Niewypłacalności polskich firm: po najgorszym kwartale w historii przyszedł najgorszy miesiąc

Listopad 2020 – W październiku 2020 roku opublikowano informacje o 144 niewypłacalnościach, tj. o 75% więcej niż przed rokiem i najwięcej w obecnej dekadzie – wynika z analizy Euler Hermes na podstawie Monitorów Sądowych i Gospodarczych. W ciągu 10 miesięcy br. opublikowano informacje o 993 niewypłacalnościach, tj. o 18% więcej r/r, co jest również najwyższą liczbą obecnej dekady.

Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego. Wiążą się z brakiem środków na pokrycie zobowiązań u dostawcy, powodując efekt domina – ich kłopoty z płynnością.

  • Z nowej formy przyspieszonego postępowania restrukturyzacyjnego skorzystało w październiku 70 firm wg. oficjalnych źródeł w MSiG (zaś od początku wejścia w życie nowych przepisów – 187)
  • Od początku roku liczba niewypłacalnych firm usługowych wzrosła o ponad 50% r/r, ale w ostatnich miesiącach jest ona nierzadko dużo wyższa (w październiku aż o 86%: 52 firmy wobec odpowiednio 28 przed rokiem)
  • Produkcja i przetwórstwo żywności – aż 23 niewypłacalności w październiku
  • Pomimo dobrej dotychczas koniunktury w budownictwie w skali miesiąca niewypłacalne było 30 firm związanych z branżą (11 produkcyjnych, 16 wykonawczych i 3 usługowe – inżynieryjne)
  • Widoczne zwiększenie w skali miesiąca problemów w transporcie – 15 niewypłacalności i w HORECA (hotelarstwie i gastronomii) – 9 niewypłacalności
  • Ryzyko w podziale na województwa:
    – w październiku wzrost r/r ryzyka mierzonego skalą niewypłacalności w praktycznie wszystkich województwach z wyjątkiem północno-wschodnich – wyraźny, równomierny wzrost liczby niewypłacalności w województwach Polski południowej
    – od początku roku – wzrost ryzyka we wszystkich regionach poza podlaskim, lubelskim i łódzkim. Najwyższy wzrost r/r – w woj. zachodniopomorskimNiewypłacalności polskich firmZ analizy Euler Hermes wynika, że nigdy jeszcze nie mieliśmy do czynienia z taką skalą wzrostu liczby niewypłacalności jak w październiku, tj. 75% w porównaniu do października 2019 roku. Istotny jest wpływ nowej formy przyspieszonego postępowania restrukturyzacyjnego, nie umniejsza to jednak faktu bezprecedensowego wzrostu.

    Jak ocenia Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka: – Postępowania wg. nowego rodzaju procedury restrukturyzacyjnej są takim samym elementem obecnej sytuacji, reakcją na bezprecedensowy kryzys jak publiczna pomoc publiczna finansowa dla przedsiębiorców. W jednym i w drugim przypadku jest to odpowiedź na potrzeby polskich firm wynikające z ich niskiej płynności finansowej. Pomoc niewątpliwie potrzebna, chociaż tak jak pomoc publiczna uratowała wiele firm zwiększając zadłużenie skarbu Państwa, tak samo prostsza restrukturyzacja pozwala szybciej i skuteczniej ratować firmy przed wierzycielami ale za cenę przenoszenia na nich, na kolejnych przedsiębiorców problemów finansowych.

    Z nowej, jeszcze bardziej odformalizowanej ścieżki restrukturyzacji i ochrony przed wierzycielami skorzystało do końca października wg. oficjalnych źródeł już 187 firm. Dużo jest w tej grupie firm małych, w formie działalności osób fizycznych – z sektora produkcji spożywczej, usług, gastronomii, transportu i handlu. Są też jednak duże firmy, które kryzys dotknął bezprecedensowo szybko i pomimo obrotów rzędu 200 mln złotych skorzystać musiały z przyspieszonej formy restrukturyzacji.

    Sektor spożywczy: niska rentowność, a transport i gastronomia – także mniejsze obroty

    Problemy sektora spożywczego są ewidentne od dłuższego czasu – co miesiąc widzimy w statystyce publikowanych niewypłacalności wielu producentów i przetwórców żywności, ale także firmy zaopatrujące sektor w sprzęt i świadczące jego obsługę (łącznie 23 firmy w listopadzie). Nowa jest tak duża skala niewypłacalności w transporcie i w sektorze gastronomiczno-hotelarskim.

    – Niewypłacalności w sektorze HORECA można było się spodziewać, lecz zaskakiwać może co najwyżej szybkość tego wzrostu – dopiero co ogłoszono ponowny lockdown dla gastronomii i hotelarstwa, ale widocznie efekty pierwszego zamknięcia a przede wszystkim odbudowa popytu konsumenckiego w międzyczasie były niewystarczające dla zachowania równowagi finansowej – ocenia Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes. Świadczyć o tym może podawany przez GUS wskaźnik rentowności obrotu netto gastronomi i zakwaterowania za pierwsze półrocze na poziomie -11,7% (wobec +7% przed rokiem). Transport wraz z eksportem miał radzić sobie stosunkowo dobrze, tym niemniej spadek produkcji sprzedanej przemysłu (-3,4% r/r w okresie I-IX za GUS) przełożył się na mniejszy volumen przewozów towarowych – w ciągu 3 kwartałów zrealizowano jedynie 91,3% przewozów tonażowo w porównaniu do analogicznego okresu ub. roku (za GUS, spadków nie było jedynie w transporcie rurociągami).Niewypłacalności polskich firm 2020

Pandemia wywołuje potrójny kryzys – czy tylko Polska się z nim mierzy?

Polskę dotyka w tym momencie potrójny kryzys. Składa się z nawzajem się napędzających elementów – kryzysu epidemiologicznego, który mocno dotyka zdrowie publiczne i przeciąża system opieki zdrowotnej; kryzysu gospodarczego, który jest bezpośrednim wynikiem epidemii; a także kryzysu politycznego. Ten ostatni nie jest spowodowany tylko epidemią – gdyż jego korzenie sięgają innych, nabrzmiałych problemów społecznych. Jednak stan epidemiczny i widmo recesji gospodarczej bardzo wzmaga niezadowolenie i niepokoje społeczne – co prowadzi do wybuchania sprzeciwów i protestów obywatelskich. Taki potrójny kryzys obserwujemy nie tylko w Polsce. Większość państw na świecie przeżywa tego typu problemy. Na rynku jest dużo pieniędzy, które państwa pompują do gospodarki – co powoduje inflację. Do tego mamy kryzys społeczny i zdrowotny.

– Tego typu trzy kryzysy funkcjonują tak naprawdę we wszystkich państwach, które dotyka pandemia. A pandemia dotyka cały świat. Wszędzie obserwujemy więc połączenie wielu, często bardzo nabrzmiałych i nierozwiązanych problemów – które wybuchają, a elementem zapalnym jest pandemia – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. – Sytuację recesyjną pogłębia nawrót choroby. Nawet jeśli rząd nie ogłosi bezpośrednio lockdownu, to zachowania konsumenckie najpewniej doprowadzą do samoistnego zamrożenia gospodarki. Konsumenci wybierają odosobnienie, ograniczają swoją działalność, rezygnują z usług i spontanicznych zakupów. Coraz więcej pracowników jest na pracy zdalnej. Do tego dochodzi wzrastająca liczba zachorowań i społeczne protesty – paraliżujące większość dużych miast. Warto jednak pamiętać o tym, że nie tylko Polska jest w takiej sytuacji. Jedyna przewaga Polski jest taka, że nie dotarła do nas fala morderczych szerszeni, które pojawiła się w USA – podsumowuje Roszkowski.

Dane KGP: Pandemia nie przyczyniła się do większej liczby samobójstw. Mamy 2% spadek

Z danych udostępnionych przez Komendę Główną Policji wynika, że o niemal 2% zmniejszyła się liczba zamachów samobójczych w pierwszej połowie br. w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Według ww. statystyk na ten krok decyduje się prawie 3 razy więcej mężczyzn niż kobiet. Dodatkowo z danych wychodzi, że blisko 60% takich prób nie skończyło się zgonem. Najwięcej zamachów dotyczyło osób w wieku 35-39 lat, a najmniej – dzieci mających 7-12 lat.

Spadek w pandemii

Jak wynika z danych udostępnionych przez Komendę Główną Policji, w pierwszej połowie 2020 roku było 5945 zamachów samobójczych (kobiety – 1583, mężczyźni – 4361, nieznane – 1). To nieznacznie mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, kiedy takich prób odnotowano 6039 (kobiety – 1649, mężczyźni – 4390).

– Nie należy porównywać tak krótkich okresów statystycznych odnośnie dynamiki. Mogą mieć znaczenie zupełnie przypadkowe okoliczności, które później się nie powtórzą. Ale pewne jest, że w sytuacjach kryzysowych, np. podczas wojen, rewolucji, chorób czy pandemii, ludzie koncentrują się na zagadnieniach ogólniejszej natury. Natomiast pomijają swoje przeżycia i trudności życiowe, uważając je za mniej istotne – komentuje prof. Brunon Hołyst, prezes Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego.

Z  kolei prof. Janusz Czapiński, psycholog społeczny, zaznacza, że różnica w liczbie zamachów jest niewielka. Ta wielkość nie świadczy o tym, że polskie społeczeństwo w dobie pandemii straciło skłonności samobójcze lub one rzadziej występowały. Ekspert podkreśla, że co roku w wyniku tego typu prób umiera 4,5-5,5 tys. osób. I tak sytuacja w Polsce wygląda od trzydziestu lat. Trudno jest przypisywać różnice w obrębie tego przedziału jakimś szczególnym ogólnospołecznym zjawiskom, np. bezrobociu, biedzie, zmianom rozpoznania chorób psychicznych czy alkoholowi.

– Należy też zauważyć, że większość osób podejmujących próby samobójcze nie chce umrzeć. Zamachy dokonywane są w specyficznym stanie umysłu, który tymczasowo obezwładnia człowieka. I jest to bodajże najtragiczniejszy element samobójstw, bo ginie wiele osób, które w rzeczywistości nie chciały się zabić. Często sam zamach, gdy jeszcze żyją, uświadamia im to – wyjaśnia Jarosław Stukan, prezes Polskiego Towarzystwa Zapobiegania Samobójstwom.

Potwierdzają to statystyki policyjne. W pierwszej połowie br. 3417 z 5945 zamachów samobójczych nie skończyło się zgonem. W analogicznym okresie ub.r. było to 3406 z 6039. Jak podkreśla Damian Markowski z aplikacji Therapify, mężczyźni sięgają zdecydowanie częściej do tzw. twardych metod, tj. powieszenie lub postrzelenie. W takich przypadkach ryzyko zgonu jest niemal pewne w porównaniu z tzw. miękkimi, jak przedawkowanie leków czy podcięcie żył. Do tych ostatnich częściej sięgają kobiety. W takich sytuacjach jest zdecydowanie większa szansa na to, że nadejdzie pomoc dla danej osoby.

– Istnieje pojęcie, które nazywam recydywą suicydologiczną. Znane są przecież przypadki, że dana osoba próbowała sześć razy, a za siódmym razem zrobiła to skutecznie. Należy się liczyć z tym, że człowiek powtarza zamachy, jeżeli jest zdeterminowany do odebrania sobie życia – dodaje prof. Hołyst.

Od dzieci do seniorów

Policyjne statystyki wskazują, że w pierwszej połowie tego roku najwięcej zamachów samobójczych dotyczyło osób w wieku 35-39 lat (670), 40-44 lata (638) oraz 25-29 lat (626). Natomiast w analogicznym okresie ub.r. wyglądało to inaczej, tj. 30-34 lata (696), 35-39 lat (672) i 19-24 lata (642).

– Już od lat 70. ubiegłego wieku wskazuje się, że próby samobójcze podejmowane są najczęściej przez osoby w przedziale wiekowym 20-29 lat. Różnica między ludźmi młodymi a starszymi polega głównie na tym, iż wśród tych drugich tego typu próby częściej kończą się śmiercią. Dlatego też za najbardziej zagrożoną samobójstwem grupę uznaje się mężczyzn w przedziale 35-44 lata – analizuje Stukan.

W pierwszej połowie tego roku najmniej zamachów samobójczych popełniły osoby w  wieku 7-12 lat (10), 80-84 lata (79) oraz 75-79 lat (90). W ubiegłym roku było podobnie, tzn. 7-12 lat (25), 80-84 lata (72), 85+ (90).

– Wśród czynników ryzyka próby samobójczej u dzieci wymienia się zaburzenia psychiczne, ich wrażliwość, ale także trudności rówieśnicze, które mają charakter wyśmiewania czy prześladowania. Te ostatnie powody mogły zostać osłabione w wyniku lockdownu. Najmłodsi nie uczęszczając do szkół, pozostawali w większości przypadków pod bezpośrednią opieką rodziców – mówi Damian Markowski.

Według Jarosława Stukana, uwagę zwraca bardzo duża różnica w zamachach samobójczych u dzieci. Jak podkreśla ekspert PTZS, jednak nie są to liczby, na podstawie których można wyciągać rzetelne wnioski. Możliwe jest, że lockdown w pewnym stopniu na to wpłynął. Została bowiem ograniczona liczba stresorów, które na co dzień dotykają dzieci, a stanowią czasem czynnik spustowy próby samobójczej, lecz nie jej przyczynę.

Sezon narciarski pod znakiem zapytania. Rząd i GIS decydują, czy stoki i wyciągi będą otwarte dla narciarzy

Sezon narciarski pod znakiem zapytania. Rząd i GIS decydują, czy stoki i wyciągi będą otwarte dla narciarzy 1

Wicepremier Jarosław Gowin spotkał się w poniedziałek z przedstawicielami branży narciarskiej. Uzgodnione wspólnie rozwiązania, jeśli zostaną zaakceptowane przez GIS, zakładają, że w tym sezonie stoki i wyciągi narciarskie będą dostępne przy zachowaniu określonego reżimu sanitarnego. Wciąż jednak nie wiadomo, czy i kiedy zostaną otwarte hotele i obiekty turystyczne. Według sobotnich zapowiedzi premiera nie nastąpi to przed 27 grudnia, a ferie zimowe – zaplanowane w całym kraju w dniach 4–17 stycznia – odbędą się w tym roku bez zorganizowanych wyjazdów.

 Przewidywania najbliższych tygodni czy miesięcy co do rozwoju sytuacji epidemiologicznej i turystycznej są obarczone dużym ryzykiem. Ostatnie dni przynoszą nutkę nadziei, że sytuacja się co najmniej stabilizuje. Dlatego mamy nadzieję, że koniec grudnia, styczeń i luty to już będzie okres, kiedy można będzie korzystać i z obiektów hotelowych, ze stacji narciarskich, oczywiście z zachowaniem pełnych rygorów sanitarnych, abyśmy podróżowali bezpiecznie – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Gut-Mostowy, sekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju, Pracy i Technologii.

W minioną sobotę rząd przedstawił plan obostrzeń na nadchodzące tygodnie. Zakłada on, że od 28 listopada zostaną ponownie otwarte, przy zachowaniu najwyższych reżimów sanitarnych, galerie handlowe, sklepy meblowe i cały sektor handlu. Pozostałe restrykcje, w tym m.in. zamknięcie hoteli i gastronomii oraz nauka zdalna w szkołach podstawowych i ponadpodstawowych, zostają jednak utrzymane do 27 grudnia. Ma to odsunąć  negatywny scenariusz całkowitego lockdownu i konieczność wprowadzenia narodowej kwarantanny.

Zgodnie z rządowym planem w tym roku między 4 a 17 stycznia jednocześnie we wszystkich województwach odbędą się też ferie zimowe. Premier Mateusz Morawiecki zaznaczył jednak, że nie będą możliwe zimowe wyjazdy na narty, a rząd planuje ograniczyć możliwość przemieszczania się. Zgodnie z komunikatem na rządowej stronie dzieci i młodzież pozostaną w domach ze względu na zakaz organizacji wyjazdów na ferie zimowe. Rząd zapewnił jednak, że branża turystyczna i podmioty działające w turystyce zimowej otrzymają rekompensaty, które pomogą złagodzić skutki kryzysu.

Nie uspokoiło to jednak przedsiębiorców ani samorządów w górskich miejscowościach turystycznych, które od kilku dni alarmują, że zakaz wyjazdów na ferie zimowe i nieczynne wyciągi narciarskie będą oznaczać dla nich bankructwo. Dlatego też wczoraj wicepremier Jarosław Gowin oraz wiceminister Andrzej Gut-Mostowy spotkali się z przedstawicielami branży narciarskiej. Uzgodnione przez nich rozwiązania zakładają, że stoki i wyciągi narciarskie będą jednak dostępne przy zachowaniu określonego reżimu sanitarnego. Teraz warunki te muszą zostać zaakceptowane przez GIS.

– Wypoczynek na świeżym powietrzu i rekreacja są w tej chwili ważnym elementem życia społecznego. Obserwujemy w ostatnich dniach oblegane parki narodowe, w niektórych regionach liczba wejść była nawet kilkukrotnie wyższa niż w szczycie sezonu w sierpniu. To pokazuje, jak bardzo polskie rodziny są spragnione kontaktu z przyrodą i ruchu na świeżym powietrzu – mówi Andrzej Gut-Mostowy.

Turystyka to jedna z branż najbardziej poszkodowanych przez pandemię i lockdown. Światowa Organizacja Turystyki szacuje, że liczba podróży turystycznych w tym roku spadnie na świecie o ok. 70 proc. W Polsce – według danych GUS – do lipca liczba turystów spadła o 50 proc. w porównaniu z analogicznym okresem przed rokiem. W pierwszych siedmiu miesiącach br. z hoteli skorzystało też o 46 proc. mniej turystów.

Przedsiębiorcy liczyli, że latem dzięki urlopom i bonom turystycznym uda im się odrobić choć część strat spowodowanych zastojem. W ciągu pierwszego miesiąca trwania programu Polski Bon Turystyczny Polacy pobrali prawie 890 tys. bonów na kwotę 759 mln zł. Do końca sierpnia zrealizowane płatności wyniosły 172 mln zł. Do programu zapisało się ok. 20 tys. podmiotów turystycznych.

Statystyki z lipca i sierpnia pokazały, że bon turystyczny był bardzo często wykorzystywany przez polskie rodziny. Mamy sygnały od branży turystycznej, że wiele rodzin czekało na bon turystyczny, aby zarezerwować pobyty hotelowe. Natomiast okres jesienny pokazał spadek wyjazdów turystycznych. To normalna sezonowość. Jednak zamknięcie hoteli i restauracji spowodowało, że wykorzystanie bonów turystycznych drastycznie spadło w okresie październik–listopad – mówi sekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju, Pracy i Technologii.

Branży miała pomóc obowiązująca od połowy października tarcza antykryzysowa 5.0, skierowana m.in. do firm turystycznych, która wprowadziła dodatkowe świadczenie postojowe i zwolnienia z obowiązku opłacania składek za lipiec, sierpień i wrzesień.

– Zwolnienie z ZUS i postojowe były długo oczekiwane przez branżę turystyczną. To są największe koszty ponoszone przez hotelarzy, agentów turystycznych i biura podróży w czasie, kiedy obrotów nie ma albo bardzo spadły, a jednak trzeba utrzymać rynek pracy na poziomie sprzed pandemii. Bez tej pomocy, czyli zwolnień z ZUS i postojowego, na pewno wiele firm z branży szeroko rozumianej turystyki już miałoby duże problemy finansowe związane z płynnością – mówi wiceminister.

Na etapie prac parlamentarnych są zaś kolejne rozwiązania dotyczące turystyki. Sejm przyjął 20 listopada kolejną, tzw. antykryzysową tarczę branżową, której główne założenia to m.in. zwolnienie ze składek ZUS za listopad, ustanowienie jednorazowego dodatkowego świadczenia postojowego w wysokości 2080 zł, dopłata dla przedsiębiorców w wysokości 2 tys. zł do każdego miejsca pracy, dotacje w wysokości do 5 tys. zł oraz zawieszenie opłaty targowej w 2021 roku.

– Uchwalona właśnie ustawa, mam nadzieję, w najbliższych dniach znajdzie się w Senacie i szybko zyska podpis prezydenta. Mamy w niej ważne formy wsparcia dla turystyki, np. możliwość uzyskania pożyczek krótkoterminowych. Co istotne, w tej ustawie wprowadziliśmy też możliwość projektowania w drodze rozporządzenia Rady Ministrów kolejnych form pomocy w postaci postojowego i zwolnienia z ZUS. Rada Ministrów będzie mogła w ten sposób szybko wesprzeć następne sektory branży turystycznej, nie potrzeba będzie tworzyć nowej ustawy i cały, wielotygodniowy proces legislacyjny zostanie pominięty. To jest chyba najważniejsza informacja dla branży turystycznej na najbliższe miesiące, że pomoc przyjdzie szybko i sprawnie – wyjaśnia Andrzej Gut-Mostowy.

Jak wskazuje, resort wspólnie z Komisją Nadzoru Finansowego oraz Związkiem Banków Polskich pracuje też nad rozwiązaniami, które mają zapewnić hotelom i podmiotom z branży turystyki łatwiejszy dostęp do finansowania zewnętrznego.

– Obecny kryzys spowodował, że banki wyjątkowo restrykcyjnie podchodzą do branży hotelowej w kwestii możliwości przedłużania kredytów lub pozyskania nowych. Dlatego chcemy wspólnie wypracować nowy model współpracy w tej dziedzinie, aby płynność finansowa hoteli była zagwarantowana – zapowiada Andrzej Gut-Mostowy. – Mając na uwadze to, że w najbliższych tygodniach nastąpi pewien powrót do korzystania z hoteli, planujemy również wspólnie z Polską Organizacją Turystyczną dużą akcję promocyjną. Chcemy zachęcić Polaków do wykorzystywania bonu turystycznego i podróżowania po kraju. Możliwe, że branża przygotuje dodatkowe usługi towarzyszące do każdego noclegu, aby ten bon turystyczny był jeszcze bardziej atrakcyjny. Jednak na razie musimy poczekać na złagodzenie obostrzeń w branży hotelowej.

Gospodarstwa domowe mogą być niezależne energetycznie i ekologiczne. Inwestycje można sfinansować rządowymi dotacjami

0

Gospodarstwa domowe mogą być niezależne energetycznie i ekologiczne. Inwestycje można sfinansować rządowymi dotacjami 2

Przydomowa instalacja fotowoltaiczna stała się w ostatnich kilku latach popularnym sposobem na produkcję ekologicznej energii i obniżenie wysokości rachunków. Rozbudowanie jej o dodatkowe funkcje i urządzenia – własny magazyn energii i pompę ciepła, która umożliwia podgrzanie wody i dostarczenie ciepła do grzejników – zapewnia gospodarstwu domowemu niezależność energetyczną i pozwala uodpornić się na przerwy w dostawach prądu. Taki pakiet, który wprowadziła na rynek należąca do innogy spółka Foton Technik, można obecnie dofinansować środkami z rządowych programów Mój Prąd i Czyste Powietrze.

– Rynek magazynów energii, patrząc z perspektywy całej Europy, rozwija się równie dynamicznie i jest równie obiecujący, co rynek fotowoltaiki, pomp ciepła czy też relatywnie młody rynek związany ze stacjami do ładowania i szeroko rozumianą elektromobilnością. Widzimy, jak wzrasta świadomość użytkowników końcowych nie tylko w aspekcie obniżania swoich rachunków za energię i proekologii, ale także niezależności energetycznej – mówi agencji Newseria Biznes Michał Skorupa, prezes spółki Foton Technik z Grupy innogy.

Zapotrzebowanie na technologie magazynowania energii będzie rosnąć wraz z popularnością OZE. Na dużą skalę magazynowanie energii utrzymuje nadwyżkę, gdy produkcja energii wiatrowej i słonecznej przekracza popyt, a następnie uwalnia ją do sieci, kiedy warunki pogodowe są niekorzystne, a zasoby energii odnawialnej nie wystarczają do zaspokojenia konsumpcji. Dlatego też magazyny energii są kluczowe dla bezpieczeństwa energetycznego i bilansowania sieci elektroenergetycznej.

Polska Izba Magazynowania Energii podkreśla, że dodanie funkcji magazynowania do instalacji fotowoltaicznych pozwoliłoby na przechowywanie nadwyżek energii i zużywanie ich np. w nocy, dzięki czemu gospodarstwa domowe mogłyby osiągnąć nawet 90-proc. samowystarczalność.

– Łączenie produktów takich jak fotowoltaika, pompy ciepła i magazyn energii oraz możliwość centralnego zarządzania nimi, np. za pomocą aplikacji, niewątpliwie zapewnia niezależność energetyczną i cieplną. W ten sposób gospodarstwo domowe przyczynia się do ochrony środowiska, a jednocześnie poprawia warunki socjalno-bytowe, warunki życia właściciela – mówi prezes Foton Technik. – To właśnie magazyn energii daje tę niezależność, bo nadwyżka energii, która nie została spożytkowana na potrzeby własne, jest przechowywana przez klienta.

Należąca do Grupy innogy spółka Foton Technik wprowadziła na rynek pakiet usług Comfort Home, składający się właśnie z instalacji fotowoltaicznej, magazynu energii i pompy ciepła. Wszystkie trzy są ze sobą kompatybilne W przyszłości spółka zamierza rozbudować system o kolejne opcje, takie jak stacje ładowania dla samochodów elektrycznych czy urządzenia z zakresu inteligentnego domu (smart home).

– Fotowoltaika jest bazą, która pokrywa bieżące zapotrzebowanie na energię i zapewnia zasilanie pompy ciepła. Uzupełniamy ją o magazyn energii, dzięki czemu klientowi niestraszne będą przerwy w dostawach prądu. Niedługo wszystko to zepniemy jedną aplikacją, dzięki czemu będzie możliwość zarządzania tymi urządzeniami, np. podglądu, czy instalacja PV pracuje optymalnie, i sprawdzenia, w jakiej kondycji są pozostałe urządzenia – zapowiada Michał Skorupa 

Gospodarstwa domowe, które chcą skorzystać z pakietu, mogą wystąpić o dotację w kwocie 5 tys. zł z programu Mój Prąd na sfinansowanie budowy instalacji fotowoltaicznej. Z kolei nowa edycja programu Czyste Powietrze, która ruszyła w maju tego roku, daje możliwość otrzymania dotacji na mikroinstalację fotowoltaiczną oraz pompę ciepła w wysokości maksymalnie 30 tys. zł.

Korzyścią jest nie tylko ograniczenie smogu i ekologiczny, zeroemisyjny dom. Gospodarstwa domowe mogą też odczuć realne, finansowe profity w postaci oszczędności na rachunkach za energię, zwłaszcza w obliczu rosnących cen. Dane Komisji Europejskiej przytaczane przez portal Gramwzielone.pl pokazują, że w pierwszym kwartale br. średnia cena energii dla odbiorcy końcowego w UE wzrosła o 1 proc. w porównaniu z tym samym okresem rok wcześniej, a największy wzrost cen (o 14 proc.) miał miejsce właśnie w Polsce i na Litwie.

– To rozwiązanie jest przeznaczone dla każdego budynku – nie tylko dla nowo budowanych domów, ale także dla tych już istniejących, zwłaszcza dla właścicieli domów wybudowanych po roku 1990, którzy dzisiaj myślą o wymianie źródła ciepła, pieców na bardziej przyjazne środowisku urządzenia, z jednej strony wysokosprawne, a z drugiej niskoemisyjne – wskazuje Michał Skorupa.

