Zapracowany jak polski rodzic

Pandemię COVID-19 w sposób szczególny odczuły osoby opiekujące się dziećmi. Jak wynika z badania „People at Work 2021: A Global Workforce View” przeprowadzonego przez firmę ADP, co trzeci polski rodzic został zmuszony w ubiegłym roku do kompromisu pomiędzy pracą a życiem rodzinnym. Zachowanie tzw. work-life balance w czasie pandemii COVID-19 stanowi największe wyzwanie dla co piątego ankietowanego.

Gdy w marcu ubiegłego roku zamknięte zostały placówki oświatowe, nikt jeszcze nie zdawał sobie sprawy, jak dużym wyzwaniem okaże się pandemia koronawirusa dla rodziców. Opieka nad dziećmi uczącymi się w trybie zdalnym, łączona z koniecznością wykonywania obowiązków służbowych, wywołała nie tylko dodatkowy stres, ale także szereg komplikacji w organizacji życia zawodowego. Firma ADP, świadcząca globalne usługi kadrowo-płacowe, sprawdziła, z jakimi wyzwaniami musieli radzić sobie opiekunowie dzieci oraz co było dla nich najtrudniejsze.

Praca po pracy i w weekendy

Dane z badania „People at Work 2021:  A Global Workforce View” wskazują, że aż 22 proc. opiekunów, w czasie pandemii pracowało więcej niż wynika to z ich umowy z pracodawcą. 15 proc. rodziców przyznało też, że zdarzało im się pracować dodatkowo w weekendy lub dni wolne od pracy. Z kolei aż 25 proc. ankietowanych opiekunów podejmowało w pracy dodatkowe zadania. Z badania ADP wynika również, że duża część pracowników została zmuszona do kompromisu między rodziną a pracą. Tego zdania jest aż 36 proc. osób sprawujących opiekę nad dziećmi, w tym 38 proc. matek oraz 34 proc. ojców. 18 proc. spośród ankietowanych rodziców traktuje godzenie potrzeb rodzinnych i zawodowych jako największe wyzwanie związane z pandemią. Wyższy odsetek zanotowano tylko w przypadku utrzymania zdrowia (24 proc.) oraz zarządzania stresem (20 proc.).

Praca w trybie zdalnym niesie za sobą wiele konsekwencji. W przypadku rodziców, którzy muszą opiekować się dziećmi, rozgraniczenie życia prywatnego od zawodowego jest jednym z największych wyzwań. Nakładana przez pracodawców presja oraz oczekiwania realizacji powierzonych zadań w takim samym stopniu jak przed pandemią, powodują konieczność pracy poza standardowymi godzinami. Niestety, często jednak odbija się to negatywnie na motywacji i efektywności pracowników – mówi Anna Barbachowska, szefowa pionu zarządzania zasobami ludzkimi w ADP Polska.

Rosnąca rola menadżerów

W sytuacji, gdy niemal z dnia na dzień pracownicy musieli przestawić się w tryb pracy zdalnej, kluczową rolę odgrywają menadżerowie i szefowie zespołów. To w dużej mierze od nich zależy utrzymanie wysokiego poziomu motywacji i zaangażowania, troska o dobry przepływ informacji czy równomiernie rozkładanie zadań. Wyniki badania ADP wskazują, że 33 proc. polskich rodziców uważa, że ich przełożeni nie pozwalają zachowanie elastyczności, nawet jeśli jest to określone zasadach firmy.

Wiele firm wdrożyło oficjalne reguły dotyczące pracy zdalnej. Jednak ich realizacja i skuteczność zależą od kadry kierowniczej. Wyniki badania pokazują, że w większości przedsiębiorstw wskazane byłoby położenie nacisku na wzmacnianie umiejętności zarządzania zespołami na odległość. Z raportu wynika, że zaledwie 15 proc. pracowników- rodziców preferuje formę i czas pracy, z którą mieli do czynienia podczas szczytu pandemii
– podkreśla Anna Barbachowska. I dodaje – Pracownicy, którzy są poddani dużej presji,
a jednocześnie nie otrzymują wsparcia od swoich przełożonych, nie tylko stają się mniej efektywni, ale również bardziej podatni na wypalenie zawodowe. Wsparciem dla nich może być na przykład zmiana podejścia do oceny pracy. W ADP zamiast oceny twardych dokonań
i skomplikowanych mierników, skupiamy się na miękkich „elementach”. Pracownicy co tydzień wypełniają ankietę, w której m.in. dzielą się swoimi przemyśleniami, pisząc o tym co im sprawiło radość w pracy w mijającym tygodniu ale także jakiej pomocy oczekują ze strony swojego przełożonego Biorąc pod uwagę, jak dużym wyzwaniem w czasach COVID-19 jest zarządzanie zespołami, chcemy aby pracownicy mieli jak najwyższy komfort pracy i mogli na bieżąco adresować swoje potrzeby.

Bardzo dobre wyniki spółek za pierwszy kwartał

Powoli  możemy  już  podsumować  sezon  prezentacji  wyników  za  pierwszy kwartał 2021 roku. Wyniki okazały się bardzo dobre zarówno w USA jak i w Europie.

Z indeksu S&P500 wyniki przedstawiły 474 spółki. Aż 401, czyli 78 proc. przedstawiło wyniki powyżej swoich prognoz, 55 nie osiągnęło planowanego poziomu zysku, a 18 zaraportowało zgodnie z prognozami. Najwyższy odsetek spółek z wynikami powyżej oczekiwań zanotowaliśmy w branży finansowej – 92 proc. Najniższy – 60 proc. w branży nieruchomości. 244 spółki (51,6 proc.) zanotowały wzrost wskaźnika zysku na jedną akcję (EPS) wobec pierwszego kwartału 2020.

Proces publikacji wyników w Europie jest wolniejszy. Z indeksu STOXX 600 zyski za pierwszy kwartał przedstawiły 263 spółki. 192 spółki (73 proc.) przedstawiły zyski powyżej oczekiwań, 63 (24 proc.) poniżej, a 8 zgodnie z prognozami. Wzrost zysku w pierwszym kwartale wynosi dla zaraportowanych wyników spektakularne 92,8 proc. r/r.

To pokazuje, że mimo utrzymujących się daleko idących skutków pandemii, w USA i Europie większość firm jest w lepszej kondycji niż tego oczekiwał rynek. Przy tak solidnych wynikach spółki powinny być w stanie wykorzystać optymistyczne perspektywy wzrostu gospodarczego, które wskazują odczyty PMI.

Paweł Majtkowski, analityk eToro na polskim rynku

Rajdowcy R-Six Team znowu na morzu! Robert Szustkowski liderem zespołu

Już wkrótce, w dniach 1 – 5 czerwca 2021 zespół R-Six Team weźmie udział w prestiżowych regatach Loro Piana Superyacht Regatta, które odbędą się w Porto Cervo na Sardynii. Do startu zaproszono tylko czternaście załóg z całego świata, a wśród nich po raz pierwszy w historii jacht z Polski – 20-metrowy katamaran R-Six typu HH66. Liderem zespołu jest polski żeglarz, kierowca rajdowy i podróżnik Robert Szustkowski.

Jesteśmy niezwykle dumni z zaproszenia to tego prestiżowego grona – mówi Robert Szustkowski. Kierowca podkreśla, że to zaszczyt i dowód uznania dla osiągnięć R-Six Team w ostatnich latach. –  Zrobimy wszystko, aby pokazać się z jak najlepszej strony, reprezentując barwy naszego kraju. Trzeba jednak pamiętać, że konkurencja będzie niezwykle silna. Będziemy musieli stawić czoła najlepszym żeglarzom naszego globu na najszybszych jachtach. Nasza 20-metrowa łódka należy do najmniejszych na liście zgłoszeń, a spodziewane w czasie regat na wodach w rejonie Sardynii silne wiatry nie będą nam sprzyjać. Pomimo to, jesteśmy dobrej myśli i nie możemy już doczekać się startu.

Po raz pierwszy dopuszczono w Loro Piana Superyacht Regatta jachty wielokadłubowe, dzięki czemu na starcie stanie całkowicie polski zespół dysponujący taką konstrukcją. Jacht zwodowano w stoczni Hudson Hakes w 2016 roku, a autorem projektu jest renomowana kalifornijska pracownia Morrelli & Melvin Design and Engineering.

R-Six Team to polski zespół specjalizujący się w dwóch dyscyplinach sportu: w żeglarstwie oraz rajdach terenowych. W obydwu ma na swoim koncie wiele sukcesów. W ciągu minionych pięciu lat, od momentu zwodowania jacht R-Six startował w 14 edycjach wielkich regat na całym świecie, kończąc wszystkie na podium! Do największych sukcesów należą między innymi trzy kolejne zwycięstwa (2017 – 2019) w Antigua Sailing Week, wygrana w Multihull Cup w 2016 oraz drugie miejsce w Fastnet Race w 2017.

Źródło: R-Six Team

Indeksy koniunktury rosną

Menedżerowie do spraw zakupów spodziewają się wyraźnego odbicia w gospodarce. Kolejny raz widzimy wzrost optymizmu we wskaźnikach PMI. W USA osiągnęliśmy nawet bardzo rzadko widywane przekroczenie poziomu 70 punktów.

Dobra koniunktura w Europie

Piątkowe dane z indeksów PMI pokazały, że optymizm ankietowanych menedżerów nie spada. Co więcej, z odczytu na odczyt jest coraz lepiej. Z drugiej strony, patrząc na to co było rok temu, nie można się dziwić, że wielu z nich patrzy optymistycznie w przyszłość. Dotyczy to również subindeksu dla usług, który przez lockdowny w Europie był znacznie słabszy niż chociażby w Wielkiej Brytanii, czy w USA. Dane te jednak nie miały większego wpływu na rynki walutowe. Zostały opublikowane przy jednych z najwyższych poziomów euro względem dolara ostatnich miesięcy.

Jeszcze lepsze dane zza oceanu

Dane z USA okazały się jeszcze lepsze od tych z Europy, w rezultacie dolar odzyskał w piątek trochę wartości względem głównych walut. Na szczególną uwagę zasługuje indeks dla usług, który przekroczył 70 punktów, pomimo oczekiwań na 64,5 punktu. Tak wysokie poziomy tego wskaźnika są absolutną rzadkością i pokazują rzadko spotykaną przewagę optymistów wśród ankietowanych. Pewnym zawodem była sprzedaż domów na rynku wtórnym, która okazała się nie tylko niższa od oczekiwań, ale też najniższa od roku. Z drugiej strony, przez rok przed pandemią nie było tak dobrego miesiąca jak ten.

Wzrost produkcji przemysłowej

Osiągane obecnie wysokości pewnych wskaźników są absurdalne. Dobrym przykładem jest 44,5% wzrostu produkcji przemysłowej w Polsce. Należy przypomnieć, że rok temu mieliśmy spadek o 24,6%. W rezultacie mówimy o wzroście łącznym poniżej 9% w dwa lata. Ta informacja nie brzmi nawet porównywalnie dobrze. Z drugiej strony, pomimo tego, co się wydarzyło, mamy wzrosty, to też dobra wiadomość. Na tyle dobra, że inwestorzy znów patrzą przychylnym okiem na złotego, który się umacnia, a euro kosztuje już mniej niż 4,50 zł.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Otwarcie branży gastronomicznej, turystycznej i hotelarskiej przełoży się na wzrost wydatków na reklamę alkoholu

  • Wydatki na reklamę alkoholu na 12 kluczowych rynkach* wzrosną z 6,7 mld USD w 2020 r. do 7,7 mld USD w 2023 r.
  • Marki alkoholowe wydają na reklamę w telewizji dwa razy więcej niż marki w innych kategoriach, jednak ze względu na malejącą widownię estymowany jest roczny spadek wydatków telewizyjnych w kategorii o 2,4%
  • Producenci napojów alkoholowych szybko przestawili się na tworzenie własnych treści online, aby konsumeci nadal mogli poszerzać swoje doświadczenia z marką, co zwykle jest głównym czynnikiem wzrostu sprzedaży
  • Reklama cyfrowa będzie stanowić 30% wydatków na reklamę alkoholu w 2023 r., w porównaniu z 21% w 2019 roku

Business Intelligence Alcohol socialsWydatki na reklamę napojów alkoholowych na 12 kluczowych rynkach* wzrosną o 5,3% w 2021 r., wyprzedzając tym samym wzrost całego rynku reklamowego o 4,9%. Marki będą odrabiać straty po gwałtownym spadku w 2020 r. – wynika z raportu Business Intelligence – Alcohol: Beer + Spirits opublikowanego przez agencję mediową Zenith. Reklama alkoholu będzie następnie rosła mniej więcej równo z całym rynkiem, z wynikiem na poziomie 4%-5% rocznie w 2022 i 2023 roku.

Patrząc z perspektywy rynku polskiego to piwo w największym stopniu wpływa na dynamikę całej kategorii alkoholowej, ponieważ stanowi blisko 87% wolumenu wszystkich napojów alkoholowych. Ubiegły rok nie był łaskawy dla kategorii piwnej w Polsce z oczywistych względów. Podwyżka akcyzy oraz negatywne skutki w postaci zamrożenia branży gastronomicznej i braku imprez masowych były odczuwalne i zaowocowały spadkiem wolumenu o 1,6%, aczkolwiek przy wzroście wartościowym o 3,1%, co tłumaczyć należy m.in. premiumizacją i popularnością specjalności czy piw bezalkoholowych (dane Nielsen).

Estymujemy, że w Polsce wydatki reklamowe za 2020 r. (net po rabatach) w kategorii spadły o 12% rdr, co podyktowane było nie tylko względami biznesowymi, ale również koniecznością przesunięcia lub przeformułowania niektórych kampanii marketingowych, których osią komunikacyjną były duże wydarzania sportowe (np. Euro 2020) lub muzyczne.

Pandemia wymusiła globalne przeniesienie budowania doświadczenia marek alkoholowych do internetu

Marki alkoholowe często nie mogą bezpośrednio zachęcać do konsumpcji własnych produktów. Z drugiej strony, spożywanie alkoholu jest głęboko zakorzenione w kulturze każdego kraju i zdaje się, że szybko się to nie zmieni. Wobec tego marki rozwijają się przez proces premiumizacji, czyli nakłaniania konsumentów do picia trunków o lepszej jakości, zamiast większej ilości. Jest to coś, w czym marki napojów wysokoprocentowych odniosły większy sukces niż producenci piwa. Zgodnie z danymi Euromonitor International, konsumpcja zarówno piwa, jak i napojów spirytusowych nie zmieniła się znacznie między 2016 a 2019 rokiem, ale wartość sprzedaży piwa rosła o 3% rocznie, podczas gdy sprzedaż napojów spirytusowych wzrosła o 7%.

Business Intelligence Alcohol socials0

Premiumizacja oznacza przekonywanie konsumentów do wyboru produktów o wyższej wartości, które zapewniają lepsze doświadczenia, przez budowanie wizerunku marki za pomocą masowej komunikacji. Marki alkoholowe stawiają więc na reklamę telewizyjną i out-of-home, wydając na TV dwa razy więcej niż przeciętna marka i prawie cztery razy więcej w przypadku reklamy zewnętrznej. W 2020 roku marki alkoholowe przeznaczyły 49% swoich budżetów na telewizję, w porównaniu do 24%, które wydała przeciętna marka, z kolei 19% wydatków przypadło na reklamę zewnętrzną, w porównaniu do 5% dla przeciętnej marki. Taktyka ta stała się mniej skuteczna, ponieważ widownia przenosi się do mediów cyfrowych, choć szczególnie to młodzi konsumenci są najbardziej skłonni do odwiedzenia nowego baru czy wypróbowania nowego drinka.

Rola digitalu w branży alkoholowej na przestrzeni ostatnich lat znacznie wrosła, a pandemia COVID-19 jeszcze przyśpieszyła ten trend. Zamknięcie lokali gastronomicznych spowodowało, że marki zostały zmuszone poszukać nowej drogi na rynku. Browary, bary i restauracje rozwinęły się w kierunku bezpośredniej dostawy do klienta i zamówień na wynos, co z pewnością ułatwił im handel elektroniczny i reklama w mediach cyfrowych, zwłaszcza społecznościowych. W związku z tym, marki alkoholowe zwiększyły swoje wydatki w digitalu z 21% w 2019 roku do 24% w 2020 roku. Dążąc do stworzenia przekonujących doświadczeń związanych z marką w domu, a nie w barze, firmy produkujące napoje alkoholowe zaczęły inwestować we własne strony internetowe czy treści edukacyjne. Marki napojów wysokoprocentowych były szczególnie widoczne, wykorzystując influencerów i partnerów handlowych, aby nauczyć konsumentów, na przykład, mieszania własnych koktajli.

Producenci alkoholi wysokoprocentowych prześcignęli marki piwne pod względem wartości sprzedaży, oferując więcej doświadczeń i rytuałów premium związanych z ich produktem i sposobem jego serwowania” – powiedział Ben Lukawski, Global Chief Strategy Officer, Zenith. „Wraz z pandemią ograniczającą korzystanie z kanału HoReCa, zaobserwowaliśmy większy nacisk marek na dostarczanie doświadczeń premium w domu, za pomocą mediów cyfrowych.

Konsumenci są teraz o wiele bardziej świadomi dostępnych opcji zakupu alkoholu online, a marki alkoholowe zaczęły dysponować sieciami dystrybucji, które są w stanie im je dostarczyć. Zenith przewiduje, że marki będą rozszerzać swoje budżety na reklamę cyfrową wspierającą pozycję alkoholu w e-commerce, nawet po pełnym otwarciu pubów i restauracji, napędzając roczny wzrost wydatków na digital w latach 2019-2023 na poziomie 9,2%, kiedy to reklama cyfrowa będzie stanowić 30% budżetów reklamowych całej branży alkoholowej.

Zgodnie z prognozą agencji mediowej Zenith, marki alkoholowe zmniejszą swoje wydatki na telewizję o 2,4% rocznie do 2023 r., w porównaniu z poziomem odnotowanym w 2019 r., ponieważ widownia tradycyjnej telewizji nadal się kurczy. Natomiast wartość globalnych wydatków na reklamę zewnętrzną z każdym rokiem będzie rosła o 1,1%, nawet biorąc pod uwagę spowodowane pandemią ograniczenie ruchu pieszego i drogowego. Zmniejszający się zasięg telewizji sprawia, że wszechobecność out-of-home staje się jeszcze bardziej wartościowa.

Reklama alkoholu po spadku w 2020 r. odbuduje się do 2023 roku

Wydatki reklamowe w branży alkoholowej skurczyły się prawie dwa razy szybciej niż cały rynek reklamowy w 2020 r., spadając o 11,6% w porównaniu do 6,4% całego rynku, budżety marek zostały ograniczone przez spadek konsumpcji, średnią cenę za drinka i marże zysku. Po zamknięciu barów, pubów i restauracji konsumenci pili mniej alkoholu, a napoje, które spożywali, kupowali w sklepach, gdzie kosztowały one mniej, przy znacznie niższej marży. To spowodowało, że marki gwałtownie ograniczyły swój budżet przeznaczany na marketing, aby chronić swoje wyniki, a ich łączne wydatki na reklamę spadły z 7,6 mld USD w 2019 r. do 6,7 mld USD w 2020 r.

Marki obecnie przywracają swoje budżety z powrotem na rynek, ponieważ program szczepień sprawił, że konsumenci ponownie zaczęli wychodzić i się spotykać, a branża gastronomiczna, turystyczna i hotelarska zaczęły ponownie się otwierać. Jednak powrót do normalności będzie powolny, a wydatki na reklamę alkoholu będą nadal o 8% poniżej poziomu z 2019 roku do końca 2021 roku, z wynikiem 7,0 mld USD. Zenith nie spodziewa się, że reklama alkoholu przekroczy szczyt sprzed pandemii aż do 2023 roku, kiedy to osiągnie wartość 7,7 mld USD.

Europa Zachodnia odnotuje najszybsze ożywienie po gwałtownym spadku

Zenith prognozuje, że Hiszpania, Wielka Brytania, Niemcy i Francja będą wyróżniającymi się rynkami wzrostu, z rocznymi stopami wzrostu w latach 2020-2023 wynoszącymi odpowiednio 28%, 21%, 10% i 8%. Wynika to z faktu, że rynki te, na których picie w barach, pubach i restauracjach jest nieodłącznym aspektem codziennego życia społecznego, doświadczyły największych spadków po wprowadzeniu lockdownu. W 2020 r. wydatki na reklamę alkoholu spadły o 52% w Hiszpanii, 48% w Wielkiej Brytanii, 22% w Niemczech i 23% we Francji. Szybkie ożywienie na tych rynkach spowoduje, że do 2023 r. powrócą one mniej więcej do poziomu z 2019 r.

Branża alkoholowa ucierpiała z powodu pandemii bardziej niż większość innych kategorii, co znalazło swoje odzwierciedlenie w gwałtownym spadku wydatków na reklamę w zeszłym roku” – powiedział Jonathan Barnard, Head of Forecasting, Zenith. „Ożywienie nie będzie tak dramatyczne jak w okresie spowolnienia, ale inwestycje w komunikację cyfrową będą napędzać stały wzrost reklamy alkoholu przez kilka następnych lat„.

*12 rynków uwzględnionych w raporcie to Australia, Kanada, Chiny, Francja, Niemcy, Indie, Włochy, Rosja, Hiszpania, Szwajcaria, Wielka Brytania i USA, które łącznie odpowiadają za 73% całkowitych globalnych wydatków na reklamę. Obejmuje on reklamę wszystkich rodzajów piwa i napojów wysokoprocentowych na tych rynkach.

Samochody poleasingowe i używane to cenne źródło wiedzy dla hakerów

Samochody poleasingowe i używane stanowią kopalnię wiedzy o naszym życiu prywatnym. Hakerzy mogą łatwo pozyskać numery telefonów, SMS, dane lokalizacyjne a ponad połowa kierowców nie ma pojęcia o tym zagrożeniu po sprzedaży auta – ujawnia analiza European Security Group i firmy Check Point Software Technologies.

Samochody są coraz bardziej zaawansowane technologicznie i powiązane ze światem zewnętrznym. Funkcje, które kiedyś były dostępne tylko w luksusowych markach premium, są teraz dostępne praktycznie we wszystkich podstawowych samochodach miejskich. Funkcje te obejmują łączność Bluetooth do parowania telefonów komórkowych, nawigację GPS, hotspoty Wi-Fi, systemy unikania kolizji, zdalną diagnostykę i wiele innych. Dzięki tym możliwościom samochody szybko stają się bazami danych na kołach – zaznacza Wojciech Głażewski, dyrektor firmy Check Point Software Technologies w Polsce.

Skala zagrożenia utratą poufnych danych w przypadku samochodów z drugiej ręki lub poleasingowych jest przerażająca. Na polskim rynku co miesiąc pojawia się ok. 300 tysięcy ofert samochodów używanych. Tymczasem zaledwie 1 na 10 właścicieli samochodów leasingowych oddaje pojazd usuwając zapamiętane dane z pamięci wewnętrznej auta. Znakomita większość używanych (3-4 letnich) aut, będących w ofercie na rynku wtórnym posiada w komputerze pokładowym informacje o książkach telefonicznych poprzednich właścicieli, destynacjach wprowadzonych podczas użytkowania, ulubionych wykonawcach i utworach czy treści wysyłanych wiadomości SMS – podkreśla Leszek Cieloch z European Security Group (ESG), członek zarządu Polskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Motoryzacyjnych (PSDM).

Największy rynek cyberbezpieczeństwa samochodowego w USA był wart 1,44 mld USD w 2018 roku i szacuje się, że urośnie w tempie 20 proc. rocznie do 2025 roku – oceniają eksperci firmy Grand View Research. Automatyzacja procesów i rosnąca popularność autonomicznych pojazdów zwiększa skalę zagrożeń dla rynku motoryzacyjnego i ryzyka naruszenia danych przez hakerów. Co ciekawe, najszybciej rosnącą kategorią rynku motoryzacyjnego ma być właśnie system informacyjno-rozrywkowy (Infotainment), odpowiedzialny za przechowywanie większości informacji z naszych urządzeń mobilnych, które podłączamy do auta.

Można ustrzec przed tymi zagrożeniami. ‘’Osoby chcące zachować prywatność powinny zrezygnować z synchronizacji części danych, przechowując wiadomości jedynie w szyfrowanych i zabezpieczonych hasłami komunikatorach, które już chronią nie tylko połączenie, ale też aparat. Rekomendowałbym regularne sprawdzanie i usuwanie naszych danych z systemów pokładowych, a z pewnością dokonanie tego przed sprzedażą samochodu.’’ – zwraca uwagę Marian Pijarski, członek zarządu Usecrypt Polska Sp. z o.o., firmy oferującej komunikator UseCrypt.

Według raportu McKinsey & Company 2020 na temat cyberbezpieczeństwa w motoryzacji, nowoczesne pojazdy zawierają około 150 elektronicznych jednostek sterujących i około 100 milionów linii kodu a wraz z pojawieniem się funkcji autonomicznej jazdy i tak zwanej komunikacji między pojazdami, liczba wierszy kodu może się potroić. Analitycy firmy McKinsey szacują, że całkowity rynek cyberbezpieczeństwa motoryzacyjnego wzrośnie z 4,9 mld USD w 2020 r. do 9,7 mld USD w 2030 r., co odpowiada rocznemu wzrostowi o ponad 7%.

Badanie McKinsey 2020 wykazało, że 37 procent kierowców zmieniłoby markę samochodu, aby osiągnąć poprawę w obszarze zastosowania większej ilości technologii, łączności, elektryfikacji i współdzielonej mobilności. W niektórych krajach odsetek konsumentów chętnych do zmiany marki w celu uzyskania lepszej łączności był jeszcze wyższy (na przykład 56% w Chinach). Podobnie 39 procent konsumentów było zainteresowanych odblokowaniem dodatkowych funkcji cyfrowych po zakupie pojazdu – liczba ta wzrasta do 47 procent w przypadku klientów segmentu premium.

