7 przeszkód na drodze do globalnego ożywienia

Od Chin jako pierwszych ratujących świat po przejmujące od nich pałeczkę Stany Zjednoczone – światowy PKB wzrośnie o +5,1% w 2021 r., napotykając przeszkody łatwe do zidentyfikowania, ale już nie do przezwyciężenia – wynika z analiz Euler Hermes i Allianz Research.

Globalne ożywienie jest na dobrej drodze, chociaż jest uzależnione od kluczowych elementów – różnych w poszczególnych krajach, łącznie dając wzrost globalnego PKB o 5,1% w 2011 r., a w 2022 o 4%. Za jedną czwartą wartości tego ożywienia stoją Stany Zjednoczone, podczas gdy Chiny – które dały pierwszy impuls odbudowy jeszcze w 2020 – w mniejszym już stopniu przyczyniać się będą do wzrostu z powodu stopniowego odchodzenia od akomodacyjnej (wspierającej wzrost, m.in. tanim kredytem) polityki gospodarczej. Ekonomiści Euler Hermes i Allianz Research uważają, że za odbiciem stoi ekspansywna mieszanka polityk gospodarczych wielu krajów, ale powszechność planów wsparcia nie oznacza równomiernego odbicia – ryzyko wykonania założeń tych planów (m.in. szczepień) pozostanie kluczowym czynnikiem różnicującym między krajami. Dlatego Europa odrobi straty w Covid-19 dopiero w horyzoncie 2022 r. podczas gdy USA w drugiej połowie 2021 r.

Streszczenie:

  • Szczepienia – odporność oznacza otwarcie gospodarki. Wyjście z lockdownu jest kluczowym, ale jednak nie jedynym czynnikiem ryzyka dla perspektywy wzrostu gospodarczego
  • Wąskie gardła w globalnym łańcuchu dostaw są tak duże, jak podczas szczytu pandemii i powinny w II kwartale doprowadzić globalny handel do granicy recesji
  • Ostrożność i skłonność do oszczędności – perspektywa końca lockdownu niekoniecznie oznacza powrót do poziomu konsumpcji sprzed kryzysu, przynajmniej nie od razu
  • Perspektywa wycofywanie mechanizmów pomocy – na razie kluczowe jest to, iż Europejski mechanizm pomocy (NGEU) kładzie nacisk głównie na inwestycje, więc jego wpływ na rynek jest opóźniony i odłożony w czasie
  • Niepewny efekt pomocy publicznej – istotne dla trwałości impulsu wzrostowego jest podejście podatkowe i fiskalne „po”
  • Inflacja i reflacja – w tym przypadku duże ryzyko załamania cen aktywów (w sytuacji rozbieżności między cenami a wartością bazową oraz z powodu płynności –jej zasobu nie rekompensującego szybkości jej przepływu)

Przeszkoda 1: Wyścig ze szczepieniami jak w Formule 1

W opinii Euler Hermes i Allianz Research ryzyko związane z wykonaniem planu szczepień pozostaje kluczowym czynnikiem różnicującym między krajami, a tempo kampanii szczepień to powrót do zdrowia z różnymi prędkościami co utrzymuje rozbieżności pomiędzy krajami na wysokim poziomie. Przy obecnym tempie szczepień Stany Zjednoczone i Wielka Brytania osiągną odporność stadną w maju, ale w Europie przy obecnym tempie prawdopodobnie nie stanie się to przed jesienią. Z drugiej strony większość rządów przyspiesza tempo szczepień, aby osiągnąć odporność stadną w okresie letnim.

Przeszkoda 2: Ostrożność – niechęć do wydawania pieniędzy, zamiast konsumpcji – rosnące oszczędności

Nadwyżka oszczędności nadal będzie wynosić średnio około 40% powyżej poziomów sprzed kryzysu pod koniec 2021 r. W stosunkowo optymistycznym scenariuszu, dotychczasowe oszczędności gospodarstw domowych powinny częściowo przełożyć się na wydatki konsumentów na poziomie +1,5% PKB w Europie i ponad +3% w USA w 2021 r. Do tego można dodać prawie taką samą kwotę na inwestycje i konsumpcję za granicą (turystyka), jeśli na rynku będzie zaufanie. Ekonomiści Euler Hermes i Allianz Research szacują, że około 163 mld euro mogłoby zostać przekształcone w konsumpcję prywatną w strefie euro, co odpowiada 30% nadwyżki oszczędności Covid-19. W USA spodziewamy się, że w 2021 r. wydane będzie więcej – odpowiednio 50% zgromadzonych nadwyżek oszczędności z powodu wcześniejszego poluzowanie ograniczeń i silniejszych impulsów fiskalnych.

Oszczędności gospodarstw domowych w USA i Europie,% PKB
(oczekiwane uwolnienie w 2021 r.)

Oszczędności gospodarstw domowych w USA i Europie
Źródła:: FRED, Eurostat, Euler Hermes, Allianz Research

Przeszkoda 3: Wycofywanie mechanizmów pomocy: Chiny ich już nie potrzebują, USA wciąż hojnie wspierają gospodarkę, Europa wypada przy nich blado

W opinii Euler Hermes i Allianz Research wycofywanie mechanizmów pomocy nie jest grą o sumie zerowej, a ryzyko błędów politycznych pozostaje wysokie. W 2021 r. konsensus dotyczący robienia „wszystkiego, co trzeba” dla ratowania gospodarki ustępuje miejsca bardziej zróżnicowanym działaniom politycznym – w Chinach droga do normalizacji fiskalnej już się zaczęła. Globalny popyt przejdzie do Stanów Zjednoczonych z gigantycznym bodźcem fiskalnym w wysokości 1,9 mld dolarów (9% PKB). W porównaniu z nim reakcja fiskalna Europy blednie: fundusz Next Generation (NGEU) wyciągnie pomocną dłoń dopiero od drugiej połowy 2021 r., a wpływ na wzrost (skumulowany + 1,5 punktu procentowego do 2025 r.) jest umiarkowany i opóźniony, biorąc pod uwagę jego koncentrację na stronie podażowej – 2/3 z 313 mld euro dotacji zostanie prawdopodobnie wykorzystanych na inwestycje oraz na wypłaty.

Przeszkoda 4: Publiczne wsparcie – czy w średnioterminowej perspektywie będzie miało efekt wspierający (crowding-in) czy wypierający (crowding-out) dla produktywnych projektów i pobudzenia sektora prywatnego

Skutki wspierania bądź wypychania inwestycji – nie jest to jeszcze rozstrzygnięte pomimo wielkości publicznych planów wsparcia (w USA (potencjalnie 2,3 bln dol.), Unijny fundusz Next Generation o wartości 725 mld euro oraz chiński plan infrastrukturalny o łącznej wartości ponad 1,5 bln YUD do 2025 r.). Ich sukces zależy od tego, czy rządy mogą skierować nadmierne oszczędności na produktywne projekty i pobudzić sektor prywatny, a wiele będzie zależało od przyszłej polityki podatkowej i warunków finansowania (np. dostępność kredytów gwarantowanych przez państwo).

Przeszkoda 5: Wąskie gardła w globalnym łańcuchu dostaw

Wąskie gardła w globalnym łańcuchu dostaw są tak duże, jak podczas szczytu pandemii i powinny w II kwartale doprowadzić globalny handel do granicy recesji. Wzrost handlu światowego odbije do +7,9% w 2021 r., ale z wyłączeniem pozytywnych efektów bazowych z 2020 r. wzrost wyniesie „tylko” +5,4%. Co więcej, spodziewamy się tymczasowego spowolnienia w drugim kwartale 2021 r. Szacujemy, że wpływ zakłóceń w łańcuchu dostaw może zaważyć na wzroście światowego handlu o -1,7 pp. Ponadto ucierpi popyt na usługi z powodu opóźnionego ponownego otwarcia sektorów najbardziej dotkniętych ograniczeniami Covid-19 i utrzymującymi się barierami w podróżach transgranicznych.

Przeszkoda 6: Inflacja

Tymczasowe przekroczenie poziomu inflacji będzie spowodowane tymczasowymi efektami bazowymi. W związku z tym ekonomiści Euler Hermes i Allianz Research oceniają, że siła cenowa przedsiębiorstw pozostanie ograniczona, biorąc pod uwagę stłumioną dynamikę popytu z powodu:

(i) nadmiaru oszczędności gospodarstw domowych i przedsiębiorstw niefinansowych, który działa jak hamulec na prędkość pieniądza;

(ii) utrzymującej się ujemnej luki produktowej ze względu na niższe wykorzystanie mocy produkcyjnych

(iii) rosnącej stopy bezrobocia, co ograniczy wzrost płac (poniżej 3%).

Dlatego też nie spodziewamy się, aby banki centralne zmieniły kierunek swojej polityki w reakcji na tymczasowe przekroczenie przez inflację poziomu 3,5% w USA do połowy 2021 r. i osiągnięcie celu 2% przez kilka miesięcy w strefie euro.

Przeszkoda 7: Nie ma kresu reflacji na rynku

Ryzykowne aktywa działają w oparciu o założenie, że to, co jest dla nich dobre – niekonwencjonalna polityka pieniężna i rozrzutność fiskalna – jest koniecznie dobre dla realnej gospodarki, co ostatecznie potwierdza ich optymizm. Na razie jednak widzimy pogłębiającą się rozbieżność między cenami aktywów a ich wartością bazową. Rozbieżność ta, spotęgowana przez różne techniki zarządzania inwestycjami (ETF-y, przejrzystość ryzyka), które ustawiają alokację aktywów w trybie automatycznego pilota – ta rozbieżność jest zagrożeniem. Niezamierzona eskalacja napięć geopolitycznych między Stanami Zjednoczonymi a Chinami, gwałtownie rosnąca inflacja, która źle wpłynie na stonowane oczekiwania inflacyjne banków centralnych lub nacjonalistyczne impulsy przeważające nad wspólnym dobrem w Europie to czynniki zewnętrzne, które mogą spowodować odwrócenie tendencji wzrostowej. Zagrożenie pochodzi jednak raczej z wnętrza rynków kapitałowych. Jak pokazuje rozwój handlu opcjami i długu zabezpieczającego, inwestowanie z wykorzystaniem dźwigni finansowej jest wszechobecne, podobnie jak zamieszanie wokół płynności: szczególnie na rynkach kapitałowych prędkość pieniądza (przepływ płynności) jest o wiele bardziej zmienna niż jego ilość (zasób płynności). W przypadku lewarowania i overtradingu podejmowanie ryzyka jest podatne na wpadanie w amok, a nawet niewielki szok dla zaufania może prowadzić do nagłego wyczerpania płynności, wymuszonej likwidacji i / lub niewypłacalności..

FUNDACJA RODZINNA – planowane regulacje polskie a rozwiązania zagraniczne

Plan wprowadzenia polskiej instytucji fundacji rodzinnej – nadzieja na nowy, sprawny instrument planowania sukcesji.

Poniższy artykuł powstał we współpracy z kancelarią PLA.partners https://pla.partners/, posiadającą bogate doświadczenie w zakresie przygotowania Klientów, ich biznesu oraz bliskich do sukcesji międzypokoleniowej, między innymi przy wykorzystaniu zagranicznych fundacji prywatnych z Holandii, Liechtenstein czy Malty.

W drugiej połowie marca na stronie Rządowego Centrum Legislacji opublikowany został projekt ustawy o fundacjach rodzinnych. Rzadko kiedy projekt danej ustawy, której tematyka nie jest stricte podatkowa, jest poddawany tak skrupulatnej analizie. Nie ulega wątpliwości, iż projekt ten budzi duże zainteresowanie środowisk prawniczych jak i samego biznesu. Jak wskazuje Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii projekt ustawy wprowadzający do polskiego systemu prawnego instytucję fundacji rodzinnej „ma zwiększyć szanse na skuteczną sukcesję w firmach rodzinnych, budowę silnych rodzimych marek oraz akumulację polskiego kapitału”.

Opublikowany projekt ustawy na pewno nie został przygotowany w pośpiechu. Pod kątem zakresu regulacji autorzy ustawy wyczerpująco podeszli do tematu i na 28 stronach opublikowanego projektu udało się umieścić wszystkie istotne aspekty związane z ustanowieniem fundacji, powołaniem organów, zasadami funkcjonowania, dokonywania wypłat na rzecz beneficjentów czy kwestii związanych z likwidacją fundacji oraz aspekty podatkowe. Ustawa ta będzie zmieniać szereg innych zapisów ustawowych takich jak przepisy kodeksu cywilnego w zakresie zachowku, ustawy o spadkach i darowiznach czy ustawie o PIT i CIT.

Polska fundacja – podstawowe wymogi, charakterystyka, zalety

Jak wynika z projektu ustawy, założenie fundacji wiązać się będzie z koniecznością wniesienia przez fundatora mienia o wartości co najmniej 100.000,00 zł. Fundacja będzie mogła przy tym być założona przez jedną lub kilka osób a także będzie mogła być powołana do życia w testamencie (co w tym ostatnim przypadku skutkować będzie tym, że fundacja będzie miała tylko jednego fundatora). Fundacja działać będzie oczywiście w oparciu o przepisy projektowanej ustawy jak i w oparciu o podstawowy akt organizacyjny, którym będzie statut fundacji. W jego ramach możliwe będzie doprecyzowanie zasad funkcjonowania fundacji jak i jej organów a także powołanie beneficjentów fundacji, którymi będą mogły zostać osoby fizyczne jak i organizacje pożytku publicznego.

W wielu postanowieniach wprowadzonych do treści projektu widać nawiązania do przepisów kodeksu spółek handlowych – przykładowo choćby w zakresie domniemania prawa łącznej reprezentacji fundacji przez zarząd (tzn. jeśli statut nie stanowi inaczej), prawa kontroli beneficjenta fundacji, skutków braku zgłoszenia utworzenia fundacji rodzinnej do sądu rejestrowego w terminie sześciu miesięcy od dnia sporządzenia aktu założycielskiego czy powództwa o uchylenie lub stwierdzenie nieważności uchwały organu fundacji. Pomyślano również od razu o organizacji prac organów fundacji – wprowadzono możliwość wykorzystywania środków komunikacji elektronicznej w trakcie prac organów, a także możliwość wykorzystania wzorca uchwały udostępnionego w systemie teleinformatycznym. Rozwiązania istniejące na gruncie kodeksu spółek handlowych zostały sprawnie przełożone na działanie fundacji rodzinnej.

Mankamenty polskiego projektu

Na uwagę zasługuje jednak kilka kwestii, które zostały przyjęte z zaskoczeniem i jak się wydaje powinny zostać poddane ponownej analizie. Jedną z nich jest wymóg, aby w zarządzie lub radzie protektorów fundacji beneficjenci nie stanowili więcej niż połowy członków tych organów. Trudno znaleźć uzasadnienie dla wprowadzania przymusu takiego rozwiązania. Co więcej, nie jest to rozwiązanie, które w takiej samej formie można spotkać powszechnie w prywatnych fundacjach działających w innych ustawodawstwach. Po pierwsze, naturalnym wydaje się uczestnictwo beneficjentów (lub wybranych beneficjentów) w prowadzeniu spraw fundacji i jej reprezentacji, w założeniu osób związanych z fundatorem, którym przynajmniej teoretycznie powinno najbardziej zależeć na prawidłowym funkcjonowaniu tego podmiotu. Po drugie, przymusowe ograniczanie liczebności beneficjentów w składzie zarządu lub rady protektorów na rzecz osób niebędących beneficjentami (a najczęściej w praktyce – niebędących bliskimi fundatora) przeczy istocie rodzinności fundacji. Skoro bowiem fundatorem ma być jedna osoba, w założeniu beneficjentami są m.in. członkowie jego rodziny. Zatem trudno oczekiwać, aby zarządzanie fundacji miało być obligatoryjnie powierzone w części osobom, które w skład tej rodziny nie wchodzą.

Inną kwestią, która pojawiła się w projekcie ustawy jest całkowity zakaz prowadzenia działalności gospodarczej przez fundację. Tutaj też trudno znaleźć uzasadnienie takiego rozwiązania, tym bardziej w kontekście tego, że taką działalność mogą prowadzić polskie fundacje charytatywne. Możliwość taką wprowadza wprost ustawa o fundacjach wskazując, że prowadzenie działalności gospodarczej przez fundację charytatywną jest możliwe o ile statut fundacji dopuszcza taką możliwość jak i wyłącznie w rozmiarach służących realizacji celów fundacji. Prowadzenie przez fundację charytatywną działalności gospodarczej w rozmiarach służących realizacji jej celów rozumie się przy tym jako sytuację, w której działalność gospodarcza fundacji nie wyczerpuje całości jej działalności, a ma charakter dodatkowy, pomocniczy wobec działalności statutowej. O ile więc można zrozumieć wprowadzenie w przypadku fundacji rodzinnych również pewnego ograniczenia co do rodzaju czy zakresu prowadzonej działalności gospodarczej tak całkowity zakaz jest zaskakujący. Wynika bowiem z tego, że fundacja będąc na przykład właścicielem nieruchomości nie będzie mogła wynajmować lokali, które na tej nieruchomości się znajdują i czerpać z niej dochodów. Być może dalsze prace nad ustawą doprowadzą do zmiany tego zapisu, która to zmiana wydaje się oczekiwana i pozwoli fundacji rodzinnej na prowadzenie działalności gospodarczej choćby w zakresie jakim umożliwiono to fundacjom charytatywnym.

Najistotniejszym mankamentem projektowanej ustawy wydają się jednak być aspekty podatkowe, które de facto mogą spowodować, iż posiadanie fundacji prywatnej wiązać się będzie z potencjalnie większymi obciążeniami podatkowymi niż np. posiadanie holdingu spółek kapitałowych. O ile wniesienie majątku do fundacji nie będzie podlegało opodatkowaniu podatkiem dochodowym tak inne aspekty podatkowe funkcjonowania fundacji w dotychczas zaproponowanym kształcie, faktycznie powodują, iż stanowić ona może mniej korzystną alternatywę dla innych form organizacyjnych. Przede wszystkim fundacja, która będzie wspólnikiem spółek kapitałowych będzie musiała płacić podatek dochodowy od dywidend wypłacanych przez te spółki. Fundacje nie będą korzystać więc z tzw. zwolnienia dywidendowego, które ma zastosowanie po spełnieniu określonych warunków w przypadku holdingów spółek kapitałowych. Projekt zakłada ponadto, że fundacja podlegać też będzie podatkowi od osób prawnych w standardowej stawce wynoszącej 19% i nie ma mowy o możliwości zastosowania preferencyjnej stawki podatku, która aktualnie wynosi 9%.

W dobie klauzul przeciwko unikaniu opodatkowania, raportowania schematów podatkowych nikt nie zakłada, że instytucja ta mogłaby służyć do jakichkolwiek optymalizacji, nie mniej jednak brak zwolnienia dywidendowego czy możliwości zastosowania preferencyjnej stawki podatku CIT to kolejne zaskoczenie, a zapisy te w połączeniu z zakazem prowadzenia działalności gospodarczej mogą zadecydować o tym czy fundacja stanie realnym narzędziem skutecznej sukcesji w firmach rodzinnych, czy wyłącznie kolejną ustawą wprowadzającą rozwiązania, których wdrożenie wiązało się będzie z większymi obawami niż realnymi korzyściami. Pozostaje żywić nadzieję, iż ostateczny kształt regulacji będzie pozbawiony opisywanych mankamentów.

Fundacja rodzinna – ważny instrument w planowaniu sukcesji

Podsumowując, należy pozytywnie ocenić inicjatywę oraz wysiłek osób pracujących przy opracowaniu założeń i projektowanych regulacji dotyczących instytucji polskiej fundacji rodzinnej. Treść sporej części projektu pozwala wierzyć, iż ostateczny kształt nowych przepisów przyczyni się do znacznej popularności polskiej fundacji rodzinnej w planowaniu sukcesji. Niemniej aby tak się stało, należy zaadresować kwestię wskazywanych mankamentów, które mogą zniechęcać do wyboru polskiej fundacji rodzinnej zamiast jej zagranicznych odpowiedników. Największym zawodem związanym z ostatecznym kształtem regulacji związanych z polską fundacją rodzinną byłaby sytuacja, w której – pomimo najbardziej szczytnych zamiarów – górę ponownie weźmie obawia przed nadmiernym wykorzystywaniem fundacji prywatnej do korzystnych podatkowo i prawnie działań. W takim wypadku ponownie okazałoby się, że z nowej, hucznie wprowadzanej regulacji niewiele osób będzie chciało skorzystać w praktyce. Jak pokazują przykłady zza granicy – fundacje rodzinne mogą funkcjonować stabilnie i z korzyścią dla wszystkich zainteresowanych, nie tylko dla fundatora i beneficjentów. Warto, aby polskie rozwiązania okazały się co najmniej tak dobre jak zagraniczne, np. holenderskie. Rozwiązania pochodzące z Holandii, kraju będącego jedną z kolebek prawa korporacyjnego, może dać wiele dobrych przykładów jak powinno wyglądać skuteczne i pożyteczne uregulowanie funkcjonowania fundacji prywatnych.

Fundacja w Holandii – informacje ogólne o holenderskim Stichting

Fundacja (Stichting) to podmiot prawa, którego celem nie jest osiąganie zysków. Środki zgromadzone przez fundację pochodzą zwykle z darowizn, pożyczek i spadków. W zależności od sposobu ukształtowania fundacji jej celem może być realizacja prywatnego celu fundatora określonego w statucie (fundacja prywatna), administrowanie powierzonym majątkiem na rzecz powierzających (fundacja typu STAK) lub wspieranie określonego celu społecznego lub non-profit (fundacja charytatywna). Fundacja co do zasady nie prowadzi działalności gospodarczej, niemniej jednak ma taką możliwość.

Fundacja jest wyposażona w organy (co najmniej zarząd). Nie ma wspólników, akcjonariuszy czy udziałowców. W ramach fundacji można ustanowić radę nadzorczą lub jej odpowiednik w postaci protektora lub rady protektorów. Ustanowienie rady nadzorczej lub instytucji protektora odbywa się w obrębie statutu fundacji. Rada nadzorcza lub protektor zajmują się nadzorowaniem zarządu fundacji.

Fundacja jest uregulowana w holenderskim kodeksie cywilnym. Holenderskie prawo nie przewidziało wymogu minimalnego kapitału fundacji. Fundacja prywatna może być ustanowiona pośmiertnie w testamencie. Rejestracja fundacji odbywa się w rejestrze handlowym Holenderskiej Izby Handlowej (Kamer van Koophandel, KVK).

Fundacja holenderska – zarząd, reprezentacja Stichting

Zarząd fundacji jest organem odpowiedzialnym za prowadzenie jej spraw i reprezentację. W zależności od brzmienia statutu holenderskiej fundacji członkowie zarządu mogą samodzielnie lub wspólnie zawierać umowy oraz dokonywać innych czynności prawnych i składania oświadczeń w imieniu fundacji. Zarząd fundacji może ustanawiać pełnomocników. Ustanowiony pełnomocnik jest upoważniony do działania w imieniu fundacji. Ustanowienie takiego pełnomocnika może być odnotowane w holenderskim rejestrze handlowym (KvK).

Fundacja typu STAK (Stichting Administratiekantoor)

Celem uniknięcia rozdrobnienia udziałów w dużej firmie rodzinnej lub ryzyka przejęcia części udziałów np. przez podmioty konkurencyjne wielu przedsiębiorców rozważa wykorzystanie fundacji holenderskiej typu Stichting Administratiekantoor. Fundacja ta służy do oddzielenia własności prawnej od ekonomicznej. Podczas gdy własność ekonomiczna aktywów wniesionych do fundacji pozostaje po stronie wnoszących członków rodziny, własność w sensie prawnym (a tym samym możliwość podejmowania decyzji i kwestie organizacyjne) leżą po stronie fundacji, której reprezentacja jest uregulowana zgodnie z życzeniem fundatora. Instrument fundacji typu STAK pozwala utrzymać zarządzanie majątkiem zgromadzonym w fundacji przez ograniczone grono osób, podczas gdy własność ekonomiczna tego zarządzanego majątku przysługuje szerszemu gronu.

Fundacja holenderska jako narzędzie zabezpieczania spółek

Fundacje typu STAK wykorzystywane są celem ochrony korporacyjnej nie tylko w firmach rodzinnych, ale także w dużych spółkach, w których występuje liczne grono akcjonariuszy lub udziałowców, a także w spółkach publicznych, notowanych na giełdzie. W tym ostatnim przypadku fundacja typu STAK występuje często jako instrument ochrony przed wrogim przejęciem. Fundacje te są wykorzystywane nie tylko przez właścicieli firm rodzinnych, ale również przez inne podmioty jako instrument kontrolowania aktywów bez posiadania prawa własności lub narzędzie konsolidacji aktywów.

Fundacja w Holandii jako narzędzie planowania sukcesji

Fundacja prywatna jest wykorzystywana do planowania sukcesji. Jest również wyjątkowo przydatnym narzędziem wykorzystywanym w procesach tworzenia struktur korporacyjnych. Pozwala w sposób bardzo elastyczny i spójny z potrzebami natury biznesowej oznaczyć grono osób uprawnionych do korzystania z owoców majątku zgromadzonego w fundacji. Jednocześnie daje możliwość do niezależnego oznaczenia grona odpowiedzialnego za zarządzanie tym majątkiem lub nadzór nad tym zarządzaniem, a także określenia zasad sprawowania kontroli. Holenderska fundacja prywatna to wyjątkowo rozbudowane i elastyczne narzędzie do planowania sukcesji majątkowej pośród bliskich. Istnieje możliwość takiego kształtowania statutu fundacji, aby stała się ona podmiotem o celu charytatywnym.

Opodatkowanie fundacji w Holandii

Fundacja co do zasady nie powinna prowadzić działalności gospodarczej. Tak długo jak fundacja nie prowadzi działalności gospodarczej to nie płaci holenderskiego podatku dochodowego.

Jeśli jednak fundacja prowadzi aktywność biznesową to zapłaci podatek od osób prawnych (vennootschapsbelasting) na takich zasadach jak zwykła spółka kapitałowa prowadząca przedsiębiorstwo. W rozumieniu przepisów holenderskich „przedsiębiorstwo” to każda organizacja wykorzystująca kapitał i siłę roboczą w celu osiągnięcia zysku poprzez działalność handlową i transakcje gospodarcze. To, czy fundacja musi zapłacić i naliczyć podatek VAT, zależy od jej konkretnego przypadku.

Fundacje a sukcesja firm rodzinnych – rozwiązania polskie czy zagraniczne?

Zapraszamy do kontaktu wszystkie osoby, które zastanawiają się nad przeprowadzeniem procesu sukcesji w swojej firmie rodzinnej. Wspieramy naszych Klientów w przygotowaniu ich biznesu oraz bliskich do sukcesji. Doradzamy oraz realizujemy projekty dostosowania aspektów prawnych prowadzonej działalności do przejęcia kontroli przez następne pokolenia. Wykorzystujemy rozwiązania polskie lub zagraniczne – zawsze te, które najbardziej pasują do Twojego przypadku.

Metrem na Dworzec Centralny? Analiza istotnego punktu przesiadkowego na mapie Warszawy

ILF Consulting Engineers Polska wykona analizę technicznych możliwości powiązania stacji Centrum na pierwszej linii metra z dworcami Warszawa Śródmieście/Warszawa Centralna. Na sporządzenie całej analizy przeznaczono 18 miesięcy.

Do obowiązków ILF Polska należeć będzie m.in. opracowanie raportu wstępnego oraz opracowanie analizy możliwych wariantów połączenia stacji metra Centrum (linia M1) z dworcem Warszawa-Śródmieście/Warszawa Centralna. Przygotowując opracowanie ILF Polska będzie musiał uwzględnić rozwiązania minimalizujące wpływ budowy łącznika na eksploatowaną I linię metra, a także otoczenie.

Celem działań jest pozyskanie analizy wariantów wykonania łącznika poprzez dostarczenie podstawowych założeń lokalizacyjnych oraz technicznych, które umożliwią prowadzenie dalszych prac przygotowawczych.

Analizie podlegać będą trzy rozwiązania. Pierwsze z nich zakłada połączenie nad tunelem średnicowym, drugie – pod tunelem średnicowym (wariant według koncepcji PKP PLK). Natomiast ostatnie z nich ma być wariantem autorskim firmy ILF Polska.

Cieszy nas fakt, że ponownie możemy przyczynić się do budowy i ulepszania warszawskiego metra. Nasze dotychczasowe doświadczenie w tym zakresie dało nam pozycję lidera na polskim rynku – wskazuje Rafał Blankiewicz, Dyrektor Działu Rozwoju Biznesu, ILF Consulting Engineers Polska. Koncepcja połączenia centralnej stacji pierwszej linii metra z najważniejszym przystankiem linii średnicowej nie jest nowa. Jest to bardzo istotny punkt przesiadkowy na mapie całej Warszawy, dlatego tak ważne jest stworzenie tego łącznika. Dołożymy wszelkich starań, aby analiza trzech wariantów dała solidne podstawy do wyboru optymalnego z nich. Wykonanie opracowania odpowie na szereg technicznych pytań dotyczących możliwości i uwarunkowań dla każdego z rozwiązań – dodaje.  

Zielona energia w firmie – fakty i mity

Na temat możliwości korzystania z zielonej energii w firmie powstało wiele mitów. Część z nich, jak konieczność inwestowania w kosztowne instalacje czy długi okres zwrotu inwestycji stały się barierami, przez które aż 95% przedsiębiorców nie decyduje się na OZE[1]. Jakie warunki faktycznie należy spełnić, by móc korzystać w firmie z zielonej energii? Co przedsiębiorca może na tym zyskać?

Popularność OZE w Polsce ciągle rośnie – z danych Agencji Rynku Energii wynika, że na koniec grudnia 2020 r. całkowita moc odnawialnych źródeł energii w naszym kraju sięgała 12,49 GW. Duży udział miały elektrownie fotowoltaiczne, których moc wyniosła 3,96 GW. To o 2,7 GW więcej niż rok wcześniej.

– Rosnąca popularność fotowoltaiki jest dowodem na to, że Polacy chcą korzystać z zielonej energii i przyczyniać się do transformacji energetycznej w kraju. Jej niezaprzeczalne zalety, np. poczucie niezależności, wpływają na wzrost zainteresowania OZE, także wśród przedsiębiorców. Niestety, nie jest to takie tempo, jakiego byśmy sobie życzyli. Wciąż panuje bowiem przekonanie, że inwestycje w zieloną energię są drogie, a stopa zwrotu niewystarczająca lub za bardzo odroczona w czasie. Tymczasem istnieje możliwość korzystania z zalet odnawialnych źródeł energii bez konieczności ponoszenia jakichkolwiek dodatkowych kosztów – mówi Katarzyna Bienias, Dyrektor sprzedaży do małych i średnich przedsiębiorstw w Axpo Polska.

Eksperci Axpo Polska zebrali kilka najczęściej pojawiających się opinii na temat wykorzystywania zielonej energii w przedsiębiorstwach

Konieczność inwestowania w drogie panele fotowoltaiczne czy turbiny wiatrowe

MIT. Przedsiębiorca chcący korzystać z zielonej energii, nie musi decydować się na instalację paneli fotowoltaicznych lub turbin wiatrowych. Są to oczywiście najbardziej znane sposoby na pozyskiwanie prądu z odnawialnych źródeł, ale nie jedyne. Jeżeli firma nie dysponuje nasłonecznioną powierzchnią dachu czy gruntu lub nie ma funduszy na inwestycje, to może zdecydować się na zmianę sprzedawcy na takiego, który w swojej ofercie ma w 100% zieloną energię. Przedsiębiorca będzie kupował energię na tych samych zasadach, jak z poprzednim sprzedawcą, ale będzie ona w 100% odnawialna i to bez dodatkowych inwestycji. W ten sposób firma pośrednio wspiera rozwój OZE w Polsce.

