Koronawirus: jak rząd chce chronić najemców?

Koronawirus stanowi problem dla części najemców. Postanowiliśmy sprawdzić, jak rząd zamierza ich chronić w ramach tarczy antykryzysowej.

W kontekście koronawirusa oraz rynku nieruchomości najczęściej mówi się o widocznym już spadku popytu na domy, lokale i działki. Warto jednak zdawać sobie sprawę, że koronawirus znacznie szerzej oddziałuje na rodzimą „mieszkaniówkę”. Najlepszym przykładem jest rynek najmu krótkoterminowego, który mocno ucierpiał na skutek drastycznego osłabienia ruchu turystycznego. Niektórzy właściciele mieszkań wcześniej wynajmowanych krótkoterminowo, próbują szukać stałego lokatora na dłuższy okres. Wszyscy wynajmujący teraz powinni jednak pamiętać, że przejściowo obowiązują specjalne przepisy dotyczące najmu, które zostały wprowadzone w ramach Tarczy Antykryzysowej. Warto dowiedzieć się na czym polega ta rządowa pomoc dla najemców. Nie skorzystają z niej między innymi awanturniczy lokatorzy.

Zaległości z czynszem nie uzasadnią wypowiedzenia umowy

Tytułem wstępu warto wyjaśnić, że tymczasowe zmiany w zasadach najmu zostały wprowadzone na mocy ustawy z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych (Dz.U. 2020 poz. 374). „Ten akt prawny zwany czasem specustawą koronawirusową zmienił wiele aspektów działania krajowej gospodarki” – wyjaśnia Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

W związku z problemami finansowymi, jakie u wielu osób wywołał koronawirus, rząd postanowił wprowadzić trzy ważne rozwiązania dotyczące najmu mieszkań. Pierwsze z nich polega na warunkowym zakazie wypowiadania umowy najmu lub wysokości czynszu. Co ważne, taki zakaz obowiązujący do 30 czerwca 2020 r. dotyczy również sytuacji, w których zgodnie z ustawą o ochronie praw lokatorów miesięczne wypowiedzenie umowy byłoby uzasadnione na skutek zaległości czynszowych (wynoszących co najmniej równowartość czynszu za trzy miesiące). Wspomniany zakaz wypowiadania umowy najmu lub wysokości czynszu do końca czerwca 2020 r. nie dotyczy sytuacji, w której:

  • lokator bez wymaganej pisemnej zgody wynajął, podnajął lub oddał do bezpłatnego używania lokal/jego część
  • najemca (lokator) posiada tytuł prawny do innego lokum w tej samej lub pobliskiej miejscowości (spełniającego kryteria dla lokalu zamiennego) i może skorzystać z takiego lokalu
  • lokal wymaga opróżnienia w związku z koniecznością remontu lub wyburzenia budynku
  • lokator mimo pisemnego upomnienia nadal używa mieszkania w sposób sprzeczny z umową lub niezgodnie z przeznaczeniem, nie respektuje porządku domowego, dewastuje części wspólne albo doprowadza do szkód w mieszkaniu poprzez swoje zaniedbania

Tymczasowy zakaz wypowiadania umowy najmu nie będzie działał jeśli została wypełniona co najmniej jedna przesłanka z ostatniego punktu (patrz powyżej). „Dzięki temu koronawirus nie powoduje bezkarności agresywnych i niedbałych lokatorów” – tłumaczy Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Wygasającą umowę najmu można przedłużyć do 30 czerwca

W ramach odpowiedzi na problemy finansowe najemców, jakie spowodował koronawirus, rząd wprowadził jeszcze jedno ważne rozwiązanie. Mowa o możliwości automatycznego przedłużenia do końca czerwca 2020 r. umowy najmu zawartej przed 31 marca 2020 r. Taka opcja przedłużenia (na dotychczasowych warunkach) dotyczy umów najmu wygasających przed 30 czerwca 2020 r. „Co ważne, do przedłużenia umowy wynajmu wystarczy samo oświadczenie woli najemcy. Lokator powinien je sporządzić w formie pisemnej i posiadać dowód doręczenia dokumentu wynajmującemu” – zaznacza Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Automatyczne przedłużenie umowy najmu nie będzie możliwe w każdym spośród wymienionych poniżej przypadków. Chodzi o sytuacje, w których:

  • lokator bez wymaganej pisemnej zgody wynajął, podnajął lub oddał do bezpłatnego używania lokal/jego część
  • najemca (lokator) posiada tytuł prawny do innego lokum w tej samej lub pobliskiej miejscowości (spełniającego kryteria dla lokalu zamiennego) i może skorzystać z takiego lokalu
  • lokator używał mieszkania w sposób sprzeczny z umową lub niezgodnie z przeznaczeniem albo doprowadził do szkód w mieszkaniu poprzez swoje zaniedbania
  • najemca w czasie co najmniej ostatnich 6 miesięcy (przed 31 marca 2020 r.) lub całego okresu krótszego najmu (przed 31 marca 2020 r.) pozostawał w zwłoce z zapłatą czynszu oraz innych kwot należnych wynajmującemu za przynajmniej jeden miesiąc (o ile wartość zaległości przekroczyła wymiar jednomiesięczny)

Warto nadmienić, że koronawirus może mieć wpływ również na termin wypowiedzenia umowy najmu przez właściciela mieszkania lub wypowiedzenia wysokości czynszu. Wspomniany termin ulega ustawowemu przedłużeniu do 30 czerwca 2020 roku, o ile najemca złożył odpowiednie oświadczenie woli, a umowa została zawarta przed 31 marca 2020 r. Wspomnianego prawa do przedłużenia okresu wypowiedzenia nie mają osoby, którym jeszcze przed wejściem w życie zmodyfikowanej tarczy antykryzysowej (31 marca 2020 r.) wynajmujący wypowiedział umowę na skutek zaległości czynszowych, nielegalnego podnajmu, złego zachowania lub konieczności remontu (zobacz art. 11 ust. 2 ustawy o ochronie praw lokatorów). „Koronawirus nie wydłuży okresu wypowiedzenia umowy również wtedy, gdy lokator ma tytuł prawny do innego lokum w tej samej lub pobliskiej miejscowości (spełniającego kryteria dla lokalu zamiennego) i jednocześnie może skorzystać z takiego lokalu” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Źródło: Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Pandemia przewartościuje układ sił w globalnej gospodarce i zmieni relacje handlowe między krajami. Spadnie znaczenie Chin jako globalnej fabryki świata

Światowy PKB spadnie w 2020 roku o 3 proc. – przewidywał w połowie kwietnia Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Mocniej ucierpią kraje rozwinięte, a spośród rynków rozwijających się te europejskie i południowoamerykańskie stracą bardziej niż azjatyckie. Nakładająca się na to wojna handlowa oraz poszukiwanie nowych relacji biznesowych spowodują, że świat może nie wrócić już do kształtu sprzed pandemii koronawirusa. Zdaniem Radosława Pyffela z Akademii Leona Koźmińskiego Polska będzie musiała odnaleźć się w tym nowym świecie nie tylko w aspekcie gospodarczym, ale też społecznym i psychologicznym.

 Już obserwujemy duże zmiany, natomiast nie jesteśmy w stanie oszacować siły ich wpływu. Za kilka czy kilkanaście miesięcy, kiedy zostanie wynaleziony lek albo szczepionka, albo być może wirus zmutuje i przestanie być niebezpieczny, wyjdziemy w zupełnie innej kondycji i prawdopodobnie na nowo ułożą się relacje między poszczególnymi gospodarkami, instytucjami i organizacjami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Radosław Pyffel, kierownik studiów biznes chiński w Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie. – Stosunkowo dobrze gospodarczo radzą sobie z tym Chiny, bo Międzynarodowy Fundusz Walutowy prognozuje, że zanotują wzrost gospodarczy PKB między 0 a 5 proc.

Zdaniem MFW najbardziej prawdopodobny jest wzrost chińskiej gospodarki w 2020 roku o 1,2 proc. i imponujące odbicie w 2021 roku – o 9,1 proc. Także Indie zwiększą PKB w obydwu latach, odpowiednio o 1,9 proc. oraz 7,4 proc. Dzięki temu rynki rozwijające się zanotują w tym roku tylko 1-proc. spadek, podczas gdy dojrzałe ekonomie stracą 6,1 proc. Dla strefy euro fundusz przewiduje spadek 7,5-proc., dla Stanów Zjednoczonych niemal 6-proc., przy czym są to prognozy opublikowane w połowie kwietnia. Według eksperta mogą być nawet głębsze.

– Bardzo dużo stracą Stany Zjednoczone i Europa Zachodnia. To będą spadki powyżej 10 proc. PKB. Polska wyjdzie całkiem nieźle, bo między 5 a 10 proc., czyli też z dużym spadkiem, ale mniejszym niż kraje Europy Zachodniej czy USA. Nieźle wyglądają niektóre kraje afrykańskie, Indie, Azja Centralna czy niektóre kraje Azji Południowo-Wschodniej – szacuje. – Ale przed nami jeszcze kilka miesięcy, tu mogą być zwroty akcji, dopiero wtedy będziemy mogli podliczyć straty i zobaczyć, kto w jakiej kondycji z tego wychodzi. Wtedy zacznie się najciekawsze, bo prawdopodobnie na nowo będą się układać relacje gospodarcze pomiędzy poszczególnymi krajami.

Podkreśla, że znaczenie Chin jako globalnej fabryki świata spadnie. Kraj ten od kilku lat przekształca swoją gospodarkę z modelu produkcyjnego na konsumpcyjny. Przyczynami są też uniezależnianie się Stanów Zjednoczonych od chińskiego importu, czyli wojna handlowa, wzmocniona jeszcze kampanią prezydencką w USA, czy ograniczenie dostaw do Europy. Będą też kraje, które przejmą od Chin część zleceń, jak np. Wietnam. Ponadto Chińczycy sami przenoszą produkcję do innych krajów Azji, głównie południowo-wschodniej, czy do Afryki i tam inwestują. Jeśli państwa te zyskają na przewartościowaniu sił, zarobią też Chińczycy wbrew intencjom polityki Donalda Trumpa.

To jest pierwszy paradoks, jaki widzę, a drugi jest taki, że Chiny przechodzą na gospodarkę bardziej zaawansowaną. Mamy chińskie 5G, które jest powszechnie stosowane, także przez wiele krajów zachodnioeuropejskich, które nie posłuchały ultimatum Stanów Zjednoczonych w tej sprawie. Chiny chcą być liderem nowych technologii z elektrycznymi samochodami, sztuczną inteligencją, 5G, więc wynoszenie tej taniej produkcji może być im na rękę – tłumaczy ekspert z Akademii Leona Koźmińskiego. – To jest czas dla wizjonerów gospodarczych, ludzi odważnych, z wyobraźnią, którzy w tym chaosie odnajdą jakiś porządek i zaproponują, w jaki sposób na nowo te łańcuchy układać. Pomyślność poszczególnych krajów będzie zależeć od tego, jak się odnajdą w  rzeczywistości, która dopiero się wyłoni, a której jeszcze dzisiaj nie znamy.

Powstaje pytanie, jak w tym nowym otoczeniu odnajdzie się Polska. Według MFW nasza gospodarka skurczy się w tym roku o 4,6 proc., zaś w 2021 roku wzrośnie o 4,2 proc. Mocniej ucierpią np. Czechy czy Słowacja (-6,0 proc. i -5,1 proc.), które zaliczane są już przez MFW do krajów rozwiniętych. Silnie odczują skutki pandemii kraje południa Europy, nie tylko Włochy, Grecja czy Hiszpania, ale też np. Chorwacja czy Czarnogóra, dla których istotną częścią gospodarki jest przemysł turystyczny. Kryzys uderzy też w małe gospodarki, takie jak np. estońska, które jednak jeszcze szybciej odbiją w przyszłym roku.

– Kryzys najbardziej uderzy w Europę Zachodnią, szczególnie Niemcy. My osłabniemy jako poddostawca i to jest jedno wyzwanie. Drugie ma charakter społeczny, bo Polska od 28 lat nieprzerwanie notowała wzrost gospodarczy, teraz wygląda na to, że nie uda się tej passy utrzymać. Uważaliśmy to za coś oczywistego, teraz tak nie będzie i trudno przewidywać, jakie to spowoduje skutki – komentuje Radosław Pyffel. – Trzecie wyzwanie jest takie, że Polska w ostatnich trzech dekadach obstawiała koniec historii – integracja europejska i przystąpienie do NATO właściwie miały załatwić sprawę. Wygląda na to, że historia się dopiero zaczyna, wyłania się zupełnie nowy świat i przed Polską stoi wielkie wyzwanie, żeby zrozumieć procesy, które teraz zachodzą, i wyjść z nich z trafnymi diagnozami i z dobrymi odpowiedziami. Świat, jaki znamy sprzed 2016 roku, a już na pewno sprzed 2020 roku, się bowiem skończył.

Ministerstwo Finansów planuje wprowadzenie wirtualnych kas fiskalnych w branży gastronomicznej, hotelarskiej i transportowej. Eksperci spodziewają się powiększenia szarej strefy.

Możliwość stosowania wirtualnych kas fiskalnych, zgodnie z projektem rozporządzenia Ministerstwa Finansów, miała mieć tylko branża transportowa, ale w maju rozszerzono katalog podmiotów również o branżę gastronomiczną, hotelarską i handlu węglem. – Nie powinniśmy zaczynać od takich wrażliwych podatkowo sektorów – podkreślają eksperci. Ich zdaniem wprowadzenie wirtualnych kas rodzi pole do nadużyć i unikania rejestracji transakcji, co może prowadzić do wzrostu szarej strefy i zmniejszenia wpływów z VAT do budżetu. Ze względu na łatwość ingerencji w oprogramowanie rośnie też ryzyko wycieku danych i szpiegostwa gospodarczego.

Kasy wirtualne mają być alternatywą dla użytkowanych dotychczas kas rejestrujących. W przeciwieństwie do nich wirtualna kasa nie wymaga zakupu sprzętu. Wystarczy oprogramowanie, które można zainstalować na dowolnym urządzeniu, np. na telefonie, tablecie czy laptopie.

– Przed rokiem w nowelizacji ustawy o podatku od towarów i usług nieopatrznie, nawet bezrefleksyjnie, dopisano do kas rejestrujących online możliwość stosowania również tzw. kas online niesprzętowych. Kasy online, połączone z tzw. Centralnym Repozytorium Kas, na bieżąco raportują do Ministerstwa Finansów, a jednocześnie zachowują dane dotyczące przeprowadzonych transakcji we własnej pamięci. Jednak rok temu dopisano możliwość, żeby kasa online była kasą nieistniejącą, czyli aplikacją – mówi agencji Newseria Biznes prof. Witold Modzelewski, prezes Instytutu Studiów Podatkowych.

To budzi szereg zastrzeżeń wśród ekspertów.

– Wprowadzenie wirtualnych kas fiskalnych będzie oznaczało chaos. Nie będzie wiadomo, kto i jak rejestruje te dane, nie będą one również wysyłane do Ministerstwa Finansów. Największy chaos będzie panował w Krajowej Administracji Skarbowej, ponieważ w tej chwili urzędy skarbowe, które prowadzą czynności sprawdzające, dokładnie wiedzą, co mogą sprawdzić, mogą zidentyfikować urządzenie i mają pełne dane. W przypadku wprowadzenia kas wirtualnych nikt nie będzie w stanie ich skontrolować. Poza tym, czy oprogramowanie, które może wyglądać dokładnie tak samo jak kasa software’owa, faktycznie nią będzie? – pyta Marcin Monkiewicz, prezes Organizacji Pracodawców Branży Fiskalnej.

Bez względu na rodzaj kasy przed rozpoczęciem jej użytkowania konieczne jest przeprowadzenie fiskalizacji i uzyskanie numeru ewidencyjnego. W przypadku kas online dzieje się to automatycznie, nie ma potrzeby zgłaszania jej do urzędu skarbowego jak w przypadku zwykłej kasy fiskalnej.

– Możemy na przykład zgubić telefon, na którym zainstalowana jest kasa, i co wtedy? Jak będziemy do tego podchodzić, skoro kasa nie będzie cały czas podłączona do repozytorium i nie będzie wysyłała danych? Co, jeśli kasa się sformatuje albo wirus zaatakuje dysk twardy? – zastanawia się prezes OPBF.

Problemem jest także bezpieczeństwo cyfrowe tego oprogramowania i ryzyko wycieku danych.

– Idąc krok dalej, trzeba się zastanowić nad możliwością wykorzystania takiego oprogramowania do szpiegostwa gospodarczego – ponieważ nie będziemy mieć pewności, jakie intencje miał twórca aplikacji – podkreśla Marcin Monkiewicz. – Poza tym, co w przypadku, kiedy kupimy kasę wirtualną, której twórca popełnił błąd? Mimo że to oprogramowanie będzie certyfikowane przez Główny Urząd Miar, może się okazać, że coś zostało niedopatrzone. Takie rzeczy się zdarzają. Czy wtedy podatnik będzie odpowiadał za błędy konstrukcyjne programu?

Z założenia wirtualne kasy fiskalne, ze względu na łatwą dostępność i obniżenie kosztów, miały zachęcić przedsiębiorców do wyjścia z szarej strefy. Zdaniem ekspertów może być jednak zupełnie inaczej.

– Przedsiębiorcy, którzy będą chcieli wyjść z szarej strefy za pomocą nieistniejących kas rejestrujących, czyli wirtualnych, zrobią to. To nie oni są problemem. Problemem są ci, którzy działają w złej wierze – ocenia prof. Witold Modzelewski .

Na zdrowy rozsądek Ministerstwo Finansów powinno być ostatnim podmiotem zainteresowanym, żeby kasy wirtualne wprowadzać szybko i na dużą skalę – mówi dr Marian Szołucha z Instytutu Prawa Gospodarczego.

Wirtualne kasy mogą więc oznaczać rozszczelnienie systemu rejestracji sprzedaży, a tym samym wzrost szarej strefy.

 To urządzenie pozwala ukryć przed kontrolerem fakt sprzedaży nieopodatkowanej. Czyli nic nie udowodnimy nawet temu, który będzie działał w złej wierze, a to znaczy, że będzie bezkarny – podkreśla prof. Witold Modzelewski. – Raz utracone pieniądze przez państwo, czyli raz niezapłacone podatki, są stratami bezpośrednimi i przede wszystkim bezpowrotnymi. Nigdy tych pieniędzy nie odzyskamy, to nie jest moment na taki eksperyment.

Ministerstwo Finansów podkreślało, że ze względu na to ryzyko pilotaż powinien być przeprowadzony na małej grupie podatników. Początkowo miała być to tylko branża transportowa, ale w maju resort rozszerzył katalog o sektory: gastronomiczny, hotelarski i handlu węglem. Tymczasem tylko w gastronomii szarą strefę szacuje się na 1–2 mld zł rocznie. Po wprowadzeniu wirtualnych kas fiskalnych skala ta może być znacznie większa. Jak wynika z danych Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji, w dużych sieciach restauracji poziom szarej strefy sięga 5 proc. Tam, gdzie proces sprzedaży jest mniej sformalizowany, czyli np. w pojedynczych punktach gastronomicznych, nierejestrowane transakcje mogą odpowiadać nawet za połowę obrotów.

– Branża hotelarska, restauracyjna i cateringowa uważana jest przez samą administrację skarbową za wrażliwą. Wprowadzenie kas wirtualnych w takim trybie daje zielone światło do kolejnych nadużyć – mówi Stefan Kamiński, prezes Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji.

Jak podkreślają eksperci, początkowo tego typu kasy powinny być przeznaczone dla branż, które do tej pory nie były objęte kasami fiskalnymi. Obszarem do przetestowania kas wirtualnych może być sprzedaż z automatów, sprzedaż internetowa czy przejazdy przy wykorzystaniu aplikacji.

90 mln zł trafi na działania wspierające zdrowie psychiczne dzieci i młodzieży. Rusza nabór środków w konkursie ze środków unijnych

Od 25 maja do 31 lipca potrwa nabór wniosków w ramach konkursu na działania w dziedzinie psychiatrii dzieci i młodzieży. 90 mln zł zostanie przeznaczone na uruchomienie co najmniej sześciu kolejnych Środowiskowych Centrów Zdrowia Psychicznego Dzieci i Młodzieży. Budowa takich ośrodków, do których mogą zgłaszać się młodzież i rodzice z dziećmi z problemami psychicznymi, to element szeroko zakrojonej reformy psychiatrii skierowanej do tej grupy pacjentów. Pandemia wstrzymała jednak prace nad budową kolejnych etapów opieki psychiatrycznej.

Z początkiem kwietnia wystartowała reforma systemu psychiatrii dla dzieci i młodzieży. Działalność rozpoczęły ośrodki środowiskowej opieki psychologicznej, czyli pierwszy poziom nowego systemu. Na razie jest ich ponad 130, docelowo ma być około 300.

Sytuacja w psychiatrii dzieci i młodzieży jest dużo lepsza niż jeszcze kilka lat temu. Ministerstwo Zdrowia wraz z Zespołem ds. zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży opracowało reformę, która jest teraz wdrażana. NFZ tuż przed pandemią ogłosił konkurs na pierwszy poziom i ponad 100 nowych ośrodków zostało zakontraktowanych, co w przypadku psychiatrii dzieci i młodzieży jest ewenementem. Udało nam się zbudować ten pierwszy poziom opieki, choć jeszcze nie w całej Polsce – mówi agencji Newseria Biznes dr Tomasz Rowiński, zastępca dyrektora Instytutu Psychologii UKSW, dyrektor Środowiskowego Centrum Zdrowia Psychicznego dla Dzieci i Młodzieży Warszawa – Bielany EZRA UKSW.

Ośrodki środowiskowej opieki psychologicznej to placówki zatrudniające specjalistów – psychologów, psychoterapeutów i terapeutów środowiskowych. Mogą zgłaszać się do nich rodzice dzieci oraz młodzież poniżej 18. roku życia. W ramach pomocy oferowanej w ośrodkach można skorzystać m.in. z porad psychologicznych czy sesji psychoterapii rodzinnej.

W ośrodkach pierwszego poziomu główną zasadą jest praca środowiskowa, w której uwzględnia się zasoby szkoły i rodziny, tak aby pomóc dziecku w środowisku naturalnym. Jeżeli problemów nie uda się rozwiązać na tym poziomie, wówczas dziecko powinno zostać skierowane do opieki ambulatoryjnej, gdzie można zapewnić mu pobyt na oddziale dziennym, jeżeli wymaga tego sytuacja i rodzina się na to zgadza. Ostatnim poziomem jest szpital, czyli pobyt całodobowy. On powinien być zarezerwowany wyłącznie dla dzieci, które rzeczywiście wymagają hospitalizacji, czyli w sytuacji, kiedy objawy kliniczne i zaburzenia są już tak nasilone, że to zagraża życiu jego lub innych – mówi dr Tomasz Rowiński.

Ministerstwo Zdrowia chce, żeby docelowo w każdym powiecie lub grupie powiatów funkcjonował jeden taki ośrodek pierwszego poziomu. Każdy z nich otrzyma z NFZ w ramach ryczałtu w granicach 550 tys. zł w skali roku. Jak podkreśla ekspert, sukcesywnie rosnące nakłady na psychiatrię dzieci i młodzieży to druga, istotna zmiana, jaka zaszła w tym obszarze.

– Świadczenia są lepiej wyceniane i to też jest dobry kierunek zmian. Przed reformą budżet na usługi związane ze zdrowiem psychicznym dzieci i młodzieży wynosił około 230 mln zł. Po jej wdrożeniu NFZ wyda dodatkowo ponad 50 mln zł w skali roku na zakontraktowanie poradni pierwszego poziomu. To pokazuje, że w ciągu jednego roku zrobiliśmy prawie 20-proc. skok, jeżeli chodzi o finansowanie – mówi zastępca dyrektora Instytutu Psychologii UKSW,

Ośrodki środowiskowe będą udzielać wsparcia tym dzieciom, które nie potrzebują diagnozy psychiatrycznej ani farmakoterapii. Z ich pomocy młodzi pacjenci mogą skorzystać bez skierowania lekarskiego. Placówki zapewnią m.in. psychoterapię indywidualną i grupową, terapię rodzinną lub pracę z grupą rówieśniczą. Warunkiem jest wczesna reakcja na pojawiające się problemy. To pozwala nie dopuścić do pogorszenia stanu zdrowia psychicznego pacjenta i uniknąć hospitalizacji na oddziale psychiatrycznym.

Bardzo ważna jest wczesna interwencja: im szybciej zaczniemy reagować, tym mniejsze są później koszty. Druga rzecz to praca w środowisku lokalnym, czyli włączanie w pomoc dziecku i jego rodzinie lokalnych zasobów. Nie można efektywnie pomagać dziecku tylko i wyłącznie z perspektywy gabinetu. Praca z rodziną, szkołą czy z innymi instytucjami, gdzie dziecko przebywa, jest kluczowa dla jego efektywnego zdrowienia – mówi dr Tomasz Rowiński.

Ministerialna reforma zakłada, że – poza ośrodkami środowiskowymi – działać będą także ośrodki drugiego poziomu (środowiskowe centra zdrowia psychicznego), gdzie pracować będzie lekarz psychiatra. Pacjenci wymagający intensywniejszej opieki będą mogli w nich skorzystać ze świadczeń w ramach oddziału dziennego. Jeden taki ośrodek obejmowałby wsparciem kilka sąsiadujących ze sobą powiatów.

Z kolei na trzecim poziomie referencyjności będą funkcjonować ośrodki wysokospecjalistycznej całodobowej opieki psychiatrycznej, czyli szpitale i oddziały psychiatryczne. W nich pomoc znajdą pacjenci wymagający najbardziej specjalistycznej pomocy, w tym w szczególności osoby w stanie zagrożenia życia i zdrowia, przyjmowani w trybie nagłym. W każdym województwie ma funkcjonować przynajmniej jeden taki ośrodek.

Te trzy poziomy będą dobrze funkcjonować pod warunkiem, że pierwszy z nich, ten podstawowy, dobrze wykona swoją pracę środowiskową. Ośrodki środowiskowe pierwszego poziomu odgrywają kluczową rolę w zmniejszaniu hospitalizacji – mówi dyrektor Środowiskowego Centrum Zdrowia Psychicznego dla Dzieci i Młodzieży Warszawa – Bielany EZRA UKSW. – Niestety sytuacja z pandemią spowodowała, że konkursy na drugi i trzeci poziom zostały wstrzymane i nie wiadomo, kiedy będą uruchomione, więc tworzenie tego systemu wsparcia dla dzieci i młodzieży zostało odłożone w czasie.

EZRA UKSW to spółka powołana przy Instytucie Psychologii UKSW w celu wdrożenia i prowadzenia Środowiskowych Centrów Zdrowia Psychicznego dla Dzieci i Młodzieży. W marcu br. uruchomiła trzy ośrodki. Jednym z nich jest centrum na Bielanach, które jest modelowym ośrodkiem spełniającym założenia Narodowego Programu Zdrowia Psychicznego na lata 2017–2022. Działania są finansowane z udziałem środków UE – projekt „Deinstytucjonalizacja szansą na dobrą zmianę” jest realizowany w ramach programu operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój.

Pandemia sprzyja większej brawurze na drogach. Bezpieczeństwo mają poprawić wyższe kary i ograniczniki prędkości w samochodach

Z powodu koronawirusa na niektórych drogach krajowych liczba aut spadła nawet o 80 proc. W czasie pandemii Polacy jeżdżą mniej, za to bardziej niebezpiecznie – tylko od 24 kwietnia do 6 maja w wypadkach zginęło 76 osób, czyli średnio sześć–siedem dziennie. Najczęstszą przyczyną wypadków jest nadmierna prędkość, bo puste ulice zachęcają do większej brawury. O bezpieczną jazdę apelują producenci samochodów. Volvo wprowadza automatyczne ograniczenie prędkości we wszystkich swoich autach do 180 km/h. Kierowca będzie też mógł zaprogramować dodatkowe ograniczenia prędkości maksymalnej.

