoteczek sonicznych

Nie sposób nie wymienić jako zalet szczoteczki sonicznej funkcji zwiększających komfort jej użytkowania. Bardzo przydatne są chociażby timery, które pilnują, aby czas szczotkowania zębów był odpowiednio długi: informują o upływie dwóch minut oraz co pół minuty sygnalizują konieczność zmiany szczotkowanej strefy uzębienia. Inna istotna funkcja to możliwość połączenia szczoteczki z aplikacją w smartfonie oraz monitorowania całego procesu szczotkowania zębów. Dzięki temu możemy zmieniać swoje nawyki higieniczne. Urządzenia soniczne często wyposażone są również w czujnik siły nacisku, który przestrzega nas przed zbyt mocnym dociskaniem główki szczoteczki do powierzchni zębów. Poza tym włókna końcówek w niektórych modelach posiadają wskaźnik zużycia, a więc zmieniają swoją barwę wtedy, gdy ulegną zużyciu, przypominając o konieczności wymiany końcówki na nową.

Bogato wyposażone zestawy i przydatne dodatki

Producenci szczoteczek sonicznych dołączają do swoich przyrządów wiele funkcjonalnych gadżetów. Przykładem takich dodatków są końcówki wymienne o różnym przeznaczeniu, których włókna różnią się od siebie grubością i ułożeniem na główce. Możemy wymienić następujące końcówki: standardowe, wybielające, delikatne, ortodontyczne, do oczyszczania języka itd. Ponadto w zestawach ze szczoteczkami sonicznymi często możemy znaleźć etui podróżne, które pozwala na bezpieczne przechowywanie urządzenia.

Nikkei najwyżej od 1,5 roku, rand najsłabszy w historii

Kurs podejrzewanego ostatnio o to, że może podzielić niebawem los kilku poprzednich banków regionalnych w USA, które upadły, PacWest Bancorp spadł wczoraj o 22,7 proc. Najwyraźniej nerwowość na rynku tych akcji nadal się utrzymuje na bardzo wysokim poziomie. Dziś rano cena kontraktów na S&P 500 lekko rosła o 0,22 proc. ok. godz. 9:30.
Dziś na rynkach akcji w Azji i Oceanii Nikkei 225 osiągnął najwyższy poziom od 1,5 roku. Większość pozostałych indeksów tego regionu jednak dziś spadła.

Główne indeksy europejskie rozpoczęty piątkowe notowania wzrostami (DAX +0,35 proc., CAC 40 +0,74 proc. ok. godz. 9:30).

Rosły również w piątkowy poranek głównie indeksy na GPW (WIG-20 +0,6 proc. ok. godz. 9:50). Wśród składników WIG-u 20 swój najwyższy od roku poziom osiągnął kurs Allegro. Wśród komponentów mWIG-u 20 po wzroście o 9 proc. na najwyższy poziom od roku wyszła cena akcji Amrestu. Jeśli chodzi o akcje spółek wchodzących w skład sWIG-u 80, to o ponad 11 proc. taniały dziś rano akcje spółki Toya, zaś kursy akcji R22 i Wawelu osiągnęły dziś swe nowe roczne maksima.

Rentowność 10-letnich obligacji skarbowych rządu Stanów Zjednoczonych cały czas balansuje w pobliżu swoich tegorocznych minimów (dziś 3,4 proc.). Na razie nie widać tu specjalnie silnego wpływu nabrzmiewającej stopniowo kwestii podniesienia – lub nie – przez Kongres USA wyczerpanego już limitu zadłużenia federalnego.

Po dwóch dniach spadku cena kontraktów na ropę naftową nadal dziś rano lekko zniżkowały (WTI -0,32 proc., Brent -0,41 proc.). Spadała dziś rano również cena kontraktów na gaz ziemny na NYMEX-ie (-1,37 proc. ok. 9:35). Wczoraj w Rotterdamie cena kontraktów na węgiel kamienny spadła do najniższego poziomu od stycznia 2022. Najniżej od 2021 roku była wczoraj cena kontraktów na gaz ziemny notowanych w Holandii. Najniższy od 3 lat poziom osiągnęły wczoraj cena kontraktów na tarcicę na CME.

Kurs EUR/USD spadł wczoraj do najniższego poziomu od miesiąca osiągając poziom 1,09 USD, a dziś rano ok. godz. 9:20 lekko odbijał w górę (+0,14 proc.). Amerykański dolar lekko umacniał się dziś rano w stosunku do japońskiego jena (USD/JPY +0,26 proc. ok. godz. 9:15). Po trwającym w tygodniu rajdzie w górę swój nowy historyczny rekord osiągnął kurs USD względem południowoafrykańskiego randa. Poprzedni rekord został ustanowiony w kwietniu 2020. Podobny rekord został ustanowiony przez kurs EUR/ZAR. Szerokość kanału trwającego od czerwca trendu wzrostowego kursu USD/ZAR zostawia jeszcze miejsce dla dalszej zwyżki.

Złoty, który w tym tygodniu był najsilniejszy w stosunku do euro i amerykańskiego dolara od ponad roku wykazywał dziś rano niewielkie zmiany (EUR/PLN +0,11 proc., USD/PLN -0,03 proc. ok. godz. 9:26).

Kurs Bitcoina względem amerykańskiego dolara wyłamał się wczoraj w dół z prawie 2-miesięcznej formacji „głowy z ramionami” utworzonej w strefie mniej więcej 27000-31000 USD. Dziś rano ten ruch w dół był kontynuowany (-2,69 proc. ok. godz. 9:10). Kurs był coraz bliżej kluczowego poziomu wsparcia, jaki stanowią jego szczyty z sierpnia ub.r. i lutego br. znajdujące się w okolicach poziomu 25000 USD. Te – pokonane w marcu br. szczyty – wydają się wyznaczać „linię szyi” 9-miesięcznej formacji „odwróconej głowy z ramionami”.

Autor Wojciech Białek, OANDA TMS Brokers

Answear.com finalizuje przejęcie Sneakerstudio i PRM

Answear.com, jeden z najszybciej rosnących e-commerce modowo-lifestylowych, który w roku 2022 wygenerował blisko 1 mld zł przejmie marki Sneakerstudio i PRM. Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy wyraziło zgodę na sfinansowanie akwizycji w całości akcjami Answear.com. Transakcja wzmocni pozycję Spółki, jako jednego z wiodących podmiotów branży fashion e-commerce działającego na rynkach Europy Środkowo-Wschodniej, a także spozycjonuje mocniej Answear w segmencie premium sneakers & streetwear.

Answear.com dzięki przejęciu rozszerzy swoją działalność o nowy segment i grupy klientów – w szczególności Gen Z oraz klientów zainteresowanych produktami premium oraz luksusowymi. Spółka dostrzega również liczne synergie oparte na wzajemnym wykorzystaniu mocnych stron, łącząc unikalną ofertę przejmowanych brandów ze sprawnością operacyjną i zapleczem technologiczno-logistycznym Answear.com

Jesteśmy zadowoleni z decyzji Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy. Transakcja przejęcia Sneakerstudio i PRM to dla nas strategiczna decyzja, która ma na celu spozycjonowanie Answear.com w kierunki półki premium i produktów luksusowych. Dodatkowo akwizycja pozwoli nam jeszcze mocniej odróżnić się od konkurencji zarówno w zakresie oferty, grupy docelowej oraz komunikacji marki – komentuje Krzysztof Bajołek, Prezes Zarządu Answear.com.

Answear.com przejmuje ZCP (Zorganizowana Część Przedsiębiorstwa) Fashion Trends Group, w skład którego wchodzą m.in. witryny internetowe Sneakerstudio oraz PRM, a także dwa butiki stacjonarne w Krakowie i Warszawie, kontrakty z markami oraz zespoły odpowiedzialne za sprzedaż i marketing. Płatność za ZCP odbędzie się w całości akcjami Answear.com, które zgodnie z warunkami umowy mają być wyemitowane w liczbie do 650.000 akcji do obecnych właścicieli ZCP oraz do 250.000 akcji w formie programu motywacyjnego. 11 maja WZA Anwear.com zagłosowało za uchwałą o emisji akcji.

W ramach akwizycji dostrzegamy liczne synergie, w tym przede wszystkim poprawę marży przejmowanego biznesu. Jesteśmy w stanie to osiągnąć wykorzystując skalę działalności i większą siłę zakupową Answear.com. Widzimy również duży potencjał w zakresie optymalizacji kosztowej oraz działaniach crosselingowych – dodaje Jacek Dziaduś, Wiceprezes Zarządu ds. finansowych Answear.com

Sneakerstudio jest dojrzałym i cenionym wśród społeczności młodego pokolenia na rynkach CEE lifestylowo – sneakersowym brandem. Posiada w swojej ofercie produkty marek takich jak Adidas Originals, New Balance, Carhartt czy Veja. Firma prowadzi sklepy internetowe w krajach CEE, a także sprzedaje swoje produkty na rynkach zachodnio-europejskich, m.in. poprzez globalną witrynę prowadzoną w języku angielskim. Z kolei PRM jest to nowy koncept z segmentu luxury streetwear & fashion, który oferuje takie marki jak: Y-3, A.P.C., Marni, A-Cold-Wall, MISBHV czy Rick Owens. Sprzedaż odbywa się poprzez globalną witrynę internetową, a butik marki znajduje się przy ulicy Świętokrzyskiej 16 w Warszawie.

Prezenty komunijne w czasach wysokiej inflacji

Gotówka i złoto to jedne z najpopularniejszych prezentów na Pierwszą Komunię. Podczas gdy gotówka traci obecnie na wartości około 1 proc. miesięcznie, złoto mieni się wyjątkowo mocno, utrzymując cenę blisko swojego rekordu wszechczasów.

Jednym z najpopularniejszych prezentów komunijnych pozostaje gotówka. Jednak w czasie wysokiej inflacji, szybko traci ona swoja wartość. W kwietniu ceny były o 14,7 proc. wyższe niż rok wcześniej i 0,7 proc. niż w marcu. Można zatem założyć, że w tym roku gotówka traci około 1 proc. swojej wartości miesięcznie. Jeśli zatem obdarowany włoży w maju do szuflady kopertę zawierającą 1000 zł, to gdy wyciągnie pieniądze za rok, prawdopodobnie będą one realnie warte około 880 zł.

Inflacja pozostaje dwa razy wyższa niż oprocentowanie najlepszych bankowych lokat. Najlepsze bankowe depozyty 12-miesięczne dają obecnie 7 proc. w skali roku. Gdyby 1000 zł wpłacić na taką lokatę, to po roku po opłaceniu podatku otrzymamy 1057 zł, które realnie będzie wtedy warte 930 zł. Czyli utrata wartości wyniesie około 70 zł.

Okazuje się zatem, że darując gotówkę w gruncie rzeczy zachęcamy do jej szybkiego wydania (co niestety jeszcze bardziej napędza inflację), z powodu postępującej utraty wartości. Choć może to być także element edukacji ekonomicznej, zachęcający do poszukiwania sposobów na zachowanie wartości pieniądza. Na przykład poprzez rozsądne i długoterminowe inwestowanie.

Podczas gdy gotówka przeżywa trudne chwile, teraz jest wyjątkowo dobry czas dla złota. W kwietniu zbliżyło się do poziomu 2070 dolarów za uncję, co jest najwyższą ceną w historii. Obecnie jest tylko niewiele niższa i wynosi 2035 dolary za uncję. To powoduje, że zarówno złote sztabki jak i złota biżuteria, które są częstymi komunijnymi prezentami, są wyjątkowo wartościowe.

Na wysoką cenę złota wpływają trzy elementy. Perspektywa niższych stóp procentowych w USA podbija wartość aktywów które nie przynoszą stałego dochodu (jak właśnie złoto). Natomiast słaby dolar czyni złoto tańszym dla Chin czy Indii, którzy są ważnymi graczami na rynku tego kruszcu. Trzecim elementem jest poszukiwanie bezpiecznych aktywów w kontekście obaw o stan amerykańskiego systemu bankowego oraz recesji, co także podbija cenę złota. Popyt na złoto jest właśnie napędzany przez zakupy inwestycyjne, które odpowiadają za około 55 proc. światowego zapotrzebowania. Pozostałe 45 proc. to popyt na złoto służące do wytwarzania biżuterii oraz wykorzystywane przez przemysł. To zapotrzebowanie spada w wyniku spowolnienia gospodarczego na świecie.

Przy okazji warto pamiętać, że w złoto można inwestować nie tylko w formie fizycznej, ale właśnie poprzez różnego rodzaju instrumenty finansowe. Oparte o złoto fundusze EFT zanotowały w marcu duży napływ środków, po raz pierwszy od 10 miesięcy.

Dane aktualne na 11.05.2023 godz: 14:00 CE

Paweł Majtkowski, analityk eToro w Polsce

Baczewski: Reformy podatkowe zwiększyły inflację i obniżyły inwestycje

Reformy podatkowe są jednymi z najczęściej wprowadzanych w Polsce. Polski system podatkowy jest przez to określany jako jeden z najgorszych w Unii Europejskiej. Przedsiębiorcom doskwiera przede wszystkim niestabilność prawa, konieczność ciągłego dostosowywania się do zmian – ale także niejasność prawa. Jeśli się tak szybko przyjmuje przepisy, to zwykle one są słabo napisane, nieprecyzyjne i pozostawiają duże pole do interpretacji – np. dla służb skarbowych, które egzekwują prawo podatkowe. Według raportu Lewiatana w ostatnim czasie wprowadzono 28 różnego rodzaju danin i podatków dotyczących przedsiębiorców. Chodzi w dużym stopniu o wprowadzanie różnego rodzaju podatków branżowych – czyli np. od handlu, od cukru, od instytucji finansowych. To są podatki, które wprost obciążają poszczególne gałęzie gospodarki. Dość często są one pobierane niezależnie od wyniku finansowego przedsiębiorstwa – np. od obrotów firm.

– To powoduje, że firmy są zmuszone ten dodatkowy koszt uwzględniać przy kalkulowania swoich cen, bo muszą z czegoś te środki wygenerować. Więc można powiedzieć, że w ten sposób państwo przez swój fiskalizm dokłada się do wzrostu cen – powiedział serwisowi eNewsroom.pl dr Grzegorz Baczewski, dyrektor generalny Konfederacji Lewiatan. – Po prostu zmusza się przedsiębiorstwa do tego, żeby zwiększyły koszty swojego funkcjonowania. To jest sytuacja, która jest wprost generowana przez politykę fiskalną państwa, czyli politykę podatkową. Natomiast zmiany prawa i ich uciążliwość powoduje, że przedsiębiorcy muszą w większym stopniu wydawać środki na obsługę systemu podatkowego – czyli na różnego rodzaju działania administracyjne, na księgowość. Wszyscy mają zdecydowanie więcej pracy przy wyliczaniu tych skomplikowanych stawek i należności wobec państwa. I to przekłada się negatywnie na kondycję gospodarki, kondycję firm oraz na skłonność do inwestowania w Polsce. Kraj, w którym system podatkowy jest niestabilny, niejasny, trudny do opanowania – jest mniej atrakcyjny, by w nim inwestować – zaznacza Baczewski.

Columbus wrócił na plus w pierwszym kwartale

W pierwszym kwartale 2023 r. Grupa Columbus Energy osiągnęła 128 mln zł przychodów. Wypracowany przez Grupę wynik EBITDA, ponad 8 mln zł, stanowi znaczną poprawę w stosunku do poprzednich kwartałów. 

Jak wynika z opublikowanego raportu kwartalnego, w trzech pierwszych miesiącach br. Grupa Columbus osiągnęła 128,1 mln zł przychodów, czyli porównywalnie do czwartego kwartału 2022 r. Skonsolidowany wynik EBITDA wyniósł 8,2 mln zł.

Przychody osiągnięte przez Grupę w pierwszym kwartale br. pokazują, że branża fotowoltaiki domowej, po perturbacjach ustawowych, nadal może być długoterminowym, stabilnym biznesemtwierdzi Dawid Zieliński, prezes Columbus Energy S.A. – Z kolei w strukturze przychodów Grupy widać wyraźny udział sprzedaży realizowanej w Republice Czeskiej. Spółka Columbus Energy a.s. wygenerowała w tym okresie blisko 23 mln zł w ramach podstawowej działalności operacyjnej, a to dopiero drugi kwartał sprzedaży prowadzonej na tym rynku. Bardzo istotną zmianę w strukturze przychodów stanowi też segment magazynów energii. Przychody ze sprzedaży w tym segmencie wzrosły aż dwunastokrotnie rok do roku (z 1,4 mln zł w 2022 r. do 16,5 mln zł w 2023 r.), i zapewne będzie to kolejny produkt po pompach ciepła, którego sprzedaż stanie się znacząca w kolejnych kwartałach i latach.

Podsumowując miniony kwartał Zarząd Columbus podkreśla, że Spółka kontynuuje transformację w organizację lżejszą kosztowo i efektywniejszą marżowo. Do sukcesów omawianego okresu Zarząd zalicza m.in. przeniesienie notowań Spółki na główny parkiet GPW i rozpoczęcie działalności w Ukrainie.

Za pośrednictwem utworzonej tam spółki będziemy dostarczać do ukraińskich domów nasz ekosystem: fotowoltaikę, pompy ciepła i magazyny energii. Liczymy, że popyt na rozwiązania OZE przez najbliższe lata będzie tam olbrzymi, dzięki czemu wykorzystamy nasze kompetencje do zaspokojenia energetycznych potrzeb tego rynku – komentuje Dawid Zieliński.

Obecnie Columbus skupia się na kilku kluczowych obszarach: optymalizacja kosztów i zwiększenie efektywności biznesu podstawowego, uruchomienie działalności na nowych rynkach, wypracowanie nowych usług oraz strumieni przychodów, budowie nowych farm fotowoltaicznych i finalizowanie sprzedaży farm do Engie, kontynuacja prac nad technologią i finansowaniem projektów BESS (wielkoskalowych magazynów energii) oraz rozwój narzędzi IT i ekosystemu.

W najbliższych tygodniach ogłosimy też nową strategię Grupy, gdzie przybliżymy szczegóły naszego modelu biznesowego i plany rozwoju na kolejne lata. A ponieważ Columbus ma w zwyczaju zaskakiwać rynek, więc i tym razem nie zabraknie niespodzianek dodaje Dawid Zieliński.

Istotne zmiany w profilu obywateli Ukrainy przebywających w Polsce

Masowy napływ uchodźców wojennych do Polski, jak i powrót części ukraińskich mężczyzn w celu wsparcia obrony swojego kraju, istotnie wpłynął na statystyczny profil obywateli Ukrainy przebywających nad Wisłą. Jednocześnie, niezmiennie wysoki jest wskaźnik związany z aktywizacją zawodową ukraińskich obywateli w Polsce. Świadczą o tym wyniki IV edycji badania „Obywatele Ukrainy w Polsce i na polskim rynku pracy. Nowe wyzwania i perspektywy” przeprowadzonego przez Platformę Migracyjną EWL, Fundację EWL i Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego, które zostały opublikowane 11 maja.

Znacząca przewaga kobiet

Badanie pokazało, że 67% przebywających w Polsce obywateli Ukrainy stanowią kobiety. W porównaniu z wynikami z 2021 roku struktura płci respondentów uległa istotnej zmianie – niemal dwukrotnie zmalał odsetek mężczyzn z Ukrainy.

 – Napływ uchodźców wojennych z Ukrainy po 24 lutego 2022 roku niewątpliwie zdominował sytuację migracyjną w naszym kraju, zmieniając tym samym profil ukraińskiego obywatela mieszkającego w Polsce. Obecnie większość́ przebywających w Polsce obywateli Ukrainy to kobiety z dziećmi, które często pracują̨ poniżej swoich kwalifikacji. Słabsza znajomość́ języka polskiego oraz towarzyszące trudności w dostosowaniu się̨ do nowych warunków życia i pracy stanowią̨ wyzwanie dla wielu migrantów uchodźczych w Polsce, ale także dla polskich pracodawców – uważa Andrzej Korkus, prezes Platformy Migracyjnej EWL.

Wysoki poziom aktywizacji zawodowej

Na uwagę zasługuje fakt, że zdecydowana większość, bo aż 78% przebywających w Polsce obywateli Ukrainy podjęło zatrudnienie w naszym kraju. Biorąc pod uwagę istotny udział w tej grupie uchodźców wojennych, wskaźnik należy uznać za niezmiernie wysoki, wskazujący na dojrzałość polskiej gospodarki i rynku pracy.

Polska jako kraj posiadający wieloletnie doświadczenie w tworzeniu warunków sprzyjających zatrudnieniu migrantów ze Wschodu, poradziła sobie także z aktywizacją zawodową uchodźców wojennych z Ukrainy. Szybkie i skuteczne działania stały się możliwe m.in. dzięki decentralizacji pomocy, a także wdrożeniu rządowych programów wsparcia finansowego organizacji i firm. Digitalizacja usług publicznych okazała się wielkim usprawnieniem i realnym wsparciem działań podjętych zarówno przez podmioty prywatne, jak i państwowe. Z kolei wprowadzona deregulacja umożliwiła pracodawcom zaoferowanie pracy łącznie kilkuset tysiącom uchodźców podkreśla Andrzej Korkus.

Gorsza znajomość języka polskiego

W porównaniu do poprzedniego badania niemal dwukrotnie obniżył się odsetek ukraińskich obywateli, wykonujących pracę w Polsce zgodną z ich kwalifikacjami. W grudniu 2021 roku niemal 68% respondentów deklarowało, że zajmuje stanowiska odpowiadające posiadanym kompetencjom, zaś w 2023 roku odsetek ten wyniósł jedynie 35%.

Jednym z podstawowych elementów, który zwiększa szanse na lepsze wykorzystanie swoich kwalifikacji w ramach polskiego rynku pracy, jest znajomość języka, a ta jest gorsza w badanej grupie, niż miało to miejsce 2 lata temu. Wedle deklaracji, z 46% do 35% zmalał odsetek obywateli Ukrainy, którzy znają język polski na dobrym i bardzo dobrym poziomie. Powodem tego jest przede wszystkim słaba znajomość języka polskiego wśród uchodźców wojennych przybyłych w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, wśród których jedynie 14% deklaruje co najmniej dobrą znajomość polskiego. Natomiast wśród migrantów przedwojennych poziom ten jest nadal wysoki i wynosi49%.

– Nasze najnowsze badanie, przeprowadzone we współpracy z ekspertami z Platformy Migracyjnej EWL, pokazało, że cześć́ ukraińskich migrantów chce pozostać w Polsce na dłużej, by móc stać się̨ w przyszłości częścią̨ naszego społeczeństwa. Wspierając zarówno polską, jak i ukraińską̨ gospodarkę̨, będą̨ również̇ wzbogacać́ naszą kulturę̨ oraz jeszcze bardziej spajać nasze narody w tej symbolicznej „wojennej i powojennej” wspólnocie – podkreśla Jan Malicki, dyrektor Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego.

Większa chęć powrotu do Ukrainy

Badanie pokazało, że niemal dwie trzecie obywateli Ukrainy (64%) planuje wrócić z Polski do swojej ojczyzny w bliższej lub dalszej perspektywie. Przy czym, odsetek respondentów deklarujących chęć pozostania w Polsce na dłużej zmalał w porównaniu do 2021 roku z 62% do 40%.

– Należy jednakże pamiętać, że są to obecnie tylko deklaracje. Tak naprawdę przyszłość pokaże, czy po zakończeniu wojny, większość uchodźców wojennych przebywających w Polsce podejmie decyzje o powrocie do Ukrainy, czy też większość będzie raczej dążyć do sprowadzenia swoich rodzin do Polski – dodaje Jan Malicki.

Badanie z obywatelami Ukrainy przebywającymi w Polsce zostało przeprowadzone w dniach 4–13 marca 2023 roku za pomocą wywiadów bezpośrednich F2F. Wywiady zostały przeprowadzone w języku ukraińskim na próbie liczącej łącznie N=500 dorosłych obywateli Ukrainy, zarówno migrantów przedwojennych, jak i uchodźców wojennych z Ukrainy. Kwestionariusz badania został opracowany przez Platformę Migracyjną EWL oraz Studium Europy Wschodniej UW z wykorzystaniem części pytań zgłoszonych przez Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej, Urząd do Spraw Cudzoziemców i Biuro Bezpieczeństwa Narodowego.

Rosną długi restauratorów. 2/3 branży znajduje się w słabej kondycji finansowej

Gastronomia to nie jest łatwy biznes, zwłaszcza w ostatnich latach. W minionym roku, firmy niemal wszystkich specjalizacji, od cateringu przez food trucki do restauracji zwiększyły swoje zaległości wobec banków i dostawców. Z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz bazy BIK wynika, że na koniec marca suma ich przeterminowanych zobowiązań przekroczyła 800 mln zł. Trudno o zmiany na lepsze jeśli, jak podaje wywiadownia gospodarcza Dun & Bradstreet, 2/3 branży znajduje się w słabej kondycji finansowej i panicznie boi się wzrostu kosztów działania oraz utraty klientów. A Polacy ograniczają budżet przeznaczony na jedzenie na mieście – pokazują wyniki badania „Problemy finansowe i zadłużenie Polaków”.

Wkrótce po tym jak branża gastronomiczna rozpoczęła proces podnoszenia się po drastycznym spadku spowodowanym pandemicznym lockdownem, na drodze do poprawy sytuacji stanęła inflacja. Biznes zmaga się z utrzymującymi się wysokimi cenami produktów żywnościowych, energii, paliwa i pracy. Nie pomaga obowiązujący zerowy VAT na żywność, w praktyce oznacza bowiem brak możliwości odliczenia podatku płaconego przez przedsiębiorców. Kluczowy problem stanowi spadek liczby klientów, w których podobnie jak w biznes uderza wzrost cen.

Wciąż chodzimy do restauracji, ale wydajemy mniej

Większe koszty życia przekładają się na ograniczenie wydatków Polaków na przyjemności, w tym bywanie w restauracjach i kawiarniach. Z badania „Problemy finansowe i zadłużenie Polaków”, zrealizowanego dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor wynika, że na taki luksus pozwala sobie trzy czwarte społeczeństwa. Wśród tych, którzy chodzą do barów czy restauracji, albo zamawiają posiłki do domu, niemal połowa obecnie wydaje na ten cel mniej. Na największe cięcia zdecydowały się osoby między 35 a 44 rokiem życia (51 proc.) oraz pokolenie 45-54 latków (43 proc.).

W najnowszym raporcie Dun & Bradsteet „Data Driven Resilience: How to Grow When Facing an Uncertain Future”, w którym właściciele restauracji odpowiadali na pytanie: Co jest najważniejszym zagrożeniem dla przetrwania ich firmy w 2023 roku? – aż 66,7 proc. polskich właścicieli restauracji stwierdziło, że jest to wzrost cen energii. Temu problemowi na pewien czas zaradziło wprowadzone od listopada ub.r. zamrożenie cen energii dla MŚP, ale 46,7 proc. badanych narzeka na ogólny wzrost kosztów prowadzenia działalności gospodarczej. Na trzecim miejscu największych zagrożeń znalazł się słabnący popyt konsumentów – 36,7 proc., a dalej rosnące podatki – 26,6 proc. 20 proc. ankietowanych obawia się ataku cybernetycznego i zachowania ciągłości dostaw. Żaden z respondentów jako zagrożenia dla swojej firmy nie wskazał kłopotów z personelem i braków kadrowych.

