“Firma nie jest budynkiem, firma jest procesem”. Wywiad z Jolantą Pielą, CEO Good Division

Zacznijmy od prostego pytania – co musi się wydarzyć, aby po tylu latach pracy w największych światowych i polskich agencjach, zdecydować się otworzyć własną firmę? Nie bałaś się tak drastycznej zmiany?

Zacznijmy od tego, że ja to się kompletnie nie spodziewałam, że założę własną firmę. W 2017 roku podjęłam decyzję, żeby zmienić pracę – po raz pierwszy opuściłam duże agencje i przeszłam do dużo mniejszej struktury. Jak się szybko okazało mieliśmy z pracodawcą nieco inne wyobrażenia odnośnie mojej roli w organizacji, więc nasza wspólna przygoda skończyła się wraz z piskiem opon mojego niezbyt żwawego samochodu.

Był to pierwszy raz w moim życiu, gdy byłam bez pracy – więc, jak każdy rozsądny człowiek w takiej sytuacji – odbyłam niezapomniany rejs po Karaibach w wyborowym towarzystwie. Wróciliśmy pod koniec grudnia, było zimno, dziwnie, mój telefon milczał, a ja za żadne skarby świata nikomu nie przyznałabym się przecież, że po raz pierwszy w życiu nie mam pracy i zupełnie nie wiem, co robić.

Złego diabli nie biorą, więc cichym szeptem zaczęły do mnie docierać pojedyncze zlecenia. Potem większe, potem pojawiła się możliwość powrotu do dużych globalnych struktur… I, jako złote dziecko korporacji, straszliwie gryzłam się wewnętrznie, czy nie wrócić na wygodne tory. Ale ciekawość wygrała, stwierdziłam, że jak nie zrobię tego teraz, to w ogóle tego nie zrobię….

No i długo tak mogłabym opowiadać o tym, jak to zastanawiałam się, czy przypadkiem nie postradałam zmysłów. Ale wdzięczna jestem ogromnie za tę przygodę i za wsparcie, które otrzymałam i otrzymuję od otaczających mnie osób na tej wyboistej drodze.

A firma w skrócie zajmuje się strategią marketingu, doradztwem dla zarządów i działów marketingu, sprzedaży i HR firm – w szczególności tych, które stoją w obliczu zmian i biznesowych wyzwań, a także całościową obsługą marketingową pozwalającą te strategie wdrażać.

Jakim klientom doradzacie?

Nasi klienci to pełen przekrój skali biznesu – od pojedynczych osób poszukujących wsparcia strategicznego w budowaniu swojego wizerunku i miejsca na rynku, startupy, chcące pozyskać finansowanie lub znaleźć swoje miejsce na rynku, średnie przedsiębiorstwa, po korporacje wymagające przeprowadzenia złożonych procesów strategicznych w rozmaitych obszarach działania firmy. Lubimy tę różnorodność utrzymywać i pielęgnować, bo to pozwala na utrzymanie realnego kontaktu z rynkiem i nie rozleniwia.

Jeśli miałabym powiedzieć, z jakiego klucza wybieramy klientów, to jest to raczej profil behawioralny – lubimy pracować z firmami, których właściciele angażują się w proces; dlatego mamy słabość do firm rodzinnych i właścicielskich. Uważam też, że w takich firmach możemy przeprowadzić najbardziej skuteczny proces, zobaczyć efekt, naprawdę pomóc.

Jeśli chodzi o branże, to mnie najbardziej kręcą trudne obszary biznesu, przemysł, technologie przemysłowe, IT, OT, IoT, firmy tech-enabled, branża budowlana, medyczna, zagrożenia biologiczne – uwielbiam też to, że większość agencji przy takich projektach zwyczajnie wymięka. Ale tam, gdzie inni mówią „Ale my tego nigdy nie robiliśmy…” my mówimy „Ale super, jeszcze nigdy tego nie robiliśmy!” I jesteśmy z tego bardzo dumni ;))

Z Twojego doświadczenia, jako stratega, jakie problemy pojawiają się najczęściej w firmach? Z czego one wynikają i jak przedsiębiorstwa mogą sobie z nimi radzić?

Przede wszystkim z komunikacją wewnątrz organizacji i procesami. Większość problemów z wypracowaniem i implementacją skutecznej strategii marketingowej nie wydarza się na poziomie źle opracowanej koncepcji marketingowej czy media-planu.

Większość problemów rodzi się na styku zarząd – dział marketingu – dział sprzedaży, gdzie dochodzi do przestojów decyzyjnych lub rozbieżnych wizji co do priorytetów firmy oraz celów strategicznych organizacji.

Dlatego pracy nad strategią nie zaczynamy od briefu, który dostaniemy od klienta. Od 2 lat nie dostałam od klienta briefu! My ten brief wraz z klientem wypracowujemy. Naprawdę razem. I – choćbym miała na siłę ciągnąć wściekłego prezesa za krawat do sali konferencyjnej – ta cholerna strategia nie powstanie bez jego udziału! Jeśli decyzja o ruchach strategicznych nie zapada na górze i nie jest osadzona w celach biznesowych – zmiany w firmie i synergie pomiędzy działaniami na różnych poziomach organizacji i poszczególnych kanałach komunikacji i sprzedaży będą zwyczajną fikcją.

Dlatego kluczowe jest:

  • Poznanie celów biznesowych przedsiębiorstwa
  • Sprawdzenie relacji między zarządem – działem sprzedaży – działem marketingu oraz działami towarzyszącymi, jak e-commerce, HR, dział employer branding, w zależności od projektów
  • Zdefiniowanie i uspójnienie celów i ich rozumienia przez poszczególne strony
  • Zmapowanie i weryfikacja procesów wewnętrznych spółki i diagnoza komunikacji wewnętrznej
  • Ustalenie jasnych zasad i modelu współpracy pomiędzy firmą a partnerem zewnętrznym, na przykład agencją

A kiedy powinno się to wszystko robić? Czy istnieje w ogóle coś takiego jak “dobry czas na zmiany”? No i jak w ogóle upewnić się, czy proces przyjął się w firmie?

Przeczytałam kiedyś takie ładne zdanie: „Firma nie jest budynkiem, firma jest procesem”. Firma zmienia się zawsze, dlatego że w definicję przedsiębiorstwa ze zwykłej teorii ekonomii jest wpisany rozwój. Ale nie wchodźmy w akademicką filozofię. W zdrowej firmie proces adaptacji i obserwacji otoczenia występuje w sposób ciągły, podobnie jak procesy wewnętrzne i uczestniczące w nich osoby, zmieniają się.

Pora na zmianę w firmie jest wtedy, kiedy coś ten rozwój zakłóca lub blokuje, albo pojawia się możliwość rozwoju, która wymaga od firmy pewnego przeobrażenia. Mądrzy zarządzający obserwują trendy i weryfikują swoją strategię biznesową rutynowo. Pracujemy z firmami, które zdecydowały o zmianie dlatego, że zauważyły, że ich krzywa wzrostu się wypłaszcza, ale także z tymi, które – choć dziś radzą sobie świetnie – wiedzą, że w przyszłości ich główna gałąź biznesu straci na wartości, tak jak dzieje się to na przykład na rynku publicznym.

Zmiana jest oczywistym i nieuniknionym elementem biznesu, naszym zadaniem jest przeprowadzić ją w sposób bezpieczny, to znaczy przygotować firmę, pracujące w niej osoby, zebrać zasoby do tego, żeby taka zmiana nie zagrażała biznesowi i była możliwie komfortowa dla partnerów, klientów i pracowników naszego klienta.

Zauważasz jakieś zmiany w funkcjonowaniu firm klientów podczas pandemii? 

Paradoksalnie to bardzo krótki czas na obserwację rzeczywistych zmian. Mogę powiedzieć o elementach psychologicznych, socjologicznych, zresztą nieźle przebadanych w obszarze biznesowym Chin, które cykl życia pandemii odbyły chwilę przed rynkami europejskimi.

Początkowo byliśmy po prostu w szoku, co wywołało silne i dość skrajne emocje, również w biznesie. Od kompletnej paniki i paraliżu decyzyjnego po mobilizację i euforyczne wręcz poszukiwanie innowacji. Obserwowałam, że większość naszych klientów pracuje więcej, mocniej, ciężej niż zwykle, część z nich by ratować zagrożony biznes, część z nich – na wszelki wypadek.

Kolejną fazą była stopniowa adaptacja, przyzwyczajanie się, połączone ze zmęczeniem emocjonalnym, wynikającym ze stresu i konieczności dopasowania się do pracy w zupełnie innych warunkach, co prowadziło do apatii i rozleniwienia całych zespołów, lub po prostu przemęczenia trybem pracy w domu, z dziećmi, z rozregulowanym trybem życia, snu i czuwania.

Potem nastąpiła względna adaptacja, choć, jak wynika z moich obserwacji, ludzie zaczęli pracować w sposób bardziej unormowany, trochę mniej niż zwykle. Zaczęło pojawiać się zniecierpliwienie i chęć powrotu do rzeczywistości.

Obecnie jesteśmy na etapie przyjemnego powrotu do rzeczywistości (na jak długo, okaże się); biznes wraca do normalnego rytmu i spora część przedsiębiorców z lekką frustracją patrzy na ostatnie miesiące, które przez lockdown przyniosły wielu z nas dotkliwe straty.

Jeśli chodzi o skutki biznesowe, w szczególności te długofalowe, przykro mi, nie będę nawet próbowała bawić się w znawcę ekonomii, mam szacunek do naszych czytelników. Nawet światowej klasy ekonomiści i instytucje finansowe nie podają zbieżnych komunikatów. Wiem i rozumiem, że gospodarka to system naczyń połączonych, a jak każdy złożony system cechuje ją też pewna bezwładność. Skutki tego, co wydarzyło się na świecie w ostatnich miesiącach nie będą odczuwalne natychmiast i nie w każdym sektorze w podobnym stopniu.

Czego więc według Ciebie mogą spodziewać się agencje i biznesy klientów po pandemii? Jak COVID-19 wpłynie na to, jakich partnerów będą szukać firmy?

Myślę, że COVID nie tyle zmieni los agencji, co przyspieszy konieczność zweryfikowania przez nie modelu biznesowego. Przerośnięte struktury, kosmiczne overheady i marże służące utrzymaniu dwóch poprzednich są jednym z głównych argumentów, dla których nie chciałam, by Good Division było agencją, a firmą doradczą.

Cechujący duże struktury reklamowe brak elastyczności, utrzymywanie ogromnych działów kreacji, przy braku dopasowania specjalistów do obsługiwanych firm, a nawet rynków powoduje obniżanie się poziomu produktów kreatywnych i komunikacyjnych a także odrealnienie biznesowe. Agencje nie rozumieją biznesu swoich klientów, co buduje wśród nich coraz większą frustrację. W szczególności, biorąc pod uwagę to, że firmy profesjonalizują swoje struktury marketingowe, performance’owe i sprzedażowe in-house. Jeśli agencje nie przejdą na swój własny bardziej optymalny model działania, przestaną być partnerem dla swoich klientów. Jeśli wśród pracowników client service’u, działów strategii, a nawet kreacji nie wykształci się rozumienia biznesu i świadomości jak funkcjonuje firma, w której pracują, będą stawać się coraz bardziej nieadekwatni dla swoich partnerów.

Nie chcę jednak generalizować, na rynku mamy absolutnie fantastycznych przedsiębiorczych szefów i szefowe agencji, na przykład DDB, która opracowała świetny raport dotyczący skutków biznesowych pandemii, którym posiłkowałam się nieco w poprzednim pytaniu, a także agencja Whites (pozdrawiam Maćka Woźniaka!), której jestem absolutną fanką i będę niesamowicie dumna, w dniu, w którym nazwą nas swoją konkurencją.

Niewątpliwie czekają nas trudne i ciekawe czasy, pełne zmian.  Damy sobie radę, jestem o tym przekonana, ale – jak w tym pytaniu o zmianę – jest ona pewna, więc przygotujmy się do niej dobrze.

Jak pandemia wpływa na pierwotny rynek nieruchomości mieszkaniowych

Przez wiele lat firmy deweloperskie na rynku pierwotnym przeżywały hossę. W ubiegłym roku sprzedano rekordową od czterdziestu lat liczbę ponad 207 000 nowych mieszkań. Rynek wtórny też miał się znakomicie, rejestrując rekordowe ilości transakcji. Deweloperzy nie musieli się zbytnio starać o pozyskiwanie klientów, popyt był duży. Skupiano się głównie na standardowych narzędziach marketingowych i to najczęściej pozwalało osiągnąć planowany poziom sprzedaży.

Wprowadzenie w marcu obostrzeń związanych ze stanem pandemii miało negatywny wpływ na sprzedaż i przekazywanie mieszkań, zarówno na rynku pierwotnym jak i wtórnym. W tym okresie firmy deweloperskie i agencje nieruchomości odnotowały spadek transakcji od 40 do nawet 70 proc. Należy jednak pamiętać, że na analogicznych rynkach Azji stanowił on, aż 95 proc. Hongkong, który cechuje się równie wysokim popytem na mieszkania, po kilkunastu tygodniach od praktycznie całkowitego zawieszenia transakcji w lutym, szybko powrócił do normy. Niewątpliwie kryzys zmienił zasady gry, do tej pory wysoki popyt powodował, że mieszkania sprzedawały się łatwo. Teraz widzimy silną walką o klienta, ale nie wiąże się to z obniżeniem cen, a zwiększoną aktywnością marketingową i ciekawymi promocjami.

Podobnie jak po kryzysie z 2008 roku, również teraz zakup mieszkania pozostaje jedną z najbardziej atrakcyjnych form inwestowania długoterminowego – zarówno pod kątem stopy zwrotu, jak i relatywnie niskiej zmienności. Należy w tym miejscu podkreślić, że fundamenty wzrostu cen mieszkań w ostatnich latach (siła popytu, rynek pracy, poziom życia w największych miastach) są znacznie silniejsze niż w okresie hossy 2006-2007.  Firmy budowlane wytwarzają bezpośrednio 7,4 proc. PKB, ale poprzez efekty pośrednie generują dodatkowe 9,3 proc.. Łącznie sektor budowlany przyczynia się do powstawania 288 mld zł wartości dodanej, czyli 16,8 proc. PKB. Branża ta tworzy bezpośrednio 6 proc. liczby miejsc pracy, a pośrednio łącznie 15 proc., czyli 2 mln 90 tys. zatrudnionych. Obecnie sektor ten może okazać się kołem ratunkowym dla naszej gospodarki.

Analizując wszystkie możliwości inwestycyjne w okresie dekady od ostatniego kryzysu w 2008 roku, można stwierdzić, że inwestowanie w nieruchomości okazało się najbardziej dochodową (zaraz po inwestycji w złoto) i bezpieczną formą lokaty kapitału i zabezpieczenia go przed utratą wartości. 

Aktualnie wielu inwestorów zastanawia się gdzie dobrze ulokować długoterminowo swoje oszczędności i zabezpieczyć je przed inflacją oraz niskim oprocentowaniem lokat bankowych. Już w czasie blokady spowodowanej przez COVID-19 zaobserwowaliśmy wzrost zainteresowania zakupem gruntów, natomiast od maja tuż po otwarciu rynku klienci znacznie chętniej wybierają większe atrakcyjne lokale na „zielonych” peryferiach. Główną przyczyną tego globalnego trendu jest efekt traumy po wielotygodniowym uwięzieniu w centrach miast i ciasnych blokowiskach.

Zmiany cen na rynku mieszkaniowym są na razie praktycznie niewidoczne, wiąże się to z notowanym od lat bardzo wysokim popytem na mieszkania. Główną barierą w tym obszarze są teraz nowe, bardziej restrykcyjne kryteria udzielania kredytów hipotecznych przez banki. Deweloperzy obserwując rynek mogą regulować ich ofertę, szczególnie, że cykl operacyjny u deweloperów mieszkaniowych wynosi ok 30-36 m/c i jest zabezpieczony finansowo.

W Polsce budowy nie są finansowane z bieżących wpłat klientów (jak np. w Chinach), a od 2011 zobowiązano deweloperów do prowadzenia otwartych lub zamkniętych rachunków powierniczych. Dlatego jeśli odnotowano by większy spadek popytu, to przy braku gruntów pod nowe inwestycje deweloperzy będą bardziej skłonni do ograniczenia nowych inwestycji, niż redukcji cen oferowanych lokali.

Również sytuacja spółek notowanych na giełdzie jest stabilna. Indeks „WIG – Nieruchomości” jest subindeksem sektorowym indeksu WIG. W jego skład wchodzi obecnie 28 spółek spełniających kryteria bazowe i przydzieleni do sektora „deweloperzy”. Na WIG-Nieruchomości składają się spółki o zróżnicowanym profilu działalności: deweloperzy mieszkaniowi, komercyjni i mieszani, spółki łączące budowanie z zarządzaniem portfelami nieruchomości, działające w kraju i za granicą. Pięć czołowych spółek to aż 72,54 proc. udziału w portfelu „WIG NRCHOM”. Liderami są Globe Trade Centre SA (27,70 proc.) i  Develia SA (17,89 proc.). Zaraz po nich  plasują się Echo Investment SA (14,67 proc.),  Dom Development SA (12,28 proc.) i MLP Group SA (6,47 proc.).

Silną grupę klientów stanowią też inwestujący swoje oszczędności, którzy nie potrzebują kredytowania. W bankach Polacy mają zgromadzone rekordowo wysokie oszczędności (suma pieniędzy Polaków zdeponowanych w bankach w lutym 2020 r. sięgnęła blisko 620 mld zł). W czasach obniżek stóp procentowych lokaty stają się jeszcze mniej atrakcyjne, a na rynku giełdowym może się utrzymywać podwyższona zmienność.

Przytoczę tu słowa amerykańskiego biznesmena i członka Izby Reprezentantów USA Roberta G. Allena “Ilu znasz milionerów, którzy stali się bogaci poprzez inwestowanie na kontach oszczędnościowych? ”

Dlatego widoczne jest, szczególnie w Warszawie, duże zainteresowanie lokowaniem pieniędzy w mieszkania na wynajem i segment premium. Co ciekawe, w stolicy powstaje więcej luksusowych mieszkań, niż we wszystkich pozostałych polskich metropoliach razem wziętych, co daje najlepsze świadectwo potencjału głównego rynku w kraju. Inwestycje w stołeczne nieruchomości są więc bezkonkurencyjne pod wieloma względami: najlepszy rynek pracy, największy popyt na wynajem mieszkań w każdym segmencie, ogromny wybór wszelkiego rodzaju nieruchomości, optymalny zwrot z inwestycji oraz najwyższy wzrost wartości w czasie. Obecnie dużym powodzeniem cieszą się mikro-apartamenty inwestycyjne, które  stanowią  opcję dla najmu krótko i długoterminowego. Takie unikalne rozwiązanie łączy możliwość  stabilnej inwestycji mieszkaniowej ze wszystkimi aspektami ochrony (poprzez umowę deweloperską) i jednocześnie bezpiecznego zakupu komercyjnego z wielowymiarową możliwością wynajmu. Estymacja ceny metra kwadratowego w Warszawie to ok  13.500 – 17.000 zł brutto z możliwością całkowitego odliczenia VAT, co daje niejako 23% rabatu. Wieloletnia umowa  z operatorem budynku zapewnia ok. 7% zysku rocznie z najmu od zainwestowanych pieniędzy.

Autor: Adam Białas, ekspert rynku nieruchomości / dyrektor w agencji Core PR . Od ponad dwóch dekad skutecznie działa w globalnym obszarze PR i e-marketingu. Posiada wieloletnie doświadczenie w kampaniach dla sektora nieruchomości, budowaniu wizerunku brandu B2B i B2C. CORE PR obsłużyła ponad 600 kampanii i działań kryzysowych. Specjalizuje się w sektorze finansowym (M&A, IPO, pozyskiwanie finansowań, funduszem Private Equity/ VC) i deweloperskim. Agencja realizowała działania dla największych deweloperów i agencji nieruchomości.

Wpływ koronawirusa na jakość i sprzedaż usług telefonii komórkowej

Zalecenia dotyczące utrzymania dystansu społecznego spowodowały, że ludzie w dużej mierze przenieśli swoje kontakty interpersonalne do internetu i na łącza telefonii komórkowej. Jak pokazuje badanie Mindshare, nasilone korzystanie z usług telefonii komórkowej miało większy wpływ na odczuwalną jakość internetu mobilnego niż połączeń głosowych. Jednocześnie lockdown nie wpłynął znacząco na zakupy Polaków w kategorii usług oferowanych przez operatorów sieci.

Po wprowadzeniu stanu zagrożenia epidemicznego operatorzy sieci odnotowali skokowy wzrost liczby połączeń komórkowych i transmisji danych. Rozgorzała wówczas dyskusja dotycząca utrzymania przepustowości sieci – nie tylko w Polsce. Jednak dostawcy zapewniali, że sytuacja nie powinna wpłynąć na jakość świadczonych usług. Jak pokazują wyniki badania przeprowadzonego przez Mindshare w przypadku połączeń głosowych 60% internautów w Polsce nie odczuło negatywnych skutków zwiększonego wykorzystania usług komórkowych, a 31% zauważyło pogorszenie się. Z kolei sytuacja dotycząca internetu mobilnego wygląda już nieco gorzej – niemal 50% respondentów deklarowało pogorszenie się jego jakości. Przy czym badani generalnie przywiązują niemal taką samą, dużą wagę do jakości obu rodzajów wspomnianych usług.Wpływ koronawirusa na jakość i sprzedaż usług telefonii komórkowej 2 Wpływ koronawirusa na jakość i sprzedaż usług telefonii komórkowej

Odczuwane w czasie lockdown pogorszenie się jakości internetu mobilnego wynika z jednej strony z przeciążenia sieci, z drugiej zaś prawdopodobnie z tego, że ludzie korzystali z niego częściej i więcej niż przed wybuchem epidemii, doświadczając bardziej osobiście ewentualnych zakłóceń.

Pod względem zakupów sektor telefonii komórkowej okazał się dość odporny na rynkowe zmiany, chociaż wzmożone zapotrzebowanie na kontakt ze światem za pomocą internetu (związane m.in. z przejściem na zdalny tryb pracy i nauczania) mogłoby sugerować pewne wzrosty. Jednak tylko 7% ankietowanych zadeklarowało zwiększone zakupy pod wpływem epidemii w tym obszarze i było ich mniej niż osób, które z takiego zakupu w tym czasie zrezygnowały. Na ten wynik mogą mieć wpływ liczne bonusy przygotowane przez operatorów na czas epidemii, np. w postaci bezpłatnych dodatkowych gigabajtów internetu.wpływ epidemii na zakupy pakietów internetu

Obserwując jednak wyniki operacyjne telekomów za pierwszy kwartał (ogłoszone pod koniec maja) oraz deklaracje polskich internautów związane z planami zakupowymi na najbliższych kilka miesięcy, sytuacja epidemiczna nie powinna mieć negatywnego wpływu na długoterminowe wyniki sprzedaży pochodzące z usług. W ciągu kolejnego półrocza można spodziewać się nawet lekkiego wzrostu w  kategorii względem obecnej sytuacji.plany zakupowe

Natomiast krótkoterminowo operatorzy mogą być narażeni na straty związane z ograniczeniem zakupów urządzeń. Zgodnie z deklaracjami badanych, epidemiczna rzeczywistość spowodowała, że spośród internautów, którzy mieli zamiar kupić smartfon przed wybuchem epidemii – 28% zrezygnowało z takich planów. Obserwacje te korespondują z globalnymi znaczącymi spadkami sprzedaży słuchawek.zmiany planów zakupowych

Koronawirus, a zwyczaje zakupowe Polaków – Raport z badania ilościowego (2020)

Ilościowe badanie zostało zrealizowane metodą CAWI (Computer Assisted Web Interview) na próbie N-1000 internautów, reprezentatywnej dla badanej populacji pod względem płci, wieku i wielkości miejsca zamieszkania.

Koronawirus, prywatność danych i nowa umowa społeczna

Kiedy w 1762 roku Jean-Jacques Rousseau napisał „Umowę społeczną”, argumentował, że tylko ludzie posiadają suwerenną władzę i że tylko oni mogą wybrać, których swobód zrzekną się w zamian za korzyści bezpieczeństwa i stabilności rządów. Teraz, po raz pierwszy od ponad stu lat, debatujemy nad poprawieniem lub przywróceniem równowagi w umowach społecznych, aby poradzić sobie z globalną pandemią.

Jednym z kluczowych wyzwań związanych z ograniczeniem rozprzestrzeniania się koronawirusa jest śledzenie kontaktów – identyfikowanie osób i grup, które mogły mieć kontakt z zarażonymi lub chorymi. W normalnych okolicznościach sam pomysł użycia danych z prywatnych telefonów komórkowych do masowego śledzenia użytkowników w celu, na który nigdy nie wyrazili zgody, byłby sprzeczny z duchem takich przepisów  jak RODO i CCPA. Jednak sytuacja jest wyjątkowa. Śledzenie kontaktów w pandemii różni się tym od standardowych okoliczności, że nie jest możliwa pełna anonimizacja przy identyfikacji z pozytywnym wynikiem testów na koronawirusa. Systemy opieki zdrowotnej robią wszystko co w ich mocy, aby w jakiś sposób kontrolować kontakty osób chorych. Stawiamy więc pytanie: w jaki sposób technologia może pomóc, jednocześnie spełniając oczekiwania dotyczące zachowania prywatności?

Prywatność vs zdrowie publiczne

Generalizując: rządy mogą wykorzystywać lub uzyskiwać dostęp do informacji o lokalizacji telefonu komórkowego bez zgody użytkownika. Ma to swoje wady – jeśli rządy mogą uzasadnić dostęp do tych danych w obecnych okolicznościach, w jakich innych sytuacjach mogą postąpić podobnie już po zakończeniu pandemii? Wprawdzie funkcjonują również oficjalne strategie opt-in, w których obywatele pobierają aplikację dobrowolnie, gdy chcą uczestniczyć w śledzeniu kontaktów, niemniej potrzeba bardzo dużej liczby chętnych, aby aplikacja i program śledzenia kontaktów zbudowany wokół niej były skuteczne. Ciekawy kompromis w tym obszarze proponują Google i Apple. Wbudowując w swoje systemy operacyjne iOS oraz Android możliwości śledzenia (z anonimizacją) bliskich kontaktów, wykorzystują technologię, która pomaga ograniczyć gromadzenie i analizę danych do tego, co niezbędne. Przykładowo system będzie korzystał z sygnałów Bluetooth, które mają z natury ograniczony zasięg. Dzięki temu uzyska zdolność do określania względnej odległości  do innych urządzeń, nie śledząc ich lokalizacji, co (zgodnie z MIT Technology Review) umożliwia wskazanie dokładnej pozycji geograficznej. Te funkcje, jeśli byłyby domyślnie włączone, mogłyby pozwolić aplikacjom zbudowanym na platformie pozyskać znacznie większą liczbę użytkowników i tym samym budować skuteczniejsze programy do śledzenia kontaktów.

The Andon Cord, czyli lina bezpieczeństwa w wersji cyfrowej

Możliwość, że istniejąca już technologia może chronić nas przed pandemią i wynikające z tego potencjalne korzyści dla zdrowia publicznego są na tyle istotne, że warto poświęcić im więcej uwagi. Najważniejszym pytaniem jest jednak, jak uchronić się przed oczywistymi zagrożeniami związanymi z prywatnością. Okoliczności są nadzwyczajne i tak tę sytuację powinniśmy traktować.  W czasach świetności w zakładach Toyoty pracownicy mieli możliwość łatwego zatrzymania linii produkcyjnej w momencie wykrycia problemów czy błędów, pociągając za specjalną linę tzw. Andon Cord. Liderzy mogli od razu zareagować na problemy, minimalizując straty. Produkcja była wznawiana zaraz po poprawieniu procesu i sformalizowaniu nowego. Podobnego mechanizmu potrzebują obecnie przedstawiciele rządów, żeby móc odpowiednio reagować w momencie pojawienia się problemów z obszaru prywatności.  Taki „Andon Cord” w kontekście wykorzystania danych powinien być oparty na trzech filarach:

  1. Punkt zapalny – czynniki determinujące katastrofę (czy specjalne okoliczności): protokół powinien wskazywać i porządkować je w spektrum zagrożenia – stworzyć ich zakres. Najwyższy poziom tego spektrum to, np. w przypadku pandemii, zagrożenie wyginięcia gatunku ludzkiego.

2.     Punkt demarkacyjny – wskazanie kiedy (po deeskalacji) należy przywrócić standardy prywatności. Procesy powinny być dostosowane do rzeczywistej daty i godziny ustalonej na początku akcji „Andon cord”.

3.     Punkt prywatności – wszędzie tam, gdzie zbierane są dodatkowe dane, powinny one być gromadzone z zachowaniem prywatności[1].  Rządy muszą publicznie przedstawić trzy powyższe elementy, kładąc nacisk na kroki podejmowane w celu zachowania prywatności i dokładną datę, w której planują zaprzestanie korzystania z danych. Za każdym razem, gdy rząd narusza umowę społeczną, grozi mu utrata zaufania społeczeństwa. Brak transparentnego podejścia może skutkować aktywnym blokowaniem urządzeń przez użytkowników i tym samym niweczyć wykorzystywanie cennych dla zdrowia publicznego danych.

Shuman Ghosemajumder, globalny szef sztucznej inteligencji w F5 Networks.

[1] Tak, jak jest w przypadku podejścia zastosowanego w aplikacji do śledzenia kontaktów MIT’s Private Kit. Rozwiązanie pozwala zarażonym osobom udostępniać swoją lokalizację urzędnikom służby zdrowia, ale informacje te są anonimowe, a dane pacjentów są przechowywane lokalnie.

Jak dobrze wybrać agencję social media?

Tworzenie angażujących treści i podejmowanie odpowiednich działań, które będą skutecznie zwiększać sprzedaż lub budować wizerunek marki, nie jest proste. Mniejsze firmy często same zajmują się prowadzeniem kanałów social media, choć już i u tych oraz większych organizacji ta dziedzina marketingu zostaje przekierowywana agencjom. Jakie podmioty powinny zajmować się naszymi profilami na mediach społecznościowych? W dzisiejszym artykule podpowiemy, jak właściwie wybrać agencję social media i na co powinno zwracać się uwagę podczas poszukiwań.

Doświadczenie i portfolio

Poszukiwania powinno rozpocząć się od sprawdzenia konkretnych projektów. Każda agencja, a przynajmniej każda poważna agencja, na swojej stronie powinna posiadać case study lub portfolio, dzięki czemu każdy użytkownik może mieć wgląd do ich działań. Krótka historia o projekcie i pokazanie osiągniętych rezultatów pozwala na samodzielną ocenę, czy to wykonawca dla nas. To też wyznacznik kreatywności danej agencji. Strategia marketingowa na Facebooku, by pozostać zapamiętaną, wymaga wysiłku, a jej skuteczność warto uwiecznić właśnie w portfolio, dlatego takie informacje są cenną pozycją podczas poszukiwań.

