Semantive wśród najszybciej rozwijających się firm w Europie wg FT

W tegorocznym zestawieniu najszybciej rozwijających się firm w Europie uwzględnionych zostało jedynie 31 przedsiębiorstw z Polski. Jedną z czołowych pozycji wśród rodzimych firm zajęło Semantive, specjalizujące się w Big Data i zaawansowanej analizie danych z wykorzystaniem sztucznej inteligencji. Jak zapowiada Maciej Migacz, CEO Semantive, jeszcze w tym roku spółka ma zaprezentować nowe innowacyjne rozwiązanie z zakresu bezpieczeństwa.  

Brytyjski dziennik ekonomiczny Financial Times opublikował wyniki piątej edycji rankingu najszybciej rozwijających się przedsiębiorstw w Europie. Wśród polskich przedstawicieli, którzy stanowili zaledwie 3% sklasyfikowanych przedsiębiorstw, znalazło się m.in. Semantive, specjalizujące się w analizach Big Data. Choć pod względem zatrudnienia jest to jedno z najmniejszych przedsiębiorstw, to skumulowany wzrost (CAGR) wynoszący ponad 130% (perspektywa trzyletnia) uplasował firmę na wysokim 124 miejscu w Europie i 4 pozycji w Polsce. Założona w 2012 roku spółka osiągnęła w 2019 roku blisko 2 miliony Euro przychodu, w porównaniu do 158 tys. Euro, jakie uzyskała trzy lata wcześniej.

Jest nam niezmiernie miło znaleźć się w gronie najszybciej rozwijających się firm Europy. Wysoka pozycja Semantive potwierdza naszą skuteczność i zapewnia dodatkową motywację dla dalszego rozwoju firmy. Jeszcze w tym roku zamierzamy zaprezentować innowacyjne rozwiązania w zupełnie nowych obszarach działania. – mówi Maciej Migacz, CEO i współtwórca Semantive.

W związku z dynamicznym rozwojem Semantive systematycznie powiększa zespoły odpowiedzialne za rozwój technologii w chmurze. Firma poszukuje m.in. Cloud Developerów programujących w Pythonie z doświadczeniem w architekturze Azure.

Obecność na elitarnej liście Financial Times to nie jedyny sukces Semantive w ostatnich latach. W 2019 roku warszawska firma uplasowała się na 14 miejscu rankingu Deloitte Technology Fast 50 Central Europe, będąc najwyżej notowanym polskim przedsiębiorstwem.

Firma świadczy swoje usługi m.in. dla firm z sektorów zdrowia, przemysłu, nieruchomości czy finansów. Jak zapowiadają przedstawiciele Semantive, w tym roku spółka przedstawi nowe rozwiązanie z zakresu bezpieczeństwa, opartego o infrastrukturę CCTV oraz sztuczną inteligencję.

W najbliższym roku polskie banki będą nadal dokonywać rezerw kredytowych z uwagi na pandemię

Największy problem ze spłatą kredytów mogą mieć klienci korporacyjni.

Odpisy na ryzyko kredytowe dokonane przez europejskie banki w ciągu dziewięciu miesięcy ubiegłego roku były ponad dwa razy większe niż w całym roku 2019. W Polsce, porównując rok do roku, poziom ten był nieco niższy i wynosił około 50 proc. więcej niż rok wcześniej. Zdaniem ekspertów i przedstawicieli największych banków w Polsce, ryzyko kredytowe na skutek pandemii jest wciąż dużym problemem sektora bankowego. Jak wynika z dyskusji prowadzonej podczas konferencji „Zarządzanie ryzykiem i kapitałem w bankach” w ramach Europejskiego Kongresu Finansowego, której partnerem strategicznym była firma doradcza Deloitte, w najbliższym czasie należy spodziewać się wzmożonej sprzedaży portfeli kredytów przeterminowanych przez banki.

Banki dokonały najwięcej odpisów w pierwszym i drugim kwartale ubiegłego roku. Te dane dotyczą zarówno Polski, jak i całej Europy. W trzecim kwartale sytuacja ustabilizowała się na tyle, że liczba dokonywanych rezerw ze względu na ryzyko kredytowe wynosiła około 30 proc. poziomu z pierwszych trzech miesięcy 2020 roku, mówi Przemysław Szczygielski, partner, lider sektora finansowego w Polsce, Deloitte.

– Polskie banki w nieco mniejszym stopniu dokonywały odpisów ze względu na ryzyko kredytowe, niż największe banki w Europie. Uzasadnieniem takiego podejścia był lepszy od krajów Europy Zachodniej stan polskiej gospodarki – dodaje. Wyjątkiem był bank Pekao S.A, w którym wskaźnik wzrostu kosztu ryzyka wyniósł 2,2 r/r, w stosunku do średniej rynkowej wynoszącej ok. 1,5.

To, że najwięcej odpisów dokonano w pierwszym i drugim kwartale ubiegłego roku miało źródło przede wszystkim w niepewnej sytuacji gospodarczej.

Można powiedzieć, że były to rezerwy wynikające z analizy przewidywanych danych makroekonomicznych, aniżeli z rzeczywistych problemów klientów. Główne wskaźniki czyli spadek PKB i poziom bezrobocia, z jednej strony były wtedy pesymistyczne, a z drugiej bardzo różniły się od siebie. Trzeci kwartał pokazał, że obawy te były nieco na wyrost, ale żaden z banków nie zdecydował się na uwolnienie zawiązanych wcześniej rezerw, mówi Barbara Sobala, wiceprezes zarządu Banku Handlowego.

Ryzyko kredytowe po stronie biznesu

Zdaniem uczestników debaty, banki nie obawiają się problemów ze spłacaniem kredytów przez klientów indywidualnych, ale przede wszystkim przez klientów korporacyjnych, którzy przez ostatnie miesiące korzystali z pomocy rządowej, a także moratoriów kredytowych.

Dopiero, gdy ta pomoc się skończy, będzie można ocenić prawdziwą skalę problemów z regulowaniem spłaty kredytów przez polskie firmy. Są oczywiście branże, które są beneficjentami ostatnich miesięcy, jak chociażby e-commerce czy magazyny. Po drugiej stronie znajduje się inna część branży nieruchomości komercyjnych, na przykład hotele, galerie handlowe czy biura. I to one mogą mieć problem z uregulowaniem swoich należności kredytowych, szczególnie, gdy nie będą już objęte pomocą z Tarczy PFR, mówi Marek Lusztyn, wiceprezes zarządu mBanku SA.

Część z nich, na skutek braku przychodów i kurczących się oszczędności, może mieć problemy z płynnością finansową.

Dlatego należy dokładnie przeanalizować to, kto i jakiej pomocy potrzebuje. Nawet w obrębie jednego sektora, sytuacja potrafi się różnić. Dziś widzimy jednak, że to w handlu i usługach istnieje największe niebezpieczeństwo problemów ze spłatą kredytów, wyjaśnia Mariusz Cholewa, prezes zarządu Biura Informacji Kredytowej.

Nieco bardziej optymistycznie na przyszłość patrzy bank Pekao SA.

W ubiegłym roku zawiązaliśmy znaczące rezerwy na potencjalne straty związane z COVID-19. Zatem zabezpieczyliśmy bank przed ewentualnymi konsekwencjami pandemii. Zakładamy, że zakończony z sukcesem program szczepień zbiegnie się w czasie z luzowaniem obostrzeń. Przykład Chin pokazuje, że w takiej sytuacji firmy mogą liczyć na efekt odroczonego popytu, co powinno znacznie poprawić ich sytuację. Nie zmienia to jednak faktu, że w najbliższym czasie biznes wciąż będzie odczuwał skutki pandemii COVID-19, mówi Marcin Gadomski, wiceprezes zarządu Pekao SA.

Banki różnie oceniają ryzyko kredytowe

Międzynarodowe Standardy Sprawozdawczości Finansowej, a dokładnie MSSF9, nie wprowadziły jednolitego podejścia do odpisów bankowych. Banki używają więc różnych prognoz makroekonomicznych, co w naturalny sposób prowadzi do różniących się od siebie kosztów ryzyka w poszczególnych instytucjach. Uczestnicy panelu „Ryzyko pogorszenia jakości aktywów banków” wskazali że ujednolicenie parametrów makroekonomicznych, takich jak stopa bezrobocia czy PKB, stosowanych do szacowania poziomu odpisów, byłoby bardzo pomocne i pokazywałoby w znacznie bardziej klarowny sposób, jaka jest skala tego zjawiska. Równocześnie pozostawienie Bankom możliwości elastyczności w modelowaniu, pozwoli na uwzględnienie specyfiki portfela danej instytucji, a tym samym na lepsze odzwierciedlenie ryzyka w sprawozdaniu finansowym.

Raport Deoitte “2021 Banking and Capital Markets Outlook. Strengthening Resilience, Accelerating Transformation” przewiduje, że należy spodziewać się dodatkowo odpisów ze względu na ryzyko kredytowe związane z COVID-19 w przyszłości na poziomie tych, które zostały już utworzone w 2020 r., ale będą one rozłożone w czasie. Hipotezy te potwierdzają dane BIK, wskazujące na rosnącą ostrożność banków w udzielaniu kredytów i jednocześnie pierwsze pojawiające się większe wolumeny kredytów przeterminowanych. Przedstawiciele sektora bankowego również spodziewają się, że problemy firm, które nie przetrwają kryzysu spowodują, że banki będą zmuszone do tworzenia kolejnych odpisów. Mogą się one pojawić jeszcze w pierwszym kwartale przyszłego roku.

– Pytaniem pozostaje, czy ryzyko kredytowe, choć dobrze znane ekspertom od bankowości, dokładnie opisane i przeanalizowane, nie zagrozi stabilności sektora. Poziom kredytów NPL, sam w sobie nie będzie stanowił problemu, ale przy braku funkcjonującego rynku obrotu wierzytelnościami, banki będą musiały poprawić efektywność i wydolność własnych procesów. Może być to również droga do poprawy rentowności, choć na polskim rynku spodziewany się jednak, że będzie to impuls do odbudowy rynku obrotu przeterminowanymi wierzytelnościami, – mówi Przemysław Szczygielski.

Uczestnicy panelu byli zgodni, że przy rosnącym portfelu kredytów przeterminowanych, banki będą starać się odstępować jej podmiotom trzecim, specjalizującym się w odzyskiwaniu wierzytelności.

Healthnomic wprowadzi na polski rynek innowacyjną metodę leczenia obturacyjnego bezdechu sennego

Healthnomic S.A., firma z branży medtech, specjalizująca się w zdalnej diagnostyce oraz rozwoju autorskiej platformy telemedycznej, rozpoczyna kolejny etap wprowadzenia na rynek polski innowacyjnej metody EPAP (ang. Expiratory Positive Airway Pressure), która wykorzystywana jest w leczeniu obturacyjnego bezdechu sennego (OBS), a także w leczeniu chrapania prostego, nie powikłanego zaburzeniami oddychania. Spółka podpisała umowę z firmą Imperio Laboratories, która do końca II kwartału br. roku przygotuje prototyp autorskiego urządzenia Healthnomic do leczenia OBS, a także dokumentację techniczną. Po opracowaniu prototypu Spółka wybierze podmiot, który zajmie się produkcją seryjną urządzenia. Innowacyjne rozwiązanie typu EPAP autorstwa Healthnomic ma trafić na rynek na przełomie III oraz IV kwartału br. Spółka zamierza zadebiutować na rynku NewConnect w 2021 roku.

Urządzenie EPAP to coraz popularniejsza metoda leczenia pacjentów cierpiących na obturacyjny bezdech senny lub chrapanie proste. Są to niewielkie elementy w formie membran zakrywających nozdrza. W trakcie wdechu urządzenie pozwala na swobodny przepływ powietrza. Gdy następuje wydech przepływ powietrza zostaje ograniczony, tym samym powstaje podwyższone ciśnienie w górnych drogach oddechowych, które podobnie jak w przypadku urządzeń CPAP (ang. Continuous Positive Airway Pressure) nie pozwala na zapadanie się dróg oddechowych. Dzięki temu przepływ powietrza pozostaje zachowany, niwelowane są także dźwięki chrapania. Leczenie OBS przy użyciu urządzeń EPAP jest dobrze tolerowane przez pacjentów, oraz nie wymaga stosowania urządzeń zasilanych prądem ani bateriami. Badania naukowe potwierdzają skuteczność tego rozwiązania dla pacjentów z chrapaniem prostym oraz z bezdechem sennym każdego stopnia, szczególnie umiarkowanego i łagodnego.

– Intencją naszej spółki jest przeprowadzenie pacjenta przez pełen cykl diagnostyczno-terapeutyczny. Od podejrzenia choroby, przez jej wysokiej klasy diagnostykę oraz w razie stwierdzenia nieprawidłowości, do skutecznego leczenia i monitorowania jego efektywności. Obecnie oferujemy pacjentom oraz lekarzom rozwiązanie do diagnostyki OBS, natomiast zgodnie z naszą misją wprowadzamy również rozwiązania służące do leczenia bezdechu, a także innych chorób cywilizacyjnych. Chcemy oprócz standardowej metody CPAP, zaproponować autorskie rozwiązanie wykorzystujące innowacyjną metodę terapeutyczną EPAP. Aktualnie na polskim rynku nie ma tego typu rozwiązań, więc wszystko wskazuje na to, że już za kilka miesięcy jako pierwsi damy pacjentom oraz lekarzom możliwość leczenia OBS lub chrapania dzięki tej metodzie. Ponadto będzie się ono istotnie wyróżniać na tle konkurencyjnych rozwiązań dostępnych już zagranicą najnowocześniejszym modelem wykorzystanych materiałów i rozwiązań biofizycznych. Ruszają prace nad prototypem, a niebawem zamierzamy złożyć wniosek patentowy – komentuje Dariusz Głogowski, Prezes Zarządu Healthnomic S.A.

Plany rozwoju Healthnomic zakładają regularny rozwój oferty diagnostycznej oraz terapeutycznej w zakresie chorób cywilizacyjnych, przede wszystkim obturacyjnego bezdechu sennego (OBS), chorób układu krążenia oraz przewlekłej obturacyjnej choroby płuc. Specjaliści Spółki oraz współpracujący lekarze wszystkich specjalności na co dzień dokonują diagnozy przy pomocy zdalnych urządzeń. Celem spółki jest obsługa procesu leczenia przy pomocy takich urządzenia jak CPAP, EPAP oraz innych innowacyjnych metod leczenia. Pełen proces będzie zarządzany zdalnie dzięki autorskiemu środowisku telemedycznemu OmniHealth, z którym kompatybilne będą zarówno urządzenia diagnostyczne jak i terapeutyczne. Pozwoli on na w pełni zdalne zarządzanie procesem badań oraz późniejszego leczenia.

– Nasze plany związane z rozwojem Healthnomic są bardzo ambitne. Intensywnie pracujemy nad rozwojem środowiska telemedycznego OmniHealth, aby poszerzać obszary diagnostyczno-terapeutyczne. Negocjujemy z dostawcami urządzeń CPAP, a także intensyfikujemy sprzedaż w ramach naszej obecnej oferty diagnostycznej. Stopniowo realizujemy założone cele m.in. dzięki środkom uzyskanym w ramach I rundy finansowania zakończonej w styczniu br. – dodaje Dariusz Głogowski.

W styczniu br. spółka zakończyła I rundę finansowania w ramach której pozyskała 2,5 mln zł z tytułu emisji akcji. Środki pozyskane w ramach oferty zostaną przeznaczone na m.in. na produkcję nowych urządzeń do diagnostyki bezdechu sennego, projekty badawczo-rozwojowe oraz ewentualne przejęcie podmiotu medycznego. Spółka zamierza zadebiutować na rynku NewConnect w 2021 roku.

Food Research Institute: w nastrojach polskiej branży spożywczej jest nieco słońca

W głosach przedstawicieli polskich firm zajmujących się przetwórstwem żywności słychać coraz więcej wiosennego optymizmu. Indeks FRI[1], który odzwierciedla nastroje menedżerów z branży, w lutym b.r. był na poziomie 56,2 pkt. – to o ponad 3 pkt. więcej niż w listopadzie 2020 r. i o ponad 5 pkt. więcej niż w lipcu 2020 r.

Indeks FRI jest publikowany przez firmę analityczną Food Research Institute od pięciu kwartałów. – Największy pesymizm w branży obserwowaliśmy w wakacje, kilka miesięcy po wybuchu pandemii. Od tego czasu nastroje stopniowo się poprawiają. Choć nie można tego jeszcze na 100% przesądzić, to wierzę, że kształtuje się trend wzrostowy dla Indeksu i że zaczęliśmy zmierzać w stronę wyniku sprzed szoku covidowego – mówi Dariusz Chołost, General Manager w Food Research Institute.Index FRI – nastroje menedżerów branży spożywczej

Do hurraoptymizmu jeszcze chwilkę

Dariusz Chołost podkreśla jednak, że droga do wskaźnika 67,4 pkt. ze stycznia minionego roku będzie raczej długa. Dziś tylko 29% zapytanych menedżerów przewiduje, że za 3 miesiące sytuacja ich firmy poprawi się w stosunku do obecnej. 51% uważa, że pozostanie ona bez zmian a 20% – że się pogorszy. W przypadku przewidywań sytuacji za 6 miesięcy oceny są podobne, choć respondentów spodziewających się pogorszenia sytuacji jest nieco więcej (22%). – Przedstawiciele sektora spożywczego są bardzo ostrożni w ocenach perspektyw na przyszłość, ale nie ma w tym nic dziwnego. Przez długie miesiące firmy były zmuszone szybko reagować na zupełnie zaskakujące okoliczności. Niektóre procesy zmian w modelach biznesowych, organizacji produkcji czy dystrybucji jeszcze się nie zamknęły i jeszcze chwilę potrwa, zanim okaże się na ile były efektywne. Przebieg pandemii nie powinien nas już zaskoczyć, ale całkowicie wykluczyć się tego nie da – podkreśla Dariusz Chołost. Bez względu na to, jeśli za 3 miesiące przewidywania menedżerów się sprawdzą, Indeks FRI za maj sięgnie 59,5 pkt., co oznaczałoby wzrost o 3,3 pkt w stosunku do lutego b.r.

Niezłe wyniki i nowe wyzwania

Dobre oczekiwania co do wartości majowego Indeksu FRI umacnia też fakt, że przetwórstwo rolno-spożywcze, pomijając pojedyncze kategorie, test z odporności na COVID-19 zdało dobrze. Jak mówi Grzegorz Rykaczewski, analityk sektora rolno-spożywczego w Santander Bank Polska, było to widać szczególnie w drugiej połowie minionego roku. Po pierwsze, produkcja sprzedana przemysłu, po spadku związanym z pierwszą falą pandemii, szybko wróciła do trendu wzrostowego. Po drugie, wpływ drugiej fali był już znacznie płytszy, patrząc z pespektywy całego przemysłu. Wyniki początku roku są obiecujące. W styczniu wartość produkcji sprzedanej artykułów spożywczych, po uwzględnieniu różnicy w liczbie dni roboczych, była wyższa o 6% w relacji rocznej. Cieszą również wyniki eksportu w 2020 r. Dane, pomimo trudnych pandemicznych warunków, wskazują na kolejny rekord i sięgnięcie 34 mld euro (+7% w ujęciu r/r).jak zmieni się sytuacja w Pani Pana firmie w perspektywie 3 miesięcy

Jak wskazuje Grzegorz Rykaczewski, w ostatnim roku pomogła bliskość i stabilność bazy surowcowej. Firmy przetwórcze miały stałe dostawy surowca i w tym zakresie nie było ryzyka przestojów produkcyjnych. Jednocześnie przedsiębiorstwa szybko nauczyły się wykorzystywać nowe doświadczenia, elastycznie podchodząc do strategii sprzedaży w różnych kanałach dystrybucji, zarówno w Polsce, jak i na rynkach zagranicznych. – Sytuacja pandemiczna nadal jest niepewna. Popyt z branży HoReCa pozostaje ograniczony, a kolejne fale pandemii odsuwają w czasie „odmrożenie” gospodarek w państwach UE. Z drugiej jednak strony wyniki branży wskazują, że przedsiębiorstwa coraz lepiej radzą sobie w warunkach COVID-u a program szczepień daje szanse na trwałą stabilizację sytuacji, być może już w drugiej połowie roku – podkreśla Grzegorz Rykaczewski. Przypomina on także, że konsumpcja żywności jest podstawową ludzką potrzebą a to pomagało, pomaga i będzie pomagać branży w czasie różnych turbulencji.Jak zmieni się sytuacja w Pani Pana firmie w perspektywie 6 miesięcy

* Wcześniejsza nazwa: Indeks IBŻ

Odwiedzalność centrów handlowych w pierwszym tygodniu marca

  • Średnia odwiedzalność w dni handlowe w pierwszym tygodniu marca (1–7.03) była niższa o prawie 25 proc. w porównaniu do tego samego okresu w 2020 r. i ukształtowała się na poziomie 76 proc.
  • PRCH Daily Footfall Index pokazuje, że zgodnie z przewidywaniami Polskiej Rady Centrów Handlowych średnia odwiedzalność galerii handlowych już czwarty tydzień z rzędu utrzymuje się na podobnym, stabilnym poziomie. Klienci na bieżąco realizują cele zakupowe, co pozwala uniknąć okresowego, niekontrolowanego zwiększenia ruchu w centrach handlowych.

Wyniki odwiedzalności przedstawione przez PRCH pokazują, że ruch w obiektach oscyluje wokół 80 proc. poziomów ubiegłorocznych. Średnie wyniki tygodniowe utrzymują się na zbliżonym poziomie 76-77 proc. Najwięcej wizyt odnotowują centra handlowe średniej wielkości o powierzchni od 20 do 40 tys. mkw. GLA, gdzie wskaźnik odwiedzalności był w zależności od dnia tygodnia wyższy od 5 do 10 pp. niż centrach największych powyżej 60 tys. mkw. GLA. Najaktywniej z oferty sklepów w obiektach handlowych korzystali kupujący w Regionie Południowym, mniejsze natężenie ruchu odnotowano w północnej części kraju. Średni tygodniowy footfall w Regionie Północnym był o ponad 30 proc. niższy w stosunku do ubiegłorocznego.

Dane z ostatnich tygodni pokazują powtarzalne i przewidywalne wyniki poziomu odwiedzalności, co znacząco ułatwia kontrolowanie liczby osób przebywających w obiektach handlowych i zapewnienie koniecznego dystansu. Stabilne funkcjonowanie centrów handlowych w warunkach zaostrzonego reżimu sanitarnego pozwala kupującym na systematyczną i bieżącą realizację potrzeb. Zmniejszony i ustabilizowany ruch w obiektach handlowych ułatwia klientom planowanie zakupów z wyprzedzeniem i sprzyja zachowywaniu społecznego dystansu. Wizyty w centrach handlowych stały się bardziej celowe, kupujący odwiedzają obiekty handlowe w określonym celu, starając się spędzić w sklepach jak najmniej czasu. Utrzymuje się trend wysokiej konwersji.

Centra handlowe są jednymi z najbezpieczniejszych miejsc w przestrzeni publicznej. Kontakt między klientami jest krótkotrwały, a obiekty handlowe funkcjonują z zachowaniem najwyższych standardów sanitarnych, są dostosowane do krajowych zaleceń Głównego Inspektoratu Sanitarnego i Ministerstwa Rozwoju Pracy i Technologii oraz wytycznych międzynarodowych np. WHO. Galerie w trosce o bezpieczeństwo od miesięcy, nieprzerwanie przypominają kupującym o konieczności noszenia maseczek, dezynfekowania rąk i zachowywania bezpiecznego dystansu. O przestrzeganie zasad DDM dbają pracownicy sklepów i obsługa galerii handlowych.

GUS: W 2020 roku o ponad 8% zmniejszyła się liczba nowych biur

Większa liczba mieszkań, ale mniej powierzchni biurowych czy usługowych – to tylko niektóre wskaźniki z danych Głównego Urzędu Statystycznego w obszarze budownictwa za 2020 rok. Eksperci Angel Poland Group przeanalizowali, które z rynkowych trendów mogą ulec zmianie w kolejnych latach. Ich zdaniem, pandemia wskazuje na konieczność m.in. bardziej elastycznego podejścia ustawodawców do planowania przestrzennego.

W 2020 roku w porównaniu do 2019 roku zwiększyła się zarówno liczba samych mieszkań (o 6,7% do poziomu 221 tys.), jak i łączna wielkość ich powierzchni użytkowej (o 6,6% do poziomu 19,5 mln m2). Co ciekawe, przeciętna powierzchnia użytkowa wybudowanego mieszkania wyniosła 88,5 m2 i w porównaniu do roku 2019 zmniejszyła się, ale zaledwie o 0,1 m2. Średnia powierzchnia mieszkania w budynkach jednorodzinnych wyniosła 132,8 m2, natomiast w budynkach wielorodzinnych – 52,6 m2. Oznacza to zmniejszenie ich średniej powierzchni odpowiednio o 1 m2 i 0,5 m2. Eksperci Angel Poland Group podkreślają, że pandemia może ostudzić zapał inwestorów do budowania większych mieszkań, ale nie w każdym segmencie rynku.

Ostatnio zwiększył się popyt na kompaktowe mieszkania, czyli takie, gdzie jest więcej pokoi na mniejszej przestrzeni. To rozwiązanie zyskujące uznanie szczególnie w czasie pandemii, gdy część osób przestawiła się na pracę zdalną. Niezmiennie dużą popularnością cieszą się też kawalerki i mieszkania dwupokojowe, m.in. jako ochrona kapitału przy niskich stopach procentowych. Warto też pamiętać, że te kwestie zależą w dużej mierze od standardu i lokalizacji inwestycji. Największe mieszkania na sprzedaż lub wynajem powstają w segmencie premium, który rządzi się trochę innymi prawami. Średnia powierzchnia mieszkań w inwestycji premium to ponad 70 m2, gdzie widzimy znaczący wzrost zainteresowania dużymi apartamentami. Z kolei średnia powierzchnia mieszkania w tzw. segmencie popularnym oscyluje na poziomie 45 m2 – mówi Tomasz Karpiel, dyrektor operacyjny Angel Poland Group i ekspert ds. rynku nieruchomości.

Struktura rynku przełoży się na wzrost cen mieszkań?

Jak pokazują dane GUS, w 2020 roku 64,6% (63,3% w 2019 roku) wszystkich oddanych do użytku mieszkań pochodziło od deweloperów, a 33,5% od inwestorów indywidualnych. W porównaniu z rokiem poprzednim zwiększył się udział mieszkań przeznaczonych na sprzedaż lub wynajem (o 1,2 p.p.). Według ekspertów, mimo rosnącego udziału mieszkań deweloperskich, nie należy spodziewać się spadku ich cen.

Inwestorzy mają coraz większe problemy z dostępnością atrakcyjnych gruntów. Ponadto, nie wszystkie realizowane budynki mieszkalne trafią na sprzedaż, gdyż pojawili się na rynku nowi gracze. Ich celem jest kupowanie całych budynków, a następnie wynajmowanie mieszkań, a nie ich sprzedaż. To przełoży się na mniejszą liczbę dostępnych mieszkań do zakupu na rynku. Dodatkowo, także inne wyzwania deweloperów, czyli nowe, restrykcyjne normy techniczne, wydłużone procedury inwestycyjne oraz rosnące koszty materiałów budowlanych, będą prowadzić do prawdopodobnego wzrostu cen samych mieszkań, które mogą zdrożeć w 2021 roku nawet o 10% – zauważa Małgorzata Nowodworska, dyrektor sprzedaży i marketingu Angel Poland Group w Krakowie.

Budynki biurowe odejdą do lamusa?

W 2020 roku oddano do użytkowania 527 nowych budynków biurowych, co oznaczało spadek o 8,2% względem roku 2019. W omawianym okresie oddano też do eksploatacji 2652 nowe budynki handlowo-usługowe (spadek o 6,6% r./r.). Eksperci oceniają, że pandemia pokazała konieczność bardziej elastycznego podejścia do tworzenia planów miejscowych.