Zielona energia w firmie buduje jej przewagę konkurencyjną

FAKT. Z raportu IBRiS „Zielony potencjał społeczny. Polska i Europa Środkowo-Wschodnia” wynika, że Polacy entuzjastycznie podchodzą do zielonej energii. Aż 78% (największy odsetek spośród wszystkich badanych państw) uważa, że OZE w najbardziej pozytywny sposób wpływają na ochronę środowiska oraz klimatu. Konsumenci coraz częściej wymagają od firm odpowiedzialności społecznej i proekologicznej postawy. Korzystanie przez przedsiębiorstwo wyłącznie z zielonej energii, zostanie więc dostrzeżone i docenione przez obecnych oraz potencjalnych klientów.

Zmiana sprzedawcy energii opłaca się jedynie dużym przedsiębiorstwom przemysłowym

MIT. Kolejnym mitem panującym wśród małych i średnich przedsiębiorstw jest przekonanie o tym, że sprzedawcy zielonej energii swoją ofertę kierują jedynie do dużych firm. Tymczasem, dostrzegają potencjał płynący ze współpracy z MŚP, dlatego nieustannie poszerzają swoje oferty, coraz częściej oferując im również warunki, z których do tej pory faktycznie mogły korzystać jedynie duże przedsiębiorstwa.

– Jedną z takich opcji jest zmiana ze stałej ceny za energię na cenę odzwierciedlającą aktualną sytuację rynkową. Produkt ten umożliwia klientowi zakup zielonej energii elektrycznej po zmiennych cenach wyliczanych w oparciu o notowania Rynku Dnia Następnego na Towarowej Giełdzie Energii S.A., bez konieczności śledzenia na bieżąco indeksów giełdowych. Opcja ta jest atrakcyjna przede wszystkim dla klientów, których zużycie prądu jest stabilne, możliwe do przewidzenia, oraz największe poza godzinami szczytowymi – dodaje Katarzyna Bienias z Axpo.

Kontrahenci coraz częściej wymagają przedstawienia dowodu wykorzystania zielonej energii

FAKT. Obecnie wiele firm w swoją strategię wpisane ma działania dotyczące społecznej odpowiedzialności biznesu. Coraz więcej uwagi poświęca się w nich ekologii i dbaniu o środowisko naturalne. W związku z tym, przy zawieraniu nowych relacji biznesowych, istotny staje się fakt, czy dany kontrahent posiada certyfikat wykorzystywania w firmie prądu mającego całościowe pokrycie w energii wytworzonej ze źródeł odnawialnych. Przejście na zieloną energię pomaga więc przedsiębiorstwu budować przewagę konkurencyjną i otwiera drogę do współpracy z firmami wymagającymi „dobrych praktyk” od swoich partnerów.

[1] Raport EFL „Zielona energia w MŚP”

Zagraniczna spółka kontrolowana (CFC) a zagraniczne fundacje

Od 2018 r. polski ustawodawca znowelizował przepisy dotyczące zagranicznych jednostek kontrolowanych (ang. Controlled Foreign Company – CFC). Przed nowelizacją przepisy o CFC nie obejmowały zagranicznych fundacji. Po objęciu zagranicznych fundacji przepisami o spółkach kontrolowanych pojawił się problem wypłaty środków na rzecz beneficjentów, ponieważ zasadniczo fundacje nie mogą wypłacać dywidendy, co prowadziło do podwójnego opodatkowania tego typu wypłat – raz opodatkowane w państwie źródła podatkiem dochodowym, a później u polskiego podatnika podatkiem od spadków i darowizn lub podatkiem dochodowym. Obecnie ustawa jasno wskazuje, że fundacje zagraniczne po spełnieniu określonych warunków będą spółkami kontrolowanymi, co jest korzystne dla przedsiębiorców rodzinnych (głównie z uwagi na zasady sukcesji majątku w takich podmiotach) i mniej korzystne dla podmiotów dokonujących optymalizacji podatkowych z wykorzystaniem fundacji zagranicznych.

Zagraniczne jednostki kontrolowane

Zgodnie z ustawami o podatku dochodowym PIT oraz CIT zagraniczna jednostka kontrolowana powstaje wtedy, gdy:

  • jednostka ma siedzibę, zarząd, rejestrację lub położenie w tzw. raju podatkowym, w kraju, z którym Polska nie ratyfikowała umowy międzynarodowej o unikaniu podwójnego opodatkowania lub nie zrobiła tego Unia Europejska;
  • jednostka zagraniczna, w której podatnik posiada pośrednio lub bezpośrednio samodzielnie lub wspólnie z innymi podmiotami powiązanymi ponad 50% udziałów w kapitale lub praw głosu w organach kontrolnych, stanowiących czy zarządzających, lub praw uczestnictwa w zysku albo podatnik sprawuje faktyczną kontrolę nad zagraniczną jednostką. Dodatkowo jednostka powinna spełniać drugi warunek, jakim jest kryterium przychodowe – co najmniej 33% przychodów w danym roku podatkowym powinny stanowić przychody tzw. pasywne, czyli przychody z dywidend i innych przychodów z udziału w zyskach osób prawnych, z wierzytelności, z poręczeń i gwarancji ze zbycia udziałów (akcji), z części odsetkowej raty leasingowej, z praw autorskich lub praw własności przemysłowej, w tym z tytułu zbycia tych praw, z odsetek i pożytków od wszelkiego rodzaju pożyczek, ze zbycia i realizacji praw z instrumentów finansowych, z transakcji z podmiotami powiązanymi, w szczególnych przypadkach z działalności ubezpieczeniowej, bankowej lub innej działalności finansowej. Konieczne jest także spełnienie trzeciego warunku, czyli faktycznie zapłacony podatek nie może być niższy niż różnica między podatkiem dochodowym należnym a zapłaconym.

Celem wdrożenia przepisów o CFC było ograniczenie optymalizacji podatkowych poprzez określenie, że podatnik posiadający zagraniczne spółki, których efektywne opodatkowanie jest znacząco niższe, jest odpowiedzialny rozliczyć przedmiotową różnicę w Polsce.

Fundacje zagraniczne

W polskim prawie fundacje mogą być tworzone w celach użyteczności publicznej, natomiast w niektórych krajach nie muszą mieć takiego charakteru. Fundacje zagraniczne stanowią zasadniczo odrębne osobowości prawne i podlegają wpisowi do rejestru. Zwane są także fundacjami rodzinnymi lub prywatnymi, głównie z uwagi na zasady sukcesji majątku takich fundacji, dzięki którym są często narzędziem pokoleniowej zmiany sterów działalności.

Fundacje zagraniczne co do zasady nie powinny prowadzić działalności gospodarczej. Mogą natomiast czerpać dochody z działalności pasywnej. Takie fundacje nie występują we wszystkich krajach – można je spotkać w Holandii, Austrii, Liechtensteinie czy Panamie.

Zastosowanie CFC do fundacji zagranicznych

W pierwszej kolejności należy rozpatrzyć sytuację „nieformalnych” fundatorów, tzn. podmiotów wyposażających fundacje w środki, którzy nie mają prawa głosu ani prawa do korzystania ze świadczeń fundacji, czyli nie są beneficjentami fundacji. W takich sytuacjach przepisy o CFC nie będą miały zastosowania.

Inaczej będzie w sytuacji, gdy podmiot będzie beneficjentem fundacji. W takich przypadkach po spełnieniu odpowiednich warunków CFC takie dochody fundacji będą opodatkowane w Polsce. W kwestii kwalifikacji zagranicznych fundacji do spółek kontrolowanych wypowiedział się także Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie w wyroku z dnia 22 września 2020 r., sygn. akt III SA/Wa 2089/19. W orzeczeniu tym WSA wskazał, że użyte w przepisie o CFC prawo do uczestnictwa w zysku jest bardzo szerokim pojęciem i obejmuje różnorodne prawa udziału w zysku, niekoniecznie w postaci dywidendy. WSA wyodrębnił trzy sytuacje, kiedy można realizować prawo do zysku w fundacjach. Pierwsza jest podobna do dywidendy, czyli prawo jest proporcjonalne do wkładów. Druga sytuacja obejmuje takie uregulowanie stosunków fundacji, gdzie prawo do zysków jest nieproporcjonalnie wysokie lub niskie w porównaniu do wniesionego wkładu. Trzecia sytuacja dotyczy braku wniesienia wkładu, a pomimo to możliwe jest otrzymywanie świadczeń pieniężnych lub niepieniężnych od fundacji. Jest to zatem przykład wykładni celowościowej. WSA uznał, że wypłaty od fundacji powinny umożliwić pomniejszenie podstawy opodatkowania CFC, przez co wyeliminowane zostanie podwójne opodatkowanie tych podmiotów.

Pomimo jednak objęcia beneficjentów fundacji zagranicznych przepisami CFC taka forma działalności nie straci na popularności, ponieważ przedsiębiorcy decydują się na nią nie tylko ze względu na optymalizacje podatkowe. Takie fundacje będą dalej narzędziem planowania sukcesyjnego. Celem jest w tym przypadku ochrona posiadanych aktywów i przekazywanie ich sukcesorom (kolejnym pokoleniom). Fundacje rodzinne pełnią rolę quasi holdingową, zarządzającą majątkiem rodzinnym. W sytuacji, gdy nie dojdzie do wypłaty fizycznej środków, do potwierdzenia z fiskusem pozostaje jedynie kwestia „zysków ukrytych”, co każdorazowo wymaga indywidualnej analizy.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Rośnie apetyt na ryzyko

Czwartek przyniósł kolejną sesję umocnienia apetytu na ryzyko przy silnych spadkach rentowności długu USA. Dane z amerykańskiej gospodarki były solidne, ale najwyraźniej straciły swój efekt wow. Przed weekendem nasila się redukcja ryzykownych pozycji, co pozwala na moment ulgi dla dolara.

Kolejny pozytywny raport z amerykańskiej gospodarki i dolar znowu traci. Marcowa sprzedaż detaliczna pokazała silny wzrost o 9,8 proc. m/m (prog. 5,8 proc.) podsycany realizacją czeków pomocowych. Raport o wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych wskazała niższy odczyt (576 tys., prog. 700 tys.) sugerujący, że otwierająca się gospodarka zasysa pracowników zamiast pozwalać im odejść. Łańcuch przyczynowo-skutkowy między danymi a dolarem dopełnia rynek długu, gdyż wczoraj – podobnie jak we wtorek po wyższym od oczekiwań CPI – rentowności obligacji wyraźnie spadały. W przypadku 10-latek było to w pewnym momencie prawie 7 pb pod 1,56 proc. Potwierdza się wcześniejsza hipoteza, że inwestorzy przyzwyczaili się do bardzo dobre postawy gospodarki i teraz potrzebują czegoś naprawdę imponującego, by budować silniejsze oczekiwania dotyczące inflacji i jastrzębiej reakcji Fed. Ale jak dynamika sprzedaży na prawie 10 proc. nie jest wystarczającym katalizatorem, a nawet wywołuje reakcję przeciwną? Czyżby w kuluarach rynku liczono na jeszcze wyższy odczyt? Coś się zepsuło na rynku. Zmierza to do tego, że dane z USA zaczynają mieć malejące znaczenie. Dziś raport Uniwersytetu Michigan badający nastroje konsumentów i oczekiwania inflacyjne. Jeśli wyższy odczyt tych drugich nie poskutkuje wzrostem rentowności, śledzenie zachowania rynku długu można odłożyć do szuflady jak wspomnienie o wakacyjnym romansie.

Dolar dalej ma trudności obronić się przed odbudowywanym apetytem na ryzyko, a dziś „ratuje” go tylko perspektywa weekendu i skłonność inwestorów do redukcji ryzykownych pozycji przed przerwą w handlu. W skali tygodnia największymi beneficjentami odchodzenia od USD były waluty surowcowe: NZD, AUD i NOK. Odbywało się to w akompaniamencie wyższych cen surowców, m.in. ropy naftowej i miedzi, potwierdzając powrót strategii reflacyjnej. Słabszy dolar i spadające rentowności dały też silny impuls dla złota, które jest najwyżej do dwóch miesięcy (złoto już dawno temu przestało być bezpieczną przystanią). EUR/USD wciąż nie może sobie poradzić z 1,20, co jednak wydaje się uzasadnione, gdyż kurs po części wyraża siłę gospodarczą USA i strefy euro i na tej podstawie UER/USD nie może teraz iść w górę. Naszym zdaniem 1,19 jest aktualnie poziomem równowagi, dopóki ożywienie w Europie nie zacznie nadganiać USA.

Obniżyła się zmienność na złotym z EUR/PLN dryfującym przy 4,55. Ponieważ słabość dolara nie przejawia się w relacji EUR/USD, brak reakcji na walutach regionu. Dziś dane o inflacji bazowej z Polski mogą dołożyć negatywnych argumentów do oceny fundamentów waluty w średnim terminie, ale krótkoterminowo wpływ powinien być neutralny. Według informacji zawartych w raporcie o CPI, inflacja bazowa jest szacowana na 3,9 proc. w marcu po 3,7 proc. w lutym. Inflacja bazowa wyraźnie wykracza poza 3,5 proc., tj. górne ograniczenie dopuszczalnego zakresu wahań inflacji wokół celu. Przy jasno deklarowanym sprzeciwie NBP wobec podwyżek stóp procentowych pogłębia się ujemne realne oprocentowanie. W dobie pandemii, lockdownów i wahań cen administracyjnych szacowanie faktycznej presji inflacyjnej jest utrudnione, ale na dłuższą metę ocena złotego przez inwestorów będzie się opierać na prostym porównaniu inflacji do stopy banku centralnego. W tym świetle potencjał aprecjacyjny złotego w trakcie globalnego rajdu ryzykownych aktywów może być obniżony. Ale dla intraday’owej zmienności dane rzadko mają znaczenie i EUR/PLN może opadać z pomocą umiarkowanego optymizmu na europejskim otwarciu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Dobre dane za oceanem

Wczorajsze odczyty z USA okazały się wyraźnie lepsze od oczekiwań. Tak dobre dane mogą spowodować, że obecny trend spadkowy dolara ulegnie odwróceniu lub przynajmniej wstrzymaniu.

Lepsze dane za oceanem

Wczoraj poznaliśmy wyniki sprzedaży detalicznej w USA. Okazała się ona wyraźnie wyższa od oczekiwań. W marcu rosła o 9,8% wobec oczekiwanego wzrostu o 4,7%. Równolegle poznaliśmy lepszy od oczekiwań indeks NY Empire State. Kluczowe jednak były wnioski o zasiłek dla bezrobotnych. Było ich zaledwie 576 tysięcy w skali tygodnia. Należy pamiętać, że pomimo tego, że to ponad 0,3% wszystkich pracujących to również o ponad 100 tysięcy wniosków lepszy wynik od dotychczas najlepszego rezultatu w pandemii. Nie może zatem dziwić, że mimo bardzo niekorzystnego trendu dla dolara wczoraj amerykańska waluta nawet trochę zyskała na wartości.

Dane z Chin

Dzisiaj w nocy poznaliśmy dane z Państwa Środka. Produkcja przemysłowa w skali roku rośnie o 14,1%. To potencjalnie bardzo dużo, ale oczekiwano 3% więcej. Z drugiej strony sprzedaż detaliczna rosła o imponujące 34,2% to 6% więcej od oczekiwań. Dane te pokazują, że gospodarka chińska sprawnie nadrabia straty, jakie wywołał covid. Jednak widać nadal próbę przechodzenia chińskiej gospodarki na konsumpcję wewnętrzną. Potwierdzają to również dane o wzroście PKB, który w 1 kwartale wzrósł 18,3%.

Niespodzianka w Turcji

Po tym, jak odwołano prezesa tureckiego banku centralnego z powodu podwyżek stóp procentowych, wielu analityków spodziewało się, że jego następca na kolejnym posiedzeniu odwróci tę decyzję. Należy pamiętać, że w sprawę mocno zaangażował się sam prezydent Erdogan, znany zresztą w tworzenie niezależnego nurtu polityki monetarnej. Co ciekawe, na wczorajszym posiedzeniu Banku Turcji stopy procentowe pozostały niezmienione. Na rynkach zakończyło się to umocnieniem liry, jak to się często dzieje, kiedy to stopy procentowe wbrew oczekiwaniom analityków nie są jednak obniżane.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

16:00 – USA – Raport Uniwersytetu Michigan.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Strategia marketingowa, jak wyznaczyć kierunek biznesu

Działania w Internecie mogą mieć różne cele. Niezależnie od tego, czy dopiero zaczynasz, czy chcesz ulepszyć obecne działania, potrzebujesz strategii pozycjonowania marki. To dzięki niej wyznaczysz konkretny kierunek działania.

Obecna sytuacja na świecie zmusiła wielu przedsiębiorców do przeniesienia biznesu do onlinu. Jest to o tyle ciężkie zadanie, że nagle konkurencja w postaci innych firm wzrosła o dziesiątki procent praktycznie z dnia na dzień. Chcąc więc zrobić to skutecznie, potrzebujesz wiedzieć co pokazać swoim odbiorcom, by chcieli skorzystać z Twoich usług lub produktów.

Co powinna zawierać strategia marketingowa?

Tak jak mamy wiele doświadczeń w naszej karierze, tak jest wiele opinii na temat tego, jak powinna wyglądać dobrze opracowana strategia marketingowa. W ramach tej publikacji opisze te najczęściej występujące.

Określ swoich odbiorców

Pierwszym krokiem jest określenie odbiorców. Nie mam tu na myśli opracowania person sprzedażowych, bo ten element powinien być zrobiony wcześniej. Tutaj bardziej skupiamy się ogólnie, kim jest lub będzie odbiorca treści marketingowych oraz jakie są jej potrzeby.

Tworzymy bardziej grupę odbiorców, która jednoznacznie mówi nam, kim są osoby należące do niej. Przykładem może być grupa kobiet lubiących sport.

Jakie są ich problemy?

Wiedząc, do jakiej grupy będziemy kierować nasze działania marketingowe, możemy określić, jakie mają cele i problemy w dotarciu do nich. Odkrywając wyzwania, jakie stoją na drodze do realizacji ich marzeń, celów wiesz, na jakie elementy postawić tworząc na przykład reklamy.

Zastanawiając się nad tą częścią, warto postawić się na miejscu takiej osoby. Wyjść z myślenia o tym, jakie mamy produkty, a przejść na myślenie, jakie emocje towarzyszą osobom z naszej grupy. Z doświadczenia wiem, że nie jest łatwo to zrobić i czasem pomoc konsultanta marketingowego może być dużym ułatwieniem.

Dla naszej przykładowej grupy to, co może stanowić dla nich wyzwanie to np. praca na pełny etat, małe dziecko, a może obecny związek gdzie druga osoba woli spędzać czas na kanapie.

Co chcą osiągnąć?

Znając problemy, możemy określić, jakie są ich ostateczne cele. Może chcą zadbać o swoje zdrowie. A może chcą mieć ładną figurę. A to wszystko bez poświęcania swoich ulubionych potraw.

Ostateczny cel to ich marzenia to świat, do którego dążą i wizja, która ich motywuje.

Określ alternatywy na rynku

Jakie są opcje do wyboru poza Twoją firmą? Tutaj zastanawiamy się nad działaniami konkurencji bezpośredniej i pośredniej. Konkurencja bezpośrednia to firmy podobne do Twojej. Firmy, które prawdopodobnie znasz i wiesz, że są Twoją konkurencją.

Poza nimi istnieje jeszcze konkurencja pośrednia. Dla naszego przykładu, jeśli jesteśmy trenerem osobistym, a grupą są kobiety lubiące sport, to bezpośrednią konkurencją są inni trenerzy. Natomiast konkurencją pośrednią może być spędzenie czasu z rodziną albo pospanie dłużej zamiast wybranie się na trening.

Określenie alternatyw pozwoli nam na pozycjonowanie naszej oferty marketingowej na różnych etapach, pokazując odpowiedni przekaz.

Jakie są Twoje przewagi

Ostatni krok to przygotowanie własnych przewag. Znasz już wszystkie części układanki. Teraz możesz bez problemu określić, jakie są Twoje mocne strony, które przekonają odbiorców, by skorzystać z Twoich usług i produktów.

Niezależnie od tego, czy będziemy tworzyć materiały do mediów społecznościowych, na stronę, czy inne miejsce. Wszystkie opracowane elementy to szkielet do naszego przekazu marketingowego.

Nie ma magicznej reguły, która pomaga w budowaniu biznesu. Są za to konkretne strategie, które pomagają w pozycjonowaniu się na rynku.

Przemysław Olesiński – konsultant biznesowy

przemyslawolesinski.pl

Ceny usług rosną prawie 4 razy szybciej niż towarów

W marcu br. inflacja wyniosła 3,2% w ujęciu rocznym i 1% w porównaniu z poprzednim miesiącem – podał GUS.

Chociaż mieścimy się w granicach odchyleń od celu inflacyjnego, to jednak marcowy skok jest duży – zwłaszcza biorąc pod uwagę, że punkt odniesienia analiz rocznych stanowi marzec 2020 roku, w którym część zjawisk pandemicznych znalazła odzwierciedlenie w danych.

Temat wysokiej inflacji w perspektywie nawet 2023 roku – a takie zjawisko prognozują NBP i ekonomiści – absorbuje wszystkich, ponieważ istnieje ryzyko wysokiego zakotwiczenia oczekiwań przez konsumentów (przekonania o trwale wysokiej inflacji, wkradającego się np. do negocjacji płacowych). Na ostatniej konferencji NBP prezes Adam Glapiński przekonywał, że odpowiadające za wysoką inflację czynniki mają charakter przejściowy, ale deficyty na rynku pracy czy typ nakładanych podatków podbijają inflację bazową (inflację po wyłączeniu cen żywności i energii, czynników które pozostają poza oddziaływaniem krajowej polityki pieniężnej). I choć padają argumenty, że wyższa inflacja przy wychodzeniu z pandemii nie jest zjawiskiem jednoznacznie negatywnym (większa swoboda kształtowania cen przez firmy, optymizm napędzany nominalnymi zyskami), to linia bezpieczeństwa jest cienka.

W marcu notujemy wzrosty cen niemal we wszystkich analizowanych kategoriach, jednak największy wkład do inflacji mają ceny paliw – te wliczamy bezpośrednio, ale nie można zapominać o tych, które widzimy w cenach dóbr konsumenckich. Powrót cen paliw (7,6% r/r, 6,6% m/m) do przedpandemicznych poziomów jest nieuchronny – gospodarka światowa funkcjonuje na coraz wyższych obrotach, a nie ma obecnie realnej alternatywy dla ropy.

W kategorii żywność i napoje bezalkoholowe (0,5% r/r, 0,7% m/m) widzimy efekty wprowadzenia opłaty cukrowej (ceny samej żywności utrzymały się na poziomie sprzed roku). Notujemy wzrosty cen produktów zbożowych – w szczególności mąki i pieczywa (odpowiednio 4,4% r/r i 1% m/m oraz 5,8% i 1,1% m/m). W przypadku produktów podlegających obróbce termicznej należy dodać wzrost cen energii – tak jest również w przypadku nabiału (2% r/r). Spadki w horyzoncie roku notują mięso wieprzowe i drobiowe (odpowiednio -11% i -2,2%), których ceny były przed rokiem napędzane przez wybuch ASF.

Inflację niezmiennie napędzają wzrosty cen nośników energii (zwłaszcza energii elektrycznej – 9,5% r/r), oraz usługi zdrowotne (w tym lekarskie 7,8% i stomatologiczne 12,6% r/r), a także opieka społeczna (10,4%), usługi fryzjerskie i kosmetyczne (10,5%) oraz edukacyjne (5,5% r/r). Drożeją usługi ograniczone reżimem sanitarnym oraz takie, w których od dawna notujemy deficyty pracowników.

W ciągu roku usługi podrożały o 7,3%, podczas gdy towary o 1,9%. Innym przypadkiem są usługi finansowe (47,6% r/r). Banki szukają nowego źródła dochodów w związku z niskimi stopami procentowymi oraz ograniczoną akcją kredytową. Tu również nie należy spodziewać się powrotu do starych poziomów opłat.

Sonia Buchholtz, Konfederacja Lewiatan

Konkurs „Zagraj o mentoring”

inQUBE Uniwersytecki Inkubator Przedsiębiorczości, działający przy Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu, oraz stworzony przez Sebastiana Kulczyka program mentoringowy InCredibles , zapraszają startupy do udziału w piątej edycji konkursu „Zagraj o mentoring”.

Inicjatywa skierowana jest do zespołów, które wprowadzają na rynek innowacyjne rozwiązania technologiczne. Organizatorzy poszukują startup’ów podchodzących w unikatowy sposób do technologicznych wyzwań oraz biznesowych problemów.

inQUBE to Uniwersytecki Inkubator Przedsiębiorczości, utworzony w celu wspierania aspiracji biznesowych studentów, absolwentów, pracowników naukowych oraz początkujących przedsiębiorców z branży ICT.

Z wrocławskim Inkubatorem współpracuje zespół ekspertów z różnych dziedzin. To zarówno naukowcy, jak i praktycy biznesu, którzy wspierają merytorycznie osoby planujące oraz rozwijające swoją działalność gospodarczą.

inQUBE to także nowoczesna przestrzeń, stanowiąca część kampusu największej ekonomicznej uczelni na Dolnym Śląsku, będąca miejscem spotkań, pracy i nauki.

InCredibles jest prestiżowym programem akceleracyjnym i mentoringowym, skierowanym do innowacyjnych startupów. Przedsięwzięcie ma charakter cykliczny, a wyróżnia je autorska formuła warsztatów, wykładów i konsultacji, prowadzonych przez uznanych ekspertów biznesowych.

Inicjatorem programu jest Sebastian Kulczyk – prezes Kulczyk Investments, inwestor, przedstawiciel młodego pokolenia polskich przedsiębiorców, aktywnie działający w obszarze nowych technologii.

W konkursie „Zagraj o mentoring” wyróżnione zostaną firmy, które rozwijają autorskie, nieszablonowe rozwiązania. „Liczymy na to, że w ramach piątej edycji uda nam się poznać nie tylko ciekawe startupy, ale i niezwykłych ich twórców. Incredibles wypromowało już wielu inspirujących przedsiębiorców. Cieszę się, że teraz również inQUBE będzie miał w tym swój udział” – mówi Patrycja Modrzejewska, Dyrektor inQUBE Uniwersyteckiego Inkubatora Przedsiębiorczości przy Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu.

Podmioty zainteresowane wzięciem udziału w konkursie powinny do końca kwietnia wypełnić, znajdujący się na stronie internetowej www.inqube.pl, formularz zgłoszeniowy oraz przesłać prezentację, w której opiszą swój startup, przedstawią zespół, opracowane rozwiązanie oraz wytłumaczą na czym  polega jego innowacyjność i na jaki problem jest ono odpowiedzią.

Spośród nadesłanych propozycji, kapituła konkursu wybierze te, które zakwalifikują się do etapu finałowego. Głównymi kryteriami selekcji będą przyjęty model biznesowy oraz poziom innowacyjności prowadzonych prac. Finaliści otrzymają szansę bezpośredniego zaprezentowania swojej propozycji przed członkami kapituły.

Zwycięzca nagrody głównej weźmie udział w programie akceleracyjnym i mentoringowym,  organizowanym w ramach InCredibles.

Finał konkursu odbędzie się 15. czerwca 2021 roku.

Nowy język pokolenia Y

Polscy millenialsi to obecnie ponad 11 milionów osób! W 2021 roku kolejna grupa starszych przedstawicieli tej grupy będzie obchodziła swoje czterdzieste urodziny. Przekroczenie tej magicznej granicy wiekowej to dla większości z nas wejście w okres stabilizacji i świadomych  wyborów zarówno tych dotyczących kwestii zawodowych, jak decyzji czysto konsumenckich, obejmujących już także całe rodziny i coraz częściej dzieci. Jak zatem zmienić sposób mówienia, by dotrzeć do przedstawicieli generacji Y?

Stereotypy? Nie, dziękuję!

Millenialsi – tym mianem nazywamy osoby urodzone w latach 1980 – 1995. Jeszcze do niedawna pokolenie to było określane często, jako bardzo wymagające, nałogowo korzystające z internetu i skupione wyłącznie na własnych potrzebach. Czy tak jest naprawdę? Eksperci twierdzą, że nie do końca. Przedstawicieli pokolenia Y trafniej byłoby nazwać zdeterminowanymi, a także przywiązanymi do swoich celów i wartości. Osoby dorastające na przełomie wieków szybko wyczuwają nieścisłości, czy nieszczerości oraz częściej mówią „sprawdzam!” – stąd popularny pogląd o postawie roszczeniowej. Tak naprawdę, chcą być traktowani jak partnerzy. Za indywidualne podejście i szczerość płacą najlepszą walutą – lojalnością. Właśnie dlatego, jedną z najbardziej charakterystycznych cech generacji Y jest przywiązanie do marek. Jak wynika z badań, millenialsi są w stanie zapłacić więcej za produkty firm, z którymi się identyfikują i które postrzegają jako kultowe, cenią także marki transparentne, otwarcie komunikujące swoje wartości[1]. – To cenne wskazówki, z których warto korzystać, bo odpowiednie zdefiniowanie i znajomość oczekiwań klientów odgrywa istotną rolę w procesie adresowania swoich usług i produktów – mówi Stephane Tikhomiroff, Dyrektor Generalny Perfetti Van Melle Polska.

Nadążyć za zmianami

Jak w przypadku każdego pokolenia, charakterystyka millenialsów zmienia się z ich wiekiem. Obecnie, szczególnie wśród najstarszych z nich wyraźnie widać potrzebę bezpieczeństwa czy stabilizacji. Według raportu „Deloitte Global Millennial Survey 2020”, pandemia przyniosła niższy poziom stresu (wskaźnik spadł z 50% do 42%), co badacze powiązali z faktem, że życie zwolniło, a konsumenci więcej czasu spędzali z rodzinami. Nikogo nie powinien więc dziwić fakt, że dla pokolenia millenialsów tak ważna jest niezawodność – dzięki temu nie tracą czasu na szukanie czy metodę „prób i błędów”. Co ciekawe, jak pokazują wnioski z badań „Millenialsi oraz generacja Z na zakupach w czasie pandemii COVID-19”[2] przedstawiciele pokolenia Y na początku pandemii, kiedy przed sklepami tworzyły się kolejki, rzadziej rezygnowali z zakupów. Przeciwnie, woleli poczekać, aby zrobić zakupy w ulubionym miejscu.

Millenialsi cenią także użyteczność, dlatego są wyczuleni na fałsz i przyjmują postawę oceniającą, wobec dostarczanych im treści – słuchają uważnie, ale błąd może zmienić ich nastawienie. Z tego powodu komunikaty kierowane do tej grupy powinny być nie tylko konkretne i nienachalne, ale przede wszystkim prawdziwe. Zwłaszcza, że swoją opinią przedstawiciele pokolenia Y szybko mogą podzielić się też w sieci, gdzie 67% z nich szuka specjalistów oraz recenzji[3]. Dla firm i marek chcących dotrzeć do millenialsów ważne jest więc, aby być widocznym w internecie biorąc pod uwagę m.in. fakt, że aż 36 proc. przedstawicieli tej generacji „przełącza” się na smartfony podczas przerw reklamowych w telewizji[4]. Stała obecność w kanałach social media – czy to własnych, czy w ramach współpracy z influencerami i mediami, wciąż stanowi cenne narzędzie, o którym przedsiębiorcy nie powinni zapominać. Warto pamiętać także o tym, że millenialsi nie boją się pytać: co masz dla mnie poza produktem? Cenią wartości wyzwane przez firmę, jej wizerunek i wierność w podążaniu za ideami.

