Pandemia na razie bez wpływu na ceny mieszkań

0

Pandemia koronawirusa nie wpływa na ceny mieszkań. Polacy mimo wszystko nadal inwestują w mieszkania. Największe zmiany dotyczą kredytów hipotecznych, gdzie banki żądają wyższego wkładu własnego.

Na rynku wtórnym ceny mieszkań cały czas na wysokich poziomach

Mogło się wydawać, że COVID-19 mocno namiesza na rynku mieszkaniowym. Pierwszą i najbardziej oczywistą reakcją rynku była stagnacja, która najsilniej zauważalna była w momencie wprowadzenia najbardziej restrykcyjnych ograniczeń. Indeks Popytu publikowany w Barometrze Metrohouse i Gold Finance, który zwykle przekracza 100 pkt., w kwietniu odnotował najniższą z obserwowanych wartości – jedynie 26 pkt. – Nie jest to niczym nadzwyczajnym, że w takich momentach bardziej zabiegamy o zabezpieczenie siebie i swojej rodziny, oddalając nieco plany związane z np. z zakupem nieruchomości. Optymistyczne jest jednak to, że Indeks bardzo szybko powrócił do znacznie wyższych wskazań. W czerwcu odczyty były już zbliżone do analogicznego okresu zeszłego roku, tłumaczy Marcin Jańczuk, autor raportu Barometr Metrohouse i Gold Finance 2 kw. 2020 r.

Na  rynku wtórnym próżno jednak szukać obniżek cen. W każdym z  analizowanych przez Metrohouse rynków mieszkań z drugiej ręki nie wystąpiły spadki. W odniesieniu do I kw. 2020 r. w pandemicznym okresie ruchy cen zwykle nie przekraczały 1 proc. (Wrocław, Warszawa, Poznań, Gdańsk) lub minimalnie przekraczały 1 proc. (1,1 proc. w Łodzi). Wyjątkiem jest Kraków, gdzie nabywcy kupowali zwykle nieruchomości lepiej zlokalizowane, co widać we wzrostach średniej ceny, która zbliża się już  do poziomu 9000 zł za m kw. O ile w I kw. br. różnica w cenie m kw. między Warszawą i Krakowem wynosiła ponad 1800 zł, obecnie dystans zmniejszył się do niecałych 1200 zł. W przypadku stolicy warty odnotowania jest fakt przekroczenia średniej ceny sprzedaży m kw. ponad magiczny poziom 10000 zł. Taka cena m kw. występuje w 49 proc. transakcji, podczas gdy na rynku w zasadzie nie widać już transakcji w cenach poniżej 7000 zł za  m kw.

Tabela 1 – ceny na rynku pierwotnym

Pandemia nie osłabiła zanadto trendu inwestycyjnego w nieruchomości. Z ankiet potransakcyjnych wynika, że nadal 37 proc. zakupów było powiązanych z inwestycjami. Można było oczekiwać, że Polacy w tym trudnym okresie będą oddalać poważniejsze decyzje zakupowe na bardziej stabilny okres, ale jak widać nieruchomości są w dalszym ciągu postrzegane jako bezpieczna forma lokowania nadwyżek finansowych. Tempo sprzedaży nieruchomości także jest wyjątkowo dobre. W porównaniu do analogicznego kwartału zeszłego roku czas sprzedaży skrócił się. Dziś na sprzedaż mieszkania potrzeba średnio 83 dni.

Rynek pierwotny: wyhamowanie w stolicy, poza tym stabilizacja cen

Na rynku deweloperskim w II kw. w pięciu na sześć analizowanych miast odnotowaliśmy wzrosty cen. W Krakowie, Wrocławiu i Poznaniu nie są one jednak tak duże jak w I kwartale, co może wskazywać na cenową stabilizację. Najwyższe wzrosty względem poprzedniego kwartału miały miejsce w Gdańsku (5,2 proc.) i w Łodzi (3,1 proc.). Natomiast stolica od stycznia do marca br. była liderem wzrostów z kwartalnym wynikiem na poziomie 6,7 proc. W kolejnym kwartale ceny nowych „M” z Warszawy praktycznie się zatrzymały, a podaż wyraźnie wzrosła.

– Pod koniec II kw. 2020 r. rynek mieszkań w Gdańsku cechował się już znacznie wyższym udziałem nowych lokali z ceną ofertową ponad 10 000 zł/mkw. niż Kraków i Wrocław, mówi Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl. Wspomniane mieszkania stanowiły 35,4 proc. oferty deweloperów z Gdańska. Analogiczne wyniki dotyczące Krakowa i Wrocławia wynosiły odpowiednio 29,9 proc. oraz 25,9 proc. Na terenie Poznania i Łodzi nowe „M” z ceną ofertową ponad 10 000 zł/mkw. miały minimalny udział. Łódzki rynek w II kw. 2020 r. nadal wyróżniał się wysokim udziałem (80,4%) nowych lokali kosztujących od 5000 zł/mkw. do 7000 zł/mkw. – Odsetek nowych gdańskich mieszkań z ceną ofertową 6000 zł/mkw. – 7000 zł/mkw. (28,7%) pozostawał zaskakująco wysoki. To potwierdza, że w Gdańsku jest stosunkowo niewiele mieszkań ze średniej półki cenowej, mówi Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl. Warto odnotować, że w II kw. 2020 r. szybko rósł też udział najdroższych mieszkań z Krakowa i Wrocławia.

Tabela nr 2 – ceny na rynku wtórnym

Dłuższe oszczędzanie na wkład własny do kredytu

Drugi kwartał 2020 przyniósł nam spore zmiany w ofertach banków. Kolejne banki zwiększały wysokość wymaganego wkładu własnego i jest już trudno o dobry kredyt z 10% wkładem własnym. Zdecydowana większość ofert wymaga od klienta zaangażowania przynajmniej 20% lub nawet 30% wkładu własnego (ING Bank). – Ze względu na niskie stopy procentowe banki zaczęły rekompensować sobie zyski poprzez wzrost marż. Już w tej chwili trudno jest znaleźć oferty poniżej 1,9% marży nawet przy 20% wkładzie własnym. Spodziewamy się, że ta tendencja się utrzyma i oferty niskomarżowych kredytów hipotecznych szybko do nas nie powrócą, mówi Andrzej Łukaszewski, ekspert finansowy z Gold Finance.

W tych wyjątkowych czasach możemy znaleźć pozytywny impuls. Bardzo powoli, ale jednak do przodu, niektóre banki znoszą pewne obostrzenia które nałożyły w początkowej fazie pandemii. Po wcześniejszym wykluczeniu dochodu z działalności gospodarczej, niektóre banki zaczęły dopuszczać (przynajmniej dla wybranych branż) tą formę osiągania dochodu. Głownie chodzi o branże, które najmniej ucierpiały na sytuacji z koronawirusem lub nawet na niej zyskały. Jeśli nie dotknie nas druga fala COVID-19 to rynek liczy, że ten trend łagodzenia restrykcji się utrzyma. Drugą pozytywną informacją, jest wzrost średniej zdolności kredytowej. – Wynika to bezpośrednio z nominalnego oprocentowania kredytów, co przekłada się na wysokość raty stanowiącej niższe obciążenie budżetu domowego. Należy równocześnie brać pod uwagę aktualną wewnętrzną politykę kredytową banku, która w każdym z przypadków będzie miała indywidualne podejście do sposobu wyliczania zdolności, tłumaczy Andrzej Łukaszewski z Gold Finance.

Według szacunków zawartych w Barometrze Metrohouse i Gold Finance w II kw. 2020 r. wartość udzielonych w analizowanym okresie kredytów hipotecznych wynosi 15,6 mld zł. Jest to wynik gorszy od rekordowego I kw. o ponad 1,5 mld. zł.

Czy posiadanie spółki zależnej w danym państwie równa się prowadzeniu tam działalności gospodarczej?

0

Tworzenie spółek zależnych jest praktyką nieodłącznie towarzyszącą większości dużych, międzynarodowych podmiotów gospodarczych niezależnie od branży, którą reprezentują. Jednostki takie powstają poza centralą, w krajach, w których spółka-matka oferuje swoje produkty czy usługi na większą skalę. Jednak, czy funkcjonowanie spółki zależnej na terytorium państwa trzeciego pociąga za sobą dla podmiotu głównego skutek w postaci posiadania w tym miejscu stałego miejsca wykonywania działalności?

Kwestia wykładni pojęcia „stałego miejsca prowadzenia działalności gospodarczej” ciągle nie jest w pełni usystematyzowana i nastręcza licznych problemów praktycznych w kontekście stosowania przepisów podatkowych, w szczególności w zakresie podatku od towarów i usług (VAT). Z materią tą w ostatnim czasie zmierzył się również Wojewódzki Sąd Administracyjny we Wrocławiu, w wyniku czego postanowiono zwrócić się do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z pytaniami prejudycjalnymi odnoszącymi się do przywoływanego wyżej zagadnienia.

Problem spółki azjatyckiej

Badana najpierw przez wrocławski WSA, a następnie przez TSUE sprawa dotyczyła koreańskiej spółki Dong Yang Electronics (DY), która na zlecenie swojego kontrahent – centrali LG w Korei – dokonywała montażu podzespołów różnych sprzętów, wykorzystując przy tym materiały dostarczone faktycznie przez c, zarejestrowaną i działającą na terenie naszego kraju spółkę zależną od tzw. HQ (ang. Headquarters) z siedzibą w Korei. LGE Polska następnie odbierała gotowe produkty od DY, zajmując się w dalszej kolejności ich logistyką w regionie.

Dokonawszy analizy sprawy, polskie organy podatkowe uznały, że na spółce DY spoczywa obowiązek wystawiania na rzecz LG faktur z uwzględnieniem stawek VAT obowiązujących na gruncie polskich przepisów prawa. Argumentem przemawiającym za tym stanowiskiem jest – w opinii miejscowego fiskusa – stałe miejsce prowadzenia działalności LG Korea w Polsce, o czym miało przesądzać funkcjonowanie tu spółki zależnej w postaci LG Electronics Polska. Zainteresowany podmiot miał zgoła odmienne zdanie na ten temat i z wydanym rozstrzygnięciem się nie zgodził.

Po pomoc do Trybunału

W rezultacie przedmiotowego sporu głos zabrał Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, udzielając odpowiedzi na następujące dwa pytania, skierowane przez prowadzący sprawę WSA we Wrocławiu:

  • „Czy z samego faktu posiadania przez spółkę mającą siedzibę poza terytorium UE (Korea Płd.) spółki zależnej na terytorium Polski można wywieść istnienie stałego miejsca prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce w rozumieniu art. 44 dyrektywy 2006/112/WE Rady z 28.11.2006 r. (…)?
  • W wypadku odpowiedzi przeczącej na pytanie pierwsze, czy podmiot trzeci zobowiązany jest do analizy stosunków umownych pomiędzy spółką z siedzibą poza terytorium UE a spółką zależną w celu ustalenia, czy istnieje stałe miejsce prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce przez tę pierwszą spółkę?”.

Co na to TSUE?

Trybunał odpowiedział przecząco zarówno na pierwsze, jak i na drugie pytanie. W treści orzeczenia w szczególności podkreślono (choć nie w sposób jednoznaczny), iż okoliczność utworzenia i funkcjonowania spółki zależnej w państwie trzecim jako taka co do zasady nie determinuje stałego miejsca prowadzenia działalności gospodarczej przez spółkę dominującą. Co jednak istotne, TSUE w swej wypowiedzi zaznaczył, że powyższa reguła nie jest absolutna i niepodważalna. Mianowicie spółka-matka, posiadając w innym kraju zależną od siebie spółkę-córkę, realnie może mieć w tym państwie trzecim stałe miejsce prowadzenia działalności na gruncie art. 44 dyrektywy 2006/112/WE w świetle art. 11 ust. 1 rozporządzenia wykonawczego nr 282/2011. Aby osiągnąć jednak taki skutek, samo utworzenie podmiotu zależnego nie jest wystarczające. Warunkiem, który musi być spełniony łącznie z czynnikiem wskazanym wcześniej, jest realizacja przesłanek materialnych przewidzianych w rozporządzeniu wykonawczym Rady Unii Europejskiej 282/2011 z dnia 15 marca 2011 r., zwłaszcza zaś w treści art. 11.

W świetle przywołanego przepisu „stałe miejsce prowadzenia działalności gospodarczej” to dowolnie wybrane miejsce znajdujące się poza siedzibą płatnika. Ma ona cechować się odpowiednią trwałością oraz strukturą w obszarze personelu i bazy technicznej, umożliwiającą mu podejmowanie działań związanych z odbiorem i wykorzystywaniem usług realizowanych ze względu na potrzeby własne podmiotu. Nie bez znaczenia pozostaje również ust. 3 omawianego przepisu, zwracając uwagę, że okoliczność nadania numeru identyfikacyjnego płatnikowi VAT per se nie jest dostateczną podstawą pozwalającą na uznanie, że posiada on stałe miejsce prowadzenia działalności gospodarczej.

Odnosząc się zaś do drugiego z postawionych pytań, TSUE orzekł, że treść przytaczanego rozporządzenia wykonawczego Rady nie nakłada na usługodawcę obowiązku weryfikowania relacji obecnej między jednostką posiadającą siedzibę w państwie trzecim a należącą do niej spółką zależną z siedzibą na terytorium jednego z państw członkowskich UE, dążąc do ustalenia, czy stałe miejsce prowadzenia działalności spółki dominującej znajduje się w tymże kraju Unii Europejskiej.

Jakie wnioski?

Ku rozczarowaniu tak przedsiębiorców, jak i praktyków prawa podatkowego, Trybunał, zajmując stanowisko w omawianej sprawie, okazał się niestety wyjątkowo oszczędny. Mimo stanowczych odpowiedzi na zadane pytania nie zostały one w większym stopniu rozwinięte ani uzasadnione, nie dostarczając tym samym żadnych konkretnych – a tak pożądanych – wskazówek czy wytycznych, które mogłyby zostać wykorzystane w przyszłości przez borykających się z tą materią podatników. Abstrahując od powyższego, pewnym punktem zaczepienia dla zainteresowanych może okazać się osadzona w zaistniałym stanie faktycznym teza TSUE, stosownie do której przedmiotowa materia powinna być zawsze weryfikowana z odpowiednią analizą i uwzględnieniem kontekstu gospodarczego oraz handlowego (nie ograniczając się jedynie do oceny statusu prawnego) danej sytuacji, co jest podstawą przy stosowaniu wspólnotowego systemu VAT.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Kim są osoby „pół-bezrobotne”? Prezes Marczulewska: „Obserwujemy ciekawe zjawisko na rynku pracy, które zdaje się umykać statystykom”

0

Stowarzyszenie STOP Nieuczciwym Pracodawcom zajmuje się nagłaśnianiem i interweniowaniem w przypadkach nieuczciwego traktowania pracowników przez pracodawców. Wspieramy poradami prawnymi, konsultacjami windykatora, a kiedy trzeba zajmujemy się także reprezentowaniem poszkodowanych w instytucjach takich jak np. Urzędy Pracy czy Inspekcja Pracy. – Staramy się pomagać osobom, które naprawdę potrzebują pomocy i nie stać ich na pomoc prawną. W ostatnim czasie pojawiają się pytania nie tylko od pracowników sezonowych, ale i pracowników wyższego szczebla i kadry menadżerskiej. Zwykle to nie jest prośba o interwencje czy poradę prawną, a proste zapytanie czy pracodawca ma prawo do pewnych decyzji – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska. – Zaobserwowaliśmy ciekawe zjawisko socjologiczne, które zdaje się umykać statystykom – dodaje.

  • Otrzymujemy regularnie zgłoszenia o firmach, w których pracownikom proponuje się nowe umowy z niższym wynagrodzeniem lub obniżoną ilością czasu pracy
  • Wielu pracowników jest oburzonych, że ich stanowiska są anulowane, a proces optymalizacji obejmuje stałe obniżenie pensji
  • Pojawiło się zjawisko „pół-bezrobocia”, czyli pracownik nie zostaje pozbawiony pracy w całości, ale proponuje mu się pół etatu lub ¾ etatu. Nie pozwala mu to na standardowe funkcjonowanie, ale jednocześnie nie jest objęty wsparciem socjalnym wynikającym z faktu bezrobocia
  • Przypadki? Obniżenie pracownikom pensji gdy przeszli na pracę zdalną czy rezygnacja z wypłat premii, które stanowiły znaczną część dochodu pracownika 

Kryzys na rynku pracy to nie tylko zwolnienia. „Obniżki etatów o połowę, łączenie stanowisk, przejścia na umowy cywilnoprawne”

Ostatnie pół roku to najbardziej pracowity czas dla Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom w historii. Drogą mailową, telefoniczną oraz na Facebooku dziennie otrzymujemy kilka wiadomości od pracowników, którzy czują się poszkodowani przez swoich pracodawców. Szczyt zainteresowania naszymi poradami przypadł na marzec i kwiecień, kiedy ze względu na pandemię koronawirusa wielu pracowników miało problem z odzyskaniem wynagrodzenia. Ostatnie dni to także duża zgłoszeń dotyczących pracy sezonowej oraz… zmiany warunków umowy pracowników.

– Przesłaliśmy naszym prawnikom do konsultacji już kilka pytań przedstawionych przez mieszkańców, zarówno Szczecina jak i innych miast w Polsce, bo działamy ogólnopolsko, dotyczących zmiany warunków umowy, obniżania na stałe wynagrodzeń lub zmieniania zakresu współpracy między firmą, a pracownikiem. Jednym z przykładów była firma z Poznania, która postanowiła cały jeden dział firmy liczący ok. 15 osób trwale przenieść na pracę zdalną, przy czym jednocześnie wszystkim zaproponowano nowe umowy obniżone o 30%. Zdarzały się również historie rozwiązywanych umów z menadżerami lub osobami zarządzającymi, które dzwoniły do nas i pytały czy możliwe jest, że pracodawca z dnia na dzień zrywa z nimi umowę i proponuje nową, ale z niższym wynagrodzeniem, często były to naprawdę znaczące straty, nawet do 50% – mówi Małgorzata Marczulewska.

– Kontrakty menadżerskie pewne nie są niskie, ale wśród zgłoszeń nie brakuje także sytuacji, że pracownicy są zwalniani, ale proponowana jest im dalsza współpraca na zasadzie pracy dorywczej lub umów cywilnoprawnych – dodaje Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom. – Zapisy Tarczy Antykryzysowej umożliwiają przedsiębiorcom bardziej elastyczne kreowanie kadr w swoich firmach, należy jednak pamiętać o przepisach Prawa Pracy i zwykłej ludzkiej przyzwoitości, a często w dużych firmach zawodzi czynnik ludzki. Czasem pracownicy dzwonią do nas żeby po prostu się pożalić, że po 20 latach dostali informację na maila, że po zakończeniu działania Tarcz Antykryzysowych ich stanowisko zostanie zlikwidowane. Zwykle nie ma tu niezgodności z prawem i niewiele możemy zrobić – dodaje Prezes Marczulewska.

Ofiary optymalizacji i „pół-bezrobotni”

Statystyki bezrobocia w województwie zachodniopomorskim zatrzymały się na 7,7%, a według danych Głównego Urzędu Statystycznego stopa bezrobocia w skali ogólnopolskiej wynosi 6%. Zdaniem specjalistów prognozy dotyczące rynku pracy są zbyt optymistyczne, a statystyki niedoszacowane. Powody? Po pierwsze wciąż działają programy rządowe, które powstrzymują pracodawców przed zwolnieniami, po drugie nie wszystkie Urzędy Pracy w maju i czerwcu pracowały w pełnej obsadzie. Warto zauważyć również, że nie wszyscy pracownicy, którzy stracili zatrudnienie od razu zgłaszają się do urzędów po pomoc. Niektórzy szukają pracy na własną rękę i nie są ujęci w statystykach.

– Czytałam ostatnio jedną z publikacji na temat rynku pracy w czasie pandemii koronawirusa i tam pojawiło się takie sformułowanie, że efektem pandemii będzie nie tyle zjawisko bezrobocia, co „pół-bezrobocia”. Widzimy, że jest to trafne sformułowanie, bo wiele zgłoszeń do nas dotyczy właśnie spraw związanych np. z ograniczenia zakresu współpracy z pracownikiem, obniżania wynagrodzeń czy propozycji zmiany stawki z etatu na pół etatu lub ¾ etatu. Efekt jest zwykle taki, że pracownik jest zmuszony do odejścia lub przeczekania trudnego czasu. Jedna z dużych sieciówek handlowych, znana również w Szczecinie, na czas pandemii zaproponowała pracownikom obniżenie wynagrodzenia o połowę. Dodam, że pracownicy mieli na umowach najniższą krajową, a wypłata uzupełniana była premiami uznaniowymi. Zgłosił się do nas mężczyzna, który przez trzy miesiące zarabiał niecałe 1100 złotych netto, gdy jego pełne wynagrodzenie z premią wynosiło zwykle ok. 3200 złotych. Nietrudno wyobrazić sobie złość i frustrację takich osób – dodaje Małgorzata Marczulewska, Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom.

– Nie ma nic zaskakującego w tym, że firmy szukają oszczędności. Łączone są stanowiska pracy, dochodzi do restrukturyzacji i optymalizacji i naturalne jest, że niektórzy tracą pracę lub muszą zgodzić się na gorsze warunki pracy. To nie jest jeszcze koniec zmian na rynku pracy wywołanej pandemią koronawirusa – dodaje Prezes Marczulewska.

Biurowy savoir-vivre w dobie pandemii

0

Jak witać się na spotkaniu biznesowym? Czy maseczki w biurze naprawdę są konieczne? O jakich zasadach pamiętać w czasie wideokonferencji? Takie pytania zadaje sobie wielu pracowników, którzy wrócili do biur po zakończeniu lockdownu. Eksperci operatora biurowego Business Link w sześciu krokach podpowiadają jak mądrze i bezpiecznie korzystać z przestrzeni biurowej w nowej rzeczywistości, nie zapominając przy tym o zasadach dobrego stylu.

1) Kiedy maseczka?

Spędzanie całego dnia w maseczce dla wielu osób może być naprawdę kłopotliwe, dlatego w biurach większość pracowników ogranicza zasady bezpieczeństwa do regularnej dezynfekcji rąk i miejsca pracy oraz zachowywania odpowiedniego dystansu. Pamiętajmy jednak, że w każdej grupie możemy spotkać się z różnym poziomem wrażliwości. Dlatego każdorazowo, bez uprzedniej prośby, powinniśmy skorzystać z maseczki podczas jazdy windą i na spotkaniu biznesowym z zewnętrznym partnerem.

2) Zrób z biurka swoją twierdzę

Porządek na biurku zawsze jest mile widziany, jednak dziś polityka czystego biurka (ang. – clean desk policy) nabiera szczególnego znaczenia. Gdy poczujemy się niekomfortowo, w każdej chwili powinniśmy poprosić serwis sprzątający o odkażenie naszego miejsca pracy, co przy czystym biurku będzie znacznie łatwiejsze. – W Business Link przestrzenie wspólne  odkażane są profilaktycznie raz godzinę. Bardzo ważny jest także układ biurek, które w ramach bezpieczeństwa powinny zostać skierowane „tyłem do siebie”. W naszych przestrzeniach takie rozwiązanie jest standardem, jednak jeśli ktoś do dziś pracuje w biurze twarzą w twarz, powinien jak najszybciej pomyśleć nad przemeblowaniem – mówi Anna Zarczuk, Customer Care Manager w Business Link.

3) Uścisk dłoni? Tylko gdy wyrazisz na to zgodę

Tradycyjny uścisk dłoni nie zniknął na dobre z biurowych przestrzeni, jednak ze względów bezpieczeństwa, warto zastanowić się nad bardziej higieniczną alternatywą. Dziś możemy się witać na setki sposobów, wykorzystując do tego obuwie, stykając się łokciami czy poprzez ponadczasowe skinienie głową. Aby uniknąć kłopotliwych sytuacji coraz więcej firm sięga po kreatywne rozwiązania, takie jak np. kolorowe opaski, które rozdaje swoim pracownikom lub zostawia przy wejściu do biura. Dzięki wybraniu odpowiedniego koloru i nałożeniu opaski na rękę możemy wprost zakomunikować innym, czy jesteśmy w pełni otwarci na kontakt (zielona opaska) czy np. wolimy utrzymać zalecany dystans (czerwona opaska).

4) Nie czekaj na serwis i sam sprzątnij naczynia

Jeśli operator biurowy dysponuje serwisem sprzątającym, powierzchnie wspólne, w tym kuchnia czy sale konferencyjne, sprzątane są praktycznie na bieżąco. W tym szczególnym czasie warto jednak ograniczyć ryzyko wykonując niektóre czynności samodzielnie. – W biurze codziennie mija się wiele osób, które korzystają z tej samej przestrzeni i wyposażenia. Warto o tym pamiętać i na miarę możliwości ograniczać kontakt osób trzecich, np. z wykorzystanymi przez nas sztućcami czy talerzami. Odłożenie ich do zmywarki jest dziś bardzo pożądanym gestem, a przykładem w zakresie zachowania porządku warto dziś świecić nie tylko w kuchni – podkreśla Anna Zarczuk.

5) Jak cię widzą, tak cię piszą, czyli złote zasady wideokonferencji

O zasadach biurowego savoir-vivre’u powinniśmy pamiętać także w czasie wideokonferencji. Jeśli w tle rozmowy pojawią się np. osoby trzecie, nie biorące w niej udziału, dobrym rozwiązaniem będzie wykorzystanie szablonu tła, kamuflującego wszystko z wyjątkiem naszej sylwetki. Większość komunikatorów posiada takie rozwiązanie w standardzie. Aby nie zakłócać spokoju innych pracowników, do rozmów wideo powinniśmy również wykorzystać odpowiednio przeznaczoną przestrzeń, np. call boxy. Warto także pamiętać o wyłączeniu mikrofonu, gdy w danej chwili z niego nie korzystamy. W ten sposób, z jednej strony nie będziemy przeszkadzać współrozmówcom, a z drugiej unikniemy kłopotliwych sytuacji z nieplanowanymi dźwiękami w tle.