W czasach COVID-19 zapotrzebowanie na lokale biurowe czy usługowe zauważalnie spadło, co na pewno przełoży się na decyzje inwestorów o odłożeniu nowych inwestycji komercyjnych w czasie. Warto wspomnieć, że nawet już teraz deweloperzy mają większe trudności z wynajęciem części przestrzeni biurowych i handlowo-usługowych. Wydaje się zatem, że w konsekwencji pandemii ustawodawcy powinni bardziej elastycznie niż dotychczas podchodzić do tematu planowania przestrzennego i zapisów w planach miejscowych, by przeznaczenie terenów nie było z góry „sztywno” ustalone. Taki zabieg da możliwości bardziej płynnego dostosowania realizowanych inwestycji do aktualnych i przyszłych trendów rynkowych – podkreśla Natalia Sawicka, dyrektor sprzedaży i marketingu Angel Poland Group w Wrocławiu.

Niezależnie od przeznaczenia nowych mieszkań, zgodnie z danymi GUS, porównanie danych dla poszczególnych województw w ujęciu bezwzględnym wskazuje, że najwięcej nowych mieszkań wybudowano w mazowieckim (21,1% wartości krajowej), wielkopolskim (10,0%) i dolnośląskim (9,9%). Wskaźnik nasilenia budownictwa mieszkaniowego, wyrażony liczbą mieszkań oddanych do użytkowania w przeliczeniu na 1 tys. ludności2, wyniósł dla Polski 5,8. Największe wartości odnotowano w województwach: mazowieckim (8,6), pomorskim (8,1) oraz dolnośląskim (7,5); najmniejsze w: opolskim (2,7), świętokrzyskim (3,2) i śląskim (4,1).

Dochody budżetu państwa z akcyzy na piwo to 3,5 mld zł

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) oraz Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE) wskazują w raporcie „Zasadność zróżnicowania stawek akcyzy dla alkoholi mocnych oraz piwa – Kontekst prawny, ekonomiczny i społeczny”, że akcyza od piwa stanowi stabilne i przewidywalne źródło dochodów dla budżetu państwa, przynoszące wpływy na poziomie ok. 3,5 mld zł rocznie. Nie ma powodów, by zmieniać ten system – co wiązałoby się z kosztami dostosowawczymi po stronie producentów i Krajowej Administracji Skarbowej. Mogłoby to zakłócić funkcjonowanie rynku i zaburzyć dotychczas stabilny strumień dochodów dla budżetu. Różnice w poziomie opodatkowania piwa i wyrobów spirytusowych nie są luką podatkową, lecz efektem świadomej i racjonalnej polityki podatkowej polskiego państwa. Co więcej, obecna stawka akcyzy na wyroby spirytusowe jest niemal taka sama jak 20 lat temu, podczas gdy stawka akcyzy od piwa jest aktualnie o 37% wyższa niż w 2001 roku.

Nie można zgodzić się z argumentami wskazującymi na możliwość uzyskania przez budżet państwa dodatkowych dochodów w kwocie 5 mld zł rocznie w wyniku zrównania poziomu opodatkowania wyrobów spirytusowych i piwa. Takie wyliczenia całkowicie pomijają fundamentalny aspekt podwyżek akcyzy, jakim jest elastyczność cenowa popytu. Jak wynika z założeń przyjętych przez Ministerstwo Finansów przy projektowaniu ubiegłorocznych zmian w stawkach akcyzy, w przypadku piwa jest ona najwyższa ze wszystkich rodzajów napojów alkoholowych – co oznacza, że podwyżka ceny piwa wywołuje silniejszy spadek sprzedaży niż np. podwyżka ceny wódki. Uwzględniając spadek legalnej sprzedaży, efekt fiskalny tak radykalnej podwyżki akcyzy stanowiłby ułamek obiecywanej przez autorów tej propozycji kwoty lub wręcz przyczyniłby się do zmniejszenia wpływów budżetowych.

„Nie znajdują poparcia w faktach pojawiające się w przestrzeni publicznej głosy nawołujące do zrównania poziomu opodatkowania wyrobów spirytusowych i piwa. Różnica w poziomie opodatkowania między piwem a wódką i pozostałymi wyrobami spirytusowymi wynika z powszechnie przyjętej w państwach rozwiniętych polityki zapobiegania negatywnym skutkom ryzykownej konsumpcji alkoholu. Zdecydowanie zawyżone są też szacunki skutków fiskalnych takiego rozwiązania. Dodatkowo należy zwrócić uwagę na aktualne trendy dotyczące spożycia alkoholu, czyli przede wszystkim wzrost konsumpcji napojów spirytusowych i spadek spożycia piwa zawierającego alkohol” – podkreśla Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich, wiceprezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej CALPE.

Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE) poddało bliższej analizie problematykę podatku akcyzowego od napojów alkoholowych w swoim najnowszym raporcie pt. „Zasadność zróżnicowania stawek akcyzy dla alkoholi mocnych oraz piwa – Kontekst prawny, ekonomiczny i społeczny”.

Forma opodatkowania i minimalne stawki akcyzy od wyrobów alkoholowych są zharmonizowane na poziomie Unii Europejskiej w oparciu o przepisy dwóch dyrektyw. W precyzyjny sposób określają one podstawę opodatkowania poszczególnych rodzajów napojów alkoholowych – dla wyrobów spirytusowych od objętości czystego alkoholu, dla wina od objętości wyrobu gotowego, a dla piwa od stopni Plato lub zawartości czystego alkoholu. Ta pierwsza forma opodatkowania jest stosowana głównie w kilkunastu krajach o rozwiniętej produkcji i bogatej tradycji piwowarskiej, w tym w Polsce. Akcyzę od alkoholu nalicza się w krajach o dominującym spożyciu alkoholi mocnych, tj. Skandynawia i państwa bałtyckie.

Napoje spirytusowe w Polsce są obłożone blisko 3-krotnie wyższą stawką akcyzy niż piwo. Relacja ta kształtuje się na średnim poziomie w porównaniu z innymi państwami Unii Europejskiej i odzwierciedla proporcje określone w Dyrektywach UE. W UE nie ma ani jednego kraju, w którym wyroby spirytusowe byłyby opodatkowywane tak samo lub niżej niż piwo – natomiast wiele jest przykładów krajów, w których ta proporcja jest znacznie większa, np. sąsiednie Czechy (3,6 do 1) i Niemcy (6,6 do 1), a także Belgia (6 do 1), Rumunia, Hiszpania (ok. 4 do 1) i inne.

Taka polityka prowadzona w całej Unii Europejskiej ma uzasadnienie przede wszystkim w wynikach badań wskazujących na to, że ryzykowne i szkodliwe dla zdrowia spożycie alkoholu wiąże się przede wszystkim z konsumpcją wyrobów spirytusowych. Jak wynika z badania CBOS przeprowadzonego w oparciu o metodykę Światowej Organizacji Zdrowia, blisko połowa regularnych konsumentów wódki w Polsce spożywa alkohol w sposób ryzykowny, podczas gdy w odniesieniu do konsumentów piwa ryzykowne spożycie występuje w niewiele ponad ¼ przypadków. Ponadto należy zwrócić uwagę na istotne różnice w kosztach produkcji i dostarczenia na rynek alkoholu w postaci napojów spirytusowych oraz piwa. Jak wynika z badania Europe Economics, produkcja alkoholu w piwie jest ok. 2,5 krotnie droższa niż w przypadku wódki – co oznacza, że teoretycznie równa akcyza uczyniłaby mocny alkohol relatywnie tańszy i bardziej dostępny dla konsumenta.

Ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi, jednoznacznie stanowi, że „akty prawne wpływające na strukturę cen napojów alkoholowych powinny służyć ograniczaniu spożycia tych napojów oraz zmianie struktury ich spożycia na rzecz napojów o niskiej zawartości procentowej alkoholu”.

Zwolniony z kary nie uchroni się przed przychodem

Faktyczne przysporzenie majątkowe o konkretnym wymiarze finansowym prowadzi zgodnie z ustawami o podatku dochodowym od osób fizycznych do powstania przychodu. Uwagę należy zwrócić na sytuację otrzymywania nieodpłatnych lub częściowo odpłatnych świadczeń, zwłaszcza patrząc przez pryzmat ekwiwalentności takich świadczeń, tak aby móc ustalić, czy rzeczywiście doszło do przysporzenia majątkowego tylko jednej strony. Umorzenie zobowiązania w postaci kar umownych czy odszkodowania prowadzić może do powstania przychodu, na co wskazuje bezpośrednio przepis ustawy. Niemniej zwolnienie z kary w zamian za dodatkowe świadczenia określone w ugodzie sądowej może okazać się problematyczne, co pokazuje przypadek interpretacji Dyrektora KIS z dnia 7 grudnia 2020 r.

Stan faktyczny

Omawiana sprawa dotyczyła podatnika, którego kontrahent zwolnił z konieczności zapłaty zastrzeżonych w umowie kar oraz odszkodowań z tytułu nienależytego wykonania umowy w kwocie ponad pół miliona złotych. Kontrahent oświadczył, że nie będzie dochodził spornych roszczeń, a podatnik, będący dłużnikiem, zaakceptował to oświadczenie. Powyższe oświadczenia zostały podsumowane ugodą sądową poprzez przyjęcie rozwiązania korzystnego dla obu stron, tj. wierzyciel zrzeka się dochodzenia kar i odszkodowań, dłużnik natomiast zrzeka się dochodzenia ewentualnych przyszłych roszczeń o zapłatę. Należy jednak podkreślić, że wartość spornych roszczeń (kar umownych i odszkodowania) wynikała z umowy i miała określoną wartość, podczas gdy oświadczenie o rezygnacji z ewentualnych roszczeń o zapłatę dotyczyło świadczeń nieokreślonych, przyszłych.

Stanowisko organu podatkowego

W oparciu o przedstawiony powyżej stan faktyczny podatnik zadał zasadnicze pytanie, czy w przypadku zwolnienia z konieczności uiszczenia kary oraz odszkodowania powstaje przychód podatkowy, a jeżeli tak, to w jakim okresie powinien zostać opodatkowany.

Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej w dniu 7 grudnia 2020 r. wydał interpretację indywidualną nr 0111-KDIB1-1.4010.405.2020.1.SG, w której stwierdził, że w takiej sytuacji przychód powstaje. Brak jest ustawowej definicji pojęcia „umorzenia zobowiązania”. W tym zakresie należy odwoływać się do językowej wykładni, zgodnie z którą umorzenie oznacza zmniejszenie lub zlikwidowanie zobowiązania poprzez zrzeczenie się przez wierzyciela lub spłatę stopniową długu. W efekcie zobowiązanie dłużnika w stosunku do wierzyciela znika.

Zgodnie z art. 12 ust. 1 pkt 3a ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych przychodem są wartości umorzonych lub przedawnionych zobowiązań. W ocenie Dyrektora KIS nie ma znaczenia, co jest źródłem zobowiązania, liczy się natomiast intencja ustawodawcy, który chciał opodatkować wszelkiego rodzaju nieodpłatne świadczenia. W przypadku więc umorzenia zobowiązania dojdzie do powstania przysporzenia po stronie dłużnika, przez co jego majątek będzie powiększony. Zwolnienie z przyszłych ewentualnych roszczeń w ocenie organu podatkowego nie stanowiło ekwiwalentu do zwolnienia ze zobowiązań, które są co prawda sporne, ale ich wartość jest wyliczona i wynikają z postanowień umowy.

Reasumując, organ uznał, że po stronie dłużnika powstanie przychód podatkowy w związku z zawartą ugodą sądową w wysokości umorzonych zobowiązań wynikających z kar i odszkodowań. Przychód powinien być opodatkowany w dacie zawarcia ugody sądowej.

Komentarz

Analizując kwestię opisaną w powyższej interpretacji od strony przepisów ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych oraz kodeksu cywilnego, należy uznać, że organ miał rację, wskazując, że w przypadku umorzenia zobowiązania dochodzi do powstania przychodu. Zobowiązanie do zapłaty odszkodowania w kwocie ponad pół miliona złotych zostało potwierdzone przez dłużnika, zatem nie sposób stwierdzić, że ono nie powstało. Zasadne wydaje się także stwierdzenie braku powstania zobowiązania w przypadku rezygnacji z przyszłych roszczeń o zapłatę, które są niepewne. W efekcie brak jest ekwiwalentności świadczeń i konieczne jest opodatkowanie przychodu. Jest to więc instytucja podobna do „zwolnienia z długu”, gdzie NSA stwierdził, że prowadzi ono do powstania przychodu po stronie dłużnika (wyrok NSA z dnia 28 listopada 2018 r., sygn. akt II FSK 3159/16).

Efektywnie więc podatnik, będący dłużnikiem, który wynegocjował rezygnację z dodatkowych kar i odszkodowań, będzie zobowiązany do rozliczenia podatku w przypadku rezygnacji wierzyciela z tych zobowiązań. Jest to niezależne od woli stron. Wystarczy sama rezygnacja z dochodzenia kwot wynikających z umowy. Oznacza to, że powinno się bardzo dokładnie analizować zapisy umów w zakresie kar umownych i odszkodowań, tak aby w przyszłości ograniczyć negatywne skutki podatkowe, ponieważ intencją stron może być zrealizowanie zlecenia i brak konieczności uiszczania kar umownych. Niemniej jeżeli wynikają one z umowy, a następnie jeden podmiot z nich rezygnuje, to dłużnik będzie zobowiązany do rozliczenia podatku.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Ćwierć miliona obywateli Ukrainy z zezwoleniami na pobyt

Osoby młode poniżej 40. roku życia, emigrujące w związku z pracą – to główne cechy charakteryzujące grupę obywateli Ukrainy osiedlających się w Polsce. Liczba osób posiadających ważne zezwolenia na pobyt przekroczyła 250 tys., wynika z danych Urzędu do Spraw Cudzoziemców.

Obywatele Ukrainy przebywają w Polsce głównie krótkoterminowo w ramach ruchu bezwizowego lub na podstawie wiz. Coraz więcej z nich chce jednak pozostać w kraju na dłuższy okres. Świadczy o tym rosnąca liczba wniosków o wydanie zezwolenia na pobyt oraz grupa osób już posiadających takie dokumenty.

Około 80 proc. obywateli Ukrainy posiada zezwolenia na pobyt czasowy, które mogą obowiązywać przez maksymalnie 3 lata. W zdecydowanej większości są one wydawane w związku z podejmowaniem pracy – ok. 73 proc. spraw. Kolejnymi najczęstszymi celami pobytu w Polsce są kwestie rodzinne – ok. 12 proc. oraz edukacja – ok. 5 proc.

W związku z tym widoczna jest koncentracja obywateli Ukrainy w województwach z dużymi miastami. Najbardziej popularnymi regionami są województwa: mazowieckie – 52 tys. osób, małopolskie – 31 tys. oraz wielkopolskie – 29 tys.

Z nieco ponad 250 tys. obywateli Ukrainy posiadających ważne karty pobytu, ok. 61 proc. stanowią osoby w przedziale wiekowym 18 – 40 lat. Dzieci i młodzież poniżej 18. roku życia stanowią ok. 12 proc., a osoby powyżej 40 lat – ok. 27 proc.

Powyższe dane nie uwzględniają osób przebywających w Polsce tymczasowo w ramach ruchu bezwizowego lub na podstawie wiz. Nie obejmują również zezwoleń na pobyt czasowy, których okres ważności został tymczasowo wydłużony ze względu na wprowadzenie stanu epidemii.

Koniec pandemii to kłopot dla e-commerce. Zaostrzy się walka o klienta. Wzrosną też wydatki na reklamę

Z całego zeszłorocznego wzrostu e-commerce tylko 30% może mieć trwałą wartość. Dopiero 3-4 kwartały po zakończeniu pandemii okaże się, kto w branży osiągnął długoterminowy sukces. Natomiast znaczna część graczy nie wytrzyma ostrej walki o klienta. Dlatego e-sklepy już teraz powinny zacząć opracowywać nowe strategie. Obecnie nawet połowę marży inwestuje się w podnoszenie sprzedaży. Do tego wydatki na reklamę i promocję mogą wzrosnąć o blisko 25%. Wiele podmiotów będzie musiało poważnie zredukować swoje plany sprzedażowe. Tak uważa Maciej Tygielski, wieloletni obserwator branży e-commerce, Dyrektor Generalny spółki Złote Wyprzedaże i Modern Commerce.

W branży coraz częściej mówi się, że e-commerce w czasie pandemii odnotował pozorny wzrost, bo sklepy musiały zmienić kanał dystrybucji z offline na online. Czy Pan się z tym zgadza?

Faktycznie po raz pierwszy w historii klienci wierni tradycyjnemu modelowi sprzedaży nie mogli realizować swoich potrzeb z powodu obostrzeń. Jak wynika z sondażu, przeprowadzonego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland, w czasie pandemii 29% Polaków w dużej części zastąpiło zakupy stacjonarne internetowymi. Ponad 25% nieznacznie zmieniło w ten sposób nawyki, a więcej niż 3% całkowicie przeszło do e-commerce. Głównym powodem było bezpieczeństwo, a kolejnym był utrudniony dostęp do placówek. Niemniej ponad połowa osób zamierza do nich wrócić. A to już wyraźnie pokazuje, że wzrost był faktycznie wymuszony i w tym stanie jedynie będzie trwał do czasu zakończenia pandemii.

Jaka część zeszłorocznego wzrostu e-handlu może wykazać trwałość, niewynikającą z wyjątkowych okoliczności?

Szacuję, że może to być tylko 30%. Dopiero 3-4 kwartały po zniesieniu wszelkich ograniczeń w handlu i zaszczepieniu ponad połowy społeczeństwa będzie można rzetelnie ocenić, którzy retailerzy odnieśli trwałe sukcesy w e-commerce. Obecny rok raczej nie przyniesie jeszcze odpowiedzi na to pytanie. Pewne jest to, że nowi uczestnicy rynku muszą się wiele nauczyć. Cześć sklepów nagle uruchomiła e-sprzedaż, licząc na jakikolwiek zysk w sytuacji zamknięcia tradycyjnego handlu. I ma naprawdę niewielkie doświadczenie w tym obszarze. Tak więc wychodzi na to, że poza wyjątkową sytuacją, jaka została stworzona przez pandemię, niezbyt wielka część e-handlu wykaże trwałość.

Czego branża może się teraz spodziewać?

Uderzeń będzie kilka. W mojej ocenie, branża powinna przygotować się na to, że ten rok będzie dosyć trudny w wielu aspektach. Po fali zeszłorocznych wzrostów akcjonariusze będą oczekiwali kolejnych. Jednak nie wszyscy uczestnicy rynku pozostaną aktywni w tym kanale. Podmioty, które zachłysnęły się zeszłorocznym boomem, mogą się rozczarować. Ten biznes wymaga obecnie dużej kreatywności i sprytu. E-sklepy już teraz powinny przygotowywać nowe strategie, aby zminimalizować ryzyko spowolnienia wzrostu sprzedaży.

Niektórzy nie wytrzymają ostrej walki o klientów w przestrzeni, w której promuje się coraz więcej sklepów internetowych. Wszystkie duże sieci handlowe, które niedawno dołączyły do tego ekosystemu, wydają znaczące środki na cyfrową reklamę. Przez to rosną stawki reklamowe i mniejsi gracze, którzy funkcjonują tylko w Internecie, ponoszą tego konsekwencje w postaci malejącej rentowności. Do tego może dojść kolejne zagrożenie, tj. zapowiadany podatek od przychodów z reklam, który przełoży się na wzrost cen. A to z kolei powiększy koszty bieżącego funkcjonowania.

Co więcej, rządzący dostrzegają wzrost e-commerce. A tam, gdzie pojawiają się duże pieniądze, prędzej czy później zostanie wprowadzony dedykowany podatek. To może oczywiście nastąpić dopiero za parę lat i na pewno nie zepsuje branży, ale z pewnością uszczupli jej zyski.

Z pozytywnych rzeczy można wskazać, że nastąpi istotny wzrost zatrudnienia specjalistów. Już dziś poszukiwani są analitycy, programiści baz danych, kreatorzy właściwej komunikacji na całej zróżnicowanej ścieżce zakupowej klienta czy managerowie, którzy potrafią skutecznie zarządzić dynamiczną zmianą w działaniach marketingowych. Niestety uważam też, że już wkrótce na rynku będzie brakowało tego typu profesjonalistów, co w krótkim terminie negatywnie odbije się na branży.

Do jakiego stopnia zaostrzyła się już walka o klienta?

Już dziś obserwujemy, że nawet 50% marży w e-commerce przeznacza się na pozyskanie sprzedaży. A to nie koniec. W tym roku, jak wyżej już zaznaczyłem, wydatki na reklamę i promocję mogą wzrosnąć. I to nawet o 25%. Dla sklepów istotne będzie także ich właściwe kontrolowanie i działanie głównie w modelu efektywnościowym. Również dynamika doboru narzędzi ma tu ogromne znaczenie. Na koniec chodzi o rzeczywiste przypisanie każdej wydanej złotówki do jej odpowiednika po stronie przychodu. To wymaga doskonałej analityki i odpowiednio opomiarowanych procesów zakupowych na stronie internetowej bądź w aplikacji danego sklepu.

Jak konkretnie powinny przygotować się e-sklepy do popandemicznej rzeczywistości?

Sporo z nich będzie musiało poważnie zredukować swoje plany sprzedaży, oczywiście uzasadniając to dokładną analizą prawdopodobieństwa kolejnych zagrożeń i obostrzeń. Istotne będzie usprawnianie logistyki i skracanie czasu dostawy. W wybranych miastach niektóre sklepy już teraz dostarczają towar w godzinę. Oczywiście na to mogą pozwolić sobie na razie tylko najwięksi gracze, ale ten kierunek jest już nieodwracalny.

Optymalnym wyborem powinno być też pełne opomiarowanie wszystkich zdarzeń na ścieżce zakupowej klienta, tj. od inspiracji do samej transakcji, ale również po jej dokonaniu. Konieczne jest solidne zaplecze technologiczne. Data science i integracja wszystkich danych w jednym miejscu to podstawa, potrzebna nie tylko do zrozumienia konsumenta, ale głównie do wypracowania właściwego silnika budowy spersonalizowanej i trwałej relacji z nabywcą.

Jak, Pana zdaniem, tradycyjny model sprzedaży dostosuje się do nowej sytuacji?

Będą otwierane nowe placówki stacjonarne, ale już nie w centrach handlowych, tylko w mniejszych skupiskach sklepów, funkcjonujących nieprzerwanie podczas największych restrykcji. Nastąpi też widoczny wzrost w obszarze parków handlowych, głównie z kategorii convenience. To miejsca, które ominęły w dużej mierze ograniczenia spowodowane pandemią. Z kolei galerie handlowe zostaną przekształcane w obiekty multirozrywkowe. Ten trend był widoczny już wcześniej, ale wkrótce przybierze na sile.

A w jaki sposób e-commerce może zatrzymać klientów pozyskanych w czasie pandemii? 

Marketerzy powinni zwrócić uwagę przede wszystkim na odpowiednią komunikację prowadzoną już po zakończeniu procesu zakupowego. Ich zadaniem powinno być opracowanie atrakcyjnej oferty, mającej na celu podtrzymanie kontaktu z klientem. Sklepy już teraz mogą przygotowywać promocje, zachęcające konsumentów do pozostania w e-commerce. To jest najlepszy moment na utrwalenie nowych zachowań klientów, niezależnie od tego czy były one spowodowane strachem i dbałością o bezpieczeństwo czy też zwyczajną ciekawością wobec możliwości, jakie dają zakupy przez Internet.

Jakie innowacje mogą w niedalekiej przyszłości zadecydować o sukcesie poszczególnych graczy na rynku e-commerce?

Obecnie obserwujemy trend, w którym głównie średnie co do wielkości sklepy internetowe próbują budować wewnętrznie niezbędne kompetencje z obszaru technologii, data science czy efektywnościowego modelu wykorzystania budżetu marketingowego. To kosztowny i niełatwy proces. Są oczywiście gotowe narzędzia na rynku, które wiele działań automatyzują, jednak trudno im przypisać spersonalizowane podejście do unikalnych problemów danego klienta, czyli sprzedawcy internetowego. Dlatego widzę duży potencjał w organizacjach, które na zlecenie konkretnego sklepu przejmą odpowiedzialność za wskazane wyżej obszary i będą świadczyć taką usługę w ramach outsourcingu.

Podsumowując, można powiedzieć, że przed nami arcyciekawy czas innowacyjnego myślenia, dynamicznych zmian i stałego kontestowania utrwalonych przez lata wzorców w procesie sprzedaży oraz komunikacji marketingowej.

InPost buduje fabrykę Paczkomatów

Fabryka Paczkomatów® InPostu powstanie w ramach nowo tworzonego parku City Logistics Kraków Airport, zajmie łącznie 7230 m2 i będzie wyposażona w panele fotowoltaiczne. Zostanie oddana do użytkowania już w czerwcu 2021 roku. W styczniu 2021 InPost z sukcesem zadebiutował na giełdzie EURONEXT Amsterdam.

Nowy zakład powstanie tuż przy węźle Balice II A4. Dzięki temu InPost zwiększy efektywność procesów produkcyjnych przy zagwarantowaniu dogodnej lokalizacji miejsca pracy dla załogi oraz zwiększy zatrudnienie. W City Logistics Kraków Airport – oprócz produkcji Paczkomatów®, włączając w to elektromontaż modułów z ekranami dotykowymi – rozbudowane zostanie centrum badawczo-rozwojowe wraz z dwoma laboratoriami i showroomem. Będą tam prowadzone prace rozwojowe, a także testy nowych rozwiązań.

„Rozbudowa naszej infrastruktury to nie tylko nowe lokalizacje Paczkomatów® – sieć powiększamy w tym roku w niespotykanym tempie 100 maszyn tygodniowo. Zapotrzebowanie na nowe urządzenia zarówno w Polsce, jak i w Europie powoduje, że – obok nowych sortowni i centrów logistycznych oraz inwestycji w IT – naszym priorytetem jest umocnienie pozycji jako czołowego innowatora i producenta Paczkomatów® w Europie. Dzięki temu znacznie zwiększymy nasze możliwości wdrażania kolejnych urządzeń, a także będziemy mogli szybko wprowadzać nowe, innowacyjne rozwiązania w naszych maszynach i jako pierwsi testować pomysły, których nikt jeszcze nie zastosował na rynku. Mamy opatentowane większość nowatorskich elementów zastosowanych w naszych Paczkomatach® co daje nam dodatkowe możliwości rozwoju. Teraz rozbudowujemy także centrum badawczo-rozwojowe wraz z laboratoriami, by opracowywać kolejne innowacje” – podkreśla Rafał Brzoska, prezes InPost.

To już kolejna współpraca Panattoni i InPost – dotychczas operator logistyczny wynajął łącznie ok. 250 000 m2, z czego ponad 9 000 m2 w innym krakowskim parku dedykowanym logistyce miejskiej – City Logistics Kraków I.

„Kolejny raz ogłaszamy inwestycję w Krakowie, która wpisuje się w ostatnią milę, a dodatkowo będzie zlokalizowana przy lotnisku. Dlatego warto podkreślić znaczenie parku, chociażby ze względu na niełatwy rynek serca Małopolski. Kraków charakteryzuje ograniczona podaż gruntów, skutkująca ich relatywnie wysokimi cenami, a drugie co do wielkości miasto w Polsce pod względem obszaru, jak i liczby mieszkańców powinno posiadać własne zaplecze magazynowe. Dlatego jestem przekonany, że City Logistics Kraków Airport pozwoli rozwinąć skrzydła wielu podmiotom. Stanie się tak między innymi ze względu na dostępną w ramach City Logistics Kraków Airport formułę Small Business Units. Moduły o minimalnej powierzchni 1200 m kw. będą dostępne już w lipcu 2021 roku”Robert Dobrzycki, CEO Panattoni.

Wyrok bez precedensu: warszawski sąd gospodarczy uznał kredyt indeksowany do CHF za instrument finansowy

Sąd Okręgowy w Warszawie ds. gospodarczych wyrokiem z dnia 21 grudnia 2020 roku (XXVI GC 586/20) uznał, że waloryzacja w kredycie indeksowanym do CHF to wbudowany w umowę kredytu swap walutowo-procentowy. Jego zastosowanie bez odpowiedniej informacji dla kredytobiorcy o tym produkcie i jego ryzykach prowadzi do nieważności umowy. Jest to pierwszy tego typu wyrok w Polsce. Rozpoznanie sprawy w pierwszej instancji zajęło jedynie 7 miesięcy.