– Podczas pandemii koronawirusa wyraźnie widać zmniejszenie ruchu drogowego, w związku z czym spadła liczba wszystkich wypadków, w tym także ofiar śmiertelnych. Jednak stosunek ofiar śmiertelnych do łącznej liczby wypadków niestety wzrósł. Czyli mamy mniej wypadków, ale jeśli się już wydarzą, najczęściej mają bardziej tragiczne skutki – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Stanisław Dojs, PR Manager w Volvo Car Poland.

Z danych GDDKiA wynika, że w okresie od 9 marca do 17 maja natężenie ruchu drogowego było mniejsze o 53 proc. niż w analogicznym okresie 2019 roku. Największy spadek nastąpił w okolicach Wielkanocy – ok. 80 proc. w stosunku do ubiegłorocznych danych. Spada też liczba wypadków. O ile w marcu 2019 roku w Polsce odnotowano 2079 wypadków drogowych, w których zginęło 189 osób, o tyle w 2020 roku w tym samym okresie wypadków było o 33 proc. mniej – 1423. Zginęło w nich natomiast 155 osób, czyli jedynie o 18 proc. mniej niż w roku ubiegłym.

Puste drogi zachęcają do większej brawury, przyczyną wypadków jest więc przede wszystkim nadmierna prędkość. Od dłuższego czasu kolejni producenci decydują się na ograniczenie prędkości maksymalnych wybranych modeli. Firma Volvo Cars poszła o krok dalej.

Zdecydowaliśmy się na wprowadzenie ograniczenia prędkości w swoich samochodach. To elektroniczny ogranicznik do 180 km/h, czyli prędkości, która jest znacznie powyżej dopuszczalnej w większości krajów europejskich, w Polsce też. To czytelny sygnał, że jako marka chcemy wziąć odpowiedzialność za zwiększenie bezpieczeństwa na drodze i choć niewielu kierowców w Europie decyduje się na jeżdżenie tak szybko, to my wysyłamy sygnał: koniec wyścigów na drodze – podkreśla Stanisław Dojs.

Wszystkie nowe modele Volvo mają mieć wbudowany ogranicznik prędkości. Choć decyzja producenta podzieliła kierowców, to koncern tłumaczy, że w ten sposób chce walczyć o ograniczenie śmiertelnych ofiar wypadków drogowych oraz ciężko rannych.

– Legislacja poszczególnych państw unijnych skłania kierowców do tego, żeby bardziej odpowiedzialnie korzystać z samochodów i żeby ograniczać prędkość – wskazuje przedstawiciel Volvo Car Poland.

Jak przekonuje, tylko niewielka liczba kierowców będzie próbowała demontować ogranicznik. Wpływ na to będą mieć nowe przepisy.

– Od 1 lipca 2020 roku w Polsce za przekroczenie prędkości o ponad 50 km/h poza terenem zabudowanym będzie czasowo zabierane prawo jazdy. Na autostradzie będziemy mogli stracić prawo jazdy za przekroczenie 190 km/h, na drodze ekspresowej za ponad 170 km/h, a na drodze krajowej – ponad 140 km/h. Zatem po zdjęciu naszej blokady nic nie zyskamy – ocenia ekspert.

Każdy samochód Volvo, oprócz ograniczenia prędkości do 180 km/h, będzie wyposażony w funkcję Care Key, dzięki której jego właściciel będzie mógł zaprogramować dodatkowe ograniczenia prędkości maksymalnej w przypadku, gdy np. pożyczy samochód innemu użytkownikowi.

Volvo pracuje też nad kolejnymi rozwiązaniami, które mają zwiększyć bezpieczeństwo na drogach i  wyeliminować kierowców wsiadających za kółko pod wpływem alkoholu czy środków zaburzających koncentrację. Mają być wprowadzane w przyszłości we wszystkich modelach samochodów.

– Będą to systemy monitorujące aktywność oczu kierowcy – czy są skierowane na drogę, czy ich ruch wskazuje na jego koncentrację. Jeżeli kierowca straci przytomność, osunie się na fotelu, te systemy będą w stanie zareagować, zatrzymać bezpiecznie samochód i sprawić, że nie dojdzie do najtragiczniejszych wypadków – zapowiada Stanisław Dojs.

Pandemia przyspiesza robotyzację polskich firm. Ludzie są coraz częściej zastępowani przez maszyny

Firmy rozszerzają sposób korzystania z robotów w celu zwiększenia dystansu społecznego i zmniejszenia liczby pracowników, którzy muszą fizycznie przyjść do pracy. Roboty są również stosowane do wykonywania zadań, których pracownicy nie mogą realizować zdalnie. W Polsce obecnie na 10 tys. zatrudnionych przy produkcji przemysłowej przypadają zaledwie 42 roboty. W sektorze bankowym, ubezpieczeniowym i telekomunikacyjnym należymy już jednak do europejskiej czołówki.

– Im większy kryzys gospodarczy, tym szybsza robotyzacja. Te zawirowania makroekonomiczne spowodują, że firmy zaczną szukać sposobów na optymalizację kosztów, zastąpią więc pracowników pewnymi rozwiązaniami informatycznymi i naturalnie będą to roboty – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje prof. Andrzej Sobczak ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Firmy rozszerzają sposób korzystania z robotów. Pozwala to zwiększyć dystans społeczny i zmniejszyć liczbę pracowników, którzy muszą fizycznie przyjść do pracy. Roboty są również stosowane do wykonywania zadań, których pracownicy nie mogą realizować zdalnie. Amerykański Walmart używa ich do mycia podłóg. Roboty w Korei Południowej były wykorzystywane do pomiaru temperatur i dystrybucji środków dezynfekujących ręce.

W związku z koronawirusem do 2021 roku mogą być konieczne dalsze środki dystansowania społecznego, tym samym zwiększy się zapotrzebowanie na roboty.

– Pojawienie się SARS-CoV-2 może być przez wiele firm potraktowane jako przyczynek do rozważenia wdrożenia robotyzacji. Roboty nie chorują, nie chodzą na zwolnienia, nie trzeba zamykać firmy. Koronawirus może być czynnikiem wyzwalającym wdrożenie robotów w firmie, a przynajmniej pokazującym na poziomie zarządu, że jest taka alternatywa – podkreśla prof. Andrzej Sobczak. – Wiele firm, które się wahało, czy wdrażać robotyzację, może teraz przyspieszyć podjęcie finalnego wyboru – wskazuje ekspert.

Już teraz widać, że firmy produkujące środki czyszczące i odkażające odnotowały wzrost popytu. Duński UVD Robots, który produkuje roboty dezynfekujące światłem ultrafioletowym, wysłał setki maszyn do szpitali w Chinach i Europie.Także sieci spożywcze i restauracje coraz częściej korzystają z robotów. Sieci fast foodów, takie jak McDonald’s, testują roboty-kucharzy. Z kolei w magazynach Amazonu i Walmartu roboty były już używane do poprawy wydajności. Wybuch COVID-19 spowodował, że obie firmy chcą zwiększyć ich wykorzystanie do sortowania, pakowania i wysyłki towarów.

Międzynarodowa Federacja Robotyki wskazuje, że w Polsce na 10 tys. zatrudnionych przy produkcji przemysłowej przypadają średnio 42 roboty. Europejska średnia to zaś 114. Polska ma więc sporo do nadrobienia,  jednak nie we wszystkich branżach.

– W wykorzystaniu robotów w sektorze bankowym, ubezpieczeniowym i telekomunikacyjnym jesteśmy zdecydowanie bardziej zaawansowani. Średnio z badań wychodzi nam, że liderzy w tym  obszarze w Polsce mają od 30 do 50 robotów. Są też podmioty, które mają powyżej 100 robotów – wskazuje badacz z SGH.

Naukowcy z Oxford Economics szacują, że do 2030 roku roboty zabiorą 20 mln etatów. Międzynarodowa Federacja Robotyki podaje zaś, że w ciągu pięciu lat (2013–2018) globalna liczba wykorzystywanych robotów wzrosła o ok. 65 proc. – do 2,4 mln sztuk. Jednocześnie badania przeprowadzone przez OECD pokazują, że firmy, które skutecznie stosują technologię, są 10-krotnie bardziej wydajne niż te, które tego nie robią. Przedsiębiorstwa są jednak coraz lepiej przygotowane do robotyzacji, dla większości z nich – także polskich – to naturalny rozwój.

– Tempo wdrażania robotyzacji jest uzależnione od wcześniejszego przygotowania firm. Jeżeli przedsiębiorstwo nie działa procesowo, ma złej jakości dane, to wdrożenie robotyzacji jest projektem długotrwałym, ponieważ trzeba najpierw przygotować do tego organizację. Jednak jeżeli firma myśli procesowo, to robotyzacja może być zrealizowana w perspektywie kilku–kilkunastu tygodni i może bardzo szybko przynosić pierwsze rezultaty biznesowe – przekonuje prof. Andrzej Sobczak.

Ceny OC w kwietniu 2020 – ile płacimy za obowiązkowe ubezpieczenie?

508 zł w Rzeszowie i 808 zł w Poznaniu – tyle średnio za ubezpieczenie OC kierowcy płacili w kwietniu 2020 r. Zastanawiasz się, skąd ta różnica? Chcesz wiedzieć, ile kierowcy płacą za OC w Twoim mieście? Sprawdź, czy nie przepłacasz!

Średnia cena polisy OC w skali całego kraju nie jest miarodajnym wskaźnikiem, gdyż jednym z kluczowych czynników branych pod uwagę przy wycenie składki ubezpieczeniowej jest miejsce zamieszkania właściciela pojazdu. Nasz ranking przygotowaliśmy, opierając się na kalkulacjach, które przeprowadzili w kwietniu kierowcy z całej Polski, wykorzystując w tym celu kalkulator ubezpieczenia samochodu. Sprawdzamy, w których polskich miastach kierowcy za OC w kwietniu 2020 r. płacili najmniej, a w których najwięcej.

Rzeszów, Opole i Gliwice – tu kierowcy płacili najmniej

W kwietniu 2020 r. to właśnie Rzeszów, Opole i Gliwice znalazły się w pierwszej trójce miast, w których właściciele aut płacili najmniej za ubezpieczenie OC – odpowiednio 508 zł, 540 zł i 562 zł. Mniej niż 600 zł na polisę OC wydawali także kierowcy z Rybnika (563 zł), Częstochowy (569 zł), Lublina (572 zł) i Olsztyna (585 zł). W porównaniu z miesiącem wcześniejszym to sporo taniej. W marcu 2020 r. rzeszowianie za obowiązkowe ubezpieczenie pojazdu płacili 647 zł (o 139 zł więcej), opolanie 611 zł (o 71 zł więcej), a gliwiczanie 602 zł (o 40 zł więcej).

Dla porównania sprawdzając najniższe ceny OC, można się dowiedzieć, że najmniej za ubezpieczenia w I kwartale 2020 r. w dużych miastach płacili kierowcy z Białegostoku (612 zł), Kielc (618 zł) i Lublina (630 zł). Jeżeli chodzi o województwa, to średnio składka OC była najniższa dla województw: świętokrzyskiego, podlaskiego i podkarpackiego.

Skąd wynikają tak duże rozbieżności w średnich cenach polis OC w poszczególnych miastach? Trzeba pamiętać, że nie istnieje sztywny cennik OC, a miejsce zamieszkania kierowcy jest tylko jednym z wielu czynników branych pod uwagę przez firmy ubezpieczeniowe – innymi parametrami są m.in. wiek kierowcy, jego staż za kierownicą czy dane techniczne, wiek i przebieg pojazdu.

Poznań, Gdańsk i Warszawa w czołówce najdroższych miast

Na drugim krańcu kwietniowego zestawienia cen OC znalazły się Poznań, Gdańsk i Warszawa. Kierowcy z tych miast płacili odpowiednio 808 zł, 776 zł i 773 zł. Dla porównania w marcu 2020 r. średnie stawki polisy w tych miastach wyniosły 773 zł i 795 zł i 804 zł. Wymienione aglomeracje znalazły się też na ostatnim miejscu w rankingu przygotowanym dla I kwartału 2020 r. Nieco mniej, ale wciąż powyżej 700 zł, w kwietniu 2020 r. płacili zmotoryzowani mieszkańcy Wrocławia (767 zł), Rudy Śląskiej (759 zł), Łodzi (755 zł), Szczecina (718 zł), Koszalina (706 zł) i Zielonej Góry (703 zł).

Dlaczego w największych miastach Polski użytkownicy dróg płacą najwięcej? – Istnieje powiązanie między wielkością miasta a średnią ceną OC. Im większa aglomeracja, tym gęstsza sieć dróg. Jeżeli dodać do tego zwiększoną liczbę kierowców, to prawdopodobieństwo kolizji czy wypadku zwiększa się. Właśnie to prawdopodobieństwo i dane historyczne dotyczące szkód ubezpieczyciele uwzględniają w kalkulacji składki. W efekcie zmotoryzowani kierowcy największych miast Polski muszą spodziewać się wyższych cen – mówi Sławomir Bilik, prezes mfind.

Jak prezentowały się ceny w innych miastach? Jeżeli chcesz sprawdzić, czy za OC zapłacisz powyżej średniej, zapoznaj się z poniższym zestawieniem.srednia cena oc kwiecien 2020

Ceny OC – czego można spodziewać się w kolejnych miesiącach?

Sytuacja na rynku obowiązkowych ubezpieczeń zmienia się bardzo dynamicznie. W drugiej połowie 2019 r. zaczął się trend wzrostowy – ceny OC zaczęły wyraźnie rosnąć. W pierwszych trzech miesiącach 2020 r. zauważalna była stabilizacja. Średni wynik wyliczony dla kwietnia 2020 r. (647 zł) może świadczyć o początku tendencji spadkowej.

Mimo że średnia cena ubezpieczenia OC może spadać, to nie wszyscy klienci mogą liczyć na korzystne ceny. Przykładem może być pewien 25-letni kierowca z województwa wielkopolskiego, który za obowiązkowe ubezpieczenie Chevroleta Lacetti 1.4 16V z 2005 r.(benzyna/gaz) zapłacił 3481 zł. To właśnie młodzi i niedoświadczeni kierowcy są przez firmy ubezpieczeniowe postrzegani jako najbardziej skłonni do ryzyka i to oni muszą liczyć się z najwyższymi cenami.

Jest też dobra wiadomość dla wszystkich kierowców, których w tym roku czeka zakup lub odnowienie polisy OC. – Zakres ochrony oferowanej w ramach obowiązkowego ubezpieczenia OC został zapisany w ustawie o ubezpieczeniach obowiązkowych, Ubezpieczeniowym Funduszu Gwarancyjnym i Polskim Biurze Ubezpieczycieli Komunikacyjnych. To oznacza, że kierowcy przy wyborze polisy OC mogą kierować się wyłącznie kryterium ceny – przypomina Bartłomiej Roszkowski, członek zarządu mfind.

Czarter z ukraińskimi pracownikami przyleciał do Polski

24 maja do Polski przyleciał wyczarterowany samolot z ukraińskimi pracownikami zorganizowany przez agencję zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal we współpracy z liniami lotniczymi „Ukraine International Airlines”. Zezwolenie na lot uzyskano od oficjalnych władz Polski i Ukrainy.

Na pokładzie samolotu znalazło się 178 obywateli Ukrainy. Jak mówi dyrektor generalny Gremi Personal Tomasz Bogdevic, lot był bezpłatny dla pracowników firmy. Po przybyciu pracownicy udali się do ośrodków kwarantanny uruchomionych dla nich przez Gremi Personal, aby odbyć dwutygodniową kwarantannę. Zgodnie z wymogami władz ukraińskich ze wszystkimi pracownikami zostały zawarte długoterminowe umowy o pracę w Polsce, a także zostali oni objęci ubezpieczeniem zdrowotnym, w tym na wypadek zachorowania na COVID-19.

„Do Warszawy przybyli nasi pracownicy, którzy tymczasowo wyjechali na Ukrainę przed zamknięciem granic i teraz postanowili wrócić. Wśród przybyłych znaleźli się również ci pracownicy, którym udało się uzyskać zezwolenia na pracę w Polsce przed zamknięciem konsulatów i centrów wizowych, ale nie mogli opuścić Ukrainy z powodu trudności z przekroczeniem granicy. Należy zauważyć, że około 40% pasażerów lotu czarterowego to Ukraińcy, którzy po raz pierwszy podejmą pracę w Polsce. Tak wysoki procent wskazuje na rosnące zainteresowanie Ukraińców wyjazdem do pracy w Polsce ”- oświadczył Tomasz Bogdevic, dyrektor generalny agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal.

W drodze powrotnej z Warszawy do Kijowa samolot ten zostanie wykorzystany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych Ukrainy jako samolot ewakuacyjny dla obywateli Ukrainy.

Lot został zorganizowany w związku z dużym zapotrzebowaniem na pracowników ze strony polskich pracodawców, ale także Ukraińców, którzy chcą przyjechać do Polski do pracy.

Według danych Centrum Analitycznego Gremi Personal 67% Ukraińców, którzy opuścili Polskę z powodu kwarantanny, chce wrócić. Liczba ta cały czas rośnie. Dlatego Gremi Personal rozważa możliwość zorganizowania serii lotów czarterowych dla swoich pracowników, a także Ukraińców, którzy chcą dostać się do pracy w Polsce i posiadają wizy pracownicze. Firma wznawia również transport dla swoich pracowników przez otwarte przejścia graniczne.

Jak pojawić się w Google ze swoją stroną internetową?

Dziś niemal każdy biznes ma swoją stronę internetową. Czasem jest to zaledwie wizytówka – przedstawienie firmy i jej oferty. Coraz częściej są to rozbudowane witryny z sekcją blogową, aktualnościami i sklepem internetowym. Jak dotrzeć do klientów? Trzeba pojawić się w wyszukiwarce Google.

Podstawa – stworzenie dobrej strony internetowej

Jeśli chcesz, aby Twoja strona internetowa była widoczna w sieci, powinna być dobrze zbudowana. Co to oznacza w praktyce?

  • Strona musi mieć różne zakładki, w zależności od Twojej branży. Na każdej podstronie powinna być unikalna treść.
  • Strona powinna być użyteczna, łatwa do poruszania się i przejrzysta.
  • Strona powinna działać szybko i być przygotowana pod urządzenia mobilne – to przez telefony komórkowe coraz więcej osób ma dostęp do internetu.
  • Powinna być widoczna dla robotów wyszukiwarek – inaczej Google nie będzie miało dostępu do Twojej strony, czyli nie pojawi się ona w wynikach wyszukiwania.

Pozycjonowanie, czyli pojawienie się wysoko w wynikach Google

Jeśli chcesz, aby Twoja strona pojawiała się na pierwszej stronie wyników wyszukiwania w Google na frazy, które wpisują Twoi potencjalni klienci – musisz zadbać o jej pozycjonowanie. Ten proces zwiększa widoczność strony w wyszukiwarce oraz sprawia, że jesteś wyżej w rankingu. Polega na optymalizacji technicznej i treści na stronie oraz na zdobywaniu wartościowych linków prowadzących do strony. Pozycjonowaniem zajmują się agencje SEO.

Jeśli zależy Ci na budowaniu znajomości swojej strony w konkretnej okolicy, na przykład w swoim mieście, zapytaj o lokalne pozycjonowanie. Katowice, Wrocław, Kraków – to przykładowe miasta, na które możesz pozycjonować się lokalnie. Dzięki temu, gdy użytkownicy będą szukać Twoich produktów lub usług na danym obszarze, będziesz pojawiać się w wynikach wyszukiwania wyżej niż konkurencja.

Płatna reklama to szybkie efekty

Jeśli zależy Ci na szybkim pojawieniu się na pierwszej stronie Google, rozważ usługi Google Ads. Jest to forma płatnej reklamy, która polega na wyświetlaniu sponsorowanych linków na górze wyników wyszukiwania. Dzięki temu osoby, które wpisują hasło związane z Twoimi produktami będą widzieli Twoją ofertę. W Google Ads płacisz tylko za kliknięcia, a nie za wyświetlenie.

Dzięki Google Ads możesz bardzo szybko dotrzeć do klientów. Jest to szczególnie ważne, jeśli startujesz z nową marką, nowym biznesem lub chcesz wzmocnić sprzedaż w konkretnym okresie – na przykład podczas wyprzedaży.

Rzecznik MŚP proponuje korzystne dla przedsiębiorców z sektora MŚP zmiany w przepisach dotyczących obowiązku stosowania nowego JPK_VAT

Rzecznik MŚP proponuje korzystne dla przedsiębiorców z sektora MŚP zmiany w przepisach dotyczących obowiązku stosowania nowego JPK_VAT. Zgodnie z wnioskiem legislacyjnym do Ministra Finansów, nowe obowiązki w tym zakresie powinny zostać przesunięte przynajmniej o 3 miesiące, tj. na dzień 1 października 2020 r.

Na podstawie art. 58 ustawy z dnia 31 marca 2020 r. o zmianie ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych oraz niektórych innych ustaw (Dz. U. z 2020 r. poz. 568) ustawodawca przesunął dla dużych przedsiębiorców o 3 miesiące termin wejścia w życie przepisów o nowym JPK_VAT z deklaracją, przewidziany pierwotnie na dzień 1 kwietnia 2020 r. Jednocześnie pozostawiono termin 1 lipca 2020 r. na wejście w życie tego obowiązku dla firm z sektora MŚP.

W ocenie Rzecznika MŚP, 3-miesięczne przesunięcie tego terminu powinno być zastosowane również wobec mikroprzedsiębiorców, małych i średnich przedsiębiorców, co byłoby zgodne z dotychczasowym zamysłem stopniowego obejmowania nowymi rozwiązaniami w zakresie jednolitego pliku kontrolnego firm o coraz mniejszej skali działalności. Jednocześnie byłoby to odpowiedzią na wyjątkowo trudną sytuację, w której obecnie znalazły się najmniejsze firmy. Należy spodziewać się również, że przy konieczności jednoczesnego dostosowywania systemów księgowych do nowych wymogów w zakresie JPK_VAT przez wszystkie firmy, mogą wystąpić dodatkowe trudności z dostępem do usług firm wdrożeniowych spowodowane spiętrzeniem zapotrzebowania na ich usługi.

W związku z powyższym, pismem z dnia 22 maja 2020 r. Rzecznik MŚP zawnioskował do Ministra Finansów o podjęcie działań legislacyjnych zmierzających do przesunięcia obowiązku stosowania nowego JPK_VAT z deklaracją wobec mikroprzedsiębiorców, małych i średnich przedsiębiorców przynajmniej o 3 miesiące, tj. z dnia 1 lipca 2020 r. na dzień 1 października 2020 r.

Naukowcy ostrzegają: koniec pandemii dopiero za 2 lata, COVID-19 jeszcze powróci. To kiepskie wieści dla biznesu

Koniec pandemii? Nie tak szybko! Amerykańskie Centrum Badań i Polityki Chorób Zakaźnych przestrzega organy państwowe przed zbytnim optymizmem. Eksperci twierdzą, że rządy muszą przestać sugerować, że koniec pandemii jest bliski. Zgodnie z ich opinią, powinno się uwzględniać scenariusz, zgodnie z którym w ciągu najbliższych 2 lat ludzie muszą być przygotowani na ewentualne okresowe nawroty choroby. Czy to oznacza, że najbliższe 24 miesiące spędzimy w zamknięciu przed ekranami komputerów? Jak nie stracić podczas lockdownu, prowadząc firmę?

Zabójcy nadziei

Koniec pandemii jest bliski, grzmią nagłówki gazet. To odpowiedź mediów na oczekiwania społeczeństwa, które jest już zmęczone narodowym lockdownem. Jak pokazuje analiza Google Trends, fraza “Kiedy koniec pandemii?” drastycznie zyskała na popularności, począwszy od początku marca do pierwszych tygodni kwietnia i wciąż utrzymuje się na wysokim poziomie.

Niestety, optymistyczne nastroje hamują naukowcy z amerykańskiego Centrum Badań i Polityki Chorób Zakaźnych (CIDRAP), którzy twierdzą, że jest jeszcze za wcześnie na otwieranie szampana, a odważne deklaracje władz, są zbyt pochopne. – Poprawa sytuacji to efekt rygorystycznych działań, jakie podjęliśmy. Globalny lockdown to obecnie najskuteczniejsza metoda ograniczenia rozprzestrzeniania wirusa. A w tym postanowieniu byliśmy bardzo sumienni. Nic więc dziwnego, że rozwój choroby udało się ograniczyć. Przeprowadzone przez analityków Cloud Technologies analizy, badające mobilność mieszkańców Starego Kontynentu pokazują, że zarówno ruch transgraniczny, jak i mobilność zmniejszyły się o 50%. – zauważa Grzegorz Kosiński, prezes Audience Network, należącej do Cloud Technologies agencji, specjalizującej się w badaniu zachowań e-konsumenta i big data marketingu.

Amerykańscy eksperci, mówią wprost: to jeszcze nie koniec. Skąd ten pesymizm? Po pierwsze COVID-19 ma dłuższy okres inkubacji niż normalna grypa. Po drugie, bezobjawowe rozprzestrzenianie się czyni tę chorobę trudno wykrywalną. Biorąc pod uwagę między innymi te powody, naukowcy twierdzą, że koronawirus prawdopodobnie nie zostanie zatrzymany, dopóki 60% do 70% populacji nie zostanie zarażone i nie stanie się odporne, co zgodnie z ich obliczeniami może potrwać kolejne dwa lata. Dyrektor Mike Osterholm powiedział w wywiadzie z CNN: – Pomysł, że wkrótce to nastąpi (koniec pandemii), przeczy mikrobiologii. To kiepskie wieści, nie tylko dla społeczeństwa, ale i gospodarki, która zatrzymana w blokach startowych, zaczyna coraz poważniej odczuwać negatywne skutki.

3 prognozy – żadna dobra

Jeżeli nie teraz to kiedy? Specjaliści przygotowali 3 najbardziej prawdopodobne scenariusze rozwoju pandemii. Pierwszy zakłada, że tuż po fali wiosennych zachorowań, nastąpi seria mniejszych fal, trwających od tego lata i ciągnących się do dwóch lat. W drugim podejściu, po wiośnie 2020, ma nastąpić jeszcze większa fala tej jesieni lub zimy, a następnie po niej „jedna lub więcej mniejszych kolejnych fal w 2021 roku”. Ostatni scenariusz to ten najbardziej enigmatyczny, który zakłada, że nie będziemy w stanie przewidzieć rozwoju choroby. Po fali wiosennej pandemia wejdzie w fazę „powolnego wypalania”, w której rozprzestrzenianie się i kolejne przypadki zachorowań powrócą, ale bez przewidywalnego wzoru.

Jak twierdzą autorzy raportu: – Z tych trzech scenariuszy to właśnie ten drugi byłby najbardziej druzgocący, ponieważ spowodowałby, że służba zdrowia zostałaby przytłoczona jesienią tego roku jeszcze większą liczbą przypadków niż dotychczas. Ten scenariusz znamy z 1918 roku, gdy rozprzestrzeniała się epidemia grypy hiszpanki. Bez względu na scenariusz, CIDRAP ostrzega: – Musimy być przygotowani na co najmniej kolejne 18 do 24 miesięcy znaczącej aktywności COVID-19, z gorącymi punktami pojawiającymi się okresowo w różnych obszarach geograficznych.

Trwałe zmiany

Coraz więcej badań potwierdza, że eksperyment lockdown okazał się mieć długoterminowy wpływ na zachowanie ludzi. Eksperci z Accenture sugerują zmianę nawyków konsumenckich, która już wymusza modyfikację strategii biznesu. Powszechna jest opinia, że koronawirus zachęci sporą część konsumentów do porzucenia tradycyjnego modelu robienia zakupów na rzecz handlu online. Accenture ostrzega, że: – Ci, którzy postrzegali handel cyfrowy jako drugi kanał, muszą teraz zmienić priorytety swojej działalności, koncentrując się na handlu cyfrowym.

Co to oznacza dla przedsiębiorców? – Transformacja to coś więcej niż założenie strony internetowej czy profilu społecznościowego. To zmiana całego modelu komunikacji organizacji z otoczeniem. – zaznacza Marcin Filipowicz wiceprezes Audience Network i dodaje: – Chociaż początki bywają ciężkie, dla firmy to doskonała szansa na wypłynięcie na szerokie wody. Wybór między offline, a online to dziś zbędny kompromis. Działajmy dwukierunkowo, a oba kanały interakcji biznesu z odbiorcą, niech wspierają się wzajemnie, oferując klientowi kompletny wachlarz doświadczeń. – kwituje ekspert.