Wraz z szybkim rozwojem zaawansowanych technologii, takich jak mobilny internet, duże zbiory danych, sztuczna inteligencja i przetwarzanie w chmurze, samochód stopniowo stał się nowym rodzajem inteligentnego środka transportu. Dzięki wzajemnym połączeniom i inteligencji samochód przekształca się z systemu zamkniętego w otwarty. Niemniej jednak zapewnia również więcej opcji technologicznych i dostępu do globalnej sieci – usług podatnych na ataki (zwłaszcza gdy dostęp do Internetu jest aktywowany).

Naruszenie bezpieczeństwa samochodu skutkuje nie tylko stratami finansowymi, przejęciem kontroli, zagrożeniem dla bezpieczeństwa, ale także naruszeniem prywatności. Ta złożona połączona infrastruktura może wystawiać pojazdy na działanie szeregu wektorów. Uszkodzenie lub utrata wrażliwych danych w chmurze, awaria systemów, zasilania lub błędy w oprogramowaniu, przechwycenie informacji, takich jak zamykanie drzwi lub garażu, manipulowanie kontrolami pojazdu i fałszowanie / kradzież tożsamości to możliwe zagrożenia.

Oprócz samego wewnętrznego systemu Infotainment, coraz większym zagrożeniem stają się urządzenia mobilne będące kluczem i metodą sterowania wieloma kluczowymi funkcjami, takimi jak zamki, reflektory, system informacyjno-rozrywkowy, klimatyzacja, wycieraczki, klakson, a nawet ruch pojazdu. W ocenie ekspertów najbardziej narażone na ataki są systemy audio, nawigacyjne i telefoniczne. Aby chronić je i bardziej wrażliwe systemy, na każdym etapie łańcucha produkcyjnego, od oprogramowania po projektowanie sprzętu, podejmowane są środki bezpieczeństwa.

Ponad połowa badanych kierowców w USA (55 procent, HSB Research) przyznało się do synchronizowania smartfonów lub innych urządzeń z systemem auta, nie mając pewności, jakie dane osobowe są przechowywane w systemie rozrywki ich samochodu. ‘’Nasze samochody są bardziej połączone niż kiedykolwiek. Konsumentom trudno jest nadążyć za szybko rozwijającą się technologią pojazdów i zastanawiają się, czy ich prywatność i dane osobowe są chronione’’ – twierdzi Timothy Zeilman, wiceprezes HSB, dostawcy usług i ubezpieczeń cybernetycznych.

Grupa Kapitałowa RAFAMET opublikowała wyniki finansowe uzyskane w I kwartale br.

Przychody ze sprzedaży GK RAFAMET w I kwartale 2021 roku wynosiły 21,9 mln zł i był niższe o 13,1% od przychodów uzyskanych w analogicznym okresie roku ubiegłego. Spółka dominująca RAFAMET S.A. za I kwartał 2021 roku uzyskała dodatni wynik finansowy netto w wysokości 379 tys. zł (w porównywalnym okresie ubiegłego roku Spółka wykazała stratę netto w wysokości 656 tys. zł.). Większą część swoich przychodów w pierwszym kwartale br. tj. 81,7% RAFAMET S.A. zrealizowała na rynkach zagranicznych.

Na wyniki Grupy RAFAMET miał wpływ COVID-19 oraz kilka zdarzeń nadzwyczajnych. Spółki Grupy odczuwają jego skutki (kwarantanny, zwiększona absencja chorobowa pracowników, koszty profilaktyki COVID-19, etc., opóźnienie dostaw materiałów, drastyczny wzrost cen stali), jednak skala oddziaływania tego zjawiska była w pierwszym kwartale br. umiarkowana. – W analizowanym okresie spółki GK RAFAMET kontynuowały produkcję oraz realizację zawartych kontraktów produkcyjnych, starając się eliminować zakłócenia w realizacji kontraktów wynikające z restrykcji COVID-19 oraz poważnej awarii pieca odlewniczego z końca roku 2020. – mówi E. Longin Wons, Prezes Zarządu RAFAMET S.A.

– Sygnały dochodzące z rynków tak zagranicznych, jak i krajowego wskazują na stopniową stabilizację sytuacji związanej z pandemią koronawirusa, co jest oczywiście budujące i napawa optymizmem. Rok 2021 jest okresem trudnym w kontekście precyzyjnego lokowania zdolności produkcyjnych a także ludzkich oraz selekcjonowania wypłacalnych płatników – tłumaczy Prezes E. Longin Wons – Zamknięcie lub ograniczenia swobodnego przepływu towarów i ludzi w następstwie COVID-19 może powodować wzrost ryzyka przedkładania przez klientów lokalnych dostaw nad zagranicznymi na wybranych rynkach sprzedaży obrabiarek – informuje E. Longin Wons.

Prezes Zarządu RAFAMET S.A. zaznacza, że spółka ma zagwarantowany portfel zamówień na rok bieżący. Ogromny wzrost zamówień jest obserwowany także na wyroby Odlewni Rafamet, co powoduje, że Grupa Kapitałowa stale poszukuje możliwości zwiększania skali kooperacji produkcyjnej, zwiększania własnych zdolności wydziałów obróbki mechanicznej poprzez zakupy maszynowe oraz podnoszenia poziomu zatrudnienia na wydziałach produkcyjnych.

Przyjemne wydatki Polaków, czyli ile przeznaczamy obecnie na rozrywkę?

Jak pokazały wyniki sondy „Covidowe rozrywki Polaków”, zrealizowanej przez serwis Prezentmarzeń, co drugi respondent uważa, że nie wydajemy w pandemii wcale mniej na rozrywkę miesięcznie, tylko zamieniliśmy ją na wersję online. Według 55% zapytanych Polaków średnio przeznaczamy na ten cel od 100 do 200 zł miesięcznie, zdaniem 21% powyżej 300 zł. W opinii 23% tylko do 50 zł, bo musimy obecnie oszczędzać.
Po ponad roku funkcjonowania w pandemii najczęściej towarzyszą nam takie emocje jak złość i poczucie bezsilności – 29% odpowiedzi, oraz stres i ogólne pogorszenie stanu psychofizycznego – 28% wskazań. Nie dziwi więc fakt, że dla co trzeciego Polaka korzystanie z różnych form rozrywki w czasie pandemii stało się odskocznią od rzeczywistości, a dla ponad połowy sposobem na przetrwanie.

Co drugi Polak zapytany przez serwis Prezentmarzeń uważa, że wydatki na rozrywkę są takie same jak przed pandemią, zmieniła się tylko ich forma. Odmiennego zdania jest 33% respondentów, którzy twierdzą, że ze względu na spędzanie dużej ilości czasu w domu, wydajemy na rozrywkę mniej. Z kolei 16% sądzi, że przeznaczamy obecnie na ten cel więcej środków, gdyż musimy dostarczyć sobie ciekawych pomysłów na spędzania czasu wolnego.

Odpowiedzi respondentów sondy pokazały, że jest duża różnica w podejściu do wydatków na rozrywkę. Do 50 zł miesięcznie wydaje 23% ankietowanych argumentując, że musi aktualnie oszczędzać. Od 100 do 200 zł miesięcznie przeznacza na przyjemności związane z czasem wolnym, aż 55% respondentów. Powyżej 300 zł 21% zapytanych, którzy uważają, że koronawirus minie i starają się żyć normalnie, nie ograniczając wydatków. Tylko 1% respondentów przyznaje, że wydaje w pandemii powyżej 500 zł miesięcznie na rozrywki i nie zamierza z tego rezygnować.
W tym trudnym czasie rozrywka pozwala nam oderwać się od przygnębiającej rzeczywistości (18%), zrelaksować się i wyciszyć (31%) oraz przede wszystkim poprawić humor (32%). Najczęściej korzystamy z rozrywek relaksujących (34%), kulinarnych (31%) oraz kreatywnych (25%). Najbardziej popularne stały się ćwiczenia z instruktorami online (21%), kultura online (19%), e-booki i audiobooki (18%), gry komputerowe (18%), gry planszowe (12%) oraz warsztaty online (12%).

Z perspektywy 12 miesięcy, pandemia dla 36% ankietowanych była wyzwaniem w obszarze organizacji czasu wolnego, gdyż wymagała uwzględnienia jednocześnie potrzeb wszystkich domowników. Co trzeci z nas pod wpływem nowej rzeczywistości odczuł większą potrzebę zagospodarowania wolnych chwil, a 22% przyznało, że w ogóle przestało planować czas wolny.

Od rozrywki w pandemii w pierwszej kolejności oczekujemy poprawy humoru, relaksu i wyciszenia oraz oderwania od przygnębiającej nas rzeczywistości. Czekając na lepsze czasy już teraz planujemy co zrobimy, gdy zostaną zniesione obostrzenia. Jak potwierdziły wyniki sondy serwisu Prezentmarzeń, 27% respondentów w pierwszej kolejności po zniesieniu lockdownu będzie chciało zorganizować z przyjaciółmi lub rodziną wyjazd do parku rozrywki, 24% spróbuje jakiegoś sportu ekstremalnego np. skok na bungee, skok ze spadochronem czy lot paralotnią, a 20% zdecyduje się na wyjście ze znajomymi do restauracji lub kawiarni. Dla 15% największą przyjemnością będzie wyjazd do spa, dla 8% skorzystanie z rozrywek motoryzacyjnych jak na przykład jazda off road.

Pandemia znacząco zmieniła wiele obszarów naszego, codziennego życia, ale także sprawiła, że poczuliśmy większą potrzebę aktywnego spędzania czasu, realizacji swoich pasji i marzeń bez odkładania ich na później.

W materiale wykorzystano wyniki sondy „Covidowe rozrywki Polaków”. Sonda została zrealizowana przez serwis Prezentmarzeń na próbie 522 respondentów w formie ankiety online w kwietniu 2021.

SGI planuje emisję obligacji na ok. 70 mln zł

Spółka deweloperska SGI, specjalizująca się w budowie wysokiej jakości mieszkań, apartamentów i domów, w związku z dynamicznym rozwoje biznesu, planuje emisję trzyletnich obligacji. Deweloper rozważa jej rozpoczęcie jeszcze w tym roku, na łączną kwotę ok. 50-70 mln zł.

W latach 2018-2020, SGI przeprowadziło proces dywestycji, sprzedając posiadane działki oraz nieruchomości komercyjne w miastach regionalnych. Obecnie cały portfel, bank ziemi oraz plany spółki obejmują stolicę i to właśnie na tym rynku firma zamierza dalej się rozwijać. Deweloper finansuje swoje działania ze środków własnych oraz z dywestycji gruntów poza Warszawą. Może także liczyć na spółkę inwestycyjną Willet – właściciela SGI – której kapitał własny wynosi ok. 450 mln zł. Sytuacja finansowa spółki SGI również jest na bardzo dobrym poziomie. Firma posiada 220 mln zł kapitałów własnych oraz nie jest zadłużona.

– Dywestycja, rozbudowywanie banku ziemi, decyzja o ekspansji i skupieniu się na warszawskim rynku nieruchomości – to tylko niektóre z naszych działań, jakie udało się zrealizować w ostatnich miesiącach. Teraz przyszedł czas na kolejny krok, który pozwoli nam wejść w nowy obszar. Jeszcze w tym roku chcemy wyemitować trzyletnie obligacje o wartości 50-70 mln złotych. W pierwszym etapie, naszym głównym celem będzie przede wszystkim zaprezentowanie potencjalnym inwestorom naszych możliwości – wyjaśnia Robert Stachowiak, prezes spółki SGI. – Dodatkowo, w ramach procesu dywestycji, spółka Willet uruchomiła działalność inwestycyjną, która zakłada m.in. udzielanie finansowania innym deweloperom i realizację inwestycji magazynowych, nie tylko w Warszawie. Tym samym pokazujemy, że jako deweloper jesteśmy w naprawdę dobrej kondycji i chcemy dalej rozwijać nasz biznes – dodaje Robert Stachowiak.

Dostęp do wykwalifikowanej kadry i zachęty inwestycyjne – tak Poznań przyciąga firmy z sektora IT

Poznań to dobra lokalizacja do prowadzenia biznesu IT, między innymi dzięki dostępowi do wykwalifikowanej kadry, różnorodnej ofercie uczelni wyższych w zakresie kształcenia specjalistów oraz infrastrukturze miasta. Potwierdza to opublikowany dziś raport „Potencjał inwestycyjny sektora IT w Poznaniu”, opracowany dla Miasta Poznań przez ManpowerGroup. W Poznaniu spośród wszystkich obecnych na rynku centrów usług dla biznesu 26% związanych jest właśnie z obszarem IT, zatrudniając ponad 8 tysięcy pracowników. Firmy mają tam dobry dostęp do wykwalifikowanej kadry – 7 miejscowych uczelni oferuje studia na kierunkach związanych z IT/ICT, kształcąc 12 200 studentów. To gwarantuje dobre warunki do rozwoju biznesu, co potwierdza 87% firm, które w ciągu najbliższego roku chcą zwiększyć liczbę pracowników. Potencjał poznańskiego rynku IT przedstawia poniższa analiza.

– W stolicy Wielkopolski stawiamy na nowoczesne technologie, ponieważ wiemy jak ogromne znaczenie mają one dla innowacyjnej gospodarki. Raport opracowany przez ManpowerGroup potwierdza, że obrany przez nas kierunek przynosi dobre efekty. Pracodawcy IT w Poznaniu kontynuują rozwój, zwiększają zatrudnienie i realizują nowe projekty. Zachęcam do zapoznania się z raportem, który przybliża klimat poznańskiego rynku IT, wskazuje jego atuty oraz przedstawia prognozy na przyszłość – mówi Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania.

Jakimi kompetencjami dysponują poznańscy specjaliści z branży IT?

Najczęściej wykorzystywane przez poznańskie firmy IT języki programowania to JavaScript (70%) i Java (62%). Kompetencje, które reprezentują lokalne zespoły IT skupiają się także na MySQL i Python (po 57%) oraz CSS, C#/.NET i Git (po 52%). Jednocześnie te same języki otwierają listę umiejętności technicznych najbardziej pożądanych przez pracodawców branży IT w Poznaniu. Najwięcej firm poszukuje obecnie specjalistów znających JavaScript (62%), Java (42%) oraz Python (37%). Opisując swoje kompetencje, pracownicy wskazują przede wszystkim na znajomość technologii takich jak Git (62,4%), Linux (60,3%) czy SQL (51,8%), uważanych za niezbędne w codziennej pracy programisty. Podstawową umiejętnością, potrzebną w sektorze IT, jest posługiwanie się językiem angielskim na poziomie B1 lub wyższym – nie dziwi więc fakt, że 100% poznańskich pracowników z branży deklaruje posiadanie takich kompetencji. Nieco ponad 16% zna język niemiecki, a blisko 11% rosyjski.

– Jesteśmy w stałym kontakcie z pracodawcami z branży IT i zapewniamy im kompleksowe wsparcie. W ostatnich latach rozwinęliśmy nasze działania w zakresie employer brandingu poznańskich inwestorów, ale także zaangażowaliśmy się w kilkanaście wydarzeń branżowych, które miały miejsce w Poznaniu. We współpracy z firmami IT zorganizowaliśmy już dwie edycje konferencji dla specjalistów Pozitive Technologies. Trzecia odbędzie się w listopadzie 2021 roku. Mamy świadomość, że studenci poznańskich uczelni są doceniani na rynku pracy, a społeczność skupiona wokół branży IT świetnie się rozwija. Wierzymy, że dzięki wymianie doświadczeń pomiędzy biznesem, uczelniami wyższymi i samorządem, możemy budować potencjał inwestycyjny Poznania – mówi Katja Lożina, dyrektor Biura Obsługi Inwestorów.

Benefity – potrzeby pracowników vs. oferta firm

Mając do wyboru formę zatrudnienia, większość pracowników zdecydowałaby się współpracować z pracodawcą w oparciu o umowę B2B (74%) lub umowę o pracę (62%). Wychodząc naprzeciw tym oczekiwaniom, firmy są elastyczne w zakresie oferowanych form zatrudnienia – 92% z nich zaoferuje umowę o pracę, a 82% umowę B2B. Najbardziej pożądanym wśród poznańskich specjalistów z sektora IT benefitem, szczególnie w dobie pandemii COVID-19, jest możliwość pracy zdalnej – jako atrakcyjną wskazuje ją 93% ankietowanych. Kolejny w zestawieniu jest elastyczny czas pracy (89%), a zaraz po nim – możliwość rozwoju w ramach zewnętrznych szkoleń (60%). Z oczywistych względów na znaczeniu straciły świadczenia związane z wyjazdami oraz korzystaniem z zamkniętej w dobie pandemii infrastruktury. Branża IT już wcześniej była jedną z lepiej przystosowanych do pracy zdalnej, a pandemia COVID-19 dodatkowo wzmocniła to zjawisko. Dlatego też możliwość pracy zdalnej jest najczęściej wymienianym przez firmy benefitem (97%) oferowanym pracownikom. Tuż za nią znajduje się silnie powiązany elastyczny czas pracy (95%). Prywatna opieka medyczna i karta uprawniająca do korzystania z obiektów sportowych (oba po 82%) są niejednokrotnie standardem w większości dużych firm, stąd ich wysoka pozycja w zestawieniu. W obecnej chwili zewnętrzne szkolenia (62%) czy międzynarodowe wyjazdy służbowe (40%) mają mniejsze znaczenie.

W jaki sposób poznańscy pracodawcy z sektora IT mogą efektywnie pozyskiwać kandydatów do pracy?

Firmy IT zlokalizowane w Poznaniu korzystają zarówno z zewnętrznych, jak i wewnętrznych sposobów rekrutacji. 90% przedsiębiorców szuka specjalistów za pomocą ogłoszeń o pracę, ale jednocześnie tyle samo uruchamia w swoich organizacjach programy poleceń. Co ciekawe, te dwie metody są uważane za najskuteczniejsze sposoby rekrutacji również przez pracowników, jednak systemy poleceń oceniają oni jako zdecydowanie bardziej efektywne (36,2%) niż ogłoszenia o pracę (27%). Firmy pozyskują specjalistów także za pomocą mediów społecznościowych (82,5%), a blisko 2/3 organizacji współpracuje z agencjami, specjalizującymi się w rekrutacji. Mniej pracodawców z branży IT w Poznaniu bierze udział w targach pracy (40%) oraz współpracuje z uczelniami wyższymi (32%), jednak w tegorocznej edycji badania stosunkowo niskie wskaźniki mogą wynikać z utrudnień w prowadzeniu takich działań w związku z pandemią COVID-19.

Ważnym elementem raportu są zaprezentowane wyniki badań, których celem było zweryfikowanie potencjału i możliwości rozwoju analizowanej branży oraz oczekiwań pracowników i reprezentowanych przez nich kompetencji. W tym celu ManpowerGroup przeprowadził dwa badania. W ankiecie skierowanej do firm wzięło udział 40 przedsiębiorstw reprezentujących lokalny sektor IT. W badaniu skierowanym do pracowników wzięło udział 141 specjalistów IT, będących na różnym etapie kariery. Publikacja dostarcza czytelnikom informacji na temat aktualnego stanu, trendów i atrakcyjności inwestycyjnej sektora ICT w Poznaniu i aglomeracji poznańskiej.

Rynek biurowy w Warszawie przekroczył 7 mln m kw. całkowitej powierzchni

W maju 2021 roku zasoby całkowitej powierzchni biurowej w Warszawie przekroczyły 7 mln m kw. – wynika z danych REDD. W ostatnich dniach pomógł w tym budynek Warsaw UNIT, który otrzymał pozwolenie na użytkowanie.

REDD to największa baza danych o biurach w Polsce, w której zawarte są budynki klasy A, B i C. To pozwala analizować pełen obraz rynku biurowego w Polsce.

– Maj przejdzie do historii na rynku biurowym w Polsce. Jedna z najbardziej wyczekiwanych inwestycji w Warszawie – biurowiec Warsaw UNIT, wybudowany przez Ghelamco Poland, otrzymał pozwolenie na użytkowanie. Tym sposobem rynek nieruchomości biurowych w Warszawie przekroczył 7 mkw. m kw. całkowitej powierzchni. W budowie nadal pozostaje ponad 500 tys. m kw. powierzchni biurowej – mówi Piotr Smagała, Dyrektor Zarządzający REDD. Rynek biurowy w Warszawie przekroczył 7 mln m kw

Liczba m kw. powierzchni biurowej w wybranych warszawskich dzielnicach – dane REDD

Warsaw UNIT pozwolenie na użytkowanie otrzymał po 48 miesiącach budowy. Obiekt oferuje 57 tys. m kw. nowoczesnej powierzchni biurowej na 45 piętrach. Wynajęcie przestrzeni w budynku ogłosiły takie firmy jak: potentat ubezpieczeniowy Warta oraz CBRE, czyli jedna z największych na świecie firm doradczych z sektora nieruchomości komercyjnych. CBRE pełni jednocześnie funkcję zarządcy budynku. Obecnie budynek jest już wynajęty w blisko 50 proc.

W całej Warszawie do wynajęcia czeka prawie 1 mln m kw. powierzchni biurowej, z czego 800 tys. m kw. można nająć od ręki – pokazują dane REDD. Współczynnik powierzchni niewynajętej wynosi 11,99 proc.

W ostatnich miesiącach na warszawski rynek dostarczono także budynki: Forest Kampus (19 700 m kw.), kolejne dwa budynki kompleksu Koneser (17 700 m kw.), II etap kompleksu Moje Miejsce (15 200 m kw.) X20 (13 700 m kw.) oraz pierwszy budynek kompleksu Baletowa Business Park (8000 m kw.).

Zasoby powierzchni biurowej w całej Polsce wynoszą prawie 13 mln m kw.

Niegroźny rykoszet

Ubiegłotygodniowe zawirowania pośród ryzykownych aktywów miały swoje źródło w tąpnięciu na rynku kryptowalut. Ale korekta nie ma kontynuacji i rynek akcji oraz walutowy starają się podtrzymać klimat risk-on.

Weekend przyniósł kolejną huśtawkę ceny bitcoina (spadek o ponad 13 proc. i późniejsze odbicie), ale dziś nie widać rykoszetowej reakcji na FX i indeksach. Jakkolwiek niepisana zasada rynkowa mówi, że nagłe tąpnięcie na jednym rynku rodzi ryzyko ucieczki od innych ryzykownych aktywów, tak niskie zaangażowanie w rynek krypto przez inwestorów ze „staroświeckich” rynków ogranicza skalę zakażenia. Potencjalnym ryzykiem jest, że będąca fenomenem ubiegłego roku grupa inwestorów działająca poprzez aplikacje tradingowe (np. Robinhood) poniesie takie straty na kryptowalutach, że zdecyduje się zamknąć pozycje także na rynku akcji. Jednak mam wrażenie, że powszechna w tej grupie natura „grać, by wygrać” będzie wsparcie, dla odkupowania akcji po korektach. Przy wciąż obecnym przeświadczeniu, że globalne ożywienie w dalszym ciągu postępuje i powinno wspierać rynek akcji, trudniej jest forsować argumentację za zakończeniem hossy. W rezultacie wszelkie negatywne impulsy z rynku krypto na rynek akcji są uznawane jako okazja do kupna na dołkach.

Innym zdarzeniem, które może zagrażać szerokiemu apetytowi na ryzyko są starania chińskich władz na rzecz przeciwdziałania nadmiernemu wzrostowi cen surowców przemysłowych. Ceny stali i rudy żelaza tracą w poniedziałek po tym, jak chińska Narodowa Komisja Rozwoju i Reform ogłosiła politykę zero tolerancji dla monopoli i spekulacji na rynku spot i terminowym. Jakkolwiek działania Pekinu mogą oczyścić rynek z wpływu niechcianych praktyk, boom na surowce nie ma wyłącznie źródła w spekulacjach. Niedopasowania szybko narastającego popytu wraz z otwieraniem gospodarek wobec powolnie odbudowywanej podaży jeszcze przez kilka miesięcy będą utrzymywać wysokie ceny. Hossa surowcowa nie jest ograniczona wyłącznie do rynku metali, więc aktywność chińskich władz w jednym segmencie nie powinna zagrażać sentymentowi gdzie indziej. Jeśli już, to działania przeciw przegrzaniu niektórych rynków powinny pozytywnie wpłynąć na trwałość trendu wzrostowego. Fakt, że tąpnięcie cen rudy żelaza skutkowało tylko chwilowym osłabieniem dolara australijskiego, potwierdza brak rozprzestrzeniania się awersji do ryzyka.

Na FX mamy spokojny start tygodnia po tym, jak marsz osłabienia dolara został zatrzymany z pomocą awersji do ryzyka wywołanej zawirowaniami na bitcoinie, a w piątek EUR/USD dał sygnał do korekty po gołębich komentarzach prezes EBC Lagarde. Podkreślenie przez Lagarde, że strefa euro „odnotowała ostatnio wzrost rentowności”, a bank „uważnie go monitoruje” nie powinno być czymś budzącym zdziwienie. EBC nie chce podsycać umocnienia euro i dlatego nie zamierza za bardzo odstawać od gołębiego przekazu Fed. Nie zmienia to jednak fundamentów, gdzie teraz to w strefie euro będzie łatwiej o nadganianie ożywienia po trzeciej fali i wyższe pozytywne zaskoczenia w danych makro (jak silne PMI w ostatni piątek), co będzie wspierać wzrosty EUR/USD. Sam dolar pozostaje walutą finansującą rajd ryzyka i trendy reflacyjne, co skazuje go na dalsze osłabienie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Nieracjonalne działania fiskusa podejmowane przeciw przedsiębiorcom

Spółka w oparciu o ustawę o podatku dochodowym od osób prawnych chciała dokonywać zmian stawek amortyzacyjnych wstecz, za wcześniejsze lata swojej działalności. Jednak organ podatkowy całkowicie odmiennie rozumiał przepis, na który powoływał się przedsiębiorca. Stwierdził, że zmian tych stawek można dokonywać jedynie w latach następnych. Spór na korzyść spółki rozstrzygnął sąd.

Zgodnie z art. 16i ust. 5 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych: „Podatnicy mogą obniżać podane w wykazie stawek amortyzacyjnych stawki dla poszczególnych środków trwałych. Zmiany stawki dokonuje się począwszy od miesiąca, w którym środki te zostały wprowadzone do ewidencji albo od pierwszego miesiąca każdego następnego roku podatkowego” (Dz.U. 1992 nr 21 poz. 86, ze zm.).