Na co zwracać uwagę i jak powinna wyglądać modelowa strategia na Facebooku dowiesz się tutaj – https://responsywnie.pl/social-media/strategia-marketingowa-na-facebooku/

Oferta

Kolejną ważną rzeczą jest sprawdzenie poszczególnych elementów oferty. Jeśli zależy Ci na konkretnych działaniach warto uwzględnić je w briefie dla agencji przed podpisaniem finalnej umowy. Pamiętaj, że prowadzenie social mediów to nie tylko zamieszczanie postów. Warto dowiedzieć się jakie konkretne działania marketingowe są przewidziane dla twojego przypadku, typy postów na Facebooku i innych kanałach SM, częstotliwość dodawanych treści czy też używane narzędzia oraz raportowanie. Obecność osoby, która potrafi zająć się kampaniami reklamowymi na platformach social media jest również ważna, bo zapewne chcesz zwiększać zasięg swoich działań. Mając na uwadze chęć przeprowadzania kampanii warto dowiedzieć się, czy w tym celu agencja posiada odpowiednie kompetencje oraz jakie prowizje przewidywane są za realizację kampanii.

Zespół projektowy

W nawiązaniu do powyższego – warto dowiedzieć się, jakie kompetencje posiadają osoby, które będą zajmować się projektem. Oczywiście, z pewnością będzie to social media manager lub specjalista ds. social media, jednak poza nim, w teamie znajdują się również graficy i project managerowie lub accounci. Warto dowiedzieć się co nieco o ich umiejętnościach i doświadczeniu, ale przede wszystkim podejściu. Sposób, w jaki zostaniesz potraktowany
na samym początku i pierwsze wrażenie jest bardzo ważne. Odpowiadanie na pytania, merytoryka wypowiedzi, czas oczekiwania na odpowiedź – wszystko to ma znaczenie.

Komunikacja

Pamiętaj, że agencja ma być przede wszystkim dla Ciebie. Za sukcesem lub porażką projektu stoją ludzie, dlatego warto znaleźć taki zespół, z którym znajdziesz wspólny język.Agencja ma być profesjonalna i kompetentna, jednak musi przekazywać swoją wiedzę w zrozumiały sposób, bo tylko wtedy ich klienci będą świadomi czynności, które zostały im zaproponowane. Jeśli czujesz, że agencja nadużywa swojej wiedzy fachowym słownictwem w wypowiedziach i masz wrażenie, że nie słucha tego, co sam do nich mówisz, to najzwyczajniej w świecie warto odpuścić, bo pewnie nie wyniknie z tego nic dobrego.

Budżet

Nie ma się co oszukiwać, są agencje droższe i tańsze, a my, jako klienci mamy ograniczony budżet. Im więcej oczekujesz od agencji, tym wyższy będzie kosztorys, dodając również do tego budżet promocyjny na ewentualne kampanie. Nie celuj w największych graczy na rynku, jeśli nie masz olbrzymich budżetów. Pamiętaj, że rynek social media cały czas się rozwija i pojawia się na nim coraz więcej specjalistów, którzy wezmą mniejsze pieniądze za podobne działania, co wcale nie oznacza, że będą gorzej wykonane.

Opinie

Na sam koniec, stara i sprawdzona technika, czyli po prostu wyszukiwanie opinii w sieci. Nie ma w końcu nic lepszego niż reklama od klientów, którzy są zadowoleni z usług danej agencji lub tych, którzy są zawiedzeni wykonanymi usługami. Warto popytać i poczytać komentarze poprzednich klientów, by móc przygotować się na ewentualne trudności lub po prostu upewnić się w swoim wyborze, że wszystko jest w porządku.

Powyższe porady powinny pomóc Ci podczas decyzji o wyborze właściwej agencji social media. Nie zapomnij, aby przed podpisaniem ostatecznej umowy upewnić się, że wszystko jest dla Ciebie zrozumiałe, a wszystkie podpunkty są w pełni transparentne – tylko wtedy będziesz mieć całkowitą pewność, że to właśnie ta konkretna agencja social media jest odpowiednim wyborem.

Artykuł powstał we współpracy z portalem Responsywnie.pl.

Nearshoring jako konsekwencja Covid-19

Pandemia Covid-19 wystawiła na próbę logistykę na całym świecie, w tym łańcuchy dostaw w sektorze produkcyjnym. Według firmy doradczej Savills, przyśpieszy to tzw. nearshoring, czyli lokowanie działalności w bliższych krajach, a Polska może okazać się jednym z beneficjentów tego trendu. Powstanie alternatywnych lokalizacji produkcyjnych może zmienić globalne przepływy handlowe, co będzie miało przełożenie na rynek nieruchomości przemysłowych i logistycznych.

Paul Tostevin, dyrektor, dział badań globalnych w firmie Savills, komentuje: „Wojna handlowa pomiędzy USA i Chinami już zaczęła zmieniać kształt globalnych łańcuchów produkcji i dostaw oraz pobudziła wymianę handlową w innych krajach świata, między innymi w Meksyku i Wietnamie. Jednak z powodu pandemii Covid-19 stabilność łańcuchów dostaw stała się obecnie globalną i coraz bardziej upolitycznioną kwestią, a kraje takie jak Francja, Japonia i Indie nawołują do zwiększenia samowystarczalności gospodarczej”.

Eksperci firmy Savills zdecydowali się określić potencjał poszczególnych krajów w zakresie nearshoringu dla firm produkcyjnych. Pod uwagę wzięto państwa o dużych rynkach zbytu lub te, które znajdują się w pobliżu takowych. Ranking Savills Nearshoring Index prezentuje zestawienie poszczególnych krajów według kosztów pracy w sektorze produkcyjnym, kosztów energii elektrycznej, stanu infrastruktury i otwartości handlowej.

Liderem rankingu został Wietnam dzięki niskim kosztom pracy i energii elektrycznej oraz dynamicznie rozwijającemu się zapleczu przemysłowemu. Wśród innych niskokosztowych hubów regionalnych będących alternatywnymi lokalizacjami w regionie Azji i Pacyfiku w stosunku do Chin znalazła się Indonezja i Tajlandia, gdzie koszty pracy są o połowę niższe niż w Chinach.

Z zestawienia opracowanego przez firmę Savills wynika, że w Europie największy potencjał w zakresie nearshoringu mają kraje Europy Wschodniej dzięki niższym kosztom produkcji oraz bezpośrednim połączeniom drogowym i kolejowym z największymi rynkami zbytu w Europie Zachodniej. Najlepiej pod tym względem wypada Ukraina, co zawdzięcza bardzo niskim, jak na standardy europejskie, kosztom wynagrodzeń. Kraj ten jest już ważnym eksporterem produktów rolnych, a jego potencjał w zakresie nearshoringu produkcji wynika z otwartości handlowej. Duży potencjał ma również Serbia, kolejny niskokosztowy rynek, który dzięki strategicznej lokalizacji umożliwia łatwe połączenie drogą lądową pomiędzy Europą a Azją Mniejszą i innymi krajami, a także Czechy, które z kolei zawdzięczają to bardzo dobrej infrastrukturze, korzystnie kształtującym się kosztom produkcji i rozwiniętej gospodarce przemysłowej nastawionej na eksport.

„Polska powinna znaleźć się w gronie beneficjentów trendu związanego ze wzrostem znaczenia nearshoringu. Centralna lokalizacja w Europie, stale poprawiająca się infrastruktura, relatywnie niskie koszty pracy oraz największy rynek magazynowy w Europie Środkowo-Wschodniej przyciągają inwestorów do Polski. Dodatkowo gospodarka Polski jest duża i stabilna, a w przeszłości już wykazywała się odpornością na zawirowania na świecie” – mówi Dawid Samoń, analityk z działu badań i analiz w firmie Savills.

„USA i Kanada, tak jak kraje Europy Północnej i Zachodniej charakteryzujące się wyższymi kosztami, uzyskały gorsze oceny pod względem potencjału w zakresie nearshoringu” – mówi Paul Tostevin. „Wysokie koszty pracy stanowią barierę dla onshoringu na dużą skalę na największych zachodnich rynkach konsumenckich, ale obserwujemy możliwości w tym zakresie w przypadku towarów, które mają bardziej krytyczne znaczenie lub których cena jest mniej istotna dla konsumentów. Automatyzacja produkcji może pomóc w zrównoważeniu kosztów, a w dłuższej perspektywie może odgrywać coraz istotniejszą rolę, zwłaszcza gdy technologie staną się tańsze”.

Przenoszenie produkcji bliżej użytkowników końcowych stworzy potencjał do budowy nowych hubów logistycznych. Zdaniem firmy Savills, na przykład Maroko oferuje łatwy dostęp promem do Europy Zachodniej i może stać się jeszcze bardziej integralnym elementem istniejącego korytarza logistycznego, który obejmuje porty na południu Hiszpanii oraz Półwysep Iberyjski i dociera do Francji. Wzrost eksportu z tego kraju może zwiększyć popyt na powierzchnię logistyczną w strategicznych miastach portowych takich jak Algeciras, Walencja i Barcelona.

Wpływ nowych szlaków dystrybucji już zaznacza się w Azji – w Wietnamie, który staje się ważną lokalizacją produkcyjną, ceny gruntów i stawki czynszu szybko rosną. Według Savills, czynsze za powierzchnie przemysłowe w dzielnicy Binh Duong, położonej na północ od Ho Chi Minh City, wzrosły w ciągu roku do czerwca 2019 roku aż o 54,4%.

Marcus de Minckwitz, dyrektor, dział doradztwa inwestycyjnego w regionie EMEA, Savills, komentuje: „Łańcuchy dostaw często mają złożoną strukturę. Przeniesienie produkcji bliżej rynków zbytu może być kosztownym przedsięwzięciem, a postrzegane zalety nearshoringu mogą się różnić w zależności od rodzaju produktu. W bliskiej perspektywie przewidujemy większą dywersyfikację łańcuchów dostaw, na czym w pierwszej kolejności mogą zyskać kraje, które potrafią znaleźć złoty środek pomiędzy bliskością największych rynków zbytu, niższymi kosztami produkcji oraz przyjaznym środowiskiem biznesowym.”

Czy deweloperzy wstrzymują inwestycje mieszkaniowe?

Czy deweloperzy przygotowują do wprowadzenia na rynek kolejne projekty czy wstrzymują planowane inwestycje? Z czym mają największe trudności? Czy oferta w nowych osiedlach zmieni się? Sondę prezentuje serwis nieruchomości Dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu Develia S.A.

Liczba nowych inwestycji, które będziemy wprowadzać do sprzedaży, będzie zależała od sytuacji na rynku, którą na bieżąco monitorujemy. Na ten moment, projekty z pozwoleniami na budowę wprowadzane są do oferty w zakładanych terminach. W przygotowaniu są inwestycje, w przypadku których czekamy na wydanie decyzji. W ostatnich tygodniach jednak pojawiły się opóźnienia związane z zamykaniem urzędów i wstrzymaniem biegu terminów dla toczących się postępowań. Poprawiająca się sytuacja na rynku daje dobre perspektywy.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Gdyby nie przeszkody administracyjno-prawne, które w ostatnim okresie w jeszcze większym stopniu niż przed pandemią wydłużały proces przygotowywania inwestycji, już kilka miesięcy temu uruchomilibyśmy wiele atrakcyjnych i prestiżowych projektów, jak: Pileckiego 59 – apartamenty na wynajem w Warszawie, Osiedle Horizon w Gdańsku – kompleks budynków mieszkalnych w niewielkiej odległości od zatoki, a także budynki mieszkalne w Pruszkowie i na warszawskiej Białołęce oraz w podkrakowskiej Zawadzie. Wszystko wskazuje na to, że na rozpoczęcie tych inwestycji trzeba będzie jeszcze trochę poczekać.

Joanna Chojecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Robyg SA.

Nasze inwestycje realizowane są terminowo. Rozbudowaliśmy zdalne kanały sprzedaży, wdrożyliśmy podpis elektroniczny. Nie wstrzymujemy też nowych projektów. Wręcz przeciwnie, będziemy z pewnością rozglądać się za okazjami inwestycyjnymi. Mamy zabezpieczone środki finansowe na dalszy rozwój. Jesteśmy zainteresowani zakupem ziemi i cały czas prowadzimy działania w tym obszarze.

W maju podpisaliśmy ostateczną umowę zakupu Wrocławskiego Przedsiębiorstwa Budowlanego, które od wielu dekad prowadzi działalność deweloperską we Wrocławiu. Tym samym zwiększyliśmy swój potencjał sprzedażowy we Wrocławiu o 800 lokali.

Jeśli chodzi o realizację budów, wszystkie działania są prowadzone bez żadnych przestojów. Na te chwilę nie zakładamy żadnych zmian w harmonogramach i oddawaniu budynków do użytku. W ofercie mamy obecnie 1700 mieszkań i planujemy utrzymywać podaż zgodnie z wcześniejszymi planami. Na bieżąco wprowadzamy do sprzedaży nowe etapy realizowanych inwestycji.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Wstrzymaliśmy realizację dwóch nowych etapów projektów ze względu na brak pewności, co do rozwoju sytuacji rynkowej. Wrócimy do tych planów na początku 2021 roku.

Eryk Nalberczyński, dyrektor ds. sprzedaży w Lokum Deweloper

W maju tego roku wprowadziliśmy do oferty dwa pierwsze etapy inwestycji Lokum Porto przy ulicy Gnieźnieńskiej we Wrocławiu, których budowę planujemy rozpocząć jesienią. Projekt obejmuje realizację 390 komfortowych mieszkań, zaprojektowanych w oparciu o sprawdzone i funkcjonalne rozwiązania. Będą to zarówno mniejsze lokale 1- i 2- pokojowe, jak i większe: 3-, 4-, a nawet 5-pokojowe. W części z nich przewidzieliśmy możliwość zmiany układu z lokalu dwupokojowego z osobną kuchnią na trzypokojowy z aneksem kuchennym. Podobnie, jak w innych naszych inwestycjach, proponujemy klientom podwyższony standard części wspólnych oraz profesjonalnie zaaranżowaną, bujną zieleń na terenie osiedla.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Nasza firma nieprzerwanie buduje swoje inwestycje i planuje rozpoczęcie realizacji kolejnych projektów na terenie Warszawy. Przez cały okres lockdown-u wszystkie nasze budowy pracowały nieustannie, w związku z czym nie mamy żadnych opóźnień. W trakcie realizacji i sprzedaży mamy obecnie inwestycję Metro Park na Bielanach oraz Apartamenty Oszmiańska 20 na Targówku. W tym roku zostanie zakończona budowa i będziemy przekazywać klucze do mieszkań, które powstają w pierwszym etapie inwestycji Warszawski Świt na Targówku oraz w budynku Apartamenty Okopowa 59A na Woli. Niedawno rozpoczęliśmy przedsprzedaż dwóch nowych inwestycji. Dzięki temu już teraz klienci mogą rezerwować mieszkania w nowym etapie osiedla Warszawski Świt oraz w inwestycji Apartamenty Przy Agorze 6 zlokalizowanej w sąsiedztwie Lasu Bielańskiego.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Mamy bardzo szerokie portfolio gruntów i inwestycji w przygotowaniu. W ostatnich tygodniach wystartowaliśmy z nowym etapowanym projektem Na Bielany!, a także trzecim etapem projektu Omulewska 26. Od niedawna w sprzedaży znajduje się także nasza pierwsza inwestycja w Krakowie przy ulicy Rogalskiego. Wprowadzenie kolejnych projektów uzależnione jest przede wszystkim od postępu prac administracyjnych. Procujemy równolegle nad uruchomianiem kilku inwestycji na zakupionych wcześniej gruntach. Ostateczny termin ich rozpoczęcia będzie jednak zależał od postępu procedur administracyjnych.

Edyta Kołodziej, dyrektor sprzedaży i marketingu w Nickel Development

W drugiej połowie tego roku planujemy wprowadzić do oferty mieszkania w dwóch nowych inwestycjach. Mamy zawsze zróżnicowaną ofertę dla klientów o różnych potrzebach i tym razem będzie podobnie. Trzymamy się sprawdzonych strategii. Mogę natomiast zdradzić, że będą to bardzo popularne i pożądane przez poznaniaków lokalizacje w granicach miasta. Jeśli chodzi o budowy, pracujemy bez przestojów, a niewielkie zmniejszenie obsady załóg nie wpływa na tempo prac.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

Sytuacja na wszystkich naszych budowach jest stabilna. Prace budowlane prowadzone są zgodnie z harmonogramami. Realizujemy i jednocześnie rozpoczynamy przedsięwzięcia inwestycyjne zgodnie z przyjętym na ten rok planem. Obecnie w realizacji mamy łącznie 52 projekty w siedmiu aglomeracjach, w których prowadzimy działalność. Powstanie w nich w sumie ponad 8 100 lokali mieszkalnych, inwestycyjnych oraz usługowych. Są to zróżnicowane przedsięwzięcia, pozwalające nam dotrzeć do różnych grup odbiorców, zarówno poszukujących inwestycji premium, jak i projektów z segmentu popularnego. Regularnie uzupełniamy ofertę o kolejne atrakcyjne dla nabywców inwestycje.

Wojciech Chotkowski, prezes zarządu Aria Development

W przygotowaniu mamy kilka inwestycji, zarówno na obrzeżach Warszawy, jak i w miejscowościach podmiejskich z dogodnym dojazdem do stolicy oraz zielonym otoczeniu. W drugiej połowie br. rozpoczynamy realizację kolejnego, dużego projektu deweloperskiego w Wieliszewie. Pod koniec roku prawdopodobnie będziemy startować z inwestycją w Rembertowie.

Nie planujemy zmian w projektach, które obecnie przygotowujemy. Wielkość i strukturę mieszkań zawsze dopasowujemy do potrzeb grup docelowych. Będziemy oferować mieszkania o bardzo funkcjonalnych rozkładach, na parterach z ogródkami, na wyższych kondygnacjach z balkonami i tarasami oraz windami i garażami podziemnymi w standardzie. Każda z naszych nowych realizacji zawiera również pakiet Aria Smart, który składa się z systemu inteligentnych i energooszczędnych rozwiązań dla domu, paneli fotowoltaicznych na dachach oraz samochodowych ładowarek elektrycznych w wybranych osiedlach.

Patrycja Kozera-Knap, dyrektor ds. akwizycji i rozwoju biznesu w spółce mieszkaniowej Skanska

Obecnie prowadzimy inwestycje w trzech atrakcyjnych lokalizacjach na terenie Warszawy: Mokotów, Gocław oraz pogranicze Żoliborza i Bielan. Nie wstrzymaliśmy budowy żadnych projektów, które są aktualnie w naszej ofercie. Prace realizujemy zgodnie z harmonogramem, aby mieć pewność, że nasi klienci odbiorą swoje mieszkania w terminie.

Mamy bogate doświadczenie wynikające z realizacji osiedli w stolicy, ale równolegle poszukujemy dobrych lokalizacji i możliwości dla nowych projektów. Zgodnie z filozofią działania Skanska stawiamy na budownictwo zrównoważone i takie też będą nasze kolejne osiedla. Szczególną wagę przykładamy do projektowania obiektów bez barier architektonicznych dla osób o różnym stopniu mobilności i w różnym wieku. Dbamy o zapewnienie równowagi pomiędzy budynkami a strefami zielonymi, a także o przemyślane projektowanie przestrzeni wspólnych dla mieszkańców. Jest natomiast za wcześnie, by mówić o szczegółach, dotyczących naszych kolejnych inwestycji mieszkaniowych.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

W tym roku mamy w planie wprowadzenie na rynek kilku inwestycji. Będą to nowe projekty oraz kolejne etapy inwestycji dotychczas realizowanych. Aktualnie prowadzimy prace przygotowawcze w celu wprowadzenia ich do sprzedaży. Oferta mieszkaniowa w projektowanych inwestycjach będzie zróżnicowana, zarówno w zakresie struktury mieszkań, jak i układów funkcjonalnych. Budowa projektów będących w realizacji jest prowadzona bez zakłóceń.

Autor: Dompress.pl

Nadchodzą wakacje. Jak wypadł egzamin z nauczania zdalnego?

Już za kilka dni oficjalnie rozpoczną się wakacje. Maturzyści napiszą ostatnie egzaminy, a studenci opuszczą okupowane od początku czerwca biblioteki. W tym roku uczniowie i dydaktycy stanęli przed wyzwaniem, którego nikt nie przewidział. Wybuch epidemii sprawił, że zostali zmuszeni do przeniesienia pracy na platformy internetowe. Jak funkcjonowało nauczanie oraz jakie wyzwania stoją jeszcze przed szkołami i uczelniami?

Nauczanie zdalne i egzaminy okiem studenta

Andrzej, student jednej z poznańskich uczelni wyższych zdradził, że nie wszyscy odnajdywali się w trybie pracy zdalnej. Niektórzy z wykładowców po raz pierwszy stykali się z funkcjonującym na uczelni systemem informatycznym. Mimo to, nie było większych trudności z organizacją zajęć teoretycznych, które odbywały się przy pomocy komunikatorów.

Chociaż była to szansa na indywidualną organizację czasu, to niektórzy studenci w przygotowanie się do zajęć musieli włożyć dużo pracy.

Widoczne jest ogromne zróżnicowanie w kwestii ilości zajęć i zadań. Niektórzy muszą poświęcić znacznie więcej czasu na naukę niż wcześniej. Inni stwierdzają, że mają raptem 2 czy 3 wykłady lub ćwiczenia w tygodniu i praktycznie żadnych zadań – mówił student.

Z wyzwaniem poradziły sobie również uczelnie techniczne i medyczne. Zamieniły kolejnością elementy praktyczne kursów, wymagające obecności studentów na uczelni z tymi, które można było realizować przez komunikatory.

W dalszym ciągu niepewna pozostaje forma obrony prac dyplomowych. Uczelnie takie jak Uniwersytet Artystyczny w Poznaniu, zdecydowały się na przeprowadzenie ich on-line.

Co po maturze?

Kilka tysięcy maturzystów, którzy podchodzą do ostatnich egzaminów, weźmie udział w naborze w rekrutacji na uczelnie. Szkoły wyższe dostosowują się do nowej rzeczywistości i zmieniają terminy rekrutacji.

Chociaż już teraz rekrutacja prowadzona jest w dużej części przy wykorzystaniu narzędzi zdalnych, to w dalszym ciągu konieczna jest osobista obecność kandydata na uczelni w celu złożenia kompletu dokumentów. Proces ten można jednak ograniczyć tylko do dokumentów on-line.

Przeprowadzenie rekrutacji drogą elektroniczną jest kwestią złożoną, jednak możliwą do zrealizowania. Konieczne byłoby wzięcie pod uwagę kandydatów z zagranicy, do których dokumentacji polskie szkoły wyższe nie miałyby dostępu. Postęp informatyczny powinny wspierać również odpowiednie przepisy prawne, które umożliwią składanie dokumentów drogą elektroniczną – mówi Grzegorz Kaliński z Kalasoft Sp. z o.o.

Wakacji nie będzie

Za sprawne funkcjonowanie systemów informatycznych odpowiada szereg osób, dla których wakacje nie oznaczają końca pracy. Niektóre z uczelni rozważają korzystanie z systemu pracy zdalnej także w przyszłości.

W ciągu ostatnich miesięcy działaliśmy ze zdwojoną mocą wdrażając rozwiązania, które miały ułatwić pracę zdalną dydaktykom, studentom oraz osobom odpowiedzialnym za administrację. Chociaż rok szkolny i akademicki dobiega końca, przed nami jeszcze wiele wyzwań. Proces ulepszania istniejących i wdrażania systemów informatycznych dostosowanych do potrzeb nowej rzeczywistości wymaga dużych nakładów pracy. Mamy nadzieję, że wypracowane z klientami udoskonalenia przygotują uczelnie na ewentualną konieczność funkcjonowania w trybie zdalnym – podsumowuje ekspert.

Moda na Covid-19 wśród hakerów spada. Przestępcy mają w zanadrzu kolejne chwyty

Część firm wraca do pracy biurowej, co zamierzają wykorzystać hakerzy – ostrzegają eksperci Check Point Software Technologies. Bronią mają być wiadomości phishingowe oraz złośliwe oprogramowanie zaszyte w materiałach szkoleniowych dotyczących COVID-19. Działania te mogą uderzyć m.in. w polskie firmy, ponieważ tego typu scenariusze hakerskie są szczególnie widoczne w Europie Wschodniej.

Eksperci ds. bezpieczeństwa ostrzegają przed cyberprzestępcami, którzy korzystają z okresu powrotu do biur. Podczas gdy firmy prowadzą seminaria internetowe i szkolenia mające na celu edukowanie pracowników w zakresie nowych środków ochrony zdrowia, hakerzy wykorzystują te inicjatywy jako sposób rozpowszechniania wiadomości e-mail ze złośliwym oprogramowaniem.

Najnowsze dane firmy Check Point pokazują, że ryzyko trafienia na zainfekowaną witrynę o tematyce koronawirusa zależy od tego, czy kraj, w którym się znajduje, wrócił do działalności lub nadal jest zablokowany. W regionach takich jak Europa Zachodnia i Ameryka Północna, gdzie otwierane są gospodarki i organizacje wracają do pracy, nastąpił gwałtowny spadek liczby organizacji dotkniętych przez takie złośliwe strony internetowe. Z kolei w regionach takich jak Ameryka Łacińska i Afryka, które wciąż borykają się z epidemią koronawirusa, stale dochodzi do rosnącej liczby organizacji narażonych na szkodliwe ataki związane z koronawirusem. Wzrost ataków zaobserwowano również w Europie Wschodniej (+11%).

Choć ataki związane z tematyką koronawirusa spadły w czerwcu o blisko jedną czwartą w porównaniu do maja, to odnotowano ogólny wzrost działań hakerskich aż o 18%!Moda na Covid-19 wśród hakerów spada. Przestępcy mają w zanadrzu kolejne chwyty

Pracownicy na całym świecie powinni zachować ostrożność podczas otwierania wiadomości e-mail i dokumentów oraz upewnić się, że są one wysyłane ze znanego źródła w ich firmie. Ostatnio obserwujemy trend, w którym hakerzy wykorzystują usługi takie jak Microsoft Office 365, aby oszukać pracowników. Jedno jest pewne: pandemia koronawirusa prowadzi nas do pandemii w cyberprzestrzeni. – mówi Omer Dembinsky, Data Intelligence Manager w firmie Check Point.

W wielu krajach zainteresowanie tematyką koronawirusa jest coraz mniejsze, więc cyberprzestępcy starają się wykorzystać inne ważne wydarzenia jako przynętę na nieświadomych użytkowników. Doskonałym przykładem jest ruch „Black Lives Matter”. Na początku czerwca, kiedy globalne protesty osiągnęły szczyt, badacze z Check Point odkryli złośliwą kampanię spamową związaną z ruchem. E-maile rozpowszechniały niesławne szkodliwe oprogramowanie Trickbot jako złośliwy plik doc, dystrybuowany m.in. z tematem: „Wyraź poufnie swoją opinię na temat „Black Lives Matter”,

Luki w bezpieczeństwie – czego obawiają się firmy i co je powstrzymuje przed inwestycjami?

Żyjemy w epoce transformacji cyfrowej. Każde przedsiębiorstwo dąży do optymalizacji swoich działań poprzez wdrażanie innowacyjnych technologii, takich jak sztuczna inteligencja (AI), IoT oraz robotyzacja, ale kluczowym elementem wszystkich tych strategii są dane. Chociaż ich znaczenie jest zrozumiałe, to wiele firm nie zdaje sobie sprawy z tego jakie niebezpieczeństwa są związane z zarządzaniem danymi oraz obsługą potrzebnej do tego infrastruktury.

W badaniu Veeam 2020 Data Protection Trends Report uczestniczyło ponad 1500 przedsiębiorstw działających w skali globalnej, a miało ono na celu określenie ich podejścia w zakresie ochrony i zarządzania danymi. Zakres nowoczesnej ochrony danych i zarządzania nimi jest coraz bardziej złożoną kwestią obejmującą awarie, luki w obszarze dostępności oraz ochronę przed cyberatakami na szeroką skalę.

Badanie wykazało, że przedsiębiorstwa uznają dane za kluczowy element w ich działalności, ale niewiele z nich dysponuje infrastrukturą lub strategią cyfrową niezbędną w kontekście aktualnych potrzeb.

Uwaga na luki

Respondenci z regionu Europy Wschodniej (*w tym z Polski) pytani o największe wyzwania, jakie przyniesie kolejny rok, najczęściej wskazywali na kwestie związane z cyberzagrożeniami (23%), brakiem umiejętności w zakresie wdrażania technologii (26%)  oraz związane z wdrażaniem zmian regulacyjnych (26%). Oprócz tych wyzwań w wielu przedsiębiorstwach nadal występują istotne luki w infrastrukturze do przechowywania i przetwarzania danych.

Przykładowo, u prawie trzech na pięć (60%) organizacji z regionu Europy Wschodniej istnieje luka w obszarze dostępności. Jest to różnica czasu pomiędzy możliwą do uzyskania szybkością odzyskania aplikacji, a wymaganą szybkością tego procesu. W ponad połowie przedsiębiorstw z regionu Europy Wschodniej (53%) można również stwierdzić lukę w zabezpieczeniach. Pojęcie to oznacza częstotliwość, z jaką tworzone są kopie zapasowe danych w odniesieniu do ilości danych, na których utratę firma może pozwolić sobie w razie awarii.

W obu przypadkach wyniki przedsiębiorstw z regionu Europy Wschodniej były lepsze niż średnia światowa (luka w obszarze dostępności występuje w 73%, a luka w zabezpieczeniach danych w 69% przedsiębiorstw w ujęciu globalnym). Oznacza to po prostu, że większości światowych firm nie udało się sprostać aktualnym wymaganiom w obszarze zarządzania danymi. Eliminacja tych luk to kluczowe zadanie dla przedsiębiorstw.

Co wstrzymuje zmiany?

