Kompap podwaja zysk netto i chce wypłacić dywidendę

Grupa Kompap SA, do której należą dwie wiodące drukarnie dziełowe w Polsce – BZGraf i OZGraf oraz drukarnia offsetowa rolowa Imprimus –  w 2020 r. wypracowała przychody ze sprzedaży w wysokości 86,68 mln zł, tj. wyższe o 1,77 mln zł w porównaniu do tych za 2019 r. Jednocześnie grupa podwoiła zysk netto – do 5,69 mln zł w 2020 r. z poziomu 2,81 mln zł notowanego rok wcześniej. Wypracowany zysk spółka chce przeznaczyć m.in. na wypłatę dywidendy w wysokości 50 gr za akcję. Na ten rok Kompap planuje rozwój sprzedaży w Polsce i za granicą oraz dalszą poprawę wyników, m.in. poprzez inwestycje w nowoczesny park maszynowy, pozyskiwanie wysokomarżowych zleceń oraz szkolenia pracowników.

– Podsumowanie roku 2020 r. wypada bardzo korzystnie, chociaż pandemia dotknęła także naszą grupę. W największym stopniu, bo aż o 40% w kwietniu i w maju spadły na skutek lockdown przychody naszej białostockiej spółki, BZGraf. Z kolei spółka Kompap zanotowała w czerwcu i lipcu 17-procentowy spadek sprzedaży. W kolejnych miesiącach udało się nam jednak odrobić te straty, a nawet przekroczyć poziom przychodów z poprzedniego roku. Złożyły się na to wzrosty sprzedaży zarówno w Polsce, jak i za granicą. W skali grupy nasz eksport w minionym roku wzrósł aż o 28% – komentuje Waldemar Lipka, prezes zarządu Kompap SA.

Co istotne, w 2020 r. mimo wzrostu przychodów grupa Kompap zmniejszyła koszty własne (o 221 tys. zł) oraz inne kategorie kosztów, w tym ogólnego zarządu (o ponad 900 tys. zł). Te działania wraz z optymalizacją zakupu surowca i innych procesów zarządczych przełożyły się na bardzo duży wzrost rentowności – grupa zwiększyła wynik EBITDA o 33% r/r do 14,02 mln zł oraz zysk netto o 102% r/r – do 5,69 mln zł. Jednocześnie wskaźnik rentowności netto wyniósł po 12 miesiącach ubiegłego roku 6,56% wobec 3,31% rok wcześniej. Grupa poprawiła też płynność, wskaźniki zadłużenia oraz zmniejszyła poziom kredytów. Wskaźnik długu netto do EBITDA wyniósł w grupie Kompap na koniec 2020 r. 2,4 w porównaniu do roku 2019, kiedy to wartość tego wskaźnika wynosiła 4,2. Wobec tak dobrych wyników i optymistycznych perspektyw w branży wydawniczej, mającej duże znaczenie dla działalności grupy, mimo pandemii zarząd Kompapu zarekomendował przeznaczenie części zysku netto na wypłatę dywidendy – po 50 gr na akcję. Byłaby to już trzecia, a jednocześnie najwyższa w historii spółki, wypłata dywidendy. Kompap wypłacał także dywidendę w roku 2020 w wysokości 39 gr oraz w roku 2016 w wysokości 20 gr.

W 2021 r. Kompap zamierza dalej zwiększać sprzedaż oraz pracować nad rentownością. Z myślą o tym unowocześnia swój park maszynowy w drukarniach w Olsztynie, Białymstoku i Laskowicach. W minionym roku spółka kupiła m.in. maszynę poligraficzną Uniplex za 2,5 mln zł do drukarni w Olsztynie. W tym roku chce wydać na inwestycje ok. 9 mln zł.

– Planujemy kolejne zakupy specjalistycznych urządzeń, dzięki którym będziemy mogli drukować szybciej i wydajniej nie tylko popularne formaty książek oraz akcydensów, ale i realizować na dużą skalę nietypowe zamówienia, w niestandardowych oprawach czy rozmiarach. Właśnie takimi możliwościami, wysoką jakością oraz terminowością przyciągamy nowych znaczących klientów z Polski i z zagranicy. Zwłaszcza ci ostatni, odkąd pandemia przerwała łańcuchy dostaw między Europą a Chinami, chętniej wybierają solidnych wykonawców z naszego kontynentu, takich jak drukarnie Kompap. Biorąc pod uwagę wszystkie te elementy oraz trendy na rynku wydawniczym, który świetnie radzi sobie także w czasach pandemii, liczymy na kolejny udany rok – mówi prezes spółki.

W przyszłości do wyników grupy w coraz większym stopniu będzie też kontrybuował najnowszy nabytek akwizycyjny, czyli laskowicka drukarnia, która przez ostatnie lata była integrowana ze spółką Kompap.

Z sukcesem zakończyliśmy już proces restrukturyzacji drukarni w Laskowicach, przejętej jako spółka Imprimus pod koniec 2017 roku. Biznes przynoszący wielomilionowe straty zaczął już wypracowywać zyski po pełnej integracji z Kompap w 2019. W związku z pandemią zdecydowaliśmy się wstrzymać te procesy w odniesieniu do naszych spółek w Olszynie i Białymstoku. Ten projekt pozostaje aktualny, będziemy go jednak finalizować po uspokojeniu pandemii. Już teraz korzystamy jednak z synergii zakupowych wynikających z działania w dużej grupie poligraficznej – wyjaśnia Waldemar Lipka.

Drukarnie grupy Kompap w Olsztynie i Białymstoku należą do największych w kraju zakładów poligraficznych w zakresie produkcji dziełowej. Obsługują renomowane wydawnictwa z Polski (m.in. Publicat, Powergraph, Znak, Marginesy, Dwie Siostry, C.H. Beck, Firma Księgarska Olesiejuk, PWN,  Egmont Polska, Burda czy Zwierciadło) oraz z zagranicy (np. Lantarn Publisher, Vigmostad & Bjorke), w tym z Niemiec, Wielkiej Brytanii, Francji, Holandii, Hiszpanii, Czech czy krajów skandynawskich. Kompap drukuje także w Laskowicach materiały dla firm, w tym wielu banków i dużych koncernów, jak PZU, Tauron czy Energa, a także instytucji takich jak ministerstwa, NFZ, ZUS, KRUS.

TenderHut 20 kwietnia zadebiutuje na NewConnect

Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie wyznaczyła 20 kwietnia 2021 r. jako pierwszy dzień notowań akcji TenderHut SA na parkiecie NewConnect. Akcje spółki w systemie notowań ciągłych będą obecne pod nazwą skróconą „TENDERHUT” i oznaczeniem „THG”. Do alternatywnego systemu obrotu na rynku NewConnect zostały dopuszczone akcje zwykłe na okaziciela serii B1 (1 010 509) i C1 (3 342).

TenderHut to technologiczna grupa kapitałowa, która prowadzi działalność w trzech liniach biznesowych: outsourcing, wdrażanie systemów laboratoryjnych oraz venture building. W obszarze outsourcingu spółka rozbudowuje i umacnia swoją pozycję poprzez spółki SoftwareHut (systemy IT),  ExtraHut (UI/UX/design), ProtectHut (cyberbezpieczeństwo) oraz LegalHut (doradztwo prawne dla sektora IT). Sektor laboratoryjny reprezentowany jest przez spółki zależne Solution4Labs (wdrożenia LIMS) i Holo4Labs (Mixed Reality w laboratoriach). W sektorze venture building spółka rozwija startupy z sektora PropTech/WorkTech – Zonifero, MedTech – Holo4Med i EduTech – Grow Uperion.

– Nie możemy się już doczekać naszego debiutu giełdowego. Przygotowujemy się do niego już od kilku lat. Status spółki publicznej to dla nas długo wyczekiwany prestiż i powód do dumy. Kluczowa jest dla nas transparentność w działalności i przyzwyczajamy do tego naszych inwestorów. Od lat publikujemy wyniki finansowe na naszej stronie internetowej i informujemy o wszystkich kluczowych wydarzeniach w social mediach. Dlatego myślę, że bez problemu sprostamy obowiązkom informacyjnym i dobrym praktykom panującym na NewConnect – mówi Robert Strzelecki, prezes zarządu TenderHut SA.

Pandemia COVID-19 spowodowała, że osiągnięte przez Grupę TenderHut w okresie 12 miesięcy 2020 roku wzrosty wyników finansowych prowadzonej działalności były niższe, niż wcześniej zakładano. Pomimo tego, wartość przychodów netto ze sprzedaży produktów, towarów i materiałów w 2020 roku wzrosła do poziomu 46,11 mln zł, tj. o 23% w porównaniu do roku poprzedzającego. Zdecydowanej poprawie uległ również wskaźnik EBITDA, który za 2020 rok wyniósł 8,8 mln zł, co oznacza wzrost o 94% w stosunku do roku poprzedniego.

W zakres 6-letniej działalności i rozwoju firmy wchodzą: przejęcia lokalnych firm IT wraz z pracownikami, otwarcie 8 centrów developerskich w kraju (Białystok, Poznań, Przemyśl, Olsztyn, Szczecin, Warszawa, Wrocław, Gdynia), 10 polskich spółek zależnych i 5 zagranicznych (100%: Chiny, Dania, USA, udział mniejszościowy: Szwecja, Niemcy), oraz 9 przedstawicielstw sprzedażowych za granicą (Dania, Szwecja, Norwegia, Irlandia, Wielka Brytania, Szwajcaria, Niemcy, USA, Francja).

Grupa CDRL podsumowuje 2020 rok

Grupa CDRL, właściciel marki Coccodrillo oraz Buslik w 2020 roku odnotowała stratę w wysokości 41,7 mln zł, podczas gdy w 2019 roku osiągnęła zysk na poziomie 11,5 mln zł. Przychody ze sprzedaży w minionym roku wyniosły 405,6 mln zł czyli o 21 proc. mniej niż rok wcześniej. EBITDA w 2020 roku wyniosła 25,7 mln zł i jest niższa niż poprzednim roku o 52 proc.

Na wysokim poziomie utrzymały się przepływy pieniężne z działalności operacyjnej – w 2020 roku wyniosły 71 mln względem 33,6 mln zł, co oznacza wzrost o 111 proc. Przepływy pieniężne netto wyniosły niemal 3 mln zł i jest to jest to nieznacznie więcej niż rok wcześniej.

Uważamy, że wyniki, które spółka osiągnęła na poziomie operacyjnym są zadawalające. To zasługa poczynionych oszczędności oraz wzrostu sprzedaży e-commerce. Miniony rok był trudny dla całej branży. Niepewne nastroje konsumentów, a także obowiązujące przez większość roku ograniczenia w handlu nie pozostały bez wpływu na wyniki Grupy CDRL– mówi Marek Dworczak, prezes CDRL.

Na wynik netto odnotowany w 2020 roku istotny wpływ miały odpisy z tytułu utraty wartości środków trwałych i wartości niematerialnych wynikających z przeprowadzonych testów na utratę wartości udziałów w spółkach zależnych na łączną kwotę 23,9 mln zł. W kwietniu br. trzy spółki zależne, zajmujące się prowadzeniem salonów Coccodrillo, głównie w centrach handlowych zdecydowały o rozpoczęciu procesu restrukturyzacji. – Dążymy do zmniejszania kosztów działalności, a restrukturyzacja powinna nam w tym dodatkowo pomóc i w długim terminie korzystnie wpłynąć na wyniki finansowe – dodaje Dworczak.

Rekordowym zainteresowaniem cieszy się sprzedaż za pośrednictwem kanałów e-commerce grupy CDRL. Obrót z zamkniętych sklepów stacjonarnych, częściowo przeniósł się do sklepu internetowego. Spółka koncentruje się na umacnianiu pozycji swoich sklepów internetowych, a także poszerzaniu dostępności produktów w sieci.

Rynek e-commerce wciąż wzrasta i niezależnie od tego ile jeszcze pandemia będzie trwać, zmiana nawyków zakupowych i przenoszenie handlu do Internetu to trend, który zostanie z nami na stałe. Mając na uwadze powyższe, wdrażamy nowe rozwiązania technologiczne i nowe kanały sprzedaży. W ostatnich miesiącach uruchomiliśmy rumuńską i ukraińską wersję sklepu internetowego, od niedawna ubrania Coccodrillo dostępne są również za pośrednictwem platformy Allegro – komentuje Tomasz Przybyła, wiceprezes CDRL.

Ovid Works z sukcesem zakończył prywatną emisję akcji pozyskując 2,2 mln zł

Ovid Works, notowane na NewConnect niezależne studio gamingowe z Warszawy, z sukcesem zakończył prywatną emisję akcji. Inwestorzy nabyli 966 tys. akcji, stanowiących blisko 10 proc. kapitału. W emisji wziął udział m.in. Rockbridge TFI. Pozyskany kapitał zasili budżety produkcyjne aktualnie realizowanych projektów.

Z sukcesem udało nam się zakończyć emisję i pozyskać 2,2 mln zł, które przeznaczymy na rozwój i dokapitalizowanie bieżących projektów. Cieszę się, że w akcjonariacie pojawili się również nowi profesjonalni inwestorzy, a także prywatne osoby związane z branżą. Tacy inwestorzy są dla nas niezwykle cenni, gdyż oprócz gotówki będziemy mogli liczyć na ich wsparcie, doświadczenie oraz kontakty. – komentuje Jacek Dębowski, prezes zarządu Ovid Works.

Subskrypcja prywatnej emisji akcji serii D zakończyła się 2 kwietnia br. Akcje zostały objęte przez 4 osoby fizyczne, w tym jednego pracownika Spółki oraz dwa podmioty prawne w tym m.in. Rockbridge TFI po cenie emisyjnej 2,30 zł.

Po zakończeniu prywatnej emisji akcji dwaj członkowie zarządu i założyciele Ovid Works – Jacek Dębowski oraz Jacek Chojecki sprzedali łącznie 290 akcji po cenie 2,1 zł inwestorowi prywatnemu związanemu z branżą gamingową.

Ovid Works aktualnie pracuje nad grą Nemesis. Będzie to wyjątkowy multiplayer, inspirowany hitową grą planszową autorstwa Awaken Realms, który będzie także wydawcą gry wideo. Jednocześnie Spółka pracuje nad „Falling Star”, sequelem gry Interkosmos, przeznaczonym głównie na urządzenia VR. Zakończone zostały już prace nad strukturą rozgrywki wieloosobowej, teraz studio pracuje nad elementami typu single player.

Pandemia wymówką dla nieuczciwych kontrahentów

Prawie 80 proc. przedsiębiorstw z sektora MŚP zauważyło, że w czasie pandemii wzrosła liczba nieetycznych zachowań ze strony kontrahentów. Nieterminowe wywiązywanie się z umów i zobowiązań oraz próby usprawiedliwiania swoich zaniedbań i błędów koronawirusem to ich najczęstsze grzechy – wynika z badania Rzetelnej Firmy i Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej. Jednocześnie aż trzy czwarte polskich przedsiębiorców stoi na stanowisku, że od uczciwości w biznesie nie ma wyjątków.

Założenie, że firma może postępować nieuczciwie w wyjątkowych sytuacjach, takich jak np. pandemia, przekłada się na wzrost nierzetelności – pokazują wyniki badania „Rok biznesu w pandemii”, przeprowadzonego w marcu br. przez Instytut MANDS na zlecenie Rzetelnej Firmy i Krajowego Rejestru Długów. Aż 78 proc. polskich firm doświadczyło tego w ostatnim czasie na własnej skórze i zdecydowana większość (80 proc.) z nich wskazuje, że nieuczciwe praktyki nasiliły się właśnie w czasie pandemii. Najczęściej wiązały się one z nieterminowością, czy to w kwestii płatności (35 proc. wskazań), czy realizacji umów (30 proc.). 3 na 10 przedsiębiorców spotkało się też z próbą usprawiedliwiania pandemią błędów czy zaniedbań przez kontrahenta.

Pandemia służy jako wygodna wymówka kontrahentom, którzy z różnych powodów, niekoniecznie związanych z sytuacją epidemiologiczną, są nieuczciwi. Dodatkowo wodą na młyn jest dla nich brak reakcji ze strony samych przedsiębiorców. Okazuje się bowiem, że firmy, które doświadczyły nieuczciwości ze strony partnerów, rzadko decydują się na zerwanie z nimi współpracy. Tylko co trzecia firma nie toleruje takich praktyk i rozwiązuje stosunki z niesłownym partnerem biznesowym. Taka postawa powoduje, że wielu kontrahentów pozwala sobie na działania, które w normalnej sytuacji byłyby nie do zaakceptowania – wskazuje Andrzej Kulik, ekspert Rzetelnej Firmy.

Z jakimi nieuczciwymi zachowaniami ze strony kontrahentów firma spotkała się w czasie pandemii?
Niepłacenie w terminie 35%
Nieterminowe wywiązywanie się z umów i zobowiązań 30%
Usprawiedliwianie swoich błędów i zaniedbań pandemią koronawirusa 30%
Niedbałe wywiązywanie się z umów i zobowiązań 20%
Oszukiwanie na jakości usługi lub produktu 17%
Podnoszenie cen w trakcie lub na koniec umowy 16%
Niestosowanie się do obostrzeń wynikających z pandemii 14%
Ukrywanie dodatkowych kosztów związanych z usługą lub produktem 13%
Utrudnianie kontaktu lub przepływu informacji 13%
Niewywiązywanie się z umów i zobowiązań 11%
Podawanie nieprawdziwych lub niepełnych informacji o usłudze/produkcie 8%
Łamanie prawa i przepisów pracy 6%
Prowadzenie szkodliwej dla środowiska działalności 3%
Inna odpowiedź 0,2%
Nasza firma nie spotkała się z nieuczciwymi zachowaniami ze strony kontrahentów 22%
Źródło: Badanie Rzetelnej Firmy i KRD „Rok biznesu w pandemii”. Pytanie wielokrotnego wyboru

Uczciwość nie zawsze na pierwszym planie

Jednocześnie większość, bo 74 proc. przedsiębiorców z sektora MŚP, zgodnie przyznała, że nie ma sytuacji, w których firma może zrezygnować z bycia uczciwą. Pozostali dopuszczają jednak wyjątki od tej reguły. W tym przypadku, nieuczciwość najczęściej rodzi nieuczciwość. Dla 15 proc. przedsiębiorców działanie nie fair kontrahenta stanowi furtkę do tego, by samemu też stosować takie metody. Dla blisko co dziesiątego respondenta usprawiedliwieniem nieuczciwych działań jest także sytuacja kryzysowa, jak załamanie gospodarki czy pandemia. Dodatkowo, niecałe 7 proc. dopuszcza je również w przypadku konieczności ratowania firmy przed upadłością w obliczu koronakryzysu. Kolejne 5 proc. zdecydowałoby się na nieetyczne postępowanie, gdyby firma mierzyła się z kiepską sytuacją finansową, niezależnie od czynników zewnętrznych.

Nasze obecne badanie pokazuje, że wraz z rozwojem koronakryzysu mnożą się nieuczciwe działania w biznesie. Dla porównania, ponad pół roku wcześniej nieetyczne praktyki wśród swoich kontrahentów w pandemii zauważała co czwarta firma z sektora MŚP.[1] Obecnie skarży się na to już blisko 80 proc. firm. Widać więc, że niezdrowe zjawisko się nasila, a w efekcie szkodzi ono całej polskiej gospodarce – zauważa Adam Łącki, prezes Krajowego Rejestru Długów.Pandemia wymówką dla nieuczciwych kontrahentów 2

Dobrego kontrahenta poznaje się w biedzie

W pandemii część przedsiębiorców próbuje wykorzystać sytuację i traktuje koronakryzys jako pretekst do niewywiązywania się ze swoich zobowiązań. Jak zwracają uwagę autorzy badania, jest też druga strona medalu. W tych trudnych czasach wiele firm postanowiło wesprzeć swoich partnerów biznesowych.

Blisko 60 proc. przedsiębiorców z sektora MŚP w czasie pandemii spotkało się z wyjątkowo etyczną postawą swoich kontrahentów. Co piąty docenił ich dbałość o bezpieczeństwo pracowników. 19 proc. mogło skorzystać z ich wiedzy i doświadczenia. Kolejne kilkanaście procent przedsiębiorstw doceniło w zachowaniu kontrahentów wyrozumiałość i skłonność do wydłużania terminów płatności bądź rozkładania ich na raty. To pocieszające wieści, bo wspólne rozwiązywanie problemów jest zawsze lepsze niż uciekanie się do nieuczciwych praktyk – dodaje ekspert Rzetelnej Firmy.

Prawie połowa przedsiębiorstw, które skorzystały z pomocnej dłoni swoich kontrahentów, wskazała też, że w porównaniu do czasu przed pandemią przybyło etycznych i wykraczających poza zwykłą uczciwość zachowań innych firm. Natomiast 17 proc. obserwuje, że takie gesty pojawiają się rzadziej.

Z jakimi wyjątkowo etycznymi, wykraczającymi poza zwykłą uczciwość zachowaniami kontrahentów firma spotkała się w czasie pandemii
Wyjątkowa dbałość o bezpieczeństwo pracowników w czasie pandemii 22%
Dzielenie się wiedzą i doświadczeniem w radzeniu sobie z problemami wynikającymi z pandemii 19%
Wyjątkowa wyrozumiałość względem naszej firmy (terminowości/usług/produktów) 16%
Skłonność do wydłużania terminów płatności bądź rozkładania płatności na raty 14%
Wprowadzenie udogodnień/zmian w umowie ze względu na zmiany wywołane pandemią 13%
Wprowadzenie dodatkowych opcji kontaktu/oferty/produktu, aby dostosować się do nowych potrzeb, zaistniałych z powodu pandemii 10%
Działalność charytatywna (np. zapomoga dla szpitali, zniżki dla personelu medycznego) 8%
Pomoc finansowa dla naszej firmy 5%
Nasza firma nie spotkała się z wyjątkowo etycznymi, wykraczającymi poza zwykłą uczciwość zachowaniami kontrahentów 40%
Źródło: Badanie Rzetelnej Firmy i KRD „Rok biznesu w pandemii”. Pytanie wielokrotnego wyboru

 

Badanie „Rok biznesu w pandemii” zostało przeprowadzone przez MANDS w marcu 2021 r. na zlecenie Rzetelnej Firmy i Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej. Objęło grupę 500 firm z sektora MŚP, w tym: mikro (zatrudniające 3-9 osób), małe (10-49) i średnie przedsiębiorstwa (50-249). Technika badawcza: CAWI.

[1] Badanie na zlecenie Krajowego Rejestru Długów BIG SA „Nieetyczne zachowania firm podczas pandemii”, sierpień 2020 r.

Biedronka wzmacnia promocję świeżych produktów od polskich dostawców. Polskie towary odpowiadają za ponad 90 proc. sprzedaży mięs i ryb

– Pandemia koronawirusa powoduje perturbacje gospodarcze. Dzięki zwiększeniu sprzedaży polskich produktów wspieramy krajową gospodarkę – mówi Arkadiusz Mierzwa, dyrektor ds. komunikacji sieci Biedronka. Największa w Polsce sieć handlowa od ponad 25 lat stale i konsekwentnie bazuje na współpracy z krajowymi rolnikami i dostawcami. W ubiegłym roku sprzedała 93 proc. mięs, niemal 100 proc. ryb i 67 proc. warzyw i owoców pochodzących od polskich firm. W kwietniu sieć prowadzi akcję promującą rodzimych dostawców, skierowaną do wszystkich, którzy mają w portfelu kartę Moja Biedronka.

Największa sieć handlowa w Polsce stawia mocny akcent na współpracę z lokalnymi, krajowymi dostawcami i rolnikami. Widać to też w wynikach sprzedaży. W 2020 roku wśród produktów świeżych Biedronka sprzedała aż 99,9 proc. ryb, 93 proc. mięsa oraz 67 proc. owoców i warzyw pochodzących właśnie od polskich dostawców.

 Jabłka, gruszki, marchewki czy ziemniaki są polskie. Jednak mamy też owoce egzotyczne, które z powodów klimatycznych nie są możliwe do uprawy w Polsce, a niektóre z odmian owoców i warzyw mogą być uprawiane tylko sezonowo, a nie przez cały rok. Dlatego ten udział krajowych warzyw i owoców w całości sprzedaży jest nieco niższy, ale wciąż na wysokim poziomie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Arkadiusz Mierzwa, dyrektor ds. komunikacji sieci Biedronka.

Jak deklaruje, sieć systematycznie działa na rzecz zwiększania sprzedaży produktów od krajowych dostawców. Temu ma służyć uruchomiona właśnie akcja Kupuj Świeże Polskie Produkty, która potrwa do końca kwietnia. Jest ona skierowana do posiadaczy karty Moja Biedronka, którą ma już ponad 10 mln Polaków.

– W ramach tej akcji od 15 kwietnia do końca miesiąca wszystkim klientom, którzy są posiadaczami karty Moja Biedronka, będziemy zliczali wartość ich zakupów przeznaczonych na świeże polskie produkty – czyli mięso, ryby, owoce i warzywa. Każdy klient, który w tym dwutygodniowym okresie wyda na polskie produkty 499 zł, otrzyma voucher o wartości 99 zł do wykorzystania w maju na dowolne zakupy, poza standardowymi wyłączeniami – tłumaczy dyrektor ds. komunikacji sieci Biedronka.

Wartość zakupów będzie sumowała się na karcie Moja Biedronka, będzie też drukowana na paragonach podczas zakupów. Voucher będzie można wykorzystać jednorazowo na zakupy z całego asortymentu Biedronki. Jak podkreśla Arkadiusz Mierzwa, do promocji będą się wliczać wyłącznie ryby, mięso czy owoce i warzywa z Polski.

– To jest oferta, którą chcemy zachęcić naszych klientów, żeby dokładnie sprawdzali na produktach kraj pochodzenia, żeby w pewien sposób preferowali i premiowali w swoim koszyku zakupowym te towary, które będą miały znaczek Produkt Polski. To jest szczególnie istotne właśnie w kategorii produktów świeżych, które stanowią większość naszego codziennego koszyka zakupowego – mówi.

