Przytłoczeni codziennością – jak nasze emocje wpływają na radzenie sobie w trudnych momentach?

Ostatnie miesiące stały się prawdziwym sprawdzianem odporności psychicznej i umiejętności radzenia sobie ze stresem. Obawiamy się nieznanego, dlatego wiele osób miało problem z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości. Poziom inteligencji emocjonalnej przekłada się na zdolność adaptacji i pokonywania trudności. Polacy mają z tym problem, ale pracę nad emocjami można zacząć niezależnie od wieku i przełożyć ją na większą satysfakcję z życia. 

Każdy z nas miewa gorsze dni, z którymi jedni radzą sobie lepiej, inni gorzej. Tak samo w sytuacjach konfliktowych czy stresowych. Często towarzyszy temu obniżony nastrój, poczucie bezsilności, brak sensu i radości z życia. To, w jaki sposób będziemy odbierać określone zdarzenie zależy właśnie od poziomu naszej inteligencji emocjonalnej.

– Ponad 264 miliony ludzi na całym świecie choruje na depresja” href=”https://3xz.pl/depresja/” data-schema-attribute=””>depresję, a ostatnie miesiące przyczyniły się do zwiększenia liczby osób, które zgłaszają się z problemami podłoża psychicznego. Najwyższy czas by oprócz rozwijania kolejnych kompetencji zawodowych zadbać o swoje emocje i samopoczucie. Nazwijmy i pokażmy innym w jasny i empatyczny sposób, jak się czujemy, powiedzmy, że nasze potrzeby są dla nas ważne. Higiena emocjonalna pozwoli nam zadbać o nasze zdrowie psychiczne i poprawi komfort życia. Wpłynie to nie tylko na większą satysfakcję z pracy, ale też na poprawę naszych relacji międzyludzkich – podkreśla Marzena Martyniak, międzynarodowy psycholog i naukowiec, badacz inteligencji emocjonalnej dzieci i dorosłych.

Poczucie bezradności, a zdrowie psychiczne

W obecnej sytuacji odnotowywany jest wyższy niż zazwyczaj poziom przewlekłego lęku i ogromnego strachu. Obawiamy się zakażenia, choroby bliskiej osoby, ale także utraty pracy, problemów finansowych i bezrobocia. Do tego jesteśmy zasypywani różnymi informacjami, w tym często fałszywymi, które dodatkowo budzą w nas poczucie bezradności i niepewności w związku z przyszłością.

– Czas pandemii pokazał nam, jak ważne jest dbanie o zdrowie nie tyle fizyczne, ale przede wszystkim te psychiczne i to nie tylko w momencie, gdy jesteśmy praktycznie na skraju załamania. Wiele dorosłych już osób nadal nie potrafi radzić sobie ze swoimi emocjami, z ich wyrażaniem, regulowaniem, panowaniem nad reakcjami. Nie potrafią też często wyjść poza schemat, zerwać z rutyną, przez co narasta w nich lęk, niepokój i frustracja – podkreśla Marzena Martyniak.

Izolacja społeczna w znaczącym stopniu wpłynęła i pogorszyła również nasze relacje międzyludzkie. Polacy są społeczeństwem bardzo rodzinnym i lubiącym gościnność. Spotkania z najbliższymi są niejako wpisane w naszą osobowość kulturową. Dlatego w momencie, gdy z dnia na dzień musieliśmy ograniczyć nasze kontakty społeczne, wiele osób dotknęła niesamowita samotność i poczucie przytłoczenia zaistniałą sytuacją.

Inteligencja emocjonalna, a radzenie sobie w trudnych sytuacjach

Inteligencja emocjonalna to zdecydowanie więcej, niż tylko określone metody i strategie radzenia sobie z emocjami. To kompetencja, której posiadanie przekłada się na sukcesy osobiste i zawodowe, a także umiejętność tworzenia trwałych, zdrowych relacji międzyludzkich. Warto ją rozwijać niezależnie od wieku, ponieważ niewłaściwe odczytywanie i wyrażanie uczuć oraz emocji utrudnia funkcjonowanie w społeczeństwie, a w szczególności komunikację z innymi.

– To, w jaki sposób radzimy sobie w sytuacjach nieznanych i trudnych w dużej mierze zależy od poziomu naszej inteligencji emocjonalnej. Choć panuje powszechne przekonanie, że decydują o tym umiejętności adaptacji, panowania nad stresem, czy wypracowane liczne kompetencje, to właśnie dzięki umiejętnemu zarządzaniu naszymi emocjami jesteśmy w stanie właściwie ocenić daną sytuację, podejść do niej racjonalnie i tym samym ją rozwiązać – mówi Marzena Martyniak.

Osoba, która nie potrafi zapanować nad swoimi emocjami, nie będzie w stanie poradzić sobie w sytuacji stresowej, nawet jeśli zostanie wyposażona w różne kompetencje i schematy działań.

Sposób na zwiększenie satysfakcji z życia – niezależnie do wieku

Inteligencję emocjonalną najlepiej zacząć rozwijać już w pierwszych latach życia, jednak jak pokazują badania Instytutu Rozwoju Emocji – można nad jej poziomem pracować niezależnie od wieku i osiągać bardzo zadowalające wyniki.

– W Polsce poziom inteligencji emocjonalnej społeczeństwa utrzymuje się nadal na stosunkowo niskim poziomie. 35% aktywnych zawodowo Polaków ma problemy z prawidłowym rozpoznaniem emocji, a aż 62% z ich regulowaniem. Strategie regulowania emocji wybierane przez nas w zdecydowanej większości są dla nas niekorzystne, aby zredukować intensywność przeżywanych emocji najczęściej obwiniamy innych, nadużywamy alkoholu, tłumimy emocje, zamartwiamy się, ignorujemy problem czy emocje czy wybieramy pobożne życzenie, że wszystko będzie dobrze. Zatem nic dziwnego, że możemy mieć problemy z radzeniem sobie ze stresem i natłokiem obowiązków, a co aktualnie najważniejsze – z odnajdywaniem się w sytuacjach nietypowych – zauważa Marzena Martyniak.

Każdy dorosły, który czuje się przytłoczony codziennością powinien poszukać pomocy. Rozwiązaniem może okazać się trening  rozwoju inteligencji emocjonalnej, skupiający się na każdej z umiejętności wchodzącej w skład inteligencji emocjonalnej. Jest on indywidualnie dopasowany do potrzeb konkretnej osoby, co weryfikują poprzedzające testy aktualnego poziomu tej kompetencji.

Wyzwania w zakresie pozyskania zasobów IT a emigracja wirtualna

Jeszcze w ubiegłym roku wiele firm w ogóle nie zastanawiało się nad otwarciem sklepów internetowych. Pandemia wywróciła jednak wszystko do góry nogami i nagle popularność handlu internetowego ogromnie wzrosła. Swój moment odpowiednio wykorzystują firmy, które specjalizują się w tworzeniu sklepów online. Rosną ci, którzy od dawna byli obecni w e-commerce sami lub którzy udostępniali platformy do takiej sprzedaży, jak na przykład Allegro czy Ebay.

Jednak wraz ze wzrostem popularności sklepów internetowych, wzrasta też zapotrzebowanie na specjalistów IT, którzy umieją taki sklep zaprojektować, a następnie będą służyć pomocą w zakresie codziennego użytkowania. Wiele osób w pośpiechu podwyższa swoje kwalifikacje w zakresie takich technologii jak na przykład Magento. Rynek potrzebuje jednak więcej osób z konkretnymi umiejętnościami, a okazuje się, że popyt przekroczył podaż.

Wsparcie IT w obszarze e-commerce

Poza standardową możliwością skorzystania z firmy outsourcingowej, coraz częściej korzysta się z usług freelancerów, którzy zrzeszają się w międzynarodowych serwisach internetowych. Serwisy te zwane są platformami, a kilka z nich to Catalant, InnoCentive, Kaggle, Toptal czy Upwork. Oferują one pracę ekspertom IT z całego świata.

Rozwiązanie jest o tyle ciekawe, że pracodawca może „wynająć” specjalistę IT do pomocy w zakresie jednego zagadnienia czy problemu. Nie wiąże się to z koniecznością zatrudniania na stałe. Może to być na przykład niedziałająca jedna z funkcjonalności czy przeprojektowanie strony www od strony wizualnej. Jedna z takich platform – Toptal, twierdzi, że zrzesza 3% wszystkich freelancerów z całego świata.

Nawet jeżeli liczba ta jest jedynie szacunkiem, to faktem jest, że przez ostatnie dziesięć lat liczba  serwisów-platform, w których zrzeszać się mogą wysokiej klasy specjaliści, wzrosła do około 330. Jeśli zaś rosną takie serwisy, to znaczy, że praca za ich pośrednictwem odpowiada specjalistom, którzy się tam rejestrują w poszukiwaniu nowych zleceń. Co ważne, nie są to najczęściej osoby, które miałyby problem ze znalezieniem stałego zatrudnienia. Są to głównie tak zwani „wolni strzelcy”, inaczej „freelancerzy”, którzy zamiast pracy na pełnym etacie, wolą realizować kilka projektów równocześnie najczęściej dla firm spoza Polski.

W Stanach Zjednoczonych szacuje się, że freelancerzy stanowią ponad jedną trzecią całej siły roboczej, z czego niemała część to pracownicy wysoko wykwalifikowani. Jednak platformy usług IT zrzeszają głównie osoby z krajów, gdzie koszty pracy są odpowiednio tańsze. Za przykład służyć może Bangladesz, który dostarcza szacunkowo 15% światowych zasobów pracowników zatrudnionych on-line z liczbą około 650 000 osób. Dzięki technologii, tworzą się nowe możliwości dla osób wykwalifikowanych bez konieczności emigracji. Również nasz rynek jest bardzo bogaty w wysoko wykwalifikowane kadry IT. Według danych GUS – w bieżącym roku jest w Polsce ponad 120 000 osób, które prowadzą jednoosobową działalność gospodarczą, w której zakresie są również (lub jedynie) usługi informatyczne. Nawet jeśli kilkanaście procent z nich zainteresowanych byłoby pracą zdalną, projektową, to również zasililiby globalne zasoby platform, za pośrednictwem których zdobywać mogą interesujące i najczęściej dobrze płatne zlecenia z całego świata. Doświadczenie pokazuje, że nasi specjaliści bardzo chętnie podejmują zdalną pracę dla firm szwajcarskich. Programista front end z niedużym doświadczeniem w tym kraju może liczyć nawet na 29 000 zł miesięcznie w przeliczeniu z franków szwajcarskich. Najczęściej wystarczająca jest znajomość biegła języka angielskiego bez konieczności mówienia po francusku lub niemiecku, a pracę można wykonywać zza swojego biurka we własnym mieszkaniu, choćby na Mazurach.

Ostanie lata, a rok 2020 w szczególności, w dużej mierze zmieniły sposób pracy zwłaszcza osób o wysokich kwalifikacjach IT. Dzięki nowym technologiom oraz wymuszonej przez COVID przychylności pracodawców do  pracy zdalnej, przed polskimi specjalistami otwierają się ogromne możliwości, które dotychczas ograniczone były koniecznością fizycznej emigracji. Obecnie, mamy do czynienia z tzw. wirtualną emigracją, która zapewne dopiero zaczyna się na dobre.

Marek Wróbel, Partner zarządzający Optiveum

PARP: Zdaniem 90 proc. Polaków założenie działalności gospodarczej nad Wisłą jest proste

Jesteśmy społeczeństwem pro-przedsiębiorczym – taki obraz Polaków wyłania się z najnowszej, 9. edycji raportu „Global Entrepreneurship Monitor. Polska 2020”, przygotowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości wspólnie z Uniwersytetem Ekonomicznym w Katowicach. Z analizy wynika, że w 2019 r. aż 87 proc. z nas pozytywnie oceniało warunki do założenia firmy w Polsce, co znacznie przewyższało średnią europejską. Natomiast ok. 50 proc. Polaków, podobnie jak w innych krajach Europy, nie decydowało się na rozpoczęcie działalności z obawy przed porażką.

Raport GEM Polska prezentuje wyniki unikalnego projektu badawczego, realizowanego w ponad 50 krajach świata, w tym w Polsce. Raport zawiera informacje o postawach, zachowaniach i aspiracjach Polaków dotyczących przedsiębiorczości, nastawieniu do niej naszego społeczeństwa, a także ocenę uwarunkowań powstawania i rozwoju przedsiębiorstw w Polsce przed pandemią (badanie zostało przeprowadzone w połowie 2019 r.)

Przedsiębiorczy jak Polak

Aż 78 proc. Polaków uważa, że prowadzenie własnego biznesu to dobry sposób na karierę zawodową. To nieco mniej niż rok wcześniej (86 proc.), ale jednak aż o 16 pp. więcej w porównaniu do roku 2016, kiedy to zaczęło przybywać Polaków uważających, że prowadzenie firmy jest dobrą alternatywą pracy zarobkowej. Tegoroczna edycja badania daje dziesiąty wynik wśród 50 badanych państw świata. W Europie więcej osób, które myślą podobnie, jest jedynie w Holandii (86 proc.). W państwach o niskim poziomie dochodu średnio więcej osób pozytywnie odnosi się do twierdzenia, że własna firma może być dobrym sposobem na zrobienie kariery. Po części jest to związane z brakiem wystarczającej podaży miejsc pracy etatowej w mniej rozwiniętych gospodarkach.

Wart uwagi jest wysoki status przedsiębiorcy w polskim społeczeństwie. Ponad trzy czwarte ankietowanych jest zdania, że osobom, które założyły własne firmy i odniosły przy tym sukces, należy się uznanie. To nieznacznie, bo o 1 pp. więcej rok do roku. Spośród 21 badanych przez nas państw w Europie to 6. wynik. Dodając do tego fakt, że co drugi Polak zna kogoś, kto założył firmę w ostatnich dwóch latach, możemy przyjąć, że uznanie dla przedsiębiorców jest pochodną praktycznych obserwacji i kontaktów z ludźmi biznesu. Najwięcej osób, które myślą podobnie jest w Norwegii – aż 93 proc., potem jest Słowenia, Niemcy, Luksemburg i Szwecja – mówi Paulina Zadura, dyrektor w Departamencie Analiz i Strategii PARP.

W 2019 r. 18 proc. dorosłych Polaków, a więc podobnie do średniej europejskiej (17 proc.) prowadziło lub zaczynało prowadzić działalność gospodarczą. 5 proc. z nich, czyli ok. 1,3 mln osób prowadzi młode firmy, a 13 proc. – ponad 3 mln osób – firmy dojrzałe. 82 proc. z nas zakłada biznes, aby kontynuować tradycję rodzinną, podczas gdy w Europie to powód jedynie dla jednej trzeciej ankietowanych. Częściej także niż w Europie (41 proc.) decydujemy się założyć działalność, aby zmieniać świat (65 proc.). Mieszkańcy innych krajów Europy trzy razy częściej niż my decydują się na to z konieczności zapewnienia utrzymania, i 3,5 razy częściej z chęci wzbogacenia się.

Nad Wisłą najprościej

Godna odnotowania jest zgodność Polaków w przypadku oceny warunków do rozpoczęcia działalności gospodarczej. Zdaniem aż 90 proc. z nas założenie biznesu nad Wisłą jest proste. To najlepszy wynik wśród wszystkich 50 państw świata. Dla porównania podobnie myśli 71 proc. mieszkańców Stanów Zjednoczonych. Średnia dla badanych państw Europy wynosi natomiast 53 proc.

Z raportu GEM Polska wynika także, że czujemy się przygotowani do prowadzenia własnego biznesu. Połowa z nas deklaruje, że ma do tego wystarczającą wiedzą i umiejętności. Jest to wynik na poziomie Hiszpanii czy Szwecji oraz średniej dla 21 badanych państw w Europie, ale też niższy niż w przywoływanych już Stanach Zjednoczonych (66 proc.). Co ciekawe, wśród wszystkich badanych państw najmniej mieszkańców pozytywnie oceniających swoje umiejętności biznesowe jest w Japonii (14 proc.), najwięcej zaś – w Indiach (85 proc.).

– Od początku prowadzenia badań GEM w Polsce odnotowujemy relatywnie wysoką samoocenę Polaków, jeśli chodzi o posiadanie wystarczających umiejętności do prowadzenia firmy. Niepokojące jest natomiast, że w ubiegłym roku wzrosła liczba Polaków, którzy obawiają się porażki w biznesie. Po dwóch latach spadków odsetek dorosłych, którzy przyznają, że takie ryzyko zniechęca ich do założenia firmy, wzrósł do wartości notowanej w 2016 r. i wyniósł 46 proc. To więcej niż średnia europejska, która wynosi 40 proc. A szok związany z pandemią może dodatkowo wzmocnić te obawy – mówi Anna Tarnawa, kierownik w Departamencie Analiz i Strategii PARP.

Eksperci nie łączą ze zwiększonym poziomem obaw spadku wskaźnika mierzącego intencje przedsiębiorcze Polaków. Jedynie 6 proc. ankietowanych deklarowało chęć założenia firmy w ciągu trzech lat. To o połowę mniej niż średnia europejska i najmniej od 2011 r., czyli od pierwszej edycji badania. – Zważywszy na wzrost lub stabilny poziom pozostałych wskaźników, jak ocena otoczenia biznesowego czy samoocena zdolności i umiejętności biznesowych, a także niemal powszechne przekonanie Polaków o łatwości założenia firmy w kraju, można przyjąć, że spadek intencji przedsiębiorczych był spowodowany wyjątkowo korzystną sytuacją na rynku pracy. Mówiło się wręcz o rynku pracownika, a nie pracodawcy. Musimy poczekać do kolejnej edycji badania, by przekonać się, jak bardzo pandemia COVID-19 wpłynęła na aktywność przedsiębiorczą Polaków – mówi Przemysław Zbierowski, kierownik Katedry Zarządzania Zasobami Ludzkimi, Uniwersytet Ekonomiczny w Katowicach.

Nowe produkty i usługi

W 2019 r. 22 proc. Polaków prowadzących młode firmy (poniżej 3,5 roku), czyli ok. 280 tys. osób, oferowało nowe produkty i usługi. W Europie udział młodych firm, które oferują nowe produkty i usługi (niezależnie od tego, czy są to produkty nowe lokalnie, na poziomie kraju, czy poza nim) waha się od 16 proc. w Rosji i Białorusi do 53 proc. w Luksemburgu.

Nieco mniejsze zróżnicowanie widać w przypadku osób prowadzących młode firmy, które do wytwarzania swoich produktów lub usług stosują nowe technologie bądź metody pracy. Najmniejszy jest ich udział w przypadku Białorusi, Łotwy i Rosji (od 15 do 18 proc.), a największy w przypadku Luksemburga i Macedonii Północnej (do 40-42 proc.). W Polsce 34 proc. właścicieli młodych firm wykorzystywało nowe technologie i metody pracy w swojej działalności.

Polska, podobnie jak Rosja i Włochy, należy do państw, gdzie minimum 80 proc. młodych firm wprowadzających nowe produkty lub usługi twierdzi, że są one nowością jedynie w skali lokalnej. 14 proc. polskich młodych firm wprowadza produkty nowe w skali kraju, a jedynie 6 proc. w skali świata. Jak zauważają autorzy raportu, po części ta relatywnie niższa innowacyjność polskich młodych firm jest efektem wielkości i chłonności krajowego rynku. Również w Hiszpanii czy Wielkiej Brytanii minimum połowa młodych firm wprowadzających nowe produkty i usługi deklaruje, że są nowe w skali lokalnej. Natomiast w państwach niewielkich, jak Cypr czy Słowenia, wśród młodych firm oferujących nowe produkty i usługi przeważają te, których oferta jest nowa w skali kraju i świata.

Rusza „SYGMO for COVID-19” – nowa polska platforma telemedyczna dla przedsiębiorstw i instytucji

Eksperci Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie we współpracy z firmą Grupa casusBTL opracowali aplikację zintegrowaną z innowacyjnym systemem telemedycznym do analizy objawów zakażenia koronawirusem. W oparciu o tę platformę podmioty mogą już świadczyć kompleksowe usługi telemedyczne. Dostępne na rynku polskie rozwiązanie ma zapobiegać zakażeniom w miejscu pracy, a przez to przyczyniać się do redukcji absencji i optymalizacji kosztów w przedsiębiorstwach i instytucjach publicznych. Zdaniem ekspertów poprawi to bezpieczeństwo zdrowotne pracowników i ich bliskich.

Kosztowne problemy

Nawet jeden zakażony COVID-19 pracownik może szybko zarazić innych członków personelu i przez to spowodować znaczące braki kadrowe, zachwianie płynności produkcji lub świadczenia usług, a tym samym – paraliż całej firmy. Jego skutki finansowe mogą być poważnym zagrożeniem dla funkcjonowania przedsiębiorstwa, dlatego polskie firmy wdrażają wszelkie dostępne rozwiązania nakierowane na walkę z koronawirusem.

Z transmisją COVID-19 w zakładach pracy przedsiębiorcy w Polsce próbują walczyć przede wszystkim za pomocą wypracowanych procedur bezpieczeństwa, takich jak częsta dezynfekcja, noszenie maseczek ochronnych i utrzymywanie dystansu pomiędzy pracownikami. Niestety, nie mają wpływu na moment, w którym osoba zarażona pojawia się w pracy. W podmiotach medycznych ta sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana.
Z problemem zmierzył się Wojskowy Instytut Medyczny w Warszawie, tworząc oprogramowanie MKS „COVID-19” i zapraszając naszą firmę do współpracy w zakresie rozwoju i komercjalizacji projektu. Tak rozpoczął się kilkumiesięczny proces tworzenia platformy telemedycznej „SYGMO for COVID-19”
– mówi Adrian Szulczyński, prezes Zarządu Grupy casusBTL.SYGMO for COVID-19

Polskie kompleksowe rozwiązanie

„SYGMO for COVID-19” to zintegrowany system działający w oparciu o: aplikację
z ankietą samokontroli, dostępną z poziomu telefonów lub komputerów pracowników, platformę telemedyczną wspierającą analizę występowania symptomów choroby zakaźnej
(w tym COVID-19) oraz zespół lekarzy specjalistów medycyny zakaźnej, oceniających ryzyko zakażenia i pełniących rolę konsultantów.

W Wojskowym Instytucie Medycznym już w pierwszych dniach pandemii COVID-19 uświadomiliśmy sobie, że podstawowym warunkiem bezpieczeństwa epidemiologicznego szpitala i utrzymania płynności jego działalności jest trafne i szybkie zidentyfikowanie osób podejrzanych o zakażenie koronawirusem – mówi płk dr hab. med. Paweł Krzesiński, Kierownik Kliniki Kardiologii i Chorób Wewnętrznych Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie i dodaje: – Prototypowa aplikacja powstała w kilka tygodni. Do dziś korzysta z niej blisko 2 tys. osób, a liczba przesłanych raportów telemedycznych przekroczyła 110 tys. Na podstawie analizy ankiety pracownicy centrum monitorującego interweniowali już ponad 100 razy. Czy było warto realizować ten projekt? Nie ma wątpliwości.

Zastosowane w „SYGMO for COVID-19” algorytmy wspierające analizę danych podlegają stałej weryfikacji i doskonaleniu w oparciu o: najnowsze wyniki badań naukowych, wytyczne postępowania, obowiązujące przepisy oraz opinie ekspertów. To pozwala stale rozwijać i skalować opracowane rozwiązanie. Co istotne, platforma może być zaimplementowana i docelowo integrowana z istniejącymi systemami, na przykład kadrowymi. Nie bez znaczenia był dla nas aspekt bezpieczeństwa, dlatego raz wprowadzone w centrum monitorowania dane nie opuszczają go – mówi płk dr inż. Piotr Murawski, Szef Oddziału Teleinformatyki Wojskowego Instytutu Medycznego, kierownik zespołu odpowiedzialnego za opracowanie technologii rozwiązania.

Pierwsze wdrożenia

Potencjał nowej platformy telemedycznej „SYGMO for COVID-19” wykorzystuje już Centrum Nowoczesnej Medycyny Enterna Medica, które w oparciu o własne Centrum Telemedycyny
i Telemonitoringu wprowadziło na rynek abonamentową usługę wsparcia przedsiębiorstw
i instytucji w zminimalizowaniu ryzyka rozprzestrzenienia się chorób wirusowych w zakładach pracy. Przedsiębiorstwo lub instytucja publiczna może wykupić określoną liczbę abonamentów usługi medycznej „SYGMO for COVID-19” dla swoich pracowników. Personel otrzymuje instrukcje do instalacji aplikacji wraz z unikalnymi danymi do logowania.

Jak zaznaczają przedstawiciele Enterna Medica, w realiach ograniczonego dostępu do konsultacji w stacjonarnych placówkach ochrony zdrowia rozwiązania z zakresu telemedycyny ułatwiają uzyskanie porady i kontakt z lekarzem. Zapotrzebowania na zdalne teleporady w skali masowej nie przewidziały ani państwowe systemy opieki zdrowotnej, ani sieciowe spółki prywatne, dlatego innowacyjne rozwiązania telemedyczne są dziś zdaniem przedsiębiorców chętnie implementowane na rynku.

System ochrony przed transmisją koronawirusa działa w oparciu o codzienny wywiad epidemiologiczny z pracownikami, jego weryfikację przez konsultantów-lekarzy oraz schemat zaleceń w przypadku wystąpienia niepokojących symptomów. W razie podejrzenia infekcji COVID-19 pracownik zostanie skierowany na konsultacje z lekarzem specjalistą medycyny rodzinnej lub najbliższą stacją sanitarno-epidemiologiczną. Aplikację wyróżnia szeroki zakres analizowanych danych, w tym potencjalnych symptomów infekcji. To ważne, ponieważ sama wartość temperatury ciała nie jest miarodajna dla oceny ryzyka zakażenia. Aby właściwie ocenić potencjalne zagrożenie, trzeba wziąć pod uwagę znacznie więcej zmiennych. Jeśli wskazania algorytmu analizującego wiele czynników dodatkowo weryfikuje wykwalifikowany medycznie konsultant, poziom bezpieczeństwa dodatkowo wzrasta – wyjaśnia prof. dr hab. n. med. Zbigniew Kalarus, Członek Zarządu Enterna Medica Centrum Nowoczesnej Medycyny.

W niezwykle trudnym czasie pandemii COVID-19 chcieliśmy dać przedsiębiorcom
i instytucjom narzędzie pozwalające im skutecznie chronić zdrowie pracowników oraz strategiczne zasoby firmy.
Większe poczucie bezpieczeństwa personelu przekłada się bezpośrednio na kondycję przedsiębiorstwa, także finansową. W okresie pandemii i spodziewanej recesji właściciele firm liczą co prawda każdą złotówkę, jednak z naszych obserwacji wynika, że nie są skłonni do oszczędności na zdrowiu personelu. Słusznie wierzą, że dobra kondycja pracowników to większa płynność pracy i środków finansowych, dlatego poszukują skutecznych i kompleksowych rozwiązań, które pomogą im ochronić przed skutkami epidemii personel i całe przedsiębiorstwo – dodaje Adrian Szulczyński.

Holistyczna strategia ochrony

Jak podkreślają twórcy rozwiązania, zaletą usługi oferowanej w oparciu o „SYGMO for COVID-19” jest holistyczne podejście do problemu ochrony przed chorobami zakaźnymi. Kwestionariusz, poza pytaniami o typowe dolegliwości i objawy, zawiera dodatkowo pytania epidemiologiczne, które umożliwiają wczesną identyfikację osób zakażonych. Choć przebieg infekcji SARS-CoV-2 może być bezobjawowy, to dane medyczne jednoznacznie wskazują, że liczba wirionów (cząstek wirusa) w materiale z nosogardła jest zdecydowanie większa u chorych objawowych, a ich propagacja (namnażanie się) jest największa w ciągu pierwszych pięciu dni od pojawienia się objawów. Choć obecnie brak całkowicie pewnych metod służących zapobieganiu szerzenia się epidemii, zdaniem ekspertów polskie rozwiązanie umożliwia systematyczne podejście do problemu. W opinii klinicystów to kluczowe dla skutecznego zapobiegania rozprzestrzeniania się infekcji.