Przedsiębiorca chciał obniżyć stawkę amortyzacyjną za lata poprzednie

Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością prowadząca działalność produkcyjną wprowadzała do ewidencji podlegające amortyzacji środki trwałe oraz wartości niematerialne i prawne związane z tą działalnością. Przedsiębiorca dokonywał i nadal zresztą dokonuje odpisów amortyzacyjnych metodą liniową, zachowując limity wynikające z wykazu rocznych stawek amortyzacyjnych, zawartego w Załączniku nr 1 do ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych. W przeszłości obniżał i podwyższał stawki amortyzacyjne dla wybranych lub wszystkich środków trwałych, a aktualnie stosuje odpisy w stawce obniżonej.

W obliczu obecnej sytuacji ekonomicznej przedsiębiorca zastanawia się nad obniżeniem stawek amortyzacyjnych w stosunku do lat 2017 i 2018, pamiętając o okresach przedawnienia zobowiązań podatkowych. W latach tych spółka stosowała stawki z wykazu z zachowaniem zasad wskazanych w art. 16i ust. 5 ustawy o CIT. Przy obniżeniu przedsiębiorca zamierza zastosować wyższe niż 0% stawki amortyzacyjne, ale nie przekraczające stawek podanych w wykazie.

Spółka wystąpiła do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z wnioskiem o potwierdzenie, czy może zastosować instytucję obniżenia stawki amortyzacyjnej wstecz do poprzednich lat podatkowych, do dowolnej, nawet bliskiej zeru, wysokości i dla wybranych lub wszystkich środków trwałych, dla których przyjęto metodę amortyzacji liniowej. Jej zdaniem takiego obniżenia można dokonać zarówno na bieżąco, a więc do przyszłych okresów rozliczeniowych, jak i wstecz, czyli za okresy wcześniejsze.

Odmienne rozumienie prawa przez organ podatkowy

W listopadzie 2020 r. organ podatkowy w wydanej przez siebie interpretacji indywidualnej poinformował spółkę, że jest ona w błędzie. Co prawda, przyznał, że podatnicy stosujący odpisy amortyzacyjne metodą liniową mogą zmieniać stawki amortyzacyjne w każdym roku podatkowym bez limitu, byleby tylko ich wysokość nie przekraczała tej wskazanej w wykazie, jednakże ustawodawca określił wyraźnie terminy, w których mogą to robić. W art. 16i ust. 5 ustawy o CIT zawarł jasne stwierdzenie, że zmian stawek amortyzacyjnych można dokonać „począwszy od miesiąca, w którym środki te zostały wprowadzone do ewidencji albo od pierwszego miesiąca każdego następnego roku podatkowego”. W opinii organu w ww. przepisie nie ma słowa o tym, że zmian można dokonać „wstecz”. Natomiast słowo „następny” przesądza, że stawki amortyzacji można zmieniać w każdym następnym roku podatkowym po obecnym. W przeciwnym razie podatnicy mogliby dowolnie zmieniać wysokość kosztów podatkowych za okresy, które zostały już zakończone i zamknięte, bez zaistnienia jakichkolwiek ważnych ku temu przyczyn takich jak: błąd rachunkowy czy oczywista omyłka.

Rozumowanie fiskusa wbrew jasnemu brzmieniu przepisu i na niekorzyść podatnika

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gorzowie Wlkp. orzekł, że to spółka ma rację, i choć redakcja przedmiotowego przepisu art. 16i ust. 5 jest nieprecyzyjna, to dokonana przez organ podatkowy jego interpretacja jest sprzeczna z wykładnią gramatyczną. Natomiast w oparciu o językowe znaczenie tego przepisu należy wnioskować, że podatnikom przysługuje prawo do obniżania stawek amortyzacyjnych, poczynając od miesiąca, w którym środki trwałe zostały wprowadzone do ewidencji lub od pierwszego miesiąca w którymkolwiek z następnych lat podatkowych. Punktem w czasie, od którego można dokonywać przedmiotowej zmiany stawek, jest więc tenże pierwszy miesiąc wprowadzenia środka trwałego do ewidencji. Ustawodawca nie zastrzegł jednak w żaden sposób, że zmian stawek można dokonywać wyłącznie na przyszłość.

„…niejasne przepisy prawa nie powinny rodzić dla stron negatywnych skutków, takich jak nałożenie obowiązku albo ograniczenie praw. (…) art. 16i ust. 5 updop, nie wprowadza w jakikolwiek sposób bezpośredniego zakazu dokonywania zmian stawek amortyzacji za lata wcześniejsze. (…) wykładnia celowościowa oraz systemowa nie może być dokonywana w jawnej opozycji do wyraźnego brzmienia przepisów (…) Co więcej, taka wykładnia nie powinna być dokonywana na niekorzyść podatników” (wyrok WSA w Gorzowie Wlkp. z 25 marca 2021 r., sygn. akt I SA/Go 32/21).

Podsumowanie

Z treści uzasadnienia wyroku gorzowskiego sądu wynika, że jasno brzmiący, zarówno dla spółki, jak i dla sądu przepis całkowicie inaczej, wbrew podatnikowi, rozumie organ podatkowy. Co więcej, jak podkreśla sąd, gdyby mimo wszystko treść przepisu była niejednoznaczna, to organ powinien interpretować ją na korzyść przedsiębiorcy. Fiskus robi jednak wszystko, by jak najwyżej opodatkować przedsiębiorcę, i wprost dobrać się do jego majątku. Jest przy tym na tyle zuchwały i arogancki, że robi to bez jakiegokolwiek zdroworozsądkowego, prawnego uzasadnienia.

„…wsteczna zmiana stawek amortyzacji podatkowej, w istocie stanowi jedynie techniczne rozliczenie kosztu w czasie, które nie rzutuje wstecznie na treść obowiązków podatkowych. Nie spowoduje jednocześnie, że podatnicy uzyskają w rozliczeniu globalnym korzyści podatkowe, ponieważ górną granicą sumy odpisów amortyzacyjnych pozostaje wartość początkowa środka trwałego podlegającego amortyzacji. Brak zatem racjonalnego uzasadnienia do odmowy retrospektywnego zmniejszenia stawek amortyzacji” (sygn. akt I SA/Go 32/21).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

GUS o detalu i e-handlu w kwietniu – eksperci komentują

Wg najnowszych danych GUS w kwietniu 2021 r. w porównaniu z marcem 2021 r. odnotowano wzrost wartości sprzedaży detalicznej przez Internet w cenach bieżących (o 6,2%). Udział tej sprzedaży zwiększył się z 9,5% w marcu br. roku do 10,8% w kwietniu br.

Poniżej komentarze eksperckie do tych danych autorstwa Unity Group oraz PayPo:

  1. Unity Group (specjalizuje się w cyfrowej transformacji handlu (tzw. commerce transformation) )

– W kwietniu mieliśmy szczyt ostatniej fali pandemii, co przełożyło się na wysoki, prawie 11-proc. udział e-commerce w handlu detalicznym. Pytanie, jak rozwinie się sytuacja w kolejnych miesiącach po zniesieniu w maju wielu obostrzeń dot. handlu. Wg badania McKinsey Europejczycy pokochali e-zakupy – nie tylko zwiększyli ich częstotliwość w czasie pandemii, ale również 9 na 10 przepytanych zadeklarowało dalsze z nich korzystanie już po pokonaniu koronawirusa. W Polsce również doszło do zmian w nawykach zakupowych i przyspieszenia sektora e-commerce, które w normalnych warunkach dokonałoby się w czasie wielu lat. Różne badania pokazują, że Polacy chcą kupować online i eksplorują kolejne możliwości tej formy robienia zakupów. Również w przypadku firm działających w modelu B2B widać wyraźny zwrot ich klientów w kierunku zakupów online.

Kolejnym czynnikiem wspierającym rozwój sprzedaży online będą też na pewno występujące obecnie globalnie w łańcuchu dostaw braki materiałowe. Dlaczego? Przy doskonałej sieci dystrybucji, jaka jest teraz w Polsce, łatwiej jest bowiem zarządzać dystrybucją z centralnych magazynów niż dzielić brakujący towar między fizyczne sklepy, w przypadku których, jak pokazują różne opracowane przez naukowców scenariusze, ryzyko ponownego zamknięcia cały czas jest realne.

Jednak pojawiają się też poważne przeszkody na drodze do dalszego nieskrępowanego, dynamicznego rozwoju segmentu e-commerce, które w równym stopniu dotyczą całej transformacji cyfrowej: przyspieszenie transformacji cyfrowej w skali globalnej doprowadziło do powstania dużych luk między popytem a podażą rynku pracy specjalistów IT z obszaru rozwoju e-commerce. Jednocześnie, zawdzięczany pandemii rozwój pracy zdalnej otworzył rynek pracy globalnie, co wg danych firm rekrutacyjnych i portali z ofertami pracy w IT, przyczyniło się do bardzo wyraźnego, w niektórych przypadkach wynoszącego 30-40 proc., wzrostu wynagrodzeń w wielu specjalizacjach. To powoduje realny wzrost kosztów rozwoju IT nie o 5-10%, jak w latach poprzednich, ale bardziej w przedziale 15-25%, czego wiele firm, planując ambitne inwestycje na 2021 nie zakładało. Może to być kolejny czynnik inflacyjny w rosnącej szybko w Polsce inflacji. Także niski kurs złotówki powoduje wzmożenie działalności eksportowej w obszarze usług transformacji cyfrowej i tylko potęguje problem braków kadrowych na polskim rynku. – mówi Grzegorz Rudno-Rudziński, Managing Partner w Unity Group. 

  1. PayPo (polski fintech, dostawca płatności odroczonych do finansowania zakupów w internecie)

– Kwiecień był być może ostatnim miesiącem podczas pandemii, kiedy tradycyjny handel detaliczny działał w ograniczony przez restrykcje sposób. Mimo to, jako dostawca nowoczesnych form płatności za zakupy online, nie widzimy po pierwszych tygodniach maja spowolnienia w obszarze e-handlu. Klienci PayPo nadal są bardzo aktywni, realizując kolejne transakcje w sferze online przy użyciu płatności odroczonych – w kwietniu liczba zakupów finansowanych w ten sposób wzrosła rok do roku ponadczterokrotnie i po pierwszej połowie maja nie widać sygnałów spowolnienia. To dowód na to, że Polacy nie tylko przestawili się w większym stopniu na e-zakupy, ale również przekonali się do innowacyjnych i dopiero zdobywających rynek polski nowych form płatności za towar zamówiony online. Ten trend dostrzegają i bardzo aktywnie próbują wykorzystać duże sieci retailowe. Np. w największych firmach sprzedających odzież i obuwie, które do wybuchu pandemii traktowały kanał online jako uzupełnienie dla głównego stacjonarnego kanału dystrybucji, teraz stawia się na ich równoległy rozwój, w ramach koncepcji omnichannelowej.

 

Warto pamiętać, że to właśnie sprzedaż internetowa sprawiła, że pomimo kilkunastu miesięcy podporządkowania działalności reżimowi pandemii, handel detaliczny ma się teraz relatywnie nieźle. Wyniki polskich firm handlowych za pierwszy kwartał 2021 pokazują, że handel w internecie nadal napędza sprzedaż – w przypadku np. CCC i LPP roczny wzrost e-sprzedaży wyniósł odpowiednio ponad 85% i ponad 130%, a od czasu wybuchu pandemii udział e-commerce w obrotach obu firm znacząco wzrósł: w przypadku CCC z 43 do 62 proc, a dla drugiej z tych firm z 33 do prawie 40 proc.

Wygląda też na to, że ożywienie w e-commerce będzie kontynuowane – jak podała niedawno firma PwC, niemal 85% Polaków po zakończeniu pandemii nie zamierza zmniejszyć częstotliwości e-zakupów, natomiast aż 82% wyda w tym roku na e-zakupy tyle samo lub więcej w porównaniu do 2020 r. To tylko przyspieszy rozwój rynku odroczonych płatności w Polsce. Szacuje się, że skumulowany roczny wskaźnik wzrostu (CAGR) dla globalnego rynku odroczonych płatności (BNPL – buy now, pay later) wyniesie 21,2% do 2027 roku. W przypadku Polski ten wzrost może wynieść nawet 30-40% – powiedział Radosław Nawrocki, prezes PayPo.

Firmy transportowe wrzucają wyższy bieg

Subindeks Barometru EFL dla branży transportowej na II kwartał br. wyniósł 54,5 pkt. i był wyższy o 5,6 pkt. w porównaniu do poprzedniego kwartału. To najwyższy wynik od II kwartału 2018 roku, kiedy wyniósł 57,2 pkt. Firmy transportowe po raz pierwszy od wybuchu pandemii „wyjechały” powyżej progu ograniczonego rozwoju (OR), czyli widzą coraz większe szanse na rozwój swoich biznesów. Transport z największym optymizmem spogląda także w przyszłość – w opinii niemal połowy przedsiębiorców kondycja branży poprawi się w ciągu najbliższych 6 miesięcy.

Barometr EFL dla branży transportowej na II kwartał 2021:

  • Subindeks: 54 ,5pkt. (+5,6 pkt. kw./kw.), najwyższy wśród 6 branż
  • Inwestycje: 25 proc. przedsiębiorców prognozuje zwiększenie inwestycji; 19 proc. prognozuje spadek inwestycji
  • Sprzedaż: 24 proc. przedsiębiorców prognozuje zwiększenie sprzedaży; 10 proc. prognozuje spadek sprzedaży
  • Płynność finansowa: 24 proc. przedsiębiorców prognozuje poprawę płynności finansowej; 10 proc. prognozuje pogorszenie płynności finansowej
  • Finansowanie zewnętrzne: 15 proc. przedsiębiorców prognozuje większe zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne; 14 proc. prognozuje mniejsze zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne
  • Barometr COVID-19: 46 proc. przedsiębiorców spodziewa się poprawy kondycji w branży w ciąg najbliższych 6 miesięcy, najwięcej wśród 6 branż

Subindeks Barometru EFL na II kwartał br. dla branży transportowej wyniósł 54,5 pkt., o 5,6 pkt. więcej niż w pierwszym kwartale tego roku. Jest to najwyższa wartość wskaźnika nie tylko od początku pandemii COVID-19 w Polsce, ale od II kwartału 2018 roku – wówczas wartość subindeksu wyniosła 57,2 pkt. Co więcej, wynik transportu jest też najwyższy wśród wszystkich sześciu badanych branż.

Prezes zarządu EFL zwraca uwagę, że po raz pierwszy od wybuchu pandemii COVID-19 w Polsce, wskaźnik branżowy dla transportu przekroczył próg OR. – Poziom ograniczonego rozwoju mikro, małych i średnich firm w naszym badaniu wynosi co najmniej 50 pkt. Firmy transportowe osiągnęły go po raz pierwszy nie tylko od początku pandemicznego kryzysu, ale od IV kwartału 2019 roku, kiedy ostatni raz została przekroczona ta granica. Obecny wynik jak i prognoza kondycji na kolejne miesiące to wyraźny sygnał, że przedstawiciele branży są w zdecydowanie lepszej sytuacji niż jeszcze kwartał wcześniej i widzą coraz wyższe szanse na rozwój w tym roku – mówi Radosław Woźniak, prezes zarządu EFL.

W II kwartale br. co czwarta firma transportowa planuje zwiększyć poziom inwestycji (25 proc.). Podobny odsetek zapytanych przedsiębiorców liczy na większe zamówienia (24 proc.) i w związku z tym na lepszą płynność finansową (24 proc.).

Na najwyższy bieg jeszcze poczekamy

EFL w badaniu Barometr COVID-19 po raz siódmy zapytał przedstawicieli polskiego transportu, czy w kontekście kryzysu spowodowanego pandemią koronawirusa, sytuacja w ich branży w ciągu najbliższych 6 miesięcy poprawi się, pogorszy czy pozostanie bez zmian. Opinie firm transportowych są najbardziej optymistyczne wśród badanych branż. Niemal połowa z nich (46 proc.) ocenia, że sytuacja się poprawi, a 39 proc., że pozostanie bez zmian. 7,5 proc. zapytanych jest zdania, że się pogorszy.

Jednak przedstawiciele transportu „każą” nam jeszcze poczekać na koniunkturę w ich branży. Najbardziej liczna grupa jest zdania, że stanie się to w przyszłym roku (38 proc.). Co czwarty zapytany wskazuje na jeszcze dalszą perspektywę – 2-3 lata. A co piąty w ogóle nie liczy na powrót prosperity. Tylko 17 proc. widzi szansę na koniunkturę jeszcze w tym roku.

Wirus na neutralnym biegu

Wpływ pandemii koronawirusa na MŚP jest oceniany przez większość przedstawicieli przemysłu jako neutralny biznesowo. Taką opinię wyraziło 59 proc. przedsiębiorców. 30 proc. z nich wskazuje na negatywny charakter pandemii, a 11 proc na raczej korzystny wpływ na kondycję firmy.

Transport należy do tych branż, które jako efekt pandemii rzadko wskazują upadki firm. 14 proc. przedsiębiorców uważa, że w wyniku pandemii koronawirusa zamknie się wiele firm produkcyjnych. Dla porównania, w HoReCa tego zdania jest aż 85 proc. zapytanych, w handlu 54 proc., a w usługach 44 proc. W opinii 36 proc. zapytanych pandemia COVID-19 przełoży się na aktywne poszukiwanie nowych rynków zbytu lub na zmianę czy rozszerzenie profilu działalności. Największa jednak grupa firm transportowych (45 proc.) nie przewiduje istotnej zmiany.

***

Barometr COVID-19 to dodatkowe badanie towarzyszące Barometrowi EFL, zapoczątkowane w marcu 2020 roku w celu diagnozy wpływu pandemii koronawirusa na przedsiębiorstwa z sektora MŚP. Badanie jest realizowane co miesiąc.

Wrocław zanotował jedne z najwyższych podwyżek cen nowych mieszkań

W ciągu ostatniego roku ceny wrocławskich mieszkań wzrosły we wszystkich dzielnicach miasta. Na rynku pierwotnym lokale podrożały o 11% r/r, co jest jednym z najwyższych wzrostów wśród największych polskich aglomeracji, przeanalizowanych w raporcie Emmerson Evaluation. Mediana ceny mkw. nowego mieszkania w stolicy Dolnego Śląska wyniosła niemal 9 tys. zł. Niewiele mniejsze podwyżki zanotował rynek wtórny. Za lokale z drugiej ręki kupujący płacili już o 9% więcej.

Wrocław z medianą[1] ceny mkw. nowego mieszkania w wysokości 8,9 tys. zł uplasował się w połowie stawki wśród najdroższych aglomeracji w Polsce. Drożej niż w stolicy Dolnego Śląska było w Sopocie (16,7 tys. zł/mkw.), Warszawie (10,8 tys. zł/mkw.), Krakowie (9,8 tys. zł/mkw.), Gdańsku (9,7 tys. zł/mkw.) i Gdyni (9,6 tys. zł/mkw.), wskazuje najnowszy raport Evaluer Index 2021, przygotowany przez ekspertów od wycen nieruchomości z Emmerson Evaluation.

Wysokie podwyżki w niektórych dzielnicach

Największe wzrosty cen na wrocławskim rynku mieszkaniowym w 2020 r. autorzy raportu odnotowali w dzielnicy Śródmieście, dla którego mediana ceny mkw. wyniosła 11,5 tys. zł, czyli aż o 16% więcej niż jeszcze rok wcześniej.  – Od kilku lat intensywnie rozwijają się tereny Kępy Mieszczańskiej, gdzie swoje inwestycje realizowali najwięksi gracze na wrocławskim rynku. Lokalizacja i podwyższony standard sprawia, że projekty z tych obszarów są wyżej wyceniane, a ceny nowych mieszkań w 2020 r. zaczynały się od 12 tys. zł/mkw. Duże podwyżki zaobserwowaliśmy też w dzielnicy Fabryczna, o 11% rok do roku, gdzie mediana cen ukształtowała się na poziomie 7,6 tys. zł/mkw. Najintensywniej od lat rozwijają się tereny na Maślicach oraz Stabłowicach, a deweloperzy chętnie wprowadzają tu nowe projekty, które są przede wszystkim kontynuacją już istniejących inwestycji – wymienia Anna Starosta, Dyrektorka Regionalna w Emmerson Evaluation i dodaje, że najdroższe z nich odnotowano w obszarze Popowic, gdzie ceny nowych mieszkań zaczynały się od 8 tys. zł/mkw.

Podobny skok cen był widoczny także w dzielnicy Krzyki (11% r/r), gdzie mediana ceny mkw. wyniosła 8,1 tys. zł. Najwięcej projektów deweloperskich powstaje obecnie w rejonie obrębów Jagodno, Wojszyce i Krzyki. W obszarach Krzyki, Partynice i Południe ceny mieszkań w inwestycjach są znacznie wyższe niż średnia dla dzielnicy. W rejonie Południe, w którym dominują projekty w podwyższonym standardzie, za mkw. nowego mieszkania trzeba było zapłacić już 13 tys. zł.

W ostatnich latach bardzo mocno rozwija się dzielnica Psie Pole, a deweloperzy ze względu na duży dostęp do gruntów, chętnie wprowadzają na tym obszarze nowe inwestycje. Na Psim Polu można było także znaleźć jedne z tańszych mieszkań we Wrocławiu – mediana ceny mkw. wyniosła tam 7,5 tys. zł. Dynamicznie rozwijają się tereny Lipy Piotrowskiej oraz Swojszyc. Rejonami, w których odnotowano najwyższe ceny mkw. były Karłowice i Różanka, gdzie ceny nowych lokali zaczynały się od 8 tys. zł/mkw. – wskazuje Anna Starosta.

W 2020 r. w stolicy Dolnego Śląska obniżył się poziom oferty oraz mocno spadła liczba nowo wprowadzonych mieszkań. Jednak, mimo pandemii, niektórzy deweloperzy w zeszłym roku wygenerowali na rynku wrocławskim rekordową sprzedaż. Jak zaznacza ekspertka Emmerson Evaluation, dużemu popytowi na mieszkania sprzyjało przede wszystkim niskie oprocentowanie lokat. Spora część mieszkań była nabywana za gotówkę, którą kupującym nie opłacało się już trzymać w bankach. Zainteresowanie taką inwestycją było tak duże, że sprzedały się nawet mieszkania, dla których nie wydano jeszcze ostatecznego pozwolenia na budowę.ceny mieszkań wrocław

Rynek wtórny także droższy

Ceny mieszkań na rynku wtórnym rosły w ubiegłym roku niemal równie szybko, jak na rynku pierwotnym. Najdrożej było na Starym Mieście (7,9 tys. zł/mkw), choć ceny urosły tam najmniej, bo o 7% w skali roku. Taki sam wzrost odnotowano w drugiej najdroższej dzielnicy Wrocławia – Śródmieściu, gdzie mediana ceny mkw. lokalu z drugiej ręki wyniosła 7,6 tys. zł. Szybszy wzrost cen można było zauważyć na Krzykach, gdzie w 2020 r. używane mieszkania podrożały o 9% do poziomu 7 tys. zł/mkw. Najwyższe wzrosty cen autorzy raportu odnotowali w dzielnicy Psie Pole (11% r/r) i Fabryczna (10% r/r). Mieszkania w tych lokalizacjach kosztowały odpowiednio 6,7 tys. zł/mkw. i 6,8 tys. zł/mkw.

Zdaniem ekspertów Emmerson Evaluation w perspektywie najbliższego roku można się spodziewać kontynuacji wzrostów cen mieszkań. Według prognoz z raportu Evaluer Index 2021 podwyżki na rynku mieszkań w największych miastach w Polsce mogą wahać się między 3-8%. Wysoki popyt wciąż rozgrzewa bowiem rynek, co może doprowadzić do pobicia kolejnych rekordów cenowych w 2021 r.

Cały raport „Evaluer Index 2021” jest dostępny pod adresem: https://www.emmerson-evaluation.pl/wp-content/uploads/2021/05/raport-evaluer-index-2021.pdf

[1] W analizie cen mkw. przyjęto wartość środkową, czyli medianę, która lepiej niż średnia odzwierciedla informację na temat cen, gdyż na jej wartość nie wpływają pojedyncze, nietypowe transakcje (jak np. zakup jednej wyjątkowo luksusowej nieruchomości).

Rośnie liczba zwolnień lekarskich z powodu depresji

W 2020 roku lekarze wystawili 1,5 mln zwolnień lekarskich z powodu zaburzeń psychicznych oraz zaburzeń zachowania. To 7 proc. wszystkich elektronicznych zaświadczeń o niezdolności do pracy – informuje Prawo.pl.

Z raportu Zakładu Ubezpieczeń Społecznych dotyczącego absencji chorobowej w 2020 roku wynika, że zaświadczenia z tytułu choroby psychicznej zostały wystawione na łączną liczbę 27,7 mln dni (to 11 proc. ogólnej liczby dni absencji). „W stosunku do roku 2019 nastąpił wzrost liczby zaświadczeń z tytułu zaburzeń psychicznych aż o 25 proc. oraz wzrost liczby dni absencji chorobowej o 37 proc.” – mówi prof. Gertruda Uścińska, prezes ZUS cytowana przez Prawo.pl.

Duży udział w liczbie wystawionych L4 z tytułu zaburzeń psychicznych miała depresja. W 2020 roku wystawiono ich 385,8 tys., co w porównaniu do 2019 roku oznacza wzrost o 21 proc.. Około 45 proc. zwolnień lekarskich z tytułu depresji wystawiana została osobom w wieku 35-49 lat – podaje portal.

Depresja to choroba. To nie jest zwykły smutek, chandra czy niechęć do pracy. To jest ciężka choroba, a pacjent jest niezdolny do pracy. Jeżeli rozpoznajemy epizod depresyjny, to zazwyczaj zwolnienie lekarskie jest uzasadnione” – mówi Prawo.pl prof. Dominika Dudek z Katedry Psychiatrii CM UJ, prezes elekt Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. I dodaje, że mniej więcej 1/3 osób, które chorowały na COVID-19 cierpi z powodu zaburzeń psychicznych.