Startująca właśnie akcja to niejedyna forma wsparcia Biedronki dla krajowych producentów.

– Podejmujemy też wiele innych działań, które mają promować polskie produkty wśród naszych klientów. To z jednej strony edukacja, a z drugiej działania stricte promocyjne, które w sposób komercyjny mają zachęcić klientów do ich zakupu – mówi Arkadiusz Mierzwa.

Jedną z takich akcji była kampania Kupuj Co Polskie, która wystartowała w sierpniu ub.r. i trwa do dziś. Przez osiem miesięcy klienci Biedronki wsparli gospodarkę zakupami polskich produktów o wartości ponad 23,6 mld zł.

– Ta wartość jest porównywalna ze środkami budżetowymi przeznaczanymi przez nasz kraj na niektóre ważne dziedziny życia – wyjaśnia dyrektor ds. komunikacji korporacyjnej JMP. – W ramach tej akcji każdemu klientowi pokazujemy na paragonie, jaka część i jaka dokładna kwota z jego zakupów została przeznaczona na produkty wytworzone w Polsce albo takie, które dodają wartość do krajowej gospodarki

Kiedy rozpoczęła się pandemia COVID-19, Biedronka ogłosiła program „Czas na wspieranie małych producentów” i zaoferowała im możliwość współpracy. W efekcie ok. 200 produktów od 140 małych, lokalnych dostawców – znanych dotąd tylko regionalnie – trafiło na półki jednej z największych sieci handlowych w Polsce, co pomogło im w zachowaniu miejsc pracy i utrzymaniu biznesów. Z początkiem tego roku Biedronka wprowadziła też specjalne stanowisko kupców lokalnych owoców i warzyw, którzy poszukują mniejszych rodzinnych gospodarstw rolnych i nawiązują z nimi bezpośrednią współpracę.

– Biedronka ma ponad 3 tys. sklepów w całej Polsce, które każdego dnia odwiedza ok. 4 mln klientów. Przez to mamy kontakt z większością Polaków. W skali miesiąca niewątpliwie większość z nich odwiedzi sklep Biedronka. Dlatego promocja polskich produktów, namawianie do patriotyzmu konsumenckiego i do tego, żeby dokonując zakupów, przy okazji zadbali o krajową gospodarkę, to jest wsparcie niebagatelne. Zwłaszcza że pandemia koronawirusa wywołała pewne perturbacje gospodarcze – wyjaśnia Arkadiusz Mierzwa.

Obroty hazardu online w szarej strefie znacząco wzrosły. W ciągu ostatnich czterech lat zwiększyły się o 9 mld zł

W Polsce prawie połowa obrotów na rynku hazardu online ma miejsce w szarej strefie. Jej procentowy udział w ostatnich latach spadał – z ponad 76 proc. w 2016 roku do blisko 47 proc. w ubiegłym roku. Mimo to obroty w szarej strefie rosną jednak z każdym rokiem i w tym okresie zwiększyły się o 9 mld zł. W ciągu tych czterech lat łączna strata Skarbu Państwa z tytułu nieodprowadzonego podatku od gier wyniosła ponad 2 mld zł – wynika z szacunków firmy doradczej EY. Eksperci wskazują, że w Polsce rynek hazardowy wciąż ma spory potencjał wzrostu, dlatego w kolejnych latach trzeba się też spodziewać rozwoju szarej strefy. Jej ograniczenie nie będzie możliwe bez odpowiednich działań ze strony państwa i krajowych regulatorów.

Porównując polski rynek gier hazardowych z innymi krajami UE, widzimy, że jego potencjał dalszego wzrostu jest bardzo duży. Dotyczy to zwłaszcza kanału online, który rozwija się najbardziej dynamicznie nie tylko w Polsce, lecz także w innych krajach – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Marek Rozkrut, partner i główny ekonomista EY w Polsce.

Objęcie internetowych kasyn monopolem państwa, zakaz turniejów pokera online czy możliwość obstawiania meczów tylko u tych podmiotów, które mają licencję Ministerstwa Finansów – to jedne z głównych założeń wprowadzonej w 2009 roku i gruntownie znowelizowanej w 2016 roku ustawy hazardowej. Mimo że zgodnie z polskimi przepisami część gier jest zakazana, międzynarodowe podmioty działające w szarej strefie umożliwiają graczom udział w rozgrywkach niedostępnych na legalnym rynku. W ich rękach znajduje się prawie połowa (46,7 proc.) obrotów na rynku hazardu online – oszacowali eksperci EY w najnowszym raporcie. W ubiegłym roku legalnie działająca branża hazardu online wygenerowała obroty na poziomie 14,4 mld zł. Dla porównania w tym czasie wielkość obrotów w szarej strefie sięgnęła 12,6 mld zł. Co ciekawe, w 2016 roku szara strefa na rynku gier hazardowych online odpowiadała za 76,5 proc. obrotów.

Z jednej strony szacunki – zarówno nasze, jak i zewnętrznych podmiotów – wskazują na spadek udziału szarej strefy w całkowitej wartości rynku hazardowego online w ostatnich latach. Z drugiej strony ten spadek wcale nie oznacza, że wartość hazardu online w szarej strefie maleje w ujęciu absolutnym. Przeciwnie, nasze oszacowania pokazują istotny wzrost w tym zakresie – mówi dr Marek Rozkrut.

Obowiązująca od czterech lat nowelizacja ustawy hazardowej wprowadziła nowe narzędzia przeciwdziałania szarej strefie, lecz nie rozwiązała całkowicie problemu.

Jeszcze w 2016 roku obroty wygenerowane w szarej strefie wyniosły 3,5 mld zł. W ubiegłym roku było to już 12,6 mld zł, a więc o ponad 9 mld zł więcej. Natomiast w ujęciu przychodów netto, zdefiniowanych jako różnica między przychodami operatorów ze sprzedaży gier hazardowych i wypłaconymi wygranymi, szara strefa wzrosła z 0,3 mld zł w 2016 roku do 1,1 mld zł w 2020 roku. Szczególnie niepokoi to, że wzrost wydatków w szarej strefie odnotowywany jest nie tylko w ujęciu nominalnym, ale również w relacji do całkowitych wydatków polskich gospodarstw domowych. To oznacza, że coraz większa część naszego domowego budżetu trafia do kieszeni nielegalnych operatorów, zazwyczaj działających za granicą – podkreśla partner i główny ekonomista EY w Polsce.

Pomiędzy 2016 a 2020 rokiem obroty szarej strefy w branży hazardu online wzrosły aż o ponad 9 mld zł. Każdego roku budżet państwa traci przez to setki milionów złotych z tytułu CIT, PIT i nieodprowadzonego podatku od gier. Tylko na tym ostatnim strata Skarbu Państwa w 2020 roku sięgnęła 594 mln zł. Z kolei łączna strata w ciągu czterech lat to ponad 2 mld zł – pokazują oszacowania EY oparte na specjalnie przygotowanym, autorskim modelu ekonometrycznym. Dla porównania za 2020 rok do budżetu państwa z tytułu podatku od gier legalni bukmacherzy wpłacili ponad 800 mln zł.

Tu oczywiście nasuwa się pytanie: skoro szara strefa rośnie, to z czego wynika spadek jej udziału w całkowitej wartości rynku? Odpowiedź brzmi: z jeszcze silniejszego wzrostu rynku legalnego, do którego w ostatnich latach przyczyniły się m.in. korzystne zmiany w polskim prawie. Mimo to nie powstrzymały one równoczesnego wzrostu szarej strefy, dlatego niewątpliwie potrzebne są dalsze działania, które będą przeciwdziałać temu procederowi – wskazuje dr Marek Rozkrut.

To m.in. skuteczniejsze blokowanie stron internetowych i płatności na rzecz nielegalnie działających zagranicznych podmiotów. O takie działania od lat apeluje legalna część branży hazardowej, której także szkodzi nieuczciwa, działająca bez zezwoleń konkurencja.

Przedstawiciele legalnie działającej części branży podkreślają, że skuteczność obecnie funkcjonujących w Polsce mechanizmów, które mają uniemożliwiać graczom dostęp do usług świadczonych nielegalnie, wciąż jest niestety niewystarczająca. Potrzebne są dalsze działania, które zwiększyłyby efektywność administracji państwa i w ten sposób ograniczyłyby pole do prowadzenia nielegalnej działalności na rynku gier hazardowych online – ocenia ekspert EY.

Amerykański inwestor szuka w Katowicach nowych pracowników, głównie z branży IT. Chce w tym roku potroić zatrudnienie w swoim centrum badawczo-rozwojowym

0

Katowice znajdują się w pierwszej piątce najatrakcyjniejszych lokalizacji inwestycyjnych w Polsce. Z każdym rokiem stolica Śląska przyciąga coraz więcej zagranicznych firm, a jedną z nich jest Hyland – amerykański inwestor z branży IT, którego firma doradcza Gartner od ponad dekady zalicza do liderów nowych technologii. W Katowicach Hyland otworzył jedyne w Europie Środkowo-Wschodniej centrum badawczo-rozwojowe, w którym docelowo ma pracować ponad 100 specjalistów z branży IT. – W perspektywie długoterminowej wprowadzenie się tutaj takiej firmy jak Hyland jest ogromną szansą dla regionu – podkreśla country manager firmy Jeremy Nass.

– Katowice dysponują gigantycznym potencjałem inwestycyjnym, dlatego się tu wprowadziliśmy. Dostrzegamy potencjał drzemiący w tym mieście i chcemy go wykorzystać. Zresztą do podobnego wniosku dochodzi coraz więcej firm, które otwierają tutaj swoje biura. Ten region czeka świetlana przyszłość – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jeremy Nass.

Katowice, położone w centrum liczącej 2,3 mln mieszkańców Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii, to jeden z pięciu najważniejszych ośrodków inwestycyjnych w Polsce – wynika z tegorocznego raportu ABSL. Prężnie rozwija się tu sektor nowoczesnych usług dla biznesu, odpowiadający za 3–3,5 proc. polskiego PKB, a na przestrzeni ostatnich czterech lat wzrost zatrudnienia w tutejszych centrach usług sięgnął prawie 70 proc. Główną kategorią świadczonych w nich usług jest IT. Łącznie w regionie, głównie w Katowicach, działa już 114 centrów nowoczesnych usług biznesowych firm pochodzących z 19 państw. Miasto z każdym rokiem cieszy się coraz większym zainteresowaniem biznesu, a inwestycje nie zatrzymały się nawet mimo pandemii COVID-19. Zagraniczni inwestorzy, którzy lokują tu swoje centra, zwiększają przychody do budżetu i tworzą nowe miejsca pracy, wspierając lokalną i krajową gospodarkę wychodzącą z lockdownu („Sektor nowoczesnych usług biznesowych w Katowicach”).

 Przyglądaliśmy się takim aspektom jak dostępność wykwalifikowanych kadr, bo to jest dla nas kluczowy aspekt rozwojowy. Sprawdzaliśmy też koszty życia, lokalną infrastrukturę, sytuację na uczelniach i liczbę absolwentów, którzy trafiają na lokalny rynek pracy każdego roku, ale także to, czy jest tu dużo dróg rowerowych. Zależało nam na tym, aby znaleźć dobre miejsce dla naszych pracowników. Ostatecznie Katowice wyraźnie zwyciężyły – wskazuje country manager Hyland w Polsce.

Atrakcyjność inwestycyjną stolicy Śląska potwierdza też ubiegłoroczny raport Colliers International („Przyszłość zaczyna się tu… Katowice”), który podkreśla, że miasto jest wzorcowym przykładem przemiany z ośrodka przemysłowego w nowoczesną metropolię. Lokalizacja na przecięciu transeuropejskich szlaków transportowych, dobrze rozwinięta sieć dróg, ośrodki akademickie i dostęp do wykwalifikowanej kadry oraz duża podaż nowoczesnej powierzchni biurowej przyciągają do Katowic coraz więcej zagranicznych firm.

Raport Colliers pokazuje, że inwestycje w stolicy Śląska nie zwolniły mimo pandemii. Na koniec I połowy 2020 roku wolumen transakcji najmu na katowickim rynku biurowym wyniósł 26,5 tys. mkw., tylko o 11 proc. mniej niż rok wcześniej, pomimo znacznego spowolnienia ekonomicznego wywołanego pandemią COVID-19. Największy udział w całym popycie (64 proc.) stanowiły nowe umowy, zawierane przez firmy otwierające tu swoje siedziby. Jedną z ostatnich, które wprowadziły się do Katowic, jest Hyland – amerykański inwestor z branży IT, dostarczający nowoczesne oprogramowanie do zarządzania treścią.

– Jesteśmy dużą firmą, zatrudniamy ok. 4 tys. pracowników z obu Ameryk, z Europy i całego świata. Kilka lat temu doszliśmy do wniosku, że chcielibyśmy silniej zaznaczyć naszą obecność w Europie Środkowo-Wschodniej – wyjaśnia Jeremy Nass.

Nowa inwestycja firmy w Katowicach to centrum badawczo-rozwojowe, gdzie programiści będą pracować m.in. nad doskonaleniem flagowych produktów firmy i tworzeniem nowych funkcjonalności wspierających cyfrową transformację. To jak na razie jedyny taki ośrodek firmy w rejonie Europy Środkowo-Wschodniej.

– Dziś stoi przed nami ogromne wyzwanie – kolejna ewolucja, której celem jest wykorzystanie wszystkich korzyści płynących z infrastruktury chmurowej. Nasi klienci chcą przenosić się do chmury i z takiej infrastruktury korzystać. Dlatego tak ważne dla nas jest wdrożenie i przeniesienie naszych produktów do rozwiązań chmurowych. To właśnie o pomoc przy tym zadaniu poprosiliśmy naszych nowych współpracowników w Katowicach – mówi country manager Hyland w Polsce.

Mimo pandemii Hyland R&D w Katowicach w ubiegłym roku zatrudniło już pierwszych 40 pracowników, a ich rekrutacja została przeprowadzona całkowicie zdalnie.

– W 2021 roku chcemy potroić tę liczbę. Poszukujemy osób głównie na stanowiska związane z badaniami i rozwojem, które mogą pomóc nam w przeprowadzeniu tej ewolucji, posiadających nowe i poszukiwane umiejętności, związane np. z .NET Core czy Kubernetes. Jednocześnie potrzebujemy kierowników, osób do działów HR i sprzedaży, bo dostrzegamy potencjał na rynku. Poza tym poszukujemy nowych pracowników do naszego globalnego zespołu usługowego, który pomaga nowym i obecnym klientom uzyskać zwrot z inwestycji poczynionych w Hyland – wymienia Jeremy Nass.

Firma doradcza Gartner od 11 lat zalicza Hyland do liderów w kategorii dynamicznie rozwijających się technologii. Spółka operuje już w kilkunastu krajach świata, m.in. w Niemczech, Wielkiej Brytanii oraz Japonii.

Przerwy techniczne w bankach coraz bardziej dotkliwe dla klientów. Instytucje poszukują sposobów na uniknięcie awarii

W 2020 roku 60 proc. banków zamknęło lub skróciło godziny otwarcia oddziałów, ale jednocześnie zmieniająca się rzeczywistość sprawiła, że wiele z nich wdrożyło nowe funkcjonalności cyfrowe. Są one głównie wdrażane podczas przerw technicznych, które skutkują niedostępnością usług finansowych dla klientów. W połączeniu z dość częstymi przypadkami awarii banki muszą mierzyć się z konsekwencjami w postaci utraty danych czy reputacji. Rozwiązaniem może być software’owa replikacja danych w czasie rzeczywistym, która pozwala na bezprzestojowe wdrażanie nowych funkcjonalności.

Pandemia zmieniła trendy na rynku bankowości. Wzrosła aktywność klientów w kanałach online, wzrósł także ruch w e-commerce, co ma bezpośrednie przełożenie na systemy bankowe, które w dynamiczny sposób musiały rozbudowywać swoją infrastrukturę. Z badania Deloitte’a „Digital Banking Maturity” wynika, że w 2020 roku 60 proc. banków zamknęło lub skróciło godziny otwarcia oddziałów. Jednocześnie wiele z nich wdrożyło nowe funkcjonalności cyfrowe, takie jak możliwość w pełni zdalnego otwarcia konta (34 proc.), zdalna identyfikacja i weryfikacja (23 proc.) oraz płatności zbliżeniowe (18 proc.).

– Wprowadzanie nowych udogodnień odbywa się zwykle w ramach przerw technicznych, które są dość częstym zjawiskiem w polskiej bankowości. Choć większość instytucji stara się je robić w nocy lub w weekendy, kiedy dotykają stosunkowo niedużą liczbę klientów, to wciąż mają one przełożenie na postrzeganie banków i mogą prowadzić do utraty wizerunku, frustracji klientów z powodu braku dostępności usług, utraty danych, a także zmniejszenia przychodów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aleksander Jagodzki, wiceprezes ds. sprzedaży w Goldenore.

Z raportu Fintek.pl wynika z kolei, że w 2020 roku banki w Polsce odnotowały 32 awarie. Ich liczba systematycznie spada (w 2018 roku było ich 50, a w 2019 roku – 40), jednak to wciąż duży problem nie tylko dla instytucji finansowych, lecz także dla klientów. Ponad 56 proc. wszystkich awarii skutkuje brakiem możliwości zalogowania się do bankowości elektronicznej. Ryzyko awarii wzrasta wraz z pojawieniem się kolejnych funkcji i udogodnień.

– Obecnie w sektorze bankowym nie ma weekendu, podczas którego konsument nie byłby informowany o niedostępności jakiejś usługi bankowej, jak np. możliwości zapłacenia kartą, wypłacenia gotówki czy wykonania przelewu – podkreśla Aleksander Jagodzki. – Wszystkich tych negatywnych skutków można jednak uniknąć. 

W październiku zeszłego roku Rzecznik Finansowy zauważył wzrost częstotliwości wprowadzania tzw. planowych przerw technicznych w świadczeniu usług, określając to zjawisko jako niepokojące zwłaszcza w dobie pandemii, gdy większość swoich aktywności, w tym także finansowych, Polacy przenieśli do internetu. Rzecznik Finansowy podjął działania zmierzające do zminimalizowania tego zjawiska. Banki mogą jednak same zadbać o utrzymanie ciągłości swoich usług, nawet w razie awarii czy wdrażania nowych funkcjonalności.

– Wdrożenie nowej wersji oprogramowania lub zmiana platformy sprzętowej to powszechne zjawisko w każdym środowisku informatycznym. Do tej pory taka operacja wiązała się z niedostępnością oferowanych usług banku na czas migracji – mówi wiceprezes ds. sprzedaży w Goldenore. – Dzięki zastosowaniu narzędzi do replikacji danych w czasie rzeczywistym każda migracja lub upgrade technologiczny może być przeprowadzony bez zatrzymywania aplikacji, które skutkuje niedostępnością usług dla klienta końcowego.

Specjalizujące się w integracji baz danych Goldenore ma już na koncie projekty realizowane w różnych sektorach, m.in. w bankowości. Firma koncentruje się na replikacji danych w czasie rzeczywistym na poziomie baz danych. W ten sposób zapewnia ciągłość biznesową, obejmującą aplikacje operacyjne i analityczne oraz bezpieczne i bezprzestojowe migracje na nowe wersje oprogramowania i nowe platformy.

Brak przestojów w działalności jest niezwykle istotny dla systemów obsługujących klientów w sposób ciągły, 365 dni w roku, siedem dni w tygodniu i 24 godziny na dobę. To m.in. systemy bankowości elektronicznej, CRM czy systemy transakcyjne, gdzie godzinna przerwa technologiczna może odbywać się jedynie raz na kwartał, ponieważ ich zatrzymanie wiąże się z utratą przychodów.

– Cała operacja upgrade’u technologicznego z wykorzystaniem narzędzi replikacyjnych od strony technicznej polega przede wszystkim na przygotowaniu bazy „lustra” – wiernej kopii bazy produkcyjnej, która w czasie realizacji prac serwisowych będzie pracowała jako podstawowa baza produkcyjna. Następnie potwierdzana jest spójność danych pomiędzy bazami i przepinana jest aplikacja na bazę „lustro”. W tym czasie przeprowadza się operacje serwisowe i ponownie uspójnia bazę danych oraz przepina się aplikację z powrotem na podstawową bazę produkcyjną. Dzięki temu nie ma potrzeby zatrzymywania systemu, a co za tym idzie przestoju w usługach – tłumaczy  Aleksander Jagodzki.

Firma m.in. przeprowadziła proces bezprzestojowego upgrade’u technologicznego w jednej z firm z branży paliwowej, która musiała podnieść wersję bazy danych dla systemu SAP, obsługującego produkcję i sprzedaż paliw. Nawet krótkotrwałe zatrzymanie systemu mogło skutkować przerwaniem realizacji procesów biznesowych i obniżeniem przychodów.

– Klient zdecydował się na wykorzystanie mechanizmów replikacji danych w czasie rzeczywistym – Oracle GoldenGate. Celem było przeprowadzenie operacji serwisowych z możliwie najkrótszym czasem przestoju – wskazuje wiceprezes ds. sprzedaży w Goldenore. – Proces przenoszenia baz danych ze starej platformy na nową odbył się bezprzestojowo, bez wyłączenia aplikacji krytycznej dla biznesu. W trakcie migracji dane wewnątrz centrali oraz ze stacji benzynowych napływały w sposób ciągły. Dodatkowo przygotowano procedury umożliwiające bezprzestojową migrację kolejnych systemów.

Wodór może zrewolucjonizować polską energetykę, jednak musi być oparty na OZE. Na nową technologię rząd planuje wydać ponad 20 mld zł

Technologie wodorowe mogą być jednym z elementów transformacji polskiej energetyki, a rodzime firmy mogą się stać elementem światowego łańcucha dostaw dla nowoczesnych pojazdów zasilanych wodorem. W ramach Krajowego Planu Odbudowy na technologie wodorowe rząd chce wydać 800 mln euro, a kolejne 17 mld zł do 2030 roku, jak zakłada Polska Strategia Wodorowa. – Wodór może być jednym z elementów transformacji zeroemisyjnej w polskiej energetyce, jednak inwestycje w tym zakresie powinny się rozpocząć już dziś – podkreśla dr hab. inż. Zbigniew Karaczun, profesor SGGW,  ekspert Koalicji Klimatycznej​. – Muszą to być instalacje oparte na odnawialnych źródłach energii.

– Wodór może być jednym z elementów transformacji zeroemisyjnej w polskiej energetyce. Jednak konieczna jest rozbudowa technologii produkcji wodoru, a inwestycje w tym zakresie powinny się rozpocząć już dziś. Ponadto muszą to być instalacje oparte na odnawialnych źródłach energii, czyli produkcja tzw. zielonego wodoru, a nie instalacje tzw. szarego czy czarnego wodoru, który pochodzi ze spalania paliw kopalnych – mówi dr hab. inż. Zbigniew Karaczun.

Rząd zapowiada przeznaczenie dużych funduszy na finansowanie projektów wodorowych. W projekcie Krajowego Planu Odbudowy zaplanowano na ten cel prawie 800 mln euro. Z kolei Polska Strategia Wodorowa, która jest już po konsultacjach, przewiduje finansowanie wieloletniego programu wspierania technologii wodorowych na poziomie 17 mld zł do 2030 roku. Ponadto w ramach programu Nowa Energia Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej przeznaczy 600 mln zł na technologie wodorowe, a w ramach wsparcia dla zielonego transportu publicznego finansowany jest np. zakup nowych autobusów elektrycznych wykorzystujących do napędu wyłącznie energię elektryczną wytworzoną z wodoru.

– Mamy potencjał do rozwoju technologii wodorowych, ale produkcja wodoru opartego na odnawialnych źródłach energii wymaga stworzenia przez rząd i władzę publiczną właściwych ram prawnych. Uczestnikami rynku produkcji wodoru nie mogą być wyłącznie firmy publiczne skarbu państwa. Należy stworzyć szanse na wejście do gry i udział w tym technologicznym wyścigu również prywatnym inwestorom i innowacyjnym firmom. One będą działały znacznie skuteczniej, taniej i efektywniej niż wielkie państwowe molochy przemysłowe – przekonuje ekspert Koalicji Klimatycznej.

Jak podkreśla, Polska może być znaczącym producentem wodoru, bo posiada zarówno technologie, jak i kadrę wykwalifikowanych specjalistów.

Globalne badanie przeprowadzone przez firmę badawczą BloombergNEF zatytułowane „Hydrogen Economy Outlook” pokazało, że jeśli wodór będzie wdrażany przez gospodarki wielu krajów w najbliższych dekadach, może zmniejszyć globalną emisję gazów cieplarnianych z paliw kopalnych i przemysłu o 34 proc. Będzie to jednak możliwe, jeśli uda się zwiększyć skalę wykorzystania technologii wodorowych (opartych na OZE) i obniżyć ich koszty.

– Wyzwaniem dla Polski jest obecnie zbudowanie dobrego prawa, które umożliwi rozwój odnawialnych źródeł energii i które umożliwiłoby wykorzystanie technologii wodorowych w dużej, przemysłowej skali. Dzisiaj w zasadzie nie mamy tej możliwości, bo np. energetyka wiatrowa na lądzie nie może się rozwijać, mamy znaczące opóźnienia w rozwoju energetyki wiatrowej na morzu i w związku z tym nie mamy wystarczającej ilości zielonej energii, która mogłaby wesprzeć technologie wodorowe – zaznacza dr hab. inż. Zbigniew Karaczun.

Jedną z koncepcji, która może być rozważana w Polsce, jest wykorzystanie wodoru nie tylko w energetyce, lecz także jako paliwa transportowego. Na świecie toczy się ożywiona dyskusja, a nawet swego rodzaju wyścig technologiczny pomiędzy technologią samochodów elektrycznych, których głównym źródłem jest energia elektryczna pochodząca z baterii lub akumulatorów, a właśnie technologią wodorową.