Ubywa chętnych do nakrywania stołu

– Wystarczy przytoczyć, że od marca 2022 do marca 2023 tylko żywność zdrożała o niemal 25 proc. Wzrost cen podstawowych składników, bez których nie da się przygotować jakiekolwiek dania, okazał się najwyższy na całej liście towarów i usług. Zaś swoje ceny gastronomia i hotele podniosły w tym czasie o 16,9 proc. Dla części klientów to za dużo, by dalej równie często chodzić do restauracji, ale dla wielu firm gastronomicznych za mało, by przetrwać – mówi prof. Waldemar Rogowski, główny analityk BIG InfoMonitor.

Potwierdzają to statystyki dotyczące zawieszania działalności gospodarczej. Według wywiadowni gospodarczej Dun & Bradstreet, w 2022 r. działalność zawiesiło blisko 6,5 tys. firm gastronomicznych, niemal trzy razy więcej niż rok wcześniej. Jeszcze gorzej zapowiada się obecny rok. W I kwartale wykreślono już 2,1 tys. przedsiębiorstw gastronomicznych, a zarejestrowano 2,8 tys. Dynamika przyrostu nowych biznesów gastronomicznych na polskim rynku spada. Na koniec 2022 r. zarejestrowanych było 92 tys. podmiotów gastronomicznych. W porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego stanowi to wzrost o zaledwie 3 proc. wobec przyrostu 3,7 proc. na przestrzeni trudnych lat 2020/2021.

Przybywa długów, najbardziej w cateringu

Przybyło natomiast 146 niesolidnych dłużników widocznych w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor oraz w bazie informacji kredytowych BIK. Obecnie już 10 615 (aktywnych, zawieszonych i zamkniętych) firm gastronomicznych ma nieopłacone faktury zgłoszone przez wierzycieli do rejestru lub opóźnione o min. 30 dni raty kredytów. Łączne zaległości wynoszą 800 mln zł, a przez rok wzrosły o ponad 7 proc. i jest to kolejna taka zmiana na przestrzeni ostatnich lat.

Najwięcej zaległości przypada na stanowiące największą część gastronomicznego biznesu, restauracje i inne stałe placówki gastronomiczne (PKD 56.10.A). Zaległe zobowiązania, po wzroście w ciągu roku o 5,5 proc., przekroczyły w ich przypadku 629 mln zł. Problemy ma blisko 7900 firm, średnia zaległość to 80 tys. zł. Największy wzrost wartości nieopłaconych zobowiązań na przestrzeni od marca 2022 do marca 2023, odnotowały firmy cateringowe, ich dług po wzroście o 25 proc. opiewa na 60,7 mln zł. Znaczący przyrost długów dotknął również mobilną gastronomię, czyli m.in. food trucki (PKD 56.10.B). Ich długi powiększyły się o 13,6 proc. i wynoszą 38,6 mln zł. Z kolei właścicielom barów, pubów i tawern (PKD 56.30.Z) zaległości wzrosły o 5,4 proc. do 44,9 mln zł. Stosunkowo najlepiej wypada „pozostała działalność gastronomiczna”, m.in. działalność stołówek w zakładach pracy (PKD 56.29.Z), gdzie udało się utrzymać kwotę zaległości na podobnym poziomie jak 12 miesięcy temu i wynosi ona 26,4 mln zł.

Już ponad 800 mln zł długów gastronomii

Zdaniem prof. Waldemara Rogowskiego szansą, jaką powinni wykorzystać polscy restauratorzy, jest pojawienie się nowej docelowej grupy klientów. Goście z Ukrainy, którzy już na dobre zadomowili się w naszym kraju, stanowią zarówno grono potencjalnych pracowników, jak i klientów. – Jednocześnie jednak mocno rozwijająca się paleta gotowych dań oferowana przez sklepy, stanowi rosnącą konkurencję do stołowania się na mieście. Dzięki gotowym daniom konsumenci oszczędzają, jeśli nie na wyjściu do restauracji, to przynajmniej na zamawianiu posiłków do domu. Niestety dodatkowo uderza to w przedsiębiorców prowadzących działalność gastronomiczną – zauważa główny analityk BIG InfoMonitor.

Większość firm w kiepskiej kondycji finansowej

Według analiz Dun & Bradstreet, większość branży gastronomicznej zmaga się z problemami finansowymi. W przypadku restauracji zaledwie niespełna procent z badanych punktów ma silną kondycję finansową (0,9 proc.), a 30 proc. dobrą. Aż 56 proc. badanych restauracji jest w kondycji raczej słabej, a 12 proc. w bardzo złej. Na tym tle jeszcze gorzej wypada gastronomia jako całość, gdzie 75 proc. firm ma poważne kłopoty finansowe, a tych w bardzo dobrej formie nie ma wcale.

– Na rynku polskiej gastronomii jest ciągle tłoczno i sporo się dzieje. Jedni zamykają swoje biznesy, inni zmieniają profil działalności, dodają nowe usługi, uruchamiają inne formy dystrybucji, a wszystko po to, by utrzymać przy sobie klienta i zdobyć nowego. Wzrost cen powoduje, że restauratorzy z większą uwagą zaczęli kalkulować możliwości zarobku na oferowanym menu. W efekcie powstają krótkie, bardziej przemyślane karty dań. Jednak, aby wyrównać dwucyfrową inflację i utrzymać zysk na poziomie pozwalającym utrzymać biznes, nie udało się uniknąć konieczności podniesienia cen, co nie umknęło uwadze konsumentów. Biorąc pod uwagę, że koszty życia klientów też wzrosły, jedzenie na mieście stało się większym luksusem, na który można sobie pozwolić rzadziej – komentuje prof. Waldemar Rogowski, główny analityk BIG InfoMonitor.

Inflacja zmieniła nawyki konsumentów. Polacy częściej chodzą do sklepów i dłużej robią zakupy

Obserwacja zachowań ponad 360 tys. konsumentów wykazała, że w I kwartale br. o 15% rdr. wzrosła częstotliwość odwiedzania dyskontów, hipermarketów i supermarketów. W relacji rocznej ruch zwiększył się o prawie 9%. Do tego o ponad 15% rdr. wydłużył się średni łączny czas poświęcany na zakupy. Z kolei nie zmieniły się udziały poszczególnych formatów w rynku, na którym nadal dominują dyskonty. Ok. 92% wszystkich shopperów odwiedziło je przynajmniej raz w analizowanym okresie br. Eksperci nie są tym zaskoczeni i przewidują, że dyskonty dalej będą dominować na rynku w tej kwestii.

Częstsze wizyty i większy ruch

W I kwartale br. w placówkach dyskontów, supermarketów i hipermarketów aż o 15% rdr. wzrosła średnia liczba wizyt przypadająca na jednego shoppera. Ruch na całym tym rynku zwiększył się o 8,8% rdr. Tak wykazała analiza wykonana przez firmę technologiczną Proxi.cloud. Łącznie poddano obserwacji blisko 364 tys. konsumentów i 13,5 tys. sklepów należących do trzech największych na rynku formatów handlowych.

– Te dane nie są żadnym zaskoczeniem. Polacy, zaciskając pasa w trudnych ekonomicznie czasach, coraz częściej szukają najlepszych cenowo ofert. Wskazują na to też wyniki różnego rodzaju sondaży, w których nawet 80% shopperów deklaruje taką potrzebę – mówi Michał Rosiak z Proxi.cloud.

Ponadto analiza wykazała, że nastąpił zauważalny wzrost średniej częstotliwości wizyt w sklepach, przypadającej na jednego konsumenta, co również mogło wpłynąć na większy ruch. W porównaniu do I kwartału ub.r. zwiększył się też łączny czas poświęcany na zakupy. Ostatnio konsumenci spędzili w sumie średnio o 15,1% więcej czasu w ww. sklepach niż przed rokiem.

– W miarę jak konsumenci stają się coraz bardziej świadomi jakości produktów i własnych wydatków, mogą częściej odwiedzać sklepy w celu porównywania cen, poszukiwania promocji i ofert specjalnych oraz planowania zakupów w oparciu o obecny budżet. Klienci mogą też dłużej przebywać w placówkach w poszukiwaniu okazji do oszczędzania, takich jak np. wyprzedaże. Zwiększenie czasu spędzanego na zakupach ma szansę wpłynąć na wzrost sprzedaży. Jednak może również wiązać się z wyższymi kosztami obsługi klientów, co może wpłynąć na marże i zyski netto. Ostateczne wyniki finansowe sieci handlowych będą zależały od wielu czynników – stwierdza dr Jolanta Tkaczyk z Akademii Leona Koźmińskiego.

Dyskonty ciągle bezkonkurencyjne

Co ciekawe, udziały poszczególnych formatów w łącznym ruchu pozostały praktycznie niezmienne w ujęciu rok do roku. Jak podkreśla Miłosz Sojka z Proxi.cloud, nieustannie dominują dyskonty, ponieważ wygrywają poziomem cen, ofertą i bliską klientowi lokalizacją. Umożliwiają zrealizowanie niemal całego koszyka zakupowego w jednym miejscu, np. w drodze z pracy do domu. Ponadto prowadzą intensywną komunikację reklamową, twierdząc, że są najtańsze na rynku. W praktyce nie zawsze tak jest, ale klienci przyjmują taką retorykę. Z analizy jasno wynika, że ok. 92% wszystkich konsumentów odwiedziło dyskonty przynajmniej raz w badanym okresie br.

– Rynek detaliczny w Polsce jest dojrzały. Świadczą o tym takie jego cechy, jak zaostrzona konkurencja, zmieniające się trendy konsumenckie, konsolidacja, rosnąca wrażliwość cenowa nabywców oraz duże zróżnicowanie formatów detalicznych i ich ofert. To jest główna przyczyna niezmiennie wysokiego udziału dyskontów w badanym okresie – wyjaśnia dr Tkaczyk.

Według analizy, hipermarkety wykazały nieznaczny spadek ruchu, tj. o ok. 1%. – Przyczyną tego może być to, że starają się nadrabiać propozycją zakupów online. Chociaż nadal są jednym z najtańszych formatów na rynku, konsumenci od jakiegoś czasu wolą chodzić do mniejszych sklepów, żeby sprawniej robić zakupy. I to w głównej mierze pogrąża hipermarkety, bo cenowo dość dobrze konkurują z dyskontami. Nie sprzyja im też niska dostępność fizyczna. Często są zlokalizowane na obrzeżach miast. Polacy wolą polować na promocje w sklepach, które mają pod ręką – zauważa Michał Rosiak.

– Wraz z rozwojem rynku detalicznego klienci zaczynają preferować bardziej zróżnicowane i zindywidualizowane doświadczenia zakupowe, które często nie są dostępne w dużych sklepach. Hipermarkety przestają być konkurencyjne. Jako format znajdują się w fazie późnej dojrzałości, która nieuchronnie prowadzi do spadku zainteresowania nimi, ze względu na zmieniające się preferencje i zachowania konsumentów, konkurencję ze strony innych segmentów oraz rosnące wyzwania operacyjne i kosztowe – tłumaczy ekspertka z Akademii Leona Koźmińskiego.

Do tego analiza współodwiedzalności shopperów między formatami nie wykazała znaczących zmian. Podobnie jest w przypadku udziału w rynku. Dyskonty pozostają sklepami pierwszego wyboru dla większości kupujących. – Konsumenci mają swoje przyzwyczajenia zakupowe, w związku z czym decydują się odwiedzać w miarę stałą grupę sklepów. Skupiają się bardziej na analizowaniu ich ofert niż na chodzeniu do nowych formatów. Dominacja dyskontów, zarówno pod względem udziału w rynku, jak i współodwiedzalności, jest efektem największej liczby placówek i ich dostępności – zaznacza Sojka.

– Dyskonty mają bardzo mocną pozycję, wypracowaną w ostatnich kilku latach. Konkurencja właściwe zostaje bez większych szans, ale rynek oczywiście trzeba uważnie obserwować. Co jakiś czas pozostałe formaty, szczególnie hipermarkety, próbują trochę się wychylić, tylko jak dotąd – mało skutecznie – zwraca uwagę Michał Rosiak.

Jak podsumowuje dr Jolanta Tkaczyk, to, czy dyskonty utrzymają swoją pozycję, zależy od wielu czynników, takich jak konkurencja na rynku, zmieniające się preferencje klientów, trendy konsumenckie, a także zmiany w gospodarce i regulacjach rynkowych. Jednak na podstawie dotychczasowych trendów i dominującej pozycji dyskontów w badanym okresie, ekspertka przewiduje, że w dalszej przyszłości będą one wciąż odgrywać istotną rolę na rynku detalicznym.

Cavatina Holding S.A. rozpoczyna zapisy na obligacje serii P2023A

Cavatina Holding S.A. rozpoczyna emisję 3,5 letnich obligacji serii P2023A o wartości do 25 mln zł. Oprocentowanie obligacji zostanie ustalone w oparciu o WIBOR 6M powiększony o marżę 6 proc. Zapisy będą przyjmowane w dniach 12 do 26 maja 2023 r. Funkcję firmy inwestycyjnej pełni Michael/Ström Dom Maklerski.

Kontynuujemy realizację naszych założeń biznesowych konsekwentnie oddając do użytku kolejne projekty biurowe na sześciu perspektywicznych rynkach w Polsce. W minionym roku z powodzeniem pozyskaliśmy finansowanie emitując obligacje o wartości ponad 124 mln zł. Zrealizowaliśmy też jedną z największych transakcji w regionach w 2022 r., sprzedając pakiet trzech budynków za ponad 139 mln euro. W lutym br. ustanowiliśmy kolejny program emisji obligacji o łącznej wartości do 150 mln zł i w jego ramach zaoferujemy inwestorom możliwość nabycia obligacji serii P2023A,” – mówi Daniel Draga, Wiceprezes Zarządu Cavatina Holding S.A.

Cavatina Holding S.A. zdecydowała o emisji do 25 000 obligacji serii P2023A o wartości nominalnej 1 000 zł i oprocentowaniu bazującym na WIBOR 6M powiększonym o marżę 6%. Biorąc pod uwagę WIBOR 6M z 26 kwietnia 2023 r., który wyniósł 6,95% łączne oprocentowanie powiększone o marżę 6% wyniosłoby 12,95%. Zapisy będą przyjmowane w dniach 12-26 maja 2023 r. na stronie oferującego, którym ponownie jest Michael/Ström Dom Maklerski, a także w domach maklerskich wchodzących w skład konsorcjum dystrybucyjnego: Noble Securities, Dom Maklerski BDM i Dom Maklerski Banku BPS. Dzień Emisji obligacji przewidywany jest na 5 czerwca 2023 r., a obligacje mają zadebiutować na rynku Catalyst także w czerwcu bieżącego roku. Termin wykupu 3,5 letnich papierów zabezpieczonych poręczeniem Cavatina sp. z o.o. przypada na 5 grudnia 2026 r.

Szczegółowe informacje na temat prowadzonej emisji zawarte są w Ostatecznych Warunkach Emisji Obligacji zamieszczonych na stronie www spółki.

Emisja prowadzona jest na podstawie prospektu zatwierdzonego przez KNF 29 marca 2023 r. pozwalającego na emitowanie zabezpieczonych obligacji w ramach programu emisji obligacji ustanowionego w lutym 2023 r. Suplement nr 1 do prospektu został przez KNF zatwierdzony 9 maja 2023 r.

Cavatina Holding S.A. to notowany na GPW, jeden z największych polskich deweloperów biurowych. Spółka kontynuuje proces dywersyfikacji źródeł finansowania, mający na celu wsparcie realizacji rozbudowy portfolio Grupy na wybranych rynkach regionalnych. W sierpniu 2022 r. Grupa sfinalizowała transakcję sprzedaży portfolio trzech budynków Carbon Tower, Ocean Office Park A i Tischnera Office za ponad 139 mln euro do podmiotów związanych z amerykańskim funduszem Lone Star Funds. Aktualnie Grupa realizuje projekty, które dostarczą na rynek biurowy ponad 130 tys. mkw. GLA (Gross Leasible Area). Poza ustanowionym w lutym br. programem emisji obligacji do kwoty 150 mln zł, Grupa może kontynuować działania także w ramach bezprospektowego programu emisji obligacji do kwoty 200 mln zł, które mogą być oferowane wybranym inwestorom kwalifikowanym.

Najemcy najaktywniejsi w Trójmieście

Ożywienie po stronie najemców wyróżniło w I kwartale roku trójmiejski rynek biurowy. Znaczna aktywność firm nie przełożyła się jednak na wyraźny spadek współczynnika pustostanów, głównie z uwagi na fakt, że w strukturze umów dominowały renegocjacje.

Rynek biurowy w Trójmieście w I kwartale roku powiększył się o jeden obiekt biurowy Officer o powierzchni ponad 4 700 m kw., który oddano w Gdyni. Nowa podaż stanowiła 7% całkowitego wolumenu powierzchni dostarczonej we wszystkich miastach regionalnych. Trójmiejskie zasoby biurowe na koniec marca 2023 roku osiągnęły blisko 1,02 mln m kw., co pozwoliło utrzymać trzecią pozycję pod względem wielkości wśród rynków regionalnych.

„Utrzymujące się na wysokim poziomie koszty budowy i finansowania inwestycji w dalszym ciągu przekładają się na decyzje deweloperów dotyczące rozpoczynania nowych projektów. Na koniec pierwszego kwartału w realizacji pozostawało około 41 700 m kw., co jest wynikiem znacznie odbiegającym od tych notowanych w latach poprzednich, kiedy w budowie znajdowało się 150 000 – 200 000 m kw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Przy założeniu, że deweloperzy dotrzymają planowanych terminów to jeszcze w tym roku Trójmiasto zasili 34% realizowanej obecnie powierzchni,” – wyjaśnia Joanna Gomułkiewicz, Leasing Manager w Knight Frank.

Największymi projektami w budowie są, m.in. Waterfront II (15 000 m kw., Vastint Poland) oraz Punkt (12 500 m kw., Torus), których oddanie do użytku planowane jest w 2024 roku.

„W przeciwieństwie do wstrzemięźliwych decyzji deweloperów, najemcy w Trójmieście zakończyli pierwszy kwartał z jednym z wyższych kwartalnych wyników w ostatnich latach. Od stycznia do marca 2023 roku odnotowano popyt na poziomie blisko 47 600 m kw., co było rezultatem wyższym o 94% w porównaniu do poprzedniego kwartału. Co więcej, porównując wyniki do pozostałych głównych miast regionalnych, osiągnięta wartość popytu w Trójmieście była najwyższym wynikiem i stanowiła blisko 27% całkowitego wolumenu umów podpisanych w regionach,” – dodaje Katarzyna Bojar, Konsultant w dziale badań rynku w Knight Frank.

,,Największa umowa najmu podpisana w Trójmieście w I kwartale 2023 roku została podpisana w budynku Olivia Prime w Gdańsku i dotyczyła powierzchni ponad 10 100 m kw., którą najęła firma Sii,” – uzupełniła Joanna Gomułkiewicz.

Trójmiasto posiada obecnie jeden z najniższych współczynników pustostanów, który na koniec marca 2023 roku wynosił 13,2%. Mimo dużej aktywności najemców, wskaźnik pustostanów obniżył się jedynie o 0,1 pp. w ciągu kwartału. Wynika to przede wszystkim ze struktury umów najmu, gdzie przeważającą część stanowiły renegocjacje. W skali całego roku współczynnik zmniejszył się jednak aż o 1,1 pp.

Czynsze wywoławcze w Trójmieście na koniec I kw. 2023 roku pozostały na stabilnym poziomie wahając się od 10,00 EUR do 15,00 EUR za m kw. miesięcznie. Jednocześnie, ze względu na rosące koszty mediów i usług, zauważalny jest również wzrost stawek opłat eksploatacyjnych, które na koniec marca 2023 roku w Trójmieście wahały się od 15,00 do 30,00 PLN/m kw./miesięcznie.

Sophos: 3 na 4 ataki ransomware kończą się zaszyfrowaniem danych

Aż 76% ataków ransomware skutkuje zaszyfrowaniem firmowych danych. Odsetek ten jest najwyższy od 2020 r. Z raportu firmy Sophos wynika, że styczność ze złośliwym oprogramowaniem miały 2 na 3 badane przedsiębiorstwa. Dane jednoznacznie wskazują, że skutki cyberataków najboleśniej odczuwają ci, którzy spełnili żądania cyberprzestępców.

Mniej ataków, większe zagrożenie

Sophos zanalizował dane na temat średnich i dużych firm z Europy, obu Ameryk, Azji i rejonu Pacyfiku. 66% badanych przedsiębiorstw stało się w 2022 r. celem ataku ransomware – odsetek ten nie zmienił się od roku 2021. Eksperci Sophos wskazują, że tempo działań cyberprzestępców utrzymuje się na stałym poziomie, mimo zauważalnego spadku liczby ataków z wykorzystaniem złośliwego oprogramowania.

Po przejściowym spadku podczas pandemii odsetek ataków zakończonych zaszyfrowaniem danych wrócił do ​​alarmującego stanu. Cyberprzestępcy udoskonalają swoje techniki i przyspieszają ataki, aby maksymalnie skrócić czas, w którym obrońcy mogą im przeszkodzić – mówi Chester Wiśniewski, dyrektor ds. technologii w firmie Sophos.

Najczęściej hakerzy wykorzystywali luki w zabezpieczeniach (36% wszystkich przypadków), aby uzyskać dostęp do firmowych zasobów. W blisko 30% ataków wejście do systemu umożliwiły nielegalnie pozyskane dane logowania.

Należy dodać, że w blisko 1/3 przypadków cyberprzestępcy nie tylko zaszyfrowali, ale i wykradli firmowe dane. To tak zwana metoda „double dip”. Specjaliści Sophos ostrzegają, że atakujący stosują ją coraz częściej, gdyż umożliwia im to dalsze szantażowanie przedsiębiorstw, które odmówiły zapłacenia okupu. Hakerzy będący w posiadaniu poufnych informacji mogą grozić np. ich ujawnieniem lub odsprzedaniem konkurencji.

Współpracujący z hakerami płacą dwa razy więcej

Działania cyberprzestępców generują ogromne wydatki dla zaatakowanych firm. Średni koszt odzyskania danych po cyberataku z użyciem ransomware wyniósł 375 tys. dolarów (około 1,55 miliona złotych) w przedsiębiorstwach korzystających z kopii zapasowych. Firmy, które zdecydowały się zapłacić okup hakerom, na powrót do operacyjności wydawały dwa razy więcej – 750 tys. dolarów, czyli około 3,1 miliona złotych.

Ogólny odsetek przedsiębiorstw, które poszły na rękę cyberprzestępcom, wyniósł 46%. Najczęściej okupy płaciły firmy o rocznych przychodach w wysokości powyżej 5 miliardów dolarów. Może to wynikać częściowo z faktu, że wiele z nich posiada ubezpieczenia cybernetyczne obejmujące spłatę żądań atakujących.

Większość firm zaatakowanych przez ransomware nie będzie w stanie odzyskać wszystkich swoich plików nawet jeśli odkupią od cyberprzestępców klucze szyfrujące. Dlatego konieczne jest korzystanie z kopii zapasowych danych. Płacenie okupu nie tylko poprawia sytuację finansową hakerów, ale także spowalnia reakcję na incydent naruszenia danych. Ostatecznie zwiększa to i tak horrendalne koszty usunięcia szkód po cyberataku – dodaje Chester Wisniewski.

Jak skutecznie chronić się przed ransomware?

Specjaliści z firmy Sophos zalecają wzmocnienie ochrony firmowej sieci o dodatkowe narzędzia zabezpieczające punkty końcowe i stosowanie rozwiązań Zero Trust Network Access (ZTNA), pozwalających na bezpieczny zdalny dostęp do firmowych danych. Zdaniem ekspertów kluczem do skutecznej ochrony jest wykrywanie, badanie i reagowanie na zagrożenia 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu — zarówno we własnym zakresie, jak i z pomocą zewnętrznych zespołów reagowania oraz usług (tzw. Managed Detection and Response, MDR).

Nie należy zapominać też o regularnym wykonywaniu kopii zapasowych, wdrażaniu aktualizacji oprogramowania, systematycznym przeglądzie konfiguracji narzędzi bezpieczeństwa oraz dbaniu o cyberhigienę.

Firmy muszą pracować nad skróceniem czasu potrzebnego na wykrycie atakujących i czasu reakcji na incydent naruszenia bezpieczeństwa. Polowanie na zagrożenia prowadzone przez specjalistów jest skuteczne, ale badane muszą być wszystkie alerty. Przestępcy powinni też być usuwani z systemów w ciągu godzin i dni, a nie tygodni czy miesięcy. Doświadczeni analitycy mogą rozpoznać wzorce włamania w ciągu kilku minut i od razu przystąpić do działania. To prawdopodobnie różnica między jedną trzecią przedsiębiorstw, która pozostaje bezpieczna, a pozostałymi, które padły ofiarą hakerów – podsumowuje Chester Wisniewski z Sophos.

O raporcie

Dane z raportu „State of Ransomware 2023” pochodzą z badania przeprowadzonego wśród 3000 liderów cyberbezpieczeństwa w okresie od stycznia do marca 2023 roku. Respondenci pochodzili z 14 krajów z obu Ameryk, Europy, Azji i rejonu Pacyfiku. Badane firmy zatrudniały od 100 do 5000 pracowników, a ich roczne przychody wahały się od mniej niż 10 milionów dolarów do ponad 5 miliardów dolarów.

Michał Grzybkowski sprzedał udziały w Beyond.pl i przestał pełnić funkcję Wiceprezesa Zarządu w spółce

Podmioty z Grupy Kulczyk Investments oraz pomysłodawca i założyciel Beyond.pl, Michał Grzybkowski (wraz z podmiotami powiązanymi), zawarli 9 maja 2023 roku porozumienie
w kwestii nabycia wszystkich pozostałych udziałów w spółce Beyond.pl sp. z o.o. przez spółkę KI Finance (Cyprus) Ltd z Grupy Kulczyk Investments, większościowego wspólnika Beyond.pl sp. z o.o. W związku z powyższym, aktualnie wspólnikami Beyond.pl sp. z o.o. pozostają jedynie spółki z Grupy Kulczyk Investments. Dodatkowo, w dniu 9 maja 2023 r. Michał Grzybkowski złożył rezygnację z pełnionej przez niego funkcji Wiceprezesa Zarządu Beyond.pl sp. z o.o.

Dziękujemy Michałowi za jego wkład w dotychczasowy rozwój Beyond.pl i życzymy sukcesów w dalszych przedsięwzięciach biznesowych. Pozostawia organizację w bardzo dobrej kondycji, z jasną strategią biznesową i wzmocnionymi strukturami. Jesteśmy przygotowani na kolejne etapy rozwoju i realizację naszych ambitnych celów – mówi Wojciech Stramski, Prezes Zarządu w Beyond.pl.

Michał Grzybkowski jest pomysłodawcą i założycielem Beyond.pl. Był związany ze spółką przez 18 lat. W latach 2005 – 2019 pełnił rolę Prezesa Zarządu.