Charakterystyka poszczególnych pokoleń nie jest stała i zmienia się w czasie. Jak pokazuje doświadczenie, regularna weryfikacja założeń na temat docelowych grup jest ważna dla tworzenia efektywnych koncepcji marketingowych i strategii przyjmowanych w kontakcie z klientem.

[1] https://www2.deloitte.com/pl/pl/pages/deloitte-digital/digital-marketing-newsletter-deloitte/digital-marketing-lipiec-2019/Millennialsi-a-pokolenie-Z-podstawowe-roznice.html

[2] https://www.obserwatorfinansowy.pl/bez-kategorii/rotator/millennialsi-oraz-generacja-z-na-zakupach-w-czasie-pandemii-covid-19/

[3] https://www.accenture.com/_acnmedia/PDF-150/Accenture-Postpandemic-Generation-Online-Czy-Offline-PL-New.pdf

[4] https://www.mediaplus.pl/pl/news/DIGITAL_NATIVES_STUDY.html

Północna Izba Gospodarcza apeluje o otwarcie hoteli w reżimie sanitarnym w Majówkę

Zachodniopomorscy hotelarze załamani decyzją o zamknięciu hoteli na majówkę. Prezes Mojsiuk: apelujemy o otwarcie branży hotelarskiej w reżimie sanitarnym.

Sytuacja zachodniopomorskiej branży turystycznej jest bardzo trudna – hotele na przestrzeni ostatnich 6 miesięcy czynne były zaledwie trzy tygodnie w 50% reżimie sanitarnym. Północna Izba Gospodarcza otrzymuje liczne sygnały od przedstawicieli branży, że decyzja o zamknięciu hoteli i pensjonatów na majówkę jest dla nich boleśnie krzywdząca i doprowadzająca ich sytuację finansową do jeszcze większego kryzysu. – Jestem przekonana, że możliwe jest kompromisowe rozwiązanie, czyli otwarcie hoteli na majówkę przy 50% obłożeniu. W podobnym trybie mogłyby działać na przykład restauracje. Rozumiemy powagę sytuacji i fakt, że pandemia nadal nie ustąpiła, ale chyba nadszedł już czas, by poza względami medycznymi poważnie zwracać uwagę na względy ekonomiczne i sytuację przedsiębiorców. Zamykanie hoteli na majówkę uważam za nadgorliwość w sytuacji, gdy Europa podejmuje pierwsze decyzje o odmrażaniu gospodarki – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk.

„Kolejny raz powtórzę za Rzecznikiem MŚP Adamem Abramowiczem: koniec kwietnia to powinien być czas końca lockdownu”

Północna Izba Gospodarcza apeluje o ponowne przeanalizowane decyzji o zamknięciu hoteli na czas weekendu majowego. Jak mówi Prezes Hanna Mojsiuk do końca miesiąca zostały jeszcze dwa tygodnie, to czas, gdy może dojść do poprawy sytuacji epidemicznej: – Kolejny raz powtórzę za Rzecznikiem MŚP Adamem Abramowiczem: koniec kwietnia to powinien być czas końca lockdownu. Od maja powinniśmy wrócić do odbudowywania gospodarki po dramatycznym czasie pandemii. Nie mam żadnych wątpliwości, że zamknięcie hoteli na majówkę to wielki cios dla Pomorza Zachodniego. Wiem, że hotelarze są gotowi do otwarcia i bardzo czekają na turystów. Dla nich najbliższe tygodnie to będzie być albo nie być – mówi Prezes Mojsiuk.

– Jako przedsiębiorcy ocenami tą decyzję jako bardzo surową dla branży hotelarskiej. Dzisiaj jest wielu ozdrowieńców, jest już spora grupa osób zaszczepionych, dlatego wydaje się, że hotele mogłyby być częściowo otwarte – choćby dla tych klientów. Uważam, że hotele zdały egzamin wtedy, gdy były otwarte w reżimie sanitarnym. Firmy prowadzące hotele nie mogą opierać się tylko na tarczach antykryzysowych, bowiem nie wszyscy się spełniają warunki spadku obrotów w konkretnym okresie lub utrzymania poziomu zatrudnienia pracowników w 2020 r. – do końca 2021 r. – dodaje Michał Wojtas, skarbnik Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

„Maj nie będzie rewelacyjny. Jak nastąpi otwarcie to spodziewamy się maksymalnie 50% klientów. Odbicie zacznie się w Boże Ciało”

Hotelarze bardzo krytycznie oceniają decyzję o tym, by hotele były zamknięte na majówkę. Jak mówią decyzja nie jest dla nich zaskoczeniem, ale poważnie odbija się na ich budżetach i możliwości planowania kolejnych miesięcy. Stan niepewności utrzymuje się bez przerwy: – Mamy stracone ostatnie 7 miesięcy. Sylwester, Święta, ferie, Wielkanoc, majówka. Nasze oczy zwrócone są teraz na weekend Bożego Ciała i spodziewamy się, że dopiero wtedy nastąpi odbicie w branży hotelarskiej. Pełniejsze otwieranie może nastąpić w maju, ale przecież w ciągu kilku pierwszych tygodni nie będziemy mieli także większego obłożenia. Nie liczymy, że maj będzie rewelacyjny. Może 30-40%, jak będzie 50%  to będzie świetnie – mówi ekspert Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie ds. hotelarstwa Roman Kucierski, zarządzający hotelem Hamilton w Świnoujściu.

Jak wyjaśnia ekspert Izby zapytań na sezony wakacyjne jest sporo, ale klienci przyznają, że ich rezerwacje warunkowane są tym, jak rozwijać się będzie pandemia. Brakuje także turystów z zagranicy, co jest dla zachodniopomorskiego pasa nadmorskiego wielką stratą: – Wszystko przesuwa się na lipiec, sierpień, czasami sezony jesienne. Nie wiemy także jak wyglądać będzie sytuacja  z turystami z Niemiec czy ze Skandynawii. Jest dużo niepewności – dodaje Kucierski.

W mediach pojawiają się informacje o masowym sprzedawaniu hoteli i pensjonatów. Nie potwierdza tego póki co windykator i Prezes Grupy AVERTO Małgorzata Marczulewska: – Hotelarstwo to jedna z najbardziej zadłużonych branż. Prowadzimy wiele spraw, które dotyczą przedsiębiorców, którzy na kredyt pobudowali swoje pensjonaty czy hotele, a teraz od wielu miesięcy nie mają jak regulować swoich zobowiązań. To także sytuacje z zachodniopomorskich kurortów nadmorskich. Nie możemy jednak potwierdzić, że przedsiębiorcy szykują się do masowej wyprzedaży hoteli. Zwykle wiedzą oni, że w wakacje może nastąpić odbicie i odrobienie strat, choć pewnie wychodzenie z długów wielu hotelom zajmie wiele miesięcy, a może nawet lat – dodaje Prezes Małgorzata Marczulewska.

Od dziś farmaceuci zyskują nowe uprawnienia. Właścicieli aptek czeka szereg wyzwań

16 kwietnia wchodzi w życie większość zapisów nowej ustawy o zawodzie farmaceuty, która rozszerza uprawnienia tego zawodu. Magister farmacji będzie mógł przeprowadzić z pacjentem wywiad farmaceutyczny, doradzić mu w kwestii przyjmowanych leków, przeprowadzić podstawowe nieinwazyjne badania diagnostyczne i przeszkolić w używaniu prostego sprzętu medycznego, np. glukometru. Otwartą kwestią pozostaje to, kto będzie płacił za opiekę farmaceutyczną jako świadczenie – sam pacjent czy może NFZ. Z kolei dla właścicieli aptek wyzwaniem będzie stworzenie miejsca, gdzie takie konsultacje mogą się odbywać, oraz zapewnienie odpowiednich zasobów kadrowych.

– Od 16 kwietnia farmaceuci zyskają nowe uprawnienia. W życie wchodzą nowe regulacje, które dotyczą zawodu farmaceuty i sprawowania opieki farmaceutycznej. Jest to pierwsza część tej ustawy. Kolejna wejdzie w życie w połowie stycznia 2022 roku i będzie dotyczyła wystawiania recept farmaceutycznych – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Żuradzki, adwokat i wspólnik zarządzający w kancelarii KBZ Żuradzka & Wspólnicy Adwokaci i Radcy Prawni.

Do tej pory rola farmaceutów zazwyczaj była ograniczona w zasadzie tylko do wydawania i sprzedaży leków w aptecznym okienku. Ta grupa zawodowa – jako jedna z ostatnich – nie miała też dotąd swojej ustawy, dlatego środowisko aptekarskie wyczekiwało jej od lat. Ustawa o zawodzie farmaceuty to dla branży bardzo ważna zmiana. Nowe przepisy wzmocnią rolę farmaceutów w polskim systemie ochrony zdrowia (ustawa oficjalnie plasuje ich w gronie zawodów medycznych) i nadadzą im nowe uprawnienia, dzięki którym będą mogli szerzej uczestniczyć w profilaktyce, promocji zdrowia i farmakoterapii. Tym samym ustawa stwarza prawne podwaliny do zbudowania w Polsce modelu opieki farmaceutycznej.

– Nowa ustawa umożliwi farmaceutom przeprowadzanie konsultacji farmaceutycznych, dokonywanie przeglądów lekowych i wykonywanie nieinwazyjnych badań diagnostycznych, takich jak pomiary tętna, oddechu czy masy ciała – wymienia Krzysztof Żuradzki. – Ta ustawa stwarza możliwość, żeby można było przyjść do apteki i spotkać się ze specjalistą, który przeprowadzi konsultację farmaceutyczną poprzedzoną wywiadem. Opiekę farmaceutyczną będzie mógł sprawować wyłącznie farmaceuta posiadający wiedzę i umiejętności w tym zakresie. One muszą być potwierdzone tytułem specjalisty w dziedzinie farmacji aptecznej, szpitalnej, klinicznej czy też farmakologicznej, po specjalnym szkoleniu

Sprawowanie opieki farmaceutycznej będzie zarezerwowane tylko dla magistrów farmacji, z wyłączeniem techników farmaceutycznych. Rozporządzenie ministra zdrowia ma szczegółowo określić zakres tej opieki i wprowadzić katalog badań diagnostycznych, które farmaceuta będzie mógł wykonać w aptece. Rozporządzenie określi też kompetencje wymagane do świadczenia takiej opieki, czyli np. kursy kwalifikacyjne, po ukończeniu których farmaceuta zyska nowe uprawnienia. Co istotne, nowe przepisy przewidują też kary za świadczenie tego rodzaju usług przez osoby nieuprawnione, czyli techników oraz magistrów bez specjalizacji i wymaganych kursów.

– Opieka farmaceutyczna to nowa forma usługi, o której nie wiemy jeszcze do końca, jak będzie uregulowana pod względem płatności, czyli kto za nią na końcu zapłaci – pacjent czy Narodowy Fundusz Zdrowia. To też będzie zależało od rozporządzenia wykonawczego. Jednak postulaty były takie, aby to NFZ płacił za diagnostykę, przeglądy i konsultacje farmaceutyczne – mówi prawnik.

Ustawa o zawodzie farmaceuty stanowi rewolucję nie tylko dla przedstawicieli tego zawodu, ale również dla aptek, których – zgodnie z danymi GUS – jest w Polsce 12,3 tys. (nie uwzględniając punktów aptecznych). Dla właścicieli placówek, którzy będą mogli poszerzyć ofertę o nowe usługi farmaceutyczne, to szansa na zwiększenie konkurencyjności, ale i szereg wyzwań, związanych np. z zapewnieniem odpowiedniej liczby wykwalifikowanych pracowników w aptece oraz spełnieniem odpowiednich wymagań lokalowych w celu świadczenia opieki farmaceutycznej.

– Nie każda apteka posiada na tyle dużo pomieszczeń i rozmieszczonych w taki sposób, aby pacjenci mogli z nich korzystać. Dlatego należy umożliwić dostosowanie tych lokali w różnych wariantach, np. poprzez wydzielenie specjalnego pomieszczenia do sprawowania opieki farmaceutycznej albo wydzielenie jakiegoś obszaru, który będzie gwarantować jakąkolwiek intymność i poufność konsultacji. Wykorzystanie pomieszczenia tzw. administracyjno-szkoleniowego powinno być minimum. Oczywiście najlepiej byłoby, gdyby w aptece był osobny gabinet, ale wszyscy zdajemy sobie sprawę, jak wyglądają apteki i ile tam jest miejsca. Dla właścicieli placówek to będzie wyzwanie w zakresie czynszu czy też odpowiedniej organizacji miejsca – wyjaśnia Krzysztof Żuradzki.

Jak podkreśla, każda apteka bądź indywidualna czy grupowa praktyka farmaceutyczna, która w myśl nowej ustawy będzie świadczyć opiekę farmaceutyczną, musi też spełnić wymóg posiadania ubezpieczenia od odpowiedzialności cywilnej.

– Podmiot prowadzący aptekę ogólnodostępną bądź farmaceuta prowadzący indywidualną praktykę farmaceutyczną, aby rozpocząć sprawowanie tej opieki, będzie musiał najpierw zawrzeć umowę ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej, aby – w razie jakiejkolwiek szkody – ubezpieczyciel mógł pokryć ewentualną szkodę – mówi wspólnik w kancelarii KBZ Żuradzka & Wspólnicy Adwokaci i Radcy Prawni.

W Polsce na ok. 87,5 tys. lekarzy przypada 26,1 tys. magistrów i 33,3 tys. techników farmacji – wynika z danych GUS i ubiegłorocznego raportu IQVIA („Opieka farmaceutyczna w Polsce”).

Pandemia ograniczyła aktywność fizyczną dzieci o ponad 30 proc. Wśród najmłodszych rośnie problem nieprawidłowej masy ciała i problemów z kręgosłupem

Już od ok. 20 lat poziom kondycji fizycznej dzieci i młodzieży systematycznie spada, a pandemia jeszcze pogłębiła ten problem. Nauka online, zamknięte szkoły, baseny, sale sportowe i boiska spowodowały, że aktywność fizyczna wśród najmłodszych spadła o 33 proc. – wynika z raportu „Aktywność fizyczna i żywienie dzieci w czasie pandemii”. – Możemy mieć przyrost populacji osób otyłych i z nadwagą, prawdopodobnie zwiększy się także częstotliwość występowania wad postawy i bólu  kręgosłupa – wymienia prof. Bartosz Molik, rektor AWF w Warszawie. Na zdrowie i kondycję dzieci przełożenie może mieć także coraz częściej diagnozowany zespół pocovidowy. 

– Bez zajęć wychowania fizycznego, mając zamknięte sale gimnastyczne, siłownie, pływalnie i inne ośrodki sportowe i rekreacyjne, mamy ograniczony dostęp do infrastruktury, jak i ograniczony dostęp do różnych form aktywności fizycznej. Nie pozostaje to bez wpływu na stan zdrowia i generalnie kondycję fizyczną Polaków, również dzieci – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. Bartosz Molik, rektor Akademii Wychowania Fizycznego Józefa Piłsudskiego w Warszawie.

Przed pandemią 65 proc. Polaków podejmowało aktywność fizyczną przynajmniej raz w miesiącu. Wraz z wiosennym lockdownem blisko połowa znacznie ograniczyła treningi – wynika z badania MultiSport Index 2020 firmy Benefit Systems. Nauka zdalna pogłębiła też problem słabej kondycji fizycznej wśród najmłodszych. Raport „Aktywność fizyczna i żywienie dzieci w czasie pandemii”, zrealizowany w ramach programu „Lekkoatletyka dla każdego!” Polskiego Związku Lekkiej Atletyki i Nestlé Polska, wskazuje, że tygodniowa aktywność dzieci spadła o 33 proc.

W czasie lockdownów dzieci realizowały wybraną formę aktywności fizycznej (rower, czas na podwórku, sportowe zajęcia zorganizowane, WF) przynajmniej godzinę dziennie średnio przez trzy–cztery dni w tygodniu. Przed pandemią było to prawie pięć dni w tygodniu. Mocno wzrosła liczba dzieci, które są aktywne dwa lub mniej dni w tygodniu – z 9 do 37 proc. Tylko co trzeci rodzic ocenił, że w trakcie pandemii dziecko poświęcało odpowiednio dużo czasu na ruch na świeżym powietrzu, a 61 proc. wskazało, że było go za mało.

– Ma to wpływ na poziom wydolności fizycznej, mówię tutaj głównie o wydolności tlenowej, także na masę ciała, czyli jest wielce prawdopodobne, że w związku z tym okresem hipokinezji u większości osób wzrosła masa ciała, co może mieć wpływ na przyrost populacji osób otyłych i z nadwagą – wskazuje rektor AWF.

Tym bardziej że co piąte dziecko przyznało, że w czasie pandemii ma większy apetyt i podjada. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia w czasie pandemii statystyczny obywatel przytył o ok. 2 kg. Z powodu nieodpowiedniego trybu życia i ograniczenia aktywności fizycznej niemal do zera u części osób nasiliły się bóle pleców i kręgosłupa. Siedzący tryb życia może też przełożyć się na wady postawy u dzieci.

– Jeszcze przed pandemią dostawaliśmy informację, że dzieci coraz częściej skarżą się na takie objawy jak bóle kręgosłupa. Za moich czasów studenckich to była rzadkość. Wiążemy to z siedzącym trybem życia dzieci w szkolnych ławkach, ale teraz, kiedy uczą się w domu, siedzą o wiele więcej, bo nie poruszają się między zajęciami, więc liczba przypadków wad postawy, bólów kręgosłupa na pewno się zwiększyła – zauważa prof. Bartosz Molik.

Dodatkowo na zdrowie dzieci, które przeszły koronawirusa, nawet bezobjawowo, po kilku miesiącach od choroby wpływa zespół pocovidowy. Objawia się to pogorszeniem kondycji fizycznej i ogólnym osłabieniem, może też prowadzić do chronicznego zmęczenia, duszności czy zaburzeń snu.

– W niektórych krajach pojawiają się już propozycje, żeby po pandemii dzieci przeszły diagnostykę związaną z pracą układu krążenia, bo okazuje się, że występują także zaburzenia rytmu pracy serca – wyjaśnia rektor warszawskiej AWF. – Są to bardzo niepokojące informacje.

Jak podkreśla, aktywność fizyczną Polaków można zwiększyć poprzez uświadamianie – zarówno dzieciom, jak i dorosłym – jej znaczenia dla zdrowia i kondycji człowieka.

Chcemy ruszyć z promocją i budowaniem świadomości społecznej na temat potrzeby regularnej aktywności fizycznej, która ma wpływ na jakość życia. Chcemy te działania ukierunkowywać nie tylko w stronę dzieci i młodzieży, ale przede wszystkim rodziców. Jeżeli rodzic jest sprawny, co weekend idzie z dziećmi na spacer, gra w piłkę, biega, jeździ na wycieczki, jeździ na nartach, to i dziecko buduje w sobie potrzebę regularnej aktywności fizycznej. I to jest niezwykle potrzebne – wyjaśnia prof. Bartosz Molik.

Drugi ważny obszar działania to szkoła i zajęcia wychowania fizycznego.

WF to nie mogą być zajęcia, w których odliczamy, robimy tylko zbiórki, wyścigi bądź inne formy rywalizacji, bo nie wszystkie dzieci mają chęć ciągłego konkurowania. Musimy dotrzeć do tych dzieci, dać im możliwość zabawy. WF ma cieszyć. Dzieci powinny czuć radość z uczestnictwa w zajęciach ruchowych – wyjaśnia rektor AWF.

Na początku kwietnia ruszył program resortu edukacji i AWF z całej Polski „Aktywny powrót uczniów do szkoły po pandemii”. W pierwszym etapie nauczyciele WF-u otrzymają wskazówki, jak pracować z dziećmi po długim okresie nauki zdalnej. Do końca roku szkolnego trwa rejestracja zainteresowanych nauczycieli. W drugim etapie, który ma ruszyć od września, mają powstać Sport Kluby, czyli dodatkowe aktywne zajęcia dla uczniów.

Globalna pozycja węgla nie jest zagrożona w najbliższych latach. Popyt napędzają państwa azjatyckie, głównie Chiny i Indie

W ubiegłym roku światowe zapotrzebowanie na węgiel spadło o 5 proc. r/r, najmocniej od II wojny światowej. To w dużej mierze efekt globalnego spowolnienia w przemyśle wywołanego przez COVID-19. W tym roku wraz ze stopniowym powrotem gospodarek do normalności Międzynarodowa Agencja Energii spodziewa się wzrostu popytu na czarny surowiec o 2,6 proc., głównie za sprawą państw azjatyckich. – Energetyka światowa jest oparta na węglu i takie państwa jak Chiny, Indie, Indonezja nie odstąpią od tego najtańszego, najbardziej bezpiecznego nośnika energii. Czyli praktycznie świat poza Unią Europejską będzie nadal opierał swoje systemy energetyczne na tym paliwie – mówi Janusz Olszowski, prezes Górniczej Izby Przemysłowo-Handlowej.

Węgiel przez najbliższe dekady pozostanie podstawowym nośnikiem energii na świecie. Chociażby z tego powodu, że nawet tak bogatych krajów jak Chiny nie stać na wprowadzenie polityki zeroemisyjnej w 2050 roku. Oszacowano, że tam trzeba by w to zainwestować około 20 bln dol. i jednocześnie utracić dużą część bezpieczeństwa energetycznego, o czym w Unii Europejskiej zupełnie zapomnieliśmy – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Janusz Olszowski. – Chiny w ubiegłym roku wydobyły ponad 3,8 mld ton tego surowca. Dodatkowo zaimportowały jeszcze 300 mln ton węgla, produkując blisko 60 proc. swojej energii z tego paliwa. Przypomnę, że w Unii Europejskiej wydobywamy ok. 60 mln ton, więc dysproporcja jest duża. 

Jak prognozuje Międzynarodowa Agencja Energii (IEA) w raporcie „Coal 2020”, w 2025 roku popyt na czarny surowiec ma się ustabilizować na poziomie ok. 7,4 mld ton. W samych Chinach konsumowane jest ok. 4 mld. Za cztery lata Azja Południowo-Wschodnia będzie trzecim największym konsumentem węgla, wyprzedzając USA i UE, które stopniowo z niego rezygnują. Zdaniem prezesa GIPH unijna polityka Zielonego Ładu – czyli odchodzenia od węgla i dążenia do neutralności klimatycznej w 2050 roku – zagraża konkurencyjności europejskiej gospodarki.

Unia Europejska nie bierze pod uwagę realiów, jakie są w innych państwach, nie bierze pod uwagę ubóstwa energetycznego na świecie. Paręset milionów ludzi nadal nie ma dostępu do energii elektrycznej i oni potrzebują taniego, bezpiecznego, powszechnie dostępnego paliwa. Tych państw nie stać na budowę bardzo drogich bloków energetyki jądrowej czy na importowanie gazu, którego ceny są bardzo niestabilne, również ze względów geopolitycznych – ocenia. – Taka polityka UE może sprawić, że staniemy się zieloną wyspą, może odrobinę czystszą niż reszta świata, ale bez przemysłu.

Długoterminowe prognozy dotyczące zużycia węgla na świecie są jednak jednoznaczne. Szacowany przez IEA wzrost popytu na węgiel w rozwijających się gospodarkach Azji jest znacznie niższy niż w poprzednich prognozach. Coraz więcej krajów regionu redukuje swoje prognozy popytu czy plany rozwoju energetyki węglowej. Wśród nich są m.in. Korea Południowa, Japonia, Wietnam, Filipiny. Nawet władze Chin zadeklarowały, że chcą osiągnąć neutralność węglową do 2060 roku. Według „World Energy Outlook 2020” udział węgla w globalnym miksie energetycznym spadnie z 37 proc. w 2019 roku do 28 proc. z końcem obecnej dekady. Z kolei w 2040 roku będzie już wynosił poniżej 20 proc.

Jak pokazują dane Eurostatu, w 2019 roku produkcja węgla kamiennego w UE wyniosła 65 mln ton, z czego zdecydowana większość, bo aż 95 proc., przypadła na Polskę (61,6 mln ton), a reszta na Czechy (5 proc., czyli 3,4 mln ton). W porównaniu z 2012 rokiem, który był ostatnim szczytem produkcji węgla kamiennego w UE (123 mln ton), Polska zmniejszyła w tym czasie produkcję o 22 proc., a Czechy – o 70 proc. Eurostat wskazuje, że również konsumpcja węgla kamiennego w UE spada systematycznie od 2013 roku. Szacuje się, że w 2019 roku zużycie tego surowca w UE wyniosło 176 mln ton, a za 60 proc. tego zużycia odpowiadały Polska (39 proc.) oraz Niemcy (23 proc.).

– Wydobywamy bardzo mało węgla, z roku na rok coraz mniej, w ostatnich latach nie zainwestowaliśmy w nowe kopalnie, więc w naturalny sposób nasz potencjał spada. Będzie dobrze, jeżeli zapewnimy dostawy węgla dla polskich elektrowni, których też na pewno nie zlikwidujemy w ciągu kilku lat, jak się to niektórym wydaje – mówi Janusz Olszowski.

Z danych katowickiego oddziału Agencji Rozwoju Przemysłu (ARP) wynika, że w 2020 roku polskie kopalnie wydobyły o ok. 7,2 mln mniej ton węgla kamiennego niż rok wcześniej, a sprzedaż w tym czasie spadła o ok. 5,4 mln ton. Historycznie najniższe wartości wydobycia węgla w Polsce odnotowano w maju ub.r. (3,2 mln ton) oraz czerwcu (3,8 mln ton). Dla porównania w lutym i marcu br. było to po ok. 4,5 mln ton. Według prezesa GIPH całkowita rezygnacja z węgla może stanowić jednak duże zagrożenie dla bezpieczeństwa energetycznego.

– Jestem gorącym zwolennikiem odnawialnych źródeł energii. To jest tania i dobra energia, ale jest z nią jeden problem. W styczniu–lutym w UE o mały włos nie doszło do blackoutu, bo została zachwiana stabilność całego systemu elektroenergetycznego. 30 tys. wiatraków w Niemczech przestało wytwarzać energię, bo nie było wiatru, a panele słoneczne i cała fotowoltaika pozamarzała, została pokryta lodem i śniegiem. Niemcy ratowali się energią z węgla, Szwedzi kupowali brudną energię z Polski, a Anglicy z Francji. A jakaż to była zima? Pamiętam takie, kiedy było po -30°C. Gdyby przyszła taka zima, padłby nam cały system elektroenergetyczny w UE – mówi.

Przyjęta w lutym przez rząd „Polityka energetyczna Polski do 2040 roku” zakłada, że do końca obecnej dekady polska energetyka będzie wciąż w ok. 56 proc. oparta na węglu (albo w 37,5 proc. w scenariuszu wysokich cen uprawnień do emisji CO2). W 2040 roku natomiast jego udział będzie wynosić jeszcze ok. 28 proc. (albo 11 proc. przy podwyższonych cenach uprawnień do emisji CO2). Zgodnie ze wstępnym porozumieniem zaproponowanym przez rząd górnikom jesienią ub.r. ostatnia kopalnia węgla kamiennego w Polsce ma zakończyć działalność w 2049 roku. Rząd proponuje, by źródła węglowe zastąpić atomem. Zgodnie ze strategią ma powstać sześć bloków jądrowych, z których pierwszy zacznie działać w 2033 roku.

 Jeżeli chcemy zlikwidować elektrownie węglowe, to musimy coś w zamian wybudować. Nie wierzę, że powstanie w Polsce cztery czy pięć bloków jądrowych, ponieważ są to ogromne inwestycje, a poza tym energia nuklearna wcale nie jest tak do końca ekologiczna. Zresztą mamy przykłady państw, jak Niemcy, gdzie jest całkowity plan odejścia od energetyki jądrowej – mówi prezes GIPH. – Unia kreuje taką politykę, żeby gaz był pomostem między węglem a atomem. Tylko ilości gazu, które wydobywamy w Polsce, nie wystarczają, więc będziemy go importować. Czyli całkowicie się uzależnimy od dostaw tych nośników, równocześnie likwidując nasze rodzime źródła energii. Dla mnie to jest polityka naprawdę nieracjonalna.

Koronawirusy atakowały już 25 tys. lat temu. Za sprawą postępujących zmian klimatycznych pradawne wirusy mogą znów zagrażać ludzkości

Pradawne wirusy mogą zagrażać ludzkości. Naukowcy są w stanie ożywić drobnoustroje sprzed dziesiątków tysięcy lat. Topienie się wiecznej zmarzliny w wyniku postępujących zmian klimatycznych może uwalniać długo ukryte choroby i wirusy do środowiska, zagrażając zdrowiu zarówno ludzi, jak i zwierząt. Naukowcy byli w stanie ożywić drobnoustroje sprzed dziesiątków tysięcy lat. Najnowsze badania DNA potwierdzają, że starożytny koronawirus lub blisko spokrewniony patogen wywołał epidemię na terenie Azji około 25 tys. lat temu.

Najnowsze badania pokazują, że starożytny koronawirus lub blisko spokrewniony patogen wywołał epidemię wśród przodków współczesnych Azjatów z Azji Wschodniej około 25 tys. lat temu. Analiza DNA ponad 2 tys. osób wykazała, że zmiany genetyczne w odpowiedzi na tę uporczywą epidemię kumulowały się w ciągu następnych 20 tys. lat, o czym na wirtualnym corocznym spotkaniu Amerykańskiego Stowarzyszenia Antropologów Fizycznych poinformował David Enard, genetyk ewolucyjny z Uniwersytetu Arizona.

Epidemie wywoływane przez wirusy nawiedzały ludzkość wielokrotnie. Ponad 5 tys. lat temu nieznana epidemia praktycznie całkowicie unicestwiła prehistoryczną wioskę w Chinach. Badania archeologiczne i antropologiczne wskazują, że nastąpiła ona na tyle szybko, że nie było czasu na właściwe pochówki, a miejsce nie było ponownie zamieszkane. Z kolei ok. 430 roku p.n.e., niedługo po rozpoczęciu wojny między Atenami a Spartą, epidemia spustoszyła dzisiejszą stolicę Grecji i trwała przez pięć lat. Plaga Antoninów (165–180 rok n.e.), prawdopodobnie ospa prawdziwa, zabiła z kolei ponad 5 mln ludzi w imperium rzymskim. Zabójcze wirusy i bakterie mogą powrócić do żywych za sprawą postępujących zmian klimatycznych.

– Istnieje ryzyko, ponieważ zarówno wirusy, jak i bakterie mogą wegetować zamrożone. Oczywiście w wielu wypadkach prawdopodobnie są one już od dawna martwe i mogłyby nam zaszkodzić w niewielkim stopniu, natomiast hibernacja może teoretycznie pozwolić na przechowanie organizmów, zwłaszcza bakterii, mających formy wegetatywne, odporne na niekorzystne warunki środowiska, które mogą wrócić do aktywności i ponownie infekować – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr hab. Tomasz Szczygielski z Instytutu Paleobiologii Polskiej Akademii Nauk.

Wieczna zmarzlina nie musi całkowicie rozmarznąć, aby mikroorganizmy zamarznięte w ziemi ożyły lub przedostały się do taliku – warstwy ponad wieczną zmarzliną, która rzadko, jeśli w ogóle, zamarza. Ta aktywna warstwa, coraz większa i aktywna dłużej, staje się nowym środowiskiem, w którym wystarczy wzrost niezamarzniętej wody, aby aktywować niektóre procesy biologiczne.

Jean Michel Claverie, wirusolog z Uniwersytetu Aix-Marseille, już w 2019 roku podczas spotkania klimatologów i wirusologów przyznał, że podczas swoich badań był w stanie ożywić wirusy z próbek pradawnej wiecznej zmarzliny, choć nie był w stanie przekroczyć granicy 30 tys. lat. Wraz z rozwojem technologii te bariery uda się jednak znacznie przekroczyć. Tym samym może się okazać, że obecna pandemia może zostać wkrótce zastąpiona nową, wywołaną przez wirusy, które pojawiły się nawet setki tysięcy lat temu.