– Uczestnictwo w tym wyścigu poprzez próbę rozwoju technologii wodoru wykorzystywanego w transporcie mogłoby być dla Polski interesującym kierunkiem wykorzystywania tego paliwa. Dlatego że te technologie są dopiero na początku drogi i na tym etapie można zyskać dla Polski pewną przewagę technologiczną nad konkurentami. Warto rozmawiać np. z partnerami z innych krajów, żeby tworzyć konsorcja. Stworzyć od początku cały samochód wodorowy byłoby bardzo trudno, ale rodzime firmy mogą być elementem całego łańcucha dostaw dla nowoczesnych pojazdów zasilanych wodorem – podkreśla ekspert Koalicji Klimatycznej.

Powstanie superkombinezon przyszłości. Ochroni przed wszelkimi wirusami i zagrożeniami chemicznymi żołnierzy czy medyków

To może być rewolucja w branży medycznej i militarnej. Firma FLIR Systems ogłosiła właśnie, że wygrała kontrakt z Agencją Zaawansowanych Projektów Badawczych w Obszarze Obronności na opracowanie tkanin, które pomogą chronić przed biologicznymi i chemicznymi zagrożeniami. W ramach Programu Spersonalizowanych Biosystemów Ochronnych powstaną tkaniny z wbudowaną zdolnością do zwalczania gazu VX, chloru, a także różnego rodzaju wirusów.

Eksperci twierdzą, że COVID-19 był tylko sygnałem alarmowym: zwiastunem kolejnego nowego zagrożenia, które może nie być naturalnie występującą pandemią, ale wyrafinowaną bronią biologiczną. Prace nad stworzeniem kombinezonów przyszłości, a nawet żołnierzy przyszłości trwają od lat, jednak pandemia i rosnące zagrożenie przed bronią chemiczną i biologiczną przyspieszyło ten proces. Już w 2014 roku wojsko USA rozpoczęło prace nad kombinezonem ochronnym, znanym jako Tactical Assault Light Operator Suit (TALOS). Film promocyjny pokazywał, jak kule odbijają się od zbroi przyszłości. Pięć lat później inicjatywa dobiegła końca, jednak pokazała kierunek dalszych badań.

Biuro Technologii Biologicznych DARPA uruchomiło program Personalized Protective Biosystem (PPB) w celu szybkiego wyprodukowania technologii do kombinezonów, która zapobiegnie przedostawaniu się groźnych czynników do organizmu, i najnowocześniejszych barier, które pomogą zneutralizować szkodliwe czynniki. Niedawno firma FLIR Systems ogłosiła, że wygrała kontrakt z amerykańską agencją, w ramach którego opracuje nowatorskie tkaniny z wbudowanymi katalizatorami i substancjami chemicznymi, które mogą zwalczać i zmniejszają zagrożenia chemiczne i biologiczne.

– To innowacyjne przedsięwzięcie ma na celu opracowanie pierwszej w swoim rodzaju tkaniny ochronnej dla naszych żołnierzy, lecz także medyków i funkcjonariuszy bezpieczeństwa publicznego – wymienia Mark Stock, wiceprezes i dyrektor generalny działu Sensor Systems we FLIR Systems.

DARPA już w momencie uruchomienia programu oceniała, że możliwe jest stworzenie kombinezonów przyszłości, które działałyby na podobnej zasadzie co np. skóra rekina, która pozwala powstrzymać niechciane mikroorganizmy przed przyleganiem do jej powierzchni. Taka technologia mogłaby oferować wyjątkowe zastosowania ochronne dla ludzi. Rozwiązania molekularne, nanotechnologiczne i inne rozwiązania materiałowe, w połączeniu z przykładami z systemów naturalnych, mają być integralną częścią technologii PPB w celu ochrony przed obecnymi i przyszłymi zagrożeniami.

W ramach Programu Spersonalizowanych Biosystemów Ochronnych (PPB) powstaną tkaniny z wbudowaną zdolnością do zwalczania czynników chemicznych i biologicznych, od gazu VX, przez chlor, po wirus ebola i inne. PPB ma łączyć nowatorskie, lekkie materiały ochronne z nowymi profilaktycznymi technologiami medycznymi, które łagodzą chemiczne i biologiczne zagrożenia w tkankach wrażliwych, m.in. w oczach, skórze i płucach. Kompletny system umożliwi żołnierzom i ratownikom działanie bez obciążenia związanego z noszeniem środków ochrony indywidualnej.

– Gdy zagrożone jest życie, przyszli operatorzy noszący kombinezony PPB uzyskają znaczną przewagę w ochronie przed toksycznymi chemikaliami i pojawiającymi się zagrożeniami biologicznymi, takimi jak niebezpieczne wirusy – podkreśla Mark Stock.

Rewolucyjne tkaniny zostaną wykorzystane w kombinezonach ochronnych i dodatkowym sprzęcie, jak buty, rękawice i maski na oczy, którą mogą nosić żołnierze na polu bitwy, ale też pracownicy służby zdrowia. Firma FLIR otrzymała 11,2 mln dol. wstępnego finansowania na pięcioletnie przedsięwzięcie o wartości 20,5 mln dol.

Komentarz Polskiej Rady Centrów Handlowych w związku z informacjami opublikowanymi przez Puls Biznesu w dn. 14 kwietnia br. – „Jak rząd uciekł spod topora”

Jesteśmy zszokowani informacjami przekazanymi przez Puls Biznesu w dniu 14 kwietnia br. w artykule „Jak rząd uciekł spod topora”, z których można wywnioskować, że groźba pozwu zbiorowego najemców wobec Skarbu Państwa, spowodowała przedstawienie w dn. 1 kwietnia br. przez Pana Premiera Morawieckiego kolejnej po abolicji czynszowej (art. 15ze ustawy covidowej), niezgodnej z prawem propozycji ustawowej regulacji czynszów w centrach handlowych. Nie rozumiemy dlaczego zamiast prowadzić proces legislacyjny w sposób otwarty, umożliwiający udział i przestawienie argumentów wszystkim podmiotom dotkniętym skutkami planowanej legislacji, jak się dowiadujemy z dzisiejszej publikacji, rozwiązania ustawowe mogą być proponowane w celu uniknięcia groźby powództwa przeciwko Skarbowi Państwa skierowanej przez grupę uczestników rynku. Propozycja nowego rozwiązania (obniżki czynszu o 80% w okresie lockdownu oraz o 50% przez trzy kolejne miesiące po jego zakończeniu) powstała bez jakichkolwiek konsultacji ze stroną właścicieli i zarządzających centrami handlowymi, którzy równocześnie zostali całkowicie obciążeni jego kosztami i wykluczeni z jakiejkolwiek pomocy państwa w ramach tarcz rządowych i PFR w trakcie pandemii.

Wyrażamy sprzeciw przeciwko polityce nieuwzględniania głosu właścicieli i zarządców centrów handlowych w tematach, które ich dotyczą. Mimo naszych wielokrotnych apeli i próśb o spotkanie z osobami decyzyjnymi po stronie rządu, jesteśmy nieustająco pomijani w dyskusji i decyzjach, których dotychczasowym skutkiem jest pozbawienie branży 5,5 mld zł przychodów, a biorąc pod uwagę zapowiedzi rządu, to jeszcze nie jest koniec. W innych demokratycznych, europejskich państwach rządy dopłacają do czynszów najemcom, aby oni mogli regulować swoje zobowiązania wobec wynajmujących, a ci z kolei wobec banków. Odgórne decyzje nakładające na jedną stronę koszty finansowania obostrzeń epidemicznych są przejawem dyskryminacji i nierównego traktowania podmiotów.

Branża nadal nie otrzymała propozycji legislacyjnych do nowego rozwiązania zapowiadanego przez Premiera RP w dn. 1 kwietnia br. Na bazie posiadanych, medialnych informacji szacujemy, ze wprowadzenie nowych ustawowych regulacji czynszowych znacząco zwiększy koszty finansowania wsparcia dla najemców ponoszone przez wynajmujących, w porównaniu do dotychczas obowiązującej abolicji czynszowej (art. 15 ze). Jeśli zapowiedziane zmiany weszłyby w życie to obniżki czynszów o 50 proc. przez trzy miesiące po lockdownie kosztowałyby wynajmujących ok. 1,15 mld zł, a koszt każdego jednego tygodnia lockdownu obciążyłby budżety wynajmujących kwotą ok. 140 mln zł. Przy stosowaniu abolicji czynszowej tydzień lockdownu kosztuje wynajmujących ok. 190 mln zł. Jednocześnie brak jest jakichkolwiek informacji dotyczących możliwego wsparcia dla właścicieli i zarządców centrów handlowych, rekompensującego uprzywilejowanie jednych z uczestników rynku – najemców, względem drugich – wynajmujących.

Ustawodawca po raz kolejny proponuje rozwiązanie, które automatycznie przyznaje każdemu najemcy zniżki w czynszach, bez uwzględnienia indywidulanej sytuacji finansowej i biznesowej danego przedsiębiorcy. Tak samo traktuje małych i średnich przedsiębiorców, franczyzobiorców, czy najemców prowadzących pojedyncze lokale oraz duże sieci handlowe, zarówno polskie, jak i zagraniczne, a przecież skala potrzeb i zgłaszanych problemów poszczególnych firm jest zupełnie inna.

Poszkodowani w wyniku przedstawionych zmian w umowach najmu są wszyscy właściciele i zarządcy centrów handlowych w Polsce o powierzchni powyżej 2 000 mkw. – około 300 z ponad 570 obiektów handlowych działających w Polsce należy do polskich właścicieli.

Te działania zmuszają wynajmujących do sięgnięcia po wszelkie dostępne kroki prawne w obronie naszych interesów.

Branża produktów sportowych u progu (R)ewolucji

Ostatni rok spowodował przyspieszenie ekspansji trendu digitalizacji i szukania efektywnych form kontaktu z klientem. Rosnące znaczenie sprzedaży online powoduje, że marki częściej intensywniej zabiegają o podobny „customer experience” w sferze online oraz offline klienta. Jak radzi sobie branża sportowa w obliczu pandemii? W co więc warto zainwestować, aby dotrzeć do konsumenta? Odpowiada nowy Prezes Zarządu Spółki INTERSPORT Polska S.A. Marek Kaczmarek.

Polacy nadal aktywni

Polacy na odzież oraz sprzęt sportowy przeznaczają średnio 193 euro rocznie ­– wynika z raportu firmy doradczej Deloitte „Sports Retail Study 2020”. Prognozy na 2021 są jeszcze lepsze.  Kraj plasuje się na pierwszym miejscu spośród badanych ośmiu krajów w raporcie „Sports Retail Study 2020”, jeżeli chodzi o odsetek osób deklarujących aktywność fizyczną (75 proc.). Drugie miejsce należy do Francji (70 proc.), a kolejne Austria (68 proc.) oraz Niemcy (65 proc.).

Sześć na dziesięć osób uprawiających sport dokonuje swoich zakupów przede wszystkim w sklepach stacjonarnych. Ponad 61 proc. respondentów również zadeklarowało odwiedziny w placówce offline jako ulubionym sposobie nabywania produktów sportowych. Natomiast zakupy sportowe w sklepach online robi aż 38,5 proc. pytanych i jest to jeden z wyższych wyników w badanych krajach.

Pozytywny trend rozwoju danej branży zaburzyła pandemia, która w znaczący sposób ograniczyła możliwości uprawiania poszczególnych dyscyplin oraz dostęp do niezbędnego sprzętu i odzieży.

Branża e-commerce w naszym sektorze – na skutek restrykcji wprowadzanych przez rozprzestrzeniającego się wirusa COVID-19 – zaczęła intensywnie się rozwijać. Należy założyć, że wkrótce konsumenci będą w pierwszej kolejności korzystać ze sklepów online – wskazuje Marek Kaczmarek Prezes Zarządu Spółki firmy INTERSPORT Polska S.A. W trakcie lockdownu uświadomiliśmy sobie czego realnie potrzebują nasi klienci i co, w związku z tym, musimy zmienić. Naszym obecnym głównym celem jest m.in. poprawa modelu biznesowego, który wpisze się w światowy trend omnichanelowego handlu detalicznego. Wiąże się to nierozerwalnie z optymalizacją całego środowiska informatycznego m.in. uruchomieniem nowego systemu ERP/POS/WMS/BI w oparciu o nowoczesną i elastyczną platformę technologiczną oraz przejście na innowacyjną i otwartą platformę e-commerce – dodaje. A także remodelingiem wszystkich standardów i procesów wspierających biznes w spółce. Zarekomendowane zmiany i działania zostały już zainicjowane i większość z nich planujemy wdrożyć już w 2021 roku.  

Quo vadis INTERSPORT?

Czy w związku z wpływem ewolucji zachowań konsumentów branża produktów sportowych ma się czego obawiać? Wyniki sprzedażowe firmy INTERSPORT Polska S.A. osiągane w obu kanałach od początku 2021 roku w najbardziej popularnych kategoriach produktów dobrze rokują na rozpoczynający się sezon wiosenno/letni. W lutym br. zysk ze sprzedaży w tych kategoriach osiągnął ponad 25 proc. wzrost w stosunku do roku 2019, co było najlepszym wynikiem od 5 lat.

Warto wiedzieć, że branża sportowa już od dawna przechodzi swoją przemianę, wszystko za sprawą osiągnięć technologicznych, przemian społecznych i kulturowych.

Aby móc jeszcze lepiej odpowiadać na potrzeby naszych konsumentów (jednocześnie wprowadzać elementy modelu sprzedaży omnichannelowej) planujemy w krótkim czasie wprowadzić w sieci sklepów usługi video chat dla klientów e-commerce. Jest to częścią remodelingu sieci sklepów do formatu INTERSPORT 2.0. Zostaną one zmodernizowane w oparciu o technologię przyszłości według nowej koncepcji Grupy INTERSPORT – mówi Marek Kaczmarek Prezesa Zarządu Spółki firmy INTERSPORT Polska S.A. Planujemy zbudować największy na polskim rynku „sportowy marketplace” w oparciu o nową platformę i współpracę z największymi producentami sprzętu, odzieży i butów do uprawiania wszystkich dyscyplin sportowych – podsumowuje.

Wykorzystanie AI w ochronie zdrowia. Czy jesteśmy gotowi?

Ogromne inwestycje w sztuczną inteligencję nie dziwią, gdyż korzyści wynikające z tej technologii są nie do przecenienia. Jednak pojawia się wiele pytań dotyczących zagrożeń wynikających z jej niewłaściwego – celowego lub nieumyślnego – wykorzystania. Coraz głośniej mówi się o etycznym aspekcie używania AI.

Innowacje oczekiwane przez pacjentów i lekarzy

Już w 2018 roku uczestnicy badania przeprowadzonego przez SAS entuzjastycznie wypowiadali się na temat wykorzystania sztucznej inteligencji w ochronie zdrowia. Co ciekawe znacznie więcej obaw wiązało się z implementacją tej technologii w bankowości czy handlu. Respondenci pozytywnie odnieśli się do przykładów wykorzystania AI do wsparcia lekarzy w opiece nad pacjentami. Aż 47 proc. badanych stwierdziło, że czułoby się komfortowo w asyście AI nawet podczas operacji. Tak pozytywne podejście do sztucznej inteligencji świadczy o tym, że oczekujemy namacalnych korzyści wynikających z zastosowania tej technologii. Sektor ochrony zdrowia mierzy się z wieloma wyzwaniami, które pandemia COVID-19 dodatkowo spotęgowała. Wśród nich m.in. rosnące koszty, braki personelu i coraz większe zapotrzebowanie na usługi. Specjaliści SAS są zdania, że branży może pomóc wykorzystanie zalet technologii AI. Twierdzą, że sztuczna inteligencja odegra istotną rolę w przekształcaniu branży opieki zdrowotnej, którą znamy.

Bezpieczeństwo danych przede wszystkim

AI i zaawansowana analityka mają bardzo szerokie zastosowanie w sektorze opieki zdrowotnej. Mogą istotnie wpływać na poprawę efektywności całego systemu. Zapewnić lepsze zrozumienie potrzeb i stanu zdrowia pacjentów, odciążenie lekarzy oraz personelu medycznego w zakresie zadań administracyjnych czy wsparcie procesów diagnostyki i leczenia chorych. Jednak mamy tu do czynienia z bardzo wrażliwymi informacjami. Można wyrządzić pacjentowi realną szkodę, gdyby jego dane osobowe i medyczne zostały błędnie zanalizowane lub dostały się w niepowołane ręce.

Mając na uwadze wykorzystanie danych medycznych, należy zadbać o właściwe środki zarządzania, nadzoru i bezpieczeństwa. Mieć pewność, że są używane w uzgodnionym zakresie, dostęp do nich mają upoważnieni pracownicy i autoryzowane algorytmy. Upewnić się, że każde wykorzystanie danych przechodzi weryfikację w celu sprawdzenia, czy przynosi korzyść i wyklucza możliwość wyrządzenia szkody. Z jednej strony powinniśmy chronić prywatność, ale z drugiej – umożliwiać postęp naukowy w medycyniemówi Piotr Kramek, Lider Praktyki Public Sector & Health Care w SAS Polska.

Czy sztuczna inteligencja jest obiektywna

Techniki machine learning mogą być skuteczne na tyle, na ile pozwala jakość, ilość oraz reprezentatywność danych używanych do treningu modeli. Jednym z wyzwań jest niedostateczna reprezentacja pewnych grup populacji w wykorzystywanych danych. Przekłada się ona na stronniczość algorytmów AI (ang. algorythmic bias). W efekcie model sztucznej inteligencji może generować gorsze wyniki dla mniej reprezentowanych grup.

– Dane, które nie są zrównoważone np. w zakresie płci, mogą wpływać na niższą dokładność modeli dla niedostatecznie reprezentowanej płci. Modele wykrywania raka skóry, które „uczą się” głównie na pacjentach o jasnej karnacji, mogą działać gorzej na osobach z ciemniejszą karnacją. W przypadku opieki zdrowotnej słabe wyniki modelu dla określonej grupy mogą dostarczyć niewiarygodnych informacji, prowadząc do niewłaściwej diagnozy lub nieprawidłowego leczeniapodkreśla Piotr Kramek.

Zasilanie modeli AI zaburzonymi danymi może z kolei prowadzić do uzyskania nieobiektywnych rezultatów. To ważne, biorąc pod uwagę potencjalny efekt wykorzystania sztucznej inteligencji w opiece zdrowotnej.

Jak zrozumieć algorytm

Niektóre z algorytmów zwykle używanych w systemach AI (takich jak sieci neuronowe) są uważane za „czarne skrzynki”. Dostarcza się algorytmowi dane treningowe i prosi, aby nauczył się rozpoznawać określone wzorce na podstawie tych danych. Można parametryzować algorytmy oraz zmieniać dane wejściowe przez dodawanie nowych charakterystyk. Nie ma jednak bezpośredniego wglądu w przyczynę, dla której algorytmy zaklasyfikowały daną obserwację w określony sposób. W rezultacie można mieć bardzo dokładny model, który czasem daje nieoczekiwane wyniki. W przypadku ochrony zdrowia błędna klasyfikacja ze strony modelu i brak dodatkowego wyjaśnienia czy interpretacji ze strony algorytmu ogranicza możliwość weryfikacji wyniku po stronie lekarza. Może mieć ona negatywne konsekwencje dla zdrowia pacjenta. Dlatego bardzo ważne jest, aby z jednej strony zrozumieć i zweryfikować aspekty danych, z których korzystają algorytmy. Z drugiej zaś strony zapewnić interpretowalność wyników modeli sztucznej inteligencji, co pozwoli na weryfikację poprawności ich działania.

– Czasami użycie mniej złożonych modeli może zapewnić lepsze zrozumienie zasad działania algorytmu. Regresja liniowa lub drzewa decyzyjne zapewnią wystarczającą dokładność oraz dobrą widoczność zmiennych i kluczowych czynników. Kiedy wykorzystuje się bardziej złożony model, warto użyć narzędzi wspierających wyjaśnialność algorytmów AI. Eksperci zajmujący się tym procesem powinni w obu przypadkach zweryfikować wyjaśnienie, szukając potencjalnych błędów i wątpliwości w doborze zmiennych oraz charakterystyk, które wykorzystuje modeldodaje Piotr Kramek.

AI potrzebuje człowieka

Jedną z barier hamujących realizację projektów AI jest brak odpowiednich kompetencji. Dlatego tak ważne jest kształcenie kadr oraz zapewnienie odpowiednich regulacji prawnych gwarantujących, że sztuczna inteligencja będzie wykorzystywana w sposób etycz­ny, z poszanowaniem prawa do zachowania prywatności.

Zarząd SUNEX zamierza podwoić w tym roku dywidendę

Zarząd SUNEX S.A., czołowego producenta i dystrybutora innowacyjnych rozwiązań opartych o odnawialne źródła energii, rekomenduje wypłatę dywidendy w wysokości ponad 0,8 mln zł czyli 0,04 zł na jedną akcję. Oznaczać to będzie przeznaczenie dla akcjonariuszy dwukrotnie wyższej kwoty niż w poprzednim roku. Decyzję ostatecznie podejmie WZA.

Zarząd SUNEX S.A. podjął uchwałę w sprawie rekomendacji wypłaty dywidendy z zysku netto za rok obrotowy 2020. Zamierza przeznaczyć na ten cel ponad 0,8 mln zł, co oznaczać będzie wypłatę akcjonariuszom 0,04 zł na jedną akcję. To dwa razy więcej niż rok wcześniej (w ub.r. wypłacono 0,1 zł na akcję, ale gdyby uwzględnić dokonany split to dywidenda na akcję za rok 2019 wyniosłaby 0,02 zł). Rekomendacja Zarządu zostanie zaopiniowana przez Radę Nadzorczą. Ostateczną decyzję w przedmiocie podziału zysku za rok 2020 oraz wypłaty dywidendy podejmie Walne Zgromadzenie Spółki. Producent i dystrybutor innowacyjnych rozwiązań opartych o odnawialne źródła energii w 2020 r. wypracował łącznie 6,5 mln zł zysku netto.

– W minionym roku  osiągnęliśmy rekordowy zysk netto. Jako spółka dywidendowa chcemy konsekwentnie zapewniać swoim akcjonariuszom udział w osiągniętym zysku poprzez regularną wypłatę dywidendy. W tym roku rekomendujemy przeznaczenie na ten cel dwukrotnie wyższej kwoty niż w poprzednim roku – podkreślił Romuald Kalyciok, Prezes Zarządu SUNEX S.A.

Pozostałą część ubiegłorocznego zysku netto w wysokości blisko 5,7 mln zł Zarząd SUNEX zamierza pozostawić w spółce.  – Planujemy dalsze inwestycje w rozwój technologii oraz zwiększenie mocy produkcyjnych. Naszym celem jest umocnienie pozycji na rynku polskim oraz dalszy rozwój na rynku niemieckim, który w obszarze eksportu traktowany jest jako strategiczny. Zainteresowanie instalacjami OZE bardzo szybko rośnie i chcemy to wykorzystać w jak największym stopniu. Z pewnością przełoży się to również na wzrost wartości spółki dodał Romuald Kalyciok.

W bieżącym roku SUNEX planuje inwestycję w obszarze automatyzacji procesów wytwarzania, magazynowania oraz zarządzania produkcją wyrobów metalowych wykorzystywanych w urządzeniach OZE. Wstępna wartość przygotowywanego projektu szacowana jest na 10 mln zł.

Euro silne mimo problemów Niemiec

Okazuje się, że słabsze dane zza Odry nie mają tak silnego wpływu na rynki, jak zmiana przeświadczenia inwestorów co do istotności wzrostu inflacji w USA. Przedstawienie jej jako przejściowej powoduje istotną zmianę podejścia inwestorów do wyceny dolara.

Niemcy z zadyszką

Wczorajszy indeks instytutu ZEW okazał się wyraźnie słabszy od oczekiwań. Z drugiej strony warto zwrócić uwagę, że odczyt na poziomie 70,7 pkt to nie jest wcale taki zły rezultat. W ciągu ostatnich dwóch lat tylko 4 miesiące miały lepszy rezultat. Do tego należy dodać, że oczekiwany poziom 79 punktów byłby zdecydowanie najwyższym rezultatem w tym okresie. W rezultacie pomimo niespełnienia oczekiwań nie powinno się traktować tych danych jako początków problemów za naszą zachodnią granicą. Inwestorzy również przyjęli te dane dosyć spokojnie.

Przejściowy wzrost inflacji za oceanem?

Wczoraj o godzinie 14:30 poznaliśmy odczyt inflacji konsumenckiej w USA. Ceny rosną o 2,6% w skali roku, to 0,1% powyżej oczekiwań. Analitycy spodziewali się, że dalszy wzrost cen może wywoływać presję na Rezerwę Federalną by podnosić stopy procentowe. Taki ruch z kolei spowodowałoby umacnianie się dolara wraz ze wzrostem rentowności instrumentów opartych o stopę procentową. Informacje o spodziewanym przejściowym charakterze inflacji odwróciły jednak sytuację. Inwestorzy znów zaczęli wycofywać się od dolara, widząc, że perspektywa powrotu stóp procentowych do wyższych poziomów się oddala. W rezultacie euro szło w górę, osiągając wczoraj poziom 1,197 dolara.

Ropa znów zyskuje

Wczorajsze dane na temat zapasów paliw przedstawione przez Amerykański Instytut Paliw negatywnie zaskoczyły rynki. Okazuje się, że stan rezerw spadł o 3,61 mln baryłek. Oznacza to, że na rynku brakuje jednak surowca. Informacja ta pozwoliła po raz kolejny w ostatnich tygodniach wejść ropie amerykańskiej na poziomy cenowe 61-62 dolarów za baryłkę. Pułap ten jednak od początku drugiej połowy marca nie został przekroczony.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
20:00 – USA – beżowa księga, czyli projekcje gospodarcze FED.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Wszystko co musisz wiedzieć o strategii podatkowej

W 2021 roku na polskich przedsiębiorców nałożono nowe obowiązki sprawozdawcze. Jednym z nich jest posiadanie strategii podatkowej i publikowanie informacji o jej realizacji. Czym jest strategia podatkowa, jaki jest cel wprowadzonych regulacji i kto musi wywiązać się z nowych obowiązków?