6) Wykorzystaj technologię i unikaj kontaktu

Zgodnie z zaleceniami WHO zastosowanie płynu odkażającego skutecznie zastępuje bardzo dokładne umycie dłoni. Jednak bez względu na to dobrą praktyką w przestrzeniach biurowych jest rozstawienie dużej liczby dozowników ze środkiem, który umożliwia szybką i efektywną dezynfekcję. Wskazane jest również dostosowanie funkcjonalności przestrzeni w taki sposób, aby podczas przemieszczania się ograniczyć dotykanie części wspólnych do niezbędnego minimum. – Z przestrzeni biurowej Business Link w dużej mierze można korzystać bezdotykowo. Pomieszczenia otwierana są za pomocą kart, które otrzymują wszyscy użytkownicy biura. Dodatkowo, niemal na każdym kroku można u nas znaleźć płyny do dezynfekcji dłoni, a dzięki technologii zastosowanym w biurowcach Skanska, gdzie znajduje się większość naszych biur, zapewniamy najemcom bardzo wysoką jakość powietrza. W tych czasach takie detale mają w biurach niebagatelne znaczenie – mówi Anna Zarczuk z Business Link.

Nic nas nie powstrzyma – sytuacja na rynku walutowym

0

Odświeżenie sporu między USA i Chinami tylko na chwile zakłóciło marsz ryzykownych aktywów. Znajome tematy ekspansji fiskalnej po obu stronach Atlantyku i postępy w pracach nad szczepionką zapewniają pozytywne tło, by ciągnąć w górę indeksy, cen metali szlachetnych i walut innych niż USD.

Wczoraj wydawało się, że jest blisko do zburzenia sielanki na rynkach finansowych. Informacja, że USA nakazały Chinom zamknąć konsulat w Houston w Teksasie zakrawała na czynnik ryzyka, który przebudzi obawy o poważniejszy konflikt dyplomatyczny zagrażający umowie handlowej Pierwszej Fazy. USA tłumaczyły się ochroną własności intelektualnej i podejrzeniami, że konsulat jest bazą dla chińskich hakerów. Pekin oskarżył Waszyngton o „polityczną prowokację”. A rynki? Wstępne zakłopotanie szybko zostało odrzucone na bok, a przed końcem dnia S&P500 poprawił pięciomiesięczne szczyty. Risk-on windował dalej ceny złota i akcji kosztem osłabienia dolara. EUR/USD jest najwyżej do ponad dwóch lat; wysoko znalazł się też AUD/USD – najlepszy dowód, że rynek nie dyskontuje strachu o Chiny. Dziś rano sugestie, że Chiny w odwecie zamkną amerykański konsulat na swoim terytorium praktycznie przeszły bez echa.

Wygląda na to, że ryzyko geopolityczne nie może przeważyć nad generalnym entuzjazmem związanym z dotychczasowymi motorami wzrostu – sukcesem UE w uzgodnieniu funduszu naprawczego, nadziejami na nowy pakiet fiskalny w USA i pozytywnymi doniesieniami z prac nad szczepionką na COVID-19. Choć prezydent Trump osobiście zasugerował, że zamknięcie innych konsulatów jest „zawsze możliwe”, wydaje się mało realne, aby konflikt miałby się zaostrzyć na istotniejszym dla rynków polu handlowym. Zerwanie umowy Pierwszej Fazy to nie tylko cios w Chiny, ale też szkody dla amerykańskich eksporterów, w tym w szczególności farmerów ze stanów, gdzie Trump troszczy się o utrzymanie wysokiego poparcia przed jesiennymi wyborami. Jakkolwiek dla innej grupy wyborców (tych z Teksasu) ostre stanowisko wobec Chin jest oczekiwanym postepowaniem, Trump musi znaleźć pośrednie położenie, by w ostatecznym rozrachunku nie strzelić sobie w kolano.
Inwestorzy najwyraźniej zdają sobie sprawę z tych kalkulacji i nie odczytują zamknięcia konsulatu jako wstępu do nowej wojny dyplomatyczno-handlowej. Pozostajemy w schemacie wyceny lepszego jutra wspartego bezprecedensową stymulacją fiskalno-monetarną. Nadpłynność dolara jest uwalniana poprzez transfer na inne rynki, co wzmacnia nie tylko EUR, ale też bardziej ryzykowne AUD, ZND, SEK i NOK. Lepsze nastroje umacniają też waluty rynków wschodzących, co widać po spadku EUR/PLN pod 4,42. Mimo to dalej sceptycznie podchodzimy do szans dla kontynuacji aprecjacji. Złoty dotarł już do poziomów, przy których w czerwcu pojawiły się pierwsze werbalne interwencje RPP. Ponadto przy stopach procentowych sprowadzonych niemal do zera i aktywnym programie skupów aktywów na arenie walut emerging markets inwestorzy mają atrakcyjniejsze waluty do wyboru, jak np. rosyjski rubel czy meksykańskie peso.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Science fiction w twoim banku – sztuczna inteligencja nieodłącznym elementem naszego życia

0

Większość z nas nie ma rozeznania w tematyce sztucznej inteligencji, a jedynie 4% „orientuje się bardzo dobrze”, wynika z badań przeprowadzonych przez HumanTech na Uniwersytecie SWPS. Mimo braku wiedzy na ten temat, większość Polaków wyraża obawy związane z pracami nad tą dziedziną. Czy słusznie? Sztuczna inteligencja obecna jest już w prawie wszystkich obszarach życia, także w bankowości. 

Niepokój związany z rozwojem sztucznej inteligencji wynika z braku edukacji, a lukę tę wypełnia „wiedza” z filmów science fiction. Tymczasem sztuczna inteligencja na dobre zagościła w naszym codziennym życiu. Algorytmy pomagają nam dotrzeć do celu (GPS), tłumaczą teksty, grają w gry czy prowadzą samochody. Sieci neuronowe oraz uczenie maszynowe już od dawna wykorzystywane są również w bankowości. Wspierają one automatyzację procesów operacyjnych oraz bezpośredni kontakt z klientem. Takie rozwiązania nie tylko są pomocne w realizacji celów biznesowych banków, ale także sprawiają, że mogą w większym stopniu spełniać oczekiwania konsumentów.

Dane stały się cennym zasobem dla każdego przedsiębiorstwa. Dzięki nim banki wiedzą, na co ich klienci wydają pieniądze, jakie mają nawyki i potrzeby. Mogą dokonywać predykcji co do przyszłych wydatków, a także tworzyć segmentację oraz spersonalizowane oferty dla swoich klientów – tłumaczy dr Konrad Maj, Kierownik Centrum Innowacji HumanTech na Uniwersytecie SWPS.

Uczenie maszynowe pozwala na pójście o krok dalej. Jednym z przykładów takiego działania  jest sieć neuronowa. To próba odwzorowania struktury połączeń w ludzkim mózgu, czyli układu nerwowego sztucznej inteligencji. Wykorzystywane są one do prognozowania czy nawet podejmowania decyzji przez roboty. W bankowości są to m.in. automatycznie generowane decyzje kredytowe podejmowane na podstawie danych klienta. Takie działania nie tyle cyfryzują pracę, co operacyjnie wspierają pracownika, eliminują szereg potencjalnych ludzkich pomyłek podczas weryfikacji dokumentów i ułatwiają podejmowanie decyzji. Dzięki zaawansowanej robotyzacji i automatyzacji paradoksalnie bank może być bliżej klientów, skupiać większą uwagę na budowaniu relacji z nimi.

Codziennością w bankowości stały się także chatboty, które pełnią funkcję wirtualnych doradców. Coraz częściej wykorzystuje się je także w innych obszarach działalności banku, na przykład w procesach rekrutacyjnych, komunikacji z partnerami oraz obsługi programów lojalnościowych – dodaje dr Maj.

Zachowanie należytej staranności w rozpoznaniu klientów banków, prawo unijne i coraz częstsze cyberataki nakładają konieczność silniejszej autoryzacji i uwierzytelniania użytkownika bankowości mobilnej i internetowej. Otwiera to drogę do rozwoju i zastosowania technologii biometrycznych w tych obszarach. Czym są dane biometryczne? To dane osobowe, które wynikają ze specjalnego przetwarzania technicznego, dotyczą cech fizycznych, fizjologicznych lub behawioralnych osoby fizycznej oraz umożliwiają lub potwierdzają jednoznaczne uwierzytelnienie lub identyfikację tej osoby, poprzez sczytanie twarzy lub danych daktyloskopijnych. Chodzi tutaj na przykład o coraz lepsze systemy rozpoznawania i analizy twarzy, które są jednocześnie tańsze we wdrożeniu i pozwalają na wykorzystywanie ich w systemach weryfikacji tożsamości.

Choć nie zdajemy sobie z tego sprawy, sztuczna inteligencja już teraz stanowi nieodłączny element naszego codziennego życia.

Raport Sztuczna inteligencja w bankowości został przygotowany przez Związek Banków Polskich oraz Centrum Prawa Bankowego i Informacji. Partnerem merytorycznym publikacji jest Centrum HumanTech Uniwersytetu SWPS.

dr Konrad Maj, psycholog, Kierownik Centrum Innowacji HumanTech Uniwersytetu SWPS

Nowa normalność w Banku Millennium – znoszenie ograniczeń związanych z COVID-19, ożywienie biznesu, rekordowa sprzedaż kredytów hipotecznych

0

W 1 połowie 2020 roku grupa Banku Millennium zarobiła 72 mln zł netto (54 mln zł w 2 kw.) czyli o 79% mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Po skorygowaniu o zdarzenia nadzwyczajne zysk wyniósłby 394 mln zł netto (204 mln zł w 2 kw.). Czerwiec przyniósł znaczące ożywienie wolumenów biznesowych, zwłaszcza w segmencie detalicznym. W 2 kwartale odnotowano rekordową sprzedaż kredytów hipotecznych (1,5 mld zł, +10% r/r) i 10% roczny wzrost depozytów. Liczba aktywnych klientów detalicznych przekroczyła 2,62 mln (+45,6 tys. w 1 połowie roku), a klientów mikrobiznesowych 100 tys. 

W 2 kwartale wśród priorytetów Banku znajdowały się nadal wszelkie formy wsparcia udzielanego klientom – kontynuacja programów czasowego odroczenie spłat rat pożyczek gotówkowych, kredytów hipotecznych i kredytów dla firm oraz aktywne uczestnictwo w programach rządowych takich jak Tarcza Finansowa PFR. Mimo, że przez cały okres trwania pandemii zachęcaliśmy  do jeszcze aktywniejszego korzystania z bankowości elektronicznej, oddziały były otwarte i Bank obsługiwał klientów bez zakłóceń – powiedział Joao Bras Jorge, Prezes Zarządu Banku Millennium. 

Solidna rentowność operacyjna pod wpływem kosztów integracji oraz rezerw na ryzyko prawne

  • Zysk netto za 1 połowę 2020 roku na poziomie 72 mln zł (2 kw. 2020 r.: 54 mln zł) lub 394 mln zł (2 kw. 2020 r.: 204 mln zł) skorygowany o pozycje nadzwyczajne*, co przekłada się na zmniejszenie r/r o 79% (2 kw. 2020 r.: -69% r/r) lub 8% (2 kw. 2020 r.: -14%)
  • 35 mln zł (28 mln zł po podatku) kosztów integracji oraz rezerw związanych z Euro Bankiem
  • Synergie wynikające z połączenia 62 mln zł (50 mln zł po podatku) znacznie przekroczył koszty integracji
  • Rezerwy nadzwyczajne: 168 mln zł na ryzyko prawne walutowych kredytów hipotecznych (przed podatkiem/netto), 69 mln zł na ryzyko Covid-19 (56 mln zł po podatku) oraz 60 mln zł rezerw (przed podatkiem) na zwroty opłat od spłaconych przed terminem kredytów konsumpcyjnych
  • Raportowany ROE 2,2%, ale skorygowany ROE na poziomie 8,7%
  • Raportowany wskaźnik koszty/dochody 51,8%, skorygowany 47,1% 

Wyższe dochody i koszty po połączeniu z Euro Bankiem

  • Przychody operacyjne wzrosły o 14% r/r
  • Wynik z pozycji odsetek wzrósł o 23% r/r
  • Wynik z tytułu prowizji wzrósł o 10% r/r
  • Koszty operacyjne wzrost o 21% r/r bez kosztów integracji (raportowany wzrost o 22% r/r) i spadek w 2 kw. 2020 r. o 8% kw./kw. bez kosztów integracji i kosztów BFG

– Po 2 kwartałach 2020 roku wyniki biznesowe są pozytywniejsze od naszych oczekiwań, a finansowe mniej satysfakcjonujące. W okresie ostatnich kilku miesięcy, oprócz pandemii COVID-19, która diametralnie zmieniła zachowania konsumenckie i zapotrzebowanie na kredyty nastąpiło trzykrotne obniżenie stóp procentowych przez NBP. Banki, w tym Bank Millennium funkcjonują więc w środowisku bardzo niskich stóp procentowych, co oznacza konieczność zmiany modelu biznesowego – dodał Prezes. – Perspektywy makroekonomiczne na kolejne miesiące są jednak lepsze, niż wydawało się w momencie publikacji wyników za poprzedni kwartał.  W kolejnych miesiącach pozytywnie oceniam szanse na rozwój bankowości korporacyjnej, m.in. ze względu na brak zagrożenia związanego z ryzykiem portfela kredytów oraz fakt, że w bankowości detalicznej wyraźnie wracamy do wolumenów sprzedaży sprzed koronawirusa. Zaobserwowaliśmy również dynamiczny wzrost bankowości elektronicznej, m.in. 30% roczny wzrost w bankowości mobilnej oraz wysoki udział kanałów elektronicznych w sprzedaży.  

Utrzymana wysoka jakość aktywów i płynność

  • Wskaźnik kredytów z utratą wartości na poziomie 4,9%
  • Koszt ryzyka** na poziomie 98 pkt. baz. (79 pkt. baz. z wyłączeniem rezerwy na Covid-19)
  • Wskaźnik kredyty/depozyty na rekordowo niskim poziomie 83% 

Solidna pozycja kapitałowa i niższe bufory regulacyjne

  • Łączny wskaźnik kapitałowy (TCR) Grupy na poziomie 20,0% oraz wskaźnik CET1 na poziomie 17,0% i wysoko powyżej poziomów wymaganych przez regulatora (odpowiednio 15,4% i 12,2%)
  • Buforu na ryzyko systemowe obniżony do 0% z 3% w marcu 2020 r. 

Bankowość detaliczna

  • 2,62 mln aktywnych klientów (34% r/r); 45,6 tys. nowych klientów narastająco z drugim najwyższym wynikiem w nowych akwizycjach w 1 kwartale 2020 r.(PRnews)
  • Roczny wzrost depozytów o 10%
  • Roczny wzrost kredytów o 8% (bez walutowych kredytów hipotecznych wzrost o 12% r/r)
  • Nowy rekord w wartości udzielonych kredytów hipotecznych 1,5 mld zł w 2 kw. 2020 r. (pierwsza poł. 2020 r.: 2,9 mld zł, wzrost o 50% r/r), co przełożyło się na 10% r/r wzrost portfela kredytów hipotecznych (17% bez walutowych kredytów hipotecznych) i duża sprzedaż nowych pożyczek gotówkowych (1 połowa 2020 r.: 2,4 mld zł, wzrost o 4% r/r, 2 kw. 2020 r. 1,1 mld zł, spadek o 17% r/r, spadek o 17% kw/kw), co przełożyło się na 2% r/r wzrost portfela nie-hipotecznych kredytów detalicznych
  • Udział w sprzedaży nowych kredytów ogółem w pierwszej połowie na poziomie 11,1% a w czerwcu 2020 r. na poziome 15,8% (#2)
  • Przyśpieszenie tempa wzrostu rachunków dla mikro-przedsiębiorstw, wzrost netto aktywnych rachunków o niemal 23 000 r/r
  • Liczba aktywnych klientów mikro-biznesowych przekroczyła 100 000 (wzrost o 29% r/r)

Bankowość przedsiębiorstw

  • 13% wzrost kw./kw. depozytów przedsiębiorstw (o 19% r/r) przy wzroście depozytów na rachunkach bieżących o 25% kw./kw. i 77% r/r
  • Kredyty dla przedsiębiorstw: -4% kw./kw., stabilny poziom r/r
  • Stabilny poziom obrotów w faktoringu w stosunku do I poł. 2019 r. z 6 pozycją w rankingu (PZF)

Ceny OC w czerwcu 2020 r. – barometr Ubea.pl

0

Coraz większa liczba polskich kierowców odczuwa negatywne zmiany w swoim budżecie domowym. Warto sprawdzić, czy w czerwcu obniżki cen OC odrobinę łagodziły tę sytuację.

Rynek obowiązkowych ubezpieczeń dla kierowców na pewno znajduje się w ciekawym momencie. Warto przypomnieć, że ubezpieczyciele zakończyli miniony rok rekordowym zyskiem ze sprzedaży takich polis OC. Wyniki z I kw. 2020 r. były już dużo gorsze. Kolejne wydanie barometru cenowego Ubea.pl odpowiada na pytanie, czy pomimo mniejszych zysków zakładów ubezpieczeniowych polisy OC znów potaniały.

Poziom barometru cenowego z czerwca 2020 r. = 99↘ (wynik dla poprzedniego miesiąca: 100↘)

Przed zaprezentowaniem wyników barometru cenowego z czerwca br. warto najpierw wyjaśnić, jak jest przygotowywane takie badanie. Obecnie opiera się ono na ponad 100 000 anonimowych kalkulacji internautów. Informacje pochodzące z tych wyliczeń, służą do ustalenia przeciętnej ceny OC w danym miesiącu. Uwzględnia ona oferty ubezpieczycieli oferujących obowiązkowe polisy dla kierowców za pośrednictwem Ubea.pl. „Punktem wyjściowym dla analizy w każdym roku jest przeciętny koszt polis OC odnotowany dla stycznia. Wyznacza on poziom barometru równy 100. Jeżeli chodzi o 2020 rok, to taka wyjściowa stawka OC wyniosła 1345 zł” – tłumaczy Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Po sprawdzeniu wyników z czerwca br. analitycy Ubea.pl ustalili, że średnia cena OC dla tego miesiąca wyniosła 1333 zł. Oznaczało to niewielki spadek (o 0,6%) względem majowego wyniku. „Równocześnie średnia czerwcowa składka OC stanowiła około 99% wzorcowego wyniku ze stycznia 2020 r. Takie porównanie tłumaczy, dlaczego na wykresie poziom barometru cenowego z czerwca wynosi właśnie 99” – komentuje Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Powyższe informacje wskazują, że w czerwcu mieliśmy do czynienia ze stabilizacją przeciętnych kosztów zakupu ubezpieczeń OC. „Kolejne miesiące na pewno okażą się ciekawe dla rynku obowiązkowych polis komunikacyjnych. Pewnym prognostykiem na przyszłość jest roczny wzrost odszkodowań z OC widoczny w I kw. 2020 roku” – podsumowuje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Widmo recesji po kryzysie Covid-19 krąży nad Europą. Obawia się jej co 2 przedsiębiorca – Intrum prezentuje „European Payment Report 2020. Special Edition Covid-19 White Paper”

0

„Europa przeżywa szok gospodarczy bez precedensu, największy od czasu Wielkiego Kryzysu” – tak w maju Paolo Gentiloni, szef gospodarki UE podsumował skutki pandemii koronawirusa. Jak wynika z raportu specjalnego Intrum, “European Payment Report 2020. Special Edition Covid-19 White Paper”, kryzysem zostały dotknięte, w największym stopniu firmy działające w branży hotelarskiej, turystycznej i gastronomicznej. Wiele z nich nie otworzyło się ponownie po przymusowym zamknięciu. Jeszcze więcej przedsiębiorstw działających w różnych sektorach walczy teraz o przetrwanie i uczy się funkcjonować w nowej rzeczywistości. A nie jest to proste. 56% uczestników badania uważa, że ich kraj jest już w recesji lub znajdzie się w takiej sytuacji w ciągu roku. W zeszłorocznej edycji ankiety podobnej odpowiedzi udzieliło „tylko” 28% respondentów. To wiele mówi o obecnych nastrojach biznesów na starym kontynencie. Prawie co 2 przedsiębiorca z Europy uważa, że nadchodzący kryzys będzie mieć negatywny wpływ na funkcjonowanie jego firmy. 

Przedsiębiorcy czekają na przyjście kryzysu…

56% przedsiębiorców w Europie uważa, że ich kraj jest już w recesji albo doświadczy tego zjawiska w ciągu nadchodzących miesięcy, ale w takich krajach jak Włochy, Belgia i Słowacja ten odsetek jest zdecydowanie wyższy – wynosi odpowiednio 83%, 81% i 81%. Jeżeli chodzi o Polskę –„tylko” 48% respondentów jest przekonanych o tym, że nasza gospodarka znajduje się w kryzysie.

intrum1

Ta recesja będzie mieć wyjątkowy charakter, ponieważ nie będzie wynikiem „złych” posunięć politycznych czy krachu na jednej ze znaczących giełd w Europie. Firmy z dnia na dzień musiały zawiesić swoją działalność, zostały zmuszone do zamknięcia się z powodu obostrzeń wprowadzonych w wyniku pandemii Covid-19, a nie z powodu malejącego popytu na oferowane produkty i usługi – komentuje Krzysztof Krauze, Prezes Intrum w Polsce.

44% przedsiębiorców ankietowanych przez Intrum podczas kryzysu związanego z pandemią koronawirusa przyznało, że recesja miałaby poważny, negatywny wpływ na ich firmy. Przed wybuchem pandemii 26% pytanych było tego samego zdania. Wśród tych przedsiębiorców, którzy mają nieco bardzo bardziej optymistyczne nastroje i uważają, że recesja czeka ich kraj dopiero za 5 lat, także dostrzegają powagę problemu – 38% ankietowanych z Europy uważa, że kryzys miały negatywny wpływ na funkcjonowanie ich biznesów. W tym przypadku Polska (48%), oprócz Hiszpanii (54%) i Portugalii (47%) jest w niechlubnej trójce tych europejskich krajów, w których najwięcej przedsiębiorców ma takie obawy. A które branże najbardziej obawiają się recesji?

Ograniczenia wprowadzone we wszystkich krajach Europy dotyczące podróżowania, zakupów, spożywania posiłków, ćwiczeń i innych form spędzania wolnego czasu poza domem, najbardziej uderzyły w europejską branżę hotelarską, gastronomiczną i przemysł rekreacyjny. Ponad 4 na 10 respondentów z tego sektora (42%) twierdzi,
że recesja będzie mieć znacząco negatywny wpływ na ich działalność – jest to najwyższy wynik spośród 11 branż analizowanych przez Intrum. 

intrum2

Kolejne obostrzenia związane z pandemią znoszone są w całej Europie, jednak lockdown, który miał miejsce w ciągu ostatnich kilku miesięcy, może mieć trwały wpływ na firmy z branży hotelarskiej, gastronomicznej i wypoczynkowej. W kwietniu Komisja Europejska oszacowała, że europejskie hotele i restauracje stracą w tym roku połowę swoich przychodów, podczas gdy touroperatorzy i biura podróży mogą stracić nawet 70% swoich zarobków, a firmy organizujące rejsy wycieczkowe i linie lotnicze – aż 90% przychodów.

Recesja, którą odczują konsumenci, uderzy w europejskie firmy

Recesja nie jest problemem, który dotyczy tylko firm. Długoterminowe skutki ekonomiczne pandemii Covid-19 wpłyną nie tylko na biznesy w całej Europie, ale także na konsumentów, ponieważ presja finansowa negatywnie odbije się ich zdolność do płacenia faktur.

Przedsiębiorcy, którzy brali udział w naszym badaniu, są świadomi faktu, że ich aktualna, a także przyszła sytuacja w dużej mierze zależy od sytuacji konsumentów, od tego, jaką siłą nabywczą będą dysponować i jak odnajdą się w kryzysie – zaznacza Krzysztof Krauze, Prezes Intrum w Polsce. Nadchodząca recesja jest dużym wyzwaniem dla konsumentów w Europie. Odpowiadając na pytanie, jakie najważniejsze wyzwania będą stały przed konsumentami pragnącymi regulować swoje należności na czas – w ciągu najbliższych 12 miesięcy – pytani przedsiębiorcy na pierwszym miejscu stawiają właśnie kryzys gospodarczy (66%). Dopiero na kolejnych znalazły się takie kwestie,
jak np. problemy finansowe dłużników (38%) czy niepewne warunki/otoczenie handlowe (33%)
[1].

[1] Odpowiedzi udzielane przez respondentów po wybuchu pandemii Covid-19.

Przyspieszamy realizację ekspresowej trasy wzdłuż Bałtyku

0

Przygotowujemy się do realizacji S6 na odcinku Koszalin – Bożepole Wielkie. Zamiast w formule Partnerstwa Publiczno-Prywatnego (PPP), zgodnie z uchwałą Rady Ministrów, droga będzie budowana z budżetu państwa. Takie rozwiązanie o kilka lat przyspieszy realizację całej trasy;

– W III kwartale br. pierwsze przetargi na odcinki do realizacji w formule „Projektuj i buduj”;
– W III kwartale 2021 r. przetargi na odcinki budowane tradycyjnie;
– W 2025 r. zakończenie budowy całej S6 wzdłuż wybrzeża Bałtyku.

Jednak zanim dojdzie do ogłoszenia nowych przetargów musieliśmy oficjalnie anulować poprzednie, ogłoszone jesienią 2015 roku. Wiąże się to nie tylko z finansowaniem inwestycji, ale również formułą przetargu. Poprzednie przetargi były dwuetapowe, ograniczone, gdzie w pierwszym etapie przeprowadzaliśmy prekwalifikację wykonawców. Dodatkowo w związku ze znacznym upływem czasu zmianie uległa sytuacja podmiotowa wykonawców ubiegających się wówczas o zamówienie. Nowe przetargi, tak jak wszystkie ogłaszane obecnie na nowych zasadach, będą postępowaniami jednoetapowymi. W 2019 roku oficjalnie unieważniliśmy przetarg na odcinek Koszalin – Słupsk, a teraz na Słupsk – Lębork.;

Przypomnijmy, że kierowcy mają już do dyspozycji zachodnią część drogi ekspresowej, od węzła z S3 Goleniów Północ do węzła Koszalin Północ. To ponad 95 km dwujezdniowej, bezpiecznej, drogi ekspresowej. Trwa przebudowa wspólnego odcinka S3 i S6, pomiędzy węzłami Goleniów Północ i Rzęśnica. Docelowo jednak droga S6 będzie pod Goleniowem przecinać S3 i biec po północno-zachodniej stronie Szczecina, by włączyć się do A6 na węźle Szczecin Zachód. To blisko 52 km nowej drogi, na którą opracowujemy koncepcję programową.;

Jeszcze w tym roku, w IV kwartale, ogłosimy przetarg na realizację blisko 8-kilometrowego odcinka od końca obwodnicy Koszalina do końca obwodnicy Sianowa. To odcinek, na którym wystąpiły odmienne warunki geologiczne w postaci podziemnego jeziora ulokowanego poniżej poziomu prowadzonych badań geologicznych. Opracowano już dokumentację i złożono wniosek o wydanie decyzji o zezwoleniu na realizację inwestycji drogowej (ZRID). Trwa jeszcze aktualizacja projektu pod planowany węzeł Gorzebądz.;

Dla odcinków przyszłej S6 na wschód od Koszalina do początku obwodnicy Słupska, o długości ponad 46 km, opracowywany jest obecnie projekt budowlany. Ten fragment będzie realizowany w formule tradycyjnej, po uzyskaniu przez GDDKiA decyzji ZRID. Przetargi na wyłonienie wykonawców prac budowlanych planowane są w III kwartale 2021 roku, tak by realizacja zakończyła się w 2025 roku.