Gdy badanych zapytano co według nich jest przyczyną istnienia tych luk pomimo tego, że pozornie wydają się być świadomi swoich problemów, prawie połowa (44%) firm z regionu Europy Wschodniej wskazała na brak umiejętności lub wiedzy wśród pracowników działu informatycznego, spowalniający cyfrową transformację w przedsiębiorstwie. Pozostałe zidentyfikowane bariery to m.in. poleganie na starszych systemach (35%), ograniczony budżet (27%), brak czasu (24%) oraz brak poparcia zarządu (31%). Jedynie 20% firm z regionu Europy Wschodniej uznało, że nic nie stoi na przeszkodzie ich transformacji cyfrowej (globalna średnia jest niższa i wynosi 16%)

Wyniki te można interpretować na własny sposób, ale cyfrowa transformacja to z pewnością przyszłościowy kierunek, a przedsiębiorstwa mają duże oczekiwania co do korzyści, jakie według nich może ona przynieść. Dla ponad połowy globalnie ankietowanych (51%) dotyczą one planowanych zmian w obsłudze klientów. Podobnie jeśli chodzi o transformację w obszarze operacji biznesowych (48%) oraz oszczędności kosztów (47%).

Biorąc pod uwagę to, że parametry i oczekiwania dotyczące tego co stanowi transformację cyfrową są tak niejednoznaczne, trudno jest dokładnie zmierzyć na jakim etapie tego procesu znajdują się przedsiębiorstwa. Wyniki naszego badania wskazują, że ich postęp jest bardzo zróżnicowany. Jedna trzecia (30%) globalnych organizacji uważa, że jest na wczesnym etapie wdrażania lub planowania transformacji cyfrowej. Ale prawie jedna czwarta (23%) z nich określa swoje dążenia do realizacji inicjatyw i celów na rzecz transformacji cyfrowej jako „dojrzałe” lub „w pełni wdrożone”. Transformacja cyfrowa najwyraźniej oznacza co innego w różnych firmach i branżach, ale mimo to istnieją podstawowe standardy, które wszyscy muszą spełnić, aby móc rozwijać się w dzisiejszym świecie.

Szkody wynikające z przestojów

Niezależnie od tego w jaki sposób firmy oceniają swój postęp w transformacji cyfrowej, wszystkie napotykają wiele podobnych pułapek. Przykładowo, w prawie wszystkich przedsiębiorstwach (95%) występują nieoczekiwane awarie, których średnia długość w ujęciu globalnym wynosi około 117 minut. Co dziesiąty serwer na świecie miał co najmniej jedną awarię w ciągu ostatnich 12 miesięcy.

Mimo tego, że awarie te nie muszą być dla przedsiębiorstwa katastrofalne w skutkach, to mogą one pociągać za sobą znaczne koszty. W opinii globalnych przedsiębiorstw ponad połowa (51%) ich danych ma wysoki priorytet. Zatem w przypadku awarii aplikacji o takim wysokim priorytecie trwającej zaledwie godzinę, szacunkowy koszt może sięgnąć 67 651 USD.

To rozwiewa wiele wątpliwości wokół kosztów transformacji cyfrowej. Oszczędności, które można zyskać dzięki wprowadzeniu efektywnej i nowoczesnej strategii zarządzania danymi znacznie bowiem przewyższają nieuniknione koszty jej braku.

Rozwój zarządzania danymi w chmurze

Ważnym faktem, który przedsiębiorstwa muszą zrozumieć, jest to, że ochrona i wykorzystywanie danych to nierozerwalnie powiązane elementy. Zatem jeśli firma decyduje się na rozpoczęcie transformacji cyfrowej w odpowiedzi na aktualne wyzwania lub w ramach ciągłego procesu poprawy jakości obsługi klientów, skuteczna strategia zarządzania danymi w chmurze staje się oczywistym i optymalnym wyborem.

Przykładowo, usługi zarządzania danymi w chmurze takie jak Backup as a Service (BaaS) zyskały popularność wśród ponad dwóch na pięć (41%) przedsiębiorstw z regionu Europy Wschodniej, które planują współpracować z dostawcą usług BaaS w ciągu następnych dwóch lat. Dostawca usług BaaS nie tylko zapewnia lepsze bezpieczeństwo danych, ale umożliwia skalowalność i poprawę wydajności. Dotyczy to wielu usług chmurowych.

Zatem jeśli przedsiębiorstwo rozpoczęło już transformację cyfrową, eliminacja opisanych luk w obszarze dostępności i zabezpieczeń jest bardzo istotna. Zapewni to nie tylko wyższy poziom ochrony teraz, ale także lepiej przygotuje firmę na innowacyjne rozwiązania przyszłości.

Autor: Daniel Fried, General Manager (GM) and Senior Vice President (SVP) EMEA and Worldwide Channels, Veeam

*Informacje o raporcie

Na początku 2020 roku firma Veeam zleciła firmie Vanson Bourne, czołowemu partnerowi badawczemu w sektorze technologicznym, przeprowadzenie kompleksowego badania online wśród 1 550 losowo wybranych liderów firm i osób decyzyjnych ds. informatycznych w 22 różnych krajach, w tym 193 respondentów z Polski, Czech, Węgier i Rosji (tzw. region Rosji i Europy Wschodniej). Pozostałe badane kraje to: Argentyna, Australia, Austria, Belgia, Brazylia, Kanada, Chiny, Francja, Niemcy, Indie, Włochy, Japonia, Meksyk, Bliski Wschód, Holandia, Nowa Zelandia, Republika Irlandii, Szwajcaria, Turcja, Wielka Brytania i USA.

Polacy rezygnują z wakacyjnych wyjazdów

Pierwsze decyzje na temat urlopu podejmujemy na długo przed wakacjami. W tym roku epidemia koronawirusa, zamknięte granice oraz problemy branży transportowej wywróciły nasze plany do góry nogami. Zaledwie 20 proc. badanych Polaków deklaruje, że pandemia nie wpłynęła na ich postanowienia odnośnie urlopu.

Tegoroczne wakacje spędzimy w inny sposób niż wcześniejsze urlopy. Jak pokazuje cykliczne badanie Barometr Providenta, zaledwie 8,5 proc. respondentów przed pandemią nie wiedziało, jak spędzi lato. Jednak nowa sytuacja zweryfikowała plany urlopowe aż 65 proc. badanych, którzy już zdążyli zaplanować wakacje. W związku z faktem, że kobiety częściej niż mężczyźni deklarowały plany wakacyjne przed wybuchem pandemii – to też częściej niż mężczyźni przyznawały, że pod wpływem epidemii zmieniły plany.

W tym roku zostajemy w Polsce

Przed wybuchem epidemii Polacy chętnie planowali zagraniczne wojaże. Aż 28,6 proc. badanych zamierzało spędzić urlop za granicą, a 18,7 proc. chciało wypoczywać zarówno w kraju jak i poza jego granicami. Urlop tylko w Polsce planowało spędzić 37,8 proc. respondentów. Zaledwie 6,4 proc. badanych postanowiło zostać w domu. Respondenci w wieku do 24 lat, nieco częściej niż pozostali planowali wypoczywać zarówno w kraju, jak i za granicą, natomiast badani w wieku powyżej 50 lat częściej niż pozostali planowali zostać w domu bądź nie posiadali jeszcze planów.

– Obostrzenia i obawy związane z pandemią znacząco wpłynęły na wiele trudnych decyzji związanych z tegorocznym urlopem. Niemal 62 proc. osób, które musiały zmienić wakacyjne plany, w ogóle zrezygnowało z wyjazdu – podkreśla Magda Maślana, Ekspert ds. PR, Provident Polska. – Co czwarty z tej grupy badanych zdecydował się wypoczywać w innym miejscu, a 16,7 proc. nie wie jeszcze, jaką decyzję podejmie i w związku z tym czasowo zawiesiło swoje plany – dodaje Magda Maślana.

Ze względu na sytuację, duża część Polaków postanowiła wypocząć tylko w kraju – zadeklarowało tak 43,7 proc. badanych. W domu zostać chce co czwarty. Zaledwie 7,2 proc. planuje zagraniczny urlop, a 5,6 proc. będzie spędzać go zarówno w Polsce jak i za granicą. Pandemia zweryfikowała przede wszystkim plany wakacyjne najmłodszych badanych (do 24 lat). Badani z tej kategorii wiekowej częściej niż pozostali wskazują, że planują zostać w domu.

Decyzje w warunkach niepewności

Najczęstszym powodem zmiany wakacyjnych planów jest niepewność związana z tym, jaka będzie sytuacja związana z epidemią w momencie wyjazdu. Zadeklarowało tak 65,8 proc. badanych, którzy podjęli nowe decyzje dotyczące urlopu. Ponad połowa respondentów z tej grupy obawiała się także o bezpieczeństwo i zdrowie. Na plany niemal 22 proc. wpłynęła sytuacja branży transportowej i turystycznej, w tym zamknięcie ruchu lotniczego.

Choć głównym powodem zmiany planów wakacyjnych była niepewność oraz obawy o bezpieczeństwo i zdrowie, co piąty badany wskazał na kłopoty finansowe wywołane mniejszymi dochodami w trakcie epidemii. Sytuacji nie poprawia wzrost cen i niepewność co do kondycji gospodarki w przyszłości – podkreśla Magda Maślana – Natomiast 5,4 proc. badanych wskazało, że na ich decyzję wpływ miała utrata pracy.

W tym roku wydamy mniej

Rezygnacja z niektórych zamierzeń sprawia, że na tegoroczne wydatki chcemy przeznaczyć niższą kwotę. 41 proc. badanych, którzy zmienili plany, twierdzi, że aktualne plany są skromniejsze pod względem finansowym. Jednak aż 14 proc. deklaruje, że z powodu sytuacji epidemicznej straciło pieniądze w związku z zaliczkami i rezerwacjami. Część respondentów stara się odzyskać stracone środki. Niemal 30 proc. osób zmuszonych do zmiany planów, uzyskało zwrot kosztów.

Znacząco zmieniła się planowana suma wakacyjnych wydatków. Przed epidemią w kwocie 2000 zł planowało zmieścić się 30,9 proc. respondentów. Z powodu aktualnej sytuacji ten odsetek wzrósł o 8 p.p. Warto również zauważyć, że przed wybuchem pandemii udział osób chcących przeznaczyć na wyjazd wakacyjny kwotę powyżej 4000 zł kształtował się na poziomie 22 proc., a obecnie tylko 9,6 proc.

O badaniu

Barometr Providenta to cykliczne badanie Polaków, które pozwala na lepsze zrozumienie zachowań i decyzji finansowych konsumentów. Badanie zostało zrealizowane przez ASM – Centrum Badań i Analiz Rynku metodą CAWI na próbie N=625 dorosłych Polaków, w czerwcu 2020 roku.

Paweł Szukalski członkiem zarządu Comperia.pl S.A. Fintech stawia na ecommerce i nowe metody płatności

Nowym członkiem zarządu notowanej na giełdzie spółki Comperia.pl S.A. został Paweł Szukalski. Dzięki doświadczeniom z firm takich jak PayPal, Google, Mall.pl czy Creditstar ma wspomóc polski fintech we wprowadzeniu rozwiązań wielokanałowej sprzedaży, w tym systemu płatności ratalnych i odroczonych.

– W sposób strategiczny rozwijamy sprzedaż usług finansowych. Widzimy bezprecedensowe możliwości w edukacji konsumentów i dostosowujemy się do nowej sytuacji na rynku – mówi Wojciech Małek, członek zarządu Comperia.pl S.A. Podkreśla, że spółka pomimo trudnej sytuacji m.in. na rynku pożyczek “suchą stopą” przechodzi przez kryzys, utrzymując blisko 100-osobowy zespół. – W trakcie pandemii, pracując w trybie home office i obserwując dynamiczną sytuację, zatrudniliśmy nawet kilka nowych osób, wyszukując największe talenty – dodaje Małek.
Paweł Szukalski, nowy członek zarządu Comperia.pl S.A.
Paweł Szukalski, nowy członek zarządu Comperia.pl S.A.

Jedną z kluczowych nowych osób w firmie jest Paweł Szukalski, który został powołany do zarządu spółki. Będzie odpowiedzialny za sprzedaż oraz marketing. Od 13 lat zajmuje się rynkiem sprzedaży internetowej. Ma wspomóc firmę Comperia w rozwoju usług dla ecommerce, takich jak wielokanałowa sprzedaż (omnichannel) oraz nowe metody płatności (ratalne oraz odroczone, tzw. Buy Now Pay Later). W zeszłym roku Comperia zdobyła licencję Małej Instytucji Płatniczej (MIP), ogłaszając prace nad uruchomieniem własnej metody płatności w sklepach internetowych.

– Chcemy zaoferować pełną gamę rozwiązań dla klienta ecommercowego – bez względu na to, czy płaci za towary czy za usługi – deklaruje Paweł Szukalski.
– Nie wszystkim instytucjom finansowym czy pozabankowym udało się przetrwać kryzys. Ale nam, dzięki bardzo silnemu zespołowi, do którego dołączam – owszem. Przewagą Comperii jest mocny 100-osobowy zespół, ugruntowana pozycja i osadzenie w polskich realiach – dodaje Szukalski, nowy członek zarządu Comperia.pl S.A.
Dotąd Paweł Szukalski pełnił rolę country directora estońskiego fintechu Creditstar Group AS, udzielającego krótkoterminowe pożyczki konsumenckie i firmowe. Współzakładał i zarządzał polskim oddziałem firmy. W latach 2012-2017 pracował dla należącej do Naspers Group spółki Internet Mall Polska – najpierw będąc dyrektorem handlowym portalu Mall.pl, a potem nim zarządzając (jako country manager i członek zarządu).
Wcześniejsze doświadczenia Szukalskiego obejmują pracę dla irlandzkiego oddziału firmy PayPal i zakładanie polskiego biura Google, a potem rozwijał kilkudziesięcioosobowy zespół sprzedaży Google na rynkach polskim, czeskim, słowackim oraz węgierskim.
Paweł Szukalski jest absolwentem Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu na kierunku prawo. To pasjonat historii konfliktów XX wieku i czechofil.

Kolejna gra Bloober Team debiutuje na Nintendo Switch. W Blair Witch zagrało już ponad 1 mln graczy

Dotychczas w najlepszą polską grę 2019 roku, Blair Witch od Bloober Team, na wszystkich platformach oraz w ramach Xbox Game Pass zagrał już ponad milion graczy. Horror krakowskiego studia na pewno zyska kolejnych odbiorców, ponieważ już dziś zadebiutuje na konsoli Nintendo Switch. Jego wersja na tę konsolę obejmuje rozszerzenie Good Boy Pack oraz mini-grę Super-Rex – dwie aktualizacje, które skupiają się wokół psa Bulleta, ulubionej postaci rzeszy fanów Blair Witch.

Gra bazująca na uniwersum kultowych horrorów z lat 90’ była nominowana w krajowych i zagranicznych konkursach oraz zdobyła szereg statuetek, min. w plebiscycie organizowanym przez portal Graczpospolita.pl, w tym tytuł gry roku i wyróżnienia za najlepszą oprawę dźwiękową, wizualną oraz fabułę. Tytuł pojawił się dotychczas na konsolach Xbox One, Playstation 4 i komputerach osobistych. Zgodnie z zapowiedzią, największa dotychczasowa gra Bloober Team wspiera wszystkie możliwości Nintendo Switch, w tym HD Rumble, tryby TV, tabletop i handheld oraz ekran dotykowy w menu gry.

– Niezmiernie cieszy nas, że nasza produkcja stała się tak popularna. To rezultat między innymi starannie zaplanowanego planu marketingowego. Od czasu wydania Blair Witch podpisaliśmy liczne umowy z kluczowymi partnerami, w tym z Microsoftem. Ukazała się jej wersja pudełkowa. Otworzyliśmy się też na niezwykle znaczące rynki azjatyckie, na których bardzo ceni się horrory psychologiczne. Dzisiaj gra debiutuje też na kolejnej platformie – Nintendo Switch. Gra została zapowiedziana przez Nintendo na ich cyfrowym wydarzeniu oraz przez największy portal społeczności Nintendo na Świecie, Nintendolife, który pokazał ekskluzywnie materiał z wersji Switch. – mówi Piotr Babieno, prezes Bloober Team.

Z okazji premiery na Nintendo Switch, gra jest obecnie dostępna w cenie promocyjnej – 10%. Cena regularna wynosi 29.99 EUR/USD.

E-commerce stoi przed szansą, ale i wyzwaniami

Wartość polskiego rynku e-commerce w 2019 roku wyniosła 50 mld złotych. Ubiegłoroczne prognozy mówiły również, że na koniec 2020 roku będzie to nawet o 20 mld złotych więcej[1]. Pandemia koronawirusa i spowodowane przez nią ograniczenia w handlu tradycyjnym sprawiły jednak, że w końcowym rozrachunku sektor e-commerce prawdopodobnie zyska jeszcze więcej.

Przyspieszona transformacja cyfrowa dotknęła nie tylko przedsiębiorstwa, które zostały zmuszone do zmiany modelu funkcjonowania i świadczenia usług. Wpłynęła także na konsumentów, którzy stracili możliwość swobodnego dokonywania zakupów w tradycyjnej formie. – Kryzys mocno podkreślił rolę handlu elektronicznego w utrzymaniu aktywności gospodarczej – wskazuje Luca Mastroianni, Head of International w PrestaShop. Potwierdza to badanie Izby Gospodarki Elektronicznej „E-commerce w czasie kryzysu 2020”. Według niego w ramach przygotowań do kwarantanny 38% internautów robiło zapasy online[2]. Lockdown wpłynął także na preferencje zakupowe Polaków, którzy w internecie zaczęli częściej sięgać np. po produkty spożywcze.

Branża e-commerce reaguje na trendy. Jak nie zostać z tyłu?

Zmiana modelu nawyków konsumenckich to szansa na rozwój dla całego sektora handlu w sieci. Zwiększa ona zarazem skalę dotychczasowych wyzwań, takich jak optymalizacja stanów magazynowych, zapewnienie ciągłości łańcucha dostaw czy konieczność sprawnej realizacji zamówień. Rosnąca konkurencja sprawia, że powstaje potrzeba zredefiniowania działań marketingowych, zapewnienia lepszej ekspozycji marki w internecie, utrzymania klientów i dotarcia do nowych.

W branży trwa ożywiona dyskusja na te tematy. Cykl konferencji online organizuje m.in. PrestaShop – najpopularniejsza platforma e-commerce w Polsce. –  Naszą rolą jest być partnerem dla handlowców i pomagać im w jak największym stopniu skorzystać z nowej skali zapotrzebowania na cyfrowe zakupy. W tym celu dzielimy się wiedzą o najnowszych trendach i najlepszych praktykach w branży – mówi Luca Mastroianni.

[1] https://www.statista.com/outlook/243/146/ecommerce/poland

[2] https://eizba.pl/raport-e-izby-e-commerce-w-czasie-kryzysu-2020/

Dają pracę, płacą podatki, ale w Polsce to wciąż kombinatorzy i oszuści

Przedsiębiorca ma pomysł na biznes. Otwiera firmę, rozkręca ją, w miarę rozwoju zatrudnia coraz więcej pracowników i płaci coraz większe podatki. Państwo w podzięce za zwiększone wpływy do budżetu i spadek bezrobocia wysyła mu laurkę? Wręcz przeciwnie. Bierze pod lupę i sprawdza. Skoro się dorobił, to musiał ukraść. Bo przecież wiadomo, że pierwszy milion trzeba ukraść. No i jak ma z czego płacić, to może płacić więcej. Niestety to nie fikcyjna wizja fatalisty, to rzeczywistość.

„Przedsiębiorca w Polsce to nie jest człowiek sukcesu, tylko ten, który coś kombinował. To jest straszne, bo bez przerwy ktoś sugeruje, że przedsiębiorcy to nieuczciwi ludzie, zamiast doceniać ich wysiłek w dochodzeniu do pieniędzy” – powiedział w wywiadzie dla Forbesa Adam Góral, prezes jednej z największych polskich firm – Asseco Poland.

Jak przestrzegane są prawa przedsiębiorców

Zgodnie z Uzasadnieniem ustawy budżetowej na 2020 rok, planowane dochody państwa wyniosą 429 mld 530 mln zł. Składają się na nie wpływy niepodatkowe w kwocie 34 mld 681 mln zł, reszta, to wpływy podatkowe, a więc: z VAT, CIT, akcyzy oraz innych danin i opłat. To także zwiększone wpływy z PIT, płacone nie tylko przez właścicieli firm, ale i zatrudnianych przez nich pracowników. W 92% państwo utrzymywane jest więc z podatków, w głównej mierze wypracowywanych bezpośrednio lub pośrednio przez przedsiębiorców.

No więc kraj, w którym co najmniej od 1997 roku, a więc od daty ustanowienia Konstytucji RP, podstawą ustroju gospodarczego jest społeczna gospodarka rynkowa oparta na wolności działalności gospodarczej i własności prywatnej, wydawać by się mogło jest stworzony dla przedsiębiorców, i kochającym przedsiębiorców. Jeśli w pierwszej kwestii można przytaknąć, co potwierdzają sukcesy wielu polskich firm i siła polskiej gospodarki, to już co do drugiej trzeba się ugryźć w język.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców opublikował w październiku 2018 r. raport nt. przestrzegania praw przedsiębiorców w Polsce. Jak zawarto w jego podsumowaniu: „Sytuacja przedsiębiorców wciąż jest bliższa częściowego łamania praw aniżeli ich przestrzegania”.

10 lat czekania na zwrot VAT

Jakiś przykład łamania praw przedsiębiorców? Pierwsza odpowiedź, jaka się nasuwa, to latami wstrzymywane zwroty VAT. Mimo iż Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wielokrotnie powtarzał, że prawo do zwrotu nadpłaconego podatku od towarów i usług to fundamentalne prawo podatników (np. wyroki z 22 października 2015 r., o sygn. akt. C-277/14, czy z 1 kwietnia 2019 r., sygn. akt C-691/17) przez polskiego fiskusa rozumiane jest raczej jako prawo do prośby, petycji o jego zwrot, zgodnie z regułą, wyrażoną w jednym z wyroków NSA: „zasada szybkości zwrotu podatku nie może (…) być faworyzowana kosztem zasady słuszności zwrotu, gdyż (…) skutkować mogłaby (…) niemożliwością późniejszego odzyskania podatku…” (wyrok z 25.05.2018 r., sygn. akt I FSK 579/18).

Z danych opublikowanych przez Ministerstwo Finansów w połowie 2017 r. wynika, że łączna kwota wstrzymanych zwrotów wyniosła około 2,15 mld zł, a rekordziści czekali nawet 10 lat. A 23% VAT to przecież niemal 1/4 wartości przeprowadzonej przez przedsiębiorcę transakcji. Jeśli więc firma w krótkim czasie (a taki zakładany jest przez prawodawcę – ustawa o VAT daje organom 60 dni na zwrot, a na prośbę podatnika nawet tylko 25 dni) nie odzyska tych należnych pieniędzy, może to jej zagrozić utratą płynności finansowej. A do czego ona prowadzi, nie trzeba nikomu tłumaczyć.

Urzędnicy są bezkarni

17 października 2019 r. odbyło się VI Posiedzenie Rady Przedsiębiorców. Jedna z pokazanych wówczas prezentacji Biura Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców zawierała kazus przedsiębiorcy, franczyzobiorcy restauracji typu fast-food. W 2011 r. stosował on w zakresie większości oferowanych przez siebie produktów 8% stawkę opodatkowania VAT. Ale w tamtym czasie pojawiły się wątpliwości, czy nie powinien on stosować niższej, 5% stawki VAT. Jego franczyzodawca, wraz z kilkoma innymi franczyzobiorcami, wystąpili do Ministra Finansów z wnioskiem o wydanie interpretacji w sprawie określenia właściwej stawki opodatkowania. Minister potwierdził, że jest nią 5%.

Przedsiębiorca złożył w urzędzie skarbowym korektę deklaracji podatkowej. Urząd, bez wydawania decyzji zwrócił przedsiębiorcy nadpłacone 37,5% wartości podatku (odprowadzał 8% VAT zamiast 5%). Fiskus za podstawę wziął przepis art. 75 § 4 Ordynacji podatkowej, zgodnie z którym, jeśli prawidłowość skorygowanej deklaracji nie budzi wątpliwości, organ zwraca nadpłatę bez wydawania decyzji. Przedsiębiorca przez kolejne lata stosował więc niższą stawkę opodatkowania, działając w przekonaniu, że skoro organ zwrócił nadpłatę i nie budziło to jego wątpliwości, to 5% stawka jest prawidłowa.

W 2014 r. urząd kontroli skarbowej skontrolował przedsiębiorcę w zakresie prawidłowości rozliczeń w podatku VAT. Nie stwierdził nieprawidłowości. 24 czerwca 2016 r. Minister Finansów zmienił zdanie i wydał interpretację ogólną nakazującą stosować stawkę 8%. Już we wrześniu urząd kontroli skarbowej przeprowadził kontrolę jeszcze raz. Stwierdził nieprawidłowość stosowanej stawki 5% i wydał decyzję nakazującą zwrot różnicy.

Urzędnicy wszczęli przeciw przedsiębiorcy postępowanie karne skarbowe, mimo, że art. 75 § 5 Ordynacji podatkowej wyraźnie tego zakazywał: „Jeżeli zwrotu nadpłaty w trybie, o którym mowa w § 4, dokonano nienależnie lub w wysokości wyższej od należnej, w zakresie nadpłaty będącej przedmiotem wniosku nie wszczyna się postępowania w sprawach o przestępstwa i wykroczenia skarbowe”. Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców zawnioskował o ukaranie odpowiedzialnego za to urzędnika. W odpowiedzi odmówiono wszczęcia postępowania dyscyplinarnego z uwagi na brak przesłanek (źródło: „Nieskuteczność systemu karania urzędników w związku z łamaniem przez nich prawa”, Anna Zaręba-Faracik, Dyrektor Wydziału Interwencyjno-Procesowego – Biuro Rzecznika MŚP).

Wystarczy postraszyć, a zapłacą więcej niż muszą

Ale przyzwolenie na takie traktowanie przedsiębiorców przez urzędników skarbowych pociąga za sobą jeszcze gorsze konsekwencje. Przedsiębiorcy czują się zaszczuci i zastraszeni. W grudniu 2019 r. tygodnik Polityka tak opisał ich sytuację:

„Większość – ze strachu przed mściwością fiskusa – płaci pieniądze, których nie są państwu winni. Dochodzi nawet do sytuacji, że uczciwi przedsiębiorcy boją się prosić o zwrot należnego im podatku VAT, żeby nie budzić niechęci urzędników. Coraz częściej zdarza się też, że urzędnicy skarbowi straszą podatników grzywnami za niepopełnione przez nich grzechy. Ich pieniędzmi również uszczelnia się dziurawy budżet”.

Boją się wszyscy, nie tylko mali

W rozmowie z Forbesem, prezes zatrudniającego 50 tysięcy pracowników i płacącego olbrzymie podatki Asseco został zapytany o relację państwa z dużym biznesem przez pryzmat tego, że kilku polskich przedsiębiorców z listy 100 najbogatszych woli unikać przyjazdu do kraju. Odpowiedział, że to nie najbogatsi są problemem Polski, bo przecież większość z nich to wybitni ludzie, otaczający się gronem kolejnych mądrych ludzi. Obecne traktowanie przedsiębiorców spycha Polskę na światowy margines rozpoznawalności, a to będzie pogłębiać trudności z promocją polskiej marki.

„Jeżeli nasze państwo nie będzie szanować osób z listy najbogatszych, to nasze marzenia o eksporcie prawdziwej wartości dodanej, na czym można dużo zarabiać, pozostaną jedynie marzeniami” – powiedział Góral.

Przedsiębiorca to ktoś, kogo można opodatkowywać, ograniczać jego działalność, a jak się nie podoba, to tam są drzwi

A jak traktuje się biznesmenów z listy najbogatszych? Pokazał to obecny rząd, wprowadzając 1 stycznia 2019 r. jedną autorytarną decyzją nowy podatek, ironicznie nazwany daniną solidarnościową. Dlaczego ironicznie? Bo trudno nazwać podatek „solidarnościowym”, skoro obarczono nim tylko 0,06% Polaków.

W słynnym już wystąpieniu prezesa rządzącej partii w 2018 r. polscy przedsiębiorcy usłyszeli, że jeśli ich nie stać na ponoszenie ciężarów prowadzenia działalności w Polsce, to znaczy, że nie nadają się do tego by tu ją prowadzić. Czyli w skrócie – jeśli nie jesteś w stanie płacić zbyt wysokich dla ciebie opłat obowiązkowych, to zajmij się czymś innym lub nie prowadź firmy w Polsce. Chyba w najlepszy możliwy sposób wypromował tym prowadzenie działalności gospodarczej w formie zagranicznej spółki.

W kwietniu i w maju tego roku przedsiębiorcy wyszli na ulice. Podjęli strajk żądając jak najszybszego odmrożenia gospodarki, zamrożonej przez rząd z powodu epidemii koronawirusa. Cytowany wówczas przez MetroWarszawa przedsiębiorca i kandydat na Prezydenta RP Paweł Tanajno powiedział: „To, co zrobił rząd z nami, przedsiębiorcami, z prawem skarbowym, z tym, że skarbówka może sobie zająć uznaniowo nasze rachunki, to jest naruszanie naszej podstawowej wolności i własności”. „To my pracujemy na dobrobyt” – dodał jeden z protestujących.

Autor: Kinga Hanna Stachowiak Wspólnik Zarządzający w Kancelarii Prawnej Skarbiec specjalizującej się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym i zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi. Prezes Zarządu spółek z branży nieruchomości i consultingu biznesowego.

Sklepy dostosowują technologię do realiów pandemii

  • Rozwiązania technologiczne, które w wielu sklepach wielkopowierzchniowych są dostępne od dawna, w czasie epidemii ujawniły swoje nowe i pomocne zastosowania.
  • Bramki z licznikiem wchodzących osób pomagają regulować liczbę klientów, którzy mogą zgodnie z zaleceniami przebywać w sklepie jednocześnie. Natomiast kamery sygnalizują, jeśli w kolejce nie jest zachowywany dystans 2 metrów.
  • Sieci handlowe, które takich rozwiązań nie miały, rozważają podobne inwestycje na jesień, kiedy spodziewana jest druga fala zachorowań.

Sieci handlowe szukają narzędzi, które pozwolą im efektywnie funkcjonować w czasie epidemii. Zdaniem ekspertów rynku TechFM wiele obiektów od dawna dysponuje technologiami, które wystarczy zaadaptować do bieżących potrzeb.

– Od kilku lat obserwujemy dynamiczny rozwój technologii w branży handlowej. Mimo tego, obiekty nie były przygotowywane na działanie dostosowane do czasu epidemii, bo nikt się jej nie spodziewał. W wielu przypadkach te rozwiązania są jednak elastyczne i dzisiaj dosyć łatwo można znaleźć dla nich nowe, adekwatne zastosowania. Dzięki temu galerie handlowe są w stanie bez dużych kosztów dodatkowych działać zgodnie z nałożonymi na nie epidemicznymi obowiązkami, np. dotyczącymi maksymalnej liczby klientów w sklepach – mówi Sylwia Gustkowicz ze SPIE Building Solutions.