W ciągu ostatnich kilku miesięcy mieliśmy do czynienia z upowszechnianiem zachowań opartych na technologii, które wcześniej uważane były za margines praktyk interakcji użytkownika z siecią. Na przykład zakupy artykułów spożywczych przez internet i ich dostarczenie do niedawna były postrzegane jako pewien luksus, dziś to powszechna i popularna forma uzupełniania zapasów. Amerykański Startup Instacart chwali się zatrudnieniem kolejnych 250 000 podwykonawców, zaś gigant handlu Amazon zatrudnia dodatkowe 175 000 osób do obsługi zamówień.

Rośnie również znaczenie pracy zdalnej, która zyskała podczas globalnego lockdownu. Aplikacja do telekonferencji Zoom gości codziennie 300 milionów uczestników, podczas gdy twórcy aplikacji Slack, służącej do organizacji pracy, chwalą się 10 mln podłączonych jednocześnie użytkowników. Ich konkurent, Microsoft Teams, ma obecnie ponad 75 milionów aktywnych użytkowników dziennie. Dzięki pandemii, narzędzia dedykowane firmom sektora rządowego lub hitec, nagle trafiły w dłonie Kowalskiego, a ten bardzo je polubił. Migracja z offline do online okazała się bardzo przyjemna.

Marcin Filipowicz z Audience Network twierdzi, że nie będzie łatwo przekonać ludzi do zmiany nawyków, nawet gdy zagrożenie zniknie – Wydawało się, że dotarliśmy do granic integracji człowieka z wirtualną siecią. A jednak na skutek pandemii, technologia stała się nam jeszcze bliższa. Ludzkość zaufała sieci, szukając tam rozwiązania problemów, jakich przysporzył nam koronawirus. – zauważa ekspert warszawskiej spółki i dodaje: – Według danych Forbes, od czasu wybuchu pandemii ruch w internecie wzrósł o około 50-70%. To wymusza na firmach zmianę całej strategii funkcjonowania, łącznie ze sposobem komunikacji. Poleganie wyłącznie na tradycyjnych formach interakcji z klientem to dziś poważne zaniedbanie. Jeżeli nie korzystasz dziś z narzędzi, jakie oferuje cyfrowy świat, jesteś niemy. Nikt nie decyduje się na otwarcie firmy bez szyldu czy wizytówki, czemu więc cyfrowe media traktujemy inaczej? – ostrzega Filipowicz.

Ryzyko, jakie niesie za sobą zakażenie COVID-19, wygrało z naszymi nawykami, być może trwale je zmieniając. Potrzeba bezpieczeństwa i ochrony zdrowia odcisnęły swoje piętno na konsumentach, tworząc trwałe odkształcenie, do którego będzie musiał dopasować się biznes. Przedsiębiorcy wreszcie mogą zaciągnąć powietrza, jednak nie na długo. Koronawirus jak Terminator Ridleya Scotta, zanim zniknie, rzuca ostatnią deklarację: – I will be back (z ang. Jeszcze tu wrócę) i pozwala nam się cieszyć pozornym zwycięstwem. Czy biznes będzie gotowy na powrót pandemii?

Microsoft z szansą na historyczny rekord – Goldman podnosi poziom ceny docelowej

Mimo rosnącego napięcia między Waszyngtonem a Pekinem jego wpływ na Wall Street jest znikomy, a amerykańskie indeksy wciąż znajdują się wysoko i nie do końca mają zamiar korygować ostatnią falę wzrostów. Sprzyja temu stopniowe otwarcie gospodarki USA, a także zapowiedź Donalda Trumpa, że nawet mimo ewentualnej drugiej fali zachorowań np. jesienią, nie zamknie on ponownie kraju. USA mają wtedy walczyć z poszczególnymi ogniskami choroby, co ma sprzyjać bardziej V-kształtnemu odbiciu.

Wracając do sytuacji na dalekim wschodzie, Chiny wycofały swój cel wzrostu gospodarczego na 2020 r. Ponadto zaproponowały ustawę o bezpieczeństwie narodowym, która położyłaby kres działalności secesyjnej i wywrotowej, która z kolei podważałaby autonomię Hongkongu. Powrót napięć między Pekinem a Waszyngtonem w okresie poprzedzającym nową rundę negocjacji handlowych pokazuje, że wojna gospodarcza między dwoma wiodącymi światowymi potęgami wraca na pierwszy plan. Jednak Wall Street mimo tych przeciwności trzyma się mocno.

Z punktu widzenia ciekawych spółek i wydarzeń Goldman Sachs podniósł cel dla ceny docelowej Microsoft Corp. do 198 USD z 185 USD. Nowy cel oznacza wzrost o 7,9% od ostatniej ceny zamknięcia. Gdyby został osiągnięty, to cena akcji dawnej spółki Billa Gatesa byłaby na najwyższym poziomie w historii. Średni poziom ceny docelowej firmy Microsoft na Wall Street wynosi 198,19 USD. Spółka ma 33 rekomendacje kupna, 4 wstrzymaj i 0 sprzedaj.

Tymczasem Nvidia Inc. nadal drożeje, ponieważ dzięki centrum danych i popycie na gry poprawiły się kwartalne zyski, co skłoniło Wall Street do podwyższenia celów cenowych dla akcji spółki. Przychody z centrów danych za I kwartał były napędzane dużym popytem wśród klientów. Citigroup podniósł poziom ceny docelowej do 392 USD z 315 USD, a atrakcyjność dla inwestorów pozostaje silna dzięki platformie Ampere nowej generacji.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Polski przemysł zanotował w kwietniu spadek o ponad 1/4

W tym tygodniu nowe dane makro pokazały ogromny wpływ epidemii na gospodarki państw europejskich. W Polsce negatywnie zaskoczyły przede wszystkim wyniki produkcji przemysłowej, która w kwietniu zanotowała spadek w porównaniu miesięcznym o 25,5%. W zestawieniu rocznym nastąpił spadek o 24,7%, co jest wynikiem ponad dwukrotnie wyższym niż prognozowali analitycy. Spadki widać również między innymi w cenach produkcji, które obniżyły się o 1,3% r/r.

Problemy polskiej gospodarki zaczynają być widoczne również na rynku pracy, gdzie w kwietniu zanotowano międzyroczny spadek zatrudnienia o 2,1%. Natomiast dynamika wzrostu płac spadła z poziomu 6,3% (notowanego w marcu) do 1,9%. Sytuacja na rynku pracy w najbliższych miesiącach najprawdopodobniej nie będzie się też poprawiać. Nie należy również oczekiwać, że gospodarka europejska najgorszy okres ma już za sobą. Niemiecki indeks ZEW wzrósł do ponad 50 pkt, natomiast wskaźnik PMI jest nadal poniżej swojej długoterminowej średniej, lecz powoli zaczyna odbijać się od dna. Póki co można powiedzieć, że Europa ma za sobą jedynie okres największego pesymizmu, ale pod względem ekonomicznym sytuacja w najbliższych miesiącach wciąż będzie trudna.

Złoty w tym tygodniu umocnił się w stosunku do euro i jego kurs w piątek rano był na poziomie 5,52 PLN/EUR. Eurodolar oscylował na poziomie 1,093 USD/EUR.

Komentarz walutowo-makroekonomiczny Malwiny Krakus, analityczki AKCENTY

Alarmująco zła sytuacja gmin uzdrowiskowych. Uzdrowiska znalazły się na krawędzi katastrofy finansowej i zostały bez wsparcia

Dnia 21 maja 2020 r. miała miejsce wideokonferencja włodarzy gmin uzdrowiskowych zrzeszonych w Stowarzyszeniu Gmin Uzdrowiskowych RP.

Spotkanie było poświęcone sytuacji społeczno-gospodarczej gmin uzdrowiskowych w okresie pandemii. Jak wynika z przedłożonych danych gminy uzdrowiskowe odnotowały ogromne spadki wpływów finansowych do swoich budżetów.

W przypadku gmin uzdrowiskowych, które swoją działalność opierają wyłącznie na lecznictwie i turystyce nastąpiła kumulacja niekorzystnych wydarzeń wywołanych koronawirusem. Różnice wpływów PIT, liczone w kwietniu do roku poprzedniego, wynoszą nawet od 36-52%, a CIT nawet do 90%. Samorządy uzdrowiskowe, w związku z brakiem turystów całkowicie tracą również wpływy z opłat uzdrowiskowych i miejscowych.

Tak znaczący ubytek dochodów jest wyjątkowo zaskakujący i może wróżyć katastrofę w budżetach gmin. Ogromny spadek dochodów odnotowały tez spółki komunalne, które nie otrzymują opłat za wodę, ścieki i śmieci od sanatoriów, hoteli, szpitali uzdrowiskowych, pensjonatów, restauracji. Zagrożone są wielomilionowe inwestycje współfinansowane ze środków unijnych.

Gminy uzdrowiskowe przygotowują się do nowego sezonu. Niestety, problemem jest brak jakiejkolwiek pomocy finansowej ze strony rządu. Tarcza antykryzysowa dla gmin uzdrowiskowych obejmująca możliwość przesuwania wydatków czy też zwiększonego zadłużania się jeszcze bardziej pogłębia złą sytuacje finansową tej kategorii gmin. Gminy zwracają uwagę, że nie są w stanie niczego zaplanować, ani podjąć działań promocyjnych, bo nie wiedzą kiedy otwarte zostaną granice, jak mają funkcjonować obiekty turystyczne i sanatoryjne, kiedy można uruchomić plaże, kąpieliska, baseny i inne obiekty turystyczne.

Stowarzyszenie Gmin Uzdrowiskowych RP dwukrotnie apelowało do premiera Mateusza Morawieckiego o wsparcie dla gmin uzdrowiskowych. Propozycje stowarzyszenia dotyczą refinansowania spadku wpływów dochodów z tytułu opłaty uzdrowiskowej, podwyższenia udziałów w podatkach PIT i CIT, refinansowania spadku wpływów w okresie zamknięcia uzdrowisk czy też zmniejszenia finansowego udziału gmin w inwestycjach realizowanych z programów unijnych. Kolejną z propozycji jest wprowadzenie tzw. „bonu uzdrowiskowego” w 100 % finansowanego ze środków centralnych. Gminy uzdrowiskowe chciałyby też zabezpieczenia finansowego ciągłości funkcjonowania kluczowej dla nich infrastruktury uzdrowiskowej (tężnie).

W ocenie burmistrzów, wójtów i prezydentów gmin uzdrowiskowych dotychczas przedstawiony pakiet rozwiązań dla samorządów jest niewystarczający.

Chiny chcą nadepnąć na odcisk prezydentowi USA

Powrót pesymistycznych nastrojów na rynki. Z jednej strony to konsekwencja ogłoszenia przez WHO nowej rekordowej liczby potwierdzonych przypadków Covid-19 spowodowanej luzowaniem restrykcji w poszczególnych krajach. Z drugiej narasta konflikt między Chinami a USA, punktem zapalnym tym razem jest Hongkong. Raporty PMI z różnych części świata pokazują lepszy obraz gospodarek.

Strach przed drugą falą epidemii

W ciągu tygodnia pojawiło się znów więcej osób zarażonych koronawirusem na świecie. Przodują w tym momencie Brazylia i Rosja, gdzie notujemy cały czas przyrost zakażeń i zgonów w ciągu kolejnych dób. Powrót do normalności może się więc okazać trudny, a ciężko będzie pogodzić odmrożenie gospodarek z zatrzymaniem dużej dynamiki wzrostu wskaźnika nowych zakażeń. Z tego też powodu wczoraj na rynkach akcji nastąpił odwrót i dominował kolor czerwony na parkietach w Europie, czy w USA. Nadal też inwestorzy boją się drugiej fali epidemii, o której mówią naukowcy z Chin. I trzeba przyznać, że ryzyko takie jest, bo nowe informacje z Chin mówią o większej liczbie przypadków i izolacji kolejnych miast, póki co mniejszych, niż choćby wcześniej miało to miejsce w Wuhan. Wczoraj media podały, że powrót restrykcji w Chinach objął 100 mln mieszkańców.

Znów gorąco na linii Waszyngton-Pekin

Kolejnym punktem zapalnym, który spowodował kiepskie nastroje na rynkach był znany temat relacji USA i Chin. W ostatnim czasie dało się odczuć, że kraje znów zmierzają do zaognienia relacji. Zaczęło się od pretensji Trumpa do Chin o spowodowanie wybuchu epidemii na taką skalę. Początkowo były to zarzuty o dezinformacje, by finalnie oskarżyć Państwo Środka o celowe wywołanie pandemii. Mimo wszystko jednak porozumienie handlowe nie zostało zerwane. Od wczoraj jednak mocarstwa znów się poróżniły w temacie Hongkongu. Chiny chcą wprowadzić rozwiązania egzekwujące “bezpieczeństwo narodowe”. Oczywiście w samym mieście jak i na świecie zostało to odebrane, jako koniec autonomii Hongkongu. Takie działania spowodują złość Trumpa, który niejednokrotnie pokazywał poparcie dla autonomii. Fakt, że Chiny zdecydują się de facto zaburzyć autonomiczność może wywołać reakcję prezydenta USA i konkretne działania, a nie tylko gesty. Tym bardziej w okresie kampanii prezydenckiej i kontrataku Demokratów, którzy uważają, że lepiej wyegzekwowaliby interesy Amerykanów w kontaktach z Chinami. Trump nie będzie mógł okazać słabości i polec także na tym polu, walcząc o głosy.

PMI na plus, sprzedaż detaliczna na minus

Wczorajsze raporty PMI pokazały lepszy obraz sytuacji gospodarczej na świecie. Odczyty w Niemczech, Francji, WIelkiej Brytanii czy USA nadal pokazują poziomy recesyjne, czyli poniżej 50 pkt, niemniej jednak są to odczyty wyższe niż w poprzednim miesiącu. Dane pokazują więc, że gospodarki powoli wstają z kolan. Wczoraj poznaliśmy też odczyt liczby nowych bezrobotnych w USA. Wynik wyniósł 2,43 mln co od początku pandemii daje łączną liczbę 38 mln bezrobotnych. Dzisiaj z kolei twarde dane makro z Wielkiej Brytanii, czy Polski nie były już tak optymistyczne. Sprzedaż detaliczna w kwietniu w tych krajach niemal runęła na samo dno, a wskazania wyniosły odpowiednio -18,1% i 22,6%. O 13.30 poznamy dzisiaj jeszcze protokół z ostatniego posiedzenia EBC. Wzrost napięcia na rynkach połączony z długim weekendem w USA i Wielkiej Brytanii (święto w poniedziałek) może oznaczać, że inwestorzy nie będą skłonni trzymać swoich pozycji w ryzykownych aktywach i zobaczymy wzrost zainteresowania walutami bezpiecznymi: jenem japońskim, czy frankiem szwajcarskim.

Krzysztof Pawlak, analityk walutowy InternetowyKantor.pl

Kwietniowe spowolnienie w budownictwie mieszkaniowym

Najnowsza informacja GUS dotycząca wyników budownictwa mieszkaniowego w kwietniu oraz w okresie pierwszych czterech miesięcy bieżącego roku, ujawniła pierwsze efekty lockdown’u związanego z pandemią, na który inwestorzy i deweloperzy nie mieli wpływu. Jak nietrudno było przewidzieć, bieżące statystyki uległy zdecydowanemu osłabieniu. Pytanie, czy to stan przejściowy, czy też produkcja mieszkań na dłużej zagości na zdecydowanie niższych poziomach.

Tradycyjnie już największą wagę z punktu widzenia bieżącej kondycji  rynkowej należy przypisać gusowskim statystykom prezentującym wolumen mieszkań, których budowę rozpoczęto. W tegorocznym kwietniu inwestorzy ogółem ruszyli z budową 13,6 tys. lokali. Jest to gorszy miesięczny wynik zarówno w relacji r/r jak i m/m, odpowiednio o 38 i ponad 27 proc. Z kolei ilość mieszkań, których budowę rozpoczęto ogółem (indywidualne, przeznaczone na sprzedaż, spółdzielcze oraz pozostałe) w pierwszych czterech miesiącach br., zamknęła się liczbą nieco ponad 66 tys., co oznacza regres względem wyniku osiągniętego w analogicznym okresie ub. roku o blisko 13 proc.

Jeszcze większe osłabienie w wynikach budów rozpoczętych widać u deweloperów. Z wynikiem kwietniowym rzędu 6,2 tys. jednostek wypadli oni gorzej licząc rok do roku o 46 proc., i niewiele lepiej w relacji do miesiąca poprzedniego. Wynik za 4 pierwsze miesiące br. zanotował natomiast zjazd o 15 proc. Można więc mówić o kwietniowym tąpnięciu nowych inwestycji deweloperskich.

W ostatnich czasach, obok nowo rozpoczynanych budów, do najmocniejszych stron gusowskich danych sygnalnych budownictwa mieszkaniowego należały statystyki dotyczące nowych pozwoleń na budowę bądź zgłoszeń z projektem budowlanym. Coraz więcej wskazuje na to, że użyty w tym przypadku tryb przeszły jest jak najbardziej uzasadniony. Poziom 16,8 tys. decyzji administracyjnych z kwietnia oznacza spadek rok do roku rzędu blisko 27 proc. Jednak dzięki bardzo dobremu wynikowi pierwszego kwartału ogólna liczba pozwoleń od początku roku wynosi blisko 76 tys., co oznacza nieznaczny spadek w odniesieniu do analogicznego okresu 2019 r. zaledwie o 5 proc. Bardzo podobny regres stał się udziałem samych deweloperów, którzy na razie zgromadzili w okresie styczeń-kwiecień niewiele mniej pozwoleń niż przed rokiem. Pytanie jednak jak wyglądać będą najbliższe miesiące.

Statystyki nowych pozwoleń na budowę są jak wiadomo podstawowym parametrem oceny potencjału popytowego rynku w przyszłych okresach przez deweloperów, a także najlepszym barometrem optymizmu inwestorów reprezentujących wszystkie formy budownictwa. Bieżące dane GUS wyraźnie więc sygnalizują perspektywę oczekiwanych trudności w utrzymaniu pozytywnych trendów rozwoju koniunktury pierwotnego segmentu mieszkaniówki w dłuższym terminie.

Jak się okazuje, perturbacje związane z zagrożeniem epidemicznym nie oszczędziły także danych, na których dotychczas można było niezawodnie polegać, czyli tych dotyczących mieszkań oddanych do użytkowania. Szczególnie słabo wypadli tu inwestorzy indywidualni, którzy w kwietniu oddali tylko 3,6 tys. mieszkań, czyli aż o prawie 38 proc. mniej rdr. Deweloperzy z kolei z wynikiem równym 10 tys. lokali wypadli dużo lepiej z regresem 15 proc. względem kwietnia ub. roku. W sumie od początku roku spadek lokali oddanych jest na razie symboliczny, trudno jednak przewidzieć, czy tak optymistyczny rezultat da się utrzymać w kolejnych miesiącach roku.

W sumie w kwietniu wolumen mieszkań oddanych do użytkowania był najsłabszy od połowy 2018 roku, mieszkań rozpoczętych od grudnia tego samego roku, natomiast podobnie słaby wynik nowych pozwoleń inwestorzy zanotowali ostatnio w styczniu 2017 roku. Kwestią otwartą pozostaje trwałość obserwowanego osłabienia koniunktury.

Statystyki inwestycyjne pierwotnego segmentu mieszkaniówki są bowiem wypadkową koniunktury sprzedażowej nowych mieszkań, a ta nie rokuje najlepiej, przynajmniej w perspektywie kilku najbliższych kwartałów. Za oczekiwanym spadkiem kontraktacji musi więc pójść ograniczenie produkcji mieszkań, którego skali na dziś dzień nie sposób oszacować.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Leasing w dobie koronawirusa – jakie możliwości ma przedsiębiorca?

Obecna sytuacja wywołana pandemią spowodowała, że u wielu przedsiębiorców doszło do zaburzenia płynności finansowej. Przekłada się to między innymi na zwolnienia pracowników, rozwiązywanie umów zlecenie oraz kłopot z terminowym regulowaniem zobowiązań, np. z tytułu umowy leasingu.

Jak informuje Polski Związek Leasingodawców oraz Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów, przedsiębiorstwa leasingowe dostarczają instrumenty finansowe w tym:

  • leasing,
  • pożyczki inwestycyjne,
  • krótko- i długoterminowe finansowanie wynajmu przedmiotów leasingu

dla ponad 800 000 przedsiębiorstw (w tym jednoosobowych działalności gospodarczych). Jak podaje PZL, ponad 50% to mikrofirmy o obrotach do 5 mln zł rocznie.

10 kwietnia 2020 branża leasingowa wydała komunikat, że zgodnie z zapowiedziami pracuje nad wdrożeniem pakietu osłonowego dla swoich klientów. 17 kwietnia Związek Polskiego Leasingu oraz Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów przedstawili swoje stanowisko w związku z przeciwdziałaniem skutkom epidemii COVID-19 w Polsce. Zdaniem ZPL i PZWiLP pakiet osłonowy powinien mieć na celu umożliwienie prowadzenia działalności gospodarczej po ustaniu zagrożenia epidemiologicznego. Zgodnie z przedstawionym stanowiskiem, działania należy tak nakierować, aby przedsiębiorcom znajdującym się w sytuacji utrudniającej bieżącą i regularną obsługę umów pozostawić w dyspozycji finansowane przedmioty leasingu.

Zgodnie z przedstawionym stanowiskiem, ZPL i PZWiLP zwróciły się o dostosowanie przepisów tarczy antykryzysowej tak, aby – na wniosek leasingobiorcy lub w wyniku decyzji leasingodawcy – możliwe było:

  • odroczenie w czasie wynikającej z zawartych umów leasingowych rat w części kapitałowej, kapitałowo-odsetkowej lub kapitałowo-serwisowej,
  • odstąpienie od stosowania odsetek karnych w związku z odroczeniem spłat rat,
  • odstąpienie od stosowania części opłat i prowizji zawartych w tabelach opłat i prowizji,
  • elastyczne wydłużanie i dostosowanie okresów finasowania i okresów wynajmu,
  • dostosowanie działań windykacyjnych rozpoczętych przed okresem spowolnienia dla podmiotów, które ucierpiały wskutek epidemii.

Niestety te rozwiązania na chwilę obecną nie znalazły się w przepisach ustaw antykryzysowych. Co w takiej sytuacji może zrobić przedsiębiorca mający problem z regulowaniem zobowiązań z tytułu leasingu? – Jednym z najprostszych rozwiązań jest cesja leasingu, pod warunkiem, że przedsiębiorca wie, że nie poradzi sobie ze spłatą leasingu oraz podejmie decyzję o utracie prawa do jego wykupu – wyjaśnia Piotr Ciszewski, ekspert podatkowy w firmie inFakt. – Cesja polega w pierwszej kolejności na znalezieniu firmy, która zdecyduje się przejąć leasing, co oznacza, że będzie kontynuować spłatę rat na dotychczasowych warunkach. Warto podkreślić, że jest to najmniej obciążający finansowo sposób wycofania się z umowy leasingu. W obecnej sytuacji problemem może być znalezienie firmy, która zdecyduje się na jej przejęcie.

Przedsiębiorcy mogą także rozważyć wcześniejszy wykup przedmiotu leasingu. Tego typu rozwiązanie powoduje, że stajemy się jego właścicielem, a następnie możemy go sprzedać. – Wykup, np. pojazdu z leasingu, będzie możliwy, jeżeli od czasu zawarcia umowy upłynęło minimum 40% normatywnego okresu amortyzacji przedmiotu. Dla pojazdów osobowych jest to okres 24 miesięcy. W przypadku wcześniejszego wykupu leasingodawca rozliczy umowę, pomniejszając ją o część oprocentowania. Należy tu się liczyć z dodatkową opłatą manipulacyjną za wcześniejszy wykup pojazdu – wskazuje ekspert inFakt.

Ostatnim rozwiązaniem jest zerwanie umowy leasingu oraz zwrot przedmiotu do leasingodawcy. Niestety niesie ono ze sobą najwięcej negatywnych skutków finansowych. W przypadku tego rozwiązania leasingodawcy przysługuje wartość pozostałych rat do końca umowy pomniejszonych o część oprocentowania. Dodatkowo leasingodawcy nakładają na leasingobiorców opłaty manipulacyjne za zerwanie umowy leasingu. Wyliczona kwota zobowiązania zostanie następnie pomniejszona o wartość zwróconego przedmiotu. – Jeżeli wartość zwracanego przedmiotu będzie niższa od wyliczonego zobowiązania, wówczas leasingobiorca będzie musiał dopłacić różnicę leasingodawcy – co wiąże się z dodatkowymi kosztami – przypomina Piotr Ciszewski.

Pomimo braku szczególnych uregulowań w tarczy antykryzysowej, przedsiębiorca, który wie, że będzie miał problem z uregulowaniem zobowiązania, powinien w pierwszej kolejności skontaktować się bezpośrednio z leasingodawcą. Warto pamiętać, że obecna sytuacja uderza pośrednio w gałąź gospodarki, jaką jest leasing, dlatego bez wątpienia firmom zależy, aby przedmiot leasingu pozostał w rękach przedsiębiorcy. Firmy te już z początkiem kwietnia wprowadziły regulacje mające na celu ułatwić spłatę przedmiotu leasingu przedsiębiorcom dotkniętym obecną sytuacją. Rodzaj pomocy będzie się różnił w zależności od firmy leasingowej, dlatego tak ważny jest bezpośredni kontakt z leasingodawcą.

Wirtualne kasy fiskalne – realne zagrożenie dla budżetu państwa

Od początku procesu wprowadzania kas wirtualnych Ministerstwo Finansów wielokrotnie komunikowało o potrzebie przeprowadzenia pilotażu tego rozwiązania na wąskiej grupie przedsiębiorców, z uwagi na ryzyko rozszczelnienia systemu poboru podatku VAT. Z niewiadomych przyczyn na kilkanaście dni przed planowanym ogłoszeniem rozporządzenia w projekcie pojawiło się rozszerzenie grupy pilotażowej na gastronomię, hotelarstwo oraz handel węglem.

22 maja 2020 roku odbyła się konferencja prasowa Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji z apelem do Prezesa Rady Ministrów w tej sprawie. W wydarzeniu udział wzięli: Stefan Kamiński – prezes Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji, prof. Witold Modzelewski – prezes Instytutu Studiów Podatkowych i twórca podatku VAT, dr Marian Szołucha – ekspert Instytutu Prawa Gospodarczego oraz Marcin Monkiewicz – prezes Organizacji Pracodawców Branży Fiskalnej.

Realne zagrożenie dla budżetu państwa

Podczas konferencji eksperci wskazali, że w obecnym kształcie rozporządzenie wywołuje szereg zagrożeń, w tym tak poważne jak rozszczelnienie systemu rejestracji sprzedaży, a tym samym wzrost szarej strefy. W konsekwencji obniżą się wpływy z podatku VAT do budżetu państwa. Według analityków skala uszczupleń podatkowych tylko w branży gastronomicznej sięga 1-2 miliardów złotych rocznie, a po wprowadzeniu wirtualnych kas fiskalnych może jeszcze znacznie wzrosnąć. Ponadto została zwrócona uwaga na fakt, że bardzo duże zastrzeżenia od strony merytorycznej zgłosił Główny Urząd Miar, który to ma dopuszczać kasy wirtualne do stosowania.

„Pomiędzy marcem a kwietniem projekt wprowadzenia wirtualnych kas fiskalnych przeszedł znaczącą przemianę. Co takiego wydarzyło się w Ministerstwie Finansów? Początkowo kasy wirtualne miały być przeznaczone wyłącznie dla usług transportowych, jednak w drugim projekcie rozporządzenia zdecydowano, że trafią one również do branż wrażliwych podatkowo, takich jak HoReCa (hotele, restauracje, catering – red. ) czy branża węglowa. Czy stać nas na tak poważne rozszczelnienie systemu podatkowego? Uważam, że wirtualne kasy fiskalne wprowadzane w ten sposób, stanowią realne zagrożenie dla budżetu państwa” – stwierdził podczas konferencji prasowej Stefan Kamiński.