Popularne w przedsiębiorstwach abonamenty medyczne oferowane pracownikom w formie tak zwanych benefitów nie uwzględniały wydarzenia takiego jak epidemia i konieczności istnienia kompleksowego systemu opartego na: wywiadzie, weryfikacji, specjalistycznej konsultacji i profesjonalnych zaleceniach lekarskich dla ochrony przed rozprzestrzenianiem się chorób zakaźnych. Tymczasem podobne rozwiązanie jest niezbędne i to zarówno ze względu na prognozy dotyczące COVID-19, który może stanowić istotne zagrożenie dla zdrowia publicznego jeszcze przez wiele miesięcy, jak i na inne, potencjalnie nie mniej groźne infekcje wirusowe – podkreśla dr hab. n. med. Włodzimierz Mazur, Kierownik Kliniki Chorób Zakaźnych Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, konsultant medyczny projektu „SYGMO for COVID-19”.

Pacjenci z ciężkimi chorobami jelit muszą przerywać terapię po 1-2 latach ze względów administracyjnych. Lekarze apelują o zmiany

Na nieswoiste zapalenia jelit choruje około 50 tys. Polaków, głównie młodych osób przed 35. rokiem życia. Pacjenci z ciężkim przebiegiem choroby potrzebują terapii biologicznej, która w Polsce jest dostępna w ramach programów lekowych. Te ze względów administracyjnych są jednak ograniczone czasowo do 1–2 lat. Po tym okresie pacjenci nie mogą już kontynuować leczenia, a do programu lekowego mogą zostać włączeni ponownie dopiero, kiedy nastąpi nawrót choroby i ciężkie nasilenie jej objawów. Lekarze apelują o zmianę tych kryteriów. – Przerywanie terapii, które może doprowadzić do utraty jej skuteczności, powinno być uznane za błąd. To ryzykowne dla pacjentów – podkreśla prof. Jarosław Reguła, krajowy konsultant w dziedzinie gastroenterologii.

Nieswoiste zapalenia jelit (NZJ) to przewlekłe choroby zapalne rozwijające się w jelicie cienkim lub grubym. Szacuje się, że w Polsce choruje na nie około 50 tys. pacjentów, w tym ok. 10–15 tys. na chorobę Leśniowskiego-Crohna oraz ok. 35–40 tys. na wrzodziejące zapalenie jelita grubego. Chociaż na NZJ zapadają zarówno małe dzieci, jak i osoby starsze, to jednak szczyt zachorowań przypada między 15. a 35. rokiem życia.

– To są młodzi pacjenci, ludzie aktywni zawodowo i rodzinnie. W krajowym rejestrze choroby Leśniowskiego-Crohna ponad 70 proc. pacjentów w momencie rozpoznania ma poniżej 35. roku życia, więc to są młodzi ludzie i oni wymagają skutecznego leczenia – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Grażyna Rydzewska, kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych i Gastroenterologii CSK MSWiA, prezes zarządu głównego Polskiego Towarzystwa Gastroenterologii.

– Większość pacjentów ma przebieg choroby łagodny bądź umiarkowany. W takich przypadkach zwykle wystarcza leczenie klasycznymi, standardowymi lekami. Jest ono wystarczające u 90 proc. chorych. Natomiast w podgrupie pacjentów, która ma ciężki przebieg, klasyczne leczenie jest nieskuteczne lub wywołuje objawy uboczne i potrzebna jest terapia biologiczna. Ona jest dostępna tylko w ramach programów lekowych – dodaje prof. dr hab. n. med. Jarosław Reguła, krajowy konsultant w dziedzinie gastroenterologii, kierownik Kliniki Gastroenterologii Onkologicznej w Centrum Onkologii – Instytucie im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie.

Programy lekowe dla NZJ prowadzą ośrodki, które podpisały na to kontrakt z resortem zdrowia i NFZ. Kwalifikowani są do nich pacjenci o ciężkim przebiegu choroby, u których klasyczne leczenie okazało się nieskuteczne lub wywołało powikłania. Choć w Polsce dostępność leków biologicznych jest dobra i porównywalna z innymi krajami UE, ta forma terapii ma swoje ograniczenia.

Liczba dostępnych preparatów w Polsce jest podobna jak w najlepiej rozwiniętych krajach zachodnich. We wrzodziejącym zapaleniu jelita grubego mamy dwa główne leki. Ostatnio doszedł też trzeci, innowacyjny, podawany doustnie. Z kolei w chorobie Leśniowskiego-Crohna mamy cztery leki w ramach tych programów. Jest jednak problem z ograniczeniem czasowym w podawaniu tych leków. Programy lekowe trwają maksymalnie 1–2 lata. To leczenie jest skuteczne, pacjenci czują się świetnie, są w remisji. Natomiast ze względów administracyjnych, czyli z formy zapisu tego programu terapeutycznego, muszą to leczenie przerwać po roku lub dwóch – mówi prof. Jarosław Reguła.

W przypadku wrzodziejącego zapalenia jelita grubego program lekowy jest ograniczony do jednego roku, a w chorobie Leśniowskiego-Crohna – maksymalnie do dwóch lat. Po tym czasie, ze względów administracyjnych, pacjenci nie mogą już kontynuować refundowanego leczenia biologicznego. Do programu lekowego mogą zostać ponownie włączeni dopiero wtedy, kiedy nastąpi nawrót choroby i ciężkie nasilenie jej objawów.

– To wiąże się z pewnym ryzykiem, bo nawrót może być cięższy, może doprowadzić do powikłań, wytworzenia przetok, do potrzeby pilnej operacji. Co istotne, takie kilkukrotne przerywanie i włączanie leczenia powoduje wytworzenie przeciwciał przeciw danemu lekowi, który wtedy po prostu przestaje działać – tłumaczy krajowy konsultant w dziedzinie gastroenterologii.

– Z punktu widzenia lekarza to jest nieuzasadnione przerywanie skutecznego leczenia. Wiąże się to ze zwiększonym ryzykiem nawrotu. Czasami te nawroty występują już w tym samym roku, czasami trochę później. Możemy wtedy leczyć jeszcze raz, ale u pacjenta znów musi nastąpić zaostrzenie, więc taka sytuacja nie jest komfortowa ani dla niego, ani dla lekarza – dodaje prof. Grażyna Rydzewska.

W przypadku, kiedy rozpoczęte po raz kolejny leczenie biologiczne okaże się nieskuteczne, często konieczna jest operacja polegająca na usunięciu części lub całości jelita cienkiego lub grubego, co w efekcie prowadzi do wyłonienia stomii, czyli sztucznego odbytu na powłokach brzucha.

– NZJ to choroby na całe życie, właściwie nieuleczalne, a liczba leków dla tych najcięższych przypadków jest ograniczona. Jeżeli będziemy leczyć takim wprowadzaniem i odstawianiem przy kolejnych nawrotach, to część leków stracimy, ponieważ one z czasem utracą swoją skuteczność. W efekcie liczba leków dostępnych dla danego pacjenta się zmniejszy, a przed nim jeszcze całe życie z tą chorobą. Dlatego chcielibyśmy nie musieć przerywać tego leczenia w chwili, kiedy pacjent się świetnie czuje i świetnie odpowiada na leki – mówi prof. Jarosław Reguła.

Lekarze wskazują, że w wielu innych krajach Europy terapia lekami biologicznymi dla NZJ nie jest ograniczona czasowo i może być kontynuowana tak długo, jak jest potrzebna i dopóki jest skuteczna. Decyzja o długości leczenia leży wyłącznie w gestii lekarza i nie jest uzależniona od względów administracyjnych. Lekarze i pacjenci apelują do Ministerstwa Zdrowia o wprowadzenie takiego rozwiązania również w Polsce.

– We wszystkich innych chorobach przewlekłych, np. nadciśnieniu czy cukrzycy, to lekarz decyduje, jaki lek podać i na jak długo. Nie odstawiamy pacjentowi z cukrzycą insuliny dlatego, że jest dobrze uregulowany. To samo powinno dotyczyć programów leczenia biologicznego – mówi prof. Grażyna Rydzewska. – Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że bywa to zależne od czynników ekonomicznych. Jeśli jednak leczenie jest skuteczne, powinno być kontynuowane. Przerywanie i powtórne włączanie leczenia wymaga kolejnej diagnostyki, pobytu w szpitalu, innych leków, więc może być jeszcze droższe niż kontynuacja leczenia biologicznego. Tym bardziej że ono w międzyczasie staniało i stało się bardziej dostępne dzięki lekom biopodobnym.

– Takie działanie, które może doprowadzić do utraty skuteczności danego leczenia, powinno być uznane za błąd. Jeśli już terapia ma być przerywana, to wyłącznie ze wskazań medycznych. Natomiast przerywanie jej ze względów administracyjnych nie jest korzystne i po prostu ryzykowne dla pacjentów – dodaje krajowy konsultant w dziedzinie gastroenterologii.

Tarcza branżowa trafi pod obrady Senatu. Możliwe rozszerzenie listy sektorów uprawnionych do pomocy

Zgodnie z zapowiedziami rządu od 28 listopada ponownie zaczną działać sklepy i usługi w galeriach handlowych, choć w bardziej rygorystycznym reżimie sanitarnym. Na większe luzowanie obostrzeń na razie nie pozwala wciąż wysoka liczba zakażeń i zgonów. Firmy z określonych branż, które pozostają zamknięte, będą mogły liczyć na pomoc z tarczy branżowej, przyjętej w ubiegłym tygodniu przez Sejm. Problem w tym, że lista PKD jest niewystarczająca i z tym najczęściej przedsiębiorcy zgłaszają się dziś do Rzecznika MŚP. Wicepremier Jarosław Gowin zapowiedział, że na etapie prac Senatu wsparcie to może zostać rozszerzone na innych beneficjentów.

Celowana pomoc dla firm, które zostały zamknięte przez rząd, z określonym PKD jest zrozumiała, tylko trudno akurat za pomocą tego narzędzia objąć tych, którzy naprawdę potrzebują pomocy – mówi agencji Newseria Biznes Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców. – Przykładem mogą być dwie agencje reklamowe. Ta, która reklamuje np. sprzedaż internetową, dobrze sobie teraz radzi. Druga, która pracuje na rzecz organizacji targów, ma zerowe przychody. Obie firmy są pod jednym PKD. Trzeba zrobić jakąś reformę tego systemu, bo się okaże, że część osób niestety nie wejdzie na pokład ratunkowy i się utopi.

Rzecznik MŚP przygotował listę 40 kodów PKD, które jego zdaniem zostały niesłusznie pominięte w tarczy branżowej. W trakcie prac sejmowych tylko pięć kodów z tej listy zostało dodanych do przyznawanej pomocy. Rzecznik liczy na to, że kolejne pojawią się w trakcie prac w Senacie lub w ramach odpowiedniego rozporządzenia. O takiej możliwości wspomniał wicepremier i minister rozwoju, pracy i technologii Jarosław Gowin podczas piątkowego posiedzenia Rady Przedsiębiorców przy Rzeczniku MŚP.

– W tej chwili wpływają do nas wnioski głównie od tych wykluczonych, czyli od przedsiębiorców, którzy są zamknięci i nie mogą pracować, a mają PKD obejmujące firmy, które akurat mogą pracować – mówi Adam Abramowicz. – Konkretnej pomocy w ramach nowych tarcz w zasadzie jeszcze nie ma. Gdy się pojawią przepisy, ustawa zostanie  uchwalona, znowu zaczniemy taką samą pracę jak wiosną.

Wiosną Rzecznik MŚP razem z kancelariami prawnymi i podatkowymi rozpoczął akcję informacyjno-organizacyjną #RatujBiznes, w ramach której przedsiębiorcy mogli uzyskać wsparcie przy ubieganiu się o pomoc państwową z tarcz antykryzysowych.

Tarcza branżowa obejmie m.in. branże gastronomiczną, weselną, fitness, targową, filmową, kulturalno-rozrywkową, rekreacyjną, edukacyjną czy fotograficzną. Przewiduje ona dla firm z tych sektorów m.in. zwolnienie ze składek ZUS za listopad, wypłatę postojowego, dotacje do 5 tys. zł czy dofinansowanie do wynagrodzeń pracowników. W razie potrzeby rząd w drodze rozporządzenia będzie mógł tę pomoc wydłużyć na kolejne miesiące.

Zwolnienie z ZUS za jeden miesiąc dla 32 kodów PKD będzie kosztowało ponad 735 mln zł i obejmie ok. 220 tys. podmiotów. Koszt dodatkowego świadczenia postojowego to koszt 388 mln zł, a małej dotacji prawie 1,1 mld zł. Z kolei dofinansowanie do wynagrodzeń będzie kosztowało ok. 1,85 mld zł miesięcznie.

– Jeżeli rząd zamyka działalność gospodarczą i uniemożliwia jej prowadzenie, to niestety za tym muszą iść pieniądze. Jeżeli nie mamy pieniędzy na zapłacenie odszkodowań, to nie zamykajmy gospodarki. Weźmy branżę fitness. Z analiz epidemiologów, np. z Instytutu Kocha, wynika, że poziom przenoszenia się wirusa jest w niej niezwykle niski, a branża pozostaje częściowo zamknięta. W takiej sytuacji niestety trzeba płacić, więc lepiej nie zamykać, tylko podnieść jeszcze bezpieczeństwo epidemiologiczne – mówi Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców..

Zgodnie z przedstawionym w sobotę przez premiera Mateusza Morawieckiego planem na najbliższe tygodnie od 28 listopada ponownie zaczną działać sklepy i punkty usługowe w galeriach handlowych, z limitem 15 mkw. na osobę. Otwarte będą także sklepy meblowe. Jak podkreśla premier, na większe luzowanie na razie nie pozwala wciąż wysoki przyrost liczby zakażonych i ofiar koronawirusa.

Na Śląsku stawiają na innowacje społeczne i zielone technologie. Duże inwestycje klimatyczne czekają wszystkie polskie miasta

W najbliższych kilkunastu latach polskie miasta czekają duże inwestycje związane z potrzebą dostosowywania do europejskiej polityki klimatycznej i z przeciwdziałaniem zmianom klimatu. Środki potrzebne są przede wszystkim na nowe technologie, poprawiające jakość życia w długoletniej perspektywie. Sytuację skomplikowała jednak pandemia, w wyniku której samorządy tracą miliony złotych m.in. przez koszty walki z wirusem i mniejsze wpływy z podatków. W trudnych czasach potrzebne jest innowacyjne podejście do zarządzania, zwłaszcza w miastach, których gospodarka opiera się na kopalniach. W ramach projektu Rybnik360 śląskie miasto do 2035 roku chce zastąpić wygaszane stopniowo górnictwo, opierając się m.in. na zielonych technologiach i odnawialnych źródłach energii.

Samorządy polskich miast z powodu pandemii tracą miliony złotych. To z jednej strony koszty walki z koronawirusem, z drugiej – mniejsze wpływy z podatków. Na problemy ze zbilansowaniem budżetów nakładają się również nowe zadania, które wyznacza im rząd. Środki są potrzebne nie tylko na bieżące wydatki i finansowanie podstawowych usług dla mieszkańców, lecz także na długofalowe inwestycje mające poprawić ich komfort i jakość życia. Tradycyjne podejście do przeciwdziałania zmianom klimatu już nie wystarcza, aby wywołać niezbędną zmianę systemową. Potrzebna jest holistyczna, społeczno-gospodarcza zmiana, zwłaszcza w regionach do tej pory opartych na węglu.

– Rybnik to jest miasto, w którym funkcjonują dwie kopalnie węgla kamiennego, kilka kolejnych jest w bezpośrednim sąsiedztwie i sporo rybniczan pracuje w górnictwie. Dodatkowo na jego terenie jest elektrownia, która jest zasilana węglem kamiennym, dlatego wszystko, co jest związane z restrukturyzacją branży górniczej i z odchodzeniem od węgla, będzie na nasze miasto bardzo silnie wpływało. Mamy z tym związane niepokoje i obawy, natomiast mamy też pełną świadomość, że ten proces musi nastąpić i po prostu trzeba się do niego przygotować – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Masłowski, wiceprezydent Rybnika.

Te obawy to w dużej mierze efekt doświadczeń z zamknięcia rybnickiej kopalni Rymer w latach 90., które spowodowało zubożenie dzielnicy wokół. Dlatego też miasto pracuje nad rozwojem alternatywnych dla górnictwa obszarów, które pozwolą bezboleśnie odchodzić od produkcji węgla, zwłaszcza w kontekście ochrony miejsc pracy.

– Już najwyższy czas, żeby odejść od myślenia o Śląsku jako o miejscu, gdzie się ciężko fizycznie pracuje. Dlatego to, nad czym chcemy pracować, to z jednej strony rozwój obszarów związanych z zielonymi miejscami pracy, odnawialnymi źródłami energii, a z drugiej strony zależy nam na tym, żeby do Rybnika ściągać firmy zajmujące się obsługą księgową, centra usług, nowe powierzchnie biurowe. W ten sposób chcemy młodym ludziom, wyjeżdżającym z miasta na studia, stworzyć takie warunki, do których chcieliby tu wracać – wskazuje wiceprezydent Rybnika.

Miasto rozmawia już z nowymi inwestorami ze Skandynawii, m.in. producentem dachów fotowoltaicznych, a także producentem samochodów elektrycznych.

– Chcemy także stworzyć w mieście razem z miejscowymi podmiotami gospodarczymi i jedną ze spółek giełdowych pierwszą w Polsce partycypacyjną farmę fotowoltaiczną, w której mieszkańcy będą mogli mieć swoje udziały. To pokazuje szerokie spektrum, w jakim myślimy z jednej strony o innowacji, a z drugiej strony o zielonych miejscach pracy – mówi Piotr Masłowski.

Jak podkreśla, te obszary znajdą się w nowej strategii miasta do 2035 roku, nad którą wystartowały prace, prowadzone jednak w niestandardowy sposób. Jego transformacja ma być możliwa dzięki projektowi Rybnik360 Deep Demonstration, który realizuje EIT Climate-KIC Polska wraz z partnerami SPIN-US, MCM Institute i start-upem Swarmcheck.

– Wyzwania związane z mniejszą ilością środków finansowych zmuszają nas do głębszego rozważenia, w których obszarach działać. Projekt Rybnik360 daje nam takie narzędzia. Pokazuje obszary, na których powinniśmy skoncentrować nasze środki, żeby zapewnić miastu przyszłość – mówi wiceprezydent Rybnika.

Projekt jest unikatowy na skalę całego kraju. Wykorzystuje innowacje społeczne, bo to właśnie mieszkańcy, instytucje pozarządowe i przedsiębiorcy, poprzez określenie potencjału miasta oraz swoich mocnych i słabych stron, określą kierunki zmian. W ten sposób będzie można wspólnie wypracować nową wizję Rybnika.

– To jest pewne odwrócenie procesu, bo prym wiodą grupy interesariuszy. To one nam mówią, w jaki sposób widzą przyszłość miasta. Zdefiniowaliśmy pewne obszary, które stanowią wyzwania dla Rybnika: jakość powietrza, jakość życia, przyszłość górnictwa, przyszłość pracy. Teraz, w ostatnim kwartale roku, będziemy szukać rozwiązań, które możemy zaimplementować po to, żeby zmieniać się w pozytywnym kierunku – tłumaczy Wojciech Kiljańczyk, członek zarządu SPIN-US, partnera projektu.

Przy wykorzystaniu deep listening, hiszpańskiej metody stworzonej w Kraju Basków, miasto chce zmapować system miejski, zweryfikować zależności między różnymi obszarami i znaleźć rozwiązania, które będą jednocześnie oddziaływać na cały system.

– Dzięki tej metodzie hiszpańskie Bilbao, kiedyś zupełnie przemysłowe, przekształciło się w kierunku usług innowacyjnej przedsiębiorczości. Mamy nadzieję, że także będziemy szli w takim kierunku. Tradycyjne sektory gospodarcze, przemysłowe, w pewnym sensie ograniczają przedsiębiorczość i aktywność zawodową. Natomiast wygaszanie tych sektorów w przyszłości spowoduje, że będziemy musieli być bardziej aktywni. Mam nadzieję, że pobudzi to również przedsiębiorczość, która pozwoli rozwinąć innowacyjne sektory – ocenia Wojciech Kiljańczyk.

Projekt Rybnik360 Deep Demonstration jest rozwiązaniem w Polsce dotychczas niespotykanym. Samorządy raczej zdają się na analizy eksperckie, które decydują o przyszłości rozwoju miasta. W przypadku Rybnika decydujący głos mają sami mieszkańcy. W ten sposób miasto chce zatrzymać młodych i przyciągnąć nowych inwestorów. W przyszłości podobną metodę mogłyby rozwijać także inne samorządy.

– Staramy się prowadzić ten ogląd na rybnicką rzeczywistość w różnych obszarach tematycznych, także odnosząc się do innych miejsc w Europie i na świecie. To jest bardzo duża przewaga EIT Climate-KIC, że mamy zapewniony background – mówi członek zarządu SPIN-US. –  EIT Climate-KIC wybrał nas dlatego, że jesteśmy miastem średniej wielkości, w którym jest obecne górnictwo, żeby przetestować tę metodę w Polsce. Robimy to, żeby w przyszłości móc przekładać nasze doświadczenia na inne polskie miasta.

Pandemia zwiększyła zainteresowanie ubezpieczeniami na życie. Klienci częściej szukają ochrony na wypadek nagłego zachorowania i pobytu w szpitalu

W ostatnich miesiącach widać większe zainteresowanie ubezpieczeniami na życie. Po wiosennym spowolnieniu spowodowanym lockdownem w III kwartale wzrósł popyt na ubezpieczenia, mimo wakacji, które zazwyczaj są spokojniejszym okresem w sprzedaży. W Unilinku od stycznia do września dynamika sprzedaży wzrosła o 120 proc. r/r, a w samym wrześniu – o 136 proc. To nie tylko efekt wzrostu świadomości ubezpieczeniowej, ale też przesunięcia w czasie decyzji o zakupie polisy.

 Rynek ubezpieczeń na życie i zdrowie w III kwartale ewidentnie się odbił w porównaniu do II kwartału, który był bardzo trudny z uwagi na przestawienie się towarzystw ubezpieczeń na procesy zdalne. Wielu agentów w tym czasie zamykało swoje biura. Klienci wstrzymali oddech, nie wiedzieli, jak długo ten lockdown będzie trwał i jakie będzie miał skutki. Widać, że decyzje przełożone z II kwartału zaczęły się finalizować w III kwartale. Dotyczy to całego rynku ubezpieczeniowego – mówi agencji Newseria Biznes Leszek Osiewacz, dyrektor Departamentu Sprzedaży Ubezpieczeń Życiowych i Zdrowotnych w multiagencji ubezpieczeniowej Unilink.

Z danych Polskiej Izby Ubezpieczeniowej wynika, że na ubezpieczenia na życie Polacy wydali w I półroczu 2020 roku 10,1 mld zł, o 4,4 proc. mniej niż przed rokiem. Ten spadek to efekt przede wszystkim wiosennego spowolnienia spowodowanego lockdownem.

– Gdy zaczęliśmy odmrażać gospodarkę, agenci wrócili do normalnej pracy, rynek odżył. Dlatego III kwartał był bardzo nietypowy. Zazwyczaj wakacje były ciut spokojniejszym okresem w ciągu roku, ale w tym roku nie zauważyliśmy tego spowolnienia. Miesiące wakacyjne były bardzo mocne pod względem sprzedaży ubezpieczeń życiowych i zdrowotnych – ocenia Leszek Osiewacz.

Jak przekonuje ekspert, większa sprzedaż ubezpieczeń na życie to efekt rosnącej świadomości Polaków. Nawet jeśli wybierają oni oferty z niską składką i średnimi sumami ubezpieczenia, to zwracają uwagę także na ochronę w przypadku różnych czynników ryzyka. Kryzys związany z koronawirusem uświadomił wielu osobom konieczność posiadania ochrony ubezpieczeniowej na wypadek np. nagłego zachorowania czy śmierci.

COVID-19 uwypuklił pewne rzeczy związane z ubezpieczeniami na życie. Agenci zaczęli zwracać na te ubezpieczenia uwagę i częściej oferować je klientom, a z kolei klienci trochę może pod wpływem strachu czy emocji dużo częściej pytali o tego typu ubezpieczenia. Czy ten trend się utrzyma? Trudno powiedzieć, ale wydaje się, że tak, bo mamy drugą falę pandemii. Patrzę w przyszłość bardzo optymistycznie – mówi dyrektor w multiagencji Unilink.

Klienci najczęściej oczekują całego pakietu świadczeń gwarantowanych – nie tylko podstawowej ochrony na wypadek zgonu, ale też np. świadczeń szpitalnych, na wypadek zachorowania – swojego lub bliskich, narodzin dziecka czy śmierci małżonka czy rodzica.

– Klienci faktycznie zwracają uwagę na takie rzeczy jak np. pobyty w szpitalu z uwagi na COVID-19. Często pytają, czy jeśli będą musieli być hospitalizowani z powodu koronawirusa, to czy dostaną świadczenie – mówi Leszek Osiewacz.

Większość ubezpieczycieli nie zmieniła zasadniczo swojej oferty podczas pandemii. Część włączyła do zakresu ochrony szersze usługi assistance, np. pomoc pielęgniarki czy przejazd karetką. Część oferuje drugą opinię medyczną i pokrycie kosztów leczenia za granicą wybranych chorób, np. kardiologicznych czy onkologicznych. Jednocześnie ubezpieczyciele nie traktują COVID-19 jako poważnego zachorowania i nie włączyli go do zamkniętego katalogu takich chorób. To oznacza, że świadczenie nie będzie przysługiwać ubezpieczonemu za samo zachorowanie, a tylko w sytuacji, kiedy będzie się ono wiązać z pobytem w szpitalu.

– Towarzystwa ubezpieczeniowe trochę nieświadomie, ale miały w swoich ryzykach tego typu rzeczy jak pobyt w szpitalu bez względu na przyczynę, czy to będzie COVID-19, czy inna choroba – mówi przedstawiciel Unilinku.

Opracowane przez Polaków mobilne kasy zwiększają bezpieczeństwo zakupów podczas pandemii. Wystarczy zeskanować produkty, a płatność jest pobierana automatycznie

Sztuczna inteligencja i inteligentne algorytmy zmieniają branżę spożywczą. Technologie pomagają zapobiegać marnotrawieniu żywności i podpowiadają ilość zamawianych towarów. Inteligentne kamery rozpoznają emocje klienta, sugerują produkty, które powinny trafić do koszyka, jeszcze inne zapobiegają kradzieżom. Przy zakupach nie są też już potrzebni kasjerzy. Opracowane przez Polaków mobilne kasy samoobsługowe SmartCart skanują produkty trafiające do koszyka, a płatność jest automatycznie pobierana z konta.

– W mobilnych kasach samoobsługowych klient bierze wózek, z którym wcześniej się paruje mobilną aplikacją w swoim telefonie, następnie robi zakupy, skanuje wszystkie produkty i wkłada je do koszyka. Rachunek jest naliczany automatycznie cały czas, później wystarczy po prostu wyjechać tym wózkiem ze sklepu. Jeśli rachunek został pozytywnie zweryfikowany, płatność zostaje pobrana z naszego konta lub karty wcześniej dodanej do aplikacji mobilnej – tłumaczy agencji Newseria Innowacje Jarosław Kaczmarczyk, współzałożyciel start-upu ZeroQs.