W tym samym roku ma też zakończyć się realizacja pozostałej części S6 w województwie pomorskim, która będzie prowadzona w formule „Projektuj i buduj”.

Dla odcinków od Lęborka do Bożegopola Wielkiego oraz Obwodnicy Metropolii Trójmiejskiej przetargi na wyłonienie wykonawców prac projektowych i budowlanych planujemy ogłosić w III kw. br. z kolei na S6 Słupsk – Lębork w IV kw. br.;;

W realizacji jest ponad 40-kilometrowy odcinek S6 pomiędzy węzłami Bożepole Wielkie i Gdynia Wielki Kack. Trasę ze względu na długość podzielono na trzy odcinki realizacyjne: Bożepole Wielkie – Luzino, Luzino – Szemud oraz Szemud – Gdynia. Obecnie prowadzone są prace ziemne, przy usuwaniu kolizji z sieciami teletechnicznymi, a także przy obiektach mostowych, gdzie montowane są już pierwsze belki ustrojów nośnych. Ponadto pojawił się pierwszy fragment przyszłej drogi ekspresowej z nawierzchnią bitumiczną. Pierwsze samochody pojadą po niej pod koniec 2021 r.;

Od 2021 roku nowe standardy energooszczędności w budownictwie. Mogą oznaczać wzrost cen mieszkań i kosztów remontów

W przyszłym roku wchodzą w życie nowe standardy w budownictwie dotyczące efektywności energetycznej. Producenci materiałów budowlanych, stolarki i chemii budowlanej będą musieli spełnić bardziej restrykcyjne wymogi i wycofać z rynku część tańszych produktów. W ocenie branży przełoży się to na wzrost kosztów o 20–30 proc. To zaś odbije się na portfelach Polaków, którzy planują budowę, remont lub zakup nieruchomości. Branża budowlana podkreśla, że zaostrzenie regulacji zbiega się w czasie z osłabieniem koniunktury wynikającym z  pandemią koronawirusa, i proponuje odłożenie nowych regulacji o dwa lata. Ministerstwo Rozwoju podkreśla jednak, że zmiany wynikają z regulacji unijnych, a wyższy koszt będzie rekompensowany przez zwrot z inwestycji w energooszczędność.

– Nowe warunki techniczne dotyczące materiałów budowlanych wejdą w życie 31 grudnia 2020 roku. To wymóg dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady UE, zgodnie z którą podniesione zostaną wymagania dotyczące współczynników przenikalności ciepła, czyli ile zużytej energii ucieka nam z domów – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Nowicki, wiceminister rozwoju.

Nowe wymogi dla nowo powstających i modernizowanych budynków wynikają z dyrektywy EPBD z 2010 roku. Jak podkreśla wiceminister, Polska wprowadzała zmiany w regulacjach w trzech etapach – od 2014, 2017 i właśnie od 2021 roku. Służyło to temu, żeby wszyscy uczestnicy rynku budowlanego mogli płynnie dostosować się do wprowadzanych zmian. Od przyszłego roku znacznie zaostrzone zostaną m.in. współczynniki zużycia energii i przenikania ciepła w budynkach. Innymi słowy: remontowane i nowo budowane domy będą musiały charakteryzować się bardzo niskim zapotrzebowaniem na energię. W ten sposób Unia Europejska chce dążyć do redukcji zużycia energii i emisji CO2 w budownictwie.

Energooszczędne budownictwo jest tańsze w utrzymaniu i eksploatacji. Taki budynek pozwala zaoszczędzić na kosztach ogrzewania i mediach, jak prąd czy gaz, a przy tym nie wpływa negatywnie na jakość powietrza. Energia jest pozyskiwana ze źródeł takich jak naturalne ciepło gruntu, światło słoneczne lub ciepło, które wytwarzają mieszkańcy i sprzęty. Dzięki ponadstandardowej izolacji straty ciepła są znacznie mniejsze niż w tradycyjnych domach.

– Lepszy wskaźnik przenikalności ciepła to niższe rachunki. Koszty wytworzenia i dostarczenia energii będą wzrastać, to jest nieunikniony trend w całej Europie. Mając szczelny budynek, który wykorzystuje np. tanią energię z fotowoltaiki, można obniżyć wysokość rachunków – mówi Robert Nowicki.

Zaostrzone zostaną wymogi względem izolacyjności cieplnej materiałów budowlanych. Nowe warunki techniczne wymuszą np. stosowanie okien i drzwi o wyższych parametrach energooszczędności, a dachy i ściany będą wymagały grubszej warstwy termoizolacyjnej.

– Efektywność energetyczna budynków jest absolutnie kluczowa. Wpływa na zużycie energii, a więc i wysokość rachunków, ale jest też silnie powiązana z ochroną środowiska i emisją CO2 czy walką ze smogiem. Jednak przy użyciu materiałów budowlanych, które spełniają obecne wymogi, już teraz jesteśmy w stanie budować bardzo energooszczędnie, a w projektach termomodernizacyjnych osiągać oszczędności zużycia energii dochodzące wręcz do 60 proc. względem stanu pierwotnego. Stąd wydaje się, że zaostrzenie przepisów nie jest konieczne – ocenia Jacek Siwiński, prezes VELUX Polska.

W porównaniu do tradycyjnego budownictwo energooszczędne wciąż ma jednak spory minus: jest droższe i wymaga większych nakładów finansowych. Tymczasem ceny materiałów budowlanych i tak rosną już od kilku lat. Według danych GUS w maju br. wzrost cen w budownictwie wyniósł 2,6 proc. w ujęciu rocznym i 0,2 proc. w miesięcznym. Ten trend będzie się utrzymywać m.in. ze względu na brak siły roboczej, wzrost kosztów pracy czy dodatkowe zawirowania rynkowe związane z pandemią SARS-CoV-2.

Wprowadzenie surowszych regulacji z początkiem 2021 roku przełoży się na wzrost cen o kolejne 20–30 proc. Producenci materiałów budowlanych, stolarki i chemii budowlanej będą też musieli wycofać z rynku część tańszych produktów, kupowanych najczęściej przez osoby z mniej zasobnym portfelem.

– Inwestycja we własne mieszkanie czy dom jest obliczona na kilkadziesiąt lat. Po to inwestujemy w nowoczesne źródła czy materiały o wyższym standardzie, które mogą być droższe, abyśmy później mieli niższe koszty energii – mówi wiceminister rozwoju.

– Zaostrzenie wymogów dla materiałów budowlanych poskutkuje w praktyce wzrostem kosztów dla klientów i mniejszą możliwością wyboru technologii. Przykładowo dla nas oznacza to konieczność wycofania z oferty naszych okien dwuszybowych, które są nadal bardzo popularne wśród klientów – mówi prezes VELUX Polska.

Jak podkreśla, odbije się to na portfelach Polaków, którzy planują budowę lub remont domu. Część z nich zniechęci do termomodernizacji, co stoi w sprzeczności z rządowym programem Czyste Powietrze.

– Zaostrzenie przepisów spowoduje wzrost barier wejścia w projekty budowlane, przede wszystkim dla klientów o mniej zasobnych portfelach. W rezultacie okaże się, że projektów termomodernizacyjnych będzie mniej, więc wcale nie zaoszczędzimy więcej energii i bilans będzie ujemny – mówi Jacek Siwiński.

Prezes VELUX Polska zauważa też, że inne kraje Europy, w których budownictwo jest bardziej nowoczesne i energooszczędne, nie mają tak restrykcyjnych wymagań, jakie będą obowiązywać w Polsce. W segmencie okien polskie przepisy dotyczące parametrów energooszczędności też należą już w tej chwili do najostrzejszych w Europie. Z tą opinią zgadza się Konrad Płochocki, dyrektor generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

– Od stycznia współczynniki przenikalności ciepła rosną dużo bardziej niż w wielu krajach Europy Zachodniej, do których nasi producenci eksportują produkty budowlane. Wzrost kosztów tych materiałów wyniesie nawet kilkadziesiąt procent, w przypadku okien będzie to ok. 30–40 proc. – wskazuje.

Zdaniem Płochockiego wprowadzenie nowych regulacji tym samym odbije się na cenach mieszkań. Polacy, którzy planowali zakup własnego lokum, muszą więc liczyć się ze wzrostem ceny za mkw.

– W przypadku 50-metrowego mieszkania będzie to kwota kilku tysięcy złotych, dochodząca nawet do 10 tys. zł. Oczywiście to też zależy od mieszkania, bo jeśli będzie w nim dużo przeszklonych przestrzeni, ta różnica może wynieść kilkanaście tysięcy złotych. I nie ma to większego uzasadnienia, ponieważ oszczędność w rachunkach będzie zwracała się przez kilkadziesiąt lat – dodaje prezes PZFD.

Jak wskazuje, nowe standardy, które zaczną obowiązywać z początkiem 2021 roku, zostały określone na podstawie dyrektywy UE sprzed dekady, z 2010 roku – i dzisiaj nie mają już uzasadnienia ekonomicznego, bo technologia poszła w tym czasie do przodu.

– Dużo lepiej jest zastosować rozwiązania innowacyjne np. w fotowoltaice, które są po prostu tańsze i możemy osiągnąć ten sam efekt dużo łatwiej – przekonuje Konrad Płochocki.

Branża budowlana zwraca też uwagę, że zaostrzenie regulacji zbiega się w czasie z osłabieniem koniunktury wynikającym z pandemii koronawirusa.

– Branża budowlana ma duży potencjał generacji wzrostu gospodarczego. To istotne zwłaszcza w tej chwili, w kontekście niwelacji skutków pandemii SARS-CoV-2. To nie jest dobry czas, aby tworzyć nowe bariery dla tej branży. Przesunięcie wejścia w życie tych przepisów o dwa lata, a w międzyczasie ich zrewidowanie byłoby lepszym rozwiązaniem – postuluje Jacek Siwiński.

– Zależy nam, żeby branża budowlana, która stanowi ok. 20 proc. PKB, dalej się rozwijała i była kołem zamachowym gospodarki, zwłaszcza po pandemii SARS-CoV-2 – podkreśla wiceminister Robert Nowicki.

Jak informuje, w ocenie Ministerstwa Rozwoju wymogi, które narzuci od przyszłego roku unijna dyrektywa, nie zahamują rozwoju branży budowlanej, ale resort wsłuchuje się w potrzeby przedsiębiorców i prowadzi z nimi dialog.

Rośnie zainteresowanie polisami pokrywającymi koszty leczenia w przypadku zakażenia koronawirusem na wakacjach. Polacy chcą też ochrony od rezygnacji z podróży

Ubezpieczenia turystyczne – po całkowitym zahamowaniu sprzedaży w II kwartale – będą stopniowo odbijać się od dna razem z całą branżą turystyczną. – Zauważamy, że świadomość Polaków w tym zakresie wzrosła – mówi Wojciech Rabiej, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Porówneo.pl. Turyści szukają polis, które pokryją koszty leczenia w przypadku zakażenia koronawirusem. Na popularności zyskuje także ubezpieczenie kosztów rezygnacji z imprezy turystycznej. Pandemia sprawiła też, że jeszcze chętniej niż zwykle Polacy kupują polisy online.

Zakładamy, że po załamaniu sprzedaży ubezpieczeń turystycznych w drugim kwartale wraz z ożywieniem w turystyce również branża ubezpieczeń turystycznych wróci do poziomów sprzedaży sprzed pandemii – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wojciech Rabiej.

Branża liczy na to, że w szybszym powrocie do normalności pomoże fakt, że odmrożenie gospodarki przypada właśnie na okres wakacyjny. Chociaż zagrożenie epidemiczne i problemy finansowe zrewidowały plany wyjazdowe wielu Polaków, to jednak wciąż jest grupa osób, które planują wypoczynek w kraju lub za granicą.

Świadomość Polaków w zakresie ubezpieczeń turystycznych wzrosła, więc będą szukać takich polis, być może również szerszego ich zakresu, czyli np. odwołania imprez turystycznych. Do tej pory była to opcja niezbyt chętnie wybierana – mówi ekspert. – Ubezpieczenia turystyczne bardzo dynamicznie się rozwijają, choć nie stanowią jeszcze tak dużego rynku jak ubezpieczenia samochodów czy mieszkań. Jednak z roku na rok widzimy intensywny wzrost. 

Szukając polisy na wyjazd, trzeba zwrócić uwagę na to, czy obejmuje ona przypadek zakażenia koronawirusem. Przed wybuchem pandemii większość ubezpieczycieli traktowała ją jako czynnik wykluczający odpowiedzialność. Teraz to się zmienia.

Ubezpieczyciele, wychodząc naprzeciw potrzebom turystów, oferują polisy, które pokrywają wystąpienie ryzyka wirusa. Choć musimy pamiętać, że szereg ubezpieczeń już taką ochronę obejmuje, np. ubezpieczenia życiowe, które cały czas pokrywają ubezpieczenie następstw tej choroby – wyjaśnia prezes Porówneo.pl. – Włączenie przez ubezpieczycieli COVID-19 w komunikację swoich produktów pewnie może podziałać na to, że te ubezpieczenia będą  popularniejsze i częściej brane pod uwagę. 

Pandemia wpływa także na ofertę inną niż ubezpieczenia turystyczne. Przykładem mogą być ubezpieczenia grupowe COVID-19 dla pracowników firm. Ubezpieczyciele zauważają także wzrost zainteresowania produktami zdrowotnymi.

Dla osób prowadzących działalność gospodarczą może być to ubezpieczenie business interruption, czyli od przerwy w działaniu biznesu. Kiedy np. fryzjer nie może prowadzić swojej działalności, ubezpieczyciel pokryje mu część kosztów związanych z przestojem – wymienia Wojciech Rabiej. – Ubezpieczyciele oferują także telemedycynę, czyli nie musimy iść do lekarza, możemy zarówno receptę, jak i podstawową poradę uzyskać przez telefon. Zatem w związku z COVID-19 świadomość istnienia pewnych ubezpieczeń powinna znacznie wzrosnąć.

Jak podkreślają przedstawiciele firm ubezpieczeniowych zapytani przez Polską Izbę Ubezpieczeń, kryzys i pandemia nie wpłynęły na spadek zainteresowania ochroną ubezpieczeniową – zarówno w ubezpieczeniach majątkowych, jak i życiowych. Wręcz przeciwnie, w niektórych przypadkach klienci są zainteresowani poszerzaniem zakresu tej ochrony i dodatkowymi opcjami. Lekkie spadki z marca i kwietnia zostały odrobione w kolejnych miesiącach. Żeby umożliwić sprzedaż na niezmienionym poziomie, mimo różnych obostrzeń sanitarnych w najtrudniejszym okresie, ubezpieczyciele mocno postawili na kanały zdalne.

Polacy nauczyli się korzystać z oferty dostępnej online, więc chęć do kupowania ubezpieczeń turystycznych wzrośnie również w kanale internetowym – dodaje ekspert Porówneo.pl.

Chiny przestają stawiać na rozwój oparty na eksporcie i ekspansji na zewnątrz. Budują silny rynek wewnętrzny oparty na rosnącej klasie średniej

Po blisko 7-proc. spadku gospodarczym w I kwartale kolejne trzy miesiące roku Chiny zaliczyły odbicie o 3,2 proc. Jednak mimo pozytywnego wyniku wciąż trudno prognozować rezultat całoroczny. Nie podejmują się tego nawet chińskie władze. Kryzys wywołany koronawirusem nakłada się na proces przekształcania społeczeństwa z produkcyjnego w konsumpcyjne i może go spowolnić, ale zdaniem sinologa, dra hab. Bogdana Góralczyka Pekin wyjdzie z tych zawirowań obronną ręką.

Wycofanie części produkcji z Chin jest pewne i w zasadzie już się wydarzyło przez pierwsze parę miesięcy pandemii. Łańcuchy dostaw zaczynały się w Chinach, bo do niedawna ten kraj był tani, ale już nie jest – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Bogdan Góralczyk, profesor UW, sinolog, były ambasador. – Poza tym jest presja Stanów Zjednoczonych i Zachodu. Pandemia pokazała, że jako Europa jesteśmy w 90 albo i więcej procentach uzależnieni od środków medycznych sprowadzanych z Chin. To trzeba zmienić, bo ta sytuacja nie była zdrowa. To jest normalne, że nastąpią zmiany, Chiny sobie to uświadamiają.

W czerwcu Chiny miały 46,42 mld dol. nadwyżki w handlu zagranicznym. To o ponad 12 mld dol. mniej, niż oczekiwano, i o niemal 16,5 mld dol. mniej niż w maju. Mimo to rynki uznały dane za zaskakująco dobre, ponieważ po spadkach z ubiegłych miesięcy zarówno eksport, jak i import wzrosły rok do roku, choć ekonomiści spodziewali się ujemnej dynamiki w obydwu przypadkach.

Państwo Środka, które rozpoczęło rok epidemią koronawirusa, w I kwartale musiało stawić czoła pierwszemu spadkowi PKB w historii pomiarów tego wskaźnika, czyli od 1992 roku. Chińska gospodarka skurczyła się o 6,8 proc. W II kwartale PKB azjatyckiego giganta wzrosło o 3,2 proc., choć prognozy ekonomistów pytanych przez agencję Reutera wskazywały poziom 2,5 proc.

Chińska  gospodarka w czasie pandemii jest na zakręcie. Z drugiej strony jest ona zglobalizowana, a łańcuchy dostaw są zachwiane. Z trzeciej mamy zagrożenie wojną handlową i pandemią – wymienia Bogdan Góralczyk. – Jednym słowem nie dziwi to, że na ostatniej sesji Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych, czyli chińskiego parlamentu, przeniesionej przez pandemię z marca na maj, po raz pierwszy, odkąd są w Chinach reformy, czyli prawie od pół wieku, nie wyznaczono, jaki będzie poziom wzrostu PKB.

Według Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który pod koniec czerwca uaktualnił swoje kwietniowe prognozy globalnego wzrostu PKB, chińska gospodarka w całym roku 2020 urośnie o 1 proc. To bardzo mizerny wynik, zważywszy na to, że jeszcze dekadę temu notowała kilkunastoprocentowe wzrosty, a w strefę jednocyfrowej dynamiki weszła po tym, jak władze w Pekinie zaczęły ją przestawiać na tory konsumpcji, kreować klasę średnią i  wycofywać się z roli globalnego producenta tanich wyrobów. W 2019 roku PKB Chin zwiększyło się o 6,1 proc. Większość największych gospodarek świata doświadczy jednak całorocznego spadku, a globalny PKB zmniejszy się według MFW o 4,9 proc. W przyszłym roku Chiny powinny powrócić na ścieżkę wzrostu – według ekonomistów funduszu wyniesie on 8,2 proc.

– Cała światowa gospodarka będzie w tym roku w recesji, to jest pewne. Pytanie, jak głęboka ona będzie. Prognozy nie są dobre, a w dodatku niepewne, bo zbyt dużo jest niewiadomych. Chińska gospodarka jest natomiast bardzo rozpędzona i jest światem samym w sobie, ona sobie poradzi – przewiduje były ambasador RP w Tajlandii. – Chiny zmieniają w tej chwili model rozwojowy. Poprzedni opierał się na eksporcie i ekspansji na zewnątrz, ten nowy polega na budowie silnego rynku wewnętrznego, opartego na kwitnącej klasie średniej, którą po prostu trzeba zbudować. To jest niezwykle kosztowny i długotrwały proces.

Chiński przywódca Xi Jinping zapowiedział, że nowy model zostanie osiągnięty na 100-lecie rządzącej Komunistycznej Partii Chin, czyli do połowy przyszłego roku. I choć pandemia spowolniła wiele procesów, a mogłaby też być wytłumaczeniem „poślizgu”, sinolog jest przekonany, że w 2021 roku Pekin ogłosi sukces.

– Na pewno w połowie przyszłego roku władze chińskie ogłoszą, że mają już nowy model rozwojowy oparty na klasie średniej i silnym społeczeństwie w sensie siły nabywczej – konkluduje.

Warszawska giełda będzie promować handel na Platformie Żywnościowej. Rozważa wprowadzenie na nią kolejnych produktów rolnych

Sellfood, czyli Platforma Żywnościowa, wspólne przedsięwzięcie GPW i Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa, mimo pandemii działa zgodnie z planem. Pierwsze aukcje pszenicy okazały się sukcesem, więc rozważane jest rozszerzenie asortymentu zarówno produktów rolnych, jak i giełdowych. Pandemia przesunęła akcję informacyjną, która teraz ma ruszyć z całą mocą. Prezes GPW liczy, że przyczyni się ona do wzrostu popularności tej formy handlu.

Platforma Żywnościowa, czyli rodzaj giełdy rolnej, idzie zgodnie z planem. Jest to nietypowy projekt, bo mieścimy się i w budżecie, i w harmonogramie, tak jak zaplanowaliśmy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Marek Dietl, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. – Odbywają się już pierwsze transakcje, które mają jeszcze charakter testowy, ale rzeczywiście ktoś kupuje pszenicę, ktoś ją sprzedaje, działają magazyny autoryzowane, system rozliczeń. W skrócie – wszystko idzie zgodnie z planem i czujemy się już gotowi do wprowadzania kolejnych produktów.

Platforma Żywnościowa to giełda stworzona na wzór giełdy papierów wartościowych, ale obracająca nie akcjami, ale produktami rolnymi. Na początku marca br. GK GPW (Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie z Izbą Rozliczeniową Giełd Towarowych i Towarową Giełdą Energii) uruchomiła pilotaż giełdowego rynku rolnego, a okres wdrożeniowy zgodnie z założeniami potrwa do sierpnia br. Nowa platforma obrotu ma ograniczyć ryzyko handlowe związane z tym, że, po pierwsze, przez rozdrobnienie polskiego rolnictwa trudno o dostawy dużych partii towarów o wysokiej, wystandaryzowanej jakości, po drugie – z dużą niepewnością zbytu i ceny. Za pośrednictwem platformy mogą sprzedawać zarówno drobne, rodzinne gospodarstwa rolne, jak i wielcy producenci pszenicy. Po stronie kupujących mogą być zarówno mali przetwórcy, jak i duzi eksporterzy.

Pierwsza aukcja sprzedaży pszenicy na Rynku Towarów Rolno-Spożywczych odbyła się 14 maja br. W jej trakcie zawarto 10 transakcji i sprzedano 250 ton pszenicy klasy B po średniej cenie transakcyjnej 830,40 zł/t. Od uruchomienia RTRS na rynku autoryzowanych jest 19 magazynów.

Bardzo mocno rozważamy też inne zboża, np. żyto. Dostajemy dużo zachęt odnośnie do koncentratu jabłkowego. Na horyzoncie, szczególnie ze względu na eksport, jest także mleko w proszku, ale może też rzepak – kreśli plany rozbudowy rynku Marek Dietl. – Widzimy też duże zainteresowanie rynkiem terminowym, czyli zawieraniem transakcji o ustalonej cenie z odroczonym terminem ich realizacji. Mamy więc zróżnicowanie i pod względem produktów giełdowych, i pod względem produktów rolnych.

Na razie RTRS jest rynkiem kasowym (spot), co oznacza, że transakcje na nim zawierane podlegają natychmiastowemu rozliczeniu z fizyczną dostawą towaru. Zasady uczestnictwa w rynku, warunki transakcji i sposób ich realizacji są ustalone przez giełdę, co zapewnia prowadzenie obrotu na transparentnych i jednakowych dla wszystkich jego uczestników zasadach.

Giełda rolna działa tak, że to jest fizyczna dostawa, więc jej uczestnikami są ci, którzy albo chcą sprzedać, albo kupić produkt rolny. Jeszcze nie pojawili się spekulanci, którzy traktują to jako lokatę kapitału czy możliwość zarobku. Dużą popularnością cieszą się aukcje, czyli ktoś ma dużą porcję towaru i chciałby ją sprzedać – informuje prezes GPW. – Jeśli chodzi o fixing, czyli zawieranie transakcji przypominające zawieranie transakcji na rynku NewConnect czy zakup akcji, to jeszcze nie jest ono dobrze rozwinięte. Wymaga to większej liczby sprzedających i kupujących. Dopiero teraz, ze względu na pandemię, rusza akcja informacyjna, którą musieliśmy przesunąć z przyczyn obiektywnych. Liczymy na to, że po tej akcji przybędzie kupujących i sprzedających mniejsze porcje i będzie można cenę dnia, fixing robić częściej niż teraz.

Pierwszą transakcję w ramach fixingu na prowadzonym przez Towarową Giełdę Energii Rynku Towarów Rolno-Spożywczych zawarto 27 maja br. o 12:00. Przedmiotem obrotu było 500 ton pszenicy klasy B po kursie 831,00 zł/t.

– Polski rynek rolny jest olbrzymi. Są różne oceny dotyczące tego, jaki możemy zdobyć w nim udział. Zwykle giełdy, żeby móc wyznaczać wiarygodną cenę, potrzebują 2–3-proc. udziału w całym rynku obrotu, my chcielibyśmy mieć większy – deklaruje dr Marek Dietl. – Z kolei z punktu widzenia biznesowego nawet jeśli osiągniemy 2–3 proc. udziału w rynku, będziemy już bardzo zadowoleni, a marzy nam się, żeby dojść do nawet dwucyfrowych wartości.

Platforma Żywnościowa powstała z inicjatywy Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi i jest wpisana do Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju do roku 2020 (z perspektywą do 2030 roku). Projekt realizuje Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa w konsorcjum z Instytutem Biotechnologii Przemysłu Rolno-Spożywczego i Instytutem Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej – PIB. Partnerem, głównym wykonawcą i operatorem Platformy Żywnościowej jest konsorcjum Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie z Izbą Rozliczeniową Giełd Towarowych i Towarową Giełdą Energii. To właśnie jej częścią ma się docelowo stać Rynek Towarów Rolno-Spożywczych, jak oficjalnie będzie się nazywać platforma po wyjściu z fazy testowej.