Pod względem bezpieczeństwa kasy wirtualne to krok wstecz

„Dodanie branży HoReCa, czyli około 70 tys. podatników, jest niekonsekwentne i rażąco sprzeczne z zajmowanym wcześniej przez Ministerstwo Finansów stanowiskiem” – stwierdził Marcin Monkiewicz.

Prof. Witold Modzelewski w przygotowanej analizie dot. projektowanego rozporządzenia wskazuje, że ze względu na łatwość ingerencji w oprogramowanie, czy możliwość używania oprogramowania na różnych urządzeniach (telefony, tablety, itp.) „zastąpienie kasy tradycyjnej zarówno sprzętowej jak i online kasą wirtualną stanowi podstawowe zagrożenie dla ewidencjonowania sprzedaży w podatku od towarów i usług. Taka sytuacja prowadzić może do katastrofy”.

Zdaniem dr. Mariana Szołuchy „pod względem bezpieczeństwa systemu fiskalnego kasy wirtualne są krokiem wstecz wobec kas online, o ironio – niedawno wprowadzonych. Mogą one być tworzone przez dowolnego dostawcę i instalowane na dowolnym telefonie lub tablecie. Oznacza to, że za chwilę na rynku pojawią się aplikacje do ‘cofania licznika’ transakcji i inne podobne programy”.

Jak wnoszą eksperci, projekt wprowadzenia kas wirtualnych wymaga dopracowania, pogłębionej analizy, a początkowo tego typu kasy powinny być przeznaczone dla branż, które do tej pory nie były objęte kasami fiskalnymi. Obszarem do przetestowania kas wirtualnych może być sprzedaż z automatów, sprzedaż internetowa, czy przejazdy przy wykorzystaniu aplikacji Uber.

Branża HoReCa – dlaczego wybrana do pilotażu?

Branża HoReCa jest szczególnie wrażliwa podatkowo. Z badań przeprowadzonych przez KRGiC wynika, iż wśród dużych sieci restauracji, poziom szarej strefy to około 5%. Jednak im sieć jest mniejsza, a proces sprzedaży mniej sformalizowany, jak w przypadku pojedynczych punktów gastronomicznych, poziom szarej strefy w działalności danego podmiotu gastronomicznego może przekraczać 50% obrotów.

Profesor Witold Modzelewski wyraził zaniepokojenie planami Ministerstwa Finansów. „Projektodawca wykazuje niekonsekwencję – wprowadza restrykcyjne rozwiązania, takie jak obowiązkowe kasy online, wzmożone kontrole podatkowe w branżach wrażliwych, a jednocześnie dopuszcza możliwość stosowania przez nie niesprawdzonego rozwiązania o obniżonym stopniu bezpieczeństwa”.

„W styczniu 2020 roku minister finansów Tadeusz Kościński w wywiadzie dla PAP na pytanie o dalsze uszczelnianie systemu podatkowego VAT odpowiedział: ‘Lukę VAT można jeszcze zmniejszyć. Czy zawsze dostaje pan paragon w restauracji?’ – Co sprawiło, że pan minister zmienił zdanie?” – pytał z zaniepokojeniem podczas konferencji Stefan Kamiński.
Podczas konferencji eksperci podpisali wspólny apel do Prezesa Rady Ministrów o odrzucenie projektu rozporządzenia w zakładanym kształcie i dalsze prace nad nim uwzględniające przeprowadzenie pilotażu jedynie w branżach, cechujących się niskim ryzykiem nadużyć.

W średnich i dużych firmach odnotowaliśmy niespotykane do tej pory zmniejszenie zatrudnienia

Odmrażanie gospodarki i wzrost popytu po najgorszym okresie epidemicznym uratuje wiele polskich firm. Warto jednak pochylić się nad wynikami badań, prowadzonych przez Polski Instytut Ekonomiczny – zanim odtrąbimy optymistyczną wieść o odrodzeniu się gospodarki. PIE od początku trwania lockdownu epidemicznego przeprowadził cztery edycje badania, zbierając informacje o kondycji firm i ich planach na bliską przyszłość. Najnowsza faza, przeprowadzona w połowie maja, ukazuje wzrost przychodów u kilkunastu procent przedsiębiorców – a odsetek firm deklarujących spadek przychodów zmalał o 18 punktów procentowych. To dobra wiadomość, szczególnie że idzie za nią zmniejszenie planowanych zwolnień i obniżek wynagrodzeń – z 28% firm deklarujących zwolnienia w kwietniu, w maju pozostało już tylko 8%. Liczba firm planujących obniżenie wynagrodzeń spadła z 46% badanych przedsiębiorstw do mniej niż jednej piątej. To optymistyczne dane. Trzeba jednak zwrócić uwagę na to, że firmy deklarujące w kwietniu zwolnienia i obniżki, najprawdopodobniej już ich dokonały.

– Dzisiejsze dane GUSu wskazują na zmniejszenie się puli etatów w sektorze przedsiębiorstw o 150 tysięcy. A więc w średnich i dużych firmach odnotowaliśmy niespotykane do tej pory zmniejszenie zatrudnienia. To oznacza, że plany zwolnień z marca i kwietnia zostały zrealizowane – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Kubisiak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – To nie jedyna konsekwencja zamrożenia gospodarki w ostatnich miesiącach. Przedsiębiorcy coraz częściej zderzają się z problemem zatorów płatniczych. Pod tym względem sytuacja pogarsza się z miesiąca na miesiąc. Obecnie jedna czwarta firm deklaruje trudności z realizacją własnych zobowiązań finansowych. Widzimy tutaj wzrost o 2 punkty procentowe w stosunku do połowy kwietnia. Bardziej jednak niepokoi nas to, że ponad 40% firm deklaruje problemy z uzyskiwaniem płatności od swoich kontrahentów. Wysłali już faktury – ale mają problemy, by wyegzekwować spływ należności. Brak płynnego przepływu kapitału pomiędzy firmami oznacza niebezpieczną sytuację gospodarczą, nawet jeśli odmrozimy koniunkturę. Ten element w perspektywie maja, czerwca i kolejnych miesięcy tego roku będzie absolutnie kluczowy. Szczególnie, że sytuacja finansowa przedsiębiorstw i ich rezerwy kapitałowe są nadszarpnięte – podkreśla Kubisiak.

Niemiecko-francuski balon próbny unii fiskalnej

18 maja niemiecka kanclerz Angela Merkel i francuski prezydent Emmanuel Macron zaproponowali utworzenie jednorazowego silnego funduszu odbudowy w wysokości 500 mld euro (3,6% PKB UE w 2019 r.) z przeznaczeniem na pomoc tym gospodarkom, które najbardziej zostały dotknięte pandemią Covid-19.

Plan przewiduje emisję przez Komisję Europejską obligacji na rynkach kapitałowych, gwarantowanych przez wiążący plan spłaty w oparciu o budżet UE. Podczas gdy krajowe wkłady do funduszu byłyby dyktowane przez znaczenie gospodarcze państwa członkowskiego, wsparcie finansowe wypłacane przez fundusz regionom i sektorom – co ważne, w formie dotacji a nie pożyczek – byłoby określane przez potrzebę, tj. negatywny wpływ kryzysu Covid-19.

Wykres 1 – Wydatki UE w ramach funduszu ratunkowego UE w początkowym okresie (% DNB)

Wydatki UE w ramach funduszu ratunkowego UE w początkowym okresie
Źródła: Refinitiv, Allianz Research/Euler Hermes

Ta pierwsza próba unii transferowej może sprawić wrażenie, że wypłaty netto są małe dla, powiedzmy, Włoch, ale w warstwie symbolicznej ma to duże znaczenie. W oparciu o szybkie wyliczenie na podstawie nominalnego PKB w 2019 r. jako podstawy wpłaty każdego kraju UE i jako klucza wypłaty w przypadku Covid-19 eksperci Allianz i Euler Hermes zauważają, że Włochy otrzymałyby 20% funduszu ratunkowego UE, co byłoby równoznaczne z wypłatą netto w wysokości tylko około 2% włoskiego PKB, rozłożoną ponadto w ciągu kilku lat (najprawdopodobniej w ciągu trzech jako efekt dążeń do przyspieszenia wsparcia finansowego – zob. Wykres 1). Składka Włoch oparta na wielkości ich gospodarki stanowi blisko 13% całego funduszu ratunkowego, stąd Włochy musiałyby otrzymać co najmniej tę kwotę z powrotem, aby osiągnąć próg rentowności – bez względu na oszczędności w zakresie kosztów obsługi zadłużenia, które oczywiście są również znaczące. Ponadto, te kwoty nie będą wystarczające, bowiem we Włoszech spodziewane skutki gospodarcze związane z kryzysem Covid-19 prawdopodobnie obejmą spadek PKB o 11,4% w 2020 r. i wzrost długu publicznego do 169% PKB. Symbolika funduszu ratunkowego UE wciąż więc przeważa nad jego bieżącym wpływem ekonomicznym. Co interesujące, w tym wyliczeniu, Grecja, Polska, Austria i Niemcy – w tej kolejności – stałyby się kluczowymi płatnikami składek netto. Paradoksalnie, mając na uwadze dotkliwy wpływ Covid-19 na gospodarkę, Zjednoczone Królestwo prawdopodobnie stałoby się beneficjentem netto funduszu ratunkowego UE, gdyby nie brexit.

W opinii ekonomistów Allianz i Euler Hermes, niemiecko-francuska propozycja ma jednak historyczne znaczenie i powinna być rozumiana jako balon próbny w prawie euroobligacji, z Niemcami dokonującymi wielkiego „aktu wiary”. Jeżeli kraje-beneficjenci wykorzystają fundusz do podniesienia potencjału wzrostu swoich gospodarek, może to otworzyć drzwi do dalszych kroków w kierunku realnej unii fiskalnej, ponieważ można oczekiwać, że państwa członkowskie podążą za rozsądną polityką gospodarczą i ambitnym programem reform. W tym kontekście, odniesienie propozycji do minimalnej efektywnej stawki podatku, a także sprawiedliwego opodatkowania gospodarki cyfrowej (ta ostatnia być może podniesie wpływy UE z podatków w przyszłości), podkreśla ambicję niemiecko-francuskiego tandemu podjęcia dalszych działań związanych z integracją fiskalną.

Utworzenie funduszu mogłoby również być  w formie zalążkowej początkiem europejskiej agencji ds. zadłużenia. Mało powszechna jest świadomość, że Komisja UE już od kilku lat emituje wspólny dług– ale niewątpliwie nie w tej skali. Z wielkością niespłaconego zadłużenia rzędu 500 mld euro, fundusz ratunkowy UE stałby się piątym co do wielkości emitentem w ramach (quasi-) rządowego segmentu euro, nieco większym niż Europejski Bank Inwestycyjny.

Wykres 2 – Niespłacone zadłużenie (w mld EUR)

Niespłacone zadłużenie
Źródła: Bloomberg, Allianz Research/Euler Hermes

To byłoby wystarczające do uformowania płynnej krzywej referencyjnej strefy euro. Czyli tego, czego na przykład europejski mechanizm stabilności (EMS) nie zdołał dotychczas zrobić. Krzywa ta może wówczas również służyć jako alternatywna krzywa odniesienia dla rynku euroobligacji. Zakładając, że funduszowi ratunkowemu zostanie przypisany obecny rating AAA Komisji UE, można się spodziewać, że fundusz ratunkowy UE będzie w stanie się zrefinansować nieco powyżej Niemiec, blisko EBI i KFW (oba AAA).

Wykres 3: Średnia rentowność (w %) względem termin zapadalności (w latach)

Średnia rentowność (w %) względem termin zapadalności
Źródła: Bloomberg, Allianz Research/Euler Hermes

Należy preferować ultradługoterminowe finansowanie za pomocą obligacji niż obligacji wieczystych (lub wieczystych obligacji państwowych). Gdy dochodzimy do kwestii, czy fundusz powinien być częściowo finansowany również za pomocą obligacji wieczystych, to ekonomiści Allianz i Euler Hermes są zdania, iż byłaby to ryzykowna strategia. Po pierwsze, obligacje wieczyste mogą nie spełniać kryteriów kwalifikowalności EBC. Ponadto popyt na obligacje wieczyste jest zwykle ograniczony, ponieważ bilans ryzyka dla inwestora przechyla się na jego niekorzyść ze względu na fakt, że inwestycja może zostać odzyskana tylko, jeżeli obligacja zostanie sprzedana na rynku wtórnym lub wykupiona. Wieczyste obligacje państwowe nie istnieją obecnie w strefie euro. Nie jest więc pewne, czy wzbudziłyby zainteresowanie. Akceptacja rynku stałaby więc pod znakiem zapytania. Nieudana emisja byłaby katastrofalnym sygnałem dla UE i stabilności finansowej strefy euro oraz mogłaby zniszczyć znaczną część pozytywnego nastawienia do utworzenia funduszu. Jeżeli naprawdę chce się zastosować ultradługie terminy zapadalności (z racji międzypokoleniowej sprawiedliwości lub z innych powodów – chociaż EBC może kupować długi z terminami wymagalności do 30 lat), należy raczej dążyć do emisji w segmencie 50-100 lat. Wcześniejsze emisje obligacji o ultradługich terminach zapadalności (np. Austria 70 lat i 100 lat) cieszyły się dużym zainteresowaniem wśród inwestorów, którzy albo starają się pokryć swoje długoterminowe zobowiązania, albo chcą wykorzystać je jako niepochodne instrumenty spekulacyjne o wysokim wskaźniku beta w zakresie ryzyka stopy procentowej. Obecnie niespłacone obligacje o terminach zapadalności +50 lat mają wartość tylko 13 mld euro. Ten segment rynku z pewnością ma większą zdolność absorpcyjną.

Struktura finansowania wyznaczy kierunek dla przyszłości funduszu ratunkowego UE. Jeżeli będzie na dużą skalę finansowany za pomocą ultradługoterminowych obligacji, prawdopodobne jest, że pozostanie w formie zalążkowej i stanie się po prostu kolejnym graczem na już wysoce podzielonym rynku europejskich obligacji (quasi-)rządowych. Jeżeli zostanie wybrane bardziej elastyczne i zróżnicowane podejście do finansowania, może stać się aktywnym graczem rynkowym z możliwością przyczynienia się do harmonizacji rynku.

Ogłoszenie planu jest więc czymś znacznie bardziej istotnym, niż tylko proponowany fundusz ratunkowy. W rzeczy samej, w swoim oświadczeniu, niemiecko-francuska para przedkłada kilka ambitnych projektów dla Unii Europejskiej. Takie dostosowanie planów i ambicji – zwłaszcza w czasach tłumionych napięć rynkowych – jest krzepiące. Należy się spodziewać, że proponowane pomysły odegrają znaczącą rolę w nadchodzącej prezydencji Niemiec w UE i poza nią. Obok poszukiwania większych kompetencji w dziedzinie polityki zdrowotnej propozycja stanowi precyzyjnie wyważony kompromis pomiędzy realizacją ambitnej strategii przemysłowej i pozostaniem mistrzem otwartych rynków i wolnego (ale uczciwego) handlu, walcząc ze zmianami klimatycznymi i opowiadając się za większą sprawiedliwością społeczną, odgrywającą kluczową rolę w wychodzeniu z kryzysu z powodu Covid-19. „Mapy drogowe ekologicznej naprawy gospodarczej” według sektorów, cele w zakresie wyższych redukcji emisji powiązane z działaniami i minimalne ceny emisji dwutlenku węgla w ramach systemu handlem emisjami UE są częścią szerszego dążenia, potwierdzającego zaangażowanie Europy w ekologizację ożywienia gospodarczego. W odniesieniu do przyspieszenia transformacji cyfrowej propozycja obejmuje rozwój 5G i wzmocnienie bezpieczeństwa cybernetycznego, a także ustanowienie ram umożliwiających rozwój sztucznej inteligencji (AI), oraz uczciwe regulacje dla platform cyfrowych. W zakresie ambicji dotyczących podniesienia ekonomicznej i przemysłowej odporności i suwerenności UE oraz wzmocnienia jednolitego rynku do priorytetów należą: wspieranie dywersyfikacji łańcuchów dostaw, rozwijanie mechanizmu antysubwencyjnego, zapewnienie efektywnej wzajemności zamówień publicznych z krajami trzecimi, ustanowienie skutecznego badania wstępnego inwestycji spoza UE, zachęcanie do (re)lokacji inwestycji do UE, modernizacja polityki konkurencji, zakończenie tworzenia cyfrowego, energetycznego i kapitałowego rynku UE, wzmocnienie konwergencji społecznej i przyspieszenie dyskusji w sprawie ram UE dla minimalnego wynagrodzenia za pracę – dostosowanego do sytuacji krajowej.

Trudności w poszczególnych krajach i na arenie międzynarodowej – należy obserwować reakcje Rady UE. Po przedstawieniu propozycji przez Merkel i Macrona ruch należy do pozostałych 25 członków UE. Zasadnicze znaczeniu dla zagwarantowania, że fundusz będzie w stanie zapewnić ożywienie gospodarcze w Europie, wystarczający „wiatr w plecy”, jest czas – niezbędne jest szybkie porozumienie. Podczas gdy Włochy i Hiszpania wyraziły już swoje wsparcie dla funduszu ratunkowego, Austria wraz z Holandią, Danią i Szwecją odniosły się do propozycji z rezerwą podkreślając, że jakakolwiek pomoc finansowa powinna mieć formę pożyczki. Jednocześnie wschodnioeuropejskie państwa członkowskie UE również prawdopodobnie pozostaną ostrożne w obawie, że dodatkowe obciążenie nałożone na budżet UE może zmniejszyć dostępne fundusze strukturalne niezwiązane z Covid-19. Dlatego ekonomiści Allianz i Euler Hermes wskazują,  i z nie można dać się ponieść nadmiernemu entuzjazmowi, ponieważ istnieje poważne ryzyko, że propozycję trzeba będzie złagodzić, aby była do przyjęcia dla bardziej sceptycznych państw członkowskich. Być może klucz podziału powinien podlegać większej kontroli, aby zapewnić, że wypłaty netto nie będą skoncentrowane na małej liczbie krajów, ale zamiast tego zostaną podzielone na szerszą skalę. Ostateczna propozycja Komisji UE spodziewana jest 27 maja, która – po jednomyślnym głosowaniu – będzie wymagać ratyfikowania przez rządy krajowe.

Autorzy:
LUDOVIC SUBRAN
Główny Ekonomista, Allianz Research/Euler Hermes
KATHARINA UTERMÖHL, CFA
Starszy Ekonomista, Allianz Research/Euler Hermes
PATRICK KRIZAN
Starszy Ekonomista, Allianz Research/Euler Hermes

Edycja specjalna Economic Security Forum ECONSEC 2020

Zapraszamy do udziału w tegorocznej edycji Economic Security Forum ECONSEC pt. ROK 2020: GOSPODARKA W OBLICZU ZMIAN, który odbędzie się w dniu 3 czerwca br. Forum ECONSEC jest od wielu lat wydarzeniem poświęconym bezpieczeństwu gospodarczemu, które w tym roku odbędzie się w formie konferencji on-line.

Europejskie Centrum Biznesu pragnie zaprosić przedstawicieli administracji rządowej oraz Zarządy kluczowych spółek w kraju do debaty poświęconej omówieniu obecnej sytuacji gospodarczej z perspektywy największych polskich przedsiębiorstw. Pragniemy, aby zaproszeni goście w ramach zaplanowanych debat odnieśli się do kwestii zabezpieczenia polskiej gospodarki w dobie pandemii, pod kątem ryzyk wynikających z niepewności inwestycyjnej, sytuacji międzynarodowej, bezpieczeństwa gospodarczego, energetycznego i finansowego. Wśród tematów, jakie zostaną poruszone podczas video-debat, będą: nowe wyzwania dla polskiej gospodarki w obliczu pandemii, sytuacja sektora energii w obecnym czasie, nowe realia na rynkach zagranicznych. Szczegółowe informacje: www.econsec.pl

Przekształcenie spółki stanie się prostsze

Z dniem 1 marca 2020 r. weszła w życie duża nowelizacja kodeksu spółek handlowych. Głębokie zmiany polegają m.in. na uproszczeniu dokonywania przekształceń spółek prawa handlowego, a więc możliwości zmiany formy prawnej prowadzonego biznesu. W ślad za tą zmianą idą kolejne, które mogą mieć duże znaczenie dla przedsiębiorców – m.in. korporacyjne prawo wyjścia, na nowo regulujące pozycję wspólników spółek, którzy – nie zgadzając się na planowane przekształcenia – postanowią opuścić spółkę.

Przekształcenie bez biegłego rewidenta

Dokonując przekształcenia spółek prawa handlowego, w większości przypadków konieczne było dotychczas sporządzenie planu przekształcenia w zakresie poprawności i rzetelności przez biegłego wyznaczonego przez sąd. Obowiązek badania planu przekształcenia przez biegłego był wyłączony tylko w przypadku przekształcenia spółki jawnej lub partnerskiej, w której wszyscy wspólnicy prowadzili sprawy spółki, w inną spółkę osobową. Zgodnie z obowiązującymi dotychczas przepisami opinia biegłego rewidenta powinna zostać przedstawiona w terminie wyznaczonym przez sąd, nie dłuższym niż dwa miesiące. Do tego dochodził czas oczekiwania na samo wyznaczenie, co do którego przepisy nie narzucały sądowi żadnego terminu. To sprawiało, że sama procedura związana z badaniem trwała około trzech miesięcy.

Dodatkowo należało się liczyć ze sporym wydatkiem. Dokładna kwota była uzależniona od czasu poświęconego przez biegłego na zbadanie planu przekształcenia, na co wpływ miały m.in. wielkość spółki, złożoność planu i liczba dokumentów księgowych, które należało prześwietlić. Na wysokość tej kwoty wpływ miało również to, czy spółka sama rozliczała się z biegłym rewidentem, czy za pośrednictwem sądu rejestrowego. W każdym przypadku była zatem inna i mogła się wahać od około dwóch do nawet kilkunastu tysięcy złotych.

Co przy tym istotne, procedura ta była obowiązkowa, nawet jeżeli w praktyce była ona zbędna ze względu na dobrą znajomość sytuacji finansowej spółki przez wszystkich wspólników oraz jasne porozumienie co do przekształcenia.

Na gruncie nowych regulacji badanie planu przekształcenia w tym trybie jest obligatoryjne jedynie w przypadku przekształcenia w spółkę akcyjną. Taki obowiązek nie wystąpi w przypadku innych przekształceń spółek, co zapewni wspólnikom znacznie większą elastyczność. Odpadną także istotne koszty, a procedura przekształcenia ulegnie znacznemu skróceniu. Jednocześnie wciąż będzie możliwe przeprowadzenie badania na warunkach ustalonych przez samych zainteresowanych.

Nowe regulacje nie uchylają natomiast obowiązku zbadania przez biegłego rewidenta planu przekształcenia jednoosobowego przedsiębiorcy w spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością lub spółkę akcyjną.

Zmiana umowy nie jest już konieczna

Istotną zmianę stanowi także wprowadzenie w życie przepisu, w myśl którego nie jest konieczne dokonanie zmiany umowy spółki (lub w przypadku spółki akcyjnej statutu), a wystarczająca staje się uchwała o przekształceniu. Także to zapewni usprawnienie procesu oraz przyniesie pewne oszczędności – zwłaszcza w przypadku, gdy umowa (statut) wymaga formy aktu notarialnego. Dodatkowo wspomnieć należy o jeszcze jednej korzyści wynikającej z tej regulacji – nie będzie mogło dochodzić do sytuacji, w których wspólnicy po podjęciu skutecznej uchwały o przekształceniu nie mogą porozumieć się co do brzmienia umowy (statutu) spółki, co w istocie paraliżuje jej działalność.

Korporacyjne prawo wyjścia

Wszystkie te zmiany związane są z jeszcze jednym istotnym faktem, który dotychczas był przez ustawę nieco pomijany i którego nie uwzględniano, tworząc mocno sformalizowany tryb przekształceń spółek. Spółka przekształcona nie jest w istocie nowym podmiotem, lecz kontynuacją poprzedniej spółki. Ponadto tworzą ją ci sami wspólnicy. Nowe regulacje wyrażają to wprost w art. 553 § 3 KSH, który stanowi, że wspólnicy spółki przekształcanej stają się z dniem przekształcenia wspólnikami spółki przekształconej, choć został przewidziany istotny wyjątek, których chroni interesy wspólników niezgadzających się na zmianę formy prawnej prowadzonej działalności.

Wprowadzony do ustawy art. 5761 § 1 KSH stanowi, że wspólnik, który głosował przeciwko uchwale o przekształceniu spółki kapitałowej w spółkę osobową i zażądał zaprotokołowania sprzeciwu, może żądać odkupu jego udziałów albo akcji w spółce przekształcanej. Jeśli więc wspólnik nie godzi się na przekształcenie, ale został przegłosowany przez pozostałych wspólników, ma prawo wycofać się ze wspólnie prowadzonej działalności.

Należy przy tym zwrócić uwagę, że prawo to jest wyraźnie ograniczone do sytuacji przekształcenia spółki kapitałowej (spółki z ograniczoną odpowiedzialnością i spółki akcyjnej) w spółkę osobową.

Cena odkupu akcji lub udziałów określana jest według wartości godziwej. Przepisy KSH nie przewidują szczególnego trybu określania tej wartości i jej weryfikacji, dlatego też występującemu wspólnikowi zapewniony jest dodatkowy mechanizm ochronny – jeżeli nie zgadza się on na cenę odkupu, może wnieść powództwo o ustalenie wartości godziwej jego udziałów lub akcji. Samo powództwo nie wstrzymuje przekształcenia i odkupu, ale zapewnia wspólnikowi otrzymanie ceny na odpowiednim poziomie z uwzględnieniem rzeczywistej wartości spółki. Co przy tym istotne, jeżeli wszystkie udziały albo akcje wspólników żądających odkupu nie zostaną odkupione, przekształcenie nie dojdzie do skutku.

Decyzja o przekształceniu jest kluczowa dla spółki

Wszystkie te zmiany sprawiają, że procedura przekształcenia spółek staje się prostsza, szybsza i tańsza. To z kolei bez wątpienia pozytywnie wpłynie na elastyczność prowadzenia działalności i może zachęcić wspólników do zmiany formy jej prowadzenia w trakcie współpracy. Jest to bardzo istotne, gdyż zmiany często są potrzebne ze względu na rozwój prowadzonej działalności i pojawiające się w związku z tym nowe problemy i potrzeby stojące przed wspólnikami i samą spółką. Nie zmienia to jednak faktu, iż przekształcenia nadal pozostaną skomplikowanym procesem o olbrzymim znaczeniu dla spółki i jej wspólników. Dlatego też, decydując się na ten krok, należy pamiętać, jak ważne jest dokładne zbadanie potencjalnych konsekwencji – zwłaszcza w sytuacji, gdy plan przekształcenia nie zostanie poddany obowiązkowemu badaniu.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Premium Fund S.A. przejmuje spółkę Glass Cannon Games

Premium Fund S.A. (w trakcie zmiany nazwy na Oxygen S.A.), spółka notowana na rynku NewConnect, nabyła 100% udziałów w spółce Glass Cannon Games Sp. z o.o. Jest to drugi po Mousetrap Games podmiot z branży gamingowej przejęty przez Premium Fund w tym roku.

Glass Cannon Games to zarejestrowana w Iławie spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, twórca tytułu „Jars” („Słoiki”), który został doceniony przez graczy i krytyków na targach Gamescom 2019 w Kolonii. Przejmowana spółka posiada autorskie prawa majątkowe do tej gry, które dzięki transakcji zasilają portfolio Grupy Premium Fund.

– Przejęcie Glass Cannon Games jest zgodne z naszymi planami w zakresie produkcji i dystrybucji gier mobilnych. Mocnym atrybutem Glass Cannon Games jest tytuł „Jars”. Jako Premium Fund poszukujemy w produkcjach naszych spółek innowacji, których w tym tytule nie brakuje – mówi Edward Mężyk, Prezes Zarządu Spółki Premium Fund S.A. – To midcore’owa gra o unikalnej grafice i rozbudowanej rozgrywce. Tytuł łączy w sobie cechy gry logicznej i mechanikę tower defendera. Takiej produkcji jeszcze nie mamy w naszej kuźni. Cieszymy się, że będziemy mogli pomóc w rozwoju tego świetnego produktu, by wkrótce pokazać go szerszej publiczności – dodaje Mężyk.