Nadszedł czas na nowe projekty i nowe wyzwania. Jestem niezwykle dumny z tego co udało się osiągnąć w Beyond.pl przez ostatnie 18 lat. Data Center 2 jest jednym
z najbezpieczniejszych data center w skali Europy, z pewnością najbezpieczniejszym centrum danych w Polsce. Spółka niezmiennie wytycza kierunki rozwoju w branży, w ostatnim czasie w obszarze zrównoważonego rozwoju i zasilania obiektów w 100% energią odnawialną. Zostawiam spółkę w rękach najlepszych profesjonalistów i będę z dumą obserwował jej dalszy rozwój
– dodaje Michał Grzybkowski, ustępujący z roli Wiceprezesa Zarządu w Beyond.pl.

Obowiązki VP w zakresie rozwoju technologicznego spółki przejmują obecni członkowie zarządu Beyond.pl. Michał Grzybkowski nie ujawnia na razie, czym będzie się zajmował po rozstaniu z firmą.

W zarządzie spółki Beyond.pl są obecnie Wojciech Stramski, Prezes Zarządu (od maja 2020 roku) i Wojciech Darłowski, Członek Zarządu ds. Chmury i Managed Services (od lutego 2023 roku).

Rynek biurowy dryfuje na spokojnych wodach

Popyt w Warszawie spada, ale w regionach nadal utrzymuje się na dobrym poziomie. Niewielka aktywność deweloperów i brak nowych biur zaczyna doskwierać najemcom poszukującym powierzchni w stolicy.

W centrum Warszawy jest coraz mniej dostępnych powierzchni biurowych. Współczynnik pustostanów na koniec 1Q 2023 roku spadł w centralnym obszarze biznesowym miasta do poziomu około 10 proc., co wygenerowało nieduży wzrost stawek czynszowych w najlepszych lokalizacjach.

W pierwszych trzech miesiącach br. popyt utrzymał się w Warszawie na względnie stabilnym poziomie. Do najemców trafiło prawie 160 tys. mkw. biur, mniej niż w poprzednim kwartale i o 40 proc. mniej niż w analogicznym okresie roku poprzedniego.

Najwięcej powierzchni zakontraktowane zostało w centralnej strefie biznesu, która cieszy się od dawna największym wzięciem. Firmy stawiają na najlepsze powierzchnie. Wolumen najmu w pierwszych miesiącach roku zdominowany był przez nowe umowy, z tym umowy przednajmu. W efekcie kurczenia się dostępnej powierzchni w centralnym obszarze aglomeracji, jak przewiduje Walter Herz, w następnych miesiącach prawdopodobnie będziemy mieć do czynienia ze wzrostem udziału renegocjacji w transakcjach najmu.

Nowe inwestycje w Warszawie tylko w planach

– Charakterystyczny dla Warszawy jest pogłębiający się spadek aktywności deweloperów, który możemy obserwować już czwarty rok z rzędu. Dzieje się tak ze względu na uwarunkowania gospodarcze i geopolityczne oraz wysokie koszty budowy i obsługi kredytów. Niemniej, w ostatnich tygodniach na rynku warszawskim weszły do realizacji dwa nowe projekty. W budowie jest teraz 274 tys. mkw. powierzchni, trzykrotnie mniej niż w czasie hossy przed 2020 rokiem. W trakcie realizacji pozostaje m.in. The Bridge, Lixa, Vibe, czy Skyliner II. Do końca roku jest szansa na ukończenie budowy jedynie ponad 70 tys. mkw. biur – mówi Mateusz Strzelecki_Partner i Head of Tenant Representation w Walter Herz. – Podobna ilość powierzchni biurowych – 68 tys. mkw., m.in. w projektach Kreo i Mogilska 35, pozostaje na finiszu realizacji w Krakowie, największym regionalnym rynku w kraju – informuje.

Jednocześnie, deweloperzy zwracają się w Warszawie w stronę modernizacji starszych obiektów oraz zastępowania ich nowoczesnymi budynkami jak Upper One, który stanie w miejscu wyburzanego właśnie Atrium. – Rosnąca ilość  uzyskanych pozwoleń i złożonych wniosków w ubiegłym roku wskazuje, że inwestorzy chcą zabezpieczyć możliwość startu kolejnych budów, przede wszystkim w centrum Warszawy – zauważa Mateusz Strzelecki.

– W tym roku firmy ostrożniej podejmują decyzje o wynajmie. Kontraktowanych jest mniej dużych powierzchni. Najemcy zaczynają optymalizować koszt utrzymaniem biur, które mocno drożeją. Na rynku mamy do czynienia ze skokowym wzrostem kosztów eksploatacyjnych, które w przypadku niektórych nieruchomości mogą być wyższe nawet o 60 proc. – dodaje Mateusz Strzelecki.

Regiony z utrzymanym poziomem popytu

Na ośmiu największych rynkach regionalnych w Polsce w pierwszym kwartale tego roku wynajęte zostało łącznie 175 tys. mkw. To podobna ilość jak w kwartale poprzednim i o kilkanaście proc. lepszy wynik w porównaniu z analogicznym okresem rok wcześniej.

W przeciwieństwie do Warszawy, w regionach wzrósł udział renegocjacji umów, a spadła ilość umów przednajmu w zawieranych transakcjach, mimo że w oddawanych w ostatnich latach budynkach dostępnych jest sporo biur.

W ostatnich miesiącach współczynnik pustostanów na największych rynkach regionalnych lekko wzrósł i wynosi średnio około 16 proc. Najwięcej wolnych biur jest w Łodzi – ponad 20 proc. Wzrastająca ilość dostępnej powierzchni sprawia, że presja na podwyżki stawek czynszowych nie jest w regionach tak odczuwalna jak w Warszawie. – Niemniej, niewielki wzrost stawek czynszowych odnotowany został w tym roku w Krakowie, gdzie w pierwszym kwartale br. wynajęte zostało o około 10 proc. więcej powierzchni niż w tym samym okresie 2022 roku. Na tym rynku przeważały nowe umowy najmu – zaznacza Mateusz Strzelecki.

W ośrodkach regionalnych w pierwszym kwartale 2023 roku oddane zostało niespełna 70 tys. mkw. nowej powierzchni. Najwięcej, przeszło 46 tys. mkw. nowych biur weszło na rynek krakowski. We Wrocławiu ukończone zostało Centrum Południe 3, w Trójmieście – Officer, a w Krakowie – Ocean Office Park B i Fabryczna Office Park B5. Tymczasem w Warszawie nie został oddany w tym czasie żaden nowy budynek.

W regionach ubywa powierzchni w budowie. W trakcie realizacji są projekty, w których oddane zostanie łącznie około 530 tys. mkw.  Najwięcej metrów biurowych pozostaje w realizacji we Wrocławiu – ok. 150 tys. mkw. i Katowicach – ok. 130 tys. mkw.

Wyliczenie składki zdrowotnej u ryczałtowca

Przedsiębiorcy do 22 maja muszą złożyć rozliczenie roczne składki zdrowotnej. W związku ze zmianami w Polskim Ładzie wprowadzonymi w lipcu 2022 roku, podatnicy rozliczający się na ryczałcie ewidencjonowanym mają możliwość zmiany formy opodatkowania na skalę podatkową. Ekspert inFakt wyjaśnia, że podczas wyliczania składki zdrowotnej mogą pojawić się znaczne różnice w kwotach, które muszą zapłacić ryczałtowcy.

Przed wysłaniem rozliczenia rocznego do ZUS przedsiębiorcy, którzy w 2022 roku zmienili formę opodatkowania, mogą dokonać zmiany w tym dokumencie, dzięki czemu kwota składki zdrowotnej obniży się. – Nie wiadomo, jak ZUS ustosunkuje się do takich korekt, ale w mojej opinii nie powinien ich podważać – wyjaśnia Piotr Juszczyk, Główny Doradca Podatkowy w inFakcie.

Rok składkowy dla osób rozliczających się na ryczałcie pokrywa się z rokiem kalendarzowym i trwa od 1 stycznia do 31 grudnia. Dla podatników korzystających ze skali podatkowej rok składkowy trwa od 1 lutego do 31 stycznia. To oznacza, że podatnicy rozliczający się na skali podatkowej za styczeń zapłacili zryczałtowaną składkę w wysokości 419,92 zł.

Składka zdrowotna na ryczałcie

W przypadku ryczałtowców wysokość składki zależy od uzyskanego przychodu. Przedsiębiorcy, którzy w 2022 roku zarobili mniej niż 60 tys. zł, zapłacili 335,94 zł. Kwota składki zdrowotnej dla osób o przychodach między 60 tys. a 300 tys. zł wyniosła 559,89 zł, a dla osiągających powyżej 300 tys. zł było to 1007,81 zł.

Podatnicy rozliczający się na ryczałcie mogli rozliczyć składkę na zasadach z roku 2021. Przykładowo przedsiębiorca, który miał wysoki przychód, mógł od razu chcieć płacić wyższą składkę 1007,81 zł.

Zmiana formy opodatkowania a składka zdrowotna

Powstaje pytanie, co dzieje się ze składką styczniową, gdy przedsiębiorca zmienia formę opodatkowania. Po przejściu z ryczałtu na skalę składka za styczeń nie jest rozliczana w zeznaniu rocznym, które składa się do ZUS do 22 maja – podkreśla Piotr Juszczyk. W styczniu przedsiębiorcy na ryczałcie w pierwszym progu dochodowym zapłacili 335,94 zł, czyli 84 zł mniej niż na skali.

Problem pojawia się u ryczałtowców, którzy w styczniu 2022 roku zapłacili składkę 559,89 zł lub 1007,81 zł i po zakończeniu roku przeszli na zasady ogólne. Osoby, które od razu były opodatkowane skalą, płaciły wtedy 419,92 zł, więc ryczałtowcy w drugim progu wydali 139,97 zł lub nawet 587,89 zł więcej. – Niestety, ale w takim wypadku automatycznego zwrotu z ZUS nie będzie, bo składka zdrowotna zapłacona za styczeń nie zostanie rozliczona w zeznaniu rocznym. Ryczałtowcy, którzy zapłacili wyższe składki, ponieśli stratę – tłumaczy ekspert inFaktu.

Jak uzyskać zwrot nadpłaty składki?

Piotr Juszczyk podpowiada, żeby przed wysłaniem dokumentu z rozliczeniem rocznym do ZUS, skorygować DRA za styczeń 2022. Jeśli pojawi się nadpłata, to będzie można składać wniosek o zwrot składki. – Warto wrócić do stycznia 2022 roku. Jeśli w formularzu zaznaczyliśmy, że rozliczamy się na podstawie przychodu z roku ubiegłego i jeżeli w 2021 mieliśmy przychody powyżej 300 tys. zł, to warto wskazać przychód z roku bieżącego, tj. 2022, jako podstawę wyliczenia składki. Jeżeli w styczniu 2022 roku przychód był niższy niż 60 tys. zł, to składka zdrowotna spadnie z 1007,81 zł do 335,94 zł. W konsekwencji 671,87 zł wraca do portfela podatnika – wyjaśnia Piotr Juszczyk.

Podatnicy, którzy w 2021 roku uzyskali przychód między 60 tys. a 300 tys. zł mogą po korekcie obniżyć składkę z 559,89 zł do 335,94 zł, jeśli w styczniu 2022 roku zarobili mniej niż 60 tys. zł.

Nie jest jeszcze za późno, by skorygować rozliczenie składki zdrowotnej i uzyskać zwrot nadpłaty. W dokumencie trzeba jednak odpowiednio zaznaczyć zmianę podstawy wyliczenia jej na podstawie bieżącego przychodu.

Firmy w Polsce poświęcają aż 82 dni w roku, by odzyskać pieniądze od niepłacących klientów

Co było do przewidzenia, przedsiębiorstwa w naszym kraju borykają się ze skutkami wysokiej inflacji i stóp procentowych. Jak wynika z najnowszego raportu Intrum ”European Payment Report”, wysokie koszty życia uniemożliwiają konsumentom płacenie rachunków w terminie, co wpływa negatywnie na finanse firm, które poświęcają średnio aż 82 dni w roku, by odzyskać należne im pieniądze! Klienci niepłacący na czas, którzy są problemem już dla 8 na 10 biznesów w Polsce (79%) i wyższe koszty prowadzania działalności sprawiają, że przybywa dłużników również wśród przedsiębiorców. Coraz więcej z nich płaci swoim dostawcom po terminie lub jest zmuszonych sięgać po zewnętrzne finansowanie. Walka rosnącym problemem opóźnionych płatności – to najważniejszy priorytet polskich przedsiębiorców na rok 2023.

Wysoka inflacja rujnuje finanse konsumentów i biznesy

Pod koniec zeszłego roku mieliśmy do czynienia z rekordowo wysoką inflacją, która już negatywnie wpłynęła na polską gospodarkę i niestety niewiele wskazuje na to, by coś się miało zmienić w tej kwestii na lepsze w najbliższym czasie. 42% polskich przedsiębiorców biorących udział w badaniu Intrum przewiduje, że minie co najmniej rok, zanim inflacja ustabilizuje się na poziomie 2 procent lub niższym. 72% uważa, że wysoka inflacja będzie trwała przez rok lub dłużej.

6 na 10 ankietowanych przyznaje, że rosnąca inflacja (61%) i stopy procentowe (58%) będą miały wpływ na to, czy ich klienci będą płacić na czas i w całości w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Podobny odsetek respondentów (62%) spodziewa się wzrostu opóźnień w płatnościach w najbliższym czasie, ponieważ ich klienci z trudem wywiązują się
ze swoich zobowiązań w dzisiejszym środowisku gospodarczym.

– Polscy przedsiębiorcy nie widzą przyszłości swoich firm w jasnych barwach, dlatego, że zagraża im bardzo realnie zjawisko opóźnionych płatności. Klienci niepłacący na czas – czy to z sektora B2C, B2B czy z sektora państwowego, są problemem dla 8 na 10 biznesów w naszym kraju. 82% ankietowanych Intrum twierdzi, że w ciągu ostatnich 12. miesięcy poproszono ich firmy o zaakceptowanie dłuższych terminów płatności niż te, które są dla nich komfortowe. 71% firm zgodziło się na zmienione warunki płatności, bo niejako czuły się do tego zmuszone – komentuje Krzysztof Krauze, Prezes Intrum.

Nie dziwi, że w dobie galopującej inflacji i wysokich stóp procentowych luka płatnicza (czas pomiędzy ustalonym terminem zapłaty, a momentem, w którym płatność jest faktycznie dokonywana) ponownie wzrosła: w sektorze B2C wynosi 10 dni (9 w 202 r.), a w sektorze B2B o 15 dni (wzrost z 11% odnotowanych w 2022 r.). Co pocieszające,
w sektorze publicznym luka płatnicza zmalała, chociaż nadal jest znaczna – wynosi 17 dni (a w 2022 r. 22 dni) . Podmioty działające w tym sektorze są grupą najmniej rzetelnych płatników – płacą średnio po 69 dniach!

Przedsiębiorcy czekający na swoje pieniądze… stają się dłużnikami

62% ankietowanych firm przyznaje, że z powodu wysokiej inflacji, mają coraz większe trudności, by płacić swoim dostawcom na czas. Ponad połowa (56%) deklaruje, że chciałaby płacić im szybciej, ale nie jest to obecnie dla nich wykonalne i muszą prosić swoich partnerów biznesowych o dłuższe terminy płatności 36%). To dla nich ważna kwestia. Terminowe płatności są kluczowe dla budowania i utrzymywania zaufania z naszymi dostawcami i partnerami – tak uważa blisko 7 na 10 (68%) respondentów Intrum.

Inwestycje i plany dotyczące rozwoju odłożone na później…

Trudna sytuacja, w której znalazły się przedsiębiorstwa w Polsce, sprawia, że muszą one teraz uważniej nadawać priorytety swoim działaniom, ponieważ złe decyzje mogą je sporo kosztować.

Chociaż rozwój działalności w 2023 r. jest ważny dla 54% firm w naszym kraju, to znacznie większy odsetek twierdzi, że świetle obecnych warunków prowadzenia biznesu, poprawa płynności finansowej (78%) oraz cięcie kosztów (74%) są ich głównymi priorytetami. 4 na 10 biznesów (42%) chce sięgnąć po zewnętrzne finansowanie, (np. zaciągnąć kredyt), w większym wymiarze niż to miało miejsce dotychczas, by zachować konkurencyjność.

– Wzmocnienie płynności finansowej w praktyce oznacza ograniczenie zjawiska opóźnionych płatności. Spośród 73% firm pytanych przez Intrum, które stwierdziły, że podejmują kroki w tym kierunku, zdecydowanie najpopularniejszym rozwiązaniem jest skupienie się na wczesnych zaległościach (74%), a nie odkładanie problemu niepłacących klientów w czasie. Z naszego doświadczenia współpracy zarówno z mniejszymi firmami, jak i dużymi korporacjami wynika, że wtedy są największe szanse na odzyskanie należności, a klienci firm (dłużnicy) mogą wcześniej cieszyć się życiem wolnym od długów – zaznacza Krzysztof Krauze, Prezes Intrum w Polsce.

Firmy są świadome, że do odpowiedniego zarządzania wierzytelnościami klientów, niezbędne są sprawdzony know-how i technologie. W praktyce jednak sprawa już nie jest taka prosta. Biznesy są powstrzymywane przez przestarzałe systemy i brak właściwych kompetencji, by walczyć z rosnącym problemem opóźnionych płatności.

43% ankietowanych przedsiębiorstw twierdzi, że pilnie potrzebuje unowocześnienia swoich platform technologicznych, aby efektywniej zarządzać wierzytelnościami, ale niechętnie inwestuje w dzisiejszym niepewnym środowisku biznesowym. Prawie połowa przedsiębiorców (49%) deklaruje, że chciałaby poprawić zarządzanie opóźnionymi płatnościami, ale uważa to za trudne ze względu na brak odpowiednich umiejętności i zasobów w ich firmach. Czy jest wyjście z tego impasu?

– Rozwiązaniem jest współpraca z profesjonalnymi firmami windykacyjnymi, które posiadają odpowiednią wiedzę i zasoby, by pomóc przedsiębiorcom-wierzycielom w odzyskaniu należnych im pieniędzy. W tym przypadku działanie firmy „na własną rękę” może być mało efektywne i frustrujące. Jak wynika z danych Intrum, biznesy w Polsce poświęcają średnio aż 82 dni w roku, by odzyskać zaległe środki. A mogłyby przeznaczyć ten czas na rozwój – podsumowuje Krzysztof Krauze, Prezes Intrum.

O raporcie:

Raport ”European Payment Report 2023” bazuje na badaniu, które zostało przeprowadzone jednocześnie w 29 krajach Europy w okresie od listopada 2022 r. do marca 2023 r. W badaniu wzięło udział łącznie 10 556 firm reprezentujących 15 branż. W Polsce w badaniu uczestniczyło 500 przedsiębiorstw.

Raport dostępny na stronie: https://www.intrum.pl/partner-biznesowy/raporty-i-analizy/raporty/european-payment-report-2023/

Piotr Kuczyński: (Mini) kryzys bankowy w USA nie zagrozi światu

Kolejny bank, First Republic Bank, chylił się ku upadkowi i w końcu musiał go przejąć gigant, czyli JPMorgan Chase. Obawiam się, że to wcale nie musi być koniec, ale to naprawdę nie jest problemem. Mniejsze banki będą bowiem ostrożniej prowadziły akcję kredytową i w ten sposób będą chłodzić gospodarkę pomagając Fed w zwalczaniu inflacji.

W połowie kwietnia pisałem, że temat kryzysu bankowego zamknęło działanie FDIC (fundusz gwarantujący depozyty w bankach amerykańskich), Rezerwy Federalnej i rządu oraz Kongresu. Rzeczywiście tak się wtedy wydawało, ale potem sytuacja zaczęła się pogarszać. Kolejny bank, First Republic Bank, chylił się ku upadkowi i w końcu musiał go przejąć gigant, czyli JPMorgan Chase.

Potem pojawiły się kolejni kandydaci na bankrutów. Zahamowały to polowania na następne ofiary enuncjacje medialne (w poważnych agencjach informacyjnych – np. Bloomberg), zgodnie z którymi administracja i FDIC zaczęli podejrzewać, że rynek może być manipulowany. Nie wykluczam, że tak było, ale oczywiste jest, że inwestorzy mają skłonność do szukania ofiar, jeśli widzą oznaki słabości. A takie oznaki wręcz biły w oczy.

Szybko rosnące stopy procentowe w powiązaniu z nieodpowiednim zarządzaniem ryzykiem oraz z wpływem mediów społecznościowych, które potrafią doprowadzić do histerii, musiały skłonić graczy do otwierania krótkich pozycji, czyli gry na spadki cen akcji wytypowanych banków. Informacje o podejrzeniach władz doprowadziły w piątek, 5 maja, do panicznego zamykania krótkich pozycji (żeby je zamknąć trzeba akcje kupić), co doprowadziło do znacznej poprawy sytuacji na Wall Street.

Obawiam się, że to wcale nie musi być koniec. Takie szukanie ofiar może przeciągnąć się w czasie, ale jeśli małych i średnich banków w USA jest bardzo wiele (4500; 30 lat temu było ich 14000) to upadek nawet stu nie będzie zapowiedzią kryzysu. Po prostu organizm (sektor bankowy) się oczyszcza. Nie ulega jednak wątpliwości, że mniejsze banki będą ostrożniej prowadziły akcję kredytową, w ten sposób będą chłodzić gospodarkę, pomagając Fed w zwalczaniu inflacji.

Jeżeli mówimy o Fed to trzeba wspomnieć o tym, że 3 maja Federalny Komitet Otwartego Rynku (FOMC) znowu podniósł stopy procentowe o 25 p.b., czyli do wysokości 5,00 – 5,25 proc., dzięki czemu stopy stały się realnie dodatnie, bo przekroczyły inflację, która w kwietniu wyniosła 4,9%.

Ciekawa była przede wszystkim konferencja Jerome Powella, szefa Fed. Rzucała się w oczy (wg mnie) zdecydowanie mniejsza pewność Powella, wręcz granicząca z niepewnością. Nie padło słowo „pauza” (w cyklu podwyżek), ale padła nieco zawoalowana deklaracja, że taka decyzja może być podjęta 14 czerwca.

Niewiele było w tej decyzji i konferencji nowego. W tej sytuacji kolejne dane z rynku pracy i o inflacji mają znowu olbrzymie znaczenie. Dane opublikowane w maju, czyli za kwiecień, były niejednoznaczne. Rynek pracy był po prostu w znakomitej formie (stopa bezrobocia najniższa od ponad 50 lat, czyli 3,4 proc.), a inflacja co prawda spadła, ale symbolicznie – z 5 proc. na 4,9 proc.

Po tych danych rynek musi zapomnieć o cięciach stóp. Powell powiedział, że jeśli ścieżka inflacyjna będzie się rozwijała zgodnie z projekcją Fed to on nie widzi przesłanek do cięcia stóp w tym roku. Rynek nadal mu nie wierzy, ale to według mnie błąd. Przed następnym posiedzeniem FOMC dostaniemy jeszcze raz dane z rynku pracy i o inflacji i to zadecyduje o decyzjach Komitetu. Na razie na pierwszy plan wysunęła się kwestia limitu zadłużenia USA, ale o tym napiszę za miesiąc.

Piotr Kuczyński, Członek Towarzystwa Ekonomistów Polskich, DI Xelion

Rekordy złota kwestią czasu?

Złoto od zawsze stanowiło odpowiedź inwestorów na niepewne czasy. Patrząc na zachowanie cen w ostatnich miesiącach, wydaje się, że w takich czasach właśnie żyjemy. Musimy radzić sobie z ekstremalnie wysoką inflacją, wysokimi stopami procentowymi, wojną, możliwą recesją czy politycznymi rozgrywkami między największymi światowymi mocarstwami. Chociaż niepewność jest z nami od dłuższego czasu, to jednak złoto przez długi czas nie dawało poczucia pewności i zabezpieczenia. Czy jednak teraz, kiedy mamy zbieg tylu niewiadomych, złoto może być dalej odpowiedzią na ryzyko i niepewność? 

Wysokie stopy procentowe, choć nie na długo

Rok 2022 był bardzo burzliwy – obserwowaliśmy dojście cen do niemal rekordowych poziomów ze względu na rozpętanie wojny przez Rosję na Ukrainie. Z drugiej strony doświadczyliśmy nadmiernej inflacji, która według historycznych przekazów powinna wspierać wysokie ceny złota. Sytuacja nie jest jednak taka prosta, gdyż wysoka inflacja skłania banki centralne do podwyżek stóp procentowych. Te z kolei bardzo negatywne dla złota. Złoto nie wypłaca odsetek tak jak obligacje czy lokaty, dlatego szukając bezpieczeństwa, inwestorzy w chwilach niepewności w środowisku wysokich stóp procentowych raczej patrzyli łaskawie na złoto. Stopy procentowe wzrosły w wielu krajach do poziomów nieobserwowalnych od wielu lat, choć wydawało się, że zerowe stopy procentowe pozostaną z nami na zawsze. Jednak teraz wiele banków centralnych zakończyło podwyżki i teoretycznie może to być dobry czas na kupowanie złota oraz innych kruszców.

Dokładnie tak było ostatnio w 2018 roku, kiedy Fed zakończył cykl podwyżek i już pół roku później w czerwcu 2019 roku zaczął stopy procentowe obniżać. To wzmocniło wcześniejsze wzrosty na złocie, czego ostatecznym rezultatem były rekordowe poziomy cenowe w 2020 roku (wspierane dodatkowo przez covidowe działania banków centralnych). Jednak obecnie ceny znajdują się blisko rekordów, dlatego pojawia się pytanie, czy można oczekiwać kolejnej fali zwyżek na nowych niezbadanych jeszcze poziomach?

Banki centralne przygotowują się na trudne czasy

Od pewnego czasu możemy obserwować nie tylko spory popyt na fizyczne złoto inwestycyjne w postaci sztabek czy monet, ale również popyt na fizyczne złoto ze strony banków centralnych. Od 2010 roku średni popyt na złoto wynosił ok. 400-500 ton rocznie ze strony tych instytucji, co stanowiło niecałe 10% całego rocznego popytu na złoto. Jednak w 2022 roku obserwowaliśmy przełom. Banki centralne zakupiły ponad 1000 ton złota w całym roku, co nie tylko było historycznym rekordem, ale stanowiło ponad 20% całego globalnego popytu i niemal przekroczyło cały popyt inwestycyjny. Zakupy złota przez bank centralny być sygnałem, że świat dosyć mocno obawia się przyszłości. Z drugiej strony warto zauważyć, że wśród kupujących mamy przede wszystkim banki centralne krajów rozwijających się lub mających problemy z inflacją. Wśród największych kupujących mieliśmy wobec tego Chiny, Indie, Turcję czy Rosję. Z drugiej strony liderem zakupów w tym roku jest Singapur, który może zmienić postrzeganie tego, że jedynie banki centralne z krajów wschodzących kupują złoto. Pierwszy kwartał 2023 roku był również pod pewnym względem wyjątkowy, gdyż nigdy tak dużo złota nie zakupiono na początku roku. Było to aż 228 ton złota, czyli mniej więcej tyle, ile banki centralne zakupiły w całym 2020 roku.

Czy sektor bankowy i same Stany Zjednoczone mogą upaść?