Bramki wyposażone w moduł zliczający osoby wchodzące do sklepu to najlepszy przykład tego rodzaju uniwersalnej technologii. Przed epidemią pomagały przede wszystkim: dostosować liczbę pracowników do ruchu w sklepie oraz planować akcje marketingowe i oceniać ich skuteczność. Obecnie ich najważniejszą funkcją jest monitorowanie, ile osób robi w danym momencie zakupy.

– Odbywa się to w czasie rzeczywistym. Obsługa ma stały dostęp do aktualnych danych i może na ich podstawie szybko zareagować, jeśli klientów jest za dużo. Co ważne, bramki są traktowane jako „naturalny” element każdego sklepu i w przeciwieństwie do pracownika liczącego wejścia i wyjścia nie zniechęcają do zakupów – dodaje Sylwia Gustkowicz. 

Kamery poproszą o zachowanie odległości i zmierzą temperaturę?

Kolejny przykład technologii dostępnych w wielu dużych obiektach to kamery zsynchronizowane z systemem nagłośnienia. Odpowiednio zaprogramowane urządzenia automatycznie weryfikują dystans pomiędzy klientami. W przypadku przebywania zbyt blisko siebie, zostanie wyemitowany komunikat. To szczególnie przydatne w pobliżu kas, gdzie najtrudniej zadbać o wymagany dystans. Użycie systemu sprawia, że do kontroli nie trzeba angażować pracowników.

Nowoczesne kamery z wysoką dokładnością mierzą również temperaturę. Co ważne, pomiaru dokonują jednocześnie u kilku osób będących w ruchu. To przydatne zwłaszcza w dużych sklepach, w zespołach liczących kilkadziesiąt osób, z których znaczna część wchodzi do obiektu w tym samym czasie. Jednostkowe sprawdzanie temperatury mogłoby być zbyt czasochłonne. Z kolei brak weryfikacji oznaczałby ryzyko zarażenia załogi, a w rezultacie również ograniczeń w działaniu sklepu.

– Wielu naszym partnerom pomagamy obecnie dostosować posiadane technologie do bieżących, związanych z epidemią potrzeb. W niektórych przypadkach wystarcza przeprogramowanie urządzeń lub przeszkolenie pracowników. Dostrzegamy także, że wiele sieci sprzedaży zaczęło się interesować innowacyjnymi rozwiązaniami. Widzą w nich element zabezpieczenia biznesu w obliczu ewentualnej drugiej fali epidemii, która może pojawić się jesienią – Sylwia Gustkowicz ze SPIE Building Solutions.

Pierwsze ograniczenia w handlu wprowadzono w związku z koronawirusem 16 marca 2020 r. Branża wyraźnie je odczuła – wynika z raportu Deloitte, przygotowanego na zlecenie „Grupy 305”. Już w marcu rynek odnotował spadek przychodów na poziomie 0,3–0,7 mld zł (w porównaniu z analogicznym okresem 2019 r.). W kwietniu było to już 0,5–1,2 mld zł. Ograniczenie liczby klientów wpłynęło także na wyniki w maju. Wg danych Polskiej Rady Centrów Handlowych (PRCH) liczba odwiedzających galerie handlowe w całej Polsce w pierwszym tygodniu otwarcia tychże punktów wyniosła od 53 do 68 procent (zależnie od dnia), w porównaniu do zeszłego roku. W drugim tygodniu dzienne poziomy odwiedzalności wyniosły od 60 do 68 procent. W dalszej części minionego miesiąca coraz więcej kupujących wracało do galerii handlowych.

Komu pomoże uproszczona restrukturyzacja?

Turystyka, transport, handel, motoryzacja i meblarstwo – w opinii PMR Restrukturyzacje te branże najbardziej oczekują możliwości skorzystania z uproszczonego postępowania restrukturyzacyjnego. Ustawa wprowadzająca nowe narzędzie wsparcia dla przedsiębiorców została właśnie podpisana przez prezydenta.

Mimo odmrożenia gospodarki wiele firm w Polsce wciąż z niepokojem spogląda na finanse. Według Krajowego Rejestru Długów prawie 40% przedsiębiorstw źle ocenia swoją sytuację ekonomiczną. BIG Info Monitor wskazuje z kolei, że 27% firm obawia się utraty płynności finansowej. W tym badaniu przedsiębiorstwa wskazują także, że często mają problemy ze ściąganiem należności. Najczęściej mówi o tym branża transportowa i handel. W transporcie ponad połowa zleceniodawców nie spłaca długów mających więcej niż 30 dni. Ta branża ma również najwięcej kłopotów ze ściąganiem należności oraz największy problem z terminową spłatą własnych zobowiązań.

Biznes wciąż ma problemy ze ściąganiem i spłatą długów

Po kwietniowych spadkach przychodów i uzyskanych minimach w każdym kolejnym miesiącu pojawiają się nowe podsumowania dotychczasowych skutków pandemii, a firmy wciąż wyczekują poprawy sytuacji ekonomicznej. Szczególnie głośno o swoich problemach mówią branża turystyczna, motoryzacja i meblarska. – Skutki pandemii szczególnie bolesne mogą okazać się dla małych przedsiębiorstw z branży motoryzacyjnej, pełniących rolę poddostawców, które swoje przetrwanie bardzo często uzależniają od jednego dużego klienta. Dla meblarstwa problemem może okazać się zaś prognozowany spadek popytu w sprzedaży mieszkań oraz wzrost bezrobocia, który automatycznie ogranicza konsumpcję na produkty spoza kategorii pierwszego użytku – wskazuje Małgorzata Anisimowicz, kwalifikowany doradca restrukturyzacyjny i prezes zarządu PMR Restrukturyzacje.

Naprawa bez udziału sądu

W obliczu przedłużających się problemów finansowych coraz więcej firm decyduje się wprowadzać działania naprawcze, w tym także restrukturyzację, która umożliwia zawarcie układów z wierzycielami oraz chroni kluczowe umowy i majątek firmy. W ramach Tarczy 4.0 przedsiębiorcy uzyskują w tym aspekcie dodatkowe narzędzie, które pozwoli im działać znacznie szybciej, przy jednoczesnym zachowaniu uprawnień przyjętych dla restrukturyzacji sądowej. – Uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne przede wszystkim będzie miało charakter pozasądowy, a do jego przeprowadzenia wystarczy umowa z doradcą restrukturyzacyjnym. Skorzystać z tego narzędzia będzie mogło każde przedsiębiorstwo, niezależnie od wielkości czy skali działalności – wyjaśnia Małgorzata Anisimowicz.

Obwieszczenie i co dalej?

W przypadku uproszczonej restrukturyzacji kluczowy jest dzień obwieszczenia otwarcia postępowania o zatwierdzenie układu w Monitorze Sądowym i Gospodarczym. Od tego momentu, aż do dnia umorzenia lub zakończenia postępowania z mocy prawa zawieszeniu ulega postępowanie egzekucyjne wszczęte przed dniem otwarcia postępowania. Jednocześnie niemożliwe staje się wszczęcie postępowania egzekucyjnego oraz wykonanie postanowienia o zabezpieczeniu roszczenia lub zarządzenia zabezpieczenia roszczenia wynikającego z wierzytelności. Po rozpoczętym postępowaniu, bez zgody nadzorcy układu, niedopuszczalne będzie również wypowiedzenie umów, w tym m.in. najmu lub dzierżawy, leasingu, ubezpieczeń majątkowych, umów rachunku bankowego czy umów poręczeń.

Czas ma ogromne znaczenie

W sytuacji kryzysowej sprzymierzeńcem przedsiębiorców z pewnością nie jest upływający czas. – W oczekiwaniu na pozytywne sygnały o odbiciu w gospodarce, firmy nie mogą lekceważyć narastających problemów wewnątrz własnej organizacji. Wraz z pogarszaniem się sytuacji finansowej firmy coraz trudniej zawrzeć porozumienie z wierzycielami. Zmniejsza się także liczba dostępnych opcji naprawy finansów firmy, w tym także opcji restrukturyzacyjnych. Aby na koniec uniknąć chaotycznych ruchów, warto przygotować strategię naprawczą odpowiednio wcześniej, jeszcze przed pojawieniem się realnego ryzyka niewypłacalności – tłumaczy Małgorzata Anisimowicz.

Jednym z kluczowych i najbardziej efektywnych rozwiązań w sytuacji kryzysowej jest właśnie restrukturyzacja, która nie tylko chroni majątek i umowy przedsiębiorstwa, ale także zabezpiecza interesy kontrahentów, chroniąc ich przed tzw. efektem domina w przypadku upadku przedsiębiorstwa. Otwarcie postępowania restrukturyzacyjnego przez spółkę, jest również działaniem zaradczym i naprawczym, które uwalnia członków zarządu od solidarnej odpowiedzialności majątkiem osobistym za powstałe zobowiązania. Dzięki temu tworzy ono bezpieczną przestrzeń do zaplanowania i wdrożenia instrumentów naprawczych na wielu płaszczyznach i to bez osobistego ryzyka w przypadku niepowodzenia.

Jeden doradca na wiele problemów

Wszystkie rodzaje postępowań restrukturyzacyjnych poza wstrzymaniem egzekucji, zawarciem układu z wierzycielami i ochroną kluczowych umów, dostarczają także możliwości, narzędzia i czas na przebudowę modelu biznesowego, uwzgledniającego potencjał przedsiębiorstwa i zmieniające się potrzeby klientów. – Teraz, korzystając z uproszczonego postępowania, będzie można to robić jeszcze szybciej – podkreśla Małgorzata Anisimowicz. Prezes zarządu PMR Restrukturyzacje przypomina jednocześnie, że już na rozpoczęciu procesu naprawczego kluczowy jest wybór doradcy restrukturyzacyjnego, który zapewnia interdyscyplinarne wsparcie i doradztwo przez całą restrukturyzację, od etapu decyzji, aż do wyniku końcowego. – Doradcy restrukturyzacyjni jako specjaliści z zakresu wsparcia przedsiębiorstw w kryzysie powinni zapewnić wsparcie w zakresie finansów, księgowości, podatków, analiz rynkowych czy też negocjacji. Decydując się na taką formę doradztwa, firma otrzymuje kompleksowe wsparcie w ramach jednego podmiotu, który krok po kroku pomaga jej w odzyskaniu płynności finansowej i wyjściu na biznesową prostą – podsumowuje Małgorzata Anisimowicz.

Rozszerzona rzeczywistość w reklamie to już nie science fiction

Firmom z każdej branży coraz trudniej wyróżnić się na rynku, zaangażować odbiorców i ich utrzymać. Klienci oczekują silnych bodźców i prawdziwych emocji, które umocnią autentyczność marki i jej historię. Według badań, ich uwagę można jednak przyciągnąć jedynie na 8 sekund.[1] O ten czas rywalizują dziesiątki komunikatów jednocześnie. Wygrywa ten, kto wejdzie w interakcję, połączy przestrzeń rzeczywistą i wirtualną, pozwoli na wypróbowanie produktu przed kupnem. Nowy wymiar komunikacji zapewniają technologie takie jak rozszerzona rzeczywistość, która już dawno przestała być traktowana jak science fiction.

Dać się zaskoczyć

Według prognoz za 10 lat aż 69% decyzji konsumentów będzie podejmowanych na podstawie interakcji z inteligentnymi urządzeniami.[2] Wirtualni doradcy zbadają potrzeby odbiorców, a przymierzalnia online dopasuje stylizację. Już teraz, często nieświadomie, wykorzystywane są zaawansowane rozwiązania w codziennym życiu, takie jak wirtualna i rozszerzona rzeczywistość, sztuczna inteligencja czy roboty. Służą one do zabawy lub bardziej praktycznych czy zawodowych celów, ale mają cechę wspólną – zaskakują odbiorcę.

Ożywiony obraz

Technologia rozszerzonej rzeczywistości (ang. Augmented Reality, AR) umożliwia połączenie w czasie rzeczywistym świata prawdziwego z interaktywnym obrazem generowanym cyfrowo. Dzieje się to zazwyczaj bezpośrednio w smartfonie – po zeskanowaniu dany obraz zostaje uzupełniony o tekst, zdjęcia, modele graficzne 3D, animacje, filmy czy dźwięki. Rozpoznane przez aplikację obrazki w książeczce dla dzieci mogą więc „ożywać”, zeskanowane w sklepie opakowanie produktu przenosić do przepisu kulinarnego, papierowa instrukcja składania mebli zapewniać film instruktażowy, a wiszące w witrynie sklepu logo przekazać dodatkowy kupon na zakupy. A to dopiero początek możliwości wykorzystania AR.

Klucz do serca klienta

Otaczające bodźce sprawiają, że niewiele rzeczy robi już wrażenie na odbiorcach marketingowych komunikatów. Aby zainteresować i utrzymać użytkownika, trzeba dostarczyć mu informacje w sposób wygodny i angażujący emocje. Rozszerzona rzeczywistość pozwala wejść w interakcję z odbiorcami, wyróżnić się i przyciągnąć zainteresowanie. Pobudza wyobraźnię i pozytywne skojarzenia, dostarcza nowych emocji, które są kluczem współczesnego marketingu. Może połączyć papier sensoryczny oraz techniki drukarskie, pozwala na przekroczenie granicy pomiędzy zdjęciem a filmem.

Rozszerzona rzeczywistość pomoże w ciekawszej prezentacji produktów i usług, łatwym pokazaniu funkcji i zalet np. maszyn produkcyjnych czy wielu przedmiotów jednocześnie. Daje nieograniczone możliwości m.in. w reklamie ambientowej: wzbogaca przekaz o wideo, animacje, zdjęcia, modele 3D, mapy, quizy czy formularze. Wystarczy interaktywna tablica reklamowa w centrum handlowym, ulotka bądź okładka. Technologia AR nie jest przy tym jeszcze powszechnie wykorzystywana, dzięki czemu zachowuje efekt nowości. Wzbudza zainteresowanie, wciąga klienta w emocjonalną historię, bawi, zachęca do interakcji. Takie reklamy wymagają czynnego udziału odbiorcy, dlatego są bardzo skuteczne w budowaniu wizerunku marki i produktu, a przy tym łatwe do zintegrowania z innymi kanałami komunikacji – wskazuje Anna Pantus, Marketing Communications Manager w firmie Konica Minolta.

[1] https://www.labelsandlabeling.com/news/industry-updates/vicki-strull-brands-don%E2%80%99t-exist-without-packaging

[2]  Raport SAS, Experience 2030 – The Future of Customer Experience is… NOW!

USA straszy rynki

Na rynki wypłynęła informacja o wznowieniu kwarantanny w niektórych stanach. Na rezultaty nie trzeba było długo czekać, inwestorzy obniżyli swój apetyt na ryzyko sprzedając co bardziej ryzykowne aktywa. Złoty na razie traci niewiele, ale zobaczymy, jak się sytuacja rozwinie.

Powrót epidemii w USA?

Wczorajsza informacja o przywróceniu kwarantanny w niektórych stanach spowodowała spory popłoch na rynkach. Powodem jest strach przed kolejnym lockdownem. Stanowisko Donalda Trumpa w tej sprawie (który nie wiadomo czy żartem, czy nie, sugerował zmniejszenie liczby testów by poprawić sytuację) nie pomaga. Spadki było widać wczoraj wyraźnie zarówno na giełdach, jak i surowcach energetycznych. Nie ominęły one również walut krajów rozwijających się, w tym złotego.

Indeks IFO w górę

Po dobrych danych z indeksów PMI lepszy od oczekiwań indeks IFO nie jest zaskoczeniem. 86,2 punktów to wciąż jednak wyraźnie poniżej 100 punktów będących w przypadku tego wskaźnika pewnym stanem równowagi pomiędzy pozytywnym i negatywnym podejściem. Pokazuje to, że jeszcze daleka droga u naszych zachodnich sąsiadów do powrotu do wzrostów. Widać to było również po walucie, gdzie wczoraj mimo krótkotrwałych odbić euro traciło względem dolara.

Stopy procentowe w Czechach bez zmian

Na wczorajszym posiedzeniu Czeski Narodowy Bank nie zaskoczył analityków. Utrzymał on stopy procentowe na niezmienionym poziomie podtrzymując relatywnie rzadką sytuację wyższej stopy procentowej w Pradze niż w Warszawie. Różnica pomiędzy 0,25% i 0,1% nie jest jednak niczym szczególnie istotnym. Co ciekawe, korona czeska po tych danych lekko traciła na wartości.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 13:30 – Unia Europejska – protokół z posiedzenia EBC,
  • 14:30 – USA – zamówienia na dobra,
  • 14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Inteligentna wyszukiwarka wakacji z dofinansowaniem NCBR

Firma z Gdańska buduje inteligentny system wyszukiwania ofert turystycznych oparty na algorytmach rozumienia języka naturalnego. Grant na realizację projektu przyznało Narodowe Centrum Badań i Rozwoju.

Intuicyjność, prostota, oszczędność czasu, kompleksowość. Rozwiązanie Qtravel API bazujące na algorytmach rozumienia języka naturalnego, ze szczególnym uwzględnieniem języka polskiego, dostosowane do wielkoskalowego zastosowania w wyszukiwarce, będzie nowością na naszym rynku turystycznym. Prace nad nim ruszają 1 lipca br.

– Dla branży turystycznej, a zwłaszcza dla podmiotów operujących w językach innych niż angielski, takie narzędzia są praktycznie niedostępne – mówi Agnieszka Kukałowicz, prezes zarządu Q&Q Sp. z o.o.

Pionierską wyszukiwarkę wycieczek z wyszukiwaniem kontekstowym spółka Q&Q uruchomiła w swoim portalu turystycznym Qtravel.pl w już w 2010 roku. Cel: uwolnienie użytkowników od skomplikowanych formularzy na rzecz prostych mechanizmów wyszukiwania. Choć samo narzędzie, jak przyznają dziś jego twórcy, nie było doskonałe, proste algorytmy wyszukiwania tekstowego udało się w nim zastosować. Z jakim efektem?

– Był bardzo pozytywny feedback z rynku, głównie od naszych klientów, ale także partnerów biznesowych – przyznaje prezes Kukałowicz. – Temat budowy narzędzia, które faktycznie rozumiałoby język polski, przewijał się w naszych głowach bezustannie.

Boom na rozwiązania wykorzystujące technologie inżynierii języka naturalnego (NLP), takie jak np. konwersacyjne boty, sprawił, że zespół nie miał już wątpliwości: to właściwy kierunek. Pomysł ewoluował, aż zapadła decyzja o złożeniu wniosku o dofinansowanie w konkursie „Szybka Ścieżka” NCBR. Z sukcesem. W kwietniu br. strony podpisały umowę na realizację projektu.

Decyzją ekspertów na opracowanie nowatorskiego systemu wyszukiwania i prezentacji ofert turystycznych Q&Q otrzyma 3,2 mln zł z unijnego Programu Inteligentny Rozwój. Całkowita wartość projektu to 4,4 mln zł.

Prace badawczo-rozwojowe zajmą około dwóch lat. Następnie spółka chce wdrożyć wypracowane rozwiązania, a także zaoferować je licencjobiorcom.

– Turystyka to sektor bardzo istotny dla gospodarczego, społecznego i kulturowego rozwoju naszego kraju. Choć w związku z epidemią koronawirusa przeżywa obecnie trudności, to jednak jestem przekonany, że naturalna ciekawość świata i potrzeba odpoczynku, a także wsparcie dla firm działających w tym obszarze pozwolą całej branży szybko podźwignąć się z kryzysu. Z pewnością nowa turystyka będzie trochę inna i wymagać będzie większej troski o klienta. W ten trend doskonale wpisuje się lepsze dopasowanie dziesiątek tysięcy ofert do zapytań użytkowników, nad którym pracują nasi przedsiębiorcy i naukowcy – zauważa dr inż. Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

– Jak pokazują dane GUS, w 2018 roku ponad 60 proc. dorosłych mieszkańców Polski co najmniej raz wybrało się w podróż turystyczną, a w ciągu roku odbyliśmy w sumie 72 mln podróży. Mimo zachwiania spowodowanego światową pandemią ta ważna dla rozwoju naszej gospodarki branża ma przed sobą przyszłość, bo wszyscy czasem potrzebujemy oderwania się od naszych codziennych zajęć. Wsparcie z Funduszy Europejskich dla innowacji w turystyce, które powstają w naszym kraju, przekłada się na nasze zdrowie i nowe siły, a także powstawanie nowych miejsc pracy i wybór naszego kraju jako wymarzonego miejsca na wakacje, wypoczynek i miejsce spędzania wolnego czasu – mówi Anna Gembicka, wiceminister funduszy i polityki regionalnej.

Gdzie pojechać na nurkowanie latem?

W przypadku tradycyjnego wyszukiwania ofert od turystów wymaga się uzupełnienia wielu pól poprzez podanie konkretnych parametrów wyjazdu, takich jak: kierunek, klasa hotelu, forma wyżywienia, oczekiwane atrakcje turystyczne i wypoczynkowe, liczba uczestników czy wiek dzieci.

– Badania prowadzone w tym zakresie pokazują, że jest to metoda wymagająca od użytkownika dużego nakładu uwagi, pracy, cierpliwości. Często zbyt dużego, a to może prowadzić do zniechęcenia i rezygnacji z interakcji – podkreśla prezes Agnieszka Kukałowicz.

Efekt wielogodzinnych poszukiwań? Duża liczba mało dopasowanych ofert. W ten sposób można stracić potencjalnych klientów, zwłaszcza ludzi młodych, którzy rzadko mają tak bardzo sprecyzowane preferencje. Są za to otwarci na inspiracje i dodatkowe aktywności. Szukają przede wszystkim ciekawych, nowych pomysłów.

Specjaliści z branży mają świadomość, że zgodnie z nowymi trendami, turyści oczekują podniesienia komfortu korzystania z usług. Można to osiągnąć poprzez wysoki poziom intuicyjności stosowanych rozwiązań, nowe sposoby komunikacji (chatboty, inteligentne głośniki) oraz dostarczanie informacji o usługach i niestandardowych atrakcjach turystycznych, chociażby takich jak okresowa wystawa prac ulubionego artysty, koncert słynnej gwiazdy czy spotkanie fanów z mistrzem sportu. Przedkłada się to również na wzrost oczekiwań w stosunku do nowoczesnych systemów wyszukiwania.

Dlatego innowacyjna wyszukiwarka stawia na pytania otwarte, np. „Gdzie pojechać na wakacje w ciepłe kraje w lutym”, „Gdzie pojechać z żoną na nurkowanie w lato”, „Który hotel dla nowożeńców wybrać na Karaibach”. Za pomocą przygotowanych algorytmów analizy języka naturalnego silnik zamieni te bardzo ogólne, nieustrukturyzowane pytania, sformułowane w języku naturalnym, na postać numeryczną, ustrukturyzowaną – i zwróci użytkownikowi oferty spełniające te kryteria.

– Język naturalny to język naszej codzienności. Nie ma on określonej struktury, jak język formalny czy język programowania (np. Java, C++, PHP). To z punktu widzenia naszego tematu czyni go stosunkowo trudnym do interpretacji przez klasyczne algorytmy komputerowe – mówi prof. Maciej Piasecki z Wydziału Informatyki i Zarządzania Politechniki Wrocławskiej, odpowiedzialny w projekcie za prace badawcze w zakresie opracowania algorytmów analizy semantycznej tekstów dla branży turystycznej i języka polskiego. – Algorytmy rozumienia języka naturalnego są budowane w oparciu o metody uczenia maszynowego, a także przez przygotowane przez człowieka wzorce działania systemu (tzw. korpusy), dziedzinowe bazy reguł lingwistycznych oraz relacyjne słowniki semantyczne (np. słowosieć).

Obrazowo rzecz ujmując, algorytmy te mają za zadanie przekształcenie wyrażeń języka naturalnego (np. polskiego, angielskiego czy hiszpańskiego) na bardziej formalny język symboliczny, łatwiejszy do zrozumienia przez programy komputerowe. Kluczowym elementem przy budowaniu algorytmów języka naturalnego jest opracowanie ukierunkowanych rozwiązań na podstawie dużej ilości danych z określonej dziedziny.

– Dzięki temu możliwa jest zamiana nieustrukturyzowanych zapytań w języku naturalnym (np. „Gdzie pojechać z żoną na nurkowanie w lato”) na formę zrozumiałą dla wyszukiwarki turystycznej (liczba osób: 2, aktywność: nurkowanie, termin: 01.07-30.08). Następnie trzeba wykorzystać możliwość analizy treści opisowych z ofert do jak najlepszego dopasowania pytania do ofert. Nawet jeżeli nie pojawiają się dokładnie te słowa co w zapytaniu, a jedynie sformułowania o bardzo podobnym znaczeniu – tłumaczy prof. Piasecki.

Wyprawa rodzinna czy podróż biznesowa?

Po uzyskaniu ustrukturyzowanych zapytań można jeszcze dopytać użytkownika o brakujące parametry potrzebne do dokonania rezerwacji (np. liczba osób, zakres dat). Możliwe będzie także zaproponowanie różnych aktywności (nurkowanie, kitesurfing itp.) czy rodzaju podróży (np. podróż poślubna, podróż biznesowa, podróż rodzinna).

Maszynowe „zrozumienie” treści pytania i ofert umożliwi ponadto wprowadzenie elementów interakcyjności w komunikacji i dojście do wyboru „szytych na miarę” ofert zaledwie w kilku krokach.

– Takie podejście pozwala użytkownikowi odkryć dosłownie w minutę dopasowane do jego indywidualnych potrzeb ofert ­– zapewnia specjalista w zakresie inżynierii języka naturalnego.

Trzeba jeszcze sobie poradzić ze złożonością i kolosalnym rozmiarem danych turystycznych. Skala wyzwania technologicznego jest w tym przypadku ogromna, bo jak tłumaczą eksperci, aby zapewnić automatyczne wyszukiwanie pakietów turystycznych tylko od jednego większego operatora, opracowywanie narzędzie musi indeksować 1,5 mln plików zawierających zmienne ceny w zależności od liczby osób, liczby dzieci, a nawet ich wieku. Q&Q stawia w tym aspekcie na swoich specjalistów IT z doświadczeniem w zakresie przetwarzania danych turystycznych, rozwiązań Big Data i systemów wyszukiwania.

– Każdy zadaje sobie pytanie, jak łatwo, szybko i płynnie dokonać takiej technologicznej rewolucji. A co najważniejsze, jak dokonać tego bez strat dla prowadzonego biznesu. I są to pytania uzasadnione. Prawda jest taka, że budowa wyszukiwarki semantycznej ofert dla turystyki przy jej obecnych ograniczeniach jest większym wyzwaniem niż dla innych, bardziej jednorodnych branż. Mamy przekonanie, że przygotowanie narzędzi Qtravel API jest odpowiedzią na to zapotrzebowanie – mówi prezes Agnieszka Kukałowicz.

Jak zaznacza, dzięki dofinansowaniu z programu „Szybka Ścieżka” NCBR, firma Q&Q będzie mogła, pozyskując kadrę badawczo-rozwojową, zrealizować etap badań przemysłowych dotyczący algorytmów NLP dla języka polskiego. Do tej pory było to dla zespołu największe wyzwanie pod względem finansowym i organizacyjnym.

– Dysponowanie innowacyjną i unikalną technologią dedykowaną na rynek turystyczny przyczyni się do wzrostu konkurencyjności firmy i będzie stanowić o jej przewadze nad innymi graczami na rynku turystycznym – jest przekonana Kukałowicz. – Odzyskamy dla branży klienta, który do tej pory wolał sam składać swoje puzzle turystyczne. Damy mu powód, aby zaufał doradcom.

Turystyka w świecie po COVID-19

Projekt rusza w momencie, gdy epidemia COVID-19 paraliżuje branżę turystyczną.

Profesor Magdalena Kachniewska (Szkoła Główna Handlowa w Warszawie), która będzie wspierać prace zespołu projektowego w zakresie nowych technologii w turystyce, zwraca uwagę, że każdą sytuację kryzysową można postrzegać albo pesymistycznie jako stratę, albo optymistycznie jako szansę na coś nowego i rozwojowego.

– W naszym projekcie obowiązuje ta druga optyka. Oczywiście, aktualna sytuacja związana z ogólnym spowolnieniem dynamiki rozwoju, zanikiem ruchu turystycznego, ograniczeniem swobody podróżowania, utrzymującym się poczuciem zagrożenia, które w oczywisty sposób wpływa na niską skłonność do podejmowania podróży, wydaje się skrajnie niekorzystna. My jednak uważamy, że kryzys to idealny czas na opracowanie nowych rozwiązań – mówi prof. Kachniewska. – Proszę zwrócić uwagę, że to nie pierwszy kryzys w branży travel. Potrzeba podróżowania, wypoczynku, regeneracji ma jednak w sobie jakąś naturalną siłę przetrwania.

Nie ulega wątpliwości, że istotnej zmianie ulegnie formuła i czas wyjazdów wypoczynkowych.

– Nasze wstępne badania wskazują, że w najbliższym sezonie respondenci planują podejmować kilkukrotne, ale za to krótsze wyjazdy wakacyjne. Z pewnością będą wyjeżdżać na mniejsze odległości, poszukiwane będą tańsze opcje wyjazdów wakacyjnych, a znacząca część popytu na wyjazdy zagraniczne przesunie się w kierunku turystyki krajowej. Wygląda zatem na to, że operujący na rynku travel gracze potrzebować będą nowych, optymalnych dla istniejących potrzeb narzędzi, które pomogą budować biznes w nowej odsłonie. Potrzebna będzie łatwiejsza, szybsza, lepsza orientacja, szybka identyfikacja atrakcyjnych ofert, optymalizacja wyboru, filtrowanie dostępnych propozycji według różnorodnych – niegdyś całkiem nieistotnych – kryteriów – wskazuje prof. Magdalena Kachniewska.

Z analiz badaczy wynika, że niestandardowe kryteria doboru kierunku wyjazdu i rodzaju imprezy turystycznej nie znajdują na razie odpowiedniego wsparcia w postaci narzędzi cyfrowych. Qtravel API ma to zmienić. Pierwsze wyniki projektu będą wdrażane za 2,5 roku.

– Z całą pewnością rynek turystyczny będzie wówczas w zupełnie innym punkcie niż dzisiaj. Firmy, które się utrzymają, będą szukały nowych, niskokosztowych rozwiązań zwiększających ich atrakcyjność i skuteczność. Narzędzie i usługi, które będą wynikiem naszego projektu, stanowią odpowiedź na te potrzeby – mówi Agnieszka Kukałowicz.