Sprawa dotyczyła przedsiębiorcy, który zawarł w 2009 roku umowę kredytu waloryzowanego do CHF z mBankiem w celu zakupu nieruchomości służącej do pobocznych celów prowadzonej działalności gospodarczej. Wyrok nie jest prawomocny, jednak istotnie wzmacnia argumentację przedsiębiorców frankowych walczących w sądach gospodarczych, a także tych frankowiczów, którzy nie mogą się powołać na status konsumenta i zapisy abuzywne w umowach.

Jest to zdecydowanie jedno z najlepszych, a być może najlepsze uzasadnienie wyroku w sprawie frankowej jakie czytałam – gdyż dotyczy jądra problemu tzw. kredytów frankowych, czyli wbudowania w te umowy instrumentu finansowego. Sąd gospodarczy skupił się na aspektach finansowo-ekonomicznych i mechanice technicznej kredytu waloryzowanego do CHF, oceniając je przez pryzmat przepisów prawa finansowego – czego brakuje w sądach cywilnych rozpoznających sprawy konsumenckie. Te argumenty związane z naturą ekonomiczną waloryzacji podnosimy w sądach cywilnych od 2015 roku, ale dopiero teraz po sześciu latach walki zostały one podzielone przez sąd gospodarczy. Obecnie prowadzimy kilkadziesiąt tego typu spraw gospodarczych. Być może to właśnie sądy gospodarcze, które „czują” tematykę finansowo-ekonomiczną powinny zostać dodatkowo przekształcone w wydziały frankowe i przejąć część spraw frankowiczów-konsumentów – komentuje mec. Barbara Garlacz, która prowadziła tę sprawę.

Sąd w wyroku uznał, że:

  • Instytucja waloryzacji umownej z kodeksu cywilnego tylko w ograniczonym zakresie może mieć znaczenie dla prób wyjaśnienia istoty i charakteru tzw. kredytów frankowych, a przepis art. 358(1) § 2 k.c. dotyczący waloryzacji umownej nie jest wystarczający dla oceny całościowych skutków ekonomicznych umowy kredytu powiązanego z walutą CHF. Dlatego należy zbadać naturę indeksacji i zestawić ją z przepisami prawa finansowego tj. ustawą o obrocie instrumentami finansowymi.
  • Dekonstrukcja umowy kredytu waloryzowanego prowadzi do wniosku, że pomimo braku zawarcia odpowiednich postanowień dotyczących wprost swapa walutowo-procentowego (ang. Cross currency interest rate swap – CIRS) w umowie skutek finansowo-ekonomiczny umowy kredytu waloryzowanego jest analogiczny do udzielenia kredytu w złotówkach ze stawką WIBOR połączonego na etapie uruchomienia kredytu z transakcją CIRS, o amortyzowanym miesięcznie kapitale oraz do świadczenia długoterminowej usługi kantorowej, zaś poprzez CIRS dochodzi do zmiany stawki WIBOR na LIBOR.
  • Swap walutowo-procentowy pod postacią indeksacji odpowiada definicji instrumentu finansowego z ustawy o obrocie instrumentami finansowymi i dlatego bank przy oferowaniu tej umowy powinien wypełnić reżim informacyjny z dyrektyw MIFID, czego nie uczynił. Prowadzi to do sprzeczności umowy z zasadami uczciwego obrotu gospodarczego, tj. zasadami współżycia społecznego i w konsekwencji do nieważności umowy.
  • Sąd odniósł się do wyroku TSUE w sprawie Lantos C-312/14, w której TSUE uznał, że transakcje walutowe w ramach kredytu denominowanego nie stanowią instrumentu finansowego. Sąd warszawski uznał, że instrument finansowy, o którym mowa w ww. orzeczeniu TSUE nie dotyczył transakcji CIRS lecz innego instrumentu finansowego, a ponadto inny był stan faktyczny sprawy przed TSUE. Dlatego to orzeczenie TSUE w sprawie zawisłej przed sądem warszawskim nie było wiążące do oceny waloryzacji jako transakcji CIRS.
  • Sąd uznał umowę za nieważną – jako sprzeczną z zasadami współżycia społecznego – także z innych powodów. Chodzi o nadużycie przez bank pozycji kontraktowej wobec kredytobiorców przez brak rzetelnego poinformowania kredytobiorców o ryzyku walutowym, przez zabezpieczenie własnej pozycji walutowej i brak zaoferowania takiego zabezpieczenia kredytobiorcy, a także przez zastosowanie do waloryzacji i spłaty rat kredytów korzystnych dla banku i podyktowanych interesem banku odwrotnych rodzajów kursów do waloryzacji i spłaty kredytów. Bank nie zastosował kursów, które powinny obowiązywać z uwzględnieniem ekonomicznej natury waloryzacji i spłaty rat kredytu – co doprowadziło także do sprzeczności postanowień tej umowy z naturą ekonomiczną waloryzacji.

Sąd gospodarczy podzielił całość naszej finansowo-prawnej argumentacji w sprawach z udziałem kredytobiorców – przedsiębiorców frankowych. Sądy cywilne w większości omijają tematykę CIRS – niektóre dostrzegają pewne podobieństwo indeksacji do transakcji CIRS, niemniej temat ten w sprawach konsumenckich jest poboczny. Zapisy abuzywne prowadzą bowiem do tego samego skutku, czyli nieważności umowy. Jednak nieważność z abuzywności i nieważność np. z powodu zamieszczenia w umowie instrumentu finansowego inaczej przekłada się na liczenie terminów przedawnienia się roszczeń banku o zwrot kapitału. Szkoda, że pytanie o CIRS nie zostało zawarte w pytaniach do Sądu Najwyższego, którymi zajmie się Sąd Najwyższy 25 marca 2021, gdyż to jest jądro problemu prawnego kredytów indeksowanych do CHF. Takie zagadnienie zostało zawarte w skardze kasacyjnej skierowanej przez naszą kancelarię do SN w sprawie I CSK 324/20, którą Sąd Najwyższy przyjął do rozpoznania – dodaje mec. Barbara Garlacz.

Wtorek odwrotu nie końcem głowy zawrotów

Wtorek przyniósł powrót apetytu na ryzyko, co objawiło się przez korektę siły dolara, spadki rentowności i silne odbicie spółek technologicznych na Wall Street. Przewrażliwienie na punkcie rynku długu wciąż pozostaje motywem przewodnim, gdyż wczoraj katalizatorem zmian były solidne wyniki aukcji obligacji w USA. Ryzyk dla odbicia jednak nie brakuje w obliczu odczytu CPI i aukcji 10-letnich obligacji w USA.

Z wczorajszego entuzjazmu dziś już zostało niewiele, gdyż indeksy mają trudności z podążaniem za 4-procentowym skokiem Nasdaq100, a na FX USD odrabia straty. Wtorek zapisze się jako kolejny podtrzymujący mit o „Turnaround Tuesday”, a rajd ulgi zapewniły zdrowe statystyki aukcji 3-letnich obligacji USA za 58 mld USD. Duży popyt na papiery (przewyższający podaż w stosunku 2,69:1) złagodził obawy, że inwestorzy ograniczą zakupy czekając na dalszy wzrost rentowności. Dochodowość 10-latek USA cofnęła się do 1,55 proc. z 1,60 proc. na starcie tygodniu, ale nerwowość nie znika. Na środę zaplanowana jest kolejna aukcji, tym razem 10-letnich papierów, której wynik będzie ważniejszy od wczorajszej aukcji. Dodatkowo z USA napłyną dane o inflacji CPI, gdzie prognozy wskazują na przyspieszenie inflacji, co może obudzić spekulacje, że presja cenowa zmusi Fed do szybszej normalizacji polityki. Zatem przed dzisiejszym popołudniem ryzyka są dwustronne, gdyż zarówno CPI, jak i aukcja mogą przywrócić wzrost rentowności lub go całkowicie złamać, biorąc pod uwagę, jak bardzo urosły pozycje krótkie w obligacjach (spadek cen = wzrost rentowności). Kierunek dla USD, a zatem generalnie dla całego FX, jest od tego uzależniony. Podobnie nastroje na rynku akcji. Jakkolwiek imponujące było wczorajsze odbicie ryzykownych aktywów, jeszcze na kilka godzin wypadałoby się wstrzymać z odwołaniem stanu zagrożenia.
Marcowe posiedzenie Banku Kandy zapewne przebiega w lepszej atmosferze niż poprzednie w styczniu. Wówczas rosnąca liczba przypadku zachorowań i wizja kolejnego lockdownu zwiastowały spadek PKB w I kw. Ale aktywność gospodarcza okazała się silniejsza niż BoC oczekiwał, choć przeciwepidemiczne restrykcje i powolne tempo szczepień są hamulcowymi gospodarki. Mimo to bank powinien podwyższyć swoją ocenę perspektyw gospodarczych, ale faktyczna rewizja prognoz nastąpi dopiero w kwietniu. W nastawieniu BoC pozostanie jednak gołębi, podkreślając kruchość ożywienia, ale też mając na względzie niepodsycanie siły CAD, który już jest na wieloletnich szczytach. Dodatkowo rajd rentowności też jest zjawiskiem obecnym na kanadyjskim rynku długu, a amunicja BoC do przeciwdziałania temu powoli się wyczerpuje biorąc pod uwagę, że w ramach QE bank skupił już ponad 1/3 obligacji z rynku wtórnego. Z tego powodu wydaje się wątpliwe, aby dziś BoC sugerował szykowane zmiany w polityce (np. ograniczenie tempa skupu obligacji) i bez tego reakcja USD/CAD powinna być ograniczona.

Poprawa ogólnorynkowych nastrojów i osłabienie dolara przyniosło odbicie walut rynków wschodzących. Złoty po kilku dniach spadków odbija z EUR/PLN wracającym pod 4,58. Jednak przed nami ważne wydarzenia w USA, a i EUR/USD pozostający pod 1,19 nie jest dobrym znakiem dla powrotu popytu na waluty Europy Środkowo-Wschodniej. W zależności od rozwoju sytuacji zewnętrznej, w kolejnych godzinach możliwe są ruchy do 4,56, jak i 4,60.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Komentarz ZPP ws. sytuacji na rynku pracy

Polski rynek pracy na dzień dzisiejszy pozostaje relatywnie odporny na zawirowania w gospodarce realnej, których przyczyną jest światowa epidemia koronawirusa.

Jak pokazują dane Eurostatu Polska w styczniu 2021 roku osiągnęła najniższą stopę bezrobocia wśród krajów Unii Europejskiej. Bezrobocie według unijnej metodologii osiągnęło na początku tego roku wartość 3,1 proc. w Polsce, wobec stopy bezrobocia w całej UE na poziomie 7,3 proc. Tym samym wyprzedziliśmy Czechów, którzy do tej pory zajmowali pozycję lidera w zakresie najniższego bezrobocia. Zdając sobie sprawę, że dane publikowane przez Eurostat mogą zostać jeszcze zrewidowane, a według metodologii Głównego Urzędu Statystycznego stopa bezrobocia w styczniu 2021 r. wyniosła w Polsce 6,5 proc., można jednak wysnuć wnioski dotyczące sytuacji na Polskim rynku pracy. Miejsca pracy w polskiej gospodarce wydają się być na dzień dzisiejszy odporne na kryzys przez jaki przechodzi światowa gospodarka. Polski rynek pracy nie został dotknięty trwającą epidemią na poziomie makro.

Niemniej jednak należy mieć na uwadze, że występują problemy na rynkach pracy w sektorach zamkniętych. Osoby zatrudnione w branży turystycznej, gastronomicznej, transportowej, czy usług fitness odczuwają skutki zamknięcia, pozostając bez realnie wykonywanej pracy. Przedsiębiorcy zwlekają z redukcją etatów w oczekiwaniu na szybkie otwarcie sektorów pozostających w zamknięciu. Brak zniesienia sektorowych, jak i lokalnych lockdownów (a także ich dalsze wprowadzanie) skutkować będzie w dłuższej perspektywie uwidocznieniem się w statystykach zwolnionych pracowników z zamkniętych sektorów oraz regionów. Należy zatem wdrażać wszelkie instrumenty walki z epidemią, którymi nie są lockdowny działalności gospodarczej.

W dalszym ciągu należy mieć na uwadze, że na mapie Polski są powiaty które cechują się wysokim poziomem bezrobocia. Według danych GUS za grudzień 2020, w ponad stu polskich powiatach bezrobocie rejestrowane przekracza poziom 10 proc. Regionalne i branżowe lockdowny, dotykają szczególnie obszary oparte znacząco na turystyce (południowego oraz północnego pogranicza Kraju). W przypadku utraty pracy, szanse na znalezienie zatrudnienia w pochodnej branży lub na terenie danego regionu pozostają niewielkie. Zjawisko to może zwiększyć różnicę pomiędzy poziomem bezrobocia, a dalej płac pomiędzy regionami.

Problemem pozostaje także niższa aktywność zawodowa Polaków w prawie wszystkich kategoriach wiekowych w relacji do aktywności zawodowej w Unii Europejskiej.

W zakresie wynagrodzeń obserwujemy wzrosty nominalnego wynagrodzenia przeciętnego, jednak tempo wzrostów hamuje. Osłabieniu uległo szczególnie tempo wzrostu wynagrodzenia realnego. Wynagrodzenie brutto w gospodarce narodowej w 2020 r. wyniosło 5167,47 zł i wzrosło o 5,1% w stosunku do 2019 r. Dynamika wzrostu była niższa niż w poprzednich latach, gdy wzrost wynagrodzeń w sięgał 7,3%. Realne (po uwzględnieniu inflacji) przeciętne wynagrodzenia w 2020 r. wobec 2019 r. wzrosły jedynie o 1,7%. Na osłabienie tempa wzrostu z pewnością wpływ miały zmniejszające się żądania płacowe pracowników w obliczu kryzysu gospodarczego i pozostawanie w zamknięciu kolejnych sektorów. Z drugiej strony, poziom opisanego wcześniej niskiego bezrobocia hipotetycznie powinien mieć większy wpływ na wzrost płacy realnej.

ZPP co pół roku przeprowadza badanie pn. Busometr, tj. Indeks Nastrojów Gospodarczych MSP, który jest wskaźnikiem pokazującym stopień optymizmu małych i średnich przedsiębiorców oraz ich planowane działania w perspektywie najbliższych dwóch kwartałów. O ile polscy przedsiębiorcy relatywnie pesymistycznie oceniają koniunkturę gospodarczą, a komponent inwestycje jest oceniany najniżej w dziesięcioletniej historii badania, tak stosunkowo optymistycznie polskie firmy patrzą na sytuację na rynku pracy. 16% z nich planuję podwyżki, a 14% zwiększenie zatrudnienia. Obecne postrzeganie rynku pracy porównywalne jest do sytuacji z lat 2015 – 2017.

Zmiana komponentu „Rynek pracy” w badaniu Busometr ZPP

Rynek pracy
Źródło: Busometr ZPP, badanie Maison & Partners na zlecenie ZPP, wyniki półroczne, 18.01.2021 r.

Przedsiębiorcy, jak i pracownicy pozostają w dalszym ciągu w niepewności. Do czynników mogących hamować wzrost wynagrodzeń, jak i utrzymanie niskiego bezrobocia należy przede wszystkim niepewność co do decyzji rządowych o charakterze administracyjnym jak i systemowym. Do tych zaliczyć należy wprowadzane bez przewidywalności sektorowe jak i regionalne lockdowny, podatki sektorowe, utrzymywanie wysokiego klina podatkowego pracy, dodatkowe rozwiązania mogące zwiększyć koszty podatkowe dla kodeksowych jak i cywilnych umów o świadczenie pracy, czy dalsze zwiększanie obowiązków administracyjnych wokół zatrudniania (m.in. wprowadzenie rejestru umów o dzieło lub przeregulowanie zapisów dot. pracy zdalnej). Wszystkie wymienione czynniki wpływać będą na ograniczanie chęci podejmowania ryzyka przez przedsiębiorców w postaci zwiększania zatrudnienia czy inwestycji. Działania skutkujące zwiększeniem kosztów zatrudnienia ograniczą także presję na wzrost wynagrodzeń poprzez zmniejszenie efektywności zatrudnienia w Polsce.

Dziś odczuwamy niski poziom bezrobocia. Przed nami znajdują się nadchodzące problemy demograficzne, które przechodzą już w problemy systemu emerytalnego. W kolejnych dekadach spowoduje to poważne problemy także na rynku pracy. W tym kontekście, ZPP po raz kolejny apeluje o wdrożenie rozsądnej polityki migracyjnej oraz wprowadzenie reform systemu emerytalnego. Konieczne są także zmiany systemu opodatkowania pracy. Rewizja polityk socjalnych oraz systemu emerytalnego powinna także być przeprowadzona w kontekście niskiej aktywności zawodowej w Polsce.

Systemy intralogistyczne bazując na robotyce mobilnej – czas na nowy wymiar zautomatyzowania magazynów

Pierwsze pojazdy typu AGV (Automated Guided Vehicles), które w sposób bezobsługowy transportowały gotowe wyroby lub komponenty produkcyjne w zakładach przemysłowych, powstały ponad pół wieku temu. W ciągu ostatnich kilku lat pojawił się także udoskonalony rodzaj wewnętrznego systemu logistycznego oparty o AMR (Autonomous Mobile Robots), czyli autonomiczne roboty mobilne. Metody takiego transportu stają się coraz to popularniejsze w fabrykach, magazynach i wszędzie tam, gdzie istnieje potrzeba zapewnienia powtarzalnych dostaw materiałów. Roboty AGV/AMR, stanowiąc część kompleksowego systemu intralogistycznego wspomagają procesy produkcyjne i logistyczne w kolejnych magazynach. Czym się wyróżniają? Sprawdźmy.

Roboty klasy AGV/ AMR przeznaczone do transportu standardowych palet EPAL/EUR oraz koszy logistycznych – zaprojektowano do autonomicznej pracy pod kontrolą systemu IntraFleet 4.0, zintegrowanego z systemem zarządzania dostawami. Takie rozwiązanie pozwala na równoczesne koordynowanie pracy wielu robotów AMR. Etisoft tworzy także nowego robota AMR w ramach projektu unijnego LOTIS (Low Temperature Intralogistics System), o unikatowych parametrach. Robot będzie mógł pracować w temperaturze poniżej -20°C występujących mroźniach, a dzięki zastosowaniu odpowiednich rozwiązań konstrukcyjnych nie będą mu straszne także silne zapylenie oraz duża wilgoć. 

Kompleksowy system intralogistyczny IntraFleet 4.0

Jakie korzyści biznesowe daje automatyzacja intralogistyki? Poprzez optymalizację procesów intralogistycznych pozwala na obniżenie kosztów oraz zwiększenie bezpieczeństwa transportu wewnętrznego. Etisoft, w ramach wdrożenia, integruje IntraFleet 4.0 z innymi systemami. – Dostosowujemy przy tym roboty do wymagań klienta oraz ograniczeń wynikających z istniejącej infrastruktury zakładu przemysłowego – np. modyfikując ich wymiary,  użyte podzespoły czy zastosowane systemy bezpieczeństwa oraz nawigacji. Aktualnie jest opracowywany system automatycznej wymiany akumulatorów w ramach projektu unijnego HEPIS (High Efficiency and Performance Intralogistics System). Pozwoli on nam na zwiększenie wydajności systemu przy jednoczesnym obniżeniu kosztów funkcjonowania rozwiązania – mówi dr inż. Wojciech Klein. – Zarówno roboty jak i oprogramowanie są zasługą innowacyjnej myśli inżynierskiej Etisoft. Dlatego nasze rozwiązania są elastyczne i odpowiadają na konkretne potrzeby klienta. – dodaje ekspert. Dzięki zastosowaniu wysokiej klasy certyfikowanych systemów bezpieczeństwa, rozwiązanie spełnia najwyższe wymagania w zakresie współpracy robotów z ludźmi. Wydajne i bezpieczne, a do tego efektywne i bardzo uniwersalne, systemy intralogistyczne bazujące na robotyce mobilnej przenoszą procesy produkcyjne i logistyczne w nową erę Przemysłu 4.0.

Systemy intralogistyczne bazujące na robotyce mobilnej w transporcie wewnętrznym

Dzięki robotą typu AGV/AMR, praca człowieka, polegająca na obsłudze transportu, zostaje zredukowania do minimum. Odciążając personel, zwiększa się efektywność logistyki wewnętrznej a ludzi można dedykować do realizacji innych, mniej uciążliwych zadań. System IntraFleet 4.0 zarządza transportem wewnętrznym i optymalizuje go – także w zakresie procesów zarzadzania energią. W zależności od celów biznesowych wyznacza, a następnie poddaje ciągłej analizie oraz aktualizacji ścieżkę krytyczną dla zadanego planu misji. Minimalizuje przy tym ryzyko kolizji i prognozuje zatory. Przyjazny interfejs aplikacji webowej sprawia, że jego obsługa jest bezproblemowa i łatwa do przyswojenia przez pracowników.

Symulacja procesów i profesjonalne wsparcie

Do projektowania systemów intralogistycznych wykorzystuje się wiedzę w obszarze zarządzania wspartą przez nowoczesne technologie. Systemy intralogistyczne dostarczane przed wdrożeniem są poddawane analizie w oparciu o symulację numeryczną w oprogramowaniu FlexSim. Dzięki temu procesy logistyczne projektowane są z uwzględnieniem planu produkcji oraz istniejących zakłóceń procesu, a zaprojektowany system można sprawdzić w warunkach wirtualnych przed jego rzeczywistym wdrożeniem. Bierze się też pod uwagę m.in. infrastrukturę hali produkcyjnej i magazynu, ruch pracowników oraz innych pojazdów a także aspekty bezpiecznego funkcjonowania systemu. Współpraca z firmą, która jest jednocześnie projektantem i producentem robotów oraz oprogramowania, ma wiele innych zalet. Pozwala m.in. w łatwy i szybki sposób wprowadzać niezbędne modyfikacje. Ponieważ Etisoft sam integruje swoje rozwiązania, posiada pełną kontrolę nad efektem końcowym. Klienci z kolei, mając tylko jeden punkt kontaktu, w razie potrzeby nie muszą szukać pomocy w kilku miejscach. W połączeniu z profesjonalnym Service Desk 24/7, mogą liczyć na wsparcie zawsze i wszędzie, kiedy tylko tego potrzebują.

Elastyczność, powierzchnie flex, model hybrydowy i podnajmy. Co przyniesie przyszłość na rynku biurowym?

Kluczowy wpływ na zdefiniowanie dalszego kierunku rozwoju rynku biurowego będzie miało tempo szczepień i rozwój pandemii. Nie sposób jednoznacznie określić, kiedy oraz w jakim wymiarze wrócimy do biur, jednak już dzisiaj obserwujemy ewolucję potrzeb najemców. Jakich biur będą poszukiwać najemcy? Oto cztery trendy na rynku biurowym według Cushman & Wakefield.

Trend 1: Elastyczność

Do czasu ustabilizowania sytuacji epidemicznej dominującą potrzebą uczestników rynku pozostanie elastyczność umożliwiająca szybkie reagowanie na przyszłe zmiany oraz dostosowanie działalności do nowo budowanych strategii – mówi Paulina Miasiak, Partner, Office Agency, Cushman & Wakefield. Według ekspertów elastyczność będzie dla większości najemców kluczowym czynnikiem przy podejmowaniu decyzji o najmie powierzchni. Ten trend będzie przejawiać się rosnącą presją na skrócenie okresu najmu, możliwością zrezygnowania z części powierzchni czy możliwością alokowania zachęt finansowych.

Trend 2: Powierzchnie Flex

Jednym z elementów, dających większą elastyczność najemcom w budynkach, mogą być powierzchnie typu flex, które właściciel może traktować jako bezpieczny bufor dla firm szukających możliwości ograniczenia kosztów najmu biura. Dużym zainteresowaniem firm będą cieszyć się powierzchnie oferowane jako produkt serwisowany, pozwalający zaspokoić krótkoterminowe potrzeby dotyczące zwiększenia zajmowanej przestrzeni.

Trend 3: Model hybrydowy

Praca zdalna w 100% w nowej rzeczywistości będzie rzadkością, natomiast coraz większym zainteresowaniem po wygaszeniu pandemii będzie cieszyć się praca w modelu hybrydowym, który łączy w różnym stopniu pracę w standardowym biurze z pracą w biurze elastycznym oraz pracę zdalną. Pojęcie środowiska pracy przestało być ograniczone do powierzchni biurowych – dla firm pracujących zdalnie środowisko pracy z konieczności przeniosło się do sieci oraz domów. Przedłużająca się konieczność pracy zdalnej w wielu organizacjach utrwala rozwiązanie tymczasowe jako docelowe. Jeszcze przed pandemią wiele organizacji rozpatrywało wariant pracy zdalnej 1-2 dni w tygodniu jako docelowe założenie elastycznego modelu pracy – Covid-19 jedynie przyśpieszył te zmiany i zwiększył ich zasięg – komentuje Paulina Misiak.

Trend 4: Podnajmy

W ostatnich 12 miesiącach jednym z częstszych sposobów szukania oszczędności przez najemców było oferowanie powierzchni w formie podnajmu. Pomimo rosnącej ilości powierzchni oferowanej w tej formule na rynku biurowym, popyt na nie jest relatywnie niski, a duża konkurencja w postaci biur elastycznych utrudnia pozyskanie najemców. W najbliższych miesiącach będziemy mogli obserwować ograniczenie liczby nowych ofert podnajmu na rynku oraz zdejmowanie z rynku ofert, które nie znalazły podnajemcy.

3 lipca to ostateczny termin pożegnania się z jednorazowymi opakowaniami z tworzyw sztucznych. W życie wchodzi dyrektywa plastikowa

Tworzywa sztuczne stanowią aż 80-85% odpadów w środowisku morskim krajów należących do Unii, z czego 50% to produkty plastikowe, wśród których przodują butelki, kapsle i pokrywki. Odpady w środowisku morskim uznaje się za problem globalny, dlatego Unia Europejska w ramach współpracy na forach międzynarodowych, działa na rzecz poprawy opisanej sytuacji, a kraje członkowskie, w tym Polska, do dnia 3 lipca 2021 roku muszą zastosować się do nowych ustaleń ws. obrotu jednorazowymi produktami z tworzyw sztucznych. Co to oznacza dla branży opakowań gastronomicznych?

„Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2019/904 ws. zmniejszenia wpływu niektórych produktów z tworzyw sztucznych na środowisko” sporządzona 5 czerwca 2019 roku to dokument, z którego pochodzą powyższe informacje, i to właśnie on nakłada na krajach członkowskich obowiązki w opisanym zakresie.

– Dla branży opakowań gastronomicznych oznacza to wymóg usunięcia z oferty określonych pojemników jednorazowych, które są przeznaczone głównie do przechowywania żywności i napojów, oraz produktów z tzw. oksydegradowalnych tworzyw sztucznych – mówi Karolina Śmietana, dyrektor sprzedaży w Tedmark. – One po prostu przestaną być dostępne u producentów, a stany magazynowe zaczną być wyprzedawane – dodaje. W dyrektywie czytamy między innymi o zakazie wprowadzania produktów z tworzywa sztucznego do obiegu pierwszy raz bądź dostarczania ich na rynek krajowy i krajów członkowskich w celach dystrybucji.

Koniec opakowań jednorazowych? Tak, ale nie wszystkich

Według Dyrektywy „produktem jednorazowego użytku z tworzyw sztucznych” są te opakowania, które nie są zaprojektowane do wielokrotnego użytku – innymi słowy: nie są przeznaczone do powtórnego napełnienia lub użycia do tego samego celu, do którego były pierwotnie przeznaczone. – Wraz z wejściem w życie nowych ustaleń, wszystkie opakowania i pojemniki będą musiały mieć określone znaczenie, które wskazują na to, w jakim stopniu są wykonane z plastiku – mówi Przemysław Tytro, dyrektor generalny Tedmark. – Faktycznie, ze sporym działem produktowym będziemy musieli się pożegnać, jednak zostaną choćby pojemniki PET, a także ekologiczne zamienniki – dodaje. Dyrektywa wymierzona jest bowiem w pojemniki ze spienionego polistyrenu i materiałów innych niż polimer naturalny.