Największe sieci spożywcze wykorzystują najnowsze osiągnięcia w dziedzinie uczenia maszynowego, wizji komputerowej i algorytmów głębokiego uczenia, aby całkowicie zmienić sposób, w jaki robimy zakupy. Przykładem może być Afresh Technologies. Stosuje technologię SI, aby pomóc sklepom spożywczym prognozować popyt, uzupełniać zapasy i uzyskiwać wgląd w potrzeby konsumentów. Dzięki algorytmom głębokiego uczenia Afresh przetwarza miliony punktów danych, aby zapewnić prognozy popytu, rekomenduje pozycje potrzebne do uzupełnienia zapasów, a proces zaopatrzenia jest automatycznie integrowany z przepływem pracy sklepu spożywczego.

Coraz więcej sieci wdraża też rozwiązania, które pozwalają płacić bez pośrednictwa kasjera. Takie rozwiązanie wprowadził m.in. Amazon Go, a DXC Technology wraz z Harting Systems i Muratą uruchomiły w 2020 roku nową kasę samoobsługową opartą na identyfikacji radiowej. Polacy opracowali zaś SmartCart – całkowicie mobilne kasy samoobsługowe, które składają się ze skanera kodów kreskowych i ekranu dotykowego oraz dedykowanej aplikacji. System wagowy i wizyjny w czasie rzeczywistym wykrywa błędy i próby oszustw.

– Sztuczna inteligencja cały czas nadzoruje cały proces sprzedaży, tzn. sprawdza, czy produkty, które zostały zeskanowane, zostały również włożone do koszyka. Bardzo pomocny jest tu system wizyjny i system wagowy – mówi Jarosław Kaczmarczyk.

Automatyczna płatność to korzyść nie tylko dla klienta (wygoda i szybkość zakupów), lecz także sieci handlowych, niezależnie od ich wielkości. Technologie automatyzują procesy sprzedażowe, pozwalają lepiej zarządzać stanem magazynów i zwiększają poziom „shopping experience” klientów.

– Mobilne kasy samoobsługowe zostały już uznane jako nowa generacja sprzętu do obsługi klientów. Świat idzie w tym kierunku, aby każdy klient mógł być niezależny od nikogo w sklepie, mógł robić zakupy tak, jak lubi, o takich porach, jakich chce, autonomia jest więc najważniejsza – przekonuje współzałożyciel ZeroQs.

Technologię mobilnych kas samoobsługowych SmartCart wdrażają m.in. IKEA, Carrefour, sieć X5, a także polska sieć Społem. Jak tłumaczy Jarosław Kaczmarczyk, ich wprowadzenie przyspieszyła pandemia.

– Mobilne kasy samoobsługowe ograniczają kontakt ludzki, pozwalają klientom robić zakupy niezależnie od nikogo – wskazuje ekspert.

Sama płatność jest też całkowicie bezpieczna. Dane konta połączonego z aplikacją kasy samoobsługowej są praktycznie nie do zhakowania.

– Cała infrastruktura informatyczna jest postawiona na chronionych serwerach i chmurach takich jak Microsoft Azure, które są przez nas licencjonowane. To daje bezpieczeństwo potwierdzone wieloma certyfikatami. Są to jedne z najbezpieczniejszych rozwiązań chmurowych obecnie dostępnych – przekonuje współzałożyciel ZeroQs.

Odkryto nowe, grafenowe kwazicząsteczki. W przyszłości mogą powstać oparte na nich komputery nowej generacji

Inżynierowie z Uniwersytetu Manchesterskiego odkryli i scharakteryzowali nową rodzinę kwazicząsteczek zwaną fermionami Browna-Zaka, która występuje w supersieciach grafenowych. Ich zachowanie w polu magnetycznym daje nadzieję na opracowanie innowacyjnych układów elektronicznych wysokich częstotliwości. Komputery nowej generacji zbudowane dzięki temu odkryciu pozwolą szybciej i sprawniej wykonywać skomplikowane obliczenia.

Praca zaprezentowana przez naukowców z Uniwersytetu Manchesterskiego tłumaczy zachowanie elektronów w grafenowej supersieci. Dotychczas uważano, że elektrony w takiej supersieci zachowują się jak fermiony Diraca, czyli kwazicząsteczki wykazujące właściwości fotonów, które są pozbawione masy i mogą replikować się w wysokim polu magnetycznym.

– Powszechnie wiadomo, że w zerowym polu magnetycznym elektrony poruszają się po prostych trajektoriach, a jeśli zastosujesz pole magnetyczne, zaczną się zginać i poruszać się po okręgu – tłumaczy Julien Barrier z Uniwersytetu Manchesterskiego.

Takie podejście stało jednak w sprzeczności z niektórymi doświadczalnymi właściwościami tych cząsteczek. Nie pozwalało wyjaśnić ponadnormatywnej degeneracji stanów energetycznych czy wyliczyć faktycznej masy kwazicząsteczek w tym stanie. Odkrycie fermionów Browna-Zaka rzuciło nowe światło na supersieci grafenowe.

– W warstwie grafenu wzbogaconej azotkiem boru elektrony również zaczynają się zginać, ale po ustawieniu określonych wartości pola magnetycznego elektrony znów poruszają się po liniach prostych, tak jakby nie było już pola magnetycznego – wskazuje Julien Barrier.

Jak się okazało, jeśli przyjmiemy, że fermiony Browna-Zaka należą do rodziny kwazicząsteczek supersieci funkcjonujących w wysokim polu magnetycznym, można ustalić i zmierzyć ich liczbę kwantową. Dowiedziono także, że obniżenie temperatury pozwala zniwelować degenerację stanów energetycznych.

– Takie zachowanie elektronów radykalnie różni się od tego, co możemy przeczytać w podręcznikach fizyki – podkreśla dr Piranavan Kumaravadivel z Uniwersytetu Manchesterskiego.

– To fascynujące zachowanie elektronów przypisujemy tworzeniu się nowych kwazicząstek w wysokim polu magnetycznym – wskazuje dr Alexey Berdyugin, członek zespołu prowadzącego badania. – Te kwazicząstki mają własne unikatowe właściwości i wyjątkowo wysoką ruchliwość pomimo niezwykle wysokiego pola magnetycznego.

W trakcie eksperymentów testowano zachowanie kwazicząsteczek w wielkowymiarowych urządzeniach grafenowych o wysokim stopniu czystości, które wykazywały ruchliwość na poziomie kilku milionów cm²/Vs. Okazało się, że są one w stanie przebyć całą długość układu bez rozpraszania się.

Wykorzystanie tej wiedzy teoretycznej pozwoli stworzyć systemy elektroniczne o wysokiej mobilności, niezbędne do wytwarzania dwuwymiarowych układów wykonanych m.in. z jednoatomowej warstwy grafenowej. Odkrycie fermionów Browna-Zaka umożliwi przyspieszenie prac nad tranzystorami ultrawysokich częstotliwości wykorzystywanych na potrzeby stworzenia bardzo wydajnych procesorów grafenowych nowej generacji.

– Nasze odkrycie jest oczywiście ważne dla podstawowych badań transportu elektronów, ale wierzymy, że zrozumienie działania kwazicząstek w nowatorskich urządzeniach supersieciowych w wysokich polach magnetycznych może doprowadzić do opracowania nowych urządzeń elektronicznych – przekonuje Julien Barrier.

Według firmy badawczej Grand View Research wartość globalnego rynku grafenowego do 2025 roku wzrośnie do 550 mln dol. W najbliższych latach ma się rozwijać w tempie blisko 38 proc. w skali roku.

Strata z tytułu odpłatnego zbycia wierzytelności jako koszt uzyskania przychodów

W linii orzeczniczej tak organów podatkowych, jak i sądów administracyjnych, w szczególności Naczelnego Sądu Administracyjnego, powstała i przez wiele lat istniała niespójność stanowiska odnośnie do sposobu kalkulowania przez podatników strat mających źródło w sprzedaży wierzytelności związanych bezpośrednio z czynnościami podlegającymi podatkowi od towarów i usług (VAT). Meritum tej newralgicznej kwestii jest rozstrzygnięcie, czy w tak ukształtowanym stanie faktycznym działaniem prawidłowym jest uwzględnienie przy szacowaniu danej straty wysokości zbytej wierzytelności z wliczeniem kwoty VAT, czy też z pominięciem tego podatku.

Dążąc do ujednolicenia orzeczeń NSA wydawanych w przedmiotowej materii, Sąd ten zdecydował się podjąć uchwałę ostatecznie wyjaśniającą przywołane zagadnienie (sygn. akt I FPS 3/11). I mimo że orzeczenie to zostało wydane przez Naczelny Sąd Administracyjny w 2012 r., to tematyka, którą porusza, jest dla podatników na tyle istotna, że organy podatkowe rozpatrują jego treść do dziś.

Niejednoznaczne przepisy = rozbieżne orzecznictwo

Przepisy statuujące reguły dotyczące podatku dochodowego – zarówno od osób fizycznych, jak i od osób prawnych – przewidują przywoływaną wyżej instytucję uznania straty wynikającej ze sprzedaży wierzytelności za jeden z kosztów uzyskania przychodu określonego podmiotu. Tym niemniej art. 23 ust. 1 pkt 34 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych (ustawa o PIT) oraz analogiczny do powyższego przepisu art. 16 ust. 1 pkt 39 ustawy o podatku od osób prawnych (ustawa o CIT) stanowią, że strata oparta o odpłatne zbycie wierzytelności nie może być zakwalifikowana jako koszt uzyskania przychodów, o ile nie została uprzednio zaliczona jako przychód należny. Na gruncie m.in. przytoczonych przepisów poglądy organów oraz sądów rozeszły się w przeciwnych kierunkach. Jedna część orzecznictwa przyjmowała, iż zbyte wierzytelności generujące stratę mogą być uznawane za koszt uzyskania przychodów wyłącznie w kwocie netto. Z kolei druga część judykatury wypowiadała się w zgoła odmiennym tonie, wskazując, że rzeczona wierzytelność uwzględniana powinna być w kwocie brutto.

Nurt Netto

Argumenty pierwszego z kierunków orzeczniczych (nazwijmy go „Netto”) skupiały się głównie na zastrzeżeniu dotyczącym uprzedniego zaliczenia rozpatrywanej wierzytelności jako przychodu należnego, znajdującym się w dyspozycji przytoczonego wyżej art. 23 ust. 1 pkt 34. W świetle bowiem legalnej definicji przychodu z pozarolniczej działalności gospodarczej składają się na niego kwoty należne. Co jednak istotne, w odniesieniu do podatników VAT wartość przychodu ze sprzedaży stanowi kwotę w wysokości pomniejszonej o należny podatek od towarów i usług. W konsekwencji powyższego fragment przychodu w zakresie należnego VAT nie jest kwalifikowany jako przychód ze sprzedaży, a co za tym idzie, nie podlega zaliczeniu w ramach przychodu należnego. Ponadto zdaniem zwolenników tego podejścia należny podatek od towarów i usług nie może stanowić przedmiotu obrotu jako element wierzytelności, którą jest nieuiszczona cena sprzedaży towaru bądź usługi, w związku z czym nie dochodzi do przeniesienia obowiązku podatkowego (w zakresie VAT) na nabywcę, nie wywołując równocześnie żadnych skutków w obszarze podatku dochodowego. Tożsame wnioski wyciągnięte zostały w szeregu wyroków sądów administracyjnych, rozstrzygających analogiczne sprawy tyczące się osób prawnych, na podstawie art. 16 ust. 1 pkt 39 ustawy o CIT.

Zgodnie zatem z tokiem rozumowania nurtu Netto związana ze zbywaną wierzytelnością kwota należnego VAT nie wypełnia przesłanek zastosowania ani art. 23 ust. 1 pkt 34 ustawy o PIT, ani art. 16 ust. 1 pkt 39 ustawy o CIT.

Nurt Brutto

Przeciwstawny do przywołanego prąd przychyla się z kolei do tezy, na gruncie której pojęcie będącej przedmiotem sporu zbywanej wierzytelności zawiera w swojej istocie także należny podatek VAT, a ustawodawca poczyniłby w treści przepisu stosowne wyłączenie, gdyby miało być inaczej. Warto nadmienić, że zdaniem tej części judykatury rozbijanie terminu wierzytelność i wydzielanie z niego przychodu należnego oraz, obok niego, podatku od towarów i usług jest pozbawione racjonalnych podstaw, a co więcej, może generować względem podatnika negatywne konsekwencje tak prawne, jak i faktyczne, zaniżając kwotę, o którą de facto pomniejszony został majątek danego podmiotu.

Za którym podejściem opowiedział się NSA?

Prezentując swoje stanowisko w sprawie, Naczelny Sąd Administracyjny na wstępie zaznaczył kilka jakkolwiek oczywistych, to jednak niezwykle istotnych dla dalszych rozważań okoliczności:

  • Zasadniczą przesłankę umożliwiającą sklasyfikowanie kosztu jako kosztu uzyskania przychodów na gruncie prawa podatków dochodowych stanowi pokrycie określonej wartości, przede wszystkim w celu uzyskania danego przychodu, alternatywnie zachowania jego źródła.
  • Zgodnie z prawem pojęcie przychodu należnego równoważne jest z kwotami należnymi, uzyskanymi formalnie w związku z prowadzoną działalnością gospodarczą,
  • W odniesieniu do podatników VAT przychód ze sprzedaży powinien być obliczany bez uwzględnienia należnego podatku VAT.
  • Pojęcie przychodu należnego nie jest tożsame z wierzytelnością, gdyż w jej skład wchodzi tak przychód należny, jak i VAT.

W świetle opinii NSA wyrażonej w badanej uchwale sedno zaistniałych rozbieżności interpretacyjnych stanowią właśnie różnice znaczeniowe pomiędzy terminami „wierzytelność” a „przychód należny”. Z kolei z rodzaju wykładni zastosowanej do tych pojęć wynikały dalsze rozbieżności. Mając na uwadze powyższe, NSA opowiedział się za wykładniami systemową oraz funkcjonalną, jako właściwymi do interpretacji tych problematycznych przepisów. Sąd zanegował tym samym wykładnię gramatyczną, na której opierają się entuzjaści nurtu Netto. Zdaniem NSA ten kierunek w rezultacie podważa pewne naczelne zasady, którymi rządzi się podatek od towarów i usług, a w szczególności regułę, stosownie do której opodatkowaniu podlega dochód definiowany jako różnica między przychodem a kosztami jego uzyskania. Mianowicie, przy gramatycznym rozumieniu przepisów przedsiębiorca nie byłby uprawniony do oznaczenia straty w zakresie należnego VAT jako kosztu według podatku dochodowego, choć powstała ona w ścisłym związku z czynnościami zmierzającymi ku uzyskaniu przychodu, a co więcej, ma bezpośrednie przełożenie na kwotę uzyskanego dochodu. To z kolei jest bez wątpienia znaczące w kontekście podstawy opodatkowania na gruncie przepisów o PIT bądź CIT.

Innym, niebagatelnym dla rozstrzygnięcia sprawy, argumentem jest pośrednie odwołanie do ogólnych, cywilistycznych zasad obrotu. W sytuacji bowiem zbycia wierzytelności na jej cenę składa się również kwota należnego VAT. A zatem, jeśli odnosić ogólną, rynkową wartość takiej wierzytelności jedynie do przychodu należnego, czyli kwoty nieuwzględniającej podatku od towarów i usług, porównywalibyśmy zgoła odmienne wartości. Dlatego też jedynym racjonalnym rozwiązaniem, prowadzącym do efektu porównywalności przytaczanych wartości jest oszacowanie straty związanej ze zbyciem wierzytelności poprzez relację ceny zbycia do jej wysokości wraz z doliczonym odpowiednio podatkiem od towarów i usług.

Uchwała NSA nadal w mocy

Poddana powyższej analizie uchwała NSA okazała się w rezultacie dyskusyjna. Kontrowersje narosłe wokół niej były na tyle duże, że okazała się ona przyczynkiem do powstania projektu zmian przepisów ustawy o PIT i CIT w tym zakresie. Miały one w zamierzeniu doprecyzować wprost, że (w przeciwieństwie do sentencji przedmiotowego orzeczenia) w sytuacji odpłatnego zbycia wierzytelności zarachowaniu do kosztów uzyskania przychodu podlegać będzie wyłącznie kwota netto tejże wierzytelności. Ostatecznie nowelizacja aktów podatkowych w przedstawionym kształcie nie ostała się, wobec czego zaprezentowane stanowisko Naczelnego Sądu Administracyjnego w dalszym ciągu pozostaje aktualne i znaczące dla wielu powołujących się na nie przedsiębiorców.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Decyzja o warunkach zabudowy jako alternatywa przy braku miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego

Brak miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego dla nieruchomości nie musi negatywnie wpływać na jej potencjał komercyjny. Biznesowy sukces inwestycji można osiągnąć w takim przypadku poprzez uzyskanie decyzji o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu.

Miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego są aktami prawa miejscowego zawierającymi powszechnie obowiązujące ustalenia sposobu zagospodarowania nieruchomości, w tym określenie sposobu gospodarczego ich wykorzystania. Jednym z podstawowych założeń polityki przestrzennej państwa, jest objęcie planami miejscowymi jak największej powierzchni kraju. Oficjalne dane wskazują jednak, że aktualne pokrycie planami miejscowymi stanowi nie więcej niż 30% obszaru Polski.

Decyzja o warunkach zabudowy i zagospodarowania

Powszechny niedostatek planów miejscowych powoduje, że samorządy lokalne zmuszone są do kształtowania miejscowego porządku urbanistycznego w oparciu o indywidualne decyzje administracyjne wydawane na wniosek inwestora, w ramach postępowania o ustalenie warunków zabudowy. Zgodnie z przepisami prawa o zagospodarowaniu przestrzennym każdy właściciel ma prawo zabudowy swojej nieruchomości. Konieczna jest jednak zgodność z ustaleniami planu miejscowego, a w przypadku jego braku – z warunkami ustalonymi w decyzji o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu (dalej – WZiZT). Decyzja ta jest rodzajem promesy udzielanej inwestorowi przez lokalne władze urbanistyczne. Inwestor, w formie decyzji administracyjnej, otrzymuje wiążącą informację, jakiego rodzaju inwestycję będzie mógł zrealizować w ramach nieruchomości, której jest dysponentem (właścicielem) oraz jakie będą jej parametry urbanistyczne i architektoniczne. To w oparciu o ustalenia decyzji WZiZT wydane zostanie w przyszłości pozwolenie na budowę.

Prawidłowa analiza urbanistyczna drogą do sukcesu

Z perspektywy inwestora planującego zakup nieruchomości inwestycyjnej, dla której nie ma uchwalonego planu miejscowego, ocena jej potencjału inwestycyjnego ma kluczowe znaczenie. Brak planu miejscowego, to z jednej strony utrudnienie w realizacji planów inwestycyjnych, ale z drugiej strony szansa na znalezienie takich rozwiązań, które pozwolą zoptymalizować sposób zabudowy nieruchomości uwzględniający np. intensywnie dokonujące się przeobrażenia urbanistyczne i gospodarcze zachodzące na danym terenie.

Szerszy zakres badanego obszaru z korzyścią dla inwestora

Kluczowe znaczenie dla inwestora będzie miało określenie w analizie urbanistycznej granic obszaru, który będzie przedmiotem badania oraz cech istniejącej zabudowy w porównaniu do planowanej przez inwestora inwestycji. Przepisy prawa wyznaczają minimalne granice, w których badanie takie powinno zostać przeprowadzone. Z punktu widzenia inwestora szersze granice badania oznaczają zazwyczaj większą różnorodność cech charakterystycznych zabudowy, a więc potencjalnie większy luz inwestora w zakresie kształtowania cech nowej zabudowy. Działki gruntu położone w obszarze badanym będą działkami sąsiednimi, których sposób i cechy zabudowy będą bezpośrednio wpływały na cechy i parametry projektowanej zabudowy.

Praktyka organów administracji urbanistycznej wyraźnie zmierza jednak w kierunku wąskiego rozumienia nieruchomości (działek) sąsiednich, które stanowić mają bazę dla przeprowadzanego porównania. Organy przyjmują często, że zakres badania należy ograniczyć wyłącznie do nieruchomości bezpośrednio przylegających do nieruchomości, w ramach, której ma być realizowana inwestycja. Takie wąskie podejście organów może w sposób zasadniczy ograniczyć możliwości zabudowy nieruchomości inwestycyjnej i pomija, jak się wydaje, zasadniczy aspekt decyzji WZiZT, jako narzędzia kształtowania ładu przestrzennego. Jego istota nie powinna bowiem sprowadzać się wyłącznie do mechanicznego powielania cech zabudowy nieruchomości znajdujących się w bezpośrednim sąsiedztwie nieruchomości inwestycyjnej.

Brak miejscowego planu nie musi przekreślać szans inwestycyjnych

Proces inwestycyjny realizowany na obszarach, dla których brak jest miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego jest dosyć skomplikowany. Praktyka obrotu wskazuje jednak, że inwestycje te mogą być zakończone sukcesem komercyjnym. Jednym z jego warunków jest bez wątpienia, właściwe przeprowadzona analiza urbanistyczna i prawna, która pozwoli na prawidłowe zaplanowanie i przeprowadzenie procesu uzyskania decyzji administracyjnej ustalającej warunki zabudowy.

Mirosław Narolski, adwokat, wspólnik w Brzezińska Narolski Adwokaci sp. partnerska. Jest ekspertem w dziedzinie nieruchomości i projektów inwestycyjnych. Posiada wieloletnie doświadczenie w zakresie przygotowania i realizacji projektów budowlanych i w obsłudze korporacyjnej firm produkcyjnych.

Julia Janik, aplikant adwokacki w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci sp. partnerska. Zajmuje się sprawami z zakresu szeroko pojętego prawa pracy i obsługą klientów korporacyjnych. Specjalizuje się we wspieraniu zespołów HR, opracowywaniu umów i dokumentacji pracowniczej. Skupia się m.in. na kwestiach mobbingu, nierównego traktowania, oraz zatrudniania cudzoziemców.

Port Lotniczy Seul Incheon doradcą strategicznym CPK

Incheon International Airport, główne międzynarodowe lotnisko Korei Południowej, to zwycięzca postępowanie na doradcę strategicznego Centralnego Portu Komunikacyjnego. W grudniu spółka CPK planuje podpisać z hubem z Seulu umowę na trzy lata.

Spółka Centralny Port Komunikacyjny ogłosiła dialog konkurencyjny na doradcę strategicznego w połowie marca br. Do finalnej fazy postępowania zostały wybrane dwa lotniska: Incheon w Seulu i Narita w Tokio. Komisja przetargowa wskazała na Incheon, kierując się kryteriami jakościowymi (doświadczeniem zespołu i metodologią realizacji zamówienia)oraz ceną.

– Wybór doradcy strategicznego CPK to istotny kamień milowy na drodze do budowy nowego systemu transportowego dla Polski i Europy Środkowo-Wschodniej. Incheon to lotnisko o międzynarodowej renomie, a jednocześnie uznany partner na globalnym rynku lotniczym. Współpraca z tym portem daje nam dostęp do unikalnej wiedzy i specjalistycznego know-how, które będą nam potrzebne podczas realizacji megaprojektu CPK – mówi wiceminister Marcin Horała, pełnomocnik rządu ds. CPK.

– CPK  jest strategiczną inwestycją infrastrukturalną, której realizacja będzie pozytywnym bodźcem dla polskiej gospodarki. Wspieramy współpracę międzynarodową spółek Skarbu Państwa, zwłaszcza gdy umożliwia transfer wiedzy i technologii. Jestem przekonany, że rozpoczęcie działań w formule doradztwa strategicznego może otworzyć pole do rozmów o współpracy gospodarczej w zakresie nie ograniczającym się tylko do sektora lotniczego – podkreśla Janusz Kowalski, wiceminister aktywów państwowych.

– Pojedynek między Naritą i Incheon był zażarty. Ostateczny wybór poprzedzało wieloetapowe postępowanie realizowane w formule dialogu konkurencyjnego. Obie firmy przedstawiły zespół znakomitych ekspertów. Ostatecznie zwyciężył Incheon z Korei Południowej, uzyskując nieco wyższą punktację w każdej z kategorii. Chciałbym jednak wyrazić również uznanie dla strony japońskiej i podziękować obu zespołom za miesiące wspólnej pracy – mówi Mikołaj Wild, prezes spółki CPK.

top 10 lotnisk świata

Incheon, główne międzynarodowe lotnisko Korei Południowej, zostało otwarte w 2001 r. Decyzja o budowie została podjęta po Igrzyskach Olimpijskich w Seulu w 1988 r. w związku z niewystarczającą przepustowością lotniska Gimpo. Incheon znajduje się na wyspie Yeongjong-Yongyu, 52 km od centrum Seulu (CPK zostanie zbudowany 37 km od centrum Warszawy). W ubiegłym roku Incheon obsłużył 71 mln pasażerów.

Lotnisko Incheon było budowane etapami. W fazie pierwszej powstały dwie równoległe drogi startowe (po 3 750 m długości każda), a port miał przepustowość 30 mln pasażerów i 1,7 mln ton towarów rocznie. Druga faza to budowa trzeciejdrogi startowej (o długości 4 000 m). Po jej otwarciu w 2008 r. port zwiększył swoją przepustowość do 44 mln pasażerów  i prawie 4,5 mln ton ładunków.

Etap trzeci to budowa Terminalu 2, z którego pasażerowie zaczęli korzystać w 2018 r.  W ramach etapu czwartegotrwa realizacja czwartej drogi startowej, przygotowywana jest też rozbudowa Terminalu 2. Docelowo od 2024 r. lotnisko ma mieć zdolność obsłużenia 100 mln pasażerów i 7 mln ton cargo rocznie.

Według dotychczasowych założeń, Port Solidarność – w ramach pierwszego etapu – będzie posiadał dwie drogi startowe i (jeżeli wcześniejsze założenia zostaną potwierdzone w trakcie przygotowania tzw. master planu lotniska) możliwość obsłużenia do 45 mln pasażerów. Przepustowość CPK będzie można zwiększać poprzez kolejne inwestycje, pod które zostanie zabezpieczona rezerwa terenowa.

Incheon jest dobrze połączone z systemem transportu kolejowego: stacja kolejowa znajduje się obok głównego budynku terminalu i umożliwia wygodny dojazd do centrum Seulu. Pasażerowie mogą skorzystać z pociągów ekspresowych, które  zatrzymują się tylko w Incheon i Seulu (taki przejazd trwa 43 minuty). CPK będzie posiadał stację kolejową zintegrowaną z portem lotniczym. Planowany czas podróży pociągiem z postojem na CPK i w centrum Warszawy to 15 minut.

Projektanci Incheon uwzględnili w swojej koncepcji liczne zrównoważone i przyjazne środowisku rozwiązania. Jednocześnie z lotniskiem powstała m.in. oczyszczalnia wody i system jej uzdatniania do ponownego użycia. Incheon ma własną sortownię i spalarnię śmieci (ciepło z procesu spalania jest używane do wytwarzania energii). Port lotniczy uruchomił również własną elektrownię geotermalną i planuje do 2030 r. pozyskiwanie 20 proc. energii z odnawialnych źródeł.

Na proekologiczne rozwiązania nastawiony jest też inwestor CPK. Wiadomo już, że w zgodzie z najnowszymi wymogami środowiskowymi, zostanie zbudowana nowa elektrociepłownia w celu zasilania w energię elektryczną, ciepło i chłód Portu Solidarność wraz z węzłem kolejowym i sąsiadującym z CPK obszarem Airport City. Będzie ona zasilana gazem ziemnym ze wsparciem paneli słonecznych.