Umowa zakłada udział dotychczasowego wspólnika w nadwyżce zysków z komercjalizacji gry „Jars” z jej twórcami. Siostrzaną spółką Glass Cannon Games jest Glass Cannon Games Unplugged, która pozostała w dotychczasowych rękach. Planowana jest współpraca między firmami.

Wyższe prognozy dla segmentu gier mobilnych na świecie

Zdaniem ekspertów z agencji Newzoo gry stały się odskocznią dla użytkowników na całym świecie w okresie tegorocznego lockdownu. W związku z tym zdecydowano o podniesieniu prognoz tempa rozwoju wartości rynku gier mobilnych. Według analityków w tym roku przychody segmentu wzrosną o około 13,3 proc., wobec 11,3 proc. zakładanych jeszcze w grudniu 2019 r.

– Kluczem do przyspieszenia stało się zwiększenie zaangażowania graczy, którzy dzięki niskiej barierze wejścia do gry, skorzystali z możliwości wspólnej zabawy ze znajomymi w świecie wirtualnym. Niezależnie od czynników okresowych, rynek gier mobilnych notuje od kilku lat największe wzrosty. To obiecujące perspektywy dla Premium Fund S.A., która dzięki inwestycji w kolejny podmiot w segmencie, będzie czerpać korzyści z długofalowych trendów – mówi Edward Mężyk.

W celu przyspieszenia rozwoju i zgromadzenia społeczności inwestorów zainteresowanych gamingiem Premium Fund prowadzi obecnie kampanię crowdfundingową na platformie Crowdway.pl, a jej szczegóły można poznać na www.zainwestujwgry.pl. W ofercie akcji o wartości do 2 mln zł spółka chce pozyskać od crowdinwestorów środki na innowacyjne produkcje w segmencie gier mobilnych. Akcja trwać będzie do 1 czerwca br.

Odpowiedzialność za działania sztucznej inteligencji – najnowsze propozycje legislacyjne

4 maja 2020 r. opublikowano projekt raportu w przedmiocie rekomendacji Komisji ds. Prawnych Parlamentu Europejskiego („Raport”) dotyczącej cywilnej odpowiedzialności za sztuczną inteligencję („SI”). Jest to kolejny dokument organów unijnych dotyczący SI, jednak w tym przypadku mamy do czynienia, w przeciwieństwie do wcześniejszych inicjatyw, ze skonkretyzowanymi propozycjami legislacyjnymi.

Wprowadzenie algorytmów SI do społeczeństwa i gospodarki jest jednym z najważniejszych zagadnień w obecnej agendzie politycznej. Pomimo częstej tendencji do nadawania SI cech ludzkich, istniejące narzędzia oparte o SI nie różnią się znacząco, przynajmniej na razie, od innych technologii, które niejednokrotnie opierają się na bardziej złożonym oprogramowaniu. Ostatecznie zdecydowana większość systemów SI jest wykorzystywana do obsługi powtarzalnych, monotonnych zadań i takie używanie SI nie niesie ze sobą, co do zasady, istotnego ryzyka dla użytkowników SI i dla społeczeństwa w ogólności. Istnieją jednak również systemy SI, które opierają się na sieciach neuronowych oraz procesach głębokiego uczenia się. Brak transparentności ich funkcjonowania (tzw. black box) sprawia, że ludzie nie są w stanie zrozumieć ich działania i prześledzić procesu, który doprowadził algorytm do podjęcia danej decyzji. Pomimo powyższego, twórcy Raportu stoją na stanowisku, że korzyści płynące z wykorzystania systemów SI będą zdecydowanie przeważać nad wadami. Są oni zdania, że algorytmy SI pomogą skuteczniej walczyć ze zmianami klimatycznymi, usprawnią badania lekarskie, lepiej zintegrują osoby niepełnosprawne ze społeczeństwem – a są to jedynie nieliczne z ich dostępnych zastosowań. Aby wykorzystać różne możliwości technologiczne, zwiększyć zaufanie ludzi do korzystania z systemów SI, a jednocześnie zapobiegać negatywnym scenariuszom, kluczowe znaczenie będzie miało stworzenie horyzontalnych ram prawnych opartych na wspólnych zasadach w celu ustanowienia równych standardów w całej Unii.

Odpowiedzialność za SI

W omawianym Raporcie wyrażono pogląd, że nie ma potrzeby dokonywania pełnego przeglądu funkcjonujących systemów odpowiedzialności, niemniej wskazano szereg wyzwań związanych z rozwojem algorytmów SI, wynikających z ich złożoności, braku przejrzystości i podatności na zagrożenia zewnętrzne. W konsekwencji za konieczne uznano fragmentaryczne dostosowanie porządku prawnego tak, aby uniknąć sytuacji, w której osoby, które doznają uszczerbku lub których mienie zostało uszkodzone ze względu na działanie systemów SI, pozostają bez odszkodowania. Uznano, że procesy, które są przeprowadzane przez systemy SI mogą prowadzić do powstania szkody, ale co istotne – ich pierwotne źródło jest wynikiem budowania, wdrażania lub ingerowania w te systemy przez człowieka. Jako potencjalny problem wskazano autonomię systemów SI, która może w praktyce bardzo utrudnić lub nawet uniemożliwić śledzenie określonych szkodliwych działań systemów SI na podstawie zindywidualizowanego wkładu człowieka. Zaznaczenia jednak wymaga, że aktualnie nadal nie ma w pełni autonomicznych systemów SI, chociaż faktycznie zdarzają się takie, których sposób przetwarzania procesów jest ciężki lub nawet niemożliwy do ustalenia.

Jako punkt wyjścia potraktowano w Raporcie dyrektywę w sprawie odpowiedzialności za produkt niebezpieczny, która do tej pory okazała się raczej skutecznym sposobem uzyskania odszkodowania za szkody spowodowane przez wadliwy produkt. W konsekwencji w Raporcie zasugerowano, że ta dyrektywa powinna być również stosowana w odniesieniu do roszczeń z tytułu odpowiedzialności cywilnej wobec producenta wadliwego systemu SI, jeżeli system SI spełnia przesłanki uznania za „produkt” na gruncie tej dyrektywy. Uwzględniono jednocześnie konieczność wprowadzenia zmian legislacyjnych do dyrektywy, wskazując m.in. że dla celów pewności prawnej w całej Unii „backend operator” powinien podlegać tym samym zasadom odpowiedzialności co producent i wykonawca.

Odniesiono się również do istniejących aktów prawnych państw członkowskich dotyczących czynów niedozwolonych, gdzie w większości przypadków zapewniony jest wystarczający poziom ochrony osób, które poniosły w ich wyniku szkodę.

IP i prawo nowych technologii

Obsługa w zakresie prawa własności intelektualnej dla firm korzystających z nowoczesnych technologii, rozwijających lub inwestujących w takie rozwiązania.

Słusznie jednak zauważono, że w przypadkach, w których osoba odpowiedzialna za taką szkodę nie może zostać ustalona, co w przypadkach ataków hackerskich jest bardzo częste, konieczne są dodatkowe przepisy w zakresie odpowiedzialności. Jako rozwiązanie wskazano roszczenia odpowiedzialności cywilnej wobec podmiotu wdrażającego system SI. Uzasadniono to faktem, że taki podmiot kontroluje ryzyko związane z systemem SI, porównywalne z ryzykiem związanym z właścicielem samochodu lub zwierzęciem domowym. Ze względu na złożoność i skomplikowanie systemów SI podmiot wdrażający będzie w wielu przypadkach pierwszym i jedynym łatwo identyfikowalnym punktem kontaktowym dla osoby poszkodowanej. – Aleksandra Witowska | Deloitte

Jako podmiot wdrażający zdefiniowano taki podmiot, który decyduje o korzystaniu z systemu SI, sprawuje kontrolę nad ryzykiem i odnosi korzyści z jego działania. W sytuacji, w której występuje więcej niż jeden podmiot wdrażający, słusznie zaproponowano, że ich odpowiedzialność będzie solidarna, z prawem regresu.

Odpowiedzialność uzależniona od poziomu ryzyka

W Raporcie wskazano, że rodzaj zastosowanego systemu SI może mieć znaczenie dla zakresu odpowiedzialności za dany algorytm. Chodzi tutaj przede wszystkim o rozwiązania generujące wysokie ryzyko dla ogółu społeczeństwa ze względu na możliwą ingerencję w takie sfery jak zdrowie, życie, integralność cielesna czy prawo własności.

Ciekawym rozwiązaniem jest propozycja enumeratywnego wymienienia systemów wysokiego ryzyka w załączniku do proponowanego aktu prawnego z zastrzeżeniem, że Komisja powinna być uprawniona do dokonywania przeglądu, co najmniej raz na 6 miesięcy i wprowadzania stosownych zmian. Wydaje się to bardzo dobrym rozwiązaniem, w szczególności mając na uwadze wysoką dynamikę rozwoju tej technologii, a co za tym idzie dużą zmienność potencjalnych zagrożeń. Póki co wśród rozwiązań wysokiego ryzyka wymieniono m.in. drony, określone typy samochodów autonomicznych oraz autonomiczne roboty.

Niezależnie od powyższego wskazano, że wszystkie działania, urządzenia lub procesy prowadzone przez systemy SI, które spowodują szkody lub uszkodzenia, ale nie zostaną wymienione w załączniku do przyszłej regulacji, powinny nadal podlegać odpowiedzialności na zasadzie winy, z zastosowaniem domniemania winy podmiotu wdrażającego.

Ubezpieczenie

Ryzyko związane z odpowiedzialnością jest jednym z kluczowych czynników decydujących o sukcesie nowych technologii, produktów i usług. Odpowiednie zabezpieczenie przed ryzykiem jest niezbędne dla zapewnienia społeczeństwu, że może ono zaufać nowej technologii pomimo możliwości poniesienia szkody lub wystąpienia z roszczeniami prawnymi przez osoby poszkodowane. W projektowanych rozwiązaniach przewidziano zatem obowiązek posiadania ubezpieczenia przy wdrażaniu technologii wysokiego ryzyka. Należy pozytywnie zapatrywać się na takie rozwiązanie, przy czym niewątpliwie będzie ono stanowiło duże wyzwanie dla branży ubezpieczeniowej.

Planowane regulacje prawne są szansą dla ubezpieczycieli na rozwój nowych produktów, skierowanych zarówno do producentów oprogramowania, jak też do podmiotów wdrażających. Ubezpieczyciele chcący wejść na ten rynek staną przez koniecznością zbudowania nowych kompetencji wyceny i akceptacji ryzyka. Kluczowa będzie identyfikacja i ocena możliwych zagrożeń (m.in. błąd użytkownika, błąd programisty, atak hackera), ocena wbudowanych zabezpieczeń, a także ocena rozmiaru potencjalnych szkód (w tym szkód w mieniu i na osobie). Uprzednie doświadczenie w produktach cyberrisk będzie przydatne, jednak zakres ubezpieczeń związanych z działaniem algorytmów SI może być znacznie szerszy i będzie wymagać wypracowania nowego podejścia. – Marcin Warszewski | Deloitte

Podsumowanie

Zaprezentowane propozycję niewątpliwie są ważnym krokiem ku uregulowaniu systemów opartych na sztucznej inteligencji, które znajdują coraz szersze, gospodarcze zastosowanie. W Raporcie słusznie zwrócono uwagę na szereg zagrożeń związanych z zaimplementowaniem tych technologii, jednak wykazano także szereg korzyści, które niewątpliwie mogą wywrzeć pozytywny wpływ na nasze życie.

Proponowane podejście w zakresie uregulowania odpowiedzialności za działanie systemów SI wydaje się racjonalne i adekwatne, bowiem zamiast rewolucyjnych zmian w dobrze funkcjonujących systemach odpowiedzialności, przewidziano konkretne działania mające na celu dostosowanie istniejących przepisów, przy jednoczesnym wprowadzeniu nowych, zorientowanych na przyszłość rozwiązań. Koncentracja na odpowiedzialności podmiotu wdrażającego, wydaje się właściwym rozwiązaniem, w szczególności mając na uwadze praktyczne problemy w zidentyfikowaniem innych podmiotów odpowiedzialnych za szkody. Ponadto, pozytywnie należy ocenić także obowiązkowe ubezpieczenia dla takich podmiotów. Niewątpliwie takie uregulowania przyczynią się do znacznej poprawy bezpieczeństwa systemów i zabezpieczenia interesów użytkowników. Warto podkreślić, że śledzenie tego rodzaju działań legislacyjnych powinno być elementem odpowiedzialnego wdrażania SI w organizacjach, a istniejące procedury dotyczące robotyzacji powinny być regularnie przeglądane i testowane pod kątem zgodności z najnowszymi działaniami regulacyjnymi.

Rolnicy muszą przyzwyczaić się do suszy. Stale zagrożonych jest 45 proc. terenów rolnych i leśnych

Chociaż ostatnie tygodnie przyniosły w niektórych regionach kraju większe opady deszczu i sytuacja wodna się poprawiła, zagrożenie suszą hydrologiczną wciąż istnieje. – Do suszy rolnicy muszą się przyzwyczaić, choć trudno mówić o tym, że można się do tego przygotować – mówi Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych. Jak podkreśla, konieczne są długofalowe inwestycje, działania zwiększające retencję i właściwa agrotechnika. Przede wszystkim Polska potrzebuje jednak długofalowego programu gospodarki wodą. Nad takim dokumentem pracuje już PGW Wody Polskie, a podobne dokumenty planistyczne tej rangi przyjęły już m.in. Wielka Brytania, Francja, Hiszpania i Ukraina.

Do suszy trudno się przygotować. To nie jest wyjątkowa rzecz, która pojawia się w tym roku. Mamy suszę trzeci rok z rzędu i braki wody nie zostały uzupełnione przez opady jesienne ani zimowe. Gdybyśmy tę wodę magazynowali wcześniej, dziś moglibyśmy z niej korzystać, zwłaszcza do nawadniania upraw intensywnych, jak warzywa. Ale te zasoby zgromadzonej wody są w Polsce minimalne, więc takich możliwości nie mamy – mówi agencji Newseria Biznes Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych.

W Polsce od co najmniej siedmiu lat zimą występują znikome opady śniegu. Miniona zima była najcieplejszą w historii pomiarów i już trzecią z rzędu, w której śnieg nie spadł w ogóle. Braku pokrywy śnieżnej, która zapewniałaby wilgotność gleby na wiosnę, nie zrekompensowały też znikome opady deszczu. Według danych PGW Wody Polskie w grudniu i styczniu w wielu regionach kraju opady stanowiły raptem 40–60 proc. normy wieloletniej. Na przełomie kwietnia i maja w wielu miejscach Polski nasycenie gleby wodą spadło poniżej 30 proc., w niektórych rejonach nawet do 10 proc. Susza hydrologiczna, która objawia się spadkiem poziomu rzek, wód gruntowych i wpływa na wegetację roślin, wystąpiła na ok. 90 proc. terytorium Polski.

Obecnie, po opadach w ostatnich tygodniach, sytuacja się poprawia, choć – jak pokazują mapy IMiGW – w centralnej i zachodniej Polsce wciąż są regiony, gdzie wskaźnik wilgotności gleby oscyluje poniżej 30 proc. Tymczasem już poziom 30–40 proc. wskazuje na deficyty wody w strefie korzennej roślin.

Susze, które uderzają zwłaszcza w energetykę, przemysł i rolnictwo, nawiedzają Polskę regularnie już od lat. W ubiegłym roku szczególnie dotkliwa była susza rolnicza, która dotknęła ponad 200 tys. gospodarstw rolnych i przełożyła się na spadek plonów oraz wzrost cen żywności. Podobnie może być i w tym roku. Jak podkreśla prezes KRIR, konieczne są m.in. długofalowe inwestycje, działania zwiększające retencję i właściwa agrotechnika.

– Uprawy trzeba starać się prowadzić w taki sposób, żeby tracić jak najmniej wody. Właściwa agrotechnika, czyli uprawianie roślin, które są bardziej odporne na suszę, też jest bardzo ważna. Wyzwanie stoi przed światem nauki i instytutami rolniczymi, aby opracowały takie nowe odmiany roślin, które będą odporniejsze na suszę i stresy temperaturowe. Byliśmy przygotowani do innego klimatu i innych wymagań. Dzisiaj musimy nauczyć się z tą suszą żyć, bo ona staje się już u nas zjawiskiem trwałym – mówi ekspert.

Z analiz PGW Wody Polskie, które zostały wykonane na potrzeby planu przeciwdziałania skutkom suszy (PPSS), w Polsce 45 proc. terenów rolnych i leśnych (przede wszystkim na terenie województwa wielkopolskiego, części kujawsko-pomorskiego, lubuskiego oraz Mazowsza) jest zagrożonych występowaniem suszy rolniczej. Z kolei zasięg obszarów zagrożonych suszą hydrogeologiczną stanowi 35,6 proc. powierzchni Polski.

W Polsce potrzebujemy długofalowego programu gospodarki wodą. Mam na myśli nie tylko wielkie budowle i spiętrzania na głównych rzekach. Taka regulacja jest ważna, ale ma mniejsze oddziaływanie na rolnictwo. Przykładem jest Kujawsko-Pomorskie i wielka tama we Włocławku, podczas gdy największe susze występują właśnie w tym regionie, bo wypływająca woda nie jest wykorzystywana do celów rolniczych – mówi prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych.

W Polsce poziom retencji wodnej utrzymuje się na poziomie ok. 6,5 proc. (dla porównania, w Hiszpanii to około 40 proc.). Aby zgromadzone zasoby wodne zaspokoiły wszystkie potrzeby ludzi, gospodarki i środowiska, retencja powinna być przynajmniej dwa razy wyższa. Zwiększenie jej poziomu i przeciwdziałanie skutkom suszy jest obecnie najważniejszym zadaniem PGW Wody Polskie, które w ramach programu „Stop suszy!” realizuje inwestycje wpływające na poprawę bilansu wodnego kraju. W tym roku na ten cel przeznaczone są ponad 2 mld zł, a działania będą skoncentrowane na lokalnych terenach rolnych, ze szczególnym uwzględnieniem regionów dotkniętych suszą rolniczą. Na nowatorski program retencji korytowej, przeznaczony wyłącznie dla rolnictwa, w tym roku zostanie przeznaczonych 60 mln zł.

PGW Wody Polskie kończy też opracowanie kompleksowego planu przeciwdziałania skutkom suszy. Dokument będzie zawierać analizę możliwości powiększenia zasobów wodnych, wskaże też niezbędne inwestycje i wytyczne dla samorządów dotyczące kształtowania zrównoważonej gospodarki wodnej na terenach gmin. Podobne dokumenty planistyczne tej rangi przyjęły już m.in. Wielka Brytania, Francja, Hiszpania, Słowacja i Ukraina.

Trzeba przygotować plany strategiczne, zrobić nowe mapy i zidentyfikować dokładne potrzeby, a potem je realizować. Susze to nie tylko problem rolnictwa, bo my zużywamy około 15 proc. wody, może nawet mniej, ale również przemysłu i ludzi w miastach, którzy muszą wiedzieć, że mamy ograniczone ilości wody pitnej. Zasoby mamy podobne, co Egipt, więc jesteśmy jednym z najbardziej zagrożonych brakiem wody krajów w Europie – mówi Wiktor Szmulewicz.

W tym tygodniu minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski i prezydent Andrzej Duda zapowiedzieli rozpoczęcie prac nad specjalną ustawą dotyczącą walki z suszą. Przewiduje ona m.in. rozwiązania prawne ułatwiające działalność dla rolników, samorządów i spółek wodnych w zakresie przeciwdziałania suszy oraz zwiększenie poziomu retencjonowanych wód przynajmniej do 15 proc. w perspektywie do 2027 roku.

Projekty magazynowe na własność (BTO) jako odpowiedź na nową podaż w czasach post COVID-19

Pandemia COVID-19 spowodowała niemały chaos na światowych rynkach. Ze wszystkich sektorów nieruchomości komercyjnych, rynek powierzchni magazynowych niejako najłagodniej przetrwał ten trudny czas i po korektach pozwala na nowe planowanie inwestycji. Zmieniona struktura finansowania projektów może spowodować ewolucję w nowej podaży, zwiększając zainteresowanie projektami budowanymi w formule BTO (build to own) i BTS (build to suit) przy redukcji obiektów powstających typowo spekulacyjnie. 

Projekty BTO (build to own) nie są nowością na rynku, ale stanowią alternatywę dla klientów zainteresowanych dedykowaną inwestycją, nie koniecznie w popularnej lokalizacji logistycznej. Obiekty te to inwestycje budowane dla klienta na własność. Deweloper pełni funkcję wykonawczą, ale jego odpowiedzialność za projekt jest szersza niż w przypadku generalnego wykonawcy. Odpowiada za pełen proces deweloperski od planowania, poprzez procedury administracyjne, po oddanie obiektu gotowego do użytkowania.

Zaostrzająca się polityka banków w kwestii finansowania nowych projektów deweloperskich może wpłynąć na strukturę podaży na rynku magazynowym. Dotychczas 20-30% próg wkładu własnego pozwalał na pozytywne rozpatrzenie wniosku i rozpoczęcie inwestycji. W ten sposób powstawało wiele obiektów typowo spekulacyjnych, które w bardzo szybkim tempie były komercjalizowane. Doświadczenie deweloperów pozwalało zakładać, że w określonym regionie może w przyszłości powstać zapotrzebowanie na konkretny typ magazynu. Dlatego banki częściej decydowały się udzielić kredytu, gdyż spodziewały się, że inwestycja jeszcze przed zakończeniem budowy zostanie w pełni skomercjalizowana i będą mogły odzyskać zalokowane środki.

Obecnie próg wynosi ponad 50% wkładu własnego, co będzie jedną z przyczyn ograniczenia inwestycji spekulacyjnych, na rzecz obiektów BTS, w której zabezpieczenie najmu jest w 100%. Jednak klienci, czyli przyszli właściciele magazynów stoją przed decyzją – jaka forma inwestycji będzie lepsza w perspektywie następnych 10 lat? Obiekt szyty na miarę (BTS, build to suit) czy obiekt przygotowany na wyłączność i na własność (BTO, build to own)?

Oba warianty posiadają wiele zalet i są inwestycjami typowo przygotowanymi pod dedykowane zapotrzebowanie Klienta. Inwestycje BTO mogą powstać na gruncie zaproponowanym przez dewelopera, na gruncie własnym firmy lub wybranym w ramach zasad spełniających warunki terenu w ramach specjalnej strefy ekonomicznej. Inwestycje BTS poza wcześniej wymienionymi mogą też powstawać w ramach już istniejących czy planowanych parków logistyczno-produkcyjnych na gruntach należących  do dewelopera.

Stąd zdarza się, że  inwestycje BTO powstają w mniej oczywistych lokalizacjach poza głównymi rynkami logistycznymi. Celem klientów jest zapewnienie dostępu do wykwalifikowanych pracowników, oferując im relatywnie krótki i prosty dojazd do jego obiektu. Różnicą jest także to gdzie uiszczana jest opłata. Co oczywiste, stawiając na obiekt własny nie musimy płacić czynszu, firmę interesują wyłącznie koszty związane z eksploatacją. To właściciel decyduje jak zarządzany jest obiekt i dba o jego modernizację. Jeśli też jest to budowa na gruncie firmy, może od razu łatwiej też zabezpieczyć sobie teren pod przyszłą ekspansję. Natomiast w formule BTS możemy skorzystać z opcji leasingowania takiego obiektu, który będzie pewnego rodzaju poduszką finansową i może być bardziej elastycznym rozwiązaniem. Zazwyczaj wiąże się to również z dłuższą umową najmu na okres 10-15 lat.

Historia rynku powierzchni magazynowych w Polsce pokazuje, że rok do roku transakcje BTS stanowią ok. 20-30 % całkowitego popytu, co więcej na koniec I kw. 2020 r. 36% najemców zdecydowało się na taką formę najmu. Rozwiązania BTS nie mają ograniczeń, dlatego mogą z niej skorzystać operatorzy logistyczni, branże spożywcza i FMCG, odzieżowa czy produkcja. Doświadczenie deweloperów aktywnych na polskim rynku kwalifikuje ich do realizacji niemal każdej najbardziej skomplikowanej inwestycji. My, oprócz współpracy z dużymi międzynarodowymi podmiotami, inwestujemy również w kontakty z mniejszymi lokalnymi deweloperami, którzy są również w stanie dostarczyć wysokiej klasy powierzchnię magazynową w mniej popularnych lokalizacjach na logistycznej mapie Polski – mówi Anna Głowacz, Dyrektor Działu Powierzchni Magazynowych i Logistycznych w AXI IMMO.

Spodziewamy się, że w obecnym czasie może wzrosnąć zainteresowanie inwestycjami w formule BTO. Klienci jako właściciele magazynów będą mieli większą swobodę w decydowaniu na jaki wariant inwestycji zdecydować się w nowych warunkach rynkowych. Co więcej przez zgromadzenie własnego kapitału nie muszą ubiegać się o kredytowanie całości inwestycji lub jej części. Budowa obiektu w formule BTO nie zamyka drogi do najmu, gdyż w momencie zmiany strategii firma może zdecydować się na sprzedaż obiektu w formule sale and leaseback, czyli sprzedaży i leasingu zwrotnego, który pozwala właścicielowi sprzedać obiekt instytucji finansowej, a następnie stać się najemcą tego samego obiektu. Jest to rozwiązanie, które pozwala na uwolnienie środków i ich reinwestycję w inne obszary funkcjonowania organizacji – mówi Marek Kosielski, Dyrektor działu BTS w AXI IMMO.

Wyspecjalizowane agencje doradcze z pewności pomogą w bardziej komfortowym przebiegu całej inwestycji i wskażą gdzie klient może liczyć na ewentualne korzyści finansowe, w tym przejmą na siebie obowiązek przejścia przez procedury administracyjne np. uzyskania odpowiednich zezwoleń, opinii środowiskowych czy przekształceń. Dodatkowo w ramach umowy ich zadaniem będzie nadzorowanie każdego z etapów, w tym projektowania samego obiektu i przestrzeni wokół niego czy jednego z najistotniejszych czyli decyzji o wyborze firmy, która zbuduje magazyn. Klient w przetargu wybierze pomiędzy ofertą dewelopera, który przejmie obowiązek kompleksowego zarządzenia projektem budowy, negocjacjami z firmami dostarczającymi media czy skoordynowaniem pracy generalnego wykonawcy lub zadecyduje jedynie o wyborze generalnego wykonawcy. Wybór dewelopera może okazać się lepszym rozwiązaniem ze względu na doświadczenie i niższe marże na materiałach budowlanych przy stałej współpracy z podwykonawcami. Ponadto agencja doradcza zapewni kontrolę budżetu i harmonogramu budowy, będzie ją nadzorować i odpowiednio zarządzi całym projektem inwestycyjnym.

Branża lotnicza czeka na ogłoszenie szczegółów tarczy antykryzysowej. Rząd zapowiada też harmonogram odmrażania lotów

Dziś rząd ogłosi szczegóły tarczy antykryzysowej dla branży lotniczej. – Wsparcie ze strony państwa będzie o tyle łatwiejsze w tych trudnych czasach, że nikt nie powinien tej pomocy kwestionować, nie będzie ona wymagała długich negocjacji z Unią Europejską – mówi Eryk Kłopotowski, ekspert ds. lotnictwa. Jak podkreśla, nie ma obaw o kondycję portów lotniczych ani PLL LOT, ale spółka będzie musiała szukać nowych sposobów na rozwój. Jedną z możliwości są przejęcia ze względu na niskie wyceny linii lotniczych.

LOT miał pieniądze przeznaczone na zakup Condora. Mówimy tutaj o setkach milionów euro, które były przeznaczone na tę transakcję, więc zapas gotówki w spółce jest i nie powinniśmy obawiać się bankructwa – mówi agencji Newseria Biznes Eryk Kłopotowski.

Polski przewoźnik od stycznia szykował się do przejęcia niemieckich linii lotniczych Condor Airlines. Decyzję o rezygnacji z tej transakcji właściciel – Polska Grupa Lotnicza – podjął w połowie kwietnia. Jak ocenia ekspert, był to uzasadniony krok ze względu na nowe okoliczności.