Jako pojemniki na żywność, które należy uznać za produkty jednorazowego użytku, w Dyrektywie wymienione są: „pojemniki na żywność typu fast food lub zawierające zimną lub podgrzaną żywność pudełka na posiłki, kanapki, wrapy i sałatki lub pojemniki na żywność świeżą lub przetworzoną, niewymagającą dalszej obróbki, taką jak owoce, warzywa lub desery”.

Pojemnikami, które nie wpisują się w ustalenia Dyrektywy to takie, które zawierają żywność suszoną lub zimną wymagającą dalszej obróbki, zawierające więcej niż jedną porcję żywności lub zawierające jedną porcję żywności sprzedawane w ilości większej niż jedna sztuka.

Jako pojemniki na napoje, które należy uznać za produkty jednorazowego użytku, w Dyrektywie wymienione są: „butelki na napoje lub wielomateriałowe opakowania na napoje stosowane do piwa, wina, wody, napojów orzeźwiających, soków i nektarów, napojów w proszku lub mleka”.

Kubki na napoje nie wchodzą w zakres ustaleń Dyrektywy, gdyż stanowią odrębną kategorię produktów jednorazowego użytku.

Ponadto Dyrektywa wymienia takie niechciane produkty jak sztućce, talerze, słomki i mieszadełka z tworzyw sztucznych.

Czy 3 lipca 2021 roku jest realnym terminem?

Jak dowiadujemy się z dokumentu, państwa członkowskie UE powinny ustanowić przepisy dotyczące sankcji za naruszenie przepisów krajowych, które zostaną na jej mocy przyjęte. Jak jednak wskazuje Polski Związek Przetwórców Tworzyw Sztucznych, choć w Polsce trwają prace nad przygotowaniem rozwiązań prawnych mających na celu realizację postanowień Dyrektywy, to trudno w tym momencie z całkowitą pewnością określić, czy 3 lipca 2021 będzie dokładnym terminem wprowadzenia rzeczonych przepisów w Polsce. – Niezależnie od tego, kiedy odpowiednie przepisy wejdą w życie, do zmian należy przygotowywać się jak najszybciej. Nie ma takiego scenariusza, który przewidywałby, że producenci nie będą musieli podjąć się tego działania prędzej czy później – komentuje Przemysław Tytro. – Hurtownicy są w lepszej sytuacji, bo nie ma w tym momencie przewidzianego terminu wyprzedania stanów magazynowych – dodaje.

W wakacje lokalna turystyka przeżyje boom. Większość Polaków spędzi urlop w kraju

Blisko połowa Polaków wybiera się w tym roku na wyjazd urlopowy. Głównie są to osoby w wieku 18-35 lat, z wyższym wykształceniem i zarabiające 6-7 tys. zł, z miast liczących 200-499 tys. ludności. Ponad jedna trzecia rodaków planujących tego typu aktywność zamierza udać się za granicę. Prawie dwa razy tyle chce zostać w Polsce. Zagraniczne wojaże najczęściej zapowiadają ankietowani o dochodach powyżej 9 tys. zł netto, z miast liczących 200-499 tys. mieszkańców. Z kolei krajowe kierunki wskazują przeważnie osoby z zarobkami do 3 tys. zł, z miejscowości mających 100-199 tys. ludności.

Jak wynika z najnowszego badania opinii społecznej, przeprowadzonego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland, 48,3% Polaków planuje w tym roku wyjazd na urlop wypoczynkowy. Natomiast 29,8% nie ma tego w planach, a 21,9% obecnie jeszcze nie zna odpowiedzi na to pytanie.

– Wyjazdy deklarują osoby znużone ciągłym siedzeniem w domu, szczególnie te, które ostatnio odłożyły trochę pieniędzy. Warto podkreślić, że w tym niepewnym czasie oszczędności Polaków wzrosły o ok. 10%. Taki trend jest teraz obserwowany na całym świecie. To jest tzw. odłożony popyt. Z kolei ludzie, których sytuacja finansowa pogorszyła się, najchętniej zaczęliby wreszcie zarabiać, żeby móc w przyszłości wyjechać na urlop, ale raczej nie w tym roku – mówi Piotr Kuczyński, analityk rynków finansowych.

Z badania wynika, że więcej kobiet niż mężczyzn zamierza w tym roku podróżować. Różnica jest jednak niewielka. Wynosi zaledwie 4,5%. Wyjazdy planują głównie osoby w dwóch grupach wiekowych, tj. od 18 do 22 lat i od 23 do 35 lat – odpowiednio 55,3% i 54,3%. Natomiast najrzadziej deklarują to Polacy mający 56-80 lat – 35,2%. Z kolei patrząc na miesięczne dochody netto, widać, że najczęściej wyjazd urlopowy zapowiadają ankietowani zarabiający od 6 do blisko 7 tys. zł – 63,1%. Na drugim końcu zestawienia są badani osiągający mniej niż 1 tys. zł netto miesięcznie – 28,5%.

– Ewidentnie osiągany dochód jest głównym czynnikiem decydującym o wyjeździe na wakacje. Oczywiście są osoby, które zapożyczają się, żeby móc podróżować. Jednak obecnie ludzie patrzą nie tylko na to, ile mają pieniędzy na koncie w danym momencie. Coraz częściej biorą również pod uwagę, co może zdarzyć się w przyszłości – komentuje ekonomista Marek Zuber.

Wyjazdy zapowiadają przede wszystkim osoby z miast liczących od 200 tys. do 499 tys. i co najmniej 500 tys. mieszkańców – odpowiednio 53,4% i 52%. Najrzadziej planują wycieczki Polacy zamieszkali na wsiach i w miejscowościach mających do 5 tys. ludności – 38,7%. Najwięcej deklaracji dot. podróży jest w woj. dolnośląskim i kujawsko-pomorskim – 60,8% i 53,3%.

– W największych aglomeracjach mieszkają zazwyczaj osoby osiągające wysokie dochody. I to może mieć wpływ na to, że właśnie one najczęściej deklarują wyjazdy urlopowe w tym roku. Jeśli chodzi o konkretne województwa, to znaczenie ma położenie geograficzne. I tak np. Polacy żyjący w dolnośląskim mogą częściej myśleć o wycieczkach do Europy Zachodniej w celu zmiany otoczenia – wyjaśnia Piotr Kuczyński.

Ponadto badanie wykazało, że w grupie Polaków planujących wyjazdy 31,7% osób wybiera się na urlop za granicą. Z kolei 61,8% respondentów zamierza wypoczywać w kraju. Tylko 6,5% ankietowanych jest niezdecydowanych.

– W przypadku celu podróży większe znaczenie mają kwestie epidemiczne niż finansowe. W czasie pandemii większość Polaków jednak bezpieczniej czuje się we własnym kraju, chociaż niemal na całym świecie ma dostęp do usług medycznych. Ludzie chcą przede wszystkim uniknąć niepotrzebnych problemów na lotniskach i przejściach granicznych w przypadku ewentualnych zakażeń – stwierdza Marek Zuber.

Zagraniczne podróże częściej zapowiadają mężczyźni niż kobiety. Różnica wynosi 6,3%. Dalsze wyjazdy wskazują głównie ankietowani mający od 18 do 22 lat – 42,9%, z wykształceniem podstawowym i gimnazjalnym – 55,5%, a także badani o dochodach powyżej 9 tys. zł netto – 60%. Najczęściej wyjazdy do innych krajów planują też Polacy z miast, w których żyje 200-499 tys. ludności – 38,1%. I co ciekawe, jedynie wśród mieszkańców województwa pomorskiego przeważają deklaracje o urlopie za granicą nad tymi dot. wypoczynku w Polsce – 53,5% vs 46,5%.

– Kluczowe znaczenie może mieć świadomość konsekwencji dalekiego wyjazdu w sytuacji ryzyka zakażeniem koronawirusem. Osoby młode i mniej wykształcone mogą nie brać tak bardzo pod uwagę ewentualnych zagrożeń, jak ludzie starsi i bardziej doświadczeni życiowo – uważa Marek Zuber.

Do tego można dodać, że urlop w kraju planują głównie osoby w wieku 56-80 lat – 79,6%, zarabiające od 1 do blisko 3 tys. zł – 73%, z miejscowości liczących 100-199 tys. mieszkańców – 64,2%. Najwięcej takich deklaracji jest w woj. opolskim – 88,8%.

Badanie zostało przeprowadzone metodą CAWI w 2. i 3. tygodniu lutego 2021 roku, przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla sieci portali miejskich Twoje-Miasto.pl. Wzięło w nim udział 1026 Polaków w wieku 18-80 lat. Próba była reprezentatywna pod względem płci, wieku, wielkości miejscowości, wykształcenia oraz regionu.

EdTech Preply z 35 mln dolarów dofinansowania

Preply, spółka działająca w branży EdTech, zdobyła dodatkowe 35 mln USD finansowania. To kwota wyższa od całkowitej kwoty finansowania platformy od roku 2013. W rundzie inwestycyjnej w roli anioła biznesu uczestniczyli m.in. Przemysław Gacek, współzałożyciel Grupy Pracuj, Niklas Ostberg – dyrektor generalny Delivery Hero oraz Arthur Kosten, współzałożyciel Booking.com.

40 000 nauczycieli i setki tysięcy uczniów

Preply to platforma do uczenia się online łącząca ponad 40 000 nauczycieli uczących 50 języków z setkami tysięcy uczniów w 180 krajach na całym świecie. Dzięki algorytmowi pozwalającemu dopasować korepetytora do ucznia polecani korepetytorzy tworzą plany lekcji dopasowane do indywidualnych potrzeb ucznia oraz do jego budżetu, harmonogramu oraz obecnego poziomu wiedzy. Codziennie kilkadziesiąt tysięcy uczniów uczy się u nauczycieli 160 narodowości.

Preply został założony w 2013 r. przez ukraiński zespół, w którego skład wchodzili: Kirill Bigai, Serge Lukyanov and Dmytro Voloshyn. W swoich biurach w Kijowie oraz Barcelonie spółka zatrudnia 250 pracowników 36 narodowości.

Czterokrotny wzrost liczby uczniów i korepetytorów

Runda inwestycyjna została poprowadzona wspólnie przez Owl Ventures oraz Full In Partners, przy udziale poprzednich inwestorów Point Nine Capital, Hoxton Ventures, jak również EduCapital, All Iron, Diligent Capital oraz Evli Growth Partners. W rundzie inwestycyjnej uczestniczyły również anioły biznesu: Niklas Ostberg – współzałożyciel i dyrektor generalny Delivery Hero, Arthur Kosten – współzałożyciel Booking.com, Przemyslaw Gacek – współzałożyciel Grupy Pracuj, oraz David Helgason – współzałożyciel Unity Technologies.

Obecny rok jest wyjątkowy dla Preply, biorąc pod uwagę czterokrotny wzrost liczby aktywnych uczniów i korepetytorów, wartości handlowej brutto oraz całkowitych przychodów. Ten ogromny wzrost można przypisać w części tendencji związanej z przejściem na systemy e-learningowe, która była widoczna jeszcze przed wybuchem pandemii COVID-19, a przyspieszyła w związku z lockdownem wprowadzanym po wybuchu pandemii. Ponadto te nadzwyczajne zyski korelują ze sposobem łączenia przez Preply podejścia kierowanego przez człowieka z autorskim programem nauczania obejmującym całość nauczania z elementami sztucznej inteligencji. Technologia ta znacznie wydłużyła czas, jaki każdy uczeń spędza na platformie, co skutkowało zwiększeniem liczby zakupionych lekcji przez jednego ucznia o 16%.

Jeden z największych rynków w Europie

Polska jest jednym z największych rynków Preply w Europie z dużym potencjałem jeżeli chodzi o naukę języków obcych ogółem, a w szczególności naukę języka angielskiego. 70% uczniów w Polsce uczy się języka angielskiego, na kolejnych miejscach plasuje się język hiszpański, niemiecki i francuski. W Polsce popularnym przedmiotem jest również język polski – ten popyt na naukę języka polskiego generują pracownicy relokowani do Polski, osoby powracające do kraju oraz studenci z innych państw studiujący w Polsce. Oprócz wskazanych powyżej popularnych języków mamy także uczniów, którzy uczą się takich języków jak tagalog, kataloński, a nawet łacina. Polscy uczniowie korzystają z platformy w szczególności w celu udoskonalania swoich umiejętności zawodowych (45%), umiejętności w zakresie konwersacji (25%) oraz przygotowania się do przeniesienia za granicę (12%).

Dodatkowo język polski jako przedmiot nauczania znajduje się na liście 15 najpopularniejszych języków w Preply, a 70% polskich nauczycieli to osoby, które urodziły się w Polsce. Obecnie na platformie Preply uczą się uczniowie z ponad 50 krajów, a do największych krajów pod względem popytu należy Białoruś, Wielka Brytania, Ukraina oraz Stany Zjednoczone.

Rozwój spółki dzięki finansowaniu

Dyrektor generalny Preply Kirill Bigai powiedział: „Wynik tej rundy inwestycyjnej to wyjątkowe osiągnięcie dla całego zespołu, ukoronowanie wspaniałej przygody ostatnich lat. Dzięki nowemu finansowaniu będziemy mogli zająć się wieloma strategicznymi priorytetami, ponieważ mamy w planach podwojenie liczby naszych zasobów ludzkich we wszystkich oddziałach i lokalizacjach. Zapewnimy uczniom i korepetytorom więcej wartości poprzez udoskonalenie systemów wsparcia i wzmocnienie doświadczeń w zakresie sal wykładowych i programu zajęć, które okazały się już wartościowym doświadczeniem”.

Kirill Bigai dodaje: „Mamy także wielkie plany związane ze wzmocnieniem naszej działalności w sektorze B2B – oczekujemy, że w kolejnych latach znacznie większa cześć naszych przychodów będzie pochodziła z tej działalności. W ramach utrzymania pozycji lidera w Europie Zachodniej i Ameryce Północnej będziemy dywersyfikować nasze środki medialne i marketingowe w celu zbudowania marki rozpoznawalnej na całym świecie. Osobiście najbardziej cieszy mnie perspektywa wejścia na nowe, obiecujące rynki w celu urzeczywistnienia naszej misji, jaką jest kształtowanie przyszłości efektywnego uczenia się”.

Ross Darwin, dyrektor naczelny Owl Ventures, informuje: „Jako spółka, której działalność skupia się na skalowaniu firm zajmujących się przemieniającym nauczaniem z wielkim optymizmem patrzymy na rynek nauki języków obcych online, którego wartość do roku 2024 jest szacowana na poziomie ponad 21 miliardów USD. Z wielką przyjemnością inwestujemy w Preply i jesteśmy przekonani, że uda się im zdobyć istotną część tego rynku”.

Jak powiedziała Jessica Davis – współzałożycielka i dyrektor zarządzająca Full In Partners: „Wielkie wrażenie zrobił na nas zupełnie inny i wysoce skalowany model uczenia się języków wykorzystywany przez Preply. Od dziesięciu lat inwestujemy w branżę edtech oraz przedsiębiorstwa działające na tym rynku, a Preply naprawdę wyróżnia się silnym przywództwem, dużym tempem rozwoju oraz możliwościami wynikającymi z rynku greenfield”.

Wicepremier Gliński: Igrzyska europejskie to szansa dla Polski w wielu wymiarach. Mogą być pierwszym krokiem w kierunku organizacji igrzysk olimpijskich

0

We wstępnym programie III Igrzysk Europejskich w 2023 roku jest już 26 dyscyplin sportowych. Ich pełna lista będzie znana po zakończeniu rozmów ze wszystkimi europejskimi federacjami, które mają potrwać do końca kwietnia. Przedstawiciele rządu wskazują, że impreza ma być bodźcem dla  rozwoju gospodarczego tych regionów, które wezmą udział w organizacji imprezy. Skorzystają zwłaszcza takie sektory jak np. turystyka, która najdotkliwiej ucierpiała w wyniku pandemii. To m.in. dlatego obok Krakowa i Małopolski w organizację igrzysk chce włączyć się też Śląsk, którego atutem jest rozwinięta infrastruktura sportowa dla lekkoatletyki.

 Igrzyska europejskie są dla Polski szansą w wielu wymiarach. Rzadko organizujemy tak duże imprezy sportowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Piotr Gliński, wicepremier i minister kultury, dziedzictwa narodowego i sportu. – Współczesny sport jest bardzo ważnym elementem kultury i miejscem wymiany doświadczeń, przepływów międzykulturowych. Jednak znaczenie tej imprezy może być znacznie większe niż tylko sportowe, bo również wizerunkowe, promocyjne i dlatego warto je wspierać.

Igrzyska europejskie to sztandarowa, największa multidyscyplinarna impreza sportowa w Europie. Odbywa się co cztery lata, z udziałem 50 reprezentacji krajów europejskich. W czerwcu 2019 roku na posiedzeniu zgromadzenia Stowarzyszenia Europejskich Komitetów Olimpijskich (EOC) zapadła jednogłośna decyzja o powierzeniu organizacji III Igrzysk Europejskich 2023 Krakowowi i Małopolsce.

8 marca w Centrum Olimpijskim PKOl odbyło się spotkanie dotyczące najważniejszych kwestii związanych z organizacją imprezy. Uczestniczyli w nim m.in. prezes Stowarzyszenia Europejskich Komitetów Olimpijskich Niels Nygaard, prezes PKOl Andrzej Kraśnicki oraz wicepremierzy Jacek Sasin i prof. Piotr Gliński, którzy podtrzymali pełne rządowe poparcie dla organizacji tego wydarzenia.

– Polski rząd jest gotowy poprzeć tę ideę. Jesteśmy bardzo zainteresowani tym, żeby igrzyska europejskie odbyły się w Polsce. Mamy nadzieję, że to będzie Małopolska, Kraków i Śląsk. Organizatorami są województwa i samorządy lokalne, ale oczywiste jest, że my także ze szczebla rządowego będziemy wspierać to przedsięwzięcie w wymiarze organizacyjnym i finansowym – deklaruje prof. Piotr Gliński.

Jak ocenia, Kraków i Małopolska pod względem infrastruktury sportowej są już dobrze przygotowane do organizacji III Igrzysk Europejskich, które odbędą się w 2023 roku. Gotowość do współorganizowania tej imprezy wyraziło także województwo śląskie, a jego marszałek Jakub Chełstowski przekazał już do PKOl i EOC list intencyjny w tej sprawie.

– Śląsk nieprzypadkowo wspiera tę ideę, ponieważ ma wspaniałą infrastrukturę dla lekkoatletyki, przede wszystkim Narodowy Stadion Lekkoatletyczny w Chorzowie, a bardzo chcielibyśmy, żeby to była jedna z dyscyplin na igrzyskach – wskazuje minister kultury, dziedzictwa narodowego i sportu. – To jest rzecz bardzo istotna, że nakłady rządu nie będą astronomiczne, jeśli w oparciu o istniejącą infrastrukturę i niewielkie inwestycje będziemy w stanie sprawnie przeprowadzić tę imprezę.

 Tworzy się już komitet organizacyjny w Krakowie. Pokieruje nim marszałek województwa małopolskiego. Dobiegają końca rozmowy dotyczące dyscyplin sportowych. Na podstawie ich wyniku  będziemy określać konkretne miejsca. Dzisiaj rozpatrujemy Kraków, Małopolskę i Śląsk. Chcemy, aby igrzyska były na najwyższym poziomie, ale i na racjonalnych zasadach. Dzisiaj na pewno musimy ograniczyć koszty i stworzyć warunki, aby to wydarzenie promowało Polskę z najlepszej strony. Czas, w którym realizujemy to przedsięwzięcie, jest niezwykle trudny – dodaje prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego Andrzej Kraśnicki.

III Igrzyska Europejskie 2023 mają być nie tylko świętem sportu, lecz także mogą stanowić bodziec dla rozwoju gospodarczego regionów, które wezmą udział w organizacji imprezy. Skorzystają na niej zwłaszcza takie sektory jak turystyka, która jest jedną z branż najbardziej poszkodowanych w wyniku pandemii.

– Tego typu duża międzynarodowa impreza zawsze ma walor promocyjny. Polska zbliży się do innych krajów, do obiegu międzynarodowego w obszarze sportu i kultury, bo chcielibyśmy, żeby kultura też była włączona w te igrzyska – wskazuje prof. Piotr Gliński.

– Poprzednie edycje igrzysk, które odbyły się w Baku oraz Mińsku, bardzo różniły się od tych, które mają się odbyć w Polsce. Było mniej dyscyplin sportowych, ale to był też bardzo dobry początek – przekonuje Niels Nygaard, pełniący obowiązki prezesa Stowarzyszenia Europejskich Komitetów Olimpijskich.

Dzisiaj jesteśmy na etapie wyboru sportów, a po dokonaniu tego wyboru stworzymy polskim sportowcom warunki do przygotowań na najwyższym poziomie. Dyscypliny wyłonione w ramach igrzysk europejskich otrzymają specjalne możliwości i specjalne środki – zapowiada Andrzej Kraśnicki.

Jak dotąd we wstępnym programie igrzysk znalazło się 26 dyscyplin sportowych, a ich pełna lista będzie znana po zakończeniu rozmów ze wszystkimi europejskimi federacjami. EOC podpisał już umowy z 13 z nich, a w tej chwili toczą się intensywne rozmowy m.in. z Europejskim Stowarzyszeniem Lekkiej Atletyki.

 Chcemy, żeby te rozmowy zostały zakończone do końca kwietnia – wskazuje Andrzej Kraśnicki.

Stowarzyszenie Europejskich Komitetów Olimpijskich prowadzi także rozmowy z federacjami dotyczące tego, aby wszystkie dyscypliny sportowe ujęte w programie III IE w 2023 roku umożliwiały kwalifikację do igrzysk olimpijskich, które odbędą się w Paryżu rok później.

– Igrzyska Europejskie 2023 są bardzo ważne dla światowego sportu. Europa jest najsilniejszym kontynentem pod względem wyników sportowych, więc igrzyska te będą miały istotny wpływ również na resztę świata – podkreśla Niels Nygaard. – Udział Polski w sporcie jest niezwykły, obserwujemy ogromne zainteresowanie, ludzie kochają sport, a wrażenia z licznych dużych imprez sportowych organizowanych w tym kraju są bardzo pozytywne. Dlatego igrzyska w 2023 roku będą wspaniałym wydarzeniem.

Uzdrowiska wznawiają działalność po pół roku przestoju. Pobyty możliwe tylko po zaszczepieniu albo z negatywnym testem na COVID-19

Od 11 marca działalność będą mogły wznowić sanatoria i uzdrowiska. NFZ i same placówki zapewniają, że pacjenci odbywający leczenie mogą czuć się bezpiecznie, ponieważ wdrożone zostały restrykcyjne normy sanitarne, personel w dużej mierze został już zaszczepiony, a wszyscy kuracjusze muszą być zaszczepieni lub mieć negatywny wynik testu na obecność SARS-CoV-2. Możliwość wznowienia działalności to oddech dla sanatoriów, z których gros boryka się w tej chwili z problemami w utrzymaniu płynności finansowej i miejsc pracy.

 Uzdrowiska będą mogły wznowić działalność od 11 marca i w tej chwili się do tego przygotowujemy, czekaliśmy na to bardzo długo. Trzeba przypomnieć, że uzdrowiska zostały zamknięte dwa razy: pierwszy raz w marcu ubiegłego roku i ten przestój trwał do czerwca. Następnie funkcjonowały w reżimie sanitarnym i radziły sobie bardzo dobrze, bo zakażeń było stosunkowo niewiele. Potem, w związku z kolejną falą koronawirusa, od listopada znowu zostały zamknięte aż do teraz – mówi agencji Newseria Biznes Wacław Furmanek, wiceprezes Unii Uzdrowisk Polskich, prezes zarządu Uzdrowiska Wysowa.

W ramach kolejnego etapu luzowania obostrzeń i zgodnie z rozporządzeniem Rady Ministrów z 11 lutego br. od tego czwartku uzdrowiska w całej Polsce będą mogły wznowić działalność. Pacjenci, którzy czekają na leczenie uzdrowiskowe, będą mogli rozpocząć je na podstawie skierowania potwierdzonego przez oddział wojewódzki NFZ.

– Na starcie tych skierowań jest bardzo dużo, natomiast pozostaje kwestia tego, ile tych osób ostatecznie dojedzie z różnych przyczyn. Jesteśmy nauczeni doświadczeniem z poprzednich przestojów, że te niedojazdy sięgały nawet 50 proc. To może być problem. W danym momencie może np. dojść do kolizji terminów szczepień i przyjazdu do nas. Różne perturbacje mogą się zdarzyć, więc liczymy się w pierwszym turnusie z dużymi niedojazdami, natomiast jesteśmy na to gotowi – deklaruje Wacław Furmanek.

Narodowy Fundusz Zdrowia informuje, że na leczenie do sanatorium będzie można udać się tylko po odbyciu szczepienia przeciwko COVID-19 albo po otrzymaniu negatywnego wyniku testu diagnostycznego w kierunku SARS-CoV-2. Bezpłatny test, finansowany przez NFZ, będzie można wykonać nie wcześniej niż cztery dni przed terminem rozpoczęcia leczenia uzdrowiskowego, we wskazanych punktach pobrań drive-thru. Informacja o terminie i miejscu wykonania testu będzie wysłana pacjentowi SMS-em, przez system eKolejka. Z kolei o wyniku testu poinformuje go telefonicznie uzdrowisko, do którego został skierowany i – jeśli wynik okaże się negatywny – potwierdzi rozpoczęcie leczenia. Jak informuje wiceprezes Unii Uzdrowisk Polskich, placówki kończą przygotowania do wznowienia działalności i przyjęcia pierwszych pacjentów.

– Te przygotowania polegały na tym, że usprawniamy procedury dotyczące reżimu sanitarnego, które stosowaliśmy już wcześniej. Na lepsze zmieniło się też to, że nasz personel w dużej mierze jest już zaszczepiony, ponieważ znaleźliśmy się w grupie zero – mówi. – Pacjenci i kuracjusze przyjeżdżający do uzdrowisk byli badani już wcześniej. Poprzednio testy były wykonywane na sześć dni przed przyjazdem, w tej chwili będą to cztery dni. Trzeba też zwrócić uwagę, że grupą osób przyjeżdżających do uzdrowisk są zazwyczaj pacjenci w wieku 50, 60+. Oczywiście teraz szczepienia trochę spowolniły, natomiast grupa 60+ jest już szczepiona. Będziemy więc mieć pacjentów, którzy są albo zaszczepieni, albo przebadani. Do tego dochodzą też ozdrowieńcy.

W ubiegłym roku uzdrowiska były zamknięte w sumie przez pięć miesięcy, z całkowitym zakazem prowadzenia działalności. To dotkliwie odbiło się na ich kondycji finansowej. Gros placówek boryka się w tej chwili z problemami w utrzymaniu płynności i miejsc pracy.

– W sektorze lecznictwa i świadczeń gwarantowanych jesteśmy jedynymi, których dotknął całkowity zakaz działalności. Skutki tego są bardzo duże dla firm, bo ciężko przetrwać przy braku przychodów. Część z uzdrowisk korzystała z różnych instrumentów wsparcia, natomiast część z nich nie mogła sięgnąć chociażby po te ostatnie, przy których decydujący był kod PKD. Wynika to z faktu, że uzdrowiska czasami prowadzą też inny rodzaj działalności i miały wpisany w REGON inny kod, co z automatu uniemożliwiło im uzyskanie pomocy – wyjaśnia wiceprezes UUP.

Jak podkreśla, ciężka sytuacja sanatoriów przekłada się też na gminy uzdrowiskowe. Takie placówki często są największymi pracodawcami w gminie, wokół których kręci się cała infrastruktura i przedsiębiorczość, związana np. z zapewnieniem usług dodatkowych.

 Uzdrowiska potrzebują wsparcia i przychylności ze strony władz samorządowych. Jeżeli doszłoby do zamknięcia ich działalności, to ciężko będzie odbudować to, co niejednokrotnie było budowane przez dziesięciolecia. Zasadne byłoby też utworzenie jakiejś tarczy branżowej adresowanej do uzdrowisk z uwagi na specyficzną sytuację, w jakiej się znaleźliśmy. Część uzdrowisk jest w sytuacji może nie tragicznej, ale podbramkowej – mówi Wacław Furmanek. – Do tego dochodzą również inne problemy, np. odpływ kadry. Kiedy sytuacja jest niepewna, to osoby, które mają możliwość, szukały pracy gdzie indziej, bo inne sektory gospodarki nie zostały całkowicie zamknięte, również sektory lecznictwa.