Rynek w ostatnich latach jest atakowany przez różne czynniki ryzyka. Najpierw była to pandemia Covid, potem była to wojna na Ukrainie, a obecnie jest to globalne oczekiwanie na recesję w czasach wysokiej inflacji. W marcu tego roku pojawił się potencjalny problem upadku sektora bankowego w USA, co przypomniało kryzys z lat 2007-2009. Amerykańskie banki regionalne nie radziły sobie ze spadkiem wartości swoich aktywów i zbilansowaniem tego z depozytami, czego wynikiem były przejęcia mniejszych podmiotów przez rządowe instytucje czy inne większe podmioty prywatne. Chociaż sytuacja wydaje się być opanowana, to jednak spora niepewność wśród inwestorów wciąż wydaje się obecna

Kolejne źródło potencjalnego ryzyka to kryzys zadłużenia w Stanach Zjednoczonych, który jeszcze mocniej podbija notowania cen złotego kruszcu. Stany Zjednoczone przekroczyły w tym roku barierę zadłużenia 30 bilionów dolarów i nie zatrzymują się na tym poziomie. Prezydent USA, Joe Biden oraz Demokraci walczą o zwiększenie limitu zadłużenia w USA, nie tylko w celu normalnego prowadzenia państwa, ale również ze względu na obsługę obecnego zadłużenia. Teoretycznie, jeśli porozumienie z Partią Republikańską nie dojdzie do skutku, możemy być świadkami problemów ze spłatą zobowiązań amerykańskiego rządu. Problem ten jest potęgowany przez wysokie stopy procentowe, które zwiększają odsetki.

Dalsze napięcia na linii USA-Chiny

Stosunki między dwoma największymi gospodarkami świata uległy znacznemu pogorszeniu po pojawieniu się „balonów szpiegowskich” na terytorium Stanów Zjednoczonych, za co obwiniane są Chiny. Oprócz tego Chiny cały czas zwiększają napięcie związane z Tajwanem, który z kolei mocno wspierany jest przez Stany Zjednoczone. Na ten moment nie widać rozwiązania tej sytuacji, a jej kontynuacja nie będzie służyć globalnemu ożywieniu gospodarczemu, co może jedynie doprowadzić do zwiększenia popytu na złoto.

Papierowe złoto nie cieszy się zainteresowaniem

W ostatnich kilkunastu miesiącach obserwowaliśmy potężny spadek zainteresowania ekspozycji na złoto poprzez tzw. fundusze ETF. W przeszłości zmiany nastawienia funduszy ETF, które zabezpieczają się fizycznym złotem kierowały krótkoterminowymi nastrojami na rynku. Kryzys bankowy, spadek rentowności i oczekiwania na koniec podwyżek doprowadziły do lekkiego wzrostu zainteresowania jednostkami funduszy ETF na złoto, ale na razie nie jest ono na tyle duże, aby fundamentalnie doszło do powstania deficytu na rynku. Na ten moment od wielu kwartałów wciąż obserwujemy nadwyżkę podaży nad popytem, choć może się to zmienić wraz z możliwymi obniżkami stóp w USA, które pobudzą popyt wśród ETFów i przeważą szalę popytu nad podażą.

Czy można liczyć na nowe rekordy?

Pod pewnymi względami złoto osiągnęło nowe historyczne szczyty, choć możemy mówić jedynie o połowicznym sukcesie. Nowe historyczne szczyty na poziomie 2078 dolarów za uncję wyznaczone były na dzień po decyzji Rezerwy Federalnej 4 maja, ale jedynie na kontraktach terminowych. Złoto notowane na rynku spot sięgnęło poziomów kilka dolarów niżej.

Niemniej patrząc na zachowanie cen oraz wiele rynkowych niepewności i niemal brak szans na mocne globalne ożywienie przy obecnych fundamentach wydaje się, że złoto ma spore szanse na sięgnięcie nowych historycznych szczytów. Warto zwrócić uwagę na inne metale szlachetne, które są dosyć odległe od historycznych szczytów i wydają się być mocno wyprzedane patrząc na inne klasy aktywów. W szczególności warto zwrócić uwagę na srebro czy platynę, które znajdują się kilkadziesiąt procent od historycznych szczytów, natomiast w przypadku złota jest to zaledwie kilka procent.

Oczywiście jeśli inflacja zacznie ponownie rosnąć, może pojawić się nowa presja na podwyżki stóp procentowych, która może zmienić perspektywy dla złota, ale z drugiej strony Fed dodatkowymi podwyżkami ryzykowałby większe ryzyko kompletnego załamania gospodarczego.

Autorzy: Michał Stajniak, CFA, zastępca dyrektora Działu Analiz XTB

Presja na elektryki jest tak duża, że przerasta nasze możliwości

Wielkie ambicje, gorzej z możliwościami – jak wynika z raportu Bloomberg i Statista, zapotrzebowanie na surowce niezbędne do produkcji aut elektrycznych wzrośnie do 2030 roku nawet 14-krotnie! Dziś nie jesteśmy w stanie zapewnić takich dostaw. Czy ratunkiem okażą się nowe technologie produkcji?

Po 2035 w salonach dealerów nie zamówimy już nowych aut z silnikiem spalinowym, chyba że…  będą zasilane e-paliwem. Koniec aut z konwencjonalnym napędem miał być rychły i ostateczny, ale dzięki tej „furtce”, historia trwająca od 1888 roku będzie toczyć się dalej. Z czego wynika ten nagły zwrot akcji? Być może jednym z powodów jest widmo braku surowców niezbędnych do produkcji ogniw na o wiele większą skalę niż dziś.

Stary Kontynent chce być centrum elektrycznej rewolucji, na czym paradoksalnie skorzysta… Polska, piąty na świecie i pierwszy w Europie producent ogniw do samochodów EV. Problem w tym, że szacunki ekspertów wskazują, że wzrost popytu wymaga dramatycznego wzrostu podaży metalów potrzebnych do produkcji ogniw, a tych brakuje.

Swojego zaniepokojenia nie ukrywają również osoby, które na produkcji samochodów znają się jak mało kto – reprezentanci sektora produkcji z branży motoryzacyjnej. W badaniu przeprowadzonym przez biznes Robotyki firmy ABB oraz Automotive Manufacturing Solutions, aż 59 proc. respondentów uważa, że przejście na produkcję aut w pełni elektrycznych zgodnie z przedstawianym przez ustawodawców harmonogramem, jest niemożliwe. Tylko 11 proc. wierzy, że wszystkie regionalne cele w zakresie adopcji pojazdów elektrycznych na lata 2030-2040, są realistyczne.

Kopalnia problemów

Zbliżająca się lawina zamówień na elektryki oznacza nie lada kłopot dla przemysłu wydobywczego, ostrzegają eksperci rynkowi. Z danych opracowanych przez serwis Statista i Bloomberg wynika, że w okresie od 2019 do 2030 roku zapotrzebowanie na metale niezbędne do produkcji ogniw wzrośnie nawet kilkunastokrotnie: nikiel i aluminium – 14 razy, fosfor i żelazo – 13, miedź i grafit – 10, lit – 9 razy, a to wciąż nie koniec listy.

Wzrost zapotrzebowania na metale wykorzystywane w akumulatorach, popycha firmy wydobywcze do inwestowania w pozyskiwanie tych kluczowych materiałów i zwiększania produktywności – mówi Krzysztof Marat z ABB. – W przypadku produkcji ogniw do samochodów elektrycznych najbardziej problematyczne jest „białe złoto”, czyli lit.

Czy zwiększenie wydobycia wystarczy? Niekoniecznie – ostrzegają eksperci ze Światowego Forum Ekonomicznego. Przygotowali oni analizę, która powinna zaniepokoić producentów pojazdów z elektrycznymi silnikami. Wg. Departamentu Energii USA, pakiet baterii litowo-jonowych dla jednego samochodu elektrycznego zawiera około 8 kilogramów litu. Jednocześnie w 2021 r. światowa produkcja tego metalu wyniosła 100 tys. ton, a globalne rezerwy szacowane są na około 22 mln ton (US Geological Survey).

Proste rachunki pokazują, że wydobytego w 2021 r. litu wystarczyłoby na niecałe 11,4 mln baterii do pojazdów elektrycznych. To mniej więcej tyle, ile – zgodnie z danymi Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) – już niedługo będzie sprzedawać się pojazdów elektrycznych w skali roku.

Światowych zapasów wystarczyłoby na wyprodukowanie nieco poniżej 2,5 mld akumulatorów do samochodów. – Teoretycznie, światowe rezerwy litu są wystarczające do zaspokojenia spodziewanego wzrostu popytu. Czy powinniśmy jednak zakładać, że całe wydobycie trafi wyłącznie do branży motoryzacyjnej? – pyta retorycznie Krzysztof Marat.

Elektryczny second-hand

Jednym z rozwiązań jest budowa nowych kopalni, ale musiałoby ich powstać prawie 400 do 2035 roku – wynika z danych londyńskiej agencji raportującej ceny, Benchmark Minerals. Jednocześnie eksperci wskazują, że czas potrzebny do uzyskania pełnej operacyjności zakładu wydobywającego lit wynosi około 5 lat.

Można również mieć nadzieję, że kilkanaście lat to w branży motoryzacyjnej kilka epok, a w tym czasie technologia będzie się dynamicznie rozwijać (i tanieć). Dzięki wspomnianej legislacyjnej „furtce” i możliwości stosowania silników spalinowych na e-paliwa, cena paliw ekologicznych spadnie z kilkudziesięciu złotych za litr do poziomów akceptowalnych przez statystycznego Kowalskiego. Przełoży się to na mniejszy, niż obecnie zakładany, popyt na baterie litowo-jonowe.

Jest jeszcze jedno rozwiązanie. Według Światowego Forum Ekonomicznego, po 2030 roku powinniśmy spodziewać się gwałtownego wzrostu ilości zużytych baterii do pojazdów elektrycznych, które skończą swoją żywotność. Posłużą one do ponownego odzysku niezbędnych surowców, co może zmniejszyć zapotrzebowanie na lit o około jedną dziesiątą do 2040 roku.

Podobne wnioski przedstawia raport WEF „A Vision for a Sustainable Battery Value Chain in 2030″, zgodnie z którym w 2030 roku ponad połowa (54 proc.) baterii wycofanych z eksploatacji zostanie poddana recyklingowi. Eksperci szacują, że może to pokryć nawet 7 proc. zapotrzebowania na surowce wykorzystywane do ponownej produkcji. A gdzie najlepiej to robić? Na miejscu. Reshoring, czyli skrócenie łańcucha dostaw, tak by być bliżej rynków, które obsługujemy, to obok robotyzacji i wykorzystania sztucznej inteligencji, jeden z głównych trendów dla przemysłu na najbliższe lata – czytamy w raporcie opracowanym przez ABB.

Nakładają się na siebie dwie siły: po pierwsze, Polska już jest hubem dla rozwoju elektromobilności. To tutaj wytwarzane są ogniwa dla większości sprzedawanych w Europie aut, a także opracowywane są rozwiązania i technologie dla sektora EV. Po drugie, ze względu na swoje położenie geograficzne, rozwijającą się infrastrukturę, a także dostęp do europejskich rynków, jesteśmy wymieniani jako ci, którzy mogą najwięcej zyskać na takim „powrocie” produkcji – mówi Krzysztof Marat.

Ekspert uważa, że to duża szansa dla rodzimego rynku, jednak by okazja ta została wykorzystana, musimy inwestować w technologie Przemysłu 4.0, a z tym dziś nadwiślańskie firmy mają jeszcze problem.

Marek Paczuski wzmacnia Dział Doradztwa Inwestycyjnego w Colliers

Do grona ekspertów Colliers dołączył Marek Paczuski, który objął stanowisko Senior Director w Dziale Doradztwa Inwestycyjnego. Jego wieloletnie doświadczenie w branży nieruchomości przyczyni się do dalszego zwiększania skali działalności Colliers na rynku inwestycyjnym w Polsce i maksymalizacji zysków po stronie klientów firmy.

Marek Paczuski posiada ponad dwudziestoletnie doświadczenie w wielu sektorach nieruchomości oraz doradztwie inwestycyjnym zdobyte w pracy w międzynarodowym środowisku biznesowym. Zanim dołączył do Colliers obejmował stanowiska dyrektorskie w DTZ, Cushman & Wakefield, a następnie w Savills. W swojej wieloletniej karierze zajmował się pozyskiwaniem klientów, kontaktami z funduszami inwestycyjnymi, firmami z branży nieruchomości, deweloperami, właścicielami nieruchomości, firmami doradczymi, wspieraniem klientów w negocjacjach, zarządzaniem zespołem oraz przeprowadzaniem procesów komercyjnych. Doradzał w transakcjach o wartości przekraczającej 3 mld EUR.

Monika Rajska-Wolińska, dyrektor generalna Colliers w Europie Środkowo-Wschodniej
Monika Rajska-Wolińska, dyrektor generalna Colliers w Europie Środkowo-Wschodniej

– Cały region Europy Środkowo-Wschodniej, a zwłaszcza Polska, która od kilku lat zajmuje pozycję lidera pod względem wolumenu inwestycji, nieustannie postrzegany jest jako atrakcyjna lokalizacja, zarówno przez najemców, którzy chętnie lokują tu swoje biznesy, jak i inwestorów, którzy aktywnie poszukują tu rentownych aktywów z różnych segmentów. Potwierdzają to dane – w 2022 r. nasz polski zespół Investment Services osiągnął największy udział w rynku pod względem doradztwa w transakcjach biurowych w miastach regionalnych. Aby jeszcze lepiej odpowiadać na potrzeby naszych obecnych i przyszłych klientów, stale rozwijamy usługi i wzmacniamy zespół o najlepszych ekspertów z rynku, a do takich z pewnością należy Marek Paczuski. Cieszę się, że strategia, którą realizujemy jako Colliers – oparta na idei maksymalizacji potencjału naszych klientów i pracowniku w duchu zrównoważonego rozwoju – przyciąga tak duże talenty i prestiżowe firmy z całego świata o podobnych wartościach – mówi Monika Rajska-Wolińska, Dyrektorka Generalna Colliers na region Europy Środkowo-Wschodniej.

W nowej roli Marek Paczuski będzie doradzał w inwestycjach skupionych wokół nieruchomości biurowych oraz logistyczno-przemysłowych, czyli aktywów, które cieszą się największym zainteresowaniem wśród inwestorów lokujących swój kapitał w Polsce. Do jego zadań będzie należało m.in. pozyskiwanie nowych projektów, aranżacja i strukturyzacja transakcji, jak również wypracowywanie relacji z nowymi inwestorami oraz deweloperami.

Mirowski Piotr Colliers
Piotr Mirowski, senior partner, dyrektor Działu Doradztwa Inwestycyjnego w Colliers

– Marek jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych i uznawanych specjalistów w branży, z ogromnym doświadczeniem transakcyjnym i znakomitymi relacjami z inwestorami, dlatego bardzo cieszę, że dołączył do naszego zespołu. Jestem przekonany, że jego obecność w Colliers umożliwi nam dalsze zwiększenie skali działalności w Polsce i regionie CEE oraz przyczyni się do sukcesu naszych klientów – mówi Piotr Mirowski, Senior Partner, Dział Doradztwa Inwestycyjnego w Colliers.

– Jestem zadowolony, że dołączam do firmy i doświadczonego zespołu specjalistów rynków kapitałowych, których podejście biznesowe koncentrujące się na udzielaniu klientom kompleksowego wsparcia, dostosowanego do ich indywidualnych potrzeb, co jest mi bardzo bliskie. Moment na rynku jest niezwykle ciekawy z racji wysokiej dynamiki zmian, których doświadcza sektor nieruchomości komercyjnych. Wierzę, że moje wieloletnie doświadczenie zdobyte w różnych sektorach i fazach cyklu inwestycyjnego dały mi szeroki ogląd i zrozumienie na temat wyzwań i szans, przed jakimi stoją obecnie uczestnicy rynku, potrzeb klientów, jak również wiedzę, jak je zaspokajać, zapewniając optymalne warunki do osiągania założonych celów biznesowych – mówi Marek Paczuski, Senior Director w Dziale Doradztwa Inwestycyjnego w Colliers.

Uwaga skupiona na konferencji prezesa RPP

Bez zmian w polityce monetarnej w naszym kraju. Inflacja w Stanach nieco niższa od prognoz, EUR/USD odbija się od oporu na poziomie 1,10. Bank Anglii pod ścianą, wyższa inflacja zmusza do kolejnej podwyżki stóp procentowych.

Bez zaskoczeń

Tak jak się spodziewano dużo wcześniej, RPP wczorajszą decyzją pozostawiła koszt pieniądza w Polsce na niezmienionym poziomie. Rynek czeka na pierwsze informacje z gremium odnośnie do obniżek stóp. Większość analityków oczekuje, że stanie się to jeszcze w tym roku, ale wydaje się, że punktem obowiązkowym, by miało to miejsce, jest spadek inflacji do wartości jednocyfrowych. Na razie wynik jest dużo wyższy, bowiem wynosi 14,7%, ale pomóc w najbliższych miesiącach może spadkowa tendencja na notowaniach ropy naftowej, jak i innych surowców. Dzisiaj uwaga inwestorów skupiona będzie na konferencji prasowej prezesa RPP, który z pewnością o wiele barwniej opowie o tym, co się aktualnie dzieje i kiedy pierwsza obniżka stóp, bo zapewne takie pytanie otrzyma jako pierwsze.

1,10 trzyma się mocno

W USA inflacja, jak pokazała wczorajsza publikacja, wynosi dużo mniej, bo raptem 4,9%, ale nadal znajduje się powyżej celu zakładanego przez Fed. Niemniej jednak widać tendencję spadkową, może w kolejnych odczytach dość symboliczną, ale jest to zdrowy objaw dla gospodarki. Mocny zjazd mógłby zostać odebrany jako sygnał pojawiającej się recesji. Co ciekawe, początkowo dla dolara dane były niekorzystne i przyniosły osłabienie. W kolejnych godzinach jednak sytuacja się odwróciła i USD przeszedł do kontrataku. Dobrze to widać na notowaniach głównej pary walutowej świata, która początkowo ruszyła w górę, by po kilku godzinach dotrzeć do oporu technicznego i zawrócić. Kurs nadal pozostaje poniżej tego poziomu, więc jego ranga z każdym dniem będzie rosnąć, a powrót ponad ten ważny psychologicznie poziom będzie coraz trudniejszy i potrzeba będzie czegoś konkretnego, by go sforsować.

Niejednogłośna decyzja?

Bank Anglii po raz kolejny znalazł się pod ścianą. Już na poprzednim posiedzeniu miał zakończyć cykl zacieśniania monetarnego, ale wyższa inflacja wymusiła ruch o 25 pkt bazowych. Dziś mamy deja vu, bo kolejne odczyty CPI okazały się wyższe od prognoz, a ceny nadal rosną z dynamiką dwucyfrową. W takiej sytuacji, by utrzymać swoją wiarygodność w ryzach, BoE będzie musiał podjąć decyzję o podwyżce kosztu pieniądza na Wyspach i dobić do poziomu 4,5% dla głównej stopy procentowej. Oczekiwania analityków zakładają, że stanie się to proporcją głosów 7-2. Dla funta taki scenariusz może okazać się dwuznaczny, z jednej strony zacieśnianie monetarne trwa nadal, z drugiej coraz wyższa stopa procentowa może niekorzystnie wpływać na wzrost gospodarczy i pogorszenie sytuacji gospodarstw domowych. Już ostatnio dane o sprzedaży detalicznej, czy z rynku pracy wypadły blado. Decyzja Banku Anglii o 13.00.

Krzysztof Pawlak, dealer walutowy InternetowyKantor.pl

Polska pozostaje liderem w regionie. Najwięcej inwestycji przyciągnęły magazyny

Polska nadal przyciąga najwięcej inwestycji w nieruchomości komercyjne w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. W I kwartale 2023 roku zrealizowano 26 transakcji na kwotę 651 mln euro – wynika z najnowszych danych CBRE. Większość kapitału przyciągnęły nieruchomości przemysłowo-magazynowe. Spowolnienie gospodarcze widać w wynikach całego regionu. We wszystkich krajach, łącznie z Polską, zanotowano spadki, co poza warunkami makroekonomicznymi jest spowodowane też trudniejszym dostępem do finansowania. Większej aktywności można spodziewać się nie wcześniej niż w trzecim kwartale tego roku.

– Sektor przemysłowo-magazynowy był jedynym, w którym wartość inwestycji wzrosła w ujęciu rok do roku i był to wzrost znaczący. W porównaniu do I kwartału 2022 roku, wolumen ulokowanego w nim kapitału zwiększył się ponad dwukrotnie. To pokazuje, jak odporna jest ta branża w porównaniu do pozostałych obszarów rynku nieruchomości komercyjnych. W pierwszych trzech miesiącach tego roku przyciągnęła 62 proc. całej zainwestowanej kwoty, a więc 401 mln euro. W sektorze przemysłowo-magazynowym została także zamknięta największa w kwartale transakcja. Była to akwizycja Wrocław Campus 39 przez P3. Inwestorów przyciąga zarówno stolica, jak i miasta regionalne, które dzięki coraz lepszej komunikacji i wykwalifikowanej kadrze stanowią interesujące miejsce dla rozwoju biznesumówi Przemysław Łachmaniuk, dyrektor w dziale rynków kapitałowych w CBRE.

Wartość inwestycji odnotowanych na rynku nieruchomości komercyjnych w I kwartale 2023 roku w ujęciu rok do roku okazała się o 61 proc. niższa. W pierwszych trzech miesiącach br. na polskim rynku zrealizowanych zostało 26 transakcji, w tym dwie portfelowe, na łączną kwotę 651 mln euro. To wynik słabszy nawet w porównaniu do lat najbardziej intensywnej pandemii.

Magazyny znów na pierwszym miejscu

Największą kwotę inwestorzy ulokowali w nieruchomości przemysłowo-magazynowe. Było to 401 mln euro, co stanowiło 62 proc. całego wolumenu, przyciągniętego w I kwartale br. przez polskie nieruchomości komercyjne. Na drugim miejscu znalazł się sektor handlowy, z wartością 134 mln euro, a więc ponad jedną piątą całej kwoty, a na trzecim biura, w które zainwestowano 116 mln euro, czyli 18 proc. całości.

– Rynek handlowy został zdominowany przez transakcje obejmujące centra handlowe z potencjałem podwyższenia wartości w miastach regionalnych i mniejszych miastach, ale parki handlowe i supermarkety wciąż przyciągają uwagę inwestorów. W sektorze biurowym aktywność dotyczyła zwłaszcza rynku warszawskiego, szczególnie obiektów „core+” lub oportunistycznych zlokalizowanych poza centrum miasta. Na rynku biurowym zauważalna jest aktywność funduszy z Czech, Węgier i Litwy. Segment mieszkań na wynajem nie zanotował w tym kwartale transakcji inwestycyjnych, ale w dalszym ciągu ma znaczny potencjał wzrostu dodaje Przemysław Łachmaniuk z CBRE.

Europa inwestuje w Polsce

W pierwszych trzech miesiącach br. inwestycje w nieruchomości komercyjne napłynęły do Polski głównie z krajów europejskich, przede wszystkim Czech i Belgii. Całkowity kapitał europejski stanowił 57 proc. z czego 74 proc. to inwestycje z Europy Środkowo-Wschodniej, a 24 proc. to kraje zachodnioeuropejskie. Stany Zjednoczone ulokowały 8 proc., tyle samo stanowił kapitał pochodzący z Bliskiego Wschodu.

Fundacja Rodzinna sposobem na zabezpieczenie rodzinnego majątku

Już 22 maja br. wchodzi w życie ustawa o fundacji rodzinnej, dzięki której będzie można uniknąć rozdrobnienia majątku firmowego i rodzinnego przez członków rodziny po śmierci pierwotnego założyciela firmy. Jej celem jest budowanie kapitału na całe pokolenia oraz jego akumulacja i zaspokojenie bieżących potrzeb rodziny. Komu w szczególności jest dedykowana i jakie warunki należy spełniać by móc ją założyć, podpowiadają eksperci.

Na tę wiadomość wielu przedsiębiorców czekało całe lata. W końcu, już w maju będą mogli założyć fundację rodzinną, jako osobny podmiot przejmujący własność rodzinnego majątku i elastycznie decydować, kto z członków rodziny będzie otrzymywać świadczenia z fundacji i na jakich warunkach. W Polsce będzie to nowa instytucja prawna, lecz od wielu lat jest z powodzeniem stosowana w innych krajach, tj. Austrii, Niemczech, Holandii czy Szwajcarii.

Fundacja rodzinna  będzie przede wszystkim świetnym rozwiązaniem dla przedsiębiorców, dla których ważne jest, by ich firma żyła dłużej niż jedno pokolenie, a stworzony majątek był należycie chroniony i pomnażany. Najważniejszym plusem założenia fundacji jest z pewnością umożliwienie przeprowadzenia skutecznej sukcesji oraz rozwiązania potencjalnych problemów z zachowkiem. Do fundacji fundator wkłada majątek, który ma prawo dalej inwestować. Możemy zatem potraktować fundację jako budowanie tzw. „skarbca rodzinnego” na kolejne pokolenia – mówi Małgorzata Rejmer, doktor nauk prawnych i prezes zarządu Kancelarii Finansowej Lex.

Dotychczas przedsiębiorca mógł uporządkować swoje sprawy sukcesyjne tylko na podstawie przepisów Kodeksu spółek handlowych i Kodeksu cywilnego. Jednak nie miał wpływu na to, co sukcesor zrobi z odziedziczonym majątkiem, czy uszanuje wolę pierwotnego właściciela czy podejmie zupełnie inne decyzje niezgodne ze zdaniem założyciela firmy.

Fundacja będzie pozwalała na bardzo elastyczne uregulowanie zasad korzystania z majątku wniesionego przez fundatora i pomnożonego przez fundację. Te zasady będzie regulował statut, który będzie obowiązywał na wiele pokoleń do przodu. Co ważne, zmiana woli fundatora będzie bardzo trudna do przeprowadzenia. Fundator określi również, kto będzie beneficjentem świadczeń z fundacji – dodaje Dawid Rejmer, doktor nauk prawnych, partner w Kancelarii Finansowej Lex.

Warto wziąć pod uwagę również to, choć nie jest to główny cel jej założenia, iż fundacja rodzinna będzie korzystnie opodatkowana. Po pierwsze samo założenie oraz wniesienie majątku nie będzie opodatkowane. Dodatkowo, dochody z działalności zgodnej z ustawą będą zwolnione z podatku CIT. Beneficjenci fundacji, którzy należą do najbliższej rodziny fundatora będą zwolnieni z podatku PIT oraz z podatku od spadków i darowizn. Podatek w wysokości 15% płacony będzie przez fundację dopiero w chwili wypłacenia świadczeń beneficjentowi, ale beneficjent  należący do kręgu najbliższej rodziny już żadnego podatku nie będzie musiał zapłacić.

Dodatkową korzyścią wynikającą z fundacji są zmiany w zakresie zachowku. Majątek wniesiony do fundacji rodzinnej po spełnieniu określonych warunków, nie wchodzi do masy spadkowej. Warto również pamiętać, że zachowki zostaną pomniejszone o wypłaty, które beneficjenci otrzymali od fundacji. Oczywiście istnieje możliwość rozłożenia zachowku na raty, odroczenia płatności czy zmniejszenia jego wysokości –  kontynuują eksperci.