Strategia podatkowa – cel nowej regulacji

Zgodnie z obowiązującymi od 1 stycznia 2021 r. przepisami, wybrana grupa podatników jest zobowiązana do sporządzenia i publikacji informacji o zrealizowanej strategii podatkowej za dany rok podatkowy.

Jaki jest cel tej regulacji? Zgodnie z uzasadnieniem do projektu ustawy wprowadzającej nowy obowiązek, głównym założeniem wprowadzonych zmian jest zwiększenie transparentności największych podatników. Publikacja informacji o realizowanej strategii ma również pomóc obywatelom przy podejmowaniu decyzji o skorzystaniu z usług bądź zakupu towarów od tych podmiotów, jak i wpłynąć pozytywnie na zwiększenie kontroli obywatelskiej i społeczną odpowiedzialność biznesu.

Nowy obowiązek ma przyczynić się również do uszczelnienia systemu podatkowego i ograniczenia problemu unikania opodatkowania i erozji bazy podatkowej. Publikowane dane mają też pomóc organom w uzyskiwaniu informacji o działaniach i specyfice największych podatników oraz ich rozliczeniach podatkowych.

Z uwagi na powyższe uzasadnienie warto zastanowić się, jaki jest rzeczywisty cel wprowadzonych regulacji i czy spełnią one swoją – deklarowaną przez organy podatkowe – funkcję.

Część informacji, które podatnicy powinni opublikować, organy obecnie już gromadzą, a więc – dla fiskusa – nowy obowiązek nie będzie stanowił źródła zbyt wielu nowych danych. Z tego powodu można raczej przyjąć, że nowy obowiązek to przede wszystkim ważna wskazówka ze strony MF, że podatnicy powinni zarządzać zagadnieniami podatkowymi w organizacji w sposób spójny i kompleksowy, na bazie szerszego planu i założeń. Takie podejście należałoby uznać za zalecane w stosunku do wszystkich podmiotów, niezależnie od ich wielkości. Z tego powodu, kwestię strategii podatkowej i zarządzania funkcją podatkową powinni mieć na uwadze nie tylko najwięksi podatnicy.

Co to jest strategia podatkowa?

Pomimo wprowadzenia obowiązku sprawozdawczego, w regulacjach podatkowych nie znajdziemy definicji strategii podatkowej. Aby odpowiedzieć na pytanie, czym jest strategia i jak postrzegają ją organy podatkowe, można jednak sięgnąć do innych dokumentów, a zwłaszcza Wytycznych w zakresie Ram Wewnętrznego Nadzoru Podatkowego.

Zgodnie z nimi strategia podatkowa to zestaw podatkowej misji i wizji, a także długoterminowych celów podatkowych z uwzględnieniem celów biznesowych podmiotu i przyjętych wartości etycznych. Strategia podatkowa powinna być, jak wskazano w powyższym dokumencie, katalogiem formuł decyzyjnych, obejmujących cele oraz środki umożliwiające prawidłową i terminową realizację obowiązków wynikających z przepisów prawa podatkowego.

Dla sformułowania strategii pomocne mogą być również przykłady analogicznych przepisów obowiązujących w innych krajach oraz występująca tam praktyka.

Co powinna zwierać informacja o zrealizowanej strategii?

Zrealizowaną strategię podatkową należy podsumować w formie odpowiedniej informacji. Wskazówki, jakie elementy ma zawierać taki dokument, znajdują się w ustawie o CIT. Zgodnie z nowymi regulacjami w przygotowanym raporcie należy zawrzeć w szczególności:

  • informacje o stosowanych procesach i procedurach, dotyczących zarządzania wykonywaniem obowiązków w obszarze opodatkowania i zapewniających ich prawidłowe wykonanie;
  • informacje o dobrowolnych formach współpracy z organami Krajowej Administracji Skarbowej;
  • informacje dotyczące realizacji przez podatnika obowiązków podatkowych na terytorium Polski, wraz z informacją o liczbie przekazanych informacji o schematach podatkowych (z podziałem na podatki, których dotyczą);
  • informacje o określonych transakcjach z podmiotami powiązanymi;
  • informacje o planowanych lub podejmowanych działaniach restrukturyzacyjnych, mogących mieć wpływ na wysokość zobowiązań podatkowych podatnika lub podmiotów powiązanych;
  • informacje o złożonych wnioskach o wydanie ogólnej interpretacji podatkowej, indywidualnej interpretacji przepisów prawa podatkowego, wiążącej informacji stawkowej oraz wiążącej informacji akcyzowej;
  • informacje dotyczące dokonywania rozliczeń podatkowych podatnika na terytoriach lub w krajach stosujących szkodliwą konkurencję podatkową.

Co ważne, jest to katalog otwarty, a zgodnie z uzasadnieniem do projektu nowelizacji, podatnicy powinni uzupełnić informację o realizowanej strategii podatkowej o  dodatkowe (jak można domniemywać – istotne) dane, które w ich ocenie powinny się w niej znaleźć. Podatnicy będą zatem musieli podjąć samodzielnie ważne decyzje co do zakresu i treści przygotowywanej informacji oraz sposobu prezentacji zawartych z niej danych.

Informacja o zrealizowanej strategii a tajemnica przedsiębiorstwa

Jak wynika z powyższego katalogu, przygotowywanym raportem należy objąć również dane wrażliwe (np. dotyczące restrukturyzacji, wybranych transakcji czy raportowania schematów podatkowych). W praktyce informacje te zostaną więc upublicznione.

Co jednak ważne, obowiązek sprawozdawczy nie obejmuje informacji objętych tajemnicą handlową, przemysłową, zawodową i procesu produkcyjnego. Ustawa nie precyzuje przy tym, co dokładnie można przez nie rozumieć. Zagadnienie to – jak się wydaje bardzo istotne dla przedsiębiorców – może więc budzić w praktyce liczne wątpliwości. Co więcej, przed przedsiębiorcami prawdopodobnie pojawi się też trudność polegająca na takim przygotowaniu informacji, aby prawidłowo wypełnić nowy obowiązek, ale jednocześnie ochronić tajemnicę przedsiębiorstwa w sposób optymalny.

Do przygotowania informacji o zrealizowanej strategii należy zatem podejść w sposób rozważny i przemyślany.

Na kim ciąży nowy obowiązek?

Obowiązek opublikowania informacji o strategii podatkowej ciąży na  podatnikach, których wartość przychodu w poprzedzającym roku podatkowym przekroczyła 50 mln Euro oraz na podatkowych grupach kapitałowych.

Kiedy należy opublikować sprawozdanie? 

Nowelizacja nie zawiera przepisów przejściowych. Przepisy weszły w życie 1 stycznia 2021 r., co sugerowałoby, że podatnicy powinni wykonać obowiązek sprawozdawczy dopiero za bieżący rok – zasadniczo w terminie do 31 grudnia 2022 r.

W grudniu 2020 r. Ministerstwo Finansów opublikowało jednak wyjaśnienie, że podatnicy zobowiązani są do sporządzenia i opublikowania informacji już za 2020 r., w terminie – co do zasady – do 31 grudnia 2021 r.

Co zatem z podatnikami, którzy do tej pory – a zwłaszcza od początku 2020 r. – nie sformułowali strategii? Ponadto – czy strategia musi przybrać formę formalnego dokumentu w formie pisemnej? Nowe regulacje nie odpowiadają na te pytania. Niewątpliwie jednak, aby uniknąć sporu z organami podatkowymi, należałoby zaplanować i rozpocząć odpowiednie działania mające na celu wywiązanie się z nowych obowiązków sprawozdawczych jak najszybciej.

Co ważne, zrewidowanie wewnętrznych procesów podatkowych i przygotowanie strategii może również przynieść podatnikom istotne korzyści.

Jak opublikować informację?

Podatnicy będą zobowiązani umieścić informację o realizowanej strategii podatkowej na swojej stronie internetowej. Informacja powinna zostać przygotowana w języku polskim (lub należy ją przetłumaczyć na język polski). Jeśli podatnik nie posiada witryny internetowej, dokument należy umieścić na stronie jego podmiotu powiązanego.

Informację o wykonaniu obowiązku ustawowego należy również przekazać do właściwego naczelnika urzędu skarbowego.

Co grozi za nieopublikowanie raportu?

Podmiotom, które nie wypełnią ustawowego obowiązku, grozi kara pieniężna w wysokości nawet do 250.000 złotych.

Podsumowanie

Analizując przepisy dotyczące obowiązku sporządzania informacji o zrealizowanej strategii podatkowej można dojść do wniosku, że nowy obowiązek będzie budzić wiele wątpliwości, może też stanowić poważne wyzwanie dla podatnika.

Trzeba też podejrzewać, że nowa regulacja ma na celu zmotywowanie podatników do potraktowania zarządzania funkcją podatkową priorytetowo. Co ważne, stworzenie strategii podatkowej jest jedynie elementem w budowaniu wewnętrznego systemu realizacji obowiązków wynikających z przepisów podatkowych, obejmującego również zinwentaryzowanie/wdrożenie odpowiednich – i dostosowanych do konkretnego podmiotu – polityk, procedur i zasad podstępowania (system tax compliance).

Izabela Ścierska-Kulma, doradca podatkowy, Dyrektor w ENODO Advisors. Specjalizuje się w bieżącym doradztwie podatkowym, szczególnie w zakresie podatku dochodowego od osób prawnych. Jest autorką artykułów i publikacji, a także prelegentką na szkoleniach i konferencjach o tematyce podatkowej.

Katarzyna Hryszko, prawnik, Menedżer w Enodo Advisors. Posiada wieloletnie doświadczenie w doradztwie podatkowym, w szczególności w zakresie podatków VAT, PCC i CIT.

Legislacja próbuje dogonić rzeczywistość. Co zrobić, by nadążyć za zmianami?

Pandemia wywołała zmiany na rynku pracy, które w konsekwencji zostaną z nami na dłużej. Reorganizację potwierdzają badania przeprowadzone przez firmę ADP, z których wynika, że w ostatnim roku 44 proc. pracodawców oficjalnie wprowadziło elastyczne zasady pracy. Oznacza to wzrost o 20 p.p. w porównaniu do okresu sprzed pandemii.

Przyszłość nadeszła już dziś

Czas pandemii to duży test funkcjonalności procesów i systemów w przedsiębiorstwach, w szczególności pod kątem ich odporności na zmiany. Kryzys pokazał, że ich duża część jest przestarzała i nieefektywna, co spowalnia oraz utrudnia funkcjonowanie organizacji. Do tego dochodzą problemy techniczne komplikujące pracę zdalną – słaba jakość połączenia internetowego czy brak odpowiednich rozwiązań cyfrowych, np. w obiegu dokumentów. To wszystko wymusza przyspieszanie digitalizacji w wielu obszarach biznesowych. Niezwykle istotne jest to w przypadku działów HR, które pracują z danymi wrażliwymi pracowników czy są odpowiedzialne za obsługę listy płac i regularne wypłaty.

Możemy przypuszczać, że gdyby nie pandemia, rewolucja, która dzieje się obecnie na naszych oczach, trwałaby kilka, a może nawet kilkanaście lat. Przykładem jest zjawisko pracy zdalnej, która stała się już standardem w wielu branżach i w większości przypadków bardzo dobrze się sprawdza. Kolejnym etapem tej rewolucji jest digitalizacja procesów, między innymi zarządzania płacami, które często są nieefektywne, zarówno kosztowo, jak i czasowo. Niestety, jak wynika z badania ADP, nadal 35 proc. firm nie ma w tym zakresie żadnej strategii – mówi Anna Barbachowska, szefowa pionu zarządzania zasobami ludzkimi w ADP Polska.

Zawrotne tempo legislacji

Dodatkowe wyzwanie stanowią dynamicznie wprowadzane zmiany legislacyjne, mające również wpływ na prawo pracy. Z analiz ADP wynika, że globalnie pandemia COVID-19 doprowadziła do czterokrotnego wzrostu liczby nowych przepisów w tym obszarze.
Co prawda, ich liczba jest odzwierciedleniem gwałtownie zmieniającej się rzeczywistości, ale wiążą się one z komplikacjami i ryzykiem błędów, a ich wdrożenie może przysporzyć dodatkowych obowiązków dla pracowników działów HR. Odbija się to między innymi na ich efektywności. Realnie, analiza i wdrażanie wszelkich zmian legislacyjnych wymaga poświęcenia dodatkowego czasu pracy, często kosztem realizacji dotychczas zaplanowanych zadań.

Przy i tak dużej liczbie obowiązków w działach HR, dodatkowe zadania związane z analizą zmian i dostosowaniem do nowego prawa są ogromnym wyzwaniem. Jednym z rozwiązań jest outsourcing usług kadrowo-płacowych, który może przynieść zaskakujące rezultaty. Jest to korzystne przede wszystkim ze względu na stosunkowo niewielki koszt dostępu do nowoczesnych i zaawansowanych technologii, które redukują ryzyko popełnienia błędu praktycznie do zera – dodaje Anna Barbachowska.

Outsourcing dziś i jutro

Zaawansowana technologia w zakresie zarządzania kadrami jest coraz bardziej przydatna. Pozwala wyprzedzić zamieszanie wywołane pandemią i przygotować się na coraz większy poziom złożoności regulacji, wymagań dotyczących audytu i kontroli zgodności z przepisami. Nie zawsze jednak firmy zdają sobie z tego sprawę lub po prostu nie mają odpowiedniego budżetu na inwestycję. Outsourcing, który w dzisiejszych czasach zyskuje na popularności, jest w stanie pomóc sprostać tym problemom. Pozwala przede wszystkim na wykorzystanie autorskich rozwiązań dostarczanych przez partnera biznesowego, bez konieczności ponoszenia dużych kosztów inwestycji. Wykorzystanie odpowiednich systemów cyfrowych daje pewność, że procesy zostaną przeprowadzone dokładnie i bezbłędnie, ale co równie ważne, dużo szybciej. Zdejmuje także część najbardziej czasochłonnych obowiązków z pracowników, którzy dzięki temu mogą więcej swojego czasu poświęcić na inne strategiczne działania.

Takie rozwiązania są korzystne nie tylko z punktu widzenia pracodawcy. Wymierne korzyści mogą z nich czerpać również pracownicy, którzy dzięki przejrzystemu i czytelnemu systemowi będą mieć łatwiejszy dostęp do swoich wycinków płacowych, a to da możliwość łatwiejszego weryfikowania wypłat. Jak wynika z badania „Workforce View 2020”, aż 26 proc. pracowników twierdzi, że nie zauważyłoby, gdyby otrzymali nieprawidłowe wynagrodzenie, ponieważ system jest zbyt skomplikowany. 33 proc. natomiast twierdzi, że zdarzają się sytuacje, kiedy otrzymują pensje z opóźnieniem. Ponadto aż 78 proc. twierdzi, że firmy będą musiały dostosować swoje opcje wynagradzania, żeby efektywniej przyciągać nowych pracowników.

Dużym wyzwaniem dla firm jest praca z danymi, które często są magazynowane i przetwarzane w nieodpowiedni sposób. Globalizacja baz danych, nowoczesne procesy przetwarzania i zdigitalizowane listy płac są konieczne, aby zrobić krok naprzód i nadążyć za zmianami. Obecnie zgadza się z tym 60 proc. pracodawców, ale wciąż niewielu wdraża innowacyjne rozwiązania. Jest to szczególnie ważne w tym czasie, kiedy problematyczne staje się też po prostu przesyłanie danych w bezpieczny sposób. Receptą jest wdrażanie modeli opartych na optymalnym planowaniu kosztów i wydajności procesów kadrowo-płacowych – podsumowuje Anna Barbachowska.

Fundusze na cyfryzację polskich urzędów: wiemy kto otrzyma najwięcej

  • Według Umowy Partnerskiej na okres 2021-2027 Polska otrzyma do zagospodarowania około 76 mld euro na programy ogólnokrajowe i regionalne, w tym 72,2 mld euro w ramach polityki spójności oraz 3,8 mld euro z Funduszu na rzecz Sprawiedliwej Transformacji.
  • Nowa perspektywa funduszy unijnych będzie skupiać się na dofinansowaniu projektów wspierających transformację cyfrową oraz zrównoważony rozwój gospodarczy.
  • W ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa najwięcej środków zostanie przydzielonych województwu śląskiemu (2,36 mld euro), lubelskiemu (1,77 mld euro), mazowieckiemu (1,67 mld euro) i podkarpackiemu (1,66 mld euro).
  • Dodatkowo, perspektywa finansowa na lata 2021-2027 przewiduje wydanie ponad 11 mld euro środków unijnych na kolejną edycję Programu Operacyjnego Rozwoju Polski Wschodniej.

W ramach najnowszej perspektywy unijnej na lata 2021-2027, w lutym zakończyły się konsultacje Umowy Partnerskiej. Dokument ten określa uzgodnioną z Komisją Europejską strategię wykorzystania Funduszy Europejskich skierowaną zarówno do urzędników, jak i beneficjentów z sektora prywatnego, którzy będą realizować dofinansowywane projekty. Według ustaleń, Polska otrzyma do zagospodarowania około 76 mld euro na programy ogólnokrajowe i regionalne, w tym 72,2 mld euro w ramach polityki spójności oraz 3,8 mld euro z Funduszu na rzecz Sprawiedliwej Transformacji. Cele i zakres projektów, a także odpowiedzialne za zarządzanie funduszami instytucje, programy oraz ich finansowanie zostały określone w dokumencie, łącząc oczekiwania Komisji Europejskiej z wyzwaniami wynikającymi z krajowych dokumentów strategicznych, takich jak np. Strategia Odpowiedzialnego Rozwoju. Nowa perspektywa funduszy unijnych na lata 2021-2027 będzie skupiać się na dofinansowaniu projektów wspierających transformację cyfrową oraz zrównoważony rozwój gospodarczy. W tym celu w ramach polityki spójności środki zostaną przydzielone m.in. na kolejną edycję Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa.

Podobnie jak w latach 2014-2020, najwięcej czyli 2,36 mld euro w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa zostanie przydzielono województwu śląskiemu. Kolejnymi największymi beneficjentami będą województwa lubelskie, mazowieckie i podkarpackie, odpowiednio 1,77, 1,67 i 1,66 mld euro. Ponad miliard euro na rozwój sieci szerokiego dostępu do szybkiego Internetu, efektywne i przyjazne użytkownikom e-usługi publiczne oraz rosnący poziom kompetencji cyfrowych społeczeństwa otrzymają województwa łódzkie (1,63 mld euro), małopolskie (1,54 mld euro), kujawsko-pomorskie (1,47 mld euro), zachodnio-pomorskie (1,31 mld euro), warmińsko-mazurskie (1,23 mld euro), pomorskie (1,13 mld euro), świętokrzyskie (1,1 mld euro) i wielkopolskie (1,07 mld euro). Najmniej środków unijnych w ramach tego programu do zagospodarowania będą miały województwa podlaskie (0,99 mld euro), dolnośląskie (0,87 mld euro), opolskie (0,76 mld euro) i lubuskie (0,73 mld euro).Fundusze na cyfryzację polskich urzędów

Najwięcej, a mianowicie 2,07 mld euro, województwo śląskie otrzyma z Funduszu na rzecz Sprawiedliwej Transformacji, co łącznie ze środkami unijnymi w ramach polityki spójności przyniesie ponad 4 mld euro na inwestycje rozwojowe w regionie w ciągu najbliższej dekady. Środki funduszu przeznaczone na zmniejszanie negatywnych skutków społeczno-gospodarczych transformacji w kierunku gospodarki neutralnej dla klimatu trafią także do pięciu województw związanych z górnictwem: łódzkiego, małopolskiego, dolnośląskiego, wielkopolskiego i lubelskiego.

Dodatkowo, Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego (EFRR) w dużej mierze wesprze kolejną edycję Programu Operacyjnego Rozwoju Polski Wschodniej, który tradycyjnie obejmuje pięć województw: lubelskie, podkarpackie, podlaskie, świętokrzyskie i warmińsko-mazurskie. Perspektywa finansowa na lata 2021-2027 przewiduje w tym celu zagospodarowanie ponad 11 mld euro środków unijnych, czyli prawie o 3 mld więcej niż poprzednia, a poza dotychczasowymi beneficjentami tego programu na pieniądze również będzie mogła liczyć część województwa mazowieckiego.

Wzmocnienie potencjału cyfrowego sektora publicznego w Polsce na rzecz nowoczesnej gospodarki jest jednym z celów polityki spójności, a działalność Grupy Sputnik w znacznej mierze koncentruje się na informatyzacji administracji samorządowej. Obserwujemy działania Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej, analizujemy cele, na które będą przeznaczone fundusze unijne w najbliższych latach i budujemy strategię oraz innowacyjne produkty, które wpiszą się w potrzeby rynkowe. Tworzymy zintegrowane narzędzia, które będą wspierać urzędników w codziennej pracy i zapewnią komfort wykonywania obowiązków, również w wirtualnej rzeczywistości. Na przełomie lat 2022-2023 oczekujemy ogłoszenia pierwszych przetargów, do których przystąpimy bogatsi o wieloletnie doświadczenie. Jesteśmy głodni wyzwań i z optymizmem patrzymy w przyszłość – komentuje Sławomir Hemerling-Kowalczyk, prezes GIAP, członek zarządu Sputnik Software.

Przy podziale środków na regiony wzięto pod uwagę poziom rozwoju poszczególnych województw i zastosowano algorytm, oparty na obiektywnych kryteriach takich jak np. liczba ludności i PKB per capita, jednak ostateczne przydziały w programach regionalnych jeszcze zostaną poddane wnikliwej ocenie

Pandemia nie była w stanie zatrzymać podwyżek cen mieszkań

Mimo problemów gospodarczych wywołanych pandemią i początkowych perturbacji na rynku nieruchomości, 2020 był kolejnym rokiem, w którym znów odnotowano wzrosty cen mieszkań. W stolicach województw wahały się one od 3 do 13% na rynku pierwotnym i 3 do 9% na rynku wtórnym w ujęciu rocznym. Popyt na własne M pozostanie silny również w 2021 roku i napędzi kolejne podwyżki, wskazują eksperci Emmerson Evaluation w najnowszym raporcie „Evaluer Index 2021”.

Pierwsze dwa miesiące ubiegłego roku, tuż przed samą pandemią, były okresem wzrostów cen nieruchomości mieszkaniowych. Pojawienie się w marcu koronawirusa w Polsce zachwiało rynkiem. Na przełomie pierwszego i drugiego kwartału ubiegłego roku, kiedy został wprowadzony twardy lockdown, rynek nieruchomości mieszkaniowych wyhamował. Realizowane były głównie wcześniej umówione transakcje. Wielu deweloperów z uwagi na podwyższone ryzyko i niepewność co do przyszłości, zdecydowało się na przesunięcie w czasie wprowadzania nowych inwestycji na rynek mieszkaniowy, kładąc nacisk na szybkie zakończenie tych, które były już w trakcie realizacji.

Zasadnicza zmiana dynamiki nastąpiła na przełomie maja i czerwca, kiedy część restrykcji została zdjęta, a społeczeństwo zaczęło w miarę normalnie funkcjonować. W drugiej połowie roku nastąpiło ożywienie na rynku nieruchomości mieszkaniowych. W następstwie pojawienia się nowej grupy nabywców chcącej chronić swój kapitał przed dewaluacją, popyt na mieszkania zaczął być coraz większy, co także przekładało się na wzrost poziomu cen nieruchomości.

Widząc zwiększający się popyt, deweloperzy zaczęli coraz śmielej wprowadzać nowe inwestycje na rynek. Jednak mimo poprawy sytuacji i wzrostu sprzedaży mieszkań w całym 2020 roku, nie udało się osiągnąć poziomów z roku poprzedzającego pandemię. Przyczyną takiego stanu rzeczy był okres przestoju w II kwartale oraz mniejsza oferta sprzedaży, wskazują autorzy raportu „Evaluer Index 2021”.

Covid-19 nie zatrzymał podwyżek

W swoim raporcie Emmerson Evaluation przeanalizował dane z rynku mieszkaniowego 30 polskich miast, w tym szczegółowo siedem głównych aglomeracji, także w rozbiciu na poszczególne dzielnice. Informacje pochodzą z bazy danych Evaluer, a ceny za mkw. są przedstawione w formie mediany, nie a średniej. Wartość środkowa lepiej odzwierciedla bowiem informację na temat cen, gdyż na wynik nie wpływają pojedyncze, nietypowe transakcje (jak np. zakup jednej wyjątkowo luksusowej nieruchomości). W analizie zostały wzięte pod uwagę ceny transakcyjne, po których kupujący rzeczywiście nabyli mieszkania.

Pozycję lidera pod względem wysokości cen na rynku pierwotnym utrzymał Sopot (mediana 16 700 zł/mkw.). Wiceliderem pozostała Warszawa z medianą zbliżającą się do 11 000 zł/mkw. Na trzecie miejsce na podium przesunął się Kraków z wynikiem 9 800 zł/mkw. Medianę cen mkw. powyżej 9 000 zł Emmerson Evaluation odnotował także w pozostałych miastach Trójmiasta. W Gdańsku wyniosła ona 9 700 zł/mkw., w Gdyni było nieznacznie taniej – 9 600 zł/mkw. We Wrocławiu mediana zbliżyła się do 9 000 zł/mkw., natomiast w Poznaniu przekroczyła 8 000 zł/mkw. Najtaniej znaleźć można było nowe mieszkanie w stolicach województwa lubuskiego. W Zielonej Górze płacono 5 100 zł za mkw. Natomiast najniższą ze wszystkich analizowanych w raporcie miast medianę cen zanotowano w Gorzowie Wielkopolskim (4 700 zł/mkw.)