Fotowoltaika stała się w ostatnich kilku latach najpopularniejszym sposobem na produkcję ekologicznej energii i obniżenie wysokości rachunków. W tej chwili to najszybciej rosnący w Polsce segment OZE. Jak wynika z danych PSE, na początku października br. moc zainstalowana instalacji fotowoltaicznych w Krajowym Systemie Elektroenergetycznym wyniosła 2682,7 MW. Oznacza to wzrost o 166,3 proc. rok do roku i o 6,1 proc. w skali miesiąca. Według prognoz Instytutu Energetyki Odnawialnej („Rynek fotowoltaiki w Polsce 2020”) ta branża ma przed sobą świetlaną przyszłość i w 2025 roku moc zainstalowana PV w KSE ma sięgnąć już 7800 MW.

Z danych NFOŚiGW wynika, że do 9 listopada br. w ramach programu Mój Prąd złożono ponad 200 tys. wniosków, przyznano dotację na niemal 500 tys. zł, a moc wygenerowana w przydomowych instalacjach fotowoltaicznych, np. na dachach domów, wyniosła 540 MW.

Firmy kurierskie przygotowują się na rekordowy świąteczny szczyt paczkowy. Rosnącą liczbę przesyłek obsłużą nowe terminale i sortownie

0

Firmy kurierskie przygotowują się na rekordowy świąteczny szczyt paczkowy. Rosnącą liczbę przesyłek obsłużą nowe terminale i sortownie 3

Co roku w sezonie przedświątecznym liczba nadawanych przesyłek rośnie średnio o 40–60 proc., a w szczytowym momencie wzrost sięga nawet 100 proc. Branża spodziewa się, że mimo spowolnienia gospodarki tegoroczny szczyt może być rekordowy, ponieważ przez pandemię koronawirusa wielu Polaków zdecyduje się kupić prezenty w e-sklepach, zamiast wybierać się do galerii handlowych. Dlatego też przygotowania do tego gorącego okresu firmy kurierskie zaczęły już latem. DHL od września rekrutuje dodatkowych pracowników. Prace w przedświątecznym szczycie wesprze także uruchomiony pod Gdańskiem nowy terminal G2, który może obsłużyć nawet 30 tys. paczek dziennie.

Szczyt przedświąteczny to gorący okres dla całego e-commerce. Ruch na stronach e-sklepów rośnie w tym okresie nawet o kilkaset procent. Szczyt paczkowy rozpoczyna się zwykle w Black Friday pod koniec listopada, kiedy sklepy stacjonarne i internetowe kuszą klientów dużymi obniżkami, i trwa aż do świąt Bożego Narodzenia, bo wielu Polaków zamawia świąteczne prezenty online tuż przed Gwiazdką. W tym roku wzrosty rozpoczęły się szybciej ze względu na zamknięcie galerii handlowych i wielu kategorii sklepów stacjonarnych. Zamówienia złożone w e-sklepach generują z kolei większą liczbę przesyłek.

 Świąteczny szczyt to duże wyzwanie dla całej branży logistycznej, która przygotowuje się do niego już kilka miesięcy wcześniej. My zaczynamy już w lipcu. Pracuje nad tym zespół crossfunkcyjny złożony z kilkudziesięciu osób, m.in. przedstawicieli operacji, sprzedaży i funkcji wsparcia. Skupiają się oni na zapewnieniu odpowiedniej obsady kurierów i pracowników magazynów, na przeglądzie procesów pod kątem potencjalnych usprawnień, również tych wymagających wsparcia informatycznego, a przede wszystkim na bardzo dokładnym planowaniu i prognozowaniu wolumenów na dni szczytowe – mówi agencji Newseria Biznes Bartłomiej Wnęk, wiceprezes ds. operacyjnych DHL Parcel Polska.

Kiedy święta Bożego Narodzenia wydają się jeszcze odległą perspektywą, firmy kurierskie już pracują nad tym, aby być w pełnej gotowości operacyjnej. To często oznacza dodatkowe rekrutacje.

– Zatrudnianie dodatkowych pracowników w związku ze szczytem paczkowym zaczynamy już we wrześniu. Szacunkowy plan to około 30-proc. wzrost zatrudnienia, a do zapewnienia prawidłowej obsługi potrzebni są nie tylko kurierzy, ale również pracownicy magazynów i operatorzy wózków widłowych – wskazuje Patryk Kęska, kierownik terminala G2 w Tuchomiu pod Gdańskiem, DHL Parcel Polska. 

DHL prognozuje, że tegoroczny szczyt przedświąteczny może być rekordowy, ponieważ ze względu na pandemię koronawirusa wielu Polaków zdecyduje się kupić prezenty w e-sklepach, zamiast wybierać się do galerii handlowych. Tym bardziej że wciąż nie wiadomo, kiedy rząd zdecyduje się na ich ponowne otwarcie.

– Ten rok jest szczególny, ponieważ upływa pod znakiem pandemii, więc jest jeszcze bardziej dynamiczny i nieprzewidywalny. Natomiast jesteśmy na to przygotowani i nawet klienci, którzy przegapią moment i zdecydują się zamówić prezenty tuż przed samymi świętami, będą z naszych usług zadowoleni – przekonuje Bartłomiej Wnęk.

Aby sprostać zwiększonemu zapotrzebowaniu na dostawy, DHL zainwestował w odpowiednią infrastrukturę. Operator logistyczny wybudował w Tuchomiu pod Gdańskiem nowy terminal G2, który dzięki nowoczesnym sorterom i infrastrukturze operacyjnej może obsłużyć nawet 30 tys. paczek dziennie.

– Nowa inwestycja w Gdańsku znacznie wesprze nasze moce przerobowe w okresie świątecznego szczytu – mówi wiceprezes ds. operacyjnych DHL Parcel Polska. – Terminal w Tuchomiu to jednak przede wszystkim odpowiedź na dynamiczny wzrost wolumenów w rejonie Trójmiasta. Nasz biznes rozwija się w bardzo szybkim tempie, obserwujemy wciąż rosnące zapotrzebowanie na usługi kurierskie.

Jak wskazuje, terminal G2 już przejął ok. 40 proc. przesyłek obsługiwanych do tej pory w jednostce Kowale, również zlokalizowanej pod Gdańskiem.

– Nowoczesny obiekt w Tuchomiu liczy 4 tys. mkw. hali magazynowej, 600 mkw. powierzchni biurowej, 20 bram dla transportów liniowych, 9 bram dla transportów paletowych i 60 standardowych bram kurierskich. Tą inwestycją zdecydowanie poprawiamy warunki pracy dla pracowników magazynu i biura oraz kurierów – mówi Bartłomiej Wnęk.

– Załoga obiektu liczy w tej chwili ponad 200 kurierów i pracowników – dodaje kierownik terminala Patryk Kęska.

Jak podkreśla, zlokalizowany pod Gdańskiem terminal G2 jest jednym z najbardziej proekologicznych tego typu obiektów w Polsce, wyposażonym w cały szereg rozwiązań służących ochronie środowiska oraz oszczędzaniu energii potrzebnej do ogrzewania i zasilania urządzeń elektrycznych.

– Ten obiekt ma system do zawracania wody opadowej, którą wykorzystujemy m.in. do podlewania terenów zielonych. Zastosowano w nim specjalną izolację ścian, która chroni przed nadmiernym wychłodzeniem w okresie zimowym, oraz szyby odbijające promienie słoneczne, dzięki czemu budynek nie nagrzewa się w okresie letnim. Zastosowaliśmy też rekuperację, czyli proces odzyskiwania ciepła. Równie ważny jest proekologiczny system strefowego oświetlania LED, dzięki któremu oszczędności energii sięgają 50 proc. W budynku zamontowano również specjalny dach, który przepuszcza światło, oraz fotowoltaikę, która zasila go w energię elektryczną – wymienia.

Budynek nowego terminala został zaprojektowany zgodnie z przyjętą przez DHL strategią GoGreen, której celem jest minimalizowanie wpływu firmy na środowisko i osiągnięcie zerowej emisji CO2 powstającej na skutek operacji logistycznych do 2050 roku.

– W ramach tej strategii realizujemy w Polsce i innych krajach projekty, których efekty mierzymy właśnie redukcją emisji CO2. Koncentrujemy się na wykorzystaniu alternatywnych źródeł energii, redukcji zużycia paliw oraz zmniejszeniu emisji spalin – mówi Patryk Kęska.

Nowy terminal G2 to niejedyna w tym roku inwestycja w infrastrukturę, która ma wzmocnić sieć operacyjną DHL Parcel Polska. Wcześniej do użytku oddane zostały również nowe jednostki we Włocławku i Jeleniej Górze. Operator logistyczny analizuje rynek, dostosowując sieć krajowej infrastruktury do sytuacji i prognoz na  przyszłość.

 Rozwój infrastruktury operacyjnej w DHL zapowiada się ciekawie w kolejnych latach. Przed nami inwestycja w Siedlcach. W ciągu najbliższych dwóch lat czeka nas bardzo duży projekt w Wielkopolsce – najnowocześniejszy, jeśli chodzi o zastosowane w nim urządzenia sortujące – zapowiada Bartłomiej Wnęk.

Powiązanie stawek za śmieci ze zużyciem wody może zachęcać do jej oszczędzania. Nowe zasady zaczną obowiązywać w Warszawie od grudnia

Statystyczny warszawiak zużywa prawie 4 m3 wody miesięcznie, a mógłby znacznie mniej. – Sposobów na mniejsze zużycie wody jest wiele. Oszczędzać wodę można każdego dnia, zarówno podczas codziennej toalety, jak i gotowania – mówi  Anna Auksel-Sekutowicz, radna miasta z ramienia Nowoczesnej. Impulsem do zachowania umiaru w wykorzystaniu wody pitnej będzie uzależnienie opłat za wywóz śmieci od jej zużycia. Rada Warszawy postanowiła, że taki sposób naliczania opłaty będzie obowiązywał w stolicy od grudnia.

Zgodnie z przepisami gminy mają do wyboru cztery różne metody naliczania stawek za śmieci: od powierzchni mieszkania, od zużycia wody, od osoby i od gospodarstwa domowego. Dziś warszawiacy płacą ryczałt uzależniony od wielkości mieszkania, co nie uwzględnia np. tego, ile osób zamieszkuje dany lokal.

– Otrzymaliśmy bardzo dużo informacji od mieszkańców, że obecnie obowiązujący system jest niesprawiedliwy, bo rodziny wieloosobowe wytwarzają dużo więcej odpadów niż osoby, które mieszkają same. Po długich konsultacjach, również ze społeczeństwem, przyjęliśmy rozwiązanie, które uzależnia wysokość opłaty za śmieci od ilości zużytej wody – kontynuuje Anna Auksel-Sekutowicz. – To jedna z najlepszych opcji, jaką przewiduje ustawodawca.

Miasto przekonuje, że ta metoda jest zdecydowanie bardziej sprawiedliwa, bo najlepiej odzwierciedla liczbę osób zamieszkujących lokal. Od grudnia mieszkańcy Warszawy będą płacić za śmieci 12,73 zł za każdy m³ wykorzystanej wody pitnej. Podstawą naliczenia miesięcznej opłaty będzie średnie zużycie wody z sześciu kolejnych miesięcy. Nie będzie jednak brana pod uwagę woda bezpowrotnie zużyta, czyli np. do podlewania ogródka (zmierzona przez dodatkowy wodomierz), a jedynie woda wykorzystywana na tzw. cele bytowe, która trafia do kanalizacji. Nowe zasady naliczania opłat dotyczą domów jednorodzinnych, budynków wielorodzinnych i lokali.

– W tym rozwiązaniu do głosu dochodzi również ekologia. Polska wysycha, mamy bardzo małe ilości wody, w związku z tym opłata uzależniona od ilości zużytej wody będzie wspierała jej oszczędzanie. Mam nadzieję, że dzięki temu mieszkańcy Warszawy będą zakręcać kran zawsze wtedy, kiedy zużycie nie będzie potrzebne. Chciałabym także, żeby ten nawyk oszczędzania wody wprowadzać nie tylko w mieszkaniach, ale również i w domach. Przecież możemy zbierać deszczówkę i podlewać nią kwiaty. Niekoniecznie musimy to robić wodą pitną, która leci z kranu – zaznacza warszawska radna.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w 2018 roku warszawiak zużywał średnio 47,5 m³ wody rocznie, co daje prawie 4 m³ wody miesięcznie. Przy takim zużyciu jedna osoba mieszkająca w lokalu zapłaci niecałe 51 zł.

Uzależnienie opłaty za śmieci od wykorzystania wody jest jedyną metodą, która daje mieszkańcom możliwość wpływania na swoje rachunki. Może bowiem zachęcać ich do nawyków oszczędzania.

– Jeśli zaczęlibyśmy oszczędzać wodę, jesteśmy w stanie zredukować już zużycie do 3, a może nawet do 2,5 m3. Wodę można oszczędzać podczas wielu czynności, zarówno przy codziennej toalecie, jak i podczas gotowania. Przykładowo woda po gotowaniu jajek albo złapana podczas mycia warzyw może być wykorzystywana chociażby do podlewania kwiatów. Sposobów na oszczędzanie wody jest mnóstwo – zapewnia Anna Auksel-Sekutowicz, która jest pomysłodawczynią akcji #bezLANIAwody mającej uświadomić, że każdego dnia można oszczędzać wodę, nie wkładając w to wielkiego wysiłku.

Jak podkreśla, kolejny problem związany z gospodarką odpadami to właściwa segregacja śmieci. Stołeczny urząd miasta uruchomił specjalną stronę internetową, na której można sprawdzić, do jakiego pojemnika wyrzucać poszczególne odpady.

– Kłopot w tym, że przepisy dotyczące segregacji odpadów na pięć frakcji zostały wprowadzone bardzo szybko i nie było wiele czasu na to, aby edukować mieszkańców. Dlatego zanim nauczymy się zasad segregacji i wszystkim nam wejdzie to w krew, potrzeba czasu. Myślę, że akcje proekologiczne prowadzone w szkołach podstawowych i średnich, zaangażowanie młodzieży w ochronę klimatu, ekologię oraz zrozumienie, że segregacja śmieci jest bardzo ważna, sprawią w przyszłości, że dla kolejnych pokoleń będzie to bardzo naturalna czynność – dodaje radna.

Jej zdaniem podobnie było w innych krajach europejskich, a dziś ich mieszkańcy nie mają problemów z odpowiednią segregacją odpadów.

Stawki za śmieci rosną ze względu na to, że zwiększają się również koszty samorządów związane z utrzymaniem tego systemu. Zgodnie z przepisami nałożonymi przez ustawodawcę samorząd nie może dopłacać do systemu zagospodarowania odpadów komunalnych z innych źródeł niż opłaty od mieszkańców i firm. W przypadku Warszawy system kosztuje ok. 1,2 mld zł rocznie, podczas gdy w 2016 roku było to 325 mln zł.

Coraz lepsza jakość powietrza w Europie. Na rynku pojawiają się innowacyjne rozwiązania pomagające w walce ze smogiem [DEPESZA]

Poprawia się jakość powietrza w Europie. Spada też liczba zgonów spowodowanych zanieczyszczeniem powietrza – wynika  z danych Europejskiej Agencji Środowiska (EEA). Z powodu zanieczyszczenia pyłem w 2018 roku zmarło ok. 417 tys. Europejczyków, o ponad 60 tys. mniej niż jeszcze w 2009 roku. Komisja Europejska opublikowała niedawno plan działania na rzecz strategii „zero zanieczyszczeń”. Nie brakuje też innowacyjnych rozwiązań opracowywanych przez start-upy, które mają pomóc w walce ze smogiem.

Najnowsze sprawozdanie Europejskiej Agencji Środowiska (EEA) „Jakość powietrza w Europie – 2020” wskazuje, że jakość powietrza na Starym Kontynencie  systematycznie się poprawia. Z powodu narażenia na drobny pył w 2018 roku zmarło przedwcześnie ok. 417 tys. osób – o ok. 60 tys. mniej niż jeszcze w 2009 roku. Zmniejsza się też liczba zgonów spowodowanych dwutlenkiem azotu (54 tys., co oznacza spadek o 54 proc. w ciągu dekady). W dużej mierze to efekt polityki w zakresie środowiska i klimatu w całej Europie. Dane z 2020 roku mogą być jeszcze lepsze – ze względu na pandemię koronawirusa i wprowadzony lockdown emisja niektórych zanieczyszczeń spadła o ok. 60 proc.

– Jakość powietrza poprawia się dzięki wdrażanej polityce w zakresie środowiska i klimatu. Nie możemy jednak ignorować negatywnych aspektów tej sytuacji – liczba przedwczesnych zgonów w Europie z powodu zanieczyszczenia powietrza jest nadal o wiele za wysoka – podkreśla Virginijus Sinkevičius, komisarz KE ds. środowiska, oceanów i rybołówstwa.

Komisja Europejska opublikowała też plan działania UE na rzecz strategii „zero zanieczyszczeń”, części Europejskiego Zielonego Ładu. Zgodnie z założeniami programu Europa do 2050 roku ma być kontynentem neutralnym dla klimatu. Europejski Zielony Ład zawiera plan działań umożliwiających bardziej efektywne wykorzystanie zasobów dzięki przejściu na czystą gospodarkę o obiegu zamkniętym oraz przeciwdziałanie utracie różnorodności biologicznej i zmniejszenie poziomu zanieczyszczeń. Ma to być możliwe dzięki m.in. zapewnieniu większej efektywności energetycznej budynków, wprowadzeniu ekologicznych form transportu czy wspieraniu innowacyjnych, proekologicznych rozwiązań.

– W Europejskim Zielonym Ładzie postawiliśmy sobie za cel ograniczenie wszelkiego rodzaju zanieczyszczeń do zera. Aby odnieść sukces i w pełni chronić zdrowie ludzi i środowisko, musimy jeszcze bardziej ograniczyć zanieczyszczenie powietrza i ściślej dostosować nasze normy jakości powietrza do zaleceń Światowej Organizacji Zdrowia. Zostanie to uwzględnione w przyszłym planie działania – zapowiada Virginijus Sinkevičius.

W walkę ze smogiem i zanieczyszczeniem powietrza zaangażowało się wiele firm i start-upów. Na rynku jest już dostępna farba, która oczyszcza zanieczyszczone powietrze w procesie podobnym do fotosyntezy. Gdy farba jest wystawiona na działanie promieni słonecznych, otaczające powietrze jest natleniane w wyniku reakcji chemicznej. Pierwsze wyniki pokazują, że farba faktycznie działa – w Meksyku powstały trzy murale, które neutralizują równowartość zanieczyszczenia wytwarzanego przez około 60 tys. pojazdów rocznie. Naukowcy z Imperial College w Londynie współpracują z kolei ze start-upem Arborea nad BioSolar Leaf. To duże panele pokryte drobnymi roślinami, które usuwają dwutlenek węgla i uwalniają tlen w tempie odpowiadającym 100 drzewom z powierzchni pojedynczego drzewa.

W Londynie, Paryżu i Berlinie stanęły zaś pierwsze na świecie inteligentne biotechnologiczne filtry powietrza – drewniane ławy pokryte różnymi rodzajami mchu. Twórcy Green City Solutions twierdzą, że mech może wykonać pracę równoważną 275 drzewom. Z kolei holenderska firma opracowała Smog Free Tower, czyli wieżę oczyszczającą powietrze, która zasysa zanieczyszczenia i usuwa czyste powietrze. Wydobyte zanieczyszczenia są zamieniane w biżuterię. Pierwsza wieża została zainstalowana w Rotterdamie, a projektanci twierdzą, że może oczyścić 3,5 mln m3 powietrza dziennie.

– Z danych EEA wynika, że inwestowanie w lepszą jakość powietrza jest inwestycją na rzecz poprawy zdrowia i wydajności dla wszystkich Europejczyków. Strategie polityczne i działania, które są spójne z europejskimi ambicjami w zakresie zerowych emisji zanieczyszczeń, prowadzą do dłuższego i zdrowszego życia i bardziej odpornych społeczeństw – przekonuje dyrektor wykonawczy EEA, Hans Bruyninckx.

Nowe programy dopłat do zakupu elektryków mogą ruszyć w przyszłym roku. Sprzedawcy apelują o wyższe kwoty i brak limitów cenowych

Najprawdopodobniej na początku przyszłego roku pojawią się w Polsce nowe programy dopłat do zakupu aut elektrycznych – przewidują przedstawiciele branży motoryzacyjnej. Apelują o to, by twórcy udoskonalili system: zwiększyli stawki dofinansowań, odbiurokratyzowali wnioski i znieśli limity cenowe. Pilotażowe projekty, realizowane na przełomie czerwca i lipca tego roku, zakończyły się realizacją zaledwie 7,5 proc. zakładanego celu. Na dopłaty do auta elektrycznego zdecydowało się do tej pory zaledwie 344 kierowców.

– Na początku przyszłego roku, z pewnością w pierwszym kwartale, pojawią się nowe programy dotyczące dopłat do zakupu samochodów elektrycznych, które będą zbudowane zupełnie inaczej niż te testowe programy, których byliśmy świadkami w wakacje roku 2020. Doświadczenia z tego nieudanego programu pilotażowego są dzisiaj opracowywane i mamy nadzieję, że Ministerstwo Klimatu i Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej zbudują nowy program dopłat w taki sposób, żeby zlikwidować wszystkie błędy i wszystkie niedopatrzenia, które w nim były – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Marek Konieczny ze Związku Dealerów Samochodów.

W ramach programów Zielony Samochód, Koliber i e-Van realizowanych przez Narodowy Fundusz Środowiska i Gospodarki Wodnej osoby prywatne i przedsiębiorcy mogli liczyć na dopłaty do zakupu samochodów elektrycznych. W przypadku pierwszego z programów to dofinansowanie maksymalnie 18 650 zł, przy czym auto nie mogło być droższe niż 125 tys. zł. Program Koliber to z kolei szansa na dofinansowanie w wysokości do 25 tys. zł, a e-VAN pozwalał na dotację do 70 tys. zł. Kwota niemal 150 mln zł przeznaczona na te programy miała pozwolić na zakup 2 tys. samochodów osobowych dla osób prywatnych, tysiąca taksówek elektrycznych i tysiąca elektrycznych aut dostawczych. Efektem zakończonego pilotażu były jednak zaledwie 344 dotacje o wartości 11,2 mln zł.

– Pierwszą rzeczą, którą powinniśmy zauważyć, jest kwestia wysokości dopłat i limitów wysokości ceny samochodu elektrycznego. Limit 125 tys. zł, który do tej pory był stosowany, jest straszni niski i powoduje, że większość samochodów elektrycznych była wyłączona z tychże dopłat – ocenia Marek Konieczny.

Zdaniem ekspertów nowa edycja programów zachęt do zakupu aut elektrycznych powinna być skonstruowana z wyłączeniem górnego limitu ceny katalogowej auta. Zarzuty branży motoryzacyjnej wobec pilotażu dopłat dotyczą również kwestii związanych z wysokością zachęt, dostępnością dla przedsiębiorców oraz formalności, jakich należało dopełnić przy wnioskowaniu.

– Pomimo że wnioski o dotację w pierwszym pilotażowym programie były stosunkowo proste, to jednak wymagały ze strony klienta przechodzenia przez kolejne arkusze. Oczekiwalibyśmy od NFOŚiGW, żeby system dopłat był dużo łatwiejszy i żeby klient mógł te dopłaty uzyskać w sposób jak najprostszy, który nie wymagałby od niego wielkiego wysiłku. Nie chodzi przecież o to, żeby klienta zmuszać do siedzenia kilkanaście czy kilkadziesiąt minut nad wnioskiem, tylko o to, żeby zachęcić go prostym systemem do tego, żeby się tym samochodem elektrycznym zainteresował – sugeruje prezes Związku Dealerów Samochodów.

Funkcjonujący np. we Francji system zachęt do zakupu aut elektrycznych pozwala na uzyskanie do 12 tys. euro dotacji. W Wielkiej Brytanii jest to do 3 tys. funtów dla aut o wartości nieprzekraczającej 50 tys. funtów. Tymczasem Narodowa Agencja Środowiska Singapuru ogłosiła niedawno, że od 1 stycznia przyszłego roku do końca 2022 roku będą obowiązywały zwiększone stawki dopłat do zakupu aut elektrycznych. W przypadku aut osobowych dla osób prywatnych stawka zostanie zwiększona o 5 tys. dol. – do kwoty 25 tys. dol. Z kolei ekologiczni taksówkarze dostaną o 7,5 tys. dol. więcej niż dotychczas. Co ciekawe, obok systemu zachęt dla osób inwestujących w zakup aut ekologicznych w Singapurze funkcjonuje też system kar dla tych, którzy decydują się na pojazdy wysokoemisyjne. Te najbardziej zanieczyszczające środowisko obarczane są karą 25 tys. dol.

Jak podkreśla prezes Związku Dealerów Samochodów, programy dopłat w Polsce powinny przede wszystkim być skierowane do przedsiębiorców, którzy chętniej sięgają po auta elektryczne.

– Dopłaty i programy powinny być dostępne nie tylko dla klientów indywidualnych, ale także dla przedsiębiorców, bo z doświadczenia wynika, że to oni kupują ponad 70 proc. wszystkich samochodów, a w przypadku samochodów elektrycznych ta skala będzie jeszcze większa – ocenia Marek Konieczny.

Kolejny tydzień, kolejna szczepionka. W tle słabe dane (komentarz walutowy)

Po dzisiejszych pozytywnych wieściach z Wielkiej Brytanii świat dysponuje już trzema szczepionkami na koronawirusa, które są wysoce efektywne. Pandemia jednak nie ustaje, a efekty wprowadzenia jesiennych obostrzeń już widać w danych gospodarczych.

Od dłuższego czasu wskazywaliśmy, że wycena wielu walut emerging markets nie odpowiada ich wartości fundamentalnej. W tym kontekście zachęcająca jest zeszłotygodniowa aprecjacja tych walut, która nastąpiła pomimo braku równie jednoznacznie pozytywnego zachowania szerokiego spektrum aktywów ryzykownych. Najważniejsze twarde waluty, takie jak euro, dolar amerykański, funt brytyjski i frank szwajcarski w minionym tygodniu pozostawały w wąskich widełkach.

W krótkim terminie handel na rynku walutowym prawdopodobnie zostanie zdominowany z jednej strony przez pozytywne wieści dotyczące szczepionki na COVID-19, a z drugiej strony przez informacje dotyczące negatywnego wpływu koronawirusowych obostrzeń na sytuację gospodarczą. Wstępne dane PMI dla strefy euro i Wielkiej Brytanii, które poznaliśmy dziś rano, pokazały wyraźny spadek aktywności w sektorze usług w listopadzie. Warto jednak mieć z tyłu głowy, że w okolicy amerykańskiego Święta Dziękczynienia, które wypada w czwartek, aktywność inwestorów na rynku zwykle jest ograniczona. Stąd też nie spodziewamy się istotnych ruchów do grudnia.

PLN

Ostatni tydzień przyniósł lekkie umocnienie polskiego złotego. Przez większość ostatnich dni zmienność na parze EUR/PLN pozostawała bardzo niewielka. Niską zmiennością charakteryzuje się też początek obecnego tygodnia.