75 proc. programistów spodziewa się w tym roku podwyżki. Na największe liczą początkujący w branży

Pandemia koronawirusa zachwiała rynkiem pracy w branży IT, ale na krótko. Jesienią ubiegłego roku sytuacja powróciła do dawnego układu – pracodawcy znów konkurują o pracowników, a ci poszukują firm, które będą o nich dbać i zaoferują odpowiednie wynagrodzenie. W ubiegłym roku ponad połowa programistów otrzymała podwyżkę, w tym roku spodziewa się jej trzech na czterech pracowników IT – wynika z badania przeprowadzonego przez Bulldogjob. Skutkiem pandemii jest większa popularność pracy wyłącznie zdalnej, a w efekcie trudności z nabyciem doświadczenia przez świeżo upieczonych deweloperów.

Ogólnie temat pandemii w IT był dość ciekawy. Na początku widzieliśmy spory niepokój wśród firm i pracowników IT. Wiele polskich software house’ów miało problemy z tym, żeby utrzymać swoich pracowników i był naprawdę spory ruch na rynku pracy. Jednak sytuacja w ciągu roku się stabilizowała. Firmy zaczęły się przystosowywać do tego, jak faktycznie wygląda sytuacja. I w zasadzie od września–października widzieliśmy, że na rynku robi się spokojnie – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Adam Kukołowicz, dyrektor technologiczny Bulldogjob.

Zawirowania na rynku wywołane pandemią były dla wielu pracodawców niepokojące, co skutkowało u niektórych kilkumiesięcznym wstrzymaniem decyzji finansowych. Szybki powrót do normalności oznacza jednak, że nie była to kwestia pogorszenia sytuacji finansowej, ale tylko efekt niepewności.

55 proc. ankietowanych stwierdziło, że otrzymało w ubiegłym roku podwyżkę, więc nie jest to zły wynik. Dodatkowo patrzą z optymizmem w przyszłość, bo w tym roku już 75 proc. pracowników spodziewa się podwyżek – mówi Adam Kukołowicz.

Największego wzrostu płac oczekują osoby na stanowiskach juniora, mający mniej niż dwa lata doświadczenia – o 30 proc. Mid (od dwóch do czterech lat doświadczenia) oczekuje średnio 20-proc. podwyżki, a senior (ponad cztery lata) – 16-proc. 45 proc. pracodawców udziela podwyżek z własnej inicjatywy, jednak tylko 26 proc. z nich robi to według z góry ustalonego programu podwyżek, co pokazuje, że w obszarze zarządzania potencjałem ludzkim jest jeszcze sporo do zrobienia.

Bulldogjob zbadał także zarobki programistów w zależności od ich doświadczenia oraz formy zatrudnienia.

W tym roku przebadaliśmy ponad 7 tys. specjalistów IT i pytaliśmy ich o wynagrodzenia netto w ramach zatrudnienia na umowę o pracę albo kwotę netto na fakturze własnej działalności gospodarczej. W tym pierwszym przypadku junior zarabia ponad 4 tys. zł, mid – ponad 6 tys. zł, a senior blisko 10 tys. zł na rękę – wymienia CTO Bulldogjob.

W przypadku współpracy B2B sytuacja wygląda trochę inaczej: junior zarabia ponad 6 tys. zł, mid nieco ponad 11 tys. zł, a senior już ponad 18 tys. zł.

Nawet po odliczeniu ZUS-u i podatku dochodowego, szczególnie dla seniorów i midów, jest to najbardziej opłacalna forma współpracy, bo w ramach B2B specjalista senior w IT zarobi prawie 4 tys. więcej niż jego kolega, który pracuje na umowę o pracę – dodaje Adam Kukołowicz.

Minusem pracy w formule B2B jest jednak brak płatnego urlopu. Wprawdzie coraz więcej firm oferuje go swoim współpracownikom, wciąż jednak 46 proc. nie może na niego liczyć. Bardziej dotkliwie odczuwają to początkujący programiści. Przy wyższych stanowiskach różnica zarobków jest jednak na tyle znacząca, że bezpłatny urlop nie wpływa wyjątkowo niekorzystnie na finanse pracownika. Z raportu przygotowanego przez Bulldogjob wynika, że pomimo iż pracodawcy IT chętniej niż w innych branżach zatrudniają pracowników na umowę B2B, to jednak wciąż dominującą formą zatrudnienia w IT jest umowa o pracę.

Wysokość zarobków w IT jest również uzależniona od miasta, w którym mieści się firma pracodawcy. Specjaliści zatrudnieni w Warszawie są w czołówce najlepiej zarabiających, a w porównaniu do ubiegłorocznych danych pensje wzrosły średnio o około 1470 zł netto. Wśród dużych polskich miast Rzeszów jest ośrodkiem, w którym specjaliści IT zarabiają najmniej, ale i tam nastąpił wzrost wynagrodzeń – średnio o 1270 zł netto.

W ubiegłym roku zwiększyła się liczba ofert pracy zdalnej, a coraz więcej firm zatrudnia w sposób w pełni zdalny, bezkontaktowo. Jest to potrzeba naszych czasów, ale też wygląda na to, że to jest trend, który się utrzyma – mówi ekspert.

Niewątpliwie IT jest branżą, która najszybciej i najbardziej bezboleśnie przeszła na tryb pracy zdalnej. Stało się to również możliwe w firmach zajmujących się bezpieczeństwem państwowym czy finansowym. 73 proc. specjalistów IT pracuje wyłącznie zdalnie, a tylko 7,6 proc. respondentów badania zadeklarowało, że wyłącznie stacjonarnie. 43 proc. ankietowanych przyznało, że preferuje model hybrydowy. Tylko 2,2 proc. respondentów chciałoby po pandemii pracować w biurze. Optymalnym wymiarem pracy zdalnej dla specjalistów są dwa–trzy dni w tygodniu.

– Na skutek pandemii trudniej mają osoby, które dopiero rozpoczynają zdobywanie doświadczenia w IT. Zwykle im trzeba poświęcić więcej uwagi, bardziej je nadzorować, a wiele firm stwierdziło, że na to nie ma już przestrzeni. Odsetek juniorów, którzy wypełnili ankiety w naszym badaniu, był mniejszy niż w zeszłym roku – zauważa Adam Kukołowicz.

Dominującą grupą są osoby na stanowisku mid, co może oznaczać, że w niedługim czasie na rynku przeważać będą seniorzy i midowie.

Polska nie jest jeszcze gotowa na auta elektryczne. Wciąż brakuje systemowych rozwiązań, a styczność z elektrykami Polacy mają głównie dzięki car-sharingowi

Prawie co piąty Polak miał już okazję przynajmniej raz przejechać się samochodem elektrycznym – wynika z danych PSPA. To zasługa przede wszystkim car-sharingu. Współdzielone elektryki, które dla szerokiego grona Polaków stanowią pierwszy punkt styku z takimi pojazdami, nie pozwalają jednak na osiągnięcie rentowności biznesu. Z czterech takich usług dostępnych na polskim rynku, które były oparte wyłącznie na samochodach elektrycznych, trzy zakończyły już działalność. – Wprowadziliśmy auta elektryczne, żeby nasi klienci mogli je wypróbować. Natomiast są one zbyt kosztowne i wciąż nieekonomiczne – mówi Maciej Panek, prezes PANEK CarSharing. Jak ocenia, w Polsce nadal brakuje systemowych, instytucjonalnych rozwiązań, które zapewniłyby realne wsparcie dla rozwoju elektromobilności.

– Każdy może dzisiaj kupić sobie samochód elektryczny i go testować, bo ładowarki przecież są. Może jeszcze nie w takiej liczbie, w jakiej byśmy sobie tego życzyli, ale ogólnie jest to już możliwe. Mamy też wstępnie ustalone benefity dla aut elektrycznych, które zachęcają do tego, ażeby nimi jeździć, czyli buspasy albo darmowe parkingi w centrach miast. Z drugiej strony Polska nie do końca jest jeszcze gotowa na elektryki, bo przecież w dalszym ciągu procedowane jest ustawodawstwo w sprawie dopłat do aut elektrycznych, nie ma też specjalnych warunków dla nich. Brakuje szczególnie pomocy dla firm, które chętnie kupowałyby takie auta – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Panek.

Elektryki nadal stanowią tylko niewielki odsetek wszystkich samochodów na polskich drogach, ale z roku na rok sukcesywnie ich przybywa. Jak pokazuje uruchomiony przez PZPM i PSPA „Licznik elektromobilności”, do końca stycznia br. w Polsce było zarejestrowanych łącznie 19 671 samochodów osobowych z napędem elektrycznym (z których 52 proc. stanowiły pojazdy w pełni elektryczne typu BEV, a resztę – hybrydy plug-in). Tylko w styczniu przybyło ich 796 sztuk, o 35 proc. więcej niż w analogicznym miesiącu rok wcześniej. Wraz ze wzrostem liczby elektryków rozwija się też infrastruktura ładowania – pod koniec stycznia w Polsce funkcjonowało 1395 ogólnodostępnych stacji ładowania pojazdów elektrycznych (70 punktów więcej niż w grudniu).

Z raportu „Barometr nowej mobilności 2020/21” PSPA wynika też, że już prawie co piąty Polak (18,2 proc.) miał okazję przynajmniej raz jechać samochodem elektrycznym, podczas gdy w 2017 roku ten odsetek wynosił zaledwie 6 proc. Głównym miejscem, w którym Polacy mają szansę zetknąć się z pojazdami elektrycznymi, jest car-sharing.

– Rozwój aut elektrycznych w Polsce może być stymulowany przez car-sharing, co zresztą widać na przykładzie innych krajów. Klienci mogą przejechać się samochodem elektrycznym, przetestować go, załadować. Dzięki temu przestaną się bać tej nowości – mówi prezes PANEK CarSharing. – Zakup samochodów elektrycznych mógłby napędzić większą dostępność aut klasy economy w przystępnych cenach. Gdyby takie auta były jeszcze dodatkowo dotowane przez rząd, to też z pewnością napędziłoby zakupy.

W styczniowym „Liczniku elektromobilności” eksperci PSPA i PZPM wskazują, że obecnie część potencjalnych nabywców samochodów elektrycznych wstrzymuje się z decyzją o zakupie w oczekiwaniu na zapowiadaną kontynuację dopłat ze środków NFOŚiGW. Z kolei kilkukrotnie gorszy wynik w zakresie rejestracji samochodów bateryjnych i hybryd plug-in w Polsce w porównaniu z Europą to efekt m.in. braku systemu wsparcia zakupu pojazdów elektrycznych dla firm (w Polsce nabywcy instytucjonalni odpowiadają za ok. 3/4 nowych rejestracji takich aut). Prezes firmy PANEK ocenia, że bez rządowego wsparcia kupno i opieranie działalności car-sharingowej na samochodach elektrycznych jest obecnie jeszcze zbyt drogie.

– Jedna z firm car-sharingowych, która posiadała elektryczne samochody, już nie istnieje, a druga właśnie kończy działalność. My też mamy we flocie ok. 30 elektryków i wiemy, jak dużo one kosztują. Wprowadziliśmy je dlatego, żeby być ekologiczną firmą, dołożyć coś na rzecz społeczeństwa ekologicznego i żeby nasi klienci mogli wypróbować te auta – mówi Maciej Panek. – Natomiast obecnie są one zbyt kosztowne. Do tego dochodzi jeszcze obsługa techniczna tych samochodów i częste ładowanie, co powoduje, że na ten moment są wciąż nieekonomiczne.

– Samochody elektryczne są w tej chwili droższe zarówno w zakupie, jak i w utrzymaniu, przez co próg osiągnięcia rentowności dla flot złożonych z takich aut jest znacznie wyższy niż w przypadku samochodów spalinowych – dodaje Leszek Leśniak, dyrektor wykonawczy w firmie PANEK CarSharing.

Z czterech firm oferujących usługi car-sharingowe, których działalność była oparta wyłącznie na samochodach elektrycznych, trzy zakończyły już działalność. Na początku lutego InnogyGO! (operator floty samochodów elektrycznych na wynajem) ogłosiło, że w marcu zniknie z warszawskich ulic.

– Na razie nie ma co oczekiwać, że samochody elektryczne wyprą spalinowe, głównie ze względu na wciąż zbyt małą ich elastyczność. Elektryki są w tej chwili wykorzystywane przede wszystkim w trybie miejskim. Zarówno ich zasięgi, jak i infrastruktura ładowania, szczególnie poza dużymi miastami, nie pozwalają jeszcze za bardzo na korzystanie z nich na dłuższych trasach. Minie jeszcze trochę czasu, około dwóch–trzech lat, zanim faktycznie elektryki zawojują w Polsce rynek wynajmu – mówi Leszek Leśniak.

Zachęty dla rozwoju miejskiego car-sharingu i szeroki zakres udogodnień dla takich usług (np. w postaci zwolnienia z opłat za parkowanie i udostępnienia buspasów) były początkowo przewidziane w nowelizowanej właśnie ustawie o elektromobilności i paliwach alternatywnych. Pierwsza wersja projektu zakładała, że w ramach tymczasowego wsparcia dla rozwiązań pomostowych przywilejami będą objęte wszystkie auta współdzielone – zarówno z napędem elektrycznym, jak i spalinowym. Jednak po fazie konsultacji społecznych i protestach samorządów takie zapisy zostały usunięte z projektu. Nową wersję 18 lutego br. Ministerstwo Klimatu i Środowiska przekazało do rozpatrzenia przez Komitet do Spraw Europejskich.

Polski start-up chce leczyć zwierzęta towarzyszące lekami na bazie komórek macierzystych. Opracował technologię pozwalającą na szybszą produkcję i łatwiejszy dostęp do terapii

Według badania National Pet Owners Survey, przeprowadzonego przez American Pet Products Association, tylko w USA 85 mln rodzin posiada zwierzę domowe. Wraz ze wzrostem liczby ich właścicieli rośnie również zapotrzebowanie na wysokiej jakości usługi weterynaryjne. Na znaczeniu zyskują zwłaszcza leki biologiczne. Polski start-up pozyskał już około 17 mln zł finansowania na rozwój leków dla zwierząt towarzyszących, których substancją czynną są mezenchymalne komórki macierzyste pochodzące z tkanki tłuszczowej.  

– Rynek leków biologicznych dla zwierząt jest stosunkowo młody. W 2017 roku największa firma weterynaryjna na świecie zarejestrowała pierwszy lek biologiczny bazujący na przeciwciele monoklonalnym stosowanym w leczeniu atopowego zapalenia skóry u psów. Z kolei w 2019 roku belgijska spółka zarejestrowała pierwszy produkt leczniczy oparty na komórkach macierzystych, stosowany w leczeniu kulawizny wywołanej stanem zapalnym u koni – wymienia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Łukasz Bzdzion, prezes firmy Bioceltix.

Rynek weterynaryjnych leków biologicznych jest w fazie wzrostu – dopiero w 2017 roku został zarejestrowany w Europejskiej Agencji Leków (EMA) pierwszy lek wykorzystujący przeciwciała monoklonalne. Zapotrzebowanie jest jednak coraz większe, zwłaszcza że rynek weterynaryjny podąża tymi samymi trendami, które dominują na rynku farmaceutycznym. Do 2023 roku światowy rynek weterynaryjnych leków biologicznych podwoi się (ze 194,4 mld w 2014 roku do ponad 400 mld dol.). Dla porównania szacuje się, że rynek leków chemicznych wzrośnie z 848,1 mld dol. do ok. 1,2 bln. dol. w tym samym okresie.

– Obecnie na rynku są dostępne dwa produkty oparte na lekach biologicznych na bazie komórek macierzystych. Oba są skoncentrowane w leczeniu chorób zapalnych u koni. Natomiast dla psów i kotów takiego produktu na rynku jeszcze nie ma – zaznacza Łukasz Bzdzion.

Polski start-up Bioceltix pozyskał łącznie już około 17 mln zł finansowania na rozwój leków dla zwierząt towarzyszących, opartych na komórkach macierzystych. Zapotrzebowanie na tego typu leki jest ogromne, zwłaszcza że – podobnie jak w przypadku ludzi – przyspiesza epidemiologia chorób cywilizacyjnych. W wielu przypadkach to schorzenia autoimmunologiczne, które przy wykorzystaniu immunomodulujących właściwości MSC można skutecznie leczyć. Obecnie Bioceltix pracuje nad trzema lekami, które wykorzystują tę technologię.

– Pierwszy produkt na bazie komórek macierzystych stosowany jest w leczeniu zmian zwyrodnieniowych stawów u psów. Będzie on podawany w iniekcji dostawowej. To nasz najbardziej rozwinięty kandydat na lek. Równolegle rozwijamy produkt również oparty na komórkach macierzystych, który znajdzie zastosowanie w leczeniu atopowego zapalenia skóry. Z tymi dwoma produktami wchodzimy jednocześnie w fazę bezpieczeństwa, natomiast rozdzielenie procesów nastąpi w kwestii przeprowadzenia terenowych badań klinicznych, których celem jest potwierdzenie skuteczności kandydata na lek. Trzecim produktem, na którym się koncentrujemy, jest lek dedykowany leczeniu kulawizny u koni wywołanej zapaleniem stawów. Tutaj prace również są już na wysokim stopniu zaawansowania – wskazuje prezes Bioceltix.

Technologia polskiego start-upu może zrewolucjonizować rynek leków biologicznych w weterynarii. Pozwala ona na seryjną produkcję leku na bazie komórek macierzystych, dzięki czemu leki będą dostępne od ręki i gotowe do podania pacjentowi bezpośrednio po rozmrożeniu. To sprawi, że leki będą znacznie łatwiej dostępne.

– W niedługim czasie planujemy debiut na rynku NewConnect, chcemy przyspieszyć prace związane z rozwojem naszych produktów leczniczych, pozyskując pieniądze z giełdy. One pozwolą nam przede wszystkim kontynuować prace związane z fazą bezpieczeństwa, ruszyć z terenowym badaniem klinicznym dla produktu dedykowanego w leczeniu zmian zwyrodnieniowych stawów. Oczywiście jednocześnie rozmawiamy z dużymi partnerami branżowymi, realizując nasz model biznesowy, który zakłada m.in. podpisanie umowy partneringowej, licencyjnej czy dystrybucyjnej – podkreśla Łukasz Bzdzion.

Dzięki blockchainowi przedsiębiorcy mogą podpisywać nawet kilkanaście razy więcej umów miesięcznie. Technologia staje się już standardem w nowoczesnym biznesie

Pandemia zmusiła przedsiębiorców do przyspieszenia cyfryzacji dotychczasowych procesów. Bez wdrożenia innowacyjnych rozwiązań dla wielu firm podpisanie zwykłej umowy w czasie koronawirusa było utrudnione lub wręcz niemożliwe. Tymczasem dzięki zastosowaniu m.in. technologii blockchain przedsiębiorcy mogą korzystać zarówno z elektronicznego podpisu, jak również zarządzać całym cyklem obiegu dokumentów. Od momentu wytworzenia dokumentu aż do rozliczania wszystkich zdarzeń w jego obrębie. Nad takimi rozwiązaniami pracują m.in. Polacy.

Jeszcze przed pandemią eksperci firmy IBM prognozowali, że wydatki na blockchain przekroczą do 2023 roku 16 mld dol. Jednak w ciągu ostatniego roku COVID-19 zrewolucjonizował globalną gospodarkę, nieco ograniczył budżety technologiczne, ale jednocześnie wymusił stosowanie konkretnych technologii. Jedną z nich jest blockchain. Przedsiębiorcy zauważyli luki w swoich łańcuchach dostaw, dostrzegli też słabość własnej infrastruktury koniecznej do realizacji podstawowych zadań.

W sierpniu 2020 roku dane IDC wskazywały, że wydatki na technologie związane z blockchainem wyniosą w 2020 roku 4,1 mld dol. To oznaczało wzrost o ponad 50 proc. w porównaniu z rokiem 2019. Duża część wydatków miała zostać pochłonięta przede wszystkim przez bankowość. Jednak najszybszy wzrost miał mieć miejsce w obszarze usług profesjonalnych, w tym rozwiązań dla firm czy administracji rządowych.

– Technologia blockchain dopiero zaczyna się rozwijać, znajdując zastosowanie w komercyjnych domenach poza kryptowalutami. Widzimy wykorzystanie tej technologii do zastosowania międzykorporacyjnego, do śledzenia łańcucha dostaw czy do redefiniowania rynku finansów. Ta technologia będzie rozwijana bardzo dynamicznie i znajdzie zastosowanie prawie we wszystkich dziedzinach naszego życia. My zaczynamy tę rewolucję od dokumentów – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Piotr Żelazko, dyrektor techniczny DoxyChain.

DoxyChain to platforma, która za pomocą technologii blockchain pozwala w sposób w pełni automatyczny zarządzać procesem obiegu dokumentów i ich cyfryzacją. Czy to podpisanie zwykłej umowy kupna-sprzedaży samochodu, czy też bardzo zaawansowany proces zamówienia publicznego. Jednak nie jest to jedynie platforma do składania podpisu elektronicznego. Można dzięki niej zarządzać całym cyklem życia tego dokumentu.

– Klient po odpowiedniej weryfikacji dwupoziomowej, a niekiedy nawet trzypoziomowej za sprawą wideoweryfikacji ma możliwość wybrania tzw. work flow, czyli cyklu życia dokumentu. Może wybrać, czy to jest dokument, który ma być tylko odłożony w formie trwałego nośnika, czy taki, na którym mają zostać złożone podpisy, a może dokument, który po jakimś czasie ma po prostu wygasnąć na tej platformie. Jak wybierze taką ścieżkę cyklu życia dokumentu, zaprasza potem osoby do podpisu lub do zapoznania się z nim. Można zdefiniować różne role takich osób, które pracują na dokumencie, a wszystkie działania – bez względu na to, czy jest to tylko przeczytanie, czy podpisanie –  są odnotowane na blockchainie – tłumaczy Gabriel Dymowski, współzałożyciel i prezes firmy.

Główną zaletą rozwiązania ma być bezpieczeństwo dokumentów i transakcji wykonywanych za pomocą platformy. Dzięki technologii blockchain cały proces biznesowy, w tym np. zapis umowy, pozostaje niezmienny.

– Opisujemy proces biznesowy i zapewniamy, że nic się nie wydarzy, nic się nie zmieni, poza tym schematem, który określamy – zaznacza Piotr Żelazko.

Proces uwierzytelnienia użytkownika na platformie jest przeprowadzony w dokładnie taki sam sposób, jak stosują to dostawcy podpisów kwalifikowanych. Firma stosuje też najnowsze standardy kryptograficzne. Poza pełnym bezpieczeństwem firmy korzystające z platformy mogą oszczędzić czas, wyeliminować dokumentację papierową i w pełni przenieść się na cyfrowy obieg dokumentów.

– Na bazie naszych doświadczeń i współpracy z naszymi klientami widzimy, że klienci mogą podpisywać nawet od kilku do kilkunastu razy więcej umów miesięcznie. Tym bardziej sytuacja z pandemią przyspieszyła ten progres, ponieważ to nie stało się czymś dodatkowym, czymś, w czym firmy mogą mieć jakiś wyróżnik, natomiast po prostu stało się to dzisiaj standardem w nowoczesnym biznesie – podsumowuje Gabriel Dymowski.

Czy uda się zablokować budowę NordStream 2?

Ku końcowi zbliża się realizacja projektu NordStream 2 – czyli drugiej rury gazociągu łączącego Rosję z Niemcami. Od początku ten projekt, tak samo jak jego pierwsza część, wzbudzał wiele kontrowersji w sojuszu państw europejskich. Wyłącza on bowiem z łańcucha dostaw gazu kraje Środkowej Europy – między innymi Polskę – i przynosi im duże straty gospodarcze. Rury na dnie Bałtyku sprawiają, że gaz z Rosji płynie bezpośrednio do Niemiec, zapewniając im tańszy dostęp do tego paliwa. To wyróżnia Niemcy jako partnera Rosji w Unii Europejskiej i ma wpływ na równowagę geopolityczną regionu. W całej układance swoje miejsce zajmują także Amerykanie.

Amerykanie mają tutaj interes po prostu biznesowy, ale też geopolityczny. Z jednej strony są eksporterem gazu z rurociągu NordStream i NordStream 2 – ale z drugiej strony muszą balansować w regionie Europy Środkowej wpływy rosyjskie, a także chińskie – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. – Do ukończenia projektu NordStream 2 nie zostało dużo czasu. Administracja USA próbuje w ostatniej chwili przeciwdziałać mu sankcjami – jednak wszystko wskazuje na to, że projekt zostanie ukończony. To nauczka dla tych, którzy wierzyli, że można podyktować Niemcom i Rosji warunki. Historia projektu NordStream 2 pokazuje, że jeżeli Niemcy i Rosjanie się na coś uprą, to niestety potrafią to przeforsować – komentuje Roszkowski.

Salony samochodowe dalej tracą przez pandemię. Liczba klientów na ponad 40% minusie

Jak wynika z badania firmy technologicznej Proxi.cloud i platformy UCE RESEARCH, o niemal połowę spadła zarówno liczba klientów, jak i wizyt w salonach samochodowych. Widać też, że w nieznacznym stopniu wzrósł udział odwiedzin w punktach marek standardowych. Jednocześnie zanotowano spadek w obiektach marek luksusowych. Raport też pokazuje, że klienci bywali w tych miejscach przede wszystkim w piątki, poniedziałki oraz czwartki. Dane pochodzą z obserwacji ruchu w styczniu br. i zostały porównane z wynikami z okresu 2020 roku.

Z badania ruchu, przeprowadzonego w ponad 1,2 tys. salonów samochodowych, wychodzi, że o 43,9% zmniejszyła się liczba klientów w styczniu 2021 roku w porównaniu z analogicznym okresem ub.r. Natomiast analizując dane dotyczące liczby wizyt, widzimy nieznacznie większy spadek – o 45,5%.

– Mniejszy ruch w salonach absolutnie mnie nie dziwi. Jedną z ważnych przyczyn tego spadku jest to, że z obawy przed pandemią przestali przychodzić ludzie, którzy wyłącznie oglądali pojazdy. Niektórzy byli zdecydowani na zakup, ale raczej brali pod uwagę samochód używany z prywatnego importu. Często kupujący mieli wybraną markę, ale również odwiedzali salony konkurencji. Dziś znajdują więcej informacji w Internecie i przychodzą do jednego miejsca. Jeśli auto spełnia ich oczekiwania, to już nie szukają dalej – komentuje Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Jak zaznacza Mateusz Chołuj z Proxi.cloud, spadek prawdopodobnie wynika z niepewnej przyszłości spowodowanej pandemią. Wiele osób straciło pracę, a inne nie były pewne dalszego zatrudnienia. Zdaniem eksperta, nie jest też wykluczone, że Polacy zaczęli większą wagę przywiązywać do oszczędności. Tym samym odłożyli w czasie większe inwestycje, np. zakup nowego auta. Ponadto wiele salonów wprowadziło usługę kupna samochodu online, z której prawdopodobnie część klientów skorzystała.

– Dziś można obejrzeć konkretny samochód bez przychodzenia do salonu. Sprzedawca zamiast spotykać się z klientem, uruchamia transmisję np. na WhatsAppie. Pokazuje online m.in. kierownicę, bagażnik czy światła. Wszystko przybliża lub oddala, zgodnie z życzeniem zainteresowanej osoby. To rozwiązanie jest stosowane przez wielu dealerów – dodaje prezes PZPM.

Z badania wynika też, że ostatnio średnia liczba wizyt przypadająca na jednego klienta wyniosła 1,41, natomiast wcześniej – 1,45. Jak stwierdza Mateusz Chołuj, częstotliwość wizyt nie zmieniła się znacząco. To pokazuje, że osoby, które odwiedziły te miejsca, robiły to praktycznie tak samo często jak rok wcześniej.