Rynek wtórny również odnotował znaczące wzrosty. Najdroższy pozostał Sopot z medianą cen na poziomie 10 300 zł/mkw. W Warszawie mediana cena mkw. mieszkań z drugiej ręki zbliżyła się do poziomu 10 000 zł/mkw. Najniższe stawki poniżej 4 000 zł/mkw. występowały w Gorzowie Wielkopolskim oraz miastach Aglomeracji Śląskiej (bez Katowic). Wszystkie analizowane przez Emmerson Evaluation w raporcie lokalizacje zanotowały kilkuprocentowe wzrosty, wyjątkiem jest Łódź, gdzie podwyżki sięgnęły poziomu 10% r/r.Pandemia nie była w stanie zatrzymać podwyżek cen mieszkań

Co czeka rynek w 2021 roku?

Pomimo przewidywanego w wyniku rozwoju pandemii spadku PKB, wzrost bezrobocia jest relatywnie niewielki i w 2020 roku wyniósł tylko 1%. Bezrobocie w Polsce pozostaje na najniższym poziomie w całej Unii. To bardzo ważny wskaźnik dla rynku mieszkaniowego, gdyż niskie bezrobocie i brak obaw o utratę pracy zawsze były na czele listy czynników napędzających jego wzrost.

Innym, bardzo istotnym czynnikiem ekonomicznym wpływającym na koniunkturę rynku mieszkaniowego są stopy procentowe NBP. Od dłuższego czasu są one najniższe w historii, co skutkuje wyjątkowo tanim kredytem, również dla nabywców mieszkań. –  Należy podkreślić, że obniżki dokonane przez NBP zaraz na początku pandemii doprowadziły do sytuacji, w której trzymanie oszczędności w banku stało się nieopłacalne. To skutecznie stymuluje popyt osób posiadających gotówkę na różne aktywa rynkowe, m.in. do lokowania ich na giełdzie, w obligacjach, metalach szlachetnych oraz na rynku nieruchomości. Rynek mieszkaniowy, tradycyjnie postrzegany w Polsce jako najbezpieczniejszy, przejął znaczną cześć tych oszczędności. Osoby, które nie chcą trzymać w banku pieniędzy na zerowym lub ujemnym oprocentowaniu, ale pragną zainwestować je bez narażania się na duże ryzyko, najczęściej wybierają zakup mieszkania – tłumaczy Robert Korczyński, członek zarządu Emmerson Evaluation i wskazuje, że nie bez znaczenia jest również fakt, że po skokowym zaostrzeniu polityki kredytowej w pierwszej fazie pandemii banki istotnie poluzowały politykę kredytową w drugiej połowie ubiegłego roku. Strategia ta jest kontynuowana również na początku roku 2021. Dzięki temu również osoby nieposiadające wystarczających oszczędności mogą pozwolić sobie na zakup wymarzonego mieszkania, wspomagając się kredytem hipotecznym.

Ze strony podażowej eksperci Emmerson Evaluation zwracają uwagę na wysoką inflację, która z całą pewnością nie da deweloperom pola do obniżek cen mieszkań. Należy więc spodziewać się wzrostu zarówno kosztów materiałów budowlanych, jak również kosztów wynagrodzeń pracowników, których nadal brakuje. – Warto pamiętać, że lockdown na przełomie pierwszego i drugiego kwartału ubiegłego roku znacznie zahamował wydawanie nowych pozwoleń na budowę oraz wprowadzanie przez deweloperów nowych inwestycji na rynek mieszkaniowy. Skutkowało to mniejszą podażą praktycznie w każdym dużym mieście i skutecznie wspomagało obserwowane przez cały ubiegły rok wzrosty cen mieszkań. Aktualnie liczba uzyskiwanych przez deweloperów pozwoleń na budowę oraz wprowadzanych na rynek inwestycji wzrosła. Może to w części zrównoważyć zgłaszany popyt oraz złagodzić potencjalne wzrosty cen mieszkań w tym roku. Jest to jednak w zasadzie jedyny czynnik przeciwdziałający potencjalnym wzrostom cen mieszkań. Wszystkie inne wskaźniki przemawiają za kontynuacją podwyżek w perspektywie najbliższego roku – wskazuje Dariusz Książak, prezes Emmerson Evaluation.

Eksperci Emmerson Evalaution nie spodziewają się odwrócenia trendu wzrostowego cen w 2021 r. i wskazują, że popyt jest wystarczająco duży, żeby odpowiednio napędzić rynek do kolejnych rekordów. Według ich prognoz podwyżki będą wahały się w zakresie 3-8%.

Cały raport „Evaluer Index 2021” jest dostępny pod adresem: https://www.emmerson-evaluation.pl/wp-content/uploads/2021/04/raport-evaluer-index-2021.pdf.

Inflacyjny diabeł nie taki straszny

Inflacja w USA w marcu silnie wzrosła, ale odczyt nie sprostał wygórowanym oczekiwaniom rynku, co przełożyło się na osłabienie dolara. Kwiecień zdaje się przynosić więcej wyważonej logiki do handlu, aniżeli gorączkowego popadania w spekulacje.

Muszę przyznać, że wczoraj zakładałem powtórki z niedorzecznych ruchów cenowych i dalszego rozkręcania spirali spekulacji o wymykającej się spoza kontroli inflacji, która zmusi Fed do wcześniejszego ograniczania akomodacyjnej polityki. Przypuszczałem, że nawet najmniejsze odchylenie odczytu CPI w górę wystarczy, by wywołać reakcję łańcuchową z wyższymi rentownościami i silniejszym USD. Wychodzi jednak na to, że oczekiwania rynkowe były już tak wyśrubowane, że zaskoczenie o 0,1 pkt proc. (wzrost do 2,6 proc. r/r z 1,7 proc. w lutym) było swego rodzaju rozczarowaniem. Zarówno rentowności obligacji skarbowych USA, jak i USD osłabiły się po odczycie. Wczorajsza reakcja może być pierwszym dowodem, że uczestnicy rynku dochodzą do porozumienia z nastawieniem głównych banków centralnych zakładającym przejściowy charakter podwyższonej inflacji, na co polityka monetarna nie ma wpływu i reagować nie powinna. Gospodarka globalna jest w wyjątkowej sytuacji, gdzie po jednym szoku wywołanym pandemią i lockdownami przychodzi przeciwstawny szok z odrodzeniem popytu szybszym niż następuje restart produkcji. Walka o ostatnią sztukę produktu wpływa na wzrost cen, jeśli przy wyższych cenach wciąż znajdują się chętni do zakupu. Ale kiedy wszystko wróci do normy (miejmy nadzieję jeszcze w tym roku), odroczony popyt oraz popyt podsycany subwencjami publicznymi (czeki dla Amerykanów) przestaną być silnym zjawiskiem, a moce produkcyjne zostaną odbudowane. Presja inflacyjna osłabnie, jak osłabną efekty bazy (wzrost cen ropy WTI o 160% między marcem ’21 a marcem ’20). W kolejnych miesiącach inflacja jeszcze wzrośnie, prawdopodobnie mocno, ale nie jest to wzrost od utrzymania w dłuższym horyzoncie. A przynajmniej na ten mement nie ma za tym dowodów.

„Normalizacja” rynkowych oczekiwań niesie ze sobą poważne implikacje dla rynku walutowego. Wyjątkowość ożywienia USA może zejść na drugi plan na rzecz strategii reflacyjnej o ile zaskoczenia w danych z USA nie będą wyjątkowo duże. Następna porcja kluczowych publikacji dopiero jutro (sprzedaż detaliczna, produkcja przemysłowa). Dziś za to uwaga skupi się na przemówieniu prezesa Fed Powella, który najprawdopodobniej powtórzy, że wzrost inflacji jest traktowany za przejściowy i nie skłania Fed do wcześniejszej redukcji skupu aktywów. Jest mało prawdopodobne, aby USD otrzymał dzisiaj istotne, pozytywne impulsy.

Pozostając w tonie zaskakujących ruchów cenowych we wtorek, silne osłabienie złotego (wzrost EUR/PLN z 4,53 do 4,57) wpisuje się w ten schemat. Osłabienie dotknęło też węgierskiego forinta, co sugeruje regionalny charakter ruchu prawdopodobnie związanego z przepływami przy niskiej płynności. Złoty osłabił się więcej, co jest zrozumiało względem skali aprecjacji polskiej waluty w ubiegłym tygodniu. Po technicznych zawirowaniach teraz rynek złotego powinien się uspokoić, a przy słabości USD na rynkach globalnych może być łatwiej o powrót EUR/PLN pod 4,55.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A

Organizacje prozwierzęce wzywają Komisję Europejską do zakończenia hodowli norek w UE w celu ochrony zdrowia publicznego

Dziś mija dokładnie rok od wykrycia pierwszego przypadku zakażenia wirusem SARS-CoV-2 na fermie norek w Holandii. Do tej pory koronawiursa wykryto na ponad 400 fermach w państwach Unii Europejskiej (również w Polsce) – organizacje prozwierzęce wzywają Komisję Europejską do podjęcia stanowczych kroków w kierunku zakończenia hodowli zwierząt na futro w całej UE.

W ciągu ostatniego roku ogniska SARS-CoV-2 pojawiły się na ponad 400 fermach norek w dziesięciu państwach członkowskich UE. W Polsce badania norek rozpoczęły się dopiero pod koniec zeszłego roku, kiedy na większości ferm było już po uboju i pozostała tylko bardzo mała część zwierząt. Pierwszy przypadek został zgłoszony przez naukowców z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego w listopadzie 2020 r., a drugi (oficjalnie potwierdzony przez Główny Inspektorat Weterynarii) został wykryty pod koniec stycznia 2021 r. w woj. pomorskim. Wówczas zabite zostały wszystkie zwierzęta na fermie – ok 6 tys. norek. Przypadki SARS-CoV-2 na fermach futrzarskich zostały wykryte również w Danii (gdzie zabito z tego powodu wszystkie norki w kraju), Holandii (tutaj przyspieszono wprowadzenie zakazu hodowli zwierząt na futro o trzy lata), Szwecji i Włoszech (oba kraje zawiesiły hodowlę norek na cały rok 2021), Hiszpanii, Litwie, Grecji, czy Francji.

Jak podkreślają organizacje prozwierzęce, fermy zwierząt futerkowych stanowią zagrożenie dla zdrowia publicznego i mogą stać się rezerwuarem koronawirusa. We wspólnej ocenie Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), Światowej Organizacji Zdrowia Zwierząt (OIE) oraz Organizacji ds. Żywienia i Rolnictwa (FAO) zaznaczono, że istnieje znaczne ryzyko przeniesienia wirusa SARS-CoV-2 z norek na ludzi. Mimo to Komisja Europejska nie podjęła żadnych konkretnych działań w celu zlikwidowania przemysłu futrzarskiego w UE.

Do tej pory Komisja Europejska wymagała jedynie monitorowania i raportowania przypadków COVID-19 na fermach futrzarskich. Zaleca też wdrożenie bardziej rygorystycznych środków bioasekuracji, w tym regularne badania na obecność COVID-19 u pracowników ferm futrzarskich oraz losowe badanie próbek norek, a także badanie martwych zwierząt – mówi Paweł Rawicki, prezes Stowarzyszenia Otwarte Klatki – Środki te są jednak niewystarczające do ochrony zdrowia publicznego, czego przykładami są choćby Dania czy Holandia. Jedynym sposobem, aby skutecznie zapobiec rozprzestrzenianiu się wirusa jest wprowadzenie zakazu hodowli norek w krajach Unii Europejskiej, w których ta okrutna praktyka jest wciąż legalna – dodaje Rawicki.

Rawicki podkreśla również, że ze względu na warunki hodowli zwierząt na futro – trzymanie zwierząt w długich rzędach ciasnych klatek, nawet po kilkaset tysięcy zwierząt na jednej fermie – fermy futrzarskie są doskonałymi wylęgarniami chorób zakaźnych. Przykład SARS-CoV-2 pokazuje, że wirusy na fermach futrzarskich mogą mutować, tym samym wpływając potencjalnie na działanie szczepionki i utrudniając walkę z pandemią COVID-19.

Firma YouGov przeprowadziła ostatnio badanie opinii publicznej na zlecenie organizacji Four Paws i Eurogroup For Animals we Francji, Włoszech, Bułgarii, na Węgrzech, w Estonii i na Słowacji. Wyniki wskazują jasno, że obywatele UE opowiadają się za podjęciem przez Komisję Europejską nadzwyczajnych działań w celu zakończenia hodowli i chowu zwierząt futerkowych, aby chronić zdrowie publiczne. Co więcej, w ostatnich miesiącach prawie 500 000 osób podpisało petycję wzywającą do zakończenia okrutnego handlu futrami.

Wyniki sondażu pokazują, że większość popiera apele organizacji prozwierzęcych o pilne działanie – mówi Paweł Rawicki – Przy tak silnym poparciu społecznym i zagrożeniach dla zdrowia związanych z kontynuacją hodowli zwierząt futerkowych Komisja Europejska musi działać natychmiast i przekonać państwa członkowskie do wstrzymania produkcji futer – dodaje Rawicki.

Zakaz hodowli zwierząt na futro cieszy się rosnącym poparciem społecznym także w Polsce. W sondażu przeprowadzonym przez Rzeczpospolitą w 2018 roku 56% badanych poparło zakaz hodowli zwierząt na futro, a w 2020 roku było to już 68,3% badanych. W badaniu przeprowadzonym we wrześniu 2019 r. przez Biostat aż 73,1% Polaków zgodziło się, że hodowanie i zabijanie zwierząt dla ich futer nie powinno być w Polsce dopuszczalne. Co więcej, na przełomie września i października 2020 r. Centrum Badania Opinii Społecznej przeprowadziło badanie, w którym Polacy zostali bezpośrednio zapytani o to, czy prezydent Andrzej Duda powinien poprzeć nowelizację ustawy o ochronie zwierząt, nazywanej potocznie “piątką dla zwierząt” – ponad połowa (56,6%) badanych odpowiedziała twierdząco (odpowiedzi “zdecydowanie tak” i “raczej tak”). Warto zauważyć, że z badania wynika, że projekt poparli zarówno mieszkańcy dużych miast (64,5%), jak i wsi (55,5%).

Wraz z wejściem w życie ustawy o zdrowiu zwierząt dnia 21 kwietnia, Komisja Europejska ma doskonałą okazję do podjęcia działań przeciwko hodowli zwierząt futerkowych i wyeliminowania związanych z nią zagrożeń dla ludzkiego zdrowia raz na zawsze – mówi Paweł Rawicki.

Ustawa o fundacjach rodzinnych coraz bliżej finału. Ministerstwo zapowiada kolejne kroki

Projekt ustawy o fundacji rodzinnej może już za kilka miesięcy trafić do parlamentu. Eksperci znający temat, przekonują, że realne jest wprowadzenie nowych przepisów w przyszłym roku. A zmiany są bardzo wyczekiwane przez przedsiębiorców. Dziś bowiem polskie prawodawstwo w sposób dość ograniczony reguluje proces sukcesji. W nowym prawodawstwie ma pojawić się instytucja fundacji rodzinnej. Jej zadaniem będzie m.in. gromadzenie majątku przekazanego przez fundatora, zarządzanie nim i chronienie go.

Jak informuje Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii, w drugiej połowie 2021 roku do parlamentu powinien trafić projekt ustawy o fundacji rodzinnej. Został on opublikowany 22 marca 2021 r. w Biuletynie Informacji Publicznej Rządowego Centrum Legislacji i skierowany do konsultacji publicznych. Resort liczy w tej kwestii przede wszystkim na głosy przedstawicieli polskich firm rodzinnych. Opinie i uwagi można zgłaszać do 22 kwietnia br. włącznie.

– Wprowadzenie przepisów w 2022 roku jest realne, ale meritum sprawy dotyczy tego, co wydarzy się po ich wdrożeniu. Przedsiębiorcy powinni mieć świadomość, że taki model pojawi się w przepisach. Może to spowodować zmiany w samym układzie sektora III – komentuje dr Adam Weinert, prezes Rady Fundacji na rzecz Tworzenia Wartości Wspólnej przez Studentów.

Ustawa o fundacji rodzinnej jest rozwiązaniem długo wyczekiwanym przez polskich przedsiębiorców, co podkreśla Magdalena Franciszczak z grupy kapitałowej DGA. Ekspert dodaje, że obecnie nasze prawo w sposób bardzo ograniczony reguluje proces sukcesji w firmach rodzinnych. Brak krajowych rozwiązań zmusza przedsiębiorców do przenoszenia firm do fundacji rodzinnych działających poza granicami Polski. MRPiT zaznacza, że celem projektu jest wprowadzenie do polskiego systemu prawnego instytucji fundacji rodzinnej, podobnej do tych funkcjonujących właśnie w innych państwach europejskich.

– To oczywiście dobra wiadomość. Przede wszystkim polskie biznesy rodzinne nie będą szukały takich rozwiązań za granicą, czyli kapitał zostanie w naszym kraju. Ponadto ww. rozwiązanie zagwarantuje byt firmy, jej nierozerwalność i stabilność, a także ułatwi jej funkcjonowanie w przyszłości jako wielopokoleniowe przedsiębiorstwo rodzinne – analizuje Teresa Kuliberda-Wojtas, doradca sukcesyjny i mediator.

Resort podkreśla, że fundacja rodzinna to będzie nowa osoba prawna. Ma zajmować się  gromadzeniem, zarządzaniem i ochroną majątku przekazanego przez fundatora, zgodnie z jego wolą zawartą w statucie. Do zadań tej instytucji należeć też będzie zapewnianie środków dla wskazanych beneficjentów.

– Rolą fundacji jest przede wszystkim unieśmiertelnienie majątku fundatora. Dzięki temu nie dojdzie do szybkiej konsumpcji rodzinnego kapitału, a będzie on wspierał kolejne pokolenia. Dodatkowo zabezpieczy rodzinną schedę przed rozdrobnieniem tego mienia, np. z tytułu dziedziczenia czy zapłaty zachowków. A taki podział może w konsekwencji przełożyć się na rozpad firmy – mówi Kuliberda-Wojtas.

MRPiT informuje też, że fundacja rodzinna może akumulować i chronić polski kapitał, tj. zatrzymać go w kraju. Natomiast w dalszej perspektywie czasowej będzie mogła rozwijać działalność inwestycyjną w oparciu o zgromadzony majątek, czyli dokonywać nowych inwestycji.

– Rozwiązanie to jest silnie umocowane z potrzebami rynkowymi. Dziś część osób musi kierować organizacją, która prowadzi jednocześnie działalność gospodarczą. To nie pozwala spełnić potrzeb przedsiębiorców. Fundacje muszą budować kapitał żelazny, który pozwala utrzymać się w perspektywie długofalowej. Nie zyskują na tym firmy, które mogą jedynie pomagać instytucji, przekazując darowizny. Te z kolei muszą zostać przeznaczone na cele statutowe fundacji, co niekoniecznie leży w interesie wspierających przedsiębiorstw, a zatem ich członków rodziny – wyjaśnia dr Weinert.

Beneficjentem fundacji będzie mogła zostać osoba fizyczna i organizacja pożytku publicznego (OPP), o czym informuje resort. Z dochodów i majątku będzie można finansować np. koszty utrzymania, kształcenia lub leczenia beneficjentów albo cele statutowe. Fundacja stałaby się formalnie właścicielem np. udziałów w spółkach, papierów wartościowych czy nieruchomości. Natomiast rodzina przedsiębiorców, ich dzieci, wnuki – beneficjentami fundacji.

– Fundacja staje się niejako funduszem inwestycyjnym. W ten sposób chroni rodzinny majątek i dąży do jego pomnażania. Działa na rzecz integralności przedsiębiorstwa rodzinnego, ale jednocześnie może ograniczyć beneficjentów, którzy wykazują brak zaangażowania. W statucie fundacji mogą znaleźć się warunki konieczne do spełnienia przez kolejnych beneficjentów, członków rodziny – zstępnych. Przy odpowiednich zapisach, można zapobiec m.in. konfliktom rodzinnym czy rozdrobnieniu akcjonariatu w poszczególnych spółkach rodzinnych – stwierdza Joanna Juszczyszyn-Klimek z grupy kapitałowej DGA.

Jak wynika z zebranych informacji, fundacja rodzinna, podobnie jak inne osoby prawne, ma działać poprzez zarząd i będzie mogła podlegać także wewnętrznemu nadzorowi rady protektorów. Beneficjenci utworzą zgromadzenie beneficjentów, które będzie się zbierać tylko w wyjątkowych przypadkach, np. w celu uzupełniania składu danego organu. Jak podsumowuje resort, zapewni to niezbędny wpływ rodziny na najważniejsze kwestie związane z działalnością fundacji w perspektywie wielu kolejnych lat.

42 proc. Polaków uważa, że praca zdalna powinna się wiązać z podwyżką wynagrodzenia

W ciągu minionego roku Polacy oswoili się z pracą zdalną. Rośnie liczba osób, które mają odpowiednie warunki do pracy z domu – deklaruje je już ponad 63 proc. ankietowanych w badaniu polskiego ClickMeeting. Widać też jednak rosnące zmęczenie obecną sytuacją – aż 22 proc. pracowników chciałoby, aby firma zapewniła im możliwość dobrowolnych konsultacji z psychologiem. Blisko 6 proc. pracodawców już takie konsultacje zapewnia.click_meeting_praca_zdalna_raport_kodeks_pracy click_meeting_praca_zdalna_raport_odpowiednie_warunki click_meeting_praca_zdalna_raport_rekompensata_kosztow

W ciągu minionego roku praca spoza biura przestała być nowinką technologiczną i przywilejem dla wybranych, a dla wielu osób stała się codziennością. Jednak mimo zadowolenia z możliwości dopasowania pracy do rytmu dnia i oszczędności czasu na dojazdach z czasem pojawiły się też zmęczenie i niepewność. Jak wynika z nowego badania  ClickMeeting „Jak oceniamy pracę zdalną po roku pandemii?”, polskiej firmy dostarczającej rozwiązania webinarowe, jedynie 25 proc. firm planuje powrót do pracy stacjonarnej w pełnym wymiarze jeszcze w tym roku, natomiast 24 proc. pracowników nie wie, jakie plany w tym zakresie ma ich firma. Aż 34 proc. firm planuje wdrożenie pracy w formie hybrydowej.

Z naszego badania wynika, że Polacy oswoili się z pracą zdalną, potrzebują tylko odpowiednich regulacji prawnych i wsparcia ze strony pracodawców – mówi Dominika Paciorkowska, dyrektor zarządzająca w ClickMeeting – Dzięki nowoczesnym narzędziom do wideokonferencji, takim jak platforma ClickMeeting, praca w zespołach może być wygodna i efektywna. Już ponad ⅓ firm dostrzega korzyści płynące z tego typu rozwiązań i planuje w przyszłości łączyć pracę stacjonarną z możliwością pracy zdalnej.

Już 63 proc. pracowników deklaruje, że ma odpowiednie warunki do pracy z domu

W porównaniu do poprzedniego raportu o pracy zdalnej opublikowanego przez ClickMeeting we wrześniu 2020, warunki do pracy z domu uległy nieznacznej poprawie – obecnie deklaruje je 63 proc. respondentów, o 4 proc. więcej niż we wrześniu. Jednocześnie nadal aż 37 proc. pracowników ma tylko częściowo odpowiednie warunki do pracy zdalnej lub nie ma ich wcale. Problem nie leży w kwestiach technologicznych – 92 proc. ankietowanych ma wystarczający sprzęt do pracy z domu. Aż 88 proc. posiada też odpowiednie łącze internetowe – to o 8 proc. więcej niż we wrześniu. Brakuje jednak odpowiedniej przestrzeni i ciszy.

Coraz więcej osób w związku z pracą zdalną oczekuje podwyżek

Przygotowanie pracodawców do nowych warunków wygląda w świetle raportu trochę gorzej. Zaledwie 9 proc. ankietowanych otrzymuje od firmy rekompensatę za koszty poniesione przez nich w związku z pracą z domu, jak np. wyższe rachunki za wodę, prąd, Internet czy zakup odpowiedniego sprzętu. Trzeba jednak przyznać, że liczba osób oczekujących takich dopłat powoli spada – z 64 proc. we wrześniu do 60 proc. w marcu. Natomiast coraz więcej pracowników w związku z wykonywaniem pracy zdalnej chciałoby otrzymać podwyżkę wynagrodzenia. Oczekuje jej już 42 proc. ankietowanych – o 7 proc. więcej niż we wrześniu 2020 r. Natomiast 16 proc. byłoby zainteresowanych benefitami takimi jak wprowadzenie zadaniowego czasu pracy czy dostęp do wizyt u okulisty, ortopedy lub masażysty.

Pracownicy potrzebują wsparcia psychologicznego oraz regulacji prawnych

W obecnej męczącej sytuacji pracownicy potrzebują od pracodawców nie tylko wsparcia technicznego i finansowego, ale również psychologicznego. Niemal 22 proc. ankietowanych chciałoby, aby firma zapewniła im możliwość dobrowolnych konsultacji z psychologiem. Blisko 6 proc. pracodawców dostrzegło problem i już takie konsultacje zapewnia.

Zdecydowana większość, bo aż 84 proc. ankietowanych, zgadza się, że warunki pracy zdalnej powinny zostać uregulowane w Kodeksie pracy. W Ministerstwie Rozwoju, Pracy i Technologii od roku już trwają prace nad nowelizacją obowiązujących przepisów i przystosowaniem ich do  pracy zdalnej.

PARP: Zmiany demograficzne wymagają aktywizacji pracowników 50+

W Polsce od prawie 30 lat obserwowany jest spadek liczby urodzeń. Taka sytuacja znacząco wpływa zarówno na rynek pracy (niedobór kadr), jak i system zabezpieczenia społecznego czy usług zdrowotnych. Aby załagodzić skutki zmian demograficznych należy m.in. zintensyfikować działania wspierające aktywizację zawodową osób 50+, żeby jak najdłużej pozostawały na rynku pracy – wynika z raportu PARP „Starzenie się społeczeństwa – wyzwanie dla rynku pracy, aktywizacja pracowników 50+”.