„Pracodawcy są świadomi tego, że okres epidemii COVID-19, która wywołała powszechne zaniepokojenie co do przyszłości, miejsc pracy i poczucie zagrożenia, jeśli chodzi o zdrowie i życie własne i bliskich, a do tego jeszcze nieprzewidziane, szybkie zmiany w organizacji pracy, jak np. praca zdalna, i nieprzewidywalność tego, co czeka nas w przyszłości, mogły spowodować u pracowników problemy – zapewnia Robert Lisicki, dyrektor Departamentu Pracy Konfederacji Lewiatan. – Dlatego wiele firm stara się wspierać pracowników, umożliwiając im dostęp do specjalistów” – dodaje i przyznaje, że dla pracodawców wyzwaniem jest zweryfikowanie sposobu wykorzystywania takiego zwolnienia.

Jak podkreśla w wypowiedzi dla Prawo.pl Paweł Żebrowski, rzecznik prasowy ZUS ważna jest prewencja rentowa, która polega na finansowaniu rehabilitacji leczniczej dla osób ubezpieczonych. „Na ten cel w 2021 roku przeznaczono ok. 280 mln złotych. Jednym z profili rehabilitacji w ramach prewencji rentowej ZUS są zaburzenia psychosomatyczne” – zaznacza.

Rosnąca inflacja to nie jednorazowy impuls. Pod koniec roku ma wynosić 4%

W ostatnich miesiącach obserwujemy rosnącą inflację. Eksperci ostrzegają, że powinniśmy brać pod uwagę możliwość utrzymania się inflacji na wysokim poziomie aż do końca roku. Wygląda bowiem na to, że zachodzące zmiany nie są chwilowym impulsem. Maj ma być miesiącem szczytowym, z inflacją na poziomie 5%. Później ma ona spaść – ale niewiele i ustabilizować się na poziomie 4% w rozrachunku rocznym. To bardzo dużo. Przy tak dużej i utrzymującej się inflacji musimy przygotować się na poważne konsekwencje dla gospodarki. Głównie chodzi o sytuację gospodarstw domowych i siłę nabywczą pieniądza. Jeżeli inflacja będzie się utrzymywać dłużej na podwyższonym poziomie, coraz częściej będziemy mieli z tyłu głowy chęć zabezpieczenia się przed tym procesem. W naszych decyzjach biznesowych i dotyczących portfela domowego będziemy rewaloryzować koszty. To jest główną  przyczyną utrwalania inflacji na podwyższonym poziomie.

– 4%-owa inflacja to poziom, który może być tylko chwilowy i spowodowany impulsem. Ale o tym mogliśmy mówić wcześniej, kiedy te impulsy się pojawiały. Jeżeli jednak pojawiają się permanentnie, zaczyna to być poważny kłopot. Inflacja to przede wszystkim bardzo poważny problem dla gospodarstw domowych. Oznacza wyraźne obniżenie wartości nabywczej płacy i świadczeń. To przekłada się na problemy z utrzymaniem się – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Zrobiliśmy sporo, żeby poprawić los gospodarstw domowych. W tej chwili niestety duża część tej poprawy zostanie cofnięta. Podwyższona inflacja oznacza także inny kłopot, związany z pojawianiem się żądań płacowych. Gdy trudno jest się utrzymać, pracownicy zwracają się do pracodawców po podwyżki. To zjawisko będzie mocniejsze niż zazwyczaj, kiedy inflacja jest umiarkowana. A to niestety może grozić efektami “drugiej rundy” – czyli spowodować, że wzrost inflacji będzie trwalszy niż można się było spodziewać. Powinniśmy więc w tej chwili zrobić wiele, żeby inflację zgasić. Oczekiwania inflacyjne nie powinny być na tyle wysokie, że zaczniemy je z automatu wkalkulowywać w nasze codzienne życie – ostrzega Soroczyński.

ROBYG zainwestował w Q1 2021 ponad 340 mln zł w bank ziemi

Grupa ROBYG zainwestowała w pierwszym kwartale 2021 roku ponad 340 mln zł w bank ziemi w Warszawie i Gdyni. Łącznie daje to potencjał budowlany na około 170 tys. powierzchni użytkowej. Zakupy te uzupełniły grunty zakupione w 2020 roku za ponad 375 mln zł w Warszawie, Gdańsku, Gdyni i Wrocławiu (ponad 330 tys. powierzchni użytkowej). Łączne zasoby gruntów zapewniają Grupie ROBYG potencjał sprzedażowy około 22.000 lokali. Spółka planuje przeznaczyć na zakup gruntów łącznie ponad 600 mln zł.

Grupa ROBYG realizuje program skokowego wzrostu biznesu. Spółka regularnie akumuluje wypracowany zysk, który za lata 2019-2000 wyniósł około 400 mln zł. Ponadto otrzymała dodatkowy kapitał w wysokości 100 mln zł od akcjonariusza – Bricks Acquisition Limited z Grupy Goldman Sachs, a także rozważa emisję obligacji do kwoty 150 mln zł w ramach programu emisji obligacji na okaziciela na kwotę do 500 mln zł. ROBYG ma doskonałą pozycję gotówkową, sięgającą 400 mln zł i planuje istotne inwestycje w bank ziemi.

W pierwszym kwartale 2021 roku Grupa ROBYG zawarła 1110 umów rezerwacyjnych netto oraz podpisała 888 umów deweloperskich w Warszawie, Gdańsku i Wrocławiu. Spółka przekazała 560 lokali.

„Bardzo intensywnie poszukujemy gruntów – mamy zabezpieczone znaczące środki i rozbudowujemy nasz program finansowania. Dzięki temu jesteśmy w stanie szybko podejmować decyzje, inwestować w duże projekty, a także zapewnić sprzedającemu sprawną płatność za transakcję. To istotne przewagi, dzięki którym ROBYG jest atrakcyjnym partnerem na rynku nieruchomości. Prowadzimy bardzo wiele rozmów i jestem przekonany, że istotnie powiększymy nasz bank ziemi w tym roku. Na takie inwestycje i potencjalne akwizycje do końca 2021 roku chcemy przeznaczyć ponad 600 mln zł. Jesteśmy zdeterminowani, by skokowo zwiększać skalę naszej działalności, a ten rok będzie dla ROBYG bardzo ważny pod tym względem. Jesteśmy także otwarci na zakup całych podmiotów wraz z nieruchomościami, wydzielonych części przedsiębiorstw czy rozległych terenów poprzemysłowych – ponieważ mamy rozbudowane doświadczenie w rewitalizacji gruntów i przywracaniu dużych fragmentów dzielnic w miastach” – podkreśla Artur Ceglarz, wiceprezes zarządu ROBYG SA.

ROBYG przykłada szczególną wagę do idei ESG, na którą składa się ekologia, społeczne zaangażowanie i ład korporacyjny. Już dzisiaj wiele ze stosowanych przez ROBYG rozwiązań w budownictwie oraz podejmowane inicjatywy społeczne i pracownicze wskazują na zaangażowanie firmy w filozofię zrównoważonego rozwoju. Dlatego ROBYG zawarł z jedną z wiodących firm na świecie – JLL – umowę o współpracy w zakresie opracowania kompleksowej strategii ESG. Współpraca obejmie wyznaczenie strategicznych kierunków zrównoważonej działalności, a także usystematyzowanie dotychczasowych działań. Jest to element działań na rzecz społeczeństwa oraz  środowiska realizowanych wspólnie z Goldman Sachs – właścicielem ROBYG. Współpraca z JLL ma zapewnić dalszy rozwój w tym obszarze.

W 2020 roku Grupa ROBYG zanotowała przychody ze sprzedaży przekraczające 1,11 mld zł, zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 211 mln zł – czyli o 18,6% więcej niż w 2019 roku, a EBIT 269 mln zł – wzrost o 12,4% rok do roku. W 2020 roku Grupa ROBYG podpisała 2738 umów deweloperskich i przedwstępnych[1] oraz 2156 umów rezerwacyjnych netto w Warszawie, Gdańsku i Wrocławiu. Spółka przekazała 2715 lokali.

ESG – czyli misja troski, odpowiedzialności i wsparcia obejmuje tworzenie wspólnot mieszkańców, ochronę środowiska, stosowanie ekologicznych rozwiązań, oszczędność energii, funkcjonalność, bezpieczeństwo, zrównoważone budownictwo, szkolenia i programy antykorupcyjne, ład korporacyjny oraz obszerny program CSR – wsparcia potrzebujących. Założenia, które przyświecają koncepcji społecznej odpowiedzialności biznesu są trwale wpisane w strategię Grupy ROBYG. Budownictwo mieszkaniowe to wyjątkowy obszar działalności gospodarczej – a jego wpływ na społeczeństwo jest ogromny. Nowopowstałe budynki zmieniają oblicze całych dzielnic, dlatego ROBYG uważa, że realizacja inwestycji to coś więcej niż tylko wzniesienie budynku. Nowe osiedle to element większego organizmu, jakim jest miasto – dlatego projekt musi być idealnie wkomponowany w otaczającą go przestrzeń. Kompetentny deweloper – taki jak Grupa ROBYG – rozpoczyna planowanie nowej inwestycji właśnie od analizy jej wpływu na bezpośrednie otoczenie, dzielnicę i samo miasto.

Grupa ROBYG od lat angażuje się w lokalne inicjatywy, wspiera sztukę, kulturę, edukację czy sport. Firma podjęła także liczne działania związane z pomocą w obliczu epidemii koronawirusa – aktywnie wspierała potrzebujących, seniorów i Powstańców oraz instytucje medyczne. Łącznie w 2020 roku ROBYG przekazał ponad 250 tysięcy złotych na wsparcie i dofinansowania. Dodatkowo program CSR obejmuje realizację i nieodpłatne przekazanie projektów infrastruktury publicznej na rzecz dzielnic i miast.

Grupa ROBYG zapewnia mieszkańcom swoich osiedli liczne, innowacyjne rozwiązania technologiczne – które wspierają ekologię i pozwalają zmniejszać koszty eksploatacyjne mieszkań. Wszystkie osiedla ROBYG posiadają instalację fotowoltaiczną, która wytwarza energię elektryczną zużywaną na potrzeby stref wspólnych budynku – czyli oświetlenia między innymi korytarzy, klatek schodowych, lobby czy stref fitness i miejsc zabaw dla dzieci. Jest to rozwiązanie przyjazne środowisku – wykorzystuje naturalny sposób wytwarzania energii elektrycznej, ale nie pochłania zasobów, a dodatkowo zmniejsza koszty eksploatacji budynku, co mieszkańcy odczuwają w portfelu.

Wszystkie mieszkania ROBYG w standardzie wyposażone są w nowoczesną technologię Smart House firmy Keemple. Klienci nie muszą ponosić za to rozwiązanie żadnych dodatkowych opłat. Smart House umożliwia zdalne sterowane domową elektroniką, ogrzewaniem, a także systemem bezpieczeństwa. Technologia zapewnia komfort oraz pomaga oszczędzać – dzięki niej można obniżyć rachunki za prąd nawet do 30%. Grupa ROBYG szczególnie dba o środowisko, zrównoważone budownictwo i odpowiedzialność społeczną. Spółka wprowadziła na swoich osiedlach ładowarki do samochodów elektrycznych – infrastruktura przyłączy będzie dostępna w garażach w większości budynków. Ponadto wybrane inwestycje będą posiadały miejsca zewnętrzne do ładowania – ogólnodostępne dla mieszkańców. Ponadto wdrożyła farby pochłaniające zanieczyszczenia, które zaplanowane są na elewacje nowych inwestycji – jedna ze ścian przyjmie postać artystycznego murala.

Grupa ROBYG od wielu miesięcy pracuje zgodnie z wytycznymi GIS, stosuje środki ochronne dla pracowników i klientów, prowadzi też cykliczne dezynfekcje i ozonowanie wszystkich biur minimum dwa razy w tygodniu. Spółka wprowadziła także systematyczne testy pracowników na budowach i w biurach sprzedaży na obecność przeciwciał wirusa SARS-CoV-2. We wszystkich biurach sprzedaży ROBYG wdrożył innowacyjną technologię dezynfekcji przy pomocy nowoczesnych urządzeń Aura Air firmy Keemple. To najinteligentniejsza na świecie technologia dezynfekowania powietrza, która jednocześnie monitoruje jego jakość w czasie rzeczywistym i chroni przed koronawirusem.

ROBYG to 25.000 sprzedanych lokali i ponad 100.000 zadowolonych klientów.

Najważniejsze dane Grupy ROBYG:

  2017 2018 2019 2020
Umowy deweloperskie i przedwstępne   2500 2200 2738
Kontraktacja netto 3471 2520 2569 2156
Lokale uznane w przychodach 2100 2500 2845 2715
Przychody 738 mln zł ponad 1 mld zł ponad 1,12 mld zł ponad 1,11 mld zł

[1] Z uwzględnieniem sprzedaży Wrocławskiego Przedsiębiorstwa Budowlanego (WPB)

Dzień Mamy 2021 – zakupowe preferencje Polaków

Około 13 milionów Polek już za kilka dni będzie obchodzić swoje święto. Dzień Matki w większości krajów na świecie wypada w drugą niedzielę maja, ale w Polsce obchodzimy go 26 dnia tego miesiąca. Według badania AdColony przygotowanego dla Mobiem – „Dzień Matki – zakupowe preferencje” – ponad 6 na 10 respondentów przyznało, że regularnie kupuje prezenty z tej okazji i w tym roku również to zrobi. Blisko 70 proc. Polaków do zakupu użyje telefonu. Jakie upominki wybiorą na Dzień Mamy? Czym się będą kierować przy szukaniu prezentu? Zrobią zakupy stacjonarnie czy może zamówią produkty online?

Według raportu Mobile Institute, Polka jest silna, pracowita i niezależna. Oszacowano, że gdyby zsumować wszystkie aktywności, jakie wykonuje w ciągu dnia, doba musiałaby mieć 36 godzin! Panie podejmują wiele ważnych decyzji związanych z prowadzeniem gospodarstwa domowego, planowaniem budżetu, a także zdecydowanie częściej dokonują wyborów zakupowych w obszarze FMCG. Decydują o żywności i napojach dla dzieci, środkach czystości i chemii gospodarczej, kosmetykach, a także o ubraniach i butach, ale też o sprzęcie AGD.[1] To one również częściej podejmują decyzje i kupują prezenty w rodzinie, jak na przykład te, podarowane 26 maja.

Dzień Mamy 2021 – Polacy na zakupach mobilnych

Jak wynika z badania AdColony przeprowadzonego dla Mobiem, w którym wzięło udział 53 proc. mężczyzn i 47 proc. kobiet – w tym roku 4 na 10 z nich zamierza zrobić zakupy na Dzień Matki online. Respondenci zazwyczaj korzystają przy tym z telefonu (68 proc.) lub laptopa czy komputera stacjonarnego (28 proc.). Najmniej osób do zamawiania używa tabletu (zaledwie 4 proc.).Dzień Mamy 2021 – Polacy na zakupach mobilnych

Blisko połowa badanych konsumentów przyznała, że o prezentach, ciekawych ofertach i promocjach dowiaduje się przede wszystkim z reklam mobilnych, z kolei 45 proc. odkrywa produkty za pomocą kanałów społecznościowych, a pozostali, czyli 40 proc. poprzez wyszukiwarkę internetową.Dzień Mamy 2021 – Polacy na zakupach mobilnych 2

Widzimy, że handel mobilny to bardzo dynamiczny obszar rynku, który zmienia się w szybkim tempie. Polacy pewniej i częściej korzystają z rozwiązań mobilnych, mają też większą świadomość obszarów wykorzystywania tych urządzeń. Stają się pełnoprawnymi konsumentami mobilnymi. Smartfon stał się podstawowym narzędziem Polaków do komunikacji i przeglądania kanałów społecznościowych, ale także do robienia zakupów online czy dokonywania płatności. Według badania AdColony, ok. 7 na 10 respondentów do zamawiania prezentów na Dzień Matki używa właśnie telefonu. Blisko połowa, bo 48 proc. z nich zainspirowała się w tym czasie mobilnymi reklamami – mówi Michał Giera, Mobiem Polska.

Jakie upominki Polacy najczęściej kupują na Dzień Mamy?

Dla swoich mam kupujemy przede wszystkim prezenty w postaci kwiatów, kosmetyków, ubrań i biżuterii. Spośród zapytanych osób, 4 na 10 zdecyduje się na zakup z opcją doręczenia upominku bezpośrednio do mamy, a 1/4 badanych chce podarować prezent osobiście.

Biorąc pod uwagę kwestie kupowania prezentów to Polacy pozostają niewątpliwie tradycjonalistami i jak co roku stawiają na sprawdzone prezenty dla mam, jak bukiety kwiatów, perfumy i odzież. To te produkty były najczęściej wskazywane przez osoby w badaniu, które przeprowadziło AdColony.

Dzień Matki – czym się kierujemy przy wyborze upominku?

Nabywanie produktów od zaufanych marek, różnorodne i przede wszystkim bezpieczne metody płatności online to najważniejsze czynniki, które bierzemy pod uwagę dokonując zakupów przez smartfona. Badani wskazywali także na łatwy zwrot oraz bezproblemowe poruszanie się po stronie internetowej czy aplikacji, jako atuty mobilnych zakupów.

– Kupowanie produktów online bezpośrednio przez stronę lub aplikację to wygodny i szybki sposób, który daje często większe możliwości, niż kupowanie w sklepach tradycyjnych, a do tego w obecnych czasach jest znacznie bezpieczniejsze. Jak wynika z badania ECPR[1] ponad połowa Polaków nadal będzie nabywać większość rzeczy online, nawet wtedy, kiedy restrykcje związane z Covid-19 będą całkowicie zniesione. Ten sposób dokonywania zakupów daje nam znacznie większy wybór poszukiwanych produktów, bez ograniczeń czasowych, możliwość porównywania cen i korzystania z rabatów, bardzo często dostępnych tylko online. Z kolei różnorodne formy płatności, przejrzysta nawigacja strony poprawiają znacząco konwersję i powodują, że szybko i skutecznie podejmujemy decyzje zakupowe – Michał Giera, Mobiem Polska.

Mobilni gracze chętnie kupują na smartfonach

Środowisko mobilnych graczy – konsumentów w Polsce jest bardzo zróżnicowane i należą do nich niemal w równej proporcji kobiety jak i mężczyźni (48 do 52 proc.). Mobile gaming jest popularny wśród przedstawicieli wszystkich generacji, a największe grono stanowią osoby w wieku 25-44, bo aż 55 proc., co daje spory potencjał sprzedażowy w tym kanale.

Wykorzystują to marketerzy, którzy w okresach około świątecznych, ale nie tylko intensyfikują działania reklamowe m.in. kobiecych brandów również w tym środowisku. Przykładem są firmy oferujące kosmetyki, które realizują kampanie we współpracy z AdColony, reklamując  swoje produkty w grach mobilnych. Gry można wykorzystywać także do reklamy nieoczywistych artykułów, szczególnie posiłkując się niestandardowymi formatami np. rich media lub interaktywne wideo, do budowania relacji z użytkownikiem, który w przyszłości może stać się stałym klientem – dodaje Michał Giera.

160 razy – tyle razy w ciągu doby sprawdzamy powiadomienia na telefonie, a ekrany urządzeń przenośnych zatrzymują użytkowników średnio na 3 godziny dziennie[2]. Według On Device Gaming Research all EMEA blisko 7 na 10 respondentów codziennie spędza czas na mobile gamingu, a ponad 50 proc. z nich gra w gry mobilne nawet 5 razy dziennie.[3] Nic więc dziwnego, że różne brandy stawiają na komunikację marketingową właśnie w tym obszarze. Biorąc pod uwagę przekaz reklamowy to przeciętny odbiorca jest znacznie lepiej do niego nastawiony i uważniej się z nim zapoznaje ze względu na nieinwazyjny format reklamowy.

[1] ECPR 2020

[2] badania Review.org

[3] AdColony/On Device Research: On Device Gaming Research all EMEA

[1] Mindshare Polska „Zakupy w polskich domach – kto decyduje, a kto kupuje?” 2019

Większość CFO w Polsce deklaruje, że przychody ich firm są już na poziomie sprzed kryzysu

W całej Europie dyrektorzy finansowi (CFO) z coraz większym optymizmem patrzą w przyszłość. Trzynasta edycja raportu firmy doradczej Deloitte „European CFO Survey Spring 2021” wskazuje na duży poziom optymizmu w całym regionie. 56 proc. dyrektorów finansowych w Polsce deklaruje, że ich organizacje są już na etapie kształtowania nowej, pokryzysowej rzeczywistości. Optymistycznie wyglądają także plany dotyczące zatrudnienia, również w sektorach szczególnie dotkniętych przez kryzys. Wciąż jednak ponad jedna trzecia polskich CFO uważa obecny poziom niepewności gospodarczej i finansowej za wysoki lub bardzo wysoki.

Przygotowany przez naukowców Uniwersytetu Oksfordzkiego wskaźnik restrykcyjności obostrzeń związanych z pandemią był w marcu br. tylko nieznacznie niższy niż w kwietniu rok temu, a więc tuż po wybuchu pandemii. Tymczasem najnowsze badanie Deloitte na temat europejskich dyrektorów finansowych wskazuje na rosnący optymizm w całym regionie. Aż 53 proc. CFO –  a więc więcej o 3 p.p. niż pół roku temu, gdy ten wynik był najwyższy w historii badania – deklaruje, że są bardziej optymistycznie nastawieni do perspektyw finansowych swojej firmy niż jesienią. W Polsce takie odpowiedzi stanowiły 52 proc.

– To gwałtowne odbicie nastrojów jest zupełnie naturalną konsekwencją ich głębokiego spadku wiosną ubiegłego roku. Program szczepień postępuje we wszystkich krajach europejskich, co z kolei przybliża zniesienie ograniczeń w najbliższych miesiącach czy nawet tygodniach. Zdecydowaną poprawę nastrojów widać nawet w sektorach, które szczególnie mocno ucierpiały w ciągu ostatniego roku – mówi Julia Patorska, Partner Associate, liderka zespołu analiz ekonomicznych w Deloitte.

Optymizm wśród dyrektorów finansowych jest spójny z najnowszymi prognozami ekonomicznymi Komisji Europejskiej. KE spodziewa się, że gospodarki 27 krajów urosną w tym roku średnio o 4,2 proc. w ujęciu rocznym, a w przyszłym roku wzrost PKB ma przyspieszyć do 4,4 proc. Dla porównania, w 2020 r. spadek PKB wśród krajów UE wyniósł 6,1 proc. w porównaniu z poprzednim rokiem. W przypadku Polski, analitycy KE prognozują wzrost PKB w tym roku o 4 proc., a w przyszłym o 5,4 proc. w ujęciu rocznym.

Przyszłość po pandemii

Poproszeni o ocenę, w którą fazę kryzysu weszła ich organizacja, dwóch na trzech dyrektorów finansowych stwierdza, że już przygotowują się i kształtują przyszłość po pandemii. Tylko 14 proc. deklaruje, że nadal znajduje się w trybie przetrwania. W przypadku Polski to odpowiednio 56 proc. i 23 proc.

Analiza wyników badania w poszczególnych branżach pokazuje jednak spore różnice w poziomie optymizmu. Podczas gdy aż 81 proc. dyrektorów finansowych w sektorze farmaceutycznym i opieki medycznej uważa, że ich organizacja już przygotowuje się do funkcjonowania po pandemii, w sektorze turystycznym odpowiedziało tak zaledwie 38 proc. zapytanych CFO, a ponad połowa twierdzi, że wciąż walczy o przetrwanie swojej firmy. – Szczególnie interesująco te odpowiedzi kształtują się wśród CFO z firm działających w handlu detalicznym. Pandemia zmusiła sprzedawców do inwestowania i rozszerzania swoich możliwości w zakresie omnichannel, w kierunku nowych sposobów obsługi klientów. W efekcie aż 66 proc. dyrektorów finansowych z tego sektora twierdzi, że ich przedsiębiorstwa przygotowują się już do funkcjonowania w rzeczywistości postpandemicznej – mówi Julia Patorska. Ekspertka dodaje, że znaczenie ma również wielkość firmy. Prawie jedna czwarta CFO z przedsiębiorstw o rocznych przychodach do 100 milionów euro twierdzi, że nadal znajdują się w fazie „reagowania”. Tak samo odpowiedziało jedynie 6 proc. dyrektorów finansowych w firmach o rocznych przychodach w wysokości 1 miliarda euro lub więcej.

Nowe nadzieje

Europejscy dyrektorzy finansowi wiążą większe niż polscy nadzieje z kolejnymi 12 miesiącami. 77 proc. CFO w regionie oczekuje wzrostu przychodów swoich firm, podczas gdy w Polsce odpowiedziało tak 45 proc. zapytanych. Nieco ponad jedna piąta CFO w kraju spodziewa się spadku przychodów, tymczasem w regionie tylko 11 proc. Co ciekawe, aż 56 proc. polskich CFO uważa, że przychody ich firm są już na poziomie lub powyżej poziomu sprzed kryzysu, podczas gdy w sumie w regionie twierdzi tak nieco ponad 40 proc. dyrektorów, a dla porównania w Hiszpanii, Grecji i Wielkiej Brytanii – po mniej niż 30 proc.

Pomimo ogólnego wzrostu optymizmu, niektórzy dyrektorzy finansowi w regionie widzą długą drogę do poprawy sytuacji. Podczas gdy niespełna jedna czwarta respondentów spodziewa się powrotu do poziomu aktywności sprzed kryzysu do końca 2021 roku (13 proc. w Polsce), kolejna jedna czwarta oczekuje, że na pełne ożywienie trzeba będzie poczekać do 2022 roku (8 proc. w Polsce). – Szczególnie niskie oczekiwania są w sektorze turystycznym. Żadna firma z tej branży nie wróciła jeszcze do poziomu sprzed pandemii, a tylko 15 proc. w regionie spodziewa się, że stanie się tak do końca tego roku. Również dyrektorzy finansowi w sektorze motoryzacyjnym nie oczekują szybkiej poprawy sytuacji. Tylko 19 proc. z nich deklaruje, że jest już na poziomie sprzed kryzysu, a nieco ponad jedna trzecia spodziewa się odbicia do końca 2021 roku – mówi Aleksander Laszek, manager w zespole analiz ekonomicznych Deloitte. Aż trzy czwarte CFO w sektorze finansowym twierdzi, że jest już na poziomie sprzed kryzysu lub spodziewa się, że będzie na nim do końca roku.