Przed zarządem LOT-u ciężkie zadanie zrestrukturyzowania, odchudzenia spółki, wykorzystania, mówiąc bardzo brutalnie, tej trudnej sytuacji, a być może będzie musiała poszukać sposobu na inny rozwój niż planowany był przed pandemią. Może rozwój poprzez przejęcia, ponieważ dzisiaj ceny akcji linii lotniczych są bardzo niskie. Mówimy tutaj o 20 proc. wartości przedsiębiorstw w porównaniu do sytuacji sprzed sześciu czy dziewięciu miesięcy – wyjaśnia.

Załamanie rynku lotniczego spowodowało, że LOT musiał zmienić warunki wynagrodzeń dla pracowników. Wczoraj poinformował, że osiągnięto porozumienie z personelem latającym. Piloci i stewardessy otrzymają gwarantowane świadczenia w kwocie 2,5–7,2 tys. zł miesięcznie, a ich wynagrodzenia mają rosnąć wraz z odbudową siatki połączeń. Na pokładach samolotów przewoźnika pracuje 1,7 tys. stewardess i ok. 900 pilotów, z czego mniej więcej 2/3 przystąpiło do porozumienia.

Dotychczasowy zakaz ruchu lotniczego (za wyjątkiem m.in. lotów cargo) obowiązuje do 23 maja, ale szansa na wznowienie lotów jest coraz większa. Ministerstwo Infrastruktury zapowiedziało, że w najbliższych dniach przedstawi plan odmrażania lotnictwa.

Ten proces powinien następować jak najszybciej. To jest kluczowe – podkreśla Eryk Kłopotowski. – Transport lotniczy jest krwiobiegiem gospodarki. To nie jest przecież tylko możliwość wyjazdu do Grecji czy Turcji na wakacje, ale przede wszystkim ruch biznesowy, eksport polskich naukowców i osiągnięć. Niektóre linie lotnicze już dzisiaj ogłaszają powrót do normalności. Mam nadzieję, że polskie władze nie zostaną w tyle i firmy nie stracą jeszcze bardziej z powodu lockdownu niż to konieczne.

LOT zapowiedział, że wznowi krajowe loty pasażerskie od 1 czerwca. Początkowo będą one realizowane na trasach między Warszawą a Gdańskiem, Krakowem, Poznaniem, Rzeszowem, Szczecinem, Wrocławiem i Zieloną Górą, a także między Krakowem a Gdańskiem. Międzynarodowe Zrzeszenie Przewoźników Powietrznych (IATA) szacuje, że liczba lotów komercyjnych w czasie pandemii spadła o 90 proc. Stopniowe otwieranie granic w poszczególnych państwach będzie skutkowało ożywieniem w lotnictwie, ale powrót do sytuacji sprzed kryzysu zajmie kilka lat. IATA ocenia, że w podstawowym scenariuszu nastąpi to w 2023 roku.

– Pytanie o to, czy linie lotnicze obecne w Polsce – czarterowe i regularne – poradzą sobie z kryzysem, jest bardzo trudne. To zależy od wielu czynników, przede wszystkim od tego, jak szybko będą mogły liczyć na wsparcie rządu, po drugie od tego, jak szybko rząd zdecyduje się na otworzenie granic dla przewoźników lotniczych. Ta druga kwestia jest kluczowa, ponieważ przed nami środek sezonu letniego i im szybciej to zrobimy, tym łatwiej będzie rozmawiać z pasażerami i zachęcać konsumentów do tego, żeby korzystać z przewozów lotniczych – mówi ekspert ds. lotnictwa.

Jak podkreśla, udzielenie takiej pomocy powinno być znacznie łatwiejsze niż do tej pory, ponieważ ze względu na skalę problemu Komisja Europejska raczej nie będzie tego wsparcia kwestionować.

To jest bardzo dobra wiadomość dla lotnictwa. Jeszcze przed pandemią każde wsparcie ze strony rządu wiązało się z długimi rozmowami z Unią Europejską, zatwierdzaniem takiej pomocy, a dzisiaj takich ograniczeń będzie bardzo mało – prognozuje Eryk Kłopotowski.

Dziś rząd ma przedstawić szczegóły tarczy antykryzysowej dla portów lotniczych. Z raportu Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej wynika, że w tygodniu między 11 a 17 maja na polskich lotniskach wykonano 641 operacji lotniczych wobec prawie 8,8 tys. w analogicznym okresie 2019 roku. To spadek o 92,7 proc. i taka sytuacja utrzymuje się od kliku tygodni.

Sytuacja lotnisk w Polsce jest trudna, jednak większość z nich należy do rządu i jest finansowana z budżetu państwa. Przedsiębiorstwo Państwowe „Porty Lotnicze”, które zarządza większością lotnisk, ma bardzo dobre wyniki finansowe i bardzo dobre relacje z rządem, więc myślę, że sytuacja lotnisk jest bezpieczna – mówi ekspert ds. lotnictwa. – Według mnie należałoby przewartościować plany budowania Centralnego Portu Komunikacyjnego, natomiast tej chęci wśród polityków nie ma.

Marcin Horała, pełnomocnik rządu ds. CPK, podkreślił ostatnio, że mimo pandemii tempo przygotowania inwestycji nie zwalnia. 20 maja przedstawiciele polskich władz i brytyjskiej ambasady podpisali porozumienie w sprawie współpracy przy budowie CPK i towarzyszącym jej inwestycjom kolejowym.

Kłopoty amerykańskiego rynku pracy odbiją się rykoszetem także na polskich firmach. Powrót do normalności zajmie co najmniej cztery–sześć kwartałów

W Stanach Zjednoczonych na zasiłku dla bezrobotnych jest 25 mln osób. Co tydzień przybywa ich kilka milionów. Tylko w ubiegłym tygodniu pojawiło się prawie 2,5 mln nowych zgłoszeń. Jednak gigantyczny pakiet stymulacyjny i elastyczność amerykańskiego rynku pracy, a także ogólna siła gospodarki USA oraz dolara powinny pomóc przetrwać Amerykanom najgorszy okres. – Powrót do stanu sprzed pandemii zajmie co najmniej rok–półtora, ale te szacunki są jednak obarczone dużym ryzykiem – mówi ekonomista Paweł Cymcyk.

 Najnowsze dane z amerykańskiego rynku pracy są fatalne, a wręcz katastrofalne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Cymcyk, główny ekonomista DNA Rynków. – Dla porównania słabe dane z poprzednich recesji to było mniej więcej 700–800 tys. bezrobotnych w skali miesiąca, a teraz to są miliony. Jest to pochodną lockdownu, ale też tego, że amerykański rynek pracy jest bardzo elastyczny. Można tam bardzo szybko zwolnić pracownika, można też go bardzo szybko zatrudnić. Przedsiębiorcy nie czekali na rządowe programy pomocowe, tylko jednym cięciem postanowili pozbyć się wszystkich osób, które nie są absolutnie krytyczne dla prowadzenia biznesu.

Pierwszym szokiem dla rynków był odczyt opublikowany 26 marca, gdy okazało się, że w poprzednim tygodniu wnioski o zasiłki dla bezrobotnych złożyło niemal 3,3 mln osób, podczas gdy rynek spodziewał się miliona. Jeszcze tydzień wcześniej przyrost był ponaddziesięciokrotnie niższy. Tydzień później odnotowano już prawie 6,9 mln nowych zgłoszeń przy prognozie na poziomie 3,5 mln. W poprzednim tygodniu przybyło 2,5 mln bezrobotnych. Choć liczba zgłoszeń systematycznie spada, to wciąż rzeczywiste odczyty przekraczają prognozy. W kwietniu stopa bezrobocia wzrosła do 14,7 proc. z 4,4 proc. w marcu. Na zasiłku jest już ponad 25 mln osób. Średnia płaca wzrosła jednak o 7,9 proc. rok do roku.

– Widać, że zwolnienia dotknęły najgorzej zarabiających Amerykanów, i można sądzić, że skierowana do nich pomoc rządowa może rzeczywiście pomóc przejść amerykańskiej gospodarce przez kryzys w miarę suchą stopą. Jednak jeżeli nie wrócą oni do pracy, rządowa administracja nie będzie mogła utrzymywać tej rzeszy bezrobotnych, oni przestaną kupować i wtedy cały łańcuch ekonomicznych zależności pociągnie większość firm na dno – przewiduje Paweł Cymcyk. – Amerykański konsument sam w sobie stanowi 15–17 proc. światowego PKB. Gdy w jednym momencie znika tak duża konsumpcja, to uderza w większość firm, sektorów i gospodarek, także polską.

Pod koniec marca Izba Reprezentantów i Senat przegłosowały gigantyczny pakiet stymulacyjny dla amerykańskiej gospodarki – o wartości 2 bln dol., co odpowiada ok. 10 proc. PKB tej największej gospodarki świata. Zakłada on pomoc dla dużych, małych i średnich przedsiębiorców, bezpośrednie transfery na rzecz gospodarstw domowych oraz dopłaty w wysokości 600 dol. tygodniowo do zasiłków dla bezrobotnych, co spowodowało, że większość zwolnionych otrzymała wyższy dochód niż przed pandemią. Izba Reprezentantów, w której przewagę mają Demokraci, zaproponowała kolejny pakiet o wartości 3 bln dol. I choć nie zgadzają się na niego rządzący w Senacie republikanie, dalsza pomoc dla firm i obywateli jest prawdopodobna. Zdaniem eksperta pakiety pomocowe pozwolą przetrwać pierwsze załamanie gospodarki, wiele jednak zależy od tego, ile potrwa kryzys.

– Odpowiedź na to pytanie może się opierać tylko na spekulacjach. Nie wiemy, czy nie będzie drugiej fali pandemii, która oznaczałaby kolejne gospodarcze zatrzymanie. Nie wiemy też, czy obecne zatrzymanie nie będzie miało ekonomicznych konsekwencji za kwartał czy dwa, kiedy już nie wirus może być problemem, ale duża liczba bankructw – zastrzega główny ekonomista DNA Rynków. – Zakładając, że nie będziemy mieli do czynienia z najgorszym scenariuszem, czyli powrotem pandemii i ponownym zamknięciem gospodarki, oraz nie będzie masowych bankructw firm, to w skali czterech–sześciu kwartałów powinniśmy wrócić do czasów gospodarczych sprzed pandemii. Przy czym są to szacunki obarczone bardzo dużym ryzykiem błędu.

Nowoczesne technologie pomagają w likwidacji wykluczenia finansowego

Sektor fintech nie potrzebuje pomocy rządu, doskonale radzi sobie bez niej. Istnieje jednak potrzeba stworzenia przyjaznego przedsiębiorcom otoczenia regulacyjnego. Wzorem mogą być gospodarki wielu państw wysoko rozwiniętych.

Władze wielu krajów, między innymi Stanów Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii, aktywnie wspierają przedsiębiorstwa z sektora innowacyjnych finansów. Robią to przede wszystkim poprzez stworzenie przyjaznego otoczenia regulacyjnego. Tamtejsze firmy pożyczkowe uczestniczą nawet w programach dystrybucji pomocy rządowej związanej z epidemią koronawirusa. Władze słusznie doszły tam do wniosku, że przy niewielkich kwotach pomocy i bardzo dużej ilości potencjalnych beneficjentów, ich sposób działania i infrastruktura Informatyczna sprawia, że nadają się do wykonywania tych zadań lepiej niż tradycyjne banki.

Niestety, polski rząd zamiast stosować rozwiązania podobne do brytyjskich i amerykańskich, wprowadził przepisy mocno uderzające w dużą cześć przedsiębiorstw z sektora fintech. W tarczy antykryzysowej znalazły się zapisy obniżające maksymalne koszty udzielanych pożyczek. Nie mogą one obecnie wynieść więcej niż 45% całkowitej kwoty kredytu. Rozwiązanie to uderza przede wszystkim w firmy udzielające pożyczek na dłuższe okresy.

Jest to o tyle dziwne, że podstawowym celem tarczy antykryzysowej miało być ułatwienie konsumentom i przedsiębiorstwom dostępu do finansowania. Pożyczki udzielane przez przedsiębiorstwa pozabankowe już od dawna mają przyjazne dla klientów, rynkowe warunki. Wysoka konkurencja w sektorze i szczegółowe regulacje nie pozwalają na stosowanie rozwiązań niekorzystnych dla klientów. Aktualnie, w efekcie wprowadzonych zmian, wiele pozabankowych przedsiębiorstw finansowych musiało zawiesić działalność.

Przepisy tarczy antykryzysowej z pewnością miały na celu uporządkowanie sytuacji na rynku w czasie epidemii i uniemożliwienie kredytodawcom wykorzystywania trudnej sytuacji klientów. Jednak prawdopodobnie efekt wprowadzanych przepisów będzie dokładnie odwrotny. W sytuacji gdy banki znacząco ograniczyły akcję kredytową, a firmy pożyczkowe zostały zmuszone do ograniczenia działalności, jedynym wyjściem dla niektórych kredytobiorców stanie się szukanie finansowania na czarnym rynku. Dzieje się to w sytuacji gdy w kłopoty wpadła ogromna liczba niewielkich przedsiębiorstw. Okazuje się, że dla nich tarcza antykryzysowa zamiast pomóc, utrudnia uzyskanie finasowania.

Wygląda na to, że istnieje pilna potrzeba uświadomienia władzom znaczenia sektora fintech dla nowoczesnej gospodarki. Innowacyjne technologie finansowe mają ogromny potencjał usprawniania codziennej działalności przedsiębiorstw. Poprawiają też sytuacje gospodarczą na rynku konsumenckim. Fintechy nie zajmują się już tylko tworzeniem i obsługą bankowych systemów transakcyjnych. Znalazły na rynku finansowym ogromną ilość realnych potrzeb konsumenckich, które obsługują przy pomocy swoich zaawansowanych technologii. Przykładami mogą być: zróżnicowane zastosowania technologii blockchain, nie tylko na rynku kryptowalut, internetowe zbiórki pieniężne, nowoczesne metody wspomagające zarządzanie finansami osobistymi, czy innowacyjne strategie inwestycyjne na rynkach kapitałowych. Szczególnie interesujące są finansowe zastosowania sztucznej inteligencji.

Na przykład polski fintech Provema sp. z o.o., zajmuje się opracowywaniem innowacyjnych technologii oceniania ryzyka kredytowego. Zamiast komisji kredytowych, jakie zajmują się udzielaniem pożyczek w tradycyjnych bankach, firma stosuje algorytm komputerowy opraty na rozwiązaniach sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego. Dzięki temu podejmowanie decyzji kredytowych ulega skróceniu ze zwyczajowych kilku dni do ułamków sekund.

Co więcej, okazuje się, że zastosowane przez firmę oprogramowanie pozwala radykalnie ograniczyć straty wynikające z niespłacanych kredytów. Komputer, podejmuje decyzje kredytowe znacznie lepiej niż człowiek dzięki unikaniu licznych pułapek poznawczych. Przekłada się to na ograniczenie kosztów funkcjonowania i poprawę pozycji konkurencyjnej na rynku. Między innymi dzięki temu, Provema mimo trudnej sytuacji związanej z epidemią nie wstrzymała udzielania pożyczek. Udziela ich nawet coraz więcej, również klientom, którzy nie mogli uzyskać finansowania dla swoich projektów w bankach.

Autor: Grzegorz Mizera, wiceprezes zarządu Provema sp. z o.o.

Rzecznik MŚP: Gospodarce potrzebne jest całkowite otwarcie już od 1 lipca. Budżet dłużej nie wytrzyma finansowania tarczy dla przedsiębiorców

– Całkowite otwarcie gospodarki 1 lipca jest nie tylko możliwe, ale wręcz niezbędne – przekonuje Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców. Zamrożona gospodarka oznacza katastrofę dla budżetu, bo wydatki publiczne na pomoc firmom rosną, a wpływy są mniejsze niż zwykle. – Każdy kolejny dzień zamknięcia to 1 mld zł straty dla budżetu – podkreśla. Dłuższe utrzymywanie takiej sytuacji może oznaczać, że bezrobocie znacząco wzrośnie, a wiele firm straci szanse na ratunek przed bankructwem, nawet z pomocą rządu w ramach tarczy antykryzysowej lub finansowej.

Musimy nauczyć się żyć z wirusem. On będzie nam towarzyszył przez dłuższy czas – mówi agencji Newseria Biznes Adam Abramowicz, Rzecznik MŚP. – Nie możemy czekać półtora roku czy nawet dwa lata na opracowanie szczepionki, ponieważ utrzymywanie zamrożonej gospodarki przez tak długi okres będzie miało katastrofalne skutki dla budżetu państwa i społeczeństwa. Państwo musi funkcjonować, a każdy kolejny dzień ograniczeń w działalności firm to jest miliard złotych straty dla budżetu.

Wpływy do budżetu są ograniczone, za to wydatki rosną. Poza normalnym funkcjonowaniem administracji i służby zdrowia dochodzą jeszcze koszty pomocy przedsiębiorcom i pracownikom.

– Nie możemy cały czas wypłacać pieniędzy z budżetu, bo musimy utrzymać służbę zdrowia, administrację, policję, wojsko, szkoły, budować drogi. W związku z tym wypłacanie ich w nieskończoność jest niemożliwe – mówi. Zamiast dalszej pomocy finansowej dla firm większy sens mają ułatwienia gospodarcze dla przedsiębiorców, ewentualnie wsparcie płynności poprzez szybszy zwrot VAT-u lub zawieszenie działania płatności podzielonej. Sugerowałbym działania, które nie mają bezpośrednich finansowych skutków i nie obciążają budżetu państwa, ale pozwalają przedsiębiorcom ograniczyć koszty i kontynuować działalność tak, żeby znów mogli płacić podatki i zasilać budżet.

Proces otwierania gospodarki przebiega w czterech etapach. Od 18 maja jest realizowany trzeci etap, w którym odmrożone zostają salony kosmetyczne, fryzjerskie, gastronomia, a w ograniczonym zakresie wydarzenia sportowe i edukacja. Rząd nie podał jeszcze daty rozpoczęcia ostatniego, czwartego etapu. Będzie on uzależniony od oceny sytuacji epidemiologicznej w kraju, której co tydzień dokonuje Ministerstwo Zdrowia, a w szczególności od przyrostu liczby zachorowań, wydajności służby zdrowia oraz realizacji wytycznych sanitarnych.

Jak podkreśla Adam Abramowicz, odmrażanie gospodarki powinno odbywać się z zachowaniem zasad bezpieczeństwa, zarówno dla pracowników firm, jak i dla klientów. Przedsiębiorstwa potrzebują jasnych reguł, realnych do wdrożenia, które umożliwią im powrót do normalności.

Przykładem mogą być otwarte od poniedziałku zakłady fryzjerskie czy restauracje. Jeżeli ograniczenia podyktowane bezpieczeństwem nie pozwolą na obsłużenie takiej liczby klientów, żeby sfinansować koszty i utrzymać firmę, to taki plan odmrażania gospodarki będzie wylaniem dziecka z kąpielą – wyjaśnia.

Zdaniem Rzecznika MŚP narzędzia, które są przewidziane w ramach tarczy antykryzysowej i finansowej, w zdecydowanej większości spełniają swoją rolę. Choć jest grupa przedsiębiorstw, która nie załapie się na wsparcie, więc możliwe, że potrzebne będą dodatkowe środki dla najbardziej dotkniętych branż. Zdarzające się trudności w uzyskaniu pomocy finansowej wynikają raczej z obłożenia administracji.

– Otrzymuję sygnały, że część firm jeszcze nie otrzymała pieniędzy na konta, ale zakładam, że to efekt obciążenia formalnościami oddziałów ZUS czy urzędów pracy, które mają braki kadrowe. Z taką sytuacją mamy do czynienia szczególnie w dużych miastach, gdzie wniosków jest bardzo dużo, a część pracowników jest na urlopach i opiekuje się dziećmi, więc brakuje rąk do pracy. Spodziewamy się, że urzędy uporają się z tym w najbliższym czasie i pieniądze trafią do firm. Pomoc państwa powinna być prosta, szybka, skuteczna i jak najmniej zbiurokratyzowana – sugeruje Adam Abramowicz

Przedsiębiorcy dobrze oceniają funkcjonowanie tarczy finansowej Polskiego Funduszu Rozwoju – procedura składania wniosku jest zautomatyzowana i prowadzona przez bank, a wypłata subwencji następuje szybko. Jak oszacowało Biuro Rzecznika MŚP, w początkowym okresie ok. 30 proc przedsiębiorców nie uzyskało akceptacji wniosku. Po interwencji biura Polski Fundusz Rozwoju wprowadził procedurę odwoławczą i wątpliwości są wyjaśniane na bieżąco.

Po trzech tygodniach od uruchomienia tarczy finansowej PFR, czyli do 20 maja, subwencje otrzymało ponad 150 tys. firm. W sumie na konta przedsiębiorców trafiło 31 mld zł – mikrofirmy otrzymały łącznie 9 mld zł, a małe i średnie przedsiębiorstwa – 22 mld zł. Z kolei w ramach tarczy antykryzysowej do 13 maja do przedsiębiorców trafiło 8,27 mld zł, w tym m.in. 2,6 mld zł jako mikropożyczki, 2,84 mld zł na ochronę miejsc pracy z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych, 642 mln zł jako świadczenia postojowe dla samozatrudnionych i zleceniobiorców, 583 mln zł na dofinansowania wynagrodzeń pracowników z Europejskiego Funduszu Społecznego oraz 1,6 mld zł jako zwolnienie z obowiązku opłacenia składek ZUS.

Niebezpieczne przepisy bezpieczeństwa

Awersja do ryzyka uderza w rynki na koniec tygodnia wraz z otwarciem nowego rozdziału w konflikcie między USA i Chinami. Pekin planuje wprowadzić nowe przepisy bezpieczeństwa w Hongkongu integrujące miasto z resztą Chin, ale zdaniem lokalnych aktywistów będzie to koniec autonomii miasta. Prezydent Trump już potępił decyzję, a Kongres USA szykuje sankcje. Toksyczna mieszanka przed długim weekendem.
I

ndeks giełdy w Hongkongu tąpnął dziś o 5,5 proc., pociągając za sobą resztę giełd w Azji i wysyłając jasny sygnał, w którym kierunku powinien pójść handel w Europie i Azji. Chiny zasłaniają się koniecznością zmian w reakcji na skutki pandemii koronawirusa, ale dla zewnętrznych obserwatorów jest oczywiste, że plany Pekinu wobec nieposłusznego miasta są inne. Prezydent Trump już zapowiedział, że Waszyngton zareaguje „bardzo silnie” na próby uzyskania większej kontroli nad Hongkongiem. Jak silnie? Pewnie tak bardzo, jak będzie tego wymagać kampania prezydencka. Spór z Chinami był w ubiegłym roku najjaśniejszym punktem polityki Trumpa. Odgrzanie sporu handlowego, groźby sankcji i blokowanie rynku amerykańskiego przed chińskimi firmami może być drogą sukcesu Trumpa. Tylko że dla rynków jest to duży powód do niepokojów. Można złośliwe zaznaczyć, że gdyby odbicie Wall Street z ostatnich tygodni nie było tak imponujące, Trump nie miałby takiej swobody do nieprzyjaznego rynkom zaostrzenia konfliktu z Chinami.

Cały optymizm skrzętnie budowany w tym tygodniu zdaje się być na marne. Biorąc pod uwagę, że poniedziałek jest dniem wolnym w Wielkiej Brytanii i USA, nikt z szanujących swoje pieniądze nie będzie chciał zostać z ryzykowną pozycją na długi weekend. Dla FX oznacza to powrót w USD i JPY, które są najwygodniejszymi bezpiecznymi przystaniami. Aspiracje EUR/USD, by wyrwać się ponad 1,10, muszą zostać odłożone na później. Zupełnie jak miało to miejsce na początku maja, ambitne plany kupujących zostają przerwane geopolityką. Sprzedaż uderza też w AUD (z oczywistych względów), ale też w GBP. Wcześniej podkreślałem fundamentalne argumenty przeciw funtowi (brexit, BoE) i tylko lepsze nastroje rynkowe oraz przejściowe domykanie pozycji w dolarze ratowało GBP/USD przed spadkami. Teraz to się skończyło. Światło ostrzegawcze zapala się też wokół złotego. Jakkolwiek korelacja polskiej waluty z wahaniami sentymentu zewnętrznego była ostatnio słaba, tak w ostatnich trzech dniach złotemu udało się zyskać na wartości i teraz ryzyka wzrosły po stronie korekty. Od strony technicznej nie da się też pominąć faktu, że w ostatnich dwóch miesiącach EUR/PLN zamknął się w zakresie 4,51-4,57 a wczoraj dotknął dolnej bandy.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rzecznik MŚP proponuje korzystne dla mikroprzedsiębiorców zmiany przepisów w zakresie mikropożyczki

Rzecznik MŚP proponuje korzystne dla mikroprzedsiębiorców zmiany  przepisów w zakresie tzw. mikropożyczki. Zgodnie z wnioskiem legislacyjnym do Wicepremier, Minister Rozwoju Jadwigi Emilewicz, przedsiębiorcy ci powinni zostać zwolnieni z obowiązku składania wniosku o jej umorzenie.

Na podstawie art. 15zzd ustawy z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych (Dz. U. z 2020 r. poz. 374, ze zm.; dalej: „Specustawa”), starosta może, na podstawie umowy, udzielić mikroprzedsiębiorcy jednorazowo pożyczki na pokrycie bieżących kosztów prowadzenia działalności gospodarczej do wysokości 5.000 zł. Równocześnie, jak wskazuje ust. 7 przedmiotowego artykułu pożyczka ta wraz z odsetkami na wniosek mikroprzedsiębiorcy, podlega umorzeniu, pod warunkiem, że mikroprzedsiębiorca będzie prowadził działalność gospodarczą przez okres 3 miesięcy od dnia udzielenia pożyczki. We wniosku o umorzenie mikroprzedsiębiorca oświadcza pod rygorem odpowiedzialności karnej, że prowadził działalność gospodarczą przez okres 3 miesięcy od dnia udzielenia pożyczki.

W ocenie Rzecznika MŚP powyższe warunki i tryb ubiegania się o umorzenie pożyczki są nadmierną i nieproporcjonalną regulacją. Zgodnie bowiem z art. 67 pkt 1 i 2 ustawy z dnia 6 marca 2018 r. – Prawo przedsiębiorców (Dz. U. z 2019 r. poz. 1292, ze zm.) tworząc prawo z zakresu działalności gospodarczej, należy kierować się zasadami proporcjonalności i adekwatności, dążąc do ograniczenia obowiązków informacyjnych, zwłaszcza gdy wymagane informacje są przekazywane przez obowiązanych organom władzy publicznej na podstawie obowiązujących przepisów.

W związku z powyższym, pismem z dnia 21 maja 2020 r. Rzecznik MŚP skierował do Wicepremier, Minister Rozwoju wniosek legislacyjny o zmianę przedmiotowych przepisów poprzez wprowadzenie zasady, że umorzenie mikropożyczki następuje z mocy prawa – po spełnieniu ustawowych warunków. Rzecznik MŚP wskazał przy tym, że na podstawie ustawy z dnia 6 marca 2018 r. o Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej i Punkcie Informacji dla Przedsiębiorcy (Dz. U. z 2019 r. poz. 1291, ze zm.) organy władzy publicznej dysponują aktualnymi informacjami niezbędnymi do weryfikacji spełnienia kryteriów do umorzenia mikropożyczki. Co więcej, w ocenie Rzecznika MŚP obecna konstrukcja umorzenia pożyczki przewidzianej w art. 15zzd Specustawy, będącej jednym z popularniejszych instrumentów pomocowych, może w niedalekiej przyszłości wygenerować liczne konflikty społeczne, które w ostatecznym rozrachunku zepsują dobry wizerunek wszystkich programów pomocowych przygotowanych przez rząd (tzw. Tarcza Antykryzysowa i Tarcza Finansowa). Warto też zaznaczyć, iż na analogiczny problem zwrócił uwagę Pan Andrzej Gawron (Poseł na Sejm IX Kadencji) w swojej interpelacji (nr 6147) z 14 maja 2020 r. co dowodzi, że przedmiotowe zagadnienie nie ma charakteru jednostkowego.