W czasie pandemii 80 proc. firm odnotowało zwiększoną liczbę cyberataków. Mimo tego większość redukuje zespoły ds. cyberbezpieczeństwa

Firmy coraz częściej borykają się z problemami w zakresie cyberbezpieczeństwa, gdy większość pracy przeniosła się w sposób nieoczekiwany i w zasadzie z dnia na dzień do trybu zdalnego. W nowych realiach odnajdują się za to cyberprzestępcy, którzy chętnie wykorzystują słabsze zabezpieczenia sieci i komputerów domowych. Maleje też zatrudnienie w działach IT, co także zwiększa ryzyko. Najnowsze badania sugerują, że od momentu wybuchu pandemii COVID-19 w pierwszej połowie 2020 roku aż 80 proc. przedsiębiorstw zanotowało więcej prób cyberataków.

– Firmy borykają się z konsekwencjami w zakresie cyberbezpieczeństwa wynikającymi z nieoczekiwanego przejścia na system pracy zdalnej, co stwarza cyberprzestępcom i zagranicznym przeciwnikom bezprecedensowe możliwości – podkreśla Steve Moore, główny strateg ds. bezpieczeństwa w Exabeam.

Eksperci ds. cyberbezpieczeństwa z Exabeam opublikowali wyniki nowego badania, w którym zidentyfikowano wpływ pandemii koronawirusa na zespoły ds. bezpieczeństwa. Raport sugeruje wzrost zarówno zagrożeń cybernetycznych, jak i finansowych od początku kryzysu zdrowotnego w pierwszej połowie 2020 roku. W tym czasie 80 proc. firm odnotowało „nieco lub znacznie więcej” prób cyberataku. W sumie jedna trzecia respondentów doświadczyła udanego cyberataku podczas pandemii SARS-CoV-2, co doprowadziło do przestojów sieci w przypadku ok. 40 proc. firm.

– Wzrost liczby prób cyberataków w czasie, gdy firmy doświadczają redukcji personelu, jest przykrym przypomnieniem o wyzwaniach związanych z bezpieczeństwem i finansami, jakie stwarza pandemia. Automatyzacja powtarzalnych zadań może pozwolić zespołom ds. bezpieczeństwa na poprawę wydajności i dokładności w środowisku zdalnym – wskazuje Steve Moore.

Z badania Exabeam wynika, że większość ​​firm odroczyła zatrudnienie pracowników ds. bezpieczeństwa w okresie od marca do czerwca 2020 roku. W Stanach Zjednoczonych aż 70 proc. firm wstrzymało zatrudnienie. 75 proc. przebadanych firm wskazuje także na długotrwałe urlopy w zespołach ds. bezpieczeństwa, a 68 proc. zwolniło w tym okresie członków zespołu.

– Pomimo wzrostu liczby cyberzagrożeń z naszego badania wynika, że ​​trzy czwarte organizacji musiało zwolnić członków zespołu centrów operacji bezpieczeństwa (SOC). Około 50 proc. musiało zwolnić od jednego do dwóch pracowników – wskazuje Sam Humphries, starsza menadżerka ds. marketingu w Exabeam. – Ogółem 68 proc. przedsiębiorstw zwolniło pracowników z zespołów bezpieczeństwa od początku pandemii.

Pomimo redukcji zespołów zaledwie 22 proc. wszystkich respondentów wymieniło niedobory personelu jako największe wyzwanie w łagodzeniu zagrożeń podczas pracy zdalnej. Większym problemem jest komunikacja z zespołami ds. bezpieczeństwa i z innymi działami IT. Istotne były również problemy z bezpieczeństwem sieci, przy czym 29 proc. wszystkich respondentów wymieniło trudności w badaniu ataków.

Według firmy Dekra tylko w marcu firmy i organizacje zanotowały 475-proc. wzrost cyberataków.

W 2024 roku na świecie będzie 3,5 mld graczy. Przyszłością rynku gier jest chmura i płatności w abonamencie

Gry w chmurze są już dostępne, a w przyszłości całkowicie zmienią sposób, w jaki korzystamy z urządzeń. Nie będzie już potrzeby stosowania wysokiej klasy sprzętu wymagającego dużej mocy obliczeniowej, znaczenie straci platforma, a najważniejszy będzie stały dostęp do rozrywki i internetu. Pandemia koronawirusa spowodowała znaczący wzrost liczby osób grających w gry komputerowe. Raport ABI Research i InterDigital wskazuje, że w 2024 roku grać będzie połowa populacji. Dostawcy gier w chmurze powinni jednak preferować modele cenowe oparte na subskrypcji.

Firmy zajmujące się grami wideo przenoszą je ze smartfonów, konsol i komputerów PC do chmury. Obecnie większość tytułów jest jeszcze pobierana i odtwarzana lokalnie na urządzeniach, choć większość wymaga dostępu do internetu. W przypadku gier w chmurze gra znajduje się w centrach danych, co eliminuje potrzebę pobierania plików, a tym samym posiadania wysokiej klasy sprzętu, który jest w stanie ją odtworzyć. Największe firmy przenoszą więc rozrywkę do chmury. Sony już ogłosiło współpracę z Microsoftem w celu wykorzystania tej technologii.

– Rynek gier w chmurze błyskawicznie się rozwija – podkreśla Laurent Depersin, starszy dyrektor laboratorium badań i innowacji w InterDigital. – Wszyscy, którzy chcą na tym skorzystać, powinni działać teraz. Gracze muszą działać szybko, jeśli chcą skorzystać ze wszystkiego, co ten ekscytujący rynek ma do zaoferowania.

Raport ABI Research i InterDigital „Gry w chmurze: umożliwianie nowej generacji paradygmatu gier i transmisji strumieniowej” wskazuje, że ​​obecnie w gry wideo gra ponad 2,3 mld osób, a w 2024 roku ich liczba przekroczy 3,5 mld. Aby jednak operatorzy gier w chmurze mogli wykorzystać ten potencjał, muszą ocenić swoje modele biznesowe. Takie usługi jak strumieniowe przesyłanie wideo online oferują opcję miesięcznych, kwartalnych lub rocznych planów subskrypcji.

– Rozwój 5G i Wi-Fi coraz bardziej przenika do głównego nurtu, umożliwiając grywalizację większej liczby produktów i usług. To pozwoli na rozwój także sektora Gaming as a Service (GaaS), który przyciąga nowych graczy i zachęca istniejących do przejścia na chmurę dzięki przyjaznemu dla użytkownika modelowi biznesowemu – tłumaczy dyrektor w InterDigital.

Obecnie wielu wydawców i programistów włącza do swoich gier model Games as a Service. Większość dzisiejszych gier wideo nie działa jako produkt, zamiast tego funkcjonują jako usługi w postaci udostępnienia dodatkowej zawartości po ich uruchomieniu, a GaaS stał się główną częścią branży gier. Początkowo tę usługę zaczęli wdrażać twórcy gier mobilnych, szybko jednak dołączyli do nich twórcy gier komputerowych czy konsolowych. W kwietniu chmurowa platforma Google Stadia miała już milion aktywnych użytkowników.

GaaS umożliwia strumieniowe przesyłanie gier na żądanie na urządzenia użytkowników. Rzeczywiste oprogramowanie gry jest przechowywane na serwerach firmy hostingowej i jest przesyłane strumieniowo bezpośrednio do urządzenia, z którego korzysta gracz. Aby umożliwić rozwój GaaS, systemy biznesowe muszą działać płynnie, przede wszystkim skutecznie zarządzać utrzymywaniem rozliczeń subskrypcji, móc natychmiast zatwierdzać mikrotransakcje, potwierdzać dane, najlepiej w czasie rzeczywistym.

– Aby gry w chmurze i Gaming as a Service odniosły sukces i zostały szeroko zaadaptowane przez rynek, gracze muszą się upewnić, że mają zarówno odpowiedni model biznesowy, jak i odpowiedni user experience – wskazuje Laurent Depersin.

Według analityków MarketsandMarkets segment gier komputerowych w chmurze do 2024 roku osiągnie wartość 3,1 mld dol., przy średniorocznym tempie wzrostu blisko 60 proc. Raport powstał jednak przed pandemią, która znacznie napędziła cały rynek gier.

Jakie zegarki męskie są na czasie? 5 marek wartych uwagi

Choć zegarki męskie pierwotnie pełniły rolę przede wszystkim użytkową, będąc czasomierzem i wskaźnikiem daty, zawsze spory nacisk kładziono na ich estetyczne walory. Dzisiaj, kiedy właściwie zawsze mamy przy sobie telefon komórkowy o znacznie szerszych funkcjonalnościach, zegarek stał się przede wszystkim stylowym dodatkiem porównywalnym z krawatem czy spinką do mankietów. W zależności od potrzeb wyboru dokonać można pomiędzy modelami kolorowymi, czarnymi, srebrnymi czy złotymi zamontowanymi na pasku skórzanym, tworzywowym, tekstylnym czy metalicznej bransolecie. Które marki zegarków męskich warto wziąć pod uwagę przede wszystkim?

1. Zegarki męskie Fossil

2. Zegarki męskie Bulova

3. Zegarki męskie Daniel Wellington

4. Zegarki męskie Seiko

5. Zegarki męskie Hugo Boss

Modne zegarki męskie mogą być modelami zaprojektowanymi z myślą o biznesmenach lub propozycją przede wszystkim dla mężczyzn aktywnych, uprawiających nierzadko sporty ekstremalne.

Zegarki męskie Fossil

Fossil zegarki produkuje od lat 80. Pierwsze modele inspirowane były reklamami z lat 30., 40. oraz 50. Retro charakter zegarków okazał się być strzałem w dziesiątkę i już w roku 1987 firm zanotowała sprzedaż na poziomie dwóch milionów dolarów w samym tylko Teksasie. Popularność w Stanach Zjednoczonych przełożyła się na ekspansję także na rynki europejskie, przede wszystkim niemiecki oraz francuski. Dzisiejsze męskie zegarki sygnowane logo marki utrzymane są w stonowanej i bezpiecznej kolorystyce. Przeznaczone są przede wszystkim dla osób, które poszukują wysokiej jakości w rozsądnej cenie. Miłośnicy nowych technologii skusić się mogą na smartwatche, wykorzystujące albo prosty dotykowy ekran, albo modele, w których klasyczna tarcza łączy się z wyświetlaczem.

Zegarki męskie Bulova

Również pochodząca ze Stanów Zjednoczonych firma Bulova zegarki oferuje zarówno miłośnikom klasyki, jak i zwolennikom bardziej oryginalnych rozwiązań. W portfolio marki nie brakuje odważniejszych wersji, na przykład Bulova Marine Star inspirowanego morzem i żeglarskimi doświadczeniami czy futurystycznego Bulova Computron. Bardzo ciekawym wyborem jest także Bulova Classic Chronograph, którego koperta przywodzi na myśl popularne „nurki”, a wrażenie to dodatkowo podkreśla format indeksów oraz wskazówek. Ciekawa kolorystyka i poszukiwanie elegancji sprawia, że zegarki tej marki mogą albo stać się nietuzinkowym detalem albo ozdobą idealnie dopasowaną do formalnego garnituru.

Zegarki męskie Daniel Wellington

Męskie zegarki Daniel Wellington to ponadczasowy minimalizm i nacisk na detal. Ta stosunkowo młoda marka w krótkim czasie stała się kreatorem trendów i symbolem nowoczesności. Szeroka gama kolorystyczna pasków i kopert nie wyklucza wcale eleganckiego tonu całości. Wybór pasków: nylonowego, skórzanego lub typu  mesh sprawi, że każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Zegarki męskie Seiko

Męskie zegarki Seiko są jednymi z chętniej wybieranych. W dużej części są to modele sportowe, a wątpliwości co do ich charakteru nie pozostawia chronograf, liczący minuty, sekundy oraz ich setne. Duże, efektowne tarcze z dodatkowymi podziałkami nadają całości nowoczesny szlif. Osoby poszukujące klasycznej elegancji nie będą jednak zawiedzione ofertą tej japońskiej firmy. Na ich uwagę z pewnością zasługuje linia zegarków zasilanych energią słoneczną i synchronizowanych odbiornikiem GPS.

Zegarki męskie Hugo Boss

To niemiecka marka, produkująca odzież, kosmetyki oraz zegarki najwyższej jakości. Łącznie w portfolio znajduje się kilkadziesiąt modeli, które pokochają miłośnicy ponadczasowej elegancji i wyrafinowanego smaku. Zegarek dla biznesmena? Właśnie Hugo Boss spełni wszystkie oczekiwania. Dbałość o szczegół i precyzja wykonania sprawia, że nie trzeba niczego więcej, by wskazać klasę i profesjonalizm właściciela.

Berg Holding S.A.: Farmy Fotowoltaiki S.A. podpisały przedwstępną umowę dzierżawy gruntu pod budowę pierwszej farmy fotowoltaiki

0

Berg Holding S.A. (poprzednio Śląskie Kamienice S.A.), Spółka notowana na rynku NewConnect, otrzymała informację od spółki zależnej Farmy Fotowoltaiki S.A. o podpisaniu przez nią przedwstępnej umowy dzierżawy 3,08 ha gruntu pod budowę farm fotowoltaicznych o mocy min. 1 MWe. Jest to pierwsza tego typu umowa zawarta przez tą spółkę.

Spółka zależna od Berg Holding S.A. – Farmy Fotowoltaiki S.A. – zawarła umowę przedwstępną dzierżawy nieruchomości, składającej się z działki położonej w powiecie grodziskim o powierzchni 3,08 ha w celu budowy na jej części farmy fotowoltaicznej wraz z oprzyrządowaniem, urządzeniami dodatkowymi oraz infrastrukturą towarzyszącą. Zgodnie z umową Wydzierżawiający zobowiązał się oddać nieruchomość spółce Farmy Fotowoltaiki S.A. na okres 25 lat do używania i pobierania pożytków w części nieruchomości, niezbędnej do realizacji celu umowy. Spółka zależna zamierza wybudować farmę fotowoltaiczną w obrębie powyższej nieruchomości o mocy min. 1 MWe. Podpisanie przez Farmy Fotowoltaiki S.A. przedwstępnej umowy dzierżawy jest związane z realizacją strategii rozwoju spółki.

„Od momentu opublikowania strategii działania Farm Fotowoltaiki S.A. przystąpiliśmy do jej realizacji. W pierwszej kolejności zbudowaliśmy portfel ofert z rynku, zarówno dotyczących zakupu działek pod budowę farm fotowoltaicznych, jak i współpracy w zakresie ich rozbudowy lub partnerstwa w kapitale. Jest to pierwsza nasza umowa, która rozpoczyna działania zmierzające do powstania farmy fotowoltaicznej. Wciąż analizujemy napływające oferty, z pewnością będzie to pierwsza z wielu inwestycji w naszym podmiocie” – mówi Kamil Kita, prezes Zarządu Farm Fotowoltaiki S.A.

Główne założenia strategii rozwoju Farmy Fotowoltaiki S.A. obejmują rozpoczęcie współpracy z partnerem branżowym, będącym liderem na rynku – Columbus Energy S.A. – w zakresie rozwijania projektów farm fotowoltaicznych oraz powstanie pierwszej spółki celowej F1 Sp. z o.o. z własnym gruntem. Farmy Fotowoltaiki S.A. planują dokonywać zakupu lub dzierżawy działek pod budowę farm fotowoltaicznych o mocy min. 1 MWe lub gruntów na własny użytek. W 2021 r. spółka zamierza realizować projekty od 1 do 10 MWe, natomiast w 2022 r. projekty do 40 MWe. Spółka chce także inwestować w podmioty działające na rynku fotowoltaicznym poprzez zakup udziałów na poziomie od 5% do 45% w wybranych podmiotach. Farmy Fotowoltaiki S.A. będą dążyły do rozwoju sieci wykonawczej i dystrybucji poprzez zawiązywanie współpracy z kolejnymi partnerami i firmami projektowo-montażowymi oraz do rozwoju zaplecza techniczno-handlowego i badawczego poprzez budowę własnego zespołu firm podwykonawczych, w systemie relacji B2B. Spółka będzie też budowała bazę inwestorów zainteresowanych zakupem farm fotowoltaicznych oraz inwestycją w branży fotowoltaiki. Farmy Fotowoltaiki S.A. będą chciały pozyskać kapitał zewnętrzny w kwocie do 10 mln zł do końca 2022 r., który zostanie przeznaczony na sfinansowanie bieżącej działalności.

Berg Holding S.A. zakończył 2019 r. zyskiem netto w wysokości ponad 2,1 mln zł przy przychodach netto ze sprzedaży przekraczających 22,8 mln zł. Wartość aktywów Spółki na koniec 2019 r. ukształtowała się na poziomie blisko 89,8 mln zł. Spółka planuje podjąć działania mające na celu spełnienie przez nią warunków niezbędnych do przeniesienia notowań na główny rynek Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

Berg Holding S.A. to Spółka stworzona na silnych fundamentach. W 2017 roku Spółka zadebiutowała na rynku NewConnect.

BGK dopłaci do oprocentowania kredytów. Firmy dotknięte skutkami pandemii dostaną w sumie 565 mln zł

0

Wsparcie z Funduszu Dopłat do Oprocentowania, uruchomionego przez Bank Gospodarstwa Krajowego, jest już dostępne dla firm. Przedsiębiorcy, których dotknęły skutki pandemii koronawirusa, mogą liczyć na rządową pomoc w spłacaniu kredytów zaciąganych w bankach komercyjnych.

Fundusz Dopłat do Oprocentowania jest częścią rządowej tarczy antykryzysowej. Przewiduje dopłaty do oprocentowania nowych i wcześniej zaciągniętych kredytów obrotowych, czyli takich, które finansują bieżącą działalność przedsiębiorstw. O kredyt z dopłatą do oprocentowania mogą wnioskować wszystkie firmy niezależnie od branży, a także podmioty, które prowadzą działalność w sektorze produkcji podstawowej produktów rolnych. Wystarczy uwiarygodnić, że kryzys wpłynął lub niebawem wpłynie na kondycję finansową firmy. W tym celu przedsiębiorca przedstawia dokumenty, których bank kredytujący wymaga zgodnie ze swoją polityką kredytową.

Wysokość wsparcia zależy od wielkości przedsiębiorstwa. Firmy z sektora MŚP otrzymają dopłatę do oprocentowania w wysokości dwóch punktów procentowych, a duże jednego punktu procentowego.

„Dzięki temu rozwiązaniu przedsiębiorcy dotknięci skutkami COVID-19 mogą zaciągnąć kredyt o obniżonym, dzięki dopłatom z budżetu państwa, oprocentowaniu. To odpowiedź na zwiększone obecnie zapotrzebowanie biznesu na kredyty obrotowe” – mówi wicepremier Jadwiga Emilewicz.

Dopłaty do oprocentowania można łączyć z innymi programami pomocowymi BGK. A zatem przedsiębiorca, który zaciągnął kredyt obrotowy na przykład zabezpieczony gwarancją de minimis do 80 proc. wysokości kredytu, nie dość, że nie zapłaci prowizji za jej udzielenie, to dodatkowo skorzysta z dopłaty do oprocentowania.

Fundusz Dopłat do Oprocentowania to rozwiązanie wypracowane przez Bank Gospodarstwa Krajowego we współpracy z Ministerstwem Rozwoju. Tylko w tym roku budżet państwa przeznaczył na dopłaty 296 mln zł i kolejne 271 mln zł w roku 2021.

„Fundusz Dopłat do Oprocentowania to kolejne rozwiązanie, które zaproponowaliśmy, aby wesprzeć przedsiębiorców w tym trudnym czasie. Co ważne, firmy korzystające z dopłat mogą łączyć to wsparcie z innymi programami pomocowymi BGK. Nasze systemy gwarancji ułatwiają firmom dostęp do kredytów, a Fundusz Dopłat do Oprocentowania pomaga w ich spłacie” – mówi Beata Daszyńska-Muzyczka, prezes Banku Gospodarstwa Krajowego.

Kredytów z dopłatami będą udzielały banki komercyjne i spółdzielcze, które podpiszą lub już podpisały umowy z BGK. Ich lista znajduje się na stronie http://www.bgk.pl i będzie aktualizowana, kiedy kolejne banki wprowadzą rozwiązanie do swojej oferty.

PINK opublikował dane dotyczące rynku biurowego w Warszawie w II kwartale 2020 roku

0

Polska Izba Nieruchomości Komercyjnych (PINK) publikuje zagregowane dane dotyczące warszawskiego rynku najmu powierzchni biurowych w drugim kwartale 2020 roku. Źródłem danych są firmy doradcze działające na rynku nieruchomości komercyjnych (BNP Paribas Real Estate, CBRE, Colliers International, Cresa, Cushman&Wakefield, JLL, Knight Frank, Savills), a informacje dotyczą zasobów nowoczesnej powierzchni biurowej, nowych projektów oddanych do użytku, wielkości transakcji wynajmu oraz ilości powierzchni niewynajętej.

  • Na koniec czerwca 2020 roku zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w Warszawie wyniosły około 5 687 800 m kw.
  • W II kwartale 2020 roku na stołeczny rynek dostarczono około 100 100 m kw. nowoczesnej powierzchni biurowej w czterech projektach. Największym z nich był Varso II oferujący 40 000 mkw. zlokalizowany w strefie COB. Wśród pozostałych ukończonych inwestycji biurowych znalazły się: Chmielna 89 (25 200 mkw.) i Biura przy Willi (15 000 mkw.) dostarczone na rynek w strefie Centrum oraz DSV HQ (20 000 mkw.) zlokalizowany w strefie Mokotów.
  • Na koniec II kwartału br. w Warszawie wskaźnik pustostanów osiągnął wartość 7,9% (wzrost o 0,4 pp. w porównaniu z poprzednim kwartałem i spadek o 0,6 pp. w odniesieniu do porównywalnego okresu w 2019 roku). Dostępność powierzchni biurowej wynosiła prawie 448 000 m kw. W strefach centralnych współczynnik pustostanów wyniósł 5,0%, natomiast poza centrum miasta sięgnął 9,8%.
  • W pierwszym półroczu 2019 roku popyt na nowoczesne powierzchnie biurowe osiągnął prawie 334 800 m kw., w tym szczególnie wysoką aktywność najemców zaobserwowano w II kw. tego roku – ponad 195 900 m kw. wynajętej powierzchni biurowej. Największym zainteresowaniem cieszyły się strefy Centrum oraz Mokotów.
  • W okresie od kwietnia do czerwca 2020 roku najwyższy udział w strukturze popytu przypadł nowym umowom – 67% (włączając umowy przednajmu oraz powierzchnie na potrzeby własne właściciela nieruchomości). Renegocjacje i przedłużenia obowiązujących kontraktów odpowiadały za 29% zarejestrowanego popytu, a ekspansje – 4%.
  • Największa transakcja II kwartału 2020 została podpasana przez PZU w Generation Park Y w ramach umowy przednajmu na 46 500 mkw. Wśród pozostałych znaczących transakcji znalazły się: nowa umowa najmu firmy DSV wynajmującej 20 000 mkw. w budynku DSV HQ oraz renegocjacja kontraktu i ekspansja Poczty Polskiej o powierzchni 19 800 mkw. podpisane w Domaniewska Office Hub.

Tarcze antykryzysowe okiem doradcy podatkowego. Podsumowanie przepisów pomocowych

0

Zwolnienie z ZUS, świadczenie postojowe oraz mikropożyczka – to były najważniejsze formy pomocy, z jakich skorzystali do tej pory przedsiębiorcy w czasie pandemii. Eksperci inFakt podsumowują najpopularniejsze przepisy tarcz antykryzysowych i wskazują, które regulacje wprowadzały najwięcej wątpliwości i wymagały doprecyzowania. 

Tarcza antykryzysowa wraz z kolejnymi nowelizacjami zmieniała się tak często, że obecnie mamy już tzw. tarczę 4.0. – Można powiedzieć, że ustawodawca średnio raz na miesiąc wprowadzał nowe rozwiązania i naprawiał błędy. Czasem te zmiany były kosmetyczne, ale niezbędne, by przedsiębiorcom było łatwiej skorzystać z przepisów – mówi Piotr Juszczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt.

Które formy pomocy była najbardziej popularne?

Eksperci inFakt wskazują, że na podium najważniejszych form pomocy można umieścić: zwolnienie z ZUS, świadczenie postojowe oraz mikropożyczkę.

Zwolnienie ze składek ZUS

Maj był ostatnim miesiącem, za który można było starać się o zwolnienie z ZUS. Kto nie złożył do 30 czerwca 2020 r. wniosku, nie może już się ubiegać o tę formę pomocy. Zwolnienie z pewnością pomogło wielu przedsiębiorcom przetrwać ten trudny czas. Obejmowało ono trzy miesiące: marzec, kwiecień oraz maj i było skierowane do najmniejszych firm. Ci, którzy zgłaszali do ubezpieczenia mniej niż 10 osób, korzystali z pełnego zwolnienia. Natomiast dla przedsiębiorców, którzy zgłaszali od 10 do 49 osób, zwolnienie wynosiło 50%.

Najwięcej wątpliwości wzbudził fakt, że z tej formy wsparcia nie mogli skorzystać płatnicy opłacający składki za siebie i korzystający z tzw. „ulgi na start”. – Jest to dla mnie niezrozumiałe, że ustawodawca wyłączył ich z możliwości skorzystania ze zwolnienia ZUS. Co prawda w kolejnych nowelizacjach tarczy antykryzysowej dopuszczono takie zwolnienie, ale już tylko za kwiecień i maj – mówi Piotr Juszczyk.

Przepisy były niedoskonałe także pod innymi względami. Np. wystarczyło dokonać zapłaty składek za marzec, aby nie zostać objętym zwolnieniem. Tak było w przypadku podmiotów zgłaszających do ubezpieczeń pomiędzy 10 a 49 osób. Jeśli płatnik nie wystąpił wówczas z wnioskiem o zwrot nadpłaty, to została ona naliczona na przyszłe zobowiązania, tj. kwiecień i ewentualnie maj.

ZUS odmawiał zwolnienia także w przypadku nadpłacenia składek – dotyczyło to kwietnia i maja. W marcu nadpłata nie była uwzględniania, natomiast w kwietniu i maju była zaliczana na poczet tych miesięcy. W związku z tym zwolnienie obowiązywało tylko z pozostałej części składek.