– Niedawno z pokrywy lodowej udało się wydobyć starożytne bakterie. Na razie jednak trudno stwierdzić, czy są groźne dla dzisiejszych zwierząt, w tym dla ludzi. Z jednej strony teoretycznie tak, ponieważ są czymś zupełnie nieznanym dla nas, do czego my możemy nie być przystosowani pod kątem odporności. Ale z drugiej strony być może są to jakieś organizmy, do których już wyewoluowaliśmy odporność dawno, dawno temu i w związku z tym one uległy pewnego rodzaju eliminacji – ocenia Tomasz Szczygielski.

Polacy badają występowanie schorzeń u kręgowców w czasach prehistorycznych. Projekt w Krasiejowie, gdzie odnaleziono całe grupy prehistorycznych zwierząt, ma pomóc udokumentować schorzenia i urazy oraz uzupełnić stan wiedzy o prehistorycznych formach współczesnych chorób. Pokaże też, jak przez miliony lat różne schorzenia wpływały na kształtowanie się życia. Drobnoustroje chorobotwórcze (np. bakterie, grzyby) są znacznie starsze niż sama ludzkość, nie wiadomo, jak dawno temu uzyskały zdolność wnikania do organizmów żywych i wywoływania u nich zmian chorobowych. Projekt prowadzony w Krasiejowie ma pomóc zrozumieć, w jaki sposób w ciągu setek milionów lat kształtowały się owe zależności pomiędzy chorobotwórczymi drobnoustrojami a ich żywicielami.

– Epidemie i pandemie nie są niczym nowym, choć skala zachorowań w materiale kopalnym bywa często trudna do określenia, zwłaszcza jeżeli chodzi o zwierzęta kręgowe. Zazwyczaj znajdujemy pojedyncze okazy, czasem fragmenty zwierząt, jakieś pojedyncze kości, więc oczywiście to nam o populacji najczęściej niewiele mówi. Ale są takie stanowiska, gdzie znajdujemy całe stada zwierząt, m.in. w polskim Krasiejowie – wskazuje badacz z  Instytutu Paleobiologii Polskiej Akademii Nauk.

Pradawne wirusy prawdopodobnie wyglądały podobnie do tych, które atakują nas obecnie, choć nie zachowały się w stanie kopalnym.

– Z zapisu kopalnego nie jesteśmy do końca w stanie identyfikować konkretnie gatunków czy rodzajów wirusów. Natomiast jesteśmy w stanie prześledzić ich historię ewolucyjną i do pewnego stopnia wydatować ich czas pojawienia się za pomocą badań molekularnych, czyli badań materiału genetycznego. W przypadku wirusów to jest trochę trudniejsze niż w przypadku wielu innych organizmów, ponieważ ich genom jest bardzo uproszczony, więc mutacje, które zachodzą, są bardzo intensywne, choć pewne informacje oczywiście można uzyskać – przekonuje ekspert.

Jak podkreśla, ewolucja wirusów jest silnie związana z ewolucją żywych organizmów.

– Pojawiła się hipoteza, że być może właśnie wirusy są ekstremalnie uproszczonymi organizmami chorobotwórczymi, czymś, co pierwotnie miało formę bakteryjną albo zbliżoną do bakteryjnej. Ponieważ stały się wymagającymi gospodarza pasożytami, to te elementy ich genomu, ich struktury, które nie były potrzebne do samej replikacji czy do infekcji komórek gospodarza, uległy wycięciu i z czasem uprościły się do ekstremalnie prostych struktur – tłumaczy dr hab. Tomasz Szczygielski.

Przełom w obserwacji czarnych dziur. Dane z 19 obserwatoriów mogą pomóc testować ogólną teorię względności Einsteina

Kilka z najpotężniejszych teleskopów na świecie jednocześnie obserwowało supermasywną czarną dziurę w galaktyce M87. To pierwsza czarna dziura, która została bezpośrednio sfotografowana przed dwoma laty. Teraz naukowcy ujawnili dane z 19 obserwatoriów – zarówno na Ziemi, jak również tych w kosmosie, które pozwalają  na głębszy wgląd w czarną dziurę. Nowe obserwacje mogą m.in. pomóc ulepszyć testy ogólnej teorii względności Einsteina.

W kwietniu 2019 roku naukowcy opublikowali pierwsze zdjęcie czarnej dziury w galaktyce M87, wykonane za pomocą teleskopu Event Horizon Telescope (EHT). Jednak to niezwykłe osiągnięcie było dopiero początkiem odkryć. Teraz naukowcy ujawnili dane z 19 obserwatoriów, umieszczonych na Ziemi i w kosmosie, które pozwalają na dokładny wgląd w tę czarną dziurę.

– Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że pierwsze bezpośrednie zdjęcie czarnej dziury będzie przełomowe – twierdzi Kazuhiro Hada z Narodowego Obserwatorium Astronomicznego Japonii, współautor nowego badania opublikowanego w „The Astrophysical Journal Letters”. – Aby jednak wyciągnąć jak najwięcej wiedzy z tego niezwykłego obrazu, musimy wiedzieć wszystko o zachowaniu się czarnej dziury w tamtym czasie, obserwując całe spektrum elektromagnetyczne.

Supermasywne czarne dziury w centrach niektórych aktywnych galaktyk wytwarzają potężne dżety [strugi – przyp. red.] promieniowania i cząsteczek poruszających się z prędkością bliską prędkości światła. Przyciągnięta silną grawitacją materia opada w kierunku centralnej czarnej dziury, żywiąc się otaczającym ją gazem i pyłem. Jednak zamiast wpadać do czarnej dziury, niewielka część cząstek zostaje przyspieszona do prędkości prawie równej prędkości światła i wyrzucona w postaci dwóch wąskich wiązek wzdłuż osi obrotu czarnej dziury. Uważa się, że dżety te są źródłem najszybciej podróżujących cząstek we Wszechświecie, czyli promieni kosmicznych.

Dżety M87 wytwarzają światło obejmujące całe spektrum elektromagnetyczne, od fal radiowych po światło widzialne i promienie gamma. Intensywność światła w tym widmie daje inny wzór dla każdej czarnej dziury. Zidentyfikowanie tego wzoru, który zmienia się w czasie, daje kluczowy wgląd we właściwości obiektu.

Naukowcy poprzez skoordynowane obserwacje za pomocą kilku najpotężniejszych teleskopów zebrali światło z całego widma – światło widzialne (teleskopy Hubble i Swift), światło ultrafioletowe (teleskop Swift) i promieniowanie rentgenowskie (teleskopy Chandra i NuSTAR). Każdy dostarcza innych informacji o zachowaniu i wpływie czarnej dziury o masie 6,5 mld mas Słońca w centrum M87, która znajduje się około 55 mln lat świetlnych od Ziemi. Pomoże to zrozumieć zmienny wzór przyspieszania cząstek.

– Zrozumienie przyspieszenia cząstek jest naprawdę kluczowe dla naszego zrozumienia zarówno obrazu uzyskanego w 2019 roku przez Event Horizon Telescope, jak i dżetów, we wszystkich ich „odcieniach” – podkreśla astrofizyk Sera Markoff z Uniwersytetu w Amsterdamie.

Pierwsze wyniki pokazują, że natężenie światła wytwarzanego przez materię wokół supermasywnej czarnej dziury M87 było najniższe, jakie kiedykolwiek zaobserwowano. Stworzyło to idealne warunki do oglądania „cienia” czarnej dziury, umożliwiło też odizolowanie światła z regionów w pobliżu horyzontu zdarzeń od czarnej dziury.

Połączenie danych z tych teleskopów oraz obecnych i przyszłych obserwacji EHT umożliwi naukowcom prowadzenie ważnych badań. Naukowcy planują wykorzystać te dane do udoskonalenia testów ogólnej teorii względności Einsteina. Obecnie niepewność co do materiału obracającego się wokół czarnej dziury i wyrzucanego przez dżety, w szczególności właściwości określające emitowane światło, stanowią główną przeszkodę. Dżety wystrzeliwane z czarnych dziur są najbardziej prawdopodobnym źródłem promieni kosmicznych o najwyższej energii, ale jest wiele wątpliwości co do miejsc, w których cząstki są przyspieszane.

– Dżety potrafią transportować energię uwolnioną przez czarną dziurę na ogromne odległości, poza galaktykę, w której się znajduje – niczym ogromny przewód zasilający. Nasze wyniki pomogą nam obliczyć ilość przenoszonej energii oraz wpływ tych strug na otoczenie czarnej dziury – wskazuje Sera Markoff.

Dane zostały zebrane przez zespół 760 naukowców i inżynierów z prawie 200 instytucji w 32 krajach, którzy korzystali z obserwatoriów finansowanych przez instytucje na całym świecie. Obserwacje trwały od końca marca do połowy kwietnia 2017 roku.

 – Ten niesamowity zestaw obserwacji pochodzi z wielu najlepszych teleskopów świata – wskazuje współautor badania Juan Carlos Algaba z Uniwersytetu Malaya w Kuala Lumpur w Malezji. – To wspaniały przykład współpracy astronomów z całego świata w dążeniu do nauki.

Deloitte: Instytucje finansowe zyskują na zatrudnieniu dyrektorów ds. zrównoważonego rozwoju

Aż 70 proc. specjalistów z sektora finansowego uważa, że w pięcioletniej perspektywie dyrektorzy ds. zrównoważonego rozwoju będą pełnili kluczową rolę w dążeniu do osiągnięcia celów ESG, czyli z zakresu ochrony środowiska, czynników społecznych i ładu korporacyjnego. Jak wynika z raportu “The future of the Chief Sustainability Officer. Sense-maker in chief”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, najczęściej wskazywanym celem działania Chief Sustainability Officer, czyli CSO, jest skuteczne przeprowadzenie zmian w zakresie modelu biznesowego danej organizacji.

Badanie przeprowadzone przez firmę Deloitte i Institute of International Finance miało za zadanie określić, w jaki sposób instytucje świadczące usługi finansowe mierzą się z problemami dotyczącymi zagadnień ESG, a także, w jaki sposób postrzegają rolę dyrektorów ds. zrównoważonego rozwoju.

Wynik naszego badania potwierdził, że instytucje finansowe, które wyznaczyły w swoich strukturach funkcję Chief Sustainability Officer, podejmując tym samym wyzwanie związane z zagrożeniami środowiskowymi i zrównoważonym rozwojem, i zapewniły mu silne poparcie zwierzchników oraz strategiczny zakres obowiązków, zaczęły dostrzegać płynące z tego korzyści – mówi Irena Pichola, partner, lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej, Deloitte.

W świecie, w którym tempo, zakres i złożoność zachodzących zmian mogą zagrozić sprawnemu funkcjonowaniu wielu firm i wytrącić je z torów, istnieje pilna potrzeba wsparcia ze strony zarządzających, którzy zadbają o sens działania swoich instytucji (sense-maker in chief). Powinni oni móc efektywnie wytłumaczyć palące problemy, zmobilizować swoich współpracowników i zaaranżować wprowadzenie adekwatnych zmian.

Prawie jedna trzecia respondentów badania Deloitte dostrzega tę potrzebę, ale w ich firmach jeszcze takie stanowisko się nie pojawiło. Mimo to, 5 proc. ankietowanych uważa, że stworzenie funkcji CSO nie jest konieczne, a 14 proc. wskazuje na niechęć zarządu do takiej inicjatywy. Co piąty mówi, że taka rola już jest włączona w strukturę ich firmy i tyle samo, że za te zagadnienia jest już odpowiedzialna inna osoba z zarządu.

Kiedy potrzebny jest CSO?

Eksperci Deloitte wskazują w raporcie, że w działalności przedsiębiorstw może dojść do trzech momentów zwrotnych, w których wyznaczenie dyrektora ds. zrównoważonego rozwoju jest dla nich niezbędne.

Po pierwsze, gdy tempo zmian zachodzących w zewnętrznym otoczeniu biznesowym przewyższa możliwość dostosowania się do nich wewnątrz organizacji. Ekspert, wspomagający firmę w zdefiniowaniu kluczowych celów, pozwoli jej efektywnie przeprowadzić transformację, a nawet przewidzieć kierunek przyszłych zmian. Po drugie, gdy organizacja nie prowadziła działań w zakresie zrównoważonego rozwoju

i nie posiada wystarczających kompetencji w tej dziedzinie, a ma świadomość, że interesariusze właśnie tego od niej oczekują. Po trzecie, gdy firma rozpoznaje zagrożenia w zakresie ESG i uznaje ich zaadresowanie za strategiczne dla swojego funkcjonowania.

– Dyrektor ds. zrównoważonego rozwoju zajmuje centralną pozycję w strukturach firmy nie dlatego, że jest bezpośrednio odpowiedzialny za wszystkie wysiłki podejmowane w tym zakresie. Przy tej skali niezbędnych zmian potrzebny jest dyrektor wyższego szczebla, który będzie miał za zadanie kształcić współpracowników, inicjować transformację i łączyć wszystkie niezbędne elementy tej skomplikowanej układanki, a także koordynować i inicjować współpracę multidyscyplinarnych zespołów odpowiedzialnych za wdrażanie realnej zmiany w firmie – mówi Katarzyna Średzińska, manager, zespół ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej, Deloitte.

Obszar działania CSO

Szczegółowy zakres obowiązków dyrektorów ds. zrównoważonego rozwoju różni się w zależności od rodzaju przedsiębiorstwa, w którym pracują, a także np. od sektora gospodarki, w którym działa firma. Tak ogólne podejście oznacza, że funkcja ta w rzeczywistości jest różnie nazywana, wiąże się ze zróżnicowanymi zadaniami i zmienną odpowiedzialnością.

Ankieta Deloitte wskazała jednak trzy główne obszary, którymi CSO się zajmują. Są to: ocena i analiza zmieniających się warunków, w których funkcjonuje firma i ich skuteczne wyjaśnienie wewnątrz organizacji; pomoc w adekwatnym przekonfigurowaniu strategii biznesowej przedsiębiorstwa; i wreszcie – zapewnienie świadomego i przemyślanego przywództwa, umożliwiającego skuteczną współpracę wielu działów, a także ich efektywne zaangażowanie i kształcenie.

Wyniki badania pokazują też, że istnieje konsensus co do celów, jakie CSO usiłują osiągnąć. Respondenci najczęściej, w prawie 70 proc. przypadków, na pierwszym miejscu wskazywali, że jest to przeprowadzenie zmian w zakresie modelu biznesowego danej organizacji.

CSO dzisiaj i w przyszłości

Od profesjonalistów zajmujących stanowiska dyrektorów ds. zrównoważonego rozwoju wymaga się posiadania szeregu technicznych i menadżerskich umiejętności, wśród których najczęściej wymieniane są kompetencje w zakresie: strategii, wywierania wpływu, podnoszenia świadomości i ukazywania wymiernych konsekwencji zagadnień z zakresu ESG dla pracowników ich firmy.

Zdaniem ekspertów Deloitte CSO powinni doskonale nawiązywać relacje i współpracować z wszystkimi zaangażowanymi w funkcjonowanie biznesu. Niezbędna jest też znajomość struktury organizacyjnej, a także doskonałe zorientowanie w specyfice oferty firmy.

W zależności od przedsiębiorstwa i konkretnych zadań, CSO mogą przyjmować różne style pracy: agitatora, który podważa istniejące zasady i namawia do zmian, wykonawcy, który obejmuje przywództwo w dążeniu do wyznaczonych celów, moderatora, który stara się godzić często sprzeczne interesy lub asystenta, który usprawnia zachodzące procesy. Najlepiej jednak jest, gdy potrafią zrównoważyć podejście i dostosowywać do konkretnej sytuacji. Do tego dochodzą oczywiście zdolności komunikacyjne i organizacyjne.

Pozycja w strukturach firm i skuteczność działania dyrektorów ds. zrównoważonego rozwoju w dużej mierze zależy od tego, komu podlegają. 32 proc. respondentów badania raportuje do prezesów firm, druga najpopularniejsza ścieżka (13 proc.) prowadzi do szefów działów komunikacji lub marketingu, a po 9 proc. badanych wskazało szefa HR i zarządzającego strategią. Jak wynika z raportu, część CSO podkreślała, że niezwykle ważna jest też dobra bezpośrednia relacja z prezesem – szczególnie mocno zaangażowanym w kwestie społecznej odpowiedzialności, nawet z pominięciem oficjalnych zależności służbowych.

99 proc. badanych, niezależnie od kraju, rodzaju zespołu czy konkretnej funkcji, przewiduje w ciągu najbliższych dwóch lat dalszy wzrost znaczenia zadań dotyczących zrównoważonego rozwoju i społecznej odpowiedzialności biznesu. Powoduje to, że rośnie autorytet i pozycja w strukturach firm specjalistów zajmujących się tymi kwestiami. 80 proc. badanych CSO i 72 proc. respondentów niesprawujących tej funkcji przewiduje, że w najbliższych 5 latach taka sytuacja się utrzyma i dyrektorzy ds. zrównoważonego rozwoju będą nadal pełnić osobną rolę w przedsiębiorstwach. Zaledwie 14 proc. zakłada, że funkcja nie będzie już potrzebna. Tyle samo badanych uważa, że te zadania zostaną przypisane do prezesów firm.

– W krótkiej i średniej perspektywie czasowej będziemy świadkami zmian we wszystkich sektorach gospodarki. Z badań wynika też, że w ciągu dwóch lat zrównoważony rozwój i społeczna odpowiedzialność staną się kluczowe dla sektora bankowego i ubezpieczeniowego, zarządzania, bankowości inwestycyjnej, firm ubezpieczeniowych, zarządzania ryzykiem, relacji inwestorskich oraz marketingu i brandingu. Z moich rozmów z klientami wynika, że większość banków rozpoczęła intensywne prace nad uwzględnieniem tych aspektów w swojej strategii biznesowej, często widząc w nich szanse na rozwój dodatkowych usług i budowę przewagi konkurencyjnej wobec rosnących potrzeb rynku – mówi Przemysław Szczygielski, partner, lider sektora finansowego w Deloitte Polska.

O badaniu

Badanie Institute of International Finance (IIF) oraz Deloitte zostało przeprowadzone między lipcem a wrześniem 2020 r. na grupie ponad 80 profesjonalistów o różnych specjalizacjach, zajmujących się zagadnieniami zrównoważonego rozwoju

i społecznej odpowiedzialności biznesu. Respondenci pracowali w ponad 70 instytucjach świadczących usługi finansowe z Europy, Ameryki Północnej, Azji i rynków wschodzących.

Branża pożyczkowa zamknęła 2020 rok na dużym minusie

Pandemia COVID-19 i towarzyszące jej zmiany regulacyjne na trwałe zmieniły obraz polskiego rynku pożyczek pozabankowych. Branża zanotowała w poprzednim roku 34 proc. spadek wartości udzielonego finansowania oraz 21 proc. spadek liczby przyznanych pożyczek. Z rynku zniknęła niemal jedna czwarta firm pożyczkowych – wynika z raportu Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego podsumowującego sytuację w sektorze w 2020 roku.

Sektor instytucji pożyczkowych, który już w 2019 r. odnotował stratę na poziomie ponad 122 mln złotych, znacząco odczuł skutki pandemii COVID-19. W związku z niestabilną sytuacją epidemiczną i gospodarczą z jednej strony obniżyła się wiarygodność kredytowa wielu konsumentów, a z drugiej czasowo osłabł popyt na produkty kredytowe. Dodatkowo, oprócz trudności operacyjnych związanych z nowym reżimem sanitarnym i pracą zdalną, branżę dotknęła trzykrotna obniżka stóp procentowych, wakacje kredytowe oraz ustawowe ograniczenie maksymalnej wysokości kosztów kredytu konsumenckiego o ponad 60 proc. w stosunku do wcześniej obowiązującego poziomu. Ten ostatni czynnik spowodował, że wskutek problemów ze skonstruowaniem rentownej oferty w nowych warunkach, wiele podmiotów wstrzymało aktywność, a pozostałe ograniczyły rozmiar akcji kredytowej.

Oprócz problemów legislacyjnych i operacyjnych, z jakimi mierzyły się instytucje pożyczkowe w poprzednim roku, stabilnością branży zachwiały również problemy z pozyskaniem finansowania. „Niepewna sytuacja gospodarcza i legislacyjna spowodowała znaczny spadek zaufania inwestorów do branży i wstrzemięźliwość z ich strony. Branża została także wyłączona z rządowych programów pomocowych, przez co podmioty, które nie mogły liczyć na finansowanie w ramach własnej grupy kapitałowej, miały problem z utrzymaniem płynności i pozyskaniem środków na kontynuowanie działalności kredytowej” – mówi Agnieszka Wachnicka, prezes Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego. Jak dodaje „W efekcie wiele podmiotów nie wytrzymało covidowo-regulacyjnego tsunami i wycofało się w rynku. Tylko w ciągu 2020 roku rynek skurczył się pod kątem liczby aktywnych graczy niemal o jedną czwartą”.

Głębokie spadki sprzedaży

Wyraźnie obniżona podaż pożyczek pozabankowych odbiła się na wynikach sprzedaży. Według danych CRIF wartość udzielonego finansowania przez firmy pożyczkowe w 2020 r. wyniosła 6,65 mld złotych, co oznacza spadek o niemal 34 proc. w porównaniu do wcześniejszego roku. O blisko 21 proc. spadła też liczba przyznanych pożyczek, wynosząc w 2020 roku 2,32 mln sztuk. Średnia wartość pojedynczej pożyczki w 2020 r. wyniosła 2866 zł, co stanowi o 16 proc. mniej niż rok wcześniej.Branża pożyczkowa zamknęła 2020 rok na dużym minusie

Największe załamanie na rynku odnotowano w okresie marzec-maj, kiedy branża musiała w szybkim tempie zmodyfikować ofertę produktową, dostosowując ją do nowych wymogów prawnych, a także od strony technicznej i operacyjnej przygotować się do branżowego, a następie ustawowego, memorandum kredytowego. W kwietniu 2020 r. branża odnotowała rekordowy 66 proc. spadek wartości udzielonego finansowania.

Jak zaznaczono w raporcie odnotowane spadki sprzedaży to wypadkowa dwóch czynników – ograniczonej podaży i osłabionego popytu. Przy czym w ocenie FRRF groźniejszym zjawiskiem na płaszczyźnie gospodarczej i społecznej wydaje się obniżona podaż, gdyż popyt, ściśle skorelowany z formą codziennej aktywności konsumentów i ich nastrojami, prawdopodobnie szybko odbuduje się po ustaniu lub złagodzeniu pandemii. Zredukowany stopień akcji kredytowej wynikający z mniejszej liczby firm pożyczkowych może nie być natomiast w stanie zaspokoić zapotrzebowania wśród konsumentów, kiedy poziom konsumpcji prywatnej wróci do stanu sprzed pandemii. Z kolei bariera wejścia na rynek pożyczek, a także niepewność regulacyjna i finansowa jest na tyle duża, że mało prawdopodobne wydaje się pojawienie się w sektorze nowych graczy.

W poprzednim roku dominowały pożyczki niskokwotowe

Zgodnie z przyjętą ustawą anty-covidową na czas epidemii obniżono limit kosztów pozaodsetkowych kredytu konsumenckiego do maksymalnie 21 proc. dla pożyczek udzielanych na okres powyżej 30 dni oraz 5 proc. dla pożyczek o okresie spłaty krótszym niż 30 dni.  Nowe wymogi regulacyjne zmusiły zatem firmy pożyczkowe do przebudowania oferty produktowej i dostosowania jej do nowych regulacji. Z danych CRIF w zakresie rozkładu kwotowego udzielonych pożyczek w poprzednim roku wynika, że aż 53,5 proc. wszystkich przyznanych pożyczek stanowiły pożyczki o wartości poniżej 2 tys. złotych. Kolejne 23,5 proc. to pożyczki w przedziale 2-4 tys. złotych, a pożyczki o wartości powyżej 4 tys. zł stanowiły w zeszłym roku mniej niż ¼ wszystkich sprzedanych kredytów.Branża pożyczkowa zamknęła 2020 rok na dużym minusie 2

Wzrost niepewności gospodarczej, widmo kryzysu oraz ograniczone przychody firm pożyczkowych do poziomu uniemożliwiającego pokrycie strat z tytułu niespłaconych pożyczek zmusiły branżę do zmian w polityce kredytowej. Z danych CRIF wynika, że odsetek odrzuconych przez firmy pożyczkowe konsumentów wzrósł podczas pierwszej fali pandemii do około 45 procent.

 

Jaki będzie rok 2021 na rynku pożyczek?

Sytuacja w sektorze instytucji pożyczkowych w kolejnych miesiącach jest w dużej mierze uzależniona od dalszego przebiegu pandemii i jej wpływu na gospodarkę. Istotną determinantą będzie sytuacja na rynku pracy i tempo odbudowy popytu na pożyczki, a przede wszystkim otoczenie regulacyjne.

Dane za pierwsze miesiące 2021 r. ilustrują wyraźnie obniżoną aktywność kredytową sektora w stosunku do poprzedniego roku, co z jednej strony wynika z czasowo osłabionego popytu konsumenckiego, a z drugiej strony ze znacznie mniejszej liczby aktywnych firm pożyczkowych. Przy czym zmiana ta wydaje się długookresowa. Czynnikami hamującymi odbudowę rynku, poza aspektem regulacyjnym, będą rosnące koszty prowadzenia działalności oraz utrudnione pozyskiwanie finansowania od inwestorów z rynku kapitałowego” – komentuje Mateusz Mucha z DM Navigator, doradca ekonomiczny FRRF.

Świat sponsoringu sportowego – legendarne współprace i miliardowe wydatki na promocje

Kiedy w 1928 roku Coca-Cola dostarczając napoje dla amerykańskiej reprezentacji na Igrzyska Olimpijskie w Amsterdamie zamieściła przy tym swoje reklamy, być może jeszcze nieświadomie rozpoczęła erę sponsoringu w sporcie. Pół wieku później ten sposób reklamowania wkroczył na stadiony w USA i Europie Zachodniej, a potem dotarł również do środowisk klubowych w Polsce.[1] Według najnowszego raportu Sports Sponsorship Investment[2] wydatki firm na reklamę i marketing sportowy na 2020 rok były szacowane na 48 miliardów dolarów. A w ciągu pięciu ostatnich lat wzrosły o około 20 proc. Liczby te zweryfikowała pandemia i mocno ograniczyła dotychczasowe działania globalnych marek, ale czy całkowicie? Jakie branże wydają najwięcej na sponsoring sportowy i z którymi legendarnymi klubami współpracują? Jakie trendy zdominują ten sektor w kolejnym pandemicznym roku?

Sponsoring sportowy przez ostatnie kilkadziesiąt lat przeszedł ewolucję od prezentacji logotypów na szyldach reklamowych do realizacji złożonych kampanii promocyjnych, w których zaangażowane są nie tylko marki, ale i znane osobistości świata sportu. Firmy, które inwestują w tę dziedzinę, jako najważniejsze wymieniają budowę świadomości marki i jej wizerunku, prestiż, zawiązywanie emocjonalnych relacji z odbiorcami i wzrost lojalności wobec marki, ze sprzedażą swoich produktów na czele. Badania zachowań konsumentów wielokrotnie potwierdzały, że ludzie chętniej nabywają artykuły sponsorów, a nawet czasem są skłonni zapłacić więcej, jeśli wspiera bliskie im drużyny, reprezentacje czy zawodników.

Sponsoring sportowy – kto wydaje najwięcej?

Według raportu Sports Sponsorship Investment najwięcej na sponsoring sportu wydają branże: finansowa (5,3 mld dolarów w 2019 roku), motoryzacyjna (2,4 mld), sprzedaż detaliczna (1,3 mld), telekomunikacyjna (1 mld) i alkoholowa (0,85 mld). Ta ostatnia budzi najwięcej emocji, bo pojawiają się głosy sprzeciwu, że tzw. „procentów” nie powinno się mieszać z rywalizacją sportową. Te głosy są jednak w mniejszości, a pokazują to roczne wydatki na sponsoring właśnie w tej branży. Jeszcze kilka lat temu zbadał je portal Sportcal.com [3]i oszacował, że to około 765 mln dolarów i prognozuje się, że będą rosły. Z raportu wynikało, że w czołowej dziesiątce firm osiem to kompanie piwowarskie. To głównie efekt tego, że w wielu krajach na świecie reklama piwa, pod pewnymi warunkami, jest dozwolona. Dalej w kolejności byli producenci szampana, wina i cydru.

Branża piwna w świecie sponsoringu sportowego

Marki browarnicze liczą na dotarcie do masowego odbiorcy, a do tego piwo jest zwykle najtańszym dostępnym alkoholem i kojarzonym ze sportem oglądanym przez kibica. Z tego powodu tak często możemy oglądać piwne brandy w sportowych realiach. – Po pierwsze jest tu wysoka zbieżność grup docelowych. Kibice znacząco pokrywają się z konsumentami piwa. Co więcej, obydwie grupy są populacyjnie bardzo duże i regularnie spożywają ten rodzaj alkoholu, więc tym bardziej są atrakcyjne dla koncernów – uważa Grzegorz Kita, prezes Sport Management Polska.

Potentatem jest amerykański Anheuser-Busch InBev, który wydaje około 250 mln dolarów rocznie (jako marka Bud Light) na partnerstwo z ligą amerykańskiego footballu NFL, a do tego jest także oficjalnym sponsorem reprezentacji Anglii w piłce nożnej. Kolejna marka z tej kompanii – Budweiser od 1994 roku jest sponsorem mundialu w piłce nożnej, czyli jednej z największych imprez sportowych na świecie. Wydaje rocznie około 85 mln dolarów.

– Marki alkoholi, w tym głównie piwa, zwróciły się w stronę sportu w nadziei, że dotrą do podstawowej grupy docelowej, czyli mężczyzn w średnim wieku. Liczą, że współpraca z zespołami i zawodnikami, udział w zwycięstwach i porażkach sprawi, że zbudują też lojalność wśród kibiców podsumował Conrad Wiacek ze Sportcal.

Prysznic po bawarsku

Kompanie piwowarskie działają nie tylko przy największych wydarzeniach sportowych, ale są też sponsorami klubów. Często dotyczy to lokalnych browarów. Jednym z przykładów jest długoletnia współpraca Bayernu Monachium i Paulanera. Każde mistrzostwo Niemiec w XXI wieku, a Bayern zdobył ich aż 14, jest świętowane podobnie. Jeszcze na murawie piłkarze dostają kilkulitrowe pokale wypełnione piwem, biegają po boisku i próbują oblać kolegę z drużyny, trenerów lub działaczy. Relacje ze świętowania zwykle obiegają cały świat. Producent piwa wykorzystuje też bardzo popularne w Niemczech święto Oktoberfest. Piłkarze z partnerkami zakładają bawarskie stroje i biorą udział w piwnej biesiadzie. Do tego za każdego gola w lidze Paulaner przekazuje 100 litrów piwa dla kibiców. W tym sezonie sam Robert Lewandowski, zapewnił fanom Bayernu już 3500 litrów.

Choć najczęściej sport sponsorują koncerny piwowarskie, to na taki krok decydują się także producenci win i szampanów, a nawet mocniejszych trunków. W tym przypadku częściej dotyczy to dyscyplin „elitarnych”, kojarzących się zamożnością i prestiżem, ale także współpracujących z legendarnymi klubami sportowymi.

Kiedy jeden diabeł szuka drugiego – sponsoring sportowy w świecie win

Jednym z ciekawych przykładów z branży winiarskiej jest współpraca Manchesteru United i Casillero del Diablo. W tym przypadku można mówić o naturalnym partnerstwie. Angielski klub nosi bowiem przydomek „Czerwone Diabły”, a cała legenda wokół chilijskiego wina jest osnuta na diable, który pilnuje szlachetnego trunku. Inicjatywa współpracy wyszła z Manchesteru, który w 2010 roku miał wysłać list, że „szuka jeszcze jednego diabła” do zespołu.