Ponadto, do Rzecznika MŚP docierają sygnały, iż starostowie w umowach pożyczki zawieranych z przedsiębiorcami przewidują dodatkowy (pozaustawowy) wymóg złożenia wniosku o jej umorzenie w terminie 14 dni od dnia spełnienia przesłanki uprawniającej do tego. Powoduje on po stronie pożyczkobiorców problemy w praktycznym stosowaniu, np. od kiedy właściwie należy liczyć ten termin. Wyeliminowanie obowiązku składania wniosku w tym zakresie rozwiązałoby dodatkowo i ten problem.

Wideokonferencje będą szeroko wykorzystywane także po pandemii. Nowa platforma komunikacyjna ma być bezpieczniejsza od popularnych na rynku narzędzi

W dobie pandemii koronawirusa na popularności zyskują narzędzia do prowadzenia wideokonferencji. Możliwość prowadzenia rozmów grupowych na żywo w dużym gronie odbiorców pozwoli zastąpić klasyczne spotkania biznesowe. Nie wszystkie platformy tego typu zapewniają jednak pełne bezpieczeństwo użytkownikom telekonferencji. Firma StrikeForce Technologies postanowiła zaprojektować komunikator nowej generacji, który z jednej strony będzie prosty w obsłudze, z drugiej zaś zadba o prywatność rozmówców.

– Ograniczenia nakładane w związku z pandemią są stopniowo znoszone, lecz nowa normalność pozostanie z nami dłużej, a nowy sposób prowadzenia biznesu za pośrednictwem wideokonferencji będzie się pogłębiał. Jest bardziej ekonomiczny, wydajniejszy, przyjaźniejszy środowisku i nie wymaga wychodzenia z domu czy biura. Hakerzy mogą jednak wykorzystać ten nowy sposób komunikowania się do wykradania informacji i danych. Nie możemy do tego dopuścić. Dlatego też budujemy ochronę nowej generacji dla wideokonferencji – podkreśla Mark L. Kay, dyrektor generalny StrikeForce Technologies.

W ostatnich tygodniach platforma wideokonferencyjna Zoom wybiła się do mainstreamu dzięki swojej wszechstronności oraz prostocie obsługi. Usługa pozwala prowadzić wideokonferencję nawet dla 1000 użytkowników oraz webinary gromadzące do 10 tys. odbiorców, a do rozmowy może dołączyć każdy, kto dysponuje linkiem do spotkania. To dlatego Zoom jest chętnie wykorzystywany do prowadzenia zdalnych lekcji, wideokonferencji oraz spotkań biznesowych, umożliwia sprawne i szybkie wdrożenie pracy zdalnej.

Wokół aplikacji narosło jednak sporo wątpliwości związanych z bezpieczeństwem – w kwietniu 2020 roku okazało się, że część transmisji Zooma była przekierowywana na chińskie serwery bez informowania o tym użytkowników. W obawie przed możliwością podsłuchania rozmów prowadzonych za pośrednictwem tej platformy trafiła ona na czarną listę części korporacji oraz organizacji. Korzystania z Zooma zabroniły m.in. Google oraz amerykański senat.

– Pandemia SARS-CoV-2 radykalnie zmieniła sposób komunikowania się ludzi i firm. Usługi  wideokonferencji, takie jak Zoom, stały się niezwykle popularne w ciągu ostatnich 10 tygodni. Zoom ma jednak wiele luk bezpieczeństwa, dlatego wiele dużych firm i agencji rządowych na świecie zakazuje korzystania z niego – mówi Mark L. Kay.

Aktualizacja Zoom 5.0 wprowadziła co prawda domyślne 256-bitowe szyfrowanie danych, które ma zabezpieczyć transmisję, ale odbudowanie zaufania wśród części klientów może być problematyczne. Na tej sytuacji skorzystać mogą takie firmy jak StrikeForce Technologies, które specjalizują się w systemach bezpieczeństwa internetowego. Korporacja ma na swoim koncie takie rozwiązania jak np. system ProtectID do autoryzacji tożsamości użytkowników czy GuardedID do ochrony przed keyloggerami (przechwytywaniem tego, co pisze użytkownik na klawiaturze).

– Zamierzamy wykorzystać wady Zooma i zająć pozycję lidera na wielomiliardowym rynku wideokonferencji. Naszą przewagą, którą mamy nad oprogramowaniem konkurencji, takim jak WebEx, Skype czy GoToMeeting, jest to, że nasza firma na co dzień zajmuje się cyberbezpieczeństwem – przekonuje dyrektor generalny StrikeForce.

Wykorzystanie doświadczenia zdobytego przy projektowaniu wspomnianych usług ułatwi inżynierom StrikeForce Technologies opracowanie bezpiecznej platformy do prowadzenia telekonferencji. Konkurencja na tym rynku jest jednak ostatnio ogromna, a do gry wchodzą wielkie korporacje, takie jak Google. Firma udostępniła wszystkim użytkownikom swoich usług platformę wideokonferencyjną Google Meet, do niedawna dostępną wyłącznie w ramach biznesowego pakietu G Suite. Przewagą tej usługi nad konkurencyjnym Zoomem może być konieczność zalogowania się na konto Google, co uniemożliwia dołączenie do konferencji przypadkowych osób, które nie powinny uczestniczyć w danym spotkaniu.

Według analityków z firmy Grand View Research wartość globalnego rynku cyberbezpieczeństwa w 2018 roku wyniosła 116,5 mld dol. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie ona do ponad 241 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 11 proc.

Jakie wyzwania stoją przed polskim sadownictwem? Raport Unii Owocowej: Trendy na polskim rynku sadowniczym

Polska w sektorze sadowniczym w Europie, łącznie z Hiszpanią oraz Włochami, należy do trzech krajów, w których skoncentrowane jest 2/3 całkowitej powierzchni plantacji owoców w UE. Jest również jednym z czterech największych producentów jabłek w Europie. Mimo to blisko 30% polskich sadowników twierdzi, że sytuacja sadownictwa w naszym kraju jest zła. Polskie sadownictwo stoi przed wieloma wyzwaniami, tym bardziej w obliczu obecnej pandemii koronawirusa i suszy, które generują straty. Jak spowolnić wzrost kosztów? W jaki sposób grupy producenckie mogą uzyskać lepsze ceny handlowe? Na co pozwoli efektywne współdziałanie ośrodków i instytucji? Na te i inne pytania odpowiedziała Unia Owocowa w raporcie „Trendy na polskim rynku sadowniczym”, który podsumowuje zeszły sezon na rynku owoców i warzyw oraz weryfikuje prognozy na kolejny.

Problemy w sektorze nie zaczęły się teraz

Polsce przypada 11% udziału w całym rynku produkcji owocowej w UE oraz 26% udziału w produkcji jabłek. W porównaniu ze stanem z 2012 r. powierzchnia pod drzewami owocowymi w Unii Europejskiej wzrosła jedynie nieznacznie (+0,4%), podczas gdy w tym samym czasie polskie plantacje powiększyły się o 16 300 ha, czyli o 11%. Jednak według danych Freshfel jeszcze z początku marca, sektor świeżych owoców i warzyw już wtedy stał w obliczu spadku konsumpcji świeżych owoców i warzyw. Jednocześnie doświadcza obecnie rosnącej konkurencji ze względu na większą różnorodność dostępnych dla konsumentów owoców, m.in. owoców  miękkich oraz owoców egzotycznych, takich jak mango, kiwi, banany czy pomarańcze. Mimo że sektor ten nadal cieszy się dużą powierzchnią półek w supermarketach, jest jednocześnie poddawany coraz większej presji ze strony konkurencji produktów o wyższej wartości.  Zebrane w raporcie dane rynkowe pokazują wysiłek branży włożony w produkcję owoców, szkolenia personelu, rozwój technologiczny oraz inwestycje w sektorze sadowniczym. Mimo to podkreślają również, że wokół polskiej branży sadowniczej w ostatnich latach narosło wiele kontrowersji. Raport Unii Owocowej wyznacza kierunek, w którym powinna podążać branża, by zostać liderem produkcji, jakości i eksporcie jabłek i innych owoców, opierając się na najnowszych badaniach i ciągłej obserwacji rynku.

– Mówi się o przegapieniu „polskiej szansy” na długotrwałe przewodnictwo w Europie w kwestii eksportu jabłek, jak również o zagrożeniach, jakie niesie rozwój produkcji jabłek na Ukrainie. Poza pandemią i suszą, wyzwaniem staje się poszukiwanie nowych rynków zbytu oraz technologiczne przygotowanie do coraz wyższych wymagań odbiorców hurtowych i detalicznych. Rosną zarówno wymogi jakościowe, jak również zwiększa się liczba wymaganych certyfikatów oraz procesów, które mogą np. zagwarantować bezpieczny eksport jabłek do odległych lokalizacji, np. Indii i innych krajów w Azji, Egiptu i innych kierunków w Afryce czy krajów Bliskiego Wschodu – komentuje Arkadiusz Gaik, Prezes Stowarzyszenia Polskich Dystrybutorów Owoców i Warzyw „Unia Owocowa”.

  1. Płynność finansowa

W Polsce płynność finansowa organizacji producentów owoców i warzyw zagrożona jest poprzez:

  1. Rosnące koszty transportu
  2. Rosnące koszty pracy (m. in. poprzez niedobór siły roboczej z Ukrainy)
  3. Rosnące podatki
  4. Niskie ceny skupu owoców i warzyw
  5. Brak marży
  6. Wprowadzane procedury bezpieczeństwa

Według badania opublikowanego w raporcie, przeprowadzonego na przedstawicielach grup producenckich, wynika, że wielu sadowników uważa, że ich działalność jest nieopłacalna. Tylko 8% badanych wskazuje, że warto pozostawać sadownikiem, a 32% badanych nie wie, jaką decyzję należy podjąć. Za największe problemy sadownicy uznali: niskie ceny skupu owoców i rosnące koszty pracy oraz zagraniczne embarga. Najmniej członkowie grup producenckich obawiali się natomiast zmian klimatycznych, chorób roślin i suszy. W ocenie producentów kłopotem jest również rosnąca konkurencja. Według opinii ekspertów z branży jeszcze przed pandemią koronawirusa brakowało pracowników do prac sezonowych, a przecież rynek pracy w sadownictwie jest ogromny.

  1. Błędy w kalkulowaniu cen

W Polsce nadal popełniane są błędy w kalkulowaniu kosztów, które prowadzą do bankructwa producentów, grup producenckich i firm prywatnych.

  1. Brak kosztów amortyzacji w cenach sprzedaży to największy błąd w kalkulowaniu cen sprzedaży. Amortyzacja jest kosztem niepieniężnym, lecz bardzo ważnym. Duża część producentów oraz firm otrzymała wsparcie przy budowie obiektów czy przy zakupie maszyn oraz środków transportu. Niestety maszyny się zużywają
    i wymagają serwisów, a budynki remontów. Nie uwzględniając w cenach sprzedaży kosztu amortyzacji, nie będziemy w stanie odtworzyć danego środka trwałego, co zagrozi dalszemu funkcjonowaniu gospodarstwa czy firmy. Już w tej chwili wiele grup nie jest w stanie sortować owoców na jakość ze względu na zniszczone maszyny, których koszty napraw przewyższają możliwości finansowe producentów.
  2. Koszty pracy liczone są często na podstawie krótkiego wycinka pracy, kiedy to wydajności są „sztuczne”. W całorocznym procesie sortowania i pakowania jest wiele przestojów, awarii, jak również występuje bardzo duża rotacja pracowników, którzy w konsekwencji często nie są odpowiednio wydajni.
  3. Czasy, kiedy to producent przywoził towar „na gotowo” się kończą. Każdego dnia musimy wywieźć skrzynie, a następnie zwieźć do stacji pakujących owoce. Samochody są nieefektywne przy takich kursach. W efekcie transport jest dużym składnikiem kosztów końcowych.
  4. Ze względu na obrót świeżymi owocami, reklamacje i zwroty nie są rzadkością i stanowią codzienność działań operacyjnych. Aby normalnie funkcjonować, musimy je brać pod uwagę. W szczególności w stosunku do wielu firm handlowych, które tylko pełnią rolę pośrednika i mają za zadanie zamknąć transakcję zawsze na plusie przerzucając ryzyko na dostawcę. Nie możemy zapominać, że sprzedajemy naturalny produkt, który różnie potrafi się zachować.
  5. Brak kalkulowania kosztów chłodnictwa i przechowalnictwa. Aby zachować jakość sprzedawanego jabłka, powinniśmy bardzo wcześnie oferować towar
    z kontrolowanej atmosfery. Przechowalnictwo bardzo zwiększa cenę surowca.
  6. Ograniczony eksport

Największe komplikacje eksportu polskich owoców i warzyw są związane z rosyjskim embargiem, które nadal odczuwamy. Aktualnie sektor mierzy się z pozyskiwaniem nowych rynków zbytu. Proces ich otwierania jest jednak kosztochłonny, długotrwały oraz wymaga dostosowania się do restrykcji i konkretnych wymogów jakościowych danego kraju oraz odmiennych preferencji odmianowych. Podobnie jest z zaistnieniem i wytworzeniem stabilnego wolumenu na tych rynkach, co wymusza na naszym sektorze duże pokłady pracy.

  1. Konkurencja wewnętrzna

Rentowność sektora jest przy tym zagrożona ze względu na dużą  konkurencję wewnętrzną, stosunkowo duże rozdrobnienie bazy dostaw i wciąż ograniczoną atrakcyjność organizacji producentów w Polsce, wiodącego producenta jabłek w UE. Istotnym problemem jest także złożoność procesów dywersyfikacji rynku oraz stale rosnące koszty materiałów i usług.

– Rola owoców i warzyw nie może być dalej podważana w ramach bieżącej debaty na temat Zielonego Porozumienia UE. Liderzy opinii powinni szczególnie wziąć pod uwagę rosnące koszty produkcji związane z narzucanymi przez przepisy nowymi wymogami. Jabłka i gruszki nie tylko ze względu na znaczenie ekonomiczne sektora, ale również ze względu na  ważne zalety zdrowotne, są ważnym elementem zrównoważonej diety przy jednoczesnym niskim wpływie na środowisko. Aktywa te należy odpowiednio docenić nie tylko w obliczu pandemii koronawirusa, ale też w debacie na temat Zielonego Porozumienia i Farm to Fork – podkreśla Paulina Kopeć, Sekretarz Generalna Unii Owocowej.

  1. Organizacje producenckie i programy operacyjne

W ramach reformy Wspólnej Polityki Rolnej  i zasad wspólnej organizacji rynku należy poprawić atrakcyjność istniejących narzędzi w celu organizacji producentów oraz korzystania z programów operacyjnych. W  2017 roku, w Polsce, zarejestrowanych było 273 organizacji producenckich podczas, gdy zrealizowano tylko 23 programy operacyjne dla sektora warzyw i owoców. Z raportu Unii Owocowej wynika, że w Polsce obserwowany jest nadal niski stopień zorganizowania producentów owoców i warzyw w organizacjach i stowarzyszeniach – obecnie tylko ok. 20% produkcji wprowadzane jest za pośrednictwem organizacji. W innych krajach UE obserwowane jest łączenie się organizacji producentów w zrzeszenia organizacji producentów, co w efekcie prowadzi do ich znacznego wzmocnienia finansowego. W Polsce nie obserwujemy jeszcze takiego trendu. A to właśnie organizacje producentów i ich stowarzyszenia mogą tworzyć fundusze operacyjne finansujące ich programy operacyjne zatwierdzone przez państwa członkowskie i mogą otrzymać pomoc finansową z UE. Polska jest przy tym największym  producentem jabłek w UE, charakteryzującym się  bardzo dużym rozdrobnieniem, podczas gdy Włochy, drugi co do wielkości producent jabłek, ma silnie skoncentrowane wokół programów operacyjnych organizacje producenckie. Cztery największe ogranizacje producenckie z Trento Alto Adige reprezentują obecnie ponad 65% włoskiej produkcji.  Według szacunków Stowarzyszenia i zrzeszonych w nim grup, sadownicy mogli sprzedać całość produkcji, pomimo ogromnej podaży jabłek na rynku. Na przykład sadownicy zrzeszeni w jednej z grup, dzięki skrzyniom, których brakowało i możliwościom przechowalniczym zaoszczędzili kilka milionów złotych. Należy podkreślić, że w poprzednim sezonie bez skrzyń i profesjonalnego przechowalnictwa udziałowcy tej grupy musieliby dużą część produkcji wysypać na rynek w cenie 15 groszy, a mogli zebrać owoce, przechować i sprzedać je po 50 – 60 groszy.

  1. Ekologia i uprawy organiczne

W debacie nad Zielonym Porozumieniem (Green Deal) w  Unii Europejskiej ponownie skupiono się na uprawach organicznych. Debata ta generuje wiele pytań, gdyż zachęty stosowane dla produkcji organicznej mogą doprowadzić do zachwiania równowagi rynku poprzez doprowadzenie do przewagi podaży nad popytem. Będzie to skutkowało rosnącą presją cenową na tego rodzaju produkty. Jednocześnie patrząc na emisję CO2, wpływ produkcji ekologicznej jest większy niż produkcji konwencjonalnej. Niezależne źródła (AGRIBALYSE) wskazują, że emisje CO2 dla jabłek pochodzących z upraw organicznych wynoszą 0,116 kg CO2 / kg jabłek oraz  0,072 kg CO2 / kg dla jabłek z upraw  konwencjonalnych. W związku z tym należy zastosować ostrożniejsze podejście, w ramach ingerencji władz w rynek.

  1. Zmiany klimatu i ich negatywne skutki

Cieplejsze, wilgotniejsze powietrze od jesieni do wiosny może zwiększyć ryzyko grzybowych chorób wśród gatunków drzew z rodzaju jabłoni. Powoduje znaczne obniżenie plonowania i zmniejszanie jego wartości oraz znaczne ich osłabienie. Na przykład porażone owoce odmian zimowych jabłoni gorzej się przechowują lub też nie nadają się do przechowywania. Ocieplenie klimatu sprzyja również pojawianiu się nowych gatunków szkodników żerujących na uprawach, które dotychczas występowały w strefach klimatu podzwrotnikowego
i zwrotnikowego, tak jak to ma miejsce np. z kleszczami afrykańskimi, które zaobserwowano w Polsce.

Sadownicy nadal oczekują wypłaconych środków wsparcia jeszcze za zeszłoroczną suszę, a już odczuwają skutki obecnej. Susza ma ogromny wpływ na produkcję – osłabia zbiory i niszczy uprawy sadowników, a straty wynoszą nawet 30% upraw. Jabłka wysuszają się, co wpływa na ich wartości odżywcze i smak. Wszystkie straty, które poniosą plantatorzy, ale też dystrybutorzy, czy producenci,  będą odbijać się na konsumentach, a niższe zbiory mogą z kolei skutkować wyższymi cenami owoców w sklepach. Zaburzona płynność w łańcuchu dostaw będzie wymagać wzmożonej interwencji państwa, ponieważ konsekwencje dla sadowników mogą być tragiczne.

Dodatkowe straty sektora w obliczu koronawirusa

Bariery w transporcie

W obliczu koronawirusa i pojawiających się barier w handlu związanych z przemieszczaniem się samochodów po Europie oraz kontrolami granicznymi, branża rolnicza staje przed wyzwaniem zwiększonych kosztów pracy i transportu. By zapewnić bezpieczeństwo wszystkim pracownikom, wprowadzone zostały specjalne procedury, które również generują dodatkowe koszty. W trudnej sytuacji są również polscy eksporterzy wysyłający żywność m. in. do Egiptu. Maleje dostępność kontenerów chłodniczych, więc wysyłany jest mniejszy wolumen. Pojawiają się również utrudnienia związane z małymi zapasami i jakością, do której przywykł Egipt. Szczególnie niepojący jest:

wzrost kosztów transportu od 25% do nawet 30% spowodowany opóźnieniami przy załadunkach i rozładunkach oraz powrotami pustych ciężarówek. Copa Cogeca donosiła nawet o 50% wzroście kosztów transportu. Biorąc pod uwagę, że co miesiąc w UE przemieszcza się około 2,6 miliona ton (150 000 ciężarówek), dodatkowy koszt to około 150 milionów euro, czyli około 0,05 euro za kg.

–  wzrost kosztów zbierania i pakowania owoców, który wynosi nawet 40% na poziomie produkcji. Koszty te rosną m. in. poprzez różne wymagania dotyczące zakwaterowania, transport z zakwaterowania do sadów i ograniczoną liczbę osób w środkach transportu,  niektóre wyposażenie ochronne i sanitarne, mniejszą wydajność zbierania i pakowania z powodu dystansu społecznego, dostosowanie do nowych wymagań klientów oraz niektóre szkody jakościowe i problemy z certyfikacją.

Koszty ponoszone przez plantatorów Unii Europejskiej, wzrosły o 1 miliard euro w ciągu dwóch miesięcy z powodu zakłóceń logistycznych i zwiększonych kosztów siły roboczej w celu spełnienia wymogów, a opóźnienia logistyczne wpływają na jakość produktów.

Niedobór siły roboczej

Zgodnie z tarczą antykryzysową, cudzoziemcy mogą pozostać w Polsce nawet po wygaśnięciu wiz lub zezwoleń na pobyt. Według najnowszych wytycznych Ministerstwa Rolnictwa, pracownik po orzekroczeniu granicy Polski ma mieć mierzoną temperaturę. Dane pracowników trafią do systemu EWP celem objęcia danej osoby 14-dniową kwarantanną. W ciągu 24 godzin pracownik sezonowy powinien trafić do docelowego miejsca pracy, transportem zapewnionym przez pracodawcę, który po przyjeździe pracownika zobowiązany jest do zgłoszenia PPIS faktycznej liczby osób zatrudnionych. Pracownik odbywa 14-dniową kwarantannę na terenie gospodarstwa.

Obowiązkiem rolnika jest zapewnienie pracownikowani wykonania testu na koronawirusa. Podczas kwarantanny, pracownicy będą mogli wykonywać swoje obowiązki, jednak z zakazem opuszczania gospodarstwa i ograniczeniami kontaktu. Wszystkich procedur przestrzega policja, a za ich złamanie grozi kara nawet do 30 tysięcy złotych. Dodatkowo, ministerstwo zaleca, by osoby zatrudnione przy zbiorze owoców miękkich lub przy obróbce żywności stosowały zarówno ochronę ust, nosa, jak i rękawiczki – zapewnione przez gospodarza.  Powyższe wymagania przy zatrudnieniu pracowników z Ukrainy i związane z tym koszty to wyzwanie dla producentów.

Inne wyzwania sektora

Produkcja uległa znacznemu spowolnieniu, ponieważ sektor musiał dostosować się do nowych warunków w zakresie logistyki, środków nadzwyczajnych i zmian w kanałach dystrybucji. Ciągły niedobór siły roboczej zwiększy to spowolnienie operacji. Podczas, gdy ogólne zapasy mogą być utrzymane na jakiś czas, a supermarkety doświadczają jedynie ograniczonego niedoboru towarów w szczytowych porach roku, takich jak Wielkanoc lub podczas początkowej fazy „panicznych zakupów”, długoterminowy wpływ będzie szczególnie widoczny w nadchodzących miesiącach, ponieważ w wielu państwach członkowskich sezon zbiorów dopiero się zaczyna. Chociaż prawdopodobnie nie wystąpi krótkotrwały, widoczny niedobór dostępności, niedobór będzie raczej widoczny poprzez wzrost cen dla konsumenta. W sektorze występują już niedobory towarów łatwo psujących się, takich jak ogórki, szparagi i truskawki, spowodowane niedoborem owoców (odzwierciedlającym się również w wyższych cenach końcowych), który to problem obejmie w miesiącach letnich inne produkty. Zasadniczo sektor odczuwał wyższy popyt na towary łatwo psujące się o dłuższym okresie przydatności do spożycia (trend, który przy ciągłych wyzwaniach związanych z łańcuchem dostaw prawdopodobnie wzmocni się w nadchodzących miesiącach). Wpływ na to miało również zamknięcie sektora gastronomicznego, który zwykle wykazywał wyższy popyt na towary łatwo psujące się. Ponadto zgłaszane są rosnące trudności z brakującymi lub opóźnionymi płatnościami ze strony klientów, które komplikują operacje produkcyjne i mają efekt domina w całym łańcuchu dostaw.

W perspektywie krótkoterminowej pandemia wywrze presję na produkcję w odniesieniu do:

  • Kontynuacji ekonomii „wojny”: która skupi się mniej na różnorodności, różnorodności i jakości, ale bardziej skoncentrowana na zmechanizowanej produkcji
  • Wizerunku pracowników sezonowych: w Europie Południowej kryzys uwidacznia tę niezbędną siłę roboczą, często zaniedbywaną lub kwalifikowaną jako „nisko wykwalifikowana”. Następstwa kryzysu mogą być okazją do przedyskutowania środowiska pracy i warunków pracy sezonowych pracowników
  • Niepewność planowania, ponieważ ponowne otwarcie segmentów usług gastronomicznych najprawdopodobniej będzie się różnić w zależności od państwa członkowskiego (stołówki biznesowe, szkoły, gastronomia transportowa, imprezy, restauracje itp.)
  • Ciągłe braki w produkcji i dostawach, zagrażające kontynuacji produkcji, w tym rośliny do sadzenia i nasiona.

– Członkowie grup producenckich i dystrybutorzy owoców i warzyw, czują szczególną odpowiedzialność, by w obecnej sytuacji zapewnić sieciom spożywczym ciągły łańcuch dostaw i swobodny przepływ żywności. W obecnej sytuacji, by zapewnić jakość produktów, wzrastające koszty są dla producentów i dystrybutorów nagłym i nieoczekiwanym utrudnieniem, któremu jednak musimy się stawić, by zapewnić żywność społeczeństwu. Będzie to możliwe jedynie dzięki skoordynowanym działaniom. Jest to dla nas priorytetem – komentuje Paulina Kopeć, sekretarz generalna Unii Owocowej.

Nawrót pandemii spowoduje dwucyfrowe bezrobocie. Wynagrodzenia spadają i będą spadać

W ujęciu realnym, po skorygowaniu o zmiany cen, wynagrodzenia w firmach spadły w kwietniu o 1,4% r/r. To pierwszy spadek realnych wynagrodzeń od stycznia 2013 r. Zaskakująca jest też skala wzrostu bezrobocia.

Nominalna dynamika wynagrodzeń podawana przez GUS w sektorze przedsiębiorstw (zatrudniających powyżej 9 osób) w kwietniu wyniosła 1,9% r/r. W marcu była znacznie wyższa, a wynosiła 6,3%. Analitycy rynkowi prognozowali spadek dynamiki płac, ale w dwukrotnie mniejszym stopniu.

Roczna dynamika płac ukształtowała się na poziomie najniższym od czerwca 2013 r. W ujęciu realnym wynagrodzenia w firmach spadły w kwietniu o 1,4%, wobec wzrostu o 1,6% r/r w marcu. Przeciętne wynagrodzenie w kwietniu wynosiło 5285,01 zł, a w marcu 5489,06 zł.

W kwietniu 2020 r. przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw było niższe o 2,1% r/r .

– Ujemna dynamika zatrudnienia była dla mnie zaskoczeniem w większym stopniu niż dane o przeciętnym wynagrodzeniu – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Regionie Europy Centralnej. – Z ujemną dynamiką ostatnio mieliśmy do czynienia w 2013 r., gdy stopa bezrobocia sięgała prawie 14 proc.

Kwietniowe dane potwierdzają wysoki stan niepewności wśród firm, związany z zamrażaniem gospodarki wywołanym koronawirusem. Wcześniejsze dane pokazywały jedynie spadek dynamiki zwiększania zatrudnienia, czyli dotyczyły jeszcze sytuacji na rynku pracy, gdy firmy miały kłopoty ze znalezieniem pracowników.

Redukcja zatrudnienia byłaby jeszcze wyższa, gdyby nie tarcze antykryzysowe i Tarcza finansowa, czy wprowadzenie takich rozwiązań jak przestój ekonomiczny.