Miniony tydzień przyniósł dalszy spadek liczby nowych zakażeń koronawirusem w Polsce, na tym etapie trudno jednak mówić o optymistycznym wydźwięku tych danych. Odsetek pozytywnych testów pozostaje jednym z najwyższych na świecie, a liczba zgonów wysoka.

Wydźwięk najnowszych danych makroekonomicznych dla Polski jest mieszany: dość dobre dane z rynku pracy i przemysłu z poprzedniego tygodnia kontrastują z dzisiejszym, rozczarowującym odczytem sprzedaży detalicznej, która po trzech miesiącach wzrostów, w październiku ponownie pokazała ujemną dynamikę. W ostatnich dniach uwaga inwestorów skupiła się na Polsce z powodu konfliktu polskiego rządu z UE w związku z powiązaniem unijnych funduszy z kwestią praworządności. Ostatecznie jednak brak reakcji złotego na powyższe doniesienia sugeruje, że nie budzą one specjalnych obaw wśród inwestorów.

EUR

Impas polityczny między Polską i Węgrami oraz UE ws. unijnego budżetu może opóźnić uwolnienie dodatkowych środków na wsparcie gospodarek w czasie pandemii, jednak nie sądzimy, żeby czekało nas istotne wydłużenie całego procesu. O ile jest to pewnego rodzaju ryzyko dla euro, nieco wsparcia wspólnej walucie zapewnia spadek liczby nowych zakażeń w wielu najważniejszych gospodarkach strefy euro.

Nieco pesymizmu przynoszą z kolei listopadowe dane PMI dla sektora usług strefy euro. Wyraźne, głębsze od oczekiwań pogorszenie sytuacji w tym obszarze ma związek z lockdownami i innymi ograniczeniami wprowadzonymi w celu walki z pandemią. Na tym tle nieźle trzyma się jednak przemysł. Rynki powinny zestawić te informacje z wieściami z frontu opracowania szczepionki oraz znakami, że kluczowe kraje strefy euro być może mają za sobą szczyt zakażeń koronawirusem w ramach drugiej fali.

Sądzimy, że w najbliższym czasie euro pozostanie dość stabilne, w oczekiwaniu na grudniowe posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego. W tym tygodniu, w czwartek, opublikowany zostanie opis dyskusji z poprzedniego spotkania decyzyjnego. Ostatnia retoryka banku centralnego jednoznacznie wskazuje, że w grudniu czeka nas dalsze łagodzenie polityki pieniężnej.

USD

Wysiłki Trumpa mające na celu unieważnienie wyborów w USA z biegiem czasu wydają się coraz mniej skuteczne. Pozytywny wpływ powyższego impulsu był jednak w ostatnim czasie balansowany przez pogarszanie się sytuacji pandemicznej w większości stanów. Wczorajsze wieści o planowanym rozpoczęciu szczepień w USA za mniej niż trzy tygodnie na krótko i nieznacznie wsparły aktywa ryzykowne, jednak nie miały one istotnego wpływu na rynek walutowy.

W tym tygodniu, w środę, uwagę inwestorów może przykuć publikacja „minutek” z ostatniego posiedzenia decyzyjnego Rezerwy Federalnej, jednak czwartkowe Święto Dziękczynienia ogranicza szanse na istotną reakcję rynku w tym tradycyjnie jednym z najspokojniejszych dla rynków finansowych okresów w ciągu roku.

GBP

Negocjacje brexitowe postępują w iście żółwim tempie, jednak póki co ogólny optymizm dotyczący szczepionki na COVID-19 chroni brytyjską walutę przed deprecjacją. Wieści z dzisiejszego poranka dotyczące skuteczności szczepionki opracowanej przez naukowców z Uniwersytetu Oksfordzkiego wsparły funta w związku z tym, że Wielka Brytania byłaby na czele kolejki do otrzymania szczepionki, która jest zarówno znacznie tańsza, jak i łatwiejsza w transporcie od innych dotychczas opracowanych.

Podobnie jak w strefie euro, najważniejszą publikacją tego tygodnia były dane PMI opisujące sytuację w przemyśle i usługach w listopadzie. Pokazały one wyraźny spadek kluczowego indeksu dla usług. Nie stanowi to zaskoczenia w kontekście powrotu koronawirusowych ograniczeń. Niemniej, indeks dla przemysłu wzrósł, a odczyty dla obu sektorów okazały się lepsze od oczekiwań.

CHF

Frank szwajcarski radził sobie gorzej od niemal wszystkich głównych walut, choć zakończył tydzień na niemal niezmienionym poziomie w parze z euro. Zmienność na parze jest niemal nieobecna. Kurs EUR/CHF nadal oscyluje w okolicy poziomu 1,08.

Ostatnie wieści ze Szwajcarii były mieszane. Liczba zgonów związanych z COVID-19 rośnie, jednak wydaje się, że jest to opóźniony efekt poprzedniego wzrostu liczby przypadków. Liczba wykrywanych przypadków i przeprowadzanych testów spada, aczkolwiek ta pierwsza w szybszym tempie. To dość pozytywna wiadomość, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że Szwajcaria wdrożyła jedynie ograniczone środki w celu zmniejszenia rozprzestrzeniania się koronawirusa w porównaniu z wieloma sąsiadującymi krajami.

Kalendarz ekonomiczny dla Szwajcarii w ostatnim czasie nie obfitował w zbyt wiele publikacji. Produkcja przemysłowa w trzecim kwartale pokazała mniejszy spadek niż w drugim, jednak dane te nie skupiły na sobie uwagi. Mimo, że czwartkowe dane o zatrudnieniu są uznawane za istotniejsze, to jednak w tym tygodniu skupimy się głównie na bardziej aktualnym, środowym odczycie indeksu ZEW, który opisuje oczekiwania dotyczące przyszłej koniunktury gospodarczej.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Rośnie popyt na pracę tymczasową

Jak wynika z danych firm należących do Polskiego Forum HR, członka Konfederacji Lewiatan, trzeci kwartał tego roku przyniósł wyraźne ożywienie na rynku pracy. Popyt na usługi HR, w szczególności na pracę tymczasową i rekrutację stałą, wzrósł znacznie w porównaniu do poprzedniego okresu.

Więcej rekrutacji stałych

W trzecim kwartale 2020 roku (3Q2020) firmy członkowskie Polskiego Forum HR (PFHR) zwiększyły swoje obroty w zakresie realizacji usług rekrutacji stałych na rzecz polskich pracodawców aż o 23% w porównaniu do poprzedniego kwartału i o 6% w odniesieniu do tego samego okresu poprzedniego roku, osiągając poziom 33,3 mln PLN.

„Ożywienie wynika w dużej mierze z faktu, iż w trzecim kwartale realizowano skumulowane z poprzedniego okresu procesy rekrutacyjne. Drugi kwartał był bardzo trudny, wszelkie decyzje dotyczące zatrudnienia były odwlekane w czasie. Ta dynamika z pewnością wyhamuje w ostatnim kwartale roku, szacujemy że wzrost wyniesie wtedy ok. 7%. Obserwując branże widzimy, że oprócz e-commerce, który nie zmniejsza zainteresowania zatrudnianiem nowych pracowników, obserwujemy odwilż w centrach usług wspólnych, również dzięki kilku nowym inwestycjom”- mówi Piotr Dziedzic, członek zarządu Polskiego Forum HR.

Rosnącym zapotrzebowaniem cieszą się również rekrutacje na rzecz zagranicznych pracodawców, wzrost rok do roku wyniósł 5%, kwartał do kwartału 33%. Firmy członkowskie PFHR osiągnęły obroty w tym zakresie na poziomie ponad 5 mln PLN.

Rośnie zapotrzebowanie na pracowników tymczasowych

O 13% wzrosła liczba pracowników tymczasowych zatrudnionych przez firmy członkowskie PFHR w 3Q2020, w tym samym czasie liczba pełnych etatów (FTE – liczba przepracowanych godzin w przeliczeniu na pełne etaty) wzrosła aż o 33%. Średni okres zatrudnienia jednego pracownika wydłużył się. Firmy członkowskie zatrudniały w analizowanym okresie 75 tys. osób, szacujemy że w całej Polsce zatrudniano ok. 250 tys. pracowników tymczasowych. Poziom ten nadal odbiega od poprzedniego roku, w takim odniesieniu odnotowujemy 11%-owy spadek, ale sytuacja wyraźnie się poprawia.

Rośnie zapotrzebowanie na pracowników tymczasowych„Na rynku obserwujemy zachowania jak w każdym kryzysie czy okresie przestoju gospodarczego. Pracownicy tymczasowi są pierwszymi, z którymi pracodawcy rozstają się w sytuacji spowolnienia i pierwszymi, którzy są zatrudniani kiedy sytuacja się stabilizuje. Czwarty kwartał będzie trudniejszy. Wzrost zachorowań będzie miał spore przełożenie na rynek pracy. Zapotrzebowanie na pracowników tymczasowych będzie rosło, ale już nie tak gwałtownie ” – komentuje Anna Wicha, Prezes Polskiego Forum HR.

W trzecim kwartale 2020 o 27% w porównaniu do poprzedniego kwartału wzrosła też wartość tego rynku. Firmy członkowskie PFHR osiągnęły poziom obrotów w wysokości 680 mln PLN, nadal o ok. 21% niższy niż w tym samym okresie poprzedniego roku.

Polska Straż Graniczna wybrała Jeepa Wranglera

Polska Straż Graniczna zaopatruje się w nową flotę pojazdów. Wybór padł na ikonę marki Jeep, model Wrangler w wersji Sahara z 2-drzwiowym nadwoziem, niekwestionowanego mistrza jazdy terenowej.

Do końca 2020 roku 60 nowych, specjalnie wyposażonych Wranglerów trafi do lokalnych oddziałów Straży Granicznej prowadzących działania w różnych częściach Polski.

Samochody dla Straży Granicznej wyposażone są w mocny i dynamiczny, 2-litrowy, turbodoładowany silnik benzynowy o moc 272 KM i momencie obrotowym 400 Nm, który współpracuje z 8-biegową, automatyczną przekładnią specjalnie skalibrowaną do możliwości Wranglera. Układ napędowy zapewnia przyspieszenie 0-100 km/h w 7,3 sekundy, zaś prędkość maksymalna jest elektronicznie ograniczona do 177 km/h. Układ współpracuje z systemem napędu 4×4 Full-Time Command-Trac™. Dodatkowo samochody dla Straży Granicznej są wyposażone w tylny mechanizm różnicowy o ograniczonym poślizgu Trac-Lok, który zwiększa trakcję na tylnych kołach podczas pojazdy po śliskich, trudnych nawierzchniach, jak piasek, żwir, błoto, śnieg czy lód.

Każdy Wrangler ma certyfikat Trail Rated®, co oznacza wzorcowe parametry terenowe: prześwit 26 cm, kąt najazdu 37,4°, kąt zjazdu 30,5°, kąt rampowy 26,2° oraz fabryczną głębokość brodzenia prawie 76 cm, dodatkowo zwiększoną w przypadku samochodów Straży Granicznej poprzez montaż snorkela. Wersja Sahara ma ponadto bogate wyposażenie z zakresu bezpieczeństwa, m.in. elektroniczny system stabilizacji toru jazdy ESC ze wspomaganiem hamowania awaryjnego BAS oraz systemem przeciwdziałającym wywróceniu się pojazdu ERM czy kamerę podglądu drogi cofania ParkView™ z dynamicznymi liniami siatki. Zastosowane w nich innowacyjne rozwiązania techniczne wspomagają oraz informują kierowcę o aktualnych parametrach pojazdu i pokonywanego terenu. Zestaw wskaźników terenowych Off-Road Pages monitoruje w trakcie jazdy m.in. kąty wychyleń i parametry podzespołów. Samochody są też wyposażone w zaawansowane technologie, m.in. wszystkie światła i reflektory wykonane w technologii LED, system multimedialny Uconnect z 8,4-calowym ekranem dotykowym kompatybilny z Apple Car Play i Android Auto oraz gniazda USB i 12V z przodu i z tyłu pojazdu.

Do służby w Straży Granicznej samochody dodatkowo otrzymały matowe, zielone malowanie z jasnozielonym pasem i napisem „Straż Graniczna”, sygnalizację świetlną oraz dźwiękową pojazdu uprzywilejowanego, snorkel, wyciągarkę, kompletne osłony podwozia, hak holowniczy, ogrzewanie postojowe, łączność (antenę i radiotelefon) oraz dwa komplety kół (terenowe Goodyear Wrangler Duratrac i letnie typu All Terrain Goodyear Wrangler Adventure) wraz z pełnym kołem zapasowym. Adaptacją Wranglerów zajmuje się spółka Fix Forum Lider Sp. działająca przy Salonie AutomobileTorino Lublin, przy udziale firmy Transmed, wyłącznego przedstawiciela Federal Signal Vama na Polskę.

Tak wyposażone Jeepy Wranglery idealnie sprawdzą się podczas patrolowania trudno dostępnych terenów przygranicznych. Auta gwarantują wyjątkową stabilność i precyzję podczas szybkiego pokonywania nierównych zakrętów na najtrudniejszych bezdrożach, przeszkód terenowych czy wjeżdżania na strome wzniesienia.

Zakup samochodów został sfinansowany z „Programu Modernizacji Policji, Straży Granicznej, Państwowej Straży Pożarnej i Służby Ochrony Państwa w latach 2017-2020”. Pierwsza partia 28 egzemplarzy została wydana i po zarejestrowaniu zostanie rozdysponowana między cztery oddziały Straży Granicznej – 13 Jeepów otrzyma oddział Podlaski, 10 – oddział Warmińsko-Mazurski, Nadbużański – 4, a Karpacki – 1. Pozostałe 32 pojazdy trafią do funkcjonariuszy Straży Granicznej w grudniu.

Polacy nieufni wobec koncernów farmaceutycznych

Większość Polaków jest bardzo nieufna wobec źródeł wiedzy naukowej, zwłaszcza jeśli pochodzi ona od koncernów farmaceutycznych. W przypadku medycyny alternatywnej i szczepionek dzielą się na dwa obozy: zwolenników i przeciwników – wynika z analiz wykonanych przez badaczki z UŁ.

Polacy mają ograniczone zaufanie do treści o charakterze naukowym – twierdzą badaczki z Wydziału Ekonomiczno-Socjologicznego Uniwersytetu Łódzkiego po przeprowadzeniu wśród Polaków badania (w formie konsultacji społecznych projektu Concise) na tematy związane z nauką, dotyczące np. zmian klimatu, szczepionek, żywności GMO i medycyny alternatywnej. W badaniach, które odbyły się w 2019 roku, wzięło udział 100 osób w różnym wieku, poziomie wykształcenia czy pochodzeniu.

Jeśli chodzi o treści o charakterze naukowym – uczestnicy konsultacji częściej wyrażali do nich nieufność, niż zaufanie – wynika z raportu udostępnionego PAP przez autorki badania.

Według liderki projektu, prof. UŁ dr hab. Izabeli Warwas, Polacy są szczególnie nieufni wobec koncernów farmaceutycznych i ich działalności, bo – jak zwracali uwagę respondenci – „w pierwszej kolejności w ich działalności liczą się pieniądze, a nie zdrowie”.

Wśród badanych przeważała grupa osób nie ufających doniesieniom naukowym nt. zmian klimatu. Stosunkowo liczna była również grupa uczestników dyskusji, która nie potrafiła zająć jednoznacznego stanowiska w tej sprawie.

W przypadku kwestii GMO badani zwracali uwagę, że temat ten jest im mało znany, a sam termin kojarzy im się raczej z etykietami kupowanych produktów spożywczych, niż z systematycznie prowadzonymi badaniami lub opracowaniami naukowymi.

Jeśli zaś chodzi o temat szczepionek i medycyny alternatywnej, wśród uczestników badania wyodrębniły się dwie przeciwstawne grupy: zagorzałych zwolenników i krytyków. „Nie było nikogo, kto nie potrafiłby zając stanowiska w sprawie zaufania przekazom na temat szczepionek. W przypadku debaty dotyczącej szczepionek nie ma miejsca na wahania, wątpliwości czy negocjowanie opinii” – zaznaczono w raporcie.

Autorki badania zauważyły, że Polacy przede wszystkim ufają takim wiadomościom zawierającym treści naukowe, które pochodzącą z ich najbliższego otoczenia: od członków rodziny i specjalistów, z którymi mają kontakt osobisty, w tym lekarzy rodzinnych.

Zespół dr hab. Izabeli Warwas identyfikował też kanały wiedzy dostępne dla obywateli, stopień zaufania obywateli do treści naukowych oraz oczekiwania dotyczące komunikowania nauki. Badaczki przedstawiły też rekomendacje skierowane do decydentów, naukowców i innych osób zajmujących się komunikowaniem i popularyzowaniem nauki.

Badani – pytani o kanały i źródła docierającej do nich wiedzy naukowej – wskazywali przede wszystkim internet, w tym medium społecznościowe (serwis Facebook), a wśród mediów tradycyjnych – na telewizję, kanały komercyjne, wśród których wymieniano przede wszystkim TVN, TVN24, National Geographic, Discovery World, BBC Earth, Planete, Dicovery Life.

„Respondenci nie traktują organizacji czy instytucji jako kluczowego źródła informacji w kształtowaniu swojej wiedzy naukowej – najczęściej wymieniana jest Światowa Organizacja Zdrowia (WHO)” – wskazano. Dr hab. Warwas zwraca uwagę, że rzadko pojawiały się w tym kontekście polskie organizacje.

Z raportu wynika również, że rola pośredników w propagowaniu wiedzy naukowej, takich jak np. dziennikarze naukowi, nie jest w Polsce „zakotwiczona”.

„Nie funkcjonuje jeszcze szeroka rozpoznawalność roli osób zawodowo zajmujących się komunikowaniem osiągnięć naukowych. Liderami opinii w kwestach naukowych są najczęściej aktywiści, aktorzy i celebryci” – czytamy. Dr hab. Warwas dodaje, że naukowcy są ciągle słabo widoczni w społeczeństwie i że znajdują się „w swoich bańkach komunikacyjnych”. W jej ocenie należy rozważyć wprowadzenie systemów zachęt dla badaczy na uniwersytetach, które promowałyby postawy bardziej otwarte, np. w postaci minigrantów czy innych benefitów powiązanych z oceną okresową.

Naukowcy zauważyli również, że dla odbiorców treści naukowych ważniejsza jest jakość materiałów poświęconych tej problematyce, niż ich ilość. Jak podkreślono, zdecydowanie wolą oni dotrzeć do kilku wartościowych przekazów niż analizować wiele powierzchownych komunikatów.

Autorki projektu proponują szereg rekomendacji. Ich zdaniem telewizja publiczna – otrzymująca dotację z budżetu państwa – powinna w większym stopniu wypełniać swoją misję komunikatora naukowego (zwłaszcza, że respondenci wskazują, że właśnie z telewizji często czerpią wiedzę o nauce). Należy też wspierać dostęp do międzynarodowych źródeł i kanałów zawierających wiadomości naukowe.

„Ku naszemu zaskoczeniu respondenci w ogóle nie wskazywali na radio jako źródło wiedzy o pracy naukowców” – zauważa Warwas.

Badaczki sugerują, by w proces popularyzacji nauki włączyli się akademicy. Zwracają uwagę, że w mediach społecznościowych uczelni warto jest udostępniać krótkie notatki badawcze, napisane potocznym, przyjaznym dla przeciętnego czytelnika językiem.

Naukowczynie diagnozują, że w Polsce panuje kultura nieufności, a zjawisko to dotyczy również postrzegania nauki. Sugerują, jak można postawę tę zmienić: publikowane informacje trzeba wspierać odpowiednimi raportami naukowymi. Zaufanie do treści wzrośnie, gdy przekazywane treści zostaną potwierdzone przez kilka niezależnych organizacji, instytucji i grup naukowców. Zaufanie wzbudzają też informacje podpisane imieniem, nazwiskiem i afiliacją. Wówczas uważane są za bardziej rzetelne i wiarygodne.

„Zaleca się wdrożenie mechanizmów zachęcających i wspierających popularyzującą rolę naukowców i instytucji w rozpowszechnianiu odkryć naukowych poprzez wprowadzenie odpowiednich regulacji i finansowania” – podkreślają.

Pomocne także może być opracowanie programów akademickich w zakresie komunikacji naukowej – takich, aby zapewnić szkolenia popularyzatorom nauki, dziennikarzom i innym osobom, które podejmują się roli propagowania wiedzy naukowej. Wszystko po to, aby byli przygotowani do profesjonalnego przekazywania wyników naukowych różnym grupom odbiorców – zauważono w raporcie.

„W Hiszpanii, Portugali czy we Włoszech istnieje kultura komunikacji naukowej. Komunikacja naukowa jest wykładana na uczelniach, a osoby z takim wykształceniem są zatrudniane w różnych instytucjach. U nas tego typu kursy mają miejsce tylko niestety sporadycznie” – kończy dr hab. Warwas.

Oprócz dr hab. Warwas w zespole znajdują się prof. UŁ dr hab. Aneta Krzewińska i dr Małgorzata Dzimińska. Ich wstępny raport nt. podejścia społeczeństwa do treści o charakterze naukowym jest efektem międzynarodowego projektu Concise – Communication role on perception and beliefs of EU Citizens about Science (Rola komunikacji w postrzegania i przekonań obywateli UE na temat nauki). Środki na projekt pochodzą z budżetu programu Horyzont 2020. Podobne badania w ramach projektu Concise przeprowadzono w czterech innych krajach: we Włoszech, Portugalii, Hiszpanii i na Słowacji.

PAP – Nauka w Polsce, Szymon Zdziebłowski

Październikowe dane GUS budownictwa mieszkaniowego bez niespodzianek

Najnowsze dane GUS, prezentujące statystyki budownictwa mieszkaniowego od stycznia do października  bieżącego roku, tym razem nie zaowocowały większymi niespodziankami. Wciąż jednak przeważają optymistyczne akcenty, potwierdzające pozytywne nastawienie inwestorów w kwestii perspektyw pierwotnego rynku mieszkaniowego.

Pozwolenia bliskie rekordom

W ubiegłorocznym październiku obie fundamentalne dla bieżącej koniunktury inwestycyjnej pozycje gusowskich statystyk, czyli te dotyczące lokali, których budowę rozpoczęto, oraz odnoszące się do mieszkań, na realizację których wydano pozwolenia, okazały się rekordowe w wymiarze miesięcznym. Warto na ten fakt wyjątkowo wysokiej bazy zwrócić uwagę, analizując bieżące osiągnięcia inwestorów mieszkaniowych, które wciąż sygnalizują optymalny stan koniunktury inwestycyjnej rodzimej mieszkaniówki.

Tym samym październikowy wynik deweloperów na poziomie 17,3 tys. nowych pozwoleń, jest gorszy rdr o prawie 8 proc., mimo to jednak pozostaje w strefie najlepszych historycznie osiągnięć przedsiębiorców budujących na sprzedaż lub wynajem.

Świadczy to o niesłabnącym optymizmie deweloperów, którzy pomimo przewidywanego w tym roku kilkunastoprocentowego spadku sprzedaży nowych mieszkań zdają się oczekiwać powrotu boomu sprzedażowego już w nowym roku. Z jednej strony może to wydawać się dość ryzykowne założenie w obliczu wciąż niesłabnącego zagrożenia COVID-19, z drugiej jednak rosnące statystyki pozwoleń na budowę niemal od samego początku sprzedażowego boomu na pierwotnym rynku mieszkaniowym, okazywały się być niezawodną gwarancją kontynuacji rynkowej prosperity.

Z drugiej strony ponadprzeciętne wolumeny deweloperskich pozwoleń utrzymują się już od tegorocznej wiosny i mogą być w jakimś stopniu implikowane zmianą przepisów o warunkach technicznych w 2021 dotyczących energooszczędności budynków. Bardzo trudno jest jednak ocenić skalę tego wpływu. Wydaje się jednak, że przy założeniu braku przedmiotowych zmian różnica w statystykach pozwoleń nie miała by raczej radykalnego charakteru.

W sumie w ramach wszystkich form budownictwa mieszkaniowego w pierwszych dziesięciu miesiącach tego roku nowych pozwoleń oraz zgłoszeń było już blisko 219 tys., czyli zaledwie o 4,5 proc. mniej niż w analogicznym okresie 2019 roku.Grafika – GUS

Korekta nowych inwestycji po rekordowym wrześniu

W październiku dość wyraźnie zniżkował wolumenem mieszkań, których budowę rozpoczęto. Jest to nie tylko naturalny impuls korekcyjny po rekordowym historycznie wyniku miesięcznym we wrześniu, ale także odreagowanie trwającej od wiosny dynamicznej tendencji wzrostowej nowych budów.

Październikowe tąpniecie zawdzięczamy głównie deweloperom, których wynik na poziomie 11,5 tys. jest gorszy miesiąc do miesiąca o jedną trzecią i rok do roku o jedną czwartą. W sumie od początku roku ruszyli oni z budową ponad 105 tys. lokali, czyli o 10 proc. mniej niż w pierwszych 10 miesiącach ub. roku. I taki wynik, uwzględniając wysoką bazę oraz tegoroczne otoczenie rynkowe, należy uznać za w pełni godny uznania.

Tym samym widać wyraźnie, że koniunktura inwestycyjna na pierwotnym rynku mieszkaniowym ma się wciąż bardzo dobrze. Deweloperzy nie spowalniają produkcji mieszkań, jakby nie dopuszczając ewentualności nadejścia cyklicznego spowolnienia czy wręcz kryzysu w mieszkaniówce za sprawą dewastacji europejskiej i krajowej gospodarki przez COVID-19.

Sytuację tę potwierdzają ogólne wyniki w ramach wszystkich form budownictwa mieszkaniowego. Od początku roku uruchomiono już w sumie 187 tys. budów nowych lokali mieszkalnych, czyli o nieco ponad 7 proc. mniej licząc rok do roku. Również tego typu regres jest potwierdzeniem wciąż niesłabnącej siły pierwotnego rynku mieszkaniowego w warunkach destrukcyjnego oddziaływania zagrożenia pandemicznego.

Statystyki mieszkań oddanych wciąż zgodnie z trendem

Tradycyjnie najbardziej przewidywalnym ogniwem bieżących danych GUS pozostaje sytuacja dotycząca mieszkań oddanych do użytkowania. W tym przypadku tendencja wzrostowa coraz wyraźniej  przechodzi w stabilizację na rekordowo wysokim poziomie. Deweloperzy oddali od początku roku ponad 114 tys. lokali, co oznacza z górą 9-procentowy progres rok do roku. Ogółem w okresie styczeń – październik br. oddano bez mała 176,5 tys. mieszkań, czyli o 6,1 proc. więcej aniżeli w pierwszych dziesięciu miesiącach ubiegłego roku.

W sumie gusowskie statystyki komunikujące osiągnięcia budownictwa mieszkaniowego wciąż utrzymują się na wysokich, korespondujących z rekordowymi poziomach, a październik okazał się kolejnym miesiącem potwierdzającym póki co budzącą respekt odporność inwestycyjnego segmentu mieszkaniówki na COVID-19. Nie jest to na chwilę obecną sytuacja w pełni korespondująca z perspektywami szeroko pojętej koniunktury gospodarczej, która pozostaje pod silną presją pandemii. W tym stanie rzeczy nie pozostaje nic innego jak tylko nadzieja, że zdecydowanie pozytywne sygnały nieprzerwanie płynące z pierwotnego rynku mieszkaniowego, to dobry omen dla wszystkich innych segmentów krajowej gospodarki.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Polski przemysł wciąż mocny

Dane z indeksów PMI pokazują, że branża przemysłowa patrzy znacznie bardziej optymistycznie na przyszłość niż usługowa. Co ciekawe, ostatnio wyraźnie rośnie optymizm w Wielkiej Brytanii pomimo nadchodzącego brexitu.