Efektem partnerstwa są reklamy wina na bandach podczas meczów Premier League, ale także filmy reklamowe z udziałem największych gwiazd drużyny m.in. Zlatana Ibrahimovicia, Waynea Rooneya, Juana Maty czy Davida De Gei. We wspólnie zorganizowanym konkursie „Spotkanie Legend” do wygrania jest wyjazd dla 26 osób z całego świata, w tym z Polski, na stadion Manchesteru United i rozegranie meczu o Puchar Diabła na murawie Old Trafford.

– Te dwie wielkie firmy łączy nie tylko diabeł, ale też to, że należą do marek premium. Manchester to jeden z najbardziej znanych klubów sportowych na całym świecie. W 2020 roku był warty ponad 3,8 mld dolarów, co dało mu dziesiąte miejsce w rankingu i trzecie wśród klubów piłkarskich – podkreśla Dawid Piotrowski, specjalista ds. marketingu marki Casillero del Diablo. – Z kolei Casillero del Diablo to ikona win z Nowego Świata i najbardziej znane wino z Ameryki Południowej. To najlepszy ambasador Chile na całym świecie. Jest obecne w większej liczbie krajów na świecie niż działa chilijskich ambasad. A więc zarówno w piłce nożnej, jak i w produkcji wina łączy nas nasz legendarny duch, determinacja i pasja do doskonałości.

Świeżym przykładem, że koronawirus nie stanął na drodze branży alkoholowej w inwestowaniu w sport, jest podpisana pod koniec marca czteroletnia umowa między Hiszpańskim Związkiem Piłki Nożnej, a winnicą Familia Torres. Marka wina Sangre de Toro (Krew byka) została sponsorem reprezentacji kobiet, mężczyzn i zespołów młodzieżowych U-21 Hiszpanii. Będzie widoczna podczas najważniejszych imprez – mistrzostw Europy, mistrzostw świata czy Igrzysk Olimpijskich. Producent wina zaznacza, że piłka nożna to największe źródło rozrywki na świecie. 2 miliardy ludzi oglądało Euro w 2016 roku, a prawie 3,6 mld mundial dwa lata późnej i podkreśla, że wpływ na sprzedaż produktów jest ogromny.

– Dzielimy się naszą miłością do piłki nożnej z kibicami i wspieramy reprezentacje. Chcemy wspólnie świętować życie i wznosić toasty za zwycięstwa z przyjaciółmi i rodziną. Piłka nożna i wino łączą ludzi, a także budują przyjaźnie – mówi Sanda Sanabria, dyrektor marketingu marki.

Szampan i truskawki ze śmietaną

Jedną z tradycji tenisowego turnieju na Wimbledonie są szampan i truskawki ze śmietaną. Co roku na kortach All England Lawn Tennis and Croquet Club sprzedaje się około 28 ton owoców i 25 tys. butelek „wina z bąbelkami”. Francuski szampan Lanson jest oficjalnym partnerem wielkoszlemowego turnieju od 2001 roku, a współpracuje od 1977 roku. Przygotowuje specjalne edycje butelek, których grafika nawiązuje do tenisowej rakiety czy zielonej murawy, na której grają tenisiści. Na partnerstwo z najbardziej prestiżowym turniejem tenisowym wydaje około 4 mln dolarów rocznie.

Jeśli chodzi o naprawdę mocne alkohole, to od ubiegłego roku nowym partnerem najlepszej ligi koszykarskiej na świecie NBA – został koniak Hennessy. Kolejny przykład to whisky Canadian Club, które jest partnerem tenisowego turnieju Australian Open. W tym roku kanadyjska marka przedłużyła umowę o kolejne siedem lat. – Prestiżowe „produkty” sportowe są wręcz idealne do prezentowania towarów luksusowych, a zwłaszcza do budowy wizerunku tych produktów i docierania do odpowiedniej grupy docelowej. W marketingu sportowym występuje tzw. efekt aureoli, który pozwala na przenoszenie cech i atrybutów sponsorowanego wydarzenia czy klubu sportowego na reklamowany produkt – podkreśla Grzegorz Kita.

Prognozy na 2021 rok – esport rośnie najmocniej

Sponsoring nadal będzie mocno obecny w tradycyjnym sporcie – choćby z tego powodu, że odbędą się kluczowe imprezy przeniesione z ubiegłego roku – Igrzyska Olimpijskie w Tokio czy mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Coraz bardziej będzie rosła jego rola w e-sporcie. W 2020 roku wydatki firm sięgnęły 800 mln dolarów. To wzrost o 20 proc. w porównaniu do 2019 roku.

E-sport daje możliwość kontaktu z młodszą publicznością, do której dostęp był do tej pory utrudniony. To też nowa droga dla firm, dla których promocja marek w tradycyjnym sporcie skomplikowała się z powodu pandemii. Według analizy Nielsen Sports „The changing value of sponsorship” wydatki z ery przedcovidowej na e-sport wzrosną z 347 mln dolarów do 842 mln dolarów w 2025 roku.

[1] Jarosław Kończak, Ewolucja i trendy w sponsoringu sportowym, UW

[2] https://www.warc.com/newsandopinion/news/global-ad-trends-tokyo-olympics-drives-sports-sponsorship-new-record/43161

[3] „Sponsorship Sector Report: Alcoholic Beverages”; https://www.sportcal.com/News/Search/121339

Jak uratować branżę gastronomiczną w kryzysie? Nowe rozwiązanie FPP

Podczas kryzysu pandemicznego cierpimy wszyscy – przedsiębiorcy, pracownicy i budżet państwa. Nie wszystkie branże jednak przyjęły równie mocne uderzenie od koronawirusa. W niektórych dzieje się dużo gorzej niż w innych. Jedną z nich jest branża gastronomiczna – która już od roku nie działa na pełnych obrotach, a obecnie znajduje się na granicy załamania. Jak jej pomóc? Federacja Przedsiębiorców Polskich proponuje rozwiązanie, które pozwoli innym przedsiębiorcom solidaryzować się z kolegami z sektora gastronomicznego, ulży im w płaceniu składek ZUS za pracowników, a nawet potencjalnie sypnie pieniędzmi do kasy państwa. Mowa o usprawnieniu systemu pracowniczych bonów lunchowych.

Zwróciliśmy się do państwa z projektem zwiększenia możliwości finansowania posiłków pracowniczych przez pracodawców ze 190 złotych do 560 złotych. Jednocześnie, żeby zachęcić pracodawców do wydawania takich bonów, rekomendujemy zdjęcie z nich składki na ubezpieczenia społeczne i PIT-u – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Branża gastronomiczna od dłuższego czasu jest wyłączona i nie może pracować. Nie może wypracowywać przychodów i zysków – przez co znalazła się na skraju upadłości. Uważamy, że proponowane przez nas rozwiązanie uratuje około 100 tysięcy miejsc pracy w gastronomii, a także przyniesie zwiększone wpływy do kasy państwa. Pobudzi bowiem popyt na usługi gastronomiczne, co wygeneruje zwiększony wpływ z VAT do budżetu. Mamy nadzieję, że rząd dostrzeże potencjał tego rozwiązania i w najbliższym czasie skieruje ustawę do prac legislacyjnych – apeluje Kowalski.

Polityka NBP względem złotego

Państwo posiada wiele narzędzi, dzięki którymi może ratować gospodarkę przed działaniem różnorakich kryzysów. Podobnie rzecz ma się w przypadku kryzysu pandemicznego, z którym wciąż walczymy. Jedną z instytucji państwowych, która odgrywa w tym procesie ważną rolę, jest Narodowy Bank Polski. To organ, który w aktywny sposób może wspierać popyt na rynku i ruch inwestycyjny w kraju. Już na początku pandemii COVID-19 Narodowy Bank Polski podjął działania mające na celu wsparcie polskiej gospodarki w czasach kryzysu. Jedno z nich, chociaż na pierwszy rzut oka nie do końca zrozumiałe, bardzo pomogło sektorowi eksportowemu w odbiciu się od dna. Wydaje się, że Bank Centralny będzie kontynuował tę politykę nie tylko w Polsce, ale także na rynkach światowych. Będzie chciał wspierać eksporterów. Dotychczas to działanie przynosi dobre skutki. Polski eksport dosyć szybko zaczął odreagowywać, bo ożywił się już w drugiej połowie 2020 roku.

– Obserwowaliśmy oczywiście serie obniżek stóp procentowych, ale to nie jedyne działanie, które przeprowadził Bank Centralny. NBP stoi po stronie eksporterów i wspiera ich korzystnym kursem walutowym. Zwłaszcza pod koniec 2020 roku mieliśmy do czynienia z interwencjami walutowymi, które osłabiły złotego. Im słabszy złoty, tym większe są przychody z eksportu – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface. – Posługując się badaniami przeprowadzonymi wśród eksporterów przez Narodowy Bank Polski można oszacować, że najwyższy poziom wartości waluty – przy którym eksport przestaje być opłacalny – to 4 złote i 7 groszy. Jesteśmy więc obecnie na bezpiecznym poziomie z ceną około 4,60 złotego za 1 euro. Poza konkurencyjnością jakościową produkcji – czynnik kosztowy, wspierany dodatkowo przez atrakcyjny poziom kursu walutowego, pozostaje więc dosyć istotny. Oczywiście nie tylko działania Banku Centralnego będą miały wpływ na kształtowanie się kursu walutowego. Bardzo istotne jest podejście zagranicznych inwestorów do naszej gospodarki i do naszej waluty. Wygląda na to, że złoty wchodzi w długoterminowy trend umacniania się – wraz z postępującym procesem ożywienia gospodarczego. Pojawią się jednak na pewno okresowe czynniki, które będą miały negatywny wpływ na kurs walutowy. Chociażby sytuacja sektora bankowego, kwestia rozwiązania sprawy kredytów frankowych. To może sprawić, że pomimo działań Banku Centralnego, chwilowe wahania i fluktuacje w kursie walutowym będą widoczne – przewiduje Sielewicz.

Rząd proponuje nowy sposób na poprawę dostępności tanich mieszkań na wynajem

Czy prywatni właściciele mieszkań zechcą je wynajmować osobom i rodzinom o niskich dochodach? Są kraje, np. Belgia i Francja i Wielka Brytania, w których znaleziono na to sposób. Rząd liczy, że podobnie będzie i u nas. Mają w tym pomóc społeczne agencje najmu.

W Sejmie ma się dziś odbyć pierwsze czytanie projektu ustawy, na podstawie której będą mogły działać społeczne agencje najmu, zwane SAN-ami. Założenie jest następujące: prywatny właściciel wydzierżawiłby mieszkania SAN, a ta wynajęłaby je lokatorowi wskazanemu przez gminę. Przy czym właściciel musiałby się zadowolić czynszem nawet o 20% niższym w stosunku do cen na rynku komercyjnym. W zamian SAN gwarantowałby właścicielowi regularne wpływy z tytułu czynszu oraz wsparcie prawne i administracyjne.

Rząd przekonuje, że chętni się znajdą, bo obecnie wiele mieszkań na wynajem stoi pustych z powodu pandemii COVID-19. Ponadto część właścicieli dojdzie do wniosku, że lepiej zarobić mniej, ale mieć święty spokój. Co ważne, właściciele, którzy wydzierżawią mieszkania SAN, nie płaciliby podatku dochodowego. Z kolei najemcy SAN, którzy spełnią kryterium dochodowe, mogliby skorzystać z dopłaty do czynszu w ramach rządowego programu Mieszkanie na Start oraz z dodatku mieszkaniowego.

– Na papierze program wydaje się atrakcyjny. Obawiam się jednak, że szczególnie w największych miastach, nie będzie łatwo przekonać właścicieli do współpracy z SAN-ami – komentuje ekspert portalu GetHome.pl Marek Wielgo.

Zwraca uwagę, że w niektórych miastach właściciele mieszkań mają alternatywę – mogą pozbyć się „kłopotu” zarządzania najmem powierzając je wyspecjalizowanej firmie. Jej usługi mogą być tańsze od utraconych wpływów z tytułu dzierżawy mieszkania SAN. Ponadto większość wynajmujących zawiera roczne umowy najmu, aby dostosowywać stawkę czynszu do zmieniających się warunków rynkowych. W przypadku wydzierżawienia mieszkania SAN, umowa byłaby kilkuletnia. Projekt ustawy nie określa zaś sposobu waloryzacji czynszu dzierżawnego. Ta kwestia ma podlegać negocjacjom. Najbardziej prawdopodobnym rozwiązaniem wydaje się być waloryzacja czynszu o wskaźnik inflacji. Co prawda obecnie właścicielom może się to opłacać, ale nie wiadomo, czy tak będzie np. za rok. W poprzednich latach czynsze rynkowe rosły szybciej od inflacji.

Właściciele musieliby się również pogodzić z tym, że nie mają wpływu na to, kto dostanie klucze do ich mieszkania. Zajmą je bowiem lokatorzy wskazani przez gminę na podstawie przyjętych przez nią kryteriów.

– Najpewniej każdy właściciel, który będzie rozważał dzierżawę, zada też sobie pytanie: czy SAN w należyty sposób zadba o stan techniczny mojego mieszkania? W przypadku tego rodzaju spółek tworzonych przez gminy, mogą pojawić się wątpliwości – mówi ekspert GetHome.pl.

Co prawda SAN mógłby zobowiązać się do przeprowadzania remontu dzierżawionego lokalu. Koszty poniósłby jednak właściciel, bo musiałby odpowiednio obniżyć czynsz dzierżawny lub zrezygnować z niego przez jakiś czas. Dodajmy, że projekt dopuszcza wypowiedzenie umowy dzierżawy. Właściciela obowiązywałby jednak roczny okres wypowiedzenia.

W naszym kraju SAN-y promuje od kilkunastu lat chrześcijańska fundacja Habitat for Humanity Poland. Wskazuje, że z powodzeniem działają one m.in. w Belgii, Francji i Wielkiej Brytanii. Fundacja utworzyła eksperymentalny SAN w Warszawie, który dysponuje 44 lokalami, w tym 24 najętymi od prywatnych właścicieli. Najemcami są głównie osoby wychodzące z bezdomności, uchodźcy czy ofiary przemocy w rodzinie, którym gmina nie była w stanie zapewnić dachu nad głową.

– Niestety, gminy bardzo słabo radzą sobie z realizacją ustawowego zadania, jakim jest zaspakajanie potrzeb mieszkaniowych gospodarstw domowym o niskich dochodach – przyznaje Marek Wielgo.

I wskazuje na ostatnie dane GUS, z których wynika, że po mieszkania komunalne czeka w kolejce ponad 150 tys. osób i rodzin, które ze względu na zbyt niskie zarobki nie mogą one sobie pozwolić na zakup mieszkania za kredyt lub na najem na zasadach rynkowych. Tymczasem, nie dość, że zasoby mieszkaniowe gmin systematycznie się kurczą, to nowych powstaje niewiele. W ostatnich 10 latach gminy wybudowały 19,2 tys. mieszkań, czyli średnio ok. 1,9 tys. na rok. Na statystyczną gminę przypada więc niespełna 1 lokal.
Ile mieszkań budowały gminy1

Rząd liczy, że społeczne agencje najmu będą zakładały przede wszystkim gminy w formie spółek działających na zasadach non profit, czyli nie dla zysku (ewentualny zysk musi być przeznaczany na zadania statutowe). Ustawa umożliwi też tworzenie SAN-ów w formie fundacji, stowarzyszeń i spółdzielni socjalnych. Warunkiem prowadzenia przez SAN działalności jest zawarcie z gminą umowy o współpracy, która określi m.in. zasady podziału odpowiedzialności za nieuregulowane należności czynszowe najemców SAN w przypadku wypowiedzenia lub wygaśnięcia umowy najmu.

Habitat Poland ma kilka zastrzeżeń do rozwiązań proponowanych przez rząd. Przede wszystkim SAN-y powinny być wspólnymi przedsięwzięciami gmin i organizacji pozarządowych, które mają kompetencje i doświadczenie w tym zakresie. Prowadzenie SAN wymaga bowiem ogromnego zaangażowania. Np. konieczny jest stały kontakt z najemcami oraz natychmiastowa reakcja na pojawiające się zaległości czynszowe. Chodzi o to, żeby nie dopuścić do sytuacji, że najemca nie będzie już w stanie się z nich wygrzebać. Życie pokazuje, że w zasobach mieszkaniowych gmin zaległości czynszowe są ogromnym problemem, bo urzędnicy reagują często zbyt późno.

Habitat Poland zwraca również uwagę, że to SAN-y powinny prowadzić nabór najemców spośród osób spełniających kryteria ustalone przez gminę. Zdaniem tej fundacji w ustawie powinien się też znaleźć przepis, który zobowiązywałby gminy do pokrywania wszystkich nieuregulowanych należności czynszowych.

Podsumowanie drugiego półrocza 2020 w branży centrów handlowych

  • Polska Rada Centrów Handlowych prezentuje najnowsze wydanie Raportu Retail Research Forum zawierającego podsumowanie sytuacji sektora centrów handlowych w drugiej połowie roku 2020.
  • Publikacja przedstawia wpływ ograniczeń w funkcjonowaniu obiektów handlowych na strukturę rynku nowoczesnych powierzchni handlowych i apetyty inwestorów.
  • Na podstawie obserwacji zachowań konsumentów w okresach otwarcia centrów handlowych po lockdownach, eksperci wysnuwają ostrożne pozytywne wnioski dotyczące poziomów odwiedzalności, konwersji i gotowości klientów do wzmożonej realizacji potrzeb zakupowych w nadchodzących miesiącach.

Podaż powierzchni handlowej w drugiej połowie 2020 r.

Podaż powierzchni handlowej na koniec zeszłego roku wynosiła ponad 12 mln mkw. Główną część, bo 86 proc. tego wyniku stanowią centra handlowe, ponad 11 proc. – parki handlowe i nieznacznie ponad 2 proc. – centra wyprzedażowe. W ciągu ostatnich 5 lat nastąpiła niewielka zmiana udziału parków handlowych w podaży powierzchni handlowej, od 2015 roku wzrósł on o 3 p.p. W tym samym okresie udział centrów handlowych w całkowitych zasobach powierzchni handlowej zmniejszył się o niecałe 4 p.p.

W 2020 r. do użytkowania oddano o 4 proc. więcej powierzchni handlowej niż w roku poprzednim – łącznie 280 tys. mkw. GLA, z czego w drugiej połowie roku rynek zasiliło ponad 135 tys. mkw. GLA. Najwięcej, bo aż 74 proc. nowej podaży w ostatnich sześciu miesiącach 2020 r. zrealizowano w miastach do 100 tys. mieszkańców. W największych aglomeracjach do użytkowania oddano jedynie 20 proc. nowej powierzchni handlowej, co wynika z wysokiego nasycenia w nich powierzchnią handlową. Pozostałe 6 proc. zasiliło miasta średniej wielkości o liczbie od 200 tys. do 400 tys. mieszkańców.

Powierzchnie handlowe w budowie w 2021 r.

Aktualnie w budowie jest 394 tys. mkw. GLA nowoczesnej powierzchni handlowej z terminem otwarcia planowanym na 2021 r. Połowa budowanej obecnie powierzchni handlowej jest dedykowana formatowi parków handlowych, a kolejne 42 proc. będą stanowiły tradycyjne centra handlowe. Format mixed-use stanowi 6 proc. budowanej powierzchni, a 1 proc. to centra wyprzedażowe. Największy realizowany obecnie projekt będzie miał 30 tys. mkw. GLA.

Nasycenie powierzchnią centrów handlowych

Nasycenie powierzchnią centrów handlowych dla całej Polski na koniec 2020 r. osiągnęło poziom 324 mkw./1000 mieszkańców. Po ukończeniu powstających obecnie obiektów wartość tego wskaźnika wzrośnie do 336 mkw./1000 mieszkańców. Roczny potencjał zakupowy konsumentów przypadający na jeden metr istniejącej i  budowanej powierzchni wynikający z zestawienia podaży powierzchni z Ogólną Siłą Nabywczą GfK w miastach z centrami handlowymi wynosi 56 100 zł, a w ośmiu największych aglomeracjach kształtuje się na poziomie średnio 60 500 zł.

 

„W pierwszej połowie 2020 r. na bazie wartości Siły Nabywczej GfK dla Handlu Detalicznego, wyrażającej potencjalną wartość wydatków w handlu detalicznym, w tym zakupów w centrach handlowych, opracowaliśmy prognozę spadku wydatków na skutek pandemii COVID-19. Według najbardziej prawdopodobnego scenariusza spadek wydatków w handlu detalicznym w 2020 r. wyniósł  od 11,7 do 19,3 proc. w poszczególnych powiatach. Powrót do poziomów sprzedaży sprzed epidemii w związku z wprowadzonymi obostrzeniami w 2021 r. najprawdopodobniej przesunie się na pierwszą połowę 2022 r. pod warunkiem, że nie nastąpią kolejne ograniczenia w handlu” – podsumowuje Przemysław Dwojak, Senior Director w GfK

Inwestycje w sektorze nieruchomości komercyjnych w 2020 r.

Pomimo ogólnoświatowego kryzysu ekonomicznego i poważnych reperkusji dla sektora nieruchomości aktywność inwestorów obejmująca zakupy w Polsce utrzymała się na zadowalającym poziomie Wolumen transakcji inwestycyjnych na rynku nieruchomości komercyjnych (obejmujących obiekty handlowe, biurowe i przemysłowo-logistyczne) był w 2020 r. w Polsce o ok. 30 proc. niższy niż w rekordowym pod tym względem 2019 r. i wyniósł ponad 5,3 mld euro. Zawirowania w branży wywołane pandemią, a przede wszystkim ograniczenia nakładane na działalność sklepów i usług spowodowały spadek apetytu inwestorów na nieruchomości handlowe. W tym segmencie w 2020 r. sfinalizowano transakcje o wartości 658 mln euro – trzy razy niższej niż w 2019 r., co stanowi także ok. 30 proc. średniego wolumenu transakcji z poprzednich pięciu lat.

„W najnowszym raporcie skupiliśmy się na przedstawieniu stanu aktualnego, ostrożnie podchodząc do prognozowania przyszłości. PRCH analizuje na bieżąco dane dotyczące odwiedzalności i obrotów zwłaszcza w okresach otwarcia centrów handlowych. Każdorazowo po lockdownach szybko odbudowują się i stabilizują poziomy odwiedzalności centrów handlowych. Mamy też do czynienia z wyższą konwersją, a wysokie średnie paragony pokazują gotowość klientów do wzmożonej realizacji potrzeb i odreagowania okresu zamknięcia. Wzrastająca świadomość klientów, postępujące szczepienia i profesjonalne przygotowanie centrów handlowych do pracy w okresie pandemii skłaniają do spojrzenia na rok 2021 z nadzieją na powrót do wyników sprzed pandemii – zwłaszcza w obszarze obrotów” – komentuje Krzysztof Poznański, Dyrektor Zarządzający PRCH.

Raport dostępny jest do pobrania dla wszystkich na stronie PRCH: https://prch.org.pl/pl/baza-wiedzy/24-retail-research-forum?start=0  

EY: choć efektami pandemii niepokoimy się nieco mniej, wciąż trzymamy wydatki w ryzach

Jak wynika z trzeciej już lokalnej edycji badania EY Future Consumer Index, Polacy nieco mniej niż jeszcze pół roku temu niepokoją się skutkami pandemii. Choć zdrowie, finanse i przyszłość zawodowa nie są już obecnie tak dużym powodem zmartwień, nie oznacza to, że kwestie te nie oddziałują na zachowania konsumenckie.

Biorąc pod uwagę poszczególne aspekty codziennego życia, bardzo duży niepokój o finanse osobiste odczuwa obecnie 16,4% ankietowanych, co oznacza spadek o kilka punktów procentowych z poziomu 21,6% zanotowanego kilka miesięcy temu. Nawet umiarkowanego niepokoju o swoją sytuację finansową nie odczuwa obecnie 27% badanych – pół roku temu było to niespełna 20%. Z 6,8% w październiku ubiegłego roku do 8% w marcu bieżącego roku wzrosła też liczba tych osób, które w ogóle nie odczuwają żadnego zaniepokojenia stanem swoich domowych budżetów.

Jak bardzo jest Pan|i zaniepokojony|a wpływem pandemii COVID-19 w poszczególnych dziedzinach życia…

Jak bardzo jest Pan zaniepokojony wpływem pandemii COVID-19 w poszczególnych dziedzinach życia

Próbując wybiec w przyszłość i ocenić perspektywy dla finansów osobistych za 12 miesięcy, największa grupa badanych (40,9%) zadeklarowała, że nie spodziewa się żadnej zmiany swojej sytuacji finansowej. Lepszej, lub nawet znacznie lepszej kondycji domowych budżetów oczekuje 35% badanych (w październiku 32,7%), a jej pogorszenia lub znacznego pogorszenia – 24,2% (w październiku 28,5%).

Mniejszy niepokój o finanse może być pokłosiem większego komfortu, jaki ankietowani odczuwają w związku ze swoją sytuacją zawodową. Patrząc na dane dotyczące niepokojów związanych z pracą – odsetek bardzo zaniepokojonych spadł w marcu do 12,7% z 16,8% w październiku ubiegłego roku. Wzrosła również liczba w ogóle niezaniepokojonych i zaniepokojonych, ale w stopniu małym i umiarkowanym. Podobnie jak w przypadku finansów, badani odczuwający obawę związaną swoją sytuacją zawodową w perspektywie najbliższych 12 miesięcy, stanowią mniejszy odsetek niż jeszcze kilka miesięcy temu. Martwi się o nią obecnie 39,3%, co oznacza spadek o nieco ponad 3 punkty procentowe w porównaniu do października.
choć efektami pandemii niepokoimy się nieco mniej, wciąż trzymamy wydatki w ryzachNajbardziej stopniały natomiast obawy o stan zdrowia. Podczas gdy jeszcze blisko pół roku temu bardzo zaniepokojonych tą kwestią było ponad 24% badanych, w marcu tak silne obawy o zdrowie wyraziło niespełna 18% uczestników ankiety EY Polska. Wzrosła tym samym grupa osób, które swoim stanem zdrowia nie niepokoją się w ogóle.

choć efektami pandemii niepokoimy się nieco mniej, wciąż trzymamy wydatki w ryzach 2

– Z edycji na edycję naszego badania obserwujemy, że Polacy coraz mniej – przynajmniej na poziomie deklaratywnym – obawiają się konsekwencji pandemii. Trzeba mieć na uwadze, że III edycja EY Future Consumer Index została przeprowadzona jeszcze przed gwałtownym wzrostem liczby zakażeń w marcu, ale tendencja ta utrzymywała się dotychczas bez względu na poprzednie zmiany sytuacji epidemicznej. To znamienne, ponieważ globalne wyniki badania pokazują z kolei diametralnie inną tendencję i z edycji na edycję wzrost niepokoju o zdrowie, rodzinę i przyszłość. Od początku badania największy ogólny niepokój widać było w krajach takich jak Indie czy Brazylia. O zdrowie bardzo martwią się Amerykanie i Japończycy. W Chinach i Niemczech spory niepokój powoduje niepewność dotycząca sytuacji finansowej. Na tym tle Polska zdecydowanie się wyróżnia i w każdej z tych kategorii odnotowujemy poprawę nastrojów o podobnej zresztą skali. To pokazuje że po początkowym wzroście niepokojów, które obserwowaliśmy z początkiem pandemii, z każdym kolejnym kwartałem sytuacja w ocenie respondentów jest lepsza – mówi Łukasz Wojciechowski, Partner, Lider Sektora Handlu i Produktów Konsumenckich EY.

Wydatki w ryzach, oszczędności w cenie

Mimo nieco lepszych nastrojów i bardziej optymistycznych deklaracji niż jeszcze kilka miesięcy temu, wciąż z dużą uwagą i ostrożnością podchodzimy do kwestii finansowych i – jak wynika z badania EY Polska – niezmiennie trzymamy wydatki w ryzach, jednocześnie starając się oszczędzać więcej. Wprawdzie podobna liczba respondentów jak w październiku deklaruje, że wydaje pieniądze z większą rozwagą w porównaniu do czasu sprzed pandemii (obecnie 58,9%), to jednak pytani o konkretne zachowania zakupowe, ankietowani deklarują, że bliżej przyglądają się produktom w swoim koszyku zakupowym. Obecnie 34,1% ankietowanych zmienia marki produktów, które kupuje, aby obniżyć koszty. Wcześniej na takie działanie decydowało się aż o 10 pkt proc. respondentów mniej. Większego znaczenia niż jeszcze miesiąc temu nabrało także w trakcie zakupów kryterium ceny. Kieruje się nim obecnie 59,1%, podczas gdy w październiku było to 53,3%.

Liczy się również to, jakiego rodzaju produkty wkładamy do koszyka. Ograniczanie wydatków na artykuły inne niż niezbędne (czyli na przykład nowe ubrania, przedmioty kosmetyczne, artykuły gospodarstwa domowego) dotyczy 54,4% badanych, podczas gdy w październiku stosowanie tego typu ograniczeń zakupowych deklarowało 45% z nich.

Czy jednak wydatki będziemy trzymać w ryzach dłużej? Jeszcze w październiku ankietowani częściej niż obecnie mówili o ograniczaniu ich w dłuższym terminie w zależności od kategorii produktów. Teraz 37,2% respondentów deklaruje, że w ciągu najbliższych 6-12 miesięcy zamierza zmniejszyć kwotę, którą wydaje na produkty inne niż podstawowe (np. odzież, buty, kosmetyki, itp.), a w październiku było to 39,1%. Mniej na produkty z grupy „uroda i kosmetyki” zamierza wydawać niespełna 10% ankietowanych (w październiku ograniczenie takie planowało ponad 15%), na odzież i obuwie wydatki ograniczać w przyszłości chce niespełna 15% (wcześniej prawie 20% ankietowanych). Coraz więcej osób (obecnie blisko 55%, w poprzedniej edycji badania niespełna 50%) planuje powrócić również do wydatków na podobnym poziomie jak przed pandemią, jeśli chodzi o usługi kosmetyczne.

Niezależnie od tego, jak będą wyglądać wydatki Polaków w przyszłości, obecne trzymanie ich w ryzach spowodowało, że możliwe stało się oszczędzanie. Gromadzić pieniądze stara się 65,3% ankietowanych w badaniu EY Polska, a to tendencja rosnąca, biorąc pod uwagę, że jeszcze kilka miesięcy temu poziom ten nie przekraczał 60%. W dłuższej perspektywie bardziej oszczędzać planuje 52,1% ankietowanych co oznacza również wzrost w porównaniu z październikiem, kiedy takie plany miało 50,3%.

– Ograniczanie wydatków przy jednoczesnej poprawie ogólnych nastrojów, również tych związanych z sytuacją finansową, w pierwszej chwili wydaje się być zaskakującym zestawieniem. Przyczyn takiego stanu rzeczy można jednak upatrywać co najmniej w dwóch obszarach. Pierwszy to różnice między deklaracjami a faktycznym stanem rzeczy, tzn. martwimy się o swoją sytuację i jesteśmy bardziej ostrożni niż jesteśmy skłonni przyznać. Drugi dotyczy wymuszonych zachowań. Polacy mogli zauważyć, że przy znacznym ograniczeniu codziennych aktywności i spędzając większość czasu w domu, możliwe jest oszczędzanie większych kwot. Oszczędności mogą wynikać zarówno z faktu, że część wydatków stała się zbędna, jak i z tego, że ich realizacja została odgórnie ograniczona. Wybiegając nieco w przyszłość można postawić hipotezę, że część osób zaoszczędzone w tej chwili pieniądze potraktuje jako bufor, który po zakończeniu pandemii pozwoli wrócić do poprzednich zwyczajów i dawnego sposobu życia „z przytupem”, wynagradzając sobie tych kilkanaście miesięcy ograniczeń – dodaje Grzegorz Przytuła, Associate Partner EY-Parthenon, ekspert Sektora Handlu i Produktów Konsumenckich EY.