– Pomimo tych rozwiązań powinniśmy oczekiwać, że bezrobocie wzrośnie, już w czerwcu i lipcu wyniesie 7-8 proc. – ocenia ekspert. – Przy pesymistycznym scenariuszu, jeżeli jesienią wystąpi nawrót pandemii, to na koniec roku bezrobocie będzie dwucyfrowe.

Wall Street czeka na wyniki Nvidii. Akcje na rekordowych poziomach

Dziś inwestorzy wyczekiwali na dane dotyczące liczby złożonych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w USA. Jak wynika z publikacji ponad 2,4 miliona Amerykanów złożyło wspomniane wnioski w tygodniu kończącym się 16 maja. W sumie ponad 38 milionów Amerykanów złożyło wnioski od połowy marca. To jednak nie wystraszyło byków na Wall Street, gdzie indeksy tylko minimalnie korygują ostatnią falę wzrostów.

Z punktu widzenia poszczególnych spółek pojawiły się kolejne pozytywne informacje dla takich firm jak Facebook, Nvidia czy PayPal. Cena akcji spółki Marka Zuckerberga już wczoraj osiągnęła najwyższy poziom w historii, aby dziś go pobić zaraz po otwarciu notowań. Na tę chwilę rekord to 237,13 USD za akcję Facebooka, a ostatnie wzrosty to głównie wpływ oczekiwań co do pozytywnych wyników spółki po wdrożeniu swojej usługi sklepów internetowych. FB dostał także wyższy poziom ceny docelowej od firmy Stifel. Została ona podniesiona z 245 USD do 260 USD. Średni poziom ceny docelowej na Wall Street dla Facebooka to 239,18 USD. Spółka ma 45 rekomendacji kupna, 5 trzymaj i 3 sprzedaj.

Z kolei dawna spółka Elona Muska, PayPal, otrzymała wyższy poziom ceny docelowej od Credit Suisse. Analitycy banku podnieśli ją ze 145 USD do 155 USD. PayPal ma średni poziom ceny docelowej równy 149,73 USD. Na Wall Street spółka ma 37 rekomendacji kupna, 7 trzymaj i 1 sprzedaj.

Tymczasem dziś wszystkie oczy będą zwrócone na spółkę Nvidia, której akcje podrożały z 240 USD do 360 USD tylko w tym roku, ustanawiając rekordowy poziom ceny dla akcji. Dziś po sesji NVDA publikuje wyniki za pierwszy kwartał. Konsensus rynkowy wskazuje na przychody wielkości 3 miliardów dolarów. Zysk na akcję ma wynieść z kolei 1,69 USD. Analitycy z Wall Street oczekują, że wzrost wykorzystania centrów danych spowodowany obostrzeniami zwiększy sprzedaż producenta chipów w pierwszym kwartale. Przejęcie firmy Mellanox Technologies, które zostało sfinalizowane 28 kwietnia po zatwierdzeniu przez Chiny, ma działać jak kolejny katalizator. Niektórzy analitycy postrzegają segment gier jako kolejnego prawdopodobnego beneficjenta „stay-at-home trade”. Analitycy Credit Suisse podnieśli swoją rekomendację dla ceny docelowej spółki do najwyższego na Wall Street, czyli do 425 USD. NVDA ma 35 rekomendacji kupna, 5 trzymaj i 3 sprzedaj. Konferencja po wynikach dziś o godzinie 23:30 czasu polskiego.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Ustawa hazardowa – 1 kwietnia br. wchodzi w życie znowelizowana ustawa o grach losowych

1 kwietnia br. wchodzi w życie znowelizowana ustawa o grach hazardowych. Jej zapisy nie dotyczą jedynie firm z branży hazardowej, ale także tych, które organizują loterie promocyjne, loterie audioteksowe i konkursy. Za nieprzestrzeganie przepisów ustawy grożą wysokie kary pieniężne, nie tylko dla samych spółek będących organizatorami loterii lub konkursów, ale także dla członków zarządów tych spółek – podkreślają eksperci PwC.

W myśl nowej ustawy o grach hazardowych, która zacznie obowiązywać 1 kwietnia 2017 r. grami losowymi są gry, w tym urządzane przez Internet, o wygrane pieniężne lub rzeczowe, których wynik w szczególności zależy od przypadku. W konkursach natomiast, które nie podlegają przepisom ustawy, nagrody przyznawane są za wykonanie określonej czynności lub dzieła, a kryterium ich przyznania są wiedza, umiejętności lub najlepsze wykonanie określonego zadania przez uczestnika.

„Stosowanie w praktyce ustawy o grach hazardowych może sprawić organizatorom loterii i konkursów spore problemy, ponieważ nie znajdziemy w niej chociażby definicji losowości, która jest głównym czynnikiem odróżniającym konkurs od loterii. Element losowości, czy przypadku, pojawiający się na którymkolwiek etapie konkursu, może być wystarczającym powodem do zakwalifikowania takiego przedsięwzięcia jako loterii, to zaś nakłada na organizatorów szereg dodatkowych, rygorystycznych wymogów.” – Cezary Żelaźnicki, partner zarządzający kancelarią PwC Legal.

Organizacja konkursu jest regulowana przepisami kodeksu cywilnego, a sam konkurs oparty jest na konstrukcji przyrzeczenia publicznego. Z praktycznego punktu widzenia konieczne jest przygotowanie regulaminu konkursu precyzyjnie określającego zasady jego przeprowadzenia, natomiast brak jest innych szczególnych obowiązków prawnych związanych z organizacją konkursu, w tym nie jest konieczne uzyskanie dodatkowego zezwolenia.

Organizacja loterii promocyjnych i audiotekstowych w pełni podlega regulacjom zawartym w nowelizacji ustawy o grach hazardowych. Do ich przeprowadzenia konieczne jest m.in. uzyskanie zezwolenia właściwego Dyrektora Izby Administracji Skarbowej na przeprowadzenia planowanego przedsięwzięcia oraz opracowanie szczegółowego regulaminu, który musi być zatwierdzony przez organ wydający zezwolenie.

Nowelizacja ustawy zmniejsza niektóre obciążania administracyjne związane z przeprowadzaniem gier hazardowych, w tym loterii, likwidując chociażby obowiązek posiadania świadectw zawodowych przez osoby zaangażowane w nadzorowanie gier hazardowych i zastępując ten obowiązek koniecznością odbycia odpowiednich szkoleń.

Natomiast istotne zmiany zostały wprowadzone w zakresie kar administracyjnych dla organizatorów loterii. Do tej pory organizatorzy ponosili tego rodzaju odpowiedzialność wyłącznie w przypadku przeprowadzenia loterii bez zezwolenia, zaś wymierzana w takiej sytuacji kara pieniężna była równą wysokości 100% przychodu uzyskanego z przeprowadzonej gry. Nowelizacja ustawy wprowadza surowsze kary, tj. karę w wysokości 5-krotności opłaty za wydanie zezwolenia w przypadku loterii przeprowadzonej bez zezwolenia (faktycznie równą 50% wartości puli nagród w danej loterii) i nową karę w wysokości do 200 tys. zł za prowadzenie loterii z naruszenie warunków uzyskanego zezwolenia lub z naruszeniem przepisów ustawy o grach hazardowych. Dodatkowo, oprócz kar nakładanych na organizatorów loterii, nowe regulacje przewidują także sankcje dla członków zarządu organizatora – za urządzanie gier hazardowych, w tym loterii, bez koncesji, zezwolenia lub wymaganego zgłoszenia grozi im kara do 100 tys. zł.

„Nowelizacja ustawy o grach hazardowych w zakresie dotyczącym organizacji loterii jest krokiem w dobrą stronę, dostosowując przepisy ustawy do praktyki organów celnych, polegającej na dopuszczeniu możliwości organizacji loterii promocyjnych w Internecie. Niestety nie wszystkie kwestie budzące praktyczne wątpliwości, np. w zakresie konieczności rejestracji urządzeń technicznych wykorzystywanych do wyłonienia zwycięzcy, zostały wprost uregulowane w znowelizowanej ustawie. W tym zakresie wydaje się, że wskazana byłaby jeszcze jedna nowelizacja, która wyłączyłaby stosowanie określonych, najbardziej problematycznych obowiązków wynikających z ustawy wobec organizatorów loterii promocyjnych i audiotekstowych, które ze względu na swój charakter i cele, nie muszą podlegać aż tak silnemu nadzorowi ze strony organów państwowych jak inne gry hazardowe.” – Artur Gątowski, radca prawny w kancelarii PwC Legal

Nowe przepisy regulują także organizację gier hazardowych w Internecie, wprowadzając monopol państwa na organizację loterii on-line, z wyjątkiem zakładów wzajemnych i loterii promocyjnych oraz gier na automatach poza kasynami gry. Konkursy nie zostały natomiast objęte żadnymi dodatkowymi ograniczeniami.

BTC Studios S.A. z zagranicznym inwestorem na pokładzie

BTC Studios S.A., notowany na NewConnect producent i wydawca gier mobilnych oraz konsolowych, pozyskał zagranicznego inwestora. Grupa PHB objęła 143.107 akcji Spółki na kwotę 400.000 EUR. Cena objęcia wyniosła 12,77 PLN, czyli równowartość 2,7951 euro za jedną akcję. BTC Studios S.A. zamierza przeznaczyć finansowanie na opracowanie nowych gier.

„Pozyskanie nowego, zagranicznego inwestora potwierdza nasz potencjał rozwojowy. Gaming pokazuje, że nawet w ciężkich czasach, jest atrakcyjnym obszarem do inwestowania – o ile oczywiście ma się plan i się go z konsekwencją realizuje. Dzięki zaangażowaniu kapitałowemu nowego inwestora zyska przede wszystkim nasze portfolio gier – pozyskane finansowanie zamierzamy bowiem przeznaczyć na jego intensywny rozwój. Jednocześnie dzięki nowemu inwestorowi spółka zyskuje wizerunkowo w skali rynku kapitałowego. Poza rozwojem biznesowym naszą ambicją jest również uzyskanie renomy wśród inwestorów, stąd między innymi chęć osiągnięcia miana regularnej spółki dywidendowej. Widzimy, że przynosi to już pierwsze efekty” – mówi Jarosław Zeisner, członek zarządu BTC Studios S.A.

18 maja 2020 roku zostały zawarte umowy subskrypcyjne akcji serii „J”. Zgodnie z nimi, Inwestor wraz ze swoją spółką zależną objął akcje serii „J” BTC Studios na kwotę 400.000 EUR. BTC Studios zaoferowała Inwestorowi i jego spółce zależnej łącznie 143.107 akcji w dwóch emisjach prywatnych.

Zgodnie z ogłoszonymi wcześniej prognozami BTC Studios S.A. zamierza w tym roku zwiększyć przychody do 10 239 180 PLN, natomiast w 2024 r. osiągnąć przychody rzędu 78 mln PLN i zyski netto przekraczające 23 mln PLN. Spółka zakłada również systematyczny wzrost liczby użytkowników swoich produkcji. W tym roku spółka prognozuje 418 900 użytkowników przy 6 opublikowanych grach, natomiast w 2024 r. społeczność przekraczającą 1,3 mln użytkowników przy portfolio obejmującym 12 gier. Jednocześnie w maju br. BTC Studios S.A. przyjęła politykę dywidendową na lata 2020-2023. Zgodnie z nią, już od zysku netto za kolejny rok obrotowy, Zarząd BTC Studios będzie rekomendować Walnemu Zgromadzeniu Spółki wypłatę 30 proc. zysku netto. W planach jest coroczne wypłacanie dywidendy.

„Cena rynkowa dzisiaj na GPW odzwierciedla de facto poprzedni biznes i jest w naszej opinii mocno zaniżona. Cieszę się, że nowy inwestor ocenił akcje BTC Studios, jako inwestycję wartą dużo więcej niż wskazywałby na to obecny kurs. Co więcej, wartość nabycia akcji przez grupę PHB, zakładając realizację prognoz, wydaje się być i tak bardzo atrakcyjna. W naszej ocenie Spółka posiada potencjał do dalszych wzrostów. BTC Studios ma bardzo dynamiczny zespół, mocno zmotywowany do osiągania postawionych celów. Dysponuje już na dzień dzisiejszy, tytułami, które mogą okazać się hitem. Jestem przekonany, że gry naszej Spółki będą z roku na rok coraz popularniejsze. Grupa PHB zyska dzięki tej inwestycji możliwość połączenia swojego biznesu ze światem gier. Pozwoli to uczynić ich rynek dużo bardziej atrakcyjnym dla młodszej grupy docelowej. Jesteśmy bardzo zadowoleni z naszej inwestycji w BTC Studios i wierzę, że inni inwestorzy wysoko ocenią zwrot z tego projektu już niebawem.” –  mówi Wojciech Kaszycki, reprezentujący głównego udziałowca Spółki, Mobilum LTD.

Strach przed kryzysem nie powinien zachwiać tym co w firmach rodzinnych najważniejsze – pierwiastkiem rodzinności

– Nie ma silnych firm rodzinnych bez silnych rodzin biznesowych. Jeśli szukać pozytywnych stron tego czasu pandemii, to jednym z nich jest to, że rodziny biznesowe zaczynają ze sobą rozmawiać. Młode pokolenie ma coraz więcej do powiedzenia w obszarach, które dziś stały się naturalne, jak np. digitalizacja czy wirtualne zespoły, a seniorzy chętniej ich słuchają. Jednak ważny też jest wątek tych członków rodziny, którzy nie są zaangażowani w firmę. Wzmacnianie relacji, budowanie rutyn, które umacniają więzi rodzinne – to podstawa, by uchronić biznesowe rodziny przed kryzysem. – komentuje dr Adrianna Lewandowska, inicjatorka Family Business Week, Prezes Instytutu Biznesu Rodzinnego

Odporność rodziny właścicielskiej i firmy rodzinnej w czasach Covid-19

Bogusław Kowalski, założyciel i Prezes Zarządu GRAAL S.A. na Family Business Week:

– Zatrudniając ponad 2500 osób, odpowiedzialność jest ogromna. Gdyby założyć, że średnio jedna rodzina składa się z 4 osób, to jesteśmy odpowiedzialni jako firma i rodzina, za prawie 10 000 osób. Odporność w czasach kryzysu jest zatem niezwykle ważna. Mam to szczęście, że produkty, które oferuje GRAAL na rynku, czyli ryby, pomagają budować naturalną odporność. Jeżeli jako rodzina biznesowa kierujemy się wartościami, które przyświecały nam przez te wszystkie lata prowadzenia biznesu, to w momencie lockdownu, jesteśmy w stanie przetrwać, a nawet się wzmocnić jako firma i jako rodzina. Każde z mojego pięciorga dzieci pracujących w firmie sukcesorów, mimo wielu utrudnień wykazuje wielkie zaangażowanie w swoje działania, co jest dla mnie jako nestora, bardzo budujące. Gdy rodzina trzyma się razem, jest w stanie przetrwać niejeden kryzys. – komentuje Bogusław Kowalski.

Jak podczas kryzysu Covid-19 zachować balans życia zawodowego i rodzinnego, gdy pracuje i żyje się z mężem.

Paulina Żurowska-Wrzesińska, Wiceprezes ALTOM na Family Business Week:

Z mężem podeszliśmy do tego wyzwania zadaniowo i od samego początku ustaliliśmy między nami podział działań w firmie i w domu. Obszary odpowiedzialności zawodowej wynikały z naszej bieżącej pracy w firmie i dziedzin, którymi zarządzamy.  Określiliśmy też partnerski podział obowiązków domowych, tak by każde z nas wiedziało, jakie spoczywają na nim zadania dotyczące życia i dnia codziennego. Po drugie postawiliśmy na częstą rozmowę, wzajemne zrozumienie, wykazywanie się cierpliwością i empatią oraz jasne określanie w czym potrzebujemy pomocy. Wiemy, że nie ma oczywistości i zamiast oczekiwać, że współmałżonek się domyśli, że mógłby mnie w czymś wesprzeć wyraźnie mówiliśmy sobie wzajemnie z czym się borykamy. To bardzo pomogło w okiełznaniu emocji i szybkim reagowaniu na rodzące się problemy i frustracje. Trzymaliśmy się także dobowego podziału dnia i wyznaczyliśmy sztywne godziny rozpoczęcia pracy, przerw na wspólną kawę czy obiad a także kiedy tą pracę kończymy oraz kiedy bierzemy się za porządki domowe. To sprawiło, że działamy jak dobrze naoliwiony tandem. – mówi Paulina Żurowska Wrzesińska, z ALTOM

Czy mogę być liderem online? Jak zarządzać zespołem zdalnie? Czy to różni się od zarządzania „normalnie”?

– Wychodzę z założenia, że lider daje swoje świadectwo wtedy, gdy umie nim pozostać w każdych okolicznościach i znaleźć, zwłaszcza w trudnych czasach, szans na wzmocnienie i wsparcie zespołu. Podzieliłam kanały komunikacji ze mną na telefoniczny, sms, komunikator, mail i videokonferencje ze względu na charakter i priorytet omawianej sprawy. Minimum raz w tygodniu miałam videokonferencje z managerami z mojego zespołu, by nawiązać z nimi kontakt wizualny, zapytać o emocje, samopoczucie, nastawienie, obawy i wszystkie inne sprawy nie związane z pracą, a które mające mocny wpływ na realizację zadań i ich skupienie na celu. Czasami samo moje zainteresowanie i możliwość wygadania się już było dla moich managerów oczyszczeniem i odczuciem, że są bezpieczni, że jestem z nimi. Wielokrotnie dali mi to odczuć, w tym trudnym czasie, za co im bardzo dziękuję. – komentuje Żurowska-Wrzesińska.

Czy będąc skazanym tylko na swoją obecność jako para zarówno w biznesie jak i w domu jesteśmy zagrożeni ujawnieniem konfliktów? Jak wyjść z domu po kilku miesiącach silniejszym?

– Otworzyć się na członków rodziny, na rozmowę z nimi, na fakt, że nie są ze stali (choć być może na co dzień noszą taką maskę), mówić prosto z serca prostymi słowami: kocham cię, zależy mi na tobie, martwię się o ciebie czy wszystko będzie dobrze, przetrwamy to razem. Rodzącą się frustrację od razu komunikować a trudne sprawy rozwiązywać i nie pozwalać im się eskalować i przybierać na sile. –kończy sukcesorka firmy ALTOM.

Każdy dzień z Tygodnia Przedsiębiorczości Rodzinnej poświęcony jest innemu obszarowi funkcjonowania i dylematów jakie stoją teraz przed rodzinami biznesowymi. Pierwszy dzień to kontekst Firmy, drugi Przywództwa, trzeci Majątku, czwarty Rodziny i Własności, a piąty to Globalne Otoczenie Firmy Rodzinnej. – W każdej z tych perspektyw zawarte są inne dylematy, o zweryfikowanie których powinien zatroszczyć się właściciel biznesu by maksymalnie zniwelować skutki kryzysu w swojej firmie, a nawet poszukać nowych dróg rozwoju. Family Business Week to tydzień, który w pełni poświęcamy przyszłości firm rodzinnych. – dodaje Adrianna Lewandowska.

Family Business Week organizowany jest przez Instytut Biznesu Rodzinnego, Centrum Wiedzy o Firmach Rodzinnych. Partnerem Strategicznym wydarzenia jest BNP Paribas – Bank zmieniającego się świata. W wydarzeniu, które całkowicie odbywa się on-line, bierze udział ok. 2000 gości.

Dzisiaj, w czwartek 21 maja, rozmawiamy o Rodzinie, jutro w ramach Family Business Week będziemy rozmawiać w gronie właścicieli największych firm z Polski i Europy oraz ekspertami z całego świata o Globalnym Otoczeniu Firm Rodzinnych.

 

Szczegółowy program wydarzenia, rejestracja, zakresy dyskusji oraz potwierdzeni goście dostępne na stronie: www.familybusinessweek.pl

Dylematy rodzinne, które zostały poruszone w ramach Family Business Week:

  1. Czy pamiętam, aby o siebie odpowiednio zadbać? Zgodnie z zasadą: „podczas turbulencji maseczkę tlenową najpierw zakładasz sobie, a dopiero później dzieciom”. Czy wiem, jak chwycić dystans i zadbać o siebie?
  2. Jak mogę zapewnić wymagany w chwili obecnej dystans (w spotkaniach), a jednocześnie dać naszej rodzinie poczucie, że wszyscy jesteśmy ze sobą emocjonalnie blisko? Jak dbać o relacje?
  3. Jak organizować nasze codzienne życie, aby nie dopuścić do pojawienia się stresu i lęku lub gdy ten się pojawi by go zminimalizować? Czy warto (i jak) wprowadzić codzienne rytuały?
  4. Pracuję z żoną z domu, cały czas siedzimy razem. Jak od siebie odpocząć? Czyli para biznesowa w czasie COVID-19 – jak mądrze prowadzić biznes i życie prywatne, gdy tego wspólnego czasu z 24 godzin na dobę mamy jeszcze więcej – jak uniknąć kryzysu prowadzącego do rozwodu i turbulencji w firmie?
  5. Czy pandemia to szansa dla sukcesora? Czy może on być mentorem nestora, gdy ten nie jest obyty „z nowymi technologiami”? Jak być usłyszanym i okazać rodzinie wsparcie w tej sytuacji?
  6. Czy powinienem (i czy wolno mi) głośno powiedzieć NIE moim rodzicom, gdy widzę, że za wolno reagujemy na zmiany? Jak sprawić, by rodzice mi zaufali?
  7. Jakie nowoczesne rozwiązania zostały przyjęte wewnątrz rodzin biznesowych i czy mają szanse zostać wdrożone na stałe, gdy pandemia się skończy?
  8. Czy mogę być liderem online? Jak zarządzać zespołem zdalnie? Czy to różni się od zarządzania „normalnie”?
  9. Co każdy z nas może zrobić, by przyczynić się do przezwyciężenia kryzysu? Jak możemy określić nasze indywidualne role? Zadania?
  10. Czy skazani tylko na swoją obecność jako rodzina – zagrożeni jesteśmy ujawnieniem się konfliktów? Jak wyjść z domu po kilku miesiącach silniejszym?

Sprzedaż pożyczek spadła w kwietniu o niemal 75 proc.

Kolejne tygodnie obowiązywania tarczy antykryzysowej za nami. Jednym z jej kluczowych zapisów jest znaczne ograniczenie kosztów pozaodsetkowych do 21 proc. dla pożyczek na czas dłuższy niż 30 dni oraz 5 proc. dla pożyczek o okresie spłaty krótszym niż 30 dni. Najnowsze dane, które uwzględniają cztery pełne tygodnie obowiązywania nowych limitów, wskazują na wyraźny spadek aktywności na rynku.

Sprzedaż nowych pożyczek spadła mocniej od oczekiwań – pod względem wartości  spadek wyniósł prawie 75 proc.

Najnowsze dane CRIF i BIK uwzględniają cztery pełne tygodnie obowiązywania obniżonych kosztów pozaodsetkowych. Niemal stała tendencja spadkowa wartości oraz liczby udzielanych pożyczek przez firmy z branży widoczna jest już jednak od prawie dwóch miesięcy. Według danych CRIF w drugiej połowie marca 2020 r. wartość udzielanych pożyczek spadła w stosunku do średniego tygodnia lutego o ok. 40 proc., natomiast w stosunku do analogicznego okresu roku poprzedniego o ok. 50 proc. W całym kwietniu spadek wartości udzielonych pożyczek wyniósł 72 proc. w stosunku do kwietnia 2019 r. oraz 66 proc. w stosunku do lutego 2020 r. (ostatni miesiąc nietknięty kryzysem wynikającym z COVID-19). Odnotowano także istotny spadek liczby udzielonych pożyczek, wynosząc w kwietniu br. niecałe 43 proc. pożyczek udzielonych w analogicznym okresie w poprzednim roku.

Znacząco spadła też średnia wartość pojedynczej pożyczki, która wyniosła w kwietniu 2020 r. 2 163 zł wobec 3 625 zł w kwietniu 2019 r. (spadek o 40% r/r) oraz w porównaniu z 2 800 zł w lutym 2020 r. (spadek o 23% m/m).

Pożyczki udzielone w marcu i kwietniu 2020 r. w stosunku do analogicznych tygodni w 2019 r.Liczba i wartość udzielonych pożyczek_wykres

Najnowsze dane BIK (pokrycie obu baz nie jest tożsame) wskazują te same wnioski, przy czym spadek wartości udzielanych pożyczek w ostatnich tygodniach kwietnia 2020 r. w bazie BIK to o ok. 65 proc. w ujęciu r/r.

Znacznie mniejszy spadek liczby klientów wnioskujących o pożyczkiLiczba aplikacji o pożyczki_wykres

W kwietniu 2020 r. liczba klientów wnioskujących o pożyczki w ujęciu rok do roku była niższa, jednak obsunięcie było znacznie mniejsze od spadku wartości udzielanych pożyczek. Liczba aplikacji w całym marcu bieżącego roku utrzymywała się na bardzo wysokim poziomie, porównując do analogicznych tygodni roku poprzedniego i to pomimo panujących ograniczeń. W żadnym tygodniu marca 2020 r. liczba klientów aplikujących nie spadła o więcej niż 20 proc. rok do roku. Na początku kwietnia, w którym wprowadzono ograniczenie kosztów pozaodsetkowych, odnotowano już istotnie większy spadek aplikacji, tj. o niecałe 65 proc. rok do roku.

Warto też zwrócić uwagę, że Święta Wielkanocne, przed którymi występuje zwykle wzmożony popyt na pożyczki, wypadły w okresie porównawczym w dniach 21-22 kwietnia 2019 r. W dniach 14-20 kwietnia 2020 r. mieliśmy więc do czynienia z zawyżoną bazą porównawczą (w roku 2020 święta wypadły 9 dni wcześniej). W całym kwietniu 2020 r. liczba klientów aplikujących spadła o 55 proc. w stosunku do lutego 2020 r. oraz o 55 proc., czyli dokładnie taką samą wartość, w stosunku do kwietnia 2019 roku.

Spadek liczby aplikacji nie oznacza braku popytu lub zainteresowania klientów pożyczkami. Wiele firm pożyczkowych wskutek nowych limitów ograniczyło działalność lub zaprzestało jej prowadzenia w ogóle, a zatem firmy te nie kierują zapytań do baz danych. Pozostałe spółki znacznie zaostrzyły kryteria oceny ryzyka, co powoduje, że wiele klientów nie otrzymuje oferty pożyczki już na etapie wstępnego kontaktu z firmą. Wówczas nie dochodzi do formalnego złożenia wniosku o pożyczkę i nie jest kierowane zapytanie weryfikujące klienta do bazy danych. Natomiast spośród zapytań, które trafiają do bazy wzrasta odsetek klientów z decyzją odmowną” – mówi Agnieszka Wachnicka, Prezes Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego.

Z danych CRIF wynika, że na początku marca 2020 r. udział odrzuconych wniosków nie przekraczał 48 proc., natomiast w drugiej połowie kwietnia wynosił już blisko 60 procent.

Podsumowanie

Dane za kolejne tygodnie obowiązywania ustawy antykryzysowej i obniżonych kosztów pozaodsetkowych pożyczek ilustrują jak bardzo skurczył się rynek. Wartość udzielanych pożyczek spadła w kwietniu 2020 r. w ujęciu rok do roku o ponad 70 proc., przy czym liczba klientów wnioskujących spadła znacznie mniej, bo o ok. 55 procent. Warto przy tym mieć na uwadze, że w kwietniu znaczna część firm pożyczkowych zamknęła działalność, a jeszcze w marcu większość firm znacząco ograniczyła działalność akwizycyjną (w szczególności spółki opierające działalność na bezpośrednim kontakcie z klientem), co również z pewnością miało wpływ na zmniejszoną liczbę składanych aplikacji. Przewidując pogorszenie zdolności kredytowej swoich klientów oraz nie chcąc odrzucać dużej liczby klientów, firmy pożyczkowe musiały znacząco ograniczyć wartość udzielanych pożyczek. W kwietniu średnia wartość pojedynczej pożyczki spadła aż o 40 proc. w stosunku do kwietnia 2019 r. oraz o 23 proc. w stosunku do lutego 2020 roku. Na skutek zaostrzania kryteriów udzielania pożyczek istotnie rośnie również udział klientów odrzucanych przez branżę. W drugiej połowie kwietnia bieżącego roku udział takich klientów wynosił blisko 60 procent.