Na skutek wydłużania się ludzkiego życia, postępu cywilizacyjnego i poprawy jakości życia, na świecie systematycznie rośnie odsetek ludzi w wieku poprodukcyjnym. W Polsce na koniec 2019 r. populacja osób powyżej 65 r.ż. liczyła 6,9 mln (18,1% liczby ludności). Z prognoz demograficznych GUS wynika, że w 2050 r. jej udział wzrośnie do 32,7%, a udział osób w wieku produkcyjnym i przedprodukcyjnym wyniesie odpowiednio 57 proc. i niecałe 11 proc.

Główne przyczyny starzenia się społeczeństwa

Przyczyn starzenia się społeczeństwa jest wiele. Jedną z nich jest coraz późniejsze macierzyństwo. Na przestrzeni ostatnich trzech dekad obserwuje się, że kobiety w coraz późniejszym wieku decydują się na urodzenie pierwszego dziecka. Nie bez znaczenia pozostaje także wydłużony okres nauki oraz wyższa aktywność zawodowa kobiet. Co więcej, można zaobserwować wyraźny spadek liczby zawieranych małżeństw, a osoby żyjące w związkach nieformalnych rzadziej decydują się na posiadanie potomstwa. Do starzenia się społeczeństwa przyczynia się również zmiana potrzeb konsumpcyjnych. W praktyce oznacza to wzrost zapotrzebowania na usługi związane z ochroną zdrowia, opieką społeczną, w tym powszechny dostęp do miejsc w placówkach dziennej opieki dla dzieci, tj. żłobków, przedszkoli. Trudności w zapewnieniu opieki dla dzieci, po zakończeniu urlopu związanego z macierzyństwem, mogą skutkować przesuwaniem przez młodszą część społeczeństwa decyzji o prokreacji. Ponadto na zjawisko starzenia się ludności wpływa pośrednio szereg innych czynników, m.in.: poziom zamożności społeczeństwa, promowany model rodziny, wykształcenie ludności; polityka społeczna państwa itp.

Starsi pracownicy z potencjałem i doświadczeniem

Zmieniająca się struktura wieku społeczeństwa powinna skłonić pracodawców do dostrzeżenia potencjału zawodowego i doświadczenia osób starszych. Bardzo ważne staje się inicjowanie rozwiązań, które będą wspierały osoby 50+ na rynku pracy, aby pozostawały one aktywne zawodowo jak najdłużej. Działania na rzecz pracowników starszych powinny opierać się zarówno na systemowych rozwiązaniach w ramach polityk krajowych, jak i indywidualnych programach realizowanych w miejscach pracy.

Osoby starsze na rynku pracy borykają się z różnorodnymi problemami. Jednym z nich jest bariera mentalna pracodawców, którzy niechętnie zatrudniają osoby w wieku 50+. Opinie dotyczące starszych pracowników są często niepotwierdzone i krzywdzące. Na ogół są to osoby lojalne, o dużej wiedzy merytorycznej i bogatym doświadczeniu życiowym i zawodowym, które pomaga im radzić sobie w trudnych sytuacjach i dopasowywać się do specyfiki pracodawcy.

Zjawisko starzenia się społeczeństwa stanowi jedno z najważniejszych wyzwań warunkujących w najbliższych latach rozwój państw członkowskich UE, szczególnie Polski, która od wielu lat plasuje się w pierwszej trzydziestce krajów demograficznie starych na świecie. Będzie miało również wpływ na podejmowane decyzje na płaszczyźnie społecznej i gospodarczej – ocenia Anna Skowrońska z Departamentu Analiz i Strategii PARP.

Niewiele czasu na zmiany

W perspektywie niespełna dwóch dekad Polsce grozi duży spadek osób aktywnych na rynku pracy. Z  jednej strony będzie to skutkować poważnym niedoborem rąk do pracy, z drugiej, wyzwaniem dla systemu emerytalnego. W związku z rosnącą świadomością tego problemu zmieniają się cele polityki rynku pracy. W wielu krajach jednym z głównych priorytetów tej polityki jest zwiększenie aktywności zawodowej osób starszych, a za istotny czynnik sprzyjający jego osiągnięciu w przedsiębiorstwie uważa się wdrażanie w procesie zarządczym modelu zarządzania wiekiem rozumianego, jako strategia zarządzania zróżnicowanym wiekowo zespołem pracowników.

Ważne jest dostosowanie otoczenia instytucjonalnego, zestawu narzędzi i instrumentów kierowanych na aktywizację zawodową osób 50+ do danej sytuacji gospodarczej. Istotne jest także zapewnienie środków na aktywizację osób 50+ nawet w takich warunkach gospodarczych, w których tworzenie miejsc pracy jest trudne.

W dobie starzenia się społeczeństw równie ważne, jak wdrażanie rozwiązań  zachęcających do jak najdłuższej aktywności zawodowej, staje się promowanie zdrowego stylu życia i umożliwienie pracownikom 50+ pozostawania jak najdłużej w dobrym zdrowiu oraz kondycji psychofizycznej.

———-

Raport został przygotowany w ramach projektu infobrokeringowego na potrzeby Systemu Rad ds. Kompetencji i jest finansowany z funduszy europejskich (Program Operacyjny Wiedza Edukacja Rozwój).

Północna Izba Gospodarcza: dostęp do szczepień w zakładach pracy powinien być powszechniejszy

Północna Izba Gospodarcza apeluje do Premiera: sektor MŚP nie może być pomijany w procedurze dostępu do szczepień.

Ponawiamy apel o to, by zmienić limit osób, które kwalifikują zakład pracy do możliwości przeprowadzenia szczepień na terenie firmy. Obecnie ten limit to 500 deklarujących osób. W opinii Północnej Izby Gospodarczej tak wysoki limit spowodowuje, że sektor MŚP, który bardzo chętnie przyłączyłby się do organizacji szczepień w swoich firmach będzie mieć zablokowaną taką możliwość. Postulujemy, by limit osób deklarujących szczepienie był obniżony do 200 osób.

– Północna Izba Gospodarcza od początku wyraża pozytywną opinię na temat programu szczepień w zakładach pracy, podobnie jak medycy uważamy, że tylko szczepienia są szansą na szybki powrót do normalności, a widzimy, że sektory takie jak turystyka, gastronomia, hotelarstwo czy usługi jak tlenu potrzebują szansy na normalną działalność. Naszym zdaniem program szczepień i organizacji ich punktów powinien być jeszcze bardziej powszechny. Zachęcamy także przedsiębiorców do organizowania akcji promocyjnych, których intencją będzie obalanie stereotypów i zachęcanie pracowników do szczepienia się. Jako Izba damy przykład. Więcej o kampanii powiemy już niebawem – mówi Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Poniżej list do Premiera Mateusza Morawieckiego podpisany przez Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hannę Mojsiuk:

Szanowny Panie Premierze,

na początku kwietnia Pan Michał Dworczyk, Pełnomocnik Rządu ds. Szczepień, zaprezentował imponujący plan przyspieszenia programu szczepień w II kwartale roku 2020. Z punktu widzenia przedsiębiorców daje on nadzieję na szybszy powrót do normalności oraz na to, że niebawem niektóre branże będą mogły powrócić do płynnej i nieprzerywanej lockdownami działalności. Zapowiedź powszechnych szczepień oraz możliwość organizowania punktów szczepień w zakładach pracy to doskonała wiadomość, którą jako instytucja otoczenia biznesu z całą mocą wspieramy.

Jako Północna Izba Gospodarcza postulujemy, by zapowiedziany przez Ministra Dworczyka program poszerzyć. Uważamy, że sektor MŚP również powinien mieć możliwość organizowania punktów szczepień. Zdajemy sobie sprawę, że logistyka nakazuje rozsądek, ale dlaczego nie pozwolić na szczepienia w miejscach pracy, gdzie 200 osób zadeklarowało chęć zaszczepienia się? Należy zrobić wszystko, by powrót do normalności był możliwy jak najszybciej.

W związku z tym, apelujemy Panie Premierze, by obniżyć limit osób deklarujących chęć zaszczepienia jako wyznacznik do tego, by możliwe było zorganizowanie punktu szczepień w zakładzie pracy. Uważamy, że zasadne jest umożliwienie pracodawcy zorganizowanie punktu szczepień w jego firmie, w momencie, kiedy jego 200 pracowników wyrazi chęć zaszczepienia, tym bardziej, iż bierze on za to  pełną odpowiedzialność.

Sektor MŚP nie chce być pomijany w uproszczonej procedurze dostępu do szczepień. Chce wracać do normalności. Przedsiębiorcy pokładają w szczepieniach wielkie nadzieje. Uważamy, że proces szczepienia powinien być tak mocno zdynamizowany, jak to tylko jest możliwe.

Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie stoi na stanowisku, że szczepienia powinny być możliwie szeroko promowane wśród pracowników przez przedsiębiorców. Takie kampanie powinny odbywać się jak najszybciej, albowiem nie ma lepszego narzędzia do walki z koronawirusem niż szczepionka. Jesteśmy gotowi włączyć się w taką promocję i być jej aktywnym uczestnikiem.

Po 13 miesiącach walki z pandemią, po fali bankructw w wielu sektorach gospodarki i po mocnym uderzeniu w światową gospodarkę, musimy wszyscy zdać sobie sprawę, że szybki powrót do normalności jest w interesie nas wszystkich. Wszyscy pragną już normalności, ale najkrótsza droga do niej prowadzi przez masowe szczepienia.

Azure Summit 2021 (online) – największa polska konferencja o Microsoft Azure

Zapraszamy na Azure Summit 2021 (online), czyli największą polską konferencję poświęconą chmurze Microsoft Azure technologiom Microsoft w formie wydarzenia online. Wydarzenie odbędzie się w dniu 13 maja 2021 roku. Najważniejszą wartością konferencji jest wysoki poziom merytoryczny prezentacji technicznych. Prelegentami podczas konferencji będą pracownicy Microsoft, Microsoft MVP oraz przedstawicie firm wykorzystujących Microsoft Azure.

Podczas wydarzenia odbywają się również Wirtualne Targi Pracy IT, na których można spotkać renomowane firmy z branży IT na ich dedykowanych wirtualnych stoiskach. 

Rejestracja i udział w konferencji są w pełni bezpłatne.
Link do rejestracji na wydarzenie: https://azuresummit.pl/ 

Ze względu na sytuację panującą na świecie, konferencja odbędzie się w formie online. W konferencji weźmie udział ponad 1500 uczestników z całej Polski.

Serdecznie zapraszamy do udziału wszystkich chętnych!

Czym różni się kredyt gotówkowy od pożyczki?

Potrzebujesz gotówki i zastanawiasz się, jakie są różnice między kredytem a pożyczką? Pożyczka bez zbędnych formalności czy kredyt gotówkowy – co wybrać? Sprawdź, czym jest kredyt gotówkowy oraz pożyczka i wybierz opcję odpowiednią dla Ciebie.

Czym jest kredyt gotówkowy?

Kredyt gotówkowy to potoczna nazwa dla określenia sposobu pożyczania pieniędzy. Pojęcia kredytu najczęściej używa się w ramach definicji wywodzących się z przepisów Prawa bankowego.

Umowę kredytu, czyli kredyt, Prawo bankowe określa jako umowę pomiędzy bankiem a klientem. Zobowiązuje ona bank do oddania pewnej kwoty do dyspozycji klienta na określony czas oraz na określony cel.

Bank wypłaca kredytobiorcy określoną sumę pieniędzy z przeznaczeniem na ustalony w umowie cel i czas. Ma prawo zweryfikować, czy kredytobiorca faktycznie wykorzystuje kredyt w celu określonym w umowie (np. remont).

Kredytobiorca jest zobowiązany do spłaty kredytu wraz z odsetkami w określonych terminach spłat oraz zapłaty prowizji od udzielonego zobowiązania. Nie dochodzi tutaj do przeniesienia na kredytobiorcę własności środków pieniężnych.

Udzielenie kredytu jest uzależnione od zdolności kredytowej kredytobiorcy, więc procedura jego przyznawana może być dość długa – szczególnie, gdy wnioskodawca nie ma żadnej relacji z bankiem. Dokumenty potrzebne do kredytu to przeważnie zaświadczenie o zatrudnieniu, dochodach i zarobkach.

Terminy kredyt/pożyczka gotówkowa często są używane zamiennie, ale są to zupełnie inne produkty. Zamienne stosowanie obu tych pojęć może wynikać z faktu, że po spełnieniu pewnych warunków mogą stanowić kredyt konsumencki (o którym mowa w ustawie o kredycie konsumenckim i dalszej części artykułu).

Kredyt a pożyczka – różnice

Pożyczka gotówkowa to znacznie bardziej swobodna i elastyczna forma finansowania niż kredyt. Udzielają jej nie tylko banki, ale także instytucje finansowe i osoby prywatne. Umowa pożyczki podlega przede wszystkim pod przepisy Kodeksu Cywilnego. Pożyczkę można wykorzystać na dowolny cel, którego nie trzeba dokumentować. Co więcej, pożyczka może dotyczyć nie tylko środków pieniężnych, ale także określonej liczby rzeczy oznaczonych co do gatunku.

Pożyczkobiorca zobowiązuje się zwrócić tę samą sumę pieniędzy lub liczbę rzeczy opisanych w umowie, które na mocy umowy przechodzą na jego własność. W przypadku umowy pożyczki mogą, ale nie muszą zostać nałożone odsetki czy prowizja.

Najczęściej nie są wymagane dodatkowe dokumenty i zaświadczenia potwierdzające zdolność kredytową, chyba że udzielana pożyczka stanowi jednocześnie kredyt konsumencki w rozumieniu ustawy o kredycie konsumenckim – w takim przypadku na kredytodawcy spoczywa szereg obowiązków takich jak ocena zdolności kredytowej, wydanie formularza informacyjnego przed zawarciem umowy, czy uwzględnienie w umowie wielu elementów istotnych z punktu widzenia kredytobiorcy.

Kredyt konsumencki to forma finansowania znacznie bardziej uregulowana i kontrolowana przez instytucje państwowe (np. Prezesa UOKiK w zakresie prawidłowej realizacji obowiązków informacyjnych spoczywających na kredytobiorcy), co zwiększa bezpieczeństwo, ale jednocześnie może wydłużać procedurę jej udzielenia.

Jeśli zastanawiasz się, jaką formę finansowania wybrać, dokładnie przeanalizuj cel, na jaki chcesz przeznaczyć środki, sumę pieniędzy, jakiej potrzebujesz i czas niezbędny do zwrotu środków.

Szybka gotówka online bez zbędnych zaświadczeń

Interesuje Cię pożyczka bez zbędnych formalności? Potrzebujesz szybkiej gotówki? Sprawdź z nami główne zalety pożyczki gotówkowej online w PKO Banku Polskim.

W PKO Banku Polskim możesz otrzymać pożyczkę gotówkową online, korzystając z bankowości elektronicznej iPKO lub darmowej aplikacji mobilnej IKO – szybko i prosto. Jeśli złożysz wniosek online, możesz otrzymać wypłatę nawet w 30 sekund!

Otrzymujesz pieniądze na konto nawet w dniu złożenia wniosku. Pożyczkę możesz spłacać krótko – nawet przez 3 miesiące, ale także dłużej, w zależności od Twoich potrzeb – nawet do 96 miesięcy. Jeśli nie jesteś klientem PKO Banku Polskiego, również możesz skorzystać z pożyczki bez zbędnych zaświadczeń online do 4500 zł.

Jak otrzymać pożyczkę bez zbędnych formalności w PKO Banku Polskim?

  1. Wypełniasz wniosek o pożyczkę w aplikacji w telefonie lub na komputerze. Możesz także udać się do oddziału PKO Banku Polskim osobiście, a także umówić się na wideorozmowę lub rozmowę telefoniczną z doradcą.
  2. Zapoznajesz się z warunkami, zdalnie dostarczasz dokumenty (gdy wymagane)  i akceptujesz umowę pożyczki elektronicznie.
  3. Dostajesz pieniądze na konto nawet tego samego dnia.

Deloitte: Polskie rady nadzorcze angażują się w zarządzanie kryzysowe

Pandemia wpłynęła na funkcjonowanie firm nie tylko w obszarach strategicznych czy operacyjnych. Zmiany odczuły również organy kontrolne, czyli rady nadzorcze.

Z badania „Rada Nadzorcza w obliczu COVID-19: kryzys, doświadczenie, nowa rzeczywistość” przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte wynika, że chociaż cztery piąte członków rad zapewniło, że włączyli się w zarządzanie kryzysowe, to 59 proc. z nich nie ma określonej strategii na wypadek wystąpienia niespodziewanych sytuacji. Z kolei ponad 80 proc. zasiadających w radach nadzorczych dostrzegło, że w czasie kryzysu zwiększył się zakres współpracy z zarządem i akcjonariuszami. Więcej uwagi poświęcono również pracownikom.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Deloitte, pandemia COVID-19 zmusiła członków rad nadzorczych do zaangażowania się w zarządzanie kryzysowe. Aż 81 proc. respondentów deklaruje, że podjęło kroki w tym kierunku. Ponad połowa z nich zrobiła to w ciągu siedmiu dni od wprowadzenia w Polsce lockdownu, 23 proc. w ciągu dwóch tygodni, a 19 proc. do miesiąca.

Nie każda rada nadzorcza posiada przygotowany konkretny zestaw działań. 59 proc. badanych wskazało, że nie ma określonego planu działania w przypadku kryzysu. 56 proc. przyznało również, że nie ma gotowych planów na wypadek awaryjnej sukcesji. To powoduje, że wiele sytuacji może potencjalnie zaskoczyć rady nadzorcze w sposób negatywny i wymusić podjęcie decyzji pod wpływem chwili. Natomiast wszyscy respondenci zgodnie stwierdzili, że udało im się przełożyć doświadczenia z funkcjonowania innych rad i rozwiązań stosowanych w różnych firmach. Tym samym mogą przejąć i zaadaptować dobre praktyki, również te w obszarze zarządzania kryzysowego, do swojej jednostki mówi Dorota Snarska-Kuman, partner w dziale audit & assurance, liderka programu Rady Nadzorcze, Deloitte.

Ład korporacyjny w obliczu dynamicznych zmian

Firmą zarządza się i nadzoruje w oparciu o system norm i zasad zwany ładem korporacyjnym. W praktyce pojęcie to można rozumieć jako złożoną sieć relacji rozwijanych pomiędzy kadrą zarządzającą, reprezentantami nadzoru właścicielskiego, akcjonariuszami oraz pozostałymi interesariuszami.

W dynamicznie zmieniającym się otoczeniu biznesowym odpowiedni ład korporacyjny i ustrukturyzowane przez niego relacje pomiędzy interesariuszami pomagają organizacji właściwie reagować na sytuacje kryzysowe i zawczasu identyfikować zagrożenia.

Zdaniem 85 proc. badanych, pandemia nie wpłynęła na zmianę ładu korporacyjnego. Członkowie rad nadzorczych, którzy byli odmiennego zdania, najczęściej wskazywali na przekształcenia w systemach i funkcjach zewnętrznych oraz w wynagrodzeniach.

Zapytaliśmy naszych respondentów również o trudności związane z wypełnieniem elementów ładu korporacyjnego. Ponad połowa z nich nie ma takich doświadczeń. 19 proc. członków rad wskazało natomiast na przeszkody w obowiązkach zarządu i rady nadzorczej, 15 proc. na problemy związane

z walnymi zgromadzeniami i relacjami z akcjonariuszami, a 11 proc. z wynagrodzeniami. Warto podkreślić, że o zmianie ładu korporacyjnego częściej mówili przedstawiciele firm z najwyższym rocznym obrotem – mówi Dorota Snarska-Kuman.

Nowe perspektywy

63 proc. respondentów deklaruje, że rada nadzorcza miała przygotowane plany zapewnienia ciągłości pracy na wypadek zakłóceń wywołanych pandemią, a w 81 proc. firm udało się wprowadzić te założenia. Aż 89 proc. członków rad nadzorczych podkreśla, że w tym procesie nie napotkało większych trudności. Natomiast badani, którzy doświadczyli problemów, najczęściej wskazywali na te natury logistycznej (67 proc.). Co ciekawe, zdaniem większości firm pandemia COVID-19 nie wpłynęła na zmianę ich strategii działania (63 proc.). Natomiast 56 proc. członków rad nadzorczych twierdzi, że obecnie przedmiotem dyskusji są nowe kierunki rozwoju, które nie były rozpatrywane przed pandemią. Co ciekawe, w 89 proc. przypadków nie został powołany specjalny komitet ds. koronawirusa.

Wśród priorytetów rad nadzorczych w czasie pandemii, znalazło się zarządzanie ryzykiem, strategia,

a także polityka informacyjna i komunikacja z inwestorami. Zdaniem 59 proc. respondentów hierarchia priorytetów nie zmieniła się z powodu sytuacji spowodowanej COVID-19.

Zmienił się z kolei sposób komunikacji na każdym szczeblu firmy. Z naszego badania wynika, że 93 proc. rad nadzorczych odbywa spotkania zdalnie, a 89 proc. nie zauważyło trudności związanych z taką formą kontaktu. W przypadku 59 proc. częstotliwość komunikacji zwiększyła się w związku z pandemią. 82 proc. badanych twierdzi, że z powodu koronawirusa ściślej współpracują z zarządem firmy i akcjonariuszami, 15 proc. z pracownikami, a 11 proc. z partnerami biznesowymi. Oznacza to, że rady nadzorcze poczuły potrzebę, by poznać nastroje panujące w przedsiębiorstwie. Taki przepływ informacji powinien być zachowany również po zakończeniu pandemii – mówi Dorota Snarska-Kuman.

O badaniu

Badanie „Rada Nadzorcza w obliczu COVID-19: kryzys, doświadczenie, nowa rzeczywistość” przeprowadzono od czerwca do września 2020 r. wśród członków rad nadzorczych w Polsce. 59 proc. ankietowanych zasiada w jednej radzie, 28 proc. w od dwóch do pięciu i 3 proc. w sześciu do dziewięciu radach nadzorczych. Najwięcej przedstawicieli miały firmy zatrudniające więcej niż 250 pracowników (50 proc.). W badaniu wzięli również udział reprezentanci przedsiębiorstw zatrudniających mniej niż 50 osób (28 proc.) i zatrudniających od 51 do 250 pracowników (22 proc.).

Respondenci zasiadają w radach nadzorczych firm z branż: dobra konsumpcyjne i usługi, usługi finansowe, nieruchomości, energia, zasoby i przemysł, technologia, media i komunikacja, opieka zdrowotna oraz usługi publiczne. Najwięcej badanych to przedstawiciele przedsiębiorstw, których roczny obrót wynosi od 10 do 50 mln euro (36 proc.) i tych, które przekraczają kwotę 50 mln euro (33 proc.). 17 proc. członków rad nadzorczych reprezentuje firmy o rocznym obrocie od 2 do 10 mln euro, a 14 proc. do 2 mln euro.

Praca zdalna nie pomaga branży papierniczo-biurowej

Pandemia, a konkretnie home office, nie sprzyjają producentom papieru, artykułów biurowych i firmom zajmującym się administracyjną obsługą biur. Zadłużenie podmiotów z tej branży od początku marca ubiegłego roku wzrosło o ponad 1/5 i dziś wynosi 23,6 mln zł – wynika z najnowszych danych Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej. Z 29,6 tys. zł do 34,6 tys. zł zwiększyła się także ich średnia zaległość wobec kontrahentów.

Pracownicy skierowani na home office nie korzystają z materiałów biurowych, nie drukują umów, dokumentów ani prezentacji. Firmy, które przeniosły działalność do Internetu również zredukowały zapotrzebowanie na papier i artykuły biurowe. Segregatory, notesy, zszywacze, dziurkacze czy pojemniki na dokumenty nie są potrzebne w takiej liczbie, jak kiedyś. Z kolei mniej drukowanych dokumentów to mniejsze zapotrzebowanie na tonery. Uczniowie i studenci podczas nauki zdalnej również nie zużywają tyle zeszytów, długopisów, markerów, kredek czy kartek samoprzylepnych, ile w szkole i na uczelni.

Firmy wykonujące usługi ksero nie kopiują notatek ani książek w takiej skali jak przed pandemią. Podobnie jak podmioty świadczące działalność pomocniczą związaną z prowadzeniem biura – archiwizację i niszczenie dokumentów, dostarczanie i obsługę poczty, usługi sekretarskie, księgowe i rachunkowe. Papier jest wykorzystywany teraz głównie w stacjonarnych oddziałach banków, które nadal drukują sporo umów i innych dokumentów dla klientów oraz używają długopisów.

JDG-i mają pod górę

Problemy z popytem na takie materiały widać w bazie danych KRD. W marcu 2020 r. zaległości firm z branży papierniczo-biurowej wynosiły 19,6 mln zł. Dziś wzrosły do 23,6 mln zł. Poszerzyło się też grono dłużników z 657 w marcu ub.r. do 683 obecnie. W ślad za rosnącymi zaległościami powiększa się średnie zadłużenie wobec kontrahentów. Dwanaście miesięcy temu wynosiło ono 29,6 tys. zł, a teraz 34,6 tys. zł.

Największe problemy z wypłacalnością mają jednoosobowe działalności gospodarcze, które są winne kontrahentom 12,8 milionów złotych. Tuż za nimi są spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, zalegające na kwotę 9,6 milionów złotych. Reszta zadłużenia rozkłada się pomiędzy spółki akcyjne, spółki jawne i komandytowe – informuje Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Europejska Konfederacja Przemysłu Papierniczego (CEPI) podaje, że w samym tylko 2020 r. produkcja papieru do druku i pisania, a więc często wykorzystywanego dotąd w firmach, spadła o 18 proc. Zapowiedziano stałe zamykanie papierni, ale także przebudowę parków maszynowych, tak aby dostosować się do nowej sytuacji. Rynek e-commerce jest teraz bardzo chłonny i potrzebuje dużo opakowań papierowych do transportu towarów.

Branża musi przetrwać trudny okres i widać, że szuka rozwiązań ratunkowych. Zmienia profil produkcji, wprowadzając do oferty nowe rodzaje papieru potrzebne w handlu internetowym. To dobry znak, bo świadczy o elastyczności i determinacji firm. Takie podejście powinno ułatwić im wyjście z problemów finansowych – ocenia Adam Łącki.