Wiele kontrowersji budziło także przyjęcie przychodowego kryterium zwolnienia ze składek i limitu w wysokości 15 681 zł. Łatwo bowiem wyobrazić sobie przykład osoby, która prowadzi mały sklep, ma przychód w wysokości 20 000 zł, ale koszty prowadzenia działalności na poziomie 18 000 zł. Jej dochód wynosi w tej sytuacji 2 000 zł, nie otrzyma więc zwolnienia z zapłaty składek ZUS. Co więcej – może się okazać, że ktoś wykazuje stratę, ale jego przychód będzie przekraczał wyznaczony limit i tym samym nie kwalifikuje się do zwolnienia ze składek. – Powyższe zapisy były deprymujące dla firm, a przychód nie jest miarodajnym wskaźnikiem kondycji firmy. Dopiero w nowelizacji przepisów ustawodawca zastosował możliwość porównania dochodu, który nie mógł przekroczyć 7 000 zł – komentuje Piotr Juszczyk.

Świadczenia postojowe

Bardzo popularną formą pomocy było też świadczenie postojowe, z którego nadal można korzystać. Przysługuje ono osobom fizycznym, np. w związku z prowadzoną jednoosobową działalnością gospodarczą albo też osobom współpracującym z przedsiębiorcą na podstawie umowy zlecenie czy też umowy o dzieło. Ze świadczenia mogą skorzystać również osoby, które zawiesiły działalność gospodarczą. Początkowo świadczenie można było otrzymać tylko jeden raz, natomiast po zmianach ustawy – trzykrotnie. Jego wysokość wynosi co do zasady 2 080 zł. Do 14 lipca 2020 roku dokonano ponad 2,2 mln świadczeń na kwotę 4,3 mld złotych.

Tarcza 4.0 wprowadziła również możliwość samodzielnego składania wniosków o świadczenie postojowe dla zleceniobiorców. Pierwotnie przepisy zakładały, że tylko zleceniodawca mógł złożyć taki wniosek. Oznaczało to, że gdy z jakichś przyczyn nie chciał tego zrobić, to zleceniobiorca nie otrzymał świadczenia postojowego. Ostatecznie ustawa dała taką możliwość tylko zleceniobiorcom, a więc osoby wykonujące umowę o dzieło dalej są zdane na swojego zleceniodawcę. Ostatnia nowelizacja wprowadziła również możliwość składania wniosków o świadczenie postojowe tylko w formie elektronicznej.

Mikropożyczka

Trzecie popularne rozwiązanie to pożyczka dla mikroprzedsiębiorców. Mogą się o nią wciąż ubiegać przedsiębiorcy prowadzący działalność gospodarczą założoną przed 1 kwietnia 2020 roku i mający status mikroprzedsiębiorcy. Cel pożyczki to pokrycie bieżących kosztów prowadzenia działalności. Sama pożyczka udzielana jest przez starostę ze środków Funduszu Pracy na podstawie umowy. Maksymalna wysokość wynosi 5 000 zł. Dodatkowo, jeśli przedsiębiorca będzie prowadził działalność przez co najmniej trzy miesiące od dnia udzielenia pożyczki, to podlega ona umorzeniu. Co ważne, tak umorzona pożyczka nie stanowi przychodu.

Pierwotnie ustawodawca zakładał, że umorzenie mikropożyczki miało nastąpić po złożeniu odpowiedniego wniosku. Dopiero Tarcza 4.0 wprowadziła zmianę, zgodnie z którą pożyczka będzie umarzana automatycznie, jeśli przedsiębiorca po jej pobraniu prowadził działalność przez trzy miesiące. Zdaniem Piotra Juszczyka była to bardzo pożądana zmiana. Łatwo bowiem wyobrazić sobie sytuację, w której przedsiębiorca zwyczajnie zapomni o tym, żeby złożyć wniosek w terminie i pomimo spełnienia warunku prowadzenia działalności gospodarczej, za brak złożonego wniosku o umorzenie, musiałby zwrócić pożyczkę wraz z odsetkami.

Pomimo że przepisy antykryzysowe nie zawsze były precyzyjne i wielokrotnie musiały być nowelizowane, to z powyższych form pomocy przedsiębiorcy korzystali bardzo chętnie. Należy podkreślić, że omawiane wyżej trzy rozwiązania zostały skierowane do mikroprzedsiębiorców, którzy stanowią ok. 96% wszystkich przedsiębiorstw w Polsce. Z pewnością można powiedzieć, że wielu z nich tarcza antykryzysowa pozwoliła przetrwać wprowadzone ograniczenia do czasu odmrożenia gospodarki – podsumowuje Piotr Juszczyk. 

Coraz lepsze nastroje konsumenckie. Polacy otrząsają się z pesymizmu

0

W świetle dzisiejszej publikacji GUS, w lipcu odnotowano dalszą poprawę nastrojów konsumenckich. Wskaźnik bieżący wyniósł -13,4 (+6,0 pkt proc. m/m), natomiast wskaźnik wyprzedzający -13,6 (+10,3 pkt proc. m/m).

To pierwsze lipcowe badanie potwierdzające, że gospodarstwa domowe otrząsają się z pesymizmu spowodowanego pandemią i zamrożeniem aktywności gospodarczej.

Respondenci jednoznacznie sygnalizują, że normalizuje się sytuacja ich gospodarstw domowych. Ponadto, niezmiennie lepiej oceniają sytuację swojego gospodarstwa domowego aniżeli całej gospodarki (ocena ostatniego roku: -5,5 vs. -24,4, ocena kolejnego roku: -3,3 vs. 18,4). Paradoksalnie, w obu przypadkach progres ocen na kolejne 12 miesięcy jest silniejszy niż ocen wstecz. Nie oznacza to jednak, że niepewność ustaje całkowicie. Przykładem jest skłonność do dokonywania ważnych (w domyśle: obciążających finansowo) zakupów. Tu poprawa względem czerwca jest symboliczna w porównaniu do notowanej przed miesiącem (lipiec: -15,7, czerwiec: -19, maj: -35,7). Jeśli wyniki te faktycznie znajdą odzwierciedlenie w danych o produkcji przemysłowej czy sprzedaży detalicznej, będziemy obserwować w lipcu znacznie skromniejsze wzrosty.

Dodatkowo, ankietowani sygnalizują dokonywanie oszczędności (+4,4), ewidentnie silnie motywowane przezornością. Oczekiwane poziomy bezrobocia w gospodarce pozostają wciąż wysokie, chociaż indywidualne ryzyka plasują się już dość nisko. Nisko, ale jednak dalsze spadki odsetków osób, które ryzyko utraty pracy szacują jako prawdopodobne, są w porównaniu do czerwca symboliczne (26,5% aktywnych względem 28,3% w czerwcu i 34,1% w maju). W ślad za sytuacją na rynku pracy, podobnie łagodnie spada subiektywne zagrożenie dla osobistej sytuacji finansowej gospodarstw (60% wskazujących na duże lub przeciętne zagrożenie, przy 62,5% w czerwcu i 71,9% w maju).

Warto zauważyć, że optymizm konsumentów jest silniej napędzany przez politykę gospodarczą aniżeli sytuację epidemiczną, która powinna być pierwotna względem polityki gospodarczej. Innymi słowy, mocne przekonanie o niskim prawdopodobieństwie drugiego lockdownu i szerokim strumieniu wsparcia jest dla badanych konsumentów ważniejsze niż liczba i tempo pojawiania się nowych ognisk.

Komentarz dr Sonii Buchholtz, ekspertki Konfederacji Lewiatan

Pascal Brodnicki: kocham sport motorowy

0

Dzięki rajdom wyciszyłem się i skupiłem na tym, co naprawdę jest ważne w życiu. Rywalizacja jest wspaniała i daje ludziom mnóstwo pozytywnych emocji. Chyba każdy z nas marzy o tym, by kiedyś stanąć na podium – mówi Pascal Brodnicki, słynny kucharz, a także kierowca rajdowy i zwycięzca pucharu Dacia Duster Elf Cup 2019. 

Jesteś wszystkim znany jako poszukiwacz i twórca niebanalnych smaków. Jak to się stało, że trafiłeś za kierownice samochodów sportowych?

Jazda samochodem zawsze była dla mnie ogromną przyjemnością, a motorsport jest jednym z moich ulubionych sportów. Już jako dziecko jeździłem na rajdy we Francji i oglądałem takich kierowców jak François Delecour. Rywalizacja jest wspaniała i daje ludziom mnóstwo pozytywnych emocji. Chyba każdy z nas marzy o tym, by kiedyś stanąć na podium. Dodatkowo z moim tatą zawsze mieliśmy pasję do naprawy samochodów, więc motoryzacja naprawdę nie jest mi obca.

Do rajdów terenowych namówili mnie Krzysztof Hołowczyc i Andrzej Kalitowicz. Trzy lata temu zaprosili mnie do startu w NAC 38. Rajdzie Warszawskie Safari. To był mój pierwszy raz w życiu, kiedy wsiadłem do samochodu rajdowego jako kierowca i to do tego z najlepszym możliwym pilotem Maciejem Wisławskim. Szło mi całkiem dobrze, ale nie dojechałem do mety. Jednak bardzo polubiłem rajdy terenowe. Dwa lata później Krzysztof zaproponował mi starty w całym sezonie Pucharu Dacia Duster Elf Cup. Okazało się, że nie jestem taki słaby i zdobyłem tytuł na koniec sezonu, a rajdy wciągnęły mnie jeszcze bardziej.

Spodziewałeś się takich sukcesów niemal od pierwszego startu?

Miniony sezon był dla mnie rokiem nauki i nie liczyłem na sukces na początku. Kiedy walczyłem na sekundy z rywalami, to pojawiała się mała presja wygranej. Tłumaczyłem sobie wtedy, że muszę jechać równym tempem i dojechać do mety. Moim wielkim szczęściem było to, że miałem bardzo doświadczonego pilota Ernesta Góreckiego. Na starcie do odcinka specjalnego spoglądaliśmy na siebie i mówiliśmy, że robimy swoje i nie patrzymy się na wyniki innych.

W rajdach terenowych do końca nie wiesz, co tak naprawdę się stanie. W zeszłym roku podczas Baja Poland – najtrudniejszego rajdu w sezonie, mieliśmy bardzo dobre tempo, byliśmy wysoko w klasyfikacji, ale się zakopaliśmy, straciliśmy 35 minut i o zwycięstwie mogliśmy zapomnieć. To było jedno z największych wyzwań w moim życiu. Wszyscy mówili mi “zobaczysz jak wygląda Drawsko Pomorskie”, a ja mówiłem, że przesadzają. Długie i wymagające odcinki specjalne oraz wysoka temperatura były wyzwaniem dla zawodników i samochodów. Widziałem, jak kierowcy wysiadali z aut i padali ze zmęczenia na ziemię, a ich auta się gotowały. To pokazało mi, jak ważne jest odpowiednie przygotowanie i jak szybko rajdowa trasa potrafi wszystko zweryfikować. Chciałbym się zmierzyć z Baja Poland jeszcze raz. Mam z tym rajdem niewyrównane rachunki.

Dlaczego zdecydowałeś się na starty w tym pucharze?

Starty w pucharze markowym wybrałem z powodu czasu i pieniędzy. Miałem bardzo dużo rzeczy na głowie i mało czasu, a w pucharze markowym wszystko czekało na mnie gotowe i mogłem skupić się wyłącznie na rywalizacji. To był taki all inclusive w motorsporotwym wydaniu. Wsiadałem i jechałem, a wszystko inne robiono za mnie. Dostałem także bardzo duże wsparcie merytoryczne przed startem.

Niski budżet przekłada się na większą dostępność, a jednakowe auta na równe szanse dla wszystkich. Rywalizuje się umiejętnościami, a nie budżetami. Puchary markowe to wspaniałe przygotowanie do motorsportu. Uczą nie tylko szybkiej jazdy, ale także techniki i strategii. W motorsporcie są różne etapy rozwoju, tak samo jak w gotowaniu. Nie mierzymy się od razu z bardzo trudnymi przepisami, tylko gotujemy podstawowe przepisy. Jak mamy już doświadczenie, wtedy możemy pokusić się o trudniejsze przepisy i freestyle w kuchni.

W sporcie samochodowym znany jesteś z rajdów terenowych, ale twoja aktywność nie ogranicza się tylko do nich. Jakie są Twoje plany na przyszłość?

Z gotowaniem jest tak samo jak z motorsportem. Gotujesz, gotujesz, gotujesz i dopiero po pewnym czasie możesz powiedzieć, że umiesz gotować. W sporcie samochodowym musisz jeździć, jeździć i jeszcze raz jeździć, by powiedzieć, że umiesz jeździć. Cały czas musisz zdobywać doświadczenie i rozwijać się kompleksowo.

Chciałbym spróbować swoich sił także w innych konkurencjach jak rajdy drogowe, wyścigi czy rallycross. W zeszłym roku miałem okazję podczas Rajdu Barbórka zasiąść jako pilot w bardzo szybkim aucie rajdowym z jeszcze szybszym kierowcą Bryanem Bouffier. Niedawno uczestniczyłem w treningu Complex Motorsport i okazało się, że wykręciłem najlepszy czas pucharową wyścigową Celiką. Byłem także z Leszkiem Kuzajem na prezentacji nowej Apline A110, która jest moją miłością z dzieciństwa. Trenuję także wspólnie z Krzysztofem Hołowczycem i jestem pod wrażeniem jego umiejętności i tego jakim jest kierowcą

Wkrótce ponownie zobaczycie mnie w rajdach terenowych, ale tym razem w roli pilota a nie kierowcy. Zobaczymy, gdzie jeszcze wystartuję. Na pewno chciałbym od przyszłego roku wrócić na “pełny etat” do motorsportu.

Co dał Ci motorsport w życiu codziennym?

Sport to coś co motywuje nas do działania i mobilizuje do pracy, a sport motorowy dodatkowo robi z nas lepszych kierowców. Sprawia, że na co dzień jesteśmy gotowi do bezpieczniejszej i pewniejszej jazdy samochodem. Sport motorowy nauczył mnie dużej pokory i spokoju. Rajdy to nie tylko szybka jazda, ale też odpowiednie traktowanie samochodu, strategia, spokój, koncentracja i nauka czytania drogi. Możemy być dobrze przygotowani, a i tak wiele rzeczy może nas zaskoczyć na drodze. Dzięki startom za kierownicą samochodu rajdowego jestem spokojniejszy na drodze, przewiduję, to co może się wydarzyć i szybciej reaguję na pojawiające się zagrożenia.

Zeszły rok był dla mnie bardzo trudny, a motorsport dał mi możliwość wyciszenia. Jak wsiadasz do samochodu rajdowego, zapinasz pasy i kask, to liczy się tylko to, co jest przed tobą. Stoisz na starcie i widzisz odliczanie na tablicy. 30, 15, 10, 5, 3, 2, 1 i start. Odcinasz się wtedy od wszystkiego i zapominasz o problemach dnia codziennego. Dzięki rajdom wyciszyłem się i skupiłem na tym, co naprawdę jest ważne w życiu.

Na co dzień zarażasz ludzi pasją do gotowania, a teraz stałeś się kolejną ofiarą “choroby” zwanej motorsport. Czy pasją do motorsportu, też będziesz zarażał kolejnych ludzi?

Kocham motorsport i będę namawiał każdego do startu i udziału w nim. Dalej będę dzielił się z ludźmi tymi wspaniałymi emocjami, które daje nam sport. Jeszcze daleka droga przede mną, żebym powiedział, że jestem dobrym kierowcą, ale chcę w przyszłości zarażać motorsportem tak jak utytułowani i doświadczeni kierowcy, których przed chwilą wymieniłem.

Bezzwrotna dotacja w kredycie na innowacje technologiczne z ułatwieniami dla przedsiębiorców

0

Trwa kolejny nabór wniosków o dofinansowanie unijne do kredytu na innowacje technologiczne. W tej edycji wprowadzono ułatwienia dla przedsiębiorców. Anulowano m.in. ograniczenie maksymalnej wysokości bezzwrotnej premii technologicznej, łatwiej jest również spełnić wymóg innowacyjności projektu. Obecny konkurs został podzielony na siedem rund, ostatnia trwa aż do 30 grudnia 2020 r. Projekt jest realizowany przez BGK, z udziałem m.in. Banku Millennium.

W ramach programu można otrzymać bezzwrotne wsparcie w formie premii technologicznej, która jest przyznawana przez Bank Gospodarstwa Krajowego (BGK) z przeznaczeniem na częściową spłatę kredytu udzielonego przez bank komercyjny, w tym Bank Millennium. Kredyt w ramach projektu udzielany jest na wdrożenie własnej nowej technologii lub zakup i wdrożenie technologii i wytworzenie dzięki niej nowych lub znacząco ulepszonych produktów, procesów lub usług, a także, po raz pierwszy, na zapewnienie warunków dla prowadzenia ich produkcji.

Ułatwienia dla przedsiębiorców obowiązujące od aktualnego naboru:

– brak ograniczenia wysokości premii technologicznej (wcześniej była to kwota 6 mln zł). Jej maksymalna wysokość jest determinowana kosztami kwalifikowanymi projektu oraz wysokością wsparcia wynikającą z mapy pomocy regionalnej;

– zniesienie wymogu innowacyjności efektów projektu w skali kraju. Wystarczy innowacyjność w skali przedsiębiorstwa;

– zniesienie wymogu 25% wkładu własnego kosztów kwalifikowanych projektu. Kredytem technologicznym  może być sfinansowane nawet do 100% kosztów kwalifikowalnych projektu;

– rozszerzenie definicji inwestycji technologicznej – poza zakupem nowej technologii bądź wdrożenia własnej technologii i uruchomienia na ich podstawie wytwarzania nowych lub znacząco ulepszonych produktów, procesów lub usług pod pojęciem inwestycji technologicznej należy rozumieć również zapewnienie warunków dla prowadzenia produkcji tych produktów, procesów lub usług;

– rozszerzenie katalogu wydatków kwalifikowanych, przeznaczonych na realizację inwestycji technologicznej (podlegających refundacji premią technologicznej), również o wydatki związane z transportem zakupionych, wytworzonych nowych lub używanych środków trwałych,  wydatki ponoszone na wykonane przez doradców zewnętrznych studia, ekspertyzy, koncepcje i projekty techniczne niezbędne do realizacji inwestycji technologicznej oraz koszty związane z uzyskiwaniem, walidacją i obroną patentów i innych wartości niematerialnych i prawnych, związanych z inwestycją technologiczną.

Warunkiem uzyskania dofinansowania jest uzyskanie promesy kredytu na innowacje technologiczne
w banku komercyjnym, m.in. w Banku Millennium, a następnie podpisanie umowy o kredyt. Firma może wnioskować o częściową wypłatę dotacji już po zrealizowaniu 25% wartości inwestycji.

Harmonogram naboru wniosków o dofinansowanie:

1 runda: 1-30 czerwca

2 runda: 1-30 lipca

3 runda: 31 lipca – 31 sierpnia

4 runda: 1-30 września

5 runda: 1-29 października

6 runda: 30 października – 30 listopada

7 runda: 1-30 grudnia

Zakończenie naboru wniosków – 30 grudnia 2020 r. (do godz. 15:00)

Program skierowany jest do przedsiębiorstw z sektora MŚP (zatrudniających do 250 pracowników, o rocznym obrocie nie przekraczającym równowartości 50 mln EUR lub sumie bilansowej nie przekraczającej równowartości 43 mln EUR), działających na terytorium Polski.

Hakerzy atakują polskie firmy 310 razy tygodniowo. Cryptominery ponowie dominują na świecie

0

Przeciętnie polska firma jest atakowana przeszło 310 razy tygodniowo, w czym największy swój udział mają botnety. Wirusy i inne groźne programy najczęściej ściągamy sami… klikając w niebezpieczne odnośniki. W świecie urządzeń mobilnych wciąż najbardziej zagrożeni są użytkownicy systemów Android – wynika z badania firmy Check Point dotyczącym bezpieczeństwa sieciowego w Polsce w 1 półroczu 2020 roku.

W pierwszym półroczu 2020 roku przeciętna polska organizacja była atakowana średnio 310 razy tygodniowo. Najwięcej, bo blisko 500 prób tygodniowo odnotowano w styczniu br., najmniej (160) w połowie marca. Zdaniem ekspertów Check Point, ataki pochodziły w głównej mierze z komputerów z amerykańskim adresem IP – 44%. 16% ataków pochodziło z irlandzkiego IP, a niewiele mniej z polskiego (13%).

last six months 1

Blisko 10% polskich firm doświadczyło w pierwszym półroczu ataków dokonanych za pośrednictwem botnetów. Drugi w kolejności – malware bankowy – był wykrywany średnio w 3,4% organizacji, natomiast tzw. InfoStealery w 3% firm.

Zdaniem firmy Check Point, hakerzy atakujący polskie firmy najchętniej wykorzystują trojana zdalnego dostępu – Agent Tesla. W ostatnim czasie zidentyfikowany został w aż 13,5% polskich przedsiębiorstw – ponad 3,5-krotnie częściej niż wynosiła średnia światowa. Trojan ten jest w stanie monitorować i gromadzić dane wejściowe klawiatury ofiary, schowka systemowego, dokonywać zrzutów ekranów oraz przechwytywać dane uwierzytelniające należące do różnych programów zainstalowanych na komputerze ofiary (w tym Google Chrome, Mozilla Firefox i klient poczty Microsoft Outlook).

Co ciekawe, Agent Tesla jest powszechnie dostępny w Internecie jako legalne oprogramowanie, w cenie 15-69 dolarów za licencję dla użytkownika. Twórcy oficjalnie informują, że nie może być wykorzystywany do szkodliwych celów, jednak rzeczywistość poważnie weryfikuje te oświadczenia. 

last six months 2

W Polsce jedynie 13% złośliwych plików dostarczonych zostało drogą mailową. Zdecydowana większość (87%) pobrana została bezpośrednio z dedykowanych serwerów. Co ciekawe, trend ten jest odwrotny do trendów światowych, gdzie w przypadku 79% ataków dochodzi za pośrednictwem zainfekowanych załączników mailowych.

Badanie Check Point wskazuje również, że najpopularniejszą luką w zabezpieczeniach w Polsce jest zdalne wykonanie kodu (Remote Code Execution), które wpływa na 67% organizacji.

Atakiem o największym wpływie na polskich użytkowników, była odnotowana na początku roku kontynuacja kampanii AppleJeus, prowadzona przez północnokoreańską grupę Lazarus APT. Wśród nowych ofiar byli głównie użytkownicy brytyjscy, polscy i rosyjscy. Atak nie ominął również korzystających z systemów MacOS.

Światowe wyzwania cyberbezpieczeństwa

Eksperci Check Pointa wyróżnili kilka trendów pierwszej połowy 2020 roku:

  • Eskalacja działań cybernetycznych: ataki cybernetyczne w okresie ogólnoświatowej pandemii COVID 19. Wpłynęło to m.in. na atakowanie organizacji opieki zdrowotnej i humanitarnych, takich jak WHO, które zgłosiły 500% wzrost liczby ataków.
  • Ataki typu podwójnego wymuszenia: w 2020 r. szeroko rozpowszechniona stała się forma ataku ransomware, w ramach której osoby atakujące filtrują duże ilości danych przed ich zaszyfrowaniem. Ofiarom, które odmówią zapłacenia okupu hakerom, grożono ujawnieniem danych osobistych.
  • Exploity dla urządzeń mobilnych: cyberprzestępcy poszukiwali nowych możliwości hakowania urządzeń mobilnych i aplikacji. Wykorzystywali przy tym system zarządzania urządzeniami mobilnymi (MDM) dużej międzynarodowej korporacji do dystrybucji złośliwego oprogramowania.
  • Zagrożenie dla chmur: szybkie przejście do chmur publicznych podczas pandemii doprowadziło do wzrostu liczby ataków na poufne dane w chmurze. W styczniu badacze z Check Point odkryli pierwszą w branży lukę w Microsoft Azure, która umożliwiłaby hakerom złamanie zabezpieczeń danych i aplikacji innych dzierżawców platformy Azure, pokazując, że chmury publiczne nie są bezpieczne.

– W pierwszej połowie roku zauważyliśmy zupełnie nowe luki i wektory ataków, które zagrażają bezpieczeństwu organizacji w praktycznie każdej branży gospodarki – powiedziała Maya Horowitz, dyrektor ds. wywiadu i badań zagrożeń w firmie Check Point. – Eksperci ds. Bezpieczeństwa muszą być świadomi szybko ewoluujących zagrożeń, aby zapewnić swoim organizacjom najwyższy poziom ochrony przed końcem 2020 roku.

Zdaniem izraelskich ekspertów najpopularniejszym oprogramowaniem wykorzystywanym przez hakerów jest Emotet (9% udział w ilości ataków), czyli zaawansowany, samoreplikujący się i modułowy trojan. Znany wcześniej jako trojan bankowy, ostatnio wykorzystywany jest jako dystrybutor innego złośliwego oprogramowania lub złośliwych kampanii. Można go rozprzestrzeniać za pośrednictwem wiadomości spam typu phishing, zawierających złośliwe załączniki.

Kolejnymi popularnymi narzędziami są cryptominer XMRig (8% udział), który jednocześnie stał się najpopularniejszym typem wśród cryptominerów (46% aktywnych cryptominerów to właśnie XMRig). Stawkę zamyka trojan zdalnego dostępu – AgentTesla (7%), który stał się w ostatnich miesiącach prawdziwą zmorą polskich firm.

W świecie urządzeń mobilnych wciąż najbardziej zagrożeni są użytkownicy systemów Android. Badania Check Pointa pokazują, że trzy najpopularniejsze wirusy na platformy mobilne infekują wyłącznie Androida. Najpopularniejszy z nich, wyświetlający złośliwy spam – xHelper – odpowiedzialny jest za blisko 25% ataków. Drugi malware PreAMo, zainfekował około 19% urządzeń, natomiast ostatni z czołowej trójki – Necro – zagroził 14% urządzeń z otwartym systemem Android.

Raport Bezpieczeństwa Check Point 1H 2020

Dlaczego w dobie post-covid nasze zwyczaje zakupowe tak bardzo się zmieniły?

0

Nowy sondaż konsumencki pokazuje, że wiele ze zwyczajów zakupowych w sieci, które Polacy zaadoptowali w czasie kwarantanny, pozostanie z nami na dłużej.

  • 68 proc. Polaków twierdzi, że w czasie pandemii koronawirusa robiło więcej zakupów w internecie, a ponad 91 proc. deklaruje, że w dobie post-covidowej nadal będzie kupować tyle samo lub nawet więcej. 
  • Ten trend widoczny jest zwłaszcza w odniesieniu do pewnych grup produktów – m.in. artykułów spożywczych, jedzenia na wynos, kosmetyków, elektroniki i środków higienicznych, co w efekcie może mieć ogromne znaczenie dla ich producentów.