Kiedy życie wróci do normy?

Blisko 11% ankietowanych uważa, że COVID-19 w ogóle nie wpływa na ich styl życia. Największa grupa – blisko 28% – spodziewa się jednak jego powrotu do normy w ciągu najwyżej 12 miesięcy po zakończeniu pandemii. 24,4% ankietowanych nie jest natomiast w stanie w ogóle ocenić, ile czasu może zająć powrót do normalności. Czy dystrybucja szczepionek może coś zmienić w tej kwestii? 26,3% ankietowanych przez EY Polska spodziewa się, że COVID-19 przestanie wpływać na ich sposób życia, gdy tylko przyjmie szczepionkę. Jednocześnie 23,5% ankietowanych uważa, że nawet bez szczepień, COVID-19 nie wpływa na ich życie znacząco.

Patrząc na poszczególne aspekty życia i przewidywania dotyczące ich powrotu do normalności po zakończeniu pandemii, badani przez EY Polska spodziewają się, że najszybciej – bo w ciągu dosłownie dni od jej końca – będą mogli wrócić do swoich zwyczajów związanych z robieniem zakupów. Więcej niż jeden na trzech ankietowanych spodziewa się takiego obrotu sprawy i to znacząca różnica w porównaniu z październikiem, kiedy ankietowani oczekiwali, że będą potrzebować miesięcy, by powrócić do normalności.choć efektami pandemii niepokoimy się nieco mniej, wciąż trzymamy wydatki w ryzach 3Również pozytywniej niż podczas poprzedniej edycji badania oceniona została szybkość powrotu do normalnego trybu pracy. Tu również najwięcej osób wskazuje, że będą to dni, a nie jak jeszcze w październikowej edycji badania – miesiące. Zmniejszyła się tym samym grupa tych, którzy uważali że będą potrzebowali na ten proces miesięcy czy nawet lat.

ey-fci-praca-powrot.jpg.renditionNie tak jednoznacznie wygląda natomiast sytuacja, biorąc pod uwagę czas powrotu sytuacji finansowej do stanu sprzed pandemii, ponieważ przy jednoczesnym wzroście odsetka ankietowanych uważających, że wystarczą dni, by finanse osobiste były jak przed pandemią, to jednocześnie wzrosła też liczba osób deklarujących, że w ich przypadku proces ten zajmie lata.

ey-fci-finanse-powrot.jpg.rendition

– Powrót do dawnego sposobu robienia zakupów to efekt tego, że po pierwszych, ubiegłorocznych niepokojach związanych z odwiedzaniem fizycznych placówek handlowych, w ostatnich miesiącach mogliśmy już obserwować wzmożony ruch, np. w sklepach spożywczych. Polacy od początku dobrze czuli się i często korzystali szczególnie ze sklepów spożywczych typu convenience z tzw. sąsiedztwa, a także sklepów z materiałami remontowymi i wyposażeniem wnętrz (relatywnie więcej czasu na majsterkowanie oraz drobne remonty). Choć zamknięcie galerii handlowych wyparło część handlu do Internetu, od początku w naszych badaniach padały deklaracje, że jeśli będzie możliwy powrót do tradycyjnych zakupów ubrań czy obuwia, Polacy mogą powrócić do tego typu modelu. Jednak otwartym pytaniem pozostaje przyszły balans pomiędzy poziomem zakupów realizowanych w Internecie vs. sieć stacjonarna, gdyż raczej mało realnym wydaje się powrót do nawyków sprzed pandemii. Podobne tendencje widać również w biurach – po pierwszym lockdownie, firmy częściowo udostępniały pracownikom przestrzenie do pracy, z czego część osób chętnie i regularnie korzystała. Trzeba też pamiętać, że po długich miesiącach walki z pandemią Polacy oswoili się już z obostrzeniami i może okazać się, że część z nich traktują już jak nową normalność np. dla pracy zdalnej – dodaje Arkadiusz Gęsicki, Lider EY-Parthenon w Polsce i Krajach Bałtyckich, ekspert Sektora Handlu i Produktów Konsumenckich EY.

O badaniu EY Polska
Trzecia polska edycja badania „EY Future Consumer Index” przygotowana przez EY Polska przeprowadzona została w dniach od 23 lutego do 1 marca 2021 roku 2021 roku na grupie 1001 osób w wieku 18-65 lat. Swoim zasięgiem badanie objęło cały kraj i wszystkie grupy społeczne. Respondenci odpowiadali na pytania dotyczące obecnych zachowań zakupowych, nastrojów i przewidywanych postaw w najbliższej przyszłości.

O globalnym badaniu EY Future Consumer Index
Cykliczne badanie EY Future Consumer Index pozwala śledzić zmieniające się nastroje i zachowania konsumentów w różnych horyzontach czasowych i na rynkach globalnych, identyfikując nowe wyłaniające się segmenty konsumentów. Badanie pokazuje zarówno tymczasowe reakcje na sytuację spowodowaną pandemią COVID-19 oraz te, które wskazują na bardziej fundamentalne zmiany. Szósta globalna edycja EY Future Consumer Index objęła 14 483 konsumentów w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Kanadzie, Brazylii, Francji, Włoszech, Niemczech, Hiszpanii, Danii, Szwecji, Finlandii, Norwegii, Indiach, Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Arabii Saudyjskiej, Chinach, Indonezji, Japonii, Australii i Nowej Zelandii, a badanie przeprowadzono w tygodniu od 25 stycznia do 4 lutego 2021 r.

Praca od silversa

Polacy starzeją się w szybkim tempie. Obecnie co siódmy, a za 40 lat już co trzeci mieszkaniec naszego kraju, będzie miał 65 lat lub więcej. W 2050 r. liczba osób w wieku 60+ wzrośnie do 13,7 mln osób. To spora grupa, która potrzebuje i będzie potrzebowała opiekuna, obecnie stanowiącego „towar deficytowy”. Starsi ludzie biorą sprawy w swoje ręce i szukają wsparcia, za które są gotowi płacić. Potrzeb jest wiele, a na zarobek mogą liczyć nie tylko pracownicy branży medyczno-opiekuńczej, ale też „złote rączki”, fryzjerzy, kosmetyczki czy osoby wyprowadzające psy na spacer.

W 2021 r. prognozowany deficyt zawodowy dotyczy m.in. lekarzy, fizjoterapeutów i masażystów, pielęgniarek i położnych oraz opiekunów osoby starszej lub niepełnosprawnej (Barometr zawodów). Pogłębianie braków kadrowych w wymienionych profesjach jest obserwowane od kilku lat. Biorąc pod uwagę dane demograficzne zapotrzebowanie na usługi z branży medyczno-opiekuńczej, które już jest wysokie, nadal będzie rosło. Wzrosty mogą dotyczyć też innych profesji spełniających oczekiwania starszych ludzi np. kosmetyczek, osób sprzątających mieszkania, gotujących posiłki, opiekujących się grobami bliskich czy załatwiających sprawy urzędowe.

Praca wynikająca z potrzeb

To, że wielu naszych rodaków potrzebuje wsparcia, potwierdzają dane ZUS wskazujące, że – tylko w styczniu 2021 r. – przyznano 99,1 tys. świadczeń rehabilitacyjnych, liczba osób pobierających rentę z tytułu niezdolności do pracy wyniosła 659,9 tys., a renty socjalne wypłacono 289,1 tys. Polaków. Liczną grupę stanowią także emeryci, których w pierwszym miesiącu tego roku było niemal 6 mln (5 986,2 tys.).

Nie każdego seniora stać na stałą opiekę i nie każdy też otrzyma ją od państwa. Jest jednak spora grupa, która potrzebuje niewielkiej pomocy w codziennych obowiązkach. Niestety, nie zawsze mogą na nią liczyć, bo owdowieli, ich dzieci mieszkają daleko, a oni nie utrzymują relacji z sąsiadami. Dlatego sami szukają płatnych form wsparcia, w – często z pozoru błahych – czynnościach, które okazują się być dla nich barierą nie do pokonania. Pomoc tej grupie jest potrzebna, tym bardziej że wiele osób izoluje się w swoich mieszkaniach, wynika z badania SeniorApp – pierwszej w Polsce aplikacji mobilnej stworzonej dla poszukujących i oferujących pomoc w opiece i sprawach życia codziennego. Ludzie po 60-tce ograniczają swoją aktywność – w wielu przypadkach – do minimum. Tylko 45 proc. wychodzi z domu często, 29 proc. opuszcza go w konkretnych celach np. idzie do sklepu, lekarza, apteki, na spacer, spotkać się z bliskimi. 25 proc. rzadko wychodzi z mieszkania i tylko wtedy, gdy jest to konieczne, 1 proc. wcale nie wychodzi z domu.

Wieloobowiązkowe wynagrodzenie

Jak wynika badania Platformy SeniorApp najczęstsze wsparcie, którego szukają seniorzy i za które chcą płacić, dotyczy opieki w ciągu dnia, towarzystwa w trakcie spacerów, gotowania posiłków, robienia zakupów, realizacji recept, drobnych napraw i prac remontowych, wyprowadzania psa na spacer, sprzątania mieszkania oraz załatwienia sprawy urzędowej. Poszukiwane są także usługi rehabilitantów oraz te z sektora beauty – fryzjerzy i kosmetyczki z dojazdem do domu. Wzrasta też popularność osób oferujących opiekę nad grobami bliskich.

– Płatna pomoc dedykowana grupie osób starszych, która – w czasach covid-19 – szczególnie potrzebuje wsparcia jest niezbędna. Cieszy nas, że coraz więcej Polaków wybiera tę formę aktywności zarobkowej pozwalającej im podreperować domowy budżet – podkreśla Przemysław Mroczek, współtwórca platformy SeniorApp. – Wynagrodzenie za godzinę tego typu pracy jest uzależnione od m.in. od obowiązków, z których trzeba się wywiązać. Za 60 minut spaceru z psem można otrzymać ponad 20 pln netto, stawka za sprzątnie mieszkania przez 1 h wynosi średnio 30 pln netto, przygotowanie i dostarczenie posiłku, osoby myjące nagrobki zarobią za usługę do 100 pln netto, a fryzjerzy czy kosmetyczki od 50 pln wzwyż – mówi Przemysław Mroczek.

Chcą sprzątać i wprowadzać psa na spacer

Oprócz przedstawicieli branży medyczno-opiekuńczej oferujących opiekę dzienną i nocną, konsultacje lekarskie czy rehabilitację prym wiodą też inne zajęcia. Najwięcej zainteresowanych dodatkowym zarobkiem (58 proc.) oferuje sprzątanie mieszkania i mycie okien, 54 proc. będzie robić zakupy, tyle samo wyprowadzi psa na spacer, 52 proc. wykona drobne naprawy lub prace remontowe, 28 proc. może przygotować i dostarczyć posiłek, 11 proc. oferuje usługi tj. kosmetyczna i fryzjer z dojazdem do domów. Wielu z nich (25%), za określoną stawkę wahającą się od kilkunastu do kilkudziesięciu złotych  jest gotowych praktycznie od zaraz rozpocząć świadczenie usług, których oczekują osoby starsze, by móc podreperować budżet, który w czasach covid-19 został wyraźnie nadszarpnięty.

Polscy przedsiębiorcy w pandemii. Krajowy biznes ma problem z narzędziami kryzysowymi?

Analitycy z Głównego Urzędu Statystycznego nie mają wątpliwości – rok 2021 jest wyjątkowo niewdzięcznym czasem dla krajowego biznesu. Nie jest również tajemnicą, że w rolę głównego winowajcy wcielił się covid, choć w przedsiębiorców uderza nie tylko pandemia. Na standing rodzimych firm uderzają także zaostrzające się przepisy podatkowe, konieczność dostosowywania swoich przedsiębiorstw do zmieniającego się otoczenia biznesowego, jak również kłopoty w pozyskaniu finansowania zewnętrznego. W takiej scenerii na pierwszy plan wysuwa się umiejętność zarządzania organizacją w kryzysie. Niestety, właściciele polskich spółek nadal nie posiadają szerokiej wiedzy w tym zakresie, która na Zachodzie jest już standardem.

Jest źle, a może być jeszcze gorzej

Szybkie przypomnienie najbardziej dokuczliwych statystyk: w 4. kwartale 2020 roku gospodarka skurczyła się o 2,8 proc. w stosunku do analogicznego okresu rok wcześniej, a stopa bezrobocia w ciągu ostatnich 12 miesięcy wzrosła z 5,5 do 6,5 proc. Przychody rodzimych firm z kolei liczone od początku poprzedniego sezonu do końca 3. kwartału 2020 roku spadły o 4,2 proc. w porównaniu z rokiem 2019. Naturalną konsekwencją takiego anturażu jest więc odczuwalny spadek liczby nowo rejestrowanych podmiotów. W ubiegłym roku na krajowym rynku pojawiło się 311 794 przedsiębiorstwa, co przekłada się na spadek rzędu 12,4 proc. względem roku 2019. Czy pandemia oraz czynniki prawodawcze wpływają również na wartość przeterminowanych zobowiązań? Nie jest to novum w takiej sytuacji, ponieważ w rejestrach KRD odnotowano już 9,4 mld zł długów. Co na to sami przedsiębiorcy?

Złą passę roku 2021 najbardziej odczuł segment małych i średnich przedsiębiorstw. Niestety, z racji niekorzystnych warunków gospodarczych, załamanie następuje dynamicznie, bardziej gwałtownie, a biznesowy zegar tyka coraz szybciej. W tej sytuacji liczy się przede wszystkim gruntowna znajomość możliwości pomocowych, właściwe rozpoznanie problemów oraz skuteczny scenariusz działań naprawczych. Pomimo że przedsiębiorcy coraz częściej korzystają z możliwości restrukturyzacji, rodzi się pytanie czy przy tej okazji nie popełniają błędów. Przyjrzymy się zatem bliżej jak polskich realiach wygląda proces podejmowania takich decyzji przez przedsiębiorców i w jaki sposób winien zostać zmodyfikowany.

Etapy kryzysu i chowanie głowy w piasek

Istnieją 4 etapy typowego kryzysu w polskim przedsiębiorstwie.
Pierwszym z nich jest nieświadoma niekompetencja, kiedy to przedsiębiorcy nie zauważają sygnałów świadczących o utracie płynności lub podświadomie odrzucają je, gdyż myśl o początkach kryzysu stawia zarząd poza własną strefą komfortu i wymagało by podejmowania szybkich, a często radykalnych kroków co nie zawsze sprzyja moralom zespołu i otoczeniu rynkowemu. W drugim etapie niekompetencja staje się już świadoma, a kryzys jest skrzętnie ukrywany przed ogółem kontrahentów. Zarządzający starają się poradzić z efektem kryzysu w najprostszy dostępny im sposób, a więc dodatkowo zadłużają firmę, celem spłaty zaległych zobowiązań. To rozwiązanie jednak w większości przypadków nie przynosi długoterminowych efektów. Jak uczą nas doświadczenia kilkuset postępowań restrukturyzacyjnych, w większości przypadków źródłem problemów nie był bowiem brak kapitału obrotowego. Niedobory środków finansowych są najczęściej bowiem objawem kryzysu a nie jego powodem. Bez dotarcia do rzeczywistego powodu złej sytuacji, zlikwidowanie objawów nie powoduje wyleczenia. Tym bardziej, że kredyty trzeba spłacać, a zatem po pewnym czasie sytuacja powraca tylko w większym gwałtownym wymiarze. Trzecią fazą, jest spirala zadłużenia. Sytuacja w której nie możemy spłacić zasięgniętych zobowiązań finansowych powoduje iż właściciele bądź zarządzający firmami sięgają po kolejne pożyczki. Niestety na tym etapie zaciąganie kredytów staje się niemożliwe bądź bardzo drogie. Przedsiębiorcy nie bacząc na koszty zaciągają wysokooprocentowane pożyczki, które tym bardziej nie mają szans być spłacone. Ponadto, nawarstwiające się problemy powodują, że przedsiębiorca stara się rozwiązać problem poprzez samodzielne rozmowy z pojedynczymi Wierzycielami

Jednakże działania w pojedynkę (przy jednoczesnym braku odpowiedniej wiedzy i zaplecza narzędziowego) najczęściej prowadzą do czwartego etapu – nazywanego przez nas ucieczką.. Jest to moment, gdy dochodzi do zniechęcenia, ucieczki przed problemem i rezygnacji z dalszych kroków. Przedsiębiorcy zaczynają wątpić w możliwość skutecznego zapanowania nad sytuacją, co w konsekwencji prowadzi do egzekucji komorniczej, prób wyprowadzenia majątku, bądź przeniesienia części działalności do innego podmiotu. Taki scenariusz może się zakończyć dodatkowymi konsekwencjami prawnymi, które obejmują także ryzyko odpowiedzialności karnej.

Każdy z etapów to również rosnąca presja, która nieustannie towarzyszy narażonym na konsekwencje swoich decyzji przedsiębiorcom. Dochodzi również kwestia kurczącego się horyzontu czasowego, niestety większość właścicieli dopiero na trzecim bądź czwartym etapie zgłasza się do specjalistów, czyli doradców restrukturyzacyjnych. W dużej części przypadków są to decyzje spóźnione, które w konsekwencji uniemożliwiają ratowanie przedsiębiorstwa. Stąd też zjawisko notorycznego zamykania postępowań restrukturyzacyjnych brakiem zawarcia układu.

Tymczasem najlepszy moment na restrukturyzację to etap drugi, podczas którego można podejmować działania naprawcze bez wprowadzania przedsiębiorstwa w spiralę zadłużenia, która często kończy się upadłością lub likwidacją.

Analiza na pierwszy miejscu

Pierwszych symptomów kryzysu nie można bagatelizować. Często są nim pogorszenie rzetelności płatniczej kontrahentów, a to ważny moment, w którym warto poświęcić czas na głębszą analizę źródła problemu. Aby mogła ona jednak być rzetelna i pomocna, zawczasu musimy zadbać o posiadanie w firmie właściwego zakresu danych analitycznych, które mogą być następnie przedmiotem przeglądu.

Choć nie pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że jest to strategia korporacyjna, nawet w małych firmach możemy zaplanować konieczność gromadzenia ważnych dla nas danych (np. średni czas płatności naszych kontrahentów, poziom zobowiązań przeterminowanych powyżej 14 dni, poziom rentowności zbywanych lub produkowanych przez nas produktów itp.). Tylko posiadając zbiór informacji, które można skutecznie analizować, jesteśmy w stanie ustalić źródło problemu. Nie interesuje nas bowiem usuwanie jedynie objawów kryzysu co przy żadnej chorobie nie zmierza do uleczenia. Właściwa droga wiedzie jedynie poprzez użycie odpowiednich narzędzi nakierowanych na usunięcie faktycznych przyczyn problemów.

Samodzielna kuracja vs lekarz

Sam fakt pojawienia się symptomów wskazujących na pogorszenie kondycji przedsiębiorstwa, nie jest jeszcze równoważne zdefiniowaniu powodów, dla których ono nastąpiło. Brak czasu lub niewystarczające kwalifikacje to pierwsze sygnały, aby pomyśleć o wsparciu zewnętrznym. Na rynku działa wiele podmiotów prowadzących analizy przyczyn pogorszenia kondycji finansowej, a tylko rzetelne zdiagnozowanie przyczyn kryzysu może doprowadzić do ustalenia skutecznego planu naprawczego. Dlaczego tak istotna jest konsultacja ze specjalistą? Ryzyko złej diagnozy może spowodować większe straty, a całkiem zasadnym porównaniem jest analogia do branży medycznej. Pacjent odczuwający pierwsze symptomy choroby, często próbuje się na początku leczyć sam, skupiając się głównie na leczeniu objawów, a nie przyczyn złego samopoczucia. W większości przypadków i tak kończymy u specjalisty. Ważnym jest jednak aby kontakt ten nastąpił w pierwszej fazie choroby, a nie w momencie, gdy coraz trudniej o całkowite wyleczenie.

Ułożenie i wdrożenie planu działań naprawczych to kolejny etap skutecznego przeciwdziałania kryzysom. W praktyce oznacza to konieczność przeprowadzenia restrukturyzacji przedsiębiorstwa w ujęciu całościowym oraz restrukturyzacji jego zadłużenia. W pierwszym przypadku w grę najczęściej wchodzą aspekty związane ze strategią funkcjonowania na rynku oraz optymalizacją struktury firmy i jej procesów. W drugim z kolei przedsiębiorca powinien wykorzystać narzędzia prawne, jakie dają możliwości uporządkowania sytuacji finansowej.

Restrukturyzacja zadłużenia wymaga zawarcia umowy z licencjonowanym doradcą restrukturyzacyjnym. Najważniejszym z narzędzi przewidzianych przez polskie prawo jest uregulowane przez Ustawę „prawo restrukturyzacyjne” postępowanie restrukturyzacyjne, czyli proces przeciwdziałający ryzyku upadłości firmy poprzez umożliwienie jej zawarcia układu z wierzycielami. Jego otwarcie może dać przedsiębiorcy liczne korzyści, w tym: uzyskanie ochrony przed wierzycielami na okres postępowania, profesjonalną pomoc od doradcy restrukturyzacyjnego, a także możliwość redukcji zadłużenia, umorzenia odsetek i rozłożenia spłat na dogodne raty.

Najczęściej stosowaną obecnie procedurą jest uproszczone postępowanie o zatwierdzenie układu. W tym przypadku otwarcie postępowania oraz uzyskanie ochrony przed wierzycielami odbywa się bez udziału sądu, a jedynymi warunkami, jakie należy spełnić, są: podpisanie umowy z licencjonowanym doradcą restrukturyzacyjnym oraz publikacja ogłoszenia w „Monitorze sądowym i gospodarczym”. Trzeba jednak mieć na względzie iż wybór odpowiedniej formy postępowania musi być skorelowany z planem restrukturyzacyjnym oraz indywidualną sytuacją przedsiębiorstwa. Obserwując masowe otwieranie obecnie uproszczonych postępowań restrukturyzacyjnych oraz bardzo niski poziom zawieranych w ramach tych postępowań układów, dochodzimy do wniosku iż często nie przeprowadzono właściwej analizy co do sposobu postępowania. Wydaje się nawet, iż część przedsiębiorców chce w ten sposób „kupić” sobie jedynie trochę czasu, zabezpieczając się przed działaniami wierzycieli. Bez rzetelnego planu restrukturyzacyjnego, proces ten raczej ma niewielkie szanse sukcesu.

Nie taka restrukturyzacja straszna

Całkowicie naturalna obawa przedsiębiorców przed otwieraniem postępowania restrukturyzacyjnego najczęściej związana jest z rzekomym ryzykiem niesamodzielnego zarządzania firmą, potencjalnymi konsekwencjami dla struktury lub reakcją otoczenia na tego typu decyzje. W głowach przedsiębiorców pojawia się coraz więcej znaków zapytania, więc i w tym kontekście sprawdzi się analogia z diagnozą postawioną przez lekarza specjalistę. Jak to leczenie wpłynie na nasze samopoczucie, czy w związku z nim będziemy mieli jakieś ograniczenia, czy przyniesie ono skutek? Zarówno jednak w pierwszym, jak i drugim przypadku odpowiedź jest jedna – po prostu trzeba to zrobić.

Tylko dzięki tym działaniom, nasza firma przetrwa. Obecni na rynku licencjonowani doradcy to specjaliści wysokiej klasy, którzy przez wiele lat gromadzili wiedzę w obszarze ratowania firm. Coraz więcej instrumentów prawnych jest uruchamianych celem poprawy skuteczności tych działań. Jednym z takich narzędzi jest ustawa o pomocy publicznej w celu ratowania lub restrukturyzacji przedsiębiorców. Dzięki tej ustawie przedsiębiorcy mogą wesprzeć prowadzone przez siebie działania naprawcze, pomocą publiczną, która może przybrać formę pomocy finansowej bądź wsparcia kapitałowego.

W całym procesie coraz większą rolę odgrywają także służby wsparcia skupione wokół doradców restrukturyzacyjnych. Tworzone są m.in. przez szereg ekonomistów, prawników, finansistów czy doradców podatkowych, których głównym zadaniem jest pomoc przedsiębiorstwu w sytuacji kryzysowej. Kluczem do zaufania takiemu zespołowi jest weryfikacja dotychczasowych osiągnięć, kompetencji i doświadczenia.

Prawo zdynamizuje działania naprawcze

Zmieniające się przepisy coraz częściej będą wymuszać na przedsiębiorcach stosowanie działań o charakterze naprawczym czy sanacyjnym. Instytucje finansujące staną się posiadaczami coraz większej dawki informacji o przedsiębiorcach, a rejestry dłużników najpewniej zdynamizują swoje działania. Obecnie trwają zaawansowane prace nad zmianą ustawy o Krajowym Rejestrze Dłużników, która może wejść w życie już w lipcu br. Umożliwi ona dostęp do szeregu informacji wskazujących na rzeczywiste problemy z zadłużeniem.

Coraz trudniej zatem będzie ukryć rzeczywistą sytuację, a pozostawienie sprawy bez rozwiązania utrudni codzienne funkcjonowanie firmy. W tej sytuacji nie pozostaje nic innego jak szybki kurs przyswojenia nowej wiedzy przez przedsiębiorców i jeszcze sprawniejsze reagowanie na sytuacje kryzysogenne.

Największą bolączką wielu polskich firm cały czas pozostaje brak świadomości w zakresie możliwych działań, jakie należy przeprowadzić w sytuacji kryzysowej. Właściwie przeprowadzone postępowanie restrukturyzacyjne jest kluczem do skutecznego postawienia danej organizacji na nogi – warunkiem jest tylko zdecydowana reakcja we właściwym momencie pogłębiania się problemu.

Autor: Mariusz Grajda — Partner Zarządzający i członek Zarządu MGW Corporate Consulting Group

GUS nie skorygował inflacji. Stabilizacja na rynkach

Po bardzo burzliwych tygodniach kilka spokojniejszych dni na rynkach nikomu źle nie zrobi. Taką sytuację mamy teraz, ponieważ środa była wyjątkowo spokojna jak na ostatnie czasy. Taki odpoczynek po nagłej przecenie złotego z wtorku pozwolił trochę odetchnąć części osób.

Euro wciąż mocne

Produkcja przemysłowa opublikowana wczoraj dla strefy euro okazała się słabsza od oczekiwań. Analitycy spodziewali się 1,6% spadku wobec oczekiwanego 0,8% spadku. Na rynku dane te nie wzbudziły dużego zamieszania, gdyż w ostatnich dniach poznaliśmy dane cząstkowe dla najważniejszych gospodarek, co pozwoliło lepiej się inwestorom przygotować na ten odczyt. W rezultacie wczoraj byliśmy świadkami zaledwie wstrzymania ruchu wzrostowego euro wobec dolara.

Nastroje za oceanem

Wczoraj poznaliśmy zawartość tak zwanej beżowej księgi. Jest to zbiór informacji o bieżącym stanie gospodarki przygotowana przez 12 regionalnych oddziałów współtworzących Rezerwę Federalną. Nie znalazło się tam za wiele przełomowych wiadomości. To, że gospodarka przyspiesza, widać przecież po danych makroekonomicznych. To, że wraz ze wzrostem gospodarczym pojawiła się presja inflacyjna, też nie jest zagrożeniem. Wydatki konsumentów rosną, ale biorąc pod uwagę rozesłane bony rządowe, nie powinno to dziwić. Generalnie raport utwierdził nas w tym, że postrzeganie stanu gospodarki przez FED nie uległo zmianie.

GUS nie skorygował inflacji

Dzisiaj od rana poznaliśmy finalne dane na temat zmian cen w Polsce. Wstępne dane ze wzrostem do 3,2% zrobiły trochę zamieszania na rynku, bo to wynik blisko górnej granicy celu inflacyjnego. Taki wzrost sugerował, że oczekiwania dalszych obniżek stóp procentowych wyraźnie się odsunęły w czasie, gdyż przy rosnącej inflacji byłby to bardzo ryzykowny ruch. Część analityków zaczęła nawet spekulować o możliwym wzroście stóp procentowych, ale szybko na rynek trafiła prognoza mówiąca o przejściowym charakterze inflacji. W tle złoty utrzymuje swoją wartość w okolicach 4,55 zł za euro.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Regulacja pracy zdalnej

W marcu 2021 r. minął rok odkąd wielu pracowników biur przeszło na tak zwany home office i ten tryb pracy w dobie pandemii stał się standardem oraz chętnie wykorzystywanym rozwiązaniem przez większość pracodawców. Organizacyjnie pracodawcy dość dobrze poradzili sobie z przejściem na taki system pracy, jednak z uwagi na praktycznie brak regulacji prawnych teraz przepisy muszą nadążyć za zmianami na rynku, które obserwujemy.

Obecnie, na podstawie tzw. ustawy covidowej z marca 2020 r. przedsiębiorcy mogą kierować pracowników do pracy zdalnej w okresie obowiązywania stanu epidemicznego lub stanu epidemii oraz do trzech miesięcy po ich odwołaniu. Przepisy te są jednak dość ogólne i lakoniczne. Obowiązujący w Polsce kodeks pracy też nie przewidywał możliwości pracy zdalnej w takim stopniu i w takim zakresie, z jakim mamy do czynienia w dobie pandemii. Wciąż pozostaje sporo otwartych pytań, zatem naturalna jest próba przystosowania prawa do nowej rzeczywistości. Wpisują się w to prace nad projektem dotyczącym zapisu o pracy zdalnej w Kodeksie Pracy, o których poinformowało Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii. Celem resortu jest wpisanie na stałe pracy zdalnej do Kodeksu Pracy i zastąpienie nowymi przepisami dotychczasowego zapisu o telepracy.

Widać, że zapisy regulujące pracę zdalną mają mieć charakter na tyle ogólny, by pozostawić furtkę do uzgodnień między pracodawcami i pracownikami. Prawdopodobnie resort nie chce powtarzać błędów, które pojawiły się przy próbie uregulowania telepracy: bardzo szczegółowe uregulowanie przepisów dot. telepracy spowodowało bowiem, że ta forma świadczenia pracy po prostu nie przyjęła się. Przepisy te uważane są za przeregulowane, a w wielu przedsiębiorstwach pracownicy umawiali się na pracę z domu bez stosowania przepisów o telepracy. W nowych realiach firmy będą musiały w swoich regulaminach pracy określić, jak ma wyglądać u nich praca z domu i ustalić zasady, wedle których ta ma się odbywać. Z jednej strony pozwoli to elastycznie podchodzić do ustalenia, jak ma wyglądać praca zdalna u konkretnego pracodawcy, ale z drugiej – pozostawia więcej możliwości do nadużyć z jego strony. Pracownik może bowiem mieć bardzo ograniczone prawo głosu przy tych ustaleniach.

W projekcie zaproponowano, by praca zdalna mogła być wykonywana całkowicie lub częściowo w miejscu zamieszkania pracownika lub w innym miejscu ustalonym przez pracownika i pracodawcę. Nie ma jeszcze jednak informacji jak zostaną uregulowane kwestie dotyczące zasad bezpieczeństwa i higieny pracy oraz koszty wykonywania pracy zdalnej – chyba dlatego, mimo zapowiedzi, dotyczących szybkiego uregulowania pracy zdalnej prace nad projektem jeszcze trwają.

Autorem komentarza jest Valeria Jeleńska, Prezes Zarządu w JP Business Law Firm

Nie tylko spółki technologiczne i kurierskie. Hakerzy wykorzystują również branżę finansową, aby przyciągnąć uwagę ofiar.