Komu zalega branża papierniczo-biurowa

Najwięcej zaległości mają firmy z Mazowsza, które nie zapłaciły kontrahentom blisko 9,1 mln zł. Drugie miejsce zajmuje województwo śląskie z kwotą 3 mln zł, a podium zamyka Małopolska, gdzie firmy są zadłużone na 2,1 mln zł.

Rekordzistą jest spółka z ograniczoną odpowiedzialnością z Warszawy, świadcząca usługi administracyjne dla biur. Ma ona do oddania aż 2,2 mln zł. Kwota ta rozkłada się na fundusz sekurytyzacyjny, który przejął należności od pierwotnych wierzycieli, i firmę windykacyjną.

Przedsiębiorstwa z branży papierniczo-biurowej są winne 6,6 mln zł funduszom sekurytyzacyjnym i windykacyjnym i prawie tyle samo bankom, 1,6 mln zł firmom leasingowym oraz 1,4 mln zł operatorom komórkowym.

Pandemia dużym wyzwaniem i szansą dla szkół wyższych. Jej efektem są nowe obszary badań i intensywna współpraca międzynarodowa

Czas pandemii obnażył wiele mankamentów polskiego szkolnictwa wyższego, ale także przyczynił się do pozytywnej zmiany i wymusił wprowadzenie na uczelniach innych, nowoczesnych metod dydaktycznych. W efekcie wielu wykładowców odnotowało znaczący wzrost frekwencji i aktywności studentów na zdalnych zajęciach. Z drugiej strony pandemia wyzwoliła także potencjał naukowy na uczelniach, związany chociażby z dodatkowymi grantami na badania w nowych obszarach czy współpracą z ośrodkami zagranicznymi, która jest dziś łatwiejsza dzięki upowszechnieniu komunikacji online.

– Okres pandemii zdecydowanie wpłynął na funkcjonowanie uczelni, również w obszarze naukowym. Wyzwania i ograniczenia powodują, że szukamy innowacyjnego podejścia – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. inż. Marcin Lorenc, rektor Politechniki Opolskiej.

Co najmniej do końca kwietnia zajęcia na uczelni odbywają się w trybie zdalnym, z wykorzystaniem metod kształcenia na odległość, w trybie synchronicznym. W tym czasie obowiązuje też nakaz pracy zdalnej. Jak pokazał raport Centrum Cyfrowego „Polskie uczelnie w czasie pandemii” – taki model nauki i pracy okazał się sprawdzianem dla szkolnictwa wyższego i obnażył jedną z jego słabości, czyli skupienie na rozwoju naukowym pracowników naukowych bez równoczesnego pogłębiania ich umiejętności dydaktycznych.

Pandemia COVID-19 wymusiła jednak zmianę i wprowadzenie nowych rozwiązań z zakresu dydaktyki. Wielu wykładowców – nie mogąc utrzymać uwagi studentów wpatrujących się w monitor przez 90 minut – ograniczyło formułę wykładów i zaczęło stosować interaktywne, warsztatowe metody i pracę projektową. Prowadzący zajęcia z czasem nauczyli się zarządzać wirtualną przestrzenią, jaką dają programy do nauki zdalnej – dzielić studentów na mniejsze grupy, przygotowywać multimedialne przerywniki, stosować quizy i ankiety. Wykładowcy uruchomili też nowe kanały komunikacji, m.in. wirtualne dyżury, pozwalające na połączenie wideo lub rozmowę na czacie. Co ciekawe, część z nich odnotowała znaczący wzrost frekwencji na zdalnych zajęciach, a studenci, którzy wcześniej nie wykazywali się aktywnością, w przestrzeni online zaczynali brać udział w dyskusjach.

– Widzimy także duży wzrost aktywności naszych naukowców. Nie mamy możliwości personalnej współpracy, nie uczestniczymy w konferencjach, które są bardzo ważne w naszym cyklu prac, natomiast pracujemy poprzez media, za pośrednictwem komunikacji na odległość. Efekty są bardzo zadowalające, bo wobec 2019 roku liczba publikacji z placówkami zagranicznymi wzrosła u nas o 100 proc. Liczba wniosków, które złożyliśmy na różnego rodzaju granty, też jest bardzo duża – podkreśla rektor Politechniki Opolskiej. – Pojawiły się granty, które są związane przede wszystkim z przeciwdziałaniem pandemii, i o nie również wnioskujemy z dużym powodzeniem.

Wzrosła liczba możliwych do pozyskania grantów związanych z przeciwdziałaniem pandemii i łagodzeniem jej skutków. Dla przykładu NCBiR – w ramach konkursu „Szybka ścieżka – Koronawirusy” – przeznaczył w zeszłym roku 200 mln zł z funduszy europejskich (POIR) na projekty skupione wokół diagnostyki, leczenia i przeciwdziałania chorobom wirusowym, ze szczególnym uwzględnieniem SARS-CoV-2.

– Pozyskaliśmy m.in. projekt, który dotyczy rehabilitacji pocovidowej. W tym obszarze bardzo aktywnie działa jeden z naszych kolegów, prof. Jan Szczegielniak, który praktycznie jako pierwszy zajął się rehabilitacją pocovidową w szpitalu w Głuchołazach i również na uczelni przygotowuje wnioski grantowe, żeby dalej rozwijać ten kierunek – mówi dr hab. inż. Marcin Lorenc.

Prowadzony przez prof. Jana Szczegielniaka, konsultanta krajowego w dziedzinie fizjoterapii, pilotaż w Głuchołazach był jedną z pierwszych tego typu inicjatyw w Europie i na świecie. Dzięki prowadzonej rehabilitacji u osób, które przeszły COVID-19, poprawiają się możliwości wysiłkowe, ustępują duszności, a przez to poprawia się jakość ich życia. Lekarze walczą jednak z szeregiem innych skutków: zaburzeniami równowagi, bólami stawów i mięśni, zaburzeń węchu czy smaku, pamięci, objawami depresji. Od września do końca lutego w Głuchołazach przyjęto ponad 500 pacjentów po zakażeniu.

Politechnika Opolska w połowie marca została laureatem prestiżowego konkursu organizowanego przez europejską sieć M-ERA.NET.2, który finansuje międzynarodowe projekty badawcze skupione na rozwoju nowych technologii. Zgłoszony przez nią projekt ma na celu rozwój technologii druku 3D i poszerzenie jej o natrysk termiczny, dzięki czemu będzie możliwe stworzenie warstwy odpornej na zużycie i korozję. Na jego realizację uczelnia pozyskała prawie milion euro. Projekt będzie realizowany przez naukowców z Wydziału Mechanicznego Politechniki Opolskiej we współpracy z zagranicznymi uczelniami – Uniwersytetem w Pilźnie, niemieckim Instytutem Fraunhofera oraz Akademią Nauk Republiki Czeskiej. Rektor PO podkreśla, że inżynieria mechaniczna jest jedną ze specjalności uczelni.

– Jako mniejsza uczelnia stawiamy na bardzo wyspecjalizowane kierunki naukowe, w tym m.in. na inżynierię mechaniczną, inżynierię lądową i transport, elektrotechnikę i ochronę środowiska. To nasze cztery główne kierunki, chcemy się wyspecjalizować. Nie jesteśmy w stanie zdobyć takiej rozpoznawalności jak choćby Uniwersytet Jagielloński, ale pracujemy nad swoją marką poprzez budowanie bardzo silnych brandów właśnie w tych obszarach naukowych – deklaruje.

Drugi akcent, na który mocno stawia uczelnia, to umiędzynarodowienie badań naukowych i współpraca międzynarodowa.

– To jest rzeczywista współpraca między naukowcami. Wiele ubiegłorocznych publikacji powstało wspólnie z innymi ośrodkami – nie tylko z Polski i Europy, ale i wielu innych krajów świata. Druga rzecz, na którą warto zwrócić uwagę, to fakt, że w naszych murach jest już prawie standardem obecność profesorów m.in. z Włoch, Czech, Niemiec czy Słowacji. W ramach projektu finansowanego z zewnątrz będziemy gościć jeszcze pięciu naukowców spoza Europy – jednego z Chin, jednego z Iranu i trzech z Indii. Politechnika Opolska jest przygotowana, żeby ich przyjąć, mamy odpowiednią kadrę i mamy sprzęt, na którym można robić badania na światowym poziomie – mówi dr hab. inż. Marcin Lorenc.

Podkreśla, że to właśnie wysoki poziom naukowy i otwartość na współpracę z międzynarodowymi ośrodkami przyciągają naukowców z zagranicy.

– Po pierwsze, liczy się poziom, bo ci naukowcy nie zainteresowaliby się Politechniką Opolską, gdyby ludzie, którzy stoją za badaniami i wynikami prac naukowych, nie prezentowali właściwego poziomu. To podstawa. druga rzecz to aparatura do badań, którą posiadamy. Inwestujemy w tej chwili duże środki w nową infrastrukturę. To są magnesy, które do nas przyciągają – mówi rektor Politechniki Opolskiej.

Rośnie zaufanie społeczne do farmaceutów. Zaangażowanie ich i aptek może znacząco przyspieszyć tempo szczepień, nie tylko przeciw COVID-19

Według badań Polskiej Grupy Farmaceutycznej 85 proc. pacjentów uważa, że apteki są teraz bardziej dostępne niż przychodnie i chętnie zamiast z teleporady lekarskiej zwracają się po pomoc do farmaceuty. Pandemia przyczyniła się do wzrostu zaufania społecznego do przedstawicieli tego zawodu, co może teraz być wykorzystane w procesie szczepień przeciw COVID-19. Doświadczenia z innych krajów pokazują, że farmaceuci mają istotną rolę w zwiększaniu wskaźników wyszczepialności również w przypadku innych chorób.

9 kwietnia br. zostało opublikowane rozporządzenie ministra zdrowia, zgodnie z którym farmaceuci – po odbyciu odpowiednich szkoleń – mogą przeprowadzać badania kwalifikacyjne do szczepień i same szczepienia. W maju z kolei mają ruszyć szczepienia w aptekach, choć szczegółowe wytyczne i wymagania wobec przygotowania tych punktów są jeszcze opracowywane. Włączenie nowych punktów i zawodów w proces szczepień ma szanse go znacząco przyspieszyć.

W Polsce jest 12,2 tys. aptek, 36 tys. farmaceutów, z czego 28 tys. praktykujących. Jeśli 70 proc. z nich zadeklarowałoby gotowość do wsparcia szczepień w Polsce, to są to cenne zasoby ludzkie i na pewno nastąpiłaby akceleracja całego programu szczepień przeciwko COVID-19 – mówi agencji Newseria Biznes dr n. farm. Piotr Merks, przewodniczący Związków Zawodowych Pracowników Farmacji, sekretarz generalny Europejskich Związków Zawodowych Pracowników Zatrudnionych w Aptekach.

Badanie wykonane przez Polską Grupę Farmaceutyczną na przełomie grudnia i stycznia, a dotyczące opinii i praktyki pacjentów związanych ze szczepieniem w aptekach, pokazało pozytywny stosunek respondentów do propozycji szczepienia przeprowadzonego przez farmaceutów. W grupie powyżej 60. roku życia blisko połowa ankietowanych zaufałaby swojemu farmaceucie w kwestii podania szczepionki w aptece. Ponad połowa odpowiedzi zgadzała się ze stwierdzeniem, że proces szczepienia w aptekach przebiegałby znacznie szybciej niż do tej pory.

– Punktem wyjścia do rozszerzania kompetencji farmaceutów o szczepienia jest edukacja społeczeństwa. Już dwa lata temu mówiliśmy o wykonywaniu szczepień w aptekach, ale wtedy wszyscy ocenili, że to jest niemożliwe i niewykonalne. Wtedy było to kojarzone z lobbingiem farmaceutycznym. Obecnie 85 proc. pacjentów zadeklarowało, że skorzystałoby ze szczepienia w aptece, a głównym powodem jest dostępność. Pandemia pokazała ułomności systemu ochrony zdrowia w Polsce, a rozwiązaniem jest zaangażowanie aptek w świadczenie niektórych usług – podkreśla dr n. farm. Piotr Merks.

Wzrost zaufania do aptek i farmaceutów to również pośrednio zasługa pandemii i ograniczonego dostępu do placówek ochrony zdrowia. 85 proc. ankietowanych zgadza się z tezą, że apteki są bardziej dostępne dla pacjentów w porównaniu z przychodniami. Największe zaufanie do pracowników aptek deklarują mieszkańcy województwa mazowieckiego, śląskiego, kujawsko-pomorskiego i małopolskiego.

W czasie pandemii branża farmaceutyczna zyskała wiele przywilejów, np. recepty farmaceutyczne, pro familiae i pro auctore, po które nie trzeba było już czekać w kolejce do lekarza. Pacjenci mogli pójść do apteki i kupić leki nawet w sytuacji, kiedy lekarz w przychodni w danym momencie nie mógł wystawić recepty. Ponadto pacjenci deklarowali, że rozmowa z farmaceutą twarzą w twarz bardziej im odpowiada niż teleporada. Apteki są czynne przez cały okres pandemii i to także spowodowało wzrost zaufania do farmaceutów – ocenia przewodniczący Związków Zawodowych Pracowników Farmacji.

Jak zauważa, w czasie pandemii rozszerzyła się także lista dolegliwości, z którymi pacjenci zwracali się do farmaceutów. Większość osób, co też wynika z badań, była w pełni usatysfakcjonowana poradą, a ich problem został rozwiązany bez konieczności wizyty w przychodni.

Eksperci podkreślają, że przy odpowiednich regulacjach i po właściwych szkoleniach farmaceuci mogliby aktywnie uczestniczyć w profilaktyce chorób zakaźnych, zachęcając do zaszczepienia się przeciw grypie i oferując wykonanie świadczeń na miejscu. W przeszłości – zgodnie z deklaracjami – 30 proc. badanych zaszczepiło się z rekomendacji pracownika apteki.

– Farmaceuci powinni być zaangażowani w proces szczepień przeciwko wielu chorobom, nie tylko COVID-19. Obecnie umożliwia to 36 krajów na świecie. Istnieje kilkadziesiąt różnego rodzaju szczepionek, które farmaceuci podają w aptekach, a wyszczepialność w niektórych krajach doszła nawet do 70 proc. Dodatkowo w takich krajach jak Wielka Brytania, USA czy Kanada szczepi się także dzieci powyżej drugiego roku życia. Skoro te kraje przyjęły takie rozwiązanie, jest ono bezpieczne i sprawdzone – uważa Piotr Merks.

Jak dodaje, w średniej wielkości aptece w Wielkiej Brytanii, nie uwzględniając szczepień na COVID-19, szczepi się rocznie około tysiąca pacjentów. Na rozszerzenie uprawnień farmaceutów decyduje się coraz więcej państw. Farmaceuci nie przejmują kompetencji lekarzy i pielęgniarek, tylko wspierają ich w pracy, aby dostępność szczepień była jak największa, szczególnie w szczytowych momentach. Eksperci Ogólnopolskiego Programu Zwalczania Grypy podkreślają, że w ubiegłym sezonie grypowym nastąpił wzrost zainteresowania szczepieniami przeciw grypie. Mimo trudności w dostępie do szczepionek wyszczepialność wzrosła i wynosi obecnie ponad 6 proc. W ich ocenie w tym roku zapotrzebowanie może być większe nawet o 45 proc. w porównaniu do 2020 roku, co może spowodować nałożenie się na siebie dwóch masowych akcji szczepień – przeciw COVID-19 i grypie.

Według badania PGF blisko 70 proc. farmaceutów uważa, że wprowadzenie nowej usługi do aptek przyczyniłoby się do budowania dobrego wizerunku i zaufania wśród pacjentów, a efektem byłoby podniesienie prestiżu zawodu farmaceuty.

W przyszłym roku rynek odpadów czeka rewolucja. Nowe zasady dla konsumentów, samorządów i producentów

Unijny pakiet odpadowy narzuca Polsce – podobnie jak wszystkim krajom członkowskim – wysokie cele dotyczące recyklingu odpadów opakowaniowych. Ma on wzrosnąć do 65 proc. w 2025 roku oraz 70 proc. w 2030 roku. Prawdopodobnie w przyszłym roku rynek ten czeka rewolucja. Wdrożenie rozszerzonej odpowiedzialności producentów oraz systemu kaucyjnego, nad którymi pracuje resort klimatu i środowiska, przeniesie koszty związane z prowadzeniem selektywnej zbiórki i recyklingiem na producentów stosujących opakowania. Dziś odpowiedzialne są za to gminy, które przerzucają opłaty na mieszkańców. Raport Eunomia Research & Consulting i firmy TOMRA wskazuje, że tak duża zmiana wymaga wielomiesięcznych przygotowań wszystkich uczestników systemu, dlatego jak najszybciej potrzebne są przepisy, które ją wdrożą.

– Rozszerzona odpowiedzialność producenta zakłada, że musi on wziąć odpowiedzialność nie tylko za produkt w pierwszym etapie jego życia, czyli do momentu, kiedy konsument weźmie go z półki, ale do samego końca, kiedy produkt zostanie zużyty, a opakowanie po nim wyrzucone i stanie się odpadem. Zgodnie z ROP każdy przedsiębiorca, który używa opakowań – czy to opakowań na napoje i żywność, czy folii, którą są owinięte np. zeszyty sprzedawane w supermarkecie – będzie odpowiadał za to, co wprowadza na rynek. W tej chwili toczy się dyskusja, w jaki sposób sprawić, żeby producent ponosił odpowiedzialność finansową i organizacyjną – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Sapota, wiceprezes ds. relacji rządowych w Europie Północno-Wschodniej w firmie TOMRA, produkującej maszyny do recyklingu.

Do wdrożenia rozszerzonej odpowiedzialności producentów (ROP) zobowiązuje Polskę przyjęty w 2018 roku unijny pakiet odpadowy. Zgodnie z tą zasadą przedsiębiorstwa wprowadzające opakowania na rynek będą musiały partycypować w kosztach ich selektywnej zbiórki, segregacji i przygotowania do recyklingu. W Polsce już od 2019 roku – kiedy to Ministerstwo Środowiska zainaugurowało cykl konsultacji w tej sprawie – mówi się o wdrożeniu ROP w połączeniu z systemem kaucyjnym, który ma skłonić konsumentów do oddawania zużytych opakowań do punktów zbiórek. Rządowego projektu ustawy wciąż jednak brak, choć nowe przepisy mają zostać uchwalone jeszcze w tym roku, a wejść w życie na początku przyszłego.

– Ustawa nałoży obowiązki na wszystkich interesariuszy rynku odpadowego. Zadecyduje o zakresie odpowiedzialności finansowej i operacyjnej producenta i o tym, jaką rolę będą pełnić gminy, organizacje odzysku opakowań, firmy gospodarujące odpadami i sortownie – wymienia Anna Sapota. – Nie jest to zmiana, do której jesteśmy w stanie dostosować się w ciągu kilku dni. Z jednej strony musimy uwzględnić cele dotyczące rosnących poziomów recyklingu, które stawia przed nami UE w perspektywie do 2025, 2030 i 2035 roku. Z drugiej strony musimy dać czas wszystkim interesariuszom rynku, aby przygotowali się do nowych obowiązków i byli w stanie zorganizować finansowanie.

Pakiet odpadowy ustanawia coraz wyższe cele recyklingu odpadów komunalnych i opakowaniowych, które Polska musi osiągnąć. Do 2025 roku przynajmniej 55 proc. odpadów komunalnych powinno być poddawanych recyklingowi. Do 2030 roku cel ten wzrośnie do 60 proc., a do 2035 roku – do 65 proc. W przypadku odpadów opakowaniowych poziom recyklingu ma zostać zwiększony do 65 proc. w 2025 roku oraz 70 proc. w 2030 roku. Odrębne cele zostały wyznaczone dla konkretnych materiałów opakowaniowych, takich jak papier i tektura, plastik, szkło, metal, drewno i aluminium. Wdrożenie ROP w połączeniu z systemem kaucyjnym ma pomóc w ich osiągnięciu.

– W tej chwili to gmina jest odpowiedzialna za recykling odpadów opakowaniowych, które zbierze, musi więc znaleźć recyklera, który je przetworzy. Natomiast  właściwym podmiotem, który powinien o to zadbać, jest producent. To on kontroluje, co wprowadza na rynek, i to jemu zależy na pozyskaniu materiału z recyklingu, bo będą go obowiązywać wymogi dotyczące zawartości recyklatu – wskazuje wiceprezes ds. relacji rządowych w Europie Północno-Wschodniej w firmie TOMRA.

– Dziś koszty recyklingu opakowań w Polsce ponoszą gminy, co z kolei przekłada się na opłaty nakładane na obywateli. Nowe przepisy doprowadzą do przeniesienia kosztów, co stanowić będzie zachętę dla producentów, aby w inny sposób zarządzali łańcuchem dostaw opakowań. Polski rząd prowadzi konsultacje w sprawie różnych propozycji realizacji systemu ROP i wkrótce przejdzie do tworzenia przepisów krajowych, dlatego uznaliśmy, że jest to właściwy moment na przygotowanie raportu – mówi Andy Grant, dyrektor techniczny Eunomia Research & Consulting.

Analitycy w raporcie jasno wskazują, że mechanizm finansowania ROP w Polsce musi się zmienić. Jedynie gwarancja, że producenci pokryją pełne koszty zarządzania zużytymi opakowaniami, oraz właściwe rozwiązania organizacyjne pozwolą na efektywną realizację unijnych celów klimatycznych.

– Według naszych wniosków Polska powinna skorzystać z istniejących systemów gminnych. Gminy nadal powinny zajmować się odbiorem i sortowaniem odpadów opakowaniowych, ale niezbędne jest płacenie za te usługi przez producentów tak, aby samorządy nie musiały już ponosić kosztów w tym zakresie. Co więcej, w tym modelu gminy nie będą musiały już także szukać rynków zbytu do recyklingu materiałów po ich zebraniu i posegregowaniu – wyjaśnia Andy Grant.

Gminy wyczekują wdrożenia ROP, licząc, że część pieniędzy z tego systemu mogłaby wesprzeć lokalne systemy gospodarki odpadami i w efekcie ulżyć mieszkańcom, którzy wyraźnie protestują przeciw wzrostowi cen.

– Producenci powinni być właścicielami i kontrolerami posortowanych odpadów opakowaniowych przeznaczonych do recyklingu, aby mogli opracowywać strategie i budować dodatkowe możliwości w tym zakresie. Ważne jest jednak to, aby tylko jeden podmiot – zwany organizacją odpowiedzialności producentów – zajmował się obsługą tego systemu w ich imieniu. Obecnie Polska ma kilka takich podmiotów – wskazuje analityk Eunomia Research & Consulting. – Konsumenci zaś nie będą musieli już pokrywać kosztów recyklingu opakowań w postaci opłat pobieranych przez gminy. Te koszty będą ponosić przy zakupie danego opakowania, ponieważ zostaną one doliczone do ceny każdego kupowanego produktu.

Konsumenci wyraźnie popierają wprowadzenie systemu kaucyjnego na opakowania – w 2019 roku, według raportu Polskiego Stowarzyszenia Zero Waste, za tym rozwiązaniem było prawie 90 proc. Polaków.

– W tej chwili nie mamy żadnych regulacji dotyczących np. opakowań po napojach. Funkcjonuje dobrowolny system kaucyjny, organizowany np. przez browary na butelki po piwie, natomiast w pozostałym zakresie nie ma nic. Wszystko trafia do strumienia odpadów komunalnych, czyli do naszych koszy na śmieci. UE nakłada nam jednak pewne wymogi dotyczące tego, ile takich opakowań powinniśmy zebrać. I tutaj system kaucyjny jest znakomitym rozwiązaniem. Raport Eunomii pokazuje, że system kaucyjny jest jedynym znanym i efektywnym kosztowo rozwiązaniem, które pozwala osiągnąć 90 proc. selektywnej zbiórki opakowań po napojach – mówi Anna Sapota.

System kaucyjny to rozwiązanie, które od lat z powodzeniem funkcjonuje już w 10 krajach UE, takich jak Dania, Finlandia, Niemcy, Holandia, Norwegia, Szwecja i Litwa. Jak wynika z danych Deloitte’a, korzysta z niego ponad 133 mln ludzi, czyli ponad jedna czwarta europejskiej populacji. Dlatego projektując wdrażanie ROP, Polska może czerpać z doświadczeń innych państw, dostosowując je do specyfiki krajowego rynku. Raport, opracowany przez firmy Eunomia Research & Consulting oraz obecną na 60 rynkach depozytowych Tomrę, pokazuje, jak efektywnie wdrożyć system rozszerzonej odpowiedzialności producenta, aby była to transakcja „win-win-win” – korzystna dla konsumentów, producentów i samorządów.

BioBankowanie może być szansą dla chorych z nowotworami. Zainteresowanie wśród pacjentów jest ogromne

BioBankowanie tkanki zmienionej nowotworowo umożliwia analizę całego genomu, dzięki której możliwe jest poszukiwanie dla chorego indywidualnej terapii czy włączenie go do badań klinicznych nad nowymi lekami. – W przypadku nowotworów jajnika stosuje się badanie całogenomowe, dzięki któremu można wytypować pacjentki do leczenia inhibitorami PARP – wyjaśnia dr inż. Aleksandra Szopa z Polskiego Centrum BioBankowania. Nawet jeśli na dany typ raka nie ma jeszcze leczenia, to dzięki odpowiedniemu przechowywaniu materiału biologicznego będzie szansa skorzystania z terapii, które pojawią się w przyszłości.

BioBankowanie polega na przechowywaniu próbek materiału biologicznego i danych medycznych, które są z nimi powiązane. Krew lub inne tkanki może oddać każdy bez względu na stan zdrowia, ale najczęściej z BioBankowania korzystają chorzy na nowotwory i choroby rzadkie. znacza wykorzystanie materiału biologicznego i danych w celach naukowych. Natomiast bankowanie dotyczy celu diagnostycznego czy terapeutycznego.