Dane z Polski

Dzisiaj od rana poznaliśmy dane z naszego kraju na temat sprzedaży detalicznej oraz produkcji budowlano-montażowej. Sprzedaż detaliczna w ciągu roku spada o 2,1%, jest to wynik słabszy od oczekiwań wynoszących zaledwie 0,3% spadku. Wynik może nie jest tak dobry, jak oczekiwania, ale to obiektywnie przyzwoity rezultat w dzisiejszych czasach. Lepiej od oczekiwań z kolei wypadła produkcja budowlano-montażowa. Tutaj jednak pomimo tego ile czasu przychodzi nam spędzać w domu i tak jest spadek. Rynki po tych danych początkowo spojrzały przychylniej na złotego, jednakże szybko wrócił on do poprzednich poziomów.

Indeksy koniunktury w Europie

Poznaliśmy dzisiaj wstępne wyniki indeksów PMI dla strefy euro oraz Wielkiej Brytanii. W przypadku kontynentalnej Europy pogłębia się różnica pomiędzy optymizmem części przemysłowej, gdzie wynik wyniósł 53,6 pkt i był lepszy od oczekiwań, a części usługowej, gdzie rezultat 41,3 pkt był wyraźnie gorszy od oczekiwań. Interpretując te dane, warto pamiętać, że 50 pkt to wartość rozdzielająca równą ilość odpowiedzi pozytywnych od negatywnych. Optymizmem z kolei powiało z Wielkiej Brytanii. Tam również słabiej wypadł subindeks dla usług, ale zarówno usługi, jak i przemysł wypadły wyraźnie powyżej oczekiwań. Jak widać, brexit nie powoduje spadku optymizmu, nie dziwi zatem umacnianie się funta.

Dobre dane z Kanady

Piątkowe dane na temat sprzedaży detalicznej u północnego sąsiada Stanów Zjednoczonych wypadły wyraźnie lepiej od oczekiwań. Analitycy spodziewali się we wrześniu symbolicznego wzrostu w okolicach 0,2%. Faktyczny rezultat wyniósł jednak 1,1%, co powodowało umacnianie się dolara kanadyjskiego względem innych walut po publikacji danych.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
15:45 – USA – wstępne dane z indeksu PMI dla usług,
15:45 – USA – wstępne dane z indeksu PMI dla przemysłu.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Jak zwiększyć komfort i jakość pracy zdalnej?

Dla wielu osób praca zdalna to żadna nowość, jednak spora część z nas miała duże problemy, by skutecznie przestawić się na tryb pracy w domu lub w mieszkaniu. I chociaż firmy coraz chętniej, przynajmniej w pewnym wymiarze, sprowadzają swoich pracowników znów do biur, to przynajmniej częściowa praca zdalna dla wielu będzie trwała jeszcze przynajmniej przez kolejne miesiące. Z tego powodu warto zadbać o to, by komfort oraz jej jakość były jak najwyższe.

Oto kilka rad i pomysłów na to, by komfort i efektywność pracy zdalnej były jak najwyższy. Wiele z nich sprawdzi się również w biurach, jednak to przestrzeń, gdzie nasze możliwości m.in. integracji w nią – jako pracowników – stają się bardziej ograniczone. Gdy jednak pracujemy z domu lub mieszkania, wszystko możemy zmienić i ustawić tak, jak chcemy.

1. Odpowiedni fotel oraz biurko – wiele osób liczyło na to, że praca zdalna to jedynie krótki epizod. Niestety, nie jest tak, a kręgosłupy i mięśnie czekających coraz bardziej odczuwają prowizoryczne warunki pracy. Z tego powodu warto zainwestować w odpowiednie biurko oraz fotel biurowy. Praca przy kuchennym stole, w krześle, na którym jemy śniadania, to nie jest dobre rozwiązanie. Odpowiednia wielkość i wysokość biurka w połączeniu z możliwościami regulacji i ergonomią, jakie dają fotele biurowe, sprawią, że praca będzie bardziej komfortowa.

Wiele firm albo instytucji umożliwia zabranie ze sobą foteli biurowych, albo umożliwia (lub rozważa taką opcję) dopłat do zakupu swoich przez pracowników – z obu opcji po prostu skorzystajmy.

2. Odpowiednie narzędzia – działająca kamera internetowa, mikrofon, słuchawki – to podstawa w trakcie naszej zdalnej pracy, w końcu spotkania na Skype, Zoom czy Teams dla wielu będą niemal codziennością. Upewnijmy się, że wszystkie z nich działają i oferują nam zadowalającą jakość połączeń. To świadczyć będzie o naszym profesjonalizmie, jednak zapewni również sprawną komunikację oraz dalszą pracę – ciężko o nią, gdy kamera cały czas traci połączenie, nas ledwo słychać a słuchawki lub głośniki trzeszczą, lub są tak ciche, że słyszymy raptem co drugie słowo naszego przełożonego.

3. Odpowiednie oświetlenie oraz tło – wideokonferencję dla wielu będą codziennością podczas pracy zdalnej. Warto się na nie przygotować – kluczem do tego będzie nie tylko odpowiednie oświetlenie, ale również tło podczas spotkań wideo, Zadbajmy, by światło wpadające przez okno nie prześwietlało naszej twarzy, a gdy spotkanie odbywa się po zmroku – by nasza twarz była odpowiednio oświetlona przez lampę. Nie zapominajmy też o tym, by nie siadać, mając za swoimi plecami okno – może to sprawić, że zupełnie nie będzie nas widać. Spójrzmy też, co będzie znajdowało się za nami podczas wideokonferencji – pusta ściana jest lepsza, niż otoczenie pełne bałaganu, jednak zawsze idealnie sprawdzi się np. biblioteczka. Jeżeli nie mamy jednak takich opcji, wybierzmy tło, które wstawi za nas samo narzędzie, z którego korzystamy do wideokonferencji – wtedy jednak pamiętajmy, by nie ruszać się zbyt gwałtownie.

4. Zaufanie i samodzielność – obie te cechy zdecydowanie nam pomogą, gdy pracujemy zdalnie. Zaufanie dotyczyć będzie zwłaszcza osób na stanowiskach menadżerskich – to oni muszą kontrolować swoich pracowników, lecz nie powinny robić tego za bardzo i zakładać, że w przypadku pracy zdalnej każdy z nich będzie dawał z siebie jedynie absolutne minimum. Samodzielność przyda się za to każdemu z pracowników firmy – każdy z nas bardziej odpowiedzialny jest za swoją pracę, jej przebieg oraz efekty. Dlatego tak ważne jest, aby samodzielnie dobrze ją planować i realizować, przy odpowiednim wsparciu naszych przełożonych.

5. Wykorzystywanie dawnych nawyków i zarządzanie sobą w czasie – to, że pracujemy z domu, nie znaczy, że w trakcie służbowych obowiązków powinniśmy skupiać się również na tych domowych. To dekoncentruje oraz sprawia, że nasza praca staje się znacznie mniej efektywna. Wykorzystujemy nawyki, przyzwyczajenia i schematy działania, które wykorzystywaliśmy podczas stacjonarnej pracy w biurze – przygotowanie śniadania czy obiadku dzień wcześniej, wykonywanie prania po pracy czy zakupy w określonych dniach tygodnia. To pomoże nam pracować nie tylko efektywnie, ale wprowadzi również life-work balance, o który wielu jest po prostu znacznie trudniej.

6. Unikanie rozpraszaczy – to klucz do tego, by pracowało nam się dobrze. Unikanie rozpraszaczy nie jest łatwe, ale na pewno możliwe do realizacji. Przede wszystkim, przed rozpoczęciem pracy musimy być na bieżąco z domowymi obowiązkami i nie realizować ich w godzinach realizacji obowiązków służbowych, nie róbmy więc przerw na pranie czy gotowanie. Jeżeli nie narzuca tego na nas nasz pracodawca, sami możemy zdecydować się na blokowanie stron, które kuszą nas najbardziej, takich jak Facebook czy YouTube, by nie spędzać na nich czasu w pracy. Posprzątajmy również miejsce, w którym pracujemy, a jeżeli mamy taką możliwość, zdecydujmy się również na wyciszenie telefony prywatnego. Miejmy przy sobie jakąś przekąskę oraz coś do picia, dzięki czemu nie będziemy po nie chodzić w trakcie pracy. Jeżeli mamy taką możliwość, warto również poprosić rodzinę czy domowników o to, żeby nie przeszkadzali nam w pracy, jeżeli nie jest to naprawdę konieczne. Takie zasady, jeżeli uda nam się je wprowadzić, pomogą nam nie rozpraszać się w trakcie wykonywania obowiązków zawodowych.

7. Odpowiedni ubiór, czyli poczuj się jak w pracy – gdy pracujemy z domu, możemy robić to nawet w dresie, o ile nie mamy spotkań czy wideokonferencji. Zachęcamy jednak, by tego nie robić, a do pracy odpowiednio się przygotować, podobnie jak sam strój, niemal tak, jakbyśmy mieli do niej wyjść. Nie zachęcamy do spodni w kant czy eleganckich butów, warto jednak przebrać się z piżamy w coś, w czym normalnie wyszlibyśmy do naszych znajomych. Z jednej strony wygodne dresy sprawiają, że potrafimy się rozleniwiać, z drugiej strony sam fakt przebrania będzie informował nas o tym, że coś się zmienia – ze snu czy odpoczynku przechodzimy w czas pracy, co wiąże się również ze zmianą odzieży – tak, jak robimy to zawsze, gdy wychodzimy do pracy lub z niej wracamy.

Materiał powstał we współpracy z firmą Veracomp, dystrybutorem marki Poly na rynku polskim. Poly oferuje profesjonalne rozwiązania audiokonferencyjne oraz wideokonferencyjne, które sprawią, że jakoś komunikacji podczas nich zawsze będzie na najwyższym poziomie. Więcej o produktach Poly, takich jak telefony konferencyjne, narzędzia do obsługi konferencji czy zestawy głośnomówiące, dowiesz się na  ich stronie internetowej.

Druga fala pandemii zniechęca Polaków do większych zakupów

Sprzedaż detaliczna (w cenach stałych) w październiku spadła o 2,3% w ujęciu rocznym oraz wzrosła o 2,1% w skali miesiąca – podał GUS.

Analiza poszczególnych kategorii produktów wskazuje na spadki w przypadku sprzedaży wielu artykułów. W perspektywie rocznej wzrost dotyczył wyłącznie mebli i sprzętu rtv-agd (11,9% r/r, 6,5% m/m) oraz farmaceutyków (1,3% r/r, 5,3% m/m). W perspektywie miesięcznej oprócz mebli i leków wzrosła sprzedaż żywności, napojów i wyrobów tytoniowych (4,9% m/m) oraz pojazdów samochodowych i ich części (2,4% m/m). Pozostałe kategorie, w tym odzież, prasa i książki czy paliwa, notują spadki sięgające 4-5% m/m. W przypadku paliw dostrzegamy efekt związany ze spadkiem popytu konsumentów oraz obniżeniem cen paliw na rynkach światowych.

Październikowe wyniki sprzedaży wiążemy z pogorszeniem nastrojów konsumentów w związku z trudną sytuacją epidemiczną, spodziewanymi negatywnymi skutkami gospodarczymi pandemii oraz koniecznością przygotowania się do drugiego lockdownu. Polacy dostosowują się do pracy i nauki zdalnej czy indywidualnej mobilności, gromadzą zapasy żywności i leków. Ich skala jest jednak nieporównanie mniejsza od tej obserwowanej w marcu i kwietniu.

Do trudnej sytuacji epidemicznej dostosowują się konsumenci. Świadczy o tym nie tylko to, że znów kupujemy dobra pierwszej potrzeby, ale również to, że kupujemy jednostkowo więcej, a zainteresowanie ponownie zyskują zakupy przez internet – zarówno artykułów, w których e-commerce rozgościł się już dawno (książki i dobra kultury), ale również tych mniej rozpowszechnionych (odzież, meble i rtv-agd).

dr Sonia Buchholtz, Konfederacja Lewiatan

Limity osób w sklepach? Często działa to tylko na papierze

Przed świętem 11 listopada Polacy tłumnie ruszyli do sklepów. Stojąc w kolejkach do kas można było odnieść wrażenie, że limity dozwolonej liczby klientów w sklepach istnieją czysto teoretycznie. Wśród klientów słychać było głosy „proszę się odsunąć”, „proszę zachować dystans”, „proszę się nie pchać”. Czasami atmosfera stawała się wręcz nerwowa. Tylko nieliczne placówki handlowe zadbały o to, aby przy wejściu postawić dedykowanego pracownika, który zliczał aktualną liczbę osób w sklepie i w ten sposób zezwalał kolejnym klientom na wejście do środka. W czasach, w których zachowanie społecznego dystansu ma kluczowe znaczenie dla powstrzymania pandemii, takie zachowanie placówek handlowych wydaje się skrajnie niefrasobliwe. Naraża się zarówno klientów, jak i własnych pracowników, a w konsekwencji nas wszystkich. Biorąc pod uwagę, że Polacy już niedługo tłumnie ruszą na zakupy świąteczne ma to szczególne znaczenie. Jak zatem poradzić sobie ze sprawnym zliczaniem klientów będących wewnątrz sklepu i jednoczesnym zachowaniem bezpieczeństwa?

Mam duży sklep, mogę pomieścić nawet 600 klientów

Jednym z argumentów, które podnoszą placówki handlowe jest fakt, że mają one ogromną powierzchnię i nawet w okresach świątecznych spełniłyby wymogi nałożone przez rząd. To co jest jednak zgodne z prawem, nie zawsze jest zgodne z bezpieczeństwem.  Hipermarket, z potężnym działem „Dom i ogród” rzeczywiście spełni takie wymogi, tylko że w dziale „Dom i ogród” będzie przebywało jednocześnie kilku klientów, a na dziale „Wędliny” czy „Pieczywo” nastąpi koncentracja kilkudziesięciu osób. Kumulacja klientów nastąpi jednak zawsze przy linii kas, gdzie w jednym miejscu stłoczeni na niewielkiej przestrzeni czekają oni na swoją kolej. Zatem niby limity się zgadzają, a jednak o bezpieczeństwie nie ma tu mowy.

Każdy konsument ma prawo oczekiwać, że placówka handlowa zapewni mu bezpieczeństwo robienia zakupów. Konsumenci dbają o swoje zdrowie i widać to w przypadku najmniejszych placówek handlowych. Nikogo nie dziwi fakt, że przed małymi sklepami ustawiają się kolejki, a do środka może wejść tyle osób, ile jest kas. Konsumenci chcą się czuć bezpiecznie, a nie tłoczyć się w ścisku jeden na drugim. Niestety wiele placówek handlowych tylko informuje kupujących o dozwolonej liczbie jednocześnie przebywających w obiekcie osób na kartce na drzwiach wejściowych, przerzucając odpowiedzialność na swoich klientów – komentuje Ewa Pytkowska, dyrektor ds. sprzedaży w Checkpoint Systems Polska.

Europa z tym samym problemem

Ten problem nie dotyczy jednak tylko Polski. Wiele krajów w Europie zdecydowało się na wprowadzenie limitów liczby klientów, a to oznacza, że sprzedawcy stają przed tym samym obowiązkiem zapewnienia odpowiedniego dystansu. Jedna z dużych europejskich sieci spożywczych borykała się z tym samym problemem, który obserwujemy w Polsce – klienci gromadzący się przy linii kas stawali się nerwowi, kiedy ktoś za bardzo zmniejszał dystans, dochodziło do kłótni, także często na miejsce wzywana była policja. Po analizach zdecydowano się wprowadzić nowoczesny system „Smart Occupancy”, który w całkowicie automatyczny sposób zarządza ruchem klientów w placówkach i komunikuje się z nimi. Dzięki zaawansowanym rozwiązaniom zapewnia się nie tylko bezpieczeństwo klientów i pracowników, ale zyskuje się dostęp do wielu przydatnych danych.

Sklepowa analityka danych

Dane o ruchu i przepływie klientów w placówkach detalicznych są bardzo przydatne. Wiedza o tym, w których godzinach pojawia się najwięcej klientów, w jakie dni tygodnia, pozwala sprzedawcom detalicznym precyzyjnie planować obsadzenie kas, personelu potrzebnego do dokładania towaru czy tworzenie harmonogramu dostaw. Wiele sklepów w prosty sposób zlicza ruch klientów wykorzystując przestarzałe już nieco czujniki podczerwieni. W obecnych czasach wiedza ta musi być znacznie bardziej precyzyjna. Obok oczywistych benefitów płynących z analityki danych placówki handlowe są zobowiązane do zapewnienia bezpieczeństwa klientom i pracownikom poprzez bezwzględne przestrzeganie limitów osób.  Konieczne są zatem rozwiązania nowej generacji.

System Smart Occupancy opiera się na zestawie kamer 3D oraz zaawansowanym oprogramowaniu. W połączeniu z ekranami zamontowanymi przed wejściem do sklepu pozwala on informować konsumentów o tym czy można wejść do sklepu, czy też obecnie jest na jego terenie maksymalna liczba klientów. Mogą to być dowolnie spersonalizowane komunikaty – graficzne, tekstowe, animacje etc. Co więcej, system można połączyć z drzwiami lub bramkami, które nie otworzą się i nie wpuszczą do sklepu kolejnych osób, dopóki nie zwolni się limit osób – dodaje Ewa Pytkowska z Checkpoint Systems Polska.

Systemy typu Smart Occupancy są łatwe w rozbudowaniu i dopasowaniu do potrzeb konkretnej placówki. Na terenie największych sklepów można wydzielić odrębne strefy jak właśnie newralgiczna linia kas czy popularne stoiska i w ten sposób regulować dostęp klientów do poszczególnych stref. Możliwości jest naprawdę sporo, a dodatkową korzyścią jest szczegółowa analityka przepływów klientów. Jednak najważniejszą korzyścią jest zbudowanie wśród klientów zaufania do marki, która dba o ich bezpieczeństwo i umożliwia komfortowe zakupy. To wartość, która procentuje na długie lata.

Systemy automatyzujące siły sprzedaży są coraz popularniejsze, a pandemia podkreśla korzyści z ich wdrożenia

Systemy Sales Force Automation, wspierające działy handlowe, zyskują coraz większą popularność. Zgodnie z najnowszym raportem Allied Market Research, globalny rynek oprogramowania SFA w 2016 roku wyceniany był na 3,87 bln dolarów. Po 6 latach, w 2023 roku, według analityków ma się on podwoić, do wartości 7,77 bln dolarów. Średni roczny wzrost w tym okresie ma wynieść 10,6 proc.

Autorzy raportu przewidują, że prognozowanie sprzedaży i innych danych biznesowych będzie wiodącym składnikiem przychodów na globalnym rynku oprogramowania do automatyzacji sprzedaży. Głównym powodem ma być wzrost inwestycji w cyfryzację procesów biznesowych, a także rosnąca popularność mechanizmów monitorowania stanu zapasów.

Oprogramowanie wspierające sprzedaż z coraz większym zaufaniem wdrażają różne sektory rynku: opieka zdrowotna, bankowość, usługi ubezpieczeniowe i finansowe, handel detaliczny, FMCG czy logistyka. Wszyscy stawiają na podnoszenie efektywności w zarządzaniu relacjami z klientami, zapasami, ofertami oraz fakturami.

Według Gartnera, wzrost tego segmentu w ciągu ostatniego roku wyniósł 11,1 proc. To, co docenił handel w systemach SFA, to ich wszechstronna użyteczność, możliwość prognozowania czy wspierania sprzedawców w realizacji sprzedaży (guided selling).

Zwiększenie sprzedaży, obniżenie kosztów

Wyniki raportu nie dziwią Bogumiły Hoszowski, Marketing Director z firmy Sagra Technology, jednego z wiodących producentów systemów automatyzujących procesy biznesowe w Polsce: Najważniejsze korzyści, jakie zyskują nasi klienci dzięki systemom CRM, SFA i BI, to m.in. zwiększenie rozpoznawalności marki czy obniżenie kosztów personelu.  Analityka danych z sieci dystrybucji i placówek sprzedażowych dostarcza sprzedawcom aktualnych informacji o stanach magazynowych czy realizacji zamówień. Zakres obowiązków pozostaje taki sam, natomiast zwiększa się produktywność i efektywność działań sprzedażowych, wg naszych danych, nawet o 20 proc. – wyjaśnia i dodaje: – System umożliwia także odbycie większej liczby spotkań zdalnych, automatyczne generowanie sugerowanych zamówień, monitorowanie braków magazynowych oraz zaawansowaną analitykę danych sprzedażowych pochodzących od zewnętrznych partnerów. Czyli eliminuje czasochłonne i kosztowne czynności przedstawicieli handlowych, kierowników ds. kluczowych klientów odpowiedzialnych za dystrybucję, kierowników regionalnych czy analityków biznesowych.

Z danych Sagra Technology wynika ponadto, że ich klienci zauważają nawet 10-proc. wzrost sprzedaży oraz podobny wzrost rozpoznawalności swoich marek i produktów. A to, co wpływa na decyzje zakupowe, to m.in. odpowiednie zaopatrzenie, dostępność promocji oraz właściwa ekspozycja produktów. Według analiz Nielsena, nawet 50 proc. braków w asortymencie jest wynikiem złych praktyk w punkcie sprzedaży, a właściwa ekspozycja aż w 85 proc. decyduje o sukcesie nowego produktu. – Informacja o poziomie zatowarowania w hurcie pojawia się w systemie automatycznie i jest odświeżana kilka razy dziennie, w niektórych przypadkach nawet co godzinę. System generuje także automatyczne zamówienia dla samych sklepów, wystarczy kliknąć, aby je potwierdzić. Takie rozwiązanie gwarantuje utrzymanie przynajmniej minimalnego stanu w punkcie sprzedaży. Integrowanie danych odsprzedażowych z hurtu, pozwala oceniać skuteczność sprzedawców. Bo dziś najważniejsza jest informacja o tym co klient faktycznie kupił i odebrał, a rozliczanie handlowców z samych zamówień odchodzi właśnie do lamusa – podkreśla Bogumiła Hoszowski.

COVID-19 i konsekwencje dla handlu

Globalna pandemia spowodowała szereg ograniczeń związanych z kontaktami bezpośrednimi, które utrudniają nie tylko zakupy w punktach sprzedaży, ale także realizację zaopatrzenia i dostaw. Jednym z większych wyzwań, przed jakimi stanęły zespoły sprzedaży, była realizacja ich planów w zupełnie innej rzeczywistości. Systemy automatyzujące sprzedaż umożliwiają m.in. odbywanie zdalnych wizyt handlowych, nawet w większej liczbie, niż wcześniej. W czasie pandemii, kiedy kontakty bezpośrednie są znacznie utrudnione, posiadanie takiego systemu może być kluczowe.

– Nieustannie rozwijamy nasz system Emigo, aby odpowiadać na potrzeby klientów w zmieniających się warunkach, szczególnie ostatnio, kiedy praca przedstawicieli handlowych, farmaceutycznych czy medycznych jest utrudniona. Jednym z niedawno wprowadzonych udogodnień jest możliwość planowania i realizacji zdalnych wizyt, podczas których handlowcy mogą realizować właściwie wszystkie swoje zadania. Aplikacja umożliwia im zaplanowanie spotkania bezpośrednio z telefonu czy tabletu. Dodatkowo, dzięki analityce Biqsens, szef zespołu sprzedaży może monitorować kontakty przedstawicieli, zarówno rozmowy telefoniczne, jak i spotkania on-line. Przedstawiciele handlowi z pewnością zyskują czas, a przełożeni utrzymują pieczę nad zachowaniem wysokiej efektywności zespołu podczas pracy zdalnej. Nie bez znaczenia pozostaje ocena skuteczności takich wizyt zdalnych. Dzięki łączeniu danych z różnych źródeł, przełożony ocenia działania sprzedażowe prowadzone w wersji online zestawione z faktycznymi zakupami kontrahentów  – wyjaśnia Bogumiła Hoszowski.

Globalny wzrost wydatków przedsiębiorstw na IT, w tym na wdrożenia chmury obliczeniowej w wielu branżach, takich jak telekomunikacja, bankowość i usługi finansowe, handel i usługi zdrowotne, z pewnością przyczyni się do jeszcze większej penetracji systemów SFA. Czołowe na świecie rynki, czyli Azja i Europa, z rozwiniętą infrastrukturą chmury obliczeniowej, IoT i rosnącym zapotrzebowaniem na efektywne wykorzystanie ograniczonych zasobów w najbliższej przyszłości również będą napędzać wzrost rynku oprogramowania do automatyzacji sił sprzedaży.

Ile potrwa hossa na Bitcoinie?

„Bitcoin może osiągnąć cenę 20 000 dolarów, >jednak tym razem jest trochę inaczej<”. Tak twierdzi Simon Peters z eToro. „Jest cała masa czynników wpływających na teraźniejszy wzrost cen z perspektywy ostatnich trzech lat, między innymi ogromny napływ inwestorów z wielkich instytucji takich jak notowane fundusze inwestycyjne, fundusze emerytalne oraz uniwersyteckie fundusze kapitałowe, co pokazuje, jak daleko bitcoin zaszedł. Zbiory danych, które analizują siłę bitcoina, patrząc na dane z blockchainu, technologii u podstawy krypto, również dają mocne sygnały, tłumaczące ostatnie wzrosty cen.” „Od lipca, kiedy cena bitcoina przekroczyła 10 000 dolarów, co zostało ocenione jako ważny moment przez społeczność krypto, bitcoin dalej gromadzi inwestorów indywidualnych, którzy chcą się przekonać co bitcoin ma do zaoferowania. Rzeczywiście, coraz więcej ludzi dołącza do eToro, żeby kupić bitcoin. Patrząc na pierwsze ruchy nowych kont na eToro globalnie, listopad jest na dobrej drodze do osiągnięcia największej liczby inwestycji w bitcoin od grudnia 2017”. Poziom 20 000 dolarów jest ewidentnie następną barierą do przełamania dla bitcoina. Jeżeli przejdzie na ten poziom jeszcze w tym roku, co uważam za możliwe, to będziemy na niezbadanych wcześniej terytoriach, jako że wrażenia pozostają pozytywne. Dojrzałość bitcoina, dowiedziona różnorodnością jej inwestorów oraz wyczerpującymi i daleko sięgającymi zbiorami danych, sprawia, że możemy powiedzieć z pewną obawą, „ten raz jest inny”.

PKO BP otwiera nabór do pierwszej w Polsce platformy testowej blockchain

Uruchomiono pierwszą w Polsce platformę do testowania produktów i usług opartych na technologii blockchain. Powstała ona dzięki współpracy Krajowej Izby Rozliczeniowej (KIR), IBM, Operatora Chmury Krajowej, PKO Banku Polskiego, Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego (UKNF) oraz fundacji Fintech Poland.