Inwestycje w ludzi i technologię

CFO nadal obawiają się osłabienia popytu i ogólnego stanu gospodarki. Dostrzegają co prawda nieco mniejszą niepewność niż jesienią, ale ponad jedna trzecia dyrektorów finansowych w Polsce i aż 65 proc. w regionie nadal uważa obecny poziom niepewności gospodarczej i finansowej za wysoki lub bardzo wysoki. Mimo to gwałtownie wzrosły plany inwestycyjne. Prawie połowa dyrektorów finansowych w Europie planuje zwiększyć nakłady inwestycyjne w ciągu najbliższych 12 miesięcy, a tylko 14 proc. planuje ich zmniejszenie. – Ostatni raz CFO wykazywali podobną gotowość do inwestowania trzy lata temu, a więc na długo przed pandemią. COVID-19 przyniósł ze sobą m.in. nowe wymagania związane z bezpieczeństwem pracowników i klientów, a także potrzebę zwiększenia interakcji cyfrowej. To wszystko wymaga inwestycji w nowy sprzęt, automatykę i technologie cyfrowe – mówi Jakub Wojnarowski, dyrektor zarządzający ACCA w Polsce.

Również wiosenne prognozy Komisji Europejskiej wskazują, że w tym i przyszłym roku inwestycje będą dynamicznie rosnąć. Po spadku w 2020 r. o 7,4 proc. rok do roku, prognoza na 2021 r. to wzrost o 6,2 proc. rok do roku, a w 2022 r. – o dalsze 5,4 proc. w ujęciu rocznym dla wszystkich gospodarek UE. W Polsce odbicie inwestycji w 2021 r. ma być mniejsze (3,7 proc.), ale nakłady mają znacząco wzrosnąć w kolejnym roku – o 7,2 proc. w ujęciu rocznym.

Perspektywy zatrudnienia również wykazują wyraźne oznaki poprawy. Prawie jedna czwarta dyrektorów finansowych w Europie i jedna trzecia w Polsce spodziewa się zwiększenia zatrudnienia w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Eksperci Deloitte zwracają uwagę, że prognoza ta jest pozytywna także w branżach najbardziej dotkniętych pandemią, które kryzys zmusił do redukcji liczby pracowników. W większości krajów objętych badaniem prognoza ta jest pozytywna także dla sektorów najbardziej dotkniętych kryzysem pandemicznym i zmuszonych do redukcji liczby pracowników, takich jak na przykład branża turystyczna.

W jednej trzeciej krajów objętych badaniem, w tym w Polsce, dyrektorzy finansowi wymieniają niedobór wykwalifikowanej siły roboczej jako jeden z trzech największych problemów, podczas gdy jesienią taka sytuacja miała miejsce tylko w jednym kraju.

Marże pod presją. Jak obecna sytuacja na rynku może wpłynąć na rentowność przedsiębiorstw?

Na horyzoncie coraz wyraźniej widać czynniki, które mogą niekorzystnie wpływać na poziom rentowności przedsiębiorstw. Są to przede wszystkim wzrosty cen towarów na światowych rynkach, presja zakupowa ze strony przedsiębiorstw zabezpieczających możliwości produkcyjne oraz rosnące wynagrodzenia. Jak wpłynie to na kondycję polskich MSP? Analiza Adama Markiela, dyrektora inwestycyjnego Warsaw Equity Group.

W ostatnim czasie ceny surowców wystrzeliły. Indeks S&P GSCI od końca marca 2020 roku wzrósł o ponad 100 proc. Wskaźnik, którego publikację na początku lat 90. rozpoczął Goldman Sachs, odzwierciedla ceny najważniejszych surowców energetycznych (m. in. ropa, gaz), metali (m. in. aluminium, miedź) oraz towarów rolnych (m. in. cukier, kakao), oraz stanowi jeden z benchmarków cenowych dla rynków towarowych. Obecnie wartość indeksu znajduje się 18 proc. powyżej zamknięcia roku 2019 i 3 proc. powyżej ostatniego szczytu z października 2018 roku.
indeks sPNotowane na przestrzeni 2020 roku i kontynuowane obecnie wzrosty cen towarów były rezultatem m. in. ograniczeń podażowych, takich jak zmniejszenie wydobycia ropy naftowej o 9,7 mln baryłek dziennie przez kraje członkowskie OPEC i m. in. Rosję, ogłoszone w kwietniu 2020, czy spadek o ponad 20 proc. wydobycia w peruwiańskich kopalniach miedzi w pierwszym półroczu 2020 roku.

Wspomniane ograniczenia podażowe zbiegły się z gospodarczym odbiciem w Chinach, gdzie w całym 2020 r. PKB wzrósł o 2,3 proc. (globalny PKB w tym samym czasie skurczył się o 3,5 proc.), co stanowiło dodatkowe wsparcie dla cen surowców.

Pandemia napędza popyt przedsiębiorstw

Ponadto, negatywny wpływ pandemii na globalne łańcuchy dostaw, skutkujący w wielu przypadkach trudnościami w realizacji dostaw lub wydłużonymi terminami ich realizacji, sprawił, że w najbliższych miesiącach można spodziewać się zwiększonej aktywności zakupowej po stronie przedsiębiorstw. Motywowana jest ona chęcią zabezpieczenia możliwości produkcyjnych na miesiące oczekiwanego post-pandemicznego odbicia, co może stanowić kolejny impuls cenowy.

Dobre nastroje zwiększają presję

Warto również zwrócić uwagę, że na przestrzeni od stycznia do marca 2021 roku można było obserwować wzrost optymizmu wśród krajowych przedsiębiorstw. Wskaźnik PMI (wskaźnik obrazujący aktywność finansową, pochodzący z comiesięcznych badań firm z sektora prywatnego) dla przemysłu w marcu ukształtował się na poziomie 54,3 pkt. (wobec prognozowanych 55,6 pkt.) i tym samym znalazł się na najwyższym poziomie od ponad trzech lat. Z drugiej strony, w kontekście trwającej w Polsce trzeciej fali zakażeń, utrzymanie tak pozytywnych nastrojów w krótkim terminie pozostaje pod znakiem zapytania, co znalazło odzwierciedlenie w nieznacznym, spadku wskaźnika w kwietniu do poziomu 53,7 pkt.
indeks pmi

Połączenie powyższych czynników popytowo-podażowych znajduje już odzwierciedlenie w poziomie rynkowych oczekiwań inflacyjnych (na co wskazuje wyraźne odbicie rentowności długoterminowych polskich obligacji skarbowych – wzrost rentowności o ponad 0,5 p.p. w stosunku do dołka z końca stycznia) oraz w bieżących wskazaniach wskaźnika inflacji PPI (dla przetwórstwa przemysłowego), który w marcu 2021 r. w ujęciu rok do roku osiągnął poziom 3,3 proc., podczas gdy przez większą część poprzedniego roku dynamika cen producentów pozostawała ujemna.

Wzrost wynagrodzeń

Do wszystkich powyższych czynników należy dodać jeszcze utrzymującą się w polskiej gospodarce presję na wzrost poziomu wynagrodzeń. Pomimo sezonowego spowolnienia w kwietniu i maju 2020 roku (efekt bazy w związku z wypłatami premii na przełomie pierwszego i drugiego kwartału, który w 2020 roku został dodatkowo pogłębiony przez pandemię), w ujęciu rok do roku wysokość średniego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw sukcesywnie wzrasta. Średnie wynagrodzenie brutto w marcu bieżącego roku wyniosło 5929 zł, co oznacza wzrost o 8 proc. w stosunku do analogicznego okresu roku poprzedniego. Na wzrost średniego wynagrodzenia w istotny sposób wpływa również rosnący poziom płacy minimalnej, która obecnie wynosi 2800 zł brutto, co oznacza wzrost o 200 i 550 zł w stosunku do odpowiednio roku 2020 i 2019.

Dlatego też można postawić tezę, że zwłaszcza w przypadku małych i średnich przedsiębiorstw, posiadających, ograniczoną możliwość transmisji wzrostu cen czynników wytwórczych na ceny końcowe, poziom generowanych marż może znaleźć się na przestrzeni bieżącego roku pod wyraźną presją.

Przedsiębiorco, zegar tyka. Aby teraz przeprowadzić sprawną restrukturyzację, należy się pospieszyć

To prawdopodobnie może być na jakiś czas ostatnia szansa na szybkie uniknięcie kłopotów z egzekucją bądź innymi dolegliwościami związanymi z problemami finansowymi firmy. Za sprawą ubiegłorocznych zapisów jednej z ustaw wchodzących w tzw. pakiet ustaw covidowych doczekaliśmy się terminowego oręża z wyjątkowym potencjałem również w dłuższej perspektywie. Mowa o uproszczonym postępowaniu restrukturyzacyjnym (a dokładniej uproszczonym postępowaniu o zatwierdzenie układu, czyli w skrócie UPOZU), które pojawiło się w krajowym prawodawstwie w czerwcu 2020 roku. Zgodnie z ustawą przepisy umożliwiające stosowanie tego postępowania wygasają z dniem 30 czerwca 2021 roku.

Dobre rozwiązanie na trudne czasy

Skala wykorzystania UPOZU jest jednym z najlepszych przykładów realnego zainteresowania polskich przedsiębiorców mechanizmami restrukturyzacyjnymi, ponieważ w ciągu ostatnich lat postępowania układowe nie notowały szczególnych wzrostów. Stagnację zakończył ruch w III kwartale 2020 roku, który pokazał bardzo dynamiczny wzrost ilości otwieranych postępowań restrukturyzacyjnych z jednoczesną dominacją właśnie postępowania uproszczonego.

Jak wyliczają analitycy MGW CCG najwięcej uproszczonych postępowań o zatwierdzenie układu zanotowaliśmy w IV kwartale 2020 roku oraz I kwartale 2021. Od 19 czerwca ub. r., a więc momentu wejścia w życie ustawy do końca I kwartału br. zostało otwartych 746 UPOZU, co stanowi aż 71 proc. wszystkich otwartych postępowań w tym okresie. Ponadto, spoglądając na szczyt trzeciej fali pandemii oraz utrzymujące się ograniczenia autorzy raportu MGW CCG prognozowali, iż w kolejnym kwartale liczba otwartych postępowań może objąć nawet 400 firm. Głównymi powodami, dla których ten rodzaj postępowania cieszy się tak dużym zainteresowaniem jest możliwość szybkiego jego otwarcia bez udziału sądu (wystarczy obwieszczenie w Monitorze Sądowym i Gospodarczym), co automatycznie zawiesza wszystkie postępowania egzekucyjne, uniemożliwia wypowiedzenie umów kredytowych, leasingowych bądź najmu, jak również wprowadza w stan „zawieszenia” wymagalność wszystkich zobowiązań powstałych przed dniem otwarcia takiego postępowania. Jak praktyka wskazała, dla wielu przedsiębiorców jest to właściwy instrument do zabezpieczenia swoich firm i szansa na uzyskanie układu z Wierzycielami.

Trzeba się spieszyć

W świetle obecnie obowiązujących przepisów II kwartał 2021 będzie ostatnim okresem na wykorzystanie uproszczonego postępowania restrukturyzacyjnego. Oczywiście, trwają prace legislacyjne nad zmianą ustawy, która ma na stałe wprowadzić do porządku prawnego ten rodzaj postępowania, jednak pojawiło się ryzyko przesunięcia terminu od jakiego nowe przepisy mogą wejść w życie. Pierwotnie planowaną datą wejścia w życie nowelizacji miał być początek lipca br. Projekt zmian w ustawie wpłynął do sejmu w dniu 15 marca 2021 roku, a 20 kwietnia sejm przy braku głosów przeciwnych przyjął projekt ustawy. W dniu 13 Maja Senat przegłosował jednak zmiany do ustawy, wśród których znalazł się również zapis przekładający wejście w życie ustawy na dzień 1 grudnia 2021. Poprawki senatu uzyskały w dniu 18 Maja pozytywną opinię Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka i skierowano ustawę ponownie do Sejmu. Przyjęcie zatem przez Sejm poprawek Senatu będzie oznaczało iż od dnia 1 lipca do dnia 30 listopada nie będzie można korzystać z uproszczonego postępowania restrukturyzacyjnego. Teoretyczną szansą dla utrzymania tego instrumentu, jest jeszcze wniosek złożony na komisji sejmowej o wydłużenie okresu w jakim przedsiębiorcy mogą składać obwieszczenie o otwarciu uproszczonego postępowania restrukturyzacyjnego do dnia 30 listopada 2021 roku. Los jednak tego rozstrzygnięcia leży obecnie w rękach posłów. Pojawia się zatem istotne ryzyko, braku możliwości czasowego wykorzystania najbardziej popularnego instrumentu restrukturyzacyjnego. W takim przypadku, warto nie odwlekać decyzji o ewentualnym uruchomieniu postępowania i w pełni wykorzystać czas jaki pozostał do końca II kwartału.

Realizacja tego negatywnego scenariusza spowoduje iż przedsiębiorcy będą mieli wyraźnie skrócony horyzont działań w modelu uproszczonego postępowania restrukturyzacyjnego o zatwierdzenie układu. Jeśli pod koniec maja jakikolwiek właściciel biznesu myśli o realnym wyjściu z kryzysu, należy wyjątkowo zintensyfikować działania w tym kierunku. Pamiętajmy, że przed 30 czerwca należy uzyskać wpis do Monitora Sądowego i Gospodarczego, a już teraz widzimy, że powstają zatory w sprawnej publikacji obwieszczeń związane z dużą ilością składanych wniosków. Aby zminimalizować ryzyko niedotrzymania terminów, a co za tym idzie – starcia się z komornikiem czy nawet widma egzekucji, warto się pospieszyć, pamiętając że gwarancję utrzymania terminu da sytuacja, w której będziemy gotowi do złożenia wniosku do Monitora najpóźniej do 15 lub 20 czerwca. Koniec kwartału będzie z pewnością obfitował w dodatkowy wzrost ilości wniosków.

Warto spróbować takiego rozwiązania nawet z coraz szybciej tykającym zegarem w tle, bowiem głównymi zaletami UPOZU są m.in. niskie koszty, nieskomplikowana procedura oraz uzyskanie ochrony przed wierzycielami na okres 4 miesięcy bez udziału sądu. Miejmy nadzieję, że półroczna przerwa działania tego rodzaju postępowania nie będzie jednak miała miejsca, ponieważ byłaby to ogromna strata, zważywszy na trudną sytuację wielu przedsiębiorstw.

Autor: Mariusz Grajda – Partner Zarządzający i członek Zarządu MGW Corporate Consulting Group

Dane z CEIDG: Polacy otwierają nowe biznesy. W I kw. tego roku przybyło ich ponad 80 tys.

Przeszło 44 tys. wniosków dotyczących likwidacji działalności gospodarczej wpłynęło do rejestru CEIDG w pierwszym kwartale br. Jak wynika z danych przekazanych przez MRPiT, to o blisko 4,5% mniej w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Z kolei o ponad 35% spadła liczba wniosków o zawieszenie działalności. Ostatnio najwięcej takich przypadków odnotowano w województwie mazowieckim, a najmniej – w opolskim. Natomiast na koniec marca br. było o blisko 81 tys. więcej aktywnych firm niż rok wcześniej.

Jak informuje Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii, w pierwszych trzech miesiącach br. do rejestru CEIDG wpłynęło 44,5 tys. wniosków dotyczących likwidacji działalności gospodarczej. To o nieco 2 tys. mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, kiedy takich przypadków odnotowano 46,5 tys. Jak zaznacza Andrzej Głowacki, prezes zarządu DGA Kancelarii Restrukturyzacji i Upadłości, dane są do siebie dość zbliżone. Różnica wynosi niespełna 4,5%, a przecież pierwszy kwartał 2020 roku był początkiem pandemii.

– Polacy od lat są przedsiębiorczymi ludźmi i elastycznie reagują na zmiany otoczenia rynkowego. Jednak należy stwierdzić, że prezentowana różnica jest raczej niewielka, choć dla gospodarki zauważalna. Przedstawione dane oczywiście mogą być też powiązane z pomocą oferowaną w ramach tzw. tarcz antykryzysowych. Wielu firm nie likwidowano, bo finalnie byłyby przez to większe kłopoty – komentuje Łukasz Goszczyński, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny.

Patrząc na wyniki z poszczególnych miesięcy, widać, że najwięcej wniosków dotyczących likwidacji działalności złożono w styczniu. W 2021 roku było ich 16,4 tysięcy, a rok wcześniej – 21,7 tys. Zdaniem prezesa Głowackiego, wynika to głównie z działania, którego celem jest uniknięcie płatności składek ZUS czy wyższego podatku od nieruchomości od początku roku.

– Wydaje się, że liczba wniosków zwyczajowo jest większa w styczniu. Często przedsiębiorcy odkładają w czasie takie decyzje, licząc na poprawę lub inne okoliczności, które mogą nadejść wraz z nowym rokiem. Oczywiście, wnioski z początku br. mogą mieć też związek z kolejnymi obostrzeniami w gospodarce wprowadzonymi pod koniec 2020 roku – dodaje mec. Goszczyński.

W pierwszym kwartale br. najwięcej wniosków dot. likwidacji odnotowano w  woj. mazowieckim (6 203). Kolejne w zestawieniu jest śląskie (4 075), następne – wielkopolskie (4 040), a na końcu listy widzimy opolskie (851). Jedynie w pomorskim liczba takich wniosków wzrosła r/r (z 2 851 do 2 872).

– Prezentowane dane pokrywają się z potencjałem demograficznym i gospodarczym poszczególnych obszarów. Wyraźnie widać, że w największych województwach ruch w tym zakresie jest na najwyższym poziomie. I to nie powinno nikogo dziwić – mówi Łukasz Goszczyński.

Resort też informuje, że ostatnio do rejestru CEIDG wpłynęło o ponad 35% mniej wniosków dot. zawieszenia działalności gospodarczej. W pierwszym kwartale br. było ich 61,3 tys. Natomiast w analogicznym okresie ub.r. takich przypadków odnotowano 95,1 tysięcy, w tym niemal 49 tys. w marcu.

– Liczba wniosków w kwestii zawieszenia działalności w I kw. 2020 r. była ponadprzeciętna. To wynikało z szoku covidowego i okresowego całkowitego lockdownu. Dane z marca ub.r. świadczą o reakcji obronnej przedsiębiorców na zupełnie nieznane zjawisko w gospodarce – analizuje Andrzej Głowacki.

W pierwszych trzech miesiącach br. najwięcej wniosków dot. zawieszenia działalności gospodarczej złożyli przedsiębiorcy z woj. mazowieckiego (9 125). Kolejni na liście są ze śląskiego (5 488) i małopolskiego (5 233), a na końcu z opolskiego (1 028).

– W mojej ocenie, jest to spowodowane strukturą gospodarczą tych obszarów. W mazowieckim, śląskim oraz małopolskim jest bardzo dużo zarejestrowanych firm. Tym samym liczba wniosków o zawieszenie była dużo większa na tych terenach niż w pozostałych województwach. Z kolei opolskie ma charakter rolniczy, stąd też niewielka ilość takich decyzji – podkreśla Adrian Parol, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny.

Jak zaznacza MRPiT, mniej wniosków o likwidację i zawieszenie działalności gospodarczej miało również przełożenie na stan rejestru CEIDG. Na koniec pierwszego kwartału 2021 roku wynosił on 2,537 mln aktywnych firm, czyli o 80,8 tys. więcej niż na koniec marca 2020 roku. Te statystyki pokazują, że Polacy w dobie pandemii otwierają nowe biznesy, co też podkreśla radca prawny Łukasz Goszczyński. Ale zdaniem eksperta, znaczna liczba uruchomionych działalności może być związana z optymalizacją kosztów zatrudnienia. I spory procent z tego nie przetrwa do jesieni, bo czas na prowadzenie własnego biznesu jest dość trudny.

– Wzrost liczby firm jest wynikiem podejmowania nowych wyzwań przez osoby, które są bez pracy w związku z pandemią i zamknięciem niektórych sektorów. Mam na myśli teatry, gastronomię, turystykę, itd. Młodzi pracownicy z tych branż stali się np. dostawcami paczek, posiłków, świadcząc usługi dla firm kurierskich – wyjaśnia prezes Głowacki.

Z kolei zdaniem Adriana Parola, liczba wniosków o likwidację działalności będzie wzrastała. Ma to związek z zamknięciem części firm z branży gastronomicznej, a także szeroko pojętych usług, które najbardziej zostały dotknięte pandemią. Co prawda gospodarka zaczęła przyspieszać, ale sporo podmiotów wciąż jest na granicy zysku i straty. A od tego niedaleka jest droga do likwidacji.

– Wszystkie dane wskazują na to, że liczba zawieszonych działalności nie powinna rosnąć. Przede wszystkim z uwagi na otwarcie gospodarki oraz nadchodzący okres letni, w którym jest większe zapotrzebowanie na prace sezonowe. Jednakże decydujący wpływ będzie miał dalszy rozwój pandemii, szczególnie w okresie jesiennym. Do tego mogą dojść ewentualne obostrzenia z tym związane – zaznacza Łukasz Goszczyński.

Natomiast ekspert z DGA spodziewa się, że liczba podmiotów gospodarczych wzrośnie, zwłaszcza że pracodawcy będą oczekiwali świadczenia usług, czyli podjęcia współpracy B2B. Ale tutaj może powstać dodatkowy problem. Na pewno blokadą dla umów o pracę będzie relatywnie wysokie najniższe wynagrodzenie oraz jego pochodne, a także zapowiadane nowe obciążenie umów o pracę i umów zlecenia.

– Ten czas na pewno nie będzie łatwy. Na horyzoncie nie widać przecież nowych tarcz antykryzysowych. Przedsiębiorcy będą musieli sami sobie poradzić z trudnościami. Jednym się to uda, innym – nie. Dlatego uważam, że obecny okres, m.in. do wczesnej jesieni będzie decydujący dla wielu tysięcy firm, szczególnie tych małych i średnich – podsumowuje Adrian Parol.

Cavatina Holding S.A. publikuje wyniki za 2020 rok

Cavatina Holding S.A. (jednostka dominująca Grupy Kapitałowej Cavatina Holding S.A.), największy polski deweloper biurowy, planujący wejście na rynek główny Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie opublikował skonsolidowane wyniki finansowe za 2020 rok:

  • Skonsolidowany zysk operacyjny wyniósł 246,5 mln zł i był wyższy o 17% r/r
  • Skonsolidowany zysk z nieruchomości inwestycyjnych wyniósł 266,8 mln zł i był wyższy o 14%r/r
  • Skonsolidowane przychody z najmu i aranżacji wzrosły o 68% do 59 mln zł

– Rok 2020 był okresem pełnym wyzwań w związku z pandemią Covid-19, nie przeszkodziło to jednak Grupie Kapitałowej Cavatina Holding S.A. w osiągnięciu  sukcesów, o znaczeniu przełomowym dla jej dalszego rozwoju,  takich jak sprzedaż trzech budynków kompleksu biurowego Equal Business Park w Krakowie, czy też zakończenie budowy jednego z najbardziej rozpoznawalnych z jej projektów – budynku biurowego przy ulicy Chmielnej 89 w Warszawie i zawarcie transakcji sprzedaży 65% udziałów w spółce Cavatina Office będącej właścicielem biurowca Chmielna 89. Podpisaliśmy ponadto rekordową umowę najmu powierzchni biurowej w kompleksie Global Office Park w Katowicach. Projekty realizujemy zgodnie z założonym harmonogramem i jesteśmy głównym kandydatem to stania się beneficjentem bardzo prawdopodobnej luki podażowej na rynku biurowym, która może powstać na skutek wstrzymania przez część deweloperów rozpoczęcia nowych inwestycji w trakcie pandemii – mówi Daniel Draga, Wiceprezes Zarządu Cavatina Holding S.A.

Najważniejsze skonsolidowane dane finansowe za 2020 rok

Dane w [mln zł] 2020 r. 2019 r. Zmiana%
Przychody z najmu i aranżacji 59,0 35,1 68,1%
Wynik z najmu i aranżacji 33,0 16,3 102,4%
Zysk/strata z wyceny i sprzedaży nieruchomości inwestycyjnych 233,8 218,0 7,2%
Zysk/strata z nieruchomości inwestycyjnych 266,8 234,3 13,9%
Zysk z działalności operacyjnej 246,5 210,8 17,0%

Na koniec 2020 roku zysk z działalności operacyjnej wyniósł 246,5 mln zł, co oznacza wzrost o 17% w stosunku do roku ubiegłego. Na wzrost wyniku wpłynęło przede wszystkim dalsze konsekwentne rozwijanie posiadanego portfela projektów.  Wpływy ze sprzedanych projektów w ubiegłym roku przewyższyły kwotę 550 mln zł.

W styczniu 2021 roku Cavatina Holding S.A. zadebiutowała na rynku Catalyst wprowadzając do obrotu 3,5-letnie obligacje o wartości 20 mln zł, a w marcu 2021 roku złożyła prospekt emisyjny w Komisji Nadzoru Finansowego w związku z planowaną ofertą publiczną akcji (IPO) i wejściem na rynek główny Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

Nasze wyniki i sytuacja finansowa są bardzo dobre. Kolejny rok z rzędu poprawiliśmy przychody z najmu i aranżacji powierzchni biurowych, co jest związane z uzyskiwaniem pozwoleń na użytkowanie dla kolejnych budynków i bardzo dobrym postępem komercjalizacji. Dzięki konsekwentnej realizacji naszej strategii oraz silnej pozycji finansowej Grupa Kapitałowa Cavatina Holding cieszy się zaufaniem wśród partnerów  co pozwala na realizację coraz ambitniejszych planów i umacnianie pozycji Cavatina Holding na rynku – dodaje Daniel Draga, Wiceprezes Zarządu Cavatina Holding S.A.