Założenie fundacji rodzinnej wymaga spełnienia kilku wymogów formalnych. Po pierwsze, fundatorem może być wyłącznie osoba fizyczna, która złoży oświadczenie o ustanowieniu fundacji w formie aktu założycielskiego lub w testamencie notarialnym. Po drugie, należy wnieść majątek w wysokości min. 100 tys. złotych do fundacji w różnej postaci. Mogą to być nieruchomości komercyjne (przeznaczone na wynajem), gotówka, udziały, akcje czy inne aktywa. Warto mieć na uwadze, że założenie i bieżąca obsługa fundacji wiąże się z określonymi kosztami. Instytucja ta dedykowana jest przede wszystkim dobrze prosperującym dużym i średnim przedsiębiorstwom.

Czy ceny pszenicy to polski problem narodowy?

Ceny zboża w USA i w Europie są już poniżej poziomów sprzed rozpoczęcia wojny w Ukrainie. Czy spadki będą kontynuowane i jakie mogą być tego skutki na polskim rynku? Jest to realne, ale istnieje też czarny scenariusz, dotyczy pszenicy.

Ceny zbóż od kilku tygodni spadały na rynkach globalnych. W przypadku pszenicy są to ceny niższe o ponad 50% niż w szczycie z minionego roku.

– Jednak nie wszystkie produkty rolne tanieją, w przypadku cukru ceny są najwyższe od dziesięciu lat, a w przypadku kakao od 2016 r. – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert XTB. – Są perspektywy, aby nadal taniały zboża, tym bardziej w Polsce temat cen pszenicy będzie z wiadomych względów wywoływał najwięcej emocji związanych z produktami rolnymi.

Gdyby ceny pozostawały na ekstremalnie wysokich poziomach, na których znajdowały się w początkowej fazie wojny pomiędzy Rosją i Ukrainą, to problem, gdzie trafia ukraińskie zboża byłby marginalny. Ceny są jednak niskie, a z sektorem rolniczym jest związane aż 10% zatrudnionych w Polsce, gdzie w krajach UE jest to bliższe raczej 3%.

Drugą kwestią jest to, że ukraińskie zboże trafiało na polski rynek bez dogłębnej kontroli, której poddane byłyby produkty z innych rejonów świata. Nie były nakładane cła, a ograniczenia sanitarne nie były częściowo przestrzegane. W niektórych krajach naszego regionu badania miały wykazać, że poziom pestycydów w pszenicy konsumpcyjnej przekracza dopuszczalne normy, co sugerowało mieszanie produkcji krajowej z produkcją ukraińską. Jeszcze gorszym procederem mogłoby być mieszanie krajowego zboża konsumpcyjnego z tzw. „zbożem technicznym”, które jest przeznaczone do spożycia i jest używane np. do produkcji mebli czy jako opał. Ogólnie ilości sprowadzonych zbóż do Polski są kilkuset razy większe niż standardowo. To pokazuje, że problem ukraińskiego zboża jest naprawdę istotny dla polskiego sektora rolniczego.

UE pozwoliła Polsce i innym krajom takim jak Czechy, Słowacja, Rumunia i Bułgaria na zakaz importu ukraińskiego zboża, ale jednocześnie podtrzymała możliwości tranzytu. Doszło do porozumienia z władzami unijnymi w postaci dopłat dla rolników, ale brakowało konkretnych rozwiązań, które miałyby w pełni rozwiązać problem, w szczególności, że zaraz może być on jeszcze większy (brak odpowiedniej infrastruktury do tego, żeby takiego tranzytu dokonać, czy to dalsza drogą naziemną, czy morską).

Do tej pory w zasadzie problem ukraińskiego zboża nie istniał w takich krajach jak Niemcy, Francja czy Holandia, ale teraz po zakazie importu do krajów Europy Wschodniej i przy potencjalnym załamaniu porozumienia o eksporcie drogą morską, ukraińskie zboże może zalać Europę Zachodnią. To z kolei mogłoby wywołać zdecydowanie większe działanie ze strony władz UE i zablokować ukraińskie zboże i doprowadzić do globalnej zwyżki cenowej

Czy pszenicy i innych zbóż faktycznie brakuje na świecie? Okazuje się, że zbóż jest całkiem sporo. W zeszłym roku zbiory w Europie były całkiem spore i w tym roku (poza w zasadzie Hiszpanią) oczekuje się wciąż sporych zbiorów. Rolnicy chcieliby jednak wyższych cen, gdyż w zeszłym roku musieli się borykać z ogromnymi kosztami w postaci cen paliw, cen gazu czy cen nawozów, które były zależne od cen energii. W Stanach Zjednoczonych zbiory mają być spore, ale są obecnie oceniane na bardzo niskiej jakości. Widzimy w takim razie wiele znaków zapytania, ale perspektywy produkcyjne globalnie wciąż pozostają wysokie, co może służyć dalszym spadkom cenowym, jeśli nie doszłoby do zwiększenia ograniczeń w swobodnym przepływie towarów.

W reakcji na niezadowolenie rolników w Polsce doszło do zapewnień rządu o „skupie interwencyjnym” i cenie gwarantowanej na poziomie 1400 zł. Sytuacja ta storpedowała m.in. eksport polskiej pszenicy, gdyż ceny rynkowe są obecnie zdecydowanie niższe sięgające 1000-1200 zł za tonę. Dopłaty te mają spowodować, że efektywna cena sprzedaży pszenicy ma sięgnąć 1400 zł za tonę. Rolnicy mają jednak sami sprzedać swój towar i jedynie później przedstawić dowody tej sprzedaży.

Obecne ceny są najniższe od połowy 2021 r., ale biorąc pod uwagę oczekiwane spore zbiory i niepewność dotyczącą popytu (wysokie ceny produktów gotowych czy również niepewność dotycząca ożywienia w Chinach) mogą spowodować, że ceny powrócą do poziomów, w których znajdowała się pszenica w latach 2018-2020, co mogłoby oznaczać nawet 20% potencjalnego dalszego spadku. Z drugiej strony w przypadku zerwania porozumienia dotyczącego eksportu ukraińskiego zboża może dojść do większego rozdźwięku między cenami w Europie oraz w USA. Ceny w Europie mogą spaść mocniej, natomiast w USA wzrosnąć, gdyż pszenica amerykańska będzie musiała załatać niedostępność ukraińskiego zboża w innych rejonach.

– Jeżeli ukraińskie zboże nie będzie transportowane drogą morską ze względu na postawę Rosji, to zboże z Ukrainy zaleje Europę i wtedy działań ochronnych będą domagali się także rolnicy z Europy Zachodniej – komentuje M.Stajniak z XTB. – Przy takim czarnym scenariuszu ceny pszenicy będą szaleć w Europie, ale na rynkach globalnych będą nadal spadać.

I kw. 2023 r. przyniósł falę bankructw konsumenckich. W większości to konsekwencja wieloletniego zadłużenia

W I kwartale 2023 r. odnotowano rekordowo dużo bankructw konsumenckich. Tylko w marcu liczba takich upadłości po raz pierwszy przekroczyła próg 2 tys. Według danych Krajowego Rejestru Długów bankruci zostawili po sobie 159,7 mln zł niezapłaconych należności. Jak zaznaczają jego eksperci, jedno pozostaje niezmienne symptomy problemów z wypłacalnością widać na długo przed upadłością. Ponad połowa tegorocznych bankrutów była zadłużona już na 2 lata przed ogłoszeniem niewypłacalności.

Dane Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej za pierwszy kwartał 2023 r. pokazują niepokojący wzrost upadłości wśród polskich konsumentów. W ciągu zaledwie 3 miesięcy bankructwo ogłosiły 5352 osoby, co odpowiada 1/3 ich liczby w całym 2022 r. Porównując pierwszy kwartał ubiegłego roku z obecnym widoczny jest skok aż o 55 proc. COIG przewiduje, że obecny rok może być rekordowy i liczba niewypłacalności może przekroczyć poziom 20 tysięcy.

Pytanie skąd ten przyrost, skoro bezrobocie utrzymuje się na niskim poziomie, przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw jest wyższe o 12,6 13 proc. niż rok temu, a w 2022 roku nadpłacono 563 tys. kredytów hipotecznych, czyli dwukrotnie więcej niż rok wcześniej.

Odpowiedzi należy szukać nie w aktualnych wskaźnikach, ale 2, 3 lata wstecz.

Trend wzrostowy, który obserwujemy teraz, to efekt długofalowych skutków ostatnich kryzysów, które odbiły się wyraźnie na kondycji finansowej polskiego społeczeństwa: pandemii, rosnącej inflacji i większych kosztów życia oraz zwyżkujących rat kredytów. Kumulacja negatywnych wydarzeń z ostatnich lat zbiera teraz swoje żniwo. Na dane statystyczne też trzeba nałożyć filtr, średnia nie mówi o wszystkim. Inne bezrobocie jest np. w Wielkopolsce, a inne na Warmii i Mazurach. Wzrost pensji jest niższy niż inflacja, więc mimo podwyżek i tak możemy mniej kupić. Poza tym ten wskaźnik dotyczy tylko sektora większych przedsiębiorstw. Maleją też – to wynika z naszych badań – oszczędności Polaków – a to z nich wiele osób finansowało rosnące koszty życia czy rat kredytów – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Pogarszanie się kondycji finansowej Polaków widać też w bazie danych Krajowego Rejestru Długów. W I kwartale bieżącego roku zaległości Polaków wzrosły o ponad 400 mln zł. Niepokoi też to, że mamy coraz więcej do oddania. Średnio dłużnik zalega na nieco ponad 19 tys. zł. To o 2 proc. więcej niż kwartał wcześniej.

Na wzrost upadłości wśród konsumentów w pewnym stopniu może mieć też sytuacja mikrobiznesu. W jednoosobowej działalności gospodarczej za zobowiązania finansowe firmy przedsiębiorca odpowiada własnym majątkiem. W przypadku niewypłacalności, może ogłosić upadłość jako przedsiębiorca albo jako konsument, po uprzednim zamknięciu firmy. Wielu wybiera tę ostatnią opcję. Według danych COIG, 380 osób fizycznych, które ogłosiły upadłość w ciągu ostatnich 12-miesięcy, zamknęło wcześniej swoją działalność gospodarczą. W ciągu minionych 5 lat takich przypadków było łącznie 980. Ostatni rok ma więc bardzo duży udział w tym zjawisku.

Upadłość nie jest ucieczką przed odpowiedzialnością

Dane KRD za I kwartał br. wskazują, że bankrutujący konsumenci mieli nieopłacone zaległości na 159,7 mln zł. Znów, to poziom sięgający już ponad 1/3 kwoty zanotowanej w całym ubiegłym roku. W momencie zatwierdzenia niewypłacalności przez sąd, w rejestrze znajdowała się większość, bo 64,5 proc. bankrutów (3452 osoby). Dla wielu z nich długi nie były niczym nowym. Ponad połowa z nich (51 proc.) widniała w KRD 2 lata przed ogłoszeniem niewypłacalności. Im data bankructwa była bliższa, tym więcej firm zgłaszało bankrutów jako swoich dłużników. Na rok przed finansową kapitulacją odsetek ten wynosił 55 proc. Pół roku przed nią 59 proc., a 3 miesiące przed 62 proc. W efekcie na koniec I kw. br. 404 wierzycieli ma niewielkie szanse na odzyskanie choć części kwoty z prawie 160 mln zł.

Jak pokazują dane KRD, większość konsumentów odczuwa problemy finansowe znacznie wcześniej i dlatego tak ważne jest, aby szukali rozwiązania, zanim sprawy zabrną za daleko. Jedną z żelaznych zasad jest nieunikanie kontaktu z negocjatorami z firm windykacyjnych. Póki dzwonią jest jeszcze czas, aby się porozumieć i ustalić plan spłaty zadłużenia.

Elastyczność firmy windykacyjnej jest bardzo ważna, bo jeśli sprawa trafi do sądu, a potem do egzekucji komorniczej, nie ma już pola do negocjacji. Komornik zajmie konto bankowe dłużnika lub nakaże pracodawcy przekazanie części jego wynagrodzenia, a jeśli to nie wystarczy na pokrycie długu, ma prawo zająć i sprzedać rzeczy należące do niego. Jeśli nie uda się spłacić zadłużenia, pozostaje drastyczne rozwiązanie, czyli ogłoszenie upadłości konsumenckiej. Z punktu widzenia osoby zadłużonej polubowne porozumienie się z wierzycielem jest najkorzystniejszym rozwiązaniem, które pomaga wyjść na finansową prostą – mówi Jakub Kostecki, prezes Zarządu firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso.

Adam Łącki z KRD również uczula, że upadłość powinna być traktowana jako ostateczność, a nie sposób na uniknięcie odpowiedzialności.

Pamiętajmy, że bankructwo pociąga za sobą konsekwencje, a jedną z nich jest utrata życiowego dorobku i kontroli nad swoimi finansami. Samo ogłoszenie upadłości nie oznacza jeszcze, że wszystkie zaległe zobowiązania zostaną umorzone. Sąd może zwolnić dłużnika z istniejących zobowiązań, ale niektóre rodzaje długów nie zostaną anulowane. Dotyczy to m.in. alimentów, grzywien lub zobowiązań z tytułu rent i odszkodowań. Wielu konsumentów nie zdaje sobie z tego sprawy – dodaje prezes KRD.

Duże miasta sprzyjają bankructwom

Wśród dłużników, którzy na początku br. zdecydowali się ogłosić bankructwo, niewielką przewagę liczebną mieli mężczyźni (53 proc.). Różnica między płciami pogłębia się, jeśli spojrzymy na kwoty zaległości. Panowie nie uregulowali 94 mln zł, a kobiety 65,7 mln zł.

Wśród grup wiekowych dłużników najczęściej spotkać można w gronie osób między 36 a 45 r.ż. (27 proc.). Wysoki odsetek stanowią też nieco starsi, z przedziału 46-55 lat (21 proc.). Zdecydowanie najmniej, bo tylko 1,5 proc. to najmłodsi bankruci, w wieku od 18 do 25 lat.

Pod kątem geograficznym widocznie wyróżniają się mieszkańcy woj. śląskiego. Stanowią najliczniejszą reprezentację (805 osób) dłużników-bankrutów, a ich nieuregulowane zobowiązania wyniosły 38,3 mln zł. Na niechlubnym podium znalazły się także Mazowsze (467) i Wielkopolska (289), gdzie bankrutujący konsumenci byli „pod kreską” na odpowiednio 26,4 mln zł i 14,2 mln zł. Najmniejsze kwoty zalegali natomiast mieszkańcy Świętokrzyskiego (1,9 mln zł).

Największy odsetek notowanych w KRD bankrutów mieszkał w miastach. Im było ono większe, tym na wyższe kwoty byli zadłużeni. Podobną zależności widać w liczbie niespłaconych zobowiązań. W największych ośrodkach, powyżej 300 tys. mieszkańców, bankruci wykazywali największą tendencję do bycia multidłużnikami, mając średnio 3-4 nieuregulowane płatności.

Większość, bo aż 94,8 mln zł zaległości, należy się firmom zarządzającym wierzytelnościami, które wykupiły je od innych podmiotów. Instytucje finansowe (banki, SKOK-i ubezpieczyciele itp.) zgłosiły zaległości bankrutów na 57,7 mln zł. Trzecia w kolejce po najwyższą kwotę (3,8 mln zł) jest administracja państwowa i samorządowa, w tym większość zaległości to niezapłacone alimenty.

 

Inflacja w USA słabnie, ale to powolny proces

Wczoraj Stany Zjednoczone zaprezentowały po raz kolejny wskaźnik cen konsumpcyjnych za kwiecień. Miesięczna dynamika zmian uplasowała się na podobnym poziomie co poprzednio. Zmiana roczna uwzględniająca ceny energii i żywności wskazała spadek z 5 proc. do 4,9 proc. a wskaźnik bazowy spadł z 5,6 proc. do 5,5 proc. Dolar na skutek publikacji danych stracił na wartości a główna para walutowa zbliżyła się ponownie do poziomu 1,10. Złoto urosło do 2048 USD/oz ale w kolejnych godzinach zredukowało zwyżki. Indeksy z Wall Street w większości przypadków świeciły kolorem zielonym, Nasdaq Composite urósł o ponad 1 proc.

Pomimo, że inflacja w USA minęła swój szczyt, to wciąż „momentu” pozostaje wysokie. Ceny energii zdołały się ustabilizować od ubiegłorocznych wakacji. Również ceny żywności przestały rosnąć. Wskaźnik bazowy, który jest bardziej znaczący pod kątem trendu, wyniósł w kwietniu 5,5 proc. co było zgodne z oczekiwaniami.

Widoczny jest postęp w przypadku czynszów w USA – najważniejszej pozycji w wydatkach konsumentów. Drugi miesiąc z rzędu rosły one w wolniejszym tempie niż miało to miejsce wcześniej, co potwierdza tezę, że rozpoczęło się odwrócenie trendu. Obecnie jednak presja inflacyjna ponownie nabiera tempa w przypadku niektórych towarów, takich jak używane samochody, które zdrożały o 4,4 proc.. Możliwe, że gwałtowny wzrost dochodów powoduje tutaj wzrost cen.

Potwierdza się scenariusz, że dynamika wzrostu cen w tym roku będzie słabnąć, jednak cały czas pozostanie powyżej celu Fed-u. Decyzja sprzed tygodnia o podniesieniu stóp procentowych o 25 punktów bazowych była prawdopodobnie ostatnią w tym cyklu zacieśniania, mimo, że nie otrzymaliśmy oficjalnego komunikatu ze strony amerykańskich decydentów. Tak przynajmniej wynika z oświadczenia, które było bardziej wyważone niż to z marca. Przypomnijmy, że pominięto stwierdzenie, które brzmiało „pewne dodatkowe zacieśnienie polityki może być właściwe”. W tym momencie poprzeczka uzasadniająca dalsze zacieśnianie jest teraz postawiona wyżej. Powell stwierdził na konferencji prasowej, że warunki bankowe poprawiły się szeroko od marca, kiedy to upadł bank Silicon Valley i Signature Bank. Fed jednak zaznaczył, że warunki kredytowe dla gospodarstw domowych i przedsiębiorstw prawdopodobnie obciążą aktywność gospodarczą, zatrudnienie i wpłyną hamująco na inflację. Ten ostatni punkt wydaje się być kluczowy. Zakładam, że Rezerwa Federalna w czerwcu pozostanie w trybie wyczekiwania. Prawdopodobną decyzją jest utrzymanie stóp na niezmienionym poziomie.

Historycznie rzecz biorąc, Fed nie pozostawia wiele czasu na cięcie stóp – w ciągu ostatnich 50 lat średni okres pomiędzy ostatnią podwyżką a pierwszym cięciem wynosił zaledwie sześć miesięcy. Jeśli chcielibyśmy trzymać się tej teorii, wówczas łagodzenie warunków monetarnych powinno nastąpić w listopadzie tego roku.

Na ten moment dochodzi jeszcze temat związany z impasem w sprawie pułapu zadłużenia USA. Powoduje on, że nad perspektywami gospodarczymi zawisły ciemne chmury, które mogą w kolejnych miesiącach wymagać szybkiej zmiany stanowiska Fed-u.
Rynek na ten moment wycenia możliwość „luzowania” już we wrześniu, choć jest to mało prawdopodobne. Do tego czasu inflacja będzie gdzieś w okolicach 4 proc. co wciąż jest wartością dwukrotnie większą niż cel Rezerwy Federalnej.

Łukasz Zembik Oanda TMS Brokers

Mennica Skarbowa zanotowała w pierwszym kwartale 2023r. 175,1 miliona złotych przychodów oraz zysk ze sprzedaży 3,2 mln złotych

Mennica Skarbowa wygenerowała I kwartale 2023 roku 175,1 mln zł przychodów, natomiast w I kwartale 2022 r. Spółka osiągnęła przychód na poziomie 369,4 mln zł. Wysoka wartość sprzedaży w I kwartale roku ubiegłego była głównie wynikiem zdarzeń jednorazowych takich jak wybuch wojny w Ukrainie, czy trwająca pandemia COVID-19 w wariancie Omikron, które powodowały ponadnormatywne zainteresowanie lokowania kapitału w bezpiecznie aktywa, tj. złoto. Zarząd Spółki spodziewa się powrotu sezonowości, która występowała przed pandemią, kiedy większość sprzedaży realizowana była w drugim półroczu. Podobna sytuacja jest obserwowana w prawie całej Europie, która zanotowała spadki sprzedaży złota w I kwartale tego roku. Porównując jednak przychody Mennicy Skarbowej z I kwartału 2023 r. do I kwartału 2019 r., czyli okresu przed pandemicznego, które wyniosły 51 mln zł, można dostrzec efekty stałej, sukcesywnej pracy Spółki nad zwiększeniem sprzedaży poprzez rozszerzenie kanałów sprzedaży oraz dostępności produktów. 

Pierwszy kwartał 2023 roku charakteryzował się w Europie dawno niewidzianym spadkiem popytu na złoto fizyczne w postaci sztabek i monet bulionowych. Choć globalny popyt wzrósł rok do roku o 5%, był to przede wszystkim efekt zakupów w Azji południowo-wschodniej i na Bliskim Wschodzie. W Stanach Zjednoczonych, na skutek marcowego upadku banku Silicon Valley kwartalny popyt wzrósł rok do roku o 4 proc., tymczasem rynek europejski odnotował w tym czasie spadek popytu na poziomie 53% r/r. Najważniejszy europejski rynek – czyli Niemcy, zakończył pierwszy kwartał z wynikiem -73% rok do roku. Ze sprzedażą na poziomie 12,6 t. Niemcy zanotowali najniższy kwartalny wynik od 2010 roku, czyli odkąd Światowa Rada Złota publikuje szczegółowe dane.

Najwięksi europejscy dealerzy potwierdzają te dane z poziomu swojej sprzedaży hurtowej i detalicznej, jednocześnie wskazując trend, który obserwujemy także w Polsce – znaczny wzrost skupów złota z rynku wtórnego. Jest to niewątpliwie skutek wysokich notowań kruszcu oraz poziomu stóp procentowych, zachęcających obecnie do lokowania kapitału na lokatach. Mimo tego, że zanotowaliśmy spadek sprzedaży w porównaniu do roku ubiegłego to warto zauważyć, że jednak Spółka utrzymała wysoki poziom marży brutto na sprzedaży na poziomie ok. 4,6% oraz w dalszej mierze kontrolowała wysokość kosztów operacyjnych. W kolejnych kwartałach zamierzamy zwiększać swoje wyniki, głównie ze względu na rozbudowę sieci dystrybucji, zarówno detalicznej, jak i on-line. Z naszych analiz wynika także, że wracamy do sezonowości obserwowanej 3-4 lata temu kiedy generowaliśmy lepszą sprzedaż w II półroczu.  Złoto nadal jest popularne w Polsce, a my wypracowaliśmy taką pozycję na rynku, która pozwala nam z optymizmem patrzeć na kolejne kwartały a nawet lata w zakresie sprzedaży złota.”- komentuje Jarosław Żołędowski, Prezes Mennicy Skarbowej.

Zysk Spółki ze sprzedaży w I kwartale osiągnął poziom 3,2 mln zł w porównaniu do 18,4 mln zł w I kwartale 2022 r. Spadek wynikał głównie z zmniejszenia wartości uzyskanych przychodów. Zysk na działalności operacyjnej wyniósł 3,2 mln zł wobec 18,4 mln zł w I kwartale 2022 roku.

Przychody finansowe w wysokości 1,6 mln zł wynikały głównie z różnic kursowych księgowanych według średniego kursu NBP. Zarząd Spółki zaznacza, że Spółka stosuje na bieżąco zabezpieczenia kursu oraz hedging i nie prowadzi spekulacji w zakresie cen złota i euro. Wskazane zjawiska są typowymi warunkami gospodarczymi dla prowadzonej działalności, w przypadku której zdecydowana większość zakupów dokonywana jest w euro. Koszty finansowe w wysokości 0,8 mln zł w I kwartale 2023 roku wynikały głównie z odsetek od kredytów wykorzystywanych przez Spółkę do finansowania bieżącej działalności handlowej.

Przygotowanie do wzrostu sprzedaży w kolejnych okresach, szczególnie w drugim półroczu, spowodował przyjęcie polityki wysokiego zatowarowania, m.in. w celu płynnej realizacji sprzedaży towarów „od ręki”, co w wpłynęło na wzrost aktywów obrotowych Spółki. Stan towarów na koniec I kwartału 2023 roku wyniósł 95,9 mln zł, co oznacza wzrost o 19% w porównaniu do końca 2022 r. Wysoki stan towarów był wypadkową dwóch czynników. Część towarów stanowiły zamówienia Klientów, które zostały odebrane po zakończeniu kwartału. Drugą część stanowiły towary zgromadzone na poczet sprzedaży w kolejnym kwartale. Zaspokojenie ogromnego popytu, jaki wciąż panuje na rynku złota, wymaga bowiem zgromadzenia towaru w celu płynnej realizacji sprzedaży.

Poziom zobowiązań krótkoterminowych Emitenta zwiększył się z 98,1 mln zł na koniec 2022 roku do 111,7 mln zł na koniec I kwartału 2023 roku. Wzrost ten to pochodna zwiększenia poziomu zobowiązań handlowych wynikających z wysokiej liczby i wartości zamówień oraz wzrostu wartości kredytów przeznaczonych na zwiększenie zatowarowania w tym okresie.

Warty podkreślenia jest fakt, iż ostatnie trzy lata 2020-2022 stymulowane były przez czas pandemii oraz wojny na Ukrainie dlatego też okres ten charakteryzował się ponadnormatywnym popytem na złoto. Bazując na historycznych trendach w branży metali szlachetnych Zarząd Emitenta szacuje, iż kolejne lata będą charakteryzować się sezonowością sprzedaży jednak już na wyższych poziomach obrotów niż miało to miejsce w latach przed rokiem 2020. Jednakże utrzymująca się wyższa marża brutto na sprzedaży pozwoli na  generowanie zadowalających dochodów pomimo mniejszego popytu na rynku.

Więcej bąbelków – mniej plastiku! Ekologiczne rozwiązania dla firm

Jak sprawić, żeby firma była postrzegana jako bardziej pożądany pracodawca na rynku, szczególnie dla osób z pokolenia Z, które dopiero wkraczają na rynek pracy? Młodzi ludzie stawiają przede wszystkim na rozwój zawodowy – wybierając pracę w organizacjach, które  dbają o zapewnienie szkoleń branżowych, a także rozwój kompetencji miękkich. Nie mniej ważne są dla nich również wartości, jakimi kieruje się firma, do której aplikują i szukają pracodawcy, z którym mogliby się w tym obszarze identyfikować. Na pierwszy plan wysuwają się działania społeczne i ekologiczne. Pracownicy (szczególnie młodzi), zwracają uwagę na to, czy organizacja, którą są zainteresowani, angażuje się w działania proekologiczne i stosuje takie rozwiązania w firmie. O ekologię pracodawca może zadbać w różny sposób: umieszczając pojemniki do segregacji śmieci, montując panele fotowoltaiczne, używając energooszczędnego sprzętu czy inwestując w montaż dyspenserów do wody.

Ekologia ma znaczenie – dlaczego warto być eko?

Z przeprowadzonego przez Deloitte raportu „Global 2022 Gen Z & Millennial Survey”[1] wynika, że zarówno dla Millenialsów, jak i generacji Z, kwestie ochrony środowiska są niezwykle ważne. Blisko trzy czwarte ankietowanych uważa, że to ostatni moment na podjęcie walki ze zmianami klimatycznymi. Dodatkowo, co piąta przepytywana osoba twierdzi, że firmy podejmują zbyt mało działań proekologicznych. Aby zachęcić potencjalnych pracowników do składania CV, firmy powinny zatem częściej i dobitniej komunikować swoje zaangażowanie w kwestie ochrony środowiska naturalnego.