Nowy projekt o nazwie Sandbox Blockchain to tzw. piaskownica, czyli środowisko testowe, w którym firmy i startupy pracujące nad produktami i usługami z wykorzystaniem technologii blockchain mogą przetestować swoje pomysły w bezpiecznym środowisku programistycznym.

„Wypracowanie kolejnych użytecznych i powszechnie stosowanych rozwiązań opartych o blockchain jest jedynie kwestią czasu. Głęboko wierzę, że nowe technologie są podstawą współczesnego i nowoczesnego biznesu” – podkreśla wiceprezes PKO BP Adam Marciniak.

Podstawową zaletą „piaskownicy” technologicznej jest możliwość obniżenia kosztów technicznych i operacyjnych jeszcze przed wdrożeniem danego rozwiązania na rynek. Dodatkowo autorzy platformy zapewniają zainteresowanym podmiotom dostęp do konsultacji z zakresu regulacji prawnych.

Projekt Sandbox Blockchain oferuje użytkownikom możliwość testowania rozwiązań bazujących na modularnej technologii blockchain o nazwie Hyperledger Fabric (HLF). Wybór technologii jest podyktowany rygorystycznymi wymogami w zakresie weryfikacji użytkowników oraz terytorialności danych, co pozwala tworzyć usługi w szerokim zakresie.

„W ramach naszej platformy blockchain uczestnicy będą mogli nie tylko przetestować swoje rozwiązania w przyjaznym i bezpiecznym środowisku programistycznym, ale również uzyskać bezcenne wsparcie praktyków z każdego kluczowego obszaru” – zaznaczył prezes IBM Polska Jarosław Szymczuk.

Krajowa Izba Rozliczeniowa pełni rolę lidera projektu, zaś partnerem technologicznym przedsięwzięcia jest IBM, odpowiadający za technologię Hyperledger Fabric. Operator Chmury Krajowej zapewnia z kolei w pełni zautomatyzowaną platformę na własnej infrastrukturze, która oferowana jest w modelu Platform as a Service.

„Blockchain ma ogromny potencjał – już teraz jest wykorzystywany komercyjnie przez banki w formie tzw. trwałego nośnika. Uruchomienie piaskownicy blockchain jest ważnym krokiem do stworzenia standardu, który pozwoli przyspieszyć wdrażanie innowacji na naszym rynku” – stwierdził prezes KIR Piotr Alicki.

Za nabór startupów do projektu, merytoryczną ocenę pomysłów oraz wsparcie uczestników w zakresie konsultingu biznesowego odpowiada PKO Bank Polski. UKNF i fundacja Fintech Poland zajmą się kwestiami regulacji i otoczenia prawnego. Fundacja KIR na Rzecz Rozwoju Cyfryzacji Cyberium, jako partner społeczny, pełni w projekcie funkcje koordynacyjne.

Dla uczestników zakwalifikowanych do udziału w projekcie Sandbox Blockchain użytkowanie platformy nie będzie się wiązało z żadnymi dodatkowymi kosztami. Więcej informacji o projekcie i jego partnerach oraz zasadach aplikowania i akceptacji uczestników „piaskownicy” blockchain można znaleźć na stronie www.sandboxblockchain.pl.

Zakład zagraniczny a spółka zależna – kwestie prawne i podatkowe

Prowadzenie zagranicznej działalności gospodarczej może prowadzić do powstania zakładu. Regulacje dotyczące zakładów zawarte są w krajowych porządkach prawnych, jak i w umowach bilateralnych w sprawie unikania podwójnego opodatkowania. Przedsiębiorcy mogą także zdecydować się na prowadzenie działalności w formie spółki zależnej, jednak muszą liczyć się wtedy z określonymi konsekwencjami.

Zakład zagraniczny

Prowadząc działalność gospodarczą za pośrednictwem zagranicznego zakładu, co do zasady należy opodatkować zyski tego zakładu w państwie źródła tj. w państwie położenia zakładu.

Zgodnie z treścią umów o unikaniu podwójnego opodatkowania przez zagraniczny zakład tzw. zakład typu podstawowego rozumie się stałą placówkę, za pomocą której przedsiębiorca wykonuje całkowicie lub częściowo działalność na terytorium innego państwa. Są to w szczególności takie struktury organizacyjne jak warsztat, fabryka, biuro, oddział, przedstawicielstwo albo miejsce wydobywania bogactw naturalnych. W takich sytuacjach do powstania zakładu dochodzi, jeżeli podatnik posiada za granicą stałą placówkę (każde pomieszczenie lub urządzenie) o stałym charakterze, za pomocą której prowadzi działalność.

Ponadto przez zakład tzw. zakład typu budowlanego rozumie się także określony teren, na którym wykonywane są czynności (budowę, plac budowy, instalację lub montaż). Dodatkowo zakład tzw. zakład typu agencyjnego powstaje także w sytuacji, gdy na terytorium kraju pracuje osoba posiadająca pełnomocnictwo do zawierania umów w imieniu i na rzecz podmiotu zagranicznego, która faktycznie korzysta z tego pełnomocnictwa.

Zagraniczny zakład związany jest z powstaniem szeregu konsekwencji podatkowych, takich jak np. konieczność rejestracji na cele podatkowe, odpowiednie przypisanie kosztów i przychodów czy zapłata zaliczek na podatek dochodowy. Zasadniczo umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania przewidują różne metody unikania podwójnego opodatkowania: wyłączenia lub zaliczenia.

Obowiązki przedsiębiorcy prowadzącego w Polsce zakład

Pierwszym obowiązkiem zagranicznego przedsiębiorcy jest rejestracja w polskim urzędzie skarbowym i złożenie zgłoszenia identyfikacyjnego celem uzyskania numeru NIP. Ponadto przedsiębiorca jest zobligowany do składania rocznej deklaracji podatkowej w podatku dochodowym zgodnie z zasadami ogólnymi. Przedsiębiorca będzie też zobowiązany do prowadzenia ewidencji rachunkowej w sposób umożliwiający ustalenie podstawy opodatkowania oraz poprawnego wyliczenia podatku. W takich przypadkach występuje także obowiązek miesięcznego odprowadzania zaliczek. W przypadku tzw. zakładu budowlanego powyżej wymienione obowiązki powstają z upływem 12 miesięcy od rozpoczęcia pierwszych prac.

Działalność agentów zależnych

Samo pojawienie się pracowników zagranicznego podmiotu nie powoduje jeszcze powstania zakładu. Przykładowo pracownicy mogą pojawiać się w celu wykonania usług. Niemniej, jak wskazują sądy administracyjne, przekazanie tym pracownikom uprawnień do negocjowania i zawierania umów z klientami powoduje, że czynności decyzyjne są przenoszone do innego kraju, co w konsekwencji prowadzi do powstania zakładu (por. wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie z dnia 28 września 2018 r., sygn. akt III SA/Wa 3593/17). Powyższa koncepcja, określana także jako koncepcja zależnego przedstawiciela, wynika z powszechnej zasady, że przedsiębiorstwo osiągające dochody w innym państwie, posiadające pełnomocnictwo do zawierania umów, lecz nieposiadające stałej placówki, powinno być w tym państwie opodatkowane. Należy jednak zaznaczyć, że działalność maklerów, komisantów czy innych podobnych profesjonalistów nie prowadzi do powstania zakładu.

Spółka zależna

W ramach grup kapitałowych mogą funkcjonować spółki zależne, czyli podmioty, w których podatnik posiada bezpośrednio lub pośrednio udziały w kapitale lub prawa głosu, lub prawa do uczestnictwa w zysku. Spółki zależne tworzone są w różnych celach, przykładowo jako spółki produkcyjne, handlowe lub spółki celowe powołane do wykonywania określonych zadań. Spółki zależne mogą wykonywać zadania zlecone przez spółkę matkę, pod pełną kontrolą i z pełnymi wytycznymi. Spółki zależne funkcjonują jako osobne podmioty i są opodatkowane w państwie siedziby. Należy jednak uważać, aby funkcjonowanie spółki zależnej nie doprowadziło do powstania zakładu dla spółki matki.

Powstanie zakładu przez udostępnienie pomieszczeń

Do powstania zakładu nie dojdzie w sytuacji, gdy jedna spółka sprawuje kontrolę nad działalnością podmiotu w innym kraju, nawet jeżeli spółka matka kontroluje całkowicie działalność w drugim państwie. Nie są wystarczające także powiązania kapitałowe, nawet 100%. Jednak do powstania zakładu może dojść, jeżeli spółka zależna udostępnia stałą placówkę, za pomocą której możliwe jest prowadzenie stałej działalności gospodarczej spółki matki. Istotne jest pozostawanie spółki matki w faktycznej dyspozycji takiego pomieszczenia/terenu. Nie dojdzie do powstania zakładu w sytuacji, gdy spółka córka wydzieli określony teren na potrzeby świadczenia usługi dla pomiotu powiązanego, ponieważ w takim przypadku nie dochodzi do faktycznego dysponowania danym terenem.

Powyższe jest szczególnie istotne w przypadku międzynarodowych grup kapitałowych, gdzie często zatarte są granice między działalnością zagranicznej spółki zależnej a spółki matki. Z uwagi na potrzeby biznesowe często zdarza się, że spółka zależna udostępnia lokale spółce matce. Spółka matka w wielu sytuacjach prowadzi także działalność gospodarczą na terytorium kraju spółki zależnej. Takie sytuacje mogą skutkować powstaniem zakładu, a brak analizy podatkowej podejmowanych działań może prowadzić do nieświadomości i pojawienia się negatywnych skutków dla spółki matki w postaci konieczności zapłaty podatku i należnych odsetek, a także odpowiedzialności z kodeksu karno-skarbowego dla członków zarządu.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

FPP: Odmrożenie gospodarki to dobra decyzja

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) pozytywnie ocenia zapowiadane przez rząd odmrożenie działalności sektora handlowego od 28 listopada. Z zadowoleniem przyjmujemy fakt, że zostały przyjęte argumenty z naszej strony, udowadniające wysoki stopień profesjonalnego przygotowania przedsiębiorców z tej branży do zagwarantowania bezpieczeństwa swoim klientom i pracownikom. Do tej pory wiele placówek musiało być całkowicie zamkniętych – co w samej branży przekładało się na straty rzędu 200 mln zł dziennie, a w skali całej gospodarki prawie 700 mln zł na dobę.

Okres przed Bożym Narodzeniem jest czasem silnie wzmożonego popytu, kiedy generowana jest istotna część rocznych obrotów tej branży. Brak możliwości funkcjonowania w tym okresie wiązałby się ze stratami, które nie byłyby możliwe do odrobienia, stawiając pod znakiem zapytania istnienie wielu firm i miejsc pracy.

„Ponawiamy nasz apel o społeczną solidarność i odpowiedzialność, przejawiającą się w restrykcyjnym przestrzeganiu obowiązujących norm bezpieczeństwa sanitarnego i epidemiologicznego. Tylko w ten sposób możemy powstrzymać wzrost liczby zachorowań na COVID-19, a tym samym zapobiec wprowadzeniu drugiego lockdownu, którego konsekwencje dla gospodarki i społeczeństwa byłyby katastrofalne. To od zdyscyplinowania oraz odpowiedzialnej postawy przedsiębiorców i ich klientów zależy, czy możliwe będzie stosunkowo szybkie odmrażanie kolejnych branż, które obecnie z powodu ich zamknięcia walczą o przetrwanie” – podkreśla Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP), prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Rządowy plan zakłada utrzymanie zamknięcia branży gastronomicznej i fitness co najmniej do 27 grudnia. Wiele firm nie przetrwa tak długiego okresu zamrożenia ich działalności – zwłaszcza, że uruchomienie wielu programów antykryzysowych planowane jest dopiero na styczeń, ze względu na to, że są one notyfikowane w Komisji Europejskiej. Podobnie jak w przypadku handlu, zapewnienie dystansu społecznego oraz przestrzegania pozostałych rygorystycznych zasad bezpieczeństwa w ich działalności jest możliwe i nie ma konieczności do uciekania się do tak radykalnych rozwiązań, jak zamrożenie całej branży. Dlatego apelujemy o szybkie wypracowanie nowych wytycznych sanitarnych dla branży gastronomicznej i fitness, których spełnienie pozwoliłoby na ponowne otwarcie ich działalności i obsługiwanie klientów. Tylko w ten sposób możemy pozwolić im na utrzymanie się na rynku, chroniąc miejsca pracy i minimalizując koszty gospodarcze pandemii.

Faktury powierzchni kamiennych: szorstkie, płomieniowane i piaskowane – które i gdzie się nadadzą?

Posadzki i schody z kamienia to inwestycja na lata. Naturalny materiał jest niezwykle trwały, odporny na uszkodzenia i łatwy w konserwacji. Granitowa lub marmurowa powierzchnia z powodzeniem zastąpi płytki ceramiczne, nie ustępując im urodą. Jaką fakturę kamienia wybrać, by uzyskać nie tylko doskonałe efekty wizualne, ale także funkcjonalne?

Różnorodność powierzchni kamiennych

Powierzchnie kamienne mogą być wykonane z różnych materiałów, jak np.: granit marmur, spieki kwarcowe czy konglomerat marmurowy albo kwarcowy. Do wyboru mamy też odmienną kolorystykę – od szarości, grafitu, po czerwień. Z łatwością dobierzemy barwę kamienia do każdej aranżacji. Jednak istotną sprawą jest faktura kamienia. Zwłaszcza w przypadku schodów jest to niezwykle ważne. Stopnie kamienne mogą mieć różną fakturę. W zależności od zastosowanej techniki wykończenia mogą być szorstkie, płomieniowane albo piaskowane. Każda z tych powierzchni ma inne właściwości, co może determinować jej przeznaczenie.

kamień na zewnątrz

Faktury szorstkie

Jedną z technik wykończenia powierzchni kamienia jest płomieniowanie. Dzięki oddziaływaniu płomienia palnika o temperaturze około 1300 stopni C wierzchnia warstwa kamienia łuszczy się na głębokość do 3 mm. Kamień zachowuje swoje właściwości lecz nie jest śliski. Jego powierzchnia pozostaje szorstka, chropowata i matowa. Nie odbija światła. Stopnie granitowe wykonane tą techniką, dostępne na stronie https://klink.pl sprawdzą się zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz. Niektóre wzory dodatkowo poddano szczotkowaniu. Są antypoślizgowe, więc nawet przy niesprzyjających warunkach pogodowych będą bezpieczne w użytkowaniu. To doskonały rodzaj nawierzchni w miejscach o dużym natężeniu ruchu. Wzory szczotkowane sprawdzą się wewnątrz, chociaż bowiem są antypoślizgowe, cechują się wyjątkową gładkością.

fornir kamienny burning forest 2mm tapeta

Faktura piaskowana

Piaskowanie to technika polegająca na oddziaływaniu na powierzchnię kamienia silnym strumieniem piasku. Drobne ziarnka piasku o różnej gradacji, padające pod różnym kątem sprawiają, że faktura kamienia staje się delikatnie szorstka, lecz bardzo równa. Pojawiają się na niej równomierne, drobne zagłębienia. Powierzchnia jest matowa i nie odbija światła. Aby zwiększyć nasycenie kolorów, wymaga impregnacji. Sprawdzi się jako wykończenie antypoślizgowe schodów oraz posadzki. Może być fakturą wyjściową do wykonania wygładzonego lub polerowanego kamienia.

plytki granit g603 new bianco cristal plomieniowany

Faktury szlifowane i polerowane

Szlifowanie za pomocą tarcz szlifierskich sprawia, że powierzchnia jest gładka i w zależności od gradacji tarcz jest mniej lub bardziej matowa. Z powodzeniem można stosować kamienie o takiej powierzchni na schody wewnętrzne, zewnętrzne oraz na parapety.

Polerowanie to z kolei technika dająca efekt błyszczącej powierzchni. Uwydatnia kolory i fakturę kamienia. Kamienie szlifowane mogą być stosowane na zewnątrz i wewnątrz budynków. Sprawdzą się jako okładzina podłogowa, na ściany, elewacje, schody wewnętrzne, tarasy, balkony. To również idealny materiał na parapety i blaty. Są łatwe w utrzymaniu czystości i bardzo efektowne.

Różne powierzchnie kamieni naturalnych mogą być łączone i tworzyć spójną aranżację – podobnie, jak różne odcienie tego samego koloru. Więcej informacji na ten temat można znaleźć w artykule pt: „Jak odpowiednio łączyć kilka odcieni szarości w łazienkowym wnętrzu?”.

Pracownicze wojny maseczkowe. Kary za brak maseczki w miejscu pracy

Zgodnie z przepisami – jeśli warunki w firmie nie odpowiadają przepisom bezpieczeństwa oraz higieny pracy i stwarzają bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia lub życia zatrudnionych osób np. współpracownicy nie noszą maseczek chroniących przed zakażeniem COVID-19 – to pracownik ma prawo powstrzymać się od wykonywania obowiązków, niezwłocznie zawiadamiając o tym przełożonego. Podpisanie zobowiązania do noszenia maseczki nie może być warunkiem przyjęcia do pracy, jednak za jej brak podwładny może zostać ukarany przez przełożonego.

W naszym kraju ok. 16,5 mln osób jest aktywnych zawodowo. Jedynie 25 proc. z nich w trakcie pandemii pracowała zdalnie, część tylko przez jakiś czas (GUS). Pozostali swoje obowiązki musieli wykonywać stacjonarnie, mimo że zakłady pracy są dziś jednymi z miejsc, w których najczęściej powstają ogniska koronawirusa.

Niemożność pracy zdalnej nie sprzyja ochronie zdrowia osób aktywnych zawodowo, nawet w sytuacji, gdy polscy pracodawcy wzięli sobie do serca zalecenia i robią wszystko, by zminimalizować ryzyko zakażenia COVID-19 w swojej organizacji. Mimo ich starań na zarażenie koronawirusem nadal narażona jest spora grupa osób – 75 proc. wszystkich aktywnych zawodowo, którzy z uwagi na rodzaj obowiązków służbowych nie mogą wykonywać ich z domu. Wśród nich znajdują się pracownicy wielu branż m.in. produkcyjnej, handlowej, logistycznej, transportowej, ale też zatrudnieni w bankach, urzędach czy służbach publicznych.

– Zgodnie z obowiązującymi przepisami w zakładach pracy i miejscach użyteczności publicznej wprowadzono obowiązek zakrywania ust i nosa. Niestety, nie każdy z pracowników przestrzega tych przepisów. Gdy tego nie robi może zostać ukarany przez pracodawcę, a jego koledzy z pracy mogą odmówić wykonywania obowiązków, jeśli czują, że ich zdrowie i życie jest zagrożone – mówi Jacek Grzywa, Radca prawny i kierownik Działu Prawnego w Grupie Progres.

Maseczki trzeba nosić również w pracy

Rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 9 października 2020 r. w sprawie ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii wprowadziło obowiązek zakrywania twarzy w przestrzeni publicznej na terenie całego kraju.

W rozporządzeniu, które zaczęło obowiązywać 10 października znajdziemy również przepisy dotyczące bezpośrednio miejsc pracy. Zgodnie z par. 27 ust. 1 pkt 2 należy przestrzegać tego obowiązku (zakrywania ust i nosa) w zakładach pracy oraz w budynkach użyteczności publicznej przeznaczonych na potrzeby administracji publicznej, wymiaru sprawiedliwości, kultury, kultu religijnego, oświaty, szkolnictwa wyższego, nauki, wychowania, opieki zdrowotnej, społecznej lub socjalnej, obsługi bankowej, handlu, gastronomii, usług, w tym usług pocztowych lub telekomunikacyjnych, turystyki, sportu, obsługi pasażerów w transporcie kolejowym, drogowym, lotniczym, morskim lub wodnym śródlądowym Za budynek użyteczności publicznej uznaje się także budynek biurowy lub socjalny.

Kary za brak maseczki w miejscu pracy

– Jeśli pracownik, mimo obowiązujących przepisów – przebywając w budynku firmy nie nosi maseczki – musi liczyć się z ewentualnymi konsekwencjami swojego postepowania. Zgodnie z przepisami, w przypadku naruszenia zasad bezpieczeństwa i higieny pracy w zakresie obowiązku zakładania maseczek należy wskazać, że kara za brak maseczki może być zarówno karą finansową jak i np. karą upomnienia czy nagany – zaznacza Jacek Grzywa.

Są to kary porządkowe, przewidziane w art. 108 Kodeksu pracy. Zgodnie z jego 3 paragrafem, kara pieniężna za jedno przekroczenie nie może być wyższa od jednodniowego wynagrodzenia pracownika. Łącznie kary pieniężne nie mogą przewyższać jednej dziesiątej wynagrodzenia przypadającego pracownikowi do wypłaty. Oczywiście już po dokonaniu potrąceń, o których mowa w art. 87 (m.in. zaliczek pieniężnych czy alimentów).

W przypadku, gdy pomimo ciążącego obowiązku zasłaniania ust i nosa dostrzeżemy, że nasi współpracownicy nie stosują się do tych reguł to zgodnie z art. 210 paragraf 1 Kodeksu pracy mamy prawo powstrzymać się od wykonywania pracy, ale musimy zawiadomić o tym przełożonego. Takie działanie jest możliwe w razie, gdy warunki pracy nie odpowiadają przepisom bezpieczeństwa i higieny pracy oraz stwarzają bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia lub życia pracownika albo gdy wykonywana przez niego praca grozi takim niebezpieczeństwem innym osobom.

– Mimo wszelkich obowiązujących koroanwirusowych restrykcji, należy pamiętać, iż warunkiem zatrudnienia nowego pracownika nie może być podpisanie przez niego zobowiązania, że w miejscu pracy będzie nosił maseczkę. Stanowiłoby to nadużycie prawa oraz mogłoby zostać potraktowane jako przejaw dyskryminacji – podkreśla kierownik Działu Prawnego w Grupie Progres. – W żadnym wypadku nie można również uzależniać przyjęcia do pracy od deklaracji noszenia lub nienoszenia maseczki. Obowiązkiem pracodawcy – zgodnie z paragrafem 1 art.2376 – jest nieodpłatne dostarczenie pracownikom środków ochrony indywidualnej oraz informowanie ich o sposobach posługiwania się tymi środkami. Mają one zabezpieczyć zespół przed działaniem niebezpiecznych i szkodliwych dla zdrowia czynników występujących w środowisku pracy tj. obecnie zagrażający nam wirus COVID-19 – podsumowuje ekspert.

FLEXcellent Working: raport JLL i Skanska dotyczący elastycznych przestrzeni do pracy w regionie CEE

Pandemia zmienia sektor biurowy na całym świecie, a globalna niepewność sprawia, że więcej uwagi poświęca się teraz elastycznym miejscom do pracy. Dotyczy to także Europy Środkowo-Wschodniej. W samej Polsce mamy sześć razy więcej elastycznych biur niż jeszcze pięć lat temu.

Od 2014, średnioroczne tempo wzrostu w sektorze elastycznych przestrzeni do pracy wynosiło 25% w skali globalnej i w wielu miastach jest on dziś jednym z kluczowym komponentów rynku biurowego. Mimo to, z końcem 2019 roku aktywność operatorów wynajmujących powierzchnię biurową zaczęła spowalniać, a wraz z nasilającą się pandemią, tendencja ta utrzymała się. Jednak, jak wynika z najnowszego raportu JLL i Skanska „FLEXcellent Working”, zainteresowanie elastycznymi rozwiązaniami biurowymi będzie rosło, a sektor będzie zyskiwał na znaczeniu.

JLL Adam Lis Flexible Office Solutions Manager
Adam Lis, Doradca ds. Elastycznych Rozwiązań Biurowych, JLL

„Bez wątpienia niepewność związana z wybuchem pandemii wpływa także na segment elastycznych przestrzeni do pracy. Natomiast mimo ograniczonego w tym roku wzrostu sektora flex, popyt na takie powierzchnie pozostanie wysoki. Przewidujemy, że do 2030 r. biura elastyczne będą stanowiły ok. 30% portfela nieruchomości komercyjnych dużych firm. Elastyczność jest postrzegana jako fundamentalny aspekt zwinnego modelu pracy i dlatego powinniśmy traktować ją jako nieodłączny element przyszłości nieruchomości komercyjnych”, komentuje Adam Lis, Doradca ds. Elastycznych Rozwiązań Biurowych, JLL.

Od hackerspaces do ugruntowanego modelu biznesowego – czyli czym tak naprawdę są flexy?

Początków biur elastycznych należy szukać już we wczesnych latach osiemdziesiątych, kiedy to na świecie zaczęły pojawiać się biura serwisowane. Kolejnym ważnym momentem był koniec lat 90. i pierwsze tzw. hackerspaces – miejsca w których ludzie mogli nie tylko razem pracować, ale co ważniejsze – mieli też dostęp do internetu. Do prowadzenia biznesu wystarczał zatem jedynie laptop i Wi-Fi. W odpowiedzi na ten trend hackerspaces zaczęły przekształcać się w centra coworkingowe, w których można było pracować bez konieczności wynajmowania tradycyjnej powierzchni biurowej, a jednocześnie korzystać z internetu i całego zaplecza biurowego.

„Aktualnie na rynku funkcjonuje bardzo szeroka grupa najemców – od dużych korporacji, przez firmy z sektora MŚP, start-upy, po niezależnych profesjonalistów i freelancerów. W odpowiedzi na tak różnorodne potrzeby powstały biura hybrydowe, łączące funkcje przestrzeni serwisowanych i coworkingów, które obejmują zarówno prywatne biura, jak i indywidualne stanowiska do pracy w formacie open space. Obecnie są one najpopularniejszym konceptem w ramach tzw. flexów”, dodaje Adam Lis, JLL.

Biura flex są na tyle atrakcyjnym kawałkiem tortu, że na scenę coworkingów chcą wejść również gracze spoza rynku biurowego. Widać to zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. W Nowym Jorku powstało na przykład szesnaście lokalizacji KettleSpace, konceptu adaptującego restauracje na potrzeby biur coworkingowych. Inną alternatywą dla operatorów flex są centra handlowe oraz hotele. Lifestylowe koncepty, takie jak wiedeński Schani czy amsterdamski The Student Hotel, oferują swoim gościom strefy do pracy, przypominające najwyższej klasy przestrzenie oferowane przez wiodące marki flex. Inne sieci hotelowe z kolei wchodzą we współpracę z operatorami biur elastycznych. Na przykład AccorHotels i WOJO otworzyły wspólnie już dwanaście tego typu przestrzeni, a do 2022 roku planują mieć w całej Europie aż 50 lokalizacji.

Rosnąca popularność rozwiązań flex znalazła również odzwierciedlenie w tradycyjnym biznesie deweloperskim.

„Aby uzupełnić ofertę biurowców o elastyczne rozwiązania coraz więcej deweloperów tworzy własne powierzchnie i koncepty elastyczne albo inwestuje w ten biznes, kupując konkretne marki operatorów biur elastycznych. Skanska jako pierwsza na rynku wykonała taki ruch przejmując Business Link trzy lata temu. Dziś widzimy, że flexy idealnie wkomponowały się w tradycyjną przestrzeń biurową. Najemcy coraz częściej wykorzystują przestrzeń flex do swoich krótkoterminowych celów”, mówi Arkadiusz Rudzki, Wiceprezes ds. Wynajmu i Sprzedaży w regionie CEE w spółce biurowej Skanska.