Zespół projektowy przewiduje, że opracowane mechanizmy budowy algorytmów przetwarzania języka naturalnego można będzie stosunkowo łatwo przenieść na inną dziedzinę, np. platformę medyczną, motoryzacyjną czy wydawniczą. Jesteśmy przekonani, że tak jak np. w przypadku czeków podróżniczych, a potem kart płatniczych, nasze rozwiązanie – opracowane pierwotnie dla turystyki – podbije inne branże, a z czasem i rynki. Jesteśmy tu perspektywicznymi optymistami dodaje prezes Q&Q.

Czym jest system TMS? Czy postępująca cyfryzacja transportu będzie dotyczyć mojego przedsiębiorstwa?

Według danych z raportu McKinsey & Company branża TSL jest sektorem gospodarki z największym potencjałem do cyfryzacji. Nowoczesne technologie stają się nieodłącznym elementem w transporcie, coraz więcej przedsiębiorstw decyduje się usprawnić organizację pracy i oszczędzić jak najwięcej czasu oraz zasobów – konkurencja nie śpi, a kluczem do sukcesu jest najczęściej odpowiednie zbalansowanie planu danego frachtu z zachowaniem odpowiedniej rentowności. By zachować kontrolę oraz konkurencyjność na rynku, firmy transportowe spoglądają w stronę kompleksowych rozwiązań, takich jak Transportation Management System, w skrócie TMS. Marta Staniszewska, ekspert GBOX z Grupy INELO przybliża podstawowe założenia oraz funkcjonalności systemów TMS w pierwszym z serii tekstów poradnikowych dla firm z branży transportowej chcących zainwestować w tego rodzaju rozwiązanie.

Co to jest TMS?

System TMS to transportation management system, czyli system zarządzania transportem. Takie oprogramowanie powstało, by umożliwić pełną automatyzację procesu planowania dostaw towarów przede wszystkim poprzez oszczędność czasu i ułatwienie pracy. Praca spedytora opiera się na trzech, podstawowych zadaniach. Po pierwsze, należy znaleźć zlecenie, po drugie, musimy zając się opracowaniem kosztorysu, negocjacją warunków kontraktu co będzie skutkowało wystawieniem faktury. Trzeci, ostatni element to płatność i rozliczenie się za wykonany przejazd. – Koordynacja tych wszystkich elementów bardzo często wiąże się z pracą kilku osób, co przekłada się na kilkadziesiąt wymienionych maili, pracę w komputerowym skoroszycie, programie księgowym, musimy wytyczyć trasę na mapie, obliczyć niezbędne koszty, takie jak pensja kierowcy, paliwo i mnóstwo innych elementów składających się na finalne wyruszenie ciężarówki z bazy. System TMS pozwala nam zebrać te wszystkie informacje w jednym miejscu, gdzie możemy pracować ze zleceniami, fakturami i płatnościami – mówi Marta Staniszewska, ekspert GBOX oraz Easy TMS, Grupa INELO.

Dla kogo jest system TMS?

Dostępność nowych technologii i postępująca cyfryzacja sektora transportowego sprawiają, że implementacja systemu TMS pozwalającego na automatyzację procesów jest już możliwa w praktycznie każdej firmie transportowej. Na wybór systemu TMS decydują się więc zarówno przedsiębiorstwa działające na rynku ponad 30 lat oraz firmy dopiero stawiające pierwsze kroki w transporcie i logistyce. – Nowe technologie coraz częściej goszczą w naszym życiu zawodowym, coraz więcej przedsiębiorstw z wielu branż decyduje się sięgać po nowoczesne rozwiązania ułatwiające pracę. Nie inaczej jest w transporcie. System TMS to bardzo często podstawa działalności wielu firm transportowych. Możliwość kontroli wszystkich aktywności w firmie związanych ze zleceniami, czy obecnie realizowanymi przejazdami oraz przyspieszenie wielu czynności, takich jak wystawianie faktur nie tylko ułatwia pracę ale może przynieść spore oszczędności – dodaje Marta Staniszewska.

Czy wdrożenie systemu TMS sprawi, że moja firma będzie więcej zarabiać?

– Wdrożenie nowych technologii, takich jak TMS w firmie transportowej, z pewnością pozwala na lepsze rozeznanie sytuacji rynkowej oraz dokładne przebadanie rentowności naszego przedsiębiorstwa. Mając dokładne dane na temat zleceń, łatwiej orientując się w sprawach związanych z księgowością oraz obsługą płatności będziemy w stanie lepiej organizować pracę, co może przełożyć się na lepszą wydajność oraz zysk. – Musimy jednak pamiętać, że TMS nie jest uniwersalnym lekarstwem na ewentualne problemy trapiące naszą firmę. System TMS pozwala przetwarzać dane, które do niego wprowadzimy. W momencie, kiedy np. chcemy mieć kontrolę nad flotą naszych pojazdów, wyciągać wnioski na temat bieżącego spalania naszych kierowców, czy na bieżąco doglądać obrane trasy z naszym ładunkiem musimy posiadać odpowiednie urządzenia telematyczne, które zbiorą dla nas te informacje – komentuje Marta Staniszewska. Dobrym pomysłem będzie też zaimplementowanie dostępnych w internecie giełd zleceń do naszego TMS. W połączeniu z telematyką będziemy mogli wydajnie planować kolejne frachty nie czekając na meldunki kierowców oraz nie będziemy tracić czasu na research nowych zleceń.

Jak wybrać odpowiednie oprogramowanie dla naszej firmy?

W procesie wyboru odpowiedniego systemu TMS jest odpowiednie zbadanie potrzeb naszej firmy oraz sumienne przygotowanie się do wdrożenia przedsiębiorstwa pod możliwości oprogramowania. Konfiguracja TMS zależy od bardzo wielu czynników, przede wszystkim firmy zajmujące się wyłącznie spedycją nie będą potrzebować tylu funkcjonalności co przewoźnicy posiadający własną flotę. – Badanie potrzeb naszego przedsiębiorstwa jest bardzo potrzebne w momencie kiedy chcemy zająć się cyfryzacją naszej firmy. Nie możemy spodziewać się, że zainstalowany TMS będzie od razu w pełni funkcjonalny i dopasowany. Proces wdrożenia, w przypadku dużych firm, może trwać nawet kilka miesięcy – automatyzacja, która jest największą zaletą TMS wymaga zebrania wielu informacji, odpowiedniego opracowania oraz przede wszystkim umiejętnego wprowadzenia danych do naszego systemu. Jeśli nie czujemy się wystarczająco kompetentni, aby taki proces przeprowadzić we własnym zakresem, to dobrym pomysłem może być skorzystanie z odpowiedniego szkolenia organizowanego przez firmy oferujące rozwiązania TMS. Warto przeprowadzić odpowiedni rekonesans, niektóre wdrożenia są oferowane za darmo w momencie wyboru systemu TMS danej firmy – podpowiada Marta Staniszewska.

Znalezienie ekipy budowlanej coraz trudniejsze. Polacy poświęcają średnio 3 miesiące no poszukiwania wykonawców budowy wymarzonego domu

Polacy poświęcają zwykle 3 miesiące na znalezienie odpowiedniej ekipy budowlanej, a następnie czekają kolejne tygodnie na wolny termin u wybranych wykonawców wynika z najnowszego badania Oferteo.pl. Najczęściej przy wyborze kierują się opiniami znajomych oraz poprzednich klientów danej firmy.

Długie miesiące poszukiwania wykonawców

Ile czasu zajął Państwu wybór ekipy, która miała rozpocząć budowęW ubiegłym roku wybór odpowiedniej ekipy budowlanej zajmował inwestorom zwykle 2-3 miesiące. Jedna trzecia badanych przez Oferteo.pl, największego polskiego serwisu łączącego poszukujących towarów i usług z ich dostawcami, zdołała zamknąć proces w ciągu miesiąca, a kolejne 29% musiały poświęcić na poszukiwania nawet więcej niż 3 miesiące.

Po wybraniu odpowiedniego zespołu trzeba jeszcze poczekać na wolny termin w kalendarzu specjalistów. Co trzeci badany czekał w kolejce do wykonawców od 1 do 3 miesięcy, a u 30% czas oczekiwania wynosił ponad 3 miesiące. 37% budujących dom wybrało ekipę, która była w stanie rozpocząć pracę w ciągu miesiąca.

Opinie poprzednich klientów najważniejsze

Czym kierowali się Państwo przy wyborze ekipy budowlanejPrzy podejmowaniu decyzji o tym, komu powierzą budowę domu, Polacy najczęściej kierowali się referencjami innych klientów (44% respondentów) oraz poleceniami znajomych (37%). Pod uwagę często brali także swoje odczucia po bezpośrednim kontakcie z wykonawcami. Jak się okazuje, nie bez znaczenia są także dostępność w konkretnym terminie (wskazana przez 31% uczestników badania) oraz zaproponowana przez firmę cena usługi (30%).

Przeczytanie opinii poprzednich klientów oraz zapoznanie się ze zrealizowanymi dotychczas projektami to najbardziej wiarygodne sposoby przekonania się, czy mamy do czynienia z dobrymi specjalistami. Warto poświęcić czas na rozważenie i porównanie wszystkich dostępnych na rynku opcji, aby znaleźć zaufaną i sprawdzoną ekipę budowlaną, która sprosta naszym oczekiwaniom. Oczywiście do najwyższej klasy specjalistów ustawiają się najdłuższe kolejki, trzeba więc uzbroić się w cierpliwość, a najlepiej rozpocząć poszukiwania odpowiednio wcześnie – radzi Karol Grygiel z zarządu Oferteo.pl.

Znalezienie ekipy coraz trudniejsze

Jak długo musieli Państwo czekać aż wybrana ekipa mogła rozpocząć pracę

 

Pytani o to, co sprawiło im najwięcej trudności podczas całego procesu inwestycyjnego, aż 40% ankietowanych odpowiedziało, że było to znalezienie odpowiedniej ekipy budowlanej. Rok wcześniej taką odpowiedź wskazało 35% badanych. Wygląda więc na to, że szukanie specjalistów budowlanych z roku na rok staje się coraz bardziej wymagające. Z najnowszej edycji badania Oferteo.pl wynika, że w ubiegłym roku więcej trudności generowało jedynie załatwienie formalności urzędowych.

Koszty robocizny najczęściej przerastają założony budżet

Co sprawiło Państwu najwięcej trudności podczas całego procesu inwestycyjnegoWyniki badania Oferteo.pl pokazują, że Polacy mają trudność, by właściwie oszacować koszty budowy domu. W zdecydowanej większości (68%) inwestorzy błędnie przewidują koszty inwestycji, a rzeczywiste wydatki okazują się znacznie wyższe niż zakładano. Najczęściej Polaków zaskakują ceny robocizny, które wskazało aż 46% badanych. 41% zapłaciło więcej za materiały.

Metodologia badania

Przedstawione w „Raporcie o budowie domów w Polsce” dane pochodzą z badania ankietowego przeprowadzonego w 2020 roku metodą CAWI na próbie 660 osób, które w 2019 roku budowały dom.

Technologia dla biur – doraźnie i długofalowo

Co kilka, kilkanaście lat mamy do czynienia z globalnym wydarzeniem, które swoją skalą wpływa na społeczeństwo powodując znaczące zmiany w naszym nastawieniu i kształtując najmłodsze pokolenia. W ciągu ostatnich dekad były to zarówno pozytywne, jak i negatywne wydarzenia: lądowanie na księżycu (1969), upadek muru berlińskiego (1991), zamachy na World Trade Center (2001) czy globalny kryzys gospodarczy (2008). Obecnie przechodzimy przez pandemię COVID-19 – kolejne wydarzenie, które zapisze się na kartach historii w kategorii dużego markera społecznego.

Marker społeczny wprowadza wiele niepewności, jednocześnie zmieniając naszą rzeczywistość na tyle, że kształtowane przez lata nawyki ludzkie potrafią się w ciągu kilku miesięcy obrócić o 180 stopni. Jednym z największym sprzymierzeńców i akceleratorów zmian jest technologia – to dzięki niej mogliśmy zamknąć się w domach, ale nadal pracować, dzięki niej też mogliśmy przestać chodzić do sklepów, ale nadal kupować.

Technologia jest już na takim etapie rozwoju, że nie sposób od niej uciec. Według raportów CISCO do 2025 roku przewiduje się, że wyprodukujemy 175 zetabajtów danych. Dla porównania pierwszy zetabajt osiągnęliśmy w 2016 roku, a w 2018 było ich już 18. W dodatku 90% tych danych zostanie wyprodukowane przez internet rzeczy, a więc de facto przez maszyny.

Osoby, które wcześniej nie korzystały i nawet nie próbowały się przekonać do rozwiązań takich, jak praca zdalna czy e-commerce w wyniku pandemii i związanych z nią ograniczeń zostały rzucone na głęboką wodę. Podobnie dzieje się z organizacjami – firmy, które do tej pory nie praktykowały rotacyjnych biurek czy parkingów zaczynają poszukiwać rozwiązań wprowadzających elastyczność oraz wspierających bezpieczeństwo pracowników.

Doraźnie

Planując powroty do biur, myślimy przede wszystkim o bezpieczeństwie, które opieramy dziś głównie o dystans społeczny i częstą dezynfekcję. Jednym z najlepszych doraźnych rozwiązań technologicznych jest wprowadzenie systemu zarządzania powierzchnią biurową tak, aby dostarczać pracownikom informacje w czasie rzeczywistym oraz umożliwić interakcje z przestrzenią. Takie rozwiązanie wdrażamy właśnie w warszawskim biurze Colliers. Jest to system Office App, który integruje wiele funkcjonalności biurowych, zapewniających użytkownikom i zarządcom budynku bezpieczeństwo i wygodę pracy.

Na interaktywnej mapie biura dostępnej w aplikacji możemy pokazywać pracownikom dostępność miejsc pracy – na podstawie tego, które biurka administracja oznaczy w systemie jako dostępne oraz na podstawie rezerwacji innych osób. Dzięki temu możemy blokować biurka tak, aby zagwarantować odległość 2 m pomiędzy pracownikami. Biurka, sale konferencyjne oraz miejsca parkingowe można też rezerwować z wyprzedzeniem, dzięki czemu zbieramy informacje od pracowników o ich zamiarach i gwarantujemy im możliwość skorzystania z tych przestrzeni w czasie, gdy ich dostępność musi zostać ograniczona.

Innym przykładem doraźnego rozwiązania jest elektroniczna rejestracja gości. W ramach aplikacji Office App pracownicy rejestrują wszystkich zaproszonych do biura ludzi. Mogą również rezerwować salę na spotkanie, weryfikując, jaka maksymalna liczba osób jest dopuszczalna w wybranym pokoju. Gość może otrzymać spersonalizowane zaproszenie z informacjami o protokole bezpieczeństwa w naszym biurze. Jednocześnie recepcja ma dostęp do listy gości i potwierdza ich przybycie – osoba zapraszająca otrzymuje wówczas automatyczne powiadomienie na telefonie. Jest to proste rozwiązanie, które poprzez centralne miejsce przekazywania i zbierania informacji zdecydowanie upraszcza proces zarządzania wizytami w biurze.

Zakres systemu Office App jest indywidualnie ustalany z najemcą na podstawie jego potrzeb i możliwości technologicznych nieruchomości. Jest także w pełni dostosowywany do strategii klienta.

Długofalowo

W badaniu Colliers aż 49% pracowników wskazało, że chce pracować z domu 1-2 dni w tygodniu. Są również grupy, które chciałyby pracować zdalnie zdecydowanie więcej. Co ciekawe, wyniki tych badań nie różnią się znacząco od tego, czego oczekiwali pracownicy przed COVID-19. To, co się zmieniło diametralnie, to podejście organizacji do wykorzystania modelu pracy elastycznej, w tym z domu. Aż 74% z badanych przez Colliers najemców potwierdziło, że widzi długofalową zmianę w sposobie, w jakim będą korzystać z biur.

Znaczący wzrost elastyczności wymaga wprowadzenia nowych zasad korzystania z przestrzeni, ale niesie ze sobą również pewne wyzwania. Najemcy muszą odpowiedzieć sobie na pytania, ile powierzchni biurowej będą potrzebować, jak zarządzić zmieniającymi się potrzebami oraz komunikacją? Wdrażając jakiekolwiek doraźne rozwiązania, warto zatem myśleć o perspektywie długofalowej, tak aby zapewnić sobie możliwość uzupełnienia systemu kolejnymi inteligentnymi technologiami, np. sensorami zajętości, które zbiorą realne dane wykorzystania biura w nowej rzeczywistości. W świecie technologicznych rozwiązań bardzo istotna jest bowiem możliwość integracji oraz samej elastyczności oprogramowania, tak by stopniowo móc budować w pełni inteligentne zarządzanie biurem.

Cyfryzacja środowiska pracy nie tylko podnosi poziom elastyczności przestrzeni, lecz także pomaga zaoszczędzić na kosztach eksploatacyjnych biura, co w czasie kryzysu jest szczególnie ważne.

Komentarz Renaty Hartle, manager ds. flex office i rozwiązań technologicznych w Colliers International

Badanie EY: COVID-19 utrudnia prowadzenie przedsiębiorstwa w sposób etyczny

Według Światowego Badania Uczciwości w Biznesie 2020 przeprowadzonego przez EY, 90% ankietowanych uważa, że COVID-19 utrudnia prowadzenie przedsiębiorstwa w sposób etyczny. Z drugiej strony 43% członków zarządu uważa, że pandemia może doprowadzić do poprawy sytuacji związanej z uczciwością w biznesie. Zdaniem 79% badanych w Polsce, dochowanie standardów uczciwości może być wyzwaniem w czasach dynamicznych zmian i trudnej sytuacji rynkowej. Średnia dla krajów rozwiniętych wyniosła 54%. Polscy respondenci pojęcie uczciwości odnoszą raczej do zgodności z prawem i obowiązującymi zasadami (62% odpowiedzi i pierwsze miejsce na świecie) niż postępowania we właściwy sposób, nawet jeśli nikt nie patrzy (27% wskazań i trzecie miejsce od końca na świecie).

57% respondentów w Polsce do najważniejszych korzyści z uczciwego działania zalicza możliwość przyciągania nowych klientów, jest to zdecydowanie więcej niż średnia światowa wynosząca 41%. Natomiast tylko 16% polskich ankietowanych postępuje uczciwie, ponieważ obawia się działań regulatorów i organów ścigania – to dwukrotnie mniej niż na świecie, gdzie na ten powód postępowania wskazało 31% badanych.

Zdaniem 79%, badanych przez EY w Polsce, dochowanie standardów uczciwości może być wyzwaniem w czasach dynamicznych zmian i trudnej sytuacji rynkowej. Na świecie pogląd ten podziela średnio 59% respondentów, a w krajach rozwiniętych – 54%. Kryzys gospodarczy wywołany epidemią COVID-19 zdaniem 90% ankietowanych jeszcze bardziej utrudnił prowadzenie firmy w uczciwy sposób. Z drugiej strony 43% członków zarządu uważa, że pandemia może poprawić sytuację związaną z uczciwością w prowadzeniu firmy. Ten pogląd podziela tylko 21% młodszych stażem pracowników.

Większość ankietowanych przez EY potwierdziło, że kryzys spowodowany COVID-19 negatywnie wpływa na uczciwość w firmach. W Polsce zdecydowanie więcej respondentów niż w innych krajach uważa, że w sytuacji wyzwań rynkowych uczciwe postępowanie jest utrudnione. Jak pokazały doświadczenia kryzysu lat 2007-2008, w niepewnych czasach rośnie presja na działania nieetyczne. Więcej osób skłonnych jest działać niezgodnie z zasadami, a czasem i z przepisami prawa, aby ratować swoje firmy oraz miejsca pracy – mówi Mariusz Witalis, Partner w Zespole Zarządzania Ryzykiem Nadużyć EY. Tym bardziej istotne jest, aby oprzeć się pokusie oszczędzania na funkcji compliance, gdyż oprócz ryzyka prawnego, rośnie także ryzyko reputacyjne, m.in. za sprawą mediów społecznościowych, dzięki którym przepływ wszelkich informacji jest szybszy – dodaje.

Badanie przeprowadzone przez EY pokazało, że globalnie kadra kierownicza jest skłonna do działań nieetycznych czterokrotnie częściej niż szeregowi pracownicy, odpowiednio 12% i 3% wskazań. Co ciekawe, 58% członków zarządu jest przekonanych, że ich działania są zgodne z prawem i obowiązującymi zasadami. Natomiast 57% pracowników młodszych stażem ma co do tego wątpliwości. Jednocześnie znaczna część respondentów uważa, że to właśnie kierownictwo odgrywa kluczową rolę w budowaniu postaw etycznych. W Polsce tylko 7% ankietowanych uważa, że to dział compliance (zarządzający ryzykiem braku zgodności) jest odpowiedzialny w firmie za zapewnienie uczciwego postępowania pracowników – na świecie 18% badanych wyraziło taki pogląd.

W przypadku postaw indywidualnych blisko co czwarty (23%) badany w Polsce (30% na świecie) byłby gotowy postąpić nieetycznie, jeśli miałoby to pozytywny wpływ na jego wynagrodzenie lub rozwój kariery. Co siódmy (13%) uczestnik badania ogółem i aż co piąty (20%) członek zarządu byłby skłonny ignorować nieetyczne postępowanie kontrahenta, jeśli miałoby to pozytywny wpływ na jego wynagrodzenie lub rozwój kariery.

Badanie EY porusza też kwestię sygnalistów w firmach. Już od grudnia przyszłego roku wchodzi w życie Dyrektywa UE w zakresie ochrony sygnalistów, która kompleksowo reguluje tę kwestię.

Badanie pokazało, że 23% pracowników w naszym kraju choć raz zgłaszało jakąś nieprawidłowość, globalnie 37% ankietowanych przyznało się do takich działań. Z kolei 31% respondentów w Polsce, w porównaniu do 40% na świecie, było świadkiem zachowań, które mogłyby być uznane ze nieetyczne. Co istotne ankietowani podkreślają, że pracownicy mogą obecnie łatwiej niż w przeszłości zgłaszać nieprawidłowości (40% w Polsce i 39% globalnie).

Sygnaliści to najlepsze i najważniejsze źródło informacji o nadużyciach i wątpliwych zachowaniach w firmie. Ważne, żeby czuli się bezpieczni w organizacji. Przeprowadzone przez nas badanie pokazało, że 78% respondentów w Polsce uważa, że w ich organizacji sygnaliści nie muszą obawiać się negatywnych konsekwencji. Niestety 17% polskich ankietowanych wskazuje, że wzrosły obawy pracowników przed korzystaniem z dostępnych kanałów zgłaszania nieprawidłowości. Co gorsza, ponad połowa badanych zgłaszających nieetyczne zachowania czuła presję, aby tego nie robić – tłumaczy Mariusz Witalis.

Światowe Badanie Uczciwości w Biznesie przeprowadzone przez EY w 2020 r. objęło również kwestię cyberbezpieczeństwa i ochrony danych osobowych. Zagrożenie atakiem hakerskim jest najczęściej wskazywanym zagrożeniem dla długoterminowego sukcesu firmy, w Polsce na równi z ryzykiem nadużyć (odpowiednio 32% i 31% odpowiedzi). Jest uważane za groźniejsze niż ryzyko związane z korupcją czy sytuacją makroekonomiczną. Na cyberataki najbardziej narażone są dane klientów i pracowników oraz dane finansowe. W Polsce odsetek tych wskazań (51%) przewyższa średnią światową (34%).

Badanie EY pokazało, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy, 13% polskich organizacji było celem cyberataku – na świecie ten odsetek jest większy i wynosi 21%. Również 13% polskich firm odnotowało poważny wyciek danych (19% globalnie). 37% polskich organizacji (38% na świecie) ma opracowany plan postępowania w przypadku wystąpienia cyberataku. 14% respondentów z Polski (13% na świecie) uważa, że ich firma powinna być lepiej przygotowana na atak hakerski. 25% firm w Polsce ma już wdrożone procedury odpowiedzi na wniosek o dostęp do danych osobowych, globalnie 29% przedsiębiorstw posiada takie procedury. Według badania EY 19% respondentów z Polski (14% globalnie) uważa, że ich organizacja mogłaby lepiej chronić dane klientów.

Światowe Badanie Uczciwości w Biznesie 2020 zostało zrealizowane w okresie od stycznia do lutego 2020 roku przez agencję badań rynku Ipsos Mori. Ankieterzy przeprowadzili 2948 wywiadów w lokalnych językach z członkami zarządów, przedstawicielami kadry kierowniczej wyższego szczebla, managerami i pracownikami wybranych największych spółek z 33 krajów i terytoriów z całego świata. W badaniu wzięło udział 100 firm z Polski. Kolejne 600 wywiadów przeprowadzono w Chinach, Niemczech, Indiach, Włoszech, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych w kwietniu 2020 roku po wybuchu pandemii COVID-19, z zastosowaniem tego samego profilu ankietowanych.

Co czwarta firma chce w ciągu roku wrócić do stanu zatrudnienia sprzed pandemii

Co czwarty polski pracodawca zamierza w ciągu najbliższych 12 miesięcy odbudować liczbę pracowników i wrócić do stanu zatrudnienia sprzed pandemii – potwierdziły firmy w badaniu przeprowadzonym przez ManpowerGroup. Jednocześnie 3% szacuje, że zajmie im to dłużej niż rok, a 17% nie wie, kiedy uda im się osiągnąć ten cel. Na tle prognoz firm z 26 rynków regionu EMEA to polscy pracodawcy są najbardziej pesymistyczni.

Obecna sytuacja na rynku związana z rozwojem koronawirusa jest dynamiczna, a ponad połowa polskich pracodawców szacuje, że nigdy nie wróci do liczby pracowników zatrudnionych przed pojawieniem się Covid-19.

– Fakt, że 55% firm nie planuje powrotu do stanu zatrudnienia sprzed Covidu może wynikać z wielu czynników. Przedsiębiorstwa nie wiedzą, czy w przyszłości uda im się osiągnąć podobny poziom produkcji lub skalę prowadzonego biznesu. Może być to również związane z szukaniem innych rozwiązań jak wprowadzenie automatyzacji czy dywersyfikacji portfela usług, na którym działają – mówi Tomasz Walenczak, dyrektor Manpower. – Firmy szukają również sposobów, które pozwolą im na wygenerowanie oszczędności bez konieczności redukowania zespołów. Wiedzą, że kiedy zapotrzebowanie na ich produkty lub usługi wróci do wcześniejszego poziomu będą musiały szybko odpowiedzieć na potrzeby klientów. Tak samo elastycznie, jak reagowały na pierwsze wyzwania, które pojawiły się w momencie wystąpienia pandemii w Polsce, także na poziomie zarządzania zespołami i procesami. Pewien odsetek organizacji, które nie przewidują powrotu do wcześniejszego stanu zatrudnienia może planować przeniesienie części zasobów kadrowych lub procesów do zewnętrznych dostawców, aby móc w większym stopniu korzystać z elastycznych form zatrudnienia, które szczególnie w świetle ostatnich miesięcy zyskały. Podobnie zmienia się podejście pracodawców w zakresie strategii zarządzania talentami, w tym reskillingu i upskillingu pracowników, by budować wewnątrz organizacji zespoły o potrzebnych w danym momencie kompetencjach. Z pandemią lepiej poradziły sobie te firmy, które potrafiły dynamicznie odpowiedzieć na zmiany i przystosować się do nowej rzeczywistości. Z pewnością na tak wysoki odsetek negatywnych wskazań miał też wpływ czas przeprowadzenia badania, czyli połowa kwietnia, który był okresem funkcjonowania wielu ograniczeń w prowadzeniu działalności – uzupełnia ekspert Manpower.

Co czwarta firma chce w ciągu roku wrócić do stanu zatrudnienia sprzed pandemiiWedług Tomasza Walenczaka, rynek pracy w najbliższym roku będzie cechował się dużą dynamiką. Dla osób planujących zmianę zawodową będzie to trudny moment, ponieważ ofert pracy jest mniej. – Wzrosły oczekiwania pracodawców, którzy mają świadomość, że z powodu obecnej sytuacji jest więcej dostępnych kandydatów dlatego mogą sobie pozwolić na pogłębioną selekcję oraz dłuższy czas poszukiwania idealnego pracownika. Z drugiej strony pracownicy zachowują się w sposób bardziej wyważony i są mniej otwarci na zmianę zawodową, co jednak powoli ulega zmianie. Im bardziej Polacy stają się otwarci i częściej przemieszczają się także w ramach wypoczynku, tym częściej myślą o zmianie kariery, ale nadal to nie jest jeszcze ta otwartość, którą obserwowaliśmy pół roku temu. Najbliższy rok będzie czasem umacniania się takich dziedzin jak marketing internetowy, e-commerce, usługi kurierskie i wsparcie dla tych obszarów. Kandydaci o kompetencjach technicznych, inżynieryjnych, związanych z automatyzacją procesów mogą liczyć na atrakcyjne możliwości znalezienia nowej pracy. Wiele firm będzie poszukiwać takich specjalistów, ponieważ organizacje próbują pójść w kierunku zautomatyzowania prac, by w przypadku kolejnego kryzysu wywołanego pandemią być bardziej niezależnym – uzupełnia ekspert.

Polacy najmniej optymistyczni wśród rynków europejskich

O plany powrotu do stanu zatrudnienia sprzed pandemii zapytano pracodawców z 26 rynków regionu EMEA (Europa, Bliski Wschód i Afryka). Najbardziej optymistyczni są przedsiębiorcy z Izraela, gdzie aż 86% szacuje, że w ciągu roku uda im się powrócić do liczby pracowników sprzed rozwoju koronawirusa. Pozytywne plany mają także pracodawcy w Belgii (72%), Grecji (79%), Rumunii (63%), Finlandii (64%) i Chorwacji (64%). Najwięcej firm, które szacują, że już nigdy nie odbudują swoich zespołów jest w Polsce (55%), Turcji (37%) oraz na Węgrzech (30%). Z kolei największa niepewność panuje wśród przedstawicieli Norwegii (58%), Hiszpanii (52%), Słowacji (29%), Holandii (27%), Niemiec (25%) oraz Szwecji (25%).

– Podczas gdy na jednych rynkach sytuacja się polepsza, na innych rozwój koronawirusa przyspiesza. To wszystko sprawia, że trudno uznać obecną sytuację za opanowaną. Odnosząc się do kondycji polskiego rynku, należy wspomnieć o dodatkowym czynniku, czyli fakcie, że nasza gospodarka w dużej mierze uzależniona jest od rynków zewnętrznych. Znaczna liczba inwestycji w Polsce powstała, by produkować nie na lokalny rynek, a na rynki zewnętrzne. Flagowym przykładem jest branża motoryzacyjna i wyzwania związane ze spadkiem popytu na auta, z jakimi obecnie mierzy się ten sektor. Nie chodzi jedynie o producentów samochodów dostępnych w naszym kraju, ale też poddostawców, producentów komponentów dla branży motoryzacyjnej. Jeśli przedstawiciele tego sektora mają trudności w realizacji swojego biznesu, to automatycznie wszyscy poddostawcy również – tłumaczy Tomasz Walenczak.