Wyniki raportu jasno pokazują, że firmy, które stawiają na ekologiczne rozwiązania, są postrzegane jako atrakcyjniejsze miejsca pracy od firm, które takich rozwiązań nie stosują. Proekologiczne działania są szczególnie ważne dla młodych pracowników (Millenialsów, generacji Z). Wszystko dlatego, że młodzi ludzie nie traktują pracy jedynie jako źródła zarobku, ale jako miejsce, które realizuje pewną bliską im misję. Właśnie dlatego warto być eko.

Dyspenser do wody – pierwszy krok w stronę ekologicznej firmy

Firmy, które rozumieją wagę i potrzebę angażowania się w działania proekologiczne powinny rozważyć także wprowadzenie ekologicznych rozwiązań do organizacji, na przykład wyposażając biuro w dyspensery do wody. Takie działanie pomaga w znacznym stopniu ograniczyć zużycie plastiku, raz na zawsze eliminując z obiegu jednorazowe, plastikowe butelki z wodą. Co równie ważne – zmniejszy ślad węglowy, związany z transportem i produkcją wody butelkowanej.

Dyspenser do wody to ekologiczne rozwiązanie, które podnosi prestiż organizacji. Dzięki niemu, pracownicy i klienci nie tylko postrzegają firmę jako proekologiczną, ale też zyskują dostęp do wysokiej jakości wody. W zależności od zakupionego urządzenia, mogą wybierać spośród wielu rodzajów wody: najczęściej do dyspozycji jest woda zimna i gorąca, gazowana i niegazowana.

Dyspenser Top Pro – popraw smak wody w swojej firmie

Opcja dostępu do wody gazowanej i lekko gazowanej jest miłą alternatywą dla osób, które nie przepadają za jej niegazowanym odpowiednikiem. Dodatkowo woda gazowana gasi pragnienie lepiej niż zwykła, a wszystko dzięki obecności dwutlenku węgla, którym jest nasycona. Bąbelki musują przyjemnie na języku dając uczucie orzeźwienia i chłodu.

Jaki dyspenser do wody wybrać do firmy? Warto rozważyć dyspenser Top Pro. To designerski model z kranem ze stali nierdzewnej, który jest dostępny w dwóch wersjach: nablatowej lub wolnostojącej. Dyspenser oferuje aż 4 różne rodzaje wody:

  • nieschłodzoną niegazowaną,
  • schłodzoną niegazowaną,
  • lekko gazowaną,
  • gazowaną.

Dystrybutor jest zasilany wodą z wodociągu. To ekologiczne rozwiązanie, które pozwala zrezygnować z plastiku w firmie – zastąpienie wody butelkowanej wodą z dyspensera pozwala zmniejszyć ślad węglowy aż o 86%.

[1] https://www2.deloitte.com/pl/pl/pages/about-deloitte/articles/raport-global-2022-gen-z-and-millennial-survey.html

Koniec przestoju? Czy deweloperzy ruszą z budowami?

W ostatnich miesiącach mieliśmy do czynienia ze wstrzymywaniem inwestycji przez deweloperów. W pierwszym kwartale 2023 r. obserwowaliśmy natomiast pierwsze oznaki ożywienia na rynku mieszkaniowym. Jakie ma to konsekwencje i czy ruch budowlany dynamicznie ruszy?

Dlaczego deweloperzy mniej budują?

Kwartalny stosunek rozpoczętych budów i wydanych pozwoleń na budowę dla deweloperów

Kwartalny stosunek rozpoczętych budów i wydanych pozwoleń na budowę
*dane za: styczeń, luty 2023, Źródło: Opracowanie własne na podstawie danych GUS

Kwartalny stosunek rozpoczętych przez deweloperów budów i wydanych pozwoleń na budowę w poprzednim roku wynosił średnio 55 proc. W latach 2019-2021 było to średnio 80 proc. O ile wydane pozwolenia na budowę dla deweloperów utrzymywały się na bardzo wysokim poziomie, to liczba rozpoczętych budów była bardzo niska. To pokazuje skale wstrzymywania budów przez deweloperów.

Jeszcze w 2021 r. – w obliczu niskiej dostępności gruntów – deweloperzy poczynili ich rekordowe zakupy, aby uzupełnić bank ziemi pod kolejne inwestycje. Według analiz Michael/Ström Domu Maklerskiego deweloperzy notowani na GPW i Catalyst wydali w 2021 roku 2,3 mld zł na zakup gruntów, podczas gdy łącznie w latach 2019 oraz 2020 kwota ta wyniosła 2,1 mld zł. Deweloperzy w tym okresie znacząco powiększyli bank ziemi, który był dostosowywany tak, aby utrzymywać potencjał do budowy mieszkań na kilka lat do przodu. Wstrzymywanie budów nie wynika zatem z niedostatku gruntów, a jest decyzją deweloperów.

Rosnące i nieprzewidywalne koszty (budowy, gruntów, finansowe) prowadzące do erozji marż na projektach, niski popyt, stabilizacja cen nieruchomości – to mieszanka wybuchowa dla deweloperów, z którą mieli do czynienia w 2022 r. Deweloperzy musieli zmienić swoje strategie oraz harmonogramy. Wiele projektów nie wystartowało w planowanym jeszcze 2 lata temu terminie. Do sprzedaży trafiają jedynie pojedyncze etapy projektów, a kolejne są wprowadzane dopiero po odpowiednim wyprzedaniu poprzednich. Deweloperzy dostosowują ofertę do zmniejszonego popytu, a grunty kupione w ostatnich latach, czekają na swoją kolej – często z pozwoleniem na budowę. Sytuacja zupełnie odmienna od tej kilka lat wstecz. Wtedy oferta była niższa ze względu m.in. na brak gruntów i ogromny popyt na mieszkania, które były kupowane jako przysłowiowa „dziura w ziemi”. Przed zakończeniem budowy cały projekt był wyprzedany. Finansowanie takiego projektu mogło odbywać się za pomocą wpłat klientów (rachunki powiernicze), co nie wymagało od deweloperów zbytniego zadłużania i angażowania środków własnych.

Obecnie, przy niskim popycie, deweloperzy musieliby angażować więcej kapitału i zwiększać zadłużenie, aby wprowadzać wszystkie możliwe projekty. Wstrzymanie nowych projektów wpłynęło zatem na sytuację finansową deweloperów. Jeszcze rok temu nad rynkiem wisiały czarne chmury i wydawało się, że wskaźniki zadłużenia spółek szybko będą rosły. Teraz patrząc na wskaźniki zadłużenia widzimy, że sytuacja kredytowa największych deweloperów wciąż jest dobra. Wskaźniki w większości przypadków pozostały na niskich poziomach i nie rosną tak szybko jak oczekiwano. Powyższe oczywiście będzie miało swoje konsekwencje. Najpoważniejszą będzie luka w mieszkaniach oddawanych do użytkowania w kolejnych latach. Można przyjąć, że średni czas budowy to 2 lata. Oznacza to, że w kolejnych dwóch latach liczba lokali gotowych mocno spadnie. Będzie to skutkować także gorszymi wynikami netto deweloperów, zaczynając od 2023 r. w porównaniu do lat poprzednich. Nawet jeżeli popyt na mieszkania już w tym roku będzie wysoki, to wyniki deweloperów będą niższe właśnie ze względu na przesunięty harmonogram oddawania mieszkań.

Odrodzenie rynku mieszkaniowego

W pierwszym kwartale 2023 widzieliśmy pierwsze oznaki odrodzenia rynku mieszkaniowego. Kwartalna sprzedaż wzrosła średnio o 25 proc. w porównaniu do ostatniego kwartału 2022 r. Wynika to m.in. zapowiedzi programu rządowego „Bezpieczny kredyt 2%”. Pomimo że program jeszcze nie został uruchomiony, to można oczekiwać, że doprowadzi on do wzrostu cen mieszkań – dlatego już teraz obserwowany jest wzrost popytu, kiedy ceny jeszcze nie wzrosły.

Deweloperzy w swojej ofercie posiadają projekty idealnie dopasowane do ograniczeń wynikających z programu. Są to projekty z sektora popularnego, gdzie dominowali klienci kredytowi. Właśnie przede wszystkim w tym segmencie rynku deweloperzy wstrzymywali wprowadzenia czekając na wzrost popytu. Teraz te projekty z banku ziemi, z pozwoleniem na budowę, mogą zostać szybko wprowadzone do sprzedaży wraz z odradzającym się popytem. Dodatkowym czynnikiem przemawiającym za możliwością odmrożenia inwestycji jest sytuacja ekonomiczna. Koszty budowy się ustabilizowały, nie są już aż tak nieprzewidywalne, a stopy procentowe nie rosną. Do czasów prosperity jeszcze z pewnością nie wracamy, ale możemy mówić o istotnym odbiciu od dołka z poprzedniego roku.

Bartosz Wałecki, Analityk Michael / Ström Dom Maklerski

Wyzwanie ze strony Chin dla europejskiego przemysłu motoryzacyjnego

  • Przejście na pojazdy elektryczne z napędem akumulatorowym to zmiana zasad gry dla europejskiego przemysłu motoryzacyjnego. Sprzedaż pojazdów napędzanych energią alternatywną osiągnęła w 2022 roku rekordowo wysoki poziom 4,4 mln sztuk, co stanowi 47% wszystkich rejestracji nowych pojazdów w Europie. Liderem były pojazdy elektryczne z napędem akumulatorowym (BEV), których sprzedaż wzrosła o +28% i stanowiła 12% wszystkich rejestracji nowych pojazdów. Wraz ze zbliżającym się terminem wycofania silników spalinowych (ICE) w 2035 roku, sektor motoryzacyjny stoi u progu poważnego wstrząsu w związku z koniecznością transformacji bazy dostawców, zmieniającymi się potrzebami klientów, konkurencją ze strony nowych podmiotów oraz rzeczywistości, w której społeczeństwo w mniejszym stopniu uzależnione jest od korzystania z samochodów.
  • Zagrożeniem numer jeden są jednak Chiny. Chiny, które 15 lat temu dostrzegły potencjał pojazdów elektrycznych, zainwestowały ogromne środki w budowę konkurencyjnego ekosystemu pojazdów elektrycznych. W rezultacie, Chiny są obecnie liderem globalnego segmentu pojazdów elektrycznych (EV); w 2022 roku, kraj ten sprzedał ponad dwukrotnie więcej pojazdów BEV niż Europa i USA razem wzięte, a także utrzymuje przewagę konkurencyjną w niemal wszystkich aspektach łańcucha wartości pojazdów elektrycznych z napędem akumulatorowym (BEV). Ponieważ chińskie marki odpowiadają za ponad 80% sprzedaży pojazdów elektrycznych w swoim kraju, ich udział w rynku wzrósł z mniej niż 40% w 2020 roku do blisko 50% w 2022 roku, podczas gdy bilans handlowy kraju w branży motoryzacyjnej zwiększył się w tym samym okresie z -31 mld USD deficytu do +7 mld USD nadwyżki. Jednocześnie już w 2022 roku trzy z najlepiej sprzedających się marek BEV w Europie były importowane z Chin. W miarę jak pojazdy BEV będą docelowo odpowiadały za całą sprzedaż nowych samochodów w Europie, samochody produkowane w Europie będą prawdopodobnie zastępowane przez te produkowane w Chinach – niezależnie od tego, czy będą one wytwarzane przez firmę chińską, amerykańską czy europejską.
  • Do 2030 roku, europejscy producenci samochodów mogą łącznie tracić ponad 7 mld EUR rocznego zysku netto. Jeśli do 2030 chińscy producenci zwiększą udział w rynku krajowym do 75%, całkowita sprzedaż w Chinach realizowana przez europejskich producentów samochodów spadłaby o -39%, a lokalna produkcja zmniejszyłaby się z szacowanych 4,4 mln sztuk do 2,7 mln w 2030 roku. Allianz Trade uważa również, że jeśli europejski import samochodów produkowanych w Chinach osiągnie 1,5 mln sztuk w 2030 roku, co odpowiada 13,5% produkcji UE z 2022, wówczas w 2030 roku wpływ wartości dodanej na gospodarkę europejską wyniesie 24,2 mld EUR dla sektora motoryzacyjnego, co odpowiada 0,15% PKB regionu w 2022 roku. Jednak uzależnione od przemysłu motoryzacyjnego gospodarki Niemiec, Słowacji i Czech mogłyby odczuć jeszcze większy cios (0,3 do 0,4 % PKB).
  • Co mogą zrobić decydenci? Biorąc pod uwagę strategiczne znaczenie sektora motoryzacyjnego dla gospodarki europejskiej, decydenci mogliby dążyć do uzyskania równoważnych warunków handlowych z Chinami i USA, a także promować wdrożenie BEV poprzez poprawę infrastruktury ładowania. Ponadto dopuszczenie chińskich inwestycji w lokalny montaż samochodów mogłoby spowodować wytworzenie większej wartości dodanej w regionie, natomiast zwiększenie samowystarczalności w zakresie surowców niezbędnych do produkcji akumulatorów oraz inwestycje w technologie akumulatorów nowej generacji dodatkowo pomoże europejskiemu sektorowi motoryzacyjnemu przygotować się na wyzwania przyszłości.

Pojazdy elektryczne: Przetasowanie kart w globalnej grze motoryzacyjnej?

Europa w rekordowym tempie dekarbonizuje swój przemysł motoryzacyjny

Rok 2022 był rekordowy w segmencie pojazdów napędzanych energią alternatywną w Europie; sprzedaż gwałtownie wzrosła do poziomu 4,4 mln sztuk (+11% w stosunku do 2021 roku) mimo ogólnego spadku rejestracji nowych pojazdów o -5%. W latach 2019-2022 udział w rynku pojazdów napędzanych energią alternatywną wzrósł z 11% do 47% (Wykres 1). W obliczu potencjalnego zakazu sprzedaży samochodów z silnikami spalinowymi (ICE) w 2035 roku oraz celów dotyczących ograniczenia emisji, producenci samochodów wprowadzili w Europie rekordową liczbę nowych modeli. Jednocześnie konsumenci coraz częściej szukają opcji mniej zanieczyszczających środowisko, a rządowe dopłaty do pojazdów niskoemisyjnych jeszcze bardziej zwiększają popyt.

Prym wiodą zwłaszcza pojazdy elektryczne o napędzie akumulatorowym (BEV), których sprzedaż wzrosła o 28% i które stanowią obecnie 12% wszystkich rejestrowanych nowych pojazdów, co znacznie przekracza poziom 6% osiągnięty w USA.

Wykres 1: Rejestracje nowych pojazdów w UE według rodzaju paliwa (%)

Rejestracje nowych pojazdów w UE
Źródła: ACEA, Dział Analiz Allianz

Chiny dwukrotnie lepsze na polu pojazdów elektrycznych…

Pomimo szybkiego wzrostu, Europa pod względem przyjęcia pojazdów napędzanych energią alternatywną zajmuje dopiero drugie miejsce na świecie – i to odległe drugie. W 2022 roku w Chinach zarejestrowano ponad 5,4 mln pojazdów elektrycznych z napędem akumulatorowym – dwie trzecie całkowitej liczby na świecie – co stanowi zmianę o +83% w stosunku do 2021. Pojazdy napędzane energią alternatywną stanowią 20% wszystkich rejestracji (Wykres 2). Podobnie jak w Europie, gwałtowna penetracja rynku pojazdami EV odzwierciedla mieszankę rosnącego zainteresowania konsumentów samochodami elektrycznymi, krajowych i regionalnych programów dopłat do ich zakupu oraz wejścia na rynek nowych modeli, obejmujących segmenty samochodów miejskich i kompaktowych.

Wykres 2: Rejestracje pojazdów elektrycznych z napędem akumulatorowym na najważniejszych rynkach (2022)

Rejestracje pojazdów elektrycznych z napędem akumulatorowym
Źródła: ACEA, CAAM, Dział Analiz Allianz

i odzyskanie rynku krajowego…

Szybkie postępy Chin w dziedzinie pojazdów elektrycznych prowadzą do transformacji rynku krajowego, na którym zagraniczni producenci samochodów tradycyjnie zajmowali dominującą pozycję. Po raz pierwszy w historii, w 2022 roku chińscy producenci samochodów osiągnęli poziom równy z markami zagranicznymi, a w IV kwartale prześcignęli je, zdobywając 51% udziału w rynku (Wykres 3). Ich udział w samym segmencie pojazdów elektrycznych wyniósł 80% i nie wykazywał żadnych oznak spadku w I kwartale 2023 roku.

Do głównych czynników tłumaczących rosnącą popularność chińskich marek na rynku chińskim należą:

  • Znaczna przewaga kosztowa w zakresie produkcji pojazdów elektrycznych z napędem akumulatorowym (BEV), wynikająca z większego rozmiaru chińskiego rynku samochodowego i konkurencyjnej bazy dostawców (rafinacja metali krytycznych, produkcja ogniw i modułów akumulatorowych, itp.) Wcześniejsze programy dopłat do zakupów były również ograniczone do pojazdów produkowanych w Chinach.
  • Szersza gama dostępnych pojazdów BEV (w szczególności samochodów miejskich i kompaktowych) w porównaniu z międzynarodowymi konkurentami, którzy jak dotąd koncentrowali się głównie na dużych i drogich sedanach oraz pojazdach sportowo-użytkowych. Najpopularniejszym BEV w Chinach jest czteromiejscowy samochód miejski produkowany przez amerykańsko-chińską spółkę joint-venture, który jest dostępny za równowartość 4 300 EUR.
  • Pozytywne recenzje produktów i odbiór przez klientów pojazdów elektrycznych marki chińskiej skutkują dobrą rozpoznawalnością marki, w odróżnieniu od bardziej negatywnego postrzegania chińskich pojazdów z silnikami spalinowymi w przeszłości.

Wykres 3: Rejestracje pojazdów elektrycznych z napędem akumulatorowym na najważniejszych rynkach (2022)

Rejestracje pojazdów elektrycznych z napędem akumulatorowym na najważniejszych rynkach
Źródła: CAAM, Dział Analiz Allianz

…zagraża europejskiemu eksportowi samochodów o wartości 24 mld EUR…

Oczekuje się, że – wraz ze wzrostem popularności pojazdów elektrycznych – do 2030 roku chińskie firmy odpowiednio powiększą swój udział w rynku i spowodują spadek importu samochodów zagranicznych. Ponieważ europejskie firmy motoryzacyjne są źródłem ponad połowy importu samochodów przez Chiny, stają przed największym ryzykiem.

Dane dotyczące handlu europejskiego mogą być nieco mylące – w 2022 roku eksport osiągnął wprawdzie rekordowy poziom 24 mld EUR, jednak skok ten wynikał głównie z efektu doganiania i korzystnych cen. Analiza chińskich danych dotyczących rejestracji importowanych modeli samochodów od głównych producentów europejskich mówi co innego: importowane ilości spadały w ostatnich latach i zmalały poniżej 500.000 w 2022 roku (Wykres 4). W ciągu ostatniej dekady udział rynkowy importu z Europy spadł z szacowanych 2,9% do 1,8% wszystkich rejestracji.

Wykres 4: Rejestracje importowanych pojazdów europejskich w Chinach

Rejestracje importowanych pojazdów europejskich w Chinach
Źródła: Bloomberg, Dział Analiz Allianz

…i ponad 4 mln pojazdów z chińsko-europejskich spółek joint-venture

Rosnąca popularność chińskich producentów samochodów, prowadzących działalność wyłącznie w tym segmencie, zagraża również działalności prowadzonej przez europejskich producentów samochodów w Chinach – głównie spółkom joint venture, ale także kilku spółkom zależnym kontrolowanym w większości. Lokalne oddziały firm, odpowiadające za 85% wolumenu sprzedaży europejskich producentów samochodów na rynku chińskim, raczej nie nadążają z wdrażaniem technologii pojazdów elektrycznych w porównaniu ze swoimi odpowiednikami: z 20 najpopularniejszych pojazdów elektrycznych sprzedawanych w Chinach, w 2022 roku tylko jeden jest produkowany przez chińsko-europejską spółkę joint venture. W obliczu płaskiego, a następnie malejącego udziału w rynku (Wykres 5), europejscy producenci samochodów przyjęli przeciwne stanowiska – uznali chiński rynek za zbyt trudny do zdobycia i całkowicie się wycofali, lub odwrotnie – podwoili lokalną produkcję w celu poprawy konkurencyjności na tamtejszym rynku.

Rysunek 5: Chińskie rejestracje lokalnie produkowanych pojazdów europejskich

Chińskie rejestracje lokalnie produkowanych pojazdów europejskich
Źródła: Bloomberg, szacunki Działu Analiz Allianz

Dane dotyczące handlu wskazują na rosnącą konkurencyjność Chin na rynkach międzynarodowych

Rosnącą konkurencyjność chińskiego przemysłu motoryzacyjnego najlepiej odzwierciedla dwustronna wymiana w zakresie handlu motoryzacyjnego z resztą świata. Patrząc na dane na poziomie produktów dostarczane przez chińskie służby celne znajdujemy potwierdzenie, że chiński import samochodów spadł z 1,2 mln sztuk w 2017 do 0,9 mln sztuk w 2022 roku – oznacza to spadek o -30% na rynku, który zmniejszył się tylko o -6%. Jeszcze bardziej uderzające jest to, że bilans handlowy w ujęciu wartościowym przeszedł w tym samym okresie z deficytu handlowego o wartości 37 mld USD do nadwyżki handlowej 7 mld USD, co pokazuje, że rosnąca chińska konkurencyjność pozwala krajowi nie tylko na większą samowystarczalność, ale także na ekspansję na rynkach międzynarodowych (Wykres 6).

Wykres 6: Międzynarodowy handel samochodami prowadzony przez Chiny

Międzynarodowy handel samochodami prowadzony przez Chiny
Źródła: Chiński Urząd Celny, Dział Analiz Allianz

Podczas gdy chińscy producenci zwykli koncentrować się na potrzebach innych gospodarek wschodzących w Azji, na Bliskim Wschodzie i w Ameryce Łacińskiej, to właśnie rynki europejskie w największym stopniu przyczyniły się do boomu eksportowego; ich udział wzrósł z szacowanego 8% udziału w eksporcie w 2017 do 28% udziału w 2022 roku. Przyglądając się europejskim statystykom dla sprawdzenia spójności, znajdujemy potwierdzenie istotnego boomu w zakresie importu samochodów wyprodukowanych w Chinach, przy czym w grudniu 2022 roku – po raz pierwszy w historii – bilans handlowy Europy w zakresie pojazdów przyjął wartość ujemną.

Europejscy i amerykańscy producenci samochodów forsują w Europie samochody „made in China”…

Aby ocenić penetrację rynku przez samochody wyprodukowane w Chinach na poziomie mikro, analizujemy najlepiej sprzedające się pojazdy w 2022 roku na największym europejskim rynku motoryzacyjnym, czyli w Niemczech. Patrząc na nie pod kątem kraju montażu stwierdzamy, że trzy z 10 najlepiej sprzedających się pojazdów BEV zostały w całości lub częściowo sprowadzone z Chin, a zaledwie pięć modeli od czterech europejskich i amerykańskich producentów samochodów dominuje nad rejestracjami wytworzonych w Chinach pojazdów BEV w Europie.

…podczas gdy większość chińskich marek dopiero rozwija swoją działalność.

Tylko jeden BEV marki chińskiej trafił do 50 najlepiej sprzedających się modeli w Niemczech w 2022 roku: większość chińskich producentów samochodów jest nadal na etapie rozpoznawczym na tym największym europejskim rynku motoryzacyjnym. Przyglądając się bliżej danym za I kwartał 2023 roku stwierdzamy jednak, że postęp jest wyraźny – w Niemczech sprzedaż pojazdów BEV prowadzi obecnie sześć chińskich firm w porównaniu z zaledwie dwiema rok temu, a udział rynkowy tych firm stanowi obecnie 3,7% całej sprzedaży BEV w Niemczech, w porównaniu z 1,2% rok temu. Ponieważ chińscy gracze oferują 15 z 90 pojazdów BEV dostępnych na rynku niemieckim, sprzedaż będzie rosła w szybkim tempie w 2023 roku i w latach kolejnych. Wejście na nowy rynek w branży motoryzacyjnej wymaga czasu, ponieważ producenci samochodów muszą przejść przez typowe fazy rozwoju, obejmujące zapewnienie zgodności z przepisami, lokalizację, tworzenie sieci sprzedaży z importerami i dealerami oraz budowanie świadomości marki.

Chińska konkurencja przetrze szlak dla europejskiego przemysłu motoryzacyjnego

Identyfikujemy dwa główne kanały, dzięki którym wzrost znaczenia Chin jako konkurencyjnego ośrodka produkcji samochodów może wpłynąć na europejski przemysł motoryzacyjny:

  • Rosnąca konkurencyjność pomoże chińskim producentom zdobyć większy udział w rynkach krajowych, zagrozi sprzedaży i zyskom zagranicznych firm działających w Chinach, poprzez niższy eksport lub niższą sprzedaż ze strony ich chińskich spółek zależnych. Jak dowodzi 80-procentowy udział w rynku kontrolowany przez chińskie marki w zakresie chińskich rejestracji pojazdów elektrycznych, większość międzynarodowych konkurentów była zbyt powolna, aby skorzystać na przejściu na pojazdy elektryczne w Chinach. Patrząc na zapowiedzi dotyczące planów produkcji pojazdów elektrycznych na rynek chiński Allianz Trade zauważa, że tylko kilku producentów samochodów planuje zwiększenie zaangażowania na tym rynku. W miarę jak skala i technologia pomagają pojazdom elektrycznym zrównać się cenowo z pojazdami spalinowymi, nie widzimy powodów dla sprzedaży przez zagranicznych producentów samochodów znacznych ilości pojazdów spalinowych (ICE) w tym kraju. Allianz Trade spodziewa się raczej, że w najbliższych latach więcej międzynarodowych producentów samochodów wycofa się z Chin – trend ten już jest zauważalny.
  • Obowiązkowe przejście na asortyment produktów, w którym pojazdy elektryczne z napędem akumulatorowym będą odpowiadać za praktycznie całą sprzedaż nowych samochodów w Europie do 2035 roku, będzie sprzyjać częściowemu zastąpieniu samochodów produkowanych w Europie samochodami produkowanymi w Chinach – niezależnie od tego, czy samochody te zostaną wyprodukowane przez firmę chińską, amerykańską czy europejską. Patrząc na plany produkcyjne europejskich i amerykańskich producentów samochodów można stwierdzić, że do 2025 roku w Europie pojawi się co najmniej 11 nowych pojazdów BEV dla rynku masowego, produkowanych w Chinach, a kolejnych trzech chińskich producentów samochodów ogłosiło, że rozpocznie działalność handlową w Europie już w 2023 roku, co daje łącznie dziewięć firm. Zgodnie z informacjami przedstawionymi w Ramce 4, otwartość rynku europejskiego czyni go znacznie bardziej interesującym dla chińskiego eksportu niż rynek amerykański.