Cotygodniowe zakupy mogą już nigdy nie być takie, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Najnowsze badanie konsumenckie pokazuje, że zainteresowanie Polaków zakupami online w czasie lockdownu nie było chwilową zachcianką. To doświadczenie być może na trwałe zmieniło ich nawyki zakupowe.

Rewolucja w handlu elektronicznym

Pandemia COVID-19 zapoczątkowała nową erę zachowań konsumenckich. Według badania wykonanego na zlecenie firmy DS Smith, wiodącego dostawcy opakowań dla e-commerce w Europie, zdecydowana większość Polaków nie będzie zmieniać swoich nawyków zakupowych online z czasu kwarantanny.

Aż 68 proc. respondentów potwierdziło, że dokonało większych zakupów w sieci w tym czasie. Wraz z zainteresowaniem Polaków zakupami online powstawały nowe sklepy internetowe – tylko do końca kwietnia liczba e-sklepów w Polsce wzrosła niemal o 1,7 tys.[1] Szacowana wartość sektora e-commerce w Polsce może w tym roku przekroczyć 70 mld zł.[2] Będzie to znaczący wzrost w porównaniu z rokiem poprzednim, kiedy wyniosła 50 mld zł.[3]

Wygląda na to, że ta gwałtowna rewolucja, która nastąpiła w handlu elektronicznym, będzie trwała, ponieważ 91 proc. ankietowanych twierdzi, że po zakończeniu lockdownu będzie nadal robić zakupy w sieci w takiej samej lub nawet większej ilości.

Według badania najczęściej kupowane online były środki higieniczne (np. środki do dezynfekcji, ściereczki do czyszczenia) – zwiększenie zakupów w tej kategorii w czasie epidemii zadeklarowało prawie 48 proc. respondentów. Drugi najpopularniejszy rodzaj artykułów to jedzenie na wynos (prawie 47 proc.). W czasie pandemii Polacy poświęcali więcej czasu na zadbanie o siebie, ponieważ na trzecim miejscu wśród najczęściej kupowanych produktów były kosmetyki (46 proc.). Inną kategorią, w której wzrosła sprzedaż online, są artykuły spożywcze – 43 proc. Polaków kupowało ich więcej w czasie pandemii.

Wyniki sondażu konsumenckiego potwierdzają statystyki firmy DS Smith, która od początku epidemii odnotowała 100-procentowy wzrost popytu m.in. na opakowania na żywność i produkty higieniczne sprzedawane w sieci.

Nowa rzeczywistość post-covid

Badanie DS Smith pokazuje, że nawet po zniesieniu restrykcji wiele z nowych trendów zakupowych, których katalizatorem stała się epidemia koronawirusa, pozostanie z nami na stałe. Ponad 70 proc. Polaków planuje w ciągu najbliższych sześciu miesięcy w takim samym lub większym stopniu kupować w internecie m.in.: kosmetyki (77 proc.), ubrania do chodzenia po domu (73 proc.), elektronikę (73 proc.), jedzenie na wynos (72 proc.), środki higieniczne (72 proc.) oraz artykuły spożywcze (64 proc.). Z badania wynika także, że przede wszystkim mężczyźni będą nadal robić zakupy online w większości kategorii produktowych po zakończeniu pandemii. Kobiety przeważają jedynie w przypadku czterech kategorii: ubrania, środki higieniczne, kosmetyki oraz produkty do renowacji domu lub ogrodu.

Próbując czegoś nowego

Polacy w czasie wprowadzonej izolacji społecznej skupili się na swoich zainteresowaniach, co przyczyniło się do wzrostu zamówień online na produkty przydatne w spędzaniu czasu wolnego. Ponad 42 proc. konsumentów kupowało w sieci więcej produktów elektronicznych, dzięki którym umilali swój czas w domu. 

Zmiany nie dotyczą jedynie ilości nabywanych produktów. Nie tylko kupujemy więcej online, lecz także korzystamy z nowych form zakupów online. Ponad połowa osób uczestniczących w badaniu wskazała, że zarejestrowała się w sklepie internetowym, z którego nie korzystała przed epidemią. Popularną formą dostawy okazał się kanał „Click and collect”. Ponad jedna trzecia (36 proc.) respondentów zadeklarowała, że korzystała z niej częściej, a 62 proc. planuje to kontynuować.

W wyniku tych przyspieszonych zmian i w celu zaspokojenia nowych potrzeb klientów duże i małe przedsiębiorstwa zostały zmuszone do szybkiego wprowadzenia lub dostosowania swojej dotychczasowej oferty zgodnie z wymogami handlu elektronicznego. Proces ten prawdopodobnie trwałby latami, gdyby nie pandemia koronawirusa.

Nastąpiła gwałtowna zmiana w sposobie dokonywania zakupów przez konsumentów. Podczas szybkiego rozwoju e-commerce wykorzystujemy nasze doświadczenie i wspieramy firmy różnej wielkości, tak aby w tych niepewnych czasach mogły przetrwać i nadal się rozwijać – powiedział Mariusz Siwecki, Business Development Manager E-Commerce & Retail, DS Smith Polska.

– W miarę łagodzenia restrykcji prawdopodobnie te tendencje nie zanikną. Konsumenci odkryli, jak wygodne jest kupowanie w internecie i zaufali tej formie nabywania produktów: od dań na wynos, po kosmetyki i produkty higieniczne. Jeśli firmy już w tym momencie nie zmienią swojej działalności, tak by sprostać wymogom nowej ery handlu elektronicznego, to ryzykują, że pozostaną daleko w tyle za konkurencją – dodał Mariusz Siwecki.

Co kieruje e-konsumentem?

Powody, dla których polscy konsumenci kupowali online w czasie epidemii, nie zależą znacząco od ich płci i wieku. Wygoda zakupów w sieci okazała się najbardziej decydującym czynnikiem zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn w różnym wieku – od najmłodszych do najstarszych grup wiekowych. Dodatkowo, dla dwóch najmłodszych grup respondentów bezpieczeństwo zakupów online było niemal równie ważne, jak komfort ich dokonywania.

Jednak w miarę jak globalnym priorytetem staje się odbudowywanie gospodarki po lockdownie, zrównoważony rozwój okazuje się być istotną kwestią dla polskich konsumentów. Prawie jedna piąta badanych jest skłonna robić zakupy w internecie, jeśli produkty będą dostarczane w minimalistycznych lub bardziej zrównoważonych opakowaniach, a dla 23 proc. ma znaczenie, czy opakowania zamówionych produktów będą nadawać się do recyklingu. Spośród różnych grup wiekowych respondenci w wieku od 18 do 24 lat byli najbardziej świadomi kwestii związanych ze zrównoważonym rozwojem i miało dla nich znaczenie, czy opakowanie można łatwo przetworzyć. Ten sam czynnik był nieco ważniejszy dla kobiet niż dla mężczyzn (odpowiednio 25 proc. i 22 proc.).

Co ciekawe, nawyki zakupowe Polaków w sieci odzwierciedlają niektóre ze sklepów stacjonarnych; 67 proc. respondentów podczas lockdownu oglądało produkty w sklepach internetowych i wybierało te, które chciałoby kupić, a ponad 57 proc. kupiło okazyjnie online jakiś produkt.

Badanie pokazuje, że bardziej ekologiczne opakowania są ważne dla konsumentów. Chcemy pomóc markom i firmom wejść na tę ścieżkę i umożliwić im korzystanie z rozwiązań w zakresie zrównoważonych opakowań, których życzą sobie ich klienci – wyjaśnił Mariusz Siwecki.

[1] https://cyfrowa.rp.pl/biznes/e-commerce/48293-sklepy-internetowe-zyskaly-nowych-klientow-kto-najwiecej

[2] https://www.forbes.pl/handel/wplyw-koronawirusa-i-kryzysu-na-polski-handel-i-e-commerce-mateusz-lukianiuk/cg8jf38

[3] https://interaktywnie.com/biznes/newsy/biznes/wartosc-polskiego-rynku-e-commerce-w-2019-roku-wyniosla-50-mld-zlotych-a-w-2020-siegnie-70-mld-raport-259707

Hossa na metalach szlachetnych. Czy kilkuletnie maksima się utrzymają?

0

Kontrakty terminowe na metale szlachetne sukcesywnie rosną. Cena złota jest najwyższa od prawie 9 lat, a uncja srebra pierwszy raz od 4 lat przebiła poziom 20 USD. Przez cztery miesiące biały kruszec zdrożał blisko 77 proc. Ciekawie kształtują się też notowania rzadkich metali szlachetnych, takich jak platyna czy rod. Co to oznacza dla inwestorów? Czy zwyżki będą się utrzymywać?

Złoto i srebro w 2020 roku korzystają na awersji inwestorów do ryzyka, łagodnej polityce banków centralnych oraz niepewności co do tempa wzrostu gospodarczego na świecie. Cena spot złota osiągnęła w środę w nocy 1865 USD za uncję i tym samym dotknęła szczytu z września 2011 roku. Cena spot ustabilizowała się na poziomie około 1858 USD. Wzrostowi cen zdecydowanie pomógł słabszy dolar, który zbliżył się do 4-miesięcznych dołków. Inwestorzy przychylnie spoglądają na złoto w obawie przed inflacją, jaką może spowodować wszechobecna stymulacja fiskalna. Apetyt na cenny kruszec podnoszą rządy i banki centralne, które sygnalizują, że wsparcie będzie tak hojne, jak będą tego wymagać gospodarki.

Dodatkowym czynnikiem wzrostów cen złota są niezmiennie obawy o nawrót epidemii. Zaniepokojenie rynków wzmógł prezydent Donald Trump, który ostrzegł, że zanim USA uporają się z pandemią, sytuacja epidemiczna może się pogorszyć. Mało optymistycznych danych dostarczyło również Amerykańskie Centrum Kontroli Chorób, które w swoim raporcie zastrzega, że liczba aktywnych przypadków COVID-19 jest w niektórych stanach wyższa niż oficjalnie potwierdzona. Powodem tego mają być błędy w testowaniu osób z podejrzeniem choroby oraz uchybienia w przechowywaniu danych.

Wszystkie te czynniki łączą się z odświeżeniem konfliktu USA-Chiny, który uderza w rynki. Suma tych spraw powoduje, że popyt na złoto i inne metale szlachetne wciąż jest niezaspokojony.

Trend wzrostowy

– Inwestorzy szukają bezpiecznej przystani, a złoto od lat doskonale spełnia taką rolę. Takie środowisko daje cenie złota przestrzeń do dalszych wzrostów i zdobywania kolejnych szczytów – ocenia Bartosz Sawicki, kierownik Departamentu Analiz TMS Brokers.

Notowania złota od dłuższego czasu poruszają się w niezaprzeczalnym trendzie wzrostowym. Dynamika wzrostów cen królewskiego metalu to efekt realnie ujemnych stóp procentowych oraz zaawansowanej fazy cyklu koniunkturalnego, która budziła obawy inwestorów o nadejście recesji.

– Za dalszymi wzrostami metalu z pewnością stoi luźna polityka monetarna Rezerwy Federalnej oraz pomoc fiskalna rządu. To wszystko spowodowało, że deficyt budżetowy USA w tym roku może być dwukrotnie wyższy niż podczas kryzysu „subprime” w latach 2008-2009. Dodatkowo słabnący dolar powoduje aprecjację metalu, który jest z nim ujemnie skorelowany. W przypadku gdy nastąpi schłodzenie nastrojów na giełdach, a notowania indeksów giełdowych ulegną korekcie, złoto może jeszcze na tym skorzystać – tłumaczy Łukasz Zembik, ekspert rynku OTC w TMS Brokers.

Srebrna hossa

Choć inwestorzy większym sentymentem darzą ostatnio złoto, które osiągało cenę najwyższą od 2011 roku, to część z nich przypomniała sobie o srebrze, kiedy bariera wejścia na rynek złota została postawiona relatywnie wysoko. Równie ciekawie wygląda sytuacja na rynku srebra. Notowania metalu osiągnęły we wtorek najwyższy od sierpnia 2016 poziom i cały czas rosną. Od dołka z marca kurs wzrósł prawie 77 proc.

– Szacuje się, że w 2020 roku podaż tego surowca może spaść o ok. 4 proc i wyniesie lekko ponad 978 miliona uncji. To w głównej mierze efekt utrudnień w działalności kopalń w czasie pandemii COVID-19. Spowolnienie globalne z pewnością odbije się również na sile popytu na ten surowiec. Zapotrzebowanie ze strony sektora fotowoltaiki będzie prawdopodobnie niższe w bieżącym roku, ale długofalowa popularność paneli słonecznych i pojazdów elektrycznych, do których wykorzystywane jest srebro powinna cały czas generować zapotrzebowanie na metal – tłumaczy Łukasz Zembik, ekspert rynku OTC w TMS Brokers.

– Na rynkach mamy do czynienia z niecodzienną sytuacją, kiedy to rekordowym cenom metali szlachetnych towarzyszą rekordowe poziomy indeksów giełdowych. Z rynku wyjawia się obraz troski o przyszłość i zabezpieczania się, przy jednoczesnym nie odpuszczaniu giełdowych okazji do zarobków – mówi Bartosz Sawicki, kierownik Departamentu Analiz TMS Brokers.

Metale rzadkie w górę

Sytuacja ta dotyczy również innych rzadkich metali szlachetnych, takich jak rod, czy platyna. Trend wzrostowy napędzają m.in. potrzeby rynku motoryzacyjnego, gdyż metale te wykorzystywane są m.in. do produkcji katalizatorów samochodowych. Są one wymagane przez zaostrzenie przepisów dotyczących emisji szkodliwych dla środowiska spalin.

– Rod jest obecnie ponad 3-krotnie droższy od złota, a pod koniec lutego tego roku uncję tego metalu rynek wycenił na ponad 10 tys. dolarów. Marzec przyniósł silną korektę w notowaniach zarówno rodu, jak i palladu, co obrazuje jak silne jest powiązanie wyceny tych aktywów z kondycją światowego przemysłu. Od marcowego załamania notowań, rod zdołał odrobić niespełna 50 proc. Dalsze wzrosty będą silnie uzależnione od światowego popytu na samochody – spalinowe, hybrydy oraz w pełni elektryczne – ocenia ekspert rynku OTC Łukasz Zembik w TMS Brokers.

Platyna ma jeszcze szerszy wachlarz zastosowań dzięki niskiej wrażliwości na wpływ tlenu oraz wody, dzięki czemu nie rdzewieje, a to czyni z niej idealny metal do produkcji biżuterii. Chemiczna odporność platyny i jej właściwości mechaniczne powodują, że znajduje ona zastosowanie również w innych sektorach, tj. przemysł elektroniczny, chemiczny, czy inwestycje. Na przykład za pośrednictwem kontraktów CFD, czyli kontraktów terminowych na surowiec.

Po dwóch miesiącach konsolidacji, notowania platyny znów pną się w górę. Cena surowca sięgnęła 920 USD za uncję, co oznacza dotarcie do najwyższych poziomów od marca bieżącego roku.

– Popytowi na rynku platyny sprzyja ożywienie w sektorze motoryzacyjnym, choć optymizm inwestorów jest przytłumiony. Oznacza to, że platyna może pozostawać w cieniu złota i srebra pod kątem stóp zwrotu – ocenia Bartosz Sawicki z TMS Brokers.

Platynę, jak i rod, złoto czy srebro można kupić w postaci sztabek czy monet inwestycyjnych. Można też w nie inwestować za pośrednictwem kontraktów.

– Kontrakty CFD na platynę, srebro, czy złoto można reagować na wzrost albo spadek ceny poprzez wykorzystanie dźwigni finansowej. Oznacza to, że można kupić lub sprzedać surowiec, grając z trendem albo przeciw niemu i na tym zarobić, albo stracić. To magia rynków pozagiełdowych, które pozwalają kupić tzw. papierowe metale szlachetne, bez konieczności zabezpieczenia fizycznych aktywów – tłumaczy Łukasz Zembik, ekspert rynku OTC w TMS Brokers.

Zawirowania na euro

0

Wczorajszy dzień przyniósł dwie ważne zmiany dla kursu euro z perspektywy Polski. Europejska waluta jest wyjątkowo słaba względem złotego i wyjątkowo silna względem dolara. To dlatego dolar spadł poniżej 3,85 zł.

Euro najtańsze od miesiąca

Wczorajsze wyjaśnienie sytuacji ze szczytem UE pomimo wątpliwego sukcesu Polski poprawiło wyraźnie wycenę walut naszego regionu. Zarówno złoty, czeska korona jak i forint mocno zyskiwały wczoraj na wartości. Złotówka względem euro jest najsilniejsza od połowy czerwca, a euro kosztowało 4,43 zł przez chwilę. Podobnie jest z frankiem, który spadł do poziomu 4,12 zł.  Dolar w nocy znajdował się poniżej 3,85 zł.

Węgrzy obniżyli stopy procentowe

Wczoraj Bank Węgier obniżył główną stopę procentową do poziomu 0,6% z 0,75%. Zmiana nie była zatem bardzo istotna. Dodatkowo warto zwrócić uwagę, że 0,6% to obecnie relatywnie bardzo niska wartość. Większość państw raczej jest już w bardzo bliskiej okolicy 0% lub poniżej. Z drugiej strony pozostawia to Węgrom teraz pole do manewru. Forint nie tracił wczoraj na wartości pomimo obniżki sóp procentowych, gdyż nałożyło się to na pozytywny wpływ szczytu UE.

Nagła siła euro

Wczorajsze porozumienie w strefie euro miało jeszcze jeden bardzo istotny wpływ na rynki walutowe. Inwestorzy kupując euro doprowadzili do jego silnego umocnienia. Dolar jest obecnie najsłabszy względem europejskiej waluty od początku 2019 roku. Patrząc na sytuację w USA, nawracającą pandemię oraz niepewność w sprawie wyborów można oczekiwań, że nie jest to przejściowy problem.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

66% firm szkoleniowych bez środków na dostosowanie się do warunków pandemii

0

Branża usług rozwojowych walczy o przetrwanie. Większość firm próbuje adaptować się do nowych realiów, jednak dużym problemem, który wskazuje 93% firm jest zmniejszony popyt na zdalną formę tego rodzaju usług. Tak wynika z badania „Potrzeby branży UR”, przeprowadzonego przez MCM Institute w projekcie pn. „Rada ds. Kompetencji Sektora Usług Rozwojowych” realizowanym przez Polską Izbę Firm Szkoleniowych w ramach umowy z PARP.

Pomimo tego, że pandemia koronawirusa dotarła do Polski pod koniec pierwszego kwartału, zdążyła znacząco wpłynąć na wyniki finansowe za ten okres – połowa firm szkoleniowych odnotowała zmniejszenie przychodów. Jednak w odniesieniu do drugiego kwartał br. już ponad ¾ przedsiębiorstw z tego sektora wskazało na znaczący spadek wpływów.

Próba adaptacji firm

Większość firm próbuje dostosować swoją działalność do obecnej rzeczywistości. Blisko połowa (48%) przygotowuje się do rozpoczęcia lub znaczącego rozszerzenia skali szkoleń zdalnych. Natomiast 44% już w tym momencie deklaruje świadczenie usług w tej formule. Na zwiększenie skali lub zakresu oferty zdalnej względem okresu sprzed pandemii wskazuje co szósta organizacja.

13% firm szuka szans dochodu poza rynkiem usług rozwojowych, a niektóre rozważają nawet całkowite wyjście z niego (2%). Jak wynika z raportu aż 32% podmiotów próbuje przeczekać ten najtrudniejszy okres, nie wprowadzając żadnych zmian do dotychczasowych biznesowych strategii. Firmy zwracają także uwagę na problemy wewnętrzne – 66% z nich ma trudność w ocenie, jakie działania najlepiej podjąć w obecnej sytuacji i co powinna obejmować strategia zmiany.

Wyniki badania pokazują bardzo wyraźnie i bez jakichkolwiek złudzeń, że sektor nie jest w stanie w krótkim czasie przejść transformacji cyfrowej w kierunku świadczenia profesjonalnych usług zdalnych. Wynika to m.in. z przyczyn ekonomicznych. Znaczne zmniejszenie popytu na usługi rozwojowe blokuje możliwości finansowania takich zmian. Warto zauważyć, że wcześniej czy później pojawią się potrzeby kompetencyjne po stronie przedsiębiorstw. Kto wówczas będzie je w stanie zrealizować? COVID pozostanie z nami na dłużej więc czeka nas wszystkich nieuchronna zmiana paradygmatu w całej edukacji i pogodzenie się z tym, że technologie wspomagające uczenie się na odległość będą odgrywały znacznie większą rolę niż dotychczas – mówi Piotr Piasecki, Prezes Zarządu PIFS oraz Przewodniczący Rady ds. Kompetencji Sektora Usług Rozwojowych. 

Bariery sektora

Główna przeszkoda dla przetrwania i utrzymania konkurencyjności podmiotów sektora usług rozwojowych to spadek popytu – tak uważa 95% respondentów. Co ważne, 34% ocenia tę barierę jako niemożliwą do pokonania. 93% firm zauważa, że szkolenia nawet w zdalnej formie nie cieszą się dużym zainteresowaniem. Ponadto nie każda organizacja jest w stanie przenieść się całkowicie do online’u – 85% ankietowanych uważa, że ich specyfika usług wymaga fizycznej obecności uczestników, a 84% z nich dostrzega problem w niskim poziomie kompetencji cyfrowych jej odbiorców.

Problem braku kompetencji cyfrowych dotyczy jednak również samych firm. Dane pokazują, że potrzeba dostosowania umiejętności względem realizowania zdalnych usług stoi przed 59% podmiotów, a zmiany obejmujące wykorzystywanie oprogramowania 73%. Jak wynika z szacunkowych wyliczeń samo tylko wsparcie branży w obszarze kompetencji to niezbędny koszt 11,4 mln zł.

O badaniu

Badanie „Potrzeby branży UR” przeprowadzono metodą CAWI na próbie 940 osób przez MCM Institute na zlecenie w projekcie pn. „Rada ds. Kompetencji Sektora Usług Rozwojowych” realizowanym przez Polską Izbę Firm Szkoleniowych w ramach umowy z Polską Agencją Rozwoju Przedsiębiorczości.

Rynek gruntów w czasie pandemii: ceny trzymają się mocno, inwestorzy robią ostrożne zakupy

0

Rynek gruntów inwestycyjnych, podobnie jak cała gospodarka, poważnie odczuł skutki pandemii COVID-19 i związanego z nią zamknięcia. W II kwartale bieżącego roku sfinalizowano jedynie wcześniej zapoczątkowane transakcje, które musiały zostać domknięte ze względu na istniejące zobowiązania.  Część inwestorów – jeśli miała taką możliwość – decydowała się na odsunięcie umowy końcowej w czasie, najczęściej na III lub IV kwartał br.

Ceny gruntów nie spadły

Choć pandemia jeszcze się nie skończyła, obserwujemy duże ożywienie na rynku, które pojawiło się wraz z odmrożeniem gospodarki. Tym co warto odnotować, jest utrzymanie się wysokich cen gruntów, które nie spadły nawet w szczycie pandemii. Wbrew niektórym przewidywaniom zmniejszony popyt na mieszkania i biura, a także zapowiedzi ograniczenia ich podaży przez deweloperów, nie przełożyły się na spadki cen. Warto przy tej okazji zwrócić uwagę na szczególnie dobrą sytuację rynku magazynowego, który za sprawą dynamicznego rozwoju e-commerce w okresie pandemii odnotował jeszcze większe niż zwykle zapotrzebowanie na grunty pod nowe projekty.

Dobrze zlokalizowane działki, pozbawione wad prawnych i technicznych, nie straciły na zainteresowaniu. Wynika to z bardzo ograniczonej dostępności takich gruntów, co nawet przy mniejszej aktywności inwestorów i liczbie rozpoczętych projektów sprawia, że są one atrakcyjnym produktem inwestycyjnym. Dostrzegamy to chociażby na przykładzie świeżo wystawionej na sprzedaż działki pod zabudowę biurową przy pl. Jana Pawła II we Wrocławiu, gdzie w transakcji reprezentujemy właściciela, spółkę KGHM. Zainteresowanie inwestorów tą nieruchomością jest ogromne, dostajemy mnóstwo zapytań, również z zagranicy. Szacujemy, że będzie to największa w tym roku transakcja na rynku gruntów we Wrocławiu i jedna z rekordowych w kraju. Biorąc pod uwagę jej powierzchnię i potencjał inwestycyjny na poziomie prawie 32 tys. mkw. powierzchni biurowej, możemy się spodziewać najbardziej widowiskowej transakcji w tym roku.

Ostrożność i wyczekiwanie

Aktualna sytuacja pozwoliła ukrócić spekulacyjne zakupy gruntów, które mocno nakręcały wzrost cen działek w ciągu ostatnich lat. Inwestorzy z dużą ostrożnością inwestują i przygotowują się do transakcji, zbierając z rynku szczegółowe dane. Wciąż jednak obserwujemy wyostrzone apetyty zakupowe, bowiem nieruchomości gruntowe zachowują się stabilnie i w niepewnych czasach są bezpieczną przystanią dla kapitału.

Kluczowe dla rynku gruntów będą najbliższe miesiące, a nawet tygodnie. Część inwestorów wstrzymuje się z procesami decyzyjnymi i oczekuje na dalszy rozwój sytuacji. Na ten moment ciężko jeszcze przewidzieć, jak gospodarka poradzi sobie po wyczerpaniu się środków z rządowej tarczy antykryzysowej. Wciąż jest też za wcześnie, aby oszacować ekonomiczne konsekwencje pandemii. Wiele zależy od jej dalszego przebiegu i potencjalnego wzmożenia na jesieni, a także od tego, czy dojdzie do kolejnego zamknięcia gospodarki. Warto jednak pamiętać, że rynek w Polsce jest dojrzały, zapotrzebowanie na grunty wbrew pozorom nie zmalało, a inwestorzy dysponują kapitałem do zainwestowania. Problem może się pojawić jedynie w przypadku tych transakcji, które wymagają finansowania kredytem. Banki zaostrzyły bowiem swoją politykę i zdecydowanie mniej chętnie pożyczają pieniądze, spowalniając w ten sposób niektóre procesy inwestycyjne.

Jeżeli recesja będzie się pogłębiać, ten rok będziemy mogli zaliczyć do umiarkowanie udanych i nie zobaczymy już w jego trakcie tak spektakularnych transakcji, do jakich byliśmy przyzwyczajeni w ostatnich latach. O ile jednak nie dojdzie do drugiej fali pandemii, w III i IV kwartale spodziewamy się mocnego odbicia na rynku gruntów i odrabiania strat po zamknięciu gospodarki.