Polska – największe zagłębie elastycznych biur w CEE

Warszawa jest dwunastą co do wielkości, jeśli chodzi o segment flexów, lokalizacją w Europie i największym rynkiem w Polsce. W stolicy znajduje się 66% polskich zasobów elastycznych przestrzeni do pracy. W całym kraju podaż takich powierzchni biurowych wzrosła od 2015 roku prawie sześciokrotnie.

Obecnie warszawskie biura flex oferują niemal 24 000 stanowisk pracy, a ok. 1000 nowych zostało już zabezpieczonych i ma zostać dodanych do oferty w przyszłym roku.

JLL Hanna Dabrowska Research Analyst
Hanna Dąbrowska, Analityk Rynku, JLL

„Po fenomenalnych wynikach notowanych w 2018 roku, kiedy to elastyczne rozwiązania były głównym tematem dyskusji na warszawskim rynku biurowym, a kontrakty podpisane przez operatorów flex stanowiły ponad 20% aktywności najemców w strefach centralnych, 2019 rok oraz trzy kwartały roku 2020 przyniosły lekkie spowolnienie aktywności najemców tego sektora. Powodem była nie tylko niższa liczba nowych inwestycji biurowych, w których możliwe było wynajęcie powierzchni przez operatorów, ale także nadpodaż elastycznej powierzchni, która prowadziła do większej konkurencji w tym segmencie rynku”, dodaje Hanna Dąbrowska, Analityk Rynku, JLL.

Na koniec trzeciego kwartału tego roku największe rynki biurowe w Polsce (Warszawa, Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Katowice, Poznań i Łódź) oferowały łącznie ponad 270 000 mkw. w ramach przestrzeni flex. Najpopularniejszymi lokalizacjami – poza stolicą – były przy tym Kraków i Wrocław. Ponadto, polski rynek jest wiodącą destynacją dla flexów w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Dla przykładu, oferta Warszawy, której zasoby przekraczają już 178 000 mkw. elastycznej powierzchni do pracy, jest ponad dwukrotnie większa niż ta w Pradze i Budapeszcie, gdzie najemcy mają do dyspozycji po 77 000 mkw., oraz trzykrotnie większa niż w Bukareszcie (ponad 60 000 mkw.).

„Mimo, że Warszawa jest biznesowym centrum kraju, to również w innych polskich miastach możemy zaobserwować rozwój elastycznych powierzchni biurowych. Liczba stołecznych, dużych biurowców bez oferty operatora flex, jako jednego z najemców, jest ograniczona. Coraz więcej marek zaczyna dostrzegać potencjał rozwijania swojej działalności również poza Warszawą. Choć sytuacja na rynku flex jest obecnie dość trudna, w przyszłości elastyczność nabierze jeszcze większego znaczenia, jako że najemcy będą poszukiwać krótszych i bardziej dostosowanych pod siebie umów najmu”, dodaje Arkadiusz Rudzki, Skanska.

Największa część podaży biur flex w Polsce jest zlokalizowana w centrach obsługiwanych przez IWG (pod markami Regus i Spaces, 20% łącznych zasobów), WeWork (12%), New Work (8%), Business Link, ChilliSpaces (dawniej Rise) i CitySpace (po 6%).

Duże firmy idą we flexy

Ewolucję oferty biur elastycznych, tak aby trafiały one w potrzeby korporacji, można analizować na dwa sposoby. Przede wszystkim istota tego typu umów najmu doskonale wpisuje się w zmieniające się wymagania biznesowe najemców (również tych dużych), którzy zwłaszcza teraz poszukują krótszych i bardziej elastycznych zobowiązań. Po drugie, operatorzy flex zaczęli projektować swoje przestrzenie tak, aby lepiej trafiały w specyfikę pracy klientów korporacyjnych. Układy powierzchni obejmują zatem większe biura, rozwiązania informatyczne i systemy bezpieczeństwa są bardziej zaawansowane, a umowy podlegają dodatkowym negocjacjom. Na rynku biurowym można również zaobserwować rosnące zainteresowanie „najmem hybrydowym” – kiedy najemca posiadający tradycyjne biuro, decyduje się (np. w momencie ekspansji) skorzystać również z oferty operatora flex, mającego swoją lokalizację w tym samym budynku lub w jego pobliżu.

Business Link Maciej K. Król Acting Managing Director
Maciej K. Król, p.o. dyrektora zarządzającego Business Link

„W tej sytuacji największą korzyścią jest prostota i natychmiastowa gotowość operatora flex na przyjęcie nowego najemcy. Firmy mogą szybko podpisywać uproszczone umowy, wprowadzać się nawet tego samego dnia i od razu rozpoczynać pracę. Do klientów korporacyjnych adresujemy rozwiązania rotacyjne, dające maksymalną elastyczność wykorzystania przestrzeni”, mówi Maciej K. Król, p.o. dyrektora zarządzającego Business Link.

Szereg wartości dodanych, jakie oferują operatorzy flex, także w czasach tzw. „nowej normalności”, sprawią, że tego typu biura będą jeszcze bardziej popularne.

„To oczywiste, że rola biura uległa zmianie z powodu pandemii. Najemcy zainteresowani są różnorodnymi formami najmu hybrydowego i szeroko rozumianą elastycznością, która jest dla nich w obecnej sytuacji kluczowa. Nie ulega jednak wątpliwości, że biuro było, jest i będzie potrzebne. Stanowi ono niezbędną przestrzeń do budowania ducha zespołu, kreatywnej współpracy, a także odpowiada za tworzenie kultury organizacyjnej. Połączenie tradycyjnych biur z przestrzeniami typu flex może być dla firm bardzo efektywnym rozwiązaniem. Z biegiem czasu będziemy także zauważać rosnącą popularność trendu hospitality management. Oznacza to, że biura będą przejmować coraz więcej funkcji, które dotychczas zarezerwowane były wyłącznie dla branży hotelarskiej. Podsumowując, wyraźnie widać, że elastyczność dostawców usług biurowych ma duże znaczenie, a technologia przyczyni się do jej zwiększenia”, podsumowuje Arkadiusz Rudzki, Skanska.

Prawnicy: Rządowa tarcza jest dziurawa. Najemcy małych galerii nie mogą korzystać z tzw. zawieszenia czynszów

Według ekspertów, obecne rozwiązania antykryzysowe nie do końca chronią najemców galerii  handlowych o powierzchni poniżej 2 tys. m². Co do zasady, zagrożony niewypłacalnością podmiot ma 30 dni na zgłoszenie wniosku o upadłość. Ale w okresie obowiązywania stanu zagrożenia epidemicznego lub epidemii wygląda to inaczej. To zostało uregulowane w tzw. Tarczy 2.0. Bez tych przepisów organy zarządzające spółek narażałyby się na odpowiedzialność karną za niezłożenie takiego wniosku. Jednak, jak tłumaczą prawnicy, jedno z rozwiązań antykryzysowych sprawia, że wygasają wzajemne zobowiązania stron umowy najmu czy dzierżawy. Ale dotyczy to tylko okresu obowiązywania zakazu prowadzenia działalności w dużych obiektach.

Droga do upadku

Zamknięcie galerii handlowych pogorszyło i tak trudną już sytuację w branży. Spore straty notują zarówno właściciele obiektów, jak i najemcy powierzchni. W przestrzeni publicznej nie brakuje głosów, że jeśli interesy obu stron nie zostaną pogodzone, to należy spodziewać się wielu upadłości.

– Najemca niepłacący czynszu nie będzie zobligowany do ogłoszenia upadłości, w świetle regulacji Tarczy 2.0. przez okres obowiązywania stanu zagrożenia epidemicznego. Uprawnienie wierzyciela do złożenia wniosku o ogłoszenie upadłości takiego podmiotu również będzie podlegało ograniczeniu wobec sporności wierzytelności wynajmującego – komentuje Adrian Parol, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny.

Z kolei Marek Niczyporuk, radca prawny z Kancelarii Ars AEQUI, zwraca uwagę na sytuację, w której spółka prawa handlowego popadnie w stan niewypłacalności, a zatem nie będzie w stanie regulować swoich zobowiązań. Wtedy nie tylko może, ale wręcz musi ogłosić upadłość. Co do zasady, dłużnik ma na zgłoszenie wniosku 30 dni, licząc od dnia, w którym wystąpiła podstawa do ogłoszenia upadłości. Jednak kwestię tę zmodyfikowała Tarcza 2.0.

– Jeszcze wiosną tego roku tzw. Tarcza 2.0 wprowadziła istotną regulację. Bieg terminu dla dłużnika do złożenia wniosku o ogłoszenie upadłości (art. 21 ust. 1 Prawa upadłościowego) w okresie obowiązywania stanu zagrożenia epidemicznego albo stanu epidemii nie rozpoczyna się, a rozpoczęty ulega przerwaniu. Po tym okresie termin ten biegnie na nowo. Jednocześnie wprowadzone zostało domniemanie wzruszalne, że jeżeli stan niewypłacalności powstał w czasie obowiązywania stanu zagrożenia epidemicznego albo epidemii ogłoszonego z powodu COVID-19, to domniemywa się, że zaistniał właśnie z tego powodu – informuje prof. UO dr hab. Rafał Adamus.

Jak podkreśla mec. Niczyporuk, dopóki trwa okres epidemii, istnieją przepisy prawne wpływające na pozytywną ocenę ewentualnych zachowań niewypłacalnych przedsiębiorców. Gdyby tych przepisów nie wprowadzono, to organy zarządzające spółek handlowych narażałyby się w sposób oczywisty na odpowiedzialność karną w przypadku niezłożenia wniosku o ogłoszenie upadłości. Istniałoby więc realne ryzyko orzeczenia grzywny, kary ograniczenia wolności, a nawet pozbawienia wolności do roku.

– We wspomnianej tarczy ustawodawca dopuszcza niezgłaszanie wniosku o upadłość przez dłużnika pomimo formalnego ziszczenia się podstaw niewypłacalności. Dłużnik nadal zachowuje jednak uprawnienie do złożenia wniosku o upadłość. Co więcej, polski ustawodawca, inaczej niż np. hiszpański, nie zamroził uprawnienia wierzyciela do złożenia wniosku o upadłość w okresie obowiązywania stanu zagrożenia epidemicznego albo epidemii – wyjaśnia prof. Adamus.

Walka o swoje

Wciąż obowiązuje ustawa z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych. Mec. Adrian Parol zwraca uwagę na znajdujący się w niej art. 15ze. Mówi on, że w okresie obowiązywania zakazu prowadzenia działalności w obiektach handlowych o powierzchni sprzedaży powyżej 2 tys. m², zgodnie z właściwymi przepisami, wygasają wzajemne zobowiązania stron umowy najmu, dzierżawy lub innej podobnej umowy, przez którą dochodzi do oddania do używania powierzchni handlowej.

– Można zatem przyjąć, że najemcy korzystający z lokali znajdujących się w obiektach powyżej 2 tys. m² są w znacząco lepszej sytuacji od tych, którzy wynajmują je poza wielkopowierzchniowymi galeriami. Przy okazji pierwszego lockdownu zakaz prowadzenia działalności w zasadzie ograniczał się do obiektów o ww. powierzchni. Obecnie rząd wprowadził szereg zakazów sektorowych, obejmujących przedsiębiorców z konkretnych branż. Nie ma znaczenia, czy prowadzą oni działalność w centrach handlowych czy też poza nimi. Sytuacja przedsiębiorców najmujących powierzchnie poza ww. obiektami może być zatem najtrudniejsza, bowiem dla nich jak dotąd nie wprowadzono przepisów np. o tzw. zawieszeniach czynszów – mówi ekspert z Kancelarii Ars AEQUI.

Mec. Adrian Parol również zaznacza, że w gorszej sytuacji są najemcy, którzy korzystają z lokali poza dużymi obiektami handlowymi. Oni muszą podjąć indywidualne negocjacje z wynajmującymi. W przypadku braku porozumienia, najemcy mogą wystąpić na drogę sądową. W takiej sytuacji powinni domagać się zmiany czynszu na rzecz wynajmującego poprzez jego obniżenie, korzystając z ogólnych regulacji kodeksowych. Z kolei Marek Niczyporuk zaznacza, że takie postępowania będą trwały. Zatem nie można wykluczyć, że zanim się zakończą, wynajmujący wypowiedzą najem czy dzierżawę. Ewentualnie podejmą działania egzekucyjne, czy też sami złożą wniosek o upadłość podmiotu, który zalega im z płatnościami.

– Rząd powinien niezwłocznie podjąć działania mające na celu pomoc w szerszym zakresie najemcom wszystkich lokali handlowych. Oni nie powinni płacić za powierzchnie, z których nie korzystają. Interesy właścicieli galerii również nie są zabezpieczone przed konsekwencjami pandemii w należyty sposób. Takie podmioty mogą dochodzić odszkodowania od Skarbu Państwa. Jednak to oznacza znaczne koszty związane z opłatą sądową i koniecznością wynajęcia prawników – dodaje mec. Parol.

Stan wyjątkowy

Mówi się, że cała branża mogłaby zyskać na wprowadzeniu stanu wyjątkowego, unikając obecnych problemów z płynnością. Jak przekonuje Adrian Parol, obecna władza z przyczyn ekonomicznych nie zdecyduje się na taki krok. To wiązałoby się z odpowiedzialnością odszkodowawczą, czego rząd chce uniknąć. Ekspert podkreśla, że tego typu forma należy się wszystkim, którzy przez ograniczenie wolności obywatelskich w czasie stanu wyjątkowego ponieśli jakiekolwiek straty. Podstawą do uzyskiwania roszczeń jest ustawa z dnia 22 listopada 2002 r. o wyrównywaniu strat majątkowych wynikających z ograniczenia w czasie stanu nadzwyczajnego wolności i praw człowieka oraz obywatela.

– Rząd nie wprowadza stanu wyjątkowego i jednocześnie obejmuje całe sektory gospodarki poważnymi ograniczeniami czy zakazami. W ten sposób niejako pozbawia przedsiębiorców prawa dochodzenia odszkodowań w sprecyzowanym ustawą trybie. Co więcej, większość zakazów jest wprowadzanych aktami normatywnymi rangi rozporządzenia, a nie ustawy – dodaje ekspert z Ars AEQUI.

Jak zaznacza prof. Adamus, wolność działalności gospodarczej jest uprawnieniem konstytucyjnym (art. 20 konstytucji RP). Jej ograniczenie jest możliwe tylko w drodze ustawy, co wynika wprost z art. 22 i 31 ust. 3. Jedynie wyjątkowo w przypadku tzw. stanów nadzwyczajnych, w rozumieniu art. 228 ust. 1 Konstytucji, granice wolności gospodarczej wyznacza ustawa zwykła. Ekspert zwraca też uwagę na art. 4171  § 1 k.c. Jeżeli szkoda została wyrządzona przez wydanie aktu normatywnego, jej naprawienia można żądać po stwierdzeniu we właściwym postępowaniu niezgodności z Konstytucją lub daną ustawą.

– Wiemy o podejmowaniu przez rząd działań zmierzających do poddania przez Trybunał Konstytucyjny badaniu zgodności z Konstytucją przepisów kodeksu cywilnego. Dotyczy to tych norm, które mogłyby stanowić nasuwającą się podstawę prawną dochodzenia odszkodowań za straty wywołane wprowadzaniem zakazów. Bardzo trudno więc ocenić szanse na powodzenie ewentualnych pozwów przeciwko Skarbowi Państwa – podsumowuje Marek Niczyporuk.

KAS i CBŚP zatrzymali 5 osób wz. z wyłudzaniem m.in. środków z tzw. tarczy finansowej

– Funkcjonariusze lubelskiej Krajowej Administracji Skarbowej (KAS) wspólnie z Funkcjonariuszami Centralnego Biura Śledczego Policji (CBŚP) zatrzymali osoby podejrzane o udział w zorganizowanej grupie przestępczej.

– Członkowie grupy podejrzani są o oszustwa, w tym także o wyłudzenie 185 tysięcy złotych pochodzących z tzw. tarczy finansowej. W sprawę może być zamieszanych kilkadziesiąt podmiotów gospodarczych.

– Śledztwo nadzorowane jest przez Prokuraturę Regionalną w Rzeszowie. Sprawa jest rozwojowa.

KAS i CBŚP zatrzymali 5 osób wz. z wyłudzaniem m.in. środków z tzw. tarczy finansowej 2W minionym tygodniu na terenie woj. mazowieckiego, śląskiego i świętokrzyskiego została przeprowadzona akcja, w której brali udział funkcjonariusze KAS z Lubelskiego Urzędu Celno-Skarbowego w Białej Podlaskiej oraz policjanci z Zarządu w Rzeszowie CBŚP, przy wsparciu CBŚP z Warszawy i Katowic. Podczas działań zatrzymano w sumie 5 osób i przeszukano ponad 50 obiektów, mogących mieć związek z działalnością prawie 40 różnych podmiotów gospodarczych. Na poczet przyszłych kar i grzywien zabezpieczono pieniądze oraz mienie w postaci m.in. samochodu wartego 450 tys. zł, luksusowych zegarków, czy urządzenia do endermologii o wartości ok. 170 000 zł.

Członkowie grupy są podejrzani o liczne oszustwa, w tym o wyłudzanie środków finansowych pochodzących z rządowego programu: „Tarcza Finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju dla Małych i Średnich Firm” przeznaczonych na działania mające na celu ochronę rynku pracy, zapewnienie firmom płynności finansowej czy też zrekompensowanie szkód zaistniałych w okresie poważnych zakłóceń w gospodarce, będących skutkiem pandemii koronawirusa (COVID-19). Terenem działania grupy były województwa: mazowieckie, świętokrzyskie, lubelskie i śląskie.

Z ustaleń śledztwa wynika, że w ramach prowadzenia działalności gospodarczych, jak też w wielu przypadkach pod pozorem jej prowadzenia, członkowie grupy wystawiali nierzetelne faktury. W ten sposób wykazywano obrót oraz koszty uzyskania przychodu przez firmy. To z kolei umożliwiło uzyskanie m.in. od Polskiego Funduszu Rozwoju S.A. subwencji w ramach rządowego programu „Tarcza Finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju…”.

Wyłudzenie subwencji z „Tarczy Finansowej Polskiego Funduszu Rozwoju…” nie jest jedynym przestępstwem, o które są podejrzani członkowie grupy. Nierzetelne dokumenty i wykazywane wysokie obroty umożliwiały im przede wszystkim wyłudzanie pożyczek, kredytów, lessingów i faktoringów. Jak wynika ze wstępnych ustaleń – członkowie grupy posłużyli się fałszywymi fakturami łącznie opiewającymi na kwotę ponad 16 milionów złotych.

Zatrzymani zostali doprowadzeni do Prokuratury Regionalnej w Rzeszowie, gdzie prokurator przedstawił im zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, a jednej osobie zarzut kierowania nią. Dodatkowo poszczególni podejrzani, w zależności od pełnionej roli, usłyszeli inne zarzuty, w tym dokonywania oszustw i wyłudzeń, fałszowania dokumentacji, a także działania na szkodę poszczególnych spółek. Na podstawie zebranego materiału dowodowego Sąd Rejonowy w Rzeszowie zastosował wobec trzech podejrzanych środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania.

Piotr Szymoński nowym dyrektorem w Walter Herz

Firma Walter Herz, która mocno zintensyfikowała swoje działania w ostatnim czasie, stawia na rozbudowę kadry managerskiej. Do zespołu dołączył właśnie Piotr Szymoński na stanowisku Director Office Agency   

Walter Herz rok 2020 może zaliczyć do najbardziej udanych w swojej historii. Ambitne plany firma ma również na przyszły rok. Silny wzrost agencji, jaki paradoksalnie nastąpił w słabym dla gospodarki momencie, wiąże się z dużą aktywnością operacyjną w ostatnim czasie. Od marca br. doradcy Walter Herz brali udział m.in. w renegocjacjach umów najmu, które obejmowały ponad 130 tys. mkw. powierzchni biurowych. Ponadto, w ciągu ostatnich miesięcy firma zorganizowała 16 specjalistycznych webinarów, które zgromadziły około 7 000 firm, w tym jeden o zasięgu międzynarodowym, gdzie zaprezentowała raport: Why Invest in Poland 2020.

Szerokie plany rozwoju w 2021 roku przynieść mają rozbudowę struktury firmy o nowe działy, jak również umocnienie zespołu kadry managerskiej. Jednym z pierwszych kroków w realizacji przyjętej strategii jest powołanie nowego dyrektora.

Piotr Szymoński, na stanowisku Director Office Agency będzie odpowiadał za dalszy rozwój zespołu biurowego. Do jego zadań będzie należało tworzenie nowoczesnych modeli długofalowej obsługi klientów oraz wdrażanie rozwiązań, które będą zoptymalizowane do szybko zmieniających się warunków biznesowych i gospodarczych.

W ciągu 15 letniej pracy w różnych sektorach rynku nieruchomości, m.in. po stronie investmentowej, deweloperskiej w segmencie komercyjnym i mieszkaniowym oraz retail Piotr Szymoński zdobył wszechstronne doświadczenie operacyjne i negocjacyjne łącząc rynek dewelopera, wynajmującego oraz najemcy. Dzięki swoim umiejętnościom, zrozumieniu biznesu i holistycznemu podejściu oraz znajomości warszawskiego i regionalnych rynków nieruchomości idealnie wpasowuje się w oczekiwania i profil działalności Walter Herz.

– W Walter Herz czeka nas czas pełen wyzwań i intensywnego działania. Po wdrożeniu się w aktualnie realizowane projekty będę mógł w pełni wykorzystać wartość, jaką przyniesie połączenie moich kompetencji z know-how Walter Herz. Bardzo cieszę się z możliwości współpracy z tak doświadczonym i inspirującym zespołem, szczególnie teraz w sytuacji, kiedy firmy z różnych branż muszą odpowiadać na wyzwania, jakie niosą intensywne zmiany w gospodarce. Jednocześnie chciałbym podziękować za zaufanie i ciepłe przyjęcie w firmie  – mówi Piotr Szymoński.

Nowy dyrektor WH to lider, który lubi wyzwania i kieruje własną karierą w taki sposób, by projekty których się podejmuje były wymagające i rozwijające. Poza pracą w zakresie akwizycji oraz sprzedaży gruntów i budynków dla firm deweloperskich, Piotr pełnił m.in funkcje dyrektora Ekspansji w firmie Decathlon oraz CityFit, gdzie odpowiadał za  rozwinięcie sieci clubów od 1 do 23 lokalizacji w niespełna 6 lat.

– Piotr przejmie w Walter Herz odpowiedzialność za biznes od strony operacyjnej. Zanim rozpoczął pracę w firmie mieliśmy przyjemność już się spotkać, kiedy w CityFit był naszym klientem. Muszę przyznać, że od pierwszego spotkania Piotr zaimponował nam swoimi kompetencjami i skutecznością w działaniu. Od razu okazało się, że mamy podobną energię. Cieszę się, że możemy kontynuować współpracę, tym razem w jednych barwach firmowych – mówi Bartłomiej Zagrodnik, Managing Partner/CEO w Walter Herz.

W wolnych chwilach Piotra Szymońskiego pochłania muzyka, książki, tworzenie modeli biznesowych, klocki lego oraz podróże bliskie i dalekie.

Nie będzie bonów i premii świątecznych. Kryzys coraz bardziej dotkliwy dla pracowników

To będą Święta Bożego Narodzenia inne niż wszystkie i co do tego nie ma wątpliwości żaden pracownik i żaden pracodawca. W ostatnim czasie media informują o tym, że pracownicy sklepów spożywczych, marketów i dyskontów otrzymywać będą rozmaite gratyfikacje związane z faktem pracy w trudnych warunkach. Niestety na takie dodatki motywacyjne nie mogą liczyć przedstawiciele innych branż – wręcz przeciwnie. Do naszego Stowarzyszenia dotarło kilka wiadomości o tym, że pracodawcy poinformowali już swoich pracowników o tym, że nie będzie premii świątecznych i rocznych.

Premii na święta nie będzie. Pracownicy są tym faktem często bardzo oburzeni

Premia świąteczna czy wszelkie dodatki motywacyjne to gratyfikacja dodatkowa wynikająca z dobrej woli pracodawcy i tego, że poprzednie lata mocno mobilizowały pracodawców do tego, by wewnętrzną społeczną odpowiedzialność biznesu kierować właśnie w stronę wspierania pracowników. Organizowano spotkania integracyjne, wypłacano premie świąteczne, a niektóre firmy wręcz prześcigały się w dodatkowych bonusach dla pracowników, zaczynając od prywatnego ubezpieczenia zdrowotnego, a kończąc na dopłatach do kursów językowych czy prawa jazdy. Pandemia koronawirusa spowodowała, że pracodawcy zmuszeni zostali do ograniczenia kosztów działania. Najsilniej odczują to pracownicy przed Świętami Bożego Narodzenia. To był zwykle czas dodatkowych wynagrodzeń, premii, bonusów oraz wszelkiego rodzaju bonów, które umilały pracownikom czas przed świętami.

– Dostaliśmy kilka wiadomości, że pracodawcy rezygnują z takich form wspierania pracowników. W jednym przypadku podjęliśmy interwencję, w pozostałych musieliśmy poinformować pracownika, że nie ma obowiązku wypłacania premii na święta. Temat uzasadniony to przypadek umowy, gdy jeden z zapisów mówił o tym, że w ramach wynagrodzenia pracownikowi należy się świąteczny dodatek na koniec roku, gdy wypracuje określony poziom przychodu. Pracownik wypracował, a pracodawca stwierdził, że jest koronawirus i dodatku nie będzie. Tutaj jest to niezgodne z prawem, bo pracodawca nie przedłożył żadnego aneksu, który anulowałby warunki umowy podpisane wcześniej – mówi Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska.

– Przypadki nieuzasadnione to na przykład sytuacje, gdy właściciel firmy transportowej odmówił pracownikom premii na święta z powodu braku bieżących przychodów. Pracownik był oburzony brakiem dodatku, bo przecież pracował ciężko i też się narażał. Podobna sytuacja miała miejsce w dużej szwalni, gdzie pracodawca poinformował mailem pracowników o braku premii świątecznej i noworocznej oraz dodatków dla najlepszych pracowników. Napisała do nas także oburzona kierowniczka działu jednej z korporacji, która stwierdziła, że premia jest czymś, co jej się należy i czy ma prawo interweniować u pracodawcy, który obniżył ją do poziomu symbolicznego. Odpowiadamy – pracodawca nie ma obowiązku wypłacania premii rocznych, a jak firma znajduje się w trudnej sytuacji finansowej to rozdawnictwo jest niewskazane. Gorzej, gdy firma znajduje się w dobrej sytuacji i postanawia oszczędzać na pracownikach. Cóż, wtedy rozpoznajemy, kto kocha swoich pracowników i ich szanuje, a kto korzysta z okazji na oszczędności – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska.