Wybór doradcy strategicznego to kamień milowy w procesie przygotowań do budowy CPK. W przyszłości doradca może zostać długoterminowym partnerem strategicznym CPK. Oznaczałoby to współpracę nie tylko na poziomie transferu wiedzy podczas projektowania lotniska, ale też na poziomie międzyrządowym: inwestycyjnym i gospodarczym.

Magazyny idą na kolejny rekord

To może być najlepszy rok na rynku najmu nowoczesnych powierzchni magazynowych i przemysłowych, prognozują eksperci firmy Savills. Już teraz, po trzech pierwszych kwartałach, w sektorze tym odnotowano najwyższy w historii poziom popytu. Generują go głównie sieci spożywcze, działające nieprzerwanie pomimo obostrzeń nakładanych na inne sektory handlu oraz firmy z branży e-commerce, wraz z obsługującymi je operatorami logistycznymi.

Jak wynika z najnowszego raportu firmy doradczej Savills, popyt na powierzchnię magazynową po pierwszych trzech kwartałach 2020 r. był wyższy, niż kiedykolwiek wcześniej w analogicznym okresie roku. W tym czasie wynajęto 3,7 mln m kw., czyli o 33% więcej, niż rok temu. W samym tylko trzecim kwartale popyt osiągnął poziom 1,3 mln m kw. (wzrost o 50% rdr.), co również jest rekordem, biorąc pod uwagę historyczną aktywność na rynku najmu w okresie od początku lipca do końca września.

Savills zwraca uwagę, że wbrew obawom z początku pandemii i tendencjom obserwowanym na rynku biurowym, rekordowy popyt nie był wcale spowodowany masowymi renegocjacjami. Nawet bez uwzględniania przedłużeń umów, ilość powierzchni, jaka była przedmiotem transakcji najmu również osiągnęła swój historycznie najwyższy poziom.

Zgodnie z prognozami Savills, 2020 rok może okazać się absolutnie rekordowy i zamknąć się wynikiem przekraczającym, dotąd najwyższe, blisko 4,3 mln m kw. odnotowane w 2017 r. Do tej wartości popytu w tym roku brakuje już tylko ok. 615 000 m kw., co jest poziomem zdecydowanie poniżej średniej kwartalnej odnotowywanej w ostatnich latach i z dużym prawdopodobieństwem zostanie on osiągnięty.

„Bardzo dobra kondycja rynku nieruchomości magazynowych nie powinna już nikogo dziwić, biorąc pod uwagę przyspieszenie, jakiego w wyniku pandemii doznała, i tak już wcześniej dynamicznie rozwijająca się, branża e-commerce. Jak dotąd w 2020 roku największy udział w popycie na nowoczesną powierzchnię magazynową miał sektor spożywczy, którego w mniejszym stopniu dotknęły obostrzenia związane z lockdownem oraz sektor logistyczny obsługujący sprzedaż internetową” – mówi Kamil Szymański, dyrektor działu powierzchni magazynowych i przemysłowych w Savills.

Na koniec września 2020 r. zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowej i przemysłowej przekroczyły próg 20 mln m kw. i wyniosły 20,3 mln m kw. Pięć największych rynków magazynowych w Polsce odpowiada za blisko 80% zasobów, ale jak podaje Savills do tego grona powoli zaczyna pukać Trójmiasto. Już teraz znajduje się tam ponad 815 000 m kw., a biorąc pod uwagę ilość powierzchni w budowie, region ten już wkrótce będzie dysponował zasobami wynoszącymi blisko 1 mln m kw.

W przeciwieństwie do bijącego rekordy popytu, ilość budowanej nowej powierzchni uległa zmniejszeniu. W ciągu trzech pierwszych kwartałów 2020 r. w Polsce przybyło ponad 1,7 mln m kw. nowoczesnej powierzchni magazynowej, co oznacza spadek o 16% rdr (w samym trzecim kwartale spadek wynosił 24% rdr.). Odnotowano również mniejszą ilość powierzchni w budowie (16% rdr. i 19% kdk.). Na koniec września deweloperzy realizowali projekty, które wzbogacą rynek o 1,5 mln m kw. Po trzech kwartałach 2020 r. najwięcej nowej powierzchni przybyło w regionie Warszawy i Górnego Śląska i to również tam, zgodnie z danymi Savills, znajduje się obecnie najwięcej magazynów w budowie.

„Deweloperzy ograniczali liczbę projektów spekulacyjnych, rozpoczynanych bez zabezpieczenia powierzchni umową przednajmu. Takie podejście jest uzasadnione, biorąc pod uwagę trudności, z jakimi radzić muszą sobie branże cierpiące z powodu lockdownu. Jednocześnie banki gruntów, jakimi dysponują deweloperzy oraz krótkie terminy realizacji nowych projektów będą pozwalały szybko odpowiedzieć na potrzeby najemców, jeśli wysoki popyt utrzyma się w przyszłym roku” – podsumowuje Kamil Szymański z Savills.

Na koniec września średnia stopa pustostanów w sektorze magazynowym wzrosła o 1,6 pkt. proc. kdk i wyniosła 8,2%. Na większości rynków w Polsce czynsze pozostawały stabilne i w przypadku stawek bazowych wahały się od 2,70 do 4,40 euro/m kw./miesiąc za moduły wielkopowierzchniowe oraz do 5,5 euro/m kw./miesiąc za małe moduły (SBU).

Nowe technologie płatności poprawiają efektywność działania przedsiębiorstw

Nowoczesne technologie płatności i rozliczeń są bardzo interesujące z dwóch powodów. Po pierwsze zajmujące się nimi startupy z branży fintech mogą być doskonałymi okazjami inwestycyjnymi, po drugie ich rozwój przyczynia się do wzrostu produktywności całej światowej gospodarki.

Jeszcze niedawno wydawało się, że karty płatnicze i kredytowe pozostaną w naszych portfelach na dość długo. Jednak okazuje się, że oparte na nich systemy płatności mają kilka istotnych wad. Konsumenci, mimo licznych  zabezpieczeń, cały czas nie czuli się komfortowo podając numer karty kredytowej podczas zakupów w sieci a ich obawy były potwierdzone przez liczne wycieki danych. Z kolei dla przedsiębiorstw, problemem były opóźnienia w otrzymywaniu płatności oraz konieczność utrzymywania osobnych, drogich urządzeń do przyjmowania płatności. Mówiąc wprost, cały system był postrzegany jako niewystarczająco bezpieczny i niewystarczająco efektywny. Dlatego zarówno konsumenci jak i przedsiębiorcy coraz chętniej korzystają z nowych metod płatności i rozliczeń. W przeciwieństwie do płatności kartami, są one tańsze, bezpieczniejsze, powszechnie dostępne i odbywają się w czasie rzeczywistym.

Koszty transakcji bezgotówkowych spadają już od dawna, nawet w ramach tradycyjnego systemu bankowego. Wynika to z presji konsumentów oraz z systematycznie zaostrzającej się konkurencji. Dodatkowo istnieje istotna presja ze strony instytucji regulacyjnych. Chcąc upowszechnić obrót bezgotówkowy muszą one jednocześnie zapewnić konsumentom i przedsiębiorcom korzystne warunki rozliczeń transakcji.

Znaczne zwiększenie bezpieczeństwa obrotu bezgotówkowego można osiągnąć dzięki tokenizacji. Rozwiązanie to umożliwia dokonywanie płatności za pomocą jednorazowych kodów lub jednorazowych kart płatniczych powiązanych z kontem bankowym. Oznacza to, że informacje dotyczące płatności, nawet w przypadku wycieku, będą bezwartościowe.

Dla przedsiębiorców z sektora e-commerce szczególnie korzystną formą rozliczeń z klientami są płatności cykliczne. Stały się one podstawą dla powstania nowego trendu znanego jako subscription economy. Dzięki niemu coraz więcej produktów i usług dostępnych jest dzięki stosunkowo niewielkim, miesięcznym płatnościom. Tak jest w przypadku samochodów, oprogramowania komputerowego, aplikacji mobilnych czy dostępu do treści typu premium w internecie. Subscription economy to nie tylko płatności – to nowy model relacji z klientem, ułatwiający wysokiej jakości obsługę, w dużej części opartą na zautomatyzowanych procesach biznesowych.

Konsumenci i klienci biznesowi przyzwyczajeni są do tego, że tradycyjny sektor bankowy oferuje kredyty wyłącznie klientom będącym w dobrej sytuacji finansowej. Prowadzi to de facto do wykluczenia finansowego podmiotów zadłużonych. Brak dostępu do kapitału czy blokady środków na kontach powodują, że sytuacja finansowa takich firm z reguły ulega dalszemu pogorszeniu. Jednak już od dawna okazuje się, że problemy, które są nie do rozwiązania dla tradycyjnej bankowości mogą stanowić okazję biznesową dla dynamicznie rozwijających się przedsiębiorstw z sektora fintech. Nie tylko udzielają one pożyczek podmiotom zadłużonym ale w kreatywny sposób pozwalają im na realizowanie spłat dzięki platformom oddłużeniowym. Pozwalają one nie tylko na rozłożenie zobowiązań na dogodne raty ale również automatyzują proces windykacji prowadząc do znacznej obniżki jego kosztów.

Rozwój sektora fintech powinien też w najbliższym czasie doprowadzić do przyspieszenia obrotu pieniądza między podmiotami gospodarczymi i związanego z nim wzrostu efektywności. Jedną z metod może być szersze stosowanie faktur elektronicznych. Na przykład zawarcie w fakturze elektronicznej aktywującego proces płatności przycisku „zapłać teraz”, może spowodować, że faktury są opłacane przez kontrahentów nawet dwa razy szybciej.

W ciągu ostatnich dwudziestu lat technologie finansowe przeszły bardzo długą drogę, od cotygodniowych wizyt klientów w oddziale banku aby podjąć gotówkę i złożyć przelewy do intuicyjnych narzędzi pozwalających na wygodne zarządzanie finansami zza biurka. Ten proces się nie zakończył, bez wątpienia kolejne 20 lat będzie czasem dalszego rozwoju branży fintech.

Autor: Bartosz Tomczyk, przewodniczący Rady Nadzorczej polskiego fintech’u Provema

Rynek karmiony pandemią, rekordowe wydatki na Big Data

Mimo trwającej pandemii, w tym roku firmy na całym świecie przeznaczą rekordową kwotę ponad 41 mld USD na cyfrowe informacje, wynika z analizy Cloud Technologies. Warszawska spółka Big Data opublikowała trzecią edycję raportu Global Data Market Size 2017-2021, który jako jedyny na rynku analizuje wielkość globalnej sprzedaży danych.

Clive Humby z Kellogg School of Management podczas konferencji stowarzyszenia ANA w listopadzie 2006 roku ogłosił, że dane są nową ropą. W haśle tym zakochali się marketerzy i przez 14 lat było powtarzane niczym mantra. Okazuje się, że potrzeba było naprawdę wielu lat, by lansowana przez Humby’ego wizja, nareszcie się ziściła i stała się czymś więcej niż chwytliwym sloganem.

Digitalizacja po polsku

Z najnowszego raportu Global Data Market Size, przygotowanego przez warszawską spółkę z segmentu nowych technologii – Cloud Technologies, dowiadujemy się, że mimo iż kryzysy zdrowotny i ekonomiczny wciąż trwają, to nadwiślański rynek danych zanotuje rekordową wartość wyceny. Polskie wydatki na cyfrowe informacje wyniosą w 2020 aż 32,1 mln USD, co oznacza wzrost o 17,5% rdr.

W porównaniu z innymi europejskimi państwami to wynik plasujący nas w połowie stawki, pomiędzy skrajnie wstrzemięźliwym gospodarkami, jak Rumunia (4,0 mln USD), Bułgaria (0,2 mln USD), czy Węgry (0,9 mln USD), a informacyjnymi pionierami, do których należą między innymi nasi zachodni sąsiedzi, Niemcy (826,3 mln USD), Wielka Brytania (3 064,2 mln USD) czy Francja (912,5 mln USD). – Nie da się ukryć, że zaangażowanie w nowe technologie w biznesie, szczególnie te ukierunkowane na wspieranie sprzedaży, związane jest z potencjałem nabywczym danego społeczeństwa. Jak wynika z najnowszego raportu GfK Purchasing Power Europe 2020, który porównuje możliwości nabywcze danych gospodarek, purchasing power index, czyli wskaźnik możliwości nabywczych, jest w Polsce 3 razy niższy niż w Niemczech. Jednocześnie jest wyższy niż węgierski czy rumuński. – tłumaczy Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies.

Jak wskazuje raport przygotowany przez warszawską spółkę, trwająca pandemia i jej nieprzewidywalność zmotywowały nadwiślański biznes do inwestycji. Szacuje się, że przyszłoroczna wartość rynku danych wyniesie blisko 40 mln USD, co oznacza ponad 22% wzrost w porównaniu z rokiem obecnym. Podany wynik pozwoli nam zmniejszyć dystans do znacznie bogatszych od nas nacji: Szwajcarów (64,8 mln USD), Holendrów (70,3 mln USD) czy Hiszpanów (72,3 mln USD).

Pandemiczne powikłania

40 mld USD – tyle wynosi wartość PKB Tunezji, czyli zsumowana wartość wszystkich towarów i usług wytworzonych w danej gospodarce. Co to ma wspólnego z rynkiem danych? Warszawska spółka Cloud Technologies wycenia na niemal taką samą kwotę globalną wartość światowego rynku danych w 2020. To blisko 20% więcej niż przed rokiem, zanim ktokolwiek mógłby wiedzieć o koronawirusie.

Analitycy polskiej spółki działającej w obszarze Big Data, zapowiadają, że to nie koniec dobrych wieści dla tego sektora. Już w przyszłym roku powinniśmy spodziewać się wzrostu na poziomie 26%, co będzie skutkowało łączną wyceną rynku danych na poziomie 52,3 mld USD w 2021. Wszystko wskazuje na to, że najbliższa przyszłość zapisana jest nie w gwiazdach, a w bitach.

Trend data-driven został wzmocniony transformacją nawyków konsumenckich. Z badań przeprowadzonych przez firmę BGC wynika, że życie większości ludzi (70%) jest inne niż wczoraj, a oni sami są zdania, że pandemia zmieniła sposób, w jaki będą żyć jutro i na zawsze (50%) – zauważa Piotr Prajsnar z Cloud Technologies, a następnie dodaje: – Dlatego wzrasta zainteresowanie wielkimi zbiorami danych, które pomogą dostosować model działania do nowych zachowań konsumentów. Widać to doskonale na przykładzie naszego raportu. Tegoroczny wzrost wartości rynku danych wyniesie blisko 20%, nadchodzący 2021 rok, zanotuje jeszcze większy wzrost. To potwierdza, że trend wykorzystywania cyfrowych danych jest silny na całym świecie.

Sztuczna Inteligencja na straży

Dziś najpopularniejszym sposobem wykorzystania danych behawioralnych, czyli takich, które charakteryzują zachowanie internauty w sieci, jest dystrybucja treści reklamowych w internecie. – Służą one do budowy nowej strategii, tworzenia produktów, bądź też przewidywania trendów, ale dziś ich głównym zastosowaniem jest komunikacja. Dlatego wzięliśmy pod uwagę kondycję rynku reklamy programmatic. Rozwiązanie to jest dziś najpopularniejszą formą zakupu powierzchni displayowych w sieci. – zauważa Maciej Sawa, CEO OnAudience.com, spółki należącej do grupy Cloud Technologies i dodaje: – W okresie, który poddajemy analizie, czyli w latach 2017-2021, wartość rynku programmatic dynamicznie rośnie z roku na rok. Od 2018 roku zwiększa się ona w tempie dwucyfrowym. Na największym światowym rynku reklamy, czyli w Stanach Zjednoczonych, już 8 na 10 reklam sprzedawanych jest w modelu automatycznym.

Jak szacują twórcy raportu, mimo trwającej pandemii i wbrew polityce “zaciskania pasa”, która stosowana jest w wielu organizacjach, wartość rynku programmatic wzrośnie w porównaniu z poprzednim rokiem o ponad 14% i wyniesie  w 2020 129,1 mld USD.

Nie od dziś wiadomo, że gospodarka to układ naczyń połączonych. Dlatego wzrost wydatków na programmatic jest ściśle związany z kondycją sektora reklamy cyfrowej. Jak podaje portal eMarketer, mimo tego, że globalne wydatki na reklamę spadną, to rozbijając to na poszczególne formy promowania, zauważymy, że wydatki na reklamę cyfrową jako jedyne wzrosną w tym roku. Co prawda mówimy o 2,4%, ale przyczyni się to do wygenerowania łącznej kwoty 332,84  mld USD w 2020 roku – zauważa Piotr Prajsnar z Cloud Technologies.

Nadchodzący 2021 ma być rekordowy pod względem wyceny rynku programmatic, która wyniesie 155 mld USD. To o 20% więcej niż w trwającym 2020. Wystarczyły zaledwie 4 lata, by wartość tego sektora wzrosła o blisko 87 mld USD (bazowa wartość, 68 mld USD w 2017).

Europejska zadyszka

Biorąc pod uwagę wartość rynku danych w poszczególnych regionach, Stary Kontynent z wynikiem 6,3 mld USD tylko nieznacznie wygrywa z Chinami (5,4 mld USD). Swoją dominację kolejny rok potwierdzają Amerykanie. Stany Zjednoczone będą w 2020 największym na świecie lokalnym rynkiem danych – 24,7 mld USD to blisko 4 razy więcej niż zakłada prognozowany europejski wynik.

Układ sił może ulec wkrótce przetasowaniu – zauważa Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies. – O ile pozycja lidera, wydaje się niezagrożona, o tyle obserwując dynamikę, z jaką rozwija się chiński rynek, powinniśmy się spodziewać, że już za rok, wyniki osiągane przez Pekin zrównają się z europejskimi. – dodaje ekspert.

Analitycy warszawskiej spółki przewidują, że już w 2021 różnica pomiędzy rynkiem europejskim a chińskim stanie się symboliczna i wyniesie zaledwie 0,3 mld USD na korzyść Starego Kontynentu (7,6 mld do 7,3 mld USD). Chiny będą mogły pochwalić się 35% dynamiką wzrostu w nadchodzącym roku. To o 13 p.p. więcej niż wyniesie europejski wynik.

Świat wiedzy

Według ostatnich badań International Data Corporation (IDC), globalna gospodarka jest skoncentrowana na cyfrowej transformacji. W ciągu najbliższych 3 lat wydatki na IT wyniosą 6,8 bln USD. Wpływ pandemii Covid-19 jest wszechobecny i napędza zmiany, do jakich biznes nie był dotychczas wystarczająco zmotywowany.

Dziś, utytułowany matematyk i analityk danych, Clive Humby może czuć się zmieszany – z jednej strony, jego śmiała wizja sprzed 14 lat zaczyna wreszcie nabierać rzeczywistego kształtu, z drugiej strony, walnie przyczynił się do tego koronawirus i wynikający z pandemii globalny lockdown. Jednak bez względu na okoliczności, jedno jest pewne – pandemia zaostrzyła apetyt na technologie, a biznes coraz śmielej romansuje z nowymi rozwiązaniami.

Pierwsze przypadki zakażenia koronawirusem u norek na fermie w Polsce

Dzisiaj, tj. 24. listopada, na stronie Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego pojawił się komunikat o wykryciu pierwszych przypadków zakażenia koronawirusem u norek na fermie w woj. pomorskim. Zakażenie norek wirusem SARS-CoV-2 może stanowić zagrożenie dla zdrowia publicznego, a norki, jako łasicowate, mogą nie tylko łatwo się nim zakazić, ale też przenosić go na inne zwierzęta i ludzi.

24 listopada br. Gdański Uniwersytet Medyczny ogłosił wykrycie pierwszych przypadków zakażenia SARS-CoV-2 norek hodowlanych w Polsce. Przebadano 91 norek, u ośmiu potwierdzono zakażenie koronawirusem. Wcześniej wykryto przypadki zakażenia u pracowników ferm norek. Nie ma jeszcze wyników badań prowadzonych przez Powiatowe Inspekcje Weterynaryjne.

Naukowcy z Instytutu Medycyny Morskiej i Tropikalnej GUMed i Międzyuczelnianego Wydziału Biotechnologii Uniwersytetu Gdańskiego i GUMed wraz z lekarzami weterynarii wykryli pierwszy w kraju przypadek zakażenia SARS-CoV-2 norek hodowlanych w Polsce. Badania zostały przeprowadzone na norkach z ferm w woj. pomorskim przez dr Macieja Grzybka z Zakładu Parazytologii Tropikalnej GUMed i dr Łukasz Rąbalski z Zakładu Szczepionek Rekombinowanych UG we współpracy z lekarzami weterynarii. Na stronie GUMed czytamy:

Materiał poddano badaniu RT-PCR przy użyciu testu dwugenowego opartego na protokole stosowanym w diagnostyce człowieka. Stwierdzono obecność RNA wirusa SARS-CoV-2 u ośmiu spośród badanych zwierząt. Aktualnie prowadzone są pogłębione badania genetyczne, które pozwolą na określenie prawdopodobnego pochodzenia wirusa oraz umożliwią porównanie ze znanymi sekwencjami genetycznymi SARS-CoV-2.

Warto zaznaczyć, że oprócz przeprowadzonych przez naukowców GUMed badań wciąż czekamy na wyniki tych przeprowadzonych przez Powiatowe Inspekcje Weterynaryjne. Mają się one pojawić pod koniec listopada. Już teraz jednak wiadomo, że koronawirus dotarł na fermy norek w Polsce, co może stwarzać zagrożenie dla zdrowia publicznego.

Koronawirus został też wykryty u zwierząt na fermach norek w Holandii (tutaj z tego powodu przyspieszono wygaszenie hodowli o 3 lata), Danii, Włoszech, Szwecji, Hiszpanii, Francji, Grecji czy USA. Chociaż koronawirus stanowi zagrożenie w każdym z tych krajów, należy zwrócić szczególną uwagę na Polskę – to właśnie nasz kraj jest drugim największym producentem futer w Europie, hodując ok. 5,5 miliona norek rocznie. Na jednej fermie może przebywać nawet kilkaset tysięcy zwierząt (na największej fermie w Polsce, w Góreczkach, woj. wielkopolskie, przebywa ok. 400 tysięcy zwierząt), co stanowi dodatkowe ryzyko rozprzestrzeniania się wirusa.

– W dobie pandemii zdrowie publiczne powinno być priorytetem, a kolejne badania dowodzą, że ogromne fermy norek stwarzają dla tego zdrowia znaczące zagrożenie – mówi Paweł Rawicki, prezes Stowarzyszenia Otwarte Klatki – Dużo się w ostatnim czasie mówiło o wprowadzeniu zakazu hodowli zwierząt na futro – my te obietnice pamiętamy i czekamy, aby wreszcie weszły w życie. Jeśli nie ze względu na dobro zwierząt, to może chociaż z uwagi na zdrowie polskiego społeczeństwa – dodaje Rawicki.

Bitcoin sięga 19 000 USD. Ważne dane dla EURUSD

Ostatniej doby byliśmy świadkami serii ważnych odczytów danych makroekonomicznych. Miały one spory wpływ na zawirowania na głównej parze walutowej świata, jaką jest EURUSD.

Optymizm za Oceanem

Wczorajsze wstępne indeksy PMI w USA zarówno dla przemysłu jak i dla usług okazały się wyraźnie wyższe od oczekiwań. Poziomy 56,7 pkt i 57,7 pkt odpowiednio dla subindeksów przemysłowego i usługowego, to obiektywnie dobre wyniki nawet w świecie bez pandemii. Dodatkowo warto zwrócić uwagę, że to wyniki wyraźnie powyżej i tak pozytywnych oczekiwań. Nie może zatem dziwić, że po tych danych dolar wyraźnie zyskiwał na wartości. Dzisiaj od rana jednak stracił już większość tej zmiany.

PKB w Niemczech

Dzisiaj rano poznaliśmy dane z niemieckiej gospodarki. Najpierw o 8:00 rano był to wzrost PKB, który w III kwartale wyniósł imponujące 8,5% PKB, w rezultacie zmniejszając recesję z oczekiwanych 4,1% na 3,9%. Drugi odczyt przyszedł dwie godziny później. Indeks instytutu IFO osiągnął 90,7 pkt i był niemal równy oczekiwaniom. Te drugie dane nie wzbudziły już takiego entuzjazmu na rynku, ale to odczyty z Niemiec były jedną z przyczyn wspomnianej korekty wczorajszych umocnień dolara względem euro.

Bitcoin sięga 19 000 USD

Dzisiaj po raz pierwszy od szczytów z końca 2017 roku, po trzech latach bitcoin powraca powyżej bariery 19 000 dolarów. Już teraz trwają dyskusję czy upadek będzie równie szybki i spektakularny jak trzy lata temu. Z drugiej strony nie brakuje głosów zapowiadających, że obecna hossa potrwa znacznie dłużej. Warto zwrócić uwagę, że obecnie bitcoin stanowi istotnie wyższy procent wartości całego rynku kryptowalut, zatem pomimo ceny bliskiej rekordu kapitalizacja całego rynku wynosi wciąż niewiele ponad ⅔ tego co trzy lata temu.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Nowe propozycje ulg dla innowatorów od 2021 roku

Ulga na robotyzację to nie wszystko, co proponuje rząd w zakresie ulg proinnowacyjnych, które mają zacząć obowiązywać w 2021 roku. W planach jest także ulga na zatrudnienie innowacyjnych pracowników oraz ulga na prototypy. Propozycje te wpisują się w sukcesywnie rozszerzany wachlarz wsparcia podatkowego dla innowacyjnych przedsiębiorstw. Zapoczątkowała je wprowadzona w 2016 roku ulga badawczo-rozwojowa, a od ubiegłego roku przedsiębiorcy mogą korzystać z mechanizmu IP Box skierowanego do firm komercjalizujących prawa własności intelektualnej.

Z początkiem przyszłego roku rząd zapowiada wprowadzenie kolejnych zachęt podatkowych, których celem jest uzupełnienie obecnego ekosystemu innowacji. Choć wciąż nie powstały projekty odpowiednich ustaw, to propozycje nowych zapisów pojawiły się w ramach prekonsultacji. Gdyby ulgi weszły w życie od przyszłego roku, przedsiębiorcy mogliby skorzystać z dodatkowych odliczeń od podatku dochodowego i tym samym znaleźć źródło finansowania na projekty innowacyjne.

Propozycje nowych ulg dla innowatorów to niewątpliwie dobra wiadomość dla przedsiębiorców inwestujących w działania badawczo-rozwojowe. Taki krok ze strony polskiego rządu byłby też dużym wsparciem dla firm, które odczuły skutki pandemii Covid-19 i musiały zmniejszyć swoje budżety na projekty B+R. Zapowiadane ulgi stanowiłyby istotną pomoc w rozwoju i unowocześnianiu już istniejącej produkcji,
a także przełożyłyby się na atrakcyjność naszego rynku dla zagranicznych inwestorów
– zauważa Magdalena Burzyńska, Dyrektor Zarządzający w Ayming Polska.

Ulga na inżynierów

Jedną z nowych propozycji jest ulga na zatrudnienie innowacyjnych pracowników. W jej ramach podatnik będzie mógł zmniejszyć wartość zaliczki na podatek dochodowy oraz wartość zryczałtowanego podatku dochodowego uzyskiwanego od przychodów m.in. ze stosunku pracy pracowników zaangażowanych wyłącznie w prace badawczo-rozwojowe. Powinni oni posiadać tytuł doktora, magistra czy inżyniera, a ich główne zadania w zakresie projektów badawczo-rozwojowych muszą opierać się na wiedzy technicznej
i odpowiednim doświadczeniu. Z ulgi nie będą mogli skorzystać podatnicy posiadający status zakładu pracy chronionej.

Ulga na zatrudnienie innowacyjnych pracowników będzie dedykowana dla tych podatników, którzy ponieśli stratę za rok podatkowy albo jeśli wysokość dochodu z ich działalności gospodarczej była niższa od kwoty przysługujących im odliczeń z tytułu działalności B+R. Wprowadzenie nowej preferencji ma zwiększyć wykorzystanie potencjału naukowego poprzez wsparcie współpracy pomiędzy przedsiębiorcami a określonymi podmiotami naukowymi, m.in. uczelniami czy instytutami naukowymi i badawczymi – komentuje Agnieszka Hrynkiewicz-Sudnik, Dyrektor Obszaru podatków i finansowania innowacji w Ayming Polska.

Ulga na prototypy

Kolejną propozycją, która ma na celu wsparcie jednego z etapów prowadzenia prac badawczo-rozwojowych, jest ulga na prototypy. Rozwiązanie to umożliwi odliczenie od podstawy opodatkowania kosztów próbnej produkcji nowego produktu lub wprowadzenia takiego produktu na rynek. W ustawie ma znaleźć się definicja obu wymienionych pojęć, w ramach których zostaną wskazane grupy kosztów kwalifikowanych do odliczenia. Należeć do nich mają m.in. cena nabycia lub koszt wytworzenia nowych środków trwałych niezbędnych do uruchomienia produkcji próbnej nowego produktu, koszty ulepszenia, koszty nabycia materiałów i surowców, a także koszty badań, ekspertyz i przygotowania dokumentacji niezbędnej do uzyskania certyfikatu czy homologacji.

Ulga na prototypy ma być skierowana do wszystkich podatników, przy czym zakłada się, że wartość odliczenia nie będzie mogła przekroczyć 30 proc. poniesionych kosztów oraz wyniesie nie więcej niż 10 proc. dochodu z pozarolniczej działalności gospodarczej. Dobrą wiadomością jest to, że w przypadku wystąpienia straty podatkowej w roku poniesienia kosztów kwalifikowanych przedsiębiorca będzie mógł je rozliczyć jeszcze w przeciągu dwóch kolejnych lat – dodaje Agnieszka Hrynkiewicz-Sudnik, Dyrektor Obszaru podatków
i finansowania innowacji w Ayming Polska
.

Ulga robotyzacyjna

Zapowiadana od kilku miesięcy ulga na roboty i koboty ma w założeniu funkcjonować na kształt ulgi badawczo-rozwojowej. Podatnikowi prowadzącemu działalność produkcyjną będzie przysługiwać prawo do odliczenia od podstawy opodatkowania kosztów, które już wcześniej zaliczył do kosztów uzyskania przychodu. Dodatkowe odliczenie nie może przekroczyć 50 proc. wysokości poczynionych nakładów. Ulga robotyzacyjna ma być wprowadzona na pięcioletni okres, co oznacza, że podatnicy będą mogli rozliczyć wydatki poniesione w latach 2021-2025. W ramach katalogu kosztów ustawodawca planuje uwzględnić m.in. koszty nabycia nowych robotów przemysłowych (także w ramach umowy leasingu finansowego) oraz maszyn i urządzeń peryferyjnych, a także koszty szkoleń pracowników oraz te związane z zapewnieniem ergonomii oraz bezpieczeństwa w związku z robotyzacją miejsc pracy.

Podobnie jak w przypadku ulgi B+R odliczenie w roku podatkowym nie będzie mogło przekroczyć dochodu uzyskanego przez podatnika z tytułu prowadzonej działalności gospodarczej. Jednak w takiej sytuacji przedsiębiorca będzie mógł odliczyć te koszty w kolejnych sześciu latach, także po 2025 roku. Istotnym elementem do prawidłowego rozliczenia ulgi robotyzacyjnej wydaje się być poprawne interpretowanie definicji robota przemysłowego, która znajdzie się w nowelizowanych przepisach – stwierdza Agnieszka Hrynkiewicz-Sudnik, Dyrektor Obszaru podatków i finansowania innowacji w Ayming Polska.

Zmiany w uldze B+R i IP Box

Jeśli chodzi o już obowiązujące preferencje podatkowe, czyli ulgę badawczo-rozwojową i IP Box, ustawodawca zapowiada wprowadzenie zmian pozwalających na równoczesne korzystanie z obu mechanizmów. Dotychczas nie było możliwe stosowanie ulgi B+R oraz 5-procentowej stawki podatkowej w ramach IP Box w stosunku do jednego (tego samego) dochodu. Przepisy zostaną uzupełnione w taki sposób, aby także w kalkulacji dochodu z IP Box podatnicy mogli dodatkowo uwzględnić koszty kwalifikowane do ulgi badawczo-rozwojowej.

NBP rozpoczyna prace nad narodową strategią bezpieczeństwa gotówki

Gotówka w czasach pandemii jest istotnym elementem stabilizacji infrastruktury finansowej państwa. Prof. Adam Glapiński, otwierając tegoroczną edycję Kongresu Obsługi Gotówki, ogłosił rozpoczęcie prac nad narodową strategią bezpieczeństwa gotówki – co z niej wynika? Komentuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.

Postawa Narodowego Banku Polskiego, jako promotora gotówki, bardzo mnie cieszy. Tak jak mówił Prezes Narodowego Banku Polskiego (NBP) Adam Glapiński, Bank Centralny powinien stać na straży gotówki – fundamentu życia gospodarczego. Jak podkreśla w swojej wypowiedzi w Polsce jeszcze przed pandemią około połowa obywateli korzystała na co dzień z płatności gotówkowych.

NBP stoi na stanowisku, że przedsiębiorca nie może uzależniać zawarcia z konsumentem umowy o świadczenie usługi lub sprzedaży towaru od dokonania zapłaty w formie bezgotówkowej oraz odmówić przyjęcia zapłaty w innej formie. Prezes Narodowego Banku Polskiego przypomniał postulat o wprowadzenie stosownego przepisu w ustawie o Usługach Płatniczych. Jego celem byłoby wzmocnienie prawa konsumentów uwzględniającego możliwość dokonywania płatności w formie gotówkowej zawsze i wszędzie.

Pojawienie się NBP w roli promotora gotówki na pewno zrównoważy debatę i trendy rynkowe. Do tej pory były one zdominowane przez organizacje kartowe i finansowane przez nie fundacje, które intensywnie promowały płatności za pomocą kart płatniczych na terenie naszego kraju.

Płatności gotówkowe należy również rozpatrywać w kontekście patriotyzmu gospodarczego. Polega on na tym, że koszty płatności gotówkowych przekładają się na przychód w Polsce, podczas gdy płatności elektroniczne (np. kartowe) zasilają zagraniczne budżety głównie Visy i Mastercarda.

Co więcej, istotne jest to, że każdy z nas powinien mieć wybór, czym chce zapłacić za zakupy. W związku z tym wszystkie instrumenty płatnicze powinny być wspierane w równym stopniu. Warto zwrócić uwagę, że gotówka daje poczucie bezpieczeństwa, w przeciwieństwie do karty płatniczej, którą nie zawsze i nie wszędzie można dokonać płatności. Wybór pomiędzy dokonywaniem transakcji kartą płatniczą czy gotówką powinien być indywidualną decyzją każdego z nas.

Spółka Millennium Leasing rozpoczęła współpracę ze spółką ESOLEO, dostarczającą profesjonalne instalacje fotowoltaiczne

Millennium Leasing sp. z o.o. na mocy zawartej umowy rozpoczęła współpracę z ESOLEO Sp. z o.o., spółką Grupy Cyfrowy Polsat S.A., dostarczającą profesjonalne instalacje fotowoltaiczne. Nowo nawiązane partnerstwo ma na celu dostarczanie klientom spółek maksymalnie uproszczonego procesu leasingowania fotowoltaiki oraz gwarancji niskich rat miesięcznych dzięki okresowi finansowania do 8 lat.

Popularność, jaką w ostatnich latach zyskała fotowoltaika, przyczyniła się do powstawania całkiem nowych rozwiązań dla inwestorów zainteresowanych pozyskiwaniem zielonej energii. Cieszymy się, że jesteśmy częścią tego istotnego trendu. Dzięki naszej współpracy z ESOLEO klienci zyskają dostęp do kompleksowej usługi, umożliwiającej sfinansowanie inwestycji w odnawialne źródła energii, przy jednoczesnym zmniejszeniu kosztów funkcjonowania przedsiębiorstwa już w trakcie umowy leasingu – mówi Marcin Balicki, Prezes Zarządu Millennium Leasing. — Od dekady konsekwentnie angażujemy się w finansowanie energooszczędnych inwestycji naszych klientów. Korzystamy w tym celu z programów organizowanych przez EBOR, a także refundujemy klientom część kosztów finansowania z własnych środków. Udaje się nam łączyć w ten sposób społeczną odpowiedzialność biznesu z biznesem jako takim, gdyż energooszczędne inwestycje oznaczają zwykle dla naszych klientów zwiększenie ich zdolności produkcyjnych, przy jednoczesnym obniżeniu kosztów energii — dodaje.

Bardzo cieszymy się w związku z rozpoczęciem współpracy z Millenium Leasing, która wzbogaci naszą kompleksową ofertę instalacji fotowoltaicznych dla klientów biznesowych o wygodne i elastyczne finansowanie. Pojawienie się w listopadzie opłaty mocowej na fakturach za energię elektryczną sprawi, że inwestycja w fotowoltaikę będzie się jeszcze bardziej opłacać. Wierzymy, że dzięki naszej współpracy z Millenium Leasing jeszcze więcej przedsiębiorstw – małych i dużych – będzie mogło teraz zdecydować się na ten krok, który będzie obniżał ich koszty i zapewniał nam wszystkim czystsze powietrze – mówi Mariusz Klimczak, Prezes ESOLEO.

ESOLEO sp. z o.o. należy do Grupy Cyfrowy Polsat, która od 25 lat oferuje kompleksowe usługi multimedialne, zaprojektowane z myślą o całej rodzinie: płatną telewizję w technologii satelitarnej, naziemnej oraz internetowej, usługi transmisji danych oraz dostęp do szerokopasmowego Internetu, w tym głównie w technologii LTE, a od niedawna 5G. Instalacje fotowoltaiczne ESOLEO to kompleksowe rozwiązania, dzięki którym klienci mogą płacić mniej za prąd. Firma ma doświadczenie w budowie instalacji fotowoltaicznych na domach prywatnych, obiektach użyteczności publicznej, halach, biurowcach, sklepach, gospodarstwach rolnych – od mikroinstalacji po farmy.

Millennium Leasing od lat oferuje finansowanie leasingiem dla wszystkich branż w Polsce, angażując się szczególnie w finansowanie inwestycji w innowacyjne, energooszczędne, zmniejszające nakłady pracy oraz przyjazne środowisku środki trwałe. półka jest aktywnym członkiem Związku Polskiego Leasingu, zaangażowaną w szczególności w powstanie Grupy ds. Digitalizacji ZPL i jedną z pierwszych firm leasingowych, które pojawiły się na polskim rynku. Sprzedaż usług leasingu jest prowadzona przez doradców leasingowych w 70 placówkach spółki w całej Polsce. Działania sprzedażowe prowadzone są także w ramach aktywnej współpracy z doradcami bankowymi, w oddziałach detalicznych i jednostkach korporacyjnych Banku Millennium.

Nowelizacja ustawy o cudzoziemcach

Od 1 grudnia 2020 r. cudzoziemcy przebywający w Polsce na podstawie tzw. wiz humanitarnych będą mogli ubiegać się o zezwolenia na pracę. Może to mieć szczególne znaczenie dla obywateli Białorusi, którzy opuszczają swój kraj w wyniku represji. Nowe przepisy wprowadza nowelizacja ustawy o cudzoziemcach, która zakłada także m.in. zmiany związane z modyfikacją wspólnotowego kodeksu wizowego oraz wejściem Polski do programu ruchu bezwizowego z USA.

Nowelizacja ustawy o cudzoziemcach z dnia 28 października 2020 r.[i] rozszerza katalog sytuacji, w których cudzoziemiec jest uprawniony do wykonywania pracy w Polsce. Zezwolenia na pracę będą mogli otrzymać cudzoziemcy przebywający w kraju na podstawie wiz Schengen lub krajowych wydanych w celu przyjazdu ze względów humanitarnych, z uwagi na interes państwa lub zobowiązania międzynarodowe (tzw. wizy humanitarne). Wnioski o zezwolenia na pracę rozpatrują urzędy wojewódzkie.

Procedowana jest obecnie także nowelizacja rozporządzenia Ministra Pracy i Polityki Społecznej w sprawie przypadków, w których powierzenie wykonywania pracy cudzoziemcowi na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej jest dopuszczalne bez konieczności uzyskania zezwolenia na pracę. Zakłada ona m.in. zwolnienie z obowiązku posiadania zezwolenia na pracę cudzoziemców przebywający w Polsce na podstawie tzw. wiz humanitarnych.

Celem ustawy jest również dostosowanie polskiego porządku prawnego do zmian we wspólnotowym kodeksie wizowym[ii]. Dotyczą one wydawania, cofania i unieważniania wiz krajowych (długoterminowych) pozostających w zakresie regulacji prawa krajowego. Dostosowane do wymogów prawa UE zostały m.in. formularz zaproszenia, tryb wydawania wiz krajowych oraz opłaty za ich wydanie. Przykładowo, decyzja informująca o odmowie wydania wizy krajowej będzie zamieszczana na nowym formularzu. Wniosek o wydanie wizy krajowej zostanie natomiast rozszerzony o dodatkowe rubryki, co usprawni postępowanie wobec cudzoziemców, którzy będą chcieli pracować czy studiować w Polsce.

Kolejną zmianą jest objęcie wszystkich cudzoziemców ubiegających się o wizę krajową oraz wjeżdżających do Polski, obowiązkiem posiadania podróżnego ubezpieczenia medycznego na cały okres pobytu (w przypadku braku ubezpieczenia zdrowotnego). Minister właściwy do spraw zagranicznych będzie publikował informacje o ubezpieczycielach i oferowanych przez nich ubezpieczeniach spełniających ustawowe warunki.

Nowelizacja wprowadza także przepisy pozwalające na wykonanie obowiązku wynikającego z przystąpienia Polski do programu ruchu bezwizowego ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki (Visa Waiver Program).

Ustawa z dnia 28 października 2020 r. o zmianie ustawy o cudzoziemcach oraz niektórych innych ustaw wejdzie w życie 1 grudnia 2020 r.

PKN ORLEN przejmuje kontrolę nad RUCH

PKN ORLEN przejmuje kontrolę nad RUCH i obejmuje 65 proc. akcji spółki. Jest to efekt decyzji Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy RUCHu o podwyższeniu kapitału zakładowego spółki, co wiąże się z emisją nowych akcji. To ważny krok do dalszego intensywnego rozwoju obszaru detalicznego Koncernu opartego o lokalizacje poza stacjami paliw i kompleksowe usługi dla klientów, w tym kurierskie. Pozostałymi akcjonariuszami będą PZU i PZU Życie oraz Alior Bank.

– Jesteśmy poważnym inwestorem, otwieramy kolejny rozdział w historii spółki RUCH obejmując wyłącznie nowe akcje wyemitowane przez spółkę. Dzięki przejęciu kontroli możemy już wykorzystać pewne synergie, które wzmocnią spółkę i równolegle wprowadzą nasz biznes detaliczny na wyższy poziom. Na bazie spółki RUCH chcemy m.in. rozwijać segment usług kurierskich oraz nowe formaty gastronomiczno-sklepowe. Poprzez efektywne wykorzystanie aktywów RUCH i Grupy ORLEN znacząco wzbogacimy naszą ofertę, na czym niewątpliwie skorzystają klienci, a także nasi akcjonariusze – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Segment detaliczny w Polsce ma olbrzymi potencjał. Widać to na przykładzie wyników PKN ORLEN – tylko w trzecim kwartale br. ten obszar wypracował rekordowy zysk EBITDA na poziomie 1 mld zł. Jednocześnie plany rozwoju biznesu detalicznego wpisują się w trendy w Europie Środkowo-Wschodniej. Na tym rynku widoczne jest zwiększenie konkurencji w jakości obsługi, asortymencie, usługach oraz poprawie standardów operacyjnych. Analizy rynkowe przeprowadzone przez PKN ORLEN wskazały na potencjał rozwoju formatu poza stacjami paliw z wykorzystaniem aktywów spółki RUCH.

PKN ORLEN złożył spółce RUCH warunkową ofertę finansowania w związku z zamiarem przejęcia kontrolnego pakietu akcji spółki już 11 kwietnia 2019 r. Decyzję poprzedziło badanie due diligence spółki i wypracowanie kierunków działań restrukturyzacyjnych. Od tego czasu prowadzone były działania związane m.in. z przyjęciem i zatwierdzeniem układów restrukturyzacyjnych (co było jednym z warunków udzielenia spółce finansowania przez PKN ORLEN). W międzyczasie powstał szczegółowy Plan Restrukturyzacji spółki oraz wynegocjowano umowę inwestycyjną z pozostałymi partnerami w tym przedsięwzięciu.  Zawarcie umowy inwestycyjnej w czerwcu br. oraz wydanie przez Prezesa UOKiK zgody na objęcie przez PKN ORLEN kontroli nad RUCH umożliwiło kontynuację procesu. Prawomocne stwierdzenie przez sąd wykonania układów RUCH z wierzycielami  w listopadzie br. w ramach dwóch przyspieszonych postępowań układowych stanowiło ostatni warunek i otworzyło dla PKN ORLEN drogę do finalizacji transakcji.

Stoki narciarskie będą otwarte

Protokół sanitarny wypracowany wspólnie z branżą narciarską został dziś zaakceptowany przez Główny Inspektorat Sanitarny. Stoki narciarskie i turystyczne będą otwarte w sezonie zimowym 2020/21 przy ścisłym reżimie sanitarnym, aby zapewnić bezpieczeństwo użytkownikom.

Jako resort gospodarczy, musimy uwzględniać decyzje dotyczące ochrony zdrowia i życia Polaków. Będziemy w tej kwestii wykorzystywać doświadczenie innych europejskich krajów. – powiedział szef MRPiT Jarosław Gowin po konsultacjach z branżą.

I dodał:

Dziękuję partnerom: branży narciarskiej i GIS za owocną współpracę.

Celem wdrażanych procedur jest:

1. Zwiększenie bezpieczeństwa i ochrony zdrowia pracowników (obsługi), gości / klientów oraz osób przebywających na terenie stacji turystyczno-narciarskich, zorganizowanych terenów narciarskich oraz kolei linowych i wyciągów narciarskich.

2. Minimalizowanie ryzyka zakażenia pracowników / obsługi oraz gości / klientów.

3. Kompleksowe działanie przeciwepidemiczne dostosowane do etapu zaawansowania stanu epidemii.

Chaos w opakowaniach w Unii Europejskiej wyzwaniem dla sektora warzywno-owocowego

Jak prognozują eksperci Unii Europejskiej wraz z Unią Owocową, chaos i brak harmonizacji uregulowań prawnych dotyczących opakowań i ich recyclingu może prowadzić do marnotrawstwa żywności oraz utrudniać handel pomiędzy krajami UE. Eksperci opublikowali swoje stanowisko w odpowiedzi na mapę drogową Komisji Europejskiej dotyczącą „Przeglądu wymagań dla opakowań i innych środków zapobiegających powstawaniu odpadów opakowaniowych”.

Opakowanie jest podstawowym elementem europejskiego łańcucha dostaw świeżych owoców i warzyw. Sektor świeżych produktów wykorzystuje opakowania w całym łańcuchu, począwszy od produkcji, poprzez sprzedaż hurtową, logistykę, handel i sprzedaż detaliczną, aby zapewnić konsumentom bezpieczne, wysokiej jakości i świeże produkty. Zarówno Unia Owocowa, jak i eksperci UE wspierają postulaty Green Deal, m. in. by zwiększyć zrównoważony charakter wykorzystania opakowań poprzez zwiększoną możliwość ponownego użycia i recyklingu opakowań, a także zobowiązanie do przeciwdziałania nadmiernemu pakowaniu i wytwarzaniu odpadów. Producenci owoców i warzyw wspierają także Komisję Europejską w kwestii inicjatywy przeglądu dyrektywy 94/62/WE w sprawie opakowań i odpadów opakowaniowych. Dla producentów najbardziej istotną kwestią jest brak zharmonizowanych przepisów dot. opakowań.

– Różne regionalne i krajowe przepisy dotyczące naklejek i opakowań w Europie są coraz trudniejsze do śledzenia przez producentów. Belgia rozwija koncepcję opakowań i naklejek kompostowanych. Włosi stosują etykiety nadające się do kompostowania przemysłowego, jednak nadal normą są tam konwencjonalne oznaczenia. Od kilku lat zabroniono tam stosowania plastikowych toreb na produkty, nie są również dostępne żadne kompostowalne lub nadające się do recyklingu wersje siatek lub toreb plastikowych. W belgijskich punktach sprzedaży plastikowe torby na zakupy nie są swobodnie dostępne, oferowane są natomiast zamienniki tekstylne lub papierowe. Niektóre rodzaje innowacyjnych materiałów opakowaniowych podlegają też wyższym kosztom recyklingu. Jak widać z powyższych przykładów, każdy kraj radzi sobie z problemami recyklingu w inny sposób, co utrudnia producentom dostosowanie się do wymogów poszczególnych rynków UE – podkreśla Paulina Kopeć, sekretarz generalna Unii Owocowej.

Producenci zwracają również uwagę, że materiały przeznaczone do kontaktu z żywnością stanowią nieodłączną barierę dla zrównoważonych opakowań i ograniczają stosowanie zrównoważonych opcji pakowania, gdyż uniemożliwiają recykling i ponowne użycie opakowań. W przyszłości alternatywą mogłyby stać się opakowania biodegradowalne, ale obecnie wytwarzane folie biodegradowalne są matowe i na produkcie wyglądają nieestetycznie, co może odstraszać potencjalnych klientów.

Według producentów owoców i warzyw z Unii Owocowej konieczne jest doprecyzowanie
i zharmonizowanie przepisów tak, by nie utrudniać przepływów handlowych w UE w związku z lokalnymi politykami dotyczącymi wymagań w kwestii opakowań i ich recyklingu. Bardzo istotny jest fakt, że świeże owoce i warzywa to produkty łatwopsujące się, z którymi należy się odpowiednio obchodzić na każdym etapie łańcucha dostaw.

– Wiele inicjatyw zmierzających do usunięcia opakowań z owoców i warzyw kończyło się klęską. W Wielkiej Brytanii rosnący asortyment nieopakowany doprowadził do wzrostu marnotrawstwa żywności w sklepach. W Niemczech handlowcy usunęli folię z ogórków, zwłaszcza ekologicznych, co doprowadziło do 70% strat produktów w marnowaniu żywności. W Holandii wzrosło natomiast wykorzystanie opakowań plastikowych ze względu na zapobieganie marnotrawieniu żywności. Te przykłady jasno pokazują, że zharmonizowane na poziomie UE przepisy powinny uwzględniać specyfikę owoców i warzyw w kwestii opakowań i wspierać zapobieganie marnotrawieniu żywności dodaje Paulina Kopeć.

Przepisy powinny uwzględniać powody, z jakich opakowania są stosowane dla świeżych owoców i warzyw. Należą do nich m.in.:

  • Zamknięcie produktu dla celów logistyki: świeże owoce i warzywa to z natury małe, luźne produkty. Do efektywnych i wydajnych operacji transportowych oraz logistyki w całym łańcuchu wykorzystywane są produkty opakowaniowe, aby bardziej efektywnie wykorzystywać przestrzeń ładunkową. Dotyczy to na przykład standardowych palet plastikowych, jak i papierowych stosowanych do opakowań detalicznych, w tym pojemników na żywność do sprzedaży małych wieloelementowych owoców oraz sprzedawanych na wagę warzyw takich jak: jagody, małe jabłka i pomidorki koktajlowe.
  • Wydłużenie okresu przydatności do spożycia: świeże produkty przechodzą przez wiele etapów w łańcuchu dostaw, zanim dotrą do domów klientów lub punktów gastronomii. Świeże owoce i warzywa są produktami szybko psującymi się i podczas każdego etapu łańcucha dostaw muszą być chronione, aby dotarły do konsumenta w dobrym stanie, zgodnym z normami handlowymi. W ten sposób opakowanie wydłuża okres przydatności do spożycia produktów i ogranicza o drobne uszkodzenia produktów, które ostatecznie mogą przyspieszyć ich zepsucie. Ponadto, wiele rodzajów opakowań stosowanych w tym sektorze zawiera innowacje, które dodatkowo wydłużają okres przydatności do spożycia poszczególnych produktów, zachowując ich świeżość.
  • Zapobieganie psuciu się i marnotrawieniu żywności: Wydłużając okres przydatności do spożycia produktów przez opakowania stosowane w całym łańcuchu dostaw świeżych owoców i warzyw zapobiega się marnowaniu żywności poprzez ograniczanie uszkodzenia produktów i utrzymanie świeżości na każdym etapie łańcucha oraz w domu. Na przykład, jagody muszą być przechowywane
    w pojemnikach do pakowania, ponieważ wskaźniki psucia się są bardzo wysokie w przypadku sprzedaży luzem.
  • Zapobieganie skażeniu mikrobiologicznemu: Opakowania świeżych produktów mogą być używane w całym łańcuchu dostaw, aby zapobiec skażeniu mikrobiologicznemu produktów. Opakowanie zapobiega stykaniu się świeżych owoców i produktów roślinnych z innymi powierzchniami
    i wynikającymi z tego tytułu zanieczyszczeniom biologicznym.
  • Wyświetlanie informacji o produkcie: opakowania oferują sektorowi możliwości komunikowania się zarówno z uczestnikami łańcucha dostaw, jak i konsumentami wyposażając ich w obowiązkowe
    i podstawowe informacje o produkcie. Obowiązkowe i istotne informacje obejmują, ale nie ograniczają się do odmiany, koloru, identyfikowalności, marki, kraju pochodzenia, kodu PLU, kodu kreskowego, komunikatów (na przykład „gotowe do spożycia”). Etykiety umożliwiają również wykrywanie oszustw.
  • Promocja konsumpcyjna: Opakowania ułatwiają promocję konsumpcji świeżych owoców i warzyw. W UE średnie dzienne spożycie owoców i warzyw na mieszkańca wynosi 348 g dziennie, czyli znacznie poniżej minimum 400 g zalecanego przez WHO dla dobrego zdrowia. Na rynku spożywczym, na którym występuje niezwykle duży wybór markowych produktów, opakowania dają możliwość promocji konsumpcyjnej poprzez tekst i grafikę.
  • Ułatwienia w konsumpcji: Komisja Europejska nie ustaje w wysiłkach zmierzających do zwiększenia spożycia owoców i warzyw. Obejmuje to zwiększenie dostępności różnorodnej gamy produktów i różnych wielkości porcji dla konsumentów oraz dostosowanie do ich zmieniającego się stylu życia. Opakowania zapewniają różne sposoby spożycia owoców i warzyw, dostosowane do stylu życia różnych grup demograficznych. Na przykład są to opakowania dla chcących jeść „na wynos” i zestawy posiłków z produktami owocowo-warzywnymi na 1-2 porcje dla osób mieszkających samotnie.
  • Zaufanie konsumentów: opakowanie daje konsumentom pewność bezpieczeństwa produktu i jego jakości. Szczególnie podczas obecnej pandemii COVID-19, opakowania zapewniają konsumentom bezpieczeństwo żywności, które ułatwia jej dalsze spożywanie na poziomie niezbędnym dla utrzymania odporności i zdrowia obywateli.

Producenci zwracają się z wnioskiem do Komisji Europejskiej, aby powyższe uwarunkowania zostały uwzględnione w planowaniu zmian w przepisach dotyczących opakowań. Naruszenie powyższych aspektów będzie szkodą dla jakości, bezpieczeństwa oraz negatywnie wpłynie na poziom konsumpcji. Według producentów przepisy powinny również uwzględniać dialog z branżą gospodarki odpadami. Jednocześnie powinny być uruchomione specjalne fundusze na badania, innowacje i rozwój zrównoważonych rozwiązań opakowaniowych. Zapewni to opłacalnie zrównoważone, alternatywne opakowania stale dostępne dla sektora warzywno-owocowego.

Autonomiczne pojazdy do ładowania i tankowania samochodów – nowy patent Toyoty

Utknięcie na poboczu drogi to coś, co zdarza się nieustannie wielu kierowcom. Toyota postanowiła rozwiązać ten problem i zgłosiła do urzędu patentowego projekt autonomicznego samochodu dostarczającego kierowcy w potrzasku paliwo lub energię. Co ciekawe, pojazd ten ma służyć pomocą posiadaczom samochodów o dowolnym napędzie – spalinowym, elektrycznym oraz wodorowym. Projekt to także odpowiedź na postępującą autonomizację – kiedy w samochodzie nie będzie kierowcy, problem tankowania lub ładowania trzeba będzie rozwiązać systemowo.Autonomiczne pojazdy do ładowania i tankowania samochodów – nowy patent Toyoty 2 Autonomiczne pojazdy do ładowania i tankowania samochodów – nowy patent Toyoty

Jak to działa

Zgodnie z opisem ujętym we wniosku patentowym, system odbiera zgłoszenie o zapotrzebowaniu na usługę tankowania lub ładowania od samochodu-klienta. Informacja ma obejmować markę i model oraz miejsce, na które pojazd tankujący ma dotrzeć. Następnie system podejmuje decyzję, który pojazd tankujący ma odpowiedzieć na zgłoszenie, opierając się na aktualnym rozmieszczeniu pojazdów tankujących w terenie, ich wielkości, pojemności paliwa/energii oraz wielkości, marce i modelu samochodu-klienta. Po wybraniu pojazdu system wysyła mu zlecenie, a on dociera do samochodu klienta, opierając się na danych GPS oraz innych metodach nawigacyjnych przy użyciu systemu autonomicznej jazdy. Po dotarciu na miejsce pojazd ustawia się w odpowiedniej pozycji, korzystając m.in. z czujników odległości oraz automatycznie podłącza odpowiednią końcówkę do ładowania akumulatora lub tankowania paliwa albo wodoru. Aby zwiększyć wydajność, jeden autonomiczny pojazd wykonywałby kilka usług zanim powróciłby do bazy, by uzupełnić własne zbiorniki i baterię.

Z dokumentów wynika, że ​​kierowca samochodu-klienta nie musiałby nic robić podczas całego procesu. Do tego potrzebna byłaby jednak standaryzacja wlewów paliwa i portów ładowania we wszystkich obsługiwanych przez system samochodach. Nie ma jednak powodu, żeby producenci nie porozumieli się w tej sprawie – przynajmniej jeśli chodzi o samochody autonomiczne.

Pomoc dla kierowców i autonomicznych samochodów

Rozwiązanie zgłoszone przez Toyotę w nowym wniosku patentowym ma znaczenie nie tylko dla zapominalskich kierowców, ale przede wszystkim dla pojazdów autonomicznych. Jeśli wziąć pod uwagę takie zastosowanie mobilnej ładowarki i stacji tankowania, to warto postawić pytanie, czy system ten będzie w stanie działać również podczas jazdy. Pomysł ten przypomina bowiem nieco tankowanie samolotów, a jak wiemy, uzupełnienie baku paliwa podczas lotu jest możliwe i praktykowane, choć trudne.

Jak będzie w tym przypadku? Żaden z rysunków ani opisów we wniosku patentowym nie odpowiada na to pytanie, choć tytuł patentu brzmi „On-the-fly autonomous vehicle refueling and recharging”, czyli pojazd autonomiczny do tankowania i ładowania w locie. Tak sformułowany tytuł może sugerować, że działanie w czasie jazdy jest brane pod uwagę.

toyotaCoraz więcej autonomii w samochodach seryjnych

Obecnie oferowane na rynku systemy bezpieczeństwa i wsparcia kierowcy reprezentują drugi poziom automatyzacji według klasyfikacji SAE. W Polsce we wrześniu zadebiutował Yaris nowej generacji z pakietem Toyota Safety Sense 2.5, który zawiera zupełnie nowe systemy, w tym układ zapobiegania kolizjom z pieszymi i samochodami na skrzyżowaniach. Wyższe poziomy SAE reprezentują systemy Toyota Guardian i Toyota Chauffeur, za których rozwój opowiada firma badawcza Toyota Research Institute w USA.

Rola prawnika przedsiębiorstw staje się coraz bardziej strategiczna. Rośnie również prestiż tego zawodu

Na przestrzeni ostatnich lat rola prawników przedsiębiorstw przeszła ewolucję od roli wyłącznie wspierającej do roli istotnego partnera dla biznesu. Wiąże się to także z przejmowaniem odpowiedzialności za dodatkowe obszary działania firmy, takie jak compliance, raportowanie korporacyjne czy procesy regulacyjne. Prawnicy przedsiębiorstw wskazują na ogromną rolę nowych technologii w podnoszeniu efektywności ich pracy – za kluczowe rozwiązania uznają elektroniczny obieg dokumentów (84%) i podpis elektroniczny (71%) – wynika z raportu “Prawnicy przedsiębiorstw w centrum procesów biznesowych” przygotowanego przez kancelarię PwC Legal i Polskie Stowarzyszenie Prawników Przedsiębiorstw.

Raport z przeprowadzonego w tym roku badania pokazuje, że przez 10 lat działalności Stowarzyszenia z sukcesem dokonały się spodziewane zmiany. Myślę, że miejsce, w którym obecnie jesteśmy, pozwala nam z satysfakcją stwierdzić, że codzienna praca szefów działów prawnych przedsiębiorstw oznacza się wysokim poziomem profesjonalizmu nie tylko w charakterze doradcy prawnego, ale też w wielu pozaprawnych obszarach biznesu, takich jak zarządzanie zespołem, istotny udział w budowaniu strategii firmy czy wpływ na podejmowanie kluczowych decyzji gospodarczych.

Waldemar Koper, prezes zarządu Polskiego Stowarzyszenia Prawników Przedsiębiorstw
Z badania przeprowadzonego na potrzeby raportu PwC i PSPP wynika, że rola prawnika w przedsiębiorstwie staje się bardziej strategiczna, a sami prawnicy skupiają wiele kompetencji, co pozwala im przejmować odpowiedzialność za kolejne obszary działania. 86% respondentów przyznaje, że praca prawnika przedsiębiorstw wymaga szerszych i bardziej zróżnicowanych kompetencji oraz wiedzy biznesowej niż prawnika kancelarii zewnętrznej, dla którego bardziej charakterystyczne są konkretne specjalizacje. Nie dziwi więc rosnący prestiż profesji prawnika przedsiębiorstwa – takiego zdania jest 67% badanych.

Autorzy raportu podkreślają, że rosnąca rola prawników przedsiębiorstw jest wynikiem co najmniej trzech czynników. Po pierwsze – pojawiło się wiele nowych ryzyk regulacyjnych. Dotychczas związane były one wyłącznie z określonymi branżami, takimi jak np. sektor finansowy czy farmaceutyczny, obecnie jest ich coraz więcej także w innych obszarach gospodarki. W tej sytuacji stabilne oraz efektywne zarządzanie przedsiębiorstwem stwarza konieczność ścisłej współpracy z prawnikami, a od samych prawników wymaga wiedzy znacznie wykraczającej poza kwalifikacje stricte prawnicze. Po drugie – duży wpływ na ewolucję zawodu prawnika przedsiębiorstwa ma również rosnąca odpowiedzialność społeczna i etyczna biznesu. Po trzecie zaś popularyzacja funkcji prawnika przedsiębiorstw oraz wysokie standardy samej pracy łączą się ze zmianami w polskiej gospodarce, jakie zaszły w ciągu ostatniej dekady.

Zawód prawnika przedsiębiorstwa zmaga się obecnie z nowymi wyzwaniami wywołanymi przez pandemię COVID-19. Dostosowanie się do nowych warunków – zwłaszcza konieczność transformacji cyfrowej i wzmacnianie kompetencji cyfrowych – to był i jest warunek zwiększenia konkurencyjności firm i ich działów prawnych. Rola prawników w ramach tego rodzaju reorganizacji jest niezwykle istotna, gdyż każda zmiana procesu poprzez jego rozbudowę o komponent technologiczny wymaga analizy pod kątem regulacji prawnych. W konsekwencji, rolą prawnika staje się wsparcie biznesu w określeniu procesów, które dzięki możliwościom, jakie daje rozwój technologiczny, staną się bardziej efektywne. Równie ważna jest rola prawnika w wyborze rozwiązań technologicznych, które będą odpowiadać na realne potrzeby organizacji, przy jednoczesnym zachowaniu zgodności z wymogami prawnymi. – Cezary Żelaźnicki, partner zarządzający kancelarią PwC Legal

Transformacja technologiczna działów prawnych

Zainteresowanie nowymi technologiami wśród prawników przedsiębiorstw wzrosło w porównaniu z 2016 rokiem. Obecnie 86% respondentów badania twierdzi, że widoczny jest wzrost znaczenia nowych technologii dla działów prawnych. Co ciekawe, prawnicy przedsiębiorstw deklarują dużą otwartość na nowe technologie pod warunkiem jednak, że narzędzia te pozwalają na współpracę z biznesem oraz usprawniają pracę i zwiększają efektywność w tym zakresie. Kluczowym czynnikiem jest tutaj integracja nowych rozwiązań technologicznych z działalnością całego przedsiębiorstwa. Szczególnie pożądana jest implementacja narzędzi, które usprawni pracę na styku dział prawnego i biznesu. Dodatkowo, ¾ badanych oczekuje od technologii efektywności.

W związku z tym, że podstawową rola działu prawnego jest zarządzanie portfolio umów, w tym obszarze należy spodziewać się największej gotowości na inwestycje technologiczne. Przekonanie to znajduje potwierdzenie w odpowiedziach uczestników naszego badania – aż 84% z nich wskazało elektroniczny obieg dokumentów oraz wdrożenie systemów z bazami dokumentów/projektów jako technologie ważne dla efektywnej pracy prawnika przedsiębiorstwa. Ponadto, następne miejsca w tej kategorii zajęło rozwiązanie ściśle związane z procesem wdrożenia elektronicznego obiegu dokumentów, tj. podpis elektroniczny (71% odpowiedzi).

Relacje prawników przedsiębiorstw z kancelariami zewnętrznymi

Z badania wynika, że prawnicy przedsiębiorstw mają coraz większą autonomię w wyborze kancelarii zewnętrznych i dysponują w tym zakresie oddzielnym budżetem. W ponad połowie badanych firm przy wyborze kancelarii zewnętrznych prawnicy nie są związani żadnymi odgórnie ustalonymi wytycznymi (jedynie 1/3 firm ma ściśle określone procedury przetargowe). Ma to szczególne znaczenie, jeśli weźmiemy pod uwagę, że aż 66% (o 6% więcej niż w badaniu z 2016 r.) badanych działów prawnych regularnie współpracuje z zewnętrznymi kancelariami, 31% czyni to sporadycznie, zaś jedynie 3% nie korzysta z tej pomocy.

Nadal najczęściej zlecanymi zadaniami kancelariom zewnętrznym są postępowania sądowe oraz podatki. Wewnętrzne działy prawne najrzadziej zlecają zadania z zakresu compliance, obsługi prawnej zarządu, negocjacji umów, czy e-commerce oraz IT.

W ocenie badanych największą wartością zewnętrznych kancelarii jest specjalizacja w konkretnej dziedzinie. Natomiast czynnikiem, który decyduje o zakończeniu współpracy z zewnętrzną kancelarią jest najczęściej brak efektywności.

Dzień dobrych informacji

Rynek akcji pnie się w górę na fali pozytywnych informacji w temacie szczepionek i politycznych rewelacji w USA, podczas gdy na FX znamiona awersji do ryzyka skrywają prosty fakt – czasami dobre nastroje nie muszą oznaczać słabości dolara.

Jeśli Amerykanie nie przejmują się wzrostem liczby zakażonych COVID-19 w swoim kraju, może i inwestorzy również powinny ignorować ten temat? Wczoraj zamieszanie wywołały zdumiewająco silne odczyty indeksów PMI z USA, które zarówno w sektorze przemysłowym, jak i usługowym wbrew oczekiwaniom wskazały przyspieszenie tempa ekspansji względem poprzedniego miesiąca. Zamiast przejmować się rozwojem pandemii teraz, firmy wyraziły większe zadowolenie z wyparowania niepewności wokół wyborów oraz pokładają duże nadzieje w szczepionkach i powrocie do normalności. Szokujący optymizm mocno kontrastował z opublikowanymi kilka godzin wcześniej słabymi odczytami z Europy i jakkolwiek dla Wall Street dane podsycały zakupy akcji, tak na rynku walutowym reakcja nie sugerowała wzrostu apetytu na ryzyko. Zyskiwał przede wszystkim dolar, ale jak najbardziej miał do tego prawo przy tak świetnych odczytach. Czasami nie można ignorować zaplecza makro, niezależnie jak bardzo kłóci się to z szerokim poglądem na ryzyko.

Wyjątkowość gospodarki USA nie pierwszy raz jest czynnikiem niepozwalającym ot tak zawiązać trendu wyprzedaży USD. Jednak jeden raport nie powinien od razu przekreślać trendu. Obecna fala pandemii nie odciska piętna na gospodarce USA, ale może to wynikać z tego, że pogorszenie sytuacji zdrowotnej dotyka USA z kilkutygodniowym opóźnieniem niż Europę. Ponadto w USA jeszcze nie zarządzono powszechnych lockdownów, oszczędzając sklepy i miejsca pracy. Z drugiej strony bez oznak szybkiego wprowadzenia pomocy fiskalnej, sytuacja w USA może się szybko zmienić na gorsze. Zanim znowu zmieni się na lepsze, gdyż ostatnie godziny przyniosły komunikaty, które pozwalają liczyć na większą aktywność władz fiskalnych w zwalczaniu pandemii. Prezydent Trump miał rzekomo polecić swojej administracji, by formalnie rozpocząć współpracę z obozem Bidena w sprawie przekazania władzy. Ponadto według innych źródeł, była przewodnicząca Fed Janet Yellen jest wskazywana na nowego sekretarza skarbu w administracji Bidena. To pozytywna zapowiedź, która powinna poprawić współpracę między Departamentem Skarbu i Fed, jak również zwiększa szanse, że administracja będzie forsować pakiet fiskalny w formie, na jakiej najbardziej zależałoby Fed.

Inwestorzy muszą meandrować między zaskakująco pozytywnymi fotografiami stanu z przeszłości (PMI), ponurą teraźniejszością (wzrost zachorowań) i nadziejami na poprawę w przyszłości (szczepionki, pakiet fiskalny). Ostatnio więcej jest dobrych wieści, co pozwala rozwijać się rajdowi ryzyka, zanim uderzy inwestycyjny pragmatyzm nakazujący redukować ryzyko przed długim, świątecznym weekendem.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Targetowanie reklam radiowych online Potencjał innowacyjnych rozwiązań marketingowych

Osobista forma kontaktu z użytkownikiem i reklamy odporne na Adblocka. To największe atuty przekazów marketingowych emitowanych w stacjach radiowych online, podcastach i innych treściach opartych na audio w Internecie. Firma AdTonos, wyspecjalizowana w obsłudze kampanii programatycznych, przez ostatnich dziesięć miesięcy wyemitowała aż 63 159 425 playoutów.

Kampanie programatyczne pozwalają lokalnym markom kształtować przekaz reklamowy w dobie wąsko sprofilowanych stacji internetowych. Podejmowane działania są efektem coraz większego zainteresowania podcastami i audycjami radiowymi emitowanymi w Internecie.

Jak dotrzeć do precyzyjnej grupy docelowej?

Specyfiką tego typu kampanii jest możliwość bardzo dokładnego określenia profilu odbiorcy. Programmatic audio pozwala ustawić reklamy na przykład według kryterium płci, wieku, lokalizacji czy zainteresowań. Dzięki temu, właściciel lokalnej kwiaciarni czy dealer samochodowy może reklamować się w ogólnopolskiej stacji radiowej, docierając do potencjalnych klientów, którzy znajdują się w okolicy jego firmy. Dla stacji radiowej jest to dodatkowe źródło dochodu, które może być właściwym sposobem na pokrycie kosztów inwestycji w rozwój radia w Internecie.

Jak to wszystko działa? Posłużmy się przykładem. Jeśli słuchacz korzysta z określonej stacji radiowej za pomocą tradycyjnego odbiornika w samochodzie lub ustawionego na komodzie w domu i jednocześnie będzie słuchać tych treści z aplikacji uruchomionej przez jego ulubioną stację radiową, to usłyszy różne bloki reklamowe. Reklamy w aplikacji będą dopasowane bezpośrednio do jego profilu i zainteresowań. System „podmienia” reklamy w sposób całkowicie niezauważalny dla słuchacza. Oprogramowanie rozpoznaje, kiedy rozpoczyna się blok reklamowy i układa reklamy zgodnie z „zadanym” wcześniej profilem użytkownika. Skuteczność sięga w tym przypadku 99,5%. Dedykowany algorytm uczy się, w jaki sposób poszczególne stacje radiowe miksują dżingle reklamowe, dlatego przejście bloków reklamowych jest płynne. Słuchacz nie ma świadomości, że reklamy zostały podmienione.

Jesteśmy jedną z trzech firm na świecie, które stworzyły technologię wymiany streamu audio w czasie rzeczywistym. Dzięki temu możemy realizować kampanie programatyczne audio w oparciu o własną technologię. Dziesięć pierwszych miesięcy 2020 roku pozwoliło nam wygenerować ponad 63 miliony playoutów. 16 milionów z nich zostało wyemitowanych w polskich stacjach online. Na zagranicznym, bardziej doświadczonym rynku, sprzedaż reklam odbywa się już w pełni automatycznie, a także na zasadzie bidowania stawki za emisję reklamy. O skuteczności takich działań świadczy fakt, że według światowych badań 80% słuchaczy podcastów akceptuje reklamy. Ponad 60% z nich kupuje po wysłuchaniu reklamy w trakcie podcastu. Gdy dodamy do tego „odporność” na systemy blokujące, otrzymujemy skuteczny sposób prezentowania swoich produktów i usług – powiedział Michał Marcinik, prezes AdTonos, platformy specjalizującej się w audiomarketingu.

Reklamy programatyczne w segmencie audio sprawdzają się w każdej branży, choć doświadczenie AdTonos pokazuje, że szczególnie dobre wyniki osiągane są przez kampanie przygotowywane dla klientów działających głównie w sektorach e-commerce, motoryzacyjnym, FMCG, branży finansowej czy usługowej. Powodem takiej skuteczności jest możliwość bardzo dokładnego określenia grupy docelowej. Jest to możliwe, ponieważ operatorzy audiomarketingu mają do dyspozycji ogromną bazę kategorii, do których przydzielany jest odbiorca reklamy.

Przebranżowienie – gdzie zarobisz najwięcej “na start”?

W dobie pandemii przebranżowienie się do zupełnie innego zawodu stało się realne dla przedstawicieli wielu branż. Sprawdziliśmy więc, w jakich sektorach nadal jest praca i na jakie zarobki mogą liczyć osoby zmuszone przekwalifikować się do nowej profesji. 

Jeszcze przed pandemią na przebranżowienie decydowały się przede wszystkim osoby niezadowolone z dotychczasowej pracy. Po nowe kwalifikacje sięgali pracownicy mający nadzieję na poprawę swojej sytuacji zawodowej i podniesienie zarobków. Dzisiejsza sytuacja powoduje, że do grona osób chcących zmienić swój zawód dołączają pracownicy zwyczajnie zmuszeni do szukania nowej profesji. Ponadto, jak wynika z badania „Monitor Rynku Pracy” Randstad, zmiany dotykają też mieszkańców mniejszych miast, kobiet i najmłodszych pracowników (do 29. roku życia).

Pytanie, w których sektorach nadal trwają rekrutacje? Odpowiedzi dostarczają eksperci ze szkoły programowania online Kodilla.com, którzy na bazie danych pozyskanych od agencji rekrutacyjnych Randstad i Devire przygotowali zestawienie zawodów, na które jest popyt na rynku pracy, wraz z prognozowanymi zarobkami. Analiza pokazała, że w wielu przypadkach rozpoczęcie kariery nie musi wymagać zaawansowanych umiejętności.

Pracownik magazynowy – od 3,5 tys. zł brutto

Rozwój e-commerce wraz z coraz częstszym przenoszeniem handlu do przestrzeni online, przyspieszonym przez pandemię, lockdown i zahamowanie działalności dużej części sklepów stacjonarnych, spowodował wzrost popytu na pracowników magazynowych. Czy to dobry zawód?

Plusem, jak wyjaśnia Mateusz Żydek, ekspert rynku pracy w Randstad jest to, że od kandydatów, częściej niż doświadczenia, wymaga się po prostu skrupulatności w wykonywaniu zadań, czasem sprawności fizycznej i manualnej czy gotowości do pracy w systemie zmianowym.

Ile zarabia magazynier? Pracodawcy na start płacą przeciętnie 3,5 tys. zł brutto, czyli ok. 2,5 tys. zł na rękę. Pracownikom przysługują też premie, m.in. za frekwencję, pracę w weekendy czy wyniki. W wielu przypadkach mają możliwość rozwoju, np. awansu na brygadzistę czy doszkolenia się w zakresie obsługi wózków widłowych (co pozwala na uzyskanie wyższych stawek godzinowych). Perspektywy rozwoju są nawet szersze i obejmują stanowisko logistyka, inżyniera procesów logistycznych czy managera.

Specjalista ds. aktywnego pozyskiwania klientów – od 4 tys. zł brutto

Obecnie wiele branż mierzy się ze spadkiem zamówień, dlatego wśród propozycji dla osób szukających nowej pracy, eksperci wymieniają oferty dotyczące aktywnych handlowców.

Na propozycje pracy mogą liczyć osoby dobrze czujące się w sprzedaży, generowaniu leadów i pozyskiwaniu nowych klientów w obszarze szeroko pojętych usług dla biznesu. Poza tym takie stanowiska nie muszą być osadzone w centrum usług wspólnych. Często są po prostu częścią lokalnych zespołów sprzedażowych. Wynagrodzenia wahają się od 4 do 6 tys. zł brutto na start i są skorelowane z systemem premiowym, uzależnionym od osiąganych wyników – mówi Dorota Hechner, manager pionu rekrutacji stałych w Devire.

Pracownik telefonicznej obsługi klienta – od 4,5 tys. zł brutto

Przemiany w sposobie obsługi klienta obserwuje się już od kilku lat. Firmy coraz częściej decydują się na scentralizowane działy, wyspecjalizowane w komunikacji z konsumentami, dostępne telefonicznie lub internetowo, czasem wręcz całodobowo. – Ze względu na kwalifikacje pracowników, Polska jest wręcz światowym liderem takich usług – twierdzi Mateusz Żydek.

Sama praca w scentralizowanych działach obsługi klienta to dobry start w tej specjalizacji. Podjąć się jej mogą nawet studenci czy osoby ze średnim wykształceniem. Centra obsługi klienta skierowane na Polskę nie wymagają posługiwania się językami obcymi. Od pracowników wspierających klientów zagranicznych wymaga się jednak znajomości języka angielskiego i niemieckiego, ale często też francuskiego, hiszpańskiego, włoskiego, rosyjskiego, niderlandzkiego czy portugalskiego. Zresztą znajomość języków jest premiowana wyższym wynagrodzeniem. Poza tym od pracowników raczej nie wymaga się znajomości branży. Pracodawcy sami organizują szkolenia i wprowadzają pracowników w zagadnienia związane z obsługą klienta.

W scentralizowanym dziale obsługi klienta osoba na stanowisku młodszego specjalisty zarabia ok. 4,5 tys. zł brutto, czyli 3,2 tys. zł na rękę. Pracownik na stanowisku specjalistycznym dostaje 3,7 tys. zł na rękę, a na stanowisku starszego specjalisty – 4,5 tys. zł. W ciągu zaledwie 3 ostatnich lat zarobki w tym zawodzie wzrosły przeciętnie o 25%.

Pracownik helpdesku IT – od 4,8 tys. zł brutto

Rozwijające się w Polsce firmy coraz częściej potrzebują bardziej scentralizowanego wsparcia informatycznego. Szczególnie dla dużych organizacji uzasadnione jest tworzenie zespołów helpdesku – pierwszej linii pomocy. Jej zadaniem jest rozwiązywanie najprostszych wyzwań, z którymi mierzą się użytkownicy rozwiązań informatycznych w firmie (od niedziałających drukarek, poprzez odzyskiwanie utraconych danych, aż po instalowanie potrzebnych aplikacji).

Problemy rozwiązywane przez pierwszą linię wsparcia IT na ogół nie należą do skomplikowanych. Dlatego od kandydatów często nie wymaga się zaawansowanej wiedzy informatycznej – zresztą wielu procedur można nauczyć się w trakcie wdrożenia stanowiskowego. Jednocześnie helpdesk to otwarte drzwi do rozwoju w innych dziedzinach informatycznych, a także przejścia np. do działów zajmujących się projektowaniem oprogramowania, administrowaniem sieciami informatycznymi czy bezpieczeństwem danych.

Początkujący pracownik helpdesku IT może liczyć w Polsce na 4,8 tys. zł brutto (3,5 tys. zł na rękę), by po kilku latach jego wynagrodzenie wzrosło do 4 tys. zł, a w przypadku starszych specjalistów czy liderów zespołów do 6-6,5 tys. zł netto. Na podstawowych stanowiska w ciągu zaledwie 3 ostatnich lat wynagrodzenia wzrosły o połowę.

Junior w IT – od 4,8 tys. zł brutto. A ile po 5 latach?

Obserwując rozwój kariery Java Developera czy .NET Developera od stanowiska juniorskiego widzimy, że choć taki pracownik początkowo może liczyć na niewielką pensję, to po 5 latach ma szansę na kilkukrotnie wyższe wynagrodzenie. W zależności od stanowiska i formy współpracy to może być 14-16 tys. zł brutto na UoP, albo nawet 25 tys. zł przy B2B – mówi Dorota Hechner z Devire.

Nic dziwnego, że zainteresowanie branżą IT nie maleje, nawet wśród osób nietechnicznych. Zgodnie z danymi Kodilla.com za okres od marca 2020 do chwili obecnej, największą gotowość do przekwalifikowania się na stanowisko programisty wykazują przedstawiciele takich branż, jak: gastronomia, budownictwo, edukacja, logistyka, marketing, finanse i inżynieria. – Wystartować w branży chcą zarówno osoby techniczne, jak np. analitycy danych lub graficy, jak i pracownicy, którzy z IT wcześniej miały niewiele wspólnego. To np. specjaliści ds. marketingu czy HR-u, nauczyciele, pracownicy gastronomii, hotelarstwa czy turystyki – dodaje Magdalena Rogóż, ekspertka ds. rynku IT ze szkoły programowania online Kodilla.com.

Specjalista od contentu – od 5 tys. zł brutto

Marketingowcy czy webmasterzy mogą starać się o pracę jako E-commerce Content Specialist (lub: „E-merchandising Specialist”). To osoba czuwająca nad firmową stroną www, dbająca o dane i content (np. przypisywanie produktów do kategorii, podpisanie zdjęć, tworzenie opisów, tagów etc.).

Z ciekawostek, część sieci retailowych (nie mając obecnie co zrobić z pracownikami sklepów) już teraz tymczasowo angażuje ich właśnie do tego zadania.

Rynkowo takie stanowisko możemy wycenić na ok. 5 tys. zł brutto dla osoby początkującej (juniora), z perspektywą rozwoju do ok. 7 tys. zł brutto przy bardziej samodzielnym stanowisku – mówi Dorota Hechner.

Junior Property Manager – od 9 tys. zł brutto

Ciekawie wypadają też dane dotyczące rynku nieruchomości pozyskane od agencji Devire. Ze względu na ustawę deregulacyjną z 2014 roku, od osób zajmujących się pośrednictwem nieruchomości nie wymaga się wyższego wykształcenia kierunkowego, odbycia praktyk ani zdania państwowego egzaminu zawodowego. Dlatego jest to jeden z nowych kierunków zawodowych dla osób bez doświadczenia w branży. Osoby przekwalifikowują się, bo liczą na wysokie zarobki związane z prowizjami, ale cenią sobie również elastyczny czas pracy.

Jeśli chodzi o wynagrodzenia, to Junior Property Manager może liczyć na 7-9 tys. zł brutto (5-6,4 tys. zł netto). Awans na Property Managera to już 10-12 tys. zł brutto, z kolei Senior Property Manager zarabia 13-16 tys. zł brutto (9,2-11,3 tys. zł na rękę).

Rozwój niejedno ma imię

Jak podkreśla Magdalena Rogóż z Kodilla.com, w poszukiwaniach nowego zawodu nie należy się ograniczać wyłącznie do analizowania zarobków.

W każdej branży funkcjonują zarówno osoby bez doświadczenia, dopiero rozpoczynające swoją karierę, jak i doświadczeni seniorzy i eksperci. Aby móc liczyć na taki awans, przede wszystkim trzeba chcieć się rozwijać. To od nas samych zależy, jak szybko i czy w ogóle osiągniemy wyższy poziom umiejętności, zyskamy zaufanie szefa, otrzymamy poważniejsze, samodzielne zadania i zostaniemy za to odpowiednio wynagrodzeni. Im większe możliwości rozwoju w danej branży, tym większa możliwość awansu i lepszych zarobków. Branża IT jest jedną z tych, które już dawno to dostrzegły i jest to jeden z jej największych atutów sprawiających, że nawet w czasie kryzysu nadal się rozwija – podsumowuje.

Ekspertka ostrzega jednak, że nawet w tak rozwojowych sektorach pracownicy, którzy zapomną o samorozwoju i pozostaną w tyle, mogą zostać wykluczeni. Rzadko słyszy się jednak o programiście, który postanowił się przebranżowić.

Oprac. Kodilla.com

Budżet Polski – na co wydawane są pieniądze podatników

W 2021 r. dochody budżetu państwa założono na 404,4 mld zł, a wydatki na 486,7 mld zł. Ile z tych pieniędzy trafia na konkretne obszary? Ile środków przeznaczanych jest na ochronę zdrowia, a ile na wsparcie publicznej telewizji czy kościoła? Portal ikalkulator.pl postanowił przyjrzeć się obszarom, które mają największy wpływ na komfort życia społeczeństwa, a także sprawdzić te, które może nie do końca potrzebują obecnie aż tak dużego wsparcia.

Wydatki na onkologię w dół

Wskaźnik zachorowalności na nowotwory w Polsce jest stosunkowo niski – średnio 254 osoby na 100 tys. mieszkańców choruje na nie w naszym kraju. Jednak jednocześnie wskaźnik umieralności z powodu raka należy do najwyższych wśród wszystkich państw objętych badaniem – wynika z raportu „Health at a Glance 2019”. Co roku na raka choruje blisko 160 tys. osób, a do 2029 r. zachorowań ma być 220 tys. rocznie.

Na walkę z tą chorobą średnio wydaje się u nas ponad 42 euro na osobę, dla przykładu u naszych sąsiadów Czechów jest to aż dwa razy więcej – 85 euro. Niskie nakłady na onkologię skutkują tym, że pomimo niższej zapadalności na nowotwory złośliwe niż w innych krajach OECD, śmiertelność z tego powodu jest u nas o wiele wyższa niż średnia dla tych krajów. Raport Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego pokazuje, że jeśli chodzi o przeżywalność pacjentek z rakiem piersi to Polska ma lepsze wyniki jedynie od Rosji, Rumunii i Słowacji. W innych krajach zagranicą przeżywalność jest o 6-7 p.p. wyższa niż u nas.

Dodatkowo, gorzej jest z dostępnością leków. Z powodów ekonomicznych jedynie ok. 50 proc. leków, które są w Unii Europejskiej, jest dostępnych w Polsce. Przez brak nowoczesnych leków, na które nie ma pieniędzy, w Polsce ratuje się mniej chorych na nowotwory niż w Unii Europejskiej.

Jak z perspektywy czasowej wyglądają dane dotyczące wydatków na onkologię? Dane Ministerstwa Zdrowia pokazują, że w 2009 r. Polska wydała na ten obszar 4,8 mld zł, a dziesięć lat później – w 2019 r. – było to już dwa razy więcej – 10,4 mld zł. Różnica wydaje się znaczna, jednak należy zauważyć, że z roku na rok przybywa chorych, a ceny leków i opieki zdrowotnej idą w górę.

Choć prewencja i leczenie nowotworów kuleją u nas przez brak pieniędzy, to i tak w budżecie na 2021 r. na chemioterapię, która jest kluczowa w onkologii, rząd przeznaczył o 200 mln zł mniej niż w roku 2020 r.

Zaniedbane zdrowie psychiczne

Jak wynika z przyjętego budżetu na 2021 r. – na psychiatrię i leczenie uzależnień w 2021 r. NFZ planuje przeznaczyć 3,17 mld zł. Według planu na ten rok, na cel ten ma trafić 3,28 mld zł. Wydatki na psychiatrię i leczenie uzależnień stanowią tylko 3 proc. wszystkich kosztów NFZ na świadczenia opieki zdrowotnej, a według szacunków powinno być to minimum 5 proc. (ok. 4,5 mld zł). Według raportu Upper Finance Med Consulting, taki poziom finansowania psychiatria w Polsce osiągnie za kilka lat i to z uwzględnieniem wydatków prywatnych. W krajach zachodnich wydatki na ten cel stanowią 6-8 proc.

Psychiatria w Polsce jest niedoinwestowana i niedoszacowana. Według szacunków, z zaburzeniami psychicznymi zmaga się blisko 8 mln dorosłych Polaków, a 1,5 mln z nich trafia co roku do szpitali psychiatrycznych. Skalę problemu obrazuje również duże zapotrzebowanie na porady psychologiczne w ramach NFZ. W zależności od województwa czeka się na nie od kilku tygodni do nawet pół roku. Dlatego też wiele osób korzysta z takiej pomocy prywatnie.

Te liczby rosną z roku na rok, a świadczy o tym także fakt, że najwięcej Polaków dostaje L4 właśnie z powodu zaburzeń psychicznych. Według ostatnich dostępnych danych ZUS (za 2018 r.) generują one najwyższe wydatki na świadczenia związane z niezdolnością do pracy (stanowiły one 15,8 proc. wszystkich L4 i wygenerowały koszty rzędu 233,8 mln zł).

Dodatkowo, należałoby doinwestować psychiatrię dziecięcą, gdzie brakuje personelu i ośrodków, które mogłyby pomóc w leczeniu coraz większej liczby młodych pacjentów. Według analiz NIK przeprowadzonych w latach 2017-2019, blisko 9 proc. dzieci i młodzieży wymaga pomocy profesjonalnej (ok. 630 tys. dzieci i młodzieży poniżej 18. roku życia), a dane Naczelnej Izby Lekarskiej mówią, że czynnych zawodowo jest jedynie 455 lekarzy psychiatrów dzieci i młodzieży.

Kosztowny Covid-19

Pandemia Covid-19 sieje spustoszenie nie tylko w społeczeństwie, ale także gospodarce. Chcąc zminimalizować skutki pandemii rząd powołał Fundusz Przeciwdziałania Covid-19. Jest on finansowany m.in. z budżetu państwa, w tym ze środków europejskich i ze sprzedaży państwowych obligacji. Jego wysokość w tym roku to 112,5 mld zł. Do października rozdysponowano już blisko 60 proc. tej kwoty – 66,6 mld zł. Na co przekazano te pieniądze? Przede wszystkim na wsparcie pracodawców i pracowników, którzy stracili dochody przez pandemię koronawirusa.

Jeśli mowa o wydatkach na Covid-19 nie sposób nie wspomnieć o „utopionych” pieniądzach na feralne maseczki, które nie spełniały norm FFP. Tym sposobem 5,5 mln zł z funduszy Ministerstwa Zdrowia zostało wyrzuconych w błoto.

Tajemniczy Fundusz Kościelny

Fundusz Kościelny wzbudza niemałe emocje wśród polskiego społeczeństwa, jednak ciężko ustalić całościową kwotę jaka jest przeznaczana na wsparcie kościoła. Fundusz Kościelny to pozostałość z lat 50. XX wieku. Powstał po to, aby zrekompensować Kościołowi utracone mienie. Tym samym obecnie cały czas mamy do czynienia z sytuacją, w której dawne straty Kościoła pokrywane są dwukrotnie. Ile wynosi Fundusz Kościelny i ile tak naprawdę państwo przeznacza na rzecz Kościoła katolickiego?

W projekcie ustawy budżetowej na rok 2021 na Fundusz Kościelny (jak co roku) zaplanowano 11 mln zł. Jednak często Fundusz był zasilany dodatkowo także z rezerw budżetowych. Ta kwota nie oddaje całości wydatków, jakie państwo polskie ponosi na rzecz Kościoła katolickiego. Ciężko ustalić dokładną sumę, ponieważ można odnieść wrażenie, że rząd niezbyt chętnie dzieli się  informacjami na ten temat.

Według ostatnich szacunków, które podała „Rzeczpospolita”, rocznie z budżetu państwa na wsparcie Kościoła idzie od 1,6 do 1,8 mld zł! Skąd więc taka różnica, skoro według oficjalnych danych Fundusz Kościelny w 2021 r. ma być zasilony kwotą 11 mln zł? Wynika ona z faktu, że państwo nie wlicza tu wydatków na pensje katechetów i działalność edukacyjną kościoła. Same wynagrodzenia pochłaniają 1,1 mld zł, a działalność edukacyjna – ok. 0,5 mld zł. Jednak są też głosy mówiące o tym, że realne wsparcie kościoła przez polski rząd jest o wiele wyższe i może wynosić nawet 3 mld zł!

Należy wspomnieć, że w 2019 r. państwo na związki wyznaniowe, ale głównie Kościół katolicki, wydało 171 mln zł! Z ciekawostek warto dodać, że według szacunków portalu Oko.press, które bazują na transferach z resortów do fundacji Lux Veritatis, w latach 2015-2019 Tadeusz Rydzyk zainkasował z państwowej kasy ponad 214 mln zł.

Pompowane media publiczne

Na początku tego roku zrobiło się głośno o dofinansowaniu mediów narodowych kwotą blisko 2 mld zł. Pochodziły one ze spieniężenia papierów skarbowych – rząd musiał zadłużyć się, emitując obligacje. W efekcie Telewizja Polska dostała 1,75 mld zł, a Polskie Radio i PAP musiały podzielić między siebie niecałe 200 tys. zł.

Do tego dochodzą wpływy z abonamentu. Ze Sprawozdania Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji z działalności w 2019 roku wynika, że było to 650 mln zł. Środki otrzymała: Telewizja Polska (331,4 mln zł), Polskie Radio (159,3 mln zł) i spółki radiofonii regionalnej – (159,3 mln zł). W efekcie Telewizja Polska została zasilona niemałą kwotą.

Na co można było przeznaczyć 2 mld zł? Czysto teoretycznie założyliśmy, że ta kwota mogłaby zostać przekazana w formie wynagrodzenia rodzicom dzieci niepełnosprawnych, które wymagają całodobowej opieki i sfinansować dodatek w wysokości średniej pensji przez rok dla ponad 31 tys. osób. 2 mld zł pomogłoby także m.in. sfinansować najdroższy lek świata – Zolgensma dla ok. 200 dzieci chorych na SMA.

„Doinwestowana” kultura

Kultura odgrywa ważną rolę w budowaniu tożsamości narodowej i nasz kraj zdaje się o tym nie zapominać. Jak wynika z zestawienia Eurostatu, Polska przeznaczając 1,9 proc. środków publicznych w 2018 r. była jednym z wydających najwięcej na kulturę krajów UE (zajęliśmy szóste miejsce w UE). Najwięcej na ten sektor przeznacza Łotwa (2,8 proc.), Węgry (2,7 proc.) oraz Estonia (2,4 proc.).

W projekcie budżetu na 2021 r. środki na kulturę wyniosą przeszło 5,1 mld zł, co stanowi 1,09 proc. środków publicznych. Dodatkowo w tym roku na sferę kultury z powodu pandemii w instytucjach kultury rząd wyda prawie drugie tyle pieniędzy – ponad 4 mld zł.

Nie sposób nie wspomnieć o programie pomocy socjalnej z Funduszu Promocji Kultury.  Rządowe wsparcie miało być pomocą dla filharmonii, teatrów, oper i ich pracowników, a także artystów prowadzących działalność gospodarczą. Rząd miał zwrócić od 40 do 50 proc. przychodów utraconych od 12 marca do 31 grudnia 2020 r. Pomoc przygotowywana przez resort miała wynieść 400 mln zł.

Na liście znalazło się ponad dwa tysiące podmiotów oraz artystów. Jednak oburzenie w społeczeństwie wywołało zwłaszcza pojawienie się wysokiego wsparcia dla znanych gwiazd, które często posiadają również inne źródła dochodu, np. z reklam lub udziału w programach rozrywkowych. I tak np. do Radosława Liszewskiego z grupy Weekend miało trafić 520 tys. zł, do Kamila Bednarka 0,5 mln zł, Bayer Full łącznie miał zgarnąć 550 tys. zł (150 tys. zł dla Sławomira Świerzyńskiego i 400 tys. zł dla jego żony odpowiedzialnej za impresariat zespołu), a także blisko 1,9 mln zł dla Golec uOrkiestra.

Według szacunków portalu Bezprawnik, „8,33 proc. wszystkich wnioskujących otrzymałoby 45,97 proc. całej puli do podziału”.

Obecnie wypłata środków została wstrzymana, a lista beneficjentów pomocy poddana ponownej pilnej weryfikacji.

Obciążające 500+

Rodzina 500+ to flagowy program socjalny rządu. Jak wynika z raportu MRPiPS za 2019 r., od początku trwania programu 500+ wydano na niego 87,4 mld zł, a po jego rozszerzeniu wsparciem objęto łącznie 6,8 mln dzieci w Polsce. W ustawie budżetowej na rok 2021 na finansowanie Programu „Rodzina 500+” zapewniono 41 mld zł – czyli tyle, ile wynosi połowa budżetowej dziury Polski. Jest to mocno obciążający program, którego okrojenie mogłoby choć trochę wspomóc gospodarkę. Pojawiały się już głosy o zmianach w programie, ale póki co nie padła żadna oficjalna deklaracja i raczej będzie o nią trudno.

Na co można by przeznaczyć 41 mld zł? Jak podliczyło Forum Obywatelskiego Rozwoju, kwota przeznaczana na 500+ pozwoliłaby na wzrost wydatków na zdrowie do 6,2% PKB, a także starczyłaby np. na zwolnienie 30% najmniej zarabiających osób z PIT i NFZ.Co można sfinansować za 11 mln zł, 1,95 mld zł lub 41 mld zł

Black Friday i Cyber Monday w pandemii – porady analityków

Bez tłoku w centrum handlowym i bez kolejki przed otwarciem sklepu, za to przed monitorem komputera lub ze smartfonem w dłoni, przeglądając witryny internetowych sprzedawców z całego świata. Tak może wyglądać tegoroczne święto wyprzedaży. Analitycy Cinkciarz.pl zastanawiają się, czy będzie bezpieczniej i taniej, ale też dają kilka wskazówek.

Black Friday, dzień tradycyjnych wyprzedaży i obniżek cen, wypada w tym roku 27 listopada. Z kolei Cyber Monday, czyli odpowiedź branży e-commerce na przeceny w sklepach stacjonarnych – 30 listopada.

Można się spodziewać, że w tym okresie – jak co roku – sprzedawcy będą nas zachęcać do zakupów, oferując wyjątkowe okazje i duże cięcia cen towarów. Ponieważ rabaty rzędu 20-30 proc. na nikim nie robią już dziś większego wrażenia, zobaczymy i usłyszymy reklamy mówiące o obniżkach o połowę, a nawet o 70-80 proc, wobec pierwotnej ceny detalicznej.

Towar znacznie poniżej wartości?

Czy to możliwe, że sklep zdecyduje się sprzedać pełnowartościowy towar znacznie poniżej jego wartości? – Możliwe, ale jednocześnie mało prawdopodobne, że uda się nam kupić coś, czego naprawdę potrzebujemy, w tak korzystnej cenie – odpowiadają analitycy portalu Cinkciarz.pl. – Slogany reklamowe o gigantycznych zniżkach są obliczone na przyciągnięcie uwagi. Aby miały pokrycie w faktach, sprzedawca rzeczywiście może na przykład znacznie przecenić towar, na który i tak nie ma popytu, albo wcześniej podnieść ceny, by później skala obniżki prezentowała się okazalej – tłumaczą analitycy Cinkciarz.pl.

Oczywiście, nie wszystkie wyprzedaże są pozorowane. W Black Friday i Cyber Monday można upolować produkty znacznie taniej niż np. w grudniowym szale przedświątecznych zakupów prezentowych. Tylko jak odróżnić prawdziwe okazje od pułapek zastawianych na klientów?

Nie powinniśmy się sugerować procentową skalą przeceny, tylko po prostu sprawdzić, ile ten sam produkt kosztuje w innych sklepach. Skoro tegoroczne polowanie na zniżki z uwagi na pandemię koronawirusa przeniesie się do internetu, tym łatwiej będzie skorzystać z porównywarek cenowych i dokonać szybkiej weryfikacji – podpowiadają analitycy Cinkciarz.pl. – Zakupy w sieci mogą okazać się dla nas nie tylko bezpieczniejsze, ale i korzystniejsze. Możemy przecież przebierać w ofertach z całego świata, a nie tylko w sklepach czy platformach z kraju, w którym mieszkamy. To duża szansa na większy wybór produktów i niższe ceny. Zakupy za granicą wydają się tym bardziej godne uwagi, że za dolara czy euro płacimy dziś blisko 20 groszy mniej niż ledwie trzy tygodnie temu – podsumowują.

Grupa INPRO podsumowała wyniki za 3 kw. 2020 roku

Grupa INPRO podsumowała wyniki finansowe po trzech kwartałach 2020 roku. Skonsolidowane przychody ze sprzedaży wyniosły 184,4 mln zł netto, czyli o 40% więcej niż w analogicznym okresie 2019 roku. Natomiast zysk netto po dziewięciu miesiącach br. wyniósł 18,1 mln zł wobec 12,8 mln zł rok wcześniej, co stanowi wzrost o  blisko 42%. 

Po trzech kwartałach 2020 roku Grupa INPRO zanotowała przychody ze sprzedaży na poziomie 184,4 mln zł, czyli o 40% więcej w porównaniu do analogicznego okresu roku poprzedniego. Zysk brutto ze sprzedaży wzrósł do 45,3 mln zł, w porównaniu do 40,9 mln zł osiągniętych rok wcześniej. Natomiast zysk netto wyniósł 18,1 mln zł wobec 12,8 mln zł wypracowanych w trzech kwartałach 2019 roku.

Wzrost poziomu przychodów to zasługa zwiększonej liczby przekazanych lokali. Narastająco za dziewięć miesięcy bieżącego roku Grupa wydała łącznie 417 lokali w porównaniu z 256 lokalami w analogicznym okresie roku ubiegłego (wzrost o 63%).

W okresie sprawozdawczym INPRO SA oddała do użytkowania 5 budynków na osiedlu Azymut (193 lokale) i 5 budynków na osiedlu Optima etap II (200 lokali), a także 4 domy jednorodzinne na osiedlu Wróbla Staw etap E oraz 7 domów jednorodzinnych na osiedlu Golf Park. Natomiast Domesta zakończyła prace przy czterech budynkach na osiedlu Havlove (łącznie 142 lokale), jednym budynku na osiedlu Nowa Niepołomicka II (48 lokali) oraz przy budynku biurowym Matarnia Office Park.

W całym 2020 roku Grupa planuje oddać do użytkowania łącznie ponad 900 lokali. Dla porównania w 2019 roku Grupa w całym roku oddała do użytkowania 538 lokali.

„Wyniki osiągnięte zarówno w trzecim kwartale, jak również narastająco po dziewięciu miesiącach oceniamy jako zadowalające. Popyt w ostatnim czasie się ustabilizował, liczba rezygnacji spadła. Realizujemy nasze inwestycje zgodnie z harmonogramem, wprowadzamy też do oferty nowe inwestycje. Jednoczenie na bieżąco monitorujemy bieżącą sytuację. Posiadamy znaczny bank gruntów z gotowymi pozwoleniami na budowę, z uwagi na stan epidemii decyzje o wprowadzeniu kolejnych projektów uzależnione będą od sytuacji gospodarczej i możliwości popytowych potencjalnych nabywców” – powiedział Krzysztof Maraszek, Prezes Zarządu INPRO S.A.

W ciągu trzech kwartałów 2020 roku Grupa Kapitałowa INPRO sprzedała łącznie 474 lokale (w rozumieniu umów przedwstępnych netto), to jest o 19% mniej niż w tym samym okresie 2019 roku.

Grupa INPRO sukcesywnie powiększa swoją ofertę, od początku roku wprowadziła do sprzedaży 590 nowych lokali. Na początku 2020 r. INPRO SA rozpoczęła sprzedaż III etapu osiedla Optima (88 lokali), a w październiku Spółka wprowadziła do sprzedaży trzy przedsięwzięcia: Optima etap IV (124 lokale), Start etap II (162 lokale) oraz Debiut etap IV (62 lokale). DOMESTA Sp. z o.o. wprowadziła do oferty budynek nr 3 na osiedlu Nowa Niepołomicka II (24 lokale), budynek nr 7 na osiedlu Havlove (46 lokali), a także budynki nr A, B, D na osiedlu Traffic (łącznie 84 lokali).

Pierwsza w Polsce aplikacja medyczna, posiadająca status wyrobu medycznego, w walce z bezsennością

Terapiabezsennosci.pl to jedyna w Polsce aplikacja medyczna zawierająca niefarmakologiczny program terapeutyczny skierowany na bezsenność. Oparta jest o techniki terapii poznawczo – behawioralnej, które zgodnie z Wytycznymi Europejskiego Towarzystwa Badań nad Snem zalecane są jako pierwszoplanowa metoda pracy nad poprawą snu[i]. W październiku 2020 aplikacja otrzymała status wyrobu medycznego.

Jak skutecznie leczyć bezsenność

Jak pokazują badania blisko 30 proc. osób dorosłych ma problemy ze snem, a około 10 proc. cierpi na bezsenność przewlekłą[ii]. To zaburzenie, które pogarsza jakość codziennego życia, ale może być również czynnikiem wywołującym inne schorzenia. Wydawać się może, że najlepszym rozwiązaniem problemu jest farmakoterapia. Tymczasem najbardziej skuteczną, zdrowszą i nie wiążącą się z ryzykiem uzależnienia, metodą leczenia bezsenności jest terapia poznawczo-behawioralna (ang. cognitive – behavioral therapy for insomnia). Jej wysoką skuteczność potwierdzają badania – 70 – 80% pacjentów z bezsennością, którzy korzystają z terapii poznawczo – behawioralnej uzyskuje trwałą poprawę w zakresie snu, a 1/3 wszystkich badanych nie zgłasza po terapii objawów bezsenności[iii]. Niestety w Polsce stosuje ją zaledwie kilkunastu, przeszkolonych, terapeutów, a to oznacza, że dostęp do niej jest utrudniony. Rozwiązaniem tego problemu jest pierwsza w Polsce aplikacja medyczna do terapii bezsenności.

Rewolucja w leczeniu bezsenności

Terapiabezsennosci.pl – jedyna w Polsce aplikacja medyczna do poprawy snu to rewolucyjne narzędzie w walce z bezsennością. Opracowana została na podstawie wieloletnich doświadczeń wybitnych specjalistów z zakresu medycyny snu – dr n. med. Małgorzaty Fornal – Pawłowskiej – psychologa klinicznego i psychoterapeutki poznawczo-behawioralnej oraz psychiatry dr n. med. Michała Skalskiego. Leczenie z wykorzystaniem aplikacji trwa 6 tygodni. W tym czasie użytkownik otrzymuje dostęp do licznych materiałów edukacyjnych i opracowanych przez specjalistów ćwiczeń oraz zaleceń. Przez cały czas trwania programu użytkownik może również monitorować efekty terapii i analizować wpływ stosowanych metod na sen. Zaletą aplikacji jest fakt, że korzystać z niej może każda osoba borykająca się z objawami bezsenności, niezależnie od wieku. Co zaś szczególnie istotne w obecnej rzeczywistości – przejście programu nie wymaga osobistej wizyty u specjalisty. Może być on stosowany samodzielnie albo jako rozszerzenie standardowego leczenia.

Na światowym rynku aplikacje wspierające codzienną aktywność pacjentów oraz lekarzy rozwijane są od wielu lat. W Polsce natomiast wyroby medyczne w formie oprogramowania są stosunkowo nowym rozwiązaniem, a tym samym mało popularnym wśród pacjentów i lekarzy. Spodziewać się jednak można, że doświadczenia ostatnich miesięcy, zdynamizują ten proces, a telemedycyna oraz diagnozowanie i leczenie przy wykorzystaniu aplikacji, będzie znajdowało coraz częstsze zastosowanie. My uchylamy drzwi do tego świata – mówi Jan Potworowski CEO Good Sleeper sp. z o.o. (właściciel aplikacji terapiabezsennosci.pl). Mamy jednak świadomość, że popularyzacja tego typu rozwiązań wymaga czasu, a i sama aplikacja jest stale udoskonalana. Dlatego też w najbliższych miesiącach będziemy rozwijali nasz produkt, a równocześnie budowali świadomość na jego temat wśród ekspertów oraz pacjentów – dodaje Potworowski.

Aplikacja medyczna terapiabezsennosci.pl wpisuje się w szerszy i zyskujący coraz większą popularność trend digital therapeutics, który polega na cyfryzacji i skalowaniu na liczną populację pacjentów sprawdzonych metod terapeutycznych. Rynek ten (wyroby medyczne w formie oprogramowania) już teraz rozwija się bardzo dynamicznie. Zgodnie z raportem opublikowanym przez The Insight Partners w Europie wart jest obecnie około 5,5 mld dolarów, a prognozuje się, że w ciągu najbliższych 7 lat urośnie o 21,6 proc.[iv]

[i] Riemann D, Baglioni C, Bassetti C i wsp. European guideline for the diagnosis and treatment of insomnia. J Sleep Res. 2017; 26(6): 675-700.

[ii] Baglioni C, Altena E, Bjorvatn B, Blom K, Bothelius K, Devoto A, Espie CA, Frase L, Gavriloff D, Tuuliki H, Hoflehner A, et al. The European Academy for Cognitive Behavioural Therapy for Insomnia: An initiative of the European Insomnia Network to promote implementation and dissemination of treatment. J Sleep Res. 2019; e12967. Nowicki Z, Grabowski K, Cubała WJ, Nowicka-Sauer K, Zdrojewski T, Rutkowski M, Bandosz P. Rozpowszechnienie subiektywnej bezsenności w populacji polskiej. Psychiatr. Pol. 2016; 50(1): 165–173.

[iii] Schutte-Rodin S, Broch L, Buysse D, Dorsey C, Sateia M.Clinical guideline for the evaluation and management of chronic insomnia in adults. J Clin Sleep Med. 2008; 4(5):487-504

[iv] https://www.reportlinker.com/p05953785/Europe-Software-as-a-Medical-Devices-Market-Forecast-to-Covid-19-Impact-and-Analysis-Forecast-by-Device-Type-Application-Deployment-Type-and-Country.html

RAFAMET podsumowuje III kwartał 2020 roku

W III kwartale br. Grupa Kapitałowa RAFAMET wypracowała przychody netto ze sprzedaży w wysokości 30,8 mln zł. Przychody ze sprzedaży za okres od stycznia do września br., w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego wzrosły niemal o 8 mln zł.

Grupa Kapitałowa RAFAMET za trzeci kwartał 2020 r. uzyskała dodatni wynik finansowy netto w wysokości 1,4 mln zł.

W omawianym okresie 2020 roku GK RAFAMET osiągnęła przychody ze sprzedaży w wysokości 30,8 mln zł zaś za okres trzech kwartałów kwota ta wynosi 81,9 mln zł, w tym ze sprzedaży eksportowej ponad 75%. Przychody Grupy od stycznia do września tego roku, w porównaniu do analogicznego czasu 2019 roku były wyższe o niemal 8 mln zł.

–  Jesteśmy bardzo zadowoleni, że udało się odrobić straty z pierwszych niełatwych miesięcy br. Uwzględniając stan posiadanych i przygotowywanych kontraktów na końcówkę roku 2020 oraz rok 2021 z coraz większym optymizmem patrzymy na możliwość oceny tego roku, jako roku … bardzo dobrego – mówi Prezes Zarządu firmy RAFAMET S.A. E. Longin Wons. – Oczywiście na wyniki GK RAFAMET miał wpływ COVID – 19. Skala oddziaływania tego zjawiska w okresie trzech kwartałów br. w odniesieniu do RAFAMET S.A. była umiarkowana jednak bardzo negatywnie znacząca w odniesieniu do Odlewni Rafamet Spółka z o.o. (podmiot ten zatrudnia 180 osób i realizuje roczną sprzedaż odlewów za około 40 mln. zł). W tym trudnym dla wszystkich firm okresie pracy i unikania ryzyka zachorowań spółki Grupy realizowały zawarte kontrakty produkcyjno – handlowe starając się jednocześnie minimalizować zakłócenia i odchylenia w stosunku do zawartych wcześniej harmonogramów. Utrzymujemy bezpieczną płynność finansową, która jest silniejsza od tej z roku poprzedniego, co oczywiście bardzo nas cieszy. Poszukujemy wykwalifikowanych pracowników zarówno do biur konstrukcyjnych jak również do wydziałów bezpośrednio produkcyjnych. Finalizujemy, co szczególnie warto podkreślić, wybór dostawców obrabiarek produkcyjnych na potrzeby modernizacji własnego parku maszynowego w 2021 roku. Chodzi o wielomilionowe inwestycje więc staranność wyboru musi być najwyższa – dodaje Prezes firmy RAFAMET S.A.

Pandemia może zmusić Polaków do emigracji. Dokąd wyjadą szukający pracy?

Pandemia koronawirusa wpłynie na zjawisko emigracji. Może nie na jej wielkość, ale na różnorodność i… racjonalność. By jednak zauważyć niuanse obecnie zachodzących procesów, warto spojrzeć na poprzednie lata, kiedy cykl polskiej emigracji tymczasowej był dosyć jednorodny i w miarę przewidywalny. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w 2004 roku, kiedy Polska weszła do Unii Europejskiej, poza granicami kraju przebywało ok. miliona osób. W ciągu sześciu lat ta liczba się podwoiła z uwagi na nowe możliwości, ale kolejna dekada przyniosła już pewną stabilizację. Zmienność z roku na rok wynikała głównie z jednej przyczyny – Polacy emigrowali częściej, gdy krajowa gospodarka radziła sobie gorzej i wracali, gdy koniunktura w Polsce się poprawiała.

Choć emigracji czasowej nie można utożsamiać z emigracją zarobkową, to właśnie chęć dorobienia jest zdecydowanie najważniejszą motywacją do wyjazdu. Dlatego polscy emigranci niezmiennie wyjeżdżali tam, gdzie praca jest dobrze płatna. Spośród krajów UE, najwięcej polskich emigrantów przebywało w 2019 roku w Niemczech – 704 tys., Wielkiej Brytanii – 678 tys., Holandii – 125 tys. oraz w Irlandii – 112 tys. W sumie 2,4 mln Polaków mieszkało poza granicami Polski pod koniec zeszłego roku. To o 40 tys. mniej niż w 2018 roku. Największy odpływ zanotowała Wielka Brytania, skąd od 2017 roku wyjechało ok. 115 tys. Polaków. Jest to oczywiście spowodowane niepewnością związaną ze skutkami Brexitu na tamtejszym rynku zatrudnienia, ale także obniżeniem bezrobocia w Polsce i wyższymi zarobkami, dzięki czemu mniej osób było zmuszonych do emigrowania.

Ten rok zmienił „emigracyjne zasady gry”. Początek pandemii wyhamował emigrację. Polacy obawiający się trudności na granicach i chcący przeżyć trudny czas blisko rodziny, rezygnowali z prac sezonowych w Niemczech czy Niderlandach. Wyjazdy zaczęły się dopiero w lipcu, a nie jak zazwyczaj w okolicach kwietnia. Niewiele się jednak zmieniło jeżeli chodzi o kierunki prac sezonowych Polaków. W kolejnych miesiącach ten wybór będzie się pewnie komplikował. Kryterium wyboru kraju docelowego będą nie tylko najwyższe zarobki, ale również bezpieczeństwo, brak obostrzeń na granicach, unormowana sytuacja epidemiczna, otwarta gospodarka i wakaty na interesujących stanowiskach. Dodatkowo, to czy w kolejnych miesiącach będziemy mieli do czynienia z masową emigracją zależy od tego, czy kryzys gospodarczy w poszczególnych branżach będzie się przedłużał. Jeżeli tak, niektórzy będą zmuszeni do podjęcia ryzyka i wyjazdu. Można zatem powiedzieć, że w pewnym sensie nadchodzące wybory emigracyjne Polaków będą oceną tego, w jaki sposób – pozytywny czy negatywny – patrzą oni na działania antykryzysowe w Polsce, ale też w innych krajach. To ciekawe zjawisko do analizy gospodarczej, a może także i socjologicznej.

Według mnie rozmiar polskiej emigracji znacząco się nie zmieni. Po pierwsze, warto pamiętać, że główną jej część stanowią osoby, które mieszkają za granicą przez wiele lat i nie zamierzają tego zmieniać. O ile dekadę temu w emigracji czasowej najliczniej była reprezentowana grupa w wieku 20-29 lat, obecnie jest to grupa w wieku 30-39 lat. Zatem znaczna część osób, które wyjechały za granicę w pierwszych latach po wstąpieniu Polski do UE, pozostała tam do chwili obecnej. Po drugie, z danych Eurostatu wynika, że Polska w ciągu pierwszych trzech kwartałów 2020 roku, które stały pod znakiem walki z pierwszą falą koronawirusa, straciła gospodarczo mniej niż jej sąsiedzi i największe kraje Unii Europejskiej. Jeżeli ta dobra passa się utrzyma w kolejnych miesiącach, motywacja do wyjazdu będzie mniejsza.

Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service S.A.

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) postawiła na rozwiązania open source od Red Hat

Red Hat, Inc poinformował o nawiązaniu współpracy ze Światową Organizacją Zdrowia (WHO), wyspecjalizowaną agencją Organizacji Narodów Zjednoczonych odpowiedzialną za międzynarodowe zdrowie publiczne. Celem współpracy było utworzenie infrastruktury programistycznej opartej na technologiach open source, która pomoże zbudować platformę nauczania (ang. Learning Experience Platform ― LXP) na potrzeby Akademii WHO, nowoczesnego centrum szkoleniowego tej organizacji.

W przedsięwzięciu tym wykorzystano nowoczesne praktyki programistyczne udostępnione przez ośrodek Red Hat Open Innovation Labs i bibliotekę Open Practice Library oraz technologie open source pochodzące z projektów realizowanych przez społeczność Red Hat. W efekcie Światowa Organizacja Zdrowia zbudowała skalowalną, elastyczną platformę DevOps w celu wsparcia takich działań jak zarządzanie, testowanie nowych produktów, analizowanie kodu i wizualizacja danych. Zapewni to szybszy dostęp do wartościowej wiedzy medycznej i pomoże w walce z dezinformacją.

Globalne zapotrzebowanie na informacje

Nowe dane dotyczące pandemii COVID-19 pojawiają się praktycznie każdego dnia. Pracownicy służby zdrowia muszą zawsze znać najnowsze, dokładne informacje na ten temat. Szybkość przekazywania takich informacji nabiera więc znaczenia krytycznego. Światowa Organizacja Zdrowia uświadomiła sobie, że musi zwiększyć swoje możliwości w zakresie technologii cyfrowych, aby sprostać coraz większym oczekiwaniom w tym zakresie. Chcąc szybciej przekazywać najnowszą wiedzę i informacje dotyczące zdrowia lekarzom, decydentom i własnym pracownikom, nawiązała ścisłą współpracę z firmą Red Hat w celu wdrożenia nowych praktyk.

Szybkość i dokładność dzięki otwartym technologiom

Nowa platforma DevOps pomaga Światowej Organizacji Zdrowia w sprostaniu bieżącym wyzwaniom, takim jak walka z dezinformacją, oraz zdobywaniu dodatkowych umiejętności dzięki nowym metodom nauczania. Ponadto celem WHO było stworzenie podstaw otwartego modelu danych, który dostosuje się do potrzeb pracowników służby zdrowia również w przyszłości m.in. poprzez zapewnienie im bardziej spersonalizowanych szkoleń.

Podczas ośmiotygodniowego wirtualnego pobytu w ośrodku Red Hat Open Innovation Labs zespół WHO współpracował ze specjalistami Red Hat. Celem tego ośrodka jest pomoc przedsiębiorstwom w łączeniu ludzi, procedur i technologii w sposób, który umożliwia elastyczne tworzenie oprogramowania i produktów, wspiera innowacje i przyspiesza rozwiązywanie wewnętrznych problemów.

W ramach tej inicjatywy zespół WHO ds. technologii i zarządzania informacjami zapoznał się z nową metodyką Agile, tworzeniem produktów metodą lean oraz praktykami DevOps, i połączył je z dotychczas stosowanym, bardziej tradycyjnym modelem zarządzania projektami. W efekcie może lepiej dostosowywać się do zmieniających się potrzeb oraz efektywnie skalować platformę DevOps Światowej Organizacji Zdrowia zgodnie z bieżącymi i przyszłymi potrzebami. Dzięki umiejętnościom i narzędziom zdobytym we współpracy z ośrodkiem Red Hat Open Innovation Labs zespół WHO mógł zbudować rozwiązanie szkoleniowe, które nie jest powiązane z jedną osobą lub technologią. Zyskał całościową wiedzę oraz biegłość w zarządzaniu swoją nową platformą i procesami wewnętrznymi.

Walka z wykluczeniem cyfrowym

Światowa Organizacja Zdrowia od początku chciała utworzyć platformę opartą na technologii open source. Technologia ta, zgodnie ze swoimi zasadami, umożliwia współpracę między różnymi podmiotami, jest łatwo dostępna i nie wymaga dużych nakładów. Można ją więc z powodzeniem wykorzystać w krajach o niskich i średnich dochodach.

Nowa platforma LXP będzie oparta w całości na otwartych, hybrydowych technologiach chmurowych Red Hat, które zwiększą jej skalowalność, elastyczność i bezpieczeństwo. Red Hat OpenShift jest chmurowym, uproszczonym środowiskiem tworzenia i wdrażania aplikacji kontenerowych oraz oceny parametrów tych aplikacji, z kolei technologia Red Hat CodeReady Workspaces zapewnia programistom tworzącym LXP infrastrukturę, która umożliwia szybkie i niezawodne budowanie kontenerów Kubernetes. Platforma LXP jest oparta na otwartej strukturze technicznej, dzięki czemu Światowa Organizacja Zdrowia będzie mogła lepiej wykorzystać nowe architektury i aplikacje w sposób iteracyjny i przyrostowy, co przyniesie pracownikom służby zdrowia na całym świecie natychmiastowe korzyści. Ponadto Red Hat OpenShift jest platformą Kubernetes, która może działać w każdej chmurze. WHO może więc skalować platformę LXP stosownie do potrzeb bez uzależniania się od konkretnego dostawcy chmury.

Hans Roth, wiceprezes i dyrektor generalny działu usług globalnych, Red Hat: „Światowa Organizacja Zdrowia od dawna przoduje w tworzeniu innowacyjnych rozwiązań przeznaczonych dla publicznej służby zdrowia. To dla nas zaszczyt, że mogliśmy pracować z WHO nad utworzeniem platformy open source, która może pomóc światu nie tyko w walce z pandemią COVID, lecz również w pokonywaniu innych kryzysów zdrowotnych w przyszłości. Z pomocą ośrodka Red Hat Open Innovation Labs Światowa Organizacja Zdrowia przełamała bariery związane z tradycyjnymi technologiami informatycznymi, zastępując je metodyką DevOps. Dzięki ciężkiej pracy, współdziałaniu i innowacyjnemu podejściu udało się rozwiązać wiele problemów. WHO z pomocą Red Hat utworzyło solidną platformę DevOps, która może efektywniej dostarczać wiedzę specjalistom z sektora zdrowotnego na całym świecie”.

Bernardo Mariano, dyrektor ds. informatycznych i dyrektor działu cyfrowych usług zdrowotnych (Digital Health), Światowa Organizacja Zdrowia

„Współpraca z ośrodkiem Red Hat Open Innovation Labs umożliwiła nam tworzenie rozwiązań opartych na technologiach open source w sposób bardziej elastyczny, z możliwością szybszego reagowania. Zbudowaliśmy platformę DevOps, która może dostarczać pracownikom służby zdrowia na całym świecie wiarygodne i aktualne informacje związane z pandemią COVID, a w razie potrzeby może być skalowana i dostosowywana do nowych potrzeb”.

Premier powołał pełnomocnika ds. rozwoju sektora biotechnologii

Premier Mateusz Morawiecki podpisał zarządzenie ustanawiające pełnomocnika Prezesa Rady Ministrów do spraw rozwoju sektora biotechnologii i niezależności Polski w zakresie produktów krwiopochodnych.

Kim jest nowy pełnomocnik?

Pełnomocnikiem ds. rozwoju sektora biotechnologii i niezależności Polski w zakresie produktów krwiopochodnych został dr n. med. Radosław Sierpiński – p.o. Prezes Agencji Badań Medycznych.

Sierpiński z wykształcenia jest lekarzem kardiologiem i menedżerem, specjalizującym się w zarządzaniu w sektorze medycznym, badaniach klinicznych, HTA i managemencie nauki. Posiada rozległe doświadczenie w zakresie badań i rozwoju w biotechnologii oraz szerokie kontakty z międzynarodowymi instytucjami naukowymi i instytucjami zarządzającymi ochroną zdrowia. W latach 2018-2019 był doradcą Ministra Zdrowia, a od 2019 roku kieruje Agencją Badań Medycznych.

Czym zajmie się pełnomocnik?

Do zadań Pełnomocnika należeć będzie przede wszystkim monitowanie działań w zakresie realizacji projektu utworzenia polskiego hub-u biotechnologicznego oraz utworzenia Narodowego Frakcjonatora Osocza.

Ponadto, dr Radosław Sierpiński będzie odpowiedzialny za przeprowadzanie analiz i proponowanie rozwiązań w zakresie wspierania rozwoju sektora biotechnologii i niezależności Polski w zakresie produktów krwiopochodnych, przygotowywanie propozycji zmian przepisów w tym zakresie oraz wypracowanie rozwiązań mających na celu kształtowanie wzajemnych relacji między podmiotami gospodarczymi, publicznymi i naukowymi.

Strategiczne projekty w zadaniach pełnomocnika

Powstanie polskiego hub-u biotechnologicznego Warsaw Health Innovation Hub jest inicjatywą wypracowaną we współpracy z Agencją Badań Medycznych, której ideą jest ścisłe partnerstwo publiczno-prywatne, pozwalające na identyfikację najpilniejszych problemów w systemie opieki zdrowotnej oraz ich szybkie i skuteczne rozwiązanie. Powstanie Warsaw Health Innovation Hub ma być wielopodmiotową platformą pragmatycznie wykorzystującą innowacyjne rozwiązania do pomocy pacjentom i poprawy systemu opieki zdrowotnej w Polsce, a w kolejnych etapach ma stanowić podwaliny pod budowę w Warszawie HUBu biotechnologicznego.

Powstanie Polskiego Frakcjonatora Osocza stanowi zaś odpowiedź na brak krajowego zabezpieczenia potrzeb pacjentów w zakresie pozyskiwaniu osocza dla produkcji preparatów krwiopochodnych oraz ich  przetwarzaniu i produkcji. Każdego roku Polska sprzedaje rocznie ponad 200 tys. litrów osocza pozyskanych od polskich dawców zagranicznym producentom preparatów krwiopochodnych. Polska nie posiada własnej fabryki osocza,  co uzależnia nasz kraj od polityki zagranicznych wytwórców i importerów.  Rola preparatów krwiopochodnych i ich zastosowanie systematycznie się zwiększa, co wykazała również panująca pandemia. Przetwarzanie surowca we własnym zakresie i produkcja preparatów krwiopochodnych w kraju ma zapewnić Polsce bezpieczeństwo medyczne i ekonomiczne.

Edukacja zdalna w tym roku wzrosła o 586 proc.

Nauka w szkołach i na uczelniach znów przez pandemię koronawirusa, prowadzona jest zdalnie. Między innymi dlatego w tym trudnym czasie platformy do wideokonferencji i webinarów odnotowują duży wzrost popularności. W przypadku polskiego narzędzia ClickMeeting, jeśli chodzi o liczbę spotkań edukacyjnych, osiągnął on poziom 345 proc. w porównaniu do 2019 roku i 586 proc. w porównaniu do 2018 roku. Z najnowszych danych firmy można też wywnioskować, jak wyglądają typowe zajęcia w szkole, na uczelni, czy też kursie online.

Systematyczny wzrost popularności edukacji zdalnej

Jeszcze w 2018 roku większość osób nie wyobrażała sobie, że wiedzę będzie zdobywała z domu. Rzeczywistość zmieniła się i edukacja online stała się faktem prawie dla wszystkich. Popularność nauki online z roku na rok rosła jeszcze przed pandemią. Na przykład porównując liczbę spotkań edukacyjnych z 2018 do 2019 roku, które odbyły się na platformie ClickMeeting, widać 54 proc. wzrost. Zwiększyła się też liczba aktywnych użytkowników uczących się lub nauczających o 15 proc..

Jednak bez porównania większy wzrost miał miejsce w 2020 r.. W tym momencie liczba spotkań online jest o 345 proc. większa niż w 2019 roku i aż o 586 proc. większa niż w 2018 r. W przypadku liczby aktywnych użytkowników obecnie  jest ich o 351 proc.w stosunku do 2019 r. i  aż 427 proc. więcej w odniesieniu do danych z 2018 r.. Biorąc pod uwagę, że do końca tego roku pozostało jeszcze kilka tygodni, wyniki końcowe będą jeszcze wyższe.

Te dane najlepiej pokazują, jak ważna w codziennym życiu stała się technologia. Platformy do wideokonferencji i webinarów pozwalają na efektywną komunikację i naukę, dlatego notują kilkusetprocentowe wzrosty popularności. Warto jednak w tym zakresie zwrócić szczególną uwagę na bezpieczeństwo wykorzystywanego rozwiązania –  mówi Magdalena Ciszewska, Dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży ClickMeeting.

Dwugodzinne wykłady i dwa razy więcej uczestników

Dane dotyczące wykorzystania platformy ClickMeeting pozwalają też określić, jak wyglądają i ile trwają typowe zajęcia: lekcje w szkole, wykłady na uczelni lub kursy. Okazuje się, że w 2020 roku średnia długość spotkania edukacyjnego wynosi 128 minut, czyli trochę ponad dwie godziny zegarowe. Jest to wzrost o 113 proc. w porównaniu do 2018 r. i 120 proc. w odniesieniu do 2019 r. Co więcej, obecnie w zajęciach bierze udział dwanaście osób, podczas gdy rok temu było to sześć, a dwa lata temu dziewięciu uczestników.

Najbardziej pomocne narzędzia w branży edukacyjnej

Popularność nauki online widać też w najczęściej wykorzystywanych funkcjach. Przede wszystkim związane są one z automatyzacją powtarzalnych czynności, czyli na przykład przypomnieniach o spotkaniu wysyłanych mailem. Poza tym zainteresowaniem cieszą się funkcje: prezentacji czy tablicy. Druga z nich to dedykowane dla edukacji usprawnienie umożliwiające notowanie na ekranie, zupełnie jak na tablicy szkolnej. Chętnie stosowane są również: udostępnianie pulpitu czy materiału na Youtube. Warto wspomnieć też o opcji wydania certyfikatu po ukończeniu spotkania. To funkcja, która pozwala na wydanie uczestnikom dokumentu potwierdzającego ich udział w wydarzeniu.

Duża część naszych użytkowników wykorzystuje ClickMeeting właśnie do edukacji. Dlatego stale rozwijamy kolejne funkcjonalności, które pozwolą na efektywne nauczanie online – Magdalena Ciszewska, Dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży ClickMeeting.wzrost-sredniej-dlugosci-spotkania-edukacyjnego wzrost-liczby-aktywnych-uzytownikow wzorst-liczby-spotkan

Sunday Energy w październiku kontynuował skokowe wzrosty sprzedaży

Sunday Energy S.A., dostawca rozwiązań z rynku fotowoltaiki, w październiku osiągnął 1,4 mln zł przychodów ze sprzedaży, wobec 0,6 i 0,5 mln zł odpowiednio we wrześniu i sierpniu 2020 roku. Spółka nie posiada zadłużenia bankowego i leasingowego. Celem Zarządu Sunday Energy jest dalsze przyspieszenie dynamiki wzrostu dzięki planowanej do końca br. ofercie publicznej akcji, dedykowanej rozwojowi skali sprzedaży paneli i urządzeń PV oraz budowie innowacyjnych usług dla uczestników rynku fotowoltaicznego. Jednocześnie spółka rozwija własne projekty farm PV oraz kontynuuje prace ukierunkowane na wzrost biznesu na Węgrzech.

Sprzedaż Sunday Energy w minionym miesiącu (1,4 mln zł) stanowi 32 proc. przychodów wypracowanych od początku roku. Sunday Energy w III kwartale 2020 roku wypracował 1,7 mln zł przychodów, wobec 1,1 mln zł w II kwartale i 0,1 mln zł w okresie styczeń- marzec. Spółka oczekuje kontynuacji wzrostu skali działalności w kolejnych miesiącach/2021 roku.

W naszej ocenie systematyczne wysokie dynamiki sprzedaży z ostatnich miesięcy wynikają z kilku czynników. Pierwszym jest atrakcyjny model partnerski, który oferujemy naszym klientom – firmom instalatorskim. Zachowują one swoją tożsamość, pracując autonomicznie pod własnym brandem. Drugi to jakość naszej oferty, zawierającej niezawodne panele i urządzenia wiodących producentów z branży OZE, jak Leapton Solar, Kehua Tech, czy DAH Solar. Sprzyjają nam także nastroje na rynku i rosnąca efektywność fotowoltaiki, która będzie odgrywać coraz wyższą rolę w bilansie energetycznym kraju
– mówi Michał Sochacki, Prezes Zarządu Sunday Energy S.A.

Działalność Sunday Energy opiera się na podstawowym filarze fotowoltaicznym, bazującym na imporcie  i sprzedaży paneli PV oraz innych komponentów (m.in. inwertery, pompy ciepła). Spółka rozwija także projekty deweloperskie własnych farm fotowoltaicznych (aktualnie trwają prace nad projektami farma o mocy 10 MW, w planach projekty farm o mocy 100 MW).

W drugim rozwijanym segmencie new business celem Sunday Energy jest budowa inowacyjnych usługowych linii biznesowych, oferujących klientom wartość dodaną. Pierwszą  z nich stanowią rozwiązania ukierunkowane na usprawnienie komunikacji oraz rozwój narzędzi do zarządzania ofertami i usługami w relacji między firmami instalatorskimi a klientami detalicznymi. Druga grupa usług bazuje na oferowaniu wsparcia dla instytucji finansujących rynek OZE w zakresie demontażu, testowania, serwisu, magazynowania i dalszej sprzedaży paneli i urządzeń PV.

Koncepcja budownictwa zeroemisyjnego to nie tylko produkcja czystej energii np. poprzez panele fotowoltaiczne. Kluczowym elementem będzie jej magazynowanie i w tym kierunku chcemy także rozwijać ofertę Sunday Energy. W 2021 roku wprowadzimy do niej kolejne urządzenia firmy Kehua Tech, rywalizującej na rynku magazynowania energii z amerykańską Teslą – uzupełnia Michał Sochacki.

Sunday Energy S.A., jesienią br. rozpoczął działania operacyjne i sprzedażowe na Węgrzech. Ekspansja spółki na rynkach zagranicznych będzie opierać się na współpracy z partnerami z rynków lokalnych, oferującymi urządzenia PV pod marką Sunday Energy. Wybór Węgier do programu pilotażowego wynika z relacji handlowych spółki oraz dynamicznego rozwoju segmentu OZE w tym kraju. Węgry zakładają do 2030 roku osiągnięcie 90-proc. poziomu neutralności klimatycznej. Węgierscy kooperanci Sunday Energy już odbierają pierwsze zapytania o produkty z asortymentu polskiej spółki.

Sunday Energy zakłada przeprowadzenie do końca 2020 roku emisji akcji na platformie Crowdconnect.pl, prowadzonej przez Dom Maklerski INC. Spółka planuje pozyskać środki do 1 mln EUR, dedykowane wzrostowi skali sprzedaży paneli i inwerterów, rozwojowi projektów farm fotowoltaicznych oraz nowych innowacyjnych linii biznesowych, takich jak zarządzanie komponentami PV na rynku wtórnym i budowa narzędzi poprawiających współpracę między instalatorami i klientami detalicznymi. W 2021 roku spółka zamierza zadebiutować na NewConnect.

Według danych Polskich Sieci Elektroenergetycznych, 1 października br. moc zainstalowana wynosiła 2,68 GW (+166,3 proc. r/r i +6,1 proc. m/m). Z kolei według Instytutu Energetyki Odnawialnej, w 2030 roku moce fotowoltaiczne w Polsce wyniosą 12,9 GW, z czego 7,5 GW może generować fotowoltaika wielkoskalowa, dotychczas dysponująca mniejszą skalą wobec inwestycji prosumenckich.