W pierwszych miesiącach 2021 roku hakerzy najczęściej wykorzystywali marki ze świata bankowości i finansów w swoich atakach phishingowych – donosi Check Point Research. Światowym numerem nadal pozostaje Microsoft, ale nazwa znanego banku okazała się być niezastąpionym wabikiem dla ofiar cyberprzestępców.

MicrosoftPhishing

Analizy Check Point Research (CPR) wykazały, że bankowość dołączyła do pierwszej trójki branż, które są najczęściej wykorzystywane w atakach phishingowych, czyli takich w których cyberprzestępcy podszywają się pod znane i szanowane instytucje. Eksperci zwracają uwagę, że dwie popularne amerykańskie marki finansowe – Wells Fargo i Chase – znalazły się dziesiątce najpopularniejszych brandów naśladowanych przez hakerów. Odkrycia te zostały zawarte w nowym raporcie CPR dotyczącym marek wykorzystywanych w atakach phishingowych w pierwszym kwartale 2021 r.

W Polsce Wells Fargo oraz Chase nie są tak popularnymi markami jak w Stanach Zjednoczonych, co nie oznacza, że hakerzy nie próbują nas oszukać, by pozyskać nasze dane. Zdaniem ekspertów Check Pointa, marką wciąż najchętniej wykorzystywaną w atakach phishingowych jest Microsoft, która wykorzystywana była w blisko 40% ataków na całym świecie. Na drugim miejscu uplasował się DHL (18% ataków), natomiast na trzecim Google (9%). Miejsce piąte w zestawieniu zajął z kolei Amazon, który w zeszłym miesiącu oficjalnie zadebiutował na polskim rynku.

Top 10 marek wykorzystywanych w atakach phishingowych (1Q21):

  1. Microsoft (39%)
  2. DHL (18%)
  3. Google (9%)
  4. Roblox (6%)
  5. Amazon (5%)
  6. Wells Fargo (4%)
  7. Chase (2%)
  8. LinkedIn (2%)
  9. Apple (2%)
  10. Dropbox (2%)

Główne sektory wykorzystywane w atakach phishingowych:

  1. Technologia
  2. Dostawy
  3. Bankowość i finasne

Mając na uwadze pozyskane informacje eksperci firmy Check Point radzą, jak zabezpieczyć się przed tego typu atakami. W ich opinii należy uważnie czytać wiadomości otrzymywane z zewnątrz – zwracać uwagę na błędy ortograficzne, nie otwierać załączników, dokładnie sprawdzić podpisy i pochodzenie maili, nie kierować się wskazówkami osoby wysyłającej, nie udostępniać informacji osobistych i firmowych.

Domy do 35 mkw. i hotelarstwo rozproszone podbijają rynek turystyczny

Prywatność staje się dobrem luksusowym i ta potrzeba zostanie z nami na dłużej. 75% osób wybierze w tym roku takie miejsca na urlop, które zapewnią przestrzeń, intymność oraz dystans społeczny. 59% turystów dojedzie tam samochodem, a 61% chce spędzać czas na świeżym powietrzu. Widzą to operatorzy ośrodków rekreacyjno-wypoczynkowych, którzy bardziej niż kiedykolwiek wcześniej inwestują w wysokiej jakości domki i inne niezależne formy zakwaterowania. Hotelarstwo rozproszone rośnie w siłę napędzane przez technologię modułową, która pozwala na szybką realizację, nieinwazyjną instalację w obszarze resortowym i gwarancję jakości. DMDmodular ocenia trendy na rynku nieruchomości w Polsce i Europie.

Hotelarstwo rozproszone na topie

Trendem numer jeden w wakacyjnym podróżowaniu w 2021 roku jest przestrzeń. Wraz ze wzrostem liczby osób zaszczepionych zaczynamy planować urlop określany przez wielu „wakacjami w ramach zemsty”. Chcemy się zemścić na koronawirusie za ponad rok niepewności, ograniczeń i pracy z domu. W badaniu globalnym American Express aż 75% osób przyznaje, że poszukują miejsc, które zapewniają im prywatność i bezpieczeństwo – rozumiane także jako dystans społeczny. Takie pobyty dawniej rozpatrywane były w kategoriach podróży luksusowych, teraz stają się powszechne i pożądane przez większość turystów. 69% badanych chce odwiedzić w tym roku tereny mniej uczęszczane turystycznie, a 68% deklaruje, że starają się podróżować bardziej świadomie i odpowiedzialnie, wybierając te destynacje, ośrodki, hotele i obiekty, które nastawione są na dbanie o środowisko.

Takie tendencje konsumenckie w podróżowaniu w czasie pandemii potwierdzają również nasze plany produkcyjne, rozmowy z inwestorami oraz liczba składanych zapytań i tworzonych przez nas ofert na domy całoroczne z naszej serii Smart Living, a także na nowe produkty modułowe, wpisujące się w trend hotelarstwa rozproszonego. Mamy obecnie 100% wzrostu zainteresowania tego typu rozwiązaniami w stosunku do roku poprzedniego. Nasze budynki modułowe Smart Living to oferta produktowa licząca 15 typów obiektów adresowanych do właścicieli hoteli resortowych, gruntów, parków rekreacyjnych, ale i indywidualnych klientów, którzy coraz częściej rozważają bezpieczną lokatę środków i inwestują w niewielkie osady od 3 do 5 domków. Produkty oparte są na pojedynczych lub podwójnych modułach i liczą od 28 do 120 mkw., z dachem płaskim lub dwuspadowym, komentuje dr Ewelina Woźniak-Szpakiewicz, prezes DMDmodular.

To obiekty spełniające wszystkie wymagania techniczne dla budynków obowiązujące od 2021 roku, a do tego technologia modułowa 3D pozwala na przeniesienie budynków w inną lokalizację – np. po uzyskaniu oczekiwanej stopy zwrotu z inwestycji.

Relokacja, choć nie jest powszechnie stosowana przez klientów, staje się coraz częściej przedmiotem kalkulacji finansowych i definiowana jest jako dodatkowy atut dla bezpieczeństwa inwestycji, co nie jest osiągalne dla tradycyjnych metod wznoszenia budynków. Wykończone domy wraz wszystkimi instalacjami, elewacją i wyposażeniem trafiają do klientów z Holandii, Niemiec, Słowacji, Islandii i Polski. To realizacje zarówno na potrzeby indywidualne, jak i rozwój ośrodków rekreacyjno-wypoczynkowych z przeznaczeniem dla urlopowiczów, poszukujących prywatności, przestrzeni i jakości. Obiekty, powstające w fabryce DMDmodular, są gotowe w kilka tygodni od złożenia zamówienia. To przełom dla turystyki rozproszonej, która w obecnych czasach i warunkach pandemii jest bardziej pożądana przez gości, a budownictwo modułowe przeżywa prawdziwy rozkwit w tym kierunku, dodaje Woźniak-Szpakiewicz.

Chcemy wyjechać i zostać na dłużej

W turystyce zrodził się jeszcze jeden trend, który uwidoczniają raporty konsumenckie. Według danych wyszukiwarki VRBO 55% badanych osób jest zainteresowanych głównie podróżami niskoemisyjnymi. Około 59% zapytanych rodzin najprawdopodobniej wybierze podróż samochodem. Takie zrównoważone podróżowanie jest bliskie 68% respondentów również w najnowszym badaniu American Express. Staramy się być bardziej świadomi i wybierać rozwiązania, które są przyjazne środowisku. Dodatkowo wolimy spędzać czas na świeżym powietrzu niż w mieście, dlatego celem podróży coraz częściej stają się prywatne domki w otoczeniu lasów, w których zostajemy na dłużej. Takie zjawisko nazywane jest „flexications”, czyli dłuższe wakacje poza godzinami szczytu, podczas których pracujemy i uczymy się zdalnie. 67% podróżnych, którzy korzystali z takiej formy wypoczynku, deklarują, że chcieliby to powtórzyć.

Pandemia stworzyła warunki dla elastycznego życia i swobody pracy podczas wyjazdów, a wysoka jakość apartamentów, standardy czystości, prywatność oraz spersonalizowane doświadczenia to dla podróżujących obecnie kryteria pierwszego wyboru. W tym kierunku rozwijają się ośrodki wypoczynkowe, centra rekreacji oraz prywatne kwatery. Według badań popyt na prywatne nieruchomości wynajmowane nawet na kilka miesięcy wzrósł gwałtownie w ostatnim czasie. Dane Airbnb wskazują, że podróżni wynajmują domy na przykład w pobliżu małych nadmorskich miast oraz lasów. Urlopowicze poszukują własnych tarasów, podwórek, patio, miejsc kempingowych. Stąd właśnie tak duży wzrost zainteresowania domami modułowymi. Inwestorzy chcą sprawnie, ale z zachowaniem jakości zapewnić swoim gościom komfortowe i oryginalne apartamenty do wypoczynku na łonie natury. Przewidujemy, że sprzedaż naszych obiektów z linii Smart Living wzrośnie w tym roku o minimum 50% i ten trend będzie się utrzymywał, gdyż budownictwo modułowe jest bardziej ekologiczne oraz skraca czas inwestycji nawet o połowę w porównaniu do tradycyjnych metod budowania, wyjaśnia dr Ewelina Woźniak-Szpakiewicz.

Co napędza branżę?

Dynamiczny rozwój hotelarstwa rozproszonego, któremu tempa może dotrzymać tylko technologia modułowa, wynika z wciąż trwających ograniczeń w życiu codziennym i podróżowaniu, ale także zmiany w samym sposobie spędzania wolnego czasu, co wyraźnie widać w oczekiwaniach tegorocznych urlopowiczów. W rezultacie rynek modułowy podbijany jest przez trendy turystyczne w 2021 roku, ale również inwestycje indywidualne na działkach budowlanych i rekreacyjnych. Tu najbardziej pożądane są domki do 35 mkw., ponieważ takie realizacje nie wymagają spełnienia skomplikowanych procedur administracyjnych.

Potrzeba własnego ogrodu, pracy i życia w większej przestrzeni niż w mieszkaniu w centrum miasta powoduje, że poszukujemy szybszych i bardziej efektywnych metod budowania. Dlatego inwestorzy coraz odważniej sięgają po rozwiązania modułowe 3D zamiast angażowania się w długotrwałe i kosztowne procesy budowania metodami tradycyjnymi, podsumowuje prezes DMDmodular.

Jaki kierunek rozwoju przyjmie sektor mieszkaniowy w nadchodzących 2-3 latach?

Jak zmieni się rynek nowych mieszkań w najbliższych latach? Czy spadnie podaż mieszkań? Czy utrzyma się popyt? Od czego będzie zależało utrzymanie równowagi rynkowej? Sondę przeprowadził serwis nieruchomości dompress.pl

Andrzej Oślizło, prezes Develii

Wierzymy w długoterminowy wzrost rynku mieszkaniowego. Nasz cel na ten rok to sprzedaż 1750-1850 mieszkań, czyli około 30 proc. więcej w porównaniu do 2020 roku. Przyjęliśmy strategię, zgodnie z którą chcemy zwiększyć skalę działania w segmencie mieszkaniowym do poziomu sprzedaży 3100 mieszkań w 2025 roku. W I kwartale br. odnotowaliśmy bardzo duże zainteresowanie ofertą ze strony klientów, dlatego spodziewamy się, że popyt na mieszkania nadal będzie utrzymywał się na wysokim poziomie. Do biur sprzedaży wróciło wiele osób, które wstrzymywały się z zakupem mieszkania w związku z pandemią, ponieważ ich potrzeby mieszkaniowe wciąż są aktualne. Do tego dochodzi liczna grupa inwestorów, dla których nieruchomości nadal będą atrakcyjną formą lokowania środków. W naszej ocenie wykluczenie z grupy potencjalnych nabywców osób pracujących w branżach najbardziej dotkniętych pandemią nie wpłynie znacząco na poziom sprzedaży. Nawet gdyby spełnił się negatywny scenariusz i sprzedaż byłaby niższa niż w ubiegłym roku to będzie to raczej spowodowane spadkiem podaży i dalszym wzrostem cen niż spadkiem zainteresowania ze strony klientów. Wyzwaniem dla branży pozostaje ograniczona dostępność gruntów, dlatego aktywnie podchodzimy do budowy banku ziemi m.in. zwiększając rolę działu zakupu gruntów w organizacji.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

Wśród czynników wspierających branże i stymulujących wzrost zainteresowania ofertą deweloperów wymienić należy rekordowo niskie stopy procentowe, które przekładają się na większe zainteresowanie kredytowaniem zakupu mieszkania oraz zachęcają do lokowania kapitału w nieruchomości. Jednocześnie w Polsce cały czas mamy do czynienia z bardzo dużymi i niezaspokojonymi potrzebami mieszkaniowymi. Cały czas odrabiamy wieloletnie, systemowe braki i jeszcze nam daleko do zagospodarowania potrzeb w tym zakresie. Wszelkie porównania zasobów lokalowych wskazują, że pod tym względem pozostajemy w ogonie państw członkowskich Unii Europejskiej.

Ponadto bogacenie się społeczeństwa i trend wymiany mieszkań na większe, bardziej komfortowe jest dodatkowym czynnikiem wspierającym podaż. Naturalnie wysoki popyt i dobra pozycja nieruchomości na rynku inwestycyjnym oznaczają dobre perspektywy oraz potencjał dalszego wzrostu pierwotnego rynku mieszkaniowego. Dzięki czemu, pomimo obecnych ograniczeń w sferze zdrowia i gospodarki, z optymizmem spoglądamy w przyszłość.

Należy jednak znaczyć, że istotny wpływ na utrzymanie równowagi na rynku oraz dostępność mieszkań w ofercie będzie miała zdolność deweloperów do pokonywania trudności administracyjnych i szybkiego uruchomiania nowych projektów, a także dostępność gruntów pod przyszłe inwestycje.

Cezary Grabowski, dyrektor sprzedaży i marketingu Bouygues Immobilier Polska

Najbliższe 2-3 lata upłyną na odbudowie liczby sprzedawanych mieszkań, która spada w tym momencie o 20 proc. w ujęciu rok do roku. Przy tym tempie spadku sprzedaży kluczowe w utrzymaniu równowagi na rynku będzie znalezienie balansu pomiędzy popytem a liczbą nowych mieszkań wprowadzanych do sprzedaży. Na obecną chwilę nie przewidujemy dalszych spadków podaży. Popyt będzie utrzymywał się na wysokim poziomie, także za sprawą aktywności inwestorów, dla których zakup mieszkania wciąż jest atrakcyjną metodą lokowania zgromadzonych oszczędności, zwłaszcza przy niskooprocentowanych lokatach bankowych. Sytuację na rynku należy teraz ocenić jako stabilną. Cała branża weszła w nowy rok pełna optymizmu. My zamierzamy wprowadzać nowe mieszkania w Warszawie, Poznaniu i Wrocławiu, ponadto planujemy wejść na nowy rynek, do Trójmiasta.

Wojciech Chotkowski, prezes zarządu Aria Development

Jeśli nie będzie kolejnych lockdownów, zakładamy kontynuację nieco wolniejszego wzrostu cen mieszkań w bieżącym roku. Jednocześnie w warunkach oczekiwanego, długiego okresu niskich stóp procentowych oraz mocnego odbicia gospodarki zwiększy się po raz kolejny siła nabywcza Polaków, co powinno wzmacniać dalszy popyt na mieszkania w okresie 2-3 lat.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Według naszych prognoz najbliższe 2-3 lata będą okresem kolejnych wzrostów cen. W Polsce nadal mamy niedobór mieszkań, nadal wiele młodych osób, którym brak zdolności kredytowej ma możliwość do samodzielnego mieszkania i decyduje się na wynajem.

Wraz ze wzrostem gospodarczym, w dalszym ciągu będą rosły wynagrodzenia, a co za tym idzie możliwość najmu mieszkań. Nadal będą korzystać na tym fundusze inwestujące w mieszkania na wynajem oraz inwestorzy indywidualni. Niski poziom oprocentowania kredytów hipotecznych będzie z kolei w dalszym ciągu stymulował nabywanie lokali na własne potrzeby.

Spadek podaży gruntów, wzrost ich cen, wydłużenie i skomplikowanie procesu inwestycyjnego, wzrost kosztu wytworzenia 1 mkw. mieszkania spowodowany zmianą Ustawy Deweloperskiej i wprowadzeniem Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego przyczynią się do dalszego wzrostu cen nowych mieszkań.

Boaz Haim, prezes Ronson Development

Doświadczenie pandemii nauczyło nas, aby z pokorą i dużą ostrożnością prognozować przyszłość. Gdyby przyjąć za dobrą monetę obecne zachowania klientów na rynku nieruchomości – aktywne i odważne, to moglibyśmy spodziewać się bardzo dobrej sytuacji jeśli chodzi o popyt. Szczególnie, gdy utrzymają się niskie stopy procentowe kredytów. Jednak ocena rynku i prognozy na przyszłość muszą uwzględniać wiele kryteriów. Bardzo dużo będzie więc zależeć od kondycji rynku pracy, poziomu bezrobocia i ogólnych nastrojów konsumenckich.

Nieco inaczej wygląda i będzie wyglądać strona podażowa. Po pierwsze, nasza branża działa w długich cyklach, mam tu na myśli m.in. wszystkie procedury administracyjne, czy generalne wykonawstwo. Po drugie, w dużych miastach nie przybywa gruntów. Ten zasób jest ograniczony. Będziemy więc mierzyć się z wyzwaniem, jakim jest sukcesywne zwiększanie podaży. Nasz bank ziemi został oczywiście zabezpieczony, a w najbliższych miesiącach ruszymy z nowymi projektami, m.in. na poznańskim Grunwaldzie i w Warszawie. Pewne trendy są widoczne już dzisiaj. Nasi klienci szukają większych przestrzeni, gdzie z łatwością wygospodarują miejsce do pracy zdalnej. Chętniej też sięgają po inwestycje w obrębie aglomeracji, a nie jej ścisłego centrum. Widoczny jest zwrot w kierunku ekologii.

Mariola Żak, dyrektor marketingu i sprzedaży Aurec Home

Pamiętajmy, że na ceny mieszkań wpływa popyt, a ten obecnie jest duży. Deweloperzy budowaliby dużo więcej, ale niestety borykają się z przedłużającymi się procedurami administracyjnym oraz małą dostępnością gruntów. Bank ziemi Aurec Home umożliwia wybudowanie około 3000 mieszkań, ale naszym celem jest dalszy rozwój i zakup kolejnych działek, aby móc wybudować dodatkowe 1000 mieszkań w 2021 roku. Nowe inwestycje w przeważającej większości są obecnie budowane tam, gdzie wciąż jest na to odpowiednio dużo miejsca. Dlatego w Warszawie na popularności zyskują dzielnice wokół centrum, gdzie jest dobra infrastruktura i rzadka zabudowa np. Wola, Bemowo, Ursus i Włochy.

Klientami Aurec Home są przede wszystkim osoby, które kupują mieszkania na własne potrzeby, pozostali to drobni inwestorzy, którzy w nieruchomości lokują swoje oszczędności. Na razie nie obserwujemy dużego zainteresowania mieszkaniami ze strony inwestorów zagranicznych, ale to się zmieni po zluzowaniu ograniczeń związanych z pandemią. Mniejsi inwestorzy zagraniczni będą bardzo zainteresowani mieszkaniami w Polsce, a więksi już szukają okazji w postaci zagrożonych biur, magazynów, czy hoteli. Moim zdaniem po pandemii inwestorzy będą mieli spory wpływ na rynek nieruchomości komercyjnych.

Tomasz Czubak, dyrektor Przygotowania Projektów Deweloperskich w Jakon

Sądzę, iż przez najbliższe 2-3 lata rynek utrzyma się na dotychczasowym poziomie. Myślę, że dochodzimy do równowagi pomiędzy popytem, a podażą. Deweloperzy rozsądniej podchodzą do wprowadzania nowych inwestycji. Strona popytowa nadal zainteresowana będzie ciekawymi lokalizacjami. Nieruchomości to nadal pewna lokata kapitału. Popyt zależny jest także od dostępności kredytów hipotecznych oraz wysokości stóp procentowych. Obecnie banki poluzowały dostęp do kredytów, co widać wśród naszych klientów. Jeśli chodzi o zmianę wysokości stóp procentowych to w analizowanym okresie nie można spodziewać się ich znaczącego wzrostu.

Małgorzata Ostrowska, dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Sądzę, że sprzedaż mieszkań w najbliższym czasie będzie lepsza niż w 2020 roku, chyba że będziemy mieli problemy z podażą, wynikające chociażby z opóźnień administracyjnych. Pomimo pandemii, rynek trzyma się zupełnie nieźle. Trzeba jednak wziąć pod uwagę dużo zmiennych, które mogą wpłynąć na sytuację, jak nowe wymogi budowlane i energetyczne, wyższe koszty realizacji inwestycji, dodatkowe podatki, Deweloperski Fundusz Gwarancyjny. Wszystko wskazuje na to, że niskie stopy procentowe i inflacja będą nadal czynnikiem stymulującym popyt, jednak obawiam się, że nie można spodziewać się zwiększonej podaży. Na decyzje administracyjne nadal deweloperzy czekają za długo. Zbyt powolne jest także uchwalanie planów miejscowych, a to wpływa na niską podaż gruntów.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Spodziewamy się, że w perspektywie najbliższych 2-3 lat popyt będzie utrzymywał się na wysokim poziomie. Zakładamy jednocześnie wysoką liczbę nowych inwestycji deweloperskich wprowadzanych na rynek. Deweloperzy bacznie obserwują zachowania zakupowe klientów i zmieniające się preferencje. Dlatego kolejne projekty będą już dostosowane do nowych potrzeb i oczekiwań klientów. Spora grupa osób nadal będzie chętnie kupować nieruchomości na cele inwestycyjne. To aktualnie jedna z najbardziej popularnych form inwestowania z uwagi na wysoką inflację oraz niskie stopy procentowe. Pieniądze pozostawione na koncie bankowym systematycznie tracą swoją wartość nabywczą.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Uważam, że polski rynek ma wciąż bardzo długą perspektywę rosnącego popytu na nowoczesne mieszkania. Poza stale utrzymującym się popytem, wynikającym z niedoboru w zaspokojeniu potrzeb mieszkaniowych, będącym głównym motorem napędowym tego rynku, równolegle rozwijać się będzie rynek najmu instytucjonalnego PRS (Private Rented Sector). Jeśli chodzi o mniejszych nabywców inwestycyjnych, dla których inwestycje na rynku mieszkaniowym są naturalną alternatywą dla lokat bankowych, to w najbliższym czasie przewidujemy dalsze wzrosty. Wynikać to będzie m. in. z wprowadzenia ujemnych stóp procentowych lokat.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu w Wawel Service

Podaż na rynku deweloperskim spada bardzo mocno przez rosnące koszty gruntów, a popyt nadal będzie sukcesywnie rósł dzięki szerokiej ofercie domów, mieszkań i lokali usługowych budowanych zgodnie z zapotrzebowaniem. Obecnie najbezpieczniejszą lokatą kapitału jest kupno mieszkania, które chroni nasze zyski. Lokowanie środków w nieruchomości to najbardziej rentowny sposób inwestowania, co jednocześnie napędza sprzedaż deweloperom.

Joanna Chojecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu na Warszawę i Wrocław w Robyg SA.

Rzeczywiście rośnie popyt inwestycyjny na rynku nieruchomości mieszkaniowych, co jest efektem zarówno zainteresowania dużych podmiotów zagranicznych, jak i zmiany aktywności inwestycyjnej Polaków, którzy przekierowują środki z lokat na inwestycje w nieruchomości. Sądzimy, że rynek nieruchomości mieszkaniowych w ciągu najbliższych 2 lat będzie się stabilnie rozwijał. Nadal popyt będzie lekko przewyższał podaż, ze względu na wymogi proceduralne i administracyjne dotyczące wprowadzania nowych inwestycji. Wzrost popytu może być także stymulowany przez nabywców lokujących swój kapitał, jednak nadal kupujący mieszkanie na własne potrzeby będą stanowić istotną część nabywców. W Polsce wciąż brakuje bowiem 2-3 mln mieszkań. Warto podkreślić, że rynek nieruchomości mieszkaniowych, ze względu na wysoką konkurencyjność i aspekty wolnorynkowe, od wielu lat utrzymuje równowagę i stabilnie się rozwija z korzyścią dla kraju i społeczeństwa.

Edyta Kołodziej, dyrektor sprzedaży i marketingu w Nickel Development

Spodziewamy się w Poznaniu dalszego, stabilnego wzrostu cen, ale tak naprawdę wiele zależy od sposobu wychodzenia gospodarki z kryzysu wywołanego pandemią. Jeśli kredyty będą relatywnie tanie i dostępne, popyt konsumpcyjny utrzyma się na wysokim poziomie. Natomiast jeśli z jakichś względów będzie spadał, spodziewamy się, że popyt inwestycyjny będzie go kompensował. Należy pamiętać też o ciągle wysokim deficycie mieszkaniowym w Polsce. Polacy muszą gdzieś mieszkać i jeśli nie będą mieszkać „na swoim“, to będą wynajmować i skorzystają na tym inwestorzy nastawieni na wynajem długoterminowy.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Przewidujemy, że rynek nowych mieszkań w najbliższych latach nadal będzie miał się dobrze. Wysoki popyt na mieszkania powinien się utrzymywać. Niskie stopy procentowe wciąż będą zachęcały do lokowania środków w nieruchomości. Niski koszt kredytu hipotecznego przełoży się na jego zwiększoną dostępność dla klientów. Dodatkowo na korzyść rynku mieszkaniowego może zadziałać wprowadzenie przez rząd bonu mieszkaniowego, który mógłby pomóc nabywcom mieszkań w pokryciu wkładu własnego w formie dopłat lub gwarancji. Oczywiście może też dojść do częściowego ograniczenia podaży, gdyż już teraz są trudności z dostępnością nowych terenów inwestycyjnych, co z pewnością przełoży się na dalszy wzrost cen mieszkań.

Autor: dompress.pl

JR HOLDING ASI S.A. inwestuje w OpenApp, fintech twórcy Frisco.pl

W dniu 14 kwietnia JR HOLDING ASI S.A. podpisał umowę inwestycyjną z OpenApp sp. z o.o., dzięki której został strategicznym inwestorem spółki. Inwestycja JRH w wysokości 5 mln zł będzie przeznaczona na wdrożenie platformy OpenApp na polskim rynku oraz dalszy rozwój jej funkcjonalności.

OpenApp to innowacyjna platforma fintech, która skraca czas składania zamówienia w sklepach online do 10 sekund, nawet przy pierwszym zamówieniu klienta. Rozwiązuje w ten sposób jedną z największych bolączek e-commerce związaną z koniecznością ciągłego wprowadzania danych przez klientów. Złożenie zamówienia wraz z płatnością odbywa się bez wprowadzania jakichkolwiek danych lub logowania się.

OpenApp to zupełnie nowe podejście do checkoutu oparte o aplikację mobilną, które rewolucyjnie upraszcza kupowanie online. Wszyscy byliśmy znużeni ciągłym wpisywaniem tych samych danych w formularzach, więc znaleźliśmy sposób, aby w praktyce zlikwidować checkout dla konsumenta w możliwie najbardziej intuicyjny sposób – tłumaczy Witold Ferenc, założyciel OpenApp.

Dzięki inwestycji w OpenApp, JRH ASI S.A. wchodzi na szybko rosnący rynek checkoutu i płatności e-commerce, którego wielkość szacowana jest obecnie w Europie na ponad 6 mld EUR.

Produkt OpenApp jest tak prosty w użyciu, że mamy przekonanie, że szybko zdobędzie serca konsumentów. Kolejne funkcjonalności, takie jak anonimowe zakupy online, dają szansę na zbudowanie nowego standardu kupowania online na całym rynku europejskim – mówi January Ciszewski, Prezes Zarządu JR HOLDING ASI S.A.

OpenApp jest obecna również na rynku e-grocery, z którego wywodzi się prezes spółki Witold Ferenc. Zbudowała platformę do kompleksowego zarządzania “ostatnią milą”, która dzięki zaawansowanym mechanizmom machine-learning pozwala na osiąganie efektywności logistyki znacznie wyższych niż u europejskich liderów rynku, np. brytyjskiego Ocado. OpenApp Grocery jest wykorzystywana przez wiodących graczy na polskim rynku e-grocery i logistyki, m.in. Frisco.pl (www.open-routing.com) .

Pierwszym inwestorem OpenApp w rundzie seed był INNOventure, krakowski fundusz zalążkowy, który inwestując środki prywatnych inwestorów, ze wsparciem mechanizmu Bridge Alfa pomaga naukowcom, wynalazcom i przedsiębiorcom w rozwijaniu projektów biznesowych opartych o wyniki prac badawczo-rozwojowych. Portfel projektów technologicznych, w których rozwój i komercjalizację zaangażowany jest fundusz, obejmuje przedsięwzięcia z obszarów takich jak innowacyjne rozwiązania w e-commerce, sztuczna inteligencja w przemyśle, a także urządzenia medyczne, farmacja i biotechnologia.

Wyważony optymizm

Wczorajsze wystąpienie Powella z Fed nie przyniosło niespodzianek i rynki pozostają w trybie zawieszenia, wyczekując silniejszych impulsów z serii danych z USA. EUR/USD w żółwim tempie podchodzi do 1,20, a EUR/PLN zatrzymał się przy 4,55. Świeżego impetu dla optymizmu związanego z odbiciem globalnego ożywienia dostarcza wyskok cen ropy naftowej.

Środa była dobrym dniem dla apetytu na ryzyko, szczególnie w przestrzeni FX, gdzie USD pozostawał na przegranej pozycji do większości walut. Silne wzrosty ryzykownych walut surowcowych AUD, NZD i NOK sugerują głód odbudowywania pozycji spójnych ze strategią reflacyjną. Spadek zapasów ropy naftowej w USA stał się też pretekstem, by wyrwać z marazmu ceny WTI. Rynek akcji pokazał mieszane wyniki, ale cofnięcie się S&P500 o 0,4 proc., kiedy dzień wcześniej indeks poprawiał rekordy, nie jest korektą wartą uwagi. Rentowności obligacji skarbowych USA podbiły nieco w górę, ale ruchy nie były na tyle duże, by wzbudzać zakłopotanie.

Ogólnie jesteśmy w fazie, gdzie albo szukane są obszary uzasadnionego zwiększania ryzyka, albo panuje wyczekiwanie na nowy pozytywny czynnik. Start nowego kwartału, w szczególności po nerwowej końcówce poprzedniego, oznacza, że inwestorzy mają pokłady niepracującego kapitału, których chcą kierować na bardziej ryzykowne rynki. Potrzeba to jedno, ale pewność wytworzenia się trwalszego trendu to drugie. Wydaje się, że w temacie trzeciej fali zachorowań cały pesymizm jest już w cenach, co przerzuca uwagę na dowody wzmacniania się aktywności gospodarczej. Mocno zdyskontowana jest też wyjątkowość ożywienia gospodarczego w USA, co odbiera paliwo do aprecjacji USD. W tym kontekście ważne jest, że wczoraj prezes Powell przypomniał, że Fed nie spieszy się z normalizacją polityki monetarnej. Zwrócił uwagę na trzy warunki, jakie gospodarka musi spełnić, aby Fed zaczął rozważać podwyżki stóp procentowych: odbudowa rynku pracy będzie w pełni zakończona (tj. stopa bezrobocia wróci do 3,5 proc.), inflacja trwale osiągnie 2 proc. i dalej będzie utrzymywać się powyżej 2 proc. przez pewien czas. Z wcześniejszej wypowiedzi szefa oddziału Fed w St. Louis J. Bullarda wiemy, że warunkiem pomocniczym jest osiągnięcie stopnia zaszczepienia społeczeństwa na 75-80 proc. To łącznie powinno stanowić ważny drogowskaz dla oceny ścieżki polityki Fed i hamować spekulacyjne zapędy dolarowych byków, którzy chcieliby obstawiać początek normalizacji dużo wcześniej.
Sądzę, że sygnały z Fed osłabiają ten filar siły USD, który wynika ze zmiany oczekiwań dotyczących stóp procentowych i trajektorii rynku obligacji. Ale trzeba pamiętać, że USD to także bezpieczna przystań, która będzie przyciągać kapitał w momentach zawirowań rynkowych. By osłabić ten filar, strategia reflacyjna musi mieć poparcie w napływających danych makro ze świata. Inaczej bez świeżego paliwa obserwowany obecnie rajd ryzyka wynikający z odreagowania marcowej korekty wkrótce się wyczerpie.