– Firmy szukają rozwiązań, wyciągają wnioski, aby skutecznie zaplanować powrót do nowej rzeczywistości. Organizacje zmieniają swoje strategie, aby być jak najlepiej przygotowanym na inne ryzyka rynkowe, które mogą nastąpić po koronawirusie lub w ogóle funkcjonować w pandemii, ponieważ nikt nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie, czy wirus nie wróci jesienią, a jeśli tak, to w jakim nasileniu i jakie wywrze piętno na polski rynek – podsumowuje ekspert.

* Badanie zostało zrealizowane w dniach 17-30 kwietnia 2020 roku wśród pracodawców z 43 krajów i terytoriów. W Polsce w badaniu wzięło udział 432 firmy.

PZF: faktoring poczuł siłę pandemii

– Ekonomiczne skutki pandemii koronawirusa nie ominęły branży faktoringowej mówi Jarosław Jaworski, przewodniczący komitetu wykonawczego Polskiego Związku Faktorów. – Nasi członkowie znaleźli się w sytuacji bez precedensu. W kwietniu i maju zanotowali spadki obrotów, jakich nie doświadczyli od czasów powstania rynku. Na szczęście byliśmy na to przygotowani – dodaje Jarosław Jaworski. W kwietniu krajowi faktorzy nabyli wierzytelności o wartości 12 proc. niższej niż rok wcześniej, a w maju – o 15,6 proc. niższej niż przed rokiem. Dlatego PZF wspólnie z Bankiem Gospodarstwa Krajowego, jako pierwsi w Unii Europejskiej, zainicjowali procedurę objęcia przedsiębiorców korzystających z faktoringu pomocą funduszy płynnościowych, która czeka obecnie na akceptację Komisji Europejskiej.

Rynek faktoringu w Polsce poważnie odczuł ekonomiczne skutki wybuchu pandemii koronawirusa. O ile I kwartał 2020 r. zamknął pokaźnym, bo 13-procentowym wzrostem obrotów, o tyle dwa kolejne miesiące przyniosły już spadki. Po pięciu miesiącach 2020 r., dzięki wzrostom z I kwartału, rynek notował względem pierwszych pięciu miesięcy poprzedniego roku wzrost już tylko o 2 proc. Na koniec I półrocza 2020 r. można spodziewać się ujemnej dynamiki.

– Przyczyną takiego stanu rzeczy nie był spadek zainteresowania naszą usługą. Wprost przeciwnie zapytań o faktoring jest coraz więcej, a jego popularność w Polsce należy do najwyższych w UE. Spadek wynika ze zdecydowanego pogorszenia sprzedaży u dotychczasowych klientów, będącego skutkiem zamrożenia gospodarki z powodu pandemii – dodaje Dariusz Steć dyrektor wykonawczy PZF.

Wartość wykupionych faktur przez członków PZF wyniosła w 2019 r. ponad 280 mld zł, co stanowi 13 proc. polskiego PKB. To poziom taki jak w Wielkiej Brytanii i wyższy niż w Niemczech (8 proc.) czy Austrii (7 proc.), a także na Węgrzech (6 proc.), w Czechach (3 proc.) czy Rumunii (2 proc). W całej UE wskaźnik ten wyniósł 11,3 proc. Wyniki za 6 miesięcy będą znane w połowie lipca.

– Mieliśmy świadomość, że kryzys dotknie nasz rynek. Sprawą otwartą pozostawała skala spadków. Dziś wiemy, że nie będzie to tylko wyhamowanie dynamiki wzrostu sprzedaży, ale prawdopodobnie jej załamanie – mówi Jarosław Jaworski, przewodniczący komitetu wykonawczego PZF, który objął stery Związku już po wybuchu pandemii. – Przed nami trudne zadanie powstrzymania negatywnych skutków kryzysu w kolejnych miesiącach. Głównym celem firm faktoringowych pozostanie wspieranie klientów w okresie spowolnienia oraz zapewnienie finansowania ich ponownego rozwojudodaje.

Firmy członkowskie PZF w zależności od strategii przyjętych przez grupy finansowe, do których należą, bądź zgodnie ze kierunkami obranymi przez właścicieli, podjęły nadzwyczajne środki, umożliwiające klientom szybszy i prostszy dostęp do usług faktoringowych, a ich kontrahentom – m.in. wydłużenie terminów płatności lub odroczenie regulowania należności.

– Ponadto PZF wspólnie z Bankiem Gospodarstwa Krajowego rozpoczął procedurę objęcia klientów faktoringu programem Funduszu Gwarancji Płynnościowych. Czeka on obecnie na zgodę Komisji Europejskiej, która powinna już niedługo zostać wydana. Oprócz tego programami rządowymi mają zostać objęte ubezpieczenia należności, będące ważnym składnikiem faktoringu pełnego. Dlatego mamy nadzieję, że w kolejnych miesiącach uda nam się pokonać kryzys, by nadal wspierać finansowaniem polskie firmy – mówi Jarosław Jaworski.

Przedsiębiorcy potrzebują zmian zmniejszających zatory płatnicze

W czasie recesji, kiedy bieżąca sprzedaż towarów i usług ulega bardzo istotnym spadkom, „łatanie” luki płynnościowej tylko za pomocą kredytów lub innego finansowania dłużnego, powoduje dalsze zadłużanie się firm przy spadku obrotów. To powoduje pogorszenie ich sytuacji. – W przypadku faktoringu mamy sytuację odmienną. Tu istotą jest „odmrażanie” środków finansowych poprzez zamianę należności na gotówkę. I to jest największą zaletą tej usługi w obecnych czasach, co zresztą zostało potwierdzone podczas kryzysu finansowego w latach 2008/2009 – mówi Dariusz Steć.

Aby krajowe podmioty gospodarcze mogły wrócić na drogę wzrostu, nie wystarczy sama tarcza antykryzysowa. Muszą zostać zlikwidowane bariery istniejące wcześniej. Do najpoważniejszych należą kontraktowe zakazy cesji wierzytelności. W znacznej mierze utrudniają one przedsiębiorcom sięgnięcie po finansowanie, które pozwoliłoby pokonać kryzys dodaje Jarosław Jaworski.

Zakaz cesji wierzytelności to dopuszczone w Kodeksie cywilnym prawo odbiorcy do zablokowania swobodnego dysponowania przez dostawcę należnością wynikającą z wystawionej przez niego faktury. W takim przypadku ten ostatni nie może zamienić tej należności na gotówkę, co pogarsza jego płynność, a w konsekwencji staje nie przyczyną powstawania zatorów płatniczych.

– Jedną z kluczowych przyczyn tworzenia się zatorów płatniczych jest stosowany w umowach handlowych zakaz cesji wierzytelności wynikających z faktur wystawianych przez dostawców towarów i usług swoim kontrahentom. Bez zgody dłużnika dostawcy nie mogą m.in. sięgać po finansowanie swojej działalności w oparciu o faktury. Tymczasem terminy płatności wymuszane przez odbiorców, zwłaszcza tych o dominującej pozycji rynkowej, są coraz dłuższe i mogą sięgać nawet 90 dni – mówi Jerzy Dąbrowski, wiceprzewodniczący komitetu wykonawczego PZF.

– Polski Związek Faktorów od kilku już lat postuluje przyjęcie rozwiązania prawnego likwidującego ten problem. Polega ono na zmianie brzmienia art. 514 Kodeksu Cywilnego tak, aby zakaz cesji w odniesieniu do wierzytelności niepieniężnych pozostawał w mocy, natomiast w odniesieniu do wierzytelności pieniężnych – stawał się nieskuteczny. Spełnia ono dwa elementy budowy silnej gospodarki, zawarte w „Planie na rzecz odpowiedzialnego rozwoju”: tworzenie przyjaznego otoczenia prawnego oraz zapewnienie przedsiębiorcom dostępu do oferty finansowej. Pomoże też im szybciej pokonać skutki obecnego kryzysu – dodaje Jerzy Dąbrowski.

Report: załamanie, odbicie i powrót do normalności – wydatki konsumenckie podczas pandemii w Polsce

 

  • Punkty zwrotne pandemii, gdy aktywność transakcyjna konsumentów zamarła i kiedy się odrodziła
  • Usługi offline, które traciły w kwarantannie, stopniowo wracają do gry, inne wciąż wyłącznie zyskują
  • Wpływ etapów odmrażania gospodarki na poszczególne sektory, co dalej z turystyką?

Revolut przeanalizował tegoroczne dane transakcyjne ponad 1 miliona klientów w Polsce, by sprawdzić jak zmieniały się zachowania konsumenckie Polaków w trakcie pandemii. Analiza miała na celu wskazać punkty zwrotne kryzysu i ocenić stan obecny – badano okres od 2 stycznia do 20 czerwca 2020 r.

Punkty zwrotne kryzysu

Analizując dane transakcyjne kartami fizycznymi, płatności online, przelewy pomiędzy klientami (peer-to-peer), zlecenia wymiany walut, płatności w różnych kategoriach usług, pod względem ich ilości i wartości, łatwo zauważyć daty graniczne, które powtarzają się niemal w każdym przypadku.

2 stycznia to punkt wyjściowy analizy, czyli 100% – od tego dnia wolumeny transakcji rosły osiągając dzienne maksima na przełomie lutego i marca – w zależności od kategorii nawet do 150%. Konsumpcja kształtowała się normalnie do 10 marca, gdy nastąpiło załamanie i szybki spadek aktywności. Dzienne wolumeny transakcji osiągnęły minima 12 kwietnia, w czasie Świąt Wielkanocnych. To data graniczna, od której nastąpił powolny wzrost. By ustalić stan obecny, pod uwagę wzięto wyniki z 9 i 19 czerwca. Wskazują one na częściowy powrót do “normalności”. Revolut Money Report – zmiana liczby i wartości transakcji realizowanych przez polskich klientów Revolut kartami fizycznymi w proc.

Transakcje offline Polaków w kraju i za granicą

Najbardziej oczywistym przykładem wpływu kwarantanny na zachowania konsumentów, są transakcje kartami fizycznymi. Po jej ogłoszeniu w Polsce, spadły raptownie. Jeśli przyjmiemy, że 2 stycznia to 100%, w dniach 7 i 10 marca ich liczba sięgnęła 145% i 132%, by następnie 12 kwietnia ustanowić minimum 14%. Spadki jeśli chodzi o wartość dziennych transakcji też były drastyczne. 10 marca były na poziomie 130%. Podczas „kryzysowych” zakupów, gdy ze sklepów znikały makaron i mąka, skoczyły nawet do 170% (w piątek 13 marca). 12 kwietnia osiągnęły najniższy poziom 11%.

Wielkie odmrażanie

Po Świętach Wielkanocnych, a następnie po wdrażaniu kolejnych etapów odmrażania gospodarki – 20 kwietnia: sklepy, 4 maja: hotele i galerie handlowe, 18 maja: fryzjerzy, restauracje i kawiarnie, 30 maja: siłownie i baseny – wolumen transakcji kartami fizycznymi zaczął powoli rosnąć. W Polsce sięga już poziomów sprzed pandemii.

Co z zagranicą? Śledząc liczbę i wartość transakcji realizowanych kartami fizycznymi przez Polaków za granicą, widać, że spadki zaczęły się już w lutym. Powodem były rezygnacje z wyjazdów, kwarantanna, która zaczęła się w niektórych krajach wcześniej i powroty Polaków do kraju. Revolut przestał być kartą podróżną – 19 czerwca Polacy 9 na 10 transakcji zrealizowali w Polsce (ich wartość to 79% wartości transakcji ogółem).

E-commerce, P2P i wymiana walut

Kwarantanna i kryzys związany z pandemią uderzył także w transakcje e-commerce, transakcje między klientami Revolut oraz transakcje wymiany walut. W przypadku wymiany walut, po ogłoszeniu kwarantanny transakcje chwilowo wzrosły. 19 marca ich ilość sięgnęła 137%, a wartość 504% (przypomnijmy, 2 stycznia to 100%). Duże obroty utrzymały się do końca marca. Być może Polacy kupując CHF, USD i EUR zabezpieczali się na czas kryzysu.

Minimalne wartości we wszystkich trzech kategoriach przypadły na kwiecień (dzienne wyniki z 12 kwietnia to kolejno 70%, 34% i 25%). W czerwcu spadki zostały w znacznym stopniu odrobione. Szczególną datą w przypadku transakcji peer-to-peer (pomiędzy klientami Revolut) był 1 czerwca. Tego dnia wzrosły one do 131% jeśli chodzi o ilość i 165% jeśli chodzi o wartość. Można przypuszczać, że w dzień dziecka z kont Revolut rodziców strumień środków trafił wprost na konta Revolut dzieci.

Restauracje odrabiają straty, turystyka nadal w zapaści

Pandemia uderzyła we wszystkie typy usług. Najmniej po 10 marca spadła wartość transakcji z kategorii zakupy oraz wydatki spożywcze, obie kategorie odrobiły już spadki (19 czerwca kolejno 117%, 156%). Wydatki spożywcze wyrównały rekordy z połowy marca (“kryzysowe zakupy makaronu i mąki”), a na duże zakupy nie-spożywcze Polacy ruszyli w połowie czerwca (być może wydając nadwyżki zaoszczędzone w trakcie kwarantanny).

O ile na koniec czerwca transport odrobił spadki (19 czerwca ilość 93%, wartość 99%), wydatki na restauracje jeszcze nie osiągnęły poziomu sprzed pandemii (wartość 75%). W zapaści pozostaje branża turystyczna, gdzie ilość i wartość transakcji nie wróciła jeszcze do poziomu ze stycznia (19 czerwca ilość 34%, wartość 29%). Trend jest jednak rosnący i sezon wakacyjny dopiero się rozpoczyna, być może jest szansa na poprawę.

Usługi offline wracają do gry

Marzec był miesiącem spektakularnych wzrostów w usługach dowozu jedzenia, gier, streamingu video i muzyki. Duże spadki z uwagi na kwarantannę notowały jednak w marcu usługi offline takie jak transport kolejowy i miejski, saloniki prasowe, kawiarnie i restauracje fast-food, maszyny vendingowe, sklepy i galerie handlowe. Porównując miesiąc największych spadków (1-20 kwietnia) z bieżącym miesiącem (1-20 czerwca) widać dużą poprawę.

Kto zyskał, a kto stracił? Porównując średnią liczbę transakcji z pomocą Revolut w Polsce, w kwietniu i czerwcu, dostrzec można duże odbicie w transporcie kolejowym i miejskim (PKP Intercity +756%, Bolt +513%, Uber +173%, Autopay +185%, SkyCash +663%, Mobilet +416%, Jak Dojadę +336%). Choć skala wzrostów wynika z niskiej bazy po spadkach w “kryzysowym kwietniu” niewątpliwie jest sygnałem powrotu do normalności.

Znów chodzimy na kawę, znów kupujemy prasę

Odbicie widoczne jest też w przypadku sieci fast-food, kawiarni i saloników prasowych (Burger King +266%, KFC +131%, McDonald’s +156%, Starbucks +639%, Inmedio +173%, Empik +262%). Spadków z luty/marzec (-43%) nie odrobiły chyba jeszcze maszyny vendingowe UVP (wzrost kwiecień/czerwiec +45%). W przypadku zakupów spożywczych w czasie kryzysu Polacy kupowali rzadziej ale za większe kwoty, w czerwcu znów częściej kupujemy (Biedronka +80%, Auchan +99%, Netto +44%, Ikea +271%, Decathlon +610% porównując kwiecień i czerwiec).

Co z usługami, które przeżyły boom w kryzysie? Porównując luty/marzec oraz kwiecień/czerwiec, wciąż rosną Aliexpress (+12%, +7%), Pyszne (+20%, +18%), Spotify (+25%, +19%). Podwyższone poziomy liczby transakcji utrzymują też usługi streamingu video, Netflix (+20%, -1%), HBO (+25%, -2%), TVN (+76%, -8%) i dostaw jedzenia, Uber Eats (+46%, -5%) i Wolt (+49%, -10%). W przypadku gamingu, wrócił on do poziomów sprzed kryzysu.

Cieszymy się z wszelkich oznak powrotu koniunktury. Liczymy, że krajowe biznesy, polskie marki i usługi naszych zagranicznych partnerów szybko rozpędzą się po kryzysie. Uruchomimy niebawem nowe narzędzie Revolut Rewards, które może w tym pomóc” – powiedział Karol Sadaj, country manager Revolut w Polsce.Revolut Money Report – zmiana liczby i wartości transakcji realizowanych przez polskich klientów Revolut kartami fizycznymi w proc.

GPW nagrodziła liderów rynku kapitałowego w 2019 r.

  • W siedzibie Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie odbyło się Podsumowanie Roku Giełdowego 2019
  • Podczas uroczystości wręczono nagrody GPW za najlepsze wyniki i wspieranie rozwoju polskiego rynku kapitałowego w 2019 r.

GPW nagrodziła liderów rynku kapitałowego 3Gospodarzami Gali Podsumowanie Roku Giełdowego 2019 byli Członkowie Zarządu GPW: Izabela Olszewska oraz Piotr Borowski. Nagrody wręczyli również Mariusz Bieńkowski, Prezes BondSpot oraz Zbigniew Minda, Prezes GPW Benchmark. W uroczystości udział wzięli przedstawiciele uhonorowanych instytucji rynku kapitałowego, w tym emitenci, domy maklerskie, banki, firmy inwestycyjne oraz organizacje i stowarzyszenia branżowe.

GPW nagrodziła liderów rynku kapitałowego 2– Rok 2019 był trudny dla europejskich rynków kapitałowych, co widać po dwucyfrowych spadki obrotów na London Stock Exchange, Deutsche Boerse, Wiener Boerse. Wprowadzone w ostatnich dwóch latach zmiany w ramach strategii #GPW2022 pozwoliły nam obronić poziom obrotów lepiej niż innym giełdom europejskim. Kierunki rozwoju obrane w 2018 roku okazały się właściwe. Innowacyjne rozwiązania zostały docenione, czego dowodem jest wsparcie finansowe Narodowego Centrum Badań i Rozwoju dla opracowania nowego sytemu transakcyjnego i inicjatywy strategicznej GPW Data. Dalszy rozwój naszej Giełdy i całego rynku kapitałowego nie byłby możliwy bez szerokiego wsparcia dla innowacyjnych rozwiązań kluczowych uczestników rynku – liderów, którzy w 2019 roku przyczynili się do wzrostu znaczenia warszawskiego parkietu – mówi Marek Dietl, Prezes Zarządu GPW.PRG2019_Laureaci_3_Catalyst

Nagrody przyznano w kategoriach:

Nagrody GPW na Głównym Rynku akcji:

  • Dom Maklerski Banku Handlowego S.A. – za najwyższy udział lokalnego członka giełdy w obrotach sesyjnych akcjami na Głównym Rynku w 2019 r.
  • JP Morgan Securities PLC – za najwyższy udział członka giełdy w obrotach sesyjnych akcjami na Głównym Rynku w 2019 r.
  • Beta Securities Poland S.A. – za wprowadzenie nowej jakości na rynku ETF w Polsce
  • ING Bank N.V. – za największą liczbę wprowadzonych certyfikatów strukturyzowanych w 2019 r.

PRG2019_Laureaci_2_NewConnectNagrody GPW na NewConnect:

  • Biuro Maklerskie mBanku – za najwyższy udział w obrotach sesyjnych akcjami na rynku NewConnect w 2019 r.
  • Dom Maklerski BDM – za najwyższy udział animatora w obrotach sesyjnych akcjami na rynku NewConnect w 2019 r.

Nagrody GPW na Catalyst:

  • Biuro Maklerskie PKO Banku Polskiego – za najwyższy udział w obrotach obligacjami na rynku Catalyst w 2019 r.
  • KGHM Polska Miedź S.A. – za największą ofertę obligacji w 2019 r.
  • ING Bank Hipoteczny S.A. – dla pierwszego banku hipotecznego, który zadebiutował na rynku Catalyst z „zielonymi” listami zastawnymi

Nagrody GPW na rynku instrumentów pochodnych:

  • Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska – za najwyższą aktywność na rynku kontraktów terminowych w 2019 r.
  • Santander Biuro Maklerskie – za najwyższy udział w wolumenie obrotów opcjami indeksowymi bez transakcji animatora w 2019 r.

Nagrody GPW dla dystrybutorów informacji:

  • Biuro Maklerskie PKO Banku Polskiego – nagroda za największą liczbę abonentów danych giełdowych czasu rzeczywistego w 2019 r.
  • mBank S.A. – za największą wartość portfela zamówień na produkty informacyjne zawierające dane GPW i BondSpot w 2019 r.

Broker Roku 2019:

  • Biuro Maklerskie PKO Banku Polskiego – za najwyższą wartość obrotu w transakcjach sesyjnych i pakietowych na akcjach z Głównego Rynku oraz NewConnect, obligacjach skarbowych i nieskarbowych z rynku regulowanego oraz ASO GPW i BondSpot, a także za wspomaganie płynności na największej liczbie klas aktywów notowanych na GPW w 2019 r.

Nagrody BondSpot:

  • mBank S.A. – lider rynku kasowego Treasury BondSpot Poland
  • ING Bank Śląski S.A. – lider rynku transakcji warunkowych Treasury BondSpot Poland
  • mBank S.A. – lider market makingu na rynku Treasury BondSpot Poland

Nagrody GPW Benchmark:

  • Powszechny Zakład Ubezpieczeń S.A. – dla PZU Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych S.A. za wkład w uruchomienie indeksu regionalnego CEEplus oraz jego promocję w ramach Subfunduszu inPZU Akcje CEEplus
  • Investors TFI S.A. – dla pierwszego podmiotu, który nawiązał współpracę z GPW Benchmark w zakresie administracji indeksem kastomizowanym „MS Investors” zgodnie z Rozporządzeniem o Wskaźnikach Referencyjnych

Nagrody IR Excellence Programme

Podczas uroczystości wręczone zostały również nagrody w ramach IR Excellence Programme – badania poświęconego jakości relacji inwestorskich w spółkach publicznych wchodzących w skład WIG20, mWIG40, sWIG80 oraz 20 spółek z sektora „gier”. Sprawdzona została dostępność określonych danych, w szczególności w języku angielskim, na stronach korporacyjnych emitentów notowanych na GPW. Wszystkie nagrodzone spółki osiągnęły identyczny maksymalny wynik.

Nagrody za osiągnięcie najlepszego wyniku w drugim (finałowym) badaniu IR Excellence Programme oraz jednocześnie za maksymalną ocenę współczynnika Kodeksu Dobrych Praktyk otrzymały:

  • KGHM Polska Miedź S.A.
  • Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo S.A.
  • Powszechny Zakład Ubezpieczeń S.A.

Organizatorem Gali Podsumowanie Roku Giełdowego 2019 była Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie. Partnerami wydarzenia byli: BondSpot oraz GPW Benchmark.

Kool2Play rozpoczyna IPO. Warszawski producent gier opublikował dokument informacyjny

Kool2Play – niezależny producent gier z wieloletnim doświadczeniem w produkcji i promocji gier –  rozpoczyna pierwszą ofertę publiczną akcji. Dziś spółka opublikowała dokument informacyjny. Zapisy na akcje zostaną przeprowadzone w dniach 25 czerwca – 17 lipca br. Kool2Play chce zadebiutować na rynku NewConnect w trzecim kwartale bieżącego roku.

Zapisy na akcje w cenie emisyjnej 14 zł, przyjmowane będą osobiście w siedzibie spółki, bądź w postaci elektronicznej – poprzez wypełnienie formularza zapisu zamieszczonego na stronie https://www.kool2play.com/akcje. – Emisję przeprowadzamy nie tylko w celu zdobycia funduszy na produkcję i promocję naszych tytułów. Chcemy przede wszystkim zwiększyć wiarygodność spółki w oczach kontrahentów i potencjalnych partnerów biznesowych. Uważam, że jesteśmy w idealnym momencie, aby dołączyć do grona spółek notowanych na rynku NewConnect. –  dodaje prezes Kool2Play.

Środki z emisji do 180 tys. nowych akcji serii D zostaną przeznaczone przede wszystkim na finalizację prac oraz promocję gry „Uragun”, produkcję oraz promocję “City of Minds” i projektu o kodowej nazwie “Odrodzenie”. Ponadto spółka chce przeznaczyć pozyskane pieniądze na rozwój swojej bieżącej działalności operacyjnej oraz podmiotu wchodzącego w skład grupy kapitałowej – agencje marketingową Kool Things. –  Kończymy prace nad naszą pierwszą grą – Uragun. Stworzyliśmy wersję demo tytułu i jesteśmy już naprawdę blisko premiery w Early Access. Wiemy jakie są oczekiwania graczy i posiadamy kompetencje, które są niezbędne do produkcji wysokiej jakości gier oraz ich sprawnej promocji. – mówi Marcin Marzęcki, prezes Kool2Play.

Kool2Play wykorzystuje ponad 10 lat doświadczenia zespołu zdobytego w dziedzinie marketingu gier komputerowych i konsolowych. Spółka od 5 lat tworzy własne produkcje, stale zwiększając skalę realizowanych projektów. Obecnie Kool2Play projektuje gry nie tylko na PC, ale także z myślą o konsolach obecnej generacji. Trzon zespołu tworzą specjaliści z kilkunastoletnim doświadczeniem a głównym projektantem studia jest Jacek Wesołowski – współtwórca wielu rozpoznawalnych tytułów, w tym renomowanego Bulletstorm.  W skład Grupy Kapitałowej wchodzi również najbardziej doświadczona agencja PR gamingowego w Polsce – Kool Things. Dzięki doświadczeniu zdobytemu we współpracy z potentatami światowego sektora rozrywki elektronicznej (wśród nich byli m.in. Activision Blizzard, Wargaming czy Square Enix), GK Kool2Play posiada know how potrzebny do odpowiedniego promowania swoich tytułów.

Kool2Play jest też beneficjentem licznych grantów. W ostatnich miesiącach spółka otrzymała dotację NCBR z programu GameINN na projekt: Opracowanie innowacyjnych modułów gry, opartych na sztucznej inteligencji wirtualnych postaci (Agentów) pozwalających na symulację ich realistycznych zachowań i interakcji z graczem., w ramach w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój 2014- 2020. W związku z zawartą umową spółka uzyskała dofinansowanie w kwocie 1.676.730 zł. Dodatkowo Kool Things pozytywnie przeszedł postępowanie w ramach konkursu Szybka Ścieżka dla Mazowsza. Na dzień sporządzenia dokumentu informacyjnego wniosek został pozytywnie rozpatrzony, a spółka Kool Things sp. z o.o. sp. k. oczekuje na zawarcie umowy o dofinansowanie w wysokości 1 902 490 zł.

Spadek eksportu polskich produktów spożywczych a przyszłość rynku słodyczy

Perspektywy dla rynku słodyczy na rok 2020 były optymistyczne z uwagi na dobrą koniunkturę oraz globalny wzrost spożycia tego typu produktów. Wybuch pandemii ostudził pozytywne nastroje, powodując spadek eksportu wyrobów cukierniczych. Producenci muszą mierzyć się m.in. z restrykcjami w handlu, utrudnieniami w transporcie czy izolacją społeczną.

O wpływie epidemii koronawirusa na sprzedaż zagraniczną polskich słodyczy oraz sytuacji branży spożywczej mówi Julita Sipa z firmy Brześć, produkującej wyroby cukiernicze i przekąski.

Według szacunków ekspertów eksport polskiej żywności spadnie w tym roku o 8 proc. – do 28,9 mld euro[1]. Branża cukiernicza, jako część przemysłu spożywczego, również odnotowuje spadek sprzedaży produktów na rynki zagraniczne. Jej przedstawiciele są jednak narażeni na mniejsze straty niż przedsiębiorstwa oferujące wyroby nieprzetworzone, jak surowe mięso czy mleko, które ze względu na krótką datę spożycia muszą trafić do sklepów znacznie szybciej.

Ograniczenia w transporcie

Ogromnym problemem, z jakim borykali i wciąż borykają się eksporterzy produktów spożywczych, są utrudnienia w transporcie. Państwa wdrożyły obostrzenia związane z pandemią, które nie wstrzymały całkowicie łańcuchów dostaw, ale znacznie wpłynęły na utrzymanie ciągłości procesów logistycznych. O ile w przypadku dostaw drogą lądową główną niedogodnością były zniesione już dodatkowe kontrole na granicach i spowodowane nimi kolejki, to w kwestii transportu morskiego sprawa jest bardziej skomplikowana. Eksporterzy, zawierając umowy z importerami, nie przewidzieli wybuchu globalnej epidemii. W związku z tym, aby wywiązać się ze zobowiązań wobec zagranicznych kontrahentów, są oni zmuszeni ponieść koszty podwyżek stawek przewozowych kontenerów. Dodatkowo, część portów jest zablokowana nieodebranymi ładunkami, przez co kolejne dostawy są przekierowywane w inne miejsca, a to wydłuża czas ich dystrybucji. Istnieje też kłopot ze znalezieniem załadunku na powrót, więc kontenery wracają puste, zwiększając tym samym wydatki na transport.

Nowe nawyki zakupowe

Wprowadzone na początku pandemii restrykcje dotyczące wychodzenia z domów i ograniczenia liczby osób przebywających w sklepach spowodowały zmiany w nawykach zakupowych klientów. Ze względów bezpieczeństwa obniżyła się częstotliwość robienia zakupów, a wzrosła ilość kupowanych jednorazowo artykułów. W tym trudnym okresie dobrze sprzedawały się produkty pierwszej potrzeby oraz sucha żywność z długim terminem przydatności, jak ryż, kasza czy makarony. Oczywiście, wiele wyrobów cukierniczych również ma wydłużoną datę spożycia i z pewnością poprawiły nastrój niejednej osobie podczas izolacji społecznej, ale nie są to produkty niezbędne do przeżycia. Liczymy na to, że stabilizująca się sytuacja oraz znoszenie ograniczeń pozwoli na bardziej spontaniczne zakupy, w przyjemniejszej atmosferze, co będzie sprzyjać nabywaniu słodyczy, które są w dużej mierze zakupem impulsywnym.

Co dalej z eksportem?