Autor: Emil Domeracki, dyrektor Działu Gruntów Inwestycyjnych w Colliers International

Europa coraz bardziej zielona – udział OZE wzrósł do 40 proc.

0

W I kwartale 2020 r. OZE stanowią już 40 proc. europejskiego miksu energetycznego – raport Komisji Europejskiej jasno pokazuje, że stary kontynent coraz mocniej stawia na zieloną energię. Swoją cegiełkę do tej ekologicznej transformacji dokładają przedsiębiorstwa z różnych branż – Apple chce tworzyć produkty niewpływające negatywnie na klimat, a KGHM i skandynawska Telia budują dla siebie farmy słoneczne.

Szalejąca w Europie pandemia znacząco wpłynęła na gospodarkę międzynarodową, jednak spowolnienie nie dotyczyło rozwoju OZE. Ostatni raport Komisji Europejskiej dowodzi bowiem, że w I kwartale tego roku odnawialne źródła energii zanotowały swój rekordowy wynik – stanowią już 40 proc. udziału w europejskim koszyku energetycznym.

O ile 3 proc. spadek zużycia energii elektrycznej w I kw. 2020 roku można przypisać w znacznej mierze kryzysowi spowodowanemu pandemią, o tyle wzrost udziału odnawialnych źródeł energii w miksie energetycznym Europy niezaprzeczalnie świadczy o jego mocnej i co więcej perspektywicznej pozycji na rynku. Porównując rok do roku, wzrost zielonej energii opiewał w I kwartale bieżącego roku na 38 TWh, a co za tym idzie, okazał się najbardziej odpornym na negatywy wpływ COVID-19 źródłem energii. W tym samym czasie paliwa kopalne zaliczyły bowiem spadek – w I kw. 2019 r. stanowiły 38 proc. koszyka energetycznego w Europie, a teraz tylko 33 proc. – mówi Tomasz Żółyniak, prezes firmy Energia Polska.

Przedsiębiorstwa inwestują we własny, zielony prąd

Na kolejne wzrosty OZE wpływają działania największych firm, które przechodzą na zieloną energię. Najnowszy przykład dał światowy gigant IT – Apple. Marka przedstawiając swój plan neutralizacji emisji dwutlenku węgla, zobowiązała się, że do 2030 r. każdy ich sprzedawany produkt będzie miał zerowy wpływ na klimat. Nowy plan obejmuje ogół działań firmy, w tym także łańcuch dostaw oraz cykl życia produktów.

Coraz częściej firmy inwestują także we własne źródła OZE. Takim działaniem wykazała się ostatnio znana w Europie firma telekomunikacyjna Telia, która chce zasilać energią słoneczną swoje centrum danych w estońskiej miejscowości Laagri. To pierwsze tego typu przedsięwzięcie w tym kraju. Źródłem prądu będzie zlokalizowany obok budynku park słoneczny. Energia pozyskana w ten sposób nie pokryje 100 proc. zapotrzebowania centrum, ale pomoże obniżyć opłaty za prąd, a także wesprze centrum podczas ciepłych miesięcy, gdy potrzeba więcej prądu, nie tylko na pracę, ale także na chłodzenie pracujących maszyn.

W Polsce podobnym tropem idzie np. spółka KGHM Polska Miedź – jeden z największych krajowych odbiorców energii eklektycznej. Strategia firmy zakłada, że do 2030 r. połowa potrzeb energetycznych całego przedsiębiorstwa będzie zaspokajana z własnych źródeł, których część będzie stanowiła energia odnawialna. W planach jest m.in. elektrownia wykorzystująca energię słoneczną, która ma zasilać Zakłady Górnicze w Lubinie oraz farma OZE, której 100 proc. mocy, czyli 5500 MWh energii rocznie zostanie wykorzystane przez Hutę Miedzi w Głogowie.

Na zieloną energię przechodzą w naszym kraju również takie przedsiębiorstwa jak Kompania Piwowarska czy Cemex, polski lider produkcji cementowej. Te tendencje wzmacniane są także wytycznymi chociażby Komisji Europejskiej. Strategia przemysłowa UE zakłada, że przedsiębiorstwa muszą stopniowo przechodzić na zieloną energię i ograniczać emisję dwutlenku węgla, inaczej będą traktowane jako mniej konkurencyjne. Ten aspekt potwierdzają także postanowienia ostatniego szczytu w Brukseli, gdzie przywódcy państw zadecydowali, że odbudowa gospodarcza po koronawirusie ma być ściśle związana z transformacją energetyczną i innymi działaniami na rzecz ochrony klimatu – komentuje Sebastian Biela, wice prezes firmy Energia Polska.

Młodzi kontra COVID – bez pracy i perspektyw?

0

Mówi się, że na rynku pracy z powodu koronawirusa najbardziej ucierpiały młode osoby. W Polsce prawie jedna trzecia aktywnych zawodowo osób do 24 roku życia pracuje w sektorach dotkniętych „lockdownem”. Jeszcze trudniej mają absolwenci dopiero wchodzący na rynek. 

W pierwszym kwartale 2020 roku największe bezrobocie odnotowano wśród osób w wieku 15-24 lata – 8,7 proc. Drugie, najwyższe bezrobocie obserwuje się wśród osób w wieku 25-43 lat – 3,9 proc. (GUS). Z szacunków Devire wynika, że blisko połowa aktywnych zawodowo młodych Polaków straciła pracę. Większość z nich “dorabiała” w sektorze HORECA. Gastronomia, hotelarstwo, usługi, retail to między innymi branże, które były głównym pracodawcą dla młodego pokolenia i jako pierwsze odczuły konsekwencje pandemii COVID-19.

Gdzie student znajdzie pracę?

Wakacje jest to okres, w którym wzrasta zainteresowanie studentów podjęciem pracy. W Polsce na uczelniach wyższych studiuje 1,2 mln osób. Dotychczas bardzo często zatrudniali się “na sezon” w gastronomii, hotelarstwie czy usługach. Dziś liczba wakatów znacząco zmalała. Oprócz młodych, którzy do tej pory pracowali w tych branżach, dołączają jeszcze absolwenci.

Obecnie wiele firm uruchamia programy stażowe oraz poszukuje osób na stanowiskach asystenckich, które będą wspierały ich w codziennej pracy, np.: Asystent w Dziale Marketingu, Finansów, Obsługi Klienta, Sprzedaży, Administracji czy obsługa Recepcji.  Oferty te są skierowane do osób, które nie posiadają doświadczenia zawodowego, bądź u których jest ono znikome. Właśnie w tych obszarach młodzi mogą spróbować swoich sił i znaleźć alternatywne zatrudnienie.

Co więcej podejmując pracę na stanowisku junior, młodzi na rynku pracy mają szansę na sprawdzenie, czy taki tryb pracy jest dla nich odpowiedni, jak również zweryfikować, czy wybrane przez nich kierunki zawodowe są odpowiednie i satysfakcjonujące.

Poszukiwanie pracy – jak robić to efektywnie?

Czas poszukiwania pracy zdecydowanie się wydłużył. Z raportu Devire „Rynek Zmiany Pracy” wynika, że dotychczas blisko 60% kandydatów szukało pracy poniżej 3 miesięcy. Dziś ten czas wydłużył się do 6 miesięcy. Przeciągają się również procesy decyzyjne w firmach, więc należy uzbroić się w cierpliwość.

Chcąc podjąć pracę w obecnej sytuacji, najlepiej współpracować z kimś, kto dobrze zna rynek pracy i może doradzić. Konsultant ze sprawdzonej agencji ma dostęp do najnowszych ofert pracy, ponieważ aktywnie współpracuje z klientami i pracodawcami oraz jest w kontakcie z konsultantami w innych branżach. Dodatkowo taka osoba wie, jak wygląda praca w danej firmie oraz może doradzić jak przygotować się do spotkania rekrutacyjnego, by pozytywnie wypaść.

Oczywiście warto śledzić oferty pracy, które pojawiają się w zakładce “kariera” na oficjalnych stronach firm bądź też na ich profilach na biznesowych portalach społecznościowych (LinkedIn). Dobrym adresem są również oferty w wyszukiwarkach, takich jak Pracuj, infoPraca i innych. Pomocna w poszukiwaniu pracy może być rekomendacja kolegów i koleżanek, już zatrudnionych u danego pracodawcy.

Jak stworzyć dobre CV?

Aplikując na oferty pracy istotne jest sporządzenie dobrego CV. Liczba wysłanych życiorysów nie ma znaczenia, najważniejsze jest, by zwrócić uwagę na ich jakość. Wysłanie większej liczby aplikacji wymaga od kandydata zapamiętania większej liczby ofert pracy, by odbierając telefon od rekrutera mieć wiedzę, w sprawie którego stanowiska oddzwania.

CV w 4 krokach

  1. Staranne przygotowanie aplikacji – CV i list motywacyjny są wizytówką, dlatego nie powinno w nich być żadnych błędów, nie powinny być również szablonami. Należy przygotować życiorys pod kątem oferty, na którą aplikujemy.
  2. Określenie celu – branży, w której kandydat chce podjąć pracę. Warto na górze CV opisać krótko swój cel zawodowy, obszary, w których chciałoby się rozwijać.
  3. Poznanie oferty i jej nadawcy – przed wysłaniem aplikacji należy zapoznać się z treścią ogłoszenia i profilem firmy, by później nie było zaskoczenia.
  4. Znalezienie „klucza” – określenie obszarów zainteresowania i zawężenie listy potencjalnych pracodawców i ofert.

Autor : Adrianna Wilczyńska, specjalista ds. rekrutacji, w firmie outsourcingowej Devire

Odporność na kryzys mamy w genach – rozmowa z Bartoszem Tomczykiem

0

Z Bartoszem Tomczykiem, przewodniczącym rady nadzorczej Provema Sp. z o.o. – czołowej polskiej firmy z sektora pożyczek konsumenckich – rozmawiamy o skutecznych strategiach firm finansowych w czasie kryzysu. 

Jak trudne są obecne czasy dla branży finansowej?

Czasy są trudne przede wszystkim dla jej klientów. Tymczasem kredyty, jakich udzielają banki, nie pochodzą z ich środków własnych, tylko z wpłaconych depozytów. Jeżeli klienci z jednej strony zaczynają wycofywać depozyty, a z drugiej mają kłopoty z terminowym regulowaniem swoich zobowiązań, równowaga systemu może zostać bardzo łatwo naruszona. Póki co jednak, żaden bank nie upadł. A stało się tak dlatego, że Narodowy Bank Polski zastosował cały szereg instrumentów ułatwiających bankom dostęp do kapitału. Są to obniżki stóp procentowych, wykup papierów wartościowych gwarantowanych przez skarb państwa czy kredyt wekslowy. Dzięki pomocy rządu i NBP, branża ma się całkiem nieźle.

Dodajmy jednak od razu, że ta pomoc dotyczy tylko tradycyjnych banków. Cały, niedawno zbudowany, sektor technologii finansowych (w skrócie fintech), to głównie firmy nie posiadające licencji bankowych. Muszą one radzić sobie same. Są to przedsiębiorstwa pożyczkowe, inwestycyjne czy fundusze wspierające innowacyjne, ale ryzykowne przedsięwzięcia. Bez nich nie może istnieć nowoczesna gospodarka.

Rzeczywiście, głośno było o tym, że niektóre firmy pożyczkowe zawiesiły działalność. Provema tymczasem nie tylko unika kłopotów, ale nawet wykupiła swoje obligacje przed czasem.

Branża pożyczkowa to z natury biznes o podwyższonym ryzyku. Jeżeli do tego ryzyka dodać nagłe spowolnienie gospodarcze, naturalne staje się, że niektóre firmy mogły wpaść w kłopoty. Branża otrzymała jeszcze jeden cios w postaci zaostrzenia uregulowań ograniczających maksymalny koszt pożyczki. Takie przepisy zostały zawarte w tarczy antykryzysowej. W związku z tym, z dnia na dzień praktycznie niemożliwe stało się udzielanie klientom pożyczek na dłuższe okresy. Tak naprawdę, oznacza to, że w bardzo trudnych czasach, rząd zdecydował się na ograniczenie konsumentom dostępu do finansowania. W związku z tym wiele firm musiało całkowicie przebudować swoją politykę produktową.

Na szczęście, nas te problemy nie dotknęły. Ograniczyliśmy maksymalny okres, na jaki udzielamy pożyczek z 6 do 4 miesięcy. Jednak nasz biznes nieustannie się rozwija. Zapotrzebowanie na nasze produkty jest ogromne, a szkodowość nie wzrosła wcale. Dzięki temu, w czerwcu, przed czasem spłaciliśmy nasze obligacje o wartości 3 milionów złotych, a w lipcu kolejne, o wartości 1.8 miliona.

W jaki sposób udało się zbudować firmę tak odporną na kryzys?

Od momentu założenia firmy staramy się budować przewagę konkurencyjną dzięki nowoczesnej technologii. Naszym pomysłem było zastosowanie algorytmu z użyciem sztucznej inteligencji do oceny ryzyka kredytowego. System analizuje setki czynników i ucząc się samodzielnie szuka takich, które są skorelowane ze szkodowością udzielanych pożyczek. Okazuje się, że takie rozwiązanie jest znacznie skuteczniejsze niż komitety kredytowe, jakie funkcjonują w tradycyjnych bankach. W dodatku koszt zmienny udzielenia pojedynczego kredytu jest bliski zera, a całą procedurę jesteśmy w stanie skrócić do ułamków sekund. Działamy szybciej, taniej i skuteczniej niż tradycyjne banki. Dzięki temu odporność na kryzys mamy w genach.

Absolutnie kluczowe dla naszej strategii jest zrozumienie ryzyka lub nawet zaprzyjaźnienie się z nim. Dzięki wykorzystaniu zaawansowanych rozwiązań statystycznych i uczenia maszynowego, możemy być pewni, że rozumiemy ryzyko bardzo dobrze, a naszą ambicją jest ograniczanie szkodowości udzielanych pożyczek do zera. W ten sposób jesteśmy w stanie zbudować stabilny biznes działający w burzliwym otoczeniu.

Jakie zmiany nastąpią w branży w wyniku obecnego kryzysu?

Na rynku mamy w tej chwili bardzo wyraźny podział na tradycyjny sektor bankowy oraz dynamicznie rosnący sektor fintech. Pierwszy z nich funkcjonuje w dużej mierze dzięki pomocy państwa, drugi stoi pewnie na własnych nogach mimo tego, że mamy kryzys, a rząd wprowadza niekorzystne dla niego regulacje.

Jednak pomoc państwa nie jest za darmo. Sektor bankowy będzie w najbliższych latach pod presją zobowiązań, które musiał zaciągnąć w czasie kryzysu. Tymczasem działalność polegająca na przyjmowaniu depozytów i udzielaniu kredytów przestaje być zyskowna. W dobie zerowych stóp procentowych banki nie są w stanie zapewnić atrakcyjnego oprocentowania lokat. Nie są też w stanie finansować przedsięwzięć o bardzo wysokim stopniu ryzyka, takich jak innowacyjne startupy technologiczne.

Dlatego rynki kredytów konsumenckich czy inwestycji kapitałowych są stopniowo przejmowane przez fintechy. Tradycyjne banki mają jednak cały czas mnóstwo zalet. Są to między innymi dostęp do kapitału czy doświadczone kadry. Dzięki nim mają one możliwość prowadzenia złożonych projektów, o dużej skali i wysokiej zyskowności, takich jak na przykład finansowanie budowy zakładów przemysłowych. Przy takich projektach na razie niemożliwe jest udzielanie kredytów przez algorytmy komputerowe.

Czy w takim razie mogą powstać instytucje finansowe, które połączą zalety tradycyjnych banków i startupów z branży fintech?

Oczywiście, że tak. Z jednej strony tradycyjne banki będą coraz chętniej wprowadzać nowoczesne rozwiązania technologiczne, z drugiej fintechy będą się starały występować o licencje bankowe. Pozwoli im to na przyjmowanie depozytów oraz ułatwi rozwiązanie ich największego problemu, czyli słabej dostępności kapitału.

Naszą ambicją również jest stanie się dynamicznym bankiem działającym w oparciu o najnowsze technologie.

Zasady rozliczania podatku od towarów i usług w przypadku dokonywania sprzedaży wysyłkowej na terytorium kraju

0

Swoboda obrotu gospodarczego oraz przepływu towarów umożliwia sprzedaż towarów w różnych krajach Unii Europejskiej bez większych barier. Zagraniczni podatnicy z terytorium wspólnoty mogą sprzedawać w Polsce swoje towary na rzecz osób fizycznych lub nie-podatników bez konieczności posiadania sklepów, pracowników czy innej infrastruktury. W takich sytuacjach mamy do czynienia ze sprzedażą wysyłkową na terytorium kraju.

Definicja

Zgodnie z ustawą o VAT sprzedaż wysyłkowa na terytorium kraju to dostawa towarów wysyłanych lub transportowanych z terytorium innego państwa członkowskiego przez podatnika VAT lub na jego rzecz na terytorium Polski (państwa przeznaczenia) pod warunkiem, że dostawa jest dokonywana na rzecz osoby fizycznej lub innego podmiotu niebędącego podatnikiem VAT, który nie ma obowiązku rozliczenia wewnątrzwspólnotowego nabycia towarów (WNT). Warto zaznaczyć, ze powyższa definicja nie obejmuje dostaw realizowanych z terytorium państwa trzeciego, czyli znajdującego się poza Unią Europejską. W takim przypadku należy rozliczyć import towarów.

Przepisy o sprzedaży wysyłkowej na terytorium kraju nie odnoszą się do dostaw wszystkich towarów. Wyjątki stanowią dostawy nowych środków transportu, towarów montowanych lub instalowanych z próbnym uruchomieniem lub bez, wyrobów akcyzowych zharmonizowanych oraz towarów używanych, dzieł sztuki czy przedmiotów kolekcjonerskich lub antyków. W przypadku tych towarów zastosowanie znajdują inne uregulowania w zakresie sprzedaży pomiędzy krajami Unii Europejskiej.

Zgodnie z powyższą definicją, aby doszło do sprzedaży wysyłkowej na terytorium kraju, musi zaistnieć szereg warunków. W pierwszej kolejności dostawy powinien dokonać podatnik podatku od towarów i usług. Dostawa powinna być dokonana na rzecz innego podmiotu niż polski podatnik VAT. Powinien nastąpić faktyczny transfer towarów z jednego państwa na terytorium drugiego. Nie ma zastosowania jeden z wyjątków.

Miejsce opodatkowania

W przypadku sprzedaży wysyłkowej bardzo istotne jest określenie miejsca dostaw towarów. Zasadą jest, że sprzedaż wysyłkową na terytorium kraju uznaje się za dokonaną na terytorium państwa przeznaczenia, czyli na terytorium Polski. Od ogólnej zasady możliwe są jednak wyjątki – jeżeli całkowita wartość towarów objętych sprzedażą wysyłkową, pomniejszona o kwotę podatku VAT, jest mniejsza lub równa 160 tys. zł, wtedy zagraniczny dostawca zgodnie z art. 24 ust. 4 ustawy o VAT ma możliwość wyboru, w jakim miejscu chce opodatkować transakcje, pod warunkiem poinformowania naczelnika urzędu skarbowego. Po przekroczeniu tego limitu zagraniczny dostawca powinien zarejestrować się na potrzeby VAT w Polsce i rozliczać sprzedaż wysyłkową począwszy od transakcji przekraczającej próg na terytorium Polski.

Kwota 160 tys. zł dotyczy całej sprzedaży wysyłkowej na terytorium Polski, dokonanej przez jednego podatnika VAT z innego kraju Unii Europejskiej na rzecz nieograniczonej liczby nabywców z tego kraju. Innymi słowy, jeżeli przykładowo włoski podatnik VAT wysyła towary do różnych klientów z Polski, a łączna wartość sprzedaży wysyłkowej to 210 tys. zł, to jest on zobowiązany do rozliczenia wysyłek ponad kwotę 160 tys. zł na terytorium Polski. Do kwoty progu ma możliwość wyboru miejsca opodatkowania.

Co do zasady mogą więc zaistnieć trzy rodzaje sytuacji w przypadku sprzedaży wysyłkowej na terytorium kraju:

  • W przypadku, gdy podatnik nie prowadził w poprzednim roku podatkowym sprzedaży wysyłkowej lub nie przekroczył w poprzednim roku limitów oraz w danym roku mieści się w kwocie limitu, ma prawo do wyboru miejsca opodatkowania;
  • Po przekroczeniu limitu 160 tys. zł podatnik powinien opodatkować wysyłkę na terytorium Polski;
  • Jeżeli w poprzednim roku podatkowym podatnik przekroczył kwotę progu sprzedaży wysyłkowej na terytorium Polski, wówczas w kolejnym roku musi opodatkować sprzedaż wysyłkową na terytorium Polski.

W przypadku, gdy miejscem opodatkowania jest terytorium Polski, zastosowanie znajduje krajowa stawka opodatkowania. W innych przypadkach będzie to stawka właściwa dla kraju dostawcy. W efekcie nabywca przed dokonaniem transakcji powinien ustalić sposób jej opodatkowania, ponieważ może on wpływać na finalną cenę towaru.

Fiskalizacja sprzedaży wysyłkowej na terytorium Polski

Problematyka fiskalizacji sprzedaży wysyłkowej na terytorium Polski powstaje w sytuacji przekroczenia progu 160 tys. zł lub decyzji zagranicznego podatnika o rozliczaniu sprzedaży w Polsce. Stanowisko organów podatkowy w zakresie fiskalizacji sprzedaży wysyłkowej jest praktycznie jednolite i zakłada, że nie ma obowiązku dokonania takiej fiskalizacji, z uwagi na brak uwzględnienia w definicji sprzedaży (art. 2 pkt 22 ustawy) na potrzeby VAT sprzedaży wysyłkowej na terytorium kraju. Takie wnioski znajdują potwierdzenie w interpretacjach Dyrektora KIS z dnia 27 lutego 2020 r., sygn. 0114-KDIP1-3.4012.16.2020.3.ISK czy z dnia 6 grudnia 2018 r., sygn. 0111-KDIB3-2.4012.652.2018.2.MN. W efekcie zagraniczny podatnik nie będzie zobowiązany do posiadania kasy fiskalnej, co nie zwalnia go jednak z obowiązku prawidłowego rozliczenia sprzedaży.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Udany powrót parków handlowych

0

Z danych Polskiej Rady Centrów Handlowych wynika, że odwiedzalność w galeriach handlowych waha się między 62 do 73% wartości notowanych w roku ubiegłym. Pandemia zmieniła nawyki Polaków, którzy planują zakupy w sposób bardziej przemyślany, ostrożny i bezpieczny. W nowej rzeczywistości wygrywają obiekty małoformatowe, zlokalizowane blisko domu. W parkach handlowych, po zakończonych negocjacjach właścicieli z najemcami, z końcem maja działały już niemal wszystkie sklepy, a niektóre z nich notują dziś obroty rzędu 160% wyników sprzed lockdownu.

Zaczęło się od projektów Tarczy Antykryzysowej, które nie uwzględniały pomocy dla małych obiektów handlowych poniżej 2 000 mkw. Trei Real Estate Poland to jedna z trzech firm, która wybrana przez społeczność zrzeszającą większość właścicieli parków handlowych działających w Polsce, reprezentowała ich w rozmowach z najemcami.

„Negocjacje toczyły się z 38 sieciami i firmami prowadzącymi ponad 900 sklepów w więcej niż 200 obiektach na terenie całego kraju. Rozmowy zaczęliśmy z początkiem kwietnia. Otwartość i chęć współpracy obu stron sprawiły, że cały proces przebiegł bardzo sprawnie, dzięki czemu wszystkie parki handlowe zostały już otwarte. Udowodniliśmy, że jesteśmy gotowi do działania nawet w trudnych warunkach pandemii”, mówi Jacek Wesołowski, dyrektor zarządzający Trei Real Estate Poland.

Rekordowe obroty parków

Pandemia spowodowała, że z uwagi na wprowadzone obostrzenia i zamknięcie sklepów, we wszystkich sieciach handlowych skumulowały się duże zapasy magazynowe, które dość szybko się przedawniają – szczególnie kolekcje sezonowe. W związku z tym po otwarciu najemcy zaczęli ogłaszać atrakcyjne promocje, co wpłynęło na szybki wzrost obrotów.

„Ugody, jakie zawarliśmy z najemcami naszych Vendo Parków zakładają stawkę czynszu uzależnioną od obrotu. W czasie negocjacji nikt nie przypuszczał, że parki wrócą tak szybko do równowagi, a obroty naszych najemców do poziomu sprzed pandemii, a nawet te wartości przekroczą o 20-60%. Jest to ściśle związane z ofertą wyprzedaży, ale także ze zmęczeniem społeczeństwa spowodowanym funkcjonowaniem w zamknięciu. Dla wielu z nas wyjście na zakupy do parku handlowego było pierwszym namacalnym etapem powrotu do codziennych zwyczajów”, komentuje Jacek Wesołowski.

E-commerce dyktuje nowy ład

Wydarzenia ostatnich miesięcy pokazują, że e-commerce wzmacnia swoją pozycję w handlu i staje się znaczącą alternatywą oraz uzupełnieniem obrotów generowanych w sklepach stacjonarnych. Parki handlowe już od pewnego czasu były przyczółkiem e-commerce oraz rozwiązań zakupowych typu Click & Collect. W zlokalizowanych blisko osiedli obiektach można szybko odebrać i zwrócić towar, co ułatwiają brak przestrzeni wspólnych i wejścia do sklepów wprost z parkingu. W galeriach to także coraz popularniejsza forma zakupów, dlatego pojawia się więcej głosów branży, że przychody z e-commerce powinny być uwzględnione w obrotach lokalnego sklepu danej sieci.

„Koronakryzys udowadnia, że musi nastąpić większa otwartość między właścicielami a najemcami ich obiektów. Sklepy nie dzielą się utargiem w Internecie z wynajmującymi. Taki system nie ma już dłużej racji bytu, trzeba opracować nowe zasady rozliczania. E-commerce musi być uwzględniony w obrotach”, dodaje Wesołowski.

Szacuje się, że brak skłonności do wzmożonych zakupów może potrwać długo, a cały 2021 rok będzie okresem stabilizacji w gospodarce i handlu. Dziś najtrudniej wracają do normalności sklepy z towarem luksusowym, które najwolniej wchodzą w dotychczasowe obroty.