Grupa Kapitałowa Cavatina Holding S.A. należy do największych deweloperów powierzchni biurowych działających w Polsce i jest aktualnie obecna w siedmiu miastach Polski: w Warszawie, Krakowie, Łodzi, Wrocławiu, Gdańsku, Katowicach i Bielsku-Białej. Grupa zakończyła budowę dwunastu nieruchomości biurowych, z czego pięć budynków zostało sprzedanych podmiotom zewnętrznym w transakcjach o łącznej wartości przekraczającej 900 mln zł. W następnych latach Grupa planuje realizację i zakończenie kolejnych projektów a kluczowym celem strategicznym Grupy jest podwojenie portfela do poziomu 1 mln mkw. do 2025 r.

Przedsiębiorcy są przeciwni całkowitej likwidacji umów cywilnoprawnych. To zabieranie elastyczności rynkowi pracy

Znaczne ograniczenie elastyczności rynku pracy, dodatkowe obciążenia nałożone na pracodawców i pracowników, koniec rynku freelancerów i skomplikowanie funkcjonowania osób podejmujących zlecenia zawodowe, które nie zamierzają na trwałe związywać się z konkretnym pracodawcą – przedsiębiorcy są zaniepokojeni  jednym z punktów „Polskiego Ładu” zaprezentowanego przez polityków Prawa i Sprawiedliwości dwa tygodnie temu. W opinii Północnej Izby Gospodarczej jest to komplikacja, która w obecnym systemie prawnym oraz w obecnej rzeczywistości gospodarczej nie ma uzasadnienia. – Jesteśmy zwolennikami ograniczania umów cywilnoprawnych. Przedsiębiorcy od wielu lat odchodzą od takiego modelu zatrudniania pracowników, a umowami o dzieło i zlecenie regulują tylko relacje z pracownikami sezonowymi lub takimi, którzy zatrudniani są do wykonywania konkretnych czynności. Całkowita likwidacja takich umów doprowadzi jednak do spadku atrakcyjności freelancerów na rynku i będzie powstrzymywać pracodawców przed zatrudnianiem pracowników sezonowych. Efekt może być także taki, że część kosztów będzie przerzucana na pracowników. Po prostu mniej oni zarobią – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk.

Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie poprosiła o opinię w tej sprawie przedsiębiorców zajmujących się rynkiem pracy. Opinie były zgodne – nadużywanie umów cywilnoprawnych jest złe i należy z tym procederem walczyć. Likwidacja całkowita jest jednak wylewaniem dziecka z kąpielą i poważną komplikacją dla wielu sektorów gospodarki.

Prezes Hanna Mojsiuk: To walka z tematem, który jest dawno  nieaktualny. W czasie rynku pracownika umowa o pracę to podstawa i każdy przedsiębiorca to wie

Nadużywanie umów cywilnoprawnych to zjawisko z którym należy walczyć – przedsiębiorcy zrzeszeni w Północnej Izbie Gospodarczej nie mają co do tego żadnych wątpliwości. Nie ma jednak wątpliwości również co do tego, że całkowita likwidacja takich umów doprowadzi do zmniejszenia elastyczności na rynku pracy, a atrakcyjność pracowników sezonowych i młodych na rynku pracy bardzo spadnie. To także zła wiadomość dla freelancerów oraz osób „dorabiających sobie”. Oskładkowanie ich umów doprowadzi do realnego zmniejszenia ich poziomu wynagrodzenia. W opinii Północnej Izby Gospodarczej najlepsze byłoby kompromisowe rozwiązanie – pozostawienie umów cywilnoprawnych, ale jednocześnie zwiększenie kontroli przedsiębiorców czy są one odpowiednio wykorzystywane.

– Mamy wrażenie, że propozycja likwidacji umów cywilnoprawnych to próba rozwiązania problemu, który tak naprawdę sam się rozwiązał blisko dekadę temu. Obecnie – mimo pandemii – mamy do czynienia z rynkiem pracownika. Jeżeli ktoś chce przyciągnąć do siebie pracowników to umowa o pracę jest podstawą relacji zawodowej. Jesteśmy zwolennikami zdrowych relacji między pracownikiem i pracodawcą. Umowy cywilnoprawne swojego czasu były nadużywane. Obecnie jest to margines, który oczywiście nie powinien mieć miejsca – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk.

– Całkowita likwidacja umów cywilnoprawnych to poważna komplikacja dla branż, które zatrudniają pracowników sezonowych np. gastronomii, budownictwa, usług sezonowych czy hotelarstwa. Zatrudnianie na kilka tygodni pracownika na umowę o pracę często nie jest oczekiwane przez samego podejmującego pracę. Rynek zatrudniania powinien zachować pewną elastyczność – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk.

Eksperci: oskładkowanie umów cywilnoprawnych może oznaczać koniec obecności freelancerów na rynku

Północna Izba Gospodarcza zapytała o zdanie zrzeszone w Izbie firmy zajmujące się rynkiem pracy. Opinie są jednoznaczne – likwidacja umów cywilnoprawnych to krok ryzykowny.

– Oskładkowanie umów zleceń, a następnie ich likwidacja to rewolucyjna zmiana w relacjach pomiędzy pracownikiem i pracodawcą. Dla pracowników to pewne korzyści, ale i np. spadek dochodów jeżeli mówimy o zadaniach wykonywanych poza głównym etatem. Stracą osoby, które wykonują prace dorywcze czy prace dodatkowe – mówi Dorota Siedziniewska – Brzeźniak z firmy Idea HR. – W dużej mierze jest tak, że na umowach cywilnoprawnych pracują osoby, które chcą na nich pracować. To osoby, które nie chcą się związywać z jednym pracodawcą, wykonują zawody kreatywne, nie planują konkretnej kariery w danej firmie. Obawiam się także, że może to być koniec rynku freelancerów  – dodaje ekspert.

– Po pierwsze nie zgadzam się z nazywaniem umów cywilnoprawnych umowami „śmieciowymi”. Ich obecność na rynku pracy nie jest problemem, problemem jest ewentualne ich nadużywanie. Takie umowy w obiegu mają swoje uzasadnienie, gwarantują one rynkowi pracy pewną elastyczność, mają korzyści i dla pracowników i dla pracodawców – mówi Marcin Borowski z firmy LSJ HR Group. – Zwiększy się udział umów o pracę na rynku, ale osoby mające umowy cywilnoprawne poza głównym etatem pewnie stracą. Trudno sobie wyobrazić, by zatrudniać na umowę o pracę człowieka, który ma np. namalować dla nas portret czy wykonać drobną usługę informatyczną. Możliwe jest również, że częściej będą zawierane umowy o pracę, ale w trybie tymczasowym – mówi Marcin Borowski.

Prezes PGE Wojciech Dąbrowski: Decyzja TSUE podważa Europejski Zielony Ład. To zwykły szantaż

PGE Polska Grupa Energetyczna nie może zgodzić się na zamknięcie kopalni w Turowie. Oznaczałoby to automatyczne wyłączenie elektrowni, która dostarcza prąd do domów 3,7 mln Polaków.

Wyłączenie elektrowni zdestabilizowałoby polski i europejski system energetyczny, w którym Turów pełni istotną rolę, jako jeden z jego najważniejszych elementów – zapewnia do 7 proc. zapotrzebowania na energię w Polsce.

Kopalnia Węgla Brunatnego Turów posiada ważną, legalnie wydaną koncesję, na podstawie której prowadzi i będzie prowadzić wydobycie. Decyzja TSUE to droga do dzikiej transformacji energetycznej. Mamy do czynienia z pierwszym prawdziwym testem  Europejskiego Zielonego Ładu, który miał być oparty na solidarności i sprawiedliwej transformacji energetycznej, a nie programem wspierającym nieuczciwą konkurencję – mówi prezes Wojciech Dąbrowski, prezes PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

TSUE bardzo wybiórczo potraktowało zarówno polskie wyjaśnienia, jak i złożoną sytuację kompleksu. Argumenty strony polskiej zostały zignorowane lub zniekształcone. Doszło do paradoksu, w którym dobrowolne i nadprogramowe działanie Polski na rzecz dodatkowej ochrony wód w Czechach zostało uznane jako potwierdzenie zarzutów.

Kilkadziesiąt kilometrów od Turowa, a nawet kilkaset metrów od granicy z Polską  funkcjonuje 9 kopalni odkrywkowych węgla brunatnego – 5 na terenie Czech, 4 w Niemczech, a Unia Europejska pozwala na ich działalność, mimo ich zdecydowanie większego wpływu na środowisko. PGE nie zgadza się na nierówne traktowanie działalności gospodarczej w zależności od narodowości firmy. Przykład Turowa pokazuje, że kosztem polskiego kompleksu energetycznego mają rozwijać się interesy energetyczne i węglowe innych krajów – dodaje prezes Wojciech Dąbrowski.

Decyzja TSUE prowadzi do wymuszenia na Polsce importu węgla brunatnego z Czech lub Niemiec, czy też energii elektrycznej, która również pochodzi ze źródeł kopalnych.

Kompleks energetyczny w Turowie to miejsca pracy dla tysięcy Polaków, zapewniające byt kilkudziesięciu tysiącom osób, które z dnia na dzień straciłyby źródło utrzymania. Wygaszenie wszystkich bloków w Turowie oznaczałoby również brak możliwości ich uruchomienia w przyszłości. Tak więc tymczasowe zamknięcie kopalni i elektrowni byłoby równoznaczne z ich trwałą likwidacją na wiele miesięcy przed rozstrzygnięciem skargi.

Budowa infrastruktury dla samochodów elektrycznych w UE przebiega zbyt wolno

W kwietniu Europejski Trybunał Obrachunkowy zaprezentował sprawozdanie dotyczące budowy i utrzymania infrastruktury dla samochodów elektrycznych w UE. Celem kontroli przeprowadzonej przez Trybunał było ustalenie, czy Komisja skutecznie zapewniała wsparcie na rzecz rozbudowy publicznie dostępnej infrastruktury ładowania pojazdów elektrycznych w UE.

Trybunał stwierdził, że pomimo odniesionych sukcesów, np. w promowaniu wspólnego unijnego standardu wtyczek, oraz poprawy dostępu do różnych sieci ładowania nadal istnieją przeszkody w podróżowaniu pojazdami elektrycznymi po terytorium UE. Dostępność stacji ładowania jest różna w zależności od kraju, systemy płatności nie zostały zharmonizowane poprzez określenie minimalnych wymogów, a informacje dla użytkowników nie są wystarczające. Wobec braku kompleksowej analizy luk w infrastrukturze Komisja nie była w stanie zagwarantować, by dofinansowanie unijne trafiało tam, gdzie potrzeby są największe. UE jest wciąż daleka od realizacji celu wytyczonego w ramach Zielonego Ładu, który zakłada utworzenie 1 mln punktów ładowania do 2025 r. Nie posiada także ogólnego strategicznego planu działania dotyczącego elektromobilności.

Unijni kontrolerzy wsiedli do samochodów elektrycznych i ruszyli w Europę aby sprawdzić jak rozwija się sieć stacji ładowania aut. Skrytykowali Brukselę za to, że trzy czwarte pieniędzy trafiło do zaledwie pięciu państw, a wielu stacjom grozi bankructwo.

Co trzecie euro wsparło budowę ładowarek w Niemczech, co dziesiąte we Włoszech, a po 6-7% jeszcze we Francji, Austrii i Holandii. Na resztę państw, w tym Polskę, przypadło w sumie tylko 34% dofinansowania do budowy stacji.

– Krytycznie oceniono prawdopodobieństwo osiągnięcia celu UE, aby do 2025 r. w Europie było co najmniej milion punktów ładowania aut elektrycznych – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartłomiej Derski, ekspert WysokieNapiecie.pl. –Tego celu nie osiągnięto dotąd nawet w połowie, tym bardziej zagrożony jest unijny cel, aby w 2030 r. działały 3 mln takich stacji.

Kontrolerzy z Luksemburga pochwalili urzędników z Komisji Europejskiej za jeden wielki sukces, którego trudno Brukseli odmówić: wypracowanie i rozpowszechnienie dwóch europejskich standardów ładowania samochodów elektrycznych: type2 (prądem przemiennym – AC) oraz CCS2 (prądem stałym – DC). Przed epoką unijnych standardów na europejskich drogach królowały standardy francuskie, amerykańskie i japońskie. Problemem była nie tylko ich wzajemna niekompatybilność, ale i brak perspektyw rozwoju w postaci obsługi wysokich mocy ładowania. Unijny standard wszedł w samą porę – tuż przed elektrycznym boomem na drogach i bardzo ułatwia już podróże po Europie. W najnowszych modelach stosuje go także Tesla (Model 3) i Nissan (w Nissan Ariya, który dotrze do polskich klientów za rok).

Europejski Trybunał Obrachunkowy (który jest odpowiednikiem NIK) przyznał też, że dobrym krokiem ze strony Komisji Europejskiej było wsparcie z instrumentu „Łącząc Europę” budowy punktów ładowania aut elektrycznych wzdłuż transeuropejskiej sieci bazowej dróg (TEN-T).

Rozbudowę całej sieci ładowarek w UE dręczą jednak te same problemy. We wszystkich skontrolowanych przez Trybunał projektach wystąpiły opóźnienia we wdrażaniu, a w niektórych uzyskano tylko część produktów.

Bieżący poziom wykorzystania współfinansowanych stacji jest zasadniczo niski, co zwiększa zagrożenia dla trwałości tych inwestycji. Obłożenie stacji jest dziś tak małe, że operatorom grożą bankructwa lub zwijanie sieci. Urzędnicy wytknęli jednocześnie, że unijna agencja przyznająca dofinansowanie nie kontroluje poziomu obłożenia tych stacji, choć mamy XXI wiek i mogłaby to robić zdalnie, gdyby od razu uzgodniła to z operatorami, którymi przyznaje granty.

Wykorzystania stacji ładowania w Polsce jest niższa niż wynosi średnia europejska, a popyt na usługi koncentruje się w pobliżu największym polskich miast. Wynika to ze znacznie mniejszej liczby samochodów elektrycznych niż przewidywały plany rządowe.

– Kontrolerzy pochylili się też nad Polską, która ma najmniejszy udział elektrycznych we flocie – dodaje B.Derski. – To właśnie z tego powodu w Polsce mamy jeden z najwyższych wskaźników liczby stacji ładowania w stosunku do liczby samochodów elektrycznych, co powoduje, że przychody operatorów ze świadczonych usług nie pokrywają obecnie kosztów utrzymania sieci, a dodatkowo realizacja nowych inwestycji jest opóźniana na etapie podejmowania decyzji.

Ta sytuacji musi być brana pod uwagę przy podejmowaniu kolejnych decyzji regulacyjnych oraz przy definiowaniu nowych programów wsparcia. Kluczowym jest jednak pobudzenie pobytu na samochody elektryczne poprzez jak najszybsze wdrożenie dopłat. Wielokrotne zapowiedzi polityków co do ich wprowadzenia powstrzymują wielu potencjalnych nabywców elektryków przed ich zakupem, a wdrożenie programu na pewno przyciągnie nowych kupujących.

Wsparcie od Millennium Leasing dla firm z sektora MŚP dzięki gwarancjom BGK

Millennium Leasing jest drugą w Polsce firmą leasingową, która podpisała z Bankiem Gospodarstwa Krajowego (BGK) umowę dotyczącą oferowania możliwości objęcia gwarancjami BGK umów leasingu, zawieranych z firmami z sektora MŚP. Dzięki temu zwiększa się dostępność kapitału dla firm oraz ich możliwości inwestowania, co jest kolejnym istotnym wsparciem we wciąż trudnych dla przedsiębiorców warunkach rynkowych.

– Od początku pandemii wspieramy firmy w tym trudnym dla nich okresie. Wiemy, że część z nich znalazła się dziś w ciężkiej sytuacji. Uważamy, że naszym obowiązkiem jest zapewnić klientom dostęp do wszystkich programów pomocowych, które zostały zorganizowane w związku z pandemią. Z tego powodu jako pierwsi na rynku zawarliśmy porozumienie z ARP Leasing dotyczące wsparcia firm transportowych, a obecnie – zawieramy umowę z Bankiem Gospodarstwa Krajowego, która pozwoli poszerzyć dostępność finansowania inwestycji naszych klientów, albo poprawić atrakcyjność oferty – powiedział Marcin Balicki, Prezes Zarządu Millennium Leasing.

Dzięki umowie zawartej pomiędzy Millennium Leasing i BGK, część przedsiębiorców będzie mogła skorzystać z finansowania na korzystniejszych warunkach m.in. w zakresie marży, kwoty finansowania, okresu trwania umowy czy wymaganych zabezpieczeń. Warto podkreślić, że gwarancja BGK może objąć do 80 proc. transakcji leasingowej, przy maksymalnym okresie finansowania wynoszącym 10 lat.

Udzielenie finansowania w drodze leasingu będzie oznaczało skorzystanie ze wsparcia instrumentu gwarancyjnego – Paneuropejskiego Funduszu Gwarancyjnego wdrażanego przez Europejski Fundusz Inwestycyjny, przy wsparciu finansowym państw członkowskich, wnoszących wkład do Paneuropejskiego Funduszu Gwarancyjnego. Celem tego funduszu jest ochrona gospodarki UE przed skutkami pandemii SARS-CoV-2. Gwarancja może stanowić zabezpieczenie transakcji leasingowych udzielanych przez tych leasingodawców, którym zostanie udostępniony limit gwarancyjny na podstawie umowy podpisanej z BGK.
W chwili obecnej wsparcie w dostępie do finansowania poprzez leasing z możliwością skorzystania z gwarancji BGK mogą zaoferować tylko dwie firmy leasingowe – w tym Millennium Leasing.

Skąd tak dobra forma złotego?

Euro jest najtańsze od lutego, dolar od stycznia. Złotemu pomagają przede wszystkim czynniki globalne, a dodatkowo napędza go drożejący forint. Do utrzymania dobrej passy złotego potrzebna byłaby podwyżka stóp procentowych.

Euro potaniało do poziomu 4,50 zł, dolar spadł poniżej 3,70 zł. Z innych popularnych w Polsce walut frank szwajcarski znalazł się nieco powyżej 4,10 zł złotego, zaś funt nieznacznie przebija poziom 5,20 zł.

– Złotemu, jak i innym walutom rynków wschodzących, pomagają czynniki globalne – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Za sprawą polityki Fed na amerykański rynek trafiła masa dolarów, co z jednej strony powoduje osłabienie dolara, z drugiej zaś pomaga wycenom wszystkich ważniejszych aktywów.

Skoro banki oddają do Fed ponad 200 mld USD na przetrzymanie przy stopie 0%, to jaką motywację mogą mieć inwestorzy, aby zostawać w dolarze? To wszystko sprawia, że dolar radzi sobie coraz gorzej i taka tendencja może mieć miejsce do momentu, gdy nadpłynność nie zacznie znikać, a to powinno się zmieniać na przełomie kwartałów.

Węgierski forint umacnia się w imponującym tempie po wypowiedziach wiceszefa banku centralnego, który w zasadzie wprost zapowiedział cykl podwyżek stóp procentowych. To odpowiedź na wzrost inflacji, która na Węgrzech przekroczyła już 5%. Do pierwszej z serii podwyżki może dojść już w czerwcu.

Nawet jeśli stopy procentowe powoli będą rosnąć, realna stopa procentowa i tak pozostanie głęboko ujemna, ale dla rynku liczy się kierunek, szczególnie w otoczeniu, w którym wiele banków centralnych ignoruje wzrost inflacji.

W ciągu czterech tygodni forint zyskał wobec euro ok. 4%. Forint po złotym jest jedną z chętniej handlowanych walut naszego regionu i jest między nimi spora korelacja.

– Złoty wzmacniał się, ale nie jest to spowodowane oceną inwestorów, dotyczącą polskiej gospodarki – komentuje ekspert XTB. – Jeszcze szybciej wzmacniały się inne waluty rynków wschodzących, a w naszym regionie najbardziej nie forint, ale czeska korona.

Dodatkowo w Polsce inflacja również mocno rośnie i rynek spodziewa się, że RPP mogłaby zdecydować się na choćby sygnalną podwyżkę stóp procentowych. To pomaga naszej walucie i wczoraj widzieliśmy przełamanie poziomu 4,50 po raz pierwszy od lutego.

Do utrzymania dobrej passy złotego na nieco dłużej niemal koniecznym wydaje się pójście RPP w śladu banku centralnego Węgier, ocenia P.Kwiecień.

NCBR: Startuje przedsięwzięcie „Technologie domowej retencji”

Zrównoważony system gospodarowania wodą to poważne wyzwanie rozwojowe, w obliczu którego stoi Polska. Skutki podejmowanych bądź zaniechanych obecnie działań odczują przyszłe pokolenia. Jesteśmy dziś krajem z grupy najuboższych w zasoby wodne w całej Europie, a przy tym nękanym suszami. Eksperci biją na alarm: Polsce grozi stepowienie. Żeby odwrócić ten trend, potrzebna jest m.in. retencja wody na miejscu, tam gdzie ona spadła w postaci deszczu. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju chce zainspirować polskich przedsiębiorców do tworzenia innowacyjnych technologii i systemów do magazynowania oraz wykorzystywania wody deszczowej w domach, budynkach mieszkalnych czy szkołach. Służy temu najnowsze przedsięwzięcie „Technologie domowej retencji”, finansowane z Funduszy Europejskich w ramach Programu Inteligentny Rozwój. W jego wyniku powstaną innowacyjne wieloobiegowe systemy retencjonowania, magazynowania i oczyszczania wody deszczowej, wody szarej oraz wody czarnej.

Na jednego mieszkańca naszego kraju przypada trzy, a nawet cztery razy mniej wody niż na przeciętnego Europejczyka. Niższe wskaźniki mają tylko Czechy, Dania, Cypr i Malta. Podczas suszy zasobność ta spada o kolejne 50%. Zasoby wody pitnej zmniejszają się na całym świecie. Jedną z odpowiedzi na ten proces jest jej retencja na małą oraz dużą skalę.

Według danych PGW Wody Polskie z marca 2020 roku, aktualnie w Polsce odzyskujemy zaledwie 6,5% wody opadowej, a potrzebujemy zwiększyć tę ilość przynajmniej dwukrotnie. Obecnie głównym sposobem jej odzyskiwania jest tworzenie specjalnych zbiorników retencyjnych, w których zabezpieczane są miliony litrów sześciennych wody. Przykładowo w Hiszpanii funkcjonuje ich 1 900, a retencja sięga 45%. W naszym kraju zbiorników gromadzących powyżej 1 mln m³ (1 hm³) wody jest około 100. Alternatywne rozwiązanie to tworzenie rozproszonego systemu składającego się z milionów mniejszych zbiorników zainstalowanych na posesjach domów jednorodzinnych oraz budynków użyteczności publicznej.

Boom na mikroretencję

W ostatnich latach na całym świecie rośnie popularność technologii domowej retencji, czyli gromadzenia np. deszczówki na własny użytek. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, rozpoczynając przedsięwzięcie „Technologie domowej retencji”, postawiło sobie za cel opracowanie nowoczesnej instalacji, która dzięki zastosowaniu technologii informatycznych będzie aktywnie zarządzać procesem gromadzenia i wykorzystywania wody opadowej w oparciu o dane dotyczące charakterystyki jej zużycia oraz prognozy pogody.

Systemy, które opracowujemy, będą połączone z prognozą pogody, a zarządzanie odzyskiwaną wodą będzie inteligentne i autonomiczne. Urządzenie będzie nas informować, czy użytkownik może np. umyć auto lub podlać ogródek. W projekcie stawiamy na prostotę. Chcemy dać ludziom technologię, która poinformuje ich, ile wody jest w zbiorniku, ile można jej zużyć, żeby zostało tyle, aby móc się umyć oraz zrobić pranie. Takie kompleksowe wieloobiegowe systemy jeszcze nie istnieją, chcemy je opracować i zostać pionierami tej technologii mówi Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Gromadzenie deszczówki

Obniżające się zasoby wód gruntowych oraz głębinowych stanowią coraz większe wyzwanie, które nieuchronnie zbliża nas do stanu suszy hydrologicznej. Zjawisko występuje, gdy rezerwy wody dostępne we wszelkich naturalnych zbiornikach wodnych spadną poniżej lokalnie przyjętego progu. Ten ostatni etap rozwoju suszy przejawia się wyraźnym obniżeniem poziomu wód podziemnych w stosunku do średniego stanu i wysychaniem studni. Według prognoz sytuacja ta będzie się jeszcze pogarszać, co będzie skutkować okresowymi deficytami wody pitnej.

Dlatego w najbliższych latach konieczne staje się wypracowanie rozwiązań w zakresie mikroretencji, szczególnie w przypadku gospodarstw domowych oraz wspólnot mieszkaniowych. Oprócz zachęt w postaci np. dotacji czy rozwiązań podatkowych, uzasadnione jest opracowanie inteligentnych systemów do gospodarowania wodami opadowymi, wykazujących realne korzyści w porównaniu ze stosowanymi obecnie instalacjami biernymi. Warto podkreślić, że gromadzona deszczówka jest doskonałym źródłem darmowej wody dla wszystkich domowych potrzeb, takich jak mycie, pranie, zmywanie itp. Może też później służyć do podlewania ogrodu. Jej rozsączanie w ogrodzie zasila systemy korzenne pobliskich drzew, które z kolei przeciwdziałają tworzeniu się „wysp ciepła”. Dodatkowa korzyść to oszczędności w budżecie domowym w zakresie kosztów wody i odprowadzania ścieków.

Oprócz ochrony przed suszą i deficytem wody musimy zabezpieczać się przed powodziami. Postępujące utwardzanie powierzchni miast i przedmieść powoduje odpływ aż 60-75% wody deszczowej do kanalizacji miejskiej. To z kolei, z uwagi na nasilające się zmiany klimatu i związane z nimi ekstrema pogodowe, powoduje przeciążenie sieci kanalizacyjnej i nagłe powodzie w miastach. Rozwiązanie dla tej sytuacji stanowi rozproszone gromadzenie wody deszczowej w systemach, magazynowanie jej na okres bezdeszczowy, a w przypadku przepełnienia zbiornika – kierowanie jej do skrzynek rozsączających. To nowe, holistyczne podejście jest bliskie NCBR, ponieważ pozwala na zrównoważony rozwój miast i tworzy komfortowe warunki do życia dla ich mieszkańców.