Analitycy przewidują, że eksport polskich produktów spożywczych wróci do sytuacji wyjściowej sprzed pandemii w trzecim lub czwartym kwartale przyszłego roku[2]. Mamy nadzieję, że koniunktura poprawi się jeszcze szybciej, szczególnie na rynku słodyczy. Już teraz, wraz z odmrażaniem gospodarek oraz stopniowym hamowaniem epidemii w Europie i krajach azjatyckich, zaczynamy dostrzegać wzrost popytu na nasze słodkości. W kryzysie należy upatrywać też szansy na nawiązanie kontraktów na nowych rynkach. Polskie słodycze wciąż są konkurencyjne jakościowo i cenowo, a zmiana układów biznesowych i szukanie oszczędności przez sieci handlowe mogą być okazją dla rodzimych przedsiębiorców.

[1]Santander Bank Polska (2020), Szok. I co dalej? Ścieżki eksportu żywności z Polski w czasie recesji wywołanej epidemią COVID-19.

[2]Tamże.

InventionMed z kolejnym azjatyckim kontrahentem

Technologiczna spółka z branży medycznej InventionMed poszerza działalność w zakresie dystrybucji testów na COVID-19. Spółka zawarła umowę o poufności (NDA) z Shenzhen Microprofit Biotech Co. Ltd. Współpraca z chińską firmą będzie dotyczyć importu testów na rynek polski. Docelowy kontrakt może dotyczyć również wsparcia we wdrożeniu produktów InventionMed na rynku azjatyckim.

Shenzhen Microprofit Biotech Co. Ltd. jest producentem testów na obecność wirusa COVID-19, który został wpisany do CCCMHPIE (China Chamber of Commerce for Import& Export of Medicines & Health Products). InventionMed, w początkowej fazie współpracy zamierza zamówić partię testów, w celu weryfikacji ich jakości w polskim laboratorium. W przypadku potwierdzenia wysokiej jakości produktów, spółka będzie sprowadzała testy w celach komercyjnych.

– Zapotrzebowanie na testy diagnostyczne na obecność choroby COVID-19 jest bardzo duże, dlatego ciągle podejmujemy działania związane z ich dystrybucją na rynku polskim, wykorzystując kontakty, jakie posiadamy na rynku azjatyckim. Shenzhen Microprofit Biotech Co. Ltd. to nasz drugi kontrahent, z którym podejmujemy współpracę w tym zakresie – komentuje Tomasz Kierul, prezes InventionMed.

Shenzhen Microprofit Biotech Co. Ltd jest również zainteresowany rozwiązaniami związanymi z wirtualną rzeczywistością w medycynie, w tym produktami tworzonymi przez InventionMed –  TutorDerm i wirtualną strzykawką. Firma nie wyklucza zaangażowania się w dystrybucję symulatorów medycznych na rynku azjatyckim.

Rosną obawy co do rosnącej liczby zachorowań na COVID-19 w USA

Rynki w końcu zaczynają przywiązywać większą uwagę do rosnącej liczby zachorowań na COVID-19 w USA. Czy to przez przebijanie rekordów z kwietnia, czy przez brak czynników balansujących związanych z ożywieniem – to nie jest nieistotne, kiedy zagrożone są pozycje na kilka dni przed rozliczeniem kwartału.

Myślę, że warto zachować dystans przy dyskusji, dlaczego akurat wczoraj był dzień, kiedy statystki z zachorowań na COVID-19 były ważniejsze niż wcześniej. Po pierwsze nie można zaprzeczyć, że liczby są złe. NBC News donosi, że w środę USA odnotowały największy dzienny przyrost nowych przypadków zachorowań – 36,4 tys., podbijając tym samy rekord ze szczytu pandemii w kwietniu. W kolejnych dniach liczby mogą być jeszcze gorsze, gdyż gubernatorowie stanów wciąż wykluczają powrót lockdownu i preferują wpierw zastosować inne środki (obowiązek masek, samodzielna kwarantanna przyjezdnych z innych stanów). Wydaje się jednak, że koncepcja nowego „rekordu” przemówiła do świadomości inwestorów bardziej niż trajektoria wzrostowa zachorowań, którą już od jakiegoś czasu można było obserwować. Co więcej, wyczerpały się czynniki równoważące obawy, którymi inwestorzy posiłkowali się przy bagatelizowaniu liczby zachorowań. Jakkolwiek jeszcze we wtorek nadzieje na ożywienie były podsycane przez silne wzrosty indeksów PMI w Europie i USA, tak wczoraj temat ożywienia globalnego przynosił negatywne informacje. Przywołane zostały obawy o rozpętanie wojny celnej między USA i UE, a MFW obniżyło swoje prognozy globalnego wzrostu (po dwóch miesiącach od ostatniej rewizji). Inwestorzy zostali pozbawieni punktów zaczepienia do obrony pozytywnych nastrojów, a przede wszystkim zysków z rajdu ryzyka. Na kilka dni przed końcem kwartału jest coraz mniej czasu na bagatelizowanie ryzyk, a większe znaczenie ma ochrona stopy zwrotu. O ile do końca tygodnia nie pojawi się impuls, by zachować optymizm, realizacja zysków może ściągać indeksy niżej, a na FX umacniać USD.

Co mogłoby ustabilizować nastroje? Najłatwiej prosić jest Fed o pomoc. Wstrzykiwanie dodatkowej płynności w rynek sprawdziło się już kilkukrotnie jako narzędzie do wyciszenia paniki rynkowej. Obawiam się jednak, że jeśli kolejne dni będą przynosić nowe rekordy zachorowań, nie uda się ich zagłuszyć nowymi miliardami dolarów. Rynki wkroczyły już w fazę, kiedy tanie finansowanie z Fed traktowane jest jako nieskończone, a nieskończoność + X = nieskończoność. Fed może sobie zdawać z tego sprawę i powinien oszczędzać amunicję na potężniejsze zawirowania, tj. pozwolić na spadek indeksów na Wall Street o 7-10 proc. Innym „kołem ratunkowym” może być zatwierdzenie nowego pakietu fiskalnego przez Biały Dom, choć wymaga to aprobaty Kongresu, tymczasem w USA na nowo rozkręca się kampania wyborcza. Stąd polityczne gierki nad pakietem mogą tylko podsycać nerwowość na rynkach. Szczerze wątpię, czy podobne, jak opisane powyżej działania innych instytucji (np. EBC, UE) mogłyby przekonać inwestorów, że władze mają kontrolę nad sytuacją. Łacnie wygląda na to, że rynki czeka krok w tył w rajdzie ryzyka i ponowne oszacowanie bilansu ryzyk, zanim lipiec zostanie potraktowany jako „carte blanche”.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Inteligencja jest sztuczna, problem prawdziwy. Dlaczego ludzie udają maszyny?

Sztuczna inteligencja to bez wątpienia jeden z najgorętszych trendów branży IT w ostatnich latach. Zajmują się nią zarówno startupy z Europy, jak i wielkie korporacje z Doliny Krzemowej. Trudno się temu dziwić – SI ma całkowicie zmienić naszą rzeczywistość. Być może doczekamy się maszyn, które będą w stanie udawać człowieka. Póki co mamy jednak do czynienia z ludźmi, którzy udają maszyny.

Sukcesy twórców sztucznej inteligencji szybko i często przebijają się w medialnych doniesieniach – także tych mainstreamowych. Jeszcze w poprzednim wieku głośno było o systemie Deep Blue, który pokonał szachowego arcymistrza, niedawno komputery udowodniły swą wyższość także w go czy pokerze. W roku 2014 gwiazdą stał się program komputerowy Eugene Goostman, który pokonał test Turinga i tym samym miał udowodnić, że sztuczna inteligencja stała się faktem.

Minęło kilka lat, a pytanie o to, kiedy doczekamy się prawdziwej sztucznej inteligencji pozostaje aktualne. Bo chociaż wokół wspomnianych projektów robiło się głośno, szybko okazywało się, że to zaledwie marna namiastka czegoś, co mogłoby imitować ludzki mózg. Zamiast wirtualnych asystentów rodem z książek i filmów SF, mamy do dyspozycji proste boty do zamawiania pizzy.

Czarnoksiężnik z Oz w branży IT

Powstało już wiele artykułów i raportów dotyczących sztucznej inteligencji w kontekście odbierania pracy człowiekowi. Można się z nich dowiedzieć, ile miejsc pracy zniknie wskutek tej cyfrowej ofensywy, które profesje są najbardziej zagrożone, jaką ścieżkę kariery należy wybrać, by zminimalizować ryzyko bezrobocia. Pokaźna część tych prognoz jest już nieaktualna – komputery nie wymiotły ludzi z rynku pracy. Wciąż ich potrzebują. Nierzadko w kontrowersyjnych okolicznościach.

Do szerszej świadomości zaczyna się przebijać pojęcie fake AI, czyli zmyślonej sztucznej inteligencji. Firmy stosujące ten proceder wprowadzają w błąd inwestorów, klientów i media przekonując, że udało im się dokonać postępu na niwie uczenia maszynowego. Przykładem startup Expensify, o którym zrobiło się głośno w roku 2017. Przyznał on wówczas, że oferowana przez niego usługa SmartScan, która miała korzystać ze sztucznej inteligencji, w rzeczywistości funkcjonowała dzięki działaniom nisko opłacanych pracowników. – Ludzie udający maszyny udające ludzi to w tej branży nic nowego. Zjawisko otrzymało nawet nazwę: technika Czarnoksiężnika z Oz. Podobnie jak w historii o Dorotce mamy tu do czynienia z symulowaniem czegoś. Tam za kurtyną krył się staruszek udający wielkiego maga. W przypadku sztucznej inteligencji za wszechmocnym algorytmem też skrywa się człowiek. Odbiorcom wydaje się, że mają do czynienia z elektronicznym bóstwem, a w rzeczywistości za „czary” odpowiada tania siła robocza z Indii albo Filipin – tłumaczy Sascha Stockem założyciel i CEO Nethansy, która wprowadza polskie i niemieckie firmy na Amazona, gdzie przy pomocy bazującego na algorytmach sztucznej inteligencji autorskiego systemu Clipperon, kompleksowo zarządza ich sprzedażą.

Stockem ma rację twierdząc, że zjawisko nie jest nowe. Już w 2008 roku brytyjskie media przyglądały się firmie SpinVox dostarczającej system do konwersji wiadomości audio ze skrzynki pocztowej na tekst. Jej byli pracownicy przekonywali wówczas, że za rozwiązaniem nie stoi rozwinięta technologia, lecz sztab ludzi zatrudnionych w egzotycznych krajach. Dokonywali oni transkrypcji większości wiadomość głosowych swoich klientów.

Podobne rewelacje pojawiły się w roku 2016 w kontekście działania startupów Clara Labs i X.ai, rozwijających technologię wirtualnego asystenta, służącego do umawiania spotkań. Redakcja Bloomberga opisywała wówczas przypadek człowieka, który zatrudniając się w X.ai miał nadzieję na ciekawą pracę w startupie technologicznym. Rzeczywistość okazała się wyjątkowo… nudna. Przez kilkanaście godzin dziennie wykonywał on powtarzalne czynności, które – w teorii – powinien realizować wirtualny asystent. Czy takie praktyki są właściwe wyłącznie dla mniejszych firm? Nie, podobne zarzuty wysuwane są także przeciw gigantom z Google i Facebookiem na czele.

Dlaczego SI? Bo to się opłaca!

Pojawia się oczywiście pytanie o przyczyny takiego zachowania – dlaczego firmy udają, że dysponują rozwiązaniami, które w rzeczywistości nie istnieją? – Na pierwszym miejscu należy wymienić pieniądze – wyjaśnia Stockem. – Sztuczna inteligencja to temat, który kręci inwestorów. Wielu z nich nie zadaje zbyt wielu pytań, nie wnika w prace zespołu, tylko wyciąga portfel, kiedy pada magiczna fraza „artificial intelligence”. Kiedyś w Stanach Zjednoczonych cudownym produktem do wszystkiego był olej z węża. Dzisiaj tę rolę spełnia sztuczna inteligencja. Wystarczy spojrzeć na liczbę firm, które korzystają z domeny .ai – w ciągu kilku ostatnich lat ich liczba uległa podwojeniu.

Potwierdzają to dane udostępnione przez firmę PitchBook. W roku 2010 fundusze venture capital zainwestowały w sztuczną inteligencję mniej niż 500 mln dolarów. W roku 2017 było to już blisko 11 mld dolarów. Firma MMC Ventures informowała parę lat temu w swym raporcie, że startupy, które przedstawiają się jako pracujące nad sztuczną inteligencją, mogą uzyskać finansowanie o 50 proc. większe od innych przedsiębiorstw software’owych. Ten sam podmiot donosił, że aż 40 proc. europejskich startupów zaliczanych do branży SI, w rzeczywistości nie używa rozwiązań tego typu.

Problem dotyczy także tych firm, które korzystają z owoców uczenia maszynowego – nierzadko przybiera to banalną formę. Zamiast rozwiązań choć trochę przypominających pracę ludzkiego mózgu, oferują one bardzo proste czatboty. Warto jednak podkreślić, że odbiorców w błąd nie wprowadzają wyłącznie firmy – czasem robią to np. przedstawiciele mediów czy funduszy inwestycyjnych, którzy słabo orientują się w temacie i widzą SI wszędzie tam, gdzie pojawiają się słowa startup i automatyzacja czy robotyzacja. – Niektórym wydaje się, że automatyzacja to już sztuczna inteligencja. Tymczasem różnica jest olbrzymia. Ta pierwsza może sprawiać wrażenie „smart”, ale nie jest w stanie się uczyć, rozumieć danych. Rozwiązania tego typu są przydatne, lecz robią tylko to, czego zostały nauczone. Sztuczna inteligencja idzie znacznie dalej, potrafi naśladować ludzki mózg i samodzielnie uczy się rozwiązywać problemy. Takie narzędzie może sobie radzić nawet z bardzo skomplikowanymi zadaniami. Haczyk polega na tym, że stworzenie SI z prawdziwego zdarzenia wymaga masy danych i pieniędzy. Wielu firm po prostu nie stać na tworzenie czegoś tak skomplikowanego – konkluduje CEO Nethansy.

Powodem, dla którego firmy naginają fakty i przekonują, że dysponują sztuczną inteligencją może być zatem chęć wstępnego zbadania nieznanych wód i to z zamiarem wypłynięcia na nie. Część startupów naprawdę chce stworzyć SI i wykorzystać ją do konkretnego celu. Wcześniej próbują jednak dowiedzieć się, czy rynek będzie zainteresowany ich pomysłem, produktem. Korzystają zatem z pracy ludzi, którzy udając maszyny, pokazują, jak może wyglądać przyszłość. Także i w tym przypadku sprawa rozbija się o pieniądze – jeżeli ktoś poświęca dużo czasu i górę gotówki na jakiś projekt, chce mieć pewność, że potem go sprzeda. Oczywiście nie usprawiedliwia to okłamywania odbiorców.

Po upalnym lecie przyjdzie zima sztucznej inteligencji?

Nadszarpnięcie zaufania klientów oraz inwestorów może być brzemienne w skutkach. Chodzi nie tylko o sam fakt, że to ludzie wykonują zadania, które rzekomo miała realizować maszyna. W grę wchodzi również kwestia bezpieczeństwa. Wielu osobom może się nie spodobać to, że do związanych z nimi danych, nierzadko wrażliwych, mają dostęp inni ludzie. I to bez nadzoru, zachowania nawet pozorów ostrożności. Takie przypadki mogą na sobie skupić uwagę mediów i zaszkodzić całej branży. Rozpocznie się odwrót od wszechmocnego SI. – Ta sfera IT ma już za sobą czasy wzlotów i upadków. Po okresach wielkiego zainteresowania sztuczną inteligencją, hojnego finansowania jej rozwoju, przychodziły momenty poważnego zwątpienia – przypomina założyciel firmy Nethansa. – Okresy te nazywamy zimą SI. Pierwsza przyszła w drugiej połowie lat 70. XX wieku, druga na przełomie lat 80. i 90. Nie można wykluczać, że obecny boom zakończy się czymś podobnym.

Na razie w niektórych firmach dominuje zasada fake it ’til you make it – startupy chcą udawać, że posiadają SI do momentu, w którym rzeczywiście ją stworzą. Krótkoterminowo taka strategia może przynosić korzyści, ale w dłuższej perspektywie jest nie do utrzymania – rozwiązania oparte o pracę człowieka okazują się zbyt drogie, gdy trzeba zwiększyć skalę działalności. Nierzadko okazuje się też, że wyznaczony cel był zbyt ambitny. Firmy po prostu nie są w stanie stworzyć obiecanego rozwiązania. Zapowiedzi rewolucji trafiają do kosza.

Obietnica płacy minimalnej 3000 zł w 2021 r. – całe szczęście, że to była fikcja wyborcza…

W 2019 w kampanii wyborczej nagle pojawiła się obietnica wzrostu płacy minimalnej do 2600 zł w 2020 r., następnie 3000 zł w 2021 r. i docelowo 4000 zł. Ekonomiści wpadli w osłupienie, choć nie wszyscy. Niektórzy zwykli udawać, że 2+2=5, ale że 2+2=9? Arytmetyka jest bezlitosna. Płaca 4000 zł stanowiłaby, nawet według optymistycznej prognozy rządowej, 65 proc. średniego wynagrodzenia w 2023 r., a w relacji do mediany wynagrodzenia przekroczyłaby 70 proc.! To dobiłoby polskie małe i średnie firmy.Obietnica płacy minimalnej 3000 zł w 2021 r. – całe szczęście, że to była fikcja wyborcza

Tego typu obietnice przez ekonomistów są niekiedy przyjmowane „z przymrużeniem oka”. Mówią, że to już jest taka totalna fikcja, że na pewno nie wejdzie w życie, także po co się tym zajmować. Ale czy o to chodzi w debacie publicznej? Jak jest z tą obietnicą?

Powstaje pytanie i obawa, czy nagle obietnica znowu nie wróci. Jakie jest oficjalne stanowisko rządu w zakresie tej obietnicy? Przecież w wielu miejscach na rządowych stronach internetowych można wciąż wyszukać slajdy i wykresy obiecujące płacę minimalną 3000 zł w 2021 r. Pytanie otwarte czy obietnica 3000 zł dla minimalnego wynagrodzenia jest ciągle w grze?

Już wzrost płacy minimalnej w 2020 r. do 2600 zł był ryzykownym rozwiązaniem dla gospodarki, który objawił się wzrostem inflacji na początku 2020 r. prawie do 5 proc. r/r. Zresztą w Polsce inflacja jest obecnie najwyższa w całej Unii Europejskiej. Epidemia COVID-19 złagodziła negatywne konsekwencje płacy minimalnej, ale problem strukturalny dalej istnieje. W świetle obecnych danych płaca minimalna w wysokości 2600 zł stała się większym ograniczeniem dla firm, niż nam się pierwotnie wydawało.

Rząd przyjmując płacę minimalną na 2020 r. zakładał wzrost średniej płacy w gospodarce narodowej o ponad 6 proc. r/r, do poziomu ok. 5,2 tysiąca złotych. Płaca minimalna wg założeń miała więc wynieść niemal połowę średniej płacy (49,7 proc.). Jednak w przypadku relacji do mediany wynagrodzenia byłoby to już ok. 55-57 proc..

Tak zakładaliśmy przed kryzysem. Kryzys wywrócił do góry nogami wszystkie prognozy i założenia. Teraz ekonomiści prognozują, że wzrost płac w gospodarce będzie znacząco niższy. Mediana prognoz wzrostu nominalnego wynagrodzenia to teraz ok. 3-3,6 proc. r/r, a niewykluczony jest nawet spadek lub stabilizacja średniej płacy w tym roku w relacji do 2019 r. Przy takich prognozach średnia płaca w 2020 r. wyniesie ok. 4,9-5,1 tys. zł. Wówczas relacja płacy minimalnej do średniej ukształtowałaby się na poziomie 51-53 proc.! W przypadku relacji do mediany to może już być 58-60 proc. To oznacza, bardzo wysoki poziom płacy minimalnej w porównaniu do wielu krajów OECD już teraz. Musimy mieć na uwadze, że w kryzysie najbardziej dotknięte zostały mikro- i małe firmy. Dla tych firm poziom płacy minimalnej jest poważnym ograniczeniem w elastycznym dostosowaniu się do sytuacji kryzysowej. Wiele firm z tego powodu musiało się zdecydować na zwolnienia. Dalsze podnoszenie płacy minimalnej pogłębi zwolnienia na rynku pracy.

Warto też znaczyć, że za płacę minimalną według danych EUROSTAT można kupić realnie całkiem przyzwoity koszyk dóbr, według parytetu siły nabywczej, w porównaniu z innymi krajami w Unii Europejskiej. Minimalne wynagrodzenie w Polsce w 2020 r. w przeliczeniu na wspólną walutę przed kryzysem dawało ok. 600 euro na miesiąc. W porównaniu z krajami zachodniej Europy to niezbyt dużo na pierwszy rzut oka. Najbliżej nam do Grecji i Portugalii – nasze płacowe minimum to około 80 proc. poziomu w tych krajach. Ale w porównaniu z Niemcami czy Francją to tylko niecałe 40 proc., zaś z Luksemburgiem to jedynie 30 proc.Obietnica płacy minimalnej 3000 zł w 2021

Sytuacja wygląda jednak zupełnie inaczej, gdy weźmiemy pod uwagę realną siłę nabywczą wynagrodzeń (uwzględniającą poziom cen w danym kraju). W takim ujęciu płaca minimalna w Polsce przekroczyła już 1000 jednostek PPS (to sztuczna waluta używana do wyliczeń uwzględniających parytet siły nabywczej). Jesteśmy w pierwszej dziesiątce krajów w UE o najwyższej płacy minimalnej. Zresztą wiele krajów w ogóle nie posiada płacy minimalnej. W efekcie w porównaniu z krajami bardziej rozwiniętymi różnica nie jest już tak duża. Przykładowo, w takim ujęciu wartość płacy minimalnej w Polsce jest wyższa niż w Portugalii i Grecji, a w relacji do poziomu w Hiszpanii sięga 93 proc. Nawet na tle najbogatszych krajów UE nie wypadamy tak dramatycznie słabo – to 62 proc. poziomu w Luksemburga, prawie 70 proc.  Niemiec czy 82 proc. Irlandii. Gdybyśmy chcieli zwiększyć płacę minimalną do 4000 zł to według parytetu siły nabywczej (przy innych czynnikach nie zmienionych) płaca minimalna w Polsce przebiłaby niemiecką, to pokazuje absurd tej obietnicy, gdyż po prostu nasza gospodarka, nasze firmy nie są na to gotowe. Wszyscy chcemy ten cel osiągnąć. Polska płaca minimalna może zrównać się z niemiecką, ale tylko wtedy kiedy nasze gospodarki będą na zbliżonym poziomie rozwoju gospodarczego, a to niestety nie nastąpi za 2-3 lata.

Algorytm wyliczania płacy minimalnej zupełnie nie uwzględnia sytuacji kryzysowej, która dotknęła polski rynek pracy, jak i całą gospodarkę. Niestety, mimo że płaca minimalna w 2020 r. w relacji do średniorocznej płacy znacząco przebije 50 proc., a relacja do mediany może się zbliżyć do 60 proc. to ustawa przewiduje dalszy wzrost płacy minimalnej o prognozowany wzrost inflacji na 2021 r. oraz 2/3 realnego wzrostu PKB w 2021 r.

Po pierwsze, algorytm jest ślepy na sytuację, że w 2020 r. będziemy mieli głęboką recesję, a wzrost w 2021 r. to efekt odbicia od dna, a nie dobrej sytuacji firm.

Po drugie, to czy do wzrostu płacy dodajemy owe 2/3 PKB, decyduje sprawdzenie czy płaca minimalna w 2020 r. przekroczyła 50 proc., ale płacy w I kw. b.r. To jest absurd systemowy. Płaca w I kw. jest zawsze sezonowo większa niż w II i III kw., jest też większa od średniorocznej płacy, nawet o 4 proc. w niektórych latach. Wynika to z faktu, że w I kw. są wypłacane 13-tki i wiele innych dodatków do wynagrodzeń, które są wliczane do płacy. To powoduje, że zawsze mamy sztucznie zawyżony mianownik tej relacji.

No a obecnie mamy kryzys, płaca w całym roku ma wynieść 4,9-5,1 tys. zł, a my liczymy relację do sezonowo zawyżonej płacy sprzed kryzysu (teraz jest to 5,3 tys. zł). Co jest dodatkowo absurdalne, płaca z I kw. jest nawet wyższa od pierwotnej prognozy budżetowej (5,2 tys. zł). Relacja płacy minimalnej do tej z I kw. teraz nie przekracza 50 proc. ale na koniec roku, nie ulega żadnej wątpliwości, że przekroczy 50 proc., może nawet sięgnąć 53 proc..

Ile może wynieść płaca minimalna według algorytmu ustawowego? Tego jeszcze nie wiemy, bo rząd nie przedstawił prognoz na 2021 r. W prognozach rynkowych zakłada się, że wzrost inflacji w 2021 r. wyniesie ok. 2 proc. r/r, a wzrost PKB ok 4 proc. r/r. Wskaźnik weryfikacyjny wyniesie 1, gdyż wykonanie inflacji w 2019 r. było zgodne prognozą rządową z ustawy budżetowej. W przypadku takich prognoz waloryzacja inflacyjna powinna wynieść więc ok. 50 zł, a komponent związany z PKB daje wzrost o ok. 70 zł. Łącznie płaca minimalna wzrosłaby o 120 zł. To daje wzrost płacy minimalnej o 4,7 proc. r/r podczas gdy wzrost średniej płacy w gospodarce narodowej wg prognoz ekonomistów to 3,8 proc. r/r, a ostrożne prognozy zakładają nawet tylko 2 proc. r/r w 2021 r. Czyli nastąpi dalszy wzrost relacji płacy minimalnej do płacy średniej i mediany. W relacji do średniej 52-54 proc., a w relacji do mediany 58-61 proc.. Przy tak dużej niepewności, ryzyku drugiej fali epidemii, bardzo trudnej sytuacji firm, w szczególności mikro i małych przedsiębiorstw, wzrost płacy minimalnej w 2020 r. zgodnie z algorytmem ustawowym doprowadzić może do zwolnień i wzrostu bezrobocia.

Ten mechanizm niezależnie od kryzysu wymaga reformy. W regule wydatkowej, rząd dodał klauzulę wyjścia związaną ze stanem epidemii. Potrzebna nam klauzula wyjścia dla płacy minimalnej.

W 2021 r. płaca minimalna powinna zostać utrzymana na poziomie z 2020 r., tj. na poziomie 2600 zł. Nawet przy zamrożeniu płacy minimalnej jej relacja do płacy średniej pozostanie na poziomie zbliżonym do 50 proc., a nawet w skrajnym scenariuszu przekroczy 51 proc.. W relacji do mediany wynagrodzenia ta relacja wyniesie 56-58 proc..

Konieczny jest rzetelny, pogłębiony dialog stron społecznych na temat kształtowania się płacy minimalnej w okresie kryzysu. Konieczne jest uwzględnienie bieżącej, złej sytuacji mikro i małych firm, szczególnie w małych miejscowościach, gdzie te firmy dominują. Również zmiany wymaga algorytm wyliczania płacy minimalnej. Cele które były ustalone, zostały osiągnięte, mechanizm wymaga dostosowania.

Dr Sławomir Dudek, główny ekonomista Pracodawców RP

AmCham o projekcie ustawy o Funduszu Medycznym: deklarujemy współpracę i prosimy o konsultacje

W nawiązaniu do opublikowanego na stronie Sejmu RP prezydenckiego projektu ustawy o Funduszu Medycznym, Komitet Farmaceutyczny Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce (AmCham) przedstawił swoje wstępne stanowisko.

Przedstawiciele KF AmCham podkreślają, że opublikowany projekt ustawy jest inicjatywą znaczącą z punktu widzenia zdrowia obywateli i zrównoważonego rozwoju Polski. Deklarują współpracę w obszarze uzgodnień odnośnie do proponowanej ustawy i postulują umożliwienie konsultacji szczegółowych zapisów projektu.

Wyczekiwana inicjatywa

Projekt ustawy o Funduszu Medycznym jest inicjatywą wyczekiwaną i bardzo potrzebną. Jako Komitet Farmaceutyczny AmCham witamy go z pełną otwartością. W szczególności pozytywnie odnosimy się do dostrzeżenia znaczenia dostępu do innowacyjnej, skutecznej i bezpiecznej farmakoterapii w budowaniu kapitału zdrowia polskiego społeczeństwa, z zaakcentowaniem obszarów takich jak onkologia i choroby rzadkie. Cieszymy się, że rola przemysłu farmaceutycznego, inwestującego znaczące środki w prace badawczo-rozwojowe nad nowymi opcjami terapeutycznymi, została dostrzeżona przez Kancelarię Prezydenta RP. Liczymy jednocześnie, że proces legislacyjny nad ustawą umożliwi zainteresowanym stronom dialog dotyczący planowanych rozwiązań, dzięki któremu w jak najlepszy sposób zostaną zaadresowane potrzeby zdrowotne obywateli. Deklarujemy swoje wsparcie dla tego procesu oraz wyrażamy zainteresowanie dla wspólnej pracy nad projektem – mówi Jacek Graliński, przewodniczący Komitetu Farmaceutycznego AmCham.

Niebezpieczeństwa kryzysu

Jak podkreślają członkowie Komitetu Farmaceutycznego AmCham, kryzys gospodarczy spowodowany pandemią koronawirusa ma wymierny wpływ na stabilność finansowania systemu ochrony zdrowia w Polsce. Ostatnie miesiące przyniosły uszczuplenie wartości składek przekazywanych przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych do Narodowego Funduszu Zdrowia. W części ma to związek z przepisami tak zwanej tarczy antykryzysowej, na podstawie których wiele podmiotów zostało czasowo zwolnionych z obowiązku odprowadzania składek na ubezpieczenie zdrowotne. Szacuje się, że obecny kryzys ma wpływ na sytuację na rynku pracy, a od niej zależy sytuacja finansowa płatnika publicznego.

Głęboko wierzymy, że zapewnienie stabilnego finansowania systemu ochrony zdrowia ma w nadchodzących miesiącach zasadnicze znaczenie dla budowania tak zwanej „nowej normalności”. Z tego powodu uznajemy przedstawiony projekt ustawy o Funduszu Medycznym za wychodzący naprzeciw tym potrzebom – wyjaśnia Jacek Graliński.

Bardziej dostępne terapie

Zdaniem przedstawicieli KF AmCham ważnym aspektem prezydenckiego projektu ustawy o Funduszu Medycznym jest zapowiedź zwiększenia elastyczności systemu refundacyjnego poprzez wydzielenie ścieżki wczesnego dostępu dla innowacyjnych terapii, dopuszczonych do obrotu na podstawie decyzji Komisji Europejskiej. Jak podkreślają eksperci KF AmCham, dziś w wielu dziedzinach medycyny okres niezbędny do objęcia refundacją terapii na podstawie przepisów ustawy refundacyjnej bywa zbyt długi z punktu widzenia potrzeb pacjentów.