Mapowanie chińskiego wyzwania dla europejskiego przemysłu motoryzacyjnego

A co, jeśli do 2030 roku chińskie marki opanują 75% rynku krajowego, a samochody produkowane w Chinach 10% rynku europejskiego?

Aby ułatwić określenie stawki w tej grze, przeprowadziliśmy symulację możliwego scenariusza na rok 2030, w którym chińskim producentom udaje się zwiększyć udział w rynku krajowym do 75% – co jest zgodne z tendencją występującą od czasu, gdy sprzedaż pojazdów napędzanych nową energią zaczęła gwałtownie rosnąć, oraz z naszymi oczekiwaniami dotyczącymi opuszczenia rynku przez zagranicznych konkurentów.

Tymczasem import z Chin wzrasta do 10% całkowitej sprzedaży samochodów w Europie, ponieważ kontynent przechodzi na napęd elektryczny, a pojazdy BEV osiągają 80% udziału w rynku sprzedaży wszystkich samochodów osobowych. Eksport jest w pierwszej kolejności napędzany przez międzynarodowych producentów samochodów posiadających zaplecze produkcyjne w Chinach, a następnie przez chińskich konkurentów, którzy kończą budowanie swojej obecności handlowej na największych rynkach Europy. Przykłady japońskich producentów samochodów w USA w latach 1970-ych lub południowokoreańskich producentów samochodów w Europie w latach 2000-ych pokazują, że sam eksport może wystarczyć konkurencyjnym producentom samochodów do zapewnienia sobie znacznego udziału w rynkach międzynarodowych.

Allianz Trade podkreśla, że scenariusz ten nie jest prognozą, ale raczej prawdopodobnym opisem ilustrującym potencjalny rozwój sytuacji w branży motoryzacyjnej. Różne czynniki, w tym zmiany w polityce władz i wpływy geopolityczne, mogą znacząco wpłynąć na rzeczywisty rezultat.

Produkcja europejskich samochodów w Chinach może spaść o 1,7 mln pojazdów (-37%) i zmniejszyć roczne zyski netto o 7 mld EUR…

W tym scenariuszu, całkowita sprzedaż realizowana w Chinach przez europejskich producentów samochodów spadłaby o -39%, przy czym produkcja lokalna zmniejszyłaby się z szacowanych 4,4 mln sztuk w 2022 do 2,7 mln sztuk w 2030 roku, a eksport z 480.000 do 290.000 sztuk. Wpływ w walucie EUR byłby trudniejszy do oceny, ponieważ europejscy producenci samochodów nie wykazują zysku operacyjnego ani zysku netto w ujęciu geograficznym. Jednak ich łączna sprzedaż w Chinach stanowiła około 22% dostaw globalnych. Zakładając, że ich działalność w Chinach jest tak samo rentowna jak na innych rynkach, 22% łącznego zysku netto w wysokości 67 mld EUR w 2022 roku oznacza, że zagrożony byłby zysk netto w wysokości do 14,7 mld EUR. Ponieważ spółki joint venture 50-50 nadal odpowiadają za większość lokalnej sprzedaży producentów europejskich, co najmniej 7,3 mld EUR z powyższych 14,7 mld EUR można przypisać europejskim producentom samochodów.

… a chiński import może wzrosnąć do 1,5 mln pojazdów i zagrozić 13% europejskiej produkcji.

W tym samym scenariuszu, chiński eksport osiągnąłby w 2030 poziom 1,5 mln pojazdów, co odpowiada 13,5% produkcji UE w 2022 roku lub łącznej produkcji trzech największych montowni samochodów w regionie. Ponieważ rynek europejski jest w dużej części autonomiczny, rosnący import z Chin miałby większy wpływ na produkcję lokalną niż konkurencyjny, ale skromny import z Japonii i Korei Południowej. Większe uzależnienie od importu spowodowałoby obniżenie wskaźników wykorzystania mocy produkcyjnych europejskich fabryk, wpłynęło na ich rentowność i stanowiło bodziec do dalszej likwidacji mocy produkcyjnych. W ciągu ostatnich 10 lat w Europie zamknięto kilkanaście zakładów montażowych, co odzwierciedla rosnącą konsolidację wśród producentów samochodów oraz wycofywanie się niektórych producentów amerykańskich i japońskich.

Zagrożone 24 mld EUR bezpośredniej wartości dodanej w sektorze motoryzacyjnym, czyli 0,15% PKB regionu…

Jeśli dodać straty w eksporcie do strat w produkcji krajowej i uwzględnić 14.200 EUR wartości dodanej na pojazd wyprodukowany w UE w 2019 roku jako wskaźnik przybliżony, wpływ wartości dodanej na gospodarkę europejską wyniósłby w 2030 roku w przypadku sektora motoryzacyjnego 24,2 mld EUR, co stanowi równowartość 0,15% PKB regionu za 2022 rok. Ta średnia unijna maskuje znaczącą koncentrację wartości dodanej w zaledwie kilku krajach i regionach. Analiza europejskiej wartości dodanej w podziale na kraje podkreśla fakt, że Niemcy są potęgą regionu i same odpowiadają za prawie 60% wartości dodanej w regionie (Wykres 7).

Wykres 7 – Wartość dodana z europejskiego przemysłu motoryzacyjnego według krajów (dane z 2019 roku, %)

Wartość dodana z europejskiego przemysłu motoryzacyjnego
Źródła: Eurostat, Dział Analiz Allianz

W tym zakresie, ten sam wpływ na poziomie 0,15% europejskiego PKB ma zupełnie inne znaczenie dla krajów, w których przemysł motoryzacyjny odgrywa stosunkowo większą rolę w gospodarce – wpływ ten byłby ponad dwukrotnie większy niż średnia europejska dla krajów takich jak Słowacja, Czechy i Niemcy (Wykres 8).

Wykres 8 – Utracona wartość dodana w sektorze motoryzacyjnym wyrażona jako procent PKB za 2022

Utracona wartość dodana w sektorze motoryzacyjnym
Źródła: Eurostat, Dział Analiz Allianz

…i jeszcze dobrych kilkanaście wśród dostawców przemysłu motoryzacyjnego

Nasze szacunki dotyczące bezpośredniego wpływu na przemysł motoryzacyjny nie uwzględniają silnego efektu domina, jaki branża ta wywiera na inne rodzaje działalności przemysłowej i usługowej. Korzystając z bazy danych OECD Trade in Value Added („Handel według wartości dodanej” – TiVA) stwierdzamy, że popyt końcowy generowany przez europejski przemysł motoryzacyjny wygenerował w 2018 roku 155 mld EUR wartości dodanej dla innych sektorów europejskich, w tym:

  • 53 mld EUR przeznaczono na pozostałą działalność produkcyjną, w tym 19 mld EUR na metalurgię, 8 mld EUR na maszyny i urządzenia, 7 mld EUR na gumę i tworzywa sztuczne, 5 mld EUR na sprzęt elektroniczny i elektryczny oraz 4 mld EUR na chemikalia.
  • 102 mld EUR przeznaczono na usługi, w tym 16 mld EUR na usługi wspierające (badania i rozwój, doradztwo, itp.), 12 mld EUR na usługi transportowe i magazynowe, 4 mld EUR na usługi informatyczne itp.

Wykres 9 – Wartość dodana z europejskiego przemysłu motoryzacyjnego dla wybranych innych sektorów europejskich (dane z 2018 roku, w mld EUR)

Wartość dodana z europejskiego przemysłu motoryzacyjnego 2
Źródła: Baza danych OECD Trade in Value, Dział Analiz Allianz

Eliminacja tych samych 14% strat w produkcji motoryzacyjnej z wartości dodanej generowanej przez przemysł motoryzacyjny w innych sektorach oznaczałaby dla gospodarki europejskiej dodatkowe 21 mld EUR strat w zakresie wartości dodanej. Należy jednak zauważyć, że jest to górna granica szacunków, biorąc pod uwagę, że niektóre usługi, takie jak handel detaliczny, są świadczone niezależnie od faktycznego miejsca montażu samochodu. I odwrotnie, ponieważ łańcuchy dostaw mają zwykle charakter lokalny, utrata działalności w zakresie montażu samochodów byłaby bardziej odczuwalna dla branż z wcześniejszych etapów łańcucha (metale, tworzywa sztuczne, chemikalia, elektronika itp.).

Czas, by Europa sprostała wyzwaniu ze strony Chin

W branży charakteryzującej się długimi cyklami rozwoju produktu i sprzedaży oczywiste jest, że przewaga Chin w globalnym wyścigu pojazdów elektrycznych nie zostanie zniwelowana przed rokiem 2030. Jednak to, w jakim stopniu Europa jest w stanie dotrzymać kroku rosnącej konkurencji chińskiej, zależy od europejskich decydentów i samej branży:

  • Jak wyjaśniono wcześniej, europejski rynek pojazdów BEV jest stosunkowo dużo bardziej otwarty niż rynek Chin i USA, gdzie montaż krajowy lub regionalny jest warunkiem wstępnym zakwalifikowania się do dopłat do zakupu, a cła importowe na pojazdy zagraniczne są wyższe. Dążenie do wzajemności w warunkach handlowych, nie tylko z Chinami, ale również z USA powinno być priorytetem w celu zapewnienia bardziej wyrównanych szans dla przemysłu europejskiego.
  • Ponieważ przewaga kosztowa Chin wynika częściowo z wielkości ich rynku krajowego, Europa powinna również zapewnić jak najlepsze warunki dla wdrożenia pojazdów BEV – nie tylko poprzez dopłaty, ale również poprzez rozbudowaną i wydajną infrastrukturę ładowania, która umożliwiłaby pojazdom elektrycznym korzystanie z mniejszych, lżejszych i tańszych akumulatorów. Dobrze działająca infrastruktura ładowania obniżyłaby cenę przeciętnego pojazdu BEV i przekonała użytkowników z obszarów mniej zurbanizowanych do zmiany. We wcześniejszym raporcie oszacowaliśmy niezbędne inwestycje w infrastrukturę ładowania na poziomie 13,4 mld EUR rocznie, co byłoby konieczne, aby osiągnąć europejski cel Fit For 55[1].
  • Jeśli Europa będzie miała trudności z konkurowaniem z Chinami w krótkiej perspektywie, może starać się do nich dołączyć – podobnie jak uczyniły to Stany Zjednoczone z japońskimi producentami samochodów w latach 1980-ych. Zezwolenie na chińskie inwestycje w europejski montaż samochodów nie powinno stanowić tabu, pomimo symbolicznego wymiaru takiej decyzji i prawdopodobnego sprzeciwu niektórych europejskich producentów samochodów. Bez względu na wszystko, byłoby o wiele korzystniej dla Europy mieć na swoich drogach pojazdy pod chińską marką, gdyby były one montowane lokalnie, a nie importowane. Dowody w postaci europejskich przedsięwzięć związanych z montażem akumulatorów do pojazdów elektrycznych, w których Chiny są największym inwestorem, oraz deklarowane przez chińskich producentów samochodów zainteresowanie europejskimi fabrykami samochodowymi, które mają zostać zamknięte wskazują, że transakcje miałyby duże szanse na realizację.
  • Ponieważ około połowy kosztów akumulatorów stanowią surowce, zwiększenie samowystarczalności w tej dziedzinie mogłoby zmniejszyć zależność Europy od importowanych elementów elektrycznych układów napędowych i wzmocnić krajowy łańcuch wartości. Europa powinna również rozważyć priorytetowe traktowanie rozwoju zdolności wydobywczych i rafinacyjnych, jeśli tylko jest to możliwe, a gdy nie ma takiej możliwości – zawieranie umów handlowych z krajami partnerskimi w celu zabezpieczenia swoich interesów gospodarczych i strategicznych. W tym względzie europejska Ustawa o surowcach krytycznych (CRMCA) jest krokiem we właściwym kierunku, którego szczegóły trzeba będzie jak najszybciej przekazać i wprowadzić w życie.
  • Na późniejszym etapie produkcji akumulatorów w obecnej technologii, Europa powinna również przygotować się na to, co czeka ją w przyszłości, ponieważ zarówno Chiny, jak i USA intensywnie inwestują w technologie akumulatorów nowej generacji. Rozwiązania litowo-jonowe, szczególnie NMC (nikiel, mangan, tlenek kobaltu) dominują na obecnym rynku akumulatorów ze względu na korzystne połączenie gęstości energii, mocy i charakterystyki bezpieczeństwa. Jednakże zależność od metali o ograniczonej dostępności, takich jak kobalt, wymaga badania alternatywnych technologii baterii w celu złagodzenia ryzyka związanego z dostawami i opracowania różnych rodzajów baterii dla różnych potrzeb. Pojawiające się alternatywy, takie jak akumulatory ze stałym elektrolitem (solid-state) stanowią obiecujące perspektywy dla zwiększenia gęstości energii, bezpieczeństwa i trwałości.

[1] Zob. Transport in a zero carbon EU: pathways and opportunities [Transport w UE o zerowym śladzie węglowym: ścieżki i możliwości]

Wirtualna centrala w biznesie – jak oszczędzać na kosztach telekomunikacyjnych i zwiększać efektywność komunikacji?

Wirtualna centrala – nowoczesne narzędzie w biznesie

Wirtualna centrala to jedno z najnowocześniejszych narzędzi, jakie można zastosować w biznesie, aby oszczędzić na kosztach telekomunikacyjnych oraz zwiększyć efektywność komunikacji. Jest to system, który umożliwia połączenie różnych urządzeń, takich jak telefony stacjonarne, komputery czy smartfony, w jedną wirtualną sieć telefoniczną. Dzięki temu pracownicy firmy mogą korzystać z jednego numeru telefonu, bez względu na to, gdzie aktualnie się znajdują.

Niższe koszty telekomunikacyjne

Wirtualna centrala telefoniczna to idealne rozwiązanie dla firm, które chcą zaoszczędzić na kosztach telekomunikacyjnych, między innymi na kosztach dzwonienia na numery komórkowe i zagraniczne. Ponadto, dzięki wirtualnej centrali, można uniknąć kosztów związanych z zakupem infrastruktury tradycyjnej centrali telefonicznej oraz zatrudnieniem specjalisty do obsługi systemu telefonicznego.

Komunikacja w biznesie odgrywa kluczową rolę, a efektywność i szybkość przekazywania informacji może mieć znaczący wpływ na sukces firmy. Wraz z rozwojem technologii, pojawiają się coraz to nowocześniejsze narzędzia, które pomagają zwiększyć wydajność i redukować koszty. Jednym z takich narzędzi jest wirtualna centrala – system, który umożliwia połączenie różnych urządzeń w jedną wirtualną sieć telefoniczną.

Zwiększenie efektywności komunikacji w firmie

Wirtualna centrala to także świetne narzędzie do zwiększenia efektywności komunikacji w firmie. Dzięki niemu pracownicy mają łatwy dostęp do numerów telefonów innych pracowników i mogą przekazywać informacje bardzo szybko – w czasie rzeczywistym. Ponadto można skorzystać z takich funkcji jak przekierowanie połączeń czy rozmowy konferencyjne, znacznie ułatwiając w ten sposób pracę zespołu.

Elastyczność i mobilność w pracy dzięki wirtualnej centrali

Wiele firm decyduje się na wirtulaną centralę, ponieważ chcą być bardziej elastyczne i mobilne. Dzięki temu rozwiązaniu pracownicy mogą nawiązywać połączenia z dowolnego miejsca na świecie, korzystając z jednego numeru telefonu. Ponadto, dzięki wirtualnej centrali, można łatwo zintegrować różne systemy telefoniczne w firmie, co umożliwia szybkie przekazywanie informacji między różnymi oddziałami firmy.

Zarządzanie czasem pracy w firmie z wykorzystaniem wirtualnej centrali

Wirtualna centrala jest również świetnym narzędziem do zarządzania czasem pracy w firmie. Dzięki niemu można łatwo monitorować czas poświęcony na rozmowy telefoniczne, co umożliwia lepsze zarządzanie potencjałem zespołu  oraz redukcję kosztów. Ponadto, dzięki wirtualnej centrali, można zautomatyzować wiele procesów biznesowych, co znacznie ułatwia codzienną pracę w firmie.

Podsumowanie – warto zainwestować w wirtualną centralę

Podsumowując, wirtualna centrala to jedno z najnowocześniejszych i najbardziej skutecznych narzędzi, które można wykorzystać w biznesie. Dzięki niemu można oszczędzać na kosztach telekomunikacyjnych oraz zwiększać efektywność komunikacji w firmie. Wirtualna centrala to także idealne rozwiązanie dla firm, które chcą być bardziej elastyczne i mobilne oraz chcą zarządzać czasem pracy w firmie.

Nie bez powodu coraz więcej firm wybiera wdrożenie wirtualnej centrali. Jest to narzędzie, które pozwala na oszczędność czasu, pieniędzy oraz zapewnia wygodę i łatwość w korzystaniu z różnych funkcji telefonicznych. Świetnie sprawdza się w firmach, które działają na rynku międzynarodowym i wymagają stałej komunikacji z klientami oraz kontrahentami na całym świecie.

Wirtualna centrala to inwestycja, która szybko zwróci się z powodu oszczędności na kosztach telekomunikacyjnych oraz zwiększenia efektywności komunikacji w firmie. Jednocześnie, jej wdrożenie jest łatwe i szybkie, a system jest bardzo intuicyjny w obsłudze. Warto zainwestować w wirtualną centralę, aby zwiększyć konkurencyjność swojej firmy na rynku oraz zadbać o zadowolenie klientów i pracowników.

Codzienne zakupy w sklepach zdrożały rdr. o przeszło 20 proc. Sama żywność i napoje o nieco ponad 19 proc.

W kwietniu codzienne zakupy w sklepach były droższe średnio o ponad 20% rdr. Sama żywność i napoje rdr. zdrożały o nieco ponad 19%. Największy wzrost odnotowały karmy dla zwierząt – o blisko 49% rdr. Drugie w rankingu są warzywa z wynikiem prawie 36% rdr. Na trzecim miejscu znalazła się chemia gospodarcza ze zwyżką o prawie 28%. Na końcu zestawienia mamy produkty tłuszczowe, owoce i używki – droższe niż rok wcześniej odpowiednio o 8,5%, ponad 10% i niecałe 13%. Komentujący te dane eksperci mówią, że dynamika wzrostu cen faktycznie spada, ale też dodają, że dwucyfrowe podwyżki wciąż utrzymują się w sklepach. To oznacza, że ceny będą dalej rosły, tylko wolniej niż do tej pory. I taki stan może potrwać nawet przez najbliższych 5 lat.

Dynamika spada, ale wciąż będzie drogo

Według raportu pt. „INDEKS CEN W SKLEPACH DETALICZNYCH”, autorstwa UCE RESEARCH i Uczelni WSB Merito, w kwietniu br. codzienne zakupy były droższe średnio o ponad 20% w porównaniu z analogicznym okresem ub.r. W marcu wzrost przekroczył 23% rdr. Analiza objęła 17 kategorii i 100 najczęściej kupowanych przez konsumentów artykułów. Łącznie zestawiono ze sobą blisko 68 tys. cen. Z kolei uwzględniając tylko grupę żywność i napoje bezalkoholowe, obejmującą 13 kategorii, ceny poszły w górę średnio o nieco ponad 19% rdr.

– W analizie widać spadek tempa przyrostu cen rdr. w porównaniu z marcem 2023 roku, ale poziom z kwietnia jest prawie taki sam jak w styczniu i w lutym br. Dla mnie oznacza to stabilizację cen na wysokim, nieakceptowanym przez społeczeństwo poziomie. Biorąc jeszcze pod uwagę prognozy z Raportu o inflacji NBP z marca tego roku, musimy być przygotowani na długotrwałość wzrostu cen. Przez 4, a może nawet i 5 kolejnych lat produkty będą drożały, choć w dość wolnym tempie – komentuje prof. Marian Noga, ekonomista z Uniwersytetu WSB Merito.

Jak stwierdza Piotr Bielski, dyrektor Departamentu Analiz Ekonomicznych w Santander Bank, wzrost cen zaczął spowalniać z dwóch powodów. Po pierwsze, działają efekty statystyczne tzw. wysokiej bazy. Porównujemy obecny poziom cen z tym sprzed roku, kiedy zaczęły gwałtownie piąć się w górę. Po drugie, potaniały paliwa i niektóre inne surowce, a także umocnił się kurs złotego. To wszystko powoduje, że towary importowane stają się tańsze. Nadal jednak widać, że tzw. rozpęd cen z miesiąca na miesiąc pozostaje wysoki.

– Od strony podażowej do obniżenia dynamiki przyczyniły się głównie spadki opłat za energię, z racji wyjścia z szoku energetycznego, finalnie obniżając koszty produkcyjne. Natomiast od strony popytowej mamy konsumenta, który zmienił swoje nawyki. On rzeczywiście oszczędza pieniądze, wybierając tańsze marki własne oraz ograniczając zbyteczne wydatki. W efekcie wywiera presję na detalistów, którzy zmuszeni są do obniżania cen lub zmiany propozycji produktowej – mówi Jakub Jakubczak, analityk sektora Food & Agri z Banku BNP Paribas.

Do powyższego dr Edyta Wojtyla z Uniwersytetu WSB Merito dodaje, że dynamika wzrostu cen w sklepach nadal utrzymuje się na szkodliwym dla konsumentów poziomie. To efekt wciąż wysokich kosztów produkcji, które zostały przerzucone na klientów przy utrzymaniu marż gwarantujących producentom i sprzedawcom zyski. I jak twierdzi ekspertka, niestabilna sytuacja rynkowa i zmienne otoczenie gospodarcze wymuszają na dostawcach ustalanie zawyżonych cen. Dzięki temu mogą unikać strat np. w wyniku zmian przepisów, niedoboru surowców czy wzrostu stałych opłat. Do tego niestabilna wartość waluty krajowej podbija ceny produktów importowanych.

– Widać wyraźnie, że dynamika wzrostu cen spada, ale faktycznie dość wolno. W naszej ocenie, średnie podwyżki w sklepach przez kilka, a może nawet i kilkanaście najbliższych miesięcy wciąż będą rdr. dwucyfrowe, poza drobnymi wyjątkami. Na rynku będziemy też obserwować niekontrolowane skoki cen poszczególnych towarów, które w miarę bieżących możliwości szybko będą się stabilizować – prognozują autorzy raportu.

Ponadto prof. Noga uważa, że obniża się tempo wzrostu cen, ale nie jest to jakiś gwałtowny spadek. Wiemy też, że gospodarstwa domowe o niskich i średnich dochodach już wykorzystały na bieżące potrzeby większość swoich oszczędności. W związku z tym wyraźnie ograniczone zostały wydatki na dobra żywnościowe.

Drożyźniana „top piątka” w sklepach

Jak wynika z raportu, w kwietniu najmocniej znowu podrożały karmy dla zwierząt – o blisko 49% rdr. Zdaniem prof. Nogi, karmy dla zwierząt właśnie odnotowały szczyt cenowy. Z kolei na drugim miejscu w zestawieniu znajdują się warzywa, które podrożały o prawie 36% rdr. W obrębie tej kategorii widzimy, że np. cena cebuli rdr. poszła w górę o niecałe 130%, marchwi – o ponad 88%, a kapusty – o 32%.

– Produkcja karm nierozerwalnie wiąże się z cenami mięsa i warzyw. Te pierwsze ostatnio przestały tak szybko rosnąć, ale koszty zakupu warzyw wciąż są wysokie. Patrząc na to z perspektywy czasu, art. dla zwierząt w kolejnych miesiącach powinny stracić dużą dynamikę wzrostu, ale powrót do cen sprzed okresu drożyzny nie będzie raczej możliwy – podkreślają autorzy badania.

Z kolei w kwestii warzyw sytuacja wygląda nieco inaczej. Według Jakuba Jakubczaka wzrosty w ostatnich miesiącach wynikały z mieszanki czynników jeszcze z 2022 roku i jednorazowych wydarzeń z 2023 roku. Rekordowo wysokie koszty energii w ub. roku wpłynęły na znaczące ograniczenie produkcji szklarniowej w Polsce oraz Europie, która wspiera rynek w pierwszych miesiącach każdego roku.

– Dodatkowo atak zimy w Hiszpanii i w Afryce Północnej spotęgował braki warzyw na rynku w tym okresie. Możemy zatem spodziewać się realnych spadków cen w najbliższych miesiącach, szczególnie w sytuacji gdy na rynku pojawią się lokalne warzywa, a podaż szklarniowa i zagraniczna się odbuduje – wyjaśnia ekspert z Banku BNP Paribas.

Na trzecim miejscu w kwietniowym zestawieniu widzimy chemię gospodarczą, która podrożała o blisko 28% rdr. Na ten wynik wpływ miały przede wszystkim podwyżki cen papieru toaletowego – o ponad 63% rdr. oraz proszku do prania – o przeszło 52% rdr. Dalej w rankingu mamy nabiał – niespełna 27% rdr. oraz dodatki spożywcze – nieco ponad 26% rdr. W obrębie tej ostatniej kategorii np. majonez podrożał o prawie 52% rdr.

– To, ile płacimy za produkty chemiczne, zależy przede wszystkim od wartości energii elektrycznej. Ewentualne wyhamowanie cen jest uzależnione od regulatora państwowego. Z kolei nabiał drożeje pomimo tego, że spółdzielnie mleczarskie obniżają cenę skupu mleka, bo zaczynają notować straty. To może dawać nadzieję na to, że ceny w sklepach również wyhamują – dodaje prof. Noga.

Według autorów badania, wzrost cen w kategorii dodatków spożywczych został „nakręcony” przez majonez oraz musztardę. To mogło być wynikiem okresu przedświątecznego. Obecnie ceny tych art. powinny zacząć się stablicować. Dalej w zestawieniu mamy pieczywo ze średnim wzrostem rdr. na poziomie 25% i napoje z podwyżką prawie 19% rdr.

Tłuszcze i mięso trochę „odpuściły”

Najmniej spośród siedemnastu analizowanych kategorii rdr. podrożały produkty tłuszczowe – o 8,5%. Natomiast przedostatnie miejsce w rankingu drożyzny zajmują owoce – ponad 10% rdr. Wyżej są używki – prawie 13% oraz słodycze i desery – przeszło 13%.

– Niższa dynamika wzrostu cen produktów tłuszczowych wynika z uregulowania się rynku po stronie podaży oraz ustabilizowania cen transportu i energii. Wojna w Ukrainie, w tym utrudnienia w dostawach z tego kraju, a także sankcje nałożone na Rosję i Białoruś ograniczyły liczbę dostawców na rynku europejskim i krajowym. Ceny w tej kategorii są zwyczajowo wyższe w okresie zimowym, kiedy ogranicza się podaż jajek i masła – zaznacza dr Edyta Wojtyla.

Prof. Noga uważa, że ceny słodyczy i deserów, niebędących towarami pierwszej potrzeby, nie mają dla smakoszy większego znaczenia. I dodaje, że ekonomiści powszechnie mówią o zjawisku uniezależnienia się popytu od ceny tych produktów. Ich nabywcy to głównie ludzie dysponujący tzw. funduszem swobodnej decyzji. Od jego poziomu zależeć będzie popyt na te towary, co de facto może doprowadzić do wzrostu cen w tym obszarze.

Patrząc na pozostałe kategorie wzięte pod uwagę w badaniu, widać np. mięso i wędliny, które nie drożeją już tak mocno jak wcześniej. W kwietniu ceny poszły w górę odpowiednio o 14% i blisko 17% rdr. Dla porównania, w marcu mięso zaliczyło wzrost rdr. na poziomie ponad 22%, a wędliny były droższe o prawie 25% rdr.