Znikające benefity. Od ubezpieczenia medycznego po… vouchery na taksówki

Do naszego Stowarzyszenia docierają także informacje o tym, że wielu pracodawców zawiesiło świadczenia dodatkowe dla swoich pracowników. Benefity również należą do dobrej praktyki, które są mile widziane, ale nie należy ich traktować jako obowiązku pracodawcy: – Tutaj kwestią dyskusyjną jest czasem styl w jakim pracownicy dowiadują się o tym, że świadczenia dodatkowe są zawieszane. Jedna z Pań napisała do nas, że dowiedziała się o tym, że firma zawiesiła prywatną opiekę zdrowotną kiedy próbowała uzyskać teleporadę w ważnej sprawie. Pracodawca nie poinformował pracowników, że dwa dni wcześniej skończyła się umowa z kliniką i nie została przedłużona. Podobne sytuacje mają miejsce np. z karnetami na siłownię czy wszelkiego rodzaju usługi dodatkowe, które dotychczas opłacane były przez pracodawców. Mieliśmy nawet wiadomość od Pani, która pytała czy może odzyskać pieniądze za przejazd taksówką, bo okazało się, że anulowane zostały firmowe vouchery, a na koniec kursu Pan Taksówkarz zażądał od Pani zapłacenia pełnej kwoty. Dużo jest tych spraw i nasze stowarzyszenie chyba jeszcze nigdy w swojej historii nie udzielało tak wielkiej ilości porad prawnych – mówi Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska.

COVID-19 zamieszał na warszawskim rynku biurowym

Jeszcze do niedawna na warszawskim rynku biurowym obserwowaliśmy lukę podażową, brakowało wysokiej jakości projektów biurowych – zarówno w celu najmu, jak i zakupu. Deweloperzy odpowiedzieli na tę sytuację z nawiązką. Warszawska panorama znowu zaczęła zapełniać się inwestycjami najwyższej klasy, które równie dobrze mogłyby powstać w Paryżu, Londynie czy Nowym Jorku. Prognozujemy, że w 2020 roku na stołecznym rynku przybędzie 400 tys. mkw. nowej powierzchni biurowej, zaś w 2021 roku drugie tyle. Jeśli dodamy do tego inwestycje planowane do oddania w roku 2022, łączna podaż biur może sięgać niemalże 1 mln mkw. Efektem tego, przed wybuchem pandemii, byłby wzrost współczynnika powierzchni niewynajętej, który szybko zostałby zniwelowany przez wysoki popyt ze strony najemców. Mielibyśmy do czynienia z dojrzałym, konkurencyjnym i stabilnym rynkiem. Nikt jednak nie przewidział wybuchu pandemii Covid-19 oraz jej skutków.

Praca zdalna zostanie

Już w połowie 2020 roku odnotowaliśmy zmiany na rynku mające swoje odzwierciedlenie głównie w znacznie niższym popycie. Późną wiosną wielu najemców podjęło decyzję o przesunięciu w czasie procesu związanego z najmem powierzchni biurowej. Latem klienci weryfikowali swoje potrzeby biurowe oraz rozważali możliwość wdrożenia pracy zdalnej na dłuższy okres czasu. Wielu z nich przeprowadziło badania satysfakcji z pracy w domu wśród swoich pracowników.

Dziś wiemy, że praca zdalna zostanie z nami dłużej, nawet po ustąpieniu pandemii. Jak wynika z badań ankietowych przeprowadzonych przez Colliers International, ponad połowa pracowników chciałaby zachować możliwość pracy z domu nawet 2-3 razy w tygodniu. Jeśli pracodawcy wyjdą naprzeciw oczekiwaniom pracowników, powierzchnie biurowe będą musiały zostać dostosowane do hybrydowego modelu pracy, np. pod względem liczby biurek do pracy samodzielnej.

Nie ma ryzyka, że biura przestaną być potrzebne, zmieni się jednak ich funkcja. Staną się przede wszystkim miejscem kreatywnej współpracy i spotkań ze współpracownikami, których wg badania Colliers najbardziej brakuje ludziom podczas pracy zdalnej. Relacje tworzone w pracy – przy kawie, podczas nieformalnych spotkań czy w innych sytuacjach społecznych – nie satysfakcjonują nas przy użyciu komunikatorów internetowych. Dlatego też biura będą musiały przejść transformację i dostosować się do obecnych oczekiwań pracowników. Szacujemy, że w jej wyniku wynajmowane powierzchnie biurowe mogą zmniejszyć się o około 20%.

Co to oznacza dla rynku? Dwie strategie

Wzrost podaży i spadek popytu są nieuniknione. Ich efektem będzie wzrost pustostanów, który wpłynie na spadek stawek czynszu. Jednak u niektórych właścicieli budynków biurowych będą to jedynie korekty. Widzimy dwie główne strategie.

Pierwsza z nich jest oczywista – obniżka czynszów, zarówno tych bazowych, jak i efektywnych. Będzie to dotyczyć przede wszystkim budynków, w których poziom komercjalizacji jest niski, w wyniku czego właściciele będą musieli mocno konkurować o najemców. Na rynku znajdzie się wiele firm, które będą chciały skorzystać z okazyjnych ofert najmu. I istnieje duże prawdopodobieństwo, że je znajdą, bo część właścicieli będzie oferować czynsze znacznie niższe niż w zakładanych planach.

Drugą strategię mogą zastosować wybrane podmioty – wynajmujący, którzy podpisali umowy najmu w ostatnich dwóch latach i nie będą chcieli ich renegocjować. Będą czekali do ostatniego momentu, czyli do końca 2022, 2023 roku, mając nadzieję, ze rynek zacznie się stabilizować i wróci do stawek z roku 2019.

Już dziś obserwujemy lekkie spadki czynszów, jednak warszawski rynek biurowy od lat udowadnia, że jest silny i nawet tymczasowe spadki nie powinny wpłynąć długofalowo na jego kluczowe wskaźniki.

\Komentarz Katarzyny Tasarek-Skrok, dyrektor w Dziale Powierzchni Biurowych w Colliers International

Columbus Energy został członkiem European Clean Hydrogen Alliance

Columbus, wiodący dostawca usług na rynku nowoczesnej energetyki, przystąpił do powołanego przez Komisję Europejską sojuszu na rzecz czystego wodoru. European Clean Hydrogen Alliance skupia różnych interesariuszy – spółki produkcyjne, wykonawcze, instytucje naukowe, władze publiczne, organizacje pozarządowe oraz instytucje finansowe, zainteresowane rozwojem gospodarki wodorowej w Unii Europejskiej.

European Clean Hydrogen Alliance (ECH2A) to nowa organizacja, powołana w lipcu 2020 r., w ramach Nowej Strategii Przemysłowej dla Europy. Celem inicjatywy jest ambitne wdrażanie i rozwijanie odnawialnych oraz niskoemisyjnych technologii wodorowych, związanych z jego produkcją i wykorzystaniem w różnych sektorach gospodarki. Technologie wodorowe mają wspomóc realizację zobowiązań UE do osiągnięcia neutralności klimatycznej do 2050 r.

– Nasze członkostwo w sojuszu na rzecz czystego wodoru jest związane z pionierskim krajowym projektem klastra energetycznego, do którego zostaliśmy zaproszeni jako partner. Wykorzystując know-how, wypracowane przez ostatnie sześć lat działalności, będziemy odpowiedzialni za stworzenie lokalnej produkcji wodoru z fotowoltaiki, a także systemu jego magazynowania i dystrybucji – tłumaczy Dawid Zieliński, Prezes Zarządu Columbus Energy S.A. – Jako członek European Clean Hydrogen Alliance, będziemy dzielić się wiedzą i doświadczeniem w realizacji projektów z branży OZE. Cieszymy się, że będziemy mogli wspólnie z europejskimi liderami aktywnie uczestniczyć w budowaniu energetycznej przyszłości Europy.

Do tej pory do sojuszu przystąpiło ponad 730 organizacji z całej Europy, wśród których są największe światowe koncerny energetyczne, w tym także polskie: PKN Orlen, Grupa Lotos czy PGNiG. Wspólnie z organizacjami z innych branż, instytucjami rządowymi i samorządowymi, naukowymi oraz finansowymi, członkowie ECH2A będą pracować nad utworzeniem wodorowego ekosystemu w Europie, który dostarczy czystą energię dla wielu sektorów gospodarki, m.in. transportu, przemysłu, energetyki czy ciepłownictwa.

Warto dodać, że również w listopadzie Columbus przystąpił też do partnerstwa na rzecz rozwoju przemysłu fotowoltaicznego – projektu zainicjowanego przez Ministerstwo Klimatu i Środowiska. Celem krajowego projektu jest zapewnienie dynamicznego rozwoju sektora fotowoltaiki w Polsce przez współpracę rządu, administracji oraz przedstawicieli branży PV. Podobnie jak w sojuszu na rzecz czystego wodoru, organizacje działające w ramach polskiego projektu będą się dzielić wiedzą i wspólnie wypracowywać rozwiązania, pozwalające rozwijać krajową branżę fotowoltaiki oraz wnosić wkład w Europejski Zielony Ład.

Berg Holding S.A.: spółka Columbus&Farmy zrealizuje kolejne projekty fotowoltaiczne

Berg Holding S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, poinformowała, że spółki zależna od Farmy Fotowoltaiki S.A. – Columbus & Farmy Sp. z o.o. – zawarła umowę z Deweloperem na budowę farm fotowoltaicznych. Deweloper przygotuje i wykona projekty co najmniej 4 farm fotowoltaicznych o mocy nie mniejszej niż 10 MWp i nie większej niż 50 MWp każda.

Spółka współzależna do spółki Farmy Fotowoltaiki S.A., wchodzącej w skład Grupy Kapitałowej Berg Holding S.A., Columbus & Farmy Sp. z o.o. podpisała w dniu 20 listopada 2020 r. z podmiotem zajmującym się profesjonalnie budową farm fotowoltaicznych (Deweloper) umowę na realizację projektów farm fotowoltaicznych. Zgodnie z umową spółki ustaliły zasady współpracy w zakresie realizacji przez Dewelopera na rzecz Columbus & Farmy Sp. z o.o. usług obejmujących przygotowanie i realizację co najmniej 4 farm fotowoltaicznych o mocy nie mniejszej niż 10 MWp i nie większej niż 50 MWp każda. Deweloper przejmuje na siebie wszelkie obowiązki zmierzające do kompleksowego wsparcia przy realizacji określonych w umowie projektów, m.in. zobowiązany będzie do realizacji szeregu czynności i opracowania dokumentacji związanej z przygotowaniem pod względem technicznym i formalnoprawnym inwestycji w postaci budowy farm fotowoltaicznych. Dla każdego Projektu C&F utworzy spółki celowe, a Deweloper będzie otrzymywał ustalone wynagrodzenie w wysokości wynoszącej odpowiednio iloczyn ilości zrealizowanych projektów w postaci farm fotowoltaicznych. Zarząd Spółki jest przekonany, że realizacja kolejnych projektów przełoży się pozytywnie na wyniki finansowe i rozwój spółek Columbus & Farmy Sp. z o.o. oraz Farmy Fotowoltaiki S.A.

„Obecnie spółka Columbus&Farmy rozpoczęła realizację ponad 25 projektów farm fotowoltaicznych o mocy do 1 MW.” – komentuje Kamil Kita, Prezes Zarządu Farm Fotowoltaiki SA – wspólnie z Columbus Energy zdecydowaliśmy, że kolejna umowa przyspieszy realizację założeń planowanej strategii. Do tej pory łączna moc naszych projektów wynosiła 31 MW. Współpraca z Deweloperem w ramach umowy z 20 listopada gwarantuje nam kolejne projekty o mocy od 40 do 200 MWp. Oznacza to, że w perspektywie 24 miesięcy możemy przekroczyć moc 100 MWp.

Spółka współzależna od Farmy Fotowoltaiki S.A. – Columbus & Farmy Sp. z o.o., w której Farmy Fotowaltiki S.A. posiadają 50% udziałów, podpisała w ostatnim czasie kilka istotnych umów. Wszystkie z nich dotyczą przede wszystkim realizacji kolejnych projektów farm fotowoltaicznych. Jest to zgodne z założeniami przyjętej strategii rozwoju Farmy Fotowoltaiki S.A. Jej główne założenia obejmują rozpoczęcie współpracy z partnerem branżowym, będącym liderem na rynku – Columbus Energy S.A. – w zakresie rozwijania projektów farm fotowoltaicznych oraz powstanie pierwszej spółki celowej F1 Sp. z o.o. z własnym gruntem. Farmy Fotowoltaiki S.A. planują dokonywać zakupu lub dzierżawy działek pod budowę farm fotowoltaicznych o mocy min. 1 MWe lub gruntów na własny użytek. W 2021 r. spółka zamierza realizować projekty od 1 do 10 MWe, natomiast w 2022 r. projekty do 40 MWe. Spółka chce także inwestować w podmioty działające na rynku fotowoltaicznym poprzez zakup udziałów na poziomie od 5% do 45% w wybranych podmiotach. Farmy Fotowoltaiki S.A. będą dążyły do rozwoju sieci wykonawczej i dystrybucji poprzez zawiązywanie współpracy z kolejnymi partnerami i firmami projektowo-montażowymi oraz do rozwoju zaplecza techniczno-handlowego i badawczego poprzez budowę własnego zespołu firm podwykonawczych, w systemie relacji B2B. Spółka będzie też budowała bazę inwestorów zainteresowanych zakupem farm fotowoltaicznych oraz inwestycją w branży fotowoltaiki. Farmy Fotowoltaiki S.A. będą chciały pozyskać kapitał zewnętrzny w kwocie do 10 mln zł do końca 2022 r., który zostanie przeznaczony na sfinansowanie bieżącej działalności.

„Dzięki podpisanej umowie znacznie przyspieszyliśmy realizację pierwotnych założeń strategii.” – dodaje Kamil Kita – zgodnie z przyjętym planem zakładaliśmy realizację projektów o mocy ponad 10 MWp dopiero w 2022 roku. Udało nam się jednak nawiązać współpracę, która spowoduje rozpoczęcie tych projektów już teraz. To duży krok dla naszej grupy kapitałowej i z pewnością wpłynie na kształtowanie wyników finansowych.

Berg Holding S.A. zakończył 2019 r. zyskiem netto w wysokości ponad 2,1 mln zł przy przychodach netto ze sprzedaży przekraczających 22,8 mln zł. Wartość aktywów Spółki na koniec 2019 r. ukształtowała się na poziomie blisko 89,8 mln zł. Spółka planuje podjąć działania mające na celu spełnienie przez nią warunków niezbędnych do przeniesienia notowań na główny rynek Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

Koronawirus uderza w kieszenie Polaków. Co drugi planuje w ciągu najbliższego roku zacząć oszczędzać

Ogłoszona w połowie marca br. pandemia koronawirusa wprowadziła polską gospodarkę, a w konsekwencji także rynek pracy, w spore zawirowania. Wiele przedsiębiorstw z dnia na dzień musiało w ramach cięcia kosztów zredukować część etatów. Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego (GUS), na koniec września 2020 r. stopa bezrobocia zarejestrowanego wyniosła 6,1 proc. i była o 1 p.p. wyższa niż w analogicznym okresie 2019 r. Okazuje się, że niepewność dotycząca najbliższej przyszłości skłoniła Polaków do większej kontroli wydatków i gromadzenia kapitału na czarną godzinę. Zgodnie z najnowszym badaniem Nationale-Nederlanden, aż 77 proc. ankietowanych potwierdza, że odkłada pieniądze z myślą o oszczędzaniu, choć jedynie połowa z nich robi to przynajmniej raz w miesiącu.

Na kontach Polaków raczej zaskórniaki

Choć trzy czwarte Polaków biorących udział w badaniu Nationale-Nederlanden deklaruje oszczędzanie z myślą o przyszłości, to na ogół ciężko im wygospodarować sumy, które mogłoby być dla nich realnym wsparciem w kolejnych latach. U jednej trzeciej ankietowanych zgromadzone oszczędności sięgają jedynie do 5 tys. zł, a więc mniej niż półtorej średniej krajowej pensji netto. Posiadanie od 5 do 10 tys. zł deklaruje 16 proc. badanych, natomiast co dziesiąty zapewnia, że ma w zanadrzu odłożoną sumę rzędu 10-25 tys. zł. Tymczasem eksperci podkreślają, że nasza poduszka finansowa powinna wynosić co najmniej wysokość sześciu wypłat.

Uczestnicy badania odkładają raczej niewielkie kwoty. Zaledwie jeden na pięciu gromadzi miesięcznie więcej niż 500 zł. Niestety nie wszyscy decydują się na regularne oszczędzanie. Niemal co piąty badany przyznaje, że odkłada rzadziej niż raz na 3 miesiące. Patrząc na tę częstotliwość, można odnieść wrażenie, że większość Polaków wciąż myśli o pieniądzach jedynie w perspektywie bieżącego miesiąca. Jeśli jednak wierzyć deklaracjom ankietowanych, to nieco ponad jedna czwarta planuje w ciągu najbliższego roku zwiększyć zbieraną kwotę, z kolei blisko 70 proc. utrzymać jej dotychczasowy poziom.

Oszczędzamy na wszelki wypadek

Gdy już decydujemy się na oszczędzanie, to robimy to głównie na wypadek niespodziewanych sytuacji – taką motywację wskazuje średnio dwie trzecie respondentów, niezależnie od tego, czy odkładają mniejsze czy większe sumy. Wśród osób, które gromadzą do 200 zł miesięcznie co czwarta zbiera na podróże, a blisko co piąta na remont domu lub mieszkania. Tymczasem z myślą o emeryturze odkłada zaledwie 9 proc. badanych.

Osoby, które miesięcznie oszczędzają powyżej 200 zł, mają zdecydowanie więcej celów do zrealizowania. Częściej kumulują pieniądze z myślą o przyszłości swoich dzieci – ich edukacji oraz własnym kącie, ale także na czas po zakończeniu aktywności zawodowej – mówi Katarzyna Czupa, analityk ds. programów emerytalnych w Nationale-Nederlanden PTE. – Wśród respondentów naszego badania niemal połowa chciałaby zacząć oszczędzać w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Natomiast osoby, które nie mają takiego zamiaru, w trzech na czterech przypadkach tłumaczą to kiepską sytuacją materialną. Są też tacy, którzy zamiast odkładać, wolą zarobione pieniądze przeznaczyć na bieżące przyjemności. W tych niepewnych czasach, w których obecnie funkcjonujemy, warto mieć jednak w pogotowiu nawet niewielkie oszczędności. Mogą się one okazać pomocne w przypadku nieplanowanych wydatków – dodaje.

Prognozy na przyszłość

Wyobrażenia Polaków na temat ich sytuacji materialnej w niedalekiej przyszłości nie są jednoznaczne. Blisko 40 proc. z nich spodziewa się w ciągu najbliższych 5 lat poprawy swoich finansów. W tej grupie przeważają przede wszystkim osoby do 34. roku życia. Wraz z wiekiem ten optymizm maleje. O tym, że może być gorzej niż do tej pory, myśli co piąty ankietowany. Bardziej pesymistycznie do sprawy podchodzą kobiety.

Nastroje te nie powinny jednak dziwić. Rozwój pandemii i wprowadzenie na nowo obostrzeń powoduje, że wielu z nas czuje się niepewnie o swoją sytuację. Potwierdzają to zresztą najnowsze dane firmy doradczej Deloitte, które wykazują, że na przełomie września i października wzrosły nasze obawy o finanse oraz te związane z utrzymaniem obecnej pracy. W obliczu dynamicznie rozprzestrzeniającego się wirusa SARS-CoV-2, aż 65 proc. Polaków martwi się stanem swoich oszczędności, a ponad jednej czwartej (28 proc.) towarzyszy lęk dotyczący utraty etatu.

Oszczędzać czy inwestować – oto jest pytanie

Niewiadoma dotycząca jutra powinna skłaniać Polaków do oszczędzania na własną rękę. Na rynku dostępnych jest dziś kilka ciekawych produktów, które pozwalają budować poduszkę finansową na emeryturę – IKE, IKZE oraz PPK. Dzięki IKZE można skorzystać z ulgi podatkowej – wpłaty na IKZE obniżają podstawę opodatkowania, w 2020 r. nawet o 2007 zł. Natomiast w PPK oszczędzać pomaga pracodawca i państwo, co jest dużym wsparciem.

Pomimo dostępnych możliwości zdecydowana większość uczestników badania Nationale-Nederlanden woli jednak oszczędzać niż inwestować. Osoby, które noszą się z zamiarem odkładania pieniędzy, myślą głównie o bezpiecznych sposobach takich jak konto oszczędnościowe (40 proc.) czy gromadzenie gotówki (31 proc.). Zainteresowanie inwestowaniem w akcje potwierdza natomiast 6 proc. respondentów, a w fundusze inwestycyjne zaledwie 2 proc. Co piąty uczestnik deklaruje, że żaden czynnik nie przekonałoby go do tej formy.

 Obecna sytuacja rynkowa związana z pandemią koronawirusa, a także niepewny los OFE, spowodowały, że część Polaków jest nieufna wobec funduszy inwestycyjnych i programów długoterminowego oszczędzania. Nieustannie zwracamy więc uwagę, że kluczem do powodzenia w inwestycjach jest ich systematyczność. Regularność, a więc wpłacanie do funduszy nawet drobnych kwot, najlepiej co miesiąc, pozwala nie tylko obronić się przed okresowymi spadkami na giełdach, ale w długim terminie daje szansę na pomnożenie kapitału. Naszym zdaniem Pracownicze Plany Kapitałowe, które służą właśnie takiemu regularnemu odkładaniu, zachęcą do inwestowania na przyszłość. Gdy uczestnicy PPK zobaczą, że ich kapitał systematycznie rośnie, nabiorą zaufania do inwestycji – mówi Katarzyna Czupa.

***

Badanie postaw Polaków wobec oszczędzania i inwestowania zostało zrealizowane na zlecenie Nationale-Nederlanden przez agencję smartscope w dniach 21-25 października 2020 roku. W ramach badania ilościowego przeprowadzono wywiady przy użyciu techniki CAWI, na grupie dorosłych Polaków (n=1076).

Trzymajmy się pozytywów

Na początku tygodnia łatwiej jest o szukanie powodów do bycia optymistą, co pomaga aktywom ryzykownym. Kolejne pozytywne wieści w temacie szczepionek, skuteczności i dystrybucji, połączone z powracającym tematem pakietu fiskalnego USA nadają rytm apetytowi na ryzyko. Nawet przewidywane tąpnięcia w indeksach PMI z Europy nie powinny popsuć humorów.

Po ubiegłym tygodniu rozważań, co jest ważniejsze dla krótkoterminowego trendu na rynkach – bieżące ponure statystyki zachorowań na koronawirusa czy perspektywy odbicia ożywienia z pomocą szczepionek – po weekendzie górę zaczyna brać druga opcja. Pomocne są doniesienia od kolejnej firmy badawczej – tym razem AstraZeneca – wskazujące na wysoką skuteczność szczepionki przeciw COVID-19 w testach klinicznych i gotowość do produkcji do 3 mld dawek leku w 2021 r. Jeszcze w piątek Pfizer złożył wniosek o zatwierdzenie szczepionki w USA i przy pozytywnym rozpatrzeniu szczepienia mogą wystartować nawet już 11 grudnia. Progres może też pojawić się w sprawie pakietu fiskalnego w USA. Zespół prezydenta-elekta Bidena ma naciskać na Demokratów z Kongresu by zgodzili się na mniejszy pakiet, łatwiejszy do zyskania aprobaty Republikanów, aby w ten sposób ograniczyć ryzyko ponownej recesji. Wszystko stwarza warunki, by przed końcem roku rynki finansowe pokusiły się o jeszcze jeden zryw optymizmu i rajd ryzyka, zanim przyjdzie okołoświąteczne wyciszenie.

Na przeszkodzie dla rozwinięcia się nieburzonego optymizmu w poniedziałek stoją raporty o aktywności gospodarczej w Europie. Surowe obostrzenia i lockdowny na terenie Europy znajdą swoje odbicie w spadkach indeksów PMI z większym wpływem na sektor usługowy. Dane o mobilności wskazują na istotne spowolnienie aktywności, ale nie tak silne jak wiosną. Firmy są lepiej przygotowane na restrykcje, a lockdown nie uderzył tak mocno w sektor wytwórczy. W rezultacie efekty jesiennych restrykcji powinny być mniejsze niż wiosennych. Niezależnie od tego spadek indeksów poniżej granicy 50 pkt. tylko potwierdzi, że w IV kw. recesja wróciła do strefy euro. Podobnie dane z Wielkiej Brytanii będą słabe i też szczególnie w usługach wraz z ujawnieniem się skutków drugiego lockdownu. Inwestorzy są przygotowani na złe dane, ale emocje menedżerów mogą być na tyle silne, by wskaźniki zaskoczyły głębszym spadkiem. Z drugiej strony firmy nauczone wydarzeniami z wiosny, mogą spokojniej podchodzić do oceny sytuacji. Jakkolwiek ryzyko przy danych jest większe po stronie negatywnych zaskoczeń, tak reakcja rynków powinna być silniejsza w przypadku pozytywnych niespodzianek, szczególnie w postawie przemysłu. W kontekście pozytywnej fali, jaka się rozwija na początku tygodnia, mentalność szklanki do połowy pełnej będzie wymuszać skupie uwagi na pozytywnych elementach raportów, a reakcja na słabe odczyty powinna być przejściowa.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Połączenie fotowoltaiki z pompą ciepła pozwala uniknąć opłat za prąd i ogrzewanie. Nawet połowę takiej inwestycji można sfinansować z rządowych dotacji

0

Domowe instalacje fotowoltaiczne stają się coraz popularniejszym sposobem na produkowanie własnej energii. – Ma je już 300 tys. domów, a jest ich w Polsce ponad 5 mln. To pokazuje ogromny potencjał wzrostu tego rynku – mówi Bartosz Majewski z Edison Energia. Energia z własnej instalacji jest czystsza niż ta pochodząca ze źródeł tradycyjnych, a połączenie jej z własną pompą ciepła daje gospodarstwom domowym możliwość jeszcze większych oszczędności. Tym bardziej że taką inwestycję można nawet w połowie sfinansować z rządowych dotacji, m.in. ulgi termomodernizacyjnej umożliwiającej odliczenie do 53 tys. zł od podstawy opodatkowania.

– Fotowoltaika, zwłaszcza prosumencka, jest teraz głównym motorem napędowym polskiej transformacji energetycznej. Przed Polską stoją bardzo ambitne cele klimatyczne, które musimy zrealizować w krótkim terminie, do 2030 roku, a inne technologie OZE nie rozwijają się wystarczająco szybko, żeby pozwolić nam sprostać tym wymaganiom. Natomiast instalacje fotowoltaiczne – zarówno projekty farmowe, jak i przydomowe instalacje PV – powstają na bieżąco. W tym roku Polska przekroczy już 3 GW mocy zainstalowanych w fotowoltaice – mówi agencji Newseria Biznes Bartosz Majewski, członek zarządu ds. operacyjnych Edison Energia.

Według danych Polskich Sieci Energetycznych na początku października br. moc zainstalowana instalacji fotowoltaicznych w Krajowym Systemie Elektroenergetycznym (KSE) wyniosła 2682,7 MW. To oznacza wzrost o 166,3 proc. rok do roku i o 6,1 proc. w skali miesiąca.

Instytut Energetyki Odnawialnej prognozuje z kolei, że ta branża ma przed sobą świetlaną przyszłość. W 2025 roku moc zainstalowana PV w Krajowym Systemie Elektroenergetycznym sięgnie już 7,8 GW, podczas gdy jeszcze w 2014 roku wynosiła zaledwie 20 MW. Pod względem przyrostu nowych mocy Polska plasuje się w tej chwili na piątym miejscu w UE i jest jednym z najszybciej rozwijających się rynków.