– Z pewnością będzie mniej ludzi w salonach. O ile dalej zmniejszy się ich liczba, w tym momencie trudno to określić. Ten spadek na pewno będzie większy od dotyczącego sprzedaży, który w przypadku samochodów osobowych w 2020 roku wyniósł około 20%. Mam nadzieję, że wszystko powróci do poziomów sprzed pandemii. Ale raczej nie stanie się to za rok, a nawet za 2 lata – zaznacza Faryś.

Wybory klientów nie zmieniły się znacząco, co podkreśla Weronika Piekarska z Proxi.cloud. I dodaje, że udział marek premium w wizytach w salonach samochodowych w styczniu 2021 roku wyniósł 11%. To o 3,4 p.p. mniej w porównaniu z początkiem ubiegłego roku. Z kolei w tym samym czasie widzimy taki wzrost w przypadku marek standardowych – z 85,5% do 88,9%.

– Gdyby wyniki te zmieniły się o 20-30%, to można byłoby postawić tezę dot. odwiedzania salonów marek premium i popularnych. Jednak trudno o to, bo różnica jest relatywnie niewielka. Warto tu dodać, że z jednej strony w ostatnich latach te pierwsze poszerzyły swój obszar klientów docelowych. Z drugiej zaś brandy popularne starają się dostarczyć jak najlepszy produkt, o jak najwyższej jakości. O ile jeszcze 30-40 lat temu było kilka marek luksusowych na rynku, a ich pojazdy wyróżniały się ceną, jakością produktu, wyposażeniem czy obsługą, to dziś coraz więcej firm aspiruje właśnie do tej grupy – stwierdza prezes Faryś.

Patrząc na poszczególne dni tygodnia, widać, że wizyty w salonach samochodowych są stosunkowo równomiernie rozłożone. Jak informuje Marcin Kowalczyk, analityk z UCE RESEARCH, w styczniu br. te miejsca były odwiedzane przede wszystkim w piątki, poniedziałki oraz czwartki. W każdy z tych dni miało miejsce ok. 18% wizyt. Rok wcześniej największą popularnością cieszyły się poniedziałki – ok. 18%, a także soboty – ok. 17,3%. Analizując dane rok do roku, widać, że piątki zyskały o ok. 3 p.p. w kwestii wizyt, a soboty straciły ok. 3 p.p.

– Warto zwrócić uwagę na porę wizyt. Widać wyraźnie wpływ godzin dla seniora. Wprawdzie to rozwiązanie nie dotyczyło salonów samochodowych, ale konsumenci prawdopodobnie planowali tak swoje wyjścia do wszystkich placówek handlowych, aby nie byli z nich odsyłani – dodaje Weronika Piekarska.

Prezes PZPM podkreśla również, że producenci pracują nad zmianą sposobu dystrybucji. Niedawno jedna z firm ogłosiła, że będzie sprzedawała niektóre pojazdy tylko w Internecie. Inna marka zaproponowała w jednym z krajów nową koncepcję sprzedaży. Dealerzy nie kupują już aut za własne środki, a bardziej pełnią rolę agentów. Wszyscy mają zagwarantowaną taką samą prowizję. W każdym salonie samochód kosztuje tyle samo.

Analiza powstała w oparciu o dane zarejestrowane za pośrednictwem tzw. geofencingów w styczniu 2021 roku i w analogicznym czasie roku poprzedniego. Została przeprowadzona przez firmę technologiczną Proxi.cloud i platformę analityczno-badawczą UCE RESEARCH. Obserwacji poddano blisko 40 tys. konsumentów w wieku od 18 do 65 lat, którzy odnotowali prawie 60 tys. wizyt. Badanie zrealizowano na próbie przeszło 1,2 tys. salonów samochodowych w całej Polsce. W sumie sprawdzono 25 marek standardowych i 11 premium.

Czy warto inwestować w spółki gamingowe w 2021 roku?

Rok 2021 zapowiada się dobrze dla spółek gamingowych. Zaczął się od debiutu giełdowego spółki Huuuge Games, która weszła na rynek w połowie stycznia. Oprócz tego liczymy na kolejne gry już działających na giełdzie spółek. Branża gamingowa ma to do siebie, że wartości akcji zależne są od wypuszczania nowych gier oraz poziomu ich sukcesu. W tym roku parę spółek może zaskoczyć nas dobrymi premierami i, co za tym idzie, opłacalnymi możliwościami inwestycyjnymi.

– Liczę na to, że spółka 11 bit Studios zacznie mówić mocniej o swoich projektach. Aktualnie ocena spółki – która może się pochwalić takimi sukcesami, jak gry “Frostpunk” czy “This War of Mine” – nie jest bardzo wysoka. W przypadku sukcesów kolejnych projektów jest tutaj duży potencjał do zarobienia – powiedział serwisowi eNewsroom Arkadiusz Bebel, zarządzający funduszami Quercus TFI. – Spółka Ten Square Games pozyskała bardzo dużo graczy na skutek koronawirusa. Powinno mieć to długookresowy wpływ na wycenę, a firma dodatkowo rozwija kolejny tytuł – co niewątpliwie zmniejszy ryzyko inwestycyjne. Część mniejszych spółek też jest bardzo wysoko oceniania – a napływ inwestorów indywidualnych sprawił, że ten sektor zyskuje na wartości i ceny akcji idą w górę. To może zniechęcać do zakupu. Jednak nawet jeśli cena wydaje nam się teraz wysoka, to po ponownym wzroście kursu może się okazać, że nie była taka zła. Myślę, że to będzie kolejny dobry rok dla gamingu. Wyceny na rynku są jednak na tyle wysokie, że warto dość selektywnie podchodzić do inwestycji w akcje. CD Projekt jest wspaniałą spółką – ale jeśli ktoś kupił jej akcje powyżej 400 złotych, mógł się rozczarować. Trzeba ostrożnie podchodzić do inwestowania w tym sektorze. Ale ktoś, kto ma dobre pomysły i dobrze wybierze spółki, może liczyć na zarobek – podsumowuje Bebel.

Przedsiębiorcy w lockdownowym klinczu. Eksperci: Wiosenna odwilż gospodarcza lub kolejna fala bankructw

W marcu 2021 obchodzimy pierwszy rok z pandemią koronawirusa w Polsce. Kraje Europy bardzo różnie radzą sobie z tym, jak przebiega u nich koronawirus. Niektóre pogłębiają się w kryzysie i recesji, inne wspierają mocno przedsiębiorczość wytapiając swoje odkładane latami oszczędności. Strategia Polski to oszczędne wspieranie przedsiębiorców i wprowadzanie obostrzeń, które mocno ograniczają gospodarkę, ale nie powodują jej całkowitego wyłączenia. – Czy to jest dobra strategia? To oceni historia. Nastroje przedsiębiorców nie są najlepsze, ale z drugiej strony statystyki dotyczące bezrobocia czy przemysłu pokazują, że Polska póki co z pandemii wychodzi obronną ręką. Oczywiście obecnie optymizm byłby zdecydowanie przedwczesny, ale namawiamy naszych przedsiębiorców raczej do optymistycznego patrzenia w przyszłość niż do defetyzmu – mówi Katarzyna Michalska z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska.

Luzowanie obostrzeń gospodarczych po Wielkanocy? „To daje przedsiębiorcom horyzont działania”

Ten rok zmienił wszystko – nie mają co do tego wątpliwości ani przedsiębiorcy, ani pracownicy, ani  analitycy biznesu i gospodarki. Praca zdalna, dywersyfikacja, zarządzanie kryzysowe, konieczność oszczędzania lub nawet podejmowania działań restrukturyzacyjnych. Nie da się ukryć, że przedsiębiorcy musieli przez ostatnie miesiące mocno starać się, by ich działalność była możliwie efektywna. Jak można podsumować w gospodarce pierwszy rok koronawirusowych obostrzeń?

– Przedsiębiorcy bardzo źle znoszą lockdowny. Polacy mają wielkie umiłowanie do wolności, także w sferze gospodarczej. Wszelkie ograniczenia ich dławią, zabierają im kreatywność oraz odbierają energię do działania. Przedsiębiorcy w lockdownowym uścisku czują się tłamszeni i widzimy tendencje do buntu, szczególnie w branżach, które zamknięte są od wielu miesięcy – mówi Filip Kiżuk, doradca gospodarczy z Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska. – Sytuacja najpoważniejsza jest w takich branżach jak zamknięte od ponad 140 dni fitness, gastronomia czy branża kreatywno-eventowa. Widzimy delikatne odbicie w przypadku hoteli, ale straty z jesieni i zimy są tak wielkie, że nie zaryzykowałbym stwierdzenia czy ta branża bez problemu odbuduje się w kolejnych miesiącach – mówi Filip Kiżuk.

Sytuacja gospodarcza jest uzależniona obecnie od tego ile potrwają jeszcze obostrzenia: – Mamy pierwsze dni marca, a Rząd zapowiedział, że luzowanie obostrzeń będzie mieć miejsce po Wielkanocy. To jeszcze miesiąc więc bardzo długo, ale należy powiedzieć, że przedsiębiorcy bardzo czekali na horyzont w którym otwarcie gospodarki może nastąpić. Jeżeli to się stanie po Wielkanocy to wiele osób będzie mieć jeszcze szanse na funkcjonowanie. Jeżeli odwilż nie nastąpi na wiosnę to nadziei nie będzie – dodaje Katarzyna Michalska.

„Koronawirus wielu przedsiębiorców postawił pod ścianą”

Jak mówią przedstawiciele Centrum Doradztwa Gospodarczego Kiżuk & Michalska ostatni rok w pandemii dla doradców był czasem bardzo pracowitym. Nie brakowało sukcesów, ale i poważnych dylematów. – Udało nam się doprowadzić do skutku wiele optymalizacji czy upadłości konsumenckich. Firmy, którym pomagaliśmy walczą o swoje miejsce na rynku i starają się trwać nadal. Bez gruntownych zmian w funkcjonowaniu nie byłoby szans, by funkcjonowały dalej – mówi Katarzyna Michalska. – Nie brakowało trudnych momentów. Proszę mi wierzyć, że kiedy bankrutuje wielopokoleniowa firma lub upada restauracja na której założenie poszły całe oszczędności życia lub wielki kredyt to są to dramatyczne momenty. Uważam, że prawdziwy renesans będą przeżywać porady psychologiczne dla przedsiębiorców. Pandemia wiele silnych osób postawiła pod ścianą. Nikt nie był gotowy, że to potrwa aż tyle – dodaje Katarzyna Michalska.

– Należy myśleć „tu i teraz”, ale i wybiegać w plany w czas, gdy koronawirusa już nie będzie. Wielu przedsiębiorców pyta nas w co inwestować, gdzie szukać dla siebie miejsca na tym mocno przemeblowanym rynku. Myślę jednak, że wszyscy chcielibyśmy, by nie obchodzić więcej „rocznic z koronawirusem” – dodaje Filip Kiżuk.

Brak porozumienia, ale praca wre. Ministerstwo chce uregulować przepisy na home-office

Intensywna praca zdalna towarzyszy nam od prawie roku i choć nie jest to model całkowicie nowy — krajowa legislatura nadal nie uregulowała wszystkich kwestii związanych z home-office. Po nieco burzliwych konsultacjach społecznych, projekt nowelizacji Kodeksu Pracy wrócił do resortu. Co będzie dalej?

“Zdalna” zamiast “tele-”

Dyskusja o nowelizacji Kodeksu Pracy przyspieszyła wraz z tzw. ustawą covidową z marca 2020 roku. Wtedy też oficjalnie określono zasady delegowania na home-office pracowników ze względu na zagrożenie epidemiologiczne (oraz “w okresie do 3 miesięcy po stanie zagrożenia lub epidemii”). Tyle i aż tyle. Dla polskiego etatowca był to początek nadziei na pewne odświeżenie przepisów dotyczących pracy na odległość, ponieważ do tej pory krajowe prawodawstwo dopuszczało wyłącznie tzw. telepracę, którą określa rozdział IIb KP.

Pierwsza nowelizacja dotycząca definicji “telepracownika” weszła w życie 1 grudnia 2020 roku, jednak już wcześniej ustawa określała bardzo istotne z perspektywy zatrudnionego kwestie formalne. Dla przykładu Kodeks zakazywał dyskryminacji pracowników zdalnych względem ich kolegów i koleżanek w biurze. W art. 6715. § 1. czytamy:

“Telepracownik nie może być traktowany mniej korzystnie w zakresie nawiązania i rozwiązania stosunku pracy, warunków zatrudnienia, awansowania oraz dostępu do szkolenia w celu podnoszenia kwalifikacji zawodowych niż inni pracownicy zatrudnieni przy takiej samej lub podobnej pracy, uwzględniając odrębności związane z warunkami wykonywania pracy w formie telepracy.”

Brzmi rozsądnie? Ten, jak i inne przepisy Kodeksu Pracy dawały zatrudnionym względne poczucie bezpieczeństwa. Projekt poszerzony m.in. o kwestie sanitarne i epidemiologiczne Ministerstwo Pracy, Rozwoju i Technologii przedstawiło Radzie Dialogu Społecznego rok temu i dopiero teraz RDS stwierdziło, że… nie ma porozumienia co do definicji pracy zdalnej. Dlaczego akurat ten fragment wywołał najwięcej kontrowersji? “Praca zdalna” bowiem ma zastąpić określenie “Telepraca”. Powtórzę się — tyle i aż tyle.

Spór?

Według informacji przekazanych przez ministerstwo, rozmowy Zespołu Problemowego ds. prawa pracy RDS, organizacji pracodawców i związków zawodowych toczyły się przez około pół roku. Największym novum (pomijając kwestię nazewnictwa) ma być uszczegółowienie miejsca wykonywania pracy na odległość. Resort chciał, aby praca zdalna mogła być wykonywana całkowicie lub częściowo w miejscu zamieszkania pracownika, albo w innym miejscu ustalonym wspólnie przez pracownika i pracodawcę.

W procesie ustalania miejsca pracy zdalnej brałby udział pracownik, pracodawca i zakładowe związki zawodowe. Co, jeśli w danej firmie nie funkcjonują tego typu organizacje? W tej sytuacji pałeczkę przejmuje pracodawca, ustalając kwestię wykonywania pracy zdalnej w regulaminie. Delegacja na home-office mogłaby również mieć miejsce z inicjatywy samego pracodawcy lub po uprzedniej zgodzie — z inicjatywy pracownika. O wątpliwościach Zespołu RDS względem tego modelu poinformowali przedstawiciele resortu:

“Partnerzy w Zespole nie uzgodnili wszystkich problematycznych kwestii związanych z tą regulacją. Najwięcej rozbieżności wywołały kwestie: definicji pracy zdalnej (w zakresie swobody wyboru miejsca świadczenia pracy zdalnej przez pracownika, możliwości świadczenia pracy w całości jako pracy zdalnej) oraz zwrotu kosztów wykonywania przez pracownika pracy zdalnej przez pracodawcę.”

Obecnie nad projektem pracują urzędnicy z Ministerstwa Pracy, Rozwoju i Technologii. Kiedy możemy się spodziewać konkretnych zapisów? Tego jeszcze nikt nie wie, ale jeśli zarówno przedstawiciele resortu, jak i Rady Dialogu Społecznego dojdą do porozumienia — pracownicy będą mogli liczyć na przepisy godne standardów XXI wieku (przynajmniej w kwestii home-office i uznania pracy zdalnej, jako pracy samej w sobie).

Czy należy spodziewać się jeszcze jakichś niespodzianek? W tej kategorii ustawodawca jest bardzo konkretny — przy okazji nowelizacji nie są planowane inne zmiany w Kodeksie Pracy, niezwiązane stricte z pracą zdalną.

Autorka: Milena Krasuska — Chief Operations Officer w Grupie Assay

Uwarunkowania sektorowe na rynku nieruchomości komercyjnych

Pandemia niczym wielomiesięczna partia szachowa, po wielu ruchach, w widoczny sposób wpłynęła na branżę nieruchomości komercyjnych. Jednym z posunięć była roszada w udziale poszczególnych sektorów w wolumenie transakcji inwestycyjnych. Ostatnie lata charakteryzowała silna pozycja sektora biurowego, który wyprzedził długoletniego lidera – sektor handlowy. Przejście wielu firm na tryb pracy zdanej i uzasadnione obawy odnośnie do niepewnej sytuacji ekonomicznej wpłynęły na bardziej ostrożne podejście inwestorów do sektora biurowego. Otworzyło to furtkę dla dynamicznie rozwijającego się w ostatnim czasie sektora magazynowego, który wskoczył na miejsce pierwsze w 2020 roku.

Jak szczegółowo wyglądała sytuacja w poszczególnych sektorach? Jak banki postrzegają możliwość finansowania poszczególnych sektorów rynku?

Sektor biurowy ustępuje nowemu liderowi

Całkowita wartość inwestycji w obszarze nieruchomości komercyjnych w Polsce na koniec 2020 roku wyniosła 5,3 mld EUR. Największy udział w wolumenie transakcji na poziomie 50% przypadł sektorowi magazynowemu. Sektor biurowy zakończył rok 2020 udziałem na poziomie 38%.

„Skutki panującej od roku pandemii i wprowadzanych w związku z nią zaleceń w przypadku sektora biurowego widoczne były z każdym kwartałem coraz wyraźniej. Sugestia pracy zdalnej w wielu firmach się sprawdziła, ale w wielu innych pojawiła się również potrzeba weryfikacji zajmowanej powierzchni. Najemcy, którym kończyły się umowy najmu dużo chętniej decydowali się na renegocjacje niż relokacje. Przyjęli bezpieczną postawę obserwacji rynku i przeczekania najtrudniejszego okresu. Najemcy, którzy nie mieli możliwości renegocjacji swoich umów, a stwierdzili, że taka ilość powierzchni na obecnym etapie nie jest im potrzebna, zdecydowali się na podnajem swojego biura,” – komentuje Magdalena Czempińska, Dyrektor w Dziale Badań Rynku w Knight Frank.

Ostrożnościowe podejście najemców potwierdzają również liczby. Udział umów renegocjowanych wyniósł na koniec 2020 roku 46%, podczas gdy w I połowie było to 30%.

 

Pomimo, że w poprzednich kwartałach oferta podnajmu była również szeroka (przekraczała 100 000 m2 w Warszawie), to dopiero w ostatnim kwartale 2020 roku odnotowano wyraźne wzrosty w wolumenie podpisanych umów. W IV kw. 2020 roku powierzchnia wynajęta w ramach podnajmu odpowiadała 6% całkowitego popytu podczas gdy średni kwartalny wynik z ostatnich dwóch lat nie przekraczał 1%.

„Długotrwały i skomplikowany proces inwestycyjny nie pozwalał deweloperom na elastyczną reakcję na warunki rynkowe, co w rezultacie skutkowało dużą aktywnością, rozpoczętą jeszcze przed pandemią. Już na obecnym etapie możemy stwierdzić, że ostrożnościowe podejście najemców do podpisywania nowych umów będzie miało w przyszłości wpływ na wzrost współczynnika pustostanów” – dodaje Magdalena Czempińska

Widoczną znacząco zmianą w strukturze popytu wskazującą na ograniczenie zainteresowania nową powierzchnią jest zauważalny spadek udziału umów pre-let przy wysokiej podaży w budowie, które w minionym półroczu wyniosły zaledwie 11% wolumenu popytu (średnia dla ostatnich pięciu półroczy to niemal 23%).

Zdaniem przedstawiciel sektora bankowego – Marka Kowalskiego, dyrektora Departamentu Finansowania Nieruchomości w Banku BNP Paribas – „biura są obecnie dużym wyzwaniem i wielką niewiadomą. Wiemy już, że będzie inaczej i czekamy, aż te trendy do końca się ukształtują. Obserwujemy jak one finalnie będą się przekładać na wysokość popytu i zainteresowanie najemców. Przyjmujemy ostrożną pozycję, ale jednocześnie nie wykluczamy możliwości finansowania nowych projektów biurowych. Niezwykle istotne będą też dla nas kwestie związane ze zrównoważonym rozwojem. Od wielu lat ogromną wagę przywiązujemy do działań na rzecz otoczenia, a naszymi inicjatywami, wiedzą, doświadczeniem i zaangażowaniem w liczne projekty środowiskowe oraz społeczne wspieramy realizację Celów Zrównoważonego Rozwoju. Wszelkiego typu „zielone projekty” wpisują się zatem w całościowe podejście naszego banku, który wspiera transformację gospodarki i ekologiczne zmiany z tym związane.”

Stacjonarny handel dotknięty pandemią

Pandemia Covid-19, a w konsekwencji zamknięcie lub ograniczenie działalności centrów handlowych zweryfikowało kondycję zarówno centrów handlowych, jak i najemców.

Inwestorzy przekierowali swoją uwagę na mniejsze obiekty handlowe, które lepiej poradziły sobie z konsekwencjami pandemii niż tradycyjne centra handlowe. Z uwagi na niższą wartość nabywanych aktywów, w 2020 roku inwestorzy ulokowali w sektorze handlowym około 700 mln EUR.

„Skutki wprowadzonych przez rząd obostrzeń, zamknięcie większości sklepów w centrach handlowych i ograniczenie możliwości przemieszczania się w pierwszej fazie pandemii, z wyjątkiem zakupu produktów pierwszej potrzeby, w widoczny sposób wpłynęły negatywnie na rynek handlowy. Wskaźniki odwiedzalności i obroty centrów handlowych spadły do bardzo niskich poziomów. Footfall w centrach handlowych w całym 2020 roku spadł o ok. 30% w porównaniu z 2019 rokiem. Chociaż na początku maja centra handlowe ponownie otwarto, a wskaźniki rosły z tygodnia na tydzień, to jednak wciąż wiele z nich nie powróciło do swoich wartości przed pandemią. Kolejne zamknięcie sklepów w listopadzie nie wpłynęło pozytywnie na dalsze wyniki, a problemy najemców, zwłaszcza tych mniejszych, mogą spowodować wzrost współczynnika pustostanów,” – wyjaśnia Magdalena Czempińska.

Pozytywnym sygnałem w tej mało optymistycznej sytuacji jest przyśpieszenie rozwoju e-commerce. Ograniczenie w dostępie do sklepów stacjonarnych niejako wymusiło na konsumentach potrzebę dokonywania zakupów online. Część osób, która wcześniej unikała tej formy robienia zakupów, przekonała się do niej, a sklepy oferujące możliwość zakupów przez Internet, chociaż częściowo zrekompensowały straty. W konsekwencji, udział sprzedaży on-line w sprzedaży detalicznej w niektórych miesiącach sięgał 11-12% (w porównaniu z 5-6% osiąganymi przed pandemią).

Jak wyjaśnia Marek Kowalski z Banku BNP Paribas, który ma podobne spostrzeżenia – „borykające się z większym wyzwaniem i bardziej dotknięte przez pandemię obiekty wielkopowierzchniowe jeszcze przez dłuższy czas będą odczuwać skutki obostrzeń. W lepszej sytuacji są mniejsze formaty, np. obiekty typu convenience oraz parki handlowe. Do całego sektora banki podchodzą ostrożnie i raczej unikają angażowania się w nowe projekty, a jeśli już taka decyzja jest podejmowana, to dotyczy to raczej wspomnianych mniejszych formatów handlowych, a proponowane parametry są bardziej konserwatywne niż w czasach przed pandemią.”

Sektor hotelowy w kryzysie

Sektor hotelowy, obok sektora handlowego, jest jednym z najbardziej dotkniętych skutkami pandemii. Wprowadzony wiosną lockdown, ograniczenie liczby międzynarodowych połączeń lotniczych, zamknięcie granic dla nierezydentów, a ostatecznie zakaz prowadzenia działalności hotelowej, istotnie wpłynęły na wyniki rynku. Umożliwienie nocowania w przypadku podróży służbowych przy właściwie zerowym ruchu w ramach turystyki biznesowej, nie były w stanie pomóc zwłaszcza hotelom nastawionym na klientów z sektora MICE.

W wyniku pandemii Covid-19 oraz jej negatywnego wpływu na rynek turystyczny, odnotowano drastyczne spadki poziomu obłożenia pokoi w obiektach hotelowych w Polsce. W 2020 roku, na podstawie danych GUS w okresie od stycznia do listopada 2020 roku wyniósł średnio 29,6%, osiągając w kwietniu rekordowo niską dla polskiego rynku hotelowego wartość – zaledwie 7,2%. Warto zaznaczyć, że w ostatnich latach poziom obłożenia pokoi hotelowych w Polsce był stabilny i w latach 2016-2019 kształtował się średnio na poziomie 52,3%.

„Rezultatem działań mających na celu zapobieganie rozprzestrzenienia się pandemii był nieunikniony spadek obłożenia w hotelach, a konsekwencją tych wyników był sygnał dla części deweloperów o wstrzymaniu kilku budów. Ponowne otwarcie hoteli w maju, podobnie jak w przypadku sektora handlowego, sprawiło, że wielu graczy zaczęło myśleć optymistycznie o przyszłości, ale dzisiaj już wiemy, że ten optymizm okazał się przedwczesny, a rząd ograniczył działalność hoteli początkowo jedynie do podróży służbowych, a ostatecznie – całkowicie. Ponowne ich otwarcie w ostatnim czasie jest stale monitorowane ilością zakażeń w danym województwie, co w dalszym ciągu nie pomaga branży stanąć na nogi,” – wyjaśnia Magdalena Czempińska.

Sektor magazynowy nowym liderem

Sektor magazynowy jest jedynym sektorem nieruchomości komercyjnych, który nie tylko pozostał odporny na skutki pandemii, ale wręcz zanotował dynamiczny rozwój.

Rok 2020 to kontynuacja dynamicznego wzrostu sektora magazynowego w Polsce, na którym zasoby powierzchni na koniec grudnia przekroczyły 20,8 mln m2, oraz rosnącego popytu, który w 2020 roku, kolejny rok z rzędu osiągnął rekordowy wynik, przekraczając 5,2 mln m2 wynajętej powierzchni. Polski rynek magazynowy nadal przyciąga przede wszystkim firmy logistyczne, dystrybucyjne, produkcyjne, sieci handlowe oraz z branży e-commerce. W 2020 roku podaż nowoczesnej powierzchni magazynowej wzrosła o ponad 2 mln m2, zwiększając całkowite zasoby polskiego rynku o 10% w ciągu roku.

„Warto zaznaczyć, że na tak dobrą kondycję sektor magazynowy pracował od kilku lat. Wiele czynników wpłynęło na rozwój tego sektora, m.in. atrakcyjne, centralne położenie Polski w regionie, nakłady na poprawę infrastruktury drogowej czy dostęp do dużej liczby pracowników. To zachęciło firmy dystrybucyjne i operatorów logistycznych do lokowania swojej działalności w magazynach budowanych w Polsce. Nie możemy zapominać o sieciach handlowych, które jeszcze kilka lat temu lokowały w naszym kraju swoje centra dystrybucyjne zaopatrujące sklepy stacjonarne, a w ostatnich kwartałach zaczęły zaopatrywać segment e-commerce, którego rozwój przyśpieszył zauważalnie po lockdownie wiosną ubiegłego roku. Nie obawiałabym się o sytuację sektora pomimo zaobserwowanego w ostatnich kwartałach ubiegłego roku wzrostu współczynnika pustostanów, który wynikał z dużej aktywności deweloperów zachęconych dobrą koniunkturą i ich jeszcze spekulacyjnymi inwestycjami,” – komentuje Magdalena Czempińska z Knight Frank.

Podobnie podejście do sektora magazynowego ma Marek Kowalski z Banku BNP Paribas– „Magazyny z tej całej sytuacji wychodzą wręcz wzmocnione. Ma na to wpływ kilka czynników. Po pierwsze dynamiczny rozwój e-commerce, a po drugie fakt, że coraz większe znaczenie zaczyna mieć dla niektórych klientów bezpieczeństwo dostaw, a nie tylko optymalizacja kosztów. Przekłada się to na konieczność magazynowania większej ilości strategicznych towarów i półproduktów, albo wręcz przenoszenie części produkcji do Europy. W naszym banku w przypadku logistyki finansujemy zarówno transakcje inwestycyjne, jak i fazę budowy.”