– Na niższą dynamikę wzrostu cen tych kategorii względem innych przełożyło się ustabilizowanie, zaburzonej w wyniku wojny i kryzysu energetycznego, podaży pasz, leków, hodowli i usług transportowych. Jednak produkty wciąż drożeją w tempie dwucyfrowym, a więc nie należy mówić o stabilizacji, zwłaszcza gdy odniesieniem jest wysoka baza z tamtego roku. W przypadku kształtowania się cen znaczenie ma też sezonowość. W kwietniu, tuż przed Wielkanocą, zwyczajowo rosły. Klienci, nie chcąc przepłacać, zaopatrzyli się w mięso i wędliny już w marcu. Następnie po świętach, popyt spadł, co wpłynęło właśnie na wyhamowanie dynamiki wzrostu cen – podsumowuje dr Edyta Wojtyla.

Branża IT mierzy się z widmem zwolnień. Specjaliści coraz aktywniejsi na rynku pracy

Choć jak pokazują raporty rynku pracy, kandydaci z kompetencjami w obszarze nowych technologii znajdują się w czołówce tych najczęściej poszukiwanych specjalistów, na co wskazuje 27% organizacji w Polsce, to sama branża IT mierzy się aktualnie z widmem zwolnień. Jak podkreśla Justyna Mazur, liderka zespołu rekrutacji stałych z ramienia Experis, redukcje etatów są w dużej mierze konsekwencją nadmiernego przyrostu zatrudnienia podczas pandemii. Jaka jest aktualna sytuacja rynku pracy IT? Jak wobec niej zmieniła się postawa kandydatów? Dlaczego kompetencje miękkie są tak ważne u specjalistów nowych technologii?

Jak mówi Justyna Mazur, liderka zespołu rekrutacji stałych z ramienia Experis, w pierwszym kwartale 2023, branża IT mogła zwolnić już blisko 160 tysięcy pracowników na całym świecie. – Zwolnienia w organizacjach branży nowych technologii dotykają również polski rynek pracy. W dużej mierze te redukcje są konsekwencją nadmiernego przyrostu zatrudnienia podczas pandemii, kiedy to sektor zatrudniał w ciągu 12 miesięcy, tyle osób, co zazwyczaj w ciągu 2 lat. Tymczasem rynek uległ kolejnym modyfikacjom, pandemia dobiegła końca, a co za tym idzie, zakończyło się wsparcie finansowe pracodawców w formie tarcz antykryzysowych. Wszystko to przełożyło się na wyhamowanie gigantycznego popytu na usługi IT. Nie mówi się jeszcze o kryzysie, ale raczej o korekcie rynku i jego normalizacji – dodaje ekspertka.

Z drugiej jednak strony, jak pokazuje najnowsze badanie ManpowerGroup „Niedobór talentów”, wśród najczęściej poszukiwanych kompetencji u kandydatów są właśnie te z zakresu IT i analizy danych – wskazuje na nie 27% wszystkich przebadanych firm w Polsce. Biorąc pod uwagę tylko branżę IT i technologii, to o braku odpowiednio wykwalifikowanych specjalistów mówi 75% organizacji w naszym kraju. Globalnie wskaźnik ten jest jeszcze wyższy – wynosi bowiem 78%.

Umiejętności miękkie równie ważne, jak doświadczenie czy kompetencje

We wspomnianej analizie ankietowani pracodawcy zostali poproszeni o wskazanie umiejętności miękkich najtrudniejszych do pozyskania podczas rekrutacji nowych pracowników. Jak pokazuje raport, w przypadku branży IT i technologii, najbardziej deficytowe są umiejętność adaptacji oraz odporność na stres (38%), a także rzetelność i dyscyplina (35%). Brakuje osób myślących w sposób analityczny, krytyczny (27%), potrafiących działać zespołowo (25%). U kandydatów trudno znaleźć również cechy przywódcze (25%).

Jak podkreśla Justyna Mazur, to umiejętności kluczowe z punktu widzenia współczesnych organizacji, są one w dużej mierze pochodną ostatniego czasu, kiedy to home office obnażył pewne niedoskonałości oraz deficyty kompetencji wśród pracowników. – Szeroko pojęte umiejętności miękkie oraz sposób realizacji zadań są bardzo istotne również w świecie nowych technologii. Pomimo, że na pierwszy plan zwykle wysuwają się tutaj twarde umiejętności oraz kwalifikacje potrzebne do wykonywania pracy na określonym stanowisku, niejednokrotnie potwierdzane różnymi certyfikatami czy świadectwami. Firmy często są gotowe nawiązać współpracę z kandydatem, który choć nie posiada określonych umiejętności twardych, to wykazuje się odpowiednią postawą, cechami sprzyjającymi budowaniu efektywnych zespołów. Takie osoby w organizacji pomagają tworzyć otwarte środowisko pracy, a co za tym idzie, także budować przewagę konkurencyjną na rynku. Świetny specjalista w swojej dziedzinie, ale bez na przykład umiejętności sprawnej komunikacji, współpracy z innymi nie będzie efektywny w swojej pracy. Pracodawcy mają świadomość tego, że łatwiej będzie im nauczyć pracownika umiejętności twardych, niż zmienić jego postawę, czy określone zachowania. Dlatego też w ostatnich latach jeszcze bardziej wzrasta znaczenie kompetencji miękkich. Ich rozwój to długotrwały, wymagający proces. Kształtowanie umiejętności społecznych i interpersonalnych wymaga bowiem otwartości, motywacji, a także zaangażowania – dodaje ekspertka.

Specjalista IT coraz bardziej aktywny na rynku pracy

Zdaniem ekspertki z ramienia Experis, choć pracodawcy liczą, że aktualna sytuacja w branży przyczyni się do wyhamowania presji płacowej, to jednak kandydaci niechętnie rewidują swoje wymagania. – Dzieje się to jedynie w przypadku, gdy dana osoba jest aktualnie bez pracy, wówczas jest gotowa do większej elastyczności finansowej. Zatrudnienie w oparciu o umowę o pracę zyskuje wielu nowych zwolenników po stronie pracowników. Doceniają oni bowiem poczucie stabilności i dodatkowe zabezpieczenia wynikające z tej formy współpracy. Tymczasem pracodawcy ostrożniej podchodzą do tworzenia nowych miejsc pracy, obawiając się niepewnej sytuacji gospodarczej. Zauważamy również zmianę postawy specjalistów z sektora IT, którzy coraz częściej aktywne poszukują ofert zatrudnienia. To dość nowa sytuacja dla tego sektora, w którym dominował profil pasywnego kandydata, którego to rekruter próbował zainteresować nową ofertą zawodową – podsumowuje Justyna Mazur.

Inflacja w USA kolejny raz poniżej oczekiwań!

Inflacja za kwiecień wyniosła w USA 4,90% r/r wobec oczekiwań analityków na poziomie 5,00%. W skali miesiąc do miesiąca ceny wzrosły natomiast jedynie o 0,40%, zgodnie z oczekiwaniami rynku. Inflacja kolejny raz spada i zaskakuje pozytywnie. Na ostatnim posiedzeniu FED-u przestano posługiwać się frazą o konieczności kolejnych podwyżek stóp. Może to oznaczać, że ostatnia podwyżka była dosłownie ostatnią i do tego niewielką (25 pb.). Ten odczyt inflacyjny jest kolejnym argumentem przemawiającym za zakończeniem cyklu podwyżek. A na horyzoncie coraz wyraźniej widzimy pierwsze obniżki. Indeksy giełdowe zareagowały wzrostem, a dolar osłabieniem względem podstawowych walut. Mamy książkowe utwierdzeniu rynku, który już wita się z pivot-em FED-u.

Szymon Gil – Makler Papierów Wartościowych Domu Maklerskiego Michael/Ström

Stopy procentowe w Polsce bez zmian

RPP kolejny raz utrzymała stopy procentowe w Polsce bez zmian. Bez zaskoczeń. Informacja po posiedzeniu to natomiast praktycznie kopiuj-wklej z ostatniego posiedzenia RPP. Zdaniem rady do spadku inflacja będzie się przyczyniać „osłabienie tempa wzrostu PKB, w tym konsumpcji następujące w warunkach istotnego obniżenia dynamiki kredytu”, spadek cen surowców i inflacji producenckie PPI oraz umacnianie się złotówki.

Natomiast inflacja będzie maleć stopniowo, ponieważ wcześniejsze szoki, zdaniem RPP są i były poza kontrolą NBP. RPP zwraca też uwagę, że EBC i FED podniosły ostatnio stopy, ale kraje naszego regionu utrzymują je na niezmienionych poziomach. Przy tej okazji warto zaznaczyć, że inflacja w strefie euro jest dwukrotnie niższa niż w Polsce (7,00%), a w USA 3x niższa (4,90%), ale to w Polsce przedstawiciele RPP zaczęli wspominać o pierwszych, możliwych obniżkach. FED rzeczywiście prawdopodobnie zakończył cykl podwyżek, EBC zapowiada kolejne.

Szymon Gil, Makler Papierów Wartościowych, Michael / Ström Dom Maklerski

Ile poczekamy na obniżkę stóp?

RPP, zgodnie z przewidywaniami, nie zmieniła wysokości stóp procentowych. Cel inflacyjny osiągniemy dopiero w 2025 roku, a pierwsza obniżka stóp jest możliwa dopiero w 2024 roku. Okres oczekiwania na obniżkę stóp będzie rekordowo długi, podczas trzech ostatnich cykli wynosił bowiem przeciętnie pół roku. W USA ten okres wynosił 7 miesięcy.

Rada Polityki Pieniężnej, zgodnie z przewidywaniami, nie zmieniła wysokości stóp procentowych. Ostatni raz stopy podniesiono we wrześniu 2022 roku. Od tego czasu trwa pauza w podwyżkach, choć cykl właściwie został już zakończony. Obecnie najbardziej prawdopodobny scenariusz ekonomiczny to pierwsze obniżki stóp najwcześniej w 2024 roku. Kluczową zmienną dla wysokości stóp pozostaje inflacja, która w kwietniu spadła do 14,7 proc r/r. Jednak obecny spadek to głównie efekt statystyczny, a ceny cały czas rosną. Według obecnej projekcji NBP zejście do celu inflacyjnego wynoszącego 2,5 proc. nastąpi dopiero w 2025 roku.

W zeszłym tygodniu doszło do podwyżki stóp w USA – zostały one podniesione o 0,25 pp. do przedziału 5-5,25 proc. Zgodnie z przewidywaniami rynku, jest to ostatnie podwyżka, obecnie wyceniane są już pierwsze obniżki stóp. Rynek przewiduje, że do pierwszej obniżki stóp może dojść nawet już we wrześniu br. Od 1970 roku, przeciętny okres od ostatniej podwyżki stóp do pierwszej obniżki to właśnie 4 miesiące, choć w ciągu 3 ostatnich cykli jest to przeciętnie 7 miesięcy.

W Polsce okres pomiędzy ostatnią podwyżką stóp a pierwszą obniżka będzie w tym cyklu rekordowo długi. Już od ostatniej podwyżki minęło 8 miesięcy, a pierwszych obniżek spodziewamy się najwcześniej w roku 2024. Podczas poprzednich cykli podwyżek, te okresy były znacznie krótsze. W roku 2012, okres miedzy ostatnia powyżką a pierwszą obniżką wyniósł 6, w 2008 roku – 5, a w 2005 roku – 7 miesięcy. Czyli przeciętnie było to pół roku.

Paweł Majtkowski, analityk eToro w Polsce

RPP bez zaskoczenia. Stopy bez zmian, ale złoty zyskuje

Nie było możliwości zaskoczenia podczas dzisiejszej decyzji o wysokości stóp procentowych. RPP utrzymuje stopy procentowe bez zmian i główna stopa wynosi 6,75%. Oczywiście dla rynków finansowych ważniejsza będzie konferencja prasowa na której być może dojdzie do jakiejś większej sygnalizacji możliwych obniżek na koniec roku, biorąc pod uwagę dosyć pozytywne zaskoczenie ostatnim odczytem inflacji.

Oczywiście inflacja pozostaje wysoka i za kwiecień wyniosła ona 14,7% r/r. Niemniej jeśli inflacja spadłaby do poziomu jednocyfrowego, nie można wykluczyć, że dyskusja w RPP na temat obniżek rozpocznie się. Ostatnio takie sugestie płynęły ze strony dwóch członków RPP: Dąbrowskiego oraz Wnorowskiego, który jednocześnie sugerowali, że Rada może rozpocząć dyskusję po sierpniu (wtedy to mamy jednodniowe niedecyzyjne posiedzenie). Na ten moment rynek wycenia ponad 40 punktów bazowych obniżki do końca roku i 75 punktów bazowych w perspektywie roku. Konsensus Bloomberga czy PAP-u nie daje szans na obniżkę w tym roku, ale konsensus sporządzany przez Obserwator Finansowy daje już szanse na cięcie stóp na koniec tego roku. Kluczowa dla tej decyzji będzie oczywiście inflacja, która musi spaść do poziomu jednocyfrowego.

Pod względem inflacji najbardziej ciekawy powinien być czerwiec oraz lipiec, kiedy ceny benzyny przekraczały 7,5 zł za litr, a czasami przekraczały nawet 8 zł. Wobec tej wysokie bazy, spadek inflacji w tych miesiącach w tym roku powinien być dosyć spory. Dodatkowo ceny gazu były najwyższe w historii w sierpniu zeszłego roku, dlatego trend spadku inflacji powinien być kontynuowany przynajmniej przez całe wakacje.

Dzisiaj komunikat po decyzji o 16:00, a jutro konferencja prasowa RPP o godzinie 15:00, podczas której jest szansa na nieco więcej sygnałów dotyczących przyszłych zmian. Z drugiej strony inflacja pozostaje wysoka, dlatego konkretne sygnały mogą nadejść po lub w trakcie miesięcy wakacyjnych. Złoty jest dzisiaj nadmiernie mocny i do dolara zyskuje nawet 1%, co wynika z niskiego odczytu inflacji w USA. Za dolara płacimy 4,11 zł, natomiast za euro nieco ponad 4,52 zł.

Autor: Michał Stajniak CFA, starszy analityk XTB

Sprzedaż faktur. Potencjał rynku faktoringowego w Polsce

Z danych Polskiego Związku Faktorów wynika, że w ubiegłym roku przedsiębiorstwa przekazały do sfinansowania niemal 24 mln faktur. To wzrost o 13% w ujęciu r/r. Jeszcze w 2021 roku pułap ten wyniósł 21,1 mln. Rynek faktoringu w Polsce odnotował natomiast wzrost o 27%, osiągając rekordową wartość 460 mld zł.

Potencjał sektora faktoringowego sukcesywnie rośnie. Firmy poszukują szybkiego dostępu do gotówki, a także uwolnienia środków z wystawionych faktur. Faktoring pozwala im zarządzać płynnością finansową i prowadzić bieżącą działalność przy zachowaniu pełnego komfortu finansowego.

Ubiegły rok to zakończenie rządowego wsparcia płynnościowego, jakie towarzyszyło przedsiębiorcom od 2020 roku. W efekcie w wielu przedsiębiorstwach zniknęła tzw. poduszka finansowa i nastąpił wzrost zapotrzebowania na kapitał obrotowy. Największy wpływ na rozwój rynku miała galopująca inflacja. Faktoring w sposób naturalny stał się remedium na piętrzące się problemy.

Kredyt kupiecki, z punktu widzenia kupującego, jest najtańszym kredytem – bez kosztów i bez zabezpieczeń. Do tego jest udzielany przez innego przedsiębiorcę, z którym ma relacje handlowe. Natomiast dla sprzedającego, który takiego kredytu udziela, jest to wejście w obszar zarezerwowany dla pożyczkodawców. Nie każdy sprzedający posiada wystarczającą wiedzę i umiejętności, aby móc ocenić ryzyko braku zapłaty przez kupującego. W dodatku sprzedający już w dniu sprzedaży jest pewny, że powstałe zobowiązanie podatkowe trzeba będzie uregulować na czas, w nienegocjowalnym terminie. Aby zadbać o swoją płynność finansową oraz pozbyć się ryzyka braku zapłaty przez odbiorcę, warto zainteresować się faktoringiem – mówi Paweł Nowak, członek zarządu BNP Paribas Faktoring.

Ostatnie lata to dla przedsiębiorców bezprecedensowy okres dynamicznych zmian, nowych szans i zagrożeń. W konsekwencji zaburzenia łańcucha dostaw, dostęp do środków produkcji czy handlu stał się nowym elementem w układance ryzyk prowadzenia firmy. Po szoku związanym z wybuchem wojny w Ukrainie, pojawił się wzmożony wzrost inflacji, który dodatkowo napędził zapotrzebowanie na kapitał obrotowy. W ubiegłym roku prawie każdy przedsiębiorca troszczył się o zabezpieczenie zapasów. Po to, aby móc prowadzić działalność w obawie przed brakiem dostępu do towarów lub zadbać o rentowność swojej firmy. Budowanie zapasów było ucieczką od spodziewanych podwyżek. Ten proces ogromnie wpłynął na rynek finansowy. Aby zrozumieć skalę wzrostu potrzeb na rynku w obszarze krótkoterminowych źródeł finansowania, warto zwrócić uwagę, że sam BNP Paribas Faktoring na koniec 2022 roku zakupił faktury o wartości 8,4 mld złotych, co oznacza 50% wzrost w ujęciu r/r. Wartość obrotów faktoringowych wzrosła w roku 2022 aż o 63%.

W najbliższych kwartałach możemy spodziewać się kolejnych wzrostów, natomiast ich dynamika powinna być już mniejsza niż w ostatnich 2-3 latach. Wynika to z wysokiej inflacji oraz niskiego poziomu optymizmu wśród przedsiębiorców i konsumentów. Dodatkowo, ograniczeniem wzrostu są wysokie stopy procentowe, spowolnienie gospodarcze oraz niepewność makroekonomiczna – podsumowuje Paweł Nowak.

Aby podążać za zwiększającą się skalą biznesu, firmy faktoringowe zdecydowanie postawiły na cyfrową transformację oraz digitalizację. Procesy obsługi klientów zostały zoptymalizowane, a korzystanie z usługi stało się bardziej komfortowe i wygodne. Biznes w znacznej części przeniósł się z kanałów tradycyjnych do szeroko pojętego kontaktu online. Przedsiębiorcy mają możliwość zawierania umów zdalnie, przez Internet, wdrażane są szybkie płatności oraz automatyzacja w obszarze rozliczeń. Drastycznemu skróceniu uległ czas oczekiwania na środki. Dziś przedsiębiorcy mogą otrzymać środki za fakturę już w ciągu godziny po jej wystawieniu.

RPP utrzymuje poziom stóp procentowych – czy to definitywny koniec cyklu podwyżek?

Rada Polityki Pieniężnej kolejny miesiąc utrzymała stopy procentowe
na niezmienionym poziomie. Ostatnia zmiana stóp procentowych miała miejsce dokładnie 8 miesięcy temu – we wrześniu 2022 roku. Główna stopa referencyjna NBP w maju nadal wynosić będzie 6,75 proc. Czy to definitywny koniec podwyż
ek? Decyzje RPP komentuje główny ekonomista Business Centre Club prof. Stanisław Gomułka.

Tak jak przewidywało większość analityków, w tym główny ekonomista Business Centre Club Stanisław Gomułka Rada Polityki Pieniężnej (RPP) podczas majowego posiedzenia po raz kolejny pozostawiła stopy procentowe NBP na niezmienieniom poziomie. Według ekonomistów taki stan rzeczy będzie miał miejsce przez kolejne miesiące i oznaczać może zakończenie cyklu podwyżek. Podobnie jak w ubiegłych miesiącach referencyjna stopa wynosić będzie w maju 6,75% proc., a pozostałe stopy w skali rocznej: stopa lombardowa – 7,25%, stopa depozytowa 6,25%, stopa redyskontowa weksli 6,80%, a stopa dyskontowa weksli 6,85%.

– Tak jak większość analityków przypuszczało RPP utrzymała stopy procentowe na dotychczasowym poziomie, w szczególności stopę referencyjną NBP. Decyzja jest więc zgodna z konsensusem rynkowym. Jest ona kluczowa ze względu na to, że wpływa bezpośrednio na koszt kredytu. W najbliższych miesiącach koszt pieniądza pozostanie więc bez zmian na najwyższym od 2002 r. poziomie. W mojej ocenie, ale także w ocenie analityków rynku taka sytuacja będzie miała miejsce przez kolejne miesiące. – wskazuje prof. Stanisław Gomułka.

Polska polityka pieniężna kontra „świat”

W ubiegłym tygodniu najważniejszym wydarzeniem dla rynków były decyzje Rezerwy Federalnej USA (FED) oraz Europejskiego Banku Centralnego (EBC) w sprawie poziomu stóp procentowych. Światowe banki centralne skupiają się przede wszystkim na ograniczaniu poziomu inflacji oraz sprowadzeniu inflacji do celu inflacyjnego 2%. Inflacja
w USA wynosi obecnie 5 proc., w strefie euro jest to zaś 7 proc.

W poprzednią środę amerykańska Rezerwa Federalna zdecydowała o kolejnej podwyżce stóp procentowych o 0,25 pkt proc. Jako powód podwyżki wskazano wciąż utrzymującą się wysoką inflację, powyżej celu FED. Poziom stóp procentowych w USA jest obecnie najwyższy od 2007 roku i jest to dziesiąta z rzędu podwyżka i trzecia z rzędu o 25 punktów bazowych. Po majowej podwyżce stopa funduszy federalnych w USA przewyższyła inflację CPI. Majowa decyzja jest zgodna z oczekiwaniami rynku, analitycy podkreślają także,
że decyzja może zakończyć trwający cykl podwyżek. Decyzje w sprawie stóp procentowych podjął także EBC, w miniony czwartek podniósł stopy o 25 punktów bazowych, uzasadniając to faktem, że inflacja zbyt długo pozostaje na podwyższonym poziomie. Po podwyżce stóp procentowych stopa depozytowa wynosi 3,25% i jest to najwyższy poziom od 2008 roku.

Zdaniem głównego ekonomisty BCC prof. Stanisława Gomułki:

– Banki centralne krajów ekonomicznie zaawansowanych (USA, UE, UK), podnosząc
w ostatnich 2-3 miesiącach stopy procentowe, utrzymują je na poziomie niewiele niższym niż inflacja, pomimo tego, że inflacja w tych krajach jest dużo niższa niż w Polsce. Strategia tych bank
ów to sprowadzenie inflacji stosunkowo szybko do celu inflacyjnego, który tam wynosi nie więcej niż 2%. W świetle podejmowanych decyzji RPP ma ewidentnie inny cel strategiczny na lata 20023 i 2024: obniżyć inflację w tym roku do około 10-12%,
a w przyszłym do około 5-7%. Dokładnie taka jest też ostatnia prognoza MFW dla Polski. Problemem dla RPP może być prognoza MFW wzrostu PKB w roku 2023: dla Polski 0,3%, dla kraj
ów zaawansowanych 1,3%, dla krajów doganiających 3.9%. Niemal recesyjna sytuacja gospodarcza powinna przekładać się na wzrost stopy bezrobocia i w konsekwencji na spadek presji płacowej. Ale jak dotąd takich zmian nie obserwujemy. W tej sytuacji prawdopodobieństwo podniesienia stóp procentowych NBP w najbliższych kilkunastu miesiącach jest niewielkie, praktycznie bliskie zeru. Opinie większości członków RPP są jednak teraz zróżnicowane na temat czy i ewentualnie, kiedy obniżyć stopy procentowe. Prawdopodobieństwo takiej decyzji też wydaje się w najbliższych kilku miesiącach bliskie zeru.

Krakowski rynek biurowy I kw. 2023 r.

Dwa nowe obiekty powiększyły zasoby krakowskiego rynku biurowego o ponad 42 000 m kw. Nowa podaż w Krakowie była najwyższym wynikiem odnotowanym w miastach regionalnych. Jednocześnie, aktywność deweloperów względem realizowanych obecnie projektów jest czterokrotnie niższa w porównaniu do okresu przed 2020 rokiem.

Kraków niezmiennie utrzymuje pozycję lidera wśród rynków regionalnych pod kątem zasobów powierzchni biurowej, które na koniec marca 2023 roku wyniosły 1,75 mln m kw. W pierwszym kwartale roku do użytku oddano dwa budynki biurowe: Ocean Office Park B (Cavatina Holding) oraz Fabryczna Office Park B5 (Inter-Bud) o łącznej powierzchni ponad 42 000 m kw. Dostarczone na rynek zasoby stanowiły ponad 62% nowej podaży, a osiągnięty wynik był najwyższym spośród miast regionalnych.

„Na koniec marca w budowie było zaledwie 67 600 m kw. powierzchni, z czego 90% ma zostać ukończone jeszcze w 2023 roku. W porównaniu z latami przedpandemicznymi jest to wynik ponad czterokrotnie niższy, kiedy to w realizacji pozostawało około 250 000 – 300 000 m kw.,” – komentuje Katarzyna Bojar, Konsultant w dziale badań rynku w Knight Frank.

Do największych realizowanych obiektów należą: Kreo (23 000 m kw., Ghelamco Poland) oraz Mogilska 35 (13 500 m kw., Warimpex), których oddanie do użytkowania planowane jest na II kw. 2023 roku.

„Aktywność krakowskich najemców w pierwszym kwartale roku pozostawała na stosunkowo stabilnym poziomie. Od stycznia do marca firmy zawarły transakcje najmu powierzchni biurowej na blisko 38 400 m kw., co było wynikiem wyższym o prawie 10% w porównaniu do analogicznego okresu w 2022 roku. Warto dodać, że był to drugi najwyższy wynik, który stanowił blisko 22% całkowitego wolumenu transakcji zawartych w miastach regionalnych. Z naszych analiz wynika, że w badanym okresie dominowały nowe umowy, które złożyły się na 59% całkowitego popytu. Na kolejnych miejscach znalazły się renegocjacje – 34% i ekspansje – 7%,”dodaje Aleksandra Markiewicz, Associate Director w dziale reprezentacji najemcy w Knight Frank.

„Odnotowana w I kwartale 2023 roku relatywnie wysoka nowa podaż wpłynęła na wzrost współczynnika pustostanów, który na koniec marca 2023 roku wyniósł 17,4%. W porównaniu do końca 2022 roku wzrost wyniósł 1,4 pp. i na chwilę obecną jest to drugi najwyższy wynik spośród miast regionalnych, ” – komentuje Katarzyna Bojar, Konsultant w dziale badań rynku w Knight Frank.

Czynsze wywoławcze w Krakowie na koniec marca 2023 roku pozostają na stabilnym poziomie wahając się od 10,00 EUR do 16,00 EUR za m kw. miesięcznie. Utrzymujące się wysokie koszty budowy, a także wciąż wysokie koszty obsługi kredytów budowlanych hamują możliwości negocjacyjne inwestorów, dlatego zwłaszcza w nowych budynkach możliwy jest dalszy wzrost stawek czynszów.

Jednocześnie, ze względu na rosnące koszty mediów i usług, zauważalny jest również wzrost stawek opłat eksploatacyjnych, które na koniec marca 2023 roku w Krakowie wahały się od 15,00 do 25,00 PLN/m kw./miesięcznie.