„Wielkie sieci działają w dużych centach handlowych na umowach najmu ze stawkami czynszu ustalonymi jako procent od obrotu, ale to nie wszystkie ich koszty. Dodatkowo w galeriach opłata serwisowa to wydatek rzędu 70 zł, gdy dla porównania w parku handlowym to 7 zł. Dlatego naturalny wydaje się zwrot dużych najemców w kierunku parków handlowych, choć nawiasem mówiąc trend ten umacnia się na rynku już od dłuższego czasu, a konsekwencje pandemii tylko go wzmocnią”, podsumowuje Jacek Wesołowski, dyrektor zarządzający Trei Real Estate Poland.

Pandemia Covid-19 może wzmocnić pozycję funduszy private equity w Europie Środkowej. Niemal trzy czwarte przedstawicieli funduszy PE spodziewa się, że obecny rok będzie udany

0

Ponad dwie trzecie reprezentantów funduszy private equity w Europie Środkowej prognozuje w najbliższych miesiącach pogorszenie się sytuacji gospodarczej, a indeks optymizmu znalazł się na najniższym poziomie od 2008 roku. To efekt kryzysu spowodowanego wybuchem epidemii SARS-CoV-2. Jednocześnie, jak wynika z raportu firmy doradczej Deloitte Private Equity Confidence Survey, same fundusze dość spokojnie zareagowały na pandemię. Co więcej, dla wielu z nich jest to okazja do inwestycji w firmy, które teraz będą poszukiwały inwestorów. Aż 74 proc. badanych uważa, że to będzie dobry rok dla rynku private equity. 

Rynek private equity w Europie Środkowej, chociaż odczuwa wpływ Covid-19, to charakteryzuje go większy optymizm niż podczas globalnego kryzysu finansowego w 2008
Biorąc pod uwagę utrzymującą się niepewność związaną z sytuacją na rynkach, a także stojący pod znakiem zapytania dalszy przebieg pandemii koronawirusa, możemy postawić hipotezę, że obecne nastroje PE są oparte na jednym czynniku, który nie był obecny w 2008 r, czyli doświadczeniu. Kryzys finansowy w 2008 roku był pierwszym, którego doświadczyła większość funduszy w Europie Środkowej. Od tamtej pory specjaliści od inwestycji zgromadzili znaczącą wiedzę i kompetencje, dzięki którym będą mogli lepiej odnaleźć się w nadchodzących miesiącach – mówi Mark Jung, partner w dziale doradztwa finansowego, lider Private Equity w Europie Środkowej, Deloitte. Doświadczenie to prawdopodobnie wpłynie na zwiększenie poziomu inwestycji i stworzy solidną podstawę dla zawarcia nowych transakcji.

Nie zmienia to jednak faktu, że tzw. indeks optymizmu znajduje się na najniższym poziomie od 2008 r. Przyjmuje on w tej chwili wartość 62, o 25 punktów mniej niż pół roku temu, czyli jeszcze przed wybuchem pandemii. Dla porównania, w 2008 roku indeks optymizmu sięgał 48 punktów. Są to dwa najniższe odczyty w ciągu 17 letniej historii badania.

Wśród badanych 21 proc. respondentów zapytanych o wpływ Covid-19 na ich sytuację odpowiedziało, że nie odczuło negatywnych skutków w swoim portfelu inwestycyjnym. Z kolei 62 proc. zadeklarowało, że wpływ ten dotknął mniej niż jedną czwartą ich spółek. Jednocześnie 74 proc. przedstawicieli funduszy private equity w Europie Środkowej uważa, że obecny rok będzie dla rynku pozytywny.

Ponad jedna trzecia (36 proc.) oczekuje zawarcia transakcji z firmami, które do tej pory nie były w orbicie ich zainteresowań, a zdaniem 17 proc. obecna sytuacja może skutkować znalezieniem najlepszych ofert. – Fundusze private equity mogą stać się źródłem kapitału i wiedzy w czasach, gdy oba te czynniki są potrzebne dużej liczbie firm, szukających powrotu na ścieżkę wzrostu – dodaje Mark Jung.

Spokojne zarządzanie portfelem

Nie zmienia to faktu, że aż 68 proc. przedstawicieli środkowoeuropejskiego rynku PE spodziewa się pogorszenia sytuacji gospodarczej w nadchodzących miesiącach. To duży wzrost w porównaniu do 46 proc. w poprzedniej edycji badania. Co ciekawe 13 proc. uważa, że sytuacja gospodarcza ulegnie poprawie, podczas gdy pół roku wcześniej żaden ankietowany nie udzielił takiej odpowiedzi. Prognozy pokazują, że PKB regionu spadnie o 5,5 proc. w 2020 r. Gospodarki w Europie Środkowej są w dużej mierze napędzane przez konsumentów, a popyt maleje wraz ze wzrostem bezrobocia. Warunki w poszczególnych krajach, a tym samym wskaźniki wzrostu (lub spadku) będą się więc różnić.

Niemal połowa PE (45 proc.) w najbliższych miesiącach skupi się na zarządzaniu swoim portfelem. To o 8 proc. więcej niż pół roku wcześniej. Z 52 do 45 proc. zmalał odsetek tych, którzy myślą o nowych inwestycjach. – Jest to absolutnie normalna reakcja na kryzys. W pierwszych tygodniach po wybuchu pandemii zarządzający funduszami koncentrują się na monitorowaniu i opiece nad posiadanym portfolio spółek. Co ważne jednak, 11 proc. skupi się również na poszukiwaniu funduszy – wyjaśnia Mark Jung.

W opinii ponad połowy (53 proc.) ankietowanych rozmiar transakcji nie zmieni się. Z kolei 43 proc. jest zdania, że będzie on mniejszy. To znaczna zmiana w porównaniu do poprzedniej edycji badania, kiedy taką opinię wyraziło jedynie 13 proc. przedstawicieli PE. Również jeżeli chodzi o aktywność na rynku, to zdaniem 70 proc. badanych będzie ona mniejsza. To nieco ponad dwa i pół razy więcej niż zimą, kiedy taką opinię wyrażało 27 proc. respondentów. Jak zauważają eksperci Deloitte nastroje te są skutkiem pandemii, jak również konsekwencją Brexitu. Wciąż są to jednak lepsze odczyty niż w czasie kryzysu w 2008 roku.

Ceny w transakcjach będą spadać

Niemal jedna trzecia ankietowanych (30 proc.) uważa, że rentowność ich finansowych inwestycji spadnie w najbliższych miesiącach. To pięciokrotny wzrost w porównaniu z poprzednią edycją badania. W ubiegłym roku żaden z przedstawicieli funduszy private equity nie wskazał takiej odpowiedzi.

13 proc. respondentów funduszy private equity skupi się na wyjściu z inwestycji. To spadek niemal dwukrotny w porównaniu z ostatnim badaniem. Kolejne 26 proc. inwestorów chce po równo skupić się na kupnie i sprzedaży spółek, a 62 proc. planuje więcej kupić niż sprzedać, co może wynikać z tego, że w ich odczuciu pojawi się wiele atrakcyjnych okazji do nabycia.

Z badania Deloitte wynika, że liderzy rynkowi ponownie są uznawani za najbardziej konkurencyjnych i jeszcze umocnią swoją pozycję. 62 proc. ankietowanych oczekuje, że największe firmy będą cieszyć się największym zainteresowaniem inwestorów w Europie Środkowej. To taki sam odsetek co pół roku temu. Prawie jedna trzecia (30 proc.) skoncentruje się z kolei na firmach średniej wielkości.

Zdaniem 45 proc. przedstawicieli funduszy private equity ceny w transakcjach spadły w porównaniu z ostatnim półroczem. To trzy razy więcej niż pół roku wcześniej. Z kolei 36 proc., czyli prawie dwa razy mniej niż ostatnio (65 proc.) jest zdania, że pozostały one bez zmian. Jak będą się one kształtować w ciągu najbliższych 12 miesięcy? Ponad połowa (51 proc.) ankietowanych uważa, że będą one niższe, a niemal jedna trzecia, że pozostaną na niezmienionym poziomie.

Spodziewamy się, że fundusze private equity odegrają poważną rolę w powrocie do normalności. Pandemia Covid-19 spowodowała, że wiele firm będzie miało trudności z przezwyciężeniem kryzysu, w czym mogą im pomóc właśnie fundusze PE. Mają one niezbędne doświadczenie do radzenia sobie z takimi sytuacjami, a także kompetencje i wiedzę, które mogą wspierać biznes w dalszym rozwoju – podsumowuje Mark Jung.

Solidarni Zwyciężymy: Ponad 58,3 mld zł z Tarczy Finansowej PFR dla mikro, małych i średnich firm

0

Już blisko 327 tys. mikro, małych i średnich firm, zatrudniających łącznie ponad 2,7 mln pracowników, otrzymało wsparcie finansowe w wysokości ponad 58,3 mld zł w ramach Tarczy Finansowej PFR. To środki, które mają na celu pomoc firmom w przetrwaniu trudnego czasu spowodowanego pandemią COVID-19 i przede wszystkim ochronę miejsc pracy dla lokalnych społeczności. Wnioski o udzielenie subwencji są przyjmowane do końca lipca.

W ramach uruchomionej 29 kwietnia 2020 r. Tarczy Finansowej PFR dla mikro, małych i średnich firm w ciągu ponad 2,5 miesiąca pomoc otrzymało 326 767 firm z całej Polski. Popłynęło do nich łącznie 58,33 mld zł. Z każdym dniem ta liczba rośnie o kolejne tysiące nowych przedsiębiorców. 58,3 mld zł dofinansowania pomogło przedsiębiorcom funkcjonować w czasie lockdownu i utrzymać miejsca pracy dla 2,7 mln pracowników.

Najwięcej z tej puli, bo ponad 10,5 mld zł otrzymało 50 401 firm z województwa mazowieckiego, zatrudniających łącznie blisko 413 tys. pracowników. Za nimi plasuje się 39 514 firm z województwa śląskiego, zatrudniających ponad 323 tys. pracowników, które otrzymały łączne dofinansowanie w wysokości 6,9 mld zł oraz 36 947 firm zatrudniających blisko 30,7 tys. pracowników z województwa wielkopolskiego, które otrzymały łącznie ponad 6,6 mld zł. 5,7 mld zł zostało natomiast wypłacone ponad 33 tys. firm z województwa małopolskiego. Firmy z województwa pomorskiego i dolnośląskiego otrzymały łącznie po ponad 3,8 mld zł, a z województwa łódzkiego blisko 3,5 mld zł. Najmniejsze dofinansowanie powędrowało do województwa opolskiego, ponad 7,2 tys. firm otrzymało tu wsparcie w łącznej wysokości ponad 1,2 mld zł.

Najwięcej wsparcia, czyli ponad 47,5 mld zł powędrowało do firm z branży handlowej, przemysłowej, budowlanej, transportowo-magazynowej oraz HoReCa. Do przydzielenia z dostępnej puli 25 mld zł dla mikrofirm pozostało jeszcze 7,2 mld zł, a w przypadku MSP 9,4 mld zł z dostępnych 50 mld zł. Firmy, które ucierpiały w wyniku pandemii COVID-19, mogą wnioskować o wsparcie finansowe jeszcze do końca lipca br. za pomocą formularzy udostępnianych w systemach bankowości elektronicznej 18 banków komercyjnych i kilkuset banków spółdzielczych.

Pandemia koronawirusa i związane z nią liczne ograniczenia mocno zachwiały sytuacją ogromnej liczby przedsiębiorców wielu branż w Polsce, którzy zostali praktycznie z dnia na dzień pozbawieni przychodów. Dla biznesu to ogromne wyzwanie. Brak przychodów nie oznacza  braku kosztów, firmy nadal musiały wypłacać pensje pracownikom, regulować zobowiązania i opłacać bieżące rachunki. Dla wielu przedsiębiorców był to czas weryfikacji dotychczasowej strategii działania i szukania nowych rozwiązań. Otrzymane dofinansowanie z Tarczy Finansowej na pewno wielu z nich pozwoliło przetrwać ten czas. Ale nie można zapominać także o sferze pozafinansowej, bo tu wydarzyło się wiele pozytywnych zmian. Napotkane trudności wyzwoliły w ludziach nowe siły, solidarność w działaniu, troskę i pomoc niesioną innym. Tego typu historii znamy dużo, mamy ich już ponad kilkadziesiąt zgłoszonych w konkursie w ramach naszej kampanii Solidarni Zwyciężymy. To niewątpliwie również dzięki tym historiom obecnie z nadzieją możemy patrzeć na kolejne miesiące wychodzenia z kryzysu.” – mówi Paweł Borys, Prezes Polskiego Funduszu Rozwoju.

Wszyscy mają nadzieję, że najgorsze chwile większość przedsiębiorstw ma już za sobą i powoli zarówno  pracodawcy, jak i pracownicy z optymizmem zaczynają postrzegać sytuację w jakiej znajdują się ich firmy. Z badania przeprowadzonego przez SW Research, zleconego przez Polski Funduszu Rozwoju w ramach kampanii Solidarni Zwyciężymy, wynika, że coraz mniej Polaków obawia się o utratę pracy w wyniku sytuacji związanej z problemami firmy spowodowanymi skutkami pandemii COVID-19 –taką postawę deklaruje 47,6% badanych wobec 32,8% wciąż jeszcze obawiających się o utratę pracy. Również pracodawcy z nadzieją patrzą na najbliższą przyszłość – 70,5% w całej Polsce przewiduje, że jest w stanie poradzić sobie z problemami w funkcjonowaniu w nadchodzących miesiącach. Solidarna współpraca tych dwóch grup społecznych – pracodawców i pracowników zdaniem 44,7% Polaków odgrywa kluczowa rolę w procesie radzenia sobie ze skutkami i wychodzenia z kryzysu spowodowanego skutkami pandemii COVID-19.

Tarcza Finansowa PFR

Tarcza Finansowa PFR dla firm i pracowników jest programem wsparcia o wartości 100 mld zł skierowanym do mikrofirm (zatrudniających co najmniej 1 pracownika) oraz małych, średnich i dużych przedsiębiorstw. Istotą Tarczy Finansowej PFR jest to, że skorzystanie z subwencji odbywa się szybko (w ciągu 1-2 dni) i nie wymaga od przedsiębiorców dodatkowych zaświadczeń ani załączników. Weryfikacja uprawnień przedsiębiorców oraz ich statusu jest przeprowadzana automatycznie za pomocą rejestrów publicznych – deklaracji VAT, danych z ZUS oraz z uwzględnieniem dostępnych dokumentów księgowych.

Poprawa koniunktury w firmach przekłada się na stabilizacją na rynku pracy. 78% Polaków spokojnych o pracę

0

Odsetek firm dysponujących wystarczającymi zasobami finansowymi, by przetrwać dłużej niż kwartał, wzrósł w porównaniu z sytuacją z połowy kwietnia o 22 pp., do 61 proc., a odsetek firm notujących spadek sprzedaży w porównaniu z początkiem lipca spadł o 9 pp, z 39 proc. do 30 proc. Poprawa sytuacji przychodowej przedsiębiorstw sprawia, że w ciągu dwóch ostatnich tygodni spadł o 5 pp. odsetek pracowników pracujących w zmniejszonym wymiarze czasu pracy – wynika z VII fali badania kondycji firm i pracowników przeprowadzonego w połowie lipca 2020 r. przez Polski Fundusz Rozwoju i Polski Instytut Ekonomiczny. Warto odnotować, że znacząco wzrósł udział firm, które spodziewają się, że pandemia zostanie z nami na dłużej, z czego aż 35 proc. jest zdania, że na zawsze.

Od początku kwietnia do końca czerwca systematycznie zwiększa się udział firm, których sprzedaż rośnie: z 4 proc. w połowie kwietnia do 22 proc. na koniec czerwca (+18 pp.) i +19 proc. w połowie lipca. Od czasu poprzedniego pomiaru z początku lipca o 9 pp. zmalał odsetek przedsiębiorstw ze spadkiem sprzedaży, zaś o 14 pp. zwiększył się odsetek firm wskazujących utrzymanie wielkości sprzedaży.

Poprawa sytuacji biznesowej przekłada się również na finanse firm. Obecnie 61 proc. firm ocenia swoją płynność finansową jako dostateczną, by przetrwać dłużej niż 3 miesiące i jest to wynik o 22 pp. wyższy niż jeszcze w połowie kwietnia. W tej grupie znajduje się aż 84 proc. dużych podmiotów. Niemal co trzecie przedsiębiorstwo (32 proc.) deklaruje, że zasoby finansowe pozwolą im na funkcjonowanie przez najwyżej kwartał, jednocześnie tylko 3 proc. firm zgłosiło, że nie dysponuje żadnymi rezerwami finansowymi.

płynnosc finansowa 1

Z perspektywy kilku miesięcy od rozpoczęcia pandemii i restrykcji z nią związanych, położenie przedsiębiorstw wyraźnie się zmieniało i dzisiaj jest ono znacznie lepsze niż w najbardziej kryzysowym okresie jakim był kwiecień. Jeszcze na koniec kwietnia 67 proc. firm deklarowało spadek przychodów. W połowie lipca ten odsetek był o 40 pp. mniejszy i wyniósł 27 proc. – czyli najmniej od wybuchu kryzysu. Także pod względem popytowym firmy deklarują mniejsze trudności. Obecnie ¼ firm notuje spadek zamówień, podczas gdy na początku kwietnia było to 62 proc. firm. W połowie lipca 19 proc. firm deklarowało wzrost liczby nowych zamówień. Największy wzrost zamówień miał miejsce w dużych firmach – zjawisko to wystąpiło w 38 proc. przedsiębiorstw – mówi Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Polacy spokojniejsi o zatrudnienie, ale z mniejszymi płacami

Systematycznej poprawie ulegają nastroje wśród pracowników. 78 proc. pracowników ocenia, że ryzyko utraty pracy w najbliższych trzech miesiącach jest zdecydowanie lub raczej nieprawdopodobne. Jednocześnie 12 proc. pracowników ocenia, że ryzyko utraty pracy w najbliższych trzech miesiącach jest zdecydowanie lub raczej prawdopodobne, co jest wynikiem o 4 pp. niższym niż na początku lipca.

W deklaracjach dotyczących planów zatrudnienia ponad 8 na 10 firm (83 proc.) planuje utrzymanie dotychczasowego zatrudnienia – w porównaniu z początkiem kwietnia to o 21 pp. więcej. Jedynie 5 proc. deklaruje redukcję personelu, zaś 9 proc. zamierza zwiększyć liczbę pracowników. W najbliższych tygodniach najtrudniejsza sytuacja może wystąpić w sektorze usługowym, gdzie 10 proc. planuje redukcje etatów. Z kolei w produkcji 15 proc. firm myśli o zwiększeniu zatrudnienia.

Wyraźna stabilizacja nastąpiła również w zakresie planów firm odnośnie wynagrodzeń. Wprawdzie nadal 31 proc. pracowników otrzymuje mniejsze wynagrodzenie niż przed pandemią, to jednak 29 proc. pracowników ocenia szanse na wzrost swojego wynagrodzenia w bieżącym roku jako zdecydowanie lub raczej realne. Z drugiej strony nadzieje na podwyżki są o 6 pp. niższe niż na początku lipca.

Z kolei prawie 4/5 przedsiębiorstw (78 proc.) planuje utrzymanie dotychczasowych wynagrodzeń – to o 38 pp. więcej niż na początku kwietnia, 9 proc. zamierza je podnieść i taki sam odsetek (9 proc.) obniżyć. W porównaniu do sytuacji z końca czerwca, odsetek firm planujących utrzymanie dotychczasowych płac wzrósł o 7 pp. (w dużych firmach o 16 pp.).

25 proc. pracowników wciąż pracuje w zmniejszonym wymiarze czasu pracy, jeśli odniesiemy ich liczbę do danych sprzed pandemii, jednak w porównaniu z początkiem lipca ich liczba spadła o 5 pp.

– Ostatnie dane GUS za czerwiec po raz pierwszy od wybuchu pandemii wskazały na wzrost poziomów zatrudnienia. W lipcu możemy obserwować kontynuację tego trendu, szczególnie ze względu na rosnący udział osób, które przestają pracować o obniżonym wymiarze godzinowym, a także ze względu na nowe rekrutacje wywołane czynnikami sezonowymi – tłumaczy Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora Polskiego Instytutu Ekonomicznego. 

płynnosc finansowa 2

Firmy są zdania, że pandemia szybko nie minie

Jeszcze na początku kwietnia 42 proc. firm spodziewało się, że epidemia koronawirusa ustąpi do wakacji. Obecnie 17 proc. przedsiębiorstw spodziewa się, że uda się wygasić pandemię do końca tego roku, na początku lipca wskazywało na ten okres 23 proc. firm. 32 proc. przedsiębiorstw ocenia, że walka z pandemią potrwa od roku do dwóch lat, zaś 35 proc. twierdzi, że pandemia będzie trwałym zjawiskiem, do którego trzeba się przyzwyczaić.

Inaczej jemy i kupujemy. Jak koronawirus zmienia nasze nawyki?

0

Coraz chętniej gotujemy, marnotrawimy mniej jedzenia, a także stawiamy na zdrowsze produkty. Natomiast rzadziej wybieramy się do sklepów stacjonarnych, gdyż nie przynosi nam to już tyle przyjemności, co przed wybuchem pandemii. Czy oznacza to, że rodzi się „nowy polski konsument”?

Koronawirus to nie tylko dziesiątki tysięcy zachorowań i ograniczenia w funkcjonowaniu ludzi i firm. Covid-19 oddziałuje również na nasze zwyczaje, w tym na nawyki żywieniowe i zakupowe Polaków. Przyjrzała się im prof. Grażyna Wąsowicz z Katedry Psychologii Ekonomicznej Akademii Leona Koźmińskiego.

– Po wybuchu pandemii badani zaczęli deklarować, że jedzenie stało się ważniejszą częścią ich codzienności – mówi psycholog, która w maju i czerwcu, w ramach międzynarodowego projektu #CoronaCookingSurvey, prowadziła badanie z udziałem ponad 500 Polaków.

– Częściej niż zwykle gotujemy, ale także chętniej wykorzystujemy resztki z posiłków do przyrządzania nowych potraw. Bardziej przychylnie zapatrujemy się też na dania zdrowe, a niekoniecznie te gotowe lub składające się z produktów przetworzonych. Ankietowani zaczęli traktować gotowanie bardziej jako sposób na relaks – opowiada profesor.

Wyniki badania ankietowego pokazują, że niemal co drugi badany umawiał się na drinka online w czasie pandemii, a jedna trzecia respondentów od czasu do czasu spożywała posiłki w gronie znajomych przez internet. – Prawie połowa tych respondentów przyznała, że obie aktywności były fajnym doświadczeniem. Natomiast prawie 40 proc. z nich uważało e-drinki i stołowanie się online za dziwne przeżycie – kwituje badacz.

Zakupy coraz mniej przyjemne

Z badań dr hab. Grażyny Wąsowicz wynika także, że w związku z kryzysem epidemicznym Polacy zaczęli spostrzegać pójście do sklepów jako obciążającą czasowo, stresującą i mniej przyjemną aktywność. – Częściej robimy listy przed udaniem się na zakupy, by ograniczać czas spędzany
w sklepach, rzadziej wybieramy się do sklepów lub hipermarketów, a zdecydowanie częściej stawiamy na zakupy online – mówi prof. Wąsowicz.

Bon z opóźnionym zapłonem. Hotelarze równie zdezorientowani co turyści

0

Hotelarze w równym stopniu co turyści wyczekiwali uruchomienia bonu turystycznego. Dziś, kilka dni od jego ogłoszenia właściciele mniejszych obiektów pokładają w tym rozwiązaniu spore nadzieje, jednak podobnie jak ich potencjalni goście czują się niedoinformowani – wynika z ankiety przeprowadzonej przez Noclegi.pl. Aż 78% respondentów odpowiedziało, że nie wie, w jaki sposób ubiegać się o status obiektu, który może rozliczać bony turystyczne.

W ostatnich dniach platformę rezerwacyjną wprost zalały pytania o techniczną stronę korzystania z bonu.

„Pytaniami o bon zasypują nas i użytkownicy portalu i właściciele współpracujących z nami obiektów, którzy sami nie wiedzą, co odpowiadać na maile spływające bezpośrednio do nich – mówi Grzegorz Kołodziej z Noclegi.pl. – Z naszej ankiety rozesłanej do blisko 2,5 tysiąca obiektów wynika, że aż 78% właścicieli nie wie, jak znaleźć się w spisie podmiotów uprawnionych do realizowania bonów” – dodaje.

W badaniu udział wzięły osoby prowadzące różnego rodzaju podmioty: kwatery prywatne, wille, pensjonaty, domki i apartamenty, ale też hotele.

Blisko połowa (46%) pytanych uważa, że proponowane rozwiązanie pomoże im przetrwać kryzys związany z pandemią. „Trudno powiedzieć” odpowiedziało 35,7% pytanych, a 17,9% oceniło, że bon nie poprawi ich sytuacji.

„Wśród najbardziej sceptycznych są przede wszystkim właściciele hoteli, które w tym sezonie należą do rzadziej wybieranych opcji. Ruch biznesowy został znacznie ograniczony, a podróżujący prywatnie wolą wypoczywać w domkach lub apartamentach, które wpisują się w potrzebę dystansowania się od innych wypoczywających” – wyjaśnia Kołodziej. Faktycznie od początku tegorocznego, nietypowego sezonu utrzymuje się wysoki udział apartamentów we wszystkich rezerwacjach. Przyrost w tej kategorii sięga ponad 30%. Jest to w tej chwili największa kategoria rezerwowanych obiektów noclegowych.

Zarówno turyści, jak i właściciele wiedzy na temat bonu szukają przede wszystkim w internecie, głównie na oficjalnych stronach rządowych, ale też w mediach tradycyjnych i portalach społecznościowych. Dzwonią też bezpośrednio do obiektów, pytając o to, czy dany podmiot będzie realizować bony, a jeśli tak, to od kiedy.

„Z kolei właściciele szukają informacji, jak się rejestrować i w jaki sposób podmiot realizujący bon będzie go rozliczał – mówi ekspert Noclegi.pl. – Kompleksowym źródłem informacji jest strona internetowa Polskiej Organizacji Turystycznej oraz witryna www.bonturystyczny.pl ” – dodaje Kołodziej.

A jak wygląda dostępność miejsc noclegowych na półmetku wakacji? Sporo wolnych miejsc jest w górach. To pierwszy taki sezon od lat, kiedy w jego szczycie dostępnych jest tak wiele opcji w dobrych cenach. Gorzej jest nad morzem, które przyciągnęło wielu wypoczywających, dotychczas spędzających wakacje na zagranicznych plażach. Średnia cena za wszystkie wyjazdy w sezonie za osobę/za noc spadła rok do roku o 12,5%. W zeszłym roku wynosiła ona 81 zł, w tym roku jest to 70,90 zł.