Wydzielenie nowej ścieżki, opartej o obiektywne kryteria oceny, uznajemy za krok w dobrym kierunku. Jednocześnie doceniamy zwrócenie szczególnej uwagi na racjonalne gospodarowanie środkami publicznymi poprzez wprowadzenie mechanizmów płatności za efekt, co jest zgodne z trendami zarządzania systemami ochrony zdrowia, określanymi mianem Value Based Healthcare. Skierowanie dodatkowego strumienia finansowania w tym mechanizmie gwarantuje osiągnięcie wymiernych korzyści zdrowotnych przez wielu pacjentów. Mamy nadzieję, że te środki, wraz z utrzymaniem aktualnego trendu wzrostu wartości środków przeznaczanych w ramach całkowitego budżetu na refundację przez Narodowy Funduszu Zdrowia, pozwolą na zasadnicze ograniczenie niekorzystnych zjawisk związanych z ograniczeniami w dostępie do terapii – mówi Jacek Graliński.

Otwarte konsultacje

Komitet Farmaceutyczny AmCham. deklaruje wolę aktywnego uczestnictwa swoich przedstawicieli w toku procesu legislacyjnego nad projektem ustawy.

Jako Komitet Farmaceutyczny AmCham dziękujemy Panu Prezydentowi za inicjatywę powołania Funduszu Medycznego. Uznajemy, że możliwość konsultacji zapisów projektu byłaby z punktu widzenia dopracowania zapisów ustawy niezwykle cenna i efektywna. Ze swojej strony planujemy przygotowanie i przedstawienie szczegółowego stanowiska KF AmCham do projektu ustawy licząc, że będzie ono przydatne z punktu widzenia planowanych prac nad projektem. Wierzymy, że skuteczne wdrożenie ustawy w znaczącym stopniu przyczyni się do poprawy sytuacji polskich pacjentów – mówi Jacek Graliński.

Do sądów napływa coraz więcej pozwów rozwodowych. Czas oczekiwania na rozstrzygnięcie ze względu na pandemię będzie dłuższy

0

Rocznie w Polsce sądy orzekają średnio 65 tys. rozwodów. Choć wpływ pandemii na tę liczbę nie jest jeszcze znany, to prawnicy już alarmują o zwiększonym zainteresowaniu ze strony klientów procedurami rozwodowymi. Wpływ na to może mieć okres lockdownu, kiedy małżeństwa spędzały ze sobą każdą wolną chwilę, co mogło uwypuklić problemy i różnice w związku. Po złożeniu wniosku do sądu nie należy jednak spodziewać się szybkiego rozpatrzenia sprawy. Po ponad dwumiesięcznej przerwie sądy funkcjonują w reżimie sanitarnym i wiele czynności – m.in. rozprawy z udziałem świadków – przebiega dłużej niż przed pandemią koronawirusa.

W połowie marca zatrzymał się świat prawniczy: sądy zdjęły z wokandy sprawy rozwodowe, budynki sądów zostały zamknięte dla interesantów, a z czasem zostały także wstrzymane biegi terminów sądowych. Ponadto Poczta Polska, która obsługuje przesyłki sądowe, pracowała w znacznie mniejszym wymiarze godzin, a kancelarie adwokackie potrzebowały czasu, żeby się przystosować do nowych warunków, np. odbywania spotkań online z klientami – mówi Karolina Marszałek, adwokat i mediator z Kancelarii Adwokackiej Karolina Marszałek.

Obecnie funkcjonowanie sądów i kancelarii prawniczych wróciło w zasadzie do normy, chociaż koronawirus zmienił nieco zasady działalności firm i instytucji. Sądy funkcjonują w reżimie sanitarnym i muszą dostosować się do wytycznych ministra zdrowia. Przykładowo w Sądzie Okręgowym w Warszawie rozprawy są wyznaczane znacznie rzadziej, świadkowie są wzywani oddzielnie na konkretne godziny, między rozprawami sale są wietrzone i dezynfekowane, co oznacza, że jest mniej rozpraw wyznaczonych na jeden dzień.

– Nie ma żadnych przeciwwskazań – ani technicznych, ani formalnych  do złożenia pozwu rozwodowego. Można go złożyć osobiście, za pośrednictwem adwokata lub radcy prawnego. Jednak złożenie teraz pozwu o rozwód skutkuje tym, że prawdopodobnie będzie on  rozpoznawany dopiero jesienią i zimą – zaznacza Karolina Marszałek.

Prawnicy obserwują obecnie większe zainteresowanie pozwami rozwodowymi. Trudno ocenić, na ile jest to spowodowane izolacją i spędzaniem czasu w domu z małżonkiem, a na ile wcześniejszą sytuacją w związku.

Na statystyki z okresu pandemii musimy jeszcze poczekać, ale z pewnością zamknięcie ludzi w jednym pomieszczeniu, zwłaszcza kiedy w rodzinie była stosowana przemoc, potęguje strach i wzajemną niechęć. Częste przebywanie w domu ze współmałżonkiem mogło także uwypuklić pewne problemy lub prowadzić do konfliktów, które nie byłyby widoczne w innej sytuacji – relacjonuje ekspertka. – Z drugiej strony są też związki, którym pandemia koronawirusa pomogła. Wycofywałam jeden pozew o rozwód, bo moja klientka po miesiącu spędzonym z mężem stwierdziła, że jednak ich małżeństwo da się uratować. To jeden z przykładów pozytywnych skutków pandemii koronawirusa dla relacji małżeńskich.

Wśród częstych powodów rozwodów są zdrady, ale także przemoc fizyczna, psychiczna oraz ekonomiczna. Do nieporozumień na tle finansowym dochodzą nałogi, bardzo często alkoholizm, dłuższa nieobecność małżonka, choćby ze względu na pracę za granicą, ale także niedobór seksualny.

– Bardzo często spotykam ludzi, którzy przez brak bliskości fizycznej mają poczucie, że są niekochani lub czują się nieakceptowani i to też doprowadza do rozpadu małżeństwa – uściśla adwokat.

Potwierdzają to statystyki. Według najnowszego Rocznika Demograficznego 2019 publikowanego przez Główny Urząd Statystyczny w 2018 roku w Polsce sądy orzekły 62 843 rozwody, w tym ponad 45 tys. dotyczyło mieszkańców miast. Przyczyną blisko 14 tys. spraw rozwodowych było niedochowanie wierności małżeńskiej, prawie 10 tys. przypadków miało związek z nadużywaniem alkoholu, a w 27 tys. spraw rozwodowych jako przyczynę podawano niezgodność charakterów.

Stabilność zatrudnienia szczególnie ceniona przez młodych Polaków. Praca na własny rachunek traci na atrakcyjności

Aż 81% przedstawicieli młodego pokolenia wybiera stabilne zatrudnienie w firmie zamiast pracy na własny rachunek. Młodzi od wysokich zarobków wolą work-life balance, ale myśląc o swoim rozwoju chcą pracować w doświadczonych zespołach i z szefem, który jest autorytetem – wynika z raportu „Młodzi Polacy na rynku pracy w nowej normalności”, przygotowanym przez firmę doradczą PwC, Well.HR i Absolvent Consulting.

Nowa rzeczywistość zmienia postawy i oczekiwania pracowników. W ich identyfikowaniu pomocne są badania pulse-check i nowe technologie. W PwC oraz u naszych klientów wykorzystujemy aplikację M.A.I.A. – dzięki elementom sztucznej inteligencji narzędzie analizuje udzielone przez pracowników odpowiedzi, bada trendy, odkrywa ukryte zależności i udziela pragmatycznych rad menadżerom, jak budować i utrzymywać zaangażowanie pracowników. Badanie postaw najmłodszego pokolenia ma tym większy sens, że wraz ze zdobywanym doświadczeniem będą oni zmieniać zdanie w wielu kwestiach. Ich uchwycenie pozwoli na efektywne zarządzanie talentami i całym zespołem. – Dorota Dębińska-Pokorska, partner w PwC odpowiedzialna za usługi z obszaru People & Change

Z badania przeprowadzonego na potrzeby raportu w kwietniu 2020 r. wynika, że mając do wyboru stabilne zatrudnienie w firmie lub pracę na własny rachunek, zdecydowana większość, bo aż 81,5% respondentów wybrała pierwsze rozwiązanie. Wraz z wiekiem znaczenia nabiera także rodzaj umowy z pracodawcą – umowę o pracę jako preferowaną formę zatrudnienia wskazało 55% osób poniżej 20. roku życia i 84% respondentów powyżej 25 lat.

Młode osoby cenią sobie także zrównoważone podejście do podziału pomiędzy pracą a życiem prywatnym. Respondenci postawieni przed wyborem pomiędzy work-life balance a wysokimi zarobkami w większości wybrali work-life balance (59% vs 40%).

Młode pokolenie ceni transparentność i ‘grę w otwarte karty’. Ważne jest dla nich zwłaszcza otwarte komunikowanie wynagrodzeń, jasno określone zasady współpracy i dobre warunki do rozwoju. Wbrew obiegowym opiniom, Zetki nie szukają w pracy szefa, który będzie ich kumplem, ale takiego, który stanie się dla nich autorytetem. Za szansę do rozwoju uważają m.in. częsty feedback. Lubią różnorodne wiekowo organizacje, bo mają świadomość, że mogą się wiele nauczyć od bardziej doświadczonych kolegów. – Joanna Kotzian, współzałożycielka Well.HR

Co jest dla młodych ważne w pracy

Połowa respondentów badania jako najważniejszy element w pracy wskazała przyjazną atmosferę (50%). Na kolejnych miejscach znalazły się: zdobycie doświadczenia zawodowego (49%), poczucie sensu wykonywanej pracy (43%), wysokie zarobki (42%) i praca zgodna z zainteresowaniami (36%). Z kolei na przeciwległym biegunie, jako elementy nie do zaakceptowania, młodzi wymienili: brak możliwości rozwoju (53%), zarobki nieadekwatne do oczekiwań (52%), konflikt w zespole (49%), wysoki poziom stresu (48%) i brak możliwości awansu (34%).

Co oznaczają wysokie zarobki? Mediana oczekiwań respondentów badania ukształtowała się na poziomie 4 tys. zł netto. Najwyższe oczekiwania finansowe (powyżej mediany) mają studenci kierunków medycznych oraz biologiczno-przyrodniczych, a najniższe (poniżej mediany) studenci kierunków artystycznych, społecznych i humanistycznych.

Podejmując decyzję o aplikowaniu na ofertę zatrudnienia, młodzi Polacy dokładnie sprawdzają przyszłego pracodawcę. Prawie wszyscy sprawdzają profil działania firmy oraz poziom wynagrodzenia, a 78% kandydatów – ofertę benefitów. 86% sprawdza opinie na temat pracodawcy w internecie, w porównaniu z 72% osób odwiedzających stronę kariera i 71% pytających o opinię znajomych. Natomiast profile pracodawców w mediach społecznościowych sprawdza niemal 60% uczestników badania. Dla prawie 70% badanych ważne są wartości firmy oraz jej wizja i misja.

Żyjemy w czasach transformacji kulturowej i biznesowej – to fakt. Kompetencjami przyszłości są umiejętność szybkiego uczenia się nowych rzeczy i oduczania starych metod pracy czy współpracy, szczególnie w odniesieniu do używanej technologii, która optymalizuje i poprawia efektywność czasu i kosztów. Młode pokolenie sprawdzi się idealnie w takim środowisku. Oczekiwania tego pokolenia w stosunku do miejsca pracy również transformują. Zachowanie poczucia bezpieczeństwa, szacunku i docenienia w pracy powinny być definiowane razem z nimi, ponieważ chcą oni, by ich wartości i przekonania były częścią kultury organizacyjnej. Radość, życie i zdrowie są celem samym w sobie – nie praca – mówi pokolenie Z i millenialsi. – Joanna Tonkowicz, partner zarządzająca Absolvent Consulting

Dobry pracodawca, czyli jaki

Na zaufanie do pracodawcy oraz na postrzeganie jego marki przez młodych ludzi mają wpływ przede wszystkim transparentność wynagrodzenia (56%) oraz opinia znajomych (54%). Dobry pracodawca to dla młodych ludzi taki, który już teraz buduje z nimi relacje w partnerski sposób, stawiając na ważne dla nich tematy, takie jak rozwój, dzielenie się wiedzą i wsparcie działalności na uczelniach, najchętniej podczas spotkań umożliwiających interakcję.

Według młodych dobry pracodawca prowadzi warsztaty na uczelniach lub w swojej siedzibie (45%), organizuje szkolenia/spotkania online (44%), wspiera organizacje studenckie i uczelnie (44%) oraz bierze udział w targach pracy (43%).

Wśród benefitów młodzi najczęściej wskazują dostęp do szkoleń, ubezpieczenie zdrowotne, możliwość pracy zdalnej i elastyczne godziny pracy.

Badanie pokazuje, co jeszcze możemy zrobić jako pracodawcy, aby proaktywnie się przygotować na ‘nową rzeczywistość’ w jeszcze bardziej zróżnicowanych pokoleniowo zespołach. Tu warto postawić jeszcze jedno pytanie: czy przed nami kolejna wojna o talenty czy raczej współpraca między pracodawcami w zakresie wzmacniania kompetencji całego młodego pokolenia? Zetki wybiorą te firmy, które będą chciały wywrzeć jak najszerszy pozytywny wpływ, a swoją misją i wizją przyciągną wszystkie pokolenia. – Tina Sobocińska, dyrektor zespołu Human Capital w PwC

O raporcie „Młodzi Polacy na rynku pracy w nowej normalności”

Raport powstał na podstawie badania realizowanego za pomocą ankiety online w marcu i kwietniu 2020 roku. W liczącej 1813 osób grupie byli głównie studenci, zdecydowaną większość badanych stanowiły osoby do 25. roku życia.

Dwie trzecie Polaków musiało zmienić wakacyjne plany. Tną także budżety na wyjazdy

65 proc. Polaków deklaruje, że ze względu na pandemię koronawirusa musiało zmienić wakacyjne plany – wynika z Barometru Providenta. Dwie trzecie z nich zrezygnowało z wyjazdu, co czwarty wybrał inną destynację, a co szósty na razie zawiesił planowanie urlopu. Powodami są  niepewność co do rozwoju sytuacji epidemicznej oraz obawa o bezpieczeństwo i zdrowie. Pewne jest to, że w tym roku znacznie częściej będziemy szukać wakacyjnych atrakcji w kraju. Chcemy też przeznaczyć na ten cel mniej środków, niż wcześniej zamierzaliśmy.

– Tegoroczne wakacje będą zupełnie inne niż do tej pory. Sytuacja związana z pandemią dość mocno zweryfikowała nasze plany – mówi agencji Newseria Biznes Magda Maślana, ekspert ds. PR w Provident Polska. – 65 proc. Polaków, którzy mieli wcześniej zaplanowany urlop, zweryfikowało te plany i je zmieniło. 62 proc. osób, które w marcu miały już zaplanowane wyjazdy, po prostu z nich zrezygnowało. Co czwarty Polak z tej grupy postanowił zmienić miejsce swojej destynacji, natomiast 16 proc. zawiesiło wyjazd i czeka z decyzją do ostatniego momentu.

Z Barometru Providenta wynika, że na początku marca zaledwie 8,5 proc. Polaków nie wiedziało, jak spędzi lato. Koronawirus, zamknięte granice i problemy branży turystycznej pomieszały szyki większości z nich. Tylko 20 proc. badanych deklaruje, że mimo koronawirusa ich plany urlopowe się nie zmienią. W związku z faktem, że kobiety częściej niż mężczyźni deklarowały plany wakacyjne przed wybuchem pandemii – to też częściej niż mężczyźni przyznawały, że pod jej wpływem zmieniły plany.

– Niepewność jest największym determinantem naszych decyzji – związana z sytuacją w kraju, sytuacją epidemiczną, z obostrzeniami, które są na nas nakładane w tym trudnym czasie. 66 proc. Polaków, którzy zaplanowali już urlopy, uznaje ją za główny powód, dla którego musieli zmienić swoje plany. Połowa z tej grupy wskazuje, że równie ważne są dla nich zdrowie i bezpieczeństwo podczas urlopu – zaznacza ekspertka. – 22 proc. przyznaje również, że niepewna jest dla nich sytuacja w branży turystycznej i transportowej, co także jest powodem, dla którego nie decydują się na większe wyjazdy. Co piąty wskazuje na kłopoty finansowe.

Uszczuplone dochody wpływają na to, że wiele gospodarstw domowych zamierza oszczędzić na tegorocznych wyjazdach. 41 proc. badanych przyznało, że wyda na ten cel mniej, niż wcześniej zakładało. Tym bardziej że wciąż liczna jest grupa osób, które straciły pieniądze z powodu poczynionych rezerwacji czy wpłaconych zaliczek i jeszcze ich nie odzyskały.

– Budżety na tegoroczne wyjazdy będą skromniejsze – mówi Magda Maślana. – Przed pandemią w budżecie 2 tys. zł planowało zmieścić się około 31 proc. Polaków, natomiast po pandemii jest to już 39 proc. Notujemy też duże, kilkunastoprocentowe spadki w przedziałach od 2 tys. do 4 tys. i powyżej 4 tys zł.

Przed koronawirusem 28,6 proc. Polaków miało w planach wyjazd zagraniczny, kolejne 19 proc. – urlop w kraju i za granicą, a 37,8 proc. – tylko w kraju. Dziś ta ostatnia opcja wybierana jest jeszcze częściej. Wypoczywać w Polsce zamierza 43,7 proc. ankietowanych. Co czwarty zostanie w domu i co ciekawe, to najmłodsi (do 24 lat) najczęściej wskazywali tę odpowiedź. Na moment przeprowadzenia badania urlop zagraniczny planowało 7,2 proc. badanych.

WHO: Testy najlepszym sposobem kontroli pandemii. W Polsce przebadano dotąd 1,4 mln próbek

Na całym świecie zakażonych SARS-CoV-2 zostało ponad 9 mln osób, a ponad 470 tys. zmarło. – Obserwujemy wypłaszczenie krzywej zachorowań lub jej powolny spadek, ale w przypadku pojawienia się nowego szczytu zachorowań trzeba niezwłocznie przywrócić działania z zakresu zdrowia publicznego – mówi dr Paloma Cuchi, przedstawicielka WHO w Polsce. Jak podkreśla, testy są najlepszym sposobem wskazania, gdzie pojawiają się nowe ogniska koronawirusa. Stąd ważne, żeby wszystkie kraje wciąż utrzymywały dużą liczbę testów u osób, u których podejrzewa się zakażenie SARS-CoV-2 na podstawie objawów klinicznych.

Pandemia wywołana koronawirusem to nowość. Ten wirus jest trudny do powstrzymania ze względu na niektóre jego cechy, m.in. to, że u niektórych osób w przedklinicznej fazie choroby jego ilość w organizmie może być duża tuż przed wystąpieniem objawów, około jeden–dwa dni wcześniej. Takie czynniki sprawiają, że trudno określić ognisko choroby i ją opanować – mówi agencji Newseria Biznes dr Paloma Cuchi.

Zgodnie z mapą WHO jak dotąd na całym świecie zakażonych zostało już 9 mln osób, a ponad 470 tys. zmarło. Największymi ogniskami choroby są w tej chwili Stany Zjednoczone, Rosja i Brazylia, ale gwałtownie rośnie też liczba nowych zakażeń w Indiach, które wyprzedziły Wielką Brytanię i są na czwartym miejscu pod względem liczby zachorowań na COVID-19. W Polsce dotychczasowy bilans to blisko 33 tys. zakażonych i 1400 zmarłych z powodu koronawirusa (dane z 24 czerwca). Najwięcej nowych przypadków wciąż przybywa na Śląsku, ale lokalne ogniska SARS-CoV-2 pojawiają się w całej Polsce.

– Wszystkie kraje muszą mieć świadomość konieczności monitorowania pandemii. Obecnie obserwujemy wypłaszczenie krzywej zachorowań lub jej powolny spadek, ale w przypadku pojawienia się nowego szczytu zachorowań trzeba niezwłocznie przywrócić działania z zakresu zdrowia publicznego – wskazuje przedstawicielka WHO w Polsce.

Kluczem do sukcesu są testy, które pozwalają określić, gdzie pojawiają się nowe ogniska koronawirusa, i odpowiednio na to zareagować. Stąd ważne, żeby wszystkie kraje wciąż wykonywały dużą liczbę testów u osób, u których podejrzewa się zakażenie SARS-CoV-2 na podstawie objawów klinicznych takich jak gorączka czy trudności w oddychaniu.

Trzeba też badać osoby mające kontakt z takimi ludźmi. To pozwoli jak najszybciej zidentyfikować osoby zakażone oraz te, które mogły się zakazić. W przeciwnym razie wirus będzie się wciąż rozprzestrzeniać. Odnotowaliśmy wiele przypadków gospodarstw domowych, w których jedna osoba po zakażeniu natychmiast zakażała inne, z którymi była w bliskich kontaktach. Zaleca się więc, aby kraje szukały takich osób i natychmiast wdrażały kwarantannę lub izolację – mówi dr Paloma Cuchi.

Według danych Ministerstwa Zdrowia w Polsce przebadano dotąd prawie 1,4 mln próbek pobranych od 1,25 mln osób. Dziennie wykonywanych jest kilkanaście tysięcy testów.

– Jeżeli jest możliwość, żeby rozszerzyć badania na inne grupy, jak np. ośrodki dla osób starszych czy górników, jak w przypadku Polski, należy natychmiast rozpocząć testowanie. Takie są zalecenia. Jednak ważna jest właściwa strategia i robienie testów osobom, które ich potrzebują, czyli zakażonym SARS-CoV-2 i osobom z ich środowiska, a następnie rozszerzanie zakresu badań. Nadal szukamy testu o dużej skuteczności, ale należy badać, badać i jeszcze raz badać zgodnie z odpowiednią strategią – podkreśla przedstawicielka WHO w Polsce.

Wskazuje, że w początkowej fazie, kiedy wiedza na temat wirusa SARS-CoV-2 była jeszcze niewielka, to społeczna izolacja i wprowadzony w wielu krajach nakaz pozostawania w domach znacząco przyczyniły się do kontroli pandemii.

Na początku nie wiedzieliśmy, czym tak naprawdę jest ta pandemia. Nie wiedzieliśmy, gdzie występują jej ogniska, kto jest zakażony i kto miał kontakt z zakażonymi, więc pomysł pozostania w domach był dobry. W ten sposób kraje zyskały czas, by wdrożyć odpowiednie działania. Z perspektywy klinicznej chodziło też o przygotowanie szpitali i ośrodków, a także społeczeństwa, aby zdobyli wiedzę na temat wirusa i tego, jak się przed nim chronić. Dzisiaj wiemy więcej na jego temat, więc możemy podejmować inne działania, szczególnie jeśli chodzi o testy i kontrolę osób, które miały z nim kontakt z wirusem, odpowiednie prowadzenie kwarantanny. Pomocne w tym są zwłaszcza duże wsparcie społeczeństwa i zastosowanie środków takich jak etykieta podczas kaszlu, mycie rąk i utrzymywanie dystansu – mówi dr Paloma Cuchi.

Obecnie w Polsce na kwarantannie przebywa blisko 100 tys. osób. W połowie miesiąca Ministerstwo Zdrowia zmieniło jej zasady. Zgodnie z rozporządzeniem od 17 czerwca obowiązkowa kwarantanna ma trwać do czasu uzyskania ujemnego wyniku testu diagnostycznego w kierunku SARS-CoV-2 (ale nie dłużej niż 14 dni, licząc od dnia następującego po styczności lub narażeniu na zakażenie).

– Jeżeli ktoś  miał kontakt z wirusem, objawy mogą pojawić się w ciągu sześciu–siedmiu dni, ale wiemy, że może to potrwać nawet 14 dni. Dlatego też najbezpieczniej jest, aby osoby, które miały kontakt z zakażonym SARS-CoV-2, przechodziły 14-dniową  kwarantannę. Po dwóch tygodniach należy sprawdzić, czy wystąpiły objawy albo wynik testu jest dodatni. Jeżeli obecność koronawirusa zostanie potwierdzona, taka osoba powinna przebywać w izolacji do czasu upewnienia się, że nie może już zarażać innych – wskazuje przedstawicielka WHO w Polsce. – Jeśli będziemy mieli lepsze testy i będziemy lepiej rozumieć dynamikę działania SARS-CoV-2, to zalecenie co do długości kwarantanny może się zmienić. Trzeba pamiętać, że stan wiedzy o wirusie ciągle się zmienia. Zalecenia zmieniamy albo aktualizujemy w miarę gromadzenia badań i danych z poszczególnych państw.

Rynek fotowoltaiki ponownie na fali wzrostowej. Obroty mogą w tym roku wzrosnąć o 25 proc.

Pandemia SARS-CoV-2 wyhamowała rynek fotowoltaiki. Problemy były wywołane m.in. lockdownem i wstrzymaniem tradycyjnej sprzedaży oraz chwilowymi przerwami w dostawach komponentów do instalacji fotowoltaicznych. Zawirowania na rynku trwały jednak krótko, tym bardziej że część firm przeniosła się do internetu. Już pod koniec kwietnia firmy z branży notowały sprzedaż na podobnym poziomie co przed pandemią. Fotowoltaika może więc pozostać najszybciej rozwijającym się sektorem OZE w Polsce. Prognozy Instytutu Energetyki Odnawialnej mówią o wzroście obrotów na tym rynku o 25 proc. r/r.

Po ogłoszeniu restrykcji branża faktycznie obserwowała zdecydowane wyhamowanie sprzedaży i montażu instalacji fotowoltaicznych. Ten stan utrzymywał się przez parę tygodni – mówi agencji Newseria Biznes Michał Skorupa, prezes spółki Foton Technik. – W kolejnych obserwowaliśmy ponowne wzrosty sprzedaży do poziomów sprzed pandemii. Dzisiaj branża znów jest w trendzie wzrostowym i jest to podyktowane głównie tym, że fotowoltaika zawsze się opłaca – niezależnie od tego, jakie mamy trudności w otoczeniu biznesowym.

Już pod koniec kwietnia branża zaczęła ponownie notować wzrosty sprzedaży instalacji fotowoltaicznych – zarówno tych małych, jak i większych, powyżej 50 kW mocy zainstalowanej. Marcowe i kwietniowe zastoje były spowodowane nie tylko lockdownem i wstrzymaniem się z inwestycjami, lecz także chwilowymi przerwami w dostawach komponentów. Ich przyczyną było m.in. tymczasowe wstrzymanie produkcji w fabrykach w Azji.

Chodziło o dostawy modułów fotowoltaicznych, inwerterów czy innych niezbędnych elementów. Kluczowe okazało się to, czy dana spółka prowadząca sprzedaż i montaż instalacji fotowoltaicznych miała dużo wcześniej zabezpieczony stock magazynowy na odpowiednim poziomie, który pozwolił jej mimo zawirowań zapewnić swoją zdolność operacyjną na rzecz klientów – mówi Michał Skorupa.

Jak podkreśla, w wyniku restrykcji wprowadzonych w związku z SARS-CoV-2 część branży przeniosła się online, żeby móc dalej prowadzić sprzedaż przy zachowaniu wymogów bezpieczeństwa.

– Było to kluczowe, aby zachować zdolność operacyjną i nadal prowadzić działalność sprzedażową, ale przy jednoczesnym zachowaniu wszelkich standardów bezpieczeństwa i środków ochrony osobistej – zarówno po stronie klienta, jak i osób, które mają z nim kontakt  – mówi prezes Foton Technik

Fotowoltaika jest najszybciej rozwijającym się sektorem OZE w Polsce. Według danych Urzędu Regulacji Energetyki jeszcze w 2014 roku moc fotowoltaiczna w sieci wynosiła 20 MW, a w kwietniu tego roku już 1,83 GW (z czego aż 1,2 GW generują prosumenci). To oznacza, że w nieco ponad pięć lat moc wzrosła aż o 9 tys. proc. Pod względem przyrostu nowych mocy z paneli słonecznych zainstalowanych w systemie znajdujemy się obecnie na piątym miejscu w Unii Europejskiej. I tak też powinno pozostać. Według raportu Instytutu Energetyki Odnawialnej „Rynek fotowoltaiki w Polsce 2020” na koniec roku moc zainstalowana w Polsce może wzrosnąć do 2,5 GW, a obroty na rynku wzrosną w tym roku o 25 proc. i przekroczą 5 mld zł. W 2025 roku moc PV może osiągnąć 7,8 GW.

Instalacja fotowoltaiczna powinna efektywnie pracować przez minimum 25–30 lat. W tak długim horyzoncie czasowym na pewno będzie opłacalna. Gdy dodamy rosnące ceny energii, co możemy obserwować na przestrzeni ostatnich lat, inwestycja ta opłaci się klientowi również z perspektywy budowania niezależności energetycznej – mówi Michał Skorupa.

W Polsce rynek fotowoltaiki przeżywa w tej chwili boom, który napędziły m.in. nowelizacja ustawy o OZE zmieniająca definicję prosumenta, spadek cen paneli fotowoltaicznych i ujednolicenie stawki podatku VAT oraz rządowe programy Energia Plus czy Mój Prąd. Ten ostatni jest największym w Europie programem dofinansowania do prosumenckich instalacji fotowoltaicznych o mocy 2–10 kW. Dotychczasowy bilans programu to 73 tys. wniosków i 408 MW mocy zainstalowanej, a – jak podaje NFOŚiGW – wartość inwestycji w przydomową fotowoltaikę, zrealizowanych przez polskie gospodarstwa domowe dzięki programowi. osiągnęła już kwotę ok. 1,8 mld zł. Przydomowe źródła energii odnawialnej są w Polsce coraz popularniejsze m.in. ze względu na fakt, że energia ze słońca jest znacząco tańsza niż ze źródeł tradycyjnych. Również dla przedsiębiorstw, które decydują się na fotowoltaikę, korzyścią są niższe rachunki, a poza tym także większe bezpieczeństwo energetyczne i bardziej proekologiczny wizerunek.

W fotowoltaikę inwestują różni klienci – w zależności od motywacji i tego, czego dany klient poszukuje. W przypadku instalacji powyżej 50 kW mocy zainstalowanej najczęściej są to inwestorzy, którzy budują duże farmy np. pod kątem systemów aukcyjnych. Są też klienci biznesowi, którzy chcą obniżyć konsumpcję energii w ramach swojej działalności i przy okazji budować wizerunek przedsiębiorstwa ekologicznego. Z kolei klienci indywidualni w gospodarstwach domowych chcą przede wszystkim budować swoją niezależność energetyczną z perspektywy rosnących cen energii – mówi prezes spółki Foton Technik.