Największą korzyścią dla pacjentów z bankowania tkanki zmienionej nowotworowo jest możliwość skorzystania z zaawansowanej diagnostyki całogenomowej. Obecnie skupiamy się na nowotworach piersi i jajnika. W przypadku tego ostatniego na podstawie diagnostyki całogenomowej można wytypować pacjentki, które mogłyby skorzystać z terapii inhibitorami PARP. Zdecydowanie największa grupa osób, która zaufała Polskiemu Centrum BioBankowania i MNM Diagnostics to właśnie pacjentki z rakiem jajnika i piersi. Zwłaszcza w przypadku piersi wynika to właśnie z tego, że jest największa liczba terapii celowanych, które można dobrać na podstawie diagnostyki całogenomowej – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr inż. Aleksandra Szopa, koordynator ds. BioBankowania w Polskim Centrum BioBankowania, MNM Diagnostics.

Tego typu diagnostyka to rodzaj profilowania. Precyzyjna analiza całego genomu umożliwia poznanie 99,9 proc. informacji z materiału genetycznego komórek rakowych. Dzięki tej wiedzy możliwe jest dobranie optymalnej metody leczenia czy zidentyfikowanie przyczyn oporności na daną terapię. Bankować można nie tylko tkanki raka jajnika czy piersi, lecz także innych nowotworów (m.in. prostaty, trzustki, jelita grubego), również takich, na które nie ma jeszcze skutecznych terapii. Jak podkreśla ekspertka, przy obecnym tempie rozwoju onkologii mogą się one pojawić w ciągu kilku miesięcy.

– Nawet jeżeli w tym momencie nie ma możliwości doboru odpowiedniej terapii, to nie znaczy, że to się nie zmieni w najbliższym czasie. Część pacjentów zabezpiecza więc swój materiał z myślą o przyszłości. Koncentrujemy się na tym, żeby DNA w bankowanych próbkach było bardzo dobrze zachowane – mówi dr inż. Aleksandra Szopa.

Bankowanie odbywa się według ściśle określonych procedur i w określonych warunkach. To wieloetapowy proces, który zaczyna się podczas wizyty u lekarza.

Bardzo ważnym etapem jest edukacja pacjenta, wytłumaczenie mu, na czym ten proces polega, jakie będzie miał z tego korzyści, tak żeby decyzja o bankowaniu materiału była podjęta świadomie – wyjaśnia przedstawicielka PCBB. – Decyzję o przechowywaniu tkanek dobrze jest podjąć jak najwcześniej, ponieważ najczęściej jest tylko jedna szansa na pozyskanie materiału.

Fragment guza jest pobierany w trakcie zabiegu diagnostycznego lub chirurgicznego usunięcia, a dodatkowo do badań potrzebna jest także krew pacjenta. Próbki są następnie odpowiednio zabezpieczane, tak aby nie doszło do degradacji DNA. Dzięki temu diagnostykę całogenomową można przeprowadzić w dowolnym czasie.

– Chciałabym podkreślić rolę lekarza w tym procesie, ponieważ to on wypisuje skierowanie na diagnostykę całogenomową w Polskim Centrum BioBankowania. Taki materiał jest przechowywany do 30 dni bezpłatnie z możliwością przedłużenia bankowania do trzech lat już na koszt pacjenta – mówi dr inż. Aleksandra Szopa. – Bankowanie nie dotyczy tylko samego materiału biologicznego, ale również danych klinicznych z nim związanych.

Jednorazowa opłata za pierwsze trzy lata bankowania wynosi 980 zł brutto. Jak podkreśla koordynator, w szpitalach, które współpracują z Polskim Centrum BioBankowania, zainteresowanie pacjentów tą usługą jest ogromne. Dodatkowo – jeśli pacjent wyrazi zgodę na biobankowanie – próbki mogą być wykorzystywane przez naukowców do badań naukowych nad nowotworami i rozwojem nowych terapii. Jak przekonują badacze, zdobyta w ten sposób wiedza z tych anonimowych danych w przyszłości pomoże innym chorym borykającym się z tym samym schorzeniem.

Celowane leczenie nowotworów, czyli skierowane na konkretną zmianę genetyczną, przynosi zdecydowanie większą skuteczność. Wręcz do tego stopnia, że przy nowotworach, które kiedyś wiązały się z bardzo wysoką śmiertelnością i były leczone standardowo chemioterapią, dziś mamy więcej opcji do wyboru. I przede wszystkim możemy sprawdzić, czy dana terapia danemu pacjentowi pomoże. Każdy nowotwór ma swój słaby punkt i badania kliniczne skupiają się na tym, jak w ten punkt trafić i zabić nowotwór, nie niszcząc przy tym zdrowych komórek – wyjaśnia koordynatorka ds. BioBankowania w Polskim Centrum BioBankowania.

Urządzenia ubieralne zmierzą stan zdrowia dostawców jedzenia i poinformują np. o gorączce. Testowane są już także dostawy przez roboty

Bezkontaktowe dostawy i bezdotykowa obsługa pojazdów elektrycznych, którymi przemieszczają się kurierzy – to priorytety dla firm realizujących dostawy jedzenia do domów. Parametry, takie jak temperatura, puls czy saturacja, mierzą u kurierów urządzenia wearables. O krok dalej idzie znana amerykańska sieć pizzerii. Zamówienia dostarcza w niej od kilku dni nie kurier, lecz robot. Analitycy rynkowi zakładają, że rosnące zainteresowanie zamówieniami żywności na dowóz utrzyma się również przez kilka lat po boomie spowodowanym pandemią.

– Innowacją, która była wdrażana na czas pandemii, ale pewnie przyda się nam wszystkim też na przyszłe lata, jest nowy, bezkontaktowy sposób dostawy, który wdrożyła większość platform. Można sobie wybrać taką opcję, że kurier nie wita się, nie przekazuje jedzenia, tylko zostawia je pod drzwiami – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Łukasz Banach, współzałożyciel Hop.City.

Dzięki możliwości wyboru dostawy bezdotykowej ograniczane jest ryzyko zakażenia. Istotnym problemem jest jednak ryzyko rozprzestrzenienia wirusa między kurierami, którzy kontaktują się ze sobą. Rozwiązaniem jest zdalne monitorowanie stanu zdrowia pracowników przy użyciu urządzeń do noszenia, tzw. wearables. Zamawiając żywność, klient widzi więc, czy kurier, który go będzie obsługiwał, nie ma na przykład podwyższonej temperatury. To również sygnał dla przełożonego takiego pracownika, świadczący nie tylko o możliwym zakażeniu, ale również o zmęczeniu. Urządzenia takie jak opaski nadgarstkowe czy smartwatche mierzą temperaturę, puls czy saturację.

– Wprowadziliśmy urządzenia, które pozwalają nam mierzyć najbardziej charakterystyczne funkcje życiowe takiej osoby. I one z jednej strony pokazują nam stan jej zdrowia, czyli np. aktualną temperaturę, puls czy nasycenie tlenem. Oczywiście to nie są jedyne i stuprocentowe symptomy świadczące o tym, czy ktoś jest chory, ale dające przynajmniej jakąś informację, że może być jakiś problem ze zdrowiem tej osoby, i one również mogą być przekazywane bezpośrednio do użytkownika zamawiającego – mówi Łukasz Banach.

Tymczasem amerykańska sieć pizzerii Domino’s testuje w Houston w stanie Teksas realizację dostaw z wyłączeniem roli kuriera. Firma ogłosiła właśnie, że rozpoczyna wprowadzanie do łańcucha dostaw robotów, które dostarczą opłacone z góry zamówienie. Klient otrzymuje alerty tekstowe, które raportują przemieszczanie się maszyny. Po jej przybyciu klient może odebrać jedzenie, wprowadzając kod PIN na ekranie dotykowym robota.

Bezdotykowa obsługa jest rozwijana nie tylko pod kątem kontaktów kuriera z klientem, lecz także eksploatacji skuterów elektrycznych, którymi pracownicy dowożą posiłki do odbiorców.

– Staramy się nie tworzyć hubów, czyli miejsc, w których przebywa bardzo dużo osób, a do którego trzeba przyjść, pobrać akcesoria, kluczyki do pojazdu. Całością zarządza system rozproszony. Pojazd można zostawić i wypożyczyć, także na cele dostaw, w dowolnym miejscu, bez kontaktu z drugą osobą. Pojazdy elektryczne można też ładować w bezkontaktowych szafkach czy w bateriomatach, również bez kontaktu z inną osobą – dodaje współzałożyciel Hop.City.

Z danych zaprezentowanych przez Stock Apps wynika, że światowy rynek dostaw żywności zamawianej online osiągnie w 2021 roku wartość 151,5 mld dol. i obejmie obsługę 1,6 mld użytkowników. Oznacza to wzrost o 10 proc. w porównaniu z poprzednim rokiem. Wyraźnym czynnikiem napędzającym ten rynek jest wybuch pandemii koronawirusa. Przychody w 2020 roku wzrosły o 27 proc., osiągając pułap ponad 136 mld dol., a prognoza zakłada, że w 2024 roku obroty przekroczą 182 mld dol.

Proces cyfryzacji, który przyspieszył na skutek pandemii nie zatrzyma się i nie ma od niego odwrotu

Pandemia spowodowała nie tylko zmiany w gospodarce, ale także w relacjach obywatel – państwo. Społeczeństwa zaczęły domagać się, by rządy przede wszystkim chroniły zdrowie obywateli i zapewniały środki do życia. Jednocześnie państwa musiały zwiększać swoją aktywność w kanałach cyfrowych, by docierać z informacjami do jak najszerszej grupy obywateli.

Jak wynika z globalnego badania EY „Jak cyfrowy rząd może połączyć wszystkich obywateli”, tylko nieco ponad połowa respondentów (53%) uważa, że rządy efektywnie wykorzystują technologię w walce z koronawirusem. Prawie 1/3 (32%) traktuje cyfryzację w usługach publicznych jako jeden z trzech najważniejszych priorytetów, jeśli rządy chcą poprawić ich jakość.

Jak efektywnie rząd i sektor publiczny wykorzystują technologię cyfrową, by walczyć z pandemią?

Jak efektywnie rząd i sektor publiczny wykorzystują technologię cyfrową, by walczyć z pandemią

– Nasze badania i doświadczenia z ostatnich miesięcy pozwalają spodziewać się dalszego wzrostu znaczenia technologii, także po zakończeniu pandemii. Bardzo szybko i dobitnie zdał sobie z tego sprawę sektor prywatny, który bez zwłoki i w możliwie najszybszym tempie – o ile mowa o branży, w której było to możliwe – przeniósł swoją działalność do kanałów cyfrowych i wciąż udoskonala swoje produkty, usługi i buduje pozytywne doświadczenia klientów w tych kanałach. Rządy w tej konkurencji zostały nieco w tyle, choć trzeba pamiętać, że zmiany procesów akurat w tym obszarze nie przebiegają – i z natury rzeczy nie będą przebiegać – tak szybko, jak w sektorze prywatnym. Niemniej jednak, zarówno z badania globalnego, ale i z polskich sondaży – np. przeprowadzonych wspólnie przez EY i Billennium wynika, że obywatele mieli problemy z dostępem do usług publicznych. Na kłopoty z zamknięciem bądź ograniczeniem dostępu do urzędów, ZUS czy urzędu pracy wskazało w naszym badaniu 23% ankietowanych – to niemal jeden na czterech obywateli. Co również ciekawe, ponad połowa ankietowanych z chęcią sprawy urzędowe załatwiałaby online, bez konieczności wizyty w urzędzie. To jedna z najczęściej wskazywanych, najpopularniejszych aktywności, którą Polacy z chęcią przenieśliby do kanału online – mówi Marcin Bartoszewski, EY Poland Consulting Innovation Leader.

Digitalizacja państwa to jednak nie tylko korzyści, ale również wyzwania. Choć 72% badanych przez EY uważa, że technologia poprawia jakość życia, to wraz z rozwojem komunikacji na linii państwo-obywatel w kanałach cyfrowych, obawiają się pogłębiania nierówności społecznych (32%), zwiększenia władzy w rękach tych, którzy już teraz ją mają lub są bogaci (34%), z kolei 32% uważa, że technologia wpłynie na pogorszenie stosunków w społecznościach. Niemniej istnieje potrzeba rozwijania cyfrowych umiejętności. 61% ankietowanych deklaruje, że skorzystałoby z rządowych programów szkoleniowych, jeśli byłyby one dostępne.

– Proces cyfryzacji, który przyspieszył na skutek pandemii nie zatrzyma się i nie ma od niego odwrotu. To, co udało się do tej pory wypracować, prawdopodobnie zostanie z nami na lata, a kolejne cyfrowe rozwiązania albo czekają już za rogiem, albo trwają nad nimi intensywne prace. Oprócz wyzwań czysto technologicznych z tym związanych, nie mniej istotne pozostaną wyzwania o charakterze społecznym, na które szczególną uwagę będą zwracać rządy i administracja publiczna, które muszą ze swoimi usługami trafić do wszystkich obywateli, niezależnie od poziomu wykształcenia, wieku czy miejsca zamieszkania. Na tej drodze rządy będą musiały zmierzyć się z wieloma wyzwaniami, zanim będzie możliwe obsługiwanie obywateli online w takiej skali, w jakiej robi to dziś sektor prywatny. Oprócz problemu cyfrowego wykluczenia, administracja publiczna będzie musiała również zapewnić obywateli, że przygotowane dla nich rozwiązania są w pełni bezpieczne. Konieczna będzie również transparentna informacja o wykorzystywaniu danych osobowych, bo jak pokazuje badanie EY, tylko nieznaczna grupa ankietowanych zgodziłaby się na ich przekazywanie między jednostkami administracyjnymi bądź prywatnym firmom działającym na rzecz poprawy jakości cyfrowej obsługi obywateli – dodaje Marcin Bartoszewski.

O badaniu
Badanie zostało przeprowadzone we współpracy z Ipsos MORI. Od lipca do września 2020 przeprowadzono wywiady z ponad 12 tysiącami respondentów w 12 krajach (Australia, Brazylia, Francja. Indie, Japonia, Malezja, Meksyk, Niemcy, RPA, USA, Wielka Brytania oraz Zjednoczone Emiraty Arabskie). W każdym z państw respondenci byli grupą reprezentatywną z punktu widzenia wieku, płci i statusu zawodowego.

Bitcoin bije kolejne rekordy. Funt znów w górę

Chwilowa słabość złotego połączyła się w czasie z lepszymi danymi z Wysp Brytyjskich. W rezultacie byliśmy świadkami wyraźnego ruchu w górę na funcie.

Dobre dane pomagają funtowi

Od rana poznaliśmy wyniki produkcji przemysłowej i PKB z Wielkiej Brytanii. W ciągu roku są to wyraźne spadki, ale niższe niż oczekiwali analitycy. W rezultacie pomimo 7,8% spadku PKB, inwestorzy potraktowali te dane jako korzystne. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że funt od początku kwietnia jest wyraźnie w odwrocie. Staniał względem złotego ponad 20 groszy. Nie może zatem dziwić, że inwestorzy tylko czekali na okazję do realizacji zysków. W rezultacie dzisiejsze lepsze dane spowodowały skokowy wzrost o 5 groszy ceny funta.

Słabsze sygnały z Indii

Wczoraj na rynek trafiły dwie ważne informacje z Indii. Poznaliśmy odczyty inflacji i produkcji przemysłowej. Ceny rosną w tempie 5,52% przy oczekiwanym poziomie 5,4%. Indie są jednym z nielicznych państw podających zmianę cen z dokładnością do dwóch miejsc po przecinku. Jest to najwyższy odczyt od trzech miesięcy, ale wcześniej przez niemal rok inflacja znajdowała się w okolicach 7%, zatem nie są to poziomy, które powinny jeszcze niepokoić inwestorów. Większym problemem jest jednak produkcja przemysłowa. Spada ona w ujęciu rocznym już o 3,6%, to szybciej niż oczekiwane przez analityków 3%. Wynikiem tych danych było osłabienie się indyjskiej rupii względem głównych walut.

Kolejne rekordy kryptowalut

Wczoraj po raz pierwszy bitcoin na dłużej zawitał powyżej poziomu 60 000 dolarów. Jak bardzo oddziałuje to na wyobraźnię użytkowników, świadczy fakt, że już dzisiaj pojawiło się przebicie poziomu 62 500 dolarów. Wielu analityków, szczególnie tych bardziej konserwatywnych, zastanawia się, gdzie są granice tego ruchu. Problem w tym, że skoro dopiero wchodzą w to duże banki inwestycyjne, nie bardzo wiadomo, komu opłaca się przecena na tym rynku. W rezultacie wiele podmiotów jest skłonnych podtrzymywać swoimi środkami tę hossę. Nie powoduje to oczywiście gwarancji dalszych wzrostów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Gdzie będą pracować byli górnicy?

Transformacja energetyczna, do której na poważnie zabieramy się w Polsce, pozostawi za sobą poszkodowanych. Będą to górnicy i osoby związane z sektorem wydobywczym – które po wyeliminowaniu węgla z polskiego miksu energetycznego stracą dotychczasowe zatrudnienie. To główny powód, dla którego odejście od węgla zajmuje nam tak dużo czasu. Górnicy, reprezentowani przez swoje związki zawodowe, od lat skutecznie blokują reformę sektora wydobywczego. Tym razem wszystko wskazuje na to, że negocjacje z górnikami się udadzą. Żeby jednak transformacja energetyczna doszła do skutku, i aby była sprawiedliwa społecznie – muszą się pojawić nowe miejsca pracy dla osób, które stracą swoje posady po zamknięciu kopalń. Eksperci widzą potencjał na zatrudnienie dla tych osób w programach, które są już od kilku lat finansowane przez rząd.

– Istniejące rządowe programy wsparcia – na przykład termomodernizacji w programie “Czyste powietrze”, czy odnawialnych źródeł energii w programie “Mój prąd” – zwiększyły dynamikę rozwoju przedsiębiorstw w tych branżach. To pozwala przewidzieć, że sporo osób związanych z branżą górniczą ma szansę odnaleźć nowe miejsce pracy właśnie w tych nowych branżach – powiedział serwisowi eNewsroom Aleksander Szpor z Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Jednak żeby nikt nie pozostał z tyłu, trzeba pamiętać o odpowiednim inwestowaniu w inne sektory, które mogą zapewnić byłym górnikom zatrudnienie. W zależności od struktury gospodarczej regionu, górnicy mają największe szanse na znalezienie pracy w sektorze motoryzacyjnym lub budowniczym. W te branże należy więc inwestować, by powstawały w nich nowe przedsiębiorstwa, oferujące kolejne miejsca pracy – apeluje Szpor.

Doskonałe wyniki sprzedażowe deweloperów na początku 2021 roku

W pierwszym kwartale br., bliskie rekordowym, statystyki sprzedażowe deweloperów notowanych na GPW (rynek podstawowy i Catalyst) mogły zaskoczyć nawet największych i najbardziej niepoprawnych optymistów. Z czego wynika taki stan rzeczy i czego zapowiedzią może być w przewidywalnej przyszłości?

Historia koniunktury zatoczyła pandemiczne koło

Gdy przed ponad rokiem deweloperzy giełdowi zgodnie z oczekiwaniami zakomunikowali bardzo dobre wyniki kontraktacji mieszkań za pierwszy kwartał 2020 r., było już oczywiste, że reguła „jaki pierwszy kwartał, taki cały rok w mieszkaniówce” tym razem nie zadziała.

Rynek deweloperski za sprawą Covid-19 i lockdownu stanął w obliczu koniunkturalnego załamania. Stało się ono faktem w kolejnym II kwartale, kiedy to siłą rzeczy sprzedaż mieszkań z pierwszej ręki tąpnęła o bez mała 70 proc. k/k. Szczęśliwie był to incydent przejściowy, po którym w drugim półroczu rynek przystąpił do mozolnej odbudowy nadwyrężonych statystyk sprzedaży. W efekcie podsumowanie 2020 roku wypadło umiarkowanie optymistyczne z regresem kontraktacji deweloperów rzędu jednej piątej w relacji r/r. W tym stanie rzeczy za kluczowe dla co najmniej średnioterminowych perspektyw rynkowych miały okazać się przedmiotowe dane za I kwartał br.

Nieoczekiwanie okazały się one w wykonaniu deweloperów giełdowych sprzedażowo jednymi z najlepszych w historii rodzimego pierwotnego rynku mieszkaniowego, ustępując pola tylko dwóm kwartałom z rekordowego roku 2017. Kontraktacja z wolumenem rzędu ponad 7 tys. lokali przewyższyła o blisko jedną czwartą wynik z analogicznego okresu roku poprzedniego, zaznaczmy – uznanego powszechnie jako zdecydowanie udany, a więc z poprzeczką bazy zawieszoną wysoko.

W ten sposób rynek w ciągu pierwszych dwunastu miesięcy pandemii zatoczył swoiste koło od zdecydowanie udanego początku roku ubiegłego, poprzez perturbacje kolejnych pandemicznych miesięcy, do wręcz znakomitego pierwszego kwartału roku bieżącego. Pytanie, czy tego typu sytuacja jest faktycznie powodem do powszechnej radości z powrotu koniunkturalnej prosperity w wielkim stylu.

Coraz więcej czynników windujących popyt

Jest raczej pewne, że za wynikami kontraktacji deweloperów w pierwszych trzech miesiącach br. stoją te same czynniki, które dotychczas, w trakcie koronakryzysu utrzymywały pierwotny rynek mieszkaniowy na powierzchni. Z tą tylko różnicą, że do ultra niskich stóp procentowych dołączył przekaz o planach wprowadzania przez rodzimych bankierów opłat za trzymanie pieniędzy na rachunkach bankowych, a do detalicznych klientów inwestycyjnych deweloperskich biur sprzedaży coraz szerszym frontem dołączają hurtowi inwestorzy instytucjonalni.

Zapewne nie byle jakim i już aktywnym rynkowo czynnikiem propopytowym są też komunikowane ostatnio rządowe plany wprowadzenia dopłat do kredytów mieszkaniowych oraz gwarancji wkładu własnego, tymczasem nie sprecyzowane, ale jak najbardziej realne.Doskonałe wyniki sprzedażowe deweloperów na początku 2021 roku

Zapowiedź hossy na wszystkich frontach

Z początkiem kwietnia br. indeks WIG-Nieruchomości wybił się ponad swój szczyt sprzed pandemicznego załamania z lutego 2020 r., zapewne w reakcji na oczekiwaną poprawę wyników sprzedażowych deweloperów mieszkaniowych. Tym samym powstał bardzo wiarygodny długoterminowy sygnał kontynuacji 9-letniej hossy segmentu nieruchomościowego warszawskiej GPW. Zwyżki kursów akcji tuzów krajowej deweloperki nie są jednak jedynymi aspektami oczekiwanej hossy na rynku nieruchomości.

W okolicznościach euforii zakupowej mieszkań deweloperskich nietrudno przewidzieć kolejną falę wzrostów cen materiałów budowlanych i gruntów inwestycyjnych. Z taką tylko uwagą, że o ile w pierwszym przypadku towaru raczej nie zabraknie, to podaż parceli pod osiedla mieszkaniowe, i tak od dawna pozostawiająca wiele do życzenia, może się po raz kolejny skurczyć w oczekiwaniu na znacznie wyższe ceny w przewidywalnej przyszłości. A to w perspektywie zaledwie kilku kwartałów może grozić dość poważnym i niebezpiecznym zaburzeniem równowagi popytowo-podażowej pierwotnego rynku mieszkaniowego.

W efekcie trwająca już bez mała rok krucha stabilizacja cen mieszkań z pierwszej ręki w kolejnych miesiącach br. najprawdopodobniej będzie zmuszona ustąpić miejsca kolejnej fali wzrostowej. Za takim scenariuszem przemawiają nie tylko argumenty o rosnących kosztach deweloperów, ale też coraz więcej przesłanek o propopytowym charakterze.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Nowe projekty farmowe w portfelu Columbus Energy

Columbus Energy S.A. zwiększa swój udział w rynku farm fotowoltaicznych. Spółka w ostatnich dniach zawarła umowę na rozwój projektów farmowych o łącznej mocy 2 800 MW.

Podpisana przez Columbus Energy S.A. umowa dotyczy współpracy z zewnętrznym partnerem w zakresie różnych grup projektów farm fotowoltaicznych. Wśród nich są zarówno projekty z wydanymi warunkami przyłączenia, jak i te będące na różnym etapie rozwoju, realizowane we współpracy z innymi podmiotami. Na część projektów Columbus posiada wyłączność, a w przypadku jednej grupy ma pierwszeństwo nabycia praw do projektów. Łączna moc omawianych projektów Columbus wynosi ok. 2 800 MW.

– Zgodnie z zapowiedziami, dokonujemy znaczących inwestycji na rynku deweloperów farm fotowoltaicznych – komentuje Janusz Sterna, Wiceprezes Columbus Energy S.A. – Środki na finansowanie budowy farm pochodzą przede wszystkim z emisji Zielonych Obligacji, których kolejną transzę planujemy wyemitować jeszcze w tym kwartale. Wszystkie inwestycje traktujemy długoterminowo i zamierzamy kumulować je na bilansie firmy.

Zgodnie z podpisaną umową, Columbus będzie odpowiedzialny za weryfikację części projektów oraz wsparcie merytoryczne w ich realizacji. Spółka przeprowadzi też badanie prawne, finansowe i techniczne dokumentacji danego projektu oraz sfinansuje opłaty za jego przyłączenie do sieci elektroenergetycznej. Z kolei za zakładanie spółek celowych powołanych do realizacji projektów, pozyskiwanie praw do nieruchomości, dokumentację oraz uzyskanie wszelkich pozwoleń będzie odpowiedzialny partner Spółki.

W ramach zawartej współpracy, Columbus nabył też prawa do 7 projektów instalacji fotowoltaicznych o łącznej mocy 7 MW oraz objął 100% udziałów w 5 spółkach, realizujących projekty farm fotowoltaicznych o łącznej mocy 38 MW. Projekty te projekty posiadają pozwolenia na budowę.