Trzystopniowy obieg wody

W przedsięwzięciu Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, którego ogłoszenie zostało poprzedzone kilkumiesięcznym dialogiem technicznym, przedmiotem prac badawczo-rozwojowych jest opracowanie nowych technologii służących do magazynowania i zagospodarowywania wody deszczowej oraz szarej (odprowadzanej po myciu naczyń, kąpieli czy praniu) w gospodarstwach domowych oraz budynkach użyteczności publicznej. System ma być w pełni bezobsługowy oraz atrakcyjny dla użytkownika, tak aby swoim designem i interfejsem zachęcał do racjonalnego wykorzystywania wody.

Eksperci NCBR podczas wyboru najlepszych ofert będą oceniać m.in. możliwości technologii w obszarze: metod retencji, filtracji, uzdatniania, jakości otrzymanej wody, konstrukcji zbiorników, rozwiązań materiałowych oraz trwałości urządzenia. Ogromnie ważnym aspektem systemu ma być zastosowanie wielokrotnego wykorzystania wody deszczowej do różnych celów.

Opracowana technologia ma pozwalać na trzystopniowy obieg odzyskiwanej wody (deszczowej/szarej/czarnej): najpierw wykorzystywana będzie do mycia i potencjalnie do picia, w kolejnym obiegu do spłukiwania toalety i finalnie do podlewania np. trawnika. Na stworzenie tak zaawansowanego urządzenia podmioty będą miały 2,5 roku, a budżet przygotowany przez NCBR na ten cel opiewa na 4,6 mln zł. Całe przedsięwzięcie realizowane jest w trybie zamówień przedkomercyjnych, dostosowanym do zamawiania rozwiązań niedostępnych obecnie na rynku.

Domowa retencja, Green Deal i wdzięczność przyszłych pokoleń

Dzięki projektowi „Technologie domowej retencji” powstanie system, który ułatwi zagospodarowanie wody opadowej, co przyczyni się do lepszej ochrony ekosystemów wodnych oraz zmniejszenia zużycia wód gruntowych. Działania te wpisują się w unijną strategię „Europejskiego Zielonego Ładu”. Komisja Europejska określiła w niej 10 priorytetów, zakładających dokonanie przeglądu każdego istniejącego prawa pod kątem jego wpływu na klimat, a także wprowadzenie nowych przepisów dotyczących gospodarki o obiegu zamkniętym, renowacji budynków, różnorodności biologicznej, rolnictwa i innowacji.

Przedsięwzięcie „Technologie domowej retencji” jest tylko jednym z dziewięciu nowych przedsięwzięć zainicjowanych przez NCBR, które mają na celu stworzenie nowych technologii dla polskiej gospodarki oraz przyszłych pokoleń. W ramach projektów opracowane zostaną również m.in. ciepłownia przyszłości, elektrociepłownia w lokalnym systemie energetycznym, nowoczesne oczyszczalnie ścieków, biogazownie, budynki efektywne procesowo i energetycznie, systemy wentylacji dla szkół i domów, magazynowanie energii elektrycznej czy magazyny ciepła i chłodu. Wszystkie przedsięwzięcia zostały wybrane pod kątem ich potencjału do masowego wdrożenia i możliwości stania się polską specjalnością.

Szczegółowe informacje oraz dokumentacja przedsięwzięcia „Technologie domowej retencji” znajdują się na stronie internetowej Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Projekt realizowany jest w ramach projektu pozakonkursowego pn. Podniesienie poziomu innowacyjności gospodarki poprzez realizację przedsięwzięć badawczych w trybie innowacyjnych zamówień publicznych w celu wsparcia realizacji strategii Europejskiego Zielonego Ładu (w ramach poddziałania 4.1.3 Innowacyjne metody zarządzania badaniami Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój).

Projekt finansowany jest ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego.

Czy lekarze i pielęgniarki masowo opuszczają nasz kraj? ELA obala mity

  • Trwają właśnie matury, a część uczniów nadal nie wie, jaką uczelnię lub jaki kierunek studiów wybrać. W podjęciu decyzji mogą pomóc im dane, które dostępne są dzięki nowoczesnemu systemowi opracowanemu przez ekspertów z Ośrodka Przetwarzania Informacji – Państwowego Instytutu Badawczego (OPI PIB).
  • Ogólnopolski system monitorowania Ekonomicznych Losów Absolwentów szkół wyższych (ELA) dostarcza wiarygodnych informacji o sytuacji absolwentów polskich uczelni na rynku pracy. Dane te pochodzą z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych i systemu POL-on. Informacje te udostępniane są wszystkim za darmo.
  • Dzięki systemowi ELA można w szybki i łatwy sposób uzyskać odpowiedzi na pytania, które są bardzo ważne dla planowania kariery zawodowej. Każdy może sprawdzić po jakich studiach zarabia się najwięcej, czy też po jakim kierunku najłatwiej znaleźć pracę.
  • ELA pozwala także obalać funkcjonujące w społeczeństwie mity. Od kilku lat dużo słyszy się, że lekarze i pielęgniarki po studiach masowo wyjeżdżają z Polski. Dane z ELA pokazały, że wcale tak nie jest.

ELA rozwiewa wątpliwości

Profesor Mikołaj Jasiński, którego można uznać za ojca systemu ELA, zawsze powtarza, że narzędzie to jest spełnieniem naszych marzeń. Dzięki niemu możemy dowiedzieć się, co dzieje się z absolwentami polskich uczelni. Poznać ich losy na rynku pracy. W sposób, który jest stosunkowo łatwy, korzystając z wiarygodnych danych, które są gromadzone, a wcześniej nie były wykorzystywane w tym celu – mówi dr hab. Agnieszka Chłoń-Domińczak, ekspertka z Ośrodka Przetwarzania Informacji – Państwowego Instytutu Badawczego (OPI PIB).

ELA umożliwia dostęp do danych, które pozwalają dowiedzieć się nieco więcej o tym, co dzieje się w otaczającym nas świecie. Dzięki systemowi możemy odpowiedzieć na pewne pytania, rozwiać wątpliwości czy zweryfikować schematy myślenia, które dotyczą nie tylko samego rynku pracy. Ogólnopolski system monitorowania Ekonomicznych Losów Absolwentów szkół wyższych pozwala zweryfikować m.in. czy to prawda, że studenci opuszczający uczelnie skazani są na „śmieciówki” lub czy istnieje różnica w zarobkach kobiet i mężczyzn tuż po ukończeniu studiów.

Exodus lekarzy i pielęgniarek z Polski?

Eksperci z Ośrodka Przetwarzania Informacji – Państwowego Instytutu Badawczego postanowili także sprawdzić, czy faktycznie, zgodnie z powszechnym przekonaniem absolwenci kierunków medycznych, tj. lekarze i pielęgniarki opuszczają Polskę zaraz po studiach.

To bardzo częsty mit, który funkcjonuje w społeczeństwie. Sprawdziliśmy w systemie ELA, jak wygląda sytuacja pielęgniarek i lekarzy na rynku pracy po pięciu latach od uzyskania dyplomu. W przypadku absolwentów studiów I stopnia pielęgniarstwa i położnictwa, to procent miesięcy przepracowanych w Polsce wynosi 93. Podczas gdy dla porównania absolwenci innych kierunków studiów I stopnia przepracowują zaledwie 82 proc. miesięcy w kraju w tym okresie. W związku z czym widzimy, że pielęgniarki i położne częściej pracują w naszym kraju niż absolwenci innych kierunków. Podobnie wygląda sytuacja w przypadku studiów magisterskich. Pielęgniarki i położne spędzają na pracy w kraju również 93 proc. czasu. Podczas gdy absolwenci pozostałych kierunków studiów II stopnia 85 proc. Zatem nic nie wskazuje na to, żeby pielęgniarki i położne wyjeżdżały z Polski. Co więcej, pracują częściej na etacie, czyli jest to forma zatrudnienia, która jest uznawana za bardziej preferowaną przez pracowników – mówi dr Marek Bożykowski, ekspert z Ośrodka Przetwarzania Informacji – Państwowego Instytutu Badawczego (OPI PIB).

W przypadku lekarzy eksperci z OPI PIB w badaniach uwzględnili Polaków, którzy ukończyli studia medyczne na polskich uczelniach. W naszym kraju medycyna cieszy się dużym zainteresowaniem wśród studentów m.in. ze Szwecji, Norwegii, USA czy Arabii Saudyjskiej, którzy po zdobyciu dyplomu opuszczają Polskę. Ci obcokrajowcy nie zostali uwzględnieni w analizie.

Biorąc pod uwagę Polaków kończących medycynę i stomatologię, dane z systemu ELA pokazują, że 95 proc. miesięcy przepracowują oni w naszym kraju, w okresie pięciu lat od uzyskania dyplomu.  Dla porównania absolwenci innych studiów II stopnia i jednolitych magisterskich w danym okresie przepracowują 85 proc. miesięcy. Wynika z tego jasno, że mit, iż lekarze uciekają po studiach za granicę jest absolutnie nieprawdziwy – dodaje dr hab. Agnieszka Chłoń-Domińczak.

System OPI PIB wzorem dla innych państw

Ogólnopolski system monitorowania Ekonomicznych Losów Absolwentów szkół wyższych to jedyne w Polsce rozwiązanie, które służy systemowym analizom danych administracyjnych. Bazuje on na danych, które już od dawna gromadzone są w administracji publicznej. ELA czerpie dane z innego systemu rozwijanego również w OPI PIB, czyli z POL-onu oraz wykorzystuje informacje z ZUS. Wszystkie dane przetwarzane przez system są zanonimizowane oraz wdrożone zostały odpowiednie mechanizmy, które gwarantują bezpieczeństwo.

– Zdaniem Komisji Europejskiej system OPI PIB jest jednym z najbardziej zaawansowanych w Europie. Wiele osób z całego świata, które są odpowiedzialne za analogiczne analizy, sięga do naszych rozwiązań. Uznawane są one jako wzorcowe. Jako pewną innowację wprowadziliśmy w Polsce względne wskaźniki dotyczące zarobków i bezrobocia. Szwedzi nie korzystali z nich do tej pory, ale uczą się od nas i chcą to zrobić. ELA jest takim naszym towarem eksportowym. Warto dodać, że zawiera on dane dotyczące całej populacji absolwentów, ze wszystkich polskich uczelni. Do tej pory w systemie przetwarzane są informacje o prawie dwóch milionach absolwentów i z roku na rok ta liczba rośnie – mówi dr inż. Jarosław Protasiewicz, dyrektor Ośrodka Przetwarzania Informacji – Państwowego Instytutu Badawczego (OPI PIB).

System ELA jest stale rozwijany. W najbliższych latach rosnąć będzie oczywiście liczba badanych, w miarę jak monitoringiem obejmowane będą kolejne roczniki absolwentów. Planowane jest także rozszerzenie zakresu informacji zbieranych w ramach systemu ELA o dane dotyczące aktywności zawodowej studentów. Prowadzony będzie także monitoring losów zawodowych oraz naukowych doktorantów i osób ze stopniem doktora. System jest bardzo nowoczesny i przyjazny dla użytkownika. Posiada narzędzia pozwalające m.in. na generowanie raportów, rankingów i infografik, zgodnie z potrzebami użytkownika. Dostępna jest także darmowa aplikacja na urządzenia mobilne.

System został stworzony i jest rozwijany przez Ośrodek Przetwarzania Informacji – Państwowy Instytut Badawczy (OPI PIB) na zlecenie Ministerstwa Edukacji i Nauki (MEiN).

Akademia OPI PIB

Proaktywny projekt popularyzujący naukę z udziałem ekspertów i badaczy z Ośrodka Przetwarzania Informacji – Państwowego Instytutu Badawczego. Jego celem jest budowanie kultury dzielenia się wiedzą, możliwości wymiany doświadczeń i dalszego rozwoju kompetencji na polu nowych technologii. Podcasty udostępniamy na kanale YouTube OPI PIB i dotyczą takich obszarów wiedzy jak informatyka techniczna i telekomunikacja oraz nauki socjologiczne. Każdy odcinek to zbiór angażujących historii, dobrych praktyk i inspirujących case studies.

Nadchodzi lepszy czas dla lądowych farm wiatrowych

– Z uznaniem przyjmujemy umożliwienie samorządom i organom ochrony środowiska decydowania o rozwoju projektów wiatrowych w określonej dla danego obszaru odległości od zabudowy mieszkalnej. Co więcej, projektowana nowelizacja niesie też rozwiązanie problemu z lokalizowaniem zabudowy z komponentem mieszkaniowym w sąsiedztwie elektrowni wiatrowych, otwierając możliwości zrównoważonego planowania rozwoju na tych obszarach – mówi Dorota Zawadzka-Stępniak, dyrektorka departamentu energii i zmian klimatu Konfederacji Lewiatan.

Liberalizacja zasady 10h

Rozwój lądowych farm wiatrowych dostarczających energię w najbardziej konkurencyjnych obecnie cenach, na bazie dojrzałej technologii, jest niezbędny z perspektywy przemysłu i całej gospodarki i może być realizowany w ramach władztwa planistycznego samorządów i kompetencji organów ochrony środowiska. Doświadczenie i przygotowanie merytoryczne zaangażowanych stron oraz dostęp do rzetelnej wiedzy dotyczącej energetyki wiatrowej pozwalają uzasadnić uelastycznienie zasady 10h, która w dotychczasowym kształcie narusza zaufanie publiczne zarówno do systemu prawa, jak i do technologii. Obecnie odległość budynku mieszkalnego od elektrowni wiatrowej, zgodnie z zasadą 10h, musiała wynosić nawet do 2 km, po liberalizacji przepisów będzie to nie mniej niż 500 m.

Projektowana nowelizacja trafnie uwzględnia oczekiwania w zakresie rozwoju lądowych farm wiatrowych, choć wprowadza dodatkowe wymogi, m.in. zwiększenia udziału społeczności lokalnych w procesie sytuowania inwestycji. Z punktu widzenia przedsiębiorców i samorządów skutkuje to utrzymaniem niepewności związanej z procesem planistycznym.

Szczegóły zdecydują o skali impulsu rozwojowego

Perspektywa rozwoju nowych projektów wiatrowych jest uzależniona nie tylko od władztwa planistycznego samorządów, ale także od jasnej i sprawnej ścieżki proceduralnej przygotowania inwestycji. W tym zakresie projekt skutkować będzie wydłużeniem czasu niezbędnego na uzyskanie pozwolenia na budowę o 2-3 lata, obciążając energetykę wiatrową dodatkowymi wymaganiami w zakresie planowania przestrzennego i konsultacji społecznych, podczas gdy w myśl priorytetów Polskiej Polityki Energetycznej i realiów ekonomicznych procedury te należałoby usprawniać. Potencjalne różnice w podejściu sąsiadujących gmin do inwestycji wiatrowych mogą skutkować znacznym ograniczeniem możliwości lokalizowania projektów, bądź ograniczeniem ich skali. Istotne będzie także zwiększenie roli i obciążenia regionalnych dyrekcji ochrony środowiska, które wymagać może wzmocnienia kadrowego by nie skutkować przedłużaniem postępowań.

Odblokowanie potencjału energetyki wiatrowej

Bardzo istotnym i pożądanym komponentem projektu z perspektywy odblokowania krajowego potencjału energetyki wiatrowej jest również umożliwienie maksymalnego wykorzystania wcześniej planowanych lokalizacji, z dostosowaniem do obecnych możliwości technologicznych, wskazanej odległości minimalnej od zabudowy, oraz innych wymogów określonych w procedurach planistycznych i środowiskowych. Oczekiwane ożywienie inwestycyjne w sektorze wiatrowym wskutek uelastycznienia rozwiązań w ustawie o inwestycjach w zakresie elektrowni wiatrowych będzie w pierwszych latach głównie rezultatem tych procesów, które w świetle proponowanych przepisów niestety nie ułatwiają wprowadzenia do projektów turbin nowej generacji. Natomiast w wielu przypadkach skutkować mogą nadmiarową eliminacją poszczególnych turbin z istniejących projektów, co ograniczy potencjał nowych mocy w energetyce wiatrowej, również w stosunku do oczekiwań wskazanych w projekcie nowelizacji.

– Dobre perspektywy dla przedsiębiorców i odbiorców energii w Polsce płynące z odblokowania potencjału energetyki wiatrowej istotne są również w kontekście istniejących mocy wytwórczych; proponowane zmiany obejmą uregulowanie wymogów dotyczących czynności technicznych niezbędnych dla eksploatacji farm wiatrowych. Niewątpliwie będzie to sygnał do dalszej profesjonalizacji również drobnych operatorów, natomiast z perspektywy branży ten zakres obowiązków powinien być równoważony podjęciem prac nad uproszczonymi procedurami repoweringu (zastępowanie starszych elektrowni nowymi), które zyskują na znaczeniu w utrzymaniu nowoczesnej i efektywnej floty elektrowni wiatrowych w Polsce w najbliższych latach – dodaje Dorota Zawadzka-Stępniak.

Electromobility in Smart City

19 maja br. odbyła się druga edycja spotkania klubowego „Electromobility in Smart City”, organizowanego przez Executive Club. Eksperci z sektora elektromobilności spotkali się w celu omówienia istotnych kwestii dotyczących zrównoważonego rozwoju miast w dobie postępu technologii. Spotkanie odbyło się w warszawskim Klubie Sosnowym, a transmisja wydarzenia dostępna jest na kanale Executive Club w serwisie YouTube.Electromobility in Smart City (1)

Debatę zainaugurowało wystąpienie gościa specjalnego Włodzimierza Karpińskiego – Sekretarza Miasta Stołecznego Warszawy, który przedstawił strategię rozwoju elektromobilności w stolicy. Mówca wymienił założenia i wszystkie działania, które podejmowane są przez Samorząd Miasta na drodze poprawy jakości życia mieszkańców i wszystkich odwiedzających Warszawę. Inwestycje w transport publiczny i plan rozwoju ogólnodostępnej sieci ładowarek pojazdów elektrycznych to jedne z punktów strategii, które wymienił Sekretarz. Elektromobilność stanowi dla Samorządu znaczne wyzwanie, ale jednocześnie szansa na podniesienie komfortu życia.

Panel dyskusyjny poprzedziło również case study pod hasłem „Zrównoważona mobilność w Smart Cities”, przygotowane przez Leszka Szafrana – Dyrektora Zarządzającego Biznesem Opon Osobowych w regionie Europy Wschodniej – Północ, Goodyear Polska. Prezes przedstawił organizację, jako integralną część zrównoważonej elektromobilności, podkreślając zaawansowanie technologiczne opon i ich ogromne możliwości.

Po prezentacji rozpoczęła się dyskusja, której moderatorem był Tomasz Polichnowski – Prezes Zarządu Politraffic, Ekspert PIIT ds. ITS. Wśród dyskutantów znaleźli się: Rafał Budweil – Prezes Zarządu, Triggo SA, Jakub Faryś – Prezes Zarządu, Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego, Robert Kasprzak – Wiceprezes Zarządu, Bank Ochrony Środowiska SA, Krzysztof Kochanowski – Wiceprezes Zarządu, Dyrektor Generalny, Stowarzyszenie Polska Izba Magazynowania Energii i Elektromobilności PIME oraz Andrzej Szałek – Pełnomocnik Zarządu, Toyota Motor Poland. Tematyka panelu dyskusyjnego dotyczyła rozwoju polskiej elektromobilności, jako zależności pomiędzy użytkownikami, pojazdami oraz infrastruktury drogowej. Eksperci poddali po dyskusję czynniki stymulujące oraz ograniczające dynamikę rozwoju, a także wyróżnili znaczenie koncepcji przemieszczania się samochodami osobowymi.

Partnerzy: APN Promise, BOŚ Bank, Goodyear Polska, Toyota Motor Poland, Triggo SA

Patroni Honorowi: Ministerstwo Klimatu i Środowiska, Prezydent m.st. Warszawy, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, Politechnika Warszawska

Patroni: Stowarzyszenie Mobilne Miasto, Stowarzyszenie Polska Izba Magazynowania Energii, Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego, Polskie Stowarzyszenie Elektromobilności, Polska Izba Radiodyfuzji Cyfrowej, Politechnika Warszawska, Sieć Badawcza Łukasiewicz – Przemysłowy Instytut Motoryzacji, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, Związek Miast Polskich, Ministerstwo Klimatu i Środowiska, Polska Izba Informatyki i Telekomunikacji, Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości

Patroni medialni: Executive Magazine, Polska Times, Manager Report, manager24.pl, CEO Magazyn Polska, Biznes na fali, Magazyn LBQ, Nowoczesne Hale, Utrzymanie Ruchu, dlaProdukcji.pl, Portal Przemysłowy, Automatyka Przemysłowa, InżynierUR, Automatyka, Budowa.org, Budownictwo.org, Nieruchomosci.biz, zrobotyzowany.pl, staleo.pl, Urbnews.pl

W maju br. koniunktura biznesowa poprawiła się we wszystkich analizowanych branżach – podał GUS.

Ankietowane firmy lepiej oceniają zarówno bieżące gospodarowanie, jak i bardziej optymistycznie patrzą w przyszłość. Jednocześnie jednak pandemia nadal pozostaje główną barierą dla jeszcze lepszych wyników. Badanie przeprowadzono w pierwszej dekadzie maja – co oznacza, że respondentom znane były plany otwierania gospodarki, a część z nich już doświadczyła przynajmniej częściowego odmrożenia działalności.

Spośród analizowanych branż wyraźnie na minusie w maju znalazło się zakwaterowanie i gastronomia (-20,2) – jest to jednak wyraźnie lepiej w stosunku do kwietniowego -44,3. Odroczony popyt notowany przez branżę przekłada się na wysoko wyśrubowane prognozy (+24,3).

Na niewielkich minusach również przetwórstwo przemysłowe (-2,0) oraz budownictwo (-7,4). W obu przypadkach poprawa jest mniej imponująca, ale prognozy sugerują poprawę. Warto przypomnieć, że obie branże borykają się z ograniczeniami podażowymi: półprzewodniki, stal, drewno, inne materiały budowlane (drożejące także z uwagi na ceny energii), nie wspominając o ludzkiej pracy, to coraz bardziej deficytowe towary. W efekcie, ceny produkcji sprzedanej przemysłu w kwietniu wzrosły o 5,3% r/r – i nic nie wskazuje, żeby ten trend miał się w najbliższym czasie odwrócić.

Coraz gorsze perspektywy widzą sektory tradycyjnie radzące sobie dobrze – informacja i komunikacja oraz finanse i ubezpieczenia. Ten drugi przypadek odczuwa skutki coraz mniejszej przestrzeni do zarobku (niskie stopy procentowe), nierozwiązanego problemu kredytów frankowych, które wpływają na wyniki finansowe podmiotów, a także realizacji ryzyk ubezpieczeniowych.

dr Sonia Buchholtz, główna ekonomistka Konfederacja Lewiatan

Millennium Bank Hipoteczny ze zgodą KNF na rozpoczęcie działalności operacyjnej

20 maja 2021 r. Komisja Nadzoru Finansowego wydała zezwolenie na rozpoczęcie działalności operacyjnej banku hipotecznego pod marką „Millennium Bank Hipoteczny Spółka Akcyjna” z siedzibą w Warszawie.

– Jestem bardzo zadowolona z zakończenia procesu tworzenia banku hipotecznego. Dzięki rozpoczęciu jego działalności jako Grupa uzyskamy dostęp do finansowania aktywów za pomocą listów zastawnych. Pozwoli to na dywersyfikację struktury finansowania dla kredytów hipotecznych nabytych od Banku Millennium – powiedziała Agata Chrzanowska, Prezes Millennium Banku Hipotecznego.

– Planując utrzymać silną pozycję w sprzedaży kredytów hipotecznych i dwucyfrowy udział w rynku, powołaliśmy do życia Bank Hipoteczny, który pozwoli sfinansować akcję kredytową na korzystnych warunkach.  Zgoda KNF na start Millennium Banku Hipotecznego pokazuje, że Grupa Millennium cieszy się niesłabnącym zaufaniem regulatora rynku, potwierdzającym stabilność, dobrą kondycję biznesową i finansową Grupy – powiedział Joao Bras Jorge, Prezes Banku Millennium.

Zgodnie ze strategią Bank Millennium konsekwentnie wzmacnia swoją pozycję w obszarze akcji kredytowej. W 1 kwartale 2021 roku padł nowy kwartalny rekord wypłat kredytów hipotecznych w wysokości 2,2 mld zł, co oznacza wzrost o 64% w skali roku i przekłada na 14,6% udział rynkowy w nowych umowach. Dzięki zmianie struktury finansowania w kierunku wydłużenia terminów możliwy będzie dalszy rozwój biznesu.  Dodatkowo, w tegorocznej edycji plebiscytu Złoty Bankier, kredyt hipoteczny Banku Millennium został uznany za najlepszy na polskim rynku. Według organizatorów wygrał on w większości badanych obszarów (oceny dokonano na podstawie kilkudziesięciu zmiennych takich jak koszt, elastyczność, e-obsługa oraz dostępność).

Do zarządu Millennium Banku Hipotecznego powołano wieloletnich pracowników Banku. W jego skład  wchodzą: Agata Chrzanowska – Prezes Zarządu; Adam Berent – Członek Zarządu ds. Ryzyka i Artur Kulesza – Członek Zarządu ds. Finansów, Operacji i IT.

Kapitał zakładowy Millennium Banku Hipotecznego wynosi 40.000.000 zł i został w całości pokryty przez Bank Millennium.

Bank Pekao w roli globalnego koordynatora międzynarodowej emisji zielonych obligacji koncernu PKN ORLEN

Bank Pekao S.A. jest jednym z globalnych koordynatorów i współprowadzących księgę popytu emisji 7-letnich zielonych obligacji (green bonds) koncernu PKN ORLEN o wartości 500 mln euro, przeprowadzanej na rynku międzynarodowym. Wpływy netto z emisji obligacji zostaną przeznaczone na finansowanie lub refinansowanie zielonych projektów grupy.

Obligacje, którym międzynarodowa organizacja Climate Bonds Initiative nadała zielony certyfikat (pierwszy tego rodzaju certyfikat dla emisji „benchmarkowej” dokonywanej przez spółkę niefinansową w regionie Europy Środkowo-Wschodniej), będą notowane na rynku regulowanym Euronext Dublin oraz na rynku regulowanym Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. Oprócz Pekao w organizację emisji zaangażowane były międzynarodowe banki BNP Paribas, ING, UniCredit oraz CaixaBank i SMBC Nikko.