Zima pomogła sklepom odzieżowym i sportowym. Luty był dobrym miesiącem, obroty w końcu wzrosły

Ze śniegu i mrozu cieszyły się nie tylko dzieci. Powody do radości mają także właściciele sklepów z odzieżą oraz akcesoriami sportowymi. Obroty znacznie wzrosły po otwarciu wszystkich sklepów w galeriach handlowych i utrzymują się na wysokim poziomie.

Analitycy Santander Bank Polska przeanalizowali wydatki kartowe klientów banku w pierwszych tygodniach po otwarciu wszystkich sklepów działających w galeriach handlowych. Okazuje się, że w lutym największy wzrost liczby transakcji odnotowują sklepy z ubraniami, a także sklepy z akcesoriami i odzieżą sportową. Jak informują właściciele popularnych sieciówek, klienci zainteresowani byli głównie kolekcją zimową, ze względu na panującą aurę oraz odmrożenie sezonowych wyprzedaży towaru, który od ponad miesiąca zalegał na półkach zamkniętych sklepów[1]. Branża powoli zaczęła odrabiać straty. O ile poziom obrotów od stycznia do połowy lutego br. był o 30% niższy niż w analogicznym okresie ubiegłego rok, to gdy porównamy 3 tygodnie lutego z lutym 2020 jest już ponad 29% wyższy. Z tygodnia na tydzień widać pozytywne skutki odmrożenia.

– Nasze dane, oparte na analizie transakcji kartami płatniczymi wskazują, że po otwarciu wszystkich sklepów w galeriach handlowych największe wzrosty liczby transakcji i obrotów odnotowują sklepy odzieżowe. Zaledwie dwa tygodnie pozwoliły im potroić obroty i wrócić do wolumenów sprzed pandemii, które utrzymywały się przez cały luty – mówi Przemysław Chojecki, data scientist z Santander Bank Polska.

Średniotygodniowa liczba transakcji kartami płatniczymi Santander Bank Polska w sklepach z odzieżą wzrosła na przestrzeni 2 tygodni[2] po pełnym otwarciu galerii handlowych niemal trzykrotnie – z ok. 220 tysięcy pod koniec stycznia do 600 tysięcy i oscylowała wokół tego poziomu przez cały luty. Właściciele sklepów z ubraniami mogą mieć powody do zadowolenia – średnia ta przekracza wyniki notowane w ubiegłym roku, w tym także te ze stycznia i lutego 2020 r., jeszcze sprzed ogłoszenia pierwszych obostrzeń związanych z pandemią koronawirusa. Co ważne, średniotygodniowa wartość transakcji rosła proporcjonalnie do ich liczby – pod koniec stycznia wynosiła ona nieco ponad 20 mln zł, by w połowie lutego br. wyraźnie przebić już granicę 60 mln zł i dotąd nie spaść poniżej. Pierwsze dwa tygodnie lutego przyniosły nawet czterokrotny wzrost wartości transakcji kartami Santander Bank Polska w sklepach z akcesoriami i odzieżą sportową.

Wygląda na to, że jednak nie wszyscy zdecydowali się korzystać w plenerze z uroków zimy. Niezmiennie od ponad 2 lat rosną wydatki Polaków na płatną telewizję i subskrypcję popularnych serwisów streamingowych. Średnia liczba transakcji w tej kategorii wzrosła w pierwszych tygodniach lutego br. blisko o 50% i jest 6-krotnie wyższa niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Po raz pierwszy także średniotygodniowe wydatki kartami Santander Bank Polska w kategorii VOD przekroczyły pół miliona złotych.

– Tegoroczna, mroźna i śnieżna zima bez wątpienia pomogła sklepom z odzieżą i sprzętem sportowym. Polacy zaopatrywali się w ciepłe ubrania, a sanki czy tzw. jabłuszka stały się towarem deficytowym do tego stopnia, że w niektóre sklepy prowadziły zapisy. Na drugim biegunie są ci, którzy w czasie mrozów postanowili pozostać w domu i spędzić czas przed telewizorem. Choć wydatki na płatną telewizję i platformy streamingowe rosną sukcesywnie od lat, dla nich także pierwsze dwa tygodnie lutego br. były rekordowe – komentuje Przemysław Chojecki, data scientist z Santander Bank Polska.

[1] https://www.bankier.pl/wiadomosc/LPP-zadowolone-z-handlu-po-ponownym-otwarciu-galerii-sprzedaz-wzrosla-o-kilkadziesiat-proc-wywiad-8054720.html

[2] Dane za okres 25.01-14.02.2021.

Elektroniczny dokument nadania z poczty uprawnia eksportera do zastosowania zerowej stawki VAT

Spółka eksportowała towary poza granice Unii Europejskiej za pośrednictwem Poczty Polskiej. Jako że wygenerowane w jej systemie elektroniczne potwierdzenie nadania nie należy do wskazanego w ustawie o VAT katalogu dokumentów celnych potwierdzających wywóz towarów poza terytorium UE, choć w rzeczywistości wywóz ten potwierdza, spółka wystąpiła do organu skarbowego z zapytaniem, czy będzie on wystarczający do zachowania przez nią prawa do zastosowania zerowej stawki VAT w eksporcie.

Eksport towarów poza granice Unii

Polska spółka z o.o. prowadzi działalność gospodarczą w zakresie produkcji i sprzedaży produktów kolekcjonerskich wyłącznie na rzecz nieprowadzących działalności gospodarczej osób fizycznych, zamieszkujących poza terytorium Unii Europejskiej (m.in. w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Australii). Swoje produkty ogłasza i sprzedaje za pośrednictwem popularnych portali aukcyjnych. Przykładowa transakcja przebiega następująco: 1) klient, który odnajdzie produkt na portalu internetowym, składa za jego pośrednictwem zamówienie, 2) płaci za niego, 3) spółka/sprzedawca wystawia fakturę VAT ze stawką 0 proc. i przesyła towar za pośrednictwem systemu „Elektroniczny Nadawca” Poczty Polskiej w terminie miesiąca od dnia otrzymania zapłaty, 4) w raporcie generowanym przez ten elektroniczny system po miesiącu są widoczne statusy:

  1. a) „Doręczenie”;
  2. b) „Przesyłka dotarła do kraju przeznaczenia”;
  3. c) „Przesyłka wysłana z Polski”.

Jako że po wysłaniu przez Pocztę Polską przesyłki poza granice kraju dalsze jej doręczenie do klienta końcowego przejmują jej zagraniczni odpowiednicy, ww. komunikaty mogą się różnić, bo nie wszyscy z tych zagranicznych doręczycieli aktualizują status doręczenia paczki. Dlatego w przypadku statusów innych niż „Doręczenie”, a więc wskazanych w pkt b) lub c), spółka występuje do Poczty Polskiej z reklamacją, a Poczta odpowiada, potwierdzając doręczenie do adresata wraz z podaniem daty tego doręczenia, lub informuje o zaginięciu przesyłki.

Czy elektroniczny dokument z Poczty uprawnia do zerowej stawki VAT?

W świetle tak opisanego stanu faktycznego reprezentujący spółkę radca prawny Robert Nogacki z Kancelarii Prawnej Skarbiec wniósł do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej o potwierdzenie, że wygenerowany w systemie „Elektroniczny Nadawca” Poczty Polskiej stanowi dokument, o którym mowa w art. 41 ust. 6 i 6a ustawy o podatku od towarów i usług, a więc uprawnia – po spełnieniu pozostałych wymogów – do zastosowania przez eksportera 0 proc. stawki VAT dla wywozu towaru poza granice UE?

Zgłoszenie wywozowe

Zgodnie z art. 41 ust. 6 stawkę podatku 0% stosuje się w eksporcie towarów pod warunkiem, że podatnik przed upływem terminu do złożenia deklaracji podatkowej za dany okres rozliczeniowy otrzymał dokument potwierdzający wywóz towaru poza terytorium Unii Europejskiej. Natomiast ust. 6a precyzuje, że dokumentem tym jest w szczególności:

1) dokument w formie elektronicznej otrzymany z systemu teleinformatycznego służącego do obsługi zgłoszeń wywozowych albo potwierdzony przez właściwy organ celny wydruk tego dokumentu;

2) dokument w formie elektronicznej pochodzący z systemu teleinformatycznego służącego do obsługi zgłoszeń wywozowych, otrzymany poza tym systemem, jeżeli zapewniona jest jego autentyczność;

3) zgłoszenie wywozowe w formie papierowej złożone poza systemem teleinformatycznym służącym do obsługi zgłoszeń wywozowych albo jego kopia potwierdzona przez właściwy organ celny.

Dokument potwierdzający wywóz towarów poza UE

Pełnomocnik spółki zwrócił uwagę, że ww. regulacja art. 41 ust. 6 posługuje się sformułowaniem „w szczególności”, co oznacza, że wskazany katalog dokumentów nie jest katalogiem zamkniętym. Stąd też podatnicy mogą dokumentować wywóz towarów także innymi dowodami, byleby wynikało z nich, że eksportowany towar opuścił terytorium Unii. Jak wskazał w wyroku z 23 czerwca 2016 r. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Łodzi, dodanie do art. 41 ustawy o VAT ustępu 6a miało zakończyć spory podatników z organami podatkowymi w zakresie dokumentowania eksportu. Zatem nie tylko wygenerowany z systemu ECS dokument celny IE-599 czy też karta Jednolitego Dokumentu Administracyjnego (SAD) może być jedynym dokumentem potwierdzającym eksport poza UE, szczególnie że część państw doręczenia towaru może takiego dokumentu nie stosować.

Przesłanka faktycznego wywozu

Z kolei, jak stwierdził Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w wyroku z 28 marca 2019 r., przepisy krajowe nie mogą uzależniać prawa do zastosowania zwolnienia z VAT przewidzianego dla wywozu towarów poza UE od objęcia tych towarów procedurą celną w sytuacji, gdy bezsporne jest, że zostały spełnione przesłanki do objęcia zwolnieniem, w szczególności przesłanka faktycznego wywozu towaru (sprawa C-275/18, Milan Vinš przeciwko Odvolací finanční ředitelství).

Dodatkowo reprezentant spółki wskazał na treść rozstrzygnięcia WSA w Poznaniu, który podkreślił, że „Zgodnie z utrwalonym orzecznictwem zasada neutralności wymaga, aby odliczenie podatku VAT naliczonego przysługiwało, jeżeli zostały spełnione wymogi materialne, nawet wówczas, gdy niektóre wymogi formalne zostały pominięte przez podatników” (wyrok TSUE z 28 lipca 2016 r., sprawa C-332/15 oraz powołane tam orzecznictwo). Naczelny Sąd Administracyjny w uchwale z 11 października 2010 r. stwierdził, że dla ustalenia, iż należy zastosować właściwą dla eksportu stawkę VAT, wystarczy posiadanie przez podatnika takich dowodów, które łącznie potwierdzają dokonanie wywozu poza terytorium UE (sygn. akt I FPS 1/10).

Podsumowując, na podstawie przywołanej wyżej argumentacji i głosu orzecznictwa dokumenty wygenerowane z systemu „Elektroniczny Nadawca” Poczty Polskiej mogą stanowić dokument, o którym mowa w art. 41 ust. 6 i 6a ustawy o podatku od towarów i usług, uprawniający do zerowej stawki VAT w eksporcie towarów.

Organ przyznał spółce rację

Dyrektor KIS przyznał spółce rację, potwierdzając, że wskazany przez nią dokument elektroniczny wygenerowany przez Pocztę Polską będzie ją uprawniał do zastosowania stawki 0% VAT dla eksportu towaru:

„…mając na uwadze przywołane orzeczenia TSUE i NSA należy uznać, że po spełnieniu reszty przesłanek, Wnioskodawca będzie miał prawo do zastosowania stawki opodatkowania 0% przewidzianej dla eksportu towarów, które są wysyłane za pośrednictwem Poczty Polskiej do osób fizycznych zamieszkałych poza terytorium Unii Europejskiej, nieprowadzących działalności gospodarczej, w sytuacji, gdy Spółka posiada dokumenty pochodzące z Elektronicznego Systemu Nadawcy Poczty Polskiej, opatrzone statusem „doręczenie”, a w przypadku statusów: „Przesyłka dotarła do kraju przeznaczenia” lub „Przesyłka wysłana z Polski” pod warunkiem, że posiada odpowiedzi z Poczty Polskiej na zgłoszenie reklamacyjne potwierdzające doręczenie przesyłki do adresata wraz z podaniem daty doręczenia” (dokładny cytat z interpretacji indywidualnej z 11 stycznia 2021 r., sygn. akt 0111-KDIB3-3.4012.603.2020.1.MAZ).

Podsumowanie

To bardzo dobra, korzystna dla przedsiębiorców – eksporterów interpretacja fiskusa. Potwierdza bowiem ugruntowaną już linię orzecznictwa sądów administracyjnych i unijnego trybunału, że dla zachowania przez przedsiębiorcę prawa do zastosowania wobec dokonanego wywozu 0 proc. stawki VAT wystarczające jest wykazanie, iż do wywozu faktycznie doszło, bez względu na to, czy nastąpi to w oparciu o wskazane w ustawie dokumenty, czy nie. Między innymi zgodnie z przywołanym już wyrokiem TSUE w sprawie C-275/18:

„…brak poszanowania formalnego wymogu objęcia towarów przeznaczonych do wywozu procedurą wywozu nie może prowadzić do tego, że eksporter traci prawo do zwolnienia w eksporcie, o ile zostało wykazane faktyczne wyprowadzenie danych towarów z terytorium Unii”.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Polacy entuzjastami nowych technologii? Wyniki PAYBACK Opinion Poll

Niemal wszyscy ankietowani pozytywnie oceniają wpływ nowych technologii na codzienne życie – to jeden z wniosków płynących z najnowszego PAYBACK Opinion Poll. Czego jeszcze możemy dowiedzieć się z badania?

Naszych respondentów zapytaliśmy m.in. o korzystanie z aplikacji mobilnych, częstotliwość dokonywania płatności bezgotówkowych, a także o poczucie bezpieczeństwa w związku z rozwojem nowych technologii.

Polacy na tropie nowych technologii

Wyniki nie pozostawiają żadnych wątpliwości: aż 95% badanych uważa, że nowoczesne technologie ułatwiają życie i mają pozytywny wpływ na codzienne czynności. Ponadto 94% respondentów stwierdziło, że innowacje na tym polu są koniecznym warunkiem rozwoju gospodarki.

Polacy starają się trzymać rękę na pulsie najnowszych trendów. Na pytanie „Czy śledzi Pan/Pani nowinki technologiczne?” połowa respondentów (51%) przyznała, że co jakiś czas zdarza im się zgłębić wiedzę na ten temat. Obok nich istnieje spora grupa osób (42%), która stara się być na bieżąco z każdą nowością w tym temacie; innowacje częściej zajmują przy tym mężczyzn, niż kobiety (różnica 18%). Jedynie 7% ankietowanych w ogóle nie interesuje się tym, co dzieje się w świecie nowych technologii.Nowinki_tech

Aplikacje społecznościowe… i nie tylko

Które z technologii można uznać za najważniejsze? Do tego statusu bez wątpienia pretendują aplikacje mobilne, dostępne na smartfonach i tabletach. Pośród nich prym wiodą serwisy społecznościowe: na co dzień z tego typu aplikacji korzysta 61% ankietowanych. Na drugim miejscu znalazły się aplikacje finansowe, przede wszystkim bankowe (55%). Niemal tyle samo osób (50%) regularnie używa aplikacji zakupowych, takich jak np. PAYBACK.

– Nasze badanie potwierdziło, że Polacy polubili i są otwarci na nowe technologie – komentuje Katarzyna Grzywaczewska, Marketing Director w PAYBACK Polska. – Chętnie korzystamy z aplikacji mobilnych, w tym także zakupowych. Oszczędność czasu, wygoda, bonusy punktowe, zdobywane dzięki codziennym zakupom, a także przegląd najbardziej atrakcyjnych ofert w jednym miejscu – wszystko to sprawia, że aplikacje coraz częściej goszczą w naszych smartfonach.

Inne kategorie aplikacji są znacznie mniej popularne. 1/4 ankietowanych regularnie korzysta z nawigacji w smartfonie lub tablecie, a 15% respondentów używa ich do sprawdzania prognozy pogody. Niemal tyle samo osób trenuje z urządzeniem mobilnym w ręku: aplikacje sportowe i zdrowotne instaluje 14% badanych. 1 na 10 osób za pomocą dedykowanej ku temu aplikacji sprawdza także bieżące informacje, newsy i wydarzenia.

Aplikacje_mobilne

Polak bezgotówkowy

W opinii analityków rynku płatności bezgotówkowe to jeden z filarów cyfrowej rewolucji. Sprawdziliśmy zatem, jak do tej kwestii podchodzą nasi respondenci.

Uwagę zwraca rosnąca popularność transakcji bezgotówkowych. W trakcie zakupów stacjonarnych tylko 19% badanych preferuje tradycyjną gotówkę. Króluje karta płatnicza, którą najczęściej wybiera 61% badanych. Tytuł wicelidera otrzymały płatności poprzez aplikację mobilną, taką jak np. BLIK czy Google Pay (20%).Forma_platnosci

Korzyści, jakie Polacy widzą w mobilnych płatnościach to przede wszystkim wygoda, którą wskazało trzy czwarte ankietowanych, a także bardziej precyzyjna kontrola wydatków i bezpieczeństwo (po 8%).

Spośród osób, które nie korzystają z płatności mobilnych, większość podaje jako powód wybór innej formy zapłaty: karty płatniczej (61%) lub gotówki (17%). Ponadto 16% osób stwierdziło, że nie ufa transakcjom mobilnym na tyle, by korzystać z nich na co dzień.

Nowe technologie i zakupy: jak kupujemy, czego oczekujemy?

Statystyczny Polak posiada 2-3 urządzenia mobilne (57%), a kupno nowego sprzętu jest dla niego nie tylko koniecznością, lecz także miłym (43%) lub nawet ekscytującym (15%) doświadczeniem.nowe urządzenia

Najczęściej zmieniamy swój smartfon co 2 lub 3 lata (odpowiednio 33% i 30%) – ten okres jest zbieżny z najpopularniejszą długością umowy u operatorów telefonii komórkowej. 19% respondentów podchodzi do tematu praktycznie i wymienia swój smartfon wtedy, gdy urządzenie zaczyna szwankować.

Wybierając nowy telefon komórkowy, zwracamy uwagę przede wszystkim na parametry techniczne (68%) oraz cenę (48%). Dla 15% ankietowanych istotnym kryterium jest także system operacyjny, a dla 12% – łatwość obsługi. 11% badanych kieruje się przede wszystkim opinią innych użytkowników. Wygląd i estetyka produktu jest kluczowa przy wyborze nowego smartfona w przypadku co dziesiątego uczestnika badania.

Sprawdziliśmy też, o jakich nowinkach technologicznych marzą polscy konsumenci. 28% ankietowanych najchętniej przyjęłoby pod swój dach robota pomagającego w codziennych pracach domowych. 26% głosów zebrały odpowiedzi mówiące o bezobsługowych sklepach oraz autonomicznych pojazdach.

Mniejszą popularnością cieszyły się pomysły takie jak głosowanie w wyborach przez internet (18%), płatności biometryczne (16%) czy dostawa przesyłki dronem (14%). Co piąty Polak (19%) jest otwarty na implanty monitorujące stan zdrowia, ale tylko 3% poddałoby się zabiegowi przeprowadzonemu przez robota. Równie niewiele osób (4%) chciałoby zobaczyć na swoim talerzu mięso wyhodowane w laboratorium.Z_jakich_tech

Cyfrowa nieufność?

17% spośród wszystkich ankietowanych uznało jednak, że nie skorzystałoby z żadnej z powyższych nowinek. Pomimo entuzjazmu wobec nowoczesnych technologii, niektóre z odpowiedzi wskazywały na pewną nieufność, z jaką część z nas podchodzi do cyfrowej transformacji.

Chociaż większość ankietowanych (69%) uważa rozwój technologiczny za korzystny, niemal co czwarty respondent obawia się konsekwencji z nim związanych. Ponadto 59% respondentów jest zdania, że nowe technologie nie są w pełni bezpieczne.

63% Polaków zgadza się ze stwierdzeniem, że firmy projektują swoje produkty i usługi, mając na uwadze korzyści użytkowników. Na drugim biegunie (23%) znajdują się osoby uważające, że ich intencją jest wyłącznie chęć maksymalizacji własnych zysków.

Jesteśmy przy tym świadomi wartości danych, które udostępniamy podmiotom zewnętrznym. Aż 61% respondentów zwraca uwagę na ich bezpieczeństwo podczas instalacji nowego oprogramowania, a 34% badanych przyznaje, że robi to tylko czasami. 5% ankietowanych zupełnie nie przywiązuje do tego wagi.

Dalsze wzrosty rentowności obligacji skarbowych

Miniony tydzień przyniósł dalsze wzrosty rentowności obligacji skarbowych zarówno w Polsce, jak i na rynkach amerykańskich. Wzrost rentowności obligacji o stałym oprocentowaniu oznacza spadek ich ceny, co odbija się na wynikach funduszy inwestujących w obligacje stałokuponowe. Negatywny sentyment na rynku długu przełożył się na spadki na rynkach akcji oraz metali szlachetnych. Cena złota w pierwszym tygodniu marca spadła o kolejne 1,93% i jest blisko poziomu z czerwca 2020, a srebro zakończyło tydzień z niemal sześcioprocentową stratą. Za tymi spadkami podążały wyceny naszych funduszy metali szlachetnych. Blisko 20% przecena złota od zeszłorocznego szczytu i solidne fundamenty dają nadzieje na zbliżanie się do końca spadkowej korekty w trendzie, który nadal pozostaje wzrostowym.

Na koniec tygodnia amerykański senat przyjął pakiet fiskalny, którego planowana wartość wynosi 1,9 bln USD. Jako, że inwestorzy już od dłuższego czasu oczekiwali, że zostanie on przyjęty, ta informacja nie wpłynęła znacząco na rynki. W tym tygodniu prace nad pakietem będą nadal trwały i jest prawdopodobne, że finalizacja pakietu nastąpi w ciągu najbliższych kilku dni.

W środę 3 marca odbyło się posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej. Nie przyniosło ono zaskoczeń i stopy procentowe zostały utrzymane, a ponadto podczas piątkowej konferencji prezesa NBP została przekazana informacja, że bazowym scenariuszem RPP jest utrzymanie stóp do końca obecnej kadencji RPP, mimo wzrostu oczekiwań inflacyjnych. Kontynuowany jest także program skupu obligacji Skarbu Państwa i obligacji gwarantowanych przez Skarb Państwa.

W tym tygodniu, w czwartek, odbędzie się posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego. Prawdopodobnie jego głównym tematem będzie sytuacja na rynku obligacji. Podczas konferencji prasowej Prezes EBC Christine Lagarde ma ogłosić nowe kwartalne prognozy banku centralnego.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Dlaczego meble w biurze są ważne

Trudno wyobrazić sobie pracę biurową bez mebli. I choć znajdą się tacy, którzy zakwestionują to stwierdzenie, należy uznać szereg korzyści płynących z ich obecności w przestrzeni biurowej. Jakie to korzyści i dlaczego meble w biurze są ważne?

Piękne biuro na Mokotowie jest Twoje. Co dalej?

Wyobraź sobie, że odebrałeś klucze do wymarzonego biura na Mokotowie, za oknem miła dla oczu zieleń, Twój biznes rozkwita, a wszystko idzie ku dobremu. Tak naprawdę to może być biuro w każdym innym miejscu na świecie. W każdym razie masz spore ambicje, by stworzyć miejsce z duszą, w którym Ty i Twoi pracownicy będziecie czuć się dobrze.

To słuszny trop. Aranżacja przestrzeni, w której Ty i Twoi podwładni będziecie spędzać ⅓ swojego czasu, to niezwykle ważny punkt uruchamiania własnego biznesu. I nie chodzi tylko o dobre samopoczucie czy wizerunek w oczach klientów. To również satysfakcja z wykonywanej pracy (która przekłada się przecież na efektywność), a także na zdrowie. Stąd też w szczególności powinieneś zatroszczyć się o dobór mebli. Najlepiej tych ergonomicznych!

Biurka i krzesła, czyli absolutna podstawa

Jeśli jest coś, co łączy największe biura w centrum z tymi małymi zlokalizowanymi przy granicy miasta, to są to właśnie meble. Bez nich trudno wyobrazić sobie efektywną pracę, jak również proste spotkania z kontrahentami. Na szczególną uwagę zasługują zwłaszcza biurka i krzesła. Zgodzisz się, że to absolutny biurowy must-have?

Krzesła powinny być wygodne. Pracownicy spędzają na nich po kilkadziesiąt godzin tygodniowo. Dyskomfort korzystania z nich nie powinien być odczuwalny. Ostatecznie przełoży się na skupienie na pracy i jej wydajności. Ponadto powinieneś zadbać o ergonomię. Krzesła powinny być regulowane tak, aby każdy mógł dostosować je do swoich indywidualnych potrzeb. Stabilne i dające się regulować siedzisko, a także regulacja wysokości siedziska oraz zagłówka to niezwykle użyteczne funkcjonalności, których nie powinno zabraknąć.

Ergonomia dotyczy także biurek. Osoba pracująca przy ergonomicznym biurku powinna móc wyregulować wysokość blatu według własnych preferencji. Wprawdzie niektóre biura zupełnie odchodzą od korzystania z biurek, jednak minie jeszcze wiele lat, nim staną się one zupełnie bezużyteczne.

Meble integrują pracowników

Okazuje się, że niektóre aranżacje biura bardziej sprzyjają integracji pracowników w porównaniu z innymi rozwiązaniami. Mowa tu o otwartych przestrzeniach i odejściu od nieco już skostniałego systemu przegród, kabin i indywidualizacji miejsca pracy. Otwarte przestrzenie, które nie przesłaniają pola widzenia, sprzyjają interakcjom. Pracownicy zyskują poczucie swobody i niezależności. Dzięki temu chętniej i sprawniej komunikują się między sobą.

Coraz częściej stosowanym rozwiązaniem m.in. w lokalach do wynajęcia na Woli jest wybór dużych stołów do sal konferencyjnych z większą liczbą krzeseł. To z kolei wyzwala poczucie równości. Dzięki temu pracownicy łatwiej komunikują się ze swoimi przełożonymi. W końcu wydają się być niejako na tym samym podłożu.

Meble, które powiększają przestrzeń

Tak się składa, że dzięki meblom możemy zyskać wrażenie przebywania w jeszcze większej przestrzeni. Dzieje się to za sprawą odpowiedniej aranżacji. W celu powiększenia otwartej przestrzeni warto ustawić większe meble przy ścianach. Zachowaj ścieżki do przemieszczania się. Ponadto pozostaw wolny dostęp do okna.

W optycznym powiększeniu przestrzeni biurowej pomoże także szkło, czego dobrym przykładem mogą być choćby szklane ściany. Warto też postawić na wielofunkcyjność poszczególnych mebli. Być może drewniana skrzynia okaże się sympatycznym stolikiem kawowym, a nieużywane biurko może stać się tymczasową półką. Warto w tym wszystkim zachować zdrowy minimalizm, a tym samym unikać niepotrzebnych elementów, które nic nie wnoszą do przestrzeni biura.

Czy duże podmioty na rynku rolno-spożywczym czeka rewolucja?

Minął termin na zgłaszanie uwag do projektu ustawy o przeciwdziałaniu wykorzystywaniu przewagi kontraktowej w obrocie produktami rolnymi i spożywczymi. Uwagi można było zgłaszać w ramach procesu legislacyjnego i konsultacji publicznych. Odpowiedzialnym za treść projektu jest Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi, jednak proponowane rozwiązania w rzeczywistości są związane przede wszystkim z regulowaniem przepisów prawa konkurencji na rynku. Zawiłości projektu tłumaczy dr Joanna Uchańska, partner w kancelarii Chałas i Wspólnicy.

Projekt ustawy ma na celu wdrożenie do krajowego porządku prawnego dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2019/633 z dnia 17 kwietnia 2019 r. w sprawie nieuczciwych praktyk handlowych w relacjach między przedsiębiorcami w łańcuchu dostaw produktów rolnych i spożywczych (Dz. Urz. UE L 111 z 25.04.2019, str. 59).