Dziś impulsów mogą dostarczyć dane z USA. W USA marzec jest miesiącem przekazania Amerykanom czeków pomocowych, co zapewni wyraźny skok sprzedaży detalicznej. Otwieranie gospodarki po okresie restrykcji dodatkowo napędzi konsumpcję. Produkcja przemysłowa wskaże na odbicie w marcu po spadkach miesiąc wcześniej wywołanych trudną pogodą. Wskaźniki koniunktury – NY Empire State i Philly Fed – prawdopodobnie dalej będą podkreślać pozytywne nastroje wśród firm dzięki poprawie popytu wewnętrznego i silnej aktywności na zewnątrz. Poza tym rynek akcji będzie żył rozpędzaniem się sezonu wyników kwartalnych.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Anwim S.A. debiutuje na Giełdzie Papierów Wartościowych

15 kwietnia 2021 r. będzie miał miejsce debiut obligacji wyemitowanych przez Anwim S.A. na rynku Catalyst prowadzonym przez Giełdę Papierów Wartościowych w Warszawie. W obieg zostanie wprowadzonych 50 tys. obligacji na okaziciela serii A o wartości nominalnej 1000 zł każda. Termin wykupu obligacji przypada na 18 grudnia 2023 r. Agentem emisji jest Bank Pekao S.A.

16 listopada 2020 r. Anwim S.A. ustanowił program emisji obligacji o wartości 150 mln zł, a 14 grudnia br. nastąpiła pierwsza emisja obligacji serii A w wysokości 50 mln zł. Obecnie, obligacje trafiają do Alternatywnego Systemu Obrotu Catalyst prowadzonego przez GPW, co pozwoli upłynnić obrót na rynku wtórnym. Fundusze pozyskane w ramach emisji zostaną przeznaczone na dalszy, dynamiczny rozwój sieci stacji paliw MOYA.

–  Wejście na rynek Catalyst sprawi, że obrót obligacjami będzie jeszcze prostszy. Zależy nam na tym, by inwestorzy mieli pełne przekonanie, że warto stawiać na Anwim i sieć stacji paliw MOYA – zarówno na rynkach finansowych, jak i gdy mają potrzebę zatankowania pojazdu. Cieszymy się, że wspólnie z nabywcami naszych obligacji przybliżamy się do naszego celu, jakim jest poziom minimum 500 stacji do końca 2024 r. – mówi Rafał Pietrasina, prezes zarządu Anwim S.A.

Anwim S.A. jest jedną z największych spółek sektora paliwowego w Polsce. Pod marką MOYA działa obecnie ponad 320 stacji paliw. Jako jedyna sieć w Polsce w swoim portfolio ma trzy typy stacji paliw: tradycyjne, obsługowe z konceptem gastronomicznym Caffe MOYA oraz przystacyjnym sklepem, automatyczne – wyłącznie dla klientów flotowych oraz samoobsługowe – MOYA express – zarówno dla klientów indywidualnych, jak i biznesowych. Wszystkie stacje działające w ramach sieci spełniają jednolite standardy obsługi i jakości. Gwarancją jakości paliwa na stacjach w barwach MOYA jest niezależny program badania paliw – TankQ.

Jak sektor produkcyjny może poradzić sobie w świecie zmienionym przez COVID? Cztery główne kierunki zmian

Trwały charakter zmian wywołanych przez COVID-19 w przemyśle produkcyjnym uwydatnił potrzebę ponownego zaplanowania operacji biznesowych, aby były bardziej przystosowane do dynamiki rynku. Współczesny biznes wymaga zdecydowanie większej wrażliwości, uwzględniając sytuację w jakiej znaleźli się klienci w erze pandemii. Procesy biznesowe muszą więc stale ewoluować, dostarczając adekwatnych rozwiązań, dlatego tak wiele przedsiębiorstw inwestuje w cyfryzację.

Oprócz transformacji cyfrowej, do najważniejszych priorytetów kadry zarządzającej w ciągu najbliższych 24 miesięcy należy zwiększenie wydajności procesów, planowanie popytu i nowe oferty usług. Tak wynika z raportu Salesforce Trends in Manufacturing Report[1], badania przeprowadzonego na podstawie 750 odpowiedzi udzielonych przez liderów z sektora produkcyjnego z całego świata.

Kluczowym aspektem odróżniającym producentów, którzy są gotowi na przyszłość, a tymi, którzy nie są przygotowani, jest zwinność biznesowa. Oznacza to cyfryzację sprzedaży i działań operacyjnych, nawiązanie silnych relacji z partnerami handlowymi oraz przyjęcie podejścia „usługi jako centrum przychodów”. Raport zawiera cztery kluczowe wskazówki dla producentów, którzy chcą jak najlepiej przygotować swoje biznesy na przyszłość.

Komunikacja z klientem ulega transformacji

Podczas gdy początkowo największy wpływ pandemii widoczny był w obszarze produkcji i dostaw to jednak znaczące zmiany zauważalne są w strefie obsługi klienta. Poza przekształceniem procesów produkcyjnych, w ciągu ostatniego roku znacząco zmieniła się także potrzeba usprawnienia marketingu i komunikacji z klientem. W celu poprawy przejrzystości, przyspieszenia procesów i usprawnienia kontaktu z klientem, przedsiębiorcy rezygnują z mało wydajnych, przestarzałych metod na rzecz bardziej innowacyjnych, niezawodnych rozwiązań. Według danych z raportu około 8 na 10 producentów uważa, że przeniesienie systemu planowania do chmury jest ważnym elementem rozwoju biznesu.

Chmura jest kluczowym sojusznikiem

Technologie chmurowe w dużym stopniu wiążą się z gotowością na przyszłość. Producenci „dobrze przygotowani” są 2,2 razy bardziej skłonni przenieść swoje systemy operacyjne i sprzedaż do chmury i 2,5 razy bardziej przychylni do pełnej migracji określonych systemów o krytycznym znaczeniu dla biznesu, takich jak systemy planowania finansowego lub popytu. Zdolność do szybkiej adaptacji do nowych możliwości, optymalizacja zasobów i skrócenie czasu uzyskania przychodów to tylko niektóre z korzyści.

Źródłem silnych partnerstw jest cyfryzacja

Łatwość prowadzenia biznesu jest ważnym wskaźnikiem sukcesu. Kluczową rolę odgrywa tu partnerstwo i współpraca z poszczególnymi kanałami. Ponad 8 na 10 producentów przyznaje, że niedostępne dane, przestarzałe narzędzia i zamknięte zespoły utrudniają im proces prognozowania. Dlatego właśnie producenci przygotowani na przyszłość podwoili wysiłki w zakresie cyfryzacji sprzedaży i operacji, aby skutecznie współpracować z partnerami handlowymi, budując silniejsze relacje w zakresie przejrzystości danych, sprzedaży i marketingu. Wraz z rozwojem biznesu, udane partnerstwo będzie także obejmować bezpieczny przepływ informacji w całym ekosystemie – od produkcji do sprzedaży.

Aby zapewnić odporność biznesu, warto rozważyć usługi posprzedażowe

Proces sprzedaży nie kończy się oczywiście z momentem zakupu. Usługi posprzedażowe, takie jak diagnostyka czy wsparcie, zyskują na znaczeniu jako wartość dodana, szczególnie dla producentów gotowych na przyszłość. Grupa ta jest również bardziej entuzjastycznie nastawiona do łączenia produktów, wsparcia, oprogramowania i innych usług w jeden model przychodów – zwany również serwicyzacją. Ogólnie rzecz biorąc, 86% producentów gotowych na przyszłość oferuje obecnie opcje serwisowania, pielęgnując ideę “usług jako centrum przychodów”. Te nowe modele biznesowe, w połączeniu z postępami w migracji systemów usługowych do chmury, sprawiły, że producenci gotowi na przyszłość zostawili w tyle swoich konkurentów.

Modele biznesowe są niezwykle ważną częścią strategii producentów w zakresie odporności. Dlatego, w miarę jak przedsiębiorstwa przygotowują się do świata po pandemii, sprawność będzie miała tutaj fundamentalne znaczenie dla sposobu prowadzenia ich działalności. W coraz większym stopniu automatyzacja zastąpi ręczne prognozowanie, a cyfryzacja sprzedaży i operacji będzie kluczowym czynnikiem decydującym o gotowości na przyszłość.

[1] https://www.salesforce.com/form/conf/industries/manufacturing/new-trends-in-manufacturing/

Szukasz taniego mieszkania w dużym mieście? Znajdziesz je, ale… na peryferiach

Część największych miast rozrasta się wolniej od okalających je miejscowości – wynika z danych GUS. W najnowszym raporcie Narodowy Bank Polski wskazuje wręcz na zmianę preferencji budujących mieszkania. Dlaczego tak się dzieje oraz gdzie taką zmianę widać najbardziej?

Według analityków Narodowego Banku Polskiego (NBP) o zmianie preferencji budujących może świadczyć fakt, że w 2020 r. wyraźnie, bo z 65% do 70% wzrósł udział pozwoleń na budowę mieszkań i domów w tzw. pozostałej Polsce. Pozostałe 30% przypadało na 16 miast wojewódzkich plus Gdynię.
Pozwolenia na budowę-2019-2020
Na gwałtowny spadek aktywności inwestorów wskazują dane GUS m.in. dla Warszawy, Wrocławia i Łodzi. Np. w stolicy mieszkań objętych pozwoleniami budowlanymi było aż o jedną trzecią mniej niż w 2019 r.!

– Najprawdopodobniej jest to skutek malejącej dostępności gruntów nadających się pod zabudowę mieszkaniową oraz niewydolności niektórych urzędów – uważa ekspert portalu GetHome.pl Marek Wielgo.

Dane NBP potwierdzają, że rozwój budownictwa mieszkaniowego w największych miastach hamują bardzo wysokie koszty zakupu i zagospodarowania gruntu. Np. w Warszawie ich udział w cenie metra kwadratowego mieszkań wzrósł w ostatnich pięciu latach z ok. 16% do 21%. Za rogatkami największych miast grunty są tańsze, a w efekcie niższe są ceny mieszkań. Nie brakuje na nie chętnych, więc lokalni deweloperzy starają się zaspokoić popyt. Wydane w ubiegłym roku pozwolenia na budowę wskazują, że w okolicach Warszawy najwięcej mieszkań powstanie w powiatach wołomińskim, piaseczyńskim i mińskim.Pozwolenia-deweloperzy-powiaty

Na uwagę zasługuje zwłaszcza powiat miński, który zyskał na atrakcyjności dzięki połączeniu z Warszawą drogą ekspresową S2 i autostradą A2. W ciągu ostatnich 10 lat deweloperzy budowali w powiecie mińskim średnio 338 mieszkań rocznie. Tylko na podstawie pozwoleń wydanych w ubiegłym roku powstanie ich przeszło trzykrotnie więcej.

Z danych portalu GetHome.pl wynika, że obecnie w Mińsku Mazowieckim trzy miejscowe firmy deweloperskie oferują mieszkania w cenie 6-6,5 tys. zł za m kw. Dla porównania, w sąsiadującej z tym powiatem warszawskiej dzielnicy Wesoła średnia cena nowych mieszkań wynosi 7,7 tys. zł za m kw.

Z kolei w okolicach Wrocławia na celownik firm deweloperskich trafiły powiaty świdnicki i oławski, bo tam GUS odnotował duży wzrost liczby mieszkań deweloperskich objętych pozwoleniami na budowę. Dla potencjalnych nabywców mieszkania we Wrocławiu ciekawą alternatywą wydaje się być oddalone o ok. 26 km miasteczko Oława. Ceny w ofercie tutejszych deweloperów sięgają 6,5 tys. zł za m kw. Dla porównania we Wrocławiu najtańszą dzielnicą jest Fabryczna, gdzie średnia cena nowych mieszkań przekracza 8,3 tys. zł za metr.

W okolicach Łodzi wzrost aktywności deweloperskiej widoczny jest zaś zwłaszcza w powiecie pabianickim, gdzie wydano pozwolenia na budowę 359 mieszkań. Rok wcześniej było ich tylko 120. W Pabianicach mieszkania na rynku pierwotnym kosztują najczęściej od 4,9 tys. do 5,5 tys. zł za m kw. Natomiast w Łodzi średnia cena metra kwadratowego wynosi ok. 7 tys. zł.

Warto też zwrócić uwagę, że w 2020 r. deweloperzy uzyskiwali pozwolenia na budowę mieszkań w miejscowościach, w których wcześniej nie budowali oni wcale lub budowali pojedyncze budynki. Spore ożywienie widoczne jest m.in. w powiatach: nyskim, łańcuckim, szczycieńskim, poddębickim czy jaworskim.
Pozwolenia-deweloperzy-powiaty1

Np. w powiecie nyskim na podstawie pozwoleń wydanych deweloperom w ubiegłym roku powstanie 680 mieszkań, czyli 2,5 razy więcej niż łącznie przez ostatnich 11 lat.

– Te dane nie uwzględniają jeszcze wpływu pandemii koronawirusa na rynek mieszkaniowy. Może się jednak okazać, że wskutek upowszechnienia się pracy zdalnej, wzrośnie popyt na mieszkania i domy w miejscowościach okalających duże miasta – komentuje ekspert GetHome.pl.

Sztuczna inteligencja wskaże firmy, w które nie warto inwestować

Przyszłość startupów jest zapisana w algorytmach. Tak przynajmniej twierdzi instytut Gartnera. Zdaniem ekspertów, najpóźniej do 2025 roku najważniejszym doradcą dla funduszy venture capital i private equity będzie sztuczna inteligencja. To SI określi czy startup rokuje, czy też nie.

Decyzje opierające się na intuicji bądź wynikające z zamiłowania do hazardowych zagrywek są codziennością w startupowym świecie. Według danych PitchBook i National Venture Capital Association, w ubiegłym roku w samych tylko Stanach Zjednoczonych, inwestorzy wydali na tamtejsze startupy zawrotną kwotę 156,2 miliarda dolarów. To 428 milionów dolarów dziennie. – Każdego dnia fundusze inwestycyjne analizują dziesiątki ofert i modeli biznesowych. To od ich decyzji zależy z jednej strony los pomysłu foudera, a z drugiej pieniądze inwestorów – mówił Wojtek Stramski CEO polskiego funduszu Deep Change Ventures i dodaje – Wszystkim wydaje się, że gdy startup utrzyma się rok, czy dwa to dalej ma z górki, a wcale tak nie jest. 90% projektów wcześniej czy później kończy się fiaskiem – zauważa inwestor.

9 na 10 startupów to klapa

Ciężko się z nim nie zgodzić, zwłaszcza że jak podaje amerykańska agencja rządowa The Small Business Administration (SBA) w 2019 roku “wskaźnik porażki” wynosił około 90%. Niepowodzenia rozłożone są na lata. W pierwszym roku co piąty ze startupów (21.5%) kończy się klapą. W drugim odsetek rośnie i sięga 30%, w piątym jest to już 50%, a dekadę po starcie z rynku znika niemal ¾ startupów (70%). Wojtek Stramski wyjaśnia, że nie powinno to nikogo dziwić, a problemem często są… fundusze inwestycyjne, które podtrzymują wiele projektów przy życiu, mimo że te nie rokują. – Wiele projektów przez długi czas żyje z ‘inwestycyjnej kroplówki”. Nie przynoszą zysków, a wsparcie pochodzi głównie od inwestorów. Model takiego finansowania powinien być zarezerwowany wyłącznie dla naprawdę przełomowych projektów, takich jak np. Spotify. Szwedzka platforma streamingu muzyki ma już ponad 150 milionów aktywnych subskrybentów… i nadal nie przynosi zysku. Natomiast dziś widzimy, że ten respirator inwestycyjny jest nadużywany. Nie możemy postawić znaku równości między twórcami zaawansowanych rozwiązań dla medycyny a firmą produkującą kolejną aplikację upiększającą zdjęcia. To tak, jakby porównać kolorowankę z epopeją narodową – kończy Stramski.

Lekiem SI

Lekarstwem na chorobę, której doświadczają fundusze inwestycyjne, będzie… sztuczna inteligencja. – Mówi się, że inwestorzy, którzy odnieśli sukces, mają dobre „przeczucie” – mówi Patrick Stakenas, starszy dyrektor ds. badań w Gartnerze i kontynuuje: – Jednak era “wewnętrznego głosu” wynikająca z osobistego doświadczenia odgrywa coraz mniejszą rolę w podejmowaniu decyzji inwestycyjnych. Do 2025 r. tradycyjny sposób prezentowania oferty ulegnie zasadniczej zmianie – zaznacza Stakenas. Analitycy Gartnera zapowiadają, że w ciągu najbliższych lat wyrocznią, która decydować będzie o być, albo nie być danego przedsięwzięcia inwestycyjnego będzie sztuczna inteligencja i Data Science.

Według instytutu Gartnera do 2025 roku ponad 75% decyzji wykonawczych funduszy venture capital i private equity będzie podejmowanych przy wsparciu sztucznej inteligencji (AI) i analizy danych. To na bazie narzędzi wykorzystujących analitykę i SI określany będzie współczynnik sukcesu danego projektu. Zdaniem Gartnera do minimum ograniczone będzie ryzyko inwestycyjnej porażki, a to pozwoli zaoszczędzić miliardy dolarów, które będzie można spożytkować w bardziej efektywny sposób, np. dofinansowując większą ilość startupów lub zwiększając sumę dotacji.

Mocno wzrosło ryzyko upadłości firm, przyspieszył też wzrost ich zaległości

Gwałtownie przyrasta liczba firm, które oceniają, że istnieje realne ryzyko zamknięcia lub upadłości ich biznesów. Gdy w październiku zeszłego roku mówiła o tym co dziesiąta firma, po upływie kolejnych 6 miesięcy, w cieniu pandemii, jest to już realna obawa co piątej. Firmy boją się o siebie, ale też o kontrahentów. Przedłużające się ograniczenia destabilizują działanie biznesu, w samym I kwartale upadło ponad dwa razy więcej przedsiębiorstw niż przed rokiem. Zaległości firm wobec dostawców i banków wzrosły w czasie pandemii o 715 mln zł, a prawie połowa z tej kwoty przypadła na początek br. – wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK.

Każdy kolejny miesiąc choćby częściowego zamrożenia gospodarki coraz bardziej szkodzi biznesowi. Konsekwencje w postaci niższych obrotów spowodowanych trudną sytuacją kolejny kwartał raportuje aż połowa firm, w tym również podmioty, które wcale nie są bezpośrednio objęte restrykcjami związanymi z COVID-19.

Narastające wycieńczenie przedsiębiorstw pokazują odpowiedzi na pytanie: Czy w ostatnich 12 miesiącach w Państwa firmie istniało realne ryzyko zamknięcia biznesu, upadłości? Gdy po 6 miesiącach pandemii twierdząco odpowiadało niecałe 11 proc. przedstawicieli mikro, małych i średnich firm, po roku jej trwania o możliwości bankructwa mówi już blisko 22 proc. ankietowanych – wynika z badań Keralla Research, zrealizowanych dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor.

upadłości firm
Źródło: badanie Keralla Research dla BIG InfoMonitor

Rosną statystyki dotyczące upadłości ogłaszanych w Monitorze Sądowym i Gospodarczym

W I kwartale br. niewypłacalność dotknęła blisko 520 firm, o niemal 120 proc. więcej w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego. W tym nieco ponad 350 upadłości zostało ogłoszonych w formie uproszczonego postępowania, bez konieczności rejestracji w sądzie.

Największą dynamikę upadłości notuje branża transportowa – przyrost o 230 proc., dalej usługi wzrost o 220 proc., rolnictwo i handel o 150 proc. W budownictwie było 80 proc. więcej przypadków niewypłacalności, a w przemyśle 35 proc.

Tak gwałtowny wzrost upadłości w transporcie nie stanowi optymistycznego prognostyku na przyszłość. Bowiem to właśnie ta branża uchodzi za barometr polskiej gospodarki. Niczym w soczewce odzwierciedlając wszystkie zjawiska i procesy zachodzące na rynku, nie tylko krajowym, ale także i zagranicznym.

Polacy masowo zawieszają też działalność firm. Tylko w pierwszych trzech miesiącach dotknęło to 49 tys. przedsiębiorstw, o 21 proc. więcej niż w I kwartale 2020 r. i o ponad 100 proc. więcej niż w I kw. 2019 r. – Szacuje się, że jeśli ten trend się utrzyma, w tym roku liczba zawieszonych działalności sięgnie rekordowego i niespotykanego poziomu od 200 do nawet 250 tys. firm. Najczęściej problem ten będzie dotykał szeroko rozumianą branż usługową – mówi Tomasz Starzyk, ekspert Dun&Bradstreet.

Transportowcy pierwsi na drodze do upadłości

Największy wzrost upadłości w I kwartale br. odnotowano w transporcie, gdzie zbankrutowało blisko 40 firm. Trudną sytuację przedstawiciele tej branży potwierdzają też w badaniu. O widmie bankructwa w cieniu pandemii mówi ponad 40 proc. przedstawicieli przedsiębiorstw zajmujących się przewozem osób i towarów, przy średniej odpowiedzi dla wszystkich branż na poziomie 22 proc. W bazach BIG InfoMonitor oraz BIK transport również się wyróżnia. Od końca marca zeszłego roku do końca lutego tego roku jego zaległości wobec dostawców i banków wzrosły o 6,6 proc. (137 mln zł) do 2,2 mld zł, a liczba niesolidnych firm o niemal 0,5 tys. do ponad 33,2 tys. W tym czasie wśród ogółu firm przeterminowane zobowiązania podwyższyły się o 2,2 proc. (0,72 mld zł) do 33,87 mld zł.

Zła sytuacja firm transportowych, to nie przypadek, a efekt drastycznego spadku produktu krajowego w wielu krajach, spadku produkcji przemysłowej i handlu, a co za tym idzie także siły nabywczej konsumentów. To wszystko przekłada się na mniejsze zapotrzebowanie na przewóz towarów. Dodatkowo pandemia mocno uderzyła też w przewóz osób. Jednocześnie wiele firm, szczególnie tych małych, w obawie o sytuację w kolejnych miesiącach, nie podejmuje zbytniego ryzyka, nie wiąże się długofalowymi umowami i nie inwestuje. Na to wszystko nakłada się problem z dostępnością kierowców.

Częściej niż ogół firm o możliwości bankructwa, wspominają też przedsiębiorstwa budowalne – 28 proc. W ciągu minionych 12 miesięcy na skraju upadłości znalazła się także niemal co czwarta firma usługowa. W handlu i przemyśle poczucie zagrożenia bankructwem było już rzadsze, dotyczyło odpowiednio 14 proc. i 12 proc. przedsiębiorstw.

Wiele jednak zależy też od wielkości firmy i liczby zleceniodawców, większe ryzyko plajty sygnalizują mniejsze firmy (28 proc.). Występuje tu również zależność od liczby kontrahentów – im firma ma ich mniej, tym prawdopodobieństwo upadłości wyższe (31 proc.), rośnie też wtedy, gdy kontrahentów jest ponad pięćdziesięciu (28 proc.). Statystyki ogłoszonych już upadłości w I kw. pokazują, że bankructwa zdarzają się najczęściej mikro, małym i średnim przedsiębiorstwom. Blisko dwie trzecie z odnotowanych upadłości dotyczyło właśnie firm, które w ostatnim roku obrachunkowym nie przekroczyły progu 50 mln zł przychodu i zatrudniały do 100 pracowników.

– Wyniki badania wyraźnie pokazują, że firmy średniej wielkości mówią o ryzyku bankructwa najrzadziej, bo w 9 proc. przypadków. I nawet gdy mają bardzo wielu zleceniodawców radzą sobie z ich zdyscyplinowaniem. W przypadku mikro i małych podmiotów jest to już spore wyzwanie. Niedopilnowywani i niemobilizowani na bieżąco do terminowego płacenia klienci stają się groźni i mogą popchnąć do upadłości – mówi Halina Kochalska, ekspert BIG InfoMonitor. – Firmy transportowe zaczęły już z tego wyciągać wnioski i coraz szybciej zgłaszają swoich niesolidnych klientów do rejestru dłużników. Wcześniej zwykle się ociągały, mimo że podmioty świadczący usługi na ich rzecz zwykle nie mają w takich sytuacjach wątpliwości – dodaje.

Powszechna obawa przed upadłością klientów

Przedsiębiorcy widzą ryzyko upadłości własnej firmy, ale ponad połowa dostrzega też rosnące prawdopodobieństwo bankructwa swoich kontrahentów.

upadłości firm 2
Źródło: badanie Keralla Research dla BIG InfoMonitor

– Do obserwowania partnerów biznesowych i ich nieudanych zmagań z rzeczywistością konieczne są mocne nerwy, bo w sumie 60 proc. przedsiębiorców ma przekonanie, że poważne kłopoty kontrahentów są niebezpieczne dla ich biznesów, bez względu na branżę, wielkość firmy czy liczbę zleceniodawców. Sytuacja jest obecnie na tyle zmienna i trudna, że szybkie działanie wobec dłużników, które zawsze jest niezwykle ważne, obecnie nabrało szczególnego znaczenia. Firmy bankrutują, wiele też ogłasza upadłość w uproszczonym trybie pozasądowym i w takich okolicznościach odzyskiwanie należności nie jest proste – mówi Halina Kochalska.

Wyzwaniem – spadek zamówień, utrzymanie płynności finansowej i kłopoty dostawców

W sytuacji, gdy sprzedaż jest dużo niższa od oczekiwań nie jest jednak łatwo zrezygnować z klienta. Listę największych wyzwań stojących przed biznesem otwiera bowiem spadek zamówień (26 proc. wskazań), ale na drugiej pozycji jest utrzymanie płynności finansowej (24 proc.). Trzecim trudnym wyzwaniem jest spadek przychodów, powraca więc wymieniony wcześniej problem mniejszego popytu i mniejszej liczby zamówień. Dalej znalazło się utrzymanie zatrudnienia (16 proc.), a także kłopoty dostawców (15 proc.). Szczególnie w tym punkcie widać na przestrzeni minionych 6 miesięcy dużą negatywną zmianę w ocenie sytuacji przez przedsiębiorców.

upadłości firm 3
Źródło: badanie Keralla Research dla BIG InfoMonitor

Przedłużająca się pandemia przekłada się też na przyspieszenie przyrostu zaległości firm wobec dostawców i banków. W okresie 11 miesięcy z COVIDEM-19 w tle, od marca ub.r. do lutego tego roku, przeterminowane zobowiązania przedsiębiorstw wzrosły o 715 mln zł do niemal 33,87 mld zł. Przy czym prawie połowa zaległości, które pojawiły się w tym czasie doszła w dwa miesiące 2021 roku. Problemy z płatnościami wobec dostawców i banków ma już blisko 324 tys. podmiotów (aktywnych, zawieszonych i zamkniętych). W okresie epidemii koronawirusa przybyło prawie 10 tys. nowych niesolidnych dłużników, z tego ponad 3 tys. w styczniu i lutym.

Badanie zrealizowane przez Instytut Keralla Research, przeprowadzane co kwartał wśród mikro, małych i średnich firm. Próba = 500, technika: wywiady telefoniczne, termin: marzec / kwiecień 2021 r.

Ebury w czołówce prognoz dla ośmiu par walutowych

W pierwszym kwartale 2021 r. Ebury najtrafniej w rankingu Bloomberga prognozowało kurs dolara amerykańskiego do korony szwedzkiej. Dodatkowo analitycy walutowi fintechu znaleźli się w pierwszej dziesiątce w rankingach poświęconym siedmiu innym parom walutowym. Ebury jako jedna z nielicznych instytucji w Polsce i w Europie dostarcza też na bieżąco przedsiębiorcom analizy wielu walut z Azji, Afryki czy Ameryki Południowej.

Ze względu na potrzeby eksporterów i importerów analitycy Ebury przygotowują prognozy walutowe zarówno dla najpopularniejszych w globalnym handlu walut, jak i dla tych istotnych z perspektywy lokalnej. Wśród tych drugich są waluty tak z rynków uznawanych wciąż za egzotyczne dla polskiego biznesu (np. brazylijski real, turecka lira czy meksykańskie peso), jak z rynków o istotnym znaczeniu dla polskich importerów i eksporterów (chiński juan, rosyjski rubel czy czeska korona).

Ebury pierwszy kwartał bieżącego roku zakończyło nie tylko pierwszym miejscem w rankingu prognoz Bloomberga dla pary dolar amerykański/korona szwedzka (USD/SEK), ale również czwartym dla pary euro/korona szwedzka (EUR/SEK).

Ponadto zespół zdobył także miejsca w pierwszej dziesiątce w rankingach analiz par dwóch innych walut G10: dolar/frank szwajcarski (USD/CHF) oraz euro/jen japoński (EUR/JPY). Analitycy firmy zajęli także drugie miejsce w przypadku czterech par walutowych z rynków wschodzących: euro/lej rumuński (EUR/RON), dolar/lej rumuński (USD/RON), dolar/meksykańskie peso (USD/MXN) oraz dolar/peso chilijskie (USD/CLP).

To kolejne wyróżnienia dla Ebury w rankingu Bloomberga po zajęciu pierwszego miejsca w ostatnim kwartale ub.r. dla kluczowej dla eksporterów i importerów pary euro/dolar amerykański. W ciągu ostatnich jedenastu kwartałów zespół analityków Ebury siedmiokrotnie zajmował jedno z dziesięciu najwyższych miejsc w zestawieniu prognoz dla EUR/USD.

Klucz do ochrony marż

Ebury obserwuje szybko rosnące zainteresowanie polskich eksporterów i importerów rozliczaniem transakcji w lokalnych walutach. Przykładowo, Szwecja była w 2020 r. dla polskich przedsiębiorców ósmym kierunkiem eksportowym i siedemnastym rynkiem dla importerów. W ostatnich dwóch latach lat sprzedaż towarów na rynek szwedzki rosła i kształtowała się na poziomie 2,8–2,9% całości polskiego eksportu, import z tego rynku to zaś ponad 1,6% całości. Rośnie w związku z tym zainteresowanie realizacją transakcji importowo-eksportowych bezpośrednio w koronie szwedzkiej.

Wiedza o kursach walut realnie pozwala na przewidywanie i zmniejszanie ryzyka walutowego, a w efekcie chroni zyski z eksportu lub importu. W ostatnich latach polscy przedsiębiorcy prowadzą międzynarodową ekspansję bez jakichkolwiek kompleksów – w tym na najodleglejsze, egzotyczne rynki. Dlatego zarówno nasze analizy, jak i powiązane z nimi nowoczesne rozwiązania do rozliczania i zabezpieczania transakcji cieszą się szybko rosnącą popularnością wśród importerów i eksporterów – komentuje Jakub Łańcucki, dyrektor zarządzający Ebury Polska.

Obecnie międzynarodową ekspansję polskich firm wspiera 25 oddziałów Ebury na całym świecie. Do tych zlokalizowanych m.in. w Hongkongu, Londynie, czeskiej Ostrawie, Düsseldorfie, Sofii, Dubaju czy Toronto dołączył niedawno oddział w brazylijskim São Paulo.