Popyt na obligacje sięgnął ponad 3 mld euro, co oznacza sześciokrotnie pokrycie księgi popytu. Ostateczne oprocentowanie ukształtowało się na atrakcyjnym dla emitenta poziomie i wyniosło 125 punktów bazowych powyżej krzywej swapowej w euro. Emisja miała międzynarodowy charakter i w większości została objęta przez zagranicznych inwestorów. 23-procentowa alokacja kwoty emisji dla krajowych instytucji finansowych w tak mocno nadsubskrybowanej transakcji potwierdziła silną pozycję syndykatu Banku Pekao oraz ogromny potencjał dystrybucyjny w tej części Europy.

Obligacje  są emitowane zgodnie zasadami finansowania zielonych inwestycji PKN ORLEN, zawartymi w dokumencie spółki Green Finance Framework. Dlatego równowartość środków z emisji trafić może wyłącznie na finansowanie lub refinansowanie nowych lub istniejących projektów w zakresie energii odnawialnej, czystego transportu lub na zapobieganie zanieczyszczeniu środowiska.

– W krótkim czasie zorganizowaliśmy kilka emisji obligacji zielonych i zrównoważonego rozwoju, o wartości ponad 5 mld zł. To pokazuje, że konsekwentnie i skutecznie poszerzamy nasze portfolio w  zakresie odpowiedzialnego finansowania. Zresztą nie tylko jeśli chodzi o rynek obligacji, ale również kredytowanie proekologicznych projektów – komentuje prezes Pekao Leszek Skiba.

– W przypadku tej transakcji szczególnego podkreślenia wymaga fakt, że mamy do czynienia z emisją na międzynarodowym rynku, w organizacji której Bank Pekao odgrywa kluczową rolę. To istotne, ponieważ chcemy być bankiem pierwszego wyboru dla dużych polskich firm, które finansują się na zagranicznych rynkach, zdobywają kontrakty eksportowe czy dokonują przejęć za granicą – dodaje Jerzy Kwieciński, wiceprezes Pekao, nadzorujący Pion Bankowości Korporacyjnej, Rynków i Bankowości Inwestycyjnej.

Bank Pekao nie zwalnia tempa w zakresie odpowiedzialnego finansowania. W marcu br. bank został zaangażowany jako wyłączny koordynator i dealer emisji 10-letnich obligacji PKN ORLEN o wartości 1 mld zł. Obligacje są oprocentowane według stałej stopy procentowej, powiązanej z poziomem ratingu ESG Spółki (ESG-linked).W tym samym miesiącu Pekao zwiększył swoje zaangażowanie w OZE podpisując umowę kredytową z PAK PCE Fotowoltaika Sp. z o.o. na finansowanie największej w Polsce farmy fotowoltaicznej o mocy 70 MWp. Wcześniej, w grudniu 2020 roku, Bank Pekao koordynował pierwszą na polskim rynku i jedną z pierwszych w Europie emisję obligacji ESG-linked (przeprowadzoną również przez PKN ORLEN. W październiku 2020  Bank wsparł Grupę Tauron w emisji obligacji zrównoważonego rozwoju. Wcześniej w ramach konsorcjum udzielił kredytu na budowę największej lądowej farmy wiatrowej w Polsce, Potęgowo na Pomorzu. W sumie wartość zielonego i zrównoważonego finansowania (np. finansowanie farm wiatrowych, instalacji fotowoltaicznych, niskoemisyjnego transportu miejskiego) w Pekao przekroczyła 8 mld zł w 2020 roku.

ORLEN wyemituje zielone euroobligacje o wartości 500 mln EUR

PKN ORLEN zakończył proces budowy księgi popytu i jeszcze w maju br. przeprowadzi emisję 7-letnich obligacji o wartości 500 mln EUR z kuponem na poziomie 1,125%. Pierwsza w historii Koncernu oraz Polski benchmarkowa emisja zielonych euroobligacji spotkała się z ogromnym zainteresowaniem inwestorów. Złożono aż 234 zapisy na łączną kwotę blisko 3 mld EUR. Oznacza to, że popyt na zielone obligacje PKN ORLEN aż 6-krotnie przewyższył wielkość zakładanej emisji. 

– Jesteśmy nowoczesną firmą, która nieustannie rozwija się i stawia sobie ambitne zadania. Zgodnie ze strategią, zamierzamy do 2050 roku osiągnąć neutralność emisyjną, dlatego konsekwentnie realizujemy cele zrównoważonego rozwoju, które wymagają miliardowych nakładów. Emitując zielone euroobligacje pozyskamy stabilne źródło finansowania inwestycji w odnawialne źródła energii, w tym morskie i lądowe farmy wiatrowe, a także w infrastrukturę ładowania aut elektrycznych i wodorowych oraz instalacje do recyclingu odpadów. Wzmocnimy w ten sposób naszą pozycję konkurencyjną i spełnimy oczekiwania inwestorów, a dodatkowo jesteśmy prekursorem innowacyjnych rozwiązań finansowych przyczyniając się do wyznaczania nowych standardów na rynku krajowym, jak również międzynarodowym – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Pierwszy 1 mld EUR zapisów udało się zebrać w niespełna półtorej godziny od rozpoczęcia procesu. Wyjątkowo wysokie zainteresowanie zielonymi euroobligacjami Koncernu przełożyło się również na bardzo atrakcyjny poziom cenowy oferowanych obligacji. W trakcie budowy księgi popytu PKN ORLEN dwukrotnie obniżał warunki cenowe oferowanych papierów, z pierwotnego poziomu 160-165 punktów bazowych, poprzez 135-140 punktów bazowych, dochodząc finalnie do poziomu 125 punktów bazowych ponad Mid-Swap. Zaoferowana w ramach emisji zielonych euroobligacji cena jest jednocześnie najniższą w historii Koncernu.

Emisja ma międzynarodowy charakter i w większości zostanie objęta przez zagranicznych inwestorów. Ostatecznie zielone euroobligacje zostały przydzielone 182 inwestorom z 26 krajów, przy czym największy udział mieli inwestorzy z krajów Europy Środkowej (Niemcy, Austria i Szwajcaria) – 44% oraz Polski – 23%. W emisji uczestniczyło wiele międzynarodowych funduszy typu asset management, w tym duże grono tych najbardziej zielonych.

Zielone euroobligacje PKN ORLEN zostaną wyemitowane w ramach utworzonego 13 maja br. Programu emisji średnioterminowych euroobligacji (EMTN) o łącznej wartości do 5 mld EUR. Będzie to pierwsza benchmarkowa emisja zielonych euroobligacji uplasowana przez spółkę z Polski. Środki pozyskane w ramach emisji posłużą na sfinansowanie realizowanych przez Grupę ORLEN zielonych projektów w zakresie budowy i akwizycji nowych mocy produkcyjnych OZE, dalszego rozwoju sieci szybkich ładowarek aut elektrycznych oraz infrastruktury ładowania autobusów i samochodów wodorowych, a także rozwój instalacji do recyklingu odpadów.

Będzie to również pierwsza polska emisja zielonych euroobligacji zrealizowana przez firmę spoza sektora finansowego, która uzyskała certyfikat Climate Bonds Initiative (CBI), świadczący o zastosowaniu najlepszych rynkowych standardów w zakresie integralności klimatycznej, transparentności oraz wykorzystania środków pochodzących z emisji. Certyfikat CBI potwierdza, że projekty zrealizowane ze środków pochodzących z emisji pozytywnie kontrybuują do osiągnięcia celów zapisanych w Porozumieniu Paryskim w zakresie ograniczenia globalnego ocieplenia do wartości poniżej 2°C oraz osiągnięcia zero emisyjności najpóźniej do roku 2050.

PKN ORLEN, aby zapewnić sobie możliwość wyemitowania zielonych euroobligacji opracował i opublikował na swojej stronie internetowej zasady zielonego i zrównoważonego finansowania, czyli tzw. Green Finance Framework. W dokumencie tym określone zostały cele zielonego finansowania oraz rodzaje inwestycji, na które przeznaczane będą środki z emisji euroobligacji, tj. rozwój odnawialnych źródeł energii, czysty transport i przeciwdziałanie zanieczyszczeniu środowiska, w tym recykling. Realizacja tych celów zarówno w zakresie wydatkowania środków z emisji, jak i ich wpływu na środowisko będzie poddawana cyklicznej, minimum raz w roku, weryfikacji przez audytora Grupy ORLEN oraz raportowana przez PKN ORLEN, aż do momentu wykupu zielonych obligacji.

Przygotowany przez PKN ORLEN Green Finance Framework został również poddany weryfikacji przez Vigeo Eiris, spółkę zależną Moody’s Corporation, oceniającą działalność emitentów w obszarze ESG. Na tej podstawie Vigeo Eiris wydało dla PKN ORLEN niezależną opinię, która potwierdza zgodność zasad Green Finance Framework przygotowanych przez spółkę z międzynarodowymi standardami w tym obszarze (Green Bond Principles i Climate Transition Finance Handbook).

Euroobligacje zostaną zarejestrowane w międzynarodowym systemie rejestracji papierów wartościowych prowadzonym przez Euroclear Bank lub Clearstream Banking. Spółka będzie ubiegać się o dopuszczenie euroobligacji do obrotu na rynku regulowanym Euronext Dublin oraz Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

W przygotowaniu transakcji udział wzięli BNP Paribas, ING Bank N.V., Bank Pekao S.A. oraz UniCredit Bank AG jako Globalni Koordynatorzy i Współprowadzący księgę popytu, a także  CaixaBank S.A. i SMBC Nikko Capital Markets Europe GmbH jako Współprowadzący księgę popytu. Doradcami prawnymi w transakcji byli White & Case LLP i White & Case M. Studniarek i Wspólnicy – Kancelaria Prawna sp.k. oraz Allen & Overy LLP I Allen & Overy, A. Pędzich sp. k. Auditorem emitenta był Deloitte Audyt Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością Sp. k.

Wcześniej PKN ORLEN dwukrotnie wyemitował na rynku polskim obligacje zrównoważonego rozwoju z oprocentowaniem opartym o poziom ratingu ESG.

Zrównoważony rozwój i odpowiedzialny biznes to kluczowe elementy strategii neutralności emisyjnej spółki do 2050 roku. W ramach jej realizacji PKN ORLEN zadeklarował do 2030 roku redukcję emisji CO2 o 20% z obecnych aktywów rafineryjnych i petrochemicznych oraz o 33% CO2/MWh z produkcji energii elektrycznej. Zgodnie z założeniami, inwestycje realizowane w ramach strategii neutralności emisyjnej będą współfinansowane m.in. poprzez obligacje zrównoważonego rozwoju i obligacje zielone emitowane przez PKN ORLEN na europejskim rynku.

Kurs euro poniżej 4,50 zł

Pierwszy raz od lutego byliśmy świadkami spadku ceny złotego poniżej 4,50 zł, oprócz dobrych danych z kraju złotemu pomaga ucieczka kapitału z USA.

Rynek pracy w Polsce

Wczoraj GUS podał dane na temat przeciętnego wynagrodzenia i zatrudniania w sektorze przedsiębiorstw. Wynagrodzenia są przeciętnie 9,9% wyższe niż rok temu. Oznacza to, że w kwietniu w firmach zatrudniających ponad 9 osób średnia płaca wyniosła ponad 5800 zł brutto. Zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw rośnie o 0,9%, ale jest to głównie efekt niskiego punktu odniesienia, jakim jest kwiecień zeszłego roku. Inwestorzy przychylnym okiem patrzyli wczoraj na złotego. W rezultacie pierwszy raz od końca lutego euro było tańsze niż 4,50 zł.

Dobre dane zza oceanu nie pomagają dolarowi

Kolejny rekordowo niski poziom wniosków o zasiłki dla bezrobotnych w USA, wynoszący 444 tysiące, nie spowodował, że inwestorzy przychylniej patrzą na dolara. amerykańska waluta pomimo tych dobrych danych w dalszym ciągu jest w odwrocie i ponownie wróciła na najsłabsze poziomy od lutego względem euro. Analitycy wskazują na słabszy od oczekiwań indeks FED z Filadelfii, aczkolwiek nie brakuje też argumentów za umocnieniem dolara, które jakoś nie mogą się przebić. Mowa chociażby o wysokiej inflacji w USA i potencjalnym wzroście stóp procentowych.

Korekta na rynku ropy

O ile wzrost inflacji na rynku walutowym nie znajduje specjalnego zainteresowania, o tyle w przypadku ropy jest wskazywany jako jeden z głównych powodów ostatnich spadków. Analitycy obawiają się gorszego od oczekiwań popytu na rynkach światowych związanego z podniesieniem stóp procentowych w USA, który to ma ograniczyć aktywność ekonomiczną Amerykanów. Od wtorkowych szczytów wznoszących 70 dolarów za baryłkę na giełdzie w Londynie dzisiaj obserwujemy zaledwie 65 dolarów. Nie jest to skala spadków jak z rynków kryptowalutowych, ale 5 dolarów w tak krótkim czasie to bardzo istotny ruch na rynku ropy.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na publikacje indeksów PMI z wielu państw w tym w szczególności dane z USA o 15:45.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Grupa CCC wychodzi z pandemii silniejsza, z jeszcze mocniejszym e-commerce i zamyka rok obrotowy 2020/21 zbliżonymi rdr przychodami

Grupa CCC zakończyła rok obrotowy 2020/21 (uwzględniający styczeń’21) przychodami na poziomie 5,6 mld zł. Przedłużającym się lockdownom towarzyszył w minionym roku dynamiczny wzrost e-commerce – aż o 71% rdr. Grupa CCC kontynuowała rozwój modelu omnichannel, optymalizując kanał offline i skalując obecność w segmencie online. Spółka z powodzeniem umacniała swoją pozycję rynkową poprzez wdrażanie nowych technologii, inwestycje w logistykę i uruchomianie kolejnych platform online na nowych rynkach, a także znaczące poszerzanie oferty produktowej – w tym kolekcji wpisujących się w zasady zrównoważonego rozwoju. Grupa CCC opublikowała także czwarty raport niefinansowy, dokonując w nim rewizji działań z obszarów uwzględnionych w strategii zrównoważonego rozwoju, będącego jednym z filarów strategii biznesowej GO.22.  

Ubiegły rok upłynął pod znakiem pandemii i związanych z nią wielu wyzwań, zwłaszcza dla branży retail.

Z całą pewnością możemy powiedzieć, że był to jeden z najbardziej wymagających okresów w historii Grupy CCC. Jednak dzięki zrealizowanym przez nas wcześniej inwestycjom w e-commerce i rozwój technologii, a także błyskawicznej odpowiedzi na zmieniające się warunki zewnętrzne, wyszliśmy z niego jeszcze silniejsi i bardziej zdeterminowani – mówi Dariusz Miłek, Przewodniczący Rady Nadzorczej Grupy CCC. – Nieustanny rozwój pozostaje jednym z naszych priorytetów, dlatego stawiamy na dalszą ekspansję. Świadczy o tym chociażby fakt otwarcia nowego konceptu sklepów off-price, który do końca roku zagości w blisko 60 lokalizacjach w Polsce.

Dzięki elastycznemu podejściu do zarządzania biznesem w nowej rzeczywistości, optymalizacji kosztowej, inwestycjom w e-commerce i logistykę, a także wsłuchiwaniu się w oczekiwania klientów, Grupa CCC zakończyła rok obrotowy 2020/21 (13-miesięczny) przychodami na poziomie 5,6 mld zł, z czego blisko połowa (48%) stanowiła sprzedaż e-commerce. – Biorąc pod uwagę wprowadzenie trzech lockdownów, w większości
w kluczowych dla handlu miesiącach, tj. marcu, kwietniu i listopadzie, jest to dobry wynik. Osiągnęliśmy go m.in. dzięki poświęceniu szczególnej uwagi rozwojowi e-commerce, produktu, a także zaprojektowaniu i wprowadzeniu w życie nowej strategii marketingowej – mówi Marcin Czyczerski, Prezes Zarządu Grupy CCC.

Poza pandemią COVID-19, istotnym czynnikiem wpływającym na wyniki Grupy było zawiązanie istotnych rezerw i odpisów związanych głównie z restrukturyzacją działalności stacjonarnej w regionie Europy Zachodniej. Zarząd zdecydował o rezygnacji z rozwoju sieci sklepów w krajach regionu DACH (Niemcy, Szwajcaria, Austria), aby pełnię uwagi poświęcić ekspansji w kluczowym dla Grupy regionie CEE oraz w segmencie sprzedaży online.

– Podjęte decyzje pozwoliły nam na koncentrację działań Grupy CCC w regionie o największym dla nas potencjale. Wierzymy, że zaprocentują one jeszcze bardziej dynamicznym rozwojem spółkidodaje Mariusz Gnych, Wiceprezes Zarządu Grupy CCC ds. Korporacyjnych.

W ubiegłym roku priorytetem Grupy CCC było zachowanie płynności i utrzymanie stabilności długoterminowego finansowania. W tym celu Spółka podjęła rozmowy z bankami i obligatariuszami. W pierwszym kwartale 2021 r. Grupa wstępnie potwierdziła wybrane warunki nowego finansowania bankowego. Jest to kolejny etap prac nad refinansowaniem zobowiązań, którego celem jest zapewnienie bezpiecznego, długoterminowego poziomu finansowania, zgodnie z założeniami biznesowymi strategii GO.22.

Niekwestionowany lider w e-commerce

Ostatnie lata były czasem intensywnego rozwoju kanałów internetowych w Grupie CCC.  – Pandemia i kolejne zamknięcia gospodarki spowodowały, że klienci błyskawicznie przenieśli swą aktywność zakupową do sieci. W naszej strategii GO.22 przewidzieliśmy taki rozwój wydarzeń, ale zakładaliśmy też, że stanie się to w szerszej perspektywie czasu. Choć koronawirus znacząco przyspieszył zmianę zachowań zakupowych, byliśmy bardzo dobrze przygotowani na migrację konsumentów do sklepów internetowych. Dziś jesteśmy z klientami wszędzie tam, gdzie oni: w offline, online lub obu kanałach jednocześnie. Nie ma wątpliwości, że realizowany przez nas model omnichannel zdaje egzamin, co doskonale odzwierciedla pozycja rynkowa Grupy CCC – Karol Półtorak, Wiceprezes Grupy CCC ds. Strategii i Rozwoju.

Głównym napędem e-commerce pozostaje eobuwie.pl, którego sprzedaż w roku obrotowym 2020/21 wyniosła 2,4 mld zł (+54% rdr), przy marży EBITDA na poziomie 8%. Marka zwiększa także udział na nowych rynkach (głównie w Europie Południowej) oraz rozwija platformę z modą premium – Modivo, która dostępna jest w 13 krajach. Jej udział w przychodach Grupy eobuwie.pl w całym 2020 roku wyniósł już 10%. W 2020 roku Modivo zwiększało przychody w tempie 300% rdr. Pozyskanie na początku kwietnia br. dwóch mniejszościowych akcjonariuszy, z których każdy obejmie 10% pakiet akcji eobuwie.pl, wzmocni spółkę w realizacji głównego celu, jakim jest dalszy szybki rozwój i wzmacnianie pozycji europejskiego lidera e-commerce. – Tempo wzrostu kanałów online w dużym stopniu jest determinowane przez rozwój zaplecza logistycznego. Mając to na uwadze, już w ub.r. uruchomiliśmy nowe centrum dystrybucyjne w Zielonej Górze, a obecnie finalizujemy jego dalszą rozbudowę. Intensywnie pracujemy także nad uruchomieniem magazynu w Bukareszcie. W tym roku również jesteśmy pewni fenomenalnych rezultatów – podsumowuje Marcin Grzymkowski, założyciel oraz Prezes Zarządu eobuwie.pl i Modivo. Pandemia zmieniła nasze preferencje zakupowe, a nieuchronna digitalizacja objęła również świat mody. Dzięki innowacyjnym rozwiązaniom w obszarze fashiontech klienci eobuwie.pl i Modivo nie tylko podnoszą wrażenia, ale także znacząco skracają proces podjęcia decyzji zakupowych. Jestem przekonany, że dalszy rozwój e-commerce jest nieunikniony, a my jesteśmy na to gotowi.

Jednocześnie rośnie znaczenie pozostałych kanałów e-commerce Grupy CCC (CCC.eu, DeeZee, Gino Rossi), które w roku obrotowym 2020/21 odpowiadały już za 17% sprzedaży online, w porównaniu do 6% w tym samym okresie rok wcześniej. Z aplikacji mobilnej CCC korzysta już niemal 5 mln osób. W zeszłym roku Grupa intensywnie pracowała także nad nową odsłoną Klubu CCC, który zadebiutował w marcu br. Z kolei mieszkańcy 36 miast w Polsce, dzięki usłudze CCC Express, mogą cieszyć się zakupionymi butami już w 1,5h po złożeniu zamówienia online. Platforma ccc.eu, która w ubiegłym roku wystartowała na 3 nowych rynkach, była najszybciej rosnącym kanałem Grupy (+753% rdr). W całym roku obrotowym 2020/21 roku otworzono 22 nowe platformy e-commerce na 9 rynkach. Dziś klienci Grupy CCC mogą korzystać łącznie z 82 kanałów online w 18 krajach.

Uwzględniając dynamikę rozwoju Grupy oraz jej ambitne plany, w I kwartale 2021 r. do zarządu powołano trzech nowych Wiceprezesów – Adama Holewę, Igora Matusa oraz Kryspina Derejczyka. Obejmą oni nadzór nad trzema istotnymi obszarami biznesu – w zakresie zarządzania łańcuchem dostaw, nadzoru właścicielskiego nad spółkami oraz zarządzania finansami.

Grupa CCC publikuje 4. raport niefinansowy

W 2020 r. Grupa CCC konsekwentnie realizowała plany również w zakresie zrównoważonego rozwoju, który jest jednym z filarów strategii biznesowej GO.22. Spółka swoje działania koncentruje wokół 4 kluczowych obszarów, tj. odpowiedzialny produkt, odpowiedzialność względem środowiska naturalnego, odpowiedzialność względem pracowników oraz społeczeństwa.

 

Zrównoważony rozwój jest integralną częścią naszej działalności, dlatego jesteśmy przekonani, że nawet pandemia nie zwalnia nas ze środowiskowego i społecznego zaangażowania. Dziś, kiedy po raz czwarty dokonujemy rewizji przyjętych celów ESG, widzimy, jak wiele działań z tego zakresu zrealizowaliśmy. Bardzo nas to cieszy, jednakże nie spoczywamy na laurach. Będziemy w dalszym ciągu sukcesywnie dążyć do tego, aby nasza działalność była prowadzona w zgodzie z zasadami zrównoważonego rozwoju. To nasze zobowiązanie jako lidera branży – mówi Marcin Czyczerski.

W ramach realizacji działań związanych z odpowiedzialnością względem tworzonych produktów, CCC wprowadziła kolekcję obuwia i dodatków „Go for nature”, wyprodukowanych w sposób zrównoważony, przy zastosowaniu ekologicznych materiałów oraz technologii, które optymalizują zużycie wody i energii podczas procesu ich tworzenia. Istotnym elementem działalności spółki w tym zakresie było także skuteczne zarządzanie łańcuchem dostaw. Wdrożony i podpisany już przez 100% dostawców Grupy Kodeks Postępowania Dostawców oraz cykliczne audyty, stanowią gwarancję, że oferowane przez organizację produkty są bezpieczne, wysokiej jakości, wytwarzane, a następnie sprzedawane w sposób odpowiedzialny.

W Grupie CCC bardzo uważnie wsłuchujemy się w głos naszych klientek i klientów, którzy swoje decyzje konsumenckie podejmują coraz świadomiej. Oczekują oni od nas produktów wytwarzanych w sposób bezpieczny dla środowiska naturalnego i z poszanowaniem praw człowieka, a my na te potrzeby aktywnie odpowiadamy –dodaje Karol Półtorak.

W analizowanym okresie CCC podjęło także wiele działań nakierowanych na optymalne wykorzystanie zasobów i redukcję odpadów. W rezultacie w 2020 r. w sklepach stacjonarnych należących do spółki całkowicie zrezygnowano z plastikowych toreb i wprowadzono papierowe opakowania z recyklingu. Natomiast zamawiane w kanałach e-commerce produkty docierają do klientów w ekologicznych pudełkach. Spółka zakłada, że w 2021 r. 70% opakowań produkcji własnej będzie pochodzić z recyklingu, a w 2022 roku 80% z nich nada się do ponownego przetworzenia. Będąc odpowiedzialną za swoje produkty, firma uruchomiła także akcję zbiórki obuwia pod hasłem „Daj swoim butom drugie życie”. W ramach tej inicjatywy, tylko w ubiegłym roku, zebrano 10 ton zużytego obuwia, które następnie zagospodarowano w bezpieczny sposób.

W roku obrotowym 2020/21 organizacja w dalszym ciągu poszukiwała sposobów na ograniczenie zużycia energii elektrycznej i emisji gazów cieplarnianych. W budynkach, w których Grupa CCC prowadzi działalność operacyjną, udoskonalono inteligentne systemy zarządzania, a wprowadzone w ubiegłym roku w sieci salonów rozwiązania, m.in. oświetlenie i ekrany LED, spowodowały redukcję zużycia energii na 1m2 powierzchni handlowej. Firma zobowiązała się, że od 2021 r. 100% zakupionej energii elektrycznej, będzie pochodziło z odnawialnych źródeł, tj. z małych z elektrowni wodnych oraz elektrowni wiatrowych.

Działania podejmowane przez Grupę CCC w zakresie zrównoważonego rozwoju dostrzegane są przez rynek. W 2020 r., czyli wcześniej od pierwotnych założeń, spółka osiągnęła ocenę A w ratingu MSCI. Co więcej, zajęła ona 11 miejsce wśród wszystkich spółek na świecie i 2 miejsce w branży w globalnym, prestiżowym ratingu Refinitiv dotyczącym różnorodności i inkluzji.

Pełny opis działań podjętych przez CCC w ramach zrównoważonego rozwoju w roku obrotowym 2020/21 dostępny jest na stronie – https://corporate.ccc.eu/raporty-csr.