– W ramach projektu zajęto się zauważanym na wielu unijnych rynkach nadużywaniem przez duże podmioty pozycji i siły negocjacyjnej objawiającej się zwłaszcza narzucaniem jednostronnie niekorzystnych warunków współpracy mniejszym podmiotom. Chodzi o nieuczciwe praktyki godzące w pozycję rolników i przetwórców. Zaburzanie konkurencji na rynku ma negatywny wpływ na wiele innych sfer, w tym dobro końcowych odbiorców – konsumentów, a także samo rolnictwo – zaznacza dr Joanna Uchańska, partner w kancelarii Chałas i Wspólnicy.

Zgodnie z treścią wspomnianej dyrektywy ustanawia się minimalny wykaz zakazanych nieuczciwych praktyk handlowych w stosunkach między nabywcami a dostawcami w łańcuchu dostaw produktów rolnych i spożywczych oraz określa minimalne zasady dotyczące egzekwowania tych zakazów. W zapisach pojawiły się także ustalenia dotyczące koordynacji między organami egzekwowania prawa.

– Co szalenie ważne, przepisy dyrektywy nie dotyczą wszystkich, a tylko niektórych nieuczciwych praktyk handlowych, które występują w związku ze sprzedażą produktów rolnych i spożywczych. Ustalono także różnorodne minimalne progi rocznego obrotu w zależności od tego, jaki jest roczny obrót nabywcy. Korzystnie w mojej ocenie wprowadzono proporcjonalne odniesienie między tymi grupami. Przy okazji trzeba pamiętać, że dla obliczania rocznych obrotów zastosowanie znajdą unijne pojęcia „przedsiębiorstwa samodzielnego”, „przedsiębiorstwa partnerskiego” i „przedsiębiorstwa powiązanego” – dodaje dr Uchańska.

We wspomnianym projekcie polskiej ustawy wyraźnie postawiono, w ślad za dyrektywą, na ochronę słabszych na rynku. Ma to przebiegać w ten sposób, że rozszerzono katalog nieuczciwych praktyk na rynku rolno-spożywczym (11 praktyk, które są bezwzględnie zakazane oraz 6 praktyk, które są dozwolone pod warunkiem, że zostały one wprost wymienione w umowie pomiędzy stronami (nabywcą i dostawcą produktów) i uznane przez obie strony za dozwolone). Jednocześnie uzupełniono także katalog produktów rolnych i spożywczych o pasze, zwierzęta żywe, nasiona i owoce oleiste będące przedmiotem produkcji rolników (dotąd nie każda kategoria produktu w nim się znajdowała).

– Szczególnym rozwiązaniem regulacji jest zakaz obniżania należności z tytułu dostarczenia produktów po ich przyjęciu. Nie ma co ukrywać, że taka praktyka była obecna na rynku – co wielokrotnie wykazywały organy. Z moich obserwacji wynika, że silniejsi na rynku mieli własne uzasadnienie stosowania takiego mechanizmu – organy nie były jednak tymi tłumaczeniami usatysfakcjonowane. Zapytana o to, co teraz, odpowiedziałabym, że trzeba przejrzeć swoje modele współpracy, a przede wszystkim umowy i to pilnie – dodaje dr Uchańska.

Wśród zakazanych praktyk będą także takie, które pozwalałyby nabywcy (silniejszemu na rynku) na jednostronną zmianę niektórych postanowień, jak np. częstotliwości, sposobu realizacji, miejsca, terminu lub wielkości dostarczanych produktów. Zresztą, takie praktyki nie były (są) jedynie obecne na polskim rynku i na każdym innym mogły prowadzić do negatywnych skutków, takich jak: wywieranie presji na zyski i marże, niewłaściwa alokacja zasobów, a nawet spowodować wyparcie z rynku podmiotów, które w przeciwnym razie byłyby rentowne i konkurencyjne.

– Dla prawidłowego funkcjonowania łańcucha dostaw żywności niezbędne jest zachowanie dobrych relacji między wszystkimi jego ogniwami, stąd takie rozszerzenie katalogu należy ocenić dobrze. Pamiętajmy, że stosowanie antykonkurencyjnych praktyk przez jednych „dużych” na rynku, negatywnie oddziaływało także na innych „dużych” postępujących uczciwie. Nie mam wątpliwości, że to bardzo ważny projekt, gdyż pozwoli uporządkować szereg praktyk na rynku, a także, miejmy nadzieję, pomoże skuteczniej napiętnować te negatywne. Wartym uwagi dla podmiotów, dla których praktyki mogą być źle ocenione, są dwa rozwiązania projektu ustawy: doszczegółowienie „znaczącej dysproporcji” oraz przychylność dla dobrowolnie poddających się karze – dodaje dr Uchańska.

Znacząca dysproporcja w potencjale ekonomicznym, w przypadku praktyk nieuczciwie wykorzystujących przewagę kontraktową, stosowanych przez nabywcę względem dostawcy i odwrotnie, jest bardzo istotnym elementem. W projekcie szczegółowo uregulowano zasady jej obliczania. Prezes UOKiK będzie mógł nałożyć na dostawcę albo nabywcę karę pieniężną w wysokości nie większej niż 3% obrotu osiągniętego w roku obrotowym poprzedzającym rok wszczęcia postępowania w sprawie nałożenia kary, jeżeli dostawca albo nabywca, choćby nieumyślnie, dopuścił się naruszenia. Obliczanie znaczącej dysproporcji zależeć będzie od obrotu z roku poprzedniego, osiąganego zarówno przez nabywcę, jak i dostawcę, a od obrotu znów zależeć będzie nakładana kara. Dodatkowo, ustawodawca przewidział „premię” dla tych podmiotów, które dobrowolnie poddadzą się karze pieniężnej. W przypadku wyrażenia zgody przez stronę do dobrowolnego poddana się karze, wysokość kary może być obniżona nie więcej niż o 50% w stosunku do kary, jaka zostałaby nałożona, gdyby strona nie poddała się dobrowolnie karze.

– Szczególnie dobrze oceniam ten ostatni mechanizm. Wpisuje się on całościowo w system, gdzie celem jest napiętnowanie złych zachowań i ich skuteczna oraz szybka eliminacja, postawienie na „skruchę” i „postanowienie poprawy”, nie zaś nakładanie wysokich kar, które poza zasileniem budżetu państwa, mogą negatywnie oddziaływać i prowadzić do kolejnej spirali negatywnego oddziaływania na rynek, gdyż kara ostatecznie uszczupli budżet ukaranego, a to uszczuplenie znów może trzeba będzie rekompensować– konkluduje dr Uchańska.

Nowe trendy e-commerce

Już 73% Polaków deklaruje, że robi zakupy w Internecie(1), dlatego wiele firm w minionym roku podjęło lub przyspieszyło decyzję o rozszerzeniu swojej działalności o kanał online. Zwiększenie konkurencji wśród sklepów internetowych zaostrzyło walkę o klienta i wymagało od sprzedających skupienia się na działaniach marketingowych, m.in. na analizie danych sprzedażowych, newsletterach oraz programach lojalnościowych. Wzrost zainteresowania tymi tematami w porównaniu do stycznia 2020 roku wyniósł 247 proc. w marcu, 486 proc. w kwietniu i 157 proc. pod koniec roku.

Klucz do sukcesu – analiza danych

Dzięki analizie danych o naszych klientach i ich zachowaniach zakupowych poznajemy ich zainteresowania i potrzeby – mówi Krzysztof Jarecki, CEO ExpertSender – To z kolei pozwala na kierowanie do nich precyzyjnej, spersonalizowanej komunikacji, co przekłada się na lepszy user experience i zwiększenie sprzedaży. Możemy oferować im dokładnie to, czego chcą i potrzebują, w tych kanałach komunikacji, z których korzystają. Dzięki takim działaniom możemy zarówno pozyskać nowych klientów, jak i zwiększyć zainteresowanie i lojalność dotychczasowych. W ostatnich latach coraz więcej firm działa w Internecie, zwiększa się konkurencja. Uważna analiza danych i opieranie się na niej w swoich działaniach marketingowych to niezbędne działanie i klucz do sukcesu.   

Hasła „analiza danych” i „big data” jeszcze przed pandemią cieszyły się sporym zainteresowaniem wśród Internautów. W marcu 2020 zainteresowanie nimi wzrosło o 247 proc., ale w kolejnych miesiącach sukcesywnie spadało, do poziomu 165 proc. pod koniec roku.

Zniżka na newsletter

Jednym z bardziej skutecznych narzędzi marketingowych jest newsletter, który pozwala budować więź z klientem, pozostawać z nim w kontakcie, informować go o promocjach oraz przesyłać oferty dopasowane do jego zainteresowań i potrzeb. W zamian za zapisanie się do newslettera klienci często zyskują zniżki oraz dostęp do ekskluzywnych treści czy promocji. W marcu zainteresowanie Internautów hasłem „newsletter” wzrosło tylko o 128 proc. w stosunku do stycznia 2020, ale w kwietniu było to już 486 proc. Często wyszukiwano je w połączeniu ze słowami „zniżka”, „przecena”, „okazja” czy „rabat”, co może sugerować, że temat newsletterów cieszył się popularnością nie tylko wśród firm, ale również wśród konsumentów. Tym bardziej oznacza to, że warto zainteresować się tym narzędziem, by przyciągnąć uwagę obecnych oraz potencjalnych klientów.

Wzrosło też zainteresowanie Internautów programami lojalnościowymi, chociaż w tym wypadku nie odzwierciedlał on tak wyraźnie rozwoju sytuacji związanej z pandemią, a raczej z sezonami zakupowymi. Największy wzrost zainteresowania dał się zauważyć w lutym 2020 r., czyli w sezonie wyprzedaży – o 194 proc. w stosunku do stycznia. W kolejnych miesiącach zainteresowanie bardzo spadło, by mocno wzrosnąć w listopadzie, miesiącu Black Friday i Cyber Monday – o 157 proc. w stosunku do stycznia.

E-mail marketing jest nadal jednym z najtańszych i najbardziej efektywnych narzędzi wspierających sprzedaż, a jego popularność rośnie. Potwierdza to też zainteresowanie Internautów tą tematyką, które w czerwcu było prawie 5-krotnie wyższe, niż na początku roku.

Wirtualny portfel – Chcemy płacić szybciej i łatwiej

Analiza danych internetowych pozwala zauważyć ważny i popularny trend, jakim jest usprawnianie płatności internetowych. Zainteresowanie Internautów hasłami takimi jak „digital wallet” czy różnymi metodami płatności bezgotówkowych (takimi jak SkyCash, Blik, Apple i Google Pay, PayPal) już na początku roku 2020 było duże, i choć pandemia nie wpłynęła, jak w innych omawianych przypadkach, na jego gwałtowny wzrost, to rośnie ono systematycznie, osiągając pod koniec roku 2020 107 proc. w stosunku do stycznia.

Powoli rośnie również zainteresowanie płatnościami kryptowalutami – dodaje Krzysztof Jarecki, CEO z ExpertSender – Trudno orzec, czy ten trend utrzyma się w najbliższych latach, ale z pewnością warto o nim pamiętać i śledzić jego dalsze losy.

  • https://www.gemius.pl/wszystkie-artykuly-aktualnosci/e-commerce-w-polsce-2020.html

*Analizę przeprowadzono za okres styczeń-grudzień 2020 za pomocą narzędzia SentiOne służącego do monitorowania Internetu i automatyzacji obsługi klienta za pomocą chatbotów. SentiOne wykorzystując autorską technologię, zbiera dane z ponad 5 milionów źródeł, takich jak social media oraz blogi, strony www, portale informacyjne, czy strony z recenzjami.

Toyota opracowała kompaktowy moduł ogniw paliwowych dla producentów pojazdów na wodór

Toyota wprowadza na rynek nowe urządzenie, w którym zestaw ogniw paliwowych otrzymał formę uniwersalnego, kompaktowego modułu. Firma zamierza rozpocząć sprzedaż urządzenia wiosną lub latem 2021 roku. Nowy produkt jest przeznaczony dla producentów wodorowych pojazdów i urządzeń do wielu różnych zastosowań, takich jak ciężarówki, autobusy, pociągi, statki oraz generatory stacjonarne.moduł ogniw paliwowych dla producentów pojazdów na wodór (2)

W ostatnich latach w wielu krajach i regionach zostały przyjęte różnego rodzaju plany bądź strategie wodorowe, dlatego na rynku pojawiła się znaczna grupa nowych firm z tej branży. W wyniku tego rośnie zapotrzebowanie na wodór oraz na technologie ogniw paliwowych do różnych zastosowań.

Toyota, która wprowadziła na rynek dwie generacje samochodów z ogniwami paliwowymi, od lat zajmuje się popularyzacją wodoru. Obecnie marka wchodzi w nową rolę dostawcy zestawów ogniw paliwowych w łatwej w użyciu, modułowej formie. W ten sposób Toyota wzmocni swoją pozycję promotora produktów wykorzystujących ogniwa paliwowe dzięki współpracy z wieloma różnymi producentami. Celem tych działań jest redukcja emisji CO2, ograniczenie globalnego ocieplenia i przyczynienie się do osiągnięcia neutralności klimatycznej.

Do tej pory Toyota podejmowała wiele inicjatyw zmierzających do budowy gospodarki opartej na wodorze. W 2014 roku rozpoczęła sprzedaż bezemisyjnego sedana Mirai napędzanego ogniwami paliwowymi. W kolejnych latach wprowadziła na rynek wodorowy autobus SORA, zaczęła sprzedawać zestawy ogniw paliwowych innym producentom oraz udostępniła do darmowego wykorzystania patenty na technologie związane z pojazdami z ogniwami paliwowymi. Dzięki tym doświadczeniom Toyota zauważyła, że na rynku jest wiele firm szukających stabilnych dostawców zestawów ogniw paliwowych, które można łatwo zamontować w ich produktach.

W odpowiedzi na te oczekiwania, Toyota stworzyła wygodny w użyciu moduł z ogniwami paliwowymi, opracowanymi dla Mirai drugiej generacji, które są mniejsze i wydajniejsze od ogniw z pierwszej generacji wodorowej Toyoty. Moduł jest wyposażony w systemy dostarczania powietrza i wodoru, system chłodzenia i jednostkę sterującą mocą. Urządzenie jest dostępne w czterech wariantach – w układzie poziomym (Typ 1) lub pionowym (Typ 2) oraz o mocy 60 kW lub 80 kW.

 Dane techniczne modułu FC Toyoty*

  Typ 1 (pionowy) Typ 2 (poziomy)
Wygląd zewnętrzny  

moduł ogniw paliwowych dla producentów pojazdów na wodór (3)

 

moduł ogniw paliwowych dla producentów pojazdów na wodór (1)
Wymiary (długość x szerokość x wysokość) 890 × 630 × 690 mm 1 270 × 630 × 410 mm
Masa około 250 kg około 240 kg
Moc 60 lub 80 kW 60 lub 80 kW
Napięcie 400–750 V

*Tabela zawiera wartości docelowe, które mogą ulegać zmianie.

Szeroka gama produktów i łatwość instalacji

Nowy moduł FC powstał dzięki technologiom, które Toyota rozwija od wielu lat w ramach prac nad samochodami z ogniwami paliwowymi. Toyota oparła się także na wiedzy zdobytej w czasie kilku lat obecności Mirai na rynku i jego eksploatacji w wielu różnych strefach klimatycznych.

Moduły FC Toyoty są łatwe w montażu, a ich gama jest wystarczająco szeroka, aby odpowiedzieć na różne potrzeby producentów wodorowych pojazdów i urządzeń. Nowy moduł pozwala na pracę w szerokim zakresie napięć i może zostać bezpośrednio podłączony do istniejącej instalacji elektrycznej oraz współpracować z takimi urządzeniami jak silnik elektryczny, falownik, akumulator itp. Specjalnie opracowany konwerter typu Boost, wbudowany w moduł FC, upraszcza opracowanie i produkcję pojazdów i urządzeń, w których moduł Toyoty będzie wykorzystywany.

Cztery wersje modułu FC można ze sobą łączyć w zależności od potrzeb, elastycznie dostosowując ich konfigurację do mocy produktu, w którym będą montowane, i do ilości dostępnej przestrzeni. Modułowa forma urządzeń Toyoty eliminuje potrzebę tworzenia indywidualnych projektów instalacyjnych. Integruje również i zmniejsza liczbę złączy wejścia i wyjścia, za pomocą który moduł Toyoty będzie podłączany do zasilanego urządzenia, ułatwiając instalację.

Bezpieczeństwo, niezawodność i wsparcie techniczne

Aby zapewnić bezpieczeństwo w związku z wykorzystaniem wodoru oraz z wysokim napięciem, zastosowano wiele zabezpieczeń zaprojektowanych przez Toyotę podczas prac nad hybrydami i samochodami z ogniwami paliwowymi. Środki te mają na celu zabezpieczenie przed wyciekiem wodoru, a w mało prawdopodobnych sytuacjach, gdyby do takiego wycieku doszło, zapewnią jego natychmiastowe wykrycie i zatrzymanie.

Moduł został tak zaprojektowany, aby można go było stosować w wielu różnych środowiskach – zarówno w niskich, jak i wysokich temperaturach, a także na dużych wysokościach, gdzie powietrze jest rozrzedzone. Jest również odporny długotrwałe wibracje.

Producenci pojazdów i urządzeń zasilanych ogniwami paliwowymi, którzy skorzystają z oferty Toyoty, otrzymają pomoc doświadczonych inżynierów marki w zaprojektowaniu optymalnego układu modułów FC w pojazdach lub urządzeniach, które ogniwa paliwowe mają zasilać, z uwzględnieniem takich parametrów jak zużycie wodoru, czas użytkowania czy koszty eksploatacji.

Duża moc i wydajność modułu FC

W ogniwach paliwowych Toyoty wyeliminowano osobny system nawilżania dzięki wykorzystaniu zjawiska zawilgocenia przez wodę powstającą podczas wytwarzania energii w reakcji wodoru i tlenu. Dzięki temu nowy moduł osiągnął najwyższy na świecie poziom gęstości energii na jednostkę objętości.

Konserwacja nowego modułu wodorowego Toyoty jest prosta i nie wymaga częstych przeglądów, co przekłada się na obniżenie kosztów. Toyota zadbała o to, aby utrzymać na niskim poziomie całkowity koszt nowego modułu FC – od ceny zakupu i kosztów użytkowania, po koszty utylizacji.

Gdzie firmy będą szukać pracowników w II kwartale 2021 roku?

Ubiegły rok dla wielu Polaków był okresem dynamicznych zmian w zatrudnieniu, wynikających z pandemii COVID-19 i związanego z nią lockdownu. Czy obecnie pracownicy nadal powinni obawiać się zwolnień? Jakie są plany rekrutacyjne pracodawców w poszczególnych regionach kraju i sektorach rynku? Aktualne prognozy dotyczące rynku pracy prezentuje najnowszy „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia” opublikowany dziś przez firmę ManpowerGroup.

Z opublikowanego dziś raportu ManpowerGroup wynika, że w miesiącach kwiecień – czerwiec redukcję etatów planuje tylko 3% przedsiębiorców. Przeważająca większość (83%) nie przewiduje zmian personalnych, natomiast 10% chce pozyskiwać nowych pracowników. Po uwzględnieniu korekty sezonowej*, prognoza zatrudnienia netto w Polsce w II kwartale 2021 roku wyniesie +6%. Wskaźnik ten w ujęciu kwartalnym zanotował wzrost o 1 punkt procentowy, natomiast w stosunku do okresu kwiecień – czerwiec w 2020 roku jest wyższy o 3 punkty procentowe.

Tendencja wzrostowa sugeruje, że – po niekorzystnym dla wielu biznesów roku 2020 – pracodawcy znów zaczynają spoglądać w przyszłość z umiarkowanym optymizmem i planują powiększanie swoich zespołów. To dobra wiadomość dla osób poszukujących pracy, ponieważ mogą one spodziewać się zwiększenia liczby ofert na rynku. Wzrost nie będzie jednak równomierny w całym kraju. Prognoza netto zatrudnienia prezentowana w podziale na regiony i sektory rynku wskazuje, gdzie – według deklaracji przedsiębiorców – powinno pojawić się najwięcej, a gdzie najmniej etatów.

– Widzimy pozytywny trend na rynku w postaci wzrostu prognoz zatrudnienia polskich pracodawców, zarówno w ujęciu kwartalnym jak i rocznym. Pozytywna zmiana, jaką obserwujemy w wynikach naszego badania to również rosnąca przewaga firm, które chcą zwiększać zatrudnienie, nad tymi, które planują redukcje etatów. Mamy też relatywnie niski odsetek przedsiębiorstw, które nie znają swoich planów personalnych na najbliższe trzy miesiące, co może potwierdzać, że wiele polskich organizacji nauczyło się funkcjonować w pandemii a skala niepewności i dynamiki zmian na rynku jest mniejsza niż wiosną i latem ubiegłego roku – mówi Iwona Janas, dyrektor generalna ManpowerGroup w Polsce.
Poszukiwanie talentów na południowym-zachodzie. Na południu – stagnacja

Zgodnie z danymi zawartymi w raporcie Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia, w II kwartale 2021 roku zwiększenie zatrudnienia przewidują pracodawcy w 5 z 6 regionów Polski. Największe szanse na znalezienie nowej posady mają kandydaci na południowym-zachodzie. Prognoza netto zatrudnienia wynosi tam +10% i jest najwyższa w zestawieniu – pomimo tego, że w stosunku do ubiegłego kwartału spadła o 2 punkty procentowe.
Więcej ofert pracy na wiosnę

Dobre perspektywy zawodowe czekają również mieszkańców regionu wschodniego (+9%). Wynik jest zbliżony do tego z poprzedniego kwartału, co sugeruje, że sytuacja na lokalnym rynku pracy jest dość stabilna, a nowi pracownicy nieustannie poszukiwani. Na wzrost liczby ofert mogą liczyć także kandydaci z regionów północno-zachodniego (+6%) i północnego (+5%), gdzie pracodawcy deklarują umiarkowanie optymistyczne plany dotyczące powiększania zespołów. Warto zauważyć, że w tych regionach zanotowany został wzrost wskaźników w ujęciu kwartalnym, odpowiednio o 3 i 4 punkty procentowe.

Przedsiębiorcy z Polski centralnej są bardziej zachowawczy i nie przewidują otwarcia wielu procesów rekrutacyjnych w strukturach swoich firm. Prognoza netto zatrudnienia w tym regionie wynosi zaledwie +2% i utrzymuje się na podobnym poziomie już drugi kwartał z rzędu. W tym rejonie kandydaci powinni więc uzbroić się w cierpliwość i przygotować na dość długi proces poszukiwania pracy. Problemów ze znalezieniem nowej posady doświadczą również mieszkańcy regionu południowego (0%).

Jakich specjalistów poszukują pracodawcy?

Z „Barometru ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia” wynika, że największe zapotrzebowanie na pracowników zgłaszają firmy z sektora Budownictwo (+13%). Choć optymizm, z jakim pracodawcy witali nowy rok zmalał – wskaźnik zanotował spadek o 3 punkty procentowe w ujęciu kwartalnym. Zespoły chcą powiększać także przedsiębiorstwa zajmujące się produkcją przemysłową (+11%) oraz handlem detalicznym i hurtowym (+8%). Również specjaliści związani z sektorem finansów i usług dla biznesu mogą spodziewać się umiarkowanych szans na znalezienie nowej pracy (+3%).
Jakich specjalistów poszukują pracodawcy

– Patrząc na dane dla sektorów przeanalizowanych w ramach naszego badania widzimy k-kształtny trend. To znaczy, że niektóre branże rosną w trakcie pandemii i będą zatrudniać nowych pracowników, inne natomiast zostały mocno dotknięte przez ograniczenia administracyjne i zmuszone do zredukowania liczby pracowników. To właśnie ta pierwsza grupa, czyli sektor budownictwa, dla którego wiosna zawsze była okresem odmrożenia prac po zimie, produkcji przemysłowej oraz handlu, z e-commerce na czele i wysokie prognozy zatrudnienia tych pracodawców sprawiają, że wynik dla Polski jest umiarkowanie optymistyczny. Polska pozostaje też atrakcyjnym rynkiem dla inwestycji lokowanych w obszarze nowoczesnych usług dla biznesu a pracodawcy z tego sektora powiększali swoje zespoły także pomimo pandemii. Szacujemy, że ten trend utrzyma się w kolejnych kwartałach. Na drugim biegunie mamy natomiast obszary, które najbardziej dotkliwie odczuły skutki lockdownu i zmian nawyków konsumenckich, czyli przede wszystkim restauracje i hotele, turystykę, rozrywkę – dodaje Iwona Janas.

Z redukcją etatów muszą natomiast liczyć się pracownicy sektora Restauracje/Hotele (-2%), który wciąż jeszcze odczuwa skutki lockdownu wywołanego pandemią COVID-19. W porównaniu do poprzedniego kwartału jest to poprawa o 5 punktów procentowych, jednak utrzymujący się na ujemnym poziomie wskaźnik pokazuje, że właściciele hoteli oraz przedsiębiorcy oferujący usługi gastronomiczne nadal są niepewni jutra i przewidują konieczność zmniejszenia zatrudnienia.

Jak polski rynek pracy wypada na tle innych krajów EMEA?

Jeśli chodzi o prognozy dotyczące zatrudnienia w Polsce, deklaracje przedsiębiorców są stosunkowo optymistyczne. W regionie EMEA (Europa, Bliski Wschód i Afryka) badaniem ManpowerGroup objętych zostało ponad 15 tys. pracodawców. Z uzyskanych danych wynika, że w miesiącach kwiecień – czerwiec najkorzystniejszą sytuację na rynku pracy przewidują przedsiębiorcy z Chorwacji (+12%) i Rumunii (+12%). Sprzyjającej koniunktury spodziewają się również pracodawcy w Szwecji – wzrostowa tendencja prognozy netto zatrudnienia utrzymuje się tam już trzeci kwartał z rzędu i właśnie osiągnęła poziom +8%. Identyczny wynik zaprezentowały Czechy.

Z kolei popularne do tej pory wśród Polaków kierunki wyjazdów za pracą, takie jak Wielka Brytania czy Niemcy, nie wydają się obecnie równie atrakcyjne jak przed pandemią. W Wielkiej Brytanii deklarowane zapotrzebowanie na pracowników spada już 4 kwartał z rzędu, a prognoza netto zatrudnienia osiągnęła wynik -5%. Mieszkańcy tego kraju muszą więc liczyć się ze znaczną redukcją etatów. W Niemczech prognoza netto zatrudnienia, choć dodatnia (+3%), notuje spadki we wszystkich 7 sektorach gospodarki zarówno w ujęciu kwartalnym, jak i rocznym. W sytuacji niesprzyjającej zmianom zawodowym będą Włosi (-2%), Hiszpanie (-1%) oraz Finowie (-2%). Ostrożni w rozbudowywaniu zespołów są również przedsiębiorcy ze Słowacji – tam już drugi kwartał z rzędu wskaźnik utrzymuje się na poziomie +3%.

Gdzie znaleźć więcej informacji?

Raport dla II kwartału 2021 r. został opracowany na podstawie indywidualnych wywiadów z 557 pracodawcami w Polsce. Wszystkim uczestnikom badania zadano pytanie: „Jakie są przewidywania dotyczące zmian w całkowitym zatrudnieniu firmy w Pani/Pana oddziale w ciągu trzech miesięcy, do końca czerwca 2021 r., w porównaniu do obecnego kwartału?”.

Dane przedstawione w niniejszym materiale to część większej całości, zebranej i przeanalizowanej w ramach badania Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia. Pełny raport, zawierający informacje o globalnych perspektywach zatrudnienia w podziale na poszczególne sektory gospodarki, jest bezpłatny i dostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl, w zakładce Raporty rynku pracy.

* W niniejszym raporcie stosowane jest pojęcie „prognoza netto zatrudnienia”. Parametr ten stanowi różnicę procentową pomiędzy liczbą pracodawców przewidujących wzrost całkowitego zatrudnienia a liczbą pracodawców spodziewających się spadku całkowitego zatrudnienia w swoim oddziale w najbliższym kwartale. Uzyskany wynik to właśnie prognoza netto zatrudnienia. Wszystkie komentarze są oparte na danych uwzględniających korektę sezonową; w przeciwnym wypadku nieuwzględnienie korekty będzie wyraźnie zaznaczone.