– Fotowoltaika w Polsce będzie się rozwijać jeszcze przez wiele lat. Tylko w segmencie prosumenckim w tym momencie instalacje PV są zainstalowane w ok. 300 tys. gospodarstw domowych w Polsce. Natomiast domów jednorodzinnych i dwurodzinnych mamy w kraju ponad 5 mln. To oznacza, że jest jeszcze ogromny potencjał, żeby te instalacje pojawiały się na kolejnych budynkach – mówi członek zarządu Edison Energia..

Boom na instalacje fotowoltaiczne w Polsce napędziły m.in. nowelizacja ustawy o OZE zmieniająca definicję prosumenta, spadek cen paneli PV i obniżenie stawki podatku VAT. Jednak przede wszystkim jest to zasługa rządowych dotacji w ramach programów takich jak Agroenergia czy Mój Prąd. Ten ostatni jest jednym z największych w Europie programów dofinansowania do prosumenckich instalacji fotowoltaicznych o mocy 2–10 kW.

– Fotowoltaika jest wspierana w różny sposób przez większość państw europejskich. Włochy w ramach programu pocovidowej odbudowy wdrożyły program wsparcia, w którym prosumenci otrzymują rabaty podatkowe lub dotacje w wysokości nawet do 110 proc. wartości instalacji. Z kolei w Belgii jest teraz wdrażany program podobny do Mojego Prądu, mimo że kraj ten jest dużo bardziej od nas zaawansowany pod względem liczby instalacji prosumenckich – mówi Bartosz Majewski.

Na początku listopada do NFOŚiGW wpłynął 200-tysięczny wniosek o dofinansowanie, który wyczerpał opiewający na 1 mld zł budżet programu Mój Prąd. Pula została jednak powiększona o dodatkowe 100 mln zł, co pozwoli skorzystać z dotacji jeszcze ok. 20 tys. gospodarstw domowych (nabór trwa do 18 grudnia br.). Łączna moc instalacji, które powstały dzięki programowi, to 1,2 GW.

– W tym momencie rozwój fotowoltaiki w Polsce jest wspierany głównie za pośrednictwem programu Mój Prąd, który, miejmy nadzieję, będzie kontynuowany w kolejnym roku. Drugą formą wsparcia jest ulga termomodernizacyjna, która zostaje utrzymana, z czego się bardzo cieszymy. I trzecią, być może najważniejszą, jest tzw. net metering, czyli system umożliwiający bilansowanie wyprodukowanej przez instalację domową nadwyżki energii z energią konsumowaną z sieci w czasie, kiedy nasza instalacja nie jest w stanie pokryć całego zapotrzebowania. To właśnie ten trzeci komponent, wprowadzony w 2016 roku, umożliwił rozwój fotowoltaiki prosumenckiej w Polsce na skalę, którą widzimy obecnie – ocenia członek zarządu Edison Energia.

Jak podkreśla, przydomowe instalacje PV są w Polsce coraz popularniejszym sposobem na produkowanie własnej energii. Połączenie ich z własną pompą ciepła daje gospodarstwom domowym możliwość jeszcze efektywniejszego wykorzystania energii wytworzonej przez instalację PV.

 Instalacja fotowoltaiczna produkuje energię elektryczną, która jest potrzebna do zasilenia produkcji ciepła przez pompę ciepła. Połączenie tych dwóch rozwiązań zapewnia więc jednocześnie darmowe ciepło i darmowy prąd ze słońca. To zapewnia jeszcze większe oszczędności na rachunkach – podkreśla Kamil Sankowski, członek zarządu ds. sprzedaży Edison Energia.

Firma Edison Energia jest jedną z najszybciej rozwijających się polskich spółek energetycznych, co miesiąc realizującą ponad 1,2 tys. instalacji PV. Niedawno zawarła też partnerstwo technologiczne z producentem pomp ciepła, marką Buderus, należącą do największego producenta systemów grzewczych w Europie – Grupy Bosch Thermotechnik GmbH. Dzięki temu klienci będą mogli skorzystać z obu rozwiązań – czyli montażu instalacji PV i zintegrowanej z nią, własnej pompy ciepła – od jednego dostawcy. Co istotne, gospodarstwa domowe, które zechcą skorzystać z takiego pakietu, mogą liczyć na rządowe dofinansowanie.

 Fotowoltaika z pompą ciepła najlepiej sprawdzają się w domach jednorodzinnych i korzystają z nich najczęściej konsumenci, do których skierowane są programy Czyste Powietrze i Stop Smog. Mogą oni otrzymać wysokie dofinansowanie, żeby wymienić swoje stare źródło grzewcze właśnie na pompę ciepła. W ramach programu Czyste Powietrze mogą też otrzymać 5 tys. zł dotacji na instalację fotowoltaiczną. Całość dofinansowania możemy jeszcze powiększyć o ulgę termomodernizacyjną i wtedy dofinansowanie na obie technologie sięga nawet 50 proc. – wskazuje Kamil Sankowski.

Zaufanie globalnych inwestorów do rynków wschodzących jest w czasie pandemii ograniczone. Dla Polski może to oznaczać mniejsze inwestycje

Choć zadłużenie Polski na razie na tle innych krajów Europy nie jest wysokie, a ostatnie 30 lat było okresem gospodarczych sukcesów, inwestorzy wciąż z ograniczonym zaufaniem podchodzą do naszego rynku. Podobnie jak do innych krajów zaliczanych do grupy państw wschodzących. Dodatkowo trend ten nasiliła pandemia. Dlatego zdaniem prof. Stanisława Gomułki, byłego wiceministra finansów, rząd powinien uważać na poziom zadłużenia, by nie powtórzył się scenariusz grecki, i stosować się do wymagań Unii Europejskiej ws. praworządności. Obniżenie unijnego finansowania będzie bowiem skutkowało głębszą recesją.

– Prawdopodobnie w tym roku, a w przyszłym tym bardziej, przekroczymy konstytucyjny próg 60 proc. zadłużenia publicznego do PKB. Gdyby doszło do jeszcze większego przekroczenia, niż prognozuje Ministerstwo Finansów, np. 70, 80 czy 90 proc., to wtedy wchodzimy na tzw. ścieżkę grecką z bardzo niedobrymi konsekwencjami, z bardzo silnym wzrostem kosztu obsługi długu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Centre Club. – Jesteśmy jeszcze daleko od tego, co się stało w Grecji w roku 2008, ale tam wówczas przyszła pomoc ze strony Europejskiego Banku Centralnego, a Polska nie jest członkiem strefy euro i nie może liczyć na tego rodzaju pomoc.

Na koniec II kwartału 2020 roku dług publiczny Polski wyniósł 1,256 bln zł, o ponad 200 mld zł więcej niż rok wcześniej. To według wyliczeń Eurostatu 55,1 proc. PKB. Na skutek pandemii i lockdownów znowelizowana ustawa budżetowa przewiduje w tym roku 109,3 mld zł deficytu (choć premier Mateusz Morawiecki zapowiedział, że będzie prawdopodobnie niższy, nie podając jednak konkretnych kwot). Na 2021 rok rząd założył w budżecie niedobór nie wyższy niż 82,3 mld zł. Ponieważ przed koronawirusem zakładano na bieżący rok osiągnięcie równowagi między dochodami i wydatkami państwa, tylko w ciągu tych dwóch lat sam rządowy dług może wzrosnąć o niemal 200 mld zł.

Pomoc w odbudowie, jaką oferuje Unia Europejska, jest znaczna i bardzo ważne, żeby z niej w pełni skorzystać. Dlatego Polska powinna ściśle współpracować z Komisją Europejską i Parlamentem Europejskim – mówi główny ekonomista Business Centre Club. – Pogorszenie relacji między Polską a UE może być jednym z czynników osłabiających możliwości obronne gospodarki kraju.

Unijny budżet na lata 2021–2027 wraz z Funduszem Odbudowy opiewa na przeszło 1,8 bln euro. Część unijnych krajów domaga się jednak powiązania wypłat lub ich wysokości z przestrzeganiem praworządności, a tu Bruksela ma do Polski (i Węgier) wiele zastrzeżeń, takich jak choćby naruszenie trójpodziału władzy czy sposób powołania sędziów TK. Jeśli to powiązanie stanie się faktem, polski rząd zapowiedział zdecydowany sprzeciw i zawetowanie budżetu. To może wpłynąć na postrzeganie Polski przez inwestorów globalnych. Tym bardziej że nawet pomimo sukcesów, jakie polska gospodarka osiągnęła w ciągu ostatnich 30 lat, nasz kraj wciąż zaliczany jest przez nich do tzw. rynków wschodzących. Zagraniczni inwestorzy z dystansem patrzą na Warszawę, co widać choćby po wycenie akcji polskich spółek czy kursie złotego w dłuższej perspektywie.

WIG20, indeks największych spółek na warszawskiej giełdzie, jest obecnie na poziomie ok. 1800 punktów, nie tylko bardzo odległym od rekordowych niemal 4 tys. z października 2007 roku, ale też o 1 tys. punktów niżej niż jeszcze w styczniu 2018 roku. Indeks szerokiego rynku WIG, choć lepiej sobie poradził z odrobieniem strat po 2008 roku, też w ciągu niecałych trzech lat stracił ponad 27 proc. Złoty natomiast przez trzy lata osłabił się do euro o ponad 7 proc., a wobec dolara o ponad 6 proc.

Jesteśmy krajem o ograniczonym zaufaniu na rynkach międzynarodowych. W dalszym ciągu nasze bogactwo, zarówno finansowe, jak i rzeczowe, jest dużo mniejsze w relacji na mieszkańca niż w Niemczech czy Stanach Zjednoczonych, bo odnieśliśmy duży sukces w odbudowie naszego PKB, ale jeszcze nie w odbudowie naszego bogactwa – wyjaśnia prof. Stanisław Gomułka. – Zmniejszanie się wyceny akcji polskich przedsiębiorstw w znacznej skali jest sygnałem, że na światowych rynkach finansowych nasza wiarygodność nie jest wysoka. Dlatego skutki tej pandemii są silniejsze w Polsce niż w innych krajach.

Od początku marca br. WIG20 zanotował spadek o 23 proc., a WIG – o 14 proc. Złoty osłabił się do euro o niecałe 4 proc., a do dolara – o mniej niż 3 proc. W pierwszych dwóch miesiącach pandemii osłabienie było jednak dwa razy silniejsze.

Według zestawienia GfK Polonia siła nabywcza statystycznego Polaka w 2020 roku plasuje nasz kraj na 28. miejscu spośród 42 państw europejskich i stanowi równowartość 7143 euro. Średnia dla wszystkich branych pod uwagę krajów wynosi niemal dwa razy tyle: 13 894 euro. Nawet w najbogatszej Warszawie dochód nie sięga takiego poziomu (12 120 euro). Tymczasem najzamożniejsi na kontynencie mieszkańcy Liechtensteinu mają do dyspozycji 64 240 euro. Silniejsze skutki pandemii oznaczają zaś, że pogoń za najbogatszymi ulegnie spowolnieniu.

 – W opinii ekonomistów spadki inwestycji w tym roku są między 10 a 20 proc., a inwestycje już wcześniej nie były wysokie. Jeżeli będą utrzymywać się na niskim poziomie, oznacza to ograniczone tempo wzrostu gospodarczego w najbliższych kilku latach – ostrzega prof. Stanisław Gomułka. – Liczymy jednak na to, że pojawienie się odpowiednich szczepionek oraz poprawa sytuacji w Europie i na świecie od połowy przyszłego roku spowodują, że będziemy mieć odbicie pozwalające na powrót do tego, co było w roku 2019. Zatem przez dwa lata będziemy mieć średnio zerowy wzrost gospodarczy ze wszystkimi tego konsekwencjami.

W czasie pandemii wzrosty obciążenia sieci sięgają 50 proc. Rośnie zapotrzebowanie na technologię światłowodową

Lockdown i gwałtowny wzrost obciążenia sieci spowodowany m.in. powszechną nauką i pracą zdalną był stress testem dla operatorów i infrastruktury telekomunikacyjnej. W sieci Orange ruch wzrósł w szczytowym momencie o ponad połowę, a w sieci mobilnej o ¼. Jak pokazują dane operatora, w kryzysowych warunkach swoją przewagę pokazał światłowód, który pozwolił użytkownikom przesyłać o ok. 30 proc. więcej danych niż starsze technologie dostępu do internetu. – Na inwestycje w sieć światłowodową przeznaczamy 700–800 mln zł rocznie – mówi Maciej Nowohoński, członek zarządu Orange Polska. W  zasięgu tej technologii jest już prawie 5 mln gospodarstw domowych w Polsce.

W czasie lockdownu spowodowanego pandemią COVID-19 prywatne i zawodowe życie Polaków przeniosło się do sieci. Jak pokazało lipcowe badanie IMAS International na zlecenie KRD, ponad połowa z nas (56,5 proc.) w czasie pandemii częściej sięga po telefon, a podobny odsetek (54,3 proc.) częściej korzysta z internetu. Czas spędzany w sieci bądź z komórką w dłoni wydłużył się najczęściej o 2-4 godziny.

Z wrześniowego badania Dentsu Aegis wynika natomiast, że w pandemicznych miesiącach wzrosło korzystanie z mediów, w tym społecznościowych i digitalowych. Tutaj także ponad połowa Polaków (56 proc.) przyznała, że obecnie częściej korzysta z komunikatorów takich jak np. Messenger, 27 proc. częściej prowadzi wideorozmowy (np. poprzez Skype’a lub Zooma), a 15 proc. wykorzystuje internet do nauki online. Częstsze korzystanie z sieci wynika też z pracy zdalnej, a – jak pokazało badanie Dentsu – w ciągu ostatnich sześciu miesięcy na home office pracowało 46 proc. Polaków.

Gwałtowny wzrost obciążenia sieci był wyzwaniem dla infrastruktury telekomunikacyjnej wszystkich operatorów. W pierwszych dniach lockdownu – po wprowadzeniu powszechnej nauki i pracy zdalnej – ruch w sieci Orange wzrósł w szczytowym momencie o ponad połowę, a w sieci mobilnej o ¼.

– Obie sieci sprawdziły się doskonale, m.in. dzięki temu, że są odpowiednio doinwestowane. Tyko na inwestycje w sieć światłowodową przeznaczamy 700800 mln zł rocznie, a kolejnych kilkaset milionów inwestujemy w sieci mobilne. Ta sytuacja była dla nas testem, który zdaliśmy znakomicie, ale też jeszcze bardziej podkreśliła istotną rolę, jaką odgrywa w tej chwili w Polsce sieć światłowodowa – mówi Maciej Nowohoński.

Chociaż w ostatnich latach operatorzy telekomunikacyjni prowadzili wielomiliardowe inwestycje w sieci, wspierane przez środki i programy unijne, to lockdown i zdalne lekcje pokazały, że nadal w wielu miejscach Polski dostęp do szerokopasmowego i stabilnego łącza wciąż pozostaje w sferze potrzeb. W kryzysowych warunkach przewagę okazał się mieć światłowód, pozwalając użytkownikom przesyłać średnio o 30 proc. więcej danych niż starsze technologie.

Przewagami światłowodu są też mniejsza energochłonność i ekologia. W przypadku sieci światłowodowej uśrednione zużycie energii elektrycznej na klienta FTTH (ang. fiber to the home) może być od kilku do nawet kilkunastu razy niższe niż w starszych technologiach stacjonarnego dostępu do internetu bazujących na miedzi. Dzięki możliwościom łączy optycznych do jednego urządzenia agregującego po stronie sieci (czyli technicznego zaplecza operatora) może być podłączonych więcej klientów, bez utraty jakości usługi. Co istotne, w miarę rozwoju światłowód staje się coraz bardziej efektywny. W tej chwili aby zapewnić szybki internet za pośrednictwem światłowodu Orange potrzeba czterokrotnie mniej energii niż jeszcze w 2015 roku, kiedy operator wprowadził tę technologię na rynek.

– Około połowa gospodarstw domowych w Polsce ma dziś dostęp do szybkiego internetu o przepustowości co najmniej 100 MB/s. Można więc powiedzieć, że jesteśmy w połowie drogi. Światłowód to technologia, która na dzisiaj jest najlepszym rozwiązaniem w zakresie dostępu do internetu. Jest nie tylko dobrze dostosowany do naszych potrzeb, ale też bardzo wydajny i proekologiczny, bo zużycie energii jest nawet do kilkunastu razy mniejsze niż w podobnych systemach rozwijanych w technologiach kablowych czy miedziowych – podkreśla członek zarządu ds. rynku hurtowego i sprzedaży nieruchomości w Orange Polska.

W tej chwili światłowód od Orange jest dostępny w 152 miejscowościach w Polsce, korzysta z niego ponad 660 tys. klientów, a w zasięgu sieci jest już ponad 4,8 mln gospodarstw domowych. Ta technologia cieszy się na polskim rynku rosnącą popularnością, zwłaszcza wśród mieszkańców mniejszych miejscowości i wsi.

– Przed nami wyzwanie, żeby w następnych latach dotrzeć ze światłowodem do kolejnych gospodarstw domowych. Potrzebna jest współpraca między podmiotami państwowymi i prywatnymi, bo obszary, które nie zostały jeszcze objęte zasięgiem światłowodu, są po prostu trudniejsze, m.in. geograficznie – wskazuje Maciej Nowohoński.

W mniejszych miejscowościach, liczących poniżej 10 tys. mieszkańców, ze światłowodu od Orange korzysta blisko co piąte gospodarstwo domowe znajdujące się w zasięgu tej usługi. Dla porównania na koniec czerwca br. w całej sieci światłowodowej Orange Polska ten wskaźnik wyniósł ok. 14 proc.

– Dostęp do internetu światłowodowego ma już prawie 1/3 gospodarstw domowych w Polsce. Ta technologia cieszy się coraz większą popularnością, bo obecnie jest najlepszym dostępnym rozwiązaniem. Pandemia i jej skutki tylko wzmocniły popyt na te usługi – podkreśla członek zarządu Orange Polska.

Ryzyko pełnego lockdownu na razie słabnie. WHO w Polsce: Możliwe, że będzie konieczny na określonych obszarach

– COVID-19 ma duży wpływ nie tylko na zdrowie, ale również na życie społeczne i gospodarkę. W poszukiwaniu strategii powinniśmy brać pod uwagę wszystkie te aspekty, ponieważ dobrostan społeczeństwa również jest bardzo istotny – mówi dr Paloma Cuchi, przedstawicielka WHO w Polsce. Jak podkreśla, pełny lockdown powinien być ostatecznością i jest to tylko jedno z wielu narzędzi w walce z koronawirusem. Sytuacja w tej chwili nie przypomina jednak wiosennej fali pandemii, a stan wiedzy na temat SARS-CoV-2 jest dużo lepszy, dzięki czemu nie ma potrzeby wprowadzania pełnego zamrożenia gospodarki i życia społecznego. Może jednak okazać się to konieczne na wybranych, lokalnych obszarach, żeby nie dopuścić do przeciążenia systemu ochrony zdrowia.

– W Europie ponownie mamy do czynienia ze wzrostem zachorowań. W ostatnim tygodniu odnotowano prawie 2 mln nowych przypadków. W pewnych okolicznościach jest potrzeba wprowadzenia lockdownu stosownie do sytuacji, aby odciążyć system opieki zdrowotnej i aby zapewnić chorym dobrą opiekę – mówi agencji Newseria Biznes dr Paloma Cuchi, przedstawicielka Światowej Organizacji Zdrowia w Polsce.

Po gwałtownym wzroście liczby nowych zakażeń COVID-19 na przełomie ubiegłego miesiąca rząd wprowadził od 7 listopada nowe restrykcje, które objęły m.in. zamknięcie galerii handlowych i placówek kultury oraz nauczanie zdalne dla uczniów klas 1-3 szkół podstawowych. Ogłaszając nowe restrykcje, premier Mateusz Morawiecki mówił, że „krok za tą granicą jest tylko narodowa kwarantanna”. Według rządowych założeń ta ma zostać wprowadzona, kiedy liczba nowych zakażeń przekroczy 70–75 na każde 100 tys. mieszkańców (średnia z ostatniego tygodnia to około 60–65).

– Jeśli chodzi o lockdown i sytuację w Polsce, to odpowiednimi podmiotami, które powinny decydować o stosowanych środkach, są władze lokalne, ponieważ to one wiedzą, jakie środki są najbardziej skuteczne – mówi przedstawicielka WHO w Polsce.

Jak podkreśla, pełny lockdown powinien być ostatecznością i jest to tylko jedno z wielu dostępnych narzędzi w walce z rozprzestrzenianiem się SARS-CoV-2.

– Z pewnością nie jest to narzędzie pierwszego wyboru – mamy do dyspozycji środki zapobiegawcze, takie jak noszenie maseczek, częste mycie rąk etc. Co bardzo istotne, mamy również do dyspozycji śledzenie kontaktów osób chorych, identyfikację osób z potwierdzonym zakażeniem, kwarantannę oraz izolację. Do walki z koronawirusem służą nam także badania nad szczepionkami, nowymi metodami leczenia, a w szczególności szkolenia pracowników służby zdrowia pod kątem zapewniania pacjentom lepszej opieki – mówi.

Zgodnie z informacjami podawanymi przez rząd nowy lockdown – jeżeli zajdzie potrzeba jego wprowadzenia – nie będzie przypominał tego wiosennego, z pierwszej fali pandemii. Dalsze obostrzenia miałyby polegać raczej na ograniczaniu kontaktów społecznych i mobilności obywateli niż wstrzymywaniu działalności przedsiębiorstw, ponieważ to mogłoby zbyt mocno uderzyć w kondycję gospodarki.

– Nie możemy porównywać poprzedniego lockdownu z dzisiejszymi ograniczeniami. W marcu, kiedy pojawiły się pierwsze lockdowny, nie mieliśmy tej wiedzy, którą już mamy dzisiaj. Teraz może nie być potrzeby stosowania tak ostrych środków. Przykładowo może wystąpić konieczność wprowadzenia lockdownu tylko na określonym obszarze w sytuacji nagłego wzrostu zachorowań – mówi dr Paloma Cuchi.

Przedstawicielka WHO w Polsce podkreśla, że ze względu na to, że COVID-19 ma duży wpływ nie tylko na zdrowie, ale i życie społeczne oraz gospodarki poszczególnych państw, dobierając narzędzia do walki z nim, rządy muszą uwzględniać również pozazdrowotne aspekty.

– Dobrostan społeczeństwa również jest ważnym elementem. Nie przewidujemy, aby sytuacja miała stać się na tyle przytłaczająca, żeby kraje musiały powrócić do stanu z poprzedniej fazy pandemii. Miejmy nadzieję, że dzięki zrównoważeniu kwestii społecznych, zdrowotnych i gospodarczych będziemy w stanie odpowiednio reagować na zmieniającą się sytuację – mówi.

Na całym świecie liczba przypadków zakażenia SARS-CoV-2 wynosi już blisko 56 mln, z powodu COVID-19 zmarło dotąd 1,34 mln chorych. Łączny bilans zakażeń w Polsce wynosi dotąd ok. 863 tys. przypadków, a liczba zmarłych z powodu COVID-19 przekroczyła już 13 tys.

– Wytyczne WHO nie zmieniły się zasadniczo od początku pandemii. Środki, jakie wprowadziliśmy, nadal obowiązują. Bardzo ważne jest wykrywanie nowych przypadków zachorowań i ukierunkowane testowanie, wprowadzanie kwarantanny, stosowanie środków ochrony i przekazywanie informacji opinii publicznej. Nie ma potrzeby zmiany tych wytycznych, ale należy je wdrażać skuteczniej i bardziej kompleksowo, przy wsparciu wszystkich grup społeczeństwa. To bardzo ważne. Mamy strategie, dysponujemy nowymi informacjami na temat zachorowań i odporności na wirusa, dysponujemy nowymi testami i szczepionkami. Koordynacja działań jest na bardzo dobrym poziomie, więc teraz musimy skupiać się na ich wdrażaniu – mówi dr Paloma Cuchi.

Uber, Tesla i 26 innych firm zawiązuje nowe stowarzyszenie. Głównym celem przyspieszenie konwersji na transport zeroemisyjny

Elektromobilność staje się coraz popularniejszym trendem. Tylko w 2020 roku sprzedane zostaną 24 mln pojazdów elektrycznych. 90 proc. z nich to jednak pojazdy jednośladowe, takie jak hulajnogi czy skutery. Auta elektryczne są wciąż mało popularne wśród konsumentów. Zmienić chce to nowo zawiązane amerykańskie stowarzyszenie ZETA, które zrzesza 28 firm działających w branży transportu zeroemisyjnego, takich jak Uber, Siemens, Lucid Motors, Rivian czy Tesla. To pierwsza koalicja branżowa, której celem jest  przyspieszenie pełnego przejścia na elektromobilność do 2030 roku.

Według szacunków IDTechEx w 2020 roku zostaną sprzedane łącznie 24 mln pojazdów elektrycznych, z czego jednak 90 proc. to pojazdy jednośladowe. Elektryczne auta to wciąż niewielki odsetek.

– Po raz pierwszy w naszym pokoleniu transport jest głównym emitentem emisji dwutlenku węgla w Stanach Zjednoczonych. Dzięki zastosowaniu pojazdów elektrycznych decydenci federalni mogą wspierać innowacje, tworzyć setki tysięcy nowych miejsc pracy oraz poprawiać jakość powietrza i zdrowie publiczne – podkreśla Joe Britton, dyrektor Zero Emission Transportation Association.

Działalność stowarzyszenia ma się koncentrować wokół pięciu zasadniczych filarów, w obrębie których członkowie chcieliby wpływać na kształtowanie polityki USA. Pierwszym jest wzmocnienie zachęt dla osób decydujących się na zakup pojazdu zeroemisyjnego. Drugi to wpływ na cele w zakresie emisji. ZETA dąży również do tego, by rząd federalny wzmocnił inwestycje w infrastrukturę stacji ładowania, a także tak kształtował politykę, by zachęcać przedsiębiorców do tworzenia miejsc pracy w całym łańcuchu dostaw i cyklu życia pojazdów elektrycznych, od materiałów aż po gotowe pojazdy.

Stany Zjednoczone chcą w ten sposób utrzymać pozycję światowego lidera branży elektromobilności.

– Kolejna dekada będzie miała kluczowe znaczenie dla wdrażania polityki zeroemisyjności, która przyspieszy przejście na pojazdy elektryczne – podkreśla Joe Britton. – Ten segment już teraz zatrudnia w Stanach Zjednoczonych setki tysięcy osób, ale jego dalsze wspieranie jest kluczowe, by wygrać globalny wyścig o nową, czystą ekonomię transportu.

W Polsce konwersja na elektromobilność będzie przebiegała dużo wolniej. Zgodnie z Planem Rozwoju Elektromobilności do 2025 roku po naszych drogach ma jeździć milion samochodów elektrycznych. Dla porównania, według danych z systemu Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców, w samym tylko 2019 roku zarejestrowano ogółem niemal 2 mln samochodów.

Analitycy KBV Research przewidują, że do 2025 roku wielkość światowego rynku elektromobilności osiągnie wartość 478,9 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu utrzyma się na poziomie 24,7 proc. Jak wskazują autorzy raportu, na takie kształtowanie się wzrostu przychodów branży decydujący wpływ będą miały takie czynniki jak wdrażanie krajowych regulacji w zakresie promowania elektromobilności, a także spadający koszt baterii litowo-jonowych, dzięki czemu auta elektryczne będą się stawały coraz bardziej